Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bodo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bodo. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 kwietnia 2014

„Chodzić śladami Chrystusa"


Franciszek w swoich pismach nigdy w odniesieniu do Chrystusa nie używa słowa „naśladować", za to stosuje wyrażenie „chodzić śladami Chrystusa": zaproszenie Chrystusa brzmiało „pójdź za Mną" (Mt 10,38), a nie „naśladuj Mnie". Gdy ktoś idzie za Chrystusem, odnajduje swoje „ja", które - jak sądzi - utracił, dlatego ten, kto podąża śladem Chrystusa, staje się w pełni człowiekiem.

Tak w ogólnym zarysie przedstawia się historia Franciszka z Asyżu, a jest to historia życia Ewangelią w takiej pełni, jak to tylko było dla świętego możliwe. Poprzez to szczególne przeżywanie Dobrej Nowiny Franciszek miał wizje i słyszał głosy, które osiągnęły szczyt w mistycznym doświadczeniu na górze Alwernia, gdzie wycisnęły się na nim pieczęcie ran Chrystusa. Wrócił z Alwerni jako stygmatyk i przez ostatnie dwa lata życia przeżywał niezwykle boleśnie i osobiście mękę Chrystusa. Co było mistycznym przeżyciem z Alwerni, a co konsekwencją niesienia krzyża w ślad za Chrystusem, czyli drogi, którą obrał?

W roku 1224 Franciszek pomimo bardzo ciężkiej choroby (prawdopodobnie cierpiał na jakiś rodzaj trądu, krwawił też z oczu z powodu trachomy nabytej podczas piątej krucjaty) postanowił odbyć ośmiusetkilometrową podróż z Asyżu do Alwerni w Toskanii — i to pieszo!

Odczuwał zniechęcenie tym, co dzieje się w zakonie, jak choćby budowaniem klasztorów, co dla niego stanowiło zdradę ewangelicznego ubóstwa, które bracia ślubowali; martwiło go wezwanie papieża do następnej krucjaty. Czym się skończy dalsze marnotrawienie ludzkich żywotów i dalsze podziały? I co się stanie z jego przyjacielem, sułtanem Malekiem al-Kamilem, za którego Franciszek obiecał się modlić, odchodząc z jego obozu.

Wycofał się na górę Alwernia, by przygotować się do uroczystości świętego Michała Archanioła, która odbywała się 29 września. W dzień poprzedzający święto Podwyższenia Krzyża Świętego, 14 września, miało miejsce niezwykłe doświadczenie mistyczne, które we franciszkańskim kalendarzu liturgicznym obchodzi się 17 września.

Święty Bonawentura tak przedstawia to wydarzenie:

Któregoś ranka, około święta Podwyższenia Krzyża Świętego, podczas modlitwy na zboczu góry Franciszek zobaczył, że z wysokości niebios zstępuje jeden Serafin mający sześć ognistych i błyszczących skrzydeł. Kiedy bardzo szybkim lotem zbliżył się do męża Bożego i zawisł w powietrzu, pomiędzy jego skrzydłami ukazała się podobizna ukrzyżowanego człowieka, mającego ręce i nogi rozciągnięte na podobieństwo krzyża i do niego przybite. Dwa skrzydła wznosiły się ponad jego głową, dwa były rozpostarte do lotu, a dwa okrywały całe ciało. Widząc to, Franciszek zdumiał się ogromnie, a w jego sercu wybuchnęły jednocześnie smutek i radość. Cieszył się tak pięknym spojrzeniem, jakie Chrystus w postaci Serafina kierował na niego, ale przybicie do krzyża przeszyło jego duszę mieczem boleści i współczucia... Dzięki objawieniu Pańskiemu zrozumiał jednak, że Opatrzność Boża ukazała jego oczom tego rodzaju wizję, aby przyjaciel Chrystusa poznał wcześniej, że ma być przemieniony na podobieństwo Ukrzyżowanego Chrystusa nie przez męczeństwo ciała, lecz przez żar duszy. Wizja znikając pozostawiła przedziwny żar w jego sercu, a na jego ciele wycisnęła podobiznę nie mniej dziwnych znaków. Na jego rękach i nogach natychmiast zaczęły się pokazywać ślady gwoździ, które dopiero co widział na podobiźnie ukrzyżowanego człowieka. Ręce i nogi okazały się przebite w samym środku gwoździami tak, że główki gwoździ były widoczne na wewnętrznej stronie rąk i na górnej stóp, zaś ich ostre końce na stronach przeciwnych. Główki gwoździ w rękach i nogach były okrągłe i czarne, a ich ostre końce wydłużone, zagięte i jakby powtórnie wbite; wychodząc z ciała, wystawały nad jego powierzchnią. Również na prawym boku, jakby przebitym włócznią, nosił czerwoną bliznę, a krew, która często z niej wypływała, plamiła habit i spodnie.

Począwszy od tej chwili Franciszek zdał sobie sprawę, że jego pragnienie męczeństwa wypełniło się - i wciąż się spełnia - całkiem inaczej, niż tego oczekiwał i pragnął. Jego męczeństwo to pozostawanie człowiekiem pokoju w obliczu prześladowania, nawet przez własnych braci; pozostanie człowiekiem pokoju nawet na wojnie, w czasie krucjat, w ubóstwie i niedostatku, w chorobie, w zniechęceniu i rozpaczy. Było to wewnętrzne męczeństwo, które prowadziło do tak głębokiej i osobistej przemiany w Chrystusa, że rany Pana ujawniły się na jego ciele, pokazując, kim Franciszek był w duszy.

Za: Murray Bodo OFM, Mistycy. Odkrywcy Bożych dróg, tytuł oryginału: Mystic. Ten who show us the ways of God, przekład: Małgorzata Bortnowska, Wydawnictwo M, Kraków 2010  

sobota, 12 kwietnia 2014

Św. Franciszek miewał wizje ...


Franciszek, tak jak inni mistycy opisani na tych stronach, miewał oczywiście wizje. Pierwsza pojawiła się, kiedy był młodym człowiekiem, rycerzem w regimencie miasta Asyżu, maszerującym do południowej Italii, by tam walczyć w papieskiej armii pod wodzą Waltera z Brienne. Pierwszej nocy, w miasteczku Spoleto pod Asyżem, śnił o wielkiej sali zamkowej, której ściany zdobiło wiele tarczy, które -jak zapewnił go jakiś głos - były przeznaczone dla niego i jego uczniów. Franciszek zrozumiał to dosłownie i uznał, że będzie wielkim panem. Wtedy jednak głos przemówił znowu:

- Co jest lepsze, Franciszku: służyć panu czy słudze?
- A jakże, panu, oczywista to rzecz.
- Czemu więc usługujesz słudze? Wróć do Asyżu, a tam okaże się, co masz dalej czynić.

I tak Franciszek, niby jakiś dezerter, tchórz czy szaleniec, powrócił do swego rodzinnego miasta, stając się pośmiewiskiem dla swych współziomków.

Zaczął modlić się w grotach i opuszczonych kościołach i zostało mu objawione, co ma robić.

Przemówił do niego krucyfiks w kościółku Świętego Damiana, a jakiś czas później, kiedy jechał konno drogą poza miastem, ujrzał na jej skraju jakiegoś trędowatego. Wiedziony tajemniczym impulsem zsiadł z konia, wręczył trędowatemu pieniądze i przytulił go! Kiedy z powrotem dosiadł wierzchowca i ruszył w dalszą drogę, obejrzał się za siebie, a na drodze nie było nikogo. Zrozumiał, że wziął w objęcia Chrystusa, więc poszedł i zaczął żyć wśród trędowatych.

Coś takiego zrobiłby tylko szaleniec albo człowiek zakochany. W pewnym sensie Franciszek był jednym i drugim; był człowiekiem, który szaleńczo kocha Chrystusa. Ten człowiek, który błąkał się po okolicach Asyżu, modląc się w grotach i opuszczonych kaplicach, stopniowo zakochiwał się w Chrystusie, począwszy od momentu, kiedy powrócił w niesławie ze Spoleto, do chwili, kiedy objął trędowatego. Jego późniejsze życie nie było niczym więcej jak tylko pełną miłości odpowiedzią na miłość, która wybrała go pierwsza. Chciał być jak najbardziej podobny do swego Umiłowanego, chodzić Jego śladami, słuchać Jego słów, kochać, jak miłował Chrystus.

To poszukiwanie bliskości i utożsamienia się z Chrystusem było powodem tego, co postrzegane jest jako radykalizm Franciszka. Usłyszał fragment z Ewangelii: „Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien" (Mt 10,38), i będąc posłusznym Umiłowanemu, starał się przyjmować każdy krzyż napotkany na swej drodze. Takie słowa jak „Przypatrzcie się ptakom w powietrzu: nie sieją ani żną i nie zbierają do spichlerzy, a Ojciec wasz niebieski je żywi" (Mt 6,26) rozumiał dosłownie, ptaki więc stały się jego braćmi i siostrami. Mówił do nich; błogosławił je; były też wzorem życia dla jego braci w zakonie. Ponieważ zaś bracia byli o wiele ważniejsi niż ptaki (Mt 6,26), Franciszek wiedział, że Ojciec Niebieski będzie się troszczył o tych, którzy stracili swe życie, by odnaleźć je na nowo (Mt 10,39).

Sam Jezus żył jak te ptaki, a Franciszek kochał Jezusa. Tak żyli apostołowie i uczniowie, a Franciszek i jego bracia czynili podobnie.

Za: Murray Bodo OFM, Mistycy. Odkrywcy Bożych dróg, tytuł oryginału: Mystic. Ten who show us the ways of God, przekład: Małgorzata Bortnowska, Wydawnictwo M, Kraków 2010

Św Katarzyna ze Sieny w roli Kopciuszka czyli o schronieniu w przestrzeni wewnętrznej


Pamiętam, że jako młody seminarzysta nie uznawałem jej za świętą wartą naśladowania. Wydawała mi się całkiem szalona - młoda dziewczyna przypominająca te  niepoczytalne  panienki z horrorów albo obłąkaną kobietę z powieści Charlotte Bronte Dziwne losy Jane Eyre. I nie było to tylko moje zdanie.

Katarzyna wydawała się tak obojętna wobec mężczyzn, że matka, zaniepokojona tym - podobnie jak ja, gdy czytałem o życiu świętej — postanowiła skorzystać z pomocy zamężnej siostry Katarzyny, którą dziewczyna najbardziej lubiła. Siostra poinstruowała Katarzynę, co przystoi młodej kobiecie i przez krótki czas święta, choć bez entuzjazmu, zdobywała się na wysiłek, by zachowywać się jak jej rówieśniczki w wieku odpowiednim do zamążpójścia. Kiedy jednak siostra umarła niespodziewanie przy porodzie, cały dom stanął na głowie, a rodzina uznała, że nadszedł czas na małżeństwo Katarzyny. Święta jednak zbuntowała się i po zachęcie spowiednika obcięła włosy.

Oburzeni rodzice zdegradowali ją do roli służącej w domu. Została wystawiona na pośmiewisko i drwiny, zupełnie jak Kopciuszek. Katarzyna jednak z całym zapałem weszła w tę nową rolę, wyobrażając sobie, że jej rodzina to Święta Rodzina z Nazaretu i że to u nich w domu wyznaczono jej służbę. W tym czasie pozbawiono ją też własnego pokoju, lecz ona za to wyobraziła sobie pokój wewnątrz siebie, prywatną, osobną celę w sercu, gdzie modliła się i obcowała duchowo z Bogiem. Jakże często w naszych czasach zarówno kobiety, jak i mężczyźni tęsknią za posiadaniem własnego pokoju, gdzieś daleko od hałasu i zgiełku życia, a znajdują go jedynie w sobie, w przestrzeni wypełnionej modlitwą i kontemplacją.

Za: Murray Bodo OFM, Mistycy. Odkrywcy Bożych dróg, tytuł oryginału: Mystic. Ten who show us the ways of God, przekład: Małgorzata Bortnowska, Wydawnictwo M, Kraków 2010  

Cyrk słońca



Lata 1948—1951 były dla Laxa bardzo pracowite. Uczył angielskiego w Connecticut College, mieszkał we Francji i Włoszech, dalej pisywał jako wolny strzelec. Jednak najważniejszym wydarzeniem tamtych lat były podróże poety z cyrkiem. W roku 1949 podróżował z Cristiani Family Circus przez zachodnią Kanadę, nawiązując szczególną przyjaźń z Mogadorem Cristiani, akrobatą i synem dżokeja, który prowadził też rodzinne interesy. W roku 1951 Lax podróżował z Alfred Court Zoo Circus po Europie. Owocem tych doświadczeń było jego wspaniałe wczesne dzieło Circus of the Sun (Cyrk słońca) i późniejsze Mogador's Book (Księga Mogadora) oraz Voyage to Pescara (Podróż do Pescary).

Poemat Circus of the Sun napisał wiosną 1950 roku w pokoju w suterenie na Uniwerystecie św. Bonawentury. Jeden z tamtejszych braci doradził Laxowi, by pisywał codziennie o tej samej godzinie, co Lax uczynił. Przed wyjazdem do Francji ukończył na Uniwersytecie pierwszą wersję książki, ale dopiero w 1959 roku opublikował wersję ostateczną.

Paul Spaeth, archiwista Laxa, pisze o Circus of the Sun:

Lax jako reporter patrzy na świat z dziecięcym wdziękiem. Czasem opowiada o swojej wizji niczym prorok ze Starego Testamentu, czasami niczym święty Franciszek układający nową Pieśń słoneczną, a czasem jak dziecko, snujące się po cyrku i podjadające popcorn.

Głęboko religijny wiersz Circus of the Sun to nowa wersja opowieści o stwarzaniu świata z Księgi Rodzaju. Pisanie nadaje pustce ramy i w ten sposób zostaje wydany rozkaz. Ramy opisują kręgi; później te kręgi staną się areną cyrkową, kulami, które podrzuca żongler, kołami zataczanymi przez ciała akrobatów, wykonujących salto na grzbiecie konia. Opisany okrąg określa granicę, gdzie „początek i koniec są jednym", Jedynym Stwórcą, Bogiem, który w swojej mądrości powołuje do istnienia wszystkie rzeczy.

Miłość Laxa do cyrku zaczęła się, gdy był małym chłopcem, kiedy to ojciec zabierał go do cyrku, ilekroć ten przyjeżdżał do Olean. W pewnym sensie całe życie Laxa, począwszy od 1949 roku, to podróżowanie z cyrkiem, pójście za owym franciszkańskim duchem zachwytu i wędrówki, który zaprowadził go do Francji i Włoch, a w końcu do Grecji. Poeta powrócił do Olean na krótko przed śmiercią, zatoczywszy pełne koło, nie tylko w swych podróżach zewnętrznych, ale i w podróży, o której pisał w Circus of the Sun:

Czasami wyruszamy na poszukiwanie
i nie wiemy, czego szukamy,
póki nie wrócimy tam, skąd wyszliśmy.

Za: Murray Bodo OFM, Mistycy. Odkrywcy Bożych dróg, tytuł oryginału: Mystic. Ten who show us the ways of God, przekład: Małgorzata Bortnowska, Wydawnictwo M, Kraków 2010

piątek, 11 kwietnia 2014

Ta miłość do świata


Kiedy zacząłem wnikać w życie Laxa, wkrótce stało się dla mnie jasne, że ta miłość do świata i wszystkich obecnych w nim rzeczy oraz poszukiwanie słów na wyrażenie tego szczęścia określają trajektorię jego życia. Urodził się w Olean w stanie Nowy Jork 30 listopada 1915 roku, a zmarł 26 września 2000 roku, osiemdziesiąt pięć lat później, dwa miesiące po tym, jak wrócił do Stanów Zjednoczonych z portowego miasteczka Scala na greckiej wyspie Patmos. Prawie czterdzieści lat życia przeżył jako pustelnik na wyspach Kalymnos i Patmos.

Lax opublikował swój pierwszy wiersz, kiedy miał jedenaście lat, pisywał także teksty do gazetki szkolnej, ale poważnie zabrał się do pisania dopiero po wstąpieniu na Uniwersytet Columbia, za za­chętą i inspiracją Marka van Dorena i swego kolegi ze studiów Tomasza Mertona, z którym przyjaźnił się przez całe życie. Zarówno Lax, jak i Merton pracowali w literackim piśmie uniwersyteckim „Thejester", podobnie jak ich przyjaciel, artysta Ad Reinhardt.

Kiedy kilka lat po otrzymaniu dyplomu Merton wstąpił do zakonu trapistów w Gethsemane w Kentucky, Lax pracował prawie rok we Friendship House w Harlemie - katolickim ośrodku pracy społecznej, założonym przez Catherine de Hueck Doherty. Utrzymywał się dzięki pisaniu tekstów i pracy w zespole redakcyjnym magazynu „New Yorker".

Dziewiętnastego grudnia 1943, pięć lat (co do dnia) po tym, jak zrobił to Merton, Lax przyjął chrzest w Kościele katolickim. Rok wcześniej powiedział o tym zamiarze swojej matce, a ona poprosiła tylko, by na rok zaangażował się poważnie w wiarę żydowską, co Lax uczynił — w tym czasie nosił nawet czarny kapelusz i filakterie.

Pod koniec roku powiedział matce, że wciąż płonie w nim pragnienie, by zostać katolikiem, a ona udzieliła mu pełnego błogosławieństwa.

Za: Murray Bodo OFM, Mistycy. Odkrywcy Bożych dróg, tytuł oryginału: Mystic. Ten who show us the ways of God, przekład: Małgorzata Bortnowska, Wydawnictwo M, Kraków 2010

To, czego Katarzyna doświadczyła przez długie lata samotności w celi ...


To, czego Katarzyna doświadczyła przez długie lata samotności w celi, to odkrycie w wizjach tej rzeczywistości, która wydarza się w każdym z nas, choć nie dostrzegamy jej oczami — wojny między Bogiem a szatanem; bliskości z Bogiem, którą najbardziej dotykalnie przeżywamy w Eucharystii; przemiany w Chrystusa, która dokonuje się niepostrzeżenie i odsłania się jedynie przez owoce naszego życia, nasze cnoty, dobroć i miłość, jaką okazujemy innym w konkretnych czynach.

Każdy z nas w pewnym sensie przypomina Katarzynę ze Sieny. Niektórzy z nas w końcu poddają się Szatanowi; większość wychodzi z kuszenia, grzechu i przebaczenia inną drogą, jako osoby mniej egocentryczne, dające więcej, bardziej kochające, bardziej świadome łączności z Chrystusem w Jego codziennym życiu, Męce i śmierci, a także w Jego życiu po Zmartwychwstaniu. Dochodzimy do wiedzy o tym, kim jesteśmy, ucząc się, że nas nie ma, że istniejemy tylko w Bogu, który jest.

Za: Murray Bodo OFM, Mistycy. Odkrywcy Bożych dróg, tytuł oryginału: Mystic. Ten who show us the ways of God, przekład: Małgorzata Bortnowska, Wydawnictwo M, Kraków 2010  

O zamurowywanych pustelnicach


Niewiele wiemy o szczegółach codziennego życia Juliany, lecz dużo o jej życiu wewnętrznym. O jej życiu „zewnętrznym" wiemy, że była pustelnicą przy kościele św. Juliana w Conisford w Norwich, w Anglii. Pustelnice wycofywały się ze świata, zamykając się w małej celi w pobliżu kościoła. W celi zwykle był otwór w murze — małe okienko zwrócone w stronę kościoła, przez które można było wyglądać i słuchać Mszy Świętej, oraz drugie okno, otwarte na świat zewnętrzny, żeby można było udzielać ludziom porad duchowych.

Ceremonia „zamurowania" pustelnicy odbywała się podczas Mszy Świętej i przypominała obrzędy pogrzebowe. Odprawiano wówczas zwykle Mszę za zmarłych albo Mszę o Duchu Świętym. Kandydatka na pustelnicę składała śluby; jeżeli należała do wspólnoty zakonnej, składała śluby zakonne, w innym wypadku składała przysięgę przed biskupem. Potem ubierano ją w prosty strój, a pod koniec Mszy biskup prowadził kandydatkę do jej celi niczym do grobu. Tam „umierała dla świata, żyjąc dla Boga".

Przyszłą pustelnicę leżącą na ziemi lub na marach skrapiano wodą święconą, okadzano, a potem rzucano na nią grudki ziemi, naśladując obrzędy pogrzebowe. Później biskup opuszczał celę, a wejście do niej zostawało zamurowane.

Takie życie może współczesnym wydawać się okropnie klaustrofobiczne, zwłaszcza gdy wyobrazimy sobie maleńką celę, w której miało się spędzić całe życie. W rzeczywistości jednak pustelnia nie była ciasna i zwykle składała się nie z jednego, ale kilku pomieszczeń, z wewnętrznym dziedzińcem albo ogródkiem. Poza tym pustelnica zwykle miała służebną. Julianie - prawdopodobnie — usługiwały kolejno dwie kobiety, Sara i Alicja. Pustelnice często trzymały też kota, by polował na myszy, które bardzo się pieniły.

Za: Murray Bodo OFM, Mistycy. Odkrywcy Bożych dróg, tytuł oryginału: Mystic. Ten who show us the ways of God, przekład: Małgorzata Bortnowska, Wydawnictwo M, Kraków 2010  

Hopkins od samego początku postrzegany był jako poeta ekscentryczny ...


Hopkins od samego początku postrzegany był jako poeta ekscentryczny i dziwaczny, zwłaszcza że erudycyjne przypisy autorstwa przyjaciela Hopkinsa, Roberta Bridgesa, podkreślały niejasność tych utworów. Jednak trudności, jakie nasuwa język, nie oznaczają trudnych myśli i kiedy czytelnik zrozumie już technikę Hopkinsa, wiersze zaczynają brzmieć czysto, prosto i pięknie, szczególnie gdy czyta się je na głos, co było zamierzeniem poety.

Jego wizja jest głęboka, język zaś dostosowuje się do tej głębi i sonduje ją.

Żaden poeta angielski nie mówił o życiu mistycznym tak wymownie i z taką mocą, jak Hopkins, począwszy od jego wspaniałego wybuchu poetyckiego, wiersza Katastrofa statku „Deutschland". Sztorm, który unicestwił pięć zakonnic, stał się obrazem burzy we wnętrzu Hopkinsa, gdy zmaga się on z pierwszą, druzgocącą wizją Boga, o której pisze w tym wierszu z 1877 roku. Burza na zewnątrz zapowiada sztorm we wnętrzu, walkę z pytaniem, gdzie jest Bóg, gdy w naszym wnętrzu i na zewnątrz szaleją burze, oraz z pytaniem, kim ten Bóg jest.

Ci, którzy nie rozumieją tej głębokiej, religijnej wrażliwości, nie potrafią pojąć wierszy Hopkinsa, szczególnie Katastrofy statku „Deutschland" i „ciemnych sonetów". Te ostatnie postrzegają oni jako poezje będące wyrazem pogrążonej w depresji psychiki księdza-poety, którego wrażliwość kapłańska i poetycka pozostają ze sobą w konflikcie.

Za: Murray Bodo OFM, Mistycy. Odkrywcy Bożych dróg, tytuł oryginału: Mystic. Ten who show us the ways of God, przekład: Małgorzata Bortnowska, Wydawnictwo M, Kraków 2010 



czwartek, 10 kwietnia 2014

Ona jest tą, której nie ma, a Bóg Tym, który Jest


Katarzyna w tym okresie dążyła do tego, by dołączyć do tercjarek dominikańskich, grupy miejscowych kobiet, które — pozostając w domu - służyły biednym i wiodły życie konsekrowane. Dominikanie początkowo nie chcieli przyjąć Katarzyny, gdyż była młoda i zbyt piękna, i zrobili to dopiero wtedy, gdy dotknęła ją choroba, prawdopodobnie ospa wietrzna, która zeszpeciła jej twarz.

Również rodzina Katarzyny ostatecznie zaakceptowała wstąpienie córki do Trzeciego Zakonu św. Dominika, kiedy zaś ojciec świętej ujrzał, że w czasie modlitwy unosi się nad nią gołębica, znowu pozwolił jej mieć własny pokój. Wewnętrzne życie Katarzyny prawie natychmiast zaczęło rozkwitać. Doznała tak wielu i tak barwnych wizji, że zaczęła wątpić, że pochodzą od Boga. Jezus jednak zapewnił świętą, że obrazy te były prawdziwe, a nawiedziły ją dzięki jej pokorze. Pouczył ją też o praktycznej zasadzie - sprawdzianie autentyczności wizji: Katarzyna miała pamiętać, że ona jest tą, której nie ma, a Bóg Tym, który Jest. Jeśli oprze się na tej wiedzy, nieprzyjaciel nigdy jej nie oszuka.

(...)

W pewnym momencie tych trzech lat, które spędzała samotnie w celi, słodką obecność Chrystusa zastąpiły demoniczne wizje i głosy, w tym wyraziste obrazy kopulujących w celi par. Brzęczenie w uszach stawało się tak nieznośne, że święta wychodziła ze swego pokoiku i szukała schronienia w kościołach, gdzie mogłaby zostać na dłużej i się modlić. Jednak gdy tylko wracała do pokoju, demony znowu przypuszczały na nią atak i kusiły ją.

Nie pomagało podwojenie modłów i próśb. Kiedy w końcu święta była już na skraju wyczerpania, przypomniała sobie, że ma pamiętać, że jest tą, której nie ma, i rzuciła się w otchłań miłosierdzia Boga, pokładając pełne zaufanie w swym Umiłowanym. Powiedziała też demonom, że mogą robić, co im się żywnie podoba; wydały jej się nawet... zabawne! Demoniczne wizje i głosy prawie natychmiast zaczęły blednąc i zanikać.

Katarzyna powiedziała później, że w tym doświadczeniu przerażająca była nie sama obecność demonów, lecz to, że tkwiły one w jej umyśle, a ona jeszcze wtedy nie wiedziała, że jest nie tylko umysłem. W końcu udało jej się wykpić demony, gdyż potrafiła zdystansować się od swych własnych myśli. Myśli się zmieniają, ale ośrodek tego, kim jesteśmy, nasze „ja", wykracza poza nie, jest też bardziej stałe niż zmienne, ulotne myśli.

Wszyscy przeżywamy doświadczenia analogiczne do tych, które stały się udziałem Katarzyny. Powiedzmy, że jest coś, czego się obawiamy i chcemy tego za wszelką cenę uniknąć; coś, co nas przeraża, przed czym wciąż uciekamy, pozwalając tej rzeczy tyranizować nasze myśli. Potem pewnego dnia odwracamy się i stajemy twarzą w twarz z tym, co nas ścigało, a tam nie ma nikogo, albo jest to coś o wiele mniejszego, o wiele mniej groźnego, niż przedstawiał to nasz umysł. Bóg powiedział Katarzynie, żeby nie wdawała się w spory ani rozmowy z demonami, gdyż wtedy ją pochwycą. Kiedy jednak rzuciła się w głębię Tego, który jest, i drwiła z demonów, które są całkiem bezsilne, gdy je poddać mocy Bożej, wtedy złe duchy okazały się bezsilne także wobec niej.

Oczywiście, pewien jestem, że niektórzy czytelnicy dostrzegą u Katarzyny wszelkie objawy psychozy: rozdwojenie jaźni, słyszenie głosów, demoniczne wizje i mistyczne zaślubiny. Tak, te objawy niewątpliwie tu występują, ale nawet gdyby się okazało, że doświadczenia te do tego momentu były objawami chwilowej choroby psychicznej, to, co zdarzy się potem, daje Katarzynie miejsce wśród świętych i przyjaciół Boga.

Za: Murray Bodo OFM, Mistycy. Odkrywcy Bożych dróg, tytuł oryginału: Mystic. Ten who show us the ways of God, przekład: Małgorzata Bortnowska, Wydawnictwo M, Kraków 2010  

Instress, inscape u Hopkinsa


Hopkins był poetą sakramentu. Wszystko dla niego wydawało się być sakramentem obecności Boga; jego słowa wychwytywały niepowtarzalną jednostkowość rzeczy, która z kolei odkrywała zamieszkujące ją Słowo. Już wtedy, jako młody człowiek, wiedziałem, że Hopkins był poetą mistycznym, bliskim przyjacielem Boga, którego doświadczał poprzez słowa, wychwytujące niepowtarzalną Bożą obecność we wszystkim, co istnieje.

Każda rzecz w swojej jedyności i niepowtarzalności, którą Hopkins nazywa inscape [Stanisław Barańczak we wstępie do 33 wierszy nie tłumaczy tych neologizmów. Inscape wyjaśnia jako „złożoną z danych zmysłowych poszczególność i niepowtarzalność przedmiotu, która składa się na jego wewnętrzną jedność" (s. 9), a instress (dosł. nacisk, ciśnienie skierowane do wewnątrz) jako „pojęcie energii egzystencjalnej, która określa i pobudza do życia inscape" (przyp. tłum.)], odsłania wyjątkowe słowo Boga, a nawet sama jest tym słowem. To inscape ujawnia się lub odsłania poprzez intuicyjną wiedzę, którą Hopkins nazywa instress. Dla niego, jako dla poety, sam język wydobywa (instress) inscape. Sam język staje się inscape Boga, odsłania Boga jako Słowo obecne w świecie.

Hopkins, w pamiętnikach i listach, w kazaniach, a szczególnie w inspirowanych Wcieleniem Chrystusa wierszach, jednych z najwspanialszych jakie kiedykolwiek napisano po angielsku, stara się wcielić Słowo (Chrystusa) w słowo (niepowtarzalne imię), którym jest każda rzecz. Same słowa stają się sakramentem rzeczywistej obecności Boga.

Podobnie jak u innych chrześcijańskich mistyków, bliskość z Chrystusem to najważniejsza sprawa w życiu Hopkinsa. Kiedy zaś jego pewność obecności Chrystusa rozpada się z powodu ciemnej nocy duszy, w której czuje się on opuszczony przez Pana, pisze swoje „ciemne sonety", stara się wydobyć (instress) inscape — niepowtarzalny kształt — swojej melancholii, poznać poprzez język swoją osobistą depresję.



Za: Murray Bodo OFM, Mistycy. Odkrywcy Bożych dróg, tytuł oryginału: Mystic. Ten who show us the ways of God, przekład: Małgorzata Bortnowska, Wydawnictwo M, Kraków 2010 


środa, 9 kwietnia 2014

Święta Teresa z Lisieux jako inteligentna piętnastolatka


Teresa była zdecydowana starać się o pozwolenie na wcześniejsze związanie się z klasztorem. Paulina i Celina wyraziły zgodę, ale Maria uważała, że siostra jest za młoda. Był też problem związany z ojcem. Jak wstąpienie Teresy do Karmelu wpłynie na niego? Teresa jednak zdobyła się na odwagę, by porozmawiać z Ludwikiem, który miał sześćdziesiąt trzy lata i przeszedł zawał. Rozmowa przekonała ojca, że powołanie córki jest prawdziwe, i zgodził się, by starała się o wcześniejsze wstąpienie do klasztoru.

Teraz trzeba było poradzić się przeoryszy. Zgodziła się, jednak ksiądz przełożony odmówił, także biskup uważał, że Teresa powinna zaczekać, aż skończy dwadzieścia jeden lat. Teresa jednak zupełnie nie zraziła się tymi odmowami i zdecydowana była odbyć z ojcem podróż do Rzymu, by pomówić z papieżem Leonem XIII. Siła perswazji Tereski była tak duża, że jesienią 1887 roku ona, Celina i ojciec udali się do Rzymu z „pielgrzymką", której prawdziwym celem było zwrócenie się z prośbą do papieża o pozwolenie na wczesne wstąpienie do Karmelu.

Teresa dostrzegła w publicznej audiencji u Ojca Świętego szansę na rozmowę z papieżem i zadziwiając jego samego i wszystkich obecnych, rzuciła się do jego stóp i zaniosła prośbę, by mogła wstąpić do klasztoru karmelitańskiego w wieku lat piętnastu. Papież Leon, zaskoczony i zbity z tropu, ograniczył się do rozczarowujących ogólników: „A zatem... a zatem... wstąpisz, jeśli Pan Bóg tego zechce!".

Zawiedziona Tereska nie miała innego wyboru, jak wrócić do Lisieux z pustymi rękami. Jednakże matka przełożona za kulisami cały czas przekonywała biskupa i w dzień Nowego Roku Teresa otrzymała w końcu list z potwierdzeniem, że biskup udzielił swego pozwolenia. Nie od razu jednak. Teresa miała poczekać, aż minie Wielki Post; została przyjęta 9 marca 1888 roku. Napisała później o tym kroku: „w duszy zapanował POKÓJ tak słodki i głęboki, że niepodobna tego wyrazić".

W Karmelu przybrała imię Teresy od Dzieciątka Jezus i stopniowo przekształciła marzenia o zostaniu misjonarką czy-jak Joanna d'Arc — męczennicą, w swoją „Małą Drogę", drogę duchowości skupionej na najdrobniejszych szczegółach życia i szukania cnoty właśnie w nich.

Za: Murray Bodo OFM, Mistycy. Odkrywcy Bożych dróg, tytuł oryginału: Mystic. Ten who show us the ways of God, przekład: Małgorzata Bortnowska, Wydawnictwo M, Kraków 2010  

Ciemne sonety


Jednak to nie Blask Boga sprawił, że Hopkins stał się bliski memu sercu, lecz jego tak zwane „ciemne sonety", które wyrażały to, czego doświadczałem, odkąd dwa lata wcześniej wstąpiłem do nowicjatu. Jako młodego chłopca i w czasie nauki w seminarium niższym wypełniała mnie duchowa pociecha i poczucie obecności Chrystusa i Jego Matki, Maryi. Potem jednak, począwszy od tego dnia, kiedy nałożyłem habit franciszkański 15 sierpnia tego samego roku, w którym ukończyłem szkołę średnią, cała słodycz i jasność zniknęła. Zostałem sam ze sobą.

Wciąż stoją mi przed oczyma żywe wspomnienia siebie samego, jak siedzę w klasie w seminarium-college'u Dunsa Szkota i przewracam stronę wiersza, który ojciec Lander, nasz nauczyciel angielskiego, zaczął czytać na głos. Był to sonet Hopkinsa, zaczynający się od słów „Budzę się, lecz nie w świetle dziennym...". Ostatnie sześć wersów sonetu szczególnie mną wstrząsnęło:

Jam jest żółć, ogień w trzewiach, Bóg otchłannym znakiem;
Skazał mnie, bym czuł gorycz, jestem własnym smakiem;
Kość, krew, korpus - to kielich pełen klątwy Bożej.
Drożdże ducha tkwią w cieście cielesnym. Ze strachem
Widzę: pot potępieńców jest dla nich złem takim,
Jakim dla siebie jestem ja: choć im jest gorzej.

Chociaż nie mogłem z tym nic zrobić, bo czułem się bezsilny — i w tym tkwił szkopuł - miałem to przed sobą na kartce; czytałem to, słyszałem, wiedziałem, że to o mnie. Nie znałem wcześniej siły poezji, która odtwarza w słowach uczucie, które —jak sądziłem —jest czymś tak bardzo moim i osobistym. Nie wiedziałem, że także ktoś inny odczuwał to samo; a jednak te słowa istniały, istniało to doświadczenie. Był obraz: „Drożdże ducha tkwią w cieście cielesnym". Właśnie tak. To właśnie próbowałem zrobić przez ponad dwa lata: wlać drożdże w ciasto mojego „ja". Gorycz kryła się w smaku, gorycz tkwiła w zapachu. Tyle że teraz nie byłem sam. Był ktoś jeszcze. Jezuita, który zmarł w 1889 roku, żył w tych słowach i miał się dobrze, a przynajmniej żyły jego słowa, miały się dobrze i oddziaływały na młodego brata franciszkanina w 1957 roku.

Od tamtej chwili wiersze Gerarda Manleya Hopkinsa, z całą swoją złożonością i wielowarstwową, bogatą pod względem poetyckim składnią, stały się dla mnie rodzajem vademecum. Nosiłem ze sobą małe wydanie tych poezji, wydane w miękkiej okładce przez Penguina, pod redakcją W.H. Gardnera. Czytałem wiersze, starałem się wydobyć ich najgłębszy sens, odczuć ich brzmienie, przyswoić sobie ten charakterystyczny styl i odkryć ich tajemnicę. Wiersz po wierszu przynosił obrazy, które uobecniały dla mnie coś, co przeżyłem lub coś, o czym nie wiedziałem, że wiem, jakiś przebłysk boskości, który prawie dostrzegałem, prawie chwytałem.

Za: Murray Bodo OFM, Mistycy. Odkrywcy Bożych dróg, tytuł oryginału: Mystic. Ten who show us the ways of God, przekład: Małgorzata Bortnowska, Wydawnictwo M, Kraków 2010 



wtorek, 8 kwietnia 2014

Słowa są dla mnie czymś prawdziwym ...


Słowa są dla mnie czymś prawdziwym, co kolejny raz uświadomiłem sobie słysząc, jakich słów używano, gdy Ameryka przygotowywała się do inwazji na Irak. Chociaż zdawałem sobie sprawę, że wielu dobrych i świątobliwych katolików i chrześcijan popiera wojnę w Iraku, ja jej nie akceptowałem. Cierpiałem katusze, przyglądając się, co Stany Zjednoczone wyczyniają nie tylko z Irakijczykami, ale i ze słowami. „Fałsz i propaganda, fałsz i propaganda", powtarzałem do siebie; „Obrzydliwy fałsz i propaganda", kiedy słyszałem ględzenie w telewizji. Na Irak spadały bomby i wciąż zasypywano nas pseudo-usprawiedliwieniami, prostackimi tłumaczeniami - tak, cel uświęca środki; nie, sprawiedliwa wojna to nie tylko ta, która prowadzona jest wyłącznie w ostateczności, kiedy wyczerpią się już wszystkie pokojowe możliwości; tak, jednostronna, wyprzedzająca atak wroga wojna przeciw nieprzyjacielowi o wyraźnie niższym potencjale militarnym jest dozwolona; tak, wszelkie półprawdy, narażanie życia są usprawiedliwione, jeśli narzuca się wolność i w ten sposób, jako wyzwoliciel, zapewnia się sobie wdzięczność i posłuszeństwo tych, którym tę wolność się przynosi.

Patrzyłem dalej na relacje telewizyjne i na moich oczach wszystko, co ceniłem w prawdzie i w słowie, rozwiewało się jak dym. Coś zaczęło się we mnie zapadać, następowała pewna sejsmiczna zmiana w postrzeganiu tego, co jest moralne, w przekonaniu o nierozdzielności języka i moralności, o uzdrawiającej mocy słów.

W tym czasie przez jeden semestr nauczałem w Instytucie Franciszkańskim na Uniwersytecie św. Bonawentury w zachodniej części Nowego Jorku i moja narastająca rozpacz i konsternacja, moja determinacja, by trzymać się Słowa, źródła i uzasadnienia wszelkiego prawdziwego słowa, zostały na jakiś czas ukojone przez odkrycie mistyka i poety Roberta Laxa. W bibliotece Uniwersytetu św. Bonawentury przechowywane są największe zbiory pism Roberta Laxa, poety i pustelnika, którego wtedy znałem tylko powierzchownie, głównie od strony jego przyjaźni i korespondencji z Tomaszem Mertonem. Nie miałem pojęcia, że to w nim odnajdę na nowo prawdę słów i Słowo Prawdy.

Za: Murray Bodo OFM, Mistycy. Odkrywcy Bożych dróg, tytuł oryginału: Mystic. Ten who show us the ways of God, przekład: Małgorzata Bortnowska, Wydawnictwo M, Kraków 2010