środa, 22 lipca 2026

Ferdynand Goetel Patrząc wstecz wypisy 2


Usłyszawszy o moim zamiarze udania się do Warszawy, wujek nie okazał zachwytu.
– Masz dość architektury... trudno. Sam nieraz zaczynałem wszystko od nowa. Ale dlacze-go aż do Rosji?!
Dla starszego pokolenia Królestwo i Królewiacy tak jak nie istnieli. Wiedzieli tylko o Ro-sji, a przerażającym jej znakiem był kordon graniczny, gdzie rewizja paszportów, przeszuki-wanie walizek, zaglądanie do książek i gazet, no i odrażające postacie żandarmów. W cza-sach, gdy można było całą Europę przejechać bez wizy i pieniężnych ograniczeń, a rewizja celna bywała przykrą jedynie dla upatrzonego przez celników człowieka – granica rosyjska była czymś w rodzaju obecnej „żelaznej kurtyny”. Zmianom, które podobno zachodziły za nią; opowieściom o zabawnych i tam przejawach życia – nie dowierzano. Warszawa to przede wszystkim szarżujący po ulicach kozacy.
*

Zmiany ustrojowe po roku 1905 byłyby dla państwa za-chodniego lekkim wstrząsem. Inaczej stało się w Rosji. Ustanowienie Dumy, rozluźnienie cenzury, ograniczenie praw ochrony i żandarmerii, dopuszczenie do głosu samorządów, podziałało na starych „czynowników” (urzędników) jak grom z jasnego nieba. Nasłany do Królestwa urzędnik mógł być niedokształcony i głupi, lecz musiał być „błagonadiożnyj” (prawomyślny). Zasadą jego była wszczepiona mu wiara w misję „samodzierżawnoj Rasijej”; wzorem postawy wyznania Murawiewa. Człowiek taki tracił głowę w obliczu zaszłych zmian.

Czego teraz oczekiwać, na co stawiać? Osądził przeto: „dziej się, co chce, trzymam się posady”. Jakżeż się dziwić, że w tych warunkach stosunki pomiędzy zadufaną w sobie ludnością, a nie wiedzącymi co słuszne urzędnikami rosyjskimi, regulowała „łapówka”.Możliwości jej były niekiedy niewiarygodne. I tak, w kabarecie Renesans wspomniany już „Lutas” Templer bawił się hałaśliwie w loży pierwszego piętra. Napomniany przez komisarza policji, zrzucił go na łby biesiadujących na parterze gości. W niedawnych jeszcze czasach awanturnik tego rodzaju byłby zesłany na Sybir. Tym razem załatwiono „nieporozumienie” łapówką w wysokości 10.000 rubli. Komisarz mego okręgu pobierał żołd w wysokości stu rubli miesięcznie; za wynajem mieszkania w wytwornej kamienicy płacił 120 rubli. Skąd brał resztę, nie pytano.

Żyło się więc w Warszawie, jak kto chciał. Przyczajone w ruchliwym mieście gniazda spisku nie miały żadnego niemal wpływu na opinię publiczną. Nawet literaci, satyrycy i wol-nomyśliciele warszawscy zdawali się żyć i tworzyć w błogostanie ducha zapatrzonego we własne podwórko. Poemat o księciu Józefie Zdzisława Kleszczyńskiego, nagrodzony przez „Tygodnik Ilustrowany” w roku 1913, był tylko rakietą drzemiącego buntu. Po Starym Mieście wałęsał się rzewny Or-Ot, piewca poczciwych rzemieślników, sklepikarzy i sentymental-nych zaułków. Jeżeli czasem uderzał w strunę patriotyzmu, to cofał się wspomnieniami aż do Kilińskiego. Tadeusz Miciński, jak zawołał w słynnym wierszu: „W konie, Chryste Panie”, tak szybował myślą między niebem a ziemią, niezrozumiały ni tu, ni tam. Buntowniczy i niesforny umysł Andrzeja Niemojewskiego, redaktora „Myśli Niepodległej”, gorszył czytelników klerykalnego „Kuriera Warszawskiego” dowodzeniem, że Chrystus jest jedynie symbolem astralnym. Zaś redaktor „Muchy” Władysław Buchner, wraz ze współredaktorem „Kro-gulcem” Orłowskim, zdawali się zapominać o ostrych przycinkach pod adresem Rosji i dowcipkowali tak, jak gdyby nadszedł okres politycznej kanikuły. Płaskie humoreski na temat wyborów do Dumy i samorządu; kpiny z dziennikarzy przemielających sieczkę mało ważnych wiadomości; monologi „pana Walentego” – oto strawa, którą sycono niewybredne mieszczaństwo. Ktoś kto wysławia późniejszy dowcip warszawiaków na próżno szukałby go w „Musze”; a były to przecież czasy, gdy w Krakowie wychodziło dęte „Liberum Veto”, zaś na łamach jego wstępował w szranki genialny pamflecista Adolf Nowaczynski.

Zdemobilizowanie ducha wojowniczej Warszawy byłoby nie do pojęcia, gdyby nie powód realny. Po roku 1905 opuścili Warszawę nie tylko czołowi prozaicy jak Daniłowski, Siero-szewski, Strug i Żeromski, lecz, co ważniejsze, młodzież akademicka. Wyniesiony przez nich zapłon musiał być silny, skoro rozgorzał od niego „polski Piemont”, jak nazywano Galicję, a w ślad za nim ugrupowanie polskie w miastach Europy i Rosji. I kiedy na uniwersytecie warszawskim straszył zamróz porzuconego domu, w uczelniach Kijowa i Petersburga gromadzono arsenał dążeń niepodległościowych.

Gdzie jednak podziała się bitność i zawziętość ludu warszawskiego? Czy majsterkowie Starego Miasta naprawdę zadawalali się podwórkową niezależnością opiewaną przez Or-Ota? Czy robotnicy Woli zapomnieli o barykadach i zamachach? Historia miasta, które pozornie głuche i pogodzone z losem, czterokroć w ciągu jednego wieku porywało się do walki o zagrożoną wolność, wskazywałaby na co innego. Zapewne – stary spisek tlił się tu i tam na krańcach miasta; nowy powstawał i zawiązywał wątłą jeszcze sieć, szeroki ogół nie dawał mu jednak ucha. Kiedy w roku 1911 wyległa na ulice ludność Warszawy, aby pożegnać zmarłego Bolesława Prusa, myśl rzesz zwracała się do pogodnych, dobrych lat pozytywistycznych dążeń, a nie do wspomnień powstańczych. Było w tej manifestacji może i pewne przeczucie nadchodzącego niepokoju, nikt jednak nie przewidywał, że zmiana nastąpi tak rychło.

Żyło się bowiem beztrosko jak jeszcze nigdy. Energia warszawian zdawała się być pochłonięta wielkimi i szybkimi zarobkami. Ostatnie lata przed pierwszą wojną to niezwykła wprost koniunktura dla warszawiaków i fabryk całego Królestwa. Cokolwiek wytworzy warszawski Grzybów czy tkalnie Woli znajduje natychmiast odbiór w Rosji. Przyrządy miernicze Gerlacha, zastawy stołowe Frageta, Henneberga i Norblina, słodycze Fuchsa i Wedla, konfekcja wszelkiego rodzaju popłynie śladem tkanin i skór. I chociaż przemysłowcy Warszawy i Łodzi wiedzą, że towar ich zaopatruje również składy mobilizacyjne, nikt się tym nie przejmuje. Wojna może być albo i nie; od lat już przecież kipi na Bałkanach. I nic. Im później wybuchnie, tym dla Królestwa lepiej. Program dorabiania się głoszą już nie tylko Narodowi De-mokraci, lecz i świeżo powstała partia Realistów.
*
By stać się pływakiem, trzeba podobno skoczyć na głębokie wody. Tak utrzymują fachowcy. Jakże im się przeciwić, skoro utopieni milczą.
*
W Smoleńsku dłuższy postój. Zmiana konwojentów. Wieść o przybyciu pociągu z tajemniczymi aresztantami musiała się rozejść po mieście, gdyż dworzec zaroił się od gapiów.
Chodzą od wagonu do wagonu, przepatrują, w końcu zaczynają nam wymyślać do „sukinsynów” i „germańskich szpionów”. Od czegóż jednak słowniczek złodziei otrzaskanych z folklorem więziennym w głębi Rosji. Z drzwi sąsiedniego wagonu wychyla się obywatel Prawda i recytuje istny poemat okropnych wyzwisk z biegłością moskiewskiego opryszka. Gapie słuchają z otwartymi gębami i nieledwie z zachwytem na twarzach.

– „Niet” – słyszymy – „eto nie szpiony. Eto budut warszawskije żuliki”.

Dworzec pustoszeje. Nowej straży nie widać. Znudzony żandarm wałęsa się wzdłuż naszego pociągu. Lecz oto spieszy ku nam dziewczyna. Na ramieniu ma opaskę z polskim napisem: Komitet Pomocy Ofiarom Wojny. Jeden z rzezimieszków wyrywa się z obleśną zaczepką, lecz zostaje przywrócony przez towarzyszy.

– Stul mordę! Nie widzisz?... Polka.

Panienka podchodzi i do naszego wagonu, pyta o kobiety i dzieci, czy nie trzeba lekarstw, bandaży, żywności może. Dziękujemy w serdecznych słowach. Więc może listy... może zawiadomić rodzinę...

Po latach wielu miałem przypomnieć sobie to troskliwe dziewczę. Kiedym się znalazł na katyńskim pogrzebisku, wskazano mi na sąsiadujące z nim stare mogiły. Na odkopanych tam szczątkach były zachowane jeszcze medaliki i krzyżyki katolickie. Wspomniałem wtedy o dziewczęciu, które samo jedno pobiegło, by dopomóc dotkniętym niedolą.

Zamykać wagony. Jedziemy dalej. Nowi konwojenci to starszy rocznik dobrodusznych rezerwistów. Możność spędzenia kilku dni na włóczędze, aby jak najdalej od frontu, nęci ich i rozwesela. Złodziejaszków nie odróżniają od jeńców cywilnych. Bratają się łatwo z jednymi i drugimi.
*
Płyniemy dalej pod flagą ciemnej gwiazdy. W Samarze pozwalają nam co prawda zjeść obiad w niezłej restauracji dworcowej, lecz w ogóle nie wiedzą, dlaczegośmy się tu wzięli i co z nami robić. Jesteśmy świadkami zabawnej sceny. Służbowy oficer żąda od naszego sierżanta urzędowych papierów z Warszawy, a ten ma tylko spis imienny nagryzmolony w baraku praskim. Sprawa idzie do miejscowego urzędu gubernialnego, który ni stąd, ni zowąd, od-prawia nas aż do Taszkientu.

Wiadomość przynosi pewną ulgę, bo jeśli Taszkient, to i ciepło. Nowi konwojenci, czelabińscy Tatarzy dają nam dość przykry przedsmak ciepłego klimatu. Obchodzą się z nami brutalnie i co chwila grożą użyciem „prikładu” lub „sztyku”.
Na postoju w szczerym stepie orenburskim dochodzi do groźnej zwady pomiędzy nimi a naszą chuligańską bracią. W ruch idą kułaki, potem broń, w ręku niejednego rzezimieszka błyska nóż.

Po bójce naradzam się z Jaraczem, jak udobruchać naszych Mongołów. Osądzamy, że najlepiej będzie podsłuchać ulubioną ich piosenkę i popisać się nią przy pierwszej sposobności.

Ajt medynnyn myn synaj
Dynna dynnyn myn synaj...

Nucimy na pustynnych piaskach Kara Kum. Tatarzy szaleją z radości. W dalszej drodze opiekują się nami jak niańki.
*
Powzięte już w Warszawie przypuszczenie, że główną osobistością tamtej gromady jest pan Józef, sprawdza się. U boku jego wypływa rychło dwu adiutantów: Osiecki to wielki koniokrad i przemytnik. Odziany w cholewy, kożuszek z barankowym kołnierzem i takąż czapkę, wygląda na dzierżawcę folwarczku. Gębę ma polską, oczy siwe i biegające, sposób bycia gospodarski. „Koniokrada” wziąłby za obrazę.

– Ja, proszę pana – tłumaczy dobrotliwie, podkręcając płowego wąsa – nie potrzebuję tych koni kraść. Wystarczy mi wejść do stajni, a drżą. Idą potem za mną jak barany za owczarzem. Podprowadzam taki tabun do pruskiej granicy, przemycam na drugą stronę, sprzedaję za do-bre pieniądze, kupuję eter czy lekarstwa i wracam.

Grzybowski zasię jest złodziejem kolejowym. Elegant, ubrany z wielkomiejska, przypomina kupca czy przemysłowca. W krawacie ma szpilkę z perłą, pamiątkę chyba po zawodowej przejażdżce. Wytworniś ten jest najbardziej wulgarny z całej zgrai, choć gdy trzeba, najbardziej ugrzeczniony.

– Musi pan mieć bardzo lekką rękę – ciągnę go pewnego razu za język.
– Rękę to mało – spogląda ironicznie. – Psychologia, szanowny panie. O, widzi pan, kiedym pana zabawiał historyjką o tym kuferku, com go sprzątnął sprzed nosa rabinowi, przeniosłem panu zegarek z kamizelki do lewej kieszeni marynarki. Niech pan uważa, bo go znowu gdzieś przeniosę.

Jakoż, zagadał mnie znowu i zegarek znalazłem w spodniach.

Kimże jednak jest pan Kułakowski? Powoli i z pewnym zakłopotaniem wprowadza mnie w dzieje swego życia. Jest synem majstra gazowni warszawskiej, starego pepesowca. W domu było ich troje rodzeństwa. Starszy brat działał w partii, jak i ojciec. W roku 1905 wyróżnił się jako dowódca bojówki. Śladem brata poszedł i on, Józwa, jak go wówczas nazywano. W starciu z żandarmami dostał kulę w pierś. Zdołał zbiec do domu, a ojciec ukrył go u znajomych „towarzyszy”. Ścigany listami gończymi brat został przerzucony przez partię do Szwajcarii. Stało się źle. Nikomu bowiem tak nie ufał jak bratu; nikogo tak nie słuchał. W ojcowskim domu nie miał się teraz co pokazywać, gdyż i za nim chodziły teraz „hinty. Zaczął teraz rozbijać na własną rękę. Mścił się jak mógł i jak umiał. Nie ruszał nigdy polskiego dobra.

Grabił lub puszczał z dymem sklepy i składy monopolowe. Mechanik z zawodu, stał się z czasem włamywaczem. Poznali go na gościnnych występach w Petersburgu, Kijowie, Odessie. Niekiedy musiał użyć broni. W obronie własnej. „Mokra robota” jest w pogardzie u prawdziwych bandytów. Skąd się tu wziął? Zgubiła go próżność. – Bo widzi pan – ociągał się. – Do wojny siedziałem nie na Mokotowie, a na Świętym Krzyżu. Za jedną strzelaninę. W Petersburgu. Zdołałem uciec z tej przeprawy, lecz dopadli mnie w pociągu na terenie Królestwa. Dlatego wyrok w Warszawie i Święty Krzyż. Siedziałem niedługo, bo zaraz wojna. Kiedy ci Strzelcy zajmowali Kieleckie, podjechał pod więzienie oddziałek setnych chłopaków. Rozbroili straż, otwarli bramy i... hulaj bracie, gdzie chcesz. Byłbym do nich doskoczył na tę bitwę z Moskalami, ale wiadomo, wstyd. Więc do Warszawy. Na Wolę wprzód. Pokazać się staremu i siostrze. Niewiele mi było pociechy z tego spotkania. Więc znów na bruk. I znów porachunek. Miałem tu w złej pamięci jednego prokuratora. Wywęszyłem, gdzie mieszka, kiedy wychodzi i wraca, i dawaj przewracać mu mieszkanie. Chciałem już wyjść, aż tu widzę w szafie elegancki mundur żandarma. Przebieram się w jeden mig. Korciło mnie poparadować sobie po Warszawie, a i wleźć gdzie nie każdego wpuszczają. Pech chciał, że w skrzydle szafy było lustro. Przyglądam się więc, czy mundur dobrze leży, wygładzam, aż tu słyszę: „ruki w wierch”. Wszedł bestia przed czasem, dostrzegł skiełbaszone mieszkanie, podkradł się, wyjął „nagana”... i zrobił swoje. Dlatego ja na Mokotowie i tu.

Polubiłem z czasem tego człowieka. Postawą, a także jakimś cichym żalem nad zmarnowanym życiem, wyrastał wysoko ponad swoje środowisko. Że był kiedyś mechanikiem, i to tęgim, świadczyły na poczekaniu robione rysunki maszyn, narzędzi, zamków. Pamięć miał niezgorszą.
*
Najsprawniej po mieście poruszał się Sierczyk. Złodziejska namiętność uniosła go wszak-że tak dalece, że ukradł mi ulubioną fajeczkę. Kradzież zauważył jeden z moich sąsiadów. Poskarżyłem się od razu panu Józefowi. Ten skinął na przechodzącego Sierczyka.

– Żeby mi tu za godzinę leżała fajka – wskazał na stolik.
– Jaka fajka – wyłgiwał się Sierczyk. – Nic o tym nie wiem.
– Jeżeliś sam nie ukradł, wiesz kto to zrobił. Fajka ma być tu!

Chcąc ułatwić złodziejaszkowi spełnienie zawstydzającego rozkazu, wyszedłem na podwórze. Gdym wrócił, fajka le-żała na stoliku, ale Sierczyk napastował mego sąsiada. Wmieszałem się w sprawę. Opryszek zwymyślał i mnie, gdy nagle u boków jego wyłonili się panowie Kułakowski i Osiecki.

– Czego pyskujesz, pętaku?
– Bo oni się ze mnie śmiali.
– Obrazili cię? – pytanie powinno było zastanowić Sierczyka.
– Nie... ale... – Nie dokończył, gdyż dostał w gębę, a potem raz drugi i dziesiąty, aż runął na ziemię zalany krwią.

– Bójcie się Boga! – zwróciłem się do Osieckiego. – Takie lanie za takie głupstwo?
– Toteż i wały były lekkie. Kości ma całe.

Tak oto doświadczyłem po raz pierwszy, jak przejawia się poczucie sprawiedliwości rządzącej przestępczym światem. Wśród „urków” rosyjskich panowały zapewne już wtedy gor-sze obyczaje. Dla więźnia z Pawiaka czy Mokotowa, osoba i własność towarzysza więziennej niedoli były nienaruszalne. Zasada druga: nie wolno zdradzać. Na tle tym rozegrał się rychło zabawny wypadek.

W pierwszych dniach grudnia wywołano nas na podwórze. Stanęliśmy w dwu rzędach. Po jednej stronie nieduży już oddział jeńców, po drugiej my, cywile. Przybywa trzech oficerów. Dwóch w mundurach rosyjskich, trzeci w nijakim. Czech chyba. Czytają nam odezwę Mikołaja Mikołajewicza, po czym wygłaszają górne przemówienia o braterstwie Słowian i nawołują do wstąpienia w szeregi armii ochotniczej, która, ramię w ramię z Rosjanami, przywróci wolność narodom uciśnionym przez „Germańca”. Ochotnicy... wystąp!

Z szeregu jeńców wojennych wysuwają się ze trzy dziesiątki chętnych. Wśród naszych jakieś poszepty, jakaś wymiana spojrzeń... i nagle przed front występuje dwunastka złodziejska na czele z panem Osieckim. Zespół to co lepszych zabijaków. Za parę godzin przybywa orkiestra wojskowa i wyprowadza „gerojów” w triumfalnym pochodzie.

– Jakżeż to? – pytam pana Józefa – wyłamali się panu? Rozprawiacie tak dużo o zdradzie...
– Niech pan poczeka. Zobaczy pan, co będzie. Jakoś, trzeciego dnia bramę koszar otwarto ponownie i „batalion” Osieckiego, z wodzem na czele, powrócił pod strażą uzbrojonych po zęby żołnierzy. Wódz miał rękę na temblaku, ten i ów utykał.

– Co się stało? – pytam tatuowanego Kazika.
– No, bo my poszli tylko tak, żeby tym draniom dać wyćwikę. Pierwszy dzień siedzieliśmy cicho, a drugiego wzięliśmy się za tych Słowianów. Poszło o żarcie niby to. Oni do nas z ku-łakami, a my za ławy i co tam było pod ręką. Oberwało się i nam, ale pięciu tamtych zabrali do szpitala. Ja u Moskali ani u Austriaków nie służyłem; ale jakbym raz przysiągł na wierność to amen.

Występ niedoszłych ochotników sprawił niezawodnie; że pewnego dnia kazano nam zabierać się w drogę. Cel niewiadomy. Gdy więc znaleźliśmy się za miastem, powraca dawna pogłoska o pieszej, etapowej wędrówce aż w głąb Siedmiorzecza. Nie mija jednak kilka godzin, a zawijamy pod mur zaopatrzony wymownym napisem: Dyscyplinarna Rota.
Karne miejsce otaczał tym razem wysoki mur, a rządy w zakratowanych barakach sprawowali surowy oficer, pop o fałszywych oczkach i olbrzymi wąsaty sierżant. Budynek, do którego nas po rewizji wpuszczają, zamyka się za nami na głucho. Sale są, mimo tego, obszerniejsze i jaśniejsze niż w porzuconych koszarach. Jak się dowiadujemy, pustująca rota była do wybuchu wojny pełna. Więźniowie poszli na front odrabiać winy bagnetem. Sierżant, jak i jego podkomendni, są raczej zadowoleni z naszego przybycia. Myśl, że i oni musieliby walczyć za cara przestaje ich na jakiś czas nękać.

Kazamata składa się z dwóch sal. Ma to swoje zalety, gdyż szajka usadawia się w jednej, a my w drugiej. Porządki w rocie były nieco inne niż w Taszkiencie. Życiowo nieźle. Dwa, trzy razy w tygodniu wywoływano chętnych na roboty. Zgłaszali się wyłącznie jeńcy cywilni. Tamci woleli grać w warcaby, opowiadać więzienne historyjki, urządzać śmieszne gry. Na robotach jak i wewnątrz więziennego muru dyscyplina byle jaka. Podpłaceni przez nas strażnicy biegają do pobliskich sklepów na posyłki. Na podwórzu zaś, atleta Pokój urządza szkółkę zapaśniczą i poucza strażników, jak zakładać podwójnego nelsona. Wiemy już, że nasz „arec” (zapaśnik) jest ulubieńcem straży, lecz trudno nam pojąć, dlaczego od pewnego czasu Pokój znika co wieczór i pojawia się dopiero po północy. Nie mija tydzień, a zagadka wyjaśnia się.

– Występowałem w taszkienckim cyrku jako „czarna maska” – opowiada chluba kazamat.
– Chadzałem tam co wieczór z sierżantem, naciągałem na łeb czarną pończochą i kładłem tych byków jednego po drugim.
– Zdemaskowałeś się w końcu?
– Nie. Musieliśmy przerwać tę zabawę. Pop nasz widocznie coś zwęszył i zagroził sierżantowi donosem. Aranżer zapasów oświadczył publiczności, że mistrz walczący pod czarną maską został zaproszony do Bombaju na mistrzostwa świata.
– Ale pan chyba nieźle zarobił?
– Co oni tam płacili to ja nie wiem, bo pieniądze zabierał sierżant. Mnie odpalał pięć rubli za występ.
*
Przy rozstaniu, pan Józef daje mi wyraz swoistej wdzięczności.
– Panie Ferdynandzie, nie wiem, co tam ze mną będzie, ale ja się chyba urwę z tego transportu. Gdybyś pan po tej wojnie miał w Warszawie z kimś na pieńku, to niech się pan do mnie zwróci, a ja faceta unieszkodliwię.
– Przypuśćmy. Ale jak pana znaleźć?
– Przyjdzie pan na Wolę, koło tych Gore, zawoła pierwszego lepszego łobuziaka i powi mu: prowadź do pana Józefa.
– Może tak przecież zrobić i ktoś niekoniecznie panu miły.
– Ech, chłopiec tak pana podprowadzi, że ja wcześniej pana zobaczę niż pan mnie.

Szczera na pewno oferta nie była pozbawiona przechwałki. O dalszych losach pana Józefa i jego drużyny nic mi nie wiadomo. Romantyczny herszt pozostawił jednak tak silny ślad w mej pamięci, że po latach ośmiu miałem go ciągle na oczach, gdy pisałem opowieść Samson i Dalila.
Gdym z walizką w ręku mijał rogatkę Taszkientu, zdawało mi się, raz ostatni w życiu, że świat do mnie należy. Otwarte przede mną dni okazały się jednak trudniejsze od więziennych. Losem swym musiałem odtąd kierować sam.
*
Podczas wojny życie na dalekim zapleczu bitew staje się podobne do bajki. Swoisty mu pośpiech i hasło carpe diem skłania do poczynań, które można by nazwać nierealnymi, gdyby nie to, że realizmem w takich okolicznościach jest właśnie fantastyka. Sugestia tego splotu jest silna, a siła wspomnień nieprzemijająca. Tak więc i w egzotycznym Turkiestanie, odległym od wojennych zdarzeń o tysiące wiorst, wszystko co fantastyczne zdawało się być logiczne.
Czas w chwilach przełomowych bieży szybko i z dnia na dzień zmienia się świat. Gdym przeto wrócił z ponurych kamyszy Dżunusz Kała, musiałem na nowo uczyć się Taszkientu.

Jaracza już nie zastałem. W liście wysłanym z Moskwy chwalił sobie Polonię tamtejszą, że to niby coś na podobieństwo porzuconej Warszawy. Jest teatr, są wydawnictwa, fundusze i za-pomogi – <będziesz mógł sobie pisać >. Nie pojechałem. Instynkt, jak się okazało trafny, podszeptywał mi, że najlepszą szkołą dla pisarza jest trudne życie; a tego, po doświadczeniach w Dżunusz Kała, spodziewałem się w Turkiestanie więcej niż w przelotnym gniazdku literackim w Moskwie.
*
Motywy używane przez Turkmenów w dywanach są nieliczne i powściągnięte do kształtu tak nieraz rygorystycznego, że można by przyłożyć do nich linię. Zarys wyobrażający świątynię na klęczniku z grupy „teke pende”, to na pół abstrakcyjna wizja artystyczna. O rysunku dywanów rozstrzygali mężczyźni; w haftach rządziły się kobiety. Stąd większa ich swoboda, kolory i rysunki nieraz żywiołowe.

Taki to właśnie haft nabyłem u Taliba, jeden z pierwszych mojego późniejszego zbioru. Barwność tkaniny oszołomiła mnie, choć był to całun podobno.

– Kto to robi? – pytam, zdumiony ilością i gęstością węzłów.
– Kobiety – odpowiada od niechcenia. – Dwie albo trzy.
– Parę lat chyba.
– Całe życie.

Sztuka rodzi się z potrzeby twórcy. Tak też i te kobieciny, zamknięte w haremie, przeka-zały tkaninie swej wszystko, co było marzeniem i treścią ich żyda. Co się z ich dziełem stanie, kto się nim zachwyci – nie dbały. Haft był czymś podobnym do śpiewu w samotne godziny.
*
Szarańcza... Wiosną 1917, w przededniu przewrotu kwietniowego a zarazem okresu straszliwej suszy, jeńcy donieśli mi, że w trzcinowisku przyrzecznym wyroiło się jakieś czarne robactwo. Przeprawiam się na jedną i drugą wyspę oblaną rękawami rzeki i spostrzegam, że młode, zielone jeszcze pędy trzcin są dosłownie pożerane przez ciemne pędraki. Przeglądam u nauczycielki leksykon. Jest to szarańcza w pierwszej fazie przed oskrzydleniem. Wiedząc, że w Taszkiencie znajduje się urząd zwalczania szarańczy, posyłam tam gońca z żądaniem, aby natychmiast przysłano ludzi zaprawionych do walki z plagą. Mija jednak dzień za dniem, wylęg rośnie niesamowicie, a stamtąd słowa odpowiedzi. Przystępuję więc do walki na własną rękę. Większość obszaru za wsią porasta wyschła i gęsta trzcina. Najprostsze byłoby podpalić ją w kilku miejscach, lecz wywołany pożar mógłby zagrozić wsi. Poprzestaję zatem na podłożeniu ognia w trzech wyspach oblanych rzecznymi rękawami. Zaczynam od najdalszej. Obawy moje były uzasadnione, gdyż słup ognia bije nocą w niebo i trwoży wieś.
Ostatnią wyspę podpalamy za dnia, a ja spieszę nad wodę, by ujrzeć skutki pożaru. I oto widzę dziwne zjawisko. Robactwo uchodzące przed ogniem gromadzi się na cyplu wyspy i two-rząc żywy most przez wodę, usiłuje przeprawić się na bezpieczny brzeg. Czarna wstęga nie może jednak dotrzeć do zbawczego celu, gdyż woda dokoła żywego mostu kipi po prostu od ryb. Największym przecież ich przysmakiem jest szarańcza, uskrzydlona czy też nie. Ocalałe robactwo po tygodniu znika. Uskrzydliło się w jedną noc i poleciało chmurą siać zniszczenie gdzie indziej.
Teraz dopiero przybywają fachowcy z Taszkientu. Wałęsają się po pogorzeliskach, ganią to i owo, pouczają, że należało okopać rowami zarażony obszar, spędzić do nich szarańczę i zasypać ją ziemią. Kto miałby to zrobić – nie wiedzą. Z dzienników dowiadujemy się, że niepamiętny od wielu lat wylęg szarańczy objął cały wschodni Turkiestan. Przechodzi tydzień i dwa i już się zdaje, że uskrzydlona szarańcza ominie naszą kotlinę. Tymczasem, jednego wieczoru pojawia się na zachodzie niezwykły obłok. Raz niemalże go nie widać, raz jest zwarty i czarny.

...Leci!... wołają ze wsi. Kto żyw wybiega na swoje pole uzbrojony w blaszany czy drewniany gar, pokrywę i pał-kę. Dudnią długo i ogłuszająco. Dzieciaki wsiowe dmuchają w gwizdki i fujary. Szarańcza, jak wiadomo, boi się hałasu. Chmura zatacza koło nad wsią, opada na trawniki i krzaki głównego koryta rzeki. Siadam na konia i pędzę. Po drodze dobiega mnie łomot skrzydeł. Patrzę w górę... bociany. Nie zliczyć ich. Paręset chyba. Już siadają na rojowisku i młócą pracowicie dziobami obślizgłą masę. Za nimi szpaki, całymi kupami. Przebiegła ptaszyna nie zżera całego owada, jak czyni to wróbel, wysysa móżdżek tylko. Tu pracuje tym skuteczniej, że w pobliżu ma wodę i może przepłukać sobie gardziołko. Zdarza się przecież, że w miejscach su-chych kleista ciecz zalepia gardło szpaka i łowca pada uduszony.
Przyglądam się tym morderczym biesiadom aż do głębokiego mroku. W środek rojowiska dostać się nie mogę, gdyż koń odmawia posłuszeństwa.

Wracając do obozu rozmyślam nad tak zwanymi przesądami ludu. Bocian i szpak jest zaliczany przez włościan całego chyba świata do ptaków sakralnych. W Persji do niedawna groziła kara śmierci za zabicie szpaka.
*
Chodziło mi nie tyle o widowisko, ile o poznanie komisarza Fi-gielskiego. Ten uśmiechnął się znacząco usłyszawszy, że stoję na czele PPS-FR. Nie bacząc na posiedzenie, poprosił mnie do swego gabinetu. Po kilku minutach zauważyłem, że jest nznużony odpowiedzialnością i jak gdyby zniechęcony wysokim a nieoczekiwanym stanowiskiem.
–Ja proszę pana nie myślę długo tego piastować. Nim ustąpię, chciałbym jednak skreślić zarys konstytucji turkiestańskiej republiki. Nie widzę niestety ludzi, którzy mogliby to za mnie uczynić. Fantastyczne czasy... Czy pan wie, że w pracy nad konstytucją pomaga mi paru waszych jeńców, prawników z Galicji?

Kim byli doradcy Figielskiego, nie pytałem. Przypuszczam, że jednym był znany mi adwokat Drozdowski, który w czasie rewolucji sprawował funkcje sędziego kryminalnego. Za-pytany przeze mnie, na jakim kodeksie się wzoruje, odpowiedział, że na jedynym, który zna, to jest na austriackim.

Figielskiego spotykałem jeszcze parokrotnie i to w coraz większej rozterce. Huragan rewolucyjny miotał nim z miejsca na miejsce, z zadania na zadanie. Tak więc spotkałem go jednego dnia na troickim trakcie. Wypoczywałem właśnie w czajchanie, gdy od miasta podjechał oddział zbrojnych z Figielskim na czele. Kiedy mnie ujrzał, zsiadł z konia i spoczął obok.

– Dokąd to? – pytałem.
– Ach, panie! Ścigamy tego Madamina. Miał się tu gdzieś pojawić.
Śmieszne to przedsięwzięcie, pomyślałem, gdy matematyk usiłuje schwytać syna stepu.
– Czy, drogi panie, nie zabrnął pan za daleko? – spytałem.
– Może i tak. Ale wycofać się nie sposób. Było to ostatnie nasze spotkanie. Figielski, owszem, spisał konstytucję nowej republiki, rada ją uchwaliła, lecz nie zdołała wprowadzić w życie, gdyż odnośny akt znalazł się rychło na bruku Taszkientu wraz z ciałem jej autora.

Czy to przypadek, że wszystkie te typy są Żydami?


HAJDAMAK, KAŁMUK, CHAZAR i POMNIKI CZYNGIS-CHANA

Gdy Zełenski wyciął Polakom numer z „Bohaterami UPA”, mówili o wszystkim tylko nie o tym, że za akcją nie stali czciciele UPA, lecz otoczenie żydowskiego żula z Krzywego Rogu. Tu przypomnijmy, że Majdan został wywołany przez światowe żydostwo, które nie zwracało uwagi na to, że w przewrocie biorą udział neonazistowskie oddziały szturmowe, którymi przewodził syn Romana Szuchewycza, mordercy Żydów, i że wyśpiewywali: „Smert’ moskowsko-żidiwskij mafii”.

Gdy do rangi bohaterów wynieśli rezunów z UPA, którzy wyrzynali Żydów i byli najokrutniejszymi strażnikami w niemieckich obozach zagłady, milczeli Żydzi i milczał Izrael. Z bojcami neonazistowskich sotni spotkali się kongresmeni, mimo iż ci noszą niemieckie mundury i hełmy oraz witają się ‘Sieg Heil’, a powołał je autor manifestu głoszącego: „Przesłaniem Ukrainy jest przewodzić Białym Ludziom na całym świecie w ostatecznej krucjacie przeciw podludziom, na czele których stoją Semici”.

Gdy z okazji rocznicy śmierci Romana Szuchewycza ulicami Lwowa przeszedł marsz, lobby żydowskie milczało. A był to marsz ku czci składającej się z ukraińskich ochotników dywizji SS Galizien, która podlegała Waffen SS i mordowała Żydów. Milczał też konsul RP we Lwowie, a dywizja ta spaliła żywcem tysiąc kobiet i dzieci w Hucie Pieniackiej. Gdy parlament ukraiński uczcił minutą ciszy odpowiedzialnego za wymordowanie 50 tysięcy Żydów Symona Petlurę, naczelny rabin Ukrainy oświadczył: „Mianowanie na premiera ukraińskiego Żyda jest dowodem na to, że antysemityzmu na Ukrainie nie ma”, a Ukraiński Kongres Żydów wydał oświadczenie: „Na Ukrainie nie ma antysemityzmu”.

Gdy premierem został Wołodymyr Grojsman, podkreślali: „Przeszedł do historii. Jest pierwszym żydowskim premierem Ukrainy dotychczas mocno tkwiącej w psyche Żydów, jako kraj antysemitów i pogromów”. Gdy w mediach amerykańskich ukazały się zdjęcia ukraińskich żołnierzy z nazistowskimi naszywkami na mundurach, szef Ligi Antydefamacyjnej ripostował: „Mimo iż niektórzy Ukraińcy używają symboli nazistowskich i mimo ich podziwu dla Bandery, nie obawiam się, że kraj przejmą antysemici. W wyborach zwyciężył Zełenski, jako pierwszy w tym kraju żydowski prezydent”.

Z pomocą pospieszyła matka Wołodymyra Grojsmana – wymyśliła termin „Żydobanderowcy”. A miała na myśli nacjonalistów żydowskich, którzy wybaczyli nacjonalistami ukraińskimi unicestwienie swoich ziomków, którym nie przeszkadzają czciciele Bandery, byle tylko nie rzucali hasła „Ukraina dla Ukraińców” i zamiast nienawidzić Żydów nienawidzili Rosjan i Polaków. No i żydowskim niedobitkom na Ukrainie nie pozwalają powiedzieć o banderowcach złego słowa, bo wiedzą, że są znakomitym materiałem na potrzeby dywersji wobec Rosji.

Jest jeszcze inny powód popierania tych, których do niedawna winili za nazistowskie okropieństwa. Gdy chodzi o geszeft (czyli bezlitosny rabunek tego, co jeszcze na Ukrainie do zrabowania pozostało), nie mają żadnych skrupułów i gotowi są na najbardziej plugawe postępki, w tym kolaborację ze swoimi katami. Chodzi także o strach przed bojcami z nacbatów, którzy w razie klęski na froncie będą chcieli skrócić ich o głowę.

Podsumujmy zatem: Ukrainą nie rządzą banderowcy, ale żydobanderowcy. Ukraiński nacjonalizm to ideologia na czas wojny i globalistyczny zamysł. I nie ważne, komu stawiają pomniki. Ważne, że Ukraina ma żydowskiego prezydenta.

Polakom napluł w twarz nie tylko Zełenski. On wie, że może z Polakami robić, co mu się żywnie podoba, bo ma w Polsce potężne żydobanderowskie lobby i wpływową V kolumnę, która korzysta z każdej okazji, by Polsce zaszkodzić i która w pluciu na Polaków prześciga nawet jego samego. Wie też, że w Polsce ma prożydowski i proukraiński rząd i równocześnie prożydowską i proukraińską opozycję.

Gdy na antenie żydowskiego radia dla Polaków łgał Andrzej Szeptycki: „UPA to była formacja, która walczyła o niepodległość Ukrainy. To byli tacy trochę ukraińscy żołnierze niezłomni”, i gdy ostro zareagowała Dorota Gawryluk z Polsat News, w obronie Szeptyckiego stanął dr Kazimierz Wóycicki – przekonywał, że „Polacy na Wołyniu też nabijali Ukraińców na widły” i że „podczas II wojny światowej Polacy wymordowali 300 tysięcy Żydów”. Wóycicki to autor tendencyjnych publikacji na tematy polsko-niemiecko-żydowskie, utrzymywany przez niemieckie fundacje, nagrody i krzyże zasługi. Działa w sponsorowanym przez Fundację Adenauera Centrum Studiów Międzynarodowych, założonym przez Eugeniusza Smolara, brata prezesa Fundacji Batorego założonej przez George’a Sorosa. Smolarowie podchodzą z żydokomunistycznej rodziny: Ojciec Hersz był hersztem żydowskiej sekcji PPR i zarzucał Gomułce opór wobec repatriacji Żydów z ZSRR i upieranie się przy monolityczności etnicznej Polski.

Na stronie Fundacji ukazało się „Wspólne oświadczenie polskich i ukraińskich organizacji, działaczy i działaczek społecznych”. Samo oświadczenie jest monotonne i nudne. Niezwykle natomiast ciekawa jest lista sygnatariuszy. Oprócz kilkudziesięciu organizacji żydowskich, mamy na niej Związek Ukraińców w Polsce i kilkanaście innych organizacji ukraińskich. Nawiasem mówiąc, z czymś podobnym mieliśmy do czynienia, gdy żądali wycofania ze sprzedaży książki Wojciecha Sumlińskiego – do protestu 100 organizacji żydowskich dołączyło kilkanaście organizacji ukraińskich.

Zapowiadając  w TVP Info odcinek programu „Niebezpieczne związki”, Dorota Wysocka-Schnepf zestawiła ukraińskie ludobójstwa na Polakach z nacjonalizmem polskim: „Dziś krewcy nacjonaliści po obu stronach granic znów rwą się do zwarcia. Też nacjonalizm – polski – wzniecał czystki na naszych sąsiadach”. Już sam dobór gości programu był dowodem na jego antypolski wydźwięk: Jarosław Kurski (były naczelny „Gazety Wyborczej”), Jacek Czaputowicz (były szef MSZ)  i Michał Bilewicz (kierownik Centrum Badań nad Uprzedzeniami). Wszystkich połączyło wsparcie dla prezydenta Ukrainy w sporze z prezydentem Polski.

Michał Bilewicz z troską pochylił się nad traumą bandytów z UPA: „Na pewno ta cała debata jest w bardzo dużym stopniu ukształtowana przez takie polskie przekonanie o tym, że jesteśmy narodem ofiar, dostrzegającym wyłącznie swoje własne cierpienia. Nie zostaje jakby tej przestrzeni na uznanie tego, że inne narody mogły doświadczyć podobnych zbrodni”. Stanął też po stronie Szeptyckiego: „Wiecie co? Chcę żyć w Polsce ministra Szeptyckiego, a nie Doroty Gawryluk”. Stanął też po stronie  „ministry” kultury, bo przekazała 50 mln zł na projekt „Żydowskie Dziedzictwo Kulturowe”.

Wśród gości Schnepficy wyróżniał się Jarosław Kurski. To autor „listu” do Zełenskiego, kwintesencji tego, co nazywamy zaprzaństwem. „Bracie, piszę do ciebie jako obywatel i jako Polak. Robię to w rozpaczy, w poczuciu, że reprezentujący mój kraj politycy cynicznie nakręcają spiralę nienawiści między naszymi narodami. Relacje z naszymi bratnimi narodami stały się zakładnikiem skrajnych nacjonalistów, małych figur szafujących wielkimi słowami, jak: „Polska”, „honor” czy „godność”. Musisz wiedzieć, że urzędujący w Polsce prezydent reprezentuje środowiska narodowe i ultraprawicowe. A te budują swoją polityczną agendę na ksenofobii, na pogardzie wobec obcych, na sianiu nienawiści. Wobec imigrantów, wobec Niemców, wobec Ukraińców (…) Polakom i Ukraińcom potrzebny jest sojusz wojskowy, do którego powinni także dołączyć Niemcy. Sława Ukrajini! Herojom sława!”.

Jacek Czaputowicz całą winę zwalił na Polskę. „Były też inne aspekty działania tej formacji i w związku z tym po prostu Ukraina uznała, że może to zrealizować, bo Polska prowadzi politykę i tak już nieprzyjazną. (…) prezydent sam jeszcze przez rok nie był w Kijowie. Ciągle nakręca te nastroje antyukraińskie, ciągle coś wygraża, ciągle mówi, że nie zgodzi się na członkostwo Ukrainy w UE. Ukraina powiedziała: dość, nie życzymy sobie tego typu działań. Więc podjęła taką decyzję. Okazało się, że z jej perspektywy słuszna, bo nas po prostu ośmieszyła”. Gdy został ministrem, portal TVN24 pisał: „O takich jak on zwykło się mówić, że ma w życiorysie piękną, opozycyjną kartę z czasów komunizmu”. Tymczasem na studiach (zaocznych) był pod opieką Jana Lityńskiego z KOR. Działał w Ruchu Wolność i Pokój, w którym roiło się od działaczy „lewicy laickiej”. Do swych dyplomatycznych sukcesów zaliczył „wyciągnięcie z głębokiego kryzysu stosunków z Ukrainą” – poddając się naciskom Kijowa zablokował pokaz filmu „Wołyń”. Przerażały towarzyszące temu słowa: „Starałem się unikać prymatu interesu narodowego”. Polazł też do mediów Michnika tylko po to, żeby powiedzieć: „Polska prowadzi wobec Ukrainy politykę hien i szakali”.

W ukraińskojęzycznym kanale Slava TV głos zabrał Michał Broniatowski: „Każdy polski polityk, który podważa prawo Ukrainy do tworzenia patriotycznych mitów, które pomagają żołnierzom, to wtrącanie się w wewnętrzne sprawy Ukrainy”. To sługa wielu panów. Dziś dyrektor TVP World. W 1985 r. pracownik agencji Reuters i dyrektor jej przedstawicielstwa w Moskwie. Był też wiceprezesem rosyjskiej agencji informacyjnej Interfax i członkiem Rady Nadzorczej Onet oraz TVN. Dyrygował polską edycją amerykańskiego miesięcznika „Forbes” oraz tygodnikiem „Newsweek” (wchodzącym w skład koncernu medialnego Axel Springer). To modelowy przedstawiciel rodu o bogatych żydokomunistycznych tradycjach. Jego ojciec, funk Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy przywędrował do Polski w taborach dywizji NKWD, został dyrektorem Centralnej Szkoły Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi, a następnie szefem Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa w Warszawie. I jeszcze jedno – to on zatrudnił Natalię Panczenko, która zasłynęła z pogróżek, że „na terytorium Polski zaczną się walki, podpalenia sklepów, domów”.

Prawdziwą żydobanderowską gwiazdą w Polsce jest Paweł Kowal. Jako eurodeputowany, głosował przeciw rezolucji potępiającej nadanie Banderze tytułu „Bohatera Ukrainy” i rezolucji uznającej zbrodnie UPA za akt ludobójstwa. Gdy sprzeciwił się podobnej uchwale Sejmu, uzasadnił to: „Ukraińcy muszą dojrzeć do samooceny tak, jak Polacy dojrzeli do samooceny w Jedwabnem”. Karierę rozpoczął w Kancelarii Lecha Kaczyńskiego. Później przerzucono go do MSZ, które już za Geremka dostało się w łapy dzieci i wnuków działaczy Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy oraz potomków ukraińskich rezunów. Gdy okazało się, że WSI nadała mu pseudonim „Pallad”, wycofał się dyskretnie z MSZ i z PiS, a najbardziej przerażało, że w nowym Sejmie został przewodniczącym Komisji Spraw Zagranicznych, i oświadczył: „Dla mnie nie ma, jeśli chodzi o kwestie wojskowe, różnicy pomiędzy interesem Polski i Ukrainy” oraz zaproponował: „Powinna powstać ustawa, która zmusi Polaków do tego, żeby pojechali na front na Ukrainę”. Kowal jest spokrewniony z Heleną Łuczywo, wieloletnią zastępczynią Adama Michnika, wnuczką płk. Ferdynanda Chabera (funkcjonariusza Centralnego Biura Kontroli Prasy MBP i kierownika Wydziału Propagandy KC PPR), której córka Łucja Koch jest szefową Działu Edukacji w Muzeum Polin.

Ciotka Kowala w roku 2002, 2004 i 2005 notowana była na liście najbogatszych Polaków. A jaki to ma związek z Żydobanderowcami? Otóż, gdy z Dzikich Pól do Tel Awiwu tranzytem przez Warszawę zbiegł (ze 100 milionami dolarów) Timur Mindycz, pojawiło się podejrzenie, że nasi Żydobanderowcy, w tym Kowal musieli w tym mieć jakiś udział, bo zajmuje się „pomocą” dla Ukrainy, która jest niczym innym, jak pomocą dla żydowskich oligarchów, dzielących się ukradzionymi pieniędzmi z Izraelem. Ale nie tylko – także z darczyńcami z Polski. Hipotezę taką wzmacnia to, że gdy Timur ukradł 100 milionów, Radek Sikorski natychmiast przelał z konta MSZ do Kijowa też 100 milionów. I tu pytanie: Czy Kowal nie dlatego został pełnomocnikiem do spraw odbudowy Ukrainy, bo chce – śladem cioci – doszlusować do elity finansowej kraju?

Przepytywany na okoliczność sytuacji na Bliskim Wschodzie, Konstanty Gebert (od kilku lat obywatel Izraela) obiektywizm udawał niezdarnie. Gdy dziennikarz skonstatował, że „obecnie wielu ludzi na świecie podziela pogląd, że będący krajem postkolonialnym Izrael nie ma prawa bytu w obecnej formie”, odparł: „Większość państw ma dokładnie taką samą genezę. Na przykład Polska w drodze militarnej agresji przyswoiła sobie 1/3 swojego obecnego terytorium, wypędzając 3 miliony Niemców i 500 tysięcy Ukraińców”.

„Ukraińcy mają prawo do swojej tożsamości, mają prawo do swoich grzechów, tak jak i my mamy do tego prawo” – to słowa Adama Michnika z wygłoszonej w Paryżu prelekcji o tytule „Dziś wszyscy jesteśmy Ukraińcami”. Żydobanderowcem nie jest tylko Michnik, ale cała „Gazeta Wyborcza”, która od lat zapewnia banderowcom osłonę medialną, która przeszła do porządku dziennego nad ideologią OUN, a równocześnie tropi wszelkie przejawy nacjonalizmu w Polsce. Powód jest prozaiczny – polityczne zadanie przyłączenia się do Majdanu, postawione przez Sorosa, wymagało „marginalizacji konfliktów historycznych” i partnera po stronie ukraińskiej. Zostali nimi żydobanderowcy.

Żydobanderowcem nie wydaje się być Radek Sikorski, mimo że wrzeszczał w Sejmie: „Nie upokarzajmy Ukraińców. Słowa o ludobójstwie mogą utrudnić zabiegi Ukrainy o przyjęcie do UE, co ma epokowe znaczenie, także dla Polski”. Podejrzenia wzbudzają jednak rodzinne koneksje Radka: Jeden stryj był funkcjonariusz naszpikowanego sowieckimi oficerami i założonego przez Sowietów do walki z antykomunistycznym podziemiem Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Drugi był politrukiem w tymże „wojsku polskim”. A to, w połączeniu z kałmuckimi rysami twarzy Radka, upoważnia do pytania: Skąd jego przodkowie przyszwędali się do Polski?

Zasadność pytania wzmacnia wypowiedź, w której zrównał gloryfikację Bandery na Ukrainie z czczeniem Czyngis-chana w Mongolii – Skoro Mongołowie mają swojego wielkiego wodza, to powinniśmy pozwolić Ukraińcom na kult ich wielkiego wodza i na włączenie Bandery do ukraińskiego panteonu narodowego. I mamy wszystko w jednym: Chazara, Kałmuka i hajdamaków Czyngis-chan. I czas też najwyższy powiedzieć: Dość – Polska nie może mieć ministra, który przebacza ludobójcom tylko dlatego, że w Mongolii są pomniki Czyngis-chana.

To dobrze, że zabierają głos. Bo bez tego trudniej byłoby nam zrozumieć, jak wielkie jest zagrożenie i jak mało dzieli nas od katastrofy. I dlatego pytajmy: Jak to jest, że pojawiają się wszędzie tam, gdzie pojawia się interes Ukrainy i naruszany jest interes Polski? Jak to jest, że ostentacyjnie i bezczelnie, zawsze i wszędzie reprezentują punkt widzenia wrogów Polski? I wreszcie: Czy to przypadek, że wszyscy są Żydami?

Krzysztof Baliński

https://dakowski.pl/

wtorek, 21 lipca 2026

Ferdynand Goetel - "Patrząc wstecz" wypisy 1


„Pamiętam w latach 1900 do 1904 jedno podwórko krakowskiej kamienicy otoczone gankami oficyn zamieszkałych przez biedotę drobnomieszczańską. Kamienica miała trzy piętra, a na każdym z nich królowały, na gankach zwłaszcza, nieznośne i awanturnicze chłopaczydła. <Andrusy>, jak mówił front kamienicy. Było tego z jaki dziesiątek, w jednym prawie wieku.

Wszyscy chodzili do gimnazjum, choć w domu brakowało nieraz grosza na najniezbędniejsze potrzeby. Uczyli się... różnie i kapryśnie. W niektórych przedmiotach wyskakiwali ponad poziom, w innych zbierali dwóje. Na stole ich leżała nieraz nowo wydana książka obok procy, szczerbatego scyzoryka czy drumli. Zwoływali się świstem, który przyprawiał o atak nerwowy wszystkich lokatorów, a do wściekłości doprowadzał <strugola> (dozorcę). Świst bywał zwiastunem okropnego harmideru, tupotu nóg, krzyku i nieraz trzasku wypadających szyb. Bywały większe bezeceństwa, zaczepki porządnych ludzi, strzały nawet i wybuchy zagrażające bezpieczeństwu publicznemu. Bywały i napady zbrojne z kijami, nożami i zepsutym, ale ogromnym pistoletem na powracające ze szkól dziewczęta. Bito się też gęsto miedzy sobą. Do guzów i do krwi. Bójki były przeplatane naradami pełnymi namaszczenia i powagi, rozprawami fantastycznymi a gorącymi, namiętnymi dyskusjami i wylewem uczuć przyjacielskich, patriotycznych, społecznych, raz zapalczywymi i zuchwałymi, to znów smutnymi i pełnymi melancholii.

Klan kamienicznych łobuzów miał bratnie organizacje w innych punktach miasta, na przedmieściach zwłaszcza, Dębnikach, Grzegórzkach, Zwierzyńcu. Wszyscy stanowili jakąś gwardię anonimową, która dzierżyła prym nie tylko na swoich podwórzach, ale i na boiskach, na wzgórzach Krzemionek i Panieńskich Skałach, na szkolnym korytarzu i w ulicznej awanturze. Miała swe <chody> i swe <stosunki>. Wiedziała, kiedy szykuje się pochód demonstracyjny i umiała wśliznąć się na wieżę katedralną, aby (wyrżnąć w Zygmunta>.

Pedagodzy i <sfery wychowawcze uważały tę zgraję za element <stracony>. Dziś, gdy przypominam sobie dziesiątkę z mojej kamienicy, nie mogę doliczyć się tylko paru. Dwu jest prokuratorami, jeden kustoszem muzeum, jeden wybitnym leśnikiem, jeden profesorem szkoły akademickiej, jeden poważnym handlowcem, jeden zginął <honorną> śmiercią w wyprawie górskiej... no i jeden jest literatem. Jak na biednią kamieniczkę krakowską – niezły plon.

Czasy były to dziwne i nikt nie wytłumaczy, skąd się wzięła gorączka kształcenia dzieci, która ogarnęła Galicję, na przełomie XIX wieku. Nie było jednak wtedy dość biednego człowieka, który by nie miał pasji wypchania syna do gimnazjum, do matury i dalej, jak się tylko dało. Ideały przyświecające temu pędowi były może powszednie, boć ma-rzenia rodzicielskie kończyły się na zdobyciu dla potomka posady urzędniczej, kościelnej, w najlepszym razie profesorskiej. Wśród chłopców przeznaczonych z góry na urzędniczych szaraków, zdarzały się jednostki tęgie i bujne i szły samopas od najwcześniejszych lat, zrazu w szkole łobuzerskiej próby wierności i przyjaźni, później w ruchu oświatowym, socjalistycznym i niepodległościowym, wreszcie zygzakiem przygód osobistych i wojennych, ku wyżynom ży-cia, o jakich się nie śniło pokoleniu wychowawców. Bieda, z której wyrośli, nauczyła ich pro-stoty i przestawania na małym, bruk uliczny, wzgórza i lasy wpoiły im w krew wolność, stare i szlachetne mury Krakowa – umiłowanie tego, co wyrasta ponad codzienność. Z bujnej młodości wyrosła pasja pracy, podsycana nieustannym twórczym niepokojem.

Młoda ta gwardia, nawet gdy sobie nie znana, umiała po latach poznać się i porozumieć paru słowami, uśmiechem, uściskiem dłoni, aby na nowo utworzyć gwardię dojrzałych i świa-domych swych dążeń ludzi.”
*
Pojęcia intelektualizmu wówczas tak jak nie znano. Uczuciowe pobudki powodowały uległość modnym nastrojom. Nastrojem takim, przeniesionym na fali niemieckiej muzyki i nordyckim demonizmów, był „Weitschmerz”, czyli tragiczna zaduma nad nicością tego świata.

Zważmy przecież: z utworów Sienkiewicza ceniono w tamte lata nie Trylogię czy Quo Va-dis?, lecz Bez dogmatu. Panna Mery Tetmajera, że to skończyła samobójstwem. Doktor Judym, że to wyrzekł się Joasi, Anzelm z Róży, że go „nikt nie wołał” – zawojowali wyznawców weltszmercu. Gdy zaś młodzian obdarzony potężnym barytonem ryknął na popisie „Ich grolle nicht” Schumanna, wprawiał w drżenie serca kobiece i stawał się bohaterem dnia. Napominanie o samobójstwie należało do najbardziej skutecznych zabiegów jednania panienek i dam.

Byłem zbyt młody jeszcze, aby mnie dopuszczano do rozpraw nad wltszmercem, Björn-onem, Kierkegaardem, niech by i Hymnami Kasprowicza. Skoro jednak z takim przejęciem rozprawiali o tym starsi, uznałem, że muszę zaznaczyć swoje w tej sprawie stanowisko. Zakochawszy się zabójczo w czternastoletniej rówieśniczce, zapędziłem się aż na Wysoki Zamek z zamiarem popełnienia samobójstwa. Pod płaszczem ukryłem ogromny pistolet po dziadku. Zaszyłem się w krzaki i wystrzeliłem „na próbę” jeden z trzech naboi nie wystrzelonych na wojnach generała Radeckiego. Przerażony hukiem i dymem, pierzchłem do domu oglądając się na każdego policjanta.

Czy mogę dziś powiedzieć, że połknięta w tych czasach trutka weltszmercu przeminęła bez śladu? Chyba nie. Smutek tak charakterystyczny dla ówczesnego młodego pokolenia, które miało pełne prawo nazywać się postępowym, nie mógł być podyktowany jedynie narzuconą z zewnątrz modą. Zawodna to rzecz, gdy się przerzuca mosty w dalekie dni. Może jednak być, że w smutku młodych pionierów postępu, czaiło się przeczucie tego, co miało nastąpić w późniejszych o wiele latach.
*
Z elity tej, bo trudno ją nazwać inaczej zważywszy jej ambicje i dociekliwość, część tylko wytrzymała próbę czasu. Najbliższy mi Staszek Samek, chłopiec bardzo wrażliwy i o głębokich zamysłach, odebrał sobie życie w czasie pierwszej wojny. Franek, zdolny chemik, zaplątał się w nieszczęsną aferę masek przeciwgazowych i opuścił niepodległą już Polskę. Najstarszy w naszym gronie i wybitny już geolog, Wiktor Kuźniar, uległ katastrofie psychicznej.Znany już za granicą, wyróżniany przez słynnego geologa Lugeona, wyjechał na dopełnienie studiów do Paryża. Powrócił tak urzeczony urokami paryskiego środowiska, tak obezwład-niony ciężarem kultury zachodniej, że nie zdołał się już nigdy odnaleźć. Wypadek to nie tak rzadki, jak się sądzi. Gdym go po powrocie odwiedził w Zakopanem, gdzie przebywał chcąc ukończyć pracę o tektonice Tatr, siedział za stołem wpatrzony z lubością w namalowaną przed chwilą akwarelę. Na ścianach izby nie widać było wykresów geologicznych, a tylko reprodukcje z Luwru, szkice kawiarń paryskich, fotografię grobu Napoleona pod kopułą Inwalidów. Lubiany przez wszystkich „Wika”, przez parę lat prezes Eleuterii, rzecznik powściągliwości i silnej woli, skończył jako alkoholik. Brat jego Czesław dostał pomieszania zmysłów, gdy był dyrektorem Instytutu Geologicznego w Warszawie. Zetknięcie z szczytowymi zagadnieniami kultury może być nieraz niebezpieczne dla natur ku temu nie przygotowanych. Norwidowski „głupi Słowianin” korzysta na Zachodzie, jeśli przyswoi sobie jego sceptycyzm; lecz nie podniesie się nigdy, jeśli padnie plackiem przed wielkim ołtarzem kultury.

*
Rychło znalazł się nauczyciel, który miał odegrać dużą rolę w moim życiu. Był nim Jan Ptaśnik. W klasie siódmej objął po Krywulcie historię. Uczony dużej rangi już wówczas, upatrzył we mnie coś w rodzaju swego asystenta; nie do historii politycznej, lecz kulturalnej. Podsuwał mi doskonałe książki i co kilka tygodni kazał z nich zdawać tak zwaną prywatną lekturę. Mało tego; zorganizował coś w rodzaju popołudniowego uniwersytetu szkolnego. Kilkakrotnie powierzył mi tam wykłady, sam zaś siedział w ławkach, obok mych kolegów. Wszystko niemal co wiem o Egipcie, Grecji, Rzymie i Włoszech zawdzięczam mądrej ręce kierowniczej Ptaśnika, późniejszego profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Wreszcie, niezapomniany Sylweriusz Saski. Uczył rysunków i akwareli. Kiedyś był obiecującym pono malarzem. Niektórzy utrzymywali nawet, że wybitnym, bo jakżeż mogło być inaczej, skoro był uczniem Matejki. Z pracowni mistrza wyniósł w każdym razie umiejętność nauczania, zaś cygańska młodość pozostawiła po sobie poczucie humoru. Nie wiem, kiedy i w jaki sposób pan Sylweriusz stał się właścicielem sporej knajpy na ulicy Karmelickiej. W wolnych chwilach od zajęć szkolnych można go tam było zastać, nie za ladą broń Boże, lecz pod własnoręcznie namalowanym obrazem z dawnych jeszcze, matejkowskich lat. Nigdy nie zapomnę dnia, w którym „mistrz” zaprosił nas do swego „anstaltu”. Oczekiwał nas w obszernej niszy, a nad głową jego widniało ogromne malowidło przedstawiające złożenie Chrystusa do grobu. Rzewna opowieść o dawnych dobrych czasach, przeplatana dawnym dobrym trunkiem wprowadziła mnie w jeden z zakątków krakowskiego życia dotąd nieosiągalnych.

*
Po śródmieściu zaś szalał Augustyn Wróblewski, bojownik wszelkiego rodzaju wstrzemięźliwości. Mianowano go to masonem, to teozofem, gdyż mogło to znaczyć wszystko. Głosił nie Eleuterię już, a Eleusis, że to powściąganie żądz wszystkiego rodzaju, nie wyłączając płciowej, unosi ducha na niebywałe wyżyny. Kraków był jednak zbyt plotkarskim śro-dowiskiem dla naszego apostoła. Anegdotki, podawane z ust do ust, pomawiały Augustyna o raczej przyziemny stosunek do niewiast z jego kapliczki. Błysnąwszy więc jak meteor, pło-miennooki Augustyn znikł bez śladu. Nie wiedziano o nim ani w Zielonym Baloniku, ani w redakcjach miejscowych pism. Nie otarł się o Strzelca ni później o Legiony. Po Krakowie krążyło wtedy dużo oryginałów. Nikt jednak jak on nie wpadał w szał występując na trybunie, nikt nie miał równie obezwładniającej siły sugestywnej. Gdyby się był urodził czterdzieści lat później zapędziłby w kąt niejednego matadora totalizmu.
*
Wreszcie... dziewczęta. Poznałem ich wiele; tak w Krakowie, jak i w Zakopanem. Ośrodkiem naszych krakowskich „koleżanek” było postępowe gimnazjum panien Hindemith przy ulicy Wolskiej. Tu kształciły się córki krakowskich socjałów i wolnomyślicieli, tu była i bursa dla panien z Królestwa. Znajomości z „hindemitkami” zawieraliśmy z okazji raczej naukowych; bo jakżeż nazwać inaczej kółka samokształcenia, wspólne wycieczki krajoznawcze itp. W rozdziale z Tatr wspominałem już o nowym, swobodniejszym obyczaju w stosunkach chłopców i dziewcząt. Chciałbym tu dodać, że panny były pod tym względem o wiele więcej „postępowe” niż my. To znaczy, że zdawały sobie więcej sprawę z istotnych pobudek większego niż dotąd zbliżenia się obu płci i dawały temu wyraz śmiały, niekiedy bezceremonialny.

My zaś byliśmy nieodmiennie, tradycyjnie rycerscy i romantyczni. W tym, że zawracaliśmy pannom głowy poezją nie było nic szczególnego, bo, odkąd świat światem, wiersze miłosne pisywali mężczyźni, a nie kobiety. Gorzej, żeśmy poprzestali na lansadach fantazji i wzdragali się sprowadzać dziewczęta z piedestału, na którym postawili i kładli kobietę wielcy ro-mantycy, a także i polonezowe rycerstwo. Zdarzyło się, że matka jednej z „uwielbianych” przeze mnie panien rzekła mi, po długich już latach:

– Wie pan... ja w tamte czasy myślałam, że mi pan córkę uwiódł. Okazało się, że było inaczej. Jaka szkoda! Może byłaby bardziej szczęśliwa w późniejszym życiu. Nawet gdybyście się nie pobrali. A tak, pozostało uczucie zawodu po czymś, co ją minęło i czego nigdy nie mogła sprawdzić.
*
Jest rzeczą wiadomą, że w pewnych okresach dziejów młodzież uczy się pilnie, a w innych niedbale; pokolenie pracowite zdaje się odrabiać opieszałość swych poprzedników. Wymagania władz szkolnych też nie bywają jednakie. Surowe prawa stosowane dziś w szkołach wyż-szych, za tamtych czasów były tak jak nieznane. Złota wolność uniwersytetu oznacza nie tylko nienaruszalność studenckiej swawoli, ale i możność korzystania w czasie długotrwałych studiów z pomocy i ułatwień uniwersyteckich jak długo kto chciał. Do poszczególnych egzaminów można było przystępować aż do znudzenia profesora, który koniec końców machał ręką i stawiał notę „dostatecznie”. Przejęty od Greków pogląd, że szkoła wyższa jest świąty-nią nauki miał niewiele wspólnego z dzisiejszą wytwórnią fachowców. W świątyni tej dojrzał niejeden wielki umysł, ale i wałęsało się wielu uświęconych próżniaków. Tytuł „żelaznego” studenta, a był nim nie tylko długowłosy marzyciel, lecz i brzuchaty piwosz, nie przynosił ujmy nikomu. Ulica arcyliberalnego Wiednia honorowała właściciela legitymacji studenckiej tytułem „Herr Doktor”; zaś policjanci i urzędnicy tylko w ostateczności dawali odczuć studentom, że w lekkomyślnym Wiedniu istnieje także i władza.

Wyrozumiałość ramienia policji odczułem zaraz na wstępie, w dniu imatrykulacji. Wysłane na nią delegacje „burszów” wszech-niemieckich i tych spod znaku „christlich soziale” wy-słuchały, owszem, przemówienia rektora, lecz po skończonej uroczystości wszczęły bójkę, która się przeniosła za bramy Politechniki i dalej aż w głąb Karlsplatz. Uważając, wraz z paru świeżo przybyłymi Polakami, że trzeba i nam działać, wstąpiliśmy w bitewne szranki. Nie rozumiejąc, kto kogo bije i dlaczego, podważyliśmy stojącą pod Künstlerhaus kadź z desz-czówką i obryzgaliśmy wodą kordon policjantów.

– No, no... wcześnie panowie zaczynają – zauważył komisarz, gdy nas doprowadzono do urzędu. I na tym poprzestał.

Do kawiarni „Museum” weszliśmy jak zwycięzcy; a kiedy usłyszałem od kelnera: „jakżeż tam poszło, panie doktorze?” – poczułem się panem stworzenia.
*
Polonia wiedeńska czy polski Wiedeń?

Pojęcie Polonii, jako rzeszy Polaków osiadłych poza granicami kraju, powstało w Ameryce. Z czasem objęło emigrantów naszych w Niemczech i Francji, w końcu wszystkie ich sku-pienia w szerokim świecie. Polacy osiedli w Wiedniu na przełomie wieków XIX i XX Polonią taką nie byli. Nikomu przecież nie przychodziło do głowy, aby w stolicy państwa o tak mieszanym składzie narodowościowym dbać o zachowanie polskości, której nic nie groziło.

Zamieszkały w Wiedniu urzędnik Polak mógł być każdej chwili przeniesiony do Galicji. Nic nie stało na przeszkodzie, aby wysoki urzędnik austriacki, Tadeusz Rittner, pisywał utwory dramatyczne na przemian po niemiecku i po polsku i wystawiał je raz w „Burgtheater”, raz w teatrze krakowskim czy lwowskim. W Purkersdorf Ort mieszkał sobie pan Wohnout, radca dworu. Zajmowaną przezeń willę „Wanda” dekorował krakowski malarz Mehoffer. Syn pana radcy, Wiesław, kształcił się nie w Theresianum, do czego miał prawo, a w polskim gimnazjum w Wiedniu. O cóż chodziło panu radcy? Gimnazjum to nie podlegało austriackiemu ministerstwu oświaty, a Wydziałowi Krajowemu we Lwowie. Podręczniki więc były pisane przez pedagogów polskich, a profesorowie mianowani ze Lwowa. Oto ówczesna Austria!

Gdy jeszcze dodamy, że syn pana radcy, znalazłszy się z kolei wraz z ojcem w Krakowie, został sekretarzem socjalistycznego związku murarzy, a w końcu dziennikarzem i literatem, otrzymamy zabawną linię rozwoju znamienną dla wielu umysłów, które wykluły się w cieplarni monarchii austro-węgierskiej.
*
Zaś kawiarnia... Ci, którzy pamiętają ją z Warszawy, kiedy to przy stolikach tłoczyła się rzesza rozprawiająca nerwowo o wydarzeniach dnia, o sztuce, polityce, skandalach – nie będą w stanie wyobrazić sobie nastroju kawiarni wiedeńskiej. Dominantami jej były znakomita kawa i pieczywo, gazety i bilard. Wygodne fotele i kanapy, szklaneczka zimnej wody, dopełniały całości. Sjesta, a nie wzmożenie wielkomiejskiego podniecenia, była zadaniem kawiarni. Prasa całego świata, podsuwana uważnie przez kelnerów, przypominała wiadomości nie zawsze tak błogie jak atmosfera miasta; przyjmowano je jednak protekcyjnie, w poczuciu mocnego za sobą zaplecza. A były nim nie tylko dzieje wielkiego rodu Habsburgów, lecz i pogodny barok naddunajski, niezachwiana jeszcze równowaga obcowania z przyrodą, obyczaj wreszcie odwieczny, którego przejawem w miarę gnuśnym, w miarę dobrotliwym, a przychylnym wszelkiemu stworzeniu, była słynna „Gemütlichkeit”.

Kawiarni poświęciłem aż nadto wiele czasu. Gorzej poszło z dziewczętami. Nie robiły trudności, lecz że moje romantyczne nawyki były zbyt górne jak na gusta sentymentalnych a rzeczowych panienek. Jakżeż to ja, światoburca, miałem jednać sobie Mizzi czy Gretchen, skoro czuła się dobrze i pewnie w zagrożonym przeze mnie świecie. Z jedną Leni doszedłem do ładu, gdyż nie miałem możności zawracać jej głowy romantyką. Leni była córką „imitatora głosów zwierzęcych”, u którego wynająłem pokój. Chodzić z nią na spacery czy na muzykę, nie było potrzeby, a i możności, skoro rodzice baczyli, aby nie zadawała się z sublokatorem.

Cóż, kiedy jej ojciec, przygotowując się do nowego występu w jakimś teatrzyku, urządzał w domu próby, a wtedy zapamiętywał się tak bardzo, że zapominał o Bożym świecie. Gdy więc w pokoju jego odezwały się wstępne ryki i miauczenia. Leni wślizgiwała się do mnie i zapo-wiadała obiecująco:
– Papa hat probe.

Nie obeszło się, rzecz prosta, i bez burd. Gorętsze kończyły się w komisariacie. Pięć koron była to najmniejsza kara pieniężna za naruszenie porządku. Za awanturę następną – dziesięć, i dalej aż do stu. Gdy zapobiegliwy chuligan osiągał rekord pieniężnej kary, a nie chciał jej zapłacić, powinien był ją odsiedzieć. Tak też i przyszła kreska na buńczucznego Adama Staniszewskiego.

– Wiecie co? – oświadczył raz w kawiarni. – Mam dosyć nachodzenia mnie przez szpic-lów. Idę jutro odsiedzieć moje kary, i to na dwa tygodnie.

Zdumiał nas, gdyż niedościgniony w awanturach, był ponadto artystą w wodzeniu za nos policji.Nie minęło trzy dni, gdy triumfujący Adaś zjawił się ponownie przy bilardzie.

– Wykręciłem się jednak – zauważyłem.
– Gdzie tam! Odsiedziałem swoje. Rzecz w tym, że trzeba znać przepisy. Otóż: jest powiedziane, że skazany na areszt administracyjny ma prawo posyłać po obiad na miasto i po-nadto ma prawo do jednej bomby piwa. Ile razy może posłać po jedno piwo prawodawca już nie napisał. Więc rozumiecie, posiedziawszy trochę, puściłem w ruch wszystkich policjantów.

Za przyniesienie piwa otrzymywał każdy też po jednej bombie. Kiedy przyszedł na dyżur komisarz, posterunek był pijany. Komisarz przekreślił całą listę mych przewinień; oświadczył, bym mu się nie pokazywał na oczy i tak się rozłościł, że poszedł nawet ze mną na piwo.

Takie to były, zwyczajne w owe lata, studenckie wybryki, o których pełno w literaturze.

Groźniejszymi stały się starcia podbarwione politycznie.
Federalny ustrój Austrii nie zaznaczył się niczym osobliwym na gruncie wiedeńskim, póki nie zaczęli przybywać do stolicy studenci z budzących się do życia dzielnic obcojęzycznych.
Świadectwem coraz to większych sprzeczności wewnątrz monarchii stały się bitki uliczne i wielkie burdy na terenie uniwersytetu. Pamiętam takie zdarzenie spowodowane przez Włochów, którzy tak jak nie lubią wojen, tak skorzy są do bójki. Rzecz zaczęła się na Grabenie, następnego dnia powtórzyła się na korytarzu uniwersytetu, gdzie jeden z „burszów” niemieckich uderzył w twarz skaczącą mu do oczu Włoszkę. Obecni Polacy dali krótką odprawę „burszom”, a następnego dnia tysiące studentów, Polaków, Chorwatów, Czechów, Słowaków i Włochów, wymaszerowały z wszystkich wyższych uczelni, aby obsadzić szczelnie rampę uniwersytetu i nie dopuścić do niego Niemców. Blokada, przeplatana gęsto bitkami, trwała cały dzień, aż rektor osobiście poprosił do siebie delegację przybyłych i nakłonił ich do opuszczenia gmachu. Nie obeszło się bez koncesji ze strony magnificencji. Uniwersytet następnego dnia miał być zamknięty dla wszystkich. Dzienniki przyniosły alarmujące sprawozdania o tych wypadkach, a jeden z nich nazwał je „bitwą narodów”.
*
Progi Burgu były dla mnie aż nadto wysokie. Bardziej dostępnym okazał się pałac polskiego wielmoży przy Jacquingasse, 18. Należał do hrabiego Karola Lanckorońskiego, szambelana dworu i jednego z piętnastu kawalerów Złotego Runa. O Lanckorońskim słyszałem jeszcze przed przybyciem do Wiednia. „Zaustriaczony”, jak biadali patrioci, magnat przyczynił się tym niemniej walnie do opuszczenia Wawelu przez wojska austriackie; po czym z wielką troskliwością czuwał nad odbudową i konserwacją katedry i zamku. Katedrę ozdobił neoklasycznym sarkofagiem królowej Jadwigi, dłuta Madeyskiego. Pałac jego w Wiedniu był, obok pałacu Kińskich, najświetniejszą galerią prywatną. Znakomite dzieła sztuki jak trzy Rem-brandty, liczne Holendry i Włochy, rarytasy wreszcie jak płótna Ucella czy Massacia, pochodziły bądź to z galerii króla Stanisława Augusta (przez Rzewuskich), bądź to z zakupów. W pośrodku obszernego westybulu stał grobowiec starogrecki przywieziony z Azji Mniejszej, pamiątka podróży odbytej w towarzystwie Jacka Malczewskiego. Cenne meble, lektyki, „robieski” rozrzucone po licznych komnatach. U wstępu do pałacowego dziedzińca stróżował uroczysty portier. Cerber taki nie przepuściłby nigdy wyzywającego młodzika z bujną czu-pryną; stało się jednak, że odwiedzałem pałac, witając pana portiera poufałym „guten Morgen”. Zapośredniczyła kuzynka moja, wspomniana uprzednio Lota Rzeszotko. Polecona pani Lanckorońskiej, została wychowawczynią jej córek, Karoliny i Adelajdy. Zadaniem jej było zapoznać dziewczynki z muzyką i, co ważniejsze, z językiem i piśmiennictwem polskim.Rzecz godna uwagi, skoro ostatnia żona hrabiego, z domu Lichnowsky, pochodziła ze starej rodziny pruskiej, a brat jej był ambasadorem Niemiec w Londynie.

Excellencja Lanckoroński, człowiek wykształcony i znawca sztuki, urządzał niekiedy zebrania dyskusyjne w zamkniętym gronie. Pamiętam ciekawy jego wykład o urbanistyce. Utrzymywał w nim, że dalekie i otwarte perspektywy uliczne działają przygnębiająco, gdyż wzrok przechodnia nie ma na czym spocząć. Inaczej dzieje się w ulicach i uliczkach za-mkniętych piękną budowlą. Powstałe tam przywiązanie do własnego gniazda ma niewiele wspólnego z dumą mieszkańca nowoczesnych stolic. (...)

Pierwsze me spotkanie z Excellencją odbyło się w zabawnych okolicznościach. Portier, ujrzawszy młodego człowieka w kapeluszu a la Rinaldini, zapytał, czy nie pomyliłem adresu.

Odprawiłem go uwagą, że chcę się zobaczyć z kuzynką, Lotą Rzeszotko. Wyczekawszy aż portier porozumie się z pałacem telefonem wewnętrznym, co odpowiednio podwyższyło moją temperaturę rewolucyjną, zostałem z kolei wpuszczony do wspaniałego przedsionka. Stałem tam z kapeluszem na głowie, czekając, aż się ktoś pojawi. Przypadek chciał, że w tym samym czasie hrabia Lanckoroński udawał się do cesarza w stroju szambelana. Wspaniała gala zjeżyła mnie więcej jeszcze. Gdy zaś Excellencja zapytał po niemiecku „was wuenscht der junge Herr”, zakipiałem i odparłem po polsku:

– Mówiłem już raz, że chcę się zobaczyć z Lotą Rzeszotko.
Szambelan skinął głową, zawołał lokaja i kazał mnie zaprowadzić na pierwsze piętro.

Lota, że to miała o hrabim zupełnie inne pojęcie, zwymyślała mnie za grubiaństwo. Gdy jednak potem usiłowała mnie wytłumaczyć i powoływała się na moje radykalne „zbakierowanie”, hrabia uśmiechnął się i powiedział:

– Droga pani. Kto nie jest socjalistą mając lat dwadzieścia pięć, nie ma serca; kto jest nim po czterdziestce, nie ma rozumu.

Przywiązanie do Wiednia skłoniło hrabiego Karola do pozostania w Austrii i po pierwszej wojnie światowej. Świadomy, że przeniósłszy się do Polski, musiałby w podeszłym już wieku wziąć udział w politycznym życiu młodej Rzeczypospolitej, na co brakło mu doświadczenia i znajomości zaboru rosyjskiego, postanowił dokonać starych lat w starym domu. Tam też ujrzałem go po raz ostatni, gdym w roku 1925 udawał się z mym bratem na kongres geografów do Kairu. Brat Walery był już profesorem Akademii Górniczej w Krakowie; ja miałem za sobą cztery książki. Hrabia powitał nas jak starych znajomych. O socjalizmie nie było mowy, gdyż zbliżałem się do owej czterdziestki i miałem za sobą wspomnienia z rewolucji bolszewickiej.
*
Był to czas, gdy Austria walczyła z Norwegami i Finami o prymat ideowy w pojmowaniu narciarstwa. Norwegowie jęli już budować skocznie i nadawać narciarstwu kierunek sporto-wy; Austriacy, ze słynnym Matiasem Zdarskym na czele, głosili, że najwyższym osiągnięciem narciarza winny być dalekie i trudne wyprawy po ośnieżonych górach. Spór był gorący, zwycięzcą zdawał się być Zdarsky. Siedzibą jego była miejscowość Lilienfeld w Pogórzu Alp. Pan Matias, którego poznałem już pierwszej zimy wiedeńskiej, przypominał pod wielu względami naszego Zaruskiego. Prostolinijny i uparty jak tamten, postać miał krzepką, wiarę w znaczenie wychowawcze górskich wypraw niemal idealistyczną. Prostota i przychylność w stosunku do ludzi jednała mu wielu zapalonych zwolenników.

Najświetniejszą postacią w jego otoczeniu był Polak, Henryk Bobkowski, ojciec przebywającego na wychodźstwie pisarza, Andrzeja. Trudno o lepszy dowód przyjaźni łączącej pana Henryka ze Zdarskym jak to, że Zdarsky właśnie trzymał małego Andrzejka do chrztu. A jakżeż to było z małżeństwem dorodnego pana Henryka? Polegam na otrzymanym niedawno liście Andrzeja. Otóż, pan kapitan Henryk, któremu dowództwo armii austriackiej przekazało kształcenie narciarskie żołnierzy i cywilów, prowadził kurs na Kalatówkach pod Zakopanem. Wśród uczennic znajdowała się miła mu panienka z Nałęczowa Lubelskiego. Oświadczyny wisiały w powietrzu, ale pan kapitan, jak śmiałym był człowiekiem w wojsku i wśród gór, tak tracił się w obliczu panny. Wybrał sposób rycerski a niezawodny. Jest nad Kalatówkami słynny Suchy Żleb. Zjechać nim szusem znad „kamienia” rzadko kto potrafi. Pan Henryk wyszedł więc aż ponad „kamień” urwał gałązkę kosówki, ujął ją ustami, rzucił się w dół szusem z rękami w kieszeniach i gałązkę ofiarował olśnionej uczennicy. Cokolwiek by się o tym gadało, zawsze to piękniejsze od rzeczowych umów przedmałżeńskich. Kto spojrzy dziś na podobiznę Henryka Bobkowskiego, osądzi, że owszem, było mu do twarzy w mundurze wojskowym i mógł być ponadto miłym człowiekiem i świetnym sportowcem. Ja, gdym z nim odbył parę wypraw narciarskich, nabrałem większego o nim pojęcia. Niezawodny jako towarzysz w górach, na postojach w schronisku zadziwiał wiedzą, oczytaniem i niezależnością myśli. Należał do ludzi, których nie zapomina się mimo przelotnej z nimi znajomości.

Wierni hasłu, że narciarstwo jest przede wszystkim nową formą turystyki górskiej, trzymaliśmy ze Zdarskym i Bobkowskim. Gdy zaś Zdarsky wyzwał głośnego przedstawiciela norweskiej szkoły na wyścig z Schneeberg przez spadzistą Breiter Riss, przy czym każdy upadek miał być policzony jako karny punkt – oczekiwaliśmy z napięciem wyniku. Norweg nie stanął, co słusznie poczytano za zwycięstwo Zdarskyego.
*
I wyruszaliśmy w wysokie już Alpy, na dłuższe wyprawy.
Jak nazwać upodobania tego rodzaju? Jak wpleść je w potoczny dzień? Jakie miejsce wyznaczyć w hierarchii spraw tej drugiej, tak swoistej, legendzie życia? Opętani nią ludzie ule-gali jej nawet podczas sprawiania zawodowych obowiązków. Był na Politechnice wiedeńskiej profesor matematyki, Schruttka von Reichenstein, namiętny alpinista i narciarz. Krótko przed mym egzaminem u niego wywichnąłem lekko rękę na jednej z wycieczek. Znając słabość profesora do gór, obandażowałem prawicę i zawiesiłem na temblaku.

– Co się panu stało? – zapytał profesor.
– Drobiazg – odpowiedziałem – wywichnąłem rękę zjeżdżając tydzień temu ze Schneebergu.
– Ze Schneebergu! – zawołał. – Czy może przez Breiter Riss?
Egzamin zamienił się w ożywioną rozmowę o górach. Ciche stukanie w drzwi przypomniało profesorowi, że w poczekalni siedzi kilku jeszcze studentów oczekujących egzaminu.

– Niech no pan jeszcze do mnie zajrzy – spostrzegł się profesor... jest o czym pogadać.
– No, ale egzamin?
– Naturalnie. Dawaj pan indeks.
Wpisał na wszelki wypadek tylko „gut”. Sądzę, że było i tak za dużo. Ten gest lekceważe-nia okazany swemu zawodowi w imię legendy wysokogórskiej nie był wyjątkiem. Słynny a przedwcześnie zmarły fizyk, Marian Smoluchowski, przenosił się od razu myślą w inny świat, ilekroć rozmowa zeszła na Tatry. I kiedy słyszę dziś, że w Zakopanem spotykają się starzy a słynni taternicy jak profesor Z. Klemensiewicz, inżynierowie J. Maślanka i Janusz Chmielow-ski, gotów jestem uwierzyć, że składają hołd czemuś, co okazało się trwalsze od wszystkiego, na czym chcieli polegać.
*
Rodzinę Malczewskich poznałem bodaj jeszcze przed przyjazdem do Wiednia, kiedy to mistrz Jacek najmował drewniany dworek z bujnym ogrodem u podnóża Salwatora, na krakowskim Zwierzyńcu. Już wtedy zjednała mnie niezwykła postać wielkiego artysty, który wydzielony z konwenansów siłą swego wizjonerstwa, był za pan brat z bardzo niesforną ludnością przedmieścia. Ilekroć szedł do miasta, zatrzymywał się co chwilę na pogaduszki.

Gdym zaprzyjaźnił się później z Rafałem, mieszkanie Malczewskich, już przy ulicy Garncarskiej, było ulubionym miejscem mojego postoju na przejazdach z Wiednia do Lwowa czy też z powrotem. Miałem wtedy sposobność przyjrzeć się z bliska niezwykłemu trybowi życia Malczewskiego.

Obecnym, naprawdę obecnym, Jacek Malczewski był tylko w swojej pracowni malarskiej. Artystycznej samotności strzegł jak oka w głowie. Prócz starego służącego, który czuwał u wejścia, prócz modela czy modelki, nie miał prawa wejść tam nikt. Życie potoczne uważał za konieczność człowieka wygnanego z raju. Rajem jego było marzenie. Wrodzony zmysł humoru ułatwiał mu życie codzienne. Wstając rankiem nucił sobie rubaszne krakowiaki, nie szczędząc ni siebie, ni rodziny. Anegdot o dowcipie i fanaberiach niezwykłego pana rektora krążyło po Krakowie mnóstwo. Przytoczę jedną z nich, wówczas może najsłynniejszą.

„Bratniak” studentów Akademii Sztuk Pięknych postanowił pewnego dnia urządzić loterię na swoje cele. Fantami miały być obrazy. Świadomi przynęty, jaką byłoby dzieło uwielbiane-go mistrza, zwrócili się do niego, by im ofiarował jeden ze swych obrazów. Mistrz odmówił i przesłał im kwotę w gotówce. Zawiedzeni a bezczelni młodzieńcy, wystosowali do Pana Rektora list zbiorowy z końcowym zwrotem: „Całuj nas gdziesi, Jacku Malczewski”. Pan rektor nie wytoczył dyscyplinarki, obliczył skrupulatnie podpisy i przesłał „Bratniakowi” odpowiednią ilość biletów wstępu do łaźni w hotelu krakowskim. Próba ośmieszenia Pana Rektora zawiodła, gdyż buńczuczne chłopaki nie mogły się przez długi czas opędzić pytaniom: „A co, był pan już w łaźni”?

Tak więc popularność Malczewskiego jako malarza i człowieka rosła. W dziwnych tych czasach symbolizm obrazów Malczewskiego, z biegiem lat coraz więcej tajemniczy, nie odstręczał publiczności. Dociekania, co też chciał wyrazić w zawiłych kompozycjach, jak na przykład „Zaklęta Studnia”, były przedmiotem całych rozpraw. Obrazy mistrza ceniono wysoko, w tysiącach koron. On zaś targów nie lubił.

I tak pewien warszawski amator jego malarstwa ujrzał na wystawie Sztuki kompozycję „Niewierny Tomasz”. Usłyszawszy w kancelarii, że obraz kosztuje dziesięć tysięcy koron, popędził do mistrza. Znał go już nieźle, lecz mimo tego popełnił kosztowny błąd.

– Widziałem „Niewiernego Tomasza”, drogi mistrzu. Arcydzieło! Ale ta cena... dziesięć tysięcy! Nie zmieniłby mistrz coś po starej znajomości?
– Owszem. Dwanaście.

O dalsze zmiany niefortunny mecenas już nie pytał. Zapłacił dwanaście tysięcy i zabrał obraz do Warszawy.
Gdzie podziały się wielkie zarobki mistrza, trudno osądzić; że jednak znaczną ich część rozdawał, wiedziano zarówno w Krakowie, jak i na Zwierzyńcu. Doświadczyłem tego i ja.
Podczas jednego z mych postojów w Krakowie gospodarz mój zapytał wesoło:

– Chciałbyś się pewno zabawić, Ferdziu... a masz pieniądze?
– Mam. Zresztą jutro jadę już do Lwowa.
– Masz? Pokaż!
Okazać nie było co. Pan Jacek sięgnął do kieszonki swej tabaczkowej kamizelki i obdarował mnie złotą dziesięciokoronówką.

Według jednych, wysoko postawionych, Malczewski był impertynentem, a nawet nie-okrzesańcem. Według innych, uosobieniem delikatności. Takim go też zapamiętałem.

poniedziałek, 20 lipca 2026

Jan od Krzyża w refleksji filozoficznej XX wieku

 

(zarys problematyki)

1. Modernistyczna „religia jaźni”

Dariusz Kosiński – pisząc o zainteresowaniu historią oraz aktualizacją formuły teatru (nazwał ją „polskim teatrem przemiany”), który „zbliża się do religii, a jednym z jego najważniejszych celów jest bezpośrednie doświadczenie numinosum”1 – stwierdził: „wszystko zaczęło się chyba jeszcze w Młodej Polsce”2. Podobnie ma się rzecz z polską dwudziestowieczną recepcją twórczości oraz myśli Jana od Krzyża i należy zaznaczyć, że obie te fascynacje są wobec siebie w pewien sposób paralelne. 

Modernizm3 był nie tylko zjawiskiem literackim, ale – jak słusznie zauważył Roman Padoł – „wytworzył szerszą świadomość, w której występują poglądy ontologiczne, gnoseologiczne oraz ujęcia narodu, historii, kultury i religii”4. Dla naszych rozważań najistotniejsze będą szczególnie te dwa ostatnie elementy oraz ich wzajemna relacja, tym bardziej że sam modernizm – którego punktem wyjścia było odwrócenie wartości w stosunku do pozytywizmu – mocno je akcentował. Moderniści wyszli od poczucia rozczarowania pozytywistycznym myśleniem zamkniętym w ramach empiryzmu, scjentyzmu i indukcjonizmu oraz podważenia ideałów epoki, takich jak: intensywny rozwój cywilizacji przemysłowej, handlu i rolnictwa, wyniesienie obowiązku społecznego ponad interes osobisty jednostki, podporządkowanie piękna użyteczności czy też uznanie dzieła literackiego za fakt socjologiczny, przy jednoczesnej krytyce fantazji w procesie twórczym oraz degradacji roli sztuki i artysty. Pozytywistyczna wizja świata, w mniemaniu modernistów przesiąknięta naukowością i poznawczym optymizmem, rozbiła się o ścianę własnych granic, ponieważ – jak pisała Maria Podraza-Kwiatkowska: „Na krańcach ubóstwianej wiedzy natknięto się na «niepoznawalne». Odkryto całe dziedziny niedostępne ludzkiemu doświadczeniu, między innymi – rozległe obszary psychiki ludzkiej”5. Rozbita na kawałki racjonalna struktura świata okazała się niemożliwa do scalenia, co rodziło poczucie niepewności, strachu i rozczarowania. Modernistyczny pesymizm – nazywany przez jego krytyków dekadentyzmem – nie stał się jednak źródłem apatii pokolenia, lecz zarzewiem buntu oraz wzmocnił poczucie konieczności przewartościowania świata. Zaowocowało to pojawieniem się nowego paradygmatu poznawczego opartego na fenomenologicznie rozumianym doświadczeniu6 – które miało stać się podstawą różnych podejść badawczych stosowanych do eksploracji niezwykle złożonej i tajemniczej rzeczywistości – oraz na „przebudzeniu duchowym”.

Moderniści stanęli oko w oko z „laickim w dużym stopniu dziedzictwem pozytywizmu”7 oraz „świadomością bankructwa wszelkich wierzeń i ideałów”8, czego symbolem stało się zawołanie Friedricha Nietzschego: „Bóg umarł!”. Jak wyjaśnia Wojciech Gutowski, interesująca nas epoka postrzegała śmierć Boga jako „symptom kryzysu kultury, przesilenia słabości chrześcijaństwa, wyzwanie, zgorszenie i szansę, graniczną sytuację ludzkości”9. Niech ilustracją będą tu słowa Wilhelma Feldmana, który w 1905 roku napisał: „Wszystkie wiary zbankrutowały… poza sobą nic nie da się wyczuć… Rozpadły się w gruzy świątynie Jedynego Boga”10. Moderniści wyrażali pogląd, według którego w Europie doszło do przystosowania religii do racjonalistycznego modelu kultury, co w rezultacie przyniosło jej transformację w dogmatyczny system wiedzy, z którego głębsza, pozadyskursywna i twórcza rola została niejako odfiltrowana11. W geście protestu wobec takiego stanu rzeczy doszło wówczas – jak stwierdził Gutowski – do „uwewnętrznienia sacrum, «zamknięcia» Boga w psychomachii podmiotu”12. Ta zmiana kierunku poszukiwania transcendencji z góry na głębię przyniosła powstanie nowej perspektywy myślenia, którą wspomniany badacz określił mianem „religii jaźni” i której celem było pogodzenie „immanentyzmu z Transcendencją (…) odnalezienie Boga w «samo przekraczającym charakterze tego świata jako jego transcendentnej Głębi i Gruncie»”13.

Pojawienie się na horyzoncie „religii jaźni” było też związane z kryzysem człowieczeństwa, który dał o sobie znać pod koniec XIX wieku, oraz próbami jego przezwyciężenia. Kryzys ten był związany ze swego rodzaju zanikiem poczucia tożsamości, czy też degradacją „ja”, spowodowanymi pozytywistycznym empiryzmem i materializmem. Doprowadziły one bowiem – wyznając „niezależność nauk o psychice od pytań i rozstrzygnięć filozoficznych bądź teologicznych, zwłaszcza od pytania o istotę tego, co duchowe”14 – do podważenia zasadności rozważań metafizycznych na temat istoty człowieka oraz do zakwestionowania sensowności pojęcia „dusza”. Wszystko to wywołało sprzeciw modernistów, którzy w centrum swojego świata ją właśnie umieścili. Jak tłumaczy Edward Boniecki: 

Trzeba było wielkiej determinacji i prawdziwego heroizmu, aby podjąć się budowy życia duchowego niejako od początku. Jednym z głównych celów tego przedsięwzięcia miało być zniwelowanie pęknięcia pomiędzy badaniem empirycznym a istnieniem duszy, innymi słowy – pogodzenie pozytywistycznego modelu nauki z wiarą w nieśmiertelność duszy i zbudowanie w ten sposób ram dla światopoglądu epoki postateistycznej15. 

Powrócono zatem do metafizycznego opisu człowieka, a „dusza” znalazła swoich obrońców. Édouard Schuré, autor popularnej w epoce książki Wielcy wtajemniczeni (1889), umieścił w niej jako motto zdanie: „Dusza jest kluczem wszechświata…”, a jeden z najbardziej wpływowych filozofów modernizmu, Henri Bergson, łącząc umysł z materią, przeciwstawiał go intuicji powiązanej z trwaniem, pamięcią i duchowością16.

W konstrukcie, który Wojciech Gutowski nazwał „religią jaźni”, to właśnie dusza indywidualnego człowieka stała się źródłem i głównym obszarem przeżyć religijnych17, co pozostawiło swój ślad w kształcie odrodzenia religijności, jakie wówczas nastąpiło. Niemały wpływ miał na nie również rozwój religioznawstwa porównawczego, które wskazywało na analogie pomiędzy różnymi systemami religijnymi oraz podkreślało „uniwersalność pierwiastka sakralnego, natomiast wszelkie symbole, dogmaty i opowieści religijne traktowało jako historyczne, kulturowo relatywne formy wyrazu”18. Gutowski zaznacza, że było to zbieżne z głównym przesłaniem literatury oraz filozofii kultury modernizmu, głoszącym „poznawczą, aksjologiczną i kulturotwórczą wartość indywidualnego przeżycia i jego artystycznej ekspresji, podkreślającym prymat doświadczenia wewnętrznego i swobodnej kreacji w sztuce wobec ograniczających i schematycznych paradygmatów świadomości społecznej, do których zaliczano również zinstytucjonalizowane formy konfesyjności”19.

Odradzająca się religijność przybierała często charakter nieortodoksyjny czy wręcz heretycki, protestując przeciwko instytucjonalizacji życia religijnego i dogmatyzacji jego przesłania oraz domagając się modernizacji20. W ramach Kościoła katolickiego takie właśnie przekonania reprezentował ruch zwany „modernizmem katolickim”, którego echa dotarły również do Polski i pozostawiły tutaj swój ślad. Dokładną definicję tego ruchu sformułował Tomasz Lewandowski, dlatego też pozwalam sobie zacytować ją w całości:

Był to wolny od struktur zinstytucjonalizowanych, wewnętrznie zróżnicowany i wielopostaciowy ruch umysłowy, powstały na przełomie XIX i XX wieku we Francji, w Niemczech, we Włoszech i w Anglii wśród myślicieli katolickich, głównie duchownych, nastawionych krytycznie wobec zastanych form wiedzy unieruchomionej, pozostających w umiarkowanej bądź skrajnej opozycji do integryzmu oraz filozofii tomistycznej. Zmierzając do wewnętrznej reformy Kościoła katolickiego, która objęła teologię, apologetykę, biblistykę, naukę społeczną, styl życia religijnego i zakres władzy kościelnej, poprzez wypracowanie zasad harmonijnego współistnienia wartości właściwych nowoczesnej cywilizacji i historycznemu dziedzictwu chrześcijaństwa, modernizm unaocznił zasadniczy rozziew, jaki powstał między stanem nauki europejskiej w dobie przełomu antypozytywistycznego i teologizmem scholastycznym. Modernistów katolickich łączyło fenomenalistyczne podejście do nauki i symbolistyczna, analogiczna bądź historyczno-źródłowa interpretacja dogmatów wiary, mającej swe źródło w jednostkowym, indywidualnym doświadczeniu wewnętrznym, a także przeświadczenie, że prawdy religijnej nie można wyrazić w języku podporządkowanym wyłącznie kontroli intelektu, w dyskursie intersubiektywnym21.

Modernizm katolicki, broniąc wyższości doświadczenia wewnętrznego nad systemem prawd teologicznych, sprzeciwiał się między innymi ogłoszonemu w 1870 roku przez Piusa IX dogmatowi o nieomylności papieża czy też uznaniu nauki świętego Tomasza za jedyne źródło inspiracji dla teologii i filozofii, o czym mówiła encyklika papieża Leona XIII Aeterni Patris z 1879 roku. Taki sposób narzucenia tomizmu został odczytany przez zwolenników reform jako obojętność Kościoła na przemiany nauki współczesnej oraz sygnał ujednolicania życia umysłowego22. Watykan potępił modernizm katolicki kolejną encykliką, tym razem Piusa X, z 1907 roku (Pascendi Dominici Gregis). Jednak pomimo wielu ekskomunik czy też ustanowienia w 1910 roku przysięgi antymodernistycznej, którą musieli wygłaszać wszyscy księża i biskupi przed święceniami oraz nauczyciele religii i profesorowie pracujący w seminariach duchownych, modernizm katolicki miał swoich zwolenników wśród elit intelektualnych w całej Europie i wpłynął na ówczesny sposób myślenia o religii w życiu człowieka. 

Zdaniem Lewandowskiego „ku modernizmowi katolickiemu kierowały swą uwagę jednostki doceniające znaczenie i potrzebę współwibracji wartości rodzimych z uniwersalnymi, szczególnie wyczulone na wymianę myśli”23. Trzeba przy tym zaznaczyć, że synkretyzm religijny cieszył się wówczas niezwykłą popularnością, co było związane po pierwsze – z pragnieniem odnowienia dotychczasowych religii, a po drugie – z dążeniem do wyjścia poza paradygmat naukowości. Popularny stał się buddyzm, którego ślady można było odnaleźć na przykład w myśli często czytanego w tej epoce Arthura Schopenhauera. Pojawiła się moda na okultyzm, hipnotyzm, somnambulizm i spirytyzm. Interesowano się gnozą, kabałą i satanizmem. Ciekawość wzbudzało też średniowiecze wraz ze swoją czarną i białą magią. Popularnością cieszyło się zatem wszystko to, co miało znamiona tajemnicy, przekraczało przyjmowane dotychczas granice poznania, wnikało do wewnętrznego świata człowieka, próbując wyrwać go z pustki duchowej i zawalczyć o jego całościowe ujęcie, nie unikając przy tym podejmowania kwestii trudnych, takich jak istnienie oraz kondycja zła. Owo uwolnienie życia religijnego od wyznaniowości Gutowski uznał za kolejną cechę „religii jaźni”24, powiązaną bezpośrednio z inną jej cechą charakterystyczną dotyczącą zasad weryfikacji religii, gdzie kryterium prawdy nie było już ani teologiczne, ani scjentystyczne, lecz pragmatyczne. Oznaczało to, że „o wartości religii decydowała jej użyteczność, osłabienie lub spotęgowanie mocy w życiu jednostki, narodu, społeczeństwa”25.

Odnosząc się do definicji „religii jaźni” Wojciecha Gutowskiego, należy też wspomnieć o właściwej dla niej „egzystencjalizacji”, czyli „przekonaniu, iż odwaga czynu znajdzie odpowiedź we wszechświecie”26. Pogląd ten spowodował odrodzenie się hagiografii literackiej usiłującej przeniknąć fenomen świętości. Dużym zainteresowaniem cieszył się wówczas Franciszek z Asyżu, którego postać została spopularyzowana w znacznej mierze dzięki monografii Paula Sabatiera Vie de Saint Francois d’Assis (1894). Jak tłumaczy Irena Maciejewska, Sabatier ukazał postać Poverella 

nie tylko jako świętego, jako głosiciela Chrystusowej miłości, pokory i przebaczenia, ale także jako sui generis „buntownika” przeciw status quo swojego czasu, jako tego, który odrzuciwszy bogactwo i mieszczański sposób życia wybrał dobrowolne ubóstwo oraz wolność z niego wynikającą. (…) Jego Franciszek był nie tylko bratem ludzi „małych”, prostych i ubogich, ale był „śpiewakiem-poetą”27. 

W Polsce rola franciszkańskiego trybuna przypadła rozmiłowanemu w literaturze średniowiecznej Edwardowi Porębowiczowi, profesorowi Uniwersytetu Lwowskiego, wybitnemu romaniście i tłumaczowi, autorowi popularnonaukowej książki Święty Franciszek z Asyżu (1899). 

Jednak Biedaczyna z Asyżu przegrywał bój o laur pierwszeństwa z figurą Chrystusa, którego życie i osoba ciekawiły w tamtym czasie w sposób szczególny28 i którego Oscar Wilde uważał za artystę wszechczasów. Niezwykle popularna była wówczas wspominana już książka Édouarda Schurégo Wielcy wtajemniczeni, gdzie francuski filozof, okultysta i teozof ukazywał Chrystusa jako jednego z wielkich mędrców w historii świata, który – podobnie jak Rama, Kryszna, Mojżesz, Pitagoras czy Platon – wszedł na ścieżkę wiedzy tajemnej i stał się jednym z kamieni węgielnych naszej cywilizacji. Nie mniejszą poczytnością cieszyła się również biografia Żywot Jezusa autorstwa Ernesta Renana, przedstawiająca tytułowego bohatera jako doskonałego człowieka. Także w Polsce pojawiały się różnego rodzaju utwory dotyczące osoby Syna Człowieczego. Wystarczy wspomnieć poemat Chrystus Jana Kasprowicza, cykl opowieści ewangelicznych Legendy Andrzeja Niemojewskiego czy też eseistyczną w swojej formie Walkę o Chrystusa Tadeusza Micińskiego. Kwestia występowania postaci Chrystusa w kulturze modernistycznej jest niezwykle złożona, jednak spoglądając na nią z poziomu pewnej ogólności, można stwierdzić, że fascynację tę rozbudzał – po pierwsze – młodopolski antropocentryzm religijny, a po drugie – przekonanie o poetyckości Chrystusowej wizji rzeczywistości oraz o archetypicznym charakterze jego przeżyć związanych wprost z bezpośrednim doświadczaniem Boga. Osobę Chrystusa łączono z wiarą, że człowiek przezwyciężając naturalne i kulturowe ograniczenia, transcenduje samego siebie, a przekraczając swoją rzeczywistość, może zbliżyć się do kondycji tego, co boskie29.

Owo doświadczanie Transcendencji w głębi człowieczego ducha było dla modernistów niezwykle ważne, cenne i interesujące. Jak podaje Roman Padoł: „Religię ujmowali moderniści jako szczególny rodzaj wiedzy i metodę poznania o strukturze właściwej poznaniu irracjonalnemu. (…) Ceniono religię za to, że w niej zachowały się pewne postacie doświadczenia mistycznego i rozwijały się zdolności poznania irracjonalnego. Zależało modernistom na przeniesieniu tych zdolności do sztuki i kultury w ogóle”30. Jednocześnie uważali oni, że „współczesne systemy religijne, jak np. katolicyzm, stanowią racjonalną organizację przeżyć irracjonalnych, wskutek czego (…) odchodzą one od autentyczności doświadczeń mistycznych. W ocenie modernistów ta irracjonalna, indywidualna, psychiczna, przeżyciowa strona religii stanowić miała o jej sile, trwałości i roli historycznej”31. Oprócz tego w religii dostrzegano pierwiastek twórczy i aktywizujący człowieka, co podkreślał bardzo mocno Stanisław Brzozowski: „Nie wierzę w zanik religii, bo oznaczałby on, że świat ziszczonej rzeczywistości wyczerpał już całą twórczość człowieka. Póki to nie nastąpi, czuć będziemy zawsze w sobie, że nie wyczerpuje nas żadna rzeczywistość, nie wypowiadają żadne pojęcia, lecz że poza ich obrębem jesteśmy zawsze sami dla siebie cudem i źródłem cudów”32. Wszystko to sprzyjało ponownemu odkryciu na przełomie XIX i XX wieku przedstawicieli mistyk z epok wcześniejszych. Zaczęto na nowo sięgać po pisma między innymi: Mistrza Eckharta, Jana Ruysbroecka, Katarzyny ze Sieny, popularny stał się Rabindranath Tagore oraz – zajmujący nas w niniejszym studium – Jan od Krzyża, zainteresowanie którym łączyło się często z jednoczesną lekturą pism Teresy z Ávili. Wojciech Gutowski, wspominając Eckharta, Jakoba Böhmego, Angelusa Silesiusa i Jana od Krzyża, stwierdził nawet, że można by ich uznać za patronów owej modernistycznej „religii jaźni”33. 

2. Jan od Krzyża w refleksji europejskiej

2.1. Intuicjonizm: Henri Bergson

Zdaniem Edwarda Bonieckiego model mistyki oraz sposób pojmowania nadprzyrodzoności został narzucony interesującej nas epoce przez Henriego Bergsona34, uważanego wówczas za „filozofa par excellence”35. Nie kwestionując wartości nauki ani jej ówczesnych odkryć (fizjologii mózgu, teorii ewolucji, socjologicznych badań religii), Bergson wskazywał na wartość refleksji metafizycznej. Był przekonany, że osiągnięcia umysłu analitycznego, który tworzy naukę, same nie są w stanie uchwycić wszystkich faktów rzeczywistości, takich jak na przykład twórczość i czas. Nie tylko zatem nie eliminują one metafizyki, odwołującej się do intuicji, ale wręcz przeciwnie – wspierają ją. Intuicję rozumiał natomiast jako rodzaj doświadczenia i pisał, że dzięki współodczuwaniu „przenosimy się do wnętrza przedmiotu, by zbiec się z tym, co jest w nim jedyne, a tym samym niewyrażalne”36. Leszek Kołakowski podkreśla, że Bergson 

chciał być zawsze możliwie najbliżej doświadczenia: w przeciwieństwie do przedstawicieli głównych nurtów europejskiej filozofii sądził, że metafizyka jest możliwa i może być budowana na podstawie istniejącego zasobu wiedzy empirycznej, jeśli tylko możemy wyzbyć się przesądów filozoficznych, które nie pozwalają przyglądać się wynikom nauki w ich oczyszczonej postaci, a które to przesądy wkładamy nieświadomie w dane doświadczenia37.

Ten aspekt przeżyciowy poznania projektował również na problematykę poszukiwania Transcendencji.

Dziełem, które stało się obrazem Bergsonowskiej wizji drogi ku Bogu, jest jego ostatnia książka – Dwa źródła moralności i religii (1932), w której dał wyraz rozmyślaniom na temat religii i etyki, jakie dojrzewały w nim od lat. Barbara Skarga dosyć precyzyjnie określa początek tych zainteresowań i wiąże go z książką Doświadczenie religijne (1902) Williama Jamesa, z którą Bergson miał się zapoznać już w 1903 roku38. Dwa źródła moralności i religii oparte są na kontraście „między czysto społecznymi i socjologicznie wytłumaczalnymi formami życia zarówno religijnego, jak i moralnego (społeczeństwo zamknięte, religia statyczna), a ich wyższymi, jakościowo różnymi przejawami (społeczeństwo otwarte, religia dynamiczna), w których dostrzegamy współpracę umysłu i wyobraźni człowieka z twórczym źródłem Bytu”39. Bergson wyrażał nadzieję, że społeczeństwo przyszłości wyewoluuje w społeczeństwo otwarte, wyznające religię dynamiczną. Religia statyczna bowiem, oparta na instynkcie i intelekcie, jest – jego zdaniem – siłą służącą przetrwaniu (chroni przed egoizmem inteligencji, przed osłabiającą żywotność wizją śmierci czy też przed świadomością własnej słabości), podczas gdy religia dynamiczna, powiązana z intuicją, jest żywym doświadczeniem, które staje się źródłem twórczości i rozwoju zarówno jednostki, jak i całego rodzaju ludzkiego. Religię statyczną Bergson rozumiał zatem jako religię zinstytucjonalizowaną, natomiast za najwyższy przejaw religii dynamicznej uznawał mistykę i podkreślał, że nie jest możliwe filozofowanie o Bogu bez odwoływania się do doświadczeń wielkich mistyków. 

Zdaniem Bergsona mistycyzm poprzedza religię opartą na nauczaniu rozumowym oraz napełnia żywym duchem wyjałowione dogmaty i obrządki; umożliwia zespolenie z podstawą bytu i prowadzi do przestrzeni, gdzie nie ma już mowy o społeczeństwie, lecz o ludzkości, nie ma konfesji, która usztywnia stanowiska, lecz jest metafizyczna miłość jako élan vital40. Mistyk natomiast jest w jego opinii „kimś więcej niż człowiekiem”41; jest indywidualnością, która przekracza granice wyznaczone gatunkowi ludzkiemu przez materialność i tak kontynuuje działanie boskie42. Trzeba przy tym zaznaczyć, że Bergson w sposób szczególny doceniał mistycyzm chrześcijański, stwierdzając, co następuje: 

Mistycyzmem pełnym jest bowiem ten, który stał się udziałem wielkich mistyków chrześcijaństwa. Pozostawmy na moment ich chrześcijaństwo i rozważmy samą formę, nie materię ich życia. Bez wątpienia większość z nich przeszła przez stany, które w różnych punktach upodabniają się do rezultatu osiągniętego przez mistycyzm antyczny. Lecz zaledwie przez nie przeszli; skupiali się na sobie tylko po to, by podjąć całkiem nowy wysiłek i przerwać tamę; pochwycił ich ogromny nurt życia; z ich wzrastającej witalności wypłynęła energia, śmiałość, zdolność do nadzwyczajnych pomysłów i dokonań. Pomyślmy choćby o tym, czego dokonali w sferze działania święty Paweł, święta Teresa, święta Katarzyna ze Sieny, święty Franciszek, Joanna d’Arc i tylu innych43.

W mistyce chrześcijańskiej pociągało go połączenie kontemplacji, działania i miłości, jakie uzyskało swoją najdoskonalszą realizację w Chrystusie. Bergson podkreślał, że najwięksi mistycy chrześcijańscy „rozumieją siebie jako naśladowców i oryginalnych, choć niepełnych, kontynuatorów tego, czym w sposób pełny był Chrystus Ewangelii”44. Natomiast w hierarchii mistyków pierwsze miejsce zajmowali według niego hiszpańscy reformatorzy Karmelu: Teresa z Ávili i Jan od Krzyża.

Pierwsze spotkanie Bergsona z hiszpańskimi mistykami mogło nastąpić podczas wspomnianej już lektury książki Doświadczenie religijne, gdzie William James – z którym na polu osobistym łączyła Bergsona serdeczna przyjaźń, a na polu naukowym intensywny dialog – wielokrotnie odwołuje się do opisów doświadczenia mistycznego autorstwa Jana od Krzyża i Teresy z Ávili oraz szeroko ich cytuje. Wspomina między innymi uwagi świętej Teresy dotyczące rozpoznawania jakości widzeń duchowych45, opis jej wrażeń płynących z doświadczania bożej obecności46, Terezjański zmysł praktyczny47, miłosierdzie obojga mistyków48, Janowe samozaprzeczenie49 czy też jego opis stanu mistycznego zjednoczenia50. Z roku 1909 pochodzi natomiast tekst, w którym Bergson po raz pierwszy wspomina karmelitańskich świętych, i jest to recenzja książki Henriego Delacroix dotycząca historii i psychologii mistyki (Études d’histoire et de psychologie du mysticisme; les grands mystiques chrétiens, 1908). Jak podaje Jacques Chevalier – filozof, uczeń i wieloletni przyjaciel Bergsona, zajmujący się również religijnym doświadczeniem wewnętrznym51 – to właśnie Jan od Krzyża i Teresa z Ávili doprowadzili Bergsona, ewoluującego od ateizmu ku wierze w istnienie Boga, do katolicyzmu52. W książce Conversaciones con Bergson – w której Chevalier opisuje i komentuje myśl swojego mistrza oraz przytacza szereg cytatów z ich rozmów prowadzonych na przestrzeni trzydziestu lat – możemy znaleźć następujące przytoczenie słów Bergsona: 

Święty Jan od Krzyża i święta Teresa (…) powinni zostać wywyższeni ponad wszystkich mistyków. Ich lektura niezwykle mnie inspirowała, a zbieżność, czy też komplementarność tych dwóch dusz – tak różnych, a jednak identycznych w ich postrzeganiu Boga – jest dla mnie dowodem prawdy. Kocham ich w tej samej mierze, ale mimo tego umieszczam świętego Jana ponad wszystkimi. (…) W Janie od Krzyża znajduje swoje rozwiązanie antynomia transcendencja – immanencja53. 

Doświadczenie opisywane przez hiszpańskich mistyków stało się dla niego dowodem na istnienie Transcendencji54, a oni sami przykładem najwyższego stopnia człowieczeństwa oraz inspiracją jego ostatniej książki, która została przyjęta przez Rzym z mniejszą surowością niż wcześniejsze, umieszczone w 1914 roku w indeksie ksiąg zakazanych, dzieła. On sam, w liście do Marii de Jesús, przełożonej karmelitańskiego zakonu w Montmartre, wyrażał zadowolenie z tej zmiany: „Jestem bardzo szczęśliwy ze stosunku Ojca Świętego oraz czasopisma «Civiltà Cattolica» do mojej książki Dwa źródła moralności i religii, oraz ze stanowiska Rzymu wobec mnie samego”55. Należy przy tym zaznaczyć, że Bergson – choć uważany za intelektualnego rzecznika epoki – był obiektem licznych ataków. Racjonaliści widzieli w jego filozofii degradację rozumu analitycznego oraz próbę zastąpienia nauki quasi-mistyczną intuicją, natomiast tomiści atakowali jego panteizm i nominalizm, widząc w nim przede wszystkim filozoficznego orędownika wrogiego im modernizmu katolickiego56. Jednymi z głównych tomistów, bardzo krytycznych wobec Bergsona, stali się autorzy tak zwanego odrodzenia katolicyzmu w pierwszej połowie XX wieku: Jacques Maritain – jego dawny uczeń57 – oraz dominikanin Réginald Garrigou-Lagrange, który słuchał Bergsonowskich wykładów jeszcze jako student paryskiej Sorbony.

(...)

W poszukiwaniu numinosum. Jan od Krzyża w polskiej kulturze XX wieku. 

Marlena Krupa