Marek Rymuszko mówi, że jego przyjaciele reporterzy (od 1990 roku jest szefem reporterskiego stowarzyszenia Krajowy Klub Reportażu) często pytali, jak to możliwe, by ceniony reporter zaczął zajmować się sprawami tak „niepoważnymi”.
Odpowiedź daje w swojej książce Przypadki metafizyczne (2002):
Otóż po pierwsze, uważam, że obowiązkiem reportera jest rejestrowanie wszystkiego, co ciekawe […]. Mój stosunek do zjawisk ze sfery parapsychologii oraz dziedzin pokrewnych określiłbym jako chłodny (w tym sensie, że pozbawiony emocji i niezdrowej ekscytacji), jednocześnie jednak rzeczowy i otwarty. Takiego podejścia nie zmienia fakt, iż wyniki niektórych eksperymentów z udziałem ludzi wykazujących zdolności paranormalne, jakie miałem możność inicjować lub w nich uczestniczyć, okazały się dalekie od oczekiwań, a nawet zniechęcające. […] Co najważniejsze zaś, na podstawie mojego dziennikarskiego doświadczenia mam prawo stwierdzić, że oprócz licznych tego typu doświadczeń, które okazywały się rozczarowujące, było także wiele udanych, co doprowadziło mnie do wniosku, iż fenomeny parapsychiczne stanowią realny fakt. […] Sądzę po prostu, że w każdym przypadku w ostatecznym rozrachunku powinny decydować fakty – i tylko one.
Nieuchwytna siła
Sny magii mogą pewnego dnia stać się
rzeczywistością i jawą nauki.
prof. James George Frazer
Zapamiętajmy tę datę: noc z 4 na 5 kwietnia 1983 roku. Właśnie wtedy bowiem nastąpił początek wydarzeń, które trwają do dziś.
Mógł to być humbug, typowa dziennikarska kaczka. Nie należało również wykluczać świadomej mistyfikacji. Jadąc po raz pierwszy do Sosnowca, liczyliśmy się zwłaszcza z tą drugą ewentualnością. Już jednak wstępna dokumentacja, którą sporządziliśmy, w szczególności zaś zapoznanie się z relacjami naocznych świadków incydentów w mieszkaniu przy ulicy Plonów 5 w pierwszych dniach kwietnia, pozwoliły przyjąć hipotezę, że zjawiska, o których pierwszy doniósł katowicki „Wieczór”, są autentyczne. Zagadką pozostawała natomiast ich siła sprawcza oraz mechanizm.
Sosnowiecka ulica Plonów nie wyróżnia się niczym szczególnym. Dużo tam starych domów, w większości zbudowanych jeszcze przed wojną, a zamieszkujące tę okolicę rodziny najczęściej są tam zasiedziałe od paru dziesiątków lat.
Państwo Ewa i Andrzej Gajewscy wraz z trzynastoletnią Joanną zajmowali jednopokojowe mieszkanie na parterze budynku przy ulicy Plonów 5. Dziewczynka uczęszczała do szóstej klasy Szkoły Podstawowej numer 1 w Sosnowcu. Jej matka była telefonistką w jednym z miejscowych urzędów, a ojciec – hydraulikiem, pracownikiem Sosnowieckich Odlewni Staliwa. W sumie stanowili przeciętną rodzinę, jakich na Śląsku wiele.
28 czerwca 1982 roku zmarła Maria Tomecka, babka dziewczynki ze strony matki. Wydarzenie to odnotowujemy między innymi dlatego, że z testów psychologicznych, którym później poddano Joasię, wynikało, iż z babką łączył ją silny związek uczuciowy, a śmierć bliskiej osoby pozostawiła w psychice trzynastolatki trwały ślad. Zgon babki nastąpił w czasie wzmożonych przemian hormonalnych w organizmie dziewczynki, związanych z okresem biologicznego dojrzewania.
Dla egzegezy zjawisk zapoczątkowanych „eksplozją” psychokinetyczną w nocy z 4 na 5 kwietnia 1983 roku nie bez znaczenia jest w miarę precyzyjne ustalenie niektórych okoliczności poprzedzających owo wydarzenie. Niestety nie zawsze okazało się to możliwe. Trudno zwłaszcza wykluczyć, że to, co nastąpiło później, zdominowało opcję zainteresowanych w takim stopniu, iż byli oni skłonni przywiązywać nadmierną wagę do rozmaitych epizodów z przeszłości, w istocie zwykłych w swoim codziennym wymiarze.
Pamiętając o tym, nie sposób pominąć przynajmniej dwóch faktów. I tak w relacjach rodziców dziewczynki oraz innych osób, które stykały się z nią w okresie kilku tygodni przed nagłym wystąpieniem zjawisk paranormalnych, powtarza się stwierdzenie, iż Joasia od pewnego czasu „strzelała”. Przypominało to pstrykanie paznokciami czy też suche trzaski (przytaczamy tu określenia użyte przez rozmówców), ogniskujące się wokół osoby nastolatki. Po raz pierwszy wystąpiły one w połowie stycznia 1983 roku (jedna wersja), ewentualnie na początku lutego (wersja druga). Nie zwrócono jednak wtedy na ten fakt większej uwagi, przypisując go po prostu nadmiernej elektryzacji, spowodowanej ciągłym obcowaniem z tworzywami sztucznymi, noszeniem ubrań z wełny itp. Żartowano jedynie, że witając się z Joasią, trzeba uważać, bo mała ostatnio często „kopie”.
Druga okoliczność, która może, choć nie musi, mieć znaczenie dla rejestracji początkowego stadium fenomenu, dotyczy choroby Joasi. Od początku marca 1983 roku dziewczynka cierpiała na przewlekłą grypę. Utrzymywał się kaszel oraz temperatura wykazująca dziwne skoki. Potrafiła ona na przykład nagle, bez żadnej racjonalnej przyczyny, podnieść się do czterdziestu stopni (takie były przynajmniej wskazania termometru), by wkrótce potem opaść i utrzymywać się na poziomie zbliżonym do normalnego. Co ciekawsze, konfrontacja odczytu słupka rtęci z bezpośrednim dotykiem ciała zdawała się wykluczać, by chorą trawiła tak wysoka gorączka. Lekarze, którzy wówczas badali Joasię, uważali przebieg grypy za nietypowy; niektórzy podejrzewali chorobę zakaźną. Nie mogli jednak znaleźć żadnych jej uchwytnych objawów. Pewną rutynowość działań medycznych, jakie w tym przypadku zastosowano, oraz wieńczących je konkluzji można wytłumaczyć tym, iż w Sosnowcu, podobnie jak na całym Śląsku, dzieci stosunkowo często zapadają na zapalenie oskrzeli i dróg oddechowych, co stanowi konsekwencję koegzystencji z wielkim przemysłem powodującym znacznie większe niż przeciętne zanieczyszczenia powietrza.
4 kwietnia 1983 roku był drugim dniem obchodzonych tradycyjnie w całej Polsce Świąt Wielkanocnych. W domu państwa Gajewskich upłynął on spokojnie, jeśli nie liczyć tego, że Joasia czuła się od rana jakby gorzej, narzekając między innymi na uporczywe bóle głowy. Po rodzinnej kolacji Andrzej Gajewski udał się na nocną zmianę do Sosnowieckich Odlewni Staliwa, natomiast dziewczynka wraz z matką oraz dziadkiem Marianem Tomeckim oglądali telewizję.
Ponieważ zrobiło się późno, Marian Tomecki postanowił zanocować w mieszkaniu przy ulicy Plonów i wrócić do domu dopiero następnego dnia. Cała trójka położyła się około północy, przy czym matka spała na leżance w kuchni, zaś dziadek wspólnie z wnuczką na wersalce w pokoju.
Wszystko zaczęło się około trzeciej nad ranem. Właśnie wtedy na głowę Mariana Tomeckiego spadła słomiana mata. Po przebudzeniu próbował ją umocować na ścianie, ale, jak twierdził, mata „wyrywała mu się z rąk, falowała, tańczyła”. W pierwszej chwili pomyślał, że to Joasia płata figle. Okazało się jednak, że mała śpi.
W chwilę później zaś w mieszkaniu rozpętało się piekło.
Według zgodnej relacji wszystkich trzech osób, które wówczas przebywały w domu, w powietrzu nagle zaczęły unosić się różne przedmioty, przede wszystkim talerze oraz szklanki. Niektóre z nich, przelatując z ogromną szybkością przez mieszkanie, z hukiem rozbijały się o ścianę oraz kredens. Rozpryskiwało się szkło, drżały szyby i meble. Fruwały również zapalone niewidzialną ręką zapałki, co – jeśli przyjąć tę obserwację za prawdziwą – jest najtrudniejsze do wytłumaczenia. Bojąc się pożaru, dziadek gonił je po pokoju i rozdeptywał. Natychmiastowe włączenie światła nie położyło kresu dewastacji. Co gorsza, odłamki szkła z rozbitych naczyń, jak gdyby ściągane niewytłumaczalną siłą, zaczęły lecieć w kierunku dziewczynki, kalecząc ją. Koc, którym była przykryta, okazał się tak naelektryzowany, że sypały się z niego iskry.
Zjawisko potęgowało się z każdą chwilą. W tej sytuacji przerażeni domownicy uciekli do mieszkających piętro wyżej sąsiadów – Jana i Gertrudy Jachów, których dobiegające z parteru odgłosy zdążyły już postawić na nogi. Właśnie Jan Jach, u którego dziewczynka z matką oraz dziadkiem znalazły schronienie, był pierwszą postronną osobą mającą możność bezpośredniej obserwacji efektów psychokinetycznych. Jego relację przekazujemy na podstawie zapisu z taśmy magnetofonowej, sporządzonego w grudniu 1983 roku podczas kręcenia materiału filmowego przez ekipę telewizji japońskiej, której towarzyszyliśmy w pracy.
– Czy może pan powiedzieć, jak to wyglądało?
– Obudziliśmy się z żoną, bo z dołu dochodził straszny łomot, jakby naczynia rozbijały się o podłogę albo ktoś walił czymś ciężkim o ścianę. Pomyślałem, że może sąsiad trochę wypił i jest tam awantura rodzinna, co było o tyle dziwne, że Gajewscy należeli do ludzi spokojnych i takie rzeczy u nich się nie zdarzały. Ledwo zdążyłem powiedzieć o tym żonie, gdy pani Gajewska przybiegła do nas z córką i swoim ojcem. Byli bardzo wystraszeni; twierdzili, że w mieszkaniu latają różne przedmioty i jest koniec świata. Prosili, żeby mogli u nas trochę pobyć, bali się do siebie wrócić.
– Jak pan na to zareagował?
– Sądziłem, że to jakieś głupie żarty, i zszedłem z nimi na parter. Po otworzeniu drzwi zobaczyłem, że wszystko w mieszkaniu jest potrzaskane, wszędzie pełno szkła, na ścianach odpryski, słowem pełna ruina.
– Czy wtedy, jak pan tam zszedł, coś latało?
– Wtedy nie. Staliśmy dłuższą chwilę, ale nic się nie działo.
– W takim razie czy widział pan tylko skutki wydarzenia, czy coś więcej?
– To było dopiero za drugim razem.
– Proszę nam o tym opowiedzieć bardziej szczegółowo.
– Kiedy na dole znowu zaczęło trzaskać, poszedłem tam jeszcze raz i wtedy zobaczyłem rozbijające się o ścianę szklanki, garnki, talerze i kupę innych przedmiotów. Był przy tym potworny huk.
– Czy widział pan przedmioty w locie?
– Nie, w locie nie; dopiero gdy uderzały o ścianę. Z tym że w pokoju nikogo nie było; Gajewska i jej córka stały razem ze mną w progu. Te naczynia musiały lecieć z bardzo dużą prędkością, bo w ogóle ich nie było widać, dopóki nie spadły.
– Co pan wówczas zrobił?
– No, jak by to powiedzieć… miałem stracha. Nie wiedziałem, co o tym myśleć, i szybko wróciłem z Gajewskimi na górę.
– Czy podczas pobytu dziewczynki i jej matki w pana mieszkaniu również doszło do samoczynnego przemieszczania się przedmiotów?
– Początkowo nie, dopiero potem.
– Potem, to znaczy kiedy?
– Chyba gdzieś po paru minutach. Żona zrobiła herbatę i zaraz zaczęło „rzucać”. Najpierw „cisnęło” książką, która spadła pod kredens. Joasia Gajewska podniosła ją i położyła na biurku, ale po chwili książka znowu poleciała pod kredens. Nikt nie mógł nią rzucić, bo wszyscy siedzieliśmy w tym momencie parę metrów dalej.
– Co pan jeszcze zapamiętał?
– Dziewczynka wyglądała na chorą, skarżyła się na ból głowy. Jej matka mówiła, że chyba ma gorączkę. Była mierzona temperatura i na termometrze wyskoczyło czterdzieści i pół stopnia. Potem mała zasnęła i wszystko się uspokoiło. (Koniec zapisu).
Zaalarmowany telefonem żony Andrzej Gajewski dotarł do domu około czwartej nad ranem. Początkowo nie bardzo miał na to ochotę, ponieważ zwolnić się z dyżuru w zakładzie nie jest łatwo, a poza tym przypuszczał, że małżonce coś się przywidziało. Już jednak w progu mieszkania przekonał się, że obcuje ze zjawiskiem realnym. Gdy wrócił z rodziną od Jachów i otworzył drzwi, zobaczył w ułamku sekundy przelatujący z kuchni do pokoju kamionkowy garnek, który uderzył w szybę kredensu, tłukąc ją w drobny mak, a następnie sam roztrzaskał się o podłogę.
Kolejne dni nie tylko nie przynoszą uspokojenia, ale świadczą o nasileniu się zjawiska. Niemal nieustannie trzeba zbierać z podłogi szkło – pozostałość po przelotach słoików, szklanek, talerzy, kubków i butelek. Kołaczący o pomoc w lokalnych urzędach Gajewscy traktowani są w dwojaki sposób: jako osoby niezrównoważone psychicznie lub oszuści. Lekarz z pogotowia, który przyjeżdża do gorączkującej Joasi, pyta krótko, kto w rodzinie był chory psychicznie, po czym odjeżdża, pozostawiając dziewczynkę nieprzytomną. Jej rodzice na każdym kroku spotykają się z niedowierzaniem i wrogością. Z powodu powtarzającej się raz po raz kanonady w mieszkaniu mają do nich również pretensję sąsiedzi, którzy nie mogą spać.
Przełomowym momentem okazuje się przybycie funkcjonariuszy milicji z pobliskiego komisariatu, którzy po długich namowach Andrzeja Gajewskiego decydują się w końcu pojechać z nim do mieszkania (jak później powiedzą, oni również sądzili, że w grę wchodzi mistyfikacja).
Pierwszy wieczór upływa spokojnie; nic się nie dzieje. Nad Gajewskimi gromadzą się chmury. Na szczęście dzielnicowy, starszy sierżant Tadeusz Słowik, daje się przebłagać i następnego dnia przychodzi ponownie. Tym razem na efekty, których świadkiem jest również jeden z sąsiadów, nie muszą długo czekać. Kilka minut po powrocie Joasi od lekarza rozpętuje się piekło. Zaczynają latać szklanki, śruby i inne detale. Ich trajektorie są przy tym sprzeczne z elementarnymi prawami fizyki. Przedmioty wylatują na przykład z kuchni, w której nikogo nie ma, a następnie wykonują w powietrzu gwałtowny skręt, lądując w pokoju lub waląc w przeciwległą ścianę. Niektóre przeloty, w odróżnieniu do poprzednich, są dobrze widoczne.
Raport milicji, stwierdzający ponad wszelką wątpliwość, że w mieszkaniu przy ulicy Plonów 5 dochodzi do niewytłumaczalnych zjawisk fizycznych związanych z samoczynnym przemieszczaniem się przedmiotów, sprawia, iż władze miasta decydują się wreszcie potraktować całą sprawę poważnie. W domu Gajewskich zjawia się naczelny architekt Sosnowca Lech Fulbiszewski, któremu towarzyszą pracownicy wydziału urbanistyki. Inżynier Fulbiszewski początkowo sądzi, że przyczyną przesuwania się przedmiotów w mieszkaniu jest osiadanie ścian budynku. W rejonie, gdzie pod ziemią biegną dziesiątki górniczych chodników, taka hipoteza wydaje się w pełni uzasadniona. Oznacza to, że przebywającym tam ludziom zagraża niebezpieczeństwo.
Z oględzin domu wynika, że alarm był fałszywy. Konstrukcja liczącego kilkadziesiąt lat budynku jest prawidłowa; nie widać również najmniejszych oznak zarysowania ścian. Jednocześnie obecni w mieszkaniu urzędnicy są naocznymi świadkami zjawisk, które dotychczas znali jedynie ze słyszenia. Architekt Lech Fulbiszewski wraz z towarzyszącymi mu osobami obserwują między innymi przelot butelki oraz słoika z musztardą z kuchni do pokoju, gdzie rozbijają się one o ścianę. Widzą również, jak rozmaite przedmioty wykonują po mieszkaniu kilkumetrowe skoki, a ręce dziewczynki ściągają odłamki szkła, i to ze znacznej odległości.
W tej sytuacji architekt powiadamia władze miasta o konieczności natychmiastowego przydzielenia rodzinie Gajewskich innego lokalu. Decyzja zostaje podjęta osobiście przez wiceprezydenta Sosnowca magistra Józefa Stankiewicza, który, uzasadniając ją, powie w wywiadzie prasowym: „Oczywiście niecodziennej informacji nie przyjęliśmy bezkrytycznie. Całodobowy dyżur w mieszkaniu państwa Gajewskich pełnił funkcjonariusz milicji i pracownicy urzędu miasta. Przekonaliśmy się naocznie, że niczego nie zmyślono. Przedmioty, szczególnie szklane, rzeczywiście przemieszczały się w kierunku dziecka lokatorów. Już zatem choćby ze względu na samopoczucie i zdrowie dziewczynki, która silnie przeżyła całą historię, byliśmy zobowiązani zrobić wszystko, co w naszej mocy, aby pomóc tym ludziom”.
Wiceprezydent zaznaczył również, że załatwienie od ręki nowego mieszkania należy traktować jako „rutynowe działanie”, gdyż Andrzej Gajewski był od wielu lat członkiem spółdzielni lokatorskiej i rzecz polegała tylko na przyspieszeniu przydziału.
Publiczne wyjaśnienie przez wiceprezydenta miasta motywów podjętej i zrealizowanej w ciągu kilku dni decyzji, co w naszych realiach trzeba uznać za istny ewenement, ma swoje określone powody. W „Trybunie Robotniczej” pojawiła się bowiem notatka, której autor niedwuznacznie zasugerował, że Gajewscy są sprytnymi oszustami, którzy zaaranżowali całą historię wyłącznie w celu wyłudzenia nowego mieszkania. Dla umęczonych do granic wytrzymałości ludzi stanowiło to przysłowiowy gwóźdź do trumny. Kundlizm wspomnianej publikacji był szczególnego rodzaju, jeśli zważyć, że krótko przed wypadkami w nocy z 4 na 5 kwietnia 1983 roku Gajewscy zdecydowali się na gruntowny remont mieszkania przy ulicy Plonów 5, zajmowanego przez nich od kilkunastu lat. Polegał on między innymi na doprowadzeniu wody do lokalu (stało się to możliwe dzięki skanalizowaniu ulicy) oraz urządzeniu łazienki, toalety i kuchni, nie mówiąc o malowaniu ścian i zakładaniu boazerii. Wszystkie te kosztowne roboty – po zaciągnięciu na nie pożyczek – Gajewscy przeprowadzili w przekonaniu, że będą musieli przy ulicy Plonów mieszkać jeszcze ładnych parę lat, nim doczekają się przydziału nowego mieszkania. Publiczne posądzenie ich o starannie zaplanowane oszustwo odczuli więc jako ogromną krzywdę, zwłaszcza że skutki tej publikacji długo jeszcze odczuwali na własnej skórze. Kiedy po przeprowadzce do nowego mieszkania składali podanie o telefon (było już wówczas oczywiste, że niezwykłe efekty nie są związane z określonym miejscem, lecz z osobą trzynastoletniej córki, wymagającej tym samym stałej, bieżącej opieki lekarskiej), zostali po raz kolejny potraktowani jak hochsztaplerzy. Przyjmująca ich wniosek urzędniczka znała po prostu treść notatki w lokalnym dzienniku.
Zupełnie odrębną sprawą był brak dyskrecji autorów niektórych publikacji relacjonujących wydarzenia w sosnowieckim mieszkaniu. Dotyczyło to zwłaszcza reportażu telewizyjnego, w którym bez skrupułów ujawniono dokładny adres rodziny Gajewskich. Na skutki nie trzeba było długo czekać. Pod domem przy ulicy Plonów 5 zaczęły gromadzić się tłumy żądnych sensacji gapiów, którzy na przemian dzwonili do drzwi i walili w okna, domagając się wpuszczenia ich do mieszkania. Do Sosnowca ściągnęli również natychmiast ze wszystkich stron kraju ezoterycy, usiłujący nawiązać kontakt z duchami, rozmaici egzorcyści oraz przedstawiciele podejrzanych sekt. Gajewscy, którzy są katolikami, nigdy zresztą niemanifestującymi przesadnie swojej wiary (w obu mieszkaniach, zarówno w poprzednim, jak i obecnym, nie sposób doszukać się jakichkolwiek rekwizytów świadczących na przykład o religijnym mistycyzmie), zdecydowali się jedynie przyjąć księdza Jana Smoka z miejscowej parafii. Na prośbę rodziny odprawił on w „nawiedzonym” domu modły, co zresztą w niczym nie zmieniło sytuacji (nadal „latało”). Nie przeszkodziło to jednemu z dziennikarzy podać do wiadomości (przy czym owa plotka była uporczywie kolportowana przez kolejnych „przepisywaczy”), że podczas wizyty kapłana w mieszkaniu Gajewskich tajemnicza siła wytrąciła mu z rąk kropidło. Podobnie jak wiele innych utrzymanych w sensacyjnym tonie doniesień, były to wierutne brednie.
Oficjalne potwierdzenie przez władze miasta, że niezwykłe zjawiska fizyczne zachodzące w mieszkaniu przy ulicy Plonów 5 są autentyczne, sprawiło, iż zaczęto się zastanawiać nad ich mechanizmem oraz przyczynami. Po wykluczeniu hipotezy osiadania ścian budynku odwołano się do pomocy radiestetów. Przedstawicielka Stowarzyszenia Radiestetów w Gliwicach magister Jadwiga Zborowska orzekła, że zaobserwowane efekty wiążą się prawdopodobnie „…z bardzo silnym napromieniowaniem mieszkania przez ciek wodny, który biegnie […] wzdłuż ściany, stanowiącej główny cel latających przedmiotów”. Jednocześnie wyraziła przypuszczenie, że swoistym generatorem potęgującym siłę promieniowania może być trzynastoletnia Joasia Gajewska.
Werdykt radiestetów – z braku innego wytłumaczenia – przyjęto z ulgą, która okazała się jednak przedwczesna. Kiedy bowiem rodzina Gajewskich przeprowadziła się do nowego, przydzielonego im mieszkania w podsosnowieckiej Czeladzi, zjawiska… przeniosły się w ślad za nią, zawsze występując w obecności Joasi. To, co było dotychczas jedynie podejrzeniem, stało się więc pewnikiem. Okazało się, że żyły wodne nie mają żadnego wpływu na efekty kinetyczne związane z osobą dziewczynki. Wniosek ten potwierdziło również ustanie zjawisk w mieszkaniu przy ulicy Plonów 5 po wyprowadzeniu się stamtąd rodziny Gajewskich (lokal stał przez dłuższy czas pusty, obecnie zaś mieszkają w nim inni lokatorzy). Natomiast już po kilku dniach pobytu w nowym mieszkaniu wszystko zaczęło się od nowa: potłuczone naczynia, „wprasowane” w ścianę setki drobin szkła (pozostałość po przelotach), wibracja mebli, samoczynne odkręcanie się kranów. Wówczas to właśnie – bodaj po raz pierwszy – w obiegu pojawił się termin „psychokineza”, który zresztą sam przez się niewiele jeszcze wyjaśniał.
Podjęliśmy wtedy próbę sporządzenia w miarę uporządkowanego zapisu niezwykłych efektów fizycznych, co, jak sądziliśmy, stworzyłoby szansę uchwycenia towarzyszących im prawidłowości. Okazało się to trudne, jeśli nie niemożliwe, i na dobrą sprawę konkluzja ta zachowuje swoją aktualność do dziś.
Po pierwsze, nie udało się stwierdzić jakichkolwiek korelacji pomiędzy określoną porą dnia czy nocy a samoczynnym przemieszczaniem przedmiotów. Dochodziło do niego zarówno w dzień, jak i w nocy; podczas snu dziewczynki i w toku zwykłych, normalnych zajęć. Nigdy też, przynajmniej w początkowej fazie, efekty kinetyczne nie były poprzedzone wyraźnym sygnałem, zapowiadającym możliwość ich rychłego wystąpienia. Niekiedy, ale tylko niekiedy, słyszano wcześniej trzaski przypominające pstrykanie paznokciami, o których już pisaliśmy. Było przy tym pewne, że Joasia nie ma żadnego wpływu na to, co się wokół niej dzieje. Mówiąc innymi słowy, manifestacje kinetyczne występowały bez zamysłu czy też woli dziewczynki.
Nie powiodła się również próba znalezienia odpowiedzi na pytanie, czy istnieje współzależność między rodzajem materiału, z jakiego sporządzony jest przedmiot, a jego zdolnością do samoczynnego przemieszczania się. Zgodnie z relacjami świadków w mieszkaniu latało wszystko – od naczyń i sztućców poczynając, poprzez metalowe śruby, a na butach i szczotce do włosów kończąc.
Ze szczotką wiąże się zresztą pewien zabawny epizod, który jest jednym z nielicznych śladów mogących sugerować związek między procesami, jakie zachodzą w mózgu dziewczynki, a efektami kinetycznymi. Zdarzyło się mianowicie, że podczas snu Joasi leżąca na stoliku szczotka poszybowała do przedpokoju, gdzie po uderzeniu w ścianę upadła na podłogę. Badana później przez psychologa nastolatka twierdziła, że tamtej nocy śniło jej się, iż poszła do fryzjera, który jednak źle obciął jej grzywkę, czym była bardzo zmartwiona.
Do żadnych uogólniających wniosków nie prowadziła także analiza samych przelotów. Zazwyczaj następowały one bardzo szybko – tak szybko, że nikt nie widział momentu startu przedmiotu ani jego szybowania. Co najwyżej dostrzegano w ułamku sekundy błyskawicznie poruszający się zamazany kształt, nieomal smugę. Rejestracja wzrokowa okazywała się możliwa dopiero w momencie uderzenia obiektu o przeszkodę. Jednocześnie towarzyszący temu efekt dźwiękowy był nieproporcjonalnie głośny w stosunku do masy poruszającego się przedmiotu, jego ciężaru oraz materiału, z jakiego został zrobiony.
Istotę tego spostrzeżenia najlepiej bodaj oddaje porównanie użyte przez jednego ze świadków. Według jego relacji szklanka, która rozbiła się o ścianę (i która musiała przylecieć z kuchni, gdyż w pokoju, gdzie siedział wspólnie z rodziną Gajewskich, nie było w tym momencie żadnych przedmiotów ze szkła), rozprysła się z takim hukiem, że w pierwszej chwili pomyślał, iż nastąpiła implozja kineskopu w telewizorze.
Równocześnie jednak zdarzały się wolne, doskonale widoczne przeloty. Tak było na przykład z pozostawioną w kuchni szklanką zawierającą niedopitą herbatę. Najpierw poszybowała ona wolno do sypialni Joasi, znacząc za sobą ślad w postaci smugi rozlanego na podłodze płynu, a następnie, odepchnięta niewidzialną siłą, zawróciła w stronę dużego pokoju.
Jakby i tego było mało, w opisach niektórych zjawisk pojawiły się elementy stawiające pod znakiem zapytania wszelkie rzeczowe próby ich analizy. Do takich przypadków zaliczyliśmy samoczynne odkręcanie się kranów, kilkakrotne przewracanie się i obracanie w kółko ciężkiej maszyny do szycia oraz „falowanie” na podłodze węża nieczynnego odkurzacza. Relacje te, podobnie jak pozostałe, postanowiliśmy włączyć do dokumentacji, odnosząc się do nich jednak ze zrozumiałym sceptycyzmem).
Kolejne rutynowe badania lekarskie, którym poddano trzynastoletnią Joasię na przełomie kwietnia i maja 1983 roku, nie przyniosły rezultatów. Mimo iż dziewczynka uskarżała się na złe samopoczucie, a zwłaszcza bóle głowy, nie znaleziono ich żadnej uchwytnej przyczyny. Nadal przy tym powtarzały się nieuzasadnione skoki temperatury (w trakcie jednego z jej pomiarów trzeba było na przykład zastosować termometr kąpielowy, gdyż na zwykłym lekarskim zabrakło skali), a podczas badania EKG ni stąd, ni zowąd pękła szyba pulpitu w aparacie.
Niestety większość lekarzy, do których w tym okresie trafiła Joasia, traktowała ją jako osobę niezrównoważoną psychicznie lub oszustkę. Tak było między innymi w szpitalu pediatrycznym, gdzie po przeprowadzeniu badań nastolatce oraz jej rodzicom zarzucono urojenia.
Sprawa zaczęła przypominać klasyczny pat. […]
Dotychczas poświęciliśmy stosunkowo mało uwagi samej Joasi, środowisku, w jakim żyje i na co dzień przebywa, reakcjom jej otoczenia, zwłaszcza grona rówieśników, a także osobistemu stosunkowi dziewczynki do zjawisk, z którymi stanęła nagle oko w oko. Refleksje i spostrzeżenia, którymi chcemy się podzielić z czytelnikiem, stanowią efekt naszych kilkuletnich obserwacji i niezliczonych rozmów z Joasią. Wyprzedzają one niejako w czasie pewne istotne fakty, modelujące dalszy bieg zdarzeń, ale pominięcie tego, co składa się na obraz psychologiczny i środowiskowy całej historii, nieuchronnie zubożyłoby reporterski zapis, utrudniając zrozumienie niektórych jego ważnych elementów.
Zacznijmy od tego, że Joasia (metr sześćdziesiąt cztery wzrostu, dokładna data urodzenia: 25 marca 1970 roku) wbrew potocznemu mniemaniu, z jakim się nieraz mieliśmy okazję spotkać, nie ma w sobie niczego demonicznego. Jest przeciętną (w sensie warunków, w jakich się wychowała i dojrzewała) dziewczynką o pogodnym usposobieniu i miłej powierzchowności. W momencie, kiedy zetknęliśmy się z nią po raz pierwszy, sprawiała wrażenie zakłopotanej i zaskoczonej sytuacją, w jakiej się znalazła. Z czasem oswoiła się z nią na tyle, że zaczęła traktować zjawiska zachodzące w jej obecności jako nieodłączny i do pewnego stopnia zabawny rekwizyt codzienności.
Taka postawa niewątpliwie ułatwiła adaptację do życia w niezwykłych, bądź co bądź, warunkach, ale też powodowała nieraz ze strony najbliższych wyrzuty czy posądzenia o celowe figle. Skutki zjawisk psychokinetycznych nierzadko godziły bezpośrednio w samą dziewczynkę. Tak było w przypadkach, gdy lecące w kierunku Joasi odłamki szkła dotkliwie ją kaleczyły. Często jednak – a słowa tego używamy nie bez powodu – doświadczali ich na własnej skórze inni. Siłą rzeczy nasuwało to podejrzenie świadomego działania ze strony nastolatki, mimo iż nigdy takie nie było.
Przykładów tego typu incydentów można przytoczyć wiele. Dziadka Joasi Mariana Tomeckiego wielokrotnie na przykład uderzały w głowę lecące buty (nieznana siła, wprawiająca w ruch przedmioty w otoczeniu Joasi, na równi z naczyniami i sztućcami upodobała sobie właśnie obuwie domowników). Innym razem kolega z pracy Andrzeja Gajewskiego, montując z nim w pokoju regał, został ugodzony sporej wielkości śrubą. Również koleżankę Joasi, siedemnastoletnią Dorotę Sowę, która w czerwcu 1983 roku odwiedziła mieszkanie państwa Gajewskich, startujący gdzieś z parapetu garnek omal nie trafił w głowę. Przed skutkami dalszego „bombardowania” uchroniło dziewczynę schowanie się za szafę. Kiedy nam później o tym opowiadała, mimo iż od incydentu upłynęło już kilka miesięcy, nadal sprawiała wrażenie wystraszonej. Odtąd też znacznie rzadziej przychodziła do Joasi, co zresztą – uprzedźmy od razu fakty – nie miało o tyle znaczenia, że efekty kinetyczne, początkowo zachodzące głównie w mieszkaniu rodziny Gajewskich, z czasem zaczęły występować również w innych pomieszczeniach (między innymi w szkole, kinie oraz sanatorium), przenosząc się niejako w ślad za Joanną. Warto wreszcie wspomnieć o zdarzeniu, którego pechowym uczestnikiem był doktor Eustachiusz Gadula. Podczas jednej z wizyt lekarza w domu dziewczynki szybujący z ogromną szybkością kałamarz z atramentem ochlapał od góry do dołu jego nowy garnitur.
Mieszkanie państwa Gajewskich w Czeladzi przypomina pobojowisko. Liczne odpryski i zacieki na ścianach (zwłaszcza w przedpokoju, gdzie efekty kinetyczne występują ze szczególną siłą), zniszczone, podziurawione drzwi do łazienki, wbite w mur dziesiątki odłamków szkła i zdemolowane meble skutecznie zniechęcają do ponownego remontu i uporządkowania otoczenia. Ponownego, bowiem ojciec Joasi w 1985 roku remont taki przeprowadził. Była to jednak w całym tego słowa znaczeniu syzyfowa praca, ponieważ już wkrótce przedpokój został doszczętnie zdewastowany.
Wszystko to powodowało – i powoduje do dziś – poważne straty materialne, rujnując rodzinny budżet. Gajewscy nie należą do ludzi zamożnych. Pani Ewa jako telefonistka zarabia niewiele. Jej mąż, pracujący obecnie w przedsiębiorstwie gospodarki komunalnej – nieco więcej, w sumie jednak nie tyle, by nadążyć z uzupełnianiem niszczonej ciągle zastawy stołowej oraz innych sprzętów. Wywołuje to zrozumiałą gorycz domowników, zwłaszcza zaś matki, która jest chodzącym kłębkiem nerwów. „Trzęsienia ziemi”, do jakich raz po raz dochodzi w mieszkaniu, przeżywa bardzo ciężko. Przez pierwsze tygodnie płakała, posądzając córkę, że robi jej na złość. Kiedy później przekonała się, że Joanna nie ma wpływu na to, co się dzieje, z wolna pogodziła się z nową sytuacją, ale ilekroć coś w mieszkaniu leci, dominującym uczuciem jest lęk i obawa.
Do tego dochodzą kłopoty z garderobą. Specjaliści orzekli, że nastolatka powinna bezwzględnie unikać materiałów łatwo elektryzujących się, i zalecili przede wszystkim noszenie bawełny. Problemem jest również kupno odpowiedniego obuwia, które redukowałoby do minimum gromadzenie się ładunków elektrostatycznych.
Joasia – rzecz godna odnotowania – na przekór wszystkiemu pragnie żyć normalnie, jak jej rówieśnicy. Wymaga to niemałej dozy odporności psychicznej oraz narzucenia sobie pewnych ograniczeń.
Dziewczynka na przykład bardzo lubi zwierzęta, które jednak w jej otoczeniu czują się źle. Nie w tym sensie, by nie odwzajemniały sympatii, jaką są obdarzane, ale silniej niż ludzie reagują na przepływ ładunków kumulujących się w otoczeniu nastolatki. Pierwszy pies Joasi, jej ulubiony pudel, w kilka tygodni po wystąpieniu pierwszych objawów efektów kinetycznych zaczął chorować, aż wreszcie zdechł. Zaobserwowano przy tym pewną prawidłowość: mianowicie na krótko przed przemieszczaniem się przedmiotów czworonóg krył się w bezpieczne miejsce, jak gdyby wyczuwając to, co ma nastąpić. „Nie przyjął się” również następny szczeniak, którego Joasia przyniosła do domu. Kolejny pies – odpukać – przystosował się do niecodziennych warunków i jak na razie wszystko jest w porządku. Trudno jednak przewidzieć dalszy rozwój wypadków.
Sama Joasia sprawia wrażenie, jakby zupełnie nie interesowały jej próby wyjaśnienia tego, co się wokół niej dzieje. Podarowane książki z dziedziny psychotroniki po pobieżnym przejrzeniu (jak odnieśliśmy zresztą wrażenie, bardziej z uprzejmości wobec ofiarodawców niż wewnętrznej potrzeby) schowała gdzieś na dnie szuflady.
– Joasia – twierdzi doktor Gadula – po prostu pewnych rzeczy nie przyjmuje do wiadomości i uważa zagłębianie się w nie za stratę czasu.
Kiedy Gajewscy mieszkali jeszcze przy ulicy Plonów, wydarzenia, do jakich tam doszło, powodowały nie zawsze przyjazne reakcje wobec dziewczynki. Niektóre dzieci (a niestety także i dorośli) potrafiły wołać za nią „czarownica” lub „elektrownia”, co już było nieco przyjemniejszym epitetem. Nie ulegało przy tym wątpliwości, że w zgromadzonym pod oknami tłumie gawiedzi byli i tacy, którzy – gdyby cała rzecz wydarzyła się parę wieków wcześniej – zgłosiliby się na ochotnika do podpalenia stosu.
W czasie gdy wystąpiły pierwsze zjawiska kinetyczne, Joasia uczęszczała do Szkoły Podstawowej numer 1 w Sosnowcu przy alei Niepodległości 11. Fakt ten możemy ujawnić, ponieważ obecnie Joanna jest już uczennicą liceum i jej byłym pedagogom nie grozi inwazja podobna do tej, której widownią było mieszkanie państwa Gajewskich.
Wiosną 1983 roku trwająca kilka tygodni choroba Joasi spowodowała znaczne zaległości w nauce, to zaś, co nastąpiło w kwietniu, skomplikowało sytuację w dwójnasób. Był nawet moment, że promocja do siódmej klasy stanęła pod znakiem zapytania. I nie wiadomo, jak potoczyłyby się szkolne losy nietypowej uczennicy, gdyby nie fakt, iż miała ona szczęście natrafić na wysokiej klasy pedagogów; ludzi, którzy – po przekonaniu się, iż niezwykłe doświadczenia, jakie stały się udziałem dziecka, nie są urojeniami – umieli wczuć się w jego sytuację i pomogli przetrwać pierwszy, najtrudniejszy okres.
Cała rzecz nie sprowadziła się przy tym jedynie do indywidualnego potraktowania dziewczynki w procesie dydaktycznym. Równie ważne było wytworzenie wokół niej w szkole atmosfery wolnej od sensacji, a zarazem eliminującej przejawy niewłaściwego stosunku ze strony rówieśników.
Szkołę, w której uczyła się Joasia, odwiedzaliśmy wielokrotnie, zawsze wynosząc stamtąd jak najlepsze wrażenie. Dotyczyło to zwłaszcza dyrektorki Anny Wudzke i wychowawczyni Joasi Janiny Ostrowskiej. Obie otoczyły dziewczynkę troskliwą opieką, pozostając w stałym kontakcie z rodzicami oraz lekarzem. Nic więc dziwnego, że mimo przeprowadzki do Czeladzi Joanna zdecydowała się kontynuować naukę w dotychczasowej szkole, co wiązało się odtąd z długimi i uciążliwymi dojazdami.
Kiedy po raz pierwszy zetknęliśmy się z Janiną Ostrowską (z wykształcenia polonistka), najbardziej interesował nas problem, w jaki sposób poradziła sobie z unormowaniem w szkole sytuacji, w której znalazła się dziewczynka.
– Oczywiście nie było to łatwe – usłyszeliśmy. – Miałam jednak pełną świadomość, że przemilczenie problemu niczego nie załatwi. Dlatego po powrocie Joasi do klasy postanowiłam poświęcić jej specjalną lekcję. Chodziło mi przede wszystkim o zdjęcie z całej sprawy aury niezdrowej sensacji. Napisałam na tablicy zdanie, które potraktowałam jako myśl przewodnią. Brzmiało ono: „Nasza koleżanka jest taka sama jak my, choć trochę inna”. Wytłumaczyłam, że to, co dzieje się wokół Joasi, jakkolwiek niezwykłe, nie ma nic wspólnego z duchami, a nauka wcześniej czy później wyjaśni mechanizm tych zjawisk. To był bardzo ważny, powiedziałabym nawet przełomowy moment, gdyż, o ile wiem, Joasia od tamtej pory nie spotykała się z szykanami lub złośliwościami ze strony rówieśników. Co więcej, oni później tak bardzo się z nią identyfikowali, że kiedy przyjeżdżali do nas na przykład zagraniczni dziennikarze, klasa manifestowała na każdym kroku swoją dumę z faktu, iż to właśnie ktoś z najbliższego koleżeńskiego grona jest obiektem publicznego zainteresowania.
W sensacyjnych doniesieniach prasowych, towarzyszących pierwszej fazie fenomenu, pojawiły się między innymi informacje, jakoby trzynastolatka płatała również rozmaite psikusy w szkole, wytrącając na przykład kredę z ręki prowadzącemu lekcję nauczycielowi. Była to nieprawda, podobnie jak historia z księdzem i kropidłem. Efekty kinetyczne podczas pobytu Joasi w szkole podstawowej zdarzały się niezwykle rzadko i na dobrą sprawę, poza jednym bodaj wyjątkiem, ich stopień wiarygodności nie wydaje się znaczny. W przypadku, o którym mowa, Joasia spóźniła się na lekcję, a ponieważ obawiała się reprymendy ze strony nauczycielki, stała przez pewien czas pod drzwiami, nie wiedząc, co ma zrobić. Kiedy zaś wreszcie nacisnęła klamkę, w tym samym momencie z jednej z półek spadła – bez żadnej uzasadnionej przyczyny – doniczka z kwiatkiem. Było to jesienią 1983 roku (dokładnej daty tego incydentu, przewijającego się w relacjach wielu osób, nie udało się niestety ustalić).
Wychowawczyni potwierdziła natomiast w rozmowach z nami zdolności telepatyczne dziewczynki. Jak utrzymywała, zdarzało się niejednokrotnie, że Joasia wywołana do odpowiedzi nie bardzo radziła sobie z materiałem. Dotyczyło to w szczególności pytań z zakresu gramatyki.
– Starałam się wówczas – opowiadała Janina Ostrowska – pomóc Joasi w taki sposób, że w myślach formułowałam prawidłową odpowiedź. Nie zawsze stanowiło to zresztą rezultat jakiegoś skonkretyzowanego zamysłu. Ja po prostu bardzo tę dziewczynę lubiłam i podświadomie zależało mi, żeby wypadła jak najlepiej. Zaobserwowałam, że Joanna zaraz po tym udzielała poprawnej odpowiedzi na zadane pytanie, co jeszcze samo w sobie nie byłoby takie dziwne, gdyby nie fakt, że wypowiadane przez nią zdanie pod względem konstrukcji i stylu często było bardzo zbliżone do tego, jakie układałam w myślach. Na podstawie wielu doświadczeń mam prawo sądzić, że jest mało prawdopodobne, aby w grę wchodził wyłącznie przypadek.
Spostrzeżenie Janiny Ostrowskiej pośrednio potwierdza wydarzenie na lekcji matematyki. Nauczycielka poleciła Joasi rozwiązać zadanie na tablicy. Dziewczynka najpierw nie mogła sobie z nim poradzić, a w chwilę potem – jak gdyby kierując się nagłym impulsem – szybko napisała jego wynik. Był on całkowicie błędny, chciałoby się rzec – ni z gruszki, ni z pietruszki, i Joasia dostała dwóję. Bliższa analiza tego przypadku wykazała jednak zdumiewającą okoliczność, co matematyczka uświadomiła sobie dopiero po jakimś czasie. Okazało się, że w momencie gdy dziewczynka męczyła się przy tablicy z pechowym dla niej równaniem, nauczycielka w myślach rozwiązywała już następne zadanie, które zamierzała podyktować. Jego wynik był dokładnie taki, jaki uczennica napisała na tablicy.
W późniejszej rozmowie z nami Joasia przyznała, że w krytycznym momencie w ogóle nie zastanawiała się, jak prawidłowo rozwiązać równanie. Myślała jedynie o tym, by zadowolić matematyczkę, której się bała. Ponieważ wiedziała, że nauczycielka zna rozwiązanie, skoncentrowała się na niej i, jak mówi, „coś” podpowiedziało jej wynik.
Gwoli uzupełnienia trzeba jeszcze odnotować, że podczas zaimprowizowanych na lekcjach doświadczeń (klasa prosiła Joasię, by pokazała, co potrafi) co najmniej dwukrotnie wystąpiły interesujące efekty fizyczne. W pierwszym przypadku dziewczynka, zbliżając rękę do baterii (odległość wynosiła kilka centymetrów), zgasiła podłączoną do niej żaróweczkę, w drugim – przesuwając dłoń wzdłuż kolby laboratoryjnej, spowodowała wyraźne odchylenie się w wodzie strużki nadmanganianu potasu (sztuka ta nikomu innemu się nie powiodła). Nie znając dokładnie warunków, w jakich przeprowadzone były oba doświadczenia, trudno ocenić w pełni wiarygodność osiągniętych rezultatów. Biorąc jednak pod uwagę fakt, iż relacja pochodzi od nauczyciela, celowe wydaje się ich odnotowanie. Od siebie możemy dodać, że podobne eksperymenty, przeprowadzone przez nas w kilka miesięcy później z udziałem kamery, nie powiodły się. […]
Podczas naszego ostatniego – przed złożeniem maszynopisu w wydawnictwie – pobytu w Czeladzi (jesień 1986 roku) nagraliśmy rozmowy z kolejnymi naocznymi świadkami efektów kinetycznych. W p r z e w a ż a j ą c e j liczbie przypadków zjawiska widziały jednocześnie co najmniej dwie osoby, nierzadko zaś było ich więcej. […]
Agnieszka Grygiel – uczennica Liceum Medycznego:
– Przed kilkoma tygodniami, dokładnej daty sobie nie przypominam, byłam świadkiem w mieszkaniu Joanny Gajewskiej przelotu szklanki oraz kubka. Szklanka ta uderzyła w głowę naszą koleżankę Joannę Potępę.
Joanna Potępa, uczennica Liceum Medycznego:
– Wielokrotnie widziałam przeloty różnych przedmiotów w obecności Joasi. Między innymi podczas niedawnej wizyty w mieszkaniu naszej koleżanki Renaty Bęben doszło do nagłego przemieszczenia się szklanki, która uderzyła mnie w głowę. Innym razem, gdy wychodziłyśmy od Joasi z domu, ugodził mnie w plecy nóż.
Szymon Siedlecki, uczeń Liceum Ogólnokształcącego w Będzinie:
– Byłem u Joanny wspólnie z naszym kolegą Wojciechem Dudałą. Widzieliśmy wówczas między innymi przelot butelki, która uderzyła w kant ściany. Natomiast kiedy opuszczaliśmy razem z Joasią mieszkanie, wyleciała za nią na klatkę schodową buteleczka z kroplami nasercowymi. Podobny wypadek zdarzył się w szpitalu, gdzie Joasia w ramach zajęć szkolnych odbywała prace społeczne, a ja do niej wstąpiłem. Przechodząc korytarzem, usłyszeliśmy głośny brzęk. Po rozejrzeniu się zobaczyliśmy słoik, który uderzył o parapet i stłukł się. Sprzątaczka miała o to do nas pretensje, gdyż sądziła, że urządzamy jej kawały. W tym samym czasie za Joasią wyleciało jakieś lekarstwo w buteleczce, która upadła na podłogę. Natychmiast ją odnieśliśmy do gabinetu zabiegowego, ale pielęgniarka nie zgodziła się przyjąć lekarstwa. […]
Pytanie do Szymona Siedleckiego:
– Czy możesz opisać charakter zjawisk, które zaobserwowałeś w mieszkaniu Joasi Gajewskiej 17 lutego 1986 roku?
Odpowiedź:
– Latało normalnie, trywialnie można powiedzieć, jak zawsze. Pamiętam tylko, że oprócz tego powyginało wtedy krany w kuchni i łazience. […]
Joasia w nowej szkole cieszy się dobrą opinią. Kiedy po zdaniu egzaminu wstępnego została przyjęta do Liceum Medycznego, nikt z pedagogów nie kojarzył jej osoby z prasowymi relacjami sprzed dwóch i pół roku, o których już zdążono zapomnieć. Trudno się temu dziwić, gdyż nazwisko „Gajewski” jest dość popularne, zaś rodzice woleli na wszelki wypadek nie obnosić się z fenomenem córki. […] W przyszłości zgodnie z wybranym przez siebie kierunkiem nauki Joasia chce zostać pielęgniarką.
Czy fenomen Joanny Gajewskiej ze Śląska będzie trwał jeszcze długo? Nie ma dziś człowieka potrafiącego odpowiedzieć na to pytanie. Jeśli – jak chcą niektórzy – „sprawcą” efektów kinetycznych miałyby być istotnie gwałtowne przemiany zachodzące w organizmie, trudno wykluczyć, że wraz z zakończeniem okresu dojrzewania niezwykłe zjawiska zanikną. […] To, co stanie się jutro, pozostaje wielką niewiadomą. […]
Od redakcji antologii: Tak też się stało, zjawiska zanikły wraz z osiągnięciem dojrzałości przez bohaterkę reportażu.
Anna Ostrzycka, Marek Rymuszko, Nieuchwytna siła, Warszawa: Oficyna Literatów Rój, 1989, s. 25–38, 53–60, 233–240
Za Antologia polskiego reportażu
XX wieku
Tom 2 1966–2000
pod redakcją Mariusza Szczygła
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.