(...)
– Czy to naprawdę nasze miasto, tato?
– Cała ta planeta należy do nas.
Stali tam – królowie i władcy, najlepsi z najlepszych, mistrzowie nad mistrzami, niezrównani monarchowie i prezydenci, próbując zrozumieć, co to znaczy posiadać na własność świat i jak wielki jest ten świat w istocie.
W rozrzedzonej atmosferze noc zapadała szybko. Tato zostawił ich na placu, obok pulsującej fontanny, wrócił do łodzi i po chwili pojawił się, niosąc w wielkich dłoniach gruby plik papierów.
Ułożył je w nieporządny stosik na starym dziedzińcu i podpalił. Rodzina zebrała się wokół ognia, aby się ogrzać. Timothy patrzył, jak małe literki podskakują niczym przerażone zwierzęta, kiedy dotykają ich żarłoczne płomienie. Papier trzeszczał niczym skóra starca, gdy ogień pochłaniał niezliczone słowa:
OBLIGACJE RZĄDOWE; Wykresy statystyczne 1999; Rozprawa na temat uprzedzeń religijnych; Logistyka; Problem jedności panamerykańskiej; Raport giełdowy z 3 lipca 1998; Kronika wojenna...
Tato uparł się, aby przywieźć te papiery specjalnie w tym celu. Siedział na kamieniach, z zadowoleniem podsycając ogień kolejnymi kartkami i opowiadając dzieciom, co to wszystko znaczy.
– Już czas, abym wyjaśnił wam parę rzeczy. Trzymanie ich w sekrecie byłoby nieuczciwe. Nie wiem, czy rozumiecie, ale musicie mnie wysłuchać, nawet jeśli dotrze do was tylko część z tego, co wam powiem. Cisnął w ogień kolejną stronicę.
– W tej chwili palę pewien sposób życia, tak jak wypalono go na Ziemi. Wybaczcie, że mówię jak polityk, ostatecznie piastowałem urząd gubernatora stanowego. Byłem uczciwy. Nienawidzili mnie za to. Życie na Ziemi nigdy nie zmierzało do niczego dobrego. Nauka za bardzo nas wyprzedziła i ludzie zagubili się w mechanicznej dżungli, niczym dzieci zachwycone ślicznymi drobiazgami, gadżetami, helikopterami, rakietami. Nasza uwaga skupiała się nie tam, gdzie powinna, na maszynach, zamiast na sposobach kierowania nimi. Wojny stawały się coraz większe i groźniejsze, aż w końcu zamordowały Ziemię. To właśnie oznacza milczące radio. Przed tym właśnie uciekliśmy.
Mieliśmy szczęście – nie ma już więcej rakiet. Czas, abyście dowiedzieli się, że nie wybraliśmy się tu na wakacje. Odwlekałem tę chwilę, ale wreszcie muszę to powiedzieć. Ziemi już nie ma. Podróże międzyplanetarne skończyły się na kilka najbliższych wieków, może nawet na zawsze. Jednakże tamten sposób życia okazał się błędny i sam doprowadził do własnego upadku. Jesteście młodzi. Będę powtarzał wam to codziennie, dopóki nie pojmiecie.
Urwał, wrzucając do ognia kolejne pliki papierów.
– Teraz jesteśmy sami. My i garstka innych, którzy wylądują za parę dni. Dostatecznie wielu, by zacząć wszystko od nowa. Wystarczająco, by odwrócić się od tego, co zaszło na Ziemi, i wytyczyć nowy szlak...
Płomienie wystrzeliły w górę, jakby podkreślając wagę jego słów. A potem wszystkie papiery zniknęły, z wyjątkiem jednego. Wszystkie prawa i wierzenia Ziemi spłonęły, pozostawiając po sobie kupkę gorących popiołów, którą wkrótce rozniesienie wiatr.
Timothy spojrzał na ostatnią rzecz, którą ojciec cisnął do ognia. To była mapa świata. Wrzucona w żar, zmarszczyła się, wykrzywiła, stanęła w ogniu i zniknęła niczym ciepła biała ćma.
Timothy odwrócił głowę.
– A teraz pokażę wam Marsjan – oznajmił tato. – Chodźcie ze mną wszyscy. Dalej, Alice. – Ujął jej dłoń.
Michael płakał głośno, toteż tato poniósł go w ramionach. Wędrowali przez ruiny w stronę kanału.
Kanał. Jutro, a może pojutrze ich przyszłe żony przybędą tu łodzią. Małe roześmiane dziewczynki w towarzystwie ojca i matki.
Zapadła już noc. Na niebie świeciły gwiazdy, lecz Timothy nie mógł znaleźć Ziemi, bowiem już zaszła. To dawało sporo do myślenia.
Kiedy tak szli wśród gruzów, odezwał się nocny ptak.
– Wasza matka i ja postaramy się was uczyć – oznajmił tato. – Mam nadzieję, że was nie zawiedziemy. Wiele przeszliśmy, zebraliśmy mnóstwo doświadczeń. Planowaliśmy tę wyprawę od lat, zanim jeszcze wy się urodziliście. Sądzę, że nawet gdyby wojna nie wybuchła i tak przybylibyśmy na Marsa, aby stworzyć własny standard życia. Musiałby minąć wiek, zanim ziemska cywilizacja naprawdę zatrułaby tę planetę. Oczywiście teraz...
Dotarli na brzeg. Długi prosty kanał połyskiwał wilgotnym blaskiem, odbijając w sobie niebo.
– Zawsze chciałem zobaczyć Marsjanina – rzekł Michael. – Gdzie oni są? Obiecałeś.
– Oto oni – oznajmił tato i posadziwszy Michaela na ramieniu, wskazał ręką w dół.
I rzeczywiście byli tam.
Timothy zadrżał. Marsjanie stali, odbici w wodzie kanału. Timothy i Michael, Robert, mama i tato.
Przez długą chwilę Marsjanie spoglądali na nich z pomarszczonej tafli wody...
Ray Bradbury Kroniki Marsjańskie
tłumaczenie: Adam Kaska
Pokochanie innej osoby dowodzi zmęczenia samotnością: jest więc tchórzostwem i zdradą wobec samego siebie (jest rzeczą najwyższej wagi, abyśmy nikogo nie kochali). Fernando Pessoa
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bradbury. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bradbury. Pokaż wszystkie posty
środa, 18 maja 2016
czwartek, 28 kwietnia 2016
Samotny przechodzień
Spacer był prawdziwą namiętnością
Leonarda Meada. Lubił wychodzić na
miasto, pogrążone w ciszy
mglistego listopadowego wieczora, i obchodząc zarosłe
trawą
szpary w spaczonych betonowych płytach chodnika przechadzać się,
jak to miał
w zwyczaju, z rękami w kieszeniach. Przystawał zwykle
przy skrzyżowaniu ulic,
rozbiegających się w cztery strony,
osrebrzonych księżycem, i zastanawiał się, którą
z nich
wybrać. Właściwie było mu wszystko jedno: czuł się tak samotny,
jakby był
ostatnim człowiekiem na świecie A.D. 2053. Po namyśle
ruszał żywo w obranym
kierunku, pozostawiając w tyle, niczym dym
z papierosa, smużkę mroźnego
powietrza.
Mógł tak nieraz spacerować całymi
godzinami, pokonując wiele mil, i wracał
dopiero o północy.
Mijał po drodze domy z ciemnymi oknami, za którymi migotały
nikłe
błyski podobne do robaczków świętojańskich. Przywodziło mu to
na myśl
wędrówkę przez cmentarz. Tam, gdzie mimo późnej pory
nie zaciągnięto zasłon,
widać było pojawiające się
nieoczekiwanie na ścianach szare widma. Czasem z podobnego do grobowca domu dobiegały
przez otwarte okno jakieś pomruki
i szepty. Mead wtedy zatrzymywał
się, zadzierał głowę nasłuchując, a potem znów
szedł przed
siebie, stawiając bezszelestne kroki na nierównym chodniku. Już
od
dawna przezornie zakładał trampki na nocną włóczęgę, bo
przedtem psy
towarzyszyły chóralnym ujadaniem stukotowi jego
twardych zelówek, a na całej ulicy rozbłyskiwały światła i ukazywały
się twarze zaskoczone widokiem samotnej postaci
w tym
wczesnolistopadowym zmroku.
Tego właśnie wieczoru wybrał się na
zachód, w kierunku niewidocznego morza.
Powietrze było mroźne,
krystaliczne. Mróz szczypał w nos, a płuca płonęły zimnym
ogniem niczym świąteczna choinka: czuł niemal, jak ten płomień
zapala się, to znów
gaśnie, jak gdyby gałązki drobnych naczynek
krwionośnych wypełnione były
niewidzialnym śniegiem.
Z
przyjemnością wsłuchiwał się w miękki szelest jesiennych liści
pod nogami.
Od czasu do czasu podnosił jakiś liść z ziemi i
pogwizdując cichutko przez zęby
badał z uwagą jego żyłkowanie
w świetle rzadko rozsianych latarni i wdychał jego zbutwiały zapach.
– Hej, wy tam – mówił szeptem,
zwracając się do każdego mijanego domu po obu
stronach ulicy.
– Co dzisiaj dają w programie
czwartym? A w siódmym?
A w dziewiątym? Dokąd to pędzą ci
kowboje? A tam, za wzgórzem, czy to kawaleria
Stanów Zjednoczonych
spieszy z odsieczą?
Ulica była długa, milcząca i pusta,
i tylko jego cień jawił się w mroku niby cień
jastrzębia nad
polami. Gdy przymknął oczy i stał tak przez jakiś czas, zastygły
w bezruchu, mógł sobie wyobrazić, że znajduje się pośród
bezwietrznych, zimowych,
pustynnych równin Arizony, gdzie nie ma
śladu domu na przestrzeni tysiąca mil
i tylko wyschłe łożyska
rzek – jak te tutaj ulice – służą mu za towarzyszy.
– A teraz co idzie? – zapytał przy
kolejnym, domu spoglądając na zegarek. –
Ósma trzydzieści?
Pora na serię doborowych morderstw? Na kwiz czy na rewię?
A może
na wygłupy komika?
Czy to śmiech dobiega z blado-księżycowego
domu? Stanął niezdecydowanie, ale
dźwięk się już nie
powtórzył, więc ruszył naprzód. Potknął się o nierówność
chodnika: miejscami cement niknął zupełnie pod kwiatami i trawą.
W ciągu
dziesięciu lat swych samotnych przechadzek po mieście w
dzień i w nocy, w czasie których przemierzył tysiące mil,
Mead nie spotkał jeszcze nikogo spacerującego tak
jak on. Ani
razu. Znalazł się właśnie przy cichym o
tej porze skrzyżowaniu, gdzie zbiegały się
dwie główne arterie
miejskie. Za dnia otwarte były w tym miejscu stacje benzynowe
i
przewalała się tu grzmiąca fala pojazdów, które niby wielki
brzęczący rój
skarabeuszy nieprzerwanie manewrowały, aby zdobyć
miejsce, i wydzielając słabą
woń kadzidła z rur wydechowych
sunęły do swych oddalonych domów. Teraz jezdnie
przypominały
strumienie podczas suszy: pozostały tylko wyschłe kamienne
łożyska, oświetlone przez księżyc.
Zawrócił
boczną uliczką wiodącą prosto do jego domu. Był już w
odległości jednej przecznicy od celu, kiedy naraz
zza rogu wyjechał samochód i skierował na
Meada stożek białego
światła. Stanął zahipnotyzowany, jak ćma oszołomiona
blaskiem,
a potem ruszył na oślep w tę stronę.
– Stój w miejscu. Stać! Nie ruszać
się! – usłyszał głos o metalicznym brzmieniu.
Zatrzymał się.
– Ręce do góry!
– Ale... – próbował oponować
Mead.
– Ręce do góry, bo będziemy
strzelać!
A więc to policja. Ale co za niezwykły
zbieg okoliczności: w ich trzymilionowym
mieście jest tylko jeden
radiowóz. Już przeszło rok temu, w 2052, po wyborach
zredukowano
liczbę radiowozów policyjnych z trzech do jednego. Przestępczość
stawała się zjawiskiem coraz rzadszym, nie było więc potrzeby
utrzymywania policji.
Pozostał już tylko jeden radiowóz, samotnie
patrolujący puste ulice.
– Nazwisko – usłyszał znów ten
metaliczny głos. Jaskrawe światło nie pozwalało
mu dojrzeć
ludzi.
– Leonard Mead – odpowiedział.
– Głośniej!
– Leonard Mead!
– Czym się pan zajmuje? Zawód?
– No, chyba... pisarz.
– Bez zawodu – stwierdził głos
jakby do siebie. Światło przygważdżało Meada
do miejsca, tak
jak szpilka przebija rzadki okaz motyla.
– Można i tak powiedzieć –
zgodził się. Już od wielu lat niczego nie napisał. Nie
sprzedawano już pism ani książek. Wszystko zamknęło się w tych
nocą podobnych do
grobowców domach – przywołał w myślach swą
wizję. Grobowców z nikłym
odblaskiem telewizorów, przed którymi
tkwią martwo ludzie. Szare lub kolorowe
błyski ożywiały ich
twarze, ale nie poruszały serc.
– Bez zawodu – zasyczał
gramofonowy głos. – Co pan tu robi na ulicy?
– Spaceruję.
– Spaceruje pan?!
– Tak. – Mead poczuł, jak twarz mu
tężeje.
– Spaceruje pan? Po prostu spaceruje?
– Tak.
– Ale dokąd? Po co?
– No, żeby odetchnąć trochę
świeżym powietrzem. Popatrzeć na świat.
– Pański adres!
– South Saint James Street numer 11.
– Ma pan świeże powietrze w domu,
panie Mead. Jest u pana klimatyzacja?
– Jest.
– I monitor?
– Nie ma.
– Nie? – Cisza, jaka zapadła po
tym pytaniu, już sama w sobie była oskarżeniem.
– Czy jest pan żonaty?
– Nie.
– Nieżonaty – powtórzył
policyjny głos spoza stożka ostrego światła. Księżyc
świecił jasno, wysoko pośród
gwiazd; domy stały szare i ciche.
– Żadna mnie nie chciała –
zażartował Mead.
– Proszę odpowiadać tylko na
pytania. Leonard Mead czekał w zimnym mroku.
– A więc spaceruje pan, panie Mead?
– Tak.
– Nie wyjaśnił pan, w jakim celu.
– Wyjaśniłem. Odetchnąć świeżym
powietrzem. No, żeby się przejść trochę.
– Czy często się to panu zdarza?
– Co wieczór od lat.
Radiowóz stał na środku ulicy. Z
głośnika dochodziło ciche buczenie.
– W porządku, panie Mead.
– Czy to już wszystko? – zapytał
uprzejmie.
– Tak, na razie. – Usłyszał
westchnienie. Potem trzask: tylne drzwiczki otwarły
się szeroko.
– Proszę wsiadać.
– Jak to, przecież ja nic nie
zrobiłem!
– Wsiadać.
– Ja protestuję!
– Panie Mead.
Mead szedł jak pijany. Kiedy
przechodził obok przedniej szyby, zajrzał do
środka. Nie mylił
się w swych podejrzeniach: na przednim siedzeniu nie było nikogo,
w ogóle nie było nikogo w samochodzie.
– Wsiadać.
Oparł rękę na klamce i spojrzał na
tył wozu. Była to mała zakratowana cela,
miniaturowe więzienie.
Poczuł zapach nitowanej stali i silnego środka odkażającego –
antyseptyczną, ostrą woń metalu.
– Gdyby miał pan żonę, która
mogłaby zapewnić panu alibi... – powiedział
metaliczny głos. – Ale tak...
– Dokąd mnie wieziecie?
Rozległ się cichy warkot, w momencie
gdy podana skądś informacja, w postaci
perforowanej taśmy,
przesuwała się pod elektronowym okiem.
– Do Ośrodka Psychiatrycznego
Badania Skłonności Regresywnych.
Mead wsiadł. Drzwi zatrzasnęły się
miękko. Radiowóz sunął nocnymi ulicami,
rozsiewając matowy
blask.
Przejeżdżali właśnie koło jedynego w całym mieście
rzęsiście oświetlonego
domu. W każdym oknie widać było
prostokąt żółtego światła, ciepłego i przyjaznego
na tle tych
zimnych ciemności.
– To mój dom – powiedział Mead.
Nie było żadnej odpowiedzi.
Policyjny samochód jechał przez
wyschłe łożyska ulic, pozostawiając w tyle
puste chodniki i
jezdnie. I żaden dźwięk, żadne poruszenie nie zakłóciło już
chłodnej,
listopadowej nocy.
R. Bradbury z K jak Kosmos
Przełożyła Ewa Kieruzalska
wtorek, 17 czerwca 2014
Latający człowiek
Roku Pańskiego 400 Cesarz Yuan panował
w cieniu Wielkiego Muru Chińskiego, a kraj zielenił się po
deszczach, w spokoju gotowiąc się do żniw; jego poddani nie byli
ani zbytnio szczęśliwi, ani smutni.
Wczesnym rankiem pierwszego dnia
pierwszego tygodnia drugiego miesiąca nowego roku Cesarz Yuan
popijał herbatę i wachlował się dla ochłody przed gorącym
tchnieniem wiatru, gdy ogrodową aleją wyłożoną czerwonymi i
niebieskimi kafelkami nadbiegł służący z okrzykiem:
– Och, Cesarzu, Cesarzu, cud!
– Tak – odparł Cesarz –
powietrze jest dziś naprawdę cudowne.
– Nie, nie to, cud! – zawołał
służący składając szybki ukłon.
– I czuję doskonały smak herbaty w
ustach, jest to niewątpliwie cud.
– Ależ nie, Wasza Wysokość.
– A więc niech zgadnę. Słońce
wstało i mamy nowy dzień. Lub też morze jest błękitne. Oto
największy ze wszystkich cudów.
– Ekscelencjo, człowiek fruwa!
– Co? – wachlarz znieruchomiał w
dłoni Cesarza.
– Widziałem go w powietrzu,
człowieka ze skrzydłami. Usłyszałem nad sobą wołanie w
przestworzach, a gdy spojrzałem w górę, zobaczyłem go, smoka w
niebiosach z człowiekiem w paszczy; smoka z papieru i bambusów, o
barwach słońca i trawy.
– Dzień się dopiero zaczyna –
powiedział Cesarz – i jeszcze nie otrząsnąłeś się ze snu.
– Tak, jest wcześnie, ale co
widziałem, to widziałem. Chodź, a i ty, Panie, zobaczysz.
– Usiądź koło mnie – powiedział
Cesarz. – Napijemy się herbaty. To musi być niesamowite, jeśli
tak było naprawdę, ujrzeć fruwającego człowieka. Musisz mieć
czas, aby wszystko przemyśleć, tak jak i ja potrzebuję czasu na
przygotowanie się do takiego widoku. Napili się herbaty.
– Wasza Wysokość – nie wytrzymał
wreszcie służący – bo on odleci. Cesarz podniósł się
zamyślony.
– Teraz pokaż mi, co widziałeś.
Weszli do ogrodu, przecięli bujną łąkę, przeszli przez mostek,
przebyli wysadzaną drzewami aleję i wspięli się na niewielki
pagórek.
– Tam! – wskazał służący.
Cesarz spojrzał w niebo. A w niebie, śmiejąc się z tak wysoka, że
ledwie go było słychać, bujał człowiek. I człowieka tego
skrywał jaskrawy papier i trzcina bambusowa, które tworzyły
skrzydła i piękny złoty ogon, i szybował on w przestworzach jak
największy ptak w świecie ptaków, jak nieznany smok w krainie
starodawnych smoków. Z wyżyn chłodnych wiatrów porannych człowiek
krzyknął do nich:
– Latam, latam!
– Tak, o tak! – pomachał mu ręką
służący. Cesarz Yuan nie poruszył się.
Skierował natomiast wzrok na Wielki
Mur właśnie wyłaniający się hen daleko z mgły nad zielonymi
wzgórzami i jak wspaniały kamienny wąż wijący się
majestatycznie przez cały kraj. Cudowny mur, który od niepamiętnych
czasów strzegł ich przed wrogimi hordami i zapewniał pokój przez
niezliczone lata. Ujrzał, jak zaczyna się budzić miasto, wciśnięte
między rzekę, gościniec i wzgórze.
– Powiedz mi – zwrócił się do
służącego – czy ktoś jeszcze widział tego latającego
człowieka?
– Tylko ja, Ekscelencjo – odparł,
machając ręką i uśmiechając się do góry. Cesarz obserwował
niebo przez dłuższą chwilę, po czym rozkazał:
– Przywołaj go do mnie.
– Hej, zbliż się do nas! Cesarz
pragnie z tobą mówić! – zawołał służący, przyłożywszy do
ust dłonie zwinięte w trąbkę.
Podczas gdy latający człowiek
szybował w dół niesiony poranną bryzą, Cesarz uważnie rozglądał
się dokoła. Spostrzegł chłopa w polu, z głową zadartą do góry,
i zapamiętał to miejsce. Latający człowiek opuścił się na
ziemię z szelestem papieru i skrzypieniem trzciny bambusowej. Z dumą
podszedł do Cesarza, niezręczny w swym rynsztunku, wreszcie skłonił
się nisko przed starym władcą.
– Coś ty takiego zrobił? –
zapytał Cesarz.
– Szybowałem po niebie, Ekscelencjo
– odpowiedział człowiek.
– Ale coś ty zrobił? – powtórzył
Cesarz.
– Przecież już powiedziałem! –
wykrzyknął człowiek.
– Nic nie powiedziałeś. – Cesarz
wąską dłonią dotknął ślicznego papieru i ptakopodobnego
szkieletu aparatu. Pachniał on chłodem, jak wiatr.
– Czyż nie jest piękny,
Ekscelencjo?
– Jest zbyt piękny.
– Jedyny na świecie – uśmiechnął
się człowiek. – To ja go wymyśliłem.
– Jedyny?
– Daję głowę.
– Czy ktoś jeszcze wie o tym?
– Nikt. Nawet moja żona, która
pomyślałaby, że straciłem rozum z porażenia słońcem. Sądziła,
że buduję latawiec. Wstałem w nocy i poszedłem nad odległe
urwiska. A gdy słońce wzeszło i powiał leciutki wietrzyk,
zebrałem odwagę w sercu, Ekscelencjo, i skoczyłem ze skały.
Wzbiłem się w niebo! Ale moja żona nie wie o niczym.
– Tym lepiej dla niej – powiedział
Cesarz. – Chodź z nami. – Zawrócili do cesarskiej rezydencji.
Słońce świeciło już wysoko na niebie i orzeźwiająco pachniały
trawy. Cesarz, służący i latający człowiek zatrzymali się w
rozległym ogrodzie. Cesarz klasnął w dłonie:
– Hej, straże! – Nadbiegli
strażnicy.
– Bierzcie tego człowieka. Strażnicy
pojmali go.
– Wezwać kata – rozkazał Cesarz.
– Co to znaczy! – zawołał
zdumiony człowiek. – Cóż ja takiego uczyniłem? – Rozpłakał
się, aż jego piękny papierowy aparat zaszeleścił.
– Oto człowiek, który zbudował
pewne urządzenie – powiedział Cesarz – i jeszcze zapytuje nas,
co to znaczy. On sam nie wie. Jemu wystarczy akt tworzenia, bez
świadomości, dlaczego to zbudował, ani do czego ten przedmiot może
służyć.
Nadbiegł kat z ostrym, srebrnym
toporem. Stanął w gotowości, z obnażonymi potężnymi ramionami,
twarz zakrywała mu pogodna biała maska.
– Zaczekaj – wstrzymał go Cesarz.
Odwrócił się do pobliskiego stolika, gdzie stało urządzenie,
które on sam wymyślił. Zdjął z szyi malutki, złoty kluczyk.
Włożył go w otwór miniaturowego precyzyjnego mechanizmu i
nakręcił sprężynę. Następnie uruchomił mechanizm. Był to
ogród wykonany z metalu i drogich kamieni. Wprawione w ruch ptaki
śpiewały wśród metalowych drzew, wilki spacerowały w
miniaturowych lasach, drobne figurki ludzi wybiegały na słońce i
kryły się w cieniu, poruszając miniaturowymi wachlarzami,
słuchając głosów maleńkich szmaragdowych ptaków i przystając
przy niewiarygodnie małych, a jednak szemrzących fontannach.
– Czyż to nie jest piękne? –
powiedział Cesarz. – Gdybyś mnie spytał, co ja tutaj zrobiłem,
mógłbym ci odpowiedzieć z łatwością. Sprawiłem, że ptaki
śpiewają, że lasy szumią, że ludzie spacerują w tej leśnej
krainie, rozkoszując się zielenią i cieniem, i szczebiotem ptaków.
To właśnie zrobiłem.
– Ależ, Cesarzu! – błagał na
kolanach latający człowiek, a łzy płynęły mu po twarzy. – Ja
zrobiłem podobnie. Ja też odkryłem piękno! Uniosłem się wraz z
porannym wiatrem. Spoglądałem z góry na uśpione domy i ogrody.
Czułem zapach morza i nawet widziałem je z wysoka, za wzgórzami. I
szybowałem niby ptak, och, słów mi brakuje, aby wyrazić, jak
pięknie jest tam, w górze, na niebie, z wiatrem wokoło, wiatrem
niosącym mnie to jak piórko, to znów jak wachlarz; jak pachnie
niebo o poranku! I jak wolny czuje się człowiek! To jest piękne,
Cesarzu, to jest również piękne!
– Tak – powiedział smutno Cesarz –
wiem, że to musi być prawda, gdyż czułem, jak moje serce unosi
się z tobą w powietrzu, i zastanawiałem się: jak to jest? Co
człowiek czuje? Jak wyglądają z tej wysokości odległe stawy? A
jak mój dom i słudzy? Czy tak jak mrówki? A jak, hen w oddali,
jeszcze nie przebudzone miasta?
– Więc oszczędź mnie!
– Ale są chwile – mówił Cesarz z
jeszcze większym smutkiem – gdy człowiek musi poświęcić trochę
piękna, jeżeli pragnie ocalić tę odrobinę, którą już posiadł.
Nie obawiam się ciebie, twojej osoby, lecz obawiam się kogoś
innego.
– Kogo?
– Innego człowieka, który ujrzawszy
cię w górze zbuduje taki sam przedmiot z błyszczącego papieru i
bambusów. Ale ten drugi człowiek będzie miał złą twarz i złe
serce i piękno zginie. Tego człowieka się boję.
– Ale dlaczego? Dlaczego?
– Któż zapewni nas, że pewnego
dnia właśnie taki człowiek nie wzniesie się w powietrze na takim
właśnie aparacie z papieru i trzciny i nie zrzuci głazów na
Wielki Mur? – odparł Cesarz. Nikt się nie poruszył, nikt nie
odezwał.
– Ściąć mu głowę – rozkazał
Cesarz. Kat zamachnął się srebrnym toporem.
– Spalcie latawiec i ciało, a
popioły za kopcie razem – powiedział Cesarz. Słudzy oddalili
się, aby spełnić jego wolę. Cesarz odwrócił się do swego
służącego. – Ty trzymaj język za zębami. To wszystko było
snem, smutnym i pięknym. A temu chłopu na polu, w oddali, powiedz,
że będzie lepiej, jeśli uzna to za przywidzenie. Jeżeli choć
słówko wydostanie się na zewnątrz, obaj nie przeżyjecie godziny.
– Jesteś litościwy, Cesarzu.
– Nie, nie jestem litościwy –
odrzekł stary władca. Za murem ogrodu zobaczył strażników
palących piękny aparat z papieru i trzciny bambusowej, który tak
pachniał wiatrem porannym. Ujrzał, jak ciemny dym wzbija się do
góry.
– Nie, jestem tylko bardzo zdumiony i zatrwożony. – Dostrzegł, jak strażnicy kopią dół, aby zasypać w nim popioły. – Cóż znaczy życie jednego człowieka w porównaniu z życiem milionów innych? Muszę szukać pocieszenia w tej myśli. Z łańcuszka na szyi zdjął kluczyk i jeszcze rai nakręcił piękny miniaturowy świat. Stał ogarniając wzrokiem Wielki Mur, spokojne miasto, zielone pola, rzeki i strumienie. Westchnął. Delikatny mechanizm zafurkotał i maleńki krajobraz ożył.
– Nie, jestem tylko bardzo zdumiony i zatrwożony. – Dostrzegł, jak strażnicy kopią dół, aby zasypać w nim popioły. – Cóż znaczy życie jednego człowieka w porównaniu z życiem milionów innych? Muszę szukać pocieszenia w tej myśli. Z łańcuszka na szyi zdjął kluczyk i jeszcze rai nakręcił piękny miniaturowy świat. Stał ogarniając wzrokiem Wielki Mur, spokojne miasto, zielone pola, rzeki i strumienie. Westchnął. Delikatny mechanizm zafurkotał i maleńki krajobraz ożył.
Ludziki rozpoczęły swój spacer po
lasach, maleńkie lisy okryte lśniącą puszystą sierścią co sił
w nogach przebiegały susami słoneczne polany, a wśród maleńkich
drzew, szczebiocząc dźwięcznie, unosiły się błękitno złote
drobiny lecąc, lecąc, lecąc na swym maleńkim niebie.
– Och – westchnął Cesarz i
zamknął oczy – spójrz na ptaki, spójrz na ptaki!
Ray Bradbury
Przełożył Marek Marszał
(Ze zbioru opowiadań K jak Kosmos)
Subskrybuj:
Posty (Atom)