Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Orwell. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Orwell. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 grudnia 2016

A. Huxley porównuje swój "Nowy Wspaniały Świat" z książką Orwella "Rok 1984"

I tu chciałbym krótko porównać powieść „Nowy Wspaniały Świat” do innej powieści, która jest młodsza, z książką George’a Orwella „Rok 1984”. Orwell napisał swoją książkę, wydaje mi się pomiędzy rokiem 1945 a 1948, kiedy stalinowski reżim był ciągle w pełnym rozmachu. I krótko po upadku reżimu terroru Hitlera. I jego książka, którą bardzo podziwiam. Jest to książka utalentowanego autora i napisana z niesamowitą pomysłowością. I ta książka pokazuje wizję przyszłości na podstawie teraźniejszości oraz niedalekiej przeszłości, czy to co dla niego [Orwella] było najbliższą przeszłością. To była projekcja w przyszłość społeczeństwa, gdzie kontrola była sprawowana jedynie przez terror oraz poprzez brutalne bezpośrednie ataki na ciało i umysł jednostki. Natomiast moja książka, która została napisana w 1932 roku – w czasie gdy istniała tylko łagodna dyktatura Mussolini’ego, nie została przesłonięta pomysłem terroru. I w związku z tym, byłem wolny od tego od czego Orwell nie był wolny. Mogłem myśleć o innych metodach kontroli, o metodach nie wymagających użycia brutalnej siły. Jestem skłonny stwierdzić, że naukowe dyktatury przyszłości, a myślę że takie będą miały miejsce w wielu częściach świata, będą bliższe wizji „Nowego Wspaniałego Świata”, niż do wizji „Roku 1984”. Będą bliższe wizji„Nowego Wspaniałego Świata” nie ze względu na humanitarne skrupuły naukowych dyktatorów, ale po prostu dlatego, że ten wzorzec jest bardziej efektywny. Jeżeli jesteś w stanie skłonić ludzi do zaakceptowania sytuacji w jakiej żyją, żeby zaakceptowali to, że żyją w państwie poddanych, w państwie gdzie wymazano różnice, w państwie w którym ludzie zaakceptowali metody masowej produkcji na poziomie społecznym. Jeżeli potrafisz to zrobić, to zapewne twoje państwo będzie znacznie bardziej stabilne, będzie trwało znacznie dłużej oraz dużo łatwiej będzie się nim sterowało, niż jakbyś miał tylko polegać na maczugach, plutonach egzekucyjnych czy obozach koncentracyjnych. Tak więc, w moim odczuciu wizja z „Roku 1984” była absolutnie zabarwiona przeszłością oraz najbliższą teraźniejszością, w których Orwell żył. Jednakże przeszłość oraz teraźniejszość tamtych lat nie odzwierciedlają, w moim przekonaniu, prawdopodobnego kierunku rozwoju sytuacji. Nie trzeba dodawać tego, że nigdy nie pozbędziemy się terroru, który zawsze znajdzie drogę ku powierzchni.

Myślę, że kiedy dyktatorzy staną się coraz bardziej naukowi, staną się coraz bardziej zainteresowani technologiczną perfekcją prowadzenia społeczeństwa, wtedy będą coraz bardziej zainteresowani rodzajami technik, które wyobraziłem sobie i opisałem z istniejących realiów w „Nowym Wspaniałym Świecie”. Tak więc wydaje mi się, że Ostateczna Rewolucja nie jest tak bardzo odległa. Już teraz mamy pewną liczbę technik umożliwiających wprowadzenie tego rodzaju kontroli. Pozostaje tylko patrzeć kiedy, gdzie i przez kogo będą pierwszy raz zastosowane na większą skalę.

Cały wykład Huxleya tutaj

niedziela, 8 maja 2016

Orwell - Mark Twain, licencjonowany kpiarz


Mark Twain sforsował wysokie progi „Everyman Library”, ukazały się w niej jednak tylko Przygody Tomka Sawyera i Przygody Hucka, dotychczas dość dobrze znane pod mylącym mianem „książek dla dzieci” (którymi nie są). Jego najlepsze dzieła: Pod gołym niebemThe Innocents at Home, a nawet Życie na Missisipi, popadły u nas w niemal doszczętne zapomnienie, choć niewątpliwie w Ameryce są popularne, co zawdzięczają patriotyzmowi, który wszędzie związany jest nieodłącznie z osądem krytycznym.

Choć Twain pisał zaskakująco różnorodne książki, poczynając od ckliwej „kroniki życia” Joanny d’Arc, aż do pamfletu tak obscenicznego, że nigdy nie ukazał się w oficjalnym obiegu, wszystko co najlepsze w jego twórczości dotyczy rzeki Missisipi oraz zakładanych żywiołowo miast górniczych Zachodu. Życie pisarza urodzonego w 1835 roku (pochodził z rodziny osiadłej na Południu, na tyle zamożnej, że stać ją było na posiadanie niewolnika, a może nawet dwóch) przypadło na złoty wiek Ameryki, kiedy to rozpoczęło się osadnictwo wielkich równin, wydawało się, że bogactwo i możliwości rozwoju są nieograniczone, a ludzie czuli się wolni, bo też rzeczywiście byli wolni, tak jak nigdy wcześniej, i być może już nigdy później. Życie na Missisipi oraz dwie pozostałe wspomniane przeze mnie książki są workiem anegdot, malowniczych opisów oraz fragmentów dziejów społecznych, i poważnych, i śmiesznych; wszelako mają one pewien wspólny motyw, który zawiera się zapewne w tych słowach: „oto, jak zachowują się ludzie wolni od lęku przed bezrobociem”. Dzieła te nie są jednak apoteozą wolności. Twaina interesowały przede wszystkim „charaktery”, fantastyczne, niekiedy zwariowane formy, jakie potrafi przybierać natura ludzka pozbawiona więzów konieczności ekonomicznej i tradycji. Opisom flisaków, pilotów statków pływających po Missisipi, kopaczy złota i bandytów nie nadał, jak się wydaje, cech zbytnio przesadzonych, jednak ludzie ci tak dalece różnią się od ludzi współczesnych oraz od siebie wzajemnie, jak gargulce ze średniowiecznych katedr. Ich dziwaczne, często nikczemne osobowości mogły się rozwijać w sposób nieskrępowany, albowiem brakowało wszelkiego nacisku z zewnątrz. Instytucje państwowe niemal nie istniały, Kościoły były słabe i rozdrobnione, a ziemia oczekiwała na chętnych. Jeśli komuś nie odpowiadały warunki zatrudnienia, walił po prostu szefa w gębę i ruszał dalej na zachód; nadto pieniędzy było w obiegu tak wiele, że najdrobniejsza moneta miała wartość szylinga. Amerykańscy pionierzy nie byli nadludźmi, nie byli także szczególnie odważni. Całe miasta sprawnych i zahartowanych fizycznie kopaczy złota pozwalały się terroryzować bandytom, ponieważ brak ducha obywatelskiego uniemożliwiał mieszkańcom wspólne poskromienie napastników. Wśród tych ludzi istniały nawet podziały klasowe. „Desperado”, kroczący ulicą osiedla górniczego z derringerem w kieszonce kamizelki, a także dwudziestoma trupami na sumieniu, nosił surdut i lśniący cylinder, podawał się stanowczo za „dżentelmena” i przestrzegał skrupulatnie zasad etykiety towarzyskiej. Przynajmniej jednak w tamtych czasach los człowieka nie był przesądzony już w chwili urodzenia. Mit „z chaty do Białego Domu”[3] wyrażał prawdę, dopóki istniał wolny kraj. Poniekąd właśnie po to lud paryski szturmował Bastylię, a lektura książek Marka Twaina, Breta Harte’a i Whitmana nasuwa nieodparty wniosek, że nie na darmo.

Skądinąd Mark Twain chciał zostać kimś więcej aniżeli zwykłym kronikarzem Missisipi i okresu gorączki złota. Za życia zdobył światową sławę jako humorysta oraz prelegent podróżujący z satyrycznymi odczytami. W Nowym Jorku, Berlinie, Wiedniu, Melbourne i Kalkucie tłumnie zgromadzona publiczność śmiała się gromko z jego dowcipów, które dziś, niemal wszystkie bez wyjątku, przestały już kogokolwiek śmieszyć. (Warto zauważyć, że odczyty Twaina spotykały się z przychylnym przyjęciem wyłącznie publiki anglosaskiej i niemieckiej. Stosunkowo dojrzała rasa łacińska – której dowcipy, utyskiwał Twain, dotyczą głównie seksu i polityki – traktowała je obojętnie). Jednak na dodatek Twain przejawiał pretensje, by uchodzić za krytyka społecznego, a nawet poniekąd za filozofa. Miał w sobie coś z obrazoburcy, a nawet rewolucjonisty, które to cechy pragnął bezsprzecznie rozwijać, co wszelako nigdy nie nastąpiło. Mógł zostać lepszym demaskatorem nonsensu i prorokiem demokracji niż Whitman, bo zdrowszym oraz dowcipniejszym. Stał się natomiast dwuznacznej konduity „osobą publiczną”, której schlebiali urzędnicy kontroli paszportowej i którą przyjmowano na dworach królewskich; jego kariera odzwierciedla upadek jakości amerykańskiego życia, jaki nastąpił po wojnie secesyjnej.

Niekiedy Mark Twain porównywany jest ze współczesnym mu Anatolem France’em. Porównanie to nie jest tak bezsensowne, jak się na pozór wydaje. Obaj pisarze byli duchowymi dziećmi Woltera, obaj spoglądali na życie z ironią, sceptycyzmem oraz wrodzonym pesymizmem, skrywanym pod maską wesołości; obaj wiedzieli, że istniejący porządek społeczny to jeden wielki szwindel, a zasady, na których się opiera, to przeważnie urojenia. Obaj byli fanatycznymi ateistami oraz zwolennikami poglądu, że świat jest nad wyraz okrutny (Twain powziął to przekonanie pod wpływem Darwina). Na tym jednak podobieństwo się kończy. Francuz nie tylko posiadał stokroć głębszą wiedzę, był nie tylko bardziej ucywilizowany i posiadał lepszy zmysł estetyczny, lecz był też od Twaina odważniejszy. Zawsze atakował to, w czego autentyczność powątpiewał, w przeciwieństwie do autora Przygód Tomka Sawyera, który w takich przypadkach wycofywał się, nakładając uśmiechniętą maskę „osoby publicznej” i licencjonowanego kpiarza. France był zawsze gotów podjąć ryzyko narażenia się na gniew Kościoła i zająć niepopularne stanowisko w jakimś sporze – na przykład dotyczącym sprawy Dreyfusa. Mark Twain, wyjąwszy być może krótki esej (What is a Man?), nigdy nie kwestionuje obowiązujących prawd, unikając dzięki temu ewentualnego potępienia. Pozostał też do śmierci zwolennikiem poglądu, który jest zapewne poglądem typowo amerykańskim, że sukces równoznaczny jest z cnotą.

Życiu na Missisipi znajduje się osobliwy niewielki epizod, wyrażający główną słabość charakteru autora. Na początku tej książki, w dużej mierze autobiograficznej, dokonał on manipulacji z datami. Mark Twain opisuje swoje przygody jako pilota statków pływających na Missisipi z takiej perspektywy, jakby miał około siedemnastu lat, podczas gdy faktycznie był wtedy blisko trzydziestoletnim mężczyzną. Stało się tak nie bez przyczyny. W tej samej części książki opisuje również swoje dokonania w wojnie secesyjnej, które były nad wyraz mało chwalebne. Na dobitkę walczył początkowo po stronie Południa, jednak nim wojna się skończyła, przeszedł do obozu Północy. Takie postępowanie bardziej przystoi chłopcu, nie zaś mężczyźnie, stąd też i zmiana dat. Mało tego: do zmiany frontu skłoniło Twaina bezsprzecznie to, iż widział wyraźnie, że zwycięży Unia; skłonność do opowiadania się, przy każdej dogodnej okazji, po stronie silniejszego, do zapatrywania, że silny musi mieć rację, dostrzega się w całej jego karierze. W Pod gołym niebem znajduje się ciekawa opowieść o bandycie nazwiskiem Slade, który oprócz innych przestępstw popełnił dwadzieścia osiem zbrodni. Lecz najwyraźniej Twain podziwia tego odrażającego łotra. Slade odniósł sukces, przeto zasługuje na uznanie i podziw. Pogląd ów, nie mniej powszechny w dzisiejszych czasach, oddaje zwięźle znaczące amerykańskie wyrażenie to make good.

W okresie gromadzenia fortun, jaki nastąpił po wojnie secesyjnej, ktoś o takim usposobieniu i charakterze jak Twain nie mógł nie dołączyć do ludzi sukcesu. Trwał zmierzch dawnej siermiężnej demokracji prostych, żujących tytoń obywateli, której symbolem był Abraham Lincoln, rozpoczął się okres wykorzystywania taniej pracy imigrantów i wzrostu siły Wielkiego Biznesu. W The Gilded Age łagodnie kpił ze swoich współczesnych i ulegając obowiązującym zwyczajom, zarabiał i tracił wielkie kwoty. Na pewien czas porzucił nawet pisanie na rzecz interesów; nadto poświęcał czas na błazeństwa, nie tylko podróże z odczytami i publiczne bankiety, lecz na przykład na pisanie książek w rodzaju Jankes na dworze króla Artura, w której wychwala pod niebiosa wszystko co najgorsze i najbardziej wulgarne w amerykańskim stylu życia. On, który mógłby zostać jakimś rustykalnym Wolterem, stał się czołowym światowym specjalistą od poobiednich przemówień, uwielbianym zarówno dzięki anegdotom, które opowiadał, jak i temu, że potrafił wpoić biznesmenom przekonanie, iż są dobroczyńcami publicznymi.

Utarło się obwiniać żonę Twaina o to, że uniemożliwiła mu napisanie takich książek, jakie powinien był napisać; to prawda, niewątpliwie mocno go tyranizowała. Każdego ranka dawał jej do czytania to, co napisał poprzedniego dnia, i pani Clemens (bo tak nazywał się naprawdę Mark Twain) cenzorowała tekst, wykreślając wszystkie, wedle jej mniemania, niestosowności. Nawet uwzględniając XIX-wieczne realia, była, jak się wydaje, surowym cenzorem. W.D. Howells w książce My Mark Twain wspomina gwałtowny spór dotyczący straszliwego słowa, jakie wkradło się do Przygód Hucka. Twain zwrócił się o pomoc do Howellsa, który wprawdzie przyznał, że „tak właśnie Huck by powiedział”, zgodził się jednak z panią Clemens, że słowo to nie powinno było pojawić się w tekście. Chodziło o słowo „piekło”. Niemniej nie zdarza się, by pisarze byli intelektualnymi niewolnikami swoich żon. Gdyby Mark Twain naprawdę postanowił napisać jakąś książkę, pani Clemens żadną miarą nie odwiodłaby go od tego. Być może to za jej sprawą łatwiej uległ ówczesnemu społeczeństwu, nastąpiło to jednak z powodu skazy jego charakteru, niezdolności do gardzenia sukcesem.

Kilka książek Marka Twaina niewątpliwie przetrwa, gdyż zawierają bezcenne materiały dotyczące historii społecznej Stanów Zjednoczonych. Jego życie przypadło na wielki okres amerykańskiej ekspansji. W czasach jego dzieciństwa nie było niczym niezwykłym wyjechać za miasto z wiktuałami w piknikowym koszyku, żeby obejrzeć wieszanie abolicjonisty; u schyłku życia autora Przygód Hucka samolot przestał być już nowością. Z tego okresu pochodzi stosunkowo niewiele utworów literatury pięknej, gdyby jednak nie Mark Twain, wiedzielibyśmy znacznie mniej o bocznokołowcach odbywających rejsy na Missisipi oraz o dyliżansach przemierzających równiny. Jednakże większość czytelników Twaina dobrze znających jego twórczość odnosi nieodparte przeświadczenie, że zatrzymał się on jakby w pół drogi. Ma się przez cały czas wrażenie, że już zaraz, za chwilę, usłyszy od niego coś ważnego – lecz daremnie; zarówno w Życiu na Missisipi, jak i w pozostałych jego utworach straszy, by tak rzec, widmo niepomiernie znakomitszej książki, znacznie też przewyższającej tamte pod względem wewnętrznej spójności. Oto i fakt znaczący: swoją autobiografię rozpoczął konstatacją, że życie wewnętrzne człowieka w żaden sposób nie może być przedmiotem opisu. Nie wiemy, czego Mark Twain nie przekazał w swoich dziełach – możliwe, że jego nieosiągalny pamflet 1601 dostarczyłby nam wskazówek co do tej kwestii, wszelako należy się również domyślać, że w swoim czasie, gdyby się ukazał drukiem, zniszczyłby mu reputację i spowodował obniżenie otrzymywanych honorariów do rozsądnej wysokości.

tłumaczenie: Bartłomiej Zborski
z tomu: George Orwell Anglicy i inne eseje 

Tytuł oryginalny Mark Twain – the Licensed Jester; „Tribune”, 26 listopada 1943
ten jak i inne eseje Orwella są dostępne na stronie uniwersyteckiej biblioteki

środa, 2 lipca 2014

Na dnie w Paryżu i w Londynie - Od autora; od tłumacza


Moi zacni tłumacze poprosili mnie o napisanie krótkiej przedmowy do francuskiego wydania tej książki. Ponieważ wielu francuskich czytelników będzie zapewne dociekać, co mnie skłoniło do przybycia do Paryża wtedy, kiedy wydarzyły się opisane w niej wypadki, myślę, że postąpię najwłaściwiej, jeśli zacznę od kilku szczegółów biograficznych dotyczących mojej osoby. Urodziłem się w roku 1903. W roku 1922 wyjechałem do Birmy, gdzie wstąpiłem do Indian Imperiał Police. Zupełnie się jednak nie nadawałem do tego zajęcia, toteż, na początku roku 1928, gdy przebywałem na urlopie w Anglii, złożyłem dymisję, powodowany nadzieją, że zdołam zarobić na życie piórem. Powiodło mi się mniej więcej tak samo, jak większości młodych ludzi podejmujących karierę literacką — czyli beznadziejnie. W pierwszym roku moje próby pisarskie przyniosły mi raptem nie więcej niż dwadzieścia funtów dochodu.

Wiosną 1928 r. przeniosłem się do Paryża; zamierzałem, utrzymując się za niewielkie pieniądze, napisać dwie powieści [nie przetrwał do naszych czasów rękopis żadnej z tych powieści. W liście do przyjaciela Michaela Meyera z 12 III 1949 Orwell napisał: „Po prostu zniszczyłem swoją pierwszą powieść po bezskutecznych próbach sprzedania jej pewnemu wydawcy, czego dziś ogromnie żałuję" (przyp. red. wyd. ang.)] — które, przykro mi to powiedzieć, nigdy nie zostały opublikowane — i nauczyć się francuskiego. Jeden z moich paryskich przyjaciół wyszukał dla mnie pokoik w tanim hotelu usytuowanym w dzielnicy robotniczej, który opisałem pokrótce w pierwszym rozdziale tej książki; każdy bystry Paryżanin niewątpliwie go rozpozna. Latem 1929 r. napisałem dwie powieści, zostały jednak odrzucone przez wydawców; potem doszczętnie wyczerpały mi się fundusze i znalazłem się w pilnej potrzebie znalezienia sobie pracy. Podejmowanie zajęcia przez cudzoziemców mieszkających we Francji nie było wtedy nielegalne — albo też tolerowano ów proceder — dlatego w moim wypadku wydawało się bardziej naturalne pozostać w mieście, w którym już przebywałem, aniżeli powracać do Anglii, gdzie było wtedy około dwa i pół miliona bezrobotnych. Tak więc mieszkałem w Paryżu, a opisane przeze mnie wydarzenia miały miejsce mniej więcej u schyłku jesieni roku 1929. Jeśli chodzi o to, czy trzymałem się prawdy, uważam, że mogę powiedzieć, iż niczego nie zniekształciłem — chyba tylko w takiej mierze, w jakiej zniekształca fakty, dokonując ich selekcji, każdy pisarz. Uznałem, że jestem wolny od powinności opisywania wydarzeń we właściwym porządku chronologicznym, jednak wszystko, co zawiera moja książka, naprawdę się zdarzyło, w tym lub w innym czasie. Jednocześnie jednak powstrzymałem się, tak dalece, jak to było możliwe, od kreślenia indywidualnych wizerunków konkretnych osób. Wszystkie postacie występujące w pierwszej i drugiej części książki są raczej charakterystycznymi typami londyńczyków i paryżan, należących do określonych klas społecznych — nie zaś indywidualnościami.

Powinienem również dodać, że żadną miarą nie opisałem życia w Paryżu i w Londynie we wszystkich jego aspektach: poprzestałem tylko na jednym. Ponieważ niemal wszystkie sceny oraz incydenty, w których uczestniczyłem, mają w sobie coś odrażającego, zgoła nieintencjonalnie stworzyłem wrażenie, że Paryż i Londyn to wredne miasta. Jednak nigdy nie leżało to w moich intencjach, a jeśli czytelnik napoczątku lektury zaczyna tak uważać, fakt ów należy tłumaczyć po prostu tym, że temat książki jest zasadniczo mało atrakcyjny: piszę bowiem o biedzie. Gdy człowiek nie ma grosza przy duszy, zmusza go to do postrzegania każdego miasta i kraju z jak najgorszej strony, a wszyscy, lub niemal wszyscy, ich mieszkańcy wydają mu się albo braćmi niedoli, albo wrogami. Chcę podkreślić tę kwestię zwłaszcza w odniesieniu do moich francuskich czytelników, na wypadek gdyby pomyśleli, że odnoszę się choćby w najmniejszej mierze nieprzyjaźnie w stosunku do Paryża — miasta, z którego mam nadzwyczaj dobre i radosne wspomnienia.

Na początku obiecałem kilka szczegółów biograficznych. Toteż, gwoli  zaspokojenia ciekawości wszystkich, których to interesuje, dodam, że po wyjeździe z Paryża, co nastąpiło pod koniec roku 1929, utrzymywałem się przeważnie z nauczania w szkole oraz w niewielkim stopniu z pisania.

Poczynając od chwili opublikowania w Anglii „Na dnie w Paryżu i w Londynie" — książki, którą mają Państwo przed sobą — napisałem dwie powieści; drugą właśnie ukończyłem [„Córka duchownego” (przyp. red. wyd. ang.)]. Pierwszą ma opublikować za kilka dni pewna nowojorska oficyna [ powieść Birmańskie dni, opublikowana przez wydawnictwo Harper & Brothers 25 X 1934 (przyp. red. wyd. ang.)].

George Orwell
15 października 1934

*
Od Tłumacza

Wiosną 1928 roku 27-letni Eric Blair przybył z Londynu do Paryża, gdzie zamieszkał w pensjonacie przy rue du Pot de Fer numer 6, położonym w piątej arrondissement dzielnicy robotników, emigrantów i lumpenproletariatu. Między grudniem 1928 i majem 1929 roku opublikował w piśmie „Progres Civique" kilka artykułów w języku francuskim (znakomicie znanym mu w piśmie i w mowie), m.in. o bezrobociu w Anglii, o przeciętnym dniu z życia włóczęgi i londyńskich żebrakach. Późną jesienią 1929 roku pracował jako pomywacz i posługacz kuchenny w eleganckim paryskim hotelu. Nie zdołano go ponad wszelką wątpliwość zidentyfikować: być może był to hotel Georges V, bardziej jednak prawdopodobne, iż był zatrudniony w hotelu Lotti [wspomina się o nim w VII rozdziale powieści Somerseta Maughama Ashenden oraz w rozdziale II powieści Evelyna Waugha Vile Bodies. Sam White (1911-1988), wieloletni paryski korespondent brytyjskiego dziennika „Evening Standard", napisał 16 VI 1967, że rozmawiał z Sonią Orwell, drugą żoną pisarza, która wspomniała mu o dwóch innych hotelach: Ritz i Crillon. Wszystkie te hotele istnieją do dziś i są rekomendowane przez przewodniki turystyczne.] przy rue de Rivoli. Do ojczyzny powrócił pod koniec roku. Aż do kwietnia 1932 roku mieszkał w domu rodziców w nadmorskim Southwold, gdzie oddawał się pisaniu, jednak bardzo często wyruszał do Londynu oraz na południowy wschód kraju, prowadząc życie włóczęgi. Przez pewien czas opiekował się chorym umysłowo chłopcem w Walberswich opodal Southwold, udzielał też korepetycji trzem braciom nazwiskiem Peters, których ojciec służył wcześniej wraz z nim w formacjach policyjnych w Birmie. Na łamach „New English Weekły", „New Statesman and Nation" i „Adelphi" publikował artykuły, recenzje oraz szkice dokumentalne; napisał też wtedy kilka wierszy.

W październiku 1930 roku ukończył pierwszą wersję Na dnie w Paryżu i w Londynie, której nadał tytuł A Scullion's Diary (Dziennik pomywacza).

Biografowie Orwella utrzymują, że właściwie dotychczas nie wiadomo, czym się zajmował młody Eric Blair podczas osiem-nastomiesięcznego pobytu w Paryżu. On sam nie chciał, żeby — gdy umrze — pisano jego biografie, jednak, poczynając od lat sześćdziesiątych XX wieku, ukazało się ich kilkanaście (także studiów biograficznych); najnowsze pochodzą z 2003 roku. Osoba autora Folwarku zwierzęcego i Roku 1984 stale bowiem budzi ogromne  zainteresowanie. Nikomu jednak nie udało się znaleźć kogokolwiek, kto pamiętałby go z tamtych lat. Istnieje jedynie list jego przyjaciela, zawierający garść informacji, których wiarygodność udało się potwierdzić. Blair nie utrzymywał kontaktów ze środowiskami literackimi ani z żadnym ze znanych pisarzy przebywających wtedy w Paryżu — a przecież niedaleko od rue Coqd'Or (w rzeczywistości rue du Pot de Fer) mieszkał wtedy Scott Fitzgerald; za bytności Blaira w mieście zatrzymał się też tam na krótko Ernest Hemingway (w rozdziale VDI jego powieści Słońce też wschodzi jest nawet wzmianka o rue du Pot de Fer).

[Orwell spotkał się z Hemingwayem zimą roku 1945 w paryskim hotelu Scribe, gdzie wcześniej mieszkali korespondenci wojenni relacjonujący do prasy i radia postępy wojsk alianckich na froncie zachodnim. Orwelł, ujrzawszy w książce meldunkowej nazwisko słynnego pisarza, poszedł na górę i zapukał do drzwi jego numeru. Po wejściu zobaczył, że Hemingway się pakuje: nieśmiało przedstawił się jako Eric Blair (nigdy oficjalnie nie zmienił nazwiska na George Orwell).Pomiędzy dwoma pisarzami wywiązała się wtedy taka oto konwersacja:

— Kurwa zajebana mać (the fucking hell, czego pan tu chcesz? - Jestem George Orwell.
— Kurwa zajebana mać, dlaczego nie mówisz pan tak od razu? — Hemingway natychmiast sięgnął do jednej z walizek i wyciągnął butelkę whisky. — Napijmy się. Dla pana podwójny. Goła albo ze zwykłą wodą, bo sodowej nie ma. — Gawędzili tylko przez kilka minut, ponieważ Hemingway bardzo się śpieszył. Do końca życia wspominał to spotkanie, żałując, że nie mógł pozostać wtedy dłużej — zawsze wyrażał się o Orwellu z najwyższym uznaniem i szacunkiem. Jeśli chodzi o Orwella, był on szczerze rozbawiony przywitaniem, a kilku  przyjaciołom miał zwierzyć się potem, że Hemingway wydał mu się  ucieleśnieniem typowego Amerykanina...]

On sam mieszkał w Hotel des Bons Amis, który występuje w książce pod nazwą Hotel des Trois Moineaux. „Paryska" jej część dotyczy okresu nie dłuższego niż dziesięć tygodni. Ciekawe, w jakich okolicznościach doszło do objęcia przez Blaira posady plongeura. Miał on opowiedzieć o tym swojej przyjaciółce, Mabel Fierz, która w roku 1970, w telewizyjnym programie BBC, przekazała tę opowieść widzom:

— Jeśli chodzi o dziewczyny, wspomniał mi raz, że ze wszystkich dziewcząt, jakie znał, nim poznał swoją przyszłą żonę, najbardziej kochał pewną maleńką ulicznicę, którą poderwał w jakiejś paryskiej kawiarni. Była śliczna, miała chłopięcą figurę, strzygła się „na zapałkę" i była naprawdę warta grzechu. Przez pewien czas utrzymywał z nią stosunki, aż pewnego dnia, gdy wrócił do swego numeru, okazało się, że jego wybranka ulotniła się z jego całym dobytkiem. Zabrała wszystkie walizki, pieniądze, wszystko.

Blairowi pozostało 450 franków, zarabiał też coś niecoś lekcjami angielskiego. Postanowił żyć bardzo oszczędnie i wydawać dziennie najwyżej sześć franków, pragnął bowiem „przeżyć miesiąc" (zapewne pisząc). Nie mógł jednak znaleźć stałej i znośnie płatnej pracy, zaś niedostatek funduszy zmusił go do zastawienia w lombardzie ubrania. Odtąd mógł się starać wyłącznie o najpodlejsze zajęcia — nikt bowiem nie zatrudniłby przecież obdartusa w charakterze tłumacza albo przewodnika po mieście (starał się zdobyć takie zajęcie). Jako plongeur  pracował zapewne w październiku, listopadzie i w początkach grudnia 1929 roku. Mógł wprawdzie porzucić to zajęcie (w Paryżu mieszkała wraz z mężem jego ciotka, Nellie Limouzine, która zapewne pożyczyłaby mu pieniądze), ale nie pozwalały mu na to duma oraz nieprzeparta chęć zaznania na własnej skórze losu nędzarza i wyrzutka społeczeństwa.

Po przybyciu do Anglii nie prowadził życia „prawdziwego" włóczęgi (przemierzał kraj z przerwami, w początkach 1930 roku, następnie od kwietnia tegoż roku), albowiem stale dysponował niewielkimi zasobami gotówki, pochodzącymi z honorariów dziennikarskich oraz kilkoma, jneUnami" na terenie Londynu. Były to mieszkania jego zamożnych przyjaciół, m.in. Mabel Fierz, gdzie mógł przespać się, odpocząć i zmienić ubranie. Jego trasy (poza Londynem) prowadziły przez hrabstwa Kent, Bedfordshire i Essex. Pracował również jako sezonowy zbieracz chmielu.

Książka Na dnie w Paryżu i w Londynie odniosła spory sukces w Wielkiej Brytanii: po pierwszym wydaniu (9 I 1933) wkrótce ukazały się dwa następne w ogólnym nakładzie (jak na owe czasy dużym) 3000 egzemplarzy, a w ślad za nimi edycja amerykańska. Opowieść młodego autora ocenili pozytywnie recenzenci, m.in. J.B. Priestley [nazwisko tego pisarza znalazło się na słynnej „Liście Orwella", którą ten sporządził w ostatnich latach życia (1947) podobno z inspiracji czy też nawet na użytek Ministerstwa Informacji. Rejestr ten zawierał nazwiska domniemanych kryptokomunistów, także agentów radzieckich służb specjalnych, wśród brytyjskich intelektualistów. ] na łamach „Evening  Standard". Początkowo jednak wszystko szło jak po grudzie.

Pierwszą wersję (gruntownie przerobioną przez autora) odrzuciła w marcu 1932 roku oficyna Jonathan Cape. Odmówił jej wydania także sam T.S. Eliot (podówczas szef oficyny Faber and Faber) pod pozorem, że książka jest zbyt krótka, niespójnie skonstruowana, zaś sceny paryskie i angielskie nijak do siebie nie przystają. (Wiele lat później ten sam T.S. Eliot odmówił również wydania Folwarku zwierzęcego). Zdesperowany autor poprosił Mabel Fierz o spalenie rękopisu, ale ponieważ jego przyjaciółka miała liczne znajomości w kręgach literackich i wydawniczych, prośby nie spełniła... Przesłała rękopis Leonardowi Moore, współwłaścicielowi oficyny Christy and Moore. Ów przeczytał go, po czym uznał, że właściwym edytorem będzie młody, dynamiczny i lewicujący wydawca Victor Gollancz. Było to w sierpniu 1932 roku Gollancz, uzyskawszy pozytywne opinie recenzentów, podjął decyzję. Autor wahał się długo nad trzema pseudonimami literackimi, z których jeden chciał przybrać („żeby oszczędzić wstydu rodzinie"). Te pseudonimy to Kenneth Miles, H. Lewis Allways i George Orwell. Wybrał ostatni. Na dnie w Paryżu i w Londynie była pierwszą książką George'a Orwella.

„Należy zmienić nazwiska, wyrzucić słowa obelżywe itd. Ponadto w książce znajduje się fragment, który trzeba albo zmienić, albo usunąć. Szkoda, ponieważ jest to być może jedyny kawałek dobrej prozy w całym tekście, ale [Gollancz] powiada, że inaczej wypożyczalnie nie wezmą książki" [chodziło o jedną z historyjek opowiadanych przez Charliego]. Oto, co napisał Orwell (jeszcze jako Eric Blair) w liście do Leonarda Moore'a 1 lipca 1932 roku. Tekst jednak drastycznie nie ucierpiał w wyniku tych zabiegów, choć wiele zmian zostało istotnie wprowadzonych. Wersja francuska książki, opublikowana 8 maja r. przez znaną oficynę Gallimard pod tytułem La Vache enrage , zawiera wiele przywróconych fragmentów oraz znaczną liczbę — niekiedy bardzo istotnych — przypisów autora oraz tłumaczy.

Większość tych przypisów została uwzględniona w wydaniu stanowiącym podstawę niniejszego przekładu, wchodzącego w skład The Complete Works of George Orwell, dzieła życia Petera Davisona, OBE, profesora De Montfort University w Leicester, mojego przyjaciela i najwybitniejszego obecnie znawcy twórczości Orwella. Za nieocenioną pomoc, jakiej mi udzielił, serdecznie Mu dziękuję.

Bartłomiej Zborski

Nieświęte bluźnierstwo


PAN TALLBOYS (jak przy ołtarzu): Drodzy, ukochani bracia, zebraliśmy się tu przed obliczem Boga, aby uczcić nieświęte bluźnierstwo. On dotknął nas brudem i chłodem, głodem i samotnością, ospą i świerzbem, wszawicą i mendami. Nasze pożywienie stanowią zgniłe łupiny i nędzne odpadki mięspodawane w torbach przez hotelowe drzwi. Naszą rozkosz stanowi wielekroć przeparzana herbata i podsypane trocinami placki, przeżuwane w zakopconych piwnicach, skrzynia z piachem do spluwania cienkim piwskiem, obłapki bezzębnych lafirynd. Naszym przeznaczeniem jest mogiła nędzarzy głębokości dwudziestu pięciu stóp w drewnianych trumnach podziemnych sypialni. Jest naszym wielce odpowiednim, sprawiedliwym i świętym obowiązkiem we wszystkich czasach i we wszystkich miejscach przeklinać Go i lżyć Go. Przeto z demonami i arcydemonami... (itd., itd., itd.)

George Orwell, Córka proboszcza
tłumaczenie: Bohdan Drozdowski

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Orwell o prywatnych szkołach


No więc niech mnie pani posłucha.

Dorota słuchała. Z podziwu godną jasnością i z cynizmem, który był tym bardziej odrażający, że całkowicie nie uświadomiony, pani Creevy wyłożyła technikę brudnego oszustwa, które nazywała nauczaniem praktycznym.

- Co powinna pani zapamiętać raz na zawsze - zaczęła - to to, że w szkole liczy się tylko jedno, to znaczy czesne. Cała paplanina o „rozwijaniu dziecięcych umysłów", jak to pani nazywa, psu na budę. Mnie interesuje czesne, a nie rozwijanie dziecięcych umysłów. Krótko mówiąc, nic więcej, tylko zdrowy rozsądek. Nie można przecie przypuszczać, że ktokolwiek weźmie na siebie wszystkie kłopoty z utrzymaniem szkoły, narażając dom na wywrócenie do góry nogami przez bandę bachorów, jeśli nie można by na tym zrobić jakichś pieniędzy. Przede wszystkim idzie o czesne, wszystko inne jest drugorzędne. Czyż nie powiedziałam pani o tym już pierwszego dnia po jej przybyciu?

- Tak - przyznała Dorota pokornie.
- Dobrze, więc czesne płacą rodzice i pani musi myśleć o rodzicach. Proszę robić to, czego żądają rodzice. To nasza tutaj zasada. Mogę się zgodzić, że całe to śmiecenie plasteliną i wycinankami, do których jest pani tak przywiązana, nie wyrządzają dzieciom żadnej szczególnej szkody; ale rodzice tego nie chcą i trzeba z tym skończyć. Są dwa przedmioty, których się dla swoich dzieci domagają, to znaczy arytmetyki i pisania. Szczególnie pisania. To jest coś, w czym widzą sens. A więc pisanie jest tym, na co musi pani kłaść nieustanny nacisk. Dużo ładnych, schludnych przepisywań, które dziewczynki mogą zanieść do domów i które rodzice będą mogli pokazywać sąsiadom, a nam dadzą trochę bezpłatnej reklamy. Chcę, żeby pani kazała dzieciom przepisywać dwie godziny dziennie i nic poza tym.

- Dwie godziny dziennie na pisanie - powtórzyła Dorota posłusznie.
- Tak. A także dużo arytmetyki. Rodzicom bardzo zależy na arytmetyce: szczególnie na sumowaniu pieniędzy. Niech pani cały czas ma na oku rodziców. Jeśli spotka pani któreś z nich na ulicy, proszę podejść i zacząć mówić o ich własnej dziewczynce. Niech pani zapewnia, że jest to najlepsza dziewczyna w klasie i jeśli zostanie jeszcze na trzy semestry - będzie robiła cuda. Rozumie pani, co mam na myśli? Niech pani nie idzie i nie mówi, że ona nie rokuje nadziei na poprawę; ponieważ jeżeli im pani to powie, najpewniej zabiorą dziewczynki ze szkoły. Tylko trzy semestry dłużej, to jest to, co trzeba im wmawiać. A kiedy pani skończy wypisywanie okresowych świadectw, niech je pani przyniesie do mnie i pozwoli mi dobrze się przyjrzeć. Lubię osobiście stawiać
stopnie.

Spojrzenie pani Creevy spotkało się ze wzrokiem Doroty. Prawdopodobnie miała właśnie zamiar powiedzieć, że zawsze stawiała stopnie w taki właśnie sposób, żeby każda z dziewcząt znalazła się w pobliżu klasowego szczytu, ale się powstrzymała. Przez chwilę Dorota nie potrafiła zabrać głosu. Zdawało się na pozór, że jest ujarzmiona. Była bardzo blada, ale jej serce wypełniał gniew i gwałtowna odraza, z którą, zanim zdołała przemówić, musiała stoczyć walkę. Nie myślała jednak sprzeciwiać się pani Creevy. „Reprymenda" poważnie ją załamała. Opanowała głos i rzekła:

- Mam nie uczyć niczego poza pisaniem i arytmetyką, czy tak? - No, nie wyraziłam się aż tak. Istnieje wiele przedmiotów, które dobrze się prezentują w prospekcie. Na przykład francuski - francuski bardzo dobrze prezentuje się w prospekcie. Ale to nie jest przedmiot, na który by pani miała marnować zbyt wiele czasu. Niech się pani nie stara szpikować dzieci gramatyką i składnią, i czasownikami, i tym wszystkim. Ten rodzaj materiału, jak ja to widzę, nie prowadzi donikąd. Niech im pani da co nieco z „parley vous francey" i „passey moi le beurre" i tak dalej; to o wiele pożyteczniejsze od gramatyki. No i jest jeszcze łacina - zawsze umieszczam w prospekcie łacinę. Ale nie przypuszczam, żeby pani była bardzo obyta z łaciną, mam rację?

- Nie - przyznała Dorota.
- Cóż, to bez znaczenia. Nie będzie jej pani uczyła. Żadne z naszych rodziców nie życzy sobie, żeby ich dziecko traciło czas na łacinę. Ale lubią widzieć ją w prospekcie. To wygląda szykownie. Oczywiście jest wiele przedmiotów, których nie możemy uczyć, ale musimy je przy tym ogłaszać.
Bibliotekarstwo i maszynopisanie, i stenografia na przykład; obok tego muzyka i taniec. Wszystko to dobrze wygląda na prospekcie.

(...)

To zaś, co pani Creevy powiedziała o „nauczaniu praktycznym" nie było niczym innym, jak realistycznym widzeniem rzeczywistości. Ona po prostu głośno wypowiedziała to, co myśli większość ludzi w jej sytuacji, nigdy się z tym nie zdradzając. Często powtarzane zdanie „interesuje mnie czesne", stanowiło motto, jakie mogło - albo raczej powinno - być wypisane na drzwiach wszystkich prywatnych szkół w Anglii.

Nawiasem biorąc istnieje w Anglii olbrzymia ilość szkół prywatnych. Drugorzędnych, trzeciorzędnych i czwartorzędnych. (Ringwood House należała do kategorii czwartorzędnych.) Są ich dziesiątki na każdym londyńskim przedmieściu i w każdym prowincjonalnym mieście. W każdej chwili można gdzieś w sąsiedztwie znaleźć jedną z tych dziesięciu tysięcy, z których ledwie tysiąc poddawanych bywa kontroli rządowej. I choć niektóre wydają się lepsze od innych, a pewna liczba, jak można przypuszczać jest lepsza od szkół municypalnych, z którymi rywalizują, to jednak we wszystkich tkwi to samo fundamentalne zło: nie mają żadnego innego celu, poza robieniem pieniędzy. Często, wyjąwszy fakt, że nie ma w tym nic nielegalnego, zakłada się je w tym samym duchu, w jakim powstają burdele albo sklepy z wiadrami. Jakiś zatabaczony mały człowieczek interesu (zazwyczaj bywa z tymi szkołami tak, że należą do ludzi, którzy w nich nie uczą), powiada do swojej małżonki: „Emmo, mam pomysł! Co byś powiedziała, gdybyśmy tak we dwoje trzymali szkołę, hę? W takiej szkole jest masa forsy, wiesz, a robota nie taka sama jak w sklepie czy w barze. Poza tym niczym nie ryzykujesz; o nic cię głowa nie boli, nie licząc komornego, paru ławek i tablicy. Ale my to zrobimy z fasonem. Bierzesz któregoś z tych facetów po Oxfordzie czy Cambridge, co akurat łazi bez roboty, przyjdzie tanio, ubierzesz go w pelerynę - i w ten, no, jak się nazywają te ich kwadratowe kaszkiety z pomponami na czubku? To zwabi rodziców, nie? Ty tylko masz oczy otwarte i tylko wybierasz dobrą dzielnicę, gdzie jeszcze nie ma za dużo takich samych cwaniaków".

Wybiera lokalizację w jednym z obszarów zamieszkałych przez klasę średnią, gdzie ludzie są zbyt ubodzy, by sobie móc pozwolić na solidną szkołę i zbyt dumni, by posyłać dzieci do szkół municypalnych, i „sprawa chwyta". Stopniowo nawiązuje kontakty tym samym sposobem co mleczarz czy zieleniarz i jeśli jest bystry, a przy tym taktowny, i nie ma zbyt wielu rywali, robi na tym kilkaset funtów rocznie.

Oczywiście, nie wszystkie szkoły są do siebie podobne, nie każdy pryncypał jest takim pazernym prymitywem i złośliwcem jak pani Creevy, istnieje wiele szkół, w których atmosfera bywa sympatyczna, a nauczanie tak dobre, jak można zasadnie oczekiwać płacąc pięć funtów za semestr. Z drugiej strony, niektóre to krzyczące skandale. Nieco później, Dorota poznawszy pewnego nauczyciela z innej prywatnej szkoły w Southbridge, usłyszała opowieści o szkołach znacznie gorszych od Ringwood House. Usłyszała o taniej szkole z internatem, w której umieszczali swoje dzieci wędrowni aktorzy tak, jak się wrzuca bagaż do przechowalni kolejowej. Dzieci zwyczajnie wegetowały tam i, nie robiąc absolutnie nic, dożywały szesnastego roku życia, nie nauczywszy się nawet czytać. Usłyszała też o innej szkole, gdzie dni upływały na nieustającym buncie uczniów, ze złamanym, starym, zaharowanym wychowawcą uganiającym się za chłopcami w górę i w dół, i siekącym ich trzciną, który się nagle załamuje i łka z głową na katedrze, podczas gdy chłopcy się zeń śmieją. Tak długo, jak długo będą istnieć szkoły prowadzone głównie dla pieniędzy, podobne zjawiska będą się powtarzać. Drogie szkoły prywatne, do których bogaci posyłają dzieci, z pozoru nie są tak złe jak reszta, ponieważ stać je na właściwy personel, a system egzaminacyjny tych „public schools" zmusza je do utrzymywania się na poziomie; ale wszystkie mają tę samą podstawową skazę.

Dorota odkrywała właściwości szkół prywatnych stopniowo. Przeżywała zrazu absurdalny strach, że pewnego dnia pojawią się w Ringwood House inspektorzy szkolni, wykryją jaka panuje tam blaga i jakim to wszystko jest oszustwem, i stosownie wymiotą cały ten kurz. Jednakże później przekonała się, że to się zdarzyć nie może. Ringwood House nie został „uznany", a przeto nie podlegał inspekcjom. Wprawdzie pewnego dnia odwiedził szkołę inspektor rządowy, ale poza zmierzeniem powierzchni klasy, by stwierdzić, czy na każdą dziewczynkę przypada właściwa liczba stóp kubicznych, nie zrobił nic; nie miał upoważnienia, by zrobić coś więcej. Jedynie drobna mniejszość szkół „uznanych" - mniej niż jedna na dziesięć - bywa oficjalnie wizytowana w celu ustalenia, czy zachowują przyzwoity poziom nauczania. Inne zaś mają swobodę uczenia lub nie uczenia, wedle wyboru. Nikt - wyjąwszy rodziców dzieci - ich nie kontroluje, ani nie dokonuje inspekcji - prowadzi więc ślepy ślepego, Marcin uczy Marcina...

Córka Proboszcza
tłumaczenie: Bohdan Drozdowski

niedziela, 29 czerwca 2014

Córka proboszcza – od tłumacza


Tłumacząc Córkę Proboszcza, czułem jak powieść ta chwilami zmienia się we wspaniały poemat prozą, kiedy indziej zgrzyta mową słyszalną tylko na społecznym dnie. George Orwell bywał także na dnie. Córka Proboszcza jest jego kryptoautobio-grafią. Bez tej powieści o autorze Folwarku zwierzęcego i Tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego czwartego nie wiemy nic.

Był synem niskopłatnego celnika z Indii, nie mógł więc liczyć na żadną karierę. Wedle własnej, krytycznej samooceny, prócz tego, że nie miał pieniędzy, »był brzydki, słaby, nielubiany, tchórzliwy, miał chroniczny kaszel i cuchnął«. Szczęśliwie dostrzeżono jego inteligencję i talent, przyznano stypendium na naukę w szkole dla lepiej urodzonych - w Eton. Powiada, że się tam do nauki nie przykładał, ale to kokieteria. Ukończył Eton i otrzymał jeszcze bardziej prestiżowe stypendium, na studia w Cambridge. Tego już nie przyjął! Poznawszy w szkole średniej stosunki panujące wśród wybrańców losu, nie chciał być wśród nich - w wyższej. Świadomie nie wszedł do klanu absolwentów Cambridge i Oxfordu, wiedząc, że traci wszelkie szansę. Albowiem w społeczeństwie brytyjskim tamtych czasów obie te uczelnie, jak żartował potem pewien ich wychowanek, »przesądzaty nie tylko o charakterze i poglądach człowieka, ale także o jego religii i... płci...«

W powieści Keep the aspidistra flying z 1936, /polskie wydanie pt. Wiwat aspidistra, 1985./ bohater-Gordon - będący alter ego Orwella, tak jak Dorota Hare z Córki Proboszcza, pisujący wiersze i usiłujący je drukować, taką otrzymuje odpowiedź z pewnego pisemka:,,...nie chcemy twoich wszawych wierszyków. Bierzemy wiersze tylko od facetów, z którymi kolegowaliśmy w Cambridge. Wy, proleci, trzymajcie się od nas z dala." Orwell przeżył dość dużo, by opisywać to, co poznał osobiście. Krytyk mógł więc mniemać, że pozbawiony był wyobraźni. Poznał nędzę, więc został socjalistą. Walczył w Hiszpanii po stronie Republiki, nie mógł więc nie rozczarować się do komunistów, których widział z bliska. Napisał książkę /Homage to Catalonia/, która nie mogła zadowolić ani komunistów, ani faszystów. Był obiektywny, a obiektywnych stronniczy nienawidzą. Walcząc został ciężko ranny w krtań. Stracił siłę głosu, zyskał siłę sądzenia. Po klęsce Republiki uciekł z żoną do Francji. Mawiał potem, że jest rad z tamtego doświadczenia, ponieważ wojna, choć straszna, pozwoliła mu uwierzyć w ludzką uczciwość i męstwo. Jego biograf, Tom Hopkins, uważa - zapewne trafnie -że to sam Orwell uwierzył tam we własną uczciwość i własne męstwo. A więc wojna przywróciła go sobie samemu. Hopkins uważa też, że „skupienie całej uwagi Orwella na sobie, prowadzi do widzenia świata zewnętrznego jako powiększonej projekcji własnych jego problemów". Być może ma rację. Być może Orwell „nie miał perspektywy historycznej" /czego dowodem ma być 1984/; być może miewał kłopoty z ciałem jak Gordon z Aspidistry i Dorota z Córki Proboszcza. Z pewnością biedził się ze swoją duszą jak tamci oboje, skoro „życie bez protekcji zwraca się do wiary, jakiejkolwiek wiary". Orwell wolał nędzę niż protekcję. Na pewno też, tym razem wbrew sugestii Hopkinsa, rozumiał stosunki międzyludzkie. Bo, że „miał dystans w stosunku do siebie" i „uprawiał prozę nerwową, giętką, jasną", zgadzają się liczni lub wszyscy. Córka Proboszcza jest taką właśnie prozą. To Dorota Hare pierwsza miała okazję poznać, że „wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre równiejsze"..., choć zdanie pochodzi z najsłynniejszej książki Orwella, napisanej dziesięć lat później, w czasie n Wojny Światowej, z Folwarku zwierzęcego, którego nie chciano mu wydać, żeby nie obrażać Stalina, bo był to cenny sojusznik w walce z drugim mordercą milionów -Hitlerem. Dopiero gdy Churchill ogłosił „zimną wojnę", Folwark... przyniósł Orwellowi sławę i pieniądze. Bo w naszych czasach sława pisarza na politycznym koniu jeździ...

*

Córka Proboszcza jest powieścią napisaną niezwykle obrazowo. Każda pojawiająca się w niej postać ma charakter, cechy własne, styl bycia i - język. Jakaż to galeria typów! Od stetryczałego Proboszcza, który traktuje świat jako niekonieczny i uciążliwy dodatek do własnego, złamanego losu, po wyrzutków społeczeństwa z plantacji chmielu i Trafalgar Sąuare, gdzie w kupie zmarzniętych ciał szukają ciepła ludzie z różnych sfer - od ulicznika, po byłego księdza, wyrzuconego z posady za zbyt frywolne traktowanie harcerek... Orwell sam pracował na plantacji chmielu, nocował na kamiennej ławie tego placu, bywał bezdomny i głodny. Uczył także w podłych szkółkach prywatnych, jak Dorota Hare. Jego proza daje świadectwo prawdzie.

Język Nobby'ego, pani McElligot i całej reszty tej ludzkiej zbieraniny, był dla mnie w wielu miejscach niezrozumiały. Mimo iż spędziłem szereg lat w Anglii i Londynie, co dzień stykając się z dozorcą domu, listonoszem, gazeciarzem ulicznym, zacząłem go rozumieć dopiero pod koniec pobytu. Ludzie ci mówią straszliwym dla ucha akcentem, połykają słowa, kaleczą gramatykę; ale straszliwym tylko z punkut widzenia BBC-English czy Orford-English, które dla nich stanowią coś właśnie obrzydliwie sztucznego. Własny żargon mają za język Anglii prawdziwej. Nie jest to odpowiednik naszego języka przedmieść warszawskich. Przekładać go można stylizując na coś równie pokracznego, ale nie da się stworzyć mowy równorzędnej. Pytałem różnych Anglików, jak rozumieć ten i inny zwrot, nie wiedzieli. Pomógł mi były dyrektor British Council w Warszawie, Pan Charles Chadwick, któremu w tym miejscu składam podziękowanie.


5 czerwca 1992
Bohdan Drozdowski

piątek, 27 czerwca 2014

Lubił studiować ich niewolniczą mentalność typu „trzymaj się posady" …


Nowy Albion był interesujący z tego względu, że panowała tu zupełnie nowoczesna atmosfera. W firmie nie było ani jednego człowieka, który nie byłby świadom faktu, że reklama - ogłoszenia - jest najgorszym draństwem wyrosłym z kapitalizmu. W firmie ołowianej zachowały się nadal pewne pojęcia o honorze handlowym i o użyteczności. W Nowym Albionie wyśmiano by to. Większość pracowników reprezentowała twardy, zamerykanizowany, przedsiębiorczy typ - typ, dla którego nie ma nic świętego, poza pieniędzmi. Wypracowali własny cyniczny kodeks postępowania. Publiczność to świnie; reklama to grzmocenie kijem w wiadrze z pomyjami. Jednak pod tym cynizmem była w nich pewna naiwność, ślepy kult bożka pieniądza. Gordon dyskretnie ich studiował. Jak poprzednio, wykonywał pracę dość dobrze, więc koledzy patrzyli na niego z góry. W jego umyśle nic się nie zmieniło. Nadal odrzucał kodeks pieniądza i pogardzał nim. Wcześniej czy później ucieknie; nawet teraz, po niedawnej klęsce, nadal planował ucieczkę. Żył w świecie pieniądza, lecz nie należał do niego. Jeśli chodzi o typy, które go otaczały, te robaczki w melonikach, które nigdy się nie przepoczwarzą, oraz ci po amerykańsku przedsiębiorczy wykształceni lizusi z rynsztoka, to raczej go bawiły. Lubił studiować ich niewolniczą mentalność typu „trzymaj się posady". Był wśród nich podglądającym dzieciakiem.

George Orwell "Wiwat aspidistra!
tłumaczenie: Jadwiga Piątkowska

Kult pieniądza jedyna naprawdę przeżywana religia - jaka nam pozostała?


Prymitywnie, po chłopięcemu zaczął orientować się w sprawach pieniężnych. Wcześniej niż inni pojął, że cały nowoczesny handel jest oszustwem. Uświadomiły mu to właśnie reklamy na stacjach metra. Jak powiadają biografowie, nie przypuszczał wówczas, że sam będzie kiedyś pracował w agencji reklamowej. Było to jednak coś więcej niż sam fakt, że interes to oszustwo. Zrozumiał, a z biegiem czasu rozumiał to coraz lepiej, że kult pieniądza podniesiono do rangi religii. Być może jest to jedyna prawdziwa religia - jedyna naprawdę przeżywana religia - jaka nam pozostała. Pieniądz stał się tym, czym kiedyś był Bóg. Dobro i zło nie znaczą ju nic więcej, poza sukcesem i niepowodzeniem. Stąd wielce znaczący zwrot: dobrze mi się powodzi. Dekalog zredukowano do dwóch przykazań. Jedno dla pracodawców - wybrańców, kasty kapłanów pieniądza: „Będziesz robił pieniądze"; drugie dla pracowników - sług i niewolników: „Nie stracisz pracy".

George Orwell "Wiwat aspidistra!
tłumaczenie: Jadwiga Piątkowska

Pod powierzchnię!


Pod powierzchnię, pod powierzchnię! W bezpieczne, miękkie łono ziemi, gdzie nie ma zdobywania ani tracenia pracy, nie ma nękających cię krewnych ani przyjaciół, nie ma nadziei, strachu, ambicji, honoru, obowiązku - nie ma żadnych wierzycieli. Właśnie tam pragnął się znajdować.

Nie pragnął jednak śmierci, śmierci fizycznej. Było to dziwne uczucie. Miał je od tego ranka, gdy obudził się w policyjnej celi. Zły, buntowniczy nastrój, który następuje po pijaństwie, najwyraźniej wszedł mu w zwyczaj. Owa pijana noc stanowiła przełom w jego życiu. W dziwnie nagły sposób pociągnęła go w dół. Przedtem walczył z kodeksem pieniądza, lecz mimo to trwał przy nieszczęsnych resztkach przyzwoitości. Teraz zaś chciał uciec właśnie od przyzwoitości. Chciał iść na dno, głęboko, w jakiś świat, gdzie przyzwoitość nie miała ju ż znaczenia; przeciąć więzy poczucia godności własnej, pójść pod wodę - pogrążyć się, jak powiedziała Rosemary. W jego umyśle łączyło się to z przekonaniem, że znajduje się pod powierzchnią. Lubił myśleć o ludziach straconych, o ludziach spod powierzchni, włóczęgach, żebrakach, przestępcach, prostytutkach. Ich świat jest dobry, mieszkają w nim gdzieś tam na dnie, w dusznych norach i melinach. Lubił myśleć, że pod światem pieniędzy znajduje się ten wielki, niechlujny świat podziemny, gdzie klęska i sukces nic nie znaczą; coś w rodzaju królestwa upiorów, gdzie wszyscy są równi. Tam właśnie chciał być, na dnie, w upiornym królestwie, poniżej wszelkich ambicji. Pewną ulgę sprawiała mu myśl o zadymionych slumsach południowego Londynu, ciągnących się bez końca, o ogromnej, nędznej pustyni, gdzie można się zgubić na dobre.

George Orwell "Wiwat aspidistra!
tłumaczenie: Jadwiga Piątkowska

Poeta głodujący na poddaszu co zapomniał, że ptaki niebieskie nie muszą płacić czynszu


Teraz już nie nienawidził krewnych i nie pogardzał nimi - w każdym razie nie tak bardzo. Nadal przyprawiali go o przygnębienie - biedne stare usychające ciotki i wujowie, z których dwoje czy troje już umarło; ojciec, zniszczony i przygaszony; matka, zwiędła, nerwowa i „delikatna" (płuca miała niezbyt silne); Julia, już teraz, w wieku dwudziestu jeden lat, obowiązkowe, zrezygnowane popychadło, pracujące po dwanaście godzin dziennie, nie mające przyzwoitej sukienki. Teraz jednak pojmował, co im dolegało. To nie był tylko brak pieniędzy. Był to fakt, że nie mając pieniędzy, nadal żyli duchem w świecie pieniędzy - w świecie, gdzie pieniądz jest cnotą, ubóstwo zaś zbrodnią. 

Wykończyło ich nie ubóstwo, lecz ciężar szacownego ubóstwa. Przyjęli kodeks pieniądza, według zaś tego kodeksu ponieśli fiasko. Nigdy nie mieli na tyle rozsądku, by atakować i po prostu żyć, z pieniędzmi czy bez, jak to robią klasy niższe. A klasy niższe mają rację! Czapki z głów przed chłopakiem z fabryki, który mając cztery pensy przy duszy majstruje swej dziewczynie dziecko! Przynajmniej w żyłach ma krew, nie pieniądze.

Gordon przemyślał to wszystko, naiwnie, samolubnie, po chłopięcemu. Uznał, że istnieją dwa sposoby życia. Możesz być bogaty lub możesz rozmyślnie odmówić bogacenia się. Możesz posiadać pieniądze, a możesz gardzić pieniędzmi; natomiast fatalnie jest czcić pieniądze i ich nie zdobyć. Założył z góry, że sam nigdy nie zrobi pieniędzy. Nie przyszło mu do głowy, że może posiadać zdolności, które udałoby się wykorzystać. Sprawili to nauczyciele; wmówili mu, że jest nieznośnym buntownikiem i że nie ma szans na „sukces" w życiu. Zgodził się z tym. Więc dobrze, w takim razie odmówi udziału w „zdobywaniu sukcesu"; specjalnie się postara, aby nie osiągnąć „sukcesu". Lepiej panować w piekle niż służyć w niebie; jeśli już o to idzie, lepiej służyć w piekle niż służyć w niebie. Już mając szesnaście lat wiedział, po której jest stronie. Był przeciwko bożkowi pieniądza i jego ześwinionym kapłanom. Wydał wojnę pieniądzowi; w tajemnicy, oczywiście.

(…)

Całkowita pogarda, jaką miał dla swej pracy, ułatwiała mu jednak egzystencję. Znosił jałowe życie biurowe, gdy ani przez chwilę nie uważał go za coś trwałego. Kiedyś, jakoś, Bóg wie, jak i kiedy, wyzwoli się z tego. Poza tym miał jeszcze swoje „pisanie". Być może kiedyś będzie w stanie jakoś zarobić na życie „pisaniem"; a będąc „pisarzem" jest się chyba wolnym od smrodu pieniądza, nieprawda? Zwijał się z bólu na widok otaczających go typów, zwłaszcza starszych mężczyzn. To właśnie oznaczał kult bożka pieniądza! Ustabilizować się, odnieść sukces, sprzedać duszę za willę i aspidistrę! Zamienić się w typową kanalię w meloniku, „człowieczka" - jak u Strube'a - potulnego obywatela, który mknie do domu o szóstej piętnaście na kolację składającą się z placka z serem i kompotu z gruszek z puszki, na półgodzinne słuchanie koncertu symfonicznego w BBC, a potem może nieco legalnego stosunku seksualnego, jeśli żona „jest w humorze"! Co za los! Nie, człowiek nie powinien żyć w ten sposób. Należy się z tego wydostać, z tego smrodu pieniądza. Pielęgnował w myślach coś w rodzaju spisku. Poświęcił się jak gdyby wojnie z pieniądzem.

(…)

Cztery miesiące po śmierci matki Gordon nagle porzucił pracę. Nie przedstawił firmie żadnych powodów. Przypuszczali, że miał zamiar „poprawić swą sytuację materialną", więc - całe szczęście, jak się później okazało - dali mu całkiem dobre referencje. Nie przyszło mu nawet do głowy, by szukać innej pracy. Chciał spalić za sobą mosty. Teraz będzie mógł oddychać swobodnie, oswobodzony od smrodu pieniądza. Nie czekał z tym specjalnie do śmierci matki; jednakże jej śmierć dodała mu odwagi.

Oczywiście, pozostałości rodziny wdały się w nową, jeszcze gwałtowniejszą kłótnię. Sądzili, że Gordon z pewnością zwariował. Na próżno próbował wielokrotnie im wyjaśniać, dlaczego nie chce oddać się w jarzmo „dobrej" posady. - Ale z czego będziesz żył? Z czego będziesz żył? - lamentowali. Nie chciał o tym poważnie pomyśleć. Oczywiście nadal piastował myśl, że będzie mógł jakoś zarabiać „pisaniem". Znał już wówczas Ravelstona, redaktora „Antychrysta", a Ravelston, poza drukowaniem jego wierszy, dawał mu czasem książki do recenzji. Jego literackie perspektywy nie były tak beznadziejne jak sześć lat temu. Jednakże prawdziwym powodem nie była chęć „pisania". Wydostać się ze świata pieniędzy - oto, czego chciał. Oczekiwał mgliście jakiejś pustelniczej egzystencji bez pieniędzy. Przypuszczał, że jeśli ktoś naprawdę pogardza pieniędzmi, może się jakoś utrzymać, podobnie jak ptaki niebieskie. Zapomniał, że ptaki niebieskie nie płacą czynszu. Widział się jako poeta głodujący na poddaszu · jednakże głodujący niezbyt dotkliwie.

Nastąpiło siedem katastrofalnych miesięcy. Przeraziły go i niemal złamały. Poznał, co to znaczy żyć całe tygodnie chlebem i margaryną, próbować „pisać", gdy się przymiera głodem, zastawiać ubrania w lombardzie, przemykać się drżąc po schodach, gdy zalega się z czynszem od trzech tygodni, a gospodyni nadsłuchuje. Poza tym przez owych siedem miesięcy praktycznie niczego nie napisał. Ubóstwo przede wszystkim zabija myśl. Pojął, jak gdyby stanowiło to jakieś odkrycie, że nie ucieknie się od pieniędzy przez nieposiadanie pieniędzy. Przeciwnie, jest się w pełni niewolnikiem pieniędzy, jeśli nie ma się ich dość - „środków do życia", jak brzmi koszmarny mieszczański zwrot. Wreszcie, po ordynarnej kłótni, wyrzucono go z pokoju. Przez trzy dni i cztery noce znajdował się na ulicy. To było piekielne. Za radą człowieka, którego spotkał na bulwarze, spędził trzy ranki w Billingsgate, pomagając popychać taczki z rybami krętymi uliczkami pod górę z Billingsgate do Eastcheap.

Dostawało się „dwa pensy do góry", praca zaś piekielnie nadwerężała mięśnie ud. Do tej pracy zgłaszały się tłumy ludzi, więc trzeba było czekać na swoją kolej; miało się szczęście, jeśli zarobiło się osiemnaście pensów pomiędzy czwartą a dziewiątą rano. Po trzech dniach Gordon dał za wygraną. Po co to było? Przegrał. Nie pozostawało nic innego, jak wrócić do rodziny, pożyczyć pieniądze i poszukać innej pracy.

Lecz teraz, oczywiście, nie było żadnej pracy. Całymi miesiącami żył żebrząc u rodziny. Julia utrzymywała go, póki nie wydała ostatniego pensa ze swych niewielkich oszczędności. Było to ohydne. Taki był rezultat jego pięknych póz! Pozbył się ambicji, wydał wojnę pieniądzom, to wszystko zaś doprowadziło go do żebrania u siostry! Wiedział, że Julia znacznie głębiej przeżyła jego klęskę niż utratę oszczędności. Takie nadzieje wiązała z Gordonem! Jemu jednemu z Comstocków miało się „powieść". Jeszcze nawet teraz wierzyła, że kiedyś, jakoś odzyska pozycję rodziny. Był tak „inteligentny" - z pewnością mógłby zdobyć majątek, gdyby tylko chciał! Przez dwa miesiące Gordon mieszkał u ciotki Angeli w jej domku w Highgate - u biednej, zwiędłej, zasuszonej ciotki Angeli, której ledwie starczało jedzenia dla siebie. Przez cały czas rozpaczliwie szukał pracy. Wuj Walter nie mógł mu pomóc. Jego wpływy w świecie interesów, nigdy duże, były teraz praktycznie żadne. Jednakże wreszcie, całkiem niespodziewanie, poszczęściło mu się.

George Orwell "Wiwat aspidistra!
tłumaczenie: Jadwiga Piątkowska

Gdybym mówił językami ludzkimi i anielskimi, a pieniędzy bym nie miał … - poznajemy Gordona Comstocka


Jednakże najbardziej nienawidził snobistycznych, „kulturalnych" książek. Krytyki literackiej i literatury pięknej. W rodzaju tych, jakie te zamożne wstrętne młode typy z Cambridge piszą jakby od niechcenia - i jakie Gordon mógłby pisać, gdyby miał nieco więcej pieniędzy. Pieniądze i kultura! W takim kraju jak Anglia bez pieniędzy nie można być kulturalnym, tak jak nie można wstąpić do Klubu Kawalerzystów. Tknięty tym samym odruchem, który każe dziecku potrącać kiwający się ząb, wyjął snobistycznie wyglądający tom - Wybrane aspekty włoskiego baroku - otworzył, przeczytał ustęp i wsunął z powrotem z mieszaniną odrazy i zawiści. Ta przerażająca wszechwiedza! To niezdrowe okularnicy wyrafinowanie! I pieniądze, jakie się kryją za tym wyrafinowaniem! W gruncie rzeczy, cóż za tym stoi, jeśli nie pieniądze? Pieniądze na odpowiednie wykształcenie, pieniądze na wpływowych przyjaciół, pieniądze na wolny czas i spokój ducha, pieniądze na podróże do Włoch. Pieniądze piszą książki, pieniądze je sprzedają.

Nie dawaj mi cnoty, Panie, daj mi pieniądze, tylko pieniądze.

Zabrzęczał monetami w kieszeni. Miał ju prawie trzydzieści lat, a nie osiągnął jeszcze niczego; tylko ten nieszczęsny zbiorek poezji, który zrobił kompletną klapę. Od tego zaś czasu, przez cale dwa lata, szamotał się w labiryncie okropnej książki, która nie posuwała się naprzód i którą, jak sobie chwilami zdawał sprawę, nigdy nie posunie się naprzód. To brak pieniędzy, po prostu brak pieniędzy pozbawiał go mocy „pisania". Trzymał się tego jak artykułu wiary. Pieniądze, pieniądze, pieniądze to wszystko! Czy można napisać choćby tanią nowelkę bez pieniędzy, które dodają otuchy? Inwencja, energia, dowcip, styl, wdzięk - za to wszystko trzeba płacić gotówką.

Jednakże patrząc na półki poczuł pewną ulgę. Tak wiele książek wyblakło i stało się nie do czytania. Mimo wszystko jedziemy na tym samym koniu. Memento mori. Ciebie, mnie i snobistycznych młodzieńców z Cambridge czeka to samo zapomnienie - choć niewątpliwie poczeka nieco dłużej na snobistycznych młodzieńców z Cambridge. Spojrzał na pożółkłych od starości „klasyków" u swych stóp. Martwi, wszyscy martwi, niech gniją z Bogiem. Przesunął wzrokiem po wyblakłych tytułach. Pisma zebrane Roberta Louisa Stevensona. Ha, ha! To dobre. Pisma zebrane Roberta Louisa Stevensona! Górny brzeg poczerniał od kurzu. Prochem jesteś i w proch się obrócisz. Gordon kopnął płócienny grzbiet Stevensona. Stamtąd odzywasz się, stary? Zimna pieczeń z ciebie, jak ze Szkota.

(...)

Gordon pomyślał o Ravelstonie, uroczym, bogatym przyjacielu, redaktorze „Antychrysta", przyjacielu, którego niezmiernie lubił i którego widywał jedynie raz na dwa tygodnie; a także o Rosemary, swojej dziewczynie, która go kochała - uwielbiała go, jak mówiła - i która mimo to nigdy z nim nie spała. Jeszcze raz pieniądze; pieniądze to wszystko. Wszystkie stosunki pomiędzy ludźmi trzeba kupować za pieniądze. Jeśli nie masz pieniędzy, mężczyźni nie będą dbać o ciebie, kobiety nie będą cię kochać; to znaczy, nie będą dbać o ciebie ani cię kochać choćby odrobinę. I właściwie mają rację! Gdy bez pieniędzy jesteś  niesympatyczny. Gdybym mówił językami ludzkimi i anielskimi. Jednakże, jeśli nie mam pieniędzy, nie mówię językami ludzkimi i anielskimi.
(...)

Gordona ogarnęła nagle przemożna i nieodparta chęć zapalenia. Postanowił sobie nie palić dziś po południu. Zostały mu tylko cztery papierosy. Musi je zaoszczędzić na wieczór, kiedy to zamierzał „pisać"; nie mógł bowiem „pisać" bez papierosów, podobnie jak bez powietrza. Pomimo to musiał zapalić. Wyjął paczkę Player's Weights i wyciągnął karłowatego papierosa. Była to tylko głupia słabość; oznaczało to, że będzie „pisał" wieczorem o pół godziny krócej. Lecz nie mógł się oprzeć. Z wstydliwą radością wciągnął w płuca kojący dym.

Z szarawej szyby spoglądało na niego odbicie jego twarzy. Gordon Comstock, autor Myszy; en l'an trentiesme de son age, a już zniszczony. Zostało mu tylko dwadzieścia sześć zębów. Jednakże Villon w tym wieku miał kiłę, jak sam twierdził. Bądźmy wdzięczni za małe dobrodziejstwa.

(…)

„Gordon Comstock" to wredne nazwisko, ale te Gordon pochodził z wrednej rodziny. Oczywiście, cząstka „Gordon" była szkocka. Dzisiejsza obfitość takich imion stanowi jedynie cząstkowy wyraz procesu skotyfikacji Anglii, zachodzącego od pięćdziesięciu lat. „Gordon", „Colin", „Malcolm", „Donald" - tym Szkocja obdarzyła świat, wraz z golfem, whisky, owsianką oraz dziełami takich pisarzy, jak Barrie i Stevenson.

Comstockowie należeli do najsmętniejszej z klas, do średniej klasy średniej, szlachty bez ziemi. W swym żałosnym ubóstwie nie mogli się nawet snobistycznie pocieszać, że są „starą" rodziną, na którą przyszły złe dni, gdy wcale nie byli „starą" rodziną, a tylko jedną z tych rodzin, które wypłynęły na fali  wiktoriańskiej koniunktury, po czym pogrążyły się, zanim fala opadła. Doświadczyli najwyżej pięćdziesięciu lat stosunkowej zamożności, co miało miejsce za życia dziadka Gordona, Samuela Comstocka - dziadzia Comstocka, jak Gordon nauczył się go nazywać, choć starzec zmarł cztery lata przed jego narodzeniem. Dziadzio Comstock należał do ludzi, którzy wywierają ogromny wpływ nawet zza grobu. Za życia był wyjątkową kanalią. Ograbił proletariat i cudzoziemców z pięćdziesięciu tysięcy funtów, zbudował sobie rezydencję z czerwonej cegły, trwałą jak piramida, oraz spłodził dwanaścioro dzieci, z których przeżyło jedenaścioro. Wreszcie zmarł nagle, na wylew krwi do mózgu. Na Kensal Green dzieci umieściły nad nim monolit z następującym napisem:

NIEODŻAŁOWANEJ PAMIĘCI SAMUEL EZEKIEL COMSTOCK, WIERNY MĄŻ , CZUŁY OJCIEC, UCZCIWY I POBOŻNY CZŁOWIEK, URODZONY 9 LIPCA 1828 R., OPUŚCIŁ TEN ŚWIAT 5 WRZEŚNIA 1901 R. KAMIEŃ TEN WYSTAWIŁY NIEUTULONE W ŻALU DZIECI
SPOCZYWA W RAMIONACH JEZUSA.

Nie trzeba powtarzać bluźnierczych komentarzy na temat tego ostatniego zdania, wypowiadanych przez wszystkich, którzy znali dziadzia Comstocka. Wypada natomiast podkreślić, że kawał granitu, na którym je wypisano, ważył blisko pięć ton, a położono go tam z pewnością w zamiarze, choć nie był to świadomy zamiar, zabezpieczenia się przed powrotem dziadzia Comstocka. Gdy chce się wiedzieć, co krewni zmarłego naprawdę o nim myślą, wystarczy sprawdzić ciężar jego nagrobka.

George Orwell "Wiwat aspidistra!
tłumaczenie: Jadwiga Piątkowska

czwartek, 26 czerwca 2014

Co znaczy te kilka gwiazd?


Co znaczy te kilka gwiazd? - spytał obojętnie O'Brien. - To drobiny ognia oddalone o kilka kilometrów. Gdybyśmy chcieli, moglibyśmy do nich dolecieć. Albo je zakryć. Ziemia jest środkiem wszechświata. Słońce i gwiazdy obracają się dookoła niej.

Winston znów szarpnął się konwulsyjnie, ale tym razem nic nie powiedział. O'Brien kontynuował tak, jakby zbijał jego kolejne argumenty:

- Są oczywiście sytuacje, kiedy twierdzenie to nie musi być prawdziwe. Do celów nawigacji morskiej lub kiedy przewidujemy zaćmienia, często wygodniej nam przyjąć roboczą hipotezę, że to Ziemia obraca się wokół słońca, a gwiazdy są odległe o wiele milionów kilometrów. Ale co z tego? Czy myślisz, że stworzenie podwójnego systemu astronomii przekracza nasze możliwości? Gwiazdy mogą być bliskie lub dalekie, zależnie od naszych potrzeb. Myślisz, że nasi uczeni nie potrafią sobie z tym radzić? Zapomniałeś o dwój-myśleniu?

Winston opadł na łóżko. Cokolwiek wymyślił, szybka riposta miażdżyła jego argumenty. A przecież wiedział, wiedział, że się nie myli. Musiał istnieć jakiś sposób udowodnienia fałszywości poglądu, iż nic nie istnieje poza ludzkim umysłem! Czyż już dawno temu nie dowiedziono, że opiera się na błędnym rozumowaniu? Nawet był na to odpowiedni termin, choć teraz go nie pamiętał. Kąciki ust O'Briena drgnęły; uśmiechnął się nieznacznie, spoglądając w dół na Winstona.

- Mówiłem ci już, Winston, że metafizyka nie jest twoją najmocniejszą stroną. Słowo, którego szukasz, to solipsyzm. Mylisz się jednak. Nasze podejście nie jest solipsyzmem. Można je nazwać ewentualnie solipsyzmem zbiorowym. A to już zupełnie co innego; wręcz przeciwieństwo solipsyzmu. To zresztą tylko dygresja - dodał zmieniając ton. - Prawdziwa władza, władza, o którą musimy walczyć w dzień i w nocy, to władza nad ludźmi.

George Orwell, Rok 1984
tłumaczenie: Tomasz Mirkowicz

niedziela, 22 czerwca 2014

Pokój 101


- Pytałeś mnie kiedyś - rzekł - co jest w pokoju sto jeden. Powiedziałem ci, że sam wiesz najlepiej. Wszyscy wiedzą. Tutaj czeka cię to, co jest najstraszniejsze na świecie.

Drzwi otworzyły się ponownie. Do środka wszedł strażnik; wniósł jakiś przedmiot wykonany z drutu, kosz albo skrzynkę i postawił na dalszym stoliku. O'Brien zasłaniał mu widok, Winston nie mógł więc dobrze się przyjrzeć.

- Dla każdego człowieka co innego jest najstraszniejsze na świecie - wyjaśnił O'Brien. - dla jednego może to być pogrzebanie żywcem, dla drugiego spalenie, a dla trzeciego utonięcie, wbicie na pal lub dopiero pięćdziesiąty rodzaj śmierci. Czasami chodzi o coś bardzo trywialnego, co wcale nie powoduje zgonu.

Przesunął się nieco, aby Winston mógł lepiej dojrzeć przedmiot umieszczony na stole. Była to podłużna, druciana klatka z umocowanym na wierzchu uchwytem do noszenia. Z przodu znajdowała się jakby maska szermiercza, wklęsłą stroną zwrócona na zewnątrz. Chociaż klatka stała w odległości prawie czterech metrów, Winston widział, że przedzielona jest wzdłuż na dwie części i że w każdej z nich siedzi zwierzę. Szczur.

- W twoim wypadku - kontynuował O'Brien - najstraszniejsze są szczury.
Dziwny, ostrzegawczy dreszcz, niewytłumaczalny lęk wstrząsnął Winstonem, gdy tylko ujrzał klatkę. Lecz dopiero w tym momencie zrozumiał, do czego służy podobne do maski urządzenie umocowane z przodu.
Kiszki zamieniły mu się w lód.

- Nie możecie! - zawył piskliwym, łamiącym się głosem. - Nie możecie! Nie! Nie!
- Czy pamiętasz chwile grozy, które nachodziły cię w snach? - spytał O'Brien. - Przed sobą widziałeś mroczną jamę, w uszach słyszałeś grzmot. W jamie kryło się coś strasznego. Wiedziałeś co, lecz nie dopuszczałeś tej wiedzy do świadomości. Szczury!

- O'Brien! - zawołał Winston, usiłując zapanować nad głosem. - Przecież wiecie, że to nie jest konieczne. Czego ode mnie chcecie?

O'Brien nie odpowiedział wprost. Kiedy się odezwał, mówił - co mu się czasem zdarzało - tonem nauczycielskim. Patrzył z namysłem przed siebie, jakby zwracał się do słuchaczy siedzących gdzieś za Winstonem.

- Ból sam w sobie często nie wystarczy. Są sytuacje, w których człowiek zdoła wytrzymać największy ból, a nawet może z bólu umrzeć. Ale każdego coś napawa taką grozą, że boi się choćby o tym myśleć. Nie ma to nic wspólnego z odwagą i strachem. Kiedy człowiek spada z wysokości, nie jest tchórzostwem łapanie się liny. Jeśli wynurza się spod wody, nie jest tchórzostwem wciąganie powietrza w płuca. To odruch, którego nie sposób się wyzbyć. Tak samo jest z tobą i szczurami. Dla ciebie są najkoszmarniejszą rzeczą na świecie. Choćbyś nie wiem jak pragnął, tej formy nacisku nie potrafisz znieść. Zrobisz, czego tylko od ciebie zażądam.

- Ale czego, czego żądacie?! Jak mogę to zrobić, skoro nie wiem?!
O'Brien przeniósł klatkę na bliższy stolik. Postawił ją ostrożnie na zielonym suknie. Winstonowi krew zahuczała w uszach. Czuł się straszliwie osamotniony. Zdawało mu się, że siedzi pośrodku rozległej, bezludnej równiny, pustyni zalanej słonecznym blaskiem, a wszystkie dźwięki docierają do niego z ogromnej odległości. Ale klatka ze szczurami stała zaledwie półtora metra od jego fotela. Były wielkie. Oba w tym wieku, gdy szczurom grubieją pyski i stają się bardziej drapieżne, a sierść z szarej przemienia się w brunatną.

- Szczury, choć gryzonie, są mięsożerne - ciągnął O'Brien, jakby wciąż przemawiał do swoich niewidocznych słuchaczy. - Chyba sam wiesz, co zdarza się w ubogich dzielnicach. Są ulice, gdzie kobiety boją się zostawiać niemowlę w domu bez opieki choćby na pięć minut. Szczury z miejsca by się na nie rzuciły i po kilku chwilach pozostałyby tylko ogryzione do cna kości. Szczury atakują również ludzi chorych lub umierających. Wykazują niebywałą zdolność wyczuwania, że ktoś jest bezsilny.

Nagle z klatki rozległy się głośne piski. Dochodziły Winstona jakby z bardzo daleka. Szczury, rozdrażnione, szturmowały dzielącą je ściankę. Usłyszał głęboki jęk rozpaczy. Ten dźwięk również zdawał się płynąć z oddali.

O'Brien podniósł klatkę i coś przy niej nacisnął. Rozległ się głośny trzask. Winston szarpnął całym ciałem jak oszalały, próbując zerwać się z fotela. Daremny wysiłek; ciało i głowę miał całkowicie unieruchomione. O'Brien przybliżył klatkę. Była teraz niecały metr od twarzy Winstona.

- Nacisnąłem pierwszą dźwignię - wyjaśnił O'Brien. - Domyślasz się chyba, jak funkcjonuje klatka. Maska zamknie się wokół twojej głowy. Kiedy nacisnę drugą dźwignię, drzwiczki w klatce uniosą się do góry. Wygłodniałe bestie skoczą do przodu jak wystrzelone z procy. Czy widziałeś kiedy, jak szczur rzuca się do ataku? Skoczą ci prosto na twarz i zaczną się w nią wgryzać. Czasami od razu wyżerają oczy. Czasami najpierw przegryzają policzki i wyjadają język.

Klatka była coraz bliżej, coraz większa. Winston usłyszał kilka krótkich jęków, które dolatywały jakby gdzieś znad jego głowy. Walczył rozpaczliwie, aby opanować strach. Wymyśl coś, wymyśl, masz jeszcze ułamek sekundy, to twoja ostatnia szansa! Nagle stęchły, obrzydliwy smród uderzył go w nozdrza.


Wstrząsnęły nim mdłości tak silne, że o mało nie zemdlał. Zrobiło mu się czarno przed oczami. Na moment sam zmienił się w szalone, wyjące zwierzę. Jednakże wydobył się z mroku, unosząc ze sobą zbawienną myśl. Był to jeden, jeden jedyny sposób ratunku. Musi odgrodzić się od szczurów ciałem innego człowieka.

Otwór maski był tak blisko, że nic poza nim nie widział. Druciane drzwiczki zbliżyły się na szerokość dwu dłoni do jego twarzy. Szczury wiedziały już, co zaraz nastąpi. Jeden podskakiwał niecierpliwie, a drugi, stary rynsztokowiec o szorstkim, pomarszczonym pysku, uniósł się na tylne łapy i opierając o druty różowe spody przednich, zaczął gniewnie węszyć. Winston wpatrywał się w jego wąsy i żółte zębiska. Znów owładnął nim paniczny strach. Czuł się ślepy, bezsilny, otępiały.

- W cesarskich Chinach była to dość pospolita tortura - oświadczył O'Brien tym samym dydaktycznym tonem.

Maska zamykała się wokół twarzy Winstona. Druty dotykały policzków. I wówczas - nie, nie była to ulga, lecz nadzieja, zaledwie iskierka nadziei. Za późno, mogło już być za późno. Ale nagle zrozumiał, że na całym świecie istnieje tylko jedna osoba, na którą może przenieść tę straszliwą torturę - jedno ciało, którym może się zasłonić przed szczurami. I zaczął wrzeszczeć jak opętany, powtarzając w kółko:

- Zróbcie to Julii! Julii! Nie mnie! Julii! Nie obchodzi mnie, co się z nią stanie. Niech jej zeżrą twarz, obgryzą aż do kości. Nie mnie! Julii! Nie mnie!

Spadł do tyłu, w jakąś bezdenną otchłań; oddalał się od szczurów. Wciąż przywiązany do fotela, przeleciał przez posadzkę, przez ściany budynku, przez ziemię, przez oceany, przez atmosferę, uniósł się w kosmos, w gwieździste przestworza - cały czas coraz bardziej oddalając się od szczurów. Dzieliły go od nich lata świetlne, ale wciąż czuł na policzkach zimny dotyk drucianej siatki. I O'Brien wciąż stał u jego boku. Kiedy jednak w ciemnościach rozległ się metaliczny trzask, Winston wiedział, że drzwiczki klatki nie otworzyły się, lecz zatrzasnęły na dobre.

(...)

- Czasami - ciągnęła - grożą ci czymś... czymś, czego nie możesz znieść, o czym boisz się nawet myśleć. A wtedy mówisz: "Nie róbcie tego mnie, zróbcie to temu-a-temu". I może później próbujesz udawać, że był to jedynie wybieg, że powiedziałeś tak tylko po to, aby przestali cię dręczyć, że przecież wcale tak nie myślałeś. Ale to nieprawda. Wówczas, kiedy ci grożą, pragniesz tego ze wszystkich sił. Wiesz, że to jedyny ratunek, więc chwytasz się go kurczowo. Chcesz, żeby zrobili to tej osobie. Nie obchodzi cię, jak bardzo będzie cierpiała. Liczysz się tylko ty.

- Liczysz się tylko ty - powtórzył.
- I potem zmienia się nastawienie do tego kogoś.
- Tak, zmienia - potwierdził.

Nie mieli sobie nic więcej do powiedzenia. Świszczący wiatr przylepiał im do ciał cienkie kombinezony. Po tej krótkiej wymianie zdań oboje czuli się niezręcznie w swoim towarzystwie; poza tym było zbyt zimno, aby siedzieć tak bez ruchu. Oznajmiła, że nie chce się spóźnić na metro i wstała.

George Orwell, Rok 1984
tłumaczenie: Tomasz Mirkowicz

wtorek, 11 lutego 2014

Konstanty A. Jeleński – Sześć reguł Orwella


1984, Folwark zwierzęcy to książka-wydarzenie, która, podobnie jak Zniewolony umysł Miłosza, zaważyła na naszych czasach. Są one przeciwieństwem self-fulfilling prophecies – owym proroctw, które lejąc wodę na młyn historii, same przyczyniają się do swego spełnienia. Porównywałbym je raczej do ostrzegawczych znaków drogowych, pomagających uniknąć katastrofy. Ale jako pisarz Orwell jest najlepszy w esejach, najmniej chyba znanych poza angielskim obszarem językowym. Najwyżej cenię jego szkice poświęcone kulturze popularnej społeczeństwa przemysłowego (nieodzowne do zrozumienia roli, jaką przypisuje “proletom” w 1984) – kapitalne analizy “wulgarnych” kartek pocztowych, tygodników dla młodzieży. Inaczej niż Gombrowicz czy Schulz, ale jednocześnie z nimi, zrozumiał wagę i znaczenie kultury masowej. O ileż głębiej i ciekawiej pisał o niej od współczesnych socjologów!

Odczytując jeden z jego esejów, Politics and the English Language (1946), natrafiam na tę kapitalną lekcję stylu (i myśli), którą podaję tu w tłumaczeniu:
“W prozie nie można gorzej obejść się ze słowami, niż im ulec. Kiedy myślisz o konkretnym przedmiocie, myślisz bezsłownie, a chcąc opisać rzecz, którą sobie przedstawiasz, będziesz zapewne szukał dookoła, aż znajdziesz dokładnie pasujące słowa. Kiedy myślisz o czymś abstrakcyjnym, będziesz skłonny zacząć od słów, i jeśli nie zapobieżesz temu świadomie, istniejący już dialekt narzuci ci się i załatwi robotę za ciebie, kosztem zamglenia, a nawet zniekształcenia tego, co chcesz wyrazić. Dlatego lepiej odłożyć używanie słów, jak długo się da, natomiast jak najjaśniej sprecyzować zamierzone znaczenie za pomocą obrazów lub odczuć. Dopiero potem można wybierać – a nie wprost przyjmować – zdania, które najlepiej wyrażą znaczenie – wreszcie przestawić się i zastanowić, jakie wrażenie mogą wywrzeć te słowa na kimś innym. Ten ostatni wysiłek myśli pozwoli na skreślenie spleśniałych i niejasnych obrazów, wszelkiej frazeologii, zbędnych powtórek, a w ogóle blagi i mglistości. Ale nieraz nasuną się wątpliwości co do echa, jakie wywoła dane słowo lub zdanie, i zajdzie potrzeba reguł, na których można polegać, jeśli instynkt zawiedzie. Myślę, że następujące reguły przydadzą się zawsze:

1. Nie używaj nigdy metafory, porównania czy innej figury stylistycznej, jeśli znane ci są z druku.
2. Nie używaj nigdy długiego słowa, jeśli wystarczy krótkie.
3. Jeśli można wykreślić słowo, wykreśl je zawsze.
4. Nigdy nie używaj trybu biernego, jeśli można użyć czynnego.
5. Nigdy nie używaj zwrotu obcego, słowa naukowego czy żargonu specjalistów, jeśli możesz znaleźć odpowiednik w języku codziennym.
6. Lepiej złamać każdą z tych reguł, niż powiedzieć coś całkiem barbarzyńskiego”.

Oto rady bardziej niż kiedykolwiek aktualne, a bodaj szczególnie w polskim piśmiennictwie.

Źródło: Konstanty A. Jeleński, Chwile oderwane



czwartek, 6 lutego 2014

Zasady nowomowy


Nowomowa, urzędowy język Oceanii, została opracowana zgodnie z ideologicznymi potrzebami angsocu, czyli socjalizmu angielskiego. W 1984 roku nikt jeszcze nie posługiwał się wyłącznie nowomową. Co prawda pisano w niej artykuły wstępne w "The Times", lecz wymagało to biegłości posiadanej zaledwie przez garstkę specjalistów. Przewidywano, że do roku 2050 nowomowa wyprze ostatecznie staromowę (czyli język, którym porozumiewamy się obecnie). Rozprzestrzeniała się stosunkowo szybko, albowiem członkowie Partii wykazywali tendencję do używania na co dzień jej neologizmów i konstrukcji gramatycznych. Wersję z 1984 roku, opartą na dziewiątym oraz dziesiątym wydaniu Słownika nowomowy, traktowano jako przejściową; zawierała wiele zbędnych słów i archaicznych konstrukcji, które zamierzano usunąć w późniejszym terminie. Poniżej zajmiemy się jej ostateczną i udoskonaloną postacią, zaprezentowaną w jedenastym wydaniu Słownika.

Celem nowomowy było nie tylko dostarczenie środków odpowiednich do wyrażania światopoglądu oraz myśli właściwych dla zwolenników angsocu, lecz również uniemożliwienie swobody myślenia. Zakładano, że z chwilą gdy nowomowa wejdzie całkowicie do powszechnego użytku, a staromowa ulegnie zapomnieniu, jakakolwiek herezja myślowa - czyli odejście od zasad angsocu - stanie się całkowicie nierealna, przynajmniej jeśli chodzi o ujęcie jej w słowa. Słownictwo nowomowy tak ukształtowano, aby za jego pomocą można było przekazać - ze wszystkimi odcieniami znaczeniowymi - to, co lojalny członek Partii ma do powiedzenia, zarazem zaś uniemożliwiono wykorzystanie języka do formułowania, nawet okrężną drogą, myśli uznawanych za niewłaściwe. Osiągnięto to częściowo poprzez tworzenie nowych słów, głównie jednak przez usunięcie wyrazów niepożądanych oraz przez pozbawienie pozostawionych jednostek leksykalnych nie-prawomyślnego sensu, a w miarę możności jakichkolwiek znaczeń ubocznych. Niech wystarczy ten jeden przykład: słowo wolny wciąż istniało w nowomowie, lecz występowało tylko w takich zdaniach jak: "Pies jest wolny od pcheł" lub "Pole jest wolne od chwastów". Nie sposób było się nim posłużyć, aby stwierdzić, iż ktoś jest "wolny politycznie" albo "wolny intelektualnie", gdyż takie pojęcia jak wolności obywatelskie oraz wolnomyślność dawno wypleniono, a odpowiadające im określenia zlikwidowano. Oprócz usuwania słów o wyraźnie nieprawomyślnym zabarwieniu, redukcję słownictwa traktowano jako cel sam w sobie; nie pozostawiono żadnych wyrazów, bez których można się obyć. Nowomowę skonstruowano nie po to, żeby zwiększyć, a wręcz przeciwnie, żeby zawęzić zakres myślenia. Temu celowi pośrednio służyło również ograniczenie do minimum zasobu słów dostępnych użytkownikom.

Nowomowa opierała się na języku, którym posługujemy się obecnie, ale wiele zdań, nawet nie zawierających świeżo powstałych wyrazów, byłoby dla nas po prostu niezrozumiałych. Słownictwo nowomowy dzieliło się na trzy odrębne kategorie określane jako zbiory A, B (wyrazy złożone) oraz C. Najprościej będzie omówić każdy po kolei; gramatyczne właściwości nowomowy zostaną zaprezentowane w części poświęconej zbiorowi A, gdyż te same zasady obowiązują we wszystkich grupach jednostek leksykalnych.

ZBIÓR A. Zbiór A składał się z wyrazów niezbędnych w życiu codziennym, wyrażających takie czynności, jak: jedzenie, picie, praca, wkładanie odzieży, chodzenie, poruszanie się pojazdami, uprawa ogrodu, gotowanie itp. Zawierał niemal wyłącznie słowa występujące w naszym języku, takie jak cios, bieg, pies, drzewo, cukier, dom, pole, lecz ich zasób, w porównaniu z obecnym, był niezmiernie mały, a sens zdefiniowano o wiele bardziej rygorystycznie. Wyeliminowano wszelką dwuznaczność i odcienie znaczeniowe. Właściwie doprowadzono do tego, iż wyrazy tej kategorii, stanowiące krótkie, wyraźne dźwięki, służyły przekazywaniu jednej konkretnej informacji. Posługiwanie się zbiorem A w twórczości literackiej czy w politycznych lub filozoficznych dyskusjach było całkowicie niemożliwe. Miał służyć do wyrażania prostych, nieabstrakcyjnych myśli, zwykle odnoszących się do przedmiotów konkretnych lub do czynności fizycznych.

Najbardziej charakterystyczną cechę nowego języka stanowiła łatwość tworzenia nowych jednostek wyrazowych w oparciu o zupełnie dowolne części mowy. Każdy istniejący wyraz (w zasadzie odnosiło się to nawet do wyrazów tak abstrakcyjnych jak, jeśli lub kiedy) mógł służyć za podstawę słowotwórczą do urabiania czasownika, rzeczownika, przymiotnika czy przysłówka. Czasownik i rzeczownik opierały się na tym samym temacie wyrazowym, którym najczęściej był rzeczownik, a czasownik powstawał przez dodanie do niego przyrostka; sama ta zasada spowodowała likwidację wielu dawnych form. Na przykład czasownik krwawić nie występował w nowomowie. Jego miejsce zajął neologizm krewać, powstały z rzeczownika krew uzupełnionego elementem formalnym. Przy wydzielaniu tematów nie kierowano się żadną regułą etymologiczną; w jednym przypadku zachowywano temat wyrazowy rzeczownika, w innym czasownika. Jeśli nawet rzeczownik i czasownik o zbliżonym znaczeniu nie były sobie etymologicznie pokrewne, zwykle pozostawiano tylko jeden formant. Wyeliminowano na przykład słowo ciąć, gdyż sens ten oddawał czasownik nóżać, mający za punkt wyjścia rzeczownik nóż. Przymiotniki urabiano przez dodawanie do rzeczownika przyrostka -ny, natomiast przysłówki przez dodawanie przyrostka -nie. Tak więc pędny oznaczało "szybki", a pędnie "szybko". Niektóre ze współczesnych przymiotników - takie jak dobry, silny, wielki, ciepły, miękki - zachowały się w nie zmienionej formie, lecz w sumie pozostawiono ich bardzo niewiele. Stały się zbędne, skoro przymiotniki można było tworzyć do woli przez dodanie właściwego przedrostka. Z używanych obecnie przysłówków nie ocalały żadne, oprócz tych stosunkowo nielicznych, które kończą się na -nie; tego przyrostka używano właściwie wyłącznie. Przysłówek "głośno", na przykład, zastąpiono przez głośnie.

Co więcej, każdy wyraz - to również stosowało się w teorii do absolutnie wszystkich - mógł przyjąć znaczenie przeciwstawne po dodaniu przedrostka bez- lub zyskać na natężeniu dzięki przedrostkowi plus-, albo, dla większej intensywności, przedrostkowi dwaplus-. I tak, na przykład, bezciepły oznaczało "zimny", podczas gdy plusciepły oraz dwaplusciepły odpowiednio "gorący" i "bardzo gorący". Przymiotnik "zimny" stał się zbyteczny, podobnie jak "zły", którego sens oddawał nie gorzej, a nawet lepiej, przymiotnik bezdobry. W przypadku antonimów należało tylko zdecydować, które ze słów o przeciwstawnym znaczeniu zatrzymać, a które usunąć. Zamiast "ciemny", na przykład, można było powiedzieć bezjasny lub zamiast "jasny" - bezciemny; wybór podstawy słowotwórczej zależał od kaprysu specjalistów. Było też możliwe, podobnie jak obecnie, zmienianie sensu niemal każdego wyrazu przez pisane łącznie przedrostki przyimkowe typu pod-, nad-, na-, wy-, prze- etc. Dzięki takim zabiegom udało się doprowadzić do nieprawdopodobnej redukcji słownictwa.

Jeśli chodzi o odmianę rzeczowników, dążono do jej maksymalnego uproszczenia, które osiągnięto głównie dzięki przyjęciu zasady niezmienności tematu rzeczownika; tak więc liczby mnogie rzeczowników człowiek, pies, ucho, wyglądały odpowiednio: człowieki, piesy, ucha. Stopniowanie przymiotników odbywało się wyłącznie przez dodanie do formy stopnia równego przedrostka wtóruj stopniu wyższym oraz przedrostka naj - w stopniu najwyższym (np. dobry, wtórdobry, najdobry). Identycznie stopniowano przymiotniki uchodzące dotąd za nieregularne, a stopniowanie opisowe polegające na stosowaniu przysłówków bardziej i najbardziej skasowano.

Chociaż pozostawiono w nie zmienionej formie część dawnych, najczęściej używanych czasowników, formy fleksyjne nowo powstających starano się ujednolicić i uprościć; wszystkie bezokoliczniki urabiano przez dodanie przyrostka -ać do rzeczownika lub wydzielonego z niego tematu, przykładowo: krok - krakać; robota - robotać; sklep - sklepać. Prostota była zresztą celem nadrzędnym; na odstępstwo od własnych zasad słowotwórczych decydowano się wówczas, gdy ich ścisłe przestrzeganie stwarzało niebezpieczeństwo, że danego neologizmu nie da się wymówić szybko i płynnie. Wyraz trudny do wymówienia lub taki, który mógł być błędnie zrozumiany przez odbiorcę, uważano za nieodpowiedni; dla lepszego brzmienia wstawiano dodatkowe zgłoski lub zachowywano dawną formę słowa. Dotyczyło to przede wszystkim zbioru B. Z dalszej części wywodu jasno wyniknie, dlaczego tak wielką wagę przykładano do łatwości wypowiadania słów.

ZBIÓR B. Na zbiór B składały się wyrazy utworzone specjalnie do celów politycznych, czyli takie, które nie tylko były nośnikami politycznych treści, lecz miały również wywierać odpowiedni wpływ na umysłowość ich użytkownika. Brak pełnego zrozumienia zasad angsocu właściwie wykluczał prawidłowe posługiwanie się nimi. Niektóre dawały się tłumaczyć na staromowę lub nawet na słowa ze zbioru A, choć otrzymywało się wówczas nie tyle przekład, ile raczej okrężną parafrazę, a proces ten pociągał za sobą utratę wielu odcieni znaczeniowych. Wyrazy ze zbioru B stanowiły jakby werbalny odpowiednik stenotypii; korzystając z nich, w zaledwie kilku sylabach można było zawrzeć całe bogactwo idei, w dodatku znacznie bardziej precyzyjnie i z większym ładunkiem emocjonalnym niż przy użyciu normalnego słownictwa.

Do zbioru B należały wyłącznie wyrazy złożone.2 Tworzyły kombinacje dwu i więcej wyrazów lub ich wybranych grup głoskowych, scalonych w łatwą do wymówienia, jednolitą całość. Każde złożenie można było bez trudu przekształcić - przez dodanie odpowiedniej końcówki - w inną część mowy, a odmieniano je według zasad tę część mowy obowiązujących. Jako przykład weźmy wyraz dobromyśl, w przybliżeniu oznaczający "myśl ortodoksyjną". Utworzony z niego czasownik dobromyśleć można oddać jako "myśleć ortodoksyjnie". Jego pochodne były następujące: rzeczownik odsłowny: dobromyślenie; przymiotnik: dobromyślny; przysłówek: dobromyślnie; wykonawca czynności: dobromyślak.

Przy komponowaniu nowych wyrazów ze zbioru B nie kierowano się żadnymi zasadami etymologicznymi. Łączone tematy wyrazowe mogły być wyodrębnione ze wszystkich części mowy, stać w dowolnym szyku i podlegać dowolnym zniekształceniom upraszczającym ich wymowę, o ile nie przysłaniało to sensu. Na przykład w wyrazie myślozbrodnia (zbrodnia myślowa), temat myśl stanowił człon pierwszy, a w wyrazie polmyśl (Policja Myśli) - drugi; element łączący, jak widać, nie zawsze musiał występować. Ponieważ w wypadku wyrazów ze zbioru B uzyskanie prostoty brzmienia było znacznie trudniejsze niż w wypadku wyrazów ze zbioru A, zdecydowano się wprowadzić wiele form przestępnych. Przykładowo, od nazw ministerstw Miniprawd, Minipax i Minimiło utworzono przymiotniki miniprany, minikojny oraz minimiły, gdyż końcówki -prawdny, -pokójny oraz -miłny uznano za niewygodne do wymówienia. W zasadzie jednak wyrazy ze zbioru B przyjmowały wyłącznie przyrostki używane w nowomowie.

Niektóre słowa zawarte w zbiorze B przekazywały bardzo subtelne odcienie znaczeniowe, zupełnie niezrozumiałe dla kogoś, kto nie posiadał sztuki operowania nowomową. Weźmy na przykład typowe zdanie z artykułu wstępnego w "The Times": Staromyślaki bezkiszkoczują angsoc. Na staromowę należy je przełożyć w następujący sposób: "Ludzie, których światopogląd ukształtował się przed Rewolucją, nie rozumieją socjalizmu angielskiego we właściwy, emocjonalny sposób". Tłumaczenie jednak nie oddaje zadowalająco treści oryginału. Chcąc w pełni pojąć sens przytoczonego zdania, trzeba przede wszystkim dokładnie wiedzieć, co oznacza angsoc. Co więcej, jedynie ktoś dobrze obeznany z ideologią angsocu może w pełni docenić siłę czasownika kiszkoczuć, sugerującego ślepą, entuzjastyczną akceptację, wręcz niemożliwą do wyobrażenia w dzisiejszych czasach; podobne trudności nastręcza również określenie staromyślaki, nierozerwalnie kojarzące się z niegodziwością i dekadencją. Niektóre słowa nowomowy, między innymi właśnie staromyślak, miały służyć nie tyle przekazywaniu znaczeń, ile ich niszczeniu. Zakres pojęciowy tych słów, z założenia nielicznych, rozciągał się jak gumowy worek, aż w końcu wyrażały sobą treści, których nośnikami były oryginalnie dziesiątki odrębnych wyrazów, z czasem usuniętych z języka i zapomnianych. Największa trudność, z jaką borykali się specjaliści redagujący Słownik nowomowy, nie polegała na wymyślaniu nowych wyrazów, lecz na ustalaniu, co one znaczą i ile dawniejszych słów można nimi zastąpić.

Jak wykazaliśmy na przykładzie wyrazu wolny, pewne słowa, które niegdyś miały nieprawomyślne znaczenie, pozostawiono dla wygody w nowomowie, odarłszy je uprzednio z ich niepożądanego sensu. Niezliczone inne wyrazy, takie jak honor, sprawiedliwość, moralność, internacjonalizm, demokracja, wiedza i religia po prostu usunięto. Zastąpiło je kilka słów funkcjonujących na zasadzie gumowych worków, które całkiem zatarły ich pierwotną treść. Na przykład słowa dotyczące wolności i równości oddawało określenie myślozbrodnia, a wszystkie wyrazy związane z pojęciami obiektywności i racjonalizmu obejmował termin staromyślenie. Większa precyzja byłaby niebezpieczna. Od członków Partii oczekiwano podejścia, jakie charakteryzowało starożytnych Hebrajczyków, którzy - nie posiadając żadnej wiedzy na ten temat - uważali, że wszystkie pozostałe narody czczą "fałszywych bogów". Nie potrzebowali się orientować, iż bogowie ci nazywają się Ozyrys, Baal, Moloch, Isztar; im mniej o nich wiedzieli, tym lepiej to świadczyło o ich ortodoksyjności. Wierzyli, że istnieje Jahwe, i znali jego przykazania, z których przecież jasno wynikało, iż wszyscy bogowie noszący inne imiona lub obdarzeni innymi atrybutami są fałszywi. Podobnie członek Partii orientował się, jakie postępowanie jest właściwe, a o tym, jakie odstępstwa od niego mógłby popełnić, miał jedynie bardzo mgliste pojęcie. Na przykład życie seksualne każdego członka Partii wyrażały i kształtowały dwa słowa: seksozbrodnia (niemoralność seksualna) oraz dobroseks (wstrzemięźliwość). Termin seksozbrodnia odnosił się do wszelkiego rodzaju wykroczeń seksualnych. Obejmował cudzołóstwo, nierząd, homoseksualizm i inne zboczenia, a także normalny stosunek płciowy między małżonkami, uprawiany wyłącznie dla przyjemności. Wszystkie te formy współżycia uważano za zbrodnicze i groziła za nie kara śmierci; nie zachodziła zatem konieczność ich wyszczególniania. W zbiorze C, na który składały się terminy naukowe i techniczne, mogły się znaleźć specjalistyczne określenia poszczególnych zboczeń, lecz dla przeciętnego obywatela ich znajomość była zbędna. Wiedział, co znaczy dobroseks - normalny stosunek między małżonkami, uprawiany jedynie w celu płodzenia potomstwa i nie sprawiający kobiecie żadnej satysfakcji; wiedział też, że inne formy współżycia to seksozbrodnie. Nowomowa rzadko pozwalała rozwinąć heretycką myśl - człowiek najwyżej mógł sobie uświadomić, że stoi na progu herezji; na krok następny po prostu brakowało mu słów.

Żaden wyraz ze zbioru B nie był ideologicznie obojętny. Wiele z nich to eufemizmy. Na przykład określenia: miłbóz (karny obóz pracy) lub Minipax (Ministerstwo Pokoju, czyli Ministerstwo Wojny) miały niemal dokładnie odwrotny sens od tego, co zdawały się sugerować. Z kolei inne słowa jawnie i z pogardą nawiązywały do prawdziwego charakteru stosunków panujących w Oceanii. Do nich należy zaliczyć wyraz prolżarło, oznaczający tandetne rozrywki oraz fałszywe wiadomości, którymi Partia karmiła masy. Zbiór B zawierał też słowa dwuznaczne, mające sens pozytywny, gdy stosowano je w odniesieniu do Partii, oraz negatywny, gdy dotyczyły jej wrogów. Ponadto występowało w nim wiele słów, które na pierwszy rzut oka sprawiały wrażenie zwykłych skrótowców, gdyż ich ideologiczne zabarwienie wynikało nie tyle z ich znaczenia, ile z budowy.

W miarę możliwości starano się, żeby wszystkie słowa mające lub mogące mieć jakiekolwiek znaczenie polityczne zaliczały się właśnie do zbioru B. Nazwom organizacji, zrzeszeń, doktryn, państw, instytucji, budynków publicznych nadawano - pilnując się tylko, aby sens był nadal zrozumiały - swojskie brzmienie poprzez sprowadzenie ich do pojedynczych, łatwo wpadających w ucho słów o jak najmniejszej liczbie sylab. Na przykład Departament Archiwów Ministerstwa Prawdy, w którym pracował Winston, nazywano Ardep, Departament Literatury - Lidep, Departament Teleprogramów - Teldep, i tak dalej. Nie chodziło wyłącznie o oszczędność czasu. Już w pierwszych dziesięcioleciach dwudziestego wieku w języku politycznym istniała tendencja do skracania słów i określeń; najsilniej przejawiała się w państwach o ustroju totalitarnym lub w organizacjach o takim charakterze. Przykładowo: Nazi, Gestapo, Agitprop. Na początku zasadę tę stosowano niemal instynktownie, w nowomowie jednak posługiwano się nią z całą świadomością. Uznano bowiem, że skracając nazwę zawęża się i subtelnie odmienia jej sens, odzierając ją ze skojarzeń, które inaczej nasuwałyby się same. Nazwa Międzynarodówka Komunistyczna przywodzi na myśl powszechne braterstwo, czerwone sztandary, barykady, Karola Marksa i Komunę Paryską. Natomiast skrót Komintern kojarzy się jedynie z organizacją o zwartych szeregach oraz zestawem jasno określonych doktryn. Sugeruje coś równie konkretnego jak krzesło lub stół. Komintern to wyraz, który można wymówić zupełnie bezmyślnie, podczas gdy nie sposób powiedzieć Międzynarodówka Komunistyczna nie zastanawiając się choć przez chwilę nad sensem własnych słów. Skojarzenia wywołane określeniem Miniprawd są również mniej liczne i łatwiej poddają się kontroli niż te, które nasuwa nazwa Ministerstwo Prawdy. Właśnie chęć wyeliminowania niebezpiecznych skojarzeń tłumaczy, dlaczego tak ochoczo wprowadzano skróty i dlaczego przywiązywano tak dużą wagę do łatwości wymawiania poszczególnych słów.

W nowomowie największy nacisk kładziono na dokładność semantyczną, a tuż po niej na eufonię. Kiedy zachodziła potrzeba, bez skrupułów poświęcano prawidłowość gramatyczną. I słusznie, gdyż dla celów politycznych najlepiej się nadawały krótkie, dobitne słowa o jasnej, jednoznacznej treści, łatwe do wymówienia i wywołujące minimalną liczbę skojarzeń w umyśle użytkownika. Wyrazy ze zbioru B nawet zyskiwały na sile dzięki temu, że tak niewiele różniły się między sobą. Prawie bez wyjątku - dobromyśl, Minipax, prolżarło, dobroseks, miłbóz, angsoc, kiszkoczuć, polmyśl i wiele, wiele innych - były to wyrazy dwu- lub trzysylabowe, akcentowane zazwyczaj na przedostatniej sylabie.

Posługiwanie się nimi sprawiało, że mowa przypominała szczekanie, składały się bowiem z krótkich, monotonicznych dźwięków. Właśnie o to chodziło: chciano uniezależnić mowę - a zwłaszcza mówienie na tematy nieobojętne politycznie - od świadomości. O ile bowiem w rozmowie o sprawach codziennych człowiek czasami musi się zastanowić przed wypowiedzeniem jakiejś kwestii, o tyle członek Partii powołany do wygłoszenia oceny natury politycznej lub etycznej powinien umieć wyrzucić z siebie właściwe opinie równie automatycznie, jak karabin maszynowy wystrzeliwuje kule. Przygotowywało go do tego stosowne wyszkolenie, nowomowa dostarczała mu niezbędnych środków, a zadanie upraszczały same słowa, ich chropawe dźwięki i celowa brzydota zgodna z duchem angsocu.

Za duże ułatwienie należy również uznać ograniczony wybór słów. W porównaniu ze słownictwem używanym przez nas, zasób nowomowy był niezwykle mały, a ponadto wciąż wyszukiwano sposoby, żeby go jeszcze bardziej uszczuplić. Nowomowa tym właśnie różniła się od większości języków, iż jej słownictwo nie rosło, lecz kurczyło się z roku na rok. Każdą redukcję traktowano jako korzystną, gdyż im mniejszy wybór, tym mniejsza pokusa myślenia. Dążono do tego, aby przekształcić mowę w strumień dźwięków wydobywający się prosto z krtani bez żadnego udziału ośrodków wyższych. Do tego celu przyznawano się otwarcie, czego przykładem wyraz kwak-mowa, oznaczający "mowę podobną do kwakania kaczki". Jak wiele innych słów ze zbioru B, termin kwakmowa miał znaczenie pozytywne i negatywne - pozytywne wówczas, kiedy wygłaszane tym sposobem opinie były ortodoksyjne; tak więc gdy w "The Times" nazwano jednego z partyjnych mówców dwaplusdobrym kwakmówcą, należało rozumieć to jako najwyższą pochwałę.

ZBIÓR C. Zbiór C stanowił uzupełnienie dwóch powyższych; składała się nań wyłącznie terminologia naukowa i techniczna. Poszczególne wyrazy przypominały te znajdujące się w użyciu obecnie, miały również identyczną etymologię; podobnie jednak jak w wypadku innych wyrazów, sztywno określono ich sens oraz usunięto wszelkie znaczenia uboczne. Do terminów ze zbioru C stosowały się te same zasady gramatyczne co do całej nowomowy. Bardzo niewiele wyrazów tej kategorii trafiało bądź to do potocznego, bądź do politycznego języka. Każdy naukowiec lub technik mógł znaleźć wszystkie niezbędne mu terminy w spisie poświęconym jego specjalności, lecz rzadko znał więcej niż garść terminów z innych dziedzin, a zaledwie kilka określeń było dla nich wspólnych. Całkiem natomiast brakowało słów, aby wyrazić pojęcie nauki jako takiej lub mówić o naukowym sposobie myślenia czy naukowym podejściu w sensie interdyscyplinarnej metody poznawczej. Nie istniało też w ogóle słowo odpowiadające pojęciu "wiedza" - wszystkie jego odcienie znaczeniowe przejął na siebie termin angsoc.

Z powyższego opisu wynika jasno, że wyrażenie w nowomowie nieortodoksyjnych poglądów było właściwie niewykonalne. Pozostawała, oczywiście, możliwość wygłaszania bardzo prymitywnych herezji, a raczej bluźnierstw, typu: Wielki Brat jest bezdobry. Jednakże podobnego stwierdzenia, które osoba ortodoksyjna przyjęłaby jako ewidentny absurd, nikt nie zdołałby poprzeć rozsądną argumentacją, gdyż zabrakłoby mu podstawowych słów. Idee wrogie angsocowi nie mogły zostać sformułowane i wyrażone słowami; także potępiając je stosowano ogólne miano herezji bez precyzowania ich bliżej. Właściwie jedyny sposób, w jaki można było posłużyć się nowomową do nieortodoksyjnych celów, to przestępczo podstawiając pod słowa ich pierwotne, staromowne znaczenia. Zdanie Wszystkie człowieki są równe brzmiało w nowomowie równie bezsensownie co w staromowie stwierdzenie Wszyscy ludnie są rudzi. Nie zawierało błędu gramatycznego, lecz głosiło oczywistą nieprawdę, a mianowicie, że wszyscy są równi wagą, wzrostem i siłą. Nie istniało pojęcie politycznej równości, ten uboczny sens słowa równy dawno już wyrugowano. W roku 1984, gdy wszyscy na co dzień wciąż jeszcze posługiwali się staro-mową, istniało teoretycznie niebezpieczeństwo, że używając nowomownych słów nadal będą pamiętać ich dawne znaczenia, lecz w praktyce uniknięcie takiej sytuacji nie sprawiało trudności żadnemu obywatelowi dobrze obeznanemu z zasadami dwój my ś lenia, a liczono, że w ciągu dwóch pokoleń niebezpieczeństwo to zniknie zupełnie. Tak jak ktoś, kto nigdy w życiu nie słyszał o szachach, nie jest świadom ubocznych znaczeń słów "królowa" i "wieża", tak człowiek od dziecka mówiący wyłącznie nowomową nie będzie wiedział, że słowo równy wiązało się niegdyś z pojęciem równości politycznej, a słowo wolny z pojęciem swobody intelektualnej. Wielu przestępstw i omyłek nie będzie mógł popełnić po prostu dlatego, że nie zdoła ująć ich w słowa i nawet sformułować w myślach. Spodziewano się, że z biegiem lat charakterystyczne cechy nowomowy staną się jeszcze wyraźniejsze: postępująca redukcja słów, coraz sztywniej określone znaczenia pozostałych, a możliwość posłużenia się nimi do niewłaściwych celów coraz mniej prawdopodobna.

Kiedy staromowa raz na zawsze ustąpi miejsca nowomowie, zerwaniu ulegnie ostatnie ogniwo łączące z przeszłością. Historię już dawno napisano ponownie, lecz - na skutek niedopatrzeń cenzury - fragmentom dawnych dzieł literackich udało się gdzieniegdzie przetrwać, i dla tych, którzy znali staromowę, nadal były dostępne. W przyszłości jednak, nawet jeśli się zachowają, podobne urywki będą niezrozumiałe i nieprzetłumaczalne. Nie sposób bowiem przełożyć tekstu ze staromowy na nowomowę, chyba że jest to opis techniczny, dotyczy bardzo prostej codziennej czynności lub ma ortodoksyjny (w nowomowie dobromyślny) charakter. W praktyce oznacza to, iż żadnej książki sprzed około 1960 roku nie można przetłumaczyć w całości. Literaturę z okresu przedrewolucyjnego należy poddać przekładowi ideologicznemu, czyli takiemu, który zmienia nie tylko język, lecz również treść. Weźmy na przykład ten dobrze znany ustęp Deklaracji Niepodległości:

Uważamy na niezbite i oczywiste prawdy: że ludzie stworzeni zostali równymi sobie; że Stwórca udzielił im pewnych praw niezbywalnych, w rzędzie których na pierwszym miejscu postawić należy prawo do życia, do wolności i do poszukiwania szczęścia; że w celu zapewnienia sobie tych praw ludzie ustanowili między sobą rządy, których władza wypływa z woli rządzonych; że ilekroć jakakolwiek forma rządu sprzeciwia się celowi, w jakim była ustanowiona, naród ma prawo zmienić ją lub znieść zupełnie, i ustanowić rząd nowy...

Przełożenie tego ustępu na nowomowę, przy zachowaniu wierności oryginałowi, jest niepodobieństwem. Najbliżej można by oddać całość tekstu zaledwie jednym słowem: myślozbrodnia. Pełny przekład mógłby być wyłącznie przekładem ideologicznym, w którym słowa Jeffersona przybrałyby formę panegiryku na cześć rządów totalitarnych.

Wiele dzieł literatury dawniejszej tłumaczono właśnie w ten sposób. Ze względów prestiżowych uważano za wskazane zachować pamięć o pewnych postaciach historycznych, równocześnie przetwarzając ich osiągnięcia zgodnie z duchem angsocu. Podjęto prace nad przekładami utworów różnych pisarzy, takich jak Shakespeare, Milton, Swift, Byron, Dickens; po ich zakończeniu zamierzano zniszczyć dzieła oryginalne, jak również wszystko, co pozostało z literatury dawniejszej. Proces tłumaczenia był powolny i żmudny; przewidywano, że zakończy się nie wcześniej niż w pierwszym lub drugim dziesięcioleciu dwudziestego pierwszego wieku. Ogromne masy literatury fachowej, w tym podręczników, również należało przetworzyć. To właśnie głównie dlatego, chcąc dać czas na wstępne opracowanie przekładów, ostateczny termin wprowadzenia nowomowy wyznaczono dopiero na rok 2050.

1 Nowomowa stanowiła urzędowy język Oceanii. Opis jego budowy i etymologii zawarty jest w Aneksie.

2 Niektóre wyrazy złożone, np. mowopis, znajdowały się oczywiście również w zbiorze A, lecz były to po prostu wygodne skrótowce bez żadnego zabarwienia ideologicznego.

Orwell, 1984
tłumaczenie: Tomasz Mirkowicz