sobota, 19 września 2026

Sprawca odpowiedzialny za antysemityzm i inne obrazki












 

Jak trwoga to do Boga

 Upatrując związek religii z myślami o umieraniu oraz o kresie życia i z uczuciami, które owe myśli wywołują, zdaję sobie sprawę, że także i ten mój pogląd nie jest odkrywczy ani odosobniony: wielu ludzi traktuje religię jako pomoc w rozpaczliwym i bezskutecznym szukaniu ratunku, ucieczki, obrony i ochrony przed śmiercią i przed wszystkim, co śmiercią zagraża, jak: nieuleczalne choroby, kataklizmy, zagłada, wielkie niebezpieczeństwa, katastrofy, wojny, ciężkie kalectwo, głód, nędza, cierpienie nie do zniesienia, zarówno moralne, jak fizyczne. Wraz z myślami o końcu własnego życia i uczuciami wyrastającymi na tym podłożu nawiedzają nas podobne: o wszelkiego rodzaju nieszczęściach zagrażających naszym najbliższym. Tym myślom i uczuciom towarzyszy dręczący niepokój oraz strach, połączone z nieziszczalnymi marze-niami i snami o nieograniczonym przedłużeniu własnego trwania, trwania w otoczeniu wszelkich bliskich nam i drogich istot oraz miejsc i momentów życia pieczołowicie przechowywanych w pamięci, o odzyskaniu na stałe, już teraz, za naszego życia: zmarłych ludzi i zwierząt, od dawna zwiędłych roślin i nieistniejących już rzeczy, jak tych wszystkich i tego wszystkiego, co choć nadal żyje, istnieje, ale dla nas jakby umarło, bo należy do naszej przeszłości.


Zapatrywania na związek między wszelką religią a strachem przed umieraniem i śmiercią potwierdza doświadczenie wyrażone w porzekadle ludowym, o którego trafności nieraz przyszło mi się przekonać: „jak trwoga, to do Boga”.

Oto przed wojną – ani na podwórzu naszego domu, ani domów odwiedzanych przeze mnie – nie było świętych figur. Odkąd pamiętam, lokatorzy nigdy się tam nie gromadzili wieczorami na wspólnych głośnych modłach i śpiewach.
Natomiast wraz z początkiem okupacji zaczęły wyrastać jedna po drugiej figury, przeważnie Matki Boskiej, a po godzinie policyjnej – w Warszawie była to godzina 20.00 – wokół nich zbierało się coraz więcej mieszkańców, przedtem nie zawsze sobie znanych choćby z widzenia (przy wejściu frontowym była w naszym domu winda, więc spotkania na schodach, chyba tylko kuchennych, należały do rzadkości). W czasie wieczornych modlitw stopniowo zadzierzgała się i zacieśniała więź społeczna między lokatorami. W zwyczaj poczęły wchodzić sąsiedzkie odwiedziny przed rozejściem się do mieszkań.

Podczas nich gość lub gospodarz wyciągał z buta lub zza skarpetki zwiniętą w rulonik małą karteczkę i z niej, przy świetle karbidówki i szklance sztucznej herbaty „Tonga” lub „Herbatorum”, odczytywał na głos spisane maczkiem wiadomości z nasłuchu radiowego sojuszniczych rozgłośni: angielskich, amerykańskich, francuskich. Za posiadanie lub słuchanie radia niejeden trafił do obozu i zapłacił życiem. W miarę jak rosła liczba „łapanek”, aresztowań, osób zesłanych do kacetów lub zamęczonych w więzieniach czy podczas przesłuchań i rozstrzelanych w egzekucjach ulicznych – potężniała fala powszechnej pobożności. Kościoły były pełne, nie tylko w czasie niedzielnych nabożeństw. Ludzie błagali Boga o pomoc, o ratunek.

Z kulminacją fali powszechnej pobożności zetknęliśmy się podczas Powstania Warszawskiego. Ale przedtem tak się złożyło, że w naszej szkole, Państwowym Gimnazjum i Liceum im. Stefana Batorego w Warszawie, rekolekcje wielkanocne w 1939 roku prowadził o. Józef Warszawski, S.I. Wywarł na wszystkich wielkie wrażenie. W uniesieniu, z wypiekami na twarzy, w zapamiętaniu jakby nieświadom tego, że znajduje się w naszej sali gimnastycznej, podniesionym głosem przemawiał do młodych słuchaczy natchniony ksiądz Marek z kart poezji Słowackiego, a nie jezuita z ul. Rakowieckiej, delegowany do jednej ze szkół stołecznych. Po pięciu latach ten sam o. Warszawski, już jako „ojciec Paweł”, kapelan bohaterskiego batalionu Szarych Szeregów „Zośka”, przemierzał wraz z nim szlak bojowy aż do końca, na Czerniakowie. Niejednemu z uczestników tamtych rekolekcji szkolnych teraz, na gruzach, wśród zgliszczy, pod ostrzałem udzielał ostatnich sakramentów.

W czasach śmiertelnych niebezpieczeństw trwoga była stałym elementem życia, toteż apogeum uczuć religijnych występowało w wielu miejscach, nie tylko na ulicach i w piwnicach powstańczej Warszawy. Inni więc ludzie napotkali je gdzie indziej: jedni w partyzantce, drudzy w więzieniach czy kacetach, zawsze jednak tam, gdzie mało kto ocalał.
16 stycznia 2017 roku umarł na nieuleczalnego raka mózgu Tomasz Kalita, polityk SLD. Od wykrycia choroby przez siedem miesięcy kończył życie wśród wielkich cierpień. Wyznał, że choć trwa przy swych zapatrywaniach komunistycznych, uwierzył w Boga, czuje się pod Jego opieką, Bóg go prowadzi, obdarzył spokojem i siłami do ostatniej walki. Jej nieuniknione bliskie zakończenie, własne umieranie oraz śmierć, zdołał spożytkować – według słów Filozofa-ateisty – „na czyny zewnętrznie twórcze” dla dobra i ku pożytkowi innych chorych: do końca upominał się i zabiegał o legalizację stosowania marihuany jako leku uśmierzającego ból. Wierzący, być może, dostrzegą w tych zdarzeniach palec Boży, który grozi wykrzykującym „Komuniści i złodzieje!”.

Niewierzący zaś widząc, jak ginie to, co dobre, a nikczemność unika zagłady i trwa, powtórzą za tymże Filozofem słowa pełne goryczy i zwątpienia: „Bluźnierstwem jest posądzać Boga o istnienie”. Jedni i drudzy zaś potwierdzają opinię, że „jak trwoga, to do Boga”.

Jerzy Pelc z:
Rozmyślania o wierzeniu

piątek, 18 września 2026

Wesołe smutki Kotarbińskiego

 Do jasnych dążąc głębin — nie mógł trafić w sedno

Śledź pewien, obdarzony naturą wybredną.
Dokądkolwiek wędrował, zawsze nadaremno:
Tu jasno, ale płytko — tam głębia, lecz ciemno.
*
Instancje panowały trzy: pięść, mózg i serce.
Serce się wycofało, będąc w poniewierce,
Gdy zaś pięść z mózgiem same pozostały w parze,
Oto skutek: mózg rządzi tak, jak mu pięść każe.
*
Konduktor bacznie sprawdza bilet pasażera,
Na konduktora bacznie kontroler spoziera,
Słowem — każdy nad sobą ma stróża satrapę,
Nie sposób więc przez życie przejechać na gapę.

Więcej

Zaginiona książka Fultona Sheena. Co się dzieje, gdy świat nie odróżnia dobra od zła?


Już ponad pół wieku temu abp Fulton J. Sheen ostrzegał przed światem, który odrzuca Boga, relatywizuje prawdę i przestaje dostrzegać realne działanie zła. 

Niedawno w Polsce ukazała się jego „zaginiona” książka „O siłach zła” – odtworzona po latach z rozproszonych kazań, notatek i tekstów przez ks. Dave’a Tomaszyckiego.

To zaskakująco aktualna lektura, która pomaga zrozumieć duchową walkę toczącą się we współczesnym świecie. W obliczu zbliżającej się beatyfikacji abp. Fultona J. Sheena, zaplanowanej na 24 września, warto na nowo odkryć jego prorocze przesłanie.

W naszych czasach ludzie niemal całkowicie zapomnieli, że bierzemy udział w śmiertelnym starciu sił dobra z siłami zła. Diabła w naszych czasach albo się oswaja, albo neguje się jego istnienie. Bóg mówi o sobie: „Jestem, który jestem” (Wj 3, 14). Diabeł natomiast mówi o sobie: „Jestem ten, którego nie ma”, a to oznacza dążenie do nicości.

Szatan jest zatem najsilniejszy wtedy, gdy ludzie przestają w niego wierzyć. Wygląda na to, że im bardziej coś jest bezosobowe, tym mniej obchodzi jakąkolwiek osobę. Ale za tym pozornym brakiem osobowości kryje się duch – duch zła, który w Biblii jest nazywany „władzami”
i „zwierzchnościami”.

Przyjrzyjmy się teraz siłom zła z dwóch punktów widzenia: z perspektywy psychiatrii oraz z perspektywy Pisma Świętego.

Zacznijmy od perspektywy psychiatrycznej. Co ciekawe, kiedy Kościół porzuca pewne tematy, świat je przejmuje i wypacza. Gdy teologowie przestają się zajmować tematem demonicznych sił, podejmują go psychiatrzy.

Doktor Rollo May z Instytutu Rockefellera w swojej pracy z zakresu psychiatrii poświęca tematyce diabolicznej kilka rozdziałów. Analizuje w nich znaczenie słowa „diabelski” czy też „diaboliczny”. Wywodzi się ono z połączenia greckich słów dia oraz ballein i oznacza „rozrywać”, „dzielić”. Wszystko, co prowadzi do zaburzenia struktury, zerwania jedności, zepsucia czy niezgody, ma więc charakter diaboliczny.

Takich diabolicznych elementów naszej rzeczywistości jest ostatnio coraz więcej. Można odnieść wrażenie, że od czasu rozszczepienia atomu wszystko inne również uległo podziałowi. Podzielony jest Kościół – podzieleni są biskupi i księża, podzieleni są świeccy. Rozdziera nas siła diaboliczna. W tym właśnie przejawia się działanie ducha diabła, który wypełnia otaczającą nas rzeczywistość.

Odkryj przejawy wpływu złego

Doktor May wymienia trzy przejawy działania siły demonicznej. Pierwszym z nich jest nagość, która jego zdaniem burzy fundamenty prawdziwej miłości – miłości do Boga w ramach kultury. Przejawem drugim jest agresja, przemoc i nienawiść. Trzecim – rozdwojenie osobowości, czyli stan wewnętrznego rozdarcia.

Wprawdzie May nie analizuje tych symptomów z biblijnego punktu widzenia, ale – co ciekawe – te same objawy odnajdujemy u opętanego Gerazeńczyka (Mk 5, 1–20). Po pierwsze ten młody człowiek był nagi. Po drugie był tak agresywny, że nie dało się go spętać łańcuchami. Po trzecie cierpiał na rozpad osobowości. Gdy Jezus zapytał go: „Jak ci na imię?”, odpowiedział: „na imię mi Legion, bo jest nas wielu” (Mk 5, 9). Rzymski legion liczył sześć tysięcy żołnierzy. Całkowity brak jedności. Oto w jaki sposób zjawisko opętania tłumaczą psychiatrzy.

Z punktu widzenia psychiatrii istotą demoniczności jest więc rozpad jedności. A co jest tą istotą z punktu widzenia Biblii? Otóż jest nią nienawiść do krzyża. Pamiętajmy, że Jezus nazwał Piotra szatanem (Mt 16, 23). Swojego papieża nazwał szatanem! Bo właśnie tym był Piotr w oczach Chrystusa: szatanem! Ale dlaczego?

Aby znaleźć odpowiedź na to pytanie, trzeba cofnąć się do początku publicznej działalności naszego Pana, kiedy to Jezus był kuszony przez diabła. Gdziekolwiek objawia się Duch, tam nasila się działanie sił diabelskich. Jest na to wiele dowodów: po zesłaniu Ducha Świętego miało miejsce prześladowanie Szczepana; Mojżesz dokonywał cudów, a czarnoksiężnicy faraona je kopiowali. Zły Duch wyprowadził Jezusa na pustynię i tam poddał go kuszeniu. Sobór Watykański II przyniósł wzrost Ducha i odnowę w Kościele, a konsekwencją było nasilenie działania zła.

Droga na skróty

Powróćmy jednak do kuszeń, którym został poddany Jezus. Jak należy je rozumieć? Otóż są to trzy drogi na skróty, które mają pozwolić uniknąć krzyża. Szatan w zasadzie mówi do Jezusa: „Chcesz wybawić ludzi od grzechu i winy, chcesz przynieść im odkupienie, tak? To posłuchaj, wskażę ci trzy proste rozwiązania. Dzięki nim unikniesz tych wszystkich kłopotów. Widzisz te kamienie w dole? Wyglądają jak chleb, prawda? Umierasz z głodu. Przecież nie jadłeś od czterdziestu dni. Ależ musisz być głodny! Odczuwasz potrzebę jedzenia, potrzebę seksu, potrzebę władzy. I co, masz zamiar tłumić te instynkty? Po co w ogóle stałeś się człowiekiem, jeśli nie po to, żeby je zaspokajać? Zamień te kamienie w chleb”. Oto pierwsza z trzech dróg na skróty.

Drugą drogę oferuje nam rozwój technologiczny. Ludzie dzisiaj łakną cudowności. Wielbią wszystko, co niezwykłe i spektakularne. Kiedy człowiek został wysłany na Księżyc po raz pierwszy, wszyscy śledzili transmisję z tego wydarzenia. Kiedy dwa lata później poleciał na Księżyc po raz drugi, nikt nawet nie zwrócił na to uwagi. Kto potrafiłby wymienić nazwiska trzech astronautów, którzy polecieli tam ostatnio?

Potrzebujemy wciąż nowych cudów. Wciąż świeżych sensacji. Dlatego szatan, kusząc Jezusa po raz drugi, powiedział: „Ach! Ludzie uwielbiają cuda. Daj im coś, co ich zadziwi. Coś, co wprawi ich w zachwyt. Poleć na Księżyc! Rzuć się z dachu tej świątyni i udowodnij, że nic Ci się nie stanie. To będzie dla nich atrakcja. Pokaz technicznych sztuczek sprawi, że pójdą za Tobą”.

Kusząc Jezusa po raz trzeci, szatan jak gdyby ujął w dłonie całą Ziemię, niczym lśniącą kulę, i powiedział: „Wszystkie te królestwa do mnie należą. (Czyż można zarzucić mu kłamstwo?) Są moje, ale oddam Ci je, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon. Złóż hołd temu, który trzyma świat w dłoniach”.

Teologia to polityka, prestiż i władza. Zapomnij o swoim Bogu, zapomnij o grzechu, nie myśl o poczuciu winy ani o świętości. Zajmij się polityką. Takiej właśnie pokusie Kościół będzie poddawany przez następne dwieście lat. I taka jest ostatnia z trzech dróg na skróty, aby uciec od krzyża.

Ucieczka od krzyża to największa pokusa

Wracając zatem do słów Jezusa skierowanych do Piotra, możemy powiedzieć, że Piotr został nazwany szatanem, ponieważ kusił naszego Pana i próbował odciągnąć Go od krzyża. A w tym właśnie tkwi istota szataństwa.

Ostatniej pokusy Jezus doświadczył w chwili, gdy wisiał na krzyżu. Nieprzyjaciele podeszli bliżej i zadrwili po raz ostatni, mówiąc: „Zejdź z krzyża, a uwierzymy” (zob. Mt 27, 42). Byli gotowi uwierzyć we wszystko, czego nauczał.

Byli gotowi uwierzyć w cud rozmnożenia chleba i ryb. W zmartwychwstanie Łazarza. Uwierzyliby we wszystko! Byle tylko zrezygnował z krzyża. Byle zrezygnował z celibatu. Z wiary w nieomylność. Z wiary w swą boskość. Zejdź – a uwierzymy. Ale On nie zszedł. Bo gdyby to zrobił, nigdy by nas nie zbawił. Zejść z krzyża jest rzeczą człowieka, zostać na nim jest rzeczą Boga.

Jak rozpoznać działanie zła?
Podsumowując rozważania na temat istoty demoniczności, możemy powiedzieć, że z punktu widzenia psychologii jest nią zjawisko rozczłonkowania, rozpadu. Natomiast z punktu widzenia Biblii istotą szatańskości jest pogarda wobec umartwień i wyrzeczeń lub – innymi słowy – wybór dróg na skróty, które pozwalają podbić świat.

Szatański czy też demoniczny, diaboliczny pierwiastek rzeczywistości jest obecnie w pełni rozkwitu. Przemierzyłem nasz kraj wzdłuż i wszerz i w trakcie moich podróży zetknąłem się z tak wieloma przejawami działania szatana, że nie byłbym nawet w stanie ich wszystkich wymienić.

Zło nie ma charakteru absolutnego – może istnieć wyłącznie w relacji do dobra. Podobnie jak cień istnieje dzięki światłu. Dlatego tylko ludzie dobrzy potrafią rozpoznać to, co złe. Tylko ludzie podobni do Chrystusa mogą rozpoznać to, co szatańskie, czyli związane z Antychrystem. Fałszywe nuty zagrane przez orkiestrę filharmoniczną rażą ucho eksperta. Błędy gramatyczne są odpychające dla człowieka, który kocha literaturę i mówi poprawnym językiem. To kwestia punktu odniesienia.

Ze złem jest podobnie. Tylko ten, kto jest blisko Chrystusa, potrafi je rozpoznać. Największy problem polega na tym, że złu można służyć i być przez nie opętanym, nawet o tym nie wiedząc.

Zob. https://pl.aleteia.org/slideshow/12-genialnych-mysli-abp-fultona-sheena-galeria/


Fragmenty pochodzą z książki „O siłach zła” abp Fulton J Sheen, opr. Ks. Dave Tomaszycki, Wydawnictwo Esprit.
https://pl.aleteia.org

Chodźkiewicz, jakkolwiek zupelny łajdak, był jednak osobnikiem bardzo nieprzeciętnym...

 Chodźkiewicz, jakkolwiek zupelny łajdak, był jednak osobnikiem bardzo nieprzeciętnym, "którego każde słowo - pisze Morawski - iskrzyło się dowcipem, każdy gest był figlem i konceptem, każdy ruch płaszcza cienciem Skanderberga, [...] w którym wytworność, hojność, grzeczność, wspaniałość wielkiego pana łączyły się z cynizmem diogenesowego brutala, najwyższa drażliwość miłości własnej z zupełną abnegacją punktu honoru".

Andrzej Biernadzki: Łotrowstwo staje się niekiedy wspaniałym tworzywem literackim. Szkoda, że się tym razem nie zdarzyło*. Bo jednak cóż to był za szuler, jaki szuler.

* Książki Król szulerów, Jana Głuchowskiego o nim nie polecamy.

Za Wikipedią:


Ignacy Chodźkiewicz
polski oficer, awanturnik, szuler, szpieg

Ignacy Chodźkiewicz, również Chadżkiewicz, Chackiewicz, Hadźkiewicz[1], Hadzkiewicz[2][a], herbu Kościesza (ur. ok. 1760 w województwie mścisławskim w Wielkim Księstwie Litewskim, zm. ok. 1821–1825[b] w Wiatce w Imperium Rosyjskim (obecnie Kirow)) – polski awanturnik, szuler, wojskowy i szpieg, barwna postać przełomu XVIII i XIX wieku, działająca na terenie kilku krajów europejskich. Współpracował ze służbami specjalnymi Rosji i Francji oraz dowodził policją neapolitańską w randze generała (pod przybranym nazwiskiem). Jeden z najbardziej znanych polskich karciarzy tej epoki, zasłynął w Polsce i na emigracji.

Ignacy Chodźkiewicz


Życiorys

Młodość

Chodźkiewicz urodził się około 1760 na Kresach Wschodnich Rzeczypospolitej, konkretnie w województwie mścisławskim w Wielkim Księstwie Litewskim (dokładne miejsce i data urodzenia nie są znane), w zamożnej rodzinie szlacheckiej herbu Kościesza, spokrewnionej m.in. z Rzewuskimi, jako syn Ludwika Chodźkiewicza, regenta i sędziego ziemskiego wileńskiego[3]. Jego rodzice zmarli we wczesnym dzieciństwie. Młody Chodźkiewicz kształcił się w szkole prowadzonej przez jezuitów w Nowogródku, następnie w podobnej placówce w Wilnie. Dorosłe życie rozpoczął od sfałszowania metryki urodzenia, niezbędne mu to było do procesu sądowego o majątek dziedziczony po ojcu. Proces ten udało mu się wygrać, jednakże uzyskany majątek roztrwonił na grze w karty. Po utracie majątku, wstąpił do polskiej gwardii koronnej, nie widząc jednak korzyści ze służby w niej, zaciągnął się do Armii Imperium Rosyjskiego.

Agent carski

Podczas służby w armii rosyjskiej Chodźkiewicz wyróżnił się męstwem. W 1788 za odwagę okazaną podczas oblężenia i szturmu Oczakowa został odznaczony przez gen. Aleksandra Suworowa Krzyżem za Zdobycie Oczakowa i awansowany na stopień kapitana Syberyjskiego Pułku Gwardyjskiego[4][3]. Po opanowaniu twierdzy zrezygnował ze służby w armii rosyjskiej i wyjechał do Paryża[4]. Uczestniczył tam w wydarzeniach rewolucji francuskiej, w tym w zdobyciu Bastylii[4]. Około 1792 powrócił do kraju. Najprawdopodobniej właśnie w tym czasie rozpoczął pracę dla carskich służb specjalnych. Polski historyk Szymon Askenazy wyraził przypuszczenie, że w tym okresie był agentem prowokatorem na usługach petersburskiej kliki Płatona Zubowa, dążącej do wybuchu powstania w Polsce jako pretekstu do kolejnego rozbioru Polski[4].

W 1793 wyjechał do Wilna i wszedł do bliskiego otoczenia Jakuba Jasińskiego, który wprowadził go do organizacji konspiracyjnej. Chodźkiewicz zdobył duży autorytet i poważanie konspiratorów. Jako prowokator utrzymywał dobre stosunki z przywódcami konfederacji targowickiej i konspiratorami, przekazując informacje o każdym z tych środowisk Rosjanom. Zadenuncjował m.in. gen. Ignacego Działyńskiego[4].

Po wybuchu powstania kościuszkowskiego został wysłany przez Jasińskiego do Warszawy, gdzie podburzał ludność do samosądów na targowiczanach, i 11 sierpnia 1794 otrzymał nominację na podpułkownika armii Wielkiego Księstwa Litewskiego[4][3]. Równocześnie przekazywał tajne informacje o przebiegu insurekcji Rosjanom. Po stłumieniu insurekcji nie spotkały go represje, a Rosjanie osadzili go jako jeńca wojennego w posiadłości Adama Wawrzyńca Rzewuskiego w Pohrebyszczach[3]. Następnie otrzymał misję inwigilacji polskiego środowiska emigracyjnego na Wołoszczyźnie, które pod wodzą brygadiera Joachima Deniski przygotowywało kolejne powstanie, tzw. insurekcję Deniski. Zamierzenia powstańcze się nie powiodły, głównie dzięki działaniom Chodźkiewicza, który informacje o planach emigracji przekazał do Petersburga, a wojska austriackie stłumiły w zarodku wystąpienie Deniski.

W 1797 Chodźkiewicz został wysłany z tajną misją do Stambułu, by śledzić tamtejsze ośrodki emigracji polskiej. Misja nie okazała się zbyt owocna, a on w tym samym roku zjawił się we Francji, gdzie uczestniczył w tłumieniu powstania w Wandei jako oficer ochotniczej legii północnej gen. Lazare’a Hoche’a[3].

We Włoszech

Latem 1798 przybył do Włoch, gdzie za wstawiennictwem francuskiego generała Étienne’a Macdonalda został oficerem nadliczbowym Legionów Polskich[4]. Otworzył w Rzymie ekskluzywny dom gry, w którym prowadził działalność hazardową. Po wybuchu powstania antyfrancuskiego w końcu tegoż roku opuścił Rzym, został jednak schwytany przez powstańców włoskich[5], którzy mieli zamiar go powiesić. Dzięki odwadze i zimnej krwi zdołał przekonać Włochów, że jest bardzo ważnym generałem, i ocalił życie. Po tej przygodzie stał się sławny w wojsku polskim i francuskim, a dowódca wojsk francuskich gen. Jean-Étienne Championnet stał się jego protektorem, nagrodził finansowo oraz włączył do swojego sztabu. W 1800 został generałem adiutantem w sztabie gen. André Massény, dowódcy francuskiej Armii Italii[2]. W ten sposób stał się reprezentantem Polaków przy naczelnym wodzu wojsk francuskich we Włoszech.

Uprzywilejowaną pozycję wykorzystał do realizacji własnych celów (intrygował w celu uzyskania stanowiska dowódcy jazdy legionowej) oraz do udziału w podejrzanych interesach finansowych. Jako dowódca karnej ekspedycji rabował i palił miasteczka i wsie włoskie, które podejrzewano o egzekucje rannych Francuzów.

Na początku lutego 1799 Chodźkiewicz objął szefostwo policji Republiki Neapolitańskiej (występował jako „generał Lodoisko”)[c]. Wspólnie ze współpracownikiem francuskiego wywiadu Pierre’em Vilhatem zorganizował klasyczną prowokację, organizując wśród włoskich arystokratów antyfrancuski spisek, a następnie go zdekonspirował, szantażując jego uczestników surowymi karami. Skończyło się na przyjęciu dużego okupu, którym organizatorzy całej prowokacji podzielili się z gen. Championnetem.

Na usługach Barrasa

W trakcie wizyt w Paryżu Chodźkiewicz nawiązał liczne kontakty, z czego najbardziej korzystna okazała się znajomość z André Masséną[5] i Paulem Barrasem, z którego polecenia zajął się puszczaniem w obieg, za wynagrodzeniem po dwadzieścia od sta, fałszywych banknotów austriackich (tzw. bankocetli) na milionowe kwoty, podrabianych na zlecenie rządu francuskiego[4]. W celu realizacji tej misji udał się m.in. w podróż po miastach niemieckich – i tamtejszych domach gry – gdzie występował jako bogaty ekscentryczny hrabia z Inflant; powodziło mu się ze zmiennym szczęściem, ale pieniędzy na realizację zadania nie brakowało.

Po powrocie do Włoch z inspiracji Barrasa sondował ewentualne poparcie dla przeprowadzenia zamachu stanu we Francji, by obalić Dyrektoriat. Działania Barrasa uprzedził jednak Napoleon Bonaparte, przeprowadzając w listopadzie 1799 własny przewrót i zostając pierwszym konsulem. Na początku 1800 osobą Chodźkiewicza zaczęła się interesować tajna policja francuska, a dowódcy Legionów Polskich odmawiali poparcia, grożąc nawet plutonem egzekucyjnym w przypadku, gdyby Chodźkiewicz nie zaprzestał intryg wśród oficerów, związał się bowiem z opozycją legionową, która miała zamiar odsunąć od dowodzenia gen. Jana Henryka Dąbrowskiego. Jego działania doprowadziły do poróżnienia Dąbrowskiego z Tadeuszem Kościuszką[5].

Wiedząc o zainteresowaniu policji swoją osobą, przeniósł się z Paryża na prowincję. Wkrótce jednak został aresztowany pod zarzutem fałszowania pieniędzy i osadzony w paryskim więzieniu Temple. Po ośmiu miesiącach wypuszczono go bez wyroku, ponieważ w sprawę fałszowania pieniędzy było zamieszanych wiele wysoko postawionych we Francji osób.

Ostatnie lata

W latach 1802–1804 Chodźkiewicz przyjmował zlecenia ks. Adama Jerzego Czartoryskiego, pozostającego w służbie rosyjskiej, oraz wywiadu francuskiego. Na zlecenie Czartoryskiego usiłował śledzić Tadeusza Kościuszkę, misja jednak się nie powiodła, ponieważ był powszechnie znany w środowisku emigracji polskiej. Następnie na zlecenie szefa tajnej policji francuskiej Josepha Fouchégo odszukał niejakiego Holma, Polaka, biegłego włamywacza, który został następnie zwerbowany przez policję francuską. Po wykonaniu tej misji Chodźkiewicz wyjechał do Petersburga, gdzie otrzymał roczną pensję za dawne zasługi oraz zakaz uprawiania hazardu. W tej sytuacji wyjechał z Rosji. Przez ostatnie lata życia podróżował po Ukrainie, zajmując się grą w karty[3]. Często przebywał w Wilnie[3]. Donosił też okazjonalnie władzom rosyjskim (np. na Tadeusza Czackiego)[3].

Ostatecznie został rezydentem pałacu Potockich w Tulczynie, należącego do targowiczanina Stanisława Szczęsnego Potockiego, gdzie szulerczo ogrywał m.in. wysokich urzędników rosyjskich[2], w tym komisarza intendentury Bieczasnowa z rządowych pieniędzy[6]. Został za to aresztowany przez władze rosyjskie i między 1815 a 1818 zesłany do Wiatki, co nastąpiło dzięki staraniom dwóch rosyjskich generałów związanych z rodziną Potockich, Iwana Osipowicza de Witta i Pawła Kisielowa[3]. W Wiatce rozpił się i zmarł w nędzy, najprawdopodobniej około 1825[2].

Życie prywatne

Żenił się i rozwodził przynajmniej dwukrotnie, zawierał też fikcyjne małżeństwa[7]. Z pierwszą żoną, Katarzyną z d. Wilgostowską, rozwiódł się w 1793[8]. Z drugą żoną, Różą z d. Szymanowską, miał dwóch synów, Lucjana Chodźkiewicza (1806–1848) i Władysława Chodźkiewicza (ok. 1820–1898), pisarza i krytyka literackiego, od ok. 1870 na stałe we Francji[7].

Działalność szulerska

Specjalizował się w faraonie, hazardowej grze karcianej popularnej w XVIII i XIX wieku[9][10]. Jego daleki kuzyn Henryk Rzewuski (1791–1866), znający go osobiście, opisał jego działalność na terenie Belgii krótko przed koronacją Napoleona Bonapartego w 1804[9]. Chodźkiewicz należał wówczas do kierownictwa kilkuosobowej grupy szulerów, która opracowała strategiczny plan kampanii szulerskiej z rocznym wyprzedzeniem[9]. Oprócz Chodźkiewicza w skład grupy wchodzili m.in. Adam Poniński (ok. 1758–1816) i Francuz o nazwisku Kanton[9]. Członkowie grupy mieli różne zadania: jedni zajmowali się wywiadem, typując bogatych graczy, których warto pozbawić pieniędzy, inni zasiadali do gry z ofiarą, a jeszcze inni pełnili funkcje pomocnicze (np. w razie potrzeby udawali członków służby)[9]. Według Rzewuskiego Chodźkiewicz i Poniński posługiwali się w grze znaczonymi kartami; niekiedy talie znaczonych kart podrzucano ofierze do jej miejsca zamieszkania, korzystając z usług wynajętego włamywacza[9]. Wkrótce potem Chodźkiewicz przeniósł się wraz z Ponińskim i Kantonem do Tulczyna[9], gdzie ograł Szczęsnego Jerzego Potockiego (1776–1809), najstarszego syna Stanisława Szczęsnego Potockiego, na dwa miliony złotych[3][11].

Rozgłos i legenda

Polski historyk Henryk Stanisław Mościcki (1881–1952), autor biografii Chodźkiewicza w Polskim Słowniku Biograficznym, w następujący sposób podsumował otaczający go rozgłos w książce Generał Jasiński i powstanie kościuszkowskie (Warszawa 1917)[8]:

W r. 1794 jaskrawo zaznaczał swoje zapatrywania terrorystyczne i uchodził za adiutanta i powiernika Jasińskiego. Po upadku powstania Chodźkiewicz zasłynął na emigracji i w Legionach, jako warchoł, karciarz i pospolity zgoła awanturnik, zadziwiający zarówno niesłychaną w ogniu bitew brawurą, jak i wyjątkową bezczelnością postępowania z ludźmi. «Król łotrów», istny Casanova polski, bez czci i wiary, na przemiany oficer polskiej gwardii koronnej i kapitan grenadierów rosyjskich, bijący się jak lew pod Oczakowem, zaciekły wróg Ustawy 3 Maja, jako niedość w jego mniemaniu demokratycznej, a jednak stronnik Targowicy, spiskowiec i legionista, pod zapożyczonym z powieści czy teatru imieniem generała Lodoisco adiutant Championneta, Macdonalda i Masseny, generał policji w Neapolu, dyplomata w służbie tureckiej i francuskiej, tajny agent Fouchégo, fałszerz bankocetli, właściciel domu gry i szuler zawodowy, rezydent tulczyński, ogrywający Szczęsnego Potockiego, a zawsze z ultrapatriotycznym na ustach frazesem, stworzył prawdziwą koło siebie legendę podań i anegdot, długo jeszcze po jego śmierci (około r. 1821, na wygnaniu w Wiatce) krążących na Litwie.

Henryk Stanisław Mościcki, Generał Jasiński i powstanie kościuszkowskie, Warszawa 1917, s. 111

Chodźkiewicz w literaturze

Często wspominany w relacjach pamiętnikarskich z XIX wieku[4]. Na początku XX wieku stał się jednym z drugoplanowych bohaterów nieukończonej powieści Henryka Sienkiewicza Legiony (Warszawa 1913–1914, pod nazwiskiem Chadzkiewicz)[12]. Dużo miejsca poświęcił mu Wacław Berent w opowieściach biograficznych Nurt (część druga, Pogrobowcy, Warszawa 1934, również pod nazwiskiem Chadzkiewicz)[13]. Na początku XXI wieku został głównym bohaterem powieści historycznej Chack. Gracze. Opowieść o szulerach Włodzimierza Boleckiego, Kraków 2018 (pod nazwiskiem Chadźkiewicz i o przydomku „Chack”)[14].

Uwagi

W niniejszym haśle przyjęto pisownię stosowaną przez Polski Słownik Biograficzny. T. 3. Kraków 1937 (reprint 1989), s. 378–380. Włodzimierz Bolecki wymienia również inne pisownie jego nazwiska: Chodzkiewicz, Chackewitz, Chockeviz, Hocevitz, Chaquevitsch, a także pseudonimy, m.in. „graf Denhoff”. Zob. Włodzimierz Bolecki: Chack. Gracze. Opowieść o szulerach. Kraków: Wydawnictwo Literackie, 2018, s. 19–21. ISBN 978-83-08-06582-2.

W źródłach podawane są różne daty śmierci Ignacego Chodźkiewicza, od ok. 1821 (Henryk Stanisław Mościcki, Generał Jasiński i powstanie kościuszkowskie, Warszawa: Gebethner i Wolff, 1917, s. 111) do ok. 1825 (Zbigniew Andrzej Judycki, Pod obcymi sztandarami. Generałowie polskiego pochodzenia w siłach zbrojnych państw obcych. Popularny słownik biograficzny. T. 1. Warszawa: Muzeum Niepodległości, Fundacja Semper Fidelis, 2016, s. 39).

Fikcyjne polskie nazwisko „Lodoisko” pochodzi z powieści Przygody kawalera Faublasa (1786) francuskiego pisarza Jeana-Baptiste’a Louveta de Couvraya (1760–1797), skąd trafiło m.in. do opery Lodoïska (1791) Luigiego Cherubiniego (1760–1842). Nazwę „lodoiska” nosi również jedna z figur w lansjerze, tańcu salonowym z XVIII i XIX wieku, odmianie kadryla. Zob. Julian Tuwim: Pegaz dęba. Kraków: Czytelnik, 1950, s. 282. OCLC 18090154.

Przypisy na stronie Wikipedii o tym barwnym osobniku

S. Ławrow: Wojna z Europą byłaby zupełnie inna i bardzo krótka


Rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow udzielił wywiadu, w którym jednoznacznie ostrzegł Europejczyków przed dalszą eskalacją. Przedstawię tu jego odpowiedź na jedno z pytań.

Pytanie: Kiedy widzimy, co mówi i robi Europa, nasuwa się dziwne wrażenie. Z jednej strony mówią, że Rosja nie odważy się na eskalację, nie użyje broni jądrowej i zawaha się przed atakiem odwetowym na terytorium Europy. Z drugiej strony obsesyjnie przygotowują się na lata 2029/2030, kiedy to, jak twierdzą, Rosja najprawdopodobniej zaatakuje. Europa przechodzi gwałtowną militaryzację. Nie chodzi tylko o finansowanie programów zbrojeniowych wartych miliardy, a nawet biliony; raczej sprawiają wrażenie, że zamierzają kontynuować tę militaryzację niezależnie od porozumienia pokojowego na Ukrainie. Mając to na uwadze, zadaję sobie pytanie: Czy naprawdę tak się nas boją? A może pod pretekstem ‚rosyjskiego zagrożenia’ wzmacniają swój przemysł zbrojeniowy i przygotowują się do ataku na Rosję na szeroką skalę?

Ławrow: Myślę, że kręgi militarystyczne po prostu realizują własne interesy. W czasach, gdy problemy się mnożą, nasilają i pogłębiają, środki finansowe są przeznaczane na cele wojskowe: chcą w każdym razie zwiększyć wydatki na obronność do 5% PKB, a partie polityczne domagają się, aby ich parlamenty natychmiast przekazały Ukrainie kolejne 90 miliardów euro na przyszły rok.

Przemysł zbrojeniowy jest zachwycony. Zgarnia ogromne zyski. Na przykład kanclerz Niemiec Friedrich Merz publicznie oświadczył: „Tak, zdaję sobie sprawę, że sytuacja naszej ludności znacznie się pogorszyła, ale jesteśmy zobowiązani do działania – ze względu na Ukrainę, ze względu na wartości europejskie”.

A jak zareagowali na wyniki wyborów w Saksonii-Anhalt, gdzie AfD odniosła miażdżące zwycięstwo? Próbują oskarżyć ich o odrodzenie narodowego socjalizmu. I to w sytuacji, gdy ta partia – która jest niewątpliwie nacjonalistyczna, nie ma co do tego wątpliwości – po prostu opowiada się za normalnym dialogiem ze wszystkimi zaangażowanymi stronami.

Dążenie do militaryzacji Arktyki jest oczywiście również niepokojące. Ostatnio USA, Norwegia i inni aktorzy przeprowadzili tam manewry, których scenariusz całkiem otwarcie zakładał wojnę z Rosją. Co za tym stoi? Nie sądzę, żeby zaatakowali Rosję, jednocześnie twierdząc, że przygotowujemy się do agresji na Europę.

To absurd. Z jednej strony twierdzi się, że Rosja przegrywa wojnę – dlatego Ukraina potrzebuje ogromnego wsparcia, a ta pomoc musi być zwiększona, aby mogła wygrać – z drugiej strony ta sama Rosja, którą postrzegają jako przegrywającą, rzekomo planuje atak na Europę. Z politycznego punktu widzenia wygłaszanie takich bzdur jest nieszczere. Przecież prezydent Rosji Putin powiedział to i powtórzył to kilkakrotnie: „Nie zamierzamy nikogo atakować. To nonsens, idiotyzm. Świadczy to o całkowitym braku politycznego wyczucia”.

Ale jeśli ta gadanina faktycznie oznacza przygotowania do ataku z ich strony, to zapewniam, że wojna potoczy się zupełnie inaczej [niż na Ukrainie] i będzie bardzo krótka. Radzę zapamiętać te słowa.

Istnieje jednak również możliwość, że impuls, który doprowadził do I wojny światowej, powtórzy się, coś takiego jak zamach na arcyksięcia Ferdynanda w Sarajewie. Czy coś takiego można by zaaranżować, biorąc pod uwagę europejskie zamiłowanie do intryg i przygód, a także ich przebiegłość? Albo podpalenie Reichstagu? Nie wykluczam takich rzeczy; pomyślcie tylko, jak niedawno spreparowali ten incydent z dronem w Lipsku i jak zorganizowali wokół niego histeryczny spektakl na skalę światową, nie przedstawiając ani jednego dowodu.

Tak jak nigdy nie otrzymaliśmy odpowiedzi na wielokrotnie zadawane pytanie o Buczę, gdzie w kwietniu 2022 roku dziesiątki ciał nagle pojawiły się znikąd, równo ułożone wzdłuż drogi. Do dziś nie otrzymaliśmy odpowiedzi od Sekretarza Generalnego ONZ, Wysokiego Komisarza ONZ ds. Praw Człowieka ani naszych zachodnich rozmówców, w tym Amerykanów, na pytanie: Czy możecie wykorzystać swoje zasoby, aby uzyskać listę osób, których ciała zostały pokazane przez ekipę BBC, która była na miejscu zdarzenia dokładnie w odpowiednim czasie? Nikt nam nie udziela odpowiedzi.

Mówią nam, że krewni tego nie chcą. Ale nic o nich nie słychać. To niedopuszczalne, żeby dziesiątki osób ginęły masowo, a zbrodnie wojenne były popełniane bez zainteresowania ze strony krewnych. Ale tutaj panuje kompletna cisza, więc nie mogę wykluczyć prowokacji.

anti-spiegel.ru/2026/ein-krieg-mit-europa-wuerde-ganz-anders-verlaufen-und-sehr-kurz-sein

** * * * * *

ZB: Czytelnicy, którzy nie wiedzą lub nie pamiętają, co zdarzyło się w Buczy pod koniec marca 2022 roku, mogą przeczytać relację francuskiego żołnierza i pisarza Adrien Bocqueta, który przypadkowo był świadkiem ukraińskiej prowokacji:

https://zygmuntbialas/adrien-bocquet-swiadek-ukrainskich-zbrodni-w-buczy

Opracował: Zygmunt Białas

Kategorie: Unia Europejska, Wojna. Tagi: NWO, Rosja, Unia europ., wojna. Autor: Mirosław Dakowski. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

czwartek, 17 września 2026

Zdradek Sikorski w kaftanie i inne obrazki















 

Gotówka szykuje się do skoku

 



XII Kongres Obsługi Gotówki wykazał, że szeleszczący i brzęczący pieniądz to warunek funkcjonowania naszego kraju w trudnych czasach.


– Na ekranie widzą państwo dwa banknoty stuzłotowe. Proszę zdecydować, skanując wybrany kod, który z nich jest prawdziwy, a który fałszywy – powiedziała, na wstępie swojego wykładu o nowej erze fałszowania pieniędzy, dr. Joanna Kołodziej z departamentu emisyjno-skarbcowego Narodowego Banku Polskiego. Słuchało jej kilkaset osób, uczestniczących w XII Kongresie Obsługi Gotówki w Warszawie. Okazało się, że 53 proc. uczestników dobrze rozpoznało oba banknoty. – Na sali są profesjonaliści, więc zrozumiałe, że większość zagłosowała prawidłowo. Niefachowcy mogą jednak mieć kłopoty z wykryciem sfałszowanych banknotów – skomentowała dr. Kołodziej.

O fałszowaniu polskich pieniędzy nie słyszymy zbyt często, a służby nie chwalą się rozbijaniem gangów podrabiających gotówkę. Jest to jednak problem, który trudno całkowicie rozwiązać, bo choć banknoty są coraz lepiej zabezpieczane, to zawsze znajdą się fałszerze próbujący szczęścia. I wciąż, w polskim obrocie gotówkowym można trafić na fałszywki. W 2023 roku wykryto, dokładnie licząc, 3869 sztuk fałszywych banknotów. Rok później nieco więcej, bo 4406. Ubiegły rok utrzymał tendencję wzrostową – 4966 fałszywych polskich banknotów. To wprawdzie bardzo niewiele, bo około 1,3 sztuki na milion, tym niemniej ten przyrost nieco niepokoi. Może w 2026 roku ta liczba trochę spadnie, bo służbom udało się zlikwidować wytwórnię podrobionych pięćsetzłotówek w Sochaczewie. Ale dopóki papierowa gotówka będzie popularna, dopóty będą zdarzać się fałszerstwa.

Gotówka w Polsce wciąż zaś trzyma się mocno, choć banki działające w naszym kraju usiłują najróżniejszymi sposobami zniechęcać klientów do korzystania z papierowych pieniędzy. Nie pomaga jednak utrudnianie dostępu do stacjonarnych oddziałów kasowych z obsługą fizyczną czy zerowe oprocentowanie tradycyjnych kont. Przekorni Polacy, jakby w reakcji na te bankowe szykany, wręcz wracają do gotówki. Badania pokazują, że około 80 proc. polskich klientów załatwia swoje sprawy wyłącznie w bankach posiadających oddziały stacjonarne, mimo przeszkód wymyślanych przez bankierów. Według danych NBP, w maju bieżącego roku, wartość pieniędzy papierowych i metalowych znajdujących się w obiegu osiągnęła 482,5 miliarda złotych.

Pod względem przywiązania do gotówki jesteśmy na drugim miejscu w Unii Europejskiej, zaraz za Niemcami. Polska jest jednak jedynym krajem UE, gdzie udział gotówki w aktywach finansowych gospodarstw domowych przekracza 10 proc. (dokładnie licząc, 11,3 proc na koniec ubiegłego roku). Warto dodać, że w całej Unii Europejskiej ten udział wynosi zaledwie 3,2 proc – czyli prawie cztery razy mniej, niż w naszym kraju

Nasza sympatia do szeleszczącego i brzęczącego pieniądza zaczęła wyraźnie rosnąć w związku z pandemią i napaścią Rosji na Ukrainę – i ta tendencja się utrzymuje. Wolimy trzymać część zasobów w domu, mając świadomość, że w razie jakiegoś ataku hakerskiego na system bankowy, czy w związku z poważnymi zagrożeniami geopolitycznymi, banki po prostu wstrzymają wypłaty środków na zasadzie „Misia”: Nie wypłacimy panu pańskich pieniędzy, i co nam pan zrobi?

To zresztą w Polsce nie pierwszyzna. W 1939 roku, przed niemiecką agresją, Polacy też wycofywali pieniądze z banków – i słusznie robili. Podobnie, również słusznie, zachowywali się pod koniec lat osiemdziesiątych, w czasach wysokiej inflacji, gdy gotówkę wycofywaną z banków zamieniali na dolary, marki zachodnioniemieckie i funty brytyjskie.

W dzisiejszej dobie, banki działające w naszym kraju nie martwią się jednak tym, że Polacy są tak bardzo przywiązani do gotówki. Rzecz w tym, że ogromną część naszych pieniędzy – bo aż ponad 1000 miliardów złotych – przechowujemy na rachunkach bankowych z zerowym lub niemal zerowym oprocentowaniem. To oczywiście olbrzymi zysk dla banków, które nie muszą wypłacać odsetek. Oczywiście, nie robimy bankierom tych finansowych prezentów z sympatii do nich – lecz dlatego, że stosują oni sprawdzoną metodę, mającą w maksymalnym stopniu utrudnić nam korzystanie z bardziej opłacalnych lokat. Chodzi tu o ograniczenie czasu trwania wszelkich promocji bankowych (co ma miejsce zapewne we wszystkich bankach działających w Polsce) jedynie do trzech miesięcy. Po tych trzech miesiącach, wyższe oprocentowanie kont spada do poziomu zerowego lub niemal zerowego. Przykładowo, w państwowym PKO BP, oprocentowanie nowych środków na tzw. koncie oszczędnościowym plus wynosi 4 proc. w skali roku – ale tylko przez 90 dni. Po tym okresie oprocentowanie tego konta spada do 0,1 proc. w skali roku. W BNP Paribas Banku, w ramach trwającej obecnie promocji, oprocentowanie tzw. konta lokacyjnego wynosi 3,75 proc. rocznie – ale po 30 października tego roku spadnie do 0,19 proc. I taka jest właśnie polityka bankierów.

Po upływie wspomnianych trzech miesięcy, banki z reguły proponują kolejne promocje, na bardzo podobnych zasadach ale pod inną nazwą. Oczywiście, można z tych promocji korzystać. Wymaga to jednak zmieniania co trzy miesiące numerów rachunków bankowych, na które trafiają nasze pensje, emerytury oraz przelewy z tytułu faktur. Mało kto ma tyle samozaparcia, by z taką częstotliwością informować swoich pracodawców, Zakład Ubezpieczeń Społecznych i wszelkich kontrahentów, że powinni wysyłać pieniądze na coraz to inne numery kont.

Bankierzy, cynicznie lecz słusznie uważają, iż w ciągu tych trzech miesięcy klient na tyle przyzwyczai się do swojego konta, że po zakończeniu promocji nie będzie mu się chciało zamykać rachunku i przenosić gdzie indziej. Tak więc, chociaż będzie wiedział, że finansowo traci, to nic z tym nie zrobi. W rezultacie, Polacy zostawiają pieniądze na praktycznie nieoprocentowanych rachunkach, ponosząc coraz większe straty z tytułu inflacji. Banki zarabiają zaś gigantyczne sumy z tytułu niewypłacania odsetek. A ponieważ bankierzy chcą zarabiać naszym kosztem jeszcze więcej, to nagminnnie pozwalają swoim klientom na dokonywanie za darmo tylko jednej operacji na rachunku w ciągu miesiąca. Za każdą następną każą już płacić.

Bardzo możliwe, że kiedyś ta polityka banków obróci się przeciwko nim – i miliony Polaków dojdą do wniosku, że przechowywanie pieniędzy na rachunkach bankowych traci sens, skoro z pieniędzy trzymanych w domu można praktycznie w każdej chwili zrobić użytek bez ponoszenia dodatkowych opłat. Już dziś przecież nasz kraj jest europejską, gotówkową twierdzą.

Włodzimierz Kiciński, wiceprezes Związku Banków Polskich, słusznie stwierdził podczas XII Kongresu Obsługi Gotówki, że w Polsce gotówka jest w coraz lepszej formie, pomimo rozmaitych pomysłów i zabiegów marketingowych mających ograniczyć jej znaczenie.

Paweł Szałamacha, członek zarządu NBP podkreślił zaś, iż ludzie chcą mieć pewność, że będą w stanie zaspokoić swoje potrzeby życiowe w niełatwych czasach – i dlatego zapotrzebowanie na gotówkę może nadal w Polsce rosnąć. – Wtedy, gdy na teren naszego kraju wlatywały rosyjskie rakiety lub drony, rosła liczba pobrań gotówki. Polacy trzymają ją w domach w celach ostrożnościowych. Jak deklarują: „na wszelki wypadek” – dodał.

Zrozumiałe więc, że z prac XII Kongresu Obsługi Gotówki popłynął jeden podstawowy wniosek: fizyczny pieniądz, który można schować do portmonetki jest bardzo ważnym elementem odporności całego systemu finansowego – a więc i całego naszego państwa – na wszelki zagrożenia; zarówno informatyczne, jak i te najbardziej bezpośrednie, militarne. W trudnych czasach gotówka jest po prostu niezbędna.

Autorstwo: Andrzej Dryszel
Źródło: Trybuna.info

16.09.2026
wolnemedia/gotowka-szykuje-sie-do-skoku

Instrukcja Operacyjna: Mobilizacja Błotno-Płazowa „Bagna Plus”


Kryptonim: Żaba-2026

autor: DK

[to tajny Dowódca Korpusu? a może

Dowódca Kampanii? a może

Donald & Kosiniak??]

=====================================

Cel: Powstrzymanie broni pancernej wroga przy użyciu terytorialnych zasobów hydrologiczno-biologicznych.

I. Strategiczne Rozmieszczenie Sił

Linia Oporu Bóbr-1: Formacje gryzoni zostają przeformowane w Dywizje Inżynieryjno-Kaskadowe. Wprowadza się bezwzględny nakaz budowania tam o wysokości min. 1,5 m wzdłuż granicy państwowej.

System Zasadzek Torfowych: Czołgi przeciwnika nie będą niszczone bronią przeciwpancerną, lecz wchłaniane przez certyfikowane mchy torfowce. Zaplanowano zatopienie gąsienic na głębokość 2,3 metra.

Pancerne Kijanki: Lokalna fauna zostaje przeszkolona w zakresie podgryzania elementów zawieszenia pojazdów gąsienicowych.

II. Pakiety Wsparcia i Finansowanie

Budżet: 500 milionów złotych przeznacza się na hurtowy zakup konewek, odblokowanie rowów melioracyjnych i zakaz suszenia skarpet na polach.

Ochrona Osobista Obywateli: Brak schronów betonowych rekompensuje się darmowym przydziałem kaloszy do kolan oraz wojskowych woderów z atestem UE.

Kamuflowanie Terytorium: Szybki posiew rzęsy wodnej na wszystkich kałużach w kraju w celu dezinformacji wrogiego rozpoznania satelitarnego (każda kałuża ma udawać bezdenne otchłanie).

III. Scenariusz Działań Bojowych

Wróg przekracza granicę.

Wróg wjeżdża w oficjalnie utworzony „Naturą Chroniony Obszar Błotny”.

Czołgi toną po wieżyczki, a załogi zostają unieruchomione przez wysoki poziom wilgotności powietrza i agresywny atak chmar komarów obronnych.

Ministerstwo Środowiska ogłasza sukces

i zgłasza zatopiony sprzęt jako obiekty małej architektury ogrodowej.

================================

Cały ten koncept opiera się na autentycznych wypowiedziach i planach wiceminister klimatu i środowiska Urszuli Zielińskiej oraz powiązanych projektach (m.in. w ramach tzw. Zielonej Tarczy Wschód), 

w których odbudowa mokradeł i torfowisk była poważnie omawiana m.in. jako narzędzie mające utrudniać manewrowanie ciężkiemu sprzętowi wojskowemu.

Z przymrużeniem oka

Z fb, Czar6wnica 

Mieczysław Pajewski: Rozwiązałem tajemnicę Kenta Hovinda


   Z Kentem Hovindem miałem problem przez wiele lat. Czułem jakąś tajemnicę. Mamy kreacjonistę, który mówi o sobie, że ma stopień doktora. Znany jest z wielu wykładów dostępnych w radiu i w telewizji. Ale żaden inny kreacjonista, który publikuje teksty kreacjonistyczne, nie cytuje Hovinda. A prenumeruję od wielu lat sporo czasopism kreacjonistycznych z kilku krajów, to coś wiem na ten temat. Kreacjoniści czasami nie zgadzają się w pewnych sprawach. Wówczas toczą polemiki. Czasami się zgadzają i wówczas wzajemnie się cytują. Kreacjoniści wydają czasopisma na różnym poziomie naukowym. Są popularyzujące kreacjonizm, można je nazwać popularnonaukowymi (takich jest większość), ale są też takie, które starają się zachować zasady porządnego czasopisma naukowego (teksty są recenzowane, autorzy opierają się na badaniach własnych i cudzych, w tym ostatnim przypadku sporządzają dokładne przypisy i bibliografie). Hovinda żaden kreacjonista nigdy nie cytował ani aprobatywnie, ani polemicznie. Tak jakby Hovind nie istniał.  Choć od dawna wiedziałem, że w internecie można znaleźć wiele wykładów Hovinda, nigdy żadnego nie wysłuchałem do końca. Przerywałem po kilku minutach. Facet mnie wkurzał. Swoich przeciwników, ewolucjonistów, nie traktował poważnie. Kpił sobie z nich. Ale żeby tylko to – ostatecznie, dlaczego kreacjoniści mają nie kpić z ewolucjonistów? Argumentował też niepoważnie.

Czasami trafiał celnie, ale potrafił też wypowiadać półprawdy i całe nieprawdy.

Właśnie te półprawdy i nieprawdy mnie zrażały do dalszego wysłuchiwania jego wykładów. Uważałem, że gdy kreacjonista polemizuje z ewolucjonistami, to musi bardzo uważać na to, co mówi. Bo przeciwnik natychmiast podchwyci nasze błędy i nas skompromituje. A odnosiłem wrażenie, jakby Hovind zupełnie się tym nie przejmował.
Uważałem więc, że Hovind robi sprawie kreacjonizmu więcej szkody niż pożytku. I że właśnie dlatego w liczących się czasopismach kreacjonistycznych nikt się do niego nie odwołuje.

  Zmieniłem swoje widzenie Hovinda niedawno, gdy czytałem tekst „Skacz żabo, skacz”, który jest zapisem jednego z jego wystąpień. Jednego z wielu wystąpień. Bo Hovind nie pisze, on mówi. I mówi nie do kamery, to też, ale przede wszystkim do sporych zgromadzeń osób, które zechciały przyjść go posłuchać.

Standardem uprawiania nauki jest prowadzenie jakichś badań i przynajmniej na końcu przygotowywanie publikacji, która musi być sporządzona zgodnie z tzw. warsztatem naukowym. W takiej publikacji każde słowo jest ważne i każde twierdzenie powinno być uzasadnione. Hovind niczego takiego nie robi. On tylko mówi i nie dba o ścisłość. Jemu zależy tylko na wywołaniu odpowiedniej reakcji audytorium. Tą reakcją ma być śmiech, a przynajmniej uśmiech. Ale nie tylko.

Ważniejszy cel ma charakter religijny. Słuchacze utwierdzają się w wierze w Stwórcę, który stworzył niebo i ziemię. Ostatecznym celem Hovinda bowiem nie jest obalanie ewolucjonizmu. Jego celem jest nawracanie wątpiących i utwierdzanie wierzących. Narzędziem do realizowania tego celu jest ewangelizacja. Robi tę ewangelizację zwalczając ewolucjonizm i ateizm, czyli głosząc kreacjonizm. Ale kreacjonizm jest tylko środkiem osiągania wyższych celów, nie jest celem samym w sobie. Hovind uprawia kreacjonistyczną ewangelizację.

Ale to nie wszystko. Jest jeszcze jeden element, którego uświadomienie pozwoliło mi napisać, że rozwiązałem tajemnicę Kenta Hovinda. On się zachowuje, jakby prowadził jednoosobowy kabaret. A właściwie to rzeczywiście jest kabaret, tylko taki, który ma poważny cel, którego celem nie jest tylko pośmianie się słuchaczy. Zresztą, kto powiedział, że celem wszystkich kabaretów jest tylko pośmianie się? Że pod warstwą dowcipu i śmiechu nie mogą się kryć bardzo poważne sprawy? Najlepsze kabarety są właśnie takie – pozwalają się odprężyć, ale i dają okazję do głębszych przemyśleń.

Hovind przedstawia, bardziej lub mniej udanie, w dowcipnej formie swoją walkę z ewolucjonizmem. W tej walce stoi samotnie naprzeciw całej zgrai ewolucjonistów i ateistów, którzy wyprodukowali mnóstwo kłamliwych podręczników. I ich wszystkich gromi. A nawet nie musi tego robić sam. Może to robić czasami jego córka, która chodzi jeszcze do szkoły. Ewolucjoniści okazują się głupsi od dziecka, które zdroworozsądkowo myśli.

Hovind specjalizuje się w nowej odmianie jednoosobowego kabaretu – religijnym kabarecie antyewolucjonistycznym. Tłumaczy to, dlaczego nie dba o szczegóły. Nie musi, tak jak „posiedzenia rządu” R. Górskiego i M. Wójcika nie są wiernym odzwierciedleniem prawdziwych posiedzeń rządu Donalda Tuska ani jak „Ucho prezesa” nie jest prawdziwym obrazem tego, co się dzieje w siedzibie władz PiSu. Tłumaczy to też, dlaczego autorzy kreacjonistyczni nie cytują Hovinda i dlaczego nie ma sensu polemizowanie z tym, co mówi Hovind. Ostatecznie rzecznik rządu Tuska nie prostował „kłamliwej” tezy, że premierowi w głowie tylko „haratanie w gałę”, a rzecznik prasowy prezydenta RP nie tłumaczy nikomu, że prezydent nie siedzi całymi godzinami pod drzwiami prezesa Kaczyńskiego.

Wyobraźmy sobie, że dawna rzecznik rządu publicznie stwierdza, że premier nie przychodził na posiedzenia rządu z piłką pod pachą i że grał w nią tylko raz w tygodniu, a nie codziennie. Nawet ona czegoś takiego by nie zrobiła. Kabaretowe haratanie w gałę było zmyśleniem, ale – i na tym polega wielkość kabaretu – było to „prawdziwe zmyślenie”, choć zwrot ten wygląda na wewnętrznie sprzeczny.
Przedstawiało ona postawę premiera w przesadzonej formie, ale coś było na rzeczy.

Radzę w ten właśnie sposób przyglądać się widowiskom organizowanym przez Kenta Hovinda. Choć przesadza, wyjaskrawia i niekiedy zapędza się za daleko, w ogólnym rozrachunku ma rację. Ewolucjonizm – pogląd, że wszystko się samo zrobiło, podobnie jak opowieść Münchhausena, że ciągnąc sam siebie za włosy potrafił wyciągnąć się z bagna – jest po prostu śmieszny.

Mieczysław Pajewski

środa, 16 września 2026

Przebudzenie rasowe w Europie? Czemu wybiórcze?


========================

Mirosław Dakowski

Naprawdę przecież to nie jest jakaś walka czy zderzenie ras, ale walka cywilizacji, takich zdefiniowanych przez Feliksa Konecznego.

[Te pojęcia opisują różne aspekty ludzkości. Nie stoją zatem ze sobą w opozycji a jedynie się uzupełniają i wydaje się że rasa jest pojęciem bardziej fundamentalnym.VB]

Rasy jest to pojęcie biologiczne, a cywilizacje jest to pojęcie kulturowe, duchowe. Obecnie na świecie najbardziej brutalnie walczącą cywilizacją jest cywilizacja globalistyczna. Nie jest to jednak rozwój naturalny, jak wykazaliśmy w wielu publikacjach, między innymi w Czy cywilizacja globalistów jest naturalnym rozwojem, czy sztucznym piekielnym planem.

Cywilizacja globalistów jest sztuczna, wymyślona w opozycji do Cywilizacji Łacińskiej. Prawdą jest, że twórcami, przywódcami cywilizacji globalistycznej i jej planistami są ludzie, myśliciele wywodzący się głównie z cywilizacji żydowskiej. Ale budują coś, co jest sztuczne, z gruntu złe. Państwo Szatana.

===============================

Od niedawna – a z pewnością od początku 2026 – obserwujemy w Europie Zachodniej pewnego rodzaju przebudzenie wśród białych, rdzennych mieszkańców. Przejawiło się ono przede wszystkim w antyimigranckich zamieszkach w Belfaście oraz w innych miejscach w Irlandii i Wielkiej Brytanii. Jest także widoczne w rosnącym poparciu dla partii w rodzaju Restore Britain (pod przywództwem Ruperta Lowe) czy Alternative für Deutschland (AfD).

W tle mamy aktywistów ruchu „Reemigration” takich jak Eva Vlaardingerbroek czy Martin Sellner, ostatnio nagłaśniających inicjatywę „Save Europe Act” (oficjalne tłumaczenie na polski: „Akt dla suwerennej, wolnej i bezpiecznej Europy„), swego rodzaju petycję do władz UE, która zyskała już ponad 650 tys. podpisów.

Ale przede wszystkim jest widoczne w Internecie gdzie na X, Facebook-u i TikTok-u coraz więcej jest treści coraz bardziej wprost mówiących o konieczności pozbycia się obcych (trafnie nazwanych bodajże przez Grzegorza Brauna „nachodźcami”).

Swego rodzaju „wisienką” na torcie było pojawienie się i nagłośnienie filmu „Citizen Vigilante”. Jego treścią jest samotny biały mściciel, który własnoręcznie wymierza sprawiedliwość różnym kolorowym przestępcom bijąc ich lub zabijając. Zabija także zdrajców – białych sędziów wypuszczających imigrantów mimo popełnionych przez nich przestępstw. Film ten spotkał się z rządowym bojkotem w Niemczech – i pełnym entuzjazmu przyjęciem przez ludzi, którzy dali temu wyraz w głosowaniach na różnych portalach filmowych.

Wszystko to oczywiście budzi pewną nadzieję, jednak ja mam pewne wątpliwości co do autentyczności i rzeczywistych możliwości oraz celów tych ruchów.

Najważniejsze cztery są takie.

1. Brak odniesienia do rasy wprost
Najważniejszym problemem Europy jest tzw. „great replacement” czyli wymiana białej (w większości aryjskiej) rdzennej ludności na murzynów, arabów, pasztunów itp. rasy a także promocja mieszania ras (jak wiemy w każdej reklamie promuje się tam pary składające się z białej kobiety i murzyna).

Rasy te – a zwłaszcza rasa czarna – mają przeciętnie niższą inteligencję, wyższy poziom agresji, brak zdolności do tworzenia kultury i cywilizacji. Właśnie dlatego zachowują się tak jak się zachowują: biją, gwałcą, kradną, dewastują, brudzą1.

Tymczasem te wszystkie ruchy i partie nic na ten temat nie mówią. Nadal operują według narzuconej przez sprawnych operatorów kształtowania umysłów zasady, że rasizm jest czymś złym, wstydliwym i godnym napiętnowania. Tak więc albo w ogóle nie odnosząc się do istoty problemu opowiadają o surowym karaniu i deportowaniu przestępców albo też używają jako „kodu” pojęcia „islam” lub „muzułmanin”.

Szczególnie ta druga postawa jest szkodliwa, bo myląc przyczynę ze skutkiem kieruje uwagę znajdujących się pod wpływem tej propagandy Europejczyków w stronę zwalczania religii. Tymczasem Islam jest emanacją cech tych ras, a nie przyczyną ich zachowania. Innymi słowy oni się tak zachowują bo takie mają DNA, a nie dlatego, że wyznają Islam.

Skąd to wiemy?

Po pierwsze stąd, że wszystkie te rasy zachowywały się tak również zanim w ogóle Mohamed wymyślił Islam. Ba! Arabowie zachowywali się jeszcze gorzej – w gruncie rzeczy można powiedzieć (pomijając kwestie teologiczne), że Mohamed w zasadzie starał się choć trochę uregulować ich zachowanie poprzez prawo koraniczne tak, by w ogóle możliwa była jakaś kultura.

Po drugie stąd, że amerykańscy murzyni – wśród których Islam jest zjawiskiem marginalnym a co najmniej do lat 50-tych ubiegłego wieku w ogóle nieobecnym – tak samo przodują w typowych dla ich rasy zachowaniach jak ich wyznający Islam pobratymcy z Afryki.

Właściwym zatem rozwiązaniem nie jest deportowanie tylko tych co już popełnili przestępstwa ani zamknięcie meczetów i wygnanie islamskich „misjonarzy” (choć to też powinno nastąpić), ale po prostu masowe deportacje w/g kryteriów rasowych (o czym pisałem). Ale właśnie o tym się w ogóle nie mówi! Rodzi to podejrzenie, że wcale nie chodzi o realne rozwiązanie problemu a jedynie stworzenie wrażenia dążenia do jego rozwiązania.

2. Wsparcie ze strony mediów społecznościowych
Wszystkie te ruchy – takie jak Restore Britain – i działania osób takich jak Sellner są możliwe w dużym stopniu dzięki Internetowi a przede wszystkim tzw. mediom społecznościowym, czyli platformom takim jak X, Facebook/Instagram (Meta) i TikTok. Wszystkie one są kontrolowane z USA i od pewnego czasu zaczęły wręcz promować treści prawicowe, z nutami nacjonalistycznymi a nawet rasistowskim podtekstem (bo, jak już napisałem, wprost nikt o tym nie mówi).

Jak już pisałem w innym wpisie jeden z działaczy pro-Europejskich Matthias Victorian, sam to zauważył w nagraniu opublikowanym na Instagramie 1 stycznia bieżącego roku.

Wracam do tego, bo wydaje mi się to ważnym potwierdzeniem, że nie tylko ja mam takie wrażenie (które może być spowodowane tym, że te platformy już dopasowują treści do mnie), ale że też publikujący widzą tą zmianę w swoich statystykach, w tym, że są mniej prześladowani na tych platformach. Przy tym sam Victorian mówi w przywołanym nagraniu: nie wie czemu tak się dzieje ale zamierza korzystać póki się da.

A przecież pamiętamy (mam nadzieję) jak skutecznie działała cenzura na wszystkich wymienionych platformach w czasach rzekomej pandemii Covid sześć lat temu. Wtedy wszelkie wpisy podważające sens maseczek, „szczepionek” i innych działań były bardzo skutecznie tępione. Przez te sześć lat technologia cenzury znacznie posunęła się do przodu, a mimo to treści „antyimigranckie” nie są z nich wcale usuwane! Co więcej, w czasie antyimigranckich zamieszek w Belfaście i innych miejscach w Wielkiej Brytanii to właśnie platformy takie jak X czy Facebook służyły do „skrzykiwania się” uczestników. Bez tychże mediów nigdy nie dowiedzielibyśmy się o szczegółach śmierci Henry Nowaka, która wywołała napędzające te zamieszki oburzenie.

Fakt te zostały dostrzeżone przez władze Wielkiej Brytanii, które oskarżają media społecznościowe o szerzenie „mowy nienawiści” i usiłują zaprowadzić ich cenzurę poprzez próbę odcięcia anonimowego dostępu do Internetu (pod płaszczykiem „ochrony dzieci”, co robi też UE).

Mamy zatem te same obserwacje z dwóch stron: zarówno od samych publikujących jak i od władz np. Wielkiej Brytanii. Powstaje zatem pytanie: dlaczego to się dzieje? Dlaczego treści, które bez problemu można podciągnąć pod „rasizm” i „mowę nienawiści” są nie tylko tolerowane ale wręcz promowane skutecznie przebijając zmowę milczenia zaprowadzoną przez zdradzieckie władze i media głównego ścieku?

Istotną poszlaką jest tu fakt, że wszystkie główne media społecznościowe są kontrolowane przez Żydowską oligarchię. W przypadku Meta – Facebook i Instagram – jest to kontrola wprost, właściciel i szef, Zuckerberg, jest po prostu Żydem. Tik-Tok jest natomiast aktualnie kontrolowany przez firmę Oracle, której założyciel i szef Larry Ellison… jest również Żydem.

Jak to się zatem dzieje, że platformy kontrolowane przez Żydów nagle patronują „prawicowemu odrodzeniu” w Europie? Do czego chcą oni w ten sposób doprowadzić?

Przy tym należąca do Muska platforma X jest tu wyjątkiem jedynie pozornie. Jak wiemy kiedy wczesna wersja Groka sama doszła do wniosków, które zostały uznane za antysemickie i opublikowała swoje odkrycia na X Musk się oficjalnie pokajał, odbył rytualną wizytę do Auschwitz jak i do Izraela i został oficjalnie kumplem Netanjahu. Ba, powiedział nawet, że „aspiruje do bycia Żydem” (“I am aspirationally Jewish.”).

Tak więc mimo tego, że Elon Musk osobiście wspiera te treści na swojej platformie często podbijając je z użyciem swojego niezwykle popularnego profilu a także publicznie wspierając postaci takie jak wspomniany szef Restore Britain Rupert Lowe czy niemiecka AfD nie stanowi on bynajmniej wyjątku od reguły.

Robi zatem wrażenie, że odpowiedzią na sformułowane niegdyś przez gen. Jaruzelskiego pytanie („kto za tym stoi i komu to wszystko służy?”) jest „Żydowska oligarchia”.

3. Brak wzmianek o Żydach
I tu dochodzimy do bardzo ważnego aspektu, a mianowicie braku w narracji wspomnianych ruchów i aktywistów jakichkolwiek wzmianek o Żydach.

Jest to podejrzane z trzech powodów.

Po pierwsze dlatego, że to Żydzi – Żydowska oligarchia – prowadzą długoletni proces ogłupiania białej ludności Europy, pozbawiania jej rasowej świadomości, wartości rodzinnych itp. który odbywa się za zasłoną „demokracji” i „wolności słowa”.

Tymczasem owe ruchy jak AfD itp. mówią swoim zwolennikom, że „to my pozwoliliśmy” albo „my przyjmowaliśmy imigrantów” podczas gdy przecież nie było w tym temacie żadnych referendów ani głosowań – ten kierunek został narzucony ludności państw Europejskich przez ich „elity” ściśle kontrolowane przez Żydowską oligarchię. To te same „elity” zapewniają im ochronę poprzez sądy i policje, które białych karzą za każdy przejaw oporu lub choćby mówienia prawdy a kolorowym pobłażają.

Innymi słowy owe ruchy stosują wobec swoich wyborców auto-oskarżenie, mówią im: „to wy sami tego chcieliście, ok, myliliście się, zagłosujcie na nas, to wyprostujemy sytuację”. Jest to być może mobilizujące ale niestety nieprawdziwe.

Po drugie dlatego, że to Żydzi stoją wprost za samym sprowadzaniem obcych ras do Europy (różne finansowane przez Żyda Sorosa i innych organizacje „praw człowieka” wspierające imigrantów) jak i za „osłoną propagandową” tej operacji (te wszystkie ruchy „refugees welcome”, te kampanie reklamowe, o których pisałem wyżej itp.).

Brak wskazania palcem winnych jest zdumiewający! By użyć porównania George-a Lincolna Rockwella: jeżeli po mieście biegają małpy rozrabiając i gryząc to nikt nie wini małp – taką mają naturę – tylko szuka się kto je wypuścił z klatek w ZOO.

To, że czarni i inni kolorowi biją, kradną, gwałcą, demolują i śmiecą to nie jest ich wina – takie mają DNA. Warto się zapytać kto ich sprowadził i objął ochroną?

Po trzecie warto zauważyć, że niechęć wobec kolorowych i Islamu – używanego jako pozorne wyjaśnienie ich zachowania – jest kierowana propagandowo przeciwko wszelkim protestom wobec ludobójstwa na Palestyńczykach uprawianego przez Izrael, zwłaszcza w Strefie Gazy. Wręcz mówi się: „zobaczcie jak oni się zachowują u nas, myślicie, że w Palestynie zachowują się inaczej”? Pomijając już kwestię tego, że w Palestynie oni są po prostu u siebie to jednak nie usprawiedliwia to masowego ludobójstwa.

A tymczasem tak właśnie się dzieje – te „antyimigranckie” ruchy wręcz pokazują Żydów jako sojuszników, podciagając ich (kłamliwie) pod białą rasę. Można zatem powiedzieć, że antyimigranckie ruchawki przykrywają krzyk mordowanych przez Żydów metodycznie i z dużym okrucieństwem Palestyńczyków.

4. „Lewe sanki”
Wszystko to odbywa się w ramach systemu – a więc opiera się na wyborach, demokracji itp. co jak wiemy jest w samej swojej istocie oszustwem. Pisanie petycji do UE czy liczenie na wyborczy sukces partii takich jak AfD to działania w istocie pozorne, nie prowadzące do rozwiązania problemu. Pod tym względem masowe zamieszki, podpalanie ośrodków dla nachodźców itp. byłyby bardziej skuteczne (w tym sensie, by zaczęli się oni bać i w efekcie dobrowolnie opuszczali Europę) o ile byłyby prowadzone systematycznie i przez długi czas. Nic takiego nie ma jednak miejsca na skalę, która mogłaby dać realne zmiany.

Zamiast tego dzieją się punktowe ruchawki jak choćby niedawna akcja w Dover, które tak naprawdę ułatwiają władzom zidentyfikowanie i wyłapanie tych nielicznych białych mężczyzn, którzy zdolni są jeszcze do użycia przemocy w obronie swojej rasy, narodu i cywilizacji.

I tu warto zwrócić uwagę na wspomniany wyżej film „Citizen Vigilante”. Jest to podręcznik nieskutecznego działania – tego rodzaju jednostka nawet gdyby udało się jej zlikwidować paru kolorowych przestępców zostałaby skutecznie zlikwidowana przez aparat państwowy. Gdyby zaś taki „vigilante” odtrzelił jakiegoś lewicowego polityka czy propagatora likwidacji białej rasy, to propaganda uczyniłaby z takowego męczennika a likwidacja białej populacji zostałaby jeszcze bardziej zintensyfikowana.

Co ciekawe, jeśli przyjrzymy się „Citizen Vigilante” to widzimy na nim „żydowskie odciski palców”. Dystrybutorem filmu jest amerykańska firma „Quiver Distribution„, której właścicielami są Berry Meyerowitz i Jeff Sackman, obaj oczywiście Żydzi. Głównego bohatera gra Armie Hammer z bardzo ciekawej rodziny, także o żydowskich korzeniach – jest to prawnuk słynnego Armanda Hammera, Żyda, który w XX wieku zajmował się przez dekady… biznesem na styku ZSRR i USA!

Jak by tego było mało w jednej ze scen Armie Hammer pokazuje swoją „klatę”, na której jest wytatuowana litera א „Aleph”, pierwsza litera hebrajskiego alfabetu (i to napisana tradycyjnie)2.

Tak więc można powiedzieć, że w obliczu widocznego problemu – a skala wymiany białych nie jest już możliwa do ukrycia w większości krajów Zachodniej Europy – podsuwa się białym gojom dwie nieefektywne reakcje:

pisanie petycji i głosowanie na partie pokroju AfD (dawno spenetrowane i już kontrolowane),
losowe akty przemocy („Citizen Vigilante” i wsparcie sieci społecznościowych dla „skrzykiwania się” do losowej przemocy, w obu przypadkach kończy się to wyłapaniem co aktywniejszych przez policję władz okupacyjnych.
Zakończenie
Jaki może być cel i podłoże tych działań? Może być tak, że jakiś odłam żydowskiej oligarchii uznał, że jednak jakąś część białych gojów można by zostawić, że pełna likwidacja białej rasy nie jest w interesie Żydów i zamierza powstrzymać ten proces rękami takich właśnie ugrupowań jak AfD.

Inna opcja jest taka, że jest to etap operacji, celem której pozostaje likwidacja białej rasy a chodzi o to, by powstrzymać białe społeczeństwa Europy przed jakimiś masowymi odruchami rozpaczy kiedy jeszcze są na tyle liczne, że mogłoby to coś zmienić (zamiast tego czekają na następne wybory albo spalają się w pojedynczych aktach przemocy pozbawionych znaczenia).

Oczywiście nieuchronnie można zapytać co zatem proponuję czy jakie rozwiązanie widzę. Realne rozwiązania wymagałyby przejęcia władzy i użycia siły dla przeprowadzenia konsekwentnego czyszczenia Europy z innych ras. Niestety, nie widzę w jaki sposób mogłoby dojść do czegoś takiego.

Zatem zostaje… modlitwa. Bóg jest panem rzeczywistości, w której żyjemy i jeśli zechce może nas uratować. Pytanie czy zechce.

https://zorard.wordpress.com/2026/09/13/przebudzenie-rasowe-w-europie/

=========================================

Świetna strona na temat kwestii rasy: https://zerocontradictions.net/faqs/race
↩︎
Jeżeli kogoś interesują głębsze znaczenia tego znaku polecam poczytać co mają na ten temat do powiedzenia nasi „przyjaciele” z Chabadu:
chabad.org/library/article_cdo/aid/137073/jewish/Aleph.htm ↩︎
.

poniedziałek, 14 września 2026

Chcąc organizować solidarność międzynarodową, zaczynają od dezorganizowania własnego narodu


Wczoraj minęła 110. rocznica śmierci Zygmunta Balickiego [30.12.1858 – 12.09.1916] jednego z twórców polskiej idei narodowej. To wybitny i wciąż mało doceniany polski umysł polityczny, moim zdaniem drugi po Romanie Dmowskim najistotniejszy polityk Narodowej Demokracji na przełomie XIX i XX wieku. 

Wywodził się wprost z ruchu socjalistycznego, gdyż współtworzył Socjalistyczne Stowarzyszenie „Lud Polski”. Założył Związek Młodzieży Polskiej „Zet”. Wraz z Romanem Dmowskim założył w 1893 Ligę Narodową, a w 1897 Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne.

Opowiadał się przeciwko liberalizmowi, postrzegając go jako kosmopolityczny kierunek polityczny. Nie przyjmował poglądu, wedle którego jednostka odgrywa większą rolę niż wspólnota. Walczył o aktywizację polskich mas ludowych i zaangażowanie ich w życie narodowe. Zamiast długiego życiorysu kilka cytatów:

„Nie ma prawdopodobnie narodu, który by posiadał tak słabe poczucie egoizmu, tak często sprzeniewierzał się obowiązkom wobec samego siebie i swej przyszłości jak nasz naród”

„Nikt nie sieje większych antagonizmów klasowych i stronniczych, większych nienawiści wewnętrznych, niż ci, co występują pod hasłem zniesienia antagonizmów i nienawiści narodowych. Chcąc organizować solidarność międzynarodową, zaczynają od dezorganizowania własnego narodu”.

Zygmunt Balicki „Egoizm Narodowy Wobec Etyki: z dodatkiem Charaktery a Życie Polityczne”, Towarzystwo wydawnicze we Lwowie, Lwów 1914.

„Wychowanie narodowe wymaga od jednostki innego stosunku do Ojczyzny niż jako do czegoś, co na zewnątrz duszy istnieje, przy całym pragnieniu dobra tej Ojczyzny i potępianiu wszystkiego, co w nią godzi. Dusza polska nie tylko nosi Ojczyznę wewnątrz siebie, ale czuje się również wewnątrz niej, wszystkimi swymi splotami z nią zespoloną i zlewa całkowicie swą osobowość z jej jaźnią – a taki związek tylko wówczas utrwalić się może, gdy pokłady instynktu narodowego sięgają do głębin przeszłości ojczystej”.

„W wychowaniu narodowym mężczyzn patriotyzm nie wystarcza. Muszą oni za młodu nawykać, w odpowiednim wiekowi swemu zakresie, do systematycznego obejmowania całości życia narodu, całokształtu jego zadań, spraw i celów, do umiejętności rozwiązywania węzłów i sprzeczności życia publicznego, muszą nadto mieć tę głęboko zakorzenioną w duszy świadomość, że Ojczyzna – to gmach realny, który nieustannie planem budować i wznosić należy, że nie wolno nic trwonić z dorobku przeszłości, lecz trzeba go w każdym pokoleniu pomnażać. W ten sposób młodzież ma zawczasu rozwijać w swej duszy zarówno poczucie przyszłej za całość dóbr narodowych odpowiedzialności, jak i uczucia gospodarcze względem własnego kraju. Spadkobierca spuścizny ojczystej i późniejszy odpowiedzialny jej gospodarz innym okiem i z innym uczuciem patrzeć musi na czekające go w przyszłości dziedzictwo, niż widz postronny, dla którego jest ono tylko podmiotem spostrzeżeń”.

Zygmunt Balicki, „Zasady wychowania narodowego”, wydawnictwo Edward Nicz i S-ka, Warszawa 1909

łj
https://myslpolska.info