Musiałem przeżyć jeszcze siedem lat, żeby zrozumieć, że ta śmierć nie była czymś dziwnym, jakimś dziecięcym przywidzeniem. Że ludzie rzeczywiście z czasem odchodzą. Że takie odejście jest czymś, co można nazwać własną śmiercią, albo śmiercią całego świata.
Bo dopiero parę lat później uświadomiłem sobie różnicę między śmiercią, a umieraniem. Własne umieranie, niezależnie od siły przeżytych emocji, w ogóle nie wywołuje poczucia obecności śmierci. To twoja prywatna przygoda, która – podobnie jak najstraszniejszy sen – nigdy chyba nie będzie miała ostatecznego zakończenia. Natomiast realna śmierć przychodzi wtedy, kiedy wartościowe i ważne dla Ciebie rzeczy przestają istnieć.
Minęło jeszcze trochę czasu. Zobaczyłem, przekonałem się, że śmierci w ogóle nie ma. Światy nigdy nie odchodzą. Niewątpliwie zagnieżdżają się gdzieś tu, obok, w, na, przy, poza, przed.. (Nie chodzi tu nawet o genetykę).
Taras Prochaśko, Z tego można zrobić kilka opowieści, przeł. Renata Rusnak, Wołowiec 2007, s. 71, 73-75.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.