czwartek, 11 maja 2017

Kiedy mnich nie rozpoznaje „ja” czy tego co należy do „ja” w tych czterech elementach...

Wtedy czcigodny Rahula podszedł do Zrealizowanego, złożył mu hołd, i usiadł z boku. Wtedy Zrealizowany powiedział do niego:

Rahulo, wewnętrzny element ziemi i zewnętrzny element ziemi, są po prostu elementem ziemi. A ten powinien być widziany takim jakim rzeczywiście jest, z odpowiednim zrozumieniem, w taki sposób: „To nie moje, tym nie jestem, to nie moje ja”. Zobaczywszy to takim jakim to rzeczywiście jest, z odpowiednim zrozumieniem, staje się wyobcowany wobec elementu ziemi, odrywa swój umysł od elementu ziemi.

Rahulo, wewnętrzny element wody i zewnętrzny element wody, są po prostu elementem wody. A ten powinien być widziany takim jakim rzeczywiście jest, z odpowiednim zrozumieniem, w taki sposób: „To nie moje, tym nie jestem, to nie moje ja”. Zobaczywszy to takim jakim to rzeczywiście jest, z odpowiednim zrozumieniem, staje się wyobcowany wobec elementu wody, odrywa swój umysł od elementu wody.

Rahulo, wewnętrzny element ognia i zewnętrzny element ognia, są po prostu elementem ognia. A ten powinien być widziany takim jakim rzeczywiście jest, z odpowiednim zrozumieniem, w taki sposób: „To nie moje, tym nie jestem, to nie moje ja”. Zobaczywszy to takim jakim to rzeczywiście jest, z odpowiednim zrozumieniem, staje się wyobcowany wobec elementu ognia, odrywa swój umysł od elementu ognia .

Rahulo, wewnętrzny element powietrza i zewnętrzny element powietrza, są po prostu elementem powietrza. A ten powinien być widziany takim jakim rzeczywiście jest, z odpowiednim zrozumieniem, w taki sposób: „To nie moje, tym nie jestem, to nie moje ja”. Zobaczywszy to takim jakim to rzeczywiście jest, z odpowiednim zrozumieniem, staje się wyobcowany wobec elementu powietrza, odrywa swój umysł od elementu powietrza.

Rahulo, kiedy mnich nie rozpoznaje „ja” czy tego co należy do „ja” w tych czterech elementach, jest nazwany mnichem który odciął pragnienie, zerwał więzy, i przez pełne przebicie się przez wyobrażenie, uczynił koniec cierpienia.

AN IV 177

sobota, 6 maja 2017

Hans-Joachim Schoeps - Żyd, Prusak i konserwatysta

Mówiono o nim „przypadek ekstremalny”, „przypadek monstrualny”, „kuriozum historii współczesnej”, co pozwala być pewnym, że chodzi o osobowość oryginalną i wymykającą się wszelkim schematom. Omawiając w 1975 roku jego wspomnienia lewicowy „Frankfurter Rundschau” ubolewał, że „nie wszyscy Żydzi są demokratami”, tak jakby bycie Żydem oznaczało automatycznie bycie lewicowcem.

Znany badacz mistyki żydowskiej Gershom Scholem napisał o jednej z jego książek, że„jeszcze dziś napawa grozą czytelników” (zob. tenże, Żydzi i Niemcy, Sejny 2006, s. 74) – doprawdy trudno o lepszą reklamę. Człowiekiem, który przeraził Scholema, był Hans-Joachim Schoeps (dalej HJS), żydowski uczony, religioznawca, filozof religii, historyk idei i prądów umysłowych a zarazem pisarz polityczny i publicysta, który określał się jako „Żyd, Prusak i konserwatysta”.

Urodził się jak w 1909 roku w rodzinie renomowanego berlińskiego lekarza, który w czasie I wojny światowej odznaczył się jako lekarz wojskowy na froncie wschodnim. Studiował w Heidelbergu, Marburgu, Berlinie i Lipsku germanistykę, historię i religioznawstwo porównawcze. Doktoryzował się w 1932 roku pod kierunkiem Joachima Wacha. Pod koniec 1938 roku wyjechał z Niemiec do Szwecji i osiedlił się w Uppsali, gdzie był bibliotekarzem i docentem prywatnym. Ślęczał w bibliotekach i archiwach, pracując „aż palce mu krwawiły od pisania”. W Szwecji ożenił się z Dorothee Busch, z którą miał dwóch synów – Juliusa i Manfreda.

Wśród niemieckiej emigracji zdominowanej przez lewicę był politycznie izolowany. Krytykował żądania aliantów bezwarunkowej kapitulacji Niemiec. Podkreślał, że Niemcy i narodowy socjalizm to nie to samo („Hitler to nie Niemcy”).

Odrzucał zdecydowanie koncepcję zbiorowej winy Niemców. W 1947 roku powraca do Niemiec z walizką pełną manuskryptów, z których powstało potem siedem książek. Habilituje się w Marburgu w 1948 roku, w tym samym roku obejmuje katedrę Historii Religii i Idei na uniwersytecie w Erlangen, gdzie pracuje do przejścia na emeryturę w 1977 roku. Od 1950 roku jest profesorem zwyczajnym.

W 1948 roku zakłada, razem z wybitnym religioznawcą, badaczem niemieckiej mistyki, Ernstem Benzem (1907-1978) wychodzące do dziś czasopismo „Zeitschrift für Religions- und Geistesgeschichte”. Umiera w czerwcu 1980 roku. Jego grób znajduje się na Nowym Cmentarzu Izraelickim w Norymberdze.

Ten „teolog polityczny i historyczny”, jak określił go Richard Faber w jedynej monografii uczonego wydanej w 2008 roku, był wedle opinii amerykańskiego teologa, historyka i religioznawcy Gary Lease`ajednym z najwybitniejszych i najbardziej inspirujących umysłów swojego pokolenia”.

Pierwszy esej teologiczno-filozoficzny opublikował HJS w wieku 18 lat; jest autorem ok. 50 książek, 200 rozpraw i artykułów, nie licząc recenzji, redaktorem 18 edycji źródeł i tomów zbiorowych (jego dzieła zbiorowe liczą 16 tomów). Przedmiotem jego zainteresowania były: historia religii i teologii, historia idei i prądów umysłowych (niemieckich, żydowskich, chrześcijańskich), historia Prus, Niemiec i Żydostwa, antropologia filozoficzna. Przez całe życie zgłębiał problematykę teologii i filozofii żydowskiej i żydowskiego świata duchowego. Tytuł jego, wydanego w 1932 roku, doktoratu brzmiał Wiara żydowska w naszej epoce. Prolegomena do ustanowienia systematycznej teologii Żydostwa. W 1935 roku opublikował Historię żydowskiej filozofii religii w czasach nowożytnych.

Jako pisarza teologicznego interpretował Kafkę, o którym pisał w wydanej w 1936 roku książce Postaci na przełomie epok. Burckhardt – Nietzsche – Kafka. W 1931 roku razem z Maxem Brodem opracował i wydał niepublikowane opowiadania i prozę Kafki Przy budowie chińskiego muru. Wiele lat później, w 1985 roku, wydano korespondencję HJS z Brodem zatytułowaną W sporze o Kafkę i Żydostwo, zaś w 2005 roku ukazał się zbiór jego tekstów na temat Kafki Zapomniany Bóg. Franz Kafka i tragiczna pozycja Żyda w nowoczesności (2006). Korespondował również z wybitnym żydowskim religioznawcą i teologiem Schalomem Ben-Chorinem – ich korespondencja W poszukiwaniu żydowskiej teologii ukazała się w 1989 roku.

Swoją żydowską tożsamość HJS uzasadniał w pierwszym rzędzie teologicznie. Był religijnym Żydem, ale nie mieścił się w głównym nurcie swojej wspólnoty religijnej. Odrzucał kabałę, żydowski gnostycyzm, mistycyzm w stylu Gershoma Scholema, jak również gettową wersję żydostwa talmudycznego. Sprzeciwiał się wszelkim formom żydowskiego apokaliptycznego mesjanizmu niszczącego Prawo, czy to współczesnego w stylu Waltera Benjamina, o którym wyrażał się lekceważąco „lewicowy literat”, czy to historycznego jak sabbatanizm. Z Sabbataiem Zwi miał zresztą osobiste porachunki, wśród jego przodków byli bowiem wyznawcy tego „fałszywego mesjasza”, „tchórzliwego oszusta” i „podłego człowieka”.

Richard Faber widzi w HJS absolutne przeciwieństwo Jacoba Taubesa: obaj polityczni teologowie, jeden anarchizujący marksista, drugi konserwatywny monarchista, obaj ze swoich pozycji analizowali historię religii i teologii, wyciągając z niej diametralnie odmienne wnioski i postulaty polityczne. Np. HJS za historyczną winę Żydostwa niemieckiego uważał zawarcie w wieku XIX i w pierwszych dekadach XX wieku sojuszu z siłami politycznego liberalizmu i lewicy, choć oczywiście uwzględniał często antyżydowską postawę sił konserwatywno-narodowych, która temu procesowi sprzyjała.

Żydowska tożsamość była dla HJS nieoddzielna od niemieckości (dokładniej: pruskości), był świadomym swojej niemieckości Żydem i świadomym swojej żydowskości Niemcem. Diasporyczną egzystencję żydowską uznawał za jedynie możliwą i teologicznie uzasadnioną formę życia żydowskiego. Z tego wyciągał oczywisty wniosek, że Żyd jest zawsze patriotą kraju i państwa, w którym żyje.

Odrzucał zarówno asymilatorstwo, jak i syjonizm, który uważał za skrajny przejaw tegoż asymilatorstwa („być jak inne narody”). „Żydowsko-volkistowski” syjonizm (pokrewny, jego zdaniem, narodowemu socjalizmowi) stanowił jeszcze jeden wariant nowoczesnego „nacjonalistycznego nihilizmu”, którego „nienawidził jak zarazy”, przejaw „biologicznego materializmu”, gloryfikującego życie i doczesność. Jego zwolennicy zamiast do wiecznego Boga zwracają się ku „wieczności” własnego narodu i jego wybranej krwi.

Zarzucał syjonistom, że instrumentalizują politycznie ideę mesjańską. Ci odpłacali mu pięknym za nadobne np. jeden z niemieckich syjonistów nazwał go „kaznodzieją kłamstwa, czcicielem Baala i pogańskim kapłanem”. Po latach HJS stwierdził: „Żydzi-syjoniści i narodowi socjaliści jednako mnie nienawidzili”. Nigdy nie odwiedził państwa Izrael, które uważał za „fenomen postżydowski”; swojemu synowi wyjaśnił: „dopiero kiedy przyjdzie Mesjasz, wybiorę się w podróż do Izraela”.

Swojej koncepcji połączenia żydowskości i niemieckości (pruskości) bronił, m.in. debatując z filozofem i teoretykiem ruchu Wędrownego Ptaka Hansem Blüherem. Ich dysputa opublikowana została w formie książkowej w 1933 roku jako Spór o Izrael. Rozmowa żydowsko-chrześcijańska – to właśnie ona przejęła taką grozą Gershoma Scholema. Po kilku miesiącach wydawnictwo wycofało książkę z obiegu. Jest to rzeczywiście zadziwiający, jedyny w swoim rodzaju dokument niemiecko-żydowskiego i chrześcijańsko-żydowskiego dialogu: dialogowało dwóch uczestników ruchu Wędrownego Ptaka (HJS działał w nim jako licealista), dwóch Prusaków, dwóch konserwatystów-monarchistów.

Blüher, który po 1933 roku całkowicie wycofał się z życia publicznego, reprezentował chrześcijańsko-konserwatywny antyjudaizm najwyższej intelektualnej próby (wrogi wobec volkistowskiego antysemityzmu). Dysputa nie mogła więc doprowadzić do porozumienia, ale stała na wysokim poziomie, przeciwnicy odnosili się do siebie z najwyższą kulturą i szacunkiem; w konkluzji Blüher napisał: „nie mamy prawa zgodzić się ze sobą, mamy jedynie zgodę, aby spotkać się jako ludzie”. I spotykali się – HJS utrzymywał kontakty z Blüherem aż do jego śmierci w 1955 roku.

Stosunki Żydostwa i chrześcijaństwa były stale przewijającym się wątkiem w twórczości HJS. W 1937 roku opublikował książkę Żydowsko-chrześcijański dialog religijny na przestrzeni 19 wieków. Historia teologicznego sporu. Po wojnie uczestniczył w dialogu chrześcijańsko-żydowskim. Widział konieczność walki ze wspólnym wrogiem – ogólną bezbożnością współczesności. Oczywiście nie ukrywał, że na płaszczyźnie teologicznej porozumienie jest niemożliwe – Żyd nie może uznać Jezusa Chrystusa jako Mesjasza, ale Żyd nie może też z góry zakładać, że Ten który przyjdzie, na pewno nie będzie miał oblicza Jezusa. HJS uważał również, że Bóg zawarł Przymierze nie tylko z Żydami, ale także z innymi ludami. Nadmieńmy, że duchowo bliscy mu byli karaimi i heretycy wczesnego chrześcijaństwa – żydochrześcijanie (ebionici).

Był nie tylko uczonym, filozofem i teologiem politycznym, ale także „homo politicusem”. W latach 1923-1927 należał – w ostatniej fazie istnienia ruchu Wędrownego Ptaka – do młodzieżowego nurtu Konserwatywnej Rewolucji. W latach 1928-32 – przewodniczył studenckiej grupie Freideutsche Kameradschaft. Jako ciekawostkę literacką przytoczmy fakt, że obszerne fragmenty jednego z jego młodzieńczych tekstów Tomasz Mann wmontował do tak zwanych „rozmów na słomie” studenta Adriana Leverkühna z kolegami w Doktorze Faustusie.

W latach 1928-33 poruszał się w kręgach Konserwatywnej Rewolucji, należał do nielicznego kręgu żydowskich intelektualistów, którzy stali blisko tego ruchu jak Rudolf Borchardt, Ernst Kantorowicz, Hans Rothfels. Utrzymywał bliskie kontakty ze środowiskiem „młodokonserwatystów” skupionym wokół barona Heinricha von Gleichena. W 1930 roku opublikował swój pierwszy polityczny artykuł na łamach konserwatywno-rewolucyjnego miesięcznika „Die Tat”, uważanego przez niektórych za najważniejsze pismo polityczne w Niemczech lat 1928-32.

Pisał też do pisma „Der Ring”, którego duchowym patronem był Moeller van den Bruck – autor Trzeciej Rzeszy wywarł na HJS znaczący wpływ, podobnie jak Stefan George i Oswald Spengler. Z „młodokonserwatystów” cenił zwłaszcza Edgara Juliusa Junga, autora znanej książki o demokracji zatytułowanej Panowanie miernot. Bliska mu była nauka o nomosie narodu rozwijana w kręgach ewangelickich teologów, najpełniej wyrażona w książce Wilhelma Stapela Chrześcijański mąż stanu. Teologia nacjonalizmu.

Jedyną możliwość przetrwania niemieckiej republiki upatrywał HJS– podobnie jak Jung i inni „młodokonserwatyści” – w autorytarnym rozwiązaniu Hindenburg-Papen. Miał wówczas nadzieję, że – w obliczu codziennej utraty autorytetu przez państwo i wzbierania sił rewolucyjnych – poprzez gabinety prezydenckie i przebudowę konstytucji Rzesza pójdzie w kierunku silnego, konserwatywnego, autorytarnego państwa. Kiedy ta koncepcja poniosła klęskę i władzę przejęli narodowi socjaliści, HJS usiłował podjąć polityczną grę z nowym reżimem. Pod koniec lutego 1933 roku założył organizację o nazwie Niemiecka Straż Przednia. Drużyna Niemieckich Żydów, uważaną za „najdalej na prawo stojącą grupę niemieckiego Żydostwa”. Skupiała ok. stu młodych Żydów, którzy sądzili, że w „nowej Rzeszy” da się wywalczyć jakieś miejsce dla Żydów.

Grupa dysponowała własnym czasopismem i wydała serię książek. HJS był autorem jej manifestu politycznego zatytułowanego My, niemieccy Żydzi (zakazanego przez władze w 1938 roku). Według koncepcji opracowanej przez HJS – Żydzi mieliby tworzyć coś w rodzaju, uznawanego przez „nową Rzeszę”, „stanu” czy „korporacji”. W tej sprawie HJS wysłał memorandum do kanclerza Hitlera, jednak ten odmówił przyjęcia go na rozmowę. Próbował znaleźć „dojście” przez Ernesta Röhma, ale i ta próba się nie powiodła.

Wybitny znawca prądów ideowych tamtej epoki Armin Mohler napisał trafnie o HJS, że jest „przyrodnim bratem” licznych wizjonerów niemieckiej Konserwatywnej Rewolucji. Wprawdzie Mohler datuje Konserwatywną Rewolucję na lata 1918-1933, ale HJS konserwatywno-rewolucyjne pozycje reprezentował jeszcze w latach 1933-1935. Jego Straż Przednia, która ulega rozwiązaniu w 1935 roku, to ostatni żydowski legion niemieckiej Konserwatywnej Rewolucji, walczący na spenglerowskim „straconym posterunku”, pragnący po heideggerowsku „stawić czoła nicości”, kroczący drogą bez odwrotu. W tekstach, pisanych głównie przez HJS, członkowie Straży Przedniej deklarowali: Nawet kiedy nasza ojczyzna nas odepchnie, pozostaniemy w gotowości dla Niemiec; jesteśmy wyłączeni z niemieckiego życia zewnętrznie, ale wewnętrznie nikt nie może nam go odebrać; jesteśmy Żydami w każdym calu, ale jako Żydzi idziemy drogą niemiecką, idziemy nią nawet wtedy, kiedy drzwi do realnie, czyli w sensie politycznym, istniejących Niemiec są dla nas zamknięte; kochamy Niemcy dla nich samych – to jest zobowiązanie określające naszą egzystencją, to my reprezentujemy dziś prawdziwą substancję niemieckości; to my jesteśmy wierni niemieckości, wbrew tym, którzy chcą nas z niej wykluczyć, to my jesteśmy „prawdziwymi Niemcami”.

Od 1936 roku nadzorowany jest przez gestapo i wzywany na przesłuchania. Ucieka z Niemiec w święta Bożego Narodzenia 1938 roku, choć był na czarnej liście osób, którym nie wolno było opuszczać kraju. W ucieczce pomógł mu znajomy dyplomata z MSZ.

Ponieważ działalność HJS w latach 1933-35 stała się powodem licznych ataków (o czym niżej), należy tutaj wyraźnie rozróżniać stosunek polityczny HJS do nowego reżimu od stosunku do ideologii narodowego socjalizmu. W latach 1933-35 HJS poszukiwał jakiegoś politycznego modus vivendi z nowym reżimem, który, jak uważał, będzie być może ewoluował w kierunku autorytarnego reżimu w stylu włoskiego faszyzmu. Wszak wielu włoskich Żydów poparło Mussoliniego, Żydzi należeli do Czarnych Koszul, brali udział w marszu na Rzym.

HJS uważał ponadto, że przełom polityczny 1933 roku i dojście do władzy narodowych socjalistów były, do pewnego stopnia zrozumiałą, reakcją zranionego, upokorzonego i zagrożonego „ciała narodu”, reakcją na społeczny i polityczny rozkład republiki. „Volkistowski” wybuch 1933 roku był gwałtowną erupcją sił elementarnych i tłumionych narodowych emocji, wobec której republika okazała się bezsilna. Za wielką zasługę poczytywał Hitlerowi HJS zlikwidowanie bolszewickiego zagrożenia.

Zarówno przed 1933 rokiem, kiedy stosunek HJS do narodowego socjalizmu był negatywny, w latach 1933-35, kiedy wydawało mu się, że istnieje jakiś margines dający szanse na polityczną grę, jak i wreszcie po wojnie, HJS wielokrotnie poddawał refleksji ideologię narodowego socjalizmu. Szukał źródeł jego sukcesu i klęski. Fiasko narodowego socjalizmu wzięło się stąd, że wychodził od krwi, absolutyzował to, co biologiczne, gloryfikował siły biologiczno-materialno-witalne. Był jedną z nowoczesnych pseudoreligii, czczących nowych bożków, posługujących się nowymi magicznymi zaklęciami i kultowymi rytuałami. HJS widział w narodowym socjalizmie rozkładowy i nihilistyczny masowy ruch ludowy, typowy wyraz ery mas, zaspokajający ich antykapitalistyczne tęsknoty. Można go też interpretować jako ruch młodzieżowy, jako młodzieżową rebelię.

Ostatnie sto lat – pisał HJS – unaoczniło zwycięstwo suwerenności ludu i despotyzmu mas, zwycięstwo większości nad autorytetem – owocem tego zwycięstwa jest m.in. narodowy socjalizm, czyli absolutyzm na rewolucyjnej bazie. Działacze i funkcjonariusze narodowego socjalizmu to „urzędnicy suwerenności ludu” i „powiernicy woli mas”. W jednym z tekstów cytuje Goebbelsa deklarującego, że narodowosocjalistyczna kadra przywódcza to „wyznaczeni przez lud wykonawcy woli ludu”. O Adolfie Hitlerze pisał:„śmiertelny wróg wszystkiego, co konserwatywne”.

Narodowy socjalizm nie jest alternatywą dla bolszewizmu i amerykanizacji, jest jeszcze jednym przejawem tego samego prądu. W 1935 roku nazwał narodowych socjalistów „brunatnymi bolszewikami”. Pomiędzy kolektywizmem bolszewizmu i kolektywizmem narodowego socjalizmu nie ma różnicy co do istoty, a jedynie co do stopnia. Oba są antytradycyjnymi, kolektywistycznymi systemami panowania mas sprzężonymi z nowoczesną techniką. Łagodniejszą wersją tego systemu jest masowa demokracja, w niej „poddanie ludzi planowi” jest mniej wyraźne niż w państwach totalitarnych.

Dodajmy, że według HJS niezależnie od różnych form i wariantów istnieje tylko jeden możliwy system polityczny – teokracja, i tylko dwie jej odmiany: teokracja z góry, jak na przykład „monarchia z Bożej łaski”, albo teokracja z dołu, którą reprezentują wszystkie ideologie egalitarne: volkistowskie nacjonalizmy, narodowy socjalizm, międzynarodowy socjalizm, komunizm, syjonizm, faszyzm, masowa demokracja.

Po powrocie do Niemiec, oprócz prowadzenia działalności naukowej, stara się ponownie zaszczepić w ojczyźnie idee konserwatywne i monarchistyczne, w tym celu publikuje dwie książki Duchowa sytuacja epoki (1951) oraz Czy powróci monarchia? Drogi do nowego ładu w epoce mas (1953).

Uważał, że to chrześcijańskie monarchie europejskie powstrzymywały wybuch okropieństw, do jakich doszło w pierwszej połowie XX wieku. Dowodził, że zniesienie monarchii w Niemczech w 1918 roku pozbawiło naród niemiecki równowagi i wydało go na pastwę totalitarnej gorączki – zerwanie z 11 wiekami tradycji nie mogło ujść Niemcom bezkarnie. Niemieccy republikanie zniszczyli monarchię i związane z nią elity arystokratyczne, ale republika okazała się niezdolna do wytworzenia nowych elit, dlatego upadek Republiki Weimarskiej był wpisany w jej strukturę. Hitler był surogatem cesarza, od którego wziął jedynie zasadę wodzostwa.

Zniesienie monarchii otworzyło drogę do ideologizacji i depersonalizacji polityki. W „bezcesarkiej” epoce następuje eliminacja jednostkowej odpowiedzialności, rośnie podatność narodów na sugestywne hasła i polityczną hipnozę, wybuchają kolektywne psychozy. Demokracja masowa oznacza autogloryfikację mas – przejście władzy na naród jako wrzeszczącą masę. W miejsce zlikwidowanej monarchii przychodzi plebiscytarna dyktatura partyj, postępuje „pluralistyczny” rozkład państwa rozdzieranego na strzępy przez partie, monopole, kartele, grupy interesów, związki zawodowe etc. Zamiast selekcji autentycznych elit mamy selekcję posłów i ministrów przez aparaty partyjne.

Król – wywodził HJS – był wspólnym punktem odniesienia – bez niego urzędnicy, wojskowi, policjanci, nie wiedzą komu mają służyć. Wierność królowi jest jedyną możliwą formą patriotyzmu, bez króla patriotyzm się rozsypuje. Poprzez króla państwo otrzymuje twarz, natomiast demokratyczne państwo jest anonimowe. Jedynie król może naprawdę służyć całości – w demokracji żaden przywódca partyjny z natury rzeczy nie może służyć całości. Król nie był tworem ludu, zatem lud mógł go czcić, w demokracji politycy są kreaturami ludu i wykonują jego wolę (przynajmniej w teorii), przeto lud nimi pogardza.


HJS przekonywał, że zwłaszcza Niemcom potrzebny jest monarcha, który po katastrofie rządów narodowego socjalizmu, straszliwej klęsce wojennej i podziale kraju, pomógłby zjednoczyć naród i zaleczyć rany jakie ten sam sobie zadał. Widział jednak jasno, że walec niwelatorskiej, egalitarystycznej demokracji masowej jest w gruncie rzeczy nie do powstrzymania. Nie miał wielkich złudzeń, żadna pedagogika tego nie zmieni, zbyt krótkie jest nasze życie, byśmy mogli coś naprawdę zmienić.

Świat został oświecony i zdemitologizowany, reflektorami rozumu prześwietlono ostatnie zakamarki duszy, nie można ludziom na nowo wpoić uczuć bojaźni i szacunku, aby czcili najwyższy urząd i ład jaki reprezentuje, nie da się ich nakłonić do wiary w nowy mit. Jedyne co można zrobić, to pomóc im zrozumieć rzeczywiste położenie i pokładać nadzieje w tym, że rozum sam siebie ograniczy, uznając wartość tradycyjnych instytucji i zostawiając dla nich przestrzeń, w której mogłyby istnieć.

W pierwszej połowie lat 50. HJS pisał o restytucji monarchii, zakładał różne kółka dyskusyjne, wygłaszał prelekcje, organizował spotkania i seminaria. Wprawdzie konstytucja nie dawała możliwości restytucji monarchii na legalnej drodze, ale w momencie zjednoczeniu Niemiec i uchwaleniu nowej (a właściwie pierwszej) konstytucji, taka szansa mogłaby się pojawić. W kwestii dynastycznej HJS był bezkompromisowy: w grę wchodziła tylko dynastia Hohenzollernów, pretensje do korony Welfów czy Wittelsbachów stanowczo odrzucał.

Dobrym znajomym HJS był, poznany w 1937 roku, dr Otto John, który okazywał promonarchistyczne sympatie. W 1950 roku ówże dr Otto John został – z namaszczenia brytyjskich tajnych służb – szefem niemieckich tajnych służb, czyli Urzędu Ochrony Konstytucji. Na spotkaniu monarchistów zorganizowanym przez HJS w styczniu 1953 roku w restauracji Rheingauer Hof w Eltville nad Renem uczestniczył funkcjonariusz UOK, współpracownik Johna, dr Hans Sigismund vom Berge und Herrendorff. Gdyby więc niemieckie tajne służby (z poparciem brytyjskich, rzecz jasna) wsparły wysiłki HJS, to pojawiłaby się realna szansa odbudowy monarchii w Niemczech. Niestety, HJS poparcia tajnych służb dla restauracji monarchii nie uzyskał, o czym świadczą wydarzenia, jakie rozegrały się rok później.

Otóż w marcu 1954 roku w Königstein koło Frankfurtu mieli się spotkać w celu „omówienia sytuacji politycznej” HJS, ewangelicki działacz społeczny i pedagog dr Friedrich Kreppel oraz jeden z liderów konserwatywnej Partii Niemieckiej, poseł do Bundestagu, Hans-Joachim von Merkatz. O spotkaniu dowiedział się (ciekawe od kogo), tygodnik „Der Spiegel” (założony przez brytyjskie tajne służby), który z wielkim oburzeniem doniósł o planach „monarchistycznego przewrotu”. Gazeta poinformowała czytelników, że HJS jest autorem Manifestu Monarchistycznego, który ma być platformą programową nowego ugrupowania o nazwie Volksbund für Monarchie.

„Spiegel” napisał ponadto, że za swoje prelekcje i wykłady HJS inkasował honoraria od organizacji pozarządowych finansowanych przez urząd kanclerski. Tym samym gazeta oskarżyła kanclerza Adenauera o finansowanie propagandy na rzecz dynastii Hohenzollernów! Tak oto organ młodej demokracji niemieckiej zdemaskował i udaremnił „monarchistyczny spisek”!

HJS tłumaczył później z rozbawieniem, że „Spiegel” wszystko to zmyślił, a jedynym rezultatem jego „demaskatorskiej” publikacji były przysyłane do HJS z całego kraju listy z deklaracjami przystąpienia do Volksbund für Monarchie – ugrupowania, które, wedle HJS, istniało wyłącznie w wyobraźni redaktorów hamburskiego tygodnika.

Wprawdzie po tym incydencie HJS zrezygnował z podejmowania praktycznych kroków na rzecz restytucji monarchii, ale pozostał „monarchistą w sercu”. Był członkiem honorowym założonej w 1956 roku i istniejącej do dziś największej niemieckiej organizacji monarchistycznej Tradycja i Życie, pisał do jej czasopism „Tradition und Leben” i „Erbe und Auftrag”.

W 1969 roku uczestniczył w spotkaniu, które odbyło się na zamku Hohenzollern, w obecności księcia Prus Ludwika Ferdynanda, głowy domu Hohenzollernów, pretendenta do tronu cesarskiego (zm. 1994). Należał do powołanego wówczas stowarzyszenia Zollernkreis, propagującego pruską ideę państwową oraz niemieckie tradycje wolnościowe i federalistyczne.

W tym miejscu wspomnieć trzeba o jeszcze jednej dziedzinie, której HJS poświęcił sporą część swojej naukowej i publicystycznej działalności, mianowicie rehabilitacji Prus i ich państwowego etosu, co przyniosło mu szczególne uznanie ze strony niemieckich konserwatystów. Kiedy pod koniec 1950 roku zobaczył, że nikt nie chce pamiętać o dacie 18 stycznia 1951 roku, kiedy to przypadała 250 rocznica pierwszej pruskiej koronacji, kazał wydrukować odpowiednie plakaty – osobiście je rozkleił! – zapraszające do auli uniwersytetu na jego wykład zatytułowany „Prawda o Prusach” – przyszło ponad 1000 osób.

W swoim wykładzie HJS powiedział m.in.:

„Chciałbym zacząć od stwierdzenia, że wspominamy tutaj drogiego zmarłego, który, przez nurt historii wyniesiony ku światłu, znowu w tym nurcie zatonął. Państwa są zawsze zachowywane i unoszone tylko przez te siły, poprzez które zostały stworzone. Prusy były państwem królewskim, i dlatego musiały umrzeć, kiedy zmarła ich monarchia. Prusy przestały istnieć 9 listopada 1918 roku, a nie dopiero w 1933 lub wręcz 1945 roku”.

Dlatego oficjalne rozwiązanie państwa pruskiego zarządzeniem Alianckiej Rady Kontrolnej z 25 lutego 1947 roku, „wszyscy starzy Prusacy odczuli jako osobliwy akt profanacji zwłok”.

Mowa HJS wydana drukiem jako Honor Prus sprzedała się w kilkudziesięciu tysiącach egzemplarzy i zapoczątkowała serię książek, rozpraw, antologii, zbiorów materiałów źródłowych do historii wydarzeniowej i historii duchowej Prus, wśród nich m.in. Inne Prusy, To były Prusy. Świadectwa wieków (przełożone na włoski przez Juliusa Evolę), Prusy. Historia państwa (wydany w 1966 roku bestseller, uchodzący w kręgach konserwatywnych za niedoścignione wprowadzenie do historii Prus), Bismarck o współczesnych – współcześni o Bismarcku, Droga do cesarstwa niemieckiego.

„Szczęśliwym zrządzeniem losu – pisał HJS – nie było u mnie żadnej ewolucji. Zawsze byłem konserwatystą, Prusakiem i Żydem”.

Akcentował swoją pruskość, ważniejszą dlań niż niemieckość, którą interpretował i oceniał przez pryzmat pruskiego etosu państwowego. Bliżsi mu byli bracia Gerlachowie niż Bismarck. Prusy stawiał wyżej niż zjednoczoną w 1870 Rzeszę Niemiecka powstałą jako państwo narodowe – w tym procesie Prusy przejęły złe cechy niemieckie, zaś Niemcy złe cechy pruskie. Za Moellerem van den Bruckiem powtarzał, że „Prusy są ofiarą Niemiec”, i ubolewał, że pod wpływem niemieckiej idei narodowej nastąpiła „deprusyzacja Prus”.

Prusy były dlań podstawowym punktem odniesienia, obrazem, symbolem, ideą przewodnią dla przyszłości. Walczył z ich „czarną legendą” stworzoną w XIX wieku przez niemieckich i polskich katolików a w XX przez propagandystów państw walczących z Niemcami w obu wojnach światowych. Pragnął oddać Prusom historyczną sprawiedliwość, kreował ich wizję jako ponadnarodowego państwa prawa opartego na zasadach tolerancji religijnej, duchowej wolności i szacunku dla drugiego człowieka.

Wierność, uczciwość, obowiązkowość („ani na cal nie zbaczaj z właściwej drogi”), szlachetna prostota, dyscyplina, skromność, zasada „wiele zdziałać, mało się chwalić, więcej być niż udawać” – to były wyznaczniki pruskiego etosu, lub inaczej konserwatywnego „pruskiego socjalizmu”, którego był zwolennikiem.

Trzeba tu jednak zaznaczyć, że jako pruski patriota HJS nie był wcale bezkrytycznym, zaślepionym apologetą Prus. Widział blaski, ale nie zamykał oczu na cienie, dobrze znał wszystkie wyobrażenia Prus, od skrajnie negatywnych po skrajnie wyidealizowane; każde z nich zawiera jakąś cząstkę prawdy, wrogiem prawdy jest tylko płaska jednostronność.

Opowiedzenie się za pruskością było według HJS równoznaczne z opowiedzeniem się za antynacjonalizmem. Stanowczo sprzeciwiał się „hitleryzacji” Prus, Hitler nie był produktem pruskim, lecz produktem rozkładu monarchii austriackiej, egzekutorem demokratycznej woli ludu, nie mającym nic wspólnego z pruskim etosem państwowym. HJS dowodził, że, wbrew powierzchownym sądom, Narodowosocjalistyczne Wielkie Niemcy były w rzeczywistości antypruskie. Dlatego też, jego zdaniem, po 1945 roku nie była potrzebna żadna „reedukacja Niemców”, wystarczyło odwołać się do pruskich tradycji i cnót, do pruskiego etosu państwowego, pruskiej duchowości i pruskiego sposobu życia. Niestety, ubolewał HJS, RFN jako twór zwycięzców II wojny światowej jest świadomie antypruska, zamiast odnowić i zaktualizować ponadczasowa „ideę pruską” realizuje zasady masowej demokracji liberalnej.

Jego wspomniana wyżej książeczka Honor Prus była sygnałem, że niemieccy konserwatyści nie pogodzili się z tą wersją historii, jaką narzucali zwycięzcy oraz ich rodzimi pilni uczniowie, i nie chcieli zaakceptować regulacji językowych zrodzonych z klęski. Stąd nie było tak ważne to, że – jak pisano w konserwatywnym „Criticónie” po śmierci HJS – wymarzone przez niego Prusy być może nigdy nie istniały, gdyż w rzeczywistości jego „kampania pruska” skierowana była przeciwko współczesnym zjawiskom politycznym i formom społecznym.

Był to „pruski atak” na oligarchię partyjną, na ideologię egalitaryzmu, na zwyrodnienie masowej demokracji. Poprzez obronę „pruskości” HJS wskazywał na to, że autorytet, dyscyplina, panowanie są nieusuwalnymi momentami społecznej hierarchii, których nie można „uspołecznić” zgodnie z absurdalnymi żądaniami równości lub znieść poprzez majoryzację według liczenia głów pod hasłem „demokratycznego współdecydowania”. Państwowa substancja jest „zawsze” pruska, dlatego odrzucając „pruskość”, Niemcy niszczą swoją państwowość.

Ciekawym wątkiem obrony Prus przez HJS była ich pochwała z żydowskiego punktu widzenia. Dowodził śmiało, że w Prusach panował pax christiana, który jednocześnie jest zawsze pax judaica; w Prusach była możliwa „żydowsko-pruska symbioza” – nie w Prusach „znacjonalizowanych” i „zniemczonych”, ale w Prusach czujących się spadkobiercami dawnej cesarskiej Rzeszy i będących zmniejszonym odwzorowaniem dawnego corpus christianum.

HJS stworzył nawet zarysy żydowskiej teologii politycznej Rzeszy: Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego wywodzi się od dawnego Izraela, Jerozolima, a nie Rzym są jego korzeniami, cesarz był – jak brzmiał jeden z jego oficjalnych tytułów – „prawdziwym naśladowcą Dawida”, wypełniającym misję ustanowienia pokoju i sprawiedliwości (HJS dyskutował o tych kwestiach Hansem Blüherem i z Carlem Schmittem, z którym spotykał się i korespondował na przełomie lat 40. i 50.). Dlatego to właśnie Żydzi mający we krwi tradycję sakralnego Państwa Bożego, są predestynowani do służenia cesarskiej Rzeszy, a co za tym idzie – cóż za praktyczne myślenie ze strony HJS! – stanowią najlepszy materiał na jej urzędników.

Bardziej żył wśród dawnych pruskich konserwatystów niż w RFN, którą dość pogardliwie nazywał „masą upadłościową po Hitlerze” i „ropiejącym wyrostkiem robaczkowym Rzeszy Niemieckiej”. Wybrał figurę „pruskiego Żyda” jako figurę teologiczno-politycznej egzystencji. Wprawdzie w RFN egzystencja ta była egzystencją pośmiertną, rzeczywiście swego rodzaju kuriozum, ale, czego dowodzi twórczość HJS jako uczonego i pisarza politycznego, inspirującą i płodną w sensie intelektualnym i duchowym.

Po raz ostatni powrócił do roli krytycznego intelektualisty wypowiadającego się w sprawach publicznych (public intellectual), pod koniec lat 60., sprowokowany, rzecz jasna, przez tzw. ruch studencki. Nie był on dla niego zaskoczeniem, w jednej ze swoich książek, opublikowanych kilka lat wcześniej, stawiał diagnozę, że dusza młodej generacji cierpi na „niedostatek kalorii”, przewidywał, że panująca w Niemczech duchowa i historyczna próżnia, brak celów i wartości oraz towarzysząca temu nuda, zrodzą nowy nihilistyczny ruch, entuzjastyczny i agresywny – uwarunkowany ponadto umasowieniem wyższego nauczania, produkującego rzesze młodych, sfrustrowanych ludzi o niezaspokojonych apetytach i ambicjach.

Uważał, że tak zwana generacja 68 to młodzież wyjątkowo bezkrytyczna, łatwo dająca sobą manipulować, mniej inteligentna niż poprzednicy, gorzej poinformowana, myśląca szablonowo. Pisał, że jest to „podniecona młodzież”, biegnąca ślepo za krzykaczami i awanturnikami. Wprawnym okiem konserwatysty rozpoznawał polityczny szwindel kryjący się za „rewolucyjnymi hasłami”.

Nie zgadzał się z opinią, że liderzy ruchu to działający spontanicznie, naiwni utopiści. To był, jego zdaniem pozór, w rzeczywistości wszystko było dobrze obmyślane i zorganizowane, akcjami dowodziła kadra zawodowych rewolucjonistów; rzecz jasna byli to zaślepieni ideologicznie fanatycy (do tego kompletnie pozbawieni poczucia humoru), rekrutujący się głównie z „dyscyplin mielenia językiem” jak politologia, socjologia, psychologia, pedagogika, ale jednocześnie zręczni taktycy, znawcy masowej psychologii, sprytni manipulatorzy, antyautorytarni autorytaryści znający świetnie nigdy niewygasającą potrzebę autorytetów (Wielcy Ojcowie: Marx, Mao, Marcuse).

Kierowała nimi, według HJS, nie tylko niepohamowana żądza władzy, ale i wewnętrzna nikczemność, która każe im świadomie rozkładać i niszczyć to, co stworzyli poprzednicy. Występują pod oszukańczym hasłem zniesienia „feudalnych stosunków” na uniwersytetach, a tak naprawdę chodzi im o zglajchszaltowanie życia akademickiego; chcą zniesienia hierarchii kompetencji, wiedzy, kształcenia i sądu. HJS nie mógł im darować, że wrzeszcząc „pomalujcie błękitny kwiat na czerwono”, niszczą uniwersyteckie instytucje; rewolucjoniści „maszerują przez instytucje” z frazesami „demokratyzacji” na ustach, co jest równoznaczne z pozbawieniem tychże instytucji funkcji, dla których zostały powołane.

Utrzymane w ostrym tonie polemiczne artykuły HJS (m.in. na łamach „Die Welt”), w których pisał o zagrożeniu dla państwa prawa, o zorganizowanej mniejszości terroryzującej swoimi akcjami uniwersytety i dezorganizującej tryb nauczania („akademickie gangsterstwo”, „zawodowi lewicowi podżegacze z pianą na ustach”), apelował o powstrzymanie fali radykalizacji (swoje publicystyczne teksty opublikował w książce Niemcom grozi anarchia wydanej w 1972 roku), wzmogły wrogość wobec jego osoby; zresztą jako konserwatywny „Żydoprusak” nie cieszył się nigdy szacunkiem lewicującej studenterii.

Od początku 1968 roku rosło napięcie pomiędzy HJS a studenckimi aktywistami w Erlangen: organizowano bojkot jego wykładów, wywoływano tumulty, grożono mu posuwając się wręcz do fizycznej przemocy, prowadzono brutalną kampania zniesławiania. Na ulotkach Socjalistycznego Niemieckiego Związku Studentów obrzucano go wyzwiskami w rodzaju „doświadczony faszysta”, „Nazi-Jude”, „żydowski obersturmführer”, demaskowano jako „brunatnego Żyda”.

„Demokratyczni studenci” na wzór hunwejbinów żądali od niego złożenia samokrytyki („działam na czerwonych synów brunatnych ojców jak czerwona płachta na byka”). Ataki pojawiły się też w lewicowo-liberalnych gazetach, „Die Zeit“ zażądał, żeby odebrać mu profesurę, „Tagesspiegel” nazwał go „byłym nazistą” („kloaka się otwarła”).

W tym miejscu warto zacytować HJS:

„Gdy ma się do czynienia z osobami, które – uchowaj Boże! – są samodzielnymi myślicielami i dlatego nie można ich zaszufladkować i zaklasyfikować wedle utartych pojęć, nazywa się ich po prostu «faszystami», co zawsze robi wielkie wrażenie na ludziach ociężałych umysłowo; ma to też związek z niesłychanie niskim poziomem wykształcenia dzisiejszej «żurnalii»”.

Atakowany wściekle przez „zoologicznych antyfaszystów” („Jestem widocznie zgorszeniem dla lewicowej mafii”), nie zamierzał kapitulować, przeciwnie, wystąpił z otwartą przyłbicą, zebrał swoje dawne teksty i opublikował je w 1970 roku pod tytułem Gotowi dla Niemiec. Wczesne pisma 1930-39. Dokumentacja historyczna. Dokumentacja obejmowała również analizę historyczną lat 1932-35, ówczesne głosy krytyczne wobec jego poglądów i działalności, a także jego własną krytyczną autorefleksję po trzydziestu kilku latach ¬ można powiedzieć, że był to wzorowo przeprowadzony rozrachunek z własną przeszłością polityczno-intelektualną.

Gdyby poprzestał na krytyce studenckich aktywistów, to być może potraktowano by go łagodniej, ale on zaatakował również innych profesorów i władze uniwersytetu, rektorów i biurokrację ministerialną, zarzucając im tchórzostwo, ponieważ nie reagują na ewidentne łamanie regulaminu uczelni, prawa i zasad panujących na uniwersytetach. Posunął się wręcz do oskarżenia, że ministrowie oświaty ręka w rękę z młodymi zawodowymi rewolucjonistami niszczą stary humboldtiański uniwersytet, są „poputczikami” ruchu, który dąży do ustanowienia na uczelniach wyższych hegemonii marksistowskiego socjalizmu. Konstatował, że „liberale Scheisser” jak zwykle wykorzystani zostali przez twardych lewicowców jako „pożyteczni idioci”. Uważał, że większe szkody poniósł niemiecki uniwersytet w wyniku niszczycielskiej działalności „pokolenia 68” i lewicowo-liberalnych „reformatorów” niż narodowych socjalistów.

W obliczu tumultów i akcji organizowanych przeciwko niemu na uniwersytecie, HJS zwrócił się do kolegów z Wydziału Filozofii z prośbą o poparcie. Jednak Rada Wydziału odmówiła wydania oświadczenia z wyrazami solidarności z kolegą. Od tej pory aż do emerytury HJS nie brał udziału w posiedzeniach Rady Wydziału, z większością pracowników nie rozmawiał. Zachowanie kolegów komentował cytując Georga Christopha Lichtenberga: „W Niemczech są tylko dwa sprzedajne zawody: pewien rodzaj dziewcząt i drugi – uniwersyteccy profesorowie”.

W latach 1969-1971 podjął ostatnią, tradycyjnie już nieudaną, próbę politycznego działania zakładając ugrupowanie o nazwie Konservative Sammlung (Zgromadzenie Konserwatywne). Po ugrupowaniu pozostała jedynie mowa założycielska wygłoszona przez HJS. W latach 70. pisze książki autobiograficzno-wspomnieniowo-„rozliczeniowe” m.in. Pożegnanie z Niemcami (1973), czyli tymi Niemcami, które były tak drogie jego sercu i które kochał „mimo wszystko”, a których wielkie tradycje „nurza się teraz w rynsztoku”. Komentując debatę na temat świąt narodowych, pytał z lekką drwiną: „Po co nam święta narodowe skoro przestaliśmy być narodem?” Niemcy są już tylko „związkiem konsumentów”.

Przed odejściem, w 1977 roku, na emeryturę próbował wszelkimi sposobami zapobiec planowanemu przekształceniu swojej katedry, ale jego wrogowie okazali się silniejsi – najpierw włączono ją do innej jednostki uniwersyteckiej a po śmierci HJS całkowicie zlikwidowano. W 1994 roku sprzedano do antykwariatów bibliotekę gromadzoną przez niego w katedrze. W taki oto sposób uniwersytet w Erlangen „załatwił” jednego ze swoich najwybitniejszych uczonych.

Jak wspomnieliśmy, niemieccy konserwatyści cenili go zwłaszcza za książki o Prusach, jak i za dzielną postawę w walce z marksistowskimi „siłami wywrotu”. Ale są mu wdzięczni za coś jeszcze. Jak wiadomo w Niemczech wielką popularnością cieszył się leksykon cytatów Skrzydlate słowa (Geflügelte Worte) zebrane przez filologa Georga Büchmanna (1822-84). Konserwatyści kręcili trochę na niego nosem, ponieważ Büchmann, jako postępowo-liberalny humanista, dokonywał selekcji zgodnie ze swoimi światopoglądowymi uprzedzeniami, czego ofiarą padały słowa i myśli ludzi niepostępowych, nieliberalnych i niehumanistycznych. Dlatego HJS postanowił sporządzić suplement do Büchmanna i w 1971 roku wydał Bezskrzydłe słowa, czyli to czego nie znajdziecie w Büchmannie. Jest to istna kopalnia cytatów, bon motów, powiedzeń, anegdot w duchu konserwatyzmu i sceptyczno-cynicznego realizmu. Zamieścił tam maksymę pisarza Alberta Heinricha Rauscha (ps. Henry Benrath), którą być może pocieszał się w chwilach, kiedy kubły pomyj wylewali na niego funkcjonariusze frontu ideologicznego: „Jak długo istnieje świat, kundle sikają na marmurowe ściany”.

Z powiedzeń samego HJS przytoczmy dwa:

„Socjologia to sztuka, aby rzecz, którą każdy rozumie i która każdego interesuje, tak wyrazić, że nikt już jej nie rozumie i nikogo już nie interesuje”.

„Głupota jest zawsze postępowa: postępuje naprzód”.

Pozostał wiecznym outsiderem, zawsze gdzieś pomiędzy frontami. Potrafił narazić się nawet swoim sojusznikom z tradycjonalistycznej prawicy, np. kiedy na początku lat 60. skrytykował przekonanie, że homoseksualizm jest chorobą i wystąpił z postulatem zniesienia paragrafu 175 kk penalizującego męskie stosunki homoseksualne, albo kiedy w 1962 roku przygotował nowe (po 45 latach) wydanie wielce kontrowersyjnej książki swojego dawnego adwersarza Hansa Blühera Rola erotyki w męskiej społeczności (w kontekście tych jego działań niektórzy przedstawiciele konserwatywnej prawicy zaczęli sugerować, że sam HJS ma „nienaturalną” orientację seksualną, co być może było prawdą). Kiedy HJS pisał o Blüherze, że żadna grupa, żaden kierunek nie mógł o nim powiedzieć „on jest nasz”, to trochę tak jakby pisał o sobie.

Deklarował, że nigdy nie interesuje go czy jego pogląd na jakąś sprawę jest nowoczesny i popularny; i rzeczywiście się tym nie interesował, miał ambicję stworzenia nowej interdyscyplinarnej metody „badania ducha czasu”, ale duchowi czasu nigdy się nie poddał. Stwierdził kiedyś, że na całe szczęście w każdej epoce żyją zawsze ekscentrycy, oryginały, ludzie nietypowi z samej swojej duchowo-intelektualnej substancji – odnosiło się to także do niego.

Natomiast nie odnosiło się do niego powiedzenie Ernsta Jüngera: „Są tacy, którzy myślą, że płyną pod prąd, a to jest tylko rynna z moczem”. On naprawdę płynął pod prąd. Miał też zapewne na myśli siebie, kiedy pisał o ludziach, których nie obejmują badania opinii publicznej, ponieważ nie rozumieją – z powodu ich niedorzeczności – pytań kierowanych do nich przez ankieterów.

Już pod koniec lat 50. lewicowy politolog Kurt Sontheimer ostrzegał go, że stanie się „kuriozum historii współczesnej”, no i stał się. I właśnie dlatego warto go – w przeciwieństwie do Sontheimera – czytać. Dlaczego był „kuriozum”? Ponieważ, jak wyznawał, od młodości towarzyszyło mu głębokie – kuriozalne dziś – przekonanie, że jego życie nie zaczęło się wraz z narodzinami, że jest ogniwem łańcucha sięgającego daleko wstecz.

Był „kuriozum” w czasach, o których pisał król pruski Fryderyk Wilhelm IV: „Taka jest osobliwa cecha teraźniejszej epoki, że więcej się daje i obiecuje niż samemu się posiada i ma do rozdania”. Był „kuriozum” w czasach, kiedy „kartki wyborcze wrzuca się do urn niczym kupony totolotka, a aparaty partyjne działają w mętnym półmroku, organizując makabryczne maskarady ideologii”. Ale cóż, „nie wybieramy sobie miejsca w biegu historii”.

Nie tracił jednak ducha: „porusza mnie i podnosi na duchu, że wciąż jeszcze są konserwatyści, którzy nie pozwalają na zerwanie tradycji, ale chcą przerzucić pomost – od przedwczoraj do pojutrza”. Tym, którzy roją sobie, że maszerując na czele postępu, na zawsze zdobyli prestiż, władzę i bogactwo, przypominał, że pod stworzonym światem trwa grzmiąca otchłań chaosu, w każdej chwili gotowa go pochłonąć. Pisał, że człowieka trawi nigdy nie nasycony głód wiary, sensu i prawdy. Człowiek zyskuje sens swojego istnienia poprzez służbę czemuś wyższemu niż on sam, określa go to, w co wierzy i na czym rozżarza się jego miłość.

W 1927 roku jako osiemnastolatek pisał: „nowa wolność nie polega na wyzwoleniu się z wszystkich przekazanych tradycją więzi, ale na dobrowolnym przyjęciu więzi z wiecznymi mocami i wyższymi wartościami, gdziekolwiek napotka je poszukujący”.

Temu przesłaniu był wierny przez całe życie.
Tomasz Gabiś

PRZEGLĄD NIEMIECKI – XXIV
Pierwodruk: „Arcana” nr 112-113, 2013

piątek, 5 maja 2017

Rewizjoniści - zwierzyna łowna bez okresu ochronnego


Nurtuje mnie pewna wątpliwość. Otóż powszechnie wiadomo (przynajmniej tak głoszą zdobni w srebrne brody gerontowie), że rewizjoniści Holocaustu są „kłamcami” lub „zaprzeczaczami prawd oczywistych”. Logicznie więc zasługują na ignorowanie, tudzież zamknięcie w małym światku chorych idei. Tymczasem dzieje się inaczej.

Rewizjoniści od kilkudziesięciu już lat „robią” za łowną zwierzynę bez okresu ochronnego. Można na nich zasadzić się z kolczastym paragrafem prawnym, tropić w gimnazjach i na wyższych uczelniach, katować w ustronnych miejscach, a nawet potraktować obrzynem. Dotyczy to także tych, którzy – bynajmniej nie podzielając wrażych poglądów – starają się obiektywnie przedstawić punkt widzenia ofiary albo ośmielają się protestować przeciwko niekontrolowanym, wprawiającym jurnych egzekutorów w stan geriatrycznego podniecenia polowaniom. Cóż, jeżeli nie w łóżku (nie te lata), to przynajmniej z flintą przy ramieniu.

Mamy zatem sytuację paradoksalną: z jednej strony rewizjoniści to oczywiści kłamcy („powszechnie wiadomo”), a więc ludzie niegroźni (tak samo jak osobnikiem niegroźnym jest zwolennik teorii, że ojcem Karola Darwina był goryl „Magilla”, a Iwana Pawłowa pies „Pluto”), z drugiej traktuje się ich ze śmiertelną – to dobre słowo w tym miejscu – powagą. Powiem więcej: muszą być nosicielami szczególnego kłamstwa, które – jak już nadmieniłem – nie jest groźne, czyli… jest groźne. Oto paranoja właściwa elitom rządzącym współczesnym światem.

Dzisiejsi demoliberalni inkwizytorzy są dla rewizjonistyczno-antyholocaustycznych adwersarzy bezwzględni. Łączą w sobie najgorsze cechy marrana Torquemady, Savonaroli i Jana Kalwina. Przekonują się o tym coraz to nowe szeregi nonkonformistów, którzy delikatnie przypominają, że przynajmniej mają prawo wątpić w prawdy podane na wypucowanej do granic nieprzyzwoitości tacy. Wiadomo: nie wszystko co się świeci jest piękne – jak mawia mój znajomy kynolog. Otóż – nie mają takiego prawa! Nowy totalitaryzm nie znosi wahań i kontestacji (chyba, że jest to kontestacja ostatnich placówek antypoprawnej politycznie rzeczywistości). Gdy trzeba – unosi szablę sprawiedliwości i tnie przez łeb z wprawą małego rycerza ze stepowych stanic.

Fizyczna przemoc lub propagandowe ględzenie właściwe kostycznym użytkownikom kleju do protez zębowych zastępują merytoryczną dyskusję. A wszystkiemu ze zgrozą przyglądają się prominentni „odważni inaczej” oraz skołowana publiczność, którą – co zrozumiałe – historyczne spory obchodzą tyle, co urodziny wuja kuzyna ciotki Tekli. Pełne wyliczenie przykładów represji, jakim poddawani są rewizjoniści Holocaustu od 25 lat wystarczyłoby na napisanie sporych rozmiarów „Czarnej Księgi”. Ten dokument hańby końca XX wieku – doprawdy „piękne” uzupełnienie praktyk komunizmu, hitleryzmu i faszyzmu – czeka na odważnego autora. Najlepiej z jakiegoś Komitetu Helsińskiego… bo – czcigodni obrońcy Żydów, Cyganów, dzieci i molestowanych seksualnie kobiet – to nie rewizjoniści biją, to oni są bici.

To nie Francois Duprat, jeden z pierwszych francuskich rewizjonistów Holocaustu, podkładał bomby. To jemu podłożono ładunek wybuchowy pod samochód. W następstwie zginął on, a jego żona została poważnie ranna. To nie David Irving szalał z młotem w ręku po ulicach Londynu. To jemu politycznie poprawny drań wywrócił do góry nogami mieszkanie, a inny pobił w restauracji. To nie Ernst Zuendel – cokolwiek by o nim nie powiedzieć – zabawiał się w bombiarza. To jemu fachowo wysadzono w roku 1995 w powietrze dom w Toronto. To nie członkowie Institute for Historical Review z Kalifornii nawoływali do gwałtu. To im w roku 1984 zafundowano wybuch, ofiarą którego padł budynek Instytutu oraz magazyn książek. To nie Robert Faurisson w towarzystwie psa pobił w parku bandę opryszków. To oni skatowali ciężkimi buciorami nobliwego profesora, deformując mu twarz. To nie Michel Cagnet, student Sorbony i rewizjonistyczny badacz-amator, zaczaił się na żydowskie komando z butelką kwasu solnego w kieszeni. To jemu spalono twarz. To nie rewizjoniści Holocaustu anulują uczonym uczciwie uzyskane tytuły doktorskie. To oni są ich pozbawiani. To nie oni wyrzucają niepokornych z wyższych uczelni i z gimnazjów. Sami są wyrzucani. To nie, to nie, to nie…

Być może za wcześnie o tym pisać. Polityczna poprawność zdaje się święcić tryumfy. Ale nadejdzie taki czas, gdy padnie z kretesem – jak wszystko, co sztuczne i głupie zarazem. Jej filary, dzisiaj z cicha podmywane, jutro runą jeden po drugim w świetle jupiterów. Życie nie może opierać się na intelektualnym zakazie mówienia, pisania, a przede wszystkim zdroworozsądkowego myślenia. I wtedy zaczniemy rozmawiać. Sire ira et studio.




czwartek, 4 maja 2017

Etycznemu syfilisowi z Hollywood umówimy NIE


I tak, Front Wyzwolenia stawia obecnie dwa wielkie cele dla Europy: 1) całkowite wydalenie wszystkiego co obce z duszy i ziemi Europy, oczyszczenie europejskiej duszy z naleciałości dziewiętnastowiecznego materializmu i racjonalizmu z jego kultem pieniądza, liberalną demokracją, społeczną degeneracją, parlamentaryzmem, wojną klas, feminizmem, wertykalnym nacjonalizmem, finansowym kapitalizmem, drobnym etatyzmem, szowinizmem, moskiewskim i waszyngtońskim bolszewizmem, etycznym syfilisem z Hollywood, i duchowym trądem Nowego Jorku; 2) konstrukcję Imperium Europejskiego i urzeczywistnienie bosko objawionej europejskiej woli ku nieograniczonemu politycznemu imperializmowi.

Francis Parker Yockey

wtorek, 2 maja 2017

Odłóż na bok za­równo zmysły, jak i zapracowany umysł


Człowiek swoim umysłem (intellectus) musi przekroczyć samego siebie; musi wznieść się ponad ten świat, który zmysły jeszcze poznawczo ujmują; co więcej, winien wznieść się ponad siebie. W tym przejściu czy przekroczeniu Chrystus jest drogą i bramą (por. J 14, 6; 10, 7), drabiną i pojazdem, jak gdyby przebłagalnią umieszczoną nad arką przymierza (por. Wj 25, 17-21) czy tajemniczym planem od wieków ukrytym w Bogu (por. Ef 3, 9).

(...)

Jeśli przejście ma być doskonałe, musi zaniknąć cała aktywność intelektualna, a szczyt wszelkich pragnień musi całkowicie przemienić się i ukierunkować na Boga. Jest to coś mistycznego i okrytego głęboką tajemnicą, której nikt nie zna, jeśli mu jej nie odsłoniono (por. Ap 2, 17). Nie otrzymuje tego nikt, kto nie pragnie, a pragnie tylko ten, w czyje wnętrze rzuca płomień Duch Święty posłany przez Chrystusa. Dlatego Apostoł mówi, że tę mistyczną mądrość objawia Duch Święty (por. 1 Kor 2, 10; 1 J 2, 20-27).

Natura niczego nie może uczynić w tym doświadczeniu, wiedza niewiele, naturalne wysiłki człowieka bardzo mało, wiele natomiast namaszczenie. Mało trzeba przypisywać języ­kowi, bardzo wiele wewnętrznej radości, mało słowom i lite­rze, wszystko darowi Bożemu, czyli Duchowi Świętemu, ma­ło lub nic stworzeniu, wszystko stwórczej istocie, Ojcu, Synowi i Duchowi Świętemu, powtarzając za Dionizym apo­strofę do Trójcy Przenajświętszej: „Trójco nadistotna, nadbogu i najlepszy nauczycielu chrześcijańskiej mądrości, prowadź nas ku nieznanym, najwspanialszym i najwyższym szczytom mistycznych dialogów, gdzie wciąż nowe, absolutne i nieod­mienne tajemnice Boże pogrążają się w mądrym milczeniu najgłębszej ciemności, którą niesie oślepiające, przeobfite i ponad miarę intensywne światło, w którym wszystko zaczy­na jaśnieć, a które przepełnia niedostępne regiony umysłu wspaniałością niewidzialnych dóbr nad dobrami". W ten spo­sób Dionizy przemawiał do Boga. Zwracając się do przyjaciela, dodawał: „Ty zaś, przyjacielu, skoro już zdecydowanie kroczysz po ścieżkach wizji mistycznych, odłóż na bok za­równo zmysły, jak i zapracowany umysł, zarówno to, czego zmysły doświadczają, jak i to, co leży poza ich zasięgiem, zarówno byt, jakikolwiek by był, jak i niebyt. Uwolniony od wiedzy, wróć, o ile to możliwe, do zjednoczenia z Tym, który jest ponad wszelką istotę i wiedzę. Porzucając siebie samego i całą resztę przez radykalne i całkowite wyjście czystego umysłu, wstąpisz w nadistotne światło Bożych ciemności; wstępujesz bowiem wtedy, gdy wszystko opuszczasz i stajesz się od wszystkiego wolny".


Za: Święty Bonawentura, Droga duszy do Boga i inne traktaty,  przekład: Celestyn Napiórkowski OFMConv.. Cecylian Niezgoda OFMConv., Salezy Kafel OFMCap., Klub książki Katolickiej, Poznań 2001


Siedem stopni, które wiodą do ciszy pokoju


Rozważywszy, w jaki sposób winniśmy ćwiczyć się w mądrości poprzez medytację i modlitwę, teraz zajmiemy się tym, jak dojść do prawdziwej mądrości poprzez kontemplację. Za pomocą kontemplacji duch nasz wchodzi do niebieskiego Jeruzalem, na którego wzór został ukształtowany Kościół, zgodnie z Księgą Wyjścia: „Patrz, a uczyń wedle wzoru, który na górze został ci ukazany" (Wj 25, 40). Bo jest rzeczą konie­czną upodobnienie, na ile to możliwe, Kościoła walczącego do tryumfującego, zasług do nagród, a pielgrzymów ziem­skich do świętych.

  W chwale trzy rzeczy stanowią o doskonałości nagrody: wieczne posiadanie najwyższego pokoju, oczywiste widzenie najwyższej prawdy, pełne zażywanie najwyższej dobroci, czyli miłości. Według tego rozróżnia się trzy chóry w najwy­ższej hierarchii niebieskiej, mianowicie trony, cherubiny i se­rafiny. Jest konieczne, aby ten, kto chce dojść do owej szczę­śliwości za pomocą zasług, nabył tu, na ziemi, o ile to możliwe, podobieństwo do owych trzech przymiotów, mianowicie, żeby posiadał ciszę pokoju, blask prawdy, słodycz mi­łości. Na tych trzech atrybutach spoczywa sam Bóg i zasiada jakby na własnym tronie. Jest konieczne, żeby do każdego z wymienionych przymiotów wstępować trojaką drogą: oczy­szczającą, która polega na odrzuceniu grzechu, oświecającą, która polega na naśladowaniu Chrystusa, oraz jednoczącą, która polega na przyjęciu Oblubieńca. Każda z nich ma swoje stopnie, za pomocą których prowadzi od samego dołu aż do szczytu.

Siedem stopni, które wiodą do ciszy pokoju

  Jest siedem stopni dojścia do ciszy pokoju. 
 
  Po pierwsze, wstyd na skutek rozważania zbrodni w jej czterech aspektach, mianowicie co do wielkości, wielości, brzydoty, niewdzięczności.
  Po drugie, lęk wynikły z czworakiego sądu, mianowicie z roztrwonienia dobrych uczynków, zaślepienia rozumu, za­twardziałości woli, ostatecznego potępienia.

  Po trzecie, ból spowodowany oceną szkody, i to czterostronnej, mianowicie utraty Bożej przyjaźni, zatracenia nie­winności, zranienia natury, roztrwonienia przeszłego życia.

  Po czwarte, wołanie o uproszenie czworakiej pomocy, mianowicie ze strony Boga Ojca, Chrystusa Odkupiciela, Dziewicy Matki, oraz Kościoła tryumfującego.

  Po piąte, surowość w wygaszaniu czworakiego zarzewia, czyli podniety, mianowicie zarzewia oschłości, którym jest lenistwo, zarzewia przewrotności, którym jest złość, zarzewia rozkoszy, którym jest pożądliwość, oraz zarzewia próżności, którym jest pycha. 
 
  Po szóste, żarliwość w pragnieniu męczeństwa z czterech powodów, mianowicie ze względu na doskonałe odpuszczenie grzechu, doskonałe oczyszczenie z winy, doskonałe zadośću­czynienie za karę, doskonałe uświęcenie w łasce.

  Na siódmym miejscu idzie ukojenie w cieniu Chrystusa, gdzie jest przystań i spoczynek, a człowiek wie, że schronił się w cieniu skrzydeł Boskich (Ps 16, 8), aby nie raził go żar pożąd­liwości ani strach przed karą. Może do tego dojść jedynie po­przez pragnienie męczeństwa; do pragnienia męczeństwa — pod warunkiem wygaszenia podniety; podnietę zaś wygasi, jeśli uprosi sobie pomoc; pomoc uprosi, jeśli wpierw opłacze ponie­sioną szkodę; opłacze szkodę, jeśli przedtem ulęknie się sądu Bożego; ulęknie się tego sądu, jeśli wprzód rozważy zbrodnię i się jej zawstydzi. Kto więc chce mieć ukojenie pokoju, niech postępuje według wyżej wyznaczonego porządku.

Święty Bonawentura, Droga duszy do Boga i inne traktaty,  przekład: Celestyn Napiórkowski OFMConv.. Cecylian Niezgoda OFMConv., Salezy Kafel OFMCap., Klub książki Katolickiej, Poznań 2001

sobota, 25 lutego 2017

"Mieć odwagę zaakceptować siebie" ...

"Mieć odwagę zaakceptować siebie" to jedna z wielu współczesnych formułek, które próbują ukryć ludzką nikczemność, nazywając trudnym to co łatwe.
Człowiek współczesny twierdzi, że nic nie kosztuje go tyle pracy, co uleganie własnej zwierzęcości.

Człowiek już nie wie, czy bomba wodorowa jest ostatecznym horrorem czy ostatnią nadzieją.

Współczesna psychologia zrezygnowała z introspekcji, aby uzyskać wyniki nie tyle dokładniejsze, ile mniej niepokojące.

Inteligentny jest ten, komu wydaje się trudne to, co całej reszcie wydaje się łatwe.
Liczba śmiałych rozwiązań, które polityk proponuje, rośnie wraz z głupotą słuchaczy.

Filozofia, która pomija problem zła, jest bajką o wróżkach dla grzecznych dzieci.

Obecny Kościół - nie zdoławszy dokonać tego, by ludzie praktykowali to, czego On naucza - postanowił nauczać tego, co oni praktykują.

Aby zinterpretować pewnych ludzi, wystarczy socjologia.
Psychologia jest zbyteczna.

Poza  regułą benedyktyńską wszystkie statusy ludzkich zbiorowości są groteskowe i toporne.

Jak w naszym społeczeństwie triumfują niziny społeczne, tak w naszej literaturze triumfują niziny duszy.

Kto głosi poglądy, którymi nasi współcześni nie pogardzają, powinien się wstydzić.

Nic trudniejszego, niż zrozumienie cudzego niezrozumienia.

Obecny antropolog, pod surowym spojrzeniem demokratów, przebiera nogami po różnicach etnicznych tak szybko jak po rozżarzonych węglach.

Wspieranie kultury ją osłabia.

Kiedy pilnie musimy się czegoś dowiedzieć, lepiej spytać człowieka inteligentnego, który nie ma wiedzy na ów temat, niż głupca, który to wie.

Kto upiera się, by "być na bieżąco" z tym, co mówi obecne stulecie, ten angażuje się w wylewanie na swoją duszę wody z kanału ściekowego.

Po rozmowie z kimś "wystarczająco nowoczesnym" widzimy, że ludzkość ulotniła się z "wieków wiary", aby ugrzęznąć w wiekach łatwowierności.

Kiedy zostanie wytępiona rasa egoistów zaabsorbowanych swym własnym doskonaleniem, nikt nie przypomni nam, że mamy obowiązek ocalić naszą inteligencję - nawet po utracie nadziei na ocalenie naszej skóry.

Dopóki człowiek oddający się działalności ekonomicznej, nie będzie się czuł upokorzony, dopóty nie mamy co  oczekiwać, że cywilizacja się odrodzi.

W miarę jak podnoszą się wody XX stulecia, delikatne i szlachetne uczucia, rozkoszne i subtelne upodobania, wnikliwe i głębokie idee chronią się w kilku samotniczych duszach - jak żywe ofiary potopu na kilku cichych wierzchołkach.

Wielu ludzi przypisuje sobie niewzruszoność mędrca, gdyż cechuje ich tępota bydlęcia.

Inteligencja polega nie na posługiwaniu się inteligentnymi ideami, lecz na inteligentnym posługiwaniu się jakąkolwiek ideą.

Nicolas Gomez Davila
Scholia do tekstu implicite
Tłumaczenie: Krzysztof Urbanek

piątek, 24 lutego 2017

Wstęp do Matrix Świadomego Istnienia

[To napisałem, o ile dobrze pamiętam, w 2008 roku. Jako że strona meta.lk nie funkcjonuje i nie wiadomo czy zmartwychwstanie, pozwalam sobie na publikację. Resztę artykułów z tej serii, jak ktoś ma ochotę można znaleźć w archiwum stron internetowych.]

"To, że niektóre bydlęta samym swym istnieniem zaprzeczają wszelkiej metafizyce, nie dowodzi jeszcze jej nieistnienia” – w ten dość nieśmiały jak dla niego sposób, Witkacy bronił metafizyki. Ujmijmy to jednak bardziej zdecydowanie: "Nawet największe bydle, pozornie wybebeszone z wszelkiej metafizyki, przez sam fakt swego istnienia, narodzin i sposobu bycia-ku-śmierci, znajduje się pośrodku wielkiej metafizycznej tajemnicy". Oczywiście są bydlęta takie jak na przykład borsuk, które przechodzą nad tą tajemnicą obojętnie. Kim jestem? Jaki jest sens mojego istnienia? - takich pytań borsuk sobie nie zadaje. Ale też nie wymagajmy od borsuka zbyt wiele – jaki on jest, każdy widzi. Co więcej, wydaje się, że ten brak metafizycznej dociekliwości ze strony borsuka, nie jest dla niego zbyt groźny. Borsuk jest bydlęciem stabilnym, nie może utracić swej borsuczości; ani upaść poniżej, ani wyborsuczyć się w górę, czy też zupełnie wznieść się ponad swoja borsuczość. Jednak o ile borsuka rozpoznajemy po jego cechach zewnętrznych, z człowiekiem jest inaczej. Co prawda niektórzy zoologowie dowodzą, że jest on li tylko łysą małpą, wydaje się jednak, że popełniają oni metafizyczny błąd identyfikując człowieka z ciałem. Nawet jeżeli 99% ludzkiej populacji to robi – tj identyfikuje się z ciałem, jest to tylko ich arbitralny wybór, gdyby zechcieli, ludzie mogliby widzieć ciało tak: „to nie moje, tym nie jestem, to nie moje ja”.

A zatem nie możemy zareagować na widok człowieka tak samo jak na widok borsuka, gdy z pewnością orzekamy: “to borsuk”. Określenie kogoś jako człowieka tylko ze względu na jego wygląd zewnętrzny może być z gruntu błędne. Ot choćby przykład z Witkacego gdzie “Jaśnie pani hrabina nie mogla przyjść bo się zborsuczyła”. Warto też wiedzieć, że Haeckel uważał, iż znacznie więcej dzieli człowieka wybitnego od człowieka przeciętnego, niż człowieka przeciętnego od małpy. Człowiek zatem w odróżnieniu od borsuka jest istotą “potencjalną”. Jest tym co sam z siebie zrobi, może upaść i to jak! - znacznie poniżej wyżej wspomnianego borsuka, może też … tu chciałoby się powiedzieć – wznieść się na wyżyny człowieczeństwa – ale dlaczego tak się ograniczać?

Być jak Bóg a nie jak bogowie – oto cel prawdziwych mistyków, którzy mierzą zbyt wysoko, by przystać na politeizm. E. Cioran.

Co jednak zadowala zwykłego mistyka, jest pewnym ograniczeniem. Bóg jako taki jest. A każdy choć trochę obeznany z metafizyką z pewnością się orientuje, że słowo jest odnosi się do rzeczy w czasie i przestrzeni, niesie zatem ze sobą haniebne znamie Istnienia. Oto zatem górny pułap potencjalności człowieka:

Będąc sam podmiotem narodzin starości, chorób i śmierci, żalu i skalań, widząc niebezpieczeństwo w tym co podmiotem tych rzeczy i szukając niezrodzonego, niestarzejącego się, nie podległego chorobie, nieśmiertelnego, wolnego od żalu, nieskalanego, najwyższego bezpieczeństwa od niewoli, wygaszenia, osiągnąłem je. Wiedza i wizja powstały u mnie: Moje wyzwolenie jest niezachwiane, to moje ostatnie narodziny, nie ma więcej odnowy istnienia
. (M26)

Zatem w swej potencjalności człowiek rozdarty jest pomiędzy całkowitym upadkiem ducha a królestwem nie z tego świata, wyzwoleniem ducha z czasu i przestrzeni. Tu wróćmy do pytań o cel ludzkiej egzystencji. Wydają się one być dobrym miernikiem człowieczeństwa. Człowiek który nie stawia sobie takich pytań niebezpiecznie oscyluje w kierunku zborsuczenia. Być człowiekiem to zadawać sobie takie pytania, gdyż one to mogą wynieść go kto wie jak wysoko – oczywiście pod warunkiem, że nie ulegnie pokusie odpowiedzenia na nie, tym samym ograniczając swój nieskończony potencjał. Niestety nie trzeba chyba dodawać, że większość ludzi jest totalnie zidentyfikowana z fenomenalnym światem imienia-i-materii i ani im w głowie wychodzenie duchem poza czas i przestrzeń. W frazie Sartre'a “wsiąknęli w świat jak atrament w bibułę”. Zapoznajmy się z fragmentem rozmowy gdzie dobry człeczyna strofuje Krishnamurtiego:

Pytający: Zamiast rozszczepiających włos dyskusji na temat istnienia i stawania się, dlaczego nie poświęcisz się jakimś palącym zagadnieniom kraju i nie wskażesz drogi wyjścia? Jaki jest twój stosunek np. na zagadnienie hindusko – muzułmańskiej jedności, wrogości Pakistanu i Indii, rywalizacji pomiędzy braminami i nie-braminami i czy Bombaj powinien być wolnym miastem czy częścią Maharastra? Oddałbyś wielką przysługę gdybyś zasugerował rozwiązania tych trudnych problemów.

Krishnamurti: Czy Bombaj powinien być wolnym miastem, czy powinna być jedność pomiędzy hindusami i muzułmanizmami – to takie problemy jak te, ludzkie istoty mają na całym świecie. Czy to trudne problemy – czy to dziecinne, niedojrzale problemy? Z pewnością powinnyśmy wyrosnąć z tych dziecinnych spraw, a ty to nazywasz palącymi problemami dnia? Kiedy nazywasz się hindusem i mówisz, że należysz do jakiejś religii, czy nie wykłócasz się nad słowami? Co masz na myśli przez hinduizm? Grupę wierzeń, dogmatów, tradycji i przesądów. Czy religia jest sprawą wierzeń? Z pewnością religia jest poszukiwaniem prawdy i ludźmi religijnymi nie są ci którzy mają takie głupie idee. Człowiek poszukujący prawdy jest człowiekiem religijnym i nie potrzebuje się on określać jako hindus, muzułmanin czy chrześcijanin. Dlaczego nazywamy się się hindusami, muzułmanizmami, czy chrześcijanami? Ponieważ w rzeczywistości zupełnie nie jesteśmy ludźmi religijnymi. Gdybyśmy mieli miłość i współczucie w naszych sercach, w ogóle nie dbalibyśmy jak się nazywamy – i to jest religia. To ponieważ nasze serca są puste, wypełniają się rzeczami dziecinnymi – a które to ty nazywasz palącymi kwestiami. ( Later Talks 4 s122)

Widzimy tu podział. Jak mówi Grenier: filozoficzny stan jest stanem zerwania ze światem w przeciwieństwie do stanu komunii w którym żyje dziecko i człowiek niewinnie cieszący się swymi zmysłami. Ujmując to inaczej, pewna szachowa teoria mówi, że jeżeli jest brunet który dobrze gra w szachy i blondyn który gra słabo; to tak już jest, tak już musi być i żaden trening tego nie jest w stanie zmienić. Jest to jakiś zaklęty krąg ignorancji – głupiec by stał się mądrym człowiekiem, musi zacząć zadawać sobie metafizyczne pytania o istnienie. Ale dokładnie są to pytania które go zupełnie nie obchodzą a zatem musi on pozostać głupcem.

Pozostawmy jednak głupców samym sobie i zwróćmy się do tych, którzy są zainteresowani swą własną egzystencją, dla których jest ona palącym problemem i którzy znajdują ją niesatysfakcjonującą – i jak mówi Samanera Bodhesako – którzy czują potrzebę dokonania fundamentalnej zmiany, nie w świecie ale w sobie samych.

Zatem pytam się o siebie: Jestem? Czym jestem? Skąd się wziąłem? Dokąd zmierzam?

To pytania o ISTNIENIE. Nie obiecuję bynajmniej, że na nie tu odpowiem. Warto jednak zwrócić uwagę, że wszystkie te pytania biorą istnienie za pewnik. Nawet gdy poddaję swe istnienie w wątpliwość – Jestem? - To i tak je potwierdzam, gdyż to ja jestem tym który kwestionuje swe istnienie. Zamiast tego, proponuję wycofać się o krok w tył i spojrzeć na samo Istnienie niejako z boku. Jest to możliwe, gdyż Budda wprowadził istnienie – bhava – w kontekst współzależnego powstawania.

Z ignorancją jako warunek, determinacje, z determinacjami jako warunek, świadomość, ze świadomością jako warunek, imię-i-materia, z imieniem-i-materią jako warunek, sześć baz, z sześcioma bazami jako warunek, kontakt, z kontaktem jako warunek, uczucie, z uczuciem jako warunek, pragnienie, z pragnieniem jako warunek, utrzymywanie, z utrzymywaniem jako warunek, istnienie, z istnieniem jako warunek, narodziny, z narodzinami jako warunek, starość i śmierć, żal, płacz, ból, smutek i rozpacz dochodzą do istnienia; takie jest powstanie tej całej masy cierpienia.

Zrozumienie tego co nieco kryptycznego zapisu jest równoznaczne ze wstrzymaniem wszelkich metafizycznych pytań o siebie, o swe istnienie i o świat. Nie na sposób borsuka – co jest tylko brakiem zainteresowania takimi pytaniami, ale przez bezpośrednią wiedzę jaką daje wgląd we współzależne powstawanie.

Budda jednoznacznie ogłosił, że brama przez którą można opuścić matrix świadomego istnienia –  Dhamma - zniknie 500 lat po jego paranibbanie i dokładnie tak się stało. To co nam oferują obecnie różnej maści „buddyzmy” w mniejszym lub większym stopniu (przeważnie w większym) odbiega od oryginalnej Nauki Buddy. I nie wszyscy niestety są tak uczciwi jak Dalajlama który otwarcie przyznał, że nie naucza buddyzmu, „moją religią jest uprzejmość” powiada. Kto jednak lekcje uprzejmości pobierał u swej babci, może odczuwać pewien niedosyt obecnym stanem tak zwanego „buddyzmu”.

W przepowiedni o zaniku swej Dhammy Budda jednak porównał to do zatonięcia okrętu, co nie jest procesem natychmiastowym. I właśnie tacy mnisi jak Nanamoli Thera czy Nanvira Thera uchylili nieco tą wydawałoby się już zamkniętą bramę; używając porównania tnącego okrętu - wskazali na jego komin – jeszcze unoszący się nad powierzchnią. Zasadniczo wszystko co jest do powiedzenia zostało przez nich powiedziane. W szachach jednak istnieje paradoks: arcymistrz nie zawsze jest najskuteczniejszym trenerem. Sam będąc raczej przeciętnym mistrzem szachowym, miałem jako trener wielu wychowanków którzy zdobyli w swych kategoriach wiekowych medale na mistrzostwach Polski czyli osiągnąłem lepsze statystyczne wyniki niż nie jeden trener arcymistrz. Nie mam niestety żadnych wątpliwości, że w porównaniu do takich arcymistrzów Dhammy jak Nanavira Thera czy Nanamoli Thera zajmuję raczej odległe miejsce na liście rankingowej, nie mniej wydaje mi się, że mogę przynajmniej pomóc w zrozumieniu ich prac i stąd ta seria artykułów "matrix świadomego istnienia".

Wolność i nieśmiertelność jest możliwa i być może nie jest tak odległa jak by to się mogło wydawać. To co jednak jest wymagane to radykalne zerwanie z myślowymi schematami w jakich uwięził się zwykły człowiek.

Czym jest w końcu wyzwolenie? Wiedzą, że jesteś poza narodzinami i śmiercią. Przez zapomnienie tego i wyobrażanie sobie, że jesteś śmiertelną istotą stwarzasz sobie wiele problemów, musisz się przebudzić jak ze złego snu. Nisargadatta Maharaj

No i oczywiście wszystko ma swoją cenę. Niemożność zrozumienia Nauki Buddy w znacznej mierze wynika z niechęci zapłacenia ceny za Nibbanę tutaj i teraz. A przecież to do czego teraz przywiązujemy tak wielką wagę i z czego nie chcemy zrezygnować, w godzinie śmierci ciała nie będzie miało większego znaczenia niż wczorajszy sen.

Hellstorm: the Death of Nazi Germany, 1944-1947


Norymberga - zbrodnia żydowska w imieniu prawa

Artykuł Lashy Darkmoon

Zeznania w Norymberdze zdobywano dzięki torturom. Najgorszymi z tych tortur, prowadzonymi w większości przez żydowskich agentów na niemieckich jeńcach wojennych, było miażdżenie jąder.

„Legenda holokaustu jest zbudowana na ‚wyznaniach’ zdobytych torturami„. Tak rozpoczyna się artykuł przysłany mi przez nieznanego emailera. [http://exposing-the-holocaust-hoax-archive.blogspot.co.uk/2015/06/the-holocaust-legend-is-built-on.html]

W tym samym czasie, przez zwykły przypadek, inny korespondent przysłał mi obrzydliwe szczegóły o miażdżeniu jąder. Swój list kończy tymi słowami: „To zrobili żydowscy śledczy swoim niemieckim jeńcom wojennym po II wojnie światowej żeby zmusić ich do „śpiewania”, czyli przyznania się do zbrodni których nigdy nie popełnili”.

Te słowa nieco mnie zszokowały. Prawdę mówiąc, miażdżenie jąder to nie coś o czym dużo myślałam, ani nie chciałam rozwodzić się zbyt dużo nad tym przykrym tematem. Oczywiście, wiem, że w Norymberdze było dużo miażdżenia jąder żeby wymusić zeznania z pokonanych Niemców, ale nie wiedziałam, że amerykańscy Żydzi byli najwybitniejsi w szeregach tych oprawców.

Najwyraźniej aż trzech na czterech śledczych w Norymberdze było Żydami, i ci żydowscy śledczy, dowiedziałam się ku mojemu przerażeniu, byli najbardziej krwawymi i największymi sadystami. Tam niemal nie było poziomu ludzkiej nieprawości, do którego te potwory nie schodzili chętnie, łącznie z ze zmuszaniem niemieckich ofiar do zjadania ekskrementów i seksu z ekshumowanymi zwłokami. (zob. poniżej)

Tak, więc to jest coś o czym powinniśmy pamiętać kiedy oglądamy wszystkie te hollywoodzkie filmy świętujące bohaterskie czyny aliantów w II wojnie światowej i lamentujące nad horrorem holokaustu: że żydowscy śledczy, pracując dla Amerykanów, znani są z tego że bili, torturowali i miażdżyli jądra niemieckim oskarżonym zanim oskarżyli ich w Norymberdze o zbrodnie wojenne. Bez tych ‚wyznań’ zdobytych ekstremalnymi torturami, nie ma solidnego dowodu na to, że żydowski holokaust w ogóle miał miejsce. Jest tylko legenda, pogłoski i „opowieści naocznych świadków” oparte na czystej fantazji, fikcji i groteskowej przesadzie.

Orędownicy oficjalnej fabuły mówią, że najmocniejsze „dowody” na holokaust, czyli systematyczną eksterminację 6 mln Żydów w komorach gazowych z polecenia Hitlera, składają się z rzekomych „wyznań” niemieckich funkcjonariuszy zdobytych ekstremalnymi torturami. Faktycznie, zdaniem żydowskiego śledczego Johna Stacka, tortury stosowano dla własnego dobra, nawet kiedy nie było nic do wykazania [practiced for its own sake]. Praktykowano je dla czystej przyjemności: bo dawały oprawcom „haja”, poczucie sadystycznej wszechmocy, euforię orgazmu.

Od tego czasu otwarcie potwierdzono to w dziennikach czołowego brytyjskiego funkcjonar-iusza, płk Alexandra Scotlanda, który kierował programem przesłuchań, że tysiące Niemców torturował brytyjski wywiad wojskowy [tortured by British Military Intelligence], pod nadzorem Sekcji Przesłuchań Jeńców Wojennych (PWIS). Te tortury niemieckich jeńców wojennych miały miejsce podczas wojny żeby zdobyć informacje wojskowe. Po zakończeniu wojny zastosowano ich jeszcze raz, żeby zdobyć zeznania do skazania za „zbrodnie wojenne”.

Niemieccy jeńcy informowali, że techniki tortur obejmowały pozbawianie snu, głodzenie, systematyczne bicie, wyrywanie z głowy włosów, groźby użycia rozpalonych do czerwoności metalowych prętów, groźby użycia urządzeń elektrycznych by wywołać wstrząsy, i w końcu najgorsze tortury ze wszystkich, powolne i systematyczne „maglowanie” przewodów nasiennych jąder – procedura prowadząca ofiary do ciskania się i wrzasków godzinami jak dzikie zwierzęta.

Prokuratorzy w Norymberdze oskarżali i skazywali Niemców za mord około 4 mln ludzi w Auschwitz. Te zarzuty opierały się na rzekomych „wyznaniach” zdobytych torturowaniem niemieckich oficerów, takich jak podpisane „wyznanie” Rudolfa Hössa [signed “confession” by Rudolf Höss], komendanta Auschwitz, podające szczegóły jak osobiście zamordował 2.5 mln Żydów.

Ale w 1989, sowiecki rząd zmniejszył liczbę zabitych w Auschwitz z 4 mln do 1.5 mln. (zdjęcie poniżej). Później zmniejszono ją do 1 mln.

Natychmiast stało się oczywiste, że gdyby w Auschwitz zmarło tylko 1 mln Żydów, jak teraz potwierdzono oficjalnie, to niemożliwe byłoby już twierdzenie, że 2.5 mln Żydów zostało zabitych tam za Hössa, kiedy był komendantem obozu. „Wyznanie” Hössa, że w Auschwitz zabito 2.5 mln Żydów pod jego auspicjami było nic niewarte. Było to wyznanie zdobyte w wyniku tortur.

Gdyby, ponadto, tylko 1 mln Żydów zginął w Auschwitz zamiast 4 mln oryginalnie twierdzono iż tam zginęło, jest oczywiste, ze przeszacowano liczbę 3 mln Żydów. Niemożliwe już jest twierdzenie, że 6 mln Żydów zmarło podczas holokaustu. To staje się matematyczną niemożliwością.

A jeszcze, niewiarygodnie, tę niemożliwość matematyczną potwierdza się każdego dnia we wszystkich mediach głównego nurtu.

Oczekuje się od nas byśmy udawali, że 6 mln Żydów mniej 3 mln Żydów jakoś równa się 6 mln Żydów, jak Winston Smith (w 1984 Orwella) miał wierzyć, że 2 + 2 = 5. Winstonowi Smith, jak pamiętacie, w końcu udało się uwierzyć w ten absurd, za pomocą ekstra lekcji jakie dostał przez słynne „tortury ze szczurem” [„rat torture„].

Wstrząsająca rewelacja, że niemal wszystkim niemieckim oskarżonym w Norymberdze miażdżono jądra zmusza nas do przemyśleń. Jak zeznania zdobyte poprzez miażdżenie jąder można uważać za wiarygodne?

W wyniku doniesienia, że oskarżeni byli torturowanie w procesie Malmedy o rzezi, armia USA utworzyła „Komisje Simpsona” w celu zbadania rzekomego wykroczenia [Malmedy massacre trial. Sędzia Edward L Van Roden był członkiem tej komisji. Jak napisał w książce Amerykańskie okrucieństwa w Niemczech [American Atrocities in Germany], z pośród 139 przypadków traktowania rzekomych niemieckich „zbrodniarzy wojennych”, które badała komisja, i których postawiono przed Amerykańskim Trybunałem Wojskowym w Dachau [in Dachau] po II wojnie światowej, „137 z tych Niemców torturowano metodą miażdżenia jąder” [137 of these Germans were tortured by having their testicles crushed].

Inne metody stosowane przez amerykańskich śledczych to: brutalne bicie, zakładanie kaptura na głowę więźnia i bicie go po twarzy kastetem, łamanie szczęk, wybijanie zębów, wyznaczanie głodowych racji i umieszczanie ich w odosobnieniu. Następnie pokazywano im gotowe zeznania do podpisu. Wyznaj albo więcej tortur!

Okazało się, że żydowscy prokuratorzy i śledczy przejęli całkowitą kontrolę nas trybunałem wojskowym, który miał sądzić niemieckich funkcjonariuszy za zbrodnie wojenne. O tym rzadko się mówi, bo uważano by to za „antysemityzm”. Powiedzieć ‚nielakierowaną’ prawdę, że 137 Niemcom maglowali jądra w Norymberdze w większości żydowscy śledczy żeby zdobyć dowód na holokaust, uważa się za „mowę nienawiści”.

Lt. William Perl – austriacki Żyd który wyemigrował do Ameryki w 1940. Był głównym przesłuchującym Niemców oskarżonych o rzeź Malmedy. Było tak dlatego, że mówił płynnie po niemiecku, i rzeczywiście wielu śledczych w Norymberdze było niemieckimi lub austriackimi Żydami, którzy emigrowali do Ameryki przed II wojną światową i byli znani jako ‚Ritchie Boys’ [chłopcy z Ritchie]. W Ameryce było około 8.000 tych Żydów i specjalizowali się w „przesłuchaniach” niemieckich więźniów (here).

Perl nadzorował tortury niemieckich oskarżonych. Był żarliwym i aktywnym syjonistą i asystowali mu inni Żydzi w staraniach wyciągania wyznań poprzez zadawanie maksymalnego bólu. Żydzi specjalizujący się w technikach tortur w Norymberdze to Josef Kirschbaum, Harry Thon i Morris Ellowitz (here).
Oto co ma do powiedzenia Wikipedia o przesłuchaniach Niemców w Malmedy:

„Oskarżenia przeciwko niemieckim pozwanym opierały się głównie na złożonych pod przysięgą i na piśmie zeznań przedstawionych przez pozwanych w Schwäbisch Hall. Aby obalić dowody przedstawione w zaprzysiężonych zeznaniach i przez świadków oskarżenia, główny obrońca, Lt Willis M Everett starał się wykazać, że oświadczenia uzyskano nie-właściwymi metodami [inappropriate methods].

Zauważmy ten wyborny eufemizm: „niewłaściwe metody”. To w ten sposób szanowani, poprawni politycznie Amerykanie mówią o zeznaniach wymuszanych torturami. Metod nie nazywa się przerażająco okrutnymi. Nie nazywa się ich jako moralnie nie do obrony. Nazywa się je „nieodpowiednimi”.

25 września 1945, Thomas Dodd, drugi rangą w amerykańskim zespole prokuratorów w Norymberdze, wygłosił następujące spostrzeżenie, w którym stwierdził, że trzech na czterech śledczych w Norymberdze było Żydami:

„Wiecie, że gardzę antysemityzmem” – powiedział. „Wiecie jak bardzo czuję wobec tych którzy głoszą jakikolwiek rodzaj nietolerancji. Wiedząc to zrozumiecie kiedy powiem, że ten personel jest w około 75% żydowski” [seventy-five percent Jewish].

Jednym człowiekiem który przeprowadził wnikliwe badania archiwów z procesu w Norymberdze w oryginalnym języku niemieckim i wie więcej o tej sprawie niż inny kogo znam jest poliglota, amerykański badacz Carlos W. Porter , biegły w niemieckim, francuskim, włoskim, hiszpańskim i portugalskim. Kiedy zrezygnował z amerykańskiego obywatelstwa w 1984, i po przeniesieniu się do Belgii z małżonką i dziećmi, rewizjonista holokaustu i autor „Niewinni w Norymberdze” [Not Guilty at Nuremberg] zadał sobie trud by napisać do mnie o procesach norymberskich w prywatnej komunikacji (28 lipca 2015 o 21:55). Porter potwierdził to co zawsze podejrzewałem: większość amerykańskich śledczych w Norymberdze stanowili Żydzi, i że tortury stosowano swobodnie przeciwko bezradnym Niemcom na procesie, żeby zmusić ich do przyznania się do niepopełnionych zbrodni:

„Możesz być absolutnie PEWIEN,” – napisał mi Carlos Porter – „że prawie WSZYSCY śledczy i tłumacze na WSZYSTKICH procesach byli Żydami, bo Amerykanie wyrzucili język niemiecki ze wszystkich amerykańskich szkół podczas I wojny światowej, więc niemieccy uchodźcy żydowscy byli niemal jedynymi kompetentnymi ludźmi jakich mieli. Oczywiście, innym „niemieckim Amerykanom” nie można było ufać iż nie byli „nazistami”, więc byli skazani na niemieckich Żydów.

To że było tam mnóstwo złego traktowania i tortur w drobnych procesach jest absolutnie pewne. Odtworzyłem kilka zapisów tortur w procesach w Dachau w Procesach o zbrodniach wojennych i innych esejach [War Crimes Trials and Other Essays]. Ale jestem pewien, że to jest tylko czubek góry lodowej. Drobny personel można było torturować bezkarnie, i 99% z nich bałoby się nawet o tym wspomnieć. Trudno byłoby bezkarnie torturować kogoś takiego jak Goering.

Jest bogata literatura na ten temat, z czasem przybywa jej więcej. Brytyjczycy wydają się być zaskakująco entuzjastycznymi oprawcami, czy są Żydami czy nie”.

Nawiasem mówiąc, miażdżenie jąder jest sprawdzoną i wypróbowaną metodą zdobywania zeznań. Stosowano je w Średniowieczu, a szczególnie we Francji w czasie rewolucji francuskiej. Dlatego nie zaskakujące jest to, że Żydzi, mądry naród znany z ogromnej erudycji i osiągnięć akademickich opanował wszystkie techniki miażdżenia jąder. Ich talentów w zdobywaniu takiej skrajnej informacji nie wolno bagatelizować.

Choć Perl miał na rękach dużo niemieckiej krwi, to jednak Amerykanie pozwolili mu pełnić rolę prokuratora na procesach norymberskich. Innym Żydem w procesach norymberskich był Richard W Sonnenfeldt. Był głównym tłumaczem dla amerykańskich prokuratorów takich jak Perl. „Przesłuchiwał” niektórych z najbardziej notorycznych nazistowskich liderów w II wojnie światowej i zmarł w 2009 w swoim domu w Port Washington, N.Y. (here)

Sędzią w Norymberdze był także – zbieg okoliczności? – Żyd. Nazywał się A.H. Rosenfeld i był pułkownikiem w amerykańskiej armii. Płk Rosenfeld radośnie potwierdził tortury niemieckich jeńców wojennych jako kwestię polityki. „Nie moglibyśmy inaczej zmusić tych ptaszków do mówienia” – zauważył cynicznie. „To była sztuczka, i działała jak zaklęcie” [it worked like a charm].

W niedawnym prywatnym emailu do mnie, w odpowiedzi na niektóre z pytań o torturach w Norymberdze, Thomas Goodrich, ceniony autor książki Piekielna burza: zgon nazistowskich Niemiec (1944-1947) [Hellstorm : The Death of Nazi Germany (1944-1947)], wymienił nazwiska czterech znanych Żydów w amerykańskiej strefie, których nazywa „oprawcami-inkwizytorami”: Harry Thon, William Perl, A H Rosenfeld, i Shlomo Morel.

To ostatnie wymienione indywiduum, Shlomo Morel był szczególnie paskudny, którego Goodrich opisuje następująco:

„okrutny potwór, który topił mężczyzn i kobiety w latrynach na zewnątrz, który zmuszał ich do jedzenia ekskrementów, który osobiście bił więźniów aż zmarli, i który zmuszał kobiety do całowania i seksu z ekshumowanymi zwłokami”.

(Więcej makabrycznych info here):

http://englishnews.org/news-central/resources/resource-the-truth-of-ww2.html

Po ucieczce z pól zabijania w Niemczech, gdzie ogromną przyjemność sprawiały mu tańce nad stertami ciał i rzekami ludzkiej krwi, ten okrutny psychopata „prowadził komfortowe życie w Izraelu”. Tak, Izrael! – ostateczna kryjówka i wysypisko śmieci dla wielu Żydów uciekających przed długim ramieniem prawa, miejsce nazwane w przewidującym komentarzu Adolfa Hitlera już w 1925 jako „raj dla skazanych łajdaków i uniwersytet dla początkujących oszustów”. (Mein Kampf, Rozdz. 11, excerpt.)

Poniżej niektóre z makabrycznych szczegółów o miażdżeniu jąder, mogące zainteresować czytelnika. Te nieprzyjemne szczegóły pokazujemy tu tylko dlatego, że są ważne w naszej dyskusji. Jeśli jesteś wrażliwy i masz skłonności do wymiotów, radzimy pominąć ten opis i przestać czytać tutaj. Pamiętajmy, że to wszystko zrobiono 137 Niemcom w Norymberdze, po to żeby wyciągnąć od nich zeznania dla ustalenia „prawdy” o holokauście. Bez miażdżenia jąder dużo trudniej byłoby udowodnić holokaust.

„Standardową praktyką [kastrowania] we Francji od Średniowiecza do rewolucji francuskiej było miażdżenie jąder skazanych w imadle, które pękały i robiły papkę z moszny, a potem obcęgami „kruszono” przewody nasienne. Skazanego odwracano do góry nogami, aby zmaksymalizować przepływ krwi do mózgu, po którym nie był w stanie mdleć ani odczuwać szoku, aż, być może, do ostatnich kilku sekund jego gehenny.

Skazany na pewno wielokrotnie wymiotował z gwałtownymi konwulsjami, nawet po opróżnieniu zawartości żołądka, ale rzadko kiedy krzyczał, z wyjątkiem początkowego pisku, który natychmiast milkł, bo ból nie pozwalał mu oddychać. Większość mężczyzn wisiała i ciskała się w trakcie i po zmiażdżeniu każdego jądra, a to ciskanie odnawiało się po kruszeniu każdego przewodu nasiennego.

Ta metoda tortur (towarzyszyły jej inne) zwykle była zarezerwowana za zbrodnie królobójstwa albo zamierzonego królobójstwa. Skazanego później miłosiernie zabijano, ale tortury rutynowo trwały przez większość dnia, w obecności wielkich tłumów. Ciekawe jest to, że choć większości tłumu kazano wyśmiewać się i szydzić ze skazanych, i robiono to nawet podczas rozpruwania wnętrzności i ćwiartowania, to większość tłumu milczała i gapiła się z szokującym wyrazem twarzy kiedy w ten sposób dokonywano kastracji.

Źródła historyczne mówią, że gapiący się mężczyźni i kobiety wymiotowały na widok tego spektaklu (here i here).

Tak, oni na pewno wiedzieli co robili w Norymberdze! Byli ekspertami.

Pozwólmy na ostatnie słowo Thomasowi Goodrich:

„Prawdziwej historii wojny nigdy nie da się napisać, bo większość uczestników już nie żyje, a ci jeszcze żyjący nigdy nie przyznają się do swoich zbrodni. Jestem pewien, że zbrodnie dokonane przeciwko Niemcom o jakich WIEMY to dopiero początek”.

— Prywatny email do autora.


Lasha Darkmoon


Źródło: https://www.darkmoon.me/2015/torture-and-testicle-crushing-at-nuremberg/

Tłumaczenie: Ola Gordon

Czytaj także
New Purim and Nuremberg

czwartek, 23 lutego 2017

Ban Black Socks Movement!!


 Humor - Ban Black Socks! Ver 2a


Ban Black Socks Movement!!



Racism Walks Amongst Us!!


[Guest post by BBSM-001]


Dear readers, before you scoff at the very idea that black socks (herein called BS) should be banned, please consider the following before you discard the very idea into the proverbial “dirty laundry bin“.
The Ban Black Socks Movement (BBSM) is growing at a fast pace especially among the young progressive and more enlightened members of our communities such as Social Justice Warriors (SJWs).
Did you know that the wearing of BS is a symbol of White privilege and Black oppression? Wearers “step on” Black dignity with every step they literally take!! For countless centuries blacks have been terribly oppressed by Whites across the globe and have been trodden on and down by Whitey. And it continues even more so TODAY, right now in the current year!!
Before you shout, “But what about other black items of clothing?!” Well, black socks are unique, because of where they are obviously worn, are literally being trodden on, symbolising oppression, injustice and a litany of crimes against our black brothers. This is an outrage that is also a secret source of sadistic pleasure for White racists!!

Humor - Ban Black Socks! Ver 3

ACTION STEPS — What you can do!!


  • Become aware of the racist nature of BS!!
  • Recognize that not all BS wearers are aware of the racist nature of what they are unthinkingly doing. Be prepared to inform them. Be prepared to confront and challenge them!!
  • Wake up to the fact that BS wearers are everywhere  especially among straight White privilidged males.
  • Realize that you are involved in a noble cause of creating a caring world where BS no longer exist!!

Humor - Ban Black Socks! No 7

  • Memorize examples of infamous people who wore BS, for example, Adolf Hitler, Mussolini, Emperor Hirohito, Tojo, top KKK leadership, and so on. They all wore BS!!
  • Be pro-active!! If you see a BS wearer , shame and blame them.
  • Boycott shops that engage in the BS trade. Stop them from profiting in the trade of BS merchandise.

Humor - Ban Black Socks! Ver 5
  • Realize that our successful efforts will cause a a backlash resulting in a thriving black market peddling BS.
  • Be prepared to inform on friends and even family members who engage in this trade and god forbid continue to wear BS!!
  • Ensure that all members of your family and friends strictly wear light coloured socks or preferably LBGT rainbow colours for the more dedicated.
  • Although not endorsed officially by the BBSM we have heard of BS being removed from cloths lines, drawers, locker rooms and elsewhere where unattended BS is found. Every BS removed from circulation is a victory for the BBSM!!
  • Contact Jewish orgs worldwide for financial assistance and instructions on how to mobilise your community to assist the BSSM.
  • Organize “Black Sock Burning Parties“.
    • Note:
    • Always take appropriate safety precautions when burning black socks.
    • Socks should not be hand held while being burnt.
    • Do NOT burn black socks whilst being worn.
    • Do NOT burn black socks indoors.
    • Make sure all children are under adult supervision when they are burning or otherwise destroying black socks.
  • Always promote the wearing of white or light coloured socks. Put principle ahead of fashion!

Humor - Ban Black Socks! No 6


Humor - Ban Black Socks! Ver 4

UPDATE!!


The BBSM movement has finally solved a major dilemma!!
One the one hand, we deplore the wearing of blacks socks due to its inherent racism and promotion of White privilege, we also recognize the natural beauty of black socks. After all, black is beautiful!!
So what’s the solution? Well, its like all good solutions, it’s quite simple, … black socks with white soles!!
But not so fast there. Although wearers of white soled black socks are themselves aware of their stand against racism, strangers around them don’t know that, as socks are normally worn with shoes, and assume the worse.
Well, a solution has been found by the BBSM worldwide community (with the generous financial assistance of upstanding organizations, such as the ADL and SPLC)!!
All white soled black socks will have a discrete Trade Marked, “BBSM” logo!! This will clearly and proudly signal that the wearer is not a racist, while also showing that they recognize the beauty of black!!

Humor - Ban Black Socks! No 8

[Image] Click image to enlarge.

Humor - Ban Black Socks! No 9

To be continued, …
Note:
Reader input in the comment section is most appreciated.
All useful suggestions will be added to this post.
True confessions of former BS wearers most appreciated.