wtorek, 11 sierpnia 2026

Kafkarna


 1985.

 Do Pragi przyjeżdża Joy Buchanan, stypendystka, która chce poznać świat Kafki. Pisze o nim pracę. Mówi po czesku, chodzi po Starym Mieście i zadaje jedno pytanie: „Czy czytał/a pan/pani Kafkę?”.

 Ludzie nie odpowiadają. Jest rok 1985, od razu chcą wiedzieć, czy ma pisemne pozwolenie.

 — Na co?

 — Jakiś papier, że w ogóle ma pani prawo zadać takie pytanie.

 Panna Buchananova (tak ją będą nazywać na Uniwersytecie Karola) zaczyna chodzić z czeską tłumaczką i magnetofonem. Ma to dodać jej wiarygodności. Kafki nikt nie czytał, ale przechodnie często uśmiechają się zagadkowo i mówią: „A tak, kafkârnal”, a tłumaczka nigdy tego słowa nie tłumaczy.

 W końcu stypendystka pyta ją, co to za kafkârnal — Ach, głupstwo — mówi tłumaczka i milknie. Buchananova nie daje jej jednak spokoju. — No, tego słowa po prostu nie powinno się, a właściwie nie ma się prawa używać — wyjaśnia w końcu Czeszka.

 — Macie słowa, których nie można używać?

 — Nie, nie mamy żadnych słów zakazanych, co to, to nie. Po prostu takie słowo nigdzie nie figuruje.

 — Ale ludzie je wypowiadają!

 — Jednak gdyby pani szukała na piśmie, nie znajdzie pani. A u nas to, co nie jest napisane, właściwie nie istnieje. I powiem szczerze, że to jest wszystkim bardzo na rękę.

 Kawiarnia to miejsce, gdzie parzy się kawę — myśli Amerykanka — vodârna to po czesku miejsce, gdzie oczyszcza się wodę, octârna — gdzie produkuje ocet. A więc istnieje miejsce, gdzie robi się coś z Kafką.

 Joy Buchanan pyta na własną rękę. Jej opiekun z uniwersytetu mówi, że kafkârna to jest coś, o czym wszyscy wiedzą, ale wiedzą też, że nic się nie da z tym zrobić. Przede wszystkim nie trzeba się temu dziwić. Raczej trzeba to zaakceptować.

 — Ale co?

— To jest coś podświadomego w myślach ludzi. Jak będzie pani tu trochę mieszkać, to na pewno samo się pani rozjaśni nagle powie pani: „Acha, kafkârna!”.

 Ludzie na placu Staromiejskim odpowiadają różnie. „To jest heca i gdyby człowiek nie brał tego jako hecy, to naprawdę nie wiadomo, co by było”. Albo: „To jest coś bardzo głupiego, ale musi być”. „Na pewno myli to pani ze śvejkârną, a i to źle, bo nie ma takiego słowa. Jest za to svejkovina, czyli zachowywanie się jak Szwejk. Tylko to jest coś zupełnie innego niż kafkârna”.

 Zauważyła, że ludzie w Czechosłowacji często porównują coś konkretnego z czymś, o czym mówią, że w ogóle nie istnieje albo że tego w ogóle nie znają.

 Urzędnik z ankiety daje jej przykład: — Proszę sobie wyobrazić, że jest pani mężczyzną, wchodzi do sklepu i pyta czy są skarpetki frotte. Sprzedawczyni odpowiada: „Damskie, dziecięcych nie mamy”. Ta logika jest, panienko, bez sensu, ale działa.

 — W tym jest logika?

 — Bo przypuszcza się, że on wie czy też powinien wiedzieć, że męskich skarpetek nie było już w sprzedaży od pół roku i najprawdopodobniej nie będzie. Więc o jakie skarpetki mężczyzna może pytać? To jasne — tylko o damskie albo dziecięce.

 Stypendystka ma ponad sto odpowiedzi i żadnej konkretnej definicji.

 Pracownicy Uniwersytetu Karola, którzy z nią się kontaktują, są ostrożni. Kiedy na przyjęciu zorganizowanym na jej cześć, coraz więcej osób dowiaduje się, o kim chce pisać, wszyscy przerzucają ją sobie jak parzący kartofel.

 Odważniejsze od kolegów naukowców są ich żony. Żona dyrektora instytutu literatury czeskiej wyznaje Buchanan, że mąż przymierza się, żeby chociaż trochę tego Kafki przeczytać, na razie jednak nie może. Zaczynał i nie jest w stanie doczytać do końca. — Proszę sobie wyobrazić, ze próbował czytać o tym człowieku, co się przemienił w robaka. Ale to jest coś tak nienaturalnego, tak okropnego. To raczej jak z waszej amerykańskiej literatury, wy macie tam u siebie to science fiction, prawda?

 — Mamy.

 — Ale w tradycji literatury czeskiej takie odchylenia nie są czymś zwyczajnym.

 Żona innego pracownika, archiwistka w instytucie, chce wyswatać amerykańską stypendystkę ze swoim synem, który o Kafce nie ma zielonego pojęcia. Matka postanawia przeczytać Proces i mu streścić, żeby mógł przyszłej narzeczonej czymś zaimponować. Szybko wpada w rozpacz. Ciągle wraca do początku książki, bo ma wrażenie, że umknęło jej, o co Józef K. był oskarżony. Potem myśli, że dowie się tego na końcu i też nic. Potem jest przekonana, że wyjaśnienie pisarz zaszyfrował w podtekście. Ale też nie.

 Z tego wszystkiego wybucha: — Synu, naprawdę to jest czyste oszustwo! Żadnej wskazówki! W gatunku ta książka to horror, a człowiek w horrorze, po tylu stronach ma przecież prawo znać przyczynę tej grozy!

Dwa miesiące później zjawiają się w pokoju stypendystki dwaj tajniacy. Służba Bezpieczeństwa chce wiedzieć, czy przechodnie, którzy odpowiadali na ankietę nie zostali przypadkiem pozbawieni własnej woli. I czy aby w takim stanie nie odpowiadali na pytania.

 Jeden z profesorów radzi Amerykance, aby w swojej pracy o Kafce najlepiej nazwiska Kafki nie używała.

 Przekonuje, że w Czechosłowacji ludzie świetnie umieją obejść grząski teren. — Przecież przez całe lata mówi się o pierwszej przedwojennej republice czechosłowackiej i czasem powie się, że ówczesny prezydent zrobił to i to. Wszyscy wiedzą o kogo chodzi, a nazwisko Masaryk za żadne skarby nie padnie. I to jest jak najbardziej w porządku.

 Najlepiej jest więc mówić „ten pisarz”.


 1992.


 Historii stypendystki Joy Buchanan nie napisałem ja, tylko docent literatury amerykańskiej na Uniwersytecie Karola, Radoslav Nenadal. Syn przedwojennego oficera, urodzony w 1929 roku, dziś jeden z najwybitniejszych tłumaczy z angielskiego. Powieść Tudy chodil K. (Tędy chodził K). skończył jeszcze za socjalizmu, w 1987 roku, i oddał do wydawnictwa. Jakimś cudem jej zawartość przed drukiem poznali pracownicy jego uczelni.

 Nikt się do niego nie odzywał przez pół roku.

 Specjaliści od literatury byli jej treścią bardzo dotknięci. Zdawali sobie sprawę, że fabuła jest wymyślona, jednak — jak ktoś zauważył — było to zmyślenie prawdziwe.

 Wydawnictwo nie miało odwagi jej wydać. Wyszła dopiero, gdy upadł socjalizm, a autor był już na emeryturze. W 1992 roku, w wydawnictwie Franz Kafka.

 Jednak wydawnictwo Franz Kafka nie potrafiło jej sprzedać. — Może ludzie nie byli gotowi na takie szyderstwo? — zastanawia się autor. Stosy powieści Tędy chodził K. zalegają więc sklepy sieci Tanie Książki.

 Jeden egzemplarz jest dziś w cenie biletu na tramwaj.

 — Gdyby pan ją zechciał przetłumaczyć na polski — mówi. — Albo chociaż streścić w jakimś waszym czasopiśmie. Może wtedy coś więcej by po niej zostało.

 — Proszę bardzo.

Mariusz Szczygieł 

Gottland 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.