Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Starowieyski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Starowieyski. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 marca 2015

Etiopska literatura monastyczna


  Na etiopską literaturę monastyczną składają się trzy rodzaje pism:

1. Literatura hagiograficzna dotycząca świętych mni­chów, obcych i szczególnie etiopskich.
2. Przepisy normatywne określające życie mona­styczne, a więc reguły i teksty im podobne.
3. Teoretyczne refleksje na temat życia monastycznego.

1. Literatura hagiograficzna dotycząca świętych mnichów

  Pierwsze zabytki etiopskiej literatury hagiograficznej powstały w IV—VII wieku, to jest w pierwszym okre­sie literatury etiopskiej, tzw. aksumskim. Charakteryzuje się on tym, że przekładów dokonywano z języka grec­kiego; w następnych okresach tłumaczono je z języka arabskiego. Dokonano wtedy przekładów na język gyyz, a więc Żywotu św. Pawła Pustelnika, Żywotu św. Antoniego oraz Żywotu św. Aleksego.

  Żywot św. Antoniego, dzieło św. Atanazego, stanowi podstawowy tekst dla całej starożytnej literatury mona­stycznej. Odegrał również znaczną rolę w monastycyzmie etiopskim. Wśród apoftegmatów etiopskich figuruje trzy­dzieści osiem przypisywanych św. Antoniemu; przypisuje się mu również inne pisma, jak choćby Regułę. Monastycyzm etiopski często odwoływał się do niego: tak czynili wielcy mnisi, jak święci Tekle Hajmanot i Eustacjusz.

  Obok Żywotu św. Antoniego ważną rolę w literatu­rze etiopskiej odegrał Żywot św. Pawła Pustelnika (abba Paulos) pióra św. Hieronima, który został najpierw prze­łożony z łaciny na język grecki i z tego przekładu prze­tłumaczono go na język etiopski. Tekst etiopski jest ubo­gacony jeszcze dodatkowym epizodem, w którym św. Paweł spotyka pogrzeb króla i rozmyśla nad marnościami życia ziemskiego. Epizod ten jednak jest prawdopodob­nie późniejszy i pochodzi z Synaksariusza etiopskiego (XIV wiek).

  Żywot św. Pawła Eremity i Żywot św. Antoniego były popularną literaturą klasztorów etiopskich obok nie­mniej popularnych i licznych żywotów świętych mni­chów etiopskich. Natomiast dzieło Jana Moschosa Łąka [duchowa], gr.. Leimonarion) stanowiło wzór dla etiopskiego Ogrodu mnichów, zawierającego jednak żywoty świętych etiopskich. Dodajmy, że portugalscy misjonarze-jezuici w XVII wieku przygotowali przekład na język amharski Ogrodu duchowego Jana Moschosa.

  Obok tych dwu tekstów istnieją w języku etiop­skim jeszcze inne żywoty świętych, tak pozaetiopskich, jak i etiopskich, które cieszyły się wielkim powodzeniem wśród mnichów.

  Szczególną rolę w monastycyzmie etiopskim, jak zresztą i w innych regionach, odegrały różne kolekcje apoftegma­tów Ojców Pustyni lub teksty do nich zbliżone. Zbiory te w literaturze etiopskiej noszą różne nazwy: Ogród [Raj} mnichów, Historie mnichów, Historie czcigodnych [świętych] Ojców. Przekłady te, dokonane z języka arabskiego, są póź­niejsze od tekstów hagiograficznych i pochodzą sprzed końca XIII wieku. Identyfikacja poszczególnych tekstów jest trudna i skomplikowana. Są to:

 Collectio monastica, w 67 (68) rozdziałach o bar­dzo różnej długości. Podstawą naszego tekstu jest orygi­nał grecki lub koptyjski, następnie przełożony na arab­ski i z niego przetłumaczony na etiopski. Zawiera on apoftegmaty, opowiadania (czasami księga zawiera tylko jedno opowiadanie: 4 - o Arseniuszu, 7 — o Danielu itp.) oraz traktaty (23 = Asceticon 7 Izajasza; 26 = Ps Nil, czyli Ewagriusz, 50 - Historia Lausiaca itp.).

    W dziele zwracają szczególną uwagę księgi trzynasta i czternasta, która zawiera sto sześćdziesiąt sześć apoftegmatów, w tym tylko dwadzieścia ma paralele w tekstach dziś znanych. Te dwie księgi stanowią prawdopodobnie dwie bardzo stare kolekcje, powstałe w Egipcie, ułożone przez anonimowego kompilatora tam żyjącego w wieku IV/V, stąd ich wartość.

  Apoftegmaty noszą imiona Ojców dobrze znanych z innych zbiorów, jednak autor dodaje niektórym Oj­com miejsce, a więc mamy Sisoesa z Petry, Miosa z Baleos czy Jana z Kelii, z tym, że pojawiają się nazwy ską­dinąd nieznane, a więc Arwe, Herah, Tamerjas czy góra Panahon. Ponadto imiona i nazwy są przystosowane do języka etiopskiego, stąd słowniczek na początku zbioru podający odpowiedniki greckie nazw etiopskich. Jeśli chodzi o Ojców, autor unika wszystkich tych, którzy nie pochodzą z Egiptu, a figurują w zbiorach apoftegmatów (Efrem, Epifaniusz i inni).

  Szczególnie specyficzny dla tych dwóch zbiorów jest ich osobisty charakter: autor używa pięćdziesiąt siedem razy pierwszej osoby. O szeregu Ojców mówi „Mój oj­ciec" (13,70; 13,57 itp.) - w stosunku do Józefa, Pafnucego, Sisoesa, Aresa. Pojmena prawdopodobnie zna także jak innych Ojców, np. Mojżesza, Dioskura. Ten osobisty charakter podkreśla zwrot „powiedział mi" (13,6; 13,26 itp.). Autor tworzy łańcuchy świadków, które dochodzą do niego i przekazują mu wiadomość, potwierdzając w ten sposób jej prawdziwość. Wszystko to świadczy o starożytności tego tekstu napisanego przez świadka.

  Dodajmy, że ten zbiór nie tylko podaje nieznane apoftegmaty, ale też zawiera ważne warianty tekstów.

  Patericon aethiopice [Księga historii Ojców}; w dziele zawarte są 459 (283) apoftegmaty, które opierają się na opowiadaniach m.in. Jana Moschosa, Anastazego Synaity oraz na traktatach Efrema, Jana Chryzostoma, Bazylego, Makarego, Izajasza, Jana Saby (Dalyata), Izaaka z Niniwy i innych dzieł, często anonimowych. Patericon składa się z czterech części: kolekcji systematycznej apoftegmatów; przypadkowych ekstraktów z pism patrystycznych; stresz­czenia Łąki [duchowej] Jana Moschosa oraz drugiej ko­lekcji systematycznej apoftegmatów. Antologia ta opiera się na wcześniejszym zbiorze z XIII wieku.

 Asceticon [Historia Świętych Ojców]. Kolekcja składa się z sześćdziesięciu dwóch rozdziałów. Teksty wzięte są z apoftegmatów, ale także z traktatów ascetycznych przy­pisywanych Janowi Chryzostomowi, Izaakowi, Izajaszowi, Pawłowi Pustelnikowi, Efremowi; znajdujemy tam ponadto Regułę anioła z korpusu pachomiariskiego, frag­menty z Opowiadań dla Lausosa (Historia Lausiaca) oraz Reguły św. Antoniego.

 Geronticon [(Duchowe) Zmagania Świętych Ojców] za­wiera 540 apoftegmatów.
 Czterdzieści historii mnichów. Dzieło zawiera 40 opo­wiadań dotyczących mnichów egipskich z VII-VIII wieku.

    Istnieje ponadto ważny i unikatowy w swoim rodzaju zbiór wizji i porad duchowych abba Nabjuda z klasztoru Debre Sihat.

2. Przepisy normatywne określające życie monastyczne (reguły i teksty im podobne)
Reguły monastyczne

  Przekładu Reguły św. Pachomiusza z języka greckiego na język etiopski dokonano w okresie aksumskim (IV— VII wiek); ostatnia, trzecia część zawiera znacznie póź­niejszy dodatek: wizję św. Pachomiusza, której ślady spo­tykamy w etiopskiej literaturze monastycznej; jej przekład podajemy niżej.
  Z innych tekstów prawnych należy podać wspo­mnianą już Regułę św. Antoniego (zawartą w Ascetikonie albo w Żywocie św. Antoniego), Regułę Stefana z Teb, Ka­nony monastyczne, Nauczanie 318 Ojców, które ma sta­nowić zbudowanie mnichów (= Ps. atanazjańskie Syntagma).

Rytuały

  Spośród starych rytuałów monastycznych zacho­wał się Rytuał przyjęcia habitu, przełożony z języka arab­skiego w XIV lub XV wieku0. Takie rytuały znajdują się również w Księdze mnichów (Meshafe menekosaf), kolekcji pism monastycznych przełożonych z języka syryjskiego, użytecznych dla wychowania mnichów.
  Ponadto istnieje szereg tekstów prawnych i rytuałów w rękopisach dotąd nieopublikowanych.

3. Teoretyczne refleksje na temat życia monastycznego

  Istnieje szereg przekładów traktatów ascetycznych, m.in. Ewagriusza z Pontu (Akryos) i innych pisarzy, któ­rzy wywarli duży wpływ na rozwój monastycyzmu etiop­skiego; istniały również traktaty w języku amharskim.
  Z XV—XVI wieku pochodzi Księga mnichów (Meshafe menekosaf), kolekcja pism monastycznych syryjskich, przełożonych z języka arabskiego, użytecznych dla wy­chowania mnichów, szczególnie popularna w etiopskim świecie monastycznym. Znajdujemy w niej przekłady dzieła przypisywanego Filoksenowi z Mabbug (Filkysjos) Historie Ojców mnichów egipskich (właściwie jednak autorstwa Dadiszo z Katraja, pisarza syryjskiego z VII wieku); trzeciego traktatu ascetycznego Izaaka z Niniwy (Jyshak) oraz pism ascetycznych Jana Saby (Dalyata, Aregawi Menfesawi). Istnieją również przekłady pism ascetycznych w języku amharskim.

    Ponadto na język etiopski przełożono anonimowy Żywot św. Barlaama i Jozafata!.

  W niniejszym zbiorze podajemy wybór tekstów etiop­skich (dokonany przez L. regnault, Les sentences des Peres du Desert. Nouveau recueil, Solesmes 1970, s. 287-338), przełożonych z języka etiopskiego, dokonany na podsta­wie wydania V. arras Collectio monastica oraz Patericon, por. Bibliografia.

ks. Marek Starowieyski
(ze wstępu)

Apoftegmaty Ojców Pustyni tom 3. seria: źródła monastyczne 56, starożytność 35, TYNIEC Wydawnictwo Benedyktynów, Kraków 2011

niedziela, 8 marca 2015

Świat, w którym powstawało dzieło Klimaka


1. Świat, w którym powstawało dzieło Klimaka

Już się ma pod koniec starożytnemu światu - wszystko, co w nim żyło, psuje się, rozprzęga się". Te słowa z Irydiona Z. Krasińskiego dobrze pasują do naszej epoki. Świat starożytny w świecie śródziemnomorskim koń­czy się.

Politycznie. Dwukrotnie zrabowano Rzym, barbarzyńcy, przeszedł­szy Ren, stopniowo opanowują Italię, Galię, Hiszpanię; pada żyzna Afryka niszczona przez Wandalów, skończyło się panowanie rzymskie w Bryta­nii, którą Rzymianie opuścili. Przez Dunaj przewają się fale barbarzyń­ców, którzy docierają nawet pod mury Konstantynopola. W 614 roku Je­rozolima zostaje zdobyta i złupiona przez Persów, w 638 roku pada pod ciosami muzułmańskich Arabów, w 642 roku - Aleksandria. Arabowie opanowują Palestynę i Syrię, a następnie inne prowincje Azji Mniejszej i dochodzą pod Konstantynopol. Ich zwycięskie wojska rozpoczynają długi marsz wybrzeżami Afryki. Pada Kartagina i inne bogate miasta Afryki. Arabowie przechodzą przez Cieśninę Gibraltarską do Hiszpanii, pokonu­jąc wojska wizygockie w 711 roku. Dopiero w 732 roku pochód arabski zostaje zatrzymany pod Poitiers przez Franków.

Stopniowo upada też kultura: dobrze to widać na łuku Konstantyna, gdzie obok siebie figurują piękne rzeźby wzięte z łuku Marka Aureliusza i kiepskie - z czasów Konstantyna. Kończy się literatura: i ta klasyczna, i ta, która ją wyparła - chrześcijańska. Brakuje nie tylko Horacych i Wergiliuszów, ale także Orygenesów, Chryzostomów i Augustynów, świetnie wykształconych w retoryce i filozofii starożytnej. Dynamiczny rozwój myśli chrześcijańskiej ulega znacznemu spowolnieniu na Wschodzie, a na Zachodzie w niektórych krajach niemalże ustaje. Spory, a raczej kłótnie teologiczne szarpią siły Kościoła. Świat pogrąża się w chaosie.

Pojawiają się jednak nowi ludzie, świadomi kryzysu, którzy próbują ratować to, co jest do uratowania, przekazywać skarby kultury antycz­nej czasom nowym, a równocześnie próbują podsumować dawną epokę. W Italii Kasjodor w swoim Vivarium tworzy traktaty o gramatyce i ortografii, by młodzież mogła przynajmniej czytać i przepisywać starożyt­ne i chrześcijańskie księgi - piękny opis tego dała H. Malewska w powie­ści Przemija postać świata. Boecjusz, pragnąc przekazać dorobek filozofów greckich światu łacińskiemu, tłumaczy klasyków, co przyczyni się do odrodzenia filozofii w średniowieczu; w Hiszpanii uczony biskup Sewilli Izydor tworzy Etymologie, encyklopedię, w której przekazuje sumę na­uki starożytnej, a która stanie się podstawą wiedzy w średniowieczu; w Anglii, w klasztorze Jarrow, Beda, zwany Czcigodnym, pisze, podob­nie jak Kasjodor, traktaty z różnych dziedzin wiedzy dla przyszłych po­koleń. Te wszystkie dzieła będą często używane w szkołach klasztornych i katedralnych przez całe średniowiecze.

W tym czasie w klasztorze św. Saby pod Jerozolimą (już pod pano­waniem islamu) mnich Jan pochodzący z Damaszku, stąd zwany Damsceńskim, zbiera wiedzę boską i ludzką w swej wielkiej encyklopedii Źródło wiedzy, by ją przekazać potomnym. W pięć wieków później, gdy pod ciosami muzułmańskimi pada ostatecznie długo trzymająca się wielka kultura syryjska, która przetrwała upadek świata starożytnego, Bar Hebreus, przełożony Kościoła monofizyckiego w Mezopotamii, tworzy encyklopedię wszelkiej ludzkiej i boskiej wiedzy, by to co było wielkie w tej kulturze chrześcijańskiej, zachować od zapomnienia.

Ci wszyscy pisarze mniej lub więcej świadomie tworzyli syntezy i podręczniki, by ginącą kulturę starożytną zachować i przekazać przy­szłym pokoleniom. Zupełnie odmienny jest jednak przypadek innego, rów­nież wielkiego syntetyka i nauczyciela ascezy starożytnej, Jana Klimaka.

2. W kręgu monastycyzmu wschodniego

Od przełomu III i IV wieku rozpoczął się wielki rozwój ruchu monastycz­nego na Wschodzie. Dziesiątki, a nawet setki i tysiące chrześcijan wycho­dziło na pustynie Egiptu i Syrii czy Synaju, by żyć w pustelniach lub też wstępowało do wspólnot, takich jak klasztory św. Pachomiusza, a czy­niło to, aby pędzić życie całkowicie poświęcone Bogu i zwyciężać szata­na w miejscu jego zamieszkania - na pustyni, i na tej ziemi wypalonej i jałowej budować nowy raj, który niegdyś utracili pierwsi rodzice.

Ten ruch pozostawił nam bogatą literaturę: a więc tysiące apoftegmatów - sentencji wielkich Ojców pustyni, dziesiątki traktatów ascetycznych, żywotów świętych mnichów i „opowiadań dla duszy budujących" o mnichach. W tych dziełach mnisi starali się przekazać swoje duchowe doświad­czenia modlitwy, ascezy, walki z szatanem. Jest to więc literatura oparta nie na jakichś poszukiwaniach intelektualnych, ale na ich własnych do­świadczeniach duchowych. Tę wiedzę starał się usystematyzować wielki teolog a zarazem mnich pustyni nitryjskiej - Ewagriusz z Pontu. Tak się szczęśliwie składa, że tę „ascetyczną ojczyznę" Jana Klimaka można łatwo poznać, ponieważ wiele z dzieł tych mnichów i o nich przełożono już na język polski i są one powszechnie dostępne.

Ten wielki rozkwit pustyni zatrzymuje się w VI wieku. Najpierw klasztory i kolonie cel mnisich pustoszą najazdy plemion pustyni; wielu mnichów ginie, ucieka lub zostaje wypędzonych. Ale to nie jest najgor­sze: gwałtowne spory teologiczne niszczą wewnętrznie te wspólnoty, wprowadzają niepokój i wzajemną nienawiść. Na przełomie IV i V wieku wybuchają spory orygenesowskie, a następnie, po Soborze Chalcedońskim (451 r.), mnisi dzielą się na zwolenników i przeciwników Soboru: spory te przeradzają się w walki między poszczególnymi klasztorami, czasami nawet krwawe, a potem - z wojskami cesarskimi, jak to ma miej­sce np. w Palestynie i Syrii. Używając dalszego ciągu cytowanych słów Z. Krasińskiego: „bogi i ludzie szaleją". W VII wieku wkraczają muzuł­manie - najpierw tolerancyjni, wkrótce jednak zwalczający chrześcijan. Pod wpływem okrutnych prześladowań zmniejsza się liczba chrześcijan i klasztory się wyludniają. Kończy się epopeja pustyni, zostają jednak dzieła ascetyczne.

Ten upadek w dużo mniejszym stopniu dotknął monastycyzm na Synaju, odległym od wielkich szlaków komunikacyjnych i ówczesnego świata. Wręcz przeciwnie, rozwija się tym bardziej: powstaje klasztor św. Katarzyny i inne, mniejsze, otoczone pustelniami i w nich właśnie kwit­nie życie ascetyczne. Tam właśnie żył na przełomie VI i VII wieku Jan zwany „tym od Drabiny" (od swego podstawowego dzieła) lub „Janem Scholastykiem". Urodził się w drugiej połowie VI wieku, jeszcze w Ce­sarstwie Bizantyńskim, umarł w połowie VII wieku, już pod panowaniem islamu, który jednak chyba nie bardzo dawał się we znaki mnichom synajskim. Jego jedyne dzieło Drabina [do raju] stanowi też syntezę wieków ascezy pustyni, ale zupełnie innego rodzaju; on także, podobnie jak wspomniani pisarze, przekazał ją przyszłym pokoleniom.

Jan bynajmniej nie miał zamiaru tworzyć jakiejś syntezy nauki asce­tycznej poprzednich wieków, a jednak ją stworzył. Cechą, bowiem ów­czesnego monastycyzmu było przekazywanie innym swoich doświadczeń: tak starcy pustyni zawierali swoje doświadczenia w apoftegmatach, któ­rych mądrość zbierali i przekazywali dalej twórcy traktatów teologicznych, relacjonowali je autorzy opowieści o mnichach i dzieł hagiograficznych. Tak rodziła się wielka „ojczyzna duchowa", w której wyrosło dzieło Jana stanowiące sumę doświadczeń mnichów egipskich, syryjskich, palestyń­skich i synajskich. On sam przeżył, zarówno w czasie pobytu w pustelni, jak i w samym w klasztorze, i ubogacił je swoimi przeżyciami, przemy­śleniami i przemodleniami. I tak stworzył dzieło, by pokazać drogę pro­wadzącą do Przedwiecznego po stopniach cnót - jakby drabiny, pilnie bacząc również, by ostrzegać mnichów przed niebezpieczeństwami grze­chów czyhających na każdym jej szczeblu. Tak powstała ta specyficzna synteza ascezy starożytnej, tym jednak charakteryzująca się, że Jan mocno podkreśla, że nie godzi się nauczycielowi czerpać z pism innych t I był konsekwentny, nie czerpał bezpośrednio z ich pism, choć nietrudno w Drabnie odkryć wpływ jego wielkich poprzedników nauki ascetycznej.




ks. Marek Starowieyski,
z przedmowy do Drabiny raju

Wydawnictwo Marek Derewiecki

czwartek, 10 kwietnia 2014

W kręgu monastycyzmu wschodniego


Od przełomu III i IV wieku rozpoczął się wielki rozwój ruchu monastycznego na Wschodzie. Dziesiątki, a nawet setki i tysiące chrześcijan wychodziło na pustynie Egiptu i Syrii czy Synaju, by żyć w pustelniach lub też wstępowało do wspólnot, takich jak klasztory św. Pachomiusza, a czyniło to, aby pędzić życie całkowicie poświęcone Bogu i zwyciężać szatana w miejscu jego zamieszkania - na pustyni, i na tej ziemi wypalonej i jałowej budować nowy raj, który niegdyś utracili pierwsi rodzice.

Ten ruch pozostawił nam bogatą literaturę: a więc tysiące apoftegmatów - sentencji wielkich Ojców pustyni, dziesiątki traktatów ascetycznych, żywotów świętych mnichów i „opowiadań dla duszy budujących" o mnichach. W tych dziełach mnisi starali się przekazać swoje duchowe doświadczenia modlitwy, ascezy, walki z szatanem. Jest to więc literatura oparta nie na jakichś poszukiwaniach intelektualnych, ale na ich własnych doświadczeniach duchowych. Tę wiedzę starał się usystematyzować wielki teolog a zarazem mnich pustyni nitryjskiej - Ewagriusz z Pontu. Tak się szczęśliwie składa, że tę „ascetyczną ojczyznę" Jana Klimaka można łatwo poznać, ponieważ wiele z dzieł tych mnichów i o nich przełożono już na język polski i są one powszechnie dostępne.

Ten wielki rozkwit pustyni zatrzymuje się w VI wieku. Najpierw klasztory i kolonie cel mnisich pustoszą najazdy plemion pustyni; wielu mnichów ginie, ucieka lub zostaje wypędzonych. Ale to nie jest najgorsze: gwałtowne spory teologiczne niszczą wewnętrznie te wspólnoty, wprowadzają niepokój i wzajemną nienawiść. Na przełomie IV i V wieku wybuchają spory orygenesowskie, a następnie, po Soborze Chalcedońskim (451 r.), mnisi dzielą się na zwolenników i przeciwników Soboru: spory te przeradzają się w walki między poszczególnymi klasztorami, czasami nawet krwawe, a potem - z wojskami cesarskimi, jak to ma miejsce np. w Palestynie i Syrii. Używając dalszego ciągu cytowanych słów Z. Krasińskiego: „bogi i ludzie szaleją". W VII wieku wkraczają muzułmanie - najpierw tolerancyjni, wkrótce jednak zwalczający chrześcijan. Pod wpływem okrutnych prześladowań zmniejsza się liczba chrześcijan i klasztory się wyludniają. Kończy się epopeja pustyni, zostają jednak dzieła ascetyczne.

Ten upadek w dużo mniejszym stopniu dotknął monastycyzm na Synaju, odległym od wielkich szlaków komunikacyjnych i ówczesnego świata. Wręcz przeciwnie, rozwija się tym bardziej: powstaje klasztor św. Katarzyny i inne, mniejsze, otoczone pustelniami i w nich właśnie kwitnie życie ascetyczne. Tam właśnie żył na przełomie VI i VII wieku Jan zwany „tym od Drabiny" (od swego podstawowego dzieła) lub „Janem Scholastykiem". Urodził się w drugiej połowie VI wieku, jeszcze w Cesarstwie Bizantyńskim, umarł w połowie VII wieku, już pod panowaniem islamu, który jednak chyba nie bardzo dawał się we znaki mnichom synajskim. Jego jedyne dzieło Drabina [do raju] stanowi też syntezę wieków ascezy pustyni, ale zupełnie innego rodzaju; on także, podobnie jak wspomniani pisarze, przekazał ją przyszłym pokoleniom.

Jan bynajmniej nie miał zamiaru tworzyć jakiejś syntezy nauki ascetycznej poprzednich wieków, a jednak ją stworzył. Cechą, bowiem ówczesnego monastycyzmu było przekazywanie innym swoich doświadczeń: tak starcy pustyni zawierali swoje doświadczenia w apoftegmatach, których mądrość zbierali i przekazywali dalej twórcy traktatów teologicznych, relacjonowali je autorzy opowieści o mnichach i dzieł hagiograficznych. Tak rodziła się wielka „ojczyzna duchowa", w której wyrosło dzieło Jana stanowiące sumę doświadczeń mnichów egipskich, syryjskich, palestyńskich i synajskich. On sam przeżył, zarówno w czasie pobytu w pustelni, jak i w samym w klasztorze, i ubogacił je swoimi przeżyciami, przemyśleniami i przemodleniami. I tak stworzył dzieło, by pokazać drogę prowadzącą do Przedwiecznego po stopniach cnót - jakby drabiny, pilnie bacząc również, by ostrzegać mnichów przed niebezpieczeństwami grzechów czyhających na każdym jej szczeblu. Tak powstała ta specyficzna synteza ascezy starożytnej, tym jednak charakteryzująca się, że Jan mocno podkreśla, że nie godzi się nauczycielowi czerpać z pism innych i był konsekwentny, nie czerpał bezpośrednio z ich pism, choć nietrudno w Drabnie odkryć wpływ jego wielkich poprzedników nauki ascetycznej.

Marek Starowieyski (z przedmowy)

Za: Święty Jan Klimak, Drabina Raju, tytuł oryginału: Kλίμαξ τού παραδείσου, Πρός ποιμένα Λόγος, przekład z języka greckiego i komentarz: Waldemar Polanowski, opracowanie i redakcja naukowa: Ewa Osek, Wydawnictwo Marek Derewiecki, Kęty 2011

środa, 9 kwietnia 2014

Świat, w którym powstawało dzieło Klimaka


Już się ma pod koniec starożytnemu światu - wszystko, co w nim żyło, psuje się, rozprzęga się". Te słowa z Irydiona Z. Krasińskiego dobrze pasują do naszej epoki. Świat starożytny w świecie śródziemnomorskim kończy się.

Politycznie. Dwukrotnie zrabowano Rzym, barbarzyńcy, przeszedłszy Ren, stopniowo opanowują Italię, Galię, Hiszpanię; pada żyzna Afryka niszczona przez Wandalów, skończyło się panowanie rzymskie w Brytanii, którą Rzymianie opuścili. Przez Dunaj przewają się fale barbarzyńców, którzy docierają nawet pod mury Konstantynopola. W 614 roku Jerozolima zostaje zdobyta i złupiona przez Persów, w 638 roku pada pod ciosami muzułmańskich Arabów, w 642 roku - Aleksandria. Arabowie opanowują Palestynę i Syrię, a następnie inne prowincje Azji Mniejszej i dochodzą pod Konstantynopol. Ich zwycięskie wojska rozpoczynają długi marsz wybrzeżami Afryki. Pada Kartagina i inne bogate miasta Afryki. Arabowie przechodzą przez Cieśninę Gibraltarską do Hiszpanii, pokonując wojska wizygockie w 711 roku. Dopiero w 732 roku pochód arabski zostaje zatrzymany pod Poitiers przez Franków.

Stopniowo upada też kultura: dobrze to widać na łuku Konstantyna, gdzie obok siebie figurują piękne rzeźby wzięte z łuku Marka Aureliusza i kiepskie - z czasów Konstantyna. Kończy się literatura: i ta klasyczna, i ta, która ją wyparła - chrześcijańska. Brakuje nie tylko Horacych i Wergiliuszów, ale także Orygenesów, Chryzostomów i Augustynów, świetnie wykształconych w retoryce i filozofii starożytnej. Dynamiczny rozwój myśli chrześcijańskiej ulega znacznemu spowolnieniu na Wschodzie, a na Zachodzie w niektórych krajach niemalże ustaje. Spory, a raczej kłótnie teologiczne szarpią siły Kościoła. Świat pogrąża się w chaosie.

Pojawiają się jednak nowi ludzie, świadomi kryzysu, którzy próbują ratować to, co jest do uratowania, przekazywać skarby kultury antycznej czasom nowym, a równocześnie próbują podsumować dawną epokę. W Italii Kasjodor w swoim Vivarium tworzy traktaty o gramatyce i ortografii, by młodzież mogła przynajmniej czytać i przepisywać starożytne i chrześcijańskie księgi - piękny opis tego dała H. Malewska w powieści Przemija postać świata. Boecjusz, pragnąc przekazać dorobek filozofów greckich światu łacińskiemu, tłumaczy klasyków, co przyczyni się do odrodzenia filozofii w średniowieczu; w Hiszpanii uczony biskup Sewilli Izydor tworzy Etymologie, encyklopedię, w której przekazuje sumę nauki starożytnej, a która stanie się podstawą wiedzy w średniowieczu; w Anglii, w klasztorze Jarrow, Beda, zwany Czcigodnym, pisze, podobnie jak Kasjodor, traktaty z różnych dziedzin wiedzy dla przyszłych pokoleń. Te wszystkie dzieła będą często używane w szkołach klasztornych i katedralnych przez całe średniowiecze.

W tym czasie w klasztorze św. Saby pod Jerozolimą (już pod panowaniem islamu) mnich Jan pochodzący z Damaszku, stąd zwany Damsceńskim, zbiera wiedzę boską i ludzką w swej wielkiej encyklopedii Źródło wiedzy, by ją przekazać potomnym. W pięć wieków później, gdy pod ciosami muzułmańskimi pada ostatecznie długo trzymająca się wielka kultura syryjska, która przetrwała upadek świata starożytnego, Bar Hebreus, przełożony Kościoła monofizyckiego w Mezopotamii, tworzy encyklopedię wszelkiej ludzkiej i boskiej wiedzy, by to co było wielkie w tej kulturze chrześcijańskiej, zachować od zapomnienia.

Ci wszyscy pisarze mniej lub więcej świadomie tworzyli syntezy i podręczniki, by ginącą kulturę starożytną zachować i przekazać przyszłym pokoleniom. Zupełnie odmienny jest jednak przypadek innego, również wielkiego syntetyka i nauczyciela ascezy starożytnej, Jana Klimaka.
Marek Starowieyski (z przedmowy)

Za: Święty Jan Klimak, Drabina Raju, tytuł oryginału: Kλίμαξ τού παραδείσου, Πρός ποιμένα Λόγος, przekład z języka greckiego i komentarz: Waldemar Polanowski, opracowanie i redakcja naukowa: Ewa Osek, Wydawnictwo Marek Derewiecki, Kęty 2011   

wtorek, 25 marca 2014

Niech zbyt wielu spośród was, bracia moi, nie usiłuje być nauczycielami


Abba Józef zapytał abba Nisteroosa: „Co mam zrobić z językiem, bo nie umiem go opanować?". Starzec mu odrzekł: „A jak już mówisz, czy to cię zaspokaja?". On odpowiedział: „Nie". Rzekł strzec: „Skoro więc nie znajdujesz w tym uspokojenia, po cóż mówisz? Milcz raczej, a jeśli zdarzy się rozmowa, więcej słuchaj niż gadaj". Nisteroos 3,374 n.

Najlepszym komentarzem do tego apoftegmatu są słowa z listu św. Jakuba Apostoła:

Niech zbyt wielu spośród was, bracia moi, nie usiłuje być nauczycielami. Wiecie przecież, że my, nauczający, będziemy sądzeni o wiele surowiej niż inni. Wszyscy bowiem czysto upadamy. Jeśli ktoś nie grzeszy mową, to jest mężem doskonałym i będzie mógł zapanować nad całym swoim ciałem. Kiedy zakładamy koniom wędzidła do pysków, żeby nam były posłuszne to tym samym kierujemy całym ich ciałem. Albo przypatrzcie się okrętom: choć bywają niekiedy tak ogromne, że dopiero nie lada wichry mogą nimi wstrząsnąć, to jednak malutki ster potrafi nadać im taki kierunek, jakiego życzy sobie sternik. Podobnie rzecz ma się z językiem: ten tak niewielki organ może się poszczycić bardzo wielkimi dziełami. Mały płomyczek, a doprowadzi do tego, że wielki las staje w płomieniach. Język to także płomień, to cały świat nieprawości. Wśród organów naszego ciała jest tym czynnikiem, który pochodzi z piekła, ogarnia wszystkie obszary naszego żyda. Wszystkie bowiem gatunki zwierząt i ptaków, gadów i stworów morskich człowiek może ujarzmić tak, że będą mu posłuszne. Natomiast nikt z ludzi nie potrafi zapanować skutecznie nad językiem: ciągłe przybiera on postać coraz innego zła, [zawszę] pełnego zabójczej trucizny.

Posługujemy się nim, gdy mamy wielbić Pana (Jezusa) i Ojca, lecz także wtedy, gdy złorzeczymy ludziom stworzonym na podobieństwo Boga. Z tych samych ust wychodzi więc i błogosławieństwo, i przekleństwo. Otóż tak być nie może, bracia moi! Z jednego źródła nie wytryska woda słodka i gorzka zarazem. Podobnie drzewo figowe, bracia moi, nie może rodzić oliwek, winna latorośl owoców figi. Ze słonego źródła nie płynie słodka woda.


Za: Marek Starowieyski, Czego mogą nas nauczyć Ojcowie Pustyni, Wydawca Stowarzyszenie LIST, Listowa biblioteka tom 18, Kraków 2006

Słowa i czyny


Starzec powiedział: „Biada człowiekowi, gdy jego imię jest większe niż jego czyny". Syst. XXIII, 3, 363

Bywają ludzie sławni, którzy na swoją sławę zapracowali ciężką i żmudną pracą: uczeni, pisarze, a nawet ciężko trenujący sportowcy. Wtedy ich imię odpowiada ich czynom.

Ale jest też kategoria ludzi, którzy sami się wykreowali dzięki świetnie prowadzonej autoreklamie. Są i inni, których wykreowały media, choć na to zupełnie nie zasłużyli. Są też i tacy, którzy zupełnie przypadkowo stali się sławnymi. Wszyscy ci ludzie, mają wprawdzie imię, ale puste i ostatecznie nic nie warte.

Ojcowie Pustyni jak ognia wystrzegali się „imienia", czyli sławy, i robili wszystko, w miarę swojej możliwości, by jej nie osiągnąć. Dziś także zdarzają się ludzie, choć nie często, którzy podobnie postępują, choć może nie tak radykalnie jak Ojcowie: dbają o czyny, nie o sławę, ona nic lub niewiele ich obchodzi. Na ogół jednak wszyscy staramy się być dostrzeżeni, chwaleni i nagradzani. O ile jednak pierwsza postawa jest godna podziwu, o tyle druga stanowi po prostu zrozumiałą, mniejszą lub większą ludzką słabość. Natomiast wszelka autoreklama, zdobywanie sławy po trupach jest niewątpliwie niemoralne, bo u jego podstaw leży zwyczajne kłamstwo, a kłamstwo zawsze jest złe.

Inaczej rzecz ma się z ludźmi powszechnie uważanymi za świętych. Oni dobitnie odczuwają ten rozdźwięk między imieniem i czynami, czyli sławą i uczynkami. Rzadko bowiem sława odpowiada prawdziwemu wnętrzu człowieka. Czcimy i podziwiamy ludzi świętych czy świętobliwych; znamy jednak tylko ich czyny, nie znamy ich wnętrza. Oni natomiast je znają i wiedzą doskonale, jak bardzo daleko im do ideału postawionego im przez Boga, wiedzą, jak kiepsko wypadają wobec wzoru, którym jest dla nich Chrystus, i protestują, gdy ludzie mówią o ich świętości, gdyż sami siebie uważają za grzeszników. Ludzi natomiast irytuje ich postawa, szczególnie zaś to, że często mówią o swojej niegodności i grzeszności, choć wszyscy wokoło widzą ich świętość. Bierze się to z tego, że zauważają ich widzialne cnoty, a nie widzą ukrytych wad. Ich dramat polega na tym — jak u wszystkich ludzi żyjących Bogiem - że na nieskalanym tle świętości Chrystusa wszelka ludzka świętość jest tylko szarą plamą. I świadomość tego sprawia im ogromny ból.

My natomiast, zwyczajni zjadacze chleba, pamiętajmy, że robienie sobie reklamy i zdobywanie sławy, szczególnie wątpliwymi moralnie środkami, jest nie tylko złe, ale też głupie i śmieszne. Starajmy się więc spełniać czyny — wedle terminologii naszego apoftegmatu — a wtedy będziemy mieli także imię.

Za: Marek Starowieyski, Czego mogą nas nauczyć Ojcowie Pustyni, Wydawca Stowarzyszenie LIST, Listowa biblioteka tom 18, Kraków 2006


*

poniedziałek, 24 marca 2014

Oczy wieprza


Inny z ojców powiedział, że oczy wieprza są ze swej natury tak ukształtowane, że z konieczności patrzy on zawsze na ziemię i nie może nigdy spojrzeć w niebo. Podobnie i dusza człowieka, któremu sprawiają przyjemność uciechy i rozkosze, raz wpadłszy w błoto rozpusty, nie zdoła łatwo zwrócić się do Boga lub dążyć do czegoś, co jest godne w oczach Bożych. Syst. XVIII, 8/28,303

Nie jest ważne, czy informacja, od której wychodzi autor, jest prawdziwa z punktu widzenia zoologii, czy też nie. Chodzi bowiem o treść moralną tej opowieści. A wniosek moralny jest prosty: są ludzie, którzy doprowadzili się do takiego stanu, że nie są już w stanie dostrzec ani Boga, ani rzeczy Mu miłych, czyli dobra, a nawet prawdziwego szczęścia. Doprowadzić się do takiego stanu nie jest trudno. W naszym apoftegmacie jest tylko mowa o rozpuście, ale nie jest to jedyna przyczyna. Nie chodzi tu też tylko o nałogi: narkotyki czy alkohol, które nie pozwalają człowiekowi wyrwać się ze swojej słabości - i potrzeba ogromnego wysiłku oraz wielkiej łaski Bożej, aby je opanować. Są i inne przykłady: człowiek depczący innych na drodze do swego celu, na przykład na drodze do kariery; człowiek interesu całkowicie poświęcony zdobywaniu pieniędzy; człowiek pogrążony w aktywności, dla którego liczy się tylko i wyłącznie działanie; człowiek „medialny" — aktor, pisarz czy dziennikarz, który musi nieustannie pojawiać się na srebrnym ekranie czy w wielonakładowych czasopismach. I tak można by długo wyliczać różne kategorie ludzi, często wybitnych artystów, intelektualistów, pisarzy, świetnych organizatorów, którzy nie widzą Boga ani nawet nie pragną Go dostrzec. Zapatrzeni w jedynie ważną— w swoim mniemaniu - działalność nie są w stanie oderwać od niej oczu, a przez to nie zauważają największych ludzkich wartości, a więc miłości drugiego, dobroci, poświęcenia, ofiary - tego, co jest istotą życia człowieka.

Przychodzi jednak dzień - a na każdego z nas przyjdzie taki dzień wielkiego remanentu — kiedy to wszystko, co było dla niego wartością trzeba będzie opuścić. Wtedy otoczy człowieka przeraźliwa pustka; świadomość zmarnowanego życia, pogubienia biblijnych talentów, często bardzo wielkich. Być może stanie także przed jego oczyma krzywda ludzka przez niego wyrządzona i ból, jaki sprawił innym. A Pan rozliczy wszystkich sprawiedliwie z każdego talentu, z każdej wyciśniętej łzy, i z każdego zadanego bólu, i z każdej zmarnowanej chwili czasu. Zaiste, straszliwą jest rzeczą mieć oczy wieprza, patrzące tylko w ziemię, które nie mogą lub nie chcą spojrzeć w niebo.

Za: Marek Starowieyski, Czego mogą nas nauczyć Ojcowie Pustyni, Wydawca Stowarzyszenie LIST, Listowa biblioteka tom 18, Kraków 2006

Myśli i czyny


Pewien starzec to mówił o złych myślach: „Zaklinam was, bracia, jak wzięliście w karby złe czyny, tak weźmy też nasze myśli". Syst X, 91, 203

  Przeciętny chrześcijanin uważa, że sfera grzechu to tylko czyny, a nie myśli i że dopóki nie popełni się złego czynu, nie ma jeszcze grzechu. Tymczasem rzecz ma się inaczej - na zapleczu grzechu zawsze lub prawie zawsze stoi myśl.

Grzech zewnętrzny powstaje czasami — tak nam się przynajmniej wydaje — spontanicznie i bezmyślnie. Otóż nie jest to do końca prawda, bowiem czyny zewnętrzne, nawet te najbardziej spontaniczne, mają swoje korzenie w myślach i w pragnieniach człowieka. Często są to pragnienia głęboko ukryte, które żyją sobie spokojnie gdzieś w głębinach jaźni ludzkiej, by pewnego dnia, w najbardziej niespodziewanej chwili, wyrwać się z niej na światło dzienne. Myśl bowiem jest korzeniem, z którego wyrasta czyn. Ten zaś korzeń spokojnie w nas dojrzewa karmiony pragnieniami, obrazami, lekturą czy filmem, żyje swoim ukrytym życiem i nawet niekoniecznie musi wystrzelić pędami grzechu. Ale zawsze kala życie wewnętrzne, w mniejszym czy większym stopniu je paraliżuje, sprawia, że człowiek staje się wewnętrznie niespokojny, słaby, a nawet czasami chory - i to ciężko chory.

Jest rzeczą o wiele łatwiejszą opanować nasze czyny zewnętrzne niż to, co jest w naszym wnętrzu. Pomaga nam w tym to, że ludzie nas widzą, że się ich wstydzimy, że liczymy się z ludzką opinią — i nie jest to takie złe, jak zwykło się mówić. Dlatego łatwiejsza jest walka z nimi, wspierana przez różnorodne zewnętrzne czynniki.

Tej pomocy nie otrzymamy w dziedzinie myśli. Nikt bowiem, prócz Boga, nie widzi tego, co dzieje się w człowieku: ani dobra, ani zła. Jesteśmy tu zdani na siebie samych. Grzechy zewnętrzne popełnia się tylko w pewnych okolicznościach, natomiast myśli dręczą nas stale i nie opuszczają nas w dzień i w nocy, nie pozwalają się nam skupić, przeszkadzają w życiu, przypominają o sobie w najbardziej niespodziewanych chwilach: przy lekturze, w przyjacielskiej rozmowie, a nawet w modlitwie. Są natrętne i raz wypędzone znowu powracają. Można z nimi walczyć, ale jakże często ta walka jest nieskuteczna. Można się zająć pracą, można próbować wybić klin klinem — to wszystko jakoś pomaga. Ale najlepszą metodą jest zawsze zło dobrem zwyciężać, eliminować je zatapiając się w Bogu i Jego cudownym świetle, które rozchodząc się po naszym wnętrzu, eliminuje wszelakie znajdujące się w nim zło, nawet to najbardziej natrętne.

W takich chwilach walk i udręczenia naszymi myślami dobrze jest mieć przy sobie różaniec i przesuwając jego paciorki usiłować uspokoić naszą pogubioną myśl i prosić Maryję, by nam w tej walce dopomogła.

Za: Marek Starowieyski, Czego mogą nas nauczyć Ojcowie Pustyni, Wydawca Stowarzyszenie LIST, Listowa biblioteka tom 18, Kraków 2006

niedziela, 23 marca 2014

Złe myśli


 Powiedział abba Teodor ze Sketis: „Przychodzi jakaś zła myśl, sprawia niepokój i zabiera mi czas: nie doprowadza mnie do zgrzeszenia czynem, ale zatrzymuje mnie na drodze do cnoty. Człowiek czujny jednak otrząsa się z niej i wstaje do modlitwy". Teodor ze Sketis 256

Niebezpieczną jest rzeczą sprowadzenie grzechu do samych tylko złych czynów. Oczywiście, grzechem jest zły uczynek, ale nie I tylko: może być nim również i zła myśl.

Świat naszych myśli jest korzeniem zła, choć często — na szczęście - ten korzeń nie wypuścił pnia ani gałęzi, tj. nie spowodował złych uczynków. Ale zły korzeń wyczerpuje nasze siły, jest pasożytem naszego życia wewnętrznego i nas osłabia. Jak wiele energii marnujemy na złe myśli i jak często w nas samych istnieje złudny świat, który często tak bardzo nas absorbuje, że brak nam sił do podjęcia myśli ubogacających i dobrych. Jak często w myślach prowadzimy bezsensowne dyskusje, rozważamy nasze ewentualne zwycięstwa i klęski, wypunktowując w nich naszą rolę i podkreślając ją do tego stopnia, że w końcu sami zaczynamy w to wierzyć. Tak powstaje w myśli świat legend i mitów o nas samych, świat naszych cierpień, bólów, pretensji i w końcu niespełnionych marzeń. Jednym słowem, człowiek może sobie stworzyć świat myśli, często współzawodniczący z naszym światem realnym lub po prostu go zakrywający. A obok tej naszej mitologii powstaje mitologia innych ludzi, oczywiście porównanie ich z nami zawsze wypada dla nich fatalnie. Tak powstaje świat nieprawdy o sobie, świat kłamstwa, nasze własne dzieło.

A kłamstwo jest zawsze i we wszelkiej formie szkodliwe i niszczycielskie. Nie zawsze ten świat bywa uzewnętrzniany, choć zawsze istnieje obawa, że w niespodziewanej chwili wybuchnie, rozlewając wokół nas zło. Zawsze jednak, w większym lub mniejszym stopniu, blokuje on i „zamula" nasze życie duchowe.

W uporządkowaniu naszych myśli zawsze pomaga porządny rachunek sumienia i dobra spowiedź, najlepiej u stałego kierownika duchowego. Może także pomóc śmiech: śmiech z samego siebie. Jest on zawsze bardzo pożyteczny, jeśli tylko człowiek umie przyjrzeć się sobie samemu z boku i ujrzeć groteskowość swojego wewnętrznego zakłamania i głupiego postępowania. Śmiech z samego siebie nikogo nie rani, stanowi natomiast znakomitą terapię. „Naucz się śmiać z samego siebie, będziesz miał uciechę na całe życie" — pisał niezapomniany ks. Tadeusz Fedorowicz.

Za: Marek Starowieyski, Czego mogą nas nauczyć Ojcowie Pustyni, Wydawca Stowarzyszenie LIST, Listowa biblioteka tom 18, Kraków 2006

Prymat życia duchowego


Ten sam starzec [Teodor z Ferme] odwiedził kiedyś abba Jana, tego, który od urodzenia był eunuchem; i podczas rozmowy rzekł: „Kiedyśmy mieszkali w Sketis, praca wewnętrzna była naszą główną pracą, a rękodzieło uważaliśmy za coś ubocznego; teraz zaś praca wewnętrzna stała się uboczną, a uboczna główną". Teodor z Ferme 10,250

Diagnoza Teodora z Ferme jest smutna, ale prawdziwa: często bowiem to, co jest celem głównym, staje się dodatkiem, a to co jest dodatkiem, staje się celem. Nie chodzi tu tylko o klasztor, który przestaje być miejscem życia duchowego, a staje się warsztatem produkcyjnym dla ludzi chcących sobie żyć spokojnie i wygodnie. Problem ten bywa szerszy i ma miejsce wtedy, kiedy klasztor rozmija się ze swoim celem, dla którego powstał. Historia Kościoła podaje nam takie przykłady.

Problem nie dotyczy jednak tylko klasztorów, może dotknąć każdego z nas.

Po pierwsze, należy ustalić, co jest celem, a co środkiem. Pierwszym celem życia człowieka jest Bóg i życie wieczne. Ale jest także cel bliższy: powołanie człowieka, czy to kapłańskie, zakonne, czy rodzinne. Temu celowi powinno być podporządkowane życie człowieka, bez pomijania celu pierwotnego. Powołaniu rodzinnemu powinno być podporządkowane dobro męża, żony oraz dobro dzieci w pełnym wymiarze, a więc nie tylko materialnym, ale i duchowym - atmosfera domu, czas dla rodziny, sprawy religijne. Ten ostatni wymiar bywa często pomijany na rzecz dóbr materialnych, co nieuchronnie prowadzi do tragedii. (…)

Za: Marek Starowieyski, Czego mogą nas nauczyć Ojcowie Pustyni, Wydawca Stowarzyszenie LIST, Listowa biblioteka tom 18, Kraków 2006

sobota, 22 marca 2014

Handlarze słów


Abba Teodor z Ferme 1
Posiadamy o nim nieliczne wiadomości. Żył na przełomie IV/V w. Był uczniem Antoniego i Makarego. Był diakonem, choć nie pełnił tej funkcji. Odznaczał się wielkim umiłowaniem pustyni i samotności (248).
słowo zbawcze
Pewien brat odwiedził kiedyś abba Teodora i przez trzy dni prosił go o słowo, ale on mu nic nie powiedział; aż wreszcie odszedł smutny. Uczeń zapytał starca: „Abba, czemu to nic mu nie powiedziałeś i odszedł smutny?". Odrzekł mu starzec: „Zaiste dlatego z nim nie mówiłem, bo to handlarz: chce się potem popisywać cudzymi słowami". Teodor z Ferme 3, 249

Był IV wiek. Nie było jeszcze reguł zakonnych ani tradycji życia zakonnego, nie było teorii ascezy i mistyki, teologia dopiero się rozwijała. Równocześnie setki, o ile nie tysiące, mnichów wychodziły na pustynię, szukając swojej drogi. Czym dysponowali? Mieli tylko Pismo Św.; szczególnie popularne były Psalmy, których uczono się na pamięć. Ale Pismo św. nie wystarczyło, potrzeba było pomocy w trudzie codziennego życia i codziennej walki, trzeba było rady i pomocy, jak postępować w sytuacjach trudnych. Jak to uczynić?

Adepci życia pustynnego szli do starców i prosili ich o słowo. Pod ich kierunkiem zaprawiali się w trudnym życiu pustelniczym, by następnie móc podjąć samodzielne życie. Starcy zaś ostrzegali młodych mnichów, by zbyt wcześnie nie wyruszali sami na Pustynię, nie osiągnąwszy uprzednio doświadczenia. Słowo „starzec" zresztą — jak już mówiliśmy — nie musiało oznaczać wieku: byli to doświadczeni w życiu na Pustyni, czasami nawet młodzi, którzy mogli udzielać rady i pomocy. Do starców szli wszyscy, nie tylko młodzi, często szli nawet i inni starcy; i tak następowała wymiana myśli o Bogu, człowieku i ascezie. Ojcowie niechętnie dzielili się swymi doświadczeniami, ale zawsze gotowi byli udzielić pomocy tym, którzy jej naprawdę potrzebowali. Tak rodziły się apoftegmaty Ojców Pustyni, każdy z nich był skierowany do konkretnego człowieka z konkretnym problemem. Tak rodziła się tradycja Pustyni, która obiektywizowała te indywidualne doświadczenia, uogólniała je, układała apoftegmaty w zbiory uszeregowane wedle różnych kryteriów.

Ale obok ludzi naprawdę poszukujących przychodzili do starców i inni. Byli to, wędrujący od jednego sławnego mnicha do drugiego, zbieracze słów, ich kolekcjonerzy. Zbierali je zaś dla samego zbierania, a nie dla rozwiązywania własnych problemów. Tych mnichów Ojcowie niemiłosiernie przepędzali, nazywając ich „handlarzami słów". Tym, tak potępianym „handlarzom słów" musimy jednak wyrazić głęboką wdzięczność: im bowiem prawdopodobnie zawdzięczamy to, że apoftegmaty w ogóle się zachowały i że powstały, istniejące do dzisiaj, ich zbiory.

Czytając dziś słowa Ojców Pustyni, przychodźmy do nich nie jak owi „handlarze słów", dla zaspokojenia swojej ciekawości, ale ze swoimi problemami i szukajmy ich rozwiązania u tych, którzy tak głęboko doświadczyli spotkania z Bogiem. Wtedy słowa te staną się prawdziwie słowami zbawczymi, niosącymi zbawienie.

Za: Marek Starowieyski, Czego mogą nas nauczyć Ojcowie Pustyni, Wydawca Stowarzyszenie LIST, Listowa biblioteka tom 18, Kraków 2006

piątek, 21 marca 2014

Zostaw Bogu sprawiedliwość


Do abba Sisoesa przyszedł brat skrzywdzony przez drugiego brata i powiedział: „Pewien brat wyrządził mi krzywdę i chcę się na nim zemścić". A starzec prosił go mówiąc:  „Nie dziecko, ale raczej pozostaw Bogu wymierzenie sprawiedliwości". On jednak mówił: „Nie spocznę, póki się nie zemszczę". Powiedział starzec: „Módlmy się, bracie". I wstał starzec, i zaczął mówić: „Boże, już nam nie potrzebna Twoja troska o nas, bo sami sobie wymierzamy sprawiedliwość". A brat, kiedy to usłyszał, upadł do nóg starca i mówił: ,Już nie będę się mścił: wybacz mi, abba". Sisoes 1, 455 n.

Zemsta jest wyrazem naszej niewiary w Bożą sprawiedliwość, bo staramy się sami załatwić to, co zostało zarezerwowane dla Boga.

Zemsta jest straszliwą siłą. Nie wyobrażamy sobie nawet, jaką nienawiść może nagromadzić w sercu ludzkim poczucie krzywdy. Może je rozładować tylko wiara w Boga dobrego i sprawiedliwego. Wiara bowiem pokazuje człowiekowi życie w innej perspektywie. Jest ono dwuplanowe: pierwszy plan to życie ziemskie, drugi — wieczne. A to pozwala nam widzieć wydarzenia świata, a więc i naszą krzywdę, w zupełnie innej perspektywie, w świetle życia wiecznego. Dzięki temu możemy stwierdzić, że to, co dziś wydaje się nam być tragedią, stanowi ważny i czasem nawet pozytywny element naszego życia. Wiara — wreszcie — pokazuje nam życie w perspektywie krzyża i zmartwychwstania Chrystusa, a więc w perspektywie przebaczenia przez Chrystusa tym, którzy zadali Mu śmierć. Wiara kieruje nasze myśli jednak nie tylko na Jego mękę i śmierć, ale i na całe Jego życie, a więc na nauczane przez Niego miłość i przebaczenie, nie jeden, nie siedem razy, ale siedemdziesiąt siedem razy, czyli zawsze. Zemsta stanowi zaś właśnie zaprzeczenie wartości' męki Chrystusowej i całego Jego życia.

W tej właśnie perspektywie trzeba podjąć ascezę. Opanować uczucia, szczególne te gwałtowne, które powodują skutki nie do przewidzenia, opanować wolę pchającą nas do zemsty, opanować umysł, który przypomina nam ciągle o naszej krzywdzie. Wszystko to może stanowić dla niektórych ludzi wielki problem. Kiedy więc czujemy, że należymy do tych gwałtowników — w negatywnym sensie tego słowa — niezwłocznie podejmijmy pracę nad sobą, bo potem może być za późno. Najlepszym lekarstwem na to poczucie krzywdy i chęć zemsty jest rozważanie Męki Pańskiej i Chrystusowego przebaczenia katom, które jest najdoskonalszym wzorem wszelkiego przebaczenia, jak owego, którego udzielił straszliwie pokrzywdzony Jurand w Sienkiewiczowskich „Krzyżakach".

Człowiekowi, który sam wymierza sprawiedliwość, który mści się, który wywiera swój gniew na drugim, Boża sprawiedliwość jest już nie potrzebna, podobnie jak i niepotrzebny jest mu Bóg, gdyż on sam już wszystko załatwia. Ale biada ludzkości, jeśli ludzie zaczną zajmować miejsce Boga!

Za: Marek Starowieyski, Czego mogą nas nauczyć Ojcowie Pustyni, Wydawca Stowarzyszenie LIST, Listowa biblioteka tom 18, Kraków 2006

Upadki


 Pewien brat spytał abba Sisoesa: „Co mam robić abba, bo upadłem?". Odpowiedział mu starzec: „Powstań". Brat rzekł: „Już powstałem i znowu upadłem". I rzekł starzec: „Powstań znowu, i znowu". Brat więc spytał: „Jak długo?". On odpowiedział: „Aż dopóki nie zostaniesz zabrany ze świata, czy to w stanie cnoty czy upadku. Bo człowiek takim odchodzi, jakim go znaleziono". Sisoes 38, 466

Apoftegmat ten mówi o dwóch bardzo ważnych sprawach.

Pierwsza z nich to upadek, grzech. Człowiek jest grzeszny — to prawda oczywista, jednak jej konsekwencji praktycznej często nie chce się przyjąć. Człowiek grzeszny upada i będzie upadał aż do końca swego życia. Czasami jednak zdaje się nam, że siebie opanowaliśmy i że wszystko już będzie dobrze, ale: wystarczy chwila nieuwagi i „leżymy". Czasami są to upadki ciężkie, czasami lekkie, ale zawsze są to upadki. Zdarzają się też tragiczne, gdyż wykolejają nas z naszej drogi i przekreślają lata pracy, a ich skutków nie da się nadrobić — wszystko trzeba zaczynać od nowa. Bywają jednak i upadki błogosławione, które powodują wstrząs i podrywają nas do nowej pracy. Niezależnie od tego, jakie są te upadki, stanowią integralną część naszego życia duchowego i nikt, nawet najdoskonalszy, ujść im nie może. Nie wolno zapominać, że upadłszy, trzeba się jak najszybciej pozbierać; za każdym razem, jeśli tylko nam się to przydarzy. (…)


Za: Marek Starowieyski, Czego mogą nas nauczyć Ojcowie Pustyni, Wydawca Stowarzyszenie LIST, Listowa biblioteka tom 18, Kraków 2006

czwartek, 20 marca 2014

Szukanie Boga


Abba Sisoes powiedział: „Szukaj Boga, ale nie badaj, gdzie On mieszka". Sisoes 40, 466

Szukanie Boga to jedna z idei przewodnich myśli patrystycznej, szczególnie zaś teologii życia monastycznego. Mamy Go szukać wszędzie: w sobie samym, w drugim człowieku, w otaczającym nas świecie. Szukamy jednak po to, aby Go odnaleźć, a nie dla samej przyjemności intelektualnych poszukiwań. Szukanie Boga stanowi część ascezy, pracy nad sobą, należy więc raczej do porządku praktycznego niż do czysto intelektualnego. Szukać Boga nie mają tylko ci, którzy w Niego nie wierzą; powinni szukać Go także i wierzący, bo nie jest tak, że Boga można odnaleźć raz na zawsze. Jego trzeba ciągle szukać, i ciągle, co dnia odnajdywać, w coraz to nowych sytuacjach i warunkach naszego życia.

Jednak spekulacja teologiczna, którą tak bardzo ukochała myśl grecka i którą przejęła od niej tradycja chrześcijańska, stopniowo stawała się coraz bardziej subtelna i oddalona od życia, co widać już w epoce patrystycznej, w czasie sporów teologicznych od IV w. Grecy uważali, że wszystko można zrozumieć i opisać, chrześcijaństwo natomiast przypominało, że istnieją tajemnice wiary, jak choćby tajemnica Trójcy Przenajświętszej, przed którymi umysł się zatrzymuje i przyjmujemy je dzięki wierze.

Prości Ojcowie Pustyni wierzyli swoim nauczycielom i nie wdawali się w subtelne rozważania. Wszystko było dobrze, dopóki nauczycielami byli pisarze ortodoksyjni, jak Atanazy czy Cyryl, gorzej - gdy ci odeszli, a przyszli nauczyciele heretyccy.

Dla Ojców pustynia była miejscem, gdzie się Bogiem żyje, a jeśli się o Nim mówi, to mówi się jako o Bogu przeżytym, przemodlonym, odkrytym, odnalezionym i ciągle odkrywanym we wspólnocie Kościoła. I taką była teologia Ojców. Stopniowo jednak stawała się ona systemem zdań logicznie ułożonych, które człowiek bada, ale w które niekoniecznie musi wierzyć, a badać je może nawet poza Kościołem. Z uprawianej umysłem, sercem i wolą — a trzy te elementy harmonijnie się uzupełniały — teologia stała się stopniowo nauką uprawianą li tylko rozumem.

Jeśli chcemy powrócić do tego, co jest najważniejsze w teologii, musimy starać się ją na nowo przemadlać i przeżywać, aby ze spekulacji stała się modlitwą i życiem, jednym słowem — kształtem i sposobem wyrażenia miłości Boga.

Za: Marek Starowieyski, Czego mogą nas nauczyć Ojcowie Pustyni, Wydawca Stowarzyszenie LIST, Listowa biblioteka tom 18, Kraków 2006

Jednego człowieka szukam, by móc z nim mówić, i nie znajduję


Abba Sisoes Wielki
Był jednym z wielkich Ojców Pustyni, żył na przełomie IV/V w. Uczeń św. Makarego Wielkiego; przebywał najpierw w Sketis, potem na Górze św. Antoniego, gdzie pozostał siedemdziesiąt dwa lata. Jego casus pokazuje trudności identyfikacji starców: znamy bowiem Sisoesa Tebańczyka, Sisoesa z Petry i naszego, a ponadto innego ojca o podobnym imieniu z Tithos. Jaki jest ich wzajemny stosunek, nie wiemy (455; Borkowska 111-114).

szukam człowieka

Opowiadano o abba Sisoesie, że kiedyś siedząc w celi zakrzyknął wielkim głosem: „O nędzo!". Jego uczeń zapytał: „Co ci się stało, ojcze?". Odrzekł mu starzec: .Jednego człowieka szukam, by móc z nim mówić, i nie znajduję". Sisoes 47,467

Znowu temat dobrze znany z tradycji klasycznej: człowieka szukał Sokrates, szukał go też Diogenes wędrując z latarnią i obydwaj nie znaleźli.

Nie mógł go znaleźć też Sisoes, choć pole poszukiwań miał mniejsze i w dodatku lepsze. Mniejsze - bo nie żył w mieście, lepsze — bo żył pośród pustelników, wśród których, zdawałoby się, łatwiej powinien znaleźć człowieka. Tragizm polega na tym, że tam go właśnie nie znalazł.

Człowieka nie znajdziemy na świecie. Stworzył go Bóg na swój obraz i podobieństwo i tchnął w niego swojego ducha, ale p ten wielki dar zmarnowali prarodzice. Nigdy już nie zobaczymy na ziemi prawdziwego człowieka, takiego, jaki wyszedł z rąk Bożych, rodzimy się bowiem ludźmi zdeformowanymi, zniekształconymi, wybrakowanymi.

Co więcej, żyjąc na świecie ten Boży obraz zaciemniamy nowymi grzechami. Grzech bowiem nie tylko zakrywa Boże dary, ale też powoduje słabość, która nieustannie paraliżuje nasze życie duchowe. Człowiek zostaje jakby porażony w czynieniu dobra. Piękno prawdziwego człowieczeństwa odkrywają jednak nieśmiało święci, którzy w swoim życiu realizują przynajmniej jakiś aspekt owej Bożej świętości, poprzez miłosierdzie, ubóstwo, czystość. W nich odbija się światło Bożej świętości. Takich właśnie ludzi odkrywamy słuchając świętych mnichów egipskich. (…)

Za: Marek Starowieyski, Czego mogą nas nauczyć Ojcowie Pustyni, Wydawca Stowarzyszenie LIST, Listowa biblioteka tom 18, Kraków 2006

środa, 19 marca 2014

Sens postu


Przełożony pewnego klasztoru pytał abba Pojmena:, Jak mógłbym zdobyć bojaźń Bożą?". Abba Pojmen odpowiedział mu:, Jakże możemy zdobyć bojaźń Bożą, mając brzuch pełen sera i misę pełną wędzonki?". Pojmen 181, 425
Post spotykamy we wszystkich wielkich religiach. Występuje jako ilościowy - ograniczenie ilości jedzenia - i jako jakościowy -ograniczenie spożywania pewnych potraw. Praktyki postu w starożytności chrześcijańskiej, a szczególnie u Ojców Pustyni były bardzo surowe; jedzenie ograniczało się do jednego i to bardzo skąpego posiłku, a bywało, że w okresach pokuty jedzono nawet co drugi dzień. Te praktyki były tak surowe, że wątpiono nawet w prawdziwość źródeł, które o nich informowały. Choć jeden ze współczesnych badaczy starożytnego monastycyzmu podjął próbę takiego postu - nie tylko okazał się on możliwy, ale też wykazał dodatni wpływ na pracę umysłową.

Ale dlaczego post jest konieczny? Człowiek składa się z duszy i ciała, stąd też droga do doskonałości wymaga współpracy tych obydwu; post ciała stanowi wsparcie pracy duchowej. Post jest dobrowolnym ograniczeniem jedzenia, jednej z podstawowych czynności człowieka i, powiedzmy szczerze, przynoszącej także przyjemność. Nie jest to jednak jedyna próba opanowania ciała, mnisi stosowali i inne: ograniczenie snu (to należy stosować bardzo ostrożnie, by nie zachwiać równowagi psychicznej), długie stanie, spanie na gołej ziemi lub na twardym posłaniu itp. Z nich wszystkich jednak najważniejszą praktyką był post, bo jak mówi dosadnie Pojmen, nie można zdobyć bojaźni Bożej z brzuchem pełnym sera i wędzonki.

Sprawa postu staje się coraz bardziej aktualna i ważna wobec dobrobytu panującego w Europie i Ameryce i permanentnego przejadania się ludzi - stąd też sprawa odchudzania się nabiera coraz większego znaczenia.

Ograniczenie roli postu we współczesnej ascezie należy niestety do kolejnych prób przypochlebienia się światu, który nie życzy sobie jakichkolwiek ograniczeń; łatwiej jest bowiem zażywać farmaceutyczne środki odchudzające niż podjąć umartwienie w jedzeniu! Nam jednak nie chodzi o post z racji higienicznych — bo to nie należy do Kościoła, tylko do medycyny — lecz o jedną z form nie tylko doskonalenia się człowieka, ale też ofiary złożonej Bogu z rzeczy, które nam są miłe i przyjemne. Jest to jedna z form drogi całego człowieka — a więc z ciałem i duszą — do Boga.

Za: Marek Starowieyski, Czego mogą nas nauczyć Ojcowie Pustyni, Wydawca Stowarzyszenie LIST, Listowa biblioteka tom 18, Kraków 2006

Abba Pojmen i Dhammapada


zło i dobro

  Powiedział także [abba Pojmen]: „Złem nigdy zła się nie zwalczy. Jeśli więc ktoś cię skrzywdził, ty mu uczyń dobrze, aby twój dobry uczynek zniweczył jego zły". Pojmen 177,424

Zasadę tę dobrze znamy, mówimy o niej, ale co z tego?

Zło jest zawsze złem, jakikolwiek byłby jego cel i ktokolwiek by je czynił. Jest zawsze siłą niszczycielską i negatywną, jakkolwiek byśmy je widzieli i cokolwiek byśmy o nim opowiadali albo też nam o nim opowiadano. Zło pozostanie złem, choćby nam je podawano w najpiękniejszym opakowaniu, choćby błyszczało i mieniło się wszystkimi kolorami. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie zawsze możemy je dojrzeć, tak świetnie umie się zakamuflować. Tylko oczy wiary, i to wiary żywej, mogą je wtedy dostrzec i zdemaskować.

Wielką pokusą, która od początku nęciła chrześcijaństwo, jest walka ze złem. Każda walka pociąga bowiem za sobą metody, które zazwyczaj dobrymi nie są, a co najważniejsze, stanowi ona uznanie zła za równowartościowego przeciwnika - walcząc z nim czynimy zeń coś ważnego, godnego uwagi partnera. Jakże mądra jest definicja św. Augustyna, który twierdził, że zło, to po prostu brak dobra. Zło więc jest niebytem, jest straszliwą pustką czeluści, która bezlitośnie wciąga ludzi w swoją głębię, aby tam ich zniszczyć. Nie próbujmy jednak szukać sposobów zasypania jej, bo nie da się jej zapełnić żadną ludzką siłą, a każda taka próba musi zakończyć się niepowodzeniem. Na tę kosmiczną siłę niszczycielską, jaką jest otchłań zła, jest bowiem tylko jedna skuteczna siła, także kosmiczna - wszechpotężna siła konstruktywna, siła miłości. Zło nie boi się ani naszej walki z nim, ani konfrontacji z nami; zło lęka się miłości, bo ona jedna może je nie tylko zwyciężyć, ale i zniweczyć.

Siłą świętych była miłość. Zwyciężali, sami będąc bezbronnymi i nawet ich śmierć stawała się zwycięstwem, bo z ich ofiary miłości wyrastał nowy ład, rządzący się jej prawami. To właśnie męczennicy i święci, świadkowie miłości, byli wielkimi budowniczymi nowego świata, nowej Europy. Kiedy jednak próbowali walki, a nie daj Boże, walki siłą (znamy niestety i takie przykłady!) ich moc się kończyła - do akcji wkraczało zło, a wszystko kończyło się klęską. Bo dokonywanie zła w imię miłości - to rzecz możliwie najgorsza ze wszystkich.

Podobnie rzecz się ma z doznaną krzywdą. Jedyną sensowną odpowiedzią na nią jest dobro. Dobro i tylko dobro niweczy dokonane zło.

Za: Marek Starowieyski, Czego mogą nas nauczyć Ojcowie Pustyni, Wydawca Stowarzyszenie LIST, Listowa biblioteka tom 18, Kraków 2006

*

„Skrzywdził mnie, uderzył mnie, pokonał mnie, ograbił mnie” — kto utrzymuje podobne myśli, nie uspokoi swej nienawiści.
„Skrzywdził mnie, uderzył mnie, pokonał mnie, ograbił mnie” — kto nie utrzymuje podobnych myśli uspakaja swą nienawiść.
Nienawiści w tym świecie nigdy nie uspokoi się nienawiścią; jedynie przez nie-nienawiść nienawiść się uspakaja. To jest Odwieczne Prawo.
Dhammapada

wtorek, 18 marca 2014

Tylko gościem jestem na ziemi


Zapytał brat ojca Pojmena: ,Jak mam się zachować w miejscu, w którym przebywam?". Mówi doń starzec: „Czuj się zawsze cudzoziemcem tam, gdzie mieszkasz, abyś nie szukał rzucać słowa swoje przed sobą [to znaczy żebyś się nie wynosił], a znajdziesz odpocznienie. Pojmen 191,427

Gościem, obcym jest człowiek na Ziemi. Ziemia bowiem jest tylko miejscem przechodnim, przez które człowiek wędruje W swojej drodze do nieba. Do tego miejsca nie należy się więc przywiązywać. Ten motyw biblijny często spotykamy u Ojców Pustyni, którzy przybywali na nią, opuściwszy swoje domy, 2 Egiptu, Grecji, Rzymu, Syrii czy nawet z dalekiej Gruzji.

Ta świadomość „obcości" stanowiła pierwsze i zasadnicze zerwanie z otaczającym światem w sferze materialnej i miała przygotować do najważniejszego zerwania - tego w sferze duchowej — z grzechem.

Przypomnienie: „Jestem gościem, jestem przybyszem na Ziemi" ma treści uniwersalne, jest skierowane do wszystkich ludzi i ustala nasz stosunek do dóbr materialnych. Ludzie XX w. nie jeden raz mieli okazję przekonać się, jak bardzo złudne są dobra materialne, skrzętnie zbierane przez pokolenia: wyrzuceni z mieszkań, wygnani z ojcowizny, przeniesieni w inne strony Europy, widzieli jak z ogniem szły i były zrównywane z ziemią wsie i miasta. Ufajmy, że te doświadczenia będą oszczędzone następnym pokoleniom. Przymusową utratę dóbr materialnych, której doświadczaliśmy my wszyscy, mnisi podejmowali z własnej woli, dobrowolnie.

Nie wolno jednak pogardzać całym światem materialnym i ego rodzaju dobrami. Ziemia jest wprawdzie miejscem przejściowym, ale równocześnie stanowi środek, przez który przechodzimy do drugiego, szczęśliwszego świata. Stąd z jednej strony jej znikomość, z drugiej zaś ogromna wartość, którą trzeba dobrze wykorzystać, bo daje szansę unikalną. Nie wolno się jednak pomylić - ona nie jest celem, jest tylko środkiem. I te dobra tu na świecie porzucamy — lepiej: zamieniamy — na dobra o wiele bardziej wartościowe.

Jak ważną rzeczą jest więc nieustanna pamięć o tym, że jesteśmy tu gośćmi, a równocześnie o wartości tych skończonych i ograniczonych środków, które powinny nam pomóc w osiągnięciu nieskończonego i nieograniczonego Boga i jego przedziwnej miłości.

Za: Marek Starowieyski, Czego mogą nas nauczyć Ojcowie Pustyni, Wydawca Stowarzyszenie LIST, Listowa biblioteka tom 18, Kraków 2006

Podyskutujmy ...


 Powiedział abba Pojmen: ,Jeśli dusza oddali się od tego, który kocha się w słowach i dyskusjach, i od ludzkiego zamętu i wrzawy, to przybywa do niej Duch Boży i wtedy może urodzić, choć była niepłodną". Pojmen 205, 429

Świat starożytny kochał słowa, szczególnie te piękne, kochał dyskusje, a i chrześcijanie nimi nie gardzili. Ojcowie Pustyni raz na zawsze chcieli uciec od tej intelektualno-słownej wrzawy, która docierała także na pustynię. Raz po raz czytamy w apoftegmatach wiadomości o filozofach, którzy przybywali na pustynię, aby poznać tych „prawdziwych mędrców", którzy porzucili wszystko, i z nimi podyskutować.

Ta wrzawa zaczęła docierać na pustynię jeszcze w inny sposób, kiedy od IV wieku teologowie zaczęli przekładać prostą ascezę Ojców na terminy teologiczne. Ostatecznie wtargnęła na nią w końcu V wieku, kiedy pojawiły się rozdzierające chrześcijaństwo spory teologiczne. Zwolennicy obydwu stron przybywali na pustynię, by do swoich poglądów przekonać świątobliwych a prostodusznych mnichów, którzy zazwyczaj nie bardzo nawet wiedzieli, o co w ogóle chodzi. To wszystko wpłynęło negatywnie na życie zakonne, które w konsekwencji zaczęło słabnąć. (…)

Za: Marek Starowieyski, Czego mogą nas nauczyć Ojcowie Pustyni, Wydawca Stowarzyszenie LIST, Listowa biblioteka tom 18, Kraków 2006

poniedziałek, 17 marca 2014

Łagodność


Kilku starców przyszło kiedyś do Abba Pojmena i pytało: „Kiedy widzimy, że bracia zasypiają na modlitwie, czy chcesz, abyśmy ich budzili, aby czuwali podczas wigilii?". A on im odpowiedział: „Co do mnie, to gdy widzę, że brat zasypia, opieram jego głowę o swoje kolana, żeby odpoczął". Pojmen 92, 407

Surowość Ojców Pustyni jest znana: straszliwe posty, pokuty, czuwania. A jednak pośród tej surowości spotykamy promienie łagodności i dobroci: surowy Antoni wypowiada, pochwałę rozrywki, a Pojmen opiera głowę brata usypiającego na nocnych modlitwach o swoje kolana, by ten mógł lepiej odpocząć...

Modlitwy Ojców trwały długo, te prywatne w celi i te wspólne w kościele, gdzie mnisi gromadzili się raz na tydzień na Mszę i agapę połączoną z rozmowami na tematy duchowne — były to owe sławne collationes Patmm. Jeden z mnichów usnął, a takie zasypianie, jak się wydaje, zdarzało się nierzadko. Współbracia naradzają się więc, co w takim wypadku należy uczynić. Niektórzy sądzą, że należy go obudzić, natomiast wielki i surowy abba Pojmen uważa, że należy mu pomóc chwalić Boga, tyle że snem.

Surowymi wobec słabych okazują się zazwyczaj ludzie słabi, a czynią to po to, aby ukryć i usprawiedliwić swoją słabość; nie potrzebują tego natomiast czynić ludzie mocni. Ludzie mali j próbują surowością i radykalizmem osłonić swoją małość. Inaczej ma się rzecz z ludźmi świętymi: oni znają zarówno swoją słabość, jak i łaskawość Boga oraz Jego przebaczenie. A ponieważ są nie tylko teoretykami, ale i praktykami życia Bożego, są szczególnie predestynowani do tego, aby ukazywać w swoim życiu łaskawość Pana. Takim właśnie był Pojmen.

Wyrozumiałość dla słabego człowieka, dla grzesznika - podkreślam dla grzesznika, a nie dla samego grzechu - jest zasadą chrześcijaństwa. Nie zgasi tlącego się knotka, nie złamie trzciny nadłamanej — tak duchowość rozumiał za Izajaszem Chrystus, i idący Jego śladem święci. Oni bowiem doskonale wiedzieli — dzięki szczególnemu natchnieniu Bożemu — kiedy okazać się surowym, kiedy radykalnie wyciąć zło, a kiedy łagodnie podpierać i podlewać słabą roślinkę. Bo surowość świętych i ich łagodność są dwoma aspektami tej samej czynności — prowadzenia człowieka do Boga.

Dlatego warto pamiętać o słowach, które wypowiedział inny teoretyk życia duchowego, a równocześnie wielki święty, Franciszek Salezy: „Więcej much złapie się na kroplę miodu niż na beczkę octu". Tę zasadę stosował również wielki abba Pojmen.

Za: Marek Starowieyski, Czego mogą nas nauczyć Ojcowie Pustyni, Wydawca Stowarzyszenie LIST, Listowa biblioteka tom 18, Kraków 2006