wtorek, 17 marca 2026

Ze wspomnień niebieskiego mundurka

 


Kiedy wy, naiwni, sterczeliście na mrozie i śpiewaliście „Mury”, myśmy w ciepełku u notariusza przepisywali na siebie majątek państwowy.

Ech, młodzi… Wy to czytacie te swoje podręczniki do historii, oglądacie rocznicowe akademie i naprawdę wierzycie, że w osiemdziesiątym dziewiątym to jakiś system „upadł”. Jaki upadek, ja się pytam? Toż to była najlepsza restrukturyzacja korporacyjna w dziejach! Siadajcie, posłuchajcie starego psa. Zaczynałem niewinnie, z czerwoną opaską ORMO na ramieniu. Potem w ZOMO trochę się człowiek namachał pałą w imię ludowej sprawiedliwości, aż w końcu docenili zaangażowanie i przenieśli do ciepełka – do Służby Bezpieczeństwa. Znam ten aparat od podszewki. I powiem wam jedno: ten cały wasz „koniec komuny” to był dopiero początek naszych prawdziwych karier.

Wy myślicie, że partyjna nomenklatura w PRL-u to miała raj na ziemi? Śmiać mi się chce z tej legendy! Co myśmy mieli za te straszne „przywileje”? Talon na Malucha bez dziesięcioletniej kolejki, trochę szynki Krakusa ze sklepu „za żółtymi firankami”, darmowe wczasy w Bułgarii i daczę nad Śniardwami zrobioną z płyt wiórowych. To było to legendarne uprzywilejowanie? Przecież to była bieda z nędzą, tylko odrobinę lepiej przypudrowana niż to, co miał robotnik w Ursusie! Prawdziwy oddech złapaliśmy dopiero, jak system „upadł”. Uwłaszczenie nomenklatury – to dopiero brzmi dumnie. Wczoraj dyrektor państwowego zjednoczenia, jutro prezes i główny udziałowiec prywatnego holdingu. Fortuny, panie dziejku, rodziły się w cieniu okrągłego stołu.

Kiedy wy, naiwni, sterczeliście na mrozie i śpiewaliście „Mury”, myśmy w ciepełku u notariusza przepisywali na siebie majątek państwowy.

A to całe dzisiejsze kumoterstwo? Nepotyzm? Gdzie nam z naszymi PRL-owskimi standardami do dzisiejszej władzy! Wtedy, jak bratanek pierwszego sekretarza partii dostawał po znajomości posadę kierownika Gminnej Spółdzielni w Pcimiu, to był szczyt układów. A dzisiaj? Dzisiaj to jest dopiero rozmach! Odprawy w spółkach skarbu państwa liczone w milionach za dwa miesiące „pracy”, krewni i znajomi królika poupychani w radach nadzorczych fundacji, agencji i instytutów. Kiedyś załatwiało się synowi etat referenta w urzędzie, dziś synalek bez matury dostaje pensję, jakiej ja w resorcie przez dwadzieścia lat nie naoglądałem.

I co najważniejsze – wtedy mieliśmy luksus, o którym dzisiejsi aparatczycy mogą tylko pomarzyć: absolutną ciszę! Nie było tych waszych internetów, smartfonów ani lokalnych portali śledczych. Była „Trybuna Ludu” i telewizyjny Dziennik. Cenzura z ulicy Mysiej dbała o higienę umysłową narodu. Jak towarzysz dyrektor po pijaku wjechał służbową Wołgą w przystanek, to następnego dnia rano przystanku nie było, a Wołga lśniła nowym lakierem z zaprzyjaźnionego warsztatu milicyjnego. Nikt o tym nie pisał.

A dziś? Każdy wójt, każdy radny ma na karku jakiegoś redaktorka z dyktafonem, który zaraz wrzuci do sieci, że szwagier burmistrza wygrał przetarg na wywóz śmieci. Myśmy się dziennikarzami nie przejmowali – myśmy ich po prostu mieli w teczkach, jako Tajnych Współpracowników.

Dlatego, jak tak patrzę na to wszystko z perspektywy mojego bujanego fotela, to uśmiecham się pod wąsem. Zmiany wyszły nam wszystkim na dobre. Wam, bo możecie sobie narzekać w internecie na kogo chcecie, i nam, bo wreszcie mamy pieniądze, żeby żyć jak biali ludzie. A zwłaszcza cieszy mnie to dzisiaj, kiedy poczta przyniosła pismo z ZUS-u. Przywrócili mi tę moją wypracowaną w pocie czoła (i na plecach opozycji) esbecką emeryturkę. Z wyrównaniem! Sprawiedliwości dziejowej po latach tak zwanej „dezubekizacji” w końcu stało się zadość. Wy macie swoją demokrację, a my mamy swoje wille i pełne konta. I kto tu, panie dziejku, wygrał ten cały kapitalizm?

No, to po maluchu. Za wolną Polskę!

ElMalchico
salon24.pl/wolnyseba/ze-wspomnien-niebieskiego-mundurka

Szokujące dane Straży Granicznej: Setki tysięcy „uchodźców” wracają na urlop na Ukrainę

 


Szokujące dane Straży Granicznej: pół miliona Ukraińców wraca do strefy wojny, a Polska otwiera drzwi na oścież? 

Gdzie jest kontrola rządu? 

Pełna analiza w filmie! Czy widzieliście te liczby? Od 1 grudnia 2025 r. do 7 stycznia 2026 r. aż 887 346 obywateli Ukrainy wyjechało z Polski z powrotem na Ukrainę – kraj wciąż trawiony wojną, ostrzałami i niepewnością.

A potem? Tylko w styczniu ponad 606 tysięcy z nich wróciło do Polski, wlewając się przez granice jak fala bez końca. To nie przypadek. To system pełen luk, a polskie władze udają, że wszystko gra. Film ujawnia prawdę, której rząd Tuska nie chce widzieć:

Wyobraźcie sobie: ludzie uciekający przed „rakietami Putina” masowo wracają do strefy konfliktu… Po co? Na wakacje? Do rodziny?

A może to karuzela, w której Ukraińcy testują granice polskiej gościnności, wielokrotnie wjeżdżając i wyjeżdżając, by przedłużyć status uchodźcy? Dane Straży Granicznej nie kłamią – to oficjalne statystyki, które władze próbują zamieść pod dywan. Gdzie są weryfikacje? Dlaczego nie ma rygorystycznych kontroli: kto naprawdę ucieka przed wojną, a kto nadużywa systemu?

Ta graniczna karuzela to nie tylko marnotrawstwo miliardów złotych z naszych podatków na pomoc „uchodźcom” – to luka bezpieczeństwa wielkości szopy. Ilu z nich naprawdę potrzebuje ochrony? A ilu wykorzystuje Polskę jako bazę wypadową, krążąc między wojną a socjalem? Rząd PiS obiecywał szczelną granicę, Tusk obiecywał „humanitaryzm z głową” – a co mamy? Chaos, brak kontroli i pytania, czy system w ogóle istnieje.
Dodatkowo: przekroczenia granicy na kierunkach związanych z Rosją i Białorusią – „państwem agresorem” i jego sojusznikiem!

Ukraińcy wyjeżdżający z Polski nie tylko wracają na Ukrainę – wielu przekracza granice w stronę Rosji i Białorusi! Czy polskie służby mają pełną kontrolę nad tymi ruchami? Ilu „uchodźców” kontaktuje się z wrogiem, testując słabości naszej granicy? Władze milczą o tych alarmujących danych, ignorując ryzyko szpiegostwa i infiltracji. Gdzie są inwestycje w monitoring? Państwo jest dziurawe jak sito – a my płacimy cenę w postaci zagrożeń bezpieczeństwa narodowego.

Rozbijamy mit „solidarności z Ukrainą” na kawałki.

Pokazujemy, jak brak kontroli nad uchodźcami zagraża bezpieczeństwu narodowemu, polityce migracyjnej i naszym portfelom. Rząd ignoruje alarmy Straży Granicznej, bo polityka jest ważniejsza niż prawda. Czas na dyskusję – zanim będzie za późno! Obejrzyj teraz, skomentuj, udostępnij i zasubskrybuj kanał! Twoja reakcja to głos przeciwko niekompetencji władz.

Jan Cichocki gloria/Szokujące dane

sobota, 14 marca 2026

Jak podwyższyć swój wynik w teście Mensy?

 CZEGO MOŻNA SIĘ NAUCZYĆ OD ŚLUSARZY?

Nie tak dawno pewien student o imieniu Peter opowiedział mi historię, która dobrze ilustruje nasze nieudolne próby przeciwdziałania nieuczciwości.

Pewnego dnia Peterowi zatrzasnęły się drzwi wejściowe do domu, więc zaczął szukać ślusarza. Znalezienie fachowca mającego stosowny certyfikat zajęło mu sporo czasu. Wreszcie ślusarz podjechał pod dom Petera swoją furgonetką i za pomocą wytrycha otworzył zamek w niespełna minutę.

„Byłem zdumiony tym, jak szybko i z jaką łatwością ten facet otworzył drzwi” – powiedział mi Peter. Następnie powtórzył mi krótką lekcję na temat moralności, jakiej udzielił mu ów zręczny ślusarz.

W reakcji na zdumienie Petera ślusarz wyjaśnił mu, że zamki w drzwiach są tylko po to, by ludzie uczciwi pozostali uczciwi. „Jeden procent ludzi zawsze będzie uczciwy i nigdy nie dopuści się kradzieży – powiedział ślusarz – jeden procent zawsze będzie nieuczciwy i będzie próbował sforsować twój zamek i ukraść ci telewizor. Pozostali będą uczciwi w odpowiednich warunkach, jeśli jednak pojawi się wystarczająco silna pokusa, to i oni wejdą na drogę przestępstwa. Zamki nie obronią cię przed złodziejami, którzy mogą się dostać do twojego domu, jeśli naprawdę tego chcą. Stanowią jedynie ochronę przed ludźmi, którzy – choć na ogół są uczciwi – mogliby ulec pokusie i próbować sforsować twoje drzwi, gdyby nie było w nich zamka”.

Po chwili namysłu doszedłem do wniosku, że ślusarz prawdopodobnie miał rację. Nie jest tak, że 98% ludzi jest niemoralnych albo gotowych oszukiwać przy każdej okazji; wydaje się bardziej prawdopodobne, że większość nas potrzebuje niewielkich przypomnień, żeby pozostać na dobrej drodze.

Jak sprawić, by ludzie oszukiwali mniej?

Teraz, kiedy już zrozumieliśmy, jak działa współczynnik elastyczności i jak można go zwiększyć, chcieliśmy się dowiedzieć, czy można obniżyć wartość tego współczynnika i sprawić, by ludzie oszukiwali mniej niż do tej pory. I tym razem zainspirował nas pewien dowcip.

Pewnego dnia wyraźnie wzburzony mężczyzna przychodzi do rabina i mówi: „Rabbi, nie uwierzysz, co mnie spotkało! W zeszłym tygodniu ktoś ukradł mój rower spod synagogi!”

Rabin jest bardzo zmartwiony, ale po chwili namysłu proponuje rozwiązanie: „W przyszłym tygodniu przyjdź na nabożeństwo i usiądź w pierwszym rzędzie, a kiedy będziemy recytować Dziesięć Przykazań, odwróć się i popatrz na siedzących za tobą ludzi. Kiedy dojdziemy do «Nie kradnij», sprawdź, kto nie potrafi spojrzeć ci w oczy – to będzie człowiek, którego szukasz”. Rabin jest bardzo zadowolony ze swojego pomysłu, podobnie jak mężczyzna, który poprosił go o radę.

Podczas następnego nabożeństwa rabin jest bardzo ciekawy, czy jego rada przyniosła oczekiwane skutki. Czeka na mężczyznę przy bramie synagogi i pyta go: „I co, poskutkowało?”

„Jak magiczne zaklęcie – odpowiada zapytany – gdy tylko doszliśmy do «Nie cudzołóż», przypomniałem sobie, gdzie zostawiłem swój rower”.

Ten żart sugeruje, że świadomość i pamiętanie o zasadach moralnych (takich jak Dekalog) mogą wpływać na to, jak spostrzegamy własne zachowanie.


Zainspirowani nauką płynącą z tego dowcipu, Nina, On i ja przeprowadziliśmy pewien eksperyment na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles (UCLA). Podzieliliśmy grupę 450 badanych na dwie podgrupy. Połowę badanych poprosiliśmy, żeby spróbowała sobie przypomnieć Dziesięć Przykazań, a następnie wystawiliśmy ich na pokusę oszukiwania w naszym zadaniu z macierzami. Pozostałych badanych poprosiliśmy, aby przypomnieli sobie dziesięć książek przeczytanych w liceum, po czym rozdaliśmy im arkusze z macierzami, dając im okazję do oszustwa. W grupie, która miała sobie przypomnieć dziesięć książek, zaobserwowaliśmy typowe oszustwo na niewielką skalę. Natomiast w grupie, którą poproszono o przypomnienie sobie Dekalogu, badani w ogóle nie oszukiwali – pomimo faktu, że żaden z nich nie zdołał sobie przypomnieć wszystkich dziesięciu przykazań.

Ten wynik był bardzo intrygujący. Wydawało się, że sama próba przypomnienia sobie standardów etycznych wystarcza, by poprawić zachowanie moralne. W kolejnej próbie zweryfikowania tego efektu poprosiliśmy grupę zdeklarowanych ateistów, aby przysięgli na Biblię, a następnie stworzyliśmy im okazję do nieuczciwego zarobku w zadaniu z macierzami. Co zrobili ateiści? Nie zboczyli z wąskiej ścieżki cnoty. 

KRADZIEŻ PAPIERU

Kilka lat temu dostałem list od młodej kobiety o imieniu Rhonda, która studiowała na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley. Opowiedziała mi o problemie, który miała w swoim domu, i o tym, jak drobne przypomnienie etyczne pomogło jej go rozwiązać.

Rhonda mieszkała w pobliżu kampusu z kilkoma nieznającymi się wcześniej współlokatorami. Co weekend sprzątaczka zostawiała w każdej z dwóch łazienek kilka rolek papieru toaletowego. Już w poniedziałek nie było ani jednej rolki. Był to klasyczny przykład tragedii wspólnego pastwiska – ponieważ lokatorzy robili prywatne zapasy papieru toaletowego i zabierali go więcej, niż im się należało, ów publiczny zasób był stracony dla wszystkich.


Pewnego dnia Rhonda przeczytała o eksperymencie z Dziesięcioma Przykazaniami na moim blogu i zostawiła w jednej z łazienek kartkę z prośbą, by mieszkańcy nie wynosili z niej papieru toaletowego, ponieważ stanowi on dobro wspólne. Ku jej wielkiemu zadowoleniu po kilku godzinach do łazienki wróciła jedna zaginiona rolka, a następnego dnia – kolejna. Tymczasem w drugiej łazience – tej, w której nie było żadnej kartki – papieru toaletowego brakowało aż do następnego weekendu, do czasu, gdy pojawiła się ekipa sprzątająca.

Ten mały eksperyment pokazuje, że drobne przypomnienia mogą nam skutecznie pomagać w utrzymaniu standardów etycznych i – w tym wypadku – dobrego zaopatrzenia łazienki.

Opisane eksperymenty sugerują, że nasza gotowość i skłonność do oszukiwania mogą słabnąć, jeśli ktoś nam przypomni o naszych zasadach etycznych. Chociaż jednak wykorzystanie Biblii i Dekalogu jako mechanizmów zwiększania uczciwości mogłoby być pomocne, wprowadzenie w społeczeństwie zasad religijnych jako środka przeciwdziałania oszustwu nie wydaje się zbyt praktyczne (nie wspominając o fakcie, że byłoby to naruszenie zasady rozdzielności kościoła od państwa). Zaczęliśmy się więc zastanawiać nad bardziej ogólnymi, praktycznymi i świeckimi sposobami obniżania współczynnika elastyczności, co skłoniło nas do przetestowania kodeksów honorowych obowiązujących na wielu uniwersytetach.

Żeby się przekonać, czy kodeksy honorowe są skuteczne, poprosiliśmy grupę studentów MIT i Yale o podpisanie takiego kodeksu tuż przed tym, jak stworzyliśmy połowie badanych okazję do oszukiwania w zadaniu z macierzami. Oświadczenie, pod którym studenci mieli się podpisać, brzmiało: „Rozumiem, że ten eksperyment podlega zasadom kodeksu honorowego MIT/Yale”. Badani, których nie poproszono o jego podpisanie, oszukiwali w niewielkim stopniu, podczas gdy studenci MIT i Yale, którzy podpisali się pod tym zdaniem, nie oszukiwali ani odrobinę – pomimo faktu, że żadna z tych uczelni nie ma kodeksu honorowego (przypominało to efekt złożenia przysięgi na Biblię u zdeklarowanych ateistów).

Odkryliśmy, że kodeks honorowy sprawdza się na uniwersytetach, które w rzeczywistości nie mają takiego kodeksu, ale co z tymi, na których obowiązuje rygorystyczny zbiór zasad honorowych? Czy ich studenci oszukiwaliby w mniejszym stopniu w każdych okolicznościach? A może byliby mniej nieuczciwi tylko po podpisaniu kodeksu honorowego? Spędzałem wtedy trochę czasu w Instytucie Badań Zaawansowanych na Uniwersytecie Princeton, który był jedną wielką szalką Petriego, umożliwiającą zweryfikowanie tych przypuszczeń.

Na Uniwersytecie Princeton obowiązuje rygorystyczny kodeks honorowy, który wprowadzono w 1893 roku. Nowi studenci otrzymują egzemplarz kodeksu oraz list Komitetu Honorowego, opisujący tamtejszy system zasad honorowych. Dopiero po jego podpisaniu zostają formalnie przyjęci na studia. Ponadto w pierwszym tygodniu roku akademickiego nowi studenci chodzą na obowiązkowe wykłady dotyczące wagi kodeksu honorowego, a po każdej prelekcji rozmawiają o uniwersyteckim systemie honorowym z zespołem doradczym w swoim akademiku. Jakby tego było mało, jeden ze studenckich zespołów muzycznych, Triangle Club, wykonuje utwór Honor Code Song (Pieśń o kodeksie honorowym) dla wszystkich pierwszoroczniaków.

Do końca ich pobytu w Princeton studentom wielokrotnie przypomina się o kodeksie honorowym. Podpisują oświadczenie o jego przestrzeganiu pod każdą pracą pisemną, którą oddają („Pracę tę napisałem samodzielnie, zgodnie z regulaminem Uniwersytetu”). Podobne oświadczenie podpisują przy okazji każdego egzaminu, testu czy kwizu („Daję słowo honoru, że w trakcie tego egzaminu nie złamałem zasad kodeksu honorowego”), a dwa razy w roku otrzymują przypominające e-maile od Komitetu Honorowego.

Żeby się przekonać, czy przyśpieszony kurs moralności, jaki przechodzą nowo przyjęci studenci Princeton, przynosi trwałe efekty, odczekałem dwa tygodnie od zakończenia szkolenia etycznego dla pierwszoroczniaków, a potem wystawiłem ich na pokusę oszustwa – stwarzając im takie same okazje do nieuczciwości, jak studentom MIT i Yale (uczelni, które nie mają własnego kodeksu honorowego ani nie organizują tygodniowego kursu uczciwości studenckiej). Czy studenci Princeton niedługo po tygodniowym zanurzeniu w uniwersyteckim kodeksie honorowym byli bardziej uczciwi podczas wykonywania zadania z macierzami?

Niestety nie. Kiedy poproszono ich o podpisanie oświadczenia o przestrzeganiu kodeksu, wcale nie oszukiwali (ale podobnie zachowywali się studenci MIT i Yale). Kiedy jednak nie poproszono ich o podpisanie takiego oświadczenia, oszukiwali w takim samym stopniu, jak ich koledzy z MIT i Yale. Wydaje się, że intensywny kurs moralności, propaganda etyczna oraz istnienie kodeksu honorowego nie wywarły trwałego wpływu na kręgosłup moralny studentów Princeton.

Wyniki te są zarazem przygnębiające i obiecujące. Przygnębiający jest fakt, że – jak się wydaje – bardzo trudno jest zmienić nasze zachowanie, tak byśmy stali się bardziej etyczni, i że przyśpieszony kurs moralności okazuje się niewystarczający (podejrzewam, że podobny brak skuteczności charakteryzuje wiele innych szkoleń odbywających się w firmach, na uniwersytetach i w szkołach biznesu). Ogólnie rzecz biorąc, otrzymane wyniki wskazują, że bardzo trudno jest spowodować trwałą zmianę kulturową w sferze moralności.

Obiecujący natomiast wydaje się fakt, że kiedy 

przypomina się nam o standardach etycznych, zachowujemy się bardziej honorowo. Co więcej, odkryliśmy, że metoda „podpisz tutaj” sprawdza się zarówno w sytuacji, gdy nieuczciwość pociąga za sobą jasno określone i dotkliwe koszty (w Princeton może to być nawet wydalenie z uniwersytetu), jak i wtedy, gdy jej koszty nie są sprecyzowane (jak w MIT i na Uniwersytecie Yale). Dobra wiadomość jest taka, że – jak się wydaje – ludzie chcą być uczciwi, co sugeruje, iż warto stosować przypomnienia moralne w sytuacjach, które wystawiają nas na pokusę nieuczciwości[2].

*

Jak podwyższyć swój wynik w teście Mensy?

Projektując ten eksperyment, zainspirowałem się jednym z bezpłatnych magazynów, jakie można znaleźć w kieszeni fotela w samolocie. Podczas jednego z lotów przeglądałem takie czasopismo i znalazłem w nim test Mensy (pytania, które mają mierzyć inteligencję). Ponieważ jestem dość ambitny, musiałem się z nim zmierzyć. W instrukcji napisano, że odpowiedzi na pytania znajdują się na ostatniej stronie czasopisma. Po udzieleniu odpowiedzi na pierwsze pytanie zajrzałem na ostatnią stronę, żeby sprawdzić, czy odpowiedziałem poprawnie. Okazało się, że tak. Przy kolejnych pytaniach zauważyłem jednak, że kiedy sprawdzam poprawność rozwiązania, które właśnie zaznaczyłem, kątem oka zerkam na następną odpowiedź. Po tym, jak rzuciłem okiem na rozwiązanie następnego problemu, wydał mi się on dużo łatwiejszy. Pod koniec kwizu okazało się, że rozwiązałem poprawnie większość zadań, co sprawiło, że łatwiej mi było uwierzyć we własny geniusz. Wtedy jednak zacząłem się zastanawiać, czy uzyskałem tak wysoki wynik, ponieważ jestem superinteligentny, czy raczej dlatego, że kątem oka widziałem odpowiedzi na kolejne pytania (oczywiście byłem skłonny przypisać swój sukces własnej inteligencji).

Coś podobnego może się zdarzyć w każdym teście, w którym rozwiązania są dostępne na innej stronie albo podane do góry nogami, jak to często bywa w czasopismach i w próbnych testach SAT. Kiedy ćwiczymy rozwiązywanie testów, często wykorzystujemy odpowiedzi, aby przekonać samych siebie, że jesteśmy niezwykle inteligentni, albo też – jeśli nasza odpowiedź jest błędna – że popełniliśmy głupi błąd, który na pewno nie przydarzyłby nam się podczas prawdziwego egzaminu. Tak czy owak, nabieramy wygórowanego mniemania o własnej inteligencji, co na ogół chętnie akceptujemy.

Wyniki pierwszej fazy naszego eksperymentu pokazały, że badani na ogół zaglądali do odpowiedzi, żeby uzyskać wyższy wynik w teście. Nie wiedzieliśmy jednak, czy było to zwyczajne, staromodne ściąganie, czy raczej oszukiwanie samych siebie. Innymi słowy, nie wiedzieliśmy, czy badani wiedzieli, że oszukują, czy może przekonali samych siebie, że naprawdę znali poprawne odpowiedzi na wszystkie pytania. Żeby to sprawdzić, dodaliśmy do naszego eksperymentu jeszcze jeden element. 

Wyobraź sobie, że bierzesz udział w eksperymencie podobnym do poprzedniego. Rozwiązałeś kwiz złożony z ośmiu pytań. Odpowiedziałeś poprawnie na cztery pytania (50%), ale dzięki odpowiedziom podanym na dole strony przypisałeś sobie sześć poprawnych odpowiedzi (75%). Jak sądzisz, który wynik odzwierciedla Twoją ogólną umiejętność rozwiązywania takich testów: 50% czy 75%? Z jednej strony możesz być świadomy, że posłużyłeś się kluczem z odpowiedziami, aby podwyższyć swój wynik, a co za tym idzie – zdajesz sobie sprawę, że Twoje rzeczywiste zdolności są bliższe wynikowi 50%. Z drugiej strony, wiedząc, że zapłacono Ci tak, jakbyś naprawdę rozwiązał sześć zadań, możesz przekonać samego siebie, że Twoja umiejętność rozwiązywania takich testów tak naprawdę jest bliższa poziomowi 75%.

W tym momencie rozpoczyna się druga faza eksperymentu. Po rozwiązaniu kwizu matematycznego eksperymentator prosi Cię, żebyś spróbował przewidzieć, jak wypadniesz w następnym teście, w którym będziesz musiał odpowiedzieć na sto podobnych pytań. Tym razem jest jasne, że na dole strony nie będzie żadnych odpowiedzi (a co za tym idzie – nie będzie można zajrzeć do klucza). Jak sądzisz, jaki wynik uzyskasz w następnym teście? Czy Twoje przewidywania będą się opierać na Twoich rzeczywistych możliwościach z pierwszej fazy (50%), czy też na możliwościach zawyżonych (75%)? Oto logika naszego rozumowania: jeżeli jesteś świadomy, że w poprzednim teście wykorzystałeś klucz z odpowiedziami, żeby sztucznie zawyżyć swój wynik, to będziesz przewidywać, że rozwiążesz poprawnie taką samą część zadań, jaką rozwiązałeś samodzielnie w poprzednim teście (cztery z ośmiu, czyli 50%). Przyjmijmy jednak, że uwierzyłeś, iż naprawdę odpowiedziałeś poprawnie – bez żadnej pomocy – na sześć pytań. W tej sytuacji możesz przewidywać, że w następnym teście rozwiążesz poprawnie dużo większy odsetek zadań (75%). Tak naprawdę potrafisz odpowiedzieć tylko na około 50% pytań, ale za sprawą samooszukiwania możesz nadąć się jak paw i stać się nazbyt pewny swoich możliwości. 

Nasze badanie wykazało, że badani doświadczali tego rodzaju nadęcia i nadmiernej wiary we własne siły. Ich przewidywania dotyczące tego, jak dobrze wypadną w drugiej fazie testu, świadczyły o tym, że badani nie tylko wykorzystali klucz z odpowiedziami, aby podwyższyć swój wynik w pierwszej fazie, ale także bardzo szybko przekonali samych siebie, że naprawdę poszło im tak dobrze. Ci, którzy mieli możliwość sprawdzić swoje odpowiedzi w pierwszej fazie eksperymentu (i którzy oszukiwali), nabrali przekonania, że ich zawyżony wynik odzwierciedla ich rzeczywiste umiejętności.

Co by się jednak stało, gdybyśmy płacili osobom badanym za trafne przewidywanie ich wyników w drugiej fazie badania? Gdyby stawką były pieniądze, może nasi badani nie lekceważyliby tak łatwo faktu, że w pierwszej fazie wykorzystali klucz z odpowiedziami, aby podwyższyć swoje wyniki? Żeby się tego dowiedzieć, powtórzyliśmy ten eksperyment z udziałem nowej grupy badanych, tym razem oferując im do dwudziestu dolarów, jeśli trafnie przewidzą swój wynik w drugim teście. Pomimo finansowej zachęty do formułowania trafnych przewidywań, badani nadal przypisywali sobie całą zasługę za dobre wyniki w pierwszej fazie i przeceniali swoje możliwości. Mimo silnej motywacji do dbałości o trafność, skłonność do samooszukiwania zwyciężyła.

Dan Ariely 

Szczera prawda o nieuczciwości 

piątek, 13 marca 2026

Śmierć i izolacja egzystencjalna


To wiedza o „mojej śmierci” sprawia, że człowiek sobie w pełni uświadamia, iż nikt nie może umrzeć z kimś ani dla kogoś. Heidegger powiada: „Nikt nie może odebrać innemu jego umierania. Oczywiście ktoś może »iść na śmierć za innego«. To jednakże zawsze oznacza: oddać się w ofierze za innego »w imię określonej sprawy«. Takie umieranie za […] nie może zaś nigdy oznaczać, że w ten sposób choćby w najmniejszym stopniu odjęto innemu jego śmierć”8. Choć mogą nas otaczać przyjaciele, choć inni mogą umierać z tej samej przyczyny, a nawet w tym samym czasie (jak w starożytnym Egipcie, gdzie służących zabijano i grzebano razem z faraonem, albo jak w przypadku paktów samobójczych), nadal na najbardziej podstawowym poziomie umieranie jest najbardziej samotnym doświadczeniem człowieka.

Każdy (Everyman), najlepiej znany moralitet średniowieczny, dobitnie i prosto przedstawia samotność spotkania człowieka ze śmiercią9. Każdego odwiedza Śmierć, by go powiadomić, że musi odbyć swoją ostatnią „daleką podróż” do Boga. Każdy daremnie błaga o zlitowanie. Śmierć mówi mu, że musi się przygotować na dzień, przed którym „nikt z żywych nie umknie”. Zrozpaczony Każdy w pośpiechu szuka pomocy. Przerażony, a nade wszystko samotny, błaga innych, by mu towarzyszyli w podróży. Krewniacy odmawiają:

[…] śmieszny z ciebie człowiek.

Opamiętaj się i łzy osusz z powiek.

Na Świętą Annę cię ostrzegam:

W drogę się z tobą nie wybieram.

Brat, podobnie, wymawia się niedyspozycją:

Na Pannę świętą: kurcz mam w nodze,

Nie licz więc na mnie, bo jak mi Bóg miły,

W stanowczej chwili zawiedziesz się srodze.

W ten sam sposób opuszczają go wszystkie inne alegoryczne postacie dramatu: Przyjaźń, Bogactwo i Wiedza. Porzucają go nawet jego atrybuty:

Wszystko zawodzi – okrom Boga…

Piękność, Świadomość, nawet Siła –

Tak mnie zdradziecko opuściła,

Gdy wraz ze Śmiercią przyszła trwoga.

Każdy zostaje ostatecznie uratowany przed całą okropnością izolacji egzystencjalnej, jedna bowiem postać, Dobre Uczynki, jest gotowa pójść z nim nawet do samej śmierci. I istotnie, taki właśnie jest chrześcijański morał sztuki: dobre uczynki w kontekście religijnym chronią przed ostateczną izolacją. Dzisiejszy świecki Każdy, który nie może przyjąć wiary albo po prostu jej nie przyjmuje, rzeczywiście musi w tę drogę ruszyć całkiem sam.

Wolność i izolacja egzystencjalna

Samotność bycia swoim własnym rodzicem. W tej mierze, w jakiej jest odpowiedzialny za własne życie, człowiek jest samotny. Odpowiedzialność oznacza autorstwo; świadomość własnego autorstwa oznacza porzucenie wiary w to, że istnieje ktoś inny, kto człowieka tworzy i strzeże. Dogłębna samotność jest immanentna aktowi autokreacji. Człowiek uświadamia sobie kosmiczną obojętność wszechświata. Być może zwierzęta mają jakieś poczucie pasterza i schronienia, rodzaj ludzki wszakże, obciążony przekleństwem samoświadomości, musi się mierzyć z istnieniem.

Erich Fromm uważał, że izolacja jest pierwotnym źródłem lęku. Podkreślał zwłaszcza poczucie bezradności immanentne podstawowej odrębności człowieka:

Poczucie osamotnienia wywołuje niepokój; stanowi ono w istocie źródło wszelkiego niepokoju. Jestem osamotniony znaczy, że jestem odcięty, że nie mogę wykorzystać moich ludzkich możliwości. Być samotnym to znaczy być bezradnym, nie móc czynnie zmierzyć się ze światem – rzeczami, ludźmi; to znaczy, że świat może mnie zaatakować, podczas gdy ja nie mogę się bronić10.

Ta mieszanina poczucia samotności i bezradności jest zrozumiałą reakcją emocjonalną na stwierdzenie, że zostaliśmy, bez naszej zgody, wrzuceni w istnienie, którego sobie nie wybieraliśmy. Heidegger do określenia tego stanu używa słowa „rzucenie”. Choć człowiek tworzy siebie, jego plan – to, co ostatecznie dla siebie wymodeluje – jest ograniczony przez fakt, że został samotnie rzucony na sztalugi istnienia.

Odkrywanie obcości. Konstytuujemy nie tylko siebie, lecz także świat, tak by ukryć, że go konstytuujemy. „Materię rzeczy”, podstawę świata przepaja izolacja egzystencjalna ukryta wszakże pod tyloma warstwami doczesnych artefaktów, tak przepojona znaczeniami indywidualnymi i kolektywnymi, że doświadczamy jedynie świata codzienności, rutynowych działań, „ich”. Otacza nas „domowość”, stabilny świat znanych przedmiotów i instytucji, świat, w którym wszystkie przedmioty i istoty są na mnóstwo sposobów wzajem ze sobą powiązane. Usypia nas poczucie wygodnej, znajomej przynależności; pierwotny świat olbrzymiej pustki i izolacji zostaje pogrzebany i uciszony, by odzywać się w krótkich wybuchach w koszmarach sennych i mistycznych wizjach.

Zdarzają się wszakże chwile, gdy kurtyna na moment się unosi i dostrzegamy zarys maszynerii za kulisami. To chwile – a wierzę, że doświadcza ich każdy, kto ma zdolność do autorefleksji – błyskawicznego odkrycia obcości, gdy rzeczy zostają odarte ze znaczeń, symbole się rozpadają, a człowiek zostaje wyrwany ze swojej „domowej” przystani. Albert Camus w jednej ze swoich wczesnych prac opisuje tego rodzaju przeżycie; doświadczył go, siedząc w pokoju hotelowym w obcym kraju:

Oto jestem tu, bezbronny w mieście, w którym nie potrafię odczytać znaków […] bez przyjaciół, z którymi mógłbym porozmawiać – krótko mówiąc, bez rozrywek. W tym pokoju przenikniętym dźwiękami obcego miasta wiem, że nic mnie nie pociągnie ku delikatniejszemu światłu domu czy innego ulubionego miejsca. Czy będę krzyczeć? Płakać? Pojawią się obce twarze […] I teraz kurtyna przyzwyczajenia, wygodna tkanina gestów i słów, za którą serce staje się ospałe, powoli się podnosi i w końcu odsłania blade oblicze lęku. Człowiek staje twarzą w twarz z samym sobą: niech spróbuje teraz być szczęśliwy […]11.

W tych chwilach głębokiego egzystencjalnego bólu relacja człowieka ze światem doznaje gwałtownego wstrząsu. Jeden z moich pacjentów, odnoszący sukcesy i ciężko pracujący dyrektor, opisał tego rodzaju sytuację: trwała tylko kilka minut, a przecież miała taką siłę, że jeszcze czterdzieści lat później żywo ją pamiętał. Miał dwanaście lat. Spał na dworze, patrzył w gwiazdy i nagle poczuł, że się oddziela od matki ziemi i dryfuje w przestworzach. Gdzie jest? Skąd się wziął? Skąd się wziął Bóg? Skąd się wzięło cokolwiek i dlaczego w ogóle jest? Przytłoczyła go samotność, bezradność i brak oparcia. Choć trudno mi uwierzyć, że człowiek w jednej chwili podejmuje decyzję na całe życie, ten mężczyzna twierdził stanowczo, że to wtedy właśnie postanowił, iż osiągnie taką sławę i potęgę, by już nigdy nie doznać podobnego uczucia.

Oczywiście to doświadczenie pustki, zagubienia, pozbawienia praw nie znajduje się „tam”: jest w nas i nie potrzeba żadnego zewnętrznego bodźca, żeby je odnaleźć. Wystarczy szczere zbadanie swojego wnętrza. Pięknie ujmuje to Robert Frost:

Nie straszcie mnie kosmosem, gdzie próżnia jałowa

Międzygwiezdnych przestrzeni – bez życia, bez słowa.

O wiele bliżej – w sobie – mam tego dość wiele,

By mnie straszyły własne, prywatne pustkowia12.

Gdy człowiek trafia do swoich „pustkowi”, świat nagle staje się nieznajomy. Kurt Reinhardt pisze o tym tak:

Coś całkowicie tajemniczego staje między nim a znajomymi przedmiotami jego świata, między nim a jego bliźnimi, między nim a wszystkimi jego „wartościami”. Wszystko, co nazywał własnym, blednie i się roztapia i nie pozostaje nic, czego mógłby się trzymać. Grozi mu „nicość” (nic-coś) i znajduje się sam, zagubiony w pustce. Gdy jednak ta czarna i straszna noc bólu mija, człowiek wzdycha z ulgą i mówi sobie: to przecież „nicość”. Doświadczył „nicości”13.

Heidegger na określenie stanu, w którym człowiek traci poczucie, że świat jest mu znajomy, używa określenia „nieswojość” (bycie-nie-w-swoim-domu). Gdy człowiek (Dasein) całkowicie się angażuje w znajomy świat pozorów i traci kontakt z własną sytuacją egzystencjalną, popada – wedle Heideggera – w modus „codzienny”, „niski”. Lęk sprowadza go z powrotem, drogą nieswojości, ku świadomości izolacji i nicości:

Trwoga rzuca [upadające jestestwo] z powrotem w to, o co się ono trwoży, w jego właściwą możność-bycia-w-świecie. […] Bycie-w przybiera egzystencjalny modus „nie-w-swoim-domu”. Nic innego nie mam na myśli, mówiąc o „nieswojości”14.

W innym fragmencie Heidegger stwierdza, że gdy człowiek zostaje sprowadzony z powrotem z „zaabsorbowania światem” i przedmioty są pozbawione swoich znaczeń, doświadcza lęku w konfrontacji z samotnością, bezlitosnością i nicością świata40. Używamy więc świata, by uniknąć nieswojości, i zanurzamy się w rozrywki, jakich nam dostarcza Maya – świat pozorów. Ostateczny lęk pojawia się w konfrontacji z nicością. W obliczu nicości nic i nikt nie może nam pomóc; to właśnie w tym momencie w pełni doświadczamy izolacji egzystencjalnej. Kierkegaard i Heidegger uwielbiali grę słów związaną ze słowem „nic”. „Czego się boi człowiek?” „Niczego!”

Włoski reżyser Antonioni był mistrzem w przedstawianiu odkrywania obcości. W wielu jego filmach (np. w Zaćmieniu) przedmioty widać z niezwykłą jasnością, w aurze zimnej tajemniczości. Są oderwane od swoich znaczeń, a główna bohaterka po prostu przepływa obok nich niezdolna do działania, podczas gdy wszyscy wokół pracowicie się nimi posługują16.

Odkrywanie obcości dotyczy nie tylko przedmiotów; inne byty, wymyślone, by dostarczały struktury i zapewniały stabilność – takie jak role, wartości, wskazówki, zasady, etyka – podobnie mogą zostać odarte ze znaczeń. W rozdziale 5 opisałem proste ćwiczenie z „dezidentyfikacji”, podczas którego uczestnicy wypisują na kartkach odpowiedzi na pytanie: „Kim jestem?”, a potem zastanawiają się nad doświadczeniem rezygnowania z kolejnych ról (np. mężczyzny, ojca, syna, dentysty, piechura, czytelnika książek, męża, katolika lub Boba). Na koniec, wyzbywszy się wszystkich ról, człowiek uświadamia sobie, że bycie jest niezależne od takich atrybutów i że będzie trwało – jak powiedział Nietzsche – nawet gdy wyparuje już „ostatni obłok ulatniającej się rzeczywistości”17. Niektóre związane z tym ćwiczeniem fantazje uczestników (takie jak „bezcielesny duch płynący przez pustkę”) świadczą o tym, że najwyraźniej pozbawienie ról popycha człowieka ku doświadczeniu egzystencjalnej izolacji.

Przeżycia, podczas których człowiek jest sam, nagle pozbawiony wszelkich codziennych drogowskazów, mają moc wywoływania poczucia nieswojości – bycia na świecie nie u siebie. Turysta, który gubi drogę; narciarz, który nagle stwierdza, że zjechał z trasy; kierowca, który w gęstej mgle nie widzi już drogi – człowiek w tego rodzaju sytuacjach przeżywa napad lęku zupełnie niezależnego od fizycznego zagrożenia związanego z daną sytuacją, samotnego lęku, który wieje z własnego, wewnętrznego pustego miejsca, z nicości, która jest rdzeniem bytu.

Niesamowite są wstrząsy społeczne, które nagle wywracają wartości, etykę i zasady moralne, istniejące – jak zawsze wierzyliśmy – niezależnie od nas. Holokaust, przemoc tłumu, zbiorowe samobójstwo w Jonestown, chaos wojny – wszystko to wywołuje w nas przerażenie, bo jest złem, ale również nas oszołamia, bo oto się dowiadujemy, że nic nie jest takie, jak myśleliśmy, że panuje przypadkowość, że wszystko mogłoby być inaczej; że wszystko, co uważamy za ustalone, cenne i dobre, może nagle zniknąć; że nie istnieje solidna podstawa; że nie jesteśmy „u siebie” ani tutaj, ani tam, ani nigdzie w świecie.

40. Przedmioty w świecie Heidegger nazywa „poręcznymi” lub „przedstawionymi”, w zależności od tego, czy dany przedmiot jest rozważany jako „wyposażenie”, czy ujmowany w jego czystej istocie: „Zagrożenie nie ma charakteru konkretnej szkodliwości, która godziłaby w to, co zagrożone, pod określonym względem godząc w jakąś faktyczną możność bycia. »Przed czym« trwogi jest zupełnie nieokreślone. Ta nieokreśloność nie tylko pozostawia faktycznie bez rozstrzygnięcia, który wewnątrzświatowy byt zagraża, ale i oznacza, że byt wewnątrzświatowy w ogóle nie jest tu ważny (relevant). Nic spośród tego, co w świecie poręczne i obecne, nie funkcjonuje jako coś, czego trwoga by się trwożyła. Odkryty wewnątrz świata całokształt powiązania tego, co poręczne i co obecne, jest jako taki w ogóle bez znaczenia. Zapada się on w siebie. Świat ma charakter czegoś zupełnie nieoznaczonego. W trwodze nie jest napotykane to czy owo, z czym jako zagrażającym mogłoby zachodzić jakieś powiązanie. […] Gdy zatem owym »przed czym« trwogi okazuje się »nic«, tzn. świat jako taki, to oznacza to, że tym, przed czym trwoga się trwoży, jest samo bycie-w-świecie”15.

8. M. Heidegger, Bycie i czas, s. 303.

9. M. Abrams i inni (red.), Everyman w The Norton Anthology of English Literature, vol. I (New York: W.W. Norton, 1962), s. 281–303.

10. E. Fromm, O sztuce miłości, tłum. Aleksander Bogdański (Poznań: Dom Wydawniczy Rebis, 2006), s. 22.

11. A. Camus, La Mort dans l’âme, w „L’Envers et l’endroit” (Paris: Librairie Gallimard, 1937), s. 87–88.

12. R. Frost, Pustkowia w Robert Frost, „55 wierszy”, tłum. Stanisław Barańczak (Kraków: Wydawnictwo Arka, 1992), s. 163.

13. K. Reinhardt, The Existential Revolt (New York: Frederick Ungar, 1952), s. 235.

14. M. Heidegger, Bycie i czas, s. 240–241.

15. Ibidem, s. 238–239.

16. H. Drefuss, Commentary on Being and Time, rękopis niepublikowany, 1977.

17. F. Nietzsche, Zmierzch bożyszcz, czyli jak filozofuje się młotem, tłum. Paweł Pieniążek (Kraków: Zielona Sowa, 2004), s. 20.

Irvin Yalom

Psychoterapia egzystencjalna 

Ignorancja strategiczna

O ile poszukiwanie pewności i bezpieczeństwa wydaje się postępowaniem niesprzecznym z mądrością, o tyle nietolerancja niepewności za wszelką cenę – już nie. Uciekanie się do złudzeń, do manipulacji wspomnieniami, do sztuczek zapewniających potwierdzanie oczekiwań, aby tylko poczuć się pewnie i bezpiecznie – wszystko to prowadzi wprost do zamykania się umysłu, a w konsekwencji do utrwalania lub budowania fałszywego obrazu świata. Fałszywy obraz świata w konfrontacji z rzeczywistością nieoczekiwanie staje się kolejnym źródłem niepewności i poczucia braku bezpieczeństwa, co uruchamia błędne koło: kolejne intensywne potwierdzanie oczekiwań, uskrajnienie poglądów, zamykanie umysłu, dogmatyzm i różne odmiany fundamentalizmu.

**

Wiesław Łukaszewski 

Mądrość i różne niemądrości


 Nie można też pominąć ignorancji strategicznej. Jej istota sprowadza się do aktywnego, podporządkowanego interesom Ja, unikania wiedzy na jakiś określony temat. Tak więc psychologowie zajmujący się terapią rodzin często wspominają o aktywnym unikaniu informacji na temat niewierności małżeńskiej. Spora część osób, które na polecenie lekarza wykonują testy medyczne, nigdy nie odbiera wyników. Dotyczy to również testów na obecność HIV czy markerów nowotworowych (Sweeny, Melnyk, Miller i Shepperd, 2010). Lekarze niezmiernie często jako przyczynę niepowodzeń w leczeniu podają zbyt późny kontakt pacjenta ze specjalistą, bo pacjent odraczał wizytę u lekarza z obawy przed tym, że może usłyszeć coś niepokojącego. Zjawisko „Nie chcę o tym nic wiedzieć” czy „Wolę tego nie wiedzieć” jest tak rozpowszechnione, że na co dzień tracimy je z pola widzenia. Lata temu w ramach badań nad dysonansem poznawczym Leon Festinger wykazał, że w sytuacji wolnego wyboru teksty dotyczące szkodliwości palenia czytali wyłącznie niepalący, a osoby palące pomijały je systematycznie (Festinger, 1957). Grupa szwedzkich badaczy wykazała w swoich bardzo eleganckich eksperymentach, że w analizie różnych propozycji potraw osoby badane bardzo wnikliwie analizują smaki, składniki, ale zarazem aktywnie unikają informacji o wartości kalorycznej potraw (Thunström, Nordström, Shogren, Ehmke i van’t Veld, 2016).

Kate Sweeny i jej współpracownicy podsumowali wyniki badań dotyczących aktywnego unikania wiedzy. Z ich przeglądu wynika, że ludzie aktywnie unikają informacji, gdy obawiają się:

Zmiany własnych przekonań.

Konieczności podjęcia niepożądanych działań.

Doświadczenia nieprzyjemnych emocji.

Dalej, przedstawiają dane wskazujące, że ludzie aktywnie unikają informacji wtedy, gdy:

Są przekonani, że nie mają kontroli nad konsekwencjami dopływających informacji.

Są przekonani, że nie mają dość zasobów, aby poradzić sobie z konsekwencjami otrzymanych informacji.

Są przekonani, że nie potrafią w pełni zrozumieć informacji i że te informacje nie są godne zaufania.

Są przekonani, że informacje mogą być negatywne w tym sensie, iż są niezgodne z ich interesami.

Inne dane wskazują także na pewne różnice indywidualne. Autorzy co prawda wskazują, że prawie wszyscy w pewnych warunkach aktywnie unikają niektórych informacji, ale niektórzy z nas czynią to częściej i intensywniej. Szczególnie skłonne do strategicznej ignorancji są:

Osoby o zamkniętych umysłach (autorzy nazywają je tępymi, ang. blunters).

Osoby o bardzo niskiej tolerancji niepewności (zob. rozdział następny).

Osoby o ograniczonych zasobach poznawczych i energetycznych, na przykład osoby depresyjne.

Osoby o niskim poczuciu skuteczności.

Osoby o silnej potrzebie domknięcia poznawczego i silnej potrzebie prostej struktury (zob. rozdział następny).

Jak widać, czynników sprzyjających aktywnemu przeciwstawianiu się wiedzy jest wiele (Sweeny i in., 2010).

**

PRYWATNA POLITYKA HISTORYCZNA 

Blisko czterdzieści lat temu Anthony G. Greenwald opublikował swój słynny tekst na temat totalitarnego Ja, które przejawia się w fabrykowaniu i rewidowaniu osobistych wspomnień (Greenwald, 1980). Tytuł tego wnikliwego artykułu w oczywisty sposób nawiązywał do powieści George’a Orwella Rok 1984 i opisanego w niej Departamentu Prawdy. Zatrudniona w Departamencie Prawdy rzesza ludzi zajmowała się kontrolą przyszłości, teraźniejszości i przeszłości, ze szczególnym naciskiem na przeszłość. Polegało to na sprawdzaniu, czy treści zawarte w dawnych książkach lub czasopismach czy gazetach są zgodne z obowiązującym dziś poglądem. Jeśli nie były, teksty te poddawano redakcji w taki sposób, aby uzgodnić je z teraźniejszą wykładnią prawdy. Oznaczało to przerabianie starych książek i innych wydawnictw. Niezgodność między przeszłością i teraźniejszością spostrzegana była jako zagrażająca. Pomysł Orwella długo traktowano jako political fiction, ale dziś nie mamy wątpliwości, że dokonuje się to zarówno w przestrzeni publicznej (przykładem jest tak zwana polityka historyczna i zabiegi tak zwanego „przywracania prawdy historycznej”), jak i w przestrzeni osobistej (modyfikacje autobiografii).

Idea Greenwalda ma swoje poparcie w wiedzy na temat dynamiki procesów pamięciowych powodujących deformacje wspomnień już od początku procesu kodowania danych (Bartlett, 1932; Carmichael, Hogan i Walter, 1932).

Zdaniem Greenwalda ludzkie Ja jest interesowne i konserwatywne, a także źle znosi doświadczenie sprzeczności między różnymi przekonaniami, szczególnie między przekonaniami i zachowaniami. Jeśli ktoś podejmuje decyzję o małżeństwie, to zapewne ma dobre mniemanie o swoim partnerze. Jeśli ktoś dziesięć lat później podejmuje decyzję o rozwodzie, to zapewne ma inne zdanie na temat partnera, niż miał w przeszłości. Co więcej, nabiera przekonania, że już w przeszłości miał podobne zdanie, jak obecnie. Ponieważ fakty z przeszłości nie uzasadniają zmienionej teraźniejszości, teraźniejszość zaczyna uzasadniać przeszłość. Intencja poszukiwania zgodności między przeszłym i teraźniejszym jest świadoma, ale sam proces modyfikacji wspomnień dokonuje się raczej poza kontrolą świadomości. Tendencja ta, jak się zdaje, jest najsilniejsza wtedy, gdy pojawia się niepewność i potrzeba uzasadnienia własnego zachowania.

Szczególną wersją deformacji pamięci jest fabrykowanie wspomnień ze zdarzeń, które nigdy nie nastąpiły. Za sprawą badań Elizabeth Loftus i jej współpracowników oraz Iry Hymana i jego współpracowników dysponujemy dużą liczbą dowodów na to, że takie wspomnienia nie tylko powstają, ale w dodatku dość łatwo je wytworzyć (Hyman i Loftus, 1998, 1996; Loftus i Ketcham, 1994; Loftus i Pickrel, 1995; Oakes i Hyman, 2001).

Okoliczności powstawania fałszywych wspomnień zostały starannie opisane. Z jednej strony to różnego rodzaju sugestie środowiskowe (na przykład powtarzane opinie, że każda kobieta była obiektem seksualnego molestowania), z drugiej zaś – silne poruszenie emocjonalne. Powstawaniu wspomnień sprzyjają szczegóły, wokół których można budować treści wspomnień, oraz przepracowywanie tych szczegółów w wyobraźni. Czynnikiem sprzyjającym jest również przekonanie, że dane zdarzenie mogło wystąpić (nawet jeśli nie wystąpiło), a więc przekonanie, że brak jest poważnych argumentów wykluczających możliwość zaistnienia danego zdarzenia (Hyman i Loftus, 1998).

To, co jest szczególnie istotne w mechanizmie fabrykowania wspomnień, to silne zaangażowanie Ja, a więc obecność ważnych interesów osobistych. Towarzyszy temu brak interpretacji własnego losu i brak uzasadnienia dla doświadczanej sytuacji psychologicznej – czy to z powodu lokalizacji zdarzenia w okresie objętym amnezją dziecięcą, czy też z powodu rozterek co do własnej wartości.

W fabrykowaniu i redagowaniu wspomnień uczestniczą też inne mechanizmy: tendencja do potwierdzania (strategie konfirmacyjne – zob. dalej), tendencja do uzasadniania porażek życiowych przyczynami zewnętrznymi oraz tendencja do odłączania od Ja odpowiedzialności za konsekwencje swojego działania.

Zauważmy, że proces redagowania i fabrykowania wspomnień obejmuje trzy różne aspekty. Po pierwsze, deformację obrazu zdarzenia. Po drugie, deformację sensu danego zdarzenia. Po trzecie, deformację oceny samego zdarzenia i oceny własnej roli w przebiegu i powodowaniu konsekwencji zdarzeń.

 11.4. OCZEKIWANIA SAME SIĘ SPEŁNIAJĄ Innym sposobem usuwania przykrej niepewności jest poszukiwanie potwierdzenia dla swoich przekonań, przypuszczeń, hipotez czy nastawień. Istnieje zresztą naturalna tendencja do wyróżniania zarówno w percepcji, jak i w pamięci tego, co zgodne jest z przekonaniami czy wartościami. Widać to zarówno w danych dotyczących spostrzegania (Nęcka, Orzechowski i Szymura, 2006), spostrzegania społecznego (Malewski, 1964), jak i w danych dotyczących pamięci (Jagodzińska, 2008; Maruszewski, 2001, 2005; Ross i McFarland, 1988). Tendencja ta jest powszechna, choć znacznie silniejsza u osób o małej tolerancji niepewności (Festinger, 1957; Malewski, 1975).

Jednym z najbardziej rozpowszechnionych sposobów radzenia sobie z niepewnością jest uciekanie się do tak zwanych strategii konfirmacyjnych. Polegają one na poszukiwaniu wyłącznie danych, które potwierdzają i podtrzymują własny punkt widzenia, popierają przekonania czy przypuszczenia, a zarazem na unikaniu kontaktu z informacjami, które w jakikolwiek sposób mogłyby ten własny punkt widzenia podważać. Jak podaje Maria Lewicka na podstawie przeglądu wielu badań, tendencję tę przejawiało około 90 procent osób badanych (Lewicka, 1993). W formie łagodnej dotyczy to na przykład przypuszczeń odnoszących się do ludzkich cech. Jeśli przypuszczamy, że ktoś jest pracowity, to poszukujemy tylko dowodów jego pracowitości, a lekceważymy dowody niesolidności czy lenistwa. Przybiera to również formy bardziej skrajne, jak teorie spiskowe leżące u podstaw uprzedzeń (Kofta, 2001), czy wręcz polityczna paranoja (Korzeniowski, 2010).

Istnieje różnica zdań co do natury i co do motywacji strategii konfirmacyjnych. Jedni uważają, że ludzie uciekają się do tych strategii po to, by uzasadnić (obronić) swoje przypuszczenia czy przekonania (Snyder i Swann, 1978), inni sądzą, że ludzie dążą raczej do wyeliminowania potencjalnych nadmiernie uogólnionych hipotez czy oczekiwań (Lewicka, 1993). W jednym i drugim wypadku chodzi jednak o to samo: o efektywne redukowanie niepewności.

Symboliczną i wcześniejszą formą strategii konfirmacyjnej, która pojawia się jeszcze przed podjęciem działań, jest myślenie życzeniowe, a gdy strategia ta pojawia się w trakcie działania, przybiera formę nierealistycznego optymizmu. Oba te zjawiska dotyczą szacowania szans na wystąpienie pewnych zjawisk.

Myślenie życzeniowe polega nie tylko na tym, że pragnie się tego, co niesie z sobą zapowiedź pozytywnych doświadczeń i co pozwoli uniknąć doświadczeń negatywnych, lecz także na utrzymywaniu ukrytego przekonania, że oczekiwania te zostaną spełnione (Moore i Healy, 2008; Vosgerau, 2010). Ludzie pragną wysokich wygranych na loterii, inwestują w to pieniądze i zaklinają rzeczywistość, aby spełniło się ich pragnienie. Ludzie obawiający się rozpadu rodziny i pragnący tego uniknąć – podobnie. Można powiedzieć, że mamy do czynienia z myśleniem magicznym, zaklinaniem rzeczywistości, symbolicznym upraszczaniem sytuacji psychologicznej i równie symbolicznym redukowaniem niepokoju czy niepewności. Życzeniowe myślenie widzimy w analizach ekonomicznych (pragnienie, aby przewidywane koszty były mniejsze, a czas realizacji krótszy) czy w decyzjach politycznych (pragnienie zwycięstwa preferowanej opcji politycznej, co można było oglądać podczas polskich wyborów prezydenckich i parlamentarnych w roku 2015 czy wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych w 2016).

Co ciekawe, myślenie życzeniowe nie jest obce nawet uczonym. Dobrym przykładem może być głośna koncepcja Barbary Fredrickson, wedle której tak zwanego rozkwitu osobowości można oczekiwać wtedy, gdy proporcja między emocjami pozytywnymi i negatywnymi przeżywanymi przez człowieka (bilans emocjonalny) mieści się między 3 a 11 (Fredrickson i Losada, 2005, 2013). Wyliczenia te odwoływały się (prawdę mówiąc, nie bardzo wiadomo dlaczego) do fizycznej teorii dynamiki płynów (!). Praca Fredrickson i Losady spotkała się z surową krytyką zarówno psychologów, jak i przedstawicieli nauk ścisłych – fizyków i matematyków (Brown, Sokal i Friedman, 2013, 2014), którzy wykazali bezpodstawność twierdzeń i obliczeń prezentowanych przez Fredrickson. Po tej krytyce autorka stwierdziła wprawdzie, że pomysł optymalnego bilansu emocjonalnego wymaga pewnych modyfikacji, ale nadal wyraża przekonanie, że jej koncept jest trafny, i nadal operuje proponowanymi przez siebie „wskaźnikami rozkwitania” (Fredrickson i Losada, 2013). W samej psychologii znaleźlibyśmy dziesiątki mitów, których żywotność zawdzięczamy myśleniu życzeniowemu. Dobrymi przykładami są choćby teoria hierarchii potrzeb Abrahama Maslowa (Maslow, 1964) czy koncepcja proporcji między sygnałami werbalnymi i niewerbalnymi w komunikacji interpersonalnej proponowana przez Alberta Mehrabiana (Mehrabian, 1971).

O ile myślenie życzeniowe skupia się na tym, czego podmiot pragnie, aby się zdarzyło, o tyle nierealistyczny optymizm wyraża się w jawnym przecenianiu szans na wystąpienie zdarzeń pożądanych. W obu wypadkach chodzi jednak o zdarzenia przyszłe.

Wiele danych pokazuje, że ludzie nie doceniają prawdopodobieństwa udziału w wypadku samochodowym, ryzyka pojawienia się choroby, prawdopodobieństwa rozwodu w rodzinie, a zarazem przeceniają szanse na wybór pożądanego przez siebie kandydata politycznego czy na otrzymanie dobrej pracy. Najprostszym i najczęstszym w naszej kulturze przejawem nierealistycznego optymizmu jest powszechne przecenianie szans na to, że się gdzieś zdąży na czas. Miarą nierealistyczności tego optymizmu jest powszechne spóźnianie, które wynika z przekonania, że na przebycie danej trasy potrzeba znacznie mniej czasu, niż jest to obiektywnie potrzebne.

Neil D. Weinstein zapoczątkował badania, w których wykazał, że ludzie powszechnie przeceniają szanse na zdobycie dobrej pracy po studiach, na posiadanie własnego domu, na podróż do Europy, a systematycznie zaniżają możliwość pojawienia się problemów z alkoholem, samobójstwa, rozwodu czy zawału serca przed 40. rokiem życia (Weinstein, 1980). Ustalano to poprzez porównanie szans własnych do szans dotyczących innych ludzi. W wypadku wymienionych zdarzeń przewidywane szanse własne stanowiły około połowy wysokości szans innych ludzi.

Co prawda istnieją w tym zakresie różnice kulturowe, na przykład Japończycy są mniej skłonni do nierealistycznego optymizmu niż Kanadyjczycy, ale jest to różnica w nasileniu, a nie w występowaniu zjawiska. Obie grupy przejawiają tę samą tendencję kierunkową (Heine i Lehman, 1995).

Niektórzy zwracają jednak uwagę, że kategoria „nierealistyczny optymizm” kryje w sobie wiele różnych zjawisk, takich na przykład, jak błędy w planowaniu, iluzja kontroli, efekt „lepszy od przeciętnego” czy niepewność w ocenianiu (Harris i Hahn, 2011), i ostrzegają przed pochopnym generalizowaniem wyników.

Warto dodać, że przeciwieństwem nierealistycznego optymizmu jest strategiczny pesymizm. Badania wykonane przez Nancy Cantor, Julie K. Norem i ich współpracowników pokazują, że osoby uciekające się do defensywnego pesymizmu osiągają lepsze rezultaty zarówno w krótkoterminowych sytuacjach zadaniowych, jak i w zadaniach długoterminowych (Cantor, Norem, Niedenthal, Langston i Brower, 1987; Norem i Cantor, 1986; Norem i Illingworth, 1993). Co jednak ciekawe, strategiczni pesymiści, mimo że osiągają lepsze rezultaty, są w ogólnie gorszym nastroju niż optymiści – przejawiają więcej emocji negatywnych, a mniej emocji pozytywnych (Norem i Illingworth, 1993; Showers, 1992).

Kolejnym zjawiskiem należącym do przejawów nietolerancji niepewności jest tendencja do samopotwierdzania się hipotez i oczekiwań, w literaturze opisywana jako samospełniające się przepowiednie. Wielką rolę odegrały w tym badania Roberta Rosenthala, najpierw nad zwierzętami, a potem nad ludźmi. Kiedy osobom pełniącym funkcję eksperymentatora w badaniach ze szczurami powiedziano, że szczury, którymi się zajmują, są bardzo inteligentne, to ich podopieczni osiągali lepsze wyniki w uczeniu się labiryntu niż wtedy, gdy eksperymentatorzy dowiadywali się, że szczury, którymi się zajmują, są nieinteligentne (Rosenthal i Fode, 1963; Rosenthal i Lawson, 1964). Informacja o inteligencji „ucznia” przesądziła o efektach działań „nauczyciela”. Rzecz prosta, szczury o tych diagnozach nie miały pojęcia. Podobny schemat badań zastosowano też w odniesieniu do dzieci (Rosenthal i Jacobson, 1966). W tym wypadku jednak z powodów etycznych ograniczono się do podawania nauczycielom tylko informacji o wysokich zdolnościach 20 procent uczniów, którzy – jak to określono – byli w trakcie „rozkwitu intelektualnego”. W osiem miesięcy później sprawdzano wskaźniki ilorazu inteligencji wszystkich uczniów w badanych klasach, w tym także tych 20 procent dzieci nazwanych inteligentnymi. Jakkolwiek u wszystkich dzieci z danej klasy odnotowano przyrost wskaźników IQ (co jest naturalnym efektem rozwojowym), to przyrost ten był systematycznie i znacząco wyższy w grupie eksperymentalnej – u tych właśnie 20 procent nazwanych inteligentnymi. Największe zmiany nastąpiły u najmłodszych dzieci. Rosenthal i Jacobson (1966) solidnie dokumentowali wyniki swoich badań, ale początkowo unikali odpowiedzi na pytanie o mechanizm, który do nich doprowadził.

Eksperymenty Rosenthala i Jacobson (w formie klasycznej i zmodyfikowanej) powtarzano setki razy. Efekty nie są jednak imponujące. Sam Rosenthal zauważa, że tylko w niespełna 40 procentach badań replikowano wyniki (obszerny przegląd danych na ten temat znaleźć można w liczącym ponad 800 stron zbiorze tekstów pod redakcją Sławomira Trusza, 2013).

W późniejszych pracach zarówno sam Rosenthal, jak i wielu innych badaczy przedstawiało hipotezy na temat mechanizmu samopotwierdzania się oczekiwań. Wskazywano między innymi na pozytywny lub negatywny klimat w relacji interpersonalnej, na akceptację lub nieakceptację pomysłów uczniowskich, częstość interakcji, kontakt wzrokowy lub ignorowanie uczniów i inne (Brophy, 1983; Harris i Rosenthal, 1985). Nie ma jasności w kwestii zanikania versus stabilności odnotowanych efektów (Madon, Willard, Guyll, Trudeau i Spoth, 2006; Smith, Jussim i Eccles, 1999; Trusz, 2013).

Na pierwszy rzut oka zjawisko samospełniających się przepowiedni ma niewiele wspólnego z problemem nietolerancji niepewności. Tylko na pozór, gdyż mamy tu do czynienia z formułowaniem pewnych oczekiwań dotyczących przyszłości, a ta z natury jest niepewna. Nie można też mieć pewności (a raczej przeciwnie), że oczekiwania te spełnią się same. Powstanie tych oczekiwań i związana z nimi niepewność co do szans na ich spełnienie uruchamia ukryty mechanizm potwierdzania oczekiwań zachowaniem. Mechanizm ten jest z dużym prawdopodobieństwem bezrefleksyjny i w tym tkwi istota rzeczy. Jeśli ktoś bezrefleksyjnie pomaga w rozwoju innego człowieka, to z punktu widzenia skutków jego zachowanie można uznać za wartościowe, ale z punktu widzenia metody już wartościowe nie jest. Z równym powodzeniem bowiem w ten sam bezrefleksyjny sposób można przyczyniać się do powstania skutków negatywnych. Świadczą o tym wyniki badań. W jednym z nich, prowadzonym metodą pomiarów wielokrotnych, wykazano, że oczekiwania matek dotyczące prawdopodobieństwa, że ich dzieci sięgną po alkohol, znalazły potwierdzenie, co więcej, w miarę upływu czasu efekty były coraz silniejsze. Jeśli matki spodziewały się, że dzieci zainteresują się czynnie alkoholem, dzieci to właśnie robiły (Madon i in., 2006). W innych badaniach wykazano, że kobiety, które cechowała duża wrażliwość na odrzucenie i które zarazem pełne obaw oczekiwały rozpadu bliskiego związku, zachowywały się w sposób nasilający gniew partnera i podtrzymujący konflikt (Downey, Freitas, Michaelis i Khouri, 1998). Słowem, kobiety, którym zależało na związku z partnerem, ale oczekiwały, że ten związek może się rozpaść, bezwiednie prowokowały zachowania przyczyniające się do jego rozpadu.

czwartek, 12 marca 2026

Chce być uznawany za kompetentnego, odpowiedzialnego, sympatycznego czy altruistycznego

 Ja i Ja społeczne


Jedną z najważniejszych motywacji człowieka jest chęć uzyskania (a potem podtrzymania) pozytywnej samooceny. Przekonanie, że jest się osobą wartościową, nie tylko stanowi podstawę dobrostanu i zdrowia psychicznego, lecz także umożliwia człowiekowi rozwój, pozwala z optymizmem oceniać szanse na realizację życiowych celów, a nawet redukuje egzystencjalny lęk przed śmiercią. Poza tą prywatną samooceną człowiek chciałby jeszcze, aby inni ludzie oceniali go pozytywnie. Pragnie zatem wywierać na innych korzystne wrażenie. W zależności od konkretnej sytuacji chce być uznawany za kompetentnego, odpowiedzialnego, sympatycznego czy altruistycznego. Ponadto należy do różnych grup społecznych, takich jak własny naród czy wspólnota religijna, jest też mieszkańcem jakiegoś miasta albo wsi albo studentem uczelni, na której studiuje. Tak zwana tożsamość społeczna – poczucie wspólnoty z innymi ludźmi – to nie tylko bardzo ważny składnik jego wiedzy na własny temat. To także przekonanie, że wraz z określoną grupą ludzi jesteśmy w pewien sposób wyjątkowi, inni od pozostałych, tych, którzy do tej grupy („my”) nie należą. W tej części książki przedstawiamy te techniki wpływu społecznego, które wykorzystują wspomniane wcześniej ludzkie potrzeby i motywacje.

Technika #64Etykietowanie
Idea

Dwie techniki, które opisaliśmy już w tej książce (technika #52 i technika #53), dotyczyły sytuacji, w których nie mówiono wprost o tym, jaki człowiek jest. „Bądź wyborcą” to apel o pewne zachowania w przyszłości. „Bądź osobą pomagającą” to narracja o tym, jakie w ogóle są dzieci i jak się zachowują. Ale w realnych sytuacjach życiowych ludzie nie tylko słyszą od innych, jacy powinni być, lecz także jacy są. Psychologowie powiedzieliby, że ludzie otrzymują etykiety. Ktoś mówi komuś: „Masz wspaniałe poczucie humoru”, ktoś inny stwierdza: „Zawsze można na ciebie liczyć”, ktoś dowiaduje się od koleżanki: „Jesteś gburem i chamem”. Czy takie komunikaty będą również budować samowiedzę ludzi (odpowiednio: mam znakomite poczucie humoru, jestem pomocny i odpowiedzialny, jestem niekulturalny)? I co ważniejsze z interesującej nas tu perspektywy: czy w ślad za tym pojawiać się będą zachowania zgodne z tym uformowanym właśnie (albo przynajmniej wzmocnionym) autowizerunkiem?

Badanie empiryczne

Angelo Strenta i William DeJong (1981) zapraszali studentów do laboratorium i prosili ich o wypełnienie kwestionariusza badającego pewne cechy osobowości. Pytania (było ich 49) wyświetlały się kolejno na monitorze komputera. Po udzieleniu odpowiedzi na ostatnie pytanie uczestnik badania otrzymywał informację zwrotną na swój temat. Eksperyment pomyślany był tak, że niezależnie od udzielanych odpowiedzi część osób dowiedziała się, że ich odpowiedzi wskazują na to, iż są troskliwe i uprzejme, część – że wskazują one na wysoką inteligencję osoby wypełniającej kwestionariusz, jeszcze innym zaś powiedziano, że wyniki będą dopiero za tydzień, a jedną z cech, którą mierzy kwestionariusz, jest uprzejmość w stosunku do innych. Była jeszcze grupa osób, której tylko podziękowano za udział w badaniu i nie udzielono żadnych informacji. Bez względu na to, w której grupie znalazła się osoba badana, gdy wychodziła z laboratorium, stawała się świadkiem pewnego zdarzenia. Wydawało się zupełnie przypadkowe, a tak naprawdę było starannie wyreżyserowane przez badaczy. Z rąk człowieka idącego korytarzem wypadał wielki stos pięciuset kart.Chodziło o sprawdzenie, czy osoba badana spontanicznie przyłączy się do zbierania tych kart z podłogi i jak bardzo się w to zaangażuje (aby to określić, dokładnie mierzono czas, jaki poświęciła na udzielanie pomocy, i liczono, ile kart podniosła). Okazało się, że po rozrzucone na podłodze karty schyliło się 70% osób, które właśnie się dowiedziały, iż są troskliwe i uprzejme. To więcej niż odsetek pomagających w warunkach, w których ludzie niczego się o sobie nie dowiadywali (50%). Bardzo rzadko angażowali się w pomoc ci, którzy dowiedzieli się, że są bardzo inteligentni (36%). Osoby, które otrzymały etykietę altruisty, poświęcały średnio więcej czasu na pomaganie i podnosiły z podłogi większą liczbę kart.

Mechanizm psychologiczny

Przekonania na własny temat są dla ludzi ważną przesłanką dokonywania wyborów i podejmowania rozmaitych decyzji. Jeśli mam drewniane ucho, to nie powinienem studiować dyrygentury, a jeśli znam biegle kilka języków, to mogę się starać o pracę tłumacza na konferencjach międzynarodowych. Efekt etykietowania polega na tym, że ktoś mówi człowiekowi, jaki jest. Jeśli ta informacja wydaje się wiarygodna, to człowiek jest skłonny w nią uwierzyć.A skoro tak, to zacznie się zachowywać zgodnie z właśnie uformowaną wiedzą na własny temat. Kiedy się dowiaduję, że jestem osobą altruistyczną, to widząc człowieka potrzebującego pomocy, angażuję się w jej udzielenie. Jeżeli jesteś rodzicem, to być może zdarzyła ci się próba zawstydzenia twojego dziecka. Widząc nieporządek w jego pokoju, mogłeś (lub mogłaś) stwierdzić: „Jesteś strasznym bałaganiarzem”, mając oczywiście nadzieję, iż dziecko udowodni, że to nieprawda. Nie pomogło? Co gorsza, bałagan w pokoju jest jeszcze większy? Chyba już wiesz dlaczego…

Technika #65 Samoetykietowanie
Idea

Czy jeśli ktoś ci powie, że jesteś idiotą to zaczniesz się zachowywać jak idiota? Oczywiście, że nie. Uznasz, że osoba, która to mówi, jest niewiarygodna, a obraża cię tylko dlatego, że cię nie lubi i chce ci sprawić przykrość. Wiarygodność źródła informacji jest więc jednym z kluczowych czynników warunkujących skuteczność omówionej poprzednio techniki etykietowania. Zauważmy, że znakomita większość ludzi uważa się za najlepszych znawców samych siebie. Nie ma w tym nic dziwnego, któż bowiem zna nas lepiej niż my sami. Technika samoetykietowania wykorzystuje właśnie to, że człowiek samego siebie uważa za autorytet w dziedzinie wiedzy na swój temat. Jeśli zapytamy kogoś o to, czy jest moralny, o to, czy ma rozsądne poglądy polityczne, albo też o to, czy robiąc zakupy, bierze pod uwagę relację jakości produktu do jego ceny, to niemal na pewno usłyszymy odpowiedź twierdzącą. Zauważmy, więc że o ile w wypadku techniki etykietowania człowiek dowiadywał się od innych, jaki podobno jest, o tyle w technice samoetykietowanie mówi to sam, gdy odpowiada na zadane pytanie. W dodatku mówi to z pełnym przekonaniem.

Badanie empiryczne

W prostym, lecz bardzo pomysłowym eksperymencie San Bolkan i Peter Andersen (2009) pytali swoich badanych, czy uważają się za osoby pomocne. Wszyscy odpowiedzieli na to pytanie twierdząco. Po usłyszeniu tej odpowiedzi eksperymentatorzy pytali każdą z osób badanych, czy zgodzi się wziąć udział w 30-minutowym badaniu kwestionariuszowym. Nie otrzyma za to żadnej gratyfikacji, ale pomoże w ten sposób badaczom w gromadzeniu danych naukowych. Okazało się, że 77% zapytanych osób wyraziło na to zgodę. W warunkach kontrolnych, w których bez wspomnianego pytania wstępnego proszono ludzi o wzięcie udziału w badaniu kwestionariuszowym, informując ich, że potrwa to 30 minut, zgodę na to wyraziło ponad dwa razy mniej osób (dokładnie: 29%).W innym eksperymencie jednym badanym zadawano pytanie:„Czy uważasz się za osobę otwartą na doświadczenia i skłonną do próbowania nowych rzeczy?”, a innym tego pytania nie zadawano. Następnie osoby badane mogły zostawić swój adres e-mail, aby otrzymać szczegółowe informacje o wprowadzanym na rynek napoju bezalkoholowym. Adres zostawiło 75% osób, którym zadano wspomniane pytanie, i tylko 33% osób, którym jedynie to złożono propozycję. Jeśli sam sobie odpowiesz, że jesteś pomocny, to będziesz pomagał, jeśli odpowiesz sobie, że jesteś otwarty na nowe doświadczenia, to zachowasz się tak, aby to pokazać. Jak widzimy, ta niezwykle prosta technika wpływu społecznego, oparta na zadawaniu ludziom prostych – by nie rzec: banalnych – pytań, okazuje się bardzo skuteczna.

Mechanizm psychologiczny

Podobnie jak w wypadku poprzednio omówionej techniki, kluczowe jest tutaj pojawienie się w świadomości człowieka informacji na własny temat. A to, że człowiek sam jest nadawcą tych informacji, z jednej strony zwiększa ich subiektywną wiarygodność, z drugiej zaś sprawia, że czuje się on zobligowany do przejawiania zachowań zgodnych z obrazem własnej osoby. Oczywiście technika ta wykorzystuje fakt, że na pewnego rodzaju pytania ludzie chętnie odpowiadają w taki sposób, by zbudować, czy też umocnić pozytywny obraz własnej osoby. Jeśli zastanowimy się nad tym, ile spośród znanych nam osób tak naprawdę moglibyśmy określić słowem „pomocny”, to na pewno nie odpowiemy, że wszystkie. A przecież w opisanym tu eksperymencie okazało się, że wszyscy pytani uważają się za pomocnych. Czasami jednak mniej ważne jest to, jacy ludzie naprawdę są, a ważniejsze staje się to, co o sobie myślą.

Technika #66 Usidlanie eksperta
Idea

Jeśli jesteś ekspertem w jakiejś dziedzinie, to powinieneś wiedzieć wszystko (lub prawie wszystko), co tej dziedziny dotyczy. Co się stanie, jeśli jakaś rozmowa będzie dotyczyć tego właśnie obszaru wiedzy, ale ty nie będziesz miał pojęcia, o co chodzi? Oczywiście możesz powiedzieć „nie wiem”, lecz wówczas może się okazać, że nie jesteś ekspertem. Chyba lepiej milczeć, pokiwać głową i sprawić wrażenie człowieka zatopionego w myślach. Nikogo w ten sposób nie oszukujesz, a ludzie są przekonani, że znasz się na tych sprawach – jesteś przecież ekspertem. Czasami jednak milczenie jest niemożliwe i musisz jakoś zareagować. I w tym właśnie tkwi istota pewnej bardzo specyficznej techniki wpływu społecznego.

Badanie empiryczne

Anthony Pratkanis i Yigal Uriel (2011) przeprowadzili swój eksperyment w bardzo przyjemnym miejscu, bo na plażach Santa Cruz i Santa Monica w Kalifornii. Eksperymentatorzy prosili surferów wychodzących z wody (oczywiście z deskami pod pachą) o podpisanie petycji. Chodziło o wprowadzenie przepisu, zgodnie z którym początkujący surferzy mogliby używać wyłącznie żółtych desek w czerwone grochy. Pod petycją widniały już cztery podpisy. Zanim podano ją indagowanej osobie do podpisu, w niektórych wypadkach ją komplementowano, mówiąc, że widać, iż jest świetnym surferem i na pewno wie wszystko o surfowaniu. Okazało się, że osoby, które słyszały takie słowa, podpisywały nonsensowną petycję ponad dwa razy częściej (46,7%), niż te, którym tego nie mówiono (20%). Być może komplement wzbudzał pozytywne nastawienie do osoby proszącej o podpisanie petycji i dlatego spełniano jej prośbę? Aby to sprawdzić, eksperymentatorzy wprowadzili do schematu badania jeszcze jeden warunek. Tym razem prośba o podpisanie petycji poprzedzana była komplementem odnoszącym się do stroju surfera i pytaniem, gdzie taki kostium można kupić. Okazało się, że w tym warunku petycję podpisało tylko 20% indagowanych. Widzimy zatem, że skłonność do podpisania nonsensownej petycji nie była skutkiem komplementów, lecz wynikała z tego, że rozmówca traktował surfera jako eksperta w dziedzinie, której dotyczyła jego prośba. Dla dopełnienia obrazu dodajmy jeszcze, że surferzy potraktowani jako eksperci zdecydowanie rzadziej zadawali jakiekolwiek pytania dotyczące sensowności wprowadzenia nowego przepisu. Rzadziej też wyrażali jakiekolwiek wątpliwości.

Mechanizm psychologiczny

Oryginalna i pomysłowa technika usidlania eksperta opiera się na mechanizmach związanych z poczuciem własnej wartości. Większość ludzi chętnie się dowiaduje, że inni wysoko ich cenią. Dzieje się tak nawet wtedy, gdy zdają sobie sprawę, że te oceny nie są w pełni zasłużone. Przyjemnie jest słyszeć, że jest się ekspertem w jakiejś dziedzinie. Tyle że człowiek, który to słyszy, jest motywowany do utrzymania wizerunku eksperta, do zachowywania się jak ekspert. A wówczas niełatwo mu przyznać, że czegoś nie wie albo nie rozumie. Prawdziwy ekspert przecież wie takie rzeczy i doskonale je rozumie. A jeśli tak, to czasem trzeba po prostu zrobić to, o co nas proszą, i o nic nie pytać. Powiedzmy sobie wprost: technika usidlania eksperta wykorzystuje fakt, że ludzie bywają hipokrytami.

Technika #67 Indukowanie hipokryzji
Idea

Zapewne każdy z nas przypomina sobie z dzieciństwa sytuację, w której coś przeskrobał. Zjadł słodycze pomimo wyraźnego zakazu, uczestniczył w jakiejś szkolnej bójce albo został przyłapany na kłamstwie. Reakcje nauczycieli, rodziców czy opiekunów mogły być rozmaite – jedni wpadali w gniew, inni grozili konsekwencjami, a jeszcze inni prowadzili tak zwane rozmowy wychowawcze. Te ostatnie zazwyczaj przebiegły podobnie. Jeśli na przykład ktoś został przyłapany na tym, że wziął sobie coś, co należało do kogoś innego, to na ogół taka rozmowa zaczynała się od pytań. Czy kradzież jest dobrą rzeczą? Czy to właściwe zachowanie, gdy ktoś przywłaszcza sobie cudzą zabawkę? Czy byłoby nam miło, gdyby ktoś się tak zachował wobec nas? Po tej serii padało zwykle pytanie zasadnicze: skoro twierdzisz, że kradzież jest zła, że źle byś się czuł, gdyby ktoś zabrał coś twojego, to dlaczego sam tak się zachowałeś? Osoby, które stosują takie procedury wychowawcze, być może nie są świadome, że w ten sposób korzystają z techniki wpływu społecznego zwanej indukowaniem hipokryzji. Polega ona na tym, że najpierw uzyskuje się od kogoś twierdzenia popierające jakieś postawy, opinie czy zachowania, a następnie wykazuje, że zachowanie tego kogoś stoi z nimi w sprzeczności.

Badanie empiryczne

Badania nad tym zjawiskiem prowadziła Chris Ann Dickerson wraz ze współpracownikami (1992). Prosiła studentów o wypełnienie ankiety, której pytania dotyczyły stosunku do problemów związanych z marnotrawieniem wody. Sama ankieta była skonstruowana w taki sposób, że studenci musieli sobie przypominać sytuacje z przeszłości, w których używali wody niezbyt oszczędnie. Pojawiały się zatem następujące pytania: „Czy kiedy bierzesz prysznic, ZAWSZE zakręcasz wodę, gdy namydlasz ciało albo nacierasz mokre włosy szamponem?”, „Czy kiedy bierzesz prysznic, ZAWSZE robisz to tak szybko, jak to możliwe, czy też zdarza się Ci się stać pod strumieniem wody dłużej, niż to potrzebne?”, „Ile czasu, Twoim zdaniem, potrzebuje przeciętna osoba, by się wykąpać i umyć głowę pod prysznicem?”. Jak można zauważyć, przy niektórych pytaniach w zasadzie każdy musiał zaznaczyć odpowiedź wskazującą na to, że mógłby zrobić więcej, aby oszczędzanić wodę. Warto podkreślić, że badanie odbywało się w kompleksie basenów, uczestniczyły w nim wyłącznie kobiety, a pytania zadawano tuż przed wejściem do szatni po treningu pływackim, naturalne było więc to, że osoby badane za chwilę pójdą pod prysznic. Druga eksperymentatorka udając, że sama też bierze prysznic, sprawdzała, ile czasu pod prysznicem spędzają te badane, którym uświadamiano hipokryzję, oraz te z grupy kontrolnej, które nie wypełniały wcześniej ankiety. Okazało się, że osoby z grupy, której indukowano hipokryzję, kąpały się krócej (średnio 221 sekund) niż te z grupy kontrolnej (302 sekundy).

Mechanizm psychologiczny

Najprawdopodobniej najsilniejszym mechanizmem odpowiedzialnym za skracanie czasu kąpieli pod prysznicem w badaniu Dickerson (i – ogólnie – za skuteczność uświadamiania hipokryzji) jest zjawisko dysonansu poznawczego. W największym skrócie można je opisać jako niezgodność pomiędzy dwoma elementami – w tym kontekście między deklarowaną postawą (oszczędzanie wody jest ważne) i zachowaniem (zdarza mi się ją marnować). Aby pozbyć się tego przykrego stanu – który Leon Festinger, twórca tego pojęcia, nazwał dysonansem poznawczym – trzeba zmienić jeden z dwóch elementów: albo postawę, albo zachowanie (zob. Aronson, 1969).W badaniu Dickerson po wypełnieniu ankiety trudno było stwierdzić, że oszczędzanie wody nie jest aż tak ważne, jak się wcześniej deklarowało, więc uczestniczkom eksperymentu nie pozostało nic innego, jak zmienić swoje zachowanie i skrócić kąpiel pod prysznicem.

Technika #68 Komplement
Idea

Jeden z naszych kolegów opowiadał, że zawiózł kiedyś swoją mamę do centrum handlowego i poszedł wraz z nią do sklepu z damską odzieżą. Mama kolegi przymierzała jakąś sukienkę i długo przeglądała się w lustrze, najwyraźniej nie mogąc się zdecydować, czy ją kupić, czy nie. Przechodzący akurat sprzedawca zatrzymał się, popatrzył na nią i po chwili stwierdził: „Doskonale pani wygląda w tej sukience”, a potem zwrócił się do naszego kolegi: „Chyba się pan zgodzi, że żonie w tym kolorze bardzo do twarzy”. Mama kolegi nie miała już żadnych wątpliwości – sukienka została zakupiona. Czy uwierzyła, że wygląda na żonę swojego syna? Czy uwierzyła, że naprawdę wspaniale się prezentuje w tej właśnie sukience? Nasz kolega nie omieszkał jej o to zapytać w drodze do domu. Odpowiedziała, że nie, nie jest przecież bezkrytyczną idiotką. Mało tego, stwierdziła, że zapewne sprzedawcy w tym sklepie mają jednoznaczne instrukcje, by prawić komplementy klientkom. Ale mimo tej świadomości komplement sprzedawcy sprawił, że sukienka została kupiona. Czy komplementy mogą być skutecznym narzędziem wpływu społecznego? Czy mogą sprawić, że proszona o coś osoba z większym prawdopodobieństwem zrobi to, czego się od niej oczekuje? Przyjrzyjmy się badaniom eksperymentalnym poświęconym tej właśnie kwestii.

Badanie empiryczne

W czasach, gdy nie było jeszcze internetu (naprawdę były takie czasy!), psychologowie też przeprowadzali badania kwestionariuszowe. Było to jednak trudniejsze niż dziś. Jeśli na przykład chcieli poznać opinie mieszkańców jakiegoś miasta, to mogli skorzystać z telefonu (ale to było rozwiązanie tylko przy bardzo krótkich ankietach) albo chodzić od domu do domu i prosić o udzielenie odpowiedzi na serię pytań, albo (co z wielu powodów praktykowano wówczas często) wysłać kwestionariusz do losowo wybranych mieszkańców tej miejscowości. W przesyłce oprócz wspomnianego kwestionariusza znajdowała się również zaadresowana koperta zwrotna z naklejonym znaczkiem. Od respondenta oczekiwano, że włoży do niej wypełniony kwestionariusz, a następnie wrzuci ją do skrzynki pocztowej. Problem polegał na tym, że odsetek osób spełniających prośbę o wypełnienie i odesłanie kwestionariusza zazwyczaj był bardzo niski. Clyde Hendrick, Richard Borden, Martin Giesen, Edward Murray i B.A. Seyfried (1972) postanowili sprawdzić, czy skłonność ludzi do wypełniania kwestionariuszy wzrośnie, jeśli list, w którym się ich o to prosi, nasycony będzie komplementami, odnoszącymi się do takich cech, jak dobroć, uprzejmość, hojność czy wielkoduszność. Badacze wysyłali listy do mieszkańców Akron (Ohio), przedstawiając się jako Komitet Badania Zachowań Ludzi. W warunkach kontrolnych list ten zawierał między innymi takie sformułowania: „Prosimy Cię o pomoc polegającą na wypełnieniu dwóch załączonych kwestionariuszy. (…) Zdajemy sobie sprawę, że może to być kłopotliwe. (…) Mimo to prosimy Cię o pomoc w naszym przedsięwzięciu”. Następnie wyjaśniano, że pierwszy z tych kwestionariuszy to tak zwana metryczka, zawierająca pytania o podstawowe dane biograficzne respondenta, a drugi kwestionariusz, 7-stronicowy, dotyczy uczuć, postaw, preferencji oraz idei, które są bliskie respondentowi. Oba wypełnione kwestionariusze należy włożyć do załączonej, zaadresowanej już koperty i wrzucić ją do skrzynki pocztowej. List kończył się frazą: „Twój udział w badaniu przyczyni się do rozwoju wiedzy w dziedzinie nauk behawioralnych. Dziękujemy za Twoją pomoc”. W warunkach alternatywnych treść listu była odrobinę inna: ilekroć pojawiało się słowo „pomoc” albo „udział”, zawsze było poprzedzone przymiotnikiem „uprzejmy”, „hojny” czy „wielkoduszny”. Okazało się, że o ile w warunkach kontrolnych kwestionariusze wypełniło i odesłało 10% respondentów, o tyle w warunkach ich komplementowania wskaźnik ten był wyraźnie wyższy i osiągał poziom 29%.

Mechanizm psychologiczny

Liczne badania psychologiczne zgodnie pokazują, że ludzie bardzo lubią tych, którzy obdarzają ich komplementami. Efekt ten pojawia się nawet wtedy, gdy wiedzą (lub choćby podejrzewają), że osoba używająca komplementów nie jest szczera. Mechanizmem leżącym u podstaw analizowanej tu techniki może być samo wzbudzenie sympatii do osoby, która o coś prosi. Alternatywnie można przyjąć, że w grę wchodzi – kilkakrotnie już przez nas wspominana – reguła wzajemności: „Ktoś jest dla mnie miły, prawi mi komplementy, więc powinienem się odwdzięczyć i spełnić jego prośbę”. Możliwe jednak, że mechanizm tkwiący u podłoża komplementowania jako techniki wpływu społecznego nie ma charakteru interpersonalnego. Anthony Pratkanis (2007) opisuje eksperyment terenowy, w którym jeden z eksperymentatorów komplementował strój osoby badanej, a następnie albo on sam, albo też inny eksperymentator prosił tę osobę, żeby włączyła się w akcję „Zatrzymajmy śmieciowe przesyłki pocztowe”. Okazało się, że w porównaniu z warunkami kontrolnymi komplementowanie zwiększało skłonność do spełnienia tej prośby w obu wspomnianych warunkach. Tak więc przynajmniej w niektórych sytuacjach mechanizm psychologiczny leżący u podstaw skuteczności komplementowania może mieć charakter intrapersonalny. Usłyszenie czegoś miłego na własny temat może na przykład wprowadzać ludzi w dobry nastrój, bądź też nastawiać ich bardziej przyjaźnie wobec innych ludzi.

Technika #69 Inteligentni to robią
Idea

Do jednego z autorów tej książki pewnego razu przyszedł mężczyzna zajmujący się sprzedażą ubezpieczeń. W jego ofercie znalazło się wiele wariantów różnego rodzaju narzędzi asekuracyjnych: ubezpieczenie domu od ognia, wody, śniegu, lodu, a nawet ubezpieczenie od zderzenia budynku ze statkiem powietrznym, co jest zdarzeniem mało prawdopodobnym, ale jednak silnie oddziałującym na wyobraźnię. Mężczyzna barwnie opowiadał o zaletach swojej oferty, roztaczał przy tym ponure wizje kataklizmów, jakie mogą się przytrafić, oraz uspokajał kojącą świadomością, że oferowane przezeń ubezpieczenie może rozproszyć wszelkie obawy o ich konsekwencje. Jego argumenty jednak nie na wiele się zdały, co sam dostrzegł w znudzonych oczach klienta, który najwyraźniej wymykał mu się z rąk. Postanowił zatem wyciągnąć asa z rękawa: zaprezentował bardzo skomplikowaną ofertę wyrafinowanego pakietu ubezpieczeń (brakowało tam chyba tylko ubezpieczenia od szkód spowodowanych przez obce cywilizacje), po czym zakończył słowami: „Wie pan, tacy zwykli ludzie, mało rozgarnięci, to tego nie kupią, ale pan, człowiek inteligentny…” Wymowne milczenie i efektowna pauza obliczona była, rzecz jasna, na – zdawałoby się – jedyne możliwe zakończenie tej sceny („TAK! Proszę mi to natychmiast sprzedać!”). Co prawda agent, który odwiedził jednego z nas, nie sprzedał mu żadnego ubezpieczenia, ale my obaj zaczęliśmy się zastanawiać, czy takie z pozoru bardzo proste triki mogą zwiększać nasze szanse, gdy chcemy kogoś o coś poprosić.

Badanie empiryczne

Postanowiliśmy to sprawdzić w prostym eksperymencie (Doliński i Grzyb, 2022). Nakłoniliśmy naszych studentów, by podchodzili do osób stojących na przystankach autobusowych i tramwajowych i zwracali się do nich z dość typową prośbą (typową, rzecz jasna, dla studentów nauk społecznych). Prośba jednak była na tyle trudna (co sprawdziliśmy wcześniej w badaniach pilotażowych), że ludzie niespecjalnie chcieli ją spełniać. Brzmiała następująco: „Przepraszam bardzo, jestem studentem (studentką) i na zaliczenie musimy zrobić badania. Czy może mi pan(i) pomóc? Chodzi o to, żeby wypełnić kwestionariusz, są w nim 142 pytania. Czy zgodzi się pan(i) wypełnić taki kwestionariusz?” Oczywiście tak wyglądała prośba w grupie kontrolnej. W grupie eksperymentalnej postanowiliśmy zastosować technikę, na której trop naprowadził nas agent ubezpieczeniowy:„Przepraszam bardzo, jestem studentem (studentką) i na zaliczenie musimy zrobić badania. Czy może mi pan(i) pomóc? Chodzi o to, żeby wypełnić kwestionariusz, są w nim 142 pytania. Akurat potrzebujemy odpowiedzi inteligentnych osób, a pan(i) po prostu na taką wygląda. Czy zgodzi się pan(i) wypełnić taki kwestionariusz?” Tym, co naprawdę nas interesowało, była różnica pod względem wyrażonej zgody w warunkach kontrolnych i eksperymentalnych. Przebadaliśmy 1060 osób. Jak się okazało, różnica była bardzo wyraźna, o ile w warunkach kontrolnych na spełnienie prośby zgadzało się jedynie 32% indagowanych osób, o tyle wówczas, gdybadani zostali określeni jako ludzie inteligentni, odsetek ten rósłaż do 52%.

Mechanizm psychologiczny

Co sprawia, że drobna zmiana w sposobie formułowania prośby znacząco podnosi jej skuteczność? Potencjalnych wyjaśnień jest co najmniej kilka. Pierwszym jest odwołanie się do reguły wzajemności, którą już opisaliśmy w innym miejscu. Zwróćmy uwagę, że nasz komplement (określenie osoby, z którą rozmawiamy, jako inteligentnej) może być uznany za miły gest, który warto odwzajemnić innym miłym gestem – w tej konkretnej sytuacji po prostu spełnieniem prośby, ważnej dla tego miłego młodego człowieka, który właśnie nazwałmnie inteligentną osobą. No tak, to 142 pytania, ale skoro on coś dla mnie zrobił, to niegrzecznie byłoby teraz mu odmówić.Innym możliwym tropem interpretacyjnym jest odwołanie się do ciekawości – skoro pytania przeznaczone są dla inteligentnych ludzi, to może same są bardzo inteligentne? Może są interesujące, pozwolą mi przyjemnie spędzić czas, który i tak tracę, stojąc na przystanku i czekając na autobus czy na tramwaj? Może być również tak, że w tej konkretnej sytuacji działa reguła sympatii – jak pokazują badania, lubimy osoby atrakcyjne fizycznie, podobne do nas oraz te (i z taką sytuacją mamy tutaj do czynienia), które nam schlebiają. Sytuacja, w której ktoś nam mówi, że jesteśmy pod jakimś względem wyjątkowi (wybitnie inteligentni, obdarzeni niezwykłą wyobraźnią, nadzwyczaj błyskotliwi), rodzi ciepłe uczucia wobec tej osoby. I nawet jeśli podejrzewamy, że ta osoba trochę zmyśla, aby się nam przypodobać, to doceniamy jej starania (a w każdym razie robi tak wystarczająco dużo osób, by użycie tej techniki było opłacalne).Ta technika jest klasycznym przykładem zjawiska, które trudno opisać, odwołując się do jednego mechanizmu psychologicznego. Czasami zresztą jest tak, że takie próby są bezcelowe, bo każdy ze znanych nam mechanizmów oddziałuje tu w jakiejś części i dzięki efektowi synergii wpływa na nasze zachowanie – a przecież o to w końcu nam chodzi.

Technika #70Rozważni tak postępują
Idea

Poprzednio omówiona technika opierała się na użyciu słów nawiązujących do inteligencji. Z komunikatu kierowanego do określonej osoby wynikało, że jeśli spełni naszą prośbę, to okaże się, że jest inteligentna. Inteligencja to oczywiście bardzo pożądana rzecz i chyba każdy nie tylko chciałby być inteligentny, lecz także chciałby być bardziej inteligentny, niż jest. Ba, nawet bardziej inteligentny, niż myśli, że jest! W poszczególnych sytuacjach życiowych ważne i pożądane mogą być również inne cechy, na przykład stanowczość, konsekwencja, uczciwość, lojalność, odwaga, odpowiedzialność czy rozważność. Zatrzymajmy się na tej ostatniej. W pewnych sytuacjach – takich jak ubezpieczenie domu, prześwietlenie płuc, profilaktyczne zaszczepienie się przeciw grypie czy zmiana opon na zimowe, zanim jeszcze chwyci mróz – rozważność może mieć znaczenie decydujące. Bez wątpienia warto być osobą rozważną i przyjemnie jest myśleć o sobie w takich kategoriach. Czy odwołanie się do tej cechy w sytuacji, gdy ma ona jednoznaczny związek z charakterem decyzji, jaką właśnie ma podjąć poproszony o coś człowiek, okaże się skuteczną techniką wpływu społecznego? Przyjrzyjmy się badaniu poświęconemu tej kwestii.

Badanie empiryczne

Jedna z naszych studentek pracuje w salonie samochodowym pewnej japońskiej marki. Salon ten poza sprzedażą samochodów zajmuje się serwisowaniem aut, a do zadań naszej studentki należało telefonowanie do klientów i namawianie ich, by dokonali przeglądu technicznego swojego samochodu. Ponieważ taki przegląd powinien się odbywać co roku, kilka tygodni przed upływem tego terminu nasza studentka dzwoniła do właścicieli aut. W wypadku klientów, którzy kupili samochód nie wcześniej niż trzy lata temu, rozmowa była bardzo prosta. Godzili się skorzystać z usług tego salonu (jedynego autoryzowanego salonu tej marki w naszym mieście), w przeciwnym razie bowiem utraciliby trzyletnią gwarancję. Zupełnie inaczej było jednak w wypadku kierowców, którzy kupili auto wcześniej. Wiedzieli oni wprawdzie, że salon firmowy oferuje usługę wysokiej jakości, ale zdawali sobie sprawę, że jest ona wyraźnie droższa niż w warsztacie nieautoryzowanym. Z tego właśnie powodu wielu kierowców nie korzysta z zaproszenia do salonu. Eksperyment polegał na tym, że nasza studentka w połowie przypadków po prostu dzwoniła do takiego klienta i próbowała go umówić na przegląd samochodu. Okazało się, że z tej oferty chce skorzystać około 42% indagowanych. Rozmowa z pozostałymi kierowcami wyglądała niemal identycznie. Jedyną różnicą było to, że w trakcie padało – wypowiedziane jakby mimochodem – zdanie: „Badania pokazują, że rozważni klienci robią przeglądy okresowe w autoryzowanych serwisach”. Okazało się, iż to jedno krótkie zdanie sprawia, że odsetek osób, które zapisują się na przegląd samochodu w tym salonie, wzrasta do poziomu 72% (Doliński, Grzyb i Kulesza, 2022).

Mechanizm psychologiczny

W odniesieniu do mechanizmu psychologicznego leżącego u podstaw skuteczności poprzednio opisanej techniki przedstawiliśmy kilka alternatywnych wyjaśnień. Przedstawione interpretacje można również zastosować do techniki, którą tutaj omawiamy. Pozwolimy sobie jednak dodać jeszcze inną interpretację (która – podkreślmy – odnosi się także do techniki opisywanej poprzednio). Mechanizmem psychologicznym, który może wchodzić tu w rachubę, jest specyficzna pułapka zastawiana na człowieka, do którego się zwracamy z jakąś prośbą czy propozycją. Jeśli mówimy mu, że osoby rozważne (a w wypadku poprzednio omówionej techniki: „inteligentne”) robią to, co właśnie mu proponujemy, to odmowa skorzystania z naszej propozycji oznacza, że on akurat nie jest rozważny (czy też inteligentny). A przecież nikt nie chce za taką nierozważną czy nieinteligentną osobę uchodzić ani we własnych oczach, ani w oczach swojego rozmówcy. Aby zaś tego uniknąć, wystarczy tylko powiedzieć „tak”.

Technika #71 Szukamy takich, jak ty
Idea

Zacznijmy od pewnego osobistego wyznania. Od czasu do czasu dzwonią do nas dziennikarze, prosząc o wypowiedź na jakiś temat związany z psychologią społeczną. Dzieje się tak na ogół bezpośrednio po jakimś zdarzeniu – na przykład po bójce kibiców stadionowych, po opublikowaniu badań sondażowych pokazujących wzrost niechęci do imigrantów, czy też po milczących demonstracjach ulicznych pracowników oświaty, domagających się podwyżek płac. Jesteśmy jednak ludźmi dość zajętymi i nie zawsze znajdujemy czas między zajęciami ze studentami i badaniami, które prowadzimy, by porozmawiać z dziennikarzami o takich sprawach. A kiedy odmawiamy, myślimy sobie, że właściwie każdy wykładowca psychologii społecznej może opowiedzieć dziennikarzowi o mechanizmach psychologicznych leżących u podstaw wspomnianych wydarzeń (dotyczących odpowiednio: agresji, uprzedzeń czy poczucia sprawiedliwości). Zauważyliśmy jednak, że jeśli dziennikarz pyta nas o kwestie związane z wpływem społecznym, to bardzo rzadko nam się zdarza odmawiać. Dlaczego? Pewnie dlatego, że gdy pytanie dotyczy psychologii społecznej w ogóle, to wiemy, że nasza odmowa sprawi, iż dziennikarz zadzwoni do któregoś z naszych kolegów czy koleżanek, oni zaś równie dobrze jak my odpowiedzą na jego pytania. Kiedy jednak sprawa dotyczy wpływu społecznego,a więc problematyki, w której od lat się specjalizujemy, to czujemy się zobowiązani do udzielenia wywiadu. Mamy poczucie (nie wiadomo zresztą, czy trafne), że dziennikarz szuka właśnie takich rozmówców, jak my – specjalistów w tej konkretnej kwestii. Pomyśleliśmy sobie, że być może to zjawisko ma znacznie szerszy zasięg.Jeśli zwrócimy się do kogoś z jakąś prośbą, wyjaśniając jednocześnie, że nie prosimy o to kogokolwiek, ale szukamy właśnie takich osób, jak on, to ów ktoś może poczuć swoistą obligację, by spełnić adresowaną do niego prośbę.

Badanie empiryczne

Nasze badania (Doliński i Grzyb, 2022) realizowane były w czasie pandemii, a mówiąc ściśle – w czasie, gdy w zamkniętych pomieszczeniach o charakterze publicznym (w sklepach, w urzędach czy w kinach) ludzie powinni nosić maseczki. Niektórzy mieli maseczki typowe (białe albo niebieskobiałe), inni – kolorowe (na przykład zielone lub czerwone), a jeszcze inni – w najróżniejsze wzorki (w kwiatki albo w kratkę). Byli też tacy, którzy ignorowali przepisy epidemiologiczne i chodzili bez maseczek. Badanie prowadzone było w centrum handlowym. Badacz (czasem była to kobieta, czasem mężczyzna) prosił samotnie idącą osobę, wyglądającą na dorosłą o udzielenie odpowiedzi na kilka pytań ankiety, dotyczącej noszenia maseczek. W warunkach kontrolnych mówił po prostu: „Przepraszam, jestem studentem (studentką) psychologii i muszę przeprowadzić badania ankietowe, dotyczące noszenia maseczek”, i pytał o zgodę na przeprowadzenie ankiety. W warunkach eksperymentalnych prośba miała nieco inną formę, bo najpierw eksperymentator sugerował, że szuka do swoich badań pewnej grupy osób. W związku z tym komunikat kierowany do osoby badanej był zróżnicowany ze względu na to, czy miała ona na twarzy maseczkę, czy też nie, a jeśli miała, to był uzależniony od tego, jak tamaseczka wyglądała. Jeśli na przykład osoba badana miała na twarzy maseczkę we wzorki (w kwiatki, w panterkę albo w kratkę), to zwracano się do niej, mówiąc: „Przepraszam, szukam właśnie osób, które mają na twarzy wzorzystą maseczkę, taką jak pan(i).Jestem studentem (studentką) psychologii i muszę przeprowadzić badania ankietowe dotyczące noszenia maseczek”. Jeśli natomiast indagowana osoba miała jednobarwną maseczkę, to eksperymentator zaczynał rozmowę następująco: „Przepraszam, szukam właśnie osób, które mają na twarzy jednobarwną maseczkę, tak jak pan(i)”, a jeśli nie miała maseczki: „Przepraszam, szukam właśnie osób, które nie mają na twarzy maseczki, tak jak pan(i)”. Zadbano o to, aby w warunkach kontrolnych zbadano taką samą liczbę osób mających maseczki wzorzyste, maseczki konwencjonalne i w ogóle niemające maseczek, co w warunkach eksperymentalnych. Okazało się, że o ile 45% osób zgodziło się udzielić odpowiedzi na pytania ankietowe w warunkach, w których zwracano się do nich w sposób standardowy, o tyle odsetek ten był wyraźnie wyższy (63%), gdy stosowano technikę „szukamy takich osób, jak ty”.

Mechanizm psychologiczny

Kiedy dociera do nas jakaś prośba, propozycja biznesowa, czy też sugestia, abyśmy coś konkretnego zrobili, nasza decyzja często bywa nieoczywista. Jest pewna liczba powodów, aby powiedzieć „tak”, i pewna liczba powodów, aby powiedzieć „nie”. Jednym z powodów, aby nie spełnić prośby, jest nasze przekonanie, że jeśli odmówimy, to osoba prosząca z dużą łatwością może się zwrócić do kogoś innego. Ten właśnie powód może nam szczególnie łatwo przyjść do głowy – na przykład wtedy, gdy się śpieszymy, czujemy się zmęczeni, bądź też mamy inne, skonkretyzowane plany. Jeżeli jednak ktoś, kto zwraca się do nas z prośbą, jednocześnie wyjaśnia, że poszukuje właśnie takich osób, jak my, to sytuacja staje się zupełnie inna. Wiemy, że nasza odmowa postawi tego człowieka w trudnej sytuacji, bo znalezienie takich właśnie osób nie jest proste. W rezultacie możemy odczuwać swoiste zobowiązanie, aby w takim wypadku wyrazić zgodę. Podobnie dzieje się wówczas, gdy tłum ludzi na plaży obserwuje tonącego człowieka, ale nikt się nie poczuwa do osobistej odpowiedzialności za jego los. W takich sytuacjach bowiem ludziom przychodzą do głowy myśli w rodzaju: „Pewnie ktoś inny pływa lepiej ode mnie”, „Pewnie ktoś już zadzwonił po straż przybrzeżną”. Jeżeli jednak człowiek samotnie obserwuje tonącego, to skacze do wody, bo wie, że jeśli tego nie zrobi, tonący straci życie.W naszych badaniach wspomniana specyfika zależała od maseczki, którą człowiek miał (albo nie miał) na twarzy. Oczywiście w innych sytuacjach można poczuć podobną obligację do spełnienia prośby – tylko dlatego, że ktoś, kto z tą prośbą się zwraca, szuka bardzo wysokich osób (takich jak ona czy on) ubranych w marynarkę zapinaną na złote guziki (takich jak on) czy mających torebkę firmy Michael Kors (takich jak ona).

Dariusz Doliński, Tomasz Grzyb

Sto technik wpływu społecznego
Kiedy i dlaczego wywieranie wpływu na innych jest skuteczne

Scenarusz ludobójstwa: Mamy do czynienia z ludźmi, dla których wszyscy jesteśmy tyle warci, ile Haman i jego potomstwo.


Reportaż bez cenzury z procesu Grzegorza Brauna
Oczy i uszy na sali sądowej.

To nie jest zwykły proces karny. To proces, który dotkliwie ujawnia patologię, jaka od lat przeżera nasz system: od władzy ustawodawczej, przez biurokrację w urzędach, po wymiar (nie)sprawiedliwości. To historyczne wydarzenia dla polskiego narodu, który masowo się budzi i murem stoi za liderem Konfederacji Korony Polskiej. Choć rozprawy są jawne, to Sąd chce przeprowadzić proces błyskawicznie, a media zamieść go pod dywan.

To chwile, w których prawda wybrzmiewa publicznie. Dlatego jako „Najwyższy Czas!” byliśmy obecni na dwóch kolejnych rozprawach Grzegorza Brauna, towarzysząc mu w drodze po sprawiedliwość. Wierzymy, że kwestia odzyskania Niepodległości jest niezwykle istotna dla naszych czytelników, dlatego poniższy reportaż bez cenzury relacjonuje dwa dni – 23 lutego i 5 marca – które spędziliśmy w sądzie z panem posłem Braunem.

Interweniował w imię narodu

23 lutego 2026 r. od godz. 8:30 przed budynkiem Sądu Rejonowego dla Warszawy Praga-Południe przy ul. Terespolskiej 15A licznie zaczęli gromadzić się przedstawiciele Szerokiego Frontu Gaśnicowego. Działacze partyjni i sympatycy dodawali otuchy Grzegorzowi Braunowi, a przebieg sprawy od początku do końca relacjonowały niezależne propolskie media. Po przedstawieniu stanowiska prokuratury głos zabrał oskarżony. Grzegorz Braun już na początku swojego wystąpienia zaznaczył, że nie zgadza się z interpretacją zdarzeń przedstawioną przez stronę oskarżycielską.

W swojej wypowiedzi podkreślał, że jego działania miały charakter symboliczny i były wyrazem sprzeciwu. Jak stwierdził: „Nie działałem z zamiarem naruszenia prawa, lecz w obronie wartości, które uważam za fundamentalne dla polskiej państwowości”. Oskarżony wielokrotnie odnosił się do kontekstu politycznego sprawy. Pamiętajmy, że to postępowanie sądowe jest elementem szerszego sporu ideowego, który toczy się w przestrzeni publicznej. Braun argumentował, że jego działania były formą manifestacji poglądów oraz protestu wobec zjawisk, które zagrażają suwerenności państwa i tradycyjnym wartościom.

W jednym z fragmentów swojej wypowiedzi powiedział: „Moje działanie było aktem sprzeciwu i symbolicznym gestem. Broniłem majestatu Rzeczypospolitej i wartości, które uważam za ważne”. Podczas rozprawy poruszono również kwestię motywów działania oskarżonego. Strona oskarżycielska wskazywała, że niezależnie od deklarowanych intencji czyn pozostaje czynem podlegającym ocenie prawnej. Prokurator stwierdził: „Intencje mogą być przedmiotem interpretacji, jednak prawo ocenia przede wszystkim skutki i charakter działania”. Z kolei Braun podkreślał, że jego działania nie były wymierzone w konkretne osoby, lecz miały charakter symboliczny i polityczny. „Nie był to akt agresji wobec kogokolwiek” – mówił.

W trakcie posiedzenia sądowego pojawiły się także odniesienia do wcześniejszych wydarzeń oraz do reakcji opinii publicznej. Oskarżony wskazywał, że jego działania spotkały się z szeroką aprobatą wśród narodu. W jego ocenie pokazuje to, że sprawa ma wymiar nie tylko prawny, lecz także polityczny i społeczny. „Ta sprawa jest elementem większego sporu o to, czym jest państwo i jakie wartości powinny je kształtować” – podkreślił. Sędzia prowadzący rozprawę wielokrotnie przypominał stronom o konieczności koncentrowania się na kwestiach prawnych oraz na faktach związanych z zarzutami.

Posiedzenie miało momentami dynamiczny charakter, ponieważ zarówno prokurator, jak i oskarżony przedstawiali rozbudowane argumenty, często odwołujące się do szerszego kontekstu społecznego i politycznego. Pod koniec rozprawy sąd wysłuchał końcowych wypowiedzi stron. Prokurator podtrzymał swoje stanowisko, wskazując, że materiał dowodowy jest – według jego opinii – wystarczający do oceny zachowania oskarżonego: „Zebrane dowody pozwalają na jednoznaczne stwierdzenie, że czyn będący przedmiotem postępowania miał miejsce i został popełniony przez oskarżonego” – zaznaczył.

W tym miejscu należy odnotować zachowanie strony oskarżycielskiej, która od początku do końca reprezentowała postawę skrajnie lekceważącą. W sieci pojawiły się liczne zdjęcia mecenasa grającego w gry na telefonie podczas składania wyjaśnień przez oskarżonego, a także pani mecenas śpiącej na ławie. Wypowiedzi oskarżycieli były ciche i zwięzłe – zarówno sam oskarżony, jak i publiczność niejednokrotnie mieli problem, aby je usłyszeć.

Oskarżony przez Żydów

Grzegorz Braun w końcowym wystąpieniu ponownie podkreślił, że nie uważa swojego działania za przestępstwo. W jego ocenie był to akt obywatelskiego sprzeciwu oraz symboliczny gest o charakterze politycznym.

„Nie przyznaję się do winy w sensie moralnym – powiedział – ponieważ działałem w przekonaniu, że bronię dobra Rzeczypospolitej”. Podkreślił też wyraźnie – że fałszywie oskarżają go Żydzi: „Składanie wyjaśnień przed Wysokim Sądem rozpocząłem od wskazania faktów, których znajomość ukształtowała mój stan świadomości i moje stanowisko wobec ekscesu, jakim było pojawienie się w Sejmie Rzeczpospolitej Polskiej przedstawicieli sekty Chabad-Lubawicz wraz z asystą. Ta asysta to z jednej strony osoby pierwsze i drugie w państwie, marszałkowie izby niższej, wyższej Parlamentu Rzeczpospolitej Polskiej, ale także silna reprezentacja ministrów i generalnie politycznej elity, która w zmiennym składzie w tak niegodny sposób rządzi Polską. Ta asysta to również, na ile można się było zorientować z doniesień medialnych – bo przecież ja tam nikogo nie legitymowałem – przedstawiciele rozmaitych organizacji, które przedstawiają się same jako organizacje żydowskie. Jak się przedstawiają? No, na przykład post factum sygnując listy oskarżenia i potępienia wobec mnie. Jeden z takich listów sygnowany był chyba przez ponad setkę organizacji żydowskich w Polsce. Kto by się, Wysoki Sądzie, spodziewał, że aż ponad setka się uzbiera chętnych do tego, żeby mnie potępiać?

I teraz, dlaczego to jest istotne dla rozpoznania tej sprawy? Dlatego że najwyraźniej zorganizowana diaspora żydowska w Polsce, a chyba też i w świecie; ponieważ to potępienie, oburzenie, rozdzieranie szat i sięganie po kamienie (rzecz jasna w przenośni) w przestrzeni medialnej zatoczyło kręgi znacznie przekraczające zarys granic Rzeczypospolitej Polskiej. Więc te organizacje najwyraźniej utożsamiają się z dyskursem prowadzonym przez sektę Chabad-Lubawicz. Więc to jest istotne – że chociaż nie wszyscy Żydzi na co dzień utożsamiają się z programem ideowym i aktywnością sekty Chabad-Lubawicz i chociaż wielu z nich będzie wręcz podkreślać niszowość, wyjątkowość, marginalność tej formacji – to żeby mnie potępić, osądzić od czci i wiary i stawiać przed Wysokim Sądem, skrzyknęli się wszyscy. Nie ma zatem przesady. Jest tylko stwierdzenie faktu, że to Żydzi mnie oskarżają, Żydzi mnie szkalują, Żydzi pociągnęli mnie przed ten sąd w sposób tak bezczelny, jak tego przykład mieliśmy” – podsumował oskarżony.

Po pierwsze służba rodakom

Rozprawa zakończyła się zapowiedzią dalszego toku postępowania oraz analizą przedstawionych materiałów. Sąd poinformował, że decyzje w sprawie zostaną podjęte po szczegółowym rozpatrzeniu wszystkich argumentów oraz dowodów zaprezentowanych podczas rozprawy. W tym miejscu należy zaznaczyć, że pod koniec rozprawy z dnia 23 lutego oskarżony złożył wniosek o możliwość kontynuowania swoich wyjaśnień w późniejszym terminie, ponieważ naglił go termin zbliżającego się lotu do Brukseli w tym samym dniu.

Złożył więc wniosek o odroczenie rozprawy na późniejszy termin. Strona oskarżycielska posuwała się do bezczelnych wręcz sugestii, jakoby praca posła nie była niczym wyjątkowym i nie zwalniała oskarżonego z obecności na rozprawach.

„Nie sposób pominąć faktu, że Grzegorz Braun jest polskim posłem do Parlamentu Europejskiego i to wybranym głosami ponad 100 tysięcy obywateli. Sugerowanie przez przeciwników politycznych nieuczciwości w celu przewlekania postępowania dotyczącego, w mojej ocenie, błahych spraw oraz dyskusyjnych zarzutów, jest formą walki politycznej przeniesioną wprost na salę sądową. Oskarżony nie potrzebuje kreować roli do minus litis, on po prostu korzysta z przysługujących mu uprawnień, których Sąd ma obowiązek strzec za kulisami upolitycznionych pełnomocników pokrzywdzonego stowarzyszenia. Pismo dr Hanny Gajewskiej-Kraczkowskiej, adwokata dr Hanny Gajewskiej-Kraczkowskiej, adwokata Andrzeja Kraczkowskiego, należy uznać za nieuzasadnioną polemikę z decyzjami sądu oraz próbę obejścia elementarnych zasad procesu karnego. Wnoszę zatem nie tylko o procedowanie z poszanowaniem stanu zdrowia oskarżonego, ale i jego prawa do osobistego udziału w czynnościach, co jest jedyną gwarancją wydania sprawiedliwego wyroku. Takie pismo zostało do sądu skierowane” – mówił obrońca oskarżonego.

Grzegorz Braun około godziny 15:00 opuścił salę rozpraw, uzasadniając swoją decyzję służbą, jaką jest praca posła i tym, że nie może zawieść zaufania swoich rodaków, ponieważ pełni rolę wybranego przez nich przedstawiciela w Parlamencie Europejskim. Zapadła decyzja o kompromisie, wedle którego na kolejnej rozprawie, która odbyła się 5 marca, były kontynuowane wyjaśnienia oskarżonego oraz miało dojść do rozpoczęcia przesłuchań świadków.

Szeroki Front Gaśnicowy na warcie

W czwartek 5 marca 2026 roku odbyła się kolejna, III rozprawa. Sympatycy, wyborcy i działacze Konfederacji Korony Polskiej nie zawiedli Grzegorza Brauna, kolejny raz licznie gromadząc się przed budynkiem sądu już od godziny 8:30. Moją uwagę szczególnie przykuła okazała rycerska zbroja jednego z działaczy Szerokiego Frontu Gaśnicowego oraz towarzystwo górali, którymi prezes Korony chętnie się otacza. Dodawali otuchy swojemu liderowi, a przebieg sprawy od początku do końca relacjonowały niezależne propolskie media.

Mimo iż proces Brauna jest publiczny, otwarty dla wszystkich i ważą się na nim losy narodu, to jednak media głównego nurtu zdają się nie angażować w jego ogólnopolską promocję. Na szczęście były obecne niezależne media, które bez owijania w bawełnę relacjonują przebieg zdarzeń. Wraz z Markiem Skalskim reprezentowaliśmy „Najwyższy Czas!” jako przedstawiciele medialni. Z pierwszych minut poranka dało się słyszeć komentarze osób trzecich stojących w kolejce przed salą rozpraw, a także relacje na żywo. Po wejściu na salę sądową ujrzałam pomieszczenie wypełnione niemal po brzegi.

Należy tu zaznaczyć, że wysoka temperatura panująca na sali nie stwarza niestety korzystnych warunków do spokojnego procedowania, stąd co około 1–1,5 godziny sąd zarządzał przerwę w rozprawie. Obok dziennikarzy, rodzin i obserwatorów znajdowały się osoby nagrywające przebieg rozprawy własnymi kamerami. Trzecie posiedzenie w toczącym się procesie europosła dotyczy szeregu zarzutów, z których najgłośniej komentowanym jest incydent z grudnia 2023 roku, dotyczący zgaszenia świec chanukowych podczas obchodów Chanuki w Sejmie RP.

Przed wejściem na salę rozpraw Braun tradycyjnie udzielił krótkiej konferencji, w którą był zaangażowany również szerzej nagłaśniany monolog przed kamerami. Jak mówił podczas tej konferencji: „Rozstrzyga się, z której strony muru wszyscy się znajdziemy i czy przypadkiem nie będzie to mur otaczający Gazę” – powiedział przed wejściem do sądu, odnosząc się do szerszego kontekstu światowego.

Sam proces trwał blisko 7,5 godziny. Po otwarciu posiedzenia przewodniczący sędzia poprosił o kontynuowanie składania wyjaśnień przez oskarżonego. Grzegorz Braun – zgodnie z nagraniami i relacjami – rozpoczął od znanego sobie tonu obronnego, podkreślając, że postrzega to postępowanie jako część szerszego sporu o przyszłość państwa i narodu: „Nie stoję tutaj tylko w obronie własnej osoby, ale w obronie każdego Polaka, który ma prawo do samoobrony wobec narzuconych wzorców i oczekiwań” – mówił.

Następnie polityk odniósł się do poszczególnych zarzutów, zaczynając od najgłośniejszego – dotyczącego zgaszenia świec chanukowych w Sejmie. Z przekazów wideo wynika, że Braun próbował uzasadniać swoje zachowanie jako stanowczy sprzeciw wobec rytualnych manifestacji, które według niego naruszają porządek i prawo: „Nie pozwolę na to, by kultura polityczna była narzucana przez manifestacje, których treść – moim zdaniem – sprzeczna jest z konstytucyjnym porządkiem publicznym” – mówił Grzegorz Braun.

Po swobodnych wyjaśnieniach został poproszony o odpowiedzi na pytania przedstawicieli oskarżenia. Jak wynika z relacji z sali, prokurator wielokrotnie zadawał szczegółowe pytania dotyczące kolejnych zdarzeń z 2023 i 2024 roku, w których uczestniczył poseł. Momentami atmosfera na sali była napięta. Jeden z komentarzy podczas składania wyjaśnień brzmiał: „To nie są konkretne zarzuty – to polityczna interpretacja moich działań, które miały charakter obronny wobec arbitralnych i niekonstytucyjnych praktyk”. Strona oskarżenia zadawała również pytania o incydent w Niemieckim Instytucie Historycznym z maja 2023 roku, gdzie – według aktu oskarżenia – miał zakłócić wykład o Holokauście, przewrócić głośnik i krzyczeć do sali. Grzegorz Braun w odpowiedzi stwierdził, iż jego działania miały na celu odsłonić manipulację narracyjną.

Kopała Brauna, nie przyszła do sądu

W trakcie rozprawy stało się jasne, że Magdalena Guzińska‑Adamczyk – wskazywana w akcie oskarżenia jako osoba poszkodowana w związku z incydentem z gaśnicą – nie pojawiła się na sali. Jak relacjonowano na żywo, sąd uwzględnił jej wyjaśnienia przesłane wcześniej i zdecydował, że jej zeznania odbędą się na posiedzeniu zamkniętym, bez udziału Brauna czy jego obrońców.

I ten fakt zasmucił chyba najbardziej obecnych uczestników rozprawy, ponieważ czekali na moment, aż Żydówka-agresorka spojrzy Grzegorzowi Braunowi w oczy i odniesie się do nagrania, na którym wyraźnie widać, jak się na jego kierunku rzuciła, krzyczała i kopała. Do tego niestety z „przyczyn osobistych” agresorki nie doszło.

Nie powstrzymało to jednak pana Brauna od wyjaśnienia: „Ta pani – cywil, to agresor w sferze symbolicznej – bo uczestniczka tego talmudycznego, satanistycznego rytuału rasistowskiego”. Jak stwierdził pan Grzegorz Braun w swojej przemowie przed budynkiem sądu po zakończonej rozprawie, brak stawienia się Żydówki-agresorki w charakterze świadka to próba uniknięcia spojrzenia prawdzie prosto w oczy „po tym, jak się nakłamało w prokuraturze”. W sieci pojawiały się fragmenty transmisji, w których obrońca Brauna miażdżył wersje prokuratury, wskazując na momenty, kiedy to pokrzywdzona zaczęła atakować parlamentarzystę. Pan Grzegorz Braun nawiązał tu w swojej wypowiedzi do mrocznej i talmudycznej genezy święta Chanuki, które w żadnym wypadku nie powinno być świętowane w polskim Sejmie.

Zadał również pytanie o źródło przyzwolenia na pojawienie się nieobyczajnych bombek na choince w gmachu Sądu, która została przez niego usunięta, albowiem ta interwencja również znalazła się w akcie oskarżenia: „Notabene te stowarzyszenia sędziowskie nie wykazały – a w każdym razie ja o to zapytam Wysoki Sąd – ale nie zauważyliśmy żadnych umów, które by opiewały na przekazanie rozporządzania tym mieniem. Nie wiemy, czy to było na zasadzie użyczenia tych bombek, czy na zasadzie darowizny… jeśli darowizna, to ciekawy, nowy wątek. Wobec tego, czy to zostało zgłoszone do Urzędu Skarbowego? I jeżeli zostałoby zgłoszone, to czy to jest legalne? Czy się godzi sędziom przyjmować darowiznę w postaci choćby bombek (już pomijam, nieobyczajne i nielicujące z powagą sądów treści eksponowane na tych bombkach)? Bo jeżeli można dać bombkę, to można dać też kurę na rosół” – wyjaśniał Grzegorz Braun mediom przed kamerami, co zresztą powtórzył na sali sądowej. Pytanie o legalność występowania takich zjawisk jak bombki propagujące treści nawiązujące do konkretnych ideologii nie powinny bowiem mieć miejsca w siedzibach instytucji państwowych, podobnie jak świecznik chanukowy w Sejmie RP. Dopiero po ocenie podstawy ich pojawienia się tam należałoby przejść do analizy reakcji, do których posunął się Prezes Konfederacji Korony Polskiej.

Przerwana wypowiedź o Żydach

Podczas ostatniej rozprawy oskarżony złożył wniosek o załączenie książki do materiału dowodowego: „Zapytam, czy zostanie uznane za stosowne włączenie tej książki jako całości do materiału dowodowego: »Reckless Rites. Purim and the Legacy of Jewish Violence« (Okrutne rytuały. Święto Purim i dziedzictwo żydowskiej przemocy), autor – Eliot Horowitz, którego, sądząc z nazwiska, nie będziemy podejrzewali o jakiś brzydki antysemityzm. To jest książka naukowa, wydana w Oksfordzie w roku 2006. Polecam. To jest książka jeżąca włos na głowie, która pokazuje na przestrzeni wieków praktykę żydowskiej rytualnej przemocy wywiedzionej z fałszywego kultu talmudycznego.

I ponieważ ta wojna rozpętana została, jak rozumiem, właśnie w duchu świąt purimowych – ponieważ w te święta żydowskie dzieci są zachęcane do tego, żeby powtarzały rytualny mord Hamana, jego jedenastu synów i wszystkich niezliczonych stronników za zgodą króla, który uległ urokom Estery (historia ze Starego Testamentu) – to znowu ważne, żeby Wysoki Sąd rozumiał, że ja występuję, mając świadomość realności zagrożeń wynikających z bezkarnego kultywowania, propagowania rasizmu właśnie przez talmudystów w kolejnych pokoleniach. Dziś Gaza i Iran – a przez wieki rytuał mordowania Hamana i jego stronników, zaczynając od jego potomstwa. Warto, żebyśmy rozumieli, z kim mamy do czynienia.

Mamy do czynienia z ludźmi, dla których wszyscy jesteśmy tyle warci, ile Haman i jego potomstwo. Warto rozumieć, że tak ci ludzie na nas patrzą i w związku z tym scenariusz ludobójstwa jest bardzo realny. A oczywiście bardzo realny jest scenariusz niewolnictwa, zniewolenia, poddania Polaków w woli żydowskich ludobójców, którzy – w czasie wolnym od ludobójstwa, od okrucieństwa bezpośredniego – dopuszczają się takiego okrucieństwa, jakim jest handel ludźmi, co również ma wielopiętrową, dziejową praktykę” – tłumaczył Grzegorz Braun.

„Moje poczucie zagrożenia wynikające z tego, że publicznie celebruje się rasistowski kult talmudyczny, jest zagrożeniem niewydumanym. Ja się tych ludzi lękam. Ja się ich osobiście boję – właśnie dlatego że przeczytałem te wszystkie książki i oglądałem doniesienia z frontów wojen, które Żydzi mieli fantazję wytoczyć w różnych stronach tego świata, sięgając po kij bejsbolowy, po lewar Imperium Amerykańskiego. Więc pozwoli Wysoki Sąd, że podyktuję do protokołu…?” – zapytał.

W tym miejscu jednakże wypowiedź oskarżonego została przerwana: „Nie zezwalam Panu” – odparł sąd. Każdy z nas powinien zadać sobie pytanie o przyczynę takiej decyzji. Jak widać, są tematy których nie można poruszać zbyt szeroko, nie wolno ich zgłębiać. A prawda nie może w polskich instytucjach w pełni wybrzmiewać publicznie.


Autor:Julia Gubalska nczas/oczy-i-uszy-na-sali-sadowej-reportaz-bez-cenzury-z-procesu-grzegorza-brauna