Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kucharczyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kucharczyk. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 maja 2016

Detronizacja prawdy


Rzecz jasna nie oznaczało to jednak, że Hildebrand negował ist­nienie czegoś, co można nazwać dominującym w danej epoce prądem intelektualnym [filozoficznym]. Według niego XX wiek naznaczony jest piętnem relatywizmu. Jak pisał w The New Tower of Babel (Nowa wie­ża Babel): „Nowoczesny człowiek jest relatywistą, który wzdraga się przed ideą prawdy obiektywnej, pyszni się swoją krytyką pełną wyższości nad naiwnymi dogmatykami czasów minionych; bezkry­tycznie oczekuje, że wszystko może być osiągalne dzięki procesowi uczenia się, a jako absolutną prawdę przyjmuje wszystko, co jest na­uczane przez relatywistów"*.

*D. Hildebrand, The new tower of Babel, Chicago 1977, s. 19. Jako głównego odpowiedzialnego za zainicjowanie procesu „detronizacji prawdy" w zachod­niej filozofii D. Hildebrand wskazywał I. Kanta, który „wprowadził niebez­pieczną kategorię „postulatu", zastępując w ten sposób prawdę niezbędno­ścią. W ten sposób pewne fundamentalne metafizyczne fakty już nie są ak­ceptowane z powodu ich prawdziwości, tzn. ich realności, ale tylko z powodu ich niezbędności dla etyki". Tamże, s. 74.


Za: Grzegorz Kucharczyk, Christianitas. Od rozkwitu do kryzysu, Wydawnictwo PROHIBITA, Warszawa 2015

Tolkien i "Kompleks Atlantydy"


Twórca Władcy Pier­ścieni przyznawał, że cierpi na „kompleks Atlantydy", ujawniający się w często nawiedzającym go śnie „o Wielkiej Fali zbliżającej się nie­uchronnie nad drzewami i zielonymi polami". W latach 1939-1945 przyniosła ona „Wielką Wojnę Maszyn", a po 1945 roku ekspansję „ameryko-kosmopolityzmu". Czasy współczesne to „mroczna era, w której technika tortur i niszczenia osobowości dorówna podobnej technice Mordoru oraz Pierścienia".

   Jedną z emanacji współczesnego Mordoru jest światowy komu­nizm. Już w czasie wojny z „krzywym uśmiechem" przyjmował poda­wane w brytyjskich mediach deklaracje Józefa Stalina - „tego krwio­żerczego, starego mordercy" (w oficjalnej propagandzie brytyjskiej nazywanym „naszym wielkim sojusznikiem", a przez Churchilla po­ufałej „wujaszkiem Joe") - zapraszającego narody świata „do włącze­nia się w szczęśliwą rodzinę ludzi dążących do zniesienia tyranii i nie­tolerancji!" . Jak widać, Tolkien był całkowicie immunizowany na dolegliwość, na którą cierpiała większość zachodnich intelektualistów i tzw. klasy rządzącej: zauroczenie sowieckim imperium zła. Upatry­wanie w sowieckim ludobójcy „wartościowego sojusznika w antyhi­tlerowskiej koalicji" angielski pisarz porównywał do usiłowania „po­konania Saurona za pomocą Pierścienia".

   Autor Władcy Pierścieni żył dziesięć lat dłużej od twórcy Narni. Mógł więc dłużej obserwować skalę zniszczeń dokonywanych przez „Wielką Falę". W drugiej połowie lat sześćdziesiątych XX wieku zaczę­ła ona podmywać fundamenty Kościoła rzymskiego. Nie wiemy, jak zareagowałby CS. Lewis na realizowane w czasie Vaticanum II i po zakończeniu jego obrad aggiornamento (przystosowanie) Kościoła do świata. Czy oceniłby to jako kolejny przykład ekspansji „chrześcijań­stwa popapranego", którego symptomy dostrzegał już w Kościele anglikańskim?

  Wiemy, jak zareagował J.R.R. Tolkien. Podobnie jak wielu współ­czesnych (nie tylko zresztą katolickich) intelektualistów, dostrzegł w programie aggiornamento nie tyle nadzieję, ile zagrożenie i powód do wielkiej troski. W 1968 roku, gdy trwała w najlepsze „reforma liturgiczna" i wcielanie w życie „nowych form duszpasterstwa" zwie­rzał się w liście do syna Michaela: „Dość dobrze wiem, że dla Ciebie, tak samo jak dla mnie, Kościół, który niegdyś był schronieniem, teraz często staje się pułapką. Nie ma dokąd pójść!".

   Wskazywał w tym kontekście na mającą swoje korzenie w pro­testanckim sposobie myślenia błędną mentalność kościelnych „refor­matorów", dążących (choćby poprzez destrukcję klasycznego rzym­skiego rytu w liturgii Kościoła) do powrotu do tzw. pierwotnego chrze­ścijaństwa. Tolkien nie przypominał potępienia błędu „archeologizmu", co uczynił w encyklice Mediator Dei papież Pius XII. Wskazywał jed­nak, że „prymitywne chrześcijaństwo" - „jest i, mimo wszelkich «po-szukiwań», zawsze pozostanie w dużej mierze nieznane", zaś „prymi­tywność nie stanowi gwarancji wartości, a w dużej mierze jest i była odbiciem ignorancji".

   Kościelni nowinkarze - mimo że zarzucają swoim adwersarzom „statyczne" podejście do problemów Kościoła we współczesnym świe­cie - sami są wyjątkowo „statyczni", bo nie dostrzegają braku podo­bieństwa między „ziarnem gorczycy" (Kościołem pierwszych chrze­ścijan} a „w pełni wyrośniętym drzewem" (Kościół w XX w). - „Mędr­cy mogą wiedzieć, że powstało ono z nasienia, lecz próby wykopania ziarna są bezcelowe, ponieważ ono już nie istnieje, a jego właściwości i moc znajdują się teraz w Drzewie".

   Drażnił Tolkiena ekumenizm podnoszony do rangi ideologii - „nieustająco modlimy się o chrześcijańskie zjednoczenie, ale jeśli się zastanowić, to doprawdy trudno przewidzieć, w jaki sposób mogłoby się to zacząć urzeczywistniać inaczej niż dotychczas". Nagłaśniany jako przejaw „wiosny Kościoła" tzw. dialog ekumeniczny, którego częścią jest stałe przepraszanie za „historyczne winy" Kościoła, zaowocował we­dług pisarza tylko tym, że „teraz często jest się poklepywanym po ple­cach jako przedstawiciel Kościoła, który uznał błędność swych posu­nięć, porzucił arogancję, wyniosłość i separatyzm; jednak nie spotka­łem jeszcze ani jednego «protestanta», który w jakikolwiek sposób oka­załby, że uświadamia sobie powody naszej postawy, dawnej czy też współczesnej [...] Czy zostało kiedykolwiek wspomniane, że rzymscy katolicy wciąż cierpią z powodu szkód, jakich nie stawia się nawet przed żydami? Jako człowiekowi, na którego dzieciństwo padł cień prześla­dowań, trudno mi się z tym pogodzić".

   Jakże więc uciec przed „Wielką Falą"? Gdzie znaleźć schronie­nie? Tylko poprzez „podtrzymywanie w sercu swojej hobbickości". W 1958 roku Tolkien pisał do jednej z czytelniczek: „W gruncie rze­czy jestem hobbitem (pod każdym względem, oprócz wzrostu]. Lubię ogrody, drzewa i tradycyjnie uprawiane pola; palę fajkę i lubię dobre, proste jedzenie (nieprzechowywane w lodówce), natomiast gardzę kuchnią francuską; lubię i nawet odważam się nosić w tych niecieka­wych czasach ozdobne kamizelki". Kiedyś napisał, że miłość czuje tylko wobec Anglii, a nie Wielkiej Brytanii. Gdy w 1973 roku umie­rał, jego angielski „Shire" wchodził w struktury EWG. Czarni jeźdźcy wyjechali za bramy Czarnej Wieży.

Za: Grzegorz Kucharczyk, Christianitas. Od rozkwitu do kryzysu, Wydawnictwo PROHIBITA, Warszawa 2015 (z pominięciem przypisów)

Sko­ro wszystko jest w ruchu, nic nie może być zakazane jako „niemoral­ne", „absurdalne", „sprzeczne z ludzką naturą", „szkodliwe dla stabil­ności społeczeństwa"


Przypominają się w tym kontekście słowa E. Voegelina, który definio­wał gnostycyzm polityczny (czyt. każdą rewolucyjną doktrynę) jako "immanentyzację chrześcijańskiego eschatonu". W podobny sposób kwestię tę ujmował Molnar, który zauważał; że o atrakcyjności rewo­lucyjnej doktryny decydowały także inne czynniki: „Przede wszyst­kim zaspokajała ona jednostkowy apetyt na samouwielbienie, przy jednoczesnym zapewnianiu jednostki, że pracuje ona dla nieodległe­go celu zbudowania Idealnego Społeczeństwa. Po drugie, doktryna ta lekką ręką obchodzi się z ludzką naturą, którą postrzega jako okajdanienie; ludzki materiał jest postrzegany jako podatny na nieustanne kształtowanie, mogący być ciągle udoskonalany. Po trzecie więc, sko­ro wszystko jest w ruchu, nic nie może być zakazane jako „niemoral­ne", „absurdalne", „sprzeczne z ludzką naturą", „szkodliwe dla stabil­ności społeczeństwa" lub po prostu jako „nieprawdziwe", ponieważ każda chwila jest brzemienna w „nowy świat", w którym stare zasady tracą swoją ważność; brzemienna w nowy, idealny stan społeczeń­stwa, w bardziej „ludzkiego" człowieka"*.

   Rewolucjonista żyje więc w „permanentnym stanie metafizycz­nego nieusatysfakcjonowania"*. Rewolucjonista jest zawsze niespo­kojny. Odrzuca istniejący stan jako nieodpowiadający swojej „istocie" (rozumianej na sposób rewolucyjny), potępia indywidualnych ludzi za to, że „nie są wystarczająco społeczni", a całe społeczeństwo za to, że nie zyskało właściwej dla siebie „samoświadomości moralnej"*. W tej sytuacji metafizyczne ustysfakcjonowanie rewolucjonista znaj­duje w polityce terroru. „Gdy akt terroru pojawia się, nagle wszystko staje się możliwe, pojawia się pęknięcie w zwartej strukturze bytów"* - zauważał Molnar.

*T. Molnar, The counter-revolution, New York 1969

Grzegorz Kucharczyk, Christianitas. Od rozkwitu do kryzysu, Wydawnictwo PROHIBITA, Warszawa 2015