Pokazywanie postów oznaczonych etykietą parapsychologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą parapsychologia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 kwietnia 2014

Problematyczny Edgar Cayce

Zwano go „śpiącym prorokiem”, gdyż odpowiedzi i diagnozy dla swoich pacjentów otrzymywał w stanie sennego transu. Ci, którzy dzięki niemu powracali do zdrowia, wychwalali go jako cudotwórcę. Była to tylko część jego dorobku. Druga – znacznie mniej trafna – mówiła o wielkich zmianach na Ziemi i ponownym wynurzeniu się Atlantydy…
____________________
Brian Haughton


Ogłoszony przez swoich zwolenników jasnowidzem – prorokiem, medium i uzdrowicielem Edgar Cayce przyszedł na świat w 1877 r. na farmie w Hopkinsville (Kentucky). Jedna z opowieści mówi o tym, że jako 9 – latek Edgar nie potrafił w szkole przeliterować słowa „cabin”, za co otrzymał reprymendę od nauczyciela (którym był jego wujek). W domu podstaw literowania słów próbował uczyć go ojciec, jednak chłopcu przychodziło to z trudem. Zdenerwowany Cayce – senior uderzył syna, aż ten spał z krzesła. Jak potem mówił, leżąc na podłodze usłyszał w głowie czyjś głos: „Jeśli trochę się prześpisz, pomożemy ci.” Spędził potem noc z elementarzem pod głową, a kiedy się obudził, był już o wiele mądrzejszy.

Ta specyficzna zdolność towarzyszyła mu ponoć przez całe życie. Mówiono, że wystarczy, iż Cayce prześpi się z książką pod głową i rano będzie znał całą jej zawartość. Nie wiadomo, ile w tym prawdy. Jako 16 – letni chłopiec Edgar oberwał na szkolnym boisku piłką od palanta. Wrócił do domu oszołomiony, lecz jasno poinformował matkę, jaki rodzaj okładu zastosować na świeża kontuzję. Rano nie pamiętał nic z tego wypadku i nie był w stanie powiedzieć, dlaczego zaordynował leczenie. Mimo to czuł się dobrze.

Leczenie parapsychiczne

Cayce w 1910 roku. Oprócz opowieści o ponownym pojawieniu się Atlantydy,  powołał on do życia jeszcze jeden współczesny mit odnoszący się do tzw. Komnaty zapisków" - mitycznej skarbnicy wiedzy, do której wejście ukryte miało być w Gizie (fot.: PD)
W 1900 r. Cayce pracował jako sprzedawca w firmie ubezpieczeniowej, kiedy zapadł na poważne zapalenie gardła, które nie tylko uniemożliwiało mu pracę. Lekarze obawiali się, że może nigdy nie odzyskać głosu. Zdesperowany młody człowiek wybrał się po poradę do miejscowego hipnotyzera Ala Layne’a. Wprowadzony w trans był w stanie opisać warunki, które wywołały częściowy paraliż jego strun głosowych i poznał lek, który miał pomóc w regeneracji porażonych nerwów i mięśni. W ciągu kolejnych 20 minut jego klatka piersiowa i gardło stały się ognistoczerwone. Cayce poinstruował następnie Layne’a aby podał mu komendę obniżenia ciśnienia i już kilka minut później jasnowidz odzyskał głos.

Nie posiadając przeszkolenia medycznego Cayce opanował do perfekcji sztukę „leczenia parapsychicznego”, dzięki której pomagał innym, choć nie należy zapominać, że on sam nie przypisywał sobie uzdrawiających mocy – był diagnostą, który w transie otrzymywał informacje o tym, które leczenie byłoby najbardziej skuteczne dla danego pacjenta.

Diagnozy Cayce „otrzymywał” w czasie autotransu. Najpierw pojawiała się nazwa choroby w terminologii medycznej, a następnie rekomendowane remedium. Od początku zarówno Cayce, jak i jego otoczenie wymagali, aby terapie były nadzorowane i prowadzone przez lekarzy. Wiele recept „Śpiącego proroka” było niezwykle prostych: masaż, relaks, dieta, okłady, ćwiczenia, plastry albo zioła. Filozofia leczenia według Cayce’go opierała się na postrzeganiu ciała jako jednorodnego „systemu” – wzajemnie połączonej „sieci” organów i tkanek. Gdy jedna zaczyna źle funkcjonować, wpływa to na jej otoczenie. Mówiąc prościej, Cayce zwalczał przyczyny, a nie objawy, pomagając uzdrowić cały „system”, choć nie ulega wątpliwości, że kluczem do sukcesu jego terapii była sugestia.

Wśród osób szukających u niego pomocy był Madison B. Wyrick – kierownik fabryki z Chicago, który cierpiał z powodu cukrzycy. Terapia topinamburem zalecona przez Cayce’go pomogła. Kolejny przypadek dotyczył młodej kobiety, która była przykuta do łóżka z powodu artretyzmu. Lekarze podawali jej standardowe leki przeciwbólowe, a jej stan stale się pogarszał. Cayce zalecił miks ze specjalną dietą, masażami i ćwiczeniami, które nie tylko przyniosły znaczną poprawę, ale i całkowite wyleczenie.

Odczyt na odległość

Mówiło się, że Cayce potrafi ustalić stan pacjenta nawet go nie widząc. Po opisaniu objawów, mógł wejść w trans i przynieść z niego diagnozę. Istnieją tysiące potwierdzonych „odczytów” (tzw. „readingów”), które otrzymał w ten sposób na przestrzeni ponad 40 lat. Aby uniknąć oskarżeń o hochsztaplerstwo, nie przyjmował wynagrodzenia. Sprawiało to jednak poważny problem. Po tym, jak ożenił się, znalazł pracę u fotografa, jednak nadal jego rodzinie trudno było związać koniec z końcem. Ponadto nietypowa praktyka medyczna ściągnęła na niego gniew środowisk lekarskich i uwagę sceptyków.

Dr Wesley Ketchum – homeopata i krytyk metod Cayce’go zdecydował się poddać go testowi skuteczności. Przybył do niego z dolegliwością, z którą rzeczywiście się zmagał, a za jej przyczynę uznawał wyrostek robaczkowy. „Śpiący prorok” wprowadzi się w trans i powiedział mu, że to nie wina wyrostka, lecz poruszonego nerwu w dolnej części kręgosłupa. Aby sprawdzić, czy Cayce miał rację, udał się do kręgarza i… ku swojemu zdziwieniu odkrył, że dolegliwości minęły wraz z ustawieniem w odpowiedniej pozycji kilku kręgów.

Prorok New Age?

Od „medycznych readingów”, Cayce przeszedł do oceny losów i przeszłych wcieleń swoich klientów. Niekiedy udzielał również przyniesionych z transu „proroctw”, jednak mówiąc szczerze, osiągał w tym mierne sukcesy. To właśnie od rzekomych zdolności przewidywania przyszłości nazywano go „Śpiącym prorokiem”. Zawierały one zapowiedź dwóch Wojen Światowych oraz możliwość wybuchu kolejnego ogólnoplanetarnego konfliktu.

Niektóre z „proroctw” są dość mgliste, inne zupełnie kuriozalne. Przykładem tych drugich mogą być zapowiedzi ogromnych zmian na Ziemi, do których miało dojść w okresie 1958 – 1998. Miały one obejmować m.in. wielkie trzęsienia ziemi w Kalifornii oraz zatopienie Nowego Jorku i Japonii przez wody oceanu. Na 1998 r. Cayce zapowiedział katastrofalną w skutkach zmianę biegunów. „Śpiący prorok” podejmował również w swoich wizjach takie tematy jak: astrologia, reinkarnacja, zaginione lata z życia Jezusa, historia starożytnego Egiptu oraz dzieje Atlantydy. Tą ostatnią w rzeczywistości interesował się bardzo mocno. Wierzył, że jej potęga wypływała z „kryształów”, dzięki którym Atlanci mieli możliwość opanowywania siły promieni słonecznych. Nagromadzenie ogromnej ilości energii było według niego przyczyną kataklizmu, który zniszczył mityczny ląd. Co ciekawe, Cayce wierzył, że w okresie 1968 – 1969 Atlantyda znowu wynurzy się z dna gdzieś w okolicy archipelagu Bimini.

Rzeczywiście, w podanym okresie odkryto na tym odkryto enigmatyczne podwodne struktury. Zoolog dr Manson Valentine i podwodny operator Dimitri Rebikoff natrafili na ślady tzw. „Drogi Bimini” – długiej formacji przypominającej „cyklopi mur”, składającej się z kamieni, których waga dochodziła do 80 ton. Dopiero w 1980 r. Eugene Shinn z Amerykańskiej Służby Geologicznej opublikował raport z dokładnego badania tej struktury. Jak pisał, wszystkie testy wykazały, że kamienie te dostały się na dno oceanu w sposób naturalny. Badania muszli morskich zwierząt osadzonych w kamieniach wykazały, że „droga” powstała 2 – 3 tys. lat temu. Tak zakończyła się historia Atlantydy na Bahamach.

Finałowe przepowiednie

Nagrobek Śpiącego proroka" na cmentarzu Riverside w Hopkinsville  (fot. za: findgrave.com)
Do 1944 r. Cayce był zasypywany męczącymi prośbami o pomoc. Jak sam mówił, nie mógł jednak odmawiać matkom, które pytały o los synów zaginionych na froncie. Ostatni „reading” wykonał dla siebie samego. 17 września 1944 r. Cayce dowiedział się, że czas odpocząć. W Nowy Rok 1945 r. przepowiedział, że jego pogrzeb odbędzie się 5 stycznia… i miał rację. Zmarł dwa dni później w wieku 67 lat.

Po śmierci Cayce’go istniało ponad 14 tys. zapisków z jego transów, które dotyczyły ponad 8000 ludzi. Założone w 1931 r. Stowarzyszenie dla Badań i Rozwoju z siedzibą w Virginia Beach stanowi dziś międzynarodowe centrum pamięci po Cayce’m i udostępnia większość z jego „readingów”.


Niezależnie od tego, czy jego zalecenia i odczyty były trafne czy nie, Cayce odcisnął piętno na życiu tysięcy ludzi. Wielu z nich wróciło do zdrowia po zastosowaniu się do jego wskazówek. Często były to przypadki, w których konwencjonalna medycyna nie mogła pomóc, choć jednocześnie należy pamiętać o roli sugestii w jego metodzie. Pisarz Colin Wilson uważa, że jak wielu innych ekstrasensów i cudotwórców Cayce był na tyle skuteczny, że można pokusić się o wniosek, iż rzeczywiście posiadał swego rodzaju „dar”. Po drodze popełnił jednak wiele błędów, które ukazywały, że jego parapsychiczny talent był bardzo nieokrzesany…


O autorze:
Brian Haughton - pisarz i badacz dawnych cywilizacji oraz folkloru związanego ze zjawiskami paranormalnymi, z wykształcenia archeolog. Jego książka „Hidden History: Lost Civilizations, Secret Knowledge, and Ancient Mysteries" (2007) została przetłumaczona na 11 języków, w tym polski. Na naszym rynku wydawniczym ukazały się również  jego „Przewodnik po zjawiskach paranormalnych" oraz „Tajemnicze historie". Strona internetowa autora to brian-haughton.com.



Za Infra →

wtorek, 11 marca 2014

Cyganka Ossendowskiego


Nie pamiętam już kto, kilkanaście lat temu, opowiedział mi historię o Cygance Ossendowskiego. Musiał to być ktoś z Milanówka lub z Żółwina. Teraz ta historia mi się przypomniała, bo w tomie Przemysława Dakowicza (zatytułowanym „Łączka”) przeczytałem wiersz o ekshumacji zwłok Ossendowskiego. Z wiersza wynika, że autor „Łączki” historii z Cyganką nie zna, więc muszę mu ją opowiedzieć. Było to tak. Gdzieś w latach trzydziestych do Ossendowskiego podeszła w Alejach Ujazdowskich Cyganka i powiedziała, że chce mu powróżyć – nawet za darmo. Pisarz chętnie się na to zgodził. Cyganka wprzód mówiła różne głupstwa, a na koniec powiedziała: – Umrze pan, panie Ferdynandzie, dopiero wtedy, kiedy zjawi się u pana baron von Ungern Sternberg. – No to ja – powiedział na to Ossendowski – nigdy nie umrę, bo baron od dawna nie żyje. – Ale Cyganka tego nie usłyszała, bo nagle zniknęła. Tu trzeba wyjaśnić, że w latach rewolucji bolszewickiej Ossendowski walczył z bolszewikami w oddziałach barona Sternberga – był jego adiutantem. Dopiero wtedy, kiedy Cyganka zniknęła za Pomarańczarnią, pisarz zrozumiał, że nie uzyskał od niej odpowiedzi na dwa pytania. Po pierwsze, skąd ta Cyganka wiedziała, że on ma na imię Ferdynand. Po drugie, skąd ona wiedziała, że istniał kiedyś baron Sternberg. Pierwszego dnia nowego roku 1945 w drzwiach willi w Żółwinie, gdzie mieszkał wtedy Ossendowski (zatrudniony fikcyjnie w milanowskiej fabryce krówek ciągutek), pojawił się młody esesman. Mówi się, że był piękny, wysoki, elegancki – jak to esesmani. Przestraszona właścicielka żółwińskiej willi przybiegła do pokoju pisarza: – Tam jest Niemiec, który chce z panem mówić. – Ossendowski zszedł na dół, a młody oficer, ujrzawszy go, zdjął esesmańską czapkę, stuknął obcasami i grzecznie się przedstawił – był to syn barona von Ungern Sternberga. Uciekając przed Rosjanami, znalazł się przypadkiem w Milanówku i korzystając z okazji, postanowił złożyć hołd staremu przyjacielowi swego ojca. – Ale skąd ta Cyganka wiedziała – pomyślał Ossendowski – że ja mam na drugie imię Ferdynand. – I w tej samej chwili, kiedy zdał sobie sprawę, że Cyganka nie była Cyganką, przedśmiertny strach żelazną dłonią chwycił go za gardło. Ale opanował się i zaprosił esesmana na herbatkę i krówki ciągutki. Po krótkiej pogawędce młody baron udał się w dalszą drogę, a Ossendowski położył się na tapczanie i umarł. Jest to prawdziwa historia, która kończy się na tym, że po kilkunastu dniach przed willą w Żółwinie zatrzymuje się łazik i wysiadają z niego dwaj enkawudziści w czapkach z niebieskim otokiem. Mają rozkaz dostarczyć Ossendowskiego do Pruszkowa, gdzie generał Iwan Sierow, który właśnie instaluje się tam ze swoim sztabem, chciałby z nim porozmawiać.
Jarosław Marek Rymkiewicz

sobota, 8 lutego 2014

Bolesława Prusa zabawy z duchami


Nazwisko Bolesława Prusa większości kojarzy się wyłącznie z opasłymi tomiszczami, powieścią realistyczną, Stanisławem Wokulskim i Izabelą Łęcką. Autor Lalki jako zapalony pozytywista, który sam o sobie mówi, że ma „umysł nieharmonizujący z cudownościami”, może wydawać się postacią nieciekawą, nieprzystającą do charyzmatycznych wieszczów romantyzmu czy kontrowersyjnych artystów Młodej Polski. Jednak również Bolesław Prus ma w swoim życiorysie epizod, o którym raczej nie mówi się na szkolnych zajęciach z języka polskiego. A szkoda.

Kiedy w drugiej połowie XIX wieku do Polski dociera moda na spirytyzm, Prus niespodziewanie zostaje wprowadzony w krąg osób bezpośrednio zainteresowanych tym zjawiskiem. Dzieje się tak za pośrednictwem przyjaciela pisarza, Juliana Ochorowicza, człowieka, któremu polska myśl mediumiczna zawdzięcza bardzo wiele.

Początkowo spirytyzm nie budzi w autorze Lalki szczególnego zainteresowania. Z jego Kronik dowiedzieć się można wręcz, że „do magnetyzmu i hipnotyzmu [Prus] czuje wstręt osobisty”. Pisarz broni jednak Ochorowicza i jego badań nad mediumizmem. Broni go jako zaufanego przyjaciela, broni także samej zasady tolerancji w nauce.

Świadectwem negatywnego stosunku Prusa do spirytyzmu stają się Emancypantki. Jedną z epizodycznych postaci powieści jest pani Arnold, podająca się za medium i gromadząca wokół siebie grupę zwolenników, zafascynowanych możliwością obcowania z duchami. Kobieta postrzega spirytyzm jako religię zachęcającą do cnotliwych uczynków, udowadniającą istnienie życia pozagrobowego. Mimo swego mistycznego podejścia w czasie seansu, bohaterka dopuszcza się oszustwa, dyskredytując tym samym w oczach czytelnika całą ideę mediumizmu.

Spirytyzm zostaje więc sprowadzony do jednego rzędu z kuglarstwem i szarlatanerią. Zadziwiające efekty są wynikiem zręcznej manipulacji, a nie rzeczywistego kontaktu z duchami.

Na tym etapie Prus jest sceptyczny i zdystansowany, nie traktuje spirytyzmu jako nauki, lecz jako wątpliwej jakości doktrynę filozoficzno-religijną. Dopiero osobiste spotkanie z włoskim medium, Eusapią Palladino, staje się przełomem w postrzeganiu przez pisarza zjawisk mediumicznych.

Autor Lalki zostaje jednym z „kontrolerów” na seansach w domu Ochorowiczów. Ma za zadanie kontrolować ruchy ręki i nogi Eusapii, a tym samym czuwać nad wiarygodnością pojawiających się zjawisk. Początkowo, gdy rozlega się pukanie w meble, a stół się porusza, Prus podejrzewa kobietę o prestidigitatorstwo. Jednak już po chwili dają się zaobserwować kolejne oznaki „duchowej” ingerencji i pisarz powoli zmienia zdanie o medium. Prus czuje dotknięcia niewidzialnych rąk i dostrzega nikłe światełka, podobne do robaczków świętojańskich. Po chwili rozlega się huk i stół się unosi. Medium w tym czasie pozostaje uwięzione przez silny uścisk kontrolujących ją mężczyzn, niemożliwe więc jest oszustwo. Prus jest zachwycony, znika jego początkowy sceptycyzm.

Pisarz zdaje relacje z seansów w artykułach drukowanych w „Kurierze Codziennym” i „Kraju” w grudniu 1893 i styczniu 1894 roku. Po kilku latach od warszawskich seansów z Eusapią Palladino, przy okazji współpracy Ochorowicza ze Stanisławą Tomczykówną, temat spirytyzmu ponownie pojawia się również w jego Kronikach.

Prus deklaruje, że nie interesuje go teoria zjawiska mediumizmu, ale jego własne wrażenia. Pragnie jedynie przedstawić serię wydarzeń, które wydają mu się wykraczać poza dostępną współczesnym wiedzę naukową. Odpiera również szereg zarzutów o oszustwo, przywołując świadectwo własnych zmysłów i intelektu. Jak przystało na literata – jest przede wszystkim bacznym obserwatorem rzeczywistości, a snucie naukowych teorii pozostawia Ochorowiczowi.

Pisarz traktuje spirytyzm jako zapowiedź doniosłych odkryć, przypomina także, że ogień i elektryczność początkowo również zaliczane były do kuglarstw i mało kto dawał im wiarę. Wyraża pogląd, że mediumizm może być szansą na pogłębienie wiedzy człowieka o świecie. Wiedza ta nie musi jednak wcale obalać wszystkich znanych do tej pory naukowych faktów, nie musi stać w opozycji do pozytywistycznego światopoglądu, gdyż nie przeczy prawom natury i przyczynowości.

Zainteresowania Prusa zdecydowanie wykraczają poza empiryczne szkiełko i oko, poza pozytywistyczną chęć opisania świata w kategoriach naukowo-przyrodniczych. Uczestnictwo w seansach spirytystycznych jest tym elementem jego życiorysu, o którym nie mówi się na lekcjach języka polskiego. Być może z powodu powierzchowności programu. Być może też zainteresowanie spirytyzmem w opinii wielu nie pasuje do tła intelektualnego epoki. Autor Lalki udowadnia jednak, że nawet zapalony racjonalista jest w stanie otworzyć się na doświadczenia pozornie wykraczające poza ramy poznania rozumowego. Udowadnia wreszcie, że poznanie rozumowe nie wyklucza wcale akceptacji tego, co jeszcze niewyjaśnione i niezbadane.


Artykuł po raz pierwszy ukazał się na stronie:

poniedziałek, 18 listopada 2013

Piekło po śmierci


W swym bestsellerze „Życie po życiu” i następnych pracach dr Raymond Moody zrelacjonował kilkadziesiąt przypadków osób, które znalazły się na granicy życia i śmierci, po czym wróciły i zdały nam relacje ze swych przeżyć. Z ich opowieści wynika, iż prawie wszyscy opuszczając ciało pokonywali ciemny tunel, a potem doświadczali obecności jakiejś świetlistej istoty, jak też swoich bliskich zmarłych. Maurice Rawlings, emerytowany lekarz z kliniki Uniwersytetu Tennessee w Chattanooga uważał, że w tych opisach brakuje doświadczeń negatywnych, jako żywo przypominających wizyty w piekle. Wizja stanów na granicy śmierci, upowszechniana przez Moody`ego i jego naśladowców – twierdził Rawlings – jest stanowczo zbyt sielankowa. ____________________

To przekonanie zapuściło w nim korzenie, gdy reanimował pewnego 48-letniego listonosza. Człowiek ów w chwilach powrotu do życia krzyczał, że jest w piekle. Ilekroć Rawlings przerywał reanimację, pacjent błagał go, by go stamtąd wyrwał. Sam przerażony, lekarz widział zwierzęcy strach w oczach umierającego.

Co ciekawe, wizyta w piekle nie była jedynym przeżyciem z pogranicza śmierci, jakiego doświadczył ten pacjent. Pamiętał także opuszczenie ciała, tunel, raj, w którym spotkał swą nieżyjącą matkę – a więc klasyczne wątki opisane przez Moody’ego. Wkrótce miało się okazać, że pobyt w piekle został całkowicie wymazany z jego pamięci. Zbyt traumatyczne doświadczenie, żeby sobie z nim poradzić? – pytał Rawlings. A może podobny mechanizm spychania do podświadomości występuje także w innych przypadkach. Może też pacjenci Moody’ego wizytowali piekło, ale tego nie pamiętają?

Piekło w opowiadaniach tych, którzy nie zapomnieli swoich w nim pobytów, jawi się jako miejsce bardzo niejednorodne. Zupełnie, jakby raj był dla każdego taki sam, piekło zaś – na miarę wyobraźni.

Niektóre wizje z takich podróży nie ustępują inferno odmalowanemu przez Dantego; są opisy zaczerpnięte z natchnionych dzieł Swedenborga, jest w końcu piekło chrześcijańskie, jakby żywcem wyjęte z ikonografii.

Na przykład Thomas Welch, pracownik fizyczny z Oregonu, który z dużej wysokości spadł do rzeki – po śmierci stanął nad bezkresnym oceanem ognia. Była to wizja jak z Apokalipsy św. Jana; tylko siarka i ogień. Welch miał przegląd całego swojego wcześniejszego życia, rozmawiał też z Chrystusem. Gdy powrócił do ciała, uwierzył w piekło. Jego świadectwo w książce Oregon`s Amazing Miracle rzeczywiście jest przejmujące.

Kobieta, która miała zawał serca, a po reanimacji wróciła do życia, stwierdziła:

- Pamiętam, że zabrakło mi powietrza, a następnie zrobiło mi się ciemno przed oczyma. Wydostałam się z ciała i znalazłam się w jakimś mrocznym pomieszczeniu. W jednym z okien stał wielki groteskowy potwór. Obserwował mnie. (...) Gigant skinął na mnie, abym z nim poszła. Nie chciałam, ale musiałam. Na zewnątrz było ciemno. Wszędzie wokół słyszałam jęczących ludzi (...). Gdy znów znalazłam się w szpitalnym łóżku, lekarz chciał wiedzieć, czy piłam alkohol albo brałam narkotyki (...). To przeżycie odmieniło całe moje życie.

Inna pacjentka znalazła się w tunelu prowadzącym do ukrytej jaskini. Panował tam charakterystyczny, zjełczały odór. Odrażające człekopodobne istoty otaczały ją zewsząd, naigrywając się. Po reanimacji koszmar zniknął bez śladu.

54-letnia kobieta, która przedawkowała relanium zeznała:

- Po przejściu przez czarną dziurę zobaczyłam świecącą ognisto-czerwoną plamę, która stawała się coraz większa i większa. Znalazłam się w miejscu, które było czerwone i gorące, całe jakby w płomieniach. Moje stopy grzęzły w roztopionym gruncie. Ciężko było się poruszać.

Czy ludzie ci naprawdę znaleźli się w piekle?

Doktor Michael Sabom z Uniwersytetu w Emory w Atlancie uważa, iż obserwacje Rawlingsa są raczej odosobnione i źle udokumentowane. Koledze po fachu ma za złe, że opierał się na relacjach z drugiej ręki.

– To dziwna kombinacja medycznych faktów, religijnych poglądów i słabo udokumentowanych doświadczeń – mówi Sabom. Ciekawe, iż podobne zarzuty stawiano swego czasu doktorowi Moody’emu.

Zmarły w 2010 roku dr Maurice Rawlings był kardiologiem, specjalistą od chorób sercowo-naczyniowych w Centrum Diagnostycznym w szpitalu w Chattanooga (USA) i wykładowcą uniwersyteckim. Wcześniej pracował w jednym ze szpitali we Frankfurcie nad Menem, a w czasie II wojny światowej został zatrudniony w Pentagonie jako osobisty lekarz generałów: Marshalla, Pattona i Eisenhowera. W świecie medycznym był to więc człowiek uznawany za profesjonalistę i budził zasłużony szacunek.

Rawlings opublikował cztery książki podsumowujące jego badania nad NDE, w których oświadczył, że negatywnych doświadczeń stanów bliskich śmierci pojawia się tak samo dużo, jak pozytywnych. W pierwszej z nich, „Beyond Death's Door" („Za drzwiami śmierci"), lekarz przedstawia szereg przypadków osób, które podczas doznań bliskich śmierci przeżywały wizje piekła. Pełno tam groteskowych ludzkich i zwierzęcych postaci, przemocy, wyszukanych tortur oraz cierpienia. Rawlings stawia tezę, że najważniejszym elementem badań tego typu doświadczeń powinna być rozmowa z pacjentem, przeprowadzona zaraz po odzyskaniu przez niego przytomności, gdyż później wspomnienia o infernalnym incydencie w większości przypadków zanikają.

W kolejnych dwóch książkach, „Before Death Comes" („Nim przychodzi śmierć") oraz „To Hell and Back" („Do piekła i z powrotem"), Rawlings skupił się na zagadnieniu, jak żyć, by uchronić się przed wizytowaniem piekła po śmierci. Są to prace pisane przez człowieka nawróconego na chrześcijaństwo, który pragnie podzielić się z innymi swym donośnym odkryciem.

Stwierdzenia Rawlingsa nie robią jednak wrażenia na innych badaczach NDE, którzy przede wszystkim podnoszą problem zbyt wąskiego pola obserwacji prowadzonych przez kardiologa. Wynik jego doświadczeń mógł zostać zafałszowany, ponieważ nie zajmował się on osobami przeżywającymi negatywne NDE w innych obszarach kulturowych, a głębokie wierzenia religijne – o czym dobrze wiadomo – mogą wpływać na interpretację doznawanych przeżyć.

Zapytany o tę kwestię w jednym z wywiadów dr Keneth Ring oświadczył, że poznał Rawlingsa osobiście i że jego zdaniem był on fundamentalistą – konserwatywnym chrześcijaninem, dla którego drogowskazem w życiu stała się Biblia.

– Rawlings nie prezentuje danych liczbowych w tym zakresie, ale przedstawia własną opinię, zgodnie z którą doświadczenia stanów bliskich śmierci stanowią potwierdzenie chrześcijańskiej teologii – tłumaczy Ring. – Oznacza to, że dobrzy chrześcijanie doświadczają dobrych przeżyć, a źli chrześcijanie – złych. Według danych ogłoszonych przez G. Gallupa, a także według moich własnych - ok. 1 - 5 procent badanych przypadków stanów bliskich śmierci ma charakter negatywny. A więc tylko w tym względzie Rawlings miał rację stwierdzając, że obok pozytywnych istnieją również negatywne NDE…

Zdaniem Kenetha Ringa, póki co odnotowano zbyt mało przypadków negatywnych, by można je było rzetelnie przebadać. Przypuszcza on, że rzecz dotyka głównie tych osób, u których wyobrażenia piekła i czyśćca są prymitywne i przesadnie dosłowne. Osoby te w chwili zbliżającej się śmierci boją się znacznie bardziej od innych ludzi.

– Według mnie przeżycie stanu bliskiej śmierci składa się z elementów osobowych Ja oraz z elementów karmicznych – kontynuuje Ring. – Ja nie chce umrzeć i broni się, a jednocześnie stanowi niejako zbiornik spostrzeżeń, z którymi człowiek wchodzi w stan bliski śmierci. W niektórych przypadkach na początku stanu bliskiej śmierci mogą wystąpić przeżycia negatywne. Potem, gdy Ja się wyzwala, występuje na ogół doznawania światła i miłości – kończy dr Ring.

Jednak po obserwacjach, których dokonał Rawlings, jego wnioski zaczęli nieoczekiwanie potwierdzać inni badacze, w tym Phyllis Atwater i Nancy Evans Bush z Międzynarodowego Towarzystwa Badań Przeżyć Na Granicy Śmierci (ang.: Association for Near-Death Studies – IANDS), która sama doświadczyła negatywnego NDE. Podczas porodu swego drugiego dziecka, Nancy przeżyła śmierć kliniczną: znalazła się w przerażającej otchłani, gdzie szydercze głosy przekonywały ją, że świat, jaki zna, nigdy nie istniał. Przerażona, na granicy obłędu uświadomiła sobie, że musi być chyba w piekle!

– Moja rozpacz wynikała z absolutnego przekonania, że poznałam właśnie prawdziwe życie pozagrobowe, o którym nigdy dotąd nie myślałam jako o piekle – stwierdziła po dojściu do siebie. To sugestywne doświadczenie sprawiło, że zrezygnowała ze stanowiska dyrektora administracyjnego pewnej wyższej uczelni i rozpoczęła pracę w organizacji analizującej podobne przeżycia.

Według Nancy Bush nazywanie takiego doświadczenia negatywnym sugeruje, że nie ma ono wartości i nie może przynieść człowiekowi żadnych korzyści. Jest to jednak wniosek chybiony. Doświadczenia piekielne bliskie śmierci mają bowiem tak samo duży potencjał przemiany ludzkiego życia, jak doświadczenia niebiańskie. Dlatego – podkreśla Nancy – właściwiej byłoby nazywać je doświadczeniami wywołującymi lęk.


– Badania Rawlingsa idealnie pasują do moich własnych – wyznaje z kolei Phyllis Atwater – gdyż ja także odkryłam setki piekielnych przypadków, jeden na siedem w mojej bazie badawczej. Choć uniwersalny schemat doznania z pogranicza śmierci pozostaje taki sam niezależnie od rodzaju doświadczenia, w piekielnych epizodach zauważyłam pewne różnice: lęk przed oderwaniem się od ciała fizycznego; przedłużające się okresy ciemności; spotkanie w tunelu demonów albo czarnych istot; światło, które szybko przygasa lub staje się przyćmione, gdy przejdzie się przez nie; obrazy groźnej pustki lub otchłani, piekielnego czyśćca lub gwałtownych ataków (a nawet prześladowań z przeszłości danej osoby); złowrogie lub obojętne istoty, które wywołują postawę obronną albo konieczność walki o przetrwanie...

Zdaniem Atwater piekielne wersje NDE często przeistaczają się w wersje niebiańskie, szczególnie jeśli dana osoba poprosi o boskie wstawiennictwo. Zazwyczaj jednak piekielne doświadczenia kończą się w sposób gwałtowny, bez konkretnego rozwiązania. W wywiadach jakie Atwater przeprowadzała, jedynymi ludźmi, którzy opisywali piekło jako miejsce gorące i pełne ognia byli fundamentaliści religijni. Pozostali opowiadali, że było ono zimne, lodowate, twarde albo puste.

Nawet jeśli weźmie się pod uwagę nieprzyjemne czy piekielne doświadczenia, ogromna większość przeżyć z pogranicza śmierci jest mimo wszystko przyjemna i ukazuje krainy wypełnione niebiańskim światłem, rozległe łąki i lśniące miasta.

– Z moich obserwacji wynika – podsumowuje Phillis Atwater – że każdy z przypadków piekielnych stanowi wyraz konfrontacji człowieka ze swym cieniem (czyli z tym aspektem jaźni, który był dotąd tłumiony lub wypierany). Mechanizm ten wykorzystuje psychika (...) w procesie uzdrawiana i rozwoju.

Niewielu ludzi jest w stanie zdać relację ze swej wizyty w piekle. To doświadczenie niezwykle osobiste, czasem tak traumatyczne, że jedyny sposób, w jaki można sobie z nim poradzić to wyparcie ze świadomości. W tych piekielnych doświadczeniach postrzegamy siebie w ohydnym, przerażającym krajobrazie, czasami widząc grupy innych osób pogrążonych w rozpaczy. Większość dotkniętych tym przeżyciem relacjonuje potem, że byli jedynie obserwatorami infernalnych krajobrazów, a sami żadnych mąk nie przeżywali.

Czy doświadczenia te dowodzą, że niebo i piekło to miejsca rzeczywiste?

Wydaje się całkiem prawdopodobne, że kiedyś to właśnie relacje z doświadczeń bliskich śmierci doprowadziły ludzi do wiary w Niebo i Piekło. Wierzenia te w wielu kulturach świata odgrywają niezwykle istotną rolę, czego dowodem są najstarsze źródła pisane. Ponieważ oglądane oczami duszy obrazy zdają się być żywe, mogą wydawać się czymś realnym – wręcz materialnym!

Nie ma jednak żadnego dowodu na to, że ten rodzaj doświadczeń przydarza się wyłącznie osobom złym, chociaż zwykliśmy to postrzegać właśnie w ten sposób. Dlatego rzeczą ważną jest, by nie osądzać i nie oceniać poziomu moralnego człowieka, który coś podobnego przeżył. Każdy posiada zdolność doświadczania zarówno jasności, jak i tego, co straszne – i vice versa. W tradycjach z całego świata opisane są przerażające doznania świętych, które jednak w najmniejszym stopniu nie przeszkodziły im w staniu się osobami świętymi – przypomina Nancy Bush.

Dlaczego zatem niektórzy ludzie mają doświadczenia cudowne, niebiańskie, inni natomiast – przerażające? Trudno udzielić na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi.

Wiele starożytnych mitów opisuje bohaterów schodzących do ponurego i przerażającego świata podziemi. Stają oni tam twarzą w twarz z potworami i niewyobrażalnymi niebezpieczeństwami, co jest częścią misji powierzonej im przez bogów. Tezeusz, który znajduje drogę w labiryncie Minotaura; Jonasz połknięty przez wielką rybę; Persefona spędzająca połowę każdego roku we wzbudzającym lęk i podziw królestwie Plutona. Ich misje polegały na przeżyciu i powrocie do świata, a także na przyniesieniu skarbu – zwykle takiego, który posłuży całej ludzkości. Odczytywane wyłącznie na poziomie materialnym, historie te jawią się jako naiwne i zupełnie nieprawdopodobne; jednak na poziomie duchowym i psychologicznym, można je odbierać jako bogate w treść mity, posiadające właściwość transformacji. Również budzące lęk doświadczenia bliskie śmierci sprawiają, że człowiek staje twarzą w twarz z najgłębszymi życiowymi sprawami.

Kim jestem? Co jest rzeczywiste? Czym jest to, czego tak bardzo się obawiam, a czego nie mogę nawet do siebie dopuścić? Kto kontroluje moje życie?

Oto jak podsumowują swe piekielne przeżycia osoby, które ich doświadczyły.

– To doznanie do dziś tak mnie przeraża, że muszę wszystko w moim życiu pozmieniać. To tak, jakby osoba, którą byłem wcześniej, naprawdę w tym doświadczeniu umarła. Wcześniej nie byłem złym człowiekiem, tylko trochę płytkim, dbającym o to, by odnosić sukcesy, robić duże pieniądze... Ale w doświadczeniu bliskim śmierci wszystko działo się poza moją kontrolą – byłem całkowicie bezradny. To mnie zmieniło – relacjonuje pewien mężczyzna.

– Doświadczyłem bycia wyeliminowanym, bycia niczym. Zrozumienie, że to doświadczenie nie jest czymś przerażającym, co przychodzi z zewnątrz, ale przesłaniem z jakiegoś naprawdę głębokiego miejsca, może z mojej duszy – zajęło mi połowę życia: 20 lat. Może to Bóg wówczas przemówił przez moją duszę?

– Przez wszystkie te lata walczyłem, by nie zostać wyeliminowanym, po prostu nie zgadzałem się na unicestwienie. Czasami taki sprzeciw może doprowadzić nas do zrozumienia istoty rzeczy. Mnie zmusił do myślenia na zupełnie nowym poziomie o celu i wartości życia i o tym, co jest w moim życiu realne. Znacznie głębiej rozumiem teraz cierpienie – dopowiada inny pacjent.

– Doświadczenie to było najbardziej przerażającą rzeczą, jaka kiedykolwiek mi się przytrafiła. Ale po latach zdałam sobie sprawę z tego, że mogę pokonać lęk, a po drugiej stronie odnajdę światło. Przeżycie NDE nie należało w moim przypadku do łatwych i nie rozumiałam dlaczego spotkało właśnie mnie, ale jest w tym coś niezwykle istotnego – podsumowuje swe doznanie pewna kobieta.

Charles Garfield, psycholog w Instytucie Badań nad Rakiem w San Francisco mówi:

– Liczba umierających pacjentów, którzy mieli wizje negatywne jest prawie tak duża, jak tych, którzy przekazują doświadczenia radosne...

Czy więc książka Moody’ego zafałszowała obraz życia po życiu? Dlaczego w jego relacjach nie znalazł się ani jeden przypadek negatywnego NDE?


- Psycholodzy i psychiatrzy (którzy z założenia piszą najwięcej książek na ten temat) nigdy nie natykają się na przypadki negatywne – pisał dr Maurice Rawlings. – Dlaczego tak się dzieje? Czy z powodu zbyt dużego dystansu czasowego dzielącego wydarzenie i przeprowadzony z pacjentem wywiad? (...) A może dlatego, że ich przy tym nie było? Nie przywrócili do życia żadnego ze swoich pacjentów lub mówienie o tym zwyczajnie nie jest w ich interesie? Niewykluczone też, iż istotne są wszystkie te powody razem wzięte.

Inaczej ten stan rzeczy wyjaśnia psychiatra i neurolog Bruce Greyson, od wielu lat analizujący przypadki przeżyć na granicy śmierci. Na pytanie, dlaczego takich mrocznych doświadczeń nie opisano wcześniej, odpowiada on wprost: - Nie znajdowaliśmy ich, ponieważ nie szukaliśmy.

Dziś jedno jest pewne – bez dogłębnych badań zjawiska NDE nigdy nie dowiemy się, co dzieje się z człowiekiem, który umiera. A jest to bez wątpienia najważniejszy problem przed jakim stoimy – przynajmniej w tym życiu.

Wojciech Chudziński
Źródło: Infra