czwartek, 13 sierpnia 2026

Muzułmanie są pierwszymi ofiarami islamu

 


[Burckhardt: From his youth on, Mohammed, with the aid of at least ten people, looks over the faiths of the Jews, Christians, and Parsis, and steals from them any scraps that he can use, shaping these elements according to his imagination. Thus everyone found in Mohammed’s sermons some echo of his accustomed faith.

The very extraordinary thing is that with all this Mohammed achieved not merely lifetime success, the homage of Arabia, but founded a world religion that is viable to this day and has a tremendously high opinion of itself. (...)

Moral laws, all kinds of moral precepts, among them ‘No lying’ (for Mohammed reserved lying for himself); part of this is the civil law of the Koran which is in force to this day.]

Islam jest przede wszystkim ideologią polityczną, która chce regulować życie wszystkich – zarówno muzułmanów, jak i niemuzułmanów – dążąc do narzucenia światu szariatu, czyli prawa islamskiego – podkreśla włosko-argentyńska autorka o pseudonimie Paola Kafira. Kobieta podkreśla, że głoszenie Chrystusa to jeden z najpiękniejszych uczynków miłosierdzia, jaki chrześcijanin może ofiarować wyznawcom Proroka.

„Uwolnienie muzułmanina od jego religii to najlepsza przysługa, jaką można mu wyświadczyć” – pisał pod koniec XIX wieku francuski filozof i historyk religii Ernest Renan. Do jego słów nawiązuje Paola Kafira, autorka książki „Islam: jasny i prosty przewodnik”, poświęconej analizie islamu na podstawie jego tekstów źródłowych.

Kafira to pseudonim przyjęty przez włosko-argentyńską badaczkę. Słowo kāfir w języku arabskim oznacza „niewiernego” i jest określeniem odnoszonym w tradycji islamskiej do osoby, która nie wyznaje islamu. Autorka wydała książkę niezależnie. Jak wyjaśniła w rozmowie z włoskim portalem Tempi.it, nie zwracała się do wydawnictw, ponieważ – jej zdaniem – proces podejmowania decyzji przez redakcje trwa zbyt długo w stosunku do pilności poruszanej przez nią problematyki.

W publikacji Kafira ma charakter akademicki i odwołuje się bezpośrednio do Koranu, hadisów oraz tradycji dotyczącej życia Mahometa. Przedstawia m.in. podstawowe zasady islamu, koncepcję szariatu i różne znaczenia pojęcia dżihadu, a także stosunek islamu do osób niebędących muzułmanami. Książka Kafiry, opublikowana jako niezależna publikacja, spotkała się z zainteresowaniem czytelników i osób zajmujących się problematyką islamu. Autorka przedstawia ją jako próbę przybliżenia islamu przede wszystkim poprzez analizę jego własnych tekstów religijnych, bez przyjmowania założeń, które miałyby łagodzić lub pomijać kontrowersyjne aspekty tej religii.

– Musimy wyjść od jednego założenia: islam jest przede wszystkim ideologią polityczną, która chce regulować życie wszystkich – zarówno muzułmanów, jak i niemuzułmanów – dążąc do narzucenia światu szariatu, czyli prawa islamskiego. Krytyka różnych przejawów szariatu oznacza ochronę życia muzułmańskich kobiet. Jest więc dokładnym przeciwieństwem ich dyskryminowania. Zresztą tematem mojej książki jest ideologia, a nie ludzie – tłumaczy autorka w rozmowie z Tempi.it.

Kafira z uznaniem wypowiedziała się na temat listu pasterskiego bp Antonio Suetty, ordynariusza diecezji Ventimiglia-San Remo, który podkreślał, że głoszenie Chrystusa muzułmanom to „największy czyn miłości bliźniego”. – List pasterski biskupa Suetty jest ważny i piękny (…) Podkreśla on, że Ewangelia jest przeznaczona dla wszystkich, również dla imigrantów wyznających islam – podkreśla. Jak dodała, zarówno historia jak i tradycja Kościoła ukazują ewangelizację wyznawców Proroka jako wysiłek „obowiązkowy i konieczny”.

Każdy rozdział książki wyjaśnia jeden z aspektów szariatu. Szczególnie wstrząsający jest fragment dotyczący małżeństw między kuzynami, które – według śledztwa BBC – sprawiają, że „brytyjscy Pakistańczycy, stanowiący około 3 procent wszystkich osób urodzonych w Wielkiej Brytanii, są rodzicami prawie jednej trzeciej wszystkich brytyjskich dzieci z chorobami genetycznymi”.

Kafira bezkompromisowo pokazuje, że wiele dzisiejszych niedopuszczalnych praktyk ma swoje źródło w samej postaci Mahometa, który według wyznawców islamu był człowiekiem „idealnym”. Tymczasem według tradycyjnych źródeł, Mahomet poślubił swoją kuzynkę pierwszego stopnia, Zajnab. Podobna sytuacja dotyczyła jego najmłodszej żony, Aiszy. Związek małżeński zawarto, gdy dziewczynka miała sześć lat, a małżeństwo zostało skonsumowane, gdy miała lat dziewięć.

Z kwestią pedofilii wiąże się wyrażony w tradycyjnej wykładni Koranu, zakaz adoptowania sierot. W muzułmańskim świecie miliony dzieci przebywając w przepełnionych sierocińcach są narażone na wykorzystywanie seksualne. W domach dziecka swoich ofiar poszukiwali najczęściej członkowie tzw. grooming gangs z Pakistanu, działający przez lata bezkarnie na terenie Wielkiej Brytanii.

Choć w wielu krajach muzułmańskich istnieją świeckie przepisy zakazujące podobnych praktyk, wśród gorliwych muzułmanów nie mają one żadnego znaczenia. ​- Są to przepisy stworzone przez ludzi, a w niektórych środowiskach uważa się je za gorsze lub całkowicie nieistotne w porównaniu z prawem Allaha – przekonuje autorka.

Dlatego, jak podkreśla, do obowiązku chrześcijan należy głoszenie muzułmanom Chrystusa Wyzwoliciela. Co z uwagi na brutalną, nie cierpiącą sprzeciwu naturę islamu, nie jest łatwe. Badaczka wyjaśnia, że muzułmański „apostata” bardzo często idąc za Chrystusem, musi faktycznie opuścić swoją rodzinę, która się go wyrzeka.

​- Traci majątek, przyjaźnie, pracę, dom – właściwie wszystko. Właśnie wtedy jednak zyskuje coś innego: wiarę w Jezusa Chrystusa – podkreśla Kafira.

​- Dla tych odważnych mężczyzn i kobiet staje się ona siłą, która towarzyszy im na drodze zmartwychwstania. Znam wiele ich osobistych historii i są one niezwykle poruszające. Wielu z nich mówi, że kiedy patrzą w lustro, widzą siebie inaczej. Niespotykany wcześniej spokój i szczęście sprawiają, że ich rysy stają się bardziej rozluźnione, a twarz jaśniejsza – przekonuje.

Zapytana o groźby stosowane wobec niej przez wyznawców Proroka, autorka jest przekonana, że „prędzej czy później” dojdzie do ataku z nią. ​– Wierzę jednak, że Bóg nie postawiłby mnie na tej drodze, gdyby miała ona być aż tak niebezpieczna – przekonuje.

https://pch24.pl/wiadomosci/muzulmanie-sa-pierwszymi-ofiarami-islamu-wloska-autorka-nie-gryzie-sie-w-jezyk,729786

Były dowódca Delta Force wysuwa poważne oskarżenia: „Prawda o Ukrainie jest ukrywana”

 

To, co Pete Blaber, były dowódca elitarnej jednostki amerykańskiej Delta Force, wyjaśnił w programie „Shawn Ryan Show”, należy do stwierdzeń, które cieszą się niewielkim zainteresowaniem zachodnich mediów głównego nurtu. Jego relacja rodzi fundamentalne pytania dotyczące relacjonowania wojny na Ukrainie – zwłaszcza że, według niego, opiera się ona na informacjach z najwyższych szczebli władzy.

Kim jest Pete Blaber?
Pete Blaber dorastał w Oak Park w stanie Illinois, jako jedno z dziewięciorga dzieci w irlandzkiej rodzinie katolickiej. Po ukończeniu Southern Illinois University awansował na dowódcę legendarnej jednostki Delta Force – jednej z najbardziej tajnych i potężnych jednostek specjalnych w armii amerykańskiej.

Jego misje obejmowały między innymi Panamę, Kolumbię, Somalię, Bośnię, Afganistan i Irak. Po odejściu z wojska w 2006 roku poświęcił się tematom przywództwa, zarządzania kryzysowego i bezpieczeństwa narodowego.

Blaber nie jest zatem uważany za outsidera ani zwolennika teorii spiskowych, lecz za byłego oficera wysokiego szczebla z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem w najbardziej wrażliwych obszarach amerykańskiego aparatu wojskowego i wywiadowczego.

https://youtube.com/watch?v=D47CmwYx58M%3Fstart%3D1%26feature%3Doembed

Co powiedziały mu jego kontakty w rządzie USA?
Blaber opisuje spotkanie w Los Angeles z czterema osobami ze swojej sieci wtyczek, z którymi utrzymywał długotrwałe kontakty: kontaktem w Departamencie Stanu USA, dwoma pracownikami agencji wywiadowczych i długoletnim kontrahentem rządowym.

Według niego, otrzymał informację, która „całkowicie go zszokowała”. Jego kontakty zapytały go, czy jest skłonny upublicznić tę informację. Blaber wyjaśnił, że się zgodził – i uważał to za swój obowiązek.

Najpoważniejsze roszczenia dotyczą strat po stronie Ukrainy.

Według jego źródeł, zginęło około 1,25 miliona ukraińskich żołnierzy . W 2025 roku średnio dziennie ginęło około 1000 żołnierzy.

Blaber nie przedstawił żadnych publicznie weryfikowalnych dowodów na poparcie tych danych. Różnią się one znacząco od szacunków rządów zachodnich i organizacji niezależnych. Gdyby jednak były choć w przybliżeniu dokładne, wskazywałoby to na katastrofę humanitarną o historycznych rozmiarach.

Dlaczego, pyta Blaber, zachodnie media o tym nie informują?
Blaber zadaje pytanie, które jego zdaniem powinien zadać sobie każdy krytyczny obserwator: Dlaczego jest tak mało rzetelnych doniesień na temat wojny na Ukrainie?

Jego odpowiedź jest jednoznaczna: jego zdaniem, całościowy opis sytuacji podważyłby oficjalną narrację Zachodu. Rządy i główne media stworzyły obraz wojny, który nie odpowiada rzeczywistości na miejscu.

Według Blabera relacja ta uwzględnia również reakcję ludności na terenach kontrolowanych przez Rosję.

Powołując się na swoje kontakty, twierdzi, że w zdobytych miastach wojska rosyjskie są często witane jak wyzwoliciele. Jednocześnie jego źródła opisują poważne nadużycia w czasie obecności ukraińskiego wojska. Ta relacja przeczy również doniesieniom wielu zachodnich mediów.

Dziennikarka Eva Karene Bartlett widzi podobieństwa
Niezależna dziennikarka Eva Karene Bartlett, która od lat relacjonuje wydarzenia w różnych strefach konfliktów i regularnie krytykuje główne zachodnie doniesienia medialne, stwierdziła, że ​​zdaje sobie sprawę z wielu rzeczy, które sama udokumentowała w oświadczeniach Blabera.

Według jej oświadczenia, przeprowadziła liczne wywiady z cywilami, szczególnie w 2022 roku, ale także w latach następnych – m.in. w Bachmucie (Artemiwsk). Cywile ci relacjonowali, że zostali sterroryzowani przez wojska ukraińskie, a następnie wyzwoleni przez żołnierzy rosyjskich.

Bartlett krytykuje fakt, że jej doniesienia są często ignorowane na Zachodzie lub wręcz odrzucane jako rosyjska propaganda. Podkreśla jednak, że jej praca polega na dokumentowaniu relacji ludzi w terenie – niezależnie od tego, czy wpisują się one w dominującą narrację polityczną.

https://uncutnews-ch.translate.goog/2026/08/12/?_x_tr_sl=de&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=wapp

https://dakowski.pl/

Niewolnica swego losu

 

Telefon z Poznania. W słuchawce miły, stłumiony głos:

– Kilka lat temu poznałam autentyczną historię. Gdyby była wymyślona, byłaby złym melodramatem. Ponieważ jest prawdziwa, jest tragicznym dowodem na to, że nikt sam nie wybiera swego losu, ale też nie jest wolny od skutków swoich decyzji na tym marginesie rzeczywistości, jaki mu zostawiono. Nie wiem, kto ma do niej prawa autorskie: historia czy ta kobieta, która nie umiała powiedzieć „nie”? Pan rozstrzygnie, jak ją wykorzystać. Opiszę ją panu tak, jak ją sama poznałam od członków jej rodziny… Po tygodniu otrzymałem tekst. Pani Barbara Leszczyńska zastrzegła się, że streszczenie historii, na którą składały się dramatyczne wybory i stany emocjonalne, nigdy nie odda autentycznej siły tego dramatu. Oto co napisała:

„Jest rok 1942. Okupacja w Wielkopolsce. Pewnego dnia w Kościanie rozstrzelano na rynku trzech synów i ojca. Z ośmioosobowej rodziny zostają przy życiu cztery kobiety: matka i trzy siostry.

Piętnastoletnią Wandę wywożą do Rzeszy. Na miejscu zostaje kilkuletnia siostrzyczka wraz z matką i starszą od Wandy siostrą, którą od wywiezienia ocaliła jej nieobecność w domu. Wanda najpierw trafia do bauera. Jest drobna, wątła, chorowita. Władze przekazują ją do pracy w charakterze pomocy domowej w zamożnym domu niemieckim, do miasta N. Ojciec tej rodziny jest oficerem na froncie wschodnim w pobliżu Stalingradu. W domu żona z dwoma synkami – rocznym i trzyletnim. Dziewczyna sprząta, wykonuje wszelkie posługi, a także pilnuje dzieci. Mimo iż ma tu lepsze warunki, zżera ją poczucie obcości, tęsknota za domem i brak kontaktu z resztą ocalonej rodziny. Na początku 1943 roku umiera matka niemieckich chłopców. Ich ojciec od dłuższego czasu nie pisze, nie ma kontaktu z domem i nie wie, że jego dzieci zostały sierotami. Niespełna szesnastoletnia dziewczynka zostaje sama w całym domu z dwojgiem obcych jej dzieci. Nie wie nic o tym, że ojciec tych dzieci jest w kotle stalingradzkim, a potem w niewoli, nie wie, czy on w ogóle żyje. Nie potrafi nawiązać żadnego kontaktu z rodziną dzieci. Jak umie, chowa te dzieci, chroni dom. W tym czasie miasto N. przeżywa szereg nalotów alianckich. Wanda musi schodzić z dziećmi do schronu, szczęśliwie ten dom nie ulega zniszczeniu. Przez urząd zawiadamia o sytuacji rodzinę dzieci, ale ta ma swoje kłopoty, okazuje nieludzką obojętność wobec losu obu chłopców. Obowiązki przerastają siły dziewczyny, szuka możliwości przekazania tego ciężaru na barki jakiejś instytucji, ale w chaosie wojennym nikt się do tego nie kwapi. Któregoś dnia w 1944 roku w czasie jednego z cięższych nalotów, kiedy musi się schronić wraz z dwójką chłopców w głębi metra, próbuje wykorzystać tę okazję i po prostu uciec, porzucając dzieci.
Starszy wyczuł instynktownie, co im zagraża, uczepił się spazmatycznie jej spódnicy i nie dał zrobić kroku. Płakał, powtarzał wciąż: «Mama – nie! Mama – nie!» Obaj znali teraz więcej słów polskich niż niemieckich. Wanda kilkakrotnie podejmuje próbę ucieczki, ale zawsze coś staje jej na drodze. Najczęściej napotyka czujne spojrzenie starszego.

Czasem wraca, słysząc płacz młodszego. Daje za wygraną, zostaje, nie ma sumienia opuścić maleństw, dla których przecież jest jedyną bliską osobą. Zostaje z dziećmi w zasobnym mieszkaniu, nie tykając żadnych kosztowności. Wszystko utrzymuje jak za życia matki dzieci. Staje się jakby jej spadkobierczynią. Wytrzymuje jeszcze cały rok, wciąż tęskniąc do kraju i rodziny, z którą nie ma żadnego kontaktu. Rok 1945 i koniec wojny. Wanda widzi, że wszyscy wywiezieni wracają, a ona jest przywiązana niejako moralnie do tego obcego domu. Dzieci urosły, mówią do niej «mama». Wciąż szuka sposobu uwolnienia się od przymusowej sytuacji, ale w powojennym chaosie przeciąga się to do wiosny 1946 roku. Któregoś dnia w drzwiach mieszkania staje zwolniony z niewoli pan tego domu. Zamiast żony zastaje nieznaną dziewczynę i dzieci, które go nie znają. Dowiaduje się, że jest wdowcem. Chwile obustronnej nieufności, rezerwy. Wanda odczuwa ulgę. Oświadcza Niemcowi, że jej rola jest skończona, przestaje być niewolnikiem narzuconego jej losu, wreszcie wraca do domu. Dzieci śledzą rozmowę, tulą się do niej, nie chcą jej odstąpić nawet na krok. Dla nich to jest mama, a ten, co się zjawił, to obcy człowiek, którego się boją. Niemiec docenia rolę, jaką w życiu jego dzieci odegrała ta szczupła dziewczyna. To ona właściwie jest bardziej u siebie niż on. Widzi stan domu, przywiązanie dzieci, uświadamia sobie to wszystko i budzi się w nim wdzięczność dla tej młodziutkiej niewolnicy, która musiała przejąć obowiązki matki i pani domu. Jest od niej prawie dwa razy starszy. W pewnym momencie pada (autentyczne!) przed nią na kolana i błaga, żeby nie opuszczała jego dzieci, domu i jego samego. Prosi w imieniu dzieci, by je ocalić od powtórnej straty matki. Ona ich nie urodziła, ale one o tym nie wiedzą. Niech Wanda się zastanowi, czy może wymazać ze swego życia te lata, które im poświęciła w najgorszym okresie? Ona go pyta, czy może zapomnieć, co z jej rodziną zrobili jego pobratymcy?
On broni się: nie odpowiada za całą wojnę. Po pewnym czasie dziewczyna wyraża zgodę na małżeństwo z nim. Mimo tej decyzji myśli wciąż o swoim domu, o rodzinie. Matka, dwie siostry i dwie wdowy po zabitych braciach nic o jej losie nie wiedzą. Pięć kobiet czeka na powrót wywiezionej przed laty dziewczynki. Tylko ona wie, że nie jest tą, na którą czekają. Ze strachem – bo zdaje sobie sprawę z tego, że połączyła swoje życie z wrogiem – decyduje się w 1947 roku na pierwszy list.

Opisuje w nim swoje dzieje. Odpowiedź jest natychmiastowa i bezpardonowa: Cała nasza rodzina wyklina cię i nie chce mieć z tobą nic wspólnego! Ojciec i bracia oddali życie za ojczyznę, a córka, która była tego świadkiem, łączy swoje życie z wrogiem? Niech będzie zapomniana… To był dla niej cios, który spowodował, że zamilkła na długie lata.
Żyć z piętnem wyklętej przez rodzinę nie było lekko, mimo iż mąż okazał się oddanym człowiekiem, dzieci ją ubóstwiały, uważały za swoją matkę. Mijają lata. Rodzi dwóch własnych synów. Jest szczęśliwa w życiu rodzinnym. Czasem tylko myśl o najbliższych, którzy ją wyklęli, nie pozwala jej zasnąć. W wyobraźni przeżywa życie sióstr. Czy wyszły za mąż? Czy mają dzieci? Czy matka nie choruje? Piętnaście lat po pierwszym liście pisze następny. Już przestała liczyć na odpowiedź, kiedy nadszedł list od najmłodszej siostry. Ona nie ma do niej takiej urazy jak reszta rodziny, a po śmierci matki czuje potrzebę kontaktu z siostrą… Nawiązują korespondencję, wymieniają fotografie, opisują swoje mieszkania. Wanda decyduje się na podróż ze swym mężem do rodzinnego miasteczka. Widzi się tylko z młodszą siostrą. Reszta rodziny nadal nie chce jej znać.

Dwaj przybrani synowie są już dorośli i w ocenie Wandy lepsi dla niej niż jej rodzeni. Ci wyrośli w dobrobycie i pokoju, są egoistami, nie zapłacili żadnej ceny za swe życiowe szanse.
Od czasu kiedy usłyszałam tę historię, minęło kilka lat i w życiu ludzi mogło się wiele zmienić. W tym streszczeniu może się to wydać ckliwą i banalną historyjką, ale ponieważ zdarzyło się to naprawdę, dla mnie wciąż istotne są pytania, jakie się z tym wiążą. Czy dziewczyna miała moralne prawo, by mimo tragedii swej rodziny tak ułożyć sobie życie?
Czy fakt, że była niewolnicą swego losu, nie zwalniał jej od wyrzutów sumienia wobec niemieckich dzieci? Czy pamięć o rodzinie nie powinna przeważyć nad odruchem humanitaryzmu? Może wybrała łatwiejsze wyjście, wiążąc się z tym Niemcem? A z drugiej strony, czy rodzina w Polsce miała prawo tak ją potraktować, nie wnikając głębiej w dramat wyboru Wandy? Zastanawiam się, czy ta najmłodsza siostra, nawiązując łączność z Wandą, nie złamała zakazów rodzinnych powodowana nadzieją na dolarowe dowody rodzinnych więzi. Czy wolno jej było złamać ten zakaz? Wiele jest pytań, ale żeby na nie móc odpowiedzieć, trzeba by zgłębić nie tyle same fakty, ile stany emocjonalne, które o tych faktach decydowały. Muszę się przyznać, że mając za sobą ogromną tragedię osobistą z czasów okupacji, często nad tym rozmyślam i dotąd nie znalazłam ostatecznej odpowiedzi na żadne z tych pytań…” Poprosiłem mą korespondentkę, by postarała się skontaktować mnie z rodziną niewolnicy swego losu. Po pewnym czasie otrzymałem odpowiedź, że rodzina nie zgadza się na spotkanie.

Andrzej Mularczyk
Polskie miłości 

wtorek, 11 sierpnia 2026

Wizje

 Justin Alexander Shetler urodził się przed świtem 11 marca 1981 roku w Sarasocie na Florydzie. Miasto leży na południe od Tampy, nad turkusową tonią Zatoki Meksykańskiej, osłonięte od otwartego morza barierą białopiaszczystych wysp. Chłopiec od początku był śmiały, wcześnie zaczął raczkować i uwielbiał wodę – w wannie, nad jeziorem, na plaży. Matka Colette Susanne, zwana Suzie, i ojciec Terry zapisali go na naukę pływania dla dzieci, kiedy miał trzy miesiące. Terry pracował jako stolarz, a później zdobył dyplom z medycyny orientalnej. Suzie była asystentką nauczycielki w szkole Montessori, do której przez kilka lat chodził Justin. Wychowując syna, Suzie zachęcała go nie tylko do wypraw na łono natury, lecz także do tego, by wtopił się w przyrodę i ją poczuł. Nauczyła go, jak odróżniać drzewo kazuaryny od palmy, dotykając pnia z zamkniętymi oczami. Kiedy kupowała mu pierwszą parę butów, wybrała maleńkie zamszowe mokasyny; chciała, by czuł ziemię pod stopami. Zbierał kamienie, a kolekcję trzymał w starej skrzynce wędkarskiej. Matka nazywała go Niedźwiadkiem1.

Justina zawsze ciągnęło do wysoko położonych miejsc. W wieku dziesięciu miesięcy przestraszył Suzie, wspinając się po regale – dotarł do połowy wysokości. Kiedy był trochę starszy, zaczął chodzić po drzewach, w tym po olbrzymim dębie rosnącym na polu w ich okolicy. Nazywali ten dąb swoim drzewem genealogicznym. W chwilach zdenerwowania i smutku właził na dach domu, żeby tam posiedzieć. To był jego sposób, by ochłonąć, oczyścić umysł – myślała Suzie – ale także by spojrzeć z dystansu na otaczający go świat, jakkolwiek na razie niewielki. Chociaż Justin był samodzielnym dzieckiem, rozpaczliwie pragnął więzi z rodzeństwem.

Kiedy miał jedenaście lat, rodzice się rozwiedli, ale dzielili się opieką nad chłopcem. Dni od poniedziałku do piątku spędzał u matki, a weekend u ojca. Na ekrany wszedł wtedy Ostatni Mohikanin, Suzie zwolniła Justina ze szkoły, żeby pójść z nim na popołudniowy seans. W końcu widzieli razem film siedem razy. Przez lata Justin wielbił bohatera Sokole Oko, adoptowanego przez wodza Mohikanów białego, który rezygnuje w znacznej części z dziedzictwa europejskiej kultury, by zbudować silniejszą więź z naturą. To taka heroiczna opowieść przygodowa, która może przyciągnąć wielu chłopców. Kolejne legendarne postacie do podziwiania Justin znalazł w książkach: pożerał serie fantasy o bohaterach i magii, zanurzając się w fikcyjne światy. Był introspektywnym dzieckiem. W notatniku z ręcznie czerpanego papieru zapisywał cytaty z takich myślicieli jak Laozi, chiński filozof tradycyjnie uważany za autora traktatu Daodejing [Księga drogi i cnoty][1], czy Budda. Na jednej ze stron zanotował „nieznane chińskie przysłowie”:

Tysiące

Tysięcy rzek

Wpada do morza,

Lecz morze nigdy

Się nie napełnia –

A gdyby człowiek mógł

Zamieniać kamień w złoto,

Jego serce nadal

Nie znałoby spełnienia.

W szkole podstawowej Justin miał trochę pozytywnych doświadczeń, ale też chwile głębokiej frustracji. Ojciec powiedział mu, że będzie go wspierać na wszelkie sposoby, starać się mu pomóc w znalezieniu satysfakcji, o ile nie zagrozi to życiu chłopca.

– Uświadomiłem sobie, że nie pomagam Justinowi w radzeniu sobie z rzeczywistością, jeśli jestem dzielącym go od niej buforem – twierdzi Terry. Nigdy nie chciał hamować czy ograniczać syna.

Dwa lata po rozwodzie Suzie przeprowadziła się z Justinem do Karoliny Południowej, a pół roku później do Montany, z nowym partnerem, za którego później wyszła. To tutaj chłopiec po raz pierwszy doświadczył dzikiej przyrody amerykańskiego Zachodu, do której wcześniej przyciągały go książki. Jedna z nich, podarowana przez matkę, miała w znacznej mierze ukształtować następną dekadę jego życia.

– Jakby roznieciła ogień – zauważa Suzie.

Grandfather. A Native American’s Lifelong Search for Truth and Harmony with Nature [Dziadek. Życie rdzennego Amerykanina w poszukiwaniu prawdy i harmonii z naturą], wspomnienia opublikowane w 1993 roku przez Toma Browna Jr., instruktora szkoły przetrwania z New Jersey, opowiadały o dorastaniu autora pod okiem i w myśl nauk Tropiącego Wilka, zwiadowcy i szamana z plemienia Apaczów Lipan. „Naprawdę był jednym ze starożytnych, po części człowiekiem, po części zwierzęciem i niemal całkowicie duchem – pisał Brown w książce. – Jego domem była dzika przyroda i w dziczy poddawał wszystko próbom”. Tropiący Wilk umiał czytać naturę, znajdować lecznicze rośliny i podchodzić tak blisko tropionych zwierząt, że mógł ich dotknąć. Potrafił cofać się po własnych śladach i właściwie zniknąć. Mógł tak lekko i zręcznie iść przez świat, że nie zostawiał po sobie niczego. Był i go nie było, zawsze obecny, a jednak, jeśli chciał, niewidzialny.

Historia Tropiącego Wilka opowiadana przez Browna nabrała niemal mitycznej aury. Urodził się w latach osiemdziesiątych XIX wieku, gdzieś na amerykańskim południowym zachodzie. W wieku dziesięciu lat wyruszył na swoje pierwsze poszukiwanie wizji (rytuał przejścia), podczas której duchy przodków ukazały mu opaskę na głowę, jaką noszą zwiadowcy, i laskę szamana. Starszyzna pokazała mu ścieżkę: „By wypełnić wizję, musi najpierw przez dziesięć zim szkolić się na zwiadowcę – to jedna z najważniejszych pozycji w plemieniu. Następnie musi porzucić tę ścieżkę na kolejnych dziesięć zim i szukać ścieżki szamana i uzdrowiciela. Aż wreszcie […] będzie musiał opuścić swój lud i wędrować samotnie przez sześćdziesiąt zim, poszukując wizji i wiedzy, aż jego wizja się urzeczywistni”. Tropiący Wilk początkowo był niechętny, wahał się, czy zostawić swoich, aż jeden ze starszyzny powiedział mu, że „człowiek, który nie żyje zgodnie ze swoją wizją, żyje śmiercią”2.

Dorastając, Justin połykał książki i przewodniki Browna po dzikiej przyrodzie, z opowieściami o życiu i osiągnięciach Tropiącego Wilka i samego Browna. Suzie, widząc iskrę, która roznieciła się w jej synu, woziła go na wzgórza przy granicy z Idaho i patrzyła, jak znika w lesie ze swoim najlepszym przyjacielem, chłopcem z rdzennego plemienia, który mieszkał na pobliskiej farmie. Chodzili na piesze wycieczki, bawili się w zaroślach i szukali tropów zwierząt. Dokładnie po trzech godzinach zbiegali do niej po stoku. Justin nigdy się nie spóźnił.

Po ośmiu miesiącach w Montanie przeprowadzili się dalej na zachód, do miasteczka Beaverton, kilka kilometrów od Portland w stanie Oregon. Suzie była przyzwyczajona do częstych przenosin, bo wychowała się w wojskowej rodzinie. Jednak jej syna przeprowadzka załamała.

– Justin czuł się przez to, jakby nie miał korzeni – wspomina Suzie.

Terry pamięta, że syn był „rozgoryczony” i „zrozpaczony” z powodu wyjazdu z Montany. O tym okresie swojego życia Justin powiedział kiedyś, nieco hiperbolicznie, że do tego momentu miał już „prawdopodobnie więcej domów niż lat”. Przenoszenie się do innych miast i zmienianie szkół, kiedy był nastolatkiem, utrudniało utrzymywanie przyjaźni, a kiedy zaczął chodzić do liceum w Beaverton, był skrytym chłopakiem, uważającym się za samotnika. Pociechę znalazł w muzyce – sam uczył się grać na harfie matki, a także na mandolinie i gitarze. Najbliższą więź potrafił nawiązać z naturą.

Latem, kiedy skończył pierwszą klasę, Suzie zobaczyła na ostatniej stronie gazety „Willamette Week” ogłoszenie o szkole przetrwania w dziczy. Zadzwoniła pod wskazany numer i rozmawiała z Chris Kenworthy, instruktorką, która w latach osiemdziesiątych uczyła się u Toma Browna Jr. Justin po kilku zajęciach z Chris zaczął rozkwitać. Poznawał na żywo to, o czym czytał w książkach Browna. Kenworthy jednak szybko zorientowała się, że zainteresowania Justina wykraczają poza to, co mogła mu zaoferować. Znała pewną szkołę pod Seattle, której program oparty był na nauczaniu przyrody. Szkoła mogła dać mu szansę dalszego rozwoju i kontaktu ze społecznością podobnie myślących ludzi. Zadzwoniła więc do Jona Younga, współzałożyciela Wilderness Awareness School i pierwszego protegowanego Toma Browna Jr., i powiedziała, że uczy pewnego młodego człowieka imieniem Justin, którego apetytu sama nie jest w stanie zaspokoić.

Kiedy kończył drugą klasę, Suzie dostrzegła, że Justin potrzebuje zmiany. Dostawał dobre stopnie, ale nie odnajdywał się w strukturze klasy, nie był szczęśliwy. Zaproponowała mu umowę: jeśli obieca, że zda kiedyś maturę (egzaminy GED), by mieć dyplom szkoły średniej, ona wypisze go teraz z liceum i pośle do Wilderness Awareness School, gdzie będzie zdobywał wiedzę pod okiem Younga. Była to łatwa decyzja. Rodzice zapłacili za zakwaterowanie i wyżywienie Justina z alimentów. Kenworthy powiedziała Suzie, że chłopakowi przyznano stypendium, które pokryje koszty czesnego. W rzeczywistości, o czym Suzie wtedy nie wiedziała, Kenworthy przez lata płaciła czesne z własnej kieszeni3.

Kiedy w czerwcu 1997 roku Suzie odwiozła syna do Wilderness Awareness School – po kilkugodzinnej podróży na północ przez lasy iglaste stanu Waszyngton – Justin był w euforii.

– Jak motyl wyfruwający z kokonu – wspomina Suzie. – Po prostu rozkwitł i poleciał. Było jasne, że znalazł się we właściwym miejscu.

W dniu przyjazdu Justina Young prowadził w lesie zajęcia o języku ptaków. Mówił grupce uczniów, że ptaki sygnalizują zbliżające się zagrożenie świergotem i trzepotem skrzydeł z dwuminutowym wyprzedzeniem. Kiedy grupa się uciszyła, żeby nasłuchiwać, przeleciała nad nimi fala rudzików i drozdów, a Young szepnął do jednej z osób, by nastawiła stoper na dwie minuty. Mijały kolejne sekundy, aż usłyszeli ciężkie kroki i trzask łamanych gałązek krzaków jeżyn. Kiedy stoper zapikał, z paproci wyłonił się Justin i zobaczył stojącą w półkolu grupę, która czekała na niego w ciszy. Chłopak miał już ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, a rozjaśnione słońcem brązowe włosy do ramion związywał w kucyk. Zdziwił się, widząc, że się go spodziewali.

– Aż tak było mnie słychać? – spytał.

Tego dnia przysiągł sobie, że zostanie mistrzem cichego poruszania się w przyrodzie.

– Gdybyś mi powiedział, że muszę wejść po drabinie z ziemi na księżyc, żeby osiągnąć ten poziom wiedzy – oznajmił Justin Youngowi – zrobiłbym to natychmiast4.

Wprowadził się do rodziny Youngów, która mieszkała na ostatnim piętrze domu pewnego strażaka w miasteczku Duvall, w pobliżu siedmiohektarowej działki, na której działała szkoła. Znajomi z tamtego okresu wspominają upodobanie Justina do ubierania się w moro i kolory ziemi, a także nieschodzący mu z twarzy bezczelny uśmiech oraz nienasycony pęd do nauki. Zapisał się oficjalnie do Wilderness Awareness Community School, odnogi WAS przeznaczonej specjalnie dla nastolatków, której współzałożycielką była Anne Osbaldeston.

– Entuzjastyczny chłopak, który był superpodekscytowany wszystkim, co robiliśmy, i już bardzo dużo wiedział – tak go wspomina Osbaldeston. – Powiedziałabym, że już wtedy, w wieku piętnastu lat, wiedział o przyrodzie znacznie więcej ode mnie.

„Szkoła” składała się z kilku chat, jurt i zadaszeń z brezentowych płacht, przez co nazywano ją Tarpolonią (czyli Brezentownią). Każdy dzień przynosił nowe zadania i nauki. Język ptaków był jednym z pierwszych formatywnych zajęć – chodziło nie tylko o rozpoznawanie gatunków po charakterystycznych głosach, ale także o nauczenie się, co sygnalizują poszczególne intonacje i oscylacje. Słuchacze uczyli się, jak samodzielnie zrobić łuki ogniowe i ręczne świdry ogniowe i jak za ich pomocą rozniecić ogień, jak zbudować w lesie szałas, w którym spędzą noc, jak rozpoznawać i zbierać jadalne rośliny. Na długiej piaszczystej łasze nad pobliską rzeką ćwiczyli orientację w terenie i tropienie zwierząt. Z pozoru aktywność w szkole sprowadzała się do tego, że grupa nastolatek i nastolatków spotykała się w plenerze, by poznawać przyrodę, uczyć się i czytać o ekologii oraz zdobywać umiejętności przetrwania w dziczy. Jednak uczniowie i nauczyciele z tamtego okresu wspominają ją jako ujście dla energii i emocji, umożliwiające wyrażanie siebie. Miało to ogromne znaczenie dla części nastolatek i nastolatków, którzy w przeciwnym razie mogliby na różne sposoby wypaść z systemu społecznego. Anne Osbaldeston zasługę przypisuje w znacznej mierze Jonowi Youngowi.

– Jest trochę jak przedłużacz podłączony do gniazdka w ścianie, do którego mogą podłączyć się inni – mówi. – Kiedy ludzie przychodzili do szkoły, nagle jakby się rozświetlali, zapalali się do kontaktu z naturą, ale także zaczynali naprawdę czuć łączność z sobą i swoimi talentami.

Jason Knight, kilka lat starszy od Justina, też mieszkał u rodziny Youngów. Spał z Justinem na jednym łóżku piętrowym, na tyłach domu. Chłopcy zaczęli przyjazną rywalizację, motywowali się wzajemnie, żeby ukończyć opracowany przez Younga kurs przyrodoznawstwa: Kamana Naturalist Training Program. W ramach kursu trzeba było zapełnić rysunkami i obserwacjami pięćdziesiąt dwustronicowych dzienników gatunków z sześciu różnych kategorii, takich jak: drzewa i inne rośliny, ptaki i ssaki. Inny zestaw dzienników, w którego uzupełnianiu konkurowali, opierał się na liczącej ponad pięćset pozycji liście obserwacji z tropienia. Przypominało to zabawę w poszukiwanie skarbów – z wielkim rozmachem i w dzikiej przyrodzie. Każdy punkt z listy był bardzo konkretny: ślady stojącego kojota, ślady siedzącego kojota, ślady kojota idącego powoli, idącego szybko, galopującego; odchody kojota zawierające szczątki zwierząt, zawierające pióra, zawierające jagody lub szczątki roślin. I tak dalej.

– Nie uczyliśmy się do sprawdzianu – wspomina Knight. – Staraliśmy się nauczyć tych rzeczy tak, żeby nigdy ich nie zapomnieć.

Justin był mistrzem zwłaszcza w rozpalaniu ognia. W tylnej kieszeni spodni zawsze nosił swój świder ogniowy.

– Mnie uzyskanie pierwszego żaru zajęło dziewięć miesięcy – opowiada syn Jona Younga, Aidan, o trzy lata młodszy od Justina – a jemu nie sprawiało to żadnego problemu.

Justin postawił sobie wyzwanie, żeby rozniecać ogień tak szybko jak ktoś z zapalniczką. I udało mu się, jak zapewnia Aidan:

– Uzyskiwał żar w ciągu piętnastu sekund.

Wilderness Awareness School uczyła nie tylko umiejętności przetrwania. Często posługiwała się pewnym holistycznym modelem, który można odnieść do społeczeństwa, społeczności czy klasy. Jon Young nazywał go 8 Shields (8 Tarcz), bo opierał się na ośmiu głównych kierunkach wskazywanych przez kompas, a każdemu z nich przypisany był pewien archetyp. Justin okazał się najsilniej związany z północnym wschodem, reprezentowanym w modelu przez niebo i ptaki, i znanym jako przestrzeń wielkiej tajemnicy, duchowości i świętej mocy. W cyklu pór roku północny wschód odpowiadał późnej zimie, co łączyło się z urodzinami Justina na początku marca. Jeśli chodzi o fazy życia, kierunek ten symbolizował zarówno poczęcie, jak i śmierć, odrodzenie się i przejście z jednego stanu w inny. W fazach dnia zaś odpowiadał godzinom tuż przed świtem, a właśnie o tej porze Justin przyszedł na świat.

Jako nastolatek znalazł w tej szkole naturalny we własnym odczuciu sposób wyrażania siebie, a także społeczność podobnie myślących mentorów i rówieśników. Należała do nich Doniga Markegard, dziewczyna w wieku Justina, która przyjechała tu rok wcześniej, latem 1996 roku.

– Podniósł wszystkim poprzeczkę – wspomina.

Inni często porównywali go do Tarzana z uwagi na jego niezależność, Rambo z powodu odwagi i He-Mana ze względu na siłę. Justin był też w grupie przecherą, żartownisiem – często po cichu znikał w głębi lasu, żeby potem straszyć innych, którzy nie uważali. Markegard zauważyła jednak, że źle znosił niepowodzenia i sam siebie traktował surowo, kiedy doszedł do ściany.

Wyrobił sobie opinię śmiałego i zuchwałego, chętnego zaryzykować wszystko, by osiągnąć swoje cele. Nastolatkowie ze szkoły, ubrani na czarno albo w moro, często próbowali wymknąć się z domu i wejść do całodobowego supermarketu QFC w środku miasteczka, tak żeby nikt ich nie zauważył. Czasem „podbijali stawkę”, wzywając policję – dzwonili z fałszywą informacją, że widziano kręcących się koło sklepu podejrzanych osobników. Jeśli grupie udało się umknąć policji, uznawano to za wyjątkowe osiągnięcie.

– Chyba nigdy nas nie namierzono – mówi po latach Aidan Young.

– Justin zdecydowanie był ryzykantem – wspomina Knight. – Część nastolatków biorących udział w takich programach podchodziła do tego tak ambitnie, że łazili cały czas boso, a zimą nosili koszulki i krótkie spodenki, chociaż był mróz.

Justin należał do tej podgrupy. Kiedy usłyszał o legendarnym wyzwaniu polegającym na przebiegnięciu dwudziestu czterech kilometrów przy jednoczesnym trzymaniu wody w ustach, tak by jej nie połknąć, zaczął wstawać dobrze przed świtem, żeby ćwiczyć – o czym wiele osób wtedy nie wiedziało – aż dokonał tego wyczynu. A kiedy w szkole wykład wygłosił pewien arborysta, Justin patrzył jak zaczarowany, gdy ten zademonstrował, jak po latach treningu nauczył się spadać z drzewa i bezpiecznie lądować na ziemi, łapiąc się konarów i je puszczając, tak by stopniowo spowalniać lot w dół. Następnego dnia Justin wdrapał się na strzelisty cedr i puścił się, będąc blisko wierzchołka. Spadając przez gałęzie, nie zawsze zdołał je chwycić w odpowiedniej chwili, co najmniej sześć metrów przeleciał bezwolnie jak szmaciana lalka i walnął głową o ziemię, o włos unikając rozłupania czaszki o stos kamieni.

– Cud, że nie zginął – twierdzi Aidan Young.

Justin potrafił być zuchwały i lekkomyślny, ale zazwyczaj wychodził z takich przygód prawie bez szwanku. „Uważaj, co przy nim mówisz” – często powtarzali sobie jego instruktorzy.

Centralnym punktem Wilderness Awareness School był Linne Doran (co po gaelicku znaczy Staw Wydry). To płytki staw o przejrzystej wodzie, z widocznymi na mulistym dnie powalonymi drzewami. Wielu uczniów wybrało sobie nad nim miejsce, do którego codziennie wracali, żeby obserwować i zapisywać naturalne zmiany w otaczającej przyrodzie.

– Z pozoru to bardzo proste – opowiada Osbaldeston. – Codziennie, o różnych porach dnia, idź posiedzieć w tym samym miejscu w naturze, czasem przez krótszy, czasem dłuższy czas.

Jednak, jak wyjaśnia, dawało to uczniom zdolność poczucia bardzo głębokiej więzi z danym miejscem, co z kolei – według przyjętej tu filozofii – pozwalało miejscu zacząć przyjmować tę osobę do siebie, jakby do domu. Tę zdolność, zauważyła Osbaldeston, wielu uczniów zabrało ze sobą w świat. Knight miał swoje miejsce nad wypływającym ze stawu strumieniem. Justin – na pniaku starego cedru na cyplu wchodzącym ostrogą w wodę. Czasami przynosił ziarno dla ptaków i trzymał je na wyciągniętej dłoni. Sikorki w końcu się do niego przyzwyczaiły i ochoczo przylatywały, żeby się posilić, a po chwili śmignąć dalej.

– Justin miał wyjątkowy talent – twierdzi Aidan Young i dodaje, że wydawał się pochodzić wprost od Tropiącego Wilka. Był nawet podobny do niego fizycznie, wysoki i chudy, ale silny i w świetnej kondycji. A jego niebieskie oczy robiły na ludziach niezatarte wrażenie. – To były oczy wilka – zauważa Aidan. Jedyną znaną mu osobą, która miała takie oczy, był Tom Brown Jr. – Miały w sobie tę samą intensywność5.

Po dwóch latach Jon Young zrozumiał, że kolejnym krokiem Justina powinna być nauka w mekce edukacji dzikiej przyrody, znajdującej się na drugim końcu kraju – w Tracker School (Szkole Tropicieli). Tom Brown Jr. założył ją w 1978 roku w Pine Barrens, lasach sosnowych południowo-wschodniego New Jersey, z bazą zwaną Primitive Camp. Wyszkolił tu tysiące ludzi w sztuce przetrwania, tropieniu i przyrodoznawstwie. Przez kilkadziesiąt lat nie tylko zyskał renomę nauczyciela erudyty, ale także grono wiernych uczniów, którzy pod jego okiem doskonalili umiejętności praktyczne i chłonęli jego filozofię świadomego kontaktu z naturą. Legendarna historia Browna jako tropiciela i edukatora sztuki przetrwania, często przytaczana w jego książkach i wykładach, zaczęła się w latach pięćdziesiątych XX wieku. Kiedy miał siedem lat i szukał skamieniałości nad strumykiem, poznał chłopca w podobnym wieku o imieniu Rick. Ten przedstawił Browna swojemu dziadkowi, tropicielowi i szamanowi z plemienia Apaczów Lipan, zwanemu Tropiącym Wilkiem6. „Zadawał nam pytania, które prowadziły nas do odpowiedzi, ale sam odpowiedzi nigdy nam nie udzielał – pisał Brown. – Nauczył mnie widzieć i słyszeć, chodzić i zachowywać ciszę. Nauczył mnie, jak być cierpliwym i zaradnym, jak wiedzieć i jak rozumieć”7. W wieku osiemnastu lat Brown postanowił przetestować zdobyte umiejętności. Wyrzucił swoje rzeczy i ubranie i wszedł nago do sosnowego lasu Pine Barrens. Przetrwał tam cały rok, budując szałasy i samodzielnie zdobywając pożywienie. „Wszedłem do Barrens nagi, a wyszedłem dziesięć kilo cięższy, całkowicie zrelaksowany, dwa razy silniejszy i w znakomitej formie”8 – powiedział Brown w wywiadzie dla magazynu „National Wildlife” w 1984 roku. Dzięki takim wyczynom zrobiło się o nim głośno, a lokalne władze zaczęły korzystać z jego pomocy w tropieniu zbiegów podejrzanych o poważne przestępstwa, od napaści z bronią w ręku po gwałt. Pomógł rozwiązać kilka spraw dotyczących zaginionych osób. Kiedy „New York Times” opublikował artykuł o jednej z nich9, zaproponowano Brownowi napisanie książki, którą wydał w 1978 roku. Zatytułowana The Tracker. The True Story of Tom Brown, Jr. [Tropiciel. Prawdziwa historia Toma Browna Jr.], przemówiła do szczególnej grupy ludzi, którzy czuli, że coraz bardziej oddalają się od natury, i chcieli nauczyć się, jak na nowo stworzyć z nią więź. W tym samym roku, w którym ukazała się książka, Brown założył Tracker School.

Rok w rok słuchacze tłumnie ciągnęli na jego kursy, a Brown błyskawicznie zyskał w kręgach surwiwalowców status legendy. Jego biegłość w tropieniu i zwiadzie była niewątpliwa, ale krytycy wytykali mu zawłaszczanie kultury i teologii rdzennych Amerykanów. Niektórzy nazywali go „plastikowym szamanem”. Wielu sceptycznych czytelników kwestionowało też mit założycielski – historię o Tropiącym Wilku, który zmarł, kiedy Brown był nastolatkiem. Wątpliwości budziło to, ile Brown nauczył się od niego, a ile zaczerpnął od innych osób i z innych tradycji10. Większości jego uczniów to nie obchodziło, a opowieści Browna zainspirowały tysiące ludzi, w tym Justina.

Latem 1999 roku Jon Young przywiózł do Tracker School Justina i Markegard, dwoje swoich najzdolniejszych uczniów, i przedstawił ich jako następne pokolenie elitarnych surwiwalowców. Zostali przyjęci na kurs wprowadzający, ale mogli także brać udział w bardziej zaawansowanych zajęciach i mieszkać na terenie szkoły. Justin spędził tam półtora roku i skończył przez ten czas kilkanaście kursów. Dorośli słuchacze, a nawet niektórzy instruktorzy, byli często zdumieni umiejętnościami i zaangażowaniem osiemnastolatka11.

Wiele osób, trafiając do Tracker School, pragnęło czegoś więcej niż nauczyć się surwiwalu. Według kilkorga byłych uczniów i uczennic szkoła miała także mroczniejszą stronę. Przyciągała ludzi wyrzekających się dotychczasowego życia i szukających miejsca, które zapewniłoby im wsparcie, grunt pod nogami i poczucie przynależności. Do tej grupy zaliczał się Dan Stanchfield, który został mentorem Justina. Pochodził z Kalifornii, ale przez pewien czas mieszkał w kompleksie kościelnym w Iowa, gdzie pod wpływem indoktrynacji przyłączył się do wyznawców Church of the Living Word (Kościoła Żywego Słowa), zwanego też Living Word Fellowship (Bractwem Żywego Słowa). Jak dziś mówi, była to „ekumeniczna sekta chrześcijańska”. Porzucił ją w 1995 roku i po przeczytaniu The Tracker przyłączył się do społeczności w Tracker School.

– Nasz umysł chce ze wszystkiego wytworzyć znaczenie, nasze życie musi mieć sens – mówi Stanchfield. – A to sprawia, że ludzie często wpadają w pułapki. Życie jest znacznie prostsze, niż chcemy wierzyć, chociaż nie będziemy nic wiedzieć na pewno, dopóki nie przejdziemy na drugą stronę.

Spośród tysięcy kursantów, którzy przyjeżdżali do Tracker School w latach dziewięćdziesiątych, część chciała zdobyć konkretne umiejętności przetrwania w dziczy, by w ten sposób przybliżyć się do pierwotnych tradycji, część po prostu pragnęła ucieczki, a niektórych przyciągały oparte na naturze duchowość i filozofia.

Tracy Frey, wtedy absolwentka college’u, która w szkole została bliską przyjaciółką Justina, wspomina, że elementy duchowe zajmowały tu ważne miejsce, uczono ich obok umiejętności praktycznych.

– To światło przewodnie dla zagubionych chłopców – twierdzi Frey. – Przywodzi ich bardzo blisko znalezienia czegoś, co w istocie wypływa z wnętrza, ale nie doprowadza ich do końca. I gubią się coraz bardziej, bo to dezorientuje.

Justin przybył tu z głębokim, silnie zakorzenionym spirytualizmem, wiarą w możliwość istnienia większego prądu – „ducha, który porusza się we wszystkim”, jak mówiono w tych kręgach.

– Był zasadniczo przekonany, że na świecie jest wielu ludzi, którzy zamykają się na tę możliwość, a on nie zamierzał być jednym z nich – mówi Frey.

Justin wychował się w otwartym religijnie domu. Jego ojciec Terry pochodził z rodziny menonitów, żyjących na niewielkiej farmie w Pensylwanii, ale szybko odszedł od tej wiary i, jak wiele osób we wczesnych latach siedemdziesiątych, zainteresował się duchowością i filozofią Wschodu. Po skończeniu szkoły średniej wyjechał do południowej Kalifornii, żeby zamieszkać w hipisowskiej komunie, gdzie, jak wspomina, często zażywał pejotl, LSD i palił zioło.

– Zdecydowanie było to bardzo duchowe doświadczenie – twierdzi.

W 1972 roku, w wieku dziewiętnastu lat, został powołany do sił powietrznych amerykańskiej armii podczas wojny w Wietnamie. Naprawiał sprzęt radiowy i radarowy oraz centrale aerometryczne dla myśliwców. Dwa lata później, tuż przed przejściem do rezerwy, pojechał do Red Rocks Park, niedaleko bazy wojskowej w Kolorado, w której stacjonował. Wspiął się na gigantyczne głazy i oglądał wschód słońca.

– Kiedy siedziałem tam na szczycie, wyglądało to tak, jakby można było sięgnąć wzrokiem aż do Omahy – wspomina. – Rozciągała się przede mną cała wielka równina. A kiedy wzeszło słońce, miałem wizję.

Uświadomił sobie, że dotąd żył za zasłoną i że mógłby przez cały czas doświadczać takiego podszytego respektem zachwytu, gdyby tylko potrafił usunąć filtry.

Terry przeprowadził się do Sarasoty, przestał brać narkotyki i wszedł na ścieżkę umożliwiającą zdobycie czarnego pasa w aikido. Został też wegetarianinem, zamieszkał w aśramie i zaczął uczyć się jogi w ośrodku Light of Yoga Society, założonej w 1971 roku organizacji, która przekształciła się później w American Yoga Association. Przez cztery lata praktykował jogę po trzy godziny dziennie. Latem 1977 roku stowarzyszenie zorganizowało wyjazd do Indii, w ramach którego Terry i czterdzieścioro innych Amerykanów i Amerykanek polecieli do Delhi, a stamtąd pojechali na północ do Kaszmiru, gdzie spędzili miesiąc. Mieszkali na barkach na jeziorze Dal w Śrinagarze i zwiedzali miejsca ważne dla hinduizmu.

– Pod wieloma różnymi względami otworzyło mi to oczy – twierdzi Terry.

Podczas pobytu w Kaszmirze odwiedził poświęconą Śiwie świątynię Śankaraćarja stojącą na szczycie wzgórza niedaleko Śrinagaru. Złożył ofiarę przed półtorametrowym błyszczącym czarnym kamiennym lingamem, fallicznym obiektem symbolizującym twórczą energię Śiwy. Odprawił rytuały, a następnie usiadł w sanktuarium świątyni. To, co zdarzyło się po chwili, ukształtowało resztę jego życia.

– Było to najmocniejsze przeżycie, jakiego kiedykolwiek doświadczyłem – opowiada. – Jakby nagłe olśnienie. Przemożne, wszechogarniające doznanie, wynikające z przebywania w obecności tego kamienia. – Doznanie było zarówno fizyczne, jak i umysłowe. – Jak gdybym usłyszał głos, który mówił: „A może patrz tak, żeby zobaczyć to, co naprawdę jest? Zobacz, co tu jest, zamiast wiedzieć i próbować potwierdzić założenie”.

Terry zszedł po schodach świątyni jako wierzący i dotąd uważa ten wyjazd za kluczowy moment w swoim życiu. W rodzinnym domu Justina na Florydzie, w którym mieszkali, zanim jego rodzice się rozwiedli, pozostały ślady indyjskich wpływów: na ścianach ojciec powiesił plakaty przedstawiające hinduistycznych bogów, w tym Saraswati – boginię muzyki i wiedzy, oraz Ramę – główną postać hinduskiego eposu Ramajana, symbolizującą obowiązek, honor i odpowiedzialność jednostki – czyli dharmę, kosmiczny porządek i właściwy sposób życia. Był tu też ołtarzyk przykryty jedwabnym szalem, na którym Terry umieścił miedzianą wazę z wodą, kadzidło i figurkę Ganeśi, uwielbianego boga z głową słonia. Przed tym ołtarzykiem praktykował medytację, jogę i czytał hinduistyczne teksty.

Duchowość matki Justina wywodziła się głównie z Eckankaru, ruchu religijnego, do którego Suzie należała przez większość życia. Założył go w 1965 roku Amerykanin Paul Twitchell. Religia ta opierała się na wierze, że każdy ma wieczną duszę, odradzającą się wciąż w nowym ciele. Twitchell pozbierał aspekty różnych wierzeń i nauk duchowych przewodników z całego świata, między innymi zaczerpnął pojęcia karmy i reinkarnacji z hinduizmu, i stworzył religię, w której przez doświadczenia duchowe każdy może realizować własne przeznaczenie, by przybliżyć się do Boga. Suzie wychowywała syna zgodnie z zasadami Eckankaru, a spośród nauczycieli będących inspiracją dla tej religii, Justina żywo zainteresował Laozi, który, jak mówiła opowieść, zamieszkał w jaskini w Himalajach i tam przez wiele lat medytował. Wizje i sny uważano za przewodnią siłę, której należało słuchać i którą trzeba było szanować; sny należało zapisywać zaraz po przebudzeniu. W dzieciństwie Justin prowadził dziennik snów, zastąpiony później, kiedy był starszym nastolatkiem, dziennikami przyrodniczymi.

Suzie nigdy nie naciskała syna, by podążał tą samą drogą, co ona.

– Znajdź własną prawdę – mówiła mu – bo musisz iść przez ten świat samodzielnie.

I tak właśnie zrobił. Przez dwa lata spędzone w Wilderness Awareness School miał stały kontakt z duchowością i filozofią rdzennych Amerykanów, bo szkołę odwiedzali ludzie ze starszyzny plemiennej. Gilbert Chodzący Byk z plemienia Lakotów, prawnuk legendarnego Siedzącego Byka, przygotował koło szkoły teren ceremonialny i organizował dla uczniów szałasy potów[2] oraz duchowe rytuały przejścia.

– W tygodniu studiowaliśmy przyrodę, a w weekendy duchowość z Gilbertem Chodzącym Bykiem – wspomina Doniga Markegard.

W Tracker School Justin poznawał i chłonął światopogląd Toma Browna Jr. i Tropiącego Wilka z pierwszej ręki, a nie z książek. Historia Tropiącego Wilka – archetypicznego mistrza, który wybiera sobie ucznia i przekazuje mu mądrość świata – silnie do niego przemawiała, podobnie jak koncepcja wyprawy w poszukiwaniu wizji.

Tak jak wcześniej Tropiący Wilk, Brown wyruszył na własne poszukiwania, co opisał w The Vision. The Dramatic True Story of One Man’s Search for Enlightenment [Wizja. Dramatyczna prawdziwa historia poszukiwania oświecenia]. „Wraz z każdym mijającym wydarzeniem wszystko stawało się jaśniejsze, pojawiały się odpowiedzi na pytania o siebie samego i poczułem głęboką więź z moim »ja« – czytamy w książce. – Nagle wiedziałem już, kim jestem, dokąd zmierzam i co naprawdę chcę robić w życiu. Ból i dyskomfort znikły, mój umysł przestał walczyć z ograniczeniami wyprawy, wcześniej kojarzącymi się z więzieniem, i poszerzył się, by stać się tą wyprawą, tą dziką przyrodą”. Czwartego dnia Brown wyszedł z lasu sosnowego Pine Barrens odmieniony. Zobaczył leżącą przed nim drogę: „Musiałem wybrać czystą rzeczywistość, pełną emocjonujących doświadczeń, przygód i intensywności – życie pełne zachwytów raczej niż życie w komforcie, bezpieczeństwie i nudzie, jakie wybierali wszyscy inni”. Życie Tropiącego Wilka i Toma Browna Jr. przypominało przypowieści i baśnie, sprowadzało się do wielkich czynów i dążenia do głębszego zrozumienia świata. Ich historie miały wymiar nie tylko mityczny, lecz wręcz kosmiczny. I były przekazywane tysiącom młodych czytelników takich jak Justin, którzy nabrali nienasyconego apetytu, by zrozumieć, co kryje się pod powierzchnią.

Dzięki temu, czego Justin nauczył się w tych szkołach, skrystalizował się jego nowy światopogląd, w którym natura jest czymś więcej niż sumą poszczególnych części, czymś więcej niż jakiekolwiek drzewo, zwierzę czy istota – stanem łączności, który, jak pisał Brown, „najlepiej widać w przepływie wzajemnych oddziaływań”. Cel polega na tym, by umieć dostrzec te powiązania – przez trenowanie świadomości, naukę i obserwacje przyrody. „Próba prowadzenia życia duchowego we współczesnym społeczeństwie jest najtrudniejszą ścieżką, jaką można podążać” – powiedział kiedyś Tropiący Wilk, jak cytuje Brown. „To ścieżka bólu, izolacji i zachwianej wiary, ale też jedyny sposób, w jaki można urzeczywistnić naszą Wizję. Zatem prawdziwą Wyprawą jest życie zgodne z filozofią Ziemi w obrębie ograniczeń człowieka. Nie potrzebujemy żadnego kościoła ani świątyni, by szukać spokoju, gdyż naszymi świątyniami są świątynie przyrody”12.

Przez wiele lat Justin żył tymi właśnie filozoficznymi i duchowymi ideami. Zarówno jego matka w Oregonie, jak i ojciec na Florydzie w pełni wspierali go w wyborze tej ścieżki. Przyroda, czuł Terry, jest najlepszą nauczycielką. Jednak nawet z drugiego końca kraju dostrzegał, że jego syn pakuje się w coraz bardziej ryzykowne sytuacje, żeby sprawdzić, co może znaleźć w skrajnościach.

– To był ten rodzaj duchowości, który bierze się z doświadczeń bliskich śmierci. Justin w bardzo młodym wieku zdał sobie sprawę, że może czerpać takie doznania z robienia niebezpiecznych rzeczy – mówi Terry. – Za każdym razem, kiedy mierzysz się ze śmiercią i wygrywasz, bardziej czujesz, że żyjesz13.

Podczas pierwszego lata w Tracker School Justin pomagał nauczycielom przy nowym programie – Tropy kojotów, pierwszym skierowanym do dzieci. Prowadziła go Tracy Frey.

– Nie miałam zamiaru całymi godzinami badać jednego tropu ani tak strasznie długo siedzieć w jednym miejscu – opowiada. – To nie w moim stylu, nie chciałam tego robić, ale Justin owszem.

Wcielał się w różne role: mentora, instruktora, surwiwalowca.

– W każdej czuł się absolutnie komfortowo – twierdzi instruktorka Brittany Ceres – więc bardzo łatwo było mu wchodzić w czyjąś skórę i w pełni wykorzystywać wiążący się z tym potencjał.

Jednym z młodych uczniów Justina był wtedy Liam Purvis, który wspomina, że Justin często podkreślał, iż „przesuwanie granic” umiejętności i komfortu doprowadzi do głębszego zrozumienia świata.

– Bezpieczeństwo i wygoda to eufemizmy oznaczające śmierć – mawiał często na zajęciach Tom Brown Jr., jak wspomina były instruktor Tom McElroy. Justin tę maksymę nie tylko wziął sobie do serca, ale też wprowadzał w życie.

– Kiedy mnie strach mówił „nie”, Justin nawet się nie wahał – twierdzi McElroy.

Gdy Justin przyjechał do Tracker School, McElroy, wówczas dwudziestojednoletni instruktor, miał za sobą kilka lat nauki na kursach w szkole, które później też prowadził. Szybko zbliżyli się do siebie. Często wyruszali na wielodniowe wyprawy, by tropić zwierzęta w Pine Barrens. McElroy opowiada, że Justin był zauroczony filozofią Browna, wyznawał idealizm dotyczący życia z zasobów natury, a także tego, co może przynieść posuwanie się do skrajności. Wielu znajomych Justina z tamtego okresu pamięta, że instruktorzy mieszkali w sporym domku, który był pozostałością po starym obozie skautowskim, i że pewnej zimy Justin postanowił się sprawdzić.

– Wszyscy mieliśmy przytulne pokoje w domku, ale Justin zbudował tuż przed frontowymi drzwiami szałas, w którym spał nawet podczas zamieci – wspomina McElroy.

Justin podróżował też z Jonem Youngiem i grupą uczniów po całych Stanach Zjednoczonych, by asystować w zajęciach świadomego kontaktu z dziką przyrodą. W Idaho uczyli tropienia wilków i zostali zatrudnieni do zbierania danych o tych drapieżnikach, których populację starano się właśnie odbudować w tym stanie. Justin wykorzystywał każdy dzień, każdą okazję, by się sprawdzać i zaczerpnąć jak najwięcej od instruktorów, swoich uczniów i otaczającej go natury. Po prostu chciał się uczyć i jeśli czuł, że ktoś może mu coś zaoferować, otwierał się na to. Ta jego cecha sprawiała, że we Frey budził się instynkt opiekuńczy, niczym u starszej siostry. W pożegnalnej notce nabazgranej w jednym z zeszytów Frey z Tracker School na zakończenie zajęć Justin nazwał ją zresztą „starszą siostrą, której nigdy nie miałem”.

– Ludzie namawiali go do najróżniejszych rzeczy, bo było wiadomo, że je zrobi – tłumaczy Frey. – Ja zawsze chciałam się upewnić, że jest bezpieczny.

W sierpniu 2000 roku Young razem z Markegard, Knightem i Justinem mieli wrócić do Idaho, żeby kontynuować badania nad wilkami. Justin prowadził pickupa Knighta autostradą międzystanową numer 80 przez Nebraskę. Jedna z córek Younga siedziała na fotelu pasażera, a Knight spał na pace pod plandeką. Pamięta, że obudził go wstrząs.

– Poczułem się, jakby ktoś wrzucił mnie do miksera – opowiada. Samochód przewracał się i koziołkował. – Nie wiem, jak to się stało, że wylądowałem na poboczu.

Pobiegł do auta – leżało na boku, na stronie kierowcy – i kiedy zaczął pomagać młodej kobiecie wydostać się z kabiny, dostrzegli, że szosą pędzi w ich kierunku ciężarówka. Zdążyli odskoczyć od wraku w bezpieczne miejsce kilka sekund przed tym, jak ciężarówka uderzyła w przewróconego pickupa, z Justinem w środku, przesuwając samochód kilkadziesiąt metrów dalej po autostradzie. Wrócili biegiem do wraku. Zobaczyli Justina zakleszczonego w sprasowanej kabinie.

– Myśleliśmy, że nie żyje – wspomina Knight.

Funkcjonariusz policji stanowej, który przyjechał na miejsce, stwierdził, że jeszcze nigdy nie widział, żeby ktoś przeżył tak poważny wypadek. Knight pamięta, jak Justin wił się i krzyczał z bólu w szpitalu. Miał pęknięte kręgi, a na głowie ranę, na którą trzeba było założyć piętnaście klamer. Całe jego ciało było pokaleczone szkłem z rozbitej przedniej szyby.

Kiedy wrócił do Oregonu, by wydobrzeć, zwierzył się matce, że jako kierowca czuł się winny, że naraził przyjaciół na niebezpieczeństwo. Nie pamiętał, co się stało w ostatnich sekundach przed wypadkiem. Na tym odcinku autostrady dochodziło wcześniej do kolizji z jeleniami, jak powiedział Knightowi policjant stanowy, ale Justin zadręczał się myślą, że może przysnął za kierownicą. Powiedział matce, że wydawało mu się, że umarł i wrócił do życia – że w tym momencie czyśćca ktoś lub coś oznajmiło mu, że jeszcze nie pora umierać. To nim wstrząsnęło. Kiedy wracał do zdrowia, stał się bardziej ponury i zamyślony.

Po zaledwie kilku tygodniach rekonwalescencji w domu Justin zdążył jeszcze dołączyć do ekipy tropiącej wilki w Idaho, a później wrócił do Tracker School. Długie włosy trzeba było mu zgolić, odsłaniając klamry w czaszce, ale Frey widziała, że wypadek zostawił po sobie nie tylko fizyczne blizny. Pamięta, że w dniu powrotu przytulała go przez godzinę, pocieszając i mówiąc mu, że warto dać sobie czas na uleczenie ciała i duszy, że nie ma w tym nic złego, a on płakał. Przez wiele dni prawie się nie odzywał.

– Po raz pierwszy uświadomił sobie, że nie jest niezwyciężony – ocenia McElroy.

Kraksa okazała się także dramatycznym punktem zwrotnym w duchowości Justina.

– Przez cały czas słyszał przekaz, że ma powołanie, pewien wyższy cel – twierdzi Frey. – Aż tu nagle o mało nie zginął.

Po wypadku zaczął odchodzić od wszystkiego, w co wcześniej wierzył.

– Była w nim pustka, której nie umiał zapełnić, więc szukał coraz dalej i dalej – uważa Aidan Young. – Był tak zdolny i błyskotliwy, że mógłby robić wszystko, ale chyba szukał na ziemi czegoś, czego brakowało mu wewnątrz, i usiłował ten brak naprawić od zewnętrznej strony. To zaczęło się po wypadku, poczuł się kompletnie zagubiony.

Incydent, w którym omal nie stracił życia, mógł przybliżyć go do duchowości, ale stało się inaczej – Justin stracił wiarę i stał się sceptyczny co do istnienia siły wyższej w jakiejkolwiek postaci, choć wcześniej czuł, że taka siła nad nim czuwa. Ostatecznie rozstał się wtedy z Eckankarem, jak wspomina matka, i wkroczył już zupełnie na własną ścieżkę do duchowego spełnienia. Pewnego dnia, kiedy leżał w domu, wracając do zdrowia, powiedział: „Bóg jest dla mnie za wielki”. Ta idea była dla niego zbyt przytłaczająca, zbyt potężna, nie mieściła mu się w głowie.

– Nie potrafił objąć jej umysłem – twierdzi Suzie. – Nie znajdował odpowiednich ram. Nie miał kontekstu.

Wypadek zostawił po sobie także inne pamiątki. Co jakiś czas odprysk szkła z przedniej szyby, jeden z wielu, które wbiły mu się w ciało pod skórą, wychodził na powierzchnię. Początkowo w takiej sytuacji Justin jechał do lekarza, żeby ten usunął mu szklane odłamki. W końcu już tylko wręczał któremuś z przyjaciół kawałek obłupanego, ostrego jak brzytwa obsydianu, z prośbą, by mu je wyciął. Trauma po wypadku wciąż się utrzymywała.

– Jakby nie mógł uciec przed tym zdarzeniem, które zakwestionowało wszystko, co się dla niego liczyło – wspomina Frey.

Aidan Young zauważył, że Justin nigdy nie porzucił roli mentora i osoby wywierającej pozytywny wpływ na innych.

– Ale jedna rzecz się zmieniła – dodaje. – Jego błysk w oku. Nigdy więcej go nie widziałem. Kiedyś zawsze był pogodny, radosny. Po wypadku ta osoba znikła.

Harley Rustad

Zaginiony w Dolinie Śmierci 

Handlujcie, towarzysze! (1956–1993)

 

Kapitalizm rodzi się w komunizmie, zaświadczy Jewgienij Popow, dawniej wojskowy, dziś biznesmen. Handlu nauczył się w Polsce.

– W domu w Uljanowsku było nas dziesięcioro. Na naukę pieniędzy brakowało, więc poszedłem tam, gdzie dawali dach nad głową, ubranie i gdzie nakarmili. W kamasze. W Bornem Sulinowie okazało się, że jedzenia z przydziału jest więcej, niż mi potrzeba. Po moją kaszę i mięso ciągle ustawiali się jacyś chętni Polacy. Co zarobiłem, to zaraz wydawałem. Kupowałem dżinsy, skajowe kurtki i zestawy naczyń. Porcelanę z serii Miłosna z wymalowanymi przy brzegach różami. Piękna rzecz! Sprzedawałem potem to wszystko z zyskiem w ZSRR.

Podpułkownik Rustam, który służył w Legnicy, Świdnicy i Kołobrzegu, ostatni komplet radzieckiej pościeli sprzedał kilka dni przed wycofaniem armii.

– Na bazarze sprzedawałem też wojskowe lornetki. W moim rodzinnym miasteczku była fabryka optyczna, dostawałem je po kosztach.

Igor Alejnikow, mówi, że gdy przejeżdżał przez wsie wokół Kłomina, to na wszystkich sznurach do prania suszyły się wojskowe gacie.

– Palce w tym maczał nasz kierownik zaopatrzeniowiec. Były ścisłe zasady, jak długo należy nosić każdą część garderoby, od majtek po buty. Buty na przykład miałem wymieniać co pół roku. Ale jeśli nie były całkiem dziurawe, palce nie wystawały, to kierownik zaopatrzeniowiec mówił: „No weź pochodź jeszcze”. Więc chodziłem dalej, rok albo półtora, zanim całkiem się nie zdarły. A tymczasem kierownikowi zwalniała się przydziałowa para. Sprzedawał je na wsi.

Ciągnik, truskawki, świnia

Jeździmy po Polsce i pytamy o transakcje sprzed kilku dekad.

– Ciągniki rolnicze, samochody, ale najwięcej to paliwo – opowiada Sławomir Moskalewicz ze Szczecinka. Z żołnierzami radzieckimi handlował przez szwagra. – Cała rodzina szwagra handlowała, a ja mu pomagałem. Ale nie podobało mi się to.

– Dlaczego?

– Moja rodzina, która była w AK na Wołyniu i chowała się w lesie pod Kowlem, walczyła z Niemcami, walczyła z Ukraińcami, ale to od Ruskich zginęli. Ciotka chciała zobaczyć, czy dom jeszcze stoi. Złapali ją, zgwałcili i zabili. Potem ojciec się ujawnił i komuniści wsadzili go do Wronek. Starszy stryj, który został w lesie, wcześniej uratował życie jednemu czerwonemu. Dowiedział się, że tamten pracuje teraz w Ministerstwie Bezpieczeństwa. Przebrał się w mundur polskiego sierżanta, pojechał do Warszawy i załatwił ojcu uniewinnienie. A potem wrócił do lasu i też go Ruscy zabili. Ojciec wyszedł z aresztu w 1946 roku i przyjechał do Szczecinka. „Ty! Jak się nazywasz?”, zaczepili go Rosjanie, którzy mieli już tu garnizon. „Moskalewicz”. „O, dobrze! To będziesz naczelnikiem stacji”. Potem został jeszcze kierownikiem masarni, a wtedy to był ktoś. Przychodzili więc do nas radzieccy i lała się wódka. Ojciec musiał ich przyjmować, choć złość w nim kipiała. Po pijaku zdejmowali medale z Leninem i oddawali mi. Nie znosiłem ich, ale korzyści z sąsiedztwa czerpaliśmy. Ale nikt ich tu nie lubił, no choćby przez to masło.

– Jakie masło?

– Przyjeżdżali do mleczarni po parę ton masła, a z zakładów mięsnych wyprowadzali mięso na paki. Tymczasem w polskich sklepach brakowało jedzenia. Czego nie przejedli, to zakopywali jak wiewiórki. A potem poznałem szwagra. Handlowaliśmy trochę paliwem i jedzeniem. To było ryzyko. Raz szwagier pojechał do nich i nie wrócił. Szukaliśmy dwa dni, przepadł jak kamień w wodę. Ruscy mówili: „Nic nie wiemy”. Dopiero jak matka szwagra wysupłała całe złoto i im zawiozła, wypuścili. Siedział w piwnicy, bo podobno za mocno się targował. Ale jak chcecie się dowiedzieć czegoś o handlu z Sowietami, to jedźcie do Liszkowa. Bo wszystko szło przez Liszkowo, które leżało najbliżej garnizonu. Czegoś ci trzeba, benzyny czy silnika, to jechałeś do Liszkowa i tam zamawiałeś.

Żywej duszy. Jakby całe Liszkowo wyparowało. Idziemy pytać w sklepie, bo wiejski sklep jest jak turystyczny punkt informacyjny, o każdej porze udzielą tam potrzebnych wskazówek.

Sklep w Liszkowie jednak również zamknięty.

– Co to za apokalipsa? – pytamy.

– Msza święta – tłumaczy mężczyzna w siatkowej czapce z daszkiem. Też czeka na otwarcie. Ledwie to mówi, drzwi małego białego kościoła na placu pośrodku Liszkowa otwierają się i ze środka wylewają się ludzie.

Sklepowa wysyła nas do sołtyski Renaty Komorowskiej. U sołtysowej ujadają psy. Komorowska ćmi papierosa na ganku ceglanego domu.

– Czym żeśmy handlowali? – powtarza nasze pytanie. – O Jezus, wszystkim żeśmy handlowali. Życia mi nie starczy, jak zacznę teraz wymieniać. Właściciel skupu złomu opowiadał mi, że pod koniec pobytu armii chłopaki z Kręgów przynieśli mu nawet na sprzedaż kabinę pilota z myśliwca. Poszedł do garnizonu, bo się wystraszył. „Wsio w poriadkie”, powiedzieli. I czołgowe gąsienice w skupie widziałam.

Do Liszkowa z Poznania Renata Kaczorowska sprowadziła się z mężem w latach osiemdziesiątych.

– Nie miałam pojęcia, że obok jest radzieckie miasto. Na mapach tu wszędzie były lasy. Trzeciego dnia poszliśmy na grzyby, nosy do ziemi, szukamy podgrzybków. I tak trafiliśmy na szlaban. Zza drzew wyszedł Rosjanin: „Dalej nie wolno”. Miałam uczyć matematyki i chemii w szkole w Łubowie. Ja uczyłam o liczbach i pierwiastkach, a dzieci mi tłumaczyły, jak wygląda karabin maszynowy. Przyzwyczaiłam się, że przynoszą naboje. Ale jak jeden chłopiec przyniósł granat, pobiegłam z krzykiem do dyrektora. A ten zaśmiał się: „Ale to bez zapalnika”. Zostało nam po nich więcej tych prezentów, jak się rurę kładzie na działce, to obowiązkowo trzeba wzywać saperów. A wiecie, szkoda mi ich było! Na wartowni zawsze stali najmniejsi i najchudsi. Przywalił mróz minus dwadzieścia, to wysłałam dzieciaki z gorącą zupą. Wsuwali i patrzyli tylko, czy oficer nie idzie. I wesoło było. Wychodzę raz przed dom, a tu transporter opancerzony zaparkowany na podwórku. Poszli pić do sąsiada. A sąsiadce w nocy czołgiem raz wjechali w dom. Narobiła awantury, ale sprawnie jej tę ścianę naprawili, jeszcze w nocy. A z rzeczy, które od nich się kupowało, to jeszcze były świnie.

– Świnie? Skąd te świnie?

– Mieli świniarnię po drugiej stronie kanału. Potem łatwo się poznawało, który gospodarz we wsi ma świnie sowieckie, bo były biało-czarne, a nie takie jak nasze biało-różowe. Na polską edukację też mieli wpływ. Dyrektor szkoły kupował od Rosjan farbę do malowania szkoły. Zapłatę najchętniej brali w gotówce albo wódce. Za pół litra beczka benzyny. Podjeżdżali pod kościół cysterną, a ludzie tankowali syrenki. Ryby też od nich braliśmy. Mieli fajne urządzenia do łapania ryb, nazywaliśmy to „Nataszą”. Razili ryby prądem i wypływało tyle, że nie mieli, co z tym robić. Zamrażarki do mleka ludzie brali. Złoto i obrączki – wylicza sołtysowa.

Jeden chłopak z Liszkowa wziął obrączkę i nie zapłacił. Przyjechali na ciężarówce, żeby go odszukać. Pod sklepem stał siedemnastoletni Andrzej. Radziecki żołnierz, mocno wypity, przystawił mu karabin do klatki i strzelił. Pomylił się, bo to nie Andrzej wziął obrączkę.

Zdzisiek Redosz, Janek Turowski i Józek Pańczyk z Liszkowa poszli na wartownię mścić się za Andrzeja. Poturbowali pięciu żołnierzy, zabrali im pistolety i bagnety. Zdzisiek zakopał broń w ogródku, więc dostał najwięcej, siedem lat więzienia. Janek nie miał jeszcze siedemnastu lat, więc dostał pięć lat. Tak samo Józek, w więzieniu nazywali go „Ruskobójcą”.

– Ja najczęściej kupowałam produkty dla dzieciaków, u nas w sklepach takich nie było. I kosmetyki za papierosy. Pralkę też wzięłam, dobrą, automatyczną, ale to trzeba było się pilnować i nie powiedzieć „awtomat”, co znaczy kałasznikow. „Sti-ral-na-ja ma-szy-na”, tak jest poprawnie.

– Zostało coś pani jeszcze?

– Mundur czołgisty i dwa granaty ćwiczebne – mówi sołtyska i pokazuje.

– A po co to pani?

– A przydały się, jak robiliśmy przedstawienia z dzieciakami.

We wsi Nietoperek obok Kęszycy Leśnej, dawnego garnizonu Gródek, mieszka sołtys Wacław Nycz, który dzięki sprzedaży truskawek wylądował w Stalingradzie. Oprowadza nas po domu wypełnionym pamiątkami i zdjęciami z Kresów, skąd pochodzi. Przeglądamy artykuły z czasów pożegnania armii, które sołtys przechował.

– Na początku pobytu to jednak mieli rygor – mówi, spoglądając na pożółkłe fotografie. – Ale potem im się dyscyplina rozluźniła. A to zhandlować zwój kabla przychodzili albo co innego zwędzili z poligonu. Jak przy bocznicy rozładowywali węgiel, to i we wsi był węgiel. Przywozili go ciężarówką, zawsze we dwóch, jeden pilnował drugiego. Paliwo oficer podrzucał tu samochodem, a szeregowy pieszo przynosił w kanistrach. W zamian najchętniej chcieli pieniądze albo wino. Ja pod garnizonową bramę woziłem Sowietom truskawki. Którymś razem się trochę spóźniłem, podjeżdżam, a tam czeka już kilkudziesięciu, takie łasuchy. Jak się lepiej poznaliśmy, to jeden podoficer przyjechał mi sprzedać lodówkę. Pogadaliśmy trochę i zaczęli przychodzić już do nas często, bo w garnizonie im się nudziło. Potem my pojechaliśmy z żoną do nich w odwiedziny pod Wołgograd, czyli dawny Stalingrad – opowiada sołtys Nycz.

W Wołgogradzie zwiedził kurhan Mamaja, w którym pochowanych jest trzydzieści sześć tysięcy radzieckich żołnierzy i nad którym wznosi się ogromna statua Matki Ojczyzny – z wyciągniętym mieczem wzywa „synów do walki z najeźdźcą”. Przywiózł sobie też słoje miodu gryczanego.

– A tuż przed samiutkim odjazdem przyszedł do mnie jeden chłopak i gorąco namawiał, żebym wziął od niego wintówkę, ale nie chciałem.

– Jaką wintówkę?

– Karabin wyborowy Dragunowa.

Jad żmii, freon, cukierki, maść Mumijo

Na handel mówi się „potlacz” (potlacz to ceremonia Kwiakiutlów, rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej; wodzowie Kwiakiutlów oddawali w obrzędzie swoje dobra, aby podnieść swój status społeczny). Polacy mają rzeczy i radzieccy żołnierze mają rzeczy. Po Legnicy Sowieci chodzą z bańkami do mleka. W środku – freon, który sprzedają majstrom od naprawy lodówek. Mieszkańcy Legnicy sprzedają żołnierzom polskie dżinsy z Zakładu Przemysłu Odzieżowego „ELPO”, wcześniej doszywają do nich napis „Levi’s”. W Świdnicy za owczarka niemieckiego można dostać strzelbę. W puszkach po farbie jadą do ZSRR polskie balerony. Bronisław z Lubina wozi na potlacz żonom oficerów łódzkie biustonosze. Matka Andy Rottenberg, przyszłej historyczki sztuki, szyje im sukienki za kawior, a pani Władzia za kapelusze robione żonom oficerów pobudowała domy dzieciom. Rolnicy ze wsi pod Legnicą sadzą trochę więcej kapusty – w zamian dostaną olej napędowy i śledzie z Morza Białego.

Im dłużej trwa PRL i im dłużej stoją radzieckie garnizony, tym handluje się więcej i śmielej.

Handluje się paliwem. W Kłominie żołnierze wynoszą je z bazy w kanistrach. A z Bornego Sulinowa wywożą nocami w beczce ciężarówką. Beczkę zrzucają kupcowi do ogródka, odbierają ją kolejnego dnia, z przyklejonymi w środku pieniędzmi. Pod Legnicą, w Bartoszowie sprzedają benzynę z pontonu desantowego. Ponton nie budzi podejrzeń dowództwa. Leją prosto do wiader, a potem wracają ponton napełnić. Na lotnisku w Krzywej po benzynę do helikopterów zgłaszają się właściciele motorowerów Komar.

Handluje się alkoholem. W Białogardzie pod mury ludzie przywożą żołnierzom wino własnej produkcji, a radzieccy piloci z Krzywej oszczędnie spryskują przed startem szyby śmigłowców, bo na zaoszczędzony spirytus szybko znajdzie się kupiec.

Handluje się złotem, biżuterią, radzieckimi zegarkami.

W Legnicy radzieckie złoto sprzedawane jest na targowisku pod zamkiem, interesów pilnują tu „bociany” – wysocy mężczyźni, którzy patrzą ponad głowami, czy nie idzie milicja. Podczas ucieczki trzeba czasem złoto wyrzucić. Zbierają je dzieci ze szkoły numer 3, gdy wychodzą z lekcji.

Handlować najlepiej z radzieckimi patrolami i z oficerami, którzy mają dużą rodzinę. Duża rodzina to duży pajok, czyli przydział.

Handluje się pod murami garnizonów. W Białogardzie mieszkańcy przynoszą pod mury zdjęcia z rozebranymi dziewczynami i torby z Madonną.

W Bornem Sulinowie wystającym pod płotem chłopom żołnierze wyrzucają metalowe części, które można opchnąć w warsztatach albo na złomie.

Ale można też handlować w miejscach pokątnych.

Koniec lat osiemdziesiątych, okolice Świdnicy. W lesie niedaleko Modliszowa milicjant Janusz Bartkiewicz poszukuje sprawcy zabójstwa. Przypadkiem natyka się na zaskoczonych radzieckich żołnierzy, którzy przy drodze sprzedają kierowcom bagnety, noktowizory i benzynę.

Handluje się na targach. Na bazarze w Szczecinku można dostać uszankę (czapkę) i moczałkę (myjkę), zegarek i konserwę. Suszoną rybę, aparat fotograficzny, jad żmii kaukaskiej, maść Mumijo, papierosy Krasnaja Zwiezda i Biełomorkanał kupisz na targu w Legnicy.

Handluje się także nieuczciwie. Zamiast kołnierza z lisa – kołnierz z królika, zamiast wódki – woda z karbidem. Koperty zegarków Pobieda wypchane są watą.

– „Są zielone!” Tak krzyczeli Polacy, podtykając mi pod nos serdeczne palce. Obrączki kupili od naszych przedsiębiorczych żołnierzy, którzy zrobili je z miedzi berylowej, a sprzedawali jako złoto. Produkowali je taśmowo, w garażu zamontowali maszynę do metalu, a podróbki stemplowali próbą złotniczą – opowiada Tatiana Niedźwiedzka.

Handluje się za murami.

Marzenie mieszkańców Legnicy: zakupy w największym sklepie w radzieckim Kwadracie – magazynie numer 5. Czego tam nie ma: gruzińskie koniaki, mołdawskie szampany, kawior, mięso, perfumy Maska.

Przy ladzie stoją radzieckie ekspedientki w białych fartuchach, przebierają palcami po drewnianych liczydłach. Polak, który chce wejść do Kwadratu po te rarytasy, potrzebuje imiennej przepustki. Przepustka to nie tylko przepustka, to dowód przyjaźni, dostają ją więc milicjanci, oficerowie, partyjni. Z zewnątrz sklep obserwuje SB, a w środku panują sztywne zasady: generałowa kupuje przed pułkownikową, a pułkownikowa przed podpułkownikową. Do innych radzieckich sklepów można przedostać się przez dziurę w płocie. Da się czasem przekupić strażników. Kobiety czeszą się jak Rosjanki i wtapiają w tłum. Dzieci przechodzą „na pewniaka” (a nuż nikt się nie zorientuje), na „ruskie dziecko” (trzeba być bardziej przy kości, ubrać na jaskrawo, we włosach zawiązać kokardę) albo „ruską mamę” (przed bramą biorą sympatyczną Rosjankę za rękę i proszą, żeby wprowadziła do środka). Andzie Rottenberg, która wtedy ma dopiero dziesięć lat, matka wiąże pod szyją czerwoną pionierską chustę i wysyła do radzieckiego Kwadratu po mięso.

Kto handluje? Kto może.

Handluje nawet państwo, PRL, tyle że oficjalnie. Radzieckie garnizony zaopatruje – tak zostało to zapisane w umowie z 1956 roku – polskie przedsiębiorstwo państwowe PHZ „Marko”. Do towarów dla radzieckiego wojska są dopłaty z polskiego budżetu. Ale Marko naciąga bratnich żołnierzy, jak potrafi, do garnizonów śle produkty z przekroczonym terminem ważności. A Armia Radziecka nabiera Marko – zwleka z zapłatą, a dofinansowane przez Polskę produkty sprzedaje z powrotem Polakom na czarnym rynku.

Handlują radzieccy konduktorzy pociągów, którymi żołnierze przyjeżdżają do Polski.

Ci z „Iwana” (tak pociąg z Moskwy do Świdnicy nazywają mieszkańcy miasta) wstawiają do polskich butików radzieckie buty. Do Kraju Rad zabierają z kolei skajowe kurtki i sukienki z krempliny.

Ci z „Prawosławnego Ekspresu” (tak pociąg Kijów–Legnica z wagonami z Moskwy nazywają legniczanie) przywożą złoto i zegarki.

Handluje polska opozycja. Papier na podziemną bibułę u radzieckich żołnierzy załatwia w latach osiemdziesiątych działacz Solidarności Marek Jakubiec. Z żołnierzami spotyka się dyskretnie, nad brzegiem Odry. Sowieci przywożą ciężarówką papier w jednej ogromnej beli. Tymczasem Jakubiec przyjechał małym fiatem. Trzeba sprowadzić jakiś większy wóz. Działacze Solidarności jak żuki wtaczają papier w beli na pakę, a potem tną go na mniejsze kawałki na tyłach Milicyjnego Klubu Sportowego „Gwardia”.

Handlują dzieci. Przez dziury w murze przemykają codziennie do radzieckich sklepów w Kwadracie po biełki (cukierki z wiewiórką na opakowaniu), maczki (z kwiatem maku) i kara-kumy (z wielbłądem).

Nieśmiało handluje Kościół. W latach osiemdziesiątych pod Świętoszowem umowę handlową z Armią Radziecką zawiera proboszcz – wierni dają armii mięso, w zamian żołnierze remontują kościół.

Ale najwięcej handluje się tuż przed wyjazdem armii.

Prześcieradło, telewizor Elektron, słodkie mleczko, wołga

– Zanim nasze wojska zaczęły się zwijać z Polski, nikt broni nie sprzedawał – tłumaczy Igor Alejnikow. – Rozliczali nas z niej. Zginął karabin, to pułk nie kładł się spać, dopóki nie znalazł. Kiedyś spadł nam z czołgu źle zamontowany karabin maszynowy. Trzy dni szukaliśmy, prawie nie mrużąc oczu. Co innego amunicja. Dowódcom bardzo nie chciało się chodzić na strzelanie, a jak opuścili dzień, to zwalniało się kilka tysięcy nabojów. Co z nimi zrobić? Przecież dowódca nie pójdzie zameldować, że przyoszczędził.

– To co robił?

– Wzywał mnie i kazał zakopać. Szedłem do lasu, znajdowałem zaciszne miejsce w rowie i zasypywałem. Ale potem wojsko zaczęło się wynosić. I się zaczęło.

– Wszyscy powariowali przy wycofywaniu – woła Jelena Władimirowna, medyk z Legnicy. – Wyprzedawali, co się da. Z powodu inflacji w ZSRR wartość nabywcza żołdu spadła trzykrotnie. Brakowało pieniędzy nawet na pensje oficerów. Chłopcy przeskakiwali przez płot i handlowali słodkim mleczkiem kupionym w garnizonowym sklepie. Brali za to piwo i wódkę, bo w bufecie nie mogli dostać. Ale głównie pieniądze, żeby się lepiej dożywić, bo słabo było też z prowiantem. W ZSRR wprowadzono kartki, a nam ograniczono dostawy. Żołnierze pisali do rodzin z prośbą o „przesyłkę z zegarkiem”. Zegarek był rejestrowany „na użytek własny”, ale zaraz się go zhandlowało na targowisku z kilkukrotnym przebiciem.

– Moim najlepszym kumplem był Arek – opowiada podpułkownik Rustam. – Poszedłem kiedyś na bazar sprzedać wojskowe lornetki. W moim rodzinnym miasteczku była fabryka optyczna, dostawałem je po kosztach. Arek się zainteresował. A potem ja od Arka kupiłem magnetofon i tak nawiązaliśmy stałą radziecko-polską współpracę handlową. Dobrze się dogadywaliśmy. Uczył mnie biznesu, woził na bazary. „Idą nowe czasy, Rustam, wystarczy tylko sięgnąć”, mówił. I rzeczywiście szły. Na początku woziłem jedynie lornetki, a on opychał je dalej, potem ze Lwowa telewizory Elektron, potem trzysta butelek wódki. Arek wyprzedawał na pniu. Z Polski do ZSRR woziłem z kolei perfumy Być Może. Po dwadzieścia sztuk, dziesięć rozdawałem w prezencie, a dziesięć sprzedawałem. Na Święto Zmarłych przywiozłem z kolei z domu trzy walizki świec, bo Arek powiedział, że Polacy mają zwyczaj, że palą świeczki na grobach. Wszystko przy okazji urlopu i podróży służbowych. Odwoziłem na remont sprzęt pod Leningrad i jechałem na zakupy. Prosiłem specjalnie o kolejne delegacje, żeby Arkowi dowieźć towaru. Pociągiem Moskwa–Wünsdorf jeździłem z granatowym paszportem służbowym, celnicy tylko zerkali i stawiali pieczątkę. Ale czasem zampolit, pieprzony komunista, łapał mnie na punkcie kontrolnym i dawał karę za handel.

– Jaką miałeś karę?

– W weekend stawiał mnie na warcie. Cholera, a wiadomo, że w weekend utarg największy. Zampolici to zawsze były wredne jełopy. Co innego dowódca. Ustawił nas w szeregu i powiedział: „Towarzysze piloci! Do wyprowadzki zostało pół roku. Wasza ostatnia szansa. Kto ma możliwości, niech handluje!”. Każdy kręcił, jak mógł. W kraju zaczęła się inflacja. W 1989 roku, ja, młody lejtnant, miałem na książeczce oszczędnościowej dwanaście tysięcy rubli. Ogromne pieniądze, można było kupić dwa samochody. A już po chwili było to zupełnie nic niewarte. Niedaleko Kołobrzegu działała fabryka konserw rybnych. Mieli braki kadrowe. Polacy nie chcieli się zatrudniać, bo śmierdziało. Niektórzy oficerowie wysłali tam do pracy swoje żony albo sami szli po godzinach. Stali w gumiakach w wodzie, na rękach mieli gumowe rękawice i tak przebierali rybę, żeby mieć za co żyć, kiedy wrócą do kraju. Ja u Arka miałem konfitury. Wspierałem też polskich przedsiębiorców. Pod garnizon podjeżdżał po nas małym fiatem jeden Polak, wiózł nas do swojego mieszkania, gdzie puszczał nam na VHS pornografię. Słono sobie za to liczył. Pod koniec tak się z biznesem rozkręciłem, że kupiłem sobie wołgę. „Rustam, po co ci radziecki samochód? Kup sobie japoński. Albo BMW!”, gadał mi Arek. On miał japoński, bardzo ładny, ale wołga do mnie bardziej przemawiała. Wołga w Rosji to było coś, można było ją wymienić na mieszkanie. A BMW? Pfff, o tym nikt nawet u nas nie słyszał. Nie miałem prawa jazdy, ale musiałem jakoś moją nowo zakupioną wołgę zawieźć do Rosji. To był dziewięćdziesiąty pierwszy, może dziewięćdziesiąty drugi rok. Jechał ze mną kolega, który też nie umiał prowadzić. Ale siedział obok i cały czas mnie instruował: „Dwójka, jak jedziesz! Drugi raz czerwone!”. Za Brześciem odkręciliśmy tablice rejestracyjne. Jakby mafia zobaczyła zagraniczne blachy, mielibyśmy przekichane. Przed Moskwą macha milicjant. „Tablice gdzie?” Nie ma. „Prawo jazdy!” Nie ma. Zerka ostrożnie. „Wojskowy?” Tak, oficer. A on: „A może chociaż dolary masz?”. Dałem mu pięć, w banknotach po jednym. Uczciwy był, powiedział, że pięć to za dużo, i wziął trzy. I tak powoli dojechaliśmy do Samary. Odstawiłem wołgę, nakupiłem prześcieradeł i wróciłem z nimi do Polski pociągiem. I szybciutko je posprzedawałem, bo zaraz w kwietniu mój pułk opuszczał Polskę już na stałe. Meble w kawalerce były służbowe, zapłaciłem kierownikowi zaopatrzenia batalionu, żeby skreślił je z listy magazynowej. I po kolei, stół za krzesłem, opychałem Arkowi. Pierwsza poszła kuchenka, bo żywiłem się w stołówce. Miałem tylko grzałkę, żeby zaparzyć sobie czasem herbaty. Sam ją zrobiłem, dwie brzytwy przedzielone zapałkami związałem drucikiem i podłączyłem do prądu. Gdy wyjeżdżałem, pokój był pusty, a ja spałem na materacu położonym na podłodze. Wracałem z dwoma tysiącami dolarów w kieszeni i butlami z gazem pieprzowym. Zostały w magazynie i można było zabrać. W Krasnodarze, dokąd nas wyprowadzili, szybko je zhandlowałem.

Biznes, fax, krucyfiks

W celu przekwalifikowania odchodzących do rezerwy oficerów, żołnierzy – internacjonalistów, ich skutecznego działania w gospodarce narodowej, aktywnego włączenia ich w system stosunków rynkowych, przekwalifikowania zawodowego oraz w celu zabezpieczenia należytego poziomu socjalnego oraz adaptacji kadry oficerskiej w warunkach życia cywilnego rozkazuję: powołać […] szkołę menedżerów legnickiego garnizonu […]. Dowódca PGWAR gen. płk Dubynin.

(rozkaz nr 152 z 3 listopada 1991 roku)

Do niedawna radzieccy, a teraz rosyjscy oficerowie mają się uczyć handlu od polskich profesorów. Szkoła menedżerów mieści się w byłym Muzeum Chwały Wojennej i Braterstwa Broni z Armią Radziecką w Legnicy. Sala wykładowa jest w Sali Zwycięstwa: sztukateria, plafon, nad drzwiami krzyż.

Na oficjalnym otwarciu szkoły zjawiają się wojewoda, generał garnizonu, kardynał i ambasador ZSRR. Generał Dubynin w przemówieniu zaznacza, że oficerowie będą się tu uczyli „myślenia po nowemu”.

Chętnych było trzystu, wybrano sześćdziesięciu oficerów. Zaplanowano dla nich łącznie trzysta sześćdziesiąt godzin zajęć – cztery godziny dziennie po służbie, nie wyłączając niedziel.

Czterdziestosześcioletni pułkownik Walentin Sytnik zapisał się na kurs, bo „wcześniej czy później i tak zajmie się interesami”. W wojsku liznął trochę ekonomii – musiał się zmagać z problemami z zaopatrzeniem.

Lekcje zaczynają się o szesnastej. Studenci – czterech generałów i reszta (pułkownicy, majorzy, porucznicy) – siadają w trzech rzędach szkolnych ławek. Patrzą w tablicę, na której docent z Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu pisze powoli, stukając kredą: „Business plan”. Potem słuchają, jak opowiada o UNIDO, uniwersalnej metodzie prowadzenia biznesu.

„Podstawowe pytanie, jakie musicie sobie zadać, panowie – tłumaczy docent – brzmi: »Czy na tym można zarobić?«”.

Profesor Bogumił Bernaś wykłada o „czynnikach efektywności i formach transakcji z zagranicą”, a rektor Akademii Ekonomicznej profesor Józef Kaleta w pięciogodzinnym wykładzie ocenia przebudowę polskiej gospodarki.

Na kolejnych zajęciach studenci oglądają komputer i odświeżają angielski, wkuwają podstawy rachunkowości oraz przedzierają się przez przekształcenia własnościowe.

Przerwy spędzają w drink barze, w dawnej Sali Pamięci Bojowej Chwały. Wyniesiono już stąd popiersie marszałka Rokossowskiego. Zostały marmur i stary informator w kącie: „Żołnierze PGWAR godnie kontynuują pełne chwały tradycje swoich poprzedników. W procesie szkolenia bojowego i politycznego doskonalą się ich moralno-polityczne zalety i wojskowe umiejętności”.

Szkołę biznesu wymyślił Piotr Krzywiecki, przedsiębiorca budowlany z Kochlic i właściciel firmy Rembud. Wyremontował sale, zapłacił za sprzęt i pokrył pensje dla wykładowców. W zamian Rosjanie obiecali mu okazyjne ceny na garnizonowe paliwo i złom oraz pomoc w kontaktach handlowych ze Wschodem. Krzywiecki chciałby tam niedługo eksportować żywność. Wyliczył, że jeśli przeprowadzi cztery kursy biznesu, to za rok będzie miał na Wschodzie dwustu pięćdziesięciu ewentualnych współpracowników.

„To zabawne – mówi reporterowi »Polityki« – zawsze byłem antysowiecki”.

Pułkownik Walerij Gonczarow, redaktor „Znamia Pobiedy”, tłumaczy dziennikarzowi: „Nasi ludzie umieją kierować kolektywem. Jeśli dodać im wiedzę menedżerską, staną się po powrocie gotowymi biznesmenami. Już dziś wymieniamy wizytówki. Założymy klub biznesu, żeby utrzymać znajomości, będziemy telefonować i faksować”.

Po kilku miesiącach studenci biznesu dostają jednak lekcję ekonomii od życia. Meble w szkole zdobią paski z pieczęciami komornika. Krzywiecki ma ogromne długi. „Mnie inni też są winni pieniądze. Ale zamiast się sądzić, wolę zarobić nowy milion. To moja filozofia” – opowiada w „Polityce”.

Armia Radziecka w Legnicy chce ratować Krzywieckiego z finansowego dołka, który wynikł po części z inwestycji w szkołę. Przekazuje mu nielegalnie tysiąc ton paliwa. Kilka cystern zatrzymuje policja. Krzywiecki ma mieć za to sprawę karną (siedział już wcześniej).

W szkole menedżerów odbyły się w sumie trzy kursy trzymiesięczne, a ukończyło ją ponad dwustu radzieckich oficerów.

Mieszkanie, lotnisko, granat, siedemnastowieczny obraz

Na radzieckich lotniskach robią się dziury w niebie. Samoloty codziennie zabierają tony bagażu bez kontroli, a inne przylatują z towarami bez zapłaconego cła.

Paliwo, sprowadzane jako zaopatrzenie dla wojsk, jest szybko sprzedawane. Szeregowi, oficerowie i generałowie – wszyscy nim handlują.

– Kiedy się wyprowadzaliśmy, miejscowi mi powiedzieli, że pierwszy raz od bardzo dawna byli na stacji benzynowej. Zdziwili się, gdy zobaczyli, ile kosztuje benzyna – mówi Igor Alejnikow.

Na oczach żołnierzy i wartowników „trzej żołnierze i oficer napełnili pięć beczek paliwem i załadowali na traktor polskiego obywatela” (pisze „Znamia Pobiedy” w lutym 1992 roku).

Naczelnik legnickiego oddziału celnego Jan Bogdanowicz idzie rankiem do pracy. Widzi, jak polną drogą w kierunku wyrwy w ogrodzeniu lotniska jedzie siedem cystern. Dzwoni na policję. Na lotnisko wjeżdżają radiowozy, a radziecki oficer, który tankuje właśnie cysternę, pokazuje faktury. Są wystawione na polską firmę Faktor. Tylko że takiej firmy nie ma w żadnym rejestrze.

Murów lotniska w Krzywej pilnują policja i straż miejska. Codziennie, pisze historyk Wojciech Kondusza, zatrzymują samochody, które wyjeżdżają z benzyną. Mały fiat z sześcioma kanistrami i zwojem przewodów, żuk z ośmioma dwudziestolitrowymi kanistrami, cysterna jelcz, wartburg ze stu sześćdziesięcioma litrami. Rosjanie denerwują się, że policja psuje im interes, i strzelają do nich zza ogrodzenia. Zanim w trasę wyruszy cysterna z paliwem, puszczają na drogę gaziki z patrolem. Czasem dochodzi do pościgów. Cysternie z czterdziestoma tonami etyliny trzeba było zablokować drogę radiowozem. Policjantów i celników biorących udział w zatrzymaniach Rosjanie próbują przekupić albo – zdarza się – przejechać samochodem.

Przez dziurę w niebie na lotnisku dostają się do Polski turyści. To obywatele ZSRR, którzy za łapówkę wsiadają w Moskwie na pokład samolotu poczty wojskowej. Na bazary w Polsce wiozą kawior, papierosy Kosmos i piły spalinowe Tajga. Śpią na dworcach, w parkach, opuszczanych mieszkaniach, bo chcą oszczędzić na hotelach. W lipcu 1992 roku policja zatrzymuje dwóch żołnierzy, którzy sprzedają noktowizory czołgowe Cyklop, oraz troje turystów handlujących ikonami i miedziorytami.

W sierpniu policja zatrzymuje dwóch Rosjan, którzy sprzedają zawory wodociągowe, a potem kolejnych dwóch – ze słomą makową w reklamówkach.

W październiku do Legnicy przyjeżdża koleją dwadzieścia sześć tysięcy półlitrowych butelek piwa Burg i Pils. Transport zatrzymują celnicy. Odbiorcą ma być zarząd zaopatrzenia garnizonu. Rosjanie nie chcą płacić cła. Najpierw powołują się na ustalenia z 1956 roku (o braku cła dla towarów dla wojska), a potem zaprzeczają, by zamawiali piwo.

Na dziurach w niebie nad radzieckimi lotniskami korzystają polscy biznesmeni. Na przykład zlecają wschodniej firmie zakup wódki z dostawą do garnizonu. Produkt przeznaczony na eksport zwolniony jest z podatku obrotowego. Kontenery jednak nigdy nie opuszczają kraju.

Po wymianie rubli na złotówki armii nie starcza na utrzymanie żołnierzy, więc prowiant kupuje się czasem za pieniądze z nieoclonego handlu.

Rosjanie sprzedają: samochody wojskowe, zbiorniki na paliwo, smary, rury, silniki, agregaty prądotwórcze, kostkę granitową wyrwaną z chodników, broń i amunicję.

We wrześniu 1993 roku u proboszcza ze wsi Pielgrzymka policja znajduje wyposażenie willi Dom Prioma. Wojskowymi kamazami żołnierze zwieźli księdzu na plebanię: ozdobne kafle, rzeźbiony stół bilardowy, fortepian, żyrandole, kinkiety, marmurową umywalkę, rzeźbione drzwi, zegar, marmurowy kominek, a także obrazy: Karla Wendela z 1904 roku, nieznanego autora z przełomu XVIII i XIX wieku i Paula Weimanna z pierwszej połowy XX wieku. Sto czterdzieści przedmiotów. Proboszcz przyznał się do zakupu bez pokwitowania.

Luty 1993. Czas patriotów i Zabójcza broń – pirackie kasety VHS rekwiruje kontrola w wypożyczalni w Strzelcach Opolskich. Zostały wyprodukowane przez firmę Emcid Legnica, która nie istnieje w rejestrze. Adres prowadzi za mur, na teren garnizonu – do radzieckiego studia telewizyjnego.

Handlują materiałami niebezpiecznymi.

W 1991 roku na bazarach i targowiskach policja konfiskuje broń automatyczną, pistolety i granaty. W listopadzie zatrzymuje czterech obywateli Wspólnoty Niepodległych Państw, którzy przewożą w samochodzie sto kilogramów płynnej rtęci oraz cztery kilogramy sproszkowanej. W 1992 roku zostaje udaremniona próba sprzedaży trzydziestu kilogramów rtęci i siedmiu kilogramów tlenku rtęci. Pośrednikiem transakcji był oficer Komendy Wojewódzkiej Policji w Legnicy.

Telewizyjne Wiadomości informują, że w Legnicy można kupić cztery głowice nuklearne po milion dolarów za sztukę.

Wśród mieszkańców Legnicy krąży anegdota: znany biznesmen prowadził skup złomu, w 1992 roku kupił od Rosjan stary czołg za grosze. Chciał go pociąć na złom. Podjechał rosyjski gazik wojskowy. Wysiedli polski cywil, rosyjski kierowca i pułkownik. Cywil mówi: „Pan tu podobno kupił czołg?”. „Nigdy w życiu, jaki czołg?”, wystraszył się właściciel. „Kupiłeś czołg, wiemy”. „Nigdy!” Wtedy wtrąca się rosyjski pułkownik: „My znajem, czto wy kupili. Jeszcze dwa kupisz?”.

Sprzedają samochody z Niemiec.

„Gazeta Wyborcza” pisze, że „w czasie policyjno-celnych kontroli w garnizonach wojsk b. ZSRR w Legnicy oraz w bazie morskiej w Świnoujściu wykryto cywilne samochody osobowe niewiadomego pochodzenia. Wozy mają zmienione numery silników”. Samochody sprowadzane są z NRD. Żołnierze wpisują w dokumentach „tranzyt” i nie płacą podatku. Ale auta nigdy nie jadą dalej.

Sprzęt RTV i AGD.

W grudniu 1991 roku na lotnisku w Kluczewie pod Stargardem radzieccy żołnierze organizują giełdę towarową, na której można kupić telewizory, radia i pralki. Na bazarach w innych miastach można znaleźć jeszcze: lunety snajperskie, bagnety, hełmofony, siatki maskujące, noktowizory. A także broń myśliwską (łatwo ją wykreślić z ewidencji).

Handlują nieruchomościami.

Polska spółka Arpol kupuje od pułkownika Iliczowa bazę z trzema halami przy pasie startowym lotniska. Spółka chce tu budować linie produkcyjne i magazyny. Nie wie, że w momencie wyprowadzki umowa wygaśnie, a baza trafi do prawowitego właściciela, czyli Skarbu Państwa.

W Jankowie Żagańskiej Rosjanie sprzedają za dwieście osiemdziesiąt tysięcy dolarów bazę paliw (też własność Skarbu Państwa). Budynki i mieszkania w innych garnizonach również wystawiają na sprzedaż. W sprawie nielegalnego handlu mieszkaniami toczy się w roku 1992 dwieście siedemdziesiąt postępowań przygotowawczych.

Sprzedają wszystko inne.

Jeszcze kilka lat po wyjściu Rosjan żołnierze wracają kończyć transakcje. W 1994 roku podczas przeszukiwania budynków garnizonowych policja znalazła zapasy kawioru, zakopane lotnicze zbiorniki z paliwem i ukrywającego się rosyjskiego oficera z wojskowym paszportem. Rok później służby celne likwidują nielegalne giełdy samochodowe. Cinkciarzom w Świdnicy trzykrotnie spadają obroty.

– To Polska nauczyła mnie biznesu. Polacy potrafili pracować przez całą dobę, byle zadowolić klienta. Od Polaków nauczyłem się staranności, punktualności i jakości – tłumaczy Jewgienij Popow. Były radziecki oficer po wyjeździe z Polski za biznes zabrał się po amerykańsku.

– Czyli jak?

– Od pucybuta. Przed wyjazdem kupiłem wiśniową wołgę i pojechałem do Kaliningradu. Najpierw jeździłem w niej jako taksówkarz. Potem dwa lata kelnerzyłem. Pojawiali się tam czasem Polacy, którzy szukali w Kaliningradzie okazji na rynku. A ja dzięki służbie rozmawiałem trochę po polsku. To dobry moment, pomyślałem, żeby wsiąść w końcu do pociągu „Biznes”. Skończyłem akurat trzydzieści lat. Jeden znajomy Polak stawiał na bazarze knajpy z szaszłykami. Było też czterech innych, którzy handlowali szaszłykami w mieście. Woziłem im mięso z upadających rzeźni. Inny znajomy Polak woził banany, więc brałem je od niego i opychałem w Kaliningradzie. A potem sprzedawałem wodę gazowaną w butelkach, u nas tego jeszcze nie było. W Rosji cieszyła się też popularnością granulowana cytrynowa herbata. Dla Polaków załatwiałem drelichy i bawełnę do odzieży specjalnej, i farbę do metalu. Patrzyłem, czego potrzebują jedni, czego drudzy. I krążyłem, organizowałem transport. Co zarobiłem, włożyłem w firmę, którą mam do dziś – mówi.

Trzon zatrudniającej osiemdziesiąt pięć osób firmy Popowa to jego koledzy z armii. Zamiast wojskowych krazów przez Polskę jeżdżą dziś jego dwadzieścia cztery ciężarowe scanie.

Grzegorz ‌Szymanik, Julia Wizowska

Długi taniec ‌za ‌kurtyną

Pół ‌wieku ‌Armii Radzieckiej ‌w Polsce

Kafkarna


 1985.

 Do Pragi przyjeżdża Joy Buchanan, stypendystka, która chce poznać świat Kafki. Pisze o nim pracę. Mówi po czesku, chodzi po Starym Mieście i zadaje jedno pytanie: „Czy czytał/a pan/pani Kafkę?”.

 Ludzie nie odpowiadają. Jest rok 1985, od razu chcą wiedzieć, czy ma pisemne pozwolenie.

 — Na co?

 — Jakiś papier, że w ogóle ma pani prawo zadać takie pytanie.

 Panna Buchananova (tak ją będą nazywać na Uniwersytecie Karola) zaczyna chodzić z czeską tłumaczką i magnetofonem. Ma to dodać jej wiarygodności. Kafki nikt nie czytał, ale przechodnie często uśmiechają się zagadkowo i mówią: „A tak, kafkârnal”, a tłumaczka nigdy tego słowa nie tłumaczy.

 W końcu stypendystka pyta ją, co to za kafkârnal — Ach, głupstwo — mówi tłumaczka i milknie. Buchananova nie daje jej jednak spokoju. — No, tego słowa po prostu nie powinno się, a właściwie nie ma się prawa używać — wyjaśnia w końcu Czeszka.

 — Macie słowa, których nie można używać?

 — Nie, nie mamy żadnych słów zakazanych, co to, to nie. Po prostu takie słowo nigdzie nie figuruje.

 — Ale ludzie je wypowiadają!

 — Jednak gdyby pani szukała na piśmie, nie znajdzie pani. A u nas to, co nie jest napisane, właściwie nie istnieje. I powiem szczerze, że to jest wszystkim bardzo na rękę.

 Kawiarnia to miejsce, gdzie parzy się kawę — myśli Amerykanka — vodârna to po czesku miejsce, gdzie oczyszcza się wodę, octârna — gdzie produkuje ocet. A więc istnieje miejsce, gdzie robi się coś z Kafką.

 Joy Buchanan pyta na własną rękę. Jej opiekun z uniwersytetu mówi, że kafkârna to jest coś, o czym wszyscy wiedzą, ale wiedzą też, że nic się nie da z tym zrobić. Przede wszystkim nie trzeba się temu dziwić. Raczej trzeba to zaakceptować.

 — Ale co?

— To jest coś podświadomego w myślach ludzi. Jak będzie pani tu trochę mieszkać, to na pewno samo się pani rozjaśni nagle powie pani: „Acha, kafkârna!”.

 Ludzie na placu Staromiejskim odpowiadają różnie. „To jest heca i gdyby człowiek nie brał tego jako hecy, to naprawdę nie wiadomo, co by było”. Albo: „To jest coś bardzo głupiego, ale musi być”. „Na pewno myli to pani ze śvejkârną, a i to źle, bo nie ma takiego słowa. Jest za to svejkovina, czyli zachowywanie się jak Szwejk. Tylko to jest coś zupełnie innego niż kafkârna”.

 Zauważyła, że ludzie w Czechosłowacji często porównują coś konkretnego z czymś, o czym mówią, że w ogóle nie istnieje albo że tego w ogóle nie znają.

 Urzędnik z ankiety daje jej przykład: — Proszę sobie wyobrazić, że jest pani mężczyzną, wchodzi do sklepu i pyta czy są skarpetki frotte. Sprzedawczyni odpowiada: „Damskie, dziecięcych nie mamy”. Ta logika jest, panienko, bez sensu, ale działa.

 — W tym jest logika?

 — Bo przypuszcza się, że on wie czy też powinien wiedzieć, że męskich skarpetek nie było już w sprzedaży od pół roku i najprawdopodobniej nie będzie. Więc o jakie skarpetki mężczyzna może pytać? To jasne — tylko o damskie albo dziecięce.

 Stypendystka ma ponad sto odpowiedzi i żadnej konkretnej definicji.

 Pracownicy Uniwersytetu Karola, którzy z nią się kontaktują, są ostrożni. Kiedy na przyjęciu zorganizowanym na jej cześć, coraz więcej osób dowiaduje się, o kim chce pisać, wszyscy przerzucają ją sobie jak parzący kartofel.

 Odważniejsze od kolegów naukowców są ich żony. Żona dyrektora instytutu literatury czeskiej wyznaje Buchanan, że mąż przymierza się, żeby chociaż trochę tego Kafki przeczytać, na razie jednak nie może. Zaczynał i nie jest w stanie doczytać do końca. — Proszę sobie wyobrazić, ze próbował czytać o tym człowieku, co się przemienił w robaka. Ale to jest coś tak nienaturalnego, tak okropnego. To raczej jak z waszej amerykańskiej literatury, wy macie tam u siebie to science fiction, prawda?

 — Mamy.

 — Ale w tradycji literatury czeskiej takie odchylenia nie są czymś zwyczajnym.

 Żona innego pracownika, archiwistka w instytucie, chce wyswatać amerykańską stypendystkę ze swoim synem, który o Kafce nie ma zielonego pojęcia. Matka postanawia przeczytać Proces i mu streścić, żeby mógł przyszłej narzeczonej czymś zaimponować. Szybko wpada w rozpacz. Ciągle wraca do początku książki, bo ma wrażenie, że umknęło jej, o co Józef K. był oskarżony. Potem myśli, że dowie się tego na końcu i też nic. Potem jest przekonana, że wyjaśnienie pisarz zaszyfrował w podtekście. Ale też nie.

 Z tego wszystkiego wybucha: — Synu, naprawdę to jest czyste oszustwo! Żadnej wskazówki! W gatunku ta książka to horror, a człowiek w horrorze, po tylu stronach ma przecież prawo znać przyczynę tej grozy!

Dwa miesiące później zjawiają się w pokoju stypendystki dwaj tajniacy. Służba Bezpieczeństwa chce wiedzieć, czy przechodnie, którzy odpowiadali na ankietę nie zostali przypadkiem pozbawieni własnej woli. I czy aby w takim stanie nie odpowiadali na pytania.

 Jeden z profesorów radzi Amerykance, aby w swojej pracy o Kafce najlepiej nazwiska Kafki nie używała.

 Przekonuje, że w Czechosłowacji ludzie świetnie umieją obejść grząski teren. — Przecież przez całe lata mówi się o pierwszej przedwojennej republice czechosłowackiej i czasem powie się, że ówczesny prezydent zrobił to i to. Wszyscy wiedzą o kogo chodzi, a nazwisko Masaryk za żadne skarby nie padnie. I to jest jak najbardziej w porządku.

 Najlepiej jest więc mówić „ten pisarz”.


 1992.


 Historii stypendystki Joy Buchanan nie napisałem ja, tylko docent literatury amerykańskiej na Uniwersytecie Karola, Radoslav Nenadal. Syn przedwojennego oficera, urodzony w 1929 roku, dziś jeden z najwybitniejszych tłumaczy z angielskiego. Powieść Tudy chodil K. (Tędy chodził K). skończył jeszcze za socjalizmu, w 1987 roku, i oddał do wydawnictwa. Jakimś cudem jej zawartość przed drukiem poznali pracownicy jego uczelni.

 Nikt się do niego nie odzywał przez pół roku.

 Specjaliści od literatury byli jej treścią bardzo dotknięci. Zdawali sobie sprawę, że fabuła jest wymyślona, jednak — jak ktoś zauważył — było to zmyślenie prawdziwe.

 Wydawnictwo nie miało odwagi jej wydać. Wyszła dopiero, gdy upadł socjalizm, a autor był już na emeryturze. W 1992 roku, w wydawnictwie Franz Kafka.

 Jednak wydawnictwo Franz Kafka nie potrafiło jej sprzedać. — Może ludzie nie byli gotowi na takie szyderstwo? — zastanawia się autor. Stosy powieści Tędy chodził K. zalegają więc sklepy sieci Tanie Książki.

 Jeden egzemplarz jest dziś w cenie biletu na tramwaj.

 — Gdyby pan ją zechciał przetłumaczyć na polski — mówi. — Albo chociaż streścić w jakimś waszym czasopiśmie. Może wtedy coś więcej by po niej zostało.

 — Proszę bardzo.

Mariusz Szczygieł 

Gottland