środa, 3 czerwca 2026

Jestestwo

 

Andrzej Bańkowski, w swoim Etymologicznym słowniku języka polskiego, definiuje staropolskie „jestestwo” jako „byt” – powołując się przy tym na Piotra Skargę (z roku 1577), u którego „jestestwo” znaczyło tyle, co łacińskie „esse w specjalnym użyciu teologicznym”. Trochę podobna definicja – „jestestwo” łącząca z łacińskim rzeczownikiem „essentia” – znajduje się w dziewiątym tomie Słownika polszczyzny XVI wieku. Wśród przykładów z języka Skargi podano tam taki: „Ale sam w sobie Bog zawżdy iednaki […] samo w nim iestestwo”. To znaczy tyle, co – sama w nim istota. Mamy tu od razu pytanie, czy „jestestwo” pojawiało się wówczas tylko w polskim języku teologicznym, używane było na sposób teologiczny, czy znane było również ówczesnemu językowi potocznemu. Tego na pewno wiedzieć nie możemy, ale wydaje się to bardzo prawdopodobne – weszło ono bowiem, zapewne w pierwszych latach XVII wieku, do języka poetyckiego. Język poetycki wchłania oczywiście wszystko, co może wchłonąć, wszystko, co jest do wchłonięcia (ma dostęp do wszystkich źródeł języka, wszystkich jego, jak to się teraz zręcznie mówi, narracji), ale łatwiej i szybciej wchłania to, co pojawia się w codziennych rozmowach, na ulicy, na targu, na polnej drodze, w jatce piwnej czy winnej, niż to, co może odnaleźć w dyskursie teologicznym albo dewocyjnym (tam, jeśli szuka czegoś ciekawego, to zwykle w jakimś bardzo specjalnym, wyjątkowym celu). Trochę nieoczekiwane – ale bardzo ciekawe – użycie „jestestwa” mamy w IV pieśni Orlanda szalonego, które to dzieło, pióra Ludovico Ariosto, przełożył na język polski, właśnie na początku XVII wieku, Piotr Kochanowski, bratanek Jana. Nie jest wykluczone, że „jestestwo” da się też znaleźć w wierszach jakichś poetów XVI wieku, których Piotr Kochanowski, kształcąc się w poetyckim rzemiośle, czytywał. A może jakieś „jestestwo” ukrywa się (ukryło się przed autorami Słownika polszczyzny XVI wieku) w którymś z wierszy Jana Kochanowskiego? W IV pieśni Orlanda (mniej więcej od oktawy dwunastej) jest mowa o zamku uczonego czarnoksiężnika Atlanta. „A czarnoksiężnik zaś beł podobny kotowi”. Może dlatego, że był fałszywy jak kot, zawodowo zajmował się fałszowaniem rzeczywistości. W zamku Atlanta wszystkie rzeczy „beły […] zmyślone”, ponieważ zły czarnoksiężnik „każdą rzecz inszą czynił przez czary fałszywe”. W jakim celu, to bez znaczenia, bowiem interesuje nas „jestestwo”, a nie czarnoksięskie intencje czarnoksiężnika. Uczone czary Atlanta okazały się bezsilne, gdy został on wyzwany na pojedynek przez piękną i dzielną Bradamantę, poszukującą swojego ukochanego Rugiera – była ona w stanie pokonać fałszerza rzeczywistości, Atlanta, ponieważ weszła w posiadanie tajemniczego pierścienia, dzięki któremu „rzeczy w swem jestestwie, jak trzeba, widziała”. Bradamanta, widząc jestestwo rzeczy, widziała ich prawdę – kłamstwo czarnoksiężnika rozwiewało się i widziała, jak rzeczy wyglądają w rzeczywistości. Widziała więc rzeczywistość rzeczy, ich rzeczywiste istnienie. „Jestestwo” w poetyckim języku Piotra Kochanowskiego znaczyło zatem zupełnie inaczej niż w teologicznym (czy może politycznym) języku Piotra Skargi. Nie miało nic wspólnego z łacińską „esencją”, „istotą”, „essentia” – oznaczało natomiast wszystko to, co jest przeciwieństwem zmyślenia, a więc istnienie, prawdę istnienia, jego prawdziwą naoczną rzeczywistość. Warto tu jeszcze podkreślić słabo zauważalne „jak trzeba”. Bradamanta rzeczy widziała „w swem jestestwie, jak trzeba”, to znaczy tak, jak należy je widzieć – kiedy widzimy je jak trzeba, widzimy, że ich jestestwo jest niezmyślone i niesfałszowane; że nie są to istnienia pozorne, które stworzył dla nas jakiś zły czarnoksiężnik; że istnieją one prawdziwie, tutaj, przed nami, w naszej obecności. Staropolskie „jestestwo” (tak jak użył go Piotr Kochanowski) nie oznaczało zatem jakiejś tajemniczej „esencji”, „istoty” (twór czarnoksięski), w ogóle się z nią nie kontaktowało. To był rzeczownik oznaczający istnienie prawdziwe, które posiada każda rzecz, która istnieje. Każda taka rzecz jest jestestwem. Nie szukajcie zatem „istoty” – bo czegoś takiego nie ma i nigdy nie było. Nie mówcie: „w istocie rzeczy”, mówcie tylko o tutejszym istnieniu rzeczy. W istocie rzeczy jest nicość – bo nic tam nie ma. Istota to jest czarnoksięskie widowisko, które odgrywa umysł, chcąc oszukać samego siebie. Ale takie czarnoksięskie widowisko trwa tylko przez chwilę i zaraz się rozwiewa, zaraz znika – jak te fikcyjne rzeczy w zamku czarnoksiężnika Atlanta, które „beły tam zmyślone”. Prawda jestestwa jest taka, że czarnoksięski umysł, umysł czarnoksiężnik, który zaistniał (z nieznanego powodu znalazł się w jestestwie), musi sczeznąć. Mówiąc delikatniej, musi powrócić tam, skąd wyszedł – do nicości.

JAROSŁAW ‌MAREK RYMKIEWICZ

SAMUEL ‌ZBOROWSKI

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.