Za moich młodych lat podobnie rysowała się sprawa góralskich portek. Góralowi wolno było chodzić w zwyczajnych spodniach, jego honorność na tym nie traciła. I tak był góralem. Magistra Obrochtę stać było, żeby publicznie oznajmić, że nie sprawi sobie góralskich portek, bo nie jest Indianinem i nie będzie siedzieć w rezerwacie. Góral może te sprawy lekceważyć. Pod warunkiem, że jest niewątpliwym góralem. Ale człowiekowi dólskiemu wara od portek. Nie ma do nich moralnego prawa.
Już Witkiewicz pisał[5], że w podhalańskich portkach (…) jest szczególna moc obyczajowa i szczególny czar elegancji i piękna. Jak panowie, przebierając się za Górali, zaczynają od włożenia cyfrowanych portek, tak dla Górala przebierającego się za pana, ostatnią rzecz własną, którą z siebie zrzuca – są portki.
Na początku XX wieku, gdy Witkiewicz pisał te słowa, dwudziestoparoletni Mieczysław Orłowicz wiele chodził po Tatrach. Pół wieku później wspominał[6]:
Mimo to że Górale nosili powszechnie stroje ludowe, które były bardzo popularne w całej Polsce, traktowano ich w sposób taki, iż wcale się nie dziwię, że po pewnym czasie zaczęli oni ubierać się po miejsku. Takie traktowanie zauważyłem np. na kolejach: konduktorzy przestrzegali, żeby ludzie ubrani po góralsku jechali w ostatnim wagonie dla nich przeznaczonym. W Tatrach dla osób w góralskich ubraniach, zarówno przewodników, jak i tragarzy, a nawet turystów po góralsku ubranych, istniały przepisy specjalne. Sam nieraz się uśmiałem, gdy któryś z uczestników moich wycieczek, chcąc zadać szyku i zaimponować niewiastom oraz sądząc, że lepiej mu się uda flirtować, wypożyczał od znajomych kostium góralski (…).
Miałem w najbliższym gronie wycieczkowiczów (…) aptekarza z Płocka, nazwiskiem Stefan Betley. (…) W stroju góralskim było mu rzeczywiście bardzo do twarzy, więc przyszło mu do głowy, żeby się w ten strój ubrać na kilkudniową wycieczkę na węgierską stronę Tatr, którą zaczynaliśmy od Hali Gąsienicowej i Zawratu. Zaraz w Kuźnicach doświadczył pewnych niemiłych skutków swego postanowienia. Gdy siedzieliśmy przy śniadaniu (…) zauważyłem, że usługujące nam „czepczulki” do nas wszystkich zwracały się per „pan”, a do Betleya per „ty”. W pewnej chwili jakaś starsza dama odeszła od swego stolika i zapytała Betleya: „Słuchajcie, czy byście nie skoczyli na Nosal, żeby nam przynieść szarotek? Damy wam za to 50 grajcarów”. Uśmiechnąłem się i powiadam do niego: „No idźcie Wojciechu, kiedy wam pani daje 50 grajcarów”. (…) Niektórzy górale patrzyli na Betleya w góralskim stroju trochę z ukosa, natomiast inni traktowali go poufale i proponowali mu np. porąbanie kosodrzewiny na ognisko, przyniesienie wody z potoku do herbaty itp. za wynagrodzeniem 10 grajcarów. W drodze na Zawrat, gdzie stopnie są dość wysokie, droga stroma i nogi w kolanach trzeba silnie zginać, Betley przekonał się, że do chodzenia w góralskich portkach trzeba nie lada treningu i nie każdy ceper to potrafi. Przychodziło mu to z takim trudem, że chwilami chciał portki ściągnąć i maszerować w samych kalesonach, gdyż z grubego sukna, z którego są one uszyte, tworzyły się pod kolanami grube wałki, które bardzo przeszkadzały w marszu.
Ale najzabawniejsza przygoda spotkała go dopiero po węgierskiej stronie Tatr w jednym ze schronisk (…). Schronisko okazało się wcale sympatyczne, a że gości było niewiele, dostaliśmy kilka pokojów. Do jednego z nich wpakował się także Betley. Gospodyni przybiegła czym prędzej i powiada do niego: „A wy gdzie? Będziecie spali w kuchni. Pokoje nie dla górali”. Naturalnie przyświadczyliśmy, że gospodyni ma rację, i powiedzieliśmy: „W kuchni są dwie kucharki, to się z nimi zabawicie. Idźcie tymczasem porąbać drzewo”, no i wyrzuciliśmy Betleya. Za chwilę zajrzałem, co on tam w kuchni robi. Okazało się, że mełł kawę na okopconym młynku i spełniał inne kuchenne posługi, podczas gdy my zajadaliśmy smacznie kolację. Po takich i innych doświadczeniach w schroniskach i na postojach na drugą wycieczkę w Tatry już się w stroju góralskim nie wybrał.
I jeszcze raz Witkiewicz[7]:
– To jest tak piękne, jak balet! – zawołał pewien turysta, patrząc na grupę młodych Górali, smukłych, zgrabnych, ubranych w białe, wiszące na ramionach cuchy i białe obcisłe spodnie, znaczone granatowym i czerwonym sznurkiem.
Zdanie to, tak pochlebne dla baletu, zawiera w sobie o tyle prawdy, o ile człowiekowi, przywykłemu widzieć zręczne ruchy i piękne pozy tylko w teatrze, musi z konieczności teatr służyć za miarę piękna.
Tylko raz w życiu miałem na sobie prawdziwe cyfrowane portki. Pochodziły z magazynu muzealnego, śmierdziały naftaliną; za ciasne, nie mogłem ich dopiąć, a nie spadły ze mnie podczas fotografowania jedynie dlatego, że były ostre, trzymały się właściwych sobie rewirów siłą tarcia. Więcej nie osiągnę. Lepiej to sobie jasno powiedzieć, niż się potem szamotać.
A swego czasu słyszałem od starego gazdy szczere wyznanie o kłopotach okresu dojrzewania: gdy stał się mężczyzną i za ciężko zarobione pieniądze sprawił sobie pierwsze portki, wdział je i nosił z dumą, chociaż uda miał podrapane do krwi. Potrzeba kilku tygodni, aby skóra przywykła.
**
W latach siedemdziesiątych, zwłaszcza po reformie administracyjnej latem 1975 roku, w aparacie partyjnym dokonała się gwałtowna zmiana pokoleniowa. Odeszli twardzi ideowcy o rękach jak kowalskie kleszcze, czujnych spojrzeniach i tajemniczych życiorysach, stalowi proletariusze, edukowani w sanacyjnych więzieniach. Na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych pracowali świątek piątek po kilkanaście godzin na dobę, jadali salceson z gazety, spali na stołach z rewolwerem za pazuchą, zaglądali śmierci w oczy, brudzili kołnierzyki od koszul pastą do butów, żeby nie wyglądać na burżujów – a potem leczyli się w sanatoriach przeciwgruźliczych i zajmowali stanowiska, jak się zajmuje nieprzyjacielskie miasto. Na ich miejsce przyszli absolwenci szkół wyższych, umyci i ogoleni działacze około trzydziestki, pachnący Pewexem, którzy nie marnowali studenckich lat na ślęczenie po bibliotekach, ale za to mocno pragnęli rosnąć w siłę i żyć dostatniej razem z całą naszą socjalistyczną ojczyzną, dziesiątą potęgą gospodarczą świata. Starannie sprawdzeni w organizacjach młodzieżowych, zdecydowanie odmienni od poprzedników, także pod względem antropologicznym. Wszechstronni, znali się na wszystkim w jednakowym stopniu, bez względu na kierunek formalnie ukończonych studiów. Dżentelmeni w co drugim calu; niektórzy umieli mniej więcej poprawnie trzymać sztućce oraz posiadali języki obce, częściej angielski niż rosyjski. Niczym feldkurat Katz ze Szwejka, traktowali posady w komitetach jako spokojne, nieźle płatne zajęcie, przy którym się człowiek nie przepracuje. Tyle w nich było komunizmu, co w Katzu pobożności. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych robili kariery wedle powszechnej reguły: kilka lat w aparacie, po czym dyrektorski stołek i zapewniony byt powyżej średniej krajowej.
W 1989 roku pospadali na cztery łapy. Nie musieli zmieniać poglądów, bo ich nigdy nie mieli. Dzisiaj robią to samo, co za Peerelu: cieszą się życiem.
Towarzysza Sekretarza (wtedy jeszcze nim nie był, ale świetnie się zapowiadał) miałem zaszczyt poznać osobiście, gdy jako komisarz konkursów sztuki ludowej, prestiżowych dla młodego województwa, dostawałem mieszkanie spółdzielcze w Nowym Sączu. Był on wtedy w komitecie wojewódzkim kimś w rodzaju kwatermistrza polityczno-wychowawczego, załatwiał między innymi rozmaite przydziały. Mieszkanie dla pracownika pionu kultury to była sprawa polityczna na poziomie KW. Dyrektor muzeum wnioskował, Biały Dom (tak mówiono nie tylko w Warszawie, ale i w Sączu) decydował, a prezes spółdzielni wykonywał.
Zrobił na mnie jak najlepsze wrażenie. Energiczny mężczyzna w średnim wieku, kulturalny, z poczuciem humoru. Plotkowano, że jest wielbicielem eleganckich pań, dobrej kuchni, wytwornych alkoholi, świetnie gotuje. I że potrafi się znaleźć, interesuje się sztuką, dużo czyta, bywa na wystawach i koncertach, jeździ do Krakowa do teatru. Wręczył mi papiery, rzeczowo objaśnił dokąd pójść, jakie załatwić formalności, żeby dostać klucze. Wstał zza biurka, życzył wszystkiego najlepszego, a gdy dziękowałem, powiedział że przecież nie ma za co, że to dla niego prawdziwa przyjemność i zaszczyt. Uścisnęliśmy sobie ręce. – Mam nadzieję, że będziemy owocnie współpracować – powiedział na pożegnanie.
Potem rozmawiałem z nim parokrotnie, gdy towarzyszył oficjalnym delegacjom, zwiedzającym skansen. – Skansen odgrywa doniosłą rolę, bo dopiero tutaj można sobie w pełni uświadomić, ileśmy dokonali w ciągu trzydziestolecia Polski Ludowej – mawiał, a goście kiwali głowami. – Tak wyglądała polska wieś, gdyśmy obejmowali władzę. Należałoby tu obowiązkowo przyprowadzać rozmaitych krytykantów i malkontentów, których się jak wiadomo ostatnio namnożyło. Ciekawe, co by powiedzieli.
Przywiózł kiedyś na skansen towarzysza Makucha z KC, który przygotowywał wizytę towarzysza Gierka w Nowym Sączu. Alek, dyrektor muzeum, opowiadał, że gdy objaśniał towarzyszowi Makuchowi działanie wiejskiej olejarni, musiał bardzo się pilnować, żeby nie palnąć, że po wytłoczeniu ziaren pozostają makuchy, które są cenną paszą ze względu na dużą zawartość białka i tłuszczu; tak się mówiło wszystkim wycieczkom, bo to prawda, ale towarzysz Makuch mógłby się obrazić i wynikłyby z tego przykre konsekwencje. (Chyba przesadzał). Więc, uważacie towarzyszu, po wytłoczeniu oleju pozostawały odpady, takie, rozumiecie, wytłoki, które lud wykorzystywał na różne sposoby, bo na dawnej wsi nic się nie marnowało.
Niebawem przygotowania do wizyty towarzysza Gierka wkroczyły w decydującą fazę. Pod sklep koło skansenu zajechała ciężarówka, konwojenci wnieśli szynkę w puszkach, kiełbasę jałowcową, kiełbasę myśliwską, kawę, banany, pomarańcze, cytryny, fikuśne pieczywo pakowane w celofan, orzeszki ziemne, ananasy w syropie i Bóg wie jakie jeszcze specjały, jakieś koncentraty spożywcze polskich firm, ale z angielskimi etykietami, wszystko to na wypadek, gdyby tow. Gierek chciał rzucić gospodarskim okiem na zwykły wiejski sklepik. Specjalny ubek pilnował, żeby ludzie się nie gromadzili.
Kiedyś towarzyszył radzieckiemu konsulowi z Krakowa, który przywiózł delegację z ZSRR. Akurat zwiozłem kilkaset rzeźb na konkurs współczesnej plastyki ludowej, rozstawiałem je, bo następnego dnia miało obradować jury; uprzedzony o nadciągającej grupie zamknąłem się na klucz od środka, ale towarzysze zapragnęli zwiedzić, tłumaczyłem że nie jestem przygotowany, to nie wystawa tylko inwentaryzacja, powiedzieli: – Nie szkodzi, my tylko tak. Weszli. – Eto, znajetie, narodnyje kriestianskije skulptury, priamo iz dieriewni, konkurs, sawriemiennoje narodnoje tworczestwo Polskich Karpat – bełkotałem. Pokiwali głowami. – Da, paniatno, oczeń intieriesno, oczeń intieriesno. Rzeźb sakralnych było z dziewięćdziesiąt procent, ale Orlecki z Paszyna, chcąc się jakoś wyróżnić, dał na konkurs trzy figurki: Chrystusa Frasobliwego, Dzierżyńskiego i Lenina. Chrystus był w środku, wodzowie rewolucji po bokach. Nie stawiałem ich tak dla zabawy, a jedynie dlatego, że w takiej akurat przypadkowej kolejności wypisałem kwit, każda rzeźba miała numer, chodziło o zgodność z protokołami. Towarzysze z Nowego Sącza zesztywnieli, obrzucili mnie zimnym spojrzeniem, ale konsul radziecki był inteligentniejszy. Uśmiechnął się: – Wot, takaja kaegzistencja tol’ko w Polsze wazmożna. Oczeń intieriesnaja rabota, pazdrawliaju, maładiec – i skłonił się lekko w moją stronę. Na to cała reszta wybuchnęła zdrowym, ożywczym śmiechem. Zrobiło się sympatycznie i przyjaźnie. Towarzyszowi Sekretarzowi kamień spadł z serca, to było widać. Gdy wychodzili, pogratulował i przeprosił za najście.
Antoni Kroh
Sklep potrzeb kulturalnych