wtorek, 11 sierpnia 2026

Depozyt

 

Kto raz ją widział, ten nie mógł jej pomylić z inną. Drugiej takiej nie ma nigdzie.

Papierośnica jest srebrna. Waży dwieście gramów. Na zewnętrznej pokrywie w górnym lewym rogu miniatura naramiennika 22. Pułku Piechoty (umieścił ten emblemat, gdy otrzymał stopień podporucznika); obok szabla ze złoconą rękojeścią; mieczyk lotniczy; odznaka szkoły podchorążych piechoty; monogram R. M. i herb; pięć pałek w koronie (od znajomych); złocony słonik na szczęście (od żony); odznaka lotnicza; stylizowany na pismo ręczne napis „Ziaba” (od żony, którą tak nazywał). W lewym dolnym rogu złocony monogram P. L.; odznaka 22. Pułku Piechoty (Virtuti ze wstążką); imiona „Felek” i „Marjan” (od kolegów); w prawym dolnym rogu miniatura kołnierza munduru w kolorach piechoty: granatowo-żółty z wężykiem.

Od spodu w lewym górnym rogu złocony monogram K. Ł. W prawym rogu złota płytka na dziesięciolecie ślubu: 14 IV 1946; pośrodku inskrypcja: „Spokojna głowa, sztuk nie ma” (jego powiedzonko). W prawym dolnym rogu herb żony – Krzywda: podkowa i krzyż w niebieskim polu (od żony).

„Spokojna głowa, sztuk nie ma” – to mu zamówili u grawera koledzy ze Sztabu Generalnego. Grażyna pamięta, jak się tym cieszył.

Oddając depozyt, nie zwrócili tej papierośnicy. A miał ją przecież przy sobie. Kiedy żona zaniosła na Mokotów spóźnioną świąteczną paczkę, paczki nie przyjęto. Wręczono jej akt zgonu z datą 10 stycznia 1952 oraz rzeczy z depozytu. Papierośnicy wśród nich nie było. Były za to okulary. Czyjeś okulary. Zdzisław nigdy nie używał szkieł.

W każdą rocznicę daty wypisanej na akcie zgonu odbywa się msza za spokój jego duszy. Zawsze spotykają się wówczas ci, którzy naprawdę nie mogą go zapomnieć. Rodzina, koledzy, przełożeni, podwładni. Grażyna S. za każdym razem rejestruje brak kogoś. Przeszło już tyle lat od chwili, gdy po ojcu został tylko depozyt. Nawet nie wiedzą, gdzie spoczywa jego ciało. Zresztą ona myśli o nim wciąż jak o żywym. Przejęta lękiem oblicza, ile czasu potrzeba, by przetrwało tylko zapomnienie. Czy jej dzieci przejmą jakiś ślad z jej pamięci? Wierzy nie tylko w obowiązek pamięci żyjących, ale i w to, że nieżyjący nie zapominają o tych, których opuścili.

Grażyna S. wszystkie istotne życiowe decyzje konsultuje z nieobecnym ojcem: Jak on by postąpił w tej sytuacji? Jaką drogę by wybrał? Daje mu szansę, by zaistniał choćby poprzez jej wybór. Dopuszczając do udziału w swoim życiu kogoś nieobecnego, czyni go kimś obecnym w czasie teraźniejszym. Czy zawsze by się zgadzał z jej postawą? Czy nie zmieniłby którejś ze swoich zasad, gdyby nie odebrano mu życia?

Czy to możliwe, by nieżyjący wpływali na nasze życie? Czy tylko my, żyjący, możemy tym, co odeszli, dawać dowody, że jesteśmy z nimi? A oni, czy nie mogliby dać jakiegoś znaku?

Po kolejnej mszy w zimny, styczniowy poranek na schodach kościoła Świętego Aleksandra do żony i córki podchodzi znajomy. Z ust bucha para oddechu.

– Widziałem papierośnicę pułkownika.

– Gdzie?

– W desie na Targowej.

– Czy pan jest tego pewien?

– Kto raz widział tę papierośnicę, ten nie może jej pomylić z inną.

Matka i córka patrzą na siebie. Bez słowa przechodzą na drugą stronę placu Trzech Krzyży, stają na postoju taksówek. Grażyna S. uprzytamnia sobie, że w drodze na Osiedle Panieńska, gdzie mieszkała, wiele razy mijała ten sklep Desy. Nigdy nie zatrzymywała się przy wystawie. Mając taki wzrok i tak niewiele by dostrzegła. Ile już razy zdążyła przejść obok tego śladu ojca? To, że źle widzi, też związane jest z jego sprawą. Los wystawił ją na dziwną próbę. Szukając wciąż śladów ojca, mija o krok ten znak, który był jakby właśnie do niej adresowany. Czy zdążą odebrać papierośnicę? Może przejdzie w ręce kogoś, kto ją kupi tylko jako srebrny złom na wagę? A może kolega ojca ze Sztabu Generalnego pomylił się jednak? Nie, raczej ojciec posłużył się nim, by dojrzała znak od niego. Po tylu latach. Jak tam trafiła? Kto ją oddał?

Myślą o tym całą drogę przez most Poniatowskiego, Zieleniecką, Targową.

Targowa 61. Podchodzą do sklepu Desy. Matka Grażyny staje przy wystawie. Grażyna i tak nie liczy na swój wzrok. Popycha żelazne drzwi sklepu. Nie chcą ustąpić. Naciska mocniej. Tkwią twardo w ramie jak przymarznięte. Matka wskazuje jej kartkę, zaczepioną od wewnątrz za kratę: „Awaria świateł. Sklep dzisiaj nieczynny”.

Na wystawie nie ma papierośnicy.

Kto mógł ją kupić?

A jeśli jej w ogóle nie było?

Nie musi być na wystawie. Może jest w środku.

Awaria światła. Dzisiaj się tego nie dowiedzą. Muszą poczekać do jutra.

Rozstają się do jutra. Umawiają się tu rano o godzinie otwarcia sklepu.

Każda idzie do swego domu. Do swego życia. Ale każda myśli o papierośnicy. Czy jest jeszcze w sklepie? Kto ją tam dostarczył? Jaką drogą trafiła na ulicę, którą Grażyna S. przechodziła niemal codziennie?

Mają prawie dwadzieścia cztery godziny na różne domysły, na przypuszczenia. Ten znak od niego nie pozwala zasnąć. Konieczność czekania aż do jutra na odpowiedź przypomina Grażynie S. noc na Belwederskiej, gdy trzeba było doczekać do rana, żeby się dowiedzieć, gdzie jest. Dlaczego go zabrali? Co mu zarzucają?

Teraz widzi ten kwietniowy dzień. Skropiona deszczem, wraca z teczką ze szkoły. Dozorca Żbik tak jakoś dziwnie na nią popatrzył, jakby chciał coś powiedzieć. Ale nic nie powiedział. Drzwi otworzył jej ubrany po cywilnemu obcy mężczyzna.

Rewizja trwała od czternastej do dwudziestej trzeciej. Wszyscy byli po cywilnemu. Przedstawili się, że są z komisji specjalnej, walka z nadużyciami. Grażyna do dziś słyszy stuk wywalanych na podłogę szuflad. Rosnące stosy rzeczy. Papiery. Jej album filatelistyczny w ich ręku. Tam były oflagowane znaczki. Ojciec wieczorami pomagał jej układać. Wyciągnęła po niego rękę.

– Niech tego nie ruszają!

– Wszystko jest zakwestionowane – usłyszała.

Więcej już nie widziała tego klasera. Biżuterię mamy też zabrali. Zwrócili dopiero później, kiedy mama dostarczyła dowody i świadków, że to jej własność. W szkatułce były listy, które mama otrzymywała od niego w okresie narzeczeństwa. Zaczęli czytać, a wtedy mama podniosła głos:

– Proszę przeczytać pierwszy i ostatni! To wystarczy, żeby się zorientować. Reszty proszę nie czytać!

Odłożyli.

Potem siedziały we trzy – matka, ona i Ewa. Na podłodze stos rzeczy. Ewa nic nie rozumiała. Miała cztery lata. Grażyna miała już trzynaście, ale też nie mogła zrozumieć, po co do nich przyszli. Dlaczego ojciec nie wrócił z pracy do domu? To jakieś potworne nieporozumienie!

Matka przypomina jej, że już kiedyś przeżyła rewizję. Gdy w 1939 roku w Siedlcach przyszli po porucznika Barbasiewicza, Grażyna miała dwa i pół roku. Nie pamięta tego, że leżała z grypową gorączką, a gestapowiec w poszukiwaniu ojca klęknął i zaglądał pod jej łóżko. Nie znaleźli go. Ukrywał się pod Siedlcami w majątku znajomych.

Matka Grażyny w trakcie tej pierwszej nocy oczekiwania przypomina sobie, że wtedy, w czasie wojny, żeby zapewnić mu bezpieczeństwo, musiała sama doprowadzić do tego, że jej mąż został uznany za nieistniejącego. Zwróciła się do PCK z prośbą o ustalenie losów porucznika Barbasiewicza, który poszedł na wojnę i odtąd nie dał znaku życia. Uzyskała odpowiedź, że taki nie jest notowany na terenie Rzeszy ani Generalnego Gubernatorstwa.

Nie był notowany, gdyż przebywał w Warszawie na lewych papierach. Dwa razy trafił na Szucha i dwa razy udało mu się stamtąd wyjść. Teraz też mu się nie może stać nic złego.

Przeszłość ma być gwarancją na teraźniejszość. Skoro wyszedł w życiu z tylu opresji, ocalał tyle razy, nic złego nie może go spotkać i teraz.

Matka przypomina dzieciom wszystkie dramatyczne zdarzenia z życia ojca, żeby udowodnić sobie i im, że to, które go teraz spotkało, będzie jeszcze jednym epizodem o szczęśliwym finale.

Wydawało się wtedy, że tylko przetrwać tę noc, a ranek już przyniesie wyjaśnienie. Szuflady wrócą na miejsce. Rzeczy wrócą do szuflad. Ojciec wróci do domu jak zwykle na obiad, a kiedy zaczną go pytać, co się stało, usłyszą jego zwykłe:

– Spokojna głowa, sztuk nie ma.

Pierwsza noc oczekiwania nakłada się na drugą. Ta noc była czekaniem na odpowiedź: Kto to oddał? Jak to tam trafiło?

I tamta noc, wypełniona pytaniami: Dlaczego? Za co? Co może mieć do niego komisja specjalna? O jakie nadużycia mógł być posądzony jej ojciec? On i spekulacja?

Dopiero po latach miała przeczytać fragment raportu, opracowanego na zamówienie Komisji do Badania Odpowiedzialności za Łamanie Praworządności w Sądownictwie Wojskowym. Mieczysław Szerer pisał:

Ppłk Barbasiewicz (stracony) był aresztowany 17 IV 1950 (notabene płk Skulbaszewski, zgłaszając wniosek aresztowania, zalecał: „Dla zamaskowania istotnej przyczyny aresztu dokonać go przez Prokuraturę Powszechną lub Komisję Specjalną”). W zakończeniu notatki służbowej o tym, że sześciogodzinne przesłuchanie więźnia w dniu 21 IV 1950 roku nie dało nic istotnego, oficer śledczy pisze: „Uważam, że należałoby do obecnego systemu śledztwa pacjenta postawić na nogi, gdyż będzie on stanowił dość trudny orzech do zgryzienia, który by pękł w stosunkowo krótkim czasie”. Uwaga nie idzie na marne. Po następnym przesłuchaniu, które rozpoczyna się tegoż dnia 21 kwietnia o godz. 20 i trwa do 3 nad ranem, przesłuchujący notuje: „Zgodnie z poleceniem od godz. 23 przesłuchiwany był na stojąco do godz. 2. Mówiąc o matce i dzieciach, rozpłakał się, że jest niewinny”. Po tygodniu takiego traktowania Barbasiewicz siada do napisania – jak powiada: po przełamaniu wewnętrznego oporu – zeznań, zadowalających Informację1. Po skazaniu je odwołał.

Ten tekst jest częścią jej prywatnego depozytu. W noc oczekiwania na otwarcie sklepu Grażyna S. otwiera szufladę, gdzie w teczce złożone są wszystkie dokumenty dotyczące sprawy ojca. Jego zdjęcia. Odznaczenia. Jest tam również fałszywa kennkarta: wzrost – średni, twarz – pociągła, włosy – szatyn, oczy – piwne, znaki szczególne – brak.

Znak szczególny – nieobecność.

Nie musi odczytywać opisu ojca ze starych legitymacji. Oglądać fotografii. Do dziś nie musi nawet zamykać oczu, żeby zobaczyć go takiego, jaki na zawsze już zostanie w jej pamięci: opięty w dobrze skrojony mundur, pas z koalicyjką, buty z cholewami, bo w długich spodniach czuł się „jak pisarz gminny”. Niektórzy mówili, że „Zdzisław to chyba urodził się w mundurze”. Nawet pracując w Sztabie Generalnym, do końca nosił ostrogi, rogatywkę z orzełkiem w koronie. Spod daszka czapki patrzyły oczy poważne, a przecież skore do uśmiechu.

Takiego musiała go zobaczyć jej matka w 1934 roku w Siedlcach, gdzie porucznik Barbasiewicz był adiutantem dowódcy 22. Pułku Piechoty. Przez dwa lata zbierała listy od niego. Potem ktoś powiedział do jej matki: „Ty, Zosiu, nigdy nie zdążyłaś być żoną. Zawsze byłaś narzeczoną!”. Bo ślub wzięli w 1936 roku, trzy lata później wybuchła wojna. Zrobiła wszystko, żeby oficjalnie uznano go za nieistniejącego. W Siedlcach grała rolę wdowy, a trzyletnią Grażynę uczyła grać rolę sieroty. Kiedy na święta wybierały się do Warszawy na spotkanie z nim, Grażyna musiała zdać egzamin z wyuczonego sieroctwa.

– Pamiętaj, nie wolno ci mówić do ojca „tatusiu”. Mów „wujku” albo „kotku”…

Przed wyjazdem odbywały się próby, a w drodze powrotnej wielokrotnie była podpytywana:

– Grażynko, czy ty widziałaś się z tatusiem?

Kiedy zaprzeczała – dostawała w nagrodę cukierka. Nie widziała tatusia, nie wie, co się z nim dzieje, nie wie, jak wygląda… Im była starsza, tym łatwiej jej szła ta lekcja zapominania.

Wtedy umiała zapominać. A potem nie mogła.

Może dlatego właśnie, że tak bardzo uczyła go się na pamięć. Że tak bardzo czekała na każde z nim spotkanie. Wiozły wówczas z matką z Siedlec do Warszawy na świąteczne spotkanie przygotowane zapasy: kiełbasę, smalec, bigos w garnku, makowiec. W czasie rewizji w pociągu żandarmi pytali podejrzliwie:

– Dla kogo? Po co?

Matka wskazywała na nią:

– Wiozę córkę do lekarzy, do specjalistów. Będzie trzeba czekać kilka dni. Musimy mieć co jeść.

Wymyślała wówczas Grażynie różne choroby, które potem stały się naprawdę jej udziałem.

Kiedy z powrotem włożył swój ukochany mundur, dowiedziała się, co robił i jak się nazywał jej ojciec. Był wykładowcą na podchorążówce AK, miał pseudonim Gryf i Jabłoński, z fałszywą kennkartą był zatrudniony jako inspektor w elektrowni. Pewnego razu zaszedł służbowo na ulicę Filtrową. Zauważył podczas sprawdzania licznika, że właściciel uważnie mu się przyglądał, po czym zniknął w gabinecie. Nie wiedział, co go może spotkać, czy nie powinien zniknąć natychmiast. Za chwilę przed oczyma zobaczył świstek papieru z własnym podpisem: „por. Barbasiewicz”. Była to przepustka upoważniająca do poruszania się po terenie 22. pułku, podpisana przez adiutanta dowódcy pułku. Właściciel był inżynierem i kiedyś w Siedlcach prowadził prace budowlane na terenie pułku. W tym mieszkaniu na Filtrowej 55 potem Barbasiewicz – inspektor elektrowni – spotykał się z żoną i córką, tam znajdował schronienie, tam się w końcu zameldował. Kto się z nim zetknął, ten go dobrze wspominał. Lubili go. Potrafił z każdym się dogadać. Z podwładnymi i przełożonymi. Grażyna pamięta opowiadanie matki, że kiedy w pułku szef kompanii zapytał, kto chce iść na ordynansa do porucznika Barbasiewicza – wystąpiło pół stanu. Nawet w trakcie śledztwa w Informacji uzyskał to, że pozwolili dostarczyć nakolannik na chore kolano i oddali rodzinie do podzelowania skórą jego buty, bo nie godził się na zelówki z gumy.

Potrafił zjednywać ludzi. Lubili go. Może przez to miał szczęście w życiu? A może odwrotnie, może przez to, że trzymało się go szczęście, trzymali się go ludzie?

Nieraz mówił, że ta papierośnica jest inwentaryzacją jego dobrego losu: daty upamiętniające rocznicę ślubu, imiona kochanych, monogramy przyjaciół i emblematy wojskowe. Tak więc znaki tego, co było mu najbliższe, miał zawsze przy sobie. Wierzył, że przynosi mu szczęście. Była z nim, gdy trafił z łapanki na Szucha, skąd dwa razy udało mu się wydostać. Była z nim w powstaniu warszawskim.

Matka, przewidując wybuch powstania, chciała być razem z nim w Warszawie. Nie uprzedzając męża, spakowała walizki, żelazne łóżeczko Grażyny i wysłała ciężarówką na holzgaz2 do Warszawy. Kierowcą był sierżant z 22. Pułku Piechoty. Jemu można było zaufać. Miały nazajutrz pojechać w ślad za rzeczami. Tego samego dnia wieczorem ciężarówka przywiozła z powrotem rzeczy i polecenie od męża, że mają się przenieść do Węgrowa, gdzie jego ojciec był wieloletnim dyrektorem gimnazjum.

Nazajutrz wybuchło powstanie.

Od wybuchu wojny był to najdłuższy okres, w którym nie było o nim wieści. Pewnego dnia zjawił się w Węgrowie. Grażyna nie pamięta, jak był ubrany, pamięta tylko zapach spalenizny, jakim przesiąknięta była jego odzież.

Od tej chwili pamięta go już w mundurze. Kiedy Zdzisław Barbasiewicz ujawnił się jako kapitan AK, został przez generała Berlinga ściągnięty do Sztabu Generalnego w Lublinie. Wraz ze sztabem przenosi się do Włoch, pod Warszawę, potem na ulicę Rakowiecką do stałej siedziby sztabu. Chodził wówczas w przedwojennym płaszczu oficerskim, który żona przechowywała w czasie wojny w kominie, w stogu siana razem z przedwojennymi guzikami. Wyglądał jak dawniej, kiedy był adiutantem w Siedlcach. Nawet w niedzielę, kiedy wychodził do kiosku po gazety koło dawnej końcowej stacji kolejki wilanowskiej, ubrany był zawsze jak na służbę. Jak na paradę. Grażyna pamięta, że poszła z nim w mroźny dzień po gazety. Trzymała ojca rękawiczki, kiedy płacił. Po powrocie do domu okazało się, że nie ma na palcu obrączki. Gruba, złota obrączka. Bez żadnego popłochu dokończył herbatę. Sam ją po drodze uspokajał, że na pewno się znajdzie. Jak mogła się znaleźć po dwóch godzinach, skoro w tym miejscu przechodziło setki ludzi? Podbiegła do kiosku:

– Czy pani nie znalazła takiej złotej obrączki?!

Widzi przeczący gest kioskarki. Odwraca się zrezygnowana i napotyka spokojnie uśmiechnięte spojrzenie ojca. W palcach trzyma obrączkę. Leżała w rozdeptanym śniegu, tuż koło ulicznego zsypu. I te jego słowa:

– Spokojna głowa, Grażynko, sztuk nie ma.

Jemu się wszystko musiało udać.

Ilekroć Grażyna S. przejeżdża teraz Belwederską, patrzy w okna mieszkania, które kiedyś było ich. Tam wracała z Klonowej z gimnazjum Żmichowskiej. Nie wie nawet, kto tam teraz mieszka. Nie ma już stacji kolejki wilanowskiej. W tym miejscu stoi budynek ambasady ZSRR. Nie ma tego kiosku z gazetami, a jednak ona, przejeżdżając tamtędy, zawsze widzi to, co było, a nie to, co jest: byle jaki budyneczek stacji, kiosk i błysk obrączki w palcach ojca. Jego uśmiech.

Tak, miał szczęście. Wierzył w siebie, bo nikt nie mógł powiedzieć, że on go kiedyś zawiódł. Póki on był obok – wiedziała, że jest bezpieczna, że nic złego nie może się stać, że świat jest wielką szansą, a ludzie nie muszą być źli. „Spokojna głowa, sztuk nie ma”…

Raz tylko widziała, jak nie zadziałało to zaklęcie. Przeraziło ją to. Ojciec załamany?! Stał przy oknie tyłem do pokoju, a jego ramiona dziwnie kurczyły się do środka, jakby wciąż zapinał sobie kołnierz munduru. Płakał.

On, o którym mówiono, że urodził się w mundurze, w wieku czterdziestu lat musiał odejść z wojska. Też wtedy nie rozumiała – dlaczego? Był szefem I Oddziału Organizacyjno-Mobilizacyjnego Sztabu Generalnego. W wieku trzydziestu ośmiu lat otrzymał stopień podpułkownika. Odznaczenia. Uznanie przełożonych. Szacunek podwładnych. Był lubiany. Kochał wojsko. Dlaczego więc teraz stoi tyłem do pokoju i ramiona drżą mu konwulsyjnie? Czy z dnia na dzień stał się inny? Nie podołał zadaniom?

Wtedy nie mogła tego zrozumieć. Teraz, w czasie nocy oczekiwania na otwarcie sklepu Desy, zatrzymywała wzrok na fragmentach gazet z własnego depozytu i czytała słowa Bolesława Bieruta, które padły w 1949 roku na III Plenum KC: „Nie wolno nam ani na chwilę spuszczać z oczu wroga klasowego i jego chytrych, podstępnych posunięć […]. Być czujnym. Oto nakaz, który powinien towarzyszyć nieustannie każdemu z nas zarówno w każdym momencie pracy partyjnej, zawodowej i społecznej, jak i na każdym kroku zespołowego czy osobistego życia”…

Odsunięto go od prac koncepcyjnych. Zaproponowano objęcie jednostki w „zielonym garnizonie”3. Czuł, że to byłby tylko kolejny stopień na tych schodach, którymi chciano go wyprowadzić z wojska. Podpułkownik Zdzisław Barbasiewicz zostaje kierownikiem administracji Centrali Wynajmu Filmów na ulicy Puławskiej.

A jednak kiedy w tę noc oczekiwania na otwarcie sklepu Grażyna S. przypomina sobie wszystko, co poprzedza tę chwilę, w której ojciec zniknął wraz z papierośnicą, widzi go w mundurze. Tak go zapamiętuje, jak chciałby być pamiętany.

Próbuje teraz odtworzyć ten dzień, od którego zaczęło się życie bez niego. Co było w szkole? Z kim wracała z Klonowej na Belwederską? O czym mówiły z koleżankami? Czy w tym momencie, kiedy ona się śmiała, on był wpychany do samochodu?

Jego aresztowanie przeraziło nie tylko najbliższych. Kiedy po rewizji na Belwederskiej odjechali cywile z rzekomej komisji specjalnej – wiedziano już, że Barbasiewicz nie wrócił do domu. Żona pułkownika Ziemińskiego błagała męża, by zniknął, ukrył się. Ten kręcił tylko głową w poczuciu pełnej bezradności:

– Jeśli biorą takich jak Zdzisio, to już nie ma wyjścia.

Ta noc oczekiwania na otwarcie sklepu wciąż przeniknięta jest wspominaniem tamtej nocy. Za co? Dlaczego? Gdzie jest? Gdzie go szukać? Jak pomóc?

Na razie jeszcze świat nie był straconą szansą, ludzie nie zmienili twarzy. Pułkownik Halski swoim samochodem jeździł z matką. Nigdzie nikt nic nie wiedział o losie Zdzisława Barbasiewicza. W żadnym więzieniu nie był rejestrowany. Halski zaproponował inne wyjście:

– Niech pani przygotuje paczkę. Gdzie przyjmą, tam jest!

Nie zdążyła przygotować paczki, kiedy pułkownik Holder, sąsiad z Belwederskiej, powiadomił poufnie:

– Pani mąż jest u nas.

Wiedziała już, gdzie zawieźć paczkę. Na Chałubińskiego w Informacji paczki nie przyjęto. Barbasiewicz? Jest w śledztwie… O co oskarżony? Zobaczy się… Kiedy paczka? Proszę się dowiadywać…

Matka Grażyny wystawała odtąd w kolejkach do okienka. Wiele razy z powrotem przynosiła paczkę do domu. Wreszcie kiedyś przyjęli. Za drugim razem pieniądze. Kiedy się można zobaczyć z mężem? Nie wiadomo… Jest w śledztwie… O co oskarżony? Okaże się…

Minęła wiosna. Najciemniejsza wiosna jej życia.

Grażyna dostrzega wokół siebie inny świat. Okazuje się, że znajomi ludzie mają inne twarze niż dotąd. Nawet ich bliska rodzina unika spotkania z nimi. Odcina się od nich, zagrożonych niejasnym podejrzeniem. Wymazuje wszystko, co łączyło ich w przeszłości, zagradza drogę wspólnej przyszłości.

Ale równocześnie przypomina sobie wizytę generała Petrażyckiego ze Sztabu Generalnego. Doradca radziecki sam zadzwonił do drzwi.

– Barbasiewiczowo droga, ja wiem, że Zdzisio jest niewinny. Myśmy go przecież dobrze prześwietlili, skoro był na tym stanowisku. To się musi wyjaśnić. Może pani potrzeba pieniędzy?

Trzeba im było wiary, że będzie tak, jak mówił gość. Że nie opuści go szczęście. Każdą przyjętą paczkę, pieniądze, zgodę na widzenie przyjmowała jako krok do odzyskania go.

Grażyna widziała go tylko raz. 8 grudnia pozwolili przyjść na widzenie żonie i obu córkom. Szła z nadzieją, że może już na święta go wypuszczą. Ewa po ośmiu miesiącach niewidzenia ojca była trochę speszona. Zawsze widziała go w mundurze. Teraz był w grubym swetrze. Zerkała na siedzącego w rogu pokoju widzeń strażnika. Ojciec wziął Grażynę na kolana jak małą dziewczynkę. Kazał jej pomacać kołnierz swetra. Wyczuła coś sztywnego. Usłyszała szept:

– Tam zaszyłem medalik z łańcuszkiem. Pamiętaj.

Zaniepokoiło ją. Każe jej o tym pamiętać, jakby sam tracił władzę nad własną pamięcią.

Kiedy po czterdziestu pięciu minutach strażnik ogłosił koniec widzenia, usłyszała pożegnalne słowa ojca:

– Nie martwcie się o mnie. Módlcie się tylko. Ja mam wyrok duży…

Wyrok? Jaki wyrok? Spojrzała na matkę. Ta opuściła oczy. Nie była zaskoczona wyznaniem ojca. A więc wiedziała, że odbył się proces, znała wyrok. Wiedziała i nic jej nie powiedziała?!

– Jaki wyrok, tatusiu?

– Duży.

– Bez procesu?

– Proces już był.

– A twoi obrońcy?! Przecież mama opłaciła dwóch adwokatów!

– Oni nic nie wiedzieli o terminie rozprawy – odezwała się matka.

– Nikogo nie było na sali – powiedział ojciec.

Zasypała go pytaniami: Za co go skazali? Czy mu coś udowodnili? Czy nie mógł się bronić? Wywołało to jakby bolesny cień uśmiechu, jego spojrzenie na nieruchomego strażnika i gest ręki, którym pogładził jak dawniej jej włosy.

Czy mógł jej powtórzyć dni i godziny przesłuchań? Noce w celi? Jaką mógł znaleźć odpowiedź na inwektywy, które na sali sądowej padły z ust oskarżyciela? Powtarzały się jak refren na wszystkich podobnych rozprawach: „Plugawe płazy sanacyjnego reżimu i jego faszystowskiej armii… Wykazał ogrom zgnilizny moralnej… Za judaszowe srebrniki sprzedał zdradziecko ojczyznę… Jego działalność była dowodem głębokiej nienawiści do ludowego ustroju… W pobudkach swego działania kierował się nienawiścią do mas pracujących narodu i wolą przywrócenia ustroju wyzysku i rządów zdrady narodowej”.

Na chodniku ulicy Chałubińskiego stanęła naprzeciw matki, zagradzając jej drogę:

– Jaki wyrok ma tatuś?

– Kara śmierci.

– Na jakiej podstawie? Jakim prawem?!

– Ty tego nie przyjmiesz, Grażynko, tak jak i ja. Ale tatuś… przyznał się.

– Przyznał się? Więc był winien?

– Nie był winien, ale się przyznał.

Tego nie mogła zrozumieć.

Więc do jej ojca odnosiły się te epitety, których pełne były sprawozdania w gazetach z różnych procesów?

Nic jej wtedy nie mówiły paragrafy: artykuł 86 kodeksu karnego Wojska Polskiego i artykuł 7 małego kodeksu karnego. Usiłowanie obalenia ustroju Państwa Polskiego i szpiegostwo. Nie znała zasady, że przyznanie się jest koroną wieńczącą oskarżenie. Nie wiedziała, że wtedy nie wystarczyło odegrać roli oskarżonego, przyjąć wyrok. Trzeba było jeszcze odegrać rolę świadka w procesie swoich kolegów. Dopiero po latach przeczytała w raporcie Mieczysława Szerera informację, że Barbasiewicz i Roman byli świadkami w sprawie pułkownika Ziemińskiego i potwierdzili jego przynależność do organizacji konspiracyjnej w wojsku. Wedle koncepcji prowadzących śledztwo „Barbasiewicz zorganizował wśród oficerów I Oddziału Sztabu Generalnego komórkę konspiracyjną, do której w końcu 1947 roku zwerbował oskarżonego Ziemińskiego, uprzednio poinformowanego o celach konspiracji (według protokołu konfrontacji Barbasiewicza z Ziemińskim z dnia 21 IV 1950 roku)”.

Kiedy na wieść o aresztowaniu Barbasiewicza żona Ziemińskiego błagała go, by się gdzieś ukrył, zniknął – on odpowiedział:

– Jak takich jak Zdzisio biorą, to już nie ma wyjścia.

A potem obaj spotkali się tam, skąd nie było wyjścia.

Pułkownik Roman zeznał, że Barbasiewicz przekazywał mu meldunki Ziemińskiego, dotyczące stanu oficerów z podziałem na wychowanków odrodzonego WP, przedwojennych oraz inne dane statystyczne.

Barbasiewicz nie musiał brać od Ziemińskiego tych danych, gdyż jako szef I Oddziału miał je zawsze do dyspozycji. Ale to nie było żadnym argumentem dla tych, którzy, mając człowieka, szukali dla niego paragrafu.

W chwili rozprawy przeciwko pułkownikowi Ziemińskiemu (23 lutego 1952) pułkownik Barbasiewicz był już stracony.

Cztery dni po wyroku Barbasiewicz odwołał wszystkie zeznania złożone w śledztwie i na rozprawie. W swojej skardze rewizyjnej przedstawił szczegółowo etapy i metody śledztwa prowadzonego przez Główny Zarząd Informacji.

Odwołanie zeznań zachwiałoby konstrukcją aktu oskarżenia przeciwko pułkownikowi Ziemińskiemu. Żywy świadek okazał się niepewny. Lepiej, aby nie było go wcale. Wystarczyły zeznania na papierze. Należy przypuszczać, że właśnie złożenie skargi rewizyjnej i odwołanie zeznań przyspieszyło wykonanie wyroku. Zdzisław Barbasiewicz został rozstrzelany w zadziwiającym pośpiechu. Niektórzy z wyrokiem śmierci czekali i siedemset dni. Jemu dano sześć tygodni.

Tymczasem żona pisze o łaskę dla męża do marszałka Rokossowskiego i Bolesława Bieruta. Nie otrzymuje żadnej odpowiedzi.

Niesie świąteczną paczkę na Chałubińskiego. Odsyłają ją kilka razy: Później… Przed samymi świętami… Po świętach… Piecze świeże ciasto. Jedzie w Nowy Rok. Każą przyjść za tydzień. Z Informacji odsyłają ją do więzienia na Mokotowie. Brama jest nieopodal wejścia do gmachu Sztabu Generalnego. Puka do okienka. Podaje nazwisko: chce zostawić paczkę. Funkcjonariusz sprawdza listę. Odsuwa paczkę na bok. Z okienka wysuwa się ręka wręczająca jej akt zgonu. Musi pokwitować sumę – sześćset dwa złote niewykorzystane przez skazanego.

Grażyna siedziała pochylona nad książką. Matka staje za jej plecami, kładzie na karty podręcznika akt zgonu. Grażyna czyta: „Barbasiewicz Zdzisław, syn Jana…”. Kończy czytać i nadal nie dociera do niej to, co się stało. Czyta jeszcze raz. Z aktem w ręce chce wstać i potem już nie wie, co się z nią dzieje. Kiedy otwiera oczy, widzi nad sobą sufit. Leży na podłodze.

Ta noc oczekiwania na otwarcie sklepu przedłuża się w przeszłość. Już sama nie wie, jaki czas jest realny. Jeszcze raz dzieje się to, co już dawno przeszło. Przeszło, lecz trwa. Obrazy napływają same, ona jest wewnątrz nich. Czuje skurcz gardła jak wtedy. Ten znak od ojca ożywił wszystko, co na zawsze stało się jej udziałem od tej pierwszej nocy po aresztowaniu.

Widzi teraz kiwającą się na wietrze latarnię nad bramą więzienia mokotowskiego. Szła z matką po rzeczy ojca. Zapach starzyzny. Worki na półkach. Lada jak w sklepie. Książka, w której trzeba pokwitować odbiór depozytu. Nie ma w nim papierośnicy. I nie ma swetra z krzyżykiem w kołnierzu. Są za to okulary. Czyjeś okulary. Zdzisław nigdy nie używał szkieł…

Jest obrączka, znaleziona w śniegu.

Odtąd w jej pamięci już zawsze będzie się chwiała na wietrze ta skrzypiąca latarnia nad bramą więzienia, choć dawno już jej tam nie ma. Widzi ją także teraz, kiedy myśli o papierośnicy. Wtedy nie było jej w depozycie. Czy będzie jutro w sklepie Desy?

Pierwsze imieniny ojca bez niego. Od tej pory zawsze 29 stycznia, w Zdzisława, stawiały na stole czwarty talerz, jakby zakładając, że może się spóźnić, ale zjawi się na pewno. Że jest z nimi. Mimo aktu zgonu przez długi czas żywiły się nadzieją, że nie stało się to, co ostateczne. Nawet to, że w zwróconym depozycie nie było papierośnicy, którą zawsze miał przy sobie, podsycało tę nadzieję. Powoli jednak dzień imienin Zdzisława stał się ich dniem zadusznym. Nie znając miejsca, w którym został pochowany, zamieniły dzień jego imienin w dzień jego pamięci.

Ile już było tych dni? Ile już lat, w których obecna jest jego nieobecność? Grażyna przez tę noc oczekiwania na otwarcie sklepu myśli, czy ojciec mógł kiedykolwiek przypuszczać, że jego śmierć tak nieodwołalnie zdeterminuje los najbliższych? Dla niej od chwili jego aresztowania zaczęło się inne życie. Czekały na nią choroby, których by uniknęła, gdyby nie ta sprawa; poznała widoki z okien mieszkań, które nigdy nie byłyby jej adresami; jej udziałem były inne zajęcia niż te, o których marzył dla niej ojciec.

Teraz, ogarniając przestrzeń czasu między tamtym dniem aresztowania a tą nocą oczekiwania, Grażyna widzi, że wszystko, co się w jej życiu zdarzyło, było związane ze sprawą ojca. Choć nieobecny, wpływał na kolejne zdarzenia. Wszystko działo się przez niego.

W rocznicę aresztowania rodzina otrzymała nakaz eksmisji z mieszkania przy ulicy Belwederskiej. W ciągu dwudziestu czterech godzin należało opuścić mieszkanie. Opóźnienie groziło wyrzuceniem rzeczy przez okna. Zapowiedział to urzędnik kierujący eksmisją. Otworzył nawet okna. Będą zbierały graty na łopatę!

Spotkała go później na ulicy Śniadeckich jako kierownika Biura Zamiany Mieszkań. Patrzyła przez dłuższą chwilę na tę ugrzecznioną twarz za biurkiem i zastanawiała się, czy przypomnieć mu tamte sceny sprzed lat? Na pewno nic by nie pamiętał. Nie wiedziałby, o co chodzi. Wyprosiłby ją za drzwi. Zrezygnowała z usług biura. Nie chciała mieć z nim do czynienia.

Dozorca Żbik pomagał załadować rzeczy na furgon, a dozorczyni ze łzami w oczach zgłosiła szeptem ofertę, że „będzie od tej pory prać pani pułkownikowej za pół ceny…”.

Pierwszy adres, pod którym zameldowała się trzydziestoośmioletnia wdowa z dwiema córkami, był na ulicy Wiktorskiej. Dwa pokoje, w trzecim maszynistka z instytucji wojskowej. W styczniu przeniesiono je do jednego pokoju we wspólnym mieszkaniu. Tam już nie zmieściły się meble z Belwederskiej. Trzeba było część umieścić u znajomych, część sprzedać. Potem przesiedlono je na Koło. Tych baraków przy ulicy Księcia Janusza już nie ma. Stoją tam teraz nowe bloki. Jeden pokój, jedna faza światła, woda na korytarzu, niebo widoczne przez dziury w dachu. Obok mieszkała generałowa Kirchmayerowa, rodzina generała Hermana, siostra Piłsudskiego oraz tacy lokatorzy, którzy budzili się pijani i nigdy na trzeźwo nie zasypiali. Pamięta ich nocne krzyki, awantury. Pamięta bieg do jedynego tramwaju, którym mogła dojechać do gimnazjum Żmichowskiej. Matka załatwiła sobie jakoś pracę kasjerki w domu towarowym. Do obowiązków Grażyny należało odbieranie Ewy z przedszkola. Godzinne wyczekiwania na trzynastkę, ciągnięcie płaczącej Ewy na Koło, szron na ścianie, Ewę pakuje pod kołdrę, sama siada do lekcji, nogi, oparte na wiadrze z węglem, prawie wciska w żelazny piecyk. Rano trzeba było młotkiem rozbijać w miednicy zamarzniętą wodę. Tam odmroziła sobie nogi, palce sine, spuchnięte, stopy nie mieściły się w butach. Każdy krok wyciskał łzy.

Nie zapomni tego, jak pani Żemajtisowa podeszła do niej w szkole i objęła ramieniem:

– Wezmę cię do swego lekarza.

Jak ciepło było w tej wołdze, którą zawieziono ją do szpitala na Solec. Albo gangrena, albo zerwanie sześciu paznokci!

Porobiły się odczyny alergiczne. Kulejąc, biegła ze szkoły po Ewę. Tramwaj, jazda, palenie w piecu. Zasypiała na lekcjach w szkole. Koleżanki ją zasłaniały, a wychowawczyni udawała, że nic nie widzi. Sama załatwiła jej bezpłatne obiady w szkole.

Szkoła. Tam nosiła plisowaną spódniczkę i bluzkę z marynarskim kołnierzem. Tam była taka jak inne. Ale nie dla wszystkich. Dyrektorka, ustalając listę wyjeżdżających na kolonie letnie, skreśliła jej nazwisko:

– Barbasiewiczówna jako rozsadnik zła nie może jechać…

Miała wtedy piętnaście lat. Siedem lat później, kiedy pracowała w Domach Towarowych, ta sama dyrektorka, powołując się przymilnie na więzi ze swą uczennicą, chciała, by odłożyła jej dywan. Grażyna odmówiła. Wciąż pamiętała spojrzenie tamtej, ruch jej warg, gdy rozdając klasie w 1953 roku świadectwa maturalne, powiedziała do niej:

– Twoje papiery ze szkoły dalej nie wyjdą. Ty się na uczelnię nie masz co starać.

Myśli teraz: kim by była, gdyby nie to wszystko?

Nie byłaby rencistką, dorabiającą chałupnictwem. Skończyłaby stomatologię. On tak chciał.

On miał wyposażyć jej gabinet. Wiadomo, że byłoby tak, jak on chciał.

Nic nie było tak, jak on chciał. Przewidziana przez ojca jej przyszłość odeszła wraz z nim. Żyła teraz innym życiem, niż było dla niej przewidziane.

Miała szesnaście lat, kiedy zrobiła maturę. Ojciec obiecywał, że na ten wielki, maturalny bal pójdzie w pięknej, białej sukience. On sam zatańczy z nią pierwszego walca. Był zaangażowany w prace Koła Rodzicielskiego w liceum. Po maturze zacznie być prawdziwą panną. A prawdziwe życie prawdziwej panny zaczyna się od pierwszego balu w prawdziwej sukni…

Miała już te szesnaście lat, ale nie była na balu. Utknęła w zapachu waleriany, maści i syropów. Została kasjerką w aptece. Zarabiała sześćset dwa złote. Dokładnie tyle, ile kazano pokwitować przy odbiorze pieniędzy, których ojciec nie wykorzystał. Nie zdążył. Po zmianie biegła jeszcze do różnych domów. Dorabiała korepetycjami. Półżywa docierała na Koło.

Była w szpitalu po operacji wyrostka, kiedy dowiedziała się, że nie ma dokąd wracać. Z baraków na ulicy Księcia Janusza rzeczy zostały wystawione na ulicę.

– Dokąd mam się przenieść? – pytała matka.

– W Warszawie nie ma pani prawa zameldowania.

– Co mam robić?

– Może pani znajdzie pracę w jakimś pegeerze.

Reszta rzeczy idzie do znajomych. Ci chętniej się na to zgadzają niż część rodziny, która boi się kontaktu z zadżumionymi. Z walizkami pod pachą przenoszą się we trzy do znajomej w Otwocku. Matka pisze odwołanie do Rady Państwa.

Grażyna S. sięga teraz do teczki depozytu. Wśród innych dokumentów jest tam odpowiedź na to odwołanie: „Decyzja Ministra Gospodarki Komunalnej jest ostateczna i nieodwołalna. Prezydium Rady Narodowej może spowodować przydział lokalu i pracy na terenie woj. koszalińskiego, opolskiego, wrocławskiego, zielonogórskiego. Kier. Wydz. Chmielewski”.

Zameldowana w Otwocku, żyła w bezustannych przesiadkach: z pociągu do apteki, z apteki na korepetycje, czasem nocowała u znajomych, czasem u koleżanek. Gdy spóźniła się na pociąg, nocowała w parku na Mokotowie, wsparta o swoją torbę. Właściwie ta torba była jej domem. Miała w niej wszystko: książki, koszulę, wiktuały.

Kiedy tak czasem czekała świtu na ławce, jakoś się nie bała. Miała wrażenie, że ktoś nad nią czuwa.

Potem były jazdy kolejką EKD. Ktoś życzliwy wskazał w Milanówku walącą się ruderę. Wprowadziły się na dziko do mansardy. Nie było światła. Dach przeciekał. Przekonały głównego lokatora, że pilnują mu obiektu, ale gdy ten musiał się wymeldować – znowu zagroziła im bezdomność. Grażyna pracowała już wówczas w sekretariacie spółdzielni „Skala” na Wilczej.

– Co się z panią dzieje? – spytał raz sekretarz partii, widząc, jak trzęsą się jej ręce, jak musi nisko pochylać głowę nad biurkiem, by odczytać nagłówek urzędowego pisma.

Nie pamięta słów, nie wie, czy mówiła, czy płakała, opowiadając o swojej sytuacji mieszkaniowej. Kiedy obiecał pomóc – nie uwierzyła ani jednemu słowu. Dlaczego ma pomóc ktoś obcy, jeśli nawet rodzina odwraca się od nich? Sam pojechał do Pruszkowa. Jego interwencja odniosła skutek. Otrzymały nakaz na owo mieszkanie w Milanówku.

Tak, ta „Skala” to był lepszy okres. Blisko kolejki. W śródmieściu. Ciepło w nogi. Tam chyba pierwszy raz od dłuższego czasu skłoniono ją, by się uśmiechnęła. By chciało się jej popatrzyć w lusterko. Tam użyła pierwszej szminki do warg. Tam poznała swego przyszłego męża. Wtedy uznała, że jej własne życie nie może być tylko przedłużeniem życia nieobecnego ojca.

Nie nosiła jeszcze wtedy tych ciężkich, grubych szkieł – piętnaście dioptrii. Te wszystkie choroby, które kiedyś wymyślała dla niej matka, wyjaśniając w czasie okupacji przyczyny podróży do Warszawy, były jeszcze przed nią. To przychodziło powoli, ale zbyt wcześnie jak na jej lata. Najpierw rozmywały się litery, potem kontury ludzi widziała jak za brudną szybą. Kontury też zaczęły zanikać. Wtedy już miała dzieci: Piotra i Małgosię. W 1979 roku przestała widzieć ich rysy. Tak zauważalne pogorszenie przyszło po urodzeniu Piotra. Przeszła ospę. To było medyczne kuriozum. Która matka zarazi się ospą dziecka? W tym wieku taki stan nerwów? Kłopoty z krążeniem? Kamica wątrobowa? Czy nie za dużo jak na tak młodą kobietę? Po ospie jeszcze bardziej pogorszyły się oczy. Zaćma. Zaćma w tak młodym wieku? Zaćma jest chorobą wieku starczego! Jedno oko było lepsze. Używała szkła powiększającego. Sama teraz nie wierzy, że mogła z takim wzrokiem liczyć miliony. Bo potem pracowała w Głównej Kasie Zbiorczej Domów Towarowych. Choroba postępowała.

Trzy lata temu, kiedy przenieśli się do nowego mieszkania, stojąc o pięćdziesiąt kroków od bloku musiała pytać, jak trafić pod swój adres. Pytała ludzi o numery autobusów. Stanęła przed komisją. Orzeczono „niewzroczność”, skierowano na rentę inwalidzką. Czekały ją operacje. Lekarze kiwali głowami. W pani wieku już operacja? Operacje na zaćmę mają lżejszy przebieg w wieku starczym, usunięcie soczewki jest łatwiejsze, rekonwalescencja szybsza.

Do niej wszystko, co złego mógł ofiarować jej los, przychodziło wcześniej niż do innych. Im mniej widziała przed sobą, tym wyraźniejsze stawało się to, co przeszła. Nie widziała twarzy swych dzieci. Ale pamiętała twarz ojca.

Przeszła dwie operacje. Przez grube szkła może odczytać następny dokument, będący etapem jej życia, choć mówi o ojcu. Pismo adresowane do matki: „Zawiadamiamy Obywatelkę, że postanowieniem Najwyższego Sądu Wojskowego z dnia 24 IV 1956 r. postępowanie karne w sprawie męża Obywatelki, Barbasiewicza Zdzisława Jerzego, s. Jana, zostało wznowione. Najwyższy Sąd Wojskowy po ponownym rozpatrzeniu sprawy stwierdził niewinność męża Obywatelki i uchylił wyrok z dnia 29 X 1951 r. Nr sn 4/51, skazujący go na karę śmierci. Oznacza to całkowitą rehabilitację męża Obywatelki. Prokurator Generalny – Marian Rybicki”.

Tylko sześć lat minęło od aresztowania. Od śledztwa. Przyznania się. Tylko pięć lat od wyroku. Odwołania zeznań.

Aż sześć lat. A tyle w nich zdarzeń, których nigdy nie zapomni. To, co zawiera jej archiwum, jest potwierdzeniem, że to były nie tylko jej dramaty. Jest tam numer „Trybuny Ludu” z 1956 roku, a w nim referat Edwarda Ochaba, omawiający XX Zjazd KPZR: „Prawda jest dla nas nieodzowną bronią w walce o zwycięstwo sprawy ludu pracującego”. Jest „Express Wieczorny” z datą 6 grudnia 1956. W tę noc oczekiwania na otwarcie sklepu wracają do niej tytuły z pierwszej strony. Na górze: „W Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki młodzi rewolucjoniści obradują nad sprawą konsolidacji młodzieży w walce o pełną odnowę naszego życia”… Poniżej: „Po rozwiązaniu rad rewolucyjnych wzrost napięcia na Węgrzech. Nowe demonstracje w Budapeszcie”. Z lewej strony kolumny tytuł: „Niewinnie skazani oficerowie WP. Tragiczna lista […]. Wszyscy oficerowie zostali skazani za udział w stworzeniu w obrębie swych służb (marynarka, lotnictwo i broń pancerna) komórek wywiadowczo-szpiegowskich, podległych bezpośrednio tak zwanej grupie Tatara, Kirchmayera. Skazani zostali wyłącznie na podstawie swych zeznań, uzyskanych w toku śledztwa, trwającego około dwóch lat pod straszliwym przymusem fizycznym i psychicznym. Żadnego innego dowodu winy nie było. Listę 19 nazwisk rozstrzelanych oficerów otwiera komandor por. Józef Zbigniew Przybyszewski (d-ca baterii nadbrzeżnej w obronie Helu. W Wojsku Polskim pełnił służbę szefa artylerii Marynarki Wojennej) […]. Ppłk Zdzisław Barbasiewicz (w czasie okupacji działał w AK, po wyzwoleniu pracował w Sztabie Generalnym) […]. Rodziny otrzymały pełną rehabilitację moralną i materialną. Ale opinia publiczna oczekuje pociągnięcia do odpowiedzialności tych, którzy są odpowiedzialni za śmierć niewinnie skazanych”… Po drugiej stronie tego numeru może przeczytać tytuł: Proces rehabilitacyjny Kazimierza Moczarskiego, Stanisława Kraka i Alfreda Kuczewskiego…

To właśnie w tym okresie powstało domowe archiwum, które teraz przegląda. Dokumenty stwierdzające niewinność. Gazety piszące o rehabilitacji. Sprawa jej ojca była jedną z wielu. Z jej osobistej sprawy stała się sprawą publiczną. Czy to przyniosło jej wtedy ulgę?

Ludzie niewinnie osądzeni wychodzili z więzień. Skazani, na których wykonano wyrok, nie wrócą. Nie wiadomo nawet, gdzie ich pochowano. Jedni mówią, że leżą w wykopach na fundamenty, na których teraz stoi potężny gmach, kiedyś przeznaczony na więzienie; drudzy wskazywali daleki Służewiec, inni wymieniali cmentarz Bródnowski, ktoś napomknął o wsi Trojanów pod Sochaczewem, gdzie na cmentarzu obok poległych żołnierzy września trzydziestego dziewiątego roku przybyły groby oznaczone „NN”.

Chciały wiedzieć, gdzie go szukać. Pragnęły mieć miejsce, by się z nim spotykać.

Matka w 1956 roku udała się specjalnie na rozmowę z ministrem sprawiedliwości. Rozłożył ręce w geście autentycznej bezradności.

– My nie wiemy nic pewnego. Kiedy coś da się ustalić, przekażemy rodzinom.

A przecież są ludzie, którzy zabijali drewniane trumny gwoździami, wkładali je na wóz, kopali doły. Ktoś to robił. Są gdzieś protokoły. Przecież instrukcja o wykonywaniu orzeczeń przewidywała podpisanie protokołu wykonania wyroku śmierci przez naczelnika więzienia, prokuratora, lekarza, sędziego oraz dowódcę oddziału egzekucyjnego. Ktoś wskazywał kierunek tym furmanom, którzy przed świtem wyjeżdżali z bramy więzienia.

Chciały znać miejsce, do którego dotarł.

Zdawało się, że będzie to możliwe, gdy w roku 1956 po corocznej mszy w dniu wykonania wyroku podszedł do nich ktoś całkiem im nieznany i powiedział, że jest człowiekiem, który ostatni widział Zdzisława Barbasiewicza. Siedział z nim w celi na Mokotowie. Kiedy drzwi się otworzyły i wyczytano nazwisko „Barbasiewicz” – nie wiedział, po co go wywołują. Już w drzwiach odwrócił się i powiedział:

– Jak będziecie się przenosić do innej celi, zabierzcie ze sobą moje ranne pantofle.

A więc on też nie liczył się z tak rychłym wykonaniem wyroku. Wierzył, że przyjdzie ocalenie. Jak zawsze.

Zna więc ostatnie słowa ojca. Nie zna do dziś miejsca, gdzie leży jego ciało. Na Zaduszki, w dniu jego imienin i w dniu podanym na akcie zgonu chodzą na Cmentarz Komunalny na Powązkach, gdzie staraniem administracji wojskowej postawiono symboliczne nagrobki straconych. W półkolu za grobowcem Świerczewskiego widnieją mosiężne tabliczki: „Ppłk Zdzisław Barbasiewicz, niewinnie stracony”… Obok nazwiska Mossora, Kity, Rypsona…

Tak, wtedy wszystko by zrobiono, żeby ich wskrzesić. Nagrobki. Rehabilitacja. Odszkodowania. Ile wart jest mąż? Ojciec? Wypłacili pięćdziesiąt tysięcy, potem podwoili tę sumę, a gdy rodzina zakwestionowała sprawę zagubionej papierośnicy – pytali z palcem na liczydłach:

– Ile pani chce?

Gotowi byli wyrównać wartość depozytu, prosili o ekspertyzę. Grawer Miecznik z ulicy Nowogrodzkiej, który wielokrotnie miał ją w swej pracowni, oświadczył:

– Nie podjąłbym się odtworzenia tej papierośnicy. Na taką rzecz nie ma ceny. Drugiej takiej nie ma nigdzie.

Nie chodziło im o pieniądze. Chciały odzyskać to, co było zawsze tak blisko niego.

I oto po latach liczy godziny, kiedy noc minie i nadejdzie pora otwarcia sklepów. Czy będzie tam? Jak tam trafiła? Myślą o tym. Grażyna u siebie w mieszkaniu, nad otwartą szufladą z archiwum. Jej matka u siebie. Obie, choć oddzielone kilometrami przestrzeni, myślą o tym samym.

Tylko one dwie tym żyją. Siostra Ewa od lat mieszka w Danii. Jej wystarcza ten ślad po ojcu, jaki jest na Powązkach.

Grażyna S. na te godziny oczekiwania zamknęła się w pokoju jak w celi. Za ścianą jest mąż, córka i syn.

Nie wiedzą, że w tych ścianach wraz z nimi przebywa jeszcze nieobecny. Że on jest wciąż miarą świata. Miarą innych ludzi. Nie wiedzą, że Grażyna porównuje wszystkich, którzy coś dla niej znaczą, do osoby ojca. Czy on by się tak zachował jak jej mąż w chwili, gdy gniewa go odmawiający posłuszeństwa silnik samochodu? Czyby usiadł do kolacji w tak niedbałym stroju jak syn Piotr? Nie wygłaszałby takich bezwzględnych opinii o ludziach. Inaczej by wbijał gwóźdź. Inaczej reagował na podłość. Inaczej witał radość.

Nie mówi im tego. Nie wie nawet, czy orientują się, że odbiera ich jakby poprzez niego. Są dla niej najważniejsi i niezastąpieni, dlatego właśnie pragnie, by odpowiadali obrazom i zasadom jej przeszłości. Ale Małgosia woli chodzić w spodniach, a słysząc o marynarskich kołnierzykach bluzek, jakie matka nosiła u Żmichowskiej, wybucha śmiechem.

Czasem ma wyrzuty sumienia, że dając z siebie najbliższym wszystko – okrada jakby z uczuć kogoś nieobecnego.

Strata ojca kazała jej ocalić jego osobę w pamięci. Wyobraźnia podsuwała przez tyle lat wszystkie zdarzenia, w których mógłby uczestniczyć, gdyby żył: wspólne wakacje, dalekie podróże, jej ślub… W wyobraźni kazała mu przeżywać wszystkie ich troski i radości, odgrywać nadal rolę ojca, potem teścia, wreszcie dziadka jej dzieci. Jego brak uczynił go bardziej obecnym w ich życiu, niż gdyby był obecny naprawdę. Przecież właśnie to, że go zabrakło, decydowało nawet o tych ścianach, w których żyją. Nawet o lekarstwach, które miały ratować jej zdrowie. I o zdrowiu, którym zapłaciła za to, co się z nim stało.

Po rehabilitacji mogła się starać o mieszkanie. Uzyskała specjalne uprawnienia do otrzymywania lekarstw w Ministerstwie Zdrowia. Zaproponowano im wczasy – miejsce do wyboru. W Krynicy kierowniczka Czerwonego Domu FWP4 oprowadzała je po pokojach, mogły wybrać, który im się spodobał. „Wczasy rehabilitacyjne” miały prawo otrzymywać posiłki do pokoju. Co dzień rano pukano z pytaniem, jakie mają życzenia wobec jadłospisu. Niech się nie krępują, Rada Państwa dopłaca do ich pobytu.

Nie mogła się pozbyć wrażenia, że najpierw on dopłacił swoim życiem. Do wczasów. Do przydzielonego mieszkania. Do lekarstw. Czy ma mu dziękować, że tak ułatwił im życie bez siebie?

Nieraz myśli, jakie byłoby to życie, gdyby przeżył swoją rehabilitację. Miałaby swój zawód. Nie byłaby chora na te choroby, które ją spotkały.

Patrzy w lustro. Nawet jej twarz byłaby inna. Zapewne nie nosiłaby śladów ospy. Jej oczy nie byłyby wyolbrzymione przez grube, ciężkie szkła. Byłaby bardziej podobna do tej, jaką widział ojciec. Pewnie na spotkaniu wychowanek liceum imienia Żmichowskiej w dwudziestolecie matury nie musiałaby przypominać koleżankom swego imienia i nazwiska, by ułatwić im rozpoznanie „tej Grażynki z trzeciej ławki”.

Jakże inną barwę by miało to, co już przeszło. Nie zdążyła jeszcze nauczyć się świata, kiedy już się dla niej rozpadł. Od chwili, gdy go zabrakło, żyła innym życiem, niż mogła żyć.

Wciąż przypisuje ojcu siłę i energię wieku, w którym go straciła. Nie uwzględnia czasu, jaki upłynął od daty 10 stycznia 1952 roku. Został dla niej na zawsze czterdziestoletnim mężczyzną. Tym, który trzymał ją na kolanach na ostatnim widzeniu.

Czasem rzeczywistość potwierdza jakby jej widzenie, pozwala traktować ojca jak osobę, która nie dla wszystkich odeszła. W 1966 roku przyszedł list z Rygi od pułkownika Fastowca. Do roku 1946 był w Sztabie Generalnym, potem wrócił do ZSRR i oto pisał ze wzruszeniem, że dopiero teraz przeczytał w „Życiu Warszawy” nekrolog, podający datę mszy za spokój duszy pułkownika. Nic nie wiedział o jego śmierci, zawsze go serdecznie wspominał, bo Zdzisław nauczył go po polsku, pokazywał mu Warszawę i jej pamiątki. Był przekonany, że się niebawem spotkają, bo zatęsknił za Warszawą…

A więc czternaście lat od rozstrzelania ojciec żył jeszcze dla kogoś? To też był dla niej znak, że nieobecni nie odchodzą ze wszystkim i nieodwołalnie.

Wysłały zaproszenie dla autora listu. Emerytowany pułkownik przyjechał z Rygi. Teraz on ich oprowadzał po Warszawie tym szlakiem, jakim przedtem prowadził go Zdzisław. Przypominał jego słowa, z czego się śmiał, o czym mówił poważnie. Potem Grażyna z matką pojechały do Rygi. Były gośćmi przyjaciela ojca i czuły się tam tak, jakby pojechali we troje.

Tak, to, że dla kogoś przeżył swoją śmierć, było znakiem od niego. Jak ta papierośnica.

Czy jutro rano uzupełni ona domowy depozyt dokumentów i rzeczy po ojcu? Jeszcze tylko kilka godzin, zanim otworzą sklepy. Grażyna patrzy na szufladę. Oprócz dokumentów, papierów, zdjęć są tam złożone odznaczenia ojca: Virtuti Militari, Polonia Restituta, Krzyż Walecznych, Krzyże Zasługi – brązowy, srebrny, złoty. Przedwojenny Medal Dziesięciolecia, medale „Za Warszawę”, „Za Berlin”, „Za Odrę i Nysę”, „Za zwycięstwo nad Niemcami”.

Powoli zamyka szufladę. Depozyt swojej pamięci. Całe to archiwum przekazała Piotrowi. Syn studiuje prawo. To, co zawiera ta szuflada, jest dokumentacją problemu, do czego może służyć prawo, gdy rządzi bezprawie. Niech teraz będzie to jego depozytem.

W ten sposób Piotr, porównywany wciąż do kogoś, kogo nie znał, przejął od niej sztafetę pamięci. Stworzył wizerunek postaci dziadka poprzez jego nieobecność. Obraz praw czasów sprzed swego urodzenia.

Może jutro przejmie jeszcze jeden rekwizyt do tego depozytu.

Już świta…

Targowa 61.

Umówiła się z matką o godzinie otwarcia sklepu. Obie jednak były już pół godziny przed jedenastą. Krążyły po chodniku. Każdy nadchodzący przechodzień stanowił zagrożenie: może zmierza do desy, może sięgnie po tę papierośnicę?

Zgrzyt kraty. Kierowniczka zaskoczona. Dwie kobiety, ledwo zdążyła zdjąć kłódkę, wchodzą do środka. Pochylają się nad gablotami.

– Jest podobno u pani taka papierośnica pełna emblematów.

– A jest. Rzecz amatorska, bardzo „retro”.

Szczęk kluczyków, otwarcie szafki, błysk srebra i Grażyna czuje na swojej dłoni ciężar papierośnicy. Nie musi przybliżać jej do oczu. Opuszkami palców rozpoznaje kształt emblematów, litery inskrypcji. Choć czuje ulgę, z trudem przełyka ślinę. Ucisk w gardle, jakby dobiegła do mety po maratonie. Opiera się o ladę. Matka bierze papierośnicę. Patrzą teraz na siebie bez słowa. Kierowniczka śledzi ich spojrzenia. Coś się kryje za wzruszeniem tych kobiet. Pyta zaniepokojona:

– Może… kradziona?

– W pewnym sensie tak.

– To ja mogę wycofać ją z depozytu na dwadzieścia cztery godziny, a panie mogą natychmiast powiadomić organa ścigania.

Bez porozumienia obie kiwają przecząco głowami. Nie zostawią jej ani na godzinę dłużej. Bały się, że ktoś mógłby to wycofać, odebrać. Już wczoraj wyjęły z książeczki PKO oszczędności. Kiedy matka odlicza pieniądze, Grażyna pyta:

– Kto to wstawił?

– Wedle przepisów tego mi nie wolno ujawnić. Chyba że na żądanie prokuratora.

Nie wiedziały, która z nich ma nieść papierośnicę.

Dopiero w domu przyglądają się jej dokładnie tak, jak patrzyłyby na twarz człowieka, który wrócił po latach. Musiała upaść albo ktoś uderzył o coś jej spodnią stroną, bo w napisie „Spokojna głowa, sztuk nie ma” w słowie „sztuk” litery „u” i „k” były skrzywione, uniesione do góry.

Przez czyje ręce przeszła? Kto ją zaniósł do sklepu? Kto odbiera pieniądze, które one wpłaciły ze swych oszczędności?

Matka boi się kontaktów z prokuraturą. Znów wraca obraz okienka Informacji na Chałubińskiego, kolejek, obcych twarzy, przeczącego gestu głowy…

Grażyna pisze pismo do Generalnej Prokuratury z prośbą o wyjaśnienie losów papierośnicy, której nie zwrócono z depozytu.

Za dwa dni rozlega się telefon. Dzwoni prokurator. Pojechał na Targową 61, ustalił, że do desy dostarczyła papierośnicę pani Z. Dotarł do niej. Wyjaśniła, że otrzymała ten drobiazg od swego przyjaciela. Kiedy młody człowiek zerwał z nią znajomość, pani Z., potrzebując pieniędzy, oddała przedmiot do desy. Prokurator uzyskał informację, że ów młody człowiek wziął papierośnicę ze zbiorów pewnego rotmistrza kawalerii, który był jego ojczymem. Rotmistrz zaś, doceniając unikalny charakter ozdób, kupił papierośnicę w pierwszym sklepie Desy na MDM-ie prawie ćwierć wieku temu. Nie sposób ustalić, kto ją wtedy przyniósł do sprzedania…

Papierośnica trafia do prywatnego depozytu Grażyny S. Tam, gdzie są wszystkie dokumenty, odznaczenia, gazety. Tam, gdzie są zanotowane ostatnie słowa właściciela papierośnicy: „Jeśli będziecie się przenosić do innej celi, zabierzcie ze sobą moje ranne pantofle”.

Andrzej Mularczyk, Polskie miłości, Warszawa: Muza SA, 1998, s. 343–384

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.