Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Strugaccy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Strugaccy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 grudnia 2016

Przenicowany świat ...

...To, co opowiedział, było potworne. To było potworne samo przez się, potworne również i dlatego, że nie po­zostawiało cienia wątpliwości. Dopóki mówił - niezbyt głośno, spokojnie, czystym, literackim językiem, [...] Maksym ze wszystkich sił starał się znaleźć jakąś lukę w tym nowym obrazie świata. Daremnie. Obraz był spójny, prymitywny, beznadziejnie logiczny i tłu­maczył wszystkie znane Maksymowi fakty. To było naj­większe i najstraszliwsze odkrycie spośród wszystkich odkryć, dokonanych przez Maksyma na jego zaludnio­nej wyspie.

Promieniowanie wież nie było przeznaczone dla wy­rodków. Oddziaływało na układ nerwowy każdej isto­ty ludzkiej z tej planety. Fizjologiczny mechanizm te­go oddziaływania nie był znany, lecz jego istota spro­wadzała się do tego, że mózg poddany napromieniowa­niu tracił zdolność krytycznej analizy rzeczywistości! Człowiek myślący zamieniał się w człowieka wierzącego i zaślepionego, wierzącego fanatycznie, wbrew bijącym w oczy faktom. Człowiekowi znajdującemu się polu promieniowania można było, za pomocą najprymitywniejszych środków, wmówić każdą rzecz i poddany takiej sugestii uważał wtłaczane mu do głowy brednie za święte i jedyne prawdy, gotów był dla nich żyć, cierpieć i umierać.

Pole działało zawsze. Niezauważalne, wszechobecne i wszechprzenikające. Wypromieniowywała go nieustan­nie gigantyczna sieć wież pokrywająca cały kraj. Ni­czym tytaniczny odkurzacz wysysało z milionów umy­słów wszelkie wątpliwości na temat tego, co krzycza­ły gazety, broszurki, radio i telewizja, co powtarzali nauczyciele w szkołach i oficerowie w koszarach, co głoszono z kościelnych ambon. Nieznani Ojcowie kie­rowali wolę i energię milionowych mas tam, dokąd tylko zechcieli. Mogli zmusić i zmuszali tłumy do ubó­stwiania siebie; mogli wzbudzać i wzbudzali nieubłaga­ną nienawiść do wrogów zewnętrznych i wewnętrznych; mogli, gdyby im przyszła na to ochota, pognać miliony pod karabiny maszynowe i armaty, a te miliony umie­rałyby z najwyższym zachwytem; mogli zmusić miliony do wzajemnego wyrzynania się w imię czegokolwiek; mogli dla kaprysu wywołać epidemię samobójstw... Mo­gli wszystko.

Dwa razy na dobę, o dziesiątej rano i dziesiątej wie­czorem gigantyczny odkurzacz włączano na pełną moc i przez pół godziny ludzie nie byli już ludźmi. Wszy­stkie wewnętrzne napięcia, narosłe w podświadomości z powodu sprzeczności hipnotycznych urojeń z rzeczy­wistością, wyzwalały się w paroksyzmie rozpasanego entuzjazmu, w ekstatycznej euforii samo-poniżenia i adoracji. Takie nawały promieniste całkowicie tłumiły odruchy, zabijały instynkty i zastępowały je potwornym kompleksem wdzięczności i uwielbienia dla Nieznanych Ojców. W takim stanie napromieniowywany całkowicie tracił zdolność rozumowania i działał jak robot, któremu wydano rozkaz.

Niebezpieczni dla Ojców mogli być jedynie tacy ludzie, którzy ze względu na swą fizjologiczną odrębność byli niepodatni na sugestię. Nazywano ich wyrodkami. Pole ciągłe nie działało na nich w ogóle, zaś nawały pro­mieniste wywoływały jedynie nieznośne boleści. Wyrod­ków było stosunkowo niewielu, ale byli to jedyni czuwa­jący ludzie w tym królestwie Somnambulików. Tylko oni zachowali zdolność trzeźwej oceny świata rzeczywistego, oddziaływania nań, zmieniania i kierowania światem. Największy koszmar krył się w tym, że właśnie oni do­starczali społeczeństwu elity władzy. Wszyscy Nieznani Ojcowie byli wyrodkami, ale większość wyrodków nie była Nieznanymi Ojcami. Ci bowiem, którzy nie zdołali lub nie zechcieli wejść do elity, albo też nie wiedzieli, że taka elita istnieje, a więc wyrodki -żądni władzy, wy­rodki - rewolucjoniści i wyrodki - mieszczanie zostali uznani za wrogów ludzkości i odpowiednio traktowani.

Maksym poczuł taką rozpacz, jakby nagle odkrył, że jego zaludniona wyspa jest w rzeczywistości zamieszka­na nie przez ludzi, lecz przez marionetki. Nie było na co liczyć. Plan zdobycia jakiegoś większego obszaru był zwykłym awanturnictwem. Ogromna maszyna do ogłu­piania była zbyt prosta, aby mogła ewoluować i zbyt wielka na to, żeby dała się zniszczyć niewielkim i siła­mi. W kraju nie było żadnego czynnika, który mógłby wyswobodzić ogromny naród nie mający pojęcia o tym, że nie jest wolny; naród, który - jak się wyraził Dzik - wypadł z biegu historii. Maszyna była niezni­szczalna od wewnątrz i częściowo unicestwiona natych­miast się odbudowywała. Na zakłócenia zewnętrzne rea­gowała błyskawicznym atakiem, nie troszcząc się przy tym o los swych poszczególnych elementów. Jedyna na­dzieja kryła się w fakcie, że maszyna miała Centrum, pulpit sterowniczy, mózg. To Centrum teoretycznie moż­na było zniszczyć, doprowadzić maszynę do stanu nie­trwałej równowagi i spróbować przestawić ten świat na inne tory, zawrócić na drogę historii. Ale lokalizacja Centrum była największą, najpilniej strzeżoną tajemni­cą. Nie było też nikogo, kto mógłby je zniszczyć. To by­ło coś zupełnie innego niż atak na wieżę. To była poważ­na operacja wymagająca ogromnych środków i przede wszystkim armii ludzi niepodatnych na promieniowanie. Niepodatnych, to znaczy odpornych z natury lub zaopa­trzonych w skuteczne, proste i łatwo dostępne urządze­nia ochronne. Niczego podobnego nie było i nic nie wskazywało na to, że kiedyś będzie. Kilkaset tysięcy wyrodków nie stanowiło jednolitej masy. Ludzie ci byli rozproszeni, skłóceni i prześladowani, wielu zaś w ogó­le należało do kategorii tak zwanych "wyrodków legal­nych". Gdyby nawet udało się ich zjednoczyć i uzbroić, to Nieznani Ojcowie natychmiast wytrzebiliby tę ma­lutką armię, kierując przeciwko niej ruchome emitery włączone na pełną moc...

Zef dawno już zamilkł, a Maksym nadal siedział z opuszczoną głową i dłubał patykiem w czarnej, suchej ziemi. Potem Zef odchrząknął i powiedział:

- Tak, kolego. Tak to wygląda naprawdę.

Zdawało się, że zaczął już żałować, iż opowiedział, jak to wygląda naprawdę.

Na co więc liczycie?! - wyrwało się Maksymowi.

A. B Strugaccy Przenicowany świat
tlumaczenie: Tadeusz Gosk

środa, 25 czerwca 2014

Pod presją


W książce: „Miliard lat przed końcem świata”, grupa naukowców badaczy jest poddana tajemniczej presji, celem tej siły która na nich oddziałuje jest powstrzymanie ich od dalszej pracy. Nie bardzo wiadomo dlaczego, ofiary snują różne teorie. W końcu wszyscy się załamują z wyjątkiem jednego Wieczerewskiego, któremu oddają teczki ze swymi pracami. Moja lektura, wydaje mi się, że chyba nawet jeszcze przed szkołą średnią, już dobrze nie pamiętam, w każdym razie bardzo wczesna. Nie jestem dobry w pisaniu recenzji, ale mam nadzieję, że te parę cytatów wystawi odpowiednią recenzję książce:)


I znowu wszyscy umilkli na dłuższy czas. Popijali herbatę. Potem Głuchow powiedział cichym głosem: 

- Jakaż to znakomita herbata! Słowo daję, jest pan mistrzem, Dymitrze Aleksiejewiczu. Dawno nie piłem takiej herbaty... Tak, tak... Oczywiście to wszystko jest trudne, niejasne... A z drugiej strony niebo, księżyc - patrzcie, jaki piękny... herbata, papierosy... Doprawdy, czego jeszcze potrzeba człowiekowi? Telewizja nadaje serial kryminalny, zupełnie niezły... Nie wiem, nie wiem... Pan coś mówił, Dymitrze, o gwiazdach, o rozproszonej materii... A co nas to właściwie obchodzi? Jeśli się tak dobrze zastanowić? Jakieś podglądactwo, prawda? No więc dostał pan po łapach - nie podglądaj! Pij herbatę, patrz w telewizor... Niebo nie jest po to, żeby w nim gmerać. Niebo jest po to, żeby się nim zachwycać... I w tym momencie syn Zachara dźwięcznie i triumfalnie oznajmił:
- A ty jesteś chytry!

(…)

- Łatwo powiedzieć wybierać! - zaczął nawet Zachar, ale odezwał się Głuchow i Zachar z nadzieją wlepił w niego oczy. - Przecież to jasne! - powiedział Głuchow z niezwykłą mocą. - Czy naprawdę nie jest dla was oczywiste, co należy wybrać? Życie, oczywiście! No bo co innego! Przecież nie te wasze teleskopy, nie wasze probówki... Niech się udławią waszymi teleskopami! Waszą dyfuzyjną materią!... Trzeba żyć, trzeba kochać, wielbić przyrodę, wielbić, a nie dłubać w niej! Kiedy teraz patrzę na drzewo, na krzak, czuję i wiem, że to mój przyjaciel, istniejemy jeden dla drugiego, jesteśmy sobie wzajemnie potrzebni...

- Teraz? - zapytał głośno Wieczerowski. Głuchow zająknął się.
- Przepraszam? - wymamrotał.
- A przecież my się znamy, Władlenie Siemionowiczu - powiedział Wieczerowski. - Pamięta pan? Estonia, szkoła lingwistyki matematycznej... sauna, piwo...
- Tak, tak - powiedział Głuchow, spuszczając oczy. - Tak.
- Pan był wtedy zupełnie inny - powiedział Wieczerowski.
- Kiedy to było... - powiedział Głuchow. - Baronowie, wie pan, starzeją się...
- Baronowie również wojują - powiedział Wieczerowski. - Nie tak znowu dawno to było. Głuchow w milczeniu rozłożył ręce.

Malanow nic z tego intermedium nie zrozumiał, ale coś tam było, i to coś niemiłego, nie przypadkiem rozmawiali ze sobą w ten sposób. A Zachar widocznie zrozumiał jakoś po swojemu, wyczuł chyba jakiś wyrzut pod swoim adresem w tych kilku słowach, a może nawet zniewagę, ponieważ nagle z niezwykłą gwałtownością, nieomal z nienawiścią, prawie krzyknął zwracając się do Wieczerowskiego:
- A jednak Sniegowoja zamordowali! Panu łatwo mówić, pana nie wzięli za gardło, panu to dobrze!
Wieczerowski skinął głową.

- Tak - powiedział. - Mnie jest dobrze. Mnie jest dobrze, ale Władlenowi Siemionowiczowi także jest dobrze. Prawda?

Malutki, przytulny człowiek z zaczerwienionymi króliczymi oczkami za mocnymi staromodnymi szkłami w stalowej oprawce ponownie w milczeniu rozłożył ręce. Potem wstał i nie patrząc na nikogo powiedział:
- Przykro mi, ale czas już na mnie. Jest bardzo późno...

(…)

- Słuchaj - powiedziałem przez zęby. - Co zaszło między tobą a Głuchowem? Jakoś dziwnie z nim rozmawiałeś...
- On mnie rozgniewał - powiedział Wieczerowski.
- Czym?
Wieczerowski przez chwilę milczał.
- Nie ma odwagi zostać sam - powiedział.
- Nie rozumiem - oświadczyłem po chwili namysłu.
- Złości mnie nie to, jakiego dokonał wyboru - powiedział Wieczerowski powoli, jakby rozmyślając na głos. - Ale po co wciąż się usprawiedliwiać? A on się nie tylko usprawiedliwia, jeszcze stara się zwerbować innych. Wstyd mu być słabym wśród silnych, chce, żeby i inni byli słabi. Myśli, że wtedy będzie mu lżej. Być może ma rację, ale mnie to rozwściecza...
Słuchałem go z otwartymi ustami, a kiedy umilkł, zapytałem ostrożnie:

- Chcesz powiedzieć, że Głuchow... też jest pod presją?
- On był pod presją. I nie wytrzymał.
- Poczekaj... Jesteś pewien? Powoli odwrócił do mnie twarz.
- A ty nie zrozumiałeś? - zapytał.
- Skąd? Przecież on mówił... Słyszałem na własne uszy... Zresztą widać gołym okiem, że ten facet nawet w najśmielszych snach...To jasne! Zresztą teraz już nie wydawało mi się takie jasne. Być może nawet wręcz przeciwnie.
- A więc nie zrozumiałeś - powiedział Wieczerowski, patrząc na mnie z ciekawością. - Hm... A Zachar zrozumiał. - Po raz pierwszy tego wieczoru wyciągnął kapciuch i niespiesznie zaczął nabijać fajkę. - Dziwne, że nie zrozumiałeś... Zresztą byłeś wyraźnie nieswój. A tymczasem zastanów się sam. Facet uwielbia kryminały, facet lubi siedzieć przed telewizorem, dziś właśnie nadają kolejny odcinek tego żałosnego filmu, a on nagle zrywa się z ulubionego fotela, pędzi do zupełnie nie znanych sobie ludzi - po co? Żeby się poskarżyć na swoje bóle głowy? - potarł zapałkę i zaczai rozpalać fajkę.
Czerwonożółty ogieniek zatańczył w jego skupionych oczach. Zapachniało wonnym dymem.
- A oprócz tego od razu go poznałem. Ściśle - nie od razu... Bardzo się zmienił. Kiedyś był taki wesolutki, energiczny, krzykliwy, pełen jadu... żadnego rousseauizmu, żadnych tam kieliszeczków. W pierwszej chwili nawet mi się go żal zrobiło, ale kiedy zaczął reklamować swój nowy światopogląd, rozwścieczył mnie.

Umilkł i zajął się swoją fajką.
Skuliłem się. Oto jak to wygląda. Jakby walec przejechał po człowieku. Uszedł z życiem, ale już nie jest sobą. Zdegenerowana materia... Zdegenerowany duch. Co oni z nim zrobili? Nie wytrzymał... Boże drogi, przecież można sobie wyobrazić takie ciśnienie, którego nikt nie wytrzyma...

- To znaczy, że Sniegowoja również potępiasz? - zapytałem.
- Ja nie potępiam nikogo - powiedział Wieczerowski.
- No nie, przecież wściekłeś się... na Głuchowa...
- Nie zrozumiałeś mnie - powiedział z lekkim zniecierpliwieniem Wieczerowski. - Wcale mnie nie złości wybór Głuchowa. Jakie ja mam prawo osądzać człowieka, który dokonał wyboru zostawiony sam na sam ze sobą, bez pomocy, bez nadziei... Irytuje mnie zachowanie Głuchowa już potem, kiedy wybór został dokonany. Powtarzam: Głuchow wstydzi się swojej decyzji i dlatego - tylko dlatego - stara się nawrócić innych na swoją wiarę. To znaczy, w istocie rzeczy wzmacnia i bez tego przemożną siłę. Rozumiesz mnie?

(…)

- Niech pan tam nie idzie, Dymitrze Aleksiejewiczu... Stanąłem i spojrzałem na niego. To był Głuchow.
Wstał, podniósł swój kapelusz, z trudem wyprostował plecy, trzymając się za krzyż i wtedy zobaczyłem, że twarz ma wymazaną czymś czarnym - błotem, a może sadzą – maleńkie usta mocno zaciśnięte, jakby go coś bardzo bolało, śmieszne okulary siedzą krzywo. Poprawił okulary i powiedział, ledwie poruszając wargami:

- Jeszcze jedna teczka. Biała. Jeszcze jedna kapitulacja.
Milczałem. Głuchow słabo uderzył kapeluszem o kolano, jakby wytrząsając kurz, następnie zaczął go czyścić rękawem. Też milczał, ale nie odchodził. Czekałem, co mi jeszcze powie.

- Wie pan - odezwał się w końcu - kapitulacja zawsze jest nieprzyjemna. W poprzednim stuleciu podobno ludzie strzelali sobie w łeb, byle nie kapitulować. Nie dlatego, że bali się tortur albo obozu koncentracyjnego, i nie z obawy, że zaczną sypać na torturach, po prostu było im wstyd.

- W naszych czasach to się również zdarzało - powiedziałem. -I wcale nie tak rzadko.
- Tak, oczywiście - łatwo zgodził się Głuchow. - Oczywiście. Przecież człowiekowi musi być bardzo nieprzyjemnie, kiedy nagle zdaje sobie sprawę, że jest zupełnie inny, niż sobie zawsze wyobrażał. Wciąż chce pozostać taki, jaki był przez całe życie, a to jest niemożliwe, jeśli kapitulujesz. No i wtedy musi... Ale różnica jednak jest. W naszym stuleciu strzelają sobie w łeb ze wstydu przed innymi, przed społeczeństwem, przed przyjaciółmi... A w zeszłym stuleciu strzelali do siebie, ponieważ było im wstyd przed sobą. Rozumie pan, w naszych czasach nie wiadomo dlaczego panuje pogląd, że sam ze sobą człowiek się zawsze dogada. Pewnie zresztą tak jest rzeczywiście. Nie wiem, na czym to polega. Nie wiem, co się stało. Może dlatego, że świat stał się bardziej skomplikowany? Może dlatego, że teraz oprócz takich pojęć jak honor i godność istnieje jeszcze mnóstwo innych rzeczy, które mogą służyć
do samoutwierdzenia...

Spojrzał na mnie wyczekująco, a ja wzruszyłem ramionami i powiedziałem:
- Nie wiem. Być może.
- Ja także nie wiem - powiedział. -Wydawałoby się, doświadczony kapitulant, ileż czasu już o tym myślę, tylko o tym i o niczym innym, ile niezbitych argumentów znalazłem... I niby się już uspokoiłem, przekonałem sam siebie i nagle znowu się odzywa... Oczywiście dwudziesty wiek, dziewiętnasty wiek - jest przecież różnica. Ale rany zawsze zostają ranami. Goją się, zabliźniają, i człowiek już właściwie o nich zapomniał, a potem zmienia się pogoda i przypominają o sobie. Tak zawsze było, we wszystkich stuleciach.

- Ja rozumiem - powiedziałem. - Ja wszystko rozumiem. Ale przecież są rany i rany. Czasem bardziej bolą te cudze...
- Ależ na Boga! - wyszeptał Głuchow. - Ja w ogóle nie o tym... Gdzieżbym się ośmielił... Ja tylko tak sobie mówię. Proszę nie myśleć w żadnym wypadku, że ja pana powstrzymuję, że coś panu radzę... kto jak kto, ale ja... Wie pan, wciąż myślę... tacy jak my - co to właściwie takiego? Czy rzeczywiście tak dobrze nas wychowała epoka i ojczyzna, czy też przeciwnie - my - to atawizm, troglodyci? Dlaczego tak się męczymy? Nie mogę tego zrozumieć.

Milczałem. Głuchow niepewnym, ospałym ruchem wsadził na głowę swój zabawny kapelusz i powiedział:
- No cóż, żegnam pana, Dymitrze Aleksiejewiczu. Zapewne już nigdy więcej się nie spotkamy, ale tak czy inaczej miło mi było pana poznać... I herbatę pan świetnie zaparza...

(…)

Wieczerowski nie odpowiedział nic, wzruszył ramionami i zaczął nabijać fajkę. Tak, oczywiście, bardzo chciał mi pomóc. Narysować jakąś perspektywę, udowodnić, że ja wcale nie jestem takim tchórzem, a on - bohaterem. Jest po prostu dwóch uczonych, zajmujemy się jednym zagadnieniem, tylko z obiektywnych przyczyn on może teraz pracować nad nim, a ja nie. Ale nie było mi lżej. Dlatego, że on pojedzie na Pamir i będzie tam siedzieć nad rewertazą Weingartena, nad feddingami Zachara, nad swoją niepojętą matematyką i wszystkim innym, a w niego będą walić piorunami kulistymi, nasyłać upiory odmrożonych alpinistów, a zwłaszcza alpinistki, spuszczać lawiny, demolować wokół niego czas i przestrzeń, i wreszcie go wykończą. A może nie wykończą. I może ustali tam prawidłowości powstawania piorunów kulistych i najść odmrożonych alpinistek... A może tego wszystkiego w ogóle nie będzie, będzie sobie spokojnie ślęczał nad naszymi bazgrołami i szukał - gdzie, w jakim punkcie przecięcia wnioski o teorii M-kawern i wnioski z ilościowej analizy wpływów
kulturalnych USA na Japonię krzyżują się, i to na pewno będzie bardzo dziwny punkt przecięcia, i zupełnie możliwe, że w tym punkcie odnajdzie kluczyk do całej tej złowieszczej mechaniki, a nawet, być może, klucz do sterowania nią... A ja zostanę w domu, jutro odbiorę z lotniska Bobka i teściową, i wszyscy razem pójdziemy kupować półki na książki.

- Zatłuką cię tam - powiedziałem bez nadziei.
- Niekoniecznie - powiedział Wieczerowski. - A poza tym przecież ja tam nie będę sam... i nie tylko tam... i nie tylko ja...

Patrzyliśmy sobie w oczy, i za grubymi szkłami jego okularów nie było ani napięcia, ani wysilonej odwagi, ani płomiennego poświęcenia - tylko wyłącznie rudy spokój i rude przekonanie, że wszystko powinno być właśnie tak i tylko tak.

Arkadij i Borys Strugaccy, Miliard lat przed końcem świata
tłumaczenie: Irena Lewandowska

poniedziałek, 17 lutego 2014

Tylko Boga tu brak


Arkadij i Borys Strugaccy, klasycy światowej fantastyki? Bzdura. Klasycy literatury! Popularni na całym świecie.

W poniedziałek zmarł Borys, młodszy z braci Strugackich. Pisali razem. Wykroczyli poza ramy gatunku science fiction. „Piknik na skraju drogi” czy „Przenicowany świat” to klasyka literatury pięknej w ogóle. Strugaccy pokazywali, do czego człowiekowi służą wątpliwości, lęki i ciekawość świata. Walczyli z cenzurą, a z książki na książkę pisali coraz dojrzalej. Biorąc na warsztat kolejno zasadnicze tematy sztuki. Pytanie o dobro i zło w świecie, o granice poznania rozumowego, o zdolność do osiągnięcia przez człowieka zrozumienia samego siebie, o to, co wolno władzy i co przystoi człowiekowi. Ich wizje powoli stawały się coraz bardziej złożone, mniej optymistyczne, pozbawione prostych rozwiązań i zaczynały pozostawiać czytelnika z kwestiami nierozstrzygniętymi. Bo wobec pewnych pytań człowiek musi stanąć sam. Sztuka ma je mu tylko uświadomić.

Bracia Strugaccy mówili rzeczy dziś oczywiste, ale wtedy będące wywalczonym przez nich odkryciem. Dla postępu naukowego nie można niszczyć życia, nie wolno układać się ze złem, pacyfizm nie jest rozwiązaniem. Podpowiadali rodakom interpretację otaczającej rzeczywistości: „mózg poddany napromieniowaniu tracił skłonność krytycznej analizy rzeczywistości. Człowiek myślący zmieniał się w człowieka wierzącego i zaślepionego, wierzącego fanatycznie, wbrew bijącym w oczy faktom. Człowiekowi, znajdującemu się w polu promieniowania, można było za pomocą najprymitywniejszych środków wmówić każdą rzecz i poddany takiej sugestii uważał wtłaczane mu do głowy brednie za święte i jedyne fakty, gotów był dla nich żyć, cierpieć i umierać. Pole (...) wysysało z milionów umysłów wszelkie wątpliwości na temat tego, co krzyczały gazety, broszurki, radio i telewizja. Nieznani Ojcowie kierowali energię i wolę milionowych mas tam, dokąd tylko zechcieli”. Czy to jest fragment eseju o III RP?

Zbyt wiele dzieje się wokół i dopiero dziś mogę wyrazić swoją wdzięczność autorowi „Przenicowanego świata”. Pocieszam się, że on już jest poza czasem, w wiecznym Teraz. Widzę Go, jak z niby nieironicznym uśmieszkiem przygląda się moim próbom oddania Mu sprawiedliwości.„Piknik na skraju drogi” Strugackich był inspiracją dla genialnego filmu Andrieja Tarkowskiego „Stalker”. Bracia byli współautorami scenariusza. Nawet ci, którzy nie rozumieją tego filmu, czują podskórnie, że to sztuka najwyższych lotów.

Literatura SF ma w sobie złożoną od poczęcia pułapkę. Jej publiczność potrafi cenić dzieła słabsze, ze względu na spójność i złożoność stworzonych w nich światów. Jednak wyraźnie zaburzone światy Dicka i J.R.R.Tolkiena są słabszą literaturą od dzieł stworzonych przez Strugackich czy C.S. Lewisa. Miarą wartości SF nie jest osobność, spójność. Oczywiście, to cechy ważne. Ale najspójniej piszą paranoicy w rodzaju Fryderyka Nietzschego czy Williama Burroughsa. Miarą literatury jest stworzenie wiarygodnego, spójnego i interesującego uniwersum, jednak ono musi mówić o naszej prawdziwej rzeczywistości. I dlatego Homer, Szekspir, Cervantes i Baka są Homerem, Szekspirem, Cervantesem i Baką, bo do dziś mówią nam o nas samych, o Bogu i o wszechświecie prawdy, które kolejne pokolenia interpretatorów i czytelników powalają na kolana. Strugaccy nie byli w tym szeregu, ale byli tuż, w szeregu drugim. Nie dobili się do sfery sacrum. Może tylko: nie zdążyli. Humanizm ma swoje ograniczenia. Nowożytność – to czas degradacji zachodniej kultury. Cóż, trudno być Bogiem.

Autor: Robert Tekieli
Gazeta Polska Codziennie