Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aries. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Aries. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 kwietnia 2014

Kontemplacja obrzydliwości


Niektórzy poeci wszakże, jak wspomniany Pierre de Nesson, ustalili nowy związek pomiędzy rozkładem ciała po śmierci a zwykłymi przejawami życia. Gnicie zwłok nie jest dziełem ziemi:

Robaki, co się kryją w ziemi
Nie dotkną ciała, choćby mogły.

Zaczyna się we wnętrzu człowieka:

Stamtąd robaki wypełzają
Zżerając wprzódy je do głębi.

Istnieje tam od początku; człowiek i urodził się, i umrze w fetorze zgnilizny:

Och, ty cuchnąca z matki łona
Zarazo, brudem wykarmiona
Pierwej, nieżeli się narodzisz.

Substancje i ciecze powodujące zgniliznę kryją się pod skórą:

Hiob na swą szatę kupił skórę;
Płaszcz ów przepasał grubym sznurem ,
By ciała jego nie widziano.

Ponieważ ludzie nie zdają sobie z tego sprawy, obowiązkiem poetów, kaznodziejów i moralistów jest im to uzmysłowić:

Leży w tym brudzie, otoczony
Zgnilizną, kałem z każdej strony,
W smrodzie, plwocinach, nieczystości.
Miejże na wszystko to baczenie …
Spójrz, jak z wewnętrznych dróg, kanałów
Mazie cuchnące się pomału
Na zewnątrz ciała wydostają. 


Philippe Aries
Człowiek i śmierć
s. 130
tłumaczenie: Eligia Bąkowska

wtorek, 7 stycznia 2014

An embarrasingly graceless dying


Śmierć zbyt jawna, zbyt teatralna, zbyt hałaśliwa, nawet – i przede wszystkim – jeśli zachowuje godność, budzi u otoczenia emocje, które trudno mu pogodzić z własnym życiem zawodowym, a jeszcze trudniej z zawodowym życiem szpitala.

Śmierć została więc tak zorganizowana, aby można było pogodzić akcydentalne, czasem nieuniknione zjawisko z moralnym poczuciem bezpieczeństwa szpitala.

Szpitalny personel określił należyty sposób umierania, an acceptable style of facing death (Glaser i Srarauss); śmierć tego, kto udaje, że nie umrze. Będzie tym lepiej udawał, że sam o tym nie wie. Jego niewiedza jest więc dzisiaj bardziej potrzebna niż w czasach Iwana Ilicza. Jest dla niego bodźcem do wyzdrowienia, a dla leczącej go ekipy jednym z warunków jej sukcesu.

To, co dzisiaj nazywamy dobrą śmiercią, piękną śmiercią, dokładnie odpowiada dawnej śmierci przeklętej, mors repentina at improvisa, śmierci niepostrzeżonej. „Zmarł dziś w nocy we śnie; nie zbudził się. Miał najpiękniejszą śmierć, jaka może człowieka spotkać”.

Tymczasem dzisiaj taka łagodna śmierć trafia się rzadko, a to z powodu postępów medycyny. Trzeba więc jakoś zręcznie upodobnić szpitalną powolną śmierć do mors repentina. Na pewno najlepszy sposób to utrzymanie chorego w nieświadomości. Tę strategię wszakże uniemożliwia czasem jego diaboliczna zręczność w interpretowaniu zachowań lekarzy i pielęgniarek. Wówczas instynktownie, podświadomie zmuszają oni chorego, nad którym mają władzę i który stara się zdobyć ich względy, aby udawał, że nie wie. W niektórych przypadkach milczenie przeradza się w zmowę, w innych lęk przed usłyszeniem prawdy albo wezwaniem pomocy paraliżuje wszelką możliwość porozumienia.

Pacjenta utrzymują w bierności środki uspokajające, zwłaszcza pod koniec, gdy ból nie do wytrzymania zmusza go do „strasznego krzyku”, jak w przypadku Iwana Ilicza i pani Bovary. Morfina uśmierza ostre ataki, ale również odbiera przytomność umysłu, którą pacjent odzyskuje tylko chwilami.

Taki jest an acceptable style of death. Jego przeciwieństwo stanowi kłopotliwe i żenujące umieranie, an embarrasingly graceless dying, zła śmierć, śmierć szkaradna, nieelegancka i nietaktowna, śmierć wprowadzająca zamieszanie. Jest to śmierć chorego który wie. W jednych wypadkach buntuje się on, krzyczy, staje się agresywny, w innych – czego nie mniej obawia się lecząca go ekipa – akceptuje swoją śmierć, skupia na niej uwagę, odwraca się do ściany, przestaje interesować się otaczającym go światem, nie utrzymuje już z nim żadnej łączności. Lekarze i pielęgniarki z kolei nie mogą się pogodzić z tą odmową, która eliminuje ich i paraliżuje ich wysiłki. Widzą tu nienawistny im obraz śmierci, to zjawisko naturalne, podczas gdy oni uczynili je tylko przypadkiem chorobowym, który można wyleczyć, a przynajmniej trzeba w to wierzyć.

W przypadku, na szczęście najczęstszym, dobrej śmierci nie wiadomo już, gdzie kończy się życie, a zaczyna śmierć. Zresztą o to właśnie tu chodzi. D. Sudnow opowiada o młodej stażystce w amerykańskim szpitalu, której nie udawało się napoić ciężko rannego. Wzywa na pomoc instruktorkę. „Well, honey! Of course! He won't respond, he's been dead for twenty minutes”. (No cóż kochanie! On już się więcej nie odezwie, bo nie żyje od dwudziestu minut). Byłaby to śmierć piękna dla wszystkich, gdyby młoda stażystka nie dostała ataku nerwowego.

W szpitalach dla ubogich korzysta się z tych niejasnych sytuacji, aby wybrać najodpowiedniejszą chwilę na dokonanie pewnych czynności: na przykład na krótko przed śmiercią zamyka się umierającemu oczy, bo to łatwiej. Albo celuje się tak, aby raczej umierali wczesnym rankiem, tuż przed odejściem nocnej zmiany personelu; jest to lekceważące i karykaturalne postępowanie z zakładach niedostatecznie nadzorowanych i nie cieszących się dobrą sławą, w przytułkach dla opuszczonych starców. Ukazują one jednak, w swych prostackich rysach, „biurokratyzację” i formalistyczne traktowanie śmierci, management of death, nieodłącznie związane ze szpitalem jako instytucją i z medykalizacją śmierci; spotykamy je wszędzie. Śmierć nie należy już ani do umierającego – naprzód nieodpowiedzialnego, a potem nieprzytomnego – ani do rodziny przekonanej o swej bezradności. Śmierć jest uregulowana i zorganizowana przez biurokrację; kompetencja i humanitarność nie przeszkadzają jej w traktowaniu śmierci jako sprawy, która powinna przyczyniać jej jak najmniej kłopotu, w imię ogólnego dobra. „Społeczeństwo w swojej mądrości wypracowało skuteczne środki obrony przed codziennymi tragediami śmierci, aby mogło urzeczywistniać swoje cele bez emocji i przeszkód” (S. Levine, N.A Scotch).*

* R.S. Morrison w: The Dying Patient s. 207

Philippe Aries
Człowiek i śmierć
ss. 583-585
tłumaczenie:Eligia Bąkowska

piątek, 3 stycznia 2014

Odbierają mi moją śmierć




Przychodzi długa noc; Iwan Ilicz* w milczeniu znosi cierpienie i ohydę fizycznej choroby, i lęk metafizyczny. Nikt nie wspomaga go w drodze przez ten tunel prócz wiejskiego chłopca, Gierasima, który go dogląda. „Najcięższą męką dla Iwana Iwanowicza było kłamstwo, że on jest tylko chory, a nie umierający, i że ma tylko zachować spokój i przeprowadzać kurację, a z tego wyniknie coś bardzo pomyślnego [zasada, aby chorego traktować jak dziecko, a jego stanu nie uważać za groźny]. A Iwan Ilicz wiedział, że cokolwiek by czyniono, nic z tego nie wyniknie prócz jeszcze bardziej męczących cierpień i śmierci. To kłamstwo męczyło go i to, że nikt nie chciał się przyznać do tego, o czym wszyscy wiedzieli i o czym on wiedział, i że chciano go oszukiwać w jego okropnej sytuacji; chciano go oszukiwać i zmuszono go do brania udziału w tym kłamstwie. Kłamstwo, kłamstwo, to okłamywanie go w przededniu śmierci, kłamstwo, które sprowadziło ten straszny uroczysty akt śmierci do poziomu tych wszystkich ich wizyt, firanek, jesiotrów … było straszną męczarnią dla Iwana Ilicza. I rzecz dziwna, wile razy, kiedy tamci wyczyniali te błazeństwa, był o włos od tego, aby zawołać do nich: przestańcie kłamać, i wy wiecie, i ja wiem, że umieram, więc przynajmniej przestańcie kłamać. Ale nigdy nie miał dość odwagi, aby tak zrobić”. Sam został więźniem osobowości, jaką pozwolił sobie narzucić i którą sam sobie narzucił. Z czasem maska przylgnęła do jego twarzy i już nie można było jej zedrzeć. A więc skazany jest na kłamstwo. Porównajmy to zdanie zapisane w latach 1880 o kłamstwie poniżającym „ ten straszny uroczysty akt śmierci” z ostatnimi słowami ojca F. De Dainville wypowiedzianymi do ojce Ribes'a w 1973 roku, kiedy podłączony do różnych aparatów leżał na sali reanimacyjnej: „Odbierają mi moją śmierć”. Jak podobnie brzmią te słowa pomimo dzielących je prawie stu lat!


Philippe Aries
Człowiek i śmierć
ss. 564-565
tłumaczenie:Eligia Bąkowska

* Autor omawia tu znane opowiadanie Lwa Tołstoja Śmierć Iwana Ilicza

niedziela, 22 grudnia 2013

Początki makabry


Groźba śmierci, kruchość życia bywała już natchnieniem artystów rzymskich, którzy odtwarzali szkielet na brązowej czarce albo na domowej mozaice: carpe diem. Czy chrześcijanie nie znali tego uczucia, bo ich religia opierała się na obietnicy zbawienia? Tu i ówdzie znajdujemy postać śmierci wcielonej w jeźdźca apokalipsy. Na kapitelu Notre-Dame w Paryżu i na portalu z Sądem Ostatecznym w Amiens kobieta z zawiązanymi oczami porywa trupa, przerzuciwszy go za sobą przez siodło. Gdzie indziej jeździec trzyma w ręce wagę, aby sądzić, albo łuk, aby zabijać. Ale takich przedstawień jest bardzo niewiele, są dyskretne, marginesowe, komentują bez natręctwa komunały na temat humana mortalitas, śmiertelności ludzkiej.

Czy literatura wczesnego chrystianizmu jest bardziej wymowna? Stale występuje w niej myśl o marności ziemskiego życia, contemptus mundi. Zawiera obrazy, które podejmują wielcy poeci makabry.

Odylon z Cluny w wieku XI odsłania ludzką fizjologię w słowach, których nie powstydziłby się Pierre de Nesson: „Gdyby ktokolwiek zastanowił się, co ukrywa się w dziurkach od nosa, w gardle, w brzuchu, doszedłby do wniosku, że są tam tylko nieczystości …”. Ale chyba mniej chodzi tu o przygotowanie nas do śmierci niż o zniechęcenie mężczyzn do stosunków z kobietami, gdyż ów moralista ciągnie dalej: „A jeśli nie możemy nawet czubkiem palca dotknąć flegmy czy kału, jak przeto możemy pragnąć, aby obejmować worek łajna?”*

Podobnie łacińscy poeci XII wieku sławili melancholię upadłych wielkości: „Gdzież jest blask Babilonu? Gdzież jest straszliwy Nabuchodonozor i moc Dariusza, i ów Cyrus Wielki? Znikli niby koło obracane siłą. Sława ich pozostała …, lecz oni obrócili się w proch …, puste imiona tylko pozostały ...”.

A później Jacopone da Todi: „Powiedz gdzie jest Salomon, , taki niegdyś wspaniały? I gdzie jest Samson, niezwyciężony wódz?**

W klasztornych krużgankach nieustannie przypominano mnichom, których nęciło życie świeckie, jaką marnością są władza, bogactwo i piękność. Wkrótce inni mnisi, żebrzący, na krótko przed wielkim rozkwitem sztuki makabrycznej, wyjdą z klasztorów i, odwołując się do wyobraźni, spopularyzują wątki, które żywo przemówią do miejskich mas ludowych. Ale tematy poruszane przez tych kaznodziejów upodabniają się już do wątków makabrycznej poezji i należą do tej pozornie nowej kultury.

Możemy bez szkody pominąć tych nielicznych i mało reprezentatywnych twórców, którzy poprzedzili wielkie makabryczne działa XIV stulecia, jest zupełnie innej natury: to proch i pył, a nie rojąca się od robactwa zgnilizna.

*Huizinga Jesień średniowiecza, przeł. T Brzostowski, Warszawa 1964, a179
** Tamże, s 177 i 178

Philippe Aries
Człowiek i śmierć
ss. 121-122
tłumaczenie:Eligia Bąkowska

piątek, 13 grudnia 2013

O filmie "Dying"


[Dnia 29 kwietnia 1976 roku jedna z z sieci telewizji amerykańskiej nadała blisko godzinny film pod tytułem Dying, który zyskał wielki rozgłos, szczególnie w prasie, chociaż wielu Amerykanów nie chciało go obejrzeć albo udawało, że go nie zna.] (…)

Dwa pozostałe przypadki nie mają nic wspólnego z dawnymi albo znanymi wzorcami. Przeciwnie, znamionują zupełnie nową, dzisiejszą śmierć wśród ludzi młodych, w zamożnym środowisku golden suburbs, przedmieść ludzi bogatych.

Pierwszy z nich to dziewczyna lat około trzydziestu, mieszkająca z matką, chora na raka mózgu. Czaszkę ma ogoloną i zapadającą się po przebytej operacji, ciało na wpół sparaliżowane, słowa wymawia z trudnością, ale opowiada nam bez żądnego skrępowania, nawet obojętnie, o swoim życiu, o śmierci, której spodziewa się z dnia na dzień: boi się, ponieważ musi umrzeć, wszystko jedno kiedy, byle nieświadomie, we śnie.

Zadziwia nas jej odwaga, ale jeszcze bardziej zupełny brak emocji, jak gdyby śmierć była czymś zwyczajnym, bez większego znaczenia. Ta mors ut nihil podobna jest do omnia ut nihil z wieku XVII, z tą różnicą, że nihil straciło swój tragiczny sens i stało się całkiem zwyczajne.

Chora byłaby bardzo samotna, gdyby nie milcząca i czujna obecność matki; w miarę postępów choroby staje się bezradna jak małe dziecko albo zwierzątko karmione łyżeczką: umie już tylko otworzyć usta. Poza porozumieniem łączącym matkę z córką, poza ich łzami i zwierzeniami panuje samotność pustych pięknych domów i wielkich wyludnionych ogrodów. Nikogo, absolutnie nikogo.

Drugi przypadek oglądamy w podobnym środowisku, w domu człowieka w tym samym wieku, również chorego na raka mózgu, ale żonatego, ojca dwóch około dziesięcioletnich chłopców. Żona, głęboko wstrząśnięta (i może pod wpływem oka kamery), stara się nie okazywać wzruszenia i zachowywać się trzeźwo i praktycznie. Któregoś wieczora telefonuje z domu do męża przebywającego w szpitalu i zawiadamia go, że udało się jej nabyć miejsce na cmentarzu – tonem tak swobodnym, jakby chodziło o rezerwację w hotelu; nie wyprowadziła nawet dzieci, które bawią się, jakby nic nie słyszały...

Tymczasem nieszczęsna istota, zachowując te pozory, bliska jest zupełnego załamania. Któregoś dnia, nie mogąc już znieść tego dłużej, idzie do lekarza – kamera za nią – aby mu wykrzyczeć swój bunt: jej mąż, zbyt osłabiony, zobojętniał i nie bierze już udziału w życiu rodzinnym. A przecież ta ciągnąca się w nieskończoność choroba nie pozwala jej wyjść po raz drugi za mąż, dać innego ojca dzieciom, jutro zaś może być za późno. Odgadujemy jej pragnienie, którego lekarz nie chce zrozumieć.

W końcowych scenach znowu widzimy chorego; po ostatniej kuracji w szpitalu wrócił do pięknego domu i pięknego ogrodu i zamknął się w milczeniu, którego już nie porzuci. Nie ma tu cichego porozumienia, jakie panowało w poprzednim przykładzie między matką a córką. Samotność jest absolutna.

Nowością ukazaną w Dying jest nie tyle ta samotność, co chęć przybliżenia ludziom spraw śmierci, mówienia o nich w sposób naturalny zamiast ukrywania ich. W rzeczywistości jednak różnica jest mniejsza, niżby się mogło wydawać, i ekshibicjonizm osiąga ten sam cel, co milczenie narzucone przez zakaz: tłumienie wzruszeń, znieczulanie bólu. A wtedy bezwstyd Dying wydaje się bardziej celowy niż wstydliwość będąca skutkiem nakazu. Lepiej udaje mu się zrywać wszelką łączność; on zapewnia najdoskonalszą izolację umierającego.

Dwie postawy, w gruncie rzeczy bardzo sobie bliskie, w równym stopniu wyrażają niepokój wywołany trwałą obecnością śmierci w świecie, który eliminuje zło: zło moralne, piekło i grzech w wieku XIX, a zło fizyczne, cierpienie i chorobę w wieku XX (albo XXI). Śmierć powinna była odejść wraz ze złem, z którym w wierzeniach zawsze ją łączono, i z kolei też zniknąć; tymczasem ona trwa i wcale się nie wycofuje. Jej trwanie wydaje się więc jakąś hańbą, wobec której mamy do wyboru dwie postawy: pierwsza to postępować tak, jakby nie istniała, wygnać ją z życia codziennego. Drugą przedstawiono w Dying: uznać ją za fakt realny, ale sprowadzić do rozmiarów sprawy mało ważnej, równie pospolitej, jak koniecznej.

Fragment książki: Człowiek i śmierć
autor Philippe Aries
ss. 588-589
tłumaczenie: Eligia Bąkowska
wydawnictwo Aletheia