Podobno Lenin, człowiek, który z pewnością znał się na wywrotowej
robocie i organizowaniu rewolucji, powiedział: „Kto chce zniszczyć
kapitalistyczne społeczeństwo, musi zniszczyć jego pieniądz”. Co
najdziwniejsze, nie kto inny jak lord Keynes zidentyfikował
najpewniejszy środek do osiągnięcia tego celu, mianowicie inflację. Ówże
lord Keynes, w oczach dzisiejszych ekonomistów uchodzący – nie bez
racji – za inflacjonistę, człowiek, który chciał swoimi teoriami
ratować kapitalizm przed socjalizmem, napisał w tekście z 1920 roku co
następuje: „Przy pomocy stałego procesu inflacji państwo może w
tajemnicy i niepostrzeżenie konfiskować znaczną część bogactwa swoich
obywateli. Ta metoda pozwala rządom nie tylko konfiskować, ale
konfiskować arbitralnie; oddaje ona na usługi destrukcji wszystkie
ukryte siły praw ekonomicznych, i czyni to w taki sposób, że nawet jeden
człowiek na milion nie jest w stanie tego rozpoznać”. Wypada tutaj
dodać, że niestety, do tych niezbyt bystrych ludzi należy dzisiaj
również większość ekonomistów, a nie bez wpływu na ten stan rzeczy były
właśnie teorie Keynesa.
Tomasz Gabiś
cały artykuł→
Pokochanie innej osoby dowodzi zmęczenia samotnością: jest więc tchórzostwem i zdradą wobec samego siebie (jest rzeczą najwyższej wagi, abyśmy nikogo nie kochali). Fernando Pessoa
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gabiś. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gabiś. Pokaż wszystkie posty
piątek, 1 grudnia 2017
Przy pomocy stałego procesu inflacji państwo może w tajemnicy i niepostrzeżenie konfiskować znaczną część bogactwa swoich obywateli
Ogromne spustoszenie w moralności publicznej i prywatnej...
Jedno jest według prof. Ramba pewne: powrotowi do wolności osobistej i gospodarczej, do respektowania własności prywatnej musi towarzyszyć powrót do wartości takich jak poczucie odpowiedzialności, pilność, punktualność, czystość, (samo)dyscyplina. 40 lat socjalizmu w Niemczech zapoczątkowanego przez Willy`ego Brandta i jego towarzyszy, a następnie rozwijanego przez wszystkie partie, poczyniło ogromne spustoszenie w moralności publicznej i prywatnej, doprowadziło do zaniku takich cnót jak osobista skromność, wstrzemięźliwość, przyzwoitość, szczodrość, dobroczynność, miłosierdzie, zdolność do samoograniczenia i niesienia pomocy innym. Po śmierci państwa socjalnego cnoty te staną się absolutnie niezbędne dla przetrwania niemieckiego społeczeństwa.
Tomasz Gabiś →
Tomasz Gabiś →
Armin Mohler
Mohler i Celan (obaj urodzeni w 1920 roku) pozostawali w kontakcie aż do samobójczej śmierci poety w 1970 roku (na jego biurku leżała otwarta biografia Hölderlina, z podkreślonym zdaniem: „Niekiedy geniusz ten ciemnieje i tonie w gorzkiej studni swojego serca”).
*
Sekretarzowanie u Jüngera pozwoliło mu zetknąć się osobiście z gwiazdami Konserwatywnej Rewolucji, jak brat pisarza Friedrich Georg czy Carl Schmitt, z którym w następnych dziesięcioleciach często się spotykał (jego bogata korespondencja ze „Starcem z gór” ukazała się w 1995 roku). Jednak nie zamierzał zostać „Eckermankiem” Jüngera, szczególnie że nosił w sobie obraz pisarza z fazy Robotnika i subtelny łowca motyli, z olimpijskim dystansem spoglądający na świat, chyba niezbyt mu odpowiadał. W późniejszych latach zdarzyło mu się dość obcesowo skrytykować Jüngera za rewizje i poprawki dawnej twórczości. Uważał bowiem, że tylko ten, kto pozna pierwsze, radykalne wersje tekstów z Republiki Weimarskiej, może zrozumieć, dlaczego potrafiły przewrócić czytelnikowi świat do góry nogami i zmienić jego życie. On, który swój „Damaszek” przeżył przy lekturze wczesnych pism Jüngera, nie mógł mu darować, że pozbawiał je polityczno-retorycznego żądła.
*
Napisał setki artykułów i kilkanaście książek, wśród nich Zwymyślanie liberałów, gdzie pomieścił swój chyba najsłynniejszy, najczęściej tłumaczony i przedrukowywany esej Styl faszystowski. Analizował w nim niektóre aspekty myślenia i działania Marinettiego, Benna, Jüngera, Gabriela d’Annunzio, hiszpańskich falangistów. Tam też przytoczył rozmowę, jaką odbył w 1942 roku w Niemczech z pewnym przedstawicielem narodowosocjalistycznego „betonu”. Kiedy padło nazwisko „Jünger”, narodowy socjalista spojrzał na Mohlera nieufnie i rzekł z wyraźną dezaprobatą w głosie: „Jünger to faszysta!”. Widząc zdumioną minę swego rozmówcy, dodał: „Jünger nie walczył dla swojego narodu, w czasie wojny walczył dla samej walki”.
*
Największe uznanie przyniosła mu wspomniana wyżej dysertacja o Konserwatywnej Rewolucji, uzupełniana i poprawiana w kolejnych wydaniach. Pozostaje ona do dziś – mimo iż od 1950 roku wiele napisano na ten temat – niedoścignionym przewodnikiem po labiryncie prawicowych nurtów i światopoglądów okresu Republiki Weimarskiej. Każdy, kto interesuje się niemiecką prawicą, czy szerzej – politycznymi ideologiami w XX wieku, powinien mieć ją na swojej podręcznej półce. W przedmowie do ostatniego wydania autor przyznawał, że książka towarzyszyła mu przez całe dorosłe życie i nigdy od tego tematu się nie oderwał. Dowodnie świadczy o tym, gromadzona przez kilka dziesięcioleci, licząca 20 tys. tomów jego prywatna biblioteka Konserwatywnej Rewolucji. Jego ogromną pracę bibliografa doceniali nawet polityczni wrogowie. Jeden z nich napisał, że Mohler niczym „świnia truflowa rył w gnojowisku prawicowej literatury, wyciągając przy okazji na powierzchnię bardzo rzadki, cenny materiał”.
*
Przez całe życie Mohler propagował to, co jako student znalazł u wczesnego Jüngera: „zdecydować się na pogodzenie z nieodowracalną utratą, odważyć się na coś nowego oraz zaufać twórczej decyzji i woli formowania, która przy całym entuzjazmie pozostaje świadoma swoich uwarunkowań i to co uformowane stawia przeciwko temu co bezkształtne”.
*
Był „fanatykiem” tego, co szczególne, odrębne, i co przeciwstawiał wielkim systemom ideologicznym i filozoficznym roszczącym sobie pretensje do całościowego objaśnienia świata. Historia ludzkiego myślenia pełna jest pięknych ruin tych imponujących systemów. Człowiek konserwatywny winien postrzegać siebie raczej jako tego, kto wyrąbuje sobie przecinki w gęstym lesie niż tego, kto łudzi się, że potrafi z lotu ptaka ogarnąć wzrokiem cały las. Nawoływał prawicę, aby dokonała „nominalistycznego zwrotu”, aby broniła konkretu przed „tanimi uniwersalizmami”, tego, co niepowtarzalne przed „ogólnościami” czy „ogólnikami” (niem. „Allgemeinheit”, które – wzorem Heimito von Doderera – pisał „All-Gemeinheit”, gdzie „Gemeinheit” to „nikczemność”, „podłość”). Stąd też brało się jego zamiłowanie do literatury, do pisarzy takich jak Heimito von Doderer, Hans Henny Jahnn, Arno Schmidt, Ernst Jünger, Celine, Botho Strauß, którym poświęcił eseje, artykuły i recenzje, a przede wszystkim do malarstwa.
*
W 1962 roku sformułował swoje konserwatywne credo, któremu był wierny przez całe życie: „Jako istota śmiertelna ma w sobie człowiek immanentną, niewykorzenialną potrzebę szukania schronienia w porządkach większych niż on sam, porządkach, które go przetrwają i które nadają mu godność, wynikającą z umiejscowienia pojedynczej, kruchej jednostki w kręgu szerszych zależności. Co do tej tęsknoty niechaj nie zmylą nas owe wielkie polityczne erupcje, które wypisują «wolność» na sztandarach: ich najgłębszym celem było zawsze przeprowadzenie jednostki z porządku odczuwanego jako opresywny lub nieautentyczny do innego, lepszego porządku. Jakby to heretycko nie zabrzmiało: człowiek nie pragnie wolności, lecz miejsca w ramach sensownej całości. Lub, by wyrazić to za pomocą utartej konserwatywnej formuły: człowiek nie chce być wolny od wszystkiego, lecz wolny do czegoś”.
Tomasz Gabiś
cały artykuł →
*
Sekretarzowanie u Jüngera pozwoliło mu zetknąć się osobiście z gwiazdami Konserwatywnej Rewolucji, jak brat pisarza Friedrich Georg czy Carl Schmitt, z którym w następnych dziesięcioleciach często się spotykał (jego bogata korespondencja ze „Starcem z gór” ukazała się w 1995 roku). Jednak nie zamierzał zostać „Eckermankiem” Jüngera, szczególnie że nosił w sobie obraz pisarza z fazy Robotnika i subtelny łowca motyli, z olimpijskim dystansem spoglądający na świat, chyba niezbyt mu odpowiadał. W późniejszych latach zdarzyło mu się dość obcesowo skrytykować Jüngera za rewizje i poprawki dawnej twórczości. Uważał bowiem, że tylko ten, kto pozna pierwsze, radykalne wersje tekstów z Republiki Weimarskiej, może zrozumieć, dlaczego potrafiły przewrócić czytelnikowi świat do góry nogami i zmienić jego życie. On, który swój „Damaszek” przeżył przy lekturze wczesnych pism Jüngera, nie mógł mu darować, że pozbawiał je polityczno-retorycznego żądła.
*
Napisał setki artykułów i kilkanaście książek, wśród nich Zwymyślanie liberałów, gdzie pomieścił swój chyba najsłynniejszy, najczęściej tłumaczony i przedrukowywany esej Styl faszystowski. Analizował w nim niektóre aspekty myślenia i działania Marinettiego, Benna, Jüngera, Gabriela d’Annunzio, hiszpańskich falangistów. Tam też przytoczył rozmowę, jaką odbył w 1942 roku w Niemczech z pewnym przedstawicielem narodowosocjalistycznego „betonu”. Kiedy padło nazwisko „Jünger”, narodowy socjalista spojrzał na Mohlera nieufnie i rzekł z wyraźną dezaprobatą w głosie: „Jünger to faszysta!”. Widząc zdumioną minę swego rozmówcy, dodał: „Jünger nie walczył dla swojego narodu, w czasie wojny walczył dla samej walki”.
*
Największe uznanie przyniosła mu wspomniana wyżej dysertacja o Konserwatywnej Rewolucji, uzupełniana i poprawiana w kolejnych wydaniach. Pozostaje ona do dziś – mimo iż od 1950 roku wiele napisano na ten temat – niedoścignionym przewodnikiem po labiryncie prawicowych nurtów i światopoglądów okresu Republiki Weimarskiej. Każdy, kto interesuje się niemiecką prawicą, czy szerzej – politycznymi ideologiami w XX wieku, powinien mieć ją na swojej podręcznej półce. W przedmowie do ostatniego wydania autor przyznawał, że książka towarzyszyła mu przez całe dorosłe życie i nigdy od tego tematu się nie oderwał. Dowodnie świadczy o tym, gromadzona przez kilka dziesięcioleci, licząca 20 tys. tomów jego prywatna biblioteka Konserwatywnej Rewolucji. Jego ogromną pracę bibliografa doceniali nawet polityczni wrogowie. Jeden z nich napisał, że Mohler niczym „świnia truflowa rył w gnojowisku prawicowej literatury, wyciągając przy okazji na powierzchnię bardzo rzadki, cenny materiał”.
*
Przez całe życie Mohler propagował to, co jako student znalazł u wczesnego Jüngera: „zdecydować się na pogodzenie z nieodowracalną utratą, odważyć się na coś nowego oraz zaufać twórczej decyzji i woli formowania, która przy całym entuzjazmie pozostaje świadoma swoich uwarunkowań i to co uformowane stawia przeciwko temu co bezkształtne”.
*
Był „fanatykiem” tego, co szczególne, odrębne, i co przeciwstawiał wielkim systemom ideologicznym i filozoficznym roszczącym sobie pretensje do całościowego objaśnienia świata. Historia ludzkiego myślenia pełna jest pięknych ruin tych imponujących systemów. Człowiek konserwatywny winien postrzegać siebie raczej jako tego, kto wyrąbuje sobie przecinki w gęstym lesie niż tego, kto łudzi się, że potrafi z lotu ptaka ogarnąć wzrokiem cały las. Nawoływał prawicę, aby dokonała „nominalistycznego zwrotu”, aby broniła konkretu przed „tanimi uniwersalizmami”, tego, co niepowtarzalne przed „ogólnościami” czy „ogólnikami” (niem. „Allgemeinheit”, które – wzorem Heimito von Doderera – pisał „All-Gemeinheit”, gdzie „Gemeinheit” to „nikczemność”, „podłość”). Stąd też brało się jego zamiłowanie do literatury, do pisarzy takich jak Heimito von Doderer, Hans Henny Jahnn, Arno Schmidt, Ernst Jünger, Celine, Botho Strauß, którym poświęcił eseje, artykuły i recenzje, a przede wszystkim do malarstwa.
*
W 1962 roku sformułował swoje konserwatywne credo, któremu był wierny przez całe życie: „Jako istota śmiertelna ma w sobie człowiek immanentną, niewykorzenialną potrzebę szukania schronienia w porządkach większych niż on sam, porządkach, które go przetrwają i które nadają mu godność, wynikającą z umiejscowienia pojedynczej, kruchej jednostki w kręgu szerszych zależności. Co do tej tęsknoty niechaj nie zmylą nas owe wielkie polityczne erupcje, które wypisują «wolność» na sztandarach: ich najgłębszym celem było zawsze przeprowadzenie jednostki z porządku odczuwanego jako opresywny lub nieautentyczny do innego, lepszego porządku. Jakby to heretycko nie zabrzmiało: człowiek nie pragnie wolności, lecz miejsca w ramach sensownej całości. Lub, by wyrazić to za pomocą utartej konserwatywnej formuły: człowiek nie chce być wolny od wszystkiego, lecz wolny do czegoś”.
Tomasz Gabiś
cały artykuł →
Posłuchajcie tych, którzy głosząc pochwałę wolności osobistej, skazują i zamykają w więzieniach naszych najlepszych obywateli!
W rok później otrzymał spadek po bogatym wuju, co uczyniło go niezależnym finansowo. W miejscowości Celigny leżącej pomiędzy Lozanną a Genewą kupił willę nazwaną Villa Angora od angorskich kotów, które były towarzyszami jego życia. Tam, z dala od zgiełku świata, pośród sosnowego lasu, w oazie ciszy i spokoju, myślał i tworzył, obserwując ludzi z chłodnym dystansem entomologa, badającego swoje owady (...).
*
Nie było i nie ma chyba nikogo, kto by z tak bezlitosną precyzją jak Pareto dokonywał wiwisekcji wszystkich politycznych iluzji, utopii haseł i ideologii, które, upowszechnione w XIX wieku, do dziś, zwykle w zmienionych kostiumach i maskach, nadal panują nad umysłami. Nie może zatem dziwić fakt, że ich wyznawcy z tak ogromną zaciekłością zwalczali włoskiego myśliciela, czyniąc wszystko, aby osłabić wpływ jego idei, co w znacznej mierze, acz nie całkowicie, im się udało.
*
Zarówno Pareto, jak i Mosca i Michels (z pochodzenia Niemiec, Włoch z wyboru) wpisują się w szacowną tradycję włoskiego realizmu politycznego, którą zapoczątkowują dzieła Makiawela i Franceso Guicciardiniego. Oskarżano ich wszystkich o wiele grzechów, przede wszystkim o „amoralność” i „cynizm”, podczas gdy oni służyli tak naprawdę wielkiemu moralnemu celowi – poszukiwaniu, odkrywaniu i głoszeniu prawdy o rzeczywistości politycznej. Skąd brały się obelgi ciskane na nich, wyjaśnia James Burnham we wspomnianej książce: „(…) ludzie nie chcą wiedzieć, kim naprawdę są i jak działają. Odsłonięcie całej prawdy o nas samych jest zbyt mocnym lekarstwem, abyśmy chcieli je przyjąć”.
*
Ulubionym celem jego ataków byli „kapitalistyczni spekulanci”, czyli przedsiębiorcy i bankierzy bogacący się nie dzięki wygraniu konkurencji na wolnym rynku, lecz dzięki temu, że sczepieni są w pasożytniczej symbiozie z politykami, którzy, kontrolując stanowienie prawa i kierując aparatem państwowym, zapewniają im przywileje, gwarantują monopolistyczną pozycję, chronią przed konkurencją, sami czerpiąc, rzecz jasna, wymierne profity (według niego socjalizm służy wyłącznie zaspokojeniu miłości do luksusu cechującej klasę rządzącą).
*
Kapitalistyczni spekulanci i ich syjamscy bracia – politycy tworzą razem oligarchię demagogów, żyjącą kosztem autentycznych przedsiębiorców, robotników i chłopów – system, którego serdecznie nie znosił, ba, wręcz nienawidził. Ale też nie widział w nim niczego wyjątkowego, ponieważ, jak zauważał, „w każdej epoce, w każdym kraju, co pokazuje obserwacja historii i teraźniejszości, ludzie podzieleni są na grupy, z których każda zdobywa środki materialne dla siebie, częściowo poprzez bezpośrednią produkcję, częściowo poprzez grabież innych grup, które z kolei grabią pozostałe grupy”.
*
„Ograniczenie władzy parlamentów stało się obecnie sprawą tak palącą jak niegdyś ograniczenie władzy monarchów; ludzie bardziej wykształceni, zaczynają rozumieć, w jak wielkim stopniu korupcja powodowana jest konfliktami pomiędzy różnymi partiami w parlamencie, dla których dobro narodu ma tylko niewielkie znaczenie”. I dodawał nieco zgryźliwie: „Logika jest ostatnią rzeczą, jaką można wymagać od ciał ustawodawczych”.
*
Choć teorie i ideologie posiadają praktyczną użyteczność i są siłą społeczną, to nie ich prawdziwość czy intelektualna ważność mają podstawowe znaczenie ani nie są najistotniejszą motywacją tych, którzy na nich opierają swoje działania i nimi działania te tłumaczą. Ludzkie motywacje leżą głębiej i są właściwie niezmienne. „Realności ideału nie należy szukać w nim samym, ale w uczuciu, które odsłania”, natomiast my, ludzie, najczęściej ulegamy złudzeniu, że działamy zgodnie z racjonalną motywacją i z tego złudzenia czerpiemy przyjemność. Krzyżowcy mogli być przekonani, że kieruje nimi gorące pragnienie odbicia Grobu Pańskiego z rąk niewiernych, ale na daleką wyprawę pchały ich: instynkt wędrówki, tęsknota za przygodą, namiętność do czegoś nowego, znudzenie rutyną codziennego życia, pożądanie łatwego pieniądza.
*
Dla wielkich słów typu Człowiek, Postęp, Historia, Równość, Braterstwo, Rewolucja, Ludzkość, Solidarność, Demokracja, Prawda, Dobrobyt, Pokój, Socjalizm, Humanizm itd. ma on jedynie ironię i sarkazm, widząc w nich wyłącznie maski zawsze tych samych uczuć, pożądań i interesów, puste nazwy, których realną treścią są „instynkty” i niejasne sentymenty. Opisuje świat ludzkich działań politycznych z nieco wyniosłą arogancją, nie wierzącego w żadne „Ideały” makiawelisty. Tnie socjologicznym skalpelem po politycznych frazesach, sofizmatach i pojęciach, by dojść do „żywego mięsa” niezmiennej natury ludzkiej i zawsze takich samych ludzkich motywacji.
Nie oszczędzał nawet najbardziej wzniosłych i szlachetnych haseł występujących w retoryce politycznej, np. hasła „solidarności”: Posłuchajcie tych, którzy głosząc pochwałę wolności osobistej, skazują i zamykają w więzieniach naszych najlepszych obywateli! ci, którzy hasła tego używają, chcą przekonać ludzi mających pieniądze, aby podzielili się z nimi i ich zwolennikami. Teoria „solidarności” nie ma żadnego związku z rzeczywistością, natomiast przynosi całkiem namacalne korzyści jej eksponentom. Pisał: „(…) metafizyczna teoria «solidarności» jest odporna na obalenie z punktu widzenia logiczno-eksperymentalnej nauki, lecz ci, którzy wymyślili ten niemożliwy do weryfikacji fantom, zamierzali posłużyć się nim dla ustanowienie relacji pomiędzy bytami jak najbardziej realnymi, w szczególności pomiędzy ich kieszeniami a pieniędzmi ich sąsiadów”. W innym miejscu pisał: „«Solidarność» to dla polityków sposób zdobycia zwolenników i werbalna łapówka rzucona motłochowi przez wyznawców demokratycznej metafizyki”. Nie dawał się również zwieść hasłom równości: „(…) żądania równości prawie zawsze skrywają żądanie przywilejów”. Ludzie, wywodził, agitują za równością w ogóle, a następnie robią niezliczone rozróżnienia i wyjątki, aby odmawiać jej w konkretnych dziedzinach i sytuacjach. Równość, pisał Pareto, jest zawsze zagwarantowana tylko dla nielicznych. Jednostki i grupy pragną dla siebie pewnych korzyści, ale – aby zmobilizować jak najwięcej ludzi do walki politycznej – obiecują je wszystkim, z drugiej zaś strony dążą do maksymalnego ograniczenia liczby tych, którzy odniosą realną korzyść, tak aby zysk przypadający na głowę nie okazał się w ostatecznym rozrachunku mizerny: do oblegania twierdzy potrzeba jak najwięcej żołnierzy, do dzielenia łupów po jej zdobyciu – jak najmniej.
*
Człowiek, pisał, który rozważa samobójstwo, nie zajmuje się życiem w ogóle, ale swoim własnym, szczególnym życiem; imperatyw kantowski nie jest uniwersalną zasadą „ludzkich czynów”, lecz oznacza: „czyń tak, aby zadowolić Kanta lub jego uczniów”.
*
Kiedy np. pisze o „aferze Dreyfusa”, nie zajmuje się tym, kto miał „rację”, a kto „racji” nie miał, kto tu był „antysemitą”, a kto „filosemitą”, kto reprezentował „ksenofobię”, a kto „tolerancję”. Interesuje go wyłącznie przebieg starcia „dreyfusardów” i „antydreyfusardów” i jego skutki: kto na nim zyskał, a kto stracił politycznie, kogo zepchnęło w dół, a kogo wyniosło w górę. Pareto wie, że sam Dreyfus jest tak naprawdę tylko narzędziem, atutem lub obciążeniem w walce o władzę. Istotne jest tylko to, jakie przegrupowanie w układzie sił politycznych i ideologicznych spowodowała „afera Dreyfusa”, jak wykorzystana została przez „dreyfusardów” prących do władzy.
Kiedy przyswoimy sobie paretiańskie widzenie świata, od razu nasuną się nam proste pytania: czy walka o kształt budżetu nie jest czasami wyłącznie walką o to, która grupa polityczna przejmie kontrolę nad budżetem i sposobami wydatkowania pieniędzy podatników? Czy ci, którzy mówią o humanitarnej i pokojowej misji swoich wojsk, nie mają czasami na uwadze całkiem realnych celów politycznych? Czy ci, którzy rozczulają się nad losem przestępców i żądają zniesienia kary śmierci, nie poszukują czasami sojuszników w świecie przestępczym potrzebnych do walki o władzę i jej utrzymanie? Czy ci, którzy głoszą frazesy o „społeczeństwie otwartym”, nie pragną czasami, aby było ono otwarte na planowane i przeprowadzane przez nich eksperymenty socjalne? Czy ci, którzy żądają wychowania seksualnego w szkołach, nie chcą czasami wychowania „młodych i świeżych” obiektów seksualnych dla siebie i swoich kolegów? Pytania tego typu można by mnożyć. Od Pareta nauczymy się nie tylko je stawiać, ale także na nie odpowiadać.
*
Pisał: „Są ludzie, którzy wyobrażają sobie, że rozbroją swoich wrogów miłymi pochlebstwami. Są w błędzie. Świat zawsze należał do silnych i będzie należał przez wiele następnych lat. Ludzie szanują jedynie tych, którzy potrafią wzbudzać szacunek. Ktokolwiek staje się jagnięciem, ten znajdzie wilka, który go pożre”. W innym miejscu stwierdzał: „Jeśli jakiś człowiek rabuje, rani, zabija innego człowieka, w pierwszej chwili wydaje się, że uczucia humanitarystów kierują się ku ofierze. Bynajmniej! Są czasy takie jak nasze, w których litość i wspaniałomyślność kierują się wyłącznie ku złoczyńcom”.
*
„Wiara, że lud walczy przeciw klasie rządzącej, jest iluzją. To nowa, przyszła arystokracja walczy przeciwko niej, posługując się w tym celu ludem”.
*
Jednak, jak napisał jeden z badaczy jego myśli, serce Pareta zawsze biło dla wolności. Wystarczy przytoczyć jego żarliwy apel: Posłuchajcie tylko rządzących megalomanów, jak piejąc peany na cześć własności prywatnej, łupią ludzi do ostatniego grosza! Posłuchajcie tych, którzy mając na ustach wolność, zaprowadzają nowe niewolnictwo! Posłuchajcie tych, którzy prawiąc o wolności myśli, likwidują wolność prasy! Posłuchajcie tych, którzy głosząc pochwałę wolności osobistej, skazują i zamykają w więzieniach naszych najlepszych obywateli! Posłuchajcie tych, którzy nawołując do przestrzegania prawa, równocześnie je depczą!
*
Powtórzmy za Kaltenbrunnerem: „Zainteresowana prawdą, surową i trzeźwą prawdą, jest socjologia Pareta czymś więcej niż tylko nauką jak każda inna; jest prawie niewyczerpalnym źródłem ludzkiego samopoznania i wiele wymagającą szkołą wolności”.
Cały artykuł Tomasza Gabisia o Vilfredo Pareto tutaj→
*
Nie było i nie ma chyba nikogo, kto by z tak bezlitosną precyzją jak Pareto dokonywał wiwisekcji wszystkich politycznych iluzji, utopii haseł i ideologii, które, upowszechnione w XIX wieku, do dziś, zwykle w zmienionych kostiumach i maskach, nadal panują nad umysłami. Nie może zatem dziwić fakt, że ich wyznawcy z tak ogromną zaciekłością zwalczali włoskiego myśliciela, czyniąc wszystko, aby osłabić wpływ jego idei, co w znacznej mierze, acz nie całkowicie, im się udało.
*
Zarówno Pareto, jak i Mosca i Michels (z pochodzenia Niemiec, Włoch z wyboru) wpisują się w szacowną tradycję włoskiego realizmu politycznego, którą zapoczątkowują dzieła Makiawela i Franceso Guicciardiniego. Oskarżano ich wszystkich o wiele grzechów, przede wszystkim o „amoralność” i „cynizm”, podczas gdy oni służyli tak naprawdę wielkiemu moralnemu celowi – poszukiwaniu, odkrywaniu i głoszeniu prawdy o rzeczywistości politycznej. Skąd brały się obelgi ciskane na nich, wyjaśnia James Burnham we wspomnianej książce: „(…) ludzie nie chcą wiedzieć, kim naprawdę są i jak działają. Odsłonięcie całej prawdy o nas samych jest zbyt mocnym lekarstwem, abyśmy chcieli je przyjąć”.
*
Ulubionym celem jego ataków byli „kapitalistyczni spekulanci”, czyli przedsiębiorcy i bankierzy bogacący się nie dzięki wygraniu konkurencji na wolnym rynku, lecz dzięki temu, że sczepieni są w pasożytniczej symbiozie z politykami, którzy, kontrolując stanowienie prawa i kierując aparatem państwowym, zapewniają im przywileje, gwarantują monopolistyczną pozycję, chronią przed konkurencją, sami czerpiąc, rzecz jasna, wymierne profity (według niego socjalizm służy wyłącznie zaspokojeniu miłości do luksusu cechującej klasę rządzącą).
*
Kapitalistyczni spekulanci i ich syjamscy bracia – politycy tworzą razem oligarchię demagogów, żyjącą kosztem autentycznych przedsiębiorców, robotników i chłopów – system, którego serdecznie nie znosił, ba, wręcz nienawidził. Ale też nie widział w nim niczego wyjątkowego, ponieważ, jak zauważał, „w każdej epoce, w każdym kraju, co pokazuje obserwacja historii i teraźniejszości, ludzie podzieleni są na grupy, z których każda zdobywa środki materialne dla siebie, częściowo poprzez bezpośrednią produkcję, częściowo poprzez grabież innych grup, które z kolei grabią pozostałe grupy”.
*
„Ograniczenie władzy parlamentów stało się obecnie sprawą tak palącą jak niegdyś ograniczenie władzy monarchów; ludzie bardziej wykształceni, zaczynają rozumieć, w jak wielkim stopniu korupcja powodowana jest konfliktami pomiędzy różnymi partiami w parlamencie, dla których dobro narodu ma tylko niewielkie znaczenie”. I dodawał nieco zgryźliwie: „Logika jest ostatnią rzeczą, jaką można wymagać od ciał ustawodawczych”.
*
Choć teorie i ideologie posiadają praktyczną użyteczność i są siłą społeczną, to nie ich prawdziwość czy intelektualna ważność mają podstawowe znaczenie ani nie są najistotniejszą motywacją tych, którzy na nich opierają swoje działania i nimi działania te tłumaczą. Ludzkie motywacje leżą głębiej i są właściwie niezmienne. „Realności ideału nie należy szukać w nim samym, ale w uczuciu, które odsłania”, natomiast my, ludzie, najczęściej ulegamy złudzeniu, że działamy zgodnie z racjonalną motywacją i z tego złudzenia czerpiemy przyjemność. Krzyżowcy mogli być przekonani, że kieruje nimi gorące pragnienie odbicia Grobu Pańskiego z rąk niewiernych, ale na daleką wyprawę pchały ich: instynkt wędrówki, tęsknota za przygodą, namiętność do czegoś nowego, znudzenie rutyną codziennego życia, pożądanie łatwego pieniądza.
*
Dla wielkich słów typu Człowiek, Postęp, Historia, Równość, Braterstwo, Rewolucja, Ludzkość, Solidarność, Demokracja, Prawda, Dobrobyt, Pokój, Socjalizm, Humanizm itd. ma on jedynie ironię i sarkazm, widząc w nich wyłącznie maski zawsze tych samych uczuć, pożądań i interesów, puste nazwy, których realną treścią są „instynkty” i niejasne sentymenty. Opisuje świat ludzkich działań politycznych z nieco wyniosłą arogancją, nie wierzącego w żadne „Ideały” makiawelisty. Tnie socjologicznym skalpelem po politycznych frazesach, sofizmatach i pojęciach, by dojść do „żywego mięsa” niezmiennej natury ludzkiej i zawsze takich samych ludzkich motywacji.
Nie oszczędzał nawet najbardziej wzniosłych i szlachetnych haseł występujących w retoryce politycznej, np. hasła „solidarności”: Posłuchajcie tych, którzy głosząc pochwałę wolności osobistej, skazują i zamykają w więzieniach naszych najlepszych obywateli! ci, którzy hasła tego używają, chcą przekonać ludzi mających pieniądze, aby podzielili się z nimi i ich zwolennikami. Teoria „solidarności” nie ma żadnego związku z rzeczywistością, natomiast przynosi całkiem namacalne korzyści jej eksponentom. Pisał: „(…) metafizyczna teoria «solidarności» jest odporna na obalenie z punktu widzenia logiczno-eksperymentalnej nauki, lecz ci, którzy wymyślili ten niemożliwy do weryfikacji fantom, zamierzali posłużyć się nim dla ustanowienie relacji pomiędzy bytami jak najbardziej realnymi, w szczególności pomiędzy ich kieszeniami a pieniędzmi ich sąsiadów”. W innym miejscu pisał: „«Solidarność» to dla polityków sposób zdobycia zwolenników i werbalna łapówka rzucona motłochowi przez wyznawców demokratycznej metafizyki”. Nie dawał się również zwieść hasłom równości: „(…) żądania równości prawie zawsze skrywają żądanie przywilejów”. Ludzie, wywodził, agitują za równością w ogóle, a następnie robią niezliczone rozróżnienia i wyjątki, aby odmawiać jej w konkretnych dziedzinach i sytuacjach. Równość, pisał Pareto, jest zawsze zagwarantowana tylko dla nielicznych. Jednostki i grupy pragną dla siebie pewnych korzyści, ale – aby zmobilizować jak najwięcej ludzi do walki politycznej – obiecują je wszystkim, z drugiej zaś strony dążą do maksymalnego ograniczenia liczby tych, którzy odniosą realną korzyść, tak aby zysk przypadający na głowę nie okazał się w ostatecznym rozrachunku mizerny: do oblegania twierdzy potrzeba jak najwięcej żołnierzy, do dzielenia łupów po jej zdobyciu – jak najmniej.
*
Człowiek, pisał, który rozważa samobójstwo, nie zajmuje się życiem w ogóle, ale swoim własnym, szczególnym życiem; imperatyw kantowski nie jest uniwersalną zasadą „ludzkich czynów”, lecz oznacza: „czyń tak, aby zadowolić Kanta lub jego uczniów”.
*
Kiedy np. pisze o „aferze Dreyfusa”, nie zajmuje się tym, kto miał „rację”, a kto „racji” nie miał, kto tu był „antysemitą”, a kto „filosemitą”, kto reprezentował „ksenofobię”, a kto „tolerancję”. Interesuje go wyłącznie przebieg starcia „dreyfusardów” i „antydreyfusardów” i jego skutki: kto na nim zyskał, a kto stracił politycznie, kogo zepchnęło w dół, a kogo wyniosło w górę. Pareto wie, że sam Dreyfus jest tak naprawdę tylko narzędziem, atutem lub obciążeniem w walce o władzę. Istotne jest tylko to, jakie przegrupowanie w układzie sił politycznych i ideologicznych spowodowała „afera Dreyfusa”, jak wykorzystana została przez „dreyfusardów” prących do władzy.
Kiedy przyswoimy sobie paretiańskie widzenie świata, od razu nasuną się nam proste pytania: czy walka o kształt budżetu nie jest czasami wyłącznie walką o to, która grupa polityczna przejmie kontrolę nad budżetem i sposobami wydatkowania pieniędzy podatników? Czy ci, którzy mówią o humanitarnej i pokojowej misji swoich wojsk, nie mają czasami na uwadze całkiem realnych celów politycznych? Czy ci, którzy rozczulają się nad losem przestępców i żądają zniesienia kary śmierci, nie poszukują czasami sojuszników w świecie przestępczym potrzebnych do walki o władzę i jej utrzymanie? Czy ci, którzy głoszą frazesy o „społeczeństwie otwartym”, nie pragną czasami, aby było ono otwarte na planowane i przeprowadzane przez nich eksperymenty socjalne? Czy ci, którzy żądają wychowania seksualnego w szkołach, nie chcą czasami wychowania „młodych i świeżych” obiektów seksualnych dla siebie i swoich kolegów? Pytania tego typu można by mnożyć. Od Pareta nauczymy się nie tylko je stawiać, ale także na nie odpowiadać.
*
Pisał: „Są ludzie, którzy wyobrażają sobie, że rozbroją swoich wrogów miłymi pochlebstwami. Są w błędzie. Świat zawsze należał do silnych i będzie należał przez wiele następnych lat. Ludzie szanują jedynie tych, którzy potrafią wzbudzać szacunek. Ktokolwiek staje się jagnięciem, ten znajdzie wilka, który go pożre”. W innym miejscu stwierdzał: „Jeśli jakiś człowiek rabuje, rani, zabija innego człowieka, w pierwszej chwili wydaje się, że uczucia humanitarystów kierują się ku ofierze. Bynajmniej! Są czasy takie jak nasze, w których litość i wspaniałomyślność kierują się wyłącznie ku złoczyńcom”.
*
„Wiara, że lud walczy przeciw klasie rządzącej, jest iluzją. To nowa, przyszła arystokracja walczy przeciwko niej, posługując się w tym celu ludem”.
*
Jednak, jak napisał jeden z badaczy jego myśli, serce Pareta zawsze biło dla wolności. Wystarczy przytoczyć jego żarliwy apel: Posłuchajcie tylko rządzących megalomanów, jak piejąc peany na cześć własności prywatnej, łupią ludzi do ostatniego grosza! Posłuchajcie tych, którzy mając na ustach wolność, zaprowadzają nowe niewolnictwo! Posłuchajcie tych, którzy prawiąc o wolności myśli, likwidują wolność prasy! Posłuchajcie tych, którzy głosząc pochwałę wolności osobistej, skazują i zamykają w więzieniach naszych najlepszych obywateli! Posłuchajcie tych, którzy nawołując do przestrzegania prawa, równocześnie je depczą!
*
Powtórzmy za Kaltenbrunnerem: „Zainteresowana prawdą, surową i trzeźwą prawdą, jest socjologia Pareta czymś więcej niż tylko nauką jak każda inna; jest prawie niewyczerpalnym źródłem ludzkiego samopoznania i wiele wymagającą szkołą wolności”.
Cały artykuł Tomasza Gabisia o Vilfredo Pareto tutaj→
Era papierowego pieniądza bez pokrycia
(...)w poł. 1971 r. dobiegła końca era Bretton Woods i w USA, a za nimi na
całym świecie, rozpoczęła się era papierowego pieniądza bez pokrycia (fiat money)
a wraz z nią ekspansywna i agresywna polityka monetarna – stałe
zwiększanie ilości pieniądza, polityka niskich stóp procentowych,
ekspansja kredytowa, czyli faktyczna inflacja. W tym systemie
nierówności się pogłębiają ponieważ, po pierwsze bogacze, zwłaszcza ci
będący w dobrych układach z rządzącymi –wielcy biznesmeni, bankierzy,
elita menedżerska etc. – mają szybszy i łatwiejszy dostęp do źródeł
taniego pieniądza, a zatem mogą go wymienić na rozmaite dobra rzeczowe,
powiększając tym samym swój majątek kosztem mniej zamożnych – następuje
redystrybucja z dołu do góry. Po drugie inflacja jest sektorowa –
powoduje wzrost cen wartości majątkowych jak akcje, nieruchomości,
papiery wartościowe, dzieła sztuki, złoto etc., które należą do ludzi
majętniejszych, ale nie wzrost płac.
Tomasz Gabiś
Tomasz Gabiś
Claude Lévi-Strauss jako czarny charakter
Czarnym charakterem jest u Flaiga etnolog Claude Lévi-Strauss, który „równość kultur” podniósł do rangi zasady, czy wręcz dogmatu, blokując możliwość jakiejkolwiek ich hierarchizacji i oceny z punktu widzenia uniwersalnych wartości. Flaig oskarża Lévi-Straussa o to, że – traktując pluriversum kultur jako wartość samą w sobie – zamknął się w „antyuniwersalistycznym więzieniu”. Logiczną konsekwencją jego myśli jest uznanie ksenofobii – nienawiści do tego, co obce – za konieczną i usprawiedliwioną postawę, i to nie tylko wobec Europejczyków, ale pomiędzy wszelkimi kulturami w ogóle. Jeśli domyśleć do końca jego argumentację, to nieuchronnie dojdzie się do wniosku, iż tylko poprzez wrogość i deprecjację „Innego” może dana kultura się obronić, a utajony „kulturowy rasizm” obecny jest w każdej kulturze i aktualizuje się, kiedy tylko poczuje się ona zagrożona.
Tomasz Gabiś
Tomasz Gabiś
Kiedy brakuje wspólnego dyskursywnego gruntu, wówczas władza polityczna decyduje o tym, co ma uchodzić za prawdę
Twierdzi się bowiem niekiedy, że wydarzenia z tamtego okresu, nazywane „szoah”, są „z niczym nieporównywalne”. Prof. Flaig przypomina w tym kontekście najbardziej elementarne reguły ludzkiego myślenia. O tym, że chusteczka do nosa nie jest popielniczką, wiemy stąd, że rozróżniamy i zaprzeczamy. Gdybyśmy tego nie czynili, wszystko, co istnieje, bulgotałoby w jałowej brei szarego niezróżnicowania, wszystko rozpływałoby się w nieokreślonej tożsamości. Ale jak różnicować i zaprzeczać, nie porównując? Musimy porównywać, żeby móc zaprzeczać i różnicować; wszystko, co istnieje, jest poznawalne i pojmowalne właśnie poprzez zaprzeczanie i porównywanie. Może jednak istnieje coś absolutnego, co opiera się porównywaniu? Jeśli chcemy pomyśleć to, co absolutne, musimy je pierwej pojęciowo oddzielić od wszystkich innych bytów. To oddzielenie zakłada, że rozróżniliśmy to, co absolutne, od tego, co nie-absolutne; a zatem musieliśmy to, co absolutne („z niczym nieporównywalne”) porównać z tymi wszystkimi bytami, które dają się porównywać. Granic logicznego myślenia nie uda się przekroczyć: nawet to, co absolutne, nie jest „nieporównywalne”.
Nic zatem nie jest „nieporównywalne”, nawet w niebie idei idee nie są absolutne, ponieważ zawsze pozostają w jakiejś relacji do innych idei, a tym samym podlegają relatywizacji. Badacz (historyk), który relatywizuje, wypełnia jedynie naukową powinność, włączając to, co istnieje (wydarzenia historyczne) w sieć stosunków i relacji z innymi wydarzeniami. Na „nieporównywalność, na „nierelatywizowalność” nie ma miejsca w racjonalnym dyskursie. W logicznym i naukowym myśleniu, każde bez wyjątku porównanie jest dozwolone, tutaj żadnych regulacji językowych, żadnych językowych zakazów uznawać nie wolno. Zabsolutyzować jakieś wydarzenia historyczne (poprzez zakaz porównywania) to tyle, ile izolować je od ich kontekstu, wyrwać z sieci relacji, w jaką są uwikłane, czyli de facto zakazać nauce traktowania ich tak jak innych przedmiotów badań i analiz. Tym samym ulegają one sakralizacji, a nawet ubóstwieniu. A wtedy można jedynie pobożnie skłonić głowę i modlić się, zamiast otworzyć oczy i wysilić rozum. Ci, którzy jakieś wydarzenia określają mianem „nieporównywalnych”, wypowiadają, w sensie logicznym, absurdy. Co zatem skłania ich, pyta prof. Flaig, do wypowiadania tego rodzaju absurdów? Najwidoczniej wysocy kapłani Tego, Co Nieporównywalne, pragną nadać tym wydarzeniom status, jakiego nawet to, co absolutne nie może osiągnąć – kreują coś hiperabsolutnego, co ma zostać wyjęte spod relatywizacji, której podlega cała rzeczywistość. To, czy uda im się narzucić taką interpretację, zależy wyłącznie od skuteczności moralnego zastraszania. Postulowanie „nieporównywalności” – w sferze publicznej, gdzie ciągle obowiązuje zasada „logon didonai” – jest równoznaczne z moralnym terroryzowaniem świata nauki. W świat wiedzy i naukowej analizy wdzierają się język religijny i postawa religijna, i zaczynają rościć sobie prawo do sprawowania urzędu sędziego w świecie logosu, zapędzając myślenie z powrotem do wykopanej przez siebie jamy, z której rozum musi się stale z trudem wygrzebywać. Zakaz porównywania to zakaz myślenia, to coś o wiele gorszego niż szturm sfanatyzowanych mas na redakcję gazety, która zamieściła karykaturę ich proroka. Tworzy się intelektualną strefę zamkniętą, w której wysocy kapłani Hiperabsolutu mogą bez ostrzeżenia oddawać moralne strzały do uciekinierów.
Podobnego co w przypadku „nieporównywalności” zabiegu delegitymizacji podstawowych operacji pojęciowego myślenia dokonuje się za pomocą pokrewnej formuły: „kto porównuje, ten kwestionuje fakt, że wydarzenie, o którym mowa, jest «jedyne w swoim rodzaju»” (ang. singular, niem. einzigartig). Trudno o głupsze stwierdzenie, wszak na płaszczyźnie logicznej wszystko, co istniało i istnieje, jest jedyne w swoim rodzaju, w przeciwnym razie dwie rzeczy byłyby ze sobą tożsame. Nawet smark w mojej chusteczce do nosa, wywodzi prof. Flaig, jest „jedyny w swoim rodzaju”, różny od wszystkich innych smarków, które kiedykolwiek istniały i będą istnieć. Owa „jedyność” to nie jakiś przywilej, lecz najbardziej banalna cecha każdej rzeczy. Głupota cytowanego zdania polega więc na tym, że predykat pozbawiony znaczenia podnosi do rangi przywileju (zresztą nawet gdyby ktoś pragnął szczerze wykazać, że coś jest „jedyne w swoim rodzaju” w jakimś innym sensie, to aby to stwierdzić, i tak musiałby najpierw dokonać porównań, a porównując automatycznie kwestionowałby – zgodnie z przyjętym założeniem – status „jedyności”). Jeśli ktoś utrzymuje, że jakieś wydarzenie jest „singular”, to – logicznie rzecz biorąc – po prostu je banalizuje. Trudno przypuszczać, żeby taki był jego prawdziwy zamiar. Czyli nie myśli tego, co mówi, zaś tego, co myśli, nie może (nie chce) wypowiedzieć. Kiedy tak się dzieje, pojawia się realna możliwość, że siła rozumu będzie musiała podporządkować się władzy sprawowanej siłą nad rozumem.
Postulowane, radykalne i rozsadzające wszelkie konteksty kategorie „nieporównywalności” i „jedyności” zamieniają – wbrew logice i rozumowi – wydarzenia historyczne w wydarzenia sakralne. Zakaz metodycznego porównywania jako procedury naukowego poznania oraz nakaz uznawania „jedyności” danego wydarzenia są przejawem roszczenia do przesunięcia „sakralnej jedyności” na obszar, który nie podlega metodycznym badaniom przez ludzki rozum. Za tym roszczeniem skrywa się moralny terror. Każdy, kto się wychyli z tego okopu bezrozumu, ryzykuje, że dostanie moralny strzał w głowę. Obszar nauki przekształca się w terytorium walk o semantyczną dominację, oraz – w ostatecznej instancji – o władzę polityczną nad nauką. Jest to nieuchronna, „nietzscheańska” konsekwencja złożenia na ołtarzu kulturalnej pamięci własnej grupy badania historii jako praktyki naukowej: zniszczony zostaje wspólny dyskursywny grunt, na którym ścierać by się mogły rywalizujące interpretacje. Kiedy zaś brakuje wspólnego dyskursywnego gruntu, wówczas władza polityczna decyduje o tym, co ma uchodzić za prawdę. A to z kolei oznacza – konkluduje prof. Flaig – że w ostatecznym rozrachunku rozstrzyga przemoc; zamiast racjonalnych argumentów mamy potępienia, a następnie sięga się po instrumenty władzy instytucjonalnej lub socjalnej. Pytany w wywiadzie, dlaczego napisał artykuł o „nieporównywalności” i „jedyności”, prof. Flaig odpowiedział, że chciał, aby każdy, kto słyszy, że to lub tamto jest „z niczym nieporównywalne” lub „jedyne w swoim rodzaju”, wybuchnął serdecznym śmiechem, bo śmiech najlepiej podważy tyrański dyskurs.
Tomasz Gabiś →
Nic zatem nie jest „nieporównywalne”, nawet w niebie idei idee nie są absolutne, ponieważ zawsze pozostają w jakiejś relacji do innych idei, a tym samym podlegają relatywizacji. Badacz (historyk), który relatywizuje, wypełnia jedynie naukową powinność, włączając to, co istnieje (wydarzenia historyczne) w sieć stosunków i relacji z innymi wydarzeniami. Na „nieporównywalność, na „nierelatywizowalność” nie ma miejsca w racjonalnym dyskursie. W logicznym i naukowym myśleniu, każde bez wyjątku porównanie jest dozwolone, tutaj żadnych regulacji językowych, żadnych językowych zakazów uznawać nie wolno. Zabsolutyzować jakieś wydarzenia historyczne (poprzez zakaz porównywania) to tyle, ile izolować je od ich kontekstu, wyrwać z sieci relacji, w jaką są uwikłane, czyli de facto zakazać nauce traktowania ich tak jak innych przedmiotów badań i analiz. Tym samym ulegają one sakralizacji, a nawet ubóstwieniu. A wtedy można jedynie pobożnie skłonić głowę i modlić się, zamiast otworzyć oczy i wysilić rozum. Ci, którzy jakieś wydarzenia określają mianem „nieporównywalnych”, wypowiadają, w sensie logicznym, absurdy. Co zatem skłania ich, pyta prof. Flaig, do wypowiadania tego rodzaju absurdów? Najwidoczniej wysocy kapłani Tego, Co Nieporównywalne, pragną nadać tym wydarzeniom status, jakiego nawet to, co absolutne nie może osiągnąć – kreują coś hiperabsolutnego, co ma zostać wyjęte spod relatywizacji, której podlega cała rzeczywistość. To, czy uda im się narzucić taką interpretację, zależy wyłącznie od skuteczności moralnego zastraszania. Postulowanie „nieporównywalności” – w sferze publicznej, gdzie ciągle obowiązuje zasada „logon didonai” – jest równoznaczne z moralnym terroryzowaniem świata nauki. W świat wiedzy i naukowej analizy wdzierają się język religijny i postawa religijna, i zaczynają rościć sobie prawo do sprawowania urzędu sędziego w świecie logosu, zapędzając myślenie z powrotem do wykopanej przez siebie jamy, z której rozum musi się stale z trudem wygrzebywać. Zakaz porównywania to zakaz myślenia, to coś o wiele gorszego niż szturm sfanatyzowanych mas na redakcję gazety, która zamieściła karykaturę ich proroka. Tworzy się intelektualną strefę zamkniętą, w której wysocy kapłani Hiperabsolutu mogą bez ostrzeżenia oddawać moralne strzały do uciekinierów.
Podobnego co w przypadku „nieporównywalności” zabiegu delegitymizacji podstawowych operacji pojęciowego myślenia dokonuje się za pomocą pokrewnej formuły: „kto porównuje, ten kwestionuje fakt, że wydarzenie, o którym mowa, jest «jedyne w swoim rodzaju»” (ang. singular, niem. einzigartig). Trudno o głupsze stwierdzenie, wszak na płaszczyźnie logicznej wszystko, co istniało i istnieje, jest jedyne w swoim rodzaju, w przeciwnym razie dwie rzeczy byłyby ze sobą tożsame. Nawet smark w mojej chusteczce do nosa, wywodzi prof. Flaig, jest „jedyny w swoim rodzaju”, różny od wszystkich innych smarków, które kiedykolwiek istniały i będą istnieć. Owa „jedyność” to nie jakiś przywilej, lecz najbardziej banalna cecha każdej rzeczy. Głupota cytowanego zdania polega więc na tym, że predykat pozbawiony znaczenia podnosi do rangi przywileju (zresztą nawet gdyby ktoś pragnął szczerze wykazać, że coś jest „jedyne w swoim rodzaju” w jakimś innym sensie, to aby to stwierdzić, i tak musiałby najpierw dokonać porównań, a porównując automatycznie kwestionowałby – zgodnie z przyjętym założeniem – status „jedyności”). Jeśli ktoś utrzymuje, że jakieś wydarzenie jest „singular”, to – logicznie rzecz biorąc – po prostu je banalizuje. Trudno przypuszczać, żeby taki był jego prawdziwy zamiar. Czyli nie myśli tego, co mówi, zaś tego, co myśli, nie może (nie chce) wypowiedzieć. Kiedy tak się dzieje, pojawia się realna możliwość, że siła rozumu będzie musiała podporządkować się władzy sprawowanej siłą nad rozumem.
Postulowane, radykalne i rozsadzające wszelkie konteksty kategorie „nieporównywalności” i „jedyności” zamieniają – wbrew logice i rozumowi – wydarzenia historyczne w wydarzenia sakralne. Zakaz metodycznego porównywania jako procedury naukowego poznania oraz nakaz uznawania „jedyności” danego wydarzenia są przejawem roszczenia do przesunięcia „sakralnej jedyności” na obszar, który nie podlega metodycznym badaniom przez ludzki rozum. Za tym roszczeniem skrywa się moralny terror. Każdy, kto się wychyli z tego okopu bezrozumu, ryzykuje, że dostanie moralny strzał w głowę. Obszar nauki przekształca się w terytorium walk o semantyczną dominację, oraz – w ostatecznej instancji – o władzę polityczną nad nauką. Jest to nieuchronna, „nietzscheańska” konsekwencja złożenia na ołtarzu kulturalnej pamięci własnej grupy badania historii jako praktyki naukowej: zniszczony zostaje wspólny dyskursywny grunt, na którym ścierać by się mogły rywalizujące interpretacje. Kiedy zaś brakuje wspólnego dyskursywnego gruntu, wówczas władza polityczna decyduje o tym, co ma uchodzić za prawdę. A to z kolei oznacza – konkluduje prof. Flaig – że w ostatecznym rozrachunku rozstrzyga przemoc; zamiast racjonalnych argumentów mamy potępienia, a następnie sięga się po instrumenty władzy instytucjonalnej lub socjalnej. Pytany w wywiadzie, dlaczego napisał artykuł o „nieporównywalności” i „jedyności”, prof. Flaig odpowiedział, że chciał, aby każdy, kto słyszy, że to lub tamto jest „z niczym nieporównywalne” lub „jedyne w swoim rodzaju”, wybuchnął serdecznym śmiechem, bo śmiech najlepiej podważy tyrański dyskurs.
Tomasz Gabiś →
Dlaczego lewica niemiecka głosi rozmaite samobójcze brednie?
Kilka lat temu Günter Grass zaproponował, aby w ramach starań o tytuł europejskiej stolicy kultury Lubeka zamieniła jeden z kościołów na meczet. Byłby to, zdaniem noblisty, „wielkoduszny gest”, który poprawiłby stosunki z muzułmanami i zwiększyłby szanse Lubeki na uzyskanie tego tytułu. Grass – drwi Broder – zastymulował punkt g u swojej ideologicznej klienteli, która – aby nikt nie dostrzegł u niej choćby cienia nietolerancji – pielęgnuje masochizm, bliski całkowitej rezygnacji z własnych racji i interesów. To, co robi Grass i inni lewicowcy, to w gruncie rzeczy elegancka forma bezwarunkowej kapitulacji i wyraz „nienawiści Zachodu do samego siebie”. Dlaczego – zastanawia się Broder – lewica niemiecka popiera ekspansję islamu? Dlaczego głosi rozmaite samobójcze brednie? Z pewnością mamy do czynienia z bliskością ideologiczną; islamiści dysponują radykalnie prostą ideologią: świat jest zły, my chcemy i możemy go polepszyć, wiemy, jak to zrobić, kto nie jest z nami, jest przeciwko nam. Ta ideologia może być atrakcyjna dla lewicowych inteligentów niemieckich, ponieważ ich ideologia ma taką samą strukturę. Islam jest dla nich namiastką socjalizmu; podoba im się na przykład, że szariat zakazuje pobierania odsetek (według Brodera w Niemczech w pewnym zakresie już obowiązuje „szariat light”). Ale Broder podejrzewa, że kryje się za tym również oportunistyczna kalkulacja: jeśli islamscy fundamentaliści osiągną dominację, to będą pamiętać o tych, którzy już wcześniej oddawali im hołd. Lewicowcy apelujący do Niemców o tolerancję, w rzeczywistości wołają do jutrzejszych zwycięzców: „Jesteśmy po waszej stronie! Nie zapomnijcie o tym, kiedy zdobędziecie władzę!”.
Tomasz Gabiś →
Tomasz Gabiś →
czwartek, 30 listopada 2017
Proces rozumienia metod manipulacji i reguł funkcjonowania mechanizmów medialnej i politycznej psychotechnologii
Żydowsko-austriacki komunista Willi Schlamm, który przeszedł na konserwatywną prawicę (okazjonalnie publikował niegdyś w „Criticónie”), zwykł mawiać, że w centrum to może co najwyżej stać znak drogowy, który wskazuje albo na prawo, albo na lewo. Trzeba tu jednak uwzględniać fakt, że wszystkie partie polityczne idą ku centrum (w konsekwencji upodobniając się do siebie), co wynika z elementarnej zasady ich funkcjonowania, czyli zasady maksymalizacji głosów. Bycie w centrum oznacza brak poglądów, a ponieważ większość obywateli nie ma żadnych poglądów, więc w sposób naturalny zajmują miejsce w centrum. Dlatego wszystkie partie dążą do centrum, bo tam jest największy rezerwuar głosów. To się zgadza z obserwacją Schrenck-Noztinga, że u chadecji nastąpiła hipertrofia organów wyczulonych na procenty poparcia i równoległa atrofia innych narządów ideowo-politycznych. W miejsce ideologii wstawiono demoskopię. Rzecz jasna, nie tylko chadecja tak postąpiła.
*
W nekrologu Arnolda Gehlena zacytował [Schrenck-Nozting] jego autocharakterystykę: „Za reakcjonistę uchodzi ten, kogo argumentów nie można obalić, ponieważ daje on rzeczywistości prawo głosu”. Zapewne nie protestowałby, gdyby zaliczono go do tej kategorii „reakcjonistów”. Swoje intelektualne powołanie widział w „oddzielaniu pozoru od rzeczywistości”, procedury tak istotnej w czasach, kiedy „opinia publiczna” znaczy tyle co „opinia opublikowana”, kiedy „głos opinii publicznej” i „propaganda” są nieodróżnialne od siebie, zaś media, które, zgodnie z ideologią Oświecenia, miały obywatelom ujawniać tajemnice władców i w ten sposób korygować ich działania, po prostu afirmują panujące stosunki władzy. Proces wzrastającej manipulacji sferą publiczną i polityczną uważał za nieodwracalny, zaś za konieczny – proces rozumienia metod manipulacji i reguł funkcjonowania mechanizmów medialnej i politycznej psychotechnologii.
Tomasz Gabiś
*
W nekrologu Arnolda Gehlena zacytował [Schrenck-Nozting] jego autocharakterystykę: „Za reakcjonistę uchodzi ten, kogo argumentów nie można obalić, ponieważ daje on rzeczywistości prawo głosu”. Zapewne nie protestowałby, gdyby zaliczono go do tej kategorii „reakcjonistów”. Swoje intelektualne powołanie widział w „oddzielaniu pozoru od rzeczywistości”, procedury tak istotnej w czasach, kiedy „opinia publiczna” znaczy tyle co „opinia opublikowana”, kiedy „głos opinii publicznej” i „propaganda” są nieodróżnialne od siebie, zaś media, które, zgodnie z ideologią Oświecenia, miały obywatelom ujawniać tajemnice władców i w ten sposób korygować ich działania, po prostu afirmują panujące stosunki władzy. Proces wzrastającej manipulacji sferą publiczną i polityczną uważał za nieodwracalny, zaś za konieczny – proces rozumienia metod manipulacji i reguł funkcjonowania mechanizmów medialnej i politycznej psychotechnologii.
Tomasz Gabiś
Etykiety:
Gabiś,
polityka,
Schlamm,
Schrenck-Notzing
Pranie charakteru. Amerykańska okupacja w Niemczech i jej skutki
Najsłynniejszą książką Schrenck-Notzinga jest, opublikowana po raz pierwszy w 1965 roku, Charakterwäsche. Amerikanische Besatzung in Deutschland und ihre Folgen (Pranie charakteru. Amerykańska okupacja w Niemczech i jej skutki). Wywołała ona duże poruszenie wśród demokratyczno-liberalnej inteligencji niemieckiej, gdyż podjęła temat stabuizowany i niewygodny w sensie politycznym i psychologicznym. Nic dziwnego, że jej aprobatywne cytowanie rychło zaczęło graniczyć z akademickim samobójstwem. Nie mogło być inaczej, boleśnie raniła ona bowiem dobre samopoczucie demokratyczno-liberalnej inteligencji, co dobrze oddaje anegdota o pewnym profesorze politologii, który skarżył się, że po jej przeczytaniu zmuszony był przyznać, iż fundamenty jego światopoglądu, wypracowane – o czym był szczerze i głęboko przekonany – z mozołem i samodzielnie, są niczym więcej niż intelektualnym trybutem spłaconym władzy okupacyjnej.
Przemilczane przez demokratyczno-liberalne media (ale polecane pocztą pantoflową) miało Pranie charakteru w ciągu 35 lat kilkanaście wydań. Należy do kluczowych książek pozwalających zrozumieć duchową, ideologiczną i polityczną sytuację powojennych Niemiec Zachodnich. Schrenck-Notzing dowodził, że tzw. reedukacja Niemców była zarówno kontynuacją wojny psychologicznej z okresu wojny światowej, jak i – co ważniejsze – wielkim eksperymentem socjopsychologicznym, właśnie owym „praniem charakteru”, koniecznym ponieważ charakter narodowy Niemców uznano za „autorytarny” czy wręcz „paranoidalny”; istotną rolę odegrała tutaj koncepcja „osobowości autorytarnej” lansowana przez Theodora Adorno i jego kolegów. Warunkiem powodzenia eksperymentu był stan ducha narodu po totalnej klęsce, charakteryzujący się zmniejszoną odpornością na ideologiczno-psychologiczny nacisk z zewnątrz.
To w Niemczech Zachodnich zabarwiona marksizmem psychoanaliza, połączona z amerykańską antropologią kulturową i ideologią tzw. higieny psychicznej stała się po raz pierwszy polityczną siłą wpływającą na polityczno-społeczną, edukacyjną i kulturalną praktykę. Neopsychoanaliza Fromma, Sullivana i Horney była bardziej przydatna od freudyzmu, ponieważ Freud mówił o niezmiennych popędach biologicznych, co niezbyt nadawało się na legitymizację planu stworzenia „Nowego Człowieka”, a wręcz utwierdzać mogło konserwatywną koncepcję niezmiennej natury ludzkiej. Tymczasem marksizujący neopsychoanalitycy uznawali je za zmienne w zależności od warunków społeczno-kulturalnych, a zatem – zgodnie z marksizmem – postulowali zmianę warunków społecznych, aby zmienić człowieka (w tym przypadku Niemca). Filozoficznymi patronami reedukacji byli Croce, Dewey, Jaspers, Maritain, Russel, zaś jej podwaliną antropologiczną – egalitarystyczne teorie Franza Boasa, Margaret Mead, Ruth Benedict. Ta ostatnia odkryła w Nowym Meksyku plemię Zuni – pacyfistyczne, pozbawione agresji, łagodne i szczęśliwe (oczywiście był to raczej ideologiczny konstrukt wykoncypowany przez antropolożkę). Teraz agresywni i wojowniczy Niemcy mieli zostać przemienieni w takie właśnie „plemię Zuni”.
Powojenna reedukacja Niemców, która wykazuje wiele podobieństw do tzw. Przebudowy (Reconstruction), czyli reedukacji amerykańskiego Południa przeprowadzonej przez postępową, oświeconą i egalitarystyczną Północ po przegranej przez stany południowe wojnie o niepodległość, była, według Schrenck-Notzinga, czymś o wiele więcej niż tylko pewną represją zwycięzców na zwyciężonych i udzieleniem im politycznej lekcji; była, motywowaną pedagogiką społeczną, podbudowaną socjopsychologicznie ingerencją w „podświadome obszary duszy”, w głębokie struktury mentalne, a jej celem było przebudowanie „nikczemnego” charakteru narodowego Niemców, ich mentalności, tradycji, wartości tak, aby „naród nie potrafił się rozpoznać w jestestwie swoim”. W ten sposób chciano – dowodził Schrenck-Notzing – sparaliżować go wewnętrznie, a w konsekwencji unieszkodliwić politycznie.
Reedukacja Niemców stanowiła modelowy przykład społecznej i kulturalnej zmiany dokonanej przez nową elitę intelektualistów – do lewicowych reemigrantów, których ulokowano na uniwersyteckich katedrach dołączyli oczywiście intelektualiści krajowi, którzy kontynuowali dzieło reedukacji tubylców w następnych dziesięcioleciach. Zmiany, które miały raz na zawsze uniemożliwić pojawienie się „potencjalnie faszystowskich jednostek” i oczyścić świat z ludzi o „osobowości autorytarnej”. Z początku menedżerowie od propagandy psychologicznej nazwali odkryty (skonstruowany) przez siebie syndrom „kompleksem sadomasochistycznym”, ale ze względów pijarowskich porzucili ten termin, gdyż zbyt pachniał perwersją, a chodziło o to, żeby każdego „zdrowego” móc zaklasyfikować jako „chorego”.
Schrenck-Notzing nie ograniczył się do opisu ludzi, instytucji i organizacji, których zadaniem było przeprowadzenie lokalnego eksperymentu społecznego z przebudową świadomości (a nawet podświadomości), psychiki i charakteru zwyciężonych Niemców, ale pokazał, że celem tego eksperymentu jest „Nowe Oświecenie”, w tym niezwykle ważne „oświecenie seksualne”, gdyż – jak nas oświecił Wilhelm Reich – ludzie o „osobowości autorytarnej” (jej cechy to m.in. wstrzemięźliwość, uznanie więzi, poczucie odpowiedzialności, zamiłowanie do punktualności, porządku i czystości) mają problemy z życiem seksualnym i dlatego bardzo łatwo „staczają się w bagno faszyzmu”. Dodajmy, że objęcie ludzi dbających o czystość podejrzeniem o ciągoty autorytarne spowodowało, że młodzieżowy proletariat lat 60. nie używał mydła, zapuszczał włosy i hodował wszy, żeby udowadniać wszystkim na około swoją nieskazitelnie „antyautorytarną osobowość”.
„Nowe Oświecenie”, uzupełnijmy analizę Schrenck-Notzinga odnoszącą się do połowy lat 60. XX wieku, oznacza stworzenie nowej kultury politycznej najpierw w Niemczech, a potem w skali całej cywilizacji europejskiej i amerykańskiej. Już wkrótce okaże się bowiem, że reedukacji, przeprowadzonej przez demokratyczno-liberalną awangardę, wymagają wszystkie narody wchodzące w skład tej cywilizacji: wszędzie trzeba stworzyć „Nowego Człowieka” o „osobowości antyautorytarnej” (demokratycznej), pozbawionej mikroskopijnych choćby śladów „faszyzmu”, „nacjonalizmu”, „rasizmu”, antysemityzmu”, „ksenofobii”, „homofobii” etc., etc. Nie tylko Niemcy są „chorzy” (chociaż oni najbardziej), ale prawie cała ludność Europy i USA, z wyjątkiem oczywiście demokratyczno-liberalnej awangardy pełniącej rolę uzdrowiciela. Stąd doświadczenia zebrane przy reedukacji Niemców posłużą potem, od końca lat 60. XX wieku, do reedukacji innych narodów podjętej przez ich własne elity. Takie to bywają paradoksy historii: wielu z tych, którzy cieszyli się z „reedukacji Niemców”, nie przewidziało, że teraz „wszyscy jesteśmy Niemcami”, a zatem „reedukacja” prędzej czy później wszystkich nas obejmie.
Tomasz Gabiś →
Przemilczane przez demokratyczno-liberalne media (ale polecane pocztą pantoflową) miało Pranie charakteru w ciągu 35 lat kilkanaście wydań. Należy do kluczowych książek pozwalających zrozumieć duchową, ideologiczną i polityczną sytuację powojennych Niemiec Zachodnich. Schrenck-Notzing dowodził, że tzw. reedukacja Niemców była zarówno kontynuacją wojny psychologicznej z okresu wojny światowej, jak i – co ważniejsze – wielkim eksperymentem socjopsychologicznym, właśnie owym „praniem charakteru”, koniecznym ponieważ charakter narodowy Niemców uznano za „autorytarny” czy wręcz „paranoidalny”; istotną rolę odegrała tutaj koncepcja „osobowości autorytarnej” lansowana przez Theodora Adorno i jego kolegów. Warunkiem powodzenia eksperymentu był stan ducha narodu po totalnej klęsce, charakteryzujący się zmniejszoną odpornością na ideologiczno-psychologiczny nacisk z zewnątrz.
To w Niemczech Zachodnich zabarwiona marksizmem psychoanaliza, połączona z amerykańską antropologią kulturową i ideologią tzw. higieny psychicznej stała się po raz pierwszy polityczną siłą wpływającą na polityczno-społeczną, edukacyjną i kulturalną praktykę. Neopsychoanaliza Fromma, Sullivana i Horney była bardziej przydatna od freudyzmu, ponieważ Freud mówił o niezmiennych popędach biologicznych, co niezbyt nadawało się na legitymizację planu stworzenia „Nowego Człowieka”, a wręcz utwierdzać mogło konserwatywną koncepcję niezmiennej natury ludzkiej. Tymczasem marksizujący neopsychoanalitycy uznawali je za zmienne w zależności od warunków społeczno-kulturalnych, a zatem – zgodnie z marksizmem – postulowali zmianę warunków społecznych, aby zmienić człowieka (w tym przypadku Niemca). Filozoficznymi patronami reedukacji byli Croce, Dewey, Jaspers, Maritain, Russel, zaś jej podwaliną antropologiczną – egalitarystyczne teorie Franza Boasa, Margaret Mead, Ruth Benedict. Ta ostatnia odkryła w Nowym Meksyku plemię Zuni – pacyfistyczne, pozbawione agresji, łagodne i szczęśliwe (oczywiście był to raczej ideologiczny konstrukt wykoncypowany przez antropolożkę). Teraz agresywni i wojowniczy Niemcy mieli zostać przemienieni w takie właśnie „plemię Zuni”.
Powojenna reedukacja Niemców, która wykazuje wiele podobieństw do tzw. Przebudowy (Reconstruction), czyli reedukacji amerykańskiego Południa przeprowadzonej przez postępową, oświeconą i egalitarystyczną Północ po przegranej przez stany południowe wojnie o niepodległość, była, według Schrenck-Notzinga, czymś o wiele więcej niż tylko pewną represją zwycięzców na zwyciężonych i udzieleniem im politycznej lekcji; była, motywowaną pedagogiką społeczną, podbudowaną socjopsychologicznie ingerencją w „podświadome obszary duszy”, w głębokie struktury mentalne, a jej celem było przebudowanie „nikczemnego” charakteru narodowego Niemców, ich mentalności, tradycji, wartości tak, aby „naród nie potrafił się rozpoznać w jestestwie swoim”. W ten sposób chciano – dowodził Schrenck-Notzing – sparaliżować go wewnętrznie, a w konsekwencji unieszkodliwić politycznie.
Reedukacja Niemców stanowiła modelowy przykład społecznej i kulturalnej zmiany dokonanej przez nową elitę intelektualistów – do lewicowych reemigrantów, których ulokowano na uniwersyteckich katedrach dołączyli oczywiście intelektualiści krajowi, którzy kontynuowali dzieło reedukacji tubylców w następnych dziesięcioleciach. Zmiany, które miały raz na zawsze uniemożliwić pojawienie się „potencjalnie faszystowskich jednostek” i oczyścić świat z ludzi o „osobowości autorytarnej”. Z początku menedżerowie od propagandy psychologicznej nazwali odkryty (skonstruowany) przez siebie syndrom „kompleksem sadomasochistycznym”, ale ze względów pijarowskich porzucili ten termin, gdyż zbyt pachniał perwersją, a chodziło o to, żeby każdego „zdrowego” móc zaklasyfikować jako „chorego”.
Schrenck-Notzing nie ograniczył się do opisu ludzi, instytucji i organizacji, których zadaniem było przeprowadzenie lokalnego eksperymentu społecznego z przebudową świadomości (a nawet podświadomości), psychiki i charakteru zwyciężonych Niemców, ale pokazał, że celem tego eksperymentu jest „Nowe Oświecenie”, w tym niezwykle ważne „oświecenie seksualne”, gdyż – jak nas oświecił Wilhelm Reich – ludzie o „osobowości autorytarnej” (jej cechy to m.in. wstrzemięźliwość, uznanie więzi, poczucie odpowiedzialności, zamiłowanie do punktualności, porządku i czystości) mają problemy z życiem seksualnym i dlatego bardzo łatwo „staczają się w bagno faszyzmu”. Dodajmy, że objęcie ludzi dbających o czystość podejrzeniem o ciągoty autorytarne spowodowało, że młodzieżowy proletariat lat 60. nie używał mydła, zapuszczał włosy i hodował wszy, żeby udowadniać wszystkim na około swoją nieskazitelnie „antyautorytarną osobowość”.
„Nowe Oświecenie”, uzupełnijmy analizę Schrenck-Notzinga odnoszącą się do połowy lat 60. XX wieku, oznacza stworzenie nowej kultury politycznej najpierw w Niemczech, a potem w skali całej cywilizacji europejskiej i amerykańskiej. Już wkrótce okaże się bowiem, że reedukacji, przeprowadzonej przez demokratyczno-liberalną awangardę, wymagają wszystkie narody wchodzące w skład tej cywilizacji: wszędzie trzeba stworzyć „Nowego Człowieka” o „osobowości antyautorytarnej” (demokratycznej), pozbawionej mikroskopijnych choćby śladów „faszyzmu”, „nacjonalizmu”, „rasizmu”, antysemityzmu”, „ksenofobii”, „homofobii” etc., etc. Nie tylko Niemcy są „chorzy” (chociaż oni najbardziej), ale prawie cała ludność Europy i USA, z wyjątkiem oczywiście demokratyczno-liberalnej awangardy pełniącej rolę uzdrowiciela. Stąd doświadczenia zebrane przy reedukacji Niemców posłużą potem, od końca lat 60. XX wieku, do reedukacji innych narodów podjętej przez ich własne elity. Takie to bywają paradoksy historii: wielu z tych, którzy cieszyli się z „reedukacji Niemców”, nie przewidziało, że teraz „wszyscy jesteśmy Niemcami”, a zatem „reedukacja” prędzej czy później wszystkich nas obejmie.
Tomasz Gabiś →
Demoralizujące skutki systemu „fiat money”
Baader zwraca również uwagę na demoralizujące skutki
systemu „fiat money”. Kiedy człowiek żyje zanurzony we wszechobecnym
żywiole „łatwego pieniądza” – takiego jak dowolnie multiplikowalny
pieniądz papierowy – wtedy zanika u niego moralna samodyscyplina i rwą
się nici wiążące go z rzeczywistością. Zaczynają nim rządzić złudzenia
natury psychologicznej, materialnej, finansowej, ideologicznej,
politycznej, wojskowej, quasi-religijnej. Staje się bezczelny,
roszczeniowy, wiecznie rozdrażniony, cwaniakowaty, chciwy, zawistny,
kłótliwy, rozrzutny; pogrąża się w apatii albo bezcelowej, gorączkowej
aktywności. Kiedy różnica pomiędzy prawdziwym pieniądzem (opartym na
kruszcu) a fałszywym (papierowym) zaczyna się zacierać, tak jak dzieje
się to w inflacyjnym systemie „fiat money”, wówczas tracimy
najważniejszy miernik i kryterium oceny pracy, gospodarowania,
kwalifikacji, umiejętności, wszelkich form działalności ekonomicznej.
Ludzie żyjący w takim systemie łatwo dają się przekonać do najbardziej
absurdalnych tez np., że „oszczędzanie to głupota”, a „zaciąganie
kredytu to rzecz opłacalna”. W ślad za inflacją pieniądza podąża
inflacja aksjologiczna, to znaczy w sferze wartości zaczyna panować
coraz większa dowolność, zamazują się coraz bardziej granice pomiędzy
tym, co słuszne a co nie, co wartościowe a co liche; ludzie wyrzucają za
burtę dotychczas obowiązujące tabu, przestają przestrzegać norm, zasad i
reguł zachowania. Ważne staje się wyłącznie „tu i teraz”, a przyszłość
niech sobie idzie do diabła, bo zawsze ktoś – najlepiej państwo –
przeniesie nas przez głęboką wodę. Ciężka praca, także praca dla
rodziny, dla dzieci i wnuków uważana jest za coś głupiego i śmiesznego,
zaś robienie długów i wyjadanie z państwowego koryta – za przejaw sprytu
i życiowej zaradności. Oszczędzanie i przezorne myślenie o przyszłości
powoli stają się przywarami, zaś konsumpcja, rozrywka i nieustanna pogoń
za przyjemnościami – cnotami. Ludzie ulegają infantylizacji i popadają w
stan permanentnej niedojrzałości. Życie zamienia się w grę wideo,
napędzaną przez „easy money” i pieniądze z kart kredytowych.
Tomasz Gabiś →
Tomasz Gabiś →
Wiatr wieje tam gdzie chce
Jak obliczył jeden z niemieckich ekonomistów, urządzenia do wytwarzania energii wiatrowej są rentowne (czyli przynoszą najmniejsze straty) wtedy, kiedy wiatr nie wieje.
Tomasz Gabiś
Tomasz Gabiś
środa, 29 listopada 2017
Realizowanie wielkich projektów ideologicznych w rodzaju społeczeństwa wielokulturowego kryje wiele pułapek i nieprzewidzianych konsekwencji
Znana również w naszym kraju autorka Gabriele Kuby w artykule Kury domowe do broni! streszczając poglądy laureatki pochwaliła ją za to, że tępi bezlitośnie „genderyzm”, ów bagienny kwiat feminizmu. Co pozostało z mężczyzny, który nie jest już potrzebny nawet do płodzenia dzieci od czasu, kiedy pary lesbijskie mogą w internecie zamówić sobie spermę dla swojego „designerbaby”? Kositza uważa, że po demontażu mężczyzny dominują trzy typy: na wpół cywilizowany brutal (macho, pasza), metroseksualny modniś stanowiący gogusiowate ucieleśnienie idealnego androgyna oraz profeministyczny softie, płaczliwy pantoflarz, który dał sobie wmówić winę za wieki patriarchatu, więc ma „wyrzuty sumienia” i kolaboruje ze „zgenderyzowanymi” dominami, powtarza w kółko, że „rozumie kobiety”, że jest ich najlepszym przyjacielem i tym podobne ckliwe kawałki, jednym słowem, masochista w sadomasochistycznej relacji z feministkami.
*
Efektem genderyzmu, uważa Ellen Kositza, jest emocjonalne zdziczenie, seksualna dezorientacja i obyczajowe wynaturzenia, niemożność budowania i utrzymania więzi, klęski w szkole, w zawodzie, w małżeństwie. Tryumfuje androgyniczna człowieczyca, która nie znosi swojej macicy i nie ma zamiaru rodzić dzieci. Mamy zatem w osobie tegorocznej laureatki nagrody Löwenthala piękny przykład nowoczesnej kobiety: żona mężczyzny (jakoś udało mu się przetrwać), matka sześciorga dzieci, dziennikarka, publicystka, współredaktorka konserwatywnego czasopisma, autorka książek, która na dodatek w swojej wiejskiej posiadłości – Achtung, Achtung! – hoduje kury! Jak widać, różne mogą być drogi kobiecej samorealizacji.
*
Realizowanie wielkich projektów ideologicznych w rodzaju społeczeństwa wielokulturowego kryje wiele pułapek i nieprzewidzianych konsekwencji. Zdarza się w szkołach berlińskich, gdzie Niemcy etniczni są w mniejszości, że zamiast słuchać o Auschwitz, mułzumańscy uczniowie zadają nauczycielom podchwytliwe pytania o „ludobójstwo w Strefie Gazy”. Są wśród nich także i tacy, którym trudno „uwierzyć w Auschwitz”, bo uważają że Niemcy – w ich mniemaniu sentymentalne, tchórzliwe mięczaki – nie byliby zdolni do prowadzenia tak zdecydowanej i – ich zdaniem – jak najbardziej słusznej polityki wobec Żydów. W rezultacie utopijna idea wielokulturowego społeczeństwa połączona z fanatycznym imigracjonizmem może przynieść dość zaskakujące rezultaty: w Niemczech będą żyły kultury zafascynowane narodowym socjalizmem i podziwiające jego politykę wobec Żydów! Być może dojdą one do wniosku, że narodowy socjalizm nie powinien być w szkołach traktowany po macoszemu („temat jeden z wielu”) i zaproponują rozszerzenie programu nauczania o następujące punkty: szczegółowe omawianie programu NSDAP, wprowadzenie Mein Kampf do kanonu lektur obowiązkowych, studiowanie propagandy, np. Protokołów Mędrców Syjonu, szkolne wycieczki na seanse Tryumfu woli itp. Tak, tak, wielokulturowe społeczeństwo zgotuje swoim ambitnym budowniczym jeszcze niejedną niespodziankę.
Z artykułu Tomasza Gabisia →
*
Efektem genderyzmu, uważa Ellen Kositza, jest emocjonalne zdziczenie, seksualna dezorientacja i obyczajowe wynaturzenia, niemożność budowania i utrzymania więzi, klęski w szkole, w zawodzie, w małżeństwie. Tryumfuje androgyniczna człowieczyca, która nie znosi swojej macicy i nie ma zamiaru rodzić dzieci. Mamy zatem w osobie tegorocznej laureatki nagrody Löwenthala piękny przykład nowoczesnej kobiety: żona mężczyzny (jakoś udało mu się przetrwać), matka sześciorga dzieci, dziennikarka, publicystka, współredaktorka konserwatywnego czasopisma, autorka książek, która na dodatek w swojej wiejskiej posiadłości – Achtung, Achtung! – hoduje kury! Jak widać, różne mogą być drogi kobiecej samorealizacji.
*
Realizowanie wielkich projektów ideologicznych w rodzaju społeczeństwa wielokulturowego kryje wiele pułapek i nieprzewidzianych konsekwencji. Zdarza się w szkołach berlińskich, gdzie Niemcy etniczni są w mniejszości, że zamiast słuchać o Auschwitz, mułzumańscy uczniowie zadają nauczycielom podchwytliwe pytania o „ludobójstwo w Strefie Gazy”. Są wśród nich także i tacy, którym trudno „uwierzyć w Auschwitz”, bo uważają że Niemcy – w ich mniemaniu sentymentalne, tchórzliwe mięczaki – nie byliby zdolni do prowadzenia tak zdecydowanej i – ich zdaniem – jak najbardziej słusznej polityki wobec Żydów. W rezultacie utopijna idea wielokulturowego społeczeństwa połączona z fanatycznym imigracjonizmem może przynieść dość zaskakujące rezultaty: w Niemczech będą żyły kultury zafascynowane narodowym socjalizmem i podziwiające jego politykę wobec Żydów! Być może dojdą one do wniosku, że narodowy socjalizm nie powinien być w szkołach traktowany po macoszemu („temat jeden z wielu”) i zaproponują rozszerzenie programu nauczania o następujące punkty: szczegółowe omawianie programu NSDAP, wprowadzenie Mein Kampf do kanonu lektur obowiązkowych, studiowanie propagandy, np. Protokołów Mędrców Syjonu, szkolne wycieczki na seanse Tryumfu woli itp. Tak, tak, wielokulturowe społeczeństwo zgotuje swoim ambitnym budowniczym jeszcze niejedną niespodziankę.
Z artykułu Tomasza Gabisia →
Nie chcą pamiętać ...
Dopiero przed uroczystościami obchodzonego z wielką pompą dwustulecia Rewolucji Francuskiej (1989), szereg wybitnych uczonych dokonało rozliczenia z jej potwornościami. Chyba najwięcej przerażających faktów zawierała praca Reynalda Sechera Ludobójstwo francusko-francuskie (Paryż 1986, Warszawa 2003). Dlatego przy obchodach zachowano pewną ostrożność, nie wspominając nawet o upadku Bastylii i jego drastycznych szczegółach. Co oczywiste, nikt nie wspomniał również o ciężarnych kobietach z Wandei, które „wyciskano” w prasach do owoców, i o matkach wpychanych wraz z dziećmi do pieców piekarniczych i podpiekanych powoli na śmierć.
Tomasz Gabiś
sobota, 6 maja 2017
Hans-Joachim Schoeps - Żyd, Prusak i konserwatysta
Mówiono o nim „przypadek ekstremalny”, „przypadek monstrualny”, „kuriozum historii współczesnej”, co pozwala być pewnym, że chodzi o osobowość oryginalną i wymykającą się wszelkim schematom. Omawiając w 1975 roku jego wspomnienia lewicowy „Frankfurter Rundschau” ubolewał, że „nie wszyscy Żydzi są demokratami”, tak jakby bycie Żydem oznaczało automatycznie bycie lewicowcem.
Znany badacz mistyki żydowskiej Gershom Scholem napisał o jednej z jego książek, że„jeszcze dziś napawa grozą czytelników” (zob. tenże, Żydzi i Niemcy, Sejny 2006, s. 74) – doprawdy trudno o lepszą reklamę. Człowiekiem, który przeraził Scholema, był Hans-Joachim Schoeps (dalej HJS), żydowski uczony, religioznawca, filozof religii, historyk idei i prądów umysłowych a zarazem pisarz polityczny i publicysta, który określał się jako „Żyd, Prusak i konserwatysta”.
Urodził się jak w 1909 roku w rodzinie renomowanego berlińskiego lekarza, który w czasie I wojny światowej odznaczył się jako lekarz wojskowy na froncie wschodnim. Studiował w Heidelbergu, Marburgu, Berlinie i Lipsku germanistykę, historię i religioznawstwo porównawcze. Doktoryzował się w 1932 roku pod kierunkiem Joachima Wacha. Pod koniec 1938 roku wyjechał z Niemiec do Szwecji i osiedlił się w Uppsali, gdzie był bibliotekarzem i docentem prywatnym. Ślęczał w bibliotekach i archiwach, pracując „aż palce mu krwawiły od pisania”. W Szwecji ożenił się z Dorothee Busch, z którą miał dwóch synów – Juliusa i Manfreda.
Wśród niemieckiej emigracji zdominowanej przez lewicę był politycznie izolowany. Krytykował żądania aliantów bezwarunkowej kapitulacji Niemiec. Podkreślał, że Niemcy i narodowy socjalizm to nie to samo („Hitler to nie Niemcy”).
Odrzucał zdecydowanie koncepcję zbiorowej winy Niemców. W 1947 roku powraca do Niemiec z walizką pełną manuskryptów, z których powstało potem siedem książek. Habilituje się w Marburgu w 1948 roku, w tym samym roku obejmuje katedrę Historii Religii i Idei na uniwersytecie w Erlangen, gdzie pracuje do przejścia na emeryturę w 1977 roku. Od 1950 roku jest profesorem zwyczajnym.
W 1948 roku zakłada, razem z wybitnym religioznawcą, badaczem niemieckiej mistyki, Ernstem Benzem (1907-1978) wychodzące do dziś czasopismo „Zeitschrift für Religions- und Geistesgeschichte”. Umiera w czerwcu 1980 roku. Jego grób znajduje się na Nowym Cmentarzu Izraelickim w Norymberdze.
Ten „teolog polityczny i historyczny”, jak określił go Richard Faber w jedynej monografii uczonego wydanej w 2008 roku, był wedle opinii amerykańskiego teologa, historyka i religioznawcy Gary Lease`a „jednym z najwybitniejszych i najbardziej inspirujących umysłów swojego pokolenia”.
Pierwszy esej teologiczno-filozoficzny opublikował HJS w wieku 18 lat; jest autorem ok. 50 książek, 200 rozpraw i artykułów, nie licząc recenzji, redaktorem 18 edycji źródeł i tomów zbiorowych (jego dzieła zbiorowe liczą 16 tomów). Przedmiotem jego zainteresowania były: historia religii i teologii, historia idei i prądów umysłowych (niemieckich, żydowskich, chrześcijańskich), historia Prus, Niemiec i Żydostwa, antropologia filozoficzna. Przez całe życie zgłębiał problematykę teologii i filozofii żydowskiej i żydowskiego świata duchowego. Tytuł jego, wydanego w 1932 roku, doktoratu brzmiał Wiara żydowska w naszej epoce. Prolegomena do ustanowienia systematycznej teologii Żydostwa. W 1935 roku opublikował Historię żydowskiej filozofii religii w czasach nowożytnych.
Jako pisarza teologicznego interpretował Kafkę, o którym pisał w wydanej w 1936 roku książce Postaci na przełomie epok. Burckhardt – Nietzsche – Kafka. W 1931 roku razem z Maxem Brodem opracował i wydał niepublikowane opowiadania i prozę Kafki Przy budowie chińskiego muru. Wiele lat później, w 1985 roku, wydano korespondencję HJS z Brodem zatytułowaną W sporze o Kafkę i Żydostwo, zaś w 2005 roku ukazał się zbiór jego tekstów na temat Kafki Zapomniany Bóg. Franz Kafka i tragiczna pozycja Żyda w nowoczesności (2006). Korespondował również z wybitnym żydowskim religioznawcą i teologiem Schalomem Ben-Chorinem – ich korespondencja W poszukiwaniu żydowskiej teologii ukazała się w 1989 roku.
Swoją żydowską tożsamość HJS uzasadniał w pierwszym rzędzie teologicznie. Był religijnym Żydem, ale nie mieścił się w głównym nurcie swojej wspólnoty religijnej. Odrzucał kabałę, żydowski gnostycyzm, mistycyzm w stylu Gershoma Scholema, jak również gettową wersję żydostwa talmudycznego. Sprzeciwiał się wszelkim formom żydowskiego apokaliptycznego mesjanizmu niszczącego Prawo, czy to współczesnego w stylu Waltera Benjamina, o którym wyrażał się lekceważąco „lewicowy literat”, czy to historycznego jak sabbatanizm. Z Sabbataiem Zwi miał zresztą osobiste porachunki, wśród jego przodków byli bowiem wyznawcy tego „fałszywego mesjasza”, „tchórzliwego oszusta” i „podłego człowieka”.
Richard Faber widzi w HJS absolutne przeciwieństwo Jacoba Taubesa: obaj polityczni teologowie, jeden anarchizujący marksista, drugi konserwatywny monarchista, obaj ze swoich pozycji analizowali historię religii i teologii, wyciągając z niej diametralnie odmienne wnioski i postulaty polityczne. Np. HJS za historyczną winę Żydostwa niemieckiego uważał zawarcie w wieku XIX i w pierwszych dekadach XX wieku sojuszu z siłami politycznego liberalizmu i lewicy, choć oczywiście uwzględniał często antyżydowską postawę sił konserwatywno-narodowych, która temu procesowi sprzyjała.
Żydowska tożsamość była dla HJS nieoddzielna od niemieckości (dokładniej: pruskości), był świadomym swojej niemieckości Żydem i świadomym swojej żydowskości Niemcem. Diasporyczną egzystencję żydowską uznawał za jedynie możliwą i teologicznie uzasadnioną formę życia żydowskiego. Z tego wyciągał oczywisty wniosek, że Żyd jest zawsze patriotą kraju i państwa, w którym żyje.
Odrzucał zarówno asymilatorstwo, jak i syjonizm, który uważał za skrajny przejaw tegoż asymilatorstwa („być jak inne narody”). „Żydowsko-volkistowski” syjonizm (pokrewny, jego zdaniem, narodowemu socjalizmowi) stanowił jeszcze jeden wariant nowoczesnego „nacjonalistycznego nihilizmu”, którego „nienawidził jak zarazy”, przejaw „biologicznego materializmu”, gloryfikującego życie i doczesność. Jego zwolennicy zamiast do wiecznego Boga zwracają się ku „wieczności” własnego narodu i jego wybranej krwi.
Zarzucał syjonistom, że instrumentalizują politycznie ideę mesjańską. Ci odpłacali mu pięknym za nadobne np. jeden z niemieckich syjonistów nazwał go „kaznodzieją kłamstwa, czcicielem Baala i pogańskim kapłanem”. Po latach HJS stwierdził: „Żydzi-syjoniści i narodowi socjaliści jednako mnie nienawidzili”. Nigdy nie odwiedził państwa Izrael, które uważał za „fenomen postżydowski”; swojemu synowi wyjaśnił: „dopiero kiedy przyjdzie Mesjasz, wybiorę się w podróż do Izraela”.
Swojej koncepcji połączenia żydowskości i niemieckości (pruskości) bronił, m.in. debatując z filozofem i teoretykiem ruchu Wędrownego Ptaka Hansem Blüherem. Ich dysputa opublikowana została w formie książkowej w 1933 roku jako Spór o Izrael. Rozmowa żydowsko-chrześcijańska – to właśnie ona przejęła taką grozą Gershoma Scholema. Po kilku miesiącach wydawnictwo wycofało książkę z obiegu. Jest to rzeczywiście zadziwiający, jedyny w swoim rodzaju dokument niemiecko-żydowskiego i chrześcijańsko-żydowskiego dialogu: dialogowało dwóch uczestników ruchu Wędrownego Ptaka (HJS działał w nim jako licealista), dwóch Prusaków, dwóch konserwatystów-monarchistów.
Blüher, który po 1933 roku całkowicie wycofał się z życia publicznego, reprezentował chrześcijańsko-konserwatywny antyjudaizm najwyższej intelektualnej próby (wrogi wobec volkistowskiego antysemityzmu). Dysputa nie mogła więc doprowadzić do porozumienia, ale stała na wysokim poziomie, przeciwnicy odnosili się do siebie z najwyższą kulturą i szacunkiem; w konkluzji Blüher napisał: „nie mamy prawa zgodzić się ze sobą, mamy jedynie zgodę, aby spotkać się jako ludzie”. I spotykali się – HJS utrzymywał kontakty z Blüherem aż do jego śmierci w 1955 roku.
Stosunki Żydostwa i chrześcijaństwa były stale przewijającym się wątkiem w twórczości HJS. W 1937 roku opublikował książkę Żydowsko-chrześcijański dialog religijny na przestrzeni 19 wieków. Historia teologicznego sporu. Po wojnie uczestniczył w dialogu chrześcijańsko-żydowskim. Widział konieczność walki ze wspólnym wrogiem – ogólną bezbożnością współczesności. Oczywiście nie ukrywał, że na płaszczyźnie teologicznej porozumienie jest niemożliwe – Żyd nie może uznać Jezusa Chrystusa jako Mesjasza, ale Żyd nie może też z góry zakładać, że Ten który przyjdzie, na pewno nie będzie miał oblicza Jezusa. HJS uważał również, że Bóg zawarł Przymierze nie tylko z Żydami, ale także z innymi ludami. Nadmieńmy, że duchowo bliscy mu byli karaimi i heretycy wczesnego chrześcijaństwa – żydochrześcijanie (ebionici).
Był nie tylko uczonym, filozofem i teologiem politycznym, ale także „homo politicusem”. W latach 1923-1927 należał – w ostatniej fazie istnienia ruchu Wędrownego Ptaka – do młodzieżowego nurtu Konserwatywnej Rewolucji. W latach 1928-32 – przewodniczył studenckiej grupie Freideutsche Kameradschaft. Jako ciekawostkę literacką przytoczmy fakt, że obszerne fragmenty jednego z jego młodzieńczych tekstów Tomasz Mann wmontował do tak zwanych „rozmów na słomie” studenta Adriana Leverkühna z kolegami w Doktorze Faustusie.
W latach 1928-33 poruszał się w kręgach Konserwatywnej Rewolucji, należał do nielicznego kręgu żydowskich intelektualistów, którzy stali blisko tego ruchu jak Rudolf Borchardt, Ernst Kantorowicz, Hans Rothfels. Utrzymywał bliskie kontakty ze środowiskiem „młodokonserwatystów” skupionym wokół barona Heinricha von Gleichena. W 1930 roku opublikował swój pierwszy polityczny artykuł na łamach konserwatywno-rewolucyjnego miesięcznika „Die Tat”, uważanego przez niektórych za najważniejsze pismo polityczne w Niemczech lat 1928-32.
Pisał też do pisma „Der Ring”, którego duchowym patronem był Moeller van den Bruck – autor Trzeciej Rzeszy wywarł na HJS znaczący wpływ, podobnie jak Stefan George i Oswald Spengler. Z „młodokonserwatystów” cenił zwłaszcza Edgara Juliusa Junga, autora znanej książki o demokracji zatytułowanej Panowanie miernot. Bliska mu była nauka o nomosie narodu rozwijana w kręgach ewangelickich teologów, najpełniej wyrażona w książce Wilhelma Stapela Chrześcijański mąż stanu. Teologia nacjonalizmu.
Jedyną możliwość przetrwania niemieckiej republiki upatrywał HJS– podobnie jak Jung i inni „młodokonserwatyści” – w autorytarnym rozwiązaniu Hindenburg-Papen. Miał wówczas nadzieję, że – w obliczu codziennej utraty autorytetu przez państwo i wzbierania sił rewolucyjnych – poprzez gabinety prezydenckie i przebudowę konstytucji Rzesza pójdzie w kierunku silnego, konserwatywnego, autorytarnego państwa. Kiedy ta koncepcja poniosła klęskę i władzę przejęli narodowi socjaliści, HJS usiłował podjąć polityczną grę z nowym reżimem. Pod koniec lutego 1933 roku założył organizację o nazwie Niemiecka Straż Przednia. Drużyna Niemieckich Żydów, uważaną za „najdalej na prawo stojącą grupę niemieckiego Żydostwa”. Skupiała ok. stu młodych Żydów, którzy sądzili, że w „nowej Rzeszy” da się wywalczyć jakieś miejsce dla Żydów.
Grupa dysponowała własnym czasopismem i wydała serię książek. HJS był autorem jej manifestu politycznego zatytułowanego My, niemieccy Żydzi (zakazanego przez władze w 1938 roku). Według koncepcji opracowanej przez HJS – Żydzi mieliby tworzyć coś w rodzaju, uznawanego przez „nową Rzeszę”, „stanu” czy „korporacji”. W tej sprawie HJS wysłał memorandum do kanclerza Hitlera, jednak ten odmówił przyjęcia go na rozmowę. Próbował znaleźć „dojście” przez Ernesta Röhma, ale i ta próba się nie powiodła.
Wybitny znawca prądów ideowych tamtej epoki Armin Mohler napisał trafnie o HJS, że jest „przyrodnim bratem” licznych wizjonerów niemieckiej Konserwatywnej Rewolucji. Wprawdzie Mohler datuje Konserwatywną Rewolucję na lata 1918-1933, ale HJS konserwatywno-rewolucyjne pozycje reprezentował jeszcze w latach 1933-1935. Jego Straż Przednia, która ulega rozwiązaniu w 1935 roku, to ostatni żydowski legion niemieckiej Konserwatywnej Rewolucji, walczący na spenglerowskim „straconym posterunku”, pragnący po heideggerowsku „stawić czoła nicości”, kroczący drogą bez odwrotu. W tekstach, pisanych głównie przez HJS, członkowie Straży Przedniej deklarowali: Nawet kiedy nasza ojczyzna nas odepchnie, pozostaniemy w gotowości dla Niemiec; jesteśmy wyłączeni z niemieckiego życia zewnętrznie, ale wewnętrznie nikt nie może nam go odebrać; jesteśmy Żydami w każdym calu, ale jako Żydzi idziemy drogą niemiecką, idziemy nią nawet wtedy, kiedy drzwi do realnie, czyli w sensie politycznym, istniejących Niemiec są dla nas zamknięte; kochamy Niemcy dla nich samych – to jest zobowiązanie określające naszą egzystencją, to my reprezentujemy dziś prawdziwą substancję niemieckości; to my jesteśmy wierni niemieckości, wbrew tym, którzy chcą nas z niej wykluczyć, to my jesteśmy „prawdziwymi Niemcami”.
Od 1936 roku nadzorowany jest przez gestapo i wzywany na przesłuchania. Ucieka z Niemiec w święta Bożego Narodzenia 1938 roku, choć był na czarnej liście osób, którym nie wolno było opuszczać kraju. W ucieczce pomógł mu znajomy dyplomata z MSZ.
Ponieważ działalność HJS w latach 1933-35 stała się powodem licznych ataków (o czym niżej), należy tutaj wyraźnie rozróżniać stosunek polityczny HJS do nowego reżimu od stosunku do ideologii narodowego socjalizmu. W latach 1933-35 HJS poszukiwał jakiegoś politycznego modus vivendi z nowym reżimem, który, jak uważał, będzie być może ewoluował w kierunku autorytarnego reżimu w stylu włoskiego faszyzmu. Wszak wielu włoskich Żydów poparło Mussoliniego, Żydzi należeli do Czarnych Koszul, brali udział w marszu na Rzym.
HJS uważał ponadto, że przełom polityczny 1933 roku i dojście do władzy narodowych socjalistów były, do pewnego stopnia zrozumiałą, reakcją zranionego, upokorzonego i zagrożonego „ciała narodu”, reakcją na społeczny i polityczny rozkład republiki. „Volkistowski” wybuch 1933 roku był gwałtowną erupcją sił elementarnych i tłumionych narodowych emocji, wobec której republika okazała się bezsilna. Za wielką zasługę poczytywał Hitlerowi HJS zlikwidowanie bolszewickiego zagrożenia.
Zarówno przed 1933 rokiem, kiedy stosunek HJS do narodowego socjalizmu był negatywny, w latach 1933-35, kiedy wydawało mu się, że istnieje jakiś margines dający szanse na polityczną grę, jak i wreszcie po wojnie, HJS wielokrotnie poddawał refleksji ideologię narodowego socjalizmu. Szukał źródeł jego sukcesu i klęski. Fiasko narodowego socjalizmu wzięło się stąd, że wychodził od krwi, absolutyzował to, co biologiczne, gloryfikował siły biologiczno-materialno-witalne. Był jedną z nowoczesnych pseudoreligii, czczących nowych bożków, posługujących się nowymi magicznymi zaklęciami i kultowymi rytuałami. HJS widział w narodowym socjalizmie rozkładowy i nihilistyczny masowy ruch ludowy, typowy wyraz ery mas, zaspokajający ich antykapitalistyczne tęsknoty. Można go też interpretować jako ruch młodzieżowy, jako młodzieżową rebelię.
Ostatnie sto lat – pisał HJS – unaoczniło zwycięstwo suwerenności ludu i despotyzmu mas, zwycięstwo większości nad autorytetem – owocem tego zwycięstwa jest m.in. narodowy socjalizm, czyli absolutyzm na rewolucyjnej bazie. Działacze i funkcjonariusze narodowego socjalizmu to „urzędnicy suwerenności ludu” i „powiernicy woli mas”. W jednym z tekstów cytuje Goebbelsa deklarującego, że narodowosocjalistyczna kadra przywódcza to „wyznaczeni przez lud wykonawcy woli ludu”. O Adolfie Hitlerze pisał:„śmiertelny wróg wszystkiego, co konserwatywne”.
Narodowy socjalizm nie jest alternatywą dla bolszewizmu i amerykanizacji, jest jeszcze jednym przejawem tego samego prądu. W 1935 roku nazwał narodowych socjalistów „brunatnymi bolszewikami”. Pomiędzy kolektywizmem bolszewizmu i kolektywizmem narodowego socjalizmu nie ma różnicy co do istoty, a jedynie co do stopnia. Oba są antytradycyjnymi, kolektywistycznymi systemami panowania mas sprzężonymi z nowoczesną techniką. Łagodniejszą wersją tego systemu jest masowa demokracja, w niej „poddanie ludzi planowi” jest mniej wyraźne niż w państwach totalitarnych.
Dodajmy, że według HJS niezależnie od różnych form i wariantów istnieje tylko jeden możliwy system polityczny – teokracja, i tylko dwie jej odmiany: teokracja z góry, jak na przykład „monarchia z Bożej łaski”, albo teokracja z dołu, którą reprezentują wszystkie ideologie egalitarne: volkistowskie nacjonalizmy, narodowy socjalizm, międzynarodowy socjalizm, komunizm, syjonizm, faszyzm, masowa demokracja.
Po powrocie do Niemiec, oprócz prowadzenia działalności naukowej, stara się ponownie zaszczepić w ojczyźnie idee konserwatywne i monarchistyczne, w tym celu publikuje dwie książki Duchowa sytuacja epoki (1951) oraz Czy powróci monarchia? Drogi do nowego ładu w epoce mas (1953).
Uważał, że to chrześcijańskie monarchie europejskie powstrzymywały wybuch okropieństw, do jakich doszło w pierwszej połowie XX wieku. Dowodził, że zniesienie monarchii w Niemczech w 1918 roku pozbawiło naród niemiecki równowagi i wydało go na pastwę totalitarnej gorączki – zerwanie z 11 wiekami tradycji nie mogło ujść Niemcom bezkarnie. Niemieccy republikanie zniszczyli monarchię i związane z nią elity arystokratyczne, ale republika okazała się niezdolna do wytworzenia nowych elit, dlatego upadek Republiki Weimarskiej był wpisany w jej strukturę. Hitler był surogatem cesarza, od którego wziął jedynie zasadę wodzostwa.
Zniesienie monarchii otworzyło drogę do ideologizacji i depersonalizacji polityki. W „bezcesarkiej” epoce następuje eliminacja jednostkowej odpowiedzialności, rośnie podatność narodów na sugestywne hasła i polityczną hipnozę, wybuchają kolektywne psychozy. Demokracja masowa oznacza autogloryfikację mas – przejście władzy na naród jako wrzeszczącą masę. W miejsce zlikwidowanej monarchii przychodzi plebiscytarna dyktatura partyj, postępuje „pluralistyczny” rozkład państwa rozdzieranego na strzępy przez partie, monopole, kartele, grupy interesów, związki zawodowe etc. Zamiast selekcji autentycznych elit mamy selekcję posłów i ministrów przez aparaty partyjne.
Król – wywodził HJS – był wspólnym punktem odniesienia – bez niego urzędnicy, wojskowi, policjanci, nie wiedzą komu mają służyć. Wierność królowi jest jedyną możliwą formą patriotyzmu, bez króla patriotyzm się rozsypuje. Poprzez króla państwo otrzymuje twarz, natomiast demokratyczne państwo jest anonimowe. Jedynie król może naprawdę służyć całości – w demokracji żaden przywódca partyjny z natury rzeczy nie może służyć całości. Król nie był tworem ludu, zatem lud mógł go czcić, w demokracji politycy są kreaturami ludu i wykonują jego wolę (przynajmniej w teorii), przeto lud nimi pogardza.
HJS przekonywał, że zwłaszcza Niemcom potrzebny jest monarcha, który po katastrofie rządów narodowego socjalizmu, straszliwej klęsce wojennej i podziale kraju, pomógłby zjednoczyć naród i zaleczyć rany jakie ten sam sobie zadał. Widział jednak jasno, że walec niwelatorskiej, egalitarystycznej demokracji masowej jest w gruncie rzeczy nie do powstrzymania. Nie miał wielkich złudzeń, żadna pedagogika tego nie zmieni, zbyt krótkie jest nasze życie, byśmy mogli coś naprawdę zmienić.
Świat został oświecony i zdemitologizowany, reflektorami rozumu prześwietlono ostatnie zakamarki duszy, nie można ludziom na nowo wpoić uczuć bojaźni i szacunku, aby czcili najwyższy urząd i ład jaki reprezentuje, nie da się ich nakłonić do wiary w nowy mit. Jedyne co można zrobić, to pomóc im zrozumieć rzeczywiste położenie i pokładać nadzieje w tym, że rozum sam siebie ograniczy, uznając wartość tradycyjnych instytucji i zostawiając dla nich przestrzeń, w której mogłyby istnieć.
W pierwszej połowie lat 50. HJS pisał o restytucji monarchii, zakładał różne kółka dyskusyjne, wygłaszał prelekcje, organizował spotkania i seminaria. Wprawdzie konstytucja nie dawała możliwości restytucji monarchii na legalnej drodze, ale w momencie zjednoczeniu Niemiec i uchwaleniu nowej (a właściwie pierwszej) konstytucji, taka szansa mogłaby się pojawić. W kwestii dynastycznej HJS był bezkompromisowy: w grę wchodziła tylko dynastia Hohenzollernów, pretensje do korony Welfów czy Wittelsbachów stanowczo odrzucał.
Dobrym znajomym HJS był, poznany w 1937 roku, dr Otto John, który okazywał promonarchistyczne sympatie. W 1950 roku ówże dr Otto John został – z namaszczenia brytyjskich tajnych służb – szefem niemieckich tajnych służb, czyli Urzędu Ochrony Konstytucji. Na spotkaniu monarchistów zorganizowanym przez HJS w styczniu 1953 roku w restauracji Rheingauer Hof w Eltville nad Renem uczestniczył funkcjonariusz UOK, współpracownik Johna, dr Hans Sigismund vom Berge und Herrendorff. Gdyby więc niemieckie tajne służby (z poparciem brytyjskich, rzecz jasna) wsparły wysiłki HJS, to pojawiłaby się realna szansa odbudowy monarchii w Niemczech. Niestety, HJS poparcia tajnych służb dla restauracji monarchii nie uzyskał, o czym świadczą wydarzenia, jakie rozegrały się rok później.
Otóż w marcu 1954 roku w Königstein koło Frankfurtu mieli się spotkać w celu „omówienia sytuacji politycznej” HJS, ewangelicki działacz społeczny i pedagog dr Friedrich Kreppel oraz jeden z liderów konserwatywnej Partii Niemieckiej, poseł do Bundestagu, Hans-Joachim von Merkatz. O spotkaniu dowiedział się (ciekawe od kogo), tygodnik „Der Spiegel” (założony przez brytyjskie tajne służby), który z wielkim oburzeniem doniósł o planach „monarchistycznego przewrotu”. Gazeta poinformowała czytelników, że HJS jest autorem Manifestu Monarchistycznego, który ma być platformą programową nowego ugrupowania o nazwie Volksbund für Monarchie.
„Spiegel” napisał ponadto, że za swoje prelekcje i wykłady HJS inkasował honoraria od organizacji pozarządowych finansowanych przez urząd kanclerski. Tym samym gazeta oskarżyła kanclerza Adenauera o finansowanie propagandy na rzecz dynastii Hohenzollernów! Tak oto organ młodej demokracji niemieckiej zdemaskował i udaremnił „monarchistyczny spisek”!
HJS tłumaczył później z rozbawieniem, że „Spiegel” wszystko to zmyślił, a jedynym rezultatem jego „demaskatorskiej” publikacji były przysyłane do HJS z całego kraju listy z deklaracjami przystąpienia do Volksbund für Monarchie – ugrupowania, które, wedle HJS, istniało wyłącznie w wyobraźni redaktorów hamburskiego tygodnika.
Wprawdzie po tym incydencie HJS zrezygnował z podejmowania praktycznych kroków na rzecz restytucji monarchii, ale pozostał „monarchistą w sercu”. Był członkiem honorowym założonej w 1956 roku i istniejącej do dziś największej niemieckiej organizacji monarchistycznej Tradycja i Życie, pisał do jej czasopism „Tradition und Leben” i „Erbe und Auftrag”.
W 1969 roku uczestniczył w spotkaniu, które odbyło się na zamku Hohenzollern, w obecności księcia Prus Ludwika Ferdynanda, głowy domu Hohenzollernów, pretendenta do tronu cesarskiego (zm. 1994). Należał do powołanego wówczas stowarzyszenia Zollernkreis, propagującego pruską ideę państwową oraz niemieckie tradycje wolnościowe i federalistyczne.
W tym miejscu wspomnieć trzeba o jeszcze jednej dziedzinie, której HJS poświęcił sporą część swojej naukowej i publicystycznej działalności, mianowicie rehabilitacji Prus i ich państwowego etosu, co przyniosło mu szczególne uznanie ze strony niemieckich konserwatystów. Kiedy pod koniec 1950 roku zobaczył, że nikt nie chce pamiętać o dacie 18 stycznia 1951 roku, kiedy to przypadała 250 rocznica pierwszej pruskiej koronacji, kazał wydrukować odpowiednie plakaty – osobiście je rozkleił! – zapraszające do auli uniwersytetu na jego wykład zatytułowany „Prawda o Prusach” – przyszło ponad 1000 osób.
W swoim wykładzie HJS powiedział m.in.:
„Chciałbym zacząć od stwierdzenia, że wspominamy tutaj drogiego zmarłego, który, przez nurt historii wyniesiony ku światłu, znowu w tym nurcie zatonął. Państwa są zawsze zachowywane i unoszone tylko przez te siły, poprzez które zostały stworzone. Prusy były państwem królewskim, i dlatego musiały umrzeć, kiedy zmarła ich monarchia. Prusy przestały istnieć 9 listopada 1918 roku, a nie dopiero w 1933 lub wręcz 1945 roku”.
Dlatego oficjalne rozwiązanie państwa pruskiego zarządzeniem Alianckiej Rady Kontrolnej z 25 lutego 1947 roku, „wszyscy starzy Prusacy odczuli jako osobliwy akt profanacji zwłok”.
Mowa HJS wydana drukiem jako Honor Prus sprzedała się w kilkudziesięciu tysiącach egzemplarzy i zapoczątkowała serię książek, rozpraw, antologii, zbiorów materiałów źródłowych do historii wydarzeniowej i historii duchowej Prus, wśród nich m.in. Inne Prusy, To były Prusy. Świadectwa wieków (przełożone na włoski przez Juliusa Evolę), Prusy. Historia państwa (wydany w 1966 roku bestseller, uchodzący w kręgach konserwatywnych za niedoścignione wprowadzenie do historii Prus), Bismarck o współczesnych – współcześni o Bismarcku, Droga do cesarstwa niemieckiego.
„Szczęśliwym zrządzeniem losu – pisał HJS – nie było u mnie żadnej ewolucji. Zawsze byłem konserwatystą, Prusakiem i Żydem”.
Akcentował swoją pruskość, ważniejszą dlań niż niemieckość, którą interpretował i oceniał przez pryzmat pruskiego etosu państwowego. Bliżsi mu byli bracia Gerlachowie niż Bismarck. Prusy stawiał wyżej niż zjednoczoną w 1870 Rzeszę Niemiecka powstałą jako państwo narodowe – w tym procesie Prusy przejęły złe cechy niemieckie, zaś Niemcy złe cechy pruskie. Za Moellerem van den Bruckiem powtarzał, że „Prusy są ofiarą Niemiec”, i ubolewał, że pod wpływem niemieckiej idei narodowej nastąpiła „deprusyzacja Prus”.
Prusy były dlań podstawowym punktem odniesienia, obrazem, symbolem, ideą przewodnią dla przyszłości. Walczył z ich „czarną legendą” stworzoną w XIX wieku przez niemieckich i polskich katolików a w XX przez propagandystów państw walczących z Niemcami w obu wojnach światowych. Pragnął oddać Prusom historyczną sprawiedliwość, kreował ich wizję jako ponadnarodowego państwa prawa opartego na zasadach tolerancji religijnej, duchowej wolności i szacunku dla drugiego człowieka.
Wierność, uczciwość, obowiązkowość („ani na cal nie zbaczaj z właściwej drogi”), szlachetna prostota, dyscyplina, skromność, zasada „wiele zdziałać, mało się chwalić, więcej być niż udawać” – to były wyznaczniki pruskiego etosu, lub inaczej konserwatywnego „pruskiego socjalizmu”, którego był zwolennikiem.
Trzeba tu jednak zaznaczyć, że jako pruski patriota HJS nie był wcale bezkrytycznym, zaślepionym apologetą Prus. Widział blaski, ale nie zamykał oczu na cienie, dobrze znał wszystkie wyobrażenia Prus, od skrajnie negatywnych po skrajnie wyidealizowane; każde z nich zawiera jakąś cząstkę prawdy, wrogiem prawdy jest tylko płaska jednostronność.
Opowiedzenie się za pruskością było według HJS równoznaczne z opowiedzeniem się za antynacjonalizmem. Stanowczo sprzeciwiał się „hitleryzacji” Prus, Hitler nie był produktem pruskim, lecz produktem rozkładu monarchii austriackiej, egzekutorem demokratycznej woli ludu, nie mającym nic wspólnego z pruskim etosem państwowym. HJS dowodził, że, wbrew powierzchownym sądom, Narodowosocjalistyczne Wielkie Niemcy były w rzeczywistości antypruskie. Dlatego też, jego zdaniem, po 1945 roku nie była potrzebna żadna „reedukacja Niemców”, wystarczyło odwołać się do pruskich tradycji i cnót, do pruskiego etosu państwowego, pruskiej duchowości i pruskiego sposobu życia. Niestety, ubolewał HJS, RFN jako twór zwycięzców II wojny światowej jest świadomie antypruska, zamiast odnowić i zaktualizować ponadczasowa „ideę pruską” realizuje zasady masowej demokracji liberalnej.
Jego wspomniana wyżej książeczka Honor Prus była sygnałem, że niemieccy konserwatyści nie pogodzili się z tą wersją historii, jaką narzucali zwycięzcy oraz ich rodzimi pilni uczniowie, i nie chcieli zaakceptować regulacji językowych zrodzonych z klęski. Stąd nie było tak ważne to, że – jak pisano w konserwatywnym „Criticónie” po śmierci HJS – wymarzone przez niego Prusy być może nigdy nie istniały, gdyż w rzeczywistości jego „kampania pruska” skierowana była przeciwko współczesnym zjawiskom politycznym i formom społecznym.
Był to „pruski atak” na oligarchię partyjną, na ideologię egalitaryzmu, na zwyrodnienie masowej demokracji. Poprzez obronę „pruskości” HJS wskazywał na to, że autorytet, dyscyplina, panowanie są nieusuwalnymi momentami społecznej hierarchii, których nie można „uspołecznić” zgodnie z absurdalnymi żądaniami równości lub znieść poprzez majoryzację według liczenia głów pod hasłem „demokratycznego współdecydowania”. Państwowa substancja jest „zawsze” pruska, dlatego odrzucając „pruskość”, Niemcy niszczą swoją państwowość.
Ciekawym wątkiem obrony Prus przez HJS była ich pochwała z żydowskiego punktu widzenia. Dowodził śmiało, że w Prusach panował pax christiana, który jednocześnie jest zawsze pax judaica; w Prusach była możliwa „żydowsko-pruska symbioza” – nie w Prusach „znacjonalizowanych” i „zniemczonych”, ale w Prusach czujących się spadkobiercami dawnej cesarskiej Rzeszy i będących zmniejszonym odwzorowaniem dawnego corpus christianum.
HJS stworzył nawet zarysy żydowskiej teologii politycznej Rzeszy: Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego wywodzi się od dawnego Izraela, Jerozolima, a nie Rzym są jego korzeniami, cesarz był – jak brzmiał jeden z jego oficjalnych tytułów – „prawdziwym naśladowcą Dawida”, wypełniającym misję ustanowienia pokoju i sprawiedliwości (HJS dyskutował o tych kwestiach Hansem Blüherem i z Carlem Schmittem, z którym spotykał się i korespondował na przełomie lat 40. i 50.). Dlatego to właśnie Żydzi mający we krwi tradycję sakralnego Państwa Bożego, są predestynowani do służenia cesarskiej Rzeszy, a co za tym idzie – cóż za praktyczne myślenie ze strony HJS! – stanowią najlepszy materiał na jej urzędników.
Bardziej żył wśród dawnych pruskich konserwatystów niż w RFN, którą dość pogardliwie nazywał „masą upadłościową po Hitlerze” i „ropiejącym wyrostkiem robaczkowym Rzeszy Niemieckiej”. Wybrał figurę „pruskiego Żyda” jako figurę teologiczno-politycznej egzystencji. Wprawdzie w RFN egzystencja ta była egzystencją pośmiertną, rzeczywiście swego rodzaju kuriozum, ale, czego dowodzi twórczość HJS jako uczonego i pisarza politycznego, inspirującą i płodną w sensie intelektualnym i duchowym.
Po raz ostatni powrócił do roli krytycznego intelektualisty wypowiadającego się w sprawach publicznych (public intellectual), pod koniec lat 60., sprowokowany, rzecz jasna, przez tzw. ruch studencki. Nie był on dla niego zaskoczeniem, w jednej ze swoich książek, opublikowanych kilka lat wcześniej, stawiał diagnozę, że dusza młodej generacji cierpi na „niedostatek kalorii”, przewidywał, że panująca w Niemczech duchowa i historyczna próżnia, brak celów i wartości oraz towarzysząca temu nuda, zrodzą nowy nihilistyczny ruch, entuzjastyczny i agresywny – uwarunkowany ponadto umasowieniem wyższego nauczania, produkującego rzesze młodych, sfrustrowanych ludzi o niezaspokojonych apetytach i ambicjach.
Uważał, że tak zwana generacja 68 to młodzież wyjątkowo bezkrytyczna, łatwo dająca sobą manipulować, mniej inteligentna niż poprzednicy, gorzej poinformowana, myśląca szablonowo. Pisał, że jest to „podniecona młodzież”, biegnąca ślepo za krzykaczami i awanturnikami. Wprawnym okiem konserwatysty rozpoznawał polityczny szwindel kryjący się za „rewolucyjnymi hasłami”.
Nie zgadzał się z opinią, że liderzy ruchu to działający spontanicznie, naiwni utopiści. To był, jego zdaniem pozór, w rzeczywistości wszystko było dobrze obmyślane i zorganizowane, akcjami dowodziła kadra zawodowych rewolucjonistów; rzecz jasna byli to zaślepieni ideologicznie fanatycy (do tego kompletnie pozbawieni poczucia humoru), rekrutujący się głównie z „dyscyplin mielenia językiem” jak politologia, socjologia, psychologia, pedagogika, ale jednocześnie zręczni taktycy, znawcy masowej psychologii, sprytni manipulatorzy, antyautorytarni autorytaryści znający świetnie nigdy niewygasającą potrzebę autorytetów (Wielcy Ojcowie: Marx, Mao, Marcuse).
Kierowała nimi, według HJS, nie tylko niepohamowana żądza władzy, ale i wewnętrzna nikczemność, która każe im świadomie rozkładać i niszczyć to, co stworzyli poprzednicy. Występują pod oszukańczym hasłem zniesienia „feudalnych stosunków” na uniwersytetach, a tak naprawdę chodzi im o zglajchszaltowanie życia akademickiego; chcą zniesienia hierarchii kompetencji, wiedzy, kształcenia i sądu. HJS nie mógł im darować, że wrzeszcząc „pomalujcie błękitny kwiat na czerwono”, niszczą uniwersyteckie instytucje; rewolucjoniści „maszerują przez instytucje” z frazesami „demokratyzacji” na ustach, co jest równoznaczne z pozbawieniem tychże instytucji funkcji, dla których zostały powołane.
Utrzymane w ostrym tonie polemiczne artykuły HJS (m.in. na łamach „Die Welt”), w których pisał o zagrożeniu dla państwa prawa, o zorganizowanej mniejszości terroryzującej swoimi akcjami uniwersytety i dezorganizującej tryb nauczania („akademickie gangsterstwo”, „zawodowi lewicowi podżegacze z pianą na ustach”), apelował o powstrzymanie fali radykalizacji (swoje publicystyczne teksty opublikował w książce Niemcom grozi anarchia wydanej w 1972 roku), wzmogły wrogość wobec jego osoby; zresztą jako konserwatywny „Żydoprusak” nie cieszył się nigdy szacunkiem lewicującej studenterii.
Od początku 1968 roku rosło napięcie pomiędzy HJS a studenckimi aktywistami w Erlangen: organizowano bojkot jego wykładów, wywoływano tumulty, grożono mu posuwając się wręcz do fizycznej przemocy, prowadzono brutalną kampania zniesławiania. Na ulotkach Socjalistycznego Niemieckiego Związku Studentów obrzucano go wyzwiskami w rodzaju „doświadczony faszysta”, „Nazi-Jude”, „żydowski obersturmführer”, demaskowano jako „brunatnego Żyda”.
„Demokratyczni studenci” na wzór hunwejbinów żądali od niego złożenia samokrytyki („działam na czerwonych synów brunatnych ojców jak czerwona płachta na byka”). Ataki pojawiły się też w lewicowo-liberalnych gazetach, „Die Zeit“ zażądał, żeby odebrać mu profesurę, „Tagesspiegel” nazwał go „byłym nazistą” („kloaka się otwarła”).
W tym miejscu warto zacytować HJS:
„Gdy ma się do czynienia z osobami, które – uchowaj Boże! – są samodzielnymi myślicielami i dlatego nie można ich zaszufladkować i zaklasyfikować wedle utartych pojęć, nazywa się ich po prostu «faszystami», co zawsze robi wielkie wrażenie na ludziach ociężałych umysłowo; ma to też związek z niesłychanie niskim poziomem wykształcenia dzisiejszej «żurnalii»”.
Atakowany wściekle przez „zoologicznych antyfaszystów” („Jestem widocznie zgorszeniem dla lewicowej mafii”), nie zamierzał kapitulować, przeciwnie, wystąpił z otwartą przyłbicą, zebrał swoje dawne teksty i opublikował je w 1970 roku pod tytułem Gotowi dla Niemiec. Wczesne pisma 1930-39. Dokumentacja historyczna. Dokumentacja obejmowała również analizę historyczną lat 1932-35, ówczesne głosy krytyczne wobec jego poglądów i działalności, a także jego własną krytyczną autorefleksję po trzydziestu kilku latach ¬ można powiedzieć, że był to wzorowo przeprowadzony rozrachunek z własną przeszłością polityczno-intelektualną.
Gdyby poprzestał na krytyce studenckich aktywistów, to być może potraktowano by go łagodniej, ale on zaatakował również innych profesorów i władze uniwersytetu, rektorów i biurokrację ministerialną, zarzucając im tchórzostwo, ponieważ nie reagują na ewidentne łamanie regulaminu uczelni, prawa i zasad panujących na uniwersytetach. Posunął się wręcz do oskarżenia, że ministrowie oświaty ręka w rękę z młodymi zawodowymi rewolucjonistami niszczą stary humboldtiański uniwersytet, są „poputczikami” ruchu, który dąży do ustanowienia na uczelniach wyższych hegemonii marksistowskiego socjalizmu. Konstatował, że „liberale Scheisser” jak zwykle wykorzystani zostali przez twardych lewicowców jako „pożyteczni idioci”. Uważał, że większe szkody poniósł niemiecki uniwersytet w wyniku niszczycielskiej działalności „pokolenia 68” i lewicowo-liberalnych „reformatorów” niż narodowych socjalistów.
W obliczu tumultów i akcji organizowanych przeciwko niemu na uniwersytecie, HJS zwrócił się do kolegów z Wydziału Filozofii z prośbą o poparcie. Jednak Rada Wydziału odmówiła wydania oświadczenia z wyrazami solidarności z kolegą. Od tej pory aż do emerytury HJS nie brał udziału w posiedzeniach Rady Wydziału, z większością pracowników nie rozmawiał. Zachowanie kolegów komentował cytując Georga Christopha Lichtenberga: „W Niemczech są tylko dwa sprzedajne zawody: pewien rodzaj dziewcząt i drugi – uniwersyteccy profesorowie”.
W latach 1969-1971 podjął ostatnią, tradycyjnie już nieudaną, próbę politycznego działania zakładając ugrupowanie o nazwie Konservative Sammlung (Zgromadzenie Konserwatywne). Po ugrupowaniu pozostała jedynie mowa założycielska wygłoszona przez HJS. W latach 70. pisze książki autobiograficzno-wspomnieniowo-„rozliczeniowe” m.in. Pożegnanie z Niemcami (1973), czyli tymi Niemcami, które były tak drogie jego sercu i które kochał „mimo wszystko”, a których wielkie tradycje „nurza się teraz w rynsztoku”. Komentując debatę na temat świąt narodowych, pytał z lekką drwiną: „Po co nam święta narodowe skoro przestaliśmy być narodem?” Niemcy są już tylko „związkiem konsumentów”.
Przed odejściem, w 1977 roku, na emeryturę próbował wszelkimi sposobami zapobiec planowanemu przekształceniu swojej katedry, ale jego wrogowie okazali się silniejsi – najpierw włączono ją do innej jednostki uniwersyteckiej a po śmierci HJS całkowicie zlikwidowano. W 1994 roku sprzedano do antykwariatów bibliotekę gromadzoną przez niego w katedrze. W taki oto sposób uniwersytet w Erlangen „załatwił” jednego ze swoich najwybitniejszych uczonych.
Jak wspomnieliśmy, niemieccy konserwatyści cenili go zwłaszcza za książki o Prusach, jak i za dzielną postawę w walce z marksistowskimi „siłami wywrotu”. Ale są mu wdzięczni za coś jeszcze. Jak wiadomo w Niemczech wielką popularnością cieszył się leksykon cytatów Skrzydlate słowa (Geflügelte Worte) zebrane przez filologa Georga Büchmanna (1822-84). Konserwatyści kręcili trochę na niego nosem, ponieważ Büchmann, jako postępowo-liberalny humanista, dokonywał selekcji zgodnie ze swoimi światopoglądowymi uprzedzeniami, czego ofiarą padały słowa i myśli ludzi niepostępowych, nieliberalnych i niehumanistycznych. Dlatego HJS postanowił sporządzić suplement do Büchmanna i w 1971 roku wydał Bezskrzydłe słowa, czyli to czego nie znajdziecie w Büchmannie. Jest to istna kopalnia cytatów, bon motów, powiedzeń, anegdot w duchu konserwatyzmu i sceptyczno-cynicznego realizmu. Zamieścił tam maksymę pisarza Alberta Heinricha Rauscha (ps. Henry Benrath), którą być może pocieszał się w chwilach, kiedy kubły pomyj wylewali na niego funkcjonariusze frontu ideologicznego: „Jak długo istnieje świat, kundle sikają na marmurowe ściany”.
Z powiedzeń samego HJS przytoczmy dwa:
„Socjologia to sztuka, aby rzecz, którą każdy rozumie i która każdego interesuje, tak wyrazić, że nikt już jej nie rozumie i nikogo już nie interesuje”.
„Głupota jest zawsze postępowa: postępuje naprzód”.
Pozostał wiecznym outsiderem, zawsze gdzieś pomiędzy frontami. Potrafił narazić się nawet swoim sojusznikom z tradycjonalistycznej prawicy, np. kiedy na początku lat 60. skrytykował przekonanie, że homoseksualizm jest chorobą i wystąpił z postulatem zniesienia paragrafu 175 kk penalizującego męskie stosunki homoseksualne, albo kiedy w 1962 roku przygotował nowe (po 45 latach) wydanie wielce kontrowersyjnej książki swojego dawnego adwersarza Hansa Blühera Rola erotyki w męskiej społeczności (w kontekście tych jego działań niektórzy przedstawiciele konserwatywnej prawicy zaczęli sugerować, że sam HJS ma „nienaturalną” orientację seksualną, co być może było prawdą). Kiedy HJS pisał o Blüherze, że żadna grupa, żaden kierunek nie mógł o nim powiedzieć „on jest nasz”, to trochę tak jakby pisał o sobie.
Deklarował, że nigdy nie interesuje go czy jego pogląd na jakąś sprawę jest nowoczesny i popularny; i rzeczywiście się tym nie interesował, miał ambicję stworzenia nowej interdyscyplinarnej metody „badania ducha czasu”, ale duchowi czasu nigdy się nie poddał. Stwierdził kiedyś, że na całe szczęście w każdej epoce żyją zawsze ekscentrycy, oryginały, ludzie nietypowi z samej swojej duchowo-intelektualnej substancji – odnosiło się to także do niego.
Natomiast nie odnosiło się do niego powiedzenie Ernsta Jüngera: „Są tacy, którzy myślą, że płyną pod prąd, a to jest tylko rynna z moczem”. On naprawdę płynął pod prąd. Miał też zapewne na myśli siebie, kiedy pisał o ludziach, których nie obejmują badania opinii publicznej, ponieważ nie rozumieją – z powodu ich niedorzeczności – pytań kierowanych do nich przez ankieterów.
Już pod koniec lat 50. lewicowy politolog Kurt Sontheimer ostrzegał go, że stanie się „kuriozum historii współczesnej”, no i stał się. I właśnie dlatego warto go – w przeciwieństwie do Sontheimera – czytać. Dlaczego był „kuriozum”? Ponieważ, jak wyznawał, od młodości towarzyszyło mu głębokie – kuriozalne dziś – przekonanie, że jego życie nie zaczęło się wraz z narodzinami, że jest ogniwem łańcucha sięgającego daleko wstecz.
Był „kuriozum” w czasach, o których pisał król pruski Fryderyk Wilhelm IV: „Taka jest osobliwa cecha teraźniejszej epoki, że więcej się daje i obiecuje niż samemu się posiada i ma do rozdania”. Był „kuriozum” w czasach, kiedy „kartki wyborcze wrzuca się do urn niczym kupony totolotka, a aparaty partyjne działają w mętnym półmroku, organizując makabryczne maskarady ideologii”. Ale cóż, „nie wybieramy sobie miejsca w biegu historii”.
Nie tracił jednak ducha: „porusza mnie i podnosi na duchu, że wciąż jeszcze są konserwatyści, którzy nie pozwalają na zerwanie tradycji, ale chcą przerzucić pomost – od przedwczoraj do pojutrza”. Tym, którzy roją sobie, że maszerując na czele postępu, na zawsze zdobyli prestiż, władzę i bogactwo, przypominał, że pod stworzonym światem trwa grzmiąca otchłań chaosu, w każdej chwili gotowa go pochłonąć. Pisał, że człowieka trawi nigdy nie nasycony głód wiary, sensu i prawdy. Człowiek zyskuje sens swojego istnienia poprzez służbę czemuś wyższemu niż on sam, określa go to, w co wierzy i na czym rozżarza się jego miłość.
W 1927 roku jako osiemnastolatek pisał: „nowa wolność nie polega na wyzwoleniu się z wszystkich przekazanych tradycją więzi, ale na dobrowolnym przyjęciu więzi z wiecznymi mocami i wyższymi wartościami, gdziekolwiek napotka je poszukujący”.
Temu przesłaniu był wierny przez całe życie.
Tomasz Gabiś
PRZEGLĄD NIEMIECKI – XXIV
Pierwodruk: „Arcana” nr 112-113, 2013
Znany badacz mistyki żydowskiej Gershom Scholem napisał o jednej z jego książek, że„jeszcze dziś napawa grozą czytelników” (zob. tenże, Żydzi i Niemcy, Sejny 2006, s. 74) – doprawdy trudno o lepszą reklamę. Człowiekiem, który przeraził Scholema, był Hans-Joachim Schoeps (dalej HJS), żydowski uczony, religioznawca, filozof religii, historyk idei i prądów umysłowych a zarazem pisarz polityczny i publicysta, który określał się jako „Żyd, Prusak i konserwatysta”.
Urodził się jak w 1909 roku w rodzinie renomowanego berlińskiego lekarza, który w czasie I wojny światowej odznaczył się jako lekarz wojskowy na froncie wschodnim. Studiował w Heidelbergu, Marburgu, Berlinie i Lipsku germanistykę, historię i religioznawstwo porównawcze. Doktoryzował się w 1932 roku pod kierunkiem Joachima Wacha. Pod koniec 1938 roku wyjechał z Niemiec do Szwecji i osiedlił się w Uppsali, gdzie był bibliotekarzem i docentem prywatnym. Ślęczał w bibliotekach i archiwach, pracując „aż palce mu krwawiły od pisania”. W Szwecji ożenił się z Dorothee Busch, z którą miał dwóch synów – Juliusa i Manfreda.
Wśród niemieckiej emigracji zdominowanej przez lewicę był politycznie izolowany. Krytykował żądania aliantów bezwarunkowej kapitulacji Niemiec. Podkreślał, że Niemcy i narodowy socjalizm to nie to samo („Hitler to nie Niemcy”).
Odrzucał zdecydowanie koncepcję zbiorowej winy Niemców. W 1947 roku powraca do Niemiec z walizką pełną manuskryptów, z których powstało potem siedem książek. Habilituje się w Marburgu w 1948 roku, w tym samym roku obejmuje katedrę Historii Religii i Idei na uniwersytecie w Erlangen, gdzie pracuje do przejścia na emeryturę w 1977 roku. Od 1950 roku jest profesorem zwyczajnym.
W 1948 roku zakłada, razem z wybitnym religioznawcą, badaczem niemieckiej mistyki, Ernstem Benzem (1907-1978) wychodzące do dziś czasopismo „Zeitschrift für Religions- und Geistesgeschichte”. Umiera w czerwcu 1980 roku. Jego grób znajduje się na Nowym Cmentarzu Izraelickim w Norymberdze.
Ten „teolog polityczny i historyczny”, jak określił go Richard Faber w jedynej monografii uczonego wydanej w 2008 roku, był wedle opinii amerykańskiego teologa, historyka i religioznawcy Gary Lease`a „jednym z najwybitniejszych i najbardziej inspirujących umysłów swojego pokolenia”.
Pierwszy esej teologiczno-filozoficzny opublikował HJS w wieku 18 lat; jest autorem ok. 50 książek, 200 rozpraw i artykułów, nie licząc recenzji, redaktorem 18 edycji źródeł i tomów zbiorowych (jego dzieła zbiorowe liczą 16 tomów). Przedmiotem jego zainteresowania były: historia religii i teologii, historia idei i prądów umysłowych (niemieckich, żydowskich, chrześcijańskich), historia Prus, Niemiec i Żydostwa, antropologia filozoficzna. Przez całe życie zgłębiał problematykę teologii i filozofii żydowskiej i żydowskiego świata duchowego. Tytuł jego, wydanego w 1932 roku, doktoratu brzmiał Wiara żydowska w naszej epoce. Prolegomena do ustanowienia systematycznej teologii Żydostwa. W 1935 roku opublikował Historię żydowskiej filozofii religii w czasach nowożytnych.
Jako pisarza teologicznego interpretował Kafkę, o którym pisał w wydanej w 1936 roku książce Postaci na przełomie epok. Burckhardt – Nietzsche – Kafka. W 1931 roku razem z Maxem Brodem opracował i wydał niepublikowane opowiadania i prozę Kafki Przy budowie chińskiego muru. Wiele lat później, w 1985 roku, wydano korespondencję HJS z Brodem zatytułowaną W sporze o Kafkę i Żydostwo, zaś w 2005 roku ukazał się zbiór jego tekstów na temat Kafki Zapomniany Bóg. Franz Kafka i tragiczna pozycja Żyda w nowoczesności (2006). Korespondował również z wybitnym żydowskim religioznawcą i teologiem Schalomem Ben-Chorinem – ich korespondencja W poszukiwaniu żydowskiej teologii ukazała się w 1989 roku.
Swoją żydowską tożsamość HJS uzasadniał w pierwszym rzędzie teologicznie. Był religijnym Żydem, ale nie mieścił się w głównym nurcie swojej wspólnoty religijnej. Odrzucał kabałę, żydowski gnostycyzm, mistycyzm w stylu Gershoma Scholema, jak również gettową wersję żydostwa talmudycznego. Sprzeciwiał się wszelkim formom żydowskiego apokaliptycznego mesjanizmu niszczącego Prawo, czy to współczesnego w stylu Waltera Benjamina, o którym wyrażał się lekceważąco „lewicowy literat”, czy to historycznego jak sabbatanizm. Z Sabbataiem Zwi miał zresztą osobiste porachunki, wśród jego przodków byli bowiem wyznawcy tego „fałszywego mesjasza”, „tchórzliwego oszusta” i „podłego człowieka”.
Richard Faber widzi w HJS absolutne przeciwieństwo Jacoba Taubesa: obaj polityczni teologowie, jeden anarchizujący marksista, drugi konserwatywny monarchista, obaj ze swoich pozycji analizowali historię religii i teologii, wyciągając z niej diametralnie odmienne wnioski i postulaty polityczne. Np. HJS za historyczną winę Żydostwa niemieckiego uważał zawarcie w wieku XIX i w pierwszych dekadach XX wieku sojuszu z siłami politycznego liberalizmu i lewicy, choć oczywiście uwzględniał często antyżydowską postawę sił konserwatywno-narodowych, która temu procesowi sprzyjała.
Żydowska tożsamość była dla HJS nieoddzielna od niemieckości (dokładniej: pruskości), był świadomym swojej niemieckości Żydem i świadomym swojej żydowskości Niemcem. Diasporyczną egzystencję żydowską uznawał za jedynie możliwą i teologicznie uzasadnioną formę życia żydowskiego. Z tego wyciągał oczywisty wniosek, że Żyd jest zawsze patriotą kraju i państwa, w którym żyje.
Odrzucał zarówno asymilatorstwo, jak i syjonizm, który uważał za skrajny przejaw tegoż asymilatorstwa („być jak inne narody”). „Żydowsko-volkistowski” syjonizm (pokrewny, jego zdaniem, narodowemu socjalizmowi) stanowił jeszcze jeden wariant nowoczesnego „nacjonalistycznego nihilizmu”, którego „nienawidził jak zarazy”, przejaw „biologicznego materializmu”, gloryfikującego życie i doczesność. Jego zwolennicy zamiast do wiecznego Boga zwracają się ku „wieczności” własnego narodu i jego wybranej krwi.
Zarzucał syjonistom, że instrumentalizują politycznie ideę mesjańską. Ci odpłacali mu pięknym za nadobne np. jeden z niemieckich syjonistów nazwał go „kaznodzieją kłamstwa, czcicielem Baala i pogańskim kapłanem”. Po latach HJS stwierdził: „Żydzi-syjoniści i narodowi socjaliści jednako mnie nienawidzili”. Nigdy nie odwiedził państwa Izrael, które uważał za „fenomen postżydowski”; swojemu synowi wyjaśnił: „dopiero kiedy przyjdzie Mesjasz, wybiorę się w podróż do Izraela”.
Swojej koncepcji połączenia żydowskości i niemieckości (pruskości) bronił, m.in. debatując z filozofem i teoretykiem ruchu Wędrownego Ptaka Hansem Blüherem. Ich dysputa opublikowana została w formie książkowej w 1933 roku jako Spór o Izrael. Rozmowa żydowsko-chrześcijańska – to właśnie ona przejęła taką grozą Gershoma Scholema. Po kilku miesiącach wydawnictwo wycofało książkę z obiegu. Jest to rzeczywiście zadziwiający, jedyny w swoim rodzaju dokument niemiecko-żydowskiego i chrześcijańsko-żydowskiego dialogu: dialogowało dwóch uczestników ruchu Wędrownego Ptaka (HJS działał w nim jako licealista), dwóch Prusaków, dwóch konserwatystów-monarchistów.
Blüher, który po 1933 roku całkowicie wycofał się z życia publicznego, reprezentował chrześcijańsko-konserwatywny antyjudaizm najwyższej intelektualnej próby (wrogi wobec volkistowskiego antysemityzmu). Dysputa nie mogła więc doprowadzić do porozumienia, ale stała na wysokim poziomie, przeciwnicy odnosili się do siebie z najwyższą kulturą i szacunkiem; w konkluzji Blüher napisał: „nie mamy prawa zgodzić się ze sobą, mamy jedynie zgodę, aby spotkać się jako ludzie”. I spotykali się – HJS utrzymywał kontakty z Blüherem aż do jego śmierci w 1955 roku.
Stosunki Żydostwa i chrześcijaństwa były stale przewijającym się wątkiem w twórczości HJS. W 1937 roku opublikował książkę Żydowsko-chrześcijański dialog religijny na przestrzeni 19 wieków. Historia teologicznego sporu. Po wojnie uczestniczył w dialogu chrześcijańsko-żydowskim. Widział konieczność walki ze wspólnym wrogiem – ogólną bezbożnością współczesności. Oczywiście nie ukrywał, że na płaszczyźnie teologicznej porozumienie jest niemożliwe – Żyd nie może uznać Jezusa Chrystusa jako Mesjasza, ale Żyd nie może też z góry zakładać, że Ten który przyjdzie, na pewno nie będzie miał oblicza Jezusa. HJS uważał również, że Bóg zawarł Przymierze nie tylko z Żydami, ale także z innymi ludami. Nadmieńmy, że duchowo bliscy mu byli karaimi i heretycy wczesnego chrześcijaństwa – żydochrześcijanie (ebionici).
Był nie tylko uczonym, filozofem i teologiem politycznym, ale także „homo politicusem”. W latach 1923-1927 należał – w ostatniej fazie istnienia ruchu Wędrownego Ptaka – do młodzieżowego nurtu Konserwatywnej Rewolucji. W latach 1928-32 – przewodniczył studenckiej grupie Freideutsche Kameradschaft. Jako ciekawostkę literacką przytoczmy fakt, że obszerne fragmenty jednego z jego młodzieńczych tekstów Tomasz Mann wmontował do tak zwanych „rozmów na słomie” studenta Adriana Leverkühna z kolegami w Doktorze Faustusie.
W latach 1928-33 poruszał się w kręgach Konserwatywnej Rewolucji, należał do nielicznego kręgu żydowskich intelektualistów, którzy stali blisko tego ruchu jak Rudolf Borchardt, Ernst Kantorowicz, Hans Rothfels. Utrzymywał bliskie kontakty ze środowiskiem „młodokonserwatystów” skupionym wokół barona Heinricha von Gleichena. W 1930 roku opublikował swój pierwszy polityczny artykuł na łamach konserwatywno-rewolucyjnego miesięcznika „Die Tat”, uważanego przez niektórych za najważniejsze pismo polityczne w Niemczech lat 1928-32.
Pisał też do pisma „Der Ring”, którego duchowym patronem był Moeller van den Bruck – autor Trzeciej Rzeszy wywarł na HJS znaczący wpływ, podobnie jak Stefan George i Oswald Spengler. Z „młodokonserwatystów” cenił zwłaszcza Edgara Juliusa Junga, autora znanej książki o demokracji zatytułowanej Panowanie miernot. Bliska mu była nauka o nomosie narodu rozwijana w kręgach ewangelickich teologów, najpełniej wyrażona w książce Wilhelma Stapela Chrześcijański mąż stanu. Teologia nacjonalizmu.
Jedyną możliwość przetrwania niemieckiej republiki upatrywał HJS– podobnie jak Jung i inni „młodokonserwatyści” – w autorytarnym rozwiązaniu Hindenburg-Papen. Miał wówczas nadzieję, że – w obliczu codziennej utraty autorytetu przez państwo i wzbierania sił rewolucyjnych – poprzez gabinety prezydenckie i przebudowę konstytucji Rzesza pójdzie w kierunku silnego, konserwatywnego, autorytarnego państwa. Kiedy ta koncepcja poniosła klęskę i władzę przejęli narodowi socjaliści, HJS usiłował podjąć polityczną grę z nowym reżimem. Pod koniec lutego 1933 roku założył organizację o nazwie Niemiecka Straż Przednia. Drużyna Niemieckich Żydów, uważaną za „najdalej na prawo stojącą grupę niemieckiego Żydostwa”. Skupiała ok. stu młodych Żydów, którzy sądzili, że w „nowej Rzeszy” da się wywalczyć jakieś miejsce dla Żydów.
Grupa dysponowała własnym czasopismem i wydała serię książek. HJS był autorem jej manifestu politycznego zatytułowanego My, niemieccy Żydzi (zakazanego przez władze w 1938 roku). Według koncepcji opracowanej przez HJS – Żydzi mieliby tworzyć coś w rodzaju, uznawanego przez „nową Rzeszę”, „stanu” czy „korporacji”. W tej sprawie HJS wysłał memorandum do kanclerza Hitlera, jednak ten odmówił przyjęcia go na rozmowę. Próbował znaleźć „dojście” przez Ernesta Röhma, ale i ta próba się nie powiodła.
Wybitny znawca prądów ideowych tamtej epoki Armin Mohler napisał trafnie o HJS, że jest „przyrodnim bratem” licznych wizjonerów niemieckiej Konserwatywnej Rewolucji. Wprawdzie Mohler datuje Konserwatywną Rewolucję na lata 1918-1933, ale HJS konserwatywno-rewolucyjne pozycje reprezentował jeszcze w latach 1933-1935. Jego Straż Przednia, która ulega rozwiązaniu w 1935 roku, to ostatni żydowski legion niemieckiej Konserwatywnej Rewolucji, walczący na spenglerowskim „straconym posterunku”, pragnący po heideggerowsku „stawić czoła nicości”, kroczący drogą bez odwrotu. W tekstach, pisanych głównie przez HJS, członkowie Straży Przedniej deklarowali: Nawet kiedy nasza ojczyzna nas odepchnie, pozostaniemy w gotowości dla Niemiec; jesteśmy wyłączeni z niemieckiego życia zewnętrznie, ale wewnętrznie nikt nie może nam go odebrać; jesteśmy Żydami w każdym calu, ale jako Żydzi idziemy drogą niemiecką, idziemy nią nawet wtedy, kiedy drzwi do realnie, czyli w sensie politycznym, istniejących Niemiec są dla nas zamknięte; kochamy Niemcy dla nich samych – to jest zobowiązanie określające naszą egzystencją, to my reprezentujemy dziś prawdziwą substancję niemieckości; to my jesteśmy wierni niemieckości, wbrew tym, którzy chcą nas z niej wykluczyć, to my jesteśmy „prawdziwymi Niemcami”.
Od 1936 roku nadzorowany jest przez gestapo i wzywany na przesłuchania. Ucieka z Niemiec w święta Bożego Narodzenia 1938 roku, choć był na czarnej liście osób, którym nie wolno było opuszczać kraju. W ucieczce pomógł mu znajomy dyplomata z MSZ.
Ponieważ działalność HJS w latach 1933-35 stała się powodem licznych ataków (o czym niżej), należy tutaj wyraźnie rozróżniać stosunek polityczny HJS do nowego reżimu od stosunku do ideologii narodowego socjalizmu. W latach 1933-35 HJS poszukiwał jakiegoś politycznego modus vivendi z nowym reżimem, który, jak uważał, będzie być może ewoluował w kierunku autorytarnego reżimu w stylu włoskiego faszyzmu. Wszak wielu włoskich Żydów poparło Mussoliniego, Żydzi należeli do Czarnych Koszul, brali udział w marszu na Rzym.
HJS uważał ponadto, że przełom polityczny 1933 roku i dojście do władzy narodowych socjalistów były, do pewnego stopnia zrozumiałą, reakcją zranionego, upokorzonego i zagrożonego „ciała narodu”, reakcją na społeczny i polityczny rozkład republiki. „Volkistowski” wybuch 1933 roku był gwałtowną erupcją sił elementarnych i tłumionych narodowych emocji, wobec której republika okazała się bezsilna. Za wielką zasługę poczytywał Hitlerowi HJS zlikwidowanie bolszewickiego zagrożenia.
Zarówno przed 1933 rokiem, kiedy stosunek HJS do narodowego socjalizmu był negatywny, w latach 1933-35, kiedy wydawało mu się, że istnieje jakiś margines dający szanse na polityczną grę, jak i wreszcie po wojnie, HJS wielokrotnie poddawał refleksji ideologię narodowego socjalizmu. Szukał źródeł jego sukcesu i klęski. Fiasko narodowego socjalizmu wzięło się stąd, że wychodził od krwi, absolutyzował to, co biologiczne, gloryfikował siły biologiczno-materialno-witalne. Był jedną z nowoczesnych pseudoreligii, czczących nowych bożków, posługujących się nowymi magicznymi zaklęciami i kultowymi rytuałami. HJS widział w narodowym socjalizmie rozkładowy i nihilistyczny masowy ruch ludowy, typowy wyraz ery mas, zaspokajający ich antykapitalistyczne tęsknoty. Można go też interpretować jako ruch młodzieżowy, jako młodzieżową rebelię.
Ostatnie sto lat – pisał HJS – unaoczniło zwycięstwo suwerenności ludu i despotyzmu mas, zwycięstwo większości nad autorytetem – owocem tego zwycięstwa jest m.in. narodowy socjalizm, czyli absolutyzm na rewolucyjnej bazie. Działacze i funkcjonariusze narodowego socjalizmu to „urzędnicy suwerenności ludu” i „powiernicy woli mas”. W jednym z tekstów cytuje Goebbelsa deklarującego, że narodowosocjalistyczna kadra przywódcza to „wyznaczeni przez lud wykonawcy woli ludu”. O Adolfie Hitlerze pisał:„śmiertelny wróg wszystkiego, co konserwatywne”.
Narodowy socjalizm nie jest alternatywą dla bolszewizmu i amerykanizacji, jest jeszcze jednym przejawem tego samego prądu. W 1935 roku nazwał narodowych socjalistów „brunatnymi bolszewikami”. Pomiędzy kolektywizmem bolszewizmu i kolektywizmem narodowego socjalizmu nie ma różnicy co do istoty, a jedynie co do stopnia. Oba są antytradycyjnymi, kolektywistycznymi systemami panowania mas sprzężonymi z nowoczesną techniką. Łagodniejszą wersją tego systemu jest masowa demokracja, w niej „poddanie ludzi planowi” jest mniej wyraźne niż w państwach totalitarnych.
Dodajmy, że według HJS niezależnie od różnych form i wariantów istnieje tylko jeden możliwy system polityczny – teokracja, i tylko dwie jej odmiany: teokracja z góry, jak na przykład „monarchia z Bożej łaski”, albo teokracja z dołu, którą reprezentują wszystkie ideologie egalitarne: volkistowskie nacjonalizmy, narodowy socjalizm, międzynarodowy socjalizm, komunizm, syjonizm, faszyzm, masowa demokracja.
Po powrocie do Niemiec, oprócz prowadzenia działalności naukowej, stara się ponownie zaszczepić w ojczyźnie idee konserwatywne i monarchistyczne, w tym celu publikuje dwie książki Duchowa sytuacja epoki (1951) oraz Czy powróci monarchia? Drogi do nowego ładu w epoce mas (1953).
Uważał, że to chrześcijańskie monarchie europejskie powstrzymywały wybuch okropieństw, do jakich doszło w pierwszej połowie XX wieku. Dowodził, że zniesienie monarchii w Niemczech w 1918 roku pozbawiło naród niemiecki równowagi i wydało go na pastwę totalitarnej gorączki – zerwanie z 11 wiekami tradycji nie mogło ujść Niemcom bezkarnie. Niemieccy republikanie zniszczyli monarchię i związane z nią elity arystokratyczne, ale republika okazała się niezdolna do wytworzenia nowych elit, dlatego upadek Republiki Weimarskiej był wpisany w jej strukturę. Hitler był surogatem cesarza, od którego wziął jedynie zasadę wodzostwa.
Zniesienie monarchii otworzyło drogę do ideologizacji i depersonalizacji polityki. W „bezcesarkiej” epoce następuje eliminacja jednostkowej odpowiedzialności, rośnie podatność narodów na sugestywne hasła i polityczną hipnozę, wybuchają kolektywne psychozy. Demokracja masowa oznacza autogloryfikację mas – przejście władzy na naród jako wrzeszczącą masę. W miejsce zlikwidowanej monarchii przychodzi plebiscytarna dyktatura partyj, postępuje „pluralistyczny” rozkład państwa rozdzieranego na strzępy przez partie, monopole, kartele, grupy interesów, związki zawodowe etc. Zamiast selekcji autentycznych elit mamy selekcję posłów i ministrów przez aparaty partyjne.
Król – wywodził HJS – był wspólnym punktem odniesienia – bez niego urzędnicy, wojskowi, policjanci, nie wiedzą komu mają służyć. Wierność królowi jest jedyną możliwą formą patriotyzmu, bez króla patriotyzm się rozsypuje. Poprzez króla państwo otrzymuje twarz, natomiast demokratyczne państwo jest anonimowe. Jedynie król może naprawdę służyć całości – w demokracji żaden przywódca partyjny z natury rzeczy nie może służyć całości. Król nie był tworem ludu, zatem lud mógł go czcić, w demokracji politycy są kreaturami ludu i wykonują jego wolę (przynajmniej w teorii), przeto lud nimi pogardza.
HJS przekonywał, że zwłaszcza Niemcom potrzebny jest monarcha, który po katastrofie rządów narodowego socjalizmu, straszliwej klęsce wojennej i podziale kraju, pomógłby zjednoczyć naród i zaleczyć rany jakie ten sam sobie zadał. Widział jednak jasno, że walec niwelatorskiej, egalitarystycznej demokracji masowej jest w gruncie rzeczy nie do powstrzymania. Nie miał wielkich złudzeń, żadna pedagogika tego nie zmieni, zbyt krótkie jest nasze życie, byśmy mogli coś naprawdę zmienić.
Świat został oświecony i zdemitologizowany, reflektorami rozumu prześwietlono ostatnie zakamarki duszy, nie można ludziom na nowo wpoić uczuć bojaźni i szacunku, aby czcili najwyższy urząd i ład jaki reprezentuje, nie da się ich nakłonić do wiary w nowy mit. Jedyne co można zrobić, to pomóc im zrozumieć rzeczywiste położenie i pokładać nadzieje w tym, że rozum sam siebie ograniczy, uznając wartość tradycyjnych instytucji i zostawiając dla nich przestrzeń, w której mogłyby istnieć.
W pierwszej połowie lat 50. HJS pisał o restytucji monarchii, zakładał różne kółka dyskusyjne, wygłaszał prelekcje, organizował spotkania i seminaria. Wprawdzie konstytucja nie dawała możliwości restytucji monarchii na legalnej drodze, ale w momencie zjednoczeniu Niemiec i uchwaleniu nowej (a właściwie pierwszej) konstytucji, taka szansa mogłaby się pojawić. W kwestii dynastycznej HJS był bezkompromisowy: w grę wchodziła tylko dynastia Hohenzollernów, pretensje do korony Welfów czy Wittelsbachów stanowczo odrzucał.
Dobrym znajomym HJS był, poznany w 1937 roku, dr Otto John, który okazywał promonarchistyczne sympatie. W 1950 roku ówże dr Otto John został – z namaszczenia brytyjskich tajnych służb – szefem niemieckich tajnych służb, czyli Urzędu Ochrony Konstytucji. Na spotkaniu monarchistów zorganizowanym przez HJS w styczniu 1953 roku w restauracji Rheingauer Hof w Eltville nad Renem uczestniczył funkcjonariusz UOK, współpracownik Johna, dr Hans Sigismund vom Berge und Herrendorff. Gdyby więc niemieckie tajne służby (z poparciem brytyjskich, rzecz jasna) wsparły wysiłki HJS, to pojawiłaby się realna szansa odbudowy monarchii w Niemczech. Niestety, HJS poparcia tajnych służb dla restauracji monarchii nie uzyskał, o czym świadczą wydarzenia, jakie rozegrały się rok później.
Otóż w marcu 1954 roku w Königstein koło Frankfurtu mieli się spotkać w celu „omówienia sytuacji politycznej” HJS, ewangelicki działacz społeczny i pedagog dr Friedrich Kreppel oraz jeden z liderów konserwatywnej Partii Niemieckiej, poseł do Bundestagu, Hans-Joachim von Merkatz. O spotkaniu dowiedział się (ciekawe od kogo), tygodnik „Der Spiegel” (założony przez brytyjskie tajne służby), który z wielkim oburzeniem doniósł o planach „monarchistycznego przewrotu”. Gazeta poinformowała czytelników, że HJS jest autorem Manifestu Monarchistycznego, który ma być platformą programową nowego ugrupowania o nazwie Volksbund für Monarchie.
„Spiegel” napisał ponadto, że za swoje prelekcje i wykłady HJS inkasował honoraria od organizacji pozarządowych finansowanych przez urząd kanclerski. Tym samym gazeta oskarżyła kanclerza Adenauera o finansowanie propagandy na rzecz dynastii Hohenzollernów! Tak oto organ młodej demokracji niemieckiej zdemaskował i udaremnił „monarchistyczny spisek”!
HJS tłumaczył później z rozbawieniem, że „Spiegel” wszystko to zmyślił, a jedynym rezultatem jego „demaskatorskiej” publikacji były przysyłane do HJS z całego kraju listy z deklaracjami przystąpienia do Volksbund für Monarchie – ugrupowania, które, wedle HJS, istniało wyłącznie w wyobraźni redaktorów hamburskiego tygodnika.
Wprawdzie po tym incydencie HJS zrezygnował z podejmowania praktycznych kroków na rzecz restytucji monarchii, ale pozostał „monarchistą w sercu”. Był członkiem honorowym założonej w 1956 roku i istniejącej do dziś największej niemieckiej organizacji monarchistycznej Tradycja i Życie, pisał do jej czasopism „Tradition und Leben” i „Erbe und Auftrag”.
W 1969 roku uczestniczył w spotkaniu, które odbyło się na zamku Hohenzollern, w obecności księcia Prus Ludwika Ferdynanda, głowy domu Hohenzollernów, pretendenta do tronu cesarskiego (zm. 1994). Należał do powołanego wówczas stowarzyszenia Zollernkreis, propagującego pruską ideę państwową oraz niemieckie tradycje wolnościowe i federalistyczne.
W tym miejscu wspomnieć trzeba o jeszcze jednej dziedzinie, której HJS poświęcił sporą część swojej naukowej i publicystycznej działalności, mianowicie rehabilitacji Prus i ich państwowego etosu, co przyniosło mu szczególne uznanie ze strony niemieckich konserwatystów. Kiedy pod koniec 1950 roku zobaczył, że nikt nie chce pamiętać o dacie 18 stycznia 1951 roku, kiedy to przypadała 250 rocznica pierwszej pruskiej koronacji, kazał wydrukować odpowiednie plakaty – osobiście je rozkleił! – zapraszające do auli uniwersytetu na jego wykład zatytułowany „Prawda o Prusach” – przyszło ponad 1000 osób.
W swoim wykładzie HJS powiedział m.in.:
„Chciałbym zacząć od stwierdzenia, że wspominamy tutaj drogiego zmarłego, który, przez nurt historii wyniesiony ku światłu, znowu w tym nurcie zatonął. Państwa są zawsze zachowywane i unoszone tylko przez te siły, poprzez które zostały stworzone. Prusy były państwem królewskim, i dlatego musiały umrzeć, kiedy zmarła ich monarchia. Prusy przestały istnieć 9 listopada 1918 roku, a nie dopiero w 1933 lub wręcz 1945 roku”.
Dlatego oficjalne rozwiązanie państwa pruskiego zarządzeniem Alianckiej Rady Kontrolnej z 25 lutego 1947 roku, „wszyscy starzy Prusacy odczuli jako osobliwy akt profanacji zwłok”.
Mowa HJS wydana drukiem jako Honor Prus sprzedała się w kilkudziesięciu tysiącach egzemplarzy i zapoczątkowała serię książek, rozpraw, antologii, zbiorów materiałów źródłowych do historii wydarzeniowej i historii duchowej Prus, wśród nich m.in. Inne Prusy, To były Prusy. Świadectwa wieków (przełożone na włoski przez Juliusa Evolę), Prusy. Historia państwa (wydany w 1966 roku bestseller, uchodzący w kręgach konserwatywnych za niedoścignione wprowadzenie do historii Prus), Bismarck o współczesnych – współcześni o Bismarcku, Droga do cesarstwa niemieckiego.
„Szczęśliwym zrządzeniem losu – pisał HJS – nie było u mnie żadnej ewolucji. Zawsze byłem konserwatystą, Prusakiem i Żydem”.
Akcentował swoją pruskość, ważniejszą dlań niż niemieckość, którą interpretował i oceniał przez pryzmat pruskiego etosu państwowego. Bliżsi mu byli bracia Gerlachowie niż Bismarck. Prusy stawiał wyżej niż zjednoczoną w 1870 Rzeszę Niemiecka powstałą jako państwo narodowe – w tym procesie Prusy przejęły złe cechy niemieckie, zaś Niemcy złe cechy pruskie. Za Moellerem van den Bruckiem powtarzał, że „Prusy są ofiarą Niemiec”, i ubolewał, że pod wpływem niemieckiej idei narodowej nastąpiła „deprusyzacja Prus”.
Prusy były dlań podstawowym punktem odniesienia, obrazem, symbolem, ideą przewodnią dla przyszłości. Walczył z ich „czarną legendą” stworzoną w XIX wieku przez niemieckich i polskich katolików a w XX przez propagandystów państw walczących z Niemcami w obu wojnach światowych. Pragnął oddać Prusom historyczną sprawiedliwość, kreował ich wizję jako ponadnarodowego państwa prawa opartego na zasadach tolerancji religijnej, duchowej wolności i szacunku dla drugiego człowieka.
Wierność, uczciwość, obowiązkowość („ani na cal nie zbaczaj z właściwej drogi”), szlachetna prostota, dyscyplina, skromność, zasada „wiele zdziałać, mało się chwalić, więcej być niż udawać” – to były wyznaczniki pruskiego etosu, lub inaczej konserwatywnego „pruskiego socjalizmu”, którego był zwolennikiem.
Trzeba tu jednak zaznaczyć, że jako pruski patriota HJS nie był wcale bezkrytycznym, zaślepionym apologetą Prus. Widział blaski, ale nie zamykał oczu na cienie, dobrze znał wszystkie wyobrażenia Prus, od skrajnie negatywnych po skrajnie wyidealizowane; każde z nich zawiera jakąś cząstkę prawdy, wrogiem prawdy jest tylko płaska jednostronność.
Opowiedzenie się za pruskością było według HJS równoznaczne z opowiedzeniem się za antynacjonalizmem. Stanowczo sprzeciwiał się „hitleryzacji” Prus, Hitler nie był produktem pruskim, lecz produktem rozkładu monarchii austriackiej, egzekutorem demokratycznej woli ludu, nie mającym nic wspólnego z pruskim etosem państwowym. HJS dowodził, że, wbrew powierzchownym sądom, Narodowosocjalistyczne Wielkie Niemcy były w rzeczywistości antypruskie. Dlatego też, jego zdaniem, po 1945 roku nie była potrzebna żadna „reedukacja Niemców”, wystarczyło odwołać się do pruskich tradycji i cnót, do pruskiego etosu państwowego, pruskiej duchowości i pruskiego sposobu życia. Niestety, ubolewał HJS, RFN jako twór zwycięzców II wojny światowej jest świadomie antypruska, zamiast odnowić i zaktualizować ponadczasowa „ideę pruską” realizuje zasady masowej demokracji liberalnej.
Jego wspomniana wyżej książeczka Honor Prus była sygnałem, że niemieccy konserwatyści nie pogodzili się z tą wersją historii, jaką narzucali zwycięzcy oraz ich rodzimi pilni uczniowie, i nie chcieli zaakceptować regulacji językowych zrodzonych z klęski. Stąd nie było tak ważne to, że – jak pisano w konserwatywnym „Criticónie” po śmierci HJS – wymarzone przez niego Prusy być może nigdy nie istniały, gdyż w rzeczywistości jego „kampania pruska” skierowana była przeciwko współczesnym zjawiskom politycznym i formom społecznym.
Był to „pruski atak” na oligarchię partyjną, na ideologię egalitaryzmu, na zwyrodnienie masowej demokracji. Poprzez obronę „pruskości” HJS wskazywał na to, że autorytet, dyscyplina, panowanie są nieusuwalnymi momentami społecznej hierarchii, których nie można „uspołecznić” zgodnie z absurdalnymi żądaniami równości lub znieść poprzez majoryzację według liczenia głów pod hasłem „demokratycznego współdecydowania”. Państwowa substancja jest „zawsze” pruska, dlatego odrzucając „pruskość”, Niemcy niszczą swoją państwowość.
Ciekawym wątkiem obrony Prus przez HJS była ich pochwała z żydowskiego punktu widzenia. Dowodził śmiało, że w Prusach panował pax christiana, który jednocześnie jest zawsze pax judaica; w Prusach była możliwa „żydowsko-pruska symbioza” – nie w Prusach „znacjonalizowanych” i „zniemczonych”, ale w Prusach czujących się spadkobiercami dawnej cesarskiej Rzeszy i będących zmniejszonym odwzorowaniem dawnego corpus christianum.
HJS stworzył nawet zarysy żydowskiej teologii politycznej Rzeszy: Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego wywodzi się od dawnego Izraela, Jerozolima, a nie Rzym są jego korzeniami, cesarz był – jak brzmiał jeden z jego oficjalnych tytułów – „prawdziwym naśladowcą Dawida”, wypełniającym misję ustanowienia pokoju i sprawiedliwości (HJS dyskutował o tych kwestiach Hansem Blüherem i z Carlem Schmittem, z którym spotykał się i korespondował na przełomie lat 40. i 50.). Dlatego to właśnie Żydzi mający we krwi tradycję sakralnego Państwa Bożego, są predestynowani do służenia cesarskiej Rzeszy, a co za tym idzie – cóż za praktyczne myślenie ze strony HJS! – stanowią najlepszy materiał na jej urzędników.
Bardziej żył wśród dawnych pruskich konserwatystów niż w RFN, którą dość pogardliwie nazywał „masą upadłościową po Hitlerze” i „ropiejącym wyrostkiem robaczkowym Rzeszy Niemieckiej”. Wybrał figurę „pruskiego Żyda” jako figurę teologiczno-politycznej egzystencji. Wprawdzie w RFN egzystencja ta była egzystencją pośmiertną, rzeczywiście swego rodzaju kuriozum, ale, czego dowodzi twórczość HJS jako uczonego i pisarza politycznego, inspirującą i płodną w sensie intelektualnym i duchowym.
Po raz ostatni powrócił do roli krytycznego intelektualisty wypowiadającego się w sprawach publicznych (public intellectual), pod koniec lat 60., sprowokowany, rzecz jasna, przez tzw. ruch studencki. Nie był on dla niego zaskoczeniem, w jednej ze swoich książek, opublikowanych kilka lat wcześniej, stawiał diagnozę, że dusza młodej generacji cierpi na „niedostatek kalorii”, przewidywał, że panująca w Niemczech duchowa i historyczna próżnia, brak celów i wartości oraz towarzysząca temu nuda, zrodzą nowy nihilistyczny ruch, entuzjastyczny i agresywny – uwarunkowany ponadto umasowieniem wyższego nauczania, produkującego rzesze młodych, sfrustrowanych ludzi o niezaspokojonych apetytach i ambicjach.
Uważał, że tak zwana generacja 68 to młodzież wyjątkowo bezkrytyczna, łatwo dająca sobą manipulować, mniej inteligentna niż poprzednicy, gorzej poinformowana, myśląca szablonowo. Pisał, że jest to „podniecona młodzież”, biegnąca ślepo za krzykaczami i awanturnikami. Wprawnym okiem konserwatysty rozpoznawał polityczny szwindel kryjący się za „rewolucyjnymi hasłami”.
Nie zgadzał się z opinią, że liderzy ruchu to działający spontanicznie, naiwni utopiści. To był, jego zdaniem pozór, w rzeczywistości wszystko było dobrze obmyślane i zorganizowane, akcjami dowodziła kadra zawodowych rewolucjonistów; rzecz jasna byli to zaślepieni ideologicznie fanatycy (do tego kompletnie pozbawieni poczucia humoru), rekrutujący się głównie z „dyscyplin mielenia językiem” jak politologia, socjologia, psychologia, pedagogika, ale jednocześnie zręczni taktycy, znawcy masowej psychologii, sprytni manipulatorzy, antyautorytarni autorytaryści znający świetnie nigdy niewygasającą potrzebę autorytetów (Wielcy Ojcowie: Marx, Mao, Marcuse).
Kierowała nimi, według HJS, nie tylko niepohamowana żądza władzy, ale i wewnętrzna nikczemność, która każe im świadomie rozkładać i niszczyć to, co stworzyli poprzednicy. Występują pod oszukańczym hasłem zniesienia „feudalnych stosunków” na uniwersytetach, a tak naprawdę chodzi im o zglajchszaltowanie życia akademickiego; chcą zniesienia hierarchii kompetencji, wiedzy, kształcenia i sądu. HJS nie mógł im darować, że wrzeszcząc „pomalujcie błękitny kwiat na czerwono”, niszczą uniwersyteckie instytucje; rewolucjoniści „maszerują przez instytucje” z frazesami „demokratyzacji” na ustach, co jest równoznaczne z pozbawieniem tychże instytucji funkcji, dla których zostały powołane.
Utrzymane w ostrym tonie polemiczne artykuły HJS (m.in. na łamach „Die Welt”), w których pisał o zagrożeniu dla państwa prawa, o zorganizowanej mniejszości terroryzującej swoimi akcjami uniwersytety i dezorganizującej tryb nauczania („akademickie gangsterstwo”, „zawodowi lewicowi podżegacze z pianą na ustach”), apelował o powstrzymanie fali radykalizacji (swoje publicystyczne teksty opublikował w książce Niemcom grozi anarchia wydanej w 1972 roku), wzmogły wrogość wobec jego osoby; zresztą jako konserwatywny „Żydoprusak” nie cieszył się nigdy szacunkiem lewicującej studenterii.
Od początku 1968 roku rosło napięcie pomiędzy HJS a studenckimi aktywistami w Erlangen: organizowano bojkot jego wykładów, wywoływano tumulty, grożono mu posuwając się wręcz do fizycznej przemocy, prowadzono brutalną kampania zniesławiania. Na ulotkach Socjalistycznego Niemieckiego Związku Studentów obrzucano go wyzwiskami w rodzaju „doświadczony faszysta”, „Nazi-Jude”, „żydowski obersturmführer”, demaskowano jako „brunatnego Żyda”.
„Demokratyczni studenci” na wzór hunwejbinów żądali od niego złożenia samokrytyki („działam na czerwonych synów brunatnych ojców jak czerwona płachta na byka”). Ataki pojawiły się też w lewicowo-liberalnych gazetach, „Die Zeit“ zażądał, żeby odebrać mu profesurę, „Tagesspiegel” nazwał go „byłym nazistą” („kloaka się otwarła”).
W tym miejscu warto zacytować HJS:
„Gdy ma się do czynienia z osobami, które – uchowaj Boże! – są samodzielnymi myślicielami i dlatego nie można ich zaszufladkować i zaklasyfikować wedle utartych pojęć, nazywa się ich po prostu «faszystami», co zawsze robi wielkie wrażenie na ludziach ociężałych umysłowo; ma to też związek z niesłychanie niskim poziomem wykształcenia dzisiejszej «żurnalii»”.
Atakowany wściekle przez „zoologicznych antyfaszystów” („Jestem widocznie zgorszeniem dla lewicowej mafii”), nie zamierzał kapitulować, przeciwnie, wystąpił z otwartą przyłbicą, zebrał swoje dawne teksty i opublikował je w 1970 roku pod tytułem Gotowi dla Niemiec. Wczesne pisma 1930-39. Dokumentacja historyczna. Dokumentacja obejmowała również analizę historyczną lat 1932-35, ówczesne głosy krytyczne wobec jego poglądów i działalności, a także jego własną krytyczną autorefleksję po trzydziestu kilku latach ¬ można powiedzieć, że był to wzorowo przeprowadzony rozrachunek z własną przeszłością polityczno-intelektualną.
Gdyby poprzestał na krytyce studenckich aktywistów, to być może potraktowano by go łagodniej, ale on zaatakował również innych profesorów i władze uniwersytetu, rektorów i biurokrację ministerialną, zarzucając im tchórzostwo, ponieważ nie reagują na ewidentne łamanie regulaminu uczelni, prawa i zasad panujących na uniwersytetach. Posunął się wręcz do oskarżenia, że ministrowie oświaty ręka w rękę z młodymi zawodowymi rewolucjonistami niszczą stary humboldtiański uniwersytet, są „poputczikami” ruchu, który dąży do ustanowienia na uczelniach wyższych hegemonii marksistowskiego socjalizmu. Konstatował, że „liberale Scheisser” jak zwykle wykorzystani zostali przez twardych lewicowców jako „pożyteczni idioci”. Uważał, że większe szkody poniósł niemiecki uniwersytet w wyniku niszczycielskiej działalności „pokolenia 68” i lewicowo-liberalnych „reformatorów” niż narodowych socjalistów.
W obliczu tumultów i akcji organizowanych przeciwko niemu na uniwersytecie, HJS zwrócił się do kolegów z Wydziału Filozofii z prośbą o poparcie. Jednak Rada Wydziału odmówiła wydania oświadczenia z wyrazami solidarności z kolegą. Od tej pory aż do emerytury HJS nie brał udziału w posiedzeniach Rady Wydziału, z większością pracowników nie rozmawiał. Zachowanie kolegów komentował cytując Georga Christopha Lichtenberga: „W Niemczech są tylko dwa sprzedajne zawody: pewien rodzaj dziewcząt i drugi – uniwersyteccy profesorowie”.
W latach 1969-1971 podjął ostatnią, tradycyjnie już nieudaną, próbę politycznego działania zakładając ugrupowanie o nazwie Konservative Sammlung (Zgromadzenie Konserwatywne). Po ugrupowaniu pozostała jedynie mowa założycielska wygłoszona przez HJS. W latach 70. pisze książki autobiograficzno-wspomnieniowo-„rozliczeniowe” m.in. Pożegnanie z Niemcami (1973), czyli tymi Niemcami, które były tak drogie jego sercu i które kochał „mimo wszystko”, a których wielkie tradycje „nurza się teraz w rynsztoku”. Komentując debatę na temat świąt narodowych, pytał z lekką drwiną: „Po co nam święta narodowe skoro przestaliśmy być narodem?” Niemcy są już tylko „związkiem konsumentów”.
Przed odejściem, w 1977 roku, na emeryturę próbował wszelkimi sposobami zapobiec planowanemu przekształceniu swojej katedry, ale jego wrogowie okazali się silniejsi – najpierw włączono ją do innej jednostki uniwersyteckiej a po śmierci HJS całkowicie zlikwidowano. W 1994 roku sprzedano do antykwariatów bibliotekę gromadzoną przez niego w katedrze. W taki oto sposób uniwersytet w Erlangen „załatwił” jednego ze swoich najwybitniejszych uczonych.
Jak wspomnieliśmy, niemieccy konserwatyści cenili go zwłaszcza za książki o Prusach, jak i za dzielną postawę w walce z marksistowskimi „siłami wywrotu”. Ale są mu wdzięczni za coś jeszcze. Jak wiadomo w Niemczech wielką popularnością cieszył się leksykon cytatów Skrzydlate słowa (Geflügelte Worte) zebrane przez filologa Georga Büchmanna (1822-84). Konserwatyści kręcili trochę na niego nosem, ponieważ Büchmann, jako postępowo-liberalny humanista, dokonywał selekcji zgodnie ze swoimi światopoglądowymi uprzedzeniami, czego ofiarą padały słowa i myśli ludzi niepostępowych, nieliberalnych i niehumanistycznych. Dlatego HJS postanowił sporządzić suplement do Büchmanna i w 1971 roku wydał Bezskrzydłe słowa, czyli to czego nie znajdziecie w Büchmannie. Jest to istna kopalnia cytatów, bon motów, powiedzeń, anegdot w duchu konserwatyzmu i sceptyczno-cynicznego realizmu. Zamieścił tam maksymę pisarza Alberta Heinricha Rauscha (ps. Henry Benrath), którą być może pocieszał się w chwilach, kiedy kubły pomyj wylewali na niego funkcjonariusze frontu ideologicznego: „Jak długo istnieje świat, kundle sikają na marmurowe ściany”.
Z powiedzeń samego HJS przytoczmy dwa:
„Socjologia to sztuka, aby rzecz, którą każdy rozumie i która każdego interesuje, tak wyrazić, że nikt już jej nie rozumie i nikogo już nie interesuje”.
„Głupota jest zawsze postępowa: postępuje naprzód”.
Pozostał wiecznym outsiderem, zawsze gdzieś pomiędzy frontami. Potrafił narazić się nawet swoim sojusznikom z tradycjonalistycznej prawicy, np. kiedy na początku lat 60. skrytykował przekonanie, że homoseksualizm jest chorobą i wystąpił z postulatem zniesienia paragrafu 175 kk penalizującego męskie stosunki homoseksualne, albo kiedy w 1962 roku przygotował nowe (po 45 latach) wydanie wielce kontrowersyjnej książki swojego dawnego adwersarza Hansa Blühera Rola erotyki w męskiej społeczności (w kontekście tych jego działań niektórzy przedstawiciele konserwatywnej prawicy zaczęli sugerować, że sam HJS ma „nienaturalną” orientację seksualną, co być może było prawdą). Kiedy HJS pisał o Blüherze, że żadna grupa, żaden kierunek nie mógł o nim powiedzieć „on jest nasz”, to trochę tak jakby pisał o sobie.
Deklarował, że nigdy nie interesuje go czy jego pogląd na jakąś sprawę jest nowoczesny i popularny; i rzeczywiście się tym nie interesował, miał ambicję stworzenia nowej interdyscyplinarnej metody „badania ducha czasu”, ale duchowi czasu nigdy się nie poddał. Stwierdził kiedyś, że na całe szczęście w każdej epoce żyją zawsze ekscentrycy, oryginały, ludzie nietypowi z samej swojej duchowo-intelektualnej substancji – odnosiło się to także do niego.
Natomiast nie odnosiło się do niego powiedzenie Ernsta Jüngera: „Są tacy, którzy myślą, że płyną pod prąd, a to jest tylko rynna z moczem”. On naprawdę płynął pod prąd. Miał też zapewne na myśli siebie, kiedy pisał o ludziach, których nie obejmują badania opinii publicznej, ponieważ nie rozumieją – z powodu ich niedorzeczności – pytań kierowanych do nich przez ankieterów.
Już pod koniec lat 50. lewicowy politolog Kurt Sontheimer ostrzegał go, że stanie się „kuriozum historii współczesnej”, no i stał się. I właśnie dlatego warto go – w przeciwieństwie do Sontheimera – czytać. Dlaczego był „kuriozum”? Ponieważ, jak wyznawał, od młodości towarzyszyło mu głębokie – kuriozalne dziś – przekonanie, że jego życie nie zaczęło się wraz z narodzinami, że jest ogniwem łańcucha sięgającego daleko wstecz.
Był „kuriozum” w czasach, o których pisał król pruski Fryderyk Wilhelm IV: „Taka jest osobliwa cecha teraźniejszej epoki, że więcej się daje i obiecuje niż samemu się posiada i ma do rozdania”. Był „kuriozum” w czasach, kiedy „kartki wyborcze wrzuca się do urn niczym kupony totolotka, a aparaty partyjne działają w mętnym półmroku, organizując makabryczne maskarady ideologii”. Ale cóż, „nie wybieramy sobie miejsca w biegu historii”.
Nie tracił jednak ducha: „porusza mnie i podnosi na duchu, że wciąż jeszcze są konserwatyści, którzy nie pozwalają na zerwanie tradycji, ale chcą przerzucić pomost – od przedwczoraj do pojutrza”. Tym, którzy roją sobie, że maszerując na czele postępu, na zawsze zdobyli prestiż, władzę i bogactwo, przypominał, że pod stworzonym światem trwa grzmiąca otchłań chaosu, w każdej chwili gotowa go pochłonąć. Pisał, że człowieka trawi nigdy nie nasycony głód wiary, sensu i prawdy. Człowiek zyskuje sens swojego istnienia poprzez służbę czemuś wyższemu niż on sam, określa go to, w co wierzy i na czym rozżarza się jego miłość.
W 1927 roku jako osiemnastolatek pisał: „nowa wolność nie polega na wyzwoleniu się z wszystkich przekazanych tradycją więzi, ale na dobrowolnym przyjęciu więzi z wiecznymi mocami i wyższymi wartościami, gdziekolwiek napotka je poszukujący”.
Temu przesłaniu był wierny przez całe życie.
Tomasz Gabiś
PRZEGLĄD NIEMIECKI – XXIV
Pierwodruk: „Arcana” nr 112-113, 2013
wtorek, 13 grudnia 2016
Gerd-Klaus Kaltenbrunner w poszukiwaniu świętego Graala
(...) Dodajmy tutaj, że postać dandysa jako wzór kulturowo-egzystencjalny była bliska Kaltenbrunnerowi, uważał wręcz, że to dandys zachował jeszcze pewne pojedyncze elementy, z których składały się dawne wzorcowe postaci – święty, bohater, mędrzec.
W latach 1981-85 opublikował trzytomowe dzieło Europa. Seine geistigen Quellen in Porträts aus zwei Jahrtausenden – zbiór ponad stu pięćdziesięciu kilku- lub kilkunastostronicowych portretów, a raczej biograficznych esejów lub wręcz mikromonografii poetów, pisarzy, filozofów, świętych, mistyków, artystów, uczonych ze wszystkich narodów Europy (Polskę reprezentuje hrabia August Cieszkowski). Pomieścił w nim – unikając wyuczonych uprzedzeń, politycznych przesądów, ideologicznych afektów – całe spektrum europejskiego ducha, we wszystkich jego odcieniach, odmianach, tonacjach. Po mistrzowsku łącząc „życie i twórczość”, znalazł miejsce zarówno dla ludzi znanych i wielkich, jak i dla postaci zapomnianych, dziwaków i outsiderów zepchniętych na margines lub do podziemia życia duchowego, dla Tomasza z Akwinu i Alfreda Schulera – „kosmika” i pogańskiego apokaliptyka, dla Hildegardy von Bingen i dla Ciorana. Nie oznacza to rzecz jasna, że wszyscy z nich są mu jednako bliscy. Najsilniej przyciągają go ci, którzy – jak na przykład de Maistre, Nietzsche, Donoso Cortés, Guénon, bracia Jüngerowie, Jacob Burckhardt – mają poczucie nieusuwalnej złożoności ludzkiego świata, godzą się z faktem, że nasza egzystencja daje się zracjonalizować jedynie fragmentarycznie, potrafią dostrzec sprzeczności, tragizm, a po części i demonizm, przenikające i rządzące historią, są radykalnie sceptyczni wobec „wielkich rozwiązań”.
W latach 1987-1992 opublikował drugą monumentalną trylogię Vom Geist Europas, zbiór ponad stu esejów poświęconych nieprzemijalnym wartościom Zachodu, czyli naszej „matczyny”, europejskim formom życia, krajobrazom, ideom, sylwetkom, tradycjom. Pragnął rozbudzić świadomość, że jesteśmy uczestnikami i dziedzicami ponadindywidualnej tradycji. „Pokolenie – pisał – które tej świadomości już nie zna, jest generacją Kaspara Hausera: wydziedziczoną, ślepą na wartości, sproletaryzowaną. Bez tradycji nie ma tożsamości”.
Już wcześniej pojawiał się u niego motyw chadzających własnymi drogami konserwatywnych samotników, konserwatywnych partyzantów, żyjących poza organizacjami i partiami, będących jednoosobowymi centrami oporu przeciwko wszechwładnej niwelacji społecznej i kulturalnej. I tę strategię wybrał. Zamiast fascynować się cybernetyką, pisze o Atenach i Sparcie jako o wzajemnie dopełniających się przeciwieństwach, o barokowym malarstwie, o magii zapachów, wonności i kadzideł w różnych religiach i kulturach („od olejku różanego do dezodorantu”), wygłasza „pochwałę snu” i „oświeconego obskurantyzmu”. Wędruje w przeszłość Europy, a może lepiej – w jej duchową głębię – aby wydobywać spod kurzu zapomnienia i przywracać życiu duchowemu zapomniane postaci, idee i wartości, tworzące całe bogactwo jej duchowej kultury. Skonstatuje:
Zachód (Abendland) nie istnieje już jako duchowa, metapolityczna i polityczna jedność. Upadł, chociaż na sposób inny niż przewidywał Oswald Spengler w swoim monumentalnym dziele. Koniec Zachodu nie oznacza jednak w żadnym razie, abyśmy mieli poddawać się rezygnacji. Stary, wielki Zachód zniknął, ale mamy przecież młodą, mniejszą Europę. Nie znamy nowych brzegów, ku którym zmierzamy. Lecz odwołanie się do tego, co zachodnie, co we wzorcowy sposób manifestuje się w Sofoklesie i Wergiliuszu, Augustynie i Mistrzu Eckharcie, w Antonellu i Goethem, może być czymś więcej niż tylko nostalgią lub historiograficzną erudycją. Zachód upadł, zaś Europa może tylko wówczas starać się o pozostanie Europą, jeśli kierować się będzie zachodnią tradycją. I dalej wyznawał: Są jeszcze europejscy ludzie, w których żyje zachodni duch. Do szczęśliwych zrządzeń losu w mym życiu zaliczam darowane mi wcześnie spotkania z tymi ludźmi. Nie tworzą oni żadnej partii, żadnej sekty, żadnego koleżeńskiego związku. Są wspólnotą indywidualności.
To oni z łagodną niezłomnością trwają przy przekonaniu, iż znakiem prawdziwej religii i kultury jest to, że hałas żyjących nie zagłusza szeptu umarłych. Kaltenbrunner naucza teraz, że człowiek konserwatywny woli stać na straconym posterunku, niż biec z duchem czasu; że „katastroficzne przeczucia nie przeszkadzają mu, niezależnie od tego, kim jest – szarym człowiekiem czy genialnym twórcą – wypełniać obowiązków dnia codziennego, a nawet pozostawić po sobie coś wartościowego, jakieś dziedzictwo, którym żywić się będą inni”.
Znamienne, że zjednoczenie Niemiec jedynie przyspieszyło ucieczkę na „wewnętrzną emigrację” pisarza, który w drugiej połowie lat 80. XX w., przed politycznym przełomem, raz jeszcze zabrał głos w kwestiach politycznych i historycznych. W 1986 roku włączył się w „spór historyków”, publikując na łamach „Rheinische Merkur” artykuł Strach przez martwym drapieżnikiem (martwy drapieżnik to oczywiście Adolf Hitler). W 1987 roku na łamach miesięcznika „MUT” opublikował głośny artykuł zatytułowany Czy Hitler określa dyrektywy naszej polityki?, przedrukowany potem przez inne prawicowe i konserwatywne periodyki.Tuż przed zjednoczeniem, w 1988 roku, pod jego redakcją ukazała się książka Was ist deutsch? Die Unvermeidlichkeit, eine Nation zu sein(Co jest niemieckie? O nieuchronności bycia narodem). W tym okresie po raz ostatni wypowiada się publicznie na temat narodowej i państwowej polityki, pisze o potrzebie „nowej niemieckiej lojalności” wobec narodu, atakuje oficjalny „rozrachunek z przeszłością”, podkreśla konieczność zerwania z tradycją samooskarżeń, postuluje, aby zaprzestać spoglądania na historię Niemiec wyłącznie przez pryzmat Trzeciej Rzeszy.
Potem nie napisał już żadnego publicystycznego artykułu (na co komu publicystyczne i felietonowe jęki jednodniówki), przestał troszczyć się o konserwatywny światopogląd i kształt konserwatywnej prawicy, całkowicie wycofał się z życia publicznego i politycznego, uciekł z „planowej gospodarki rynkowej” i współczesnej antykultury do „transcendentalnej gospodarki równoległej”, do szarej strefy ducha, której jeszcze nie kontrolują technokratyczni totalitaryści i kulturalni nihiliści. Czy miał to być akt samotnej, konserwatywnej rewolty przeciwko współczesnemu światu? Absolutne wyzwolenie spod „dyktatury aktualności”? Czy pójście za radą podziwianego przezeń Nicolása Gómeza Dávili, że walkę ze współczesnym światem trzeba toczyć w samotności, bo tam gdzie dwóch, tam zdrada?
Nad motywami „ucieczki” Kaltenbrunnera zastanawiał się w zeszłym roku na łamach kwartalnika konserwatywnej prawicy „Sezession” Götz Kubitschek, który w swoim wydawnictwie wznowił w 2008 roku jedną z jego książek. Kaltenbrunner, przypomina Kubitschek, wycofał się z życia publicznego i politycznego, nigdy jednak nie wyjaśnił motywów swojego kroku, nie tłumaczył się i nie usprawiedliwiał, milczał. Czy odszedł zawiedziony, że zjednoczenie Niemiec nie stało się żadnym przełomem i wszystko zostało po staremu? A może – domyśla się Kubitschek – doszedł do przekonania, że jakakolwiek forma uczestnictwa w działalności publicznej to marnotrawienie czasu na błahostki? Może ocenił, że jego, wcale nie taki mały, wpływ jako wydawcy i publicysty tak naprawdę niczego nie był w stanie zmienić (akurat na rok przed zjednoczeniem wydawnictwo Herdera zawiesiło publikowanie „Inicjatywy”)? A może po prostu uznał, że powiedział wszystko, co miał do powiedzenia w kwestiach politycznych? W politycznych zapewne tak, ale nie w innych. Połowa lat 90. XX w. to niezwykła erupcja twórczej energii Kaltenbrunnera: po wydaniu niewielkiej książeczki o „symbiozie dusz Katarzyny Emmerich i Clemensa Brentano”, opublikował w roku 1993 obszerną książkę Johannes ist sein Name. Priesterkönig, Gralshüter, Traumgestalt (Jan jest jego imię. Król-kapłan, strażnik Graala, postać marzenia), którą austriacki admirator jego twórczości „integralny tradycjonalista” Martin Schwarz zaliczył – obok Das Mysterium des Grals Juliusa Evoli i Templer und Rosenkreuzer Wolfganga Frommela – do najważniejszych i najwnikliwszych dzieł poświęconych, fundamentalnemu dla duchowej samoświadomości Europy, mitowi Graala. W trzy lata później pojawiło się liczące 1390 stron dzieło Dionysius vom Areopag. Das Unergründliche, die Engel und das Eine (Dionizy Areopagita.Niezgłębione, anioły, Jedno). Uważa się, że jest to jeden z najpiękniejszych, najsubtelniejszych i najgłębszych w naszej epoce manifestów europejskiej duchowości, w którym autor „z delikatną wrażliwością i niezwykłym znawstwem rozjaśnia metafizyczną tkankę czasów”. Wspomniany wyżej Martin Schwarz przyznał, że nie potrafi w piśmiennictwie niemieckim znaleźć czegoś porównywalnego. To dzieło życia, opus maximum, filozoficzno-teologiczno-literacka summa, symbioza i synteza, w której idee wyrażone są na sposób estetyczny, filozoficzny monolog przechodzi niezauważalnie w liryczną prozę lub modlitwę. Jak napisała komentatorka jego twórczości Magdalena Gmehling:
Czytelnik prowadzony jest do subtelnej medytacji i refleksji nad nauką Dionizego o ponadboskim, niezgłębionym, nadbytującym „Jednym”. Wiruje razem w korowodzie anielskich hierarchii pojmowanych jako „myśli Boga”. Transcendentalne rozświetlenie bytu, restytucja duchowo-duchownej tradycji pod mityczno-mistycznym znakiem, a wreszcie odczucie tego, co niezmienne i święte – oto, co porusza przekraczającą dogmaty filozofię Kaltenbrunnera, która nie zna topornego dualistycznego myślenia.
Swoim dziełem dołączył Kaltenbrunner do grona niemieckich, chrześcijańskich, teozoficznych i gnostycznych wizjonerów, proroków i „wtajemniczonych”. I całkowicie odsunął się od świata. A przecież tego „spirytualnego idealistę” i „metafizyka światła” lewicowy publicysta Claus Leggewie nazwał niegdyś „absolutną supergwiazdą nowego niemieckiego konserwatyzmu”. Kaltenbrunner publikował nie tylko w pismach konserwatywnych, jak „Zeitbühne”, „Criticón”, „Epoche”, czy konserwatywno-liberalnych jak „MUT”, ale również w czasopismach i gazetach głównego nurtu jak „Die Welt”, „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, „Rheinische Merkur”, występował w radio i telewizji, brał udział w licznych konferencjach, seminariach i publicznych debatach z udziałem znanych postaci establishmentu politycznego i kulturalnego, wygłaszał wykłady i prelekcje. Było w nim coś z „konserwatywnego dandysa” poruszającego się lekko po salonowym parkiecie.
W latach 80., kiedy odszedł w kierunku apolitycznego „wiecznego konserwatyzmu”, pochwalił go sam prezydent Richard von Weizsäcker, a kanclerz Kohl wysłał list do czasopisma „MUT”: „Wielce szanowny panie Kaltenbrunner, jako stały czytelnik »MUT« studiuję – częstokroć z wielką sympatią i aprobatą – Pańskie artykuły”. Kanclerz cenił je szczególnie za „zaangażowaną, acz rzeczową argumentację”, ponieważ jednak pewne sądy wydały mu się niesprawiedliwe lub nietrafne, zaprosił Kaltenbrunnera do siebie, aby mogli „w spokoju porozmawiać”. Nie wiemy, czy doszło do pogawędki z kanclerzem, wiemy, że gdyby chciał, Kaltenbrunner mógłby błyszczeć na salonach jako „konserwatywny dandys”. Tymczasem wycofał się do swojej klauzury w Kandern, w miasteczku liczącym 8 tys. mieszkańców, położonym w najdalszym, południowo-zachodnim krańcu Niemiec, w, graniczącym ze Szwajcarią i Alzacją, powiecie Lörrach, u podnóża Schwarzwaldu. W domu, stającym na skraju miasteczka, na końcu ulicy, która zaraz przechodzi w polną drogą biegnącą do lasu, nie ma komputera, telewizora, radia, telefonu, faksu i Internetu, dzwonka u drzwi. Mieszkaniec tego refugium, „świecki mnich” Gerd-Klaus Kaltenbrunner ze światem utrzymuje wyłącznie kontakt listowny (listy odbiera sam na poczcie), nie posiada samochodu, bardzo rzadko przyjmuje gości na rozmowę (oni zdradzili nam trochę szczegółów o jego dzisiejszym życiu). Pije herbatę z ziół, które sam zbiera, raczy się wyłącznie miejscowym winem, je najprostsze, bezmięsne potrawy. W 2007 roku odpowiedział na pytania konserwatywnego tygodnika „Junge Freiheit”, gdzie od czasu do czasu zamieszcza recenzje, notatki i zapisy lektur. Na pytanie o ojczyznę odpowiedział, że jest nią „mój ogród i moja biblioteka”. Kiedy w jednym z tekstów cytował jednego ze swoich ulubionych autorów, francuskiego moralistę i mistyka Josepha Jouberta: „Jeśli chcesz dobrze myśleć, mówić, pisać i działać, stwórz sobie najpierw odpowiednie miejsce”, miał na myśli zapewne to miejsce, w którym żyje. Przytaczał też inną myśl Jouberta: „Każdy płomień, jeśli ma świecić, potrzebuje pustej przestrzeni wokół siebie. Bez przestrzeni nie ma światła”. On też zbudował sobie pustą przestrzeń, by jego własne, wewnętrzne światło miało wystarczająco wiele miejsca. Wybrał „pustelnię”, ponieważ „jedynie w samotności potrafimy myśleć prawdy inne niż tylko taktyczne” (Nicolás Gómez Dávila). Być może zresztą za jego egzystencjalnymi wyborami kryje się coś jeszcze głębszego, jak utrzymuje bowiem pewien duchowny, który kilkakrotnie odwiedzał Kaltenbrunnera, któregoś dnia w latach 90. podczas spaceru po ogrodzie w życie pisarza nagle, jak ognisty grom, wtargnęło „ponadnaturalne światło”.
„Czytanie i modlitwa” są dlań dwoma wymiarami tej samej czynności duchowej; czyta dzieła klasyczne, brewiarz rzymski sprzed II Soboru Watykańskiego, psalmy, pisma Ojców Kościoła, mistyków i dawnych teologów, hymny kościelne, Dantego, Angelusa Silesiusa, Jakuba Böhme,pięciotomowy „Der Fränkische Koran” autorstwa zapomnianego poety i katolickiego mistyka Ludwiga Derletha (owoc prawie czterdziestoletniej pracy). Poza „Junge Freiheit”, pisuje do niszowych religijnych czasopism jak ewangelicki kwartalnik „Quatember. Viertlejahreshefte für Erneuerung und Einheit der Kirche” związany z Berneuchener Bewegung, do dwumiesięcznika „Vobiscum”, organu arcybiskupstwa Vaduz, wydawanego pod opieką arcybiskupa Wolfganga Haasa, w tradycjonalistycznym „Theologisches” i sedewakantystycznym „Einsicht” (organ Koła Przyjaciół Una Voce). Spod jego pióra wychodzą misterne miniatury apologetyczne i hagiograficzne (ulubioną świętą Kaltenbrunnera, której poświęcił całą książeczkę, jest święta Filomena), portrety pisarzy i myślicieli religijnych, mistyków, krótkie eseje poświęcone np. ikonie jako „oknu do transcendencji”, „tajemniczemu światu apokryfów”, sztuce sakralnej i liturgicznej itp. Określa się jako „chrześcijański ezoteryk” (w tym sensie, w jakim „ezoterykami” są Dionizy Areopagita lub Mistrz Eckhart) i „pogodny apokaliptyk”. Uważa się za członka Kościoła katolickiego, którego już prawie nie ma, nie realnego Kościoła papieży, lecz „Kościoła prawie niewidzialnego”, tożsamego z „ostatnią trzódką wiernych”, który mógłby – wedle jego propozycji wyrażonej na łamach „Einsicht” – nosić nazwę „Kościół integralno-katolicki”, „Kościół katolicko-ortodoksyjny” ewentualnie „Katolicki Kościół Czasów Ostatecznych”. Paralelę dla tego „Kościoła”, w którym za dziesięć, dwadzieścia lat możliwa będzie już tylko sukcesja„metaintelektualna” i mistyczna, dostrzega we wspólnotach rosyjskich staroobrzędowców.
Do tego punktu doszła niezwykła droga duchowa Gerda-Klausa Kaltenbrunnera; jeśli porównać jego sytuację z tą sprzed lat, to można powiedzieć, że wybrał milczenie. Pytany przez „Junge Freiheit”, jaka jest jego ulubiona muzyka, odpowiedział, „muzyka ciszy”. O tej muzyce pisał przed wielu laty w eseju „Grzech śmiertelny – hałas”:
Wszystko, co wielkie, rośnie w ciszy. Nie ma duchowej iluminacji, nie ma słowa brzemiennego w sens, które nie zawdzięczałoby siebie ciszy starszej niż świat. Język, który waży, otoczony jest wielką ciszą. Nie składa się tylko ze słów, lecz ze słów i milczenia. Tak, jak ukwiecona gałąź wiśni narysowana tuszem na japońskich rysunkach, pozornie izolowana drży na tle białego papieru. (…) Burza, morska kipiel nie hałasują. Ich dźwięki są tylko kontrapunktem owej wszechobejmującej ciszy, pierwotniejszej niż wszystkie zjawiska we wszechświecie. Kto się ku niej zbliży, zrozumie słowa proroka Izajasza, które tak lubił Goethe: „W spokoju jest wasze ocalenie, w ciszy i ufności jest siła wasza”. Czy odnalazł ją w swoim hortus inclusus?
Zanotował gdzieś: „Pisarz jest rodzajem anioła, który leci poprzez niebiosa, dotyka ziemi, po czym znowu odlatuje do domu”. Tę definicję można chyba odnieść do niego samego.
Tomasz Gabiś cały artykuł o Kaltenbrunnerze tutaj
Pierwodruk: „Arcana” nr 96 (2010).
W latach 1981-85 opublikował trzytomowe dzieło Europa. Seine geistigen Quellen in Porträts aus zwei Jahrtausenden – zbiór ponad stu pięćdziesięciu kilku- lub kilkunastostronicowych portretów, a raczej biograficznych esejów lub wręcz mikromonografii poetów, pisarzy, filozofów, świętych, mistyków, artystów, uczonych ze wszystkich narodów Europy (Polskę reprezentuje hrabia August Cieszkowski). Pomieścił w nim – unikając wyuczonych uprzedzeń, politycznych przesądów, ideologicznych afektów – całe spektrum europejskiego ducha, we wszystkich jego odcieniach, odmianach, tonacjach. Po mistrzowsku łącząc „życie i twórczość”, znalazł miejsce zarówno dla ludzi znanych i wielkich, jak i dla postaci zapomnianych, dziwaków i outsiderów zepchniętych na margines lub do podziemia życia duchowego, dla Tomasza z Akwinu i Alfreda Schulera – „kosmika” i pogańskiego apokaliptyka, dla Hildegardy von Bingen i dla Ciorana. Nie oznacza to rzecz jasna, że wszyscy z nich są mu jednako bliscy. Najsilniej przyciągają go ci, którzy – jak na przykład de Maistre, Nietzsche, Donoso Cortés, Guénon, bracia Jüngerowie, Jacob Burckhardt – mają poczucie nieusuwalnej złożoności ludzkiego świata, godzą się z faktem, że nasza egzystencja daje się zracjonalizować jedynie fragmentarycznie, potrafią dostrzec sprzeczności, tragizm, a po części i demonizm, przenikające i rządzące historią, są radykalnie sceptyczni wobec „wielkich rozwiązań”.
W latach 1987-1992 opublikował drugą monumentalną trylogię Vom Geist Europas, zbiór ponad stu esejów poświęconych nieprzemijalnym wartościom Zachodu, czyli naszej „matczyny”, europejskim formom życia, krajobrazom, ideom, sylwetkom, tradycjom. Pragnął rozbudzić świadomość, że jesteśmy uczestnikami i dziedzicami ponadindywidualnej tradycji. „Pokolenie – pisał – które tej świadomości już nie zna, jest generacją Kaspara Hausera: wydziedziczoną, ślepą na wartości, sproletaryzowaną. Bez tradycji nie ma tożsamości”.
Już wcześniej pojawiał się u niego motyw chadzających własnymi drogami konserwatywnych samotników, konserwatywnych partyzantów, żyjących poza organizacjami i partiami, będących jednoosobowymi centrami oporu przeciwko wszechwładnej niwelacji społecznej i kulturalnej. I tę strategię wybrał. Zamiast fascynować się cybernetyką, pisze o Atenach i Sparcie jako o wzajemnie dopełniających się przeciwieństwach, o barokowym malarstwie, o magii zapachów, wonności i kadzideł w różnych religiach i kulturach („od olejku różanego do dezodorantu”), wygłasza „pochwałę snu” i „oświeconego obskurantyzmu”. Wędruje w przeszłość Europy, a może lepiej – w jej duchową głębię – aby wydobywać spod kurzu zapomnienia i przywracać życiu duchowemu zapomniane postaci, idee i wartości, tworzące całe bogactwo jej duchowej kultury. Skonstatuje:
Zachód (Abendland) nie istnieje już jako duchowa, metapolityczna i polityczna jedność. Upadł, chociaż na sposób inny niż przewidywał Oswald Spengler w swoim monumentalnym dziele. Koniec Zachodu nie oznacza jednak w żadnym razie, abyśmy mieli poddawać się rezygnacji. Stary, wielki Zachód zniknął, ale mamy przecież młodą, mniejszą Europę. Nie znamy nowych brzegów, ku którym zmierzamy. Lecz odwołanie się do tego, co zachodnie, co we wzorcowy sposób manifestuje się w Sofoklesie i Wergiliuszu, Augustynie i Mistrzu Eckharcie, w Antonellu i Goethem, może być czymś więcej niż tylko nostalgią lub historiograficzną erudycją. Zachód upadł, zaś Europa może tylko wówczas starać się o pozostanie Europą, jeśli kierować się będzie zachodnią tradycją. I dalej wyznawał: Są jeszcze europejscy ludzie, w których żyje zachodni duch. Do szczęśliwych zrządzeń losu w mym życiu zaliczam darowane mi wcześnie spotkania z tymi ludźmi. Nie tworzą oni żadnej partii, żadnej sekty, żadnego koleżeńskiego związku. Są wspólnotą indywidualności.
To oni z łagodną niezłomnością trwają przy przekonaniu, iż znakiem prawdziwej religii i kultury jest to, że hałas żyjących nie zagłusza szeptu umarłych. Kaltenbrunner naucza teraz, że człowiek konserwatywny woli stać na straconym posterunku, niż biec z duchem czasu; że „katastroficzne przeczucia nie przeszkadzają mu, niezależnie od tego, kim jest – szarym człowiekiem czy genialnym twórcą – wypełniać obowiązków dnia codziennego, a nawet pozostawić po sobie coś wartościowego, jakieś dziedzictwo, którym żywić się będą inni”.
Znamienne, że zjednoczenie Niemiec jedynie przyspieszyło ucieczkę na „wewnętrzną emigrację” pisarza, który w drugiej połowie lat 80. XX w., przed politycznym przełomem, raz jeszcze zabrał głos w kwestiach politycznych i historycznych. W 1986 roku włączył się w „spór historyków”, publikując na łamach „Rheinische Merkur” artykuł Strach przez martwym drapieżnikiem (martwy drapieżnik to oczywiście Adolf Hitler). W 1987 roku na łamach miesięcznika „MUT” opublikował głośny artykuł zatytułowany Czy Hitler określa dyrektywy naszej polityki?, przedrukowany potem przez inne prawicowe i konserwatywne periodyki.Tuż przed zjednoczeniem, w 1988 roku, pod jego redakcją ukazała się książka Was ist deutsch? Die Unvermeidlichkeit, eine Nation zu sein(Co jest niemieckie? O nieuchronności bycia narodem). W tym okresie po raz ostatni wypowiada się publicznie na temat narodowej i państwowej polityki, pisze o potrzebie „nowej niemieckiej lojalności” wobec narodu, atakuje oficjalny „rozrachunek z przeszłością”, podkreśla konieczność zerwania z tradycją samooskarżeń, postuluje, aby zaprzestać spoglądania na historię Niemiec wyłącznie przez pryzmat Trzeciej Rzeszy.
Potem nie napisał już żadnego publicystycznego artykułu (na co komu publicystyczne i felietonowe jęki jednodniówki), przestał troszczyć się o konserwatywny światopogląd i kształt konserwatywnej prawicy, całkowicie wycofał się z życia publicznego i politycznego, uciekł z „planowej gospodarki rynkowej” i współczesnej antykultury do „transcendentalnej gospodarki równoległej”, do szarej strefy ducha, której jeszcze nie kontrolują technokratyczni totalitaryści i kulturalni nihiliści. Czy miał to być akt samotnej, konserwatywnej rewolty przeciwko współczesnemu światu? Absolutne wyzwolenie spod „dyktatury aktualności”? Czy pójście za radą podziwianego przezeń Nicolása Gómeza Dávili, że walkę ze współczesnym światem trzeba toczyć w samotności, bo tam gdzie dwóch, tam zdrada?
Nad motywami „ucieczki” Kaltenbrunnera zastanawiał się w zeszłym roku na łamach kwartalnika konserwatywnej prawicy „Sezession” Götz Kubitschek, który w swoim wydawnictwie wznowił w 2008 roku jedną z jego książek. Kaltenbrunner, przypomina Kubitschek, wycofał się z życia publicznego i politycznego, nigdy jednak nie wyjaśnił motywów swojego kroku, nie tłumaczył się i nie usprawiedliwiał, milczał. Czy odszedł zawiedziony, że zjednoczenie Niemiec nie stało się żadnym przełomem i wszystko zostało po staremu? A może – domyśla się Kubitschek – doszedł do przekonania, że jakakolwiek forma uczestnictwa w działalności publicznej to marnotrawienie czasu na błahostki? Może ocenił, że jego, wcale nie taki mały, wpływ jako wydawcy i publicysty tak naprawdę niczego nie był w stanie zmienić (akurat na rok przed zjednoczeniem wydawnictwo Herdera zawiesiło publikowanie „Inicjatywy”)? A może po prostu uznał, że powiedział wszystko, co miał do powiedzenia w kwestiach politycznych? W politycznych zapewne tak, ale nie w innych. Połowa lat 90. XX w. to niezwykła erupcja twórczej energii Kaltenbrunnera: po wydaniu niewielkiej książeczki o „symbiozie dusz Katarzyny Emmerich i Clemensa Brentano”, opublikował w roku 1993 obszerną książkę Johannes ist sein Name. Priesterkönig, Gralshüter, Traumgestalt (Jan jest jego imię. Król-kapłan, strażnik Graala, postać marzenia), którą austriacki admirator jego twórczości „integralny tradycjonalista” Martin Schwarz zaliczył – obok Das Mysterium des Grals Juliusa Evoli i Templer und Rosenkreuzer Wolfganga Frommela – do najważniejszych i najwnikliwszych dzieł poświęconych, fundamentalnemu dla duchowej samoświadomości Europy, mitowi Graala. W trzy lata później pojawiło się liczące 1390 stron dzieło Dionysius vom Areopag. Das Unergründliche, die Engel und das Eine (Dionizy Areopagita.Niezgłębione, anioły, Jedno). Uważa się, że jest to jeden z najpiękniejszych, najsubtelniejszych i najgłębszych w naszej epoce manifestów europejskiej duchowości, w którym autor „z delikatną wrażliwością i niezwykłym znawstwem rozjaśnia metafizyczną tkankę czasów”. Wspomniany wyżej Martin Schwarz przyznał, że nie potrafi w piśmiennictwie niemieckim znaleźć czegoś porównywalnego. To dzieło życia, opus maximum, filozoficzno-teologiczno-literacka summa, symbioza i synteza, w której idee wyrażone są na sposób estetyczny, filozoficzny monolog przechodzi niezauważalnie w liryczną prozę lub modlitwę. Jak napisała komentatorka jego twórczości Magdalena Gmehling:
Czytelnik prowadzony jest do subtelnej medytacji i refleksji nad nauką Dionizego o ponadboskim, niezgłębionym, nadbytującym „Jednym”. Wiruje razem w korowodzie anielskich hierarchii pojmowanych jako „myśli Boga”. Transcendentalne rozświetlenie bytu, restytucja duchowo-duchownej tradycji pod mityczno-mistycznym znakiem, a wreszcie odczucie tego, co niezmienne i święte – oto, co porusza przekraczającą dogmaty filozofię Kaltenbrunnera, która nie zna topornego dualistycznego myślenia.
Swoim dziełem dołączył Kaltenbrunner do grona niemieckich, chrześcijańskich, teozoficznych i gnostycznych wizjonerów, proroków i „wtajemniczonych”. I całkowicie odsunął się od świata. A przecież tego „spirytualnego idealistę” i „metafizyka światła” lewicowy publicysta Claus Leggewie nazwał niegdyś „absolutną supergwiazdą nowego niemieckiego konserwatyzmu”. Kaltenbrunner publikował nie tylko w pismach konserwatywnych, jak „Zeitbühne”, „Criticón”, „Epoche”, czy konserwatywno-liberalnych jak „MUT”, ale również w czasopismach i gazetach głównego nurtu jak „Die Welt”, „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, „Rheinische Merkur”, występował w radio i telewizji, brał udział w licznych konferencjach, seminariach i publicznych debatach z udziałem znanych postaci establishmentu politycznego i kulturalnego, wygłaszał wykłady i prelekcje. Było w nim coś z „konserwatywnego dandysa” poruszającego się lekko po salonowym parkiecie.
W latach 80., kiedy odszedł w kierunku apolitycznego „wiecznego konserwatyzmu”, pochwalił go sam prezydent Richard von Weizsäcker, a kanclerz Kohl wysłał list do czasopisma „MUT”: „Wielce szanowny panie Kaltenbrunner, jako stały czytelnik »MUT« studiuję – częstokroć z wielką sympatią i aprobatą – Pańskie artykuły”. Kanclerz cenił je szczególnie za „zaangażowaną, acz rzeczową argumentację”, ponieważ jednak pewne sądy wydały mu się niesprawiedliwe lub nietrafne, zaprosił Kaltenbrunnera do siebie, aby mogli „w spokoju porozmawiać”. Nie wiemy, czy doszło do pogawędki z kanclerzem, wiemy, że gdyby chciał, Kaltenbrunner mógłby błyszczeć na salonach jako „konserwatywny dandys”. Tymczasem wycofał się do swojej klauzury w Kandern, w miasteczku liczącym 8 tys. mieszkańców, położonym w najdalszym, południowo-zachodnim krańcu Niemiec, w, graniczącym ze Szwajcarią i Alzacją, powiecie Lörrach, u podnóża Schwarzwaldu. W domu, stającym na skraju miasteczka, na końcu ulicy, która zaraz przechodzi w polną drogą biegnącą do lasu, nie ma komputera, telewizora, radia, telefonu, faksu i Internetu, dzwonka u drzwi. Mieszkaniec tego refugium, „świecki mnich” Gerd-Klaus Kaltenbrunner ze światem utrzymuje wyłącznie kontakt listowny (listy odbiera sam na poczcie), nie posiada samochodu, bardzo rzadko przyjmuje gości na rozmowę (oni zdradzili nam trochę szczegółów o jego dzisiejszym życiu). Pije herbatę z ziół, które sam zbiera, raczy się wyłącznie miejscowym winem, je najprostsze, bezmięsne potrawy. W 2007 roku odpowiedział na pytania konserwatywnego tygodnika „Junge Freiheit”, gdzie od czasu do czasu zamieszcza recenzje, notatki i zapisy lektur. Na pytanie o ojczyznę odpowiedział, że jest nią „mój ogród i moja biblioteka”. Kiedy w jednym z tekstów cytował jednego ze swoich ulubionych autorów, francuskiego moralistę i mistyka Josepha Jouberta: „Jeśli chcesz dobrze myśleć, mówić, pisać i działać, stwórz sobie najpierw odpowiednie miejsce”, miał na myśli zapewne to miejsce, w którym żyje. Przytaczał też inną myśl Jouberta: „Każdy płomień, jeśli ma świecić, potrzebuje pustej przestrzeni wokół siebie. Bez przestrzeni nie ma światła”. On też zbudował sobie pustą przestrzeń, by jego własne, wewnętrzne światło miało wystarczająco wiele miejsca. Wybrał „pustelnię”, ponieważ „jedynie w samotności potrafimy myśleć prawdy inne niż tylko taktyczne” (Nicolás Gómez Dávila). Być może zresztą za jego egzystencjalnymi wyborami kryje się coś jeszcze głębszego, jak utrzymuje bowiem pewien duchowny, który kilkakrotnie odwiedzał Kaltenbrunnera, któregoś dnia w latach 90. podczas spaceru po ogrodzie w życie pisarza nagle, jak ognisty grom, wtargnęło „ponadnaturalne światło”.
„Czytanie i modlitwa” są dlań dwoma wymiarami tej samej czynności duchowej; czyta dzieła klasyczne, brewiarz rzymski sprzed II Soboru Watykańskiego, psalmy, pisma Ojców Kościoła, mistyków i dawnych teologów, hymny kościelne, Dantego, Angelusa Silesiusa, Jakuba Böhme,pięciotomowy „Der Fränkische Koran” autorstwa zapomnianego poety i katolickiego mistyka Ludwiga Derletha (owoc prawie czterdziestoletniej pracy). Poza „Junge Freiheit”, pisuje do niszowych religijnych czasopism jak ewangelicki kwartalnik „Quatember. Viertlejahreshefte für Erneuerung und Einheit der Kirche” związany z Berneuchener Bewegung, do dwumiesięcznika „Vobiscum”, organu arcybiskupstwa Vaduz, wydawanego pod opieką arcybiskupa Wolfganga Haasa, w tradycjonalistycznym „Theologisches” i sedewakantystycznym „Einsicht” (organ Koła Przyjaciół Una Voce). Spod jego pióra wychodzą misterne miniatury apologetyczne i hagiograficzne (ulubioną świętą Kaltenbrunnera, której poświęcił całą książeczkę, jest święta Filomena), portrety pisarzy i myślicieli religijnych, mistyków, krótkie eseje poświęcone np. ikonie jako „oknu do transcendencji”, „tajemniczemu światu apokryfów”, sztuce sakralnej i liturgicznej itp. Określa się jako „chrześcijański ezoteryk” (w tym sensie, w jakim „ezoterykami” są Dionizy Areopagita lub Mistrz Eckhart) i „pogodny apokaliptyk”. Uważa się za członka Kościoła katolickiego, którego już prawie nie ma, nie realnego Kościoła papieży, lecz „Kościoła prawie niewidzialnego”, tożsamego z „ostatnią trzódką wiernych”, który mógłby – wedle jego propozycji wyrażonej na łamach „Einsicht” – nosić nazwę „Kościół integralno-katolicki”, „Kościół katolicko-ortodoksyjny” ewentualnie „Katolicki Kościół Czasów Ostatecznych”. Paralelę dla tego „Kościoła”, w którym za dziesięć, dwadzieścia lat możliwa będzie już tylko sukcesja„metaintelektualna” i mistyczna, dostrzega we wspólnotach rosyjskich staroobrzędowców.
Do tego punktu doszła niezwykła droga duchowa Gerda-Klausa Kaltenbrunnera; jeśli porównać jego sytuację z tą sprzed lat, to można powiedzieć, że wybrał milczenie. Pytany przez „Junge Freiheit”, jaka jest jego ulubiona muzyka, odpowiedział, „muzyka ciszy”. O tej muzyce pisał przed wielu laty w eseju „Grzech śmiertelny – hałas”:
Wszystko, co wielkie, rośnie w ciszy. Nie ma duchowej iluminacji, nie ma słowa brzemiennego w sens, które nie zawdzięczałoby siebie ciszy starszej niż świat. Język, który waży, otoczony jest wielką ciszą. Nie składa się tylko ze słów, lecz ze słów i milczenia. Tak, jak ukwiecona gałąź wiśni narysowana tuszem na japońskich rysunkach, pozornie izolowana drży na tle białego papieru. (…) Burza, morska kipiel nie hałasują. Ich dźwięki są tylko kontrapunktem owej wszechobejmującej ciszy, pierwotniejszej niż wszystkie zjawiska we wszechświecie. Kto się ku niej zbliży, zrozumie słowa proroka Izajasza, które tak lubił Goethe: „W spokoju jest wasze ocalenie, w ciszy i ufności jest siła wasza”. Czy odnalazł ją w swoim hortus inclusus?
Zanotował gdzieś: „Pisarz jest rodzajem anioła, który leci poprzez niebiosa, dotyka ziemi, po czym znowu odlatuje do domu”. Tę definicję można chyba odnieść do niego samego.
Tomasz Gabiś cały artykuł o Kaltenbrunnerze tutaj
Pierwodruk: „Arcana” nr 96 (2010).
Subskrybuj:
Posty (Atom)