Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bradbury. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bradbury. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 maja 2016

Marsjanie

 (...)

– Czy to naprawdę nasze miasto, tato?
– Cała ta planeta należy do nas.

Stali tam – królowie i władcy, najlepsi z najlepszych, mistrzowie nad mistrzami, niezrównani monarchowie i prezydenci, próbując zrozumieć, co to znaczy posiadać na własność świat i jak wielki jest ten świat w istocie.

W rozrzedzonej atmosferze noc zapadała szybko. Tato zostawił ich na placu, obok pulsującej fontanny, wrócił do łodzi i po chwili pojawił się, niosąc w wielkich dłoniach gruby plik papierów.

Ułożył je w nieporządny stosik na starym dziedzińcu i podpalił. Rodzina zebrała się wokół ognia, aby się ogrzać. Timothy patrzył, jak małe literki podskakują niczym przerażone zwierzęta, kiedy dotykają ich żarłoczne płomienie. Papier trzeszczał niczym skóra starca, gdy ogień pochłaniał niezliczone słowa:

OBLIGACJE RZĄDOWE; Wykresy statystyczne 1999; Rozprawa na temat uprzedzeń religijnych; Logistyka; Problem jedności panamerykańskiej; Raport giełdowy z 3 lipca 1998; Kronika wojenna...

Tato uparł się, aby przywieźć te papiery specjalnie w tym celu. Siedział na kamieniach, z zadowoleniem podsycając ogień kolejnymi kartkami i opowiadając dzieciom, co to wszystko znaczy.

– Już czas, abym wyjaśnił wam parę rzeczy. Trzymanie ich w sekrecie byłoby nieuczciwe. Nie wiem, czy rozumiecie, ale musicie mnie wysłuchać, nawet jeśli dotrze do was tylko część z tego, co wam powiem. Cisnął w ogień kolejną stronicę.

– W tej chwili palę pewien sposób życia, tak jak wypalono go na Ziemi. Wybaczcie, że mówię jak polityk, ostatecznie piastowałem urząd gubernatora stanowego. Byłem uczciwy. Nienawidzili mnie za to. Życie na Ziemi nigdy nie zmierzało do niczego dobrego. Nauka za bardzo nas wyprzedziła i ludzie zagubili się w mechanicznej dżungli, niczym dzieci zachwycone ślicznymi drobiazgami, gadżetami, helikopterami, rakietami. Nasza uwaga skupiała się nie tam, gdzie powinna, na maszynach, zamiast na sposobach kierowania nimi. Wojny stawały się coraz większe i groźniejsze, aż w końcu zamordowały Ziemię. To właśnie oznacza milczące radio. Przed tym właśnie uciekliśmy.

Mieliśmy szczęście – nie ma już więcej rakiet. Czas, abyście dowiedzieli się, że nie wybraliśmy się tu na wakacje. Odwlekałem tę chwilę, ale wreszcie muszę to powiedzieć. Ziemi już nie ma. Podróże międzyplanetarne skończyły się na kilka najbliższych wieków, może nawet na zawsze. Jednakże tamten sposób życia okazał się błędny i sam doprowadził do własnego upadku. Jesteście młodzi. Będę powtarzał wam to codziennie, dopóki nie pojmiecie.

Urwał, wrzucając do ognia kolejne pliki papierów.

– Teraz jesteśmy sami. My i garstka innych, którzy wylądują za parę dni. Dostatecznie wielu, by zacząć wszystko od nowa. Wystarczająco, by odwrócić się od tego, co zaszło na Ziemi, i wytyczyć nowy szlak...

Płomienie wystrzeliły w górę, jakby podkreślając wagę jego słów. A potem wszystkie papiery zniknęły, z wyjątkiem jednego. Wszystkie prawa i wierzenia Ziemi spłonęły, pozostawiając po sobie kupkę gorących popiołów, którą wkrótce rozniesienie wiatr.

Timothy spojrzał na ostatnią rzecz, którą ojciec cisnął do ognia. To była mapa świata. Wrzucona w żar, zmarszczyła się, wykrzywiła, stanęła w ogniu i zniknęła niczym ciepła biała ćma.

Timothy odwrócił głowę.

– A teraz pokażę wam Marsjan – oznajmił tato. – Chodźcie ze mną wszyscy. Dalej, Alice. – Ujął jej dłoń.

Michael płakał głośno, toteż tato poniósł go w ramionach. Wędrowali przez ruiny w stronę kanału.

Kanał. Jutro, a może pojutrze ich przyszłe żony przybędą tu łodzią. Małe roześmiane dziewczynki w towarzystwie ojca i matki.

Zapadła już noc. Na niebie świeciły gwiazdy, lecz Timothy nie mógł znaleźć Ziemi, bowiem już zaszła. To dawało sporo do myślenia.

Kiedy tak szli wśród gruzów, odezwał się nocny ptak.

– Wasza matka i ja postaramy się was uczyć – oznajmił tato. – Mam nadzieję, że was nie zawiedziemy. Wiele przeszliśmy, zebraliśmy mnóstwo doświadczeń. Planowaliśmy tę wyprawę od lat, zanim jeszcze wy się urodziliście. Sądzę, że nawet gdyby wojna nie wybuchła i tak przybylibyśmy na Marsa, aby stworzyć własny standard życia. Musiałby minąć wiek, zanim ziemska cywilizacja naprawdę zatrułaby tę planetę. Oczywiście teraz...

Dotarli na brzeg. Długi prosty kanał połyskiwał wilgotnym blaskiem, odbijając w sobie niebo.

– Zawsze chciałem zobaczyć Marsjanina – rzekł Michael. – Gdzie oni są? Obiecałeś.

– Oto oni – oznajmił tato i posadziwszy Michaela na ramieniu, wskazał ręką w dół.

I rzeczywiście byli tam.

Timothy zadrżał. Marsjanie stali, odbici w wodzie kanału. Timothy i Michael, Robert, mama i tato.

Przez długą chwilę Marsjanie spoglądali na nich z pomarszczonej tafli wody...


Ray Bradbury Kroniki Marsjańskie
tłumaczenie: Adam Kaska

czwartek, 28 kwietnia 2016

Samotny przechodzień


Spacer był prawdziwą namiętnością Leonarda Meada. Lubił wychodzić na miasto, pogrążone w ciszy mglistego listopadowego wieczora, i obchodząc zarosłe trawą szpary w spaczonych betonowych płytach chodnika przechadzać się, jak to miał w zwyczaju, z rękami w kieszeniach. Przystawał zwykle przy skrzyżowaniu ulic, rozbiegających się w cztery strony, osrebrzonych księżycem, i zastanawiał się, którą z nich wybrać. Właściwie było mu wszystko jedno: czuł się tak samotny, jakby był ostatnim człowiekiem na świecie A.D. 2053. Po namyśle ruszał żywo w obranym kierunku, pozostawiając w tyle, niczym dym z papierosa, smużkę mroźnego powietrza.

Mógł tak nieraz spacerować całymi godzinami, pokonując wiele mil, i wracał dopiero o północy. Mijał po drodze domy z ciemnymi oknami, za którymi migotały nikłe błyski podobne do robaczków świętojańskich. Przywodziło mu to na myśl wędrówkę przez cmentarz. Tam, gdzie mimo późnej pory nie zaciągnięto zasłon, widać było pojawiające się nieoczekiwanie na ścianach szare widma. Czasem z podobnego do grobowca domu dobiegały przez otwarte okno jakieś pomruki i szepty. Mead wtedy zatrzymywał się, zadzierał głowę nasłuchując, a potem znów szedł przed siebie, stawiając bezszelestne kroki na nierównym chodniku. Już od dawna przezornie zakładał trampki na nocną włóczęgę, bo przedtem psy towarzyszyły chóralnym ujadaniem stukotowi jego twardych zelówek, a na całej ulicy rozbłyskiwały światła i ukazywały się twarze zaskoczone widokiem samotnej postaci w tym wczesnolistopadowym zmroku.

Tego właśnie wieczoru wybrał się na zachód, w kierunku niewidocznego morza. Powietrze było mroźne, krystaliczne. Mróz szczypał w nos, a płuca płonęły zimnym ogniem niczym świąteczna choinka: czuł niemal, jak ten płomień zapala się, to znów gaśnie, jak gdyby gałązki drobnych naczynek krwionośnych wypełnione były niewidzialnym śniegiem. Z przyjemnością wsłuchiwał się w miękki szelest jesiennych liści pod nogami. Od czasu do czasu podnosił jakiś liść z ziemi i pogwizdując cichutko przez zęby badał z uwagą jego żyłkowanie w świetle rzadko rozsianych latarni i wdychał jego zbutwiały zapach.

– Hej, wy tam – mówił szeptem, zwracając się do każdego mijanego domu po obu stronach ulicy.
– Co dzisiaj dają w programie czwartym? A w siódmym? A w dziewiątym? Dokąd to pędzą ci kowboje? A tam, za wzgórzem, czy to kawaleria Stanów Zjednoczonych spieszy z odsieczą? 

Ulica była długa, milcząca i pusta, i tylko jego cień jawił się w mroku niby cień jastrzębia nad polami. Gdy przymknął oczy i stał tak przez jakiś czas, zastygły w bezruchu, mógł sobie wyobrazić, że znajduje się pośród bezwietrznych, zimowych, pustynnych równin Arizony, gdzie nie ma śladu domu na przestrzeni tysiąca mil i tylko wyschłe łożyska rzek – jak te tutaj ulice – służą mu za towarzyszy. 

– A teraz co idzie? – zapytał przy kolejnym, domu spoglądając na zegarek. – Ósma trzydzieści? Pora na serię doborowych morderstw? Na kwiz czy na rewię? A może na wygłupy komika? Czy to śmiech dobiega z blado-księżycowego domu? Stanął niezdecydowanie, ale dźwięk się już nie powtórzył, więc ruszył naprzód. Potknął się o nierówność chodnika: miejscami cement niknął zupełnie pod kwiatami i trawą. W ciągu dziesięciu lat swych samotnych przechadzek po mieście w dzień i w nocy, w czasie których przemierzył tysiące mil, Mead nie spotkał jeszcze nikogo spacerującego tak jak on. Ani razu. Znalazł się właśnie przy cichym o tej porze skrzyżowaniu, gdzie zbiegały się dwie główne arterie miejskie. Za dnia otwarte były w tym miejscu stacje benzynowe i przewalała się tu grzmiąca fala pojazdów, które niby wielki brzęczący rój skarabeuszy nieprzerwanie manewrowały, aby zdobyć miejsce, i wydzielając słabą woń kadzidła z rur wydechowych sunęły do swych oddalonych domów. Teraz jezdnie przypominały strumienie podczas suszy: pozostały tylko wyschłe kamienne łożyska, oświetlone przez księżyc. Zawrócił boczną uliczką wiodącą prosto do jego domu. Był już w odległości jednej przecznicy od celu, kiedy naraz zza rogu wyjechał samochód i skierował na Meada stożek białego światła. Stanął zahipnotyzowany, jak ćma oszołomiona blaskiem, a potem ruszył na oślep w tę stronę. 

– Stój w miejscu. Stać! Nie ruszać się! – usłyszał głos o metalicznym brzmieniu. Zatrzymał się.
– Ręce do góry!
– Ale... – próbował oponować Mead.
– Ręce do góry, bo będziemy strzelać!
A więc to policja. Ale co za niezwykły zbieg okoliczności: w ich trzymilionowym mieście jest tylko jeden radiowóz. Już przeszło rok temu, w 2052, po wyborach zredukowano liczbę radiowozów policyjnych z trzech do jednego. Przestępczość stawała się zjawiskiem coraz rzadszym, nie było więc potrzeby utrzymywania policji. Pozostał już tylko jeden radiowóz, samotnie patrolujący puste ulice. 

– Nazwisko – usłyszał znów ten metaliczny głos. Jaskrawe światło nie pozwalało mu dojrzeć ludzi.
– Leonard Mead – odpowiedział.
– Głośniej!
– Leonard Mead!
– Czym się pan zajmuje? Zawód?
– No, chyba... pisarz.
– Bez zawodu – stwierdził głos jakby do siebie. Światło przygważdżało Meada do miejsca, tak jak szpilka przebija rzadki okaz motyla.
– Można i tak powiedzieć – zgodził się. Już od wielu lat niczego nie napisał. Nie sprzedawano już pism ani książek. Wszystko zamknęło się w tych nocą podobnych do grobowców domach – przywołał w myślach swą wizję. Grobowców z nikłym odblaskiem telewizorów, przed którymi tkwią martwo ludzie. Szare lub kolorowe błyski ożywiały ich twarze, ale nie poruszały serc. 

– Bez zawodu – zasyczał gramofonowy głos. – Co pan tu robi na ulicy?
– Spaceruję.
– Spaceruje pan?!
– Tak. – Mead poczuł, jak twarz mu tężeje.
– Spaceruje pan? Po prostu spaceruje?
– Tak.
– Ale dokąd? Po co?
– No, żeby odetchnąć trochę świeżym powietrzem. Popatrzeć na świat.
– Pański adres!
– South Saint James Street numer 11.
– Ma pan świeże powietrze w domu, panie Mead. Jest u pana klimatyzacja?
– Jest.
– I monitor?
– Nie ma.
– Nie? – Cisza, jaka zapadła po tym pytaniu, już sama w sobie była oskarżeniem.
– Czy jest pan żonaty?
– Nie.
– Nieżonaty – powtórzył policyjny głos spoza stożka ostrego światła. Księżyc
świecił jasno, wysoko pośród gwiazd; domy stały szare i ciche.
– Żadna mnie nie chciała – zażartował Mead.
– Proszę odpowiadać tylko na pytania. Leonard Mead czekał w zimnym mroku.
– A więc spaceruje pan, panie Mead?
– Tak.
– Nie wyjaśnił pan, w jakim celu.
– Wyjaśniłem. Odetchnąć świeżym powietrzem. No, żeby się przejść trochę.
– Czy często się to panu zdarza?
– Co wieczór od lat.
Radiowóz stał na środku ulicy. Z głośnika dochodziło ciche buczenie.
– W porządku, panie Mead.
– Czy to już wszystko? – zapytał uprzejmie.
– Tak, na razie. – Usłyszał westchnienie. Potem trzask: tylne drzwiczki otwarły
się szeroko.
– Proszę wsiadać.
– Jak to, przecież ja nic nie zrobiłem!
– Wsiadać.
– Ja protestuję!
– Panie Mead. 

Mead szedł jak pijany. Kiedy przechodził obok przedniej szyby, zajrzał do środka. Nie mylił się w swych podejrzeniach: na przednim siedzeniu nie było nikogo, w ogóle nie było nikogo w samochodzie.
– Wsiadać. 

Oparł rękę na klamce i spojrzał na tył wozu. Była to mała zakratowana cela, miniaturowe więzienie. Poczuł zapach nitowanej stali i silnego środka odkażającego – antyseptyczną, ostrą woń metalu. 

– Gdyby miał pan żonę, która mogłaby zapewnić panu alibi... – powiedział
metaliczny głos. – Ale tak...
– Dokąd mnie wieziecie?

Rozległ się cichy warkot, w momencie gdy podana skądś informacja, w postaci perforowanej taśmy, przesuwała się pod elektronowym okiem. 

– Do Ośrodka Psychiatrycznego Badania Skłonności Regresywnych.
Mead wsiadł. Drzwi zatrzasnęły się miękko. Radiowóz sunął nocnymi ulicami, rozsiewając matowy blask. Przejeżdżali właśnie koło jedynego w całym mieście rzęsiście oświetlonego domu. W każdym oknie widać było prostokąt żółtego światła, ciepłego i przyjaznego na tle tych zimnych ciemności. 

– To mój dom – powiedział Mead. Nie było żadnej odpowiedzi.
Policyjny samochód jechał przez wyschłe łożyska ulic, pozostawiając w tyle puste chodniki i jezdnie. I żaden dźwięk, żadne poruszenie nie zakłóciło już chłodnej, listopadowej nocy.

R. Bradbury z K jak Kosmos
Przełożyła Ewa Kieruzalska

wtorek, 17 czerwca 2014

Latający człowiek


Roku Pańskiego 400 Cesarz Yuan panował w cieniu Wielkiego Muru Chińskiego, a kraj zielenił się po deszczach, w spokoju gotowiąc się do żniw; jego poddani nie byli ani zbytnio szczęśliwi, ani smutni.

Wczesnym rankiem pierwszego dnia pierwszego tygodnia drugiego miesiąca nowego roku Cesarz Yuan popijał herbatę i wachlował się dla ochłody przed gorącym tchnieniem wiatru, gdy ogrodową aleją wyłożoną czerwonymi i niebieskimi kafelkami nadbiegł służący z okrzykiem:

– Och, Cesarzu, Cesarzu, cud!
– Tak – odparł Cesarz – powietrze jest dziś naprawdę cudowne.
– Nie, nie to, cud! – zawołał służący składając szybki ukłon.
– I czuję doskonały smak herbaty w ustach, jest to niewątpliwie cud.
– Ależ nie, Wasza Wysokość.
– A więc niech zgadnę. Słońce wstało i mamy nowy dzień. Lub też morze jest błękitne. Oto największy ze wszystkich cudów.
– Ekscelencjo, człowiek fruwa!
– Co? – wachlarz znieruchomiał w dłoni Cesarza.
– Widziałem go w powietrzu, człowieka ze skrzydłami. Usłyszałem nad sobą wołanie w przestworzach, a gdy spojrzałem w górę, zobaczyłem go, smoka w niebiosach z człowiekiem w paszczy; smoka z papieru i bambusów, o barwach słońca i trawy.
– Dzień się dopiero zaczyna – powiedział Cesarz – i jeszcze nie otrząsnąłeś się ze snu.
– Tak, jest wcześnie, ale co widziałem, to widziałem. Chodź, a i ty, Panie, zobaczysz.
– Usiądź koło mnie – powiedział Cesarz. – Napijemy się herbaty. To musi być niesamowite, jeśli tak było naprawdę, ujrzeć fruwającego człowieka. Musisz mieć czas, aby wszystko przemyśleć, tak jak i ja potrzebuję czasu na przygotowanie się do takiego widoku. Napili się herbaty.

– Wasza Wysokość – nie wytrzymał wreszcie służący – bo on odleci. Cesarz podniósł się zamyślony.
– Teraz pokaż mi, co widziałeś. Weszli do ogrodu, przecięli bujną łąkę, przeszli przez mostek, przebyli wysadzaną drzewami aleję i wspięli się na niewielki pagórek.
– Tam! – wskazał służący. Cesarz spojrzał w niebo. A w niebie, śmiejąc się z tak wysoka, że ledwie go było słychać, bujał człowiek. I człowieka tego skrywał jaskrawy papier i trzcina bambusowa, które tworzyły skrzydła i piękny złoty ogon, i szybował on w przestworzach jak największy ptak w świecie ptaków, jak nieznany smok w krainie starodawnych smoków. Z wyżyn chłodnych wiatrów porannych człowiek krzyknął do nich:
– Latam, latam!
– Tak, o tak! – pomachał mu ręką służący. Cesarz Yuan nie poruszył się.

Skierował natomiast wzrok na Wielki Mur właśnie wyłaniający się hen daleko z mgły nad zielonymi wzgórzami i jak wspaniały kamienny wąż wijący się majestatycznie przez cały kraj. Cudowny mur, który od niepamiętnych czasów strzegł ich przed wrogimi hordami i zapewniał pokój przez niezliczone lata. Ujrzał, jak zaczyna się budzić miasto, wciśnięte między rzekę, gościniec i wzgórze.

– Powiedz mi – zwrócił się do służącego – czy ktoś jeszcze widział tego latającego człowieka?
– Tylko ja, Ekscelencjo – odparł, machając ręką i uśmiechając się do góry. Cesarz obserwował niebo przez dłuższą chwilę, po czym rozkazał:
– Przywołaj go do mnie.
– Hej, zbliż się do nas! Cesarz pragnie z tobą mówić! – zawołał służący, przyłożywszy do ust dłonie zwinięte w trąbkę.

Podczas gdy latający człowiek szybował w dół niesiony poranną bryzą, Cesarz uważnie rozglądał się dokoła. Spostrzegł chłopa w polu, z głową zadartą do góry, i zapamiętał to miejsce. Latający człowiek opuścił się na ziemię z szelestem papieru i skrzypieniem trzciny bambusowej. Z dumą podszedł do Cesarza, niezręczny w swym rynsztunku, wreszcie skłonił się nisko przed starym władcą.

– Coś ty takiego zrobił? – zapytał Cesarz.
– Szybowałem po niebie, Ekscelencjo – odpowiedział człowiek.
– Ale coś ty zrobił? – powtórzył Cesarz.
– Przecież już powiedziałem! – wykrzyknął człowiek.
– Nic nie powiedziałeś. – Cesarz wąską dłonią dotknął ślicznego papieru i ptakopodobnego szkieletu aparatu. Pachniał on chłodem, jak wiatr.
– Czyż nie jest piękny, Ekscelencjo?
– Jest zbyt piękny.
– Jedyny na świecie – uśmiechnął się człowiek. – To ja go wymyśliłem.
– Jedyny?
– Daję głowę.
– Czy ktoś jeszcze wie o tym?
– Nikt. Nawet moja żona, która pomyślałaby, że straciłem rozum z porażenia słońcem. Sądziła, że buduję latawiec. Wstałem w nocy i poszedłem nad odległe urwiska. A gdy słońce wzeszło i powiał leciutki wietrzyk, zebrałem odwagę w sercu, Ekscelencjo, i skoczyłem ze skały. Wzbiłem się w niebo! Ale moja żona nie wie o niczym.
– Tym lepiej dla niej – powiedział Cesarz. – Chodź z nami. – Zawrócili do cesarskiej rezydencji. Słońce świeciło już wysoko na niebie i orzeźwiająco pachniały trawy. Cesarz, służący i latający człowiek zatrzymali się w rozległym ogrodzie. Cesarz klasnął w dłonie:
– Hej, straże! – Nadbiegli strażnicy.
– Bierzcie tego człowieka. Strażnicy pojmali go.
– Wezwać kata – rozkazał Cesarz.
– Co to znaczy! – zawołał zdumiony człowiek. – Cóż ja takiego uczyniłem? – Rozpłakał się, aż jego piękny papierowy aparat zaszeleścił.

– Oto człowiek, który zbudował pewne urządzenie – powiedział Cesarz – i jeszcze zapytuje nas, co to znaczy. On sam nie wie. Jemu wystarczy akt tworzenia, bez świadomości, dlaczego to zbudował, ani do czego ten przedmiot może służyć.
Nadbiegł kat z ostrym, srebrnym toporem. Stanął w gotowości, z obnażonymi potężnymi ramionami, twarz zakrywała mu pogodna biała maska.

– Zaczekaj – wstrzymał go Cesarz. Odwrócił się do pobliskiego stolika, gdzie stało urządzenie, które on sam wymyślił. Zdjął z szyi malutki, złoty kluczyk. Włożył go w otwór miniaturowego precyzyjnego mechanizmu i nakręcił sprężynę. Następnie uruchomił mechanizm. Był to ogród wykonany z metalu i drogich kamieni. Wprawione w ruch ptaki śpiewały wśród metalowych drzew, wilki spacerowały w miniaturowych lasach, drobne figurki ludzi wybiegały na słońce i kryły się w cieniu, poruszając miniaturowymi wachlarzami, słuchając głosów maleńkich szmaragdowych ptaków i przystając przy niewiarygodnie małych, a jednak szemrzących fontannach.

– Czyż to nie jest piękne? – powiedział Cesarz. – Gdybyś mnie spytał, co ja tutaj zrobiłem, mógłbym ci odpowiedzieć z łatwością. Sprawiłem, że ptaki śpiewają, że lasy szumią, że ludzie spacerują w tej leśnej krainie, rozkoszując się zielenią i cieniem, i szczebiotem ptaków. To właśnie zrobiłem.

– Ależ, Cesarzu! – błagał na kolanach latający człowiek, a łzy płynęły mu po twarzy. – Ja zrobiłem podobnie. Ja też odkryłem piękno! Uniosłem się wraz z porannym wiatrem. Spoglądałem z góry na uśpione domy i ogrody. Czułem zapach morza i nawet widziałem je z wysoka, za wzgórzami. I szybowałem niby ptak, och, słów mi brakuje, aby wyrazić, jak pięknie jest tam, w górze, na niebie, z wiatrem wokoło, wiatrem niosącym mnie to jak piórko, to znów jak wachlarz; jak pachnie niebo o poranku! I jak wolny czuje się człowiek! To jest piękne, Cesarzu, to jest również piękne!
– Tak – powiedział smutno Cesarz – wiem, że to musi być prawda, gdyż czułem, jak moje serce unosi się z tobą w powietrzu, i zastanawiałem się: jak to jest? Co człowiek czuje? Jak wyglądają z tej wysokości odległe stawy? A jak mój dom i słudzy? Czy tak jak mrówki? A jak, hen w oddali, jeszcze nie przebudzone miasta?
– Więc oszczędź mnie!
– Ale są chwile – mówił Cesarz z jeszcze większym smutkiem – gdy człowiek musi poświęcić trochę piękna, jeżeli pragnie ocalić tę odrobinę, którą już posiadł. Nie obawiam się ciebie, twojej osoby, lecz obawiam się kogoś innego.
– Kogo?
– Innego człowieka, który ujrzawszy cię w górze zbuduje taki sam przedmiot z błyszczącego papieru i bambusów. Ale ten drugi człowiek będzie miał złą twarz i złe serce i piękno zginie. Tego człowieka się boję.
– Ale dlaczego? Dlaczego?
– Któż zapewni nas, że pewnego dnia właśnie taki człowiek nie wzniesie się w powietrze na takim właśnie aparacie z papieru i trzciny i nie zrzuci głazów na Wielki Mur? – odparł Cesarz. Nikt się nie poruszył, nikt nie odezwał.

– Ściąć mu głowę – rozkazał Cesarz. Kat zamachnął się srebrnym toporem.
– Spalcie latawiec i ciało, a popioły za kopcie razem – powiedział Cesarz. Słudzy oddalili się, aby spełnić jego wolę. Cesarz odwrócił się do swego służącego. – Ty trzymaj język za zębami. To wszystko było snem, smutnym i pięknym. A temu chłopu na polu, w oddali, powiedz, że będzie lepiej, jeśli uzna to za przywidzenie. Jeżeli choć słówko wydostanie się na zewnątrz, obaj nie przeżyjecie godziny.

– Jesteś litościwy, Cesarzu.
– Nie, nie jestem litościwy – odrzekł stary władca. Za murem ogrodu zobaczył strażników palących piękny aparat z papieru i trzciny bambusowej, który tak pachniał wiatrem porannym. Ujrzał, jak ciemny dym wzbija się do góry.
 – Nie, jestem tylko bardzo zdumiony i zatrwożony. – Dostrzegł, jak strażnicy kopią dół, aby zasypać w nim popioły. – Cóż znaczy życie jednego człowieka w porównaniu z życiem milionów innych? Muszę szukać pocieszenia w tej myśli. Z łańcuszka na szyi zdjął kluczyk i jeszcze rai nakręcił piękny miniaturowy świat. Stał ogarniając wzrokiem Wielki Mur, spokojne miasto, zielone pola, rzeki i strumienie. Westchnął. Delikatny mechanizm zafurkotał i maleńki krajobraz ożył.

Ludziki rozpoczęły swój spacer po lasach, maleńkie lisy okryte lśniącą puszystą sierścią co sił w nogach przebiegały susami słoneczne polany, a wśród maleńkich drzew, szczebiocząc dźwięcznie, unosiły się błękitno złote drobiny lecąc, lecąc, lecąc na swym maleńkim niebie.

– Och – westchnął Cesarz i zamknął oczy – spójrz na ptaki, spójrz na ptaki!

Ray Bradbury
Przełożył Marek Marszał
(Ze zbioru opowiadań K jak Kosmos)