niedziela, 11 października 2026

Spotkania z diabłem


Czy i jak pisać o diable? Jedno z tych pytań wokół których krążyli i stale krążą najwybitniejsi pisarze i myśliciele. Katalog związanych z tym problemów jest obszerny, ale w dużym uproszczeniu można go opisać za pomocą kilku kluczowych wątpliwości. Czy traktować diabła jedynie jako element kulturowego dziedzictwa, czy raczej postrzegać go jako złowrogiego oponenta ludzkości? A może warto wykorzystywać diabła jako jeszcze jeden konwencjonalny motyw, atrakcyjny literacko sztafaż służący mniej lub bardziej wyrafinowanej rozrywce? Czy diabeł ma być przedmiotem gry z odbiorcą, czy też widzialnym przejawem realnie istniejącego i działającego w świecie zła osobowego? Jeżeli potraktować go lekko, to czy koniecznie z przymrużeniem oka? A jeśli z całą powagą, to czy obowiązkowo w przerażającym kostiumie demona? A to jeszcze nie wszystko, bo cóż począć z wymiarem konfesyjnym? Czy obecność diabła implikuje wiarę? A jeśli tak, to jaką i w co?

Jeżeli twórca chce traktować diabła z pełną powagą, to pojawia się jeszcze jedno niezwykle istotne zagadnienie, z którym musiało zmierzyć się wielu pisarzy. Rzecz w bagażu konwencjonalnych, niejednokrotnie mocno zużytych już przedstawień, którymi obarczona jest w kulturze postać szatana. W Dzienniku pisanym nocą, 11 lipca 1986 roku Gustaw Herling- Grudziński opublikował Fragment (podsłuchany) monologu Diabła. Znalazł się w nim i ten fragment dobrze opisujący naturę problemu: „Znaczna część mojej siły tkwi w tandecie wyobrażeń o mnie (…) Niesmakiem i pogardą przejmowała mnie kiczowatość moich interwencji w Doktorze Faustusie (…) Czyż doprawdy duchowi przewodnicy ludzkości nie potrafią na mój temat wymyślić czegoś poważniejszego, bardziej stosownego do mojej rangi i bliższego mojej potędze? Nade wszystko zaś: czy nie pojmują, że to ja właśnie dla zabawy wstępuję w nich cichaczem, gdy w pościg za mną puszczają się przy pomocy pustych wyzwisk lub ckliwych historyjek z romansów brukowych?”.

Konwencje i opatrzone sposoby przedstawiania utraciły zatem właściwą sobie powagę oraz siłę oddziaływania. Jak więc pisać o diable, jednocześnie traktując go poważnie? Jak radzili sobie z tym problemem najwięksi pisarze? Podobne pytania towarzyszyły mi na początku lektury tomu Jana Tomkowskiego Diabeł. Spotkania w bibliotece. Najwyraźniej nie dawały one także spokoju jego autorowi, uznanemu literaturoznawcy i eseiście, który od razu przeszedł do rzeczy, podnosząc kwestię problematycznej ontologii głównego bohatera swoich rozważań, „dość niefrasobliwie” nazywanego przez nas diabłem, chociaż nie jest pewne, co lub kogo właściwie mamy na myśli. Tomkowski, zakreślając pole swoich zainteresowań, wskazuje na istotę demoniczną. Nie ma dla niego znaczenia natura konfesyjności pisarzy i czytelników oraz to, czy i w jakim stopniu pozostajemy na płaszczyźnie ukształtowanej przez chrześcijańską wyobraźnię i teologię. Dokładnie w tej kolejności, ponieważ skomplikowane zagadnienia teologiczne nie są przedmiotem namysłu autora książki, pojawiają się w toku wywodów niejako mimochodem, wywołane bezpośrednio przez autorów analizowanych tekstów lub poruszaną przez nich tematykę. Nie jest więc to książka, której ambicją byłoby rozstrzyganie skomplikowanych kwestii związanych z przenikaniem się religii i sztuki – choć z pewnością ci, których te aspekty szczególnie interesują, także znajdą materiał do przemyśleń.

Jako że uwagę Tomkowskiego zaprzątają literackie obrazy i relacje związane z istotami diabelskimi sensu stricto, co do zasady nie bierze on pod uwagę tych sytuacji, kiedy mianem istoty diabelskiej obdarzani są różnego typu okrutnicy i zbrodniarze. Choć zdarzają się też wyjątki, ponieważ niekiedy trudno jest oddzielić prowodyra od prowokowanego, zwodziciela od zwiedzionego, a samo pojęcie opętania z definicji zakłada trudną do zrozumienia dwoistość. Ze swoich rozważań autor wyklucza też diabelstwo średniowieczne i romantyczne, nie znajdziemy tu zatem nowych odczytań Dantego, Miltona czy Goethego, gdyż poświęcono tym dziełom – jak pisze autor – „bogatą i łatwo dostępną literaturę”. To prawda, ale czy nie można powiedzieć tego samego o kilku innych omawianych przez Tomkowskiego dziełach autorstwa np. Dostojewskiego, Bułhakowa czy Goldinga? Mam wątpliwości, czy tak pomyślane kryterium jest logicznie uzasadnione. Dodatkowe wątpliwości budzi nieprecyzyjna i relatywna kategoria „łatwości dostępu”. Czy ten obszerny tom interpretacji powstał po to, aby ułatwić życie jego potencjalnym czytelnikom? Czy raczej po to, aby powiedzieć coś ważnego i przede wszystkim nowego o dziełach i problemach, które autor bierze na swój warsztat? Co do zasady chęć pisania o największych dziełach literatury światowej niesie ze sobą ryzyko ponownego odkrywania dawno opisanych spraw i warto mieć tego pełną świadomość. Wielojęzyczny stan badań dotyczący na przykład pisarstwa Dostojewskiego lub Joyce’a jest tak duży, że jego poznanie musiałoby zająć wiele lat badań skoncentrowanych wyłącznie na tym aspekcie. Oczywiście można też pisać tak, jakby dotychczas nic ważnego nie powiedziano w interesującym nas zakresie albo powiedziano wyłącznie to, do czego udało nam się bez trudu dotrzeć, i jednocześnie ukrywać się za eseistyczną narracją. Robi tak wielu poczytnych, a nawet cenionych autorów.

Oś kompozycyjną książki stanowi siedem części grupujących szkice poświęcone kolejnym autorom i tekstom, w których odkrywane są kolejne odsłony dramatycznej obecności sił zła w świecie. W tomie brak jest wyjaśnienia takiego układu tekstów. Śladem intencji przyświecającej Tomkowskiemu pozostają więc jedynie tytuły kolejnych części: Z diabłem, Przeciw diabłu, Obok diabła, Ponad diabłem, Diabeł w nas, Cień diabła, Bez diabła. Choć metaforyczne, są one wystarczająco czytelne, aby można było zrozumieć, czego należy się spodziewać po kolejnych tekstach i w jaki sposób układają się one w odrębne całości, wzajemnie oświetlając i dyskursywnie dopełniając. Dodatkowym elementem spajającym całość (obok – oczywiście – głównego tematu) jest wyrazista osobowość interpretatora, który odciska swoje piętno na kolejnych odczytaniach. Bo cały tom jest przede wszystkim – tak go postrzegam – świadectwem niezwykle interesujących lektur i świetnych interpretacji (choć bywają i gorsze fragmenty, np. rozdzialik poświęcony Simone Weil), które roziskrzają nieoczekiwanymi znaczeniami konkretne teksty, a jednocześnie przynoszą dużą ilość erudycyjnych kontekstów, sprawiając, że czytanie kolejnych szkiców okazuje się intelektualną przygodą. A warto przy tej okazji podkreślić także sam styl wywodu, angażujący i klarowny, bez wątpienia wzmacniający lekturową satysfakcję.

Obok nazwisk, których obecności w tak skrojonym tomie moglibyśmy się spodziewać (np. Baudelaire, Dostojewski, Mann, Bułhakow, Bernanos, Huysmans), pojawia się cała plejada twórców mniej oczywistych (np. Nathaniel Hawthorne, Nikos Kazantzakis, Michel de Ghelderode, Ingmar Bergman). Osobne szkice poświęcone zostały również myślicielom-pisarzom: Nietzschemu, Jungowi, Weil i Schopenhauerowi. Znalazło się także miejsce dla Bolesława Prusa i Stanisława Ignacego Witkiewicza. Łącznie mamy tu zatem trzydzieści siedem szkiców (rozdziałów) i niemal tyle samo nazwisk (twórczość Manna i Nabokova jest tematem czterech szkiców pomieszczonych w różnych częściach książki). I choć rzeczywiście Tomkowski z dużym znawstwem przywołuje bogaty zestaw nazwisk i zjawisk, który z konieczności musi mieć wybiórczy charakter, to jednak braku Gustawa Herlinga-Grudzińskiego (jego nazwisko nie pojawia się nawet w indeksie) nie mogę zrozumieć. Niewielu było pisarzy, którzy tyle miejsca w swojej twórczości poświęciliby diabłu i rozważaniu rzeczywistej natury zła osobowego. To właśnie Herling jako autor chociażby Krótkiej spowiedzi egzorcysty, Don Ildebrando, Świętego Smoka oraz obszernych passusów z Dziennika pisanego nocą dotyczących interesującej nas tu materii mógłby zostać jednym z pierwszoplanowych bohaterów szkiców Tomkowskiego. Mógłby i powinien, ale nie został.

Na koniec kilka słów o tytule całości. To metaforyczne określenie lekturowych doświadczeń autora książki. Formuła spotkania w bibliotece brzmi nieco familiarnie. Jakby jej zadaniem było ukazanie dystansu Tomkowskiego do tematu. Niewątpliwie chodzi też o oswojenie grozy. Tym większej, kiedy z taką uwagą przygląda się różnym formom diabelskiej obecności w świecie (choćby literackim). Tytuł jest jednocześnie sygnałem dla czytelników, zaproszeniem do fascynującej podróży śladami pewnego wycinka zmagań ludzkości z jej demonami.


Jan Tomkowski
Diabeł
Spotkania w bibliotece
Kraków : Instytut Literatury, 2024
623 s. ; 24 cm. – (Biblioteka Pana Cogito)

Wydawca:

© 2017-2026 Instytut Książki | Polityka prywatności | Deklaracja dostępności

PAWEŁ PANAS

Były szef BND Hanning: Korupcja w imieniu państwa


Korupcja

Co sprawa Hanninga ujawnia na temat korupcji w Niemczech

Der Spiegel próbował napisać krytyczny artykuł o machinacjach byłego szefa BND Hanninga, ale jeśli dysponujesz niezbędnymi informacjami na ten temat, to artykuł nie był krytyczny, lecz stanowił próbę ukrycia korupcji w Niemczech.

Komentarz  Thomasa Röpera .

Były szef BND, August Hanning, został aresztowany, ponieważ rzekomo po odejściu ze stanowiska zapłacił swojemu byłemu szefowi sztabu za przekazanie ściśle tajnych informacji w zamian za wynagrodzenie, które Hanning następnie wykorzystał w swojej nowej pracy jako konsultant. Der Spiegel opublikował artykuł pod tytułem „ Aresztowanie byłego szefa BND – Upadek Augusta Hanninga ”, który sprawia wrażenie, że Spiegel krytycznie relacjonuje warunki panujące w Niemczech, które umożliwiły to wydarzenie. W rzeczywistości artykuł w „Spieglu” celowo ukrywał skalę korupcji w niemieckich kręgach rządowych.

Jak Hanning zarobił pieniądze po pracy w BND

Problem z systemem zachodnim polega na tym, że korupcja jest jego integralną częścią, zalegalizowaną pod płaszczykiem „lobbingu”. Powszechną taktyką jest nagradzanie polityków i wysokich rangą urzędników, którzy lojalnie służyli systemowi, wysoko płatnymi posadami w przemyśle, firmach lobbingowych i organizacjach pozarządowych po zakończeniu kariery politycznej. Są oni również niezwykle cenni dla swoich nowych pracodawców, ponieważ w naturalny sposób czerpią z sieci kontaktów, które zbudowali w trakcie kariery politycznej. Lub, jak można by to również ująć, z zakorzenionych struktur polityki.

Były szef BND, Hanning, również dorobił się fortuny po odejściu ze stanowiska, kierując się tą samą zasadą. Założył firmę HanningConsult, której bilans w 2021 roku wyniósł imponujące 2,7 miliona euro. Ta sieć firm obejmowała również inne firmy, takie jak szwajcarska firma Pluteos AG i jej spółkę zależną, firmę ochroniarską System 360 AG.

Nawiasem mówiąc, podobny skandal miał już miejsce wcześniej, ale najwyraźniej nikt się nim nie zajął. Według śledztwa magazynu Stern z 2020 roku, szwajcarskie firmy są jedynie fikcyjnymi firmami, podczas gdy w rzeczywistości działają w Berlinie. Nie będę wdawał się w szczegóły; można o tym przeczytać w artykule magazynu Stern z 2020 roku , ale mowa była o podejrzanych pracownikach i innych niejasnych szczegółach.

Co ciekawe, w tych szwajcarskich firmach działało dwóch byłych szefów niemieckich służb wywiadowczych, gdyż oprócz właściciela Hanninga, doradcami firmy, jak wynika z jego własnych oświadczeń, byli również byli szef Federalnego Urzędu Ochrony Konstytucji Hans-Georg Maaßen.

Ten przykład pokazuje, jak byli wysocy rangą urzędnicy i politycy zarabiają duże pieniądze po zakończeniu kariery, zakładając własne firmy konsultingowe lub inwestując w istniejące. Imponująca suma bilansowa firmy, którą emeryt Hanning założył na aktywnej emeryturze, sięgająca milionów euro, pokazuje, jak ogromne kwoty są w to zaangażowane.

Zasada korupcji

Na Zachodzie firmy konsultingowe te posiadają znaczną władzę, ponieważ wiele z nich to lobbyści, którzy bezpośrednio wpływają na politykę. Robią to dla pieniędzy, co z definicji jest korupcją, ale na Zachodzie zostało zalegalizowane jako „lobbing”. Przeanalizujemy teraz, jak to działa, na konkretnym przykładzie, który redaktorzy „Spiegla” z pewnością znają, ale ukrywają przed swoimi czytelnikami.

W swoim pseudo-krytycznym artykule Der Spiegel pisze:

„To, że niektóre interesy Hanninga wydawały się podejrzane, było również znane w rządzie federalnym. Zwłaszcza że jego druga kariera nie była odosobnionym przypadkiem. Był Gerhard Schindler, jeden z następców Hanninga w BND, który pracował dla agencji Friedrich30. Günter Heiß, były koordynator ds. wywiadu w Urzędzie Kanclerskim, również dołączył do agencji. Podobnie, były generał Bundeswehry Hans-Lothar Domröse, po tym jak zrezygnował ze swojego najwyższego stanowiska w NATO”.

Der Spiegel potwierdza to, co już powiedziałem: byli wysocy rangą urzędnicy państwowi „uzupełniają” swoje emerytury lukratywnymi posadami konsultantów. Der Spiegel podaje przykład agencji Friedrich30 – agencji, o której na pewno wiedzą, ale o której nie wspominają swoim czytelnikom, że jej model biznesowy jest z definicji korupcyjny.

Oto, jak to działa: jeśli dysponujesz kilkoma milionami i chcesz mieć pewność, że w Niemczech zostanie uchwalone konkretne prawo, albo że rząd federalny będzie promował konkretny cel, albo że zagraniczny polityk będzie mógł wygłosić przemówienie w Bundestagu, to możesz śmiało skontaktować się z Friedrich30, który poda ci cenę, za którą postara się osiągnąć ten cel.

Nie zmyślam, bo Friedrich30 prezentuje się w internecie jako „międzynarodowa firma konsultingowa” z „bogatym doświadczeniem w procesach legislacyjnych na szczeblu krajowym i europejskim”. Mówiąc wprost, F30 pomaga zamożnym klientom przeforsować pożądane przez nich prawa. Czymże to jest, jeśli nie korupcją polityczną?

Lista kadry kierowniczej Friedrich30 jest adekwatna, ponieważ oprócz panów wymienionych przez Der Spiegel, w agencji pracuje były minister, były czołowy dyplomata Hans-Ulrich Seidt, kilku byłych dyrektorów ministerialnych, sekretarzy stanu i innych byłych wysoko postawionych urzędników rządowych.

Sposób działania Friedrich30 wyszedł na jaw, gdy firma uznała, że ​​utrzymuje kontakt z Rezą Pahlawim, synem ostatniego szacha Persji, który chciał, aby rząd niemiecki poparł jego przywrócenie na stanowisko szacha Persji i miał wygłosić przemówienie w Bundestagu. Zespół Friedrich30 określił to w negocjacjach jako „bardzo ambitny, ale osiągalny cel” i zaoferował miesięczną opłatę w wysokości 50 000 euro za wsparcie w próbach „doprowadzenia księcia Rezy Pahlawiego do władzy w Iranie”, co miało obejmować spotkania z licznymi członkami Bundestagu.

Oczywiście, Friedrich30 nie planował upublicznienia tych negocjacji, które uważał za poufne. Niestety, Friedrich30 nie rozmawiał z Pahlawim podczas negocjacji, ale padł ofiarą żartu telefonicznego – i cała rozmowa między kierownictwem Friedrich30 a rzekomym Rezą Pahlawim i jego zespołem została opublikowana. Szczegóły, oryginalny zapis w języku angielskim i niemieckie tłumaczenie można znaleźć tutaj .

Korupcja niemieckiej polityki jest widoczna w fakcie, że osoby, które zorganizowały ten żart telefoniczny, w rzeczywistości chciały porozmawiać z Arminem Laschetem, przewodniczącym Komisji Spraw Zagranicznych Bundestagu, ale jego biuro skierowało domniemanego Rezę Pahlawiego do Friedricha30, aby Friedrich30 mógł nawiązać kontakt z członkami parlamentu, takimi jak Laschet, za opłatą.

Co to jest, jeśli nie korupcja?

Ale czytelnicy Spiegla niczego się o tym nie dowiedzą; nie wiedzą, kim lub czym jest Friedrich30, o którym wspomina Spiegel.

Czy da się coś zrobić legalnie?

Dalej Der Spiegel pisze, ukrywając przed czytelnikami wszystkie informacje niezbędne do zrozumienia tekstu:

„W Komisji Kontroli Parlamentarnej Bundestagu, która ma nadzorować służby wywiadowcze, posłowie wielokrotnie podnosili problem takich konsultacji. Jednak żaden rząd federalny nie odważył się położyć kresu tej praktyce. Uzasadnienie było zawsze podobne: Niestety, nic nie dało się zrobić zgodnie z prawem przeciwko praktykom biznesowym byłych szefów wywiadu”.

Przynajmniej Der Spiegel pisze szczerze, że żaden rząd federalny „nie odważył się” nic z tym zrobić, ponieważ wpływ tych sieci na politykę Zachodu jest zbyt duży, aby jakikolwiek rząd mógł się z nim zmierzyć.

Stwierdzenie, że „ prawnie, niestety, nic nie da się zrobić z praktykami biznesowymi byłych szefów wywiadu”, jest absurdalne, ponieważ szefowie wywiadu są strażnikami tajemnic najwyższego szczebla i zrozumiałe byłoby jedynie, gdyby byli szefowie wywiadu mieli dożywotni zakaz przyjmowania jakichkolwiek pieniędzy z zagranicy, bezpośrednio lub pośrednio. Rząd nie odważy się jednak na wprowadzenie takiego zakazu, co oznacza, że ​​jego celem jest umożliwienie innym krajom czerpania korzyści finansowych od byłych szefów niemieckiego wywiadu i innych byłych wysokich rangą urzędników.

I tu właśnie sprawa Hanninga znów staje się interesująca, ponieważ został on aresztowany za rzekome wykorzystanie nielegalnie zdobytych informacji niejawnych do stworzenia analizy dla azerskich służb wywiadowczych. Niemiecki prokurator nie jest z tego zadowolony, ponieważ Azerbejdżan ewidentnie nie należy do krajów, którym wolno wykorzystywać byłych wysokich rangą niemieckich urzędników.

Czy Hanning zostałby aresztowany, gdyby napisał analizę nie dla Azerbejdżanu, lecz na przykład dla USA?

Pytam w imieniu przyjaciela…

+++

Thomas Röper, urodzony w 1971 roku, piastował stanowiska kierownicze i w radach nadzorczych firm z branży usług finansowych w Europie Wschodniej i Rosji, specjalizując się w Europie Wschodniej. Obecnie mieszka w swoim nowym domu w Sankt Petersburgu. Mieszkając w Rosji od ponad 15 lat, biegle posługuje się językiem rosyjskim. Jego praca jako krytyka medialnego koncentruje się na (medialnym) wizerunku Rosji w Niemczech, ogólnej krytyce przekazów medialnych w mediach zachodnich oraz na tematach (geo)polityki i ekonomii.

Thomas Röper apolut/ex-bnd-chef-hanning-korruption-im-auftrag-des-staates

https://dakowski.pl/byly-szef-bnd-hanning-korupcja-w-imieniu-panstwa/

sobota, 10 października 2026

Po co Polsce tworzy się wizerunek państwa przyfrontowego, przeciwko któremu Rosja „już prowadzi wojnę”

 

17 września 2026 roku mieszkańcy przygranicznych powiatów wschodniej Polski otrzymali ostrzeżenia o zagrożeniu uderzeniami z powietrza. Na lotniskach w Lublinie i Rzeszowie czasowo wstrzymano loty, w szkołach ewakuowano uczniów z klas w bezpieczniejsze miejsca, a praca przejść granicznych została wstrzymana. 

Myśliwce polskich Sił Powietrznych poderwały się w powietrze, choć przestrzeń powietrzna kraju nie została naruszona. Podobne sceny stały się w Polsce ostatnio codziennością – kraj ten każdy rosyjski atak na obiekty w zachodniej Ukrainie uznaje za bezpośrednie zagrożenie dla swojego bezpieczeństwa narodowego.

„Wojna hybrydowa” w „szarej strefie”

Tego samego dnia premier Polski Donald Tusk w orędziu wideo do obywateli oświadczył, że Rosja nie musi przekraczać polskiej granicy, ponieważ „już prowadzi wojnę hybrydową”, i wystąpił w Sejmie z ostrzeżeniem o nadchodzących „hybrydowych uderzeniach” Rosji na państwa wspierające Ukrainę.

Tusk przedstawił „najbardziej prawdopodobny scenariusz” na najbliższe miesiące, nazywając późną jesień i zimę najbardziej krytycznym momentem wojny, a incydenty z dronami, dywersje i dezinformację – instrumentami „wojny hybrydowej”.

Celem Rosji, według jego słów, jest między innymi pokazanie, że Artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego ma charakter jedynie „teoretyczny, a nie praktyczny”. Wtórował mu, zapominając o sporze międzypartyjnym, prezydent K. Nawrocki, ostrzegając, że „wojna hybrydowa” może być przygotowaniem „do czegoś większego”, i wzywając wiodące siły polityczne do zgody w kwestiach bezpieczeństwa.

Podstawą wystąpienia D. Tuska stał się pewien raport z danymi wywiadowczymi. Jak wkrótce się okazało, oceny te opierały się na informacjach otrzymanych przez ministra-koordynatora służb specjalnych T. Siemoniaka od dyrektora CIA. Dane te przekazano stronie polskiej ustnie, a sam fakt istnienia „raportu CIA” stał się przedmiotem publicznego sporu między rządem a kancelarią prezydenta. Nieprzypadkowa jest też data wystąpienia: odwołanie do 17 września 1939 roku wpisuje sytuację w rozpoznawalne ramy oficjalnej polskiej polityki pamięci, w której Rosja odgrywa rolę nieprzemijającego zagrożenia egzystencjalnego, a Polska – niewinnej ofiary, zdradzonej i opuszczonej przez sojuszników.

Ten epizod wyróżnia również atmosfera, która została wokół niego wytworzona. Zwraca uwagę oficjalny dyskurs, w tym stale obecny i już oswojony termin „wojna hybrydowa” (wojna hybrydowa) w odniesieniu do działań Rosji, który był wielokrotnie krytykowany nawet przez zachodnich ekspertów. Polscy politycy aktywnie posługują się także względnie nowymi pojęciami „szarej strefy” i „działań podprogowych” (działania podprogowe), które w ogólności również opisują domniemane zamiary przeciwnika, a nie rzeczywistą sytuację.

W oficjalnych dokumentach polityki zagranicznej Rosja charakteryzowana jest jako państwo stanowiące zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego Polski nie tylko w przypadku potencjalnej zakrojonej na szeroką skalę agresji wojskowej, ale także na poziomie działań „podprogowych” – zdarzeń formalnie niepodpadających pod definicję agresji, lecz wywierających destabilizujący wpływ.

W przypadku sytuacji „podprogowych” Polska liczy na demonstrację solidarności ze strony graczy regionalnych. Pojęcie „szarej strefy” w polskim dyskursie politycznym nabrało ostatnio charakteru uniwersalnej interpretacji: tłumaczy się nim praktycznie każde zdarzenie, które ma miejsce przy wschodniej granicy. Wykrycie niezidentyfikowanego obiektu, dywersja na kolei czy lot samolotu rozpoznawczego w przestrzeni międzynarodowej – wszystko to interpretowane jest jako element rosyjskiej strategii wojny hybrydowej.

Takie podejście jest wygodne, ponieważ praktycznie nie wymaga dowodów. Jeśli incydent przypisuje się Rosji, potwierdza to istnienie stałego zagrożenia; jeśli przypisanie jest niemożliwe, tłumaczy się to wyrafinowaniem przeciwnika i jego „działaniami podprogowymi”.

Zwracają uwagę również zmiany, które zaszły w retoryce rządowej we wrześniu 2026 roku: od trybu warunkowego „jeśli Rosja napadnie” polskie władze przeszły praktycznie do twierdzącego „Rosja już prowadzi wojnę, tyle że w innej formie”. Część środowiska ekspertów wojskowych, reprezentowana przez emerytowanych generałów i byłych szefów organów bezpieczeństwa, formułuje nową sytuację Polski jeszcze bardziej radykalnie.

W szczególności generał Stanisław Koziej, były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, utrzymuje, że nasilone ostatnio incydenty z dronami nie są przypadkowe: „albo Moskwa świadomie kieruje drony i rakiety na terytorium NATO, albo świadomie podejmuje wysokie ryzyko, że tam spadną”. Oba warianty uważa jednak za elementy przemyślanej strategii wojskowej, przybliżającej „presję hybrydową” do granic zastosowania Artykułu 5.

Zagrożenie jako zasób

Militarystyczny alarmizm rozwija się w warunkach rozpoczęcia mobilizacji politycznej elektoratu przed wyborami parlamentarnymi jesienią 2027 roku. Wystąpienie D. Tuska w Sejmie zostało przedstawione właśnie jako apel lidera politycznego do narodu o zjednoczenie w chwili niebezpieczeństwa. Wszelkie siły polityczne, w szczególności osobno wymieniona przez premiera prawicowa konserwatywno-tradycjonalistyczna „Konfederacja”, które krytykują pomoc dla Kijowa lub poddają w wątpliwość skuteczność polskich wydatków obronnych, oskarżane są o działanie na rzecz realizacji „rosyjskiej strategii”.

Efekt skupienia wokół flagi został częściowo osiągnięty. Według danych sondażowych ponad 68% Polaków pod koniec września 2026 roku obawiało się zbrojnej prowokacji ze strony Rosji, co jest wynikiem o osiem punktów wyższym niż w lipcu. [Samospełniające się proroctwa? – admin]

Deklarowane pozostawanie praktycznie „w stanie wojny” ułatwia mobilizację społeczeństwa i legitymizuje wydatki obronne oraz nowe środki nadzwyczajne. Od lipca 2026 roku rozpoczęło się rozmieszczanie nowego komponentu wielobrygadowego w ramach polskiego programu „Tarcza Wschód”, łączącego cztery brygady obrony terytorialnej wzdłuż wschodniej i północno-wschodniej granicy.

Towarzyszy temu zakrojony na szeroką skalę program zakupu nowego uzbrojenia, w szczególności pozyskanie do 2027 roku nawet 288 południowokoreańskich wyrzutni rakietowych K239 Chunmoo, a także umocnienie kolejnych 200 km granicy, w tym pól minowych, co stało się możliwe po wyjściu Polski w lutym 2026 roku z konwencji ottawskiej o zakazie użycia, składowania i produkcji min przeciwpiechotnych.

Takie wzmacnianie sił oznacza, że w regionie skoncentrowano już więcej sił i sprzętu niż kiedykolwiek od zakończenia zimnej wojny, dlatego nawet ograniczony lub niejednoznaczny incydent ma miejsce w bardziej wybuchowej atmosferze niż kilka lat temu.

„Stan nadzwyczajny” usprawiedliwia też kolejne kroki. Pierwszym skutkiem wrześniowej dyskusji stała się zmiana zasad użycia broni w powietrzu. 28 września wiceminister obrony C. Tomczyk ogłosił przejście od identyfikacji wzrokowej celów powietrznych do tak zwanej identyfikacji pozytywnej, pozwalającej pilotowi lub dowódcy operacyjnemu podjąć decyzję o zniszczeniu obiektu na podstawie danych radarowych.

Przy tym, według samego Tomczyka, procedura ta jest zwykle przewidziana dla stanu wojny lub stanu nadzwyczajnego. Tym samym decyzja ta nie tylko zwiększa ryzyko omyłkowego rażenia, ale i normalizuje stosowanie procedur czasu wojny pod pretekstem spodziewanej „możliwości przylotu dronów ze strony Rosji” w czasie pokoju.

Deklaracje o wojnie hybrydowej ze strony Rosji skierowane są również do sojuszników. Z tego punktu widzenia wymowne jest skoordynowane z wystąpieniami Tuska wrześniowe wystąpienie ministra spraw zagranicznych Polski R. Sikorskiego na forum w Kijowie, w którym zaproponował on NATO prowadzenie intensywniejszych ćwiczeń wojskowych w pobliżu obwodu kaliningradzkiego, które odwracałyby uwagę Moskwy od specjalnej operacji wojskowej.

Przede wszystkim ma ono służyć jako sygnał, że Polska, coraz bardziej uchylając się od zwiększania pomocy dla Ukrainy i bezpośredniego angażowania się w konflikt, Kijowa jednak „nie porzuca” i szuka sposobów na ulżenie Siłom Zbrojnym Ukrainy na froncie.

Podobne wypowiedzi pomagają też odwrócić uwagę od trwającego polsko-ukraińskiego konfliktu politycznego. Napięcie między Polską a Ukrainą – zarówno na szczeblu rządowym, jak i społecznym – nabrało w 2026 roku samodzielnego znaczenia. Rozbieżności w sferze polityki historycznej i polityki pamięci, sprzeczności gospodarcze oraz wzrost nastrojów antyukraińskich w polskim społeczeństwie najprawdopodobniej stopniowo doprowadzą do tego, że realne i polityczne wsparcie Ukrainy ze strony Warszawy z czasem stanie się bardziej warunkowe i ograniczone.

Wypowiedzi polskich polityków mają też adresatów na Zachodzie. Propozycja prowadzenia „bardziej agresywnych ćwiczeń” NATO przy granicach Rosji skierowana jest nie tylko do tych, których Warszawa uważa za niezdecydowanych, ale i do tych, którzy zarzucają samej Polsce niewystarczającą wojowniczość wobec Moskwy.

Oczywiste jest, że perspektywie bezpośredniego zaangażowania się w konflikt Warszawa przedkłada dziś zaostrzenie retoryki na poziomie UE i NATO oraz wzmocnienie presji sankcyjnej i politycznej na Moskwę.

Strona polska stara się zatem określić granice swojego udziału w domniemanych wariantach zaangażowania państw europejskich w konflikt, demonstrując gotowość udostępnienia swojej infrastruktury i, jak dotychczas, odgrywania roli poligonu dla ćwiczeń oraz kluczowego hubu logistycznego, ale nie aktywnego uczestnika konfliktu. Dla takiej postawy istnieje wiele przyczyn zewnętrznych i wewnętrznych.

„Twierdza Polska”?

Od 2022 roku Polska stara się ugruntować swoją rolę głównego zaplecza wojskowego i jednocześnie wysuniętego rubieża NATO. W tym roku na obronę przeznaczono rekordowe 201 mld złotych (około 55 mld dolarów) z budżetu państwa i pozabudżetowego Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych, co stanowi 4,8% PKB. Polska zmodernizowała siły zbrojne i zintensyfikowała współpracę z USA i Koreą Południową, przeznaczając miliardy na sprzęt wojskowy i umacniając wschodnią granicę. Kluczowym elementem tej strategii są również negocjacje ze Stanami Zjednoczonymi o utworzeniu stałej amerykańskiej bazy wojskowej w kraju.

Jednak mimo imponującego wyglądu tej „twierdzy Polska” widać w niej już pęknięcia. Ambitne cele przekształcenia się w forpocztę NATO na wschodniej flance napotykają na poważne trudności. Tak więc zwiększanie liczebności wojsk prowadzi do braków kadrowych w pododdziałach, które w niektórych przypadkach stanowią jedynie „puste skorupy”, a polski przemysł zbrojeniowy cierpi na strukturalne słabości, brak zaangażowania w ogólnoeuropejskie projekty przemysłu wojskowego i nie jest w stanie zaspokoić wzmożonego popytu na uzbrojenie.

Ponadto obecna gorączka wojskowa i wysokie tempo przezbrojenia polskiej armii kosztem dostaw uzbrojenia z USA tworzą krytyczną zależność strategiczną od późniejszego serwisowania amerykańskiego sprzętu. Poza tym Waszyngton udziela sojusznikom celowych kredytów z warunkiem zakupu wyłącznie amerykańskiej broni, a sama infrastruktura wojskowa Polski jest od początku standaryzowana pod amerykańskie bazy. Zależność od USA ogranicza możliwości manewru Polski i wyraźnie utrudnia integrację z europejskimi projektami obronnymi.

Kolejnym problemem jest czas. Z powodu znacznej pomocy wojskowej udzielonej Ukrainie polska armia nadal odczuwa braki sprzętowe. Choć nowy sprzęt z USA i Korei Południowej napływa stopniowo, pełna gotowość bojowa zostanie osiągnięta nie wcześniej niż w latach 30. XXI wieku, pod warunkiem potwierdzenia wszystkich porozumień ramowych i dostaw. Wzmacnianie polskiej armii przekształca się zatem w wyścig z czasem, który nadal będzie wymagał znacznych wysiłków i wielokierunkowego wsparcia z zewnątrz.

Kolejnym słabym punktem pozostaje struktura finansowania. Około 35–39% wydatków obronnych pokrywane jest instrumentami Funduszu, którego zadłużenie do końca 2026 roku może osiągnąć 39 mld dolarów, a ciężar spłaty w latach 2027–2031 spadnie na budżet państwa. Innymi słowy, obecny zryw został częściowo pożyczony od następnego rządu, który będzie musiał zmierzyć się również z wysoką inflacją i spowolnieniem dynamiki gospodarczej.

Zwraca uwagę również to, że mimo oficjalnego militarystycznego alarmizmu i wysiłków władz na rzecz militaryzacji społeczeństwa, w latach 2024–2026 w Polsce obserwuje się proces odwrotny – spadek gotowości do obrony ojczyzny. Wyniki sondaży przeprowadzonych we wrześniu 2026 roku pokazują, że w sytuacji zagrożenia wojną jedynie 27% respondentów jest gotowych bronić kraju, a 58,1% – nie.

Przyczynia się do tego w niemałym stopniu zakrojony na szeroką skalę kryzys w stosunkach z głównym sojusznikiem na wschodzie – Kijowem. Później doszły do tego wyraźny spadek wiary w zwycięstwo Ukrainy i rosnący strach przed eskalacją konfliktu, co osłabia abstrakcyjną chęć aktywnego udziału w działaniach bojowych.

Polski dyskurs o „szarej strefie” jest z powodzeniem wykorzystywany przez elity nie tylko do mobilizacji politycznej elektoratu na początku przedwyborczej kampanii parlamentarnej, ale i do realizacji celów polityki zagranicznej. Wizerunek państwa przyfrontowego, przeciwko któremu Rosja „już prowadzi wojnę”, może być skutecznie wykorzystany jednocześnie do pozyskania zachodniego finansowania na potrzeby obronne i do ugruntowania swojej roli w konflikcie ukraińskim.

Niezrozumiałe pozostaje tylko jedno: jeśli celem „wojny hybrydowej” ze strony Rosji, jak twierdzą przedstawiciele Polski, jest destabilizacja polskiego społeczeństwa poprzez stałe poczucie zagrożenia, to czy polskie elity, usilnie transmitujące to odczucie, nie wykonują części pracy za swojego „przeciwnika”?

Maria Pawłowa, RSMD
https://pl.news-front.su


Posted by Marucha w dniu 2026-10-08 marucha/po-co-polsce-tworzy-sie-wizerunek-panstwa-przyfrontowego-przeciwko-ktoremu-rosja-juz-prowadzi-wojne

piątek, 9 października 2026

Osoba, która wykonuje pierwszy krok, niekoniecznie jest agresorem…


Boję się.

Nie o siebie. Boję się o moje dzieci, o moich bliskich, o młodych ludzi, którzy mają przed sobą całe życie. Boję się, że nieodpowiedzialni politycy wmanewrują Europę w wojnę, której większość ludzi nie chce i w której ostatecznie będą tylko przegrani. Ten strach nie czyni mnie tchórzem. On czyni mnie pacyfistą.

To, co dzieje się obecnie w Europie, jest moim zdaniem niezwykle niebezpieczne. Dozbrojenie, „gotowość wojenna”, nowe systemy uzbrojenia, manewry wojskowe, groźby, kontrataki, gry wojenne, obowiązkowy pobór do wojska, przygotowywanie szpitali na przyjęcie mas rannych żołnierzy – jeden element układanki dokłada się do drugiego.

Kiedy to się wreszcie skończy? Kiedy mieszkańcy Europy powiedzą: „Dość!”?

Prawdziwym agresorem niekoniecznie jest ten, kto stawia pierwszy krok ku wojnie, lecz ten, kto go wymusza. Niemniej jednak nawet ten pierwszy krok jest niewybaczalny. Wyraziłem już tę ideę w poprzednich artykułach. Dla mnie opisuje ona zasadniczą różnicę między czynnikiem wywołującym wojnę a przyczyną jej wybuchu.

Rosja najechała Ukrainę 24 lutego 2022 roku. To fakt. Ale ktokolwiek, kto na tej podstawie wyciąga wniosek, że historia tej wojny rozpoczęła się tamtego poranka, nadmiernie upraszcza sprawę. Wojny nie spadają z nieba. Mają historię. Wynikają z interesów, zmian władzy, prowokacji, lęków, błędnych kalkulacji, złamanego zaufania i nieudanej dyplomacji. I powstają, gdy ludzie w końcu przestają ze sobą rozmawiać. Europa przeszła przerażająco długą drogę tą drogą.

Tyker szaleństwa

Wystarczy spojrzeć na to, co wydarzyło się w ciągu ostatnich kilku dni i tygodni.

14 września 2026 r.

Włoski myśliwiec NATO zestrzelił drona, który przedostał się na Litwę z Białorusi. Władze litewskie poinformowały, że dron przewoził materiały wybuchowe.

Ponownie skupiamy się na Rosji i Białorusi, ponownie na zagrożeniach i reakcjach NATO. Każdy incydent może mieć swoje wytłumaczenie. Martwi mnie jednak ogólny obraz. Konfrontacja militarna zbliża się do bezpośredniego kontaktu między Rosją a NATO, a każdy taki kontakt niesie ze sobą ryzyko popełnienia błędu.

Połowa września 2026 r.

Niemcy i USA zamierzają dalej integrować swoje przemysły obronne. Planowane jest rozszerzenie wspólnego rozwoju i produkcji nowoczesnych systemów uzbrojenia, komponentów i amunicji. Niemcy planują również zakup amerykańskich pocisków manewrujących Tomahawk.

Czy rakiety mają przynieść pokój? Czy stale rosnące zbrojenia mają przynieść coraz większe bezpieczeństwo? Każdy, kto chce, może w to uwierzyć. Ja nie.

25 września 2026 r.

A potem dzieje się coś, co daje mi nadzieję. Młodzi ludzie wychodzą na ulice – nie po broń, nie po gotowość bojową, a już na pewno nie po miejsce w okopach. Protestują przeciwko rozwojowi wydarzeń, którego konsekwencje, w prawdziwym konflikcie, poniosłoby ich pokolenie.

Zgodnie z inicjatywą „Strajk Szkolny Przeciwko Poborowi” ponad 45 000 uczniów w około 100 miastach w całych Niemczech bierze udział w protestach przeciwko potencjalnemu poborowi i obowiązkowym badaniom lekarskim. W samym Berlinie policja naliczyła około 2400 demonstrantów.

To jest doskonałe!

Bo ci, którzy dziś mówią o gotowości bojowej, prawdopodobnie nie będą leżeć w okopach, kiedy nadejdzie czas. Będą tam leżeć inni: młodzi mężczyźni i młode kobiety, synowie i córki – nasze dzieci.

Mogą zapłacić życiem za decyzje polityczne podejmowane przez innych. Pytam panie i panów gotowych do wojny w Berlinie, Paryżu, Londynie, Warszawie i Brukseli: Czy wysłalibyście swoje dzieci na front, wsadzili syna do czołgu, czy wręczylibyście córce karabin i powiedzieli: „Idź i giń, jeśli będziesz musiała?”. A może to czyjeś dzieci powinny zrobić to samo?

Koniec września 2026 r. – u wybrzeży Szkocji

U wybrzeży Szkocji ćwiczone są działania wojenne na morzu. W dowodzonych przez Brytyjczyków ćwiczeniach „Strike Warrior” około 1300 żołnierzy z różnych państw NATO ćwiczy między innymi polowanie na okręty podwodne, operacje powietrzne i manewry abordażowe. Niemal jednocześnie Wielka Brytania i Stany Zjednoczone demonstrują swoje zdolności ofensywne w ramach ćwiczeń „Atlantic Thunder”. 29 września Royal Navy informuje o zaatakowaniu i zatopieniu wycofanej ze służby amerykańskiej fregaty USS Klakring przy użyciu różnych systemów uzbrojenia, w tym pocisków rakietowych i torped.

Oczywiście, takie manewry oficjalnie służą obronie i odstraszaniu. Jednak druga strona również argumentuje w ten sposób, powołując się na własne potrzeby bezpieczeństwa. Problem pojawia się, gdy obie strony interpretują własną rozbudowę sił zbrojnych jako konieczną obronę, a działania drugiej strony jako agresję. Jaki sygnał ma otrzymać Moskwa, gdy bezpośrednio u wybrzeży Europy prowadzone są ćwiczenia z zakresu zwalczania okrętów podwodnych, ataków rakietowych i zatopienia okrętu wojennego? I jakiego sygnału oczekuje Zachód w odpowiedzi? To klasyczny dylemat bezpieczeństwa – tyle że tym razem w grę wchodzi broń jądrowa.

30 września 2026 r.

Kaliningrad.

Silnie uzbrojone terytorium rosyjskie między Polską a Litwą, geograficznie oddzielone od centralnej części Rosji, przekształca się w jeden z najniebezpieczniejszych, potencjalnych punktów zapalnych bezpośredniej konfrontacji między Rosją a NATO.

Rosja obecnie wyraźnie ostrzega przed militarną izolacją lub atakiem na Kaliningrad, a nawet rozważa użycie broni jądrowej w takim przypadku. To szaleństwo. Groźby nuklearne nie są błahe i są nieodpowiedzialne, nawet jeśli pochodzą z Moskwy.

Ale w tym wszystkim jest też trochę prawdy. W sierpniu, według zachodniego źródła wojskowego, które rozmawiało z agencją Reuters, samoloty NATO przeprowadziły niezapowiedzianą operację wokół Kaliningradu. To pokazało, że w razie konfliktu łączność radiowa, radarowa i obrony powietrznej z rosyjską eksklawą może zostać przerwana.

Jaki jest zamierzony rezultat – pokój? Czy Rosja ma obserwować taką operację, a potem uspokajać się: „Wszystko w porządku, NATO przecież chce się tylko bawić”?

Jednocześnie Sekretarz Generalny NATO Mark Rutte oświadczył 30 września, że ​​nie ma bezpośredniego zagrożenia dla terytorium NATO ze strony Rosji. To oświadczenie powinno dać nam do myślenia. Skoro nie ma bezpośredniego zagrożenia, dlaczego tworzy się atmosfera, w której wojna coraz częściej jawi się jako coś, na co Europa musi się przygotować intelektualnie, gospodarczo, społecznie i militarnie?

Zabawa z ogniem

Rosja posiada największy na świecie arsenał nuklearny. Według szacunków Federacji Amerykańskich Naukowców, do 2026 roku Rosja będzie dysponować łącznie około 5400 głowicami jądrowymi, co plasuje ją tuż przed Stanami Zjednoczonymi. A niektórzy europejscy politycy najwyraźniej chcą sprawdzić granice swoich możliwości w tym kraju?

Czy oni stracili rozum?

Wojna nuklearna między Rosją a NATO nie byłaby grą komputerową, grą wojenną w jakiejś siedzibie NATO, seminarium strategicznym ani telewizyjnym talk-show. Zginęłyby ludzie, być może miliony. Mogłyby zginąć nasze dzieci i wnuki. A Europa, która doświadczyła już dwóch wojen światowych, znów zaczęłaby mówić o swojej gotowości do wojny.

Cóż za kompletne szaleństwo!

Kto tu właściwie komu grozi?

Przez lata mówiono ludziom, że Rosja może zaatakować kraje NATO, po Ukrainie. Putin wielokrotnie zaprzeczał takim zamiarom. Pod koniec 2025 roku powtórzył, że Rosja nigdy nie planowała ataku na Europę i była nawet gotowa to potwierdzić na piśmie.

Można wierzyć Putinowi albo mu nie ufać. Oba są uzasadnione. Nie akceptuję jednak czegoś innego: rosyjskie oświadczenia są często traktowane jako z natury bezwartościowe, podczas gdy zachodnie analizy zagrożeń są przedstawiane jako obiektywnie prawdziwe. Dlaczego?

Zachodni politycy również realizują własne interesy, sekretarze NATO angażują się w politykę, a rządy posługują się propagandą. Oczywiście, zachodni politycy też potrafią kłamać – i robią to, czasami wręcz bezczelnie! Niemniej jednak nie muszę wierzyć Putinowi ani Merzowi, Ławrowowi ani Pistoriusowi, Moskwie ani Brukseli. Mogę patrzeć na to, co mówią, a co ważniejsze, co robią.

To, co obecnie widzę w Europie, zupełnie do mnie nie przemawia. I jeszcze jedno: bardziej ufam Putinowi niż europejskim podżegaczom wojennym. Najwyraźniej 27 milionów rosyjskich ofiar spowodowanych przez nazistowskie Niemcy zostało już zapomniane. Czy Niemcy najechały Rosję, czy odwrotnie? Nigdy więcej?

Gotowy do wojny

Friedrich Merz chce uczynić niemieckie siły zbrojne najsilniejszą armią konwencjonalną w Europie. Boris Pistorius przywrócił niesmaczne określenie „gotowość wojenna”. Emmanuel Macron od lat forsuje debatę na temat silniejszej roli militarnej Europy. Wielka Brytania należy do najbardziej zdecydowanych zwolenników militarnej kontynuacji wojny na Ukrainie. Polska dokonuje masowego zbrojenia. Ursula von der Leyen naciska na wzmocnienie europejskiego przemysłu zbrojeniowego. Mark Rutte domaga się coraz większych wysiłków militarnych ze strony państw NATO.

Broń, amunicja, pociski, drony, czołgi i myśliwce – miliardy miliardów są mobilizowane na te cele. Ale gdzie są plany pokojowe i ważne europejskie inicjatywy dyplomatyczne? Gdzie są mężowie stanu, którzy jadą do Moskwy i mówią: „Musimy rozmawiać”? Gdzie są politycy, którzy mają odwagę usiąść do stołu, zamiast zamawiać kolejny pocisk?

Jest już wystarczająco dużo mężczyzn gotowych do wojny. Europa w końcu znów potrzebuje mężczyzn gotowych do pokoju .

Rosja nie jest bezbronna

Uderza mnie kolejna sprzeczność. Z jednej strony Rosja jest przedstawiana jako zagrożenie militarne, przeciwko któremu Europa musi się masowo zbroić. Z drugiej strony, europejskie państwa NATO, razem wzięte, mają znacznie większy dochód gospodarczy niż Rosja i nominalnie wydają kilka razy więcej na swoje siły zbrojne.

Rosja w żadnym wypadku nie jest wszechmocna konwencjonalnie. Energia jądrowa to zupełnie inna sprawa. Każdy, kto uważa, że ​​Rosję można wywierać na coraz większą presję tylko dlatego, że Europa ma przewagę ekonomiczną, źle zrozumiał naturę odstraszania nuklearnego. Mocarstwo jądrowe nie musi być w stanie wygrać wojny konwencjonalnej, aby zniszczyć Europę. Wystarczy, że będzie posiadać wystarczającą ilość broni jądrowej. Rosja ma jej aż nadto.

Jaki jest więc sens tej gry?

Nie chcę tej wojny

Nie chcę wojny z Rosją ani z żadnym innym krajem. Nie chcę, żeby młodzi Niemcy walczyli z młodymi Rosjanami, którzy nie wyrządzili sobie nawzajem krzywdy. Nie chcę, żeby młody człowiek z Monachium strzelał do młodego człowieka z Moskwy, bo politycy, generałowie i stratedzy nie potrafili rozwiązać konfliktów przy stole negocjacyjnym.

I z pewnością nie chcę, aby moi bliscy płacili za niekompetencję, pychę i brak skrupułów jakichkolwiek polityków.

Uważam ten rozwój sytuacji za obrzydliwy.

Ludzie, którzy lekkomyślnie ryzykują wojnę z mocarstwem nuklearnym, ponoszą ogromną odpowiedzialność. Ci, którzy igrają z życiem innych, powinni przynajmniej zdawać sobie sprawę z tego, co jest stawką. Nie chodzi o figury na szachownicy, ale o ludzi – i potencjalnie o życie naszych dzieci.
Pycha europejskich podżegaczy wojennych wydaje się bezgraniczna.

Dość tego szaleństwa!

Europa nie potrzebuje ani dalszej eskalacji, ani nowych wrogów, ani polityków, którzy mówią ludziom, że muszą znów przygotować się na wojnę. Europa potrzebuje polityków, którzy zapobiegną wybuchowi wojny.

Rozmawiajcie ze sobą, negocjujcie i traktujcie poważnie interesy bezpieczeństwa drugiej strony! Przestańcie odrzucać każdą prośbę o dyplomację jako naiwność, uległość lub „sympatię dla Putina”. Ci, którzy pragną pokoju, muszą rozmawiać ze swoimi przeciwnikami. Nie ma potrzeby negocjowania pokoju z przyjaciółmi.

Przede wszystkim ci, którzy dziś tak nonszalancko mówią o gotowości bojowej, odstraszaniu i sile militarnej, nigdy nie powinni zapominać o jednym: w przypadku prawdziwego zagrożenia zginą nie ich gry wojenne, ale ludzie – być może nasze dzieci.

I ktokolwiek lekkomyślnie naraża swoje życie, nie powinien mówić mi, że robi to dla mojego bezpieczeństwa.

Wstaje!

Mój apel do wszystkich, którzy tak jak ja nie chcą tego szaleństwa: Powstańcie! Wstańcie z kanap! Oburzcie się! Mówcie głośno! Wyjdźcie na ulice, pokojowo demonstrujcie, organizujcie się i jasno dajcie do zrozumienia tym, którzy igrają z cudzym życiem: Nie z nami. Nie z naszymi dziećmi.

Demokracja nie rozwija się dzięki ludziom, którzy milczą, lecz dzięki obywatelom, którzy się angażują. Artykuł 20, ust. 2 Ustawy Zasadniczej zaczyna się od zdania, które niektórzy politycy powinni zapamiętać: „Wszelka władza państwowa pochodzi od ludu”. Nawet prawo do oporu jest zapisane w naszej Ustawie Zasadniczej. Artykuł 20, ust. 4 przyznaje wszystkim Niemcom prawo do stawiania oporu każdemu, kto próbuje obalić porządek konstytucyjny, jeśli nie ma innego rozwiązania. Nie jest to przyzwolenie na przemoc ani ogólne prawo do stawiania oporu decyzjom politycznym, które się nie podobają. Pokazuje to jednak, jaką wartość nasza konstytucja przypisuje swoim obywatelom, gdy fundamentalny porządek demokratyczny jest rzeczywiście zagrożony.

Nie musi do tego dojść. Jest wiele pokojowych i demokratycznych sposobów, aby się zaangażować. Wykorzystaj je! Pisz do swoich przedstawicieli, podpisuj petycje, organizuj wydarzenia, wspieraj inicjatywy pokojowe i wyjdź na ulice. A przede wszystkim: nie pozwól, aby ktokolwiek wmówił ci, że i tak niczego nie możesz zmienić. Każdy, kto czeka, aż inni naprawią coś za niego, równie dobrze może stać na przystanku autobusowym i czekać na następny statek.

Nic się nie zmienia tylko dlatego, że ludzie pragną zmian. Rzeczy zmieniają się, gdy ludzie zaczynają coś robić, aby je zmienić.

Więc powstańcie. Oburzcie się. Mówcie głośno. Spokojnie, ale głośno.

Decyzje dotyczące wojny i pokoju mogą zapadać w budynkach rządowych, parlamentach i kwaterach głównych NATO. Ale w kryzysie to inni muszą tam umrzeć.

I mogą być naszymi dziećmi.

Jeśli podobał Ci się ten post, udostępnij go ponownie. Dziękuję. Miłego czasu.

6 października 2026 r. wassersaege/nicht-wer-den-ersten-schritt-macht-ist-zwangslaeufig-der-aggressor
…ale ten, kto wymusza ten krok

Luźno oparty na Niccolò Machiavellim

Autorstwa Uwe Froschauera

=============================

Książka „Korona – ostatni rozdział jeszcze nie napisany” ukazała się w Internecie 20 sierpnia 2026 roku.

amazon.de/s?k=uwe+froschauer+Corona+-+das+letzte+Kapitel+ist+noch+nicht+geschrieben&__


Wiele napisano o pandemii koronawirusa – koncentrując się głównie na jej indywidualnych aspektach. Niniejsza książka jest próbą poskładania tych licznych fragmentów w spójny obraz. W 18 rozdziałach analizuje ona polityczne, społeczne, medyczne, medialne i psychologiczne aspekty pandemii: od statystyk i kampanii szczepień, przez naruszenia praw podstawowych, protokoły RKI i medialną manipulację opinią publiczną, aż po opór i wciąż niewystarczające rozliczenie się z pandemią.

Ta książka jest skierowana szczególnie do osób, które w obliczu sprzecznych relacji wciąż zadają sobie pytanie: Co właściwie wydarzyło się w tamtych czasach? Nie daje ona gotowej odpowiedzi, lecz raczej powiązania, sprzeczności i różne perspektywy jako podstawę do wyrobienia sobie własnego osądu.

Ci, którzy chcą wyrobić sobie opinię, powinni znać cały obraz.

Recenzja tej książki autorstwa Helmuta Sterza, autora bestsellerów Spiegla („Mafia szczepionkowa”):
wassersaege.com/blogbeitraege/rezension-des-buches-corona-das-letzte-kapitel-ist-noch-nicht-geschrieben/

Od 31 sierpnia jest to bestseller numer 1 na Amazonie w kategorii polityki zdrowotnej.

https://dakowski.pl/osoba-ktora-wykonuje-pierwszy-krok-niekoniecznie-jest-agresorem/

Zbrodnicza arytmetyka Netanjahu


[Autor całkowicie pomija zbrodniczą bezczelność tego typa, który wraz ze swymi kolegami z Mossadu i żydami udającymi Amerykanów, przeprowadził atak 9/11. Budda twierdzi, że ten kto nie wstydzi się z rozmysłem kłamać, praktycznie może popełnić każdą zbrodnię. Oczywiście większość polityków kłamie, ale bezczelność powoływania się na własną zbrodnię by zneutralizować swą inną zbrodnię jest wprost zadziwiająca. VB]

Benjamin Netanjahu lubi przekładać żałobę Izraela na język amerykański. W zeszłym miesiącu, w Organizacji Narodów Zjednoczonych, pomnożył liczbę ofiar śmiertelnych z 7 października przez stosunek liczby ludności amerykańskiej do izraelskiej. Powiedział, że 1200 Izraelczyków zabitych tego dnia odpowiadało „40 000 niewinnych Amerykanów zamordowanych w niecałe 24 godziny. To 16 razy więcej niż liczba ofiar 11 września”.

Porównania per capita to w pełni uzasadnione narzędzie. Mały kraj odczuwa masakrę dotkliwiej niż duży, a Amerykanie powinni zrozumieć, co 7 października oznaczał dla Izraelczyków. Ale metoda jest uczciwa tylko wtedy, gdy jest się gotowym zastosować ją do każdego. Zastosujmy więc metodę Netanjahu do ludzi, których jego armia zabijała przez ostatnie trzy lata.

Przed wojną Gaza liczyła około 2,2 miliona mieszkańców. Stany Zjednoczone mają około 341 milionów – około 155 razy więcej. Przyjmijmy ostrożną liczbę 75 000 Palestyńczyków zabitych w Gazie, nieco powyżej obecnych danych Ministerstwa Zdrowia Gazy, które wynoszą ponad 73 000. Pomnóżmy to przez logikę samego Netanjahu, a otrzymamy około 11,6 miliona Amerykanów.

Jedenaście i sześć milionów. To mniej więcej tyle, ile liczy populacja Ohio. To ponad dziesięć razy więcej niż liczba Amerykanów poległych we wszystkich wojnach Stanów Zjednoczonych razem wziętych – od rewolucji po Afganistan. To około piętnaście razy więcej niż liczba Amerykanów poległych w wojnie secesyjnej, najkrwawszym konflikcie w historii kraju.

Zgodnie z jednostką wybraną przez Netanjahu, liczba ta wynosi około 3900 razy tyle, ile wynosi data 11 września.

Jeśli przeliczymy według standardów Izraela, wynik będzie taki sam. 75 000 zabitych w populacji liczącej 2,2 miliona ludzi odpowiada około 340 000 Izraelczyków. Netanjahu zbudował przemówienie, wojnę i politykę zagraniczną na 1200 ofiarach. Wyobraźcie sobie, co powiedziałby o 340 000.

Praktyczny mnożnik

Obrońcy premiera będą argumentować, że porównanie jest niesprawiedliwe, ponieważ wielu zabitych w Strefie Gazy to bojownicy Hamasu. W porządku. Odejmijmy każdego bojownika, którego uznało za członka izraelskiej armii, i zastosujmy mnożnik do pozostałej liczby. Nawet 50 000 ofiar to i tak prawie 8 milionów Amerykanów – około 2600 razy więcej niż liczba ofiar 11 września. Można dyskutować o każdym pojedynczym wpisie w tym zestawieniu, ale wynik i tak mierzy się w milionach.

Arytmetyka Netanjahu ma swoje problemy nawet na jego własnych warunkach. 40 000 Amerykanów podzielone przez 2977 osób, które zginęły 11 września, daje około 13,4-krotność liczby ofiar 11 września – a nie 16-krotność. Kiedy retoryka wymaga większej liczby, wydaje się, że jest ona zaokrąglana w górę.

Ale prawdziwym problemem nie jest zaokrąglanie. Chodzi o selektywność. Mnożnik Netanjahu ma działać tylko w jednym kierunku. Powiększa on liczbę ofiar wśród Izraelczyków do rozmiarów amerykańskiej katastrofy, aby amerykańska publiczność mogła wczuć się w to, co czuli Izraelczycy. Zastosowany do Palestyńczyków, daje tak wysokie liczby, że każdy amerykański widz zastanawiałby się, za co płaci. Dlatego nigdy go wobec nich nie stosuje.

Co tak naprawdę pokazuje porównanie

Celem porównania per capita jest uświadomienie skali strat osobom z zewnątrz. Netanjahu chce, aby Amerykanie wyobrazili sobie, że 40 000 ich rodaków zostało zamordowanych w ciągu jednego dnia – i aby wszystko, co Izrael zrobił od tamtej pory, uznali za naturalną reakcję. Dobrze. Następnie wyobraźcie sobie, że Amerykanie 11,6 miliona ich rodaków zginęło na terytorium, które odcina wszelką możliwość ucieczki – i nazwijcie to samoobroną.

Żaden amerykański prezydent nie nazwałby 11,6 miliona ofiar śmiertelnych w Ameryce proporcjonalną reakcją na cokolwiek. Żaden Amerykanin nie przyznałby, że zmarli na to zasłużyli, ponieważ niektórzy z nich byli uzbrojeni. I nikt, kto to policzył, nie zaakceptuje założenia arytmetyki Netanjahu – że życie Izraelczyków jest liczone, a Palestyńczyków nie.

Metoda ta wywodzi się od Netanjahu. Podobnie jak odpowiedź, którą ona udziela: według jego własnych standardów katastrofa w Strefie Gazy jest około 290 razy większa niż ta, o której prosi świat, by o niej pamiętał.

Larry C. Johnson 7 października 2026 r. uncutnews-ch/nach-netanyahus-eigener-rechnung-entspricht-gaza-3-900-mal-dem-11-september

https://dakowski.pl/zbrodnicza-arytmetyka-netanjahu/

czwartek, 8 października 2026

Czy zbawienie jest możliwe? Drobna korekta poglądu profesora Elzenberga

 Poza tym - i to już bez zastrzeżeń - jeśli nawet ktoś zbawienie osiąga, to nigdy ani on, ani nikt inny nie może być pewny, że je osiągnął: bo przyszłych chceń nie możemy przewidzieć, a to coś - jeśli jest coś takiego! - co już dziś je determinuje, jest dla nas niepoznawalne. Zdanie „jestem zbawiony" to zdanie, do którego wypowiedzenia nikt nigdy nie będzie miał prawa; i ze względu choćby na to jedno trzeba powiedzieć, że, praktycznie i życiowo rzecz biorąc, zbawienie to nie cel realny, tylko ideał.

***
And what means being saved? Saved from what? From illusion. Salvation is to see things as they are. NM

Kto osiagnął zbawienie od iluzji bycia kimś egzystującym w przestrzeni i czasie, jak najbardziej może być pewny swego stanu, gdyż implikuje on między innymi wiedzę o nieposiadaniu jakiejkolwiek przyszłości, zatem wiedzy, że żadna zmiana temu zbawieniu nie grozi.

Zdanie "jestem zbawiony" z pewnością jest nie uprawnione, a to z tego powodu, że fundamentalnie zbawienie można określić jako uwolnienie się od wyobrażenia (urojenia?) "jestem". I ze względu na to trzeba powiedzieć, że, praktycznie i życiowo rzecz biorąc, zbawienie to to cel realny, a nie tylko ideał.

Co oczywiście nie zmienia faktu, że realizacja tegoż celu, w praktyce, jest dosyć trudna.

Sam podział, zastosowany przez Elzenberga jest bez wątpienia ciekawy, w praktyce ku czemu i od czegoś są tym samym. Arahat jest synonimem elementu nie-determinowanego czy tego co nie-zrodzone. Jeżeli w opisach kładziemy nacisk na realizację tego elementu, to taki opis jest opisem praktyki ku czemuś. Ale w Nauce Buddy nie-zrodzone jest też synonimem absencji chciwość, nienawiści i złudzenia, te stany są u nas jak najlepiej widoczne (oczywiście w różnym stopniu) i rozpoznnie ich w sobie samego stanowi fundament praktyki uwolnienia się od czegoś.

Na niższym poziomie, również te dwie postawy są suplementarne, jako że przy uwolnianiu się od chciwości, nienawiści i złudzenia, pomocne są pewne rzeczy, których albo nie posiadamy, ale posiadamy je w niewystarczającym stopniu, zatam dążymy ku ich zaistnieniu i rozwojowi.


Cały artykuł Henryka Elzenberga 

https://varapanyo.blogspot.com/p/idea-zbawienia-na-gruncie-etyki-czystej.html

Diabeł tkwi w szczegółach

 

Tym niezbyt oryginalnym tytułem zapraszam Państwa na salę posiedzeń Sądu Rejonowego Warszawa – Praga Południe, gdzie, tym razem w nieco poszerzonym towarzystwie, miałem możliwość obserwowania procesu politycznego wytoczonego prezesowi Konfederacji Korony Polskiej, Grzegorzowi Braunowi.

Bohaterem pozytywnym tego odcinka miał być „nieskazitelny i niezależny” historyk, Jan Grabowski, wsparty równie „nieskazitelną i niezależną” świtą z „Gazety Wyborczej”.

Roztwór historyczny
Na pozór sprawa wydaje się być nawet oczywista. Grzegorz Braun, zasłaniając się immunitetem posła, wparował na wykład historyka i w wyjątkowo brutalny sposób wyrwał mu mikrofon oraz zniszczył nagłośnienie, by uniemożliwić swobodne przedstawienie wyników badań naukowych.

Tyle tylko, że w zasadzie nic z tego nie jest prawdą. Lider KKP przecież zdaje sobie sprawę jak niewiele znaczy immunitet poselski, gdy idzie o walkę polityczną. Tu potrafią się nawzajem chronić np. posłowie KO z posłami PiS, ale innych to nie dotyczy.

Po drugie, Braun nie konspirował się w żaden sposób tylko z otwartą przyłbicą siadł w pierwszym rzędzie (a więc się nie „przedzierał” jak to za Grabowskim relacjonowały media). Mikrofonu też nie „wyrwał”, bo był on na stojaku, a „poszkodowanemu” włos z głowy nie spadł. Lubujący się w „weryfikowaniu informacji” ostatnio uparcie do swoich artykułów „dodają kontekst”, więc zróbmy to samo i w tym przypadku.

Po pierwsze, bo to naprawdę ma znaczenie, wykład miał się odbyć w Niemieckim Instytucie Historycznym, czyli działającej w Warszawie placówce, zajmującej się głoszeniem konkretnych narracji historycznych – jak się nietrudno domyślić – sprzyjających RFN. Wykładać zaś miał Jan Grabowski. Tytułowany „profesorem”, choć w Polsce posiadający uprawnienia doktora habilitowanego (taki zabieg ma zwiększyć u odbiorców autorytet). Mówić miał oczywiście o wynikach swoich „badań”, których główną tezą jest odpowiedzialność Polaków za holokaust. Efektem takich publikacji jest więc (moim zdaniem, wcale nie „mimowolnie”) przynajmniej częściowe zdejmowanie winy z Niemców, którzy w ten sposób konsekwentnie przesuwają się na linii zbrodniarz-ofiara w tym drugim kierunku.

Coraz częściej przecież słyszymy o „nazistach” zamiast Niemców, więc finalną wersją tego projektu będzie upowszechnione przekonanie, że oto w 1933 roku Niemcy dostali się pod okupację nazistów z Nazistowa, a po zajęciu terenów Rzeczypospolitej robili wszystko, by chronić Żydów przed polskimi antysemitami. Grabowski tworzy ku temu podatny grunt, pytanie jakimi metodami.

Zanim jednak przejdziemy do tych metod, które obrona Grzegorza Brauna sądowi przedstawiła, przyjrzyjmy się temu jakże subtelnemu przykładowi manipulacji stosowanej przez rządzące Polską stronnictwo kompradorów, które próbuje nam od dziecka narzucić wstyd, by utrzymywać nas jak najdalej od postulowania własnej suwerenności. Chodzi o „odpowiedzialność zbiorową”. Otóż ci sami ludzie, którzy w ciągu kilku ostatnich dni zaklinają Polaków, by nie oceniali Ukraińców przez pryzmat mordercy księdza w Jarosławiu, katują nas na każdym kroku rzekomą winą narodu polskiego za rozmiar ludobójstwa Żydów w latach okupacji niemieckiej. Czyli to nie tak, że jawią się nam jacyś obrońcy cywilizacji mówiący o autonomii jednostki, ale raczej naprzeciwko mamy całą korporację, której celem nadrzędnym jest wmówienie nam poczucia winy za coś, co stało się totalnie wbrew naszej woli i bez najmniejszego naszego udziału na poziomie decyzyjnym.

Operacja „wstyd”
Obrona Grzegorza Brauna na 92 stronicach dokumentu zebrała krytykę, jaka pojawiła się na przestrzeni lat wobec publikacji Grabowskiego. Sąd tego słuchać nie chciał. Nie chciał także, by „poszkodowany” odpowiadał na pytania dotyczące charakteru jego publikacji. Grabowski ma status świętego. Po to właśnie przyszedł Jarosław Kurski, do niedawna zastępca nadredaktora Adama Michnika (rodzony brat „tego” Kurskiego, jakby ktoś nie wiedział), po to też między demonstrantami przed sądem przechadzał się i prowokował Wojciech Czuchnowski, inny funkcjonariusz tego frontu. Może to miało wywierać dodatkową presję na sąd. W każdym razie efekt był taki, że na sali sądowej nie mogliśmy usłyszeć niczego o motywacji Brauna, a przecież to istotne, o czym jednak w następnej części tekstu.

We wspomnianych dokumencie, który być może zostanie także wydany jako publikacja, możemy zapoznać się z podsumowaniem krytyki prac Grabowskiego, autorstwa historyków, takich jak Piotr Gontarczyk, Bogdan Musiał, Tomasz Roguski. Nie są to moi bohaterowie, ale to tym lepiej, bo przynajmniej mogłem do tej lektury przystąpić z odpowiednim dystansem.

Nie sposób zreferować całej pozycji, ale pokażmy tylko co lepsze kwiatki, jakie tam się znajdują. Grabowski do swoich tez potrafi bardzo wybiórczo stosować zeznania świadków. Nawet wtedy, gdy świadek na pewnym etapie zmienia zeznania, powtarza cudze opowieści (czego Grabowski nie zaznaczy), ustalenia sprawy są przeciwne do zeznania, a gdy pojawiają się między nimi ewidentne sprzeczności, to urzędowy historyk oczywiście rozstrzyga je na korzyść tezy naczelnej. Dokładnie to samo jest ze źródłami. Jeżeli Grabowski ma „do wyboru” dwie liczby ofiar, to za obowiązującą uzna tę większą. By stworzyć wrażenie, że Polacy w jakiejś zbrodni mają większy udział niż „powszechnie uznany”, nasz wykładowca potrafi nawet zmienić kolejność zdarzeń. Nawet sama obecność ludzi narodowości polskiej w danym miejscu i danym czasie może posłużyć tezie o współsprawstwie w zbrodni, chociaż najprawdopodobniej wyniknęła z przymusu stosowanego przez okupanta.

No i chyba najważniejsze: Grabowski skrzętnie pomija właśnie ten kontekst, czyli charakter niemieckiej okupacji, będącej od samego początku nastawioną na zagładę mieszkańców Polski, nie tylko Żydów przecież. Tak hołubiony przez „Gazetę Wyborczą” „badacz” rozumie przecież doskonale, że działania Polaków w warunkach niemieckiego terroru były podyktowane najczęściej wolą okupanta, wymuszaną najsurowszymi karami, ze śmiercią włącznie. Grabowski to rozumie, więc o tym nie wspomina, dlatego mamy wręcz obowiązek podejrzewać jego złą wolę.

Ilość manipulacji, jakich dopuszcza się Grabowski w swoich „badaniach”, każe to ostatnie słowo brać w cudzysłów. A przecież to powinno być istotne dla rozstrzygnięcia sądu. Tymczasem organy sądowe Rzeczypospolitej starają się stworzyć wrażenie, jakoby nie miało to znaczenia w procesie. Oto wykład Grabowskiego w Niemieckim Instytucie Historycznym ma być przecież chroniony od wszelkiej ingerencji w ramach „wolności słowa”. Tyle tylko, że autorytet naukowca zawierać w sobie musi także jego odpowiedzialność. Zwłaszcza, gdy mowa o państwowym mecenacie dla nauki, a o takim przypadku mowa. Grabowski nie mówił do grupy znajomych w prywatnej salce wykładowej, ale pod auspicjami Uniwersytetu Warszawskiego, który wydarzeniu udzielił własnego patronatu. I tu tkwi właśnie klucz do zrozumienia reakcji Brauna.

Ściganie ścigającego
Dopiero po takim naświetleniu całego zdarzenia możemy spróbować odpowiedzieć na pytanie, czy Grzegorz Braun w rzeczonej sytuacji nie znalazł się w „stanie wyższej konieczności” i czy odpowiednio na niego zareagował. Braunowi przy każdym odcinku tego serialu sądowego próbuje się zarzucić wyrządzenie jakichś szkód osobistych rzekomym poszkodowanym. Jagielska miała być „bezprawnie zatrzymana”, choć prawo ujęcia jest powszechnie znane i przysługuje każdemu. Nawet późniejsze uznanie braku odpowiedzialności karnej przez ujętego, czy np. niskiej szkodliwości czynu, nie implikuje odpowiedzialności ujmującego. Prawo zna bowiem art. 28 Kodeksu Karnego, który reguluje kwestię błędu co do znamion czynu zabronionego, czyli sytuacji, w której sprawca mylnie ocenia rzeczywistość w odniesieniu do elementów przestępstwa opisanych w ustawie. Problem polega jednak na tym, że w przypadku interwencji Brauna organy ścigania uporczywie zaniedbują własne obowiązki, a więc nie przeprowadzają nawet formalnego sprawdzenia działania ujętych przez niego osób.

Dzieje się nawet proces odwrotny. Sądzeni są ludzie za „publiczne pochwalanie przestępstwa” w odniesieniu do czynów Brauna, których nikt jeszcze prawomocnie za bezprawne nie uznał. Natalia Ruś ma już z tego tytułu wyrok, a Konradowi Rękasowi właśnie odwieszono postępowanie. Grzegorz Braun działa więc w warunkach, w których to państwo nie wypełnia swoich podstawowych funkcji. Czy jednak można go za to winić?

Chyba jednak wypadałoby zbadać, czy człowiek korzystający z zasobów obcego państwa (jakim jest Niemiecki Instytut Historyczny w Warszawie), głoszący być może (to powinny rozstrzygać wspomniane organy!) na zamówienie tezy godzące w dobre imię narodu polskiego, posługujący się w tym wypadku ewidentnymi manipulacjami, nie popełnia jednak przestępstwa określonego w art. 257 kk, który to artykuł zobowiązuje zresztą do reakcji właśnie państwo? I czy poseł podejmujący się w takim wypadku interwencji, powinien być sądzony w pierwszej kolejności, nawet gdy nie zostaje rozstrzygnięta kwestia pierwotna, która określony stan wytworzyła? Naprawdę powinniśmy skupić się na przechodniu, który zatrzymuje złodzieja czy czasem go zbyt mocno nie uszkodził, gdy złodziejowi państwo odpuszcza? Nie przesądzam o winie Grabowskiego, bo nie taka moja rola. Zauważam tylko niewspółmierną reakcję instytucji państwowych w odniesieniu do uczestników zdarzenia.

Wreszcie jednak pięknoduchy będą nam mówić o metodach. Że może Braun powinien tylko krzyczeć, a może po prostu napisać polemikę do tez Grabowskiego. To równie poważna propozycja jak te, które padały w czasach protestów ŚP. Andrzeja Leppera – „Niech rolnicy nie blokują dróg!”. No pewnie, niech w ramach protestu rzucą grabie na pole i stoją w nieskończoność. Otóż prawo do protestu nie jest pustym hasłem, a skoro istnieje, to musi z niego wynikać także prawo do podejmowania działań ponadnormatywnych, takich właśnie jak wysypywanie zatrutego zboża, czy przerwanie wykładu wraz z uniemożliwieniem jego prowadzenia. To wbrew pozorom są bardzo podobne sytuacje. Grabowski swoją działalność prowadzi ponad 20 lat. Jeżeli w tym czasie państwo zareagować nie potrafiło, to Braun ma prawo do właśnie takiej reakcji, która może przykuć czyjąś uwagę. I ten cel akurat został osiągnięty. Jak wielu ludzi nabrałoby się na tę pedagogikę wstydu wspieraną przez RFN, a kierowaną do narodu polskiego, gdyby nie interwencja Brauna? Tego się już pewnie nie dowiemy, ale to powinien wziąć pod uwagę człowiek, który nosi łańcuch z polskim orłem na szyi.

Tomasz Jankowski

https://myslpolska.info/2026/09/06/jankowski-diabel-tkwi-w-szczegolach/

Rafinerie na trzech kontynentach płoną jedna po drugiej… i nikt tego nie łączy?…


W ciągu kilku tygodni na trzech kontynentach stanęły w ogniu rafinerie i zbiorniki paliw. Część ma wyjaśnienie, część nie. Zbitka jest na tyle gęsta, że trudno ją złożyć wyłącznie z przypadku.

6 października w wenezuelskiej rafinerii Cardón, drugiej co do wielkości w kraju, pękła linia gazu. Były eksplozje, personel ewakuowano, ogień ugaszono w niecałą godzinę, zakład o mocy 310 tysięcy baryłek dziennie stanął. Państwowy koncern PDVSA mówi o awarii i powołuje komisję. Pożary w obiektach PDVSA nie są rzadkością. Tym razem zbiegły się jednak z serią innych.

Tydzień wcześniej, 30 września, w indyjskiej rafinerii MRPL w Mangaluru rozerwał się separator wysokociśnieniowy. Zginął jeden pracownik, ośmiu lub dziewięciu zostało rannych. Policja bada przyczynę techniczną. W Meksyku Pemex gasił krótki pożar w Salina Cruz podczas planowego przeglądu. W Rotterdamie eksplozja przy zbiorniku magazynowym podczas konserwacji zabiła jedną osobę. Wiosną branżowy serwis Chemical Processing liczył jedenaście poważnych incydentów rafineryjnych w około sześćdziesiąt dni, od Teksasu po Ekwador, i wskazywał na starzejące się instalacje oraz odkładane remonty.



Obok tego idzie wojna, i tu sprawca jest znany. Ukraina od miesięcy bije dronami w rosyjski przerób. 26 września płonęła rafineria w Ilsku, lokalne władze mówiły o trzech zabitych. Dzień wcześniej ogień był w zakładzie Łukoilu w Permie i w Nowoszachtyńsku. 20 września płonęła rafineria pod Moskwą. Kijów tych uderzeń nie ukrywa. Rosja przedłużyła zakaz eksportu oleju napędowego.

W Arabii Saudyjskiej obraz jest mieszany. 8 września Huti trafili obiekty na południu, w tym okolice rafinerii w Dżizanie. Ministerstwo energii przyznało pożary i czasowe postoje, koalicja podała 73 rannych. O uderzeniu w rafinerię pod Dżuddą z 5–6 października mówią Huti i irańskie media. Krążą nagrania ognia. Rijad i Aramco ataku nie potwierdziły.

Każde z tych zdarzeń da się opowiedzieć osobno: dron, rakieta, pęknięta rura, błąd przy remoncie. Kłopot w tym, że opowiedziane razem układają się w jeden sezon. Rafinerie pracują ostrzej, bo cieśnina Ormuz jest nadal ograniczona, a bliskowschodni przerób uszkodzony. Przeciążona instalacja psuje się częściej. To tłumaczy część awarii. Nie tłumaczy, dlaczego w tym samym oknie czasowym płoną zakłady od Krasnodaru po Falcón i od Dżizanu po Mangaluru, ani dlaczego przy każdym słupie dymu najpierw leci wersja o ataku, a dopiero potem sprostowanie.

Ropa zachowuje się spokojniej niż paliwo. Brent stoi koło 101 dolarów za baryłkę, daleko od wiosennego szczytu powyżej 126, ale wciąż około połowy drożej niż przed wojną z Iranem. Drożeje produkt. W połowie września diesel w Unii bił rekordy serii Komisji Europejskiej, około 2,20 euro za litr. Marże rafineryjne na olej napędowy w Europie Północno-Zachodniej przekraczały 100 dolarów za baryłkę. W Polsce od 3 października znowu działają urzędowe ceny maksymalne: 6,86 zł za litr benzyny 95 i 7,80 zł za diesla, przy VAT ściętym do 8 procent. Jeszcze pod koniec września diesel na stacjach kosztował średnio ponad 9 zł.

Rynek wycenia więc nie jeden pożar, tylko brak produktu. Ropa przez Hormuz wraca. Olej napędowy nie, bo rafinerie, które miały go robić, stoją albo płoną. Czy to zbieg przeciążenia, wojny i pecha, czy coś gęstszego, na razie rozstrzygają komunikaty stron, a nie wspólne śledztwo. Dopóki nikt nie zestawi tych incydentów obok siebie inaczej niż w wątku na portalu społecznościowym, wrażenie, że rafinerie gasną jedna po drugiej, zostanie. I nie jest całkiem bezpodstawne.

Źródła:

https://iuvmpress.co/en/post/serial_fires_at_oil_refineri
…

https://stratnewsglobal.com/west-asia/do-global-refinery
-…

https://ij-reportika.com/global-surge-in-refinery-fires-r
…

https://www.indiatoday.in/world/story/rajasthan-oil-refin
…

Opublikowany 2026-10-07

zmianynaziemi/rafinerie-na-trzech-kontynentach-plona-jedna-po-drugiej-i-nikt-tego-nie-laczy

Widmo Egona Bahra powraca do Moskwy


W 1963 roku Bahr opracował Ostpolitik („Politykę Wschodnią”), która faworyzowała zbliżenie z ZSRR nad wrogością. Pod koniec życia nazwał wybór konfrontacji przez Zachód „błędem stulecia”.

Marco Fernandes 7 paź 2026

Wieczorem 1 października, przed zamknięciem plenarnego posiedzenia dorocznego Klubu Wałdajskiego – w którym miałem okazję uczestniczyć – Władimir Putin niespodziewanie zboczył z tematu, odwołując się do materiałów znalezionych w sowieckich archiwach. Odnalazł ostrzeżenia sprzed prawie czterech dekad, wydane przez Niemca, którego prawie nikt już nie pamięta: Egona Bahra, członka kierownictwa Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD). To właśnie Bahr opracował w 1963 roku tzw. Ostpolitik („Politykę Wschodnią”), która stawiała na zbliżenie ZSRR z Zachodem, a nie na polaryzację przeciwko niemu. Niemcy, jak proponował Bahr, powinny być mostem między dwiema stronami muru. Jako sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta – innymi słowy, prawa ręka Willy’ego Brandta – Bahr negocjował traktaty wschodnie Brandta (kanclerza Niemiec w latach 1969–1974). W latach 1970–1973 Bonn podpisało traktaty wschodnie z Moskwą, Warszawą i Berlinem Wschodnim: uznając granice powstałe w wyniku wojny oraz istnienie innych Niemiec w zamian za gwarancję tranzytu i wizyt rodzinnych. Była to formuła Bahra w formie prawnej – zaakceptować to, co istnieje, aby rzeczy mogły się zmienić poprzez współistnienie. Chadecy (CDU) zwalczali traktaty do tego stopnia, że ​​niemal doprowadzili Brandta do upadku: wniosek o wotum nieufności z 1972 roku został odrzucony zaledwie dwoma głosami.

W Wałdaju Putin odczytał trzy fragmenty z sowieckich archiwów. W pierwszym Bahr zidentyfikował w samym NATO te kręgi, które w ogóle nie chcą podążać ścieżką współpracy paneuropejskiej i wygaszania konfrontacji. W drugim ostrzegł, że bez zdecydowanych kroków w celu przezwyciężenia podziału Europy na wrogie bloki, rozwój wydarzeń przybierze skrajnie niekorzystny charakter, skazując ZSRR na międzynarodową izolację. Przedstawił też, co powinno zastąpić bloki: Radę Bezpieczeństwa o szerokich uprawnieniach, skupiającą Stany Zjednoczone, Związek Radziecki i całą Europę Środkową i Wschodnią – bez posuwania się NATO na wschód. Po znalezieniu tego w archiwach, Putin powiedział, ostrzegając, że zabrzmi to „niedyplomatycznie”: „Opadła mi szczęka”. W obliczu Niemiec, których retoryka z dnia na dzień staje się coraz bardziej agresywna i które uparcie podsycają widmo „rosyjskiego zagrożenia”, to rzeczywiście zdumiewające, że jeden z czołowych umysłów niemieckiej polityki zagranicznej przez ponad dwie dekady był tak wyczulony na niebezpieczeństwa zaostrzającej się polaryzacji między Zachodem a ZSRR i zaproponował nową, odważną architekturę bezpieczeństwa dla Europy, jednocześnie sprzeciwiając się ekspansji NATO na wschód. Dla prezydenta Rosji to tak, jakby Bahr zajrzał w szklaną kulę.

Ważne jest, aby zwrócić uwagę na moment, w którym to powiedziano. Dwadzieścia cztery godziny wcześniej Moskwa wysłała do NATO memorandum z ostrzeżeniem, że w razie próby nałożenia blokady Kaliningradu przez sojusz sięgnie po wszelkie dostępne środki obrony. W Wałdaju Putin stwierdził, że nie wspomniano o broni jądrowej; jednak tego samego dnia stały przedstawiciel Rosji przy Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, Dmitrij Polański, powiedział na posiedzeniu Stałej Rady tej organizacji, że w rosyjskich dokumentach doktrynalnych przewidziano odpowiedź nuklearną w takim przypadku. Tego samego 1 października kanclerz Niemiec Friedrich Merz ostrzegał, że Europa musi przygotować się na rozszerzone rosyjskie operacje hybrydowe. To właśnie w tej atmosferze prezydent Rosji decyduje się mówić o Niemczech. Ale mówi o tym ustami Niemca.

W lutym 1990 roku Bahr przebywał w Moskwie w imieniu frakcji parlamentarnej SPD, w towarzystwie posła Karstena Voigta, i powiedział Aleksandrowi Jakowlewowi – architektowi pierestrojki – w obecności Walentina Falina, który był ambasadorem ZSRR w Bonn w latach Ostpolitik , że Helmut Kohl (z CDU, ówczesny kanclerz Niemiec) chciał „NATO aż do Odry”, rzeki oddzielającej Niemcy od Polski (dziś sojusz rozciąga się tysiąc kilometrów dalej, 130 km od Petersburga). I że jeśli Związek Radziecki nic nie zrobi, by temu zapobiec, nigdy nie wróci do Moskwy – jak opowiedział nam Putin. Następnego dnia zaproponował radzieckiemu ministrowi spraw zagranicznych Eduardowi Szewardnadze europejski system bezpieczeństwa z własnym dowództwem, do którego zjednoczone Niemcy miałyby się przywiązać w miejsce bloków opozycyjnych – i ostrzegł, że jeśli Moskwa zaakceptuje przystąpienie Niemiec do NATO, sama SPD zmieni swoje stanowisko i skapituluje. Szewardnadze odpowiedział : „Związek Radziecki nie skapituluje”. Trzy miesiące później, w Waszyngtonie, Gorbaczow przyznał Niemcom prawo wyboru własnego sojuszu. Osiemnaście miesięcy później Związek Radziecki dosłownie skapitulował. Wkrótce potem, ironicznie lub tragicznie, optymistyczny Szewardnadze został prezydentem byłej radzieckiej republiki Gruzji.

Putin wykorzystał Bahra nie tylko do krytyki obecnego rządu niemieckiego czy rządu UE, ale także do krytyki Gorbaczowa. Radzieckie kierownictwo, jak powiedział, „słuchało, słuchało i nic nie zrobiło”. Voigt – przekonany atlantysta, który nie zgadzał się z Bahrem w swojej delegacji – opublikował swoją wersję spotkania w 2016 roku: Sowieci „nie mieli własnej koncepcji”, byli przeciwni przystąpieniu do NATO, ale „nie mieli przekonujących alternatyw do zaoferowania” i wydawali się bardziej zainteresowani relacjami z Waszyngtonem. Siedem tygodni później Falin napisał do Gorbaczowa, że ​​radziecka polityka europejska popadła w „kontemplacja i refleksja, żeby nie powiedzieć depresja”, że „Zachód nas przechytrza” i że wspólny europejski dom „zamienia się teraz w miraż”. Innymi słowy, doświadczony radziecki dyplomata ostrzegał przed złudzeniem, że pewnego dnia mogą być mile widziani w tak zwanej „cywilizacji zachodniej”.

Oto, co Putin pozostawił między wierszami w Wałdaju: w 1990 roku niemiecki socjaldemokrata i czołowy radziecki ekspert ds. Niemiec wystosowali ten sam apel z przeciwnych stron, ale został zignorowany przez tego samego człowieka, Gorbaczowa. Cena, jaką zapłacił ZSRR, a później Rosja, była wysoka – a przesłanie ma podwójny adres. Wewnętrznie powtarza ono stanowisko samego Putina, od dawna ostrzegając rosyjskie elity przed złudzeniami dotyczącymi Zachodu. Zewnętrznie stara się przypomnieć Niemcom – i Europie – że kiedyś byli zdolni do prowadzenia minimalnie racjonalnej polityki wobec Rosji.

Ile kosztuje gospodarcze samobójstwo Niemiec?
Niemcy, do których adresowane było to przesłanie, przeżywają prawdziwy kryzys gospodarczy. Niemiecki Instytut Ekonomiczny – IW z Kolonii, think tank finansowany przez związki pracodawców i poza wszelkimi podejrzeniami o sympatiach rosyjskich – obliczył w lutym tego roku, że od 2020 roku niemiecka gospodarka odnotowała niedobór produkcji w wysokości prawie biliona euro. W 2025 roku niemiecka produkcja ledwo przekroczyła poziom z 2019 roku. Innymi słowy, sześć lat paraliżu. IW nie oddziela wstrząsów: pandemia, wojna i konfrontacyjna polityka Waszyngtonu nakładają się na siebie od 2022 roku. Ale strona energetyczna rachunku jest po prostu oszałamiająca.

W 2021 roku Rosja odpowiadała za 55% niemieckiego importu gazu, a sam Nord Stream 1 dostarczył 59,2 mld metrów sześciennych, przekraczając własne nominalne moce. Było to paliwo dla struktury przemysłowej zbudowanej na taniej energii. TTF, referencyjna cena gazu w Europie, utrzymywała się poniżej 20 euro za megawatogodzinę przez większość 2019 i 2020 roku; we wrześniu 2026 roku, po osiągnięciu szczytu 340 euro w 2022 roku, nadal utrzymywała się między 73 a 80 – trzy do czterech razy więcej niż wcześniej.

Niemcy zastąpiły rosyjskie rurociągi statkami z dalekich krajów: w pierwszym kwartale tego roku 89% ich LNG pochodziło ze Stanów Zjednoczonych. W latach 2022-2025 Unia Europejska wydała około 281 mld euro na gaz skroplony, z czego 131,5 mld euro przeznaczono na ładunki amerykańskie. Doszło do ogromnego transferu dochodów przez Atlantyk.

Wpływ na realną gospodarkę widać w oficjalnych statystykach. Według Destatis , niemieckiego federalnego urzędu statystycznego, produkcja w sektorach energochłonnych spadła o 15,2% między lutym 2022 r. a marcem 2026 r., w porównaniu z 9,5% w całym przemyśle. Firma konsultingowa EY, opierając się na danych z tego samego federalnego instytutu, naliczyła 124 000 miejsc pracy w przemyśle zlikwidowanych w 2025 r., prawie dwukrotnie więcej niż w 2024 r., z czego 50 000 w przemyśle motoryzacyjnym. Od 2019 r. niemiecki przemysł stracił około 266 000 miejsc pracy, a sektor motoryzacyjny 111 000 — 13% jego całości. Czwarty kwartał 2025 r. był dziesiątym z rzędu kwartałem spadku przychodów przemysłowych.

Najbardziej wymowna jest jednak cicha decyzja kapitału: w badaniu przeprowadzonym wśród 3000 firm, cztery na dziesięć deklaruje, że rozważa ograniczenie produkcji w Niemczech lub przeniesienie jej za granicę – odsetek ten w 2022 roku wyniósł 21%. Podczas gdy BASF otwierał w marcu tego roku kompleks o wartości 10 miliardów euro w Zhanjiang w Chinach – największą pojedynczą inwestycję w swojej historii – ArcelorMittal informował niemiecki rząd, że nie zbuduje swoich zielonych hut stali w Bremie i Eisenhüttenstadt, rezygnując z 1,3 miliarda euro już zatwierdzonych dotacji. Jako powód podano cenę niemieckiej energii elektrycznej. Prezes firmy, Geert van Poelvoorde, oświadczył: „Europejski przemysł stalowy jest pod bezprecedensową presją, aby utrzymać rentowność – i to bez dodatkowych kosztów wymaganych do dekarbonizacji”. PKB spadł o 0,3% w 2023 r. i 0,2% w 2024 r., a w 2025 r. wzrósł o 0,2%. Nie jest to spowolnienie cykliczne, lecz zagrożenie dla samych fundamentów bazy produkcyjnej kraju.

Innymi słowy, jest to przyspieszony proces de-industrializacji, spowodowany decyzją polityczną podjętą w Berlinie, który zdecydował się zrezygnować z taniego rosyjskiego gazu w zamian za ten sam surowiec, trzykrotnie droższy i oddalony o ocean. Nazywanie tego gospodarczym samobójstwem nie jest retoryczną przesadą.

Reindustrializacja za pomocą środków militarnych: złowrogie déjà vu
W obliczu tego obrazu rząd Friedricha Merza dokonał wyboru, który zna już historia Europy, a którego skutki okazały się katastrofalne: industrializacja kraju pod przewodnictwem przemysłu zbrojeniowego to to, co Niemcy robili w latach 30. XX wieku. 18 marca 2025 roku Bundestag zatwierdził, 513 głosami do 207, poprawkę do konstytucji, zwalniającą wszystkie wydatki na obronę przekraczające 1% PKB z limitu zadłużenia. Hamulec zadłużenia, wpisany do Ustawy Zasadniczej w celu dyscyplinowania państwa niemieckiego, przestał obowiązywać właśnie w odniesieniu do zbrojeń. Budżet na obronę wzrasta z 86 miliardów euro w 2025 roku do 108,2 miliarda w 2026 roku i ma przekroczyć 150 miliardów w 2029 roku, osiągając poziom 3,5% PKB. Tylko do grudnia Bundeswehra (niemieckie siły zbrojne) zamierza podpisać 153 duże kontrakty na zamówienia publiczne o wartości około 83 miliardów euro. Volkswagen, jedna z pereł niemieckiego przemysłu, niedawno ogłosił redukcję zatrudnienia o 50 000 osób, lecz krótko przedtem poinformował również o swoim wejściu na rynek zbrojeniowy.

Retoryka dotrzymała kroku budżetowi i staje się coraz bardziej alarmująca. W czerwcu 2024 roku, w parlamencie, minister obrony Boris Pistorius – socjaldemokrata – postawił sobie cel w zdaniu, które weszło do niemieckiego słownika politycznego: „musimy być gotowi do wojny do 2029 roku”. Merz w swoim pierwszym oświadczeniu rządowym obiecał uczynić Bundeswehrę „najsilniejszą armią konwencjonalną w Europie”. 29 września 2025 roku, w Düsseldorfie, ostrzegł, że zamierza powiedzieć coś „być może na pierwszy rzut oka nieco szokującego”: „nie jesteśmy w stanie wojny, ale nie jesteśmy już też w stanie pokoju”. Wojna Rosji, dodał, to „wojna przeciwko naszej demokracji i wojna przeciwko naszej wolności”.

Niemcy i Rosja od wieków łączyły, że tak powiem, złożone relacje. Katarzyna II Wielka, caryca rosyjska (1762–1796), była niemiecką księżniczką ze Szczecina, a rosyjska dynastia formalnie nosiła nazwę Romanow-Holsztyn-Gottorp od 1762 do 1917 roku. Traktatem reasekuracyjnym Bismarck związał Rosję w 1887 roku, aby nigdy nie musieć walczyć na dwóch frontach, ale jego następcy złamali go w 1890 roku, popychając Rosję w kierunku Francji i tworząc warunki, które eksplodowały w 1914 roku wraz z wybuchem I wojny światowej. Nie trzeba przypominać, że oba kraje stoczyły najkrwawsze bitwy w historii po inwazji Hitlera na ZSRR w 1941 roku.

Trzeci element zdaje się jeszcze bardziej komplikować tę relację. W 1962 roku, pod naciskiem Waszyngtonu, NATO zakazało sprzedaży niemieckich rur do ZSRR, a niemieckie firmy musiały zerwać podpisane kontrakty. Wiele lat później Brandt odrzucił weto: w lutym 1970 roku zawarto umowę „niemieckie rury za radziecki gaz”, sześć miesięcy przed traktatem moskiewskim – wynegocjowanym przez Bahra – w którym Bonn ostatecznie uznało powojenne granice.

W 1982 roku, w kontekście rurociągu syberyjskiego, Waszyngton nałożył sankcje na europejskie firmy, ale rządy europejskie domagały się mimo wszystko honorowania kontraktów, dopóki Reagan nie ustąpił. To były dobre stare czasy, kiedy Europa wciąż zachowywała swoją suwerenność i była w stanie przeciwstawić się sankcjom USA. Do 2019 roku samo zagrożenie ze strony Białego Domu wystarczyło, aby szwajcarska firma Allseas porzuciła Nord Stream 2 w ciągu 24 godzin – a do lutego 2021 roku osiemnaście europejskich firm zrobiło to samo, w tym certyfikatorzy i ubezpieczyciele, bez których rurociąg, nawet po ukończeniu, nie mógłby działać. Wreszcie, we wrześniu 2022 roku, materiały wybuchowe rozstrzygnęły sprawę na dnie Bałtyku wraz z atakiem terrorystycznym na kontrowersyjny rurociąg.

W reportażu śledczym znany dziennikarz Seymour Hersh przypisał eksplozję operacji amerykańskiej, czemu Waszyngton zaprzeczył; W czerwcu tego roku niemiecka prokuratura oskarżyła Ukraińca o dowodzenie żaglowcem, który rzekomo przewoził ładunki wybuchowe. Pewne jest, że niemiecka infrastruktura energetyczna została zniszczona i po czterech latach nikt nie został pociągnięty do odpowiedzialności, a Berlin nigdy nie traktował tego incydentu jako ataku, a tym bardziej jako casus belli . Ukończony we wrześniu 2021 roku, kosztem około 9,5 miliarda euro, Nord Stream 2 nie działał ani jednego dnia. Straty nie poniósł tylko rosyjski Gazprom – który sfinansował połowę projektu – ale także firmy z Niemiec, Austrii, Francji, Wielkiej Brytanii i Holandii.

Tę relację strachu i fascynacji, sojuszu i zniszczenia, niemiecka historiografia, podążając za Gerdem Koenenem, nazywa „ Russland-Komplex” . Dziś wahadło znajduje się na jednym krańcu, a jedynym miejscem w rządzie, gdzie drugi biegun wciąż żyje, jest SPD: w czerwcu 2025 roku ponad stu socjaldemokratów podpisało manifest wzywający do „niezwykle trudnej próby” ponownego zaangażowania się w Moskwę, „gdy tylko ucichną działa”. Pistorius, członek tej samej partii, nazwał ten tekst „zaprzeczeniem rzeczywistości”.

Polityka Merza jest oceniana w głosowaniu
W jednej ze swoich odpowiedzi na plenarnym posiedzeniu w Wałdaju Putin przypisał agresywną eskalację europejskiej retoryki o rzekomym „rosyjskim zagrożeniu” próbie odwrócenia uwagi opinii publicznej od poważnych problemów gospodarczych i społecznych, z którymi borykają się główne państwa europejskie. Sądząc jednak po ostatnich wyborach landowych w Niemczech, taktyka Berlina nie działa. W ciągu piętnastu dni września 2026 roku odbyły się trzy wybory: 6 września w Saksonii-Anhalt, gdzie CDU spadła z 37% do 17%, a AfD pokonała ją z wynikiem 43,8% (najlepszy wynik wyborczy w historii); 20 września w Meklemburgii-Pomorzu Przednim nie tylko AfD wygrała z wynikiem 38,2%, ale CDU z wynikiem 4,9% nie weszła do parlamentu. W Berlinie Die Linke pokonało koalicję CDU-SPD i będzie rządzić stolicą, prawdopodobnie wspólnie z Zielonymi i SPD.

Merz nazwał wynik „katastrofą”, ale zapowiedział, że pozostanie na stanowisku. Sekretarz stanu Philipp Amthor, reprezentujący własne skrzydło partii, podsumował nastrój: „stawką jest wszystko”. W sondażach krajowych AfD oscyluje między 25% a 27%, na równi z CDU. Niemiecki elektorat karze partię zbrojeń z obu stron – z prawej strony AfD, siły walczącej z sankcjami i opowiadającej się za powrotem rosyjskiego gazu; z lewej Die Linke, w stolicy, gdzie właśnie zwyciężyła partia najbardziej otwarcie sprzeciwiająca się eskalacji militarnej. Nie sposób zrozumieć tych wyników bez wspomnienia 124 000 zwolnień w przemyśle w 2025 roku i potrojenia rachunków za energię.

Czy istnieje szansa na kolejny „błąd stulecia”?
Pod koniec życia Bahr nazwał zachodni wybór konfrontacji „błędem stulecia” i stwierdził, że NATO stało się „instrumentem służącym hegemonicznej strategii Stanów Zjednoczonych”. Mniej więcej w czasie śmierci Bahra, George Friedman – Węgier, który uciekł przed komunizmem i nigdy nie żywił sympatii do Moskwy, założyciel Stratfor, geopolitycznej agencji wywiadowczej nazywanej „prywatną CIA” – wyjaśnił publiczności w Chicago, że „pierwotnym interesem Stanów Zjednoczonych, o które przez stulecie toczyliśmy wojny – Pierwszą, Drugą, Zimną Wojnę – były relacje między Niemcami a Rosją. Ponieważ zjednoczeni, są jedyną siłą, która może nam zagrozić. I upewnić się, że to się nie stanie”.

Jedenaście lat później Niemcy importują 89% swojego gazu skroplonego ze Stanów Zjednoczonych, straciły równowartość całego roku produkcji i debatują nad tym, czy już są w stanie wojny. Najwyraźniej Biały Dom wykonał dobrą robotę. Ale Putin najwyraźniej powołał się na Bahra, mając nadzieję, że jedynym argumentem zdolnym do podważenia niemieckiego konsensusu jest argument sam w sobie niemiecki.

Zakład prezydenta Rosji wywołał niezwykłą atmosferę na plenarnym posiedzeniu. Przed zadaniem pytań redaktor naczelny szwajcarskiej gazety „Weltwoche” , Roger Köppel, zaznaczył, że znał Egona Bahra i podziwiał jego wizję polityczną. Putin zaczął odpowiadać na inne pytania, aż nagle przerwał swój tok myślenia i powiedział, że byłoby ciekawie usłyszeć więcej o Egonie Bahrze, ponieważ nigdy go nie spotkał. A potem, niespodziewanie, oddał głos Köppelowi, prosząc go o podzielenie się swoją opinią na temat polityki Bahra. Zaskoczony Köppel odpowiedział, że uważa go za człowieka imponującego, pogodnego i wysoce inteligentnego, realistę, nieulegającego „moralnemu imperializmowi” współczesnej Europy, który „uważa, że ​​Europa jest cmentarzyskiem dawnych imperiów, [ale] że może być kontynentem pokoju i powiązań między USA a Rosją”. Pod koniec sesji plenarnej mój znajomy z Klubu Wałdaj powiedział mi, że nie przypomina sobie innej sytuacji, w której prezydent zadałby pytanie komuś z publiczności.

Rozmawiałem z doświadczoną rosyjską analityczką polityczną, która od lat uważnie śledzi przemówienia Putina. Powiedziała mi, że to wyjątkowe przemówienie, zwłaszcza w sesji pytań i odpowiedzi, w którym prezydent Rosji przemawiał z wielką szczerością, momentami graniczącą z ponurością, i wyrażał autentyczne zaniepokojenie obecną sytuacją geopolityczną. Jej zdaniem Putin zdawał się apelować do globalnych elit decyzyjnych, jakby chciał powiedzieć, że ich obowiązkiem jest niedopuszczenie do wymknięcia się procesów transformacji porządku światowego spod kontroli, bo jeśli tak się stanie, nie będzie zwycięzców. Dodała: „Ton tego przemówienia przypominał mi słynne przemówienie z konferencji monachijskiej z 2007 roku”.

Słysząc uwagę Köppela o „moralnym imperializmie” i „Europie jako cmentarzysku imperiów”, Putin odpowiedział: „Być może dlatego wielu w Europie chce dokończyć dzieło zniszczenia Imperium Rosyjskiego, którego od dawna nie ma? Ale oni najwyraźniej o tym nie wiedzą”.

Ostatnim razem, gdy Niemcy stosowały tak agresywną retorykę wobec Rosji, jednocześnie czyniąc się „najpotężniejszą armią w Europie” – jak chce Friedrich Merz – ludzkość pogrążyła się w największej i najkrwawszej wojnie w swojej historii. Ale Niemcy najwyraźniej już o tym nie pamiętają – ani o Egonie Bahr.

forumgeopolitica/the-spectre-of-egon-bahr-returns-to-moscow
https://dakowski.pl/widmo-egona-bahra-powraca-do-moskwy/