Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ratajczak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ratajczak. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 maja 2017

Rewizjoniści - zwierzyna łowna bez okresu ochronnego


Nurtuje mnie pewna wątpliwość. Otóż powszechnie wiadomo (przynajmniej tak głoszą zdobni w srebrne brody gerontowie), że rewizjoniści Holocaustu są „kłamcami” lub „zaprzeczaczami prawd oczywistych”. Logicznie więc zasługują na ignorowanie, tudzież zamknięcie w małym światku chorych idei. Tymczasem dzieje się inaczej.

Rewizjoniści od kilkudziesięciu już lat „robią” za łowną zwierzynę bez okresu ochronnego. Można na nich zasadzić się z kolczastym paragrafem prawnym, tropić w gimnazjach i na wyższych uczelniach, katować w ustronnych miejscach, a nawet potraktować obrzynem. Dotyczy to także tych, którzy – bynajmniej nie podzielając wrażych poglądów – starają się obiektywnie przedstawić punkt widzenia ofiary albo ośmielają się protestować przeciwko niekontrolowanym, wprawiającym jurnych egzekutorów w stan geriatrycznego podniecenia polowaniom. Cóż, jeżeli nie w łóżku (nie te lata), to przynajmniej z flintą przy ramieniu.

Mamy zatem sytuację paradoksalną: z jednej strony rewizjoniści to oczywiści kłamcy („powszechnie wiadomo”), a więc ludzie niegroźni (tak samo jak osobnikiem niegroźnym jest zwolennik teorii, że ojcem Karola Darwina był goryl „Magilla”, a Iwana Pawłowa pies „Pluto”), z drugiej traktuje się ich ze śmiertelną – to dobre słowo w tym miejscu – powagą. Powiem więcej: muszą być nosicielami szczególnego kłamstwa, które – jak już nadmieniłem – nie jest groźne, czyli… jest groźne. Oto paranoja właściwa elitom rządzącym współczesnym światem.

Dzisiejsi demoliberalni inkwizytorzy są dla rewizjonistyczno-antyholocaustycznych adwersarzy bezwzględni. Łączą w sobie najgorsze cechy marrana Torquemady, Savonaroli i Jana Kalwina. Przekonują się o tym coraz to nowe szeregi nonkonformistów, którzy delikatnie przypominają, że przynajmniej mają prawo wątpić w prawdy podane na wypucowanej do granic nieprzyzwoitości tacy. Wiadomo: nie wszystko co się świeci jest piękne – jak mawia mój znajomy kynolog. Otóż – nie mają takiego prawa! Nowy totalitaryzm nie znosi wahań i kontestacji (chyba, że jest to kontestacja ostatnich placówek antypoprawnej politycznie rzeczywistości). Gdy trzeba – unosi szablę sprawiedliwości i tnie przez łeb z wprawą małego rycerza ze stepowych stanic.

Fizyczna przemoc lub propagandowe ględzenie właściwe kostycznym użytkownikom kleju do protez zębowych zastępują merytoryczną dyskusję. A wszystkiemu ze zgrozą przyglądają się prominentni „odważni inaczej” oraz skołowana publiczność, którą – co zrozumiałe – historyczne spory obchodzą tyle, co urodziny wuja kuzyna ciotki Tekli. Pełne wyliczenie przykładów represji, jakim poddawani są rewizjoniści Holocaustu od 25 lat wystarczyłoby na napisanie sporych rozmiarów „Czarnej Księgi”. Ten dokument hańby końca XX wieku – doprawdy „piękne” uzupełnienie praktyk komunizmu, hitleryzmu i faszyzmu – czeka na odważnego autora. Najlepiej z jakiegoś Komitetu Helsińskiego… bo – czcigodni obrońcy Żydów, Cyganów, dzieci i molestowanych seksualnie kobiet – to nie rewizjoniści biją, to oni są bici.

To nie Francois Duprat, jeden z pierwszych francuskich rewizjonistów Holocaustu, podkładał bomby. To jemu podłożono ładunek wybuchowy pod samochód. W następstwie zginął on, a jego żona została poważnie ranna. To nie David Irving szalał z młotem w ręku po ulicach Londynu. To jemu politycznie poprawny drań wywrócił do góry nogami mieszkanie, a inny pobił w restauracji. To nie Ernst Zuendel – cokolwiek by o nim nie powiedzieć – zabawiał się w bombiarza. To jemu fachowo wysadzono w roku 1995 w powietrze dom w Toronto. To nie członkowie Institute for Historical Review z Kalifornii nawoływali do gwałtu. To im w roku 1984 zafundowano wybuch, ofiarą którego padł budynek Instytutu oraz magazyn książek. To nie Robert Faurisson w towarzystwie psa pobił w parku bandę opryszków. To oni skatowali ciężkimi buciorami nobliwego profesora, deformując mu twarz. To nie Michel Cagnet, student Sorbony i rewizjonistyczny badacz-amator, zaczaił się na żydowskie komando z butelką kwasu solnego w kieszeni. To jemu spalono twarz. To nie rewizjoniści Holocaustu anulują uczonym uczciwie uzyskane tytuły doktorskie. To oni są ich pozbawiani. To nie oni wyrzucają niepokornych z wyższych uczelni i z gimnazjów. Sami są wyrzucani. To nie, to nie, to nie…

Być może za wcześnie o tym pisać. Polityczna poprawność zdaje się święcić tryumfy. Ale nadejdzie taki czas, gdy padnie z kretesem – jak wszystko, co sztuczne i głupie zarazem. Jej filary, dzisiaj z cicha podmywane, jutro runą jeden po drugim w świetle jupiterów. Życie nie może opierać się na intelektualnym zakazie mówienia, pisania, a przede wszystkim zdroworozsądkowego myślenia. I wtedy zaczniemy rozmawiać. Sire ira et studio.




poniedziałek, 16 stycznia 2017

Rozmowa z dobrym i dzielnym wojakiem z Waffen SS

DR: Witaj Mart! Walczył pan w Waffen SS?

M: Tylko za Ojczyznę. Moją Ojczyzną jest Estonia.

DR: Jak pan wspomina wkroczenie Sowietów do Estonii w czerwcu 1940 r.?

M: Piekło, moi rodzice, dobrze sytuowani mieszczanie z miejscowości Paida, trafili na Sybir- już nie powrócili. Ja wtedy ukrywałem się z bratem. Jakoś daliśmy radę.

DR: Dużo było kapusiów wśród Estończyków?

M: W swej masie są zbyt małomówni, jak bracia- Finowie, by być kapusiami. Ale szmat trochę było. Takie czasy. Kurewstwo znosi narodowość. Inna sprawa, że podobnie jest z bohaterstwem.

DR: Jest lato 1941, wkraczają Niemcy, co pan wtedy czuł, jak zachowywała się ulica?

M: Trudno zapomnieć, kwiaty na czołgach, to byli rycerze z wyśnionej bajki, ładnie wyglądali, odpowiadali estońskiemu poczuciu porządku. Niemieccy pancerniacy mówili nam, że teraz mamy wolność. Byłem sceptyczny, ale to było wytchnienie. Azja poszła precz. Zresztą w czasie odbijania Estonii z rąk sowieckich- Niemców wspierało 12-15 tysięcy moich rodaków.

DR: Mówi pan o „leśnej braci”

M: W rzeczy samej.

DR: Czy podczas wkraczania wojsk niemieckich do Estonii pana rodacy, wzorem Litwy i Łotwy, dopuścili się gwałtów lub morderstw na Żydach?

M: W Estonii Żydów praktycznie nie było- najwyżej 4 tysiące ( podczas rządów niemieckich zginęło ok. 900-DR). To jest w ogóle wielkie nieporozumienie. Nas, Estończyków, wtłacza się w formułę „narody bałtyckie” tudzież „Bałtowie”. Tymczasem my jesteśmy Ugrofinami, taką południową flanką Skandynawii. W gruncie rzeczy nawet dzisiejszy Sankt Petersburg to nasza ziemia, konkretnie braci Ingrelów, których pozostało pewnie z 1.000 ( słownie: tysiąc-DR). Podkreślam to, bo moja mama była Ingrelką ( polski termin: Inżorka-DR).

Nie wiem, jak tam było w Litwie i Łotwie, gdzie społeczność żydowska była o niebo liczniejsza, jednak wiem i to, że Łotysze są świetnymi żołnierzami. Koledze odstrzelono prawą rękę, to pruł do „iwanów” z lewej. Potem go Sowieci zarąbali saperkami. To był mój kolega, Łotysz. Strasznie dzielny naród. Kolega… Przyjaciel. Już nie poznam jego grobu. Zawsze się za niego modlę. Biblię miał w jednym palcu i powtarzał, że walcząc teraz-zmazuje hańbę zbyt wielu swoich rodaków angażujących się w 1917 r. w rewolucję bolszewicką.

DR; Walczył pan nad Narwą, historycy wojskowości ( zresztą nieliczni) piszą, że to było piekło. Jak pan wspomina tamte czasy?

M: Nie piekło, ale piekło piekieł. Szatański koncert. Broniliśmy Ojczyzny. Proszę sobie wyobrazić, że pod koniec 1944 r. 100 tysięcy Estończyków aktywnie broniło Ojczyzny przed Sowietami. 100 tysięcy rozsianych w różnych formacjach, w tym 10 tysięcy w estońskiej dywizji SS.

Generalnie „iwany” dostały straszliwie w dupę. Wczesną wiosną 1944 siedem dywizji naszych i niemieckich wybiło 120 tysięcy „krasnoarmiejców”, przy stratach własnych: 20 tysięcy. Po twardych walkach ewakuowałem się z Estonii dopiero wczesną jesienią tego samego roku, czyli wtedy, gdy Rosjanie już byli nad Wisłą, jak mi pan podpowiada. Nie mieliśmy szans, dysproporcje sił były tragiczne: 10:1. Widzi pan, to jest tak: grzejesz lufę, nawet na ramieniu kolegi, robisz co możesz, a Sowieci idą i idą. Istna szarańcza. Tamci Rosjanie to dzisiejsi Chińczycy. Strasznie cierpieliśmy, ale to słodkie cierpienie, zwłaszcza za Ojczyznę, która jest taka mała, że się zna niemal każdą mieścinę.

DR: Cierpiały narody Europy… Przez was…

M: Szczerze mówiąc, miałem wtedy i mam teraz w dupie narody Europy, szczególnie za ich wcześniejszą postawę wobec sowieckiej agresji na Estonię z 1940 r. Czy ktoś wtedy pomógł mojemu Krajowi? Ja tylko myślałem o Estonii, no i o tym, aby zachować tyłek w całości. Nie byłem nigdy agresorem, lecz ofiarą. Ofiara ma prawo do obrony.

DR: Braliście jeńców?

M: Garściami, poza tym było wielu dezerterów, nawet po przełamaniu frontu. Jeden taki trafił do mojego plutonu. Gnojek przeżył wojnę, podobno mieszka w Kanadzie i robi za ukraińskiego patriotę. Sowieci jeńców nie brali, przynajmniej u wrót Estonii.

DR: Jakie były stosunki między wami, Estończykami , Łotyszami et cetera a Niemcami?

M: Różnie bywało. Ideologicznie to był gnój, pamiętam taką pogadankę o narodowo-socjalistycznej kobiecie. Debilizm, rechotaliśmy przez dwa dni. Z wojskowego punktu widzenia Niemcy byli bardzo profesjonalni.

DR: Ale jednak traktowali was inaczej?

M: No w końcu jestem Estończykiem, a nie Niemcem. Ale poważnie… Ten hitlerowski chłam to zawsze miałem w czterech literach. A na froncie, jak na froncie… U Niemców zawsze uderzało mnie to, że nie pozostawiają kolegów w potrzebie. Sam tego doświadczyłem. Przez gapiostwo, tak to teraz oceniam, znalazłem się w strefie niczyjej, takim „no man’s land”. Walą Sowieci, walą Niemcy. Myślę- koniec. Aż tu nagle pełznie do mnie Berlińczyk w takich komicznych okularach a’ la butelka i wyciąga mnie z tego „szajsu”. I częstuje herbatą. Herbatą! W Sowietach- nie do pomyślenia. Kolega z Wehrmachtu, Heinz, opowiadał mi taką historię… Otóż w lipcu 1944 r. bronił Wilna przed Sowietami . Teraz, od pana wiem, że miasto atakowali również polscy patrioci, bo to w końcu wasze miasto ( czasowo litewskie:DR). No więc Heinz siedzi w tym Wilnie, a z nieba ( zrzuty- DR) dostaje żarcie na co najmniej tydzień. Ja myślę, że to była taka zwykła niemiecka solidność, już bez względu na to, czy ktoś jest hitlerowcem, czy też chłopem od pługa.

DR: A propos Polaków: czy miał pan „przyjemność” na froncie z moimi rodakami?

M: Nie, w żadnym przypadku. Wiem tylko z opowiadań kolegów, że to byli dobrzy żołnierze, brali jeńców i palili papierosy w takich dziwnych ”lufkach”. Już nawet nie pamiętam, kto mi to powiedział. Ogólnie, Polacy są w porządku. Dla mnie Polska to w zestawieniu z Estonią niemal kontynent. No i chyba wspólnie mamy coś do powiedzenia „iwanom”.

DR: Rosjanom, znaczy się?

M: „Iwanom”!

DR: A, dajmy na to, co pan sądzi o Francuzach?

M: Mówię po żołniersku, opierając się na przekazach kolegów: gnojki i tchórze. Nawet ta ich operetkowa Legia Cudzoziemska. Byle facet z Wehrmachtu dałby sobie radę z tymi „Rambo”, czyli kmiotami z odzysku. Ja już nie wspominam o Waffen-SS.

DR: Ale wojnę wygrali…

M: Francuzi przegrali I wojnę światową, bo się do cna pozbyli młodych mężczyzn. A potem nastąpiła kompromitacja: II wojna światowa. To społeczność dekadentów. Wino, marskość wątroby i armia kolorowych piłkarzy.

DR: Nie mogę nie zadać tego pytania: dlaczego właśnie estońskie Waffen-SS.? 
Przecież nawet nad Narwą mógł pan wybrać „Schutzmannschaft”, policję polową…, no, co tam pan chce…?

M: Kompletny przypadek. Równie dobrze mogłem być w Wehrmachcie lub jakiejś estońskiej samoobronie. Nie myślałem wtedy o takich sprawach.

DR: Z wojskowego punktu widzenia, jakby pan ocenił „bitność” poszczególnych armii podczas II wojny światowej?

M: „Iwany” były niezłe, ale to dzicz i hołota, Azja. Żołnierz-niewolnik. Oczywiście najlepsza była armia niemiecka. No ale siła „dobrego na złego”. Tak, Szkopi są dobrzy…, to znaczy byli, bo to teraz, jak wszędzie, fajtłapy. Oni chyba dopiero teraz przegrywają ostatecznie swoją wojnę. Ja tylko czekam, jak Turek zostanie kanclerzem Niemiec.

DR: Czy w pana oddziale była posługa kapłańska?

M: Tak, był pastor, ale Sowieci odstrzelili mu pół głowy. Bez względu na narodowość i rasę każdy żołnierz, wierzący lub niewierzący, i w każdym czasie, modli się. Tak było i będzie, bo Bóg istnieje. Inna sprawa, że w obliczu śmierci nawet niepalący zaciągnie się skrętem. Iluż takich gości widziałem.

DR: Wygrał pan swoje życie?

M: Moje życie po 1945 r. to cholerna, jałowa amerykańska emigracja. Długa jak reformy damskie z XIX wieku. A jednak wróciłem. Estonia jest wolna. I tylko o to chodzi.

DR: Jak Pan ocenia przyszłość Estonii?

M: Myślę, że za 20 lat poziom życia Estończyków będzie wyższy niż w Finlandii.

DR: Ambitny plan.

M: Realny, zawsze byliśmy lepiej zorganizowani i bardziej pracowici od naszych braci z północy. Poza tym, na mój gust, oni za dużo piją wódki i stali się wygodniccy.
DR: Dziękuję za rozmowę.

Dariusz Ratajczak

http://www.nacjonalista.pl/2010/07/09/dr-dariusz-ratajczak-wywiad-z-zolnierzem-waffen-ss.html

sobota, 26 kwietnia 2014

„Proces” Dariusza Ratajczaka: Moje ostatnie słowo.


Składając niniejszy załącznik do protokołu rozprawy, czynie tak dlatego, ponieważ nie posiadam gruntownego doświadczenia prawniczego, bronie się konsekwentnie sam i nie chcę doprowadzić do sytuacji, by ewentualne jakiekolwiek przejęzyczenie powodowane naturalnymi emocjami, nie wpłynęło na błędną ocenę mojego zamiaru i moich intencji. Jest to tym bardziej zasadne, gdyż nie mogłem powierzyć obrony specjaliście (nie miałem na to odpowiednich środków) lub też odmówiło mi obrony środowisko opolskie. W tym miejscu mogę wyrazić tylko ubolewanie z tego powodu. Jednocześnie chciałbym w tym momencie docenić intencje sadu, który zasugerował ustanowienie dla mnie obrony z urzędu. Uznałem jednak to za zbędna i niepotrzebną dekorację do sprawy.

Akt oskarżenia z dnia 31 maja 1999 r. zarzuca mi, iż zaprzeczam zbrodniom nazistowskim popełnionym w okresie II wojny światowej na osobach narodowości żydowskiej poprzez opublikowanie książki "Tematy niebezpieczne", w której rzekomo neguję masowe ludobójstwo Żydów w obozach zagłady w Oświęcimiu i Majdanku. Podbudowując go, w uzasadnieniu tego aktu pani prokurator cytuje następujące fragmenty z podrozdziału wyżej wymienionej książki zatytułowanego "Rewizjonizm Holocaustu":

"Podsumowując ten watek możemy wiec stwierdzić bez popełnienia większego błędu, że Cyklon b stosowano w obozach do dezynfekcji, nie zaś mordowania ludzi (tak wiec słynna

Wniosek ostateczny nasuwa się sam: w obozach ludzie głównie umierali na skutek chorób wynikających z niedożywienia, złych warunków higienicznych, morderczej pracy, a ciała palono w krematoriach by zapobiec epidemii" - czym miałem rzekomo wyrazić aprobatę dla prezentowanych poglądów ("Tematy niebezpieczne", ss. 21-25).

Z natury rzeczy bardzo syntetyczna ocena przedstawionego tekstu pod względem gramatycznym i logicznym prowadzi do wniosku, że w tekście brak jest jakiejkolwiek własnej myśli autora, a jest to jedynie relacja poglądów tzw. rewizjonistów holocaustu, którzy stanowią obiektywna kategorie niektórych historyków Zachodu. Przytoczenie tych poglądów nie może wiec być próbą interpretacji rozszerzającej, jakoby były one identyczne z poglądami własnymi autora, natomiast ich prezentacja stanowi jedynie dowód obiektywnej relacji poglądowy, jakie w naukach historycznych się pojawiają.
Nim ustosunkuję się do bezzasadnych zarzutów, niech wolno mi będzie ze smutkiem stwierdzić, że ów akt jest kalką wyjętych z kontekstu cytatów, jakie przedstawiło na użytek sadu i opinii publicznej Państwowe Muzeum Oświęcim-Brzezinka, które np. pismem dyrektora Jerzego Wróblewskiego z dnia 30. 3. 1999 r. do Rektora UO (z wiadomością do prof. W. Kuleszy i prof. M. Handke) stosuje podobny, wysoce nieobiektywny i nieuczciwy chwyt, sugerując w odpowiednio spreparowanym fragmencie:

"Cyklon b był w czasie wojny stosowany przez Niemców jako środek zabijający wszy...", że są to moje poglądy. (patrz: akta sprawy, karta 4-5).

Co więcej, tej niesłychanej konwencji ulega stojący na czele Głównej Komisji Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu prof. Witold Kulesza, który z kolei w piśmie do Prokuratury Okręgowej w Opolu z dnia 9 kwietnia, po stwierdzeniu, że otrzymał powyższe pismo od Muzeum Oświęcimskiego, zgadza się, że zaprzeczałem nazistowskiemu ludobójstwu (akta sprawy, karta 2-3).
Czyni tak na podstawie kilku zmanipulowanych, wyjętych z kontekstu cytatów!

Jest to tym bardziej naganne, że w swym liście do Jerzego Wróblewskiego z dnia 8 kwietnia 1999 r. prosi tego drugiego o dostarczenie mu książki mojego autorstwa, ponieważ "NIE DYSPONUJE EGZEMPLARZEM..."

Nie wiem, kiedy go wreszcie otrzymał, ale na pewno nie 9 kwietnia -- a wiec w momencie, gdy słał skarżące mnie pismo do Prokuratury Okręgowej, ponieważ jego korespondencja do dyr. Jerzego Wróblewskiego wpłynęła dopiero do Oświęcimia w dniu 12 kwietnia 1999 r, co wynika z pieczątki Muzeum (akta sprawy, karta 24).

Oto wiec wybitny prawnik, typowany na prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, wyrokuje na podstawie kilku wybranych z kontekstu cytatów, bez przeczytania całej książki, na -- mówiąc bardzo powszednim językiem - "łapu-capu". Jeżeli wiec mamy do czynienia z takim -- delikatnie mówiąc -- selektywnym podejściem do tematu ze strony szanownych muzealników i czołowych prawników naszego kraju, to cóż dopiero powiedzieć o części dziennikarzy (podkreślam części), którzy z godną podziwu nonszalancją cytowali wykastrowane fragmenty mojej książki. Dobrą ilustracją niech będzie tutaj p. Jarosław Rybak, który w dniu 8 kwietnia na lamach "Dnia" epatował czytelników niestepującą sensacją: "Cyklon b był w czasie wojny stosowany przez Niemców jako środek zabijający wszy."
Jego jednak i część dziennikarzy jestem w stanie rozgrzeszyć. Trudniej mi to przychodzi w stosunku do instytucji i osób, których winna cechować prawna i historyczna wstrzemięźliwość, umiar, a przede wszystkim obiektywizm.

A jaka w takim razie jest prawda odnosząca się do wcale nie najważniejszego w tej książce tekstu pt. "Rewizjonizm Holocaustu"?

Analizując go stwierdzam raz jeszcze, że intencją moją było tylko syntetyczne zreferowanie poglądów rewizjonistycznej szkoły historycznej (szerokiego, wielonacyjnego, a nawet wielorasowego środowiska historyków, socjologów, literaturoznawców, dziennikarzy) na problem Holocaustu. Środowiska, które jest historyczną i społeczną rzeczywistością. Bez zbędnych, propagandowych komentarzy z mojej strony. Przesądzają o tym następujące zwroty, stanowiące element referowania i wstęp do przedstawienia cudzych -- nie moich -- poglądów, które zostały skrzętnie pominięte w akcie oskarżenia:

"Należałoby wreszcie skrótowo ująć tezy i argumenty, jakimi posługują się rewizjoniści Holocaustu. Dla niewtajemniczonych lub takich, którzy bez zastrzeżeń aprobują oficjalną wersję wydarzeń, będą one zapewne rodzajem szoku -- ozdrowieńczego, czy wręcz przeciwnie -- nie moje to zmartwienie." (s. 22)

Ostatnia część zdania ("NIE MOJE TO ZMARTWIENIE") jest właśnie formą ustawienia się autora książki na pozycji obiektywnego referenta poglądów innych ludzi. Na tej samej stronie padają również następujące stwierdzenia: "Uważają natomiast... (rewizjoniści -- DR); "Według rewizjonistów...",
a na stronie 23 ponownie;" Rewizjoniści uważają.." A wiec nie autor uważa, lecz środowisko rewizjonistyczne, których poglądy referuje.

Natomiast kwestionowany przez prokuratora passus na stronie 24 zaczynający się od słów: „Podsumowując ten watek..." jest właśnie syntetycznym podsumowaniem poglądów rewizjonistów. Na tyle syntetycznym, na ile pozwoliła mi mizerna objętość książki pt. "Tematy niebezpieczne". Jest to oczywiste dla ludzi, którzy ta książkę przeczytali, a przede wszystkim dla studentów historii z Uniwersytetu Opolskiego, czemu niejednokrotnie dali wyraz broniąc mojego dobrego imienia na łamach prasy lokalnej i ogólnopolskiej. Mowie o tym dlatego, aby uwypuklić naukowy, moralny i wychowawczy aspekt całej sprawy. Oto bowiem studenci, słuchacze moich wykładów, którym w rzeczonej książce chciałem miedzy innymi przybliżyć pewne tendencje rysujące się w zachodniej historiografii, z jej treścią zgadzają się bądź nie zgadzają. Nigdy jednak nie zgłaszają sugestii, iż ich wykładowca jest tzw. oświęcimskim kłamcą. Odpowiedź jest prosta: dlatego, że jako słuchacze kilku moich wykładów poświęconych historycznemu rewizjonizmowi doskonale wiedza, jaki jest mój rzeczywisty stosunek do problemu, a wiec krytyczny i jednocześnie bezemocjonalny, utrzymany w konwencji referującej zagadnienie.

A przecież książka "Tematy niebezpieczne" to tylko syntetyczne zebranie kilkudziesięciu (daleko nie wszystkich) zagadnień, jakie poruszałem w swej pracy dydaktycznej. Oczywiście miglem możliwość powołania ich w charakterze świadków obrony, ale zdecydowanie to odrzuciłem właśnie ze względów wychowawczych. Tym bardziej nie mógł tego uczynić prokurator, gdyż w tym wypadku akt oskarżenia zacząłby się szybko sypać jak domek z kart.

Przy okazji dodam również, ze czynione na Opolskim Uniwersytecie próby urabiania przeciwko mnie młodzieży spełzły na niczym, a wewnętrzne śledztwo w mojej sprawie zakończyło się kompromitującym historyków (i nie tylko) scedowaniem sprawy na ręce sądu. Nie będę komentował tego wstydliwego wątku, gdyż zdaję sobie sprawę, że wkraczam na delikatny grunt tego, co nazywamy odwaga cywilna.

Analizując "Rewizjonizm Holocaustu" musimy również zwrócić uwagę na jeszcze trzy ważne, pomijane watki. Po pierwsze podrozdział ten zdecydowanie rożni się od wielu innych podrozdziałów" Tematów niebezpiecznych", w których zajmuje jednoznaczne stanowisko, chociażby poprzez używanie zwrotów typu: "UWAŻAM, SĄDZĘ, MYŚLĘ" itd. Po drugie, książka zawiera podrozdział "Wspólne korzenie", w którym jednoznacznie obwiniam hitlerowców za ludobójstwo dokonane na Żydach
podczas wojny, pisząc na s. 68: "W obu przypadkach (chodzi o komunizm i faszyzm-DR) praktyczna
konsekwencją była eksterminacja ... Oczywiście w warunkach jak najbardziej rewolucyjnych, pozaprawnych, nieludzkich /.../ Faszyzm był może w tym względzie (w teorii) bardziej - że użyję tego słowa -- prostolinijny, komunizm zaś antyhumanizm chował za pięknie brzmiącymi formułkami. Efekt był jednak ten sam: miliony istnień ludzkich zagłodzonych, powieszonych, rozstrzelanych, zamarzniętych w niemieckich lagrach i sowieckich lagrach.."

Bardzo przepraszam, ale czy mamy tu do czynienia z zaprzeczaniem zbrodniom nazistowskim w rozumieniu art. 55 ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej? ... Czy w takim razie w jednej cieniutkiej książce można jednocześnie zaprzeczać tym zbrodniom i je potwierdzać? I po trzecie wreszcie, zdając sobie sprawę, że pierwsze wydanie książki ukazało się w śladowym nakładzie 320 egzemplarzy - nie dotarło wiec do szerszego czytelnika i przy okazji zostało zmanipulowane -- oraz, że syntetyczność podrozdziału "Rewizjonizm Holocaustu" mogła wywołać - chociaż nie taka była moja intencja -- pewne pomieszanie pojęć (dla mnie jednak i uważnych czytelników niezrozumiale), w geście dobrej woli spowodowałem II wydanie "Tematów niebezpiecznych", które ukazało się na rynku we wrześniu br. w znaczącym nakładzie 30 tysięcy egzemplarzy. We wstępie do tegoż, na s. 1 napisałem: "Nie mogę zgodzić się z poglądem, że w obozach koncentracyjnych (niektórych) na ziemiach polskich nie istniały komory gazowe. W końcu są świadkowie. Natomiast uważam, że liczba 6 milionów Żydów zgładzonych w wyniku niemieckiego bestialstwa (tak, tak – jednocząca się Europo) jest mocno, bardzo mocno zawyżona. Rewizjoniści Holocaustu (czyli nie: negacjoniści), nierzadko moi koledzy po fachu, zapewne nie zawsze mają rację, ale naprawdę nie jest to powód, aby oblewać ich substancjami żrącymi, represjonować czy skazywać na środowiskową infamię.

Jeżeli natomiast większość historyków optuje za wersją penalizacyjną ich własnego zawodu i powołania, to mam dla nich miłą perspektywę: "DZISIAJ ONI - JUTRO WY". Czy powyższe słowa to zaprzeczanie zbrodniom nazistowskim? Oczywiście - nie. Pozostają one w zgodzie z twierdzeniami oficjalnej historiografii, która w wielu punktach - choć niewielu badaczy się do tego przyznaje - rewiduje swój stosunek do problemu Holocaustu i zarzuca prawdy, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu uchodziły za niepodważalne.

Holocaust to na gruncie historiografii ciągle zmieniające się wersje tego tragicznego wydarzenia. Do roku 1960 niemal wszyscy sadzili, że np. komory gazowe istniały w Dachau, Ravensbruck, Bergen- Belsen itd. Było wielu "naocznych świadków", którzy widzieli funkcjonujące w tych obozach komory,
zapadały wyroki śmierci na tych, doktorzy byli odpowiedzialni za ich mordercze funkcjonowanie.
I oto nagle pojawił się Martin Broszat, niemiecki historyk z Instytutu Historii Najnowszej w Monachium, zresztą wielki przyjaciel Polaków, który oświadczył, że to nieprawda. Świat historyczny przyznał mu w końcu rację.

Uznał to nawet SZYMON WIESENTHAL w roku 1975. Dzisiaj już nikt rozsądny nie powie, że w tych obozach komory istniały. Podobnie jak nikt przy zdrowych zmysłach nie powie, że hitlerowcy -
- bezsprzecznie mordercy na wielu innych polach -- produkowali na skale przemysłową mydło z ludzi albo trudnili się wyrabianiem abażurów ze skory więźniów. Nieustannie też zmienia się szacunek ofiar Holocaustu, nierzadko w odniesieniu do poszczególnych obozów. Przypomnę, że w roku 1992 dr. F. Piper z Muzeum Oświęcimskiego wydal książkę "Ilu ludzi zginęło w KL Auschwitz" (Oświęcim 1992), w której obniżył liczbę ofiar tego obozu z 4 na najwyżej 1,5 miliona. I co? Byli więźniowie oskarżyli go o kłamstwo (patrz "Gazeta Polska", nr 12 z 1995 r.). Dzisiaj dr Piper sam zabawia się w łowcę "kłamców oświęcimskich", chociaż obiektywnie sam kiedyś musiał się do nich zaliczać. Zresztą jego ustalenia kwestionuje obecnie inny oficjalny badacz problemu, sponsorowany przez żydowską Fundacje Klarsfeldów, Jean-Claude Pressac, który z kolei obniża liczbę ofiar w tym obozie do około 0,5 miliona. Proszę zwrócić uwagę: w ciągu kilku lat liczba ofiar Oświęcimia spadła z 4 do 0,5 miliona!

Weźmy wreszcie pod uwagę Majdanek. Początkowo podawano, że w obozie tym zamęczono 1,5 miliona ludzi. Później sukcesywnie ta potworna liczba obniżała się. Dzisiaj niektórzy historycy, bynajmniej nie rewizjoniści Holocaustu (choć tak naprawdę moim zdaniem są nimi) przebąkują o 50
tysiącach. Co więcej zaczynają mówić, że ginęli oni nie w wyniku masowych gazowań, a np. rozstrzeliwań. Choćby na tym przykładzie widać, iż prawo nie nadąża za historiograficznymi nowinkami (przy okazji nadmieniam, ze w bezzasadnym akcie skojarzenia z 31 maja obok Oświęcimia widnieje również MAJDANEK!). Albo cóż ma sądzić student historii czy naukowiec czytający książkę jak najbardziej oficjalnego historyka żydowskiego pochodzenia Daniela Goldhagena, którą można kupić w kilku opolskich księgarniach. Nosi ona tytuł "Gorliwi kaci Hitlera; zwyczajni Niemcy i Holocaust" (Warszawa 1999), a pada w niej bardzo dwuznaczne zdanie : "Komory gazowe są symbolem. Jest absurdem sądzić, że bez komór gazowych Holocaust by się nie wydarzył".

Czyżby wiec oficjalna nauka przygotowywała nas na nowe niespodzianki? Czyżby po raz kolejny zbliżała się do najbardziej kontrowersyjnych twierdzeń ludzi wyklętych, czyli rewizjonistów w rodzaju prof. Roberta Faurissona, Jurgena Grafa czy nawet Davida Irvinga, którzy nie kwestionując bynajmniej istnienia tragicznych obozów koncentracyjnych, poddają w wątpliwość lub negują istnienie komór gazowych? Ale nie idźmy tak daleko, zajrzyjmy do polskiej literatury wspomnieniowo-przyczynkarskiej. Oto w 128 numerze paryskich Zeszytów Historycznych wydawanych przez Jerzego Giedroycia (Paryż 1999) ukazują się wspomnienia więźnia Oświęcimia, Jerzego Stadnickiego, pt. "Mój
pamięciowy obraz Oświęcimia " (ss. 3-18), w których padają szokujące stwierdzenia: np.
"Chorym (w Brzezince - DR) podawano biały chleb i delikatna zupę. Pamiętam, jak w czasie procesu b. komendanta Oświęcimia, Hessa... na jego słowa, iż więźniowie otrzymywali w szpitalu mleko - rozległ się na sali śmiech. Ale to była prawda, sam to mleko piłem." (s.5) Albo: "Praca była nader różna" najcięższa "przy regulacji Soły, w wodzie i błocie. Za to następna moja praca...była właściwie obijaniem się. Gdy zjawiała się na horyzoncie władza kolega-przodownik oznajmiał: formalna, stosowana była w tym okresie rzadko..."(autor przebywał w Oświęcimiu od 1 października 1943 do 18 stycznia 1945-DR) – s.6. I ostatni cytat ze strony 16: "Oświęcim stał się rychło dla komunizmu dogodnym narzędziem propagandy /.../ Tej propagandzie urzędowej sekundowali nieraz, w najlepszej wierze, tacy autorzy wspomnień, jak Zofia Kossak-Szczucka, czy Krystyna Żywulska. Już sam tytuł książki tej ostatniej: stanowiła wyjątek, iż normalnie nie wychodzi się stamtąd żywym; w rzeczywistości, spośród moich osobistych towarzyszy - wiem konkretnie o śmierci trzech, i to nie w samym Oświęcimiu, lecz w innych obozach".

Autor ponadto stwierdza na s.17-18, że warunki życia w Oświęcimiu były lepsze niż w innych obozach, w których przebywał. Pytam się zatem, czy to już jest "kłamstwo oświęcimskie", czy też
jeszcze nie jest. Czy sędziwy Jerzy Giedroyć zostanie oskarżony o złamanie art. 55 ustawy o IPN, czy też nie. A jeżeli nie zostanie oskarżony to pytam się: co to w takim razie jest "kłamstwo oświęcimskie"? A czy w stan oskarżenia zostanie postawiony pan Jan Sobczyk, polski Żyd, który na ręce sadu przesłał książkę swojego autorstwa pt. "Wycieczka na Gore Synaj" (Jastrzębie 1999). W książce tej, znajdującej się w aktach sprawy (karty nienumerowane) znajduje się list tego człowieka. Czytamy w nim m. in.:

"Staje w obronie śmiertelnego wroga mojej rasy, mojej osoby. Staje w imię wolności każdego człowieka do prezentacji poglądów ... nie wolno tłumić światopoglądu historyka, gdyż każdy akt ingerencji odbije się w twórczości młodych historyków ... pan Dariusz Ratajczak ... ma niespotykaną
u innych historyków odwagę /.../ ... "już ma wyrok śmierci cywilnej w kieszeni ... Bardzo mi go żal. Zwyczajnie; cenię odwagę cywilną historyka".

Tyle laurka, o którą nie zabiegałem, pod moim adresem. Ważniejszy jest jednak inny fragment listu:
"Tadeusz Borowski (wiezień Oświęcimia i Dachau, autor m.in. " Kamiennego światu" - DR) zginął przyduszony nad palnikiem gazu we własnym mieszkaniu, ponieważ widział pewne rzeczy i z odziedziczą beztroską zaczął mówić (mówił przy wódce w hotelu "Polonia" w Warszawie). Mówił o 10 wieczorem, a rano już nie żył. Niebawem zmarł ten do którego mówił ..." Co sugeruje Jan Stobczyk? Pozostawiam to - jak wszystkie poprzednie cytaty - bez komentarza.

Oświadczam raz jeszcze, że jestem niewinny. Moja intencja było jedynie obiektywne zreferowanie kontrowersyjnych poglądów pewnego środowiska historycznego i to na podstawie ogólnodostępnych źródeł. Absolutnie nie pozostaje to w sprzeczności z art. 55 Ustawy o IPN i z Konstytucja
Rzeczypospolitej oraz z moją zawodową powinnością. Jeżeli natomiast będziemy rozstrzygali problem kłamstwa i prawdy (niekoniecznie zresztą w historii) to miejmy na uwadze celne słowa wypowiedziane przez wartego w tym jednym momencie zacytowania księdza Józefa Tischnera : "W każdym fałszerstwie kryje się jednak jakiś okruch prawdy. Czasem jest to prawda gotowa jasna i wyraźna, wręcz oczywista, czasem jest to tylko perspektywa wiodąca ku prawdzie, obiecująca prawdę i nęcącą nią."

Podstawowa funkcja nauki jest szukanie prawdy, a uczciwy naukowiec nie może kamuflować faktów, które w poszczególnych dziedzinach nauki występują, a których zatajenie stanowi istotne naruszenie etyki zawodu. Nie mogą bowiem m lodzi Polacy -- zwłaszcza studenci historii - wchodzić do harmonijnej Europy Ojczyzn i nie wiedząc o tym ze istnieją pewne kontrowersyjne poglądy historyczne, by nie doznać szoku i wyzbyć się przez to możliwości odparcia zarzutów i faktów ze względu na brak wiedzy. Nie posiadam przygotowania prawniczego, jednak w ślad za profesorem Uniwersytetu Jagielońskiego, Kazimierzem Buchałą ("Prawo karne materialne, Warszawa 1980, s. 336) podaję prawna definicje zamiaru:

"Istotą zamiaru jest świadome ukierunkowanie aktywności na realizacje czynu odpowiadającego znamionom czynu zabronionego. Istotnymi elementami tego zamiaru są świadomość (element intelektualny stanowiący treść tego zamiaru) oraz decyzja działania tj. element woluntatywny."

Jest dla mnie oczywiste, ze zarzucany mi czyn nie pozostaje w żadnej proporcji czy współzależności do mojej świadomości i woli, boć przecież referując poglądy rewizjonistów holocaustu nie przedstawiałem żadnych własnych myśli czy twierdzeń, skutkiem czego zarzut aktu oskarżenia jest oczywiście bezzasadny.

Z prawdziwym ubolewaniem raz jeszcze stwierdzam, że akt oskarżenia jest wyraźną próbą wybiórczego, gazetowego i wysoce nieobiektywnego przedstawienia mojej publikacji, a uleganie przez Urząd Prokuratorski określonym mass-mediom wyklucza istotę porządku Państwa Prawnego, które w demokratycznych warunkach swobody badań naukowych nie może aprobować nadinterpretacji tekstu, który w najmniejszym stopniu nie uchybia obowiązującemu porządkowi prawnemu.
Dlatego wnoszę o uniewinnienie.

Dr Dariusz Ratajczak

piątek, 25 kwietnia 2014

Narodowe Siły Zbrojne a Żydzi


Przedwojenny Obóz Narodowo-Radykalny był organizacją programowo niechętnie nastawioną do Żydów. Już w ”Deklaracji Obozu Narodowego-Radykalnego”, opublikowanej w dodatku nadzwyczajnym ”Sztafety” (Warszawa, 15 kwietnia 1934r., nr 13/19) czytamy między innymi: ”Żyd nie może być obywatelem Państwa Polskiego i - póki jeszcze ziemie polskie zamieszkuje - powinien być traktowany jedynie, jako przynależny do państwa”. W konsekwencji Żydzi winni opuścić Polskę, gdyż odżydzenie miast i miasteczek jest niezbędnym warunkiem zdrowego rozwoju gospodarstwa narodowego.
W okresie okupacji to wrogowie stanowisko względem Żydów w środowiskach narodowo- radykalnych związanych z wojenną mutacją ONR (chodzi tu o Grupę ”Szańca” oraz jej siłę zbrojną - początkowo Związek Jaszczurczy, a następnie Narodowe Siły Zbrojne) nie uległo w zasadzie zmianie. Fakt ten starali się w okresie powojennym wykorzystać historycy tak krajowi, jak i emigracyjni, przedstawiając NSZ jako bandę antysemickich maniaków owładniętych ideą niszczenia (wspólnie z Niemcami) wszystkiego co żydowskie.
Moim zdaniem jest to sąd głęboko krzywdzący NSZ, co postaram się udowodnić na kilku przykładach. Na wstępie chciałbym zaprezentować relację ppłk NSZ- Tadeusza Boguszewskiego (uważającedo się zresztą za piłsudczyka), w której czytamy m.in. "Stwierdzam jednak kategorycznie, że w latach 1939-1947 tępiono we własnych szeregach politycznych, w Związku Jaszczurczym i w Narodowych Siłach Zbrojnych wszelkie zapędy antysemickie. Współczucie dla tępionego nieludzko narodu żydowskiego, pamięć na piętno antysemickie z lat 1934-1939 i obawa przed własnoręcznym włożeniem broni w ręce Moskwy, własnej komuny i dygnitarzy w rodzaju Tatara, Rzepieckiego, Sanojcy i legionu innych - były gwarancją, że grupa ”Szańca” i NSZ będą się trzymać jak najdalej od jakichkolwiek czynnych wystąpień antyżydowskich”. Autor powyższej relacji opracował również pod kierunkiem ówczesnego dowódcy NSZ - płk Kurcjusza wytyczne do Akcji Specjalnej NSZ. W wytycznych tych wyraźnie podkreślano, iż jakiekolwiek wystąpienia przeciw Żydom miały być karane i tępione.
Kapitan J. Wolański, komendant powiatowy NSZ, stwierdza, że na terenie okręgu, w którym w czasie wojny przebywał, nie zetknął się z ani jednym przypadkiem działalności NSZ, która byłaby skierowana przeciw Żydom. Co więcej, w latach 1943-1944 w jego mieszkaniu znalazł chronienie wraz z żoną i synkiem Żyd - mecenas Antoni L., znany mu jeszcze z lat szkolnych.
22 września 1943 roku we wsi Dąbrówka (powiat włoszczowski) powstał oddział partyzancki NSZ pod dowództwem kpt. Władysława Kołacińskiego - ”Żbika”. Oddział ten miał w swych szeregach Żyda- lekarza, dr Kamińskiego. Brat ”Żbika”- Józef w okresie istnienia getta w Piotrkowie utrzymywał z nim stały kontakt, a nawet organizował ucieczki Żydów. Na jego prośbę kpt. Kołaciński wyprowadził grupę Żydów (jedenaście kobiet i dwoje dzieci) z piotrkowskiego cmentarza w lasy spalskie, a następnie przekazał gospodarzom z sąsiednich wsi.
Zdarzenie to tym bardziej godne jest podkreślenia, że kpt. ”Żbik”, który po wojnie nie zaprzestał swej patriotyczno-konspiracyjnej działalności, był oskarżony przez komunistyczną propagandę o dokonanie wraz z jego podkomendnymi w maju 1945r. w Przedborzu masakry na bezbronnych Żydach. Prawdą jest, iż w tym czasie w Przedborzu znajdowało się około 300 osób narodowości żydowskiej. Jednak akcja represyjna dotknęła tylko figurujących na liście kilku wybitnie zasłużonych pracowników UB, tak Żydów, jak i Polaków”. Rozstrzeliwano ich nie za przynależność narodowościową, lecz za tropienie byłych konspiratorów, za znęcanie się w czasie śledztwa i w więzieniach, głównie na byłych żołnierzach-bojownikach!
W roku 1960, staraniem Ministerstwa Obrony Narodowej, wydany został album poświęcony męczeństwu, walce i zagładzie Żydów polskich w latach 1939-1945 (opracowanie: Adam Rutkowski). Jedno ze zdjęć w tym albumie przedstawia sztab Brygady Świętokrzyskiej NSZ z adnotacją u dołu, że brygada ta masowo mordowała Żydów. Stwierdzenie to nie odpowiada prawdzie, przeciwnie: wiele Żydówek zawdzięcza życie właśnie dowództwu Brygady, które 5 maja 1945r. zdecydowało się wykonać śmiałe uderzenie na obóz koncentracyjny w czeskim Holszowie (bo tam wojenne losy zawiodły brygadę - jedyną polską jednostkę partyzancką, która dzięki pomysłowości jej dowódcy, płk Dąbrowskiego-Bohuna przedarła się z bronią w ręku na zachód Europy). Decyzja ta najprawdopodobniej ocaliła więźniarki - Żydówki, które miały być zgładzone przez obozowe władze w momencie zbliżania się wojsk amerykańskich do Holiszowa.
Ostatecznie, zaryzykowałbym hipotezę, że antysemityzm Grupy ”Szańca”, ZJ i NSZ miał charakter czysto teoretyczny, bez praktycznych następstw. W codziennym działaniu środowisko to starało się raczej nie uwypuklać cech wyróżniających przedwojenny ONR. Dochodziło do tego z całą pewnością również zwykłe ludzkie współczucie dla mordowanego narodu żydowskiego.
Skąd wziął się więc pogląd o ”antysemickich zbirach z NSZ”? W moim przekonaniu wynika on z niezrozumienia przez adwersarzy koncepcji walki radykalnego skrzydła obozu narodowego w czasie wojny. Jedną z jej cech przewodnich ( i to zresztą pod koniec okupacji niemieckiej) było zwalczanie bolszewickich band w kraju, tak aby wyczyścić przedpole przed spodziewanym zajęciem Polski przez Armię Czerwoną. Skład narodowościowy owych band był niejednorodny, nie brakowało w nich, obok Polaków i Rosjan, również Żydów. W momencie likwidacji danej bandy przez NSZ, ginęli także Żydzi, ale - raz jeszcze podkreślam - nie za pochodzenie, a za działalność na szkodę Rzeczypospolitej.
Myślę, że oponenci NSZ nie przyjmują mojego rozumowania za prawidłowe. Niestety, myślowy szablon: przedwojenne pogromy (same w sobie stanowiące rodzaj mitu) - wojenne (w konsekwencji) mordy w połączeniu z wręcz histeryczną nienawiścią do tej wielkiej, ponad 70-tysięcznej organizacji, ma nadal wielu zwolenników. Być może w ten sposób starają się oni zapomnieć o swojej, niezbyt chlubnej, działalności przed i po 1945 roku.
Dariusz Ratajczak
Katolik", nr 40, 1990

czwartek, 24 kwietnia 2014

Żydzi -Talmud - Goje


Organiczna niechęć Żydów do świata nieżydowskiego, a głównie chrześcijańskiego wynika przede wszystkim z tradycyjnych praw judaizmu. Jest ona nawet wcześniejsza od aktywnego antyjudaizmu chrześcijan, bo właśnie ten termin obrazuje przez wiele wieków stosunek chrześcijan do Żydów. Miał on charakter ideologiczno-światopoglądowy, nie stronił od dysputy ze stroną przeciwną, mógł także stać u podstaw postaw pogromowych. Chociaż te ostatnie nierzadko miały podłoże klasowe, uważając za ciemiężyciela nie tylko pana feudalnego, ale i jego pomocnika (który miał nieszczęście być na miejscu w zasięgu dziejowej zawieruchy) - Żyda. Należy tu przy okazji rozwiać jeden mit: w historii feudalnej Europy to nie Żydzi byli najbardziej prześladowaną, wyzyskiwaną i postponowaną grupą ludzką. Prawdziwym „chłopcem do bicia” był chłop pańszczyźniany - na terenach środkowo- wschodniej części kontynentu aż do I połowy ubiegłego stulecia.
Przedstawiając stosunek Żydów do gojów (relacja odwrotna, bardziej znana, chociaż nierzadko zakłamana, nie jest przedmiotem naszych rozważań), należałoby kilka słów poświęcić Talmudowi, czyli jednemu z kamieni węgielnych judaizmu.
Jeśli przyjmiemy, że Żydzi są naszymi starszymi starotestamentowymi braćmi (co obecnie wiele kręgów kościelnych uznaje bez zastrzeżeń), to Talmud skutecznie rozrywa wszelkie braterskie więzi.
Talmud tworzą Miszna i Gemara. Jest to, najogólniej mówiąc, zbiór tradycyjnych praw judaizmu, zawierających komentarze rabinów. W Talmudzie nazywają owi rabini chrześcijan bałwochwalcami, mężobójcami, rozpustnikami nieczystymi, gnojem, zwierzętami w ludzkiej postaci, gorszymi od zwierząt, synami diabła itd. Księży nazywają ” kamarim”, tj. wróżbiarzami, kościół zwą ” bejs tifla”, czyli dom głupstw, paskudztwa. Obrazki, medaliki, różańce zowią ” ełyłym ” (bałwany), niedziele i święta to ” jom jd” (dni zatracenia). Uczą też, że Żydowi wolno oszukiwać, okraść chrześcijanina, bo ”wszystkie majętności gojów są jako pustynia, kto je pierwszy zajmie, ten jest ich panem.
Tak więc księgę zawierającą 12 grubych tomów i dyszącą nienawiścią do chrześcijan Żydzi uważają za ważniejszą od Pisma świętego i stanowi ona dla nich do dnia dzisiejszego przypomnienie właściwego postępowania w stosunku do gojów. Bez Talmudu, tego krańcowego przykładu nietolerancji i swoistego ekskluzywizmu (ma on i swoje odbicie w sprawach czysto świeckich, nawet w środowiskach dalekich od ortodoksji) Żyd przestaje być Żydem.
Być może obiektem najzacieklejszych ataków w Talmudzie i literaturze posttalmudycznej jest osoba „fałszywego Mesjasza”- Jezusa. Zgodnie z tym, co podaje Talmud Jezus został stracony za bałwochwalstwo, za namawianie Żydów do bałwochwalstwa i lekceważenie władz rabinicznych z wyroku sądu rabinackiego. Absolutnie nie jestem skłonny przypisywać wszystkim Żydom winy za śmierć Chrystusa, aliści klasyczne źródła żydowskie wspominając jego stracenie, z satysfakcją biorąc na siebie odpowiedzialność za tę śmierć, a nie wspominają nawet o Rzymianach.
Samo imię Jezus (Jeszu) jest dla Żydów symbolem tego co ohydne, wstrętne. Hebrajska forma imienia Jezus interpretowana była jako akronim przekleństwa ”niech imię jego i pamięć o nim zostaną wymazane”.
Myślę, że dialog chrześcijańsko-żydowski powinien być oparty na prawdzie. Kościół katolicki zrobił bardzo wiele by tę prawdę przybliżyć: nazwał Żydów ”starszymi braćmi” potępił antysemityzm, wziął na siebie wiele win, nawet tych nie popełnionych. Strona żydowska przyjęła postawę agresywną. Żąda coraz więcej, a jednocześnie nie chce uznać, że w długiej historii stosunków chrześcijańsko- żydowskich popełniła liczne błędy.
Ich naprawa leży moim zdaniem poza mentalno-ideologiczno-religijnymi możliwościami Żydów, tego zdolnego i ciekawego narodu, naznaczonego wszelako grzechem pychy i arogancji. Wierzyć jednak należy.
Dariusz Ratajczak
Tematy niebezpieczne

środa, 23 kwietnia 2014

Masoneria i spiskowa teoria dziejów


Historia nigdy nie była wolna od spisków. Spiski bowiem immanentnie związane są z żądzą władzy, spisków itd. Tym niemniej, mimo ponawianych prób, nie one na przestrzeni dziejów - do pewnego momentu - wyznaczały ich bieg. Były co najwyżej jednym z elementów.
Dlaczego? Dlatego, że świat, że dzieje ludzkie podążały naturalną, ewolucyjną ścieżką, a jednocześnie były mocno osadzone w wierzeniach religijnych, tradycji, poszanowaniu naturalnego porządku rzeczy. Były to czasy, gdy Boga uważano za Boga, a człowieka za ograniczoną w swoich możliwościach istotę.
I nagle 250-300 lat temu wszystko uległo zmianie. Człowiek stał się równy Stwórcy i w końcu zakwestionował jego istnienie. Postanowił wywrócić naturalny ład- ewolucję zastąpił rewolucją. Pojawiły się kłamliwe hasła „Wolności, Równości, Braterstwa”, szybko okazało się, że mają korzystać z nich tylko nieliczni - tzw. nowe elity wyzwolone z pod Boskiej kurateli.
Nastał czas nowoczesnych, tajnych, pół tajnych, supertajnych ciał, nienazwanych i nazwanych agend. Historia stała się planem, igraszką w ich rękach. Uważam, że tylko od nas zależy, czy powróci ona w swoje naturalne, od 2000 lat sprawdzone łożysko.
Określenie masoneria wywodzi się z języka angielskiego (free masons). Tak określano murarzy, kamieniarzy i budowniczych, którzy organizowali się w międzyregionalne cechy i pod przysięgą przestrzegali murarskich zobowiązań. Zamiennie stosowano i inne nazwy: farmazonia, dzieci wdowy, królewska sztuka, łota międzynarodówka.
Pochodzenie masonerii okryte jest tajemnicą. W wiekach XVIII i XIX pisarze masońscy przywiązywali wielką wagę do udowodnienia jej starożytności. Wskazywali na początek masonerii w legendarnych antycznych bractwach i związkach. Niektórzy historycy dochodzili nawet do 12 hipotez tłumaczących jej pochodzenie. My ograniczymy się tylko do kilku:
1.Historia ludzkości jest tożsama z historią masonerii. Twórcą masonerii był” Adam, ewentualnie Kain.
2.Wolnomularstwo wywodzi się z misteriów Indii i starożytnego Egiptu.
3.Templariusze. Jak wiemy był to zakon rycerski, który przybrał nazwę Militia templi Salomonis. Został założony w roku 1118. Ich strojem był biały habit i biały płaszcz dla rycerzy. Po 1145 r. na lewym ramieniu nosili czerwony krzyż. Zakon szybko rósł w potęgę. W wieku XIV we Francji posiadał 2 miliony hektarów gruntów ornych wolnych od podatków. Templariusze byli niewygodnymi konkurentami dla władzy królewskiej. Dlatego też rozprawiano się z nimi okrutnie. W roku 1310 spalono 54 templariuszy jako odszczepieńców, a 4 lata później samego Wielkiego Mistrza zakonu Jakuba de Molay, który przed męczeńską śmiercią miał rzucić klątwę na swych prześladowców- króla i Kościół. Jedna z legend masońskich głosi, że w dniu spalenia de Molay kilku jego zwolenników zebrało szczątki mistrza i poprzysięgło katom zemstę. W łonie samej masonerii zdania na temat związku z templariuszami są podzielone. Część masonów jest sceptyczna, nie przeszkadza to wszelako w powstawaniu szeregu stowarzyszeń będących blisko masonerii, a powołujący się na Jakuba de Molay. Przykładem niech będzie Zakon Templariuszy Wschodu, którego odnowicielem w XX wieku został Aleister Crowley (stojący od 1912 roku na czele brytyjskiej sekcji zakonu) i noszący imię Baphomet. Ów Baphomet to antychrześcijańskie bóstwo, któremu cześć mieli oddawać w Azji templariusze - po latach walk z muzułmanami ostygli z krzyżowego zapału, podatni na niepokojące idee Wschodu, a z czasem i doczesne uciechy (pijaństwo, homoseksualizm). Przedstawiany jest on jako kozioł z wielkimi rogami siedzący na ujarzmionym globie. Na łbie ma pentagrammę (5 ramienną gwiazdę), u pleców zaś skrzydła. Skojarzenie z symboliką szatańską jest tu jak najbardziej zasadne.
4. Budowniczowie katedr. Jest to najpopularniejsza hipoteza sięgająca źródeł masonerii. Bractwa murarskie, zazdrośnie strzegące zawodowych tajemnic, podupadły w wieku XVII. Dla ratowania sytuacji, do lóż zawodowych zaczęto więc przyjmować przedstawicieli innych zawodów. Z czasem to oni zmajoryzowali bractwo, dając początek właściwej masonerii.
5. Oświecenie. Wielu badaczy za prawdziwe źródło masonerii uważa Oświecenie. Dorobek myślowy Oświecenia można, w ogromnym skrócie, sprowadzić do kilku twierdzeń: uznanie za boskie tego wszystkiego, co jest uniwersalne, wiara w wartość człowieczeństwa, odrzucenie spekulatywności i metafizyki na rzecz wartości ziemskich. W efekcie otrzymujemy radykalne odwrócenie dotychczasowych relacji między Bogiem a człowiekiem, upadek całego szeregu przekonań religijnych i zasad moralnych.
6. U podstaw masonerii stoją mesjanistyczne dążenia Żydów.
Myślę, że powyższe hipotezy, różnej przecież jakości, zmuszają do precyzyjnego, na ile stać na to autora, pojęcia podstawowych nurtów ujętych we właściwej, zrodzonej u początku wieku XVIII masonerii. Wszystkie one miały i mają cechy wybitnie antychrześcijańskie, a mówiąc precyzyjniej - antykatolickie.
Należy to powiedzieć wprost: bez organicznej nienawiści masonerii do Kościoła i wszystkich wartości, na których straży stoi, zrozumienie istoty tej tajnej struktury, jej dążeń i ukrytych celów, nie jest możliwe.
Masoneria łączy więc w sobie gnozę z jej okultyzmem, hermetyzmem i przejawami satanizmu” pogański (neopogański) naturalizm, w pełni dojrzały w epoce Oświecenia - prymitywnie racjonalistyczny, libertyński” nurt protestancki, odrzucający frontalnie hierarchię Kościoła, dopuszczający dowolną interpretację prawd wiary oraz nurt judaistyczny, który najmocniej odcisnął swe cechy na symbolice, obrzędowości i duchu masonerii. Przyznał to nawet XIX wieczny naczelny rabin USA - Issac M. Wise: "Masoneria jest instytucją żydowską, której historia stopnie, godność, hasła i nauki są żydowskie od początku do końca".
Masoneria jest tajnym towarzystwem w tajnym towarzystwie. Jej doktryna zewnętrzna, przeznaczona na użytek profanów i szarej, często otumanionej masy członkowskiej, pełna pięknie brzmiących haseł Wolność, Braterstwo, Człowiek, Dobroczynność), stanowiących przykrywkę właściwych celów. Tak naprawdę wysoko postawieni „bracia fartuszkowi” są lucyferianami pragnącymi zastąpić panowanie chrześcijańskiego Boga (Adonaj) rządami upadłego Anioła – Lucyfera – Wielkiego Budownika Świata. W konsekwencji nienawidzą Kościoła, tradycji chrześcijańskiej, wytworzonej w ciągu 2000lat moralności i wszystkich tych wartości, które w naukach zawarł Jezus. Z tego negatywnego uczucia wynikają metody działania i ostateczne cele, jakie stawiają sobie „dzieci wdowy”.
W sferze działań masoneria nastawiła się na rewolucję, która miała zniszczyć stary, a wprowadzić nowy porządek. Obejmowałby on stopniową likwidację instytucji Kościoła, nową moralność ustanowioną przez wyzwolonego od Boga człowieka, rządy Rozumu itd. Bez wątpienia tak rewolucja we Francji, jak i rewolucje w Rosji były przez nią inspirowane.
Każda idea, każda myśl niszczycielska, przeciwna Bogu i uznanym relacjom między Nim a człowiekiem była przez masonerię popierana i sponsorowana. Do pewnego momentu takim sojusznikiem pozostawał socjalizm - komunizm, a nawet neopogańskich faszyzm.
Po II wojnie światowej tajne bractwo zmieniło taktykę, rozpoczynając ”pokojową walkę ze starym światem”, opartą o stare, liberalno-demokratyczne hasła, z wykorzystaniem najnowocześniejszych osiągnięć techniczno-cywilizacyjnych.
W odniesieniu do religii i Kościoła katolickiego postulują one m.in. usunięcie tychże z działów aparatu państwowego i instytucji publicznych, sekularyzację małżeństwa, wprowadzanie świeckiej oświaty, propagowanie wolności religijnej dla wszystkich sekt (np. tych wyrosłych z New Age - naturalnego, oczywiście do pewnego momentu, sojusznika masonerii) i grup wyznaniowych, z wyjątkowym wszakże traktowaniem katolicyzmu, oskarżonego bezustannie o „brak tolerancji”.
Masońska walka ze starym porządkiem nie rozgrywa się tylko na płaszczyźnie bezpośredniego starcia z Kościołem. Dodajmy do tego „świeckie” (ale zawsze związane z działalnością masońskiego antykościoła) elementy ofensywy: nieograniczoną wolność prasy w głoszeniu haseł antyreligijnych i zasad sprzecznych z moralnością (to samo dotyczy mass-mediów elektronicznych, kin, teatrów)” usunięcie wszelkich różnic w traktowaniu osób płci przeciwnej i popieranie skrajnego feminizmu (prekursorem był tutaj Adam Weishaupt, jedna z najbardziej diabolicznych postaci Europy przełomu XVIII/ XIX wieku, człowiek, który ideologicznie przygotował rewolucję we Francji, chociaż nie zapominajmy o nikczemnym Voltaire)- tej wymyślonej przez mężczyzn pułapki dla głupich i łatwowiernych kobiet.
Masoneria stara się opanować wszelkie sfery życia intelektualnego i społecznego. Jest to niezbędny czynnik do przejęcia władzy nad całym światem. Wiele jej postulatów zostało już zrealizowanych. Złotej międzynarodówce, zasobnej w nieograniczone fundusze, kontrolującej mass-media, banki, polityków, penetrującej Kościół (dobrym przykładem niech będzie Holandia, a ostatnio nawet Polska księdza Tischnera i paramasońskiej katolewicy) i uniwersytety, udało się przynajmniej podminować chrześcijaństwo, wzbudzić wśród ludzi wątpliwości co do jego prawdziwości i przydatności, wreszcie wyzwolić drzemiące w nich pokłady permisywizmu, relatywności i prymitywnego materializmu.
Obawiam się, że wypowiedziane 20 lat temu zdanie prominentnego masona Wielkiego Wschodu- Baroin: "Godzina masonerii wybiła", nie jest czczą przechwałką. Czas pokaże.
MASONERIA- RYTY- OBRZĘDY
Rozwijające się od XVIII wieku loże masońskie oparły swoją działalność o zredagowaną w roku 1723 przez dr Jamesa Andersona konstytucję. Dzieło tego kaznodziei prezbiteriańskiego nosiło tytuł "Konstytucje Masońskie Zawierające Przepisy, Statuty tego Najbardziej Starożytnego i Prawego Bractwa". Do dziś dnia są one podstawową masońską wykładnią zasad, praw i regulaminów rządzących poszczególnymi lożami.
Pamiętajmy jednak, że ogromny rozwój lóż w wieku XIX doprowadził do rozłamu w łonie masonerii w II połowie tego wieku. Otóż w roku 1877 paragraf 2 art. I ”Konstytucji Andersona”, mówiący o istnieniu Boga (pomijam antychrześcijańskie rozumienie Jego istoty) został usunięty. Dokonała tego Loża Wielkiego Wschodu we Francji. W wyniku tej zmiany Wielka Loża Angielska, określająca się jako chrześcijańska, zerwała z Lożą Wschodu.
Oficjalnie więc Wielki Wschód Francji i pewne meksykańskie oraz południowoamerykańskie loże nie są reprezentowane w Wielkich Lożach anglosaskich, tym niemniej wszystkie loże masońskie połączone są ze sobą w Wielkim Łańcuchu Wolnomularstwa za pośrednictwem licznych organizacji pomocniczych - np. Wielkiej Loży Alpina w Szwajcarii, międzynarodowych kongresów, nie mówiąc o wspólnocie ducha i celu, który im przyświeca. Sami wolnomularze zresztą przyznają, że stanowią jeden organizm. „Nie ma żadnej masonerii narodowej ani zorientowanej wyznaniowo, lecz jest tylko jedna, czysta, niepodzielna. Masoneria wszystkich krajów i części świata tworzy jedną całość. Masoneria tworzy wszędzie zwartą całość. Ale nie przez rytuał, także nie przez jurysdykcję i nie przez wspólnotę swoich członków. Jest ona zawarta w jej prawdziwym duchu tajnej nauki jednolita (masoneria- DR) w swoich naukach i swoim świetle, jednolita w swojej filozofii i w swoich zakonach. Tworzy zatem jedną rodzinę, jedno ciało, jeden wspólny łańcuch braterski, jeden jednolity zakon”. To tylko trzy przykłady licznych, ”zjednoczeniowych” wypowiedzi masonów.
W strukturze masonerii podstawową komórką jest loża. Wolnomularstwo dzieli się na samodzielne wspólnoty (Wielkie Loże lub Wielkie Wschody) zwane też Federacjami, Wyższymi Radami, Siłami Masońskimi. Te wielkie oddziały masonerii rządzone są przez Radę lub Komitet Wykonawczy. Na czele każdego z nich stoi Wielki Mistrz.
Wielka Loża składa się z lóż jednego kraju lub okręgu. Na czele Wielkiej Loży stoi Wielki Mistrz i Rada Wielkich Urzędników (Wielki Warsztat). Na zgromadzeniach Wielkiej Loży Mistrzowie Katedry (Czcigodni Lóż) reprezentują poszczególne loże. Do założenia loży potrzebne jest pisemne upoważnienie (konstytucja) Wielkiej Loży. Loża założona nieprawidłowo jest uważana za ”nieregularną”. Każda loża nosi symboliczną nazwę, uzupełnioną przez nazwę siedziby.
Do lóż należą, oprócz członków zwyczajnych, członkowie honorowi, bracia odwiedzający i bracia służący, nieuprawnieni do głosowania i pełniący służbę w loży, przy stole itp. Sprawami loży kieruje Mistrz Katedry. Dodajmy jeszcze, że w łonie lóż wyróżniamy również zgromadzenia rytualne (loże rytualne). Mogą być to przypadkowo loże urzędnicze, pracujące (przyjmują kandydata do stopni masońskich), konstrukcyjne, żałobne, biesiadne.
Dosyć ciekawie przedstawia się stosunek masonów do kobiet, którym werbalnie przyznawali „od zawsze” równouprawnienie. Tymczasem w praktyce życia lożowego mężczyźni decydują niemal o wszystkim. Małżonki, rodzone siostry i narzeczone wolnomularzy noszą miano sióstr masońskich. Niektóre loże łączą je (i to tylko przy niektórych okazjach) w loże siostrzane. Tylko w niektórych krajach kobiety uczestniczą w pracach lóż na równych prawach. We Francji istnieją także loże wyłącznie kobiece. Nie będę chyba daleki od prawdy, jeżeli powiem, że ta polityka w stosunku do niewiast ma sens. Te bowiem, oprócz wielu zalet umysłowych, no i tych widocznych gołym okiem, mają jeden, zasadniczy defekt: lubią gadać. A masoneria to tajemnica.
Poszczególne loże różnią się znacznie ilością istniejących w nich stopni wtajemniczenia, obrzędami, symbolami - w zależności od przyjętego i obowiązującego w danej loży rytu.
Czym jest ryt masoński?
Pojawienie się nowych rytów zawsze znamionowało konieczność przeprowadzenia jakiejś określonej akcji politycznej czy zamierzenia filozoficznego. Mogło chodzić np. o rewolucyjny przewrót, czy jakąś nową oprawę symboliczną odpowiadającą duchowi czasów.
Wyróżniamy 3 grupy rytów: ryty studiów filozoficznych i bezpośredniej akcji politycznej (niewielka ilość stopni wtajemniczenia, szczególna tajemniczość stopni wyższych. Wg tych rytów pracuje np. Ryt Francuski Nowoczesny i część Wielkich Wschodów), ryty tradycyjne (charakteryzują się tradycyjnym symbolizmem i hierarchią. Przedstawiają poprzez stopnie całą historię tajnych tradycji od Salomona poprzez Templariuszy po Alchemików. Do tego rytu należy Ryt Szkocki i Uznany), ryty kabalistyczne i mistyczne (zastrzeżone dla elity, innym rytom zostawiają trud przygotowania niższych wtajemniczeń. Najbardziej znanym z tych rytów jest Misraim i Memphis). Najbardziej popularny jest Ryt Szkocki i Uznany, który wbrew nazwie powstał we Francji epoki napoleońskiej. Ten mocno przesiąknięty tradycją judaizmu obrządek posiada 33 stopnie wtajemniczenia.
Pierwsze trzy stopnie (do mistrza włącznie) to tzw. Masoneria Niebieska, podstawowa masa członkowska bractwa. Stopnie kapitularne (od 4. do 18.) tworzą Masonerię Czerwoną. Stopnie filozoficzne (od 19 do 30) mieszczą w sobie Masonerię Czarną. Trzy ostatnie stopnie administracyjne to ekskluzywna Masoneria Biała z Wielkim Inspektorem Inkwizytorem Komandorem, Księciem Królewskiej Tajemnicy i Generałem Wielkim Inspektorem.
Obrządek Szkocki obierany jest przede wszystkim przez tych, którzy pragną "szybkiej" ziemskiej władzy. Jeżeli braciom zależy na możliwie rychłym przejęciu danego, prominentnego dygnitarza, procedura otrzymywania poszczególnych stopni (do 32 włącznie) odbywa się w tempie ekspresowym, np. w czasie jednego weekendu. Tak było w przypadku prezydenta USA, Tafta, czy gen. Douglasa Mac Arthura. Albo pomysłodawcy odbudowy Europy po II wojnie światowej, zgodnie z duchem i celami USA - Marshallem.
Powróćmy jeszcze do istoty działalności masonerii, której cele ostateczne, zawarte w doktrynie wewnętrznej, są ukryte nie tylko przed niemasonami (profanami), ale i szarą masą członkowską lóż- tym mięsem armatnim knowań wysoko, bardzo wysoko postawionych braci.
Zacytujmy tym razem słowa uznanego autorytetu, który miał zresztą romans z masonerią (czyni go to tym samym jeszcze bardziej wiarygodnym) - wicehrabiego Leona do Poncins: ”Wielkim zadaniem masonerii jest szerzenie idei szlachetnych i pięknych niekiedy na pozór, lecz w rzeczywistości destrukcyjnych (jak) Wolność, Równość, Braterstwo”.
Masoneria, będąca ogromną organizacją propagandową, działa poprzez wolną sugestię, rozpowszechniając podstępnie rewolucyjny ferment. Zasiew rzucamy jest przez głowy w lożach wewnętrznych, te przekazują je lożom niższym, skąd przenika on do związanych z masonerią instytucji i do prasy, trzymającej w ręku opinie publiczną.
Niestrudzenie i przez niezbędną liczbę lat, sugestia działa na opinię publiczną i kształtuje ją tak, by pragnęła ona reform, od których umierają narody. W latach 1789 i 1848 (lata rewolucji francuskiej), wolnomularstwo, zdobywszy chwilowo władzę, przegrało jednak w szczytowej fazie swych wysiłków. Nauczone tymi doświadczeniami, zaczęło ono postępować wolniej i pewniej.
Gdy przygotowania rewolucyjne zostają ukończone i uznane za wystarczające, masoneria ustępuje pola walczącym organizacjom, karbonariuszom, bolszewikom lub innym stowarzyszeniom jawnym bądź tajnym, a sama usuwa się w cień na zapleczu. Pozostaje ona tu nieskompromitowana, w razie niekorzystnego zwrotu sytuacji, udaje, że pozostawała na boku i jest coraz bardziej zdolna do kontynuowania swojego dzieła, niczym żrący robak, skryty i niszczycielski.
Masoneria nigdy nie działała w pełnym świetle dnia. Każdy wie o jej istnieniu, o miejscach jej zebrań i o wielu spośród jej adeptów, nie zna jednak jej prawdziwego celu, jej prawdziwych środków i jej prawdziwych przywódców. Nawet ogromna większość samych masonów znajduje się w tej sytuacji. Stanowią oni tylko ślepą maszynerię sekty.
Tych ślepych trybików nie stanowią wyłącznie szeregowi masoni. Wypełniają one całe życie społeczno-polityczne, niemal wszystkie instytucje gospodarcze. Masoneria, dla wzmocnienia swojego działania, nie waha się też przed powoływaniem do życia różnych wolnomularskich przedszkoli typu kluby rotariańskie, Lions Clubs, stowarzyszenia krzewienia kultury świeckiej itd., które wykonują wolnomularskie zadania (chociażby poprzez atakowanie Kościoła), a jednocześnie pozwalają wychwycić co bardziej użytecznych kandydatów na lożowych braci. Jest to świetnie zorganizowany system, który pozwala nielicznej masonerii (bracia zawsze stawiają na jakość - nie ilość) sprawować rząd dusz nad ”postępowym, antytradycjonalistycznym, świeckim, modernistyczno- liberalnym światem”. Dobrze o tym wiedzieć: nie trzeba być masonem, nie trzeba nawet wiedzieć o tym bractwie, aby wykonać, często nieświadomie, z dobrą wolą, jego dyrektywy.
Rytuał masoński zależny jest od stopnia wtajemniczenia do jakiego dana osoba pretenduje. W pierwszych dwóch stopniach (uczeń, czeladnik) kandydata informuje się o ”chrześcijańskim charakterze loży, wierze w Boga” itd. Jeżeli nadal będzie upierał się przy swoim tradycyjnym światopoglądzie - dalej nie awansuje, ale oczywiście jako użyteczny trybik może już być wykorzystany.
W stopniu mistrza, czyli trzecim, widać już subtelne odchylenie od nauk chrześcijańskich. W przysiędze tego stopnia istnieje zapis, iż kandydat nie zaszkodzi loży ani bratu tego samego stopnia oraz będzie bronił brata - masona, gdyby chcieli mu zaszkodzić inni.
Przysięga ta stwarza fundament pod wielką niegodziwość masonerii, która rekrutując, a bardzo to lubi, sędziów, policjantów, szeryfów, adwokatów, prokuratorów, jest przekonana, że w razie niebezpieczeństwa mistrz masoński, nawet gdyby okazał się złodziejem, może być pewny bezkarności gdy np. sądzi go masoński odpowiednik.
W kolejnych stopniach ta swoista solidarność, wzmocniona zasadą wzajemnego popierania się, jest mocno eksponowana. Było to widoczne tak w przeszłości, że wymienię tylko słynną sprawę Kuby Rozpruwacza, jak i obecnie (sprawa Loży P-2 we Włoszech, masońskie skandale w Scotland Yardzie).
Pisanie i mówienie pod koniec XX wieku o masonerii, jako o potężnym bractwie wywierającym w przeszłości i obecnie istotny wpływ na bieg dziejów, nie jest czynnością wdzięczną. ”To obłęd”- powiada postępowa opinia publiczna. Uzupełniają ją tradycyjni antykomuniści, dla których masoneria to karzeł, do tego na glinianych nóżkach. Ja pozostanę przy swoim: bracia mają się dobrze, ich wizja świata nabiera konkretnych kształtów, Kościół słabnie, jest przyzwolenie społeczne. A że mało kto słyszał o masonerii? To dobrze, farmazonia nigdy nie zabiegała o tanią popularność. Liczy się cicha, wydajna i skuteczna praca. Jej efektem końcowym będzie globalny rząd fartuszkowych wybrańców. I wtedy poznamy prawdziwe oblicze masonerii.
Dariusz Ratajczak
Tematy niebezpieczne

sobota, 19 kwietnia 2014

„Nadludzie” Sterna



W książce „Tematy jeszcze bardziej niebezpieczne” opisałem, zresztą pobieżnie, współpracę między środowiskami syjonistycznymi a hitlerowcami w latach trzydziestych XX wieku. Niewielu wie, że mogła ona mieć swój praktyczny ciąg dalszy w pierwszej fazie II wojny światowej. Otóż w styczniu 1941 r. działający w Palestynie „Bojownicy o Wolność Izraela” („grupa Sterna”, „gang Sterna”, „Lehi”) – skrajnie antybrytyjska i antyarabska organizacja żydowska o charakterze terrorystycznym – wygotowali dokument, w którym proponowali rządowi III Rzeszy ścisły sojusz polityczno-ideologiczny. Poniżej prezentuję treść owego pisma z nieznacznymi skrótami:

“W swych mowach i oświadczeniach główni mężowie stanu Narodowo-Socjalistycznych Niemiec często podkreślali, że Nowy Porządek w Europie wymaga, jako warunek wstępny, radykalnego rozwiązania kwestii żydowskiej poprzez ewakuację (…)

Ewakuacja żydowskich mas z Europy jest warunkiem wstępnym rozwiązania kwestii żydowskiej. Jednakże jedynym sposobem, by to osiągnąć, jest osiedlenie tych mas w ojczyźnie Żydów – Palestynie oraz ustanowienie żydowskiego państwa w historycznych granicach.

Celem politycznej działalności i lat walki Izraelskiego Ruchu Wolności – Organizacji Narodowo-Wojskowej w Palestynie… jest rozwiązanie żydowskiego problemu w ten właśnie sposób, gdyż pozwoli to wyzwolić naród żydowski na wieki.

ONW [Org. Nar.-Wojsk. - DR], której dobrze jest znana dobra wola rządu niemieckiej Rzeszy  wyrażana wobec syjonistycznej działalności w Niemczech i syjonistycznego programu emigracyjnego, stoi na stanowisku, że:
1. Istnieją wspólne interesy między niemiecką koncepcją Europejskiego Nowego Porządku i prawdziwie narodowymi aspiracjami Żydów, które to aspiracje ucieleśnia ONW.
2. Możliwa jest współpraca między Nowymi Niemcami a odnowionym, ludowo-narodowym Żydostwem.
3. Utworzenie historycznego państwa żydowskiego opartego na narodowej i totalitarnej podstawie, związanego traktatem z niemiecką Rzeszą, służyłoby utrzymaniu i wzmocnieniu w przyszłości pozycji Niemiec na Bliskim Wschodzie.
Na podstawie tych czynników i pod warunkiem, że rząd III Rzeszy uznaje narodowe aspiracje Izraelskiego Ruchu Wolności wzmiankowane powyżej, ONW w Palestynie oferuje czynne wzięcie udziału w wojnie po stronie Niemiec.
Oferta ONW może obejmować działalność wojskową, polityczną i informacyjną w Palestynie oraz – po pewnych organizacyjnych zabiegach – poza nią.

Pośredni udział Izraelskiego Ruchu Wolności w dziele Nowego Porządku w Europie…, połączony z pozytywnym i radykalnym rozwiązaniem problemu żydowskiego w Europie na bazie wzmiankowanych powyżej narodowych aspiracji Żydów, znakomicie wzmocniłby moralną podstawę Nowego Porządku w oczach całej ludzkości.

Współpraca Izraelskiego Ruchu Wolności byłaby także zgodna z ostatnią mową Kanclerza niemieckiej Rzeszy, w której Hitler zaakcentował, że wykorzysta każdą kombinację i każdy sojusz, ażeby izolować i pokonać Anglię.”

Niemcy nie wyrazili chęci współpracy z częścią środowisk syjonistycznych, gdyż w tym czasie przyjęli już kurs proarabski. Warto dodać, że przywódca organizacji Abraham Stern (zabity przez Brytyjczyków w przebraniu kobiety) do dnia dzisiejszego uchodzi w niektórych żydowskich środowiskach za niezłomnego bojownika, prawdziwego bohatera narodowego. Już na pewno za takiego uważał go Icchak Szamir – organizacyjny następca Sterna, późniejszy premier państwa żydowskiego i specjalista od „polskiego antysemityzmu”.

Cóż, może jednak lepiej być „antysemitą” niż niespełnionym kolaborantem-karzełkiem III Rzeszy Adolfa Hitlera?

Dariusz Ratajczak

piątek, 18 kwietnia 2014

Dariusz Ratajczak – Kilkanaście wskazówek dla młodego historyka - naukowca


1.Omijaj ”Wstęp do badań historycznych”. Studenci uznają Ciebie za nudziarza. Zresztą wszystko co napisano w tej materii można przeczytać w 1-2 podręcznikach.
2.Nie rób kariery politycznej. Historycy to najgorsi politycy. Może dlatego, że zbyt często utożsamiają się z opisywanymi przez siebie nieudacznikami, hochsztaplerami i dewiantami.
3.Nigdy nie pisz obiektywnie. To nic nie znaczy, a do tego jest przeraźliwie nudne. Twoja pasje i energię włożoną w pracę historyczną nazywamy subiektywizmem.
4.Nie żeń się z kobietą-historykiem, bo wkrótce zwariujesz. No chyba, że twoja lepsza połowa nie tylko zawodowo zajmuje się życiem erotycznym starożytnych Indii. Ale to mało prawdopodobne.
5.Podobnie rzecz się ma ze studentkami historii. Te obrotniejsze i tak nie zwrócą na Ciebie uwagi. Jesteś przecież wiecznym golcem finansowym, a Twoja władza nad nimi jest iluzoryczna (i tak skończą studia - taka jest zasada). Ale jeżeli chcesz mieć w domu przyszłą panią od nauczania początkowego- proszę bardzo. Tylko nie pobijcie się później o pieniądze.
6.Nie bądź nadmiernie surowy dla studentów. Każdy historyk pastwiący się nad żakami, udziwniający pytania egzaminacyjne, piętrzący przeszkody, nie cieszy się szacunkiem. Przeciwnie, uważany jest za kretyna, który zły humor, źle przespaną noc, czy domową kłótnię przenosi na teren uczelni. Kobiety- historycy mają z tym największy kłopot. Dlatego też nie są lubiane, a rzadko cenione przez studencką brać.
7.Bądź solidnym prawicowcem. Poglądy lewicowe są dobre dla gówniarzy i emerytów.
8.Wykład lub ćwiczenia prowadź według recepty Alfreda Hitchcocka: najpierw trzęsienie ziemi - potem napięcie rośnie. Na przykład: ze znudzona miną, minutę po czasie, gdy wszyscy siedzą w ławkach, wchodzisz do sali. I nagle, uderzając kantem dłoni o poręcz krzesła, strzelasz z armaty: ”Szymon Wiesenthal to fałszywy tropiciel nazistów”. I tak dalej, i tak dalej.
9.Nie ubieraj się w modne, drogie garnitury. Młodego historyka (wkrótce przekonasz się, że i starego) nie stać na utratę całego stypendium (uczelnianej pensji), a przy tym zawsze zdradzą Cię lekko koślawe buty Made in Radoskór i źle dobrany krawat.
10.Uważaj, w archiwach i bibliotekach. Spadające z regałów ciężkie, zakurzone od lat nie ruszane tomiska - zabijają. Inna sprawa, jeżeli chcesz umrzeć śmiercią historyka.
11.Utrzymuj dobre stosunki z sekretarkami. W końcu obcujesz z wicedyrektorkami poszczególnych instytutów.
12.Nie podlizuj się do kwestorek i pań w kasach. I tak nic nie dostaniesz.
13.Nigdy nie mów źle o swojej uczelni. Wprawdzie prawie Ci nic nie płaci, niczego nie załatwi, ale nie uchodzi. Klnij sobie pod nosem.
14.Nie bierz łapówek. To nieetyczne. Od tego są mądrzejsi. W razie czego - tylko ty wpadniesz.
15.Jeżeli jesteś utalentowany - do wszystkiego dojdziesz z czasem. Jeżeli nie - jeszcze szybciej.
16.Walcz z historykami – lizusami - karierowiczami. Przynajmniej będziesz miał satysfakcję, że poległeś w walce z przeważającymi siłami wroga.


Dnia 17 kwietnia 1999

Żydzi wobec antypolonizmu Żydów


Pisanie o stosunkach polsko-żydowskich jest czynnością ryzykowną. Szczególnie dla Polaka, który uważa, że stosunki te powinny być przedstawiane w oparciu o prawdę. Łatwo wtedy – paradoksalnie - narazić się na zarzuty o skrajny nacjonalizm, ksenofobię i ”dyżurny” antysemityzm.
Konsekwencje są zazwyczaj smutne: towarzyski bojkot ( każdy ma takich znajomych na jakich zasługuje), rasowy i wydawniczy ”knebel”, ostatecznie - zawodowa śmierć.
Sprawa przedstawia się inaczej, gdy wzorem warszawsko-krakowskiej elitki moralnej, złożonej z pisarzy-kłamców i całego tabunu artystów, ”naukowców” i dziennikarzy - uznamy za pewnik następujące bajdurzenia: Polacy to pijana, katolicka hołota współodpowiedzialna za holocaust (proporcje - 50% winy Polaków, 50 lub mniej nazistów - broń Boże wszystkich Niemców” w końcu mieli szlachetnego Schindlera)” oddziały Armii Krajowej w przerwach pozorowanych walk z Niemcami zabawiały się strzelaniem do bezbronnych Żydów, szczególnie podczas anty sowieckiej manifestacji politycznej, jaką było Powstanie Warszawskie” polscy chłopi- bez zębne jełopy- masowo wydawali okupantowi ukrywających się Żydów, a następnie radośnie kopulowali z kozami ( "Malowany ptak”J. Kosińskiego)” obozy koncentracyjne zbudowano na ziemiach polskich, gdyż takiej właśnie lokalizacji przyjął zoologiczny antysemityzm prymitywnych tubylców” nie można mówić o współodpowiedzialności Żydów za zbrodnie na Polakach w latach 1944-1956, ponieważ panowie: Berman, Zambrowski, Fejgin, Różański nie reprezentowali społeczności żydowskiej i przede wszystkim byli internacjonalistami (zasmarkany zaś szmalcownik z jakiejś zapadłej dziury był oczywiście typowym Polakiem doby okupacji).
Ten antypolski, wewnątrzkrajowy trend, przyrównujący nas do bydląt w ludzkiej skórze, uważający za głupawych, słowiańskich untermenschów, jest tylko uzupełnieniem wściekłych ataków kierowanych pod adresem Polaków ze strony wpływowych kół żydowskich Starego i Nowego Świata. Ciekawskich i znających język angielski odsyłam na łamy opiniotwórczej prasy amerykańsko-kanadyjskiej (” New York Times”, "International Herald Tribune”, ”Washington Post”, ”Toronto Star”), do książek autorstwa np. R.Shoenfelda (”Ofiary holokaustu oskarżają ”), M.Elkinsa (” Forget in fury”), Biermana (”The penalty of Innocence”), do kin (przyglądajcie się -a dobrze!- ” Liście Schindlera”- filmowi tyleż słynnemu, co nieuczciwemu w stosunku do Polaków), przed ekrany telewizorów (może jeszcze pokażą skaczących z radości Polaków przyglądających się eksterminacji Żydów w dokumentalnym ”Shoah” Claude Lanzmanna. Jeśli będzie wam za mało - doprawcie się ”Shtetl” Marzyńskiego). Dla milusińskich zaś pozostawiam na deser komiks (nagrodzony ”Pulitzerem”) ”Myszy”, w którym tytułowe gryzonie to Żydzi, koty (zwierzęta czyste i diaboliczne) - Niemcy, natomiast rolę Polaków - obozowych kapo - grają tarzające się w gnoju świnie.
I możemy sobie bez końca powtarzać, że była ” Żegota”, że za pomoc Żydom w okupowanej Polsce groziła śmierć (w przeciwieństwie np. do naprawdę szmatławej i zhańbionej kolaboracją Francji), że tysiące rodzin polskich uległo eksterminacji właśnie za pomoc udzieloną Żydom, że podziemne państwo polskie bezlitośnie tępiło przypadki szmalownictwa, że wreszcie polski rząd uchodźczy zrobił wszystko co w jego mocy, aby uczulić opinię międzynarodową - w tym uparcie milczących Żydów amerykańskich - na tragedię rozgrywającą się w gettach i obozach koncentracyjnych. Te oczywiste prawdy nie trafiają do całego roju paszkwilantów, polakożerców, pseudonaukowców i niedouczonych literatów.
Na szczęście są jednak ludzie, polscy patrioci żydowskiego pochodzenia i Żydzi - świadkowie historii, którzy - powodowani zwykłą uczciwością - starają się bronić Polaków i Polski w tym morzu pomówień, przeinaczeń i zwykłego chamstwa. Bronić przed atakami innych Żydów i niektórych, zazwyczaj znanych z pierwszych stron gazet, Polaków. Nie są oni wprawdzie - z istotnymi wyjątkami szerzej znani w Polsce i na świecie, niemniej jednak przez swą ”drażniącą obecność” potwierdzają tezę, iż nie ma zacietrzewionych w nienawiści narodów - są tylko mądrzy i głupi ludzie. Przypomnijmy lub wybiórczo przedstawmy ich sylwetki.
Zacznijmy od profesora Izraela Szahaka, Żyda uważanego przez Żydów za antysemitę (niedawno ukazała się w przekładzie polskim jego książka ”Żydowskie dzieje i religia”).
Szahak jest konsekwentnym obrońcą Polski i Polaków. Uważa, że Rzeczpospolita przez wieki stanowiła dla żydów bezpieczne przytulisko, w którym cieszyli się dużymi swobodami. Uczony ten twierdzi, że obecny Izrael jest państwem nacjonalistycznym i nietolerancyjnym, a cechy te, jego zdaniem, wynikają z żydowskiej historii znaczonej przez wieki zamkniętym, fanatycznym, wręcz totalitarnym światem autonomicznej gminy. Szahak stawia ponadto ewolucyjną tezę: antysemityzm tradycyjny /bez zabarwienia rasowego/ to dziecię pierwotnego, głęboko nienawistnego stosunku Żydów do świata nie żydowskiego (golus).
Wielkim przyjacielem Polaków był zmarły10 lat temu Józef Lichten. Ten dzielny człowiek nie tylko głośno protestował przeciwko antypolskiej wymowie scenariusza filmu ”Holocaust” (w którym polscy żołnierze, kompletnie umundurowani, wespół z ”kolegami” z SS mordują Żydów w getcie), ale jednoznacznie bronił sióstr karmelitanek w Oświęcimiu. Niestety w Polsce nie jest znany. Miał nieszczęście być antykomunistą.
Wyraźnie sprzyjał Polakom profesor Izaak Lewin, który otarł się o Pokojową Nagrodę Nobla. Nigdy nie godził się z twierdzeniami (obecnymi w prasie amerykańskiej), że to Polacy wybudowali obozy koncentracyjne (”polskie obozy”). Podkreślał również, że słynna polska tolerancja obejmowała także Żydów. Kto w Polsce zna rabina Salomona Rapaporta - wielkiego obrońcę Polaków, albo Barnetta Litvinoffa, który w swym dziele „Antysemityzm i historia świata” napisał wprost ”Polska (w wiekach średnich i później) ocaliła żydostwo przed wytępieniem".
Wspomnijmy jeszcze o profesorze Aleksandrze Schenkerze (językoznawcy z USA), który odrzuca tezę o odpowiedzialności Polaków za tragedię warszawskiego getta (w tym miejscu ”ukłony” dla prof. Błońskiego i jego bałamutnych, ahistorycznych wypocin o ”biednych Polakach patrzących na getto”), Klarze Mirskiej (w książce ”W cieniu wielkiego strachu” stwierdziła, że Polacy, jak żaden inny naród, w czasie okupacji wydali ”tylu ludzi bez skazy, tylu aniołów, którzy ”tak ratowali obcych”)” Oswaldzie Rufeisenie i tych Żydach lub Polakach żydowskiego pochodzenia, którzy żyjąc tu i teraz, odpowiadają się za prawdziwym dialogiem polsko-żydowskim.
Czy ich głos zostanie wreszcie zauważony, rozpatrzony i poddany rzetelnej analizie na łamach polskiej i światowej prasy? Cóż, ” prawdy uświęcone ” wbite w niedouczone, pełne złej woli głowy prawie nie poddają się rewizji. Signum temporis. Jestem więc pesymistą.
Dariusz Ratajczak
Tematy niebezpieczne

piątek, 21 marca 2014

Portreciki


Powszechnie sądzi się, że rewizjonizm Holocaustu to domena neonazistów, rasistów oraz antysemitów. Mniejsza, gdy twierdzi tak obywatel X. Gorzej, jeżeli podobne bzdury wypowiada kształtujący gusta opinii publicznej dziennikarz (najczęściej niedouczony) lub historyk (w jego wypadku chodzi zapewne o zamierzone kłamstwo - chleb powszedni dwudziestowiecznej historiografii).

Przygniatająca większość rewizjonistów nie ma żadnych związków z podobno groźnymi neonazistami; podobno, gdyż mógłbym wymienić pięćdziesiąt realniejszych zagrożeń dla współczesnego świata. Jednym z nich jest polityczna poprawność, cenzura nie mająca nic wspólnego ze zdrowym rozsądkiem. Nie ulegając zatem modnej propagandzie, jak zawsze napuszonej i gołosłownej, podbudowując powyższą niepopularną oczywistość, szkicuję oto „lakoniczne portreciki” znaczących figur w zwalczanym z iście antykułacką zaciętością środowisku rewizjonistycznym:

PAUL RASSINIER - ojciec francuskich "zaprzeczaczy" Holocaustu. Ten "100% hitlerowiec" był pacyfistą i członkiem Francuskiej Partii Socjalistycznej. W roku 1943 został uwięziony przez "kolegów - niemieckich faszystów" i spędził niezapomniane miesiące w obozach koncentracyjnych Dora i Buchenwald. Po wojnie rząd francuski uhonorował go za działalność w ruchu oporu (resistance). Osobiste doświadczenia absolutnie nie przeszkadzały mu zaprzeczać oficjalnej wersji Holocaustu.

DAVID IRVING - niezależny historyk brytyjski, uznany autorytet, wybitny znawca III Rzeszy, świetny biografista (nie mogą temu zaprzeczyć nawet jego gorący - najczęściej mniej utalentowani - oponenci). Jeżeli Irving jest neonazistą, to właściwie każdy może za niego uchodzić. Nawet Andrzej Osęka, publicysta "Gazety Wyborczej"1.

JEAN-GABRIEL COHN BENDIT i CLAUDE KARNOOUGH - francuscy Żydzi, "zdeklarowani neonaziści", tyle tylko, że jak najbardziej... lewicowcy.

JOSEF GINSBURG (J.G. BURG) - niemiecki Żyd, który spędził całą wojnę w Niemczech i Rumuni. "Nazistowscy kumple" więzili go w kilku obozach koncentracyjnych.

PROFESOR JAMES J.MARTIN i SAMUEL EDWARD KONKIN III - związani z Institute for Historical Review, kalifornijską organizacją rewizjonistyczną. "Neonaziści" Martin i Konkin są libertarianami i antyautorystami.

PROFESOR ARTHUR R.BUTZ - zupełnie apolityczny naukowiec, specjalista od elektryczności i komputerów z Northwestern University (Illinois).

PROFESOR ROBERT FAURISSON - znawca literatury francuskiej, umiarkowany anarchista. Ależ ci "antysemici i rasiści" potrafią się kamuflować.

BEZALEL CHAIM - kolejny Żyd2, tyle,że z Brooklynu. Uważa, iż "mit Holocaustu" (to jego stwierdzenie - nie moje) służy m.in. usprawiedliwianiu izraelskiej, bezwzględnej (powiedzmy: neonazistowskiej) polityki względem Arabów.

BRADLEY R.SMITH - libertariański publicysta i pisarz. Swego czasu został skazany za sprzedawanie w swojej księgarni wyklętej w USA erotycznej powieści Henry Millera "Zwrotnik Koziorożca". Wtedy, kilkadziesiąt lat temu, "postępowcy" ściskali mu prawicę. Dzisiaj tego nie czynią. Może dlatego, że konsekwentny wolnościowiec Smith przeszedł do obozu rewizjonistycznego zakładając Commitee for Open Debate on the Holocaust (CODOH). A przecież istnieją granice wolnego słowa!

Tacy to "neonaziści" wypełniają rewizjonistyczne, wraże i ohydne szeregi. Co godne podkreślenia, nonsensowność oskarżeń tego typu zauważają nawet ich zdeklarowani przeciwnicy w rodzaju profesora Pierre Vidal-Naquet3. Tylko - panowie żurnaliści, a może i historycy: zanim coś wybełkoczecie - wprzódy poczytajcie. Taki macie podobno zawód.

Dariusz Ratajczak

Przypisy1 Niniejszym bardzo przepraszam pana Irvinga za porównanie Go z panem A.O.2 Żydzi oczywiście nie dominują w ruchu rewizjonistycznym (nie jest to zresztą żaden ruch, a raczej zbiorowisko prawdziwych indywidualistów, których łączy - jak twierdzą - przywiązanie do wolności i prawdy). Faurisson uważa nawet, że nie podlegają oni represjom podobnym tym, jakim poddawani są \"zaprzeczacze\" nie-Żydzi. Coś w tym jest...3 Vidal-Naquet, przeciwnik rewizjonistów i jeden ze zwolenników ich karania, napisał: \"W kilku krajach... rewizjonizm to specjalność nie rasistów i antysemitów, lecz... grup wywodzących się z radykalnej lewicy\". Profesor wymienia m.in. szwedzkiego lewicowego socjologa Jana Myrdala, który ujął się za Faurissonem i \"małą marksistowsko-libertariańską grupę\" z Włoch składającą hołd Paulowi Rassinier (patrz: P.Vidal-Naquet,Assassins of Memory, New York 1992, ss. 90-91.)

Blog Dariusza Ratajczaka



niedziela, 23 lutego 2014

Dariusz Ratajczak – Prawda Ponad Wszystko

Zbyszek Koreywo: Panie Dariuszu, gdzie i kiedy urodził się dzisiejszy doktor historii, D. Ratajczak?

Dariusz Ratajczak: Urodziłem się w Opolu 28 listopada 1962 roku, ale, podobnie jak znakomita większość mieszkańców tego miasta, nie jestem rodowitym Ślązakiem.

ZK: Kim byli Pana rodzice? Czym się zajmowali?

DR: Mój ojciec, Cyryl Ratajczak(rocznik 1928) pochodzi z Wielkopolski . Zresztą nazwisko Ratajczak jest charakterystyczne dla tego regionu Polski. Ojciec- syn Powstańca Wielkopolskiego i wielkopolskiego ochotnika w wojnie polsko- bolszewickiej, Michała Ratajczaka- urodził się w Śremie (40 km na południe od Poznania). Dziadek Michał, urzędnik miejscowej Kasy Chorych i lokalny działacz partyjny (od 1937r.należał do chadeckiego Stronnictwa Pracy) , zapewnił Ojcu i jego braciom dobre, dostatnie dzieciństwo. To była solidna, pracowita, drobnomieszczańska wielkopolska rodzina. W 1940 roku Ojciec, wtedy 12-letni chłopiec , został wywieziony przez Niemców na tzw. roboty. Właściwie przez całą wojnę pracował u niemieckich bauerów. Po powrocie do Śremu wraz z Ojcem włączył się w działalność Polskiego Stronnictwa Ludowego, co okupił miesięcznym aresztem w roku 1947. Siedział zresztą w jednej celi ze swoim Ojcem. Rok później, pod zmienionym imieniem (Cyryla zastąpił Antoni) rozpoczął studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Poznańskiego. Po ich zakończeniu i aplikacji przybył do Opola, gdzie podjął pracę w Zespole Adwokackim. Ojciec- dzisiaj na emeryturze- był obrońcą wybitnym, o uznanej renomie w środowisku adwokackim Kraju. Bronił m.in. jednego z braci Kowalczyków oskarżonych o wysadzenie auli WSP (Wyższa Szkoła Pedagogiczna) w Opolu. Występował w procesach politycznych stanu wojennego. Udzielał się również na niwie sportowej; był sędzią piłkarskim.

Nieżyjąca już Matka Alina (z domu Czuchryj) pochodziła z kresów wschodnich Rzeczypospolitej. Urodziła się w Chodorowie (wschodni kraniec województwa lwowskiego) w rodzinie “nafciarskiej”. Jej Ojciec, a mój dziadek, Stanisław Czuchryj, do wybuchu wojny pracował w Borysławiu w “Polminie”- czysto polskim przedsiębiorstwie naftowym. To go uratowało przed wywózką na Syberię. Rosjanie nie byli na tyle głupi, aby pozbywać się fachowca w branży. Po wojnie rodzina Matki- śladem setek tysięcy Polaków- przybyła na ziemie zachodnie. Tutaj Matka poznała Ojca, czego efektem jestem ja i moja siostra.

Historyczne doświadczenia mojej rodziny, tak po mieczu, jak i po kądzieli, niewątpliwie wpłynęły na moje zainteresowanie historią. Byłem jednak w uprzywilejowanej sytuacji, gdyż mogłem czerpać wiadomości od przedstawicieli dwóch różnych tradycji: wielkopolskiej i kresowej. Ta ostatnia początkowo bardziej przemawiała mi do wyobraźni, a to dzięki Matce, która uświadomiła mi, że nasze kresy Rosjanie nam ukradli. Dla mnie, 8-9 letniego chłopca był to niesamowity wstrząs, tym bardziej, że w szkole podstawowej pani nauczycielka utwierdzała nas w przekonaniu, że ZSRR to nasz największy przyjaciel. Poza tym dziadek i babcia ciągle powtarzali mi , że na wschodzie ziemia była urodzajna, pomidory wielkości małej dyni… i to do dziecka przemawiało. Ja po prostu zacząłem nie znosić tych, którzy nam te pomidory ukradli. A nielubienie Sowietów automatycznie przerzuciło się na krajowych komunistów. Miałem również to szczęście, że Ojciec często zabierał mnie na sprawy sądowe w okresie wakacyjnym. Jeździłem sobie z nim samochodem po całym kraju, a on opowiadał mi o dziadku Michale, wojnie bolszewickiej, swoim uwięzieniu. Właściwie od początku byłem stracony dla Polski Ludowej. Nie wstąpiłem ani do harcerstwa , ani do Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej.

Idąc do liceum w Opolu wiedziałem już, że interesuje mnie przede wszystkim historia. Byłem bezwzględnie najlepszym historykiem i geografem w mojej klasie, uczestniczyłem jako jeden z dwóch przedstawicieli woj. opolskiego w Centralnej Olimpiadzie Historycznej w Warszawie. To umożliwiło mi dostanie się na studia bez egzaminów wstępnych. Wybrałem Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu, raz, że chciałem zrobić przyjemność Ojcu, dwa, iż moi opolscy koledzy wybierali pobliski Wrocław. A ja nie chciałem studiować na uniwerku oznaczonym kryptonimem: BB. Niestety, nie chodziło o Brigitte Bardot, tylko Bolesława Bieruta.

Tamtej decyzji nie żałuję. Miałem naprawdę świetnych profesorów i kapitalnych kolegów. Niewątpliwie zahartowały nas i scaliły strajki studenckie z listopada- grudnia 1981 roku. My- nieopierzeni studenci zaczynamy studia, a tu masz- od razu strajk. No i tak strajkowaliśmy do 13 grudnia, aż nas ZOMO [Zmilitaryzowane Oddziały Milicji Obywatelskiej] (zresztą grzecznie) poprosiło o opuszczenie gmachu. Później ostra nauka, nielegalny przewóz i kolportaż książek, bujne życie towarzyskie, powrót do Opola i praca – od 1988 r.- na opolskiej wyższej uczelni.

ZK: Gdzie się sieje ziarna prawdy historycznej? I czy, Pana zdaniem, szeroko rozumiane społeczeństwo, może funkcjonować bez znajomości przeszłości?

DR: Tak jak już nadmieniłem, historia otaczała mnie od zawsze. Myślę, że jednak najważniejsze jest środowisko rodzinne, w którym człowiek kształtuje swój kościec moralny, patriotyczny, a częściowo i ideologiczny. Dziękuję Bogu, że wychowałem się w zwyczajnym, polskim domu. Dzisiaj nie jest to już tak oczywiste. Obecnie większość młodych ludzi opuszcza dom rodzinny bez bagażu przeszłości, bez opowiadań dziadków i rodziców o czasach minionych. A jeżeli już- to są to bajdurzenia typu:” za Gierka to było dobrze”. Dzieła zniszczenia dopełniają szkoły na wszystkich szczeblach nauczania. Wprawdzie nie ma już tam skretyniałych marksistów, ale “godnie” zastępują ich pusto-głowi politycznie poprawni idioci, których zresztą pełno tak w Polsce, jak i Australii. Głupota jak widać kontynentów nie wybiera. To oni, ci historycy od siedmiu boleści, wykańczają historię, która w ich wydaniu przestaje być nosicielką prawdy, mistrzynią życia, powodem narodowej dumy. To oni czynią celowo z historii służebnicę bieżących interesów politycznych, równie nędznych moralnie i intelektualnie elit rządzących, to oni wreszcie decydują o tym, jaki fakt czy osobę historyczną wyeksponować, a jaką zamilczeć na śmierć. Oczywiście wszystko to robią pod kątem bieżącej przydatności politycznej. To dlatego młodzi ludzie nic nie wiedzą o Dmowskim (bo to ultra patriota, a my zmierzamy do postmasońskiej hybrydy pod nazwą Unia Europejska), Witosie (bo bronił polskiej ziemi, a w Unii Europejskiej można ją przekazywać w obce ręce), Powstaniach Śląskich (bo to polski nacjonalizm, a Górny Śląsk powinien być miejscem współpracy polsko- niemieckiej) , poznańskim Czerwcu 1956 r. (bo nie było tam Jacka Kuronia et consortes, tylko władza strzelała do anonimowych Polaków), sprawie zabójstwa Bogdana Piaseckiego (bo mordu dokonali Żydzi, a o tym nie wypada mówić), et cetera. W zamian odmienia się przez wszystkie przypadki pogrom kielecki, wydarzenia marcowe i gehennę trockistów z KOR-u, a nad wszystkim czuwa ponadto “holocaust- industry” wmawiający ustami nauczycieli młodym ludziom nasze rzekome przewiny względem Żydów. Wszędzie półprawdy, kłamstwa, propaganda. I nie jest to bynajmniej szaleństwo, a metoda prowadząca do destrukcji świadomości historycznej, do odcięcia się od prawdziwie polskiej spuścizny historycznej, bez której naród istnieć nie może. Naród to przecież przeszłe, teraźniejsze i przyszłe pokolenia. Jeżeli rozbijemy pierwszy element tej triady- wszystko traci sens. A do tego prowadzi świadomie wybiórcza “twórczość” polit-poprawnych poprawiaczy historii.

ZK: Panie Dariuszu, jakie były okoliczności pierwszego kontaktu z historią niebezpieczną, niosącą zagrożenie osobiste?

DR: Przede wszystkim muszę wyjaśnić, że jestem historykiem i publicystą historycznym zajmującym się głównie najnowszymi dziejami Polski, a zatem bardzo często natrafiam na historie, czy też tematy niebezpieczne. Tyle tylko, że to nie ja je wymyślam i to nie ja oceniam, czy są one niebezpieczne, czy też nie. Decyduje o tym niestety polityka, “społeczne zapotrzebowanie”, obowiązujący trend, kurs itd. Moja niereformowalność polega natomiast na tym, że w odróżnieniu od innych, kompletnie nie interesują mnie owe trendy i mody. Jeżeli jest niezbadany fakt historyczny- badam go niezależnie od tego, czy się to komuś podoba, czy też nie. Jeżeli jest problem, który przynajmniej wymaga zreferowania lub przybliżenia – referuję i przybliżam. Bez względu na to, czy mnie oskarżą np. o złamanie obowiązującego prawa. Dlatego też jestem rzeczywiście łatwym celem ataków. Taki już los człowieka nie przejmującego się cenzurą (kiedyś komunistyczną, dziś polit-poprawną) . Mój Boże, nie po to zostałem historykiem, aby pisać między wierszami.

Odpowiadając jednak bezpośrednio na Pana pytanie… Otóż w 1986 r. obroniłem w Poznaniu pracę magisterską “Polacy na Wileńszczyźnie 1939-1944″ (później wydałem ją- po uzupełnieniach- w formie książkowej). Jeden z jej rozdziałów traktował o walkach wileńskich i nowogródzkich oddziałów AK z partyzantką sowiecką. Promotor mojej pracy, nieżyjący już prof. Jerzy Ochmański, znany lituanista (uczeń wielkiego Henryka Łowiańskiego), ale i ” betonowy komunista” zasiadający w komisjach weryfikacyjnych w stanie wojennym, gdy go przeczytał, poczerwieniał i wywalił mnie za drzwi z adnotacją: “zmienić, bo nici z magistra”. Przychodzę po tygodniu i słyszę od progu:

- “Zmienił pan?”.
- ” Tak- zmieniłem”.

Dowcip polegał na tym, że zmiana polegała na dopisaniu zdania, iż to oddziały sowieckie inspirowały starcia z AK. Ochmański uwierzył mi na słowo, do tekstu już nie zajrzał.

ZK: A zatem jaka powinna być rola historyka? Co jest warunkiem sine qua non praktykowania historii?

DR: Historyk ma jedną podstawową rolę do spełnienia. Jest nią dotarcie do prawdy (podkreślenie moje). Prawda jest w istocie jedynym przyjacielem historyka. Historyk winien wiedzieć, że prawda nie ma odcieni; prawda jest zawsze jasna i jedna. Dążąc do prawdy, powinien unikać jak ognia podpowiedzi “życzliwych”, typu: “każdy medal ma dwie strony, “złoty środek”, ” w ramach kompromisu” itd., bowiem prowadzą one na manowce, zbliżają do kłamstwa. Po ustaleniu prawdy- i tu dotykamy drugiej roli historyka- badacz powinien, bez względu na konsekwencje, podzielić się nią z innymi. Prawda bowiem musi mieć wymiar nie tylko indywidualny, ale i społeczny. Pisanie do szuflady, szczególnie w czasach, gdy zewsząd atakuje nas kłamstwo, nie ma najmniejszego sensu. Szkoda czasu i atłasu.

Druga część Pana pytania dotyczy w moim przekonaniu również cech, które winny charakteryzować historyka, gdyż warunek sine qua non praktykowania historii, czyli wolność słowa, jest już dawnym wspomnieniem. Zastąpiła ją polityczna poprawność, to jest soc-liberalna cenzura albo- jak to ktoś ładnie ujął- “tyrania dobrych intencji”. Zatem w dzisiejszych, ponurych czasach warunkiem sine qua non praktykowania historii jest sam historyk: prawdomówny, niezależny, odporny na ciosy , wreszcie po prostu odważny. Tak, dożyliśmy czasów, w których- żartobliwie mówiąc (ale to gorzki żart)- historyk powinien być skrzyżowaniem intelektualisty z bokserem.

ZK: A gdzie, kiedy i w jakich okolicznościach rozpoczęły się pierwsze kłopoty – czy była to uczelnia czy też działo się to na początku poza murami uniwersytetu. Czy i kto wywierał na Pana pierwsze naciski.

DR: Odpowiedź na Pana pytanie wymaga przytoczenia wielu szczegółów, włącznie z podaniem nazwisk moich “szanownych prześladowców” .Nie mam nic przeciwko temu, aby dyspozycyjność, kłamstwo i- nie waham się użyć tego słowa- zwykłe chamstwo, tak typowe dla naszych elit politycznych oraz wielu pracowników nauki, ujrzało światło dzienne.

Gdy w roku 1988 podjąłem pracę na opolskiej uczelni (wtedy nosiła ona nazwę: Wyższa Szkoła Pedagogiczna im. Powstańców Śląskich (w roku 1994 WSP stała się Uniwersytetem Opolskim, ale już bez “Powstańców Śląskich”, co było ukłonem w stronę rosnącej w siłę tzw. mniejszości niemieckiej na Śląsku Opolskim), zastałem tam sytuację, którą określiłbym słowem: transformacja. Polegała ona na tym, że opolscy profesorowie, docenci itd. właśnie zrzucali swe komunistyczno- PZPR-owskie szaty, chowali do szuflad co bardziej kompromitujące płody dotychczasowej twórczości (te wszystkie książki ku czci Rewolucji Październikowej), by przeistoczyć się w “szczerych” demokratów. Oni autentycznie bali się, że za chwilę nastąpi jakaś gigantyczna lustracja, która pozbawi ich wysokich stanowisk. Uspokoił ich dopiero premier Mazowiecki i jego “gruba kreska”. Może dlatego też wielu z nich upodobało sobie później Unię Wolności. Od “czerwonego” do “różowego” tylko krok.

Ja w tym okresie byłem wprost zawalony pracą dydaktyczną. Prowadziłem zajęcia z najnowszej historii Polski i Europy na kilku kierunkach (również dla studentów wieczorowych), a poza tym uruchomiłem “Koło Historyczne”, które raz w tygodniu grupowało studentów zajmujących się “wywabianiem białych plam w historii”. Katyń, ZSRR a Powstanie Warszawskie, “Akcja Burza” na Kresach Wschodnich, Narodowe Siły Zbrojne, podziemie niepodległościowe po 1944 r.- m.in. te tematy znalazły się w polu naszych zainteresowań. Wprawdzie działo się to wszystko jeszcze przed finałem “Okrągłego Stołu”, tj. w warunkach obowiązującej cenzury, ale- jak już powiedziałem- uczelniana “wierchuszka” nie była na tyle głupia, by nie czuć “wiatru zmian” i w konsekwencji zostawiono nas w spokoju.

W I połowie lat 90-tych miałem już ugruntowaną pozycję na uczelni. Nie chwaląc się, podczas moich wykładów i ćwiczeń sala zawsze była pełna. Przyjemnie było słyszeć od studentów, że jestem uważany za rzetelnego historyka, świetnego mówcę ( to akurat nie moja zasługa, a genów odziedziczonych po Ojcu- adwokacie) oraz człowieka, który nie boi się podejmować tematów niebezpiecznych z punktu widzenia politycznej poprawności; poprawności wlewającej się zrazu niepostrzeżenie, a później na podobieństwo wodospadu w uczelniane mury. A ja rzeczywiście występowałem przeciwko niej z otwartą przyłbicą, czując intuicyjnie, iż oto stoimy wobec niebezpieczeństwa zastąpienia cenzury komunistycznej jej soc-liberalną odpowiedniczką. Co więcej, uważałem, że efektem zwycięskiej inwazji polit-poprawności będzie niewolnicze podporządkowanie historii jako nauki- polityce. Na to nie było i nie ma mojej zgody.

Opracowałem sobie wtedy zestaw “tematów niepoprawnych”, które realizowałem na zajęciach ze studentami. Pozwoli Pan, iż wymienię kilka zaledwie przykładów: “Zagłodź szczura, czyli o amerykańskim feminizmie krytycznie”, “Masoneria wczoraj i dziś”;

“Hitleryzm i komunizm- wspólne korzenie”; “Czy kolonializm zasługuje na bezwzględne potępienie?”, “Historia Algierii francuskiej”, itd. itp.

To się studentom bardzo podobało, ale z drugiej strony coraz częściej byłem wzywany na tzw. dywanik do dyrektora Instytutu Historii, prof. Stanisława S. Nicieji (prywatnie promotora mojej pracy doktorskiej, a później wszechwładnego Rektora Uniwersytetu Opolskiego), który mówił mniej więcej tak: “Ja Panu nic nie narzucam, ma Pan świetne oceny okresowe, my Pana wiedzę cenimy, ale czy naprawdę musi Pan tak szarżować? Ja wiem, Pan to robi w oparciu o źródła, ale niech Pan nie idzie pod prąd, bo to się może źle skończyć”. Szczerze mówiąc nie słuchałem uważnie profesora, chociaż był to wybitny specjalista od “chodzenia z prądem”, co udowodnił kilka lat później skazując mnie bez wahania “na pożarcie” podczas zorganizowanej odgórnie akcji wykańczania dr Ratajczaka.

Te “przyjacielskie” pogawędki przy kawie nie były jednak początkiem prawdziwych kłopotów. Nie był nim nawet fakt obrony przeze mnie pracy doktorskiej: “Postawy ludności Śląska Opolskiego w świetle wyroków Wojskowych Sądów Rejonowych w latach 1945-1955″.Tu krótkie wyjaśnienie. Praca ta- pomimo neutralnego tytułu- była w istocie 500- stronicowym przeglądem represji komunistycznych na Opolszczyźnie w pierwszym dziesięcioleciu ‘Polski Ludowej”. Jej “niewygodność” polegała na tym, że z nazwiska wymieniałem sędziów, prokuratorów, pracowników Urzędu Bezpieczeństwa, milicjantów i donosicieli, którzy odpowiadali za mniejsze i większe zbrodnie tamtego okresu. Zdarzało się, że w przypisach padały nazwiska tatusiów obecnych pracowników Uniwersytetu Opolskiego! Dlatego też jej obrona odbywała się przy drzwiach zamkniętych.

Początek prawdziwych kłopotów wiąże się oczywiście z wydaniem przeze mnie w marcu 1999r. publicystycznej książeczki ” Tematy niebezpieczne”. Nim przejdę do następstw tej publikacji, pozwoli Pan, że raz jeszcze poczynię kilka uwag wstępnych.

Otóż podczas wykładów niejednokrotnie poruszałem tzw. wątek żydowski. Było to jak najbardziej zasadne, szczególnie w kontekście najnowszych dziejów Polski. Jeżeli np. mówiłem o funkcjach, strukturze i składzie osobowym Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, czyli ponurej ubecji, nadmieniałem, że w instytucji tej istniała nadreprezentacja osobników pochodzenia żydowskiego, szczególnie na szczeblach decyzyjnych. Jeżeli poruszałem sprawę potwornego zabójstwa syna Bolesława Piaseckiego, mówiłem w zgodzie z prawdą, iż wszelkie ślady mordu prowadzą do Izraela. Jeżeli wreszcie omawiałem stosunek większości Żydów do kwestii odzyskania przez Polskę niepodległości w 1918 r. i ich postawy w latach wojny polsko-bolszewickiej oraz po sowieckiej inwazji z 17 września 1939 r.- twierdziłem, iż nie byli oni bynajmniej wzorem patriotycznych cnót. To denerwowało uczelnianych bonzów. Skończyło się wreszcie na tym, że pod jakimś pozorem ograniczono mi w 1998r. zajęcia z najnowszej historii Polski, “przenosząc” do wieku XIX. Nie na wiele to się zdało, gdyż żydowskich ubeków zawsze mogli zastąpić równie antypolscy “Żydzi-litwacy”.

Mimo wszystko było to dla mnie o tyle bolesne, że, po pierwsze, swoje wykłady opierałem zawsze na źródłach, a po drugie, wątek żydowski nie stanowił centrum moich historycznych zainteresowań. Traktowałem go na równi z innymi problemami. Oczywiście wiele było tu z mojej strony krytycyzmu, ale właśnie ta cecha immanentnie związana jest z wykonywanym przeze mnie zawodem. W każdym razie nikt oficjalnie nie zarzucał mi osławionego antysemityzmu.

Podobnie rzecz się miała z kilkoma wykładami poświęconymi rewizjonizmowi holokaustu, które wygłosiłem w murach uczelni na przełomie 1997/1998 r. Władze uczelni coś tam mruczały pod nosem, natomiast studenci… walili na nie drzwiami i oknami, gdyż po raz pierwszy chyba w dziejach polskiego uniwersytetu ktoś obiektywnie zreferował poglądy środowiska, które jest społeczną i historyczną rzeczywistością. Środowiska- dodajmy- które składa się również z Żydów.

Zresztą po tych wykładach wielu studentów domagało się ode mnie w kuluarach jasnego ustosunkowania się do tez głoszonych przez rewizjonistów. Odpowiadałem wtedy niezmiennie: ” Jeżeli rewizjoniści uważają, że nie istniały komory gazowe- mylą się. Jeżeli uważają, że podczas wojny nie zginęło 6 milionów Żydów- mają rację. Jeżeli twierdzą, że holokaust nie jest osią martyrologiczną XX wieku- mają rację. W przeciwnym bowiem razie pogardzalibyśmy ofiarami sowieckiego Archipelagu Gułag, ormiańskimi ofiarami polityki tureckiej z lat I wojny światowej, czy naszymi rodakami- ofiarami niemiecko-sowieckich bestialstw z lat 1939-1945. A co z biednymi Tutsi mordowanymi przez oszalałych członków plemienia Hutu?!. Czy ofiary dzielą się na lepsze i gorsze?”

Jak już nadmieniłem, na początku marca 1999r. wydałem własnym sumptem i w symbolicznym nakładzie 320 egzemplarzy książkę “Tematy niebezpieczne”. Zrobiłem to, aby w publicystycznej formie utrwalić, zostawić ślad po niektórych moich uczelnianych wykładach. Jeden z jej podrozdziałów nosił tytuł ” Rewizjonizm holokaustu”. Przez miesiąc na uczelni nic się nie działo, chociaż pierwsze egzemplarze “Tematów…” przekazałem osobiście Rektorowi Nicieji i uczelnianej “górze”. Nie omieszkałem również sporządzić stosownych, uprzejmych dedykacji. Po miesiącu, dokładnie 7 kwietnia, wzywa mnie do siebie… nie, nie Rektor, czy Dyrektor Instytutu Historii, ale jeden z redaktorów… “Gazety Wyborczej”, który mówi mi z uśmieszkiem na twarzy, że za chwilę “wklepiemy Pana w ziemię za tą książeczkę i jej podrozdzialik o holokauście”.

No i zaczęło się. 8 kwietnia zbiera się w trybie natychmiastowym Rada Wydziału Pedagogiczno-Historycznego Uniwersytetu Opolskiego, która “spontanicznie” mnie potępia. Wyłamuje się tylko prof. Joanna Rostropowicz, która przytomnie zauważa: ” nie mogę potępić Ratajczaka, bo tej książki nie czytałam. Odnoszę wrażenie, że nikt z obecnych jej nie przeczytał. Kim są, do cholery, ci rewizjoniści holokaustu?” Rostropowicz ma rację, ale co tam- kazali potępiać to potępiamy. Stalinizm zmartwychwstał w Opolu.

Jednocześnie “Gazeta Wyborcza” i inne lewicowe publikatory , Muzeum Oświęcimskie, Ambasada Izraela, “moralne autorytety” , niektórzy członkowie rządu Buzka oraz ludzie z otoczenia prezydenta Kwaśniewskiego (lewica i “prawica” w jednym szeregu)- rozpoczynają ostrą nagonkę. Dyrektor Muzeum w Oświęcimiu twierdzi, że jestem neonazistą, rzecznik Ambasady Izraela w Warszawie, Michał Sobelman, dziwi się , że “taki człowiek pracuje na polskim uniwersytecie” (jest to wyraźna sugestia by mnie “wyrzucić na zbitą twarz”), Władysław Bartoszewski wysyła mnie do zakładu psychiatrycznego itd. itp.

W tym samym czasie przestraszony Rektor Nicieja otrzymuje telefony od Very Important Persons z Ministerstwa Edukacji Narodowej, od “ludzi Szymona Wiesenthala” i kogo tam jeszcze z ostrzeżeniem: “jeżeli nie wyrzucicie tego Ratajczaka- uczelnia będzie bojkotowana i nie dostaniecie żadnych grantów”. No i rektor zawiesza mnie w obowiązkach nauczyciela akademickiego. Cóż, to jest człowiek spolegliwy ,czuły na powiew wiatru historii (dzisiaj pełni zaszczytną funkcję senatora RP z ramienia SLD).

W kwietniu 1999 r. przeżywałem więc ciężkie chwile. Odwrócili się ode mnie strachliwi uczelniani koledzy (dochodziło do tego, że nie poznawali mnie na ulicy- i tak już zostało), opluto w mediach… Nie dość, że zawieszono mnie w wykonywaniu zawodu, to jeszcze uczelnia, na polecenie “góry”, wytoczyła mi “proces”, który trwał rok. To była jawna kpina ze sprawiedliwości. Na kolejnych rozprawach wygłaszałem 2- godzinne mowy na temat wolności słowa i prawa do wątpienia; ustosunkowywałem się do tez głoszonych przez rewizjonistów holokaustu, ale uczelniana inkwizycja rzadko udawała, że mnie słucha. Wyrok był gotowy: dyscyplinarne usunięcie z Uniwersytetu z zakazem pracy w zawodzie nauczycielskim na 3 lata. Miałem tylko tą satysfakcję, że intelektualnie wykończyłem “panów sędziów” (moralne dno i takaż wiedza prawna) oraz rzecznika dyscyplinarnego Uniwersytetu Opolskiego, prof. Wiesława Łukaszewskiego, który przez rok śledztwa nie potrafił przedstawić nawet jednego świadka oskarżenia. Gdy pokazałem Ojcu sporządzony przez niego akt oskarżenia w mojej sprawie- Ojciec stwierdził, że przy Łukaszewskim niejaki Andriej Wyszynskij (sowiecki prokurator, znany z wielu procesów pokazowych – przycz. mój) jawi się jako dobry prawnik. No ale Łukaszewski prywatnie jest… psychologiem, zaś skład sądu uczelnianego stanowili: chemik, historyk średniowiecza, jeszcze jeden psycholog oraz… ksiądz z Wydziału Teologicznego UO. Naprawdę, ciekawych teraz mamy księży…

Za to zbudowany byłem postawą moich studentów. Pisali petycje do Rektora i prasy w mojej obronie, strasznie przy tym ryzykując. Dwóch z nich od razu zawieszono w prawach studenta . Gdy się o tym dowiedziałem, zabroniłem im podobnych działań. Z dużą ulgą przyjąłem też moralne wsparcie ze strony wielu rodaków. Ludzie dzwonili do mnie bez przerwy, dodawali otuchy. Niezwykle aktywna była Polonia z USA i Kanady, która zasypała Uniwersytet e-mailami w mojej obronie. Kilka listów nadeszło również z Australii. Polacy intuicyjnie czuli, że na pojedynczego człowieka wali się potworna maszyneria politycznej poprawności, która działa na zasadzie walca drogowego. Ginąłem zatem w dobrym towarzystwie, uzupełnionym później przez odważnych naukowców (Mirosław Dakowski, Rafał Broda, Ryszard Bender, Peter Raina itd.), jak i równie odważnych redakcji niektórych gazet.

Byłbym szczęśliwym człowiekiem, gdybym w tym czasie walczył tylko z uczelniami tchórzami i ich rozkazodawcami. Ale gdzie tam! W maju 1999r. moją sprawą zajęła się prokuratura, która oskarżyła mnie o złamanie art. 55 Ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. Artykuł ten- wzorem państw zachodnioeuropejskich i nie tylko – grozi karą do 3 lat więzienia za tzw. negowanie zbrodni nazistowskich. Ta ledwie skrywana cenzura, obowiązująca w Polsce od 1 stycznia 1999r., jest moim zdaniem grobem dla historiografii; kładzie bowiem tamę naukowemu wątpieniu, bez którego praca historyka nie ma sensu. Ustawodawca natomiast inspirowany przez “holocaust- industry” zdaje się mówić:” było tak i tak, spróbuj się wychylić, to cię wsadzimy do mamra”.

Dobrze- odpowiadam- nikt przy zdrowych zmysłach nie neguje zbrodni nazistowskich (na Żydach- bo o to w tej ściśle nacyjnej ustawie chodzi), ale niech mi nikt nie wmawia, że było tak jak chcą Panowie Gross, Wilkomirski i cały tabun kłamców pracujących dla “przemysłu holokaustu”. W Australii też ich zresztą nie brakuje.

Rzecz jasna obiektem dociekań prokuratury i sądu (jestem już po dwóch wyrokach, ale końca sprawy nie widać; obecnie grozi mi 10 miesięcy więzienia) jest książka “Tematy niebezpieczne”, czyli jej podrozdział “Rewizjonizm holokaustu”. Moje tłumaczenia, że tylko referuję poglądy rewizjonistów- zdają się psu na budę. Podobnie moje próby wprowadzenia świadków obrony, ekspertów itd. Cóż, sąd wie najlepiej… Wychodzi na to, że dotknąłem czegoś, co wywołuje furię możnych tego świata. Logicznie bowiem rozumując- nie represjonuje się konsekwentnie, od 3 lat, człowieka, który zajmuje się nic nie znaczącymi głupstwami!

ZK: A w jaki sposób zaczynał pan karierę naukową?

DR: W roku 1986 , po ukończeniu studiów, powróciłem do Opola. Z marszu złożyłem papiery na Wyższą Szkołę Pedagogiczną. Moje aplikacje rozpatrywano…przez 2 lata. To był czas kwitnącej jeszcze komuny, a za mną podobno przyszły z Poznania jakieś papiery od wiadomej instytucji i tak trwałem w zawieszeniu. Może niezupełnie w zawieszeniu, gdyż w tzw. międzyczasie upomniało się o mnie “Ludowe Wojsko Polskie”- pełne jeszcze w tym czasie głupich “trepów” ścigających nas za krzyżyki wyłożone na mundurze lub wojskowym dresie.

Formalnie w lutym 1988r. zostałem asystentem w Instytucie Historii opolskiej wyższej uczelni. Dwa lata później opublikowałem swą pierwszą książkę “Polacy na Wileńszczyźnie 1939-1944″. Cztery lata później opublikowałem kolejną pozycję: “Świadectwo księdza Wojaczka”, której drugie wydanie- rozszerzone- ukazało się rok później. W 1994 r. rozpocząłem zbierać materiały do pracy doktorskiej poświęconej de facto zbrodniom stalinowskim na Opolszczyźnie. Obroniłem ją w czerwcu 1997 r., automatycznie awansując na stanowisko adiunkta w Instytucie Historii Uniwersytetu Opolskiego. Nieco wcześniej natomiast, w 1996r., wespół z dr Ryszardem Miążkiem napisałem książkę: “Krajowa Armia Podziemna 1949-1952″.Od jesieni 1997 r. począłem gromadzić materiały do rozprawy habilitacyjnej poświęconej arcybiskupowi Bolesławowi Kominkowi. Prace te zostały przerwane z wiadomych względów. W kwietniu 1999r, po opublikowaniu książki “Tematy niebezpieczne”, zawieszono mnie w prawach nauczyciela akademickiego, a następnie dyscyplinarnie zwolniono z Uniwersytetu Opolskiego z zakazem pracy w zawodzie nauczycielskim przez 3 lata. Po wyrzuceniu z pracy opublikowałem w 2001 r. książkę: “Tematy jeszcze bardziej niebezpieczne” .W tym roku ukaże się jej rozszerzone wydanie oraz nowa pozycja mojego autorstwa: “Sprawa dr Dariusza Ratajczaka, czyli Uniwersytet za zamkniętymi drzwiami”. Obecnie pracuję w charakterze stróża nocnego w Opolu.

ZK: Panie Dariuszu, czy zgodzi się Pan ze mną, że prostytucja moralna ma równie stare korzenie jak i ta fizyczna, cielesna? Innymi słowy zawsze byli ludzie, których sumienia można było kupić. Niemniej ostatnio, powiedzmy od zakończenia II Wojny Światowej, ilość moralnych prostytutek gwałtownie rośnie z każdym rokiem. Skąd, Pana zdaniem, bierze się ten fenomen? Co powoduje, że tak duża część światowej populacji zatraciła podstawy moralne, które tak mozolnie, od czasów Chrystusa, ludzkość budowała.

Wiem, że zadaję pytanie czysto filozoficzne ale być może głębokie zrozumienie historii pomoże Panu na nie odpowiedzieć.

DR: Poruszył Pan bardzo ciekawy temat. Prostytutka moralna jest “inteligentniejszą” siostrą sprzedajnej prostej dziewczyny ofiarowującej ciało na rogu ulicy. Obiektem jej zainteresowania nie jest ciało, a ludzkie sumienie. To jest jej właściwy obiekt pożądania. Oczywiście jeżeli trzeba- zaofiaruje również własne ciało (dlatego właśnie wykazuje zrozumienie i tolerancję dla wyuzdania seksualnego), ale będzie ono jedynie środkiem prowadzącym do celu. A tym jest kupienie i prostytucja sumienia.

Zawsze istnieli ludzie, których sumienia były do kupienia. Nierzadko zajmowali eksponowane stanowiska; decydowali o losie jednostek, grup społecznych i narodów. Uważam jednak, że przez setki lat to nie oni wyznaczali moralny bieg dziejów. Dlaczego? Otóż dlatego, że nawet ci antymoraliści czuli swoją ziemską marność, skończoność, czy niedoskonałość wynikającą z uświadomienia sobie faktu (najczęściej na łożu ostatecznej boleści, ale mniejsza o szczegóły) bycia śmiertelnym człowiekiem. Najgorszy drań czuł jednak respekt przed śmiercią, a konkretnie przed karą, która go spotka za życie unurzane w bagnie niegodziwości. U większości tych ludzi po prostu w pewnym momencie (jak już powiedziałem- najczęściej za późno) budziło się jednak sumienie. W każdym razie na pewno tak było od początku ery chrześcijańskiej. Strach przed Boską karą, trwoga przed wiecznym potępieniem łamały najtwardsze kanalie. Wreszcie w tamtych odległych czasach na dłuższą metę nie było społecznego przyzwolenia na amoralne postępowanie. To było charakterystyczne: ci prości, często niesłychanie prymitywni ludzie, niejednokrotnie ofiary obłędu będącego skutkiem głodu, wojen, morowego powietrza ( obłędu, który okresowo zamieniał ich nieomal w zwierzęta) w końcu powracali albo starali się powracać na tory moralności. Bo tak nakazywał Bóg, bo nie da się żyć długo wbrew naturalnemu porządkowi rzeczy. Wina i wstyd ścieliły drogę porządkowi moralnemu. Prawda, niedoskonałemu, ale jednak porządkowi…

Sytuacja uległa zasadniczej zmianie w II połowie XVIII wieku. To wtedy właśnie w sposób zdecydowany zakwestionowano istnienie Boga. Stwórcę zastąpił człowiek- istota rzekomo mocarna, odpowiedzialna tylko przed sobą, wolna od wszystkich dotychczasowych ograniczeń; wolna od tradycyjnie pojętej moralności. Ten pogląd upowszechniany przez “ wybrańców”- to jest rodzącą się kastę intelektualistów- wydał zatrute owoce w postaci rewolucji francuskiej (dokładniej: rewolucji we Francji), rewolucji bolszewickiej, meksykańskiej itd. Nawet “rewolucja hitlerowska”, ograniczona nacyjnie, była jego zmutowanym dziecięciem.

Po II Wojnie Światowej, po fiasku eksperymentu bolszewicko-hitlerowskiego (dla “intelektualnych inkwizytorów” był on do pewnego momentu rodzajem “użytecznego durnia”) powrócono do źródła, czyli haseł głoszonych przez intelektualnych sprawców rewolucji we Francji. Wykorzystano przy tym na niespotykaną dotąd skalę “zdobycze współczesnej cywilizacji”- myślę oczywiście o mediach. Upowszechniane za ich pomocą hasła sprowadzały się w istocie do jednego: tradycyjna moralność nie istnieje, wszystko jest względne, zależy od punktu widzenia ; wszystko jest na sprzedaż- również “ śmieszne, zalatujące naftaliną” ludzkie sumienie. Publika, po 200 latach “wstępnej obróbki”, uległa tej propagandzie . Nie miała szans w starciu z potęgą dysponującą wyrafinowanymi środkami oddziaływania na człowieka. Co więcej, przyjęła ją za swoją, gdyż życie bez sumienia albo z “sumieniem obrotowym” jest bardzo wygodne: zwalnia od odpowiedzialności. Tak więc możni tego świata- prawdziwi następcy XVIII wiecznych osobistych nieprzyjaciół Pana Boga- posiłkując się hasłem pozornej, wybiórczej wolności (“nie ma wolności dla wrogów wolności”- to o nas, panie Zbigniewie), plotąc długi złoty łańcuch (sprowadziłbym go do dwóch kwestii: “intelektualni opresorzy” zapewniają maluczkim wygody życia codziennego, a w zamian żądają ścisłego respektowania stworzonego przez nich porządku), reinterpretując historię itd., itp., uczynili z ludzi bezwolne stado reagujące na podobieństwo “psów Pawłowa”. To jest System, w którym wolność polega na jej braku, tolerancja jest jej zaprzeczeniem, a bezmyślność zastępuje zdrowy rozsądek. To jest m.in. osławiona polityczna poprawność- strażnik interesów klas rządzących od Waszyngtonu przez Warszawę do Canberry. Tragedia polega na tym, że większość ludzi chce żyć w tej złotej klatce. Widać luksusowe wegetowanie ma swoje uroki.

Jestem mimo wszystko optymistą. To się prędzej czy później rozpadnie jak domek z kart. Nie można bez końca żyć w sztucznym, wymyślonym świecie. Ludzie przejrzą na oczy. Przemawia przeze mnie w tym miejscu nie tylko historyk, ale i osoba przekonana o sile Boskiego porządku rzeczy. Cóż, ja już tego pewnie nie dożyję, polegnę w walce z Systemem. Nie ma jednak wojny bez ofiar; ofiary są nawet konieczne. Szczególnie w słusznej sprawie.

ZK: Użył Pan sformułowania “Rewolucji Francuskiej a właściwie Rewolucji we Francji”. Czy zechciałby Pan wyjaśnić czytelnikom Tygodnika jaka jest różnica pomiędzy tymi dwoma określeniami?

DR: Rewolucja Francuska… Jakaż to obraza dla Francji. Przecież jej inspiratorami były międzynarodowe kręgi masonerii, które wybrały na pierwszą ofiarę właśnie Francję- kluczowy i najbogatszy kraj europejski. Dokładniej- głęboko wtajemniczone kręgi masońskie- “iluminaci”. Stąd rewolucja we Francji, gdyż z duchem Francji, z ideą “Wiecznej Francji” oraz Najstarszą Córą Kościoła nie miała ona wiele wspólnego. Prawdziwa Francja to Kapetyngowie i krwawiąca Wandea podczas bandyckiej rewolucji- nie zaś dobrane towarzystwo masonów i około-masonów mordujących ludzi w imię “postępu”, walki z religią itd.. Ale, tego nie zapominajmy, prawdziwa Francja to także Napoleon Bonaparte, który ukrócił to barbarzyństwo posługujące się hasłem: “dobro ludzkości” i poszedł w kierunku respektowania francuskiego interesu państwowo-narodowego.

Podobnie nie było rewolucji rosyjskiej. Był natomiast sponsorowany przez światowych globalistów i Niemców bolszewicki przewrót w Rosji. Jeżeli już- mówmy o rewolucji żydowskiej w Rosji, gdyż to Żydzi właśnie wypełnili szczeble decyzyjne bolszewickiej machiny rewolucyjnej. Bez determinacji małomiasteczkowego żydowskiego motłochu w Rosji, bolszewicy zostaliby wyrzuceni na śmietnik historii już w roku 1919. Tak nawiasem mówiąc, dzisiaj “holocaust-industry” podkreśla żydowskie cierpienia podczas II wojny światowej. Mam nieodparte wrażenie, że praktyka ta to parawan mający zasłaniać żydowski, całkiem spory, udział w zbrodniach komunizmu.

ZK: W świetle tego co Pan właśnie powiedział, czy nie boi się Pan posądzenia o antysemityzm? Wszak w czasie bolszewickiej rewolucji zapewne zginęła też jakaś ilość Żydów?

DR: W zawierusze rewolucyjnej ginęli i Żydzi, ale bynajmniej nie pozostaje to w sprzeczności z faktem, że w rozdmuchaniu tego piekła na ziemi i późniejszych działaniach represyjnych wobec Rosjan oraz innych nacji wielu z nich odgrywało istotną rolę. Jest charakterystyczne, że np. ówczesne raporty dyplomatów państw zachodnioeuropejskich z Rosji stwierdzają, delikatnie mówiąc, nadreprezentatywność przedstawicieli tej nacji w dobranym, to jest bandyckim towarzystwie bolszewików. Wystarczy poczytać “Białą Księgę” brytyjskiego Home Office z tamtego okresu, a dokładniej jej pierwsze wydanie, gdyż w następnym odpowiednie passusy poświęcone żydowskiemu zaangażowaniu w rewolucję wyparowały.

Oczywiście trudno tu mówić o winie wszystkich rosyjskich, ukraińskich itd. Żydów. Byłoby w końcu absurdem twierdzenie, że np. ludzie majętni albo liczni Żydzi- tradycjonaliści pałali miłością do bolszewików. Wielu z nich zresztą uciekło przed rewolucją do…. rzekomo antysemickiej Polski, gdzie potraktowano ich nad wyraz uprzejmie. Wkrótce otrzymali obywatelstwo Rzeczypospolitej, a ich zrewoltowane latorośle uzupełniły szeregi… Komunistycznej Partii Polski. Wdzięczność nie jest chyba nadmiernie rozbudowaną żydowską cechą narodową. Ale to tak na marginesie.

Raz jeszcze podkreślam: bez udziału po stronie bandyckiej rewolucji zbolszewizowanej żydowskiej biedoty oraz żydowskich młodzieńców paradujących z naganem zatkniętym za pasek w ramach osławionej “Czerezwyczajki”- bolszewicy mieliby nieliche kłopoty z utrzymaniem się u władzy.

Pyta Pan o osławiony antysemityzm… Cóż, zapewne nadal istnieją osobnicy, którzy uważają, że Żydzi odpowiadają za całe zło na tym padole łez. To już nawet nie są antysemici; to są wariaci. Podobnie istnieje całkiem sporo Żydów, którzy uważają tzw. gojów za podludzi, zwierzęta, “pegarim”, czy co tam jeszcze. Na wariatów nie ma rady- i tyle.

Współcześnie natomiast “antysemityzm” stał się rodzajem bezwzględnej , wyjątkowo brutalnej walki “establishmentu” z niezależnie myślącymi ludźmi (żeby było śmieszniej - również z Żydami w rodzaju dr Israela Shahaka). Napiszesz, w zgodzie z prawdą, książkę czy artykuł o niemal rasistowskim charakterze Państwa Izrael- jesteś antysemitą; wytkniesz “błędy przeszłości” Simonowi Wiesenthalowi albo poskrobiesz p. Adama Michnika tudzież “Gazetę Wyborczą”- jesteś antysemitą; napiszesz kilka słów prawdy o tych wszystkich Wiesel`ach, Jerzych Kosińskich albo… kilku australijskich kłamczuchach- polakożercach żydowskiego pochodzenia- oczywiście jesteś antysemitą; powiesz, znowu zgodnie z prawdą, że Adam Mickiewicz nie miał żydowskich korzeni- czynisz tak boś antysemita. I tak dalej, dalej, dalej. Istna paranoja, czyli- powracamy niejako do źródła- ważny czynnik politycznej poprawności.

Tak, walka z rzekomym, zrodzonym w nienawistnych głowach antysemityzmem jest jednym z filarów “political correctness.” Przy tym owi “zawodowi filosemici” w kółko gadają o tolerancji, a tak naprawdę to prawdziwi antyintelektualni opresorzy albo nierzadko żydowscy szowiniści. To ludzie “zionący miłosierdziem”. Nie będę szczególnym odkrywcą, jeśli powtórzę za klasykami maksym, że współcześnie antysemitą nie jest ten, kto nie lubi Żydów, lecz ten, kogo Żydzi (oczywiście niektórzy, czyli wpływowi) nie lubią. Signum temporis.

ZK: Panie Dariuszu. Właśnie odbyła się kolejna rozprawa sądowa w Opolu, gdzie oskarżano Pana z paragrafu o tzw. “kłamstwo Oświęcimskie”. Jaki był jej epilog?

DR: Po trzech latach Sąd Okręgowy w Opolu warunkowo umorzył postępowanie w mojej sprawie. Ja wprawdzie wnosiłem o pełne uniewinnienie, ale w dzisiejszych czasach, jak się Pan domyśla, jest to praktycznie niemożliwe. Myślę, że w zaistniałych warunkach osiągnąłem to, co było do osiągnięcia, tym bardziej, że prokurator twardo obstawał przy karze opiewającej na 10 miesięcy pobytu w więzieniu. Wyrok wyjątkowo źle przyjęła “Gazeta Wyborcza”, która piórem Andrzeja Osęki (“GW”, 8 czerwca 2002) smutna konstatowała, że w “takich sprawach” zapadają “tylko takie wyroki”. Rozumiem ich smutek; w końcu to właśnie organ p. Michnika przypadek mój rozdmuchał do niebotycznych rozmiarów. Zgromadzona 7 czerwca br. na sali sądowej publiczność po ogłoszeniu wyroku, a wcześniej po wysłuchaniu mojej mowy obrończej, dawała mi w prywatnych rozmowach jasno do zrozumienia, że jedynym wyrokiem winno być uniewinnienie. To prawda, ale raz jeszcze podkreślam: sprawa od samego początku była “kręcona z góry” (w 1999r. przez minister sprawiedliwości- p. Hannę Suchocką), atakowały mnie bezpardonowo “moralne autorytety”, głos zabierała Ambasada Izraela, Centrum Wiesenthala et cetera- a zatem opolski sąd i tak zachował się względnie odważnie. Zresztą dla atakujących wyrok sądowy był sprawą wtórną .Dla nich najważniejsze jest to, że tacy ludzie jak Dariusz Ratajczak nie mają prawa nauczać polskiej młodzieży. Tu są niezwykle konsekwentni. W końcu nadal jestem portierem z niemal zerowymi szansami powrotu do wyuczonego i ukochanego zawodu.

ZK: Niech mi będzie wolno zrekapitulować Pana aktualną sytuację. Doktor historii, wybitny znawca Kresów z czasów wojny, kronikarz Armii Krajowej, uwielbiany przez studentów wykładowca Uniwersytetu Opolskiego, pracuje dziś jako nocny portier? I jakież to obowiązki ma Pan tam do wypełniania?

DR: Wie Pan, w kwietniu 1999 r., gdy rozpętano “aferę dr Ratajczaka”, podszedł do mnie znajomy i powiedział mniej więcej tak: “to , że wyrzucą Ciebie z pracy na uniwersytecie jest niczym. Wykończą Cię bracie finansowo. Nie dostaniesz nigdzie pracy, pójdziesz na żebry, będziesz zadżumiony, będziesz nikim; koledzy nie poznają Cię na ulicy; koledzy z którymi wczoraj piłeś piwo”. Miał rację. Z dnia na dzień zostałem na bruku, bez pieniędzy i bez przyjaciół. Wszędzie strach, oportunizm… Nie mogąc pracować w wyuczonym zawodzie, zacząłem się rozglądać za innymi zajęciami. Odbyłem wiele rozmów kontrolnych w firmach wydawniczych, oświatowych i turystycznych. Okazało się jednak, że moje wykształcenie, umiejętności, tytuł naukowy i znajomość j. angielskiego nie są ważne. Ważne jest to, że nazywam się Dariusz Ratajczak. “Ten Dariusz Ratajczak, który podpadł Żydom”. To wystarczało- wszędzie odmowa. W końcu udało mi się “złapać” pracę portiera w hurtowniach alkoholu, płyt paździerzowych etc. Cóż tam robię? Ano, dozoruję w nocy (między 18 a 6 rano) piechotą 8 hektarowy teren na skraju Opola (“tam gdzie diabeł mówi: Guten Nacht”), odganiam pijaczków złaknionych alkoholu (posługuję się sękatym kijem; niestety nie mam nawet na wyposażeniu damskiego “aerozolu z pieprzem”) , przeganiam lisy, kuny i szczury. . .

ZK: Bardzo proszę, niech Pan podzieli się z czytelnikami Tygodnika Polskiego informacją, jak udaje się Panu utrzymać rodzinę? Czy zarobki nocnego portiera wystarczają na wiązanie końca z końcem? Innymi słowy, czy pod koniec miesiąca Pana żona ma co włożyć dzieciom do garnka?

DR: Zarabiam miesięcznie na rękę 530 zł (ok. 140 dolarów amerykańskich), moja żona ok. 200 dolarów. W sumie więc jesteśmy finansowymi pariasami (łącznie nasze pensję ledwie dobijają do jednej średniej krajowej). Najbardziej przykre jest dla mnie to, że już chyba nigdy nie będzie mnie stać na należytą edukację moich dzieci. Mój syn nie pójdzie w naukowe ślady ojca. Raczej w te ostatnie – portierskie. Cóż, pieniądze szczęścia nie dają, ale jednak są potrzebne. Pozwoli Pan, że w tym miejscu podziękuję kilku Polonusom z USA, którzy latem 1999r. przekazali mi 500 dolarów amerykańskich “na życie” oraz p. Ryszardowi z Australii, który przekazał na moje ręce czek w wysokości 30 dolarów australijskich. Serdeczne Bóg Zapłać.

Spisał: Zbyszek Koreywo