Bez końca z ziemskich padołów
Odorem nędzy życie na nas bucha.
Upojnym czadem dymi ludzka jucha
Z tysiąca czasz wylana u katowskich stołów.
Spazmem rozkoszy, febrą dzikiej chuci
Szarpany, motłoch w słodkiej ginie męce.
Dziady, mordercy, lichwiarze, bankruci
Wszędzie tak samo załamują ręce.
Biczem obłędu trzoda ludzka szczuta,
Śmierdzi zgnilizną jak studnia zatruta,
Dusi się, poci, zachłystuje, dławi,
Pożera siebie samą i nie trawi.
Wojny wciąż nosi w swym skalanym łonie,
Wzniosłymi sztuki otumania Muzy
I przyozdabia płonące zamtuzy,
Gdzie własnym ciałem kupcząc - sama spłonie.
Na pstrych jarmarkach dziecinnej uciechy
Pęta się, szwenda i zawsze z ochotą
Każdego, kto jej powolny, pcha w błoto
I razem gniją: dwa cuchnące grzechy.
Lecz myśmy siebie odnaleźli w sferze
Gwiazd, co się blaskiem lodowatym palą:
Żyjemy jak bogowie w śródgwiezdnym eterze,
Nie znamy dni ni godzin, radości ni żalu.
Tu - płci nie mamy i nie mamy wieku,
Wszystko tu jedno: daleko czy blisko,
Na twoje grzechy i bóle, człowieku,
Patrzymy stąd z uśmiechem jak na widowisko.
Każdy nasz dzień tu - ma długość wieczności,
Nie odróżniamy już grzechu od cnoty.
W odwieczną gwiazd gonitwę zapatrzeni,
Na żywot wasz łaskawym spoglądamy okiem,
Płucami chłonąc mróz bezkresnych tych przestrzeni,
Jesteśmy za pan brat z wielkim, niebieskim smokiem.
Chłodna jest nasza wieczność i nic już nas nie czeka,
Chłodny jest nasz śmiech nad dolą człowieka.
Tlumaczenie: Józef Wittlin
Pokochanie innej osoby dowodzi zmęczenia samotnością: jest więc tchórzostwem i zdradą wobec samego siebie (jest rzeczą najwyższej wagi, abyśmy nikogo nie kochali). Fernando Pessoa
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hermann Hesse. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hermann Hesse. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 9 lutego 2017
środa, 11 maja 2016
Atak głębokiego zniechęcenia i mdlącego wstrętu do życia
Dzisiaj więc znowu spędziłem chwilę przed tymi obrazkami, a że ogarnęła mnie wskutek tego pustka, nuda i palące pragnienie, by zapomnieć o całym tym samym w sobie jakże szacownym świecie koncertów, gry, poprawnych par narzeczeńskich i rzepek, zamknąłem oczy i w duchu błagałem Boga o ratunek, albowiem czułem, że zbliża się atak głębokiego zniechęcenia i mdlącego wstrętu do życia, które to ataki ku memu ubolewaniu zaskakują mnie zawsze wtedy, gdy akurat z najlepszą wolą i całą powagą usiłuję otrząsnąć się z mego pustelnictwa i mizantropii oraz dzielić szczęście i niedole większości.
Hermann Hesse, Kuracjusz
tłumaczenie: Małgorzata Łukasiewicz
Hermann Hesse, Kuracjusz
tłumaczenie: Małgorzata Łukasiewicz
niedziela, 8 maja 2016
Spojrzenie raczej smutne niż ironiczne
Otóż pewien
sławny historiozof i
krytyk kultury, człowiek o europejskim nazwisku, zapowiedział swój wykład w auli; udało mi się
namówić wilka stepowego do pójścia na ten wykład,
choć
początkowo wcale nie miał na to ochoty. Poszliśmy tam razem i
siedzieliśmy na
sali obok siebie. Gdy prelegent wszedł na katedrę
i zaczął wygłaszać prelekcję,
rozczarował swoim nieco
kokieteryjnym i pyszałkowatym wystąpieniem wielu
słuchaczy,
którzy spodziewali się dostrzec w nim proroka. Kiedy więc zaczął
mówić i
na wstępie zwrócił się do obecnych z paroma
pochlebstwami, dziękując jednocześnie
za liczną frekwencję,
wilk stepowy rzucił mi krótkie spojrzenie, pełne krytycyzmu zarówno wobec słów, jak i całej
osoby prelegenta; ach, niezapomniane i straszne
spojrzenie, o
którego znaczeniu można by napisać całą książkę! Spojrzenie
to nie tylko
krytykowało tego właśnie mówcę i unicestwiało
sławnego człowieka swoją nieodpartą,
choć łagodną ironią:
było raczej smutne niż ironiczne, nawet przepastnie i
beznadziejnie smutne. Treścią bowiem tego spojrzenia była cicha
rozpacz, która w
pewnym sensie stała się już nawykiem i formą.
Swoją rozpaczliwą jasnością spojrzenie to prześwietlało nie tylko
osobę nadętego mówcy, ale wyszydzało i osądzało
sytuację
chwili, oczekiwanie i nastrój publiczności, nieco pretensjonalny
tytuł
zapowiedzianej prelekcji - nie - spojrzenie wilka stepowego
przenikało całą naszą
współczesność, całą zapobiegliwą
krzątaninę, całe karierowiczostwo i próżność, całą
powierzchowną grę zarozumiałej, płytkiej duchowości i - niestety
- sięgało jeszcze
głębiej, nie tylko do braków i
beznadziejności naszych czasów, naszej mentalności, naszej kultury, ale przenikało aż do
serca człowieczeństwa, wymownie wyrażało w
jednej sekundzie całe
zwątpienie myśliciela, być może wtajemniczonego w godność i
sens życia ludzkiego w ogóle. Spojrzenie to mówiło: “Patrz,
jakimi jesteśmy małpami!
Patrz, jaki jest człowiek!” - i cała
sława, cała mądrość, wszystkie zdobycze ducha,
wszystkie
dążenia do wzniosłości, wielkości i trwałości, do tego co
ludzkie, runęły i
stały się małpią igraszką!
Hermann Hesse Wilk stepowy
tłumaczenie: Gabriela Mycielska
sobota, 7 maja 2016
Zdawać sobie sprawę z ułomności języka, z wieloznaczności słów ...
Wśród ludzi wykształconych i bystrych zdarza się co chwila, że jeden uznaje mentalność, język, dogmaty i mity drugiego za rzeczy subiektywne, za czyste przymiarki, przelotne metafory. Ale żeby przyjąć to samo w stosunku do siebie i do siebie zastosować oraz zarówno sobie, jak przeciwnikowi przyznać prawo do własnego, określonego od wewnątrz i koniecznego sposobu myślenia i języka, to jest żeby dwoje ludzi wymieniało poglądy i zdawało sobie sprawę z ułomności swych narzędzi, z wieloznaczności słów, z niemożliwości naprawdę ścisłego wyrażenia myśli, a więc i z konieczności intensywnych ustępstw, wzajemnej serdecznej uprzejmości i intelektualnej rycerskości – ta fortunna, między istotami myślącymi zdawałoby się oczywista sytuacja zachodzi w praktyce tak żałośnie rzadko, że wszelkie zbliżenie do niej, wszelkie choćby cząstkowe jej urzeczywistnienie witamy z entuzjazmem.
Hermann Hesse Kuracjusz
tłumaczenie: Małgorzata Łukasiewicz
Hermann Hesse Kuracjusz
tłumaczenie: Małgorzata Łukasiewicz
niedziela, 9 listopada 2014
Byłem poszukującym i jestem nim dotąd, nie szukam już jednak w gwiazdach i księgach ...
Niewielu dzisiaj zdaje sobie sprawą,
czym jest człowiek. Lecz wielu czuje to, i
dlatego lżej im
umierać, jak i mnie będzie lżej umrzeć po napisaniu tej
historii.
Nie mogę siebie nazwać wiedzącym. Byłem poszukującym
i jestem nim dotąd,
nie szukam już jednak w gwiazdach i księgach,
zaczynam bowiem słyszeć nauki,
którymi szemrze we mnie własna
krew. Historia moja nie jest przyjemna, nie jest
ckliwa i pełna
harmonii, jak historie wymyślane, ma posmak nonsensu,
pomieszania
szaleństwa i marzeń, jak życie wszystkich ludzi, którzy nie chcą
siebie
już dłużej okłamywać.
Hermann Hesse, Demian
tłumaczenie: Maria Kurecka
sobota, 16 sierpnia 2014
Lasu nie opuścił już nigdy
— Mistrzu — przemówił wówczas
pokornie Dąsa — idę dalej swoją drogą, nie będę już zakłócać
ci spokoju. Ale jeszcze ten jeden raz pozwól mi, o, czcigodny, na
prośbę. Gdy
opowiedziałem ci moje życie, zaśmiałeś się i
zawołałeś „Maja". Błagam cię, daj mi się czegoś więcej
dowiedzieć o Mai.
Joga zawrócił do chaty, a spojrzeniem nakazał,
by Dąsa
poszedł za nim. Starzec chwycił misę z wodą, podał ją
Dasie i kazał mu umyć ręce. Dąsa posłusznie rozkaz ów wypełnił.
Potem mistrz wylał resztę wody z misy na paprocie, podsunął ją,
już pustą, młodemu i kazał przynieść świeżej wody. Dąsa
usłuchał i pobiegł, uczucie rozstania przenikało mu serce, bo oto
po raz ostatni szedł wąską ścieżką
do źródła, po raz
ostatni niósł lekką misę, o gładkich od
zużycia wyszlifowanych
brzegach ku niewielkiemu lustru
wody, w którym odbijały się
paprocie, sklepione korony
drzew i rozsianymi, jasnymi punktami
także łagodny błękit
nieba, wody, w Której brunatnym mroku, gdy
schylił się
nad nią, także po raz ostatni ujrzał wizerunek
własnej twarzy. Zanurzył misę w wodzie, powoli, w zamyśleniu,
czuł
jakąś niepewność, której nie potrafił sobie wyjaśnić,
dziwnie mu było, nie pojmował także dlaczego, skoro zdecydował
się już przecież na wędrówkę, przykro mu się zrobiło,
że
starzec nie zaprosił go, by został jeszcze trochę, może
na
zawsze.
Przykucnął na skraju źródła,
pociągnął łyk wody, podniósł
się ostrożnie z misą, by
niczego nie uronić i już chciał ruszyć w krótką powrotną
drogę, gdy ucho jego podchwyciło
dźwięk, zachwycający go i
przerażający, głos, który słyszał
w niejednym ze swoich snów
i o którym częstokroć w gorzkiej tęsknocie rozmyślał także na
jawie. Słodko brzmiał ów
głos, słodko, dziecięco i miłośnie
wabił w leśnej pomroce, aż
serce Dąsy zadrżało z rozkoszy i
lęku. Był to głos Pravati,
jego żony. „Dąsa" — wabiła
go. Rozejrzał się dokoła z niedowierzaniem, nadal trzymając
jeszcze w rękach misę z wodą i
oto nagle pojawiła się pośród
pni drzewnych, smukła' i
giętka, na wysokich nogach, Pravati, jego
ukochana, niezapomniana, niewierna. Dąsa upuścił misę i pobiegł
naprzeciw miłej.
(...)
Gdy ocknął się z owej krótkiej
drzemki, chciał, oszołomiony, przetrzeć oczy, lecz nie mógł tego
zrobić, obie ręce miał
już bowiem zajęte, trzymały coś, a gdy
do cna otrzeźwiał
i oczy otworzył szeroko, nie otaczały go mury
więzienia, jeno zielone światło jasną, silną strugą przepływało
przez liście i mech, długo mrużył oczy, gdyż owo światło
ugodziło go
jak bezszelestny, choć gwałtowny cios, wzdrygnął
się, przeszył go dreszcz przerażenia, raz jeszcze przymrużył
oczy,
wy Krzywił twarz jakby w płaczu i znowu szeroko oczy
otworzył. Stał oto w lesie, oburącz trzymając misę pełną
wody, u jego stóp migotało brunatną i zieloną barwą źródełko,
dalej zaś, za gęstwiną paproci, wiedział, że stoi chata
i czeka
joga, który posłał go po wodę, ten sani joga, co
śmiał się
tak dziwnie i którego Dąsa prosił, by powiedział
mu cokolwiek o
Mai. A więc nie przegrał bitwy ani nie stracił syna, nie był ani
księciem, ani ojcem; natomiast joga
spełnił jego prośbę i
pouczył go, czym jest Maja: pałac
i ogród, biblioteka i hodowla
ptaków, troski książęce i ojcowska miłość, wojna i zazdrość,
miłość do Pravati i gwałtowna do niej nieufność, wszystko było
niczym — nie, nie
niczym, było Mają! Dąsa stał wstrząśnięty,
łzy spływały
po jego policzkach, misa, którą właśnie napełnił
wodą dla
pustelnika, drżała i chwiała się w jego rękach, woda
przelała się wierzchem, kapiąc mu na nogi. Wydało mu się, że
rękę mu obcięto czy też może coś wyjęto z jego głowy, pustka
w nim panowała: odjęto mu oto nagle długie lata życia,
skarby,
których pilnie strzegł, radości, jakich zaznał, bóle,
które
znosił, lęki, rozpacz graniczącą ze śmiercią, wszystko
to
znikło, zagasło, stało się niczym — a jednak nie niczym!
Wspomnienia pozostały bowiem, pozostały w nim obrazy,
jeszcze
widział siedzącą, wysoką a nieporuszoną postać Pravati o nagle
posiwiałych włosach, na jej kolanach leżał syn,
jakby sama go
zadusiła, leżał jak zdobycz, a jego omdlałe
już ręce i nogi
zwisały z jej kolan. O, jakże szybko, szybko
i straszliwie, jak
okrutnie i dokładnie pouczony został, czym
jest Maja! Wszystko
uległo przesunięciu, wiele lat, pełnych
przeżyć, skurczyło się
do rozmiarów chwil, wszystko, co
przed chwilą jeszcze przejmującą
wydawało się rzeczywistością, snem było, a może i wszystko
inne, co działo się wcześniej, także było snem: owe historie o
książęcym synu, Dasie, jego życiu wśród pasterzy, ożenku,
zemście na Nali,
ucieczce do pustelnika; obrazy to były jeno,
takie, jakie podziwiać można na pokrytej rzeźbami ścianie pałacu,
gdzie
pośród kwiatów, gwiazd, ptaków i gałęzi widać także
małpy
i bogów. A czyż wszystko, co teraz właśnie przeżywał i
miał
przed oczami, to przebudzenie się ze snu o życiu księcia,
wojnie, więzieniu, to stanie tu, przy źródle, ta misa z której
oto
wylał trochę wody, te myśli, które krążyły mu w głowie
—
czyż i to (w końcu nie z tej samej składało się materii,
nie
było również snem, iluzją, Mają? A wszystko, co jeszcze
miał przeżyć, oglądać oczami, dotykać rękami, aż po chwilę
śmierci, która kiedyś nastąpi — czyż inne było, z innej
materii? Igraszką była, iluzją, złudzeniem i marzeniem, snem,
Mają, cała ta piękna i straszliwa, zachwycająca i rozpaczliwa
obrazkowa loteryjka życia, wraz z wszystkimi palącymi
rozkoszami i
palącymi bólami.
Dąsa ciągle jeszcze stał jak
odurzony i porażony. Misa
znowu zachybotała w jego rękach, woda
się wylała, chłodnym bryzgiem oblała palce jego nóg i rozpłynęła
się. Cóż
miał robić? Ponownie napełnić misę, odnieść ją
jodze, dać
mu się wyśmiać z racji wszystkiego, co w owym śnie
wycierpiał? Nie nęciło go to. Opuścił misę, wylał do reszty
wodę, rzucił naczynie na mech. Siadł pośród zieleni i jął się
poważnie zastanawiać. Dość miał, aż nazbyt dość tych mrzonek,
tych demonicznych splotów przeróżnych przeżyć, radości i
cierpień, co serce uciskały, sprawiając, że krew zastyga w
żyłach, a potem nagle okazywały się Mają, pozostawiając człeka
wystrychniętego na dudka, dość miał wszystkiego, nie pragnął
już żony ani dziecka, ani tronu, ani zwycięstwa, ani zemsty, ani
szczęścia, ani mądrości, ani władzy,
ani cnoty. Niczego więcej
nie pragnął prócz spokoju i końca,
niczego nie chciał, jak
tylko zatrzymać i zagasić to wiecznie obracające się koło, ten
bezkresny kalejdoskop obrazów.
Chciał osiągnąć spokój i
zginąć, podobnie jak tego pragnął,
gdy podczas owej ostatniej
bitwy rzucił się pomiędzy nieprzyjaciół, rażąc i sam będąc
rażony, rany zadając i otrzymując, aż omdlał pod ciosami. Lecz
cóż potem? Potem była
pauza omdlenia, drzemki albo śmierci. A
zaraz potem
budził się człowiek znowu, musiał ponownie w oczy
swoje
przyjmować mnóstwo obrazów, strasznych, pięknych,
przerażających, prąd życia znów przenikał jego serce i tak bez
końca, bez ratunku, aż do następnego omdlenia, do następnej
śmierci. Bowiem śmierć taka oznaczała może przerwę,
krótki,
niewielki odpoczynek, nabranie oddechu, lecz potem
trzeba było iść
dalej, stając się znowu jedną z tysiąca postaci
w dzikim,
szaleńczym i rozpaczliwym tańcu życia. Ach, nie
istniało
unicestwienie, nie było kresu.
Niepokój kazał mu zerwać się znowu.
Jeśli już w przeklętym owym korowodzie nie było odpoczynku, jeśli
jedyne
i największe jego życzenie spełnić się nie mogło, mógł
przecie na nowo napełnić misę wodą i zanieść ją owemu
starcowi, co przynieść sobie wody rozkazał, choć w istocie nie
miał prawa rozkazywać mu. Była to przysługa, jakiej od
niego
zażądano, zlecenie, które posłusznie można było wypełnić,
zawszeć to lepsze, niż tak siedzieć i wynajdywać sobie metody
samounicestwienia, w ogóle zresztą posłuszeństwo i służba
lepsze były i lżejsze, znacznie bardziej niewinne i zdrowe niż
panowanie i odpowiedzialność, tyle Dąsa
już wiedział. Dobrze
tedy, Dąsa, bierz ową misę, napełnijże ją wodą i zanieś swemu
panu!
Gdy wrócił przed chatę, mistrz
powitał go osobliwym
spojrzeniem z lekka pytającym, na poły
współczującym, na
poły ubawionym i porozumiewawczym,
spojrzeniem, jakie
starszy chłopak może rzucić młodszemu, gdy
widzi go powracającego po trudnych, nieco zawstydzających
przygodach, po próbie odwagi, którą mu sam narzucił. Ów
książę-pastuch, ów biedak, który do niego się przybłąkał,
wracał
teraz wprawdzie tylko od źródła, wodę przynosił, nawet
kwadransa nie trwała jego droga, ale mimo to powracał
również z
więzienia, utracił żonę, syna, księstwo, całe życie
ludzkie
przeżył, raz jeden okiem rzucił na obracające się
koło.
Zapewne młodzieńca tego wcześniej już choć raz albo
i parę
razy budzono i zdołał on zaczerpnąć haust rzeczywistości,
inaczej nie przyszedłby tutaj ani nie siedział tu
tak długo;
teraz jednak wydawał się zbudzony prawdziwie,
dojrzały już do
wkroczenia na długą drogę. Wiele lat strawi pustelnik na tym, aby
owego młodzieńca nauczyć przynajmniej należytej postawy i sposobu
oddychania.
I tylko tym spojrzeniem, leciutką
oznaką życzliwego zainteresowania, bezgłośnym zaznaczeniem
powstałego pomiędzy nimi kontaktu — kontaktu mistrza z uczniem —
jedynie tym spojrzeniem dokonał joga przyjęcia ucznia. Spojrzenie
to przepędziło zbędne myśli z głowy ucznia, wprowadzając go w
ład i służbę. A więcej nie da się opowiedzieć
o życiu Dąsy,
reszta dokonała się bowiem poza granicami
obrazów i opowieści.
Lasu nie opuścił już nigdy.
Hermann Hesse, Gra szklanych paciorków
(Życiorys Hinduski)
tłumaczenie: Kuria Kurecka
s. 548; 564-567 odpowiednio
Metafora samsary jako snu jest dla
praktykującego użyteczna, jako że rodzi pewien rodzaj oderwania i
zobojętnienia na dookolną rzeczywistość. Maja nie jest też
pojęciem niezgodnym z Nauką Buddy, o ile zdecydujemy się na
terminologię, gdzie następuje zrównanie: nietrwałe =
nierzeczywiste. Co prawda sercem Nauki Buddy jest doktryna anatta –
nie-ja ale jako, że „ja” nierozerwalnie związane jest z tym co
„ja” posiada, a nikt zdrowy na umyśle nie potraktuje sennych
posiadłości poważnie, nie możemy się zgodzić z tym, by
koncepcja Maji nie miała nic wspólnego z Dhammą. Jak najbardziej
można ją zaadoptować na własne potrzeby, o ile będzie ona służyć
i wspierać oderwanie i beznamiętność, a nie metafizyczne
rozważania o naturze świata, przed którymi Budda przestrzegał.
czwartek, 14 sierpnia 2014
U milczącego jogina
Przez zieleń
łąk ciągnęło go do
lasu, pod drzewa, w mrok, usiany drobnymi słonecznymi plamami, a tam
wzmogło się w nim jeszcze uczucie powrotu i domu, wiodąc po
drogach, które nogi
jego same zdawały się znajdować, aż przez
gęstwinę paproci, gęsty ich zagajnik pośród wielkiego lasu,
dotarł do malutkiej chatki, a przed chatą siedział na ziemi
nieruchomy
joga, którego niegdyś podpatrywał i mleko mu
przynosił.
Dąsa stanął, jakby przebudzony. Wszystko było tu
takie,
jak niegdyś czas tu nie upływał, nie mordowano, nie
cierpiano: czas i życie zdawały się trwać tutaj, mocne jak
kryształ, spokojne, wieczne. Przyjrzał się starcowi, a do
serca
wrócił mu podziw, miłość i tęsknota, jakich niegdyś
doznał
widząc go po raz pierwszy. Przyjrzał się chacie i pomyślał, że
przed nastaniem następnej pory deszczowej warto
by ją trochę
podreperować. Potem odważył się zrobić
kilka ostrożnych
kroków, wszedł do wnętrza chaty, rozejrzał się, co w niej jest:
niewiele było, nic prawie, posłanie
z liści, misa z resztką wody
i pusty worek z rafii. Wziął
worek, odszedł z nim, poszukał w
lesie jedzenia, przyniósł
owoce i słodką drzewną miazgę, potem
wziął misę i napełnił
ją świeżą wodą. Zrobił, co tylko
można tu było zrobić. Tak
mało trzeba człowiekowi do życia.
Dąsa przykucnął na ziemi i
zapadł w marzenie. Zadowolony był z
tej pełnej milczenia
sjesty i marzeń w lesie, zadowolony z siebie,
z głosu
wewnętrznego który go przyprowadził tutaj, gdzie
jeszcze
jako młodzieniec odczuł niegdyś jakby dom, spokój i
szczęście.
Tak więc pozostał u milczącego jogi.
Odnawiał mu ściółkę na posłaniu, szukał pożywienia dla nich
obu, połatał starą chatę, zabrał się do stawiania drugiej, w
nieznacznej odległości, dla siebie. Starzec zdawał się go
tolerować, choć
w istocie trudno było poznać, czy go w ogóle
dostrzega.
Wstawał z medytacji jedynie po to, by udać się do
chaty
na spoczynek, przegryźć coś lub na małą chwilę pójść
do
lasu. Dąsa żył obok czcigodnego męża niczym sługa w
pobliżu
wielkiego pana lub jak drobne, domowe zwierzątko,
obłaskawiony ptak lub mungo, co przy człowieku żyją,
usłużne i
ledwo zauważalne. Ponieważ uciekając przez długi
czas żył w
ukryciu, niepewny, z nieczystym sumieniem, stale
myśląc o pościgu,
spokojne życie, łatwa praca i sąsiedztwo
człowieka, zdającego
się wcale nań nie zwracać uwagi,
bardzo mu dobrze robiły, nie
nękały go koszmarne sny,
przez pół dnia, a nawet i cały dzień
potrafił zapominać o tym,
co zaszło. O przyszłości nie myślał,
a jeśli czuł tęsknotę Czy
pragnienie, to tylko, aby tu pozostać
przyjęty i wtajemniczony
przez jogę w tajemnicę pustelniczego
życia, sam stać się jogą,
uczestniczyć w jodze i dumnej
niedbałości o ziemskie sprawy.
Zaczął coraz częściej
naśladować pozycję Czcigodnego, siedział,
tak jak i on, ze
skrzyżowanymi nogami, bez ruchu, na równi z
nim patrzył w nie
znany, nierealny świat, obojętniejąc na
wszystko, co go otaczało.
Przeważnie szybko się przy tym
męczył, sztywniały mu członki,
bolały go plecy, dokuczały
komary lub dziwne jakieś dolegliwości
skóry, świerzbienie i
podrażnienie, zmuszające do poruszania
się, podrapania,
wreszcie nawet i do wstawania. Lecz parę razy
doznał innych
jeszcze wrażeń, czuł, jak robi się pusty, lekki,
jak buja
podobnie, jak się to w snach niekiedy zdarza, dotykając
ziemi
tylko od czasu do czasu, leciutko, a łagodnie od niej się
odbijając, by znowu się unosić na podobieństwo kłaczka
wełny.
W takich chwilach jął przeczuwać, jak to być musi
przy ciągłym
takim bujaniu, gdy ciało i dusza zatracają
ciężar, współdrgając
w tchnieniu większego, czystszego,
słonecznego życia, uniesione i
wchłonięte przez świat,
ponadczasowy i niezmienny. Momenty to
były jednak tylko i
przeczucia. A gdy, rozczarowany spadał po
takich chwilach
ponownie w dobrze znaną powszedniość, myślał,
iż powinien
doprowadzić do tego aby mistrz stał się jego
nauczycielem,
wprowadził go w swe ćwiczenia i tajemny kunszt, jego
także
uczynił jogą. Lecz jakże miało się to stać? Wydawało
się, iż
starzec nigdy oczami go nie dostrzega, nic też nie
zapowiadało,
by kiedykolwiek mieli zamienić ze sobą choć słowo.
Starzec
zdawał się istnieć poza dniem i godziną, poza lasem i
chatą a także poza wszelkimi słowami.
Hermann Hesse, Gra szklanych
paciorków
(Życiorys Hinduski)
s. 533-535
tłumaczenie: Kuria Kurecka
poniedziałek, 11 sierpnia 2014
Jogin w lesie
Bardziej nieruchomy niż drzewo, które
przecież oddycha liśćmi i gałęziami, nieporuszony niczym
kamienny posąg
boga, tkwił joga na miejscu swoim, a równie
nieporuszenie
trwał, od chwili gdy go zobaczył, także chłopiec,
do ziemi
przykuty, w okowy zakuty, magicznie przez ów widok
przyciągany. Stał i wpatrywał się w mistrza, widział plamę
słonecznego światła na jego ramieniu, inną plamę słonecznego
światła na złożonych jego rękach, widział, jak świetlne owi
plamy przesuwają się powoli i jak powstają nowe i stojąc tak w
zdumieniu jął pojmować, że te plamy świetlne nic
wspólnego z
człowiekiem owym nie mają, podobnie jak śpiew ptaków i głosy
małp, dochodzące z lasu dokoła, podobnie jak brunatna pszczoła
leśna, która przysiadła na
twarzy medytującego, powąchała jego
skórę, przeszła kawałek po jego policzku, a potem znowu uniosła
się i ule
ciała, podobnie jak całe, bogate a różnorodne życie
lasu!
Dąsa poczuł, że nic z tego, co widzą
oczy, słyszą uszy, co
piękne czy brzydkie, przyjemne czy też lęk
wzbudzające, nic
nie dochodzi do tego świętego człowieka, deszcz
by go nie
oziębił ani mu nie dokuczył, ogień sparzyć by go nie
zdołał,
świat cały wokół niego jest dlań jedynie
powierzchnią, utracił
swoje znaczenie. Przeczucie, że w istocie
cały świat jest może
tylko igraszką i powierzchnią, tchnieniem
wiatru i
zmarszczeniem fal nad nieznaną głębiną przeniknęło
księcia-
pastuszka nie jak myśl, lecz jak dreszcz fizyczny i lekki
zawrót
głowy, jak uczucie grozy i niebezpieczeństwa, a
jednocześnie
tęsknego, pożądliwego przyciągania. Albowiem —
poczuł
przyglądający się chłopiec — ów joga poprzez
powierzchnię
świata, przez powierzchowny świat osunął się w
dół, na dno
istnienia, ku tajemnicy wszechrzeczy, rozdarł
czarodziejską
sieć zmysłów, igraszek świetlnych, szmerów, barw
i doznań,
zrzucił ją z siebie, a teraz trwa, zakorzeniony mocno w
tym,
co prawdziwie istotne i niezmienne. Chłopiec, choć
wychowywany niegdyś przez braminów i obdarowany
niejednym
przebłyskiem duchowego światła, nie pojął tego
rozumem, a
słowami też niczego by o tym powiedzieć nie umiał, lecz wyczuł
to, tak jak w błogosławionej
chwili wyczuwa się bliskość
bóstwa, odczuł jako dreszcz czci
i podziwu dla tego człowieka,
odczuł jako miłość ku niemu
i jako tęsknotę do takiego życia,
jakim żyć się zdawał on,
w medytacji zatopiony i tu oto
siedzący. Tak tedy stał Dąsa,
wstrząśnięty w sercu swoim, gdyż
starzec w sposób osobliwy
przypomniał mu jego pochodzenie,
książęcość i królewskość,
stał na skraju paprociowej
głuszy, pozwolił ptakom odlecieć,
a drzewom wieść nadal
łagodnie szumiące rozhowory, zapomniał o lesie, zapomniał o
stadzie, poddał się czarowi
i patrzył na medytującego
pustelnika, wzruszony niepojętym spokojem i nietykalnością jego
postaci, jasnym spokojem oblicza, siłą i skupieniem z postawy jego
płynącymi
i jego całkowitym oddaniem się służbie.
Potem nie potrafił już opowiedzieć,
czy spędził obok tej
chaty dwie, czy trzy godziny, czy też dni
całe. Gdy czar
prysł, gdy bezszelestnie przekradł się z powrotem
na ścieżkę
między paprociami, poszukał drogi wiodącej z lasu i
dotarł
wreszcie do otwartych pastwisk i stada, uczynił to
wszystko
nieświadomie, w duszy bowiem nadal był jeszcze
zaczarowany, a ocknął się dopiero, gdy jeden z pasterzy go
zawołał.
Pasterz ów powitał go połajaniem za tak długą
nieobecność,
lecz gdy Dąsa spojrzał nań wielkimi, zdumionymi
oczami,
jakby słów jego nie rozumiał, tamten umilkł zaraz,
zdumiony niezwykle obcym spojrzeniem chłopca i uroczystą jego
postawą.
— Gdzieżeś to był, chłopcze? Czy
widziałeś może jakiego boga lub spotkałeś demona?
— Byłem w lesie — powiedział Dąsa
— ciągnęło mnie
tam, miodu chciałem poszukać. Ale później
zapomniałem, bo
zobaczyłem tam człowieka, pustelnika, który
siedział i za
topiony był w rozmyślaniu czy modlitwie, a gdy go
zobaczyłem i gdy twarz jego tak jaśniała, musiałem się
zatrzy
mać i długo na niego patrzeć. A wieczorem chciałbym tam
pójść i zanieść mu dary, bo to święty.
— Zrób to — powiedział pasterz —
zanieś mu mleka
słodkiego i masła; świętych trzeba czcić i
składać im dary.
— Ale jakże mam się do niego
zwrócić?
— Wcale nie potrzebujesz zwracać się
do niego, Dąsa, pokłoń mu się tylko i postaw przed nim dary,
więcej nie trzeba.
Hermann Hesse, Gra szklanych
paciorków
(Życiorys Hinduski)
s. 533-536
tłumaczenie: Kuria Kurecka
poniedziałek, 23 czerwca 2014
Sorin Antohi - Z dala od świata. Kultura a władza
We wspaniałej powieści Gra
szklanych paciorków, która po raz pierwszy ukazała się w
Szwajcarii w 1943 roku i ostatecznie przyniosła autorowi Nagrodę
Nobla w dziedzinie literatury (1946), niemiecki pisarz Hermann Hesse
(1877-1962), zainspirowany wyfantazjowaną przez Goethego „prowincją
pedagogiczną”, opisaną w II części Lat wędrówki Wilhelma
Meistra, odmalował Kastalię, federację elitarnych szkół
działających z dala od „wściekłości i wrzasku” historii i
wyspecjalizowanych w kultywowaniu idealistycznej, wysokiej kultury.
Symboliczna dla Kastalii (nazwanej tak od poświęconego muzom źródła
na Parnasie) była „gra szklanych paciorków”, zawiła lingua
sacra, gra mentalna syntetyzująca na sposób ezoteryczny
najwyższe duchowe dokonania ludzkości. Hesse nie podaje zbyt wielu
szczegółów technicznych tej gry, pozostawiając nam wyobrażanie
sobie, jak też praktykowano ową ars combinatoria czy
mathesis universalis i jak pełniła ona funkcję procesu
twórczego (bliskiego poezji, filozofii i medytacji religijnej), nie
zaś autonomicznej, w gruncie rzeczy jałowej rozrywki (jak szachy).
Wyjąwszy ów tajemniczy rdzeń, cała
opowieść jest zupełnie jasna, przynajmniej dla ludzi
wykształconych. Książka jest refleksją, skomplikowaną
fascynującymi wtrętami a la powieść z kluczem (niektóre postacie
inspirowane są twórczością Tomasza Manna, Nietzschego, Jakuba
Burkhardta), o kulturze i władzy, historii i jej „bojkocie”,
intelektualistach i ich społecznej odpowiedzialności. Ciekawe, że
choć Grę szklanych paciorków napisano i opublikowano
podczas II wojny światowej, nie zawiera ona w zasadzie żadnej
aluzji do spraw takich jak totalitaryzm i autorytaryzm, okrucieństwa
i ludobójstwo, technika i wojna. Tym intrygującym brakiem wyraźnego
zatroskania otaczającym go bezpośrednio kontekstem historycznym
Hesse różni się zdecydowanie od swego przyjaciela Tomasza Manna
(1875-1955), którego wielkie powieści, zwłaszcza Doktor Faustus
(1947), podobny do Gry szklanych paciorków ze względów
konstrukcyjnych, a także poprzez podobną reakcję na Zeitgeist
połowy XX wieku, objawiają postawę „widza zaangażowanego”,
(spectateur engage, określenie Raymonda Arona) wobec
wydarzeń bieżących. W literaturze niemieckiej najbliższy Hessemu,
co się tyczy interpretacji i przedstawienia historii, jest Ernst
Junger (1895-1998), szczególnie poprzez jego wizję „anarcha”,
człowieka wyższego, chroniącego się przed historią w
amnezyjno-amniotycznym lesie, wybierając zatem samotność zamiast
społeczeństwa, życie kontemplacyjne zamiast aktywności. Tę
swoistą wyniosłą negację historii, obecną już w powieści
Heliopolis, Ruckblick auf eine Stadt (1947), Junger rozwija w
swej dystopii Eumeswil z 1977. Podczas gdy anarchista zależny
jest od władzy, nawet gdy przeciwko niej występuje (ba, właśnie
dlatego), i nadal pozostaje „zwierzęciem społecznym” (zoon
politikon) nawet wówczas, gdy bierze udział w antyspołecznej
konspiracji, „anarch” to ktoś absolutnie wolny i całkowicie
pozbawiony władzy. Jeżeli użyć terminu Michela Foucault, „anarch”
to jedyna istota ludzka, która nie żyje w obrębie mikrofizyki
władzy; od siebie bym dodał, że jest to jedyna istota ludzka,
która nie reprodukuje metafizyki władzy.
Dla narratora Hessego i jego bohaterów
historia jaką znamy, sytuuje się w jakiejś mglistej i względnie
odległej przeszłości, określanej jako „epoka felietonu”,
„czas przejściowy”, okres zamętu, przemocy i duchowego upadku,
który charakteryzuje najlepiej fascynacja (heglowską) filozofią
dziejów i „felietonizm”. Jednakże Kastalia Hessego to nie
całkiem rzeczywistość posthistoryczna, prototyp zaś człowieka
kastalskiego no niezupełnie heglowski „ostatni człowiek”, co
osunął się na powrót w zwierzęcość, chociaż jak się zdaje,
utracił on jeden z fundamentalnych rysów ludzkich – pamięć.
Kastalia nie jest jednorodnym, odizolowanym terytorium z tradycji
utopijnej; funkcjonuje ona jako sieć elitarnych wspólnot,
przypominających nieco niektóre klasztory czy uniwersytety, bądź
to zamknięte w pierścieniu murów, bądź usytuowane w (małych)
miastach. Wszelako statusem przestrzennym w Kastalii jest
eksterytorialność, co przypomina tezę Kościoła Katolickiego, iż
nie jest on z tego świata, a więc znajduje się poza zasięgiem i
jurysdykcją władzy doczesnej. Z drugiej strony, ponieważ boskim
mandatem Kościoła jest powszechne zbawienie, ta eksterytorialna
instytucja ma prawo wglądu i interwencji, wedle swej woli, w nasze
podksiężycowe życie. Ta ambiwalentna pozycja Kościoła i ten
model „władzy pasterskiej” (M. Foucault) pozostają
najczęstszymi wzorcami relacji między kulturą a władzą, między
świeckimi intelektualistami a ustrojem politycznym.
Jak w większości utopii, zachodzi
jednak stała wymiana między instytucjami kastalskimi a otoczeniem;
ponieważ wszyscy Kastalianie są mężczyznami żyjącymi w
celibacie i nie dysponującymi inną formą przedłużania bytu swej
wspólnoty ascetycznej (jak nieśmiertelność, odradzanie się,
klonowanie), przeto prowadzą oni, gruntownie przeczesując szkoły z
realnego świata, rekrutację dzieci ludzi świeckich pod kątem ich
uzdolnień intelektualnych i artystycznych. Tak tedy niektóre dzieci
ze świeckiej elity przybywają do Kastylii jedynie dla zdobycia
wykształcenia, po ukończeniu zaś szkół na powrót włączają
się w życie aktywne i pełnią funkcję pośredników między oboma
światami. W wypadkach skrajnych i w okolicznościach wyjątkowych
nawet niektórzy Kastylijczycy mogą na zawsze opuszczać „prowincję
pedagogiczną”. Tak właśnie czyni główny bohater powieści
Józef Knecht po osiągnięciu pełni duchowego samourzeczywistnienia
i najwyższych urzędów. Ów dobrowolny powrót Józefa Knechta do
świata jest aktem najwyższej odwagi i przenikliwego wyboru, i takie
właśnie jest niewątpliwie przesłanie Gry szklanych paciorków:
vita conemplativa niekoniecznie jest czymś wartościowym,
godniejszym czy też wierniejszym wobec głębokiego sensu ludzkiej
egzystencji niż vita activa. Co jeszcze bardziej dramatyczne,
niemal natychmiast po powrocie do życia aktywnego Knecht umiera, a
jego śmierć łagodzi tylko fakt znalezienia przezeń obiecującego
ucznia. Sugeruje to, że w istocie nie da się pogodzić
dwubiegunowych imperatywów kategorycznych, i to nawet w przypadku
ludzi najbardziej utalentowanych („wybranych”), electi,
jak nazywa się nieraz Kastylijczyków, co jest aluzją do
mistyczno-klasztornego ustroju prowincji. Śmierć Knechta
symbolizuje również tragiczne rozłączenie dwóch równie
prawomocnych, „autentycznych” i wartościowych światów, które
powinny być w pełni zintegrowane, a nie przeciwstawne sobie.
Jest to fragment przedmowy do
Dziennika z Paltinisu, po tym wprowadzeniu autor przechodzi do głównego
bohatera tej książki jakim jest Constantin Noica mający idee na temat edukacji nie mniej fantastyczne niż "prowincja pedagogiczna"
Gabriel Liiceanu
Dziennik z Paltinisu. Pajdeja jako
model w kulturze humanistycznej.
Tłumaczenie: Ireneusz Kania
s. 8-11 ( z pominięciem przypisów)
Szkoda, że w swej interesującej
przedmowie, Sorin Antohi nie wyraził swego zdania na temat kończącej
dzieło „biografii indyjskiej”. Przyznam, że Grę szklanych
paciorków czytałem bardzo dawno temu, nie jestem zatem pewien
ani tytułu tego wkomponowanego w powieść obszernego indyjskiego
opowiadania, ani nawet tego czy kończy ono książkę a nie mam do
niej obecnie dostępu. Nie mniej jest to historia jogina, który po
odejściu na leśne odosobnienie, już nigdy go nie opuścił, czyli
inaczej jak Knecht. Trudno powiedzieć jaki wpływ miała na psychikę
ludzką gra szklanych paciorków, natomiast kontemplacja i leśna
medytacja pogłębiają jeszcze potrzebę odosobnienia i z punktu
widzenia jogina sprawy wygadają inaczej niż przedstawia to autor
przedmowy. Powrót do świata jest niczym innym jak tylko dowodem na
brak mentalnej równowagi, by nie rzec ostrzej szaleństwem. Jednakże
jogin gra o wszystko, to jest wolność i nieśmiertelność, związku
z czym nawet jeżeli czuje się nieszczęśliwy w lesie, Budda
doradza mu ny zacisnął zęby i pozostał na odosobnieniu, nie
zawsze droga do trwałego szczęścia wiedzie przez przyjemność.
Jednak gdy prawidłowo podążamy za instrukcjami Buddy, doprawdy nie
ma potrzeby by zaciskać zęby, nasze oddalenie od świata z czasem
staje się coraz przyjemniejsze, aż w pewnym momencie powrót do
świeckiego życia staje się już niemożliwy:
„Przyjaciele, rzeka Ganges skłania się, skierowuje i inklinuje ku wschodowi. Załóżmy, że wielki tłum ludzi przyjdzie przynosząc że sobą łopaty i wiadra, myśląc: 'Sprawimy, ze ta rzeka Ganges zacznie się skłaniać, skierowywać i inklinować ku zachodowi'. Jak myślicie przyjaciele, czy ten wielki tłum ludzi byłby w stanie sprawić, że rzeka Ganges zacznie się skłaniać, skierowywać i inklinować ku zachodowi?” „Nie, przyjacielu. Z jakiego powodu? Ponieważ rzeka Ganges skłania się, skierowuje i inklinuje ku wschodowi, i nie jest łatwym sprawić by zaczęła skłaniać, skierowywać i inklinować ku zachodowi. Ten wielki tłum ludzi spotkałby się ze zmęczeniem i rozczarowaniem”.„Tak też, przyjaciele, kiedy mnich utrzymuje przy istnieniu i kultywuje cztery podstawy uważności, królowie i królewscy ministrowie, przyjaciele czy koledzy, rodzina czy krewni, mogą zaprosić go by zaakceptował bogactwo, mówiąc: 'Chodź, dobry człowieku, dlaczego pozwolić, by ciążyła ci ta żółta szata? Dlaczego włóczyć się dookoła z wygoloną głową i żebraczą miską? Chodź, zrezygnuj z treningu, ciesz się bogactwem i rób czyny zasługi'. W rzeczy samej, przyjaciele, kiedy ten mnich utrzymuje przy istnieniu i kultywuje cztery podstawy uważności, nie jest możliwe, by zrezygnował z treningu i wrócił do niższego życia. Z jakiego powodu? Ponieważ przez długi czas jego umysł skłaniał, skierowywał i inklinował się ku odosobnieniu. Dlatego nie jest możliwe, by zrezygnował z treningu i wrócił do niższego życia.
SN
52: 8
Nie zapominajmy jednak, że Grę
szklanych paciorków pisał człowiek, który był trzy razy
żonaty, siłą rzeczy musiał mieć spaczoną wizję tego co
naprawdę przyjemne, choć oczywiście pewnej inteligencji Hessemu
nie można odmówić. Przyjemność medytacji, kontemplacji i
odosobnienia, jest zaciemniana przez zmysłowe przyjemności i by
dojść do tego ukrytego źródła, należy najpierw zrezygnować z
przyjemności zmysłowych. A to jest poza zdolnością większości
ludzi, jakkolwiek silne byłyby ich inklinacje ku duchowości.
sobota, 15 lutego 2014
Wiersz na drzwiach domu Hermana Hesse
"Słowa Meng
Xia (ze starochińskiego) :
Jeśli ktoś się zestarzał i już zrobił swoje,
przystoi mu w ciszy zaprzyjaźnić się ze śmiercią.
Nie potrzebuje ludzi. Zna ich, widział ich dosyć.
Tym, czego potrzebuje, jest cisza.
Niestosowne jest odwiedzać takiego człowieka,
odzywać się do niego, męczyć go gadaniną.
Bramy jego domu godzi się minąć,
jakby nikt w nim nie mieszkał."
Jeśli ktoś się zestarzał i już zrobił swoje,
przystoi mu w ciszy zaprzyjaźnić się ze śmiercią.
Nie potrzebuje ludzi. Zna ich, widział ich dosyć.
Tym, czego potrzebuje, jest cisza.
Niestosowne jest odwiedzać takiego człowieka,
odzywać się do niego, męczyć go gadaniną.
Bramy jego domu godzi się minąć,
jakby nikt w nim nie mieszkał."
sobota, 18 stycznia 2014
Tak bywa
„Tak
bywa, gdy człowiek odda całe uczucie jednemu tylko przedmiotowi:
wraz z jego utratą zapada się w nim wszystko, on zaś stoi,
zubożały, wśród ruin”.
Hermann
Hesse, Gra szklanych
paciorków. Przeł. M.
Kurecka
poniedziałek, 13 stycznia 2014
Medytacją i dyscypliną
„Niedomogi
jego przejawiają się fizycznie w stanach depresji, okresach
bezsenności i w bólach nerwowych, psychicznie okresowo w
melancholii, gwałtownej potrzebie samotności, lęku przed
obowiązkami i odpowiedzialnością, przypuszczalnie również w
myślach o samobójstwie. Tak ciężko upośledzony, człowiek ten
utrzymuje się medytacją i wielką dyscypliną wewnętrzną dzielnie
w ryzach, do tego stopnia, iż większość ludzi z jego otoczenia
nie ma nawet pojęcia, jak poważnie cierpi, zauważając jedynie
ogromną jego nieśmiałość i zamknięcie w sobie”.
Hermann
Hesse, Gra szklanych
paciorków. Przeł. M.
Kurecka
sobota, 9 lutego 2013
Hermann Hesse - Smutek
Kwiaty, co jeszcze wczoraj
jaśniały od kwitnienia,
spadają w zwiędłych kolorach
z drzewa osamotnienia.
Widzę, jak lecą z obłoków
niczym śnieżynki na ziemię.
Nie słychać dudnienia kroków,
zbliża się wielkie milczenie.
Na niebie gwiazdy nie błyszczą,
w sercu miłość nie gości.
Milczenie ogarnia wszystko,
świat pusty i pełen szarości.
Kto serce od łez uchroni
w czasach wielkiego cierpienia?
Spadają kwiaty na błonie
z drzewa osamotnienia.
przełożył Jan Koprowski
piątek, 8 lutego 2013
Hermann Hesse - We mgle
We mgle się wszystko nurza,
samotność domów i bram.
Drzewo nie widzi wzgórza,
każdy jest sam.
Pełen przyjaciół był świat,
światło sprzyjało życiu.
Teraz, gdy spada mgła,
wszystko zanika w ukryciu.
Zaprawdę nie wie nic,
kto nie przebywał w mrokach,
kto ócz nie widzi i lic —
powszędy ciemność głęboka.
Dziwnie we mgle wędrować,
życie kołacze u bram.
Człowiek przed ludźmi się chowa,
każdy jest sam.
przełożył Jan Koprowski
samotność domów i bram.
Drzewo nie widzi wzgórza,
każdy jest sam.
Pełen przyjaciół był świat,
światło sprzyjało życiu.
Teraz, gdy spada mgła,
wszystko zanika w ukryciu.
Zaprawdę nie wie nic,
kto nie przebywał w mrokach,
kto ócz nie widzi i lic —
powszędy ciemność głęboka.
Dziwnie we mgle wędrować,
życie kołacze u bram.
Człowiek przed ludźmi się chowa,
każdy jest sam.
przełożył Jan Koprowski
Subskrybuj:
Posty (Atom)