wtorek, 7 stycznia 2014

An embarrasingly graceless dying


Śmierć zbyt jawna, zbyt teatralna, zbyt hałaśliwa, nawet – i przede wszystkim – jeśli zachowuje godność, budzi u otoczenia emocje, które trudno mu pogodzić z własnym życiem zawodowym, a jeszcze trudniej z zawodowym życiem szpitala.

Śmierć została więc tak zorganizowana, aby można było pogodzić akcydentalne, czasem nieuniknione zjawisko z moralnym poczuciem bezpieczeństwa szpitala.

Szpitalny personel określił należyty sposób umierania, an acceptable style of facing death (Glaser i Srarauss); śmierć tego, kto udaje, że nie umrze. Będzie tym lepiej udawał, że sam o tym nie wie. Jego niewiedza jest więc dzisiaj bardziej potrzebna niż w czasach Iwana Ilicza. Jest dla niego bodźcem do wyzdrowienia, a dla leczącej go ekipy jednym z warunków jej sukcesu.

To, co dzisiaj nazywamy dobrą śmiercią, piękną śmiercią, dokładnie odpowiada dawnej śmierci przeklętej, mors repentina at improvisa, śmierci niepostrzeżonej. „Zmarł dziś w nocy we śnie; nie zbudził się. Miał najpiękniejszą śmierć, jaka może człowieka spotkać”.

Tymczasem dzisiaj taka łagodna śmierć trafia się rzadko, a to z powodu postępów medycyny. Trzeba więc jakoś zręcznie upodobnić szpitalną powolną śmierć do mors repentina. Na pewno najlepszy sposób to utrzymanie chorego w nieświadomości. Tę strategię wszakże uniemożliwia czasem jego diaboliczna zręczność w interpretowaniu zachowań lekarzy i pielęgniarek. Wówczas instynktownie, podświadomie zmuszają oni chorego, nad którym mają władzę i który stara się zdobyć ich względy, aby udawał, że nie wie. W niektórych przypadkach milczenie przeradza się w zmowę, w innych lęk przed usłyszeniem prawdy albo wezwaniem pomocy paraliżuje wszelką możliwość porozumienia.

Pacjenta utrzymują w bierności środki uspokajające, zwłaszcza pod koniec, gdy ból nie do wytrzymania zmusza go do „strasznego krzyku”, jak w przypadku Iwana Ilicza i pani Bovary. Morfina uśmierza ostre ataki, ale również odbiera przytomność umysłu, którą pacjent odzyskuje tylko chwilami.

Taki jest an acceptable style of death. Jego przeciwieństwo stanowi kłopotliwe i żenujące umieranie, an embarrasingly graceless dying, zła śmierć, śmierć szkaradna, nieelegancka i nietaktowna, śmierć wprowadzająca zamieszanie. Jest to śmierć chorego który wie. W jednych wypadkach buntuje się on, krzyczy, staje się agresywny, w innych – czego nie mniej obawia się lecząca go ekipa – akceptuje swoją śmierć, skupia na niej uwagę, odwraca się do ściany, przestaje interesować się otaczającym go światem, nie utrzymuje już z nim żadnej łączności. Lekarze i pielęgniarki z kolei nie mogą się pogodzić z tą odmową, która eliminuje ich i paraliżuje ich wysiłki. Widzą tu nienawistny im obraz śmierci, to zjawisko naturalne, podczas gdy oni uczynili je tylko przypadkiem chorobowym, który można wyleczyć, a przynajmniej trzeba w to wierzyć.

W przypadku, na szczęście najczęstszym, dobrej śmierci nie wiadomo już, gdzie kończy się życie, a zaczyna śmierć. Zresztą o to właśnie tu chodzi. D. Sudnow opowiada o młodej stażystce w amerykańskim szpitalu, której nie udawało się napoić ciężko rannego. Wzywa na pomoc instruktorkę. „Well, honey! Of course! He won't respond, he's been dead for twenty minutes”. (No cóż kochanie! On już się więcej nie odezwie, bo nie żyje od dwudziestu minut). Byłaby to śmierć piękna dla wszystkich, gdyby młoda stażystka nie dostała ataku nerwowego.

W szpitalach dla ubogich korzysta się z tych niejasnych sytuacji, aby wybrać najodpowiedniejszą chwilę na dokonanie pewnych czynności: na przykład na krótko przed śmiercią zamyka się umierającemu oczy, bo to łatwiej. Albo celuje się tak, aby raczej umierali wczesnym rankiem, tuż przed odejściem nocnej zmiany personelu; jest to lekceważące i karykaturalne postępowanie z zakładach niedostatecznie nadzorowanych i nie cieszących się dobrą sławą, w przytułkach dla opuszczonych starców. Ukazują one jednak, w swych prostackich rysach, „biurokratyzację” i formalistyczne traktowanie śmierci, management of death, nieodłącznie związane ze szpitalem jako instytucją i z medykalizacją śmierci; spotykamy je wszędzie. Śmierć nie należy już ani do umierającego – naprzód nieodpowiedzialnego, a potem nieprzytomnego – ani do rodziny przekonanej o swej bezradności. Śmierć jest uregulowana i zorganizowana przez biurokrację; kompetencja i humanitarność nie przeszkadzają jej w traktowaniu śmierci jako sprawy, która powinna przyczyniać jej jak najmniej kłopotu, w imię ogólnego dobra. „Społeczeństwo w swojej mądrości wypracowało skuteczne środki obrony przed codziennymi tragediami śmierci, aby mogło urzeczywistniać swoje cele bez emocji i przeszkód” (S. Levine, N.A Scotch).*

* R.S. Morrison w: The Dying Patient s. 207

Philippe Aries
Człowiek i śmierć
ss. 583-585
tłumaczenie:Eligia Bąkowska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.