Prawo prywatne broniące szlachetnej wyższości jest tym, co umożliwia uniezależnienie od państwa. Thoreau, który znalazł wolność nad jeziorem Walden, mógł przemawiać śmiało przeciwko państwu, bez groźby ekonomicznej ekskomuniki. Walt Whitman, stawszy się pracownikiem administracji państwowej w Waszyngtonie odkrył, że dążenia nieortodoksyjne, nawet w poezji, prowadzą do odcięcia od dochodów. (...)
Nie ma pewniejszej rzeczy niż to, że wszystko, cokolwiek musi zabiegać o łaskę opinii publicznej, prędzej czy później będzie sprostytuowane do celów utylitarnych. Instytucje oświatowe USA są uderzającym potwierdzeniem tej prawdy. Praktycznie bez wyjątku, edukacja konserwatywna, to znaczy edukacja skoncentrowana wokół idei i ideałów, najlepiej sobie radzi w tych instytucjach, które utrzymują się ze środków prywatnych. Pomimo ograniczeń, które usiłowali narzucić ofiarodawcy środków, były one w stanie utrzymać zasadę, że edukacja nie służy jedynie do celów utylitarnych. Instytucje te są stosunkowo wolne, tak że mogą promować czystą naukę ćwiczenia umysłu. Dzięki temu stały się ostatnią ostoją dla "astołecznych" studiów, takich jak łacina i greka. W państwowych instytucjach oświatowych, które są na łasce ciał wybieralnych i na łasce opinii publicznej jako całości, a także pod naciskiem obowiazku wykazywania się praktycznymi wynikami w stosunku do wydatkowanych sum, ruch w kierunku specjalizacji i fachowości jest nie do powstrzymania. Instytucje te nigdy nie były w stanie oświadczyć, że będą robić to, co chcą, ze swoją własnością, ponieważ ich własność nie jest własnością prywatną. Zaryzykujemy nawet twierdzenie, że przeciwieństwem prywatnej własności jest prostytucja.
R M. Weaver
Idee mają konsekwencje
Tłumaczenie: Barbara Bubula
Pokochanie innej osoby dowodzi zmęczenia samotnością: jest więc tchórzostwem i zdradą wobec samego siebie (jest rzeczą najwyższej wagi, abyśmy nikogo nie kochali). Fernando Pessoa
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 27 listopada 2016
poniedziałek, 23 maja 2016
piątek, 20 maja 2016
Paideia
O
filozofii przed filozofią można
też mówić w związku
z innym presokratycznym nurtem myśli
greckiej: mam na
myśli praktykę i teorię jednego z filarów
mentalności
Greków: pragnienia kształtowania i wychowywania,
troski
o to, co oni sami nazwali paideia. Już od czasów
homeryckich
wychowanie młodych zaprzątało umysły warstwy
rycerskiej,
ludzi posiadających arete , czyli doskonałość,
zawsze nieodłączną od szlachetności urodzenia7 która u filozofów
przekształci się później w cnotę, czyli szlachetność duszy.
Pewne
wyobrażenie o tym wychowaniu arystokratycznym mogą nam
dać
poematy Teognisa9, w istocie będące zbiorem przepisów
moralnych.
Wychowawcami arystokratów są dorośli z tej samej
warstwy
społecznej, starający się wpoić wychowankom znaczenie siły
fizycznej, odwagi, poczucia obowiązku i honoru,
jakie przystoją
wojownikom, a których wcieleniem są wielcy
boscy przodkowie
stawiani za wzór. Wraz z rozwojem demokracji, od V w. p.n.e.
poczynając, greckie polis w nie mniejszym
stopniu pragną
kształtować przyszłych obywateli poprzez ćwiczenia ciała:
gimnastykę i muzykę, oraz ćwiczenia ducha.
Ale życie w
demokracji to również walka o władzę: trzeba
więc umieć
przekonywać lud, nakłaniać go do podejmowania
takich czy innych
decyzji podczas zgromadzenia. Jeśli zatem
pragnie się stanąć na
czele ludu, trzeba posiąść sztukę przemawiania. Na to
zapotrzebowanie odpowie ruch sofistów.
7 Co do Grecji okresu archaicznego i
Aten do końca V wieku,
zob. W. Jaeger, Paideia , t. I— przeł. M.
Plezia, Warszawa 1962.
II,
Zob. też H-I. Marrou, Historia
wychowania w starożytności, przeł. S. Łoś, Warszawa 1969 oraz rozdział
The Origins of Higher
Education at Athens w: J.P. Lynch,
Aristotle's School. I Study of
a Greek Educational Institution,
Berkeley 1972, s 32 68.
8 Por. W. Jaeger, Paideia , dz. cyt.,
t. 1 s. 38 i następne. Widać tam
różnicę między wychowaniem
(arystokraty, zgodnym z ideałem
kastowym) i kulturą (człowieka
takiego, jakim powinien być według filozofii).
9 Por. tamże, t. I, s. 211-227.
P. Hadot, Czym jest filozofia
starożytna
tłumaczenie: Piotr
Domański
Patrz Cioran do Gabriela Liiceanu, →
piątek, 13 marca 2015
Liderzy to osoby, które przekazują komuś wiarę i nauczają innych, wydobywają z nich zdolności przez zmianę przekonania, że są ograniczone
Liderzy to osoby, które przekazują
komuś wiarę i nauczają innych, wydobywają z nich zdolności przez
zmianę przekonania, że są ograniczone. Wielkim liderem, który
wywarł na mnie ogromne wrażenie jest nauczycielka Marva Collins. 30
lat temu użyła swojej siły, zdecydowała się wpłynąć na
przyszłość poprzez wprowadzenie zmian w życie dzieci. Kiedy
dostała pierwszą pracę jako nauczycielka, gdzie było wiele dzieci
z getta w Chicago, jej uczniowie zdecydowali, że nie chcą się
uczyć niczego. Misją Marvy było poruszenie życia tych dzieci. Ona
nie miała tylko prostego przekonania, ona miała głęboko
zakorzenione przeświadczenie, że będzie miała dobry wpływ na
nich. Nie miała ograniczeń w tym co chciała robić. Przebywając z
dziećmi, określanymi jako dyslektyczne i z zaburzeniami uczenia się
i zachowania, zdecydowała, że problem nie tkwi w dzieciach lecz w
sposobie w jaki zostały one dotknięte. Było to dosyć śmiałe
stwierdzenie. Dzieci nie miały wiary w siebie, nie wiedziały kim
naprawdę są, ani do czego są zdolne. Ludzie reagują na wyzwania i
Marva uwierzyła, że te dzieci potrzebują tego bardziej niż
czegokolwiek innego.
Wyrzuciła wszystkie stare książki i
zastąpiła je Szekspirem, Sofoklesem i Tołstojem. Inni nauczyciele
powiedzieli ,,Nie ma sposobu aby jej się udało, te dzieci nie
zrozumieją tego".
Wielu z nich zaatakowało Marvę personalnie, mówiąc że zamierza zniszczyć życie tych dzieci. Ale uczniowie Marvy nie tylko zrozumieli materiał, ale i rozwijali się. Dlaczego? Ponieważ ona wierzyła tak gorąco w unikalność duszy każdego dziecka, w jej lub jego zdolności uczenia się czegokolwiek. Komunikowała się z wielką zgodnością i miłością, że dosłownie pozwoliła im uwierzyć w siebie - kilku z nich po raz pierwszy w ich młodym życiu. Rezultaty były nadzwyczajne.
Po raz pierwszy spotkałem Marvę i robiłem z nią wywiad w Westide Preparatory School, prywatnej szkole przez nią ufundowanej, która była poza systemem szkół w Chicago. Po naszym spotkaniu, postanowiłem porozmawiać z jej uczniami. Pierwszy młody człowiek, którego spotkałem miał cztery lata, jego uśmiech rozbrajał każdego. Uścisnąłem jego dłoń.
- Cześć nazywam się Tony Robbins.
- Dzień dobry panu. Nazywam się Talmadge E. Griffin. Mam cztery lata. Co chciałby pan wiedzieć? - Powiedz mi Talmadge, co przerabiałeś ostatnio?
Wielu z nich zaatakowało Marvę personalnie, mówiąc że zamierza zniszczyć życie tych dzieci. Ale uczniowie Marvy nie tylko zrozumieli materiał, ale i rozwijali się. Dlaczego? Ponieważ ona wierzyła tak gorąco w unikalność duszy każdego dziecka, w jej lub jego zdolności uczenia się czegokolwiek. Komunikowała się z wielką zgodnością i miłością, że dosłownie pozwoliła im uwierzyć w siebie - kilku z nich po raz pierwszy w ich młodym życiu. Rezultaty były nadzwyczajne.
Po raz pierwszy spotkałem Marvę i robiłem z nią wywiad w Westide Preparatory School, prywatnej szkole przez nią ufundowanej, która była poza systemem szkół w Chicago. Po naszym spotkaniu, postanowiłem porozmawiać z jej uczniami. Pierwszy młody człowiek, którego spotkałem miał cztery lata, jego uśmiech rozbrajał każdego. Uścisnąłem jego dłoń.
- Cześć nazywam się Tony Robbins.
- Dzień dobry panu. Nazywam się Talmadge E. Griffin. Mam cztery lata. Co chciałby pan wiedzieć? - Powiedz mi Talmadge, co przerabiałeś ostatnio?
- Wiele rzeczy panie Robbins.
- Właśnie skończyłem czytać
,,Myszy i ludzie" John`a Steibeck`a.
Nic więcej, byłem zaskoczony. Zapytałem go o czym jest ta książka, licząc, że odpowie, iż jest o dwóch facetach George i Lenny.
- Główny wątek to …
Od tego czasu uwierzyłem! Potem zapytałem go czego nauczył się z tej książki.
- Panie Robbins, nie tylko się nauczyłem, ta książka przeniknęła do mej duszy.
Zacząłem się śmiać i zapytałem:
- Co to znaczy ,,przeniknęła"?
- Przeszła przez - odpowiedział i podał mi pełniejszą odpowiedź niż ja mógłbym podać.
- Co wzruszyło cię najbardziej w tej książce?
- Zauważyłem w tej powieści, że dzieci nigdy nie oceniają nikogo po kolorze skóry tylko dorośli. Czego się nauczyłem to to, że gdy pewnego dnia stanę się dorosłym, nigdy nie zapomnę lekcji dzieciństwa.
Poleciały mi łzy, ponieważ zobaczyłem, że Marva Collins dostarczyła temu chłopcu i podobnym jemu siłę wiary, która ukształtuje ich decyzje nie tylko dziś ale przez całe ich życie. Marva wpłynęła na swoich uczniów, używając trzech zasad organizacji: spowodowała, że podniosły się ich normy, towarzyszyła im w przyswajaniu nowych, umożliwiła przełamać dawne ograniczenia i odwróciła wszystko z tak specyficznymi umiejętnościami i strategią konieczną do długo życiowego sukcesu.
Rezultaty? Jej uczniowie stali się nie tylko pewni siebie, ale i kompetentni. Efekty w ich życiu są głębokie.
W końcu zapytałem Talmadge:
- Jakiej najważniejszej rzeczy nauczyła cię pani Collins?
- Najważniejszą rzeczą, której nauczyła mnie pani Collins to ,,SPOŁECZEŃSTWO MOŻE PROROKOWAĆ, ALE TO JA KSZTAŁTUJĘ MOJE PRZEZNACZENIE!"
Może wszyscy musimy pamiętać lekcję dzieciństwa. Z przekonania młodego Talmadge wyrażonego tak pięknie, gwarantuję, że on, tak dobrze jak jego koledzy z klasy, będą mieć ogromne możliwości do interpretowania ich życia tworzenia przyszłości takiej jakiej oczekują, nie będą się jej obawiać.
Przyjrzyjmy się teraz czego się nauczyliśmy. Wyjaśniliśmy sobie, że w każdym z nas jest siła, którą trzeba rozbudzić (uświadomić ją sobie). Siła zaczyna działać, gdy uświadomimy sobie, nasze decyzje, a wtedy kształtujemy nasze przeznaczenie.
Nic więcej, byłem zaskoczony. Zapytałem go o czym jest ta książka, licząc, że odpowie, iż jest o dwóch facetach George i Lenny.
- Główny wątek to …
Od tego czasu uwierzyłem! Potem zapytałem go czego nauczył się z tej książki.
- Panie Robbins, nie tylko się nauczyłem, ta książka przeniknęła do mej duszy.
Zacząłem się śmiać i zapytałem:
- Co to znaczy ,,przeniknęła"?
- Przeszła przez - odpowiedział i podał mi pełniejszą odpowiedź niż ja mógłbym podać.
- Co wzruszyło cię najbardziej w tej książce?
- Zauważyłem w tej powieści, że dzieci nigdy nie oceniają nikogo po kolorze skóry tylko dorośli. Czego się nauczyłem to to, że gdy pewnego dnia stanę się dorosłym, nigdy nie zapomnę lekcji dzieciństwa.
Poleciały mi łzy, ponieważ zobaczyłem, że Marva Collins dostarczyła temu chłopcu i podobnym jemu siłę wiary, która ukształtuje ich decyzje nie tylko dziś ale przez całe ich życie. Marva wpłynęła na swoich uczniów, używając trzech zasad organizacji: spowodowała, że podniosły się ich normy, towarzyszyła im w przyswajaniu nowych, umożliwiła przełamać dawne ograniczenia i odwróciła wszystko z tak specyficznymi umiejętnościami i strategią konieczną do długo życiowego sukcesu.
Rezultaty? Jej uczniowie stali się nie tylko pewni siebie, ale i kompetentni. Efekty w ich życiu są głębokie.
W końcu zapytałem Talmadge:
- Jakiej najważniejszej rzeczy nauczyła cię pani Collins?
- Najważniejszą rzeczą, której nauczyła mnie pani Collins to ,,SPOŁECZEŃSTWO MOŻE PROROKOWAĆ, ALE TO JA KSZTAŁTUJĘ MOJE PRZEZNACZENIE!"
Może wszyscy musimy pamiętać lekcję dzieciństwa. Z przekonania młodego Talmadge wyrażonego tak pięknie, gwarantuję, że on, tak dobrze jak jego koledzy z klasy, będą mieć ogromne możliwości do interpretowania ich życia tworzenia przyszłości takiej jakiej oczekują, nie będą się jej obawiać.
Przyjrzyjmy się teraz czego się nauczyliśmy. Wyjaśniliśmy sobie, że w każdym z nas jest siła, którą trzeba rozbudzić (uświadomić ją sobie). Siła zaczyna działać, gdy uświadomimy sobie, nasze decyzje, a wtedy kształtujemy nasze przeznaczenie.
Anthony Robbins
Obudź w sobie olbrzyma , s 133- 135
Przekład: Paweł
Cichawa
poniedziałek, 30 czerwca 2014
Orwell o prywatnych szkołach
No więc niech
mnie pani posłucha.
Dorota słuchała.
Z podziwu godną jasnością i z cynizmem, który był tym bardziej
odrażający, że całkowicie nie uświadomiony, pani Creevy wyłożyła
technikę brudnego oszustwa, które nazywała nauczaniem praktycznym.
- Co powinna pani
zapamiętać raz na zawsze - zaczęła - to to, że w szkole liczy
się tylko jedno, to znaczy czesne. Cała paplanina o „rozwijaniu
dziecięcych umysłów", jak to pani nazywa, psu na budę. Mnie
interesuje czesne, a nie rozwijanie dziecięcych umysłów. Krótko
mówiąc, nic więcej, tylko zdrowy rozsądek. Nie można przecie
przypuszczać, że ktokolwiek weźmie na siebie wszystkie kłopoty z
utrzymaniem szkoły, narażając dom na wywrócenie do góry nogami
przez bandę bachorów, jeśli nie można by na tym zrobić jakichś
pieniędzy. Przede wszystkim idzie o czesne, wszystko inne jest
drugorzędne. Czyż nie powiedziałam pani o tym już pierwszego dnia
po jej przybyciu?
- Tak - przyznała
Dorota pokornie.
- Dobrze, więc
czesne płacą rodzice i pani musi myśleć o rodzicach. Proszę
robić to, czego żądają rodzice. To nasza tutaj zasada. Mogę się
zgodzić, że całe to śmiecenie plasteliną i wycinankami, do
których jest pani tak przywiązana, nie wyrządzają dzieciom żadnej
szczególnej szkody; ale rodzice tego nie chcą i trzeba z tym
skończyć. Są dwa przedmioty, których się dla swoich dzieci
domagają, to znaczy arytmetyki i pisania. Szczególnie pisania. To
jest coś, w czym widzą sens. A więc pisanie jest tym, na co musi
pani kłaść nieustanny nacisk. Dużo ładnych, schludnych
przepisywań, które dziewczynki mogą zanieść do domów i które
rodzice będą mogli pokazywać sąsiadom, a nam dadzą trochę
bezpłatnej reklamy. Chcę, żeby pani kazała dzieciom przepisywać
dwie godziny dziennie i nic poza tym.
- Dwie godziny
dziennie na pisanie - powtórzyła Dorota posłusznie.
- Tak. A także
dużo arytmetyki. Rodzicom bardzo zależy na arytmetyce: szczególnie
na sumowaniu pieniędzy. Niech pani cały czas ma na oku rodziców.
Jeśli spotka pani któreś z nich na ulicy, proszę podejść i
zacząć mówić o ich własnej dziewczynce. Niech pani zapewnia, że
jest to najlepsza dziewczyna w klasie i jeśli zostanie jeszcze na
trzy semestry - będzie robiła cuda. Rozumie pani, co mam na myśli?
Niech pani nie idzie i nie mówi, że ona nie rokuje nadziei na
poprawę; ponieważ jeżeli im pani to powie, najpewniej zabiorą
dziewczynki ze szkoły. Tylko trzy semestry dłużej, to jest to, co
trzeba im wmawiać. A kiedy pani skończy wypisywanie okresowych
świadectw, niech je pani przyniesie do mnie i pozwoli mi dobrze się
przyjrzeć. Lubię osobiście stawiać
stopnie.
Spojrzenie pani
Creevy spotkało się ze wzrokiem Doroty. Prawdopodobnie miała
właśnie zamiar powiedzieć, że zawsze stawiała stopnie w taki
właśnie sposób, żeby każda z dziewcząt znalazła się w pobliżu
klasowego szczytu, ale się powstrzymała. Przez chwilę Dorota nie
potrafiła zabrać głosu. Zdawało się na pozór, że jest
ujarzmiona. Była bardzo blada, ale jej serce wypełniał gniew i
gwałtowna odraza, z którą, zanim zdołała przemówić, musiała
stoczyć walkę. Nie myślała jednak sprzeciwiać się pani Creevy.
„Reprymenda" poważnie ją załamała. Opanowała głos i
rzekła:
- Mam nie uczyć
niczego poza pisaniem i arytmetyką, czy tak? - No, nie wyraziłam
się aż tak. Istnieje wiele przedmiotów, które dobrze się
prezentują w prospekcie. Na przykład francuski - francuski bardzo
dobrze prezentuje się w prospekcie. Ale to nie jest przedmiot, na
który by pani miała marnować zbyt wiele czasu. Niech się pani nie
stara szpikować dzieci gramatyką i składnią, i czasownikami, i
tym wszystkim. Ten rodzaj materiału, jak ja to widzę, nie prowadzi
donikąd. Niech im pani da co nieco z „parley vous francey" i
„passey moi le beurre" i tak dalej; to o wiele pożyteczniejsze
od gramatyki. No i jest jeszcze łacina - zawsze umieszczam w
prospekcie łacinę. Ale nie przypuszczam, żeby pani była bardzo
obyta z łaciną, mam rację?
- Nie - przyznała
Dorota.
- Cóż, to bez
znaczenia. Nie będzie jej pani uczyła. Żadne z naszych rodziców
nie życzy sobie, żeby ich dziecko traciło czas na łacinę. Ale
lubią widzieć ją w prospekcie. To wygląda szykownie. Oczywiście
jest wiele przedmiotów, których nie możemy uczyć, ale musimy je
przy tym ogłaszać.
Bibliotekarstwo i
maszynopisanie, i stenografia na przykład; obok tego muzyka i
taniec. Wszystko to dobrze wygląda na prospekcie.
(...)
To zaś, co pani
Creevy powiedziała o „nauczaniu praktycznym" nie było niczym
innym, jak realistycznym widzeniem rzeczywistości. Ona po prostu
głośno wypowiedziała to, co myśli większość ludzi w jej
sytuacji, nigdy się z tym nie zdradzając. Często powtarzane zdanie
„interesuje mnie czesne", stanowiło motto, jakie mogło -
albo raczej powinno - być wypisane na drzwiach wszystkich prywatnych
szkół w Anglii.
Nawiasem biorąc
istnieje w Anglii olbrzymia ilość szkół prywatnych.
Drugorzędnych, trzeciorzędnych i czwartorzędnych. (Ringwood House
należała do kategorii czwartorzędnych.) Są ich dziesiątki na
każdym londyńskim przedmieściu i w każdym prowincjonalnym
mieście. W każdej chwili można gdzieś w sąsiedztwie znaleźć
jedną z tych dziesięciu tysięcy, z których ledwie tysiąc
poddawanych bywa kontroli rządowej. I choć niektóre wydają się
lepsze od innych, a pewna liczba, jak można przypuszczać jest
lepsza od szkół municypalnych, z którymi rywalizują, to jednak we
wszystkich tkwi to samo fundamentalne zło: nie mają żadnego innego
celu, poza robieniem pieniędzy. Często, wyjąwszy fakt, że nie ma
w tym nic nielegalnego, zakłada się je w tym samym duchu, w jakim
powstają burdele albo sklepy z wiadrami. Jakiś zatabaczony mały
człowieczek interesu (zazwyczaj bywa z tymi szkołami tak, że
należą do ludzi, którzy w nich nie uczą), powiada do swojej
małżonki: „Emmo, mam pomysł! Co byś powiedziała, gdybyśmy tak
we dwoje trzymali szkołę, hę? W takiej szkole jest masa forsy,
wiesz, a robota nie taka sama jak w sklepie czy w barze. Poza tym
niczym nie ryzykujesz; o nic cię głowa nie boli, nie licząc
komornego, paru ławek i tablicy. Ale my to zrobimy z fasonem.
Bierzesz któregoś z tych facetów po Oxfordzie czy Cambridge, co
akurat łazi bez roboty, przyjdzie tanio, ubierzesz go w pelerynę -
i w ten, no, jak się nazywają te ich kwadratowe kaszkiety z
pomponami na czubku? To zwabi rodziców, nie? Ty tylko masz oczy
otwarte i tylko wybierasz dobrą dzielnicę, gdzie jeszcze nie ma za
dużo takich samych cwaniaków".
Wybiera
lokalizację w jednym z obszarów zamieszkałych przez klasę
średnią, gdzie ludzie są zbyt ubodzy, by sobie móc pozwolić na
solidną szkołę i zbyt dumni, by posyłać dzieci do szkół
municypalnych, i „sprawa chwyta". Stopniowo nawiązuje
kontakty tym samym sposobem co mleczarz czy zieleniarz i jeśli jest
bystry, a przy tym taktowny, i nie ma zbyt wielu rywali, robi na tym
kilkaset funtów rocznie.
Oczywiście, nie
wszystkie szkoły są do siebie podobne, nie każdy pryncypał jest
takim pazernym prymitywem i złośliwcem jak pani Creevy, istnieje
wiele szkół, w których atmosfera bywa sympatyczna, a nauczanie tak
dobre, jak można zasadnie oczekiwać płacąc pięć funtów za
semestr. Z drugiej strony, niektóre to krzyczące skandale. Nieco
później, Dorota poznawszy pewnego nauczyciela z innej prywatnej
szkoły w Southbridge, usłyszała opowieści o szkołach znacznie
gorszych od Ringwood House. Usłyszała o taniej szkole z internatem,
w której umieszczali swoje dzieci wędrowni aktorzy tak, jak się
wrzuca bagaż do przechowalni kolejowej. Dzieci zwyczajnie wegetowały
tam i, nie robiąc absolutnie nic, dożywały szesnastego roku życia,
nie nauczywszy się nawet czytać. Usłyszała też o innej szkole,
gdzie dni upływały na nieustającym buncie uczniów, ze złamanym,
starym, zaharowanym wychowawcą uganiającym się za chłopcami w
górę i w dół, i siekącym ich trzciną, który się nagle
załamuje i łka z głową na katedrze, podczas gdy chłopcy się zeń
śmieją. Tak długo, jak długo będą istnieć szkoły prowadzone
głównie dla pieniędzy, podobne zjawiska będą się powtarzać.
Drogie szkoły prywatne, do których bogaci posyłają dzieci, z
pozoru nie są tak złe jak reszta, ponieważ stać je na właściwy
personel, a system egzaminacyjny tych „public schools" zmusza
je do utrzymywania się na poziomie; ale wszystkie mają tę samą
podstawową skazę.
Dorota odkrywała
właściwości szkół prywatnych stopniowo. Przeżywała zrazu
absurdalny strach, że pewnego dnia pojawią się w Ringwood House
inspektorzy szkolni, wykryją jaka panuje tam blaga i jakim to
wszystko jest oszustwem, i stosownie wymiotą cały ten kurz.
Jednakże później przekonała się, że to się zdarzyć nie może.
Ringwood House nie został „uznany", a przeto nie podlegał
inspekcjom. Wprawdzie pewnego dnia odwiedził szkołę inspektor
rządowy, ale poza zmierzeniem powierzchni klasy, by stwierdzić, czy
na każdą dziewczynkę przypada właściwa liczba stóp kubicznych,
nie zrobił nic; nie miał upoważnienia, by zrobić coś więcej.
Jedynie drobna mniejszość szkół „uznanych" - mniej niż
jedna na dziesięć - bywa oficjalnie wizytowana w celu ustalenia,
czy zachowują przyzwoity poziom nauczania. Inne zaś mają swobodę
uczenia lub nie uczenia, wedle wyboru. Nikt - wyjąwszy rodziców
dzieci - ich nie kontroluje, ani nie dokonuje inspekcji - prowadzi
więc ślepy ślepego, Marcin uczy Marcina...
Córka Proboszcza
tłumaczenie:
Bohdan Drozdowski
wtorek, 24 czerwca 2014
System ocen a mentalność niewolnika
Orędowanie Fedrusa za zniesieniem
systemu ocen napotkało na początku zdumienie i sprzeciw prawie
wszystkich studentów, gdyż na pierwszy rzut oka godziło wprost w
same podstawy całego uniwersytetu. Pewna studentka ujęła to jasno
i dobitnie, oświadczając z rozbrajającą szczerością:
- Systemu ocen i stopni nie można
wyeliminować z powodów oczywistych. W końcu przecież to dla niego
tutaj jesteśmy.
Powiedziała prawdę i tylko prawdę.
Przekonanie, że większość studentów wstępuje na uniwersytet po
to, aby uzyskać wykształcenie niezależne od ocen i stopni, jest
niczym innym jak tylko mizerną hipokryzją, której nikt nie ma
ochoty demaskować. Wprawdzie niektórzy przychodzą na uniwersytet
po wykształcenie, ale rutyna i formalny charakter instytucji szybko
narzucają im mniej idealistyczną postawę.
Przyjęty model miał wykazać, że
zarzucenie systemu ocen wyeliminuje również hipokryzję. Zamiast
zajmować się ogólnikami, przedstawiono w modelu określoną
karierę fikcyjnego studenta, wykazującego podejście zbliżone do
typowego dla większości grupy, studenta nastawionego całkowicie na
stopnie zamiast na zdobywanie wiedzy, którą owe stopnie miały
reprezentować.
Taki student, według modelowej
hipotezy, wziąłby udział w pierwszych ćwiczeniach swej grupy,
otrzymał pierwsze zadanie i prawdopodobnie z przyzwyczajenia
wykonałby wymaganą pracę. Mógłby również wykonać drugie i
trzecie zadanie. Ale stopniowo nowość sytuacji zaczęłaby blednąć,
a ponieważ uczelnia nie wypełniałaby mu całego życia, nacisk
innych zobowiązań lub pragnień stworzyłby okoliczności, w
których nie mógłby już po prostu kolejnego zadania wykonać.
Ponieważ system ocen już by nie
istniał, nie pociągnęłoby to za sobą żadnej konsekwencji.
Dalsze wykłady, w których zakładano, że wykonał przypisaną
pracę, byłyby trudniejsze do zrozumienia, a ta trudność mogłaby
być powodem mniejszego zainteresowania w takim stopniu, że kolejne
trudne zadanie również zostałoby porzucone. I znów bezkarnie.
Coraz słabsze pojmowanie przedmiotu wykładów spowodowałoby z
czasem coraz większą trudność w koncentracji uwagi na
ćwiczeniach. Student zorientowałby się w końcu, że właściwie
nie korzysta wiele i w obliczu stałej presji innych obowiązków
przestałby się uczyć, dorobiłby się poczucia winy z tego powodu
i zaniechał udziału w ćwiczeniach. Podobnie jak przedtem nie
pociągnęłoby to za sobą żadnej kary.
Ale cóż właściwie naprawdę się
stało? Ów student, ku cichemu zadowoleniu wszystkich
zainteresowanych, po prostu wylałby się sam z uniwersytetu.
Świetnie! Niczego lepszego nie można było sobie życzyć. Przede
wszystkim nie znalazł się tu, aby zdobywać rzeczywiste
wykształcenie, więc nic nie stracił. Oszczędzono by w ten sposób
wiele pieniędzy i wysiłku, a poza tym nikt nie zostałby
napiętnowany stygmatem klęski, z którym musiałby się męczyć
przez całe życie. Żadne mosty nie zostały zerwane.
Największym problemem studenta jest
jego mentalność niewolnika, wyrobiona w nim przez lata ocen przy
pomocy metody marchewki i kija, mentalność wołu wyrażająca się
w postawie – albo mnie zdzielisz batem, albo nie będę pracował.
Nie dostał batem, a więc nie pracował. Tymczasem wóz cywilizacji,
do którego w myśl teoretycznych założeń uczelni był
zaprzęgnięty, musiał toczyć się bez niego tylko trochę wolniej.
Tragedia nastąpiłaby tutaj tylko w
przypadku przyjęcia założenia, że cywilizacji posuwa się naprzód
wyłącznie przy użyciu wołów. Taki jest powszechnie wyznawany
zawodowy punkt widzenia w budynku kościoła, ale postawa Kościoła
jest inna.
Kościół głosi mianowicie, że
cywilizacji czy też systemowi lub społeczeństwu, czy też jak
jeszcze inaczej chcesz to nazwać, lepiej od wołów służą wolni
ludzie. Celem zniesienia stopni i ocen nie jest karanie wołów czy
też wręcz pozbywanie się ich, celem tym jest natomiast stworzenie
warunków, w których wół może się przeistoczyć w wolnego
człowieka.
(…)
Na zakończenie kwartału każdy ze
studentów zobowiązany został do napisania eseju na temat wartości
nowego systemu. Nikt w czasie pisania nie znał jeszcze swoich
ogólnych wyników. Pięćdziesiąt cztery procent wypowiedziało się
przeciwko systemowi, trzydzieści siedem za, a dziewięć procent
zadeklarowało neutralność.
Przy zastosowaniu jednakowej wagi
każdego głosu pomysł okazał się bardzo niepopularny. Większość
studentów zdecydowanie chciała utrzymać system dawania i
ogłaszania ocen w trakcie studiów. Kiedy jednak Fedrus
sklasyfikował otrzymane odpowiedzi według ocen zapisanych w jego
książkach – a oceny te nie różniły się wiele od
przypuszczalnych, opartych na wynikach poprzednich ćwiczeń i
egzaminów wstępnych – cała historia zaczęła wyglądać
inaczej. Studenci kategorii A byli w stosunku dwóch do jednego za
nowym systemem, zaś opinie studentów B i C równo podzielone.
Natomiast kategorie D i F były jednomyślnie przeciw!
Ten niespodziewany wynik potwierdził
przypuszczenie, które żywił już od dłuższego czasu, że
zdolniejsi, poważniejsi uczniowie byli najmniej przywiązani do
ocen, być może dlatego, że byli najbardziej zainteresowani
przedmiotem studiów, natomiast tępi i leniwi byli najsilniej do
ocen przywiązani, być może dlatego, że dawały im one
przeświadczenie o własnych postępach.
Robert M. Pirsig
Zen i sztuka oporządzania motocykla
s. 184-185 i 188
niedziela, 30 marca 2014
Lecz wy baczcie na nasze słowa, a nie nasze czyny …
Wychowanie,
które otrzymują, zwłaszcza we Włoszech, ci, co są wychowani,
(żeby powiedzieć prawdę, jest ich niewiele), to formalna zdrada
stosowana przez słabość wobec siły, przez starość wobec
młodości. Starzy zwykli mówić młodym: unikajcie przyjemności
właściwych waszemu wiekowi, albowiem wszystkie są niebezpieczne i
przeciwne dobrym obyczajom, i ponieważ my, którzyśmy z nich
wzięli, ile się tylko dało, i jeszcze teraz, gdybyśmy mogli,
wzięlibyśmy drugie tyle, nie jesteśmy już do nich zdolni z powodu
lat. Nie starajcie się żyć dzisiaj, lecz bądźcie posłuszni,
cierpcie i trudźcie się, ile tylko zdołacie, żeby żyć, kiedy
wam już nie będzie pora po temu. Mądrość i szlachetność
żądają, żeby młodzieniec powstrzymywał się, o ile to tylko
możliwe, od używania swej młodości, jeśli już nie ma prześcigać
drugich w trudzie. Zostawcie nam troskę o wasz los i wszelkie ważne
rzeczy, które pokierujemy ku waszemu pożytkowi. Wszystko przeciwne
tym rzeczom robił każdy z nas w waszym wieku i znowu by robił,
gdyby odmłodniał, lecz wy baczcie na nasze słowa, a nie nasze
czyny, ani nasze skłonności. Tak czyniąc, wierzcie nam znawcom i
doświadczonym w sprawach ludzkich, będziecie szczęśliwi. Nie
wiem, co jest oszustwo i zdrada, jeśli nie to przyrzekanie
niedoświadczonym szczęścia pod tymi warunkami.
Interes
spokoju powszechnego, domowego i publicznego sprzeciwia się
przyjemnościom i przedsięwzięciom młodych. Dlatego też
wychowanie dobre, lub tak nazywane, polega w znacznej części na
oszukiwaniu wychowanków, a to w tym celu, aby zaniedbywali wygody
własnej na rzecz cudzej. Lecz i bez tego starzy z natury rzeczy dążą
do zniszczenia, o ile jest w ich mocy, i wyplenienia z życia
ludzkiego młodości, której widok jest im' przykry. We wszystkich
czasach starość sprzysięgała się przeciw młodości, ponieważ
we wszystkich czasach była ludziom wspólna nikczemna dążność do
potępiania i prześladowania w innych tych dóbr, którychby
bardziej żądali dla siebie. Lecz mimo to nie przestaje być godnym
uwagi, że pośród wychowawców, którzy, jak nikt inny na świecie,
głoszą, jakoby szukali dobra bliźnich, znajduje się tylu, co
starają się pozbawić swych wychowanków największego dobra w
życiu, młodości. Zaś bardziej uwagi godne jest to, że nigdy ni
ojciec ni matka, ani żaden nauczyciel nie czuje wyrzutków sumienia
z powodu wychowania, które daje dzieciom, wychodząc z tak
złośliwego założenia. Rzecz ta dziwiłaby bardziej, gdyby już od
dawna z powodu innych przyczyn, ukracanie młodości nie było
uważane za rzecz pełną zasługi.
Owocem
uprawy tak złej, lub zmierzającej do korzyści hodowcy ze szkodą
rośliny, jest albo doprowadzenie do tego, że wychowankowie
przeżywszy starczo wiek młodociany, wystawiają się na pośmiewisko
lub nieszczęście w starości, chcąc żyć jako młodzi; albo też,
że natura zwycięża i że młodzi, żyjąc po młodemu na przekór
wychowaniu, buntują się przeciw wychowawcom, którzy, gdyby byli
popierali ich używanie i zażywanie zdolności młodzieńczych,
mogliby nim kierować za pomocą zaufania wychowanków, którego by
nigdy nie byli stracili.
Leopardi, Myśli
tłumaczenie:
Józef Ruffer
poniedziałek, 24 lutego 2014
Antypedagogika
Antypedagogika pojawiła się na
początku lat siedemdziesiątych w Niemczech i USA. Szybko okazała
się być najbardziej radykalnym kierunkiem w dziejach pedagogiki.
Jej przedstawiciele postulowali całkowite zerwanie z wielowiekową
tradycją pedagogiczną. Postawiono tezę, że dzieci nie powinny być
poddawane jakiemukolwiek oddziaływaniu edukacyjnemu.
Korzenie antypedagogiki
Pierwsze impulsy, które przyczyniły
się z czasem do powstania antypedagogiki, popłynęły już z pism
Jana Jakuba Rousseau. Jak wiadomo, Rousseau zakładał, że dziecko
rodzi się z natury dobre, a jego psucie dokonuje się przez
dorosłych, narzucających mu szkodliwe wzorce kulturowe. Właśnie
to założenie o wrodzonej dobroci dziecka przejęła postpedagogika.
Kolejny krok dokonany został na
przełomie XIX/XX wieku za sprawą „ruchu nowego wychowania”. Za
jego początek uważa się głośną książkę „Stulecie Dziecka”,
napisaną przez szwedzką emancypantkę o arystokratycznym
pochodzeniu, Ellen Key (1849 – 1926). W książce można znaleźć
tezy, które okażą się później bliskie współczesnym
propagatorom rezygnacji z edukacji młodzieży. Kładzie ona również
akcent na swobodę w wychowaniu. Wszelki „zakaz” interpretuje,
jako przyczynę tłumienia wolności dziecka.
Później znaczący wpływ wywarła
psychoanaliza. Zygmunt Freud i jego następcy wskazywali negatywny
wpływ na dziecko tłumienia popędów, które w efekcie miały
prowadzić do powstania kompleksów. Wśród kierunków
psychologicznych podstawę antropologiczną postpedagogice dała
jednak psychologia humanistyczna. Teorie Carla Rogersa na gruncie
antypedagogiki rozwijał Hubertus von Schoenebeck (por. B. Śliwerski,
Współczesne teorie i nurty wychowania, Kraków 2005, s.334).
W naukach społecznych z kolei
bezpośrednie implikacje dla omawianej koncepcji miały tezy stawiane
przez Margaret Mead. Autorka twierdziła, że współczesne
technologie dają dzieciom szeroką wiedzę, a tym samym zdobywają
one, niejako na skróty, doświadczenie, do którego ich rodzice
dochodzili latami. Z tego wyciąga wnioski, że przyszedł najwyższy
czas, aby rodzice zmienili relację z dziećmi, dzieląc się z nimi
władzą (por. H. v. Schoenebeck, Antypedagogika - być i wspierać
zamiast wychowywać, Warszawa 1994, s.137).
Wreszcie nie można bagatelizować tu
wpływu wydarzeń politycznych z końca lat sześćdziesiątych i
działalności radykalnych ugrupowań lewicowych. Zgodnie ze swoiście
pojętą egalité działalność na rzecz wyzwolenia dzieci ma być w
tym kontekście jeszcze jedną rewolucją społeczną na wzór
robotniczej czy feministycznej. Dzieje się tak, ponieważ –
zgodnie z tą perspektywą ideologiczną - rola jaką w
społeczeństwie pełnią dzieci jest wytworem kulturowym, a nie
obiektywnym faktem. Zatracony został realizm w spojrzeniu na
rzeczywistość, związany z faktem przyjęcia marksistowskiej
frazeologii. „Walka płci” czy „walka pokoleń” staje się
przedłużeniem leninowskiej „walki klas”. Do ruchu praw dziecka
nawiązywali przede wszystkim tacy autorzy jak: Richard Farson, John
Holt oraz Ekkehard von Braunmhl.
Złudzenie zejścia z
platformy
Jak wspomniano na wstępie, rewolucyjne
podejście antypedagogiki polega na odstąpieniu od wychowania w
tradycyjnym rozumieniu i opuszczeniu platformy pedagogicznej. Zgodnie
z tezą H. v. Schoenebecka mamy „kochać, ale nie wychowywać”.
Dopuszczalne jest ewentualnie wspieranie najmłodszych, na drodze,
którą oni sami wybrali (H. V Schoenebeck, Rozstanie z pedagogiką,
w: Edukacja alternatywna. Dylematy teorii i praktyki, red. i tłum.
B. Śliwerski, Kraków 1992, s. 253) W ślad za psychologią
humanistyczną postpedagodzy przyjmują, że dzieci są istotami
„wewnątrzsterowanymi” (tamże, s. 253). O ile w przypadku
humanistic psychology termin ten miał podkreślić sprzeciw wobec
behawioryzmu i psychoanalizy, akcentując równocześnie wewnętrzną
wolność dorosłego człowieka, to antypedagogika w swym
radykalizmie za „wewnątrzsterowne” uznaje także dziecko. W
rezultacie zakłada się, że od urodzenia jest ono odpowiedzialne i
wie, co jest dla niego dobre.
Uzasadniając tę tezę H. v.
Schoenebeck stawia pytanie: „czy dzieci są w 100 procentach, tak
samo jak dorośli, istotami ludzkimi?” Jeśli odpowiedź brzmi tak:
„to po co potrzebne jest wychowanie?” (tamże, s. 251). Ale idąc
tym tropem możemy postawić także inne pytanie: jeśli dzieci są w
pełni ukształtowanymi istotami ludzkimi, to dlaczego rosną
fizycznie, rozwijają się intelektualnie czy emocjonalnie? Dzieci
oczywiście są „istotami ludzkimi”, posiadają swoją godność,
niemniej wciąż muszą się rozwijać i nabierać sprawności w
wymiarze: duchowym, zmysłowym i fizycznym.
Jeżeli od urodzenia są gotowe do
życia i nie wymagają wychowania – jak twierdzi H. v. Schoenebeck
- to właściwie dlaczego dorośli opiekują się nimi? Czyż nie
mogą sobie radzić same?
W tym miejscu dochodzimy do szczególnie
kontrowersyjnego punktu doktryny. O ile w przypadku dzieci starszych,
które potrafią już sobą kierować, pewne absurdy teorii dają się
ukryć, to w przypadku niemowlaków stają się one jednoznaczne i
trudne do obrony. Jak bowiem mamy postępować z dzieckiem
wkładającym paluszki do kontaktu lub wybiegającym na ulicę?
Schoenebeck, a za nim większość
antypedagogów, bynajmniej nie żąda zabezpieczenia kontaktów –
zdają sobie sprawę, iż wówczas musieliby także pozamykać ulice.
W zamian za to otrzymujemy taką karkołomną argumentację: „Na
płaszczyźnie rzeczywistości zewnętrznej życie wolne od
wychowania nie różni się od pedagogicznego w liczbie rozwiązań
konkretnych problemów” – czytamy na kartach jednej z książek
(H. v. Schoenebeck Antypedagogika, s. 168).
Cóż to oznacza? Ni mniej, ni więcej,
tylko to, że postronny obserwator zachowań matek: postpedagogicznej
i pedagogicznej, właściwie nie dostrzeże między nimi żadnej
różnicy. Ta bowiem dotyczy wnętrza – sfery uczuć, mimiki,
gestów, a przede wszystkim stosunku do odpowiedzialności za
dziecko. „Pierwsza z matek nie dopuszcza swego dziecka do kontaktu
i nie czuje przy tym ciężaru odpowiedzialności – wyjaśnia. -
Druga również nie dopuszcza dziecka do kontaktu, ale czuje się
przy tym bardzo odpowiedzialna” (tamże, s 171). Owe poczucie
odpowiedzialności wpływa na przekaz mimiczny i emocjonalny.
Z czasem te zatrucia „toksyczne” –
jak byśmy powiedzieli językiem psychologicznej nowomowy -
pogłębiają się i prowadzą do zachwiania emocjonalnego: dzieci
przestają się lubić i stają się agresywne (tamże). W tym
wywodzie nie otrzymujemy jednak odpowiedzi na podstawowe pytanie:
dlaczego właściwie postpedagogiczna matka chroni swoje dziecko,
skoro nie czuje się za nie odpowiedzialna? Czy robi to tylko od
niechcenia czy może z nudów? Mamy tu do czynienia z ewidentną
sprzecznością.
Jeśli bowiem matka postpedagogiczna
nie podejmuje działań pedagogicznych, dlaczego w ogóle inicjuje
jakiekolwiek działania?! Jedynym wytłumaczeniem musi być
przyznanie, że jednak chodzi o... pedagogikę, którą na potrzeby
tego artykułu można nazwać „pedagogiką nieodpowiedzialną”.
Nie jest to jedyna sprzeczność między
deklaracjami antypedagogów, a rzeczywistością. Wbrew twierdzeniom
o zaniechaniu wszelkich form edukacji stawiają przed dzieckiem i
rodzicem pewne konkretne zadania, które są pokłosiem przyjętej
antropologii. Każda koncepcja człowieka zakłada bowiem istnienie
pożądanego dobra, do którego człowiek zmierza. W tym sensie
antypedagogika pozostaje dalej pedagogiką (posiada cel i metodę
dochodzenia do celu). Przy czym jej metoda „wychowania bez
wychowywania” czy „opieki nieodpowiedzialnej” jest rzeczywiście
rewolucyjna.
Paradoksalnie zatem antypedagodzy
nazywając tradycyjnych pedagogów „tendencyjnymi faszystami’’,
poniekąd sami nimi są. Na swój sposób dokonują bowiem „małych
mordów”, gdyż tak czy inaczej stosują swoiście pojmowane, ale
jednak „akty wychowawcze” (B. Śliwerski, Współczesne teorie...
, s. 329).
Nie ulega zatem wątpliwości, iż mają
cele do których zmierzają. Cele stanowią dla nich określone
dobro, które można postrzegać w wymiarze wewnętrznym i
zewnętrznym.
Dariusz Zalewski
Całość materiału do ściągnięcia na stronie
edukacja klasyczna →
piątek, 21 lutego 2014
Jeśli coś oślepia duszę i przeszkadza w dostrzeganiu kolejno następujących po sobie powinności, to nie osiąga nic, kto poucza takiego człowieka ...
Niektórzy przyjęli tylko tę część
filozofii, która nie kształtuje człowieka w ogóle, lecz udziela
wskazówek każdej osobie w szczególności, a więc mężowi radzi,
jak ma postępować wobec swej żony, ojcu, jak ma wychować dzieci,
panu, jak ma rządzić niewolnikami; inne części, jako nie
przynoszące nam pożytku, odrzucili, jak gdyby ktoś mógł udzielać
skutecznej rady odnośnie do jakiejś dziedziny życia bez
uprzedniego zapoznania się z podstawami, na których opiera się
jego całość. Lecz stoik Aryston przeciwnie: tę właśnie część
uważa za mało ważną, wcale nie przenikającą do duszy i wciąż
tylko mającą w pogotowiu babskie zalecenia. Twierdzi, iż najwięcej
pożytku dają podstawowe zasady filozofii i ustalenie najwyższego
dobra.
Kto to dobrze zrozumiał i poznał,
potrafi sam się domyślić, co powinien uczynić w każdej sprawie.
Podobnie jak ten, kto uczy się miotać pociski, wybiera sobie
odpowiednie miejsce i stara się rękę zaprawić do rzucania i
ciskania, a gdy tej zdolności w drodze uczenia się i ćwiczeń już
nabył, może jej używać gdzie tylko zechce, nauczył się bowiem
trafiać nie tylko w to lub owo, lecz w co mu się podoba — tak też
i ten, kto się przygotował na całe życie, nie potrzebuje upomnień
częściowych, jak ma współżyć z żoną lub synem, został bowiem
pouczony, jak ma żyć dobrze w ogólności; a w tym zawiera się
także nauka, jak powinien współżyć z żoną i z dziećmi.
Kleantes ma wprawdzie za pożyteczną i tę część, lecz uważa ją
za bezsilną, jeśli nie wypływa z całości, jeśli nie zbadała
podstawowych zasad filozofii i głównych jej założeń. Temat
niniejszy więc dzieli się na dwa zagadnienia: czy [omawiana część
filozofii] jest pożyteczna lub niepożyteczna oraz czy sama tylko
może uczynić człowieka cnotliwym, to jest czy jest niepotrzebna,
czy też czyni niepotrzebnymi wszystkie inne części. Ci, którzy
pragną widzieć w tej części coś niepotrzebnego, prawią tak:
Jeśli coś zasłaniającego oczy uniemożliwia widzenie, trzeba tę
zasłonę usunąć. I próżno traci czas, gdy ktoś nie odrzuciwszy
jej poucza niewidzącego: tak oto będziesz chodził, wyciągniesz
rękę w tamtą stronę.
Podobnie jeśli coś oślepia duszę i
przeszkadza w dostrzeganiu kolejno następujących po sobie
powinności, to nie osiąga nic, kto poucza takiego człowieka: tak
oto będziesz współżył z ojcem, a tak z żoną. Niczego bowiem
nie dokażą same wskazania, jak długo urojenia przyćmiewają komuś
rozum. Dopiero gdy się je rozproszy, stanie się jasne, jakie
obowiązki ciążą na poszczególnych ludziach. W przeciwnym razie
będziesz go pouczał, jak winien postępować człek rozumny, lecz
nie uczynisz go rozumnym. Zalecasz nędzarzowi, aby prowadził się
jak bogacz. Lecz w jakiż sposób może on to zrobić, zostając w
nędzy? Tłumaczysz łaknącemu, co musiałby czynić, jeśliby był
syt. Odejm mu raczej doskwierający aż do szpiku głód. To samo
mówię ci również o wszystkich wadach: należy je usunąć, a nie
zalecać to, co przy ich istnieniu stać się nie może. Jeśli nie
wypłoszysz fałszywych mniemań, które są naszym utrapieniem, ani
chciwiec nie usłucha twych wskazań, jak powinien użyć pieniędzy,
ani tchórz, jak ma lekceważyć niebezpieczeństwa. Musisz sprawić,
by pojął, że pieniądze nie są ani dobrem, ani złem. Winieneś
mu wykazać, że bogacze są ostatnimi nędzarzami; dopiąć, aby
zrozumiał, że niczego, co budzi powszechną obawę, nie trzeba
lękać się tak bardzo, jak to przedstawia rozpowszechnione
mniemanie — nawet boleści, nawet śmierci. Często przy śmierci,
której musimy ulegać z mocy rządzących nami praw, wielką
pociechę stanowi to, że do nikogo już ona nie wraca.
W boleści pomocą nam będzie
wytrzymałość duszy, która czyni sobie lżejszym to wszystko, co
zdołała przecierpieć nie załamując się. Istota boleści jest
bardzo dobra z tego względu, że ból przedłużający się nie może
być nazbyt srogi, a ból srogi nie może się przedłużać.
Wszystko tedy, czym nas obarcza konieczność wynikająca z układu
rzeczy we wszechświecie, powinniśmy przyjmować z mężnym sercem.
Kiedy takimi zasadami przywiedziesz go do rozpoznania swego
położenia, gdy zrozumie, że szczęśliwe życie — to nie życie
stosujące się do wymogów rozkoszy, lecz życie przebiegające
zgodnie z naturą, gdy cnotę pokocha jako jedyne dobro ludzkie, a
postępków haniebnych unikać będzie jako jedynego zła, gdy
pojmie, że wszystko inne, jak bogactwa, zaszczyty, dobry stan
zdrowia, znaczenie, władza, stanowi część środkową, której nie
można zaliczać ani do dobra, ani do zła, wtedy nie będzie
potrzebował upominającego, który by mu wskazywał: tak oto chodź;
tak oto zjadaj obiad; to przystoi mężczyźnie, a to kobiecie; to
żonatemu, a to samotnemu. Często bowiem nie mogą wykonać tego i
sami ci, którzy najpilniej pouczają innych. I tak wychowawca poucza
chłopca, babka napomina wnuczkę, a najgniewliwszy nauczyciel
przekonywa, że nie trzeba wpadać w gniew... Jeśli wejdziesz do
podstawowej szkoły, dowiesz się, że to, nad czym z ogromną powagą
rozwodzą się filozofowie, wchodzi już w skład nauk dziecięcych.
Czy wreszcie masz udzielać wskazówek oczywistych, czy wątpliwych?
Lecz oczywiste nie potrzebują doradcy, a występującemu z
pouczeniami wątpliwymi nie daje się wiary. Zatem pouczanie jest
całkiem zbędne. Rozumiej to w sposób następujący. Jeśli dajesz
zalecenia niejasne albo budzące wątpliwości, trzeba je poprzeć
dowodami. Jeżeli użyjesz dowodów, to wtedy większe znaczenie mają
właśnie owe dowody, które wystarczają już same przez się. Tak
oto obchodź się z przyjacielem, tak z obywatelem, a tak ze
współtowarzyszem. Dlaczego? Bo jest to słuszne. Wszystkiego tego
nauczą mnie więc rozważania o słuszności. W nich to znajdę, że
słuszność godna jest pożądania sama przez się, że ani strach
nas do niej nie zniewala, ani nie nakłania zapłata, że nie jest
sprawiedliwy taki człowiek, któremu w cnocie tej podoba się coś
innego niż ona sama. A gdy już przekonam się oraz wrażę w siebie
to wszystko, na co przydadzą mi się owe zalecenia, które uczą
nauczonego? Udzielanie wskazówek wiedzącemu jest zbędne, a dawanie
ich niewiedzącemu nie wystarcza. Winien on bowiem słyszeć nie
tylko to, co mu się przepisuje, ale i powody, dla których się to
przepisuje. Czy więc zalecenia — pytany raz jeszcze — potrzebne
są komuś takiemu, kto ma już właściwe poglądy na dobro i zło,
czy też komuś takiemu, kto ich nie ma? Ten, kto nie ma, nie uzyska
od ciebie żadnej zgoła pomocy. Uszy jego opanowane są przez
odgłosy mniemań przeciwnych twoim pouczeniom. Ten zaś, kto ma już
wyrobiony sąd o rzeczach, których należy unikać lub pragnąć,
sam wie, co ma czynić, chociażbyś nawet milczał. Całą więc
niniejszą część filozofii można uchylić.
Seneka,
Listy moralne do Lucyliusza
Tłumaczenie:
Wiktor Kornatowski
środa, 12 lutego 2014
Kto chadza do filozofa ...
«Zarówno nauczający — mawiał—jak
i uczący się powinien mieć ten sam cel: pierwszy winien chcieć
okazać się pożytecznym, a drugi — chcieć odnieść pożytek».
Kto chadza do filozofa, niechże każdego dnia unosi z sobą odeń
coś dobrego: niech wraca do domu bądź to zdrowszy na duchu, bądź
też dający się łatwiej uzdrowić. A będzie wracał taki w rzeczy
samej: filozofia ma taką moc, iż wspomaga nie tylko przykładających
się do niej, lecz także i z nią obcujących.
Kto wyszedł na słońce, ten dostanie
ciemniejszej cery, choćby wychodził w innym celu. Wszyscy, którzy
posiedzieli w sklepie, gdzie sprzedają wonności, i którzy
zatrzymali się tam nieco dłużej, obnoszą potem z sobą zapach
tego miejsca. Ci zaś, którzy byli u filozofa, nieuniknienie
pociągnęli za sobą coś takiego, co przyniosłoby im pożytek,
gdyby nawet o to nie dbali, Zwróć uwagę, co mówię tutaj: «Gdyby
nie dbali», a nie «Gdyby się opierali». «Cóż tedy? Czyliż nie
znamy takich, którzy przesiedzieli u filozofa niemało lat, a nie
nabrali nawet zabarwienia filozoficznego?» Czemuż bym nie miał ich
znać? Przywiodę nawet bardzo wytrwałych i jak najpilniejszych,
których osobiście zwę nie uczniami filozofów, lecz ich
współmieszkańcami. Niektórzy przychodzą, by tylko słuchać, a
nie żeby się uczyć — podobnie jak dla przyjemności chodzimy do
teatru, by nacieszyć tam uszy swoje czyjąś wymową, czyimś głosem
lub czyimiś opowieściami. Zobaczysz niemałą część takich
słuchaczy, dla których szkoła filozofa jest dogodnym miejscem
przepędzania wolnego czasu. Nie starają się oni pozbyć tam
jakichś swoich wad, nauczyć się jakiejś zasady życia, do której
stosowaliby swe obyczaje, lecz chcą dostarczyć uciechy swoim uszom.
Niektórzy jednak przychodzą nawet z tabliczkami do pisania — nie
po to, żeby utrwalić na nich treść nauki, lecz by zapisać same
słowa, które zarówno bez korzyści drugich przytaczają, jak bez
korzyści własnej słyszą. Inni wzruszają się wzniosłymi słowy
i z radością na twarzach i w duszach wpadają w nastrój uczących;
lecz i oni podniecają się nie inaczej, jak to zwykli na dźwięk
fletów czynić zniewieścialcy frygijscy, którzy wpadają w szał
na rozkaz. Porywa ich i pobudza już piękno rzeczy, a nie samo
brzmienie pustych słów. Jeśli coś ostro powiedziano przeciw
śmierci, a zuchwale przeciw losowi, od razu zachciewa im się
wykonać wszystko, co się słyszy. Przejmują się oni tym i są
tacy, jakimi być im się poleca —jeśli tylko ów wzór zatrzymuje
się na dłużej w ich duszy, jeśli pospólstwo, które odwodzi od
cnoty, natychmiast nie przytłumi nadzwyczajnego ich zapału. Toteż
niewielu z nich zdołało donieść do domu owo przeświadczenie,
jakie powzięli.
Seneka,
Listy moralne do Lucyliusza
Tłumaczenie:
Wiktor Kornatowski
Seneka o wegetarianizmie i reinkarnacji
Skoro zacząłem ci już opowiadać, że
ze znacznie większym zapałem zabrałem się do filozofii jako
młodzik, niźli trwam przy niej jako starzec, nie będę się
wstydził wyznać, jaką to skłonność wzbudził we mnie Pitagoras.
Socjon przedstawił nam, dlaczego Pitagoras wyrzekł się niegdyś
mięsnych pokarmów i dlaczego potem uczynił to samo Sekstiusz.
Obydwaj kierowali się różnymi przyczynami, lecz obydwaj
przyczynami wzniosłymi. Ten drugi przekonany był, że i bez
przelewu krwi człowiek ma dosyć pożywienia oraz że okrutny
zwyczaj [zabijania zwierząt] powstaje tam, gdzie wyniszczanie
[żywych stworzeń] wprowadzone zostało dla zaspokajania rozkoszy.
Dodawał ponadto, że nawyk do zbytkowania w pokarmach należy
ograniczać. Dowodził, że wymyślne pokarmy podważają dobry stan
zdrowia i są nieodpowiednie dla naszych organizmów. Pitagoras zaś
nauczał, że wszystko jest spokrewnione ze sobą i że istnieje
wymiana dusz, które przechodzą do coraz to innych postaci. Żadna
dusza, jeżeli wierzysz mu, nie ginie ani nawet nie zostaje
bezczynna, chyba tylko przez krótki czas, gdy przenosi się do
innego ciała. Poznamy kiedyś, poprzez jakie koleje losu i w jakim
czasie, nawiedziwszy większą liczbę siedlisk, wchodzi ona z
powrotem w człowieka. Na razie jednak [Pitagoras] nabawił ludzi
bojaźni przed zbrodnią i ojcobójstwem, skoro mogliby nieświadomie
trafić [w zwierzęciu] na duszę własnego rodzica i żelazem albo
zębami zadać jej gwałt, gdyby w pewnym stworzeniu przebywał jakiś
spokrewniony [z zabójcą] duch. Gdy Socjon to nam wyłożył i gdy
uzupełnił swoimi dowodami, zadał takie oto pytania: «Czy nie
wiesz, że dusze przydzielane są do coraz to innych ciał i że
zjawisko, które zwiemy śmiercią, jest wędrówką? Czy nie
wierzysz, że w obecnie żyjących bydlętach, dzikich zwierzętach
albo rybach przebywa dusza, która kiedyś w dawniejszym czasie była
duszą człowieka? Czy nie wierzysz, że nic na tym świecie nie
ginie, a jeno zmienia miejsce pobytu; że nie tylko ciała niebieskie
odbywają ruch kołowy wzdłuż pewnych okręgów, lecz także i żywe
stworzenia przechodzą zmienne koleje, i dusze pędzone są wkoło?
Wszak uwierzyli w to wielcy mężowie. Toteż zatrzymaj wprawdzie
swój własny sąd, lecz bezstronnie bierz pod uwagę także
wszystkie inne. Jeżeli powyższe mniemanie jest słuszne,
wstrzymywanie się od mięsnych pokarmów stanowi przejaw prawości;
jeśli zaś niesłuszne — to przejaw oszczędności. Jakąż szkodę
może pociągnąć tu za sobą twoja łatwowierność? Pozbawiam cię
przecież pokarmów odpowiednich dla lwów i sępów». Zachęcony
tymi wywodami, zacząłem i ja wstrzymywać się od spożywania
mięsa, a po upływie roku zwyczaj ten był już dla mnie nie tylko
łatwy, ale i przyjemny. Zdawało mi się, że umysł mój stał się
żywszy, choć i teraz nie mógłbym twierdzić na pewno, czy tak
było istotnie. Pytasz, jak się to stało, żem tego zwyczaju
poniechał. Okres mojej młodości przypadł na pierwsze lata
panowania Cezara Tyberiusza. Wtenczas usuwane były cudzoziemskie
obchody religijne, przy czym do praktyk zabobonnych zaliczano też
powstrzymywanie się od jedzenia mięsa niektórych zwierząt. Za
naleganiem więc mojego ojca, który nie tyle bał się obwinienia,
ile nie znosił filozofii, powróciłem do dawnego zwyczaju. I
całkiem łatwo namówił mię, bym zaczął odżywiać się lepiej.
Attalus zwykł był zalecać materac, który by wcale nie uginał się
pod ciałem. Otóż nawet w starości używam takiego, na którym nie
można dostrzec żadnego zgoła ugięcia. Przytoczyłem to wszystko,
aby ci okazać, jak gorące są pierwsze popędy do wszelkich
najszlachetniejszych postępków u młodziutkich nowo zaciężnych,
jeśli tylko ktoś ich zachęca, jeśli tylko zagrzewa.
Seneka,
Listy moralne do Lucyliusza
Tłumaczenie:
Wiktor Kornatowski
piątek, 7 lutego 2014
Postępowcy za czasów Chestertona
Ze wszystkich mętnych frazesów dzisiejszego świata ten jest chyba najbardziej bezsensowny. W jaki sposób siedmiolatek ma zdecydować, czy odnalazł swą prawdziwą osobowość?
Chesterton
środa, 5 lutego 2014
O nauce religii
Bardzo wielu ludzi nauczyło się, że
mówiąc na określony temat należy używać określonych frazesów.
Nigdy jednak nie zastanawiają się, w jaki sposób ten sam frazes
pasowałby do innego tematu. (...) Oto na przykład frazes, który
usłyszałem kiedyś od bardzo sympatycznej i inteligentnej osoby, i
który wszyscy słyszeliśmy setki razy od setek takich osób. Młoda
matka powiedziała mi: "Nie chcę uczyć mojego dziecka żadnej
religii. Nie chcę mu niczego narzucać, chcę, żeby samo bez mojego
wpływu dokonało wyboru, kiedy dorośnie". Jest to zwykły
przykład potocznego twierdzenia, często powtarzanego, lecz nigdy w
rzeczywistości nie wprowadzanego w życie. To oczywiste, że matka
zawsze wywiera wpływ na dziecko. To oczywiste, że równie dobrze
mogłaby powiedzieć: "Mam nadzieję, że samo znajdzie sobie
przyjaciół, kiedy dorośnie, tak więc nie będę go przedstawiać
żadnym ciotkom czy wujkom". Dorosły człowiek w żaden sposób
nie ucieknie od odpowiedzialności wywarcia wpływu na swoje dziecko,
nawet wówczas, gdy godzi się na olbrzymią odpowiedzialność
zostawienia dziecka samemu sobie. Matka może dziecko wychować nie
narzucając mu religii, lecz nie uniknie narzucenia mu środowiska.
(...) Dla każdego, kto pomyśli bodaj przez dwie minuty jest jasne,
że odpowiedzialność za ukształtowanie dzieciństwa stanowi
nieunikniony element stosunków między rodzicem a dzieckiem, i nie
ma to nic wspólnego z wychowaniem religijnym czy ateistycznym. Ale
ci, który powtarzają te oderwane frazesy nie myślą nad nimi nawet
przez dwie minuty. Nie próbują łączyć ich z żadną filozofią.
Słyszeli ten frazes używany wobec religii, a nigdy nie przychodzi
im na myśl, by zastosować go do czegokolwiek poza religią, by
wyjąć te dziesięć czy dwanaście słów z ich konwencjonalnego
kontekstu i zobaczyć, czy mają sens w innym kontekście. Słyszeli,
że są ludzie, którzy nie chcą uczyć dzieci nawet zasad swojej
własnej religii. Równie dobrze mogliby istnieć ludzie, którzy nie
chcą uczyć dzieci nawet zasad swojej własnej cywilizacji. Jeśli
dziecko, gdy dorośnie, może woleć inną wiarę, może również
woleć inną kulturę. Może z irytacją myśleć o tym, że zostało
wychowane jako wyznawca Swedenborga; może z całego serca żałować,
że nie wyrosło w kulcie Światowida. Jednak równie dobrze może
żałować, że zostało wychowane jako angielski dżentelmen, a nie
jako dziki Arab z pustyni. Gdy zaś będzie podróżować po świecie,
od Chin po Peru (odebrawszy uprzednio zdrową geograficzną
edukację), może pozazdrościć Chińczykom godności kodeksu
Konfucjusza albo szlochać nad ruinami wielkiej cywilizacji Azteków.
Ktoś jednak przedtem musi je ewidentnie wychować na kogoś; a
przypuszczalnie najcięższa odpowiedzialność to wychować je na
kompletne zero.
Tłumaczenie: Jaga Rydzewska
sobota, 1 lutego 2014
O wychowaniu
Chętnie wracam do tego, co mówiłem o niezdarności naszego wychowania. Ma ono na celu uczynić z nas nie ludzi zacnych i mądrych, ale uczonych; i to osiąga! Nie nauczyło nas ścigać i przyswajać sobie roztropność i cnotę, ale wtłoczyło w nas pochodzenie i etymologię. Umiemy deklinować Cnotę, jeśli nie umiemy jej kochać; jeśli nie wiemy, co jest roztropność z praktyki i z doświadczenia, wiemy to z pięknych zwrotów i umiemy na pamięć. Gdy chodzi o naszych sąsiadów, nie zadowalamy się tym, aby znać ich ród, alianse i parantele; chcemy ich mieć za przyjaciół i wejść z nimi w zażyłość i porozumienie; wychowanie zasię nauczyło nas określeń, działów, poddziałów cnoty, jakoby przezwisk i gałęzi jakowejś genealogii, nie troszcząc się zgoła o to, aby nawiązać między nami a nią codzienne obcowanie i poufałą bliskość. Wybrało dla pożytku naszej nauki nie te książki, które mieszczą najzdrowsze i najprawdziwsze zasady, jeno te, które przemawiają najlepszą greką i łaciną. W powodzi pięknych słów wlewają nam w mózgownicę najjałowsze popłuczyny starożytności!
Dobre wychowanie zdolne jest odmienić sąd i obyczaje. Tak zdarzyło się z Polemonem, greckim młodzieńcem rozwiązłego życia, który zaszedłszy przypadkiem posłuchać wykładu Ksenokrata, nie zauważył jeno samej wymowy i wiedzy nauczyciela i nie przyniósł do domu jeno pliku wiadomości w jakowejś pięknej materii, ale o wiele wspanialszy i trwalszy owoc, którym była nagła odmiana i poprawa z pierwotnego życia. Któż kiedy doznał podobnego skutku w naszych uczelniach?
Faciasne
quod olim
Mutatus Polemon?
Ponas insignia morbi,
Fasciolas,
cubital, focalia: potus ut ille
Dicitur ex collo
furtim carpsisse coronas,
Postquam est impransi correptus voce magistri?[858]
[858]
Faciasne (…) magistri — Horatius, Satirae II, 3. 253.
[859]
plus (…) sapit — Lactantius, Divinarum Institutionum Libri, III, 5.
Montaigne, Próby
tłumaczenie: Boy Żeleński
czwartek, 16 stycznia 2014
Montaigne - O wychowaniu dzieci
Pani Dianie de Foix, hrabinie de Gurson.
Nigdym nie widział ojca, choćby syn jego był garbaty albo zołzowaty, aby go przez to nie uznał za swego; nie dlatego aby (o ile nie jest całkiem omamiony rodzicielskim przywiązaniem) nie spostrzegał tej ułomności, ale zawszeć to jego dziecko! Tak samo ja lepiej niż kto inny widzę, że te bajędy moje to jeno majaczenia człowieka, który liznął z wiedzy jedynie coś po wierzchu w dzieciństwie i zachował z niej w pamięci jeno ogólne i zmącone oblicze; trochę z każdej rzeczy, a razem tyle co nic; po francusku. Ogółem wziąwszy, wiem, że jest medycyna, prawoznawstwo, cztery części w matematyce i z grubsza też wiem, co która z tych nauk ma za przedmiot; ostatecznie może i wiem, ku czemu umiejętności w ogóle mają pretensję służyć w naszym życiu. Ale zagłębiać się w nie dalej, zjadać sobie paznokcie przy rozbiorze Arystotelesa, monarchy nowożytnej nauki, albo też zaciekać się w jakimś rodzaju wiedzy, tego nigdy nie czyniłem, ani też nie ma umiejętności, której bym umiał nakreślić bodaj pierwsze fundamenta. Lada żak z pośredniej klasy potrafi rozprawiać uczeniej ode mnie; wiadomości moje nie starczyłyby mi, aby go wyegzaminować bodaj z pierwszej lekcji. I jeżeli mnie ktoś przemocą do tego zniewoli, zmuszony jestem dość niezdarnie szukać materii w jakichś ogólnych kwestiach, na których badam jego wrodzone pojęcie: sposób lekcji równie obcy dla naszych szkolarzy, jak znów ich sposób dla mnie.
Nie wszedłem w ścisłe obcowanie z żadną tęgą książką oprócz Plutarcha i Seneki, z których czerpałem jako Danaidy, napełniając i lejąc ciągle. Utrwaliłem z tego coś niecoś na tym papierze; w sobie tyle co nic. Co się tyczy książek, osobliwy mój ogródek to historia lub też poezja, w której mam szczególne upodobanie: jako bowiem powiadał Kleantes, tak samo jak głos wtłoczony w ciasny kanał trąby wychodzi silniejszy i przenikliwszy, tak samo ponoś myśl przeciskająca się przez mnogie rytmy poezji wylatuje z większym impetem i wstrząsa mnie o wiele potężniej. Co się tyczy moich wrodzonych zdolności (których to dzieło jest próbką), czuję, iż uginają się pod ciężarem zadania. Pojęcia moje i sąd kroczą jedynie po omacku, chwiejąc się, kulejąc i utykając; zaszedłszy nawet najdalej, jak mogłem, nie czuję się bynajmniej rad z siebie; widzę jeszcze i dalej horyzont, ale jakby zamglony i za chmurami, trudny do rozeznania dla oka. I choć zamierzyłem mówić swobodno, bez różnicy, o wszystkim, co mi przyjdzie do głowy, i używać przy tym jeno własnych i przyrodzonych środków, jeśli mi się trafi, jako się często zdarza, znaleźć przypadkiem w dobrych autorach też same miejsca, które podjąłem traktować (jako właśnie było z Plutarchem, w jego rozdziale o sile imainacji[268]), czuję się w porównaniu do tych ludzi tak słaby i wątły, tak tępy i przyciężki, że sam lituję się nad sobą. Wówczas pocieszam się jeno tym, iż myśli moje miały zaszczyt spotkać się niekiedy z ich myślami i że przynajmniej z dala za nimi podążam, powiadając, co mi się zda; a także szczycę się tym, do czego nie każdy jest zdolny, iż widzę ogromną różnicę między nimi a mną. Tedy mimo wszystko pozwalam płynąć swoim wymysłom tak wątłym i nikczemnym, jak się wylęgły w mej głowie, nie utykając ani nie łatając braków, które mi odsłoniło owo porównanie. Trzeba mieć krzepkie lędźwie, jeśli się chce kroczyć ramię w ramię z tymi ludźmi. Nieroztropni pisarze naszego czasu, którzy w kartach swoich znikomych dzieł sieją całe ustępy z dawnych autorów, szukając w tym dla się chwały, osiągają cale[269] przeciwny skutek; owa nieskończona różnica blasku daje tak blady, spłowiały i szpetny wygląd temu, co należy do nich samych, że wiele więcej na tym tracą, niż zyskują.
Oto dwa przeciwne sobie usposobienia: filozof Chryzyp mieszał do swoich książek nie ustępy jeno, ale całe dzieła innych autorów: w jednej wprost całą Medeę Eurypidesa; Apollodorus powiadał, że gdyby się zeń wyjęto to, co cudze, zostałby czysty papier. Przeciwnie Epikur w trzystu tomach, które zostawił, nie umieścił ani jednego cytatu.
Zdarzyło mi się kiedyś natrafić na taki pożyczony ustęp: wlokłem się omdlewając wśród słów francuskich, tak bezkrwistych, chudych i tak próżnych treści i sensu, że były to istotnie jeno tylko słowa; owo na końcu długiej i nudnej drogi natknąłem się nagle na ustęp wzniosły, bogaty, wzbijający się pod chmury. Gdybym był znalazł spadek łagodny, a wnijście nieco przydługie i uciążliwe, to by było do wytłumaczenia. Ale to była przepaść tak bystra i ucięta, iż od pierwszych słów poznałem, jako wzbijam się do innego świata; i czeluść, z której się wydostałem, ukazała mi się stamtąd tak niska i głęboka, iż zgoła nie miałem już serca z powrotem do niej się stoczyć. Gdybym którą z moich rozpraw ozdobił tym bogatym dziedzictwem, nikczemność pozostałych wyszłaby w zbyt jaskrawym oświetleniu. Ganić w innych własne błędy wydaje mi się tak samo dozwolonym, jak ganić (co też często czynię) błędy innych w sobie: trzeba je ścigać wszędzie i odejmować im wszelkie miejsce bezkarności. Toć wiem, jakie to zuchwalstwo z mej strony przymierzać własną nędzę do złupionych przepychów, iść sobie z nimi jednym krokiem, nie bez niejakiej płochej nadziei, iż zdołam oszukać oczy sędziów w tej mierze. Pilność moja niech nagrodzi niedostatki natchnienia i siły. Przy tym ja nie podejmuję walki z tymi tęgimi szermierzami na ostre, na udeptanej ziemi; jeno tak, mimochodem, w drobnych i letkich utarczkach; nie ścieram się na pięście; jeno tak ich zmacuję po trosze; nie tyle kroczę z nimi, ile raczej próbuję stawiać kroki. Gdybym potrafił dotrzymać im chodu, byłbym zaiste tęgim człowiekiem; zaczepiam ich bowiem zawsze od tej strony, z której się zdają najkrzepciejsi[270]. Czynić zasię tak, jak widzę u niektórych, okrywać się cudzą zbroją, nie wyściubiając ani końca palców; prowadzić rzecz swoją (jako jest łatwo w takich uczonych komunałach), wplatając tędy i owędy zużyte mniemania i przywłaszczając je sobie ukradkiem: to mi się wydaje niską i nieuczciwą rzeczą. Przede wszystkim iż nie mając sami nic tęgiego, czym by się mogli popisać, starają się zalecić towarem z gruntu obcym; a następnie (co za głupota! ) iż kontentują się tym, aby takim szalbierstwem zjednać sobie aprobatę ciemnego pospólstwa, zohydzając się równocześnie w oczach rozumnych ludzi, którzy kręcą nosem na takową z łupiestwa składaną mozaikę; a wszak tych jednych tylko pochwała ma znaczenie!
Co do mnie, nic nie jest mi bardziej przeciwne. Jeśli przytaczam innych, to jeno aby tym dobitniej wyrazić własną myśl. To nie odnosi się też do centonów[271], które nie podają się za co insze niż za centony; znałem takie za mego czasu, bardzo zmyślne: między innymi jeden, ogłoszony pod imieniem niejakiego Kapilupa, nie licząc dawniejszych. Czegoś podobnego dokonał Lipsius w uczonym i pracowitym układzie swoich Polityków.
Jak bądź się rzeczy mają, powiadam, i jakie bądź byłoby moje niezdarstwo, nie mam zamiaru go ukrywać; tak jak nie zasłaniałbym mego portretu łysego i szpakowatego, na którym by malarz pomieścił nie jakąś twarz o urojonej doskonałości, ale moją własną[272]. Boć to są też moje humory i mniemania; podaję je jako to, co ja myślę, a nie co myśleć należy. Celem moim jedynym jest odkryć samego siebie: może będę inny jutro, jeśli nowe jakie doświadczenia mnie odmienią. Nie widzę w sobie zgoła powagi po temu, aby mi wierzono, ani też tego pragnę, czując się zbyt mało oświeconym, aby oświecać drugiego.
Ktoś, kto przeczytał poprzedzający rozdział, powiadał mi swego czasu, iż powinien bym się nieco obszerniej rozpisać o wychowaniu dzieci. Owóż, pani, gdybym miał jakąś kompetencję w tym przedmiocie, nie mógłbym jej lepiej użyć, jak czyniąc z niej podarek temu małemu człowieczkowi, który ma zamiar niebawem wydobyć się z Niej na świat przemocą (jesteś, pani, zbyt wspaniałego serca, aby czynić początek inaczej jak od chłopaka); przyczyniwszy się bowiem tyle do pomyślnego zawarcia twego, pani, małżeństwa, mam niejakie prawo zaprzątać się wielkością i pomyślnością wszystkiego, co zeń wyniknie. Nie mówię już, iż dawne serwituty jakie posiadasz, pani, w mej życzliwości, same przez się dosyć mnie zobowiązują, bym pragnął czci, dobra i pożytku dla wszystkiego, co pani dotyczy. Ale po prawdzie niewiele rozumiem w tej materii, chyba jeno to, iż przedmiot wyżywienia i wychowania dzieci stanowi pono największy i najważniejszy szkopuł ludzkiej wiedzy. Tak jak w rolnictwie zabiegi przed zasadzeniem rośliny znane są i łatwe i samo zasadzenie także; ale z chwilą, gdy to, co zasadzono, nabiera życia, wielka jest mnogość sposobów i wielka trudność wyhodowania; tak samo z ludźmi: niewielka to praca posiać ich, ale skoro się urodzą, wówczas nastręcza się mnóstwo starań pełnych kłopotu i obawy, jak należy hodować ich i żywić.
Skłonności objawiają się w wieku dziecięcym tak nieśmiało i ciemno, zapowiedzi są tak niepewne i zwodnicze, że trudno sobie utworzyć o nich jakiekolwiek trwałe mniemanie. Patrzcie na Cymona, na Temistoklesa i tysiąc innych, jak bardzo sprzeniewierzyli się swemu dziecięctwu. U niedźwiedzi i psów młode okazują swe naturalne skłonności; ale ludzie, wchodząc natychmiast w jarzmo przyzwyczajeń, mniemań, praw, zmieniają się albo maskują łatwo. Owo trudno jest zgwałcić przyrodzone skłonności; z czego wynika, iż nie zmacawszy dobrze ich drogi, często zadajemy sobie trud na próżno i zużywamy wiele czasu, aby kształcić dzieci w rzeczach, do których zgoła nie są stworzone. W tym kłopocie wszelako moje mniemanie jest, aby je kierować zawsze ku najlepszym i najpożyteczniejszym rzeczom; i że mało się trzeba powodować owymi letkimi zapowiedziami i oznakami, które wysnuwamy z poruszeń ich młodości. Zdaje mi się, iż Plato, w swojej Republice, zbyt wielką przywiązuje do nich wagę.
Pani, wiedza jest wielką ozdobą i cudownie pożytecznym narzędziem, zwłaszcza dla osób tak wysoko wzniesionych na szczeblach fortuny, jako Ty, pani, jesteś. Zaprawdę bowiem, nie znajduje ona prawdziwego użytku w niskich i podłych rękach: bardziej jest dumna, gdy może użyczyć swych środków dla prowadzenia wojny, sterowania ludem, zjednywania przyjaźni cudzoziemskiego książęcia lub narodu niż dla sporządzania dialektycznego argumentu, obrony czy apelacji lub recepty na pigułki. Tedy pani, ponieważ mniemam, iż nie przepomnisz[273] tych dóbr przy wychowaniu swych dzieci, ty, któraś sama kosztowała ich słodyczy i która wiedziesz się z rodu głośnego nauką (posiadamy bowiem jeszcze pisma dawnych hrabiów de Foix, od których hrabia twój małżonek i ty, pani, pochodzicie, a wuj twój, Franciszek de Candale, za naszych dni płodzi dzieła, które rozpostrą uczoną sławę waszej rodziny na długie wieki), chcę przeto wyrazić w tym przedmiocie jedną jedyną myśl, przeciwną powszechnemu obyczajowi; oto wszystko, co mogę do twych usług, pani, przyczynić w tej mierze.
Funkcja pedagoga, którego mu naznaczysz, a od którego wyboru zależy cały owoc wychowania, ma wiele innych ważnych zadań, ale tych nie dotykam, nie umiejąc powiedzieć nic godnego uwagi w tej mierze; też co do tego punktu, w którym pozwalam sobie udzielić mu rady, usłucha mnie o tyle, o ile mu się wyda słuszne.
Dziecięciu wielkiego rodu, które ciekawe jest nauk nie dla zysku (cel bowiem tak nikczemny niegodny jest łaski i faworu Muz, a przy tym zawisły jest i zależny od drugich) ani także nie dla zewnętrznych korzyści, jeno dla swojej własnej, aby się wzbogacić nimi i ozdobić na wewnątrz, raczej kierując się na zdatnego niż na uczonego człowieka, takiemu dziecięciu, powiadam, życzyłbym, aby najtroskliwiej wyszukano wychowawcę, który by miał głowę raczej dobrze wyposażoną od natury niż szczelnie naładowaną; który by pięknie zalecał się obojgiem, ale bardziej jeszcze zacnością i rozumem niż nauką; i niech się zabierze do swego urzędu w nowy sposób.
Zazwyczaj nieustannie krzyczą nam jeno w uszy, jakoby ktoś wlewał lejem, naszym zaś zadaniem jest powtarzać jeno to, co usłyszymy. Otóż chciałbym, aby poprawił tę metodę; i aby od samego początku wedle objęcia duszy, którą mu dano w ręce, zaczął zapoznawać ją ze światem, dając jej smakować rzeczy, wybierać i rozróżniać między nimi; niekiedy otwierając jej drogę, niekiedy pozwalając, by ją sobie sama otwarła. Nie życzę, aby wciąż prowadził rzecz i rozprawiał sam; chcę, aby z kolei posłuchał swego ucznia. Sokrates, a po nim Archesilaus, wpierw dawali mówić uczniom, a potem mówili sami. Obest plerumque iis, qui discere volunt, auctoritas eorum qui docent[274]. Niech go puszcza nieco truchcikiem przed sobą, iżby mógł ocenić jego krok i osądzić, do jakiego stopnia trzeba mu się powściągać, stosując się do jego siły. Z braku zachowania tej proporcji psujemy nieraz wszystko; umieć ją wybrać i poprowadzić z doskonałą miarą, oto, moim zdaniem, jedno z najtrudniejszych zadań. Jest to cnota wielkiej i bardzo silnej duszy umieć się zniżyć do tych chłopięcych pojęć i prowadzić je. Pewniej i tężej kroczę pod górę niż z góry.
Ci, którzy, jak u nas jest w zwyczaju, wedle tej samej lekcji i planu podejmują wychowanie wielkiej liczby umysłów tak rozmaitych kształtów i postaci, nie dziw, iż w całym tłumie spotkają zaledwie dwoje lub troje dzieci, które wyniosą jakiś owoc z ich nauki. Niech żąda od ucznia nie tylko zdania sprawy z wyrazów, ale z sensu i z treści; niech korzyść, jaką odniósł, sądzi nie wedle świadectwa jego pamięci, ale życia. To, czego się nauczy, niech mu pokaże w tysiącznych obliczach, przymierzone do stu rozmaitych przedmiotów, aby się przekonać, czy dobrze to wziął w siebie i przyswoił, i ocenić jego postępy wedle metod pedagogicznych Platona. Jest to świadectwem niestrawności i surowości potrawy, jeśli pożywający zwraca ją tak, jak przyjął: żołądek nie dokonał swego dzieła, jeśli z gruntu nie przerobił i materii, i formy tego, co mu dano do strawienia. Dusza nasza ugina się aż nazbyt łacno, spętana i zagarnięta cudzymi mniemaniami, zniewolona i ujarzmiona powagą ich nauk. Tak nas włożono do linki, że nie umiemy już chodzić swobodno; siła nasza i wolność przepadła: numquam tutelae suae fiunt[275].
Znałem z bliska w Pizie pewnego godnego człowieka, ale tak zarystotelizowanego, iż głównym jego artykułem wiary było: „iż próbą i miarą słuszności wszystkich pojęć i prawdy jest zgodność z nauką Arystotelesa; poza nią wszystko jest jeno chimerą i głupstwem; on bowiem wszystko zgłębił i wszystko powiedział”. To jego twierdzenie spotkawszy się z nieco zbyt powszechnym i opacznym wykładem, wprawiło go niegdyś na długi czas w wielkie nieporozumienia z Inkwizycją w Rzymie. Niech każe uczniowi wszystko w głowie przesiewać przez sito; niech nic w nią nie wkłada mocą prostej jeno powagi, na wiarę magistra. Niech mu nie będą dogmatem zasady Arystotelesa ani maksymy stoików albo epikurejczyków: raczej trzeba mu przedstawić przed oczy różnorodne mniemania; jeśli będzie mógł, wybierze; jeśli nie, zostanie w wątpliwości:
Che non men che saper, dubbiar m'aggrata[276]
Zysk, jaki mamy z naszej nauki, to stać się lepszym i rozumniejszym. Rozum to, powiada Epicharmus, widzi i słyszy, on to ze wszystkiego korzysta, on działa i panuje; wszystkie inne rzeczy są ślepe, głuche i bez duszy[279]. Owóż my czynimy go służalczym i tchórzliwym przez to, że nie dajemy mu nic czynić ze siebie.
Kto spytał kiedy ucznia, co rozumie o retoryce i gramatyce, o takiej lub innej sentencji Cycerona? Wbijają je nam w głowę, jak stoją wypisane, niby wyrocznie, w których litery i sylaby stanowią istotę rzeczy. Umieć na pamięć, nie znaczy umieć; znaczy dusić to, co się dało pamięci do przechowania. Co ktoś wie naprawdę, tym rozporządza, nie patrząc na wzory, nie obracając oczu na książkę. Smutna to wiedza, wiedza jedynie książkowa! Chcę, by służyła ona za ozdobę, a nie za treść, wedle rady Platona, który mówi: „Niezłomność ducha, honor, szczerość, oto prawdziwa filozofia; umiejętności, które gdzie indziej mierzą, to jeno barwiczka”. Chciałbym wiedzieć, czy Paluel albo Pompejusz, owi wdzięczni tancerze naszych czasów, nauczyli się swoich hopków samym jeno patrzeniem, nie ruszając się z miejsca; tamci zasię chcą wykształcić nasz rozum, nie potrząsając nim! Albo też, żeby nas kto nauczył wodzić koniem, władać lancą lub lutnią, albo głosem bez ćwiczenia; jako ci chcą nas nauczyć dobrze sądzić i dobrze mówić, nie ćwicząc w mówieniu i w sądzeniu! Zaiste, w dobrej nauce wszystko, co podpada oczom, obstanie za uczoną książkę: psota pazia, niezdarstwo pachołka, pogwarka przy stole, wszystko to są materie do nowych rozważań.
Do tego celu szczególnie sposobne jest obcowanie z ludźmi i zwiedzanie cudzoziemskich krajów: nie aby wzorem naszej szlachty przywozić z nich jeno wiadomość, ile kroków ma Sancta Rotonda[280] albo też jak bogate gatki nosi jejmościanka Liwia; albo jak inni, o ile na jakiejś starej tamecznej ruinie twarz Nerona dłuższa jest albo szersza od innej na tym lub owym medalionie; ale po to, aby w nich sobie przyswoić głównie charaktery narodów i ich obyczaje i aby pocierać jakoby i szlifować własną mózgownicę o cudzą. Chciałbym, by naszego wychowanka zaczęto tak wozić od wczesnego dzieciństwa; a przede wszystkim, aby ubić dwa ptaszki na jeden strzał, po krajach, których mowa najbardziej jest oddalona od naszej, tak iż, jeśli nie zaprawicie mu języka zawczasu, później niełacno się do niej nagnie.
Jest to powszechnie uznane zdanie, że nie dobrze jest chować dziecko na łonie rodziców. Przyrodzona miłość czyni ich miętkimi i słabymi, nawet najrozsądniejszych. Nie są zdolni ani karcić błędów, ani też cierpieć, aby dziecko było żywione grubą strawą, jak trzeba i jak padnie. Nie umieliby patrzeć, jak syn wraca spocony i zakurzony z ćwiczeń, jak pije gorące, pije zimne; ani oglądać go na narowistym koniu, ani krzyżującego szpadę z tęgim szermierzem, ani z pierwszą rusznicą w dłoni. Nie ma innej rady: kto chce uczynić człeka całą gębą, nie lża[281] go oszczędzać w młodości; często trzeba pogwałcić przepis medycyny:
Vitamque
sub dio et trepidis agat
In rebus[282]
Widziałem ludzi, mężczyzn, kobiety i dzieci, tak włożonych od urodzenia, iż tęgie kije mniej dla nich stanowią niż dla mnie szczutek; którzy pod razami nie mrugną nawet okiem ani brwi nie ściągną. Kiedy atleci współzawodniczą w wytrzymałości z filozofami, jest to raczej hart mięśni niż ducha. Nawyk znoszenia trudów jest nawykiem znoszenia bólu: labor callum obducit dolori[283]. Trzeba go włożyć do prac i mozołów wszelkiego ćwiczenia, aby go zaprawić do wyłamywania członków, kolki, przyżegania żelazem, zgoła więzienia i tortury. Bo cóż! i na te może być narażony, jako że bywają czasy, w których grożą one dobrym tak samo jak i złym: mamy tego przykłady! Kto zwalcza prawa, ten najpoczciwszym ludziom grozi chłostą a strykiem.
A przy tym powagę nauczyciela, która winna być dlań najwyższa, tamuje i osłabia obecność rodziców; dodawszy do tego respekt, jakiego nasz młodzik zażywa u domowników, świadomość powagi i potęgi swego rodu, to wszystko, moim zdaniem, nie byle jakie są przeszkody w tym wieku.
W owej szkole obcowania z ludźmi często zauważyłem tę wadę, iż miast starać się poznać drugiego, silimy się tylko, aby dać poznać siebie; bardziej troskamy się o to, aby wynieść na sprzedaż nasz towar, niż aby nabyć nowy. Milczenie i skromność są to przymioty bardzo użyteczne w obcowaniu. Trzeba włożyć chłopca, aby był oszczędny i powściągliwy ze swą wiedzą, kiedy jej już nabędzie; aby się nie gorszył bredniami i niedorzecznościami, jakie ktoś będzie mówił w jego obecności: jest to bowiem szpetna nieobyczajność odpychać wszystko, co nie w naszym smaku. Niech zadowoli się poprawianiem samego siebie i nie przygania drugim wszystkiego, czego sam wzdraga się czynić; ani też niech nie staje okoniem powszechnym zwyczajom: Licet sapere sine pompa, sine invidia[284]. Niech unika tych bakalarskich i nieprzystojnych manier, i dziecinnej ambicji podawania się za lepszego dlatego, że jest inny; takoż szukania chwały w przyganianiu i nowinkach. Jak jedynie wielkim poetom przystało korzystać z licencji swej sztuki, tak samo jeno u wielkich i znamienitych duchów znośne jest, aby się stawiali ponad powszechny obyczaj. Si quid Socrates aut Aristippus contra morem et consuetudinem fecerunt, idem sibi ne arbitretur licere: inagnis enim illi et divinis bonis hanc licentiam assequebantur[285]. Niech go nauczy nie wchodzić w dysputy i kontrowersje, chyba tam gdzie napotka godnego przeciwnika; wówczas zaś niech nie używa wszystkich argumentów, które mu mogą posłużyć, ale jeno tych, które mogą najlepiej posłużyć. Trzeba go uczynić wyszukanym w wyborze i przesiewaniu swych racji i przestrzegającym w dyspucie jej celu, a tym samym zwięzłości. Niech go zwłaszcza przyuczą, by umiał poddać się i złożyć broń przed prawdą, skoro ją tylko spostrzeże, czy to po stronie przeciwnika, czy w sobie samym jakowymś nagłym objawieniem. Nie zasiada przecież na katedrze, aby wygłaszać wyuczoną lekcję; nie jest związany z żadną sprawą czym innym, jeno tym, że mu się zda słuszna; ani też nie będzie należał do cechu, w którym za gotowy grosz sprzedaje się swobodę uznania swych błędów i kajania się z nich: neque, ut omnia, quae prescripta et imperata sint, defendat, necessitate ulla cogitur[286].
Jeśli preceptor będzie zgodnego w tym ze mną poglądu, ukształci duszę ucznia ku temu, aby był bardzo wiernym, przywiązanym i mężnym sługą swego władcy: ale ostudzi w nim chęć przywiązania się doń inaczej niż powszechną powinnością. Prócz innych utrapień, które ranią naszą wolność w tych osobliwych zobowiązaniach, sąd człowieka najętego i kupionego albo jest mniej pełny i swobodny, albo ściąga nań zarzut zuchwalstwa i niewdzięczności. Szczery dworak nie może mieć ani prawa ani woli mówienia i myślenia inaczej niż przychylnie o panu, który wśród tylu tysięcy poddanych wybrał jego, aby go chować przy sobie i karmić własną ręką; ta łaska i te korzyści wypaczają, nie bez pewnej racji, jego szczerość i oślepiają sąd o rzeczach. Dlatego widzimy zazwyczaj, iż mowa takich ludzi różni się od tego, co mówią ludzie innego stanu, i mało jest wiarygodna, gdy schodzi na tę materię.
Niech sumienie i cnota błyszczą w słowach naszego młodzieńca i niech jeno słuszność mają za przewodnika. Niechaj mu wszczepiają to, iż wyznać błąd, jaki dostrzeże we własnych mniemaniach, choćby go nawet nikt inny nie dostrzegł prócz niego, jest dowodem rozumu i szczerości, głównych dóbr, o które winien się zabiegać. Że upierać się i zaciekać to są własności pospolite, najjawniej okazujące się w niskich duszach; opamiętać się zasię i poprawić, poniechać obrony złej sprawy w samym ukropie walki, oto przymioty cenne, rzadkie i godne filozofa. Trzeba go nauczyć, aby, gdy jest w towarzystwie, oczy miał wszędzie; uważam bowiem, że pierwsze siedzenia zazwyczaj zajmują ludzie najmniej zdatni i że splendory fortuny zgoła nie zawsze schodzą się z rozumem. Nieraz byłem świadkiem, iż gdy u wysokiego końca stołu zabawiano się rozmową o piękności haftu lub smaku małmazji, na szarym końcu przepadało wiele trefnych słówek. Niech zda sobie sprawę z wartości każdego: wolarz, murarz, podróżny, wszystko trzeba spożytkować, każdego użyć wedle jego towaru, wszystko zda się w gospodarstwie; głupstwo nawet i słabość cudza będzie dlań nauką. Pilnie zważając obejście i sposoby każdego, wzbudzi w sobie chęć naśladowania dobrych, a wzgardę dla nikczemnych.
Niech preceptor wszczepi mu w umysł godziwą ciekawość wywiadywania się o wszystko: co tylko spotka osobnego[287] dokoła siebie, wszystkiemu niech się przyjrzy; budynek, wodotrysk, człowiek, pole dawnej bitwy, miejsce, którym przeciągał Cezar lub Karol Wielki;
Quae
tellus sit lenta gelu, quae putris ab aestu,
Ventus in Italiam quis bene vela ferat[288].
W to obcowanie z ludźmi rozumiem, iż trzeba objąć i to w głównej mierze tych, którzy żyją jeno w pamięci książek. Niech młodzieniec za pośrednictwem historii zagłębi się w owe wielkie dusze najświetniejszych wieków. Powie ktoś, iż to jest błahe studium; ale wedle innego znowuż sposobu widzenia, jest to nieoszacowana i płodna nauka, jedyna, jak zaświadcza Platon, którą Lacedemończycy mieli w poważaniu[289]. Jakimż pożytkiem będzie dlań czytanie Żywotów naszego Plutarcha! Ale niech mój pedagog nie traci z oczu, dokąd zmierza jego posłannictwo: niech nie tyle wbija uczniowi w pamięć datę zburzenia Kartaginy, co obyczaje Hannibala i Scypiona; nie tyle, gdzie umarł Marcellus, ile dlaczego było niegodne jego obowiązku, że tam umarł! Niech go uczy nie tyle dziejów, ile sądu o nich. Jest to, moim zdaniem, ze wszystkich przedmiotów ten, który umysły nasze mierzą najbardziej rozmaitą miarą. Ja, na przykład, wyczytałem w Tytusie Liwiuszu sto rzeczy, których kto inny nie wyczytał; Plutarch wyczytał sto ponad te, które ja wyczytałem i może ponad to, co autor tam włożył. Dla jednych jest to czyste ćwiczenie gramatyczne, dla drugich anatomia filozofii, za pomocą której wnikamy w najtajemniejsze cząstki naszej natury. Jest w Plutarchu wiele wyczerpujących rozprawek bardzo godnych, aby je sobie przyswoić; moim zdaniem bowiem jest to prawdziwy majster w swym rzemiośle; ale jest tysiąc innych miejsc, których jeno lekko dotknął: ot, wskazuje palcem, dokąd mamy iść, jeśli zechcemy; niekiedy w najżywszym ustępie przechodzi mimo i poprzestaje na letkim natrąceniu[290]. Trzeba je wydzielić stamtąd i ustawić na pokaźniejszym miejscu. Tak na przykład w słowach jego: „że mieszkańcy Azji służyli jedynemu panu, przez to, iż nie umieli wymawiać jednej zgłoski, to jest nie”, w tym powiedzeniu znalazł może Boêtie treść i pobudkę dla swej Dobrowolnej niewoli. Tak samo trzeba umieć nieraz z życia człowieka wyłuskać drobny uczynek albo słowo, które nie zdaje się mieć takiej wagi: oto sztuka! Szkoda, że ludzie wielkiego objęcia tak lubią zwięzłość: zapewne reputacja ich zyskuje na tym, ale my tracimy. Plutarch woli, byśmy go sławili za jego sąd o rzeczach niż za wiedzę; woli nam raczej zostawić tęsknotę za sobą niż sytość. Wie, że nawet w dobrych rzeczach można powiedzieć nadto; i że Aleksandrydas[291] słusznie przyganił komuś, kto wygłaszał w obliczu eforów przemówienie roztropne, ale za długie: „O, cudzoziemcze, powiadasz to, co trzeba, ale inaczej niż trzeba”[292]. Którzy mają ciało wątłe, wypychają się pod kaftanem; którym nie staje treści, wzdymają ją słowami.
Obracanie się w świecie niezmiernie przyczynia jasności sądowi człowieka. Wszyscy skłonni jesteśmy zacieśniać się i zanurzać w sobie i nie widzimy poza koniec własnego nosa. Kiedy pytano Sokratesa, skąd jest, nie odpowiedział: „z Aten”, ale „ze świata”. On, który miał umysł pełniejszy i szerszy od innych, obejmował świat cały jako rodzinne miasto i udzielał swej wiedzy, obcowania i przychylności całemu rodzajowi ludzkiemu: nie tak jak my, którzy patrzymy jeno przed siebie. Kiedy winna latorośl marznie w mojej wiosce, proboszcz tłumaczy to gniewem Boga przeciw rodzajowi ludzkiemu i sądzi, że kanibale już dostali z zimna tęgiego kataru. Patrząc na nasze domowe waśnie, któż nie wykrzykuje, iż machina świata wyszła z zawiasów i że dzień sądu ostatecznego następuje nam już na pięty? Nie zastanawiając się, że gorsze rzeczy widywano i że dziesięć tysięcy cząstek świata zażywa tymczasem spokoju i wesela. Ja, kiedy widzę swobodę i bezkarność tych zamieszek, dziwię się raczej, iż są tak łagodne i miętkie! Komu grad bije na łeb, temu się zdaje, że na całej ziemskiej półkuli jest burza i nawałnica. Pewien Sabaudczyk powiadał: „iż gdyby ten ciemięga, król francuski, umiał się pokierować, byłby może został marszałkiem dworu u mego księcia”. Wyobraźnia jego nie pojmowała wielkości ponad godność własnego pana! Nieświadomie wszyscy pozostajemy w tym błędzie: błąd bardzo szkodliwy i brzemienny w skutki. Ale kto sobie uprzytomni, jakoby w malowidle, wielki obraz matki natury w całym majestacie; kto wyczyta w jej twarzy ową powszechną i stałą rozmaitość; kto ujrzy w niej siebie, ba, nie tylko siebie, ale całe królestwa jakoby punkcik nakłuty bardzo delikatnym ostrzem, ten bliski jest widzenia rzeczy wedle ich słusznej proporcji.
Ten wielki świat, który wielu mędrców mnoży jeszcze, uważając go jakoby za odmianę w rodzaju, oto zwierciadło, w które nam trzeba patrzeć, aby mieć dobre poznanie samych siebie. Tyle charakterów, sekt, sądów, mniemań, praw i obyczajów, wszystko uczy nas sądzić zdrowo o naszych i wkłada nasz sąd, by umiał rozpoznawać własną niedoskonałość i przyrodzoną niemoc; co nie jest zgoła błahą nauką. Tyle wstrząśnień i odmian w rzeczy publicznej uczą nas, aby się zbytnio nie cudować naszym sprawom. Tyle imion, tyle zwycięstw i podbojów pogrzebanych w zapomnieniu w śmiesznym świetle ukazują nam nadzieję wieczności naszego imienia przez pojmanie dziesięciu ciurów i zdobycie jakiegoś kurnika, który znany jest jedynie ze swego upadku! Przepych i wspaniałość tylu cudzoziemskich uroczystości, napuszony majestat tylu wielkości i dworów, to wszystko krzepi i hartuje nasz wzrok, aby zniósł bez oślepienia blask naszych. Tyle milionów ludzi pogrzebanych przed nami dodaje nam ducha, iżbyśmy się nie lękali odnaleźć tak godne towarzystwo na tamtym świecie; i tak wszystko. Życie nasze, powiadał Pitagoras, podobne jest wielkiemu i ludnemu zebraniu w czas olimpijskich igrów: jedni ćwiczą ciała, aby osiągnąć chwałę w zapasach; drudzy wynoszą towary na przedaż dla zysku: są inni, wierę nie najgorsi, którzy nie szukają innej korzyści, jeno patrzeć, jak i dlaczego każda rzecz się dzieje, i być spektatorami życia drugich, aby o nim sądzić i wedle tego kierować swoim.
Do przykładów życia bardzo sposobnie można domięszać wszystkie najbardziej zbawienne przepisy filozofii, o którą powinny próbować się czynności ludzkie jako o swój kamień probierczy. Trzeba powiedzieć chłopcu
…Quid
fas optare, quid asper
Utile nummus
habet; patriae charisque propinquis
Quantum elargiri
deceat, quem te deus esse
Iussit, et humana
qua parte locatus es in re,
Quid sumus, aut quidnam victuri gignimur[293]…
Et quo quemque modo fugiatque feratque laborem;[295]
…Sapere
aude,
Incipe: Vivendi
qui recti prorogat horam,
Rusticus expectat
dum defluat amnis, at ille
Labitur, et labetur in omne volubilis aevum[297].
wielka to jest głupota
wykładać dzieciom,
Quid
moveant Pisces, animosaque signa Leonis
Lotus et Hesperia quid Capricornus aqua[298],
obroty gwiazd i ruchy
ósmej sfery, nim poznają swoje własne:
Τί
Πλειάδεστι κᾴμοι
τί δ'ᾴστράσιν Βοώτεω[299]
Skoro zaszczepi uczniowi to, co służy, aby uczynić człeka rozumniejszym i lepszym, zacznie go pouczać, co jest logika, fizyka, geometria, retoryka. Wówczas jakąkolwiek chłopiec obierze sobie wiedzę, mając już ukształcony sąd i rozum, wnet sobie da z nią rady. Nauka odbywać się winna częścią przez rozmowy, częścią przez książki. Nauczyciel poda mu raz samego autora, sposobnego do takiej nauki, to znów da mu szpik jego i substancję pożute już i przerobione. Jeśli sam z siebie nie jest dość poufały z książkami, aby znaleźć wszystkie piękne ustępy, jakie w nich się mieszczą, można dla tej potrzeby przydać mu jakiegoś oczytanego skrybę, który na zawołanie dostarczy zapasów, jakich ów zapotrzebuje, aby nimi obdzielać i karmić swego wychowanka. Kto może wątpić, że taka nauka będzie łatwiejsza i naturalniejsza niż gramatyka Gazy[300]? Tam znajdziesz jeno same cierniste i nudne przepisy, czcze i wyschnięte słowa, w których nie ma żadnego soku, nic, co by budziło umysł; tu dusza znajdzie snadno[301], gdzie ugryźć albo raczej gdzie by się mogła wypasać. Nasz owoc jest bez porównania obfitszy i łacniej stanie się źrały[302].
Szczególne jest, iż w naszym wieku miano filozofii stało się nawet u ludzi rozumnych nazwą czczą i fantastyczną, bez pożytku, bez wartości, ani w sądzie, ani w działaniu. Mniemam, iż owe zakute pały, które obsiadły jej gościńce, są tego przyczyną. Bardzo źle się czyni, malując ją dzieciom jako niedostępną panią z chmurnym, markotnym i groźnym obliczem. Któż to ubrał ją w tę fałszywą, wyblakłą i szpetną maskę? Nie masz nic weselszego, rzeźwiejszego, radośniejszego, omal nie powiedziałbym figlarniejszego niż ona; zwiastuje jeno same gody i wywczasy: smutne i stroskane wejrzenie jest oznaką, że nie zawitała tam w gościnę. Demetriusz gramatyk, spotkawszy w świątyni w Delfach gromadkę filozofów siedzących społem, rzekł: „Albo się mylę, albo, widząc wasze tak spokojne i wesołe oblicza, mniemam iż nie musicie wieść ważnej dysputy między sobą”; na co jeden z nich, Herakleon Megaryjczyk, odpowiedział: „Niech ci, którzy dochodzą, czy futurum od słowa βάλλω ma podwójne λ, albo którzy szukają pochodzenia komparatywów χεῖρων i βέλτιων i superlatywów χεῖριστον i βέλτιστον, mniemają iż trzeba marszczyć czoło, rozprawiając o swej umiejętności: ale co się tyczy dysput filozofii to zwykły one cieszyć i rozweselać tych, którzy się nimi bawią, nie zasię chmurzyć ich i zasmucać”[303].
Deprendas
animi tormenta latentis in aegro
Corpore, deprendas
et gaudia, fumit utrumque
Inde habitum facies[304].
Mój nauczyciel, który wie, iż wolę ucznia winien napełnić więcej jeszcze skłonnością niż czcią dla cnoty, wyklaruje mu snadno[307], jako poeci idą zazwyczaj za powszechnym mniemaniem, i da mu jasno poznać, że bogowie trudem i potem wymościli drogę raczej do alkowy Wenery niż do świątyni Pallady. Kiedy zaś młodzieniec pocznie czuć wolę bożą, przedstawi mu za kochankę do miłowania Bradamantę albo Angelikę[308]; jedną o naturalnej, dzielnej, wielkodusznej piękności, nie mężczyźńskiej, ale jakoby męskiej, naprzeciw tamtej urodzie miętkiej, przekwintnej, delikatnej, wybrednej; jedną przebraną za chłopca, strojną błyszczącym kaskiem, drugą odzianą za dziewczynę z ozdobą z pereł na głowie: i uzna jego męskość w samejże miłości, jeśli wybierze odmiennie zgoła niż ów zniewieściały frygijski pasterz.
Włoży mu w głowę tę nową naukę: że wartość i doskonałość prawdziwej cnoty leży w łatwości, pożytku i rozkoszy jej praktyk; które tak dalekie są od wszelkiej trudności, że dostępne bywają zarówno dzieciom jak dorosłym, prostaczkom jak i mędrcom. Narzędziem jej jest umiar, a nie siła. Sokrates, jej pierwszy ulubieniec, wyrzeka się z rozmysłem swej siły, aby o tyleż więcej zyskać na dobroduszności i swobodzie. Jest to matka żywicielka wszelkich ludzkich rozkoszy: czyniąc je godziwymi, sprawia, iż są bezpieczne i czyste; miarkując je, dzierży je w napięciu i apetycie; wykluczając i potępiając niektóre, zaostrza chęć naszą ku tym, które zostawia. A zostawia nam w obfitości wszystkie te, których chce natura, po macierzyńsku, do sytości, choć nie do przesytu: o ile, przypadkiem, nie chcemy twierdzić, że obyczajność, która wstrzymuje pijącego przed opilstwem, żarłoka przed niestrawnością, rozpustnika przed łysiną, jest nieprzyjaciółką naszych rozkoszy. Jeśli zwyczajna ludzka fortuna jej chybi, umyka się jej albo obchodzi się bez niej i kowa sobie inną, cale[309] swoją, nie już, jak tamta, podległą upadkom i odmienną. Cnota umie być bogatą i potężną, i uczoną, i sypiać w miętkich poduszkach; kocha życie, kocha piękność i sławę i zdrowie: ale jej właściwy i osobny urząd to używać tych dóbr ze statkiem, a umieć je stracić w pogodzie ducha: umiejętność o wiele bardziej szlachetna niż uciążliwa, bez której cały bieg życia jest wynaturzony, mętny, bezkształtny i do niego to słusznie można odnieść owe rafy, ciernie i potwory.
Jeśli zdarzy się uczeń tak szczególnej kondycji, iż woli raczej usłyszeć bajkę niż opowieść o pięknej podróży, albo inne roztropne słówko, gdy się trafi; jeśli przy dźwięku bębna rozpalającym młody zapał towarzyszów odwraca się tam, gdzie go woła bębenek ku igrom kuglarzy; jeśli nie jest mu bardziej lubo a słodko wrócić zakurzonym i zwycięskim z walki niż z gry w piłkę albo pląsów, niosąc palmę tryumfu z tych igrów; wówczas nie widzę innej rady, jeno aby zeń uczynić pasztetnika w jakim poczciwym miasteczku, choćby był zgoła synem diuka; idąc w tym za przepisem Platona, „że trzeba stanowić o dzieciach nie wedle cnót rodziców, jeno wedle cnót ich duszy”.
Skoro filozofia jest nauką, która uczy żyć, i skoro wiek dziecięcy czerpie z niej pożytek nie gorzej od innych, czemuż mu jej nie udziela?
Udum
et molle lutum est, nunc nunc properandus, et acri
Fingendus sine fine rota[310].
Jestem zdania Plutarcha, że Arystoteles nie tyle zabawiał swego wielkiego ucznia[311] składaniem sylogizmów albo też zasadami geometrii, ile ćwiczeniem go w wybornych przepisach tyczących dzielności, odwagi, wielkoduszności, umiarkowania i stałości w nielękaniu się niczego; i tak uzbrojonego wyprawił dzieckiem jeszcze, aby nałożył jarzmo światu, wszystkiego mając trzydzieści tysięcy pieszych, cztery tysiące koni i ledwie czterdzieści dwa tysiące talarów. Inne sztuki i nauki (powiada), Aleksander szacował wielce i chwalił ich wyborność i lubość; ale mimo całej przyjemności, jaką w nich znajdował, niełacno dał się zwabić pokusie, aby je praktykować samemu.
…Petite
hinc, iuvenesque senesque,
Finem animo certum, miserisque viatica canis[312].
Dla naszego ucznia, wszystko, czy to gabinet, ogród, stół i łóżko, samotność, kompania, ranek i wieczór, wszystkie godziny niech będą równe; każde miejsce będzie mu miejscem nauki: filozofia bowiem, która jako kształcicielka sądu i obyczajów będzie jego główną wiedzą, ma ten przywilej, iż wszędy jest na swoim miejscu.
Kiedy Izokratesa mówcę proszono na godach, aby mówił o swej sztuce, odpowiedział, jak każdy przyzna, bardzo słusznie: „Nie jest teraz czas na to, co umiem; a tego, na co teraz jest czas, nie umiem[316]”: częstować bowiem retorycznymi wywodami albo dysputami kompanię zebraną dla śmiechu i hulanki, to byłby bigos bardzo lichego smaku: toż samo można by rzec o wszystkich innych naukach. Ale, co się tyczy filozofii, zwłaszcza części, w której traktuje o człowieku, jego zadaniach i obowiązkach, obcowanie jej, wedle wspólnego sądu mędrców, jest tak słodkie i lube, iż nie powinno się jej wyłączać z festynów i zabaw. Platon zaprosił ją do swojej uczty i widzimy, w jak ucieszny sposób zabawia ona zgromadzenie, mimo iż mówi o najwyższych i najzbawienniejszych rzeczach.
Aeque
pauperibus prodest, locupletibus aeque,
Et neglecta aeque pueris senibusque nocebit[317].
W ten sposób z pewnością uczeń nasz będzie mniej tracił czasu
niż drudzy. Ale tak samo jak kroki uczynione podczas przechadzki w
galerii mniej nas nużą (choćby ich było trzy razy tyle) niż te,
które obrócimy na jakąś określoną drogę, tak samo nasza lekcja
zdybana jakoby przypadkiem, bez niewoli czasu i miejsca i domieszana
do wszystkich uczynków, spłynie jakoby w duszę, nie dając się
uczuć. Gry i ćwiczenia nawet będą stanowiły znaczną część
nauki: wyścigi, zapasy, muzyka, taniec, polowanie, zażywanie konika
i szabli. Chcę, aby zewnętrzna przystojność, obycie z ludźmi,
pielęgnowanie ciała, szło równym krokiem z kształtowaniem duszy.
Wszakże to nie duszę ani ciało mamy wychowywać, ale
człowieka[318];
nie trzeba tego rozdwajać i, jak powiada Platon, nie trzeba
kształtować jednego bez drugiego, ale prowadzić je równo, jako
parę koni zaprzęgniętą u jednego dyszla. I jeśli zważymy naukę
tego mędrca, czyż nie przeznacza on raczej więcej czasu i troski
ćwiczeniom ciała w rozumieniu, iż duch sam ćwiczy się przy tym
po mału[319];
nie zaś przeciwnie?Poza tym, wychowanie to winno się odbywać z łagodną stanowczością, nie tak jak dzieje się zazwyczaj: miast zachęcać dzieci do nauk, przedstawia się im jedynie w rzeczy samą odrazę i okrucieństwo. Usuńcie precz gwałt i przemoc! Nie masz, moim zdaniem, nic, co by bardziej poniżało i tępiło szlachetną z urodzenia naturę. Jeśli pragniecie, aby się lękał wstydu i kary, nie hartujcie go przeciw nim: hartujcie go przeciw upałom i zimnu, przeciw wiatrom, słońcu i wszelkiej przygodzie. Odejmijcie mu miękkość i przekwinty w odzieży i posłaniu, w jedzeniu i piciu; przyzwyczajcie go do wszystkiego; niech to nie będzie gładysz i niewieściuch, ale krzepki i siarczysty chłopak. Dzieckiem, człowiekiem, starcem, zawsze mniemałem i sądziłem tak samo. Ale między innymi rzeczami zwyczajny w naszych kolegiach rygor zawsze mi się nie podobał: mniejszą i mniej szkodliwą popełniono by zdrożność przechylając się raczej ku łagodności. To są istne więzienia i kaźnie młodzieży: pcha się ją do występku, karząc, nim się go dopuści. Zajrzyjcież tam w godzinach nauki; usłyszycie jeno krzyki i dzieci katowanych, i nauczycieli pijanych gniewem. Jest li to sposób, aby obudzić zamiłowanie do nauk w tych czułych i lękliwych duszach, gdy się je prowadzi ku nim z obmierzłą i przeraźliwą gębą i z rękami zbrojnymi kańczugiem! Cóż za niegodziwy i zgubny obyczaj! Dodajmy (co bardzo trafnie zauważył Kwintylian), iż despotyczna przemoc pociąga za sobą bardzo opłakane skutki, a zwłaszcza przy naszym sposobie karania. O ileż sale i uczelnie przystojniej byłyby strojone kwieciem i listowiem niż ułomkami zakrwawionej trzciny! Dałbym tam odmalować Radość, Uciechę, Florę i Grację, jako uczynił w swej szkole filozof Speuzyppus[320]. Gdzie jest korzyść, niechby była wraz i uciecha: winno by się cukrować potrawy zbawienne dla dziecka, a zaprawiać goryczą te, które mu są szkodliwe. Podziwiać trzeba troskliwość, jaką w swoich Prawach okazuje Platon o uciechy i zabawy młodzieży w swym państwie; jak rozwodzi się nad wyścigami, grami, pieśniami, skokami i tańcami, o których powiada, iż w starożytności były pod opieką i patronatem samych bogów, Apollina, Muz i Minerwy. Rozwodzi się nad tym w tysiącznych przepisach dla swoich gimnazjów; co się tyczy nauk książkowych, mało się nimi zaprząta, a poezję zdaje się zalecać jeno dla muzyki.
Wszelakiej osobności i dziwactwa w obyczajach i sposobie życia należy unikać jako rzeczy wrogich społeczności. Któż nie cudowałby się nad kompleksją Demofona, marszałka dworu Aleksandrowego, który pocił się w cieniu, a dygotał na słońcu[321]? Widziałem takich, którzy umykali przed zapachem jabłek bardziej niż przed pukaniną z rusznic: innych, którzy lękali się myszy; innych, którzy dostawali wymiotów na widok śmietany; inni, toż samo, gdy widzieli, jak ściele się puchowe łóżko. Germanik nie mógł ścierpieć widoku ani piania koguta[322]. Być może, iż jest w tym wszystkim jakowaś tajemna przyczyna; ale stłumiłoby się ją, moim zdaniem, gdyby się wcześnie zabrać do tego. Wychowanie to wymogło na mnie (prawda, nie bez trudu), iż z wyjątkiem piwa smak mój da sobie rady po równi z każdym pożywieniem.
Za młodu ciało jest jeszcze podatne; trzeba tedy dla tej przyczyny naginać je do wszystkich kształtów i zwyczajów. Byle tylko trzymać w niejakich karbach chęci i wolę młodzieńca, śmiało można mu pozwolić nałożyć się do wszystkich narodów i kompanii, zgoła nawet do ich wybryków i ekscesów, gdy trzeba. Dobrze jest, by się zaprawił do wszelkiego obyczaju: niech będzie zdatny czynić wszystko, a niechaj chce czynić tylko dobre.
Filozofowie nawet nie pochwalają Kallistenesa, który postradał łaski pana, wielkiego Aleksandra, przez to, iż nie chciał mu dotrzymać kompanii przy kielichu. Niech się bawi, żartuje, niech hula ze swoim książęciem. Chcę, aby w rozpuście nawet co do krzepkości i wytrzymałości przewyższał towarzyszów; niech się wyrzeka złego nie z braku sił ani praktyki, ale z braku chęci k'temu: Multum interest, utrum peccare aliquis nolit, aut nesciat[323]. Mniemałem wyświadczyć zaszczyt jednemu panu, najbardziej może we Francji oddalonemu od takich wybryków, pytając go w zacnej kompanii, ile razy w życiu, bawiąc w Niemczech, upił się dla pożytku spraw swego króla: wziął to też w tym samym sensie i odpowiedział, że trzy razy; które też wyszczególnił. Znam takich, którzy dla braku tej umiejętności w wielkim znaleźli się kłopocie, mając sprawę z owym narodem. Często z podziwieniem rozważałem naturę Alcybiadesa, iż tak łacno umiał się przedzierżgać w tak odmienny obyczaj, bez uszczerbku dla zdrowia: to przewyższając wspaniałość i przepych perski, to znów surowość i wstrzemięźliwość Lakończyków; równie powściągliwy w Sparcie, jak rozwiązły w Jonii[324].
Omnis Aristippum decuit color, et status et res[325].
Tak chciałbym wychować mego ucznia:
Quem duplici panno patientia velat
Tak chciałbym wychować mego ucznia:
Quem duplici panno patientia velat
Mirabor, vitae via
si conversa decebit,
Personamque feret non inconcinnus utramque[326].
Kiedy Leon, książę Fliazyjczyków, spytał Heraklidesa Pontyka, jaka umiejętność, jaka sztuka jest jego rzemiosłem: „Nie znam — powiedział — żadnej sztuki ani umiejętności; jestem jeno filozofem”. Przyganiano Diogenesowi, iż będąc nieukiem, uprawia filozofię: „Z tym większą zdatnością mogę ją uprawiać”, odpowiedział. Hegazjasz prosił go, aby mu coś przeczytał: „Zabawny jesteś — odparł tamten — bierzesz do jedzenia figi prawdziwe i naturalne, a nie malowane; czemuż tak samo nie szukasz naturalnych, prawdziwych ćwiczeń, nie zaś pisanych?”[328].
Nie tyle ma wydawać lekcję, ile ją wykonywać; ma ją powtarzać w czynach: ujrzymy, czy jest roztropny w przedsięwzięciach, dobry, sprawiedliwy w postępkach; czy zdradza rozum i wdzięk w odezwaniach, wytrzymałość w chorobach, skromność w zabawach, umiarkowanie w rozkoszach, statek w gospodarstwie; obojętność w smaku; będzie li to mięso czy ryba, woda czy wino: Qui disciplinam suam non ostentationem scientiae, sed legem vitae putet; quique obtemperet ipse sibi et decretis pareat[329]. Prawdziwym zwierciadłem rozumu jest bieg naszego życia. Zeuksidam na pytanie, dlaczego Lakończycy nie układają na piśmie przepisów cnoty i nie dają ich czytać młodym ludziom, odpowiedział: „Chcą ich włożyć do uczynków, a nie do słów”[330]. Porównajcież po piętnastu albo szesnastu latach mego ucznia z jednym z owych latynizujących szkolarzy, który tyleż czasu stracił na naukę samego jeno gadania! Świat pełen jest paplarstwa; nie zdarzyło mi się widzieć człowieka, który by nie mówił raczej za dużo niż za mało. To pewna, iż połowa życia schodzi na tym: trzymają nas cztery czy pięć lat, każąc nam słuchać słów i zszywać je w periody; drugie tyle, aby je szeregować w wielkie okresy, rozciągnięte na cztery albo pięć członów; i znowuż pięć lat co najmniej, aby się uczyć mięszać je szybko i zwięźle i splatać w jakoweś subtelne sposoby: et, do kaduka, zostawmyż to ludziom, którzy z tych figlów czynią swe rzemiosło!
Jadąc raz do Orleanu, spostrzegłem na równinie, która się ciągnie poza Clery, dwóch regentów wędrujących do Bordeaux, mniej więcej o pięćdziesiąt kroków jeden za drugim: dalej zaś, za nimi, ujrzałem oddział wojska z rotmistrzem na czele, którym był nieboszczyk hrabia de la Rochefoucauld. Jeden z mych ludzi spytał pierwszego z regentów, kto jest ów szlachcic, który podąża za nim; regent, nie widząc oddziału ciągnącego w tyle i myśląc, że pytają o jego kolegę, odparł pociesznie: „To nie żaden szlachcic, to gramatyk, ja zaś jestem logik”. Owóż my, którzy staramy się, przeciwnie, ukształtować nie gramatyka ani logika, ale szlachcica, pozwólmyż im zabawiać się do woli; my mamy gdzie indziej sprawę.
Niech tylko nasz wychowanek będzie dobrze zaopatrzony w treść, a słowa przyjdą mu aż nadto obficie; a jeśli nie zechcą, już on je pociągnie za język. Znam takich, którzy wymawiają się, iż nie umieją się wysłowić, i okazują minami, jakoby mieli głowę pełną różnych pięknych rzeczy, jeno dla braku wymowy nie mogą ich dobyć na jaw: to są błazeństwa! Wiecie, moim zdaniem, co to takiego? To po prostu jakoweś cienie niekształtnych majaczeń przychodzą im do głowy, których niezdolni są wewnątrz rozplątać ani rozjaśnić, ani tym samym dobyć na zewnątrz; nie pojmują jeszcze sami siebie. Przyjrzyjcie się ich stękaniu, kiedy chcą je urodzić, a ocenicie, iż to jest znój nie porodu jeszcze, ale poczęcia i że dopiero kształtem niedźwiedzicy liżą ową niekształtną materię. Co do mnie, uważam, co i Sokrates twierdzi, że kto ma w umyśle żywy i jasny obraz, ten wyda go na zewnątrz; by nawet[331] gwarą pastuszą lub też na migi, jeśli jest niemy:
Verbaque praevisam rem non invita sequentur[332].
Emunctae naris, durus componcre versus[338].
Tempora
certa modosque, et quod prius ordine verbum est,
Posterius facias:
praeponens ultima primis…
Invenias etiam disiecti membra poetae[339]:
Gdyby te mózgowcze michałki, contorta et aculeata sophismata[341], miały mu wmówić kłamstwo za prawdę, wówczas byłyby niebezpieczne; ale jeśli pozostają bez skutku i pobudzają go jeno do śmiechu, nie widzę, czemu by miał przed nimi tak uciekać. Bywają ludzie tak głupi, że zbaczają ćwierć mili z drogi, aby gonić za pięknym słówkiem: aut qui non verba rebus aptant, sed res extrinsecus arcessunt, quibus verba conveniant[342]; drudzy znów: qui alicuius verbi decore placentis vocentur ad id quod non proposuerant scribere[343]. Łatwiej komuś drugiemu uszczknę jaką dobrą sentencję, aby ją przyszyć sobie, niż żebym miał rozkręcać z motka moją nitkę, aby za nią gonić. Przeciwnie, rzeczą słów jest służyć i iść za myślą; a jeśli francuska gwara nie starczy, niech gaskońska przyjdzie jej z pomocą. Chcę, aby prym trzymała rzecz sama, wypełniając pojęcie słuchacza tak całkowicie, by zgoła nie pamiętał słów. Mowa wedle mego smaku, to mowa naturalna i prosta, tak na papierze jak w ustach; soczysta i energiczna, zwięzła i krótka; nie tyle wymuskana i misterna, co jędrna i krzepka.
Haec demum sapiet dictio, quae feriet[344];
Chętnie naśladowałem tę rozmyślną niedbałość, jaką widuje się u naszej młodzieży w ubraniu: obstrzępiony kubrak, płaszcz na jednym ramieniu, źle obciągnięta pończocha, co wszystko objawia niejaką dumną wzgardę dla owych cudzoziemskich stroików i sztuczek; otóż uważam, że jeszcze bardziej jest ona na miejscu w sposobie mówienia. Wszelkie wymuszenie, zwłaszcza przeciw francuskiej swobodzie i wesołości, nieprzystojne jest dworzaninowi, w monarchii zaś każdy szlachcic winien po trosze podawać się na dworzanina: dlatego dobrze czynimy, chyląc się nieco na stronę prostoty i niedbałości. Nie lubię tkaniny, w której widoczne są szwy i węzły: tak samo jak w pięknym ciele nie trzeba, aby można było policzyć kości i żyły. Quae veritati operant dat oratio, incomposita sit et simplex[345]. Quis accurate loquitur, nisi qui vult putide loqui[346].
Wymowa czyni krzywdę samej rzeczy przez to, że nas odciąga ku sobie. Jako w odzieży dziecinną chętką jest chcieć odznaczyć się jakowymś osobnym i niepraktykowanym krojem, tak i z mową: uganianie się za osobliwymi zwroty i mało znanymi słowy pochodzi z jakowejś szkolarskiej i błahej ambicji. Gdybymż mógł nie posługiwać się innymi prócz tych, które mają obieg w halach paryskich! Arystofanes gramatyk w piętkę gonił, kiedy przyganiał Epikurowi prostotę jego słów i to, iż celem jego sztuki oratorskiej było jedynie jasne wyrażenie myśli. Naśladowanie mowy jest tak łatwe, iż wraz bieży za nim całe pospólstwo; naśladowanie sądu, myśli nie idzie tak szybko. Większość czytelników, widząc jednaką suknię, mniema bardzo fałszywie, iż i ciało mają przed sobą jednakie: owo siły i krzepkości nie da się pożyczyć; da się pożyczyć jeno płaszcza i stroju. Większość tych, z którymi obcuję, mówią tym samym językiem, co ta moja książka, ale nie wiem, czy i myślą tak samo.
Ateńczycy, powiada Platon, mają w naturze obfitość i wykwint mowy; Spartanie zwięzłość; mieszkańcy Krety znowuż płodność w myśli, bardziej niż w słowa: ci są najtężsi. Zenon powiadał, iż ma dwa rodzaje uczniów: jednych, których nazywał φιλολόγους, ciekawych poznania rzeczy, i to byli jego ulubieńcy; drugich, λογοφίλους, którzy troskają się jeno o słowa. To nie znaczy, by umieć dobrze mówić nie było piękną i dobrą rzeczą; ale nie tak wyborną, za jaką się podaje; i mierzi mnie, iż życie nasze całe na tym się zużywa. Wolałbym najpierw dobrze poznać własny język, jak również język sąsiadów, z którymi najczęściej mam sprawę.
Łacina i greka jest z pewnością pięknym i znacznym nabytkiem, ale płaci się go za drogo. Podałbym tutaj sposób kupienia ich taniej niż zazwyczaj, a doświadczyłem go na samym sobie: niech próbuje, komu wola. Nieboszczyk mój ojciec tak pilnie, jak jest w mocy ludzkiej, wywiadując się u uczonych i rozumnych ludzi o formy najdoskonalszego wychowania, usłyszał od nich o tym zwyczajnym braku: mianowicie pouczono go, że jedyną przyczyną, dla której nie możemy wzbić się do podniosłości ducha i wiedzy dawnych Greków i Rzymian, jest ów ogromny przeciąg czasu stracony na nauczenie się języków, które ich samych nie kosztowały żadnego trudu. Nie wierzę, aby w istocie była to jedyna przyczyna. Bądź co bądź, ojciec zaradził sobie w ten sposób, iż gdy byłem jeszcze na kolanach piastunki i zaczynałem gaworzyć pierwsze słowa, powierzył mnie pewnemu Niemcowi (który potem umarł jako sławny lekarz we Francji), zgoła nieznającemu naszego języka, a za to bardzo biegłemu w łacinie. Ten, umyślnie sprowadzony w dom w tym celu i opłacany sowicie, nie odstępował mnie niemal na krok. Miał przy sobie jeszcze dwóch innych, mniej znamienitych w wiedzy, aby wszędzie ze mną dążyli i ułatwiali mu zadanie: i wszyscy oni nie odzywali się do mnie w innym języku jak po łacinie. Co się tyczy reszty domu, było niezłomnym prawidłem, iż ani ojciec sam, ani matka, ani żaden sługa, ani pokojowa nie mówili w mej obecności inaczej, jeno każdy dobywał z siebie owych kilku słów łacińskich, jakich się musiał nauczyć, aby móc ze mną gaworzyć. I każdy uczynił w tym na podziw postępy: ojciec i matka nauczyli się dosyć łaciny, aby wszystko rozumieć, a nawet posłużyć się nią w ostateczności; tak samo służba, która bliżej stykała się ze mną. Słowem, latynizowaliśmy tak zawzięcie, że spłynęło to po trosze aż na okoliczne wioski, gdzie jeszcze dotychczas trwają (ile że zakorzeniły się przez używanie) niejakie nazwy łacińskie narzędzi i rękodzielników. Co do mnie, minęło mi przeszło sześć lat, przez które równie nie usłyszałem gwary francuskiej albo perygrodzkiej, co arabskiej; i bez żadnego wysiłku, bez książki, gramatyki i reguł, bez rózgi i łez nauczyłem się łaciny w całej czystości, w jakiej mistrz mój ją posiadał: nie miałem bowiem czym pomięszać jej lub skazić. Jeśli na przykład chciano mi dać pensum na wzór kolegiów, jak innym zadaje się je po francusku, mnie trzeba było dawać w złej łacinie, którą przerabiałem na dobrą. I Mikołaj Grouchy, który pisał de comitiis Romanorum, Wilhelm Guerente, który komentował Arystotelesa, Jerzy Bukanan, ów wielki poeta szkocki i Marek Antoni Muret, którego Francja i Italia uznały największym mówcą swego czasu, moi preceptorzy domowi, powiadali mi często, że byłem w dzieciństwie tak kuty w tym języku, iż obawiali się do mnie przystąpić. Bukanan, którego spotkałem później w orszaku marszałka de Brissac, powiadał mi, iż ma właśnie pisać dzieło o wychowaniu dzieci i moje wychowanie chce wziąć jako przykład; wówczas bowiem miał w pieczy młodego hrabiego de Brissac, któregośmy potem widzieli tak dzielnym i walecznym.
Co się tyczy greczyzny, której znowuż nie przyswoiłem sobie tak dobrze jak wcale, ojciec postanowił nauczyć mnie jej sztuką, ale nowym sposobem, jakoby zabawą i ćwiczeniem: graliśmy w deklinacje, podobnie jak inni za pomocą pewnych gier i warcabnic uczą się arytmetyki i geometrii. Między innymi bowiem rzeczami poradzono ojcu, aby mi dał smakować wiedzy i obowiązków bez gwałcenia woli i z własnej mej chęci; aby wychowywał mą duszę w pełnej swobodzie i łagodności, bez przymusu i rygorów. A oto do jakiego stopnia tego przestrzegano: ponieważ niektórzy powiadają, iż delikatny mózg dzieci mąci się od tego, gdy je budzić rankiem nagle i wydzierać tak ze snu (w którym pogrążone są o wiele głębiej niż my dorośli) gwałtownie i przemocą, ojciec kazał mnie budzić dźwiękiem jakowegoś instrumentu; i zawsze bawił przy mnie ktoś wyćwiczony w tej sztuce.
Ten przykład wystarczy, aby osądzić o reszcie i aby dostatecznie wyobrazić roztropność i przywiązanie najlepszego ojca: nie jego trzeba winić, jeśli nie zebrał owoców odpowiadających tak wybornej hodowli. Dwie rzeczy były tego przyczyną. Po pierwsze jałowa i oporna rola; mimo bowiem iż zażywałem zupełnego i doskonałego zdrowia i z natury byłem łagodny i posłuszny, byłem przy tym tak ociężały, miętki i uśpiony, że niepodobna było wyrwać mnie z mej gnuśności nawet dla zabawy. To, co widziałem, widziałem dobrze; i pod tą ociężałą skorupą żywiłem pojęcia śmiałe i mniemania ponad wiek. Dowcip mój był powolny i szedł jeno o tyle, o ile go ktoś prowadził; pojmowanie późne; lotność myśli mdła; do tego nieprawdopodobny brak pamięci. Nie dziw, iż przy tym wszystkim nie zdołał wydobyć ze mnie coś ponad mierność. Po drugie, podobnie jak ludzie przypierani niecierpliwą żądzą wyzdrowienia dają na siebie wpływać wszelakim radom, tak samo ten zacny człowiek, bojąc się niezmiernie pobłądzić w rzeczy, która mu tak leżała na sercu, dał się wreszcie pociągnąć powszechnemu mniemaniu, które zawsze bieży jako żurawce za idącymi przodem. Jakoż nie mając już dokoła siebie ludzi, którzy podsunęli mu pierwsi owe plany wychowania przywiezione przez ojca z Włoch, poddał się zwyczajowi; i w szóstym roku życia wyprawił mnie do kolegium do Guieny, bardzo kwitnącego wówczas i najlepszego we Francji. Niepodobna było dodać coś do starań, jakie tam roztoczył: i w doborze doskonałych preceptorów, i we wszystkich szczegółach wychowania, w czym zachował różne odrębne punkty na wspak zwyczajom kolegiów; ale ostatecznie było to zawsze kolegium! Moja łacina psuła się z każdym dniem, wreszcie przez brak użycia straciłem wszelkie w niej ćwiczenie; całe moje niezwykłe pierwsze wychowanie posłużyło mi jeno na to, aby zaraz z początku przeskoczyć kilka klas; zresztą, wyszedłszy w trzynastym roku z kolegium i ukończywszy kurs, jak oni to nazywają, nie wyniosłem żadnej korzyści, którą bym dzisiaj sobie mógł pochwalić.
Pierwsze zaczątki miłości do książek obudziły się we mnie z rozkoszy, jaką znalazłem w Metamorfozach Owidiusza. Licząc ledwie siedem czy osiem lat, wymykałem się od wszelkich innych przyjemności, aby je czytać; ile że ten język był to mój język ojczysty i była to najłatwiejsza książka, jaką znałem, i najbardziej przez swój przedmiot dostosowana do pojęć dziecięcego wieku. Co się tyczy bowiem owych Lanslotów z Jeziora, Amadysów, Hugonów z Bordo i tym podobnych bajdów, którymi młodzież karmi się zazwyczaj, nie znałem ich nawet z tytułu, jak dziś jeszcze nie znam z treści: tak surowe było moje wychowanie. Tym niedbalszy za to byłem przy nauce innych przepisanych lekcji. Bardzo szczególnie wyszło mi na dobre, iż miałem rozumnego preceptora, który umiał zręcznie przymykać oko na moje przedwczesne skłonności: dzięki temu połknąłem jednym tchem całą Eneidę Wergilego, potem Terencjusza, potem Plauta i włoskie komedie, ciągle wabiony powabem przedmiotu. Gdyby był na tyle niedorzeczny, aby mi się sprzeciwiać w tym zapale, byłbym z pewnością wyniósł z kolegium jeno nienawiść do książek, jak to się dzieje u całej prawie naszej szlachty. Zachował się w tym bardzo roztropnie, udając, iż nic nie spostrzega: zaostrzał mój apetyt, cierpiąc jeno, bym ukradkiem łasował te książki, i niewoląc mnie łagodnie do innych szkolnych powinności: główne bowiem przymioty, jakich ojciec szukał u moich preceptorów i stróżów, była poczciwość i łagodność. Ja, z mej strony, nie zdradzałem innej wady jak ospałość i lenistwo. Niebezpieczeństwo nie leżało w tym, bym miał czynić co złego, ale w tym, iż nie czyniłem nic: nikt nie wróżył, bym się miał stać złym, ale bezpożytecznym; przewidywano we mnie gnuśność, nie złośliwość. Czuję też, że tak się stało. Oto zarzuty, jakie mi się obijają najczęściej duszy: „jest opieszały, chłodny w obowiązkach krewieństwa i przyjaźni; takoż w powinnościach publicznych zbyt samolubny, zbyt obojętny”. Najnieprzychylniejsi nawet nie powiadają o mnie: „Czemu to wziął? Czemu nie zapłacił?” jeno: „Czemu nie umorzy? Czemu nie daruje?”. Zaiste niesprawiedliwie poczynają sobie, wymagając ode mnie, czego nie jestem powinien, o wiele skrupulatniej, niż wymagają od siebie samych tego, co są powinni. Skazując mnie na te świadczenia z musu, wykreślają wszelką chlubę czynu i wdzięczność, jaka by mi się należała: podczas gdy czynne dobro z mej dłoni winno by być tym bardziej ważkie w uznaniu, iż nigdy nie staję w rzędzie korzystających. Tym swobodniej mogę rozrządzać mą fortuną, im bardziej jest moja, i sobą samym, im bardziej jestem moim. Bądź co bądź, gdybym był biegłym chwalcą własnych uczynków, umiałbym może w potrzebie uporać się z tymi zarzutami: i temu, i owemu wyłożyłbym jasno, iż gorszy ich nie tyle to, że nie czynię dosyć, jak to, że mógłbym czynić więcej.
Mimo to dusza moja, bez mej woli i świadomości niemal, była ustawicznie czynna i wytwarzała sobie pewne i jasne sądy w przedmiotach, które poznawała; trawiła je sama w sobie, bez niczyjego udziału. Mniemam zwłaszcza, między innymi, iż byłaby ona zupełnie niezdolna poddać się sile i przemocy. Mam li jeszcze wspomnieć o jednej właściwości mego dzieciństwa? Otóż miałem niejaką układność oblicza oraz giętkość głosu i poruszeń w dostrojeniu się do ról, jakie odgrywałem; bardzo wcześnie bowiem,
Alter ab undecimo tum me vix ceperat annus[347]:
Dobre rządy troszczą się o to, aby zgromadzać i jednoczyć obywateli tak dla poważnych czynności i nabożeństwa, jak dla ćwiczeń i zabaw; spójność społeczeństwa zyskuje na tym; a przy tym trudnoć o rozrywki godziwsze niż te, które się dzieją w przytomności wszystkich i na oczach samej władzy. Uważałbym nawet za słuszne, aby monarcha swoim kosztem raczył nimi niekiedy poddanych, okazując tym czułość i dobroć jakoby ojcowską: i aby w ludnych miastach były miejsca przeznaczone i narządzone dla takich widowisk; nie ma wątpienia, że to odciąga od gorszych i tajemnych zabaw.
Wracając do przedmiotu, najważniejszą rzeczą jest obudzić chęć i zamiłowanie: inaczej fabrykuje się jeno osłów objuczonych książkami; wkłada się na nich pod ciosami batoga sakwy pełne wszelakiej wiedzy: którą, aby była z pożytkiem, nie dość jest gościć u siebie, ale trzeba ją pojąć jakoby w małżeństwo.
[268]
imainacja (daw.) — dziś: imaginacja; wyobraźnia.
[269]
cale (daw.) — całkiem, całkowicie, zupełnie.
[270]
najkrzepciejszy (daw.) — najsilniejszy; por. krzepki.
[271]
centony — modne naówczas utwory, składane z wierszy wyjętych z jednego lub wielu klasycznych autorów.
[272]
Jak bądź się rzeczy mają (…) moją własną — Molier przypomniał sobie ten rys w Uczonych białogłowach i włożył go w usta Chryzala.
[273]
przepomnieć (daw.) — zapomnieć.
[274]
Obest (…) docent (łac.) — „Częstokroć powaga nauczycieli powstrzymuje i onieśmiela rozwój uczniów” (Cicero, De natura deorum, I, 5; tłum. Edmund Cięglewicz).
[275]
numquam tutelae suae fiunt (łac.) — „Nigdy się nie wyzbędą opieki” (Seneca [Minor], Epistulae morales ad Lucilium, 33; tłum. Edmund Cięglewicz).
[276]
Che (…) m'aggrata (wł.) — „Wątpienie, niemniej niż wiedza, przypada mi do smaku” (Dante, Piekło II, 93).
[277]
Non sumus (…) vindicet (łac.) — „Nie uznajemy królów; każdy niech się sam rozsądza swobodno” (Seneca [Minor], Epistulae morales ad Lucilium, 33; tłum. Edmund Cięglewicz).
[278]
cale (daw.) — całkiem, całkowicie, zupełnie.
[279]
powiada Epicharmus (…) [rozum] widzi i słyszy (…); inne rzeczy są ślepe, głuche — Klemens Aleksandryjski, Kobierce zapisków filozoficznych… (gr. Stromata), II, 5.
[280]
Sancta Rotonda — okrągła świątynia, jaką Agryppa zbudował pod panowaniem Augusta, poświęcona wszystkim bogom i nazwana Pantheon.
[281]
nie lża a. nie lza (daw.) — nie wolno, nie należy.
[282]
Vitamque (…) rebus (łac.) — „Umie żyć wolnym, spać pod nieb sklepieniem/ I drwić w opałach…” (Horatius, Odae, II, 3, 5; tłum. Edmund Cięglewicz).
[283]
labor callum obducit dolori — „Praca robi człowieka hartownym na ból” (Cicero, Tusculanae quaestiones [wyd. też pod tytułem: Tusculanae disputationes], II, 14; tłum. Edmund Cięglewicz).
[284]
Licet (…) invidia (łac.) — „Można być mądrym, nie okazując dumy, nie budząc zawiści” (Seneca [Minor], Epistulae morales ad Lucilium, 113; tłum. Edmund Cięglewicz).
[285]
Si quid Socrates (…) assequebantur (łac.) — „Jeżeli Sokrates lub Aristipos popełnili co przeciw obyczajności i przyjętym zasadom, nie sądź, że i tobie to wolno. Wielkimi i boskimi przymiotami okupili tę swobodę” (Cicero, De officiis, I, 41; tłum. Edmund Cięglewicz).
[286]
neque (…) cogitur (łac.) — „Nie zmusza go żadna konieczność, aby obstawać i bronić wszystkiego, co mu zalecono i wykładano” (Cicero, Academica, IV, 3; tłum. Edmund Cięglewicz).
[287]
osobny — tu: osobliwy.
[288]
Quae tellus (…) ferat (łac.) — „Gdzie ziemia lodem krzepnie, gdzie od żaru pęka/ I jaki wiatr twe żagle do Italii pędzi” (Propertius, Elegiae, IV, 3, 39; tłum. Edmund Cięglewicz).
[289]
nauka jedyna, jak zaświadcza Platon, którą Lacedemończycy mieli w poważaniu — Platon, Hippiasz Większy.
[290]
natrącenie — wzmianka; wtrącenie mimochodem, nadmienienie o czymś.
[291]
Aleksandrydas — popr. Anaksandridas II, król Sparty (555–520 p.n.e.), ojciec Leonidasa, obrońcy Termopil. Autor używa imienia „Aleksandrydas” powtarzając mylne odczytanie Plutarcha.
[292]
Aleksandrydas (…) przyganił (…) ”powiadasz to, co trzeba, ale inaczej niż trzeba” — por. Plutarch, Powiedzenia spartańskie.
[293]
Quid fas (…) gignimur (łac.) — „Czego pragnąć nam wolno, co się kupić godzi/ Za nowo kute grosze, co trzeba poświęcić/ Dla krewnych lub ojczyzny, czym ci Bóg rozkazał/ Tu zostać, z jaką wreszcie cząstką kapitału/ Wstąpiłeś do ludzkości, czym jesteś, być pragniesz,/ I w jakim celu na świat przyszedłeś po życie?” (Aulus Persius Flaccus, Satirae, III, 69–73; tłum. Edmund Cięglewicz).
[294]
co to jest wiedza i niewiedza, co winno być celem nauki; co jest męstwo, umiarkowanie i sprawiedliwość… — zajmowanie się głównie etyką, jak Sokrates.
[295]
Et quo (…) laborem (łac.) — „Jakim cudem zło minąć lub mężnie je przenieść” (Vergilius, Aeneida III, 459; tłum. Edmund Cięglewicz).
[296]
ograniczając, zgodnie z radą Sokratesa, zakres nauk (..) ku naszemu pożytkowi — Diogenes Laertios, Sokrates [w:] Żywoty i poglądy słynnych filozofów, II, 21.
[297]
Sapere (…) aevum (łac.) — „Odważ się mądrym być,/ Raz pocznij mądrze żyć!/ Kto przewleka godzinę poprawy,/ Czyni jak ten cham niemrawy,/ Co nad brzegiem siadł i czeka,/ Aż spłynie rzeka…/ A fale płyną i płyną,/ I płynąć będą, choć wieki miną!” (Horatius, Epistulae, II, 1, 40; tłum. Edmund Cięglewicz).
[298]
Quid moveant (…) aqua (łac.) — „Jaki wpływ mają Ryby lub Lwa znak sierdzisty,/ I Kozioróg, co kąpie łeb w Hesperii falach” (Propertius, Elegiae, IV, 1, 89; tłum. Edmund Cięglewicz).
[299]
Τί Πλειάδεστι κᾴμοι τί δ'ᾴστράσιν Βοώτεω (gr.) — „Ani mnie trapią Plejady,/ Ani Bojotesa gwiazda…” (Anacreon, Odae, XVIII, 10; tłum. Edmund Cięglewicz).
[300]
Gaza — uczony w XV w., urodzony w Tessalonice.
[301]
snadno a. snadnie (daw.) — łatwo.
[302]
źrały (daw.) — dojrzały.
[303]
Demetriusz (…) rzekł (…) Herakleon Megaryjczyk, odpowiedział: (…) — Plutarch, O zamilknięciu wyroczni, 6.
[304]
Deprendas (…) facies (łac.) — „Zduś ból ducha skrytego w ciało swe ułomne,/ Zduś i skryj radość swoją! I tak twarz je zdradzi,/ Jak dym watrę” (Iuvenalis, Satirae, IX, 18; tłum. Edmund Cięglewicz).
[305]
Baroco i Baralipton — terminy scholastycznej logiki, charakteryzujące wchodzącymi w te słowa samogłoskami naturę danych sylogizmów.
[306]
snadno a. snadnie (daw.) — łatwo.
[307]
snadno a. snadnie (daw.) — łatwo.
[308]
Bradamanta, Angelika — bohaterki Orlanda Szalonego Ariosta.
[309]
cale (daw.) — całkiem, całkowicie, zupełnie.
[310]
Udum (…) rota (łac.) — „Póki glina wilgotna, podatna i miękka,/ Na toku ją garncarskim urabiaj co żywo!” (Aulus Persius Flaccus, Satirae, III, 23; tłum. Edmund Cięglewicz).
[311]
Arystoteles nie tyle zabawiał swego wielkiego ucznia — Aleksandra Wielkiego.
[312]
Petite (…) canis (łac.) — „Stąd zaczerpcie, młodzieńcy, wskazówek dla ducha./ I zasobów na drogę starości daleką” (Aulus Persius Flaccus, Satirae, V, 64-65; tłum. Edmund Cięglewicz).
[313]
Meniceusz — właśc. Menoikeus, uczeń Epikura.
[314]
powiada Epikur (…) ani najstarszy niech się nią nie znuży znuży” — Diogenes Laertios, Epikur [w:] Żywoty i poglądy słynnych filozofów, X, 122.
[315]
melankoliczny — dziś: melancholiczny.
[316]
Kiedy Izokratesa mówcę proszono (…) odpowiedział (…) nie umiem — Plutarch, Zagadnienia biesiadne, I, 1.
[317]
Aeque (…) nocebit (łac.) — „Aza [więc; red. WL] biedak czy bogacz, ma zysk, i niemały,/ Stąd w równej mierze,/ A czy młodzik, czy staruch, o skarb ten niedbały,/ Plagi odbierze!” (Horatius, Epistulae, I, 25; tłum. Edmund Cięglewicz).
[318]
Ale tak samo (…) człowieka — ustęp ten zaczerpnięty jest z traktatu Plutarcha Zalecenia w trosce o zdrowie.
[319]
po mału (daw.) — trochę, nieco.
[320]
Dałbym tam odmalować Radość (…) Speuzyppus — Speuzyp z Aten (ok. 410–339 p.n.e.), filozof gr., kierował Akademią po śmierci Platona, wstawił posągi Charyt, bogiń wdzięku i radości, w zbudowanej na terenie Akademii świątyni Muz (Diogenes Laertios, Speuzyp z Aten, [w:] Żywoty i poglądy słynnych filozofów, IV, 1).
[321]
Któż nie cudowałby się nad kompleksją Demofona (…) dygotał na słońcu — Sekstus Empiryk, Zarysy pirrońskie, I, 14.
[322]
Germanik (…) koguta — Plutarch, O zawiści i nienawiści, 3.
[323]
Multum (…) nesciat (łac.) — „Jest niemała różnica między tym, co nie chce źle czynić, a tym, co nie umie” (Seneca [Minor], Epistulae morales ad Lucilium, 90; tłum. Edmund Cięglewicz).
[324]
naturę Alcybiadesa (…) w Jonii — Plutarch, Alkibiades, 23 [w:] Żywoty sławnych mężów.
[325]
Omnis (…) res (łac.) — „W każdym ubraniu, w każdym zajęciu i stanie, Arystyp jest poprawny” (Horatius, Epistulae, I, 17, 23; tłum. Edmund Cięglewicz).
[326]
Quem duplici (…) utramque (łac.) — „Podziwiam go, czy w grubej rozmyśla opończy,/ Czyli jako światowiec pofolguje modzie,/ Obie role gra zawsze wdzięcznie i dostojnie” (Horatius, Epistulae, I, 17, 25. 3; tłum. Edmund Cięglewicz).
[327]
Hanc (…) persecuti sunt (łac.) — „Tę najwspanialszą sztukę spomiędzy wszystkich tj. sztukę doskonałego życia osiągali nie przez nauki, lecz przez samą życiową praktykę” (Cicero, Tusculanae disputationes, IV, 3; tłum. Edmund Cięglewicz).
[328]
Przyganiano Diogenesowi (…) pisanych — Diogenes Laertios, Diogenes z Synopy, [w:] Żywoty i poglądy słynnych filozofów, VI, 48.
[329]
Qui disciplinam (…) pareat (łac.) — „kto wiedzę ma nie na pokaz, lecz uważa ją za prawidło życia, kto sam siebie opanował i jest posłuszny swym zasadom” (Cicero, Tusculanae disputationes, II, 4; tłum. Edmund Cięglewicz).
[330]
Zeuksidam (…) odpowiedział: (…) — Plutarch, Powiedzenia spartańskie.
[331]
by nawet (daw.) — choćby nawet.
[332]
Verbaque (…) sequentur (łac.) — „Rzecz przemyślaną określą słowa wymowne i łatwe” (Horatius, Ars poetica, 311; tłum. Edmund Cięglewicz).
[333]
quum res (…) ambiunt (łac.) — „Kiedy jaki przedmiot ducha zaciekawi i zajmie, wyrazy nasuwają się niemal na wyścigi” (Seneca controvert. III; tłum. Edmund Cięglewicz).
[334]
ipsae res verba rapiunt (łac.) — Rzecz sama przyciąga na język wyrazy (Cicero, De finibus bonorum et malorum, III, 5; tłum. Edmund Cięglewicz).
[335]
mówi Afer u Tacyta — Tacyt, Dialog o mówcach, X; mówiącym jest Aper, nie Afer.
[336]
Ateńczycy mieli wybierać (…) zrobię — Plutarch, Praecepta gerendae reipublicae, 5.
[337]
W czasie najwyższych wzlotów elokwencji Cycerona (…) Katon śmiał się (…) pociesznego konsula — Plutarch, Katon Młodszy, 21 [w:] Żywoty sławnych mężów.
[338]
Emunctae (…) versus (łac.) — „Choć wie, jak trawa rośnie, licho kleci rymy” (Horatius, Satirae, 1, 4, 8; tłum. Edmund Cięglewicz).
[339]
Tempora (…) poetae (łac.) — „Zmień czas i tryby słowa, zmień porządek zdania,/ Staw na początek tamto, co było na końcu,/ A choć go tak pokrajesz, znajdziesz wieszcza człony” (Horatius, Satirae, I, 4, 58; tłum. Edmund Cięglewicz).
[340]
plus sonat, quam valet (łac.) — „Więcej dźwięku niż treści” (Seneca [Minor], Epistulae morales ad Lucilium, 40; tłum. Edmund Cięglewicz).
[341]
contorta et aculeata sophismata (łac.) — „Wykrętne i prześcipne sofizmaty” (Cicero, Academica, II, 24; tłum. Edmund Cięglewicz).
[342]
aut qui (…) conveniant (łac.) — „albo ci, którzy nie stosują wyrazów do przedmiotu, lecz zbaczają z drogi szukając przedmiotu, który by się nadał do słów” (Quintilianus, Institutio oratoria, VIII, 3; tłum. Edmund Cięglewicz).
[343]
qui alicuius (…) scribere (łac.) — „którzy dają się skusić jakiemuś pięknemu słówku, gdy się im wyda dowcipnym, tak iż piszą to, czego nawet zgoła nie zamierzali” (Seneca [Minor], Epistulae morales ad Lucilium, 59; tłum. Edmund Cięglewicz).
[344]
Haec demum (…) feriet (łac.) — Ten wiersz ma smak i dowcip, który dobrze kole. Napis z nagrobka poety Lukana; tłum. Edmund Cięglewicz.
[345]
Quae veritati (…) simplex (łac.) — „Mowa, która ma przedstawić prawdę, niechaj nie będzie zawiła, lecz prosta” (Seneca [Minor], Epistulae morales ad Lucilium, 40; tłum. Edmund Cięglewicz).
[346]
Quis accurate (…) loqui (łac.) — „Ten przemawia w sposób arcynudny, kto chce mówić zawsze i ciągle pięknie i ozdobnie” (Seneca [Minor], Epistulae morales ad Lucilium, 75; tłum. Edmund Cięglewicz).
[347]
Alter (…) annus (łac.) — „Zaledwie mi się zaczął rok życia dwunasty” (Vergilius, Eclogae, VIII, 39; tłum. Edmund Cięglewicz).
[348]
Aristoni (…) deformabat (łac.) — „Rzecz tę powierzył Aristonowi, artyście dramatycznemu, którego ród i fortuna były znamienite, a to jego zajęcie aktorskie nie uchybiało mu wcale, gdyż u Greków nic takiego nie niesie ujmy” (Livius Titus, Ab Urbe condita, XXIV, 24; tłum. Edmund Cięglewicz).
Próby
Tłumaczenie: Boy Żeleński
Subskrybuj:
Posty (Atom)