Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Borges. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Borges. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 maja 2016

Cerber


Jeżeli piekło jest domem, domem Hadesa, to jest rzeczą naturalną, że strzeże go pies. Jest również rzeczą naturalną, że psa wyobraża się jako potwora. "Teogonia" Hezjoda przypisuje mu pięćdziesiąt głów, lecz dla wygody sztuk pięknych zredukowano je do trzech, która to liczba jest ogólnie znana. Wergiliusz zaznacza, że Cerber ma również trzy gardziele. Owidiusz pisze o potrójnym szczekaniu. Samuel Butler porównuje trzy korony tiary papieża, stróża nieba, z trzema głowami psa, stróża piekieł ("Hudibras" IV, 2). Dante obdarza go cechami ludzkimi, które tylko potęgują jego piekielną naturę:

czarna, niechlujna broda, palce zakończone pazurami, które podczas deszczu wyrywają dusze z ciał potępionych. Cerber gryzie, szczeka i szczerzy kły. Wyciągnięcie Cerbera na światło dzienne było ostatnią z prac Heraklesa.

Osiemnastowieczny pisarz angielski Zachary Grey w komentarzu do "Hudibrasa" tak opisuje to zdarzenie:

Ów trzygłowy pies zna przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, które, jak mówią, wchłaniają i pożerają wszystko. To, iż został zwyciężony przez Heraklesa, dowodzi, że bohaterskie czyny zwyciężają czas i pozostają w pamięci potomnych.

Według dawniejszych tekstów Cerber wita ogonem w postaci węża tych, którzy wchodzą do piekła, a pożera tych, którzy usiłują z niego wyjść. Późniejsza tradycja każe mu gryźć również przychodzących; aby go udobruchać, do trumny zmarłego wkładano placek na miodzie.

Zgodnie z mitologią skandynawską, okrwawiony pies Garmr, który pilnuje krainy umarłych, będzie walczył z bogami, gdy wilki piekielne pożrą Słońce i Księżyc. Niektórzy twierdzą, że ma czworo oczu, również czworo oczu mają psy Jamy, bramińskiego boga śmierci.

Zarówno braminizm, jak i buddyzm mówią o piekle pełnym psów, na wzór dantejskiego Cerbera będących katami dusz. 


Borges, Księga istot zmyślonych
tłumaczenie: Zofia Chądzyńska

Grzech poznania Piękności - łaska niedostępna ludziom


Zwierciadło i maska

Po bitwie pod Clontarf, w której Norweg został ukorzony, król wezwał poetę i rzecze:

- Najwspanialsze wyczyny tracą swój blask, jeżeli się ich nie przełoży na słowa. Chcę, byś wyśpiewał me zwycięstwo i mą chwałę. Będę Eneaszem, a ty mym Wergilim. Czy czujesz się na siłach stworzyć dzieło, które unieśmiertelni nas obu? 

- Tak, królu - odparł poeta. - Jestem Ollanem. Przez dwanaście zim studiowałem sekrety wersyfikacji. Znam na pamięć trzysta sześćdziesiąt opowieści będących podstawą prawdziwej poezji, Cykle z Ulsteru i Munsteru tkwią w strunach mej harfy. Mam zatem prawo używać najstarszych słów naszego języka i najzawilszych metafor. Opanowałem tajemne pismo chroniące naszą sztukę przed niedyskretnymi oczami tłumu. Mogę wysławiać miłość, kradzież bydła, morskie wyprawy i wojny. Znam mitologiczne powiązania wszystkich domów królewskich Irlandii. Znam działanie ziół, zasady astrologii, matematykę i prawo kanoniczne. W publicznych sporach zwyciężałem rywali. Ćwiczyłem się w uprawianiu satyry, sprowadzającej choroby skórne do trądu włącznie. Jak tego dowiodłem w tej bitwie, umiem władać mieczem. Jednego nie potrafię: wywdzięczyć ci się za łaskę, jaką mnie obdarzasz.

Król, którego łatwo męczyły długie przemowy, zwłaszcza nie przez niego wygłaszane, odparł z ulgą:

- Wiem o tym aż nazbyt dobrze. Mówiono mi, że słowik już przestał śpiewać w Anglii. Kiedy przeminą deszcze i śniegi, a słowik powróci z południa, wyrecytujesz swój poemat ku mej chwale przed dworem i przed kolegium poetów. Daję ci na to pełny rok. Wygładzisz każde słowo i każdą literę. Jak wiesz, nagroda będzie godna mych królewskich obyczajów i twych nie przespanych nocy. 

- Królu, największą nagrodą jest spoglądanie w twoje oblicze - odrzekł poeta, który był również dworakiem.

Złożył zwyczajowy pokłon i wycofał się, zaczynając już w myśli układać wiersz. Gdy minął naznaczony czas, a był to czas epidemii i buntów, zaprezentował swój panegiryk. Wydeklamował go z powolną pewnością siebie, nie rzuciwszy nawet okiem na rękopis. Król kiwał głową z aprobatą. Wszyscy naśladowali ten gest, nawet ci, którzy cisnęli się w drzwiach i nie słyszeli z poematu ani słowa. Wreszcie król zabrał głos:

- Przyjmuję twe dzieło. Jest to nowe zwycięstwo. Każdemu słowu nadałeś jego właściwy sens, a każdemu rzeczownikowi określenie, jakie mu przydawali pierwsi poeci. W całym panegiryku nie ma ani jednego obrazu, którego by nie używali klasycy. Bitwa jest cudowną tkaniną z ludzi, ostrzem miecza jest zaś krew. Morze ma swego boga, a z chmur wróży się przyszłość. Zręcznie manewrowałeś rymami, aliteracją, asonansem, sylabami, retoryką, mądrymi kanonami metryki. Gdyby nawet zniknęła cała irlandzka literatura - omen absit - można by bez straty odbudować ją z twej klasycznej ody. Trzydziestu skrybów przepisze ją po dwanaście razy.

Nastała chwila ciszy, po czym ciągnął dalej:

- Całość jest udana, a przecież nic się nie stało. Puls nie bije szybciej, krew żwawiej nie płynie. Ręce nie chwyciły za łuk. Nikt nie zbladł. Nikt nie wydał wojowniczego okrzyku, nikt przeciw wikingom nie nadstawił piersi. Za rok, poeto, będziemy oklaskiwać nowy poemat. Jako wyraz naszego uznania przyjmij to srebrne zwierciadło. 

- Składam dzięki, zrozumiałem - rzekł poeta.

Gwiazdy na niebie wędrowały nadal swą świetlistą drogą. I znowu w saskich lasach zaśpiewał słowik, a poeta wrócił ze swym dziełem, krótszym niż poprzednie. Nie wypowiedział go z pamięci, lecz odczytał z widoczną niepewnością, opuszczając niektóre akapity, jakby sam nie całkiem je rozumiał lub jakby nie chciał ich profanować. Były to dziwne stronice. Nie był to opis bitwy - to była bitwa. W jej wojennym chaosie szamotał się Bóg, który jest Trzema i Jednym, pogańskie bożki Irlandii i ci, co będą walczyli setki lat później, w początkach “Starszej Eddy". Forma była równie osobliwa. Rzeczownikiem w liczbie pojedynczej rządził czasownik w liczbie mnogiej. Przyimki nie były używane zgodnie ze zwyczajami. Szorstkość i słodycz przeplatały się. Metafory były zbyt śmiałe, w każdym razie takie się wydawały. Król wymienił parę słów z ludźmi pióra, którzy go otaczali, i ozwał się tak oto:

- O twej pierwszej odzie mogłem powiedzieć, że była szczęśliwym podsumowaniem tego, co do dziś skomponowano w Irlandii. Ta przewyższa to, coś uprzednio napisał, przewyższa, a również unicestwia. Zdumiewa, zachwyca, olśniewa. Nie zasługują na nią głupcy, lecz małe grono mędrców. W szkatule z kości słoniowej spocznie jej jedyny egzemplarz. Od poety, którego pióro potrafiło coś takiego spłodzić, możemy oczekiwać jeszcze wspanialszego dzieła. - I dodał z uśmiechem: - Jesteśmy postaciami z baśni, a należy pamiętać, że w baśniach prym wiedzie liczba trzy.

Poeta ośmielił się wyszeptać:

- Trzy dary czarownika, triada, niepodważalna Trójca.

Król ciągnął dalej:

- Jako dowód naszego zadowolenia przyjmij tę oto złotą maskę. 

- Składam dzięki i przyjmuję - rzekł poeta.

I upłynął kolejny rok. Pałacowe straże doniosły, że poeta nie niesie żadnego manuskryptu. Król popatrzył nań pełen zdumienia, bo był jakby odmieniony. Coś, co nie było czasem, naznaczyło i zmieniło jego rysy. Wydawało się, że oczy patrzą w dal, a może oślepły. Poeta poprosił króla o chwilę rozmowy. Niewolnicy opuścili pokój. 

- Nie napisałeś poematu? - zapytał król. 

- Owszem - smutno odparł poeta. - Oby Chrystus, nasz Pan, nie był mi na to zezwolił. 

- Czy możesz go wygłosić? 

- Nie śmiem. 

- Daję ci odwagę, której ci brak - oznajmił król.

Poeta wygłosił poemat. Był to jeden wers.

Nie ośmielając się wypowiedzieć go na głos, poeta i król wyszeptali go, jakby był sekretną modlitwą lub też bluźnierstwem. Król nie był mniej zachwycony ani mniej poruszony niż poeta. Patrzyli na siebie, obaj bardzo bladzi.

- Kiedy byłem młody - rzekł król - pływałem ku zachodowi. Na pewnej wyspie widziałem srebrne charty, które zagryzały, złote dziki. Na innej żywiliśmy się zapachem magicznych jabłoni. Na jeszcze innej widziałem mury ognia. Na najdalszej ze wszystkich rzeka wysoka i pochyła jak nawa strzelała w niebo, a wodami jej płynęły ryby i łodzie. Oto cuda, ale nie można porównywać ich z twym poematem, który w jakiś sposób wszystkie je zawiera. Jakie czary sprawiły, że spłynął on na ciebie? 

- Rankiem - rzekł poeta - zbudziłem się, powtarzając jakieś słowa, których z początku nie pojmowałem. Te słowa to był poemat. Poczułem, że popełniam grzech, może taki, jakiego Duch nie przebacza. 

- Ten, który teraz dzielę z tobą - wyszeptał król. - Grzech poznania Piękności. Jest to łaska niedostępna ludziom. Musimy ją odpokutować. Dałem ci zwierciadło i złotą maskę, oto trzeci dar, który będzie ostatni.

I w prawą rękę wsunął mu sztylet.

Wiemy, że wyszedłszy z pałacu, poeta zadał sobie śmierć, a król jest żebrakiem, który przemierza drogi Irlandii, niegdyś będącej jego królestwem, i że nigdy nie powtórzył owego poematu.


Borges, Księga piasku
tłumaczenie: Zofia Chądzyńska

A Bao A Qu - wrażliwy na zalety ludzkiej duszy


Aby obejrzeć najwspanialszy na świecie widok, należy wspiąć się na najwyższe piętro Wieży Zwycięstwa w Chitorze. Jest tam okrągły taras, z którego widać cały horyzont. Na taras wiodą spiralne schody, ale zapuszczają się tam jedynie ci, którzy nie wierzą w następującą legendę:

Na schodach Wieży Zwycięstwa mieszka od zarania dziejów A Bao A Qu, wrażliwy na zalety ludzkiej duszy. Spoczywa na pierwszym stopniu pogrążony w letargu, a budzi się tylko wtedy, gdy ktoś wstępuje na schody. Zbliżanie się obcych wlewa weń życie i zapala w nim wewnętrzne światło. Jednocześnie ciało jego i niemal przezroczysta skóra zaczynają drgać. Kiedy ktoś wchodzi na schody, A Bao A Qu wiesza mu się u pięt i podąża za nim, czepiając się brzegów nierównych stopni, wydeptanych przez całe pokolenia pielgrzymów. Gdy tak pokonuje stopień po stopniu, rośnie jego ciepłota, udoskonala się jego forma, a światło, jakim promieniuje, staje się coraz jaśniejsze. Świadectwem wrażliwości A Bao A Qu jest fakt, że dopiero na ostatnim stopniu przybiera właściwy sobie kształt, jeśli osoba wchodząca osiągnęła najwyższy stopień rozwoju duchowego. W przeciwnym razie A Bao A Qu ogarnia jakby paraliż, ciało jego przestaje się formować i niedokończone, w nieokreślonym kolorze, migocze niepewnym blaskiem. A Bao A Qu cierpi, nie mogąc osiągnąć pełnej postaci, i jego ledwie dosłyszalna skarga przypomina szelest jedwabiu. Ale kiedy kobieta bądź mężczyzna, którzy go ożywili, są przepełnieni czystością, A Bao A Qu dochodzi do ostatniego stopnia już całkowicie uformowany, roztaczając wokół żywe, błękitne światło. Ten zwrot ku życiu jest bardzo ulotny, bo kiedy pielgrzym zstępuje w dół, A Bao A Qu stacza się wraz z nim i opada aż do pierwszego stopnia, gdzie zgaszony i bezkształtny oczekuje następnego przybysza. Właściwie zobaczyć go można tylko w połowie schodów, gdzie jego rozciągliwe jak macki ciało, które pomaga mu w tej wspinaczce, zaczyna się wyraźnie zarysowywać. Niektórzy twierdzą, że patrzy całym ciałem, a w dotyku przypomina skórkę brzoskwini. Przez wieki A Bao A Qu jeden jedyny raz osiągnął doskonałość.
Kapitan Burton notuje legendę o A Bao A Qu w komentarzu do swego przekładu "Księgi tysiąca i jednej nocy" .


Borges, Księga istot zmyślonych
tłumaczenie: Zofia Chądzyńska

Kobiety piratki


Wdowa Cing, herszt piratów

Kobieta-pirat może obudzić w nas wspomnienia raczej niewygodne, związane z wyblakłą operetką, w której subretki poprzebierane za korsarzy tańczą wśród tekturowych mórz. A jednak istniały kobiety parające się korsarstwem; kobiety obznajomione z rzemiosłem żeglarskim, z rządami nad rozbestwioną załogą i ze ściganiem i łupieniem statków o wysokich burtach.

Jedną z nich była Mary Read, która oświadczyła pewnego razu, że piractwo nie jest dla byle kogo, i aby uprawiać je z godnością, trzeba być, tak jak ona, mężczyzną całą gębą. W prostackich początkach jej kariery, kiedy nie była jeszcze kapitanem, któryś z jej kochanków został znieważony przez głównego zabijakę na statku. Mary wyzwała go na pojedynek i walczyła na dwie ręce, według starego obyczaju wysp Morza Karaibskiego: w lewej pistolet, na którym nie zawsze można było polegać, w prawej zaś wierna i nieodzowna szabla. Pistolet zawiódł, lecz szabla spisała się jak należy... Około 1720 roku niebezpieczną karierę Mary Read zakończyła hiszpańska szubienica w Santiago de la Vega na Jamajce.

Drugą kobietą-piratem na tych samych wodach była Annę Bonney, olśniewająca Irlandka o wysokich piersiach i włosach barwy ognia, która nieraz ryzykowała życie przy abordażu statków. Była ona towarzyszem broni Mary Read i wreszcie - jej towarzyszem na szubienicy. Na owej imprezie także i jej kochankowi, kapitanowi Johnowi Rackam, przypadła w udziale zaciskająca się pętla. Annę - wzgardliwa - rzuciła mu wówczas szorstkie napomnienie, nieświadomie parafrazując słowa Aiszy do Boabdiła: "Gdybyś się bił jak mężczyzna, nie wieszaliby cię jak psa'".

Znamy jeszcze inną kobietę-pirata, los był dla niej bardziej łaskawy, a lata jej życia dłuższe. Uprawiała swoje rzemiosło na wodach Azji, od północnych krańców Morza żółtego aż po graniczne rzeki Annamu. Mówię o mężnej wdowie Cing.

Lata nauki

Około 1797 roku udziałowcy licznych flotylli pirackich, operujących na wspomnianym już morzu, ustanowili konsorcjum i powołali na stanowisko admirała niejakiego Cinga, człowieka sprawiedliwego i wypróbowanego. Cing zajął się tak gorliwie i przykładnie przybrzeżnym rozbojem, że przerażeni mieszkańcy poczęli wysyłać do cesarza błagalne dary obficie skropione łzami, z prośbą o pomoc. Ich żałosne błagania zostały wysłuchane: otrzymali rozkaz podpalenia swoich wiosek, zapomnienia o rybackim rzemiośle, przesiedlenia się w głąb kraju i wyuczenia nie znanej im sztuki zwanej rolnictwem. Rozkaz został wykonany i zawiedzeni napastnicy znajdowali odtąd jedynie opustoszałe wybrzeże. Zostali tym samym zmuszeni do zajęcia się rabunkiem statków handlowych: forma łupiestwa bardziej jeszcze szkodliwa niż poprzednia, gdyż stwarzała trudności w handlu morskim.

Rząd cesarski nie zawahał się ani na chwilę i rozkazał dawnym rybakom porzucić pług i bawoły i powrócić do wioseł i sieci. Ci jednak - pomni na dawne przerażenie - zbuntowali się. Władze obrały więc inną drogę i admirał Cing został mianowany Wielkim Koniuszym Dworu. Cing był zdecydowany dać się przekupić. Udziałowcy w czas się o tym zwiedzieli, a ich czcigodne oburzenie znalazło swój wyraz w talerzu zatrutych gąsienic, przyrządzonych z ryżem. Przysmak okazał się zgubny, dawny admirał, a świeżo upieczony Wielki Koniuszy, oddał ducha bóstwom morskim. Wdowa, przemieniona pod wpływem podwójnej zdrady, zwołała piratów, objawiła im całą zagmatwaną rzeczywistość i wezwała do odrzucenia kłamliwej łaski cesarza, na równi z usługami niewdzięcznych udziałowców o trucicielskich skłonnościach. Zaproponowała im łupiestwo na własną rękę i obranie nowego admirała. Wybór padł na nią. Była to kobieta o obfitym ciele, uśpionych oczach i szczerbatym uśmiechu. Jej poczernione, naoliwione włosy błyszczały mocniej niż oczy. Pod spokojnymi rozkazami wdowy Cing statki wyszły w morze.

Organizacja

Nastąpiło trzynaście lat metodycznie planowanej przygody. Na piracką flotę wdowy Cing składało się sześć flotylli; każda z nich miała flagę innego koloru: czerwoną, żółtą, zieloną, czarną i fioletową. Istniała wreszcie flaga węża, do której miał prawo statek flagowy. Kapitanowie nazywali się: Ptak i Kamień; Pogromca Porannej Wody; Klejnot Załogi; Fala o Wielu Rybach i Wysokie Słońce. Regulamin, ułożony osobiście przez wdowę Cing, odznacza się bezapelacyjną surowością, a jego styl, celny i lakoniczny, odrzuca zwiędłe kwiaty retoryki, które nadają oficjalnemu stylowi chińskiemu odcień śmieszności i majestatu, a którego kilka niepokojących fragmentów przytoczymy nieco później. Przepisuję poniżej niektóre z paragrafów regulaminu:

Wszystkie rzeczy przeniesione ze statków nieprzyjacielskich złożone będą w specjalnym magazynie i wciągnięte tam do rejestru. Piąta część zdobyczy wniesionej przez każdego pirata będzie mu później oddana; reszta pozostanie na składzie. Naruszenie mniejszego rozkazu równa się śmierci.

Kara za opuszczenie stanowiska bez specjalnego zezwolenia będzie publiczne przedziurawienie uszu. Powtórne popełnienie takiego czynu karane będzie śmiercią. Stosunek z kobietami uprowadzonymi z lądu jest zabroniony na górnym pokładzie, dozwolony wyłącznie na pokładach dolnych, zawsze jednak za pozwoleniem dyżurnego oficera. Naruszenie niniejszego zakazu równa się śmierci.

Informacje udzielone przez jeńców głoszą, że strawa piratów składała się głównie z sucharów, specjalnie tuczonych szczurów i gotowanego ryżu. Wiadomo poza tym, że w dzień bitwy pijali alkohol z domieszką prochu. Karty i szulerskie kości do gry, kielich, fan-t'an, wizjonerska fajka opium i latarenka urozmaicały długie godziny. Dwie szable, którymi posługiwano się jednocześnie, były ulubioną bronią. Przed abordażem skraplano policzki i ciało wywarem z czosnku - był to niezawodny talizman przeciw porażeniom ze strony ognistych ust.

Załoga żeglowała ze swymi żonami, kapitan zaś posiadał mały harem złożony z pięciu lub sześciu kobiet, które bywały zmieniane po każdym zwycięstwie.

Mówi Cia-c'ing, młody cesarz

W połowie 1809 roku ogłoszono cesarski dekret, z którego pozwolę sobie przetłumaczyć pierwszą część i ostatnią. Zaznaczam, że wielu krytykowało jego styl: trudzie, nieszczęśni i szkodliwi; ludzie, którzy depczą chleb; ludzie, którzy nie słuchają głosu sierot i nawoływań poborców podatkowych; ludzie, którzy noszą na bieliźnie wizerunki feniksa i smoka; ludzie, którzy przeczą prawdzie drukowanych ksiąg; ludzie, którzy pozwalają, by ich łzy płynęły w kierunku Północy, tamują szczęście naszych rzek i zakłócają dawne bezpieczeństwo naszych mórz. Dniem i nocą, na nietrwałych i uszkodzonych statkach, stawiają czoło burzom. Zamiary ich nie grzeszą szlachetnością: nie są i nigdy nie byli prawdziwymi przyjaciółmi żeglarza. Nie tylko nie przyjdą mu z pomocą, lecz napadają nań z drapieżną podnietą i częstują go zniszczeniem, okaleczeniem lub śmiercią. Gwałcą więc istotne prawa Wszechświata; przeto rzeki wychodzą ze swego koryta, zatapiane są wsie i pola, dzieci zwracają się przeciw rodzicom i zakłócony jest porządek pory deszczowej i suchej...
...Nakazuję ci zatem wymierzenie sprawiedliwości, Admirale Kuo Lang. Nie zapominaj, że laska przynależy cesarzom i pychą ze strony podwładnego byłaby chęć posłużenia się nią. Bądź okrutny, bądź sprawiedliwy, bądź władczy, bądź zwycięski!

Zdanie o uszkodzonych okrętach było, oczywiście, kłamstwem. Miało podnieść na duchu wyprawę Kuo Langa. W dziewięćdziesiąt dni później flota wdowy Cing spotkała się z siłami Państwa Środka. Prawie tysiąc okrętów zmagało się od wschodu do zachodu słońca. Mieszany chór dzwonów, bębnów, wystrzałów armatnich, przekleństw, gongów i wróżb towarzyszył walce. Siły cesarza zostały rozbite. Ani wzbraniana łaska, ani zalecane okrucieństwo nie znalazły zastosowania. Kuo Lang dopełnił - pomijanego zazwyczaj przez naszych pokonanych dowódców - obrzędu samobójstwa.

Trwoga na brzegach Siciangu

Wówczas sześćset dżonek wojennych i czterdzieści tysięcy zwycięskich piratów dumnej wdowy Cing wpłynęło na rzekę Siciang, mnożąc pożary i straszne festyny, po których zwiększała się liczba sierot na prawym i na lewym brzegu rzeki. Wiele wsi zostało zrównanych z ziemią. Z jednej tylko uprowadzono ponad tysiąc ludzi. Sto dwadzieścia kobiet, które schroniły się w chaotycznym gąszczu sitowia i ryżowisk, zdradził niepohamowany płacz dziecka. Zostały później sprzedane w Makao. Daleki pogłos łez i żałoby, towarzyszący tym łotrostwom, dobiegł uszu Cia-c'inga, Syna Nieba. Niektórzy historycy twierdzą jednak, że głos ten wywarł na nim mniejsze wrażenie niż klęska jego wyprawy karnej. Faktem jest natomiast, że zorganizował on drugą wyprawę, bogatą w sztandary, w marynarzy, żołnierzy, ekwipunek i prowianty, we wróżbitów i astrologów. Dowództwo objął tym razem Ting Kuej.

Obładowana ciżba statków wpłynęła na deltę Siciangu i odcięła od morza flotę piracką. Wdowa przygotowała się do walki. Wiedziała, że będzie to bitwa trudna, bardzo trudna, prawie beznadziejna; dnie i noce grabieży i lenistwa osłabiły jej ludzi. Bitwa się nie zaczynała. Słońce bez pośpiechu wstawało i kładło się na drżącym przybrzeżnym sitowiu. Ludzie i miecze czuwali. Godziny południowe stawały się coraz cięższe, a wieczory nie miały końca.

Smok i lisica

Mimo to wyniosłe stada leniwych i lekkich smoków wypływały w powietrze ze statków cesarskiej floty i osiadały miękko na wodzie i na wrogich pokładach. Były to lotne konstrukcje z papieru i bambusa, podobne latawcom. Ich srebrzysta lub czerwona powierzchnia powtarzała wciąż te same znaki. Wdowa badała z niepokojem owe jednostajne meteory i odczytywała znaki. Była to rozwlekła i niejasna bajka o smoku, który zawsze osłaniał lisicę, pomimo jej niewdzięczności i ciągłych przestępstw. Zwężał się księżyc na niebie, a smoki z papieru i bambusa co wieczór przynosiły tę samą historię, w niemal nie zmienionej wersji. Wdowa niepokoiła się i popadała w zamyślenie. Kiedy księżyc wypełnił się na niebie i w czerwonej wodzie, historia wyraźnie zmierzała ku końcowi. Nikt nie był w stanie przewidzieć, czy na lisicę spadnie bezgraniczne przebaczenie, czy bezgraniczna kara, ale wiadomo było, że zbliża się nieunikniony koniec. Wdowa zrozumiała. Rzuciła swoje dwie szable do wody, uklękła na łodzi i kazała płynąć do oflagowanego statku cesarskiej floty.

Był wieczór; niebo było pełne smoków - tym razem żółtych. Wdowa powtarzała szeptem jedno i to samo zdanie. "Lisica wraca pod skrzydło smoka" powiedziała, wchodząc na pokład.

Apoteoza

Kronikarze zanotowali, że lisica otrzymała przebaczenie i zajęła się w leniwie płynących latach starości przemytem opium. Przestała nazywać się wdową; przyjęła imię, które brzmi w tłumaczeniu: Blask Prawdziwej Nauki. Od owego czasu - pisze kronikarz - okręty odzyskały spokój. Cztery morza i niezliczone rzeki stały się bezpiecznymi i szczęśliwymi drogami. Wieśniacy mogli sprzedać miecze i kupić woły do pracy na polach. Złożono ofiary, wznoszono modły na szczytach gór i weselono się podczas dnia, śpiewając za parawanem.

Borges, Powszechna historia nikczemności
tłumaczenie: Maciej Świerkocki

poniedziałek, 9 maja 2016

Dwaj królowie i dwa labirynty



Opowiadają ludzie godni wiary (ale Allah wie lepiej), że w pierwszych latach żył król wysp Babilonii, który zebrał swych architektów i magów, i rozkazał im zbudować labirynt tak powikłany i subtelny, iż najbardziej roztropni mężowie nie chcieli zaryzykować doń wejścia, a ci, którzy wchodzili, gubili się. Oburzające było to dzieło, gdyż chaos i cuda są dziełami właściwymi Bogu, nie zaś ludziom. Po upływie pewnego czasu przybył na jego dwór król Arabów, i, żeby zakpić z prostoty swego gościa, król Babilonii skłonił go, by wszedł do labiryntu, gdzie błąkał się, przepełniony wstydem i zmieszaniem, aż do zapadnięcia zmroku. Wówczas wezwał pomocy boskiej i odnalazł wyjście. Usta jego nie wypowiedziały żadnej skargi, ale rzekł królowi Babilonii, że w Arabii ma lepszy labirynt i że pokaże mu go, o ile zezwoli Bóg, pewnego dnia. Potem wrócił do Arabii, zgromadził swych kapitanów i dowódców twierdz, i najechał na królestwo Babilonii z tak wielkim szczęściem, że zburzył zamki, pokonał ludzi i wziął do niewoli samego króla. Przywiązał go do grzbietu rączego wielbłąda i zawiózł na pustynię. Jechali trzy dni i rzekł mu: „O królu czasu, istoto i cyfro wieku! W Babilonii chciałeś mnie zgubić w labiryncie z brązu o wielu schodach, murach i drzwiach; teraz Mocny zechciał, abym pokazał ci mój labirynt, gdzie nie ma schodów do wspinania się, drzwi do pokonywania ani murów, które powstrzymywałyby twe kroki”.

Następnie zdjął mu więzy i zostawił go pośród pustyni, gdzie umarł z głodu i pragnienia. Niech chwała będzie Temu, który nie umiera.


 J. Borges z tomu: Opowiadania prawdziwe i wymyślone
tłumaczenie: Andrzej Sobol-Jurczykowski





piątek, 6 maja 2016

Groza luster jak i groza aktu spółkowania polega na tym, że zwielokrotniają liczbę ludzi


Wspomnienie tego uczucia niepewności prowadzi mnie znowu do owego argentyńskiego traktatu, o którym już napomknąłem, a który głównie zajmuje się naszymi próbami wymyślania światów drugiego albo wręcz trzeciego stopnia. Narrator donosi, że pewnego wieczoru 1935 roku w wiejskim domu przy calle Gaona w Ramos Mejia siedzieli razem z niejakim Bioyem Casaresem przy kolacji, a następnie wdali się w przepastną rozmowę o ułożeniu powieści, która miała zaprzeczać jawnym faktom i wikłać się w najrozmaitsze sprzeczności, co nielicznym - bardzo nielicznym - czytelnikom pozwoliłoby odgadnąć ukrytą w opowieści, po części okropną, po części całkiem błahą rzeczywistość. Na końcu korytarza, wiodącego do pokoju, gdzie siedzieliśmy, ciągnie narrator, wisiało owalne, na wpół ślepe lustro, z którego bił jakiś niepokój. Czuliśmy, że ten niemy świadek nas podsłuchuje, i odkryliśmy wtedy - głęboką nocą takie odkrycia są niemal nieuchronne - że lustra mają w sobie coś przeraźliwego. Bioy Casares przypomniał, jak to według wyjaśnień jednego z herezjarchów Uqbaru groza luster, jak zresztą również groza aktu spółkowania polega na tym, że zwielokrotniają liczbę ludzi. Spytałem Casaresa, pisze autor, o pochodzenie tej moim zdaniem godnej uwagi sentencji, on zaś odrzekł, że Anglo-American C yclopaedia z 1917 roku przytacza ją w artykule poświęconym Uqbarowi. Artykułu tego jednak, okazuje się w dalszym ciągu narracji, nie można w rzeczonej encyklopedii znaleźć bądź też znajduje się on jedynie i wyłącznie w przed laty nabytym przez Casaresa egzemplarzu, którego tom dwudziesty szósty zawiera o cztery strony więcej niż wszystkie inne egzemplarze tego wydania. Nie jest więc jasne, czy Uqbar kiedykolwiek istniał, czy też w opisie tej nieznanej krainy, podobnie jak w encyklopedycznym projekcie Tlonu, któremu poświęcona jest główna część omawianego traktatu, chodzi o to, by przez czystą irrealność z biegiem czasu dotrzeć do nowej rzeczywistości. Labiryntowa konstrukcja Tlonu, zauważa dopisek z 1947 roku, w każdej chwili grozi wymazaniem swojskiego świata. Idiom Tlonu, przedtem nikomu nieznany, już wdarł się do szkół, historia Tlonu już przesłania wszystko, cośmy do tej pory wiedzieli albo za wiedzę uznawali, w historiografii już ujawniają się bezsporne zalety fikcyjnej przeszłości. Niemal wszystkie gałęzie wiedzy zreformowano, a nieliczne dyscypliny niezreformowane również czeka odnowa. Rozproszona dynastia pustelników, dynastia wynalazców, encyklopedystów i dziejopisów Tlonu zmieniła oblicze Ziemi. Wszystkie języki, nawet hiszpański, francuski i angielski, znikną z powierzchni globu. Świat stanie się Tlonem. Ale ja na to nie zważam, kończy narrator, w zaciszu mego wiejskiego domu nadal cyzeluję próbny, wzorowany na hiszpańszczyźnie Queveda przekład Urn Burial Thomasa Browne'a (którego nie zamierzam dać do druku).

Sebald, Pierścienie Saturna
tłumaczenie: Małgorzata Łukasiewicz

wtorek, 12 kwietnia 2016

Bogowie mieszkający gdzieś poza modlitwą, wydali ją temu tygrysowi, co zwie się ogień

Suzana Soca

Spokojną czułość budziły w niej barwy
Rozproszone wieczoru. I lubiła,
Gdy wciągała ją melodia zawiła
Lub życia wierszy osobliwe czary.
Nie czerwień ostra, lecz szarość, odcienie
Jej przędły z wolna życiorys subtelny,
Rozwagi pełen, ćwiczony niezmiennie
W sztuce wahania i niuansom wierny.
Nie śmiała sama wejść w nierozwikłany
Labirynt, trwając z daleka na straży
Tumultu świata i zgiełku wydarzeń,
Jak dama tamta, w luster wpięta ramy.
Bogowie, których żadna z modlitw nie odmieni,
Na pastwę ją tygrysa oddali: płomieni.

Jorge Luis Borges
tłumaczenie: Krystyna Rodowska

Susana Soca and Boris Pasternak 

sobota, 3 maja 2014

Borges - Noc, kiedy na południu nad nim czuwali


W wyniku czyjejś śmierci
- tajemnicy, której brakującej imię posiadam, której realności
nie obejmujemy -
jest aż do świtu otwarty dom na Południu,
nieznajomy dom, który nie jest mi przeznaczone
po raz drugi zobaczyć, lecz który oczekuje mnie tej nocy
z rozbudzającym światłem w szczytowych godzinach snu,
dom zmizerowany od nieszczęśliwych wieczorów, inny,
drobiazgowy w swej rzeczywistości.
Ku temu domowi, ku jego czuwaniu grawitującemu do śmierci podążam
ulicami elementarnymi jak wspomnienia,
poprzez obfity nocny czas,
bez innych słyszalnych śladów życia
poza włóczącymi się mężczyznami z dzielnicy obok
nie oświetlonego sklepu
i czyjegoś samotnego w świecie gwizdania.
Będąc posiadaczem oczekiwania, powolnym marszem
docieram do tej ulicy i tego domu, i tych realnych drzwi
przeze mnie poszukiwanych
i przyjmują mnie ludzie zmuszeni do powagi,
którzy dzielili te same lata, co moi dziadkowie,
i zrównujemy nasze losy w izbie do tego celu podatnej,
spoglądającej na patio
- patio, będące pod władzą i nienaruszalnością nocy -
i mówimy, bo rzeczywistość jest ponad, o sprawach obojętnych,
i jesteśmy zdegustowani, i srebrzyści-argentyńscy w lustrzanym odbiciu,
i rozdzielana mate mierzy daremne godziny.
Wzruszają mnie drobne mądrości,
które przepadają wraz ze śmiercią człowieka
- nawyk jakichś książek, jakiegoś klucza, jakiegoś ciała pośród innych ciał -
rytm nie do odzyskania, którym świat darzył go
z konieczności i przyjaźni.
Ja wiem, że każdy przywilej, choćby mroczny, wywodzi się z cudu,
a niemałym przywilejem jest uczestnictwo w tym czuwaniu
odbywającym się wokół tego, czego się nie wie: Zmarłego,
odbywającym się, żeby odseparować lub zachować jego pierwszą w śmierci noc.
(Czuwanie niszczy twarze;
oczy umierają nam na wysokości jak Jezus)
A umarły, ten niewiarygodny?
Jego realność jest pod kwiatami, które od niego różnią się,
a jego śmiertelna gościnność da nam
jedno wspomnienie więcej dla czasu
i dla sentencjonalnych ulic Południa, aby zasłużyć na powolne po nich kroczenie,
i dla powracającego ciemnego powiewu przez czoło,
i dla nocy, która od największego niepokoju nas wyzwala:
rozwlekłości tego, co rzeczywiste.

przekład:Edward Stachura

niedziela, 23 marca 2014

Edyp i zagadka


Czworonóg o świcie, postawny w pełnym świetle dnia
i błądzący na trzech nogach
po daremnym obwodzie wieczoru, oto jak
widział wieczysty Sfinks człowieka obraz,
swego zmiennego brata; aż o zmroku przyszedł
człowiek i w przerażeniu odgadł
w zwierciadle straszliwego oka
odbicie swego upadku i losu odbicie.
Jesteśmy Edypem i w jakiś sposób wieczny
długotrwałą i potrójną bestią jesteśmy,
wszystkim tym, czym będziemy i byliśmy dawniej.
Unicestwiłoby nas móc zobaczyć; Bóg łaskawy
asygnuje nam dziedzictwo i niepamięć.

Jorge Louis Borges
tłum. Edward Stachura

poniedziałek, 17 marca 2014

Do tego, kto mnie czyta


Jesteś nietykalny. Czyż ci nie zesłały
Bogi, co rządzą twoim przeznaczeniem,
Pewności, żeś jest prochem? Czyżby nie był
Twój bezpowrotny czas - czasem z tej rzeki,
W której lustrze Heraklit dojrzał symbol
Jego ulotności? Czeka cię już marmur,
Którego nie odczytasz. Jest tam zapisana
Pewna data, pewne miasto, pewne epitafium.
Również te inne sny są snami czasu,
Snami, nie twardym brązem czy błyszczącym złotem;
Cały wszechświat, jak ty, jest Proteuszem.
Jako cień, w cień wejdziesz, co cię czeka
Fatalny, na granicy twoich trudów;
Pomyśl, że w jakiś sposób już umarłeś.

Jorge Louis Borges
przełożył Andrzej Sobol-Jurczykowski



wtorek, 11 lutego 2014

Gombrowicz o Borgesie


"Żyją elaboratami. A ponieważ w tutejszym życiu ułatwionym, miękkim, słowo łatwo pęcznieje, wszystkie te izmy kończą się na werbalizmie. Słowo! Literatura ich to pięknosłowie. Żeby być artystą wystarczy pięknie się wyrażać. Najbardziej oryginalny i samodzielny pisarz Argentyny, Borges, pisze doskonałą i elegancką hiszpańszczyzną, jest stylistą w sensie literackim (nie w sensie rozwiązania duchowego), najchętniej uprawia literaturę o literaturze, pisanie o książkach - a jeśli odda się czasem czystej wyobraźni, to ona uwiedzie go jak najdalej od życia, w sferą pokrętnej metafizyki, układania pięknych rebusów, scholastyki złożonej z metafor."

Gombrowicz, Dziennik

wtorek, 31 grudnia 2013

Nasza prawdziwa śmierć


Nasza prawdziwa śmierć nie następuje dla Borgesa wraz ze zniknięciem fizycznym, to ostatnie, jak powiada wiersz Granice, zagraża nam bez przerwy, w każdej chwili. Następuje za każdym razem, kiedy, nie wiedząc o tym, otwieramy po raz ostatni książkę, której nigdy już nie weźmiemy do ręki, albo kiedy idziemy ulicą, na którą nigdy nie wrócimy. Prawdziwa śmierć, głosi wspaniała przypowieść Świadek, zdarza się, kiedy zamykają się ostatnie oczy, które nas widziały, kiedy zgaśnie ostatnia myśl kogoś, kto nas pamięta, kiedy zatrą się ślady, jakie pozostawiliśmy po sobie na ziemi – ostatni Saksończyk w Świadku umiera, zabierając ze sobą w nicość ostatnie obrazy pogańskich obrzędów, bożków i ofiar minionych czasów".


Claudio Magris, Borges albo objawienie, które nie nadchodzi, [w:] Itaka i dalej, przeł. Joanna Ugniewska, Pogranicze, Sejny 2009,

Pisać czy czytać?


"Pewnego razu, w Chinach, studentka uniwersytetu w Xi'ian spytała mnie, co traci się, pisząc. Trudne kafkowskie pytanie. A czytając? Borges powiedział kiedyś, że pozostawia innym szczycenie się napisanymi przez nich książkami, jego chwałą bowiem są książki, które przeczytał".

Claudio Magris, Alfabety, tłum. J. Ugniewska, Pogranicze, Sejny 2013, s. 12.

środa, 20 lutego 2013

Borges - Blind Pew

Z dala od morza i wspaniałej wojny
(Bo tak swe klęski miłość chce upiększyć)
Szedł ślepy korsarz i stopami dręczył
Piaszczyste szlaki Anglii, monotonne.

Wioskowych kundli gnany ujadaniem,
Chłostany kpiną gospodarskich synów,
Zasypiał wreszcie snem płytkim, spękanym
Od kurzu w rowach, od czarnego pyłu.

Wiedział, że gdzieś na brzegu jasnym
Jest zakopany skarb: ten jego, własny.
Łatwiej mu było jarzmo losu znieść.

Także na ciebie pośród złotych piasków
Skarb nieprzekupny czeka w pełnym blasku:
Przestronna, mglista, nieuchronna śmierć.

Jorges Luis Borges
przełożyła Krystyna Rodowska

wtorek, 19 lutego 2013

Borges - Poemat o darach

Marii Esther Vázquez
Nikt nie umniejszy wyrzutem ni łzami
Pomysłu, którym arcymistrz harmonii
Błysnął: w przystępie wspaniałej ironii
Bóg dał mi ciemność na równi z księgami.

Nad miastem książek powierzył władanie
Oczom bez światła, co zdolne jedynie
Odczytać sprawnie z bibliotek omamień
Sennych fragmenty bez sensu, prześwity

Świtaniom wzięte. Na próżno dnia jasność
Sypie im książek stosy nieskończone,
Płonących niczym rękopisów strony,
Gdy w Aleksandrii czas je brał na własność.

Z pragnienia, z głodu (czytam w greckim micie)
Padł król przy źródle, gdzie ogrody wokół,
A ja bez celu udręczam granice
Bezdennych, stromych bibliotek bez oczu.

Encyklopedie, atlas świata, Zachód,
Orient, dynastie, wieków korowody,
Symbole, kosmos, kosmogonii wzory,
Wszystko w tych murach, lecz próżny ich zachód.

Powolnie mroczny, półcień wydrążony,
Szukam wciąż laską niezdecydowaną,
Ja, com upatrzył krainę wybraną
W raju bibliotek, przemierzał jej strony.

Coś, co nie może być przecież nazwane
Ślepym przypadkiem, tu sprawuje wartę;
Inny już przyjął w inne wpółzatarte
Wieczory – księgi i mrok nieprzebrany.

Gdy wkraczam chwiejnie w długie korytarze,
Czuję ze świętym, acz niejasnym drżeniem,
Że jestem innym, umarłym. Zwidzeniem,
Żem szedł tak samo w dniach tych samych zdarzeń.

I który z nas dwóch pisze ten poemat
Z „ja” w liczbie mnogiej, ale w jednym cieniu?
Cóż mnie obchodzi słowo w mym imieniu,
Gdy niepodzielna, jedna anatema?

Groussac czy Borges, patrzę na bezcenny
Świat, który traci kształty i kolory.
W popiele bladym, od mglistości chory,
jest jak niepamięć i jak omam senny.

Jorge Luis Borges
przełożyła Krystyna Rodowska

poniedziałek, 18 lutego 2013

Borges - Chwila




Gdzie są wieki i gdzie są sny tych mieczów, które
mrok piekielnych otchłani obnażone śniły,
gdzie są mury potężne, co się zawaliły,
gdzie jest Drzewo Adama i to Drzewo wtóre?
Jest tylko teraźniejszość. To pamięć, to ona
czas buduje. Następstwo i podstęp przeróżny
to zwyczaje zegara. Rok nie jest mniej próżny,
mniej płony niż historia jest różna i płona.
Między świtem a zmierzchem zieje straszna jama
cierpień, blasków, rozpaczy, kłopotów natrętnych;
twarz, która się przegląda w spękanych i mętnych
lustrach nocy już nie jest bynajmniej ta sama.
Dziś ulotne to kruchość i wieczność bezmierna;
nie ma innego Nieba, innego Inferna.


przełożył Leszek Engelking


Chwila

Gdzież mogą podziewać się stulecia, gdzież ten
o mieczach sen, który śnili Tatarzy,
gdzież mocne mury, co z ziemią się zrównały,
gdzież Drzewo Adama i ów drugi Pień?
Teraźniejszość jest sama. Pamięć wznosi
budowlę czasu. Dziedzictwem i fałszerstwem
jest rutyna zegara. A rok jest mniej
daremny niźli daremność historii.
Między początkiem dnia a nocą jest otchłań
świateł i lęków, i agonii;
twarz, która przegląda się w nocnych
zużytych lustrach, to nie ta sama twarz, obca.
Ulotne dzisiaj wątłe jest i to jest wieczność;
na inne nie licz Niebo, ani na inne Piekło.

Jorge Louis Borges
przekład Edward Stachura