poniedziałek, 21 września 2026

Ziemia: okrągła czy płaszczyzna - o skutecznym rad sposobie w dialektyce na ten temat


Średniowiecze - w tamtych pięknych czasach, gdy dusza jeszcze była nieśmiertelna, a ludzie nie potrzebowali grawitacji, jako że niebo gwiaździste było nad nimi, a Ziemia zawsze pod ich stopami, poniżej zaś co najwyżej domyślano się istnienia piekła, ale nie antypodów, nikt się specjalnie nie śmiał z założenia, że Ziemia jest płaszczyzną. Obecnie sytuacja wygląda odwrotnie i nie wygląda na to by ciemne masy społeczne, czy też zwyczajami profesorowie, chcieli sobie odmówić wyśmiewa tych, którzy utkwili w Średnioweczu.

Na to się raczej nic nie poradzi, natomiast jest sposób, by nieco stłumić ten śmiech, przynajmniej w przypadku tych którzy jednak zachowali odrobinę zdrowego rozsądku.

Chodzi o to, że oprócz nawyku myślenia o Ziemi jako kuli, większość nigdy tym sobie nie zawracała głowy, traktując kulistość Ziemi za absolutnie pewną, nie zdając sobie sprawy, że kierują się wiarą a nie wiedzą.

A model Ziemi jako kuli jest złożony, jest to pewna struktura, która by wydawała się racjonalną, musi być taka na wszystkich poziomach. I tak, jeżeli Ziemia jest tym, czym nam się mówi, że jest, można z całkowitą pewnością udowodnić że pewne obiekty nie mogą być widziane z pewnej odległości, gdyż znajdują się poniżej linii horyzontu. I po prostu zobaczenie ich jest taką samą niemożliwością jak zobaczczenie tego co jest za rogiem zabudowanej ulicy. [W podejściu eksperymentalnym, widoczna linia horyzontu jest czysto subiektywna, i zależy od organu percepcyjnego obserwatora, wraz ze "wzmocnieniem oka", obiekty które wydawały się zniknąć za linią horyzontu, ponownie się pojawiają, podczas gdy teoria kulistości Ziemi zakłada, że linia horyzontu jest fizyczną realnością, zatem nawet najlepsza lornetka nie przywróci widoku tego, co zniknęło poniżej linii horyzontu.

To czysta i prosta matematyka, zatem realność proponowanego modelu Ziemi da się łatwo i prosto zweryfikować. Samo widzenie rzeczy niemożliwych - zgodnie z zakładanym modelem Ziemi - nie dowodzi jeszcze, że nie jest ona kulą. Np błąd może polegać nie na błędnym założeniu o kształcie Ziemi, ale o jej wielkości. Gdyby Ziemia była znacznie większą kulą, jej krzywizna dopuszczałaby widzenie obiektów ze znacznie większej odległości. Nie mniej, oficjalna wersja twierdzi, że wszystko ma dokładnie obliczone, Ziemia ma kształt i rozmiar dokładnie taki jak zakładany.

Zatem w naszej dialektyce wystarczy podać przykłady, że jednak takie obiekty, które powinny być poniżej linii horyzontu są widziane, mimo tego że nie mogą. Nie mniej, do uwolnienia się od bycia uosobieniem głupoty i idiotyzmu - w oczach przeciętnego, racjonalnego człowieka - potrzebujemy w naszej dialektyce dodatkowego elementu, otóż najlepiej jak taki obiekt jest po drugiej stronie jeziora, czym to jezioro mniejsze, tym lepiej, byle było dostatecznie duże, by zgodnie ze ścisłymi obliczeniami zapewniało odpowiednią odległość sprawiającą to, że według zakładanego modelu Ziemi obiekty po drugiej stronie jeziora są  niemożliwe do zobaczenia. Dlaczego czym mniejsze jezioro tym lepiej? Otóż przeciętny człowiek, kiedy jest nad oceanem czy wielkim zbiornikiem wody, widzi płaszczyznę, ale zakłada że gdzieś tam dalej ten ocean się jednak zakrzywia, elegancko zgodne z kulistością Ziemi i nie zawraca sobie więcej tym głowy. W końcu tego od dzieciństwa go uczono. Natomiast nikt go raczej nie uczył, że jezioro Śniardwy jest tak naprawdę wypukłe, więcej płaskość tego jeziora jest brana przez tegoż człowieka za pewnik, a to nie z innego powodu, że wierzy on swoim oczom, i żadne teorie nie mącą mu wzroku.

I tak, w dyskusji dajemy przykład tego, że z jednego brzegu jeziora, widać to co jest na drugim. Można przypuszczać, że  to by zwykłego człowieka nawet nie dziwiło, ale tu dowiaduje się od specjalistów, którzy potrafią liczyć, że to po prostu niemożliwe. Dla specjalisty to nie jest akurat coś co zmieniłoby jego zdanie na temat okragłości Ziemi, bo według niego ma tu miejsce tak zwana refrakcja. Zatem informuje on naszego przeciętnego człowieka, że na przykład Korsyka widziana z Nicei, Chicago widziane z preciwległegio brzegu jeziora Michigan, miasteczko na przeciwległym  brzegu Śniardw, nie są tam, gdzie je widzi, to złudzenie optyczne. Jeżeli model Ziemi ma przetrwać, musi tak twierdzić. To daje nam ciekawą definicję złudzenia optycznego, mianowicie wszystko co nie może być widziane, bo nie zgadzałoby się to z obecną teorią kulistości Ziemi, a mimo to jest widziane. To jednak nie wszystko. Po co w naszej dialektyce potrzebujemy jeziora? Otóż nasz specjalista twierdzi, że miasto na drugim brzegu jeziora nie jest widziane z uwagi na wypukłość jeziora. Zatem jego teoria o kulistosci Ziemi, zredukowana do mniejszej skali, w której na codzień zwykły człowiek żyje, wymaga od niego twierdzenia: to miasto, które tam widzisz, tak naprawdę tam nie jest, to złudzenie optyczne bo tak naprawdę widok miasta jest przesłonięty z uwagi na krzywiznę jeziora, która jest rzeczywista, choć jej nie widzisz.

Miasta tam gdzie go widzisz nie ma, bo tak naprawdę jest niewidoczne z uwagi na wypuklość jeziora, ktora jest niewidoczna, ale choć jej nie widać, to jest, bo przesłania widok miasta, które co prawda widać, ale co się rozumie samo przez się, ten widok jest tylko iluzją optyczną. Jak mogłoby być inaczej?

I teraz, choć zaczynaliśmy jako beznadziejny idiota, płaskziemiec, możemy się przemianować w płaskojeziorca, który zakłada coś tak absurdalnego jak to, że miasto które widać jest widoczne nie z innego powodu jak ten, że jeszcze nigdy nikt nie widział wypukłego jeziora i że różnica poziomu pomiędzy przeciwległymi brzegami jeziora = 0.

Natomiast naszemu specjaliście nadajemy miano wypukłojeziorca, przedstawiciela ściśle racjonalnego poglądu, opisanego powyżej, i jakkolwiek zabawny może się on wydawać, aby utrzymać wiarę w kulistość Ziemi musi być on traktowany z całą powagą. To nie żadna satyra, to jest dokładnie współczesny pogląd naukowy, a ludzie którzy wierzą w to co widzą, czyli płaską taflę jeziora Śniardwy są beznadziejnymi idiotami.

Byłoby naiwnością oczekiwać zmiany stanowiska specjalisty, natomiast można oczekiwać od przeciętnego człowieka, obdarzonego choć odrobiną zdrowego rozsądku i przysłuchującego się dyskusji, by doszedł do wniosku, że chyba jednak z tą kulistoścą Ziemi nie wszystko jest tak proste i oczywiste jak go zapewniają specjaliści.

Zwłaszcza, że płaskojeziorcy potrafią udowodnić, że to czego nie można zobaczyć, widać. Z tym wypukłojeziorcy nie dyskutują. I z pewnością wierzą też, że wszystkie takie "widzialne obiekty", które zgodnie z ich teorią powinny być niewidzialne, są iluzją optyczną. Co zresztą, gdyby chcieli, mogliby zweryfikować. Wystarczy kamera filmująca np Chicago z brzegu na którym leży i stopniowe oddalanie się w stronę przewlekłego brzegu. Jeżeli mamy do czynienia z refrakcją, w pewnym momencie Chicago musi zniknąć z filmu, co najwyżej później pojawić się ponownie jako refrakcja.

Dlaczego pustelnicy lubią Średniowiecze? Średniowiecze miało wiele zalet, a jedną z nich było to, że nikt nie odczuwał potrzeby udowodnienia, że woda na brzegach jeziora ma zawsze ten sam poziom.

Teraz wierzący w wypukłość jezior, nie odczuwają potrzeby zweryfikowania swej wiary. A może odczuwają potrzebę jej zachowania, i zdrowy rozsądek podpowiada im, by lepiej się w takie eksperymenty nie bawić?

W każdym razie, jedynym celem artykułu było strukturalne zredukowanie dialektyki i sprowadzenie jej do poziomu - na płaszczyznę? - gdzie w miarę rozsądny człowiek powinien przyznać, że na Ziemi - niezależnie od jej kształtu -można znaleźć znacznie wiekszch głupków niż tych którzy wierzą, że stojąca woda w kanale czy zbiorniku jest płaska i na tym samym poziomie w jakimkolwiek swym miejscu.

Piła w ruch. Klimek i Braun zdemontowali znak Strefy Czystego Transportu w Krakowie


Kandydat Konfederacji Korony Polskiej na prezydenta Krakowa Michał Klimek symbolicznie zlikwidował tzw. Strefę Czystego Transportu w stolicy Małopolski. Wraz z Grzegorzem Braunem użyli szlifierki kątowej i odcięli słupek ze znakiem informującym o wjeździe do SCT.

– Pytacie mnie, co zrobię ze Strefą Czystego Transportu? To proste, zlikwiduję ją. Osobiście! – zadeklarował Klimek i przystąpił do cięcia metalowej konstrukcji.

Głos zabrał także Braun. Przedstawił akcję jako zapowiedź kierunku, w jakim pójdzie krakowski magistrat po ewentualnym zwycięstwie wyborczym Klimka.

– Szanowni Państwo, to zaledwie miły przedsmak tego, co czeka nas, normalnych Polaków, za prezydentury Michała Klimka w Krakowie. A przecież odzyskanie niepodległości nie może na tym się zakończyć. To zaledwie początek – podkreślił.

Klimek określił Strefę Czystego Transportu jako „strefę czystego absurdu”, „strefę wykluczenia i dyskryminacji normalnych Polaków, rodaków, mieszkańców Krakowa, którzy być może nie są posiadaczami aut z najnowszych roczników”.

Krakowska SCT funkcjonuje od 2024 roku i dopuszcza do centrum miasta pojazdy elektryczne, wodorowe, zasilane gazem ziemnym oraz spalinowe spełniające normy Euro 4 (benzyna) i Euro 6 (diesel). Wszystko to pod pretekstem dbania o środowisko. No chyba, że kierowca zapłaci, to wtedy nikt się już środowiskiem nie przejmuje.

Do końca 2026 roku dzienny wjazd kosztuje 5 zł, a abonament miesięczny 100 zł. Opłaty będą rosnąć etapami. Od 1 stycznia 2027 roku stawka będzie wynosić 15 zł dziennie i 250 zł miesięcznie, a w 2028 roku miesięczny abonament ma sięgnąć nawet 500 zł.

==================================


19.09.2026
nczas/pila-w-ruch-klimek-i-braun-zdemontowali-znak-strefy-czystego-transportu-w-krakowie

Rośnie groźba wciągnięcia Polski do wojny


Ze mną lepiej. Przejechałem dzisiaj na rowerze około trzydzieści kilometrów – część po leśnych drogach – i nie zmęczyłem się nadmiernie. Jeszcze miesiąc temu po takim dystansie byłem wyczerpany i parę godzin wracałem do sił. Taka jazda to dla mnie najlepszy czas, żeby przemyśleć różne problemy. Jazda była przyjemnością, ale w przemyśleniach pełno niepokoju, a przede wszystkim rosnąca obawa przed wojną. Nie ma we mnie tego psychicznego i fizycznego strachu przed wojną, który mieli ci, którzy jakąś wojnę przeżyli. Pamiętam to ze wspomnień mamy, która taki strach przeżyła jako kilkuletnie dziecko i to przeżycie było z nią do późnej starości.

Nie wiem na ile prawdopodobne jest wciągnięcie Polski do wojny, ale jestem przekonany, że taka groźba rośnie. Niestety na przestrzeni kilkunastu lat jesteśmy rządzeni przez idiotów, którzy robią wiele, żeby na nas wojnę sprowadzić, a nie robią prawie nic, żeby nas przed nią uchronić. Niewiele brakuje, by ci idioci stali się zbrodniarzami, ponieważ prowadząc do wojny w żaden sposób nie przygotowali do niej społeczeństwa.

Przedwczoraj w Stalowej Woli zawyły syreny. Ludzie na ulicy kompletnie się nimi nie przejęli. Znajomy opowiadał mi o pewnej dyrektorce szkoły, która niemal płakała mówiąc, że nie miała pojęcia, co zrobić z dziećmi. Rządzący idioci wysłali komunikat, żeby w czasie alarmu udać się w bezpieczne miejsce. Jednak rządzący idioci zarówno w państwie, jak i w mieście nie wskazali ani nie przygotowali żadnych bezpiecznych miejsc dla kilkuset dzieci z tej szkoły.

Stalowa Wola to siedziba największej zbrojeniowej fabryki w kraju. W razie wojny jest przecież oczywistym, że będzie jednym z pierwszych celów. Ci, którzy będą odpowiadać za unicestwienie Stalowej Woli będą zbrodniarzami. I nie będą to tylko ci, którzy wystrzelą rakiety, drony czy użyją innej broni, która zniszczy Stalową Wolę i zabije dzieci ze wspomnianej szkoły wraz z jej dyrektorką. Zbrodniarzami będą w równym stopniu ci, którzy wiedząc o katastrofalnym braku przygotowania Polski i Stalowej Woli do wojny wciągną nas w nią.

Mieszkam w linii prostej kilkaset metrów od Huty Stalowa Wola, czyli od największej fabryki zbrojeniowej. Jeśli Rosjanie przywalą czymś mocniejszym będzie po mnie. Gdybym miał możliwość, to bym się przeniósł w bezpieczniejsze miejsce. Niestety nie mam gdzie, ani nie stać mnie na znalezienie sobie bezpieczniejszego miejsca i nawet nie myślę o Hiszpanii czy Portugalii. Nie czuję jeszcze fizycznego strachu, ale świadomość, że w razie czego nie przeżyję zaczyna do mnie docierać. Nie chcę ulegać panice i cały czas mam nadzieję, że rządzący idioci nie są aż takimi idiotami, żeby świadomie wciągnąć Polskę w wojnę. Jednak ta moja nadzieja słabnie choćby z jednego powodu. Chodzi o to, że rządzący nami idioci są rządzeni przez obcych, których polecenia wykonują. Jak działa ten mechanizm? Ano według mnie tak…

Zaostrza się globalny konflikt między Chinami i USA. Generalnie Stany Zjednoczone tracą globalną hegemonię. Częścią tego konfliktu jest wojna rosyjsko – ukraińska. Rosja bez wsparcia Chin nie poradziłaby sobie. Z kolei Ukraina bez Zachodu już dawno przegrałaby. Ukraina przegrywa i świadomość tego mają rządzący Niemcami, Wielką Brytanią, Francją jak i przede wszystkim Amerykanie. Cały Zachód wie, że możliwości dalszego prowadzenia wojny przez Ukrainę są na wyczerpaniu. Nie mogą jednak pozwolić na to, by wyczerpanie Ukrainy zakończyło wojnę.

Dla nich wygrana Rosji jest niebezpieczeństwem w różnych wymiarach. Przede wszystkim wygrana Rosji grozi im utratą władzy we własnych państwach. W Wielkiej Brytanii, Francji i Niemczech ugrupowania polityczne przeciwne wojnie z Rosją rosną w siłę. Zwycięstwo Rosji może być kroplą przepełniającą czarę na ich korzyść. Dlatego dalsze prowadzenie wojny z Rosją staje się kwestią utrzymania władzy.

Dla Amerykanów zwycięstwo Rosji, to nie tyle zwycięstwo Rosji, co Chin. Dla nich korzystne jest, żeby Rosja się wykrwawiała, ale żeby oni nie ponosili tego kosztów, więc najlepiej cudzymi rękami wyciągać kartofle z ukraińskiego ogniska. I tu dochodzimy do roli w całej sprawie Polski, a w tym Stalowej Woli.

Coraz więcej wskazuje, że cały Zachód przeznacza Polskę do kontynuowania wojny w sytuacji wyczerpania się zasobów Ukrainy. Oczywistym staje się, że Zachód ma aż nadto instrumentów nacisku na idiotów rządzących Polską, żeby ci ściągnęli na nas tę katastrofę. To się już dzieje! Boję się, że to nabiera impetu. Przeraża mnie, że większość Polaków nie ma o tym pojęcia, również tych, których codziennie mijam na ulicach Stalowej Woli.

W tym roku z powodu choroby nowotworowej już porządkowałem i zamykałem swoje życiowe sprawy. Póki co uniknąłem najgorszego. Mam przypływ wisielczego humoru na myśl, że znowu powinienem zacząć te porządki, bo tym razem nie nowotwór, ale rosyjska rakieta na spółkę z idiotami rządzącymi Polską i Stalową Wolą mogą zakończyć moje rowerowe wycieczki.

A do Państwa dociera do czego prowadzą idioci rządzący Polską?

Andrzej Szlęnzak
https://myslpolska.info/

========================

Panie kochany ! To nie tylko idioci, ale również zbrodniarze. To warto jednoznacznie napisać. MD

[Kaczyński, Tusk to bez wątpienia zbrodniarze, natomiast przeciętna idiotka w waginecie Tuska, jest tylko przeciętną idiotką. Co jednakże nie zmniejsza jej odpowiedzialności za ludzkie cierpienie, do którego się dokłada. Już sporo osiągnęła a w wypadku wojny, raczej nie może oczekiwać czegoś więcej niż piekła. VB]

Romantyzowanie ludobójstwa, czyli po co Netflix wyprodukował serial „Fauda”

 

Tym wyznaniem zapewne zaskoczę Czytelników śledzących moje publikacje, w których stanowczo i bezkompromisowo krytykuję Izrael. Otóż zanim zabrałam się za zbieranie materiału do książki „Holokaust Palestyńczyków”, zawierającej wstrząsające relacje ofiar Izraela, oglądałam – z wypiekami na twarzy – izraelską propagandę. Co więcej, robię to nadal.

Wychodzę z założenia, że trzeba poznać metody wroga. Syjoniści – zakała ludzkości – to nie tylko wrogowie Palestyńczyków, ale całego cywilizowanego świata. Wejdan Abu Shammala, dziennikarka z Gazy, powiedziała mi, że „milczenie świata to współudział w zbrodni”. Dlatego uważam, że demaskowanie kłamstw Izraela to obowiązek każdego, kto jest świadomy popełnianych przez nich okrucieństw.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że jestem na beznadziejnej pozycji, bo w przeciwieństwie do syjonistów nie dysponuję środkami finansowymi, nie mam dostępu do mediów głównego nurtu oraz platform streamingowych, nie steruję algorytmami, ani nie trzymam na smyczy polityków i dziennikarzy większości krajów świata.

Mimo to, robię swoje na miarę skromnych możliwości. Kiedy żydowscy zbrodniarze kłamią, że walczą z terrorystami, ja odpowiadam spisanymi relacjami naocznych świadków, którzy przedstawiają dowody, że Izrael morduje przede wszystkim bezbronnych cywilów, w tym kobiety i dzieci.

Kiedy zbrodniarze – oraz ich słudzy pokroju prezydenta Karola Nawrockiego – twierdzą, że „Izrael ma prawo do samoobrony”, ja wykazuję, że Izrael jest okupantem Palestyny i bezwzględnym agresorem. Kiedy ignorant premier Donald Tusk publicznie oświadcza, że „Polska była, jest i będzie po stronie Izraela w jego konfrontacji z islamskim terroryzmem”, ja mu odpowiadam listem otwartym, w którym łopatologicznie tłumaczę, że nie byłoby Hamasu, gdyby nie Izrael.

MANIPULACJA WIDZAMI

To właśnie wspomniany Hamas jest głównym antagonistą izraelskich żołnierzy jednostki specjalnej – bohaterów propagandowego serialu „Fauda” (z arabskiego „chaos”). Głośna produkcja platformy Netflix koncentruje się na konflikcie izraelsko-palestyńskim, pomijając jednak kluczowe fakty dotyczące jego źródła.

W realnym życiu zaczęło się od tego, że żydowscy najeźdźcy ukradli ziemię Palestyńczykom i jako pierwsi odpalili szereg brutalnych działań. Serial „Fauda” oczywiście to przemilczał.

Przypominam więc o Nakbie w 1948 roku, kiedy żydowscy przybysze z innych krajów zmusili do ucieczki od 700 tysięcy do miliona Palestyńczyków. Generalnie powstanie państwa Izrael wiąże się z konfiskatą palestyńskiej ziemi, niszczeniem palestyńskich wiosek, wyburzaniem palestyńskich domów, przymusowymi przesiedleniami czy ograniczaniem swobody przemieszczania się Palestyńczyków.

Do tego dochodzi fizyczna przemoc żydowskich osadników wobec Palestyńczyków, w tym brutalne porwania i aresztowania, bezpodstawne przetrzymanie w więzieniach cywilów, z kobietami i dziećmi włącznie, poniżanie, torturowanie i zabijanie.

Jest więc naturalne, że po takim traktowaniu – trwającym od dekad – Palestyńczycy zaczęli się buntować. Z definicji taki bunt nazywa się ruchem oporu, czyli tajną i zorganizowaną działalnością ludzi, którzy walczą z okupantem lub z niesprawiedliwą władzą. Tym więc właśnie jest Hamas, który zresztą powstał nie bez inspiracji Izraela, chcącego mieć pod kontrolą także buntowników.

Tego całego kontekstu brakuje w produkcji Netflixa, która opowiada o konflikcie, pomijając jego faktyczne przyczyny. Ktoś powie, że to przecież tylko fabuła, a nie dokument, więc autorzy mają prawo tworzyć scenariusz według własnego widzimisię.

Problem w tym, że Lior Raz i Avi Issacharoff – pomysłodawcy i twórcy serialu „Fauda” – twierdzą, iż scenariusz został zainspirowany ich własnymi doświadczeniami wojskowymi i dziennikarskimi oraz prawdziwymi wydarzeniami. Nie wątpię, że po części tak było. Jednak bez kluczowego kontekstu dotyczącego faktycznych źródeł konfliktu zbyt wielu widzów uwierzyło w kłamstwo, że Izraelczycy są ofiarą, a Palestyńczycy agresorem zasługującym na śmierć.

MORDERCY Z LUDZKĄ TWARZĄ

Perfidia twórców serialu ma wiele wymiarów. Całkowicie pominięto chociażby obrzydliwy rasizm syjonistów, na którym oparto państwo Izrael. Tymczasem główna postać „Faudy” – Doron Kabilio (w tej roli współtwórca Lior Raz) – choć zabija Palestyńczyków na potęgę, to bywa przy tym wrażliwy i uczuciowy wobec okupowanego narodu.

Dla przykładu, w 1., 2. i 4. sezonie Doron szczerze zakochał się w palestyńskich kobietach, które wykorzystywał w ramach operacji specjalnych, by dorwać ich krewnych powiązanych kolejno z Hamasem i Hezbollahem. Następnie dzielnie próbował je ochronić. W 3. sezonie miał romans z żydowską koleżanką z pracy, ale ani wobec niej – ani wobec żydowskiej żony, którą zdradzał – nie był już taki sentymentalny jak do Palestynek.

Innym razem dręczyły go wyrzuty sumienia, gdy cynicznie oszukiwał młodego niewinnego Palestyńczyka, żeby w ramach tajnej misji rozpracować członków jego rodziny powiązanych z Hamasem. Doron jest Izraelczykiem pochodzenia irackiego, więc świetnie mówi po arabsku, dzięki czemu łatwo przenika na stronę przeciwnika, udając jednego z nich.

Tamta akcja skończyła się katastrofą. Gdy palestyński chłopak poznał prawdę, poczuł się zdradzony. Dodatkowo dotknęła go hańba, że dał się podejść izraelskiemu agentowi. Palestyńczyk musiał więc się „oczyścić” i zemścić. Zradykalizował się, co w konsekwencji doprowadziło do krwawej jatki. „Fauda” pokazuje więc czasem, że Izraelczycy również popełniają błędy, co ma uwiarygodnić propagandową serię.

Dzięki tym sprytnym zabiegom nawet i ja mam swój ulubiony wątek w serialu. Dzieje się to w 4. sezonie, kiedy Gabi Ayub (w tej roli Itzik Cohen), dowódca izraelskiej jednostki do zadań specjalnych, zostaje porwany przez Hezbollah.

We wcześniejszych sezonach bezwzględnie przesłuchiwał palestyńskich więźniów, w tym kobiety, by ich złamać, wydobyć informacje i zmusić do zdrady swoich. Kiedy sam trafił w niewolę bojowników Hezbollahu, kapitan Ayub pod wpływem tortur „wyśpiewał” dosłownie wszystko, łącznie z nazwiskami i adresami zamieszkania izraelskich agentów, którymi dowodził. Ta „słabość” kosztowała życie części z nich.

„Ludzkie oblicze” izraelskich bohaterów „Faudy” – którzy na co dzień zajmują się bezwzględnym zabijaniem – przewija się przez całą serię. Pokazywane są ich słabości, walka w wewnętrznymi demonami, trudności z normalnym funkcjonowaniem, rodzinne dramaty, cierpienie po stracie przyjaciół z jednostki, którzy zginęli podczas akcji.

Widząc to wszystko, nawet zatwardziały przeciwnik Izraela – a za takiego się uważam – może poczuć jakieś współczucie wobec głównych postaci „Faudy”. Dlatego uważam, że jest to świetnie zrealizowany serial propagandowy. Oczywiście piszę to nie bez żalu i obrzydzenia wobec twórców, którzy najmocniej przegięli w najnowszym 5. sezonie.

KŁAMSTWO DLA ŚWIATA

Nie byłam zaskoczona, że ostatni sezon „Faudy” – który miał premierę we wrześniu 2026 roku i był zrealizowany po dłuższej przerwie – koncentruje się wokół wydarzeń 7 października 2023 roku, kiedy Hamas zaatakował Izrael. To przełomowy moment w historii konfliktu izraelsko-palestyńskiego, który i mnie „pchnął” do wzmożonej aktywności dziennikarskiej w tym temacie, w wyniku czego powstała książka „Holokaust Palestyńczyków”.

5. sezon obejrzałam z największymi emocjami, bo w pamięci miałam rozmowy z Palestyńczykami – świadkami trwającego w Strefie Gazy ludobójstwa – którzy opowiadali o izraelskich bombardowaniach zrównujących z ziemią szpitale, szkoły, całe osiedla. Wiem też o celowym ostrzeliwaniu przez Izrael karetek pogotowia czy atakowaniu zagranicznych wolontariuszy próbujących dostarczyć leki i żywność dla konających cywilów. To wszystko pomija produkcja Netflixa.

Jest za to Eli, który powołuje się na „Boga zemsty”, bo Hamasowcy zabili w kibucu żonę i dzieci. Nie zdążył ich ocalić, bo zatrzymały go akcje zbrojne Hamasu wzdłuż granicy z Gazą. Nie zdążył też Doron, bo w międzyczasie ruszył z pomocą izraelskiej młodzieży, zaatakowanej przez Palestyńczyków podczas festiwalu.

Najbliżsi Eliego zginęli tragicznie, a ich ostatnie chwile, kiedy próbowali przetrwać w obliczu brutalnego zagrożenia, budzą u widza współczucie. Znaczna część fabuły skupia się na ogromnym uczuciu łączącym tę żydowską rodzinę. Chodzi o to, aby odbiorca – wzruszony cierpieniem romantycznego żołnierza – dał mu niejako prawo do krwawej zemsty.

Dwa lata później, kiedy Eli poznaje nazwisko i adres zabójcy, wyrusza do Marsylii we Francji, by pomścić rodzinę. Dołącza do niego Doron, zmagający się zespołem stresu pourazowego. Oprócz prywatnej zemsty, mają za zadanie udaremnić kolejny atak na Izrael, tym razem z udziałem pro-palstyńskich działaczy z Europy.

Ale jak to? Ktoś z oświeconej Europy popiera tych złych Palestyńczyków? Spokojnie, na to syjoniści mają „argument”. Do obsady „Faudy” dołącza blondwłosa Francuska (Mélanie Laurent), której serce zdobył bojownik Hamasu. Izrael znalazł więc sobie „wytłumaczenie”: jeśli ktoś opowiada się po stronie Palestyńczyków, to znaczy, że ślepe zakochanie odebrało temu komuś rozum i rozeznanie.

Tak mniej więcej poprowadzono ten wątek w „Faudzie”, ale nie tylko. Sama wielokrotnie czytałam o sobie komentarze w Internecie – prawdopodobnie produkowane przez izraelskie boty – sugerujące, że w życiu prywatnym musiałam być uwiedziona przez jakiegoś muslima, skoro opisuję Palestyńczyków jako ofiary.

I wreszcie, zmagający się z traumami po 7 października bohaterowie „Faudy” wciskają widzom Netflixa ściemę, że Izrael dał się zaskoczyć. Nic bardziej mylnego. Przed szykowanym przez Hamas zamachu ostrzegała chociażby egipska bezpieka. Poza tym Izrael ma doskonały wywiad, śmiem przypuszczać, że najlepszy na świecie. Moim zdaniem atak był wręcz Izraelowi na rękę.

Według oficjalnych danych (strach pomyśleć, co kryje się za nieoficjalnymi) wydarzenia zapoczątkowane 7 października 2023 roku przyniosły 61,5 razy więcej ofiar śmiertelnych po stronie palestyńskiej niż po stronie izraelskiej. Od trzech lat trwa metodyczne ludobójstwo na narodzie palestyńskim w Gazie.

Zbrodni Izraela nie da się już ukryć, bo Palestyńczycy mają telefony z kamerami. Skoro więc nie da się ukryć niewygodnych faktów, można próbować zagłuszyć je innym przekazem. Uważam, że właśnie taką funkcję pełni serial „Fauda” – ma odwracać uwagę od okrucieństw Izraela i faktycznych powodów konfliktu. A żeby lepiej się to sprzedało, fabułę podlano sosem romantycznych uniesień.

Agnieszka Piwar

PS Dwa dni po premierze „Faudy”, podczas 83. Festiwalu Filmowego w Wenecji, miał światową premierę w konkursie głównym dokument „NAZA” Yuvala Abrahama i Rachel Szor, poświęcony systemowi izraelskich ataków w Gazie i ich skutkom dla ludności cywilnej. Projekcję zakończyła ponad 24-minutowa owacja na stojąco, co stanowi rekord w historii festiwalu. Film otrzymał następnie Nagrodę Specjalną Jury.

Od tamtej pory algorytmy w mediach społecznościowych pokazują mi niezliczoną ilość postów i przerobionych przez AI filmów oczerniających twórców nagrodzonego dokumentu. Jak długo żyję, nie widziałam tak potężnej nagonki jak ta wobec tych odważnych izraelskich filmowców, którzy zdemaskowali zbrodnie dokonywane przez ich państwo.

Przez Agnieszka Piwar 2026-09-19

piwar/romantyzowanie-ludobojstwa-czyli-po-co-netflix-wyprodukowal-serial-fauda

tutaj można postawić mi kawę
https://piwar.info/wspieraj-wolne-slowo/


Zostałeś strażnikiem własnego gułagu


Stale rosnące wykorzystanie sztucznej inteligencji, a co za tym idzie gwałtownie rosnące zapotrzebowanie na pamięć masową i moc obliczeniową, powoduje obecnie na całym świecie boom budowlany związany z powstaniem ogromnych centrów danych. Jednocześnie politycy na całym świecie narzucają działania na rzecz ochrony klimatu w celu ograniczenia emisji CO². Natomiast gigantyczne zużycie energii i wody przez centra sztucznej inteligencji nigdy nie jest poruszane. Dziennikarz śledczy David Icke wyjaśnia, dlaczego budowa centrów danych i rewolucja w dziedzinie sztucznej inteligencji mają dla polityków wyższy priorytet niż rzekomo zbliżająca się globalna katastrofa klimatyczna.

David Icke twierdzi, a ja się z nim zgadzam, że nie powinieneś mieć możliwości samodzielnego kierowania swoim życiem i opłacania rachunków, lecz twoje przetrwanie powinno całkowicie zależeć od rządu. Taki jest plan. A jeśli po prostu będziemy tam stać i patrzeć, to tak się stanie. Ale nie musi tak być. Garstka ludzi nie może rządzić 8 miliardami, chyba że te 8 miliardów to po prostu zaakceptuje i podporządkuje się tej garstce. Koniec historii.

Wyjaśniam tym, którzy nie wiedzą: Gułag (lub GUŁag) to radziecki system obozów pracy przymusowej, który istniał w ZSRR od 1930 do lat 50. i 60. XX wieku. Były to miejsca „resocjalizacji” dla podejrzanych o niesprzyjanie totalitarnej władzy. Te obozy stały się pierwowzorem dla niemieckich obozów koncentracyjnych. Pierwszy niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny w Dachau otwarto 22 marca 1933 roku. Także i niemieckie obozy broniły totalitarnego systemu przed wrogimi ideologiami. W rzeczywistości służyły w utrzymaniu terroru nad własnym społeczeństwem. [Nie jestem pewny czy sama idea obozu koncentracyjnego jest zła. Jest przecież wiele szkodliwych jednostek, które są zagrożeniem dla zdrowia społeczności. Odizolować je, dać normalnie zjeść i niech pracują na rzecz społeczeństwa. Zatem idea całkiem dobra, tyle że w rzeczywistości wymagałoby też dobrych i sprawiedliwych rządzących... VB]

Ależ to przecież odległa historia, cóż my mamy z tym wspólnego? System totalitarny to ustrój polityczny, w którym państwo kontroluje wszystkie dziedziny życia społecznego i prywatnego, dążąc do całkowitego podporządkowania sobie obywateli. Tę i wcześniejsze definicje otrzymałem od SI – Sztucznej Indoktrynacji. My żyjemy wszakże w demokracji – nieprawdaż? Nasze rządy nigdy przecież nie będą propagować społecznej kontroli poprzez media, system kamer i szerzenie strachu przed konsekwencjami za myślozbrodnię.

Nawet błędne myślenie stało się przestępstwem podlegającym karze. Adam Smith-Connor i Isabel Vaughan-Spruce zostali oskarżeni za cichą modlitwę w pobliżu kliniki aborcyjnej. Nie podeszli do nikogo, nie rozdawali ulotek i nie spowodowali żadnego zakłócenia porządku. Niezależnie od stanowiska w sprawie aborcji, pytanie pozostaje to samo: od kiedy spokojna myśl stała się sprawą dla policji i sądów?

Przedstawiony fragment nie opisuje historii z czasów drugiej wojny światowej – to się wydarzyło niedawno na Wyspach Brytyjskich – kolebce europejskiej demokracji. Cytat pochodzi z opublikowanego w czerwcu artykułu na benews.media: Cyfrowy Gułag. Źródło.

Winston Smith pokochał już Wielkiego Brata, jak przepowiedział George Orwell w swojej słynnej książce.

Już od dawna jesteśmy strażnikami naszego gułagu. Niepotrzebne koszty na drut kolczasty, wieże strażnicze ze strażnikami zostały wyeliminowane. Wystarczy telewizja, komórka i bardzo sztuczna inteligencja zastąpiona atrofią tej niegdyś wszechobecnej naturalnej inteligencji. Wydajemy nawet spore pieniądze na zakup jeszcze lepiej kontrolującej nas komórki oraz wielkiego płaskiego ekranu nieprawdy. Stalin i Hitler patrzyliby z zawiścią na taki rozwój wydarzeń.

Pomyśl, ile twoich myśli wcale nie jest twoich, tylko zostało ci po cichu wpojone na zasadzie kukułczego jaja. Ta metafora została dobrze wyjaśniona w artykule sprzed 7 laty, czyli tuż przed kowidowym gułagiem:

Kukułka to wyrodny rodzic [ależ nie!! sprytny, bo ma więcej sił na następne jaja... MD] , gdyż podrzuca jaja innym ptakom. W życiu ptaków decydujące znaczenie mają reakcje instynktowne. Jajo czy pisklątko w naszym gnieździe jest nasze, nawet jeśli inaczej wygląda. Wykluje się z niego potwór. Rośnie szybko, jest bardziej przebojowy i szerzej rozdziawia dziób przy karmieniu. Jeśli znajdzie obok siebie jajo czy przybranych braci, szybko wyrzuci ich na ziemię. A na koniec oszust i morderca w jednej osobie dorasta wieku dojrzałego.

Nasze myśli nie są już nasze – to są te kukułcze jaja, które odebrały nam wolność.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

20. września 2026 Marek Wojcik
world-scam/zostales-straznikiem-wlasnego-gulagu

Wojciech Bąk poeta zapomniany

 

23 kwietnia 2017 r. mija 110. rocznica urodzin Wojciecha Bąka -wywodzącego się z Ostrowa poety, dramaturga, prozaika, eseisty, tłumacza. Z tej okazji młodzież z Gimnazjum nr 3, Szkoły Podstawowej „Edukator”, Szkoły Podstawowej nr 4 i Szkoły Podstawowej nr 1 wzięła udział w wykładzie poświęconym literatowi. Prelekcja zatytułowana „Poeta w czasach totalitaryzmu.

Prelekcja o Wojciechu Bąku w 110. rocznicę jego urodzin odbyła się 20 kwietnia w Filii Biblioteki nr 7 i w dniu 24 kwietnia w Filii Biblioteki nr 2. Sylwetkę pisarza i jego tragiczne losy przedstawił Jarosław Biernaczyk - historyk, regionalista, publicysta, nauczyciel w II LO w Ostrowie, redaktor roczników: „Nowy Promień” i „Studia Iudaica Ostroviensia”.

Prelegent w bardzo interesujący sposób przybliżył biografię najsłynniejszego ostrowskiego poety. Nie zabrakło wielu ciekawostek z życia Bąka, anegdot z nim związanych oraz wspomnień jego ucznia, z którym historyk miał okazję się spotkać. Jednak szczególny nacisk położył na zmagania pisarza z systemem totalitarnym, jego postawę wobec ustroju i założeń socrealizmu oraz walkę o wolność w pracy literackiej.

- Nawet w Ostrowie niewiele osób o nim pamięta. Może jeszcze parę osób w Poznaniu, a poza Wielkopolską jest to już postać mocno zapomniana. Dlatego uważam, że to bardzo dobrze, iż jego pomnik jest postawiony przed I Liceum Ogólnokształcącym. Czy był najwybitniejszym absolwentem tej szkoły, skoro tylko jego popiersie tam się znalazło? Przecież kończyło ją tysiące absolwentów. Często się nad tym zastanawiałem i często też byłem pytany o to przez osoby spoza Ostrowa, które tu przyjeżdżały. Nie, nie był, jednak z kilku powodów to dobrze, że to właśnie Bąk ma swój pomnik przed tą szkołą. Mam nadzieję, że nauczyciele I Liceum przypominają i wykorzystują jego postać (choćby na lekcjach wychowawczych), zwłaszcza po to, by uświadomić młodym ludziom czym był komunizm, czym jest ustrój totalitarny, gdzie z człowiekiem można zrobić wszystko. Można być znaną postacią, zdolnym pisarzem, ale wystarczy powiedzieć jedno czy dwa zdania nie takie, jak władza chce i człowiek jest zniszczony. Jeden z jego biografów napisał: „To nie Bąk był wariatem, to epoka, w której żył była zwariowana”. W pełni się z nim zgadzam - mówił J. Biernaczyk.

Wojciech Bąk urodził się w 1907 roku w Ostrowie Wielkopolskim. Ukończył Gimnazjum Męskie (dziś I Liceum Ogólnokształcące). Tam też zdał maturę. Był absolwentem filologii polskiej i filozofii na Uniwersytecie Poznańskim. Publikował m. in. w „Skamandrze” i „Wiadomościach Literackich”. Jego debiutem był tomik „Brzemię niebieskie”, nagrodzony przez „Wiadomości Literackie”. Do wybuchu wojny pracował, jako nauczyciel języka polskiego w poznańskich szkołach średnich. Czas okupacji spędził w Warszawie, a po powstaniu został wywieziony na roboty przymusowe do Niemiec. Po powrocie do kraju redagował, wspólnie z Jarosławem Iwaszkiewiczem, „Życie Literackie”. Był prezesem oddziału poznańskiego Związku Literatów Polskich, laureatem nagrody literackiej miasta Poznania i nagrody Episkopatu Polski. Pełnił funkcję kierownika literackiego Teatru Nowego w Poznaniu. Założenia przyjęte podczas zjazdu Związku Literatów Polskich w 1949 r. sprawiły, że publikacja jego poezji religijnej stała się niemożliwa. Poeta zaczął zdawać sobie sprawę z tego, że w Polsce Ludowej nie ma już dla niego miejsca. Ze względu na głoszone poglądy coraz częściej był obiektem ataków i stał się bardzo niewygodny dla ówczesnej władzy. Zdecydowano o zamknięciu go w szpitalu psychiatrycznym, gdzie był bity i poddawany przymusowemu leczeniu. Po dwukrotnym pobycie w zakładzie poważnie podupadł na zdrowiu. Doświadczył również więzienia i prób ubezwłasnowolnienia. Inwigilacja i prześladowania pisarza wciąż narastały. Zarzucano mu m. in. antysemityzm. Bąk wycofał się z życia towarzyskiego, odsunął od otoczenia, żył w nędzy. Poeta zmarł 30 kwietnia 1961 roku w niejasnych okolicznościach. Jest autorem ponad dziesięciu tomików poezji - m. in. „Brzemię niebieskie”, „Śpiewna samotność”, „Monologi anielskie”, „Piąta ewangelia”, „Syn ziemi”, „Dłonie z wiatru”, „Zastygłe chwile”, zbioru opowiadań pt. „Twarze”. Napisał także kilka dramatów (m. in.: „Jerzy i Barbara”, „Tyberiusz”, „Sługa Don Kichota”).

https://umostrow.pl/

Głos wysoki

Zbyt są wysokie dla mnie słowa :
Cnota, sumienie, dobroć, męstwo,
Lecz przyszłość imię me zachowa,
Że nie ugiąłem się pod klęską.

I w wieku mściwych gwałcicieli
Nie kryłem się za śmieszne maski,
Lecz głos mój ozwać się ośmielił,
Nie tając gniewu, nie chcąc łaski!

I głos ten brzmiał dobitnie w czasie,
Gdy rzadko zabrzmiał głos wysoki –
I w wieku, w którym prawda gaśnie,
On dźwięczał sądem i wyrokiem.
**
Apostoł pedantyczny

Apostoł pedantyczny, grzebiąc w księgach nocą,
Poszukuje sinymi źrenicami wiary
Już myśli, że ją znalazł, więc ręce trzepocą
I mgłą zachodzą mętną śmieszne okulary.

Pisze grube foliały – i wierzy, że pióro
Prowadzi anioł – niebios mądry talmudysta –
A na papierze rośnie głupstwo wzniosłą bzdurą
O bliskich i ponurych skrzydłach Antychrysta.

Noc pachnie jak ogrodem, a w powietrzu śpiewem
Jaskółki niebios płyną – anieli skrzydlaci,
A on w pokoju rośnie bezowocnym drzewem
I resztą nerwów złudę apostolstwa płaci.

Widzi już w myślach, że mu wyrasta nad czołem
Kwiat promienistej glorii – godło przeznaczenia
I zasypia znużony jak pijak nad stołem,
Jakby w kieszeni miał już dokument zbawienia.

We śnie rozdaje żonie, krewnym, przyjaciołom
Patenty prawej wiary – bilety do nieba –
Pośmiewisko dla Boga, ludzi i aniołów –
Apostoł pedantyczny, bezowocne drzewo!

**

Usta moje tak odwykły już od mowy,
Że każdego słowa im za wiele.
Milczę jak te na mrozie surowym
Mniej gałęzie – niż martwe piszczele.

Wśród drzew idę. Słucham ich milczenia,
Tylko śnieg pod moją stopą skrzypi –
I wiem : oto słyszą objawienia
Serca mego – te aleje lipy …

Żaden liść nie zaszemrze – woni nie ma –
A wysoko się toczy rozmowa –
I powierza mi swą prawdę ziemia,
I ja ziemi – bez słowa …
**
Bóg mnie rzucił na ziemię jak w burzliwe morze.
Zły ze mnie pływak - mdleje mi bezsiłą ramię.
Wiem, nikt tratwy nie wyśle, w walce nie pomoże,
Jakbym był odrzucony na wieki w niepamięć.

Ale stado żurawi, płynąc w dal przeczutą,
Uczy mnie wierzyć w Boga, który nim kieruje -
I pogodą ich skrzydeł rozkwita mój smutek.
I Jego skrytą pomoc w mych ramionach czuję.
**
Trzeba być całkiem ślepym,
By zobaczyć Jego blasku przepych,
Trzeba być całkiem głuchym,
Aby nowym go usłyszeć słuchem,
Trzeba zatracić dar woni,
Aby odczuć woń piersi i dłoni,
Trzeba zatracic czucie,
By Go dotknąć rozpalonym uczuciem,
I trzeba całkiem byc niemym,
Aby Imię Jego wymienić!

Żer Tygrysów Andrzej Biernacki


... wtedy przychodzi wielki rządca
mąci się nitka przyjaźń plącze
i pustych słów makówka dzwoni
potem zakrzepła krew w sztandarach
i palców węzeł ponad głową
taki sam węzeł w mózgu pięść

Zbigniew Herbert Do pięści

Jaki rozkaz przekazuje nam
na sztandarze rewolucji profil czwarty?
— Pod sztandarem rewolucji wzmocnić warty!
Wzmocnić warty u wszystkich bram!

Wisława Szymborska Ten dzień

Znany szkic Czesława Miłosza Tygrys z tomu Rodzinna Europa jest — jak wiadomo — literackim portretem Juliusza Krońskiego. Zarazem jest przenikliwym opisem jednej z odmian obłudy, do jakiej uciekli się w polskich latach stalinowskich niektórzy nasi intelektualiści z ówczesnego pokolenia czterdziestolatków:

Przyjaźń z Tygrysem wzmacniała mnie przez jego gniewy i sarkazm namiętnego pielgrzyma. Wierzył, że naszym obowiązkiem jest przenieść cenne wartości europejskiego dziedzictwa na drugi brzeg, choćby dziesiątki lat miały nas otaczać tylko absurd, krew i ekskrementy. Maskuj się i klucz — będzie tobie to wybaczone, jeżeli przechowujesz w sobie miłość Dobra.

Bliższe wejrzenie w zasady, którymi by się miano kierować, odsłania kulisy całej tej maskarady:

Bo „tygrysizm" był filozofią działania, ale tak trudną, że dostępną tylko dla łaskawie przez mistrza wybranych kilku godnych. Żeby ją uprawiać, należało pielęgnować „humor historyczny", czyli raczej zręczność taką jak pływanie albo bieg niż umiejętność nadającą się do wyłożenia komuś w teorii. Rzeczywistość poddana przemianie, tak utkana ze współzależności, że każdy, nawet najdrobniejszy jej szczegół owocował nieskończenie, ukazywała spojenia, w których można było umieszczać dźwignię świadomego aktu.

Następstwa zaś praktyczne tego nie pozbawionego pychy żonglerstwa, nazywanego historycznym humorem, wyrażały się jeszcze o wiele mniej górnie; „miłość Dobra" coraz wyraźniej Tygrysowi ulatniała się po drodze:

I jak się zdaje, zagadka etyki niemożliwej do wsparcia na jakimś nieruchomym dziesięciorgu przykazań, zagadka prawideł zdobywanych co dzień z trudem, wśród powszechnej zmienno-ści, coraz bardziej go niepokoiła. Posiedzenia jego grona obracały się dokoła pytania: Co wolno, czego nie wolno. Wolno usunąć z katedry profesora („szkodnika"), ale nie wolno go ani więzić, ani pozbawiać możliwości zarobku.

Uderzająca jest lichota uzasadnień powstających na użytek faktów zamierzonych i dokonanych. Juliusz Kroński przyczynił się był do bezterminowego urlopowania z Uniwersytetu Warszawskiego swojego profesora, Władysława Tatarkiewicza — i sam tak właśnie objął opustoszałą katedrę.

Dochowały się relacje z jego „tygrysich" wykładów. Szybko wśród swych słuchaczy rozpoznawszy studentów co wybitniejszych, całą resztę traktował jak mierzwę. Wśród „wybranych" znalazł się — i słusznie — Krzysztof Pomian. On to właśnie mi po latach opowiedział, że gdy tylko profesor Kroński wygłosił jakąś efektowną bzdurę — zaraz mu słał, do ław studenckich, gryzmoł z zapytaniem: „Czy dobrze się wygłupiam!?".

2. Nie należąc do „kilku godnych", nie miałbym szans u „Tygrysów", toteż wspominając tamte lata mogę mówić zaledwie o tych, którzy byli z góry przeznaczani na zatratę, na ich żer i pastwę.

Ośmiela mnie do przemawiania tu okoliczność, że ostatnimi czasy kilkakrotnie zostałem z imienia wskazany wśród uczniów i potem studentów, którym niesporo szło przystosowanie się do zmian zaszłych u nas po roku 1948. Spotkałem się mianowicie ze wzmiankami o sobie u tak znanych dzisiaj autorów jak Andrzej Walicki, Andrzej Drawicz i Jacek Trznadel.

Ale punktem odbicia tych moich tutaj uwag niech będzie wywiad z Marią Hernasową, przeprowadzony przez Marka Zaborowskiego i drukowany we wrocławskim niezależnym piśmie literackim „Obecność" (nr 22).

Rozmowa się toczy „na marginesach Hańby domowej". Moja niegdyś licealna koleżanka widzi mnie tak:

We wspomnieniach o szkole umknął uwadze Jacka Andrzej Biernacki, który przyszedł do naszej szkoły przed maturą, wywalony z III Liceum za tzw. politykę, prawie jak Bernard Zygier z Syzyfowych prac, za bliżej nieokreśloną nieprawomyślność. Myśmy nie bardzo wiedzieli, na czym ta nieprawomyślność polega, chociaż ten chłopak absolutnie nie krył swoich poglądów. Poglądy Andrzeja to była zresztą osobliwość — można je było umieścić w czasie gdzieś około Sejmu Czteroletniego. To był powód, że nie odegrał on w 'XI humanistycznej' roli Zygiera.

Przeciągnąłem ten cytat, aby siebie nie oszczędzać. Musiałem był rzeczywiście być mocno śmieszny. Teraz pora na autobiograficzny komentarz.

Podczas niemieckiej okupacji uczyłem się w domu. Do szkół po raz pierwszy w życiu poszedłem w roku 1945. Dla kogoś, kto dotychczas codziennie był przepytywany z całości zadanego materiału i ze wszystkich przedmiotów — nauka w publicznym gimnazjum była czymś nieoczekiwanie łatwym, mimo że domowe wychowanie trochę odstawało od wymagań oficjalnego programu i miałem pewne zaległości do nadrobienia.

Gimnazjum ogólnokształcące w Łowiczu było świetne. Wszystkich moich tamtejszych profesorów do dzisiaj pamiętam z imienia i nazwiska, mam ich w oczach z sympatią i podziwem. Jeśli zostałem polonistą — pani Helena Jastrzębska ma w tym duży udział. Jan Wegner, zasłużony badacz dziejów ziemi łowickiej, był moim pierwszym mistrzem w historii. Łaciny — nim została z powrotem wezwana do Uniwersytetu w Warszawie — udzielała Maria Maykowska, asystentka kiedyś samego Tadeusza Zielińskiego. To jest pars pro toto.

Ustrój był nowy (wiedziałem o tym coś niecoś, gdyż nie mogliśmy wrócić do naszego domu, z którego wygnali nas Niemcy i nawet mieszkanie w tym samym powiecie zostało nam wzbronione). Jednakże ten nowy ustrój starał się o zachowanie pozorów. Gimnazjum nie miało zrazu własnego budynku, gdzieździliśmy się kątem w jakiejś innej szkole. I otóż pewnego wczesnego ranka, dobrze przed rozpoczęciem zajęć, na wezwanie uczniów klas maturalnych, ruszyliśmy pochodem z transparentami przez całe miasto, pod gmach starostwa — z manifestacją, domagając się lepszych warunków do nauki. Miejscowe gazety napisały o nas życzliwie, represjonowanie organizatorów nikomu nie przyszło do głowy. Publiczną wypożyczalnię książek przy głównej ulicy, łączącej stary i nowy rynek (wówczas Zduńskiej — i teraz nareszcie znów pewnie tak samo), prowadzili członkowie Związku Walki Młodych. Wiedziałem, co to za organizacja, ale wykonywali swoje bibliotekarskie zadania pierwszorzędnie i korzystałem z ich usług bez zastrzeżeń. Takie to było moje pierwsze z życiu spotkanie z niewiele ode mnie starszymi chłopcami w czerwonych krawatach!

Warunki życiowe mej rodziny sprawiły, że po dwu latach z wielkim żalem opuściłem Łowicz i przejechałem do Wrocławia, który wkrótce także bardzo polubiłem. Wrażenia szkolne — znowu korzystne: cóż za wyśmienici profesorowie zjechali tu byli ze Lwowa! I jeszcze raz to samo: nowy ustrój wciąż się maskował. Pamiętam dobrze zbiórkę pieniężną w całym mieście na rzecz Towarzystwa Burs i Stypendiów. Braliśmy w tym udział z przekonania, rozumiejąc, że idzie o materialne wsparcie uboższych kolegów; zajęliśmy nawet w konkursie pierwsze miejsce w Polsce! Władze TBiS wcale się nie kwapiły z powiadomieniem nas, jakie wychowawcze cele przyświecały tej organizacji. Nauczyciele też byli chyba mało zorientowani.

Bo jednak kiedy indziej dawali dobre świadectwo swojemu i naszemu odczuciu, przy wykładaniu na przykład historii najnowszej. Nikomu z nich nie przyszłoby do głowy posłużyć się osławioną Nauką o Polsce współczesnej (1948), podręcznikiem Władysława Bieńkowskiego (który dzisiaj przyznałby się zapewne do „tygrysizmu").

Z gimnazjum wyleciałem dla uczczenia humbugu zwanego Zjednoczeniem Partii. Byłem przwodniczącym samorządu szkolnego, nasz zarząd (maturzyści) właśnie ustępował, więc tak pokierowałem wyborami, by do nowych władz weszli koledzy, którzy nie przystąpili do ZMP. Najpilniejszym moim wrogiem stał się odtąd kolega O., dotychczas inteligentny współpracownik i wcale nie ZWM-owiec, przeciwnie — członek OM-TUR-u, a to była ogromna różnica. Teraz jednak, odkąd już powstał ZMP, stał się gorliwszym wśród gorliwych.

Po kilku miesiącach wilczego biletu mogłem się był spodziewać, że matura stanie się dla mnie na razie niemożliwa. Pomoc przyszła ze strony najmniej spodziewanej. Dowiedział się o mnie dr Franciszek Jankowski, dyrektor I ogólnokształcącego gimnazjum we Wrocławiu, przedwojenny socjalista, autochton, więzień w czasach Hitlera. Zostałem zaproszony na rozmowę.
Trwała ona raczej krótko, ale będę ją z wdzięcznością (a i odcieniem dumy) pamiętał do końca życia. Padło pytanie, czy uważam się za przeciwnika jedynie komunizmu, czy socjalizmu także. — Oczywiście także socjalizmu, odparłem bez wahania. Dyrektor Jankowski wstał zza biurka, podał mi rękę i powiedział dosłownie tak: „W porządku, masz odwagę cywilną — możesz iść do klasy." W ten sposób dane mi było zostać kolegą wielu wybitnych teraz osób, co jest opisane u Jacka Trznadla.

3. Przechowuję nie bez przyjemności dokument poświadczający, że egzamin wstępny w Uniwersytecie Wrocławskim zdałem dobrze, lecz że przyjęty nie zostałem „z powodu braku miejsc". Ponieważ chodziło o Wydział Prawa, gdzie miejsc po wojnie było pod dostatkiem, jest oczywiste, co się za formułką kryje. Moi koledzy z gatunku pana O. czuwali.

Najskuteczniejszym podówczas dla takich jak ja sposobem przedostania się przez igielne ucho (wedle liturgii nowego obrządku) było — zostać robotnikiem. Posada gońca zaliczała już człowieka do tak zwanych pracowników fizycznych. Przyjął mnie wojewódzki zarząd Zrzeszenia Przemysłu Gastronomicznego. Dostałem służbowy rower — i moja znajomość prywatnych restauracyjek, knajp i spelunek stała się wkrótce dokładna. Trochę mi z tej ówczesnej wiedzy pozostało, bo to były lata bardzo jeszcze fachowej obsługi klienta, więc się nauczyłem, jak co ma być zrobione, jak podane.

Wolałem nie ryzykować ponowienia starań we Wrocławiu. Ekskoleżków na usługach PZPR było coraz więcej. Umknąłem do Warszawy. Tu się dostałem na polonistykę.
Dziekanem naszego Wydziału Humanistycznego był Witold Jabłoński, sinolog. Gdybym miał dzisiaj kogoś przeciwstawić „Tygrysom" — wybrałbym właśnie jego. Nie kluczył, nie mataczył, nie zgrywał się; ale to właśnie on upamiętnił mi się jako ktoś, kogo cechował odważny „humor historyczny". Z całą powagą przedstawił w roku 1950 w Towarzystwie Naukowym Warszawskim swą uczoną rozprawę Geneza chińskiej bibliografii a rodzaje literackie. Czytywaliśmy tę pracę z chichotem, którego nie powstydziłby się i Miłosz. Nasz bowiem sinolog zwracał uwagę na paralelę, która się nasuwa „między 'spaleniem książek ' przez totalistycznego Ts 'in Szyhuangti a jego nieświadomymi naśladowcami w Trzeciej Rzeszy" i na dowód cytował Hansa Petera des Coudres, autora wydanej w Lipsku w 1935 r. książki Das Verbotene Schrifttum und die Wissenschaftlichen Bibliotheken, gdzie jasno zostało wyłożone, że bibliotekarz narodowo-socjalistyczny winien wyczerpać wszystkie środki, aby „zgromadzić w swej bibliotece jak największą ilość książek zakazanych, nawet wydanych za granicą", gdyż „pomijając względy praktyczne, brak w kolekcji czegokolwiek byłby wyłomem w totalnej władzy." Rozumie się samo przez się, że dostęp do tej literatury zakazanej będzie dozwolony tylko badaczom „wybranym, o patentowanej lojalności".

Niemałej także uciechy dostarczyła przytaczana przez Witolda Jabłońskiego typologia chińskich rodzajów literackich, gdzie osobne miejsce zarezerwowane miały takie gatunki piśmiennictwa jak cesarskie dekrety nominacyjne', do władzy zaś można adresować przedłożenia, deklaracje, oskarżenia czy petycje o amnestię!

Miłosza samego też się nie tylko czytało, ale skromniutkimi środkami powielało i kolportowało. Traktat moralny umieliśmy na pamięć — i nie przesadzę powiadając, że był nam on drogowskazem („Kto w smutnym znalazł smak cynizmie, / Ten się losowi nie wyśliźnie, / A z dobrą miną do złej gry / Na pewno nie chadzają lwy."). Ponieważ kwietniowy numer „Twórczości" z roku 1948, gdzie utwór ten został wydrukowany, trudno już było pozyskać na własność, sporządziłem w niewielu numerowanych egzemplarzach (pisanych na maszynie) coś w rodzaju bibliofilskiej broszu-ry dla kilkorga zaufanych kolegów. Adres wydawniczy głosił, że nakładcą jest Klub Czynnego Nonsensu działający przy Uniwersytecie Warszawskim. Ów maleńki klub powstał i przyjął swą nazwę z inspiracji Kisiela.

Jego felieton, drukowany w „Tygodniku Powszechnym" z 6 maja 1951, noszący tytuł Klub Czynnego Nonsensu (Felieton poważny) — przyjęliśmy byli entuzjastycznie. Zniewolony umysł Miłosza dotarł do nas, gdy się tylko ukazał; przeczytany z uwagą — nie zaraził nas jakoś ideą Ketmanu.
Spotykaliśmy się w przerwach między wykładami, codziennie było jakieś okienko w rozkładzie zajęć. Po likwidacji Hadesu, po coraz częstszych pohukiwaniach kolegów-zetempowców, że „kawiarniany styl życia" jest wysoce naganny — nie zaprzestaliśmy wprawdzie chadzania do Mazowii, jednakże z Uniwersytetu szedł tam każdy osobno.

4. Od jednej z ładniejszych naszych koleżanek dostałem w roku 1957 cenny upominek: kilka protokółów narad Związku Młodzieży Polskiej, ocalonych specjalnie dla mnie w czasie likwidowania archiwum. Czytam dziś owe protokóły z rozbawieniem tym większym, że w swoim czasie wcale nie odgrywałem jakiejś roli przywódczej. To raczej komunistycznej organizacji z jakichś jej wygodnych powodów spodobało się mnie wyraźnie awansować!
W każdym razie mam teraz dowody, jaki to byłem niebezpieczny:

Na I roku polonistyki wyodrębniła się grupa osób pochodzenia mieszczańskiego i inteligenckiego, która skupia się wokół kol. Biernackiego (kol. Drawicz i inni) — czytam w sprawozdaniu „z odprawy sekretarzy grup ZMP z dnia 2 III 51 r.". A znów w opisie Narady Produkcyjnej z 24 stycznia tegoż roku znajduję taką wzmiankę:

Rozumiemy szkolenie ideologiczne m.in. jako formę pomocy w zdobywaniu marxistowskiej metody badania, marxistowskiej nauki. Ponieważ marxistowską metodę badania wyklucza tylko kol. Biernacki (III grupa) oraz Gajewski (II grupa, student teologii), sprawa szkolenia obchodzi tak zorganizowanych jak niezorganizowanych.

Staram się nic nie ująć ze stylu ani nawet z ortografii owych dokumentów. Narada produkcyjna, której ślad w nich pozostał, wiele czasu poświęciła oczywiście przedwojennej profesurze. Wybieram znów próbkę:

Nie mamy zamiaru bawić się w ciuciubabkę z profesorami takimi jak Szmytowa (sic!) czy Krzyżanowski. Uważamy za bezsensowne maskowanie się na naradzie. Padł zarzut pod adresem prof. Szmytowej, że jej wykład jest 'mieszczańskim delektowaniem się przysmaczkarni'. Uważamy, że postawienie takiego zarzutu jest słuszne.

Wydział nasz niezbyt się nadawał do min i skoków „tygrysich". Styl mu usiłował nadać — bez powodzenia zresztą — Stefan Żółkiewski, lubujący się nie w niuansach, lecz w najordynarniejszym słownictwie — co miało być dowcipem w ustach tego w zachowaniu prywatnym dobrze wychowanego krytyka. Nowi asystenci — pepiniera „Kuźnicy" i „Wsi" — radzili sobie jak umieli; Andrzej Wasilewski na przykład wyrażał przekonanie, że sonet jest gatunkiem passeistycznym i wprędce zaniknie. Ćwiczenia z poetyki były nad wyraz podejrzane, ideowo niebezpieczne — zwłaszcza gdy je prowadziła uczennica Manfreda Kridla, Maria Rzeuska, osoba zupełnie wymykająca się schematycznym klasyfikacjom, historyk literatury ze wszech miar wybitny i z temperamentem pisarskim. ( To ona w roku 1957, występując gościnnie w „Tygodniku Powszechnym", rozpętała ważną dyskusję swoim cyklem artykułów Ratujmy polską naukę o literaturze).

Próbując tu odtworzyć cośkolwiek z naszego samopoczucia w Uniwersytecie tamtych lat — rzekłbym przede wszystkim, że najtrwalej zapamiętałem nie zajęcia literackie, lecz to, co nam przyswojono z nauk pomocniczych. Te przedmioty mieli sobie powierzone uczeni i to uczeni wybitni.

Udało mi się słuchać wykładów z logiki u Klemensa Szaniawskiego, w bibliografii i bibliologii ćwiczyć się u Jerzego Pelca. Dla nich możność prowadzenia tych zajęć stanowiła także schronienie — zanim (po roku 1956) wolno im znów było oddać się wyspecjalizowanym dziedzinom filozofii.

Na Uniwersytecie popasałem krótko, o wiele krócej niż bym był chciał i powinien. Pod koniec przytaczanego wyżej protokółu odprawy sekretarzy ZMP czytam znów o sobie: „Następnie była jeszcze raz rozpatrywana sprawa tak zwanej 'paczuszki'. Kolega Krasek położył nacisk na oderwanie ludzi od Biernackiego." No cóż, trudno się nawet dziwić, że ci, co należeli i chcieli pozostać w ZMP, zaczęli z różnym stopniem dyskrecji nas, naszej „paczuszki", unikać. Najtaktowniej, nie przestając być koleżeński, usunął się Andrzej Drawicz. Mocniej nie tyle do serca, co do gardła, wziął sprawę kolega G., który publicznie pokrzykiwał, że pora się samo-określić, więc on zapytuje, po której ja „stoję stronie barykady", on zaś o tym i tak wie (bo rzeczywiście znaliśmy się byli jeszcze ze szkoły łowickiej). Tu już zaczynał mi się palić grunt. Miary dopełniła śmierć generalissimusa Stalina, Ten dzień, jak zatytułowała swój na ten temat wiersz pani Szymborska. Wtedy już otwarcie wziął się do roboty kolega K., zastępca dowódcy Studium Wojskowego do spraw politycznych. Pod pierwszym z brzegu pretekstem zostałem relegowany. (Możność złożenia egzaminów po kilku latach przerwy zawdzięczam dziekanowi Zdzisławowi Liberze).

Pozostawały privatissima. We wszystkich ośrodkach uniwersyteckich byli uczeni, którym „tygrysizm" (o ile o nim w ogóle wiedzieli) był do gruntu wstrętny. W Krakowie nauczali po cichu między innymi Roman Ingarden, Stanisław Pigoń, i niepożyty [na prośbę Autora redakcja zostawia tę archaiczną formę] Adam Krzyżanowski; w Toruniu — Henryk Elzenberg, Tadeusz Czeżowski czy Konrad Górski; w Gdańsku — niezapomniana Izydora Dąmbska (potem w Krakowie). I tak dalej. Warszawa szczyciła się państwem Ossowskimi, których ja sam poznałem później, dopiero poprzez Klub Krzywego Koła. Moją ostoją był Julian Krzyżanowski. W literaturach obcych dokształcałem się pod wpływem rozmów ze Stefanem Lichańskim i Julianem Rogozińskim, Dostojewskiego pożyczał mi pan Kazimerz Truchanowski.

5.
A nam, Juliuszu, jaka dana władza
Gdyśmy rodzinnej naszej Europy
Los przewidzieli, który doprowadza
Pod obcych potęg uzbrojone stopy?

Ten to, Juliuszu, zaszczyt jest nam dany:
Wykute w złocie nowe formy wskrzeszać
I choć nieprędki czas dalszej przemiany
Waleczne trunki dla przyszłości mieszać.

Tak w roku 1948, w wierszu Central Park, przesłanym i dedykowanym z Waszyngtonu do Paryża Juliuszowi Krońskiemu, pisał Czesław Miłosz. Dziś wiemy, że wytrwał poeta, filozof zawiódł; sam zresztą Miłosz wyraźnie był rozczarowany do tego, co Kroński miał do powiedzenia po roku 1956.

Po „Tygrysie" została towarzyska legenda, głównie chyba w kręgach literackich. Z pism jego fachowych czytałem zaledwie krytykę, której poddał trzeci tom Historii filozofii Tatarkiewicza („Myśl Filozoficzna" 1952 nr 4). Ani błysku, ani chociażby przebłysku jakoś nie dostrzegłem. W miarę upływu czasu coraz świetniej wypada przy ponawianych lekturach Traktat moralny, coraz mniej przekonywająco szkic o Tygrysie (tym większej za to nabierający wartości dokumentarnej).

A my? — z całą bezwzględnością poświęceni na żer tygrysi? Nie było tak źle! Odtrutką stały się lektury przedsiębrane na własną rękę. Dla mnie główny azyl stanowiła Biblioteka Uniwersytecka — i namiętność do czasopism z okresu dwudziestolecia międzywojennego. Ze świadomością, ile mu winienem, wspominam dyrektora Adama Lewaka, który mi dał pozwolenie ich czytywania (bo dla studentów znajdowały się one na indeksie rzeczy zakazanych).

Ci, co postanowili za wszelką cenę robić kariery ideologiczne, rzeczywiście powspinali się dość wysoko. Nadeszła chwila rozwiązania kryptonimów. Kolega O. — Marian Orzechowski — doszedł do wszystkich, jakie się marzyć mogą, stanowisk uniwersyteckich, dyplomatycznych, partyjnych i parlamentarnych; teraz odbywa staż bezpartyjności. Kolega G. — Wiesław Górnicki — świetny dziennikarz, objechawszy cały świat, popadł w uwielbienie dla swego — jak się wyraził — Hetmana, czyli Wojciecha Jaruzelskiego. Kolega K., którego nazwisko wyleciało mi jakoś z pamięci, jest jednak możliwy do odszukania, ponieważ w czasie stanu wojennego wystrzelił na stanowisko głównego komisarza PEN-Clubu.
Wracając pamięcią do tamtych lat nie mogę na samo już zakończenie pominąć faktu, że przynajmniej niektórzy z nas wiele naówczas czytywali Krasińskiego (dosyć zbywanego w oficjalnym programie studiów). Sztuka pseudonimowania adresatów uczuć narodowych nie była, jak wiadomo, obca temu poecie. Słynny jego wiersz Do Moskali (1840) zwał się Do Turków i był rzekomym przekładem „z Kanarysa". Stamtąd to nauczyłem się wiedzieć już na zawsze, zresztą w zgodzie z Pismem św., że nienawiść zła nie jest złem, że są okoliczności, kiedy „niecierpieć jest święcie i pięknie" —

I ta nienawiść mojem dobrem całem!
...
Chyba ją sprzedam za polską koronę!

Jan Tomkowski Odpowiedź na ankietę


Rozpad komunizmu spowodował ogromne zamieszanie w sferze języka dyskursu publicznego, powstały wręcz nowe obszary „tabu", które trzeba omijać. Do tej pory nie ukształtowało się właściwie myślenie kategoriami demokracji, pełno jest pojęć zmistyfikowanych, a inne — zostały pospiesznie wykluczone z użycia, skazane na prze-bywanie w „czyśćcu". Powoduje to nie tylko niewygodę, gdy trzeba w dziwnych momentach drapać się prawą ręką za lewym uchem.

W ten sposób powstają istotne przesunięcia merytoryczne.
Oczywiście, można by tego częściowo uniknąć. Trochę więcej uwagi poświęcić awangardzie, nowościom formalnym, nie przejmować się tak Żeromskim, Nałkowską, a zwłaszcza Dąbrowską, bo się zestarzała, a nawet stała się — podejrzana politycznie. Ale właśnie dlatego, czy ściślej: przeciw temu ja pisałam. I to jest mój arbitralny wybór.

Kiedy ukazała się moja Literatura polska, pytano mnie najczęściej, skąd wziął się pomysł tej dziwnej książki. Moim zdaniem, dziwne było raczej pytanie. Jeszcze dziwniejsze — obawy niektórych dziennikarzy i recenzentów co do spustoszeń, jakie miałem rzekomo poczynić, tworząc obraz naszego rodzimego piśmiennictwa. Ja sam czułem się dosyć dziwnie, słysząc głosy, że zamordowałem znakomitych twórców w rodzaju Leona Kruczkowskiego, Wandy Wasilewskiej i Jalu Kurka. Czułem się dziwnie, ale nie powiem, że czułem się źle. Zwłaszcza, że mogłem wreszcie ukazywać się na ekranie telewizyjnym w towarzystwie pięknych kobiet i pudrowano mi nos. Za tę cenę gotów byłem popełnić wymienione wyżej przestępstwa.

Publikowanie podręczników w PRL było bowiem dotychczas sprawą polityczną. Już nawet nie ministerstwo oświaty, ale władza znacznie wyższego szczebla ustalała odgórnie, czy uczniowie i studenci dowiedzą się czegoś na temat Gombrowicza albo Miłosza. Nie jestem pewien, czy decydowało o tym Biuro Polityczne, czy Wydział Kultury KC. W każdym razie nie wyobrażam sobie, by autor syntezy histoycznoliterackiej mógł w latach pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych wprowadzać te nazwiska na własną rękę.
Ale przecież na wieku XX nie kończył się informacyjny monopol władzy. Najpóźniej w latach pięćdziesiątych uformowano zgodny z obowiązującą ideologią kanon dzieł postępowych i wstecznych.

Stworzony wypreparowany i daleki od rzeczywistości obraz Oświecenia, Romantyzmu, Pozytywizmu. Na plan pierwszy wysunięto tak zwane „kwestie społeczne". Ważniejszy i bardziej reprezentatywny był Krasicki jako autor Satyr niż Potocki ze swoim Rękopisem. Placówka istotniejsza od Emancypantek, o Mickiewiczu z okresu towianizmu i mistycznym Słowackim wspominano z zakłopotaniem (jeśli w ogóle wspominano).

Naturalnie, byłoby przesadą twierdzić, że w latach następnych nie wprowadzono żadnych korekt. Przeobrażenia dokonywały się jednak niemal wyłącznie na gruncie polonistyki akademickiej, nie zawsze zresztą znajdując swe odbicie w studenckim spisie lektur. Naukowcy z prawdziwego zdarzenia tworzyli syntezy raczej sporadycznie, uważając pisanie podręczników za wyjątkowo niewdzięczne zajęcie. Prowadziło to do jakiegoś paranoicznego rozdwojenia. Sprawiało wrażenie, jakby istniała historia literatury polskiej dla maluczkich, oficjalna, wykładana w szkołach i historia nieoficjalna, hermetyczna, znajdująca się głównie w posiadaniu pracowników Instytutu Badań Literackich.

Rok 1989 dał wielką szansę przede wszystkim młodym, odważnym i gotowym do podjęcia ryzyka. Autorom niegdysiejszych podręczników szkolnych spędza sen z oczu myśl o rodzącej się konkurencji. Monopol rozpada się w zastraszającym tempie. Kiedyś odpowiednia władza zatwierdzała jedynie słuszny podręcznik. Nakazywano kupienie go nauczycielom i uczniom. Dziś trzeba stanąć do rywalizacji.

W tych warunkach całkiem zrozumiałe są histeryczne reakcje (na przykład Bożeny Chrząstowskiej, autorki wyjątkowo nieporadnych ujęć). Kryje się za nimi lęk, że uczeń, maturzysta, student, nauczyciel wybierać będzie na własną rękę i że opowie się za lepszą książką, skuteczniejszą, bardziej atrakcyjną w lekturze.

Zniesienie monopolu państwowego i likwidacja cenzury nie rozwiązały przecież wszystkich problemów. Opatrzona znaczkiem 'Lwa' Literatura polska ukazała się we wrześniu 1993 roku, to znaczy wówczas, gdy niektórzy słyszeli (a może tylko tak im się zdawało?) kolejny wystrzał z „Aurory". Po reakcjach niektórych recenzentów mogłem poznać, jak wiele się zmieniło w wyniku wyborczego sukcesu postko-munistów. Liczba tych, którym marzy się wizja literatury polskiej z Broniewskim, Jasieńskim i Kruczkowskim, a bez Herberta czy Jarosława Marka Rymkiewicza, nic jest wcale mała. Nie chodzi zresztą o nazwiska, lecz o obronę systemu, zgodnie z którym miejsca na Parnasie przyznaje centralna władza.

Dla postkomunistycznego nieuka stronica poświęcona poezji księdza Baki stanowiła wyraz „klerykalizmu". Do Białoszewskicgo ów „fachowiec", komisarz nowej rewolucji, zajrzeć nie raczył, Jasnorzewskiej zapewne nie brał do ręki, lekturą Rymkiewicza się nie zhańbił (o znajomość Syrokomli nawet go nie podejrzewam). Na końcu recenzji ów nieszczęsny aparatczyk wyznał zresztą, że książki nie czytał (świadczyła o tym długa lista błędów, przeoczeń i nieścisłości). I trudno się temu dziwić. Gość pochodził wszak z epoki, gdy książki oceniał komitet odpowiedniego szczebla.

Kilka miesięcy temu oddałem do druku (czy może raczej obróbki) Literaturę powszechną. Wyznaję otwarcie, że ani sukcesy polityczne, ani próby rehabilitacji komunistów podejmowane przez media nie skłoniły mnie do uznania Matki Gorkiego za dzieło wybitniejsze od Ulissesa, w dalszym ciągu cenię Eliota wyżej niż Majakowskiego (kle-rykalizm!), i wolę Szekspira od Brechta. Wymieniam co gorsza nazwiska Solżenicyna, Szałamowa, Kundery. Nie zdziwię się wcale, jeśli w następstwie takich wyborów zostanę pomówiony o zaciekły antykomunizm. Wierzę jednak gorąco, że publiczność teatralna będzie ziewać na sztukach Kruczkowskiego (o ile ktoś zechce je wystawiać), że nikt nie zechce już czytać powieści Wandy Wasilewskiej.

A jeśli nawet w Polsce obejmą władzę najczerwieńsi komuniści, to i tak znajdzie się niemało osób, które sięgać będą do wierszy Herberta, prozy Gombrowicza, eseistyki emigracyjnej. I to będzie jeszcze jedno wielkie zwycięstwo naszej literatury.

niedziela, 20 września 2026

Kraść z głową

 „Czemże będziemy się bawić, i kto nas bawić będzie?" zdawały się zapytywać siebie salony wileńskie po odjeździe hr. Ilińskiego i księcia Radziwiłła, a gdy nic nowego nie wkraczało w ich progi, zaczęto przysłuchiwać się, co mówią poza salonami — i dosłyszano chóry pochwał, składanych w hołdzie niepospolitej wymowie, jaką zabrzmiała katedra filozofji, odkąd ją zajął profesor Józef Gołuchowski, bardzo młody, a już bardzo uczony, przybyły z Królestwa Polskiego. Genjalny ten mówca oprócz młodzieży obowiązanej go słuchać, jako uczniowie, ściągał jeszcze tłumy wolnych słuchaczy, a wszyscy, przykuci zachwytem, póki mówił, rozchodzili się po mieście, powtarzając każdy, jak umiał, słyszane prawdy, głębokie, wzniosłe, a oddane z prostotą i jasnością codziennej mowy. Mój ojciec był jednym z najwierniejszych wolnych słuchaczów tych arcypięknych prelekcyj, dla których, jak i dla lekcyj architektury

Karola Podczaszyńskiego, zaprzągł się był w życie akademickie, pilnując się godzin i notując za powrotem, co słyszał, co spamiętał. Pozazdrościły i damy tego życia, a z księżną Dymitrową Czetwertyńską na czele zaczęły uczęszczać na prelekcje Gołuchowskiego, który, ujęty tym przybytkiem niezwykłych słuchaczy, rozpoczął nową serję, mającą na celu rozbiór duszy i piękna. O ile widok dam na sali wpływał na natchnienie mówcy, nie wiemy, ale o czem głośno mówiono, to o wpływie niekorzystnym na uczniów, którym obecność pięknych księżniczek Czetwertyńskich w całym blasku wdzięków i stroju, siadających w pierwszych ławkach, była wielką przeszkodą, odwracając uwagę od profesora do widzów. Jako dzieci, o których zwykle sądzą starsi, że nie zrozumieją wyższych rzeczy, nie uczestniczyłyśmy tym uczonym zabawom i pozostały mi tylko w pamięci oderwane opowiadania naszego ojca, który wracał zawsze zachwycony z tych prelekcyj, i pochwały niektórych odwiedzających nas wieczorem, a nareszcie anegdotka jedna, która najsilniej wraziła nazwisko Gołuchowskiego w umysł dziewięcioletniej dziewczynki. Była natenczas moda kotyljona, to jest walca, tańcowanego trybem mazurkowym z figurami, w jednej z nich para walcująca obowiązaną była okręcić się około krzeseł w ósemkę; po wielu próbach mniej więcej zgrabnych jeden tylko Karol Kostrowicki potrafił to dobrze wykonać. Przyklaskiwali mu widzowie balu i między niemi stojący we drzwiach sali po skończonej partji wista generał-gubernator Korsakow-Rimskij, staruszek, który nikomu wody nie zamącił, a wymagał jedynie, aby go wymykającego się á la française nie żegnać i nie odprowadzać. Otóż, stojąc we drzwiach, pociągając kołnierza, jak to miał we zwyczaju, zauważył i on pana Karola Kostrowickiego, a że go nie znał, zapytał stojącego bliżej od innych mego ojca, kto by to był taki? Trzebaż takiego trafu, że ów Karol stanął w tej chwili obok profesora Gołuchowskiego, a mój ojciec, nie przypuszczając, aby chwilowy laureat balu mógł zająć kogo więcej nad triumfatora każdodziennego, nie zważając, że palec Korsakowa wskazuje na akademika o włosach blond, z zadartym noskiem i ru-mieńcem panny, sam zapatrzony na twarz ciemną i myślącą szanownego filozofa, odpowiada gubernatorowi: „C'est le professeur de philosophie, mr. Gołuchowski" — „Ach! vraiment?!" odrzekł zdziwiony Gubernator, pociągając silniej kołnierza, i, skinąwszy na adjutanta Szebekę, wymaszerował zwolna z salonu. Nazajutrz gruchnęła po mieście, iż kto tylko zjawi się do Dworca, Korsakow opowiada każdemu, iż pierwszym tancerzem Wilna jest profesor Gołuchowski, a dla lepszego uwydatnienia i poparcia tego, co mówił, ustawia krzesła i sam się wkoło nich okręca, u obiadu tak samo ustawia solniczki, przy kartach zaś lichtarze, i tłumaczy, jak się zręcznie wywinął profesor filozofji z figury, której nikt przed nim wykonać nie umiał. Gdy to doszło do mojego ojca, czując się odpowiedzialnym za to qui pro quo, które, trafiając do uszu filozofa, mogłoby go obrazić, idzie mój ojciec do p. Gołuchowskiego i przeprasza go za mimowolną pomyłkę. Ale ten nietylko, że się nie gniewa, lecz, uznając owszem p. Kostrowickiego za skrzywdzonego, żałuje, iż tak dobrze, jak on, tańcować nie umie i zapowiada, że taniec obiera za treść przyszłej prelekcji.

Kiedy to piszę w lat 43 po owym wypadku, zjawia się dama, która lat kilka przepędziła w domu i w rodzinie tegoż Józefa Gołuchowskiego, w jego Garbaczu, gdzie, z profesora stawszy się gospodarzem, dowiódł, iż filozofja chrześcijańska jest podstawą życia naszego i jego duszą. Łatwość w pożyciu, dowcip, wesołość, wpływ korzystny na sąsiadów, najmilsza rozmowa i ten dar pobudzenia i zmuszenia drugich nietylko do myślenia, ale i do wysłowienia tych myśli — oto były cechy charakteru i stosunków z ludźmi owego filozofa, który zawsze najmilej, najrzewniej wspominał swoją bytność i występowanie w Wilnie. Słówek jego dużo cytowała nam Olga S*, która z uczuciem córki wspomina profesora Gołuchowskiego, zawdzięczając mu swoje wykształcenie intelektualne; ale najcharakterystyczniejszym rysem wydała mi się zabawa, którą chciał uczcić trzy razem solenizantki, a sprosiwszy dużo gości, że sam mieszkał w piwiarni, ofiarował słodownię na salę balową. Wymyta podłoga szkliła się od słodu, jak woskowana, ale dla zachowania charakteru sali nie wyniesiono nawet beczek od chmielu, spokojnie sobie spoczywających poza słupami. Domowi napierali się orkiestry, ale Profesor, nazywając to zbytkiem, radził każdemu wyuczyć się jakiego tańca na fortepianie, do czego się też wzięto, ale nie bez westchnień głębokich za orkiestrą. Nadszedł nareszcie dzień potrójnych uroczystości i obiad w słodowni zebrał około dużego stołu liczne sąsiedztwo. Gospodarz wznosi toast na cześć solenizantek, poprzedzając go przemową z natchnienia improwizowaną, jak to zwykle czynił, a słowom: „Wiwat! niech żyją!" zawtórowała nagle kapela... Patrzą zdziwieni biesiadnicy, aż z każdej beczki wygląda Żydek ze skrzypką, z klarnetem i t. d. Jedną też z charakterystycznych postaci Wilna, ale należącą więcej do epoki, jak wyłącznie do miasta, — był Hackiewicz (czy Chackiewicz), znany pod przydomkiem „gracza", a nawet „szulera", do czego sam się pierwszy przyznawał, jakby szukając chluby z tego, co mu było hańbą. Dowcip jego trącił cynizmem, i można byłoby złożyć sporą książeczkę z samych anegdot o nim i jego odpowiedzi, solą attycką zaprawnych, choć bezczelnych. Jak naprz. do magnatów, posiadających obszerne włości, mawiał, że „oni byli panami z chłopów, a on pan z panów, bo ogrywając ich się wzbogacił". Jak winszującym mu, że utył, „Czemu nie", odpowiadał z uśmiechem: „dwóch Potockich zjadłem". Słysząc moją matkę, uskarżającą się, że spać nie może (w Wilnie), dla hałasu na dole, gdzie był szynk — „Bądź pani spokojna" rzekł — „ja temu zaradzę". W rzeczy samej, na przyszłą noc było cicho, a gdy matka moja pytała u Hackiewicza: „Jakim sposobem tego dokazał" — „To moje ludy" — odpowiadał — „oni mnie słuchają". — Cynizm tego człowieka przyswajał sobie wszystkich występnych. Gdy była mowa o złym księdzu — „To mój kapelan", mawiał on — a na kobietę złej opinji mawiał: „To malina z mojego lasu". — Raz na ulicy zdybało go trzech znajomych w jego rodzaju, ale trochę mniej głośnych. Było to na trotuarze, niedaleko apteki. — „Pójdźmy trochę dalej", zauważył Hackiewicz, „bo, jak nas obaczy aptekarz, gotów zawerbować do octu!" (a któż nie wie, że tak zwany „ocet czterech złodziei" jestnajsławniejszy). — Chcąc swego syna zalecić komuś: „Oto młodzieniec przyzwoity" rzekł, prezentując go — „ma tylko dwie nieszczęsne wady: jest moim synem i nazywa się Hackiewicz". — W Tulczynie, gdzie zakładał w czasie jarmarku srebrną salę i nieustającego w niej faraona, Tadeusz Czacki, widząc go tasującego karty, zagadnął po swojemu: „A cóż, Hackiewicz, czy zawsze po dawnemu bierzesz walety za damy, a newki za dyski?" — „A zawsze", odrzekł niezmieszany szuler—„i podobno oba nie poprawimy się nigdy: ja zawsze biorę walety za damy, a pan pamięć za rozum".

Raz na pokojach Szczęsnego podziwiano śliczny sznur pereł, należący do samej Hrabiny, którą była owa sławnie piękna generałowa ex - Wittowa, Greczynka, dla której Zofjówka powstała i obie opiewał Trembecki. Perły te były wielkości wisien i kosztowały krocie; każdy pragnął zbliska oglądać, colier szło z rąk do rąk, aż nareszcie, gdy Hrabina chciała je napowrót odebrać, nie znalazły się w niczyim ręku!... Hackiewicz był w liczbie oglądających ... „Słuchaj no" — rzekł hrabia Szczęsny, biorąc go na stronę — „z tobą ceremonji nie robię, to twoja sztuczka, oddaj perły" — „Tym razem nie ja" — odpowiedział nieobrażony wcale otwartością Hrabiego „król cyników" — „Ale bądź spokojny, p. Hrabio, znajdzie się zguba, przed moim okiem nic się nie ukryje..." A poprowadziwszy wzrokiem wprawnym po wszystkich twarzach, spoczął na jednym młodzieńcu, którego, szepnąwszy mu coś na ucho, wyprowadził za sobą; a zamknąwszy się z nim na osobności: „Oddaj perły" rzekł mu, nie obwijając w bawełnę. Przeszyty wzrokiem i słowami młodzik daremnie chciał się zapierać. „Widziałem, jakeś kładł do kieszeni"— dodał Hackiewicz na pewnika. Naco ów młody człowiek, rzucając mu się prawię do nóg, zawołał: „Ratuj mnie, panie, pożycz mi twojej głowy!" — „Hultaju!" — zawołał Hackiewicz — „żeby twoje ręce do mojej głowy, to cała Europa nie byłaby spokojną!" A perły oddane w godzinę potem były na szyi pięknej Zofji.


Gabriela Puzynina

W WILNIE I W DWORACH LITEWSKICH

Pamiętnik z lat 1815 — 1843

Szczyty głupoty i hipokryzji


Od lat trwa batalia o konie przewożące turystów z Polany Włosienica do Morskiego Oka. Histeryczni obrońcy zwierząt alarmują, że konie są zmęczone pracą ponad siły i że z wysiłku zdychają na szosie. Wszystkie te argumenty sprowadzają się do podstawowego pytania sformułowanego kiedyś przez jednego z moich dowcipnych uczniów. Powiedział on, że chciałby się dowiedzieć który to idiota wymyślił pracę i dać mu w łeb.

Otóż konie tak jak i ludzie muszą pracować. Mają gorzej niż ludzie bo nie można zmusić społeczeństwa do utrzymywania bezużytecznych zwierząt choć utrzymuje ono wielu ludzi nie tylko bezużytecznych lecz również szkodliwych. Bezużyteczne, a nawet groźne zwierzę każdy może utrzymywać dla własnej rozrywki, o ile pozwala na to prawo. Wśród młodych ludzi pojawiła się od pewnego czasu moda na hodowanie piranii, pytonów czy pająków ptaszników.

Nikt nie zabrania natomiast członkom różnych stowarzyszeń czy fundacji wykupywania koni i utrzymywania ich w postulowanych przez nich luksusowych warunkach. Zdjęcia koni uratowanych od rzeźni napędzają spontaniczne zbiórki ludzi dobrej woli, które są podstawowym sposobem pozyskiwania przez fundację środków. Zdarza się, że taki konik dawno zdechł, albo został przerobiony na karmę dla psów, a jego zdjęcie nadal figuruje na reklamowej stronie fundacji. Podobnie jak zdarza się, że fundacje charytatywne zbierają środki na operację dawno zmarłego dziecka.

Chociaż sposoby pozyskiwania oraz wydawania środków przez fundacje mają ścisły związek z awanturami o konie w Tatrach zajmijmy się sprawami bardziej istotnymi. W Tatrach przy przewożeniu turystów pracują prawie wyłącznie konie zimnokrwiste. Konie zimnokrwiste, hodowane kiedyś jako konie pociągowe, są obecnie hodowane na rzeź.

Według statystyk Głównego Inspektoratu Weterynarii w Polsce zabija się rocznie w rzeźniach od 15000 do 25000 koni. Taki koń trafia do rzeźni w wieku dwóch, najwyżej trzech lat ze względu na jakość mięsa końskiego, która związana jest właśnie z wiekiem zwierzęcia. Pracujący koń pociągowy żyje natomiast kilkanaście lat. Górale kupujący konie do bryczki po prostu ratują im życie. A wprowadzenie zakazu używania koni w Tatrach skazuje wszystkie obecnie pracujące tam konie na śmierć w rzeźni. Choć nikt nie może zmusić obywatela do utrzymywania bezużytecznego zwierzęcia jest wiele osób które opłacają dożywocie swoim ukochanym wierzchowcom.

Są również tacy którzy ofiarowują dożywocie cudzemu koniowi. Znam rodzinę, która zapewniła dożywotnie utrzymanie ślepemu koniowi wyścigowemu Grajkowi. Grajek wzruszał swoim ( nomen omen) ślepym zaufaniem do człowieka. Obrońcy zwierząt dla jego własnego dobra wykluczyli go z wyścigów co oznaczało skierowanie do rzeźni a od przerobienia na karmę dla psów uratowali go właśnie znajomi. Personaliów dobroczyńców, pod których opieką Grajek żył długo w dobrych warunkach nie podaję, bo zrobili to z dobrego serca a nie dla rozgłosu. Utrzymanie konia to wcale nie bagatelna sprawa. To obecnie około dwóch tysięcy miesięcznie.

Wracając do koni przewożących turystów w Tatrach. Jak ustalono w czasie spornych kilkunastu lat padły tylko trzy konie przewożące turystów. Przyczyną śmierci było pęknięcie tętniaka i nagła kolka. W tym samym okresie w Tatrach zginęło w wypadkach i zmarło na serce kilkanaście osób. Czy to oznacza, że należy zamknąć góry dla ruchu turystycznego?. Wiele lat temu oglądałam w telewizji dramatyczny obraz zdychającego na szosie konia. Koń ewidentnie cierpiał na kolkę. Kolka nie ma nic wspólnego z pracą konia, występuje najczęściej niespodziewanie i jedynym sposobem uratowania zwierzęcia jest zmuszenie go do ruchu. Jak zalecają weterynarze trzeba konia podnieść, często z konieczności brutalnie, nawet kopiąc go boleśnie w nos. Na oczach widzów młody woźnica usiłował podnieść konia przy użyciu bata co mogło uratować mu życie.

Rzuciły się na niego rozhisteryzowane paniusie, uniemożliwiły mu działanie, a jedna z nich podłożyła zdychającemu koniowi firmową torebkę pod głowę. Tak więc koń zmarł w męczarniach bynajmniej nie z przepracowania lecz na skręt kiszek z torebką Louis Vuitton pod głową. Podłożenie zdychającemu koniowi drogiej torebki pod głowę było aktem skrajnej głupoty a nie miłosierdzia. Właścicielka tej torby myśli jak pewien adwokat który kierując Mercedesem zderzył się czołowo z prawidłowo jadącym Audi 80. Twierdził on, że jadące Audi kobiety zginęły, ponieważ jechały kiepskim samochodem, który nazwał „trumną na kółkach”.

Trudno opisywać wszystkie etapy awantur pomiędzy aktywistami obrony zwierząt a góralami i lokalnymi władzami . To właśnie aktywiści DIOZ ( Dolnośląski Inspektorat Ochrony Zwierząt) zorganizowali protesty czyli awantury na szosie do Morskiego Oka. Przeciwko tym aktywistom prokuratura prowadzi liczne dochodzenia. Zarzuca się im obrażanie funkcjonariuszy policji i urzędników starostwa, bada co naprawdę stało się z odebranymi przez organizację końmi, kto rzeczywiście podpalił użytkowany przez nich samochód, na co idą pozyskiwane przez nich pieniądze i czy faktycznie- jak twierdzą górale – DIOZ ma swoje udziały w firmie produkującej wózki, które miałyby zastąpić konie na szosie do Morskiego Oka.

Jest wielce prawdopodobne, że obrona zwierząt to tylko pretekst do prób wypchnięcia górali z rynku usług przewoźniczych. Wojny ekonomiczne, wrogie przejęcia, są zjawiskiem starym jak świat. Dla mnie porażający jest tylko fakt, że w imię ochrony koni faktycznie się im szkodzi. Wielokrotnie przywoływałam tu wypowiedzi i prace amerykańskiego ekonomisty Henry’ego Hazlitta. Twierdzi on, że ustawy i zarządzenia mające chronić pewne grupy społeczne najczęściej im szkodzą. Na przykład ochrona prawna emerytów przed zwolnieniem powoduje, że osoba w wieku przedemerytalnym ma wielkie kłopoty ze znalezieniem jakiejkolwiek pracy. Głupotą jest odbierania dziecka za muszki w domu i skazywanie go na bidul. Szczytem głupoty i hipokryzji jest skazywanie koni na rzeź w imię jak twierdzą ich obrońcy ich własnego dobra.

Izabela BRODACKA
https://dakowski.pl/szczyty-glupoty-i-hipokryzji/

Sceny myśliwskie

 

„Z flintą nos w pole wytknął,
Rycerskim więc instynktom
Dziś ujście daje rad.
Huczy strzałów muzyka.
Zając wszak zdrów umyka,
Obławnik dostał w zad”

Wprawdzie gdy to piszę, trwa jeszcze gorące lato – jak przystało na globalne ocieplenie – z upałami, ale i z burzami, których latem też nie brakuje – ale u progu kampanii wyborczej do przyszłorocznych wyborów parlamentarnych rozpoczął się już sezon łowiecki. Na linii strzału w związku z aferą Zondacrypto znalazł się nie byle kto, bo prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego pan Piesiewicz, a więc zwierzyna raczej z gatunku grubych, chociaż nie najgrubszych – bo jego zatrzymanie w ramach sezonu łowieckiego dokonało się – jeśli wierzyć doniesieniom z nagonki – pod zarzutem zakupu złotego zegarka za 40 tys. euro.

Pan Piesiewicz tłumaczy, a na dowód swej niewinności pokazał nawet certyfikat, że zegarek, owszem, kupił – ale za własne pieniądze, a prezes Zondacrypto, pan Kral tylko mu w tym „pomagał” – jednak nawet taki trop u progu sezonu łowieckiego jest nie do pogardzenia, bo któż może powiedzieć, co jeszcze może kryć się w kniei? To zresztą bardzo ciekawa sprawa, która rzuca światło na kwestię wolnego handlu artykułami luksusowymi w naszym bantustanie. Okazuje się, że złotego zegarka zwyczajnie u nas kupić nie można, tylko że prezes Zondacrypto albo w ostateczności jakiś inny dygnitarz musi podać nabywcy pomocną dłoń. Pokazuje to, że teorie spiskowe, a zwłaszcza moja ulubiona teoria, według której po sławnej transformacji ustrojowej stare kiejkuty razem z dawnymi nomenklaturowcami w miejsce zwyczajnego kapitalizmu, ustanowiły u nas kapitalizm kompradorski. Od zwyczajnego kapitalizmu różni się on tym, że w kapitalizmie zwyczajnym o dostępie do rynku – na przykład rynku złotych zegarków – decydują właściwości człowieka: czy jest pracowity, pomysłowy, przedsiębiorczy, czy nie boi się ryzyka, no i czy ma szczęście. Jeśli ma te wszystkie zalety, to nie tylko przeboruje sobie do rynku, ale na tym rynku odniesie sukces na miarę swoich zalet i szczęścia – na przykład w postaci samodzielnego kupna złotego zegarka. W kapitalizmie kompradorskim zaś o dostępie do rynku i możliwości działania na nim decyduje przynależność do sitwy, której najtwardszym jądrem są stare kiejkuty. W tej sytuacji nic dziwnego, że same pieniądze do zakupu złotego zegarka nie wystarczą, że nabywcy musi pomóc ktoś – no właśnie: czy to z grona obywatela starych kiejkutów, czy z jakiegoś innego uprzywilejowanego środowiska. Po jakiej linii swoją wyjątkową pozycję uzyskał pan Przemysław Kral?

Czy jest on narodowości prawniczej?
Na to wskazywałaby okoliczność, że gdy ziemia zaczęła palić mu się pod nogami, schronił się w bezcennym Izraelu, którego paszport szczęśliwie posiada. Z drugiej jednak strony pan Kral stanął na czele firmy BitBay po zagadkowym zaginięciu jej założyciela pana Sylwestra Suszka, którego był „pełnomocnikiem prawnym”, a kiedy już stanął, to przerobił ją na Zondacrypto i rozkręcił działalność. Ta druga okoliczność wskazywałaby raczej na stare kiejkuty – ale przecież nie ma u nas ustawy, która zabraniałaby osobom narodowości prawniczej podtrzymywania związków ze starymi kiejkuty, więc tropy mogą się na siebie nakładać.

Okoliczność trzecia
Wreszcie jest i okoliczność trzecia – że od maja br. pełnomocnikami prawnymi pana Krala jest z jednej strony Wielce Czcigodny mec Giertych Roman, a z drugiej pan mec. Dubois. Wprawdzie ani obywatel Żurek Waldemar, ani żaden z pełnomocników, którzy chronią się za murami „tajemnicy śledztwa” nie mówi wyraźnie, czy to prawda, że pan Kral zyskał status świadka koronnego, czy nie – ale na mieście krążą fałszywe pogłoski, że „współpracuje” z prokuraturą. Poza tym – z obfitości serca usta mówią – a wystarczy popatrzeć na rozradowaną twarz obywatela Żurka Waldemara, który sprawia wrażenie, jakby go ktoś na sto koni wsadził, żeby dojść do wniosku, że te fałszywe pogłoski mogą być prawdziwe.

Cóż bowiem robi taki świadek koronny? Taki świadek koronny składa zeznania. A jakie? Ano – nie trzeba być specjalnie domyślnym, żeby wiedzieć, że takie jak trzeba. A jakie trzeba? Ano takie, żeby na ich podstawie można było maksymalnie zaciągnąć sieć obławy, w którą wpadnie możliwie najwięcej zwierzyny i to zwierzyny grubej, którą potem, to znaczy – przed wyborami – będzie można triumfalnie pokazać na pokocie. Nie tylko zresztą na pokocie, bo wyobraźmy sobie tylko gabinety ustrojone w poroża rozmaitych jeleni czy kozłów, w szable dzików i inne myśliwskie trofea. Toteż chętnie wierzę, że pan Kral uległ perswazji swoich pełnomocników, że w jego sytuacji to będzie dla niego najlepsze wyjście – bo wobec takiego świadka koronnego, to i niezawisłe sądy zachowują się ze zrozumiałą rewerencją i żadnej krzywdy mu nie zrobią, zwłaszcza w sytuacji gdy po nasyceniu niezależnej prokuratury i wynagrodzeniu pełnomocników, zostanie mu to i owo ad captandalm benevolentiam niezawisłych sądów. Krótko mówiąc – polowanie zapowiada się niezwykle atrakcyjnie.

Co prawda podnoszą się głosy, że w przypadku Wielce Czcigodnego mec. Gierycha Romana może zachodzić konflikt interesów, bo wprawdzie – co skwapliwie podkreśla Hanna Gronkiewicz-Waltz – adwokaci nie bronią przecież osób niewinnych, ale z drugiej strony nawet partyjny kolega Giertycha Romana Wielce Czcigodny Sławomir Nitras co to w swoim czasie na sali plenarnej Sejmu penetrował damskie torebki pod nieobecność ich właścicielek, uważa, że Wielce Czcigodny mec Giertych postępuje niewłaściwie, a organa samorządu adwokackiego grożą nawet wszczęciem „postępowania dowodowego” – którym Zbigniew Zapasiewicz groził Bogusławowi Lindzie w filmie „Psy”.

Wydaje się jednak, że Wielce Czcigodny Giertych Roman tymi zarzutami się nie przejmuje. Widocznie wie coś, czego my nie wiemy, a czego mógł się dowiedzieć, reprezentując pana Michała Tuska przed sejmową komisją badającą sprawę „Amber Gold”. Jak pamiętamy, komisja pod przewodnictwem pani Małgorzaty Wassermann wprawdzie stwierdziła ponad wszelką wątpliwość, że „organy państwa”, to znaczy – niezależna prokuratura oraz niezawisłe sądy ze znanego na całym świecie z niezawisłości gdańskiego okręgu sądowego zachowały się w tej sprawie „niewłaściwie” – ale już nie odważyła się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego właściwie tak się wtedy zachowały. Czy Wielce Czcigodny mec. Roman Giertych miał jakiś wpływ na tę powściągliwość komisji – oto pytanie, na które odpowiedź mogłaby rzucić snop światła nie tylko na polityczną karierę Wielce Czcigodnego mecenasa, ale i na jego niewrażliwość na rozmaite podchody z przeszłości, które – mimo dramatycznych momentów – zakończyły się wesołym oberkiem. Na tej podstawie możemy tylko snuć rozmaite domysły na temat wstydliwych zakątków, od których roi się zapewne w różnych zakamarkach naszej socjalistycznej praworządności, a o którą walczą zastępy płomiennych jej szermierzy, co to właśnie wyruszyły na łowy.

„A tam biegnie sarna, sarna, towarzyszu mój. Spuszczaj charta ze smyczy, niech sarenkę uchwyci, towarzyszu mój” – śpiewamy w łowieckiej piosence, która właśnie teraz nabiera aktualności. Kto znajdzie się we wnykach, kto na pokocie, a komu uda się wymknąć z obławy i za jaką cenę – to są te igrzyska, jakie vaginet obywatela Tuska Donalda oferuje w roku wyborczym publiczności, te circenses, bo na odcinku chleba powszedniego sytuacja nie tylko wygląda znacznie gorzej, ale w dodatku nikt w vaginecie ani nawet – w vaginecie cieni – nie wie, co z nią zrobić.

19.09.2026 Stanisław Michalkiewicz
nczas/sceny-mysliwskie