Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Auster. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Auster. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 maja 2016

Byłem skazą na gładkiej powierzchni, włóczęgą, parchem porażki na skórze ludzkości

Nie ulega wątpliwości, że park uczynił dla mnie wiele dobrego. Dał mi prywatność, a ponadto pozwolił łudzić się, że moja sytuacja nie jest aż tak zła, jak była w istocie. Trawa i drzewa okazały się demokratyczne i kiedy wygrzewałem się w późnopopołudniowym słońcu albo wdrapywałem wczesnym wieczorem między skałki, by znaleźć sobie miejsce do spania, czułem, że wtapiam się w otoczenie, że nawet wytrawne oko wzięłoby mnie za uczestnika pikniku albo spacerowicza, których pełno było dokoła. Ulica demaskowała taką ułudę. Ilekroć szedłem w tłumie, natychmiast doskwierała mi wstydliwa wiedza o samym sobie. Byłem skazą na gładkiej powierzchni, włóczęgą, parchem porażki na skórze ludzkości. Każdego dnia brudniejszy, każdego dnia większy obszarpaniec, coraz bardziej zagubiony, coraz bardziej inny od wszystkich.

Tymczasem w parku nie dźwigałem brzemienia samoświadomości. Park wytyczał próg, granicę, dzięki której mogłem rozdzielić wnętrze i wygląd. L) ile ulica zmuszała mnie, bym postrzegał się tak, jak postrzegają mnie inni, o tyle park dawał mi sposobność powrotu do życia wewnętrznego, do obcowania z samym sobą wyłącznie w kategoriach tego, co dzieje się we mnie. Odkryłem, że można przeżyć bez dachu nad głową, nie da się natomiast bez równowagi między tym co wewnętrzne a tym co zewnętrzne. Park wydatnie pomógł mi ją znaleźć. Może nie był całkiem domem, ale z braku lepszego schronienia prawie się nim stał.

Przydarzały mi się w nim dziwne historie, które wydają się niemal nieprawdopodobne, gdy je dziś wspominam. Pewnego razu, na przykład, podeszła do mnie młoda kobieta o płomiennorudych włosach i wcisnęła mi w dłoń pięciodolarowy banknot – ot tak, po prostu, bez słowa wyjaśnienia. Kiedy indziej gromadka ludzi zaprosiła mnie na śniadanie na trawie. Kilka dni później grałem przez całe popołudnie w softball. Biorąc pod uwagę mój stan fizyczny, sprawiłem się niewiarygodnie (dwa czy trzy single, robinsonada i chwyt na lewym polu), a ilekroć moja drużyna była przy kiju, pozostali gracze częstowali mnie jedzeniem, piciem i tytoniem: kanapki i precle, puszki piwa, cygara, papierosy. To były jasne chwile, które pomagały mi przetrwać mroczniejszy czas, kiedy to wydawało się, że szczęście mnie opuszcza. Być może od samego początku tylko to chciałem sobie udowodnić: że człowiek, który szasta swym życiem, odkrywa to, czego wcześniej nie dostrzegał i nie poznałby w innych okolicznościach. Byłem półżywy z głodu, ale ilekroć przytrafiało mi się coś dobrego, przypisywałem to nie przypadkowi, lecz memu stanowi ducha. Czułem, że jeżeli zdołam zachować właściwą równowagę między pragnieniem a obojętnością, to w jakiś sposób nakłonię wszechświat, by zareagował na moje istnienie. Jak inaczej miałem interpretować nadzwyczajne odruchy dobroci, które mnie spotykały w Parku Centralnym? Nigdy nikogo o nic nie prosiłem, nie ugiąłem się w swym postanowieniu ani na jotę, a mimo to nieznajomi podchodzili i proponowali pomoc. Niechybnie roztaczałem na świat jakąś moc, coś nieokreślonego, co skłaniało ludzi do takiego postępowania. Z upływem czasu przekonałem się, że coś dobrego przytrafia mi się wyłącznie wtedy, gdy przestaję tego chcieć. Jeśli to prawda, prawdziwa byłaby również odwrotność tej tezy: zbytnie pragnienie przekreślało ziszczenie się pragnienia. To był logiczny wniosek wypływający z mojej teorii, skoro bowiem udowodniłem sobie, że potrafię przyciągnąć do siebie świat, wynikało z tego również, że potrafię go od siebie odpychać. Innymi słowy, dostaję, czego chcę, wyłącznie wtedy, gdy tego nie chcę. Brzmiało to bezsensownie, ale przemawiała do mnie pokrętność wywodu. Jeżeli moje potrzeby mogą być zaspokojone jedynie poprzez zaniechanie myślenia o nich, to rozstrząsanie mojej sytuacji przynosi efekt przeciwny do zamierzonego. W chwili, gdy to pojąłem, poczułem, że chwieję się karkołomnie na rozpiętej linie świadomości. No bo jak nie myśleć o jedzeniu, gdy jest się głodnym? Jak uciszyć brzuch, skoro bez przerwy burczy, woła, by go napełnić? Jak nie zwracać uwagi na tak usilne błagania? Nieraz dawałem im posłuch i wtedy uzmysławiałem sobie, że przekreśliłem ostatecznie szansę na uzyskanie pomocy. Wynik był nieuchronny, tak oczywisty i niepodważalny jak w działaniu matematycznym. Dopóki rozmyślałem o mych kłopotach, dopóty świat odwracał się ode mnie. Wówczas nie pozostawało nic innego, jak samemu sobie radzić, rozglądać się za jedzeniem, wyzyskać swe położenie do maksimum.

Mijało trochę czasu. Dzień, dwa, może nawet trzy lub cztery, i po trochu wyrzucałem z głowy wszelkie myśli o ratunku, gotowałem się na zgubę. Wtedy następowało jedno z tych cudownych wydarzeń. Za każdym razem porażały mnie one jak grom z jasnego nieba. Nie potrafiłem przewidzieć ich nadejścia, a po spełnieniu nie miałem powodów liczyć na kolejne. Każdy cud był zatem ostatnim. Ponieważ był ostatnim, bez przerwy wracałem do początku drogi, ciągle musiałem zaczynać walkę od nowa.


Paul Auster, Księżycowy pałac
tłumaczenie: Robert Sudół

poniedziałek, 16 maja 2016

Umysł ulatywał i nie miałem jak go powstrzymać

Nie umarłem z głodu, ale rzadko kiedy byłem syty. Śniłem często o jedzeniu, a noce tego pamiętnego lata przynosiły wizje biesiad i obżarstwa: półmiski steków i baraniny, wjeżdżająca na tacach soczysta wieprzowina, ciasta strzeliste jak fortece, desery, gigantyczne salaterki owoców. Za dnia nieukojony brzuch wciąż o sobie przypominał, burcząc pod naporem soków trawiennych, szczując na mnie swą pustkę, i musiałem się zmagać ze sobą, by nie zwracać na to uwagi. Szczupły od zawsze, z upływem lata traciłem coraz więcej na wadze. Co jakiś czas chodziłem do apteki, by wrzucić grosik i się zważyć, by zobaczyć, co się ze mną dzieje.

Z siedemdziesięciu kilogramów w czerwcu schudłem do sześćdziesięciu trzech w lipcu, następnie do pięćdziesięciu pięciu w sierpniu. Wydawało się to niebezpiecznie mało jak na kogoś, kto ma metr osiemdziesiąt trzy centymetry wzrostu. O wielu ludziach mówią „skóra i kości”, ale jest granica, za którą doznaje się poważnego uszczerbku na zdrowiu.

Usiłowałem oddzielić się od własnego ciała, udając, że ono nie istnieje, i w ten sposób obchodziłem dylemat szerokim łukiem. Inni szli tą drogą przede mną i wszyscy odkryli to, co w rezultacie odkryłem i ja: że umysł nie góruje nad materią i gdy oczekuje się od niego zbyt wiele, natychmiast przypomina, że sam też jest fizycznością. Aby wznieść się ponad mą sytuację, musiałem więc wmówić sobie, że nie jestem realnym bytem, i w rezultacie cała rzeczywistość się rozchwiała. Przed moimi oczyma pojawiały się nagle przedmioty, których nie było w pobliżu, po czym znikały. Szklanka zimnej lemoniady, na przykład. Gazeta z mym nazwiskiem w nagłówku. Wujowski garnitur w nieskazitelnym stanie, leżący na łóżku. Pewnego razu zobaczyłem nawet siebie z przeszłości, błąkającego się po mieszkaniu, pijacko myszkującego po kątach w poszukiwaniu czegoś, czego nie mogłem znaleźć. Owe przywidzenia trwały ledwie mgnienie oka, ale potem dudniły we mnie całymi godzinami. Następnie zdarzały się okresy, kiedy po prostu traciłem więź z samym sobą. Przychodziła mi do głowy jakaś myśl, a gdy przestawałem śledzić jej tok i podnosiłem oczy, przekonywałem się, że zapadła noc. W żaden sposób nie mogłem odtworzyć straconych godzin.

Kiedy indziej łapałem się na tym, że przeżuwam wyimaginowane jedzenie, palę wyimaginowane papierosy, puszczam ustami kółka. To chyba były najgorsze chwile, albowiem uświadomiłem sobie, że nie mogę dłużej być pewnym samego siebie. Umysł ulatywał i nie miałem jak go powstrzymać. Większość symptomów pojawiła się dopiero w połowie lipca. Przedtem sumiennie przeczytałem ostatnie książki wuja, po czym sprzedałem je Chandlerowi. Im jednak bliżej byłem końca, tym większy kłopot sprawiała mi lektura. Czułem wprawdzie, że wzrok nawiązuje kontakt ze słowami wydrukowanymi na papierze, ale nie docierał już do mnie ich sens, żadne znaczenia nie rozbrzmiewały echem w mej głowie. Czarne znaki całkowicie mnie dezorientowały, wydawały się arbitralnym zbiorem kresek i zakrętasów, które nie tchnęły niczym prócz własnej niemoty.

Tak więc w końcu przestałem nawet udawać, że rozumiem, co czytam. Wyjmowałem książkę z pudła, otwierałem ją na pierwszej stronie, po czym przesuwałem palcem wskazującym po górnym wierszu. Dobrnąwszy do ostatniej litery, przeskakiwałem na drugi rząd, potem trzeci i tak aż na sam dół strony. W ten sposób skończyłem lekturę wujowskiego księgozbioru: niczym ślepiec czytający brajlem. Skoro nie potrafiłem widzieć słów, chciałem ich przynajmniej dotykać. Było już wtedy ze mną na tyle źle, że wydawało mi się to sensownym rozwiązaniem. I tak poznałem palcami wszystkie słowa, a zatem zyskałem prawo do ich sprzedaży.



Paul Auster, Księżycowy pałac
tłumaczenie: Robert Sudół

Groza gnozy (poznania imienia-i-materii)

Odwołując się do Miltona i jego wersji z Raju utraconego – czyli ortodoksyjnie purytańskiej – Stillman twierdził, że dopiero po Upadku zaistniało życie ludzkie, jakie dziś znamy. Jeśli bowiem w rajskim ogrodzie nie było zła, nie było też dobra. Jak ujął to sam Milton w Areopagitice: „Ze skosztowania skórki jednego jabłka dobro i zło wyprysły w świat niczym dwoje bliźniąt wzajem ze sobą sczepionych”. Stillman opatruje to zdanie nadzwyczaj obszernym komentarzem.

Wyczulony na etymologie tudzież ukryte możliwości kalamburów i innych gier słownych, wskazuje, że czasownik kosztować – zarazem aluzja do kosztu, czyli ceny, jaką rodzaj ludzki okupił ciekawość rodziców – w istocie wiąże się z łacińskim sapere, czyli zarówno kosztować, jak i wiedzieć, zawiera więc utajony odnośnik do drzewa wiadomości: rodziciela tegoż jabłka, którego smak sprowadził na świat wiedzę, a zatem dobro i zło. Stillman żongluje także rozmaitymi skojarzeniami, jakie nasuwają czasowniki sczepić i szczepić oraz bliskie im brzmieniowo paraanagramy przeczyć i szpecić: sczepione z sobą potomstwo jabłonowego szczepu zaszczepiło w świecie szpetotę i sprzeczność. Właśnie sprzeczność, a przynajmniej dwoistość równorzędnych znaczeń, to zdaniem Stillmana podstawowa cecha stylu Miltona. Na przykład w Raju utraconym każde spośród kluczowych słów niesie z sobą dwojaki sens – jeden sprzed Upadku, drugi zyskany już po nim. Aby zilustrować tę tezę, Stillman wybiera kilka takich wyrazów – nieprawy, kręty, rozkoszny – i wykazuje, że w czasach rajskiej idylli były one wolne od jakichkolwiek konotacji moralnych, natomiast po Upadku, zabarwione wiedzą o złu, nabrały dwuznacznych czy wręcz pejoratywnych podtekstów. Jedną z prac Adama w rajskim ogrodzie było wynalezienie mowy i nadanie imion oraz nazw stworzeniom i przedmiotom.

W ówczesnym stanie niewinności jego język najkrótszą drogą trafiał w sedno. Słowa nie były dodatkami do postrzeganych rzeczy, lecz ujawniały ich esencję, dosłownie ją ożywiały. Nazwa i desygnat istniały w sposób równorzędny. Grzech pierworodny wszystko zmienił. Nazwy odłączyły się od swych obiektów; język zamienił się w zbiór przypadkowych znaków, oddzielony od Boga. Dzieje Edenu są więc historią Upadku nie tylko człowieka, lecz i języka.

W dalszym ciągu Księgi Rodzaju pojawia się kolejna przypowieść o języku. Według Stillmana sprawa wieży Babel jest dokładną powtórką wydarzeń rajskich – tyle że powtórka ta dokonuje się w większej skali i ma ogólniejszy sens, bo dotyczy całej ludzkości. Epizod ten nabiera szczególnej wymowy, gdy weźmie się pod uwagę, jakie miejsce zajmuje w Biblii: rozdział jedenasty Księgi Rodzaju, wersy od pierwszego do dziewiątego. Jest to ostatnia scena z prehistorii, opowiedziana w Piśmie Świętym. Po niej Stary Testament staje się ściśle monotematyczną kroniką dziejów hebrajskich. Innymi słowy, wieża Babel to ostatni obraz z czasów, zanim świat naprawdę powstał.

Paul Auster Trylogia nowojorska
tłumaczenie: Michał Kłobukowski


Chamfort: Co za piękna owa alegoria biblijna o drzewie wiadomości dobrego i złego, sprowadzającym śmierć. Czyż emblemat ten nie daje do zrozumienia, że kiedy się poznało rzeczy do głębi, utrata złudzeń sprowadza śmierć duszy, to jest zupełne zobojętnienie na wszystko, co wzrusza i zajmuje innych ludzi?

(Chamfort wyjaśnia alegorię na innym poziomie, związanym raczej z psychologią samo-zwodzenia się -self deception- co potwierdza spostrzeżenie, że mądrość polega nie tyle na utrzymywaniu inteligentnych idei, co na utrzymywaniu każdej idei w sposób inteligentny).

Warto zauważyć, że "poznanie" wraz z językiem opisującym poznawane sprowadza świadomość w krainę narodzin i śmierci i innych dualistycznych koncepcji, i właśnie cała buddyjska praktyka nakierowana jest na uwolnienie świadomości od asocjacji z imieniem-i-materią (namarupa):

„Powiedz mi, gdzie woda, ziemia
Ogień i powietrze nie znajdują wsparcia?
I tak samo długie i krótkie,
Małe i duże ładne i brzydkie?
Gdzie to jest, że imię-i-materia
Znikają bez pozostałości?”

I odpowiedź na to pytanie jest taka:

Świadomość co nie czyni ukazania,
Ani nie ma do czynienia ze skończonością,
Nie roszcząca sobie istnienia poza wszystkim:
To tam woda, ziemia
I tak samo długie i krótkie,
Małe i duże ładne i brzydkie
To tam imię-i-materia
Znikają bez pozostałości
D11

O tym, że materialny świat, taki jakim go pojmują naukowcy jest mentalną abstrakcją tzn nie ma bezpośredniego doświadczenia czasu i przestrzeni bez obserwatora; patrz tutaj →

Niezróżnicowane przemawia milczeniem. Słowa niosą ze sobą różnice. Niemanifestujące się (nirguna) nie ma imienia, wszelkie nazwy odnoszą się do zamanifestowanego (saguna). Zmaganie się ze słowami by wyrazić to co jest ponad słowami jest bezcelowe. Nisargadatta Maharaj

 Z imieniem-i-materią jako warunek, świadomość. To zostało powiedziane. Jak to jest Anando, że z imieniem-i-materią jako warunek jest świadomość, powinno być widziane w ten sposób: jeżeli Anando świadomość nie uzyskałaby oparcia w imieniu-i-materii czy przyszłe powstanie i dojście do zaistnienia narodzin, starości i śmierci i cierpienia pojawiłoby się? - Oczywiście, że nie, Panie. - Zatem Anando, to jest powód, to jest przyczyna, to jest powstanie, to jest warunek dla świadomości, mianowicie imię-i-materia. Dotąd Anando człowiek może się rodzić czy starzeć czy umierać czy upadać czy powstawać dotąd jest sposób desygnacji, dotąd jest sposób języka, dotąd jest sposób opisu, dotąd jest sfera zrozumienia, dotąd jest kontynuacja samsary jako pojawienie się w sytuacji, dotąd mianowicie jak jest imię-i-materia ze świadomością. D15

niedziela, 15 maja 2016

Wartość konkretnej zależała od jej rangi duchowej, a nie stanu fizycznego

Kłopot polegał jednak na tym, że nie zarabiałem na nich dostatecznie dużo. Chandler twardo się targował, a jego wyobrażenie o książkach tak różniło się od mojego, że nie bardzo wiedziałem, co mu powiedzieć. Dla mnie książki były nie tyle składnicami słów, ile samymi słowami, a wartość konkretnej zależała od jej rangi duchowej, a nie stanu fizycznego. Homer o oślich uszach wart był więcej od Wergilego w nieskazitelnej szacie, trzy tomy Descartesa – mniej niż jeden tomik Pascala. Te zasadnicze – dla mnie – rozróżnienia nie istniały dla Chandlera. W jego oczach książka była wyłącznie przedmiotem, rzeczą przynależną do świata rzeczy i jako taka nie różniła się znacząco od pudełka po butach, przepychacza sedesowego albo filiżanki. Ilekroć przynosiłem kolejny okruch księgozbioru wuja, stary spryciarz zawsze postępował rutynowo. Z odrazą wertował kartki, przyglądał się grzbietom, tropił skazy i plamy, sprawiając wrażenie człowieka biorącego do ręki nieczystości. Tak toczyła się gra. Zaniżając wartość towaru, Chandler mógł dyktować skandalicznie niskie ceny. Po trzydziestu latach praktyki wykształcił na swój użytek odpowiednią pozę, repertuar pomruków i sarkastycznych uwag pod nosem, min, cmoknięć, smutnego kiwania głową. Spektakl ten miał na celu uzmysłowić mi całkowitą opaczność mych własnych ocen, wzbudzić we mnie poczucie wstydu, że w ogóle miałem czelność przynieść książki po wuju. Chcesz powiedzieć, student, że spodziewasz się pieniędzy za coś takiego? A czy spodziewasz się pieniędzy od śmieciarza, kiedy wywozi twoje barachło? Wiedziałem, że jestem oszukiwany, lecz rzadko zdobywałem się na sprzeciw. No bo jaki miałem wybór? Chandler „występował z pozycji siły i nic nie można było na to poradzić – bo mnie zależało na sprzedaży, a jemu nie zależało na kupnie. Nie było sensu udawać, że nie jestem zdesperowany. Wówczas nic bym nie sprzedał, a to byłoby gorsze, niż dać się oszukać. Zauważyłem jednak, że na handlu wychodzę lepiej, gdy przynoszę mniejsze porcje, nie więcej niż dwanaście, piętnaście książek na raz. Wtedy przeciętna cena za tom lekko zwyżkowała. Ale im mniejsze byłyby wymiany, tym częściej musiałbym przychodzić do antykwariatu, a zdawałem sobie sprawę, że powinienem się zjawiać jak najrzadziej, bo im więcej miałbym do czynienia z Chandlerem, tym moja pozycja byłaby słabsza. Jakkolwiek bym postąpił, stary spryciarz i tak był górą. Mimo wielokrotnych moich wizyt nie próbował mnie nawet zagaić. Nigdy się nie witał, nie zdobył na uśmiech, nie podał mi ręki. Zachowywał się tak obojętnie, że czasem zastanawiałem się, czy pamięta mnie z ostatniej transakcji. Traktował mnie tak, jak gdybym za każdym razem był innym klientem – galeria obcych, przypadkowa zgraja.


Paul Auster, Księżycowy pałac

Nieustannie myślą o jedzeniu, a to nie prowadzi do niczego dobrego

Jeszcze gorzej jest tym, którzy walczą z  własnym głodem. Nieustannie myślą o  jedzeniu, a  to nie prowadzi do niczego dobrego. Ludzie ci owładnięci są obsesją, zbuntowani przeciw rzeczywistości. O  każdej porze dnia i  nocy przemierzają ulice, zbierając nędzne kąski, podejmując ogromne ryzyko dla najmniejszego okruszka. Ale choćby nie wiem ile znaleźli jedzenia, wciąż im mało. Jedzą, lecz nigdy nie mogą się nasycić, ze zwierzęcym pośpiechem rozszarpują ochłapy, dłubią w  nich kościstymi palcami, trzęsą im się wiecznie rozwarte szczeki. Prawie cała strawa ścieka im po brodach, a  co zdołają połknąć, zwykle zwracają po kilku minutach. Konają powolną śmiercią, jakby pokarm był ogniem, obłędem spalającym ich od wewnątrz. Myślą, że jedzą, aby żyć, ale w  końcu sami padają pastwą.


Paul Auster, W kraju rzeczy ostatnich
tłumaczenie: Michał Kłobukowski

Im mniej dla siebie chcesz, tym mniej ci potrzeba, a im mniej jesteś wymagający, tym lepiej się masz

Jedno jest pewne: gdyby nie mój głód, już bym nie dała rady. Musisz się nauczyć ograniczać potrzeby do minimum. Im mniej dla siebie chcesz, tym mniej ci potrzeba, a  im mniej jesteś wymagający, tym lepiej się masz. To wpływ Miasta. Ono nicuje twoje myśli. Budzi w  tobie chęć życia, a  zarazem usiłuje ci je odebrać. Nie ma przed tym ucieczki. Dajesz sobie radę albo nie. A  nawet jeżeli dajesz, to i  tak nie wiesz, czy następnym razem ci się uda. A  gdy się potkniesz, już nie wstaniesz.


Paul Auster, W kraju rzeczy ostatnich
tłumaczenie: Michał Kłobukowski

sobota, 14 maja 2016

Poczucie wolności w więzieniu

- Cóż, akurat ten autor był bardzo młody, kiedy pisał swoją pierwszą książkę. Może nawet za młody. Czasem żałuje, że mu ją w ogóle wydano.
- Przecież zamierzałeś z niej dzisiaj czytać. Więc chyba nie uważasz, że jest aż tak zła?
- Nie twierdzę, że jest zła. Ale wyszła spod pióra bardzo młodego człowieka. Jest za literacka, za sprytna. Teraz nawet by mi do głowy nie przyszło napisać coś podobnego. Jeśli wciąż czuję do niej sentyment, to tylko z powodu miejsca, w którym powstała. Sama książka nic dla mnie nie znaczy, ale do miejsca nadal jestem głęboko przywiązany.
- A co to za miejsce? - spytałem.
- Więzienie. Zacząłem ją pisać w więzieniu.
- W prawdziwym więzieniu? Z zamykanymi na klucz celami i kratami w oknach? Gdzie więźniowie mają wypisane na bluzach numery?
- W jak najprawdziwszym - odparł. - Było to więzienie federalne w Danbury w stanie Connecticut. Spędziłem w tym miłym przybytku siedemnaście miesięcy.
- Chryste Panie! A jakżeś tam trafił?
- Bardzo prosto. Odmówiłem wstąpienia do wojska.
- Ze względów moralnych?
- Tym się tłumaczyłem, ale odrzucili moje podanie. Sam wiesz, jak wtedy było. Jeśli się wyznawało religię, która głosi pacyfizm i sprzeciwia się wszystkim wojnom, to istniał cień szansy, że komisja pozytywnie rozpatrzy twoją prośbę. A ja nie jestem ani kwakrem, ani adwentystą i prawdę mówiąc, wcale nie jestem przeciwny wszystkim wojnom. Tylko ta jedna mi się nie podobała. Niestety, akurat w niej kazano mi wziąć udział.
- No dobrze, ale dlaczego musiałeś iść do pierdla? Były inne możliwości. Kanada, Szwecja, nawet Francja. Tysiące facetów zwiało za granicę. Dlaczego ty nie?
- Dlatego że uparty ze mnie skurwysyn. Nie odpowiadał mi pomysł ucieczki. Czułem się w obowiązku wyłuszczyć komisji, co sadzę o tej wojnie. Byłem gotów ponieść konsekwencje.
- Więc członkowie komisji wysłuchali cię, a polem wsadzili do paki.
- Zgadza się. Ale niczego nie żałuję.
- Hm, jednak siedemnaście miesięcy za kratkami to nie kaszka z mlekiem.
- Nie było tak źle, jak ci się zdaje. Kiedy siedzisz w więzieniu, o nic nie musisz się troszczyć. Przynoszą ci jeść trzy razy dziennie, zabierają do prania twoje brudy... Wszystko przebiega według ustalonego porządku. Nie masz pojęcia, jakie to daje człowiekowi poczucie wolności.
- Dobrze, że potrafisz z tego żartować - rzekłem.
- Wcale nie żartuję. No, może trochę. Ale słowo honoru, nie przeżywałem żadnych takich okropieństw, o jakich pewnie myślisz. Prawdziwy koszmar to Attica albo San Quentin. Do Danbury na ogół idzie się za przestępstwa finansowe: malwersacje, oszustwa podatkowe, płacenie czekami bez pokrycia i tym podobne rzeczy. Miałem szczęście, że tam trafiłem. W dodatku zdążyłem się przygotować psychicznie. Moja sprawa ciągnęła się miesiącami, a ponieważ od początku wiedziałem, że nie wygram, powoli przyzwyczajałem się do myśli o więzieniu. Nie byłem jednym z tych żałosnych typków, którzy jęczą, liczą czas do wyjścia i codziennie przed pójściem spać skreślają w kalendarzu kolejny dzień. Co to, to nie. Kiedy się tam znalazłem, powiedziałem sobie: dobra, stary, teraz tu jest twój dom. Wprawdzie mój świat się trochę skurczył, ale przecież nie umarłem, a póki człowiek może oddychać, pierdzieć i myśleć co mu się podoba, to co za różnica, gdzie przebywa?

Paul Auster, Lewiatan
tłumaczenie: Julita Wroniak-Mirkowicz

piątek, 13 maja 2016

W ogóle nie interesował się seksem ani pieniędzmi

Quinn był nieźle oczytany w obszernej literaturze przedmiotu. I tak na przykład szkocki żeglarz Alexander Selkirk (uważany przez wielu za pierwowzór Robinsona Crusoe) przeżył cztery lata sam jeden na wyspie u wybrzeży Chile, a kapitan statku, który w roku 1708 przyszedł mu z pomocą, stwierdził, że rozbitek „z braku wprawy tak bardzo zapomniał języka, żeśmy go ledwie zrozumieć mogli”. W niecałe dwadzieścia lat później w lesie koło niemieckiego miasteczka Hameln znaleziono nagiego niemowę – Petera z Hanoweru, dzikiego, mniej więcej czternastoletniego chłopca – i zawieziono go na dwór angielski, tam zaś król Jerzy I zapewnił mu specjalną protekcję. Swift i Defoe mieli okazję zobaczyć znajdę, które to przeżycie stało się natchnieniem dla broszury Defoe z roku 1726, zatytułowanej Czystej natury opisanie. Ale Peter nigdy nie nauczył się mówić, a po kilku miesiącach odesłano go na wieś, gdzie dożył lat siedemdziesięciu, nie interesując się seksem, pieniędzmi ani innymi sprawami doczesnymi. Kolejnym przypadkiem był Wiktor, dziki chłopiec z Aveyronu, odnaleziony w roku 1800. Pod cierpliwą i troskliwą opieką doktora Itarda nauczył się podstaw mowy, lecz nie wykroczył ponad poziom małego dziecka.

Jeszcze bardziej znany jest Kaspar Hauser, który pewnego popołudnia w roku 1828 pojawił się w Norymberdze; był dziwacznie ubrany i ledwie bełkotał. Umiał się podpisać, ale poza tym zachowywał się jak zupełny malec. Gdy miasto zaadoptowało go i oddało pod opiekę miejscowemu nauczycielowi, z początku po całych dniach siedział na podłodze i bawił się konikami na kółkach, nie biorąc nic do ust oprócz chleba i wody. W końcu jednak się rozwinął. Nauczył się znakomicie jeździć konno, stał się wręcz obsesyjnie schludny, zapałał namiętnością do czerwieni oraz bieli i wedle wszelkich świadectw wykazywał się znakomitą pamięcią, zwłaszcza do nazwisk i twarzy. Nie lubił jednak przebywać pod gołym niebem, unikał ostrego światła i tak jak Peter z Hanoweru w ogóle nie interesował się seksem ani pieniędzmi. Gdy stopniowo zaczął sobie przypominać przeszłość, opowiedział, że przez wiele lat siedział na podłodze w ciemnej izbie, a karmił go jakiś mężczyzna, który nigdy się doń nie odzywał ani nie odsłaniał twarzy. Wkrótce po tych wynurzeniach nieznany morderca zakłuł Kaspara sztyletem w parku miejskim.


Paul Auster Trylogia nowojorska
tłumaczenie: Michał Kłobukowski

czwartek, 12 maja 2016

Oczywiście dawno już przestał uważać się za postać realną

Oczywiście dawno już przestał uważać się za postać realną. Jeśli w ogóle jeszcze żył w świecie, to tylko pośrednio, poprzez urojonego Maxa Worka. Ten zaś musiał, rzecz jasna, być prawdziwy. Wymagała tego natura książek, w których występował. Quinn pozwolił sobie zniknąć, zamknąć się w kręgu dziwnego, pustelniczego życia, ale Work nadal dzielił swój świat z innymi ludźmi, a im bardziej znikał jego twórca, tym uporczywiej zaznaczała się w świecie obecność detektywa. Podczas gdy Quinn nawet we własnej skórze czuł się nie na miejscu, agresywny, wygadany Work wszędzie natychmiast się zadomawiał. Wszystko, co Quinn uważał za problematyczne, Work traktował jako rzecz najzupełniej oczywistą, toteż wśród swych krwawych przygód zachowywał swobodę i obojętność, które nieodmiennie imponowały jego stwórcy.

Paul Auster Trylogia nowojorska
tłumaczenie: Michał Kłobukowski

Tylko tego tylko pragnął w życiu: być nigdzie

Nowy Jork stanowił niewyczerpany bezmiar, nieskończony labirynt kroków, i choćby Quinn zaszedł nie wiedzieć jak daleko, choćby poznał na wylot rozmaite dzielnice i ulice, zawsze ogarniało go w końcu uczucie zagubienia. Był zagubiony nie tylko w mieście, ale i w sobie. Ilekroć wyruszał na spacer, czuł się tak, jakby porzucał samego siebie, a gdy już się poddał ulicznemu ruchowi, gdy już się całkiem uprościł, stając się zaledwie bierną parą oczu, wyzwalał się wreszcie od przymusu myślenia, to zaś skuteczniej niż cokolwiek innego zapewniało mu minimum spokoju, zbawienne uczucie wewnętrznej pustki. Świat istniał gdzieś na zewnątrz, dookoła, z przodu, a tak przy tym szybko się zmieniał, że Quinn niczemu z osobna nie mógł przez dłuższy czas poświęcać uwagi. Istotą wszystkiego był ruch, stawianie stopy przed stopą, beznamiętne podążanie za inercją własnego ciała. Wśród bezcelowej wędrówki wszystkie miejsca stawały się równie ważne i nie miało już znaczenia, gdzie się jest. Podczas najbardziej udanych spacerów Quinn czuł, że jest nigdzie. I w sumie tego tylko pragnął w życiu: być nigdzie. Zbudował wokół siebie własne „nigdzie”, czyli Nowy Jork, i w końcu uświadomił sobie, że nigdy już nie zechce opuścić tego miasta.

Paul Auster Trylogia nowojorska
tłumaczenie: Michał Kłobukowski

wtorek, 22 lipca 2014

Tesla


Teslę zobaczyłem pierwszy raz w tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym trzecim. Byłem wtedy pędrakiem, ale dobrze pamiętam tę datę. Na Wystawie Światowej w Chicago to było, ojciec zabrał mnie tam pociągiem. Cieszyłem się, bo to był mój pierwszy wyjazd z domu. Świętowano wtedy czterechsetną rocznicę odkrycia Ameryki przez Kolumba. Zebrali wszystkie wynalazki i ustrojstwa, żeby pokazać ludziom, jak łebscy są nasi naukowcy. Wystawę obejrzało dwadzieścia pięć milionów ludzi, to było jak spęd do cyrku. Pokazali tam pierwszy zamek błyskawiczny, pierwszy diabelski młyn Ferrisa, wszystkie cuda nowego wieku. Tesla zawiadywał wystawą firmy Westinghouse'a, którą zatytułowali „Jajko Kolumba". Pamiętam, że wszedłem na salę i zobaczyłem go ubranego w biały smoking: stał na scenie i mówił do publiczności z jakimś dziwacznym akcentem - serbskim, jak się okazało - głosem tak grobowym jak nikt. Robił magiczne sztuczki przy użyciu elektryczności, obracał metalowe jajeczka na stole, strzelał iskrami z palców, a wszyscy wydawali ochy i achy, ja też, bo nigdy przedtem czegoś takiego nie widzieliśmy. Był to czas wojny między prądem stałym a zmiennym, czyli między Edisonem a firmą Westinghouse'a, i pokaz Tesli miał cel propagandowy. Tesla odkrył prąd zmienny mniej więcej dziesięć lat wcześniej - wirujące pole magnetyczne - i był to duży krok naprzód w stosunku do prądu stałego, który wykorzystywał Edison. O wiele silniejszy. Używanie prądu stałego wymagało budowania elektrowni co milę lub dwie, a przy zmiennym jedna starczała na całe miasto. Po przyjeździe do Ameryki Tesla próbował sprzedać swoje odkrycie Edisonowi, ale ten dupek z Menlo Park posłał go w cholerę. Uznał, że gdy się to rozpropaguje, jego żarówka stanie się przeżytkiem. No i masz, znowu cholerna żarówka. Wobec czego Tesla sprzedał swój prąd zmienny firmie Westinghouse'a, a tam ruszono zaraz z robotą i zaczęto budować elektrownię na Niagarze, największą w kraju. Edison przeszedł do ofensywy. Prąd zmienny jest zbyt niebezpieczny, orzekł, zabija, gdy się zbliżyć. Aby to wykazać, wysyłał swych ludzi, by robili pokazy na wystawach krajowych i stanowych. Sam taki jeden widziałem, kiedy jeszcze byłem szkrabem, aż się posikałem z wrażenia. Wciągali na scenę zwierzęta i porażali je prądem. Psy, świnie, nawet krowy. Zabijali je na naszych oczach. Tak właśnie wynaleziono krzesło elektryczne. Edison to wykombinował, żeby dowieść, jak niebezpieczny jest prąd zmienny, a potem sprzedał wynalazek więzieniu Sing Sing, gdzie do dziś z niego korzystają. Cudowne, prawda? Gdyby świat nie był taki piękny, pewnie wszyscy stalibyśmy się cynikami.

„Jajko Kolumba" zakończyło spór. Zbyt wielu ludzi widziało Teslę i nikt już się nie bał. Facet był wariatem, to jasne, ale przynajmniej nie robił tego dla pieniędzy. Parę lat później Westing-house popadł w tarapaty finansowe i Tesla w geście przyjaźni podarł umowę gwarantującą mu tantiemy. Miliony, grube miliony dolarów. Zwyczajnie podarł papier i zajął się czymś innym. Nie trzeba dodawać, że umarł bez gorsza przy duszy.

Odkąd go zobaczyłem na własne oczy, śledziłem w gazetach jego poczynania. Wtedy pisano o nim bez przerwy, donoszono o jego nowych wynalazkach, cytowano dziwaczne wypowiedzi skierowane do tych, którzy chcieli słuchać. Był dobrym tematem. Opierający się upływowi czasu upiór, który mieszka samotnie w Waldorf: śmiertelnie bał się zarazków, cierpiał na wszelkie wynalezione przez ludzkość fobie, miewał okresy nadwrażliwości, które doprowadzały go niemal do obłędu. Mucha bzycząca w sąsiednim pokoju brzmiała w jego uszach jak eskadra myśliwców. Przechodząc pod mostem, czuł, jak żelazna konstrukcja przygniata mu czaszkę, jak gdyby zaraz miała go zmiażdżyć. Jego laboratorium znajdowało się na dolnym Manhattanie, West Broadway chyba, róg West Broad-way i Grand. Czego on tam nie wynalazł! Lampy elektronowe, zdalnie sterowane torpedy, pomysł elektryczności bez drutów. A tak, bez drutów. W ziemi należało zatknąć metalowy pręt i wyssać nim energię elektryczną z powietrza. Pewnego razu oznajmił, że zbudował urządzenie akustyczne, które kieruje pulsację ziemi do punktu skupienia. Przystawił je do ściany budynku na Broadwayu i w ciągu pięciu minut gmach zaczął się trząść w posadach. Niechybnie zawaliłby się, gdyby Tesla nie przerwał eksperymentu. Jako chłopiec uwielbiałem o tym czytać, głowę nabijałem sobie jego wyczynami. Ludzie snuli najprzeróżniejsze hipotezy na jego temat. Był jak prorok z przyszłej ery, nikt nie potrafił mu się oprzeć. Całkowity podbój natury! Świat, w którym spełniają się wszystkie marzenia! Najbardziej niesłychany nonsens wymyślił człowiek nazwiskiem Julian Hawthorne, który okazał się synem Nathaniela, wielkiego amerykańskiego pisarza. Julian. Może pamiętasz, że to także moje imię, toteż z zaciekawieniem śledziłem karierę Hawthorne'a juniora. Był wtedy wziętym pisarzem, klasycznym przykładem grafomana, który pisał równie źle, jak jego ojciec pisał dobrze. Żałosny typek.

Wyobraź sobie, że wychowujesz się w domu, gdzie gośćmi bywają Mehdlle i Emerson, i potem wyrasta z ciebie takie beztalencie. Napisał pięćdziesiąt parę książek, setki artykułów prasowych, a wszystko chała. Pewnego razu wylądował nawet w więzieniu za machlojki giełdowe, oszukał fiskusa czy coś takiego, już nie pamiętam. W każdym razie Julian Hawthorne był przyjacielem Tesli. W tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym dziewiątym, a może w tysiąc dziewięćsetnym Tesla wyjechał do Colorado Springs i w górach wybudował laboratorium, by badać efekty działania piorunów kulistych. Pewnego dnia pracował do późna i zapomniał wyłączyć odbiornik. Naraz z urządzenia dobiegły dziwne odgłosy. Szumy i sygnały radiowe, Bóg raczy wiedzieć co jeszcze. Opowiadając o tym wydarzeniu nazajutrz dziennikarzom, Tesla stwierdził, że to dowodzi inteligentnego życia w kosmosie, że cholerni Marsjanie do niego przemówili. Wierz mi lub nie, ale nikt się wtedy z tego nie śmiał. Sam lord Kelvin, ubzdryngolony na jakimś bankiecie, stwierdził, że to jeden z największych przełomów w nauce. Niedługo potem Julian Hawthorne napisał artykuł o Tesli w jednej z ogólnokrajowych gazet. Mózg Tesli jest w tak zaawansowanym stadium rozwoju, zawyrokował, że on w żadnym razie nie może być człowiekiem. Urodził się na innej planecie - zdaje się, że na Wenus -i został wysłany na Ziemię z misją specjalną, która polega na wyjawieniu nam tajemnic natury, na odsłonięciu ludziom ścieżek, którymi chadza Bóg. I znów pewnie myślisz, że się śmiano, ale wcale nie. Wielu potraktowało to poważnie, jeszcze dziś, sześćdziesiąt, siedemdziesiąt lat po tych wydarzeniach, tysiące w to wierzą. W Kalifornii jest sekta, której wyznawcy czczą Teslę jako przybysza z innej planety. Nie musisz mi wierzyć na słowo, mam w domu ich publikacje, więc możesz się sam przekonać. W deszczowe dni Paweł Shum czytywał mi te brednie. Zarykiwałem się do rozpuku.

Mówię o tym, byś miał pojęcie, ile to dla mnie znaczyło. Tesla nie był byle kim i nie posiadałem się ze szczęścia, kiedy przyjechał do Shoreham, by wybudować wieżę. Pomyśleć, że ten wielki człowiek zjeżdżał co tydzień do mojego rodzinnego miasteczka! Podpatrywałem go, jak wysiada z pociągu na stacji, myślałem, że może nauczę się czegoś obserwując go, że z takiego bliska wniknie we mnie choćby odrobina jego geniuszu - jak gdyby to była choroba zakaźna. Nigdy nie starczyło mi odwagi, by go zagadnąć, ale to nie miało znaczenia. Natchnienie czerpałem z samej świadomości, że on jest tu gdzie ja, że w każdej chwili mogę go zobaczyć, choćby przelotnie. Pewnego dnia nasze spojrzenia się zetknęły, pamiętam dobrze, to było bardzo ważne, spotkały się nasze oczy i poczułem, że Tesla przeszywa mnie wzrokiem, jak gdybym w ogóle nie istniał. To była niesamowita chwila. Czułem, jak jego spojrzenie przenika przez moje oczy i wychodzi potylicą, spalając mózg na popiół. Po raz pierwszy w życiu uzmysłowiłem sobie, że jestem nikim, absolutnie nikim. Nie, nie przygnębiło mnie to, jak mógłbyś sądzić. Oszołomiła mnie ta myśl, ale kiedy wstrząs minął, poczułem się mocniejszy, jak gdybym przeżył własną śmierć. Nie, to nie to, nie całkiem. Miałem wtedy siedemnaście lat, byłem ledwie wyrostkiem. Gdy Tesla przeszył mnie spojrzeniem na wskroś, poczułem przedsmak śmierci. To chyba najbliższe temu, co mam na myśli. W ustach poczułem smak śmiertelności i w tej samej chwili pojąłem, że nie będę żył wiecznie. Zrozumienie tej prawdy trwa niekiedy bardzo długo, ale gdy już się zrozumie, wszystko się w tobie zmienia, nie jesteś już tym samym człowiekiem. Miałem wtedy siedemnaście lat i oto nagle pojąłem w pełni, że moje życie jest moje, że do mnie tylko należy i nikt nie ma nic do gadania. 

(…)

Wróciliśmy więc z Pawłem do Nowego Jorku i wybieraliśmy się na spacery po mieście. Tak jak teraz, tylko że o wiele dłuższe, włóczyliśmy się całymi dniami, ale też pchał wózek ze mną. Paweł nigdy wcześniej nie był w Nowym Jorku, pokazywałem mu więc widoki, snuliśmy się po dzielnicach, próbowałem na nowo zaznajomić się z miastem. Pewnego dnia latem trzydziestego dziewiątego wyprawiliśmy się do biblioteki publicznej na rogu Czterdziestej Drugiej Ulicy i Piątej Alei, a potem postanowiliśmy odetchnąć w Bryant Park. Wtedy właśnie znowu zobaczyłem Teslę. Paweł siedział na ławce obok mnie, a ze trzy metry od nas stał stary człowiek i karmił gołębie. Ptaki kłębiły się wokół niego, siadały mu na głowie i ramionach - dziesiątki gruchających gołębi - srały mu na ubranie i jadły z rąk, a on mówił do nich: kurczątka, słoneczka, aniołki. Gdy tylko usłyszałem ten głos, od razu poznałem Teslę - w tej samej chwili obrócił ku mnie twarz i oto był.

Osiemdziesięcioletni ramol. Upiornie blady, wychudły, tak szpetny jak ja dzisiaj. Chciało mi się śmiać, gdy go zobaczyłem. Niegdysiejszy geniusz z kosmosu, bohater mej młodości. A teraz kto? Znękany starzec, dziad. „Jesteś Nikola Tesla - odezwałem się do niego ot tak, po prostu, bez żadnych ceregieli. - Nikola Tesla. Znałem cię kiedyś". Uśmiechnął się do mnie i ukłonił lekko. „Jestem teraz zajęty - odparł - może innym razem porozmawiamy". Obróciłem się do Pawła i powiedziałem: „Daj panu Tesli trochę pieniędzy, niech kupi za to więcej siemienia dla ptaszków". Paweł wstał, podszedł do Tesli i wyjął dziesięciodolarowy banknot. Nastała pamiętna chwila, Fogg, chwila, której nie dorówna nic przez wiele stuleci. Ha! Nigdy nie zapomnę zażenowania w oczach tego skurczybyka. Nasza Świetlana Przyszłość, prorok nowego świata! Paweł wyciągnął rękę z pieniędzmi i widziałem, że Tesla walczy ze sobą, że nie chce przyjąć, że próbuje odwrócić oczy, ale nie mógł. Stał tylko i patrzył jak obłąkany żebrak. No i wreszcie wziął pieniądze, wyrwał je Pawłowi z dłoni i wcisnął do kieszeni. „Bardzo to uprzejmie z pana strony - rzekł do mnie - bardzo uprzejmie. Kochane słoneczka potrzebują ziarenek". Następnie odwrócił się plecami i mruknął coś do gołębi. W tej samej chwili Paweł pchnął wózek, pojechaliśmy i to już koniec. Nigdy w życiu więcej go nie widziałem.

Paul Auster
Księżycowy Pałac
tłumaczenie: Robert Sudół