Tik-tak, tik-tak. Zegar odlicza sekundy do chwili, gdy na Wyspach Japońskich pozostanie już tylko jedno dziecko. Według wyliczeń naukowców z Uniwersytetu Tōhoku nastąpi to w 3776 roku122.
To długo? Krótko? Mało kto się nad tym zastanawia.
Nietrudno wyobrazić sobie dzieci znikające ze szkół, z parków, przedszkoli, ze szpitali, wymazywane boską ręką, zabierane nagle za kulisy. Liczby nie przestają pędzić.
Rząd chce działać, ale boi się tego obrazu tak bardzo, że nie wie, od czego zacząć.
Statystyki przewidują, że do 2060 roku populacja Japonii zmniejszy się o jedną trzecią. Co piąta kobieta urodzona po 1985 roku nigdy nie wyjdzie za mąż. Pesymistyczne założenia mówią o co czwartej123. Prawie żadna z nich nigdy nie urodzi dziecka, z nieprawego łoża rodzi się ich zaledwie kilka procent. Młode kobiety nie mają ani czasu, ani ochoty na małżeństwo, więc nie mają także potomstwa.
Błędne koło.
Od kryzysu naftowego w 1973 roku, który wstrząsnął filarami japońskiej gospodarki, zarobki mężczyzn spadają nieustannie, a czas pracy się wydłuża. Kobiety stają zatem przed trudnym wyborem – zgodzić się na partnera, który nie będzie w stanie ich utrzymać, czy czekać?
Coraz więcej wybiera czekanie.
– Wiesz, o co zapytała mnie jedna z koleżanek, kiedy wróciłam po kilku latach ze Stanów? „Nie głupio ci być makeinu?”[6]Akiko kroi miniaturowe ciasteczko i z gracją wkłada jego kawałeczki do ust.
Makeinu to kobiety takie jak ona. Bez męża, bez dzieci. Dosłownie: „przegrane psy”.
Akiko zwiedziła kawał świata, ma pracę, którą lubi, i partnera, z którym mieszka od dziesięciu lat. Ale inni twierdzą, że bez papierka to wszystko nic niewarte.
Rozkłada na stole różne rodzaje słodyczy, po które pojechała do cukierni w Ginzie, prestiżowej dzielnicy Tokio. Tłumaczy mi, do czego używa się konkretnych akcesoriów: specjalnej ściereczki, bibułek, bambusowej łyżeczki do nakładania suszu herbacianego, czym różni się ceremonia parzenia herbaty zimą i latem (wyborem naczyń, ozdobą we wnęce, typem piecyka do nagrzewania wody) i dlaczego trzepaczka do przyrządzania naparu – według jej szkoły „drogi herbaty” – jest zawsze biała.
– Nieraz mam ochotę zwyczajnie napić się herbaty. Ale jej zaparzanie zajmuje wieki. Muszę wybrać odpowiednie naczynie, sprawdzić temperaturę wody, odmierzyć porcję liści, posprzątać stół, wybrać odpowiednie wagashi, tradycyjne japońskie słodycze. Kiedy piję herbatę, skupiam na niej całą swoją uwagę – wyjaśnia. – Nie potrafię zalać torebki wrzątkiem i usiąść z kubkiem nad książką, jak normalni ludzie.
W dzieciństwie traktowała ten ceremoniał jak zabawę, ale gdy poszła do gimnazjum, matka postanowiła, że powinna zacząć uczyć się go na serio. Akiko poddała się po kilku lekcjach. Dopiero od paru lat, ponownie, dwa razy w miesiącu pod czujnym okiem nauczycielki szlifuje każdy gest. Wtedy nie istnieje nic poza nią i czarką herbaty.
Nie musi się zastanawiać nad tym, jak pogodzić to, czego chce, z tym, co powinna.
Dziewięćdziesiąt procent Japonek w wieku od osiemnastu do trzydziestu kilku lat pragnie ślubu, dzieci i rodziny124. Małżeństwo uznawane jest w Japonii za kluczowy etap w życiu. Dopiero gdy u twojego boku pojawi się mąż i dziecko (najlepiej syn), społeczeństwo będzie uważać cię za kachiinu – zwycięskiego psa.
Akiko nie jest singielką. Jej partner, nazywany przez nią tajemniczo „On”, od kilkunastu lat ma żonę. Lecz od dekady mieszka z Akiko.
– Mnie to naprawdę nie przeszkadza – mówi Akiko, jakby próbowała przekonać do tego stwierdzenia również siebie.
On chciał wziąć rozwód niedługo po ślubie, jeszcze zanim w jego życiu pojawiła się Akiko. Jego żona była wiecznie niezadowolona, wiecznie zmęczona i wiecznie nieszczęśliwa. Na wieść o rozwodzie dostała ataku histerii. Straszyła, że nie przeżyje utraty twarzy i statusu kobiety zamężnej. Bez męża, nawet w oczach własnych rodziców, byłaby nikim. Uzależniona od niego finansowo, nie miała wyboru, więc zacisnęła zęby.
I trwa w tym stanie do dziś.
Wśród japońskich kobiet do trzydziestego czwartego roku życia najczęstszym powodem śmierci jest samobójstwo125. Ponieważ choroby psychiczne są ignorowane, przynoszą bowiem wstyd rodzinie, wiele kobiet, zamiast leczyć depresję, wybiera jedyny znany sobie sposób na odzyskanie twarzy. On nie chciał, żeby jego żona zrobiła sobie krzywdę, więc połową siebie wciąż jest z nią, a połową z Akiko.
Zamieszkał z Akiko kilka lat po ślubie. Akiko poznała jego żonę, której nawet nowa sytuacja nie przekonała do rozwodu.
Żadne z tej trójki nigdy nie wychodzi z roli.
Akiko i On żyją, jak określa to sama Akiko, w „malutkiej bańce”. O jej związku nie wie ani jej, ani jego rodzina. Razem podróżują, gotują, spacerują. Jak na niekończących się wakacjach. I tak od dekady.
Gdyby wzięli ślub, Akiko musiałaby spędzać większość czasu na opiece nad jego schorowanymi rodzicami. Obowiązek ten należy zazwyczaj do żony najstarszego syna, a On jest jedynakiem. Podobnie jak Akiko. Zgodnie z japońską tradycją w chwili ślubu kobieta odchodzi od swojej rodziny i dołącza do rodziny męża. W świetle prawa zostaje wypisana z rodzinnego rejestru i staje się córką teściów. Akiko nie chce jednak pozostawić swoich rodziców bez opieki. A powierzenie dbałości o nich komuś obcemu to wstyd.
Wszelkie obowiązki rodzinne należą zatem do jego żony. To ona musi jeździć z nim na pogrzeby, śluby, festiwale. Uśmiechać się do teściów i zamartwiać, czy chcą może jeszcze herbaty, o której zrobić im śniadanie i czy może mają ochotę na ciepłą kąpiel. Akiko tymczasem może relaksować się w swoim mieszkaniu albo czytać książkę. I cieszyć się życiem przegranego psa.
Mówi, że nie chciałaby, żeby jego żona zgodziła się na rozwód. I że życzy sobie, żeby tamta żyła dłużej od niej samej. Jednego jest pewna: nie ma zamiaru zostać tradycyjną panią domu.
Przeciwko konwenansom buntuje się także w pracy, w której celowo nie zatrudniła się na stałe, dzięki czemu nie musi przejmować się firmową hierarchią. Ponieważ nie jest etatowym pracownikiem, nikt nie traktuje jej serio, a ona wykonuje dobrze tylko to, co rzeczywiście musi. Nie ma ochoty ani siły przejmować się niepisanymi zasadami, nawet za cenę gorszych warunków zatrudnienia.
– Jakim prawem mam traktować specjalnie kogoś tylko dlatego, że pracuje tam dłużej ode mnie? Nawet jeśli jest totalnym dupkiem? – Akiko wyrzuca z siebie żale, zalewając je przygotowaną chwilę wcześniej (z zachowaniem wszystkich rygorystycznych zasad) herbatą matcha.
Jedno z jej pierwszych wspomnień to gnębiący ją rówieśnicy.
Rodzina Akiko przeprowadziła się do innej dzielnicy, a ona w środku roku szkolnego wylądowała w nowej szkole. Dzieci nie odzywały się do niej, bo tak im kazał ich starszy kolega, senpai.
W pierwszej pracy też nie było lepiej. Akiko nie potrafiła przyzwyczaić się do sztywnych zasad, do czekania, aż przełożony pójdzie do domu, ponieważ nie wypadało zrobić tego przed nim. Do dobrze widzianego przywożenia pamiątek z wakacji i częstowania całego biura ciasteczkami. Czuła się jak w zbyt ciasnym gorsecie: kserowanie, spotkania, prezentacje. Zero kreatywności. W końcu wyjechała do Los Angeles, gdzie przez pięć lat pracowała w biurze podróży, wymyślając dla japońskich klientów wycieczki po Stanach.
Tam właśnie uświadomiła sobie, że to nie z nią jest coś nie tak.
Do Japonii wróciła dopiero wtedy, kiedy jej ojciec dostał udaru.
Początkowo nie potrafiła znaleźć sobie w Tokio miejsca. Niedługo później w jej życiu pojawił się On. Akiko podjęła pracę w dużej firmie informatycznej w Akihabarze, dzielnicy znanej z elektroniki. I powoli nauczyła się żyć po swojemu.
Są dni, kiedy kusi ją, żeby zadzwonić do matki i powiedzieć: „Wpadnę z nim na obiad”.
– Kiedy koleżanka nazwała mnie makeinu, byłam zszokowana. Po pięciu latach w Kalifornii przeżyłam wtórny szok kulturowy. Tam nikogo nie obchodziło, co robię prywatnie, jeśli tylko byłam dobrym pracownikiem. Dobrym człowiekiem. Co za różnica, czy mam dziecko, czy nie? – pyta Akiko retorycznie. – Tymczasem tutaj okazało się, że moja wartość zależy wyłącznie od obecności mężczyzny u mojego boku – dodaje szeptem.
– Nie myślałaś nigdy o dzieciach?
– Dawno temu. Miałam dwadzieścia kilka lat i wszystko wydawało mi się proste: kończysz liceum, studia, bierzesz ślub, masz dzieci. Ale wyjechałam do Ameryki i jak to powiedziała kiedyś moja matka, „poprzewracało mi się w głowie”. Ona co jakiś czas wypomina mi brak wnuków, ale chyba już się z tym pogodziła.
– A On ma dzieci? Albo chciałby mieć?
– Jak by to powiedzieć… – Akiko próbuje znaleźć odpowiednie słowa. – On… No wiesz, nie może.
Znika wreszcie napięcie widoczne na jej twarzy od początku rozmowy. Nie musi czuć się winna, bo to nie z nią jest coś nie tak. „On nie może” – oto idealne rozwiązanie w ich „malutkiej bańce”. Akiko ono pasuje, ponieważ nie chce mieć dzieci.
Czeka jednak na dzień, kiedy ta bańka pęknie z hukiem. Wie, że kiedyś musi to nastąpić. Ktoś z rodziny spotka ją na ulicy, kiedy będzie z nim wracać z romantycznej kolacji, a ona nie będzie umiała skłamać, że to przypadkowa randka. Albo jego żona zacznie szantażować Akiko, że powie o niej jego schorowanym rodzicom. To by ich zniszczyło, bo modlą się o wnuków, winiąc w duchu synową.
Akiko nie chce, żeby doznali szoku. Nie w taki sposób.
A co, jeśli ona zachoruje, a On nawet nie będzie mógł jej odwiedzić? Akiko nie życzy sobie, żeby decyzje podejmowała za nią matka na wózku albo ojciec, który po udarze większość dni spędza w szpitalu. A gdyby On miał wypadek, a ona o tym nie wiedziała, poinformowano by przecież tylko jego żonę? Co zrobią na starość? W razie choroby? Problemów finansowych?
Kim jest dla niego Akiko? Kochanką? Partnerką? Drugą żoną? Czy On mówi o niej swoim znajomym? A może udaje, że ona nie istnieje?
W zeszłym roku byli na Hawajach, w tym wybierają się do Wietnamu. Obu rodzinom powiedzieli, że jadą na wakacje ze znajomymi.
Akiko udaje, że wszystko jest w porządku. I nawet przez większość czasu w to wierzy. A kiedy mimowolnie zaczyna zadawać sobie pytania, kiedy czuje, że nie wie, na czym stoi, otwiera opasły tom poświęcony ceremonii parzenia herbaty. Zatapia się w świecie, w którym wiadomo, co i kiedy należy zrobić. W najdrobniejszych szczegółach.
Po wczorajszej rozmowie z matką („takie tam błahostki, ale jak zwykle musiałam się pilnować, żeby się nie wygadać”) przez kilka godzin składała równo bibułki okaishi. Podczas ceremonii spoczywają włożone za poły kimona. To na nich podaje się przed wypiciem herbaty miniaturowe słodycze.
Na pożegnanie Akiko wkłada mi do torebki piękne wagashi i wyciąga z szuflady śnieżnobiałe papierki.
– Pamiętaj, żeby zjeść je jak najszybciej. Kładziesz je, o tak. – Pokazuje mi, jak użyć bibułek. – A po zjedzeniu składasz i wyrzucasz.
Przez chwilę widzę na jej twarzy konsternację.
– Teoretycznie powinno się je jeść srebrnymi sztućcami – dodaje. – Wymaga tego etykieta naszej szkoły, ale… – Akiko zastanawia się chwilę. – Raczej nic się nie stanie, jeśli użyjesz innych.
Karolina Bednarz Kwiaty w pudełku
Japonia oczami kobiet
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.