Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hermann Hesse. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hermann Hesse. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 lutego 2017

Nieśmiertelni

Bez końca z ziemskich padołów
Odorem nędzy życie na nas bucha.
Upojnym czadem dymi ludzka jucha
Z tysiąca czasz wylana u katowskich stołów.
Spazmem rozkoszy, febrą dzikiej chuci
Szarpany, motłoch w słodkiej ginie męce.
Dziady, mordercy, lichwiarze, bankruci
Wszędzie tak samo załamują ręce.
Biczem obłędu trzoda ludzka szczuta,
Śmierdzi zgnilizną jak studnia zatruta,
Dusi się, poci, zachłystuje, dławi,
Pożera siebie samą i nie trawi.

Wojny wciąż nosi w swym skalanym łonie,
Wzniosłymi sztuki otumania Muzy
I przyozdabia płonące zamtuzy,
Gdzie własnym ciałem kupcząc - sama spłonie.
Na pstrych jarmarkach dziecinnej uciechy
Pęta się, szwenda i zawsze z ochotą
Każdego, kto jej powolny, pcha w błoto
I razem gniją: dwa cuchnące grzechy.

Lecz myśmy siebie odnaleźli w sferze
Gwiazd, co się blaskiem lodowatym palą:
Żyjemy jak bogowie w śródgwiezdnym eterze,
Nie znamy dni ni godzin, radości ni żalu.
Tu - płci nie mamy i nie mamy wieku,
Wszystko tu jedno: daleko czy blisko,
Na twoje grzechy i bóle, człowieku,
Patrzymy stąd z uśmiechem jak na widowisko.
Każdy nasz dzień tu - ma długość wieczności,
Nie odróżniamy już grzechu od cnoty.
W odwieczną gwiazd gonitwę zapatrzeni,
Na żywot wasz łaskawym spoglądamy okiem,
Płucami chłonąc mróz bezkresnych tych przestrzeni,
Jesteśmy za pan brat z wielkim, niebieskim smokiem.
Chłodna jest nasza wieczność i nic już nas nie czeka,
Chłodny jest nasz śmiech nad dolą człowieka.

Tlumaczenie: Józef Wittlin

środa, 11 maja 2016

Atak głębokiego zniechęcenia i mdlącego wstrętu do życia

Dzisiaj więc znowu spędziłem chwilę przed tymi obrazkami, a że ogarnęła mnie wskutek tego pustka, nuda i palące pragnienie, by zapomnieć o całym tym samym w sobie jakże szacownym świecie koncertów, gry, poprawnych par narzeczeńskich i rzepek, zamknąłem oczy i w duchu błagałem Boga o ratunek, albowiem czułem, że zbliża się atak głębokiego zniechęcenia i mdlącego wstrętu do życia, które to ataki ku memu ubolewaniu zaskakują mnie zawsze wtedy, gdy akurat z najlepszą wolą i całą powagą usiłuję otrząsnąć się z mego pustelnictwa i mizantropii oraz dzielić szczęście i niedole większości.


Hermann Hesse, Kuracjusz
tłumaczenie: Małgorzata Łukasiewicz

niedziela, 8 maja 2016

Spojrzenie raczej smutne niż ironiczne


Otóż pewien sławny historiozof i krytyk kultury, człowiek o europejskim nazwisku, zapowiedział swój wykład w auli; udało mi się namówić wilka stepowego do pójścia na ten wykład, choć początkowo wcale nie miał na to ochoty. Poszliśmy tam razem i siedzieliśmy na sali obok siebie. Gdy prelegent wszedł na katedrę i zaczął wygłaszać prelekcję, rozczarował swoim nieco kokieteryjnym i pyszałkowatym wystąpieniem wielu słuchaczy, którzy spodziewali się dostrzec w nim proroka. Kiedy więc zaczął mówić i na wstępie zwrócił się do obecnych z paroma pochlebstwami, dziękując jednocześnie za liczną frekwencję, wilk stepowy rzucił mi krótkie spojrzenie, pełne krytycyzmu zarówno wobec słów, jak i całej osoby prelegenta; ach, niezapomniane i straszne spojrzenie, o którego znaczeniu można by napisać całą książkę! Spojrzenie to nie tylko krytykowało tego właśnie mówcę i unicestwiało sławnego człowieka swoją nieodpartą, choć łagodną ironią: było raczej smutne niż ironiczne, nawet przepastnie i beznadziejnie smutne. Treścią bowiem tego spojrzenia była cicha rozpacz, która w pewnym sensie stała się już nawykiem i formą. Swoją rozpaczliwą jasnością spojrzenie to prześwietlało nie tylko osobę nadętego mówcy, ale wyszydzało i osądzało sytuację chwili, oczekiwanie i nastrój publiczności, nieco pretensjonalny tytuł zapowiedzianej prelekcji - nie - spojrzenie wilka stepowego przenikało całą naszą współczesność, całą zapobiegliwą krzątaninę, całe karierowiczostwo i próżność, całą powierzchowną grę zarozumiałej, płytkiej duchowości i - niestety - sięgało jeszcze głębiej, nie tylko do braków i beznadziejności naszych czasów, naszej mentalności, naszej kultury, ale przenikało aż do serca człowieczeństwa, wymownie wyrażało w jednej sekundzie całe zwątpienie myśliciela, być może wtajemniczonego w godność i sens życia ludzkiego w ogóle. Spojrzenie to mówiło: “Patrz, jakimi jesteśmy małpami! Patrz, jaki jest człowiek!” - i cała sława, cała mądrość, wszystkie zdobycze ducha, wszystkie dążenia do wzniosłości, wielkości i trwałości, do tego co ludzkie, runęły i stały się małpią igraszką!


Hermann Hesse Wilk stepowy
tłumaczenie: Gabriela Mycielska

sobota, 7 maja 2016

Zdawać sobie sprawę z ułomności języka, z wieloznaczności słów ...

Wśród ludzi wykształconych i bystrych zdarza się co chwila, że jeden uznaje mentalność, język, dogmaty i mity drugiego za rzeczy subiektywne, za czyste przymiarki, przelotne metafory. Ale żeby przyjąć to samo w stosunku do siebie i do siebie zastosować oraz zarówno sobie, jak przeciwnikowi przyznać prawo do własnego, określonego od wewnątrz i koniecznego sposobu myślenia i języka, to jest żeby dwoje ludzi wymieniało poglądy i zdawało sobie sprawę z ułomności swych narzędzi, z wieloznaczności słów, z niemożliwości naprawdę ścisłego wyrażenia myśli, a więc i z konieczności intensywnych ustępstw, wzajemnej serdecznej uprzejmości i intelektualnej rycerskości – ta fortunna, między istotami myślącymi zdawałoby się oczywista sytuacja zachodzi w praktyce tak żałośnie rzadko, że wszelkie zbliżenie do niej, wszelkie choćby cząstkowe jej urzeczywistnienie witamy z entuzjazmem.





Hermann Hesse Kuracjusz
tłumaczenie: Małgorzata Łukasiewicz

niedziela, 9 listopada 2014

Byłem poszukującym i jestem nim dotąd, nie szukam już jednak w gwiazdach i księgach ...


Niewielu dzisiaj zdaje sobie sprawą, czym jest człowiek. Lecz wielu czuje to, i dlatego lżej im umierać, jak i mnie będzie lżej umrzeć po napisaniu tej historii. Nie mogę siebie nazwać wiedzącym. Byłem poszukującym i jestem nim dotąd, nie szukam już jednak w gwiazdach i księgach, zaczynam bowiem słyszeć nauki, którymi szemrze we mnie własna krew. Historia moja nie jest przyjemna, nie jest ckliwa i pełna harmonii, jak historie wymyślane, ma posmak nonsensu, pomieszania szaleństwa i marzeń, jak życie wszystkich ludzi, którzy nie chcą siebie już dłużej okłamywać. 


Hermann Hesse, Demian
tłumaczenie: Maria Kurecka

sobota, 16 sierpnia 2014

Lasu nie opuścił już nigdy


— Mistrzu — przemówił wówczas pokornie Dąsa — idę dalej swoją drogą, nie będę już zakłócać ci spokoju. Ale jeszcze ten jeden raz pozwól mi, o, czcigodny, na prośbę. Gdy opowiedziałem ci moje życie, zaśmiałeś się i zawołałeś „Maja". Błagam cię, daj mi się czegoś więcej dowiedzieć o Mai. Joga zawrócił do chaty, a spojrzeniem nakazał, by Dąsa poszedł za nim. Starzec chwycił misę z wodą, podał ją Dasie i kazał mu umyć ręce. Dąsa posłusznie rozkaz ów wypełnił. Potem mistrz wylał resztę wody z misy na paprocie, podsunął ją, już pustą, młodemu i kazał przynieść świeżej wody. Dąsa usłuchał i pobiegł, uczucie rozstania przenikało mu serce, bo oto po raz ostatni szedł wąską ścieżką do źródła, po raz ostatni niósł lekką misę, o gładkich od zużycia wyszlifowanych brzegach ku niewielkiemu lustru wody, w którym odbijały się paprocie, sklepione korony drzew i rozsianymi, jasnymi punktami także łagodny błękit nieba, wody, w Której brunatnym mroku, gdy schylił się nad nią, także po raz ostatni ujrzał wizerunek własnej twarzy. Zanurzył misę w wodzie, powoli, w zamyśleniu, czuł jakąś niepewność, której nie potrafił sobie wyjaśnić, dziwnie mu było, nie pojmował także dlaczego, skoro zdecydował się już przecież na wędrówkę, przykro mu się zrobiło, że starzec nie zaprosił go, by został jeszcze trochę, może na zawsze.

Przykucnął na skraju źródła, pociągnął łyk wody, podniósł się ostrożnie z misą, by niczego nie uronić i już chciał ruszyć w krótką powrotną drogę, gdy ucho jego podchwyciło dźwięk, zachwycający go i przerażający, głos, który słyszał w niejednym ze swoich snów i o którym częstokroć w gorzkiej tęsknocie rozmyślał także na jawie. Słodko brzmiał ów głos, słodko, dziecięco i miłośnie wabił w leśnej pomroce, aż serce Dąsy zadrżało z rozkoszy i lęku. Był to głos Pravati, jego żony. „Dąsa" — wabiła go. Rozejrzał się dokoła z niedowierzaniem, nadal trzymając jeszcze w rękach misę z wodą i oto nagle pojawiła się pośród pni drzewnych, smukła' i giętka, na wysokich nogach, Pravati, jego ukochana, niezapomniana, niewierna. Dąsa upuścił misę i pobiegł naprzeciw miłej.

(...)

Gdy ocknął się z owej krótkiej drzemki, chciał, oszołomiony, przetrzeć oczy, lecz nie mógł tego zrobić, obie ręce miał już bowiem zajęte, trzymały coś, a gdy do cna otrzeźwiał i oczy otworzył szeroko, nie otaczały go mury więzienia, jeno zielone światło jasną, silną strugą przepływało przez liście i mech, długo mrużył oczy, gdyż owo światło ugodziło go jak bezszelestny, choć gwałtowny cios, wzdrygnął się, przeszył go dreszcz przerażenia, raz jeszcze przymrużył oczy, wy Krzywił twarz jakby w płaczu i znowu szeroko oczy otworzył. Stał oto w lesie, oburącz trzymając misę pełną wody, u jego stóp migotało brunatną i zieloną barwą źródełko, dalej zaś, za gęstwiną paproci, wiedział, że stoi chata i czeka joga, który posłał go po wodę, ten sani joga, co śmiał się tak dziwnie i którego Dąsa prosił, by powiedział mu cokolwiek o Mai. A więc nie przegrał bitwy ani nie stracił syna, nie był ani księciem, ani ojcem; natomiast joga spełnił jego prośbę i pouczył go, czym jest Maja: pałac i ogród, biblioteka i hodowla ptaków, troski książęce i ojcowska miłość, wojna i zazdrość, miłość do Pravati i gwałtowna do niej nieufność, wszystko było niczym — nie, nie niczym, było Mają! Dąsa stał wstrząśnięty, łzy spływały po jego policzkach, misa, którą właśnie napełnił wodą dla pustelnika, drżała i chwiała się w jego rękach, woda przelała się wierzchem, kapiąc mu na nogi. Wydało mu się, że rękę mu obcięto czy też może coś wyjęto z jego głowy, pustka w nim panowała: odjęto mu oto nagle długie lata życia, skarby, których pilnie strzegł, radości, jakich zaznał, bóle, które znosił, lęki, rozpacz graniczącą ze śmiercią, wszystko to znikło, zagasło, stało się niczym — a jednak nie niczym! Wspomnienia pozostały bowiem, pozostały w nim obrazy, jeszcze widział siedzącą, wysoką a nieporuszoną postać Pravati o nagle posiwiałych włosach, na jej kolanach leżał syn, jakby sama go zadusiła, leżał jak zdobycz, a jego omdlałe już ręce i nogi zwisały z jej kolan. O, jakże szybko, szybko i straszliwie, jak okrutnie i dokładnie pouczony został, czym jest Maja! Wszystko uległo przesunięciu, wiele lat, pełnych przeżyć, skurczyło się do rozmiarów chwil, wszystko, co przed chwilą jeszcze przejmującą wydawało się rzeczywistością, snem było, a może i wszystko inne, co działo się wcześniej, także było snem: owe historie o książęcym synu, Dasie, jego życiu wśród pasterzy, ożenku, zemście na Nali, ucieczce do pustelnika; obrazy to były jeno, takie, jakie podziwiać można na pokrytej rzeźbami ścianie pałacu, gdzie pośród kwiatów, gwiazd, ptaków i gałęzi widać także małpy i bogów. A czyż wszystko, co teraz właśnie przeżywał i miał przed oczami, to przebudzenie się ze snu o życiu księcia, wojnie, więzieniu, to stanie tu, przy źródle, ta misa z której oto wylał trochę wody, te myśli, które krążyły mu w głowie — czyż i to (w końcu nie z tej samej składało się materii, nie było również snem, iluzją, Mają? A wszystko, co jeszcze miał przeżyć, oglądać oczami, dotykać rękami, aż po chwilę śmierci, która kiedyś nastąpi — czyż inne było, z innej materii? Igraszką była, iluzją, złudzeniem i marzeniem, snem, Mają, cała ta piękna i straszliwa, zachwycająca i rozpaczliwa obrazkowa loteryjka życia, wraz z wszystkimi palącymi rozkoszami i palącymi bólami.

Dąsa ciągle jeszcze stał jak odurzony i porażony. Misa znowu zachybotała w jego rękach, woda się wylała, chłodnym bryzgiem oblała palce jego nóg i rozpłynęła się. Cóż miał robić? Ponownie napełnić misę, odnieść ją jodze, dać mu się wyśmiać z racji wszystkiego, co w owym śnie wycierpiał? Nie nęciło go to. Opuścił misę, wylał do reszty wodę, rzucił naczynie na mech. Siadł pośród zieleni i jął się poważnie zastanawiać. Dość miał, aż nazbyt dość tych mrzonek, tych demonicznych splotów przeróżnych przeżyć, radości i cierpień, co serce uciskały, sprawiając, że krew zastyga w żyłach, a potem nagle okazywały się Mają, pozostawiając człeka wystrychniętego na dudka, dość miał wszystkiego, nie pragnął już żony ani dziecka, ani tronu, ani zwycięstwa, ani zemsty, ani szczęścia, ani mądrości, ani władzy, ani cnoty. Niczego więcej nie pragnął prócz spokoju i końca, niczego nie chciał, jak tylko zatrzymać i zagasić to wiecznie obracające się koło, ten bezkresny kalejdoskop obrazów. Chciał osiągnąć spokój i zginąć, podobnie jak tego pragnął, gdy podczas owej ostatniej bitwy rzucił się pomiędzy nieprzyjaciół, rażąc i sam będąc rażony, rany zadając i otrzymując, aż omdlał pod ciosami. Lecz cóż potem? Potem była pauza omdlenia, drzemki albo śmierci. A zaraz potem budził się człowiek znowu, musiał ponownie w oczy swoje przyjmować mnóstwo obrazów, strasznych, pięknych, przerażających, prąd życia znów przenikał jego serce i tak bez końca, bez ratunku, aż do następnego omdlenia, do następnej śmierci. Bowiem śmierć taka oznaczała może przerwę, krótki, niewielki odpoczynek, nabranie oddechu, lecz potem trzeba było iść dalej, stając się znowu jedną z tysiąca postaci w dzikim, szaleńczym i rozpaczliwym tańcu życia. Ach, nie istniało unicestwienie, nie było kresu.

Niepokój kazał mu zerwać się znowu. Jeśli już w przeklętym owym korowodzie nie było odpoczynku, jeśli jedyne i największe jego życzenie spełnić się nie mogło, mógł przecie na nowo napełnić misę wodą i zanieść ją owemu starcowi, co przynieść sobie wody rozkazał, choć w istocie nie miał prawa rozkazywać mu. Była to przysługa, jakiej od niego zażądano, zlecenie, które posłusznie można było wypełnić, zawszeć to lepsze, niż tak siedzieć i wynajdywać sobie metody samounicestwienia, w ogóle zresztą posłuszeństwo i służba lepsze były i lżejsze, znacznie bardziej niewinne i zdrowe niż panowanie i odpowiedzialność, tyle Dąsa już wiedział. Dobrze tedy, Dąsa, bierz ową misę, napełnijże ją wodą i zanieś swemu panu!

Gdy wrócił przed chatę, mistrz powitał go osobliwym spojrzeniem z lekka pytającym, na poły współczującym, na poły ubawionym i porozumiewawczym, spojrzeniem, jakie starszy chłopak może rzucić młodszemu, gdy widzi go powracającego po trudnych, nieco zawstydzających przygodach, po próbie odwagi, którą mu sam narzucił. Ów książę-pastuch, ów biedak, który do niego się przybłąkał, wracał teraz wprawdzie tylko od źródła, wodę przynosił, nawet kwadransa nie trwała jego droga, ale mimo to powracał również z więzienia, utracił żonę, syna, księstwo, całe życie ludzkie przeżył, raz jeden okiem rzucił na obracające się koło. Zapewne młodzieńca tego wcześniej już choć raz albo i parę razy budzono i zdołał on zaczerpnąć haust rzeczywistości, inaczej nie przyszedłby tutaj ani nie siedział tu tak długo; teraz jednak wydawał się zbudzony prawdziwie, dojrzały już do wkroczenia na długą drogę. Wiele lat strawi pustelnik na tym, aby owego młodzieńca nauczyć przynajmniej należytej postawy i sposobu oddychania.

I tylko tym spojrzeniem, leciutką oznaką życzliwego zainteresowania, bezgłośnym zaznaczeniem powstałego pomiędzy nimi kontaktu — kontaktu mistrza z uczniem — jedynie tym spojrzeniem dokonał joga przyjęcia ucznia. Spojrzenie to przepędziło zbędne myśli z głowy ucznia, wprowadzając go w ład i służbę. A więcej nie da się opowiedzieć o życiu Dąsy, reszta dokonała się bowiem poza granicami obrazów i opowieści. Lasu nie opuścił już nigdy.

Hermann Hesse, Gra szklanych paciorków
(Życiorys Hinduski)
tłumaczenie: Kuria Kurecka
s. 548; 564-567 odpowiednio


Metafora samsary jako snu jest dla praktykującego użyteczna, jako że rodzi pewien rodzaj oderwania i zobojętnienia na dookolną rzeczywistość. Maja nie jest też pojęciem niezgodnym z Nauką Buddy, o ile zdecydujemy się na terminologię, gdzie następuje zrównanie: nietrwałe = nierzeczywiste. Co prawda sercem Nauki Buddy jest doktryna anatta – nie-ja ale jako, że „ja” nierozerwalnie związane jest z tym co „ja” posiada, a nikt zdrowy na umyśle nie potraktuje sennych posiadłości poważnie, nie możemy się zgodzić z tym, by koncepcja Maji nie miała nic wspólnego z Dhammą. Jak najbardziej można ją zaadoptować na własne potrzeby, o ile będzie ona służyć i wspierać oderwanie i beznamiętność, a nie metafizyczne rozważania o naturze świata, przed którymi Budda przestrzegał.

czwartek, 14 sierpnia 2014

U milczącego jogina


Przez zieleń łąk ciągnęło go do lasu, pod drzewa, w mrok, usiany drobnymi słonecznymi plamami, a tam wzmogło się w nim jeszcze uczucie powrotu i domu, wiodąc po drogach, które nogi jego same zdawały się znajdować, aż przez gęstwinę paproci, gęsty ich zagajnik pośród wielkiego lasu, dotarł do malutkiej chatki, a przed chatą siedział na ziemi nieruchomy joga, którego niegdyś podpatrywał i mleko mu przynosił. Dąsa stanął, jakby przebudzony. Wszystko było tu takie, jak niegdyś czas tu nie upływał, nie mordowano, nie cierpiano: czas i życie zdawały się trwać tutaj, mocne jak kryształ, spokojne, wieczne. Przyjrzał się starcowi, a do serca wrócił mu podziw, miłość i tęsknota, jakich niegdyś doznał widząc go po raz pierwszy. Przyjrzał się chacie i pomyślał, że przed nastaniem następnej pory deszczowej warto by ją trochę podreperować. Potem odważył się zrobić kilka ostrożnych kroków, wszedł do wnętrza chaty, rozejrzał się, co w niej jest: niewiele było, nic prawie, posłanie z liści, misa z resztką wody i pusty worek z rafii. Wziął worek, odszedł z nim, poszukał w lesie jedzenia, przyniósł owoce i słodką drzewną miazgę, potem wziął misę i napełnił ją świeżą wodą. Zrobił, co tylko można tu było zrobić. Tak mało trzeba człowiekowi do życia. Dąsa przykucnął na ziemi i zapadł w marzenie. Zadowolony był z tej pełnej milczenia sjesty i marzeń w lesie, zadowolony z siebie, z głosu wewnętrznego który go przyprowadził tutaj, gdzie jeszcze jako młodzieniec odczuł niegdyś jakby dom, spokój i szczęście.

Tak więc pozostał u milczącego jogi. Odnawiał mu ściółkę na posłaniu, szukał pożywienia dla nich obu, połatał starą chatę, zabrał się do stawiania drugiej, w nieznacznej odległości, dla siebie. Starzec zdawał się go tolerować, choć w istocie trudno było poznać, czy go w ogóle dostrzega. Wstawał z medytacji jedynie po to, by udać się do chaty na spoczynek, przegryźć coś lub na małą chwilę pójść do lasu. Dąsa żył obok czcigodnego męża niczym sługa w pobliżu wielkiego pana lub jak drobne, domowe zwierzątko, obłaskawiony ptak lub mungo, co przy człowieku żyją, usłużne i ledwo zauważalne. Ponieważ uciekając przez długi czas żył w ukryciu, niepewny, z nieczystym sumieniem, stale myśląc o pościgu, spokojne życie, łatwa praca i sąsiedztwo człowieka, zdającego się wcale nań nie zwracać uwagi, bardzo mu dobrze robiły, nie nękały go koszmarne sny, przez pół dnia, a nawet i cały dzień potrafił zapominać o tym, co zaszło. O przyszłości nie myślał, a jeśli czuł tęsknotę Czy pragnienie, to tylko, aby tu pozostać przyjęty i wtajemniczony przez jogę w tajemnicę pustelniczego życia, sam stać się jogą, uczestniczyć w jodze i dumnej niedbałości o ziemskie sprawy. Zaczął coraz częściej naśladować pozycję Czcigodnego, siedział, tak jak i on, ze skrzyżowanymi nogami, bez ruchu, na równi z nim patrzył w nie znany, nierealny świat, obojętniejąc na wszystko, co go otaczało. Przeważnie szybko się przy tym męczył, sztywniały mu członki, bolały go plecy, dokuczały komary lub dziwne jakieś dolegliwości skóry, świerzbienie i podrażnienie, zmuszające do poruszania się, podrapania, wreszcie nawet i do wstawania. Lecz parę razy doznał innych jeszcze wrażeń, czuł, jak robi się pusty, lekki, jak buja podobnie, jak się to w snach niekiedy zdarza, dotykając ziemi tylko od czasu do czasu, leciutko, a łagodnie od niej się odbijając, by znowu się unosić na podobieństwo kłaczka wełny. W takich chwilach jął przeczuwać, jak to być musi przy ciągłym takim bujaniu, gdy ciało i dusza zatracają ciężar, współdrgając w tchnieniu większego, czystszego, słonecznego życia, uniesione i wchłonięte przez świat, ponadczasowy i niezmienny. Momenty to były jednak tylko i przeczucia. A gdy, rozczarowany spadał po takich chwilach ponownie w dobrze znaną powszedniość, myślał, iż powinien doprowadzić do tego aby mistrz stał się jego nauczycielem, wprowadził go w swe ćwiczenia i tajemny kunszt, jego także uczynił jogą. Lecz jakże miało się to stać? Wydawało się, iż starzec nigdy oczami go nie dostrzega, nic też nie zapowiadało, by kiedykolwiek mieli zamienić ze sobą choć słowo. Starzec zdawał się istnieć poza dniem i godziną, poza lasem i chatą a także poza wszelkimi słowami.

Hermann Hesse, Gra szklanych paciorków
(Życiorys Hinduski)
s. 533-535
tłumaczenie: Kuria Kurecka

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Jogin w lesie


Bardziej nieruchomy niż drzewo, które przecież oddycha liśćmi i gałęziami, nieporuszony niczym kamienny posąg boga, tkwił joga na miejscu swoim, a równie nieporuszenie trwał, od chwili gdy go zobaczył, także chłopiec, do ziemi przykuty, w okowy zakuty, magicznie przez ów widok przyciągany. Stał i wpatrywał się w mistrza, widział plamę słonecznego światła na jego ramieniu, inną plamę słonecznego światła na złożonych jego rękach, widział, jak świetlne owi plamy przesuwają się powoli i jak powstają nowe i stojąc tak w zdumieniu jął pojmować, że te plamy świetlne nic wspólnego z człowiekiem owym nie mają, podobnie jak śpiew ptaków i głosy małp, dochodzące z lasu dokoła, podobnie jak brunatna pszczoła leśna, która przysiadła na twarzy medytującego, powąchała jego skórę, przeszła kawałek po jego policzku, a potem znowu uniosła się i ule ciała, podobnie jak całe, bogate a różnorodne życie lasu!

Dąsa poczuł, że nic z tego, co widzą oczy, słyszą uszy, co piękne czy brzydkie, przyjemne czy też lęk wzbudzające, nic nie dochodzi do tego świętego człowieka, deszcz by go nie oziębił ani mu nie dokuczył, ogień sparzyć by go nie zdołał, świat cały wokół niego jest dlań jedynie powierzchnią, utracił swoje znaczenie. Przeczucie, że w istocie cały świat jest może tylko igraszką i powierzchnią, tchnieniem wiatru i zmarszczeniem fal nad nieznaną głębiną przeniknęło księcia- pastuszka nie jak myśl, lecz jak dreszcz fizyczny i lekki zawrót głowy, jak uczucie grozy i niebezpieczeństwa, a jednocześnie tęsknego, pożądliwego przyciągania. Albowiem — poczuł przyglądający się chłopiec — ów joga poprzez powierzchnię świata, przez powierzchowny świat osunął się w dół, na dno istnienia, ku tajemnicy wszechrzeczy, rozdarł czarodziejską sieć zmysłów, igraszek świetlnych, szmerów, barw i doznań, zrzucił ją z siebie, a teraz trwa, zakorzeniony mocno w tym, co prawdziwie istotne i niezmienne. Chłopiec, choć wychowywany niegdyś przez braminów i obdarowany niejednym przebłyskiem duchowego światła, nie pojął tego rozumem, a słowami też niczego by o tym powiedzieć nie umiał, lecz wyczuł to, tak jak w błogosławionej chwili wyczuwa się bliskość bóstwa, odczuł jako dreszcz czci i podziwu dla tego człowieka, odczuł jako miłość ku niemu i jako tęsknotę do takiego życia, jakim żyć się zdawał on, w medytacji zatopiony i tu oto siedzący. Tak tedy stał Dąsa, wstrząśnięty w sercu swoim, gdyż starzec w sposób osobliwy przypomniał mu jego pochodzenie, książęcość i królewskość, stał na skraju paprociowej głuszy, pozwolił ptakom odlecieć, a drzewom wieść nadal łagodnie szumiące rozhowory, zapomniał o lesie, zapomniał o stadzie, poddał się czarowi i patrzył na medytującego pustelnika, wzruszony niepojętym spokojem i nietykalnością jego postaci, jasnym spokojem oblicza, siłą i skupieniem z postawy jego płynącymi i jego całkowitym oddaniem się służbie.

Potem nie potrafił już opowiedzieć, czy spędził obok tej chaty dwie, czy trzy godziny, czy też dni całe. Gdy czar prysł, gdy bezszelestnie przekradł się z powrotem na ścieżkę między paprociami, poszukał drogi wiodącej z lasu i dotarł wreszcie do otwartych pastwisk i stada, uczynił to wszystko nieświadomie, w duszy bowiem nadal był jeszcze zaczarowany, a ocknął się dopiero, gdy jeden z pasterzy go zawołał. Pasterz ów powitał go połajaniem za tak długą nieobecność, lecz gdy Dąsa spojrzał nań wielkimi, zdumionymi oczami, jakby słów jego nie rozumiał, tamten umilkł zaraz, zdumiony niezwykle obcym spojrzeniem chłopca i uroczystą jego postawą.

— Gdzieżeś to był, chłopcze? Czy widziałeś może jakiego boga lub spotkałeś demona?
— Byłem w lesie — powiedział Dąsa — ciągnęło mnie tam, miodu chciałem poszukać. Ale później zapomniałem, bo zobaczyłem tam człowieka, pustelnika, który siedział i za topiony był w rozmyślaniu czy modlitwie, a gdy go zobaczyłem i gdy twarz jego tak jaśniała, musiałem się zatrzy mać i długo na niego patrzeć. A wieczorem chciałbym tam pójść i zanieść mu dary, bo to święty.
— Zrób to — powiedział pasterz — zanieś mu mleka słodkiego i masła; świętych trzeba czcić i składać im dary.
— Ale jakże mam się do niego zwrócić?
— Wcale nie potrzebujesz zwracać się do niego, Dąsa, pokłoń mu się tylko i postaw przed nim dary, więcej nie trzeba.

Hermann Hesse, Gra szklanych paciorków
(Życiorys Hinduski)
s. 533-536
tłumaczenie: Kuria Kurecka

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Sorin Antohi - Z dala od świata. Kultura a władza


We wspaniałej powieści Gra szklanych paciorków, która po raz pierwszy ukazała się w Szwajcarii w 1943 roku i ostatecznie przyniosła autorowi Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury (1946), niemiecki pisarz Hermann Hesse (1877-1962), zainspirowany wyfantazjowaną przez Goethego „prowincją pedagogiczną”, opisaną w II części Lat wędrówki Wilhelma Meistra, odmalował Kastalię, federację elitarnych szkół działających z dala od „wściekłości i wrzasku” historii i wyspecjalizowanych w kultywowaniu idealistycznej, wysokiej kultury. Symboliczna dla Kastalii (nazwanej tak od poświęconego muzom źródła na Parnasie) była „gra szklanych paciorków”, zawiła lingua sacra, gra mentalna syntetyzująca na sposób ezoteryczny najwyższe duchowe dokonania ludzkości. Hesse nie podaje zbyt wielu szczegółów technicznych tej gry, pozostawiając nam wyobrażanie sobie, jak też praktykowano ową ars combinatoria czy mathesis universalis i jak pełniła ona funkcję procesu twórczego (bliskiego poezji, filozofii i medytacji religijnej), nie zaś autonomicznej, w gruncie rzeczy jałowej rozrywki (jak szachy).

Wyjąwszy ów tajemniczy rdzeń, cała opowieść jest zupełnie jasna, przynajmniej dla ludzi wykształconych. Książka jest refleksją, skomplikowaną fascynującymi wtrętami a la powieść z kluczem (niektóre postacie inspirowane są twórczością Tomasza Manna, Nietzschego, Jakuba Burkhardta), o kulturze i władzy, historii i jej „bojkocie”, intelektualistach i ich społecznej odpowiedzialności. Ciekawe, że choć Grę szklanych paciorków napisano i opublikowano podczas II wojny światowej, nie zawiera ona w zasadzie żadnej aluzji do spraw takich jak totalitaryzm i autorytaryzm, okrucieństwa i ludobójstwo, technika i wojna. Tym intrygującym brakiem wyraźnego zatroskania otaczającym go bezpośrednio kontekstem historycznym Hesse różni się zdecydowanie od swego przyjaciela Tomasza Manna (1875-1955), którego wielkie powieści, zwłaszcza Doktor Faustus (1947), podobny do Gry szklanych paciorków ze względów konstrukcyjnych, a także poprzez podobną reakcję na Zeitgeist połowy XX wieku, objawiają postawę „widza zaangażowanego”, (spectateur engage, określenie Raymonda Arona) wobec wydarzeń bieżących. W literaturze niemieckiej najbliższy Hessemu, co się tyczy interpretacji i przedstawienia historii, jest Ernst Junger (1895-1998), szczególnie poprzez jego wizję „anarcha”, człowieka wyższego, chroniącego się przed historią w amnezyjno-amniotycznym lesie, wybierając zatem samotność zamiast społeczeństwa, życie kontemplacyjne zamiast aktywności. Tę swoistą wyniosłą negację historii, obecną już w powieści Heliopolis, Ruckblick auf eine Stadt (1947), Junger rozwija w swej dystopii Eumeswil z 1977. Podczas gdy anarchista zależny jest od władzy, nawet gdy przeciwko niej występuje (ba, właśnie dlatego), i nadal pozostaje „zwierzęciem społecznym” (zoon politikon) nawet wówczas, gdy bierze udział w antyspołecznej konspiracji, „anarch” to ktoś absolutnie wolny i całkowicie pozbawiony władzy. Jeżeli użyć terminu Michela Foucault, „anarch” to jedyna istota ludzka, która nie żyje w obrębie mikrofizyki władzy; od siebie bym dodał, że jest to jedyna istota ludzka, która nie reprodukuje metafizyki władzy.

Dla narratora Hessego i jego bohaterów historia jaką znamy, sytuuje się w jakiejś mglistej i względnie odległej przeszłości, określanej jako „epoka felietonu”, „czas przejściowy”, okres zamętu, przemocy i duchowego upadku, który charakteryzuje najlepiej fascynacja (heglowską) filozofią dziejów i „felietonizm”. Jednakże Kastalia Hessego to nie całkiem rzeczywistość posthistoryczna, prototyp zaś człowieka kastalskiego no niezupełnie heglowski „ostatni człowiek”, co osunął się na powrót w zwierzęcość, chociaż jak się zdaje, utracił on jeden z fundamentalnych rysów ludzkich – pamięć. Kastalia nie jest jednorodnym, odizolowanym terytorium z tradycji utopijnej; funkcjonuje ona jako sieć elitarnych wspólnot, przypominających nieco niektóre klasztory czy uniwersytety, bądź to zamknięte w pierścieniu murów, bądź usytuowane w (małych) miastach. Wszelako statusem przestrzennym w Kastalii jest eksterytorialność, co przypomina tezę Kościoła Katolickiego, iż nie jest on z tego świata, a więc znajduje się poza zasięgiem i jurysdykcją władzy doczesnej. Z drugiej strony, ponieważ boskim mandatem Kościoła jest powszechne zbawienie, ta eksterytorialna instytucja ma prawo wglądu i interwencji, wedle swej woli, w nasze podksiężycowe życie. Ta ambiwalentna pozycja Kościoła i ten model „władzy pasterskiej” (M. Foucault) pozostają najczęstszymi wzorcami relacji między kulturą a władzą, między świeckimi intelektualistami a ustrojem politycznym.

Jak w większości utopii, zachodzi jednak stała wymiana między instytucjami kastalskimi a otoczeniem; ponieważ wszyscy Kastalianie są mężczyznami żyjącymi w celibacie i nie dysponującymi inną formą przedłużania bytu swej wspólnoty ascetycznej (jak nieśmiertelność, odradzanie się, klonowanie), przeto prowadzą oni, gruntownie przeczesując szkoły z realnego świata, rekrutację dzieci ludzi świeckich pod kątem ich uzdolnień intelektualnych i artystycznych. Tak tedy niektóre dzieci ze świeckiej elity przybywają do Kastylii jedynie dla zdobycia wykształcenia, po ukończeniu zaś szkół na powrót włączają się w życie aktywne i pełnią funkcję pośredników między oboma światami. W wypadkach skrajnych i w okolicznościach wyjątkowych nawet niektórzy Kastylijczycy mogą na zawsze opuszczać „prowincję pedagogiczną”. Tak właśnie czyni główny bohater powieści Józef Knecht po osiągnięciu pełni duchowego samourzeczywistnienia i najwyższych urzędów. Ów dobrowolny powrót Józefa Knechta do świata jest aktem najwyższej odwagi i przenikliwego wyboru, i takie właśnie jest niewątpliwie przesłanie Gry szklanych paciorków: vita conemplativa niekoniecznie jest czymś wartościowym, godniejszym czy też wierniejszym wobec głębokiego sensu ludzkiej egzystencji niż vita activa. Co jeszcze bardziej dramatyczne, niemal natychmiast po powrocie do życia aktywnego Knecht umiera, a jego śmierć łagodzi tylko fakt znalezienia przezeń obiecującego ucznia. Sugeruje to, że w istocie nie da się pogodzić dwubiegunowych imperatywów kategorycznych, i to nawet w przypadku ludzi najbardziej utalentowanych („wybranych”), electi, jak nazywa się nieraz Kastylijczyków, co jest aluzją do mistyczno-klasztornego ustroju prowincji. Śmierć Knechta symbolizuje również tragiczne rozłączenie dwóch równie prawomocnych, „autentycznych” i wartościowych światów, które powinny być w pełni zintegrowane, a nie przeciwstawne sobie.

Jest to fragment przedmowy do Dziennika z Paltinisu, po tym wprowadzeniu autor przechodzi do głównego bohatera tej książki jakim jest Constantin Noica mający idee na temat edukacji nie mniej fantastyczne niż "prowincja pedagogiczna"

Gabriel Liiceanu
Dziennik z Paltinisu. Pajdeja jako model w kulturze humanistycznej.
Tłumaczenie: Ireneusz Kania
s. 8-11 ( z pominięciem przypisów)


Szkoda, że w swej interesującej przedmowie, Sorin Antohi nie wyraził swego zdania na temat kończącej dzieło „biografii indyjskiej”. Przyznam, że Grę szklanych paciorków czytałem bardzo dawno temu, nie jestem zatem pewien ani tytułu tego wkomponowanego w powieść obszernego indyjskiego opowiadania, ani nawet tego czy kończy ono książkę a nie mam do niej obecnie dostępu. Nie mniej jest to historia jogina, który po odejściu na leśne odosobnienie, już nigdy go nie opuścił, czyli inaczej jak Knecht. Trudno powiedzieć jaki wpływ miała na psychikę ludzką gra szklanych paciorków, natomiast kontemplacja i leśna medytacja pogłębiają jeszcze potrzebę odosobnienia i z punktu widzenia jogina sprawy wygadają inaczej niż przedstawia to autor przedmowy. Powrót do świata jest niczym innym jak tylko dowodem na brak mentalnej równowagi, by nie rzec ostrzej szaleństwem. Jednakże jogin gra o wszystko, to jest wolność i nieśmiertelność, związku z czym nawet jeżeli czuje się nieszczęśliwy w lesie, Budda doradza mu ny zacisnął zęby i pozostał na odosobnieniu, nie zawsze droga do trwałego szczęścia wiedzie przez przyjemność. Jednak gdy prawidłowo podążamy za instrukcjami Buddy, doprawdy nie ma potrzeby by zaciskać zęby, nasze oddalenie od świata z czasem staje się coraz przyjemniejsze, aż w pewnym momencie powrót do świeckiego życia staje się już niemożliwy:

„Przyjaciele, rzeka Ganges skłania się, skierowuje i inklinuje ku wschodowi. Załóżmy, że wielki tłum ludzi przyjdzie przynosząc że sobą łopaty i wiadra, myśląc: 'Sprawimy, ze ta rzeka Ganges zacznie się skłaniać, skierowywać i inklinować ku zachodowi'. Jak myślicie przyjaciele, czy ten wielki tłum ludzi byłby w stanie sprawić, że rzeka Ganges zacznie się skłaniać, skierowywać i inklinować ku zachodowi?” „Nie, przyjacielu. Z jakiego powodu? Ponieważ rzeka Ganges skłania się, skierowuje i inklinuje ku wschodowi, i nie jest łatwym sprawić by zaczęła skłaniać, skierowywać i inklinować ku zachodowi. Ten wielki tłum ludzi spotkałby się ze zmęczeniem i rozczarowaniem”.

„Tak też, przyjaciele, kiedy mnich utrzymuje przy istnieniu i kultywuje cztery podstawy uważności, królowie i królewscy ministrowie, przyjaciele czy koledzy, rodzina czy krewni, mogą zaprosić go by zaakceptował bogactwo, mówiąc: 'Chodź, dobry człowieku, dlaczego pozwolić, by ciążyła ci ta żółta szata? Dlaczego włóczyć się dookoła z wygoloną głową i żebraczą miską? Chodź, zrezygnuj z treningu, ciesz się bogactwem i rób czyny zasługi'. W rzeczy samej, przyjaciele, kiedy ten mnich utrzymuje przy istnieniu i kultywuje cztery podstawy uważności, nie jest możliwe, by zrezygnował z treningu i wrócił do niższego życia. Z jakiego powodu? Ponieważ przez długi czas jego umysł skłaniał, skierowywał i inklinował się ku odosobnieniu. Dlatego nie jest możliwe, by zrezygnował z treningu i wrócił do niższego życia.

SN 52: 8

Nie zapominajmy jednak, że Grę szklanych paciorków pisał człowiek, który był trzy razy żonaty, siłą rzeczy musiał mieć spaczoną wizję tego co naprawdę przyjemne, choć oczywiście pewnej inteligencji Hessemu nie można odmówić. Przyjemność medytacji, kontemplacji i odosobnienia, jest zaciemniana przez zmysłowe przyjemności i by dojść do tego ukrytego źródła, należy najpierw zrezygnować z przyjemności zmysłowych. A to jest poza zdolnością większości ludzi, jakkolwiek silne byłyby ich inklinacje ku duchowości.

sobota, 15 lutego 2014

Wiersz na drzwiach domu Hermana Hesse


"Słowa Meng Xia (ze starochińskiego) :

Jeśli ktoś się zestarzał i już zrobił swoje,
przystoi mu w ciszy zaprzyjaźnić się ze śmiercią.
Nie potrzebuje ludzi. Zna ich, widział ich dosyć.
Tym, czego potrzebuje, jest cisza.
Niestosowne jest odwiedzać takiego człowieka,
odzywać się do niego, męczyć go gadaniną.
Bramy jego domu godzi się minąć,
jakby nikt w nim nie mieszkał."

sobota, 18 stycznia 2014

Tak bywa


„Tak bywa, gdy człowiek odda całe uczucie jednemu tylko przedmiotowi: wraz z jego utratą zapada się w nim wszystko, on zaś stoi, zubożały, wśród ruin”.

Hermann Hesse, Gra szklanych paciorków. Przeł. M. Kurecka

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Medytacją i dyscypliną


„Niedomogi jego przejawiają się fizycznie w stanach depresji, okresach bezsenności i w bólach nerwowych, psychicznie okresowo w melancholii, gwałtownej potrzebie samotności, lęku przed obowiązkami i odpowiedzialnością, przypuszczalnie również w myślach o samobójstwie. Tak ciężko upośledzony, człowiek ten utrzymuje się medytacją i wielką dyscypliną wewnętrzną dzielnie w ryzach, do tego stopnia, iż większość ludzi z jego otoczenia nie ma nawet pojęcia, jak poważnie cierpi, zauważając jedynie ogromną jego nieśmiałość i zamknięcie w sobie”.

Hermann Hesse, Gra szklanych paciorków. Przeł. M. Kurecka

sobota, 9 lutego 2013

Hermann Hesse - Smutek


Kwiaty, co jeszcze wczoraj
jaśniały od kwitnienia,
spadają w zwiędłych kolorach
z drzewa osamotnienia.

Widzę, jak lecą z obłoków
niczym śnieżynki na ziemię.
Nie słychać dudnienia kroków,
zbliża się wielkie milczenie.

Na niebie gwiazdy nie błyszczą,
w sercu miłość nie gości.
Milczenie ogarnia wszystko,
świat pusty i pełen szarości.

Kto serce od łez uchroni
w czasach wielkiego cierpienia?
Spadają kwiaty na błonie
z drzewa osamotnienia.


przełożył Jan Koprowski

piątek, 8 lutego 2013

Hermann Hesse - We mgle

We mgle się wszystko nurza,
samotność domów i bram.
Drzewo nie widzi wzgórza,
każdy jest sam.

Pełen przyjaciół był świat,
światło sprzyjało życiu.
Teraz, gdy spada mgła,
wszystko zanika w ukryciu.

Zaprawdę nie wie nic,
kto nie przebywał w mrokach,
kto ócz nie widzi i lic —
powszędy ciemność głęboka.

Dziwnie we mgle wędrować,
życie kołacze u bram.
Człowiek przed ludźmi się chowa,
każdy jest sam.


przełożył Jan Koprowski