piątek, 28 sierpnia 2026

Przyczyny promowania heliocentrycznego oszustwa:

 Patrz Płaska Ziemia jako ćwiczenie duchowe >

Dlaczego Oni Kłamią:

Brak Globu (kuli) = Brak Rotacji = Brak Orbity = Brak Heliocentryzmu = Geocentryzm = Brak Wielkiego Wybuchu = Brak Darwinizmu Czy Ewolucji = Brak Brakującego Ogniwa = Brak Przypadkowości = My Jesteśmy Unikalni = W Centrum Wszystkiego = Inteligentny Projekt = Bóg Czy Stwórca = Przebudzenie Ludzkości = Koniec NWO

Inne przyczyny masońskich kłamstw:

Przyczyną promowania oszustwa przez masońskie elity od setek lat jest zadowolenie ich wielbionego bóstwa Lucyfera, Szatana. Stworzenie na ziemi całkowitej kontroli nad ludźmi - fizycznej, intelektualnej, religijnej - aby móc zrobić z ludzi niewolników podległych garstce niedowartościowanych pasożytów, którzy stanęli po stronie zła, myślących, że są lepsi niż inni i że są narodem wybranym przez swojego pana Lucyfera do sprawowania tej kontroli nad innymi i zrobienia z ludzi niewolników. W celu realizacji tych celów stworzono plan NWO: tzw. Nowy Światowy Porządek, którego systematyczna realizacja jest widoczna od kilkuset lat, a obecnie widać ją bardzo wyraźnie. W systemie tym, życie przeciętnego człowieka będzie życiem posłusznego niewolnika karmionego przez ten kontrolowany system. Aby taki niewolnik stał się nim dobrowolnie oraz był posłuszną i tanią siłą roboczą, należy go oszukać, pozbawić prawdziwej wiedzy duchowej i materialnej, zdrowia psychicznego, fizycznego oraz wsparcia rodziny, jak również, należ zastąpić prawdziwą wiedzę wyrafinowanymi kłamstwami, aby zająć czymś, zaabsorbować jego umysł odwracając uwagę od spraw istotnych co ułatwia ową kontrolę nad nim. Jest to genialny diabelski plan rodem z filmów mrożących krew w żyłach, ale niestety to nie film, to nasza rzeczywistość, w której żyjemy.

Jesteśmy faszerowani kłamstwami, zabijani szczepionkami, jedzeniem genetycznie modyfikowanym, otumaniani fluorem w wodzie, sztucznymi ulepszaczami żywności, opryskami z samolotów, falami elektromagnetycznymi, wysyłanymi przez wieże komórkowe o specjalnych częstotliwościach oraz jesteśmy kontrolowani przez podległy im system edukacji i hipnotyzowani przez „jednookiego Guru – Telewizję”. Żyjemy na granicy ubóstwa w ciągłym stresie i niepokoju, który prowadzi do wielu chorób. Temat ten można by szeroko rozwijać, ale tutaj wspominamy o tym tylko ogólnie.

Oczywiste jest, że aby móc urzeczywistnić tego typu plan należy dysponować nieograniczonymi środkami finansowymi, co nastąpiło ostatecznie w 1913 roku przez przejęcie, dzięki machlojkom, w ręce prywatne druku dolara (chociaż już wcześniej przejęto kontrolę nad funtem) i przez taki zabieg uzyskano kontrolę nad pieniądzem i giełdą. Dzięki temu można było kreować sztuczną wartość pieniądza, wywoływać kryzys finansowy oraz decydować o rozwoju lub upadku ekonomiczno-gospodarczym. Następnie, po wykupieniu środków masowego przekazu, przez kilka korporacji podległych tej psychopatycznej grupie, nastąpiło ostatecznie ustanowienie całkowitej kontroli nad społeczeństwem przez sprytne manipulowanie i tworzenie nowej Historii. Historia to po angielsku: His-Story, czyli historia tego, który ją napisał, a pisze ten, który wygrywa wojnę, a wojnę współcześnie wygrywa ten, który ma więcej środków finansowych, gdyż za nie można kupić wszystko i władać każdym krajem, a jeśli nie można nim władać, to można ten kraj zniszczyć najpierw przez propagandę, a potem przez stworzoną i sfinansowaną wojnę czy rewolucję. Zresztą sama wojna to przy okazji również najlepszy interes, jak też idealna okazja, aby realizować depopulację ludzkości, co jest jednym z planów NWO, by po wojnie tworzyć niewolników w kontrolowanym przez siebie miejscu. Kontrola taka odbywa się przez zadłużanie ludzi, czyli finansowe zniewolenie. Jednocześnie karmi się ich bajeczkami w niemal każdej dziedzinie życia. Oczywiście należy to robić sprytnie, jako szare eminencje na drugim planie, tak aby ludzie nie zorientowali się, kto tak naprawdę jest odpowiedzialny za to, co się dzieje na Ziemi. Ci, którzy decydują o tym wszystkim, robią to zza kurtyny, kontrolując polityków wszystkich większych partii, pod przykryciem tzw. Demokracji, wmawiając ludziom, że tak naprawdę to oni sami są za to wszystko odpowiedzialni.

Inne przyczyny w punktach:

1. Zabranie większości ludziom sensu istnienia przez usunięcie Ziemi z centrum wszechświata, fizycznie i metafizycznie. Zabranie nas z miejsca najwyższej wagi (miejsca stworzonego przez Boga, w którym się duchowo doskonalimy, jak w szkole przerabiając swoje karmiczne lekcje) w sferę kompletnej bezsensownej obojętności. Subtelne podwaliny ateizmu.

2. Przejęcie kontroli nad ludźmi i stworzenie z nich posłusznych niewolników, wierzących we wszystko, co im jest serwowane – w tym celu stworzenie planu NWO (Nowy Światowy Porządek) i systematyczna realizacja planów NWO. Plan światowej kontroli przez psychopatyczną grupę.

3. Usunięcie wiary w dobrego Boga-Stwórcę, kontrolera świata i odrzucenie autorytetu pism świętych, stanowiących dla ludzi źródła wiedzy, o celu i sensie życia, ale również o kształcie Ziemi. Promowanie ateizmu, by wmówić ludziom, że ten świat nie jest kontrolowany przez dobrego Boga i prawa boskie, i że nie istnieje Żaden Bóg, i nieśmiertelna wieczna dusza, którą jesteśmy. Sugerowanie, że nie istnieje wieczny świat duchowy, że życie pochodzi z materii i jest bezduszne, w ten sposób przez oszustwo zabranie ludziom możliwość duchowej samorealizacji skutkujące sprowadzeniem życia ludzkiego do życia zwierzęcego, bazującego tylko na zmysłach materialnych, bez wiedzy o prawie karmy, mówiącym o odpowiedzialności za swoje uczynki. Promowanie idei, że wszystko kończy się w czasie śmierci ciała – jest to przyczyną karmicznej degradacji duszy.

4. Stworzenie podwalin ewolucyjnej teorii Darwina i teorii Wielkiego Wybuch jako głównych prawd, za którymi kryje się ateizm.

5. Uniemożliwienie rozwoju prawdziwej Nauki i nowych technologii (darmowej Energii – której promotorem był N. Tesla) i kontrolowanie tego rozwoju przez wywiedzenie ludzkości na manowce dzięki uczynieniu z pseudo nauki religii (wiary we wszystko, co powiedzą pseudonaukowcy). Umożliwienie oszustom zastąpienie kapłanów: wystarczy współcześnie ludziom powiedzieć, że naukowcy coś udowodnili i ludzie wierzą w to bezkrytycznie.

6. Promowanie „mitu programu kosmicznego” dla ogromnego zarobku i utrzymywanie tego programu na całym świecie, aby kraść ogromne ilości pieniędzy podatników. Tylko sam budżet NASA na 2016 rok wyniósł 13.3 miliarda dolarów.

7. Ukrycie tego, co znajduje się za lodową obręczą Antarktydy. Prawdopodobne chodzi o chęć kontroli nad znajdującymi się za nią lądami.

8. Wykreowanie strachu opartego na micie o możliwej inwazji na Ziemię przez inne pozaziemskie cywilizacje: Może to być jeden z wielu planów, aby na drodze do stworzenia NWO (New World Order, czyli Nowy Porządek Świata) wykorzystać ukrywaną ludzką technologię (latające pojazdy, tzw. UFO, hologramy itp.) w celu symulacji inwazji „obcych‟ przy użyciu tajnych technologii. W ten sposób zdobyć można będzie poparcie ludzi dla konieczności światowej kontroli przez jeden wspólny Rząd Światowy, gdyż tylko on będzie wydawał się mieć możliwość znajdowania rozwiązań, by rozwiązać problemy, które… sami stworzyli (włączając sztucznie wywołane kataklizmy i epidemie).

9. Wytworzenie strachu przed uderzeniem w nas komet, spadających na Ziemię-kulę ślepo wirującą w przestrzeni bez żadnego celu i sensu. Cel i mechanizm taki sam jak w punkcie 8.

10. Możliwość wyśmiewania się masońskich Lucyferian z tzw. gorszej klasy ludzi (gojów), że są debilami, wierząc w ślepo w te fantastyczne bajeczki. Utwierdza to elitę władzy i jej zwolenników, że ludzkość to stado baranów, które musi być kontrolowane i trzymane pod całkowitą kontrolą, w razie konieczności wyrzynane w sfingowanych wojnach czy depopulowane przy użyciu innych sposobów (np. chemtrails). Umożliwia to próbę dowartościowania się, przez świadomość, że jest się lepszym niż inni, lub nawet specjalnie wybranym czy oświeconym.

Więcej informacji na temat masońskiego spisku światowego i NWO można dowiedzieć się z innej książki autorstwa Erica Dubaya o tytule The Atlantean Conspiracy (książka dostępna jest w języku angielskim) oraz ze strony internetowej www.atlanteanconspiracy.com

Ukrywana prawda o płaskiej Ziemi Eric Dubay  Tytuł oryginału: „The Flat Earth Conspiracy” by Eric Dubay

Żydzi zatruwają palestyńskie studnie w dolinie Jordanu

 

Żydo-naziści nasilają działania wymierzone w palestyńską infrastrukturę wodną w północnej części doliny Jordanu. Według relacji mieszkańców i lokalnych władz wojsko zatruwa i zasypuje studnie, rozbiera rurociągi oraz uszkadza sieci doprowadzające wodę do gospodarstw rolnych.
Skutki tych działań odczuwają zarówno rolnicy, jak i hodowcy zwierząt, których byt w dużej mierze zależy od dostępu do wody.
Żydzi zatruwają palestyńskie studnie w dolinie Jordanu. Jednym z najbardziej dotkniętych miejsc jest wieś Atouf. 55-letni rolnik Abdul Majid Sa’aydeh powiedział, że siły izraelskie po raz trzeci w ciągu niespełna pięciu lat zasypały należącą do niego studnię. Zniszczono również główny rurociąg zaopatrujący Atouf oraz pobliską Ras al-Ahmar. Według jego relacji część instalacji wcześniej uszkodzili izraelscy osadnicy, a następnie izraelska spycharka wojskowa usunęła pozostałe fragmenty sieci.

Zniszczenie infrastruktury pozbawiło dostępu do wody około 30 rodzin zajmujących się hodowlą zwierząt. Ucierpiały również tereny rolnicze o powierzchni około 8 tys. dunamów, czyli około 800 hektarów. Lokalne władze informują ponadto, że w Atouf i Ras al-Ahmar zasypano trzy studnie artezyjskie. Abdullah Bisharat, przewodniczący rady wsi Atouf, ocenił, że zaopatrywały one w wodę około 7,5 tys. dunamów, czyli 750 hektarów gruntów rolnych na równinie al-Baqi’a.

Dolina Jordanu jest jednym z najważniejszych obszarów rolniczych Zachodniego Brzegu. Dla miejscowych Palestyńczyków dostęp do wody oznacza nie tylko możliwość prowadzenia upraw, ale również utrzymania stad i pozostania na własnej ziemi. Ograniczenie dostępu do studni i sieci irygacyjnych może więc prowadzić do znacznie poważniejszych konsekwencji niż sama utrata infrastruktury – w praktyce może uniemożliwić funkcjonowanie całych gospodarstw.

Problem nie ogranicza się przy tym do pojedynczych przypadków. Zaledwie kilka dni wcześniej izraelska organizacja praw człowieka B’Tselem ostrzegała, że zatruwanie i odcinanie dostaw wody w północnej Dolinie Jordanu stwarza zagrożenie wysiedleniem dla 47 palestyńskich rodzin, liczących ponad 300 osób. Organizacja wskazywała, że mieszkańcy Ras al-Ahmar, al-Thaala i wschodniego Atouf zostali pozbawieni ostatnich działających przewodów doprowadzających wodę.

magnapolonia/zydzi-zatruwaja-palestynskie-studnie-w-dolinie-jordanu.

Teoria względności - żydowskie mumbo jumbo, czyli wagon stoi a peron się przemieszcza

 

Względność nie istnieje!

[Względność to akurat istnieje, teoria względności też, tyle że jest kiepska i nieuzasadniona naukowo (przez nauki empiryczne)]


Gdzieś na początku XX wieku, Albert Einstein, by ocalić umierający model heliocentryczny przed wynikami eksperymentów Airy‟ego, Michelsona, Morley‟a, Gale‟a Sagnaca, Kantora, Nordmeyera i innych, stworzył swoją Wyjątkową Teorię Względności, błyskotliwe wznowienie heliocentryzmu, która jednym filozoficznym ruchem usuneła uniwersalny element Eteru z badań naukowych zastępując go formą względności, która stawia heliocentryzm i geocentryzm na równym poziomie. Jeśli nie ma jednego absolutnego ośrodka eteru, w ramach którego wszystko istnieje, wtedy hipotetycznie można postulować całkowitą względność w odniesieniu do ruchu dwóch obiektów, takich jak Ziemia i Słońce. W tamtym czasie eksperymenty Michelsona i Morley‟a oraz Michelsona i Gale'a, już zmierzyły i dowiodły istnienia eteru, jednak kościół heliocentryczny nie pozwolił się powstrzymać, Einstein nigdy nie próbował podważyć tych eksperymentów naukowo, woląc raczej sprzeciwić się filozoficznie, wprowadzając pojęcie „absolutnej względności”, twierdząc, że wszelki jednorodny ruch jest względny i nigdzie we wszechświecie nie ma absolutnego stanu spoczynku. Obecnie, zupełnie jak w przypadku teorii heliocentryzmu, teoria Einsteina jest przyjmowana na całym świecie jako prawda ewangeliczna, niezależnie od faktu, że on sam uznał, że geocentryzm jest równie uzasadniony:

„Brutalna walka pomiędzy Ptolemeuszem i Kopernikiem, we wczesnych latach nauki, byłaby bez znaczenia. Korzystanie z każdego z tych układów współrzędnych byłoby równie uzasadnione. Te dwa zdania, 'słońce jest nieruchome a ziemia porusza się‘ czy 'słońce się porusza a ziemia jest nieruchoma‘ oznaczają po prostu dwie różne konwencje dotyczące dwóch różnych układów współrzędnych"
.
–Albert Einstein 

„Ludzie powinni być świadomi, że istnieje cały wachlarz modeli, które wyjaśniają te obserwacje. Na przykład, mogę skonstruować sferyczny, symetryczny wszechświat z ziemią umiejscowioną w centrum i nikt nie będzie mógł go podważyć bazując na obserwacji. Można jedynie go wykluczyć na podstawach filozoficznych. Moim zdaniem nie ma w tym absolutnie nic złego. To, co chcę by stało się jasne to fakt, że używamy kryteriów filozoficznych dokonując wyboru naszych modeli. Kosmologia w większości usiłuje to ukryć."
- George Ellis, „Myśląc globalnie, działając uniwersalnie” 

Konieczna modyfikacja teorii heliocentrycznej dokonana przez Einsteina ostatecznie przekształciła ją w acentryczną teorię wszechświata, ponieważ Słońce nie stanowiło już żadnego centrum, a cały ruch był jedynie względny. Acentryści zaczęli wkrótce postulować, że nie tylko Ziemia obraca się z prędkością 1 000 mil (1 609 km) na godzinę i okrąża Słońce z prędkością 67 000 mil (107 826 km) na godzinę, ale i Ziemia, Słońce i cały system słoneczny równocześnie okrążają Galaktykę o nazwie Droga Mleczna z prędkością 500 000 mil (804 670 km) na godzinę! Co więcej, cała galaktyka z Ziemią, Słońcem i całym systemem słonecznym pędzą równocześnie z prędkością 670 000 000 mil (1 078 257 800 km) na godzinę przez wszechświat od eksplozji nazywanej Wielkim Wybuchem na początku czasów!

„Teoria trzech (teraz czterech) ruchów Ziemi i wynikająca z tego 'względność‘, jest efektem chęci pokrycia jednego kłamstwa innym. Mówią, że skoro wirujemy w Londynie z prędkością prawie jedenastu mil (18 km) na minutę, pędzimy w przestrzeni wokół słońca z prędkością prawie dwudziestu mil (32 km) na sekundę i samo słońce okrąża pewien punkt w przestrzeni z olbrzymią prędkością 150 000 000 mil (241 401 000 km) na rok, ciągnąc naszą biedną ziemię ze sobą z dodatkową prędkością – odległość, która dzieli nas od słońca – i w tej szaleńczej trąbie powietrznej ruchów, usiłują zastosować euklidowską sferyczną trygonometrię by ustalić odległości – która według Euklidesa miała służyć jedynie ustalaniu stałych punktów – rezultatem tego są dzikie obliczenia, które zostały przysposobione dogmatycznie przez łatwowierny świat lecz są tak nieomylne jak wypowiedzi Borgii."
– E. Eschini, „Fundamenty wielu pokoleń” (7)

„Większość ludzi, która akceptuje, że Ziemia pozostaje w ruchu, wierzy, że jest to fakt dowiedziony. Nie zdają sobie sprawy, że nie tylko ruch Ziemi nie został nigdy dowiedziony, ale że z uwagi na konstrukt nowoczesnej fizyki i kosmologii nie może zostać dowiedziony. Poza tym nawet nowoczesna kosmologia nie twierdzi, że jest w stanie dowieść, że Ziemia jest w ruchu. W rzeczywistości najlepszy argument przemawiający za ruchem Ziemi jest oparty na czystej „skromności" a nie logice, obserwacji czy doświadczeniu. Jeśli ktokolwiek potrafi dowieść ruchu Ziemi, ten ktoś stałby się bardziej znany niż Einstein, Hawking i inni. Wszyscy oni mogą być głupcami, ale nawet oni nie wysuwaliby by tak dyletanckiego twierdzenia by dowieść ruchu Ziemi, a ci którzy tak robią, nie zdają sobie sprawy jak niewiele wiedzą o fizyce. Zanim ludzie obnażą swą ignorancję powinni przemyśleć: 1. Relację między regułami Macha i względności. 2. Zależność między Grawitacją i Inercją oraz Grawitacją i Przyśpieszeniem (oraz istniejące paradoksy). 3. Względność nie twierdzi, że dowodzi ruchu ziemi, w rzeczywistości względność „prowadzi" do absurdalnej koncepcji, że ten ruch nie może zostać dowiedziony, kropka. 4.Względność mówi o ruchu, nie twierdzi ani nie może stwierdzić, że Ziemia nie jest centrum wszechświata! 5.Tylko ci, którzy nie znają się na fizyce próbują argumentować ruchy Ziemi, opierając się na wzorcach pogodowych, trajektoriach balistycznych, satelitach geosynchronicznych i wahadle Foucault‘a,! W odniesieniu do tych wszystkich geniuszy, nawet Einstein nie okazałby się tak głupi."
–Allen Daves 

Kiedy Einstein po raz pierwszy zaprezentował swoja teorię względności światu, jako ilustracji często używał analogii dotyczącej wagonu toczącego się wzdłuż ulicy. „To co rozumiemy przez ruch względny”, stwierdził podczas wykładu na Uniwersytecie w Princeton, „w sensie ogólnym jest dla wszystkich doskonale jasne. Jeśli wyobrazimy sobie wagon poruszający się wzdłuż ulicy, wiemy, że możliwe jest wyobrażenie sobie, że wagon stoi a porusza się ulica tak samo, jak możliwe jest wyobrażenie sobie, że wagon się porusza a ulica nie. To jednak jest bardzo szczególna część koncepcji, które składają się na zasadę względności.”

Zabawnie byłoby poczytać o tym w komiksowym magazynie, ale jeśli Profesor Einstein wygłasza to na wykładzie na Uniwersytecie Princeton, nie należy się śmiać; to jedyna różnica. To niemądre, ale nie mogę zakończyć tej sprawy podobną uwagą, zatem odpowiem całkiem serio, że dla mnie jedyna możliwość wyobrażenia sobie, – i uwierzenia w to – że to ulica się porusza, a wagon pozostaje nieruchomy, nastąpi wtedy gdy odrzucę całe doświadczenie życiowe, gdy nie będę już w stanie zrozumieć czego dowodzą moje zmysły; co jest szaleństwem… Takie samookłamywanie nie jest rozumowaniem, jest zaprzeczaniem rozsądkowi, który stanowi o zdolności formowania prawidłowych wniosków na podstawie rzeczy zaobserwowanych i ocenionych w świetle doświadczenia. To jest niegodne naszej inteligencji oraz marnotrawstwo naszego największego daru; ale ta prezentacja dobrze ilustruje rodzaj iluzji, jaka leży u podstaw względności. Gdy zasugerował, że to ulica może się poruszać, podczas gdy wagon na obracających się kółkach pozostawał w bezruchu, prosił nas byśmy wyobrazili sobie, że w taki sam sposób Ziemia, na której stoimy może się poruszać, podczas gdy gwiazdy, które ją mijają nocą są nieruchome. To sprawa apelacyjna, w której Einstein apeluje w imieniu skazanej astronomii kopernikowskiej przeciwko osądowi Michelsona-Morley‘a, Nordmeyera, fizyki, faktu, doświadczenia, obserwacji i rozumowi." – Gerrard Hickson, „Królowie zdetronizowani" (65-66) 

Z pozoru względność może wydawać się dość wiarygodna, szczególnie gdy prezentuje ją charyzmatyczna postać kalibru Einsteina, ale czy naprawdę jest to tak proste i jasne? W rzeczywistości teoria względności Einsteina jest tak skomplikowana i zawiła, że kiedy po raz pierwszy zdobyła uwagę opinii publicznej, mówiono, że na ziemi jest prawdopodobnie mniej niż tuzin osób, które są w stanie ją pojąć! Po tym jak Einstein zaprezentował swą teorię Królewskiemu Towarzystwu Astronomicznemu, filantrop Eugene Higgins zaproponował nagrodę w wysokości 5 000 dolarów za najlepsze wyjaśnienie teorii względności, w formie eseju, opisujące ją w taki sposób by opinia publiczna mogła zrozumieć czego teoria dotyczy. Zwycięzca nagrody Pan L. Bolton, sam przyznał , że „nawet gdy opisana w najprostszej formie, pozostaje ciężkim twierdzeniem.”  Wraz z zaprzeczeniem przez Einsteina istnieniu eteru i wszystkiego co bezwzględne (oprócz niepodważalności względności/relatywizmu) musiał stworzyć litanię nowych pojęć i idei, każde zależne od innego i przyczyniające się do wsparcia całości. Na przykład, Einstein twierdził, że eter nie istnieje, że czas to czwarty wymiar, że „nieskończoność‟ i „wieczność‟ nie istnieją i że światło jest rzeczą materialną.

To oznaczało, że czas trzeba było dodać do trzech wymiarów: długości szerokości i głębokości, i że „przestrzeń‟ została przemianowana na „kontinuum‟ a „punkty‟ w „kontinuum czasoprzestrzeni‟ zostały przemianowane na „zdarzenia‟.

„To, co zawsze znaliśmy jako 'punkt‘ według Euklidesa, Einstein nazywa 'zdarzeniem‘! Lecz jeśli słowa mają jakiekolwiek znaczenie, punkt i zdarzenie są dwiema różnymi rzeczami; punkt to znak, kropka lub miejsce i jest stosowany jedynie w odniesieniu do rzeczy materialnych; podczas gdy zdarzenie to wystąpienie czegoś, to coś co się wydarza. Te pojęcia różnią się między sobą tak bardzo jak zdania ‗To jest beczka pełna jabłek‘ i ‗Te jabłka pochodzą z Nowej Zelandii‘. Uznając czas za czwarty wymiar, Einstein wyjaśnia, że ‗przez wymiar należy rozumieć jedynie jedną z czterech niezależnych wielkości, które sytuują zdarzenie w przestrzeni.‘ To sugeruje, że pozostałe trzy wymiary, które znajdują się w powszechnym zastosowaniu są niezależnymi wielkościami, co jest bezprzedmiotowe, ponieważ długość, szerokość i głębokość zasadniczo występują razem; współistnieją w każdym i we wszystkich fizycznych aspektach, są więc są od siebie zależne – zatem nie są niezależnymi wielkościami. Przeciwnie jednak, czas JEST niezależną wielkością od każdej z osobna i od wszystkich trzech wymiarów materialnych, nie jest od nich w żaden sposób uzależniony; i dlatego nie może być uznany za czwarty wymiar."
– Gerrard Hickson , „Królowie zdetronizowani” (69-70) 

Teoria względności Einsteina zakłada, że światło jest rzeczą materialną, co oznacza, że ma wagę i podlega grawitacji. Ta idea zakłada, że światło gwiazd może zginać się pod własnym ciężarem i zakrzywiać swą ścieżkę na podstawie odległości i masy obiektów wzdłuż swojej trajektorii, co pozwoliło heliocentrystom takim jak Einstein twierdzić, że gwiazdy w rzeczywistości nie są tam, gdzie wydaja się być i że dzięki tej nowej geometrii gwiazdy muszą być przesunięte dużo dalej niż zakładano wcześniej.

  „W konsekwencji ciała niebieskie mogą znajdować się dużo dalej niż dotychczas sądzono, i żadna metoda oparta na geometrii Euklidesa i triangulacji Hipparchusa nie pozwoli na ustalenie odległości do gwiazdy; a to z powodu, że jej prawdziwe umiejscowienie nie jest już wiadome.
Einstein dlatego wymyślił nowy rodzaj geometrii, by obliczać pozycje gwiazd, a to nie jest nic innego niż metafizyka."
–Gerrard Hickson, „Królowie zdetronizowani” (66-67) 

„Szczególna Teoria Względności Einsteina stwierdza, że światło zawsze przemieszcza się z tą samą prędkością 186 414 mil (300 004 km) na sekundę (tj. 671 090 400 mil na godzinę) - (1 080 012 624 km na godz), ale Einstein także twierdzi, że w wyniku działania grawitacji, światło zakrzywia się w kierunku dużych obiektów wzdłuż swojej trajektorii ruchu. Jeżeli można powiedzieć, że promień światła zgina się, zakrzywia czy odchyla ze swojego kursu, z powodu grawitacyjnego przyciągania masy na trasie swego biegu, musi z konieczności przyśpieszać, gdy się zbliża i zwalniać, gdy oddala się od tych obiektów. Jednakże skoro światło może uginać się pod swoim ciężarem lub pod wpływem działania prawa grawitacji, jak twierdzi Einstein, więc nie jest i nie może być absolutne/bezwzględne.

„O dziwo, Einstein twierdząc, że wszystko jest w ruchu i nic nie jest stałe, jednocześnie dopuszcza jeden i tylko jeden wyjątek, pozostawanie poza sferą względności, niezależnie od wszelkich innych czynników. Twierdzi, że prędkość światła jest stała niezależnie od warunków i dlatego jest wartością bezwzględną. Jest to gafa dużego formatu, ale nie sądzę by popełnił ją przez przeoczenie; wyraźnie widać, że został zapędzony na tę swoją fałszywą pozycję. Został zmuszony do przyznania, że prędkość światła jest stała, ponieważ gdyby tego nie zrobił, jego nowa geometria okazałaby się bezużyteczna… Mówi się nam, że światło jest rzeczą materialną i że promień świetlny odchyla się od linii prostej z powodu działania grawitacji każdego jednego obiektu znajdującego się w pobliżu jego kursu, gdy ten mija obiekt pozostając w obszarze jego oddziaływania; jesteśmy następnie zapewniani, że światło zawsze utrzymuje tę samą prędkość 186 414 mil (300 004 km) na sekundę. Musimy jednakże przypomnieć Panu Profesorowi Einsteinowi, że zostało to ustalone jako wynik eksperymentów fizyków – Fizeau‘a, Foucalta, Cornu‘a, Michelsona i Newcomba, które zostały przeprowadzone w warunkach atmosfery ziemskiej na twardym gruncie. We wszystkich tych eksperymentach promień światła został odbity miedzy dwoma lustrami umieszczonymi w odległości kilku mil od siebie, a więc musiał przejść drogę w tę i z powrotem przez atmosferę, a nie zakłada się, że światło czy cokolwiek innego może przemieszczać się z tą samą prędkością przez powietrze i przez próżnię, którą jak Einstein założył jest przestrzeń kosmiczna. By lepiej zdać sobie z tego sprawę, spójrzmy na to od drugiej strony. Nie przypuszcza się, że jakakolwiek materia przemieszcza się przez próżnię z prędkością większą niż przez powietrze, które ma określoną gęstość i nieprzejrzystość. Jeżeli nie ma znaczenia czy materia przemieszcza się przez próżnię czy przez powietrze, wtedy nie mamy do czynienia z materią; to nie może być materia. Z drugiej strony wszystko co jest materią musi z konieczności uwzględniać takie rozróżnienie, a w takim przypadku prędkość nie może być stała."

– Gerard Hickson, „Królowie zdetronizowani” (70)   

Wiedza konwencjonalna sprzed teorii Einsteina zakładała, że światło nie jest rzeczą materialną, że uwalniane jest ze źródła w prostej linii we wszystkich kierunkach, że grawitacja nie ma na nie wpływu, nie może się uginać, zakrzywiać czy odchylać się od swojego kursu pod wpływem czegokolwiek. Jak stwierdził Lord Kelvin „Światło rozchodzi się ze świecącego centrum na zewnątrz we wszystkich kierunkach.” Prędkość światła może się zmieniać w zależności od gęstości ośrodka przez który światło przechodzi, ale ten fakt prosto udowadnia że Prawo Niezmiennośći Prędkości Światła Einsteina jest błędne.

    „Długość kursu zastosowana przez Newcomba przy ostatecznym ustalaniu prędkości światła , wyniosła 7,44242 kilometra. Gdyby promień światła odchylił się o grubość włosa od przebiegu w absolutnie prostej linii, nigdy nie byłby w stanie przejść przez szczeliny pomiędzy zębami obracającego się koła czy też wrócić dokładnie do wyznaczonych punktów na lustrach pomiędzy którymi został przesłany, które to znajdowały się od siebie w odległości 3,72121 kilometra. Fakt, że promień światła rzeczywiście przemieścił się od lustra do lustra oraz przez koło dowodzi, że utrzymał prostą linie przebiegu; zatem, jest pewne, że nie uległ odchyleniu z kursu pod wpływem grawitacji ziemi pomiędzy dwoma lustrami. Jest więc jasne, że grawitacja nie miała na niego wpływu. Widzimy więc, że każdy z eksperymentów przy pomocy których dokonano pomiaru tych uznanych 186 414 mil (300 004 km) na sekundę prędkości światła – eksperymentów przeprowadzonych, w każdej ich minucie, z najdalej posuniętą sumiennością i szczegółową uwagą– dowodzi, że grawitacja ziemska nie ma w najmniejszym stopniu wpływu na promień światła. Zatem jeśli te eksperymenty wystarczyły by dać światu podstawę do zaakceptowania „prędkości światła", można się równie skutecznie na nie powołać w celu udowodnienia, że promień światła nie ugina się pod własnym ciężarem i że grawitacja nie ma na światło wpływu."
– Gerrard Hickson, „Królowie zdetronizowani” (71) 

Co do Einsteina, jeżeli chcecie wierzyć, że długości kurczą się wraz ruchem obiektu, czas zmienia w trakcie upływu, a masa obiektu wzrasta, można w ten sposób wytłumaczyć anomalie z eksperymentu Michelsona, to wasz przywilej, ale ja natychmiast odpowiem na to mówiąc, że masa, czas i długość są niezmienne, a Ziemia się nie porusza i będę, mówiąc to, tak samo '"naukowy" "jak wy."
– Robert Sungenis

Względność jest mądra, ale należy do tej samej kategorii co prawo grawitacji Newtona i hipoteza mgławicowa Kanta-Herschella-Laplace‘a, to znaczy wymagają najbardziej wyrafinowanego wysiłku wyobraźni polegającego na próbie podtrzymania niemożliwej teorii wszechświata w opozycji do wszelkich faktów, które świadczą przeciwko niej."
– Gerrard Hickson, „Królowie zdetronizowani” (65)

Eric Dubay 
Tłumaczenie: Andrzej Sikora
Inżynier nawigacji morskiej 

czwartek, 27 sierpnia 2026

Reri - czarna perła polskiego kina

  1933 roku w Warszawie pojawiła się aktorka tahitańskiego pochodzenia Anne Chevalier. Nad Wisłę przybyła w ramach promocji amerykańskiego filmu Tabu, w którym grała jedną z głównych ról. Reri (jak ją nazywano) miała niewiele ponad dwadzieścia lat, a jej egzotyczna uroda wzbudzała powszechny zachwyt.

  Podobno tournée promocyjne filmu objęło Warszawę na osobiste zaproszenie Bodo, ale jak było naprawdę, tego już zapewne nigdy się nie dowiemy. Ważne, że egzotyczna piękność uległa Eugeniuszowi i wspólnie zamieszkali w jego luksusowym apartamencie przy ulicy Marszałkowskiej.

  Bodo zadbał o zgodę amerykańskich promotorów na przerwanie trasy, planował bowiem stworzenie z Reri gwiazdy. Nie oszczędzał na jej strojach i biżuterii, spisał z nią również profesjonalny kontrakt. Widywano ich razem, bywali w ele-ganckich lokalach, a dziewczynę tolerowała nawet pani Junod. Reri intensywnie uczyła się polskiego języka, niebawem wymawiała już „chrząszcz brzmi w trzcinie” lepiej od Jarosyego.

  „W Ziemiańskiej na górze otwarto resursę dla artystów - relacjonowano w jednym z numerów miesięcznika »Kino«. - Raz na tydzień odbywają się tam »five o’clocki«. Jedni grają w karty, inni kibicują. Reszta obsiadła stoliki i plotkuje przy czarnej kawie. Oto przy jednym stoliku dyrektor Włast omawia z Igo Symem warunki nowego kontraktu. Przy innym króluje Bodo. Artysta i człowiek interesu. Lotny jego mózg obmyśla już dwa nowe filmy. Â la bonheur. Ten ma szczęśliwą rękę. Reri siedzi obok i błyska białymi ząbkami. [...] Bodka namówił ktoś na partię bridża, więc Reri przysiada się do naszego stolika. Jest prosta i miła. Rozmawia po angielsku z mecenasem R., po francusku ze mną, a po polsku z Moniką Carlo”16.

  Bodo planował już wówczas nakręcenie Czarnej perły, film miała wyprodukować jego nowa wytwórnia Urania Film. Egzotyczna opowieść o miłości, zdradzie i wierności, wzbogacona muzyką Henryka Warsa, wydawała się pewnym sukcesem. Dla Reri zarezerwowano główną rolę żeńską, a Bodo nie tylko jej partnerował, ale również napisał scenariusz i dialogi (wspólnie z Anatolem Sternem). Oczywiście został również producentem.

  „Dżungla w środku Warszawy! - entuzjazmował się jeden ze stołecznych dziennikarzy. - Tego jeszcze nie było. Wielkie palmy okręcone lianami wyrosły w atelier na Trębackiej. W dali połyskuje Morze Południowe i majaczą się wyspy pokryte bujną zielenią. Bliżej lśni czarna powierzchnia prawdziwej wody, w której odbija się księżyc (fałszywy). Obok niej prawdziwe bagno. Grzęźnie w nim po uszy biały człowiek, zabłąkany w tym straszliwym tropikalnym lesie. Przyglądam się tej umazanej postaci. Ależ to Bodo”17.

  Zdjęcia kręcono również na Helu, a przywiezione ze stolicy palmy wprowadziły w osłupienie miejscowych Kaszubów. Koszty były wysokie, ale zakochany Bodo na niczym nie oszczędzał. Poza tym doskonale wiedział, że aby dużo zarobić, należy wcześniej sporo zainwestować.

  Po latach najbardziej przejmujące wrażenie wywiera scena, w której Reri śpiewa piosenkę Dla ciebie chcę być biała. Scena zresztą znakomita, a ewidentne przekręcenia polskich słów tylko dodają jej autentyczności. Nie przeszkadza nawet to, że dziewczyna lepiej czuła się w tańcach polinezyjskich niż w fokstrocie, który imitowała przed kamerą. A zamknięty w sobie, obserwujący ją uważnie Bodo to już zupełne mistrzostwo świata. Zagrał bez słów, oszczędna mimika twarzy uzmysławia, jak znakomitym był aktorem.

  Film odniósł oszałamiający sukces, a jego główni bohaterowie podobno snuli plany matrymonialne. Nie wyszły one jednak poza wstępną fazę, Bodo zresztą zajmował się głównie pracą, a Reri w Warszawie czuła się obco. Prawdopodobnie konflikty powodowały również jej skłonności do alkoholu, których partner nie tolerował.

  „Bardzo bała się Eugeniusza Bodo - wspominał Anatol Stern -który nie pozwalał jej pić wódki. Muszę przyznać, że często piliśmy razem. Reri nie upijała się, ale po wypiciu alkoholu jej błękitne białka były przekrwione”18.

   Alkohol stawał się coraz większym problemem dziewczyny. Wprawdzie tłumaczyła, że „jej nie szkodzi”, ale nie potrafiła się bez niego obejść. Coraz bardziej uwidaczniały się również różnice charakterów, nieuniknione, gdy partnerzy pochodzą z tak odmiennych kręgów kulturowych.

  „Dziecko, bo dziecko - wspominała Helena Rapacka. - Duże, ładne, wesołe, naiwne dziecko. Impresario obwozi ją po świecie, a ona o niczym nie myśli, tylko żeby się zabawić, najeść i przespać. Lubi namiętnie lalki, pajacyki, perfumy i dobry koniak, który widać potrzebny jej jest dla podtrzymywania słabnącej przy takim trybie życia energii”19.

  Doszło wreszcie do zerwania, w listopadzie 1935 roku Bodo wyjechał na tournee do Palestyny (kontrakt miał od dawna podpisany), a trzy dni później Reri na zawsze opuściła Warszawę.

  „Czy wróci pani do nas, najmilsza Reri - pytał Tahitankę dziennikarz »Kina«. - Któż to może przewidzieć? Może tak, może nie - smutno odrzekła Reri. - W każdym razie dobrze mi tu było wśród was, moi drodzy przyjaciele. Wasza gośęinność, dobroć, opieka, a nade wszystko szczera przyjaźń - to najdroższe wspomnienia mojego życia. Gdybym miała nie wrócić, nie zapomnę o pięknej Polsce i o Polakach. Nigdy! Jamais!”20.

  Ostatecznie wróciła na Polinezję, kilka lat później na wyspie Moorea w pobliżu Tahiti rozmawiał z nią Arkady Fiedler. Napisał, że wciąż była urodziwą kobietą, chociaż tryb życia, który prowadziła, pozostawił ślady.

  „[...] szczyt urody już minął z racji jej zbytniego pociągu do wódeczności. Poranne migreny niszczy za pomocą szklaneczki whisky lub dżinu. Straciła sarnią ongiś smukłość, natomiast wciąż zachowała ujmujący wdzięk. Różniła się od innych Tahitanek wyjątkową subtelnością, i była w tym dziecięco bezradna. Nie zapominało się jej głosu; był miękki, śpiewny, niemal pokorny”21.

  Nie zapomniała polskiego języka, mówiła polszczyzną „śmieszną i łamaną, ale dość zrozumiałą” i deklarowała ogromny sentyment do Polski, Warszawy i Bodo.

  „[...] nie żaliła się, nie wyrzekała, nie rzucała złorzeczeń na niewiernego kochanka. Tym, że nie umiała nienawidzić: przeciwnie, jakimś niepojętym kaprysem kobiecości nie mogła oderwać serca od tego, co było w Polsce. Kochała wciąż Warszawę ponad wszystkie Nowe Jorki, Hollywoody i Paryże. Nie żaliła się ani słowem na cynicznych łobuzów, którzy ją świadomie rozpijali, i wciąż zachowała ciepłe uczucia dla hultaja Genia. Przy rzewnych wspomnieniach jej oczy napełniały się łzą wzruszenia”22.

  Inne zdanie na temat Bodo miał Fiedler, oskarżając go o psychiczne zniszczenie dziewczyny. Uważał, że cała ta historia przypominała „koszmarną bajkę o królewnie zakochanej w świniopasie”. I nie szczędził gwiazdorowi ostrych słów:

  „Niestety gładysz, dzióbasowaty letkiewicz, po kilku tygodniach sprzykrzył się egzotyczną aktorką. I zaczął bezceremonialnie wpychać Reri w ramiona innych galopantów, swych koleżków. Gdy Reri w końcu wyrwała się z birbancko-sprośnego bagienka i wyjechała z Polski, już było za późno, by się wyprostować; nie mogła się wyzbyć trunkowego nałogu”23.

  W 1961 roku na Tahiti przebywał polski reporter Lucjan Wolanowski. Spotkał Reri w jednym z miejscowych barów. Polinezyjka nie ukrywała wzruszenia na dźwięk polskiej mowy. Pokazywała mu stare zdjęcia, pytała o ludzi, którzy zginęli w czasie wojny, nie wiedziała nawet o śmierci swojego dawnego kochanka. Wciąż lubiła mocne trunki i nawet po latach pamiętała cały tekst piosenki Dla ciebie chcę być biała:


Wszystko mi już dałeś, wszystko mam: 

i klejnoty, i bogate stroje.

Po co mi to wszystko, powiedz sam, 

jeśli moje nie jest serce twoje.

Dla ciebie chcę być biała, tylko tak jak ty.

Mieć jasne oczy i jasną twarz 

i jasne serce - takie jak ty masz.

Dla ciebie chcę być biała i dobra tak jak ty.

Bo z tobą dobrze, bez ciebie źle,

więc chcę być białą, żebyś kochał mnie24.


  Anne Chevalier nie opuściła już Polinezji. Na rodzinnych wyspach pozostała do końca życia, zmarła w 1977 roku, w wieku sześćdziesięciu pięciu lat.

O finansach autora Trylogii i nie tylko tym

 Tymczasem Marynia (tak pisarz nazywał ukochaną) wyjechała na dłuższe leczenie do Steinerhof w Tyrolu. Towarzyszyła jej przyjaciółka, Maria Sobotkiewicz – obie urodziwe panny nie mogły się wręcz opędzić od adoratorów. Tam do Maryni dotarł list z oświadczynami od Litwosa, co wprawiło ją w prawdziwą rozterkę.

Panna Szetkiewiczówna mogła mieć nowoczesne poglądy, ale była nieodrodną córką swojej epoki. List od Sienkiewicza wraz z projektem odpowiedzi odesłała rodzicom, proponując, by matka odbyła rozmowę z pisarzem. Jednocześnie poprosiła, aby nie trzymać Litwosa w niepewności, gdyż byłoby to nieuczciwością z jej strony.

Uzgodniona z rodzicami odpowiedź była rodzajem chłodnej odmowy, jednak pozostawiała cień nadziei. Marynia zaproponował przyjaźń i poradziła, by Sienkiewicz nie ustawał w wysiłkach zmierzających do zdobycia odpowiedniej pozycji towarzyskiej i materialnej. Mogło to wpłynąć pozytywnie na opinię jej rodziców o nim, ale podkreśliła, że nie „może zaręczyć, czy to doprowadzi do celu”.

List wprawił pisarza w ponury nastrój, jednak nie załamał go do końca. I dobrze, gdyż dziewczyna wcale nie była mu przeciwna, a poza tym zdawała sobie sprawę, że jej rodzice są podzieleni w ocenie konkurenta. Ojciec był jego zwolennikiem, bo widział w nim niezwykle utalentowanego twórcę, natomiast matka uważała, że jego sytuacja finansowa całkowicie go dyskredytuje jako kandydata na męża.

Maria wraz z przyjaciółką wyjechała niebawem na dalsze leczenie do Merano, w uzdrowisku przebywał wówczas także Stanisław Witkiewicz. Z nim właśnie korespondował Sienkiewicz, uzyskując wiadomości o ukochanej oraz na temat jego notowań u Szetkiewiczów. Tymczasem sam regularnie odwiedzał ich dom i starał się „robić dobre wrażenie”.

W Merano pojawił się także Bronisław Dembowski, adorator Sobotkiewiczówny, która była mu bardzo przychylna. Maria, widząc ich zachowanie, uznała, że nie ma „nic głupszego jak ci zakochani”. Jednocześnie wiedziała, że Witkiewicz „był zasypywany listami od Litwosa”.

Pisarz był stale obecny w jej myślach, razem z przyjaciółmi czytała Niewolę tatarską. Do Merano docierała także polska prasa z kolejnymi utworami jej adoratora, a także kolejne plotki na jego temat. Tymczasem Sienkiewicz najwyraźniej nie radził sobie z fenomenem tej popularności.

„Siedzę w swojej celi jak borsuk w jamie – zirytowany informował Witkiewicza – nie wyglądając na świat boży, a że nie zajmuję się niczym innym jak pisaniem, więc dobrzy ludzie zajmują się za mnie wszystkim innym. Siostry moje słyszały (…) na pewno, że żenię się z Kujawianką. Nie znam wprawdzie żadnej Kujawianki, ale to nie szkodzi. Inni wszakże (…) twierdzą, że żenię się z Podlasianką, i to bardzo bogatą. (…) Zeszłego roku żeniłem się z wszelką pewnością z panną Lelewel, moją kuzynką. Dotychczas powinienem być już ojcem dzieciom”24.

Trzeźwo obliczał swoje możliwości finansowe i doszedł do wniosku, że będzie mógł zarabiać do 4 tysięcy rubli rocznie (około 48 tysięcy euro). Taka kwota powinna w zupełności wystarczyć na spłatę dawnych zobowiązań i utrzymanie rodziny. Oczywiście zadbał o to, by wiadomości na ten temat dotarły do rodziców ukochanej, miał też nadzieję, że uzyska ich zgodę na wizytę w Merano.

Na razie wybrała się tam Wanda Szetkiewiczowa, która chciała porozmawiać z córką o Sienkiewiczu. Pisarz odprowadził potencjalną teściową na pociąg i zobowiązał się, że nie będzie pisał do Maryni. Obiecał również, że przestanie przesyłać jej pozdrowienia w korespondencji z Witkiewiczem. Jego nadzieje powoli jednak rosły.

„Jeżeli siła i czas uczucia jest gwarancją na przyszłość – zwierzał się Witkiewiczowi – to Ci tylko to powiem, że jak mnie złapało blisko dwa lata temu w Wenecji, tak trzyma dotychczas tak, że wyrazu znaleźć nie umiem. (…) Po prostu mam ochotę napisać sto razy, raz po raz – otóż kocham pannę Marię, kocham, kocham nad wszystko na świecie (…)”25.

Rozmowy matki i córki w Merano przyniosły efekt i po kolejnych listownych oświadczynach Maria odpowiedziała pozytywnie. Pobrali się w Warszawie w sierpniu 1881 roku.

Czas wyboru

W tym czasie Litwos powoli zmieniał swój światopogląd. Wprawdzie już wcześniej nie przepadał za nowinkami typu prawa wyborcze dla kobiet, dotychczas uchodził jednak za przedstawiciela młodego pokolenia o lewicujących poglądach. Okres narzeczeństwa z Marią, a także wiek (przekroczył już 34 lata) spowodowały, że odchodził od radykalizmu społecznego przedstawianego w Szkicach węglem.

Być może jak jeden z bohaterów Lalki Prusa doszedł do wniosku, że radykalne pomysły znikają, gdy „człowiek odłoży pierwszy tysiąc rubli, a poza tym pozna” właściwą kobietę. Sienkiewicz wprawdzie nie odłożył jeszcze tysiąca rubli (12 tysięcy euro), ale chciał zapewnić żonie jak najlepszy byt i wreszcie spłacić stare długi.

Już po powrocie z USA w jego publikacjach prasowych zaczęły pobrzmiewać bardziej zachowawcze poglądy, ale jednoznaczną deklaracją zmiany frontu stało się objęcie stanowiska redaktora naczelnego nowo powstałego dziennika „Słowo”. Profil pisma miał być konserwatywno-szlachecki, a jego pierwszy numer ukazał się 2 stycznia 1882 roku.

„Pragniemy być pismem umiarkowanym – informował Sienkiewicz czytelników – postępowym, a przy tym patriotycznym, to jest broniącym naród od doktryn osłabiających lub zgoła zabijających uczucie patriotyzmu”26.

Wśród założycieli gazety znaleźli się arystokraci, ziemianie i przemysłowcy, w zespole redakcyjnym dominowali konserwatyści. Nic zatem dziwnego, że „Słowo” uznano za pismo o podobnym charakterze, co krakowski „Czas”, a wielu literatów i publicystów zaczęło uważać Sienkiewicza za zdrajcę. Oskarżano, że sprzedał się za 1200 rubli (14,4 tysięcy euro) rocznej pensji oraz za „hrabiowskie wieczorki” i „kolacyjki”. Oburzenia nie ukrywała Eliza Orzeszkowa – twierdziła, że wprawdzie gazeta Sienkiewicza odniosła sukces, ale wyłącznie dlatego, iż pomijała wszelkie drażliwe tematy, przedstawiając wyidealizowany obraz rzeczywistości. Wtórował jej Adam Asnyk, redaktor naczelny krakowskiej „Nowej Reformy”, który oficjalnie zrezygnował ze współpracy z Sienkiewiczem.

Do nagonki przyłączył się także lider pozytywistów warszawskich, Aleksander Świętochowski, który na łamach warszawskiej „Prawdy” zarzucił Henrykowi Sienkiewiczowi brak stałych poglądów i skłonność do niepoważnych usprawiedliwień.

„(…) Odstępstwo jego od obozu postępowego – stanowcze i jawne – mówi głośno o tym, że jest tylko artystą, a zatem wszystkie idee i teorie naukowe wcale go nie obchodzą”27.

Zmęczony tym wszystkim Litwos nie potrafił zrozumieć, dlaczego nie można zmienić poglądów. Chwilami wręcz tracił panowanie nad sobą, tym bardziej że faktycznie objął „Słowo” wyłącznie z powodów merkantylnych.

„(…) Chodzi za mną tuman konkurencji, niechęci, złości, nienawiści, plotek, intryg, polemik – irytował się w liście do Witkiewicza. – (…) Żeby oni wiedzieli, ci, z którymi się kłócę o »Słowo«, jak ja głęboko mam w dupie te wszystkie rzeczy, które oni za wielkie uważają, (…) a z nimi – jak głęboko mam w dupie i »Słowo«, i »Wiek«, i »Niwę«, i całą tę prasę. (…) Kręcę się, bo muszę, bo trzeba coś robić i zapewnić sobie życie”28.

Inna sprawa, że sam też dostrzegał zachodzące w nim zmiany i z rezygnacją przyznawał, że stał się już zupełnie innym człowiekiem. Wprawdzie aprobował ten stan rzeczy, ale czasami pozwalał sobie na odrobinę autoironii.

„Powoli tracę ambicję – informował Witkiewicza. – (…) Wkrótce zacznę okradać na wierszach [wierszówce – S.K.], udawać przy tym Katona (…) i łudzić się swoją uczciwością. Po pewnym czasie będę obchodził jubileusz i grywał w resursie w wista, i należał do wszystkich komitetów, i był członkiem dobroczynności. (…) Narobię sobie nieprzyjaciół i pieniędzy, będę darmo jeździł kolejami i używał licznych podłych przywilejów związanych z redaktorstwem, i wyzyskiwał je w sposób nadzwyczaj niski”29.

Złośliwi wymawiali też pisarzowi, że dzięki swojemu stanowisku mógł właściwie dowolnie publikować nowe utwory i pobierać wysokie honoraria. Faktycznie, za Bartka zwycięzcę dostał 200 rubli (2400 euro), przy czym opowiadanie to od razu przedrukował krakowski „Czas”, wypłacając mu 200 guldenów (ponad 2100 euro). Nie zwracano jednak uwagi, że to właśnie utwory Sienkiewicza wpłynęły na sukces „Słowa” i właśnie dzięki nim pismo rozchodziło się w dużym nakładzie. Zwłaszcza wtedy, gdy zaczęto na jego łamach drukować Trylogię.

Pisarz powoli zaprzestawał publikacji tekstów typowo dziennikarskich, koncentrując się wyłącznie na kierowaniu redakcją. Szczególnie że w styczniu otrzymał zaliczkę w wysokości 300 rubli (3600 euro) na powieść historyczną w odcinkach z dziejów Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Początkowo miała ona nosić tytuł Wilcze gniazdo, potem została nazwana Ogniem i mieczem. Kolejne odcinki podpisywał już własnym nazwiskiem, ostatecznie porzucając pseudonim.

Czas szczęścia

Zapewne pewien wpływ na ewolucję poglądów pisarza miało udane życie małżeńskie. Maria była jego prawdziwą miłością, doskonale się rozumieli, a Sienkiewicz był w niej tak samo zakochany jak przed laty. Czasami wręcz utrudniało mu to pracę.

„Moje paniątko trochę mi przeszkadza – zwierzał się – bo jak słyszę, że tupoce w drugim pokoju, tak rzucam pióro, lecę i tarzam się u nóg”30.

Małżonków zbliżyło jeszcze bardziej przyjście na świat ich syna, Henryka Józefa. Teściowa pisarza uznała wtedy, że zięć musi odpocząć po stresach i wysłała go na dwa miesiące do Nałęczowa. Przyniosło to znakomite efekty – Sienkiewicz powrócił do Warszawy pełen werwy.

Marynia okazała się żoną wyrozumiałą i pełną wiary w talent męża. Wszyscy znajomi podkreślali, że to właśnie ona odegrała największą rolę w inspirowaniu go do dalszej pracy literackiej. Przepowiadała mu, że odniesie ogromny sukces i zdetronizuje pod tym względem Józefa Ignacego Kraszewskiego.

„Ona przykuła go do miejsca – podsumowywał dziennikarz i kolega Sienkiewicza, Antoni Zaleski – ona dała mu to szczęście, które sił przysparza, ufność w siebie samego budzi i możność pracy podwaja. (…) Ona przytłumiła w nim tę pesymistyczną nutę, która dźwięczała zawsze trochę rozpaczliwie we wszystkich jego poprzednich utworach; ona rozpogodziła ten umysł, co zbyt czarno zaczął już na świat patrzeć; ona była największym jego na ziemi uczuciem, przyjaciółką, powiernicą, doradczynią, krytykiem i jedyną osobą, o której sąd i zadowolenie dbał istotnie”31.

Podejrzewano, że gdyby nie Marynia, Sienkiewicz nie napisałby żadnej powieści, gdyż nie starczyłoby mu cierpliwości do długiej pracy nad jednym tematem. Najlepiej czuł się w nowelach, a pisanie miesiącami i latami jednego utworu kompletnie go nie interesowało. Jednak wpływ żony był zbawienny i niebawem miała pojawić się słynna Trylogia.

Henryk był tak zachwycony ich wspólnym życiem, że planował nawet napisać na ten temat powieść, którą zamierzał zatytułować Kroniki szczęścia. Niestety, Marynia zawsze miała skłonność do chorób płuc – chociaż wydawało się, że pokonała początkowe stadium gruźlicy, kolejna ciąża znacznie pogorszyła stan jej zdrowia. Pierwsze poważniejsze objawy wystąpiły na miesiąc przed urodzeniem drugiego dziecka – Jadwigi Marii. Już wówczas Witkiewicz – sam od lat walczący z gruźlicą – przewidywał nieszczęście, widząc, że Maria jest „w stanie zupełnie rozpaczliwym”. Tymczasem jej najbliżsi nie dopuszczali do siebie najgorszego, a Sienkiewicz całkiem poważnie myślał o wyjeździe na stałe do Kalifornii lub Egiptu. Uważał, że przyjazny klimat uratuje zdrowie żony – na przeszkodzie stanęły jednak względy finansowe. Powodzenie jego utworów i pensja w „Słowie” mogły jednak zapewnić pobyt w uzdrowiskach alpejskich i na południu Europy. I właśnie tam państwo Sienkiewiczowie zaczęli bywać, podczas gdy dwójka ich dzieci pozostawała w Warszawie pod opieką rodziców Marii.

Najgorsza klęska

W styczniu 1884 roku Sienkiewiczowie wyjechali do San Remo we Włoszech, skąd Henryk starał się kierować redakcją „Słowa”, a także wysyłał do Warszawy kolejne odcinki Ogniem i mieczem. Obowiązki zawodowe łączył z troskliwą opieką nad żoną, która nie mogła się nachwalić jego cierpliwości. Opracował wówczas specyficzny system pracy: pisał w nocy i nad ranem, a potem poświęcał czas chorej. Chcąc utrzymać się w dobrej formie fizycznej, dużo samotnie spacerował, a Marynia, która nie mogła mu towarzyszyć, odpoczywała wówczas w hotelu.

Kilkanaście tygodni pobytu w ciepłym klimacie zaowocowało poprawą zdrowia pani Sienkiewiczowej, toteż w maju małżonkowie przenieśli się na miesiąc do Arcachon nad Zatoką Biskajską. Sytuacja wydawała się opanowana, dlatego zdecydowali się na powrót do kraju, spędzając jeszcze kilka dni w Paryżu w towarzystwie Marii Sobotkiewiczówny i jej męża, Bronisława Dembowskiego.

Niestety, w Warszawie ponownie pojawiły się dolegliwości płucne. W tej sytuacji zaplanowali pobyt w Zakopanem, ale lekarze orzekli, że o tej porze roku panuje tam zbyt wilgotny klimat i zalecili wyjazd do Reichenhall. Jesienią 1884 roku Sienkiewiczowie pojawili się w Bawarii, gdzie Henryk pracował nad Potopem.

„Powietrze tu nader łagodne – informował jednego z przyjaciół – i co lepsze, pogoda stała. Od czasu do czasu robię wycieczki dalsze piechotą. Byłem w Berchtesgaden i w Königssee, zajęło mi to cały dzień. Na dłużej nie mogę się oddalać, gdyż zdrowie żony wymaga bardzo starannej i czułej opieki”32.

Tymczasem lekarze ponownie zalecili zmianę klimatu i małżonkowie trafili do Merano, gdzie zdrowie Maryni wydawało się poprawiać. W tej sytuacji pisarz pozostawił partnerkę na pewien czas samą i przyjechał do Warszawy, by pozałatwiać najpilniejsze sprawy. Zdawał sobie bowiem sprawę, że pieniędzy na pobyt w Merano wystarczy jeszcze tylko na kilka tygodni. Udało mu się jednak zawrzeć z Gebethnerem i Wolffem umowę na zbiorowe wydanie swoich dzieł, a otrzymana zaliczka uratowała sytuację. Dzięki temu małżonkowie mogli w połowie stycznia 1885 roku przenieść się do San Remo, a potem do Mentony w Prowansji. Gdy pod koniec kwietnia nadeszły upały, powrócili do Merano. Pisarz wciąż pracował nad kolejnymi odcinkami Potopu.

„Ciężka to rzecz podróżować i pisywać po hotelach bez żadnych resursów umysłowych – narzekał w liście do teścia – ciarki mnie biorą, gdy pomyślę, że jeszcze trzy tomy trzeba nabazgrać i żyć ciągle tymczasowym życiem. (…) Ale czasu nie mam – bo »Czas« następuje mi na pięty i spod pióra drukuje. Straciłem dużo czasu na podróż tu i dlatego mnie dogonili”33.

Również Sienkiewicz zaczął wówczas odczuwać problemy zdrowotne, gdyż tryb życia, jaki prowadził od wielu miesięcy, nie pozostał bez wpływu na jego samopoczucie. Wprawdzie wciąż troskliwie opiekował się żoną i pisał kolejne odcinki, ale narzekał na powtarzające się bóle głowy. Marynia czuła się jednak lepiej i tylko to dla niego się liczyło. Gorączka ustąpiła, a miejscowi lekarze byli pełni optymizmu. W tej sytuacji Sienkiewiczowie zakończyli pobyt w Merano i wyjechali do Warszawy, planując rodzinny pobyt w Szczawnicy. Ale losu nie dało się oszukać.

W stolicy przebywali zaledwie kilkanaście dni, gdyż po opuszczeniu Alp od razu powróciły dolegliwości płucne żony pisarza. Warszawscy lekarze byli przerażeni jej stanem i nakazali natychmiastowy wyjazd w góry. Zanim jednak Sienkiewiczowie dojechali do Wiednia, Maria miała już ponad 38 stopni temperatury. Gorączka już nigdy jej nie opuściła.

Osiedli w Reichenhall, gdzie przyjechała też Maria Sobotkiewicz-Dembowska, by pomóc Henrykowi w opiece nad żoną. Pisarz z rozpaczą patrzył, jak Marynia gaśnie, a w połowie sierpnia stracił już nadzieję i otwarcie napisał o tym do teściów. Gorączka utrzymywała się na poziomie blisko 40 stopni, chora bardzo straciła na wadze. Do Bawarii przyjechała matka Maryni. Chociaż była przerażona jej stanem, nie mogła się nachwalić zięcia za jego miłość i poświęcenie dla chorej.

„Henryk czuwa nad nią z troskliwością i czułością jakby matka, mąż i siostra miłosierdzia w jednej osobie – informowała młodszą córkę – (…) jest przy niej w dzień i noc – a potem biedactwo pisze kilka godzin dziennie – ach, co bym dała, żeby się ten Potop skończył”34.

Niebawem przyjechał też ojciec Marii, a pod koniec września wszyscy przenieśli się do odległego o niespełna 200 kilometrów Falkenstein. Klimat miał być tam lepszy dla chorej, ale jej nic już nie mogło pomóc. Coraz bardziej opadała z sił i zmarła 19 października 1885 roku, mając zaledwie 31 lat.

Gorzka cena sukcesu

Sienkiewicz przyznawał po latach, że po śmierci Marii tylko konieczność dalszego pisania Potopu trzymała go przy życiu. Był to obowiązek, którego nie mógł zaniechać. A przy okazji najlepsza z możliwych terapii. Czasami nienawidził tej książki, chociaż umożliwiała mu ona systematyczne odrywanie się od ponurych myśli i dawała poczucie, że może funkcjonować po tragedii.

Od tej chwili przez następne lata prowadził koczownicze życie, wędrując po Europie i świecie. Podczas choroby Marii nauczył się pisać w hotelach, teraz nawet dzieci nie potrafiły go utrzymać przy sobie. Podróżował po różnych krajach, tłumacząc, że było to konieczne dla zdrowia i zbierania materiałów do kolejnych książek, ale w rzeczywistości uciekał przed samym sobą. Zarabiał coraz lepiej, miał wystarczające środki finansowe, a potomstwem opiekowali się teściowie.

Ogniem i mieczem odniosło wręcz nieprawdopodobny sukces. Drukowane w „Słowie” i „Czasie” uzyskało ogromną rzeszę czytelników, a wydania książkowe natychmiast zostały wyprzedane. W ciągu kilku lat pojawiły się trzy edycje po 3 tysiące egzemplarzy, co wówczas oznaczało znaczny nakład.

Nie zabrakło jednak także krytycznych ocen. Ich autorami byli głównie koledzy po piórze, trudno zatem się oprzeć wrażeniu, że chodziło o zawodową zawiść wobec Sienkiewicza. Szczególne rozbawienie wzbudza po latach opinia Józefa Ignacego Kraszewskiego, który uznał, że powieść była… „nudna i rozwlekła”. Jeszcze bardziej zaskoczył wszystkich Piotr Chmielowski, twierdząc, że „rodzina powieści historycznej jest dla Sienkiewicza zamknięta”.

Kompromitowali się również inni – Aleksander Świętochowski na łamach „Prawdy” rozprawił się nie tylko z Ogniem i mieczem, lecz także z Potopem, który wówczas istniał jeszcze tylko w formie zapowiedzi. Lider pozytywistów pastwił się nad pisarzem w całej serii artykułów, by na koniec ochłonąć i całkiem przytomnie zauważyć, że Ogniem i mieczem „należy do najlepszych płodów piśmiennictwa polskiego”.

Z kolei Teodor Tomasz Jeż, który także był autorem powieści z czasów powstania Chmielnickiego, miał za złe Sienkiewiczowi, że stosował „tanie sztuczki literackie” w celu zainteresowania czytelników. Inni zarzucali mu, że osobiście nie widział Ukrainy, a tamtejsze opisy stepów podejrzanie przypominały amerykańską prerię.

Najobszerniej znęcał się nad książką i jej autorem Bolesław Prus. Wytknął Sienkiewiczowi, iż powołał do życia całkiem pokaźne grono „papierowych postaci”, a Skrzetuski, to „Jezus Chrystus obsadzony w roli oficera jazdy”. Było to zresztą całkiem słuszną uwagą, gdyż nawet zagorzałych wielbicieli Sienkiewicza irytowała doskonałość głównego bohatera Ogniem i mieczem. Prusowi natomiast podobał się Zagłoba, chociaż uznał go za kolejną „postać nierealną”. Zauważył też, iż „powieść ma kapitalne wady”, ale talent Sienkiewicza potrafił sprawić, że czytelnicy tego nie dostrzegali.

Negatywne opinie utonęły jednak w morzu pochwał, a jeden z krytyków przyznał, że osoba wypowiadająca się negatywnie o powieści jest natychmiast poddawana ostracyzmowi towarzyskiemu. Wszyscy mówili językiem Ogniem i mieczem, emocjonowali się losami bohaterów, a ci, którzy przepuścili kolejny odcinek, zdobywali u swoich przyjaciół wiedzę na temat rozwoju akcji. Listy czytelników, którzy wyjechali na prowincję i nie mogli dostać egzemplarza „Słowa” albo „Czasu”, były przepełnione błaganiami o wycinki z gazet lub streszczenia. Doszło nawet do tego, że grono warszawskich czytelniczek wystosowało list do autora z prośbą, by nie uśmiercał Skrzetuskiego i pozwolił mu poślubić Helenę!

„Powodzenie, jakiego w naszych czasach nikt nie widział – podsumowywał Stanisław Tarnowski. – (…) Kiedy wychodziło Ogniem i mieczem, nie było rozmowy, która by się od niego nie zaczynała i na nim nie kończyła, o bohaterach powieści mówiło się i myślało jak o żywych ludziach. (…) Jak legenda wyglądać będą opowiadania o tej pani, co zapytana przy powitaniu, czy jej się nie stało coś złego, że taka smutna, odpowiedziała: »Bar wzięty!«, o tym pacierzu, który ktoś mówił za duszę Podbipięty i aż w połowie spostrzegł się sam, że to wymyślona śmierć i wymyślona dusza”35.

Szaleństwo sięgnęło zenitu, gdy pojawiły się pierwsze odcinki Potopu. Powieść stanowiła najważniejszy temat rozmów, nie tylko w salonach, lecz także wśród ludzi, których nikt nie posądzałby o zamiłowanie do literatury. Losami bohaterów książki emocjonowali się również… analfabeci.

„Józef opowiadał mi rzecz następującą – wspominał Stefan Żeromski. – Był raz w zimie tego roku w Staszowie, miał interes na poczcie, czekał tam więc. Razem z nim czekało na przyjście poczty ze dwudziestu szewców, czeladników, sklepikarzy – czekali na »Słowo«. Gdy poczta przyszła, urzędniczek pocztowy zaczął czytać Potop na głos. Ci ludzie czekali tam parę godzin, oderwawszy się od pracy, aby usłyszeć dalszy ciąg powieści”36.

Finanse autora Trylogii

Na Ogniem i mieczem Sienkiewicz zarobił stosunkowo umiarkowane pieniądze. Honorarium za druk w „Słowie” wyniosło łącznie 800 rubli (około 9600 euro), identyczną sumę guldenów zapłacił krakowski „Czas” (około 8500 euro). Pewne kwoty przyniosły także wydania książkowe, jednak – jak na ogromny sukces powieści – dochody te były niewielkie. Przekłady zagraniczne nie dawały natomiast prawie żadnych pieniędzy, nie były to bowiem czasy obowiązywania prawa autorskiego. Normalną praktykę stanowiły pirackie tłumaczenia – przekładał i wydawał właściwie każdy, kto tylko chciał, nikt też nie przejmował się opinią właściwego krajowego wydawcy czy autora. Jakiekolwiek honoraria zależały tylko i wyłącznie od dobrej woli wydawnictw zagranicznych, a na ogół nikt – jeśli nie musiał – nie płacił.

Sienkiewicz doskonale o tym wiedział i traktował to jako rzecz normalną. Uważał bowiem, że sprawa jest z góry przegrana, skoro nie istnieją narzędzia do ukrócenia piractwa literackiego. Uważał nawet za sukces, gdy zagraniczny kontrahent zwracał się do niego o zgodę (bezpłatną) na tłumaczenie.

„Daję panu pozwolenie przekładania na słoweński wszystkich prac moich, które się panu wybrać spodoba, bez żadnych pretensji do jakiegokolwiek wynagrodzenia – informował pewnego wydawcę z Lublany. – Owszem, przyjemnie mi będzie, jeśli w ten sposób będę się mógł przysłużyć tyle dla mnie i dla nas wszystkich sympatycznym pobratymcom”37.

Wiedział, że jego zarobki związane są wyłącznie z rynkiem polskim, ale i tutaj były problemy. Wydawca, który dostał od „Słowa” licencję na wersję książkową Potopu, miał zgodę na wydrukowanie 3 tysięcy egzemplarzy, a podobno sprzedał prawie cztery razy tyle – i nic więcej nie zapłacił. Nie powinno zatem dziwić, że zdegustowany Sienkiewicz twierdził, iż nawet w kraju wszyscy na nim zarabiają, a on dostawał tylko sześć rubli (72 euro) za jeden odcinek.

Oczywiście nie było aż tak źle, gdyż druk Potopu jednocześnie ze „Słowem” rozpoczęły „Czas” i „Dziennik Poznański”. Oznaczało to, że książka ukazywała się w prasie wszystkich zaborów, a pisarz otrzymywał honoraria od trzech wydawców. Nie wszyscy jednak płacili na czas. A najczęściej spóźniali się rzekomo uczciwi i porządni Wielkopolanie…

Dopóki Sienkiewicz walczył o życie żony, nie przykładał większej wagi do spraw finansowych. Wystarczała mu świadomość, że miał pieniądze na pobyty w uzdrowiskach, porady lekarzy i przejazdy. Później jednak postanowił zrobić porządek ze swoim budżetem. Gdy w sierpniu 1886 roku ukończył Potop, mógł wreszcie postawić własne warunki. Zgodził się na napisanie Pana Wołodyjowskiego, ale zażądał od „Słowa” 8 tysięcy rubli (prawie 100 tysięcy euro) honorarium. Co więcej, połowę chciał otrzymać zaraz, i do tego w markach niemieckich, gdyż ruble miały niestabilny kurs. Wprawdzie wydawcy narzekali, że niebawem pisarz zażąda pewnie wypłaty w brylantach, ale zgodzili się na jego warunki. Nie mieli zresztą wyboru, bo Sienkiewicz był istną kurą znoszącą złote jajka i nic dziwnego, że zamierzał wreszcie zarobić godziwe pieniądze.

Niedługo później za prawo do odcinkowej publikacji Bez dogmatu zażądał – i otrzymał – 12 tysięcy rubli (ponad 140 tysięcy euro). Książka ta była zresztą znacznie mniej obszerna niż poszczególne części Trylogii, ale to Sienkiewicz stawiał teraz warunki.

Wreszcie mógł zrezygnować z posady redaktora naczelnego „Słowa”, zresztą ze względu na ciągłe podróże i wytężoną pracę literacką był raczej tytularnym szefem. Złośliwi twierdzili nawet, że zachowywał stanowisko wyłącznie dla wysokiej pensji, a skoro zaczął zarabiać znaczne pieniądze piórem, nie musiał już udawać redaktora.

Pan Henryk miał jednak trzeźwe spojrzenie na sprawy finansowe i uważał, że brał tylko tyle, ile mu się należało – nie chciał żadnych dodatkowych pieniędzy. Gdy zatem po zakończeniu druku Pana Wołodyjowskiego dostał dar w wysokości 15 tysięcy rubli (180 tysięcy euro!), nie chciał go przyjąć. Problemem był jednak zwrot darowizny, gdyż jako nadawca figurował niejaki… Michał Wołodyjowski, a poza tym dodano jeszcze tylko dwa słowa: „Nic to”. Prezes Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego, za pośrednictwem którego przekazano pieniądze, odmówił podania nazwiska darczyńcy, wobec czego Sienkiewicz na łamach „Słowa” ogłosił list otwarty. Poinformował o otrzymanej kwocie i dodał, że złożył pieniądze w Towarzystwie Kredytowym, a jeżeli ich odbiór nie nastąpiłby w ciągu trzech lat, zamierzał postąpić z nimi „według własnego uznania”.

Po tygodniu pisarz otrzymał informację, że nadawca zgodził się na ten warunek, wobec czego Sienkiewicz utworzył fundusz stypendialny imienia zmarłej żony. Kwota została przesłana do krakowskiej Akademii Umiejętności i raz do roku zysk z jej oprocentowania (800 rubli – 9600 euro) był przeznaczany na stypendia dla chorych na gruźlicę polskich artystów i twórców, którym brakowało środków na leczenie. Ich nazwiska miały pozostać nieznane, a stypendia przyznawano zawsze w rocznicę śmierci Marii Sienkiewiczowej. Wśród twórców, którzy z nich skorzystali, byli m.in.: Maria Konopnicka, Stanisław Witkiewicz, Kazimierz Przerwa-Tetmajer i Stanisław Wyspiański…

Nobliści skandaliści

Sławomir Koper


Cerizay, Rothesay, Shinafoot czyli Polacy internowani przez Polaków

 Już kilka dni po objęciu stanowiska premiera Sikorski zwrócił się do władz francuskich z prośbą o wydzierżawienie w Paryżu więzienia dla oficerów i polityków winnych klęski wrześniowej. Francuzi odmówili, ale polscy przywódcy znaleźli inne rozwiązanie. W Cerizay koło Angers powstał Ośrodek Zborny Rezerwy Oficerów, gdzie kierowano ludzi związanych z poprzednim reżimem. Pensjonariusze obozu nazywali go Wiśniczem, była to czytelna aluzja do przedwojennego Zakładu Karnego w Nowym Wiśniczu i do znaczenia francuskiego słowa cerise (wiśnia). Złośliwi spolszczali nazwę obozu na Sereza, sugerując analogię do Berezy Kartuskiej.

Do Cerizay wysyłano na ogół ludzi mających faktycznie na sumieniu poważne grzechy. Byłego dowódcę polskiego lotnictwa Ludomiła Rayskiego oskarżano o poważne zaniedbania, chociaż generał pół roku przed wybuchem wojny podał się do dymisji, nie udało się już odrobić straconego czasu. Koncepcje Rayskiego były błędne, mało efektywne i nieekonomiczne, choć nigdy nie udowodniono mu korupcji. Z podobnych względów osadzono w Cerizay Mieczysława Abczyńskiego – byłego dyrektora Państwowych Zakładów Lotniczych.

Analizując listę rezydentów obozu, można odnieść wrażenie, że przepustką do Cerizay było posiadanie stopnia wojskowego i przynależność do piłsudczykowskiej elity, i to niekoniecznie do pierwszego czy drugiego szeregu. Większość dawnych prominentów internowano w Rumunii, a pozostali omijali Francję i ekipę Sikorskiego. Do Cerizay trafiali ludzie nienależący bezpośrednio do najwyższego szczebla władzy, jak generał Stanisław Rouppert (legionista, lekarz Piłsudskiego, prezes CWKS Legia i członek MKOL), generał Stanisław Kwaśniewski (prezes Ligi Morskiej i Kolonialnej) czy porucznik Ludwik Łubieński (szef kancelarii Józefa Becka). Łącznie do klęski Francji w obozie izolowano 69 oficerów.

„Zebrała się wówczas w Paryżu – wspominał Karol Popiel – stosunkowo liczna grupa wojskowych, bądź nienadających się do wykorzystania w nowych okolicznościach, bądź niezdolnych do służby czynnej. Trzeba się było nimi zająć i zagwarantować im znośne warunki życia – stworzono więc specjalny obóz w Cerizay. Panowała w nim całkowita swoboda, oficerowie mieszkali w luksusowych willach z pełnym utrzymaniem, dostawali nadto pół pensji i nie mieli żadnych obowiązków”.

Nie jest to do końca prawda. Oficerowie faktycznie mieszkali w pensjonatach łub kwaterach prywatnych, ale na własny koszt. Rzeczywiście dostawali połowę pensji, ale nie mogli opuszczać miejsca pobytu, musieli ponadto codziennie meldować się w komendanturze obozu. Zgadzało się tylko jedno, nie mieli żadnych obowiązków, zostali skazani na bezczynność.

Chyba najbardziej skompromitowanym oficerem osadzonym w Cerizay był generał Stefan Dąb-Biernacki. Jeszcze przed wybuchem wojny zasłynął skandaliczną i brutalną pacyfikacją dziennikarzy w Wilnie, a podczas kampanii wrześniowej wykazał się kompletną nieudolnością zasługującą na sąd polowy. Dwukrotnie (!) zbiegł z pola walki, prezentując nie „tylko niekompetencję, ale zwykłe tchórzostwo”. To jednak nie przeszkadzało mu w zachowaniu dobrego mniemania o własnych umiejętnościach.

Do Cerizay zsyłano na podstawie rozkazu, chociaż niewykluczone, że niektórych osadzonych planowano z czasem postawie przed sądem. Uniemożliwiła to katastrofa Francji; w dniach klęski nikt nie pamiętał o izolowanych. Rezydenci obozu dotarli do Anglii na własną rękę i z reguły ponownie zostali internowani. Ekipa Sikorskiego nie porzuciła bowiem pomysłu odosobnienia przeciwników politycznych. Ale tym razem odbyło się to na znacznie większą skalę.

(...)

Szkockie niepokoje

Sikorski mógł przekonać polityków, a jego podwładni sterroryzować prezydenta, ale nie potrafił zdobyć uznania kadry oficerskiej. Francuska katastrofa pogłębiła rozdźwięk i już nie tylko zajadli piłsudczycy krytykowali Naczelnego Wodza.

„Wyraźne oznaki agitacji – donosił porucznik Missor generałowi Modelskiemu – objawiły się już w Le Verdón i na statku »Clan Fergusson«, kiedy to pułkownik Scieżyński, podpułkownik Pęczkowski i szereg innych oficerów z Cenzay rozpoczęło głośną i publiczną krytykę rządu i Naczelnego Wodza w związku z zarządzeniami odnoszącymi się do ewakuacji wojska i emigracji cywilnej we Francji. Upadek wszelkiej dyscypliny ujawnił się na statku w sposób zastraszający przy równoczesnym braku jakiejkolwiek reakcji ze strony polskiego dowództwa”.

A jak miało zareagować dowództwo? Białe pozostaje białym, a czarne czarnym. Zbyt mało czasu upłynęło od katastrofy nad Sekwaną, aby zmienić zdanie na temat Sikorskiego. Tym bardziej że oficerów internowanych w Cerizay pozostawiono własnemu losowi.

„Po przybyciu do Glasgow – kontynuował Missor – zauważyliśmy dużą ruchliwość, którą okazywali tak zwani serizejczycy. Odbywali oni gdzieś na mieście jakieś narady, jednak byli jeszcze zdezorientowani i prawdopodobnie nie mieli ustalonej linii działania. W dalszym ciągu prowadzili wytężoną agitację, atakując zarządzenia władz wydane w związku z ewakuacją i warunkami, w jakich przebywali w Glasgow oficerowie polscy”.

Dodatkowym problemem stał się nadmiar oficerów, kadra oficerska stanowiła aż jedną czwartą składu osobowego armii. Nietypowo również kształtowały się stosunki wśród szeregowców, przeważali inteligenci, a więcej niż połowa miała przynajmniej małe matury. Ludzie ci byli ambitni, mieli własne zdanie i głośno je wyrażali. Atmosferę zatruwała również sprawa zakwaterowania w namiotach, a nie na kwaterach prywatnych.

„Mieszkam w namiocie pułkownika Ciastonia – zapisał w swoim dzienniku porucznik rezerwy Stefan Mękarski. – W namiocie mieszka nas ośmiu [...]. Barłogi nasze rozłożone są w kolisko. Nogi podczas spania schodzą się w »gwiazdę«. W namiocie jest dużo ludzi, waliz, koców, menażek, niedojedzonego chleba »szkockiego« i margaryny. Przykrywamy się wszystkimi możliwymi kocami, płaszczami i ubraniami. Lipiec w Szkocji jest zimny, zresztą jesteśmy na wysokości Wilna”.

Oficerów zmuszano do wykonywania prac dotychczas zarezerwowanych dla szeregowców. Nic dziwnego, że protestowali, kadra nie była przyzwyczajona do prac porządkowych i sanitarnych.

„Dość wspomnieć – relacjonował Missor – że na 52 oficerów grupy podpułkownika Przybylskiego codziennie wyznaczano do służby aż 27 oficerów i że oficerom prócz spełniania najcięższych robót obozowych nakazano pewnego dnia oczyszczenie lasu z ekskrementów, co spotkało się z odmową wykonania rozkazu”.

Dochodziło do kłótni i awantur, pojawiły się antagonizmy pomiędzy oficerami zawodowymi a rezerwistami. Pewnego dnia młodsi oficerowie „zwymyślali majora, dowódcę plutonu” słowami „świnia” i „łobuz”, za co dostali kilka dni aresztu. To nie był wyjątek, starszych oficerów nazywano „leśnymi dziadkami”, oskarżając ich o wszystkie nieszczęścia.

„Rano trzepiemy koce – notował Mękarski – wynosimy je do lasu, o ile nie pada deszcz, czyścimy ubrania, golimy się i myjemy odrobiną wody, po którą chodzimy prawie kilometr drogi do Douglas. Nie mamy naczynia odpowiedniego na wodę, więc przynosić ją musimy w menażkach, manierkach i czajnikach. Obawiamy się wszy. Jedzenie jest dziwnie marne, źle przyrządzone. Łój w zupie i mięsie cuchnie obrzydliwie. Największą przykrością jest czyszczenie menażek. Nie ma wody ciepłej, zimnej, więc czyścimy je trawą”.

Pewien klasyk napisał, że byt kształtuje świadomość. I miał rację, wśród oficerów narastało rozgoryczenie, które koncentrowało się na osobie Naczelnego Wodza. Pojawiały się niewybredne dowcipy, podwładni pozwalali sobie na żarty z generała, i to niemal oficjalnie, w dużym gronie.

„Nie może być inaczej – zauważał Missor – jeśli taki Scieżyński bezkarnie w gronie kilkunastu oficerów, tłumacząc im wiadomości z gazety angielskiej, na zwróconą uwagę przez któregoś z oficerów, że na zdjęciu w tej gazecie generał Sikorski ma już czapkę angielską, a więc prawdopodobnie zgubił już czapkę francuską, odpowiedział dosłownie: »Jak pan śmie tak mówić, Naczelny Wódz może zgubić armię, ale nie może zgubić czapki«„.

Ktoś zauważył, że „ta armia była chora i to bardzo ciężko chora na duszy”, a w raportach brytyjskich zwracano uwagę, że „Polacy rozpijają się w nieprawdopodobny sposób i dostrzec można wrogość wojska wobec oficerów”. Chociaż wyżsi oficerowie nie mieli w szkockich obozach specjalnych udogodnień. Też stali w kolejkach po zupę i mieszkali w kilkuosobowych namiotach.

Sytuacja wymagała szybkiej interwencji, ale Naczelny Wódz, zajęty rozgrywkami politycznymi, nie znajdował czasu na wizytę w Szkocji. A może rozmyślnie grał na zwłokę? Chciał uniknąć konfrontacji i czekał na spacyfikowanie nastrojów? Dla najbardziej zajadłych przeciwników miał bowiem rozwiązanie wzorowane na metodach z Cerizay, ale tym razem lepiej dopracowane.

Rothesay na wyspie Bute

Sikorski wreszcie pojawił się w Szkocji i osiągnął sukces. Ten człowiek miał jednak charyzmę i potrafił przekonać niezdecydowanych. Dla nieprzejednanych przeciwników przygotowano obóz izolacyjny w Rothesay na wyspie Bute (Wyspie Węży) niedaleko Glasgow.

„[...] Rothesay jest niewielką miejscowością turystycznowypoczynkową – opisywał stolicę wyspy Janusz Meissner. – Maleńki port oraz śródmieście z rynkiem i town hallem (ratuszem) otaczają szeregi jednakowych pensjonatów z jednakowymi ogródkami. W każdym ogródku jest grządka astrów i nagietek, łysiejący żywopłot z ligustru i kawałek wydeptanego trawnika, na którym stoją koszykowe albo metalowe fotele. W niektórych – także gliniane muchomory i krasnoludki pomalowane olejną farbą. Każdy pensjonat, czyli »private hotel«, prowadzą dawno przekwitłe Szkotki, na których urodzie (nawet zanim uwiędły) dobry Pan Bóg musiał poczynić nieliche oszczędności”.

Premier nie ukrywał swych zamiarów i na posiedzeniu Rady Narodowej zapowiedział, że skoro nie ma sądownictwa polskiego, to „ci, którzy robią intrygi, znajdą się w obozie koncentracyjnym”. I słowa dotrzymał, nie tylko zresztą w stosunku do intrygantów.

Generał, mówiąc o obozie koncentracyjnym, nie miał jednak na myśli obozu zagłady. W tym czasie nazywano tak obozy izolacyjne przypominające angielski wynalazek z czasów wojny z Burami. Na Wyspie Węży nie stosowano również metod znanych z Berezy Kartuskiej; osadzonych tam nie bito ani nie zmuszano do pracy.

Obozy Sikorskiego miały stanowić odstraszający przykład dla jego przeciwników i stanowić realną groźbę dla korpusu oficerskiego. Do osadzenia wystarczył rozkaz przeniesienia, a pobyt był bezterminowy. O zakończeniu izolacji decydował kolejny rozkaz i zdarzało się nawet, że zwalniani oficerowie obejmowali stanowiska w armii.

Profesor Kot zaproponował otoczenie obozu drutem kolczastym, okazało się to jednak niepotrzebne. Ucieczka z Bute bez ważnych dokumentów nie wchodziła w rachubę, groziło to uznaniem za niemieckiego szpiega czy dywersanta. Miejscowych Szkotów uprzedzono, że w obozie znajdują się skazani za malwersacje finansowe, alkoholizm, zboczenia seksualne i tchórzostwo. Mimo to tubylcy nie przyjęli wrogiej postawy wobec osadzonych, a płeć piękna nawet sobie ceniła obecność polskich oficerów.

Rezydenci obozu dostawali zmniejszone pobory, poddawano cenzurze ich korespondencję, najgorsza była jednak bezczynność.

„Znajduję się w tutejszym obozie – pisał rotmistrz Marcisz – tylko z powodu postawionych mi zarzutów związanych z ewakuacją z Francji. Oczekuję na załatwienie mojej sprawy osiem miesięcy. Ustawiczne wyczekiwanie wyczerpało mnie nerwowo i fatalnie odbija się na moim zdrowiu. Kampanię wrześniową w Polsce odbyłem z wyróżnieniem, a we Francji pracowałem z całym oddaniem. Ojca mego aresztowano w Wilnie i wywieziono w głąb Rosji, a w lutym 1940 r. resztę mojej rodziny, w tym jedynego pięcioletniego syna Jerzego. Przydzielenie mnie do tutejszego obozu jest w najwyższym stopniu krzywdzące”.

Poważny procent izolowanych oficerów właściwie nie znał przyczyn odosobnienia. Oficjalnie kierowano tam alkoholików, hazardzistów i pederastów, co oczywiście stwarzało możliwości nadużyć.

„Mam 46 lat – twierdził kapitan Sergiusz Niedzielski – jestem żonaty i mam dwoje małoletnich dzieci. Oświadczono mi, że jestem przysłany tutaj dlatego, że ciąży na mnie zarzut pijaństwa, karciarstwa i erotomanii. Oświadczam, że w ogóle nie piję alkoholu, w karty grać nie umiem, a co się tyczy zarzutu erotomanii, to oświadczam, że zboczenia takiego nie mam, a przypisywany mi zarzut polega widocznie na anonimowym doniesieniu, złośliwym i bezpodstawnym”.

Pułkownika Janusza Meissnera skierowano na wyspę Bute za wydanie pierwszego numeru czasopisma satyrycznego „Polski Spitfire” (drugiego już nie zdążył), porucznika rezerwy Stefana Mękarskiego za to, że był posłem BBWR, a w jego lwowskiej gazecie niemieccy przemysłowcy przed wojną (!) kupowali reklamy. Na Wyspę Węży trafił również kapitan Jerzy Niezbrzycki, który na swoje nieszczęście przyznał kiedyś, że szef Biura Rejestracyjnego pisywał przed wojną artykuły na polecenie Śmigłego-Rydza.

„Znakomita większość – pisał niedoszły satyryk – polskiej »Rezerwy Sił Zbrojnych«, jak oficjalnie nazywa się »zesłanych« na Wyspę Węży, stanowią oficerowie, ale nie brak też bardziej ważnych osobistości, do których należą na przykład były wojewoda Grażyński, paru sanacyjnych dziennikarzy i polityków. Oficerowie to przeważnie byli legioniści z I Brygady lub z II Oddziału Sztabu albo osobnicy niepewni politycznie, jak ja, i wreszcie inwalidzi lub renciści w stanie spoczynku”.

Kompletna bezczynność niszczyła psychikę osadzonych. Czuli się zupełnie nieprzydatni, odrzuceni, nie wiedzieli, jak długo pozostaną w obozie:

„Od roku jestem stale poniżany i krzywdzony – meldował Sikorskiemu porucznik rezerwy kawalerii Stanisław Dergiman. – Mimo usilnych starań z mej strony, aby dowiedzieć się o stawiane mi zarzuty, nikt dotychczas nie tylko, że mi ich nie skonkretyzował, ale nawet nie przesłuchano mnie”.

Obiektywnie trzeba jednak przyznać, że warunki w Rothesay były bardziej niż przyzwoite. Oficerowie dostawali znacznie wyższe uposażenie niż w Cerizay, można było starać się o przepustkę na wyjazd z wyspy. Ale trwała wojna i wielu izolowanych chciało walczyć, a nie spędzać bezczynnie czas.

„Dla mnie była to wyspa odosobnienia – wspominał podhalańczyk, ówczesny major Władysław Dec. – Drutu kolczastego naokoło wyspy nie było. Ale była woda. Bez specjalnej przepustki od »dwójki« obozowej nie sprzedawano biletu na przejazd poza wyspę. Bez pieczątki »dwójki« nie można było nadać telegramu. Listy oddawało się do cenzury. Poza tym warunki były doskonałe. Pobory, co prawda, były obcięte do połowy, wystarczały na opłacenie mieszkania, jedzenia i prania, na zakup papierosów i gazet, no i na małą czarną”.

Samotnych zabijała nuda i beznadzieja dnia codziennego. Ile można grać w karty albo pić alkohol? Chociaż oba zajęcia miały swoich namiętnych wielbicieli.

„W sitting roomie – notował Stefan Mękarski – rodacy bez przerwy cały dzień grają w kierki. Przebywanie wśród tych oficerów stało się prawdziwym karcianym obozem koncentracyjnym. Schreyer wyprowadził się wcześniej, a ja dostałem za współtowarzysza porucznika Popławskiego. Ten okazał się delirycznym pijakiem, który codziennie gramolił się na drugie piętro [...]. Łącznik, porucznik Dmowski, asystujący codziennie w kabaretowym »Wintergarden«, jakiejś szkockiej wesołej wdówce, współczuł mi tkliwie. Poradziłem sobie w ten sposób na razie, że zaprzęgnąłem się do pracy w adiutanturze Komendy Obozu, w której spędzam obecnie cały dzień do piątej po południu. Redaguję rozkazy dzienne, dyktuję Schreyerowi do maszyny komunikaty prasowe Libickiego i przyglądam się rewii naszych wyspiarzy defilujących od rana do wieczora po przepustki [...]”.

Pensjonariusze Wyspy Węży tworzyli zadziwiającą mieszankę. Trafiali tam „fałszerze”, „nałogowi alkoholicy i pederaści”, „były właściciel domu publicznego” oraz oczywiście „ozonowcy lub podejrzani o sprzyjanie poprzedniemu rządowi”. Nic dziwnego, że wśród przypadkowych pensjonariuszy „nastroje były fatalne, pijaństwo panowało na całej linii, zupełnie zniknęło morale”. Pojawiła się „nienawiść względem władzy, rozdrażnienie w najwyższym stopniu”.

Zdarzali się jednak ludzie zadowoleni z odosobnienia. Historycy i dziennikarze raczej o tym nie wspominają, ale wielu internowanych, za zgodą władz emigracyjnych, przeniosło się do Rothesay wraz z rodzinami i prowadziło spokojne życie.

„Przywiózł rodzinkę zdrową i zadowoloną były minister pełnomocny Libicki – pisał Mękarski – pełen najlepszego samopoczucia i dobrze spełnionego obowiązku. Włóczy się z wózkiem niemowlęcia Wyżeł [Ścieżyński – S.K.] z okazałą blondynką, panowie generałowie Rouppert, Kwaśniewski, Korytowski również ocalili familijkę, podobnie ex-wojewoda Grażyński, pułkownicy Rusin i Szymański, pan major Kaziukiewicz i tylu, tylu innych. Aż podziw bierze nad czułym instynktem rodzinnym, jakim ci ludzie odznaczyli się podczas burzy wrześniowej w Polsce. To byli ludzie, którzy mieli charakter rodzinny. Polsce służyli z zapałem, ale i o rodzinie nie zapomnieli”.

Oni się nie buntowali, zadomowili się na wyspie, prowadząc codzienne, pokojowe życie. Wojna pozostała gdzieś daleko, wypłacanego żołdu starczało na mieszkanie i wyżywienie rodziny. Chyba niewielu z nich marzyło o powrocie do czynnej służby.

Oficerowie sprowadzali nie tylko rodziny. Były premier Marian Zyndram-Kościałkowski zamieszkał na wyspie ze swoją przyjaciółką, aktorką Marią Balcerkiewiczówną (para później zawarła związek małżeński), młodsze szarże nie pozostawały w tyle. Pewien porucznik z Gdyni przybył na Bute z siostrą swojej żony i oburzał się, gdy odmówiono mu zgody na wspólne zamieszkanie z partnerką. A przecież nie stać go było na wynajęcie dwóch mieszkań!

Inne problemy miał porucznik Geller. Przez kilkanaście lat mieszkał w Paryżu i tam dostał powołanie do wojska. Na wyspie pojawił się razem z żoną (wiedeńską Żydówką nieznającą języka polskiego).

„W Anglii otrzymał kategorię »E«, ma tysiąc chorób, nienawidzi Europy, przysięga na Amerykę, w której pragnie kontynuować żywot europejski. Ale na razie rząd polski za angielskie pieniądze utrzymuję pana Gellera i Żydówkę z Wiednia, płaci im mieszkanie i »holiday« na wyspie Bute. Pan Geller obnosi swój gniew na »kancelarię«: w sobotę nie wypłacono mu punktualnie poborów. »Czy ja mam szukać płatnika? Ja mam dostawać pieniądze punktualnie«... Pan Geller »robi« wrażenie ciężko skrzywdzonego, który za ciężką pracę jest wyzyskiwany”.

W Rothesay przebywało jednocześnie około sześciuset osadzonych, a przez obóz przewinęło się łącznie tysiąc pięciuset oficerów, w tym dwudziestu generałów! To porażająca liczba świadcząca o skali opozycji przeciwko Sikorskiemu, a przy okazji o manii prześladowczej władz emigracyjnych. Czy naprawdę dla tych ludzi nie można było znaleźć innego zajęcia? Przecież toczyła się wojna.

Na wyspie internowano całkiem pokaźną grupę byłych prominentów z byłym wojewodą śląskim (i naczelnikiem ZHP) Michałem Grażyńskim, byłym premierem Marianem Zyndramem-Kościałkowskim i szefem Związku Młodej Polski Edmundem Galinatem na czele. Ale największe zamieszanie towarzyszyło pobytowi w Rothesay osławionego generała Stefana Dęba-Biernackiego. Internowanie w Cerizay nie przyniosło efektów i jeszcze przed zesłaniem na Wyspę Węży generał oficjalnie buntował się przeciwko Sikorskiemu:

„W obozie w Broughton – raportował porucznik Missor – agitacja przeciwko Naczelnemu Wodzowi i rządowi prowadzona jest jawnie i publicznie. Kieruje nią pułkownik Ścieżyński, który zdaniem naszym jest najbardziej niebezpiecznym osobnikiem na tamtejszym terenie. Na skutek obserwacji i wywiadu [...] ustaliliśmy, że organizacja ta przedstawia się następująco: całością kieruje generał Dąb-Biernacki (dowodem jawne odprawy odbywane przez niego w namiocie), obecnie jeżdżą do niego do Peebles [inny ze szkockich obozów wojskowych – S.K.], jego zastępcą i kierownikiem politycznym jest Kościałkowski”.

W lipcu 1940 roku Dąb-Biernacki napisał do Sikorskiego list, zarzucając mu odsunięcie doświadczonych dowódców, fałszywe informowanie Francuzów o przebiegu kampanii wrześniowej, podział oficerów na lepszych i gorszych, a także utratę armii we Francji. Naczelny Wódz zareagował natychmiast: Biernacki stanął przed sądem polowym, zdegradowano go do szeregowca i skazano na dwa i pół roku więzienia. Wyrok uzasadniono „złamaniem dyscypliny wojskowej i usiłowaniem wywołania fermentu w szeregach żołnierskich”. Polskie Siły Zbrojne nie dysponowały własnymi więzieniami, wobec czego generał trafił do angielskiego kryminału. Zwolniony po śmierci Sikorskiego, wyjechał do Irlandii, gdzie zajął się pszczelarstwem (był z wykształcenia inżynierem rolnikiem). Szanując wyrok sądu, zabronił tytułować się generałem.

„Siedzimy na wyspie Bute – notował z rezygnacją Mękarski – tak jak siedzieliśmy w obozach na Węgrzech i we Francji w Vichy. Dostajemy regularnie w soboty funty, mamy na sobie mundur, mamy bieliznę, ciepłe miękkie łóżko, kominek pani Morrisonowej, do którego dorzucamy co chwila kamienie węgla i szczapy drewna. Ciepło nam jest. Dostajemy jajko na śniadanie, wypijamy x gorących herbat dziennie. Gramy w brydża, chodzimy na czarną do kawiarni i do kina na idiotyzmy amerykańskich kowbojów. Wegetujemy, wspaniale przeżywamy w luksusie najstraszliwszą wojnę w dziejach na prawie bezpiecznej wyspie”.

Przez długi czas stosunki z miejscowymi Szkotami układały się bez zarzutu. Szczególnie z miejscową płcią piękną, izolowani poszukiwali bowiem towarzystwa kobiet, a Szkotki były chętne. Tym bardziej że Polacy uchodzili za dżentelmenów, co na wyspiarkach wywierało nieprawdopodobne wrażenie. Osadzeni z reguły legitymowali się wyższym wykształceniem, byli ludźmi inteligentnymi o dużej kulturze osobistej. Nawet bariera językowa nie stanowiła specjalnego problemu.

„Panie z rothesayańskiego towarzystwa – zauważył Mękarski – zbierają się wzajemnie w ocenie swoich sukcesów: »Mój Polak! Mój Polak jest doktorem, mój Polak jest adwokatem, mój Polak jest pułkownikiem – prześliczny, elegancki, mocny Polak«... A w »Regal« nieliczne jeszcze Szkotki, pietruszkujące samotnie przy stolikach, ze smutkiem pełnym zazdrości patrzą na swoje szczęśliwe rywalki i marzą niecierpliwie o swoim Polaku. Ile z nich pojedzie na stałe do Polski? Ilu z nich zostanie na stałe w Szkocji?”.

Na dłuższą metę jednak internowanie na wyspie Bute fatalnie odbijało się na psychice osadzonych. Zdarzały się choroby psychiczne oraz samobójstwa. Zanotowano przypadki targnięcia się na życie po otrzymaniu rozkazu udania się do Rothesay. Obóz miał fatalną opinię, a niektórym śmierć wydawała się lepszym rozwiązaniem niż bezterminowa izolacja.

„Po pułkowniku Kreissie – notował Mękarski po dwudziestu miesiącach pobytu na Wyspie Węży – oszalał w Rothesay geograf, porucznik Stanisławski. Generała Korytkowskiego odesłano wczoraj do szpitala w Aberfeldy, dostał ciężkiego rozstroju nerwowego. Kapitan Sobański zwierzył mi się dzisiaj z obawy o generała Janusza de Beauraina. Obawia się o stan nerwów jego.

Doktor Brinckenhoff mówi, że w Rothesay jest czterdzieści siedem wypadków ciężkich schorzeń na tle nerwowym. Uważa, że ludzie powinni uciekać z Rothesay jak z miejsca zapowietrzonego. W Rothesay potrzebny jest psychiatra, a nie internista. Naczelny »lekarz«, doktor Eiseler, boi się o swą posadę i funty. Nie chce odsyłać ludzi z Rothesay do szpitala, bo twierdzi, że rothesayańczyków niechętnie widzą władze szpitalne. Brinckenhoff twierdzi też, że 99% jego pacjentów przyznaje się, że uprawia onanię, a pozostały 1%, który temu przeczy – kłamie...

Rothesay staje się groźnym miejscem. Miejscem zagłady”.

Władze w Londynie postanowiły rozwiązać problem konfliktów wśród internowanych i na Bute powstał kolejny obóz w miejscowości Thignabruaich. Przeszło przez niego około dwustu oficerów, kryminalistów i homoseksualistów oraz ludzi przejawiających „patologiczną nienawiść” do Naczelnego Wodza i jego otoczenia. Pensjonariusze otrzymywali jednakowe pobory (bez względu na stopień wojskowy), pilnował ich pluton żandarmerii. Oczywiście, wśród izolowanych umieszczono agentów rządowych pilnie śledzących poczynania kolegów, ale to było normą również w Rothesay. Jak zwykle nie brakowało także osobistych wysłanników profesora Kota.

Obozy na Wyspie Węży funkcjonowały ponad dwa lata, a ich kres położyła interpelacja w angielskiej Izbie Gmin. Dwaj posłowie labourzystowscy wnieśli sprawę na forum parlamentu, co zmusiło ekipę Sikorskiego do rezygnacji z izolowania przeciwników. Ale wyrządzonych szkód nie dało się już naprawić, wielu zwalnianych nie potrafiło przystosować się do warunków służby wojskowej. Miesiące (czy lata) kompletnego lenistwa i beznadziei zrobiły swoje.

„W obozie wśród tych sześciuset oficerów, zaledwie jakieś dziesięć procent – to element, który rzeczywiście powinien być usunięty z wojska, bo przynosi mu ponad wszelką wątpliwość ujmę. Ale zasadniczo cały obóz – to ludzie dobrzy, często bardzo wartościowi, także zasłużeni i tragicznie bezczynni, nie zużytkowani”.

Stefana Mękarskiego zwolniono z Rothesay w lipcu 1942 roku. Do wojska już nie wrócił, do końca wojny utrzymywał się z prac zleconych dla polskich instytucji. Po zakończeniu wojny pozostał w Wielkiej Brytanii, nie widział dla siebie miejsca w kraju rządzonym przez komunistów. Pracował jako dziennikarz, działał w polskich organizacjach emigracyjnych, był współpracownikiem Radia Wolna Europa. Nigdy nie zobaczył już swojego ukochanego Lwowa, zmarł w Londynie w 1985 roku.

Shinafoot

Każda armia świata potrzebuje jednostek karnych dla skazanych za przestępstwa kryminalne. Polskie Siły Zbrojne nie były wyjątkiem i w Shinafoot (na północ od Glasgow i Edynburga) powstał obóz dyscyplinarny, w którym metody resocjalizacji faktycznie przypominały Berezę Kartuską.

„Na czele obozu dyscyplinarnego w Shinafoot – pisał były podoficer Maciej Feldhuzen – stanął kapitan Korkiewicz. Alkoholik, psychopata, sadysta, który własnoręcznie maltretował więźniów. Zakładano im od tyłu kajdanki na ręce i wieszano na poprzeczce u sufitu, a pan kapitan Korkiewicz sam wiszących dusił za gardło, bił po twarzach i kopał w brzuch. Działo się to w roku pańskim 1941, a więc Lagerfuhrer Korkiewicz nie był odosobniony w biciu skutych i bezbronnych żołnierzy polskich, bo robiło to samo, równolegle z nim, w tym samym dniu i o tej samej godzinie, wielu innych jego kolegów, Lagerfiihrerów na terenie Polski i Niemiec”.

Niestety, w każdej armii trafiają się psychopaci. Ludzie o sadystycznych skłonnościach wykorzystywani są często do służby w jednostkach karnych, co władze traktują jako dodatkową szykanę wobec skazanych. A metody stosowane w Shinafoot rzeczywiście przypominały najgorsze obyczaje sanacji.

„Było tam wszystko – wspominał chirurg Adam Majewski – jak w Berezie Kartuskiej: i druty kolczaste, i baraki, i »żabka«, i wybijanie zębów, i dozorcy sadyści, i komendant obozu, w którego kancelarii nasz więzień często szorował podłogę i bywał przy tym bity i kopany. Żandarmi byli specjalnie dobrani. Ludność szkocka wielokrotnie podchodziła do drutów, jednak kontaktu z więźniami nie nawiązała, bo straż przeszkadzała. Poza tym Szkotom wytłumaczono, żeby się nie zbliżali, bo tu siedzą szpiedzy i dywersanci niemieccy”.

Okoliczni farmerzy wspominali o biciu i głodzeniu więźniów oraz innych obozowych szykanach, a miejscowi strażnicy nie wahali się używać broni. Głośnym echem odbiła się sprawa zastrzelenia przez wartownika szeregowca Edwarda Jakubowskiego. Podobno skazany obraził strażnika, wobec czego ten użył broni. Dochodzenie sądowe uwolniło jednak zabójcę od odpowiedzialności.

Adam Majewski operował kiedyś wyrostek sponiewieranemu młodemu żołnierzowi:

„Chłopak dosłownie się trząsł, ilekroć któryś z żandarmów zbliżał się do niego, rzucał przy tym na nas spojrzenia dzikiego zwierzęcia. Żołnierze od dawna coś przebąkiwali o jakimś polskim obozie koncentracyjnym na terenie Szkocji, ale nie wierzyłem w to. [...] Prawdy zacząłem się dowiadywać, gdy podano żołnierzowi narkozę i zaczął gadać. Wołał: – Nie bijcie mnie, nie wyłamujcie mi rąk”.

Podobno chłopak zadarł ze swoim dowódcą i trafił do obozu. Bliższych szczegółów tej sprawy nie znamy, ale komendant Korkiewicz stanął w 1942 roku przed sądem polowym. Sąd uwolnił go jednak od zarzutów.

Obóz w Shinafoot stał się przyczyną nieporozumień do dzisiaj pokutujących w naszej publicystyce. Relacje z Wyspy Węży i Shinafoot często się mieszają i w ten sposób pojawiły się informacje, że to w Rothesay stosowano metody rodem z Berezy Kartuskiej. Nic bardziej mylnego, to były dwie zupełnie różne sprawy, niemające ze sobą żadnego związku.

Do Shinafoot kierowano zresztą nie tylko przestępców w ścisłym rozumieniu prawa. Aby tam trafić, wystarczyło zarażenie chorobą weneryczną, co Sikorski uważał za równoznaczne z dezercją. Nie on jeden, podobne zdanie miała niemiecka generalicja podczas pierwszej wojny światowej. Jednym z żołnierzy mających z tego powodu problemy był kapral Adolf Hitler, zdołał jednak udowodnić, że zaraził się jeszcze przed wojną. Uniknął kary na szczęście dla siebie, ale był sprawcą tragedii dla całego świata.

Sławomir Koper

Polskie piekiełko 


Yves Goulais

 

Starszy od Zuzanny o pięć lat Francuz Yves Goulais przyszedł na świat i wychował się w Nantes, a z zawodu był reżyserem teatralnym.

„Pierwszy raz przyjechałem do Polski na miesiąc przed stanem wojennym w 1981 roku – zeznawał podczas rozprawy sądowej. – Przyjechałem tutaj na Festiwal Teatru i przebywałem przez dwa tygodnie. Dalej pracowałem we Francji w teatrze [...], po kilku latach mogłem podjąć staż w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Krakowie. [...] Staż rozpoczął się w 1987 roku [...], trwał pół roku, studiowałem reżyserię i wtedy w tej szkole teatralnej poznałem Zuzannę Leśniak”[275].

Daty mniej więcej się zgadzają, chociaż fakty już nie do końca. Matka Yves’a twierdziła, że syn poznał pannę Leśniak, gdy ta przebywała we Francji. Potwierdziła to również jedna z jej przyjaciółek, Ewa K. Zuzanna miała pierwszy raz spotkać swojego przyszłego męża i zabójcę podczas pobytu studentów krakowskiego PWST na festiwalu teatralnym[276].

Szczegóły nie są jednak ważne, bo zdecydowanie większe znaczenie miało to, że pomiędzy Zuzanną i Yves’em niemal od razu narodziło się uczucie. Po kilku miesiącach postanowili się pobrać, a plany te zaakceptowały ich rodziny.

Ślub cywilny odbył się w lutym 1988 roku, małżeństwo kościelne zawarli w lipcu. Yves dołączył nazwisko żony do własnego, co stanowiło jasną deklarację, że zamierzał związać swoje losy z naszym krajem. Przeniósł się też na stałe do Polski, gdzie zamierzał kontynuować karierę zawodową. Pilnie uczył się polskiego (ze znakomitymi zresztą rezultatami), zdając sobie sprawę, że bez znajomości języka nie ma szans na zatrudnienie jako reżyser. Polskiego uczyła się także jego matka, chcąc w przyszłości mieć możliwość rozmawiania z wnukami w ich języku.

„Jeszcze przed naszym ślubem Zuza zaangażowała się w Teatrze STU – kontynuował Yves. – Zmienialiśmy mieszkania co dwa, trzy miesiące, bo ja miałem kłopoty jako obcokrajowiec. Mieliśmy w zawodzie aktorskim zarówno sukcesy, jak i klęski. [...] Moim problemem było to, że nie mogłem żonie pomóc. Nie miałem władzy, by decydować o tych sprawach na jej korzyść. Żona była bardzo zdolna i bardzo wrażliwa i tego [rodzaju] sytuacje bardzo przeżywała”[277].

Yves starał się, by Zuzanna dostała angaż w Teatrze Starym, gdzie sam pracował, jednak bez rezultatu. Po latach twierdził, że w tym czasie były to ich jedyne kłopoty, gdyż małżeństwo układało się bardzo harmonijnie. Prowadzili „ciepły dom”, mieli wielu przyjaciół, udzielali się towarzysko. Zuzanna dostała francuski paszport, co umożliwiło im wspólne wyjazdy do Europy Zachodniej. Regularnie bywali nad Sekwaną, odwiedzali też Wielką Brytanię.

Dla otoczenia stanowili zgodne, kochające się małżeństwo, a gdy Francuz wyjeżdżał w sprawach zawodowych za granicę, codziennie dzwonił do żony, nie zwracając uwagi na koszty rozmów telefonicznych.

„Jego uczucie do niej było tak duże – zeznawał przełożony Yves’a z Teatru Starego, Jan P. – że w moim przekonaniu była to miłość absolutna, wykluczająca wręcz zainteresowanie innymi kobietami, a tym bardziej zdradę żony. Z upływem czasu miłość ta się potęgowała”[278].

Rodziny obojga także zgodnie potwierdzały, że Zuzanna i Yves stworzyli bardzo udany związek, a z czasem sprawiali wrażenie jeszcze bardziej zakochanych w sobie. Zaprzyjaźnili się także ich najbliżsi – matka Zuzanny odwiedzała matkę Yves’a we Francji.

Goulais był bardzo łubiany przez współpracowników i przełożonych, którzy uważali go za „dobrego i szlachetnego człowieka”, wyjątkowo życzliwego wobec otoczenia.

„[...] W swoim życiu nie spotkałem lepszego człowieka – potwierdzał Jan P. – serdeczniejszego dla ludzi, chętnego do pomocy, życzliwego ludziom, bardziej serdecznego i łagodnego. Wiem, że własnymi problemami nie obarczał innych, ale bardzo je przeżywał, wówczas był napięty”[279].

Udany związek miał szczególne znaczenia dla matki Yves’a. Dotychczas bowiem życie osobiste jej dzieci nie należało do szczęśliwych – jedna z jej córek leczyła się psychiatrycznie, a narzeczony drugiej popełnił samobójstwo. Nic zatem dziwnego, że z małżeństwem syna kobieta wiązała duże nadzieje...

(...)

W czasie trzydniowego pobytu w kraju rodzinnym reżyser odwiedził swoich rodziców, nie wspominając im jednak o swoich problemach. Nabył też broń – półautomatyczny karabinek kalibru 5,56, który we Francji można było kupić bez zezwolenia, a także kilka magazynków z nabojami. Wypróbował broń, a następnie samodzielnie skrócił jej lufę i kolbę. Dzięki temu łatwiej mógł ją przemycić do Polski i nosić pod ubraniem bez zwracania niczyjej uwagi.

Z przewiezieniem karabinka nie miał żadnego problemu, bo na granicy nikt nie skontrolował bagażnika jego samochodu. W Krakowie pokazał go żonie (sic!), a chociaż Zuzanna wiedziała, że mąż nie ma pozwolenia na jego posiadanie, nikogo o tym nie poinformowała...

„Chcę być przekonany – twierdził Goulais – że Zaucha by się uratował, gdyby wtedy któregoś dnia zadzwonił do mnie i spotkał się ze mną. Wydaje mi się, że chciałem tylko wszystko wiedzieć i to wszystko mogłoby się zmienić, bo byłem tym bardzo zmęczony”[298].

Niestety piosenkarz nadal unikał spotkania z rywalem i nigdy nie przeprosił reżysera za to, że ten „znalazł go w swoim mieszkaniu” i że „musiał wyważyć swoje drzwi”. Na domiar złego Leśniak wciąż grała na zwłokę, nie potrafiąc podjąć ostatecznej decyzji. Co prawda przyznała się wreszcie mężowi do romansu z Zauchą (wcześniej twierdziła, że jest on impotentem), lecz jednocześnie wmawiała Yves’owi, że to już przeszłość, a ona nie wyklucza, że ponownie uda im się stworzyć szczęśliwy związek. Prosiła go więc o czas, gdyż „wszystko jest jeszcze możliwe”.

„Widziałem wtedy Zuzannę jako złą aktorkę, bo źle kłamała. Czułem Zauchę jako stojącego za mną, poza moim zasięgiem. [...] Od tego dnia cała sytuacja zaczęła mi się wymykać. [...] Nie wierzyłem, że pomiędzy żoną i Zauchą jest wszystko skończone, i tą myślą byłem jakby opętany. Szczególnie że było to ostatecznie kłamstwo”[299].

Zuzanna wciąż nie mogła się zdecydować. Właściwie chciała odejść od męża i związać się z Zauchą, z niewiadomych względów odwlekała jednak decyzję. Najwyraźniej miała kłopoty sama ze sobą i pewnie dlatego zaczęła regularnie odwiedzać psychologa[300]. Inna sprawa, że niemal zupełnie nie realizowała w życiu jego porad. I wciąż grała na czas.

A czasu już niestety nie było, gdyż Goulais odwołał spotkania zawodowe i uzbrojony zaczął krążyć po Krakowie. Planował, że gdy zobaczy Zuzannę z Zauchą, zastrzeli piosenkarza, po czym odda się w ręce policji. Pierwsza próba się nie powiodła, bo pod Teatrem STU spotkał znajomą i po rozmowie z nią uznał, że „gdyby nawet Zaucha się pokazał, to w tym dniu [Goulais] nie byłby w stanie go zabić”. Następnego dnia reżyser powrócił jednak do swoich planów i udał się w okolice ulicy Kasprowicza, wiedząc, że rywal mieszka w pobliżu.

„Poruszałem się, przemieszczałem się cały czas po to, aby zobaczyć i spotkać żonę i Zauchę. Tylko to mnie interesowało. To była moja obsesja”[301].

Kraków, 10 października 1991 roku

Rano Goulais kupił gazetę i sprawdził program teatrów. Upewnił się, że w Teatrze STU grany jest Pan Twardowski i że tego dnia w obsadzie nie zabraknie Andrzeja Zauchy (czasami główną rolę grywał dubler).

Wieczorem wyszedł z domu, podjechał w okolice parkingu przy ulicy Włóczków i sprawdził, czy stoi tam samochód Zauchy. W pobliżu dostrzegł też auto Zuzanny, wobec czego zaparkował w taki sposób, by widzieć oba pojazdy. Na siedzeniu położył karabinek owinięty plastikową torbą, a zapasowe magazynki włożył do kieszeni.

Niebawem zobaczył Zauchę idącego przez parking, kilkanaście metrów za nim podążała Zuzanna. Oboje kierowali się do samochodu Andrzeja. Wówczas Yves wziął do ręki broń, odbezpieczył ją, po czym wysiadł ze swojego pojazdu i ruszył w ich kierunku.

„Sytuacja była bardzo jasna – opowiadał. – Andrzej Zaucha siedział w swoim samochodzie, miał już zapalony silnik samochodu, i kiedy nadszedłem do nich z boku, Zuzanna już prawie wsiadała, bo już miała otwarte drzwi do samochodu Zauchy”[302]. Nadchodzącego Francuza pierwsza dostrzegła Leśniak, a chociaż nie widziała broni (była owinięta reklamówką), przeczuła, że mąż ma złe zamiary. Zagrodziła mu drogę do samochodu, pytając, co zamierza zrobić Zausze. W tym momencie Andrzej siedział jeszcze w pojeździe.

„Dwa razy odepchnąłem ją lewą ręką – zeznawał Yves – pierwszy raz nie dość mocno, bo stawiała opór, a drugi raz mocniej. [...] Przekonany jestem, że nie upadła. W tym momencie Zaucha wysiadł z samochodu, ja zrobiłem jeszcze jeden czy dwa kroki w jego kierunku, czyli do przodu. On szybko zbliżał się do mnie, spieszył jej na pomoc, bo może myślał, że chcę jej coś zrobić. [...] Nie było między nami żadnej wymiany zdań ani żadnej bijatyki. Nie było żadnej szamotaniny. Ja od razu do niego strzeliłem [...]”[303].

Goulais nie przykładał karabinka do ramienia, strzelał jedną ręką z wysokości biodra. Po „drugim czy trzecim strzale Zaucha coś krzyknął albo powiedział”, po czym przewrócił się na ziemię. Zabójca jeszcze raz strzelił do padającego rywala i w tej chwili usłyszał głos Zuzanny mówiącej „Jezu”, i zobaczył, że „ona też pada”.

Był jednak przekonany, że Leśniak tylko zemdlała, tym bardziej że w ostatnich sekundach nie miał jej w polu widzenia. Nie zauważył, iż w pewnym momencie Zuzanna znalazła się za Zauchą i można jej było nie dostrzec, bo parking był źle oświetlony, a ona miała na sobie ciemne ubranie.

„Kategorycznie stwierdzam – zeznawał zabójca – że od momentu, kiedy zacząłem strzelać do Zauchy, ona nie starała się mi przeszkadzać i wejść pomiędzy mnie a Zauchę, żeby go ochronić. To nie miało miejsca”[304].

Goulais obszedł ciało Andrzeja (cały czas uważał, że żonie nic się nie stało), po czym zmienił magazynek i z „odległości pół metra” wpakował w rywala kolejne pięć kul. Później twierdził, że zrobił to machinalnie, bez większych emocji, gdyż chciał mieć pewność, że naprawdę go zabił. Następnie udał się w kierunku swojego samochodu i odjechał, by oddać się w ręce policji.

Andrzej Zaucha zginął na miejscu, a Zuzannę Leśniak przewieziono do szpitala. Około godziny dwudziestej trzeciej dwadzieścia lekarze zaprzestali reanimacji, stwierdzając zgon aktorki.

Wokalistę pochowano u boku żony na krakowskim cmentarzu Batowickim. W ostatniej drodze towarzyszyły mu tysiące ludzi, a w czasie pogrzebu radio RMF FM nadawało jego piosenkę Byłaś serca biciem. Na nagrobku umieszczono wspólne zdjęcie Elżbiety i Andrzeja z czasów, gdy byli bardzo szczęśliwi. Zuzanna spoczęła w rodzinnym Nowym Sączu.

„Tuż przed śmiercią – wspominał Andrzej Sikorowski – przy stole u nas w domu został Andrzej zaskoczony przez moją małżonkę [...], która postanowiła wykonać pamiątkowe fotki. Kiedy wydarzyła się ta tragedia i Andrzej zginął, żona wywołała film i okazało się, że wszystkie klatki filmu, na których był Andrzej, były prześwietlone, a cała reszta była dobra”[305].

Ze zjawiskami „nie z tego świata” mieli do czynienia również inni znajomi zamordowanej pary. Włodzimierz Korcz opowiedział historię, która mrozi krew w żyłach i w której autentyczność aż trudno uwierzyć.

„Czuję, że zasypiam, i w pewnym momencie uświadamiam sobie, że w korytarzyku prowadzącym do sypialni stoi Zuzia. Ja to wiem i to czuję. W pewnej chwili słyszę, że ona takim napiętym szeptem mówi: »To tu«. Sytuacja irracjonalna kompletnie, ale szturcham żonę, ona jakaś blada potwierdza, że też słyszała, że w korytarzyku była Zuzia i powiedziała: »To tu...«”[306].

Proces

Śledztwo i rozprawa wydawały się formalnością, bo morderca przyznał się do winy, choć kategorycznie zaprzeczał, że zamierzał zabić żonę. Składał obszerne wyjaśnienia i bez oporów współpracował ze śledczymi. Analizując akta śledztwa i procesu, można bez problemu zauważyć, że Yves cieszył się ogólną sympatią, a tragedia z ulicy Włóczków była wielkim zaskoczeniem dla wszystkich jego znajomych.

Niektóre wypowiedzi świadków wprawiały jednak śledczych w osłupienie, a chyba największe wrażenie zrobiło na nich zeznanie siostry Zuzanny, złożone kilkanaście godzin po zabójstwie.

„Bardzo kochałam moja siostrę, byłam jak jej matka, bowiem była znacznie młodsza ode mnie i jak mama szła do pracy, ja się nią zajmowałam. Jeśli chodzi o Yves’a, to jego nadal kocham, uważam, że musiał być doprowadzony do ostateczności, chyba nie wiedział, co robi. Nie wierzę w to, by chciał z rozmysłem zabić moją siostrę. Jeślibym mogła mu w jakikolwiek sposób pomóc, uczynię to. Wiem, że jest bardzo nieszczęśliwy, i mimo tego, że zabił moją siostrę, chciałabym mu okazać moją miłość, także do niego. On jest w Polsce sam, nie ma tu nikogo. Chciałabym go przytulić i przynieść mu ulgę. Nie umiem go winić. W moim mniemaniu jest to człowiek szlachetny, dobry, uczuciowy i bardzo, bardzo wrażliwy”[307].

Proces przed sądem wojewódzkim w Krakowie rozpoczął się pod koniec kwietnia 1992 roku. Goulais został oskarżony o zabójstwo z premedytacją Andrzeja Zauchy i Zuzanny Leśniak oraz o posiadanie broni palnej bez zezwolenia. Oskarżony przyznał się do pierwszego i trzeciego zarzutu, zdecydowanie jednak zaprzeczył, że chciał zabić swoją żonę. W trakcie procesu wypowiadali się psychiatrzy, psycholodzy i biegli, wezwano kilkudziesięciu świadków. Rozprawa była wielokrotnie odraczana, głównie ze względu na konieczność przyjazdu do Polski rodziców Yves’a oraz na zobowiązania kontraktowe znajomych obu ofiar. Postępowanie zakończyło się na początku grudnia. W swoim ostatnim słowie Francuz nawet nie prosił o łagodny wymiar kary. Stwierdził, że doskonale zdaje sobie sprawę ze swojej winy i gotowy jest przyjąć każdy wyrok. Został uznany winnym zabójstwa z premedytacją Andrzeja Zauchy, nieumyślnego spowodowania śmierci Zuzanny Leśniak oraz nielegalnego posiadania broni.

Prokurator żądał kary dwudziestu pięciu lat pozbawienia wolności, sąd jednak wziął pod uwagę „dramat osobisty” oskarżonego i skazał go na łączną karę piętnastu lat więzienia. Do tego doszło jeszcze milion złotych nawiązki na rzecz Polskiego Komitetu Pomocy Społecznej i Stowarzyszenia Pomocy Sercu. Goulais miał również ponieść koszty procesu w wysokości ponad 42 milionów złotych oraz pokryć koszty zastępstwa adwokackiego oskarżyciela posiłkowego (matki Zuzanny) w kwocie 1,5 miliona złotych. Patrząc na te astronomiczne sumy, warto jednak pamiętać, że były to jeszcze czasy przed denominacją i w chwili ogłaszania wyroku dolar kosztował ponad 15 500 złotych. Całość zobowiązań skazanego zamykała się w sumie nieprzekraczającej 3000 ówczesnych dolarów, czyli około 6000 euro.

Yves’owi zaliczono na poczet kary areszt od dnia 11 października, co oznaczało, że na wolność miał wyjść pod koniec 2006 roku.

Świat za kratami

Francuz okazał się wzorowym więźniem. Początkowo odbywał karę w Krakowie, ale już w październiku 1996 roku został przeniesiony do półotwartego zakładu karnego w Nowej Hucie. Opinie służby więziennej na jego temat były wręcz entuzjastyczne, strażnicy nie mogli się nachwalić jego zachowania.

„Wyróżnia się spośród ogółu skazanych wysoką inteligencją, wiedzą ogólną i kulturą osobistą. [...] Nie był karany dyscyplinarnie, nie jest uczestnikiem podkultury więziennej i ma negatywny stosunek do jej przejawów. W grupie współoskarżonych współżyje bezkonfliktowo, jest koleżeński, otwarty na problemy innych i zawsze chętny do pomocy”[308].

W czasie odbywania kary Yves podjął studia eksternistyczne na Uniwersytecie Stendhala w Grenoble, zdobywając uprawnienia do nauczania obcokrajowców języka francuskiego. W rozmowach określał swoją zbrodnię jako „osobistą tragedię”, twierdząc, że „w pełni zaakceptował orzeczoną karę i uznał jej zasadność”. Dlatego też, gdy jego matka zwróciła się do władz polskich o ułaskawienie syna, nie poparł jej prośby, uważając, że powinien pozostać w więzieniu. Zadbał natomiast o nabycie praw do spadku po zabitej żonie, planował bowiem jego sprzedaż i przekazanie pieniędzy córce Andrzeja Zauchy jako zadośćuczynienia.

Przez kilka lat pobytu w więzieniu był pięćdziesiąt dziewięć razy (sic!) nagradzany przepustkami, nawet pięciodniowymi. Za każdym razem wracał punktualnie do zakładu karnego, nie zdarzyło mu się ani jedno spóźnienie.

Za kratami powrócił do zawodu reżysera i z udziałem współwięźniów i strażników nakręcił cztery filmy krótkometrażowe (Wyjście, Walka, Szkopuł, Więzienne sny samochodziarza Harry’ego, czyli odyseja na pryczy). Ostatni z nich został zaprezentowany na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni w 1998 roku, zdobywając tam nagrodę Przewodniczącego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Natomiast film Wyjście otrzymał nagrodę za reżyserię na Ogólnopolskim Festiwalu Amatorskich Filmów Fabularnych „Kino poza kinem” w Zielonej Górze. Dochód ze sprzedaży kaset video z filmami został przekazany na potrzeby placówek opiekuńczo-wychowawczych.

Pierwsza prośba o ułaskawienie Yves’a Goulais wpłynęła w maju 1995 roku, kolejna dwa lata później. Składały je matka i siostra skazanego, a popierał Alain Chénard, wiceprezes Kongresu Władz Lokalnych przy Radzie Europy. Pozostawiono je jednak bez dalszego biegu, co nie zraziło bliskich skazanego. Następne prośby o ułaskawienie wpływały do kancelarii prezydenta Kwaśniewskiego co kilka miesięcy (łącznie sześć od grudnia 1999 do listopada 2003 roku).

Były one odrzucane lub pozostawiane bez rozpoznania, bo chociaż sędziowie opiniujący sprawę nie mieli wątpliwości, że resocjalizacja skazanego przebiega w sposób zadowalający, to byli zdania, że nie jest to wystarczającym powodem do skrócenia orzeczonej kary. Natomiast kiedy we wrześniu 2002 roku sąd apelacyjny pozytywnie zaopiniował kolejny wniosek, prezydent Kwaśniewski nie skorzystał z prawa łaski. Zapewne wpływ na to miał fakt, że prośbę popierał ówczesny prezes Rady Nadzorczej Canal+ Lew Rywin, a wkrótce po wpłynięciu dokumentów do kancelarii prezydenta wybuchła słynna afera korupcyjna, która wstrząsnęła polską sceną polityczną. W tej sytuacji poparcie Rywina obróciło się przeciwko skazanemu, a przy pewnej dozie szczęścia obaj panowie mogliby się spotkać w jednej celi.

Ostatecznie Yves Goulais został zwolniony warunkowo w grudniu 2005 roku, na dziesięć miesięcy przed końcem kary. Dalej przebywa w Polsce, przeniósł się do Warszawy i pracuje jako reżyser i scenarzysta. Podobno początkowo funkcjonował pod pseudonimem i dlatego jego nazwiska nie można odnaleźć wśród twórców filmów, przy których pracował. Nigdy nie chciał się spotkać ze znajomymi Andrzeja Zauchy i do dzisiaj unika rozmów na temat tragedii. Odrzucił też ofertę napisania książki o wydarzeniach sprzed lat.

Agnieszka Zaucha ukończyła studia plastyczne (grafika), pracuje w Krakowie jako tatuatorka. Chyba nigdy nie uporała się z traumą po śmierci obojga rodziców, nie lubi też rozmawiać o tragicznym końcu swego ojca. Przyznaje, że „nie do końca radzi sobie ze sobą”:

„Czuję się jak gówniarz, może jestem niedojrzała i infantylna. Czy to efekt tego, co się wydarzyło? Układam klocki Lego, jak niegdyś, gdy przywoził je tata, gram w gry komputerowe, czytam książki, oglądam filmy, pracuję... Tworzę sobie świat wygodny dla siebie, może to i wybór życia po linii najmniejszego oporu... Mnie jednak jest z tym dobrze. I tylko gdzieś z tylu głowy odzywa się nieraz strach, że nagle może stać się coś złego”[309].

Sławomir Koper

Zbrodnie z namiętności