Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nagy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nagy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 marca 2014

Moja miłość, gra kościana

Nasze oczy wygwieżdżone
wypaliły się straszliwie.
Mówią cicho i bezczynnie
patrząc w cztery ściany siwe.
A my grzeczni do przesady:
nocy się lękamy wiecznej,
tej ojczyzny ostatecznej,
gdzie mieszkają czerwie żywe.

Obok głowy skołatanej
stoi wazon, kwiat się kłania
i pęsetą czarodziejską
sięga w głąb, gdzie udręk rana.
Teraz wezwij kwiat, lekarza,
zwierz się, zbóju, zwierz, poeto,
jeśliś strzelał z pistoletu
dla zabawy w różę samą!

Tam wciąż mysia bieganina,
tu do łóżka przygwożdżeni
zakładamy republikę
schorowanych ludzkich cieni.
Twój szum wzrasta, niepewności,
gdy gorączka nas pokryje
i w koszuli aż po szyję
zamajaczy ciała drżenie.

Z waty zimy, z jej koronek
strasznych, kiedyż się wyrwiemy?
Jakież każe przeznaczenie
leżeć nam, wciąż leżeć niemo?
Czy to kara, czy też próba?
Nożem wbitym po rękojeść
badam mego ciała boleść
pojednany z gwiazdą, z ziemią.

I daremnie. Serce bije
skute stalą zapytania.
I tętnimy, i ty, życie,
opuszczone się odsłaniasz
na pagórkach rozżarzonych,
i od świerszczy, od gorączki,
od spódniczek szeleszczących
w tej pokorze wojowania.

I nie liczcie, przyjaciele,
wypalonych moich krwinek,
jeśli chcecie mnie powitać,
byczym mnie napójcie winem.
We mnie, na zasłonie dzikiej
tańczy śnieg – fatamorgana:
życie, gra twoja kościana:
jakże wciąż o tobie śnimy.

László Nagy
przełożył Tadeusz Nowak