Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 maja 2017

Rewizjoniści - zwierzyna łowna bez okresu ochronnego


Nurtuje mnie pewna wątpliwość. Otóż powszechnie wiadomo (przynajmniej tak głoszą zdobni w srebrne brody gerontowie), że rewizjoniści Holocaustu są „kłamcami” lub „zaprzeczaczami prawd oczywistych”. Logicznie więc zasługują na ignorowanie, tudzież zamknięcie w małym światku chorych idei. Tymczasem dzieje się inaczej.

Rewizjoniści od kilkudziesięciu już lat „robią” za łowną zwierzynę bez okresu ochronnego. Można na nich zasadzić się z kolczastym paragrafem prawnym, tropić w gimnazjach i na wyższych uczelniach, katować w ustronnych miejscach, a nawet potraktować obrzynem. Dotyczy to także tych, którzy – bynajmniej nie podzielając wrażych poglądów – starają się obiektywnie przedstawić punkt widzenia ofiary albo ośmielają się protestować przeciwko niekontrolowanym, wprawiającym jurnych egzekutorów w stan geriatrycznego podniecenia polowaniom. Cóż, jeżeli nie w łóżku (nie te lata), to przynajmniej z flintą przy ramieniu.

Mamy zatem sytuację paradoksalną: z jednej strony rewizjoniści to oczywiści kłamcy („powszechnie wiadomo”), a więc ludzie niegroźni (tak samo jak osobnikiem niegroźnym jest zwolennik teorii, że ojcem Karola Darwina był goryl „Magilla”, a Iwana Pawłowa pies „Pluto”), z drugiej traktuje się ich ze śmiertelną – to dobre słowo w tym miejscu – powagą. Powiem więcej: muszą być nosicielami szczególnego kłamstwa, które – jak już nadmieniłem – nie jest groźne, czyli… jest groźne. Oto paranoja właściwa elitom rządzącym współczesnym światem.

Dzisiejsi demoliberalni inkwizytorzy są dla rewizjonistyczno-antyholocaustycznych adwersarzy bezwzględni. Łączą w sobie najgorsze cechy marrana Torquemady, Savonaroli i Jana Kalwina. Przekonują się o tym coraz to nowe szeregi nonkonformistów, którzy delikatnie przypominają, że przynajmniej mają prawo wątpić w prawdy podane na wypucowanej do granic nieprzyzwoitości tacy. Wiadomo: nie wszystko co się świeci jest piękne – jak mawia mój znajomy kynolog. Otóż – nie mają takiego prawa! Nowy totalitaryzm nie znosi wahań i kontestacji (chyba, że jest to kontestacja ostatnich placówek antypoprawnej politycznie rzeczywistości). Gdy trzeba – unosi szablę sprawiedliwości i tnie przez łeb z wprawą małego rycerza ze stepowych stanic.

Fizyczna przemoc lub propagandowe ględzenie właściwe kostycznym użytkownikom kleju do protez zębowych zastępują merytoryczną dyskusję. A wszystkiemu ze zgrozą przyglądają się prominentni „odważni inaczej” oraz skołowana publiczność, którą – co zrozumiałe – historyczne spory obchodzą tyle, co urodziny wuja kuzyna ciotki Tekli. Pełne wyliczenie przykładów represji, jakim poddawani są rewizjoniści Holocaustu od 25 lat wystarczyłoby na napisanie sporych rozmiarów „Czarnej Księgi”. Ten dokument hańby końca XX wieku – doprawdy „piękne” uzupełnienie praktyk komunizmu, hitleryzmu i faszyzmu – czeka na odważnego autora. Najlepiej z jakiegoś Komitetu Helsińskiego… bo – czcigodni obrońcy Żydów, Cyganów, dzieci i molestowanych seksualnie kobiet – to nie rewizjoniści biją, to oni są bici.

To nie Francois Duprat, jeden z pierwszych francuskich rewizjonistów Holocaustu, podkładał bomby. To jemu podłożono ładunek wybuchowy pod samochód. W następstwie zginął on, a jego żona została poważnie ranna. To nie David Irving szalał z młotem w ręku po ulicach Londynu. To jemu politycznie poprawny drań wywrócił do góry nogami mieszkanie, a inny pobił w restauracji. To nie Ernst Zuendel – cokolwiek by o nim nie powiedzieć – zabawiał się w bombiarza. To jemu fachowo wysadzono w roku 1995 w powietrze dom w Toronto. To nie członkowie Institute for Historical Review z Kalifornii nawoływali do gwałtu. To im w roku 1984 zafundowano wybuch, ofiarą którego padł budynek Instytutu oraz magazyn książek. To nie Robert Faurisson w towarzystwie psa pobił w parku bandę opryszków. To oni skatowali ciężkimi buciorami nobliwego profesora, deformując mu twarz. To nie Michel Cagnet, student Sorbony i rewizjonistyczny badacz-amator, zaczaił się na żydowskie komando z butelką kwasu solnego w kieszeni. To jemu spalono twarz. To nie rewizjoniści Holocaustu anulują uczonym uczciwie uzyskane tytuły doktorskie. To oni są ich pozbawiani. To nie oni wyrzucają niepokornych z wyższych uczelni i z gimnazjów. Sami są wyrzucani. To nie, to nie, to nie…

Być może za wcześnie o tym pisać. Polityczna poprawność zdaje się święcić tryumfy. Ale nadejdzie taki czas, gdy padnie z kretesem – jak wszystko, co sztuczne i głupie zarazem. Jej filary, dzisiaj z cicha podmywane, jutro runą jeden po drugim w świetle jupiterów. Życie nie może opierać się na intelektualnym zakazie mówienia, pisania, a przede wszystkim zdroworozsądkowego myślenia. I wtedy zaczniemy rozmawiać. Sire ira et studio.




piątek, 24 lutego 2017

Hellstorm: the Death of Nazi Germany, 1944-1947


Norymberga - zbrodnia żydowska w imieniu prawa

Artykuł Lashy Darkmoon

Zeznania w Norymberdze zdobywano dzięki torturom. Najgorszymi z tych tortur, prowadzonymi w większości przez żydowskich agentów na niemieckich jeńcach wojennych, było miażdżenie jąder.

„Legenda holokaustu jest zbudowana na ‚wyznaniach’ zdobytych torturami„. Tak rozpoczyna się artykuł przysłany mi przez nieznanego emailera. [http://exposing-the-holocaust-hoax-archive.blogspot.co.uk/2015/06/the-holocaust-legend-is-built-on.html]

W tym samym czasie, przez zwykły przypadek, inny korespondent przysłał mi obrzydliwe szczegóły o miażdżeniu jąder. Swój list kończy tymi słowami: „To zrobili żydowscy śledczy swoim niemieckim jeńcom wojennym po II wojnie światowej żeby zmusić ich do „śpiewania”, czyli przyznania się do zbrodni których nigdy nie popełnili”.

Te słowa nieco mnie zszokowały. Prawdę mówiąc, miażdżenie jąder to nie coś o czym dużo myślałam, ani nie chciałam rozwodzić się zbyt dużo nad tym przykrym tematem. Oczywiście, wiem, że w Norymberdze było dużo miażdżenia jąder żeby wymusić zeznania z pokonanych Niemców, ale nie wiedziałam, że amerykańscy Żydzi byli najwybitniejsi w szeregach tych oprawców.

Najwyraźniej aż trzech na czterech śledczych w Norymberdze było Żydami, i ci żydowscy śledczy, dowiedziałam się ku mojemu przerażeniu, byli najbardziej krwawymi i największymi sadystami. Tam niemal nie było poziomu ludzkiej nieprawości, do którego te potwory nie schodzili chętnie, łącznie z ze zmuszaniem niemieckich ofiar do zjadania ekskrementów i seksu z ekshumowanymi zwłokami. (zob. poniżej)

Tak, więc to jest coś o czym powinniśmy pamiętać kiedy oglądamy wszystkie te hollywoodzkie filmy świętujące bohaterskie czyny aliantów w II wojnie światowej i lamentujące nad horrorem holokaustu: że żydowscy śledczy, pracując dla Amerykanów, znani są z tego że bili, torturowali i miażdżyli jądra niemieckim oskarżonym zanim oskarżyli ich w Norymberdze o zbrodnie wojenne. Bez tych ‚wyznań’ zdobytych ekstremalnymi torturami, nie ma solidnego dowodu na to, że żydowski holokaust w ogóle miał miejsce. Jest tylko legenda, pogłoski i „opowieści naocznych świadków” oparte na czystej fantazji, fikcji i groteskowej przesadzie.

Orędownicy oficjalnej fabuły mówią, że najmocniejsze „dowody” na holokaust, czyli systematyczną eksterminację 6 mln Żydów w komorach gazowych z polecenia Hitlera, składają się z rzekomych „wyznań” niemieckich funkcjonariuszy zdobytych ekstremalnymi torturami. Faktycznie, zdaniem żydowskiego śledczego Johna Stacka, tortury stosowano dla własnego dobra, nawet kiedy nie było nic do wykazania [practiced for its own sake]. Praktykowano je dla czystej przyjemności: bo dawały oprawcom „haja”, poczucie sadystycznej wszechmocy, euforię orgazmu.

Od tego czasu otwarcie potwierdzono to w dziennikach czołowego brytyjskiego funkcjonar-iusza, płk Alexandra Scotlanda, który kierował programem przesłuchań, że tysiące Niemców torturował brytyjski wywiad wojskowy [tortured by British Military Intelligence], pod nadzorem Sekcji Przesłuchań Jeńców Wojennych (PWIS). Te tortury niemieckich jeńców wojennych miały miejsce podczas wojny żeby zdobyć informacje wojskowe. Po zakończeniu wojny zastosowano ich jeszcze raz, żeby zdobyć zeznania do skazania za „zbrodnie wojenne”.

Niemieccy jeńcy informowali, że techniki tortur obejmowały pozbawianie snu, głodzenie, systematyczne bicie, wyrywanie z głowy włosów, groźby użycia rozpalonych do czerwoności metalowych prętów, groźby użycia urządzeń elektrycznych by wywołać wstrząsy, i w końcu najgorsze tortury ze wszystkich, powolne i systematyczne „maglowanie” przewodów nasiennych jąder – procedura prowadząca ofiary do ciskania się i wrzasków godzinami jak dzikie zwierzęta.

Prokuratorzy w Norymberdze oskarżali i skazywali Niemców za mord około 4 mln ludzi w Auschwitz. Te zarzuty opierały się na rzekomych „wyznaniach” zdobytych torturowaniem niemieckich oficerów, takich jak podpisane „wyznanie” Rudolfa Hössa [signed “confession” by Rudolf Höss], komendanta Auschwitz, podające szczegóły jak osobiście zamordował 2.5 mln Żydów.

Ale w 1989, sowiecki rząd zmniejszył liczbę zabitych w Auschwitz z 4 mln do 1.5 mln. (zdjęcie poniżej). Później zmniejszono ją do 1 mln.

Natychmiast stało się oczywiste, że gdyby w Auschwitz zmarło tylko 1 mln Żydów, jak teraz potwierdzono oficjalnie, to niemożliwe byłoby już twierdzenie, że 2.5 mln Żydów zostało zabitych tam za Hössa, kiedy był komendantem obozu. „Wyznanie” Hössa, że w Auschwitz zabito 2.5 mln Żydów pod jego auspicjami było nic niewarte. Było to wyznanie zdobyte w wyniku tortur.

Gdyby, ponadto, tylko 1 mln Żydów zginął w Auschwitz zamiast 4 mln oryginalnie twierdzono iż tam zginęło, jest oczywiste, ze przeszacowano liczbę 3 mln Żydów. Niemożliwe już jest twierdzenie, że 6 mln Żydów zmarło podczas holokaustu. To staje się matematyczną niemożliwością.

A jeszcze, niewiarygodnie, tę niemożliwość matematyczną potwierdza się każdego dnia we wszystkich mediach głównego nurtu.

Oczekuje się od nas byśmy udawali, że 6 mln Żydów mniej 3 mln Żydów jakoś równa się 6 mln Żydów, jak Winston Smith (w 1984 Orwella) miał wierzyć, że 2 + 2 = 5. Winstonowi Smith, jak pamiętacie, w końcu udało się uwierzyć w ten absurd, za pomocą ekstra lekcji jakie dostał przez słynne „tortury ze szczurem” [„rat torture„].

Wstrząsająca rewelacja, że niemal wszystkim niemieckim oskarżonym w Norymberdze miażdżono jądra zmusza nas do przemyśleń. Jak zeznania zdobyte poprzez miażdżenie jąder można uważać za wiarygodne?

W wyniku doniesienia, że oskarżeni byli torturowanie w procesie Malmedy o rzezi, armia USA utworzyła „Komisje Simpsona” w celu zbadania rzekomego wykroczenia [Malmedy massacre trial. Sędzia Edward L Van Roden był członkiem tej komisji. Jak napisał w książce Amerykańskie okrucieństwa w Niemczech [American Atrocities in Germany], z pośród 139 przypadków traktowania rzekomych niemieckich „zbrodniarzy wojennych”, które badała komisja, i których postawiono przed Amerykańskim Trybunałem Wojskowym w Dachau [in Dachau] po II wojnie światowej, „137 z tych Niemców torturowano metodą miażdżenia jąder” [137 of these Germans were tortured by having their testicles crushed].

Inne metody stosowane przez amerykańskich śledczych to: brutalne bicie, zakładanie kaptura na głowę więźnia i bicie go po twarzy kastetem, łamanie szczęk, wybijanie zębów, wyznaczanie głodowych racji i umieszczanie ich w odosobnieniu. Następnie pokazywano im gotowe zeznania do podpisu. Wyznaj albo więcej tortur!

Okazało się, że żydowscy prokuratorzy i śledczy przejęli całkowitą kontrolę nas trybunałem wojskowym, który miał sądzić niemieckich funkcjonariuszy za zbrodnie wojenne. O tym rzadko się mówi, bo uważano by to za „antysemityzm”. Powiedzieć ‚nielakierowaną’ prawdę, że 137 Niemcom maglowali jądra w Norymberdze w większości żydowscy śledczy żeby zdobyć dowód na holokaust, uważa się za „mowę nienawiści”.

Lt. William Perl – austriacki Żyd który wyemigrował do Ameryki w 1940. Był głównym przesłuchującym Niemców oskarżonych o rzeź Malmedy. Było tak dlatego, że mówił płynnie po niemiecku, i rzeczywiście wielu śledczych w Norymberdze było niemieckimi lub austriackimi Żydami, którzy emigrowali do Ameryki przed II wojną światową i byli znani jako ‚Ritchie Boys’ [chłopcy z Ritchie]. W Ameryce było około 8.000 tych Żydów i specjalizowali się w „przesłuchaniach” niemieckich więźniów (here).

Perl nadzorował tortury niemieckich oskarżonych. Był żarliwym i aktywnym syjonistą i asystowali mu inni Żydzi w staraniach wyciągania wyznań poprzez zadawanie maksymalnego bólu. Żydzi specjalizujący się w technikach tortur w Norymberdze to Josef Kirschbaum, Harry Thon i Morris Ellowitz (here).
Oto co ma do powiedzenia Wikipedia o przesłuchaniach Niemców w Malmedy:

„Oskarżenia przeciwko niemieckim pozwanym opierały się głównie na złożonych pod przysięgą i na piśmie zeznań przedstawionych przez pozwanych w Schwäbisch Hall. Aby obalić dowody przedstawione w zaprzysiężonych zeznaniach i przez świadków oskarżenia, główny obrońca, Lt Willis M Everett starał się wykazać, że oświadczenia uzyskano nie-właściwymi metodami [inappropriate methods].

Zauważmy ten wyborny eufemizm: „niewłaściwe metody”. To w ten sposób szanowani, poprawni politycznie Amerykanie mówią o zeznaniach wymuszanych torturami. Metod nie nazywa się przerażająco okrutnymi. Nie nazywa się ich jako moralnie nie do obrony. Nazywa się je „nieodpowiednimi”.

25 września 1945, Thomas Dodd, drugi rangą w amerykańskim zespole prokuratorów w Norymberdze, wygłosił następujące spostrzeżenie, w którym stwierdził, że trzech na czterech śledczych w Norymberdze było Żydami:

„Wiecie, że gardzę antysemityzmem” – powiedział. „Wiecie jak bardzo czuję wobec tych którzy głoszą jakikolwiek rodzaj nietolerancji. Wiedząc to zrozumiecie kiedy powiem, że ten personel jest w około 75% żydowski” [seventy-five percent Jewish].

Jednym człowiekiem który przeprowadził wnikliwe badania archiwów z procesu w Norymberdze w oryginalnym języku niemieckim i wie więcej o tej sprawie niż inny kogo znam jest poliglota, amerykański badacz Carlos W. Porter , biegły w niemieckim, francuskim, włoskim, hiszpańskim i portugalskim. Kiedy zrezygnował z amerykańskiego obywatelstwa w 1984, i po przeniesieniu się do Belgii z małżonką i dziećmi, rewizjonista holokaustu i autor „Niewinni w Norymberdze” [Not Guilty at Nuremberg] zadał sobie trud by napisać do mnie o procesach norymberskich w prywatnej komunikacji (28 lipca 2015 o 21:55). Porter potwierdził to co zawsze podejrzewałem: większość amerykańskich śledczych w Norymberdze stanowili Żydzi, i że tortury stosowano swobodnie przeciwko bezradnym Niemcom na procesie, żeby zmusić ich do przyznania się do niepopełnionych zbrodni:

„Możesz być absolutnie PEWIEN,” – napisał mi Carlos Porter – „że prawie WSZYSCY śledczy i tłumacze na WSZYSTKICH procesach byli Żydami, bo Amerykanie wyrzucili język niemiecki ze wszystkich amerykańskich szkół podczas I wojny światowej, więc niemieccy uchodźcy żydowscy byli niemal jedynymi kompetentnymi ludźmi jakich mieli. Oczywiście, innym „niemieckim Amerykanom” nie można było ufać iż nie byli „nazistami”, więc byli skazani na niemieckich Żydów.

To że było tam mnóstwo złego traktowania i tortur w drobnych procesach jest absolutnie pewne. Odtworzyłem kilka zapisów tortur w procesach w Dachau w Procesach o zbrodniach wojennych i innych esejach [War Crimes Trials and Other Essays]. Ale jestem pewien, że to jest tylko czubek góry lodowej. Drobny personel można było torturować bezkarnie, i 99% z nich bałoby się nawet o tym wspomnieć. Trudno byłoby bezkarnie torturować kogoś takiego jak Goering.

Jest bogata literatura na ten temat, z czasem przybywa jej więcej. Brytyjczycy wydają się być zaskakująco entuzjastycznymi oprawcami, czy są Żydami czy nie”.

Nawiasem mówiąc, miażdżenie jąder jest sprawdzoną i wypróbowaną metodą zdobywania zeznań. Stosowano je w Średniowieczu, a szczególnie we Francji w czasie rewolucji francuskiej. Dlatego nie zaskakujące jest to, że Żydzi, mądry naród znany z ogromnej erudycji i osiągnięć akademickich opanował wszystkie techniki miażdżenia jąder. Ich talentów w zdobywaniu takiej skrajnej informacji nie wolno bagatelizować.

Choć Perl miał na rękach dużo niemieckiej krwi, to jednak Amerykanie pozwolili mu pełnić rolę prokuratora na procesach norymberskich. Innym Żydem w procesach norymberskich był Richard W Sonnenfeldt. Był głównym tłumaczem dla amerykańskich prokuratorów takich jak Perl. „Przesłuchiwał” niektórych z najbardziej notorycznych nazistowskich liderów w II wojnie światowej i zmarł w 2009 w swoim domu w Port Washington, N.Y. (here)

Sędzią w Norymberdze był także – zbieg okoliczności? – Żyd. Nazywał się A.H. Rosenfeld i był pułkownikiem w amerykańskiej armii. Płk Rosenfeld radośnie potwierdził tortury niemieckich jeńców wojennych jako kwestię polityki. „Nie moglibyśmy inaczej zmusić tych ptaszków do mówienia” – zauważył cynicznie. „To była sztuczka, i działała jak zaklęcie” [it worked like a charm].

W niedawnym prywatnym emailu do mnie, w odpowiedzi na niektóre z pytań o torturach w Norymberdze, Thomas Goodrich, ceniony autor książki Piekielna burza: zgon nazistowskich Niemiec (1944-1947) [Hellstorm : The Death of Nazi Germany (1944-1947)], wymienił nazwiska czterech znanych Żydów w amerykańskiej strefie, których nazywa „oprawcami-inkwizytorami”: Harry Thon, William Perl, A H Rosenfeld, i Shlomo Morel.

To ostatnie wymienione indywiduum, Shlomo Morel był szczególnie paskudny, którego Goodrich opisuje następująco:

„okrutny potwór, który topił mężczyzn i kobiety w latrynach na zewnątrz, który zmuszał ich do jedzenia ekskrementów, który osobiście bił więźniów aż zmarli, i który zmuszał kobiety do całowania i seksu z ekshumowanymi zwłokami”.

(Więcej makabrycznych info here):

http://englishnews.org/news-central/resources/resource-the-truth-of-ww2.html

Po ucieczce z pól zabijania w Niemczech, gdzie ogromną przyjemność sprawiały mu tańce nad stertami ciał i rzekami ludzkiej krwi, ten okrutny psychopata „prowadził komfortowe życie w Izraelu”. Tak, Izrael! – ostateczna kryjówka i wysypisko śmieci dla wielu Żydów uciekających przed długim ramieniem prawa, miejsce nazwane w przewidującym komentarzu Adolfa Hitlera już w 1925 jako „raj dla skazanych łajdaków i uniwersytet dla początkujących oszustów”. (Mein Kampf, Rozdz. 11, excerpt.)

Poniżej niektóre z makabrycznych szczegółów o miażdżeniu jąder, mogące zainteresować czytelnika. Te nieprzyjemne szczegóły pokazujemy tu tylko dlatego, że są ważne w naszej dyskusji. Jeśli jesteś wrażliwy i masz skłonności do wymiotów, radzimy pominąć ten opis i przestać czytać tutaj. Pamiętajmy, że to wszystko zrobiono 137 Niemcom w Norymberdze, po to żeby wyciągnąć od nich zeznania dla ustalenia „prawdy” o holokauście. Bez miażdżenia jąder dużo trudniej byłoby udowodnić holokaust.

„Standardową praktyką [kastrowania] we Francji od Średniowiecza do rewolucji francuskiej było miażdżenie jąder skazanych w imadle, które pękały i robiły papkę z moszny, a potem obcęgami „kruszono” przewody nasienne. Skazanego odwracano do góry nogami, aby zmaksymalizować przepływ krwi do mózgu, po którym nie był w stanie mdleć ani odczuwać szoku, aż, być może, do ostatnich kilku sekund jego gehenny.

Skazany na pewno wielokrotnie wymiotował z gwałtownymi konwulsjami, nawet po opróżnieniu zawartości żołądka, ale rzadko kiedy krzyczał, z wyjątkiem początkowego pisku, który natychmiast milkł, bo ból nie pozwalał mu oddychać. Większość mężczyzn wisiała i ciskała się w trakcie i po zmiażdżeniu każdego jądra, a to ciskanie odnawiało się po kruszeniu każdego przewodu nasiennego.

Ta metoda tortur (towarzyszyły jej inne) zwykle była zarezerwowana za zbrodnie królobójstwa albo zamierzonego królobójstwa. Skazanego później miłosiernie zabijano, ale tortury rutynowo trwały przez większość dnia, w obecności wielkich tłumów. Ciekawe jest to, że choć większości tłumu kazano wyśmiewać się i szydzić ze skazanych, i robiono to nawet podczas rozpruwania wnętrzności i ćwiartowania, to większość tłumu milczała i gapiła się z szokującym wyrazem twarzy kiedy w ten sposób dokonywano kastracji.

Źródła historyczne mówią, że gapiący się mężczyźni i kobiety wymiotowały na widok tego spektaklu (here i here).

Tak, oni na pewno wiedzieli co robili w Norymberdze! Byli ekspertami.

Pozwólmy na ostatnie słowo Thomasowi Goodrich:

„Prawdziwej historii wojny nigdy nie da się napisać, bo większość uczestników już nie żyje, a ci jeszcze żyjący nigdy nie przyznają się do swoich zbrodni. Jestem pewien, że zbrodnie dokonane przeciwko Niemcom o jakich WIEMY to dopiero początek”.

— Prywatny email do autora.


Lasha Darkmoon


Źródło: https://www.darkmoon.me/2015/torture-and-testicle-crushing-at-nuremberg/

Tłumaczenie: Ola Gordon

Czytaj także
New Purim and Nuremberg

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Rozmowa z dobrym i dzielnym wojakiem z Waffen SS

DR: Witaj Mart! Walczył pan w Waffen SS?

M: Tylko za Ojczyznę. Moją Ojczyzną jest Estonia.

DR: Jak pan wspomina wkroczenie Sowietów do Estonii w czerwcu 1940 r.?

M: Piekło, moi rodzice, dobrze sytuowani mieszczanie z miejscowości Paida, trafili na Sybir- już nie powrócili. Ja wtedy ukrywałem się z bratem. Jakoś daliśmy radę.

DR: Dużo było kapusiów wśród Estończyków?

M: W swej masie są zbyt małomówni, jak bracia- Finowie, by być kapusiami. Ale szmat trochę było. Takie czasy. Kurewstwo znosi narodowość. Inna sprawa, że podobnie jest z bohaterstwem.

DR: Jest lato 1941, wkraczają Niemcy, co pan wtedy czuł, jak zachowywała się ulica?

M: Trudno zapomnieć, kwiaty na czołgach, to byli rycerze z wyśnionej bajki, ładnie wyglądali, odpowiadali estońskiemu poczuciu porządku. Niemieccy pancerniacy mówili nam, że teraz mamy wolność. Byłem sceptyczny, ale to było wytchnienie. Azja poszła precz. Zresztą w czasie odbijania Estonii z rąk sowieckich- Niemców wspierało 12-15 tysięcy moich rodaków.

DR: Mówi pan o „leśnej braci”

M: W rzeczy samej.

DR: Czy podczas wkraczania wojsk niemieckich do Estonii pana rodacy, wzorem Litwy i Łotwy, dopuścili się gwałtów lub morderstw na Żydach?

M: W Estonii Żydów praktycznie nie było- najwyżej 4 tysiące ( podczas rządów niemieckich zginęło ok. 900-DR). To jest w ogóle wielkie nieporozumienie. Nas, Estończyków, wtłacza się w formułę „narody bałtyckie” tudzież „Bałtowie”. Tymczasem my jesteśmy Ugrofinami, taką południową flanką Skandynawii. W gruncie rzeczy nawet dzisiejszy Sankt Petersburg to nasza ziemia, konkretnie braci Ingrelów, których pozostało pewnie z 1.000 ( słownie: tysiąc-DR). Podkreślam to, bo moja mama była Ingrelką ( polski termin: Inżorka-DR).

Nie wiem, jak tam było w Litwie i Łotwie, gdzie społeczność żydowska była o niebo liczniejsza, jednak wiem i to, że Łotysze są świetnymi żołnierzami. Koledze odstrzelono prawą rękę, to pruł do „iwanów” z lewej. Potem go Sowieci zarąbali saperkami. To był mój kolega, Łotysz. Strasznie dzielny naród. Kolega… Przyjaciel. Już nie poznam jego grobu. Zawsze się za niego modlę. Biblię miał w jednym palcu i powtarzał, że walcząc teraz-zmazuje hańbę zbyt wielu swoich rodaków angażujących się w 1917 r. w rewolucję bolszewicką.

DR; Walczył pan nad Narwą, historycy wojskowości ( zresztą nieliczni) piszą, że to było piekło. Jak pan wspomina tamte czasy?

M: Nie piekło, ale piekło piekieł. Szatański koncert. Broniliśmy Ojczyzny. Proszę sobie wyobrazić, że pod koniec 1944 r. 100 tysięcy Estończyków aktywnie broniło Ojczyzny przed Sowietami. 100 tysięcy rozsianych w różnych formacjach, w tym 10 tysięcy w estońskiej dywizji SS.

Generalnie „iwany” dostały straszliwie w dupę. Wczesną wiosną 1944 siedem dywizji naszych i niemieckich wybiło 120 tysięcy „krasnoarmiejców”, przy stratach własnych: 20 tysięcy. Po twardych walkach ewakuowałem się z Estonii dopiero wczesną jesienią tego samego roku, czyli wtedy, gdy Rosjanie już byli nad Wisłą, jak mi pan podpowiada. Nie mieliśmy szans, dysproporcje sił były tragiczne: 10:1. Widzi pan, to jest tak: grzejesz lufę, nawet na ramieniu kolegi, robisz co możesz, a Sowieci idą i idą. Istna szarańcza. Tamci Rosjanie to dzisiejsi Chińczycy. Strasznie cierpieliśmy, ale to słodkie cierpienie, zwłaszcza za Ojczyznę, która jest taka mała, że się zna niemal każdą mieścinę.

DR: Cierpiały narody Europy… Przez was…

M: Szczerze mówiąc, miałem wtedy i mam teraz w dupie narody Europy, szczególnie za ich wcześniejszą postawę wobec sowieckiej agresji na Estonię z 1940 r. Czy ktoś wtedy pomógł mojemu Krajowi? Ja tylko myślałem o Estonii, no i o tym, aby zachować tyłek w całości. Nie byłem nigdy agresorem, lecz ofiarą. Ofiara ma prawo do obrony.

DR: Braliście jeńców?

M: Garściami, poza tym było wielu dezerterów, nawet po przełamaniu frontu. Jeden taki trafił do mojego plutonu. Gnojek przeżył wojnę, podobno mieszka w Kanadzie i robi za ukraińskiego patriotę. Sowieci jeńców nie brali, przynajmniej u wrót Estonii.

DR: Jakie były stosunki między wami, Estończykami , Łotyszami et cetera a Niemcami?

M: Różnie bywało. Ideologicznie to był gnój, pamiętam taką pogadankę o narodowo-socjalistycznej kobiecie. Debilizm, rechotaliśmy przez dwa dni. Z wojskowego punktu widzenia Niemcy byli bardzo profesjonalni.

DR: Ale jednak traktowali was inaczej?

M: No w końcu jestem Estończykiem, a nie Niemcem. Ale poważnie… Ten hitlerowski chłam to zawsze miałem w czterech literach. A na froncie, jak na froncie… U Niemców zawsze uderzało mnie to, że nie pozostawiają kolegów w potrzebie. Sam tego doświadczyłem. Przez gapiostwo, tak to teraz oceniam, znalazłem się w strefie niczyjej, takim „no man’s land”. Walą Sowieci, walą Niemcy. Myślę- koniec. Aż tu nagle pełznie do mnie Berlińczyk w takich komicznych okularach a’ la butelka i wyciąga mnie z tego „szajsu”. I częstuje herbatą. Herbatą! W Sowietach- nie do pomyślenia. Kolega z Wehrmachtu, Heinz, opowiadał mi taką historię… Otóż w lipcu 1944 r. bronił Wilna przed Sowietami . Teraz, od pana wiem, że miasto atakowali również polscy patrioci, bo to w końcu wasze miasto ( czasowo litewskie:DR). No więc Heinz siedzi w tym Wilnie, a z nieba ( zrzuty- DR) dostaje żarcie na co najmniej tydzień. Ja myślę, że to była taka zwykła niemiecka solidność, już bez względu na to, czy ktoś jest hitlerowcem, czy też chłopem od pługa.

DR: A propos Polaków: czy miał pan „przyjemność” na froncie z moimi rodakami?

M: Nie, w żadnym przypadku. Wiem tylko z opowiadań kolegów, że to byli dobrzy żołnierze, brali jeńców i palili papierosy w takich dziwnych ”lufkach”. Już nawet nie pamiętam, kto mi to powiedział. Ogólnie, Polacy są w porządku. Dla mnie Polska to w zestawieniu z Estonią niemal kontynent. No i chyba wspólnie mamy coś do powiedzenia „iwanom”.

DR: Rosjanom, znaczy się?

M: „Iwanom”!

DR: A, dajmy na to, co pan sądzi o Francuzach?

M: Mówię po żołniersku, opierając się na przekazach kolegów: gnojki i tchórze. Nawet ta ich operetkowa Legia Cudzoziemska. Byle facet z Wehrmachtu dałby sobie radę z tymi „Rambo”, czyli kmiotami z odzysku. Ja już nie wspominam o Waffen-SS.

DR: Ale wojnę wygrali…

M: Francuzi przegrali I wojnę światową, bo się do cna pozbyli młodych mężczyzn. A potem nastąpiła kompromitacja: II wojna światowa. To społeczność dekadentów. Wino, marskość wątroby i armia kolorowych piłkarzy.

DR: Nie mogę nie zadać tego pytania: dlaczego właśnie estońskie Waffen-SS.? 
Przecież nawet nad Narwą mógł pan wybrać „Schutzmannschaft”, policję polową…, no, co tam pan chce…?

M: Kompletny przypadek. Równie dobrze mogłem być w Wehrmachcie lub jakiejś estońskiej samoobronie. Nie myślałem wtedy o takich sprawach.

DR: Z wojskowego punktu widzenia, jakby pan ocenił „bitność” poszczególnych armii podczas II wojny światowej?

M: „Iwany” były niezłe, ale to dzicz i hołota, Azja. Żołnierz-niewolnik. Oczywiście najlepsza była armia niemiecka. No ale siła „dobrego na złego”. Tak, Szkopi są dobrzy…, to znaczy byli, bo to teraz, jak wszędzie, fajtłapy. Oni chyba dopiero teraz przegrywają ostatecznie swoją wojnę. Ja tylko czekam, jak Turek zostanie kanclerzem Niemiec.

DR: Czy w pana oddziale była posługa kapłańska?

M: Tak, był pastor, ale Sowieci odstrzelili mu pół głowy. Bez względu na narodowość i rasę każdy żołnierz, wierzący lub niewierzący, i w każdym czasie, modli się. Tak było i będzie, bo Bóg istnieje. Inna sprawa, że w obliczu śmierci nawet niepalący zaciągnie się skrętem. Iluż takich gości widziałem.

DR: Wygrał pan swoje życie?

M: Moje życie po 1945 r. to cholerna, jałowa amerykańska emigracja. Długa jak reformy damskie z XIX wieku. A jednak wróciłem. Estonia jest wolna. I tylko o to chodzi.

DR: Jak Pan ocenia przyszłość Estonii?

M: Myślę, że za 20 lat poziom życia Estończyków będzie wyższy niż w Finlandii.

DR: Ambitny plan.

M: Realny, zawsze byliśmy lepiej zorganizowani i bardziej pracowici od naszych braci z północy. Poza tym, na mój gust, oni za dużo piją wódki i stali się wygodniccy.
DR: Dziękuję za rozmowę.

Dariusz Ratajczak

http://www.nacjonalista.pl/2010/07/09/dr-dariusz-ratajczak-wywiad-z-zolnierzem-waffen-ss.html

czwartek, 5 stycznia 2017

Fatalny błąd Hitlera w walce z żydowskimi barbarzyńcami

W czasie wojny ludność pięciu zachodnich regionów Rosji praktycznie zlikwidowana za współpracę z okupantem. Kilka milionów ludzi zostało dodatkowo wsadzonych do obozów w charakterze siły roboczej dla przemysłu zbrojeniowego, a po wojnie – zlikwidowanych.

Nawet teraz, w 1960 roku, pozostaje tajemnicą, ile dziesiątków milionów Gojów zlikwidował Żydowski Rząd ZSRR.

Schemat rządzenia w ZSRR: Trójka Prezydium Rady Najwyższej (tylko Żydzi) i dalej w dół, na każdym poziomie oficjalnej władzy odpowiada totalnie żydowska Trójka i tylko żydowska Specjalna Narada.

Armia radziecka

Natychmiast po rewolucji w ZSRR został zniesiony Sztab Generalny. Wszystkim zarządzał Żydowski Komitet Wojskowo-Rewolucyjny. Obecnie armią sowiecką również kieruje tajna Wojskowa Rada Najwyższa, składająca się z żydowskich członków. Dopiero niedawno w 1953 roku zmarł jej niezmienny przewodniczący Lew Mehlis. Gojowscy generałowie i marszałkowie nie powinni znać prawdziwych planów wojennych ZSRR. Podczas II Wojny Światowej został wydany rozkaz do armii, w którym powiedziano, że instytut wojskowych komisarzy politycznych jest duszą armii. Praktycznie wszyscy oficerowie polityczni Armii Sowieckiej, z wyjątkiem tych, którzy brali udział w walkach, są Żydami.

Armia Sowiecka składa się z dwóch części: czynnej armii i oddziałów zaporowych (ros.- заградительных отрядов). Oddziały zaporowe składają się z oddziałów, wzmocnionych przez Żydów. Jednostki te stoją za armią z tyłu i strzelają przy najmniejszej próbie odwrotu. Ale jeśli wróg przechodził do ofensywy, to oddziały zaporowe jako pierwsze się wycofywały.

Armię mieszano Gojami różnych narodowości w celu pozbawienia ludzi wzajemnego zaufania. W 1941 roku, kiedy wojna się dopiero zaczęła, ludzie poddawali się do niewoli plutonami, kompaniami, batalionami, pułkami, dywizjami, a nawet armiami. W niewoli jeńcy prosili Niemców o zgodę na walkę z komunistami, ale Niemcy im odmówili. Hitler nie chciał pomocy od Rosjan. W swoim testamencie politycznym Hitler przyznał, że był to jego fatalny błąd.

Hitler zaatakował ZSRR, gdyż znał prawdziwy stan rzeczy. Hitler wiedział, że ZSRR – to przenośnik taśmowy do likwidacji nie-Żydów. Hitler wiedział, że ZSRR – to siedziba sztabowa światowego Syjonizmu. W 1919 roku Żydzi chcieli zrobić to samo w Niemczech, co zrobili w Rosji, ale próba nie powiodła się. W 1933 roku Żydzi znów próbowali przejąć władzę w Niemczech i urządzić tam rzeźnię jak w Rosji, ale i ta próba im się nie powiodła. Wówczas Żydowski Rząd sowiecki poprosił o pomoc Żydowskie Rządy Anglii i Ameryki, aby pomogły one materialnie w razie wojny z Hitlerem. Ameryka i Anglia dały zielone światło i ZSRR rozpoczął przygotowania do wojny z Hitlerem. Dlatego też Hitler wiedział, że ZSRR zaatakuje go i dlatego nie miał wyboru, musiał zaatakować pierwszy. Podobnie maleńka Japonia pierwsza wymierzyła cios w Stany Zjednoczone, ponieważ Japonia nie miała szans, a wojna była nieunikniona.

Hitlerowcy nie rozstrzeliwali żołnierzy, rozstrzeliwali oni komisarzy żydowskich. Jednak duża liczba rosyjskich jeńców zmarła z głodu i chorób zakaźnych, kiedy Armia Sowiecka przeszła do ofensywy i zaopatrzenie stało się niemożliwe.

Liczba rosyjskich jeńców, którzy poddali się Niemcom wynosiła ponad 4 miliony osób. W ciągu pierwszych 6 miesięcy wojny pozwolono jeńcom wracać do Sowieckiej Armii, dlatego jeńcy zaczęli uciekać z obozów niemieckich. Zostali oni wykorzystani w celach propagandowych, aby wymyślać historie o okropnościach niemieckiej niewoli. Ale po 6 miesiącach wszystkich uciekinierów zaczęto wysyłać do likwidacji, ponieważ zapotrzebowanie na historie propagandowe skończyło się.

Teraz żołnierz sowiecki stanął w obliczu trudnego zadania: z jednej strony – znienawidzony żydowski reżim komunistyczny, a z drugiej strony można było umrzeć z głodu i w niemieckiej niewoli. Jednocześnie Rząd Żydowski rozpoczął mądrą propagandę, że po wojnie już nie będzie żadnego niewolnictwa, a całkowicie nowe wolne państwo.

Rosjanie myśleli, że zachodnie rządy rozumieją niebezpieczeństwo komunizmu i wykorzystają wojnę, aby skończyć z rządem ZSRR. Ale Rosjanie pomylili się, nie wiedzieli, że zachodnie rządy również są kontrolowane przez Żydów. Zachodnie rządy zaczęły pomagać nie Niemcom, aby obalić Żydowski Rząd ZSRR, a sowieckiemu Rządowi Żydowskiemu. Dlatego w 1942 roku, gdy Armia Sowiecka rozpoczęła ofensywę, Niemcy zdali sobie sprawę z popełnionego przez nich błędu, nie przyjmując pomocy sowieckich ludzi (jeńców).

Wiele uciekinierów z niewoli niemieckiej, zorganizowało oddziały partyzanckie, które walczyły zarówno przeciwko Niemcom jak i przeciwko Armii Sowieckiej. Ludzie byli w beznadziejnej sytuacji.

Pomoc sowieckim jeńcom wojennym, która mogła być okazana zgodnie z Konwencją Genewską, nie została okazana dlatego, ponieważ żydowscy przywódcy odrzucili pomoc dla jeńców sowieckich. Żydowscy przywódcy wiedzieli, że jeśli się będzie normalnie traktować jeńców sowieckich, to oni nie będą mieli żadnego powodu, aby walczyć za Rząd Żydowski. Natomiast rząd niemiecki nie był w stanie, znajdując się w warunkach blokady gospodarczej Zachodu, wykarmić jeszcze sowiecką ludność okupowanych terenów, plus 4 mln. jeńców wojennych oraz kraje Europy Wschodniej.

Zatem, oficerowie i żołnierze Armii Sowieckiej byli zmuszeni do walki z Niemcami. Kiedy w 1942 roku Niemcy zaczęli tworzyć armię z sowieckich jeńców wojennych, było już za późno.

Podczas wojny z Finlandią w latach 1939-40 oficerowie polityczni (politrucy), starający się zdobyć przychylność żydowskiego dowództwa, w czasie walk nie żyli dłużej niż jeden dzień. Ludzie nienawidzili ich. Przypomina się, że w czasach carskich pułk miał tylko jednego kapłana, natomiast sowiecki pułk miał 75 oficerów politycznych. Na wojnie fińskiej politrucy przebierali się w odzież żołnierską, starając się uniknąć śmierci, ale to im mało pomagało. Wówczas wyznaczali oni na swych zastępców w walce zwykłych żołnierzy. To właśnie z tego powodu ogromny Związek Sowiecki nie zdołał zwyciężyć małej Finlandii.

Wybijanie oficerów politycznych (politruków) zaczęło się również z chwilą wybuchu wojny z Niemcami. Właśnie to było przyczyną klęsk Armii Sowieckiej na początku. Ludzie nienawidzili żydowskiego reżimu sowieckiego. Żydowskiemu Rządowi sowieckiemu udało się zorganizować grupy dywersyjne, działające za linią frontu. Niemcy rozstrzeliwali tych przebranych dywersantów, ponieważ nawet na podstawie Konwencji Genewskiej, cywil z bronią w ręku jest uważany za dywersanta i może być rozstrzelany na miejscu. Korzystając z tych przypadków, Żydowski Rząd rozpowszechniał propagandę, że niby to wojska niemieckie zabijają cywilów i chcą zniewolić ludność rosyjską i zagarnąć jej ziemię. Sowieckiej maszynie propagandowej pod kierownictwem Żyda Ilji Erenburga udało się uruchomić ogromną histerię oszustwa propagandowego i dezinformacji na temat okrucieństw okupantów na rosyjskiej ziemi, które zostały zebrane przez nich w tak zwanej „Czarnej Księdze” kłamstw i dezinformacji. W rzeczywistości, nieludzkie zbrodnie na rosyjskiej ziemi przez 25 lat dokonywał Rząd Żydowski i ich poplecznicy. W „Czarnej Księdze” twierdzono, że najbardziej ze wszystkich cierpi ludność żydowska. Natomiast na początku wojny, cała ludność żydowska, zwłaszcza z Moskwy, Leningradu i zachodnich regionów, natychmiast została wywieziona do Azji Środkowej, a o Rosjanach nikt nawet nie pomyślał.

Oddziały zaporowe

Żeby znów się nie powtórzyła historia fińskiej wojny, gdy politrukom strzelano w plecy, Żydzi wymyślili sposób, jak zmusić sowieckiego żołnierza do walki. To oni sami zaczęli strzelać w plecy. Tworzyli oddziały zaporowe poza linią frontu. Drugim zadaniem oddziałów zaporowych było tłumienie ruchu partyzanckiego, walczącego przeciwko władzy żydowskiej. Przywódcy żydowscy wiedzieli, że nie mogą powierzyć tłumienia narodowego oburzenia regularnej armii.

Kiedy natomiast rozpoczynał się odwrót, to oddziały zaporowe uciekały w pierwszej kolejności. Następowało to dlatego, ponieważ oni wiedzieli, że jeśli uciekający (wycofujący się) ich dopędzą, to trzeba będzie podjąć walkę. W wyniku tego sowieckiemu dowództwu było bardzo trudno odtwarzać przednią linię frontu. Stało się to właśnie w czerwcu 1941 roku. Żydowskie dowództwo nie zdołało przywrócić linii frontu, ale silne mrozy zrobiły to za nich w listopadzie.

W tym czasie byłem w czynnej armii w Wołogdzie i w grudniu 1941 roku zostaliśmy przerzuceni pod Moskwę w wagonach towarowych, jak bydło, bez broni, bez jedzenia. Tylko oddział zaporowy, który nam towarzyszył, miał wszystko. W Moskwie widzieliśmy porzuconą na pastwę losu ludność, plądrującą magazyny i sklepy. Ludność podpalała budynki przedstawicieli władzy, zawierające akta spraw na obywateli, a także atakowała przedstawicieli władz żydowskich, którzy nie zdążyli uciec. Jednak armia niemiecka w swoim letnim umundurowaniu już się cofała od stolicy, pędzona przez zimno.

Niektóre rozkazy Armii Sowieckiej

Podczas wojny Rząd Żydowski był szczególnie zaniepokojony utratą kontroli nad ludnością gojowską, więc zostały wydane specjalne rozkazy dla wojska.

1). Jeśli powołany do wojska Goj jest nieobecny więcej niż dwie godziny w swojej jednostce, to powinien być rozstrzelany na miejscu lub przekazany pod sąd Trybunału Wojennego.

2). Oficerowie i żołnierze, którzy poddali się do niewoli i powrócili do jednostki, powinni być rozstrzelani lub przekazani pod sąd Trybunału Wojskowego.

3). Goj- żołnierz czy oficer, który podniósł ulotkę wroga, powinien być zastrzelony przez swego dowódcę lub oddany pod sąd Trybunału.

4). Jeśli kilku żołnierzy lub oficerów zauważono kilka razy razem, a przedstawiciele dowództwa żydowskiego nie wiedzą, o czym oni rozmawiali, to tych żołnierzy i oficerów ma zlikwidować „Smiersz”* ze względów bezpieczeństwa.

5). Oprócz oddziałów zaporowych utworzono specjalny organ „Smiersz” – śmierć szpiegom. Przedstawiciele tego organu byli w każdej jednostce. Zadanie tego organu obejmowało likwidację żołnierzy i oficerów zgodnie z powyższymi rozkazami. Jedynie osoby pochodzenia żydowskiego tworzyły „Smiersz”.

W rezultacie nienawiść ludności rosyjskiej do swego reżimu była tak wielka, że gdy Niemcy zorganizowali Armię Rosyjską, to miała ona lepszą dyscyplinę i walczyła lepiej niż armia niemiecka.

*/ Smiersz (ros. Смерш – Główny Zarząd Kontrwywiadu „Смерш” Ludowego Komisariatu Obrony ZSRR; skrót od Spiecjalnyje Mietody Rozobłaczenija Szpionow – Specjalne Metody Wykrywania Szpiegów, smiert’ szpionam – śmierć szpiegom – A.L.)

Niektóre rozkazy dotyczące wojska w czasie pokoju.

W Sowieckiej Armii kontrola ewidencji broni odbywa się co tydzień. Dzieje się to dlatego, że żydowscy przywódcy są zaniepokojeni ewentualnym ubytkiem amunicji. Oni doskonale wiedzą, że wszyscy ich nienawidzą i podejmują środki bezpieczeństwa. Żołnierze nie mogą opuszczać granic jednostki, aby nie było komunikacji z ludnością cywilną. Zadanie politruków – wiedzieć wszystko o każdym żołnierzu. Politrucy prowadzą informację polityczną w celu „prania mózgów” prawie codziennie. Żołnierze, których się podejrzewa, ze są niepewni, przekazuje się w ręce „Specjalnych Wydziałów”. Wydziały Specjalne – to są organa, również znajdujące się w każdej jednostce i składające się wyłącznie z Żydów. Wydziały Specjalne – to są organa dochodzeniowe, prowadzące śledztwo i przekazujące sprawy do Trybunału Wojskowego.

Oddziały tyłowe (Robocza Armia); (ros.- Тыловое ополчение (РабочаяАрмия)

Oddziały tyłowe składają się z ludzi, których krewni byli prześladowani przez organa bezpieki żydowskiej. Zabiera się ich na jakieś ciężkie prace i po wykonaniu których Gojów się likwiduje.

fragment całości
ZSSR POD ŻYDOWSKIM JARZMEM

piątek, 9 grudnia 2016

Dlaczego Ameryka przegrywa wojny

Wydaje się czymś niepojętym, że istnieje światowe super mocarstwo, którego rząd tworzy prawo skierowane przeciwko własnym siłom zbrojnym.

Odtajnione materiały Kongresu USA.

"Reguły postępowania w wojnie w Wietnamie"

(Congressional Record June 6, 1975, pp. S9897-S9904)



W walce na obszarze zabudowanym w którym "wiedziano, że chronią się wrogowie (Wietkong)", zanim się ich zaatakuje należało "ogłosić przez głośnik ostrzeżenie i zrzucić ulotki". Można było odpowiedzieć ogniem tylko "jeśli wróg był pozytywnie zidentyfikowany i w bliskim kontakcie". Wrogi snajper i ogień moździerzy nie liczył się jako "kontakt", chyba że "taki ogień kolidował z planem manewru czy powodował straty w ludziach i sprzęcie". Wojska amerykańskie mogły używać w zaludnionych obszarach tylko broni o płaskiej trajektorii jak (karabin, karabin maszynowy, karabin bezodrzutowy) i granaty. Ta broń wystawiała jednak na strzał żołnierzy. Jest oczywiste, że ogromna przewaga USA na lądzie była świadomie redukowana przez Departament Stanu USA.

Podobnie było w powietrzu. Pilotom nie pozwalano, kierować ognia tam gdzie sądzili, że wróg się ukrywa. Musieli być "pewni, że uderzenie było wymierzone we wrogie źródło" Na wielu obszarach walki koszmarem było otrzymanie zezwolenia wyższego dowództwa, nawet jeśli rozpoznano wroga czy nawet wrogi ogień z ziemi. Należało uzyskać zgodę całego łańcucha decydentów. Od "szefa prowincji, szefa dystryktu, dowódcy batalionu czy też wyższego dowództwa". W tym czasie wróg najczęściej znikał. Wrogie lotniska były nie dostępne dla ataku, "jeśli obecny tam był samolot z oznaczeniem trzeciego państwa". Zapory, śluzy, kanały i cele w obrębie 11 mil od większych miast były "zakazane bez wcześniejszej zgody Połączonych Sztabów". Należało "życzyć szczęścia" żeby ją otrzymać. To tylko niektóre z ograniczeń narzucone przez rząd USA, którym podlegali amerykańscy żołnierze.
Te reguły w rzeczywistości pomagały wrogowi i z tego powodu ta wojna trwała tak długo (14 lat) i spowodowała tyle ofiar.

Czemu wobec tego, miała służyć ta wojna?

Ta wojna miała zmienić świat i... zmieniła. W ten sposób żydzi zwalczali nacjonalizm w Stanach Zjednoczonych i w Europie. Wojna w Wietnamie była pierwszym konfliktem zbrojnym, który był transmitowany przez żydowskie media i to właśnie telewizja zupełnie wypaczyła jej przekaz.

Amerykańscy studenci, którzy wzorem swoich rówieśników z Francji czy Niemiec pluli na flagi własnych krajów, paradowali na ulicach w koszulkach z ludobójcą Che z więzienia La Cabana, wieszali na uniwersytetach wielkie wizerunki Lenina i palili karty powołań, byli bohaterami żydowskich filmów fabularnych, seriali, książek i codziennych wiadomości. Należy jednak przypomnieć, że według większości "historyków" to właśnie bunty studenckie (a nie antywojenne prawo uchwalone przez rząd USA) podcięły morale amerykańskich żołnierzy. Ho Chi Mihn był jedynym przywódcą wrogiego państwa, którego młodzi (commie) ludzie w Ameryce fetowali, podczas gdy walczył on przeciw ich rodakom. A Ho Chi Mihn celowo zabiegał o amerykańskie poparcie. Wiedział, że ta wojna o zwycięstwo komunizmu będzie wygrana w Stanach Zjednoczonych, a nie w Wietnamie, tak jak wojna o zwycięstwo komunizmu przeciw Francji została wygrana we Francji, nie zaś w Wietnamie. W Stanach Zjednoczonych wojna wywoływała ostre konflikty społeczne. Duża część społeczeństwa amerykańskiego doszła do wniosku, że działania wojsk amerykańskich w Wietnamie są nielegalne lub wręcz zbrodnicze. To doprowadziło do ogromnego spadku zaufania do sił zbrojnych i instytucji rządowych. Konflikty te miały wpływ na reorganizację armii amerykańskiej, która została całkowicie uzawodowiona w okresie rządów prezydenta Nixona i jego następców.

Co ciekawe Rada Bezpieczeństwa ONZ nigdy nie podejmowała tematu wojny w Wietnamie[*] Żydowski Pax Russo - Americana komunizował wspólnie społeczeństwa Stanów Zjednoczonych, Europy, Azji i tak jest do dzisiaj.
arjanek.neon24.pl/post/130436,pax-russo-americana

[*] //The Security Council never debated the Algerian war or the partitioning of India because of the hidden vetoes of France and the UK. Nor did the Council take up US involvement in Vietnam or the Soviet war in Afghanistan even though hostilities continued for almost a decade//


www.globalpolicy.org/security-council/42656-the-hidden-veto.html

źródło: arjanek



Lista 25 filmów o wojnie w Wietnamie.
http://www.imdb.com/list/ls000091595/

środa, 25 maja 2016

W swoje państwo Żydom my w żaden sposób wjeżdżać nie pozwalamy, zagnieżdżania się w swoich państwach licha żadnego widzieć nie chcemy


Od XVI wieku odbywało się “znaczne przemieszczanie się polskich i czeskich Żydów na Ukrainę, na Białoruś i na Litwę'. W XV w. żydowscy kupcy z polsko-litewskiego państwa jeszcze swobodnie przyjeżdżali do Moskwy. Ale to zmieniło się przy Janie Groznym: wjazd żydowskim kupcom został zabroniony. А kiedy w 1550 polski król Zygmunt August zażądał, żeby Żydom pozwolono na wolny wjazd do Rosji, Jan odmówił temu żądaniu takimi słowami: “w swoje państwo Żydom my w żaden sposób wjeżdżać nie pozwalamy, zagnieżdżania się w swoich państwach licha żadnego widzieć nie chcemy, a chcemy tego, żeby Bóg dał aby ludzie w moich państwach mieli spokój i żyli bez każdego zgorszenia. A ty, bracie nasz, naprzód byś o Żydach do nas nie pisał ”, oni rosyjskich ludzi «od  chrześcijaństwa odwodzili i trujący napój na nasze ziemie przywozili i paskudztwa licznym ludziom naszym robili».

*

 Elżbieta zaś, na rok do intronizacji, wydała dekret (grudzień 1742): “ W całym naszym imperium Żydom żyć jest zabronione; ale teraz nam wiadomo stało się, że owi Żydzi jeszcze w naszym imperium, a najbardziej na Małorusi pod różnymi pozorami zamieszkanie swoje kontynuują, od czego nie ma innego owocu, lecz jeno ten, że od takowych wrogów imienia Chrystusa Zbawiciela nasi wiernopoddani największa szkodę ponoszą i dlatego polecamy aby z całego naszego imperium wszyscy męskiej i żeńskiej płci Żydzi, z całym ich majątkiem, natychmiast wysłać za granicę i w przyszłości bezwarunkowo nie wpuszczać, nawet gdy ktoś z nich zechce przyjąć wiarę chrześcijańską greckiego obrządku”.

Temu dekretowi Elżbiety “nadano szeroki rozgłos. Jednako natychmiast robiono próby skłonienia monarchini do ustępstw”. Wojskowa kancelaria donosiła z Małorusi do Senatu, że oto już wysłano 140 ludzi za granicę, ale “zakazanie Żydom importu towarów pociągnie po sobą zmniejszenie państwowych dochodów”. I Senat podał informację cesarzowej o tym, że “od zeszłorocznego dekretu o niewpuszczaniu Żydów w obszar imperium handel, tak na Małorusi, jak i we wschodnich guberniach, poniósł duży uszczerbek, a razem z tym poniesie i skarb państwa poprzez zmniejszenia dochodu z ceł”. Императрица w odpowiedzi podała te słowa: “Оd wrogów Chrystusowych nie pragnę interesującego zysku” .

(z pominięciem przypisów)
Aleksander Sołżenicyn, Dwieście lat razem
tłumacz: Adolf Mayer

wtorek, 10 maja 2016

Szlom Morel – Żydowski sadysta na usługach komunistów


W okresie powojennym naczelnicy obozu pracy przymusowej zmieniali się często, przeciętnie co 1-3 lat. Od roku 1945 do 1948 funkcję tę pełnił kpt. Stanisław Kwiatkowski, po nim, w roku 1948 obowiązki przejął por. Teofil Hazermajer – jednak to nie on sam, a jego zastępca zyskał we wspomnieniach więźniów wyjątkowo złą sławę. Mowa o kapitanie NKWD, Iwanie Mordasowie, który w upojeniu alkoholowym lubił ćwiczyć swoje umiejętności strzeleckie, wyłącznie do ruchomego celu, mierzył więc często do biegających ma jego rozkaz ludzi. Na sumieniu miał również gwałty na więźniach. W roku 1949 wymienionych wcześniej godnie zastąpił znany już wówczas ze swoich „metod” Salomon (Szlom) Morel. Wszyscy którzy mieli z nim do czynienia bez wyjątków uznali go za barbarzyńsko, nieludzko okrutnego – nigdy nie doliczono się dokładnie jaką liczbę istnień ma na sumieniu, ogólnie mówi się o własnoręcznie przez niego zakatowanych kilku setkach osób.

Szczególną nienawiścią pałał do więźniów pochodzenia niemieckiego, z przeszłością związaną z NSDAP. Pretekstem do znęcania się nad ludźmi mogło być wszystko, począwszy od urodzin Adolfa Hitlera. Tadeusz Wolsza w książce „Więzienia stalinowskie w Polsce”, następująco opisuje stosowane przez Morela sadystyczne praktyki:

„Niekiedy zapędzał ludzi do pustego baraku: więźniowie podają, że był to barak nr. 2, w którym zgromadzono przyrządy do torturowania, takie jak: szubienica, specjalnie skonstruowana prycza do bicia, metalowe pręty, wiaderka z miałem węglowym, rurki stalowe obciągnięte gumą, woda do cucenia), gdzie bez świadków dokonywał bestialskich pobić pejczem, nogą od taboretu, metalową rurką lub rękojeścią pistoletu. Za wręcz wyjątkowe i bezprecedensowe należy uznać bicie łomem […]. W trakcie torturowania zmuszał ofiary do liczenia zadawanych ciosów.”

Wśród sadystycznych praktyk pojawiały się również inne, bezpośrednio niezwiązane z biciem, np. rozsypywanie na podłodze baraku miału węglowego i zmuszanie ofiar do zlizywania go, wynoszenie w zębach kubłów z fekaliami, co było niemożliwe do wykonania – zawartość lądowała na podłodze a więzień za niewykonanie zadania był katowany. Wyjątkowe upodobanie znajdował Morel w nocnych nalotach na baraki, podczas których wymyślał absurdalne rozkazy, których nikt nie był w stanie zrealizować – schowanie się pod prycze w 8 osób jednocześnie przekraczało ludzkie możliwości – Ci, którzy się nie zmieścili, natychmiast byli kopani i bici. Innym razem nakazywał ustawić się w dwuszeregu, twarzami do siebie. Ten, który nie uderzył współwięźnia wystarczająco mocno, był bity pałkami przez strażników.

Dlatego też kierowany przez Morela ośrodek uważany był za jeden z najcięższych. Ponadto, wyróżniał się największą śmiertelnością wśród więźniów, zarówno z powodu sadystycznych skłonności personelu jak i częstych epidemii tyfusu i czerwonki, spowodowanymi fatalnymi warunkami bytowymi i sanitarnymi.

„Do latryny wchodziliśmy po 10 osób, karmiono nas gorzej niż króliki, nie mieliśmy talerzy, jedliśmy rękami ze starych puszek. Starsi nie mieli szans przeżycia. Tyfus bardzo szybko ich zabijał, o żadnej pomocy medycznej nie było mowy.” Z powyższych powodów codziennie umierało około 100 osób. Salomon Morel szczycił się swymi dokonaniami, zwykł chwalić się, że „To, co Niemcom w Oświęcimiu nie udało się w sześć lat, jemu udało się w sześć miesięcy.”

Nazwisko Szloma Morela przeszło do historii z powodu pospolitych przestępstw, jakich dopuścił się w stosunku do więźniów. Próby osądzenia go nie powiodły się, wyjechał bowiem do Izraela i nie został wydany jako zbrodniarz stalinowski. Kolejne prośby o ekstradycje kończą się niepowodzeniem, ponieważ Państwo Izrael „nie widzi podstaw do wydania Morela”.

Na podstawie: Tadeusz Wolsza, „Więzienia stalinowskie w Polsce. System, codzienność, represje.” Wydawnictwo RM, Warszawa 2013.
Za →

Rząd „uciekł” w komplecie, z dyrektorami gabinetów, sekretarzami i z rodzinami. Stolicę i Kraj zostawił na pastwę Niemcom


Ze wszystkich miast polskich dotkniętych wojną Warszawa wiedziała o wojnie najwięcej. Położona pośrodku działań wojennych, wciąż przez nie omijana, najlepiej znała przebieg i rozmiar klęski. Burza zawiedzionych uczuć Warszawy zwracała się przede wszystkim przeciw rządowi. Nie jest już tajemnicą dla nikogo, że rząd „uciekł” w komplecie, z dyrektorami gabinetów, sekretarzami i z rodzinami. Stolicę i Kraj zostawił na pastwę Niemcom. O jego ucieczce krążą najprzykrzejsze i najhaniebniejsze opowieści. Przeciwdziałać im nie ma sposobu, gdyż prasa rządowa milknie jako jedna z pierwszych, ostatni zaś rzecznik rządu, świeżo mianowany minister propagandy Michał Grażyński, przesunie się tylko przez Warszawę, nie umiejąc ani nic wyjaśnić, ani nic zdecydować, ani nawet oznajmić, jaki człowiek czy zespół ludzi będzie dawał teraz dyrektywy działania. W parę tygodni po rozpoczęciu wojny Polska puszczona jest samopas i zdana na ludzi przypadku, którzy będą przez kilka lat rozstrzygać o losach Kraju, nie szczędząc siebie i innych i nie okazując żadnych uzdolnień politycznych ani, tym mniej, umiejętności przewidywania.

Dziś, z perspektywy lat, ucieczkę rządu widzimy w innym, nie tak jaskrawym świetle. Być może, że myśl obrony sprawy polskiej, zbrojnie czy dyplomatycznie, poza granicami Kraju była jedyna, która rokowała wówczas nadzieje. Błędem jednak bezspornym i oczywistym było odcięcie się od porzuconego Kraju. Jeśli nie stało czasu w Nałęczowie czy Krzemieńcu, aby wyznaczyć odpowiednich ludzi do zawrócenia, pozostania na miejscu i objęcia kierownictwa w ostatnich gniazdach oporu czy na obszarach już okupowanych, należało to uczynić krótką decyzją wśród drogi czy też choć powziąć ją później, już w Rumunii. Ale poczucie klęski złamało rząd wewnętrznie. Złożył broń podwójnie, raz wobec napastników, drugi raz wobec tradycji, którą reprezentował. 


Ferdynand Goetel
Czasy wojny

wtorek, 22 grudnia 2015

Charakter pośledni, raczej wolny od występków niż wyposażony w cnoty

Głowę cesarza, wbitą na kopię i poszarpaną przez ciurów i pachołków obozowych, znaleziono dopiero w następnym dniu przed grobowcem Patrobiusza (był to Nerona wyzwoleniec, stracony przez Galbę) i dołączono do spopielałych już zwłok. Taki był koniec Serwiusza Galby; w przeciągu siedemdziesięciu i trzech lat swego życia przebył on panowanie pięciu cesarzy ciesząc się pomyślnym losem, a szczęśliwszy był pod cudzymi rządami niż pod własnymi. W jego rodzinie szlachectwo było dawne, a majątek znaczny; on sam miał charakter pośledni, raczej wolny od występków niż wyposażony w cnoty. Dla swojej sławy nie był obojętny, lecz się nią nie chełpił; cudzych pieniędzy nie pożądał, własne oszczędzał, państwowych skąpił; wobec przyjaciół i wyzwoleńców był wyrozumiały — co nie zasługuje na naganę — o ile natrafiał na dobrych; jeżeli to byli źli ludzie, był zaślepiony aż do winy. Ale blask przodków i groza czasów przysłaniały jego braki, tak że to, co w nim było indolencją, uchodziło za mądrość. Jak długo był w sile wieku, odznaczał się sławą wojenną w Germanii. Jako prokonsul zarządzał w sposób umiarkowany Afryką; kiedy już był starszy, równie sprawiedliwie rządził bliższą Hiszpanią. Wyższy się zdawał nad prywatnego człowieka, póki nim był, a zgodnym zdaniem wszystkich uzdolniony był do panowania pod tym warunkiem, żeby nie panował.

Tradycją uświęcony zwyczaj schlebiania każdemu władcy wśród nieumiarkowanych aklamacyj i czczych hołdów


Wszystek już tłum zapełnił Palatium; zmieszali się z nim niewolnicy i wraz podniosły się niesforne krzyki ludzi żądających śmierci Othona i egzekucji na sprzysiężonych, tak jak gdyby w cyrku lub teatrze krotochwili jakiejś się domagali; a nie było to z ich strony dowodem uznania lub szczerości,skoro w tym samym dniu rzeczy wręcz przeciwnych z jednaką gorliwością mieli się domagać, tylko był to tradycją uświęcony zwyczaj schlebiania każdemu władcy wśród nieumiarkowanych aklamacyj i czczych hołdów.


Tacyt, Dzieje
tłumaczenie: Seweryn Hammer

Woleć teraźniejszość niż niepewną i uczciwą przyszłość ...


Straż w obozie odbywał trybun Juliusz Marcjalis. Ten nie opierał się z powodu wielkości tak nagłej zbrodni lub może z obawy, że korupcja zbyt wielkie w obozie poczyniła postępy i że w razie oporu czeka go zguba; dlatego też bardzo wielu nasunął podejrzenie swej współwiny. Także reszta trybunów i setników wolała teraźniejszość niż niepewną i uczciwą przyszłość i taki był stan umysłów, że na najbardziej haniebny ten czyn odważyło się niewielu, więcej go chciało, a wszyscy do niego dopuścili.


Tacyt, Dzieje
tłumaczenie: Seweryn Hammer

Szlachectwo, majątek, poniechanie i piastowanie urzędów — uchodziły za przestępstwo, a za cnotę czekała najpewniejsza zguba


Zabieram się do dzieła, którego treść obfituje w katastrofy, srogie boje, rozterki i bunty, oraz okrucieństwa nawet podczas pokoju popełniane: czterech cesarzy mieczem zgładzonych, trzy wojny domowe, jeszcze więcej zewnętrznych, a bardzo często jedne i drugie na raz; powodzenia na Wschodzie, niepowodzenia na Zachodzie; zbuntowana Iliria, chwiejne Galie, ujarzmiona Brytania i wnet znowu poniechana; wspólnie powstałe przeciw nam ludy Sarmatów i Swebów, wsławieni naszymi i własnymi klęskami Dakowie, nawet Partowie omal nie popchnięci do chwycenia za oręż wskutek oszustwa samozwańczego Nerona. A wreszcie Italia dotknięta nowymi klęskami lub raczej takimi, które po długim wieków szeregu znowu wróciły: pochłonięte lub zasypane miasta na tak żyznym wybrzeżu Kampanii, Rzym spustoszony pożarami, przy czym najdawniejsze świątynie poszły w perzynę, zaś sam Kapitol ręce obywateli podpaliły; znieważone święte obrzędy, skandaliczne cudzołóstwa; morze pełne wygnańców, splamione ich krwią skaliste wyspy. Jeszcze w dzikszy sposób srożono się w stolicy: szlachectwo, majątek, poniechanie i piastowanie urzędów — uchodziły za przestępstwo, a za cnotę czekała najpewniejsza zguba. Niemniej też nienawistne były nagrody donosicieli jak ich zbrodnie: jedni z nich niby łupu dopadłszy urzędów kapłańskich i konsulatów, inni zdobywszy stanowiska prokuratorów i wpływy na dworze, poruszali i obalali wszystko, siejąc nienawiść i grozę. Przekupywano przeciw panom niewolników, przeciw patronom wyzwoleńców; a ktonie miał wroga, tego zgnębił przyjaciel. Wiek ten jednak nie był tak dalece niepłodny w cnoty, żeby i pięknych nie zrodził przykładów: matki towarzyszyły synom na tułaczce, szły za mężami na wygnanie żony; nie brakło odwagi krewnym, stałości zięciom, uporczywej nawet wobec tortur wierności niewolnikom; sławni mężowie dzielnie znosili ostateczną konieczność, a ich zgony dorównywały wielbionym ludzi dawnych śmierciom. Prócz tych rozlicznych w świecie ludzkim nieszczęść zjawiały się na niebie i ziemi cuda, ostrzeżenia błyskawic i wróżby przyszłości: radosne, smutne, dwuznaczne, wyraźne; istotnie, nigdy groźniejsze narodu rzymskiego klęski i trafniejsze zapowiedzi nie dowiodły, że bogowie nie troszczą się o nasze bezpieczeństwo, lecz troszczą się o naszą karę.

Tacyt, Dzieje
tłumaczenie: Seweryn Hammer

Epoka, wktórej możesz myśleć co chcesz, a co myślisz - wypowiedzieć


O ile mi na to starczy życia, odłożyłem na starość panowanie boskiego Nerwy i rządy Trajana, temat bogatszy i bezpieczniejszy dzięki rzadkiemu szczęściu tej epoki, w której wolno myśleć co chcesz, a co się myśli — wypowiedzieć. 

Tacyt, Dzieje
tłumaczenie: Seweryn Hammer

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Zdobycie Rzymu



O zgrozo! Ginie cały świat, a grzechy nasze nie giną! Sławne miasto i stolica cesarstwa rzymskiego zostało strawione jednym pożarem. Nie ma krainy, w której by nie było jego wygnańców. W popiołach i zgliszczach legły święte niegdyś kościoły, my jednak hołdujemy chciwości. Żyjemy jakbyśmy następnego dnia mieli umrzeć, a budujemy, jakbyśmy zawsze mieli żyć na tym świecie. Złotem błyszczą ściany, stropy, gło­wice kolumn, a przed naszymi drzwiami umiera w ubogim nagi i głodny Chrystus.

Św. Hieronim

O zdobyciu Rzymu

sobota, 14 marca 2015

Antenaci Hitlera

Hunowie Kajzera

Wedle pokutującej u nas opinii, podczas II wojny światowej niemieckie siły zbrojne jęły parać się ludobójstwem pod wpływem ideologii narodowego socjalizmu.

To szalone pomysły Hitlera i jego rewolucjonistów pchnąć miały armię, będącą dotąd ostoją szlachetnego konserwatyzmu, na drogę masowych zbrodni, nie mających rzekomo precedensu w XX-wiecznej historii Niemiec. Okryte hańbą formacje Wehrmachtu i Waffen-SS przeciwstawiane są „dżentelmeńskim”, przestrzegającym rycerskich reguł walki oddziałom kajzera Wilhelma z czasów I światowej zawieruchy.

W rzeczywistości jednak hitlerowcy mieli wielu „godnych” poprzedników, dla których (parafrazując Clausewitza) ludobójstwo było jedynie „przedłużeniem polityki realizowanej innymi środkami”.

„Nie miejcie litości!”

W 1900 roku wybuchło w Chinach niezwykle brutalne „powstanie bokserów”, skierowane m.in. przeciw cudzoziemskim wpływom oraz rodzimym chrześcijanom. Sześć mocarstw europejskich wraz z USA i Japonią zareagowało wysłaniem do Chin oddziałów wojskowych. Byli wśród nich żołnierze niemieccy, do których pożegnalną mowę wygłosił sam cesarz Wilhelm II: „Nie miejcie litości! Nie bierzcie jeńców! Kto wpadnie wam w ręce, niech będzie zgubiony! Tak jak przed tysiącem lat Hunowie i ich król Attyla zdobyli sławę… teraz niemiecka sława niechaj będzie za waszą sprawą potwierdzona w Chinach w taki sposób, że żaden Chińczyk nie odważy się spojrzeć krzywo na Niemca!”.
Owa słynna „Mowa Huńska” (Hunnenrede) wzbudziła w świecie ogromne wrażenie. Nikt nie przypuszczał jednak, że w następnych dziesięcioleciach nawiązanie do dziedzictwa Hunów stanie się podstawową wytyczną niemieckiej polityki zagranicznej.

Kajzer zażądał, by to jego oficer objął stanowisko głównodowodzącego sił interwencyjnych, z tytułem „generała feldmarszałka świata”. Jego protegowanym był marszałek polny Alfred hrabia von Walderesee. Mocarstwa zachodnie, choć niechętnie, zgodziły się na ten dyktat. W październiku 1900 r. Walderesee miał pod swymi rozkazami blisko 70.000 żołnierzy, w tym 20.000 niemieckich, 21.000 japońskich, 13.000 rosyjskich, 6.700 francuskich, 5.600 amerykańskich, 2.500 włoskich, 500 austro-węgierskich.

Wojska niemieckie spóźniły się na prawdziwą wojnę („bokserów” rozgromili Japończycy, Rosjanie i Amerykanie), wyżywały się za to w akcjach terroryzujących ludność cywilną. Koalicyjna armia Waldereesego przeprowadziła 45 dużych operacji pacyfikacyjnych, z tego Niemcy samodzielnie aż 35 (uczestniczyli zaś w prawie wszystkich pozostałych). Żołnierze kajzera dokonywali masowych rozstrzeliwań, nie tracąc czasu na takie ceregiele, jak ustalenie faktycznej winy podejrzanych.

Obserwatorzy byli zgodni – Niemcy uśmiercili ogromną liczbę najzupełniej przypadkowych cywilów. Feldmarszałek von Walderesee pisał do cesarza: „Prawdą jest, iż rozstrzeliwuje się wielu Chińczyków“. Przyznawał też, iż sam był świadkiem „niezliczonej ilości egzekucji”.

Nie tylko Niemcy dopuszczali się okrucieństw, jednak wyróżniała ich masowość i systematyczność represji. Ich czynów nie można było przypisać poszczególnym, rozgorączkowanym żołnierzom, działającym pod wpływem stresu pola walki (jak już wspomniałem, Niemcy nie powąchali zbyt wiele prochu podczas bitew). Rozkazy płynące z najwyższych szczebli dowodzenia nie pozostawiały złudzeń – była to świadoma polityka terroru i zastraszenia.

Łzy Tanganiki

Historia Niemieckiej Afryki Wschodniej (Tanganiki) była krótka, ale równie dramatyczna. W 1885 r. Niemiecka Kompania Wschodnioafrykańska wydzierżawiła od sułtana Zanzibaru terytorium wzdłuż morskiego wybrzeża.

Niemieckie porządki musiały posiadać ów szczególny, typowo germański rys, skoro już trzy lata później wybuchło tam powstanie tubylców. Do walki ruszyli, ramię przy ramieniu, tak Arabowie, jak i Murzyni, społeczności dotąd szczerze się nienawidzące. Starcia trwały do 1890 r. Kompanii Wschodnioafrykańskiej udzielił pomocy rząd cesarskich Niemiec oraz… Brytyjczycy. Tanganikę ustanowiono niemieckim protektoratem.
Trudne początki niczego nie nauczyły teutońskich kolonizatorów. Tubylcze plemiona wysiedlano z ich tradycyjnych terenów łowieckich i pasterskich, uciskano wysokimi podatkami oraz pracą przymusową. W latach 1896-1897 zbrojny opór stawiło plemię Wahehe, z którym krwawo rozprawiły się Schutztruppe komendanta Lothara von Trothy. Był to tylko wstęp do prawdziwej hekatomby.

Szalę goryczy u rdzennych mieszkańców przelała próba narzucenia im eksperymentalnej uprawy bawełny. Dotychczasowa gospodarka rolna oparta była na produkcji płodów żywnościowych, pozwalała zaspokoić podstawowe potrzeby autochtonów. Uprawa bawełny, choć korzystna dla władz, zgarniających praktycznie cały zysk, skazywała tubylczych rolników na głód.

W latach 1905-1907 miał miejsce wielki bunt, znany jako „powstanie maji-maji”.
Wśród Murzynów szerzyła się wiara, że wypicie cudownej wody (maji) ochroni ich przed pociskami z broni palnej. Tłumy wojowników rzucały się do szaleńczych ataków na pozycje niemieckie – niestety, nie imponowali kuloodpornością…

Na terenach ogarniętych insurekcją Niemcy zastosowali taktykę spalonej ziemi. Bez litości wybijali całe wioski, nie szczędząc kobiet ani dzieci, rozstrzeliwali, wieszali, niszczyli zbiory żywności, skazując tubylców na pewną śmierć głodową. Liczba ofiar tej przerażającej pacyfikacji jest przedmiotem sporów historyków, waha się od „optymistycznych” 70 tysięcy do pesymistycznych 300 tysięcy. Większość badaczy uważa, że w imię niemieckiego porządku eksterminowano wtedy w Tanganice dwieście tysięcy tubylców! Cesarskie wojsko kolonialne straciło 400 żołnierzy, w tym 15 białych…

Zagłada ludu Herero

7 sierpnia 1884 r. flaga cesarskich Niemiec załopotała nad terytorium Afryki Południowo-Zachodniej (dzisiejszej Namibii). Przez kilka lat komisarzem kolonii był dr Heinrich Göring (w Afryce zawarł on znajomość z austriackim Żydem, Hermannem von Epensteinem, ten z kolei blisko zaprzyjaźnił się z młodą żoną Göringa; owocem tego trójkąta mógł być Hermann Göring, przyszły szef Luftwaffe, twórca Gestapo, budowniczy systemu nazistowskich obozów koncentracyjnych).

Choć brytyjski historyk David Irving pisze z uznaniem: „Dzięki wysiłkom i zabiegom herr Heinricha, owa obfitująca w bogactwa naturalne kolonia stała się bezpieczna dla kupców i handlowców…”, stwierdzenie to ilustruje tylko jedną stronę medalu. Niemieckie władze systematycznie pozbawiały tubylców ziemi i bydła, tysiące wolnych do tej pory ludzi zapędzono do robót przymusowych. Rękami murzyńskich niewolników budowano linie kolejowe, farmy, porty morskie w Luderitz i Swakopmund…

W tej sytuacji nie trzeba było długo czekać na konflikty z rdzenną ludnością. Pierwsze stawiło opór waleczne plemię Herero (1885-1890). W latach 1893-1894 starli się z Niemcami Namowie, dowodzeni przez charyzmatycznego Hendrika Witboia. W 1903 r. stanęli do walki Bondelswarts (odłam Nama), pokonani rok później.

Wreszcie, w styczniu 1904 r. doszło do najpotężniejszego zrywu. Znów wystąpili Hererowie, pod wodzą Samuela Maharero. Powstańcy hererscy zaatakowali niemieckie farmy, zabijając 123 kolonistów. Otoczyli miasta Windhoek (stolicę kolonii) i Okahandja. Insurekcję tłumił korpus ekspedycyjny znanego nam już generała Lothara von Trothy („zasłużonego” wcześniej masakrą plemienia Wahehe w Niemieckiej Afryce Wschodniej oraz równie bezlitosnymi działaniami w Chinach).

Von Trotha nie owijał spraw w bawełnę: „Moja polityka polegała i polega na stosowaniu siły, skrajnego terroru, a nawet okrucieństwa”. Zażądał od Hererów opuszczenia ich terytoriów: „Nie uczynię wyjątku dla kobiet i dzieci; będą przepędzone lub zabite.”

Niemcy otoczyli Hererów u podnóża góry Waterberg. Doszło do rzezi. Część autochtonów przedarła się przez linie niemieckie, innych zapędzono na pustynię Kalahari, odcinając ich od źródeł wody pitnej. Cesarskie wojsko strzelało bez pardonu do każdego tubylca podchodzącego do wodopoju, nie zważając na jego płeć, ani wiek. Zatruwano studnie.

Pojmanych Murzynów umieszczano w obozach koncentracyjnych, gdzie znakowano ich literami GH (Gefangene Herero) i zmuszano do katorżniczej pracy. Więźniowie tego niemieckiego Gułagu budowali m.in. linię kolejową z Lderitzbucht do Keetmanshoop. Nieludzko wyśrubowane normy pracy w zabójczym klimacie, kiepskie wyżywienie, brak opieki medycznej, bezlitośnie stosowana kara chłosty robiły swoje. Niezdolnych do pracy niewolników zabijano (by zaoszczędzić amunicji, zakłuwano ich bagnetami). Niemieccy lekarze Hinck i Fischer przeprowadzali eksperymenty medyczne na murzyńskich więźniach (w przyszłości studentem Fischera będzie niejaki Josef Mengele, który zdobędzie potem sławę jako Anioł Śmierci z Auschwitz…).

Przeprowadzone w 1904 r. spisy ludności szacowały liczbę Hererów na 80 tysięcy. Siedem lat później przy życiu pozostało ich ledwie 15 tysięcy (z tych wielu zawdzięczało ocalenie ucieczce do brytyjskiej Beczuany). Straty tego ludu w wyniku eksterminacji sięgnęły 82 proc.! Niemcy nie ukrywali, że ich celem było unicestwienie całej wspólnoty etnicznej. Teza o ludobójstwie Hererów jest więc w pełni uzasadniona.

Tymczasem, w październiku 1904 r. chwyciło za broń plemię Namów – prowadzili ich Simon Koper i Samuel Isaak. Wsparli ich Hotentoci pod Johannesem Christiaanem i Korneliusem. Kilkuset wojowników długo trzymało w szachu 15-tysięczną armię niemiecką. Ta zastosowała stare, wypróbowane metody. W ciągu trzech lat liczebność plemienia zmniejszyła się z 20.000 do 9781 osób.

W 1907 r. ludność kolorową Niemieckiej Afryki Południowo-Zachodniej pozbawiono wszelkich praw (w tym prawa do posiadania ziemi i bydła). Jedynym źródłem utrzymania mogła być praca najemna, a właściwie niewolnicza, w niemieckich kopalniach i na plantacjach.

Działania cesarskich władz kolonialnych odbierano w Europie z konsternacją. Dla starych mocarstw, szczególnie Wielkiej Brytanii i Francji, walki z tubylcami w posiadłościach zamorskich były niemal codziennością. Wszakże świadoma, z premedytacją zaplanowana i przeprowadzona eksterminacja całych plemion nie mieściła się w ówczesnym obyczaju wojennym. Obozy koncentracyjne wznosili wcześniej Hiszpanie (na Kubie) i Brytyjczycy (w Afryce Południowej), jednak wysoka śmiertelność wśród przetrzymywanych tam osób wynikała ze złych warunków sanitarnych i podłego wyżywienia, nie była zaś efektem celowej polityki wyniszczenia. Wkrótce również Stary Kontynent miał poznać barbarzyństwo Hunów kajzera.

Copyright by Andrzej Solak
http://cristeros1.w.interia.pl/crist/militaria/antenaci_hitlera.htm
*                        *                        *
Na szlaku Attyli

W 1870 r. światową opinię publiczną zaszokowały doniesienia z frontu niemiecko-francuskiego. Żołnierze pruscy, rozwścieczeni działalnością francuskich „franc-tireurs” (wolnych strzelców, partyzantów), wprowadzili na okupowanych terytoriach okrutny terror, masowo rozstrzeliwując podejrzanych. Jak celnie zauważyła Barbara Tuchman, „zdano sobie nagle sprawę, że pod niemiecką skórą czai się bestia.”

W sierpniu 1914 r. wojska niemieckie znów przekroczyły granice Francji, a także neutralnej Belgii. Na zajętych terenach Niemcy wprowadzili „politykę grozy” (Schrecklichkeit). Do niemieckich obozów wywieziono 120 tysięcy Francuzów. Deportowano do Niemiec 120 tysięcy belgijskich i 100 tysięcy francuskich robotników, do pracy przymusowej w kopalniach i fabrykach. Spośród ludności brano zakładników, w tym kobiety, a nawet dzieci.

W odwecie za prawdziwą lub rzekomą działalność belgijskich i francuskich „franc-tireurs” (niekiedy okazywało się poniewczasie, że domniemany atak partyzantów był w istocie pomyłkowym ostrzelaniem przez inny oddział niemiecki), stosowano odpowiedzialność zbiorową.

Zmiażdżona lalka

Do prawdziwej rzezi doszło w okupowanej Belgii. Gazety niemieckie podawały malownicze opisy rzekomych zbrodni tutejszych „terrorystów”. Czytelników raczono krwawymi historyjkami o zaślepionych fanatyzmem belgijskich kobietach i dzieciach (!), których ulubioną rozrywką miało być wykłuwanie oczu i obcinanie języków żołnierzom niemieckim, o tajemniczym księdzu, którego „widziano” z naszyjnikiem z obrączek ślubnych, zdjętych z palców odciętych jeńcom, o pewnym chłopcu, który zgromadził „całe wiadro” wydłubanych Niemcom oczu…

Jak to zwykle bywa, w ślad za wojenną propagandą, odczłowieczającą przeciwnika, zapadały mordercze decyzje. Niemieccy dowódcy, w rodzaju generała Alexandra von Klucka, nakazywali swym podkomendnym „rozstrzeliwanie osób i palenie domów”, w odwecie za „zdradziecką” działalność ruchu oporu. Natychmiastowa egzekucja (często nawet bez doraźnego procesu sądowego!) groziła belgijskim cywilom nie tylko za posiadanie broni, ale np. za samo zbliżenie się do samolotu lub balonu na odległość mniejszą niż 200 merów.

W Warsage rozstrzelano 6 księży katolickich. W Andenne, zgodnie z rozkazem generała Karla Bülowa, spalono miasto, miano też dokonać egzekucji 110 zakładników – faktycznie ofiarą masakry padło 211 osób. W pobliskim Seilles stracono 50 osób. W Aerschat było 150 ofiar. Podczas plądrowania Tamines spędzono pod miejscowy kościół i rozstrzelano 384 cywili. W Dinant zamordowano aż 612 osób, w tym 3-tygodniowe niemowlę (!!!).

„- Nasz pochód przed Belgię był niewątpliwie brutalny…” – bąkał później generał Helmuth von Moltke.

Okupanci uzasadniali terror rzekomym naruszeniem przez Belgów prawa międzynarodowego. Otóż, zdaniem kajzerowskiej dyplomacji, Belgia złamała swą neutralność stawiając zbrojny opór niemieckiej inwazji (!!!). Opat Wetterlè, alzacki delegat do Reichstagu, westchnął kiedyś: „Umysłowi uformowanemu na kulturze łacińskiej trudno jest zrozumieć niemiecką mentalność.”

Podobne ekscesy, choć na mniejszą skalę, miały miejsce we Francji. W Nomeny (Lotaryngia) wojsko bawarskie zastrzeliło lub zakłuło bagnetami 50 cywili.
Ogółem, w ciągu pierwszych trzech miesięcy wojny w egzekucjach i wojskowych pogromach na terenach okupowanych zginęło 6.500 belgijskich i francuskich cywili, spalono też szereg miast i wiosek. 26 sierpnia 1914 r. Niemcy puścili z dymem belgijskie Louvain – sławne już w średniowieczu miasto uniwersyteckie. Spłonęła słynna, założona w 1426 r. biblioteka, z bezcennym księgozbiorem, szacowanym na 230.000 tomów (w tym 750 średniowiecznych manuskryptów i ponad 1000 inkunabułów). Świat wreszcie uwierzył, że ma do czynienia z hordami barbarzyńców.

„- Jesteście potomkami Goethego, czy Huna Attyli?” – wołał Romain Rolland.
„Leżąca na drodze szmaciana lalka, z głową zmiażdżoną kołem armatniej lawety, wydała się amerykańskiemu korespondentowi symbolem losu Belgii w tej wojnie” (Tuchman).

Piraci mórz i przestworzy

Wielka Wojna lat 1914-1918 przyniosła ogromny rozwój techniki wojskowej. Niestety, nowe rodzaje uzbrojenia zastały użyte również jako narzędzie terroru, wymierzonego w ludność cywilną.

Niemiecka doktryna „nieograniczonej wojny podwodnej” była już z definicji kontrowersyjna. Ówczesne prawo morskie nakazywało, w razie napotkania jednostki handlowej płynącej pod wrogą banderą, wpierw udzielenie jej ostrzeżenia, skontrolowanie, zaś w razie podjęcia decyzji o zatopieniu – bezpieczne ewakuowanie załogi pryzu.

Przestrzeganie tych reguł przez załogi okrętów podwodnych, przyznajmy, od początku było problematyczne. Okręt podwodny działa skrycie na wodach kontrolowanych przez nieprzyjaciela; przypomina nieco oddział dywersyjny operujący na dalekim zapleczu frontu. Aby ostrzegać napotkane statki, musiałby wynurzać się, co oznaczałoby dekonspirację. Tym niemniej, nawet w warunkach wojny podwodnej istnieją nienaruszalne świętości, jak okręty szpitalne, cywilne statki pasażerskie, łodzie ratunkowe czy rozbitkowie w wodzie. Zaatakowanie ich z premedytacją jest jednoznacznie definiowane jako zbrodnia wojenna na morzu.

Prawdopodobnie największą niesławą we flocie kajzera okrył się kapitan Walter Schwieger, dowódca okrętu podwodnego „U 20” – sprawca zatopienia pasażerskiej „Lusitanii” (1198 ofiar). Jego czyn zepchnął w cień „dokonania” innych psychopatów, w rodzaju kapitana Georga Günthera von Forstnera, dowódcy „U 28” (zatopił brytyjskie statki pasażerskie „Aquila” i „Falaba” – zginęło na nich łącznie 112 osób), albo kpt. H. Pustkuchena, który posłał na dno brytyjski pływający lazaret „Asturias” (45 zabitych) i poważnie uszkodził francuski statek pasażerski „Sussex” (80 zabitych i rannych).

Bardzo pasował do tego grona kpt. Wilhelm Werner, sprawca zatopienia brytyjskiego okrętu szpitalnego „Rewa” oraz wymordowania rozbitków z parowca „Torrington”. Ofiarą U-bootów padł też brytyjski statek pasażerski „Arabic” (44 zabitych) oraz pływające szpitale: „Lanfranc”, „Dover Castle” (6 zabitych), „Donegal” (75 zabitych, w tym 15 rannych jeńców niemieckich), „Warilda” (123 zabitych), „Glenart Castle” (160 ofiar – rozbitków wybito w morzu z karabinów maszynowych!), „Llandovery Castle” (zginęło aż 234 ludzi – szalupy ratunkowe były zatapiane ogniem artyleryjskim)… Storpedowany okręt szpitalny „Gloucester Castle” miał szczęście – zdołał dociągnąć do brzegu. U-booty „rozprawiły się” także z rosyjskimi okrętami szpitalnymi „Portugal” (115 zabitych) i „Wpieriod”, a także holendreskim (neutralnym!) „Koningin Regentes”.

Niemiecka taktyka terroru okazała się też mordercza dla cywilów na głębokim zapleczu frontu. Lotnicze bomby oraz pociski artyleryjskie z premedytacją kierowano w dzielnice mieszkalne, by złamać morale ludności. 6 sierpnia 1914 r. niemiecki sterowiec L-Z zaatakował obiekty cywilne w Liège. Trzynaście zrzuconych bomb zabiło dziewięciu mieszkańców. 30 sierpnia samolot Taube (Gołąb) posyła trzy bomby na Paryż – spadają na Quai de Valmy – ginie dwóch przypadkowych przechodniów, kilku odnosi rany. Od tego dnia naloty stają się dla Paryża codziennością. Tak rodzi się nowa epoka…

Cztery lata później w stolicę Francji biło (od marca do sierpnia 1918 r.) „działo paryskie” – słynne „Paris-Geschütz” (zwane też „Kaiser Wilhelm Geschütz” lub „Długą Bertą”, w odróżnieniu od „Grubej Berty”, ciężkiego moździerza kalibru 420 mm). Jego 94-kilogramowe pociski, wystrzeliwane z prędkością pięciokrotnie większą od szybkości dźwięku, miały rewelacyjny zasięg 130 km, wznosząc się po drodze na pułap 40 km (pierwszy sztuczny obiekt, który dotarł do stratosfery!). Ten wytwór niemieckiego geniuszu kosztował życie 250 paryżan, i rany dalszych 620.

Holocaust Ormian

W grudniu 1914 r. niemieccy doradcy tureckiego sztabu generalnego, generałowie Fritz Bronstart von Schellendorf, Colmar von der Goltz i Otto Liman von Sanders spotkali się z liderami młodotureckiej partii Jedność i Postęp – Talaatem i Enverem. Niemcy domagali się od tureckich gospodarzy aktywnego zwalczania „ormiańskich sabotażystów i dywersantów”, mimo iż tamtejsza społeczność Ormian zachowywała się lojalnie wobec władz, a żołnierze ormiańscy w służbie sułtana wyróżniali się walecznością na froncie. Wkrótce turecka armia, wspierana przez bojówki kurdyjskie i arabskie, rozpoczęła eksterminację Ormian, trwającą aż do 1923 roku. Jej ofiarą padło co najmniej kilkaset tysięcy, najpewniej zaś półtora miliona ludzi.

Trudno byłoby obciążać Niemców całkowitą odpowiedzialnością za ów Holocaust, wszak do rzezi tureckich Ormian dochodziło już w latach 1890-1896 oraz w roku 1909. Jednak kajzerowska propaganda wspierała młodotureckich ludobójców w akcji dezinformacyjnej, zaprzeczając faktowi eksterminacji bądź ją usprawiedliwiając (głoszono m.in., jakoby ormiańscy rebelianci wymordowali 150.000 muzułmanów).

Oddziałami tureckimi, szturmującymi ormiańskie dzielnice, dowodzili niekiedy niemieccy oficerowie (np. w Urfie). Wśród żołnierzy cesarskich odbywających wówczas służbę w Turcji był też młody ochotnik, nazwiskiem Rudolf Höss. W przyszłości zdobędzie sławę jako komendant obozu zagłady w Auschwitz…

Profesjonalizm młodotureckich ludobójców wywarł spore wrażenie na samym Adolfie Hitlerze. 22 sierpnia 1939 r., na odprawie dla niemieckiej generalicji w Obersalzburgu, powie: „Posłałem moje oddziały z trupią główką na Wschód, wydawszy im rozkaz bezlitosnego zabijania mężczyzn, kobiet i dzieci należących do polskiej rasy lub mówiących polskim językiem. […] W końcu któż mówi dziś o zagładzie Ormian?”

A na wschodzie Europy od 1917 r. miliony ofiar pożera bolszewicki potwór, wyhodowany przez kajzerowskie służby specjalne, użyty przeciw Rosji „jak bakcyl dżumy w probówce” (stwierdzenie Winstona Churchilla), i jak wirus wymykający się spod kontroli…

Rykoszet

W trakcie I wojny światowej również Niemcy padali ofiarą przestępstw wojennych. Wziętych do niewoli żołnierzy kajzera, bywało, traktowano brutalnie, miasta Rzeszy stały się celem odwetowych bombardowań, odnotowano też zbrodnicze wymordowanie przez Brytyjczyków rozbitków z okrętów podwodnych „U 27” (11 ofiar), „U 36” (18 ofiar), „U 110” (32 ofiary), z niszczycieli „G 42” i „G 85” oraz z krążownika pomocniczego „Greif”. Mordercze skutki przyniosła blokada ekonomiczna Niemiec, w wyniku której zmarły z głodu tysiące cywili (wg obliczeń niemieckich władz – aż 763.000).

Działanie aliantów, jakkolwiek często haniebne, były jednak odpowiedzią na konkretne kroki ze strony Niemiec. To armia kajzera, z premedytacją łamiąca dotychczasowe zasady, dosłownie od pierwszych dni wojny, doprowadziła do brutalizacji konfliktu. Uznanie przez niemieckie naczelne dowództwo dotychczasowych, humanitarnych norm za przestarzałe i nieprzystające do współczesnego pola walki, uderzyło w Niemców rykoszetem.

Copyright by Andrzej Solak
http://cristeros1.w.interia.pl/crist/militaria/na_szlaku_attyli.htm
*                        *                        *

Zagłada Kalisza

Kalisz to jedno z najstarszych, najbardziej zasłużonych w historii miast polskich. Wprawdzie współcześni badacze powątpiewają w słynne onegdaj „rewelacje”, jakoby miasto Calisia, wspomniane w połowie II w. przez Klaudiusza Ptolemeusza, greckiego historyka z Aleksandrii, było rzeczywiście Kaliszem (dziś przyjmuje się, iż Calisia leżała na południe od łuku Karpat), jednak ślady osadnictwa na tym terenie sięgają 8000 lat przed Chrystusem!

W średniowieczu Kalisz to ważny obiekt gospodarczy i militarny, m.in. zasłużony w bojach z Krzyżakami. W trakcie „potopu” miasto „przez Szwedów zajęte, zniszczone, […] całe spustoszone i w popiół obrócone” (z uniwersału króla Jana Kazimierza). W 1806 r. jest terenem udanego powstania antypruskiego, a od 1837 r. stolicą guberni kaliskiej…

W 1913 r. spis ludności wykazał 65.400 mieszkańców, w tym 24.597 Rosjan i 5.524 cudzoziemców. Zaledwie rok później Hunowie cesarza Wilhelma II zamienią ów kwitnący ośrodek w pustynię…

1 sierpnia 1914 r. o godz. 18.00 Niemcy wypowiedziały wojnę Rosji. Nazajutrz rano Rosjanie (ludność cywilna i wojsko) ewakuowali się z Kalisza. Jeszcze tego samego dnia do miasta wkroczyli Niemcy – II batalion 155 pułku piechoty z Ostrawy, w sile 850 żołnierzy, pod wodzą majora Hermanna Preuskera, który zaraz też objął godność komendanta miasta. Niemieckim piechurom towarzyszyły działa eskortowane przez kawalerię oraz oddział karabinów maszynowych. Ludność polska zachowała się spokojnie, miejscowi Żydzi witali najeźdźców z entuzjazmem. [Jak zawsze… – admin]

Psychoza „franc-tireurs”

Ówczesny, cesarski podręcznik wojskowy „Kriegsbrauch im Landkriege”, bazujący na doświadczeniach wojny z Francją z lat 1870-1871, uczulał żołnierzy na działalność partyzantów („franc-tireurs”). Podczas operacji niemieckich w Belgii i Francji latem i jesienią 1914 r., paniczny lęk przed „wolnymi strzelcami” stał się przyczyną wielu dramatów. Dla ogarniętych paranoją oficerów Wilhelma II nawet przypadkowy wystrzał bywał powodem do egzekucji zakładników, czy spalenia całego miasta.

W nocy z 3 na 4 sierpnia w Kaliszu padły strzały, polała się krew. Zginęło 21 polskich cywilów i 6 żołnierzy niemieckich. Major Preusker oskarżył kaliszan o podstępny napad. Pozostaje faktem, że jego wojsko znalazło się pod ostrzałem, i że odpowiedziało ogniem w stronę pobliskich domów. Nie da się całkowicie wykluczyć ataku ze strony jakiejś grupki miejscowych Polaków, czy też rosyjskich maruderów, choć w trakcie późniejszych dochodzeń (niemieckich, rosyjskich, polskich) nigdy nie natrafiono na ich ślad. W komunikatach niemieckich brak również doniesień o schwytaniu jakichś „wolnych strzelców”, czy o zdobyciu jakiegokolwiek oręża.

Wedle obecnego stanu wiedzy, najbardziej uprawniona wydaje się być teza, iż wojsko rozpoczęło strzelaninę pod wpływem psychozy „franc-tireurs”, i że wszystkie ofiary, tak wśród schützen, jak i ludności cywilnej, padły od niemieckich kul. Najpewniej dramat zapoczątkowała omyłkowa wymiana ognia między dwoma pruskimi patrolami na rogu dzisiejszych ulic Kazimierzowskiej i Śródmiejskiej, potem do chaotycznej kanonady przyłączyły się pododdziały rozlokowane w różnych punktach miasta.

Pogrom

Nazajutrz Niemcy aresztowali zakładników, wprowadzili godzinę policyjną, nałożyli na miasto kontrybucję w wysokości 50 tys. rubli. Na ulicach rozegrał się prawdziwy pogrom. Wojskowe patrole atakowały przypadkowych przechodniów, bijąc ich kolbami. W razie najmniejszego oporu rozstrzeliwano na miejscu. W ten sposób zginęło w owym dniu blisko 20 mieszczan.

Następnie wojsko wycofało się z Kalisza, by ostrzelać śródmieście ogniem artyleryjskim. Wybuchły pożary, nastąpił exodus ludności. Tylko w dniu 5 sierpnia uciekło z miasta blisko 10 tys. obywateli. Niemcy ponownie wkroczyli do Kalisza, pojmali nowych zakładników, których tryumfalnie obwożono po ulicach. Jednego z nich, fabrykanta Frenkiela, zamordowano na oczach przerażonych przechodniów.

Tymczasem do miasta weszły nowe jednostki niemieckie. Oddział majora Preuskera został wycofany i zastąpiony przez dwa bataliony piechoty saskiej, dowodzone przez pułkownika Hoffmana. Dało to nadzieję na unormowanie sytuacji, niestety, nadzieję złudną.

7 sierpnia, na Rynku Głównym Kalisza, wprost na obozujących tam Saksończyków, wypadł z jednej z uliczek galopujący koń. Wtargnął w tłum piechocińców, tratując ich kopytami. Jakiś żołnierz porwał za karabin, wypalił do nieszczęsnego czworonoga. Huk strzału wywołał panikę.

Kto żyw, chwycił za broń. Ktoś głośno wzywał lekarza do rannego żołnierza (zapewne stratowanego). Momentalnie skojarzono to z wystrzałem, z ostrzeżeniami przed franc-tireurs i z niedawnym „zdradzieckim napadem kaliszan”.

Rozległy się kolejne strzały – schützen otworzyli ogień do okien pobliskich kamienic, w stronę domniemanych snajperów. Świadkowie relacjonowali potem, że wielu żołnierzy było pijanych, co również wyjaśnia nagłą eksplozję agresji.

Chaos narastał. Ustawione na rogach ulic karabiny maszynowe biły seriami na oślep, do wszystkiego, co pojawiało się w zasięgu wzroku, kosząc domniemanych „wolnych strzelców”, nie bacząc na ich cywilne odzienie, ani… niemieckie mundury. Rannych dobijano bagnetami. Wojsko spaliło ratusz, rozstrzelało pochwyconych urzędników. Doszło do masowych rabunków. Tego dnia zginęło ok. 100 cywilów, były też ofiary po stronie wojska.

W nocy z 7 na 8 sierpnia artyleria niemiecka rozpoczęła kolejne bombardowanie miasta. Trwało ono od północy do 6 nad ranem; strzelano granatami i szrapnelami.

8 sierpnia Niemcy aresztowali 800 mężczyzn – co dziesiątego z nich rozstrzelali. Od 9 sierpnia przystąpili do systematycznego podpalania budynków. Ludność wypędzono, opornych zabijano na miejscu. Dzieło zniszczenia kontynuowano do 22 sierpnia. W nocy z 14 na 15 sierpnia raz jeszcze doniesiono o ofiarach po stronie Niemców – 2 zabitych i 20-30 rannych żołnierzach. Znów nie wiemy, czy był to przejaw zbrojnego oporu mieszkańców podpalanych dzielnic, czy kolejny niemiecki „bratni ostrzał”.

Na ponurą groteskę zakrawa fakt, iż w nocy z 7 na 8 sierpnia, gdy miasto płonęło w ogniu artylerii, opodal, w rejonie między Częstochową, Kaliszem i Kołem, sterowiec Zeppelin rozrzucał ulotki z odezwą niemieckiego dowództwa do ludności polskiej, o treści: „Przychodzimy do Was jako przyjaciele. Zaufajcie nam! Wolność Wam niesiemy i niepodległość”…

Śledztwo

W dniach 3-22 sierpnia 1914 r. padło co najmniej 250 zabitych kaliszan. Miasto zniszczono całkowicie w obrębie średniowiecznej Starówki oraz w znacznym stopniu na Przedmieściu Wrocławskim. Legło w gruzach 426 budynków mieszkalnych, 9 zakładów przemysłowych, 5 gmachów publicznych, kościół, ratusz, teatr, hotel, poczta, telegraf… Straty materialne oszacowano na 33,6 mln rubli. Bezpośrednio po pogromie w mieście pozostało ok. 5 tys. ludzi (wobec ponad 65 tys. zaledwie trzy tygodnie wcześniej!).

Niemieckie koła wojskowe uparcie trwały na stanowisku, iż powodem represji była „zdradziecka napaść” mieszkańców na żołnierzy kajzera. Nieoficjalnie jednak pewne, i to nietuzinkowe osobistości, poddawały w wątpliwość taki przebieg wydarzeń.

We wrześniu 1914 r. do Kalisza zawitał sam feldmarszałek Paul Hindenburg, dowódca niemieckiej VIII Armii. Podczas rozmowy z burmistrzem Gustawem Michaelem wyjaśnił, że Kalisz zniszczono „przez nieostrożność” (!), obiecał też pokrycie strat materialnych. Dwa lata później Konrad Hahn, niemiecki naczelnik powiatu kaliskiego i tajny radca rządowy, pisał do generalnego gubernatora w Warszawie: „[…] według wyniku dotychczasowych dochodzeń, jest w wysokim stopniu wątpliwem, czy w ogóle mieszkańcy m. Kalisza strzelali do wojska niemieckiego…”

Sprawę badała też rosyjska Imperatorska Nadzwyczajna Komisja Śledcza, pod przewodnictwem pierwszego senatora Aleksieja Kriwcowa, powołana przez samego cara Mikołaja II. Komisja nie znalazła dowodów na potwierdzenie tezy, jakoby mieszkańcy miasta zaatakowali Niemców.

Wreszcie, ministerstwo sprawiedliwości już niepodległej Polski przeprowadziło dochodzenie (1919), w ramach którego m.in. przesłuchano 103 naocznych świadków wydarzeń. Potwierdzili oni spokojną reakcję ludności na wkroczenie wojsk kajzera. Wszyscy świadkowie obarczali odpowiedzialnością za wywołanie strzelaniny spanikowanych żołnierzy niemieckich, dopatrujących się wszędzie zdradzieckich „wolnych strzelców”.

Bezkarność zbrodniarzy

Major Hans Rudolf Hermann Preusker, jeden z katów Kalisza, nie dożył końca wojny. Ciężko ranny pod Saint-Quentin, zmarł 12 kwietnia 1918 r. w szpitalu wojskowym w Karlsruhe. Wciąż jednak żyło wielu sprawców niezliczonych zbrodni armii kajzera.

Po zakończeniu działań wojennych alianci ogłosili listę 896 niemieckich zbrodniarzy wojennych (żądanie ścigania 334 zgłosiła Belgia, tylu samo Francja, 97 Wielka Brytania, 57 Polska, 41 Rumunia, 29 Włochy). Na ich czele figurował sam kajzer Wilhelm II, korzystający już wówczas z azylu w neutralnej Holandii.

Niestety, zarzucono pomysł, by oskarżeni odpowiadali przed międzynarodowym trybunałem. Ich ukaraniem miały się zająć sądy niemieckie. Rezultaty były żałosne. Niemieccy sędziowie hurtowo uwalniali podejrzanych od winy, bądź też ferowali wyroki, których wysokość zakrawała na kpinę.

4 czerwca 1921 r. przed sądem w Lipsku stanął Karl Neumann, dowódca U-boota „UC 67”, sprawca zatopienia okrętu szpitalnego „Dover Castle”. Neumann oświadczył butnie, że zdawał sobie sprawę, iż atakuje jednostkę szpitalną, oraz że znał w chwili ataku postanowienia konwencji haskiej, zabraniające takich działań. Sąd uniewinnił jednak Neumanna, stwierdzając, że „wykonywał on tylko rozkazy” admiralicji, nakazujące nieoszczędzanie pływających lazaretów, zatem nie może odpowiadać za decyzje swych przełożonych. 

Ciekawe, że admirałowie kajzerowskiej marynarki (A. von Tirpitz, R. Scheer, F. von Hipper, E. von Capelle, nawet odpowiedzialny za wydanie rozkazu o „nieograniczonej wojnie podwodnej” G. von Müller), również zostali uniewinnieni! Ci z kolei nie mogli odpowiadać za czyny swych podwładnych…

16 lipca 1921 r. przed obliczem sprawiedliwości zjawili się Ludwig Dithmar i Johann Boldt, oficerowie z okrętu podwodnego „U 86″, „dwie najbardziej nikczemne twarze, jakie kiedykolwiek widziałem” (opinia brytyjskiego obserwatora procesu, generała J.H. Morgana), odpowiedzialni za jedną z najohydniejszych zbrodni I wojny światowej – masakrę rozbitków z okrętu szpitalnego „Llandovery Castle”.

Po storpedowaniu jednostki, U-boot wynurzył się i jął ostrzeliwać łodzie ratunkowe z armaty kalibru 88 mm. W efekcie, z 258 osób na pokładzie zaatakowanego statku przeżyły 24. Obu oficerów uznano za winnych i skazano na karę… 4 lat więzienia. Na tym nie koniec. 18 listopada, po czterech miesiącach odsiadki, Boldt… zbiegł. Dithmar siedział nieco dłużej, do 31 stycznia 1922 r., po czym… również zbiegł.

Warto dodać, że na procesie tych dewiantów niemieccy biegli, dr Töpfer i wiceadmirał Adolf von Trotha argumentowali, iż każdy czyn, godzący w nieprzyjacielski naród, jest usprawiedliwiony, zaś uczucia humanitarne tylko hamowałyby wysiłki, służące zwycięstwu…

W 1914 r., na samym początku Wielkiej Wojny, jeden z niemieckich uczonych wieszczył:

- My, Niemcy, jesteśmy najbardziej uprzemysłowioną, najpoważniej podchodzącą do rzeczy rasą w Europie; Rosja stoi po stronie reakcji, Anglia – samolubstwa i perfidii, Francja – dekadencji, Niemcy – postępu. Niemiecka „kultur” [cywilizacja – A.S.] przyniesie światu oświecenie i po tej wojnie nie będzie już nigdy następnej.

Świat jakoś nie docenił niemieckiej „kultur”. Trzy lata po zakończeniu działań wojennych Stephen McKenna wyraził uczucia wielu:

- Dla tych, co pamiętają, słowo cuchnie, a obecność Niemca jest zniewagą.
Copyright by Andrzej Solak

http://cristeros1.w.interia.pl/crist/militaria/zaglada_kalisza.htm