Semantycy są pod wrażeniem świata jako procesu i czując wraz Heraklitem, że nikt nie może wejść powtórnie do tej samej rzeki, kwestionują zdolność do oznaczania zmieniającej się rzeczywistości poprzez ograniczony w zmienności język. S.I. Hayakawa, jeden z najbardziej znanych popularyzatorów tego tematu, mówi, że "wszechświat jest w ciągłym stanie przepływu". Alfred Kobrzycki stwierdził, iż użycie słowa "jest" w sensie zdeterminowanym w systemie semantycznym tak fałszuje świat, że może zagrozić naszemu zdrowiu umysłowemu. Tacy ludzie pracowicie usiłują nam pokazać poprzez kategorie desygnatów wszystkie przedmioty, które może oznaczać pojedynczy wyraz - i w tym samym czasie biorą pod uwagę kontekst użycia słowa przez nadawcę, najwyraźniej aby powiązać go ze stającym się światem (przypomina to dawną tendencję romantyzmu, aby rozpatrywać dzieło sztuki jako ekspresję stanu emocjonalnego artysty w chwili tworzenia). Pragną oni, aby język wyrażał nie koncepcję prawd, ale jakości wrażeń, tak aby człowiek mógł - według pragmatycznej teorii sukcesu - żyć bardziej pomyślnie. Dla kogoś całkowicie oddanemu temu królestwu stawania się, np. dla empirystów, żądanie poznania prawd jest oznaką psychopatologii. Być może nie mamy tu do czynienia z niczym innym, jak niezwykle wyrafinowaną ekspresją doktryny głoszącej, że rzeczy idealne są halucynacjami i że jedyną normalną, zdrowo umysłowo osobą jest dziarski ekstrawertyk, czyniący chwilowe, instynktowne wybory wobec bodźców świata materialnego. Dla ludzi tego pokroju Chrystus, jako głosiciel Słowa, może być "homoseksualnym paranoikiem". W rezultacie ich doktryna wydaje się częścią ogólnej dążności do usunięcia wszelkich barier chroniących przed bezpośrednią percepcją świata zmysłowego. Trzeba więc znowu zwrócić uwagę na pewną skłonność do czynienia rzeczy fizycznych jedynymi determinantami istniejącego świata.
R M. Weaver
Idee mają konsekwencje
Tłumaczenie: Barbara Bubula
Nie trzeba chyba wspominać, że pojmowanie rzeczywistości jako nieustannego ciągu zmian, jest abstrakcyjną filozofią oderwaną od naszego bezpośredniego doświadczenia, zatem nie ma miejsca na tą ideę w Nauce Buddy, choć cieszy się ona sporą popularnością wśród buddystów, którzy w ten sposób interpretują przekaz Buddy o nietrwałości.
Jednakże Budda opisując nietrwałość determinowanej rzeczywistości, mówi o trzech determinowanych znakach tego co determinowane: początek się manifestuje, koniec się manifestuje, i zmiana, podczas gdy rzecz trwa, się manifestuje.
Oczywiście nie możemy oczekiwać od Dalajlamy jakiegoś głębszego zrozumienia Nauki Buddy, natomiast wydaje się, że otrzymał on całkiem dobre wykształcenie filozoficzne. Jednakże w jednej z książek przedstawia on dylemat: czy statek, który przeszedł tyle remontów, iż składa się z całkiem innych rzeczy niż początkowo, jest wciąż tym samym statkiem czy też innym. Odpowiedź Buddy jest prosta: to ten sam statek, pojawił się, czy został zrobiony, następnie ulega od czasu do czasu różnym zmianom ale nawet jeżeli już wygląda zupełnie inaczej, to jednak jest w ewidentnym związku ze swym stanem początkowym aż w końcu rozpadnie się lub zostanie rozebrany. Był pewną rzeczą, która się pojawiła, zniknęła, a gdy trwała, podlegała od czasu do czasu pewnym dającym się zaobserwować zmianom. Zresztą Budda nie jest jedynym, który w ten sposób widzi rzeczy, ta sama zasada, zmiany podczas trwania występuje w fizyce kwantowej jako - podaję po angielsku, "Invariance under Transformation" i u filozofa idealistycznego Bradleya jako "Unity in Diversity" czy " Identity in Difference" i w matematyce w teorii grup.
Jak zauważa Nanavira Thera, pytania o tożsamość rzeczy, które postawił Dalajlama, nie mają nic wspólnego z pytaniem o tożsamość osoby: "kiedy ktoś umiera, kto się odradza, ta sama osoba czy inna?" Pierwsze pytanie jest znacznie prostsze i może sobie z nim poradzić filozofia na poziomie puthujjany, drogie wymaga wglądu ariya, który widzi, że na źle sformułowane pytanie nie ma dobrych odpowiedzi.
Pokochanie innej osoby dowodzi zmęczenia samotnością: jest więc tchórzostwem i zdradą wobec samego siebie (jest rzeczą najwyższej wagi, abyśmy nikogo nie kochali). Fernando Pessoa
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filozofia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filozofia. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 1 grudnia 2016
poniedziałek, 23 maja 2016
Większość ludzi tak bardzo pochłonięta jest codziennymi problemami, że zdumienie samym życiem zostaje odepchnięte w najgłębsze zakamarki myśli
Najsmutniejsze jest to, że dorastając przyzwyczajamy się nie tylko do prawa ciążenia.
Przyzwyczajamy się jednocześnie także do świata jako takiego. Wygląda na to, że w czasie dorastania tracimy zdolność do dziwienia się światem.Tracimy wówczas coś bardzo istotnego, co filozofowie powtórnie usiłują pobudzić do życia, bo gdzieś w głębi nas samych tkwi coś, co podpowiada nam, że życie jest wielką zagadką.
Wiedzieliśmy to na długo przedtem, zanim nauczyliśmy się o tym myśleć. Sprecyzuję: Chociaż pytania filozoficzne dotyczą wszystkich ludzi, nie wszyscy zostaną filozofami. Z rozmaitych powodów większość ludzi tak bardzo pochłonięta jest codziennymi problemami, że zdumienie samym życiem zostaje odepchnięte w najgłębsze zakamarki myśli. (Ci ludzie kryją się głęboko w futrze królika, wygodnie się układają i pozostają tam aż do końca życia.)
Dla dzieci świat i wszystko, co się w nim znajduje, jest czymś nowym, czymś, co budzi zdziwienie. Nie każdy dorosły myśli podobnie. Większość z nich postrzega świat jako coś zupełnie zwyczajnego.
I tu właśnie filozofowie są szczytnym wyjątkiem. Filozof nigdy nie zdoła tak naprawdę przyzwyczaić się do świata. Dla niego (lub dla niej) świat nadal pozostaje czymś nieprawdopodobnym, tak, zagadkowym i tajemniczym. Filozofowie i małe dzieci mają więc pewną cechę wspólną. Można powiedzieć, że filozof przez całe życie pozostaje równie wrażliwy, zachowuje cienką skórę, jaką ma dziecko.
Możesz więc teraz wybierać, droga Zosiu. Czy jesteś dzieckiem, które jeszcze nie zdążyło „przyzwyczaić się do świata”, czy raczej filozofem, który może przysiąc, że to nigdy nie nastąpi?
Jeśli tylko potrząśniesz głową i nie rozpoznasz w sobie ani dziecka, ani filozofa, to dlatego, że tak już się zadomowiłaś na świecie, aż przestał Cię zdumiewać. W takim razie zagraża ci niebezpieczeństwo. I dlatego właśnie dostajesz ten kurs filozofii, na wszelki wypadek. Nie chcę, byś Ty właśnie była jedną z tych ospałych i obojętnych. Chcę, abyś żyła świadomie.
Jostein Gaardner, Świat Zofii
Cudowna Podróż W Głąb Historii Filozofii
tłumaczenie: Iwona Zimnicka
Przyzwyczajamy się jednocześnie także do świata jako takiego. Wygląda na to, że w czasie dorastania tracimy zdolność do dziwienia się światem.Tracimy wówczas coś bardzo istotnego, co filozofowie powtórnie usiłują pobudzić do życia, bo gdzieś w głębi nas samych tkwi coś, co podpowiada nam, że życie jest wielką zagadką.
Wiedzieliśmy to na długo przedtem, zanim nauczyliśmy się o tym myśleć. Sprecyzuję: Chociaż pytania filozoficzne dotyczą wszystkich ludzi, nie wszyscy zostaną filozofami. Z rozmaitych powodów większość ludzi tak bardzo pochłonięta jest codziennymi problemami, że zdumienie samym życiem zostaje odepchnięte w najgłębsze zakamarki myśli. (Ci ludzie kryją się głęboko w futrze królika, wygodnie się układają i pozostają tam aż do końca życia.)
Dla dzieci świat i wszystko, co się w nim znajduje, jest czymś nowym, czymś, co budzi zdziwienie. Nie każdy dorosły myśli podobnie. Większość z nich postrzega świat jako coś zupełnie zwyczajnego.
I tu właśnie filozofowie są szczytnym wyjątkiem. Filozof nigdy nie zdoła tak naprawdę przyzwyczaić się do świata. Dla niego (lub dla niej) świat nadal pozostaje czymś nieprawdopodobnym, tak, zagadkowym i tajemniczym. Filozofowie i małe dzieci mają więc pewną cechę wspólną. Można powiedzieć, że filozof przez całe życie pozostaje równie wrażliwy, zachowuje cienką skórę, jaką ma dziecko.
Możesz więc teraz wybierać, droga Zosiu. Czy jesteś dzieckiem, które jeszcze nie zdążyło „przyzwyczaić się do świata”, czy raczej filozofem, który może przysiąc, że to nigdy nie nastąpi?
Jeśli tylko potrząśniesz głową i nie rozpoznasz w sobie ani dziecka, ani filozofa, to dlatego, że tak już się zadomowiłaś na świecie, aż przestał Cię zdumiewać. W takim razie zagraża ci niebezpieczeństwo. I dlatego właśnie dostajesz ten kurs filozofii, na wszelki wypadek. Nie chcę, byś Ty właśnie była jedną z tych ospałych i obojętnych. Chcę, abyś żyła świadomie.
Jostein Gaardner, Świat Zofii
Cudowna Podróż W Głąb Historii Filozofii
tłumaczenie: Iwona Zimnicka
niedziela, 22 maja 2016
Co to jest filozofia?
Droga Zosiu!
Ludzie mają różne hobby. Są tacy, co zbierają stare monety albo znaczki, niektórzy lubią robótki ręczne, inni poświęcają wolny czas na uprawianie jakiejś dyscypliny sportu.
Wiele osób lubi także czytać, jednakże dobór ich lektur bardzo się różni. Jedni czytają tylko gazety albo komiksy, inni wolą powieści, a jeszcze inni książki z różnych dziedzin nauki, na przykład astronomii, życia zwierząt czy wynalazków technicznych.
Jeśli interesują mnie konie albo kamienie szlachetne, nie mogę żądać, aby wszyscy inni również się tym interesowali. Jeżeli z napięciem śledzę relacje sportowe w telewizji, muszę też tolerować zdanie tych, którzy uważają, że sport jest nudny.
Czy mimo wszystko jednak jest coś, co powinno interesować każdego bez wyjątku?
Czy istnieje coś, co dotyczy wszystkich ludzi, bez względu na to, kim są i w jakim miejscu na świecie mieszkają? Tak, droga Zosiu. Istnieją pytania, które powinny zajmować wszystkich ludzi. Takich właśnie pytań dotyczyć będzie ten kurs.
Co jest najważniejsze w życiu? Jeśli zapytamy kogoś, kto głoduje, odpowiedź będzie brzmiała: jedzenie. Gdy takie samo pytanie zadamy komuś, kto marznie, odpowie: ciepło. A kiedy spytamy człowieka, który czuje się samotny, stwierdzi z pewnością, że najważniejsza jest więź z innymi ludźmi.
Ale gdy wszystkie takie potrzeby zostaną zaspokojone, czy nadal jest coś niezbędnego wszystkim ludziom? Filozofowie uważają, że tak. Sądzą, że nie samym chlebem człowiek żyje. Naturalnie wszyscy ludzie potrzebują pożywienia.
Wszyscy również potrzebują miłości i troski. Jest jednak coś jeszcze, coś niezbędnego każdemu człowiekowi. Mamy potrzebę znalezienia odpowiedzi na pytanie, kim jesteśmy i dlaczego żyjemy.
Zainteresowanie sensem i przyczyną istnienia nie jest równie „przypadkowe” jak zainteresowanie zbieraniem znaczków. Ten, kto szuka odpowiedzi na pytania dotyczące istoty życia, zajmuje się tym, nad czym ludzie zastanawiali się, odkąd żyjemy na Ziemi. W jaki sposób powstała przestrzeń kosmiczna, kula ziemska i życie na niej - to pytania poważniejsze i istotniejsze, niż kto zdobył złoty medal na zeszłorocznej olimpiadzie.
Jostein Gaardner, Świat Zofii
Cudowna Podróż W Głąb Historii Filozofii
tłumaczenie: Iwona Zimnicka
To dość niedojrzałe podejście do filozofii. Zarówno zbieranie znaczków jak i zainteresowanie przestrzenią kosmiczną, przechodzi obok fundamentalnego problemu związanego z bólem ludzkiej egzystencji i utrzymuje status quo ignorancji.
Patrz co sądzi Budda o "refleksji nad światem" →
Ludzie mają różne hobby. Są tacy, co zbierają stare monety albo znaczki, niektórzy lubią robótki ręczne, inni poświęcają wolny czas na uprawianie jakiejś dyscypliny sportu.
Wiele osób lubi także czytać, jednakże dobór ich lektur bardzo się różni. Jedni czytają tylko gazety albo komiksy, inni wolą powieści, a jeszcze inni książki z różnych dziedzin nauki, na przykład astronomii, życia zwierząt czy wynalazków technicznych.
Jeśli interesują mnie konie albo kamienie szlachetne, nie mogę żądać, aby wszyscy inni również się tym interesowali. Jeżeli z napięciem śledzę relacje sportowe w telewizji, muszę też tolerować zdanie tych, którzy uważają, że sport jest nudny.
Czy mimo wszystko jednak jest coś, co powinno interesować każdego bez wyjątku?
Czy istnieje coś, co dotyczy wszystkich ludzi, bez względu na to, kim są i w jakim miejscu na świecie mieszkają? Tak, droga Zosiu. Istnieją pytania, które powinny zajmować wszystkich ludzi. Takich właśnie pytań dotyczyć będzie ten kurs.
Co jest najważniejsze w życiu? Jeśli zapytamy kogoś, kto głoduje, odpowiedź będzie brzmiała: jedzenie. Gdy takie samo pytanie zadamy komuś, kto marznie, odpowie: ciepło. A kiedy spytamy człowieka, który czuje się samotny, stwierdzi z pewnością, że najważniejsza jest więź z innymi ludźmi.
Ale gdy wszystkie takie potrzeby zostaną zaspokojone, czy nadal jest coś niezbędnego wszystkim ludziom? Filozofowie uważają, że tak. Sądzą, że nie samym chlebem człowiek żyje. Naturalnie wszyscy ludzie potrzebują pożywienia.
Wszyscy również potrzebują miłości i troski. Jest jednak coś jeszcze, coś niezbędnego każdemu człowiekowi. Mamy potrzebę znalezienia odpowiedzi na pytanie, kim jesteśmy i dlaczego żyjemy.
Zainteresowanie sensem i przyczyną istnienia nie jest równie „przypadkowe” jak zainteresowanie zbieraniem znaczków. Ten, kto szuka odpowiedzi na pytania dotyczące istoty życia, zajmuje się tym, nad czym ludzie zastanawiali się, odkąd żyjemy na Ziemi. W jaki sposób powstała przestrzeń kosmiczna, kula ziemska i życie na niej - to pytania poważniejsze i istotniejsze, niż kto zdobył złoty medal na zeszłorocznej olimpiadzie.
Jostein Gaardner, Świat Zofii
Cudowna Podróż W Głąb Historii Filozofii
tłumaczenie: Iwona Zimnicka
W jaki sposób powstała przestrzeń kosmiczna, kula ziemska i życie na niej - to pytania poważniejsze i istotniejsze, niż kto zdobył złoty medal na zeszłorocznej olimpiadzie.
To dość niedojrzałe podejście do filozofii. Zarówno zbieranie znaczków jak i zainteresowanie przestrzenią kosmiczną, przechodzi obok fundamentalnego problemu związanego z bólem ludzkiej egzystencji i utrzymuje status quo ignorancji.
Patrz co sądzi Budda o "refleksji nad światem" →
sobota, 21 maja 2016
Filozofować to podać samego siebie w wątpliwość
Apel „jednostki” do „jednostki”
Filozofować to już nie tylko, jakby
chcieli sofiści,
zdobywać wiedzę czy umiejętność postępowania,
pewną
sophia. To podać samego siebie w wątpliwość. Wtedy
dozna
się poczucia, że nie jest się tym, czym się być powinno.
Tak
wygląda definicja filozofa, człowieka żądnego mądrości,
w
Uczcie. A owo poczucie płynie z zetknięcia z postacią
jaką jak
Sokrates, którego sama obecność skłania do zakwestionowania siebie; sugeruje to
Alkibiades w końcowym
fragmencie Uczty. Wygłoszona przez
niego pochwała
Sokratesa wydaje się zawierać pierwsze w dziejach
wyobrażenie Jednostki, jakże bliskie Kierkegaardowi,
jednostki
jako osobowości wyjątkowej i nieklasyfikowalnej.
Zwykle istnieją,
powiada Alkibiades, rozmaite typy, na
jakie można podzielić
jednostki, na przykład „wielki wódz,szlachetny i dzielny”, jak w czasach
homeryckich Achilles,
i współcześnie Brazydas, przywódca
spartański, albo
„wymowny i roztropny mąż stanu” — za
Homera Nestor, za
naszych czasów Perykles. Ale Sokratesa nie da
się
zaszeregować. Nie można go porównać do żadnego człowieka,
co najwyżej do sylenów i satyrów. On jest atopos: obcy,
ekstrawagancki, absurdalny, zbijający z tropu, nie do
zaklasyfikowania; powie o sobie w Teajtecie : jestem
całkowicie
zbijający z tropu (atopos) i nic nie stwarzam
prócz aporii
(zamieszania).
Ta wyjątkowa postać ma w sobie coś
fascynującego,
jakieś magiczne przyciąganie. Jej wywody
filozoficzne
gryzą serce jak wąż i wywołują w duszy, mówi
Alkibiades,
stan owładnięcia, obłędu, upojenia filozoficznego, a
więc
zupełnego chaosu. To bardzo ważne stwierdzenie. Na
tych,
którzy go słuchają, Sokrates oddziałuje w sposób
irracjonalny,
poprzez emocje, które wywołuje, poprzez
miłość, którą
inspiruje. W dialogu napisanym przez ucznia
Sokratesa, Ajschinesa ze
Sfetos, Sokrates mówi o Alkibiadesie,
ze jeśli nawet nie jest
zdolny nauczyć go niczego pożytecznego
(bo przecież nic nie wie),
to ufa, że uda mu się uczynić go
lepszym dzięki miłości, jaką
dla niego żywi, i w takim
stopniu, w jakim z nim żyje19. W
Teagesie, dialogu mylnie
przypisywanym Platonowi, lecz napisanym za
jego życia, bo
między 369 a 345 r. p.n.e.20, jeden z uczniów
mówi
Sokratesowi, że nawet gdy się odeń niczego nie uczy, to i
tak
robi postępy przez to tylko, że przebywa w tym samym
miejscu
co Sokrates i że może go dotykać. Alkibiades nieraz
powie w
Uczcie, że zaklęcia Sokratesa mącą jego myśli.
[Sokrates] już mnie tak nieraz tak nastrajał, już mi się nieraz zdawało, że żyć niewart taki jak ja [...] On na mnie wymusza to przeświadczenie, że ja, tyle braków mając, zamiast dbać o swoje własne niedostatki, sprawami Aten się zajmuję.
A przecież Sokrates nie jest ani
bardziej elokwentny, ani
bardziej błyskotliwy niż inni. Wprost
przeciwnie, mówi
Alkibiades, na pierwszy rzut oka jego wywody
wydają się
zupełnie bezsensowne.
Mówi o osłach objuczonych, o
jakichś kowalach, szewcach,
garbarzach i wydaje się, że on zawsze
jedno i to samo mówi
w ten sam sposób.
Alkibiades zdaje się tu robić aluzję
do typowego dla
Sokratesa sposobu argumentowania, o którym mowa
również
w zredagowanych przez Ksenofonta wspomnieniach. Sposób
ów polega na dziwieniu się, że ktoś, kto chce zdobyć zawód
szewca, cieśli, kowala czy koniuszego, wie, gdzie trzeba
szukać
nauczyciela, lecz gdy chodzi o sprawiedliwość, nie
wiadomo, do
kogo się zwrócić. To w tekście Ksenofonta
sofista Hippiasz
wytyka Sokratesowi, że wciąż powtarza „te
same zdania o tych
samych sprawach”. Sokrates przyjmuje
zarzut tym chętniej, że
umożliwia mu to replikę: Hippiasz,
wręcz przeciwnie, stara się
za każdym razem powiedzieć coś
nowego, nawet jeżeli mówi o
sprawiedliwości.
A cóż to
nowego można powiedzieć
o przedmiocie, który zmieniać
się nie powinien? Ale Hippiasz
odmawia odpowiedzi,
dopóki Sokrates nie zaznajomi go ze swoim
poglądem na
sprawiedliwość:
Ciągle stawiasz innym pytania, przypierasz każdego do muru i w ten sposób naśmiewasz się ze wszystkich. Ale sam nikomu nie chcesz dać odpowiedzi ani wyjawić swego zdania o niczym!
Sokrates na to:
Ja wcale nie żadnym rozumieniem [...] ale czynem jasno dowodzę, co to jest sprawiedliwość.
Co znaczy, że w ostatecznej instancji
to istnienie i życie
człowieka sprawiedliwego najlepiej określają,
czym jest
sprawiedliwość.
Potężna indywidualność Sokratesa
może rozbudzić
poczucie indywidualności u jego rozmówców. Ale
ich
reakcje są krańcowo różne. Przed chwilą mówiliśmy o
radości,
jaką Nikiasz przyjmował fakt kwestionowania go przez
Sokratesa. Alkibiades z kolei próbował oprzeć się jego
wpływowi,
odczuwał w jego obecności wstyd, tak dalece nie
chciał ulec
czarowi Sokratesa, że życzył mu śmierci. Ale
Sokrates nie może
nic ponad to, że zachęca swojego
rozmówcę do autoanalizy, do
poddania się badaniu. Aby
zawiązał się dialog, który doprowadzi
jednostkę do, jak
powiedział Nikiasz, zdania sprawy z siebie i ze
swego życia,
trzeba, by rozmówca Sokratesa na równi z nim zgodził
się
podporządkować wymaganiom dyskursu racjonalnego albo
raczej
wymaganiom rozumu. Inaczej mówiąc, troska o siebie
i
zakwestionowanie siebie samego mogą się zrodzić tylko
w akcie
przekroczenia jednostkowości, wzniesienia się na
poziom
uniwersalności reprezentowanej przez logos wspólny
obydwu
rozmówcom.
P. Hadot Czym jest filozofia
starożytna
Przełożył Piotr Domański
czwartek, 19 maja 2016
Jednym z głównych tematów tej książki jest dystans dzielący filozofię i mądrość
Po pierwsze: co najmniej od czasów
Sokratesa
wybór drogi życiowej nie jest już ostatnim stadium
procesu
filozoficznego, jakimś akcydentalnym dodatkiem, lecz wręcz
przeciwnie, etapem początkowym, wypadkową krytycznej
reakcji na
inne postawy życiowe, ogólnej wizji pewnego sposobu życia i postrzegania świata
oraz własnej dobrowolnej
decyzji. Wybór taki w pewnej mierze
przesądza o samej
doktrynie i sposobie jej nauczania. A więc to
dyskurs
filozoficzny rodzi się z wyboru życiowego, z nastawienia
egzystencjalnego — nie na odwrót. Po drugie: ten wybór, to
rozstrzygnięcie nie dokonują się nigdy w samotności; poza
grupą,
poza wspólnotą, krótko mówiąc, poza „szkołą” filozoficzną nigdy nie ma ani
filozofii, ani filozofów.
A ściślej biorąc — szkoła
filozoficzna łączy się przede
wszystkim z wyborem pewnego sposobu
życia, z pewną
opcją życiową, egzystencjalną, wymagającą od
jednostki
całkowitej zmiany w życiu, zupełnego przestawienia,
a
w końcu — z pewnym pragnieniem istnienia i życia
w określony
sposób. Taki wybór egzystencjalny pociąga za sobą pewną wizję świata; zadaniem
dyskursu filozoficznego
będzie objaśnienie i racjonalne
umotywowanie owego wyboru
wizji. A zatem teoretyczny dyskurs
filozoficzny zarówno
wynika z egzystencjalnego wyboru pierwotnego,
jak i do
niego na powrót prowadzi, o tyle, o ile — mocą swej
logiki
i sugestywności, skutecznością wpływu na słuchacza—
zdolny
jest skłonić mistrza i ucznia, by żyli rzeczywiście tak,
jak
żyć zapragnęli, jest więc w jakiejś mierze wcieleniem
pewnego ideału życiowego.
Dyskurs filozoficzny należy więc
pojmować z punktu
widzenia sposobu życia. Jest on tego sposobu
życia wyrazem
i jednocześnie środkiem do niego. Toteż i sama
filozofia
będzie przede wszystkim sposobem życia, ale sposobem
ściśle związanym z filozoficznym dyskursem. Jednym
z głównych
tematów tej książki jest dystans dzielący
filozofię i mądrość.
Filozofia to tylko ćwiczenie przygotowawcze do mądrości. Nie
chodzi o przeciwstawienie filozofii-
dyskursu filozoficznego mądrości
jako życiu w milczeniu,
które rozpocznie się, gdy dyskurs
filozoficzny dobiegnie kresu, osiągając doskonałość.
Takie przeciwstawienie tworzy
Weil, gdy pisze:
Filozof nie jest „mędrcem”; nie ma
on mądrości (czy też nie jest
mądrością). On mówi. I choć
jedynym celem jego dyskursu jest
samolikwidacja, będzie mówić aż
do chwili, gdy dyskurs dobiegnie
kresu, a nawet poza te chwile
doskonałe, gdy dobiegnie on kresu.
Podobnie w Traktacie
logiczno-filozoficznym Wittgensteina. Tam filozoficzny dyskurs
Traktatu w końcu wychodzi
poza siebie i wkracza w milczącą
mądrość.
P. Hadot Czym jest filozofia
starożytna
Przełożył Piotr Domański
poniedziałek, 9 maja 2016
Schopenhauer: czy możesz chcieć, co chcesz?
Co to jest wolność?
38) Pojęcie to, rozważane ściśle jest negatywne. Używając go, myślimy tylko o braku wszelkich przeszkód i zawad, one więc występują jako siła, muszą być zatem czymś pozytywnym. Stosownie do możliwych własności tych zawad, istnieją trzy bardzo różne rodzaje tego pojęcia: wolność fizyczna, intelektualna i moralna.
39) A. Wolność fizyczna jest to brak przeszkód materialnych wszelkiego rodzaju. Dlatego mówimy: wolna przestrzeń, wolne miejsce, wolne pole, wolne przejście, wolne krzesło, wolna droga, wolny wstęp, wolna głowa itd. Nawet zwroty, jak: wolne mieszkanie, wolna karta, wolna prasa, wolny stan, wolna miłość itp. oznaczają brak uciążliwych warunków, które są zazwyczaj związane z tymi rzeczami, jako przeszkody w ich używaniu. Najczęściej jednak pojęcie wolności występuje w naszym myśleniu jako orzeczenie istot zwierzęcych, których właściwością jest to, że ich ruchy mają źródło w ich woli: są samowolne, dzięki temu nazywamy je więc wolnymi wtedy, gdy ich nie uniemożliwia żadna materialna przeszkoda. Ponieważ jednak te przeszkody mogą być bardzo różnego rodzaju, a krępują zawsze wolę, więc dla uproszczenia bierze się chętniej to pojęcie ze strony pozytywnej, mając w tym wypadku na myśli wszystko, co się porusza li tylko dzięki swojej woli lub co działa tylko z własnej woli: to odwrócenie pojęcia zupełnie nie zmienia jego istoty. W fizycznym znaczeniu pojęcia wolności nazywamy przeto zwierzęta i ludzi wtedy wolnymi, gdy ani więzy, ani więzienie, ani niemoc, a więc w ogóle żadna fizyczna, materialna przeszkoda nie krępuje ich czynności, lecz gdy te czynności następują zgodnie z ich wolą.
40) To fizyczne znaczenie pojęcia wolności, szczególnie jako orzeczenie istot zwierzęcych, jest pierwotne, bezpośrednie i dlatego najczęstsze, i właśnie dzięki temu pojęcie to, w tym znaczeniu, nie podlega żadnej dyspucie i żadnym wątpliwościom: albowiem doświadczenie może zawsze stwierdzić jego realność. Bo jeżeli tylko jakaś istota zwierzęca działa jedynie z własnej woli, to jest, w tym znaczeniu, wolna: i wtedy zupełnie nie uwzględniamy tego, czy też co nie wpływa na samą jej wolę. Gdyż pojęcie wolności, w tym swoim znaczeniu pierwotnym, bezpośrednim i dlatego popularnym, odnosi się tylko do możności, tzn. właśnie do braku fizycznych przeszkód w czynnościach tej istoty. Dlatego mówimy: wolny jak ptak w powietrzu, jak zwierzyna w lesie; wolny jest człowiek pierwotny; tylko ten jest szczęśliwy, kto wolny. Nazywamy wolnym także cały naród i rozumiemy przez to, że rządzą nim tylko na podstawie praw, które sam sobie dał: albowiem wówczas idzie we wszystkim tylko za swoją własną wolą. Polityczną wolność należy zatem doliczyć do fizycznej.
41) Gdy jednak, pomijając tę fizyczną wolność zastanowimy się nad tamtymi dwoma jej rodzajami, to już nie będziemy mieli do czynienia z popularnym, lecz z filozoficznym znaczeniem tego pojęcia. Jak wiadomo, staje się ono powodem wielu trudności, a dzieli się na dwa zupełnie różne rodzaje, na wolność intelektualną i moralną:
42) B. Wolność intelektualna, τὸ ἑκούσιον καὶ ἀκούσιον κατὰ διὰνοιαν — u Arystotelesa178, biorę tu pod rozwagę tylko gwoli zupełności podziału pojęć: pozwalam sobie przeto odłożyć jej omówienie aż na sam koniec tej rozprawy, gdzie pojęcia, których będę musiał użyć w odniesieniu do niej, będą już wyjaśnione na podstawie rozdziałów poprzedzających ją, tak, że będę mógł ją potem w krótkości omówić. W podziale jednak musiałem jej wyznaczyć miejsce obok wolności fizycznej, której jest najbardziej pokrewna.
43) C. Przystępuję więc od razu do trzeciego rodzaju, do wolności moralnej, gdyż właściwie ona jest tym liberum arbitrium, o którym jest mowa w pytaniu Królewskiej Akademii.
44) To pojęcie łączy się z pojęciem fizycznej wolności w tym punkcie, w którym staje się zrozumiałe także jego powstanie, z konieczności o wiele późniejsze. Jak powiedziano, fizyczna wolność dotyczy tylko przeszkód materialnych: gdy tych brak — zjawia się natychmiast. Zauważono jednak w niektórych wypadkach, że same pobudki, jak np. groźby, przyrzeczenia, niebezpieczeństwa itp. powstrzymywały człowieka, nawet nieskrępowanego materialnymi przeszkodami, od działania, które poza tym byłoby z pewnością zgodne z jego wolą. Postawiono więc pytanie: czy taki człowiek był jeszcze wolny? czy też rzeczywiście pobudka przeciwna może, na równi z przeszkodą fizyczną, skrępować i uniemożliwić czynność, która jest zgodna z właściwą wolą? Odpowiedź na to pytanie nie mogła sprawić trudności zdrowemu rozumowi: mianowicie, że pobudka nigdy nie może działać tak, jak przeszkoda fizyczna; gdyż ta ostatnia w ogóle łatwo ludzkie siły cielesne bezwarunkowo przekracza. Przeciwnie zaś: pobudka nie może być nigdy sama w sobie ani nieprzezwyciężalna, ani nie może posiadać władzy bezwarunkowej; natomiast może ją zawsze jeszcze możliwie przeważyć silniejsza pobudka przeciwna, o ile tylko istnieje i o ile dany człowiek, w indywidualnym wypadku, dałby się nią spowodować; wszakże często spostrzegamy, że nawet tę pospolicie najsilniejszą pobudką: zachowanie życia, przecież zwyciężają pobudki inne: np. w wypadkach samobójstwa lub ofiarowania życia dla innych, dla przekonań i rozmaitych korzyści. I na odwrót: że ludzie zdołali nieraz przetrwać wszystkie stopnie najwyszukańszych mąk na łożu tortur na samą myśl, że inaczej mogliby utracić życie. Gdyby zaś z tego nawet wynikało, że pobudkom nie towarzyszy żaden przymus czysto przedmiotowy i bezwzględny, to mimo to mogą posiadać przymus podmiotowy i względny, mianowicie w odniesieniu do osoby działającego; a w rezultacie jest to tym samym. Pozostało więc pytanie: czy sama wola jest wolna? Tak więc wzięto tu pojęcie wolności, o którym myślano dotychczas tylko w odniesieniu do możności, także w odniesieniu do chcenia i powstało zagadnienie, czy też chcenie samo jest wolne. Ale przy bliższym rozpatrzeniu okazuje się, że pojęcie wolności pierwotne, czysto empiryczne i dlatego popularne, nie daje się w ten sposób połączyć z chceniem. Bo zgodnie z nim znaczy wolny — zgodny z własną wolą; pytając się więc teraz, czy wola sama jest wolna, pytamy się, czy wola jest zgodna sama ze sobą. To się wprawdzie samo przez się rozumie, ale też i niczego nie wyjaśnia. Na mocy empirycznego pojęcia wolności powiedziano: „Wolny jestem wtedy, gdy mogę robić, co chcę” i za pomocą tego „co chcę”, zadecydowano tu już wolność. Teraz jednak, ponieważ pytamy się o wolność samego chcenia, pytanie to przedstawiałoby się, stosownie do tego, tak: „Czy też ty możesz chcieć, co chcesz?” — a wygląda to tak, jakby chcenie było zawisłe od innego chcenia, leżącego poza nim. I gdybyśmy nawet przyjęli odpowiedź twierdzącą, to powstałoby wnet drugie pytanie: „czy możesz chcieć to, co chcesz chcieć?” i tak by szło coraz dalej, w nieskończoność, dzięki temu, że byśmy zawsze myśleli o jednym chceniu jako zawisłym od jakiegoś wcześniejszego czy też tkwiącego głębiej i dążylibyśmy tą drogą daremnie do ostatecznego osiągnięcia takiego chcenia, które byśmy musieli przyjąć i pomyśleć jako niezawisłe od niczego. Gdybyśmy je atoli chcieli przyjąć, to moglibyśmy wziąć w tym celu zarówno pierwsze, jak też i dowolnie ostatnie. Przez to jednak sprowadzilibyśmy pytanie do całkiem prostego: „czy możesz chcieć?”. Lecz my chcieliśmy wiedzieć, czy samo potwierdzenie tego pytania rozstrzyga o wolności chcenia. A to właśnie pozostaje niezałatwione. Pojęcie wolności pierwotne, empiryczne, zaczerpnięte z działania, nie daje się więc bezpośrednio połączyć z pojęciem woli. Ażeby mimo to można było użyć pojęcia wolności w odniesieniu do woli, musiano je w tym celu w ten sposób zmodyfikować, że je ujęto abstrakcyjniej. Stało się to tak, że za pomocą pojęcia wolności myślano tylko w ogóle o braku wszelkiej konieczności. Przy tym zachowało to pojęcie charakter negatywny, który mu przyznałem zaraz na początku. Należałoby zatem wyjaśnić nasamprzód pojęcie konieczności, jako pozytywne, które nadaje znaczenie owemu negatywnemu.
45) Pytamy się więc: co to znaczy konieczny? Zwyczajne objaśnienie: koniecznym jest to, czego przeciwieństwo jest niemożliwym, lub to, co nie może być inaczej” — jest tylko wytłumaczeniem słownym, opisaniem pojęcia, ale nie rozszerza naszego poznania. Natomiast podaję następujące wyjaśnienie rzeczowe: „Koniecznym jest to, co wynika z danej wystarczającej podstawy”. Twierdzenie to daje się także odwrócić, jak każda dobra definicja. Stosownie więc do tego, czy ta wystarczająca podstawa jest logiczna czy matematyczna, czy też fizyczna, zwana przyczyną, będzie konieczność logiczną (jak konieczność wniosku, gdy są dane przesłanki), matematyczną (np. równość boków trójkąta, gdy kąty są równe) albo fizyczną, realną (jak nastąpienie skutku, gdy tylko zaistnieje przyczyna): zawsze jednak i z równą niezbędnością jest związana z następstwem, gdy jest dana podstawa. Tylko o tyle uznajemy coś za konieczne, o ile je pojmujemy jako następstwo z danej podstawy — i odwrotnie: gdy tylko poznajemy, że coś jest następstwem z wystarczającej podstawy, uznajemy, że jest konieczne; bo każda podstawa zmusza. To rzeczowe wytłumaczenie jest tak odpowiednie i wyczerpujące, że konieczność i następstwo z danej wystarczającej podstawy są pojęciami zamiennymi, tzn. że wszędzie można jedno podstawić za drugie179. Brak konieczności byłby zatem tożsamościowy z brakiem powodującej wystarczającej podstawy. Jako przeciwstawienie do tego, co konieczne uważamy jednak to, co przypadkowe; w czym zgoła nie ma sprzeczności. Mianowicie: wszystko, co jest przypadkowe, jest tylko względnie przypadkowe. Bo w świecie realnym — a w nim tylko można się spotkać z przypadkowością — jest każde zdarzenie konieczne w odniesieniu do swojej przyczyny: natomiast jestprzypadkowe w odniesieniu do wszystkiego innego, z czym się ewentualnie spotyka w czasie i przestrzeni. Ponieważ jednak brak konieczności jest cechą tego, co wolne, więc musiałoby ono być niezawisłe od żadnej zgoła przyczyny. Musielibyśmy zatem określić je jako to, co absolutnie przypadkowe: a pojęcie to jest bardzo problematyczne i wcale nie ręczę za to, czy się da pomyśleć. Jednak dziwnym trafem schodzi się ono z pojęciemwolności. Jednakowoż w każdym razie to, cowolne, pozostaje jako to, co pod żadnym względem nie jest konieczne, a znaczy to: niezależne od żadnej podstawy. Pojęcie to zastosowane więc do woli człowieka stwierdzałoby, że przyczyny lub wystarczające podstawy w ogóle nie stanowią o indywidualnej woli w jej objawach (aktach woli). Poza tym bowiem akty woli nie byłyby wolne, lecz konieczne, ponieważ następstwo z jakiejś danej podstawy (jakiegokolwiek rodzaju by ona była) jest we wszystkich razach konieczne. Na tym polega definicja Kanta, według której wolność jest zdolnością poczęcia z siebie szeregu zmian. Gdyż to: „z siebie”, sprowadzone do swojego prawdziwego znaczenia, powiada: „bez poprzedzającej przyczyny”, to zaś jest jednoznaczne z: „bez konieczności”. Tak więc owa definicja nadaje wprawdzie pojęciu wolności pozór, jakoby było pozytywne, lecz przy bliższym rozpatrzeniu występuje przecież znowu jego ujemny charakter. Wolna wola byłaby więc taka, której nie powodują żadne podstawy, której więc w ogóle nic nie powoduje — bo wszystko to, co powoduje coś innego musi być podstawą, a w odniesieniu do realnych rzeczy podstawą rzeczową, tj. przyczyną. Poszczególne objawy takiej woli (akty woli) wypływałyby po prostu z niej samej, zupełnie pierwotnie, niespowodowane koniecznie ani poprzedzającymi je warunkami, ani więc czymkolwiek bądź, zgodnie z jakąś regułą. Całe nasze jasne myślenie opuszcza nas przy tym pojęciu dlatego, że zasada podstawy jest we wszystkich swoich znaczeniach istotną formą naszej całej zdolności poznawczej — a tutaj mamy się jej wyrzec.
Schopenhauer fragment O wolności ludzkiej woli
tłumaczenie: Adam Stögbauer
czwartek, 5 maja 2016
Detronizacja prawdy
Rzecz
jasna nie oznaczało to jednak, że Hildebrand negował istnienie
czegoś, co można nazwać dominującym w danej epoce prądem
intelektualnym [filozoficznym]. Według niego XX
wiek naznaczony jest piętnem relatywizmu. Jak pisał w The
New Tower of Babel (Nowa wieża Babel): „Nowoczesny człowiek
jest relatywistą, który wzdraga się przed ideą prawdy
obiektywnej, pyszni się swoją krytyką pełną wyższości nad
naiwnymi dogmatykami czasów minionych; bezkrytycznie oczekuje,
że wszystko może być osiągalne dzięki procesowi uczenia się, a
jako absolutną prawdę przyjmuje wszystko, co jest nauczane
przez relatywistów"*.
*D.
Hildebrand, The new tower of Babel, Chicago 1977, s. 19. Jako
głównego odpowiedzialnego za zainicjowanie procesu „detronizacji
prawdy" w zachodniej filozofii D. Hildebrand wskazywał I.
Kanta, który „wprowadził niebezpieczną kategorię
„postulatu", zastępując w ten sposób prawdę
niezbędnością. W ten sposób pewne fundamentalne metafizyczne
fakty już nie są akceptowane z powodu ich prawdziwości, tzn.
ich realności, ale tylko z powodu ich niezbędności dla etyki".
Tamże, s. 74.
Za:
Grzegorz Kucharczyk, Christianitas. Od rozkwitu do kryzysu,
Wydawnictwo PROHIBITA, Warszawa 2015
Skoro wszystko jest w ruchu, nic nie może być zakazane jako „niemoralne", „absurdalne", „sprzeczne z ludzką naturą", „szkodliwe dla stabilności społeczeństwa"
Przypominają
się w tym kontekście słowa E. Voegelina, który definiował
gnostycyzm polityczny (czyt. każdą rewolucyjną doktrynę) jako
"immanentyzację chrześcijańskiego eschatonu". W podobny
sposób kwestię tę ujmował Molnar, który zauważał; że o
atrakcyjności rewolucyjnej doktryny decydowały także inne
czynniki: „Przede wszystkim zaspokajała ona jednostkowy
apetyt na samouwielbienie, przy jednoczesnym zapewnianiu jednostki,
że pracuje ona dla nieodległego celu zbudowania Idealnego
Społeczeństwa. Po drugie, doktryna ta lekką ręką obchodzi się z
ludzką naturą, którą postrzega jako okajdanienie; ludzki materiał
jest postrzegany jako podatny na nieustanne kształtowanie, mogący
być ciągle udoskonalany. Po trzecie więc, skoro wszystko jest
w ruchu, nic nie może być zakazane jako „niemoralne",
„absurdalne", „sprzeczne z ludzką naturą", „szkodliwe
dla stabilności społeczeństwa" lub po prostu jako
„nieprawdziwe", ponieważ każda chwila jest brzemienna w
„nowy świat", w którym stare zasady tracą swoją ważność;
brzemienna w nowy, idealny stan społeczeństwa, w bardziej
„ludzkiego" człowieka"*.
Rewolucjonista żyje więc w „permanentnym stanie metafizycznego
nieusatysfakcjonowania"*. Rewolucjonista jest zawsze
niespokojny. Odrzuca istniejący stan jako nieodpowiadający
swojej „istocie" (rozumianej na sposób rewolucyjny), potępia
indywidualnych ludzi za to, że „nie są wystarczająco społeczni",
a całe społeczeństwo za to, że nie zyskało właściwej dla
siebie „samoświadomości moralnej"*. W tej
sytuacji metafizyczne ustysfakcjonowanie rewolucjonista znajduje
w polityce terroru. „Gdy akt terroru pojawia się, nagle wszystko
staje się możliwe, pojawia się pęknięcie w zwartej strukturze
bytów"* - zauważał Molnar.
*T.
Molnar, The counter-revolution, New York 1969
Grzegorz
Kucharczyk, Christianitas. Od rozkwitu do kryzysu, Wydawnictwo
PROHIBITA, Warszawa 2015
sobota, 20 czerwca 2015
Tylko niewielki procent ludzi udowadnia, że potrafi myśleć
Życie nas wszystkich toczy się pod
naporem nurtu i magmy aktów myśli, ale tylko niewielki procent
gatunku udowadnia, że potrafi myśleć. Heidegger nieśmiało
zasugerował, że ludzkość jako taka nie wyłoniła się jeszcze z
prehistorii myślenia. Ludzi naznaczonych „dojrzałością
mentalną” – brak tu adekwatnego pojęcia – jest w porównaniu
z ogółem bardzo niewielu. Zdolność do refleksji na rudymentarnym
poziomie jest powszechna i można ją uznać za neurofizjologiczny i
ewolucyjny constans. Natomiast zdolność myślenie myśli wartych
myślenia – a tym bardziej sformułowania i zachowania – to już
rarytas. Niewielu z nas wie jak myśleć w wymagający a tym bardziej
oryginalny sposób.
G. Steiner Dziesięć możliwych
przyczyn smutku myśli
Tłumaczenie: Ola i Wojciech Kubińscy.
piątek, 7 listopada 2014
Marek Aureliusz - nasz człowiek na tronie
Gdy się przegląda Rozmyślania Marka
Aureliusza, nie sposób nie zdziwić się obfitością zawartych w
nich stwierdzeń pesymistycznych. Gorycz, niesmak, nawet
„obrzydzenie” wobec ludzkiego bytowania wyrażane są w
sformułowaniach szokujących, np.:
Czym ci się zdaje kąpiel, oliwa, pot, brud, woda zepsuta, zgnilizna, tym niechaj będzie dla ciebie i każda cząstka życia, i przedmiot każdy (VIII, 24).
Ten typ wzgardliwych określeń odnosi
się przede wszystkim do ciała i cielesności nazywanych „błotem”,
„ziemią”, „skażoną krwią” (II, 2); stosowany jest też do
rzeczy uznawanych przez ludzi za pewną wartość:
Jak przy mięsie i podobnych potrawach wyobrażać sobie trzeba, że to jest trup ryby, tamto trup ptaka lub świni, albo że Farlen – to sok wyciśnięty z grona, a purpurowa szata – to włosy jagnięcia zanurzone w krwi skorupiaka, a obcowanie cielesne to tarcie wnętrzności i wydzielanie śluzu połączone ze spazmem (VI, 13).
Takie samo pozbawione złudzeń
spojrzenie pada na ludzkie działania.
A to, co się w życiu otacza wielkim, marne i zgniłe, i drobne, podobne do psiaków gryzących się ze sobą lub do dzieci sprzeczających się, skłonnych do śmiechu, a nawet potem do płaczu (V, 33).
Wojna Marka Aureliusza w obronie granic
Cesarstwa to polowanie na Sarmatów porównywalne z polowaniem pająka
na muchę (X, 19). Bezlitosnym wzrokiem patrzy Marek Aureliusz na
bezładne poruszenia ludzkich marionetek:
Jak marni są ludzie! Jedzą, śpią, płodzą dzieci, wypróżniają się itp. A potem puszą się władzą, puszą, gniewają i z góry innych łają (X, 19),
tym żałośniejsze, że trwające
okamgnienie i sprowadzalne do drobiazgów:
Co wczoraj było kroplą śluzu, jutro już będzie mumią lub prochem (IV, 48, 3).
Komedia ludzka da się podsumować w
dwu słowach: wszystko jest banalne, wszystko jest efemeryczne.
Wszystko jest banalne, bo nie ma nic nowego pod słońcem:
Niech ci to zawsze stoi w pamięci, że wszystko to co się teraz dzieje działo się już przedtem. A myśl i o tym, co się będzie działo. A niech ci staną przed oczyma wszystkie dramaty i utwory sceniczne o treści podobnej, ileś ich poznał z doświadczenia własnego lub opowiadań dawniejszych, na przykład cały dwór Hadriana i cały dwór Antonina, cały dwór Filipa, Aleksandra, Krezusa. Wszystko to bowiem było tym samym, tylko osoby były inne (X, 27).
Banalność i złudzenie przechodzą we
wstręt:
Jak ci są przykre widowiska w amfiteatrze i podobnych miejscach, jako że to samo zawsze przedstawiają, a ich podobieństwo czyni ich widok nudnym, tak i w życiu całym podobnego doznaje się wrażenia. Wszystko bowiem – tu i tam – tym samym i z tego samego źródła płynie. A więc póki? (VI, 46).
Nie tylko banalne są rzeczy ludzkie
lecz i efemeryczne. Marek Aureliusz stara się siłą wyobraźni
wskrzesić ludzki zgiełk całych epok minionych (IV, 32), na
przykład Wespazjanowej i Trajanowej: śluby, choroby, wojna święta,
handel, rolnictwo, zabiegi i intrygi. Całe mrowie ludzi i ich
aktywność zniknęły, ślad po nich nie pozostał. Trwa nieustanny
proces niszczenia. Marek Aureliusz próbuje sobie wyobrazić jak
oddziałuje on na swe otoczenie (X, 18 i 31).
Czy człowieka w krótkotrwałości
jego istnienia może pocieszyć nadzieja, że przetrwa w swoim
imieniu, które pozostawi potomnym? A czym jest imię? „Dźwiękiem
i echem tylko” (V, 33). Rzeczą marną i przelotną. Da się je
przekazać co najwyżej pokoleniom, z których każde potrwa tylko
chwilę w nieskończoności czasu (III, 10). Zamiast łudzić się
taką iluzją, czy nie lepiej powiedzieć sobie za Markiem
Aureliuszem:
Jak wielu nie zna nawet twojego imienia, ilu o nim wnet zapomni (IX, 30).
I lepiej jeszcze:
Wnet zapomnienie o wszystkim przyjdzie na ciebie! I wnet zapomnienie wszystkich o tobie! (VII, 21).
Zresztą wobec wszystkiego, co
rzeczywiste, czym jest świat ludzki? Mieści się na skrawku ziemi,
ta zaś jest tylko punkcikiem w bezkresie przestrzeni. A życie
ludzkie to ulotna chwila w podwójnej nieskończoności czasu
rozciągającego się przed nami i za nami. W tym bezkresie wszystko
bezlitośnie unosi ze sobą rwący strumień przeobrażeń,
nieskończona rzeka materii i czasu (IV, 43).
Dymem więc i nicością są wszystkie
sprawy ludzkie (X, 31). Ponad wiekami, ponad odmiennością kultur
Marek Aureliusz zdaje się powtarzać słowa Eklezjastesa: „Marność
nad marnościami, wszystko marność”.
Pierre Hadot, Filozofia jako
ćwiczenie duchowe
tłumaczenie: Piotr
Domański
s. 143-145
poniedziałek, 27 października 2014
Elzenberg arystokratą
Warto w tym miejscu
zaznaczyć, wprowadzając wątek osobisty, że Elzenberg był nie
tylko wytrawnym teoretykiem wyznawanej z nabożeństwem idei
arystokratyzmu ducha, ale
także konsekwentnym i niestrudzonym,
pomimo odnoszonych porażek, wykonawcą
i egzekutorem. Bez cienia
przesady można powiedzieć, że Elzenberg miał duszę arystokraty.
Był erudytą, człowiekiem o niespotykanej wprost powierzchowności
i ogładzie. W pracy
naukowej odznaczał się rzetelnością
Posiadał zmysł analityczny. Był nad wyraz wymagający
i to
zarówno w stosunku do siebie, jak w odniesieniu do innych ludzi.
Wrodzony, wybujały
i zadziorny krytycyzm sprawiał, że Elzenberg
nie potrafił przejść obojętnie obok wielu
kwestii lub łatwo się
zgodzić na proponowane rozwiązania. Zawsze miał własne zdanie,
wypowiadane otwartym tekstem, nie bacząc specjalnie na kontrowersje,
jakie nim wzbudza, czy konsekwencje,
jakie przynosi. Zawsze wierny sobie i wyznawanym poglądom,
ironiczny
i bohaterski piewca mądrości i cnoty; zaprzysięgły
wróg i pogromca ludzkiej głupoty,
średniactwa i bezideowości.
Znany z polemicznego usposobienia, mistrz ciętej riposty,
wsławił
się poglądem, że filozofia jest permanentnym stanem wojny
...walką o światopogląd, a więc o życie. Kto się w tej walce nie broni, to znaczy nie atakuje, ten ginie: odebrane mu zostaje oblicze własne i zostaje starty z oblicza ziemi.
Toteż Elzenberg
nigdy nie ustawał w walce z poglądami, którym był przeciwny. Na
tym polu zasłynął jako bezkompromisowy wróg klątwy niewydolnego
racjonalizmu,
logicyzmu arogancko tępego i scjentyzmu, o którym
się wprost wyraził, że szczerze go
nienawidzi; programowy
kontestator paradygmatu Szkoły Lwowsko-Warszawskiej, której
przedstawicieli zwymyślał od Twardowszczyków, nazywając ich także
biurokratami
ścisłości; zadeklarowany oponent Sartre’a, którego
wykładnię wolności uważał za wręcz
groteskową, o filozofii
którego miał raczej niskie mniemanie. Demonstrując swoją
antypatię
do Sartre’a nie taił rewerencji, jaką miał dla
Jaspersa, w stosunku do którego zachowywał
także daleko posunięty
krytycyzm. Równie waleczne sądy Elzenberg formułował pod
adresem
Tadeusza Kotarbińskiego, zarzucając jemu i jego zwolennikom
zbrodnię zamykania
dróg przed człowiekiem 29. W ogóle
Kotarbiński był wdzięcznym obiektem ciągłych ataków ze
strony
Elzenberga.
Arystokratyczna
umysłowość jednego przecież z najwybitniejszych filozofów
polskich dwudziestego stulecia, co zdaje się potwierdzać
arystokratyczną miarę i format tej
umysłowości, jak to zwykle w
takim wypadku bywa, wiedziona wysokimi aspiracjami
i pogardą dla
wszelkiej płycizny, średniactwa i bylejakości*, zwalczając
lumpenproletariacką
ciemnotę i aroganctwo uzurpatorów mądrości
i cnoty – arystokrację chamszczuchów,
przecierając
szlaki
i
przygotowując
miejsce
dla
intronizacji
pięknego
ideału
arystokratycznego, umysłowość i osoba Elzenberga popadała w
niełaskę i odrzucenie ze
strony tych, których on sam okrywał
niełaską i odrzucał. W rezultacie Elzenberg –
zaprawiony
bojownik w służbie ideału arystokratycznego, podzielił los
garstki znanych
z historii intelektualistów, filozofów, literatów
i artystów, którzy w imię i w obronie tego
samego ideału
występowali, starając się go zaszczepić społeczeństwu.
Ostatecznie więc
Elzenberg, trochę na własne życzenie –
prowokując, a trochę z własnego wyboru – pragnąc;
trochę też
z własnego uznania – nie widząc alternatywnej (lepszej)
możliwości, za
towarzyszkę życia obrał sobie samotność,
pogodziwszy się z dolą Wilsonowskiego
outsidera. Na dowód tego
zaprezentuję obszerniejszy urywek Kłopotu z istnieniem:
Z żadną duszą
nie mam świata wspólnego; z żadną duszą nie jest mi wspólne
to co rozjaśnia mi
drogę, to z czego biorę polot i życie. I
daremnie jest dusz takich szukać: na pięknie, na urokach
przeżycia, na grze zwiewnych, wieloznacznych symboli nie oprzemy
nigdy żadnej wspólnoty.
W żadnej bratniej mi świadomości nic z
tego, co ukochałem, nie będzie się odbijało jak w mojej, nie
dostąpi życia nowego w miejsce tego, które straci wraz ze mną.
Nie tylko ja jestem samotny, ale i mój
świat jest
samotny śród niezmierzonej ilości światów rozdzielonych
nieprzekraczalnym absolutem
inności wzajemnej. To jest ta
melancholia ogromna, ten ocean smutku rozlany nad oceanem piękności,
to co sprawia, że nie można umrzeć radośnie. Jakże więc należy
umierać? –
* Elzenbergowska dezaprobata dla wszelkiej przeciętności, lichoty, jak on to nazywa (zob. tegoż, Kłopot z istnieniem. Aforyzmy w porządku czasu, dz.cyt., s. 254–255) i degrengolady, a na poziomie teoretycznym – relatywizmu (zob. tegoż, Kłopot z istnieniem. Aforyzmy w porządku czasu, dz.cyt., s. 398), wielokrotnie
manifestowana, znalazła wyraz również w osobistej deklaracji filozofa, którą wybrałem na jedną z formuł motta tej pracy (przyp. ...odrzucam obniżenie ambicyj i postawę... „nie uroczystą”. Zob. tegoż, Kłopot z istnieniem. Aforyzmy w porządku czasu, dz.cyt., s. 460).
* Elzenbergowska dezaprobata dla wszelkiej przeciętności, lichoty, jak on to nazywa (zob. tegoż, Kłopot z istnieniem. Aforyzmy w porządku czasu, dz.cyt., s. 254–255) i degrengolady, a na poziomie teoretycznym – relatywizmu (zob. tegoż, Kłopot z istnieniem. Aforyzmy w porządku czasu, dz.cyt., s. 398), wielokrotnie
manifestowana, znalazła wyraz również w osobistej deklaracji filozofa, którą wybrałem na jedną z formuł motta tej pracy (przyp. ...odrzucam obniżenie ambicyj i postawę... „nie uroczystą”. Zob. tegoż, Kłopot z istnieniem. Aforyzmy w porządku czasu, dz.cyt., s. 460).
Piotr Domeradzki
fragment pracy:
Elzenbergowski
arystokratyzm ducha
(z pominięciem przypisów )
(z pominięciem przypisów )
sobota, 19 lipca 2014
"Antropologiczna skończoność" Foucaulta
W książce Foucaulta mowa jest często
o „antropologicznej skończoności”. Wyobrażam sobie, jak tego
rodzaju formułki muszą działać na młodych. Rzeczywiście brzmi
to uczeniej niż „nędza człowieka”, „człowiek jako
skazane zwierzę”, czy „znikomość trwania” ludzkich dziejów.
Ze wszystkich szalbierstw najgorsze są
językowe, bo najtrudniej dostrzegalne dla ogłupionych ludzi naszej
epoki. Trzeba powiedzieć, że drogę otwarł Heidegger i że jeśli
filozof chce doświadczyć ostracyzmu, na własnej skórze przeżyć
wymienioną wyżej „skończoność”, to wystarczy mu odrzucić
żargon i użyć potocznego, sensownego języka. Automatycznie
wytworzy się wokół niego pustka.
Cioran, Zeszyty
tłumaczenie:
Ireneusz Kania
s.460-461
piątek, 4 lipca 2014
Naukowy pisarz Sluckin
Naukowy
pisarz
Sluckin w jego
książce o cybernetyce odrzuca introspekcję jako bezwartościową z
powodu niejasności i dwuznaczności danych, które zapewnia. Teraz
utrzymuję, że dokładnie ta dwuznaczność – ta stała gra słów
w umyśle – jest unikalną datą zapewnianą przez introspekcję –
jedną z najcenniejszych – (prawdziwą perłą rzucaną przed
świnie Sluckina). Również wierzę, że techniki zainicjowane przez
Deskartesa: Cogito ergo sum
(nie zważając na jego konstrukcje
dualnych substancji przez które to zaciemnił) i ontologia
Sartre'a
L'Etre et le Neant zapewniają podstawę dla techniki w
studiowaniu
dwuznaczności. Ta podstawa jest opisem (jako w opozycji do definicji
które są zawsze ad hoc i jednostronnie ustalających dialektykę i
jako
takich nigdy nie mogących zapewnić finałowego rozwiązania lecz tylko
kierunek dla przyszłego ruchu). Specjalną dialektyką dwuznaczności
jest problem czy ustalić dwuznaczność przez definicję i w ten
sposób ledwie przenieść dwuznaczność gdzieś indziej i skryć ją
(co użyteczne w pewnych technikach takich jak nauka z wyłączeniem Zasady Nieoznaczoności) lub czy rozpoznać ją jako cenny i prawdziwy
przedmiot dla opisu, gdy uzupełnienie – (komplementarność jest
potrzebna).
Nanamoli Thera
Nanamoli Thera
Odrzucenie celów życiowych – filozofia absurdu
Odrzucając życie Cioran kwestionuje
także przyjmowane zarówno przez filozofów, jak i przez większość
zwykłych śmiertelników cele życiowe. Nie dyskutuje z jakąś
konkretną koncepcją celu życiowego, ale odrzuca wszelkie cele,
odrzuca bowiem ideę życia zdążającego do celu. Owo odrzucenie
przyjmuje postać dramatycznego i obezwładniającego pytania: Czy
życie ma jakiś sens? „Uczestnicząc w pogrzebie – zauważa
Cioran – przecież nie powiemy sobie, że sensem tego oto życia
było umrzeć. Nie ma celu samego w sobie. To złudzenie celu jest
wielkim motorem, tyle tylko że ten, kto go posiada, nie wie, że
jest to czysta iluzja”46. „Dla zwierzęcia życie jest wszystkim,
dla człowieka jest ono znakiem zapytania (...) I nigdy jej
[odpowiedzi] nie otrzyma, gdyż życie nie tylko nie ma żadnego
sensu, ale i mieć go nie może”47.
Z najbardziej dramatycznym odrzuceniem
w myśli Ciorana mamy do czynienia wtedy, gdy autor Pokusy istnienia
kwestionuje sam fenomen życia. „Drogą refleksji oraz wewnętrznego
doświadczenia odkryłem, że nic nie ma sensu, że życie nie ma
żadnego sensu”48. Cioran urąga życiu w sposób najbardziej
dramatyczny i spektakularny, obrzuca je największymi obelgami, stąd
być może wywodzi się jego koncepcja samobójstwa. Życie da się
znosić jedynie dzięki świadomości, że możemy je porzucić,
kiedykolwiek zechcemy. Zawsze możemy zrezygnować z życia. „Jest
ono na naszej łasce”49. Odrzucenie życia, chociaż u Ciorana
mające charakter ostatecznej możliwości, jak sam mówi, rodzi się
z uczucia niewygody, niedopasowania. „Czuję się niewygodnie w
istnieniu, nie tylko w kulturze, ale w ogóle w istnieniu. Jest to
coś fundamentalnego”50. Owa fundamentalność niewygody w
istnieniu jest być może poszukiwanym źródłem Cioranowskiej
filozofii odrzucenia. O randze, a zarazem złożoności tej kwestii
świadczą niektóre wypowiedzi Ciorana dotyczące paradoksalności
własnego istnienia: „Paradoks mej natury polega na tym, że
istnienie pasjonuje mnie, a jednocześnie wszystkie moje myśli są
wrogie życiu”51. Stąd jego poczucie tragiczności. „Ta tragedia
jest czymś pierwotnym; problem tkwi w tym, że bycie człowiekiem
jest samo w sobie czymś tragicznym”52. Nasze życie nie ma celu,
bowiem już u samego początku zostało skalane grzechem. Natura
ludzka została zepsuta w zarodku. Źródłem tego grzechu był wybór
drzewa poznania.
47 E.M. Cioran, Na szczytach
rozpaczy..., s. 153.
48 Z Cioranem rozmawia Leo Gillet [w:]
Rozmowy z Cioranem..., s. 55.
49 Tamże, s. 79.
50 Z Cioranem rozmawia Fritz J. Raddatz
[w:] Rozmowy z Cioranem..., s. 147.
51 Z Cioranem rozmawia Helga Perz [w:]
Rozmowy z Cioranem..., s. 26.
52 Z Cioranem rozmawia Louis Jorge
Jalfen [w:] Rozmowy z Cioranem..., s. 85
Janina Filek
(fragment eseju Filozofia odrzucenia
– wokół myśli Emila Ciorana )
piątek, 27 czerwca 2014
Dar czytania w duszach
Plotyn, opowiada Porfiriusz, miał dar
czytania w duszach. Pewnego dnia, bez żadnych wstępów, powiedział
swemu wielce zdziwionemu uczniowi, by nie próbował się zabić i by
raczej wyruszył w podróż. Porfiriusz wybrał się na
Sycylię: wyleczył się tam ze swej melancholii, lecz, dodaje z
żalem, nie mógł być przy śmierci swego nauczyciela, który zmarł
w czasie jego nieobecności. Już od dawna filozofowie nie czytają w
duszach. To nie ich zawód, powiada się. Możliwe. Ale nie należy
się dziwić, że niewiele też nas obchodzą.
Cioran
czwartek, 12 czerwca 2014
Rzeka czasu
Pytanie Husserla nie jest więc –
wbrew pierwszemu wrażeniu - pytaniem o doświadczenie czasu
abstrahującym od czasu rzeczywistego. Jest to raczej pytanie o sens
czasu, który nazywamy rzeczywistym: o to, skąd się bierze, że
rzeczy jawią się nam nie tylko jako złote, czy ciężkie, lecz
także jako „przemijające”, „przeszłe”, „trwałe”.
Pytanie o sens pewnego fenomenu mijania.
Jak z tego widać, problem czasu
pojawia się tu z początku jako problem lokalny: Husserl w
„Wykładach o wewnętrznej świadomości czasu”, pyta o sens
czasu, czy inaczej o źródło naszej świadomości następstwa
czasowego – tak jak gdzie indziej pyta o pochodzenie (Husserl mówi:
konstytucję) naszej świadomości przestrzeni czy koloru. Intryguje
go pewien element fenomenu naszego świata. Czy jeszcze inaczej:
wśród przedmiotów z jakimi mamy do czynienia, są takie które
podlegają zmianie czasowej, które przemijają; Husserl pyta więc:
co sprawia, że obok innych właściwości przedmioty te mają także
tę: przemijalność?
Husserl – podobnie jak Bergson czy
James – porównuje czas z rzeką. Spróbujmy więc ponownie
zastanowić się nad tą metaforą „rzeki czasu”, być może ona
pomoże nam znaleźć odpowiedź na powyższe pytania.
Spróbujmy ją zrozumieć w miarę
dosłownie; czas byłby wówczas takim samym rzeczywistym procesem
jak rzeka: także i czas „płynie” niezależnie ode mnie i
wystarczy mi po prostu to zarejestrować.
Wiemy o przeszłości i przyszłości,
potrafimy rozróżnić rzeczy przeszłe, teraźniejsze i przyszłe na
podstawie obserwacji ich obiektywnego następstwa po sobie. Jeśli by
tak było, nasz problem byłby rzeczywiście pozorny – nie ma co
się zastanawiać nad pochodzeniem mojej świadomości czasu, bo czas
jest mi po prostu dany.
Ale to nieprawda, już Bergson nas tego
uczył. Czy bowiem czas jest naprawdę faktycznie zachodzącym
procesem? Czy rzeczywistość, sama w sobie – sortuje już rzeczy
na wcześniejsze i późniejsze (bo rzeczy, które widzę, są już
tak posortowane: ulica, na którą patrzę z okna nosi jeszcze ślady
wczorajszego deszczu)? Nie, oczywiście. To dopiero dla mnie kałuże
na ulicy są śladami tego, co stało się wczoraj. Dopiero ja,
obserwator, mogę rozróżnić co powstało wcześniej a co później:
bo przecież pozostawione same sobie wszystkie rzeczy, które widzę
na ulicy są względem siebie równoczesne. Dopiero ja zatem układam
je w porządek czasowy, w następstwo.
Merleau-Ponty: „Stół, przy którym
siedzę, nosi ślady mojego minionego życia, wyryłem na nim swoje
inicjały, pobrudziłem go atramentem. Jednakże same z siebie ślady
te nie odsyłają bynajmniej do przeszłości, są współczesne; i
jeśli rozpoznaję w nich znaki jakiś „dawnych” wydarzeń', to
dlatego, że już skądinąd wiem, co to przeszłość, dlatego, że
sens przeszłości noszę w sobie”.
Jeśli tak, to świadomość
przeszłości (i przyszłości) nie może być rezultatem obserwacji
faktycznie zachodzącego następstwa, obiektywnego procesu, który
nazywamy czasem. Rozróżniamy rzeczy wcześniejsze od późniejszych,
dostrzegamy następstwo w doświadczanym przez nas świecie, bo już
skądinąd potrafimy oddzielić to co było, od tego co jest, bo już
uprzednio mamy ideę przeszłości. Metafora rzeki nie może być
więc dosłownie rozumiana (i sama w sobie prowadzi zresztą wtedy do
absurdalnych konsekwencji: rzeka płynie zawsze z jakąś szybkością
– jaki jednak sens ma pytanie: „jak szybko płynie rzeka
czasu?”). Husserl: „Czy twierdzenie, że rzeka czasu jest
obiektywnym procesem, nie jest absurdalne? Owszem!”.
Skoro więc „rzeka czasu” nie da
się umieścić w przyrodzie, w „świecie obiektywnym, jako
faktyczny proces” - i skoro rzeczywistość dopiero jako komuś
dana (a zatem uświadamiana) nabiera czasowego charakteru –
spróbujmy ją umieścić w świadomości. Powiedzmy: przeszłość
dana jest w przypomnieniu, teraźniejszość w spostrzeżeniu,
przyszłość w oczekiwaniu. Rzeczywistość jawi się nam jako
„teraz”, gdy ją spostrzegam, jako już-nie-teraz, gdy coś sobie
przypominam, wreszcie jako jeszcze-nie-teraz, gdy czegoś oczekuję.
To dopiero dzięki przypomnieniu i oczekiwaniu rzeka czasu zaczyna
płynąć; dopiero przypomnienie i oczekiwanie rozwijają punkt
aktualnego „teraz” w linie następujących po sobie
„już-nie-teraz”, i „jeszcze-nie-teraz”.
Ale i tu Bergson nauczył nas
wątpliwości. Zachowany w pamięci widok jest bowiem nadal widokiem
i sam fakt pamiętania go nie czyni go jeszcze minionym – wręcz
przeciwnie, czyni go właśnie obecnym. Reprodukcja spostrzeżenia
jest także spostrzeżeniem – więc jeśli mam ją uznać za
przypomnienie czegoś minionego, muszę wiedzieć o tym już
skądinąd. Przypomnienie sprawia, że uświadamiam sobie teraz coś,
co kiedyś było – ale jeśli tak, to znaczy, że owo coś musiało
już minąć, musiało stać się przeszłością, zanim sobie je
przypomniałem. A więc to nie tu trzeba szukać źródła naszej
idei przeszłości, odpowiedzi na pytanie o sens przemijania.
Czym więc jest „rzeka czasu”? Jak
widać ani rejestrowanym przez nas faktycznym następstwem zdarzeń,
ani ustanawianą przez dyskretne akty świadomości linią, biegnącą
od już-nie-teraz do jeszcze-nie-teraz. Ani tak, ani tak nie jesteśmy
zdolni wyjaśnić, dlaczego czas płynie. W nieco innych słowach ten
negatywny rezultat dotychczasowych rozważań można by było
podsumować tak oto (jest to myśl, którą – choć w innym
sformułowaniu – znamy już właśnie od Bergsona i Jamesa):
okoliczność, że rzeczy układają się w następstwo czasowe, da
się wytłumaczyć tylko na drodze analizy intencjonalności, a więc
takiej, która traktuje świat i jego świadomość jako dwa
nierozdzielne elementy wzajemnego związku („świadomości
intencjonalnej”): rzeczy (zdarzenia) bowiem następują po sobie
tylko ze względu na podmiot, który potrafi oddzielić to, co było,
od tego, co będzie.
Krzysztof Michalski
Logika i czas s. 189-192
czwartek, 22 maja 2014
Owa przerażająca tajemnica
W Umierającym Sokratesie
Nietzsche widzi też odbicie własnego dramatu. Sokrates chciał
umrzeć i umierając wypowiedział te oto tajemnicze słowa:
„Kritonie, dłużny jestem koguta Asklepiosowi” - tak jakby
„uleczony z jakiejś choroby winien był coś bogu zdrowia”. *
To śmieszne i straszliwe ostatnie
słowo – pisze Nietzsche – znaczy dla tego, kto ma uszy:
„Kritonie, życie jest chorobą”. To możliwe! Człowiek jak on
[…] był pesymistą! Nadrabiał tylko miną wobec życia i za życia
ukrywał swój ostateczny sąd, swe największe uczucie! Sokratesa,
Sokratesa bolało życie! A on zemścił się jeszcze za to – owym
tajemniczym, strasznym, pobożnym i bluźnierczym słowem! Musiałże
i Sokrates mścić się jeszcze? Czyż było o jeden gran
wielkoduszności za mało w jego cnocie? **
Jak to w sposób godny podziwu wykazał
Bertam, Nietzsche pozwala w tym miejscu odgadnąć swą tajemnicę,
swą własną najskrytszą wątpliwość, dramat swego istnienia. On,
Nietzsche który chciał być piewcą radości istnienia i radości
życia, czyż i on w końcu nie podejrzewa, nie obawia się, że
istnienie to tylko choroba? Sokrates zdradził tajemnicę. Dał do
zrozumienia, co myśli o życiu ziemskim. Nietzsche jednakże chce
należeć do „pierwszej rangi duchów”, takich co umieją ową
tajemnicę przerażającą przemilczeć.
Czyż jego płomienny, dionizyjski
dytyramb o życiu i o niczym więcej – pisze Bertram – nie był
rodzajem milczenia w którym wielki Nauczyciel życia nie wierzył w
życie? ***
* Platon, Fedon, 118 a.
** F. Nietzsche, Wiedza radosna, dz.
cyt., par. 340
***
Bertram, Nietzsche, dz.
cyt., s 330
Pierre Hadot, Filozofia jako ćwiczenie
duchowe, s.136
tłumaczenie: Piotr Domański
wydawnictwo
Aletheia
sobota, 26 kwietnia 2014
Apoftegmaty i kephalaia – pomoce w ćwiczeniach duchowych
To także odnajdziemy w tradycji
zakonnej. Tym, co zastąpi filozoficzne „dogmaty”, będą
„przykazania”, takie jak reguła życia zgodnego z Ewangelią,
czyli słowa Chrystusa obwieszczającego zasady życia
chrześcijańskiego. Lecz obok przykazań ewangelicznych reguła
życiowa może brać inspirację ze słów „starożytnych”, tj
pierwszych mnichów. Antoni w chwili śmierci zaleca swym uczniom, by
pamiętali o jego przestrogach.
Trzeba nam pytać o drogę mnichów,
którzy nas poprzedzili na niej postępując w sposób prawy, i
trzeba wstępować w ich ślady,
oświadcza Ewagriusz Pontyjski.
Przykazania ewangeliczne i słowa starożytnych przedstawiane są w
postaci krótkich sentencji, które podobnie jak w tradycji
filozoficznej łatwo można utrwalić w pamięci i medytować nad
nimi. Tę potrzebę pamięci i medytacji zaspokajają liczne zbiory
apoftegmatów i kephalaia spotykane w literaturze zakonnej.
Apoftegmaty to słynne powiedzenia
starożytnych, ojców pustelników, wypowiedziane w określonych
okolicznościach. Ten gatunek literacki istniał też w tradycji
filozoficznej; jego liczne przykłady znajdujemy w dziele Diogenesa
Laetriosa. Co do kephalaia, są to zbiory sentencji stosunkowo
krótkich, najczęściej zgrupowanych w „centurie”. To również
gatunek literacki ceniony w tradycyjnej literaturze filozoficznej,
należą do niego na przykład Rozmyślania Marka Aureliusza i
Sentencje Porfiriusza. Oba gatunki zaspokajają potrzebę
medytacji.
Zresztą medytacja chrześcijańska
będzie się mogła na równi z filozoficzną bujnie rozwijać,
stosując wszystkie środki retoryki, oratorskiej amplifikacji,
uaktywniając wszystkie zasoby wyobraźni. Tak na przykład Ewagriusz
Pontyjski zachęca swego ucznia, by sobie wyobraził własną śmierć,
rozkład swego ciała i cierpienie duszy w piekle, wieczny ogień, i
w kontraście z nimi, szczęście sprawiedliwych.
Medytacja powinna być w każdym
wypadku trwała. Doroteusz z Gazy kładzie nacisk na tę kwestię:
Obyście zawsze, bracia, rozważali to
w sercu, obyście ćwiczyli się w naukach świętych starców.*
Gdybyśmy, bracia, pamiętali o słowach
świętych starców, gdybyśmy się nimi przejęli, to bardzo trudno
byłoby nam zgrzeszyć. **
jeśli chcesz znaleźć w sobie te
myśli w chwili potrzeby, pielęgnuj je w sobie stale, trwaj w nich.
***
W życiu duchowym istnieje pewnego
rodzaju zmowa słów normatywnych, rozważnych i utrwalanych w
pamięci, i zdarzeń dających okazję do ich zastosowania w
praktyce. Doroteusz z Gazy obiecuje swoim mnichom, że jeśli będą
rozważać nieustannie „słowa świętych starców”, będą mogli
„ze wszystkich zdarzeń odnieść korzyść”.
* Doroteusz z Gazy, Nauki ascetyczne,
par. 60, 72 [M. Borkowska]
** Tamże, par. 69, 2 [M. Borkowska]
*** Tamże, par. 189, 4-5
Pierre Hadot, Filozofia jako ćwiczenie
duchowe, s. 82-83
tłumaczenie: Piotr Domański
wydawnictwo Aletheia
czwartek, 24 kwietnia 2014
Wola Boża jako ćwiczenie duchowe
Powiedzieliśmy, że taka recepcja
ćwiczeń duchowych przez chrześcijaństwo wniosła do niego pewną
postawę duchową, pewien styl życia, którego w nim początkowo nie
było. Przede wszystkim samo pojęcie ćwiczenia. W powstrzymaniu
czynności, w uprawianiu treningu po to by się zmienić i samego
siebie przekształcić, jest refleksja, jest dystans – coś bardzo
różnego od ewangelicznej spontaniczności. Stanowiąca istotę
praktyki, uwaga skierowana na siebie wytwarza w akcie rachunku
sumienia czy rozróżnienia stanów ducha całą technikę
introspekcji, niezwykłą subtelność analizy. Ostatecznie i nade
wszystko poszukiwany ideał i cele stawiane życiu duchowemu mają
silne zabarwienie stoickie i platońskie, tj. neoplatońskie, jako,
że neoplatonizm pod koniec starożytności nadał moralności
stoickiej formę całościową.
I tak na przykład doskonałość
duchowa jest opisywana w sposób całkowicie stoicki jako
przekształcenie woli utożsamiającej się z wolą Boską. Widzimy
to u Doroteusza z Gazy:
Kto nie ma własnej woli, ten zawsze pełni własną: ponieważ bowiem nie ma własnej, cokolwiek się dzieje, on się z tego cieszy i okazuje się, że zawsze robi to, co chce. Bo nie pragnie, aby rzeczy działy się tak, jak on chce, ale takimi ich pragnie, jakie się dzieją.*
Niedawni wydawcy Doroteusza z Gazy
porównują ten fragment z tekstem Epiktetowego Enchiridionu:
Nie usiłuj naginać biegu wydarzeń do swojej woli, ale naginaj wolę do biegu wydarzeń, a życie upłynie ci w pomyślności. **
Doskonałość duchowa ukazuje się
także jako całkowita nieobecność namiętności: koncepcja stoicka
podjęta przez neoplatonizm. U Doroteusza z Gazy jest ona właśnie
efektem odcięcia własnej woli:
Wyrzekając się [woli] uwalnia się od władzy namiętności, a ta wolność prowadzi z pomocą Bożą do apatii.
Zauważmy nawiasem, że w tym
kontekście zalecane przez Doroteusza sposoby odcięcia woli są
identyczne z ćwiczeniami w panowaniu nad sobą istniejącymi w
tradycji filozoficznej: Plutarch na przykład dla zapobieżenia
ciekawości radzi nie czytać epitafiów na grobowcach nie zaglądać
do mieszkań sąsiadów, odwracać się od widowisk ulicznych.
W ten sam sposób Doroteusz doradza nie
patrzeć tam, gdzie by się chciało, nie pytać kucharza co gotuje,
nie włączać się w rozmowę.*** To właśnie nazywa on odcięciem
woli.
* Doroteusz z Gazy, Nauki ascetyczne,
par. 202, 12.
** Epiktet, Enchiridion, par. 8 [L.
Joachimowicz]
*** Doroteusz z Gazy, Nauki ascetyczne,
par. 20, 11-13 [M. Borkowska]
Pierre Hadot, Filozofia jako ćwiczenie
duchowe, s. 86-87
tłumaczenie: Piotr Domański
wydawnictwo Aletheia
Osobiście Boecjusz wcale nie jest ascetą
Osobiście
Boecjusz wcale nie jest ascetą - ale negatywna ocena dóbr
ziemskich, ogólnie przyjęta we wszystkich antycznych pocieszających
dziełach literackich, w świetle religijności neoplatońskiej
nabiera głębszego znaczenia i przypomina Augustyna. Duch ludzki nie
może tkwić w tym, co doczesne, czuje się om w pełni zadowolony
dopiero u Boga, tzn. w duchowym oglądaniu Boga i Jego wiecznej
doskonałości. Z tego punktu widzenia tracą swój blask nawet pełne
dumy wspomnienia i polityczne cnoty rzymskie. W .skali ostatecznej
również i one są puste i marne i wypływają z bezsensownej żądzy
sławy. W nie mniej zasadniczy sposób zostało usprawiedliwione
odwrócenie się od ideału życia politycznego, przy czym Boecjusz
idzie tu jeszcze dalej niż Augustyn w Państwie Bożym. Ale
cierpienie nabiera znaczenia moralnego i posiada wartość pozytywną:
„Sądzę, że ludziom los nieżyczliwy lepiej się przysłużą niż
los przychylny" (consol. II 8, 3).
Za:
Hans von Campenhausen, Ojcowie Kościoła, tytuł oryginału: I.
Griechische Kirchenväter; II. Lateinische Kirchenväter, przełożył:
Kazimierz Wierszyłowski, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1967
Subskrybuj:
Posty (Atom)