Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ceram. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ceram. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Ernst F. Weidner, jeden z najdziwniejszych wśród często jakże bardzo dziwnych asyriologów...


Co więcej, załączona do tego dzieła tablica chronologiczna daje nam, z bardzo niewieloma lukami, pełny przegląd imion i dat panowania władców starożytnej Mezopotamii. Tablicę tę opracował Ernst F. Weidner, jeden z najdziwniejszych wśród często jakże bardzo dziwnych asyriologów. Weidner przez dwadzieścia lat był współredaktorem popularnego tygodnika „Berliner Illustrierte Zeitung” prowadząc dział... krzyżówek i lekkich powieści. Jednocześnie wszakże ogłaszał w prasie fachowej cenne artykuły naukowe z zakresu chronologii asyryjskiej i sam wydawał międzynarodowe czasopismo naukowe poświęcone zagadnieniom asyriologii, które ukazując się w nakładzie zaledwie kilkuset egzemplarzy zaliczało do swych prenumeratorów tylko uniwersytety i uczonych. Dopiero w 1942 roku, gdy w stolicy Trzeciej Rzeszy wskutek nieustannych nalotów alianckich bombowców wszelka praca naukowa stała się niemożliwa, objął profesurę na jednej z uczelni austriackich — ku niemałemu zdumieniu wszystkich członków redakcji „Berliner Illustrierte Zeitung”, którzy przez dwadzieścia lat nawet nie podejrzewali, że mają w swym gronie wybitnego asyriologa.

Za: C.W. Ceram, Bogowie, groby i uczeni
tłumaczenie; Taracha Piotr
s. 116

środa, 13 sierpnia 2014

Wyjątkowo nieprzyzwoity napis w sanskrycie na jednej z wież w Angkor-Wat


W 1925 roku Malraux spotkał w jakimś barze w Singapurze pewnego kolekcjonera, rosyjskiego emigranta, który podróżując na koszt muzeum w Bostonie zakupywał dla niego stare dzieła sztuki. Po pierwszym potoku słów w języku rosyjskim pokazał on pisarzowi pięć małych słoni z kości słoniowej, dopiero co kupionych od jakiegoś Hindusa, a które teraz ustawił przed sobą na stole jakby piszczałki organów. 

— Jak pan widzi, drogi przyjacielu, kupuję takie oto małe słonie, które podczas prac wykopaliskowych wrzucam do grobów, zanim je znowu zasypujemy. Za jakie pięćdziesiąt lat inni ludzie, otwierając te groby, znajdą w nich małe słonie, pięknie pokryte patyną wieków, i będą piekielnie łamać sobie nad tym głowę... Bawi mnie to, żeby ludziom, którzy przyjdą po mnie, zadawać tego rodzaju łamigłówki. Na jednej z wież w Angkor-Wat, drogi przyjacielu, wyryłem wyjątkowo nieprzyzwoity napis w sanskrycie; gdy go potem odpowiednio zamazałem, wyglądał doprawdy bardzo staro. Z pewnością znajdzie się kiedyś jakiś mądrala, który go odcyfruje. Trzeba w naszych poczciwych bliźnich wywoływać trochę zgorszenia...

C.W. Ceram Bogowie, groby i uczeni
tłumaczenie; Taracha Piotr

niedziela, 10 sierpnia 2014

Przemówienie szejka Abd-el-Rahmana do angielskiego archeologa Layarda


Przede mną ojciec mój i ojciec mego ojca rozbili tu swoje namioty... Od  dwunastu stuleci prawdziwi wierni — a tylko oni, Bogu niechaj będzie chwała, posiadają prawdziwą mądrość — osiedli w tym kraju, a żaden z nich nie słyszał nigdy o jakimś podziemnym pałacu ani nie słyszeli o nim ci, co byli tu przed nimi. I patrz! Oto przychodzi cudzoziemiec z Zachodu, z kraju odległego o wiele dni drogi, idzie prosto przed siebie na wiadome mu miejsce, bierze laskę, przeciąga linię w jedną stronę, przeciąga linię w drugą stronę. «Tutaj — powiada — jest pałac, a tam — powiada jest brama», i pokazuje nam to, co przez całe nasze życie leżało pod naszymi stopami, a my nic o tym nie wiedzieliśmy. Cudowne! Cudowne! Czy nauczyłeś się tego z książek, od czarnoksiężników, czy od  waszych proroków? Mów, o beju! Powiedz mi tajemnicę mądrości! 

Za: C.W. Ceram, Bogowie, groby i uczeni
tłumaczenie; Taracha Piotr
s. 115

Kwiaty w sarkofagu


Wreszcie 3 lutego badacze po raz pierwszy zobaczyli odsłonięty całkowicie sarkofag. Wyciosany z jednego monumentalnego bloku najszlachetniejszego zółtego kwarcytu, miał 2,75 m długości, 1,50 szerokości i 1,50 m wysokości. Nakryty był wiekiem z granitu.

Gdy ze zgrzytem pracować zaczęły dźwigi, które miały podnieść ciężkie wieko, ważące 1200 kilogramów, w grobowcu znowu zebrało się całe grono zaproszonych dygnitarzy i uczonych. „Wśród głębokiego milczenia — pisze Carter — podniosło się olbrzymie wieko sarkofagu. W pierwszej chwili obecni doznali zawodu: ujrzeli tylko niezliczone zwoje płótna. Ale po odsunięciu tych tkanin oczom ich ukazał się oszałamiający obraz — postać króla!”

Czy już jego ciało? Nie, złota rzeźba, przedstawiająca chłopięcą postać faraona. Bił od niej taki blask, jak gdyby dopiero co wyszła z pracowni artysty. Głowa i ręce były plastycznie uformowane, ciało natomiast przedstawione w  płaskorzeźbie. W skrzyżowanych rękach młody król trzymał egipskie insygnia królewskie: pastorał i kropielnicę, inkrustowane niebieskim fajansem. Twarz była z litego złota, oczy z aragonitu i obsydianu, brwi i rzęsy z lapis-lazuli. Ta mozaika barw czyniła twarz podobną do maski, nadawała jej kamienny, a jednak żywy wyraz.

Co jednak na Carterze i na reszcie obecnych zrobiło nieporównanie większe wrażenie, to — jak pisze Carter — .....wzruszający wianuszek kwiatów, złożonych przez młodą wdowę, jako ostatnie pożegnanie ukochanego męża. Cały królewski przepych, całe bogactwo, blask złota — wszystko to bladło wobec tych skromnych zeschłych kwiatów, które jeszcze zachowały nikły ślad dawnej świeżości kolorów. To one z najbardziej nieodpartą wymową przypominały o znikomości tysiącleci.” W zimie 1925/26 roku Carter znowu wchodzi do grobowca, aby otworzyć trumny. 

Warto przytoczyć słowa, w jakich o tym pisze: „I tym razem nie mogliśmy się oprzeć wrażeniu nieodgadnionej tajemnicy tego grobu. Znowu owładnęło nami uczucie onieśmielenia i głębokiej czci dla rzeczy dawno minionych, dla dawnej wielkości, która wciąż jeszcze była wielkością. Archeolog nawet wtedy, gdy w tłoku swych prac zawodowych wykonuje często mechaniczne czynności, nigdy się całkiem nie wyzbywa tego uczucia.” Nie powinniśmy w tych uwagach ani w tamtych o wianuszku kwiatów dopatrywać się taniego sentymentalizmu. Traktujmy je jako głos ludzkiego uczucia. Jest coś pokrzepiającego w tym, że nie jest ono obce i zimno myślącym
naukowcom.

C.W. Ceram, Bogowie, groby i uczeni
tłumaczenie; Taracha Piotr
s. 109

czwartek, 7 sierpnia 2014

Gdzie tryskają Skamandru dwoiste krynice


Homer? Cóż znajdujemy u Homera? Mit, podanie, legendę. Wszystko to zdradza boską iskrę jednego z największych poetów, ale właśnie — poetów.

I jeszcze jedno. Grecja przedstawiona w Iliadzie musiała być krajem o wysokiej kulturze. Tymczasem Grecy, gdy po raz pierwszy występują w naszej datowanej historii, są prymitywnym małym ludem, nie wyróżniającym się ani wspaniałością pałaców, ani potęgą królów, ani flotą liczącą tysiące okrętów. Istotnie, łatwiej było uwierzyć w poetyckie natchnienie Homera-człowieka aniżeli przypuścić, że po epoce rozwiniętej cywilizacji nastąpił powrót do wczesnego barbarzyństwa, a po nim znowu szczytowy okres helleńskiej kultury.

Ale Schliemanna, marzyciela wędrującego po świecie Homera, tego rodzaju rozważania nie mogły odwieść od wiary. Czytał Homera jako czystą rzeczywistość. Jako czterdziestosześcioletni mężczyzna wierzył w tę rzeczywistość tak samo, jak wierzył w nią jako chłopiec, gdy oglądał rycinę, która przedstawiała uciekającego Eneasza.

Gdy sprawdzał opis zdobnej w Gorgone tarczy Agamemnona, gdy słyszał, że przypasana była rzemieniem mającym kształt trzygłowego węża, gdy czytał o rydwanach wojennych, broni, sprzęcie i naczyniach opisywanych we wszystkich szczegółach, nie wątpił, że jest to opis greckiej rzeczywistości. Wszyscy ci bohaterowie, Achilles i Patrokles, Hektor i Eneasz, mieliby być zmyślonymi postaciami? Ich przyjaźń, nienawiść i miłość — tylko wytworem fantazji? Schliemann wierzył w prawdziwość ich istnienia. I wiedział, że tę wiarę podzielała cała starożytna Grecja, że podzielali ją wielcy historycy Herodot i Tucydydes, którzy zawsze uważali wojnę trojańską za wydarzenie prawdziwe, a wszystkich jej uczestników za postacie historyczne.

Z tą wiarą czterdziestosześcioletni Henryk Schliemann, pan wielomilionowej fortuny, wyjechał nie do współczesnej Grecji: wyjechał prosto do państwa Achajów. I czyż nie musiał poczuć się umocniony w swej wierze i przejęty entuzjazmem, gdy pierwszy spotkany przezeń mieszkaniec Itaki, miejscowy kowal, przedstawił mu swą żonę, która nazywała się Penelopa, i synów — Odyseusza i Telemacha?

Opis sceny, która potem nastąpiła, brzmi może nieprawdopodobnie, ale jest prawdziwy. Wieczorem ów bogaty i dziwny cudzoziemiec zasiadł na placu wiejskim i czytał potomkom tych, którzy nie żyli już od trzech tysięcy lat, dwudziestą trzecią pieśń Odysei. Czytał i nie mógł opanować wzruszenia — płakał. A wraz z nim płakali otaczający go mężczyźni i kobiety.

To, co teraz nastąpiło, pozostaje mimo wszystko rzeczą zdumiewającą. Bo gdzież i kiedy zdarzyło się w dziejach świata, żeby sam entuzjazm przywiódł kogo do powodzenia? Przypowieść o szczęściu, które nie opuszcza jedynie ludzi dzielnych, nie bardzo daje się tu zastosować. Jest bowiem rzeczą bardzo wątpliwą, czy Schliemann, przynajmniej w pierwszych latach swych prac wykopaliskowych, był — w rozumieniu naukowej archeologii — człowiekiem „dzielnym”, to znaczy człowiekiem „wiedzącym”. A przecież szczęście sprzyjało mu jak nikomu innemu.

Jako miejsce, gdzie mogła leżeć Troja — o ile w ogóle kiedykolwiek istniała — większość współczesnych uczonych wskazywała małą wioskę Bunarbaszi, która odznaczała się jedynie tym, że na każdym z jej domów znajdowało się (i tak jest do dziś dnia) około dwunastu gniazd bocianich. W Bunarbaszi były dwa źródła. One to co śmielszych archeologów przywiodły do twierdzenia, że tu ewentualnie leżeć mogła dawna Troja.

Już pagórek, już wiatrem kołysane figi,
Już wreszcie omijają wdzięczne okolice,
Gdzie tryskają Skamandru dwoiste krynice...1

Tak mówi Homer w dwudziestej drugiej pieśni Iliady. Schliemann najął sobie za czterdzieści pięć piastrów przewodnika, siadł na oklep na konia i zobaczył po raz pierwszy krainę swych snów chłopięcych.

„Przyznaję — pisze o sobie — że z ledwością mogłem opanować wzruszenie, gdy ujrzałem ogromną równinę trojańską, której obraz majaczył przede mną w marzeniach najwcześniejszego dzieciństwa.”
Ale już to pierwsze wejrzenie powiedziało mu, że Troja nie mogła leżeć w tym miejscu, odległym o
trzy godziny drogi od wybrzeża, skoro bohaterowie Homera po kilka razy dziennie przebiegali od swych okrętów pod zamek i z powrotem. A na tym małym pagórku miał stać zamek Priama, ze swymi sześćdziesięcioma dwiema salami, cyklopowymi murami i drogą pod bramą, przez którą przemyślny bohater wprowadził do miasta drewnianego konia?

Schliemann obejrzał źródła i pokiwał głową. Na przestrzeni pięciuset metrów znalazł nie dwa źródła, o jakich mówi Homer, lecz trzydzieści cztery. W dodatku przewodnik twierdził, że musiał się przeliczyć, bo jest ich tu czterdzieści i dlatego miejscowość nazywa się „Kirk Giös”, co w tłumaczeniu znaczy „Czterdzieścioro oczu”.

I czyż Homer nie mówił o jednym ciepłym i jednym zimnym źródle? Schliemann, który Homera brał dosłownie, tak jak wcześni teolodzy brali Biblię, wyciągnął kieszonkowy termometr i zmierzył temperaturę każdego z owych trzydziestu czterech źródeł. Temperatura była wszędzie jednakowa i wynosiła siedemnaście i pół stopnia.

Ale Schliemann nie poprzestał i na tym. Otworzył Iliadą i przeczytał raz jeszcze wiersze o straszliwej walce Achillesa z Hektorem. O tym, jak to Hektor uciekał przed „śmiałym biegaczem”, jak obydwaj „miasto potrójnym okrążyli skokiem”, a „bogowie ciągle bacznym szli za nimi okiem”.

Schliemann przebył opisaną w Iliadzie drogę. Znalazł zbocze tak strome, że musiał zeń złazić na czworakach. To utwierdziło go w przekonaniu, że Homer, którego opisy terenu Schliemann traktował tak, jakby chodziło o najściślejszą topografię wojskową, nie mógł pomyśleć o tym, żeby jego bohaterowie mogli po tak stromym zboczu trzykrotnie biegiem okrążyć miasto.

Z zegarkiem w jednym i Homerem w drugim ręku odmierzył teraz drogę między pagórkiem, który kryć miał w sobie Troję, a przylądkiem, gdzie stać miały okręty Achajów. Śledził przebieg pierwszego dnia walk bitwy trojańskiej, tak jak opiewa ją Iliada od drugiej do siódmej pieśni, i obliczył, że gdyby Troja leżała tu, w Bunarbaszi, Achajowie musieliby w ciągu dziewięciu godzin walk przebiec nie mniej niż 84 kilometry!

Uzasadnienie swych wątpliwości co do tego, czy tu mogła leżeć Troja, znalazł Schliemann w kompletnym braku jakichkolwiek śladów ruin. Mało tego, nie natknął się nawet na gliniane skorupy, które na ogół znajduje się tak często, że kogoś skłoniło to nawet do powiedzenia, iż „sądząc po znaleziskach archeologów, dawne ludy nie trudniły się niczym innym, jak tylko wytwarzaniem waz, przy czym na krótko przed swym upadkiem zawsze przejawiały tak niegodziwy charakter, że roztrzaskiwały je na drobne kawałki, pozostawiając najpiękniejsze okazy jako łamigłówki”.

„Mykeny i Tiryns — pisał Schliemann w 1868 roku — zostały zburzone 2335 lat temu, a jednak ich ruiny są dziś w takim stanie, że mogą chyba przetrwać jeszcze z 10 000 lat.” Troja została zburzona zaledwie o 722 lata wcześniej; cyklopowe mury nie znikają bez śladu, tu zaś nie było najmniejszego śladu po nich.

Ale za to takich śladów nie brak było gdzie indziej. Między ruinami Nowego Ilionu, obecnej wioski Hissarlik, co oznacza tyle co „pałac”, o dwie i pół godziny drogi na północ od Bunarbaszi, a tylko o jedną godzinę drogi od brzegu, widać je było już przy pierwszym pobieżnym spojrzeniu.

Schliemann dwukrotnie badał szczyt pewnego wzgórza, tworzącego czworokątny, równinny płaskowyż, o bokach długich na 233 metry. Teraz był już przekonany, że odnalazł Troję.

1 Przekład Fr. Ks. Dmochowskiego.

C.W. Ceram Bogowie, groby i uczeni
tłumaczenie; Taracha Piotr
s. 34-26

środa, 6 sierpnia 2014

Wśród straszliwego huku wierzchołek góry rozpadł się na dwoje


Wśród straszliwego huku wierzchołek góry rozpadł się na dwoje. Słup dymu niby olbrzymia rozcapierzona pinia wzbił się pod kopułę nieba. Wśród przeszywających powietrze łoskotów i oślepiających błysków lunął na miasto deszcz kamieni i popiołów, który zakrył sobą słońce. Ptaki spadały martwe na ziemię, oszalały tłum ludzi wśród krzyków próbował ratować się ucieczką; zwierzęta pochowały się w kryjówkach. Przez ulice przelewały się strumienie wody i nikt nie wiedział, skąd się brały — z ziemi czy z nieba.

Katastrofa zaskoczyła obydwa miasta w słoneczny poranek, gdy ludność pracowicie krzątała się koło swych zajęć. Dwojaki jednak był rodzaj ich zagłady. Na Herkulanum zwaliła się lawina szlamu, mieszanina popiołów, ulewnego deszczu i lawy. Wtargnęła w ulice, wdarła się we wszystkie zaułki, rosła, pokryła dachy, wciskała się w okna i drzwi, wypełniła miasto, jak woda wypełnia gąbkę. Pokryła je wraz ze wszystkim, co nie zdążyło się uratować szybką ucieczką. Inaczej w Pompei. Tu nie było strumienia szlamu, przed którym istniał jeden tylko ratunek — ucieczka. Tu katastrofa rozpoczęła się od spokojnego deszczu popiołu, który można było strząsnąć z siebie. Niebawem jednak zaczęły spadać lapilli, a potem wraz z nimi bryły pumeksu ważące po wiele kilogramów. Dopiero stopniowo zrozumiano ogrom niebezpieczeństwa. Ale wtedy było już za późno. Miasto zaczęły spowijać obłoki pary siarkowej. Wciskała się w szczeliny i szpary, przenikała pod kawałki sukna, którymi ludzie, oddychając z coraz większym trudem, zasłaniali sobie twarze. Tych, co szukając powietrza i ratunku uciekali z domów na ulice, gęsty, kamienny grad drobnych lapilli tak mocno siekł po głowach, że przerażeni cofali się z powrotem. Ledwie jednak znowu znaleźli się w domu, a już walił się sufit grzebiąc ich pod sobą. Niektórych los przez krótki czas jeszcze oszczędził. Pod filarami schodów i łukowymi sklepieniami trwali przykucnięci —nie dłużej chyba niż pół godziny. Potem wyziewy siarkowe docierały i do nich; ginęli uduszeni. Po czterdziestu ośmiu godzinach znowu wyjrzało słońce. Ale Pompeja i Herkulanum przestały istnieć. W promieniu osiemnastu kilometrów wszystko uległo zniszczeniu, pola były zasłane lawą i popiołem. Część popiołów zawędrowała aż do Afryki, Syrii i Egiptu. Nad kraterem Wezuwiusza wzbijał się jeszcze cienki słup dymu. Niebo znów zajaśniało błękitem.

Trzeba sobie uprzytomnić, jak cały świat naukowy zajmujący się badaniem przeszłości zelektryzowany został wiadomością o odkryciu Pompei i Herkulanum. Oto po bez mała siedemnastu wiekach inni ludzie, uzbrojeni w inną wiedzę, ludzie o innych obyczajach, a przecież węzłami krwi, którymi związana jest cała ludzkość, spokrewnieni z tamtymi, zasypanymi ludźmi, zatknęli w ziemię rydel i wydobyli na światło dzienne to, co tak długo w niej spoczywało. Nie byłoż to podobne do cudu wskrzeszenia umarłych?

Łatwo może się zdarzyć, że badacz, porwany pasją dla swej nauki, a przeto wolny od wszelkiego pietyzmu, uzna tę katastrofę za szczególnie szczęśliwe zrządzenie losu. „Trudno znaleźć coś bardziej interesującego...” — mówi Goethe o Pompei. Istotnie, trudno sobie wyobrazić dogodniejszą niż ów deszcz popiołów sposobność, aby dla przyszłych pokoleń, dociekających zagadek przeszłości, zachować, nie, raczej „zakonserwować” — słowo to lepiej oddaje stan rzeczy — miasto w całej krzątaninie codziennego życia. Nie był to uwiąd, naturalna śmierć starego miasta. Tu siła żywiołu dotknęła miast pulsujących życiem, tu prawo czasu, powstawania i zaniku straciło swą moc.

Do czasu pierwszych wykopalisk znano tylko nagi fakt: dwa miasta zostały zasypane. Teraz jednak krok za krokiem poznawano dramatyczny przebieg tego wydarzenia. Wiadomości przekazane nam przez antycznych autorów nabrały życia. Dowiedziano się o całej okropności tej żywiołowej katastrofy, która tak nagle, tak nieoczekiwanie przerwała tok powszednich zajęć, że nawet nie zdążono wyjąć z pieca prosięcia ani świeżo upieczonego chleba.

Jakaż historia kryje się w szczątkach dwóch szkieletów, które mają na sobie jeszcze kajdany niewolników? Byli nimi przykuci, gdy dokoła srożyła się zagłada. Jakie męki kryła w sobie śmierć psa, którego — również uwiązanego na łańcuchu — znaleziono pod sufitem jednego z pokojów? Pies wspinał się coraz wyżej i wyżej na rosnącą stertę wdzierających się przez okna i drzwi małych lapilli, dopóki go nie zatrzymał sufit; szczeknąwszy po raz ostatni, padł martwy, uduszony gazami. Łopata wdzierając się w głąb ziemi odsłaniała dramaty rodzinne, dramaty rozgrywające się między rozpaczą i śmiercią. Końcowy rozdział słynnej powieści Bulwera Ostatnie dni Pompei nie ma w sobie nic nieprawdopodobnego. W odkopanej Pompei znaleziono matki trzymające w ramionach swe dzieci: osłaniały je ostatnim skrawkiem swego szala, nim się udusiły — i jedne, i drugie. Wykopano mężczyznę i kobietę, którzy pozbierawszy swe skarby dotarli już do bramy i tu, smagani gradem kamieni, padli na ziemię, ostatnią resztą sił trzymając swą biżuterię i pieniądze. Cave canem — „Strzeż się psa”, taki napis widnieje przed furtką domu, w którym Bulwer każe mieszkać swemu Glaukowi. Przed progiem tego domu dwie młode dziewczyny, chcąc jeszcze szybko zawinąć swe klejnoty, zbyt długo ociągały się z ucieczką, a potem było już za późno.

Koło Bramy Herkulesa znaleziono wielkie ilości trupów, leżące obok siebie. Ludzie ci upadli obładowani swym dobytkiem domowym, którego nie mogli już udźwignąć. W pewnym zasypanym pokoju natrafiono na dwa szkielety, kobiety i psa. Dokładna obserwacja pozwoliła odtworzyć okropną tragedię, jaka się tu rozegrała. Szkielet psa zachował swą formę, kości kobiety natomiast były rozsiane po całym pokoju. Jakąż siłą zostały tam rozsiane? A raczej — kto je tam zawlókł? Zawlókł je pies. W momencie głodu zwyciężyła w nim wilcza natura. Może wydarł śmierci jeszcze jeden dodatkowy dzień życia przez to, że napadł i pożarł swą panią. Nie opodal od tego miejsca przerwana została stypa żałobna. Po tysiącu siedmiuset latach znaleziono jej uczestników w tych samych pozycjach, w jakich spoczywali na swych łożach przy uczcie — uczestnicy własnego pogrzebu.

Tu znowu śmierć zaskoczyła siedmioro dzieci, które nie przeczuwając nic złego bawiły się w pokoju; tam — trzydziestu czterech ludzi, a wraz z nimi kozę, która trwożnie pobrzękując zawieszonym u szyi dzwonkiem szukała prawdopodobnie schronienia w ludzkim domostwie. Kto zbyt długo zwlekał z ucieczką, temu potem nie pomogła już ani odwaga, ani roztropność, ani siła fizyczna. Znaleziono pewnego mężczyznę iście herkulesowej budowy. Nie mógł już ochronić biegnącej przed nim matki z czteroletnią córeczką. Wszyscy troje zwalili się na ziemię. Prawda, że on ostatnią resztką sił próbował się jeszcze podźwignąć, ale odurzony gazami znów powoli osunął się na ziemię, przetoczył na plecy i wyprostował członki. Popioły zasypały go, zachowując formę ciała. Uczeni, wypełniwszy ją gipsem, uzyskali zarys postaci człowieka — plastyczny obraz martwego pompejańczyka.

Jakiż huk musiał się donosić z tego oto zasypanego domu, gdy jeden z jego mieszkańców, opuszczony i pozostawiony w samotności, stwierdziwszy, że drzwi są zamknięte, chwycił za siekierę i począł nią rozwalać ścianę? Gdy się okazało, że i tu nie ma wyjścia, jął rąbać drugą ścianę, a gdy i spoza niej zwalił się tylko gruz, padł w końcu martwy na podłogę.

Domy, świątynie Izydy, amfiteatr stały tak jak niegdyś, kiedy były zamieszkałe i kiedy pełno było w nich ludzi. W kancelariach urzędów i kantorach kupieckich leżały tabliczki woskowe, w bibliotece zwoje papirusów, w warsztatach rzemieślniczych narzędzia pracy, w termach — skrobaczki. W oberżach na stołach stały jeszcze naczynia, leżały pieniądze rzucone w pośpiechu przez ostatniego płacącego gościa. Na ścianach szynków widniały wiersze zakochanych lub zrozpaczonych amantów, na ścianach willi — malowidła ścienne, które, jak pisał Venuti, były „znacznie piękniejsze niż dzieła Rafaela”.

C.W. Ceram, Bogowie, groby i uczeni
tłumaczenie; Taracha Piotr
s. 12-13