Wstęp
I. Jak
poczęła się komedia Świętoszek? — Pocieszne
Wykwintnisie. — Walka o Szkołę żon.
Komedia
Tartufe czyli
Świętoszek
jest kulminacyjnym punktem życia i twórczości Moliera. Raz przez
swoją doniosłość artystyczną, a po wtóre przez walkę, do
jakiej dała powód, i wpływ tej walki na twórczość pisarza. Ale
już sam
Świętoszek jest dalszym ciągiem, jest — mimo
swego olbrzymiego znaczenia — tylko epizodem walki, jaką toczy
Molier niemal całe życie: aby właściwie zrozumieć ten utwór,
trzeba tedy sięgnąć wstecz aż do początków paryskiej kariery
Moliera.
A nawet jeszcze wcześniej. W kilku słowach.
Dwudziestoletni chłopiec z dobrego mieszczańskiego domu, od dziecka
trawiony pasją do teatru, zakochał się w młodej aktorce,
Magdalenie Bejart i założył z nią teatr w Paryżu. Teatrzyk
bankrutuje. Molier puszcza się z młodą trupą, której rychło
staje się głową, na prowincję i obiega ją przez kilkanaście
lat. Rozgłos wędrownego teatrzyku rośnie; wreszcie otwiera
Molierowi drogę do Paryża i to pod najlepszymi auspicjami: trupa
debiutuje z powodzeniem przed samym królem. Molier miał wówczas
lat trzydzieści sześć. Jako autor nie dał jeszcze miary tego,
czym jest: poza licznymi farsami kleconymi naprędce dał dopiero
Wartogłowa i
Zwady miłosne. Pierwszą nowością,
z jaką wystąpi w Paryżu, będą
Pocieszne wykwintnisie.
Przybywszy do Paryża, Molier, który opuścił
stolicę tak młodo, a kilkanaście lat strawił na swobodzie
cygańskiego życia, rozgląda się dokoła siebie. Widzi wielką
komedię próżności. Salony literackie, koterie silące się
zmonopolizować talent i zamknąć go w swoich regułkach; mizdrzenie
się języka, a pod nim chamstwo uczuć; autorów obnoszących się z
ważną miną z lada madrygałem, aktorów dostrajających się do
tonu powszechnej sztuczności. I — parska śmiechem, śmiechem
młodym, zdrowym, z pełnej piersi.
To pierwsze wystąpienie Moliera jest kijem
wsadzonym w mrowisko. Pierwszy to raz zabrzmiała ze sceny
satyra
i to tak mocna. Cały Paryż tłoczy się na tę sztukę, która
staje się wypadkiem dnia, ale odtąd Molier ma mnóstwo wrogów,
czyhających na chwilę odwetu: autorzy, aktorzy, salony… Wszystko
to utworzy niebawem wspólny front przeciwko niemu. Już pewne sfery
czyniły starania o zakaz grania tej zuchwałej sztuki.
Niebawem Molier dalej wysuwa pazurki. W
komedio-balecie
Natręty zbiera wzorki z samego dworu:
ośmiesza typ dworskiego panka, złotego młodzieńca, portretuje
całą galerię dudków. Jedno zmarszczenie brwi Ludwika XIV mogło
położyć koniec tej zabawie i — może nie mielibyśmy wówczas
Moliera; ale król, który widział cały świat niziutko u swoich
stóp, dość rad był tej niwelującej wszystko satyrze; uśmiechnął
się i sam poddał Molierowi temat do nowych wzorków.
Podniecony tryumfem Molier wali sztukę po
sztuce, staje się bohaterem dnia w Paryżu; nowa ta gwiazda budzi
zdumienie. Osobistość jego rysuje się coraz wyraźniej:
przedstawia on tężyznę, humor, naturalność przeciwko wszelakiemu
mizdrzeniu się i udaniu. — Staje się sztandarem nowej literatury.
Boileau, La Fontaine, Racine, uważają go za swego wodza. Wszystko,
co jest szczerością, prawdą, życiem, skupia się koło niego;
przeciw niemu są przeżytki minionej epoki, pedanci, snoby, dewoci,
wreszcie zawistni wszelkiej kategorii.
W miarę sukcesu szeregi niechętnych mnożą
się. Ten geniusz komedii, pociągający ku sobie umysły i
wysuwający się na czoło teatru, dla którego dotąd jedynym
szlachetnym wyrazem była tragedia, niepokoi wielu. Cóż dopiero
mówić o takich — a było ich wówczas niemało — którzy w
ogóle na teatr patrzyli jak na dzieło szatana? Niechęć przeciw
Molierowi nurtuje głucho, ale nie ma się do czego przyczepić: cóż
zarzucić tym wesołym komediom, zwłaszcza gdy ich autor cieszy się
tak wyraźną łaską króla?
Wreszcie nadchodzi sposobność: jest nią
Szkoła żon, której powodzenie przeszło wszystkie
dotychczasowe sukcesy Moliera. Taki był rozmach, taka świeżość w
tej ślicznej komedii, że nieuprzedzona publiczność przyjęła ją
z zachwytem. Jest to znów wielkie zdarzenie dnia w Paryżu. Ale
zarazem zawrzało przeciw Molierowi. Powstaje istna wojna literacka:
z tych, które mają tak ożywcze i płodne w literaturze znaczenie.
Wojnę tę można by porównać z tą, która toczyła się
trzydzieści lat wprzódy o
Cyda Corneille'a, później zaś
o
Wesele Figara i
Hernaniego. Sypią się broszury,
pamflety; dwór, salony rozbrzmiewają jedynie namiętnymi dyskusjami
na temat
Szkoły żon.
Ale wojna ta, zrazu czysto literacka,
przybrała niebawem i inny charakter. Wszyscy ci, którzy mieli z
Molierem na pieńku, dojrzeli moment, aby się z nim policzyć.
Nareszcie znaleźli broń przeciw niemu. Jakaż ta broń? Ta sama,
którą z reguły prawie wytacza się przeciw każdemu nowemu
twórczemu zjawisku: niemoralność! Elegantki, o których Molier
powiada, że „z całej osoby jedynie uszy mają czyste”,
zasłaniają sobie te uszka ze zgorszeniem, urażone niby w swej
skromności paroma żartami Moliera, podczas gdy bez rumieńca zwykły
się przysłuchiwać plugawym farsom stanowiącym codzienny ówczesny
repertuar. Ale znaleziono jeszcze inną broń: obraza religii, żarty
z rzeczy świętych. W naukach, jakie Arnolf daje młodziutkiej Anusi
(akt III, scena 2), dojrzano parodię nauk św. Grzegorza z Nazjansu.
Nie mniej zgorszenia wywołało w pewnych kołach tych kilka wierszy
z przemowy Arnolfa:
Pomnij
też, że są w piekle kotły rozpalone,
W których szatani
smażą każdą grzeszną żonę…
Idąc za tą nauką,
twa duszyczka mała
Będzie zawsze jak
lilia, czyściutka i biała;
Lecz jeśli ją ku
złemu zwabi chętka marna,
Dusza stanie się
zaraz niby węgiel czarna;
Wszystkim będziesz
przedmiotem wstrętu lub obawy
I pójdziesz kiedyś
jako łup szatana prawy
Tam,
gdzie złe żony smoła roztopiona czeka…
Można by łatwo
odpowiedzieć, że Molier nie żartuje tu z wierzeń religijnych, ale
z użytku, jaki z nich ludzie czynią dla swoich świeckich i
samolubnych celów. Bądź co bądź, groźna Kongregacja św.
Sakramentu krzątała się (tym razem nadaremnie), aby uzyskać zakaz
grania sztuki. Tą bronią można było wiele wówczas zdziałać, tu
każdy cień oskarżenia miał swoją wagę.
Ten moment życia pisarza
komplikuje się jeszcze jego życiem prywatnym. Jest to chwila jego
małżeństwa z młodziutką Armanda Bejart, „dzieckiem teatru”,
które od małego chowało się przy jego kompanii. Armanda była
siostrą owej Magdaleny Bejart, dla której Molier uciekł przed laty
z domu i z którą wspólnie założył teatr. Do tej pory Magdalena
była w tym teatrze. Teatr rządził się w tych rzeczach zawsze
cokolwiek specjalnymi prawami. Ale małżeństwo to wywołało liczne
komentarze: szeptano, i to dość głośno, że Armanda jest tylko
urzędownie siostrą Magdaleny, a w istocie jest jej córką, i że
to tylko dobra mama Bejart, ideał wszystkich mam teatralnych,
zgodziła się na tę metrykalną substytucję.
Ojcem miał być
niejaki pan de Modene. Jak tam w istocie było, tego już nikt nie
dojdzie. Od tych pogłosek było dość niedaleko do innych
potwornych insynuacji; znaleźli się ludzie, którzy postarali się
podsunąć królowi te wnioski. I znowuż losy Moliera zawisły na
włosku, ale tym razem chodziło o niebezpieczniejsze sprawy. Król
odpowiedział na te potwarze po królewsku: ofiarował się trzymać
do chrztu dziecko swego nadwornego komika. Sam zachęcił Moliera,
aby odpowiedział napastnikom: bawiła go ta komiczna wojna. Molier
odpowiedział już przedtem pedantom, literatom i wykwintnisiom,
pisząc
Krytykę szkoły żon; obecnie dorzuca jeszcze
Improwizację w Wersalu, mimochodem stwarzając w tych dwóch
jednoaktówkach nowy rodzaj literacki. Ale dojrzewa w nim zarazem
inna odpowiedź.
Aż dotąd satyra Moliera obracała się w
kręgu niewinnych śmiesznostek literackich czy towarzyskich, o ile
nie brała za temat wiekuistych niedoli miłosnych lub małżeńskich.
Niebacznie wrogowie obudzili w nim drzemiącego lwa. Kampania przeciw
niemu, a zwłaszcza metody, jakich użyto, zmieniły jego spojrzenie
na ten świat: ujrzał inne oblicze człowieka, ziejące nienawiścią,
zawistne, drapieżne, podłe. Oczy jego otworzyły się zarazem na
zarazę społeczną, która nieodzownie towarzyszyła silnie
rozwiniętemu życiu religijnemu w ówczesnej Francji: na
świętoszkostwo i obłudę. Z kampanii o
Szkołę żon
urodził się
Tartufe czyli
Świętoszek. Molier
zrozumiał, czym jest i ile złego może zdziałać ta obłuda,
nadużywanie rzekomych wartości moralnych do osobistych
arcyświeckich celów. Przejrzał na wylot tych ludzi,
Co
pod nabożnym płaszczem kryją zwykłe wady,
Swą zawiść,
niedowiarstwo, swoje fałsze, zdrady
I gdy chcą kogoś
zgubić, osłonią, gdy trzeba,
Swoją
własną nienawiść interesem nieba…
Dojrzał ich, przejrzał i postanowił się z
nimi zmierzyć.
II. Wystawienie Świętoszka i walka o niego. — Don
Juan. Ponowne cofnięcie Świętoszka ze sceny. —
Mizantrop. — Ostateczne zwycięstwo.
Można przypuszczać, iż
Molier zdawał sobie sprawę z trudności i niebezpieczeństw swego
zamiaru. Toteż uczynił wszystko, aby złagodzić jaskrawość swego
czynu, a zarazem aby stworzyć najbardziej sprzyjające okoliczności
dla „premiery” Świętoszka. Obrał na ten cel uroczystość
inauguracyjną pałacu i ogrodów w Wersalu, świeżo stworzonych
przez Ludwika XIV. Król wydał wielką zabawę, oficjalnie dla
królowej i dla królowej matki, ale w istocie heroiną tej fety była
kochanka królewska, panna de la Valliere. Miano zabawy było:
Rozkosze czarodziejskiej wyspy; Ariostowa wyspa czarodziejki
Alcyny zapłynęła jakoby do Francji, aby się stać teatrem uczt,
balów, turniejów, a wreszcie komedii. Molier, „
impresario”
całej zabawy, rozwija niestrudzoną czynność: odgrywa boga Pana,
wygłasza powitanie królowej, wystawia z dawniejszych utworów
Natrętów i
Małżeństwo z musu, prócz tego zaś
dwie nowe sztuki:
Księżniczkę Elidy (8 maja), zaś 12
maja 1664 trzy akty
Świętoszka.
W jakim stosunku te trzy
akty
Świętoszka były do dzisiejszej pięcioaktowej
komedii, — nie wiemy. Zdaje się, że nie była to skończona
sztuka: ale zdaje się również, że nie były to pierwsze trzy akty
komedii w jej obecnej formie. Te trzy akty
Świętoszka rozpętały
nad głową pisarza burzę trwającą lat pięć, burzę, której
następstwa mogłyby być dlań okropne, gdyby nie to, że w całej
tej kampanii miał on potężnego, choć dyskretnego sprzymierzeńca,
a był nim — sam król.
Ale gdy mowa o stosunku
Moliera do króla, trzeba sobie uprzytomnić, z którym Ludwikiem XIV
mamy do czynienia. Ludwik żył trzy ćwierci wieku i panował bez
mała tyleż: otóż w machinalnym skrócie myślowym tworzymy sobie
często — fizycznie i moralnie — niejako przeciętną tego
długiego panowania i tej postaci. Otóż kiedy Molier w 1658 r.
pierwszy raz miał zaszczyt wystąpić na dworze, Ludwik XIV miał
lat 20, obecnie ma ich 26; jest to młodzieniec o wrzących
namiętnościach, ledwie wyzwolony z kurateli, rwący się do życia,
niecierpliwie znoszący wszelkie pęta, lubiący dokoła siebie
atmosferę blasku, zabawy. Że zaś wśród wszystkich stanów w
rzemiośle króla o zabawę najtrudniej, król oceniał zasługi
Moliera, który go bawił przednio, a dawał sposobność do
tańczenia z gracją w baletach. Król nienawidził surowych
jansenistów, w których wyczuwał ducha niedawno stłumionej Frondy.
Król zgniecie niebawem Kongregację św. Sakramentu, która ważyła
się przeciwstawić jego jowiszowym miłostkom. Gdy pani de
Navailles, ochmistrzyni dworu, za poradą księdza Joly, zamknęła
kratą wszystkie przejścia, którymi król mógł się udawać do
apartamentów panien dworskich (wśród nich znajdowała się panna
de la Valliere), król wypędził panią de Navailles i jej męża.
Molier czuł tedy w królu sprzymierzeńca; inaczej komedia jego
byłaby nie do pomyślenia.
Król, któremu cenzorowie
moralności dawali się we znaki, przyjął tedy nowy utwór z
zadowoleniem (niektórzy posuwają się aż do podejrzeń, że go
inspirował); nie znalazł natomiast
Świętoszek łaski w
oczach królowej matki, Anny Austriackiej, wówczas już tkniętej
śmiertelną chorobą i tym skłonniejszej do powagi i dewocji. Ale
na ogół zawrzało; zaczęły się krzątania na dworze, aby
udaremnić wystawienie sztuki. Na czele zgorszonych stanął Mgr. de
Perefix, arcybiskup Paryża. Ludwik XIV mimo swej wszechwładzy
musiał się liczyć z głosem, który przemawiał w imię religii i
moralności: starając się osłodzić Molierowi przykrość,
zabronił wszakże grać
Świętoszka publicznie. Nie
przeszkodziło to fanatykom ogłaszać przeciw Molierowi pism, w
których nazywano go „czartem, obleczonym w ciało i przebranym za
człowieka, zasługującym na karę ognia, zanim dosięgnie go ogień
piekielny”. A w owym czasie nie były to przenośnie poetyckie:
ledwie kilka lat upłynęło, jak za sprawą Kongregacji św.
Sakramentu, spalono na stosie mistyka Morina!
Molier wynagradzał sobie
zakaz, czytając sztukę po znamienitych domach, a nawet grając ją
prywatnie (między innymi u brata królewskiego); mimo to zakaz był
dlań ciosem jako dla dyrektora teatru. Aby wypełnić lukę w
repertuarze, pisze naprędce
Don Juana (1665); ale i ten
romansowy temat zmienił się pod koniec sztuki w gryzący pamflet
przeciw obłudzie.
Don Juan, bezbożnik, cynik
i łotr bez czci i wiary, nawraca się pod koniec sztuki: otóż to
nawrócenie jest udaniem, które maże tanim kosztem minione
przestępstwa i zabezpiecza bezkarność dalszym. Słowem, Don Juan
staje się u Moliera nową odmianą Świętoszka: Tartufe to
świętoszek plebejusz, karierowicz; Don Juan to świętoszek wielki
pan, dyletant zepsucia.
Rzecz prosta, że sztuka ta
była dolaniem oliwy do ognia. Padały też pioruny na głowę
Moliera. „Któż zdoła znieść (pisano) zuchwalstwo błazna,
który stroi żarty z religii, daje lekcje wyuzdania i czyni majestat
boży igraszką pana i sługi: ateusza, który się zeń śmieje, i
lokaja, który, bezbożniejszy jeszcze od pana, rozśmiesza innych”.
Król milczał. Kiedy mu
przedstawiano bluźnierstwa i zbrodnie Don Juana, odpowiadał tylko:
„Toteż źle na nich wychodzi”. Bronić jawnie Moliera nie mógł.
Już na drugim przedstawieniu trzeba było skreślić niektóre
ustępy; po piętnastym poradzono wymownie Molierowi, aby sztukę
cofnął z afisza; mimo że zawczasu postarał się o przywilej na
druk, nie wydrukował jej nigdy.
Ten drugi cios, połączony
z najgwałtowniejszą kampanią osobistą przeciw niemu, przygnębił
Moliera do ostatnich granic. Myśli niemal o rzuceniu pióra, w
drugim podaniu do króla o
Tartufa pisze: „To pewna,
Najjaśniejszy Panie, że trzeba mi będzie w ogóle poniechać
komedii, jeżeli świętoszki mają zostać górą”.
Wrogowie Moliera nie ustają
w zabiegach przeciwko pisarzowi: puszczają w obieg jakąś ohydną
książkę, której autorstwo przypisują jemu. Z goryczy, jakimi
napojono Moliera w owej epoce, a do których dołączyły się i
zgryzoty domowe, urodził się
Mizantrop. Tyrady Alcesta
przeciw światu, aluzje do jego procesu, wzmianka wreszcie o tej
bezecnej książce, której autorstwo silono się mu podsunąć, to
są echa ówczesnych udręczeń Moliera. Tak więc epoka najwyższego
wzlotu twórczości Moliera ściśle wiąże się z jego osobistymi
przeżyciami, a największe, najdoskonalsze jego dzieła są niejako
utworami okolicznościowymi.
Ale na
Mizantropie
zamknie się heroiczny okres twórczości Moliera. Stargał siły w
tej walce; daje za wygraną; nie „poniecha komedii”, bo to
niepodobieństwo, ale odtąd poprzestanie na tym, aby bawić
publiczność, a jeżeli dosięgnie kogo satyrą, to w każdym razie
nie tak niebezpiecznych wrogów: tematem jego komedii będą próżność
mieszczucha, uczoność kobieca, wreszcie
lekarze. Och, ci
zapłacą za wszystkich!
Na razie zacisnąwszy zęby
i nie tracąc nadziei odwetu, Molier wraca do roli dworskiego
bawiciela. Odwdzięczając usługi swego niestrudzonego wesołka,
król, wyjeżdżając do obozu we Flandrii, daje Molierowi pozwolenie
(niewyraźne co prawda) wystawienia
Świętoszka po
dokonaniu pewnych zmian. Istotnie, dnia 5 sierpnia 1667 odegrano
sztukę; imię Tartufe, które działało już na pewne sfery niby
czerwona chusta, znikło zupełnie: tytuł sztuki był:
Szalbierz,
bohater jej zaś, przedzierzgnięty w światowego kawalera, nosił
miano Panulfa. Nic nie pomogło; już drugie przedstawienie spotkało
się z zakazem pobożnego prezydenta de Lamoignon, któremu król,
wyjeżdżając, oddał władzę w mieście Paryżu.
Molier próbuje
interweniować u p. Lamoignon, ale onieśmielony wybąkał tylko parę
słów. „Przepraszam pana, ale zaraz jest południe, spóźniłbym
się na mszę” — przerwał mu prezydent. Czyż to nie jest żywcem
odpowiedź, jaką Tartufe przyparty do muru kłopotliwym pytaniem
daje Kleantowi? Strapiony Molier wysyła dwóch aktorów do Flandrii
z podaniem do króla; król przyjmuje ich łaskawie, ale jest
bezsilny wobec tego, że arcybiskup paryski obłożył klątwą
każdego, kto by w jego diecezji zgoła
słuchał czytania
tego utworu.
Dopiero w dwa lata później, przy pomyślnym
układzie okoliczności (chwilowe załagodzenie sporu między
jansenistami a jezuitami),
Tartufe uzyskał wreszcie trwałe
prawo do sceny. Dzień 5 lutego 1669 r. był dniem odwetu i tryumfu
Moliera. Czterdzieści cztery wieczory tłoczono się na
Świętoszku.
Sam Molier grał Orgona, żona jego Armanda — Elmirę. Jednakże,
mimo że odtąd Tartufe nie zeszedł już ze sceny, jeszcze długi
czas po śmierci Moliera utwór ten był przedmiotem ataków
(Bourdaloue, Bossuet) jako szczególnie niebezpieczny dla religii.
Napoleon wyrażał zadowolenie, iż sztuka ta przeszła cenzurę za
Ludwika XIV, gdyż on sam nigdy by jej nie pozwolił wystawić.
III. Podłoże „Świętoszka”. — Życie religijne we
Francji w XVII wieku.
Aby oglądać arcydzieło
Moliera we właściwym świetle, trzeba sobie uprzytomnić w kilku
słowach charakter życia religijnego we Francji w epoce powstania
komedii. Ingerencja religii we wszystkie sfery życia była w XVII w.
olbrzymia. Niedawno jeszcze ster rządów dzierżyli kolejno dwaj
kardynałowie, Richelieu i Mazarin. Katolicyzm, zagrożony postępami
protestantyzmu i pogaństwem Odrodzenia, skupia się do obrony.
Wyrazem tego jest wskrzeszenie idei zakonnej, zwyrodniałej poniekąd
na schyłku średniowiecza, przygasłej pod wpływem intelektualnego
przeobrażenia renesansu. Powstaje mnóstwo zakonów, bądź nowych,
bądź odnowionych w surowym ascetycznym duchu. Wzmaga się w siły
potężny zakon jezuitów. Powstaje z drugiej strony jego
nieprzejednany wróg,
Port Royal, który skupia nie tylko
duchownych, ale i świeckich „samotników”. Niedawne wojny
religijne, wewnętrzna walka jansenizmu z molinizmem, wszystko to
sprawia, że sprawy religijne obchodzą wszystkich bez wyjątku,
znajdują się jakby w stanie zapalnym; a ludzie świeccy biorą w
nich udział niemniej żywy niż duchowni. Dotkliwa lekcja nauki
Chrystusowej, jaką otrzymał świeżo potężny zakon (
Prowincjałki
Pascala), wyszła spod pióra świeckiego człowieka. Ale nie każdy
był Pascalem, a całe mnóstwo ludzi świeckich czuło się w prawie
zaprzątać sprawami religijnymi. Ten dyletantyzm religijny stanowi
jedną z cech epoki, jest jej plagą. Wiele salonów paryskich staje
się jakby filią
Port Royalu. Grasują świeccy
dyrektorowie sumień. Powstają stowarzyszenia (Kongregacja św.
Sakramentu) złożone z duchownych i świeckich, otoczone ścisłą
tajemnicą, starające się ująć w ręce rząd dusz i rozciągające
cenzurę na życie prywatne, często za pomocą środków dość pod
względem etycznym wątpliwych. Że przy wszystkich takich zakusach
teokracji święci prawdziwe orgie obłuda religijna, nad tym nie
trzeba się rozwodzić, jak również nad tym, że musiało być
mnóstwo ludzi, którzy nadużywali tych świętych haseł, aby
czynić zadość swoim bardzo świeckim celom i instynktom. Nawet
świątobliwi kapłani wskazują na obłudę religijną jak na raka
żrącego ówczesne społeczeństwo.
Z drugiej strony trzeba
rzucić okiem na drugi kraniec. Wiek XVII, tak przesiąknięty
kwestią religijną, przedstawia dwa krańcowe negatywy prawdziwej
religii: jeden to obłuda religijna, drugi to „libertynizm”,
ateizm. Ale ten ateizm, to nie był ów mdły nowoczesny
indyferentyzm; był czynny, bluźnierczy. Nacisk religii był taki,
że wywoływał reakcję tejże samej siły. W „libertynizm” ten
wchodziły różne elementy: pogaństwo wyssane z humanizmu;
kartezjanizm pojęty z żarliwą świeżością; krytyka prawd wiary
niesiona przez zwalczające się sekty — wszystko na tle brutalnej
jeszcze bujności temperamentów oraz tej wspomnianej już
bezczynności, która nastała po burzliwej dobie
Frondy.
Zaledwie można przytoczyć
świętokradzkie pomysły, na jakie pozwalali sobie „libertyni”.
Przypominają one rysy młodocianych „ateistów” ze szkolnej
ławy; bo też ta emancypacja spod ojcowskiej władzy Kościoła
miała w sobie coś ze zbuntowanego uczniaka. Wielki Kondeusz, zanim
się nawrócił, ułożył wespół z innymi osobami cały spisek,
aby spalić kawałek drzewa z Krzyża św. Młodociany książę de
Nevers dał ochrzcić świnię; pani Deshoulieres ochrzciła swego
psa, a nie ochrzciła córki, która została bez chrztu do
dwudziestego dziewiątego roku życia. Paru złotych młodzieńców
wyprawiło wesołą ucztę w kościele, w czasie której wydobyli z
grobu świeżego trupa, aby z nim tańczyć.
Molier zarówno daleki był
od obu krańców. Ten dzielny, uczciwy człowiek musiał się
brzydzić wyuzdaniem intelektualnym, które niebawem napiętnuje w
swoim
Don Juanie; ale i z surową pobożnością —
zwłaszcza o ile wciskała się zbyt czynnie w życie prywatne —
nie mógł on sympatyzować. Raz z natury swojej. Jego filozofia
natury, pokrewna filozofii Montaigne'a i Rabelais'go, płynąca
raczej z ducha Odrodzenia, obca była tym hasłom umartwień. Zanadto
kochał życie, aby sprzyjać tym, którzy kazali nim gardzić. Znał
zresztą życie wielu tych „świątobliwych” ludzi; wiedział, co
kryje ta ich troska o „dobro nieba”… Ale gdyby nawet niechęć
ta nie płynęła z jego natury, to musiałaby się zrodzić z fachu.
Surowemu chrystianizmowi, chcącemu opanować umysły i pozyskać je
wyłącznie dla sprawy Boga, solą w oku był teatr.
Port Royal
nazywa wręcz pisarzy dramatycznych „trucicielami dusz”; nie
tylko Molier, ale i wychowanek
Port Royalu Racine — ba,
surowy Corneille! — są przedmiotem gwałtownych napaści zelantów.
Wiadomo, czym był aktor w oczach Kościoła: aby uzyskać ostatnią
absolucję, musiał rewokować swój zawód niby sromotny grzech.
To wszystko musiał widzieć Molier wzrokiem
genialnego obserwatora, spostrzegacza wszystkich wypaczeń ludzkiej
natury. Ale można przypuszczać, że nie przyszłoby mu do głowy
poruszać podobne tematy. Były one zbyt niebezpieczne, nie
dopuszczała ich zresztą ówczesna forma teatralna; nie było dla
nich po prostu miejsca na scenie. Wyzwany jednak, podrażniony,
dotknięty w najboleśniejszych strunach, podjął wyzwanie: napisał
Świętoszka.
IV. Stosunek Moliera do swego tematu. — Stosunek jego przeciwników.
W tydzień po zakazie, jakim
król zmuszony był obłożyć Świętoszka po jego pierwszym
wystawieniu, włoscy aktorzy grali na dworze bardzo drastyczną farsę
pt.
Skaramusz pustelnikiem. Wychodząc, król rzekł do
Kondeusza: „Chciałbym wiedzieć, czemu ludzie, którzy się tak
gorszą komedią Moliera, nie mówią nic na
Skaramusza”.
Na co Kondeusz: „Bo
Skaramusz wyszydza niebo i religię, o
co ci panowie się nie troszczą, komedia Moliera natomiast wyszydza
ich samych i tego nie mogą znieść”.
Odpowiedź dowcipna i
niewątpliwie trafna w stosunku do wielu wrogów komedii Moliera; ale
niepodobna jej uważać za całkowite rozwiązanie kwestii.
Niepodobna powiedzieć, żeby wszyscy, których gorszyła komedia
Moliera, byli obłudnikami. Sądzę, że gdyby komedia ta była
napisana dziś, w naszej wolnomyślnej epoce, niełatwo by się
dostała na scenę, cóż dopiero wówczas! Samo poruszenie tych
tematów, samo wprowadzenie przedmiotu, z natury swojej należącego
do ambony i konfesjonału, na scenę, do komedii, która daleką była
wówczas od dzisiejszej swej godności i sąsiadowała najbliżej z
plugawym błazeństwem, była — powtarzam — dla wielu skandalem.
Skamarusz był błazeństwem i podawany był jako
błazeństwo,
Świętoszek zgoła inaczej. Tak więc możemy
przypuszczać, że wiele osób mogło się z najlepszą wiarą
gorszyć
Świętoszkiem. Przy tym — mówiono — różnica
między świątobliwością szczerą i udaną jest w sercu; formy
zewnętrzne są te same; niepodobna tedy okryć śmiesznością
jednej, aby coś z tej śmieszności nie przylgnęło i do drugiej.
Niepodobna skaleczyć maski, aby przy tym nie drasnąć i twarzy.
Tartufe jest obłudnikiem, ale Orgon jest szczerze, choć ciasno,
nabożnym: i cóż zrobiła zeń ta rzekoma religia? Głupca,
człowieka bez serca, wyzutego z ludzkich uczuć, złego ojca
rodziny…
Kwestia jest tedy dość
złożona. Jak pojmować — nie biorąc się dosłownie na lep jego
wymownej argumentacji w podaniach do króla — prawdziwy stosunek
Moliera do jego tematu, do religii? Nie mamy żadnego prawa
przypuszczać, aby był wrogi; ale religia Moliera to była raczej ta
sama „religia natury”, którą wyznaje Montaigne; schylenie głowy
przed niewiadomym, przed formami katolicyzmu, przy równoczesnym
żądaniu swobodnego rozwoju instynktów. Owa religia posępna,
groźna i zaborcza, jak również religia wciskająca się w cudzy
dom, narzucająca się wszystkim na cenzora i chcąca wytępić
radość i swobodę życia, musiała mu być wysoce antypatyczna, po
równi jako pisarzowi, człowiekowi — i, jak wspomnieliśmy,
dyrektorowi teatru. Dlatego, mimo że Molier się zarzeka, iż w
utworze swoim mierzy jedynie w
obłudę, niezupełnie trzeba
mu dowierzać: mierzy on, mimo iż bardzo oględnie i zręcznie,
także i w formy tej religii — choćby i szczerej — które mu się
zdają ciasne i wrogie życiu. Faktem jest, iż jako przeciwstawienia
obłudzie nie wprowadza obrazu szczerej pobożności, ale,
przeciwnie, rozdziela światła i cienie w ten sposób: z jednej
strony — kliku szalbierzy i głupców, z drugiej — ludzie
uczciwi, godni, sympatyczni, ale bliżsi owej „świeckiej
moralności” uczciwych ludzi niż żywego chrystianizmu. Molier
czuł zapewne tę „słabiznę” i starał się ją osłonić
tyradą Kleanta na cześć prawdziwej pobożności; zaznaczyć
trzeba, iż tyradę tę dopisał dopiero później, po pierwszym
zakazie sztuki, a doradził mu to książę Kondeusz (tzw.
le
grand Conde), wielki — jak mówiono wówczas — „libertyn”,
czyli niedowiarek. Zaznaczmy również, iż Molier był częstym
gościem salonu słynnej Ninon de Lanclos, który uchodził za
fortecę „libertynizmu”.
Tym ciekawszym staje się
fakt, iż książką, która zapłodniła Moliera
Świętoszkiem
i wskazała mu niejako drogę, jest dzieło natchnione najbardziej
surowym i żarliwym chrystianizmem:
Prowincjałki. Bez
Prowincjałek nie można sobie wyobrazić
Świętoszka.
Tylko — mistrzostwo ironii, które rozwija Pascal przeciw jezuitom,
Molier zwróci także i przeciw jansenistom — a raczej stworzy typ
tak ogólny, iż obie walczące strony będą się w nim szukać
nawzajem. Jansenistą mógłby być Tartufe wtedy, gdy nakrywa
chusteczką pierś Doryny i gdy uczy Orgona patrzeć na ziemię „jak
na kupę błota”; molinistą, kiedy wtajemnicza Elmirę w sposoby
„porozumienia się z niebem” i oczyszczenia uczynku przez „dobrą
intencję”. Ujęcie typu jest tu tak szerokie, iż dociekania, w
kogo Molier mierzył w szczególności, zawsze będą ścieśnianiem
jego satyry. Mimo to, jak zawsze, współcześni wskazywali palcem
kilka osób, których portretem ma być „biedaczek” Tartufe.
Najwięcej prawdopodobieństwa ma pogląd, iż
Świętoszek,
nie zatracając swych cech ogólnych, mierzy jednak osobliwie we
wspomnianą już Kongregację św. Sakramentu, która umiała w
praktyce połączyć jansenistyczną nietolerancję z jezuickimi
metodami. Król, którego kongregacja krępowała w jego bujnym
wówczas życiu miłosnym, zgniótł ją tak, jak zgniata w ostatnim
akcie świętoszka. Tym tłumaczy się w znacznej mierze niesłabnąca
opieka i życzliwość króla w tej sprawie.
Świętoszek był dziełem proroczym.
Ludwik XIV z wiekiem stał się Orgonem. Ostatnia jego kochanka, pani
de Maintenon, wprowadziła go na tę drogę; spowiednicy królewscy
zaczęli rządzić Francją, zadając jej wiele klęsk. Obłuda
religijna stała się drogą do kariery: dwór, Paryż, Francja,
wszystko na wiele lat znalazło się pod znakiem Tartufa.
V. Zdobycze komedii Moliera. — Głębia. — Charaktery. —
Mądrość. — Powinowactwo z dramatem. — Satyra.
Komedia
Świętoszek
jest bezwarunkowo szczytem geniuszu Moliera, zarazem jednym z
najśmielszych czynów artystycznych, jakie ludzkość wydała. Tylko
jeden Molier zdolny był zamknąć ten temat w ramach komedii, nie
obrażając na każdym kroku poczucia widza, a zarazem nie
przytłaczając go ponurością obrazu. Siła i artyzm dzieła są
takie, iż szpetna prawda życia wznosi się do wyżyn harmonijnej
poetyckiej złudy; mocą tej tajemnicy geniuszu potwór Tartufe staje
się rozkosznym wręcz zjawiskiem, a najbardziej odrażające jego
czyny zanurzają nas w pełni estetycznego zadowolenia.
A teraz zestawmy daty!
Molier wystąpił pierwszy raz na dworze króla z jakąś ucieszną
farsą, która się nie zachowała, w r. 1658; w r. 1659 daje
Pocieszne wykwintnisie, w 1662
Szkolę żon, 1664
Świętoszka — i oto w ciągu lat sześciu od farsy
bliskiej jeszcze średniowieczu, tkwiącej w atmosferze kuglarzy
jarmarcznych, doszliśmy do szczytu, którego komedia współczesna
nie tylko nie przewyższyła, ale który na zawsze zapewne pozostanie
jej niedościgłym wzorem. Z dawnej komedii, której celem było
tylko bawić, mniej lub więcej wybrednie, ale tylko bawić, Molier
uczynił głębokie studium duszy ludzkiej. Tradycyjne marionetki,
których ślad widzimy jeszcze w pierwszych jego komediach, zmieniają
się w ludzi, w nieśmiertelne typy: żyją jakby stokrotnie
spotęgowanym życiem ludzkim, skupiając niby soczewką poruszające
ludźmi namiętności.
Zarazem o ile komedia
przedmolierowska jedynie bawi, Molier, bawiąc nas — i to bawiąc o
ileż lepiej! — nie poprzestaje na tym: on nas uczy. Nie ma w jego
utworach oschłego dydaktyzmu: ale dzięki samej głębi ujęcia
wyłania się z niej nauka, mądrość życia. Nie jest to owa
cnotliwa mądrość, którą do zbytku czasem częstuje się młodzież
— stąd spotykał się Molier z zarzutem niemoralności (J. J.
Rousseau!) — jest to mądrość dla ludzi dojrzałych, mających
odwagę spojrzeć życiu w oczy. Molier działa jak doświadczenie,
nieraz gorzkie, bolesne, chociaż w śmiejącej się podane formie.
Toteż w dziele swoim
zaciera on niejednokrotnie granice pomiędzy komizmem a powagą
życia. Omawiając w „Bibliotece Narodowej” Molierowskiego
Skąpca, starałem się wykazać, w jaki sposób największe
komedie Moliera mieszczą w sobie istotę nowoczesnego dramatu.
Molier doprowadza nas aż na sam kraniec: aby
Świętoszek
skończył się szczęśliwie, trzeba było Molierowi uciec się aż
do cudownej interwencji monarszej.
Już
Szkoła żon
była w teatrze francuskim utworem rewolucyjnym (świadczy o tym sama
kampania, do jakiej dała powód!). Ze
Szkołą żon rodzi
się w teatrze francuskim komedia obyczajowa i komedia charakterów.
Ale pod wieloma względami te nowe zdobycze gniotły się tam jeszcze
w dawnych ramach. Ten „plac publiczny”, na którym toczy się
akcja; zmiana nazwiska, na której wspiera się cała intryga; ciągłe
zwierzenia Horacego i monologi Arnolfa, wszystko to — jakże wydaje
się ubogie wobec wspaniałej ekspozycji
Tartufa, wobec
soczystych, pełnych scen trzeciego i czwartego aktu! Molier
przebiega drogę od starej farsy do nowoczesnej komedii w
siedmiomilowych butach; tym razem jeszcze od
Szkoły żon
zrobił krok olbrzymi i — ostateczny: dalej już komedia nie
sięgnie, ani u Moliera, ani po nim. Niepodobna mi tu obszernie
rozwodzić się nad rysami, które czynią z
Świętoszka
komedię na wskróś
obyczajową, wprowadzającą nas do
wnętrza domu paryskiej mieszczańskiej rodziny; nad tymi, które
czynią zeń arcydzieło komedii
charakterów, gdzie
zewnętrzna intryga nie gra żadnej roli, a cała akcja wynika z
zazębienia się i tarcia tych charakterów o siebie.
Niepodobna też
wyszczególniać wszystkich genialnie prostych i celnych rysów
komicznych, w których Molier ujmuje swój temat. Ale w scenach tych,
naznaczonych najwyższym komizmem, Molier nie zaparł się tej
macierzy, z której wyrósł, starej
farsy francuskiej: bez
jej szerokiej wesołości nie zdołałby zneutralizować elementów
ponurego dramatu, w każdej chwili gotowych wcisnąć się tu na
scenę. Pani Pernelle, Doryna, pan Zgoda, Orgon wreszcie w scenie,
gdy siedzi pod stołem, to są owe farsowe tradycje: jakże
wzbogacone, jak szczęśliwie przeobrażone pod piórem Moliera!
Ale
Tartufe jest czymś więcej niż
arcydziełem komedii obyczajowej i komedii charakterów; jest to
zarazem pierwsza od Arystofanesa satyra społeczna na scenie i to
satyra o najwyższej doniosłości. Jest to jedno z tych dzieł, o
których można powiedzieć, że ważą na losach ludzkości, niemal
rozstrzygają o nich. Satyrą, pamfletem, są już
Pocieszne
wykwintnisie; ale przedmiot ich jest nieskończenie węższy,
literacki. Jeżeli prawdą jest tradycja o owym staruszku, który w
czasie pierwszego przedstawienia
Wykwintniś miał krzyknąć:
„Śmiało, Molierze, oto mi komedia”, trzeba uznać, iż Molier
posłuchał zachęty.
Tartufe, a później
Don Juan,
dają miarę śmiałości i głębi, z jaką Molier zdolny był
ujmować zjawiska społeczne; kto wie, co byłby jeszcze osiągnął
na tej drodze, gdyby zbyt nierówna walka nie złamała jego sił.
VI. Doniosłość społeczna satyry Moliera.
Molier odkrył jedną
tajemnicę: odkrył w teatrze nową potęgę, jedną z największych,
jakie istnieją, mianowicie zabijać śmiechem, śmiechem brzmiącym
ze sceny. W ręku Moliera komedia staje się satyrą, jedną z
najgwałtowniejszych, najcelniejszych, jakie istnieją. A
równocześnie, piętnując to, co go przejmuje wstrętem, Molier
głosi swą twórczością własny ideał życia. Komedia staje się
u niego niejednokrotnie trybuną, mównicą. I posiadłszy tę
potęgę, Molier jest nie tylko twórcą komedii: on jest i twórcą
życia. Przyszedł, spojrzał dokoła siebie i powiedział: „to a
to jest głupie, złe i śmieszne, nie chcę, aby to istniało”. I
to, co on tak napiętnował, znikało strawione własną
śmiesznością. Jeżeli problem
Świętoszka jest dziś
poniekąd przebrzmiały, to właśnie jest największą zdobyczą
Moliera. Nie zmienił oczywiście Molier zasadniczych cech ludzkiej
natury, ale w momencie przeobrażania się społeczeństwa zwalił
swoją satyrą niejeden z bałwanów stających na przeszkodzie
idącemu nowemu życia i tak potężnie jak może nikt inny
przyczynił się do jego ewolucji w duchu światła i swobody.
Przyszłość ziściła wszystkie postulaty Moliera.
Od pierwszej chwili powrotu
do Paryża Molier czuje się nieswojo w tym świecie. Na każdym
kroku widzi panoszące się głupstwo, ciasnotę pojęć,
bakalarstwo, obłudę, przemoc, ucisk. Toteż każda jego sztuka to
wybicie jakiegoś okna, aby wpuścić powietrze, którego potrzebował
dla płuc.
Epoka, w której żył
Molier, znajduje się na przełomie dwóch zmagających się z sobą
światów. Z jednej strony nowoczesna myśl, niezmiernie bliska już
nas, z drugiej cały aparat społeczny i naukowy, niemal
średniowieczny, przeżyty, ale dzierżący jeszcze wszystko w ręku
i konwulsyjnie broniący się inwazji nowego ducha.
A obręcz ta była silna:
oficjalni władcy ludzkich wierzeń i myśli posiadali w ręku
wszystkie środki represji. Medycyna, prawoznawstwo, filozofia i
najgroźniejsza z nich teologia podawały sobie ręce, gdy chodziło
o poskromienie śmiałka, który się odważył podkopywać autorytet
lub rutynę. „Ateuszem” jest, kto nie wierzy w puszczanie krwi,
heretykiem, kto nie wierzy w Arystotelesa. A ogłosić wówczas kogoś
ateuszem znaczyło niemal postawić go poza obrębem prawa,
znaczyło poszczuć go jak psa. To nam tłumaczy doniosłość walki
Moliera z ówczesną medycyną; to nam tłumaczy, jak
Świętoszek
czy farsy lekarskie Moliera, czy też jego pocieszni „filozofowie”,
wszystko płynie z jednego i tego samego źródła.
Pamiętajmy o potędze
ówczesnych Tartufów i Orgonów. Przed nimi to Kartezjusz chroni się
przezornie do Holandii, a i tam na wiadomość o skazaniu Galileusza
niszczy swój
Traktat o świecie. Wobec zjednoczonych potęg
duchownych i świeckich jakże słabe były środki, którymi
rozporządzali ówcześni bojownicy światła! Myśli ich, wyrażane
z nieskończonymi ostrożnościami, krążyły wyłącznie niemal w
szczupłym kręgu naukowego świata: przenikanie ich do ogółu było
bardzo ograniczone.
I naraz przybył im
nieoczekiwany sukurs. Ten aktor wędrowny, wesołek królewski,
który, nim puścił się z trupą komediantów na prowincję, liznął
co nieco z filozofii Gassendiego, a później nauczył się po prostu
czytać w księdze życia, stanął w szeregu walczących o światło,
mając w ręce najsprawniejszą broń: śmiech i szyderstwo. I stał
się ten cud, iż od potężnego wybuchu śmiechu, wywołanego
geniuszem komicznym Moliera, zatrzęsły się mury gmachu, którego
nie mogły zburzyć zespolone trudy uczonych: od tego szerokiego
śmiechu pierzchają duchy ciemności, a myśl ludzka może się
rozwijać swobodnie. Strzały Moliera docierają tam, gdzie nie mogą
dosięgnąć kolubryny mędrców; w nieśmiertelnych typach,
zdaniach, piętnuje on swoje ofiary znamieniem śmieszności, spod
której się już nie podniosą. Molier jest jednym z szermierzy,
którzy najdzielniej przyczynili się do przyśpieszenia koniecznej i
zbawczej przemiany: nim spełni się ona w historii, w nauce,
spełniła się w jego duchu.
Czy Molier zdawał sobie sprawę ze swego
współpracownictwa z najwyższymi duchami epoki, z dziełem
Kartezjuszów i Pascalów? Może. Ale ten dyrektor teatru, jego
główny aktor, dostawca repertuaru i aranżer dworskich
uroczystości, dosyć miał swoich spraw na głowie. Stało się to
poniekąd mimowiednie, mocą tego imperatywu zdrowego rozumu oraz
wrodzonego instynktu swobody, jakie tkwiły w Molierze. Może tak
samo byłby zdziwiony, dowiadując się o tym, jak tym, że w jego
dziele tkwią już owe elementy, które w półtora wieku po nim
wydadzą Rewolucję Francuską, jak to w nim odnaleźli jego
komentatorzy.
VII. Źródła „Świętoszka”. — Jego przeobrażenia.
— Akcja. — Charaktery.
Świętoszek jest
jednym z najbardziej oryginalnych utworów Moliera, który, gdy mu to
było potrzebne albo gdy się zanadto śpieszył, nie robił sobie
skrupułów w czerpaniu z różnych źródeł, przeobrażając
zresztą dotknięciem mistrza każdy motyw i nadając mu właściwy
ton. Mimo to hipokryzja nie była obcą literaturze francuskiej.
Historycy literatury wymieniają wśród rzekomych „źródeł”, w
których można odnaleźć dość dalekie analogie do
Świętoszka,
satyrę Regniera, komedię Aretina, nowelę Boccaccia, romans Sorela
Peryander, nowelę Scarrona
Obłudnicy, wreszcie
powiastkę Barbadilla, stanowiącą może znowuż źródło Scarrona:
La Hija de Pierres y Celestina. O znaczeniu
Prowincjałek
Pascala — może największym — dla powstania
Świętoszka
wspominaliśmy już poprzednio. Ale jeżeli temat był w literaturze
nienowy, Molier odnowił go najzupełniej, nadał mu akcent, który z
jego komedii uczynił dzieło epokowej doniosłości.
Powiedzmy od razu, że ten
najgenialniejszy z jego utworów nie jest najdoskonalszym z punktu
widzenia klasycznej sztuki. Pod względem jednolitości, wzorowego
prowadzenia akcji, przewyższają go niewątpliwie taki
Mizantrop
lub
Uczone białogłowy. Przyczyna tego stanie się jasna,
skoro sobie przypomnimy musowe przeobrażenia, jakie przechodził
Świętoszek; toteż oceniając go pod względem
kompozycyjnym, należy pamiętać o tych kolejach. Nie wiemy, jaka
była jego pierwotna postać, może różniła się znacznie od
ostatecznej redakcji. Byle osiągnąć cel, tj. wystawienie
Świętoszka, Molier nie targował się zbytnio o szczegóły:
gotów był zmieniać, ujmować, przerabiać, a zawsze w gorączkowym
pośpiechu, wśród nawału prac i dalszej twórczości. Niejedna
zapewne skaza jest wynikiem tych przeróbek; a może i niejeden rys,
którym zachwycano się później jako wyrazem genialnej intencji
Moliera…
Pierwotnie wystawił Molier trzy akty: nie
wiemy wprawdzie, czy to była pełna sztuka, ale w każdym razie
trudno przypuścić, żeby to były pierwsze trzy akty dzisiejszego
Świętoszka. Później wiemy, że Molier przerabiał go,
łagodził: że Tartufe, który zrazu występował niemal w duchownej
sukience, przemienił się na dwornego i modnie odzianego „Panulfa”,
aby potem znowu wrócić do postaci Tartufa. Kto wie, może całe
projektowane małżeństwo Tartufa z Marianną jest późniejszym
dodatkiem, mającym za cel podkreślenie świeckiego charakteru
obłudnika? Nie jest to wcale pewne, gdyż — jak poprzednio
wspominałem — w owej epoce świecki charakter dał się
najzupełniej pogodzić z rolą wścibskiego i interesownego
dyrektora sumień; ale jest to możebne. Kto wie, może cały drugi
akt jest wstawiony później w tym celu: istotnie, ten akt, nie
posuwający w niczym akcji i stanowiący jak gdyby dygresję,
sprzecza się trochę z resztą sztuki, opóźnia zjawienie się
głównej osobistości, łamie linię charakteru Orgona, okupując to
zresztą sowicie śliczną sceną „zwady miłosnej”. Ale i ta
scena, i scena Marianny z ojcem i Doryną nie są organicznie
związane z komedią: mogłyby się znaleźć w innym utworze. Weźmy
dalej zjawienie się Tartufa, które przypada dopiero na trzeci akt!
W żadnej komedii Moliera nie ma przykładu tak późnego zjawienia
się głównej osobistości. Sarcey tłumaczy to tym, iż wobec tego,
że cała akcja polega na ślepym zaufaniu Orgona, trzeba było aż
tyle czasu, aby to zaufanie w oczach publiczności ugruntować. Tak;
ale to się dzieje w pierwszym akcie; drugi akt nie przydaje już nic
w tej mierze. Zakończenie
Tartufa było przedmiotem
licznych komentarzy. Nieraz obwiniano Moliera o niedbałe i sztuczne
zakończenia sztuk; można by rzec na to, iż musi być poniekąd
sztuczne zakończenie tam, gdzie przedmiot godny
dramatu
pisarz zamknął w ramach komedii. Tak np. tutaj: trudno wręcz sobie
wyobrazić, jakie byłoby możebne inne zakończenie. Wady,
śmieszności może komedia ukarać swym bacikiem, ale tu, jakże
zrobić porządek z tym zbrodniarzem bez udziału ręki
sprawiedliwości? I tu jednak trzeba pamiętać, że nie wiemy, czy
Tartufe miał to zakończenie od początku, czy też dorobił
je Molier później, zarówno aby okazać wdzięczność królowi,
jak aby go niejako wciągnąć do wspólnictwa. „I pomyśleć —
wykrzykuje z żalem Maurycy Donnay w miłych swoich prelekcjach o
Molierze — że będziemy może wiedzieli kiedyś, co się dzieje na
Marsie, a że nigdy nie będziemy znali pierwszych trzech aktów
Tartufa tak, jak je grano w r. 1664 w Wersalu!
VIII. Artyzm Świętoszka.
Ale czymże są owe drobne
skazy wobec genialnych rysów tej komedii! W całej literaturze
świata nie ma tak świetnej ekspozycji — tej ekspozycji, dla
której Goethe nie miał dość słów podziwu — jak tutaj, gdy w
scenie pełnej ruchu, życia, pani Pernelle, roztaczając przed nami
swój charakter, mimochodem „stawia” i charakteryzuje cały dom
Orgona, wszystkie figury, zdanie świata o nich, stosunek ich do
Tartufa i wreszcie wypada impetycznie, stwierdziwszy policzkiem danym
Flipocie swoje miłosierdzie chrześcijańskie! W całym dziele
Moliera, gdzie zwykle ekspozycja rozwija się z wolna w rozmowie
między dwiema postaciami, nie ma tak świetnej sceny. A potem!
zjawienie się Orgona, jego sławny „biedaczek”! powtórzony
czterokrotnie z coraz to komiczniejszym efektem i potem opowiadanie
jego o swoim poznaniu się z Tartufem. Jak cudownie przygotowane jest
zjawienie się szalbierza, z jakim naprężeniem go oczekujemy. I w
akcie trzecim zjawia się wreszcie: w czterech wierszach mówionych
za sceną jest już cały; jeszcze dorzuca soczysty i zabawny rys
obłudy w króciutkim dialogu z Doryną, aby natychmiast, w
karkołomnej scenie, przejść do oświadczyn Elmirze. Nie ma może w
literaturze świata śmielszego, genialniejszego skrótu. Poznaliśmy
Tartufa jako gracza niezwykłej siły i tu poznajemy jego słabiznę:
zmysłowość. Pod tą surową suknią, pod tą obleśną twarzą wrą
namiętności. I co za formę znalazł Molier dla ich wyrażenia: jak
te oświadczyny świętoszka całe wygrane są na języku dewocji i
pokory, którym jest przesiąknięty!
A potem w scenie z Orgonem,
kiedy Tartufe, zdemaskowany, chwycony za rękę, znajduje się w
położeniu zdawałoby się bez wyjścia i nagle śmiałym zwrotem
staje się panem sytuacji; kiedy ci dwaj ludzie, Tartufe i Orgon,
klęczą nawzajem przed sobą, lejąc łzy rozczulenia, i kiedy
wreszcie szalbierz zgarnia tłusty zapis z pobożnym westchnieniem:
„Wola niebios we wszystkim niechaj się wypełni!” — patrzymy
na to z uczuciom bezgranicznego podziwu, z pełnią zadowolenia:
wyżej w teatrze nikt nie poszedł, nie sięgnął!
Zarzucano czasem temu
świętoszkowi, że jest kreślony rysami zbyt grubymi, że obłuda
jego jest zbyt jawna. Zarzut niesłuszny: właśnie dzięki tej
śmiałości skrótu ta figura jest tak teatralna, tak silnie stoi na
nogach. Przy tym trzeba pamiętać o jednym: nie sam Tartufe jest
bohaterem sztuki; jest nim dopiero łącznie z Orgonem: ta para
dopiero daje dwie fizjonomie problematu: szalbierstwo i zaślepienie.
Szalbierstwo Tartufa musi być grube, aby na jego tle uwydatniła się
ślepota i zacietrzewienie Orgona. W akcie czwartym śmiałą ręką
sięga Molier do skarbca efektów farsowych, aby w scenie Orgona pod
stołem złagodzić drastyczność naocznego dowodu, którego
koniecznie było trzeba, aby przekonać Orgona. To była ta scena,
którą Napoleon uważał za szczególnie zuchwałą. A w końcu, gdy
zdawałoby się, że już wszystkie źródła komizmu wyczerpane, że
już Molier wystrzelał wszystkie strzały z kołczana, znajduje
jeszcze przezabawną scenę pani Pernelle, gdy z kolei przekonany
Orgon natyka się na ślepy upór swej nieodrodnej matki, i wreszcie
kapitalną scenę z panem Zgodą.
Ta scena z panem Zgodą jest
głębokim i mądrym rozszerzeniem perspektywy
Świętoszka.
Czujemy tu, że w osobie Tartufa nie z jednym świętoszkiem mamy do
czynienia, ale z całą kliką, z kliką czarno odzianych, słodko
mówiących jegomościów, którzy stanowią wszyscy jedno wielkie
bractwo, zawsze gotowe udzielić sobie pomocnej ręki. Mamy tu
wszystkie szczeble: Tartufe, pan Zgoda i niewidzialny Wawrzyniec, to
szalbierze; pani Penelle i Orgon, to członkowie tej samej kliki, tym
niebezpieczniejsi, że wnoszą w nią przy swoim zaślepieniu
uczciwość i dobrą wiarę. Tej klice przeciwstawia Molier Elmirę,
dzieci Orgona, rozsądną Dorynę i szlachetnego Klitandra:
bezsprzecznie uczciwi ludzie, ale raczej wcielający świecką
uczciwość niż przeciwstawiający rzetelną pobożność fałszywej.
Rzetelna pobożność znajdzie swego cokolwiek zimnego i urzędowego
obrońcę w Kleancie. Gorzej jeszcze zdarzyło się jej w
Don
Juanie, gdzie ataki na religię wkłada Molier w usta świetnemu
Juanowi, a obronę jej powierza ciurze i głupcowi Sganarelowi…
Artyzm Moliera sprawia, iż dzisiaj, gdy tło
jego komedii stało się na pozór tak mało aktualne, sztuka ta
pozostała jedną z najbardziej teatralnych, jedną z najbardziej
ulubionych. Nie zestarzała się ani trochę, mimo że zestarzał się
jej temat. Ale czy ten temat naprawdę się tak zestarzał? Nie
sądzę*. Wprawdzie nacisk spraw religijnych na życie społeczne i
indywidualne nie jest dziś taki, jaki był wtedy, ale cóż stąd?
Czyż mało jest innych terenów, na których grasuje Świętoszek?
Dobro nieba zmieniło się dziś może na dobro kraju, dobro
ludu, dobro społeczeństwa, ale istota rzeczy jest ta sama: jest nią
nadużywanie szanownych i świętych haseł dla osobistych celów. A
Sztuka, a ideały jakiego bądź rodzaju, czyż to nie żer dla
Tartufów? Trzeba tylko umieć patrzeć, a odkryje się
Tartufa
częściej, niż się myśli: jest on nieśmiertelny. Jeżeli nie
całego — bo to jest genialna synteza, skrót — to ułamki jego
spostrzega się raz po raz: świat jest pełen Tartufów i Orgonów
we wszelkich kombinacjach.
Tadeusz Boy-Żeleński