niedziela, 3 maja 2026

Deep state nie posiada flagi…




W centrum zdjęcia zamieszczonego powyżej znajduje się Mao Zedong – «Wielki Sternik». Człowiek, który przekształcił Chiny w to, czym są one dzisiaj. Uśmiecha się. Otaczają go osoby, które wyglądają na doradców, przyjaciół, zaufanych współpracowników.

Ale przyjrzyjcie się im lepiej. Zobaczcie, kim naprawdę są ci mężczyźni.

Israel Epstein – Żyd polski. Obywatel Chin od 1957 roku. Członek Komunistycznej Partii Chin od 1964 roku. https://pl.wikipedia.org/wiki/Israel_Epstein


Frank Coe – Żyd amerykański. Były sekretarz Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Człowiek, który przyczynił się do stworzenia globalnego systemu finansowego w Bretton Woods. en.wikipedia.org/wiki/Bretton_Woods_system

en.wikipedia.org/wiki/Frank_Coe_(government_official)

Solomon Adler – Żyd brytyjski. Przyjął obywatelstwo amerykańskie. Były urzędnik Departamentu Skarbu Stanów Zjednoczonych podczas II wojny światowej. https://en.wikipedia.org/wiki/Solomon_Adler


Wszyscy razem. Wszyscy uśmiechnięci. Wszyscy w komunistycznych Chinach. Wszyscy byli tam, by “pomóc” Mao.

I wszyscy, zgodnie z zeznaniami pod przysięgą, byli radzieckimi szpiegami.

Pozwólcie, że opowiem wam historię – historię sieci. Sieci, która przekracza granice, ideologie i rządy. Sieci, która nie potrzebuje żadnej flagi. Służy wyłącznie sobie samej.

I to właśnie ta sieć zbudowała świat, w którym żyjemy.

Rok 1944. Bretton Woods w stanie New Hampshire. Przedstawiciele czterdziestu czterech krajów zbierają się, by po wojnie na nowo ukształtować światowy system finansowy.

W wyniku owego spotkania powstają Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy. Instytucje, które po dzień dzisiejszy decydują, kto komu pożycza pieniądze. Kto może się rozwijać, a kto musi pozostać biedny. Kto je, a kto umiera z głodu.

Frank Coe jest tam obecny. Nie jako gość. Jako sekretarz techniczny konferencji. Sporządza dokumenty. Pisze zasady. Kształtuje system.

Dwa lata później zostaje pierwszym sekretarzem Międzynarodowego Funduszu Walutowego. 15 500 dolarów rocznie. Bez podatku. I dostęp do wszystkich poufnych informacji finansowych na świecie.

Ale Frank Coe posiada sekret.

Pracuje dla Związku Radzieckiego.

============================================

Nie tylko on. Jest jeszcze Solomon Adler. Przedstawiciel amerykańskiego Departamentu Skarbu w Chinach w czasie wojny. Człowiek, który ma zadecydować, ile złota Stany Zjednoczone pożyczą chińskim nacjonalistom na walkę z komunistami.

Adler podejmuje “ciekawą” decyzję. Sprzeciwia się udzielenie pożyczki. Dwieście milionów dolarów w złocie, które mogłyby ustabilizować gospodarkę chińską gospodarkę narodową? –  Nie, lepiej tego nie robić.

Skutek? – Hiperinflacja: tysiąc procent rocznie. Gospodarka narodowa upada. Chiński lud tonie w nędzy. A kiedy pojawia się Mao ze swoimi obietnicami, ludzie nie mają już nic do stracenia.

==============================

Rok 1949. Komunistom udaje się zwyciężyć. Chiny stają się czerwone.

A gdzie zamieszkał Solomon Adler po tym, jak w Stanach Zjednoczonych oskarżono go o szpiegostwo?

W Pekinie. Mieszkał tam przez dwadzieścia lat. Jako doradca komunistycznego rządu chińskiego. Tłumaczy dzieła Mao. Pracuje dla Departamentu Stosunków Zagranicznych Komunistycznej Partii Chin – departamentu, który kieruje wywiadem zagranicznym.

Nie ukrywa się. Żyje tam jawnie. Aż do śmierci w roku 1994.

No i jest jeszcze Israel Epstein. Nie, nie ten Epstein. Ale nazwisko powinno skłonić was do refleksji.

Urodzony w Polsce. Dorastał w Chinach. Dziennikarz. W 1951 roku, Elizabeth Bentley wikipedia.org/wiki/Elizabeth_Bentley, była kurierka radzieckiego NKWD, zeznaje przed amerykańskim Kongresem, że Israel Epstein jest „od wielu lat członkiem rosyjskiej tajnej policji w Chinach”.

Epstein zaprzecza. Jednak w 1957 roku przyjmuje chińskie obywatelstwo. W 1964 roku wstępuje do Komunistycznej Partii Chin. Staje się jednym z najbliższych współpracowników Mao. Tłumaczy jego dzieła. Kształtuje narrację, której odbiorcą będzie cały świat.

Kiedy umiera w roku 2005, organizują mu pogrzeb państwowy. Zostanie pochowany na Cmentarzu Rewolucjonistów w Babaoshan. Tam, gdzie spoczywają bohaterowie Partii.

Polski Żyd oskarżony o bycie radzieckim szpiegiem umiera jako bohater komunistycznych Chin.

Zastanówcie się nad tym wszystkim choć przez chwilę.

Frank Coe wyjeżdża do Chin w roku 1958. Po tym, jak przyczynił się do stworzenia globalnego systemu finansowego. Po tym, jak sześćdziesiąt pięć razy odmówił odpowiedzi przed Kongresem na pytanie, czy jest szpiegiem.

W Chinach zostaje doradcą ekonomicznym tzw. „Wielkiego Skoku Naprzód” – polityki Mao, która spowodowała śmierć z głodu od trzydziestu do pięćdziesięciu pięciu milionów istnień ludzkich.

A Frank Coe, człowiek, który przyczynił się do stworzenia zasad światowej finansjery, właśnie tam się znajduje. Doradza. Tłumaczy. Wspiera.

Umiera w Pekinie w 1980 roku.

Podobnie jak Solomon Adler. Podobnie jak Israel Epstein. Wszyscy w Pekinie. Wszyscy pochowani jako bohaterowie.

Wszyscy: Żyd amerykański, Żyd brytyjski, Żyd polski, którzy pracowali dla Sowietów, a skończyli służąc Chińczykom.

Dostrzegacie pewien schemat?

Nie mamy do czynienia z antagonizmem między Ameryką a Chinami. Nie chodzi o walkę kapitalizmu z komunizmem. Nie jest to konflikt między Zachodem a Wschodem.

To jest sieć, która działa tam, gdzie jest to jej potrzebne. Która infiltruje miejsca, które są ważne. Która buduje systemy, a potem kontroluje je od środka.

System z Bretton Woods nie został stworzony, by pomóc światu. Został stworzony, by go kontrolować. A ludzie, którzy go stworzyli, to ci sami, którzy potem zbudowali komunistyczne Chiny.

Nie z powodu ideologii. Dla władzy.

Bo jeśli kontrolujesz obie strony, nigdy nie przegrywasz.

Dzisiaj patrzymy na Chiny i mówimy: „To wróg”. Patrzymy na Rosję i mówimy: „To jest zagrożenie”. Patrzymy na Amerykę i mówimy: „To imperium”.

Ale kto zbudował współczesne Chiny? – Kto sfinansował ich rozwój? – Kto przekazał im technologię, kapitał i przemysł? –- Ci sami, którzy twierdzą, że z nią walczą.

Ponieważ deep state nie jest amerykański. Nie jest chiński. Nie jest rosyjski.

Deep state to globalna sieć, która posługuje się państwami jak pionkami. Która wywołuje konflikty, by następnie oferować ich rozstrzygnięcia. Która tworzy wrogów, by następnie sprzedawać wam ochronę przed nimi.

Dodam jeszcze, że ta sieć istniała już przed waszym przyjściem na świat. Istniała już na długo przed narodzinami waszych rodziców…

INFO: https://t.me/Sadefenza


2 Maggio 2026Author: Uczta Baltazara babylonianempire/deep-state-nie-posiada-flagi



Wywiad ze Stanisławem Jędryką

 Dla mnie są dobre i złe filmy. Wśród krytyków panuje przeświadczenie, że filmy dla dzieci i młodzieży to są filmy jakby drugiego gatunku. To przeświadczenie jest także w środowisku filmowym. Przekonanie, że robienie takich filmów jest czymś gorszym, wstydliwym. I granie w takich filmach też. Tylko widzowie nie mają takiego rozgraniczenia, albo im się podoba, albo nie. Natomiast mnie się udało do tych filmów pozyskać wybitnych aktorów. Nawet do roli drugoplanowej. Roman Wilhelmi – wybitny aktor grał w moich wszystkich serialach i on jak gdyby nie tylko, że nie wstydził się tego, nie miał jakiejś potrzeby ekonomicznej, a jednak to robił z jakimś przekonaniem i to oczywiście wtedy od razu rangę filmu podnosiło do góry.


Stanisław Jędryka: Tak, musze przyznać, że coraz więcej spotykam się z wyrazami uznania od tej nieco starszej młodzieży. Niedawno byłem na uroczystości urodzinowej w pracowni mojej przyjaciółki – fotograficzki i było tam chyba z 50 osób w wieku ok. 40 lat (kilka tygodni później także w tym miejscu odbyło się spotkanie sekcji mazowiecko-łódzkeij naszego forum z p. Stanisławem - dop. Sz.S.). I tyle ile mnie spotkało z ich strony komplementów, to aż było dla mnie żenujące, w końcu stwierdziłem aby przestali, bo zacząłem czuć się jak jakiś eksponat na wystawie (śmiech). A mówili to z nieudawanym przejęciem.

Kilka tygodni temu byłem też w Muzeum Powstania Warszawskiego na spotkaniach edukacji filmowej dla młodzieży. Ale tym razem zaproszono ich z rodzicami i to rodzice stanowili połowę widowni. Oprócz „Do przerwy 0:1” i „Podróż za jeden uśmiech” pokazano tam też film dokumentalny „Tolek Banan i inni”. Na sali było 50 czy nawet 100 osób i film ten był oglądany w ogromnym skupieniu. Potem urządzono mi owację na stojąco i zarzucono mnie wieloma pytaniami. Z wypowiedzi wynikało, że bez moich seriali dzieciństwo tych ludzi, jak sami twierdzą, byłoby po prostu uboższe.

No i ciągle te moje filmy są w telewizji pokazywane. Zauważam też, że „Stawiam na Tolka Banana” przezywa jakby swoją druga młodość. Znalazłem artykuły, w których autorzy dowodzą, że film ten porusza jakieś bardzo ważne także dziś problemy młodzieży będącej troszkę na bakier z rzeczywistością. Że film ten jest czymś więcej niż tylko przygodową historią. Poza tym temat tego filmu został też podniesiony przy okazji informacji o śmierci Filipka (Sergiusza Lacha – dop. red.). To jest rzeczywiście dramatyczne i dla mnie bardzo przykre, że z tych sześciu młodych wykonawców już trzech nie żyje (także odtwórcy postaci Tolka Banana i Cygana – dop. red.). Ostatnio dowiedziałem się też, że zmarła córka Filipa Łobodzińskiego. Nie żyją już także trzej operatorzy, z którymi współpracowałem podczas moich ostatnich filmów.

(...)
Aleksander Minkowski jest godny tego, aby dużo o nim mówić, a jeszcze więcej myśleć. W sposób dobry, ciepły. Kiedyś można by o nim powiedzieć, że był troszkę pupilem władzy, ale nie miało to większego znaczenia, bo miał autentyczny talent literacki, pisarski. Miał doskonale opanowany warsztat operowania słowem. I zajmował się szeroką tematyką, bo i dla dzieci i młodzieży, później też dla dorosłych. Ja zrobiłem 5 czy 6 lat temu film o nim, ale chyba nie pojawił się nigdy na antenie. I szkoda, bo on opowiadał wspaniale, operował barwnym językiem. Potrafił też pisać szybko, co czasami wytykano mu jako słabość, bo nie można pisać szybko i dobrze. Rzeczywiście często tak bywa, ale bywają wyjątki, gdy ta szybkość bywa atutem. A u niego szybkość wynikała z talentu. Mam odczucie, że o jego twórczości mówiło się zbyt mało.

Nakręciłem dwa seriale na podstawie jego tekstów: „Szaleństwo Majki Skowron” oraz „Zielona miłość”. Majka Skowron była chyba jak to się teraz mówi filmem wręcz kultowym. Nawet niedawno usłyszałem w „Szkle kontaktowym” pytanie jednego z prowadzących zadane drugiemu: „czy nie kochał się pan w Majce Skowron?”. Tak więc te seriale zostały i ciągle żyją. Kiedyś przechodziłem nad tym do porządku dziennego, a teraz zaczyna mi to sprawiać coraz większą satysfakcję. Duża to zasługa telewizji, która ciągle te filmy pokazuje, bo nie ma napływu nowych rzeczy.

(...)

Forum Miłośników Pana Samochodzika: Czy mógłby Pan nam coś więcej opowiedzieć o Adamie Bahdaju? Jaki był, jak się z nim pracowało, czy się dobrze się panowie znali, może prywatnie spotykali? Bahdaja obecnie spowija jakby mgła tajemnicy. Mało jest o nim informacji w Internecie.

Stanisław Jędryka: To ciekawe, bo niedawno czytałem dość duży artykuł o Bahdaju w Newsweeku. Było w nim zresztą także trochę o mnie, w tym takie miłe sformułowania jak „arcymistrz kina dla młodzieży” – jak widać spotykają mnie też miłe rzeczy (śmiech). Wracając do tematu, to jakiejś dużej zażyłości między nami nie było. Najpierw (w 1961 r.) był scenariusz do filmu fabularnego pt. „Do przerwy 0:1” i komisja scenariuszowa go nie zaakceptowała. Ja to bardzo przeżyłem, było mi przykro, tym bardziej że nie rozumiałem dlaczego komisja tak źle ten projekt oceniła. To właśnie tematyka drużyn podwórkowych chyba od początku zbliżyła nas do siebie, bo dla mnie był to konik, mój świat, moje życie (w wieku 18-lat, jako junior grywałem w pierwszej drużynie Stali Sosnowiec, czołowej drużynie drugoligowej).

Ten scenariusz mówił więc o tym, co także ja kiedyś przeżywałem, a Adam Bahdaj się tym pasjonował. Mógłby mieć o tę złą ocenę jakiś żal do mnie, ale nie miał. Była nawet zachowana między nami serdeczność, bo to był wspaniały człowiek. Był to też bardzo przystojny mężczyzna i pożeracz kobiecych serc (śmiech), typowy góral, kawał chłopa, pogodny, uśmiechnięty. Dopiero chyba po 5 latach po ten scenariusz zgłosiła się telewizja, która szukała seriali dla młodej widowni. On był już wtedy dość znanym autorem tego typu powieści i telewizja zwróciła się właśnie do niego, a ja już byłem wtedy po swoim „Samochodziku”, czyli „Wyspie Złoczyńców”. Do dziś nie wiem, czy telewizja uznała, że po tym moim Samochodziku mam już doświadczenie w tego typu filmach, czy też to Adam Bahdaj zaproponował moją osobę. Nigdy się o to w telewizji nie spytałem. Oczywiście byłem bardzo zadowolony, że pojawia się szansa na taki serial. A wcale w owym czasie nie kręcono ich tak dużo.

Jak już zaczęła się realizacja, to Adam Bahdaj życzliwie kibicował temu przedsięwzięciu, tzn. wypytywał o jakieś sprawy, ja mu opowiadałem jak wygląda sprawa z wyszukiwaniem młodzieżowych aktorów, ale to wszystko się działo na wzajemnym zaufaniu. Godził się więc na to, że nieraz zmieniałem mu niektóre sceny (już na etapie scenopisu), przy czym nie były to jakieś wielkie zmiany. Ostatecznie uznał nawet, że wkład mojej pracy w te zmiany jest tak duży, że zasługuję na to aby zostać współautorem dialogów. A muszę dodać, że najczęściej scenarzyści niechętnie się godzą na aż taką „współpracę”.

Na zdjęcia przyjeżdżał rzadko i to też nie na zasadzie sprawdzenia czy mu się jakaś krzywda nie dzieje, w tym co ja tam wymyślam. Był bardzo życzliwym człowiekiem, trudno powiedzieć abyśmy byli zaprzyjaźnieni, bo była między nami dość duża różnica wieku, ale na pewno mieliśmy do siebie zaufanie, była to taka przyjaźń twórcza, szczególnie po tym jak ten nasz pierwszy serial się udał. Posiadał duże możliwości twórcze, które bardzo dobrze widać w jego książkach.

Mam trochę wyrzuty sumienia, że po tych sukcesach czterech moich seriali, była jeszcze propozycja kolejnego, z której jednak zrezygnowałem, bo wydawało mi się, że zaczęła się w scenariusz wkradać jakaś rutyna. Warto dodać, że było to już na wczesnym etapie, nic nie było jeszcze w telewizji zatwierdzone. Każdy z tych czterech seriali miał swój charakter, swój smak, a w tym kolejnym historia wydawała mi się jakby słabsza. Ale warto dodać, że po latach ten scenariusz wykorzystał Julian Dziedzina w serialu „W piątą stronę świata”. Nie wiem czy faktycznie był on słabszy, ale jakoś nie jest on obecnie tak często powtarzany jak te moje „bahdajowskie” seriale.

Adam Bahdaj pisał też książki dla dorosłych, np. kryminały pod pseudonimem. Pamiętam nawet, że do jednego z nich („Ruda modelka”) się przymierzałem, ale nic z tego nie wyszło. Był to pod każdym względem wspaniały człowiek, znakomity, wszechstronny pisarz. Miałem oczywiście szczęście, że trafiłem na Adama Bahdaja. Spodobało mu się też to, że tak jak on jestem pasjonatem piłki nożnej. Niestety za wcześnie umarł (w 1985 r. dop. red.), gdyby nie to, może byśmy jeszcze coś wspólnie zrobili.

Forum Miłośników Pana Samochodzika: Czy czytał Pan ówczesne książki przygodowe np. Edmunda Niziurskiego lub innych autorów młodzieżowych? Może myślał Pan nad ich ekranizacją?

Stanisław Jędryka: Tak, doskonale znałem twórczość Niziurskiego. On przecież chyba nawet wyprzedzał Bahdaja czy Minkowskiego, wcześniej zaczął pisać książki dla młodzieży. Ale osobiście z nim się nie zetknąłem. Pamiętam też, że myślałem nad Alfredem Szklarskim, którego bohaterowie przeżywali przygody za granicą. Wiem, że do niego przymierzał się potem ktoś inny. Ale duże koszty ekranizacji odstraszały jednak i ostatecznie żadna ekranizacja nie powstała.

Forum Miłośników Pana Samochodzika: Jak Pan trafił na Janusza Domagalika i Aleksandra Minkowskiego?

Stanisław Jędryka: Na Domagalika trafiłem w ten sposób, że jak się książka ukazała, to sporo o niej mówiono i to bardzo pozytywnie. To też był człowiek, który oddał mi całe swoje zaufanie. A ja w filmie dodałem kilka scen, których w książce nie ma (śmiech), które zaakceptował. Uznał że są dobre i potrzebne.

Co do Minkowskiego, to najpierw natknąłem się na jego twórczość dla dorosłych. Był bardzo prestiżowy konkurs na współczesną powieść, gdzie jego powieść „Nigdy na świecie” zdobyła drugą nagrodę (przewodniczącym jury w tym konkursie był Jarosław Iwaszkiewicz) i tam po raz pierwszy o nim usłyszałem. Na podstawie tej książki film pt.: „Kardiogram” zrealizował Roman Załuski. Był to dobry film, ale nie zrobił specjalnej kariery. Ja z kolei przeczytałem jego książkę „Czterdziestu na górze” – jest to historia marynarza, który staje przed problemem odpowiedzialności za katastrofę morską. Książka mi się spodobała i zacząłem zabiegać o jej ekranizację w moim zespole u Jana Rybkowskiego. Niestety scenariusz nie przeszedł, ale przy okazji się zaprzyjaźniliśmy. Potem pojawiła się Majka Skowron. Potem jeszcze Olek i Zbigniew Safjan (współautor „Stawki większej niż życie”) napisali scenariusz, którego akcja działa się we Francji, do którego się zapaliłem. Ten film został zatwierdzony i prawie skierowany do produkcji, ale to ja się wycofałem, bo się przeraziłem, gdyż nie znałem francuskiego, a po drugie bałem się realizacji filmu za granicą w obcym języku. Teraz z perspektywy czasu mogę żałować tej decyzji.

Forum Miłośników Pana Samochodzika: Wspominał Pan już wcześniej o Macieju Zimińskim. [Maciej Zimiński - dziennikarz, twórca popularnych programów telewizyjnych dla młodych widzów, m.in. "Piątku z Pankracym", "Niewidzialnej ręki" i "Teleferii".] Był to pomysłodawca i prowadzący wielu programów dla młodych widzów w ówczesnej telewizji. Jak wspomina Pan tę postać?

Stanisław Jędryka: W tamtych czasach prowadził redakcję dziecięcą i w związku z tym często sam wychodził z pewnymi inicjatywami. Polegało to na tym, że po pierwszym serialu był już pewien, że może „zamówić” u mnie kolejny. Był to jeden z najbliższych mi ludzi nie tylko jako człowiek, ale jako swoisty opiekun artystyczny. Kontynuacja cyklu bahdajowskiego była jego pomysłem. Umiał to docenić, umiał postępować z młodzieżową widownią i m.in. dlatego wtedy w telewizji tak się dużo udawało, a dziś tego wszystkiego już nie ma.

Forum Miłośników Pana Samochodzika: Jak dzieci w Pana rodzinie lub wśród znajomych odbierały realizowane przez Pana filmy? Czy obsadził Pan kiedyś kogoś z rodziny lub znajomych? Czy jakieś dzieci z rodziny lub znajomych w ogóle chciały wystąpić?

Stanisław Jędryka: Dzieciom się oczywiście moje filmy podobały. Kiedy przystępowałem do realizacji, zawsze najpierw się rozglądałem po dzieciach znajomych, dopiero potem były ogłoszenia w prasie, castingi w szkołach czy nawet rozglądanie się na ulicy. Były więc różne sposoby szukania młodych aktorów. Jeżeli chodzi o znajomych, to np. filmowa Karioka i Majka Skowron były córkami znanych mi osób z kręgów artystycznych. Największy mój nabór był przy okazji „Końca wakacji”, podczas którego w Chorzowie pojawiło się przez 2 dni 4 tysiące młodych ludzi – wybrany wtedy został Marek Sikora.

Przy okazji chciałbym poinformować, że niedawno odnowiono cyfrowo film (nie serial!) „Podróż za jeden uśmiech”! Prawdopodobnie następny będzie film „Paragon gola”, choć ja wolałbym, aby odnowiono „Koniec wakacji”…

Muszę jeszcze dodać, że obserwuję taką dziwną sytuację. Mianowicie kiedyś gdy kręciłem te seriale czy filmy prawie co roku, to młodzi ludzie oglądali, cieszyli się, ale przechodziło to jakoś bez większego echa – krytycy się nad nimi nie zastanawiali. A jak teraz, od 25 lat nie robię już filmów, to nagle okazuje się, że te filmy są ciągle pokazywane, nie ma roku żeby ze dwa razy nie były na różnych kanałach wszystkie puszczane. Mam dużo wywiadów, pojawiam się w telewizji, jest to dla mnie jakaś dziwna sytuacja, że wtedy kiedy miałem potrzebę docenienia, porozmawiania o tych filmach, to tego nie było, a teraz te wszystkie „mistrzostwa świata”, którymi mnie obdarowują są zaskakujące, ale oczywiście bardzo miłe (śmiech).

PanSamochodzik.net.pl

CAŁY WYWIAD >

sobota, 2 maja 2026

Kim jest twórca „edukacji zdrowotnej” Zbigniew Izdebski?


  Seksuolog Zbigniew Izdebski, powiązany z instytucjami uwikłanymi w przeszłości w afery pedofilskie i uczeń „naukowca”, który popierał legalizację pedofilii, publicznie cieszy się z objęcia wszystkich uczniów w Polsce przymusem tzw. „edukacji zdrowotnej”.

W jednym z niedawnych wywiadów medialnych Izdebski stwierdził, że wprowadzenie obowiązku udziału w lekcjach deprawacji to „duży sukces” rządu Tuska i Nowackiej.

To właśnie Izdebski stał na czele zespołu, który opracował program nauczania „edukacji zdrowotnej”. Program, wedle którego uczniowie mają być m.in. oswajani z masturbacją, rozwiązłością, homoseksualnym stylem życia, aktywizmem LGBT i „zmianą płci”.

Większość rodziców w Polsce nie ma pojęcia, kto stoi za treściami, które już od 1 września będą narzucane ich dzieciom. Dlatego nagrałem na ten temat krótką rolkę video.

https://www.youtube.com/shorts


Proszę obejrzeć, a następnie udostępnić ją dalej swoim znajomym, np. na Facebooku, WhatsAppie lub w innych mediach społecznościowych:
Z wyrazami szacunku, 

Mariusz Dzierżawski
Konto Fundacji do darowizn:79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków

wtorek, 28 kwietnia 2026

Egzystować znaczy być wystawionym w przeciętność

 Kiedy Umberto Eco jeden z felietonów z 2013 roku rozpoczynał ironiczną deklaracją: „Nie korzystam ani z Twittera, ani z Facebooka. Pozwala mi na to konstytucja” (Eco 2016: 38), to nie pisał tego w celu taniej prowokacji i arystokratycznie brzmiącej koterii. Wielcy twórcy wiedzą jak mało kto, że praca myślenia, zawsze oparta na selekcji świadomości i filtrach wiedzy, potrzebuje dystansu od naporu „bodźców”. W wypowiedzi autora „Imienia róży” nie ma tu zatem technofobii czy naiwnej retoryki pięknoduchostwa – to rozsądna, stara kalkulacja wyniesiona z rzetelnej twórczości mającej ambicje spłodzić dzieło, które oddziała dłużej niż ranking miesiąca. Przygnieciony nadmiarem umysł staje się nietwórczy, zamyka się w niedającym się zorganizować sensownie przesycie. Zamiast niezbędnej twórczości przestrzeni autonomii zaabsorbowany kolażem bodźców interaktywny umysł staje się reaktywny, coraz częściej spalając swój twórczy potencjał w autoironicznych gestach, będących w istocie reakcjami drugiego rzędu. Eco, „pracowity Włoch” umiejący twórczo oswoić niejeden oksymoron i sprawnie korzystać z nudy (to częsta cecha u wielkich pisarzy, którą Balzac i Flaubert wynieśli do rangi wirtuozerii), żyjąc przez lata w medialno-społeczno-politycznym kokonie postprodukcji Berlusconiego, dobrze wiedział, o czym mówi. Jego ironicznym uwagom wymierzonym w aprobujące zmedializowany spektakl społeczeństwo włoskie wtóruje ton Slavoja Žižka uznającego proces zlewania się życia publicznego i prywatnego za obopólny regres, z widocznym wskazaniem na istotę pierwszego. Faktycznie, w społeczeństwie spektaklu, gdzie wszystko w życiu prywatnym może pozostać otwarte dla innych –widzów, a zatem dla mediów, nie ma już starego pola życia publicznego, w którym występować może aktor symboliczny – polityk. Zanikanie sfery publicznej z nieodłącznymi od niej rytuałami dystansu sprawia, że polityka staje się coraz bardziej sprywatyzowana, przenosząc się do intymnych zaciszy domowych, a cynicznie zniesmaczona publiczność, zamiast słyszeć argumenty i programy, porusza tematy związane z osobistymi cechami i temperamentem notabli.


Niestety istnieje niebezpieczny rewers cynicznej postawy strukturyzującej spektakularną, rozdrobnioną masę – publiczna sfera zostaje coraz częściej odbierana za domenę chłodu i nieprzyjazne nie-miejsce, w którym rządzą wyłącznie niskie instynkty, podejrzane pobudki i prywatne interesy, co konsekwentnie odciąga wpatrzonych w spektakl widzów od publicznej aktywności i rozbicia status quo. Sprzyja to nasilającemu się zjawisku selekcji negatywnej, której przykładem jest polska polityka, odstręczająca od siebie najzdolniejszych ludzi, których talenty wysyła na wolny rynek, zagraniczny albo rodzimy. W tym sensie późna nowoczesność w rozumieniu posthistorycznej krainy After Theory to nieustanna machina podtrzymywania marazmu i fabryka własnych porażek. Masowe wykształcenie wyższe to realny program oświecenia i krytycznego stosunku do rzeczywistości? Wręcz przeciwnie, umasowione wykształcenie, w którym wykładowca nie ma nawet szans nawet na sprawdzenie uważnie każdej pracy zaliczeniowej, nie jest żadną egalitaryzacją, lecz upozorowaniem reżimu akademii, minimalizującym jej potencjał rozwojowy. Ktoś, kto chciałby w obliczu 400 studentów pozostać pedagogiem krytycznym i poświęcić czas na samo rzetelne sprawdzanie semestralnych egzaminów, musi wykazać się – jak mówi Piotr Zamojski – fuzją donkiszoterii i cynizmu. „Nie widzę smoków tam, gdzie są wiatraki, wiem że naczytałem się ksiąg rycerskich, które nie przystają do rzeczywistości, wiem, że moje wysiłki nikogo nie obchodzą, nie liczą się do dorobku naukowego i awansu zawodowego (mogą raczej w nim przeszkodzić), nie są istotne przy rozważaniu przedłużenia umowy o pracę; wiem, że pewna część studentów moje wysiłki odbiera za przejaw sadyzmu, obłąkania, donkiszoterii właśnie. Nie mam jednak niczego oprócz tych ksiąg, muszę być fantastą, jak dalece to możliwe, muszę nie przystawać do świata, w którym żyję” (Zamojski 2009: 178-179). Polityka to narzędzie i wynik realnej walki idei? Kto w niej zatem wygrywa wybory? Oś miękkiego środka, hybryda wszystkiego ze wszystkim, w której despotycznie szuka się kompromisów i postaci bez charakteru, unikających formułowania jasnych poglądów. „Dziś natomiast kpi się ze wszystkiego, co jednostronne i wyraziste, upatrując w tym niezdolność do uświadomienia sobie warunkowego i zapośredniczonego charakteru każdego stanowiska. Bycie-tu-oto (Da-sen) i bycie-w-środku (In-der-Mitte-Sein) znaczą dziś to samo. Jak by powiedział Heidegger: egzystować znaczy być wystawionym w przeciętność (Hineingehaltensein in die Mittel-Mäβigkeit)” (Sloterdijk 2011: 208). Premier, jeszcze jako były szef dużego zachodniego banku, przyznaje się na nieoficjalnie nagranych taśmach do liberalizmu, zaś po objęciu teki szefa rządu publicznie chwali się wprowadzaniem nowych programów socjalnych i podatków dla najbogatszych. A to tylko pierwszy przykład z brzegu, bowiem nie jest istotne, czy sięgamy do ław opozycji, czy spoglądamy na obecnie sprawujących władzę.


Taka mieszanka to doskonały grunt dla cynizmu, który jest coraz częściej wybierany jako naturalna odpowiedź na rynkową ofertę kulturowego samorozumienia. Spektakl konserwuje tym sposobem swoją widowiskową stagnację, skrywając marazm za obliczem rozproszonych konsumpcją nieaktywnych, znużonych widzów. Lecz tu, gdzie rośnie niebezpieczeństwo, wzrasta także szansa na ratunek. Istnieje niemierzalny, lecz dopuszczalny społecznie stan zalewu cynizmu, po którego przekroczeniu oficjalny dyskurs władzy podkopuje własną demokratyczną legitymizację jako siły współorganizującej dobro wspólne, a rzucane z ust prominentów sformułowania, na skutek rosnącej inflacji treści, stają się osią rekrutującą oddziały oponentów i wrogów. Późnonowocześni wciąż są głęboko przekonani, że przyszłość nadejdzie, ale warunki kulturowego fetyszu przeżywania tego-co-w-bezpośredniości, po wygaśnięciu horyzontów wielkich projektów i wyśmianiu zerkania w przeszłość jako formy nostalgii, sprawiają, iż ich emancypacyjna signum temporis najczęściej sprowadza się do powielenia nihilistycznej maksymy: zła nowina ukazuje, że nie ma dobrych wieści, zaś dobra oznacza tyle, że nigdy ich nie było. Problem polega na tym, iż innego świata nie będzie, a żerujący na iluzorycznym demaskowaniu rzeczywistości społecznej popkulturowy cynizm, którego taktyką jest sankcjonowanie wszystkiego, co wykracza poza bezpośredniość „mojego”, to najkrótsza droga do zamykania się w poczuciu wyższości i unikania odpowiedzialności zaangażowania. Skoro założeniem cynika systemowego jest to, że idee to tylko zasłona dla brudnych interesów, a wszyscy w istocie działają jak wilki, to dlaczego ja mam działać inaczej – dystans to stały dom osobowości cynicznej; nawet jeżeli jest fałszywie postoświeceniowa, przekalkulowała nieopłacalność jawnego buntu i bez wiary wykonuje coś, do czego nie jest przekonana. Ale kto, chcąc być autentycznie i w pełni jest tak naprawdę u siebie, gdy nieustannie wyprawia się na dystans?


Michał Kazimierczuk 

Z artykułu PRZEDWCZESNA LEKKOŚĆ NOWOCZESNOŚCI, CZYLI O ĆWICZENIACH Z PODZIWU I STRESIE W GLOBALNEJ KAMPANII ODCIĄŻANIA (PETER SLOTERDIJK: 'STRES A WOLNOŚĆ')


https://artpapier.com/index.php?page=glowna&wydanie=362

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Kult okrucieństwa


Jan Winczakiewicz zwrócił uwagę Silvy na następujący ustęp z paryskiego wykładu Adama Mickiewicza wygłoszonego 15 czerwca 1841:

„Niechajże kto teraz wytłumaczy sobie popularność Iwana [Groźnego]. Płakał po nim cały naród. Skoro rozeszła się wieść o jego śmierci, lud biegał po ulicach, zalewając się łzami i wyjąc z rozpaczy; rodziny nawet pomordowanych przez niego ofiar były nieutulone w żalu, przywdziewały ciężką żałobę. Historiograf rosyjski zatrzymuje się tutaj osłupiały ze zdziwienia, nie wie sam, jak to wyłożyć. Postrzegano jednak nieraz, że gmin znikczemniony zawsze ma skłonność do okrucieństwa, lubi widowisko krwawe, ciśnie się tłumami na publiczny plac kary, niezdolny jest pojmować innej siły, prócz niszczącej, i sile tej oddaje cześć odpowiednią stopniowi własnego spodlenia, własnej niskości. Przykłady podobne dają się widzieć równie w narodach cywilizowanych, jak barbarzyńskich. To uwielbianie pierwiastku zagłady, mocy niszczącej zdaje się zależeć nie od ciemnoty umysłowej, ale raczej od barbarzyństwa moralnego”.

Ustęp ten staje się przedziwnie aktualny w związku z wiadomościami, że w czasie choroby i po śmierci Stalina widziano na ulicach Moskwy setki płaczących mężczyzn i kobiet.


„Crime passionnel”

W nr. 340 „Wiadomości” ogłosiły artykuł Stanisława Mackiewicza, poświęcony, w związku z głośnym zabójstwem, zagadnieniu crime passionnel. Na osiem lat przed wojną Boy wydrukował felieton pt. Tygrysy czy matołka?; napiętnował w nim m.in. skazanie na powieszenie „jakiegoś chłopaka, który zastrzelił dziewczynę, bo nie chciała wyjść za niego”.

„Zapewne – pisze Boy – zabijać dziewczynę to nie jest sposób regulowania pretensji miłosnych, ale z drugiej strony zbrodnia ta w niczym nie usprawiedliwia takiego wyroku… nie można tak niwelować, nie można traktować na równi z bandytą, z mordercą recydywistą człowieka działającego pod wpływem chwilowego szału, człowieka, który po ekspiacji mógłby spokojnie wrócić na łono społeczeństwa. Cóż w takim razie, aby zaspokoić poczucie sprawiedliwości i stopniowania kary, będą czynić sądy z najgorszymi zbrodniarzami? Chyba wrócimy do rozrywania ich końmi lub, aby iść z duchem nowoczesnej techniki, rozrywania motocyklami?”.

Wyrok ten – oraz kilka innych – posłużył Boyowi za okazję do gwałtownego ataku na instytucję sędziów przysięgłych, która, mimo że jej „pierwszym zadaniem jest sądzić po ludzku”, coraz częściej mija się ze swoim celem. Dalecy dziś jesteśmy – ciągnie Boy – „od zabobonów «ludowładczych», które niegdyś kazały widzieć w sądach przysięgłych idealne narzędzie sprawiedliwości”. Boy nie posądza „dwunastu tępych ćwoków”, którzy mają reprezentować wolę ludu, o „szczególną krwiożerczość”, widzi tu raczej „ciuciubabkę biurokratyczną wynikłą z niedostatecznego orientowania się panów przysięgłych w technice sądowej, z tego, że kto inny pytania stawia, kto inny na nie odpowiada, a kto inny wydaje werdykt, przy czym odpowiedzialność rozkłada się tak misternie, że nie wiadomo w końcu, kto ją ponosi. Trzeba by to jakoś zunifikować, bodaj w ten sposób, aby ten, kto skazuje, wykonywał wyrok. Prawo żąda, aby prokurator był obecny przy egzekucji; posuńmy się jeszcze o krok: może by panowie przysięgli sami wieszali? Hulać, to hulać!”.

**

„Modli się, a przeklina”

Znakomity historyk Józef Szujski był równie znakomitym publicystą. Jego Portrety (Lwów 1861), napisane pod pseudonimem Nie-Van-Dyke’a, zasługują na pamięć. Wśród tych ostrych, bezwzględnych, zjadliwych studiów charakterologicznych wyróżnia się sylwetka świętoszka.

Szujski zaczyna od przypomnienia:

„W dawnej naszej Polsce nie było Tartuffe’ów. Żadna historyczna osobistość nie miała tej obrzydliwej cechy na sobie. Nasi praojcowie osiadali na starość na dewocji w klasztorach, dnie i noce przepędzali na modlitwie, ale świętoszka u nas nie znalazł. Ojcowie nasi byli złymi jak czarci albo dobrymi jak anieli, ale nie znali tej sinawej cery obłudnika, co wzdycha, a oszukuje, co się modli, a przeklina. A jeśli się może kiedy taki nawinął, to go gromili tym malowniczym, pięknym przysłowiem: „Modli się pod figurą, a ma diabła za skórą”.

„Z królów jeden Jan Kazimierz, wyuczony za granicą, zmiennik całe życie, miał rys hipokryzji i dla tego rysu był nienawidzony. Hipokryci zaczęli się u nas dopiero wtenczas, kiedy krew nasza zwodniała, potęga ducha osłabła, kiedy charakter narodowy zatrząsł się w swoich świętych tradycyjnych zasadach”.

Wtedy dopiero pojawili się „ludzie mający na ustach najświętsze imiona, walczący pod najchwalebniejszymi sztandary, którzy pomimo tego, jako nieprzynoszący dobrej woli i czystej duszy, oszukiwali drugich”.

„Oto pan możny, znakomitego pochodzenia – ciągnie Szujski – który zaciągnąwszy się pod sztandar jakiegoś wymarzonego legitymizmu, uczepiwszy się jakichś ultramontańskich opinii, pozuje na świętego, przewraca oczami i klęczy cały dzień w kościele: fanatyzuje otaczających i sztucznym zapałem chce innych pociągnąć ku sobie – a w duszy jego pali się myśl dumna, fantastyczna, pozowania się na Hrabiego z Nie-Boskiej, w jego duszy święci się ambicja odróżnienia się od tłumu i pogarda tym tłumem, goreje nieubłagana, feudalna nienawiść. On, święty, katolicki pan, przeklina w każdej chwili i nie szczędzi słów obelgi dla niepoświęconych. Czyż to nie Tartuffe przed Bogiem i przed ludźmi?”.

„Jakże rachować na tego – pisze Szujski – któremu zasady są encyklopedią otwartą, gdzie alfabetycznie ułożone leży złe i dobre, któremu patriotyzm, religia i inne święte słowa są tylko klawiszami fortepianu, gotowymi do posłuszeństwa na uderzenie mistrza? Jakże użyć takiego człowieka, jak mu zaufać, kiedy w głębi jego myśli jest zawsze brud i błoto?”

„Tartuffe jest atoli łatwym do odgadnięcia i poznania człowiekiem. Czy on ultramontan, czy panslawista, czy demagog, zawsze on jednaki, bo zawsze komediant. Pan Bóg odebrał mu cechę człowieczeństwa: bo mu odebrał prostotę, odebrał tę jasność czoła, patrzącego w niebo, tę potęgę prostoty, która nie potrzebuje sztuki, aby przekonać, bo chce przekonać, a nie omamić. U Tartuffe’ów wyrobiona jest nieskończenie zewnętrzność człowieka, wszystko tam wylazło na wierzch, aby zakryć wewnętrzne ubóstwo, wszystko przybrało postać sceniczną, świetlaną, urzędową. Fałszywy zapał pobożny ewaporuje się w tysiącznych oznakach powierzchownych, zapał patriotyczny grzmi i huczy, pryska potokami słów bez celu i związku, o których powiedzieć można: z wielkiej chmury mały deszcz! Drugą cechą jest brak namaszczenia, objawiający się w używaniu wszelkich środków podług szkaradnej zasady: cel uświęca środek. Tartuffe’owie pobożni mają gotowe baterie przekleństw, ironii, fałszów i naciągań historycznych, cynicznych wyrażeń; niepobożni ubierają w szaty demagogiczne religię i najświętsze tradycje narodu. Jak pierwsi gotowi z kościoła zrobić kordegardę, tak drudzy z kordegardy zrobić kościół. W braku miłości, wielkim, srogim braku, jedni i drudzy tchną nienawiścią bez granic i na rozkazy swych mniemanych zasad mają wszystkie sposoby, jakie się w czarnej czeluści piekielnej wyrodziły. Pierwsi z dogmatu robią miecz katowski, drudzy – z zasady; jedni i drudzy zarówno są terrorystami, jak terrorystą jest tak dobrze książę Alba jak Saint-Just i Robespierre. De Maistre’owskie dictum acerbum: że kat jest wykonawcą sprawiedliwości Bożej na ziemi, podaje delikatną, arystokratyczną rękę do grubej dłoni kordeliera śpiewającego: Ça ira…Wobec sądu boskiego – kończy Szujski – łatwiej będzie najprzewrotniejszych zasad wyznawcom niż wyznawcom tej najgorszej bezzasadności”.


Silva rerum

Mieczysław Grydzewski

niedziela, 26 kwietnia 2026

Prezes Zondacrypto uciekł do ojczyzny wszystkich aferałów



Sprawa Zondacrypto z dnia na dzień odsłania kolejne wątki, które układają się w spójny obraz wydarzeń poprzedzających wyjazd prezesa spółki, Przemysława Krala do Izraela. Najnowsze ustalenia mediów wskazują nie tylko na jego obecne miejsce pobytu, ale również na znacznie wcześniejsze przygotowania do opuszczenia Europy.

Prezes Zondacrypto uciekł do ojczyzny wszystkich aferałów. Historia gospodarcza zna wiele przypadków, w których pieniądz poruszał się szybciej niż odpowiedzialność, zwłaszcza w żydowskich łapach. Masowe kradzieże, po czym ucieczka do Izraela, to praktyka znana od lat. Najnowsze doniesienia dotyczące prezesa Zondacrypto, Przemysława Krala, wpisują się dokładnie w ten schemat.

Media informują, że Kral przebywa obecnie w Izraelu i posiada jego obywatelstwo. Z ustaleń wynika też, że w prywatnym biurze prezesa odnaleziono rachunek za prace remontowe wykonane w izraelskiej Cezarei – prestiżowej lokalizacji nad Morzem Śródziemnym. To sugeruje, że jego ewakuacja do Izraela była przygotowywana ze znacznym wyprzedzeniem. Jednocześnie eksperci wskazują, że procedury ekstradycyjne w takich przypadkach są skomplikowane, długotrwałe i zwykle nieskuteczne.

Publicystycznie trudno nie zauważyć pewnego powtarzalnego wzorca i powiązań dużych afer finansowych z żydostwem i Izraelem. W polskiej pamięci zbiorowej funkcjonują nazwiska takie jak Bogusław Bagsik i Andrzej Gąsiorowski – symbole słynnej afery finansowej Art-B z początku lat 90. XX wieku. Obaj złodzieje uciekli do Izraela, który odmówił wydania ich stronie polskiej. Nowszym przykładem jest żydo-ukraiński oligarcha Timur Mindicz, który zwiał do ojczyzny wszystkich aferałów kilka miesięcy temu.

Jeszcze inny, znacznie cięższy kaliber porównań dotyczy postaci żydowskich zbrodniarzy takich jak Salomon Morel – przywoływanych w kontekście sporów o ekstradycję i granice odpowiedzialności międzynarodowej. Także w takich przypadkach Izrael odmawia ekstradycji.

W relacjach z żydo-nazistowskim reżimem procedury ekstradycyjne są szczególnie złożone. Oznacza to, że nawet jeśli pojawią się formalne wnioski, ich realizacja trwa latami – a w przypadku etnicznych Żydów, zwykle kończy się odmową. Dlaczego? Ponieważ zgodnie z Talmudem, Żyd nie może być sądzony przez sądy gojów, gdyż z założenia będą one nieobiektywne.

W ten sposób sprawa Zondacrypto dotyka znacznie szerszego problemu. Od lat karmi się nas propagandą, że wiązanie dużych afer finansowych z żydostwem to „antysemityzm”. Tymczasem raz po raz okazuje się, że tam, gdzie są tysiące oszukanych gojów, a procedury i urzędy państwowe kulały z kontrolą całymi latami, choć miały wiedzę o procederze i potrafiły skutecznie działać wobec innych, równolegle funkcjonujących podmiotów z tej samej branży – tam pojawiają się osobnicy z izraelskimi paszportami, którym oczywiście zawsze udaje się uciec do ojczyzny aferałów w kulminacyjnym momencie.

magnapolonia/prezes-zondacrypto-uciekl-do-ojczyzny-wszystkich-aferalow

Apologeci Izraela kłamią na temat swoich uczuć i przekonań


Apologeci Izraela kłamią na temat swoich uczuć i przekonań oraz inne uwagi

Jedną z najbardziej frustrujących rzeczy u obrońców Izraela jest to, że ciągle udają, że wierzą w rzeczy, w które tak naprawdę nie wierzą, aby poprawić wizerunek Izraela.


Caitlin Johnstone 25 kwietnia 2026 r.



Jedną z najbardziej frustrujących rzeczy u obrońców Izraela jest to, że ciągle udają, że wierzą w rzeczy, w które tak naprawdę nie wierzą, aby poprawić wizerunek Izraela. 


Rabin Elchanan Poupko napisał na Twitterze : „Nigdy nie spotkałem syjonisty, któremu nie zależałoby na życiu niewinnych Palestyńczyków. Nigdy nie spotkałem antysyjonisty, któremu zależałoby na życiu Izraelczyków. Na tym właśnie polega różnica między nami”.


Ta osoba nie wierzy we własne twierdzenia. Świadomie kłamie na temat tego, co uważa za prawdę o syjonistach.


Z sondażu przeprowadzonego przez Penn State, opublikowanego w izraelskich mediach w zeszłym roku, wynika, że ​​82 procent izraelskich Żydów popiera przymusowe wydalenie wszystkich Palestyńczyków z Gazy. Prawie połowa, 47 procent, stwierdziła, że ​​Siły Obronne Izraela powinny zabić wszystkich mieszkańców każdego zdobytego miasta – mieszkańców , a nie bojowników.


Rabin Poupko może nie być świadomy tego konkretnego sondażu, ale regularnie kontaktuje się z syjonistami. Osobiście zna syjonistów, którzy powiedzieliby mu prosto w twarz, że jego twierdzenie jest fałszywe, i jest tego w pełni świadomy. Świadomie kłamie, aby promować interesy informacyjne ludobójczego państwa apartheidu.


Robią to bez przerwy, ze wszystkim. Będą fałszywie twierdzić, że protesty pro-palestyńskie sprawiają, że czują się niebezpiecznie, tylko po to, by przeforsować prawo, które zamknie demonstracje. Będą udawać, że wierzą, że hasła takie jak „od rzeki do morza” i „globalizacja intifady” to pełne nienawiści hasła, które zachęcają do antysemickich ataków. Będą bezmyślnie powtarzać absurdalne hasła hasbary, takie jak „żywe tarcze” i „najbardziej moralna armia świata”, o których wiedzą, że są fałszywe. Po prostu będą wydawać z siebie wszelkie możliwe dźwięki, byle tylko zachodnie transporty broni dotarły do ​​Tel Awiwu.


Oczywiście, że tak. To źli ludzie. Poparliby ludobójstwo, więc nie ma wiele rzeczy, których by nie zrobili. Oczywiście, że będą kłamać i manipulować, by realizować cele swojej ulubionej etno-nacjonalistycznej machiny wojennej. Zwolennicy Izraela są okropni.



Posąg Jezusa zdewastowany przez izraelskich żołnierzy został potraktowany z większą powagą i skruchą niż jakakolwiek masakra ludzi dokonana przez Siły Obronne Izraela w ciągu ostatnich trzech lat. Najwyżsi rangą izraelscy urzędnicy, tacy jak Benjamin Netanjahu i Gideon Saar, opublikowali oświadczenia potępiające ten incydent, a izraelskie wojsko przeprosiło i skazało dwóch mężczyzn na trzydzieści dni więzienia za ten incydent.


Dzieje się tak, ponieważ Izrael wie, że amerykańskie poparcie dla chrześcijańskich konserwatystów będzie bardziej zależało na posągu niż na wszystkich atakach „Sił Obronnych” Izraela na Palestyńczyków, Libańczyków i Irańczyków razem wziętych od 2023 roku. Mieszkańcy Bliskiego Wschodu są w ich oczach tak odczłowieczeni, że postrzegani są jako mniej wartościowi niż kawałek włókna szklanego w kształcie Jezusa. [Widać, że pani Caitlin Johnstone jest neo-poganką. Nie rozumie, co to bluźnierstwo. md]


Izrael pozwoli swoim żołnierzom dopuszczać się wszelkich możliwych nadużyć humanitarnych, ale narażanie bazy wsparcia, która zapewnia dopływ broni? To niedopuszczalne.



W poniedziałek prezydent Trump powiedział w mediach społecznościowych , że „Izrael nigdy nie namawiał mnie do wojny z Iranem”.


We wtorek Departament Stanu wydał komunikat prasowy , w którym znalazło się stwierdzenie, że „Stany Zjednoczone angażują się w ten konflikt na prośbę i w ramach zbiorowej samoobrony swego izraelskiego sojusznika”.


Sądzę więc, że oficjalna odpowiedź na pytanie, czy Stany Zjednoczone wypowiedziały wojnę Iranowi na prośbę Izraela, zależy od nastroju dnia i tego, która postać administracji akurat zabiera głos.



Minister obrony Izraela Israel Katz powiedział w czwartek podczas oceny sytuacji bezpieczeństwa, że ​​Izrael „czeka na zielone światło od Stanów Zjednoczonych, przede wszystkim po to, by dokończyć eliminację dynastii Chamenei, inicjatora planu zagłady Izraela, oraz następców następców przywódców irańskiego reżimu terrorystycznego, a także po to, by cofnąć Iran do epoki ciemności i kamienia poprzez wysadzenie centralnych obiektów energetycznych i elektroenergetycznych oraz zniszczenie krajowej infrastruktury gospodarczej”.


Ci dziwacy mówią w ten sposób o okrucieństwie, jakie zamierzają wyrządzić Iranowi, a mimo to do dziś, kiedykolwiek sprzeciwiam się tej szalonej, okrutnej wojnie, w moich odpowiedziach ciągle pojawiają się pochlebcy bełkocący, że ta wojna ma na celu wyzwolenie narodu irańskiego.



Użycie wyszkolonych psów gwałcicieli w izraelskich więzieniach jest tak dobrze udokumentowane , że nie ma powodu, by wątpić w jego istnienie. Hasbarzyści mogą jedynie powiedzieć: „To szaleństwo myśleć, że Izrael mógłby zrobić coś tak złego!”. W co nikt, kto śledził wydarzenia, nie wierzy.



Ludzie opowiadający się za „zdemilitaryzowanym” państwem palestyńskim przyznają, że wiedzą, iż w przypadku rozwiązania dwupaństwowego Izrael kontynuowałby ataki i znęcanie się nad Palestyńczykami, i chcą mieć pewność, że Palestyńczycy nie będą w stanie temu zapobiec. 


Nie chcą, aby Izrael był zmuszany do dogadywania się z sąsiadami jak każdy normalny kraj na świecie. Chcą mieć pewność, że Izrael będzie mógł nadal terroryzować Palestyńczyków na każde skinienie, bez normalnych systemów odstraszania siłą, jakimi dysponuje każde prawdziwe państwo.



Jeśli twój najmocniejszy argument za cenzurą antyizraelskich wypowiedzi zaczyna się od słów „To sprawia, że ​​Żydzi czują”, to twój argument nie jest wystarczająco silny, by traktować go poważnie. Mówimy tu o ludobójstwie, apartheidzie, czystkach etnicznych i nieustannych wojnach. Uczucia schodzą na dalszy plan – nawet uczucia ludzi, którzy głęboko wierzą, że ich uczucia są ważniejsze niż ludzkie życie.


Odczuwanie dyskomfortu jest w porządku i normalne. Wszyscy powinniśmy od czasu do czasu odczuwać dyskomfort, zwłaszcza gdy dzieją się straszne rzeczy. Ja sam odczuwam wiele dyskomfortu, przeglądając media społecznościowe od października 2023 roku, ale nie czuję się na tyle uprawniona, by wierzyć, że należy uchwalić odpowiednie przepisy i cenzurować internet, aby chronić mnie przed tymi uczuciami.


Ogarnij się, kochanie. Takie rozmowy trzeba odbyć.



Kryzys żywnościowy i paliwowy, który wkrótce nastąpi, jest winą USA i Izraela. Wszyscy sojusznicy USA i Izraela powinni zerwać sojusze i nawiązać współpracę z narodami na całym świecie, aby ustanowić nowy porządek międzynarodowej potęgi.


Będę to powtarzać w miarę jak życie będzie stawało się coraz trudniejsze dla nas wszystkich.


Caitlin Johnstone 

caitlinjohnstone-au/israel-apologists-lie-about-their-feelings-and-beliefs


https://dakowski.pl/



To zawsze wychodzi na opuszczenie ważniejszych prac dla efemeryd

 Bacon z Verulamu (XVI-XVII w.). Życie spędził w Londynie. Jego hasło: „Nie skrzydeł umysłowi ludzkiemu potrzeba, lecz ołowiu”.


Nawołuje do zwalczania czterech idoli — „ułud czczonych”, które odwodzą umysł z drogi rzetelnego badania na manowce błędu:

1 — idola Tribus — tj. właściwej rodzajowi ludzkiemu skłonności do złudzeń, 2 — idola Specus — tj. urojeń powstałych skutkiem wpływów wychowawczych, 3 — idola Theatri — tj. panujących w środowisku tradycyjnych uprzedzeń, 4 — idola Fori — tj. podszeptów języka, którego wyrazy stały się źródłem jałowych sporów i czczych wymy- słów.
**
Lesław Hostyński o filozofii Henryka Elzenberga („„Pismo” 4/87). Elzenberg rozróżniał dwa rodzaje wartości:
wartość utylitarną i wartość perfekcyjną.

Wartość utylitarna jest zawsze względna — spełnia ona tylko funkcję użytkową. Natomiast wartość perfekcyjna ma charakter bezwzględny, kieruje się ona jedną zasadą: tak trzeba. W samej wartości perfekcyjnej zawiera się nakaz jej urzeczywistnienia. Dla Elzenberga wartości perfekcyjne są wyższe od utylitarnych.

Podstawowym zadaniem ludzkości jest — według autora Kłopotu z istnieniem — realizacja wartości. Dziedziną, w której się ta realizacja dokonuje, jest kultura. Kultura, w definicji Elzenberga, to „suma rzeczy, których stworzenie jest w zakresie możliwości człowieka, a które są rzeczami wartościowymi”. Tworzenie kultury to tworzenie wartości, natomiast narzędziem wartościowania jest intuicja.

W napisanym w 1929 roku eseju pt. Pro domo philosophorum Henryk Elzenberg skarży się, że „zaintereso- wanie filozofią w Polsce jest słabe”. „Umysłowość polska — stwierdza — jest bardziej konkretna niż abstrakcyja”. „Polakom brak jest zapału do bezinteresownych rozważań”. Ostatnie pokolenie, ubolewa autor, „„rozmiłowane jest albo w najbliższej, bieżącej, barwnej i ruchliwej konkretności, albo w zagadnieniach społecznych traktowanych w sposób bojowy, bez uczciwej woli poznania”, a „polski współczesny literat... jest zoon aphilo-spohicon w stopniu, który w przodujących krajach Zachodu byłby prawie nie do pomyślenia. Polska literatura to „nastroje — powierzchowne i przemijające albo refleksy spraw religijnych”. Elzenberg przestrzega przed pośpiechem w pracy filozofa. Istnieje „nacisk w kierunku zbyt rychłych wyników, a tym samym — roboty tandetnej”. I ostrzega: „wszelka wziętość u publiczności uzależnia od publiczności”.

Interesować się filozofią, to stawiać pytania filozoficzne. Zainteresowanie filozofią to „potrzeba i sztuka zgłębiania zagadnień do końca”. Filozof to „pogłębiacz zagadnień”, ktoś, kto wydobywa na powierzchnię zagadnienia „tkwiące w samym szpiku i rdzeniu” rzeczy, spraw, problemów, zjawisk. Natomiast w Polsce dyskusje polegają na tym, „żeby przypadkiem nie dać się wciągnąć w głąb kwestii! Nie dziw: myśleć jest rzeczą mozolną”.

**
A.B. opowiedział mi historię o Paulu, czyli o tym, że ekran telewizyjny jest jedynym światem: do naszych sąsiadów w Warszawie przyjechał ze Stanów na wakacje ich daleki kuzyn, 17-letni Paul. Ponieważ mieszkamy drzwi w drzwi i stale się odwiedzamy, a także dzielimy ogród 1 werandę, kontakt mamy bliski, codzienny. Paul zaintrygował mnie od początku. Miły, grzeczny, ale tą grzecznością obojętną kogoś, kto należy do innego świata. Rozmawialiśmy już kilka razy. Jest pierwszy raz w Europie. Nie wie dokładnie, gdzie to jest. Ważniejsze — to go nie interesuje. Nie chce zwiedzać miast, oglądać zabytków. Jeżeli jego rodzice i ich znajomi idą do muzeum, Paul zostaje w samochodzie i słucha radia. Po przyjeździe do nowego miasta od razu siada w pokoju hotelowym i włącza telewizor. Najchętniej ogląda CNN.

W Ameryce — przygotowania do wyborów prezydenckich. Nie kończące się wielogodzinne debaty, dla mnie śmiertelnie nudne, ale Paul słucha ich bez przerwy. Po jakimś czasie orientuję się jednak, że z równą uwagą siedziałby przed telewizorem, gdyby transmitowano „,Traviatę” z Oslo, show-hit „Funny Jack” z Londynu, reportaż z byłego gułagu w Workucie czy sprawozdanie z wystawy rolniczej w Lizbonie. Wszystko jest ważne, bo tak naprawdę nic nie jest ważne. Owszem, liczy się jedno: być tam, uczestniczyć, widzieć to, ale być tam nie osobiście, tylko poprzez telewizor. Mieć poczucie uczestnictwa dane przez telewizor, poczucie, które już dla Paula jest rzeczywistością. Paul już nie potrafi oglą- dać świata inaczej niż poprzez telewizor, więcej, ten inny, nietelewizyjny świat dla niego nie istnieje, jest nierealny, jest złudzeniem. Wobec tego nie próbuje go poznać, nie przychodzi mu to do głowy. Był dwa miesiące w Warszawie, ale nie zwiedził miasta. Jakiego miasta? Przecież ono nie istnieje, nie było go w CNN.

Dzięki ekranowi telewizyjnemu Paul bierze udział w ogromnej liczbie wydarzeń: w wojnach i rewoltach, w kongresach i w konferencjach, w koncertach i zabawach, w zawodach bokserskich i w mistrzostwach Świata w hokeju, w polowaniach na krokodyle i rekiny, w rewiach mody i konkursach piękności, w napadach na banki i w ściganiu handlarzy narkotyków. Telewizor zapewnia mu nowy typ uczestnictwa — uczestnictwa bez odpowiedzialności. Dawniej było to niemożliwe: być, uczestniczyć w czymś, to znaczyło także — jeżeli zaszła potrzeba: - współodpowiadać. Paul nie odpowiada za nic: co prawda bierze udział w zdarzeniach, ale nie jest to udział dosłowny, w żadnym wypadku nie można go schwytać za rękę, nigdzie nie jest namacalnie obecny.

Najważniejsze, że telewizja zniwelowała w jego obrazie świata dychotomię prawdy i kłamstwa. Miejsce konfliktu między nimi zajął podział dużo bardziej prosty: nie — co jest prawdą lub kłamstwem, ale — co było albo nie było w telewizji.

CNN nie tylko kształtuje światopogląd Paula. Wyznacza również jego rytm biologiczny: kiedy jest przerwa w transmisji — Paul zasypia.

**
Profesor Armand Mattelard (Uniwersytet Rennes II) pisze (Le Monde Diplomatique, IV, 94), że „w wyniku masowego, swobodnego obiegu danych (informacji, wiedzy) ambiwalencja jest główną cechą wszystkiego, co istnieje w Świecie współczesnej ewolucji teoretycznej”. Ambiwalencja, a więc coś, co posiada elementy przeciwstawne, podwójny charakter, podwójny aspekt.

Można by to nazwać — Paradoksem Schella. Jonathan Schell, współczesny amerykański eseista twierdzi, że wzrost informacji powoduje zwiększanie się niewiedzy ludzi. „Paradoks naszych czasów — pisze Schell — polega na tym, że rozwojowi informacji towarzyszy wzrost niewiedzy. Może i żyjemy w epoce informacji, lecz informacja ta najwidoczniej przechowywana jest gdzie indziej niż w umysłach obywateli. Wygląda na to, że podczas gdy komputery zapchane są informacją, w umysłach straszy coraz większa pustka”.
**
W swoim eseju o Goethem W. H. Auden pisze, że „Goethe, przez ostatnie dwadzieścia pięć lat życia, był międzynarodową atrakcją turystyczną. Dla każdego, kto odbywał wędrówkę po Europie, dla mężczyzny czy kobiety, starca czy młodzieńca, Niemca, Francuza, Rosjanina, Anglika czy Amerykanina odwiedziny u Goethego były równie ważną pozycją planu podróży, co zaliczenie Florencji czy Wenecji”.
Goethe zasiedziały w małym miasteczku, jakim był Weimar (nigdy nie odwiedził nawet położonego blisko Berlina), miał jednak światopogląd i wizję Europejczyka: „Zamiast ograniczać się do samej siebie — pisał — niemiecka literatura musi mieścić w sobie świat, aby mogła na świat oddziaływać. Dlatego chętnie rozglądam się po obcych narodach i radzę każdemu, by czynił podobnie. Literatura narodowa wiele już dziś nie powie: nadchodzi czas literatury światowej i każdy powinien obecnie pracować w tym kierunku, aby czas ten przyspieszyć”.
**
Ci, którzy znali Norwida, wspominają, że trzymał się na uboczu, zamknięty w sobie odludek. On sam potwierdza to w jednym ze swoich listów: „Stąd to idzie, że nie LECĘ do żadnej organizacji towarzystw literackich, bo to zawsze wychodzi na opuszczenie ważniejszych prac dla efemeryd.

Kapuściński Lapidarum 3

Logika szczęścia — logika sukcesu


Dążenie do szczęścia jest zjawiskiem powszechnym. Wynika ono z problematyczności ludzkiego życia. Jako istotyświadome, refleksyjne, nie tylko żyjemy, ale chcemy także, by nasze życie miało sens. Od problemu sensu nie możemy uciec. Żyć to musieć określać sens swego istnienia. Nawet wtedy bowiem, gdy mówimy, że nasze życie nie ma sensu, zajmujemy jakieś stanowisko wobec sensu egzystencji. Podobnie jest ze szczęściem, które skądinąd powiązane jest
z poczuciem sensowności Życia.

Ponieważ dążenie do szczęścia należy do istoty ludzkiej natury, próba odpowiedzi na pytania: „Czym jest szczęście?” i „Jak je osiągnąć?” stanowiła podstawę filozoficznych poglądów najstarszych filozoficznych szkół. I tak, epikurejczycy poszukiwali szczęścia w przyjemności lub, ściślej, w uwalnianiu się od przykrych doznań, stoicy — w osiąganiu wewnętrznego wyzwolenia i niewzruszonej postawy,
a sceptycy — w spokoju ducha, uzyskiwanym dzięki po- wstrzymywaniu się od wątpliwych sądów. Niech potwier- dzeniem przekonania, że dążenie do szczęścia ma charakter powszechny, będą słowa trzech myślicieli z jakże odległych od siebie czasów. Św. Augustyn, filozof i teolog związany z tradycją patrystyczną, pisał: „We wszystkim odnajdujemytę samą wolę uchwycenia i zachowania szczęścia". Podobną myśl wypowiedział wiele wieków później zamykający oświecenie filozof z Królewca — Immanuel Kant: „Istnieje jednakowoż jeden cel rzeczywisty u wszystkich istot rozum- nych (...) mianowicie zamiar osiągnięcia szczęśliwości” . Podobnie też twierdził współczesny nam Karol Wojtyła: „Dążenie do szczęścia jest czymś naturalnym i dlatego koniecznym: człowiek nie może szczęścia nie chcieć”.

„Człowiek nie może szczęścia nie chcieć”, ponieważ każdy pragnie dla siebie dobra, nawet wtedy gdy to dobro rozumie całkowicie subiektywnie, gdy usiłuje je osiągnąć kosztem innych lub wręcz nawet wtedy gdy jest ono obiek- tywnym złem. Dlatego już klasyk problematyki szczęścia,

Arystoteles, pisał, że być szczęśliwym to „(...) dobrze żyći dobrze się mieć” . To przekonanie, że chcemy dobrze żyć i dobrze się mieć, łączy wszystkich, natomiast określenie tego, na czym owo dobro polega, większość ludzi różni. Dla jednych „dobrze żyć i dobrze się mieć” oznacza bogactwo materialne, władzę, dla drugich zdrowie, przyjemności, a dla innych — dzielność etyczną, rozsądek czy mądrość.
Jedni upatrują dobro w publicznej sławie, inni w spokoj- nym prywatnym życiu. Jedni w gonitwie za rozmaitymi celami, drudzy w refleksji i wyciszeniu. Jedni w konsekwent- nym budowaniu całościowej wizji swojego życia, inni w radości chwil każdego dnia. Jedni w życiu dla innych, inni w życiu dla siebie.

Napisałem przed chwilą, że dążenie do szczęścia, choć różnie rozumianego, jest faktem powszechnym. Wydaje się jednak, że refleksja nad szczęściem powszechną być przestała. Po słynnym dziele Władysława Tatarkiewicza O szczęściu nie napisano zbyt wiele na temat tego rzekomo powszechnego dążenia ludzkiego. Czyżby oznaczało to, że nie mamy na ten temat już więcej do powiedzenia, czy też
że przestało nas interesować to, czy jesteśmy szczęśliwi? 

Kiedy spotykamy kogoś zrfajomego, kogo nie widzieliśmy wiele lat, pytamy: „Co u ciebie słychać?”, „Jak się masz?”, "Jak ci leci?”, „Jak ci się powodzi?”. Nie zadajemy pytania: "Czy jesteś szczęśliwy?”. Być może wydaje się nam ono zbyt osobiste, ale przecież nie pytają o to także osoby sobie najbliższe. Czy zatem przestała nas interesować kwestia naszego szczęśliwego życia? Czy za szczęśliwych uznaje- my jedynie dzieci, które jeszcze nic nie wiedzą o życiu, i umysłowo chorych, którzy o nim nie muszą już nic wiedzieć? Nie sądzę. Cechą naszych czasów jest to, że pragnienie szczęścia zostało wyparte przez dążenie do sukcesu.

Chcemy osiągnąć w życiu sukces, dążymy do rozmaitych drobnych sukcesów, żyjemy pod presją konieczności ich osiągnięcia. Za sukces uznajemy ukończenie dobrych i prestiżowych studiów, zdobycie intratnej i dobrze płatnej posady, realizację kariery zawodowej. Sukcesem jest zbudowanie domu i narodziny zdrowego dziecka.

Dążymy do szczęścia pod postacią sukcesu. Tymczasem sukces i szczęście nie są tym samym, a życie według logiki sukcesu rozmija się z życiem według logiki szczęścia.
Sukces całkowicie zależy od dóbr zewnętrznych, częściowo zależnych, częściowo niezależnych od człowieka. Także do szczęścia należy pomyślność. Dlatego za szczęśliwych nie uznajemy raczej ludzi, którzy nie mogą znaleźć pracy, żyją w ubóstwie, doświadczają porzucenia przez innych, osamotnienia czy choroby. Wiele jednak z tych dóbr nie jest od nas zależnych. Człowiek powinien się rozwijać,
wciąż dążyć do nowych celów, kształtować swoje życie, dbać o zdrowie. Szczęścia nie można jednak uzależniać od tych dóbr, których z różnych powodów nie jesteśmy w stanie osiągnąć lub utrzymać. Siedzibą szczęścia jest wnętrze samego człowieka. Nie przyniesie nam go żadne obiektywne dobro, jeśli nie odnajdziemy go w nas samych. Tajemnica szczęścia polega na umiejętności odnalezienia w sobie punktu oparcia. Sukces zależny jest często od innych lub od zrządzeń losu. Szczęście może być tylko naszym własnym dziełem. Nie może być szczęśliwy ktoś, kto sam sobie nie wystarcza. Gdy kiedyś przyłapano Sokratesa na tym, jak idąc ulicami Aten, mówił głośno do samego siebie, na postawione mu wówczas pytanie odpowiedział: „Rozmawiam sam ze sobą. Od czasu do czasu muszę porozmawiać z kimś inteligentnym”. Człowiek może zatem być nieszczęśliwy we wspaniałej willi, a szczęśliwy w ciasnych czterech kątach mieszkania, nieszczęśliwy, tryskając zdrowiem, a szczęśliwy w stanie ciężkiej choroby.

Sukces ma charakter powszechny. Modelowany jest przez kulturowe i cywilizacyjne wzorce. Powszechnie wiemy, co za sukces uważać i jakie życie jest życiem sukcesu. Wstydzimy się nie dążyć do sukcesu albo przynajmniej przyznawać, że sukcesu nie cenimy. Szczęście jest natomiast zawsze indywidualne i osobiste. Szczęśliwe życie może być jedynie życiem człowieka, który odnalazł swą indywidualną miarę, życiem na własny rachunek. Życie ludzkie przypomina teatralną garderobę, w której przymierzamy kostium. Nie chcemy bowiem chodzić ani w ubraniu za ciasnym, ani za dużym, ani takim, które do nas nie pasuje. Czasami długo przymierzamy się do własnego życia, a niektórzy czynią to nawet do końca swych dni.

Szczęśliwym można jednak być tylko wtedy, gdy rozpoznamy, określimy miarę własnego życia i zdobędziemy się na odwagę, by ją przyjąć. Dlatego często powtarzam studentom rozpoczynającym studia następującą zasadę: lepiej być szczęśliwym portierem (obecnie menadżerem ochrony) czy magazynierem (obecnie menadżerem produktów trwałych) niż nieszczęśliwym magistrem. Lepiej być szczęśliwym pracownikiem niż nieszczęśliwym dyrektorem.

Sukces wyklucza porażkę, błąd, pomyłkę, doświadczenie słabości i cierpienia. Do szczęścia natomiast należy także nieszczęście. Życie ludzkie jest bowiem nierozerwalnym splotem trzech wątków. Pierwszy z nich to faktyczność, na
którą nie mamy wpływu. Nie my bowiem decydujemy o samym fakcie naszego urodzenia, o rodzinie, w której przychodzimy na świat, o miejscu i czasie, o naszym genetycznym uposażeniu, wrodzonych zdolnościach lub ich ograniczeniach, o jakości fizycznego zdrowia.

Drugi - to dla jednych fortuna, fatum, dla innych opatrzność, czyli to wszystko, co przypadkowo, lub nie, dzieje się w życiu człowiekowi i z nim samym. Traf w spotkaniu właściwego partnera życia, dobrego nauczyciela, mistrza, wygrana na loterii. Na ten wątek też nie mamy wpływu, choć losowi (opatrzności) możemy, a nawet powinniśmy, wyjść naprzeciw: usiłując poznać partnera, wybierając dobrą szkołę, kształcąc się czy dbając o zdrowie.

Trzecim wątkiem jest wolność, refleksyjny akt naszej własnej decyzji. To on ostatecznie rozstrzyga o naszym aktualnym położeniu, a przez to o szczęściu. Położenie przedmiotu jest jednokierunkowe. Na przykład miasto może być położone w dolinie, u stóp góry x, w odległości y od stolicy. Natomiast sytuacja człowieka jest dwukierunkowa.

Określa ją nie tylko faktyczność i los (opatrzność), lecz również to, jak sam człowiek tę zastaną faktyczność i przydarzający się los akceptuje i kształtuje. Pień drzewa wrzucony do wody płynie z prądem, a człowiek zdolny jest płynąć także pod prąd. Jesteśmy zatem kowalami nie tylko swojego losu, ale i własnego szczęścia. Dlatego bywa, że nieszczęśliwi są ludzie sukcesu, a szczęśliwe są matki utrudzone opieką nad niepełnosprawnymi dziećmi.

Sukces jest wreszcie widoczny, widzialny, gdyż zawsze jest sukcesem dla... i wobec..., rozgrywa się w sferze publicznej. Widzialność sukcesu jeszcze bardziej wzmacnia współczesna kultura medialna: „Widzą mnie, więc jestem”. Szczęście jest ukryte i niewidzialne. Do sukcesu można dążyć i uprzedmiotowić go. Do szczęścia nie można dążyć.

Wtedy bowiem, gdy wydaje się nam, że już je osiągnęliśmy, okazuje się, że ono już było. Chwile szczęścia przychodzą do nas wtedy, gdy na nie nie patrzymy, gdy staramy się Żyć, opierając się na sobie, dla innych, na swoją miarę.

Dlaczego warto być szczęśliwym? Gdyż żyjemy po to, aby być szczęśliwi. Dlaczego warto czasami zastanawiać się nad szczęściem? Mamy bowiem tylko jedno krótkie życie (vita brevis), którego nie warto poświęcać dla rozmaitych spraw i rzeczy, pozornie niezmiernie ważnych, a z czasem w jednej chwili pękających jak bańka mydlana. Czy nie warto zatem starać się o życiowe sukcesy? Warto, pod warunkiem że miarą jest nasze własne szczęście. Jednym bowiem sukcesem, jaki możemy w życiu osiągnąć, jest życie szczęśliwe.

PRZYPISY
1 Św. Augustyn, O Trójcy Świętej, ttum. H. Stokowska, Poznań 1962,
S-20).
2 I. Kant, Uzasadnienie metafizyki moralności, tłum. M. Wartenberg, Warszawa 1953, s. 42.
3 K. Wojtyła, Elementarz etyczny, Wrocław 1991, s. 71-72.
4 Arystoteles, Etyka nikomachejska, ttum. D. Gromska, Warszawa 1956,

Tadeusz Gadacz
O ulotności życia 

czwartek, 23 kwietnia 2026

Oni już tu są

 


Radek Sikorski bardzo ucieszył sięz wykresu, który pokazuje wzrost liczby wniosków o polski paszport, składanych w polskim konsulacie w Tel Awiwie. Uznał, że to przejaw braku antysemityzmu: „Następnym razem, gdy ktoś na świecie powie, że Polska jest krajem antysemickim, pokażę mu ten wykres”. I, jak zwykle, mylił się gruntownie, bo „antysemityzm” Polaków to wymysł Żydów, a za to antypolonizm Izraelczyków jest zjawiskiem powszechnym, zwłaszcza wśród ubiegających się o polski paszport. Mylił się także dlatego, że zabieganie Żydów o polski paszport nie jest dowodem, że uznali Polskę za kraj filosemicki. Bo to tak, jakby tłumaczyć napływ murzynów z Afryki ich miłością do polskiej poezji. Oznacza tylko tyle, że uznali Polskę za kraj tak słaby, że przy pomocy pałki antysemityzmu, łatwo stworzą sobie w nim żerowisko.

„Ukryty koszt wojny: Ponad 125 000 Izraelczyków wyemigrowało” – takimi nagłówkami alarmowała „Times of Israel”. Gazeta opierała się na raporcie Knesetu, według którego to największa w historii kraju strata kapitału ludzkiego, a powodem jest ​​wojna z Hamasem. „To nie jest fala emigracji, to tsunami” – podsumował przewodniczący komisji Knesetu. Po wybuchu wojny w Zatoce, nie ujawnili najnowszych danych. Mieliśmy za to filmowe migawki z lotniska Ben Gurion, które świadczą, że „tsunami” to mało powiedziane. Gdy rakiety irańskie uziemiły loty, Izraelczycy pędzili na złamanie karku na południu do Ejlatu, następnie wszelkim dostępnymi środkami komunikacji na egipskie lotnisko Szarm el-Szejk, a stamtąd do Europy. I wiele wskazuje na to, że wybrali Polskę.

Przeprowadzony jeszcze przed wojną z Iranem sondaż wykazał, że 34 procent Izraelczyków rozważa ucieczkę z kraju. To prawie 3 mln ludzi! A co po eskalacji wojny, gdy irańskie rakiety skutecznie lądowały w Hajfie i Tel Awiwie, gdy uciekali z pola walki i tchórzliwie chowali się w schronach? Na pewno mają miejsce kolejne fale uchodźców, rozglądających się za bezpiecznym schronieniem. Gdzie uciekną, jak nie do Polski, jedynego bezpiecznego kraju? Bo emigracja do Niemiec czy Francji nie zapewnia bezpieczeństwa, zwłaszcza po wzroście nastrojów antyżydowskich na całym świecie. A pomocne będzie w tym podwójne obywatelstwo, bo wiedzieć trzeba, że polskie paszporty ma już 200 tysięcy Izraelczyków.

Skąd ta liczba?Jak wynika z danych Urzędu Wojewody Mazowieckiego, w ostatnich latach liczba obywateli Izraela ubiegających się o polskie paszporty wzrosła czterokrotnie. W 2022 r. o polskie obywatelstwo ubiegało się 4 tysiące obywateli Izraela, W 2024 (po ataku Hamasu) liczba ta wzrosła do 8,5 tysiąca. Tylko w latach 2015-17 „Polakami” zostało 10 820 Izraelczyków. W ciągu ostatnich 15 lat tylko w polskim konsulacie w Tel Awiwie zatwierdzono ponad 28 tysięcy wniosków o przyznanie polskiego obywatelstwa, co stanowi wzrost o 250 % w porównaniu z latami poprzednikami. Przy czym mowa tylko o jednym urzędzie, a wnioski można składać we wszystkich konsulatach na świecie i bezpośrednio u każdego z 16 wojewodów.

Mazowiecki Urząd Wojewódzki podaje, że w styczniu liczba obywateli Izraela ubiegających się o polski paszport wzrosła czterokrotnie. Oficjalnie deklarują chęć podjęcia w Polsce pracy lub studiów, ale reprezentujące ich kancelarie prawne nie ukrywają – chodzi o możliwość opuszczenia Izraela, gdy sytuacja stanie się niebezpieczna. Jest jeszcze inny powód – nasz paszport stał się bardzo atrakcyjny nie tylko z uwagi na możliwość zamieszkania w Polsce, ale także dlatego, że pozwala na wjazd bez wizy do wielu państw świata, w tym Izraelowi nieprzyjaznych.

Ilu Żydów ma dziś polskie obywatelstwo? Do tych z Izraela doliczyć trzeba tych, którzy o polskie obywatelstwo występowali, jako obywatele różnych państw i statystyki ich nie wyszczególniają. Tu rąbek tajemnicy uchylił nieopatrznie inkryminowany Radek, który w Senacie oświadczył: „Ja uważam – i wiem, że w marginalnej prasie to, co w tej chwili mówię, będzie odsądzone od czci i wiary, że jeżeli dzisiaj na przykład amerykańscy Żydzi zaczynają się starać o polskie paszporty – wydajemy 25 tysięcy polskich paszportów w USA – to to jest dobrze, a nie źle”. Polskie władze nie są w stanie podać precyzyjnej liczby. A może nie chcą? Przypomnijmy sobie, jak zareagowali na interpelację posła Korony, ilu w polskim rządzie ma obce obywatelstwo. A może nie chcą także dlatego, że wielu z rządzących ma podwójne obywatelstwo?

Nie zapominajmy też, że niezwykle sprawnie przebiega akcja rozdawania polskich paszportów Żydom „wypędzonym” z Polski w marcu 1968. Robi to nie tylko Sikorski. Akcję rozruszał Aleksander Kwaśniewski, a tempa nabrała za Lecha Kaczyńskiego, który obywatelstwo przywrócił 15 300 „ofiarom polskiego antysemityzmu”, i który osobiście i ostentacyjnie akt przywrócenia obywatelstwa wręczył synom Oskara Szyji Karlinera, szefa stalinowskiego Zarządu Najwyższego Sądu Wojskowego, z którego udziałem ferowane były wszystkie wyroki śmierci na polskich patriotach, i który doprowadził do takiego opanowania stanowisk w tym zarządzie przez oficerów żydowskiego pochodzenia, że instytucję nazywano „Najwyższym Rabinatem Wojska Polskiego”.

Z nie mniejszą werwą akcję kontynuował Tusk. W lutym 2008 r. jego minister zadeklarował, że podlegli mu wojewodowie będą potwierdzać obywatelstwo „szybko i bardzo szybko”, a procedura ma być „wręcz błyskawiczna”. Tuska w tym samym czasie zapowiedział wielki powrót Polaków z emigracji. Ale nie do końca był szczery, bo miał na myśli „Polaków” z Tel Awiwu i Nowego Jorku, którym jego minister rozdawał paszporty in blanco. Żywymi tego przykładami są Lejb Fogelman, Michael Schudrich i Szalom Dow Ber Stambler, bohaterowie chanukowych ceremonii w Sejmie. Przypomnijmy też, że Duda nawiązywał do tej akcji, bredząc o „Rzeczpospolitej Przyjaciół” i wykrzykując „Tu jest Polin”.

Ale to nie wszystko – na izraelskich „uchodźców” czekają w Polsce tłuste emerytury. Bo okazuje się, że kraj miodem i mlekiem płynący zapewnia „uchodźcom” z Izraela warunki, o których rdzenny Polak może tylko pomarzyć. Otóż 22 listopada 2016 r. zawarto z Izraelem umowę o zabezpieczeniach społecznych, a w niej takie smaczki: emerytury i renty wyliczone w Izraela są wypłacane przez ZUS w Polsce; strona polska nie ma prawa weryfikować wiarygodności przedkładanych przez stronę izraelską wniosków emerytalnych. Jaki był zatem ukryty cel umowy, jeśli nie zachęcanie do osiedlania się w Polsce i most finansowy dla „uchodźców” z Izraela?

Przypomnijmy, że za rządu Mazowieckiego czymś w rodzaju mostu powietrznego przerzucono do Izraela przez warszawskie lotnisko Okęcie, w tajnej operacji o kryptonimie „Most”, kilkaset tysięcy sowieckich Żydów, przedstawianych, jako prześladowanych „uchodźców” z ZSRR. Operacja sfinansowana została z pieniędzy ukradzionych Polakom przez Bagsika i Gąsiorowskiego. A jaki ma to związek z tematem tego tekstu? Otóż, inkryminowani do Izraela przybyli bezpośrednio z Polski, i zgodnie z obowiązującymi konwencjami międzynarodowymi i unijnymi mają prawo do Polski wrócić. Na przykład w ramach odwróconej operacji „Most” i też za pieniądze ukradzione Polakom.

Dlaczego Polacy nie wiedzą, jaka jest skala rozdawania obywatelstwa? Wiemy tylko, że w 2024 r. otrzymała je rekordowa liczba cudzoziemców (i że prawa obywatelskie uzyskało 40 tysięcy Ukraińców). Rzeczywista liczba nowych „Polaków” jest jednak wielokrotnie wyższa. Liczby nie obejmują bowiem tych, którzy uzyskali obywatelstwo drogą procedury „Przywrócenie obywatelstwa polskiego”, czyli uzyskania obywatelstwa przez potwierdzenie, że ma się przodków, którzy posiadali polskie obywatelstwo. To ta procedura sprawia, że uzyskanie naszego obywatelstwa przez Żyda jest bardzo proste, a przeszkody administracyjne łatwe do pokonania. Ilu Żydów zostało w ten sposób „Polakami”? Nie wiemy, ale musi być ich o wiele więcej niż beneficjentów tradycyjnych sposobów uzyskiwania obywatelstwa. Często są to osoby, które nie mają nic wspólnego z Polską, poza przodkami, którzy koczowali niegdyś na ziemiach Rzeczypospolitej, w tym Litwacy przesiedleni tam przez władze carskie i osoby, których przodkowie opuścili ziemie polskie jeszcze w XIX wieku.

Polska przyjęła miliony Ukraińców to, dlaczego nie miałaby przyjąć kilkuset tysięcy Izraelitów?Przyjmowanie „uchodźców wojennych”, obdarzanie przywilejami, żeby tu zostali na zawsze, zamienianie ich w osadników i nadawanie obywatelstwa i stwarzanie sytuacji nie do odkręcenia, przećwiczyli już na przykładzie „uchodźców” z Ukrainy. Jeśli powiążemy to z kolejnymi falami przesiedleńców z Ukrainy i relokacją uchodźców z Niemiec, to możemy smutnie skonstatować: Podmiana narodu polskiego trwa w najlepsze.

Przyjrzyjmy się innym faktom, które będą temu sprzyjać. W Polsce znajduje się około 1 miliona mieszkań pozostających w dyspozycji „międzynarodowych funduszy inwestycyjnych”, które (niby, jako lokata kapitału) stoją puste i bez problemu mogą zostać błyskawicznie zasiedlone. Dodajmy do tego, że większość firm deweloperskich operujących w Polsce to kapitał izraelski, a oddział Chabad w Polsce wyspecjalizował się w nieruchomościach. W Polsce czekają na nich nie tylko mieszkania, ale mienie pożydowskie. Przypomnijmy, że jedną z legalnych metod odzyskiwania majątku jest polskie obywatelstwo i że po przyjęciu w amerykańskim Senacie ustawy S447 nastąpił skokowy wzrost wydawania Żydom polskich paszportów.

Na witrynieRady Ministrów ukazał się tekst uchwały ws. Krajowej Strategii przeciwdziałania antysemityzmowi i wspierania życia żydowskiego. W kościołach odczytano list Konferencji Episkopatu Polski, który zarzuca Polakom „deficyt miłości do Żydów”. Dwa dokumenty tylko pozornie nie mające nic ze sobą wspólnego. W rzeczywistości to skoordynowana, zaplanowana, mająca wspólny mianownik akcja dekretująca i nakazująca Polakom kochać „naród wybrany”, przygotowująca Polaków na przyjęcie przesiedleńców z Izraela.

Jak się zachowa Tusk wobec żydowskich przesiedleńców? To wiemy – zrobi to, co każe mu kanclerz Niemiec. Jak zachowa się Kaczyński? Też wiemy, bo jest autorem słów: „Izrael to przyczółek naszej cywilizacji”. A jak Karol Nawrocki? Ponieważ wiemy, że ma małe rozeznanie w światowej polityce, to jest rzeczą pewną, że tak, jak podpowiedzą mu doradcy. Niedawno dołączył do nich Michał Dworczyk, który poza tym, że odpowiadał w rządzie Morawieckiego za covidowy zamordyzm i jako pełnomocnik ds. Narodowego Programu Szczepień zakontraktował 64 mln szczepionek Pfizera za ponad 6 miliardów, był hersztem lobby ukraińskiego w rządzie i ponosi odpowiedzialność za transformację etniczną Polski. To on złowieszczo zapowiedział „uproszczenie procedur i możliwości związanych z osiedleniem się w Polsce wszystkich potomków mieszkańców I i II Rzeczypospolitej” (którą, poza Polakami, zamieszkiwali Rusini i Żydzi oraz potomkowie Ukraińców służących w SS Galizien i wnuk Romana Szuchewycza). To on grał pierwsze skrzypce w akcji przesiedlenia kilku milionów Ukraińców do Polski i rozdał na ten cel 40 miliardów. To z jego inicjatywy powstała ustawa, która zachęca Ukraińców do osiedlania się w Polsce. Krótko mówiąc, to jemu zawdzięczamy to, że ukraińska ośmiornica oplata Polskę coraz gęściej. Powrót Dworczyka jest tym bardziej znamienny, że to prawa ręka Morawieckiego, który w PiS i w ogóle reprezentuje najbardziej judaizujące kręgi.

Mówiąc o Dworczyku i jego proimigracyjnych wyczynach, nie sposób pominąć Pawła Szefernakera, szefa gabinetu prezydenta, który jako wiceminister spraw wewnętrznych ogłosił: „Ukraińcy, którzy po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji przybyli do Polski, mogą od 1 kwietnia występować o pobyt stały w Polsce i tym samym o polskie obywatelstwo”. To on wraz z Dworczykiem wprowadził do propagandy nowy element (obok tego, że Ukraińcy bronią nas przez Ruskimi i ratują naszą gospodarkę): Musimy być Ukraińcom wdzięczni, że ratują demografię.Innymi słowy, wynalazł wielce oryginalny sposób zaradzenia problemowi wymierania Polaków – Sprowadzanie Ukraińców i rozdawanie polskich paszportów Żydom.

Nawrockiego otoczyli się (lub raczej otorbili) też chrześcijańscy syjoniści – jak to woli – judeochrześcijanie. Szef BBN wyraża radość z zabicia przywódcy państwa, z którym mamy od kilkuset lat stosunki dyplomatyczne. Szef Biura Polityki Międzynarodowej namawia prezydenta do mówienia o „prześladowaniu chrześcijan przez Iran” i uważa, że w konflikt w Zatoce powinniśmy zaangażować się czynnie”. Jeszcze inny owoc takiego doradzania: Na CPAC w Dallas prezydent jedzie tylko po to, żeby (oprócz poinformowania Amerykanów, że „Polacy nienawidzą Rosjan”, czyli że nie zgadzają się z polityką Trumpa wobec Rosji) ględzić o „braterstwie broni w Iraku i Afganistanie”, podczas gdy sam Trump wielokrotnie mówił: „Ponieśliśmy tam sromotną klęskę”.

Polskie obywatelstwo oznacza czynne prawo wyborcze i tym samym radykalną zmianę na polskiej scenie politycznej, Oznacza też bardzo szybkie oczyszczenie przedpola do masowego osadnictwa żydowskiego w Polsce, a później do wprowadzania w życie planu „Rzeczpospolitej Przyjaciół”. Czy Polacy są gotowi na takie zmiany? Czy są świadomi, że coś wisi w powietrzu, że coś się świeci, że coś knują?

Panie Prezydencie: Żadnego kajania się! Wstać z ringu! Otrzepać się! Czas najwyższy na wprowadzenie wiz dla obywateli Izraela, na wstrzymanie taśmowego wydawania polskich paszportów i anulowanie już przyznanych (celem wyjaśnienia poprawności ich nadania). Przy tym nie są tu potrzebne tylko ustawy, ale… odwaga. Niech inspiracją będą słowa Romana Dmowskiego: Polska może się układać z każdym na arenie międzynarodowej, z każdym państwem i każdą organizacją. Jednak z ośrodka, który wytwarza polską myśl polityczną, należy wypchnąć wszelkie wpływy zewnętrzne, uzależnienia agenturalne, ideologiczne, finansowe”.

Krzysztof Baliński

https://dakowski.pl/oni-juz-tu-sa/

wtorek, 21 kwietnia 2026

„Czułem, że jestem potworem”: żołnierze IDF mówią o „urazie moralnym” – i o milczeniu

 


Szanowny Panie Profesorze,

Przesyłam cały artykuł z Haaretz z moim komentarzem. Streszczenie z Najwyższego Czasu, które Pan zamieścił, nie oddaje ani grozy ani znaczenia tego tekstu, którego sam autor zapewne też nie rozumiał.

Wstrząsający artykuł z Haaretz o sumieniu, które nie daje się zagłuszyć, jak u Lady Makbet; o krwi niewinnej, której z rąk zmyć się nie da; o popełnionych zbrodniach, które wracają we snach i na jawie; o zbrodniarzach w mundurach, którzy okrywają się wieczną hańbą (Jer. 23.40). Biedni ci żołnierze izraelscy, bardziej im współczuć należy niż pomordowanym przez nich Palestyńczykom. Parafrazując Szekspira, bardziej potrzebują oni kapłana katolickiego  niż psychologa żydowskiego. AW

==================================================================

Tom Levinson, Haaretz, April 17, 2026

haaretz.com/israel-news/premium/when-i-returned-from-gaza-they-called-me-a-hero-but-i-felt-i-was-a-monster

Niektórzy z nich zabijali cywilów w Gazie; inni tylko się przyglądali lub byli świadkami nadużyć i tuszowania w imię zemsty. Teraz próbują poradzić sobie z czymś innym niż PTSD.

„Może w pewien sposób chcę umrzeć… ale obiecałem matce, że się nie zabiję. Nie wiem jednak, jak długo dam radę”. – Yuval

Yuval siedzi, obgryzając paznokcie, nerwowo poruszając nogami. Jest południe w Tel Awiwie, ulica pełna ludzi. Co jakiś czas rozgląda się niespokojnie, obserwując przechodniów.

„Przepraszam” – mówi. „Mój największy strach to zemsta”. Yuval (to pseudonim, podobnie jak wszystkie imiona w tym artykule) nie pochodzi z rodziny przestępczej. Nie jest przestępcą. Ma 34 lata, wychował się na przedmieściach Tel Awiwu – w Ramat Hasharon – i został programistą. Do niedawna pracował w jednej z największych firm technologicznych na świecie, ale od miesięcy tam nie chodzi. „Byłem w piekle, ale nie zdawałem sobie z tego sprawy” – mówi. To piekło rozegrało się w Chan Junus na południu Gazy, gdy był żołnierzem w grudniu 2023 roku. „Naloty były bez przerwy. Tonowa bomba spada niedaleko ciebie i serce podskakuje”. Jego oddział posuwał się na zachód, w stronę centrum miasta. „Były ciężkie walki… Funkcjonujesz na autopilocie. Nie zadajesz pytań”. Pytania pojawiły się dopiero później i zaczęły go prześladować. „Nie mam dobrych odpowiedzi; nie mam żadnych odpowiedzi. Nie ma wybaczenia za to, co zrobiłem. Nie ma odkupienia”. Do zdarzenia doszło w pobliżu ulicy Salah al-Din, głównej arterii Gazy. Za pomocą drona jeden z plutonów zauważył podejrzane postacie. Oddział Yuvala ruszył do ataku. „Strzelałem jak szalony, tak jak uczą na szkoleniu” – mówi. Gdy dotarli na miejsce, zrozumiał, że to nie byli terroryści. „To był starszy mężczyzna i trzech chłopców, może nastolatków. Żaden nie był uzbrojony. Ich ciała były podziurawione kulami; organy wypływały na zewnątrz. Nigdy nie widziałem czegoś takiego z tak bliska”. „Pamiętam ciszę – nikt się nie odezwał. Potem przyszedł dowódca batalionu, splunął na ciała i krzyknął: ‘Tak kończy każdy, kto zadziera z Izraelem, skurwysyny’”.

Yuval był w szoku, ale milczał. „Jestem tchórzem” – mówi. Został zwolniony ze służby trzy miesiące później. Po dwóch tygodniach wrócił do pracy. „Zorganizowali dla mnie imprezę, bili brawo, nazywali mnie bohaterem” – mówi. „Ale czułem, że jestem potworem”. Nie był w stanie tego znieść. Po kilku miesiącach zrezygnował z pracy. Wstyd tylko narastał. „Staram się nie wychodzić z domu, a jeśli już, zakładam kaptur, żeby nikt mnie nie rozpoznał. Wyrzuciłem lustra – nie mogę na siebie patrzeć”. Boi się, że ktoś się na nim zemści, choć wie, że to irracjonalne. Dwa dni po rozmowie z dziennikarzami trafił do szpitala psychiatrycznego.

„Obraz jego bezradności nie dawał mi spokoju. Myśli nieustannie mnie dręczą – jak mogłam po prostu stać i nic nie zrobić? Co to mówi o mnie?”

Maya

W ubiegłym roku Haaretz opisywał żołnierzy walczących w Gazie, którzy cierpieli na „uraz moralny”. Snajper, który strzelał do ludzi szukających pomocy, mówił, że ma ciężkie koszmary; operatorzy dronów, którzy zabijali cywilów, opisywali rany, które się nie goją. „Widzimy urazy moralne na znacznie większą skalę niż kiedykolwiek wcześniej” – mówi prof. Gil Zalsman, przewodniczący izraelskiej Narodowej Rady ds. Zapobiegania Samobójstwom. „Widzimy je w naszych klinikach leczenia traumy i w prywatnych gabinetach. Widzimy je nawet u dzieci rezerwistów, które usłyszały jakieś historie i zmagają się z tym, co zrobili ich ojcowie. Zjawisko sięga już drugiego kręgu”.

Armia izraelska i rząd nie podali żadnych danych liczbowych, ale – jak mówi Zalsman – od październikowego zawieszenia broni w Gazie rośnie liczba osób szukających pomocy z powodu urazu moralnego. Czasami takich pacjentów klasyfikuje się jako cierpiących na zespół stresu pourazowego (PTSD), ale mimo pewnych podobieństw uraz moralny jest czymś innym. Według prof. Yossiego Levi-Belza z Uniwersytetu w Hajfie: „PTSD to reakcja oparta na strachu, spowodowana doświadczeniem traumatycznego zdarzenia, które wiązało się z zagrożeniem dla danej osoby lub dla ludzi wokół niej”. Typowe objawy to nadmierne pobudzenie i unikanie. „Uraz moralny powstaje w wyniku doświadczeń postrzeganych jako fundamentalne naruszenie podstawowych wartości moralnych – własnych lub cudzych – i zazwyczaj wiąże się z poczuciem winy, wstydu, gniewu, obrzydzenia, wyobcowania, utraty wiary oraz rozpadem tożsamości, sensu i poczucia człowieczeństwa”.

Istotna jest także kwestia czasu – dodaje Levi-Belz, który kieruje uniwersyteckim Centrum Bólu Psychicznego i Zapobiegania Samobójstwom im. Liora Tsfaty’ego. „Kiedy wojna się kończy, żołnierz wraca do domu i świat nagle wydaje się znacznie bardziej złożony” – mówi. „Podział na czarne i białe zostaje zburzony, świat przestaje być dychotomiczny, a człowiek może spojrzeć wstecz na wydarzenia, których doświadczył, i uświadomić sobie, że zaszły rzeczy sprzeczne z tym, w co wierzy”. Uraz moralny – dodaje Levi-Belz – może pojawić się, gdy ktoś sam coś zrobi lub jest świadkiem czegoś, co w rażący sposób narusza jego kodeks moralny. Nasilenie tego urazu może być większe, jeśli dana osoba nie próbowała powstrzymać sprawcy, a zwłaszcza gdy sprawcą była osoba będąca autorytetem. „Oczekujemy, że osoby pełniące funkcje opiekuńcze, takie jak dowódcy, będą nas chronić, dlatego w takich przypadkach uraz może prowadzić do poważnego kryzysu i szczególnie silnego cierpienia psychicznego” – mówi Levi-Belz.

Strach w Prado

Maya mieszka w centralnym Tel Awiwie i studiuje filozofię, zwłaszcza pisma Michela Foucaulta. Podczas wojny w Gazie spędziła setki dni jako oficerka HR w batalionie pancernym rezerwy. „Nie ma żadnego związku między moim codziennym życiem a służbą w rezerwie” – mówi. „To dwa różne światy, z innymi ludźmi. I szczerze mówiąc, ja też zachowuję się inaczej, mówię inaczej. To trochę jak Dr Jekyll i Mr Hyde. Podczas wojny byłam świadkiem zabijania niewinnych ludzi – rzeczy wstrząsających, o których gdybym przeczytała w Haaretz, krzyczałabym z oburzenia, ale w czasie służby przechodziły obok mnie, jakby nic się nie stało”. Jedno zdarzenie jednak pozostawiło ślad. Miało miejsce w wojskowym posterunku na południu Gazy. „Siedziałam w centrum dowodzenia” – mówi Maya. „Nagle żołnierze na warcie zauważyli pięciu Palestyńczyków przekraczających linię, której nie wolno było przekraczać, kierując się na północ Gazy. Wszyscy wpadli w panikę. Zapanował chaos. Dowódca batalionu wydał rozkaz zasypania ich ogniem, mimo że nie było potwierdzenia, że są uzbrojeni. Czołg zaczął strzelać z karabinu maszynowego. Setki kul”.

„Kiedy strzelasz przez celownik snajperski, wszystko wydaje się bliskie, jak w grze komputerowej. Twarzy ludzi, których zabiłeś, się nie zapomina. To zostaje z tobą.

Snajper

Cztery z pięciu osób zginęły. „Kilka godzin później buldożer D9 zakopał je w piasku. Gdy zapytałam dlaczego, powiedziano mi, że chodzi o to, żeby psy ich nie zjadły i nie rozniosły chorób. Tego, który przeżył, zamknięto w klatce na posterunku i powiedziano, że trzeba poczekać na funkcjonariusza Shin Bet, który go przesłucha”. Ale tego dnia nikt z Shin Bet nie przyszedł. „Spędziłam noc na posterunku, ale nie mogłam zasnąć; byłam tam jedyną kobietą. Nagle kilku żołnierzy mnie zawołało, więc poszłam z nimi do klatki. Palestyńczyk siedział tam skuty i z zasłoniętymi oczami, wyglądał na zmarzniętego. Nagle jeden z żołnierzy wyjął penisa i zaczął na niego oddawać mocz. Krzyknął: ‘To za Be’eri, ty skurwysynu, to za Novę’”. Nikt nie mógł przestać się śmiać. „Może ja też się śmiałam”. Następnego dnia przyjechał przesłuchujący z Shin Bet. „Był z nim przez 10 minut i powiedział, że to tylko człowiek próbujący wrócić do domu na północy Gazy, że nie ma nic wspólnego z Hamasem, więc go wypuszczono” – mówi Maya, która kilka tygodni później została zwolniona ze służby. Ale to, co zobaczyła, pozostało z nią. „Czułam się jak hipokrytka, brudna. Brałam trzy prysznice dziennie; obraz jego bezradności nie dawał mi spokoju. Myśli nieustannie mnie dręczą – jak mogłam po prostu stać i nic nie zrobić? Jak mogłam ja, ktoś, kto uważa się za moralnego, pomaga uchodźcom i chodzi na protesty, zgodzić się na to? Dlaczego nic nie powiedziałam i co to mówi o mnie? Nie mam odpowiedzi”. Maya nie jest jedyną osobą z tego posterunku, która cierpi na uraz moralny. Yehuda również tam służył, w innym czasie, podczas swojej służby rezerwowej. „Mój pluton jeździł hummerami i pełnił rolę szybkiej reakcji w sektorze” – mówi. „Był też hummer dowodzony przez oficera o amerykańskim imieniu. Służył tam od wielu miesięcy i gdy jedna brygada odchodziła, dołączał do następnej. Był dziwny, podejrzany człowiek”.

„To zniszczyło wszystko, co myślałem o armii, o nas, o sobie. Co jeszcze dzieje się w piwnicach? Jakie inne tajemnice ukrywamy?”

Eitan

„Za każdym razem, gdy pytano go o przeszłość, mówił coś innego, a jeśli się go dopytywało, wpadał w złość. Nie było jasne, czy wojna go złamała, czy taki był wcześniej, ale wykonywał swoją robotę, więc nikt nie zadawał pytań”.Pewnej nocy Palestyńczyk zbliżył się do posterunku.„Ruszyliśmy dwoma hummerami” – mówi Yehuda. „Ja dowodziłem jednym, a ten amerykański oficer drugim. Gdy dotarliśmy na miejsce, Palestyńczyk natychmiast podniósł ręce. Było oczywiste, że jest nieuzbrojony.Oficer podszedł, odczekał kilka sekund i po prostu strzelił – bez zadawania pytań, bez jakiegokolwiek działania ze strony podejrzanego”.Yehuda był w szoku. Wrócili do bazy i obejrzeli nagranie z drona.„To morderstwo, zwykłe morderstwo” – powiedział jeden ze starszych oficerów.Ale zdecydowano się nic nie robić. Sprawę zamieciono pod dywan. Do dowództwa zgłoszono zabicie terrorysty. Nie przeprowadzono nawet odprawy.„Ten oficer dalej służył, jakby nic się nie stało. A ja nic nie powiedziałem. Nikt o tym nie wspomniał nawet podczas końcowego podsumowania służby – jakby to się nigdy nie wydarzyło”.Dwa miesiące później Yehuda pojechał z żoną do Madrytu. Pewnego dnia odwiedzili muzeum Prado. Jego żona jest doktorantką historii sztuki; on – jak mówi – nie zna się na tym.Nagle znalazł się przed obrazem Goi.

„Jeśli uznamy, że wielu żołnierzy cierpi na uraz moralny, jak to się ma do frazesu o najbardziej moralnej armii świata?”

Oficer zdrowia psychicznego

„Nie interesowałem się szczególnie, ale nagle stałem obok obrazu przedstawiającego bezbronnego człowieka z podniesionymi rękami, stojącego naprzeciw żołnierzy z karabinami” – mówi Yehuda. „Podszedłem bliżej i przypomniało mi to dokładnie to, co się wydarzyło. Wyraz jego oczu, strach, przerażenie.Nie mogłem przestać patrzeć. Zacząłem się pocić. To było straszne, a potem nagle zacząłem płakać. Nigdy nie płaczę i nie rozumiałem, co się ze mną dzieje.Moja żona patrzyła na mnie przerażona. Pytała: ‘Co się stało? Co się stało?’ – a ja nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Byłem zdruzgotany. Ludzie nie mogli przestać się na mnie patrzeć. Spróbuj wytłumaczyć, dlaczego płaczesz w środku muzeum”. Tamtej nocy Yehuda obiecał żonie, że po powrocie do Izraela pójdzie na terapię.„Próbuję nauczyć się to zaakceptować, ale to trudne” – mówi. „Wstyd mnie nie opuszcza. Jak stałem się kimś, kto stoi z boku i nie robi tego, co słuszne?”

Wspomnienia z pokoju przesłuchań

Niektórzy żołnierze twierdzą, że ich uraz moralny wynika z metod stosowanych podczas walk w Gazie, z których wiele po raz pierwszy opisał Haaretz. Na przykład kilku snajperów z Brygady Nahal strzelało do Palestyńczyków szukających pomocy – przekroczyli oni arbitralnie wyznaczoną przez armię linię. „Kiedy strzelasz przez celownik snajperski, wszystko wydaje się bliskie, jak w grze komputerowej” – mówi jeden z nich. „Twarzy ludzi, których zabiłeś, się nie zapomina. To zostaje z tobą. Od czasu mojego zwolnienia ze służby moczę się w nocy; czuję się, jakbym został sam, jakby nikt nie mógł mi pomóc. Spędziłem miesiąc w szpitalu. Próbowali mi tłumaczyć, że muszę to zaakceptować, że nie da się cofnąć czasu. Łatwo im mówić. To nie oni, którzy za każdym razem, gdy zamykają oczy, widzą, jak ktoś dostaje kulę w czoło”.

Niektórzy żołnierze mówią o urazach psychicznych po zobaczeniu, jak Palestyńczyków wykorzystywano jako żywe tarcze, albo po byciu świadkami grabieży i wandalizmu. „Wchodziliśmy do palestyńskich domów i ludzie czerpali przyjemność z niszczenia” – mówi jeden z nich. „Widziałem ludzi zabierających sprzęt elektryczny, złote naszyjniki, pieniądze – wszystko. Niektórzy mówili, że wszyscy Arabowie to naziści i że okradanie nazistów to błogosławieństwo. Byłem zniesmaczony, ale nic nie powiedziałem. Szczególnie bolało mnie, gdy palono zdjęcia Palestyńczyków albo na nie oddawano mocz. Co to właściwie daje? Raz jeden z żołnierzy zauważył, że czuję się z tym źle, i powiedział: ‘Co z tobą? Oni i tak tu nie wrócą; ich historia jest skończona’. Nic nie odpowiedziałem; tylko skinąłem głową”.

Były też działania jednostki 504, której jednym z zadań było przesłuchiwanie więźniów. „Działaliśmy na północy Gazy i złapaliśmy jednego członka Hamasu w domu. Dostaliśmy rozkaz pilnowania go, dopóki nie przyjedzie przesłuchujący z 504” – wspomina Eitan. „Zawsze działają parami – przesłuchujący i żołnierz bojowy. Gdy przyjechali, staliśmy na straży przy wejściu do domu i mogłem widzieć i słyszeć całe przesłuchanie”. Eitan mówi, że w pewnym momencie przesłuchujący zdjął więźniowi spodnie i bieliznę.„Wziął kilka opasek zaciskowych i przymocował jedną do jego penisa, a drugą do jąder. Zadał pytanie, a gdy ten nie odpowiedział, zaciskał opaski. Powtarzali to w kółko; był straszny krzyk. Nie przestawał krzyczeć, jakby dusza wychodziła z jego ciała. W końcu zaczął mówić; wszystko z niego wyszło, a przesłuchujący zdjął opaski i wsadził go do ciężarówki. Musieli go zabrać do ośrodka zatrzymań”. Od tego czasu – mówi Eitan – krzyk nie daje mu spokoju. „To zniszczyło wszystko, co myślałem o armii, o nas, o sobie. Jeśli jesteśmy zdolni do robienia tak strasznych rzeczy bez wiedzy cywilów, to co jeszcze dzieje się w piwnicach? Jakie inne tajemnice ukrywamy?”

„Kiedy mówiono o tym, że wszyscy terroryści zostali zabici dzięki specjalnym środkom używanym w tunelach, ludzie się ekscytowali, a mnie to przypominało Holokaust.”

Guy

Eksperci twierdzą, że takie urazy psychiczne mogą dotyczyć także osób, które nie brały bezpośredniego udziału w walkach. Ran, na przykład, nie spędził ani jednego dnia w Gazie. Był oficerem sił powietrznych w rezerwie, pracującym w sztabie obrony w Tel Awiwie, w jednostce odpowiedzialnej za planowanie nalotów. „Po 7 października wszystko się zmieniło” – mówi. „Wszystko, co wiedziałem o tzw. stratach ubocznych, przestało obowiązywać. Planowaliśmy i zatwierdzaliśmy ataki, o których wiedzieliśmy, że spowodują śmierć dziesiątek cywilów, czasem więcej. I to nie miało znaczenia. Mój kuzyn został zamordowany na festiwalu Nova. Byłem zaślepiony zemstą i gniewem. To, co się działo, było nieproporcjonalne. Z każdym dniem coraz bardziej mnie to obciążało. W jednej chwili planowaliśmy atak, w którym miały zginąć dzieci, a chwilę później siedzieliśmy przy hamburgerze na ulicy Ibn Gabirol. To dysonans, którego nie da się powstrzymać, i czułem, jakby na moim czole zaczynał się pojawiać jakiś znak”. Moment kryzysu nastąpił – jak mówi – 18 marca ubiegłego roku, kiedy Izrael zerwał zawieszenie broni z Hamasem i przeprowadził noc nalotów. Zginęły setki ludzi, głównie cywile. „Nie mogłem już w tym uczestniczyć. Czułem, że jeśli będę dalej służył, zdradzę wszystko, co jeszcze we mnie dobre, osobę, którą chcę być” – mówi Ran. Nie był jedyny. Kilku pilotów poprosiło o zwolnienie ze służby po tej nocy. Siły powietrzne się zgodziły, ale poprosiły, by zachowali to w tajemnicy. Ran wrócił do domu, ale nie był w stanie wrócić do pracy. „Rozwinęła się u mnie obsesja oglądania najgorszych zdjęć martwych i rannych Palestyńczyków” – mówi. „Wciąż próbuję ustalić, czy miałem z tym coś wspólnego, czy jestem odpowiedzialny za te obrazy. Mój psycholog mówi, że to tak, jakbym sam wybierał dla siebie torturę. Prosił, żebym przestał, ale nie potrafię. Czuję, że na to zasługuję.”

Moralność czy tożsamość

Oficjalnie Ministerstwo Obrony nie uznaje diagnozy urazu moralnego, która – jak zauważają eksperci – nie została jeszcze włączona do amerykańskiego Diagnostycznego i Statystycznego Podręcznika Zaburzeń Psychicznych (DSM). W związku z tym żołnierz cierpiący na uraz moralny zgłasza się do departamentu rehabilitacji ministerstwa, przechodzi komisję lekarską i zostaje uznany za osobę cierpiącą na PTSD. Choć czasem te dwa zaburzenia się nakładają, są one zasadniczo różne.Problem błędnej diagnozy to coś więcej niż kwestia terminologii. Również leczenie – jak mówi Zalsman z Narodowej Rady ds. Zapobiegania Samobójstwom – jest zasadniczo odmienne. „PTSD leczy się poprzez intensywne, stopniowe wystawianie pacjenta na traumę, aby oddzielić traumatyczne wspomnienie od reakcji emocjonalnej” – mówi.

„Uraz moralny wymaga pracy ukierunkowanej na akceptację i pogodzenie się z czynem, który wywołał kryzys. Innymi słowy, człowiek musi nauczyć się wybaczyć samemu sobie”. Może się to jednak wkrótce zmienić. Publiczna komisja powołana w październiku, aby znaleźć rozwiązania w zakresie leczenia rannych żołnierzy, ma zalecić, by departament rehabilitacji uznał uraz moralny. Według jednej z podkomisji „należy opracować protokoły leczenia, przeszkolić personel terapeutyczny i rehabilitacyjny oraz uwzględnić bezpośredni związek między urazem moralnym a zatrudnieniem, aktywnością społeczną i rolą jednostki w społeczności”.

Armia również – choć z opóźnieniem – postanowiła po cichu uznać to zjawisko; na przykład wojsko amerykańskie od lat posiada procedury leczenia takich urazów. W ostatnich miesiącach izraelscy specjaliści zdrowia psychicznego, niemal w cieniu, opracowują wstępny protokół interwencji dla żołnierzy cierpiących na uraz moralny. Rzecznik IDF nie wydał w tej sprawie żadnego oświadczenia, a cała kwestia pozostaje przemilczana, w przeciwieństwie do wielu innych działań armii dotyczących zdrowia psychicznego żołnierzy w czasie wojny. IDF odmówiły nawet używania określenia „uraz moralny”, preferując termin: „uraz tożsamości”. Wojsko zaprzecza, jakoby zmiana nazwy miała ukryty cel. Jednak niektóre źródła twierdzą inaczej. „To dość oczywiste, że mamy tu do czynienia z komunikatem społeczno-politycznym” – mówi oficer zdrowia psychicznego w rezerwie. „Bo jeśli uznamy, że wielu żołnierzy cierpi na urazy moralne, jak to się ma do frazesu o najbardziej moralnej armii świata? Zamiast tego wybrano określenie, które przerzuca odpowiedzialność na żołnierza, jakby problem dotyczył jego tożsamości, a nie działań, do których wysłali go przełożeni”. Inny oficer systemu zdrowia psychicznego w armii mówi, że decyzja miała na celu „znalezienie rozwiązania tymczasowego, które pozwoli leczyć tych żołnierzy bez rozdrażniania polityków.

Byłem na spotkaniu, na którym jeden z wysokich rangą oficerów powiedział: ‘Nie możemy tego nazywać urazem moralnym – czy chcemy, żeby Channel 14 nas powiesił na drzewie?’” – mówi, odnosząc się do stacji telewizyjnej sprzyjającej premierowi Netanjahu. „Taki jest obecnie klimat w armii”. Nie tylko wojsko unika bezpośredniego spojrzenia na uraz moralny – robią to także sami żołnierze. Boją się mówić o swoich uczuciach znajomym, obawiając się, że zostaną uznani za zdrajców, lewicowców lub słabych. „Kiedyś dotyczyło to PTSD, dziś dotyczy urazu moralnego” – mówi Levi-Belz z Uniwersytetu w Hajfie. „Nie chodzi tylko o poziom dowódców, ale o całe społeczeństwo.

Rząd tworzy narrację dychotomiczną: albo jesteś z nami, albo jesteś lewicowym zdrajcą – i najbardziej dotyka to młodych ludzi. Żołnierz może się obawiać, że jeśli powie o swoich wątpliwościach dotyczących tego, co robili w Gazie, zostanie uznany za kogoś obcego, kogo należy wykluczyć. A dla niego byłoby to najgorsze – poczucie całkowitego odrzucenia. Dlatego w wielu przypadkach wolą milczeć i nie szukać pomocy”. Guy, na przykład, nadal odmawia dzielenia się swoimi przeżyciami z innymi żołnierzami. Służy w jednostce specjalnej Shaldag. Od 7 października spędził setki dni na służbie rezerwowej. Tego dnia, w południe, został wezwany i wysłany do Be’eri. To, czego nie zdołał tam powstrzymać, zaczęło go prześladować. „Noszę w sobie ogromne poczucie winy. Myślę, że jest wielu takich jak ja, ale oni skierowali to gdzie indziej – w zemstę” – mówi Guy.

„Ich oczy błyszczały za każdym razem, gdy ruszaliśmy na akcję. Kiedy mówiono o zabijaniu terrorystów specjalnymi metodami stosowanymi w tunelach, ludzie się ekscytowali, a mnie to przypominało Holokaust. To mnie wstrząsnęło, ale dalej służyłem. Myślałem, że to minie”. Jedna z operacji miała miejsce w szpitalu Al-Shifa w Gazie. „Cała okolica cuchnęła śmiercią i ciałami” – mówi. „Od tego czasu nie mogę znieść zapachu spalonego mięsa. Zostałem wegetarianinem. Pamiętam moment, kiedy wszystko się załamało – gdy ten zapach przypomniał mi to, co czułem w Be’eri. To sprawiło, że zacząłem się zastanawiać: kim się staliśmy? Kim ja się stałem? Do dziś boję się odpowiedzi.”

https://dakowski.pl/