Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przerwa-Tetmajer. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przerwa-Tetmajer. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 października 2014

Debiut poety w wieku lat trzynastu


Miałem lat trzynaście, kiedy wydrukowany został pierwszy mój zbiorek wierszy Na złotym polu. Jest tego świadek, Leszek Straszewicz w Detroit, którego ojciec Ludwik Straszewicz, redaktor "Kuriera Polskiego", był właśnie wydawcą tego zeszyciku. Były tam rzeczy oczywiście bez większej wartości, ale naprawdę przy całej swej naiwności - nienaganne w formie i melodyjne. Jeden wiersz, taki właśnie płynny i banalny, dedykowany był Tetmajerowi, który nadesłał mi podziękowanie o nie zapomnianym przeze mnie po dziś dzień brzmieniu:  "Młodziutkiemu memu koledze Janowi Lechoniowi dziękuję za śliczny wiersz,
winszuję objawów talentu i życzę największego powodzenia."

Lechoń – Dziennik t. II

czwartek, 12 czerwca 2014

Boy-Żeleński o Tetmajerze


KAZIMIERZ TETMAJER (1865–1940)

Umarł Kazimierz Tetmajer. Dla świata umarł od dawna – przeszło ćwierć wieku temu. 

Nieubłagana choroba oddzieliła go od ludzi zasłoną prześladowczych urojeń. Zarodki choroby trawiły poetę już wcześniej, rozwinął je wstrząs poprzedniej wojny. Tetmajer zamilkł wówczas, nie odnalazł się już w nowej rzeczywistości. Cofnął się w jakąś mroczną głąb; chodził po świecie daleki, wszystkiemu obcy. Ze ściśnięciem serca spotykano na ulicach wielkiego miasta tego żywego trupa.
Ktoś widział taką scenę. W wiosenne popołudnie wlókł się alejami poeta, zaniedbany, zarośnięty, wychudły, w czarnych okularach – upiorny. Na jego widok poruszyły się na ławce dwie pensjonarki. „Patrz, patrz – zaszeptała jedna do drugiej – Tetmajer! To ten, co napisał Lubię, kiedy kobieta...”

W istocie taki był tytuł głośnego w swoim czasie wiersza młodego Tetmajera, jednego z tych jego wierszy, które swoją zuchwałą zmysłowością zelektryzowały poezję polską. Widocznie wiersz ów, natchniony przez ich babki, przetrwał w tradycjach pensjonarek.

Młodość Tetmajera zaciążyła smutkiem na jego życiu. Ruina majątkowa sprowadziła starych rodziców z podnóża Tatr do maleńkiego wówczas Krakowa, brat, Włodzimierz, szedł już drogą powołania malarskiego, na Kazimierza więc spadał niejako obowiązek stania się podporą rodziny, szybkiego zdobycia bytu w jakimś trzeźwym i praktycznym zawodzie. A w nim już tłukła się poezja! W tych warunkach poezja – to dramat, to niemal wstyd, to nieustanny wyrzut sumienia. Każdy wiersz przyjmowany był przez rodzinę z troską, każdy wybuch młodości jemu samemu zdawał się występkiem. Spotykając w oczach ludzi niemiły znak zapytania – poeta odsunął się od ludzi.

Była jeszcze i druga przyczyna wewnętrznego rozdarcia. W epoce, gdy Tetmajer zaczął pisać, nurtowały krakowską młodzież prądy demokratyczne, budziło się przedwiośnie młodego socjalizmu. Wyraża się to w wierszach Tetmajera, jak i w poezji debiutujących wraz z nim Nowickiego i Niemojewskiego. Motywy społeczne, akcenty rewolucyjne; poeta uderza w ton, który później już u niego nie wróci. Bo równocześnie wabiła młodych syrenim głosem inna poezja, inne pieśni, płynące z dalekiej Europy: hasła twórczości oderwanej jakoby od przemijających realności zjawisk, kult egotyzmu, nadrzędności artysty, wzgardliwe manifesty „sztuki dla sztuki”, wizja świata jako zwodnej gry symbolów. Samorodny talent Tetmajera nie poszedł nigdy w służbę jakichś poetyckich programów, niemniej w sztuce jego przeważy niebawem wyraz egotycznych nastrojów, „spowiedź dziecięca wieku” pełna zwątpień i bezsiły, lubująca się niemal w tym wypieszczonym artystycznie defetyzmie. W zamian gorąca jego natura odkrywa bogactwo nowych dla poezji polskiej motywów; pierwsza podróż do Włoch objawia mu nieznane piękności przyrody, bogactwa klasycznej rzeźby, malarstwa odrodzenia, utrwalające jeszcze poetę w kulcie zmysłowego piękna. Ale poza tym wszystkim czuć w ówczesnej poezji Tetmajera niepokój, niezadowolenie, przesyt, ciągłe zrywanie się do jakiegoś lotu, ale „dokąd iść – nie wiem, zgubiłem mą drogę”, zwierza się w młodzieńczym wierszu. Daremnie próbuje się zagłuszyć, wykrzykując w popularnej strofie: „choć życie nasze splunięcia nie warte, evviva l’arte” – czuć, że w miarę dojrzewania lat i talentu, ta bezideowość gnębi poetę, że go nęka wyrzutem jakichś nie spełnionych młodzieńczych rojeń o służbie ludzkości. I znów ucieka od samego siebie w ukochane od dzieciństwa Tatry.

Tatry! Nie były one – po Goszczyńskim, po Asnyku – odkryciem, ale można powiedzieć, że zdobył je dla poezji polskiej Tetmajer. Wiersze tatrzańskie należą do najpiękniejszych wśród jego liryki. A niebawem, kiedy poeta prawie że na stałe osiadł w Zakopanem, kiedy w codziennym obcowaniu zżył się tym bardziej z owym ludem, który znał od dziecka, kiedy nawykł myśleć wręcz językiem tego ludu, kiedy wchłonął w siebie wszystkie jego pieśni, melodie, opowieści, klechdy, wówczas te Tatry miały się dlań zaludnić bujną i hardą fauną ludzką, aby wydać jego arcydzieło: Na skalnym Podhalu. Można by rzec, że wszystkie zapomniane marzenia o życiu wolnym, dumnym, o życiu walk i zwycięstw, życiu trudu i siły, wcieliły się w te opowieści o dawnych juhasach, harnasiach i zbójnikach, pisane doskonale stonowaną gwarą, mieniące się barwami tężyzny i humoru, pachnące lasem, żentycą i dymem ogniska.

Czysty liryk w swoich poezjach, wydanych kolejno w ośmiu tomach, epik w Skalnym Podhalu, Tetmajer był również płodnym powieściopisarzem. Powieści jego są nierównej wartości, jak i natchnienie ich było rozmaite. Często były po prostu codzienną, zarobkową pracą pisarza, któremu rymy nie zapewnią chleba. Czasem – jak np. w pierwszej powieści Tetmajera Anioł śmierci – były one rodzajem romansowej autobiografii samego autora, lirycznymi porachunkami z eks-miłością, w duchu tradycji literackich wiodących się od Mickiewicza i Goethego. Czasem wyraża się w nich dziecinna nieco gra fantazji pisarza, który jak chłopczyk bawi się żołnierzami, snując w Królu Andrzeju i w Grze fal – obrazy urojonej „wojny przyszłości”, jakże przelicytowane od tego czasu przez rzeczywistość! Ale czasem pośród tych powieści, sprzedawanych „na pniu” i dostarczanych z obowiązku z felietonu na felieton, zdarza się ujawnić poecie kapitalny temperament narracyjny i ukazać nowe możliwości swego talentu, jak np. w owym Romansie panny Opolskiej i Jana Główniaka, niedbale nakreślonym, ale tak oryginalnym przez swój bezceremonialny realizm. Mimochodem powieść ta wprowadziła nas jakby od niechcenia w samo centrum problemu chłopskiego, rozgrywki między wsią a dworem. Wreszcie w czterotomowym Końcu epopei autor roztacza, po tylu innych, dzieje zwycięstw i klęsk napoleońskich.

Nazwisko Kazimierza Tetmajera wskrzesza w naszej pamięci całą epokę. Epoka przejściowa, przeważnie obca ludziom dzisiejszym, ale zarazem moment, który miał swoje znaczenie wyzwalające. Wpływ Tetmajera był ogromny, cała niemal młoda poezja ówczesna wyszła z niego – męska i żeńska, bo odzewem na jego kuszące szepty i wzywania (Mów do mnie jeszcze...) stała się obudzona liryka niewieścia. Zlekceważona rzeczywistość społeczna upomniała się niebawem o swoje prawa, Tetmajera stopniowo opuszczono, „rząd dusz” przeszedł w inne ręce. Ale pozostał po Kazimierzu Tetmajerze wkład jego w język polski, którym władał po mistrzowsku, pozostanie zapewne kilkadziesiąt kryształowo pięknych wierszy, które, dziś nieco zapomniane, odnajdą się kiedyś, zostanie wreszcie granitowe Skalne Podhale, które przetrwa zwycięsko wszystkie fluktuacje epok i gustów literackich.

sobota, 12 kwietnia 2014

Schnąca limba


U stóp mych dzika przepaść. W ciemnym niebie blady
świeci księżyc, podobny wodnej białej lilii,
co kielich swój nad ciemne głębiny wychyli.
Cicho - grzmot słychać tylko huczącej kaskady.
Nad nurtem jej ze skalnej wyrosła posady
limba: zżółkło konary smutno na dół chyli,
czując, że dłużej walczyć na próżno się sili
i runie - wicher szumi jej hymny zagłady.
Nie ona jedna toczy tę walkę bolesną:
są ludzie i narody całe na przedwczesną
śmierć skazane, przez losów okrutne przekleństwo -
i czyż warto jest walczyć nie wierząc w zwycięstwo?
I czyż warci są życia, którym brak doń siły?
I cóż z tych łez wylanych na słabych mogiły?...

Kazimierz Przerwa-Tetmajer

Zasnąć już!


Zasnąć już!.... Noc ta pochmurna, bezgwiezdna,
posępnych widzeń krynicą jest bez dna -
zasnąć już, skłonić na nirwany łono
głowę płonącą, bez miary zmęczoną...
Przepłynął przez nią strumień myśli długi,
a jedna była smutniejszą od drugiej,
a wszystkie były smutne bezlitośnie - -
chcę spać, choć wiem, że ciągu myśli dośnię...
Ha!... Tłum okropny mar ciśnie się białych,
w szatach zwalanych ziemią i zbutwiałych,
tańczą wokoło z szalonym pośpiechem,
szyderczym w twarz mi wybuchając śmiechem
Widok ich trupich czaszek mię przeraża,
dusi mię zgniła, wstrętna woń cmentarza,
a ten śmiech strasznej ironii się wwierca,
jak tępa śruba, w głąb mojego serca.
Tłoczą się ku mnie ohydną gromadą,
trupie swe ręce na czoło mi kładą
i spróchniałymi szczękami klekocą
najokropniejsze z wszystkich pytań: Po co!?...

Kazimierz Przerwa-Tetmajer

Na Moczarach


Przeklęty szary życia dzień -
jakby szedł człowiek przez moczary,
a za nim wlókł się jego cień,
w zmroczy przednocnej, w pustce szarej...
W jedno się tylko zlewa myśl:
w uwagę, by nie chybić kroku,
nie runąć w otchłań, kędy lśni
złym blaskiem mętna woda w mroku.
W jedno się tylko zlewa myśl
i wszystko inne w mózgu płoszy -
być może: sto gwiazd błysłoby
z mózgu wśród wolnych tchnień rozkoszy...
Być może: sto gwiazd błysłoby
z mózgu, jak ognia złote żary,
gdybyś przez wąską, grząską perć
nie szedł pielgrzymem przez moczary.
Być może: sto gwiazd błysłoby
jako stalowe mocnych pręty
z rąk - które drżące, chwiejne z bark
wagę chwytają nad odmęty...
Przeklęty szary życia dzień!
Wokoło pustka, zmrok, moczary
i wlecze się za sobą cień,
i widzi się - - to widmo mary...
On się pamięcią pnie do ócz:
czym jesteś, gdzieś jest, w jakiej drodze -
że cały duch zmęczony tkwi
w niepewnej, drżącej, chwiejnej nodze...
On ci wydłuża własny kształt
i pokazuje ci wyraźnie,
twój na moczarach chwiejny chód
i całą twego życia kaźnię.
Na próżno ważysz, czyli bieg
szalony mąk tych nie oszczędzi -
nie idziesz nigdzie; to jest chód
przez moczarzyska bez krawędzi...

Kazimierz Przerwa-Tetmajer

piątek, 11 kwietnia 2014

Ślimak


Ślimak mi się powoli przed oczyma wlecze -
jakże mi przypomina zwykłe życie człecze:
ciężko się sunie - macki wysuwa z ostrożna,
tu, tam próbuje - tu, tam raz po raz nie można;
trwożliwie, z trudem pcha się przed się, a na grzbiecie
dźwiga dom, co go ciężko i z uporem gniecie
i zowie się „schronieniem”, a nie jest ochroną
nawet przed marnym kretem, cóż dopiero wroną!
Idzie, wlecze się, cała natura nim gardzi,
sam nie wiem, czy tragiczny, czy komiczny bardziej?

Kazimierz Przerwa-Tetmajer

Był czas ...


Był czas, żeśmy się rozumieli
ten czas przeminął i nie wróci,
a dziś mnie z wami wszystko dzieli,
nic wy mnie dziś nie obchodzicie,
nic wasze nie obchodzi życie,
to jedno boli, żeście skuci,
Pieśń moja stała się dziś pieśnią
wyłącznie tylko moją własną;
nie dbam, czy gdzie się ucieleśnią
tak czy inaczej w czyjem młodem
sercu te słowa, które w wodęm
rzucał - - niech płyną lub zagasną.
Jesteśmy obcy. Macie wróżów,
macie serc waszych wykładaczy,
macie dusz waszych czujnych stróżów,
kapłanów waszych świętych chramów,
dzierżących szale prawd i kłamów,
poetów dążeń i rozpaczy.
Jam od wszystkiego uciekł tego,
żyjcie, jak chcecie - czym jesteście?
Macież liść drzewa zielonego,
macież woń kwiatu, szum potoku,
jesteścież jak wschód słońca oku,
jak modrzewiowych gęstw powieście?
Jesteścież jak legenda złota
kuta we wnętrzu skał ogromnych?
Albo jak zbroja, co grzechota,
albo miecz, co przy boku chrzęści,
albo stalowej łoskot pięści
pragnącej gwarów wiekopomnych?
Jam własnej tylko myśli mojej
poetą - gdzie mnie wicher rzuci,
tam harfy mojej struny stroi,
szumi mnie tylko pieśń pojęta,
pieśń, której niczym świat nie pęta - -
to jedno boli, żeście skuci.

Kazimierz Przerwa-Tetmajer

Straszny żal


Dziś, kiedy życia mego słońce z wolna spada,
ni przyjaźń mnie otacza, ani wdzięczność ludzi;
z jednej strony mej stoi melancholia blada,
z drugiej cień, gdzie nadzieja niczego nie łudzi.
A przecie w tej „z słoniowej kości mojej wieży”
niejeden bok się szczerą ludzką krwią czerwieni,
niejeden jęk ludzkości w fundamencie leży
i u szczytu dusz ludzkich dość świeci płomieni.
Dziś, kiedy życia mego słońce dąży spadać,
jedno li widzę, czego trzeba mi żałować:
żem był zmuszony słowo moje wypowiadać,
a nie mogłem li sobie w sobie go zachować.

Kazimierz Przerwa-Tetmajer

Ciche, mistyczne Tatry ...


Ciche, mistyczne Tatry, owe wieczne głusze
zimowych, śnieżnych pustyń, owe zapadliska ,
niedostępne wśród złomów, gdzie jeden się wciska
mrok i gdzie wicher końcem swych skrzydeł uderza
z głuchym jękiem, jak końskie na polu kopyto,
uderzające w zbroję martwego rycerza:
ty, pustko, w siebie wołasz błędną ludzką duszę...
Ty, pustko nieskalana, kędy myśl człowieka
w dumną, zimną samotność wolno się odwleka,
jak lew ranny w pieczarę zapadłą i skrytą;
ty, pustko nieskalana, gdzie się dusza rzuca
zmęczona i ponura, by z krwi chłodzić płuca,
oczy myć z kurzu, ręce ogartywać z błota...
O Tatry! Jakże drogą jest wasza martwota!
Ten chram, kędy ofiarę niezmiernemu Bogu
odprawia wiatr u skały lodowej ołtarza,
a tej mszy słucha turni zwieszonych milczący
tłum i białego lasu przepastna ciemnota,
i kędyś uczepiony na szczytowym rogu
blask wschodzącego słońca, co lody rozżarza,
na kształt lampy ofiarnej, u stropu wiszącej!...
A kiedy się gwiazdami zaświecą przestrzenie
wiekuistego nieba i nieprzeniknione
zejdzie na ziemię nocy zimowej milczenie:
wówczas mi się wydaje, ze już lat tysiące
ubiegły, że już życie dawno pogrzebione
i że jest to dusz ludzkich, dawno niepamiętnych,
dusz do szału zuchwałych, do szaleństwa smętnych,
uroczysko grobowe, senne i milczące.

Kazimierz Przerwa-Tetmajer

czwartek, 10 kwietnia 2014

Kto zawsze tylko żył w pustyni ...


Kto zawsze tylko żył w pustyni,
niechaj nikogo ten nie wini,
że nie podniosą się rozpacze
i tylko nad nim kruk zakracze.
Kto się nie imał ludzi sprawy
ani się wcielał w ból ich krwawy,
niech nie narzeka ten spod ziemi,
że ludzie nad nim idą niemi.
Kto kochał tylko wichr i skały,
od skał i wichru li ma prawo
żądać, aby go żałowały,
kiedy pod zimną legnie trawą.

Kazimierz Przerwa-Tetmajer

Przeminął czas, przeminął czas młodości tęsknych pieśni ...


Przeminął czas, przeminął czas
młodości tęsknych pieśni,
co się nie stało życiem w nas,
już się nie ucieleśni.
I tylko jedne w sobie ma
różnicę późna pora:
młodość do jutra tęskni dnia,
wiek męski śni o wczora...
Lecz duszy się nie zmienia głos,
czym rodzisz się, tym giniesz,
a komu tak przeznaczył los:
ujrzysz, zrozumiesz - miniesz.

Kazimierz Przerwa-Tetmajer

O melancholio ...


O melancholio, ty, co wszystkie rzeczy
pod kątem śmierci ukazujesz oku;
ty, co na smutny, błędny wzrok człowieczy
ze styksowego rzucasz mgłę potoku:
ty jesteś matką owych widzeń duszy,
gdzieś się u nieba zradzających stoku...
I oto biorąc w rękę kij pastuszy,
jako za gwiazdą niegdyś betlejemską:
za wiarą w smutku zrodzoną i głuszy
dusza wychodzi poza krawędź ziemską
i z trudem w gwiazdy podnosi się z wolna,
jakby na górę szła jeruzalemską...
Aże wreszcie ziemi odbieżawszy, wolna,
precz odtrąciwszy swoje ziemskie ciało:
przez chwilę spełnień niepojętych zdolna,
przez chwilę dziwną i świętą brzmi chwałą,
bramy tajemnic gwiaździstych otwiera
i ma poddaną Moc stworzenia całą...
Tam to jest owa dziwna atmosfera,
gdzie się uczuwa ludzka istność nasza
wyższą, silniejszą - nad słowo: umiera.
Tam już nas obraz istotnie przestrasza
pojętych na kształt Władających Mocy;
tam ust umilkłych naszych nie okrasza
uśmiech poznania własnej swej niemocy
ani jak Roland w ronsewalskim jarze,
rogiem rozpaczy wzywamy Pomocy...
Tam nie stąpamy więcej przez cmentarze
umierających siebie samych co dnia,
już się nam więcej czas nie patrzy w twarze
z szyderską wzgardą, jak lud w twarz przechodnia,
serce nie pada nam w kurz wysilone
ani się mózg nasz kurczy i zwyrodnia.
I nie ma żalu... Źrenice spuszczone
już się w głąb własnej nie staczają jaźni
za tym, co znikło - nie wzięte - stracone...
Ani już więcej człowieka nie drażni
chęć być, czym nie jest, czym być chce na próżno
i czym się widzi w pustej wyobraźni...
Ani jest klęska ni śmierć więcej groźną,
ani jest trwoga większym upodleniem,
ani samotność życia więcej mroźną:
jak ta ironia wagi między chceniem
a mocą ludzką, jak klątwa równania
istoty swojej z jej wyobrażeniem.
O melancholio! Ty szlesz te pytania,
na które niema jest myśl i nauka,
aż utrudzony wreszcie do skonania
duch pragnie baśni i u gwiazd ich szuka.

Kazimierz Przerwa-Tetmajer

Śmierć


Śmierci!
Patrzysz tak na mnie dobrymi oczyma,
nie upiór straszny, nie kościana mara,
lecz jakaś wierna towarzyszka stara...
Patrzysz tak na mnie dobrymi oczyma.
Z mojego życia cóż oto wyniosłem?
To, że mam - ciebie.
Gnany przez czucie i przez wyobraźnię
pragnąłem Życie budować, szalony,
a byłem tylko dla ciebie stworzony...
To było mego bytu przeznaczenie...
szedłem: sam jeden; przeminę: jak cienie...
Ty na mnie patrzysz dobrymi oczyma,
ty wiesz, że ducha byt cielesny trzyma,
że duch jest ciału obcy w każdym włóknie,
w olbrzymim Ruchu uroniony atom,
stracona cząstka olbrzymich Żywiołów,
obca zarówno atomom, jak światom...

Kazimierz Przerwa-Tetmajer

Opłyń mnie, ciemny lesie, owiń mnie, dżdżysta mgło ...


Opłyń mnie, ciemny lesie,
owiń mnie, dżdżysta mgło:
niech mi się w oczach niesie,
co było duszą mą.
Niech staną mi przed wzrokiem
rzeczy lecące z mgłą;
otul mnie, mgło, pomrokiem,
otocz mnie, lesie, ćmą.
Kochałem cię, Wyżyno,
kochałem cię, o Dal!...
kochałem obcość duszy
i dumny w pustkach żal...
Kochałem cię, o słońce,
na zimnych pustkach hal - -
kochałem obcość duszy
i senny świata żal...
Kocham cię tak, o lesie,
i kocham tak twój śpiew:
że mógłbym wykląć z ciebie
anioła twoich drzew:
On, co się z szumem chwieje
lub śpi w milczeniu drzew:
ze skrzydeł swoich sieje
wieczystej ciszy siew.

Kazimierz Przerwa-Tetmajer

środa, 9 kwietnia 2014

Parodia życia


Żyjemy często, jako te smutne jelenie
urodzone i w puszczy wyrosłe za młodu,
które - stworzone wielkie przebiegać przestrzenie -
zamknięto do zwierzyńca, w trzy morgi ogrodu.
Mogą w biegu korzystać z sił swoich zapasu,
mają drzewa i wodę w potoku do picia,
żyją całkiem jak w puszczy - na trzech morgach lasu - -
zabija je smutek tej parodii życia.

Kazimierz Przerwa-Tetmajer

Czemu?


Czemu ty, słońce, świecisz
i budzisz życie?...
Czemu ty, wielka wodo,
budzisz tęsknotę?...
Czemu ty, wietrze górski,
smutkiem przepełniasz?...
Czemu się dwoje ludzi
spotyka z sobą?...
Czemu się serca z sobą
uściskiem wiążą?...
Czemu się smutek rzeką
na ludzi toczy?...

Kazimierz Przerwa-Tetmajer

De profundis ...


O morze, morze! Czyliż jest na tobie
gdzieś wyspa taka, gdzie bym mógł być sam,
jak w grobie?
O, niechaj pójdę tam...
Niech nikt nie przyjdzie tam, li anioł ciszy
niech serce moje, gdzie miota się krew,
uciszy
przez swój milczący śpiew.
O morze, morze! Taki anioł ciemny
jest dziś pragnieniem moim i tęsknotą;
duch, wskroś istocie wszelkiej obcy ziemnej,
słup stalaktytu przed zaklętą grotą...
O przyjdź, aniele! milczenia aniele!
W twe nieme oczy patrzeć, wpić się chcę...
Za wiele
widziały oczy te...
O przyjdź, aniele, milczenia aniele!
Na serce moje połóż rękę swą...
Za wiele
przeczuło serce to...
O przyjdź, aniele, aniele milczenia!
Tyś Bogiem moim, tyś wszystkim mej duszy!
Przyjdź, wieczystego dawco ukojenia,
śniegu, co cicho w noc na polu prószy...
Nic nie chcę pragnąć! nic żądać!... O morze!
ruń falą ku mnie, precz unieś mnie stąd
w bezdroże
przez najszaleńszy prąd!
A może znajdę wyspę, którą marzę,
gdzie tylko cisza wiekuista trwa,
w bezmiarze
tylko ruch fali drga...
Gdy mi twą rękę na sercu położysz,
duchu milczenia z skrzydłami ciemnemi:
wzdrygniesz się w sobie cały i zatrwożysz,
bo oto idę ku tobie tam - z ziemi...
Gdy krwią mi serce wre, gdy nic nie mogę,
choćbym za chwilę czynu życie dał:
pożogę
zgaś pragnień, stłum ich szał...
Lepiej już iście jak meteor minąć,
gdzieś na przepastny morski zabiec szlak
i zginąć,
niż być bezsilnym tak!...

Kazimierz Przerwa-Tetmajer

Wędrowcy


Przez ogród idą pełen cudnych kwiatów,
na piersi twarze zadumane kłonią,
nie upajają się czarowną wonią
ani wieńcami stroją się szkarłatów.
Pojmują rozkosz barw i aromatów,
nęci ich ona, lecz nie sięgną po nią;
chwytają ciernie pokrwawioną dłonią
i liczą ślady bolesnych stygmatów.
Aż przed bramami stanąwszy ogrodu,
rzekną: „Otośmy, zaufani w Słowie,
drogę żywota przecierpieli całą,
wściekłego naszych żądz nie sycąc głodu -
otocz nas nagród obiecanych chwałą
Panie!...” Lecz jeśli nikt im nie odpowie?...

Kazimierz Przerwa-Tetmajer

wtorek, 8 kwietnia 2014

Eviva l'arte!


Eviva l'arte! Człowiek zginąć musi -
cóż, kto pieniędzy nie ma, jest pariasem,
nędza porywa za gardło i dusi -
zginąć, to zginąć jak pies, a tymczasem,
choć życie nasze splunięcia niewarte:
evviva l'arte!

Eviva l'arte! Niechaj pasie brzuchy
nędzny filistrów naród! My, artyści,
my, którym często na chleb braknie suchy,
my, do jesiennych tak podobni liści,
i tak wykrzykniem; gdy wszystko nic warte,
evviva l'arte!

Evviva l'arte! Duma naszym bogiem,
sława nam słońcem, nam, królom bez ziemi,
możemy z głodu skonać gdzieś pod progiem,
ale jak orły z skrzydły złamanemi -
więc naprzód! Cóż jest prócz sławy co warte?
evviva l'arte!

Evviva l'arte! W piersiach naszych płoną
ognie przez Boga samego włożone:
więc patrzym na tłum z głową podniesioną,
laurów za złotą nie damy koronę,
i chociaż życie nasze nic niewarte:
evviva l'arte!

Kazimierz Przerwa-Tetmajer

Podczas Burzy


Wciągam wicher jak rumak, gdy na step wybieży,
wicher od Tatr wiejący, bystry, ostry, świeży -
zda mi się, że potargam wszystkie ziemskie sidła,
że mi u ramion rosną długie orle skrzydła
i poniosą mię w przestwór... Słońce się zachmurza,
śmignął z chmur wąż płomienny, zahuczała burza,
wodospadem deszcz lunął. W tym olbrzymim szturmie
wichru, deszczu, piorunów: duszy mej muzyka-
budzi się - głos w niej zagrzmiał jak w wojennej surmie,
melodia ją napełnia szalona i dzika,
a skrzydła orle, co mi u ramion wyrosły,
w niszczących potęg chaos duszę mą poniosły.

Kazimierz Przerwa-Tetmajer