Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tyrmand. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tyrmand. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 maja 2016

Cyrk Stalina

Marian opowiedział mi dziś historię zjazdową, którą warto zatrzymać w kronikach. Doktor Dobrzański, jego przyjaciel, lekarz młody i zdolny, ordynator polikliniki KC, został przed trzema dniami wezwany z dyżuru do jednego z zagranicznych delegatów na zjazd, przedstawiciela nielegalnej greckiej kompartii, walczącej w podziemiu, nazwiskiem Apostolos Grozos. Tenże Grozos wyróżnił się mową powitalną na otwarciu zjazdu: wryła się ona w pamięć wzruszonego plenum dużą intensywnością wyrazu, krzykiem i śródziemnomorską gestykulacją. Ponieważ, według wersji oficjalnej, Grozos przybył na zjazd wprost ze skalistych zrębów Macedonii, gdzie jest na co dzień partyzanckim bohaterem, ta okoliczność, w połączeniu z fizyczną gwałtownością jego przemówienia i przetelefonowanymi do szpitala symptomami, przekonały Dobrzańskiego, że dolegliwość to atak ślepej kiszki. Udał się przeto do Hotelu Sejmowego, gdzie zakwaterowani są delegaci zagraniczni, i już chciał wkroczyć na schody, prowadzące na pierwsze piętro, gdy zatrzymany został przez niepozornego na pozór człeczynę. „Wy, obywatelu, dokąd?” spytał osobnik nie wyjaśniony niczym, poza faktem swego istnienia. Doktor powiedział, dokąd, uchylił płaszcza, pod którym był biały kitel, otworzył walizeczkę z przyborami, pokazał wszystkie legitymacje z opłaconym abonamentem za radio włącznie. W ten sposób stał się dla swego rozmówcy zagadnieniem, frasunkiem, dopustem Bożym. Człeczyna tarł sobie długo brodę, wreszcie orzekł. „Trzeba sprawdzić. To potrwa około godziny.” „Ależ tam leży chory i czeka pomocy! – zaprotestował Dobrzański. – Chodźcie ze mną, jeśli inaczej nie można…” „To nie moje piętro”, obruszył się facet z godnością i poszedł do budki telefonicznej, gdzie spędził pół godziny, podczas gdy doktor, by nie budzić podejrzeń gorliwością, czytał gazetę. Wynurzył się wreszcie z budki i zawołał: „Wszystko w porządku. Spieszcie do chorego towarzysza, towarzyszu doktorze!” Dobrzański wskoczył na schody, po to tylko, by być osadzonym w miejscu krzepką ręką. „Zaraz, zaraz pojedziecie windą. Tu się nie chodzi po schodach. Samemu”, wyjaśnił człowiek. Dobrzański zaczekał około 10 minut na windę, wsiadł i pojechał wprost na czwarte piętro: z nie wyjaśnionych przyczyn winda odmawiała zatrzymywania się po drodze. Po rozpaczliwych manewrach, trwających około kwadransa, doktor wylądował na pierwszym piętrze. Drzwi rozchyliły się wolniutko i przed Dobrzańskim stała postać, którą zakwalifikował jako ruskiego generała dywizji przebranego za hotelową sprzątaczkę w średnim wieku. „Do kogo?” sprawdziła krótko i po wojskowemu. Doktor powiedział, sprzątaczka eskortowała go do pokoju Greka, otworzyła na oścież wszystkie drzwi i stanęła nieustępliwie przy łóżku. Leżał w nim chuderlawy i oliwkowy południowiec, jęczący i zawodzący w języku, który wydał się Dobrzańskiemu dziwnie znajomy. Niemniej, aby się porozumieć, spróbował po angielsku, potem po francusku, lecz bez skutku, Grek nie rozumiał żadnego z tych narzeczy. Dobrzański zagadnął go po rosyjsku i Grek spojrzał nań bystrze, po czym na sprzątaczkę, po czym skrzywił się odmownie, dając w ten sposób do zrozumienia jak głupi jest doktor, który myśli, że grecki góral rozumie po rusku. Wtedy sprzątaczka oświadczyła, że obok mieszka delegatka Argentyny, która zna wszystkie języki i może nawiązać kontakt z Grekiem. Kazała wyjść doktorowi z pokoju na korytarz, gdzie długo czekał, aż zjawiła się z powrotem z kruczowłosą Latynką grubo po czterdziestce, po czym wszyscy udali się do łoża boleści. Argentynka wdała się z Grekiem w dialog ożywiony mnóstwem gestów, w języku, co do którego doktor nie miał już żadnych wątpliwości: w ruchliwych dzielnicach kupieckich przedwojennych polskich miast nikt nigdy nie twierdził, że jest to język grecki. Doktor zbadał Greka i doszedł do wniosku, że to nie ślepa kiszka, lecz przejedzenie na bankietach, zaaplikował co trzeba i pożegnał zgorszonego pacjenta życzliwym: „A giten cześć!” Na to Argentynka wykazała niezwykłą gotowość do dalszych stosunków i spytała, czy przy okazji nie zbadałby jej czteroletniej córeczki, również delegata na zjazd. Tu interweniowała pokojówka-generał, oświadczając: „Na to trzeba oddzielnego pozwolenia” i Dobrzański z ulgą zaczął wycofywać się w stronę schodów. „Zaraz, zaraz – powiedziała sprzątaczka – pojedziecie windą…” Spocony Dobrzański wepchnięty został do windy, gdzie zgodnie z obawami spędził następne pół godziny usiłując bez powodzenia zatrzymać się na parterze.

Ostatecznie, nie ma w tym rewelacji. Od czasu stworzenia tak zwanego Ruchu Pokoju jeździ po świecie przedsiębiorstwo widowiskowe, zwane potocznie w Warszawie cyrkiem Stalina. Obsługuje kongresy, zjazdy, festiwale młodzieży, nawet imprezy artystyczne. Kilkudziesięciu internacjonalistów występuje w zmiennych rolach, zależnie od potrzeb. Przedstawiciele Hondurasu, Portugalii i Jemenu zdają się wszyscy pochodzić ze Złoczowa i jest w tym jakaś logika: absolwent komunizmu z ulicy Smoczej czy Gęsiej lepiej załatwi, co trzeba, niż autentyczny peon czy muzułmanin; inna inteligencja, inne przystosowanie, zrozumiała psychika, wypróbowana fachowość. Do ról bakteriologów z Kanady czy szwedzkich pastorów wynajmuje się przytomnych nordyków, przeważnie z Berlina Wschodniego, którzy pierwszy trening w politycznych maskaradach otrzymali w Gestapo i których talenty docenione zostały przez NKWD. Rozentuzjazmowani obłąkańcy na mityngach partyjnych we Francji i we Włoszech kupują wszystko i upajają się proletariackim bełkotem azteckiego rewolucjonisty z Jukatanu, który jeszcze 15 lat temu był kupcem drzewnym w Górze Kalwarii. Natomiast imponuje wzorowa robota policji bezpieczeństwa, jak polskiego UB na przykład, która polega na hermetycznej izolacji tych błaznów od społeczeństw, w których odgrywają swoje kawałki, i tychże społeczeństw od nich: kto i jak to robi w wolnych Francjach i Włoszech, tego nie wiem, ale ktoś musi to załatwiać, bo nawet nieufni antykomuniści amerykańscy czy brytyjscy nigdy nie wpadli na ten numer i nie demaskowali nikogo z tych wędrownych trup w swej prasie. W Polsce czy Czechosłowacji odseparowuje się ich z chemiczną skrupulatnością od autentycznych komunistycznych delegatów i liberalnych idiotów z Danii i Belgii, i taki Daladier czy dziekan Canterbury Hewlett-Johnson będą w domu przysięgać, że siedzieli przy stole przy malajskim komuniście, który wyrwał się kolonialnym oprawcom, by przybyć na zjazd. Ale mówią oni też i piszą, że Polacy przyjmowali ich serdecznie, czyli na szaleństwo nie ma innej rady jak Tarpejska Skała dla imbecyli.

Tyrmand Dziennik 1954

czwartek, 5 maja 2016

Ta pogoda to precyzyjnie skonstruowana maska

Po południu był u mnie Herbert. To jeden z najlepszych moich współczesnych. Moim zdaniem – poeta numer jeden swego pokolenia, a może i całej naszej połaci dziejów powojennej Polski. Wie się o nim jeszcze niewiele, drukował mało, trochę w „Tygodniku Powszechnym”. Nie spotkał się zresztą z entuzjastycznym uznaniem wśród katolików, ale my wszyscy w „Tygodniku” byliśmy zgodni, że to klasa sama dla siebie. Że on jeszcze pokaże, jak mu tylko pozwolą.

Zbyszek Herbert nie ma jeszcze trzydziestu lat, jest szczupły, trochę słabowity, o za szerokich biodrach. Ma uczniakowaty, wesoło zadarty nos i podejrzanie łagodne, jasne oczy. W ich błękitnej miękkości jest nieszczerość i upór. Jest grzeczny, życzliwy, spokojny, lecz w uprzejmości czai się wola i krnąbrność i jakaś wyczulona przewrotność, z którą lepiej się liczyć. Mówi cicho, interesująco i wie, o czym mówi, nosi w sobie dużą i bezinteresowną erudycję, którą bez wysiłku przetapia na dowcip i wdzięk. Uprawia moralną czystość, bezkompromisowość i wierność samemu sobie trochę na pokaz, ale w tak solidnym gatunku, że nie można przyczepić się do niczego i nie można odpłacić mu niczym poniżej głębokiego szacunku.

Oczywiście, cierpi nędzę. Zarabia kilkaset złotych miesięcznie jako kalkulator-chronometrażysta w spółdzielni produkującej papierowe torby, zabawki czy pudełka. Pogoda, z jaką Herbert znosi tę mordęgę po ukończeniu trzech fakultetów, jest wprost z wczesnochrześcijańskiej hagiografii. Ta pogoda to precyzyjnie skonstruowana maska: kryje się za nią rozpacz człowieka, który boi się, że przegrał życie w niepoważnym pokerze historii, w którym stawką były ideologiczne przywiązania i honory. W konsekwencji tego zgubnego nałogu nie jest w stanie pomóc starym schorowanym rodzicom czy wymknąć się innym zgryzotom. Przypomina człowieka, który pochylił się nad studnią życia i którego doszedł stamtąd przeraźliwy smród, ale który się także wpił spazmatycznie w krawędź, aby się nie cofnąć i za żadną cenę nie przenieść rozmarzonego wzroku w cukierkowe landszafty.

Mnie łączy z Herbertem przyjaźń dziwna: wiemy mnóstwo o naszych myślach i wzajemnych zaufaniach, ale oddzielamy od nich skrupulatnie sprawy naprawdę osobiste. Nie zwierzamy się sobie, więc nie wiemy o sobie rzeczy najważniejszych. Każdego z nas gniotą z pewnością intymności do przekazania, z potrzeby najprostszej higieny psychicznej, lecz jest między nami coś nieprzekraczalnego. Może to i lepiej.

Tyrmand Dziennik 1954

środa, 4 marca 2015

Cyniczni intelektualiści, pisarze, artyści, żurnaliści, którzy za szeleszczące papierki ...


W tym kraju, nawet wśród wytrawnych specjalistów od komunizmu, panuje przekonanie, że wyższe sfery w społeczeństwie komunistycznym to członkowie partii i rządu, wyższej rangi wojskowi i wysoka kadra przemysłowa. Nic bardziej błędnego — ci ludzie rządzą. Zawaleni pracą prostacy, bardzo ograniczeni, pół — lub ćwierćinteligenci, bez pretensji do wyższego standardu życia. Żyją skromnie, pracują czternaście godzin na dobę i wcześnie lądują na kardiologii. Prawdziwe wyższe sfery to ich lokaje — cyniczni intelektualiści, pisarze, artyści, żurnaliści, którzy za szeleszczące papierki i zwolnienie z odpowiedzialności sprzedają swą gotowość do każdego fałszu. W kraju komunistycznym to wcale rentowna postawa. W zamian zażywają dobrobytu, rozlicznych wojaży na Zachód pokrywanych z państwowego portfela oraz intensywnego seksualnego dolce vita z racji swej wyjątkowej pozycji społecznej. A najbardziej śmiechu warte, że zachodni politolodzy od komunizmu widzą w nich ludzi o szerokich horyzontach, postępowych sprzymierzeńców, przyszłe zagrożenie dla ortodoksji marksistowskiej; ich cynizm biorą za liberalizm, ordynarną pogoń za dobrobytem — za intelektualną wytworność. Biedni, naiwni mieszkańcy Zachodu! Nie mogą pojąć, że w komunizmie wyższe sfery są najbardziej zaciekłym wrogiem wolności, Zachodu, Ameryki; z tej prostej przyczyny, że nie byłyby w stanie żyć w świecie wolnej konkurencji. 


Tyrmand, Zapiski dyletanta

poniedziałek, 2 marca 2015

„Nie chcę wolności — boję się jej"


„Nie chcę wolności — wyznał mi w Paryżu pewien przybysz z Europy Wschodniej. — Boję się jej. Czuję się stary i zmęczony, a wolność oznacza wybory, umiejętność oceniania i dokonywania selekcji. Oznacza też ciągły wysiłek wydawania ocen i wartościowania życiowych stanowisk i postaw. Stawia człowieka przed odwiecznym pytaniem — Kim jestem i dokąd zmierzam? — na które istnieje tyle różnych odpowiedzi, że głowa mi pęka. W komunistycznej Europie Wschodniej doskonale wiem, kim jestem, mam świadomość swych możliwości czy ich braku, znam zasięg swoich funkcji i pragnień. Mój telefon jest na podsłuchu, ale ja o tym wiem; ta błogosławiona pewność chroni mnie przed ciągotami do niestosownych wyznań. Wolność tutaj to przyprawiająca o mdłości liczba szamponów, pomiędzy którymi muszę wybierać. A ja nie chcę aż tylu. Chcę jednego, produkowanego pod kontrolą rządową, bardzo trudnego do zdobycia. Wtedy moje potrzeby i życzenia mają sens. To się nazywa spokój ducha”. 

Jego udręka zrobiła na mnie wrażenie. Oczywiście, nie wspomniałem, że przy różnorodności szamponów w Ameryce zapasy francuskie wyglądają, jakby były pod kontrolą rządową. 


Tyrmand, Zapiski dyletanta

Młode Żydówki z najczystszymi intencjami ideologicznymi


Gdy na nią patrzyłem, ogarnął mnie smutek. Ileż ja wiem o takich młodych Żydówkach, ze spojrzeniem przepełnionym nienawiścią do zła (tym razem kod: LBJ) i z najczystszymi intencjami ideologicznymi. Drobne dziewczęta z nie doszorowanymi paznokciami, zawsze w końcu padają ofiarą własnego: „Wiem lepiej, jak to naprawdę jest...” Dzisiaj wpinają w bluzki psychodeliczne znaczki o marksistowskiej treści i noszą plakaty z Ho Szi Minem, uśmiechającym się taktownie, lecz złośliwie, bo on przecież wie, jak to naprawdę jest. Teraz obnoszą hasło Make love not war, a trzydzieści lat temu maszerowały ulicami miast Europy Wschodniej z fotografiami Józefa Stalina. Kilka lat później wstrząsająca ich liczba przepadła w straszliwych, zbrodniczych obozach koncentracyjnych rozrzuconych, przez ich wąsatego idola, po Kazachstanie i Syberii. Dla ich sióstr z Nowego Jorku Jahwe może sprawić, by mogły bez końca protestować, rozmijać się z prawdą, a ich niedomycie będzie tylko oznaką nonkonformizmu, a nie upadku człowieka.


Leopold Trymand
Zapiski dyletanta

wtorek, 17 czerwca 2014

Jak przeciwstawiać się w młodym wieku


Młody wiek jest wspaniałym czasem przeciwstawiania się. Upojenia i rozkosze oporu płyną wtedy z głęboko przeżywanego przekonania, że świat może, a nawet musi być zmieniany. Wprawdzie w komunizmie młody człowiek przekonywa się szybko o tym jak ciężko i niebezpiecznie jest być tym, który zabiera się do zmieniania świata, lecz uroki buntu pozostają niezatarte. Od zarania świadomie sformułowanej myśli i uświadomionej chęci jej wypowiedzenia człowiek w komunizmie staje wobec dręczącego dylematu, którego jednym członem jest imperatyw sprzeciwu, drugim zaś — świadomość jałowości sprzeciwu. Dzieciństwo, szkoła, pierwsze lata dojrzałości uczą, że nie ma sensu przeciwstawiać się, gdyż każdy opór skazany jest z góry na klęskę. Tradycje oporu nie istnieją, w nauce historii nie ma o nich najdrobniejszej wzmianki, głucho o nich w prasie, w literaturze, w kinie. W rodzinie czy wśród przyjaciół wspomina się o nich czasem, lecz tylko jako ó katastrofach osobistych, egzystencjach zaprzepaszczonych w więzieniach lub w krańcowej nędzy. Pokolenia odcięte są od innych pokoleń, nawet bezpośrednio je poprzedzających. Patrzenie wstecz niczego nie daje, zróżnicowanie stylowe epok i generacji nie istnieje, lata dwudzieste niczym nie różnią się od trzydziestych, a też od pięćdziesiątych — nie odróżnia ich ani piosenka, ani rodzaj spódnicy, ani architektura. Jeśli w pokoleniu poprzednim buntowano się, pokolenie następne nic o tym nie wie, nigdzie nie ma śladu o wydarzeniach, drukowana informacja o nich nie istnieje, publicznie nie wolno o tym wspominać Literatura nie jest w stanie przenieść znaków buntu, ani pamięci o buncie, zabójcza efektywność komunistycznej cenzury unicestwi najoględniejszą aluzję. Najgłębsze i najodważniejsze książki, napisane w komunizmie, nie rejestrują, innych objawów oporu niż psychiczno—moralny sprzeciw jednostki w ramach własnej duszy Najbardziej prawi i wolni w swym pisarstwie pisarze, nawet pisząc bez nadziei na publikację swych dzieł, są tak zafascynowani niemożliwością przeciwstawiania się, że nawet rozważając los człowieka w komunizmie, czy dostrzegając zło w najprostszym ludzkim doświadczeniu, ostrożnie eliminują jakąkolwiek rejestrację drgnięć oporu w otaczającej ich rzeczywistości.

W krajach Europy wschodniej tradycja buntów przeciw przemocy jest bogata i uważana za wspaniały dorobek historyczny narodów. Toteż w początkach ery komunistycznej, gdy kłamstwo i nędza komunizmu objawiły się wschodnim Europejczykom w swym całym majestacie, brak skonkretyzowanego społecznie, ciągłe obecnego oporu w Rosji wydawał się ludziom rzeczą niezrozumiałą. Niedawne wspomnienia zaciekłej walki przeciw hitlerowskiej tyranii w której żadne okrucieństwa najeźdźców nie potrafiły wykorzenić wciąż narastającego oporu, zdawały się wskazywać drogę. Wystarczyło jednak parę lat zaledwie, by społeczeństwa wschodnioeuropejskie uświadomiły sobie, że władza w rękach komunistów stanowi groźniejsze niebezpieczeństwo od hitleryzmu, że cele i praktyka komunizmu są bardziej ludobójcze niż eksterminacyjne szaleństwo nazistów. Mimo to, a może właśnie dlatego, nie powstał żaden ruch oporu choćby odległe przypominający antyhitlerowską koncentrację zbiorowego wysiłku.

Rozciągając swą władzę nad Europą wschodnią Rosjanie likwidowali z zimną zaciekłością wszystkie ośrodki walki przeciw Hitlerowi, oskarżając ludzi, którzy przez 6 lat walczyli po bohatersku z Niemcami lub gnili w obozach koncentracyjnych, o to, że w gruncie rzeczy byli oni niemieckimi agentami przeznaczonymi do walki z komunizmem. Był to prostacki chwyt, oparty o brutalną zasadę dialektyczną, według której każdy uzbrojony niekomunista musi być z natury rzeczy antykomunistą, każdy zaś antykomunista eo ipso faszystowskim bandytą. Okazało się wkrótce, że tam gdzie w sądzie i w redakcji gazety siedzi funkcjonariusz tej samej policji politycznej, która wyśledziła i aresztowała, wymiar sprawiedliwości przeradza się w tragiczną parodię. Zdumione społeczeństwa oglądały więc w mass–media przedziwne procesy ludzi, którzy przez całą wojnę dawali dowody bezprzykładnego heroizmu i ofiarności, a teraz siedzieli nagle skuleni ze strachu na ławach oskarżonych, przyznając się do najbezsensowniejszych zarzutów, recytując groteskowo śmieszne litanie swych absurdalnych win i przestępstw, wysłuchujących bez słowa protestu karykaturalnych uzasadnień wyroków. Ludzie czytali w gazetach o księżach, którzy spędzili nieskazitelne życie w służbie Bożej, teraz zaś na ławie oskarżonych przyznawali się do zamordowania podrzutka płci żeńskiej; lub słuchali w radio głosów sławnych profesorów fizyki samooskarżających się w Warszawie, Pradze i Budapeszcie, że przez całe życie byli agentami wojskowego wywiadu Hondurasu. Po czym ludzie ci znikali, ich trupy wywożone były nocą z piwnic polskiej, czeskiej, czy węgierskiej policji politycznej, i nikt poza ich rodzinami nigdy już o nich nie wspominał.

Wtedy też społeczeństwa zrozumiały instynktownie dlaczego przez 20 lat z Rosji nie dochodziły żadne wieści o społecznie sprawdzalnym oporze, mimo że opór psychiczny przeciw komunizmowi stanowi tam taki sam tlen istnienia jak wszędzie gdzie zapanował komunizm. Do świadomości społeczeństw przeniknęło paraliżujące rozeznanie komunistycznej technologii władzy, która sformułowała i zastosowała TAK nieludzkie odczynniki rozkładu ludzkiej woli, wynalazła TAK nowe metody narkotyzowania całych narodów strachem i poczuciem jałowości egzystencji i bezsensowności życiowych funkcji, że powoli, jakby przy pomocy jakiejś potwornej antyczłowieczej chemii, wywabiła z duszy ludzkiej odruch protestu, a więc intencję oporu — unicestwiając tym samym w zalążku ewentualny akt oporu. Bezbrzeżna pogarda dla prawdy i prawdo, podobieństwa przynosiła owoce: absurd, wygnany bezlitośnie z literatury i sztuki, stawał się w rękach filozoficznych monistów, przekonanych święcie o teologicznych wartościach budowanego przez nich świata, najskuteczniejszym narzędziem władzy nad ustępującymi, obezwładnionymi umysłami. Wschodni Europejczycy pojęli na czym polega przerażająca wyższość skrajnej lewicy, która zdobyła władzę i stosuje terror dla jej utrzymania, nad skrajną prawicą, która dla utrzymania się przy władzy tylko masowo zabija. Powolne, metodyczne unicestwianie człowieczeństwa przez zwycięską lewicę powoduje paraliż heroizmu w służbie przeciwstawiania się ideom, moralności politycznej i systemom rządzenia, nieznany dotąd ludzkości.

A przecież ciągle czytamy w gazetach o tym, że ktoś się przeciwstawia. Nieustająco natykamy się na dowody istnienia oporu. Tu i ówdzie izolowane grupki intelektualistów i studentów protestują, opierają się. Zjawisk tych nie należy mieszać ze spontanicznymi eksplozjami otwartego buntu, jakie miały miejsce doraźnie w Berlinie, Poznaniu, Budapeszcie w ciągu ostatnich 25 lat. Erupcje te uświadomiły światu, że społeczeństwa nie zgadzają się na komunizm, miały one doniosłe znaczenie, ich skutki bywały różne i niezbyt doniosłe. W Polsce przyniosły 2 lata łagodniejszego klimatu politycznego. W Berlinie spowodowały rzucenie na rynek znacznej ilości towarów konsumpcyjnych. Na Węgrzech, po krwawej hekatombie, przyniosły względną stabilizację gospodarczą bezładnych koncesji politycznych. Komunizm nie boi się buntów zbrojnych, ani powstań — wie że zawsze sobie z nimi poradzi, otwarta rewolta jest niemożliwa przeciw współczesnej technologii w służbie współczesnego totalizmu, a demokratyczny Zachód w kilka miesięcy zapomni o najkrwawszych represjach.

Naprawdę komunizm boi się tylko pisarzy, studentów i izolowanych, skazanych na zagładę liberałów. Wie, że są oni tym depozytem niezależnej myśli, po który nie można sięgnąć, myśl zaś jest ową przestrzenią, na której rozegra się ostateczna walka. Myśl można ukryć głęboko i przechować długo, jest to terytorium, nad którym nie można rozciągać kontroli — a brak kontroli oznacza klęskę komunizmu. Stąd celem najzawziętszych ataków, planowanych przez najbezwzględniejsze sztaby, jest myśl człowieka. Od zaciekłego i okrutnego gwałcenia, zniewalania i obezwładniania myśli komunizm nie odstąpi nigdy. Użyje każdego środka by ją sobie podporządkować, nawet jeśli droga do tego prowadzi poprzez zbrodnicze wyjałowienie, sproszkowanie i absurdalne odczłowieczenie myśli. Komunizm boi się nie tylko myśli sformułowanej, boi się także jej bardziej rudymentarnych postaci jak impuls, skłonność czy upodobanie. „Gdy pokazywałem reprodukcję obrazu Braque’a dzieciom, które nigdy w życiu nie widziały niczego innego poza Leninem z gipsu, portretami Stalina czy malowidłami socrealistycznych malarzy, tylko jeden chłopczyk powiedział: „To ładne!”, aczkolwiek nie potrafił uzasadnić dlaczego to mu się podoba. Ale jeden był...” — opowiadał kiedyś pewien polski historyk sztuki. Komunizm ustawił sam siebie w sytuacji moralno–ideowej, której logika uczy go, że aby utrzymać się u władzy, musi on albo wykorzenić z tego chłopca to co mu się zaledwie podoba, albo go zabić. Inaczej chłopiec będzie rozsadnikiem antykomunizmu. Więc komunizm wybiera drugie rozwiązanie, wnioskując poprawnie, że nie sposób dowiedzieć się o impulsach i upodobaniach wszystkich poddanych. Ponieważ jednak nie można wymordować wszystkich swych poddanych, więc poddaje ich ciśnieniom psychicznym o intensywności i wszechobecności nieznanej dotąd w historii społeczeństw. W ten sposób stara się zabić ich myśl. Czyli ich człowieczeństwo.

Stara się, lecz bezskutecznie, gdyż można fizycznie roztrzaskać aparat myślenia, lecz myśli zabić nie można. Wysnuć stąd można optymistyczną konkluzję, że — w perspektywie historii — komunizm skazany jest na nieuchronną klęskę. Człowiek demokratycznego Zachodu nie jest w stanie wyobrazić sobie rzeczywistości, w której nie można czegoś wypowiedzieć, stwierdzić publicznie czy ogłosić.

Tymczasem tuż obok niego, w świecie skurczonym do rozmiarów parugodzinnego lotu z Waszyngtonu do Moskwy, żyją ludzie odlegli od niego o czasoprzestrzeń jaka dzieli wczesne średniowiecze od wolnych wyborów burmistrza Nowego Jorku. Nie tylko nie mogą oni mówić co uważają za właściwe do powiedzenia, ale nie wolno im także myśleć inaczej niż mają to przepisane przez polityczny kanon rządzący ich życiem. W tym miejscu wolny, oczyszczony z narośli wielowiekowych zahamowań, obciążeń i konwenansów człowiek demokratycznego Zachodu powie: „To nonsens! Jak można stworzyć warunki, w, których człowiek nie może pomyśleć co chce? Przecież myślenie nie jest procesem społecznym, lecz psychicznym. Człowiek myśli co chce, mówi zaś co uważa za stosowne w danej sytuacji. Jeśli nie chce czegoś powiedzieć, to tego nie mówi”. Tym samym, człowiek Zachodu zakłada wolny wybór wypowiedzenia tego co chce jako nienaruszalny aksjomat. Wyklucza on istnienie rzeczywistości, w której taki wolny wybór nie istnieje. Niemniej, taka rzeczywistość jest faktem, takim samym jak jego niezdolność pojęcia tego faktu. Jeśli słowo jest naturalny konsekwencją myśli, to w komunizmie następuje zasadnicze załamanie się tej współzależności, co w oczywisty i całkiem nowy sposób determinuje i myśl i słowo. Może najdobitniej ujął to zjawisko w słowa wybitny pisarz rosyjski po swej ucieczce na Zachód; pisał on: „Najbardziej normalne, najbardziej naturalne, najbardziej istotne ze wszystkich pragnień: mówienie prawdy, lub tego co się myśli — jest w Rosji Sowieckiej zapomnianym i nierealnym snem. Podczas całego swojego świadomego życia człowiek w komunizmie żyje w strachu aby nie powiedzieć czegoś, .czego nie należy głośno wypowiedzieć ...”

To, że są rzeczy jakich nie należy głośno mówić stanowi o niewoli myśli w większym stopniu, niż to, że są rzeczy, których nie wolno głośno mówić. Strach przed samym sobą przeistacza się w wewnętrzną samokontrolę, odczłowieczającą człowieka w stopniu groźniejszym niż polityczny zakaz wypowiadania niedozwolonych poglądów. Wolność myśli może być problemem psychologicznym, ale jako zasada społeczna zakłada możność, a nawet konieczność wolnej wypowiedzi. Gdy pierwsi Amerykanie deklarowali wolność sumienia jako naczelną wartość, dla której opuszczali swe kraje rodzinne w Europie i z której zamierzali uczynić kamień węgielny życia w Nowym Świecie — mieli oni na myśli możność otwartego przyznania się do tego, że są purytanami, kwakrami, nonkonformistami. W komunizmie koło cofnięte zostało o 400 lat wstecz: wolność sumienia uchodzi ex officio za psychiczny trąd. Sumienie człowieka nie należy do niego, lecz do klasy społecznej przed rewolucją, i ma być sztucznie prefabrykowane po rewolucji w coś, co wzniosie nazywa się przynależnością społeczną, faktycznie zaś stanowi sztucznie wykoncypowany przez teoretyków, polityków i administratorów przepis na człowieka. Jest więc rzeczą naturalną, że myśli człowieka — tak jak jego zachowanie, prawa, obowiązki, przeszłość, teraźniejszość i przyszłość — podlegają ścisłej kodyfikacji i nieustającemu kształtowaniu, człowiek w komunizmie nie rozwija się sam, nie formuje go życie, nie określają go drudzy, bliscy mu ludzie. Człowieka w komunizmie stwarza przepis, recepta, kartka papieru przepisywana codziennie przez specjalnie przeznaczonych do tego zadania planistów, którzy pojęcia nie mają o kształcie nosa faktycznego człowieka, kolorze jego oczu, bólach brzucha, nastrojach smutku i trapiących go troskach. Wiedza ta zresztą nie należy do ich obowiązków i fakty nic ich nie obchodzą, ale zastrzegają oni sobie absolutną władzę nad regulowaniem wszystkiego co człowieka dotyczy, nawet kształtu jego nosa, jeśli to uznają za stosowne. Zrewoltowane młode pokolenia chronią się zawsze za coś czego nie dostają od życia, czego nie mogą dostać w danej chwili, czego im właśnie nie wolno. Zakaz stanowi dla nich tarczę, którą trzymają przed sobą posuwając się do przodu w bunt. Gdyby nie było zakazu, nie byłoby potrzeby buntu, stąd zakaz jest równie ważki i cenny jak sam bunt. Właściwością zakazu w demokracjach jest zazwyczaj jego chwiejność, połowiczność, pokonywalność. Istnieje instytucjonalnie założona możliwość przełamywania zakazu. Ta możliwość sprawia, że bunt młodych na Zachodzie zawiera w sobie równie wiele waloru moralnego, jak i niezbyt czystych chwytów, bądź zwykłego nadużycia istniejących swobód i samowoli przedstawianej jako cnota. Jeśli na przykład jakaś grupa społeczna ma prawne i faktyczne możliwości postępu i realizowania swych celów, lecz jej poszczególni członkowie nie uzyskują odpowiednich — w ich własnym przekonaniu — osiągnięć na skutek, najczęściej, indywidualnych mankamentów, jednostki te łączą się w ruch Ten szerszy związek jednostek z kolei proklamuje, że grupie coś jest odmówione i przedstawia jednostkowe, często prywatne niedobory i klęski jako błędy systemu społeczno— politycznego, bądź zwala winę na inne grupy społeczne, oskarżając je o często zmitologizowane prześladowania Niemniej, tak spreparowane pretensje otrzymują w prawidłowo funkcjonujących demokracjach dostateczną ilość uwagi, rozgłosu i reklamy aby przekształcić się w tzw. problem społeczny, badany i rozwiązywany w ramach ogólnospołecznych konieczności i priorytetów. W ten sposób ruchy społeczne — większe, mniejsze i całkiem małe, słuszne, niesłuszne i wręcz karykaturalne — rodzą się w demokracjach na zasadzie niezniszczalnej perpetuum mobile i stanowią o niedoskonałej doskonałości demokracji, o jej wiecznej młodości i dynamizmie, nie zawsze racjonalnym, lecz na ogół zawsze pchającym świat do przodu.

Ten stan rzeczy jest nie do pomyślenia w komunizmie Jeśli w demokracjach wolność wypowiedzi nie jest równoznaczna z osiągnięciem politycznego czy społecznego celu, nie oznacza automatycznej realizacji postulatu, to przecież zawsze stanowi konkretny punkt wyjścia dla przeobrażeń. Przeciwstawianie się tedy, w warunkach demokratycznych, jest pojęciem sprecyzowanym. Tam, gdzie nie ma wolności wyrażania przekonań, zakaz wkracza w metafizykę, a przeciwstawianie się nabiera nieskończoności mętnych, niejasnych znaczeń. Tam, gdzie istnieje niepodważalna, w pojęciu władców, zasada tego co ludziom wolno, a czego nie wolno, gdzie władza nad umysłem ludzkim uzurpuje sobie przywilej nawet do ustanawiania przepisu na przeciwstawianie się tej władzy, rzeczywisty opór zasłonięty jest często pozornym oporem, ilość odcieni oporu jest nie do ustalenia, a sam akt oporu zostaje beznadziejnie skorumpowany i zdekomponowany. W okresie stalinizmu chłopiec noszący na głowie crew cut, a nie stalinowską fryzurę „na jeża”, lub dziewczyna z końskim ogonem, uchodzili na uniwersytetach za heroicznych nonkonformistów, bez względu na to w co wierzyli i jakie wygłaszali opinie. Ich uczesanie było aktem przeciwstawiania się, lecz interpretacja tego aktu mogła być różnoraka. Można w nim było widzieć opór przeciw zasadom i kryteriom, można też było dostrzec w nim kamuflaż dla propagowania komunizmu w atrakcyjniejszej postaci. Pomiędzy obydwoma przypuszczeniami zawierała się nieskończoność możliwych odcieni, dogmat w komunizmie jest bowiem tak wymienny jak filter w samochodzie — gdy się zużyje, wyrzuca się go i zastępuje nowym dogmatem. Stąd, jeśli w pewnych sytuacjach historycznych i politycznych komunizm potrzebuje zjawisk oporu, manifestacji oporu, wtedy organizuje sobie opór pod ścisłą kontrolą. Cel stwarzania pozorów oporu jest dwojaki: albo trzeba się wykazać tolerancją dla oporu wobec niekomunistycznego świata, albo istnieje potrzeba prowokacji — czyli sztucznego stworzenia ogniska oporu dla wdrożenia okrutnych represji w celach pedagogicznych czy dydaktycznych. Te schematy nasuwają pytanie równie zasadnicze jak dla zachodniodemokratycznej umysłowości niezrozumiałe, a mianowicie: co opierającym się i przeciwstawiającym młodym ludziom w komunizmie wolno, a czego im nie wolno?

Odpowiedź jest prosta: nie wolno im niczego, natomiast wolno im nie zagrażać istniejącemu porządkowi. Ich ewentualny opór, jeśli zajdzie jego potrzeba, ma być określany szczegółowo przez powołane do tego organy kontroli jak aparat partyjny i policja bezpieczeństwa. Minimalne przekroczenie wyznaczonych granic powoduje represje, których perfidii, cynizmu i bezwzględności człowiek Zachodu nie potrafi sobie wyobrazić ani zrozumieć. Męty społeczne, alfonsi i kryminaliści, przebrani pod troskliwym okiem policji politycznej za „robotników”, wdzierają do audytoriów uniwersyteckich, w których studenci rzekomo dyskutuje problemy nie dozwolony do dyskusji, i biją wszystkich obecnych — studentów i profesorów — do utraty przytomności, aż do wypadków całożyciowego kalectwa. Nazywa się to spontanicznym gniewem ludu w obronie swojej partii i jej ideałów. W marcu 1968 roku, gdy polscy studenci protestowali przeciw bezprawnemu aresztowaniu swoich kolegów, „robotnicy” zabili ciężarną studentkę, tratując ją butami na śmierć, na bruku ulicy. Gazety warszawskie zgodnie opisały ten incydent jako „unieszkodliwienie agenta CIA przez oburzonych prowokacją robotników”. Długoletnie wyroki więzienia i zesłanie do obozów koncentracyjnych są zwykłą odpowiedzią komunizmu studentom, którzy pragną zadać pytania władzy politycznej i reprezentowanemu przezeń światopoglądowi. Najlżejszą karą jest relegacja z uczelni, oznaczająca przekreślenie raz na zawsze wszelkich ambicji życiowych, albowiem wszystkie uniwersytety należą do państwa, czyli do rządu, i usunięcie z jednego powoduje automatycznie nieprzyjmowanie „winnego” przez inne. Równie popularną karą jest przymusowe wcielanie do wojska na okres nieoznaczony, przeciągający się w praktyce do 5–7 lat, bo tylko wojsko, a nie ustawy, czy przepisy, decyduje kiedy zwolnić tak zwerbowanego żołnierza.

Młody buntownik na Zachodzie, występując przeciw kapitalistycznej demokracji, czuje się poza jej systemem wraz z momentem przyjęcia komunii swego buntu. Żyje w nim walcząc z nim każdą swą myślą, każdym słowem, a częstokroć każdym czynem. Uważa się za szturmującego z zewnątrz jakąś potężną fortecę, której wewnętrzne prawa moralne i racjonalne nie obowiązują go. Jest to zadziwiająca specyfika demokracji, że można w niej żyć przeciw niej, odrzucając wszystko co jej, a mimo to prosperować, korzystać z jej przywilejów, nie czuć się zagrożonym ani jako osoba, ani jako obywatel. W przedziwny sposób demokracje gwarantują całą potęgę i skuteczność nienawidzenia tym, którzy ich nienawidzą i pragną zniszczyć. Są to stany i uczucia nieznane sprzeciwiającemu się komunizmowi w komunizmie. Czując rozpaczliwie swój sprzeciw i swą nienawiść do komunizmu, czuje się on jednak zawsze otoczony, obezwładniony i wchłonięty przez system. Szybko też dochodzi do wniosku, że jeżeli uda mu się kiedykolwiek coś zmienić, będzie to zmiana w ramach systemu — i taką ewentualność zaczyna uważać za maksymalnie możliwe osiągnięcie. Wniosek taki prowadzi go do postawy rewizjonisty. Co to jest rewizjonizm wymaga jednak oddzielnego omówienia.

Ciekawa rola przypada w takim układzie organizacjom młodzieżowym. Gdyby w ramach jakiejś powieściowej fantazji udało się amerykańskiemu studentowi wkraść na zebranie organu partyjnego decydującego o działalności organizacji młodzieżowych w komunizmie, przeżyłby on szok, z którego nie otrząsnąłby się już nigdy. Gdyby próbował o tym opowiadać kolegom na amerykańskim campusie — zabiliby go lub wpakowali do szpitala wariatów. Organizacja szkolna, czy studencka w kraju komunistycznym jest tylko jedna i ma zupełny monopol we wszystkich szkołach i na wszystkich uniwersytetach. Próby organizowania innych organizacji są zakazane, nielegalne i karane długoletnim więzieniem bez względu na wiek oskarżonego: w Polsce i na Węgrzech skazywano 15–letnich chłopców na 10–letnie więzienie za zbieranie się w prywatnych domach i słuchanie amerykańskich płyt jazzowych, co za czasów stalinowskich określane było przez policję polityczną jako działalność wywrotowa. Z kolei niezawisłość czy nawet autonomia oficjalnej organizacji młodzieżowej — mimo, że proklamowana na każdym kroku w oficjalnych deklaracjach — jest zupełną fikcją. Organizacja taka nie jest przez młodzież stworzona, przeciwnie, jest tworem ludzi starszych, często całkiem starych, jest przez nich wymyślona, zaplanowana, zaopatrzona w ideologię, cele, zadania, politykę, taktykę a nawet ideały codziennego życia i wzory postępowania. Nie należy ona do młodzieży, lecz młodzież należy do niej. Pojęcia tak potoczne w demokracjach, jak rozdźwięk między pokoleniami czy odrębny interes młodzieży, nie mają w niej prawa bytu, są zakazane jej aktywistom w publicznych rozważaniach pod groźbą surowych kar. Partia komunistyczna uważa się za jedynego reprezentanta wszystkich bez wyjątku, więc młodzieży i dzieci, aż do noworodków włócznie. Stąd konflikt międzypokoleniowy jest w jej pojęciu wymysłem i podstępem burżuazyjnych ideologów usiłujących rozładować] solidarność klasową w imię wyimaginowanych, kontrrewolucyjnych podziałów. Według Partii doskonała zbieżność interesów istnieje pomiędzy studentem pierwszego roku biologii, a rezydentem domu starców, o ile tylko obaj bezgranicznie kochają Partię. Szkolną organizacją młodzieżową rządzi więc w sposób dyktatorski dzielnicowy komitet Partii, któremu podlega dana szkoła, jej zebrania prowadzone są przez dorosłych, często starszawych instruktorów, którzy przychodzą w organizacyjnych mundurach, czerwonych krawatach itd. Są to płatni pracownicy aparatu Partii, tzw. agitatorzy, odkomenderowani do „pracy z młodzieżą”. Ich tępota, łysiny, pseudo—dziarskość sposobu bycia, wzorowana na wojskowo–koszarowych zasadach i wartościach i uważana za ideał postawy życiowej, ich bezdusznie recytowane formułki polityczne harmonizują groteskowo z atmosferą pseudozapału i nibyoddania sprawie jaka panuje obowiązkowo na takich zebraniach. Ślepe posłuszeństwo aktywistów nabiera w końcu charakteru bezbłędnie zorganizowanego imbecylizmu. Jeśli wierzyć w to co mówią i deklarują na zebraniach, wynika z tego, że wierzą i akceptują przekonania i zasady 70—letnich przywódców partyjnych, którzy widzą i oceniają dzisiejszy świat według jego problemów i możliwości sprzed 50 lat. Sekretarze partyjni ze sklerozą i reumatyzmem decydują o tym, co dzisiejsi teen– agers mają krzyczeć na ulicznych manifestacjach i jakiej muzyki mają słuchać. Nie od rzeczy będzie wspomnieć, że posada aktywisty młodzieżowego jest doskonale płatna i każdy kto zgadza się być tzw. przywódcą młodzieży i wygłaszać przemówienia na publicznych mityngach i zjazdach „reprezentantów” polskiej, czeskiej czy rosyjskiej młodzieży otrzymuje specjalne premie za każdy okrzyk wzniesiony przeciw amerykańskiemu „imperializmowi”.

I tylko jednego młody buntujący się Amerykanin zazdrościć może młodemu przeciwstawiającemu się rówieśnikowi w komunizmie. Ten drugi tęskni za konkretną wolnością i domyśli się jej smaku. Pierwszy posiada ją, czego rezultatem jest przesyt, utrata smaku i trudnych rozkoszy zdobywania wolności. Na Zachodzie młodzież ma już tylko sex i politykę. Na Wschodzić młodzież walczy jeszcze o chleb swobód, przy którym sex i polityka są jak ciastka, które nie nasycą nikogo. Stąd ów rozpaczliwy okrzyk studenta Columbia University podczas jednego z radykalno–rewolucyjnych zebrań: We’ll never have a revolution iIn this country. Too many people are to happy!” Nieszczęścia, rozpaczy, krzywdy jako amunicji do przewrotów nigdy w komunizmie nie zabraknie. Ich nadmiar zaś powoduje, że ludzie są tak bezbrzeżnie i ostatecznie nieszczęśliwi, iż niezdolni są do myśli o oporze, do walki i wyzwolenia samych siebie od komunizmu. Ale czy będzie tak zawsze? Słowa „Międzynarodówki”, komunistycznego hymnu: „Bój to będzie ostatni...” brzmią właśnie najfałszywiej w krajach opanowanych przez komunizm. Nawet jeśli przeciwstawianie się tam jest dziś irracjonalną, a nawet surrealistyczną postawą duchową, to wszyscy jednak tam wiedzą, że Księga Rodzaju nie została jeszcze zamknięta i jakieś boje będą.

Leopold Tyrmand, Cywilizacja komunizmu

sobota, 14 czerwca 2014

Niech się pani zamknie!


Na przyjęciu pewien wybitny pisarz murzyński zapytał mnie jaki odsetek populacji głosowałby przeciwko komunistom, gdyby kiedyś odbyły się w Europie Wschodniej — dajmy na to w Polsce — wolne wybory. Wyjaśniłem, że według mnie wybory w kraju totalitarnym nigdy nie mogą być wolne. Przyjąwszy jednak założenie, że stworzono warunki do wolnego głosowania, że telewizja i radio zaprezentowały wszystkie — nie tylko komunistyczny — punkty widzenia i że przeciętny obywatel nie obawia się żadnych późniejszych rozrachunków, około osiemdziesiąt pięć procent głosów byłoby przeciw.

„To niemożliwe!” — zawołał. Nie mając pewności, czy przypadkiem nie zna on lepiej ode mnie sytuacji politycznej w Polsce, wolałem mu nie przeczyć. Życie nauczyło mnie, że na świecie roi się od doskonale oblatanych intelektualistów i studentów, którzy lepiej ode mnie orientują się, co się dzieje w
moim kraju, nawet jeśli wiodą wygodny żywot na francuskiej Riwierze czy w Kalifornii. A on dalej, głosem pełnym zdumienia: „To niemożliwe, by tak nieznaczna mniejszość rządziła większością!”

Ten pokaz naiwności i braku wyrobienia politycznego był zupełnie nieoczekiwany. „Proszę pana — dowodziłem — my w starej Europie przywykliśmy do tego prostego faktu, że istnieje wiele precyzyjnych, niezwykle przydatnych instrumentów, które umożliwiają najbardziej nawet znikomej mniejszości rozgromienie każdej większości, nawet tej najliczniejszej. Te narzędzia to: karabiny maszynowe, czołgi, aparaty podsłuchowe, bezpieka, więzienia...” On znowu w krzyk: „Nie zgadzam się z panem! To niemożliwe! To wbrew wszelkiej logice!”. Młoda kobieta obok próbowała go uspokoić: „Proszę posłuchać...” — zaczęła. „Niech się pani zamknie!” — warknął.

„No widzi pan — wtrąciłem — to właśnie najlepsza metoda, gdy mniejszość chce rządzić większością. Proste, wystarczy się zdecydować”.

Swoją drogą, pocieszające, że niektórzy jeszcze wierzą w jakąś moralną symetrię w polityce.

Tyrmand, Zapiski dyletanta

piątek, 17 stycznia 2014

Gdy zrozumiał co to jednostka, uczciwie popełnił samobójstwo.


W gazetach tylko o Leninie. Trzydziestolecie śmierci. O ile jest życie pozagrobowe, to jaka jest aktualnie pozycja Lenina? Wszak nie kto inny, lecz Lenin wyraził się, że “kto nie z nami, ten przeciw nam”. Jak on sobie z tym daje radę w niebie czy piekle? Jak wymierza mu się co jego – za zasługi czy grzechy? [- - - -] [Ustawa z dnia 31 lipca 1981 roku o kontroli publikacji i widowisk, artykuł 2, punkt 3 (Dziennik Ustaw nr 20, pozycja 99, zmiany: 1983, Dziennik Ustaw nr 44, pozycja 204)] Czy to go kreuje na ulubieńca Lucyfera, czy też w niebie panuje radość z okazji nawróconego grzesznika, bo – zgodnie z ułomnością chrześcijaństwa – zasłużył na wieksze honory, niż ten, kto nigdy nie kłamał ani sie nie zakłamywał? Biedny Majakowski, darmowy chwalca i apologeta, napomknął w peanie o Leninie: jednostka! Co komu po niej?! Jednostki głosik cieńszy od pisku…”. Po czym, gdy zrozumiał co to jednostka, uczciwie popełnił samobójstwo. Za co już nigdy do nieba nie pójdzie.

Lepold Tyrmand, Dziennik 1954, Warszawa 1989, s. 114

piątek, 7 grudnia 2012

Tyrmand o rozprężeniu moralnym

Nie popełniając większego błędu możemy prześledzić nowoczesne trendy permissiveness powracające w modnych postawach krytycyzmu kulturalnego. Z początkiem wieku nadciągająca hegemonia psychologii we współczesnej cywilizacji rozpoczęła długi proces rozpadu kryteriów krytycznych. Argumentacja moralna spadła do roli wykpiwanej częstokroć konwencji. Najbardziej sofistyczne próby przywrócenia tej wartości, podejmowane na przykład przez Kafkę i Camusa, rozbijały się skutecznie o prostacką polityczną pseudomoralność i narastający wpływ psychologicznego relatywizmu, który często wypaczał literackie ideologie i nadawał im podteksty histeryczne i masochistyczne.

W efekcie takiej literackiej i krytycznej hierarchii ostatecznych celów, żyjemy dzisiaj w rozkładzie wszystkiego poza kryterium objaśniającym. Pod presją wszechobecnego, pobłażliwego moralnie krytycyzmu, literatura i sztuka wyrzekły się niemal swych walorów dydaktycznych, zarówno bezpośrednich jak i parabolicznych, ograniczając swe zadania do coraz bardziej jałowego zgłębiania ludzkiego ego, jego złej sławy, groteskowych deformacji i czczych wypaczeń. Powstała sytuacja, w której wierność wobec podstawowych norm etycznych czy próba dokonania oceny krytycznej za pomocą wartości nieprzemijających, karcona jest przez krytyków jako infantylizm, prostota czy drugorzędna literatura, drugorzędny teatr, film i tak dalej. Odwieczna chwalebna tradycja stawiania pytań moralnych – od zarania zarówno święty przywilej, jak i święty obowiązek literatury – została ostatnio zarzucona na rzecz udawanych prób rejestrowania aberracji co współczesna krytyka uważa za chlubę literatury! Tym samym krytycy zinstytucjonalizowali jedyny w swoim rodzaju raj dla szczwanych, nieprzyzwoitych spekulantów. Erudycja stała się jedyną normą dla krytyka, kazuistyczne zdawanie relacji wyklucza z jego pracy jakąkolwiek przekonującą ocenę. Oczywiście, degradacja krytyki obróciła się przeciwko krytykom. Stracili wrażliwość percepcji, która kiedyś zapewniała im twórczy status wielkich postaci krytyki osiemnastego i dziewiętnastego wieku. Są żałośnie bezradni wobec niezliczonych fałszerstw. Większość dzieł, które mają zwyczaj nagradzać i wysławiać z charakterystycznym brakiem powściągliwości, z reguły popada w zapomnienie w parę miesięcy po lawinie wstępnych superlatyw. W odwet za swe porażki krytycy produkują z żałosnych miernot kolejne wartości, co ich ośmiesza, a w konsekwencji pogłębia ich frustrację i rozjuszenie – i tak wkraczamy w perpetuum mobile instynktów stadnych, przedstawianych jako wyszukanie; nudy okrzykniętej jako głębia; jałowości podanej jako finezja, cynicznej zręczności wypchanej jako bezkompromisowość i obiektywność. Z tego magicznego kręgu nie ma wyjścia, bo najmniejsza próba obrony najprostszej ludzkiej przyzwoitości naraziłaby pozycję krytyków w przyzwalającym na wszystko społeczeństwie, które pomogli ukształtować. A to jest coś, na co krytycy najmniej mogą sobie pozwolić.

Zapiski dyletanta
z rozdziału „O rozprzężeniu moralnym i poprawności”.