czwartek, 6 sierpnia 2026

Nie ma śmierci, bo nie ma „ja”, do którego fakt śmierci by się odnosił


Listopad

Niedawno dzień zaduszny. Parę dni temu umarł mój dobry kolega, pracownik naszego Instytutu [Stosowanych Nauk Społecznych], Jerzy Wertenstein-Żuławski65. Ja mam 66 lat, więc niedługo umrę – od tego nie ma odwołania.

A jednocześnie myślę, że jeśli nie ma innej formy istnienia niż ta, którą znamy, to nie ma też śmierci. Śmierci w znaczeniu, które funkcjonuje w kulturze. Jest skończoność trwania indywiduum. Indywiduum najpierw trwa, a potem niknie. Nie ma go, jak nie było przed urodzeniem; nie ma go, jakby go nie było, gdyby nie przypadek. Nie ma śmierci, bo nie ma „ja”, do którego fakt śmierci by się odnosił. Tak zwane umieranie w sensie biologicznym to jeszcze „życie”, jeszcze czas trwania indywiduum. Jesteśmy skazani na to, by nasze ostatnie doświadczenie trwania było cierpieniem, koszmarem. Czasem sekundowym, czasem rozłożonym na dłużej – miesiące, lata… To cierpienie odnosi się do „ja”, różne „ja” go doświadczają, wtedy jeszcze są. A potem nagle nikną. Między jednym a drugim fenomenem nie ma fazy przejściowej.

A więc w sensie egzystencjalnym nie ma „umierania”. Jesteśmy natomiast – wówczas gdy „żyjemy” – świadkami faktu, że coś „jest” i znika. Nie ma drzewa, które rosło przed moim oknem, nie ma mego psa Ralfa, nie ma rodziców, nie ma bardzo wielu przyjaciół. Nie ma tak, jakby nigdy ich nie było. „Świat” jest ich bytu pozbawiony. A jednak żyją w naszej pamięci, czasem na taśmie magnetofonowej czy filmowej. W pamięci najżywiej, bo stanowią często treść naszego życia wewnętrznego. Ale to jest treść życia naszego „ja”, tych, co jeszcze trwają. Ich bytu po prostu nie ma. To „znikanie”, które jest „unieważnieniem” aktu urodzenia, jest dla mnie niesamowitym doświadczeniem. Kłóci się z moim poczuciem „naturalności”, jest czymś surrealistycznym. A przecież to właśnie jest istotą natury, istotą bytu. Więc skąd to poczucie surrealizmu wstrząsającego grozą?

Dla mnie każda śmierć – jako zjawisko – jest doświadczeniem wstrząsającym. To nie o to chodzi, że kogoś brak. Jednych brak, innych nie, czasem nawet świat bez nich jest bardziej znośny. I „brak” to co innego; ktoś mógł wyjechać i często wiem, że raczej go nigdy nie zobaczę. Brak może strasznie boleć, ale grozę (w jednakowym stopniu) budzi u mnie „zniknięcie” – nawet wroga. Sam fenomen skończoności istnienia. Ale nie budzi we mnie grozy moja własna śmierć. Właśnie dlatego, że wtedy już nie będzie „ja”, które jakiejś grozy mogłoby doświadczać.

Myśl o własnym zniknięciu zbliża mnie raczej do rozumienia istoty, a może raczej tajemnicy bytu. „On” (rozumiem przez to cały wszechświat, wszystko co istnieje) jest niezmierzenie wielki, potężny, może wieczny, rządzący się swymi prawami. Posiada swój rytm i nieubłaganą logikę. Logika ta prowadzi też (może przez przypadek) do kreacji zjawisk nowych. Tak powstało życie na ziemi, fenomen w obszarze naszej galaktyki, a może całego wszechświata? „Życie” to dewiacja w obszarze nieskończonego bytu, „życie” to czucie indywiduum, „życie” to głównie cierpienie, niezaspokojenie, lęk, niepokój… Może jest cudem, ale jest przede wszystkim właśnie tym. „Byt” zaczął czuć, a w wyniku ewolucji – zdobył też świadomość, wreszcie świadomość samego siebie i swojej istoty polegającej na skończoności każdego indywiduum.

Bo oto ta sfera „bytu”, która jest życiem bezustannym, migotaniem, pojawianiem się i gaśnięciem różnych indywiduów. To w tych indywiduach jest zawarte niepowtarzalne, zamknięte w nich „czucie”. W istotach życia wyżej zorganizowanych – szczególnie w człowieku – zamknięta, całościowa niepowtarzalna „myśl” – pojawia się i niknie.

„Życiu” przysługuje więc migotanie, a nie trwanie. Obszar bytu, który jest „życiem”, nie ma swojej globalnej myśli ani swego „czucia”. Tylko to, co jest jego przejawem – owe indywidua. A jednak myślimy i o tym obszarze bytu jako całości. Podobnie jak o wszechświecie, o wszystkim, co należy do natury martwej, co nie czuje, co trwa setki, tysiące, miliony lat. Ale i przyroda martwa miewa swój koniec. Skruszałe kamienie. Czuję, że „byt” jest właśnie wielki, potężny, że trwa. I że jest jakaś całość, która jest „życiem”, a moje „ja” stanowi jego migotnięcie – ulotne czucie i świadomość, które zapaliło się i gaśnie. A życie trwa… Więc czym ono jest w swej integralności?
[1]

Hanna Świda-Zięba
Uchwycić życie. Wspomnienia, dzienniki i listy.

***
Tytuł notatki dokładnie opisuje pogląd ariya. W tym sensie jednakże, że aby zdanie "Nie ma śmierci, bo nie ma „ja”, do którego fakt śmierci by się odnosił" było prawdziwe, musi być wypowiedziane przez taką jednostkę, która to "ja" -(self) po angielsku- straciła. Inaczej nie oddaje ono stanu rzeczywistego, gdyż każdy zwykły człowiek jest człowiekiem "ja". Nie zmieni tego nawet fakt, że jak sprytny Hume, analizując wszelkie aspekty doświadczenia, natrafi tam tylko na ciało, uczucie, percepcję, intencje i świadomość, wszystkie te rzeczy rozpoznając słusznie jako "nie-ja". Hume oczywiście jest / był na dobrej drodze, tyle że doszedł jedynie do wstępnego etapu, i potwierdził swą obserwacją to co naucza Budda: "ja jest nie do odnalezienia". Jednak skoro przeciętny człowiek wyżej "d" nie podskoczy, czyli wszelka refleksja jest dokonywana przy obecności tegoż "ja". Pogląd Hume wpada co najwyżej pod klasyfikację: "z ja postrzegam nie ja".

Czyli jeżeli Hume chciałby poznać prawdę bezpośrednio, to swoją obserwację powinien uczynić podstawą pod proces dezidetyfikacji i widzenia wszystkim rzeczy jako: "to nie moje, tym nie jestem, to nie moje ja".

Warto tu podkreślić postawę "moje". O ile Hume naiwnie mógł sobie gratulować wnikliwej obserwacji, przeoczył on fakt, iż co prawda nigdzie nie znalazł tego szukanego "ja" jednak ono u niego nadal trwało ukryte chytrze przed jego wzrokiem właśnie pod postawą "moje". Niby nie ma "ja", ale któż zatem jest właścicielem tegoż domu, żony, dzieci, czy jeszcze bliżej ciała. Śmierci nie ma o tyle o ile ciało jest widziane jako całkowicie nie personalny element doświadczenia, jeżeli jest w jakiś sposób zawłaszczone, "to moje ciało", mamy problem ze śmiercią. Jeżeli czujemy się właścicielem czegokolwiek, choćby najmniej istotnej rzeczy, to nic innego jak "ja" które widzi bezpośredni związek z posiadaną rzeczą.

Mówi się o radykalnym ubóstwie, nie posiadaniu niczego. Z właściwym poglądem takie radykalne ubóstwo nie jest jednak widziane jako nadzwyczajny ascetyzm, a jedynie przywrócenie naturalnego, zdrowego stanu rzeczy. Dopóki coś posiadam, jest tam "ja". I do niego będzie się odnosić doświadczenie narodzin, starości i śmierci. Doświadczenie bólu rozstania z tym co ukochane, jak i asocjacji z tym co niemiłe.

[To „znikanie”, które jest „unieważnieniem” aktu urodzenia, jest dla mnie niesamowitym doświadczeniem. Kłóci się z moim poczuciem „naturalności”, jest czymś surrealistycznym. A przecież to właśnie jest istotą natury, istotą bytu. Więc skąd to poczucie surrealizmu wstrząsającego grozą?]

Stąd, że subiektywność jest nierozerwalnie zwiazana z poczuciem trwałości, czy nawet wieczności. Intuicja - całkiem słusznie zresztą- mówi nam, że jest coś chorego, niezdrowego w przemijających rzeczach przestrzeni i czasu.
A jednak "ja" w swym istnieniu, wyprowadzone jest właśnie z identyfikacji z przemijającymi rzeczami przestrzeni i czasu. Sytuacja wydaje się być patowa, nie ma z niej wyjścia, zanim ktoś kto zrozumiał prawdę, wskaże nam następny krok, który musi być zrobiony po dokonaniu obserwacji Hume. Z realizacji że w przestrzeni i czasie żadna rzecz nie jest mną ani moją posiadłością "rodzi" się spokój niezrodzonego.

Cudzysłów oczywiście dlatego, że spokój niezrodzonego jest odwieczny, słowo "narodziny" użyte tu jest tylko w senie odkrycia, bezpośredniego poznania tego co niezrodzone.

W tym sensie, po narodzinach w duchu i prawdzie, pozostanie się już tym czym się odwiecznie było. Dopóki jednak wydaje się nam, że się urodziliśmy, że istniejemy w przestrzeni i czasie, istnienie w przestrzeni i czasie będzie się kontynuować. Jakość jego oczywiście będzie zależała od jakości naszych działań, ciałem, mową i myślą. Dlatego dobrze jest uważać nie tylko na to co się mówi i robi, ale także na to co się myśli. Właściwie przede wszystkim na to, gdyż z nieczystego umysłu rzadko płyną czyste działania mową i ciałem.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.