środa, 22 lipca 2026

Ferdynand Goetel Patrząc wstecz wypisy 2


Usłyszawszy o moim zamiarze udania się do Warszawy, wujek nie okazał zachwytu.
– Masz dość architektury... trudno. Sam nieraz zaczynałem wszystko od nowa. Ale dlacze-go aż do Rosji?!
Dla starszego pokolenia Królestwo i Królewiacy tak jak nie istnieli. Wiedzieli tylko o Ro-sji, a przerażającym jej znakiem był kordon graniczny, gdzie rewizja paszportów, przeszuki-wanie walizek, zaglądanie do książek i gazet, no i odrażające postacie żandarmów. W cza-sach, gdy można było całą Europę przejechać bez wizy i pieniężnych ograniczeń, a rewizja celna bywała przykrą jedynie dla upatrzonego przez celników człowieka – granica rosyjska była czymś w rodzaju obecnej „żelaznej kurtyny”. Zmianom, które podobno zachodziły za nią; opowieściom o zabawnych i tam przejawach życia – nie dowierzano. Warszawa to przede wszystkim szarżujący po ulicach kozacy.
*

Zmiany ustrojowe po roku 1905 byłyby dla państwa za-chodniego lekkim wstrząsem. Inaczej stało się w Rosji. Ustanowienie Dumy, rozluźnienie cenzury, ograniczenie praw ochrony i żandarmerii, dopuszczenie do głosu samorządów, podziałało na starych „czynowników” (urzędników) jak grom z jasnego nieba. Nasłany do Królestwa urzędnik mógł być niedokształcony i głupi, lecz musiał być „błagonadiożnyj” (prawomyślny). Zasadą jego była wszczepiona mu wiara w misję „samodzierżawnoj Rasijej”; wzorem postawy wyznania Murawiewa. Człowiek taki tracił głowę w obliczu zaszłych zmian.

Czego teraz oczekiwać, na co stawiać? Osądził przeto: „dziej się, co chce, trzymam się posady”. Jakżeż się dziwić, że w tych warunkach stosunki pomiędzy zadufaną w sobie ludnością, a nie wiedzącymi co słuszne urzędnikami rosyjskimi, regulowała „łapówka”.Możliwości jej były niekiedy niewiarygodne. I tak, w kabarecie Renesans wspomniany już „Lutas” Templer bawił się hałaśliwie w loży pierwszego piętra. Napomniany przez komisarza policji, zrzucił go na łby biesiadujących na parterze gości. W niedawnych jeszcze czasach awanturnik tego rodzaju byłby zesłany na Sybir. Tym razem załatwiono „nieporozumienie” łapówką w wysokości 10.000 rubli. Komisarz mego okręgu pobierał żołd w wysokości stu rubli miesięcznie; za wynajem mieszkania w wytwornej kamienicy płacił 120 rubli. Skąd brał resztę, nie pytano.

Żyło się więc w Warszawie, jak kto chciał. Przyczajone w ruchliwym mieście gniazda spisku nie miały żadnego niemal wpływu na opinię publiczną. Nawet literaci, satyrycy i wol-nomyśliciele warszawscy zdawali się żyć i tworzyć w błogostanie ducha zapatrzonego we własne podwórko. Poemat o księciu Józefie Zdzisława Kleszczyńskiego, nagrodzony przez „Tygodnik Ilustrowany” w roku 1913, był tylko rakietą drzemiącego buntu. Po Starym Mieście wałęsał się rzewny Or-Ot, piewca poczciwych rzemieślników, sklepikarzy i sentymental-nych zaułków. Jeżeli czasem uderzał w strunę patriotyzmu, to cofał się wspomnieniami aż do Kilińskiego. Tadeusz Miciński, jak zawołał w słynnym wierszu: „W konie, Chryste Panie”, tak szybował myślą między niebem a ziemią, niezrozumiały ni tu, ni tam. Buntowniczy i niesforny umysł Andrzeja Niemojewskiego, redaktora „Myśli Niepodległej”, gorszył czytelników klerykalnego „Kuriera Warszawskiego” dowodzeniem, że Chrystus jest jedynie symbolem astralnym. Zaś redaktor „Muchy” Władysław Buchner, wraz ze współredaktorem „Kro-gulcem” Orłowskim, zdawali się zapominać o ostrych przycinkach pod adresem Rosji i dowcipkowali tak, jak gdyby nadszedł okres politycznej kanikuły. Płaskie humoreski na temat wyborów do Dumy i samorządu; kpiny z dziennikarzy przemielających sieczkę mało ważnych wiadomości; monologi „pana Walentego” – oto strawa, którą sycono niewybredne mieszczaństwo. Ktoś kto wysławia późniejszy dowcip warszawiaków na próżno szukałby go w „Musze”; a były to przecież czasy, gdy w Krakowie wychodziło dęte „Liberum Veto”, zaś na łamach jego wstępował w szranki genialny pamflecista Adolf Nowaczynski.

Zdemobilizowanie ducha wojowniczej Warszawy byłoby nie do pojęcia, gdyby nie powód realny. Po roku 1905 opuścili Warszawę nie tylko czołowi prozaicy jak Daniłowski, Siero-szewski, Strug i Żeromski, lecz, co ważniejsze, młodzież akademicka. Wyniesiony przez nich zapłon musiał być silny, skoro rozgorzał od niego „polski Piemont”, jak nazywano Galicję, a w ślad za nim ugrupowanie polskie w miastach Europy i Rosji. I kiedy na uniwersytecie warszawskim straszył zamróz porzuconego domu, w uczelniach Kijowa i Petersburga gromadzono arsenał dążeń niepodległościowych.

Gdzie jednak podziała się bitność i zawziętość ludu warszawskiego? Czy majsterkowie Starego Miasta naprawdę zadawalali się podwórkową niezależnością opiewaną przez Or-Ota? Czy robotnicy Woli zapomnieli o barykadach i zamachach? Historia miasta, które pozornie głuche i pogodzone z losem, czterokroć w ciągu jednego wieku porywało się do walki o zagrożoną wolność, wskazywałaby na co innego. Zapewne – stary spisek tlił się tu i tam na krańcach miasta; nowy powstawał i zawiązywał wątłą jeszcze sieć, szeroki ogół nie dawał mu jednak ucha. Kiedy w roku 1911 wyległa na ulice ludność Warszawy, aby pożegnać zmarłego Bolesława Prusa, myśl rzesz zwracała się do pogodnych, dobrych lat pozytywistycznych dążeń, a nie do wspomnień powstańczych. Było w tej manifestacji może i pewne przeczucie nadchodzącego niepokoju, nikt jednak nie przewidywał, że zmiana nastąpi tak rychło.

Żyło się bowiem beztrosko jak jeszcze nigdy. Energia warszawian zdawała się być pochłonięta wielkimi i szybkimi zarobkami. Ostatnie lata przed pierwszą wojną to niezwykła wprost koniunktura dla warszawiaków i fabryk całego Królestwa. Cokolwiek wytworzy warszawski Grzybów czy tkalnie Woli znajduje natychmiast odbiór w Rosji. Przyrządy miernicze Gerlacha, zastawy stołowe Frageta, Henneberga i Norblina, słodycze Fuchsa i Wedla, konfekcja wszelkiego rodzaju popłynie śladem tkanin i skór. I chociaż przemysłowcy Warszawy i Łodzi wiedzą, że towar ich zaopatruje również składy mobilizacyjne, nikt się tym nie przejmuje. Wojna może być albo i nie; od lat już przecież kipi na Bałkanach. I nic. Im później wybuchnie, tym dla Królestwa lepiej. Program dorabiania się głoszą już nie tylko Narodowi De-mokraci, lecz i świeżo powstała partia Realistów.
*
By stać się pływakiem, trzeba podobno skoczyć na głębokie wody. Tak utrzymują fachowcy. Jakże im się przeciwić, skoro utopieni milczą.
*
W Smoleńsku dłuższy postój. Zmiana konwojentów. Wieść o przybyciu pociągu z tajemniczymi aresztantami musiała się rozejść po mieście, gdyż dworzec zaroił się od gapiów.
Chodzą od wagonu do wagonu, przepatrują, w końcu zaczynają nam wymyślać do „sukinsynów” i „germańskich szpionów”. Od czegóż jednak słowniczek złodziei otrzaskanych z folklorem więziennym w głębi Rosji. Z drzwi sąsiedniego wagonu wychyla się obywatel Prawda i recytuje istny poemat okropnych wyzwisk z biegłością moskiewskiego opryszka. Gapie słuchają z otwartymi gębami i nieledwie z zachwytem na twarzach.

– „Niet” – słyszymy – „eto nie szpiony. Eto budut warszawskije żuliki”.

Dworzec pustoszeje. Nowej straży nie widać. Znudzony żandarm wałęsa się wzdłuż naszego pociągu. Lecz oto spieszy ku nam dziewczyna. Na ramieniu ma opaskę z polskim napisem: Komitet Pomocy Ofiarom Wojny. Jeden z rzezimieszków wyrywa się z obleśną zaczepką, lecz zostaje przywrócony przez towarzyszy.

– Stul mordę! Nie widzisz?... Polka.

Panienka podchodzi i do naszego wagonu, pyta o kobiety i dzieci, czy nie trzeba lekarstw, bandaży, żywności może. Dziękujemy w serdecznych słowach. Więc może listy... może zawiadomić rodzinę...

Po latach wielu miałem przypomnieć sobie to troskliwe dziewczę. Kiedym się znalazł na katyńskim pogrzebisku, wskazano mi na sąsiadujące z nim stare mogiły. Na odkopanych tam szczątkach były zachowane jeszcze medaliki i krzyżyki katolickie. Wspomniałem wtedy o dziewczęciu, które samo jedno pobiegło, by dopomóc dotkniętym niedolą.

Zamykać wagony. Jedziemy dalej. Nowi konwojenci to starszy rocznik dobrodusznych rezerwistów. Możność spędzenia kilku dni na włóczędze, aby jak najdalej od frontu, nęci ich i rozwesela. Złodziejaszków nie odróżniają od jeńców cywilnych. Bratają się łatwo z jednymi i drugimi.
*
Płyniemy dalej pod flagą ciemnej gwiazdy. W Samarze pozwalają nam co prawda zjeść obiad w niezłej restauracji dworcowej, lecz w ogóle nie wiedzą, dlaczegośmy się tu wzięli i co z nami robić. Jesteśmy świadkami zabawnej sceny. Służbowy oficer żąda od naszego sierżanta urzędowych papierów z Warszawy, a ten ma tylko spis imienny nagryzmolony w baraku praskim. Sprawa idzie do miejscowego urzędu gubernialnego, który ni stąd, ni zowąd, od-prawia nas aż do Taszkientu.

Wiadomość przynosi pewną ulgę, bo jeśli Taszkient, to i ciepło. Nowi konwojenci, czelabińscy Tatarzy dają nam dość przykry przedsmak ciepłego klimatu. Obchodzą się z nami brutalnie i co chwila grożą użyciem „prikładu” lub „sztyku”.
Na postoju w szczerym stepie orenburskim dochodzi do groźnej zwady pomiędzy nimi a naszą chuligańską bracią. W ruch idą kułaki, potem broń, w ręku niejednego rzezimieszka błyska nóż.

Po bójce naradzam się z Jaraczem, jak udobruchać naszych Mongołów. Osądzamy, że najlepiej będzie podsłuchać ulubioną ich piosenkę i popisać się nią przy pierwszej sposobności.

Ajt medynnyn myn synaj
Dynna dynnyn myn synaj...

Nucimy na pustynnych piaskach Kara Kum. Tatarzy szaleją z radości. W dalszej drodze opiekują się nami jak niańki.
*
Powzięte już w Warszawie przypuszczenie, że główną osobistością tamtej gromady jest pan Józef, sprawdza się. U boku jego wypływa rychło dwu adiutantów: Osiecki to wielki koniokrad i przemytnik. Odziany w cholewy, kożuszek z barankowym kołnierzem i takąż czapkę, wygląda na dzierżawcę folwarczku. Gębę ma polską, oczy siwe i biegające, sposób bycia gospodarski. „Koniokrada” wziąłby za obrazę.

– Ja, proszę pana – tłumaczy dobrotliwie, podkręcając płowego wąsa – nie potrzebuję tych koni kraść. Wystarczy mi wejść do stajni, a drżą. Idą potem za mną jak barany za owczarzem. Podprowadzam taki tabun do pruskiej granicy, przemycam na drugą stronę, sprzedaję za do-bre pieniądze, kupuję eter czy lekarstwa i wracam.

Grzybowski zasię jest złodziejem kolejowym. Elegant, ubrany z wielkomiejska, przypomina kupca czy przemysłowca. W krawacie ma szpilkę z perłą, pamiątkę chyba po zawodowej przejażdżce. Wytworniś ten jest najbardziej wulgarny z całej zgrai, choć gdy trzeba, najbardziej ugrzeczniony.

– Musi pan mieć bardzo lekką rękę – ciągnę go pewnego razu za język.
– Rękę to mało – spogląda ironicznie. – Psychologia, szanowny panie. O, widzi pan, kiedym pana zabawiał historyjką o tym kuferku, com go sprzątnął sprzed nosa rabinowi, przeniosłem panu zegarek z kamizelki do lewej kieszeni marynarki. Niech pan uważa, bo go znowu gdzieś przeniosę.

Jakoż, zagadał mnie znowu i zegarek znalazłem w spodniach.

Kimże jednak jest pan Kułakowski? Powoli i z pewnym zakłopotaniem wprowadza mnie w dzieje swego życia. Jest synem majstra gazowni warszawskiej, starego pepesowca. W domu było ich troje rodzeństwa. Starszy brat działał w partii, jak i ojciec. W roku 1905 wyróżnił się jako dowódca bojówki. Śladem brata poszedł i on, Józwa, jak go wówczas nazywano. W starciu z żandarmami dostał kulę w pierś. Zdołał zbiec do domu, a ojciec ukrył go u znajomych „towarzyszy”. Ścigany listami gończymi brat został przerzucony przez partię do Szwajcarii. Stało się źle. Nikomu bowiem tak nie ufał jak bratu; nikogo tak nie słuchał. W ojcowskim domu nie miał się teraz co pokazywać, gdyż i za nim chodziły teraz „hinty. Zaczął teraz rozbijać na własną rękę. Mścił się jak mógł i jak umiał. Nie ruszał nigdy polskiego dobra.

Grabił lub puszczał z dymem sklepy i składy monopolowe. Mechanik z zawodu, stał się z czasem włamywaczem. Poznali go na gościnnych występach w Petersburgu, Kijowie, Odessie. Niekiedy musiał użyć broni. W obronie własnej. „Mokra robota” jest w pogardzie u prawdziwych bandytów. Skąd się tu wziął? Zgubiła go próżność. – Bo widzi pan – ociągał się. – Do wojny siedziałem nie na Mokotowie, a na Świętym Krzyżu. Za jedną strzelaninę. W Petersburgu. Zdołałem uciec z tej przeprawy, lecz dopadli mnie w pociągu na terenie Królestwa. Dlatego wyrok w Warszawie i Święty Krzyż. Siedziałem niedługo, bo zaraz wojna. Kiedy ci Strzelcy zajmowali Kieleckie, podjechał pod więzienie oddziałek setnych chłopaków. Rozbroili straż, otwarli bramy i... hulaj bracie, gdzie chcesz. Byłbym do nich doskoczył na tę bitwę z Moskalami, ale wiadomo, wstyd. Więc do Warszawy. Na Wolę wprzód. Pokazać się staremu i siostrze. Niewiele mi było pociechy z tego spotkania. Więc znów na bruk. I znów porachunek. Miałem tu w złej pamięci jednego prokuratora. Wywęszyłem, gdzie mieszka, kiedy wychodzi i wraca, i dawaj przewracać mu mieszkanie. Chciałem już wyjść, aż tu widzę w szafie elegancki mundur żandarma. Przebieram się w jeden mig. Korciło mnie poparadować sobie po Warszawie, a i wleźć gdzie nie każdego wpuszczają. Pech chciał, że w skrzydle szafy było lustro. Przyglądam się więc, czy mundur dobrze leży, wygładzam, aż tu słyszę: „ruki w wierch”. Wszedł bestia przed czasem, dostrzegł skiełbaszone mieszkanie, podkradł się, wyjął „nagana”... i zrobił swoje. Dlatego ja na Mokotowie i tu.

Polubiłem z czasem tego człowieka. Postawą, a także jakimś cichym żalem nad zmarnowanym życiem, wyrastał wysoko ponad swoje środowisko. Że był kiedyś mechanikiem, i to tęgim, świadczyły na poczekaniu robione rysunki maszyn, narzędzi, zamków. Pamięć miał niezgorszą.
*
Najsprawniej po mieście poruszał się Sierczyk. Złodziejska namiętność uniosła go wszak-że tak dalece, że ukradł mi ulubioną fajeczkę. Kradzież zauważył jeden z moich sąsiadów. Poskarżyłem się od razu panu Józefowi. Ten skinął na przechodzącego Sierczyka.

– Żeby mi tu za godzinę leżała fajka – wskazał na stolik.
– Jaka fajka – wyłgiwał się Sierczyk. – Nic o tym nie wiem.
– Jeżeliś sam nie ukradł, wiesz kto to zrobił. Fajka ma być tu!

Chcąc ułatwić złodziejaszkowi spełnienie zawstydzającego rozkazu, wyszedłem na podwórze. Gdym wrócił, fajka le-żała na stoliku, ale Sierczyk napastował mego sąsiada. Wmieszałem się w sprawę. Opryszek zwymyślał i mnie, gdy nagle u boków jego wyłonili się panowie Kułakowski i Osiecki.

– Czego pyskujesz, pętaku?
– Bo oni się ze mnie śmiali.
– Obrazili cię? – pytanie powinno było zastanowić Sierczyka.
– Nie... ale... – Nie dokończył, gdyż dostał w gębę, a potem raz drugi i dziesiąty, aż runął na ziemię zalany krwią.

– Bójcie się Boga! – zwróciłem się do Osieckiego. – Takie lanie za takie głupstwo?
– Toteż i wały były lekkie. Kości ma całe.

Tak oto doświadczyłem po raz pierwszy, jak przejawia się poczucie sprawiedliwości rządzącej przestępczym światem. Wśród „urków” rosyjskich panowały zapewne już wtedy gor-sze obyczaje. Dla więźnia z Pawiaka czy Mokotowa, osoba i własność towarzysza więziennej niedoli były nienaruszalne. Zasada druga: nie wolno zdradzać. Na tle tym rozegrał się rychło zabawny wypadek.

W pierwszych dniach grudnia wywołano nas na podwórze. Stanęliśmy w dwu rzędach. Po jednej stronie nieduży już oddział jeńców, po drugiej my, cywile. Przybywa trzech oficerów. Dwóch w mundurach rosyjskich, trzeci w nijakim. Czech chyba. Czytają nam odezwę Mikołaja Mikołajewicza, po czym wygłaszają górne przemówienia o braterstwie Słowian i nawołują do wstąpienia w szeregi armii ochotniczej, która, ramię w ramię z Rosjanami, przywróci wolność narodom uciśnionym przez „Germańca”. Ochotnicy... wystąp!

Z szeregu jeńców wojennych wysuwają się ze trzy dziesiątki chętnych. Wśród naszych jakieś poszepty, jakaś wymiana spojrzeń... i nagle przed front występuje dwunastka złodziejska na czele z panem Osieckim. Zespół to co lepszych zabijaków. Za parę godzin przybywa orkiestra wojskowa i wyprowadza „gerojów” w triumfalnym pochodzie.

– Jakżeż to? – pytam pana Józefa – wyłamali się panu? Rozprawiacie tak dużo o zdradzie...
– Niech pan poczeka. Zobaczy pan, co będzie. Jakoś, trzeciego dnia bramę koszar otwarto ponownie i „batalion” Osieckiego, z wodzem na czele, powrócił pod strażą uzbrojonych po zęby żołnierzy. Wódz miał rękę na temblaku, ten i ów utykał.

– Co się stało? – pytam tatuowanego Kazika.
– No, bo my poszli tylko tak, żeby tym draniom dać wyćwikę. Pierwszy dzień siedzieliśmy cicho, a drugiego wzięliśmy się za tych Słowianów. Poszło o żarcie niby to. Oni do nas z ku-łakami, a my za ławy i co tam było pod ręką. Oberwało się i nam, ale pięciu tamtych zabrali do szpitala. Ja u Moskali ani u Austriaków nie służyłem; ale jakbym raz przysiągł na wierność to amen.

Występ niedoszłych ochotników sprawił niezawodnie; że pewnego dnia kazano nam zabierać się w drogę. Cel niewiadomy. Gdy więc znaleźliśmy się za miastem, powraca dawna pogłoska o pieszej, etapowej wędrówce aż w głąb Siedmiorzecza. Nie mija jednak kilka godzin, a zawijamy pod mur zaopatrzony wymownym napisem: Dyscyplinarna Rota.
Karne miejsce otaczał tym razem wysoki mur, a rządy w zakratowanych barakach sprawowali surowy oficer, pop o fałszywych oczkach i olbrzymi wąsaty sierżant. Budynek, do którego nas po rewizji wpuszczają, zamyka się za nami na głucho. Sale są, mimo tego, obszerniejsze i jaśniejsze niż w porzuconych koszarach. Jak się dowiadujemy, pustująca rota była do wybuchu wojny pełna. Więźniowie poszli na front odrabiać winy bagnetem. Sierżant, jak i jego podkomendni, są raczej zadowoleni z naszego przybycia. Myśl, że i oni musieliby walczyć za cara przestaje ich na jakiś czas nękać.

Kazamata składa się z dwóch sal. Ma to swoje zalety, gdyż szajka usadawia się w jednej, a my w drugiej. Porządki w rocie były nieco inne niż w Taszkiencie. Życiowo nieźle. Dwa, trzy razy w tygodniu wywoływano chętnych na roboty. Zgłaszali się wyłącznie jeńcy cywilni. Tamci woleli grać w warcaby, opowiadać więzienne historyjki, urządzać śmieszne gry. Na robotach jak i wewnątrz więziennego muru dyscyplina byle jaka. Podpłaceni przez nas strażnicy biegają do pobliskich sklepów na posyłki. Na podwórzu zaś, atleta Pokój urządza szkółkę zapaśniczą i poucza strażników, jak zakładać podwójnego nelsona. Wiemy już, że nasz „arec” (zapaśnik) jest ulubieńcem straży, lecz trudno nam pojąć, dlaczego od pewnego czasu Pokój znika co wieczór i pojawia się dopiero po północy. Nie mija tydzień, a zagadka wyjaśnia się.

– Występowałem w taszkienckim cyrku jako „czarna maska” – opowiada chluba kazamat.
– Chadzałem tam co wieczór z sierżantem, naciągałem na łeb czarną pończochą i kładłem tych byków jednego po drugim.
– Zdemaskowałeś się w końcu?
– Nie. Musieliśmy przerwać tę zabawę. Pop nasz widocznie coś zwęszył i zagroził sierżantowi donosem. Aranżer zapasów oświadczył publiczności, że mistrz walczący pod czarną maską został zaproszony do Bombaju na mistrzostwa świata.
– Ale pan chyba nieźle zarobił?
– Co oni tam płacili to ja nie wiem, bo pieniądze zabierał sierżant. Mnie odpalał pięć rubli za występ.
*
Przy rozstaniu, pan Józef daje mi wyraz swoistej wdzięczności.
– Panie Ferdynandzie, nie wiem, co tam ze mną będzie, ale ja się chyba urwę z tego transportu. Gdybyś pan po tej wojnie miał w Warszawie z kimś na pieńku, to niech się pan do mnie zwróci, a ja faceta unieszkodliwię.
– Przypuśćmy. Ale jak pana znaleźć?
– Przyjdzie pan na Wolę, koło tych Gore, zawoła pierwszego lepszego łobuziaka i powi mu: prowadź do pana Józefa.
– Może tak przecież zrobić i ktoś niekoniecznie panu miły.
– Ech, chłopiec tak pana podprowadzi, że ja wcześniej pana zobaczę niż pan mnie.

Szczera na pewno oferta nie była pozbawiona przechwałki. O dalszych losach pana Józefa i jego drużyny nic mi nie wiadomo. Romantyczny herszt pozostawił jednak tak silny ślad w mej pamięci, że po latach ośmiu miałem go ciągle na oczach, gdy pisałem opowieść Samson i Dalila.
Gdym z walizką w ręku mijał rogatkę Taszkientu, zdawało mi się, raz ostatni w życiu, że świat do mnie należy. Otwarte przede mną dni okazały się jednak trudniejsze od więziennych. Losem swym musiałem odtąd kierować sam.
*
Podczas wojny życie na dalekim zapleczu bitew staje się podobne do bajki. Swoisty mu pośpiech i hasło carpe diem skłania do poczynań, które można by nazwać nierealnymi, gdyby nie to, że realizmem w takich okolicznościach jest właśnie fantastyka. Sugestia tego splotu jest silna, a siła wspomnień nieprzemijająca. Tak więc i w egzotycznym Turkiestanie, odległym od wojennych zdarzeń o tysiące wiorst, wszystko co fantastyczne zdawało się być logiczne.
Czas w chwilach przełomowych bieży szybko i z dnia na dzień zmienia się świat. Gdym przeto wrócił z ponurych kamyszy Dżunusz Kała, musiałem na nowo uczyć się Taszkientu.

Jaracza już nie zastałem. W liście wysłanym z Moskwy chwalił sobie Polonię tamtejszą, że to niby coś na podobieństwo porzuconej Warszawy. Jest teatr, są wydawnictwa, fundusze i za-pomogi – <będziesz mógł sobie pisać >. Nie pojechałem. Instynkt, jak się okazało trafny, podszeptywał mi, że najlepszą szkołą dla pisarza jest trudne życie; a tego, po doświadczeniach w Dżunusz Kała, spodziewałem się w Turkiestanie więcej niż w przelotnym gniazdku literackim w Moskwie.
*
Motywy używane przez Turkmenów w dywanach są nieliczne i powściągnięte do kształtu tak nieraz rygorystycznego, że można by przyłożyć do nich linię. Zarys wyobrażający świątynię na klęczniku z grupy „teke pende”, to na pół abstrakcyjna wizja artystyczna. O rysunku dywanów rozstrzygali mężczyźni; w haftach rządziły się kobiety. Stąd większa ich swoboda, kolory i rysunki nieraz żywiołowe.

Taki to właśnie haft nabyłem u Taliba, jeden z pierwszych mojego późniejszego zbioru. Barwność tkaniny oszołomiła mnie, choć był to całun podobno.

– Kto to robi? – pytam, zdumiony ilością i gęstością węzłów.
– Kobiety – odpowiada od niechcenia. – Dwie albo trzy.
– Parę lat chyba.
– Całe życie.

Sztuka rodzi się z potrzeby twórcy. Tak też i te kobieciny, zamknięte w haremie, przeka-zały tkaninie swej wszystko, co było marzeniem i treścią ich żyda. Co się z ich dziełem stanie, kto się nim zachwyci – nie dbały. Haft był czymś podobnym do śpiewu w samotne godziny.
*
Szarańcza... Wiosną 1917, w przededniu przewrotu kwietniowego a zarazem okresu straszliwej suszy, jeńcy donieśli mi, że w trzcinowisku przyrzecznym wyroiło się jakieś czarne robactwo. Przeprawiam się na jedną i drugą wyspę oblaną rękawami rzeki i spostrzegam, że młode, zielone jeszcze pędy trzcin są dosłownie pożerane przez ciemne pędraki. Przeglądam u nauczycielki leksykon. Jest to szarańcza w pierwszej fazie przed oskrzydleniem. Wiedząc, że w Taszkiencie znajduje się urząd zwalczania szarańczy, posyłam tam gońca z żądaniem, aby natychmiast przysłano ludzi zaprawionych do walki z plagą. Mija jednak dzień za dniem, wylęg rośnie niesamowicie, a stamtąd słowa odpowiedzi. Przystępuję więc do walki na własną rękę. Większość obszaru za wsią porasta wyschła i gęsta trzcina. Najprostsze byłoby podpalić ją w kilku miejscach, lecz wywołany pożar mógłby zagrozić wsi. Poprzestaję zatem na podłożeniu ognia w trzech wyspach oblanych rzecznymi rękawami. Zaczynam od najdalszej. Obawy moje były uzasadnione, gdyż słup ognia bije nocą w niebo i trwoży wieś.
Ostatnią wyspę podpalamy za dnia, a ja spieszę nad wodę, by ujrzeć skutki pożaru. I oto widzę dziwne zjawisko. Robactwo uchodzące przed ogniem gromadzi się na cyplu wyspy i two-rząc żywy most przez wodę, usiłuje przeprawić się na bezpieczny brzeg. Czarna wstęga nie może jednak dotrzeć do zbawczego celu, gdyż woda dokoła żywego mostu kipi po prostu od ryb. Największym przecież ich przysmakiem jest szarańcza, uskrzydlona czy też nie. Ocalałe robactwo po tygodniu znika. Uskrzydliło się w jedną noc i poleciało chmurą siać zniszczenie gdzie indziej.
Teraz dopiero przybywają fachowcy z Taszkientu. Wałęsają się po pogorzeliskach, ganią to i owo, pouczają, że należało okopać rowami zarażony obszar, spędzić do nich szarańczę i zasypać ją ziemią. Kto miałby to zrobić – nie wiedzą. Z dzienników dowiadujemy się, że niepamiętny od wielu lat wylęg szarańczy objął cały wschodni Turkiestan. Przechodzi tydzień i dwa i już się zdaje, że uskrzydlona szarańcza ominie naszą kotlinę. Tymczasem, jednego wieczoru pojawia się na zachodzie niezwykły obłok. Raz niemalże go nie widać, raz jest zwarty i czarny.

...Leci!... wołają ze wsi. Kto żyw wybiega na swoje pole uzbrojony w blaszany czy drewniany gar, pokrywę i pał-kę. Dudnią długo i ogłuszająco. Dzieciaki wsiowe dmuchają w gwizdki i fujary. Szarańcza, jak wiadomo, boi się hałasu. Chmura zatacza koło nad wsią, opada na trawniki i krzaki głównego koryta rzeki. Siadam na konia i pędzę. Po drodze dobiega mnie łomot skrzydeł. Patrzę w górę... bociany. Nie zliczyć ich. Paręset chyba. Już siadają na rojowisku i młócą pracowicie dziobami obślizgłą masę. Za nimi szpaki, całymi kupami. Przebiegła ptaszyna nie zżera całego owada, jak czyni to wróbel, wysysa móżdżek tylko. Tu pracuje tym skuteczniej, że w pobliżu ma wodę i może przepłukać sobie gardziołko. Zdarza się przecież, że w miejscach su-chych kleista ciecz zalepia gardło szpaka i łowca pada uduszony.
Przyglądam się tym morderczym biesiadom aż do głębokiego mroku. W środek rojowiska dostać się nie mogę, gdyż koń odmawia posłuszeństwa.

Wracając do obozu rozmyślam nad tak zwanymi przesądami ludu. Bocian i szpak jest zaliczany przez włościan całego chyba świata do ptaków sakralnych. W Persji do niedawna groziła kara śmierci za zabicie szpaka.
*
Chodziło mi nie tyle o widowisko, ile o poznanie komisarza Fi-gielskiego. Ten uśmiechnął się znacząco usłyszawszy, że stoję na czele PPS-FR. Nie bacząc na posiedzenie, poprosił mnie do swego gabinetu. Po kilku minutach zauważyłem, że jest nznużony odpowiedzialnością i jak gdyby zniechęcony wysokim a nieoczekiwanym stanowiskiem.
–Ja proszę pana nie myślę długo tego piastować. Nim ustąpię, chciałbym jednak skreślić zarys konstytucji turkiestańskiej republiki. Nie widzę niestety ludzi, którzy mogliby to za mnie uczynić. Fantastyczne czasy... Czy pan wie, że w pracy nad konstytucją pomaga mi paru waszych jeńców, prawników z Galicji?

Kim byli doradcy Figielskiego, nie pytałem. Przypuszczam, że jednym był znany mi adwokat Drozdowski, który w czasie rewolucji sprawował funkcje sędziego kryminalnego. Za-pytany przeze mnie, na jakim kodeksie się wzoruje, odpowiedział, że na jedynym, który zna, to jest na austriackim.

Figielskiego spotykałem jeszcze parokrotnie i to w coraz większej rozterce. Huragan rewolucyjny miotał nim z miejsca na miejsce, z zadania na zadanie. Tak więc spotkałem go jednego dnia na troickim trakcie. Wypoczywałem właśnie w czajchanie, gdy od miasta podjechał oddział zbrojnych z Figielskim na czele. Kiedy mnie ujrzał, zsiadł z konia i spoczął obok.

– Dokąd to? – pytałem.
– Ach, panie! Ścigamy tego Madamina. Miał się tu gdzieś pojawić.
Śmieszne to przedsięwzięcie, pomyślałem, gdy matematyk usiłuje schwytać syna stepu.
– Czy, drogi panie, nie zabrnął pan za daleko? – spytałem.
– Może i tak. Ale wycofać się nie sposób. Było to ostatnie nasze spotkanie. Figielski, owszem, spisał konstytucję nowej republiki, rada ją uchwaliła, lecz nie zdołała wprowadzić w życie, gdyż odnośny akt znalazł się rychło na bruku Taszkientu wraz z ciałem jej autora.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.