Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Libera. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Libera. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 maja 2016

I jedynym uczuciem, jakie mi towarzyszy, jest obrzydzenie i wzgarda


I wtedy, najzwyklejszym tonem, jaki potrafiłem z siebie wydobyć, zupełnie tak, jakbym zaczął mówić coś od siebie, a nie monolog wierszem, rozpocząłem swój popisowy numer:

Cały świat to scena,
A ludzie na nim to tylko aktorzy.
Każdy z nich wchodzi na scenę i znika,
A kiedy na niej jest, gra różne role
W siedmioaktowym dramacie żywota...

Mówiłem ten tekst zimnym, beznamiętnym tonem, stwarzającym wrażenie, że chyba od urodzenia pozbawiony jestem wszelkich złudzeń, co do natury tego świata i życia, i jedynym uczuciem, jakie mi towarzyszy, jest obrzydzenie i wzgarda. W tym sposobie mówienia była zarazem jakaś wyniosła arogancja. Można by pomyśleć, iż nie mówiłem wcale wiersza, lecz najbezczelniej szydziłem z siedzącej przede mną publiczności. Przy każdej kolejnej odsłonie ludzkiego żywota, wyławiałem wzrokiem na sali coraz to inną wiekiem grupę osób i do niej kierowałem sarkastyczny portrecik kreślony przez szekspirowskiego Jakuba. Lecz spoza tego wszystkiego przezierało coś jeszcze, komunikat takiej mniej więcej treści:

Oto więc jak wyglądacie. Każdy z was, bez wyjątku. Ze mną zaś jest inaczej: mnie to nie obejmuje. Bo choć mam ileś tam lat, choć też jestem w jakimś wieku, nie pełnię żadnej z ról, które tu przedstawiono. Czyż jestem niemowlęciem śliniącym się przy piersi? Zgoda, nikt z nas tu nie jest. Nie jestem jednak też uczniem, leniwie czy ślimaczo wlokącym się do szkoły. Najlepszym na to dowodem jest choćby to, że tu stoję i robię to, co robię. Nie jestem też jeszcze kochankiem, co bucha jak piec namiętnością, ani swarliwym wojakiem, skorym do zwady i przekleństw. Na pewno zaś już nie jestem spasionym, tłustym sędzią szukającym wygody, a już tym bardziej starcem czy zdziecinniałym dementem.

Kim w takim razie jestem? I czemu się nie mieszczę w ramach tego obrazu? Otóż mnie tutaj nie ma, bo jestem samym zwierciadłem, w którym odbija się świat. Jestem czystą źrenicą, ironią, artyzmem, sztuką, a to jest - poza życiem.

Cisza, jaka panowała, gdy mówiłem ostatnie linijki, była prawie absolutna. Żadnych kaszlnięć, szmerów, nie mówiąc już o ostentacyjnych hałasach.


Antoni Libera, Madame

sobota, 14 maja 2016

Dlaczego to takie ponure?


Wreszcie, po wielomiesięcznych przygotowaniach, dziesiątkach zmian obsadowych i koncepcyjnych, po niezliczonych załamaniach nerwowych i desperackich zrywach, gdzieś pod koniec kwietnia - spektakl przybrał ostateczną formę. Był to montaż wybranych scen i monologów z najsłynniejszych dramatów od Ajschylosa do Becketta. Zatytułowany Cały świat to scena, trwał niecałą godzinę i tchnął najczarniejszym pesymizmem. Zaczynało się to od monologu Prometeusza przykutego do skały; później szedł dialog pomiędzy Kreonem i Hajmonem z Antygony; dalej kilka gorzkich urywków z Szekspira, w tym monolog Jakuba z Jak wam się podoba o siedmiu okresach życia ludzkiego (zaczynający się od słów wziętych na tytuł całości); następnie finał Mizantropa Moliera, początkowy monolog Fausta i fragment jego dialogu z Mefistofelesem; a wreszcie, na zakończenie, kawałek monologu Hamma z Końcówki.

Scenariusz ten, przedłożony szkolnym władzom do wglądu, nie został zatwierdzony.
- Dlaczego to takie ponure? - wybrzydzał wicedyrektor, chudy, wysoki mężczyzna o ziemistej twarzy i wyglądzie gruźlika, przezywany Soliterem.
- Gdy czyta się to wszystko, to się żyć odechciewa. Nie możemy tolerować w szkole defetyzmu.
- To jest klasyka, panie dyrektorze - broniłem swojego dzieła. - Prawie wszystko lektury obowiązkowe. Ja nie układałem programu dla szkół.
- Nie zasłaniaj się programem - krzywił się wicedyrektor, przerzucając skrypt kartka po kartce.
- Teksty dobrane są tendencyjnie. Tak żeby podać w wątpliwość wszelkie wartości i zniechęcić przez to do nauki i pracy. O, proszę - zatrzymał się na stronicy z monologiem Fausta i odczytał jego pierwsze linijki:

Choć filozofię studiowałem,
medyczny kunszt, arkana prawa
i teologię też, z zapałem godnym,
zaiste, lepszej sprawy,
na nic się zdały moje trudy –
jestem tak mądry jak i wprzódy!

- No? I co to znaczy? Że nie warto się uczyć, bo i tak się do niczego nie dojdzie, tak? I ty chcesz, żebyśmy temu przyklasnęli?!
- Braliśmy to na lekcjach polskiego! - odparowałem zniecierpliwionym tonem. - Więc jak to jest? Że gdy się czyta w domu albo na lekcji, to jest dobrze, a gdy się powie ze sceny, to źle?
- Na lekcji to co innego - odparł spokojnie Soliter. - Na lekcji jest nauczyciel, który tłumaczy wam, co autor miał na myśli.
- Więc o co, według pana, panie dyrektorze, chodziło tutaj Goethe-mu? - spytałem z ironią w głosie.
- Jak to o co? - prychnął wicedyrektor. - O pychę! O zadufanie. O zarozumiałość, właśnie taką jak twoja. Że gdy zaczyna się myśleć, że zjadło się wszystkie rozumy, to musi się to źle skończyć. Masz, tu jest to napisane - odczytał kolejne linijki:

Ku magii przeto zwracam wzrok:
czy za nieczystych duchów sprawą
nie pryśnie tajemnicy mrok,
nie stanie się przeczucie jawą?

- Proszę bardzo! Magia, nieczyste siły, konszachty z diabłem, oto czym kończy zawsze wszelki zarozumialec. Tylko że o tym twój scenariusz już nie mówi. A poza tym - zmienił nagle temat - dlaczego tu w ogóle nie ma literatury ojczystej? Ostatecznie, jest to szkoła polska.

- To jest wybór z największych arcydzieł w historii dramatu... - zacząłem z udręką w głosie, ale Soliter przerwał mi w pół słowa z przesadnie eksponowanym sarkazmem:

-A więc literatura ojczysta nie ma, według ciebie, dramatów godnych zainteresowania. Mickiewicz, Słowacki, Krasiński to są dla ciebie płotki, drugorzędne, trzeciorzędne nazwiska...
-Tego nie twierdzę - z łatwością odparowałem ten sztych. - Jakkolwiek, z drugiej strony, nie może pan dyrektor nie przyznać, iż Ajschylosa, Szekspira, Moliera i Goethego gra się na całym świecie, podczas gdy nasi wieszczowie święcą tryumfy raczej tylko u nas.
- Cudze chwalicie, swego nie znacie, jak powiada przysłowie... - zakpił wicedyrektor.
- Ściśle rzecz biorąc - pośpieszyłem ze sprostowaniem - nie jest to przysłowie, lecz wyimek z wiersza Stanisława Jachowicza, innego naszego wielkiego poety. Wie pan, panie dyrektorze, tego, co napisał „Pan kotek był chory i leżał w łóżeczku”, na pewno pan czytał...
- No, no! - uciął ten popis erudycji Soliter. - Nie bądź-no taki mądry! Twoja postawa jest typową postawą kosmopolityczną. Wiesz, co to jest kosmopolityzm?
- Obywatelstwo świata - odpowiedziałem krótko.
- Nie - rzekł wicedyrektor. - Jest to bierny, a nawet pogardliwy stosunek do tradycji i kultury własnego narodu. Ty zapatrzony jesteś w Zachód, bałwochwalczo przed nim klęczysz.
- W Zachód? - udałem zdziwienie. - Grecja, o ile mi wiadomo, zwłaszcza przed naszą erą... Soliter nie pozwolił mi jednak dokończyć.
- Jakoś dziwnym trafem nie ma w twoim scenariuszu Czechowa, Gogola, Tołstoja, a nie powiesz mi chyba, że dzieła tych mistrzów grane są tylko w Rosji... znaczy, w Związku Radzieckim, chciałem powiedzieć.
- Więc jak? - widziałem, że dalsza dyskusja do niczego nie prowadzi. - Nie możemy tego pokazać?
- W tej formie nie. Chyba że dokonasz zmian, które ci zasugerowałem.

Antoni Libera, Madame

piątek, 13 maja 2016

Dawniej to były czasy!


Przez wiele lat nie opuszczało mnie wrażenie, że urodziłem się za późno. Ciekawe czasy, niezwykłe wydarzenia, fenomenalne jednostki - wszystko to, w moim odczuciu, należało do przeszłości i raz na zawsze się skończyło.

W okresie mojego najwcześniejszego dzieciństwa, w latach pięćdziesiątych, „wielkimi epokami” były dla mnie, przede wszystkim, czasy niedawnej wojny, a także - poprzedzające je lata trzydzieste. Te pierwsze jawiły mi się jako wiek heroicznych, wręcz tytanicznych zmagań, w których ważyły się losy świata, drugie zaś jako złoty wiek wolności i beztroski, gdy świat, jakby opromieniony łagodnym światłem zachodzącego słońca, pławił się w rozkoszach i niewinnych szaleństwach.

Później, gdzieś z początkiem lat sześćdziesiątych, kolejną „wielką epoką” stał się dla mnie, niespodzianie, dopiero co miniony okres stalinowski, w którym żyłem już wprawdzie, lecz byłem zbyt mały, by świadomie doświadczyć jego złowrogiej potęgi. Oczywiście, doskonale zdawałem sobie sprawę, że - podobnie jak wojna - był to okres koszmarny, czas jakiegoś zbiorowego obłędu, upadku i zbrodni, niemniej, właśnie przez tę skrajność, kazał się on widzieć jako czas wyjątkowy, zgoła niesamowity. I było mi osobliwie żal, że ledwo się o niego otarłem, że nie zdążyłem się weń zagłębić, skazany na perspektywę dziecinnego wózka, pokoju czy ogródka na peryferiach miasta. Z najdzikszych orgii i rzezi, uprawianych i dokonywanych przez ówczesną władzę, z szaleńczych i opętańczych transów, w które popadało tysiące ludzi, z całego tego gigantycznego zgiełku, wrzawy i majaczenia na jawie dochodziły mnie zaledwie niewyraźne echa, których sensu najzupełniej nie pojmowałem.

Moje poczucie spóźnienia dawało o sobie znać w najprzeróżniejszych kontekstach i wymiarach. Nie ograniczało się tylko do sfery dziejowej, pojawiało się również przy innych okazjach, w skalach o wiele mniejszych, wręcz miniaturowych.

Oto rozpoczynam naukę gry na fortepianie. Moją nauczycielką jest starsza, dystyngowana pani z ziemiańskiej rodziny, po studiach pianistycznych w Paryżu, Londynie i Wiedniu jeszcze w latach dwudziestych. I już od pierwszej lekcji zaczynam wysłuchiwać, jak to kiedyś było wspaniale, a teraz jest beznadziejnie - jakie były talenty i jacy mistrzowie, jak szybko się uczono i rozkoszowano muzyką.

- Bach, Beethoven, Schubert, a nade wszystko Mozart, ten istny cud natury, wcielona doskonałość, zapewne postać Boga! Dzień, w którym przyszedł na świat, winien być czczony na równi z narodzinami Chrystusa! Zapamiętaj to sobie: dwudziesty siódmy stycznia tysiąc siedemset pięćdziesiątego szóstego. Teraz nie ma już takich geniuszy. W ogóle teraz muzyka... Ech, co tu wiele mówić! Nicość, pustynia, ugór!

Albo inny przykład. Interesują mnie szachy. Po kilku latach samodzielnych praktyk w domu zapisuję się do klubu, żeby rozwinąć swoje umiejętności. Instruktor, zdegradowany przedwojenny inteligent, nie stroniący obecnie od kieliszka, ćwiczy z nami – kilkuosobową grupką młodocianych adeptów - rozmaite debiuty i końcówki, i pokazuje, „jak się gra” taką to a taką partię. Wtem, po wykonaniu jakiegoś posunięcia, przerywa pokaz - a zdarza się to dość często - i zadaje pytanie:

- Wiecie, kto wymyślił ten ruch? Kto pierwszy raz zagrał w ten sposób? Naturalnie nikt nie wie, a naszemu instruktorowi o nic innego nie chodzi. Przystępuje więc do tak zwanej ogólnokształcącej dygresji:

- Capablanca. W 1925 roku, na turnieju w Londynie. Mam nadzieję, że wiecie, kto to był Capablanca...
- No... mistrz - bąka ktoś z nas.
- Mistrz! -wyśmiewa tę mizerną odpowiedź nasz instruktor-mistrzem to i ja jestem. To był
ARCY-mistrz! Geniusz! Jeden z największych szachistów, jakich nosiła ta ziemia. Wirtuoz gry pozycyjnej! Teraz nie ma już takich szachistów. Nie ma takich turniejów. W ogóle szachy zeszły na psy.
- No a Botwinnik, Petrosjan, Tal? - próbuje ktoś oponować, wymieniając aktualne w owym czasie sławy sowieckie.

Na twarzy naszego instruktora pojawia się grymas niewymownej dezaprobaty, po czym popada on w posępną zadumę.

- Nie, nie - mówi wreszcie krzywiąc się z niesmakiem, który graniczy ze wstrętem - to nie to! To nie ma nic wspólnego z tym, jak kiedyś grywano w szachy i kim kiedyś byli szachiści. Lasker, Alechin, Reti, o, to byli giganci, tytani, obdarzeni prawdziwą iskrą bożą. Kapryśni, spontaniczni, pełni polotu, dowcipu. Renesansowe typy! I szachy rzeczywiście były królewską grą! A teraz... Ech, szkoda gadać! Zawody nakręconych robotów.

Antoni Libera Madame

wtorek, 3 maja 2016

Odwaga dotykania spraw mrocznych i odchłannych

Kwestia pierwsza jest natury etycznej. Chodzi mi o odwagę. Ale nie polityczną, publicystyczną, cywilną, lecz znacznie donioślejszą, a przy tym mniej docenianą – o odwagę umysłu, odwagę egzystencjalną. Rzecz w tym, że Herling-Grudziński podejmuje tematy najboleśniejsze z możliwych. Zajmuje się ludzką nędzą, rozpaczą, poniżeniem. Opisuje i bada różne rodzaje cierpienia, z torturą ciała na czele. Wnika w kondycję zwątpienia, zagląda w otchłań nicości. Tego rodzaju wybór nie jest wyborem zwykłym, ani tym bardziej łatwym. Sprawa sprawie nierówna. Czym innym jest roztrząsanie i wyrażanie piękna czy choćby udręki miłosnej, a czym innym – nieszczęścia, a zwłaszcza upadku i zła. Myślenie o tych problemach, opisywanie nędzy, zwłaszcza przemocy i gwałtu, niewinnie przelanej krwi, kosztuje, i to słono; jest rzeczą wręcz ryzykowną. Podobnie jak refleksja wokół zagadki kosmosu; na temat pierwszej przyczyny, sensu i przeznaczenia. Wyprawy w te rejony są rzeczą niebezpieczną, można z nich nie powrócić. Grożą apatią, obłędem, wpadnięciem w „czarną dziurę” nieodwołalnej negacji. A w każdym razie – smutkiem i rozjątrzaniem rany.


Do tego dochodzi jeszcze sprawa recepcji dzieła. Człowiek z natury rzeczy nie lubi, gdy mu się mówi o rzeczach nieprzyjemnych: o śmierci, okrucieństwie, o marności istnienia. Unika tych tematów. Woli o tym nie słuchać. Zwłaszcza człowiek współczesny – naszej schyłkowej epoki. Otumaniony hasłami i fetyszami postępu, wdrażany niemal codziennie w filozofię konsumpcji i samozadowolenia, z drugiej zaś strony, bez przerwy – dzięki środkom przekazu – stawiany twarzą w twarz z krwawym bestialstwem świata (rzezie, masakry, głód, katastrofy, choroby) – otóż ów człowiek współczesny, gdy w nieustannej gonitwie i wirze interesów ma już, od święta, poczytać, wziąć jakąś książkę do ręki, bardzo wtedy uważa, co mu się oferuje, to znaczy, czy aby autor nie będzie mu truł głowy, nie zadręczał czymś mrocznym, słowem, nie psuł humoru.

Dlatego też taki pisarz jak autor Don Ildebrando, niezależnie od tego, iż pisząc, swoiście się rani, musi również się liczyć z niepewnym rezonansem, a nawet – z chłodnym przyjęciem. W każdym razie nie będzie gwiazdą masowych nakładów, autorem bestsellerów, pisarzem modnym i wziętym. 

 A zatem jest to artysta dwojako heroiczny. „Wewnętrznie” i „zewnętrznie”. „Wewnętrznie” jako duch – ryzykujący sobą, wystawiający siebie na niebezpieczne próby. „Zewnętrznie” zaś jako twórca rezygnujący z poklasku, nie liczący się z rynkiem, gotów na niedocenienie.

Wszystkie te konstatacje przychodziły mi na myśl, a raczej powracały (zrodzone już lata temu), podczas lektury tekstu Szczyt lata. Opowieść rzymska. Jest to wspaniała nowela, w której wspomniany rys – odwaga dotykania spraw mrocznych i odchłannych – objawia się w czystej postaci.

Autor zaczyna rzecz od dziwnej informacji: w dniu 15 sierpnia, uważanym powszechnie za apogeum lata, święconym naprzód przez Rzymian, a później przez katolików, dochodzi do zagadkowej erupcji samozniszczenia. Statystyki wskazują na większą liczbę samobójstw popełnianych tej doby. Następnie podaje przykład: ów dzień dwa lata temu, w roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym piątym. W Rzymie aż dziewięć osób targnęło się na swe życie.

Zaczyna się żmudny opis – streszczenie raportu kwestury. Przypadek po przypadku. Dokładnie, z detalami. Zupełnie jak narracja kroniki policyjnej. Ciała denatów, sposoby zadania sobie śmierci. Makabryczne szczegóły. Cała ta trupia epika. Obmierzła, odstręczająca.

Następnie pisarz przechodzi do przedstawienia analiz Komisji Psychologów powołanej przez państwo dla wyjaśnienia zjawiska. I znowu, po raz wtóry, idziemy krok po kroku, przez kolejne przypadki. Tym razem wchodzimy w głąb duszy: poznajemy pokrótce życiorysy denatów, z nieśmiałym wskazaniem przyczyn samobójczego aktu. Jest to – można powiedzieć – kolejna droga krzyżowa. Albowiem historie tych ludzi są niewymownie smutne, by nie powiedzieć: tragiczne.

Lecz wyjaśnienia Komisji, jakkolwiek pieczołowite, nie satysfakcjonują dociekliwego umysłu narratora noweli. Nie dostarczają mu bowiem nijakiej odpowiedzi na zasadnicze pytanie: dlaczego właśnie w tym dniu, dlaczego właśnie tej nocy – bardziej niż kiedy indziej – ludzie się decydują na desperacki krok. I tu zaczyna się puenta „rzymskiego opowiadania” – zaskakująca, „mistyczna”, głęboko poruszająca.

Jeżeli nie można czegoś wyjaśnić obiektywnie – zdaje się mówić narrator – trzeba sięgnąć w głąb siebie i zbadać rzecz od środka. I pisarz przywołuje pewne wspomnienie z przeszłości, jak spędzając ów dzień w jakimś hotelu w Rzymie doświadczył dojmującej pokusy samozagłady. Z właściwą sobie precyzją zdaje z tego relację:

Straszliwy upał, pustka, mokre od potu posłanie i jakby wsysająca ciemna studnia podwórka. Znużenie, zniechęcenie, narastające szaleństwo. I wreszcie, w środku nocy, paroksyzm oszołomienia. Narrator wybiega z hotelu i włóczy się po mieście szukając „deski ratunku”. Dociera w końcu nad Tybr i w porzuconej przez kogoś, starej, dziurawej łódce – kładzie się niczym w trumnie lub – tratwie ocalenia? I rozpościera się nad nim „niemy wszechświat” Pascala. Rodzaj wizji, olśnienia, krótkiej iluminacji.

„Od piekła albo nieba” – odzywa się słynny cytat – „odgradza nas tylko życie, rzecz najkruchsza na świecie”.

Fenomenalny finał i fantastyczny łuk! Od skrajnie racjonalnej, zgoła bezdusznej relacji policyjnej kroniki po wzniosłą epifanię sytuacji granicznej. Od horroru materii samobójczego zejścia po horror metafizyczny, horror pustki wszechświata.


Oto pierwszy klasyczny idiom autora Ex Voto.

Antoni Libera; O "Don Ildebrando" Herlinga-Grudzińskiego
czytaj całość

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Mityzacja i mitologizacja



        (O książce Weiser Dawidek)

            Wspomniałem wyżej, że narrator – jako człowiek dorosły – jawi się nam jako ktoś samotny, zagubiony, nie pogodzony z rzeczywistością, stale i beznadziejnie czegoś poszukujący. Stwarza on wrażenie, jakby zatrzymał się w rozwoju u progu dorosłości, jakby opisane wydarzenia z dzieciństwa odcisnęły na nim tak wielkie piętno, iż nigdy się spod ich czaru nie wyzwolił. Teraz podkreślmy: właśnie jawi się, właśnie stwarza wrażenie, a niekoniecznie jest. Bo wszystko, co o nim wiemy, wiemy od niego samego, a stwierdziliśmy przecież, że to, co mówi, nie musi być prawdą obiektywną. A zatem ów kreślony na własny użytek autoportret jest raczej kreacją niż wiernym odwzorowaniem. Powstaje pytanie o przyczynę tego szczególnego postępowania. Dlaczego narrator stwarza się przy pomocy słów i stwarza się właśnie takim – wiecznie niespokojnym, rozmawiającym z duchami zmarłych, swoiście nawiedzonym? Odpowiedź może być tylko jedna: bo nie wystarcza mu świat widzialny, bo pragnie czegoś więcej niż zwykła „księga zdarzeń”, bo pragnie „księgi cudów”. Lecz „księgi cudów” nie ma, póki się jej nie stworzy. A stworzyć można ją tylko, kiedy się jest... jej częścią. Zacząć więc trzeba od siebie, od gruntu, na którym wyrośnie.
I tak wszystko staje się jasne. Narrator przeżył w dzieciństwie coś niewytłumaczalnego, spotkał się z Tajemnicą. Doświadczenie to okazało się tak silne, że zaważyło na jego dalszych losach, sprawiając, że wszystko, co przyszło później – życie dorosłe, świat – było rozczarowaniem. I narrator, co znamienne, w okolicach 33. roku życia doznaje czegoś w rodzaju powołania: zaczyna na nowo szukać – drogi do Tajemnicy. To poszukiwanie go zmienia. Bo szukając Tajemnicy człowiek zaczyna wychodzić jej naprzeciw, czyli postępować tak, jakby to, co zaledwie przeczute, było rzeczywiste. Jest to rodzaj gry, gry z samym sobą i wobec samego siebie (a nie przed innymi), która jednak z czasem staje się rzeczywistością, mocą woli i wiary. I wtedy właśnie dochodzi do zasadniczego przełomu: owa uzyskana duchowa rzeczywistość domaga się ugruntowania, sankcji, samopotwierdzenia. A tym jest... Zapis, Opowieść, umocowanie w Słowie.
„Nawiedzony” narrator przystępuje do akcji: ale bynajmniej nie po to, by coś wyjaśnić, rozwikłać; przeciwnie: by w sobie samym pogłębić Tajemnicę, by ją sobie narzucić i w mowie zobiektywizować. To stąd właśnie jego zapis brzemienny jest w takie aluzje, opisy i szczegóły, jak to, że Weiser wyłania się z chmury kadzidlanego dymu (niczym Chrystus z judaizmu, by stworzyć nową religię); że przygód-wtajemniczeń było dokładnie siedem (jak siedem dni stworzenia), i tyleż być miało wybuchów (lecz do siódmego nie doszło, bo byłby to „koniec świata”, a zamiast niego doszło tylko do cudu zniknięcia Weisera, do tego „wniebowstąpienia”, po którym spadł pierwszy deszcz); że piknik w przeddzień wybuchu, do którego nie doszło, był jak „ostatnia wieczerza”; a „Weiser trzymał w dłoni sękaty kij, którym podpierać się mógł jak laską. Bo przecież prowadził nas... jakbyśmy byli od tego dnia jego ludem”.
Jest to świadoma mityzacja rzeczywistości. Narrator z pełną premedytacją pisze swą… małą ewangelię.

O "Weiserze Dawidku" Huellego – pełen tekst autorstwa Antoniego Libery dostępny na jego stronie.