sobota, 20 czerwca 2026

Czy w Lutoryżu pod Rzeszowem prowadzono eksperymenty medyczne na dzieciach?

 

Wstrząsające odkrycie pod Rzeszowem.

Dzień dobry Panie Mirosławie. Do wstrząsającego odkrycia doszło kilka dni temu w Lutoryżu pod Rzeszowem. 

57-letnia lekarka zakopała na swojej działce zwłoki kilkudziesięciu dzieci. Służby pracowały na miejscu kilka dni. Dotychczas odkryto 34 ciała.

Kobieta, która pracowała w kilku szpitalach w Rzeszowie, a ostatnio miała być zatrudniona również w Zamościu, została zatrzymana, a prokuratura analizuje możliwe wersje wydarzeń. 

Nie wiemy co dokładnie działo się w Lutoryżu, ale prawdopodobne są dwie, być może powiązane ze sobą sytuacje:

1) Dokonywano masowych, nielegalnych aborcji. W szpitalach na Podkarpaciu oficjalnie prawie nie przeprowadza się aborcji. Możliwe, że próbowano zatuszować dokonujące się zbiorowe dzieciobójstwo.

2) Prowadzono eksperymenty medyczne na dzieciach. Zatrzymana lekarka specjalizowała się m.in. w badaniach tkanek i narządów. Nasza Fundacja od lat informuje opinię publiczną w Polsce, że abortowane dzieci to jeden z głównych „surowców” branży medycznej i farmaceutycznej, a organy wycinane żywym jeszcze dzieciom urodzonym w wyniku aborcji służą do badań nad lekami, szczepionkami i kosmetykami (warto przeczytać nasz raport na ten temat).

Zwraca uwagę również fakt, że aktywistki aborcyjne, które namawiają Polki do aborcji, w swoich poradnikach doradzają, aby po zamordowaniu dziecka pozbyć się jego ciała, a jednym z najlepszych sposobów na ukrycie zwłok ma być zakopanie ich w ogrodzie. Lekarka z Lutoryża „wpadła” ponieważ sprzedała działkę, a nowy właściciel odkrył ciała dzieci w trakcie prac budowlanych.

Takie są właśnie konsekwencje aborcyjnej propagandy, ideologii i mentalności, zgodnie z którą dziecko w łonie matki nie jest człowiekiem tylko „pasożytem”, którego należy pozbyć się z organizmu jak „odpadu medycznego”.

To również konsekwencje braku karalności za dzieciobójstwo prenatalne oraz pomocnictwo w tym procederze i rezultat odrzucenia w latach 2011-2023 wszystkich obywatelskich projektów „Stop aborcji”, pod którymi nasza Fundacja zebrała kilka milionów podpisów poparcia Polaków. Projekty te zakładały nie tylko zakaz aborcji, ale również wprowadzenie w Polsce skutecznych mechanizmów karalności za zabicie poczętego dziecka.

Dlatego walczymy dalej, aby powstrzymać aborcję i ratować dzieci. Ta walka rozgrywa się obecnie przede wszystkim na płaszczyźnie świadomości i sumień Polaków. Chcemy sprawić, aby aborcja stała się dla naszego społeczeństwa czymś nie do pomyślenia.  Na nadchodzący tydzień zaplanowaliśmy uliczne akcje informacyjne oraz publiczne różańce w intencji odnowy moralnej Polski i powstrzymania aborcji w 20 miastach i miejscowościach.
Chcemy być m.in. w: Dynowie, Koszalinie, Lublinie, Puławach, Wieliczce, Zabrzu, Dęblinie, Ełku, Szamotułach, Włocławku, Słomnikach, Łomży, Bielsko-Białej, Łańcucie, Zgierzu, Strykowie, Poznaniu, Gorzowie Wielkopolskim, Białymstoku, Kielcach.

Jeżeli chce Pan, żebyśmy tam dotarli, proszę nam pomóc.

Nasi wolontariusze są w gotowości do działania – wyjazdu w teren, rozstawienia akcji na ulicach, rozmawiania z przechodniami, rozdawania ulotek i broszur, pokazywania bannerów, emitowania nagrań informacyjnych z megafonów. To jest nasza część.

Pan może umożliwić wolontariuszom organizację tych akcji. Paliwo, transport, druk materiałów, bannery, megafony, namioty, kamery oraz ochrona prawna przed pozwami, procesami i przesłuchaniami – to wszystko przy kilkudziesięciu akcjach tygodniowo sumuje się w realny budżet, który musi zostać zapewniony zanim wolontariusze wyjdą na ulice.

Każde miejsce, w którym stoimy, to kolejne wyraźne, głośne, publiczne świadectwo – że sprawa aborcji nie znika, nie milknie, nie odpuszcza.

Niedawno informowaliśmy o księdzu, który podszedł do naszych wolontariuszy w trakcie akcji ulicznej i powiedział, że z konfesjonału wie, ile dzieci przed aborcją uratowały nasze akcje w tym konkretnym miejscu. Nie wiemy, kto w ciągu nadchodzącego tygodnia zmieni zdanie o aborcji pod wpływem naszych akcji. Wiemy jednak, że jeśli nas nie będzie, na pewno nie zmieni go nikt.

Dlatego liczę na Pana pomoc i zaangażowanie w organizację planowanych akcji. WPŁACAM Konto Fundacji do darowizn:79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Z wyrazami szacunku, 

Mariusz Dzierżawski 
Fundacja Pro – Prawo do życia KRS: 0000233080
NIP: 1231051050
REGON: 010083573
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków

13-miesięczny chłopczyk już nie żyje. Został zgwałcony na śmierć przez dwóch gejów, którzy go adoptowali


Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!

Ten słodki 13-miesięczny chłopczyk, którego widzi Pan na poniższym zdjęciu – już nie żyje. Został zgwałcony na śmierć przez dwóch gejów, którzy go adoptowali – tak, tych ze zdjęcia. Sąd właśnie potwierdził, że są winni zabójstwa.


***

Wbrew poprawności politycznej nagłaśniamy takie sytuacje – dla dobra dzieci. Czy możesz wesprzeć naszą pracę?

Wspieram

***

Preston urodził się w 16 czerwca 2022 roku w Manchesterze i pięć dni po narodzinach trafił pod opiekę zastępczą na mocy pilnego nakazu wydanego przez angielski sąd. Przez pierwsze dziewięć miesięcy życia mieszkał u rodziców zastępczych. Para gejów – Jamie Varley i John McGowan-Fazakerley – została zatwierdzona jako kandydaci do adopcji w styczniu 2023 roku, a Preston zamieszkał z nimi w miejscowości Blackpool w kwietniu, gdy miał dziewięć miesięcy.

Od tego czasu niemowlę wielokrotnie trafiało do lekarza ze śladami przemocy: krwawieniem z nosa i napadami drgawek, później z wysypką i siniakami, ze złamanym lewym łokciem. Pracownicy socjalni, którzy w trakcie procesu adopcyjnego odwiedzali gejów i chłopca w domu, poszli jednak po linii poprawności politycznej, chwalili nowoczesną „rodzinę” i nie stwierdzili zagrożenia dla dziecka.

27 lipca 2023 r. Varley po raz ostatni zawiózł Prestona do szpitala w Blackpool. Twierdził, że zostawił dziecko w wannie na kilka minut, a po powrocie znalazł je pod wodą. Lekarze stwierdzili jednak, że chłopiec był suchy i nie było dowodów, by połknął wodę. Preston mimo reanimacji wkrótce zmarł.

Dziewięćdziesiąt minut przed przewiezieniem chłopca do szpitala Varley nagrał film, na którym dziecko było w skrajnym cierpieniu i ledwo oddychało.

Część dowodów w trakcie procesu była tak drastyczna, że jeden z przysięgłych nie był w stanie kontynuować udziału w sprawie – proces przerwano i rozpoczęto ponownie z nową ławą przysięgłych.

***

Pomóż ratować dzieci przed homo-adopcjami. Wesprzyj działania finansowo.

Wspieram

***

W minionym tygodniu Jamie Varley został skazany na dożywocie bez możliwości ubiegania się o zwolnienie warunkowe. Drugi homoseksualista – McGowan-Fazakerley – dostał 25 lat więzienia. Sąd uznał, że Preston był ofiarą przemocy fizycznej, seksualnej i emocjonalnej. Sama sekcja zwłok wykazała u dziecka 40 obrażeń zewnętrznych i wewnętrznych, a przyczyną zgonu było zaduszenie dziecka podczas gwałtu.

Szanowny Panie,

Czy wie Pan, jakie skutki wywołał ten skandal w Wielkiej Brytanii? Hrabstwo Lancashire, w którym mieszkał i zginął Preston, będzie teraz robić audyt procedur adopcyjnych. Sprawdzone ma być też działanie policji, opieki społecznej i systemu ochrony zdrowia. Nikt jednak nie zwraca uwagi na podstawowy problem: homoadopcje jako takie. Geje ani lesbijki nie powinni mieć oddawanych pod opiekę żadnych dzieci. Dziećmi mogą opiekować się wyłącznie osoby pozostające w normie seksualnej, inaczej dziecko narażone jest na wykorzystanie. W przypadku homoseksualistów dochodzą także inne współistniejące zagrożenia, jak choćby skłonność do przemocy – w tym przemocy skrajnej i skierowanej wobec dzieci.

Poprawność polityczna i wszechobecna cenzura i/lub autocenzura powodują, że kraje Zachodu są w ślepej uliczce.

W Polsce też obserwujemy presję na adopcje dzieci przez homoseksualistów. A zaczyna się to wszystko od legalizacji związków jednopłciowych. Środowisko LGBT w Polsce walczy w tej chwili o transkrypcje swoich pseudo-małżeństw – związków cywilnych zawartych w innych państwach UE.

Już teraz zapowiadają, że następnie wyciągną rękę po dzieci.

Fundacja Życie i Rodzina podejmuje liczne działania, aby tak się nie stało. Wiemy jednak doskonale, że decyzje, które zapadną na górze, będą wprost zależeć od tego, jaka będzie świadomość społeczna w sprawie LGBT. I wiemy, jak o tę świadomość zadbać.

Przygotowaliśmy projekt grafiki, którą chcemy w najbliższych godzinach przesłać do drukarni i wyprodukować co najmniej 10 szt. wielkoformatowych banerów. A potem pokazać je na ulicach w całej Polsce – w trakcie parad LGBT, pikiet edukacyjno-informacyjnych i innych akcji ulicznych.


Dlatego zwracam się do Pana z prośbą o pomoc w sfinansowaniu druku tych banerów. Jedna sztuka kosztuje 400 złotych – więc muszę zebrać 4000 złotych, aby zlecić taki druk.

Ponieważ chcę jak najszybciej wyposażyć oddziały terenowe Fundacji w banery, szukam:

– 40 osób, które mogą wpłacić po 100 złotych

– lub 20 osób, które wpłacą po 200 złotych.

Czy może Pan być jedną z tych osób?

Bardzo o to proszę.

Dane do wpłat:

Fundacja Życie i Rodzina

Numer konta:

47 1160 2202 0000 0004 7838 2230

Kod SWIFT dla przelewów transgranicznych: BIGBPLPW

Blik/płatności kartami/szybkie przelewy online:

www.RatujZycie.pl/wesprzyj

tytułem: BANERY PRESTON

Każdy baner to źródło informacji i możliwość otwarcia oczu tysiącom Polaków. Wielu z nich nie dowie się o tragedii maleńkiego Prestona z mediów, do których ma na co dzień dostęp. Dlatego te banery muszą jak najszybciej trafić na ulice.

Sam proces druku to 2-4 dni roboczych.

Czy może Pan wpłacić 100 lub 200 złotych, abym mógł zlecić ten druk w najbliższych godzinach?

Z wyrazami szacunku,


Krzysztof Kasprzak
Fundacja Życie i Rodzina
www.RatujZycie.pl
PS – Jeśli ludzie w Polsce nie dowiedzą się, czym kończą się homo-adopcje, politykom przyjaznym LGBT będzie łatwiej do tych adopcji doprowadzić. Walczymy, aby ochronić polskie dzieci.

Proszę o pomoc finansową w tej walce, dane do wpłat w linku: www.RatujZycie.pl/wesprzyj.

WSPIERAM
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA
TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE
DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY:
IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
KOD SWIFT: BIGBPLPW

MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/


Handlarze strachu


Wyszukał, opracował i udostępnił: Jarek Ruszkiewicz

=============================

Żyjemy w świecie, który zdaje się oszalał. Jakby między ludźmi a rzeczywistością wzniesiono gigantyczne, krzywe lustro, które odwraca wartości, przeinacza oczywistości i nagradza najbardziej drapieżne zachowania. W tej ogromnej komedii absurdu garstka drapieżników dokonała historycznego wyczynu, przekonując miliardy ludzi, że niewola to stan normalny, że niepewność jest nieunikniona, a posłuszeństwo cnotą.

Od pokoleń ci samozwańczy mistrzowie prosperują dzięki mechanizmowi równie prostemu, co skutecznemu, opartemu na strachu. Strachu, który jest pielęgnowany, udoskonalany i przekazywany z pokolenia na pokolenie niczym dziedzictwo. Strachu, który stał się niewidzialną infrastrukturą, na której opiera się cały porządek społeczny.

Wokół nich krąży dwór strażników narracji, świeckich kapłanów, zarządców symboli i twórców iluzji. ​​Nienaganne mundury, uroczyste ceremonie, pieczołowicie pielęgnowane tradycje – wszystko to sprzysięga się, by stworzyć wrażenie, że ci, którzy mieszkają w pałacach, są naturalnie skazani na podziw. Spektakl jest tak starożytny, że w końcu wydaje się naturalny. Jednak za złoconą fasadą często pozostaje jedynie podstawowa zasada, której celem jest gromadzenie władzy przez tych, którzy już ją posiadają.

Iluzja żeruje na krwi i zamęcie historii. Zabójstwa, ataki, nieudane rewolucje, zamachy stanu i wojny służą jako paliwo dla gigantycznej machiny narracyjnej. Każdy kryzys staje się okazją do wzmocnienia przekonania, że ​​to właśnie elity są niezbędne dla stabilności świata, który w rzeczywistości pomagają destabilizować.

W tym wypaczonym obrazie rzeczywistości ideolodzy, eksperci, propagandyści i strażnicy ortodoksji odgrywają rolę współczesnych magów. Ich funkcją jest nie tyle wyjaśnianie ich sfabrykowanej rzeczywistości, co spowijanie jej mgłą na tyle gęstą, by uniemożliwić komukolwiek dostrzeżenie jej prawdziwych mechanizmów. Dzielą, kategoryzują, nastawiają przeciwko sobie i przekierowują gniew z chirurgiczną precyzją.

Ich najwspanialszym osiągnięciem jest przekształcenie drapieżnika w filantropa, a grabieży w cywilizacyjny obowiązek. Historia pełna jest przykładów, w których ci, którzy zgromadzili kolosalne fortuny poprzez wyzysk, chciwość lub głęboko nierówne systemy, byli następnie celebrowani jako dobroczyńcy ludzkości. Przedsiębiorstwa kolonialne, które ogołociły całe kontynenty z zasobów, były przedstawiane jako agenci postępu. XIX-wieczni przemysłowcy, budujący swoje imperia na wyczerpującej pracy robotników i dzieci, są dziś czczeni za swoje fundacje charytatywne i biblioteki. Imperia finansowe, które powodują niszczycielskie kryzysy gospodarcze, są ratowane z funduszy publicznych w imię stabilności, podczas gdy obywatele, którzy płacą rachunek, są wzywani do odpowiedzialnego działania.

Kiedy Brytyjska Kompania Wschodnioindyjska splądrowała zasoby rozległych terytoriów Azji, prezentowała się jako motor napędowy handlu i cywilizacji. Kiedy Cecil Rhodes rozszerzył swoje wpływy w Afryce, budując imperium kolonialne, został uznany za wizjonera. Kiedy niektórzy magnaci rewolucji przemysłowej, jak baronowie- rozbójnicy Nowego Porządku Świata, zgromadzili ogromne fortuny w często brutalnych warunkach socjalnych, przeszli do historii jako oświeceni mecenasi. W ostatnich latach liderzy głównych instytucji finansowych odpowiedzialnych za kryzys z 2008 roku nigdy nie ponieśli konsekwencji porównywalnych z tymi, jakie poniosły miliony ludzi, którzy stracili pracę lub domy w wyniku ich decyzji.

Zasada wydaje się niezmienna: drobny złodziej jest wytykany palcami, a wielki drapieżnik otrzymuje medal. Ten, kto kradnie zawartość kasy w sklepie, jest przestępcą; ten, kto przywłaszcza sobie przemysł, kraj lub całe pokolenie, staje się kapitanem przemysłu, strategiem lub mężem stanu. Im większa skala grabieży, tym bardziej jest ona skrywana pod płaszczykiem legalności. Zorganizowana grabież dokonywana przez tę kastę szkodników po prostu zmienia swój strój; wczoraj była uzbrojona w miecz, dziś jest po prostu ubrana w szyty na miarę garnitur, otoczona prawnikami, specjalistami od PR i oficjalnymi ceremoniami. Zatem ich arcydzieło polega na przekształceniu drapieżnika w dobroczyńcę, a grabieży w szanowaną instytucję.

Kto ukradnie kilka banknotów, staje się przestępcą. Kto przywłaszcza sobie zasoby kontynentu, staje się mężem stanu. Kto opróżnia skarbiec narodu, otrzymuje zaszczyty, tytuły, a czasem nawet miejsce w podręcznikach historii. Im większe przywłaszczenie, tym bardziej wydaje się ono uzasadnione. W tym tkwi cud tej moralnej inwersji!

Podczas gdy uwaga skupia się na starannie wyznaczonych wrogach, prawdziwe ośrodki władzy pozostają w cieniu. Masy kłócą się, obrażają i ścierają z powodu kolejnych, często ulotnych przyczyn. Wyczerpują się w nieustannych wojnach kulturowych, podczas gdy bogactwo wciąż rośnie.

Jeśli chcemy wyjść poza mit „głębokiego państwa”, nie musimy powoływać się na tajną organizację czającą się w cieniu. W krytycznej analizie współczesnej władzy, to, co niektórzy nazywają tym terminem, to nie tyle niewidzialny spisek, co zbiór doskonale rozpoznawalnych sieci wpływów, na które składają się ogromne odziedziczone fortuny, strategiczne grupy przemysłowe, międzynarodowe koncerny energetyczne, instytucje finansowe, firmy konsultingowe, giganty technologiczne i podmioty zdolne do wywierania nieproporcjonalnego wpływu na decyzje publiczne. Ich prawdziwa siła tkwi nie w absolutnej tajemnicy, lecz w ich powszechnej widoczności. Zasiadają w zarządach, finansują think tanki, uczestniczą w ważnych forach ekonomicznych, spotykają się z liderami politycznymi i kształtują część agendy publicznej bez konieczności ukrywania się.

Duzi producenci broni, międzynarodowe koncerny naftowe i imperia finansowe niekoniecznie tworzą jednorodny blok realizujący jeden cel; łączy je jednak wspólny interes w zachowaniu porządku gospodarczego, którego są głównymi beneficjentami. Do tego dochodzą nowe ośrodki władzy, które wyłoniły się z rewolucji cyfrowej. Firmy takie jak Google, Meta, Amazon, Apple i Microsoft posiadają obecnie wpływ na informację, komunikację, konsumpcję, a nawet debatę publiczną, jakiego żadna prywatna firma nie mogłaby sobie wyobrazić jeszcze kilka dekad temu. Ich liderzy są dobrze znani, udzielają wywiadów, są celebrowani w mediach i zapraszani na najbardziej prestiżowe konferencje międzynarodowe. Paradoks tkwi w tym, że najbardziej strukturalna siła w naszym społeczeństwie nie zawsze jest ukryta; wręcz przeciwnie, często jest eksponowana w pełnym świetle dziennym, ale zawsze prezentowana pod uspokajającym płaszczykiem innowacji, sukcesu przedsiębiorczości lub postępu technologicznego.

Z tej perspektywy, zasadnicze pytanie nie brzmi, czy niewidzialna ręka potajemnie kieruje światem, ale raczej, jak pewne nadzwyczajne skupiska bogactwa, własności, danych, siły lobbingowej i dostępu do decydentów mogą kształtować zbiorowe priorytety. Współczesna władza niekoniecznie nosi maskę, co często widać na okładkach magazynów biznesowych, na podium międzynarodowych szczytów i w rankingach najbogatszych ludzi świata. To właśnie ta normalizacja wpływów czasami utrudnia jej kwestionowanie.

Zatem, choć kwestia wyczerpywania się zasobów i „granic wzrostu” nie jest nowa, często służyła jako krzywe zwierciadło, odzwierciedlając zarówno uzasadnione obawy, jak i znacznie bardziej nieprzejrzyste strategie wywierania wpływu. Zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych idea rychłego wyczerpania się ropy naftowej powracała wielokrotnie w XX wieku, by być regularnie podważana lub obalana przez postęp w technikach wydobywczych i odkrycia nowych złóż. Ta narracja o niedoborze nigdy jednak nie była neutralna, ponieważ podsycała zbawienną krytykę obsesji na punkcie produktywizmu, a jednocześnie dostarczała wygodnego języka niektórym podmiotom gospodarczym do legitymizacji własnych interesów.

W latach 70. XX wieku, w okresie szoków naftowych, kilka dużych firm z sektora podejrzewano o skoordynowane działania mające na celu ograniczenie podaży i sztuczne zawyżanie cen, w kontekście już napiętym decyzjami OPEC i niestabilnością geopolityczną. Jednocześnie działalność Klubu Rzymskiego i jego przełomowy raport „Granice wzrostu” przyczyniły się do spopularyzowania idei rychłego fizycznego ograniczenia możliwości rozwojowych ludzkości. Nie kwestionując znaczenia długoterminowych ostrzeżeń środowiskowych, scenariusze te były niekiedy wykorzystywane w dyskursie politycznym i gospodarczym w sposób znacznie odbiegający od ich pierwotnego zamysłu.

Jednocześnie przemysł zbrojeniowy w niedoborze zasobów i napięciach, jakie on generuje, odnalazł powtarzający się argument uzasadniający konflikty i logikę militarnego bezpieczeństwa dostaw. Konkurencja o surowce – ropę naftową, gaz, minerały strategiczne – staje się wówczas narracją strukturalną, która może służyć zarówno potępieniu nadużyć modelu ekstraktywistycznego, jak i legitymizacji strategii władzy, interwencji lub kontroli terytorialnej. W ten sposób ta sama idea – idea granic – nieustannie oscyluje między szczerym ostrzeżeniem ekologicznym a narzędziem politycznego uzasadnienia, w zależności od tego, kto ją stosuje.

Mechanizm jest zawsze ten sam: stworzyć postać odpychającą, skupić na niej całą zbiorową uwagę, a następnie pozwolić widzom wyładować w niej swój gniew. W ten sposób reflektor oświetla wybraną postać, podczas gdy ci, którzy ją stworzyli, pozostają ukryci za kurtyną.

Gniew staje się wówczas surowcem. Oburzenie przekształca się w towar. Konflikt staje się odrębnym przemysłem. Bo w tym systemie kryzysy nie są już tylko katastrofami do rozwiązania, ale raczej szansami do wykorzystania, dźwigniami władzy, źródłami zysku lub legitymizacji politycznej.

Kanały informacyjne nadające przez całą dobę od dawna wiedzą, że społeczeństwo zaniepokojone utrzymuje łączność dłużej niż społeczeństwo spokojne. Każda kontrowersja jest analizowana przez wiele dni, każdy drobny incydent zostaje podniesiony do rangi tragedii narodowej, każdy spór napędza nieprzerwany cykl debat, reakcji i kontrreakcji. Strach przyciąga uwagę, a uwaga generuje dochód. W gospodarce informacyjnej lęk stał się towarem.

W mediach społecznościowych logika jest jeszcze bardziej brutalna. Algorytmy „Facebooka”, „X”, „TikToka” i „YouTube’a” często faworyzują treści wywołujące silne reakcje emocjonalne, takie jak gniew, strach, oburzenie i uraza. Im bardziej kontrowersyjny jest dany materiał, tym szerzej się rozchodzi. Im szerzej się rozchodzi, tym większe generuje zaangażowanie. W ten sposób ciągła konfrontacja staje się paliwem napędzającym model ekonomiczny. A ludzie toczą wojnę poziomą zamiast pionowej, skierowaną ku górze i tym, którzy naprawdę na niej korzystają!

Od dziesięcioleci historia polityczna oferuje to samo widowisko. Po każdym poważnym kryzysie – czy to po atakach z 11 września 2001 roku, kryzysie finansowym z 2008 roku, sfingowanej pandemii COVID-19, trwającej interwencji Rosji i przekierowaniu funduszy do rajów podatkowych przez Ukrainę, czy innych okresach niestabilności – systematycznie wprowadzane są nowe mechanizmy kontroli, nadzoru lub środki nadzwyczajne w imię bezpieczeństwa zbiorowego. Ale systemy te istnieją jedynie po to, by chronić skorumpowanych i zniewolonych, świadomych obywateli. Niektóre są uzasadnione i konieczne, podczas gdy inne utrzymują się długo po ustąpieniu pierwotnego zagrożenia. W ten sposób każdy wstrząs wzmacnia rolę instytucji odpowiedzialnych za zarządzanie jego skutkami i zamyka społeczeństwa w tyrańskim systemie masowego nadzoru.

Przemysł zbrojeniowy prosperuje wyłącznie dzięki napięciom geopolitycznym, które sam generuje. Firmy zajmujące się cyberbezpieczeństwem prosperują dzięki strachowi przed cyberatakami, które same generują. Konsultanci i inni eksperci prosperują dzięki kryzysom, które obiecują przewidzieć. Platformy cyfrowe prosperują dzięki konfliktom, które wzmacniają. Aktorzy polityczni prosperują dzięki podziałom, które publicznie potępiają, jednocześnie potajemnie je podsycając.

W tym nieustannym klimacie napięcia obywatele żyją w stanie niemal nieustannego pogotowia, tracąc tym samym racjonalność. Coraz trudniej im odróżnić autentyczną pilność od spektaklu pilności. Każdy tydzień przynosi nowego wroga, nowe obowiązkowe oburzenie, nowy skandal przedstawiany jako egzystencjalny. Zbiorowa uwaga jest rozproszona, głęboka refleksja staje się rzadkością, a strukturalne przyczyny problemów znikają w natłoku natychmiastowych reakcji.

Rezultat jest paradoksalny: im więcej społeczeństwa informacyjne posiadają, tym większe ryzyko, że zostaną przytłoczone przez jego szum. Im bardziej są połączone, tym bardziej mogą się rozdrobnić. A im bardziej żyją w ciągłym strachu, tym chętniej delegują swoją wolność, osąd lub odpowiedzialność tym, którzy obiecują je uspokoić. W ten sposób kryzys przestaje być wyjątkiem, a staje się sposobem rządzenia, rynkiem uwagi i modelem ekonomicznym.

Z biegiem czasu ta logika wywołuje dziwny zbiorowy niepokój. Ofiary podziwiają swoich ciemiężców. Wyzyskiwani marzą o tym, by być podobnymi do tych, którzy ich wyzyskują. Symbole władzy stają się obiektami powszechnej fascynacji. Korony, trony, dynastie i hierarchie przetrwały nie dlatego, że zostały narzucone wyłącznie siłą, ale dlatego, że zajmują zbiorową wyobraźnię.

Sam język ostatecznie zwraca się przeciwko tym, którzy go używają. Słowa tracą znaczenie. Wojna staje się operacją pokojową. Inwigilacja staje się ochroną. Cenzura staje się odpowiedzialnością. Wojna staje się moralnością. Agresja staje się atakiem wyprzedzającym. Przywilej staje się zasługą. A każda inwersja dodaje kolejną warstwę do mgły.

Podczas gdy oczy są zniewalane pompą, ceremoniami, starannie wyreżyserowanymi skandalami, partyjnymi kłótniami i nieprzerwanym strumieniem rozrywki, istotne realia rozgrywają się poza ekranem. Za nieustannym brzękiem ekranów dokonuje się głębsza transformacja, wraz ze stopniową erozją autonomii intelektualnej, krytycznego rozeznania i zdolności jednostek do samodzielnej interpretacji otaczającego świata. To panowanie infantylizacji.

Nigdy wcześniej w historii społeczeństwa nie miały dostępu do tak wielu informacji. Nigdy wcześniej nie były narażone na tak silny zalew sprzecznych, emocjonalnych i natychmiastowych treści. A jednak każdego dnia miliony ludzi poświęcają więcej czasu na śledzenie zwrotów akcji w życiu celebrytów, kontrowersji związanych z wirusami czy starć między influencerami niż na zrozumienie mechanizmów ekonomicznych, politycznych czy technologicznych, które naprawdę kształtują ich życie.

Kiedy królewski ślub czy mecz piłkarski przyciągają setki milionów widzów ledwo przekraczających granicę ubóstwa, kiedy najdrobniejsze gesty medialnych osobistości stają się wydarzeniami o zasięgu globalnym, kiedy całe tygodnie antenowe poświęcone są jałowym kontrowersjom chwili, wszystkie fundamentalne kwestie znikają ze zbiorowej świadomości. A restrukturyzacja przemysłu, koncentracja władzy gospodarczej, dług publiczny, transformacja pracy i wykorzystywanie danych osobowych wciąż postępują w względnej tajemnicy.

Podczas gdy uwaga opinii publicznej skupia się na najnowszym skandalu wirusowym, kilkadziesiąt konglomeratów wywiera coraz większy wpływ na globalną infrastrukturę informacyjną, handlową, komunikacyjną i cyfrową. Firmy takie jak Google, Meta, Amazon, Apple i Microsoft zajmują obecnie centralne miejsce w przepływie informacji, wymianie gospodarczej, a nawet interakcjach społecznych miliardów ludzi.

Wywłaszczenie niekoniecznie przybiera już brutalną formę cenzury czy bezpośredniego przymusu. Często następuje poprzez stopniowe delegowanie. Delegujemy naszą pamięć wyszukiwarkom, naszą orientację GPS-owi, uwagę algorytmom rekomendacji, naszą towarzyskość platformom cyfrowym, a nasze wybory kulturowe automatycznym systemom sugestii. Każde delegowanie wydaje się nieszkodliwe. Jednak razem zmieniają one relację jednostki z własnym osądem.

Co jeszcze bardziej niepokojące, sam język staje się polem bitwy. Słowa nabierają strategicznego znaczenia, zmieniają znaczenie w zależności od kontekstu lub stają się narzędziami mobilizacji emocjonalnej. Wyrażenia takie jak „reforma”, „modernizacja”, „bezpieczeństwo”, „wolność”, „postęp” czy „odpowiedzialność” są czasami używane do opisywania radykalnie odmiennych rzeczywistości, w zależności od interesów tych, którzy ich używają. Debata nie koncentruje się już wyłącznie na faktach, ale na samych słowach.

Współcześni obywatele ryzykują zatem utratę tego, co jest w istocie ich głównym środkiem oporu: zdolnością do jasnego nazywania tego, co obserwują. Kiedy brakuje im słów, by opisać sytuację, kiedy nie potrafią już odróżnić informacji od spektaklu, analizy od reakcji emocjonalnej, rzeczywistości od jej medialnej inscenizacji, stają się bardziej zależni od tych, którzy twierdzą, że interpretują za nich świat.

Prawdziwe pytanie zatem nie brzmi po prostu, kto sprawuje władzę ekonomiczną lub polityczną. Chodzi o to, kto definiuje kategorie, przez które ta władza jest postrzegana. Ten, kto narzuca narracje, ramy interpretacyjne i język debaty, często wywiera trwalszy wpływ niż ten, kto jedynie dysponuje siłą lub pieniędzmi.

Tak więc, podczas gdy ekrany świecą, ceremonie następują jedna po drugiej, skandale powtarzają się w szalonym tempie, a rozrywka zajmuje każdą dostępną przestrzeń uwagi, bogactwo cenniejsze od jakiegokolwiek innego może być zagrożone, a jest nim suwerenność samego ludzkiego ducha!

Największym zwycięstwem manipulatorów nie jest bowiem kontrolowanie bogactwa ani instytucji. To kontrolowanie umysłów i przekonywanie ludzi, że nie są w stanie sami sobą rządzić. To wmawianie im, że nieufność jest naturalna, rywalizacja nieunikniona, a ludzie są z gruntu źli. Jednak cała ta konstrukcja opiera się na fundamentalnej słabości, ponieważ zależy od wsparcia tych, którzy są jej poddani.

W dniu, w którym ludzie przestaną karmić maszynę swoim strachem, nienawiścią i nieustannym oburzeniem, część jej mocy wyparuje. W dniu, w którym na nowo odkryją znaczenie słów, smak rzeczywistości i pewność siebie, zaklęcia stracą swoją moc.

Prawdziwy przełom nie zaczyna się od spektakularnej rewolucji. Zaczyna się, gdy odmawiamy udziału w tej szaradzie. Gdy przestajemy mylić prestiż z cnotą, bogactwo z zasługami, a autorytet z mądrością. Bo systemy oparte na strachu przetrwają tylko tak długo, jak długo ktoś nadal będzie akceptował strach.

Autorstwo: Phil Broq
Wyszukał, opracował i udostępnił: Jarek Ruszkiewicz
Źródło zagraniczne: Jevousauraisprevenu.blogspot.com
Źródło polskie: WolneMedia.net

piątek, 19 czerwca 2026

Moje wybory - rozmowa z Władysławem Juszczakiem


Wiesław Juszczak: Co Pan studiuje?

Jacek Wiaderny: Kulturoznawstwo.

To bardzo podobne do moich zainteresowania, bo ja – oprócz historii sztuki – studiowałem jeszcze filozofię przez parę lat, ale nie zrobiłem magisterium, ponieważ zacząłem pisać doktorat za namową prof. Juliusza Starzyńskiego. Więc przerwałem tamte studia. A na filozofii chciałem robić magisterium u profesor Kotarbińskiej, żeby zwalczyć niechęć do logiki.

Wspomina Pan o tym w „Ruinach czasu”, wywiadzie-rzece, który przeprowadził z Panem prof. Dariusz Czaja.

Mieliśmy wstępne zajęcia z asystentem Pani profesor, na które chodziłem przez dwa, może trzy lata, ale już nie wracając do nich. W 1981 roku wydałem książkę „Zasłona w rajskie ptaki”, z podtytułem „o granicach okresu powieści”, określając w ten sposób wiek XIX w literaturze – później naruszony przez ruchy awangardowe. Punktem jej wyjścia był – zaznaczony w tytule rekwizyt z powieści Virginii Woolf „Mrs Dalloway”. Jeżeli mam jakieś dobre książki, ta jest chyba jedną z lepszych. Moi przyjaciele utrzymują, że najlepsza jest „Realność bogów”, czyli pierwszy tom dylogii o Persefonie (pisany od końca lat dziewięćdziesiątych, a wydany w 2002 roku), co teraz chce wznowić biblioteka „Kronosa”. Część druga, „Archeologia mitu”, powstająca przez dziesięć lat, wyszła w 2012. Tak – odchodząc etapami od historii sztuki – zająłem się religią grecką i ogólniej historią religii i problemem mitu. Do Grecji jeździłem wiele razy. Najlepiej poznałem Kretę. Mam dwóch przyjaciół, przewodników po Grecji, którzy traktowali mnie jako jednego z turystów, z tym że załatwiali mi zawsze jakieś mieszkanie koło siebie. Ostatni raz byłem tam dziesięć lat temu, mieszkałem wtedy w jednym z najpiękniejszych miejsc, które nazywa się Kalitea, czyli piękny widok. To jest środkowy z trzech półwyspów Chalikidiki na północy Grecji, graniczący z grecką Macedonią – bardzo ładny i mało uczęszczany przez turystów górzysty rejon Rodopów, których główny zespół leży w Bułgarii.

Napisał Pan kiedyś, że zawsze zaczyna od tytułu, który kondensuje sposób myślenia o całości tekstu. Chciałem wobec tego zapytać o tytuł „Fragmentów. Szkiców z teorii i filozofii sztuki” – skąd się wziął, do czego się odwołuje?

Tomasz Fiałkowski, który był zastępcą Jerzego Turowicza, w czasie stanu wojennego zaproponował mi stałą rubrykę w „Znaku”, tak przez mnie nazwaną. Ale moje „Fragmenty…” to nie tylko teksty ze „Znaku”, ale też z innych periodyków. Najwięcej z nich publikowałem wcześniej „Kontekstach”, które wydaje Instytut Sztuki PAN. Tytuł rubryki został w książce zachowany, a jeśli idzie o chronologię, to wychodzi ona daleko poza stan wojenny. Obecne, drugie wydanie redagował mój doktorant Paweł Orzeł, który pracuje w PIW-ie, „wskrzeszonym” w zeszłym roku. Wznowiono tam też serię „Biblioteka Myśli Współczesnej”, zachowując jej profil i okładkę, a zmieniając tylko format na nieco mniejszy. Moim zdaniem bardzo ładnie to wygląda.

Czy można powiedzieć, że teksty z „Fragmentów…” są swojego rodzaju esejami?

Nie zastanawiałem się nigdy nad gatunkiem, po prostu podejmowałem tematy, które przychodziły mi do głowy – czy to z powodu lektury, czy z powodu zamiłowania do Grecji. Słowo/obraz terytoria wydało tom, który nazywa się „Wędrówka do źródeł” –  zebrano tam prawie wszystkie moje drobniejsze rozproszone teksty. Natomiast w dawnym PIW-ie wyszły trzy moje książki. Pierwsza była monografia Witolda Wojtkiewicza – mój doktorat, potem zbiór krótszych form, który się nazywał „Fakty i wyobraźnia”, a następnie wspomniana „Zasłona w rajskie ptaki”. Natomiast Wydawnictwo „Auriga” (rodzaj filii PIW-u, gdzie zaraz po studiach pracowałem przez rok) wydało moją habilitację o polskiej sztuce przełomu XIX-XX wieku, pt. „Modernizm”. Ale pierwszym tematem tej ostatniej pracy miała być twórczość Williama Blake’a.

Skutek wyjazdu do Anglii na stypendium British Council?

Tak. W parę miesięcy po obronie doktoratu (przypadek zdarzył, że odbyła się w moje trzydzieste urodziny) wyjechałem na rok do Londynu, dzięki mojemu promotorowi, prof. Starzyńskiemu, który mi to stypendium załatwił, a tam zostałem „przypisany” do Courtauld Institute, czyli instytutu historii sztuki stołecznego Uniwersytetu. Moim tutorem był dyrektor tej placówki, prof. Anthony Blunt, który zaproponował mi – wówczas nieopracowany jeszcze – temat: ilustracje Blake’a do tekstów Miltona. Jadąc do Anglii, nie miałem pojęcia co tam robić. Z początku przypadkiem trafiłem na bardzo ciekawą korespondencję między Lady Wortley Montagu i poetą Alexandrem Pope’m. Wymieniali listy, bo on tłumaczył właśnie „Iliadę” na angielski, a ona miała wyjątkowe szczęście, mianowicie jej mąż był ambasadorem angielskim przy Wielkiej Porcie i w związku z tym dysponowała glejtem tureckim umożliwiającym jej zwiedzanie Grecji, w zasadzie zamkniętej dla obcych turystów. Wspomniany temat zjawił się później.

Anthony Blunt był postacią niezwykle zasłużoną dla historii sztuki.

Tak. Trzeba przyznać, że malarstwo Poussina zostało przez niego prawdziwie „odkryte”, wydał też m.in. świetną książkę o sztuce Blake’a. Ale podsunięty przez niego temat był – jak wspomniałem – nie ruszony właściwie, a bardzo rozległy. Blake robił ogromną ilość ilustracji do Johna Miltona, do „Raju utraconego”, do „Raju odzyskanego” oraz do mniejszych poematów i jednego dramatu. Tego były stosy. Były to przeważnie akwarele – szczególnie piękne te późne, do drugiego „Raju…”. Poza tym jeszcze trochę jeździłem po Anglii. Na koniec pobytu zafundowali nam miesięczną wycieczkę – można było sobie samemu wybrać trasę. Najpierw pojechałem do Birmingham i do Manchesteru, w którym znajdowała się jedna z największych kolekcji Blake’a. Potem przejechałem przez Krainę Jezior na północ i do Liverpoolu, gdzie również znajdowała się pewna ilość dzieł Blake’a, malowanych dziwną techniką akwareli łączonej z olejem. W Glasgow trafiłem na bardzo ciekawą wystawę prerafaelitów. A potem byłem tydzień w Edynburgu i, wracając do Londynu, zatrzymałem się jeszcze w Leeds.

Blake robił ogromną ilość ilustracji do Johna Miltona, do »Raju utraconego«, do »Raju odzyskanego« oraz do mniejszych poematów i jednego dramatu. Tego były stosy

Skoro „Szkice z teorii i filozofii sztuki”, to przejdźmy na chwilę do tej kwestii. Czy dobrze rozumiem, że tym, co pozwala Panu mówić o różnych dziedzinach sztuki w podobny sposób, jest przekonanie, że wszystkie prowadzą w zasadzie do tego samego, czyli zetknięcia się z jakąś tajemnicą, przeżycia mistycznego?

To jest pewna koncepcja arcydzieła. Wyobrażam to sobie graficznie: istnieje jakiś punkt, który jest zamknięty w kole, i od tego punktu wychodzą promienie, dążące do granicy wyznaczonej przez koło. Dzieło grafomana nie sięga oczywiście daleko. Natomiast arcydzieło dochodzi do tej granicy, ale jej nie przekracza, ponieważ jest nieprzekraczalna. Jednak prawie dotyka tego, co jest za nią. Nie wiemy co jest za nią – to tajemnica. W związku z tym dążeniem wielkiego artysty jest zmierzać do tego punktu, w którym wyczuwa się już istnienie innego rodzaju rzeczywistość, która jest rzeczywistością, tylko…

Niepoznawalną empirycznie?

…coś w tym rodzaju.  To, co się kryje poza kołem, można określić jako przestrzeń tajemnicy albo przestrzeń mistyczną. Wielkie dzieła prowadzą nas do tego momentu i na tym polega przeżywanie sztuki. Staram się walczyć ze słowem: odbiór.

Odbiorca akcentuje bierność – to ktoś, kto wyłącznie przyjmuje.

Jest taka myśl, którą ktoś wypowiedział albo może ja powiedziałem, ale na pewno z pomocą jakiegoś autorytetu: dzieła patrzą na nas, a nie my na nie. Wtedy następuje idealne połączenie podmiotu z czymś, co nie jest przedmiotem, bo to już nie  „przedmiot” – to raczej coś żywego, życie zaklęte w materii. W gruncie rzeczy to, co mnie najsilniej porusza w sztuce rozumianej najszerzej, to chyba muzyka. Sam chciałem zostać pianistą, ale nic z tego nie wyszło. Po maturze zdawałem do szkoły muzycznej i powiedziano mi, że z dojrzałością muzyczną nie jest najgorszej, natomiast są problemy techniczne, których prawdopodobnie nigdy nie pokonam. Sam sobie zresztą powiedziałem, że nigdy nie zagram etiudy tercjowej Chopina, bo nie wyobrażam sobie, jak to można zrobić. Zazdroszczę, kiedy oglądam Konkurs Chopinowski, gdzie niemal dzieci grają te tercje. Miałem takiego sympatycznego katechetę w liceum Rejtana, podobno wielkiego działacza AK, który – gdy się dowiedział, że się param fortepianem – powiedział mi: rzuć ten fortepian i tak będziesz filozofem. I to się po części sprawdziło. Ale od dzieciństwa byłem operomanem, dlatego nie mogę znieść tego, co robią współcześni reżyserzy. Edita Gruberová stwierdziła kiedyś w wywiadzie, że zakusy „modnych” teraz reżyserów na tradycję operową – to znaczy uwspółcześnianie – ją przerażają, że  się ich boi i dlatego wykonuje ostatnio opery wyłącznie koncertowo.

Jest taka myśl, którą ktoś wypowiedział albo może ja powiedziałem, ale na pewno z pomocą jakiegoś autorytetu: dzieła patrzą na nas, a nie my na nie

To pewnie skutek przepracowania lekcji Wielkiej Reformy Teatru i pojawienia się figury reżysera-demiurga.

Widziałem jedno takie przedstawienie co najmniej i teraz już nie chodzę, bo wiem co mnie czeka – wyjście w połowie spektaklu, albo nawet wcześniej. Kiedyś zaprosiła mnie moja przyjaciółka, rok wcześniej kupując bilety. i ostatecznie wyszliśmy po pierwszej przerwie. To była wczesna opera Pucciniego. Akcja oryginalnie dzieje się w XVIII wieku, na stacji dyliżansu – brat odwozi siostrę do Paryża, gdzie ona ma wstąpić do klasztoru, ale nic z tego nie wychodzi z powodu romansu, który się zawiązuje na tej stacji. Otóż reżyser stację dyliżansu zamienił w metro. Przez środek sceny przechodziły tory, po których przelatywał czasami pociąg, natomiast przy rampie był peron pierwszy, a przy horyzoncie drugi – i po tych peronach latał chór z walizkami na kółkach. Pociągi też hałasowały, także właściwie nie było słychać muzyki. Na takie przedstawienia po prostu nie należy chodzić. Poza tym jestem wielbicielem różnych kultur wschodnich, w tym japońskiej, w której zostały zachowane trzy najstarsze formy teatru: bunraku, czyli marionetkowy teatr klasztorny, nō, czyli teatr dworski, oraz kabuki, czyli teatr mieszczański. Miałem swojego czasu doktoranta, który pisał o wpływie tradycyjnych teatrów japońskich na początki filmu w Japonii. Przez rok był na stypendium na Uniwersytecie Waseda w Tokio i tam między innymi chodził na lekcje konwencji, która jest m.in. zakamuflowanym językiem – językiem gestów, ale „język” ten w sensie dosłownym też nie jest współczesny, trzeba się go uczyć, co robią specjalni nauczyciele. I te lekcje cieszą się tam powodzeniem. I tak moim zdaniem powinno być. Natomiast w Polsce nie ma tej alternatywy.

Skoro pojawił się wątek teatru, to muszę zapytać o słynne „Dziady” Kazimierza Dejmka. Czytałem, że był Pan na ostatnim przedstawieniu przed zdjęciem ich z afisza przez władze PRLu?

Byłem. Uważam, że było to bardzo złe przedstawienie. To nie były w ogóle „Dziady”, to było coś zupełnie innego. „Dziady” zrobił dopiero później – uważany za kolaboranta – Hanuszkiewicz. Objął ten teatr po Dejmku i zrobił z niego prawdziwy Teatr Narodowy, zaczynając od „Balladyny”, która była właściwie czynem wariackim, jak mówili niektórzy, ale wspaniałym, w dodatku ze znakomitą scenografią bardzo młodego Marcina Jarnuszkiewicza.

I wielkim hitem.

Fenomenalnie zagrała Ewa Chodakowska – to było jej drugie przedstawienie, pierwszym była „Antygona”, którą grała w Teatrze Małym (chyba?). To jedna z ulubionych aktorek Hanuszkiewicza – można powiedzieć, że Hanuszkiewicz ją sobie „wychował”, kiedy została zaangażowana w jego teatrze. Miał też jednego z największych aktorów tamtego czasu, Mariusza Dmochowskiego, który mówił nieprawdopodobnie tekst poetycki.

Z „Dziadów” Dejmka zapamiętano szczególnie Wielką Improwizację w wykonaniu Gustawa Holoubka.

W moim skromnym mniemaniu Holoubek był najgorszy ze wszystkiego. Po raz pierwszy niczego z improwizacji nie rozumiałem, a poza tym warunki były nie na tę rolę. Wyglądał dość groteskowo. Właściwie cały monolog był mówiony do czerwonego sztandaru, który nie wiadomo dlaczego tam wisiał. A przecież był to wielki aktor?

O tym się często zapomina, ale to było przecież przedstawienie na rocznicę rewolucji październikowej.

Pewnie dlatego. Mówiono o tym monologu później nadzwyczajne rzeczy. Niektórzy ludzie, którzy uważali, że był do niczego, nic nie mówili albo mówili między sobą. Ja w każdym razie męczyłem się jak na rożnie.

Przejdźmy do marca 1968 roku, którego okrągłą rocznicę obchodzimy w tym roku. Jak przeżywało się te wydarzenia z perspektywy pracownika Polskiej Akademii Nauk?

Oczywiście przeżywało się, ale jednak przeżywali to głównie pracownicy Uniwersytetu i studenci, dlatego że to ich bili. Dla innych był to epizod znany z opowiadania. Jedna z moich koleżanek jechała trolejbusem na uniwersytet czy do księgarni i nagle zobaczyła, że na Krakowskim Przedmieściu coś się dzieje. Było wtedy dużo studentów z różnych krajów i akurat dwóch czarnych studentów uciekało przed milicjantami z pałkami, krzycząc „Geśtapo, Geśtapo!”. Na początku nie rozumiała, co się dzieje, dowiedziała się nieco później. W tamtym momencie rzeczywiście wszyscy mieli już dość. Ale jeżeli się w tym nie uczestniczyło bezpośrednio, to chyba szybko szło w zapomnienie.

Chciałem zapytać jeszcze o dwóch polskich pisarzy, z których o jednym wspomina Pan w „Ruinach czasu” – o Teodorze Parnickim. To dość zapomniana postać w historii literatury. Co Pana fascynuje w jego twórczości?

Przede wszystkim jego wizja antyku. Moją ukochaną powieścią Parnickiego jest „Koniec »Zgody Narodów«”. „Tylko Beatrycze” jest taką drugą powieścią, ale to już nie antyk, jak wiadomo. „Koniec »Zgody Narodów«” czytałem tak jak Tolkiena, który jest moim ukochanym pisarzem – czyli w kółko. Wrócę tutaj do Tomka Fiałkowskiego, który, jako redaktor „Tygodnika Powszechnego”, na pięćdziesięciolecie wydania „Władcy Pierścieni” wypuścił numer poświęcony w dużej mierze Tolkienowi. Wtedy nagle odkryłem wśród tych maniaków wielu wybitnych intelektualistów, w tym niektórych moich przyjaciół, na przykład przedwcześnie zmarłą Elżbietę Wolicką, filozofa z KULu, czy Joannę Tokarską-Bakir. Okazało się, że to zagorzali wielbiciele Tolkiena. Ja mam wszystko, co wyszło po angielsku i po polsku, ze trzy półki na górze zajmuje Tolkien. Ale wracając do Parnickiego. Uważam, że u niego gdzieś tam na dnie jest coś jakby z kryminału… Natomiast jego wizja późnego antyku jest fenomenalna. Są jeszcze są „Koła na piasku”, czyli w pewnej mierze kontynuacja „Końca »Zgody Narodów«”. Ale rzeczywiście o Parnickim z młodszych pokoleń nikt nic nie wie. A kto drugi?

Józef Wittlin – i jako pisarz, i jako tłumacz Homera.

„Sól ziemi” Wittlina kiedyś czytałem, ale nie pamiętam za dobrze. Z bibliofilskich obowiązków mam wszystkie wydania „Odysei”, ale uważam, że Parandowski jest lepszy. Parandowski tłumaczy Homera prozą, ale (i pewno dzięki temu) jest wierniejszy oryginałowi. Natomiast absolutne arcydzieło to przekład „Iliady” Kazimiery Jeżewskiej. Właściwie cud – Jeżewska przełożyła ją niemal wers na wers, zachowując w większości numerację wersów oryginału. Pracowała nad tym przez trzydzieści lat. Jeszcze po wojnie „Iliada” długo wychodziła w rymowanym przekładzie Franciszka Ksawerego Dmochowskiego, pochodzącym z przełomu XVIII i XIX wieku. Dopiero profesor Jerzy Łanowski zmienił w roku 1972 to podstawowe wydanie Biblioteki Narodowej Ossolineum na przekład Jeżewskiej – i słusznie. Tak więc tylko „Iliada” Jeżewskiej – i przede wszystkim Parandowski, jeżeli idzie o „Odyseję”. Takie są moje wybory.

Tylko »Iliada« Jeżewskiej – i przede wszystkim Parandowski, jeżeli idzie o »Odyseję«. Takie są moje wybory

Na zakończenie chciałbym zapytać o pojęcie, które sam pan ukuł – mianowicie o „dyletantyzm oświecony”. Jakby Pan to zdefiniował, jakiego typu jest to postawa?

Oświecony dyletant jest niedouczony – przystępuje do tematu i wtedy dopiero zaczyna się uczyć. Nie jest specjalistą od czegoś. Zaczyna czytać i z tego tworzy własny obraz. Tak bym to najprościej ujął. Taki dyletant idzie, skacząc po górach. Jest to rodzaj ryzyka połączonego z bezczelnością. We „Fragmentach…” jest na przykład tekst „Sztuka i cierpienie”. W „Iliadzie” i „Odysei” istnieją niezależnie dwa fragmenty, które mówią, że ludzie cierpią po to, by pieśń zaistniała dla tych, co przyjdą, dla następnych pokoleń. I mówią to dwie postacie, które nie mają ze sobą nic wspólnego – Helena Trojańska oraz Alkinoos, król Feaków. Helena skarży się, że jest wyklęta, bo przez nią toczy się wojna, a mówi to w trakcie tkania na krosnach wielkiego obrazu, przedstawiając wojowników, którzy o nią czy z jej powodu walczą – co było właściwie wykluczone, tak jak w niektórych religiach niedozwolone jest przedstawianie ludzkich postaci przez człowieka. Druga scena dzieje się na Scherii, gdy Odys trafia na dwór Feaków. W czasie uczty bard śpiewa pieśni o upadku Troi, a Odys zaczyna płakać, zasłaniając sobie głowę płaszczem. Alkinoos, który nie rozumie tej reakcji, w końcu łamie prawo gościnności i pyta go, kim jest. I wtedy Odys odpowiada. Te dwa fragmenty prowadzą do tej samej myśli, którą Władysław Tatarkiewicz streszcza w swej „Historii estetyki”. Gdyby nie ta praca, nie napisałbym nigdy tego tekstu. A cytat w książce brzmi tak:

Dla przetrwania w poezji warto znieść najcięższe losy: bogowie dali je, aby z nich wyszła pieśń dla tych, co przyjdą. Jest to bodaj najbardziej uderzające z wszystkiego, co Homer powiedział o sztuce.

Cykl: Wiesław Juszczak

Tekst jest częścią cyklu poświęconego sylwetce profesora Wiesława Juszczaka, którego "Fragmenty. Szkice z teorii i filozofii sztuki" wznowił niedawno PIW.

Wiesław Juszczak
ur. 1932, polski historyk, teoretyk i filozof sztuki, eseista. Specjalizuje się w europejskiej sztuce i teorii sztuki XVIII i XIX w., malarstwie polskiego modernizmu, archaicznej greckiej filozofii sztuki, dziejach i teorii ornamentu oraz historii filmu. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, w 1962 roku doktoryzował się na podstawie pracy o Witoldzie Wojtkiewiczu. W 1987 roku uzyskał tytuł profesora nadzwyczajnego, 5 lat później zwyczajnego. Od 1961 roku pracownik Instytutu Sztuki PAN, od 1985 Instytutu Historii Sztuki UW, wykładał także na KUL. Wypromował ok. 60 doktoratów. Tłumaczył angielskojęzyczną literaturę naukową (H. Honour, L. Nochlin) i piękną (W. Blake, K. Blixen, T.S. Eliot, T. Williams). W 2010 roku otrzymał nagrodę im. Ksawerego i Mieczysława Pruszyńskich, przyznawaną przez polski PEN Club. Jego publikacje ukazywały się na łamach m.in. „Kontekstów”, „Kwartalnika Filmowego”, „Zeszytów Literackich” czy „Znaku”.

© 2017 - 2025 Mały Format Wszystkie prawa zastrzeżone.
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego.

https://malyformat.com

DOSTOJNY SZAMAN. O FILOZOFII SZTUKI WIESŁAWA JUSZCZAKA
TEKST KRZYSZTOF RUTKOWSKI



1.

Zbigniew Herbert w „Liście do Ryszarda Krynickiego” pytał, co zostanie z poezji „szalonego wieku dwudziestego”. Zdaniem Herberta zostanie niewiele: „Na pewno Rilke, Eliot, kilku dostojnych szamanów, którzy znali sekret zaklinania słów, formy odpornej na działanie czasu, bez czego nie ma frazy godnej pamiętania, a mowa jest jak piasek”. A co zostanie z myślenia o sztuce i jej miejscu w świecie ludzi, bogów i natury? Co zostanie z „wielkiej humanistyki” XX wieku? Nie pytam: co zostanie z polskiej, ale co z europejskiej, po prostu? Niewiele więcej niż z poezji, tym bardziej że pomiędzy „wielką humanistyką” i poezją jest wiele powinowactw, a mało różnic: na pewno Warburg, Lévi-Strauss, na pewno Wiesław Juszczak – dostojny szaman sztuki myślenia o sztuce: słowa, obrazu, przedmiotu, gestu. Wiesław Juszczak, mędrzec i mag, należy do rodu wielkich duchem, którzy czują „realność bogów”, podobnie jak Walter F. Otto, autor „Dionizosa”. Otto powiadał, że człowiek od praczasów przeżywał boskość rzeczywistości, w której żył. Praktyki religijne i wierzenia stanowiły jedność, były dziełem człowieka reagującego na świat. Jak zauważył Włodzimierz Lengauer we wstępie do „Dionizosa. Mitu i kultu” – boskość istniała i istnieje obiektywnie, a zadaniem prawdziwego uczonego jest zrozumienie tego dzieła ludzkości, jakim są Kultus i Mythos.

 

2.

Schelling pisał w „Philosophie der Mythologie”: „Tu nie chodzi o pytanie, w jaki sposób dany fenomen należy przenicować, zdeformować, uczynić jednostronnym i spłycić, by w oparciu o zasady, które niegdyś uznaliśmy za nieprzekraczalne, uczynić go jako tako zrozumiałym, lecz: jak bardzo nasz własny sposób myślenia musi ulec poszerzeniu, by był on zdolny do ogarnięcia owego fenomenu”. Tym fragmentem Walter F. Otto kończy pierwszy rozdział swego dzieła o Dionizosie, a wpływ Schellinga na Otta był zdecydowany, podobnie jak wpływ Otta na myśl Juszczaka, bo o obecności bogów w świecie ludzi, to znaczy o godności sztuki, myślą oni podobnie. „Realność bogów” jest zresztą znakomitym przykładem żywotności myśli Otta, która zainspirowała autora i doprowadziła do powstania jednej z najważniejszych książek w polskiej humanistyce ostatniego ćwierćwiecza.

Zresztą nie tylko ostatniego ćwierćwiecza. Dwa tomy dylogii „Pani na żurawiach”: tom pierwszy: „Realność bogów” (2002) i tom drugi: „Archeologia mitu” (2010) – podobnie jak „Poeta i mit” (2014), „Wędrówka do źródeł” (2009) i „Fragmenty. Szkice z teorii i filozofii sztuki” (1995 i 2017) – współtworzą arcydzieła „wielkiej humanistyki” w bezwzględnym czasie, ponad językami narodowymi, podziałami gatunkowymi, specjalizacjami i kompetencjami. Dzieło Wiesława Juszczaka plasuje się i rozwija w ciągu myśli od czasu wielkich romantyków niemieckich, poprzez największych religioznawców, aż po  dwudziestowiecznych poetów, tworząc syntezę filozoficzną ogromnej doniosłości i mocy.

Dzieło Wiesława Juszczaka rozwija w ciągu myśli od czasu wielkich romantyków niemieckich, poprzez największych religioznawców, aż po  dwudziestowiecznych poetów

 

3.

W eseju „Treść pierwszych rzeczy” (z tomu: „Fragmenty. Szkice z teorii i filozofii sztuki”) Wiesław Juszczak podkreślił, że żywioł wiary przenikał i przenika w społeczeństwach „pierwotnych” wszystkie sfery ludzkiego działania (ta idea pojawia się zresztą w różnych wariantach w wielu innych jego pracach). Wszystko jest – w pewnym sensie – święte. Homer był święty dla Ojców Kościoła, których poglądy streszczał Hugo Rahmer S.J.: „Homer jest dla nas święty w najgłębszym sensie. Ten niewidomy pieśniarz, którego wiódł geniusz poezji, dotykał drżącymi rękami prakształtu prawdy […] Wielkie duchy starego Kościoła zawsze witały świętego Homera jako jednego ze swoich, tłumaczą go w świetle Logosu […]. Homer jest i był dla Ojców Kościoła mądrym mistrzem prawdziwej sztuki życia, był wieszczem, który ślepymi oczami przewidział nadchodzące Zwiastowanie Słowa”. Wypowiadane w obu eposach zdanie Homera o tym, że bogowie zsyłają na ludzi doświadczenia ostateczne, aby się mogła narodzić poza czasem pokoleń trwająca pieśń. Że pieśń jest usprawiedliwieniem okrucieństwa losu. Że pieśń nadaje sens cierpieniu i śmierci. Pieśń jest sztuką – prawdziwą sztuką prawdy.

 

4.

Sztuka jest to działanie związane ze świętością. Sztuka w takim rozumieniu staje się w co najmniej tym samym stopniu darem danym człowiekowi, jak i wytworem jego rąk. Jest czymś danym człowiekowi do zrobienia jako dar od bogów. Wiesław Juszczak pisał w „Treści pierwszych rzeczy” o myśli, która: „Od dawna mnie prześladuje, że sztuka jest sposobem przenikania, penetrowania rzeczywistości 'totalnej’. Jednak będąc poznaniem, nieustannym dążeniem do odsłaniania ostatecznej prawdy, jest sztuka – w przeciwieństwie do nauki – takim poznaniem, które w istocie dąży do ukazania swej granicy. Do postanowienia nas wobec niepoznawalności tego lub niepoznawalności w tym, co poznaje. Inaczej jeszcze można tę myśl przybliżyć: sztuka jest poszukiwaniem niepoznawalnego we wszystkim, co jest”.

 

5.

Czym jest zatem sztuka według Wiesława Juszczaka? Sztuka jest czymś, co od zawsze wyłamuje się z cywilizacji, natury i kultury. Jeżeli przez kulturę (duchową i materialną) rozumiemy próby zachowywania równowagi pomiędzy działaniem człowieka a naturą i samym człowiekiem jako reprezentantem natury, a cywilizacja (w szczególności tak zwana cywilizacja techniczna) nie tylko czyni użytek z przyrody rozpoznawalnej jako maszyna, ale do takiego obrazu sprowadza jej poznawanie (ograniczając penetrację jej praw do tych jedynie, które można zastosować do praktycznego celu, poddających się pełnej racjonalizacji i dających się powtórzyć w warunkach sztucznie stworzonych), to sztuka z pewnością nie należy do cywilizacji. Cywilizacja głuszy sztukę. Dzieła sztuki, podobnie jak samego życia, nie da się wyprodukować sztucznie – ani sztucznie powtórzyć. Jego niezbadana esencja – powiada Juszczak – jego „biologicznie” złożone powstawanie tkwi korzeniami w pierwotnej spontaniczności popędów.

 

6.

Ale sztuka „wyłamuje się” też z kultury, ponieważ działania artystyczne w istocie swojej nie zależą w pełni od człowieka. Działania artystyczne nie należą do żadnego z zakresów czynności podległych ludzkiemu stanowieniu i kontroli ani u podstaw, ani w ogólnym rozwoju i przebiegu.Główna zasada rządząca sztuką znajduje się poza zasięgiem wyborów człowieka i ustalanych przez niego norm. Sztuka to pole ludzkich działań i dokonań, których mocy sprawczej poszukiwać należy poza światem ludzkim – w naturze. Wiesław Juszczak przypomina słowa Goethego, które wydawać się mogą paradoksalne: „Najwznioślejszym dziełem natury jest sztuka, jest ona wytworem tych samych praw co natura”.

 

7.

Co to znaczy? Człowiek nie powtarza, nie naśladuje świadomie praw natury, tworząc, będąc tworzonym przez sztukę. W tym sensie prawdziwy artysta (poeta) jest l’homme d’images – człowiekiem obrazów. Prawa natury go prowadzą. One nim zawiadują. O tym prowadzeniu pisał Kant (cytowany przez Juszczaka): artysta jest naturalnym medium w otoczeniu organizowanym przez człowieka. Jego zdolność twórcza, stanowiąca konieczny warunek powstania dzieła, jego talent, sam „należy do natury”, jest wrodzoną dyspozycją umysłu, za pomocą której przyroda ustanawia prawidła dla sztuki. Sztuka jest w pełni sztuką, „kiedy jesteśmy świadomi tego, że jest sztuką, a mimo to wydaje się nam przyrodą”.

Prawdziwy artysta jest l’homme d’images – człowiekiem obrazów. Prawa natury go prowadzą. One nim zawiadują

 

8.

Dlatego sztuka z biegiem stuleci „nigdy się nie doskonali”. Myśl, która stanowi dziedzictwo poety-artysty, wciąż żywą dlań tradycję, jest czymś ważniejszym od myśli własnej. Wprawdzie ulega zmianom, lecz nie powodują one odrzucenia tego, co dawne, bo to, co dawne, nie wyczerpuje się, nie zatraca z czasem – jak Homer, Szekspir czy malowidła naskalne. Eliot powiadał o pierwotnej anonimowości poezji, która, – bez względu na czas i uwarunkowania przypadkowe, – utrzymuje najwyższy poziom wzlotu związany z wyrzeczeniem się „ja”, zapomnieniem o nim; pozostaje w stanie nienaruszalnej bezosobowości, która rządzi jako najgłębsza ośrodkowa zasada działań niedających się jeszcze określić mianem tworzenia. Artysta tworzący/tworzony przez sztukę nie jest „artystą” w obiegowym dziś sensie, ale stwarzającym, który działa, aktantem kontynuującym przedustawny akt kreacji. Prawdziwy artysta to ten, kto zapoznaje różnicę albo w ogóle nie dostrzega jej między własnym działaniem i „wsobnym” uczestnictwem we wciąż jeszcze w nim samym dokonującym się akcie całkowitym powstawania świata we wszystkich jego wymiarach, których sam stanowi część „elementarną” – pisał Juszczak w „Poecie i micie”.

 

9.

Wiesław Juszczak planował kiedyś napisanie dzieła pod tytułem „Ontologia ornamentu”, księgi o dzbanach. „Naprawdę nie wiem – pisał w roku 1991 – jak poradzę sobie z tymi garnkami. Nie wiem też, jak długo zdołam wytrzymać presję niepewności i zagubienia. Teren, po którym chcę się poruszać, nie ma przecież żadnych granic […]. U początków malowidło naskalne czy dzban są nieledwie tak samo 'zanurzone w życiu’ jak roślina i zwierzę. We wszystkim tym z takim samym niemal natężeniem uzewnętrznia się duchowa siła kształtująca materię. Sztuka więc samemu jej 'twórcy” musi się jawić jako od niego niezależny obszar, gdzie działają nie znane mu moce. U początków sztuka niejako sama, bez udziału człowieka, wyłania się z rzeczywistości i zarazem na powrót wtapia się w nią. Może właściwie to, to jedynie jest tematem mojej projektowanej książki?”.

10.

Sztuka jest przeto rzeczywistością całkowitą, wymykającą się cywilizacji, kulturze, bliską temu, co zwiemy naturą, a zatem sztuka zgodnie z własnym przeznaczeniem uznaje się za równą życiu, które nie musi się tłumaczyć ani usprawiedliwiać ze swego istnienia. Dlatego dzieła „pierwszych poetów” – jak twierdził Saint John Perse – skrywane były w najbardziej odizolowanych od zewnętrznego światła, najgłębszych mrokach jaskiń i oglądane tylko w sztucznym, niepewnie ruchliwym ogniu pochodni. Tylko tak, z utajenia, wyłaniały się i znikały figury zwierząt, rzadko ludzi, na ukrytych ciemnych ścianach grot, ożywiane drganiem płomieni, a przez to nigdy nie dające na siebie długo patrzeć, jedynie zjawiające się na chwilę, zawsze w ucieczce przed próbującym je zatrzymać wzrokiem – jak żywe z samej swej natury. Tymi wyobrażeniami rządziła poezja ruchu potęgująca nieuchwytność tego, co stanowiło najgłębszą treść obrazu jako „zjawiska”. Sztuka paleolityczna – sztuka rzeczywistości całkowitej – ani nie przedstawia przedmiotu, ani nie wyobraża reakcji podmiotu, lecz celebruje akt widzenia jako odkrycie świętości.

Tekst jest częścią cyklu poświęconego sylwetce profesora Wiesława Juszczaka, którego "Fragmenty. Szkice z teorii i filozofii sztuki" wznowił niedawno PIW. Kliknij, by zobaczyć pozostałe teksty z cyklu.

KRZYSZTOF RUTKOWSKI
ur. 1953 w Warszawie, polski historyk literatury romantycznej, dziennikarz, tłumacz i eseista. W 1989 otrzymał Nagrodę im. Kościelskich. Jest członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich oraz Collegium Invisibile. Habilitował się rozprawą o Adamie Mickiewiczu z czasów towianizmu. Wykłada na wydziale „Artes Liberales” na Uniwersytecie Warszawskim. Pracował w Radiu Wolna Europa i w Radio France Internationale. Przekładał z języka francuskiego m.in. Daniela Beauvois, Pascala Quignarda, Jean Bauby'ego i Michela de Certeau.

https://malyformat.com/

Prawdziwe życie jest pozą akademią


Rozmowa Cezarego Wodzińskiego z Krzysztofem Siemieńskim z dnia 10 marca 2010 roku.

Krzysztof Siemieński: Wychowałeś się na warszawskim osiedlu przy ulicy [Juliana] Bruna, potem była podstawowka i Liceum im. Tadeusza Reytana. Pamiętasz kolegow z tych lat?
Cezary Wodziński: To była fajna szkoła podstawowa i ciekawi ludzie w klasie. Potem zresztą tak się złożyło, że większość mojej klasy z podstawowki trafiła do tego samego liceum, mianowicie do Liceum Reytana w pobliżu na ulicyWiktorskiej. Przez wiele lat chodziłem do jednej klasy z takimi ludźmi jak Filip Łobodziński – twarz znana z telewizorow, Leszek Kieniewicz, z tych Kieniewiczow historykow. Teraz jest kanclerzem w Sejmie, jak sam o sobie mowi.
– A pamiętasz swoich nauczycieli, na przykład profesora Gugulskiego?
– Nie. W Reytanie z profesorem [Ireneuszem] Gugulskim nie miałem bezpośredniej styczności, jako że Gugulski nie uczył w klasach humanistycznych, uważając że tam się uczą idioci. On swoje lekcje, pamiętne i znane, prowadził dla matematykow i biologow. A ja, tak się złożyło, byłem w tak zwanej humanistycznej klasie, więc rzeczywiście, z tego, co pamiętam, poziom nauki i języka polskiego był na koszmarnie niskim, fatalnym poziomie. Ale miałem okazję w Reytanie poznać kilku przedwojennych jeszcze nauczycieli. Słynną, niedawno zmarłą parę lat temu, dwa czy trzy lata temu, panią profesor [Stefanię] Światłowską. Taka legendarna postać, ktora w Reytanie wykładała już przed wojną, uczyła łaciny i greki. I do niedawna jeszcze była bardzo aktywna, zmarła mając bodaj niespełna sto lat. Wielka postać. Takim przedwojennym nauczycielembył też historyk [Wiesław] Żurawski. Niezwykły facet, ktory na lekcjach historii czytał nam głownie Gombrowicza i Mrożka, ale opowiadał też rożne fascynujące historie. Poza wszystkim bardzo aktywna w Reytanie była „Czarna Jedynka”, wiadomo z jakimi tradycjami.
– Czy należałeś do tej „ Jedynki”?
– Nie, nie należałem, miałem jakąś głęboką fobię do harcerstwa w ogole i z „Czarną Jedynką” nie miałem nic wspolnego. Natomiast pamiętam – była to trzecia lub czwarta klasa – że pojawiły się wśrod kolegow i koleżanek pierwsze niezależne wydawnictwa.
– Co to były za wydawnictwa? „Biuletyny Informacyjne” KOR-u?
– Wydaje mi się, że były to pierwsze książki NOW-ej [Niezależna Oficyna Wydawnicza], ale tytułow nie pamiętam. Mam zresztą bodaj ze dwa czy trzy egzemplarze tych – no, dzisiaj można powiedzieć już spokojnie starodrukow. Pamiętam rownież coś w rodzaju kompletow czy seminariow prowadzonych przez bodaj wspołpracownika KOR-u [Komitet Obrony Robotnikow], aczkolwiek nie z pierwszego czy drugiego szeregu, takiego młodego historyka, on się nazywał bodaj Falkowski, ktory prowadził spotkania u siebie w prywatnym mieszkaniu.
– Wojtek Falkowski.
– Prowadził on zajęcia uzupełniające oficjalny kurs historii licealnej, aczkolwiek historykow mieliśmy dobrych. Pamiętam, w czwartej klasie uczyła nas nauczycielka Honorata Kępkiewicz. O tyle może warto przypomnieć jej nazwisko, świetna nauczycielka, znakomicie zachęcająca do historii, gdyż bardzo tragicznie skończyła. W czasie karnawału osiemdziesiąt – osiemdziesiąt jeden [1980 –1981] była przewodniczącą „Solidarności” w Reytanie. Trafiła w stanie wojennym do obozu internowania i wyszła z tego obozu w takim stanie, że kilka tygodni potem umarła.
– Czyli tak, maturę zrobiłeś w roku siedemdziesiątym osmym [1978]? I co poźniej się działo?
– Z jakichś powodow, ktorych dokładnie nie potrafię odtworzyć, w czwartej klasie przyszło mi do głowy, żeby zdawać na filozofię, nie mając zielonego pojęcia, co to takiego jest. Trochę na przekor większości moich kolegow i koleżanek, ponieważ oni wybierali głownie polonistykę, mnie nie za bardzo tam ciągnęło. Zdawałem na filozofię i się… nie dostałem, oblałem egzamin wstępny. Pamiętam zresztą pytanie, ktore oblałem. Profesor Legowicz, ktory był wtedy w komisji, zapytał o rożnicę między etyką a moralnością. Nie potrafiłem na to pytanie odpowiedzieć, prawdę mowiąc nie znam do dzisiaj odpowiedzi na to pytanie, żadnej sensownej przynajmniej, więc pewnie i teraz oblałbym taki egzamin wstępny. Natomiast miałem dzięki temu rok przerwy między liceum a studiami. I muszę powiedzieć, że był to zupełnie dla mnie niesamowity czas z dwoch powodow, właściwie trzech. Po pierwsze – dlatego, że pracowałem przez poł roku jako sanitariusz w Instytucie Psychoneurologicznym w Warszawie i dotknąłem takiego fragmentu, czy też wymiaru rzeczywistości, z ktorym zwykły człowiek raczej nie obcuje, a przynajmniej młody zwykły człowiek. A drugie poł roku spędziłem w Bieszczadach, pracowałem wtedy jako ochotnik w Gorskim Ochotniczym Pogotowiu Ratunkowym i przesiedziałem wtenczas kilka miesięcy na dyżurach, głownie na Połoninie Wetlińskiej. W obu przypadkach, to jest trzeci powod, dla ktorego powiadam, że był to zupełnie niesamowity czas, strasznie dużo czytałem. Przez te dwanaście miesięcy przeczytałem właściwie wszystkie książki, ktore są wymagane jako lektury obowiązkowe dla studenta filozofii przez pierwsze dwa czy trzy lata. Także kiedym się dostał, ponownie zdawałem na filozofię rok poźniej, przez dwa czy trzy lata mogłem czytać inne rzeczy, bo te obowiązkowe zostały przeze mnie przeczytane.
– Na czym polegała niezwykłość tych przeżyć związanych z sanitariuszem?
– Sanitariusz pracował tam wyłącznie nocą i służył jako właściwie chłopiec do towarzystwa dla pielęgniarki urzędującej na nocnym dyżurze. W związku z tym poza drastycznymi przypadkami, ktore zdarzały się i to dość często, może nie na każdym dyżurze, ale w ciągu tygodnia zwykle coś się gwałtownego czy niebezpiecznego z pacjentami działo. Wielu kontaktow z chorymi więc nie miałem, natomiast miałem dwanaście godzin, minus powiedzmy dwie godziny na jakieś prace porządkowe, do swobodnej dyspozycji. Przestawiłem się wtedy na tryb sowi, nocny, w ktorym to trybie funkcjonowałem przez następne dwadzieścia kilka lat, na szczęście przez ostatnie dziesięć lat już wygląda to trochę inaczej. Jak się ma dziesięć godzin dziennie do dyspozycji, jeśli chodzi o lektury filozoficzne, to można przeczytać naprawdę bardzo dużo i z pożytkiem. Aczkolwiek wtedy nie zdawałem sobie sprawy tak naprawdę z tego, co czytam i po co.
– No dobrze, lecz tym razem już skutecznie zaliczyłeś egzamin wstępny, tak?
– Tym razem zdałem egzaminy już bez kłopotow, aczkolwiek przypominam sobie z tego egzaminu dość zabawną historię. Mianowicie w komisji egzaminacyjnej był profesor Klemens Szaniawski. Ja nie wiedziałem wtenczas, kto to.
– Był nowym przewodniczącym tej komisji?
– Chyba tak. Jednym z przedmiotow, ktore zdawałem, była historia z elementami PyNoSu, tak to się chyba nazywało – Propedeutyka Nauk o Społeczeństwie, prawda. Jakiś koszmar ideologiczny, ideologiczny przedmiot, ale było to z historią połączone, więc tam część pytań właśnie była z tego zakresu. I pamiętam, że profesor Szaniawski zadał mi pytanie dotyczące tejże propedeutyki, ktore mnie zdumiało i nie bardzo wiedziałem, jak na nie odpowiedzieć. Mianowicie swoim cichym głosem zapytał mnie: „Co pan sądzi o jednej z najsłynniejszych inwestycji epoki socjalizmu w ostatnich latach w Polsce, mianowicie o Hucie Katowice?”. Naprawdę zbaraniałem, i nie bardzo wiedziałem co tu odpowiadać, ale wypaliłem w pewnym momencie po prostu, że jest to inwestycja prawdopodobnie całkowicie durna. Nie pamiętam, może użyłem delikatniejszego sformułowania, z duszą na ramieniu to powiedziałem. Ale zauważyłem rozbawienie i ogolną akceptację tej mikrokrytyki realnego socjalizmu.
– Zacząłeś studiować. To był rok siedemdziesiąty dziewiąty [1979], już istniał KOR, wydawnictwa niezależne się pojawiały na coraz większą skalę. Pamiętasz atmosferę ze studiow…
– Studia były dla mnie dużym rozczarowaniem, mowię o aspekcie merytorycznym, nie o aspekcie towarzyskim, bo ten był dużo ciekawszy i barwniejszy. Natomiast tak się złożyło, że dość szybko, na drugim, na pewno na trzecim roku, szukałem tej filozofii wtenczas poza Instytutem Filozofii i Socjologii, bo to na modłę sowiecką było połączone. Tak czy owak, swoich nauczycieli filozofii szukałem gdzie indziej. W samym instytucie właściwie takie pozytywne i mające dla mnie charakter jakiegoś impulsu do studiowania filozofii wspomnienie wiążę tylko i wyłącznie z zajęciami Krzysztofa Michalskiego, na ktore udało mi się trafić tuż przed jego wyjazdem na Zachod. Prowadził on wtedy dwa cykle seminaryjne, jedno było takim rzetelnym seminarium, poświęconym dyskusji wokoł tekstu filozoficznego, na tym właśnie seminarium, na ktorym czytaliśmy przez poł roku Kryzys Husserla. Drugie miało inny charakter, było takim seminarium dyskusyjnym, gdzie Krzysztof Michalski, świeżo upieczony doktor po pobycie na stypendium Humboldta w Niemczech, zapraszał rozmaitych gości z referatami. I w ramach tego drugiego cyklu pierwszy raz słuchałem księdza profesora Jozefa Tischnera. O dziwo, zapamiętałem tylko podtytuł tego wykładu: O wolności, a więc o spotkaniu stryjka Sebka z niedźwiedziem. Dopiero po latach odtworzyłem sobie jego tytuł, prowadzę dziennik i zapisuję tam rozmaite rzeczy. Zerknąłem do swoich notatek, kiedy opowiadałem rożne rzeczy moim młodszym przyjaciołom, do książki Między doświadczeniema anegdotą. Zerknąłem do tych notatek i ze zdumieniem zauważyłem, że ten wykład był zatytułowany O złu. O złu, czyli o wolności, a więc o spotkaniu stryjka Sebka z niedźwiedziem. Dziwne, ponieważ problematyka zła stała się parę lat poźniej, i to na wiele lat, jednym z głownych moich pytań. Wracając do tych poszukiwań nauczycieli poza Instytutem Filozofii na Nowym Świecie, bardzo szybko trafiłem, na pewno od trzeciego roku studiow, na seminarium pani profesor Barbary Skargi do Pałacu Staszica, naprzeciwko Uniwersytetu. W ktorym to seminarium brałem udział od roku pewnie osiemdziesiątego [1980] czy osiemdziesiątego pierwszego [1981], no do ubiegłego roku, kiedy jeszcze ostatnie seminarium z udziałem pani profesor odbyło się u mnie w domu na Mazurach, w Ubliku, a więc ładnych kilkadziesiąt lat wspołpracy. A trzecią osobą, poza Michalskim i panią profesor, u ktorej praktykowałem jako adept filozofii, był właśnie wspomniany tutaj ksiądz profesor Jozef Tischner, do ktorego przez kilka lat jeździłem na seminarium do Krakowa. On był wtedy profesorem na tamtejszej Papieskiej Akademii Teologicznej, prowadził niezwykłe seminaria. Bo w samym Instytucie Filozofii poza profesorem [Markiem] Siemkiem, z ktorym w czasie studiow nie miałem kontaktow, on był chyba zresztą przez dłuższy czas moich studiow za granicą w Niemczech, nie było kogo słuchać i uczyć się filozofii.
– A aspekt towarzyski, jak wyglądał wtedy?
– Krzysiu, to jest chyba opowieść na inną notację, czy adnotację.
– No, dobrze, ale zacząłeś też tłumaczyć, prawda? Bo oprocz tego, o czym już mowiłeś, to interesowałeś się już wowczas filozofią rosyjską. Pierwszy przekład w ogole Szestowowy był twojego autorstwa.
– To za dużo powiedziane, że się interesowałem, bo nie miałem zielonego pojęcia o tym. Nie miałem o tym zielonego pojęcia, co więcej, ja nie znałem rosyjskiego. Ja jako przykładny licealista, jeszcze z takiej szkoły jak Reytan, nie mogłem znać rosyjskiego, bo punktem honoru każdego licealisty w tamtych czasach była nieznajomość tego języka, języka w końcu wroga i imperatora, więc jakimś cudem udawało mi się w szkole średniej promować z klasy do klasy, mimo kompletnej nieznajomości ruszczyzny. Kiedy trafiłem na studia, to pamiętam: na pierwszym roku, i to jakoś wcześnie, wpadła mi w rękę książka, ktorej nie czytałem wcześniej, ktora była jakoś książką legendarną, bo bardzo niskonakładową, mało kto ją miał. Chodziło o…
– „Wiechy”?
– Nie, Wiechy to poźniejsza historia. Nie, była to antologia zredagowana przez Krzysztofa Pomiana i Leszka Kołakowskiego zatytułowana Filozofia egzystencjalna. Książka legendarna, nie do kupienia w antykwariacie. I tam przeczytałem tekst niejakiego Lwa Szestowa, notabene przełożony nie z rosyjskiego, tylko z angielskiego przez Hannę [Halinę – przyp. red.] Krahelską bodaj. Tekst, ktory mnie bardzo zaciekawił. Była to dyskusja Szestowa z Husserlem, o ktorej nie miałem zielonego pojęcia. Po przeczytaniu tego tekstu sprawdziłem w katalogu biblioteki Instytutu pod nazwiskiem Szestow, nie wiedziałem zresztą jak w ogole, pod jaką literą szukać tego nazwiska. I nie znalazłem ani jednej pozycji, ani jednej książki Szestowa nie było u nas w zbiorach bibliotecznych. Natomiast o dziwo znalazłem kilka książek, cztery czy pięć tytułow w BUW-ie [Biblioteka Uniwersytecka w Warszawie]. I między innymi wypożyczyłem tam książkę pod tytułem Dostojewski i Nietzsche. Filozofia tragedii. To było na pierwszym roku studiow. Zacząłem dukać ze słownikiem w ręku, kupiłem sobie słownik, aby przypominać coś z tej…
– Cyrylicy…
– Tak. W ten sposob po kilku dniach dukania i robienia notatek z tego, zdawało mi się wtenczas niezwykłego tekstu, pomyślałem sobie: skoro robię takie obszerne notatki, to może warto, by sprobować przetłumaczyć. I w ciągu miesiąca przetłumaczyłem książkę Szestowa. Po przełożeniu i przepisaniu na maszynie, zaniosłem ją do wydawnictwa „Czytelnik” [Ludowa Społdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”]. Tam się ukazywała taka szara seria…
– „Nowy Sympozjon”.
– „Nowy Sympozjon”, tak, gdzie wyszło wiele wspaniałych tytułow. Przyjął mnie jakiś smutny redaktor działu humanistycznego, nie pamiętam jego nazwiska, ktory na nazwisko Szestow zadrżał. I pamiętam dokładnie – spotykałem się z nim jeszcze wiele razy – jak rozmowa schodziła na wydanie książki Szestowa po polsku, zawsze ściszał głos, jakbyśmy rozmawiali o jakichś niezwykłych tajemnicach. Oczywiście zorientowałem się szybko, skąd się brało to jego zachowanie – Szestow należał do tego pokolenia rosyjskich filozofow, ktorych rewolucja bolszewicka wypędziła z Rosji. Jeszcze udało im się uciec z Rosji, właściwie nie tyle uciec, co zostali wygnani łaskawym dekretem Lenina z dwudziestego [1920] roku. Tak czy owak, Szestow był absolutnie nieobecny w Związku Sowieckim, tworzył przez całe życie do śmierci w trzydziestym osmym [1938] roku na emigracji, głownie w Paryżu. Był rownież doskonale nieobecny oczywiście w Polsce. Ten moj przekład zrecenzowały dwie osoby. Wtedy jeszcze był dobry zwyczaj w renomowanych wydawnictwach polskich pisania recenzji wydawniczych, teraz rzadko jest to już praktykowane, dzięki czemu jesteśmy zalewani taką ilością makulatury. Zrecenzowały to dwie osoby, profesor Andrzej Walicki i Zbigniew Podgorzec, wielki znawca kultury rosyjskiej, zwłaszcza Dostojewskiego. I obaj, nie znając mnie, zrecenzowali ten przekład entuzjastycznie, polecając do wydania, jeśli to tylko ze względow politycznych będzie możliwe.
– Wcześniej, mimo entuzjastycznych recenzji, przekład ten nie został skierowany do druku, bo co? Zadziałała autocenzura, czy cenzura na Mysiej?
– Nie, nie to. Jeszcze nie doszło do poziomu Mysiej, zadziałała autocenzura wewnątrzwydawnicza. Tak czy owak, książka przeleżała się w wydawnictwie od siedemdziesiątego dziewiątego [1979] do osiemdziesiątego siodmego [1987] roku, więc ładnych parę lat i dopiero u schyłku epoki komunizmu została jakoś tam wydana z zachowaniem wszelkich zastrzeżeń, bo nie można było, pamiętam, zamieścić w tej edycji dokładnego szkicu biograficznego Szestowa. Ale wcześniej, dzięki wydawnictwom z drugie obiegu i trzeciego obiegu, udało się wydawać inne książki Szestowa i jego kompanow, emigrantow. Ale jeszcze jedną rzecz dopowiem, mianowicie, bo byłbym czuł się źle, gdybym tego nie powiedział. Chodzi o ten przekład, ktory notabene, jak się książka po tych wielu latach ukazała, został nagrodzony przez Stowarzyszenie Tłumaczy Polskich, bo rzeczywiście było to jakieś tam mikrowydarzenie, pierwszy Szestow w kraju, bo na emigracji została wydana ciut wcześniej inna książka Szestowa w tłumaczeniu Niny Karsov i Szymona Szechtera. Przekład tej książki miał bardzo dobre recenzje, wspomniałem Walickiego i Podgorca, ale gdy tekst dostał się w ręce pani redaktor, zresztą świetnej pani redaktor, to zaczęła ona ten tekst nie tylko poprawiać, ale sprawdzać jego wierność z oryginałem. I okazało się, że moja znajomość języka rosyjskiego, co było rzeczą oczywistą, ja się uczyłem przecież na tej książce rosyjskiego, była dalece niezadowalająca, aczkolwiek rzecz była świetnie spolszczona, choć ilość bykow, ktorą nasadziłem w tym przekładzie, była piorunująca. Szczęśliwie pod pilnym, bacznym okiem pani redaktor większość z nich, jak mniemam, została usunięta.
– Pamiętasz nazwisko pani redaktor?
– Irmina Pawelska. Imię szczegolnie pamiętne, bo bardzo rzadkie. Zresztą, kilka lat temu była jeszcze redaktorką w redakcji humanistycznej, jako jej szefowa. Książka miała chyba ze dwa wznowienia. Może jeszcze, co do tych przekładow. Kiedy przełożyłem tę pierwszą książkę, to potem w czasie studiow zająłem się kolejnymi przekładami, tych przekładow zrobiłem sporo, nie pamiętam już dokładnie, ale kilka tych książek się ukazało, rownież w niezależnych wydawnictwach. Już chyba trochę lepiej radziłem sobie z tą ruszczyzną, bo przeczytałem tych książek wiele. Tu dygresja: przez wiele lat nie mogłem wyjechać z Polski i to nie mogłem wyjechać ani na Wschod, ani na Zachod. Do dziś zresztą nie znam powodow. Miałem kilkadziesiąt odmow wydania mi paszportu. Jak wszyscy pamiętamy, wtedy się chodziło po paszport do tych koszmarnych urzędow. Paszportu odmawiano mi niemal do samego końca komuny. Dostałem go dopiero z końcem osiemdziesiątego osmego [1988]. Wtedy już wszyscy wyjeżdżali, nawet Michnik dostał paszport i pojechał. Przyczyna tych odmow nie była mi znana, zawsze tam widniał paragraf „i inne ważne względy państwowe”. Mowię o tym dlatego, że jak w osiemdziesiątym osmym [1988] roku wyjechałem wreszcie na Zachod, spędziłem wtedy ponad rok najpierw w Monachium, potem w Paryżu. Nawiązałem sporo kontaktow, i to bardzo ciekawych, z rosyjskimi emigrantami już kolejnego pokolenia. I to była pierwsza okazja w moim życiu, kiedy miałem możliwość używać tej mojej niezdarnej ruszczyzny na żywo. I przypominam sobie sytuacje z Paryża, gdzie tych spotkań z Rosjanami miałem stosunkowo sporo. Otoż ten moj rosyjski budził w sytuacjach towarzyskich jakieś takie dziwne odruchy zażenowania. Kładłem to na karb mojego złego akcentu i generalnie mojej jednak kiepskiej znajomości rosyjskiego, ale kiedyś ośmieliłem się jednego z moich rosyjskich rozmowcow o to zapytać, bo to się kilka razy powtarzało. I okazało się, że pal licho akcent, pal licho te moje błędy gramatyczne, chodziło o coś innego, chodziło o to, że ja używałem słow, ktorych oni nie znali. Bo ja nauczyłem się rosyjskiego na Szestowie i Dostojewskim, a więc tak jakby ktoś dzisiaj mowił Berentem.
– Na Szestowie i Dostojewskim?
– Tak, Szestowie i Dostojewskim, bo jak tłumaczyłem dajmy na to rozprawę Szestowa Filozofia tragedii (podtytuł książki Dostojewski i Nietzsche), to miałem bezpośredni kontakt z tekstami Dostojewskiego w oryginale. Część z nich zresztą musiałem sam przekładać, bo nie były przełożone na język polski.
– Czy przekładałeś też Bierdiajewa?
– Przekładałem Bierdiajewa. Tak, przełożyłem chyba ze dwie książki Bierdiajewa, ale to pisarz znacznie marniejszy niż Szestow i Dostojewski. Tak czy owak, to były przyczyny tych osobliwych niedomowień po rusku. Oni słysząc mnie niekiedy, musieli sięgać do słownika Dala, jest taki słownik starorosyjskiego, żeby sobie przypomnieć nieznane im słowa.
– Pamiętasz jakieś zdarzenia opozycyjne w tamtym czasie? Czy w ogole coś się działo na tym wydziale filozofii wtedy na uniwersytecie?
– Działo się od samego początku. To był jednak niesamowicie gorący czas, przecież zaczęliśmy studiować jesienią siedemdziesiątego dziewiątego [1979] roku. Może to anachroniczne spojrzenie, ale mam wrażenie, że coś wisiało wtedy w powietrzu. Nikt z nas, może poza takimi wizjonerami jak Jacek Kuroń i Adam Michnik, nie wierzył wtenczas w możliwość upadku komuny. Atmosfera stawała się jednak coraz bardziej gorąca. Po pierwszym roku studiow przychodzą wakacje – lipiec, sierpień osiemdziesiątego [1980] roku – i wiadomo, co się dzieje. Opowiem jedną historię, rzecz dotyczy czasu karnawału, na Uniwersytecie Jagiellońskim powstaje mnostwo rozmaitych obywatelskich inicjatyw, pomysłow czasem ocierających się nawet o absurd i kompletną niedorzeczność. Na jednym z posiedzeń Senatu UJ – rzecz miała miejsce w osiemdziesiątym pierwszym [1981] roku, albo z końcem osiemdziesiątego [1980] roku – pewien profesor o zasłużonej reputacji tajnego wspołpracownika zgłosił postulat, by zmienić nazwę Uniwersytetu Jagiellońskiego na Chrześcijański Uniwersytet Jagielloński. Oto chwila wiekopomna, niepowtarzalna i niewiele brakowało, a ten pomysł by przeszedł, gdyby nie refleks pewnej pani dziekan, bodaj Wydziału Historycznego, ktora powitała tę propozycję z sympatią wielką, ale dodała: „szanowny kolego, proszę zwrocić uwagę na skrot”. Gdzie my byśmy dzisiaj studiowali, gdyby ta propozycja przeszła?
– Jak zapamiętałeś 13 grudnia?
– To był jeden wielki szok. To był jeden wielki szok, ponieważ na to nikt nie był przygotowany. Sytuacja polityczna była wtedy niesamowicie ognista. A więc ogłoszenie stanu wojennego było kompletnym szokiem i szokiem były wszystkie kolejne znaczące wydarzenia, ktore były jego konsekwencją, choćby internowania w tak masowej [skali]. Jakoś symptomatyczne było to, że w pierwszych dwoch tygodniach stanu wojennego duża ilość kolegow z naszego roku i lat wyższych trafiła do więzienia. Nie pamiętam dokładnie, można by to sprawdzić, ale sporo osob zostało zamkniętych, zresztą bardzo często za kompletnie błahe sprawy, a wyroki na początku stanu wojennego były pokazowe i drakońskie. Tam się dostawało po pięć niekiedy i więcej lat, za kilka ulotek w kieszeni. Był taki kolega Kulczyk – dobrze pamiętam?
– Marek Kulczyk.
– Marek Kulczyk, ktory był osobą zupełnie apolityczną, a z więzienia wyszedł jako zdeklarowany antykomunista, potem drugi raz bardzo szybko tam trafił. Ty też byłeś dwa razy w pierdlu, ale ty poszedłeś siedzieć trochę poźniej. Mowię o tej dużej ilości osob aresztowanych z naszego Instytutu, rownież dlatego, że myśmy poznali parę lat poźniej, nawet wiele lat poźniej, powod, jeden z powodow. Otoż nasze środowisko, myśmy wtedy sobie zupełnie z tego nie zdawali sprawy, było bardzo silnie infiltrowane przez Służbę Bezpieczeństwa. Co więcej, dowiedzieliśmy się, że nasi bardzo bliscy przyjaciele, z ktorymi w stanie wojennym robiliśmy wszystko to, co konspiratorzy wtenczas robili, byli tajnymi wspołpracownikami. Na naszym roku było takich osob przynajmniej kilka.
– Na roku było czternaście osob.
– Chyba siedemnaście. Chyba nas było siedemnaście osob.
– Nasze środowisko, czyli kogo masz na myśli?
– Mowię o naszym roku. Studia trwały pięć lat, na roku było dwadzieścia kilka osob, łącznie z tymi, ktorzy studiowali filozofię jako drugi przedmiot, więc to w sumie była ledwie setka studentow, sto dwadzieścia osob, nie więcej. A esbecja miała wśrod nas, jak się po latach dowiedzieliśmy, bardzo aktywnych czy nieaktywnych, to już mniejsza z tym, wspołpracownikow. Ciekawa zresztą była zasada rekrutacji. Ja dokładnie zapamiętałem opowieść jednego z moich przyjacioł, ktory właśnie po latach przyznał się do tego, że w czasie całego stanu wojennego był, jak twierdził, nieaktywnym, nieszkodliwym, ale takich nie było, dziś dobrze o tym wiemy, wspołpracownikiem Służby Bezpieczeństwa. I opowiedział rownież jak się odbywała rekrutacja.
– W jakich okolicznościach on się do tego przyznał? Pamiętasz?
– Oczywiście, że pamiętam, ty też pamiętasz. Ale pal licho okoliczności, ciekawszą rzeczą było to, jak został zwerbowany do wspołpracy i o tym może warto opowiedzieć, bo poza tą jedną opowieścią nie słyszałem o tego rodzaju praktykach. A praktyka była iście szatańska i znakomicie operacyjnie i logistycznie przez Służbę Bezpieczeństwa przeprowadzona. Mianowicie było coś takiego, co się nazywało oboz roku zerowego. Na oboz roku zerowego studenci przyjęci na studia jechali jeszcze podczas wakacji, ktore poprzedzały studia. I taki właśnie oboz roku zerowego odbywał się w naszym Instytucie. Z naszego roku była tam większość kolegow i koleżanek. Mnie nie było, bo miałem jakieś ciekawsze zajęcia. Natomiast wyglądało to tak, jak to bywa na takich zapoznawczych imprezach młodych ludzi przed studiami. Wtedy nie było tak bardzo łatwo dostać się na studia, nie wszyscy się dostawali, więc jedna uciecha i jedna wielka balanga. I podczas takiej balangi, na ktorej nagle pojawiło się bardzo dużo alkoholu, doszło do awantury, ktora skończyła się wybijaniem szyb i demolką. Po czym następnego dnia przyjechały, z tego co pamiętam, dwa samochody, i z tych dwoch samochodow wyszło kilku smutnych panow i przeprowadziło ze studentami roku zerowego następujące rozmowy: „No, drogi panie, czy drogi kolego, strasznie wczoraj narozrabialiście, zachowywaliście się niegodnie, nie jak przystało na studenta Ludowej Ojczyzny. Niestety trzeba się pożegnać z myślą o studiach, a wie kolega, co to znaczy dwa lata w kamasze”. Oczywiście ta szokująca wiadomość wbijała klienta w krzesło, pal licho, diabli wzięli wszystkie marzenia i plany. I w tym momencie pojawiała się propozycja: „ale jest wyjście, drogi kolego, tutaj jest taki papier, trzeba go podpisać, będziecie nam od czasu do czasu przekazywać wiadomości, co tam się na tym roku u was dzieje”. I podobno większość uczestnikow tego obozu zerowego takie deklaracje wspołpracy podpisała, a więc zapewne trzy lub cztery osoby. Oczywiście myśmy o tym nie mieli pojęcia. A co jest tutaj osobliwe, to fakt, że poźniej ci ludzie bardzo często brali udział w rozmaitych działaniach konspiracyjnych czy parakonspiracyjnych.
– A miałeś jakieś kłopoty w związku z tym?
– Szczęśliwie uniknąłem w ogole kłopotow ze służbami bezpieczeństwa, mimo zaangażowania w konspirację, ale to było w poźniejszym okresie, gdzieś od osiemdziesiątego czwartego [1984] czy piątego [1985] roku, wcześniej nie. Tyle że dobrze wiemy, że niewinnych i nieszkodliwych wspołpracownikow nie było. Ten kolega, ktory nam opowiadał swoją historię werbunku i w ogole wyznał, przyznał się do tej kilkuletniej wspołpracy, twierdził, że owszem pisywał tam jakieś rzeczy, ale one były kompletnie nieszkodliwe i nikomu żadnej szkody przynieść niemogły. Opisywał na przykład, co się działo na naszych prywatnych spotkaniach. Ale dobrze wiadomo, że każda informacja, wydawałoby się niewinna i neutralna, przez Służbę Bezpieczeństwa była wykorzystywana, bo wystarczyło na przesłuchaniu powiedzieć: „my dobrze wiemy, panie Krzysiu, co pan świętował siedemnastego listopada na spotkaniu u pana Wojciecha” i pan Krzysiu w tym momencie dębiał i myślał sobie „skoro oni, kurwa, takie rzeczy wiedzą, to znaczy wiedzą o mnie wszystko”. No, ale mniejsza z tym. Mnie osobiście żadne konsekwencje z tej racji nie dotknęły. Ale przypominam sobie ze stanu wojennego, z początku stanu wojennego, dość śmieszą historię. Mianowicie w stanie wojennym zerwane zostały wszelkie kontakty komunikacyjne. Pamiętam, że nie działały telefony. Żeby przesłać jakąś wiadomość z miasta do miasta, można było wysłać telegram tylko wyłącznie okolicznościowy, a na początku stanu wojennego okoliczność właściwie była jedna, dotyczyła śmierci. Pamiętam, że taki telegram musiałem w pewnym momencie wysłać do mojego przyjaciela w Szczecinie, bo byliśmy umowieni na wypadek wznowienia studiow, że w jakiś sposob przekażę mu o tym informacje. Poszedłem wtedy na Pocztę Głowną w Warszawie, żeby taką informację przesłać i tam się okazało, że jedyny telegram, jaki mogę posłać do Szczecina, to telegram właśnie informujący o śmierci, więc szybko napisałem telegram, ktorego treść dokładnie pamiętam – mianowicie było tam napisane „Heidegger umarł. Pogrzeb w piątek. Przyjeżdżaj natychmiast”. I ten telegram bez kłopotow został przesłany, dotarł do adresata, adresat już wiedział jak go przeczytać, jako że Heidegger umarł dwadzieścia lat wcześniej. No, nie przesadziłem, nie dwadzieścia lat [pali papierosa], kilka lat wcześniej w siedemdziesiątym szostym [1976] roku. [CW zapala kolejnego papierosa].
– Mowisz, że dopiero w osiemdziesiątym czwartym [1984] roku się włączyłeś w działalność konspiracyjną. A ja pamiętam, że znacznie wcześniej, bo działała u ciebie – w mieszkaniu przy Alei Niepodległości, gdzie mieszkałeś wowczas ze swoją żoną u teściow – nasza skrzynka kontaktowa. Tam dostarczałem ci „Tygodnik Mazowsze” do kolportażu.
– To prawda. Ale tego rodzaju działania – przekazywanie prasy podziemnej, kolportowanie i kupowanie książek, ktorych było w tamtym czasie masa – wydawały mi się na tyle powszechne, że właściwie nie konspiracyjne. Od grudnia osiemdziesiątego pierwszego [1981] roku jakoś w tym wszystkim uczestniczyłem, ale mam wrażenie, że to robił wtenczas każdy. Dlatego przesunąłem działalność konspiracyjną parę lat poźniej, [gdyż] rozumiem ją tutaj w trochę bardziej ścisłym sensie – już jako działalność związaną z przygotowywaniem tekstow, bo tym się głownie zajmowałem w poźniejszym czasie, tłumaczeniem tekstow, redagowaniem tekstow. Drukowaniem to się ty zajmowałeś, czyli Krzysztof Siemieński [CW pali papierosa].
– Jesteśmy: Heidegger nie żyje, wszyscy coś kolportują. Kiedy pomyślałeś o tym, żeby się włączyć bardziej aktywnie w działalność konspiracyjną?
– To był jakiś rok osiemdziesiąty piąty [1985] lub szosty [1986], jakoś tak. Ale [to] było poprzedzone jeszcze innymi historiami. Mianowicie pamiętam takie spotkanie w mieszkaniu u Krzysztofa Siemieńskiego, tak, u ciebie, to był rok osiemdziesiąty trzeci [1983], lub czwarty, kiedy Adam Michnik był bodaj po raz pierwszy na krotkim pobycie na tak zwanej wolności, między swoimi licznymi pobytami w więzieniu w stanie wojennym. Tam poznałem właśnie Adama, było to bardzo ciekawe spotkanie, rozmowa dotyczyła głownie spraw rosyjskich, i jak to z Adamem najczęściej wtenczas bywało, przełożyło się oczywiście na pewne konkrety, żeby pewne rzeczy przygotować do wydania, przełożyć i tak dalej. Pamiętam, że skomponowałem coś w rodzaju planu wydawniczego, z ktorego to planu część rzeczy z czasem udało się zrealizować. Między innymi były to dwa tomy słynnych rosyjskich almanachow rosyjskiej inteligencji. Pierwszy, wydany jeszcze przed rewolucją bolszewicką, zatytułowany Wiechi – Drogowskazy, drugi – Iz głubin – De profundis wydany tuż po rewolucji i komentujący niemal na żywo wydarzenia wielkiej rewolucji bolszewickiej. Ja zorganizowałem – pamiętam – wtedy zespoł tłumaczy jednego i drugiego tomu, i to się ukazało.
– Pamiętasz kto wchodził w skład tego zespołu?
– Wszystkich osob chyba nie pamiętam. Wiechi tłumaczyli moi koledzy i koleżanki jeszcze z liceum, m.in. Piotrek Iwaszkiewicz, Agnieszka Skrzypczak. A do przekładu drugiego tomu już byli zaangażowani profesjonaliści, bo tam tłumaczyli teksty rosyjskich myślicieli, intelektualistow, śmietanki rosyjskiej inteligencji tamtego czasu, tacy ludzie jak Grzegorz Przebinda, rusycysta z Krakowa, Roman Mazurkiewicz, Zbyszek Podgorzec, z ktorym się zaprzyjaźniłem po historii z moim tłumaczeniem Szestowa, o czym już opowiadałem. Wiechi wydane zostały bodaj przez wydawnictwo „Przedświt” Wacka Holewińskiego, dobrze pamiętam, a ten drugi tom ukazał się w NOW-ej jakiś czas potem. A gdzieś w osiemdziesiąty szostym [1986] roku pojawił się nawet pomysł wydawania pisma filozoficznego, jako że podziemie wydawnicze tamtego czasu miało już taki zasięg, że nawet działkowcy i wędkarze wydawali swoje własne niezależne periodyki, nie mowiąc o tym, że były wydawane pisemka dla dzieci z przedszkoli i szkoł podstawowych (mam takie bezdebitowe druki w swojej bibliotece), więc dlaczego adepci filozofii nie mieliby robić czegoś podobnego, skoro robią to już wszyscy. Oczywiście, nie był to jedyny powod. Dwa istotniejsze powody były takie: pierwszy – że trzeba się włączyć do tego mającego naprawdę bardzo szeroki zasięg życia kultury niezależnej, a drugi – już merytoryczny – polegał na tym, że istnieją tak liczne i tak ważne „białe plamy” w zakresie literatury filozoficznej, tylu rzeczy oficjalnie wydać niepodobna, tylu autorow rownież naszych własnych, jak Leszek Kołakowski, Bronisław Baczko, Krzysztof Pomian, Zygmunt Bauman, a więc emigranci po roku sześćdziesiątym osmym [1968], zostało skazanych na niepamięć i niebyt, że trzeba te „białe plamy” probować powoli i systematycznie zapełniać. No i po jakimś tam czasie ta idea dojrzała do całkiem już realnych kształtow. Dwa dodatkowe czynniki były istotne: pierwszy taki, że jeden z moich przyjacioł, Krzysztof Siemieński, był od dawien dawna zaangażowany w ruch wydawniczy, a w tym czasie, o ktorym mowię, a więc początek drugiej połowy lat osiemdziesiątych, prowadził wydawnictwo wraz ze swoim przyjacielem, nazwiska nie pamiętam, ale ksywę pamiętam „Słoń” [Wiesław Bieliński, pseudonim „Słoń”], ktore zwało się „In Plus”, i ktore wspołpracowało z niezależną, podziemną instytucją pod tytułem Społeczny Komitet Nauki. Z ktorą to instytucją byłem związany od innej strony, jako że w tej instytucji aktywna była, ale bardzo dobrze zakonspirowana, moja nauczycielka, pani profesor Barbara Skarga, ktora prowadziła kasę stypendialno- zapomogową razem z [Władysław] Goldfingerem- Kunickim. Ja przez bodaj rok byłem stypendystą Społecznego Komitetu Nauki, kiedy po skończeniu studiow czekałem na etat w Polskiej Akademii Nauk.
– Ale też z naszego wydziału była tam pani profesor [Barbara] Stanosz.
– Z profesor Stanosz zetknąłem się w momencie, kiedy zaczęliśmy przygotowywać się do wydawania pisma Aletheia.
– Co oznacza ta nazwa?
– Ukazały się cztery zeszyty, w każdym z nich jest nota wyjaśniająca znaczenie greckiego terminu aletheia. Autorem tej noty jest zresztą (o tym bodaj nigdy nie mowiłem dotąd) wybitny profesor, historyk filozofii, a zarazem wybitny filolog klasyczny, profesor Juliusz Domański, ktorego poprosiłem kiedyś o sporządzenie takiej lakonicznej notatki na temat znaczenia słowa aletheia, ktore to słowo w bezpośredniej transkrypcji przełożone zostało na łacińskie veritas, a następnie na odpowiedniki tego terminu w innych językach, a więc po polsku „prawda”, aczkolwiek jego znaczenie greckie jest trochę inne. Mam o tym opowiedzieć? Wystarczy przyjrzeć się temu słowu, jego budowie, żeby zobaczyć, że z takimi znaczeniami, jakimi zwykliśmy na nasze języki przekładać, więc prawda, warcha i true ma niewiele wspolnego, bo słowo, to greckie słowo aletheia, zbudowane jest za pomocą tak zwanego alfa privativum, a więc „a” zaprzeczonego, ktore dołączone jest do źrodłosłowu lethe, od starogreckiego lathano, co znaczy skrywam, ukrywam. I w połączeniu z lethe ukrywanie, skrywanie znaczy tyle, co nieskrywanie, nieukrywanie. W innym sensie już interpretującym to znaczy wydobywanie na jaw. To jest termin, ktorego źrodłowe znaczenie przywrocił i wprowadził do obiegu filozoficznego w dwudziestym wieku Martin Heidegger, pokazując jego greckie, stare znaczenie, odległe od naszego doświadczenia prawdy. Pierwszy numer Aletheii, ktory przygotowaliśmy i ktory został wydany w osiemdziesiątym siodmym [1987] roku, był w sposob oczywisty zadedykowany najważniejszej postaci naszego owczesnego życia filozoficznego, nieobecnemu w sposob oficjalny, aczkolwiek obecnemu w sposob niesłychanie silny i intensywny ze względu na swoje oddziaływanie daleko przekraczające ramy filozoficzne sensie – Leszkowi Kołakowskiemu.
– Mowisz „przygotowaliśmy”. Jesteś w stanie wymienić wszystkie osoby, ktore wtedy wchodziły w skład redakcji w ogole? Na jakiej zasadzie kompletowałeś redakcję?
– To była inicjatywa przyjacielska i bezpośredni zespoł redakcyjny pisma i Biblioteki „Aletheia” tworzyło kilka zaledwie osob. W pierwszym okresie – Wojciech Madej i Krzysztof Środa. To byli absolwenci tego samego Instytutu Filozofii, ktorzy studiowali rok wyżej ode mnie oraz moj przyjaciel z Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akadamii Nauk, gdzie zostałem zatrudniony wkrotce po studiach, Piotr Marciszuk. Potem w pracach redakcyjnych brały udział jeszcze dwie osoby: moj kolega ze szkoły średniej, z wykształcenia polonista Mirosław Wieteska i rownież absolwent filozofii, aczkolwiek bodaj KUL-u [Katolicki Uniwersytet Katolicki] Robert Piłat. A więc garstka osob.
– Chyba ATK.
– A może ATK [Akademia Teologii Katolickiej]. Słowem – kilka osob, aczkolwiek wspołpracownikow, a więc tych, ktorzy pisali dla nas teksty lub u ktorych zamawialiśmy tłumaczenia, było znacznie więcej. Wracając do tego pierwszego numeru poświęconego Kołakowskiemu. Numer był zresztą zatytułowany Obecność Leszka Kołakowskiego.
– Kilkaset stron.
– Kilkaset stron, tak, to był taki tołstyj żurnał. Każdy zresztą z tych numerow to było kilkaset stron. Ostatni numer poświęcony Heideggerowi, już wydany w „Nowej Epoce”, liczył zdaje się ponad tysiąc stron znormalizowanego wtenczas jeszcze maszynopisu. Wspominam o tym tytule Obecność Kołakowskiego, ponieważ w tym samym czasie numer był o tyle okolicznościowy, ponieważ zbiegał się z sześćdziesiątą rocznicą urodzin profesora Kołakowskiego. W tym samym okresie, a właściwie w tym samym momencie, ukazała się „Księga jubileuszowa” poświęcona Kołakowskiemu, pod redakcją Adama Michnika, o ktorej to przygotowaniu wiedziałem, ponieważ kilka osob, u ktorych probowałem zamowić teksty, odmowiło mi, uzasadniając, że już ktoś inny u nich zamowił. Post factum dowiedziałem się, kto: Adam wtedy siedział. Musiał wtedy siedzieć. Już nie? W osiemdziesiątym siodmym [1987] nie siedział.
– Nie, wyszedł we wrześniu osiemdziesiąt sześć [1986].
– Ale w czasie przygotowań jednego i drugiego numeru prawdopodobnie jeszcze siedział. Mniejsza z tym, ważne jest to, że ta księga jubileuszowa, mimo że nie było żadnych uzgodnień między nami, nosiła niemalże identyczny tytuł.
– Nie niemalże, tylko dokładnie.
– Nie, nazywała się Obecność, po prostu, a numer naszego pisma Aletheia nazywał się Obecność Kołakowskiego. Tak czy inaczej, to był pierwszy numer. Z tego, co pamiętam, został on poprzedzony wydaniem pierwszych książek (w ramach Biblioteki „Aletheia”), bo tak to sobie zamyśliliśmy, że oprocz pisma – z uwagi głownie na objętość i wagę samego materiału – będziemy wydawać rownież książki. Pierwszym tytułem była Rosyjska idea Bierdiajewa, o ile mnie pamięć nie myli, zaraz potem ukazała się książeczka Leszka Kołakowskiego właśnie o Husserlu, a potem cały szereg innych, Patocki, Toynbee’go, Hannah Arendt.
– Wymień kilka tytułow, to akurat istotne.
– Nie wszystkie tytuły pamiętam. Pierwszy tom to wspomniany Bierdiajew, na pewno Rosyjska idea. Drugi tom Husserl i poszukiwania pewności Leszka Kołakowskiego. Potem już co do kolejności nie dam głowy, ale była na pewno Cywilizacja w czasie proby Arnolda Toynbee’go, Myślenie Hannah Arendt, Eseje heretyckie Patocki, książka Krzysztofa Pomiana Przeszłość jako przedmiot wiedzy, i inne.
– Po numerze zatytułowanym „Obecność Kołakowskiego”, ukazał się numer drugi pisma, rownież tołstyj żurnał.
– To był prawdziwie tołstyj żurnał, w sensie ścisłym, ponieważ cały ten tom liczył blisko tysiąc stron, kilkadziesiąt tekstow, rożnych tekstow. Poświęcony był rosyjskiej myśli religijnej, religijno-filozoficznej, a więc bliski mi temat z racji moich własnych zainteresowań z czasow studiow. I temat całkowicie nieobecny w polskiej kulturze, z oczywistych pozafilozoficznych, bo politycznych względow. Wszyscy przedstawiciele tego bardzo istotnego dla duchowości rosyjskiej fragmentu myśli, to byli rosyjscy emigranci, a więc ci, ktorym udało się z Rosji jeszcze w latach dwudziestych wyjechać, i ktorzy tworzyli, a to w Berlinie, a to głownie w Paryżu – tam były głowne skupiska rosyjskiej, pobolszewickiej emigracji. Kolejny numer poświęcony był Heideggerowi, przygotowany jeszcze w czasach działalności konspiracyjnej, podziemnej, ale wydany już po przełomie osiemdziesiątego dziewiątego [1989] roku. Zasadą kompozycyjną tych wszystkich numerow było to, żeby w skład wchodziły teksty autora bądź autorow, ktorym poświęcony był każdy z numerow, i to w miarę reprezentatywnie. Tak więc dla przykładu w pierwszym numerze był to tekst Leszka Kołakowskiego, wcześniej nieobecny lub wydany w pismach emigracyjnych, ale rownież, i to było bardzo ważne, były to teksty oryginalne, zamawiane w środowisku naszych filozofow bądź historykow filozofii, ktorzy mieli kompetencje, by dany temat komentować bądź dyskutować. Krąg wspołpracownikow Aletheii, tak jak popatrzeć z perspektywy tych już wielu lat, był dość obszerny dlatego, że na takie przedsięwzięcie wydawnicze składał się przecież nie tylko zespoł redakcyjny, ten ścisły, nazwiska redaktorow wymieniłem. Nie tylko wydawcy. Wydawcą większości naszych pism było wydawnictwo „In Plus”, a więc to był jakby drugi bezpośredni krąg wspołpracownikow, z ktorymi mieliśmy kontakt, niemalże stały i codzienny. Krąg autorow, u ktorych zamawialiśmy przekłady i teksty oryginalne, ale rownież o tym trzeba pamiętać, krąg – i ten był bodaj najobszerniejszy z tego, co sobie przypominam – krąg sponsorow. Bo to wszystko przecież kosztowało, choć z dzisiejszej perspektywy są to dziwne kwoty. Pamiętam, że pierwszy numer poświęcony Kołakowskiemu wydaliśmy za sto pięćdziesiąt dolarow, a były to nakłady sięgające bodaj tysiąca, w przypadku książek nawet przekraczające tysiąc egzemplarzy, więc…
– Trzech tysięcy egzemplarzy…
– …trzech tysięcy. No właśnie, nie do pomyślenia dzisiaj, przynajmniej w odniesieniu do każdego z tych tytułow. Dzięki temu, że te książki były w rożnorodny sposob sponsorowane, głownym i stałym sponsorem był wspomniany Społeczny Komitet Nauki, ktorym od strony właśnie sponsoringu, jeśli tak rzec można, wydawniczego kierowała pani Barbara Stanosz. To był nasz głowny sponsor, ale oprocz tego pieniądze gromadziliśmy w bardzo rożny sposob i z rożnych źrodeł. Dzięki temu, że od osiemdziesiątego osmego [1988] roku mogłem wyjeżdżać na Zachod i spędziłem wtenczas bardzo wiele czasu w Niemczech i potem w Austrii, rownież częściowo w Paryżu, udało mi się nawiązać bardzo ciekawe kontakty, ktore owocowały rownież rozmaitymi zapomogami finansowymi z kręgow polskiej emigracji. Myśmy wspołpracowali z Aneksem, z Aleksandrem Smolarem. Naszym wiernym darczyńcą była Irena Lasota, ktora prowadziła duży fundusz w Ameryce i w Paryżu razem z Jakubem Karpińskim; wspołpracowaliśmy z Niną Karsov i wydawnictwem „Kontra” w Londynie, oczywiście z Instytutem Giedroycia w Maisons-Laffitte, ktorego odwiedzałem kilka razy i z ktorym nawet mieliśmy plany wspolnych kilku wydawniczych projektow. Z tych projektow nic nie wyszło, ale zachowała się jakaś korespondencja z tego czasu. Tudzież z polskimi filozofami, takimi właśnie jak Leszek Kołakowski, jak Krzysztof Pomian, poźniej Zygmunt Bauman i inni.
– A pamiętasz swoją pierwszą wizytę w Radio „Wolna Europa”?
– Pewnie, że pamiętam, to zresztą też było związane z Aletheią. Jak wyjechałem na swoje pierwsze stypendium, siłą rzeczy stałem się emisariuszem przedsięwzięcia pod tytułem „Aletheia” i jednym z pierwszym miejsc, do ktorych trafiłem (mieszkałem w Monachium przez pierwsze dziewięćmiesięcy), była „Wolna Europa”, gdzie opowiadałem nie tylko o Aletheii. Najpierw udzielałem wywiadow, zresztą jeden z wywiadow udzieliłem po rosyjsku, bo mnie tam zaciągnęli do Sekcji „Radia Swoboda”, gdzie jak mnie podłączono do mikrofonu, to oniemiałem, nie byłem w stanie wydobyć z siebie słowa jednego, zwłaszcza że była to jedna z pierwszych okazji, żebym mowił po rosyjsku. Ale kiedy prowadzący ze mną rozmowę, notabene słynny reporter Wolnej Europy, ktory dwa czy trzy dni wcześniej wrocił z Afganistanu, gdzie często bywał, powiedział, że słyszy mnie w tym momencie cała Rosja i poprosił, bym coś powiedział, coś tam o Szestowie, Bierdiajewie i innych kolegach emigrantach, w końcu udało mi się wykrztusić kilka słow, także o wydawanych przez nas ich książkach. A poźniej wspołpracowałem z „Wolną Europą”, prowadziłem dla nich audycje poświęcone wprowadzaniu młodzieży do filozofii. Tym się rownież „Wolna Europa” w pewnej fazie swojej działalności zajmowała.
– Jak mowiłeś, zacząłeś wprowadzać kolegow, ktorzy zaczęli przyjeżdżać do ciebie do Monachium, do „Wolnej Europy”.
– No właśnie. Ty też tam byłeś. Tak, tak, to były fajne czasy. To były fajne czasy.
– Ale cały czas kontynuowałeś karierę naukową, prawda? Zapewne postanowiłeś, że będziesz profesorem filozofii, będąc już studentem na pierwszym roku.
– Nie, ja nie miałem takich postanowień, to się działo poniekąd samo. Zaraz po studiach miałem krotką przerwę, wtedy otrzymywałem jakieś skromne stypendium ze Społecznego Komitetu Nauki, o czym już wspomniałem. Po tej bodaj rocznej przerwie zostałem zatrudniony w Polskiej Akademii Nauk, w Instytucie Filozofii, w Katedrze Filozofii Wspołczesnej, gdzie pracowała moja promotorka i wieloletnia przyjaciołka, pani profesor Barbara Skarga. Notabene był to zakład o szacownej tradycji, Zakład Filozofii Nowożytnej i Wspołczesnej, założony bodaj przez profesora [Adam] Schaffa, jego kierownikiem poźniej był Bronisław Baczko do sześćdziesiątego osmego [1968] roku. W tym zakładzie zatrudnieni były tacy polscy eminentni filozofowie jak Leszek Kołakowski, czy Andrzej Walicki, ktory był wieloletnim kierownikiem tego zakładu, a także Krzysztof Pomian. Poźniej przez wiele lat kierowała nim właśnie pani profesor Barbara Skarga. I to było moje zasadnicze miejsce zatrudnienia. Natomiast uniwersytet nie był dla mnie przestrzenią ani nauki, bo jak mowiłem, szukałem swoich nauczycieli poza uniwersytetem, ani też nie był miejscem, w ktorych chciałbym się zadomowić.
– Ale też władze chyba nie były za bardzo skłonne, żeby cię dopuszczać do zajęć ze studentami?
– Nie, tak nie było. Mając zatrudnienie w Polskiej Akademii Nauk, nie szukałem możliwości pracy na uniwersytecie, dopiero poźniej miałem taki epizod, może nawet należałoby powiedzieć więcej niż epizod, bo trwało to kilka lat, kiedy prowadziłem zajęcia na uniwersytecie. Trwało to cztery czy pięć lat, prowadziłem tam seminarium, bardzo ciekawe dla mnie i formujące doświadczenie, bo było to pierwsze seminarium, ktore prowadziłem i ktore cieszyło się sporą popularnością. I też, z uwagi na jego popularność, zostało w pewnym momencie skasowane przez osoby władające wtenczas tym instytutem. A to już była pierwsza połowa lat dziewięćdziesiątych.
– A jak zostałeś profesorem, kiedy?
– Kiedy zostałem profesorem? Już dość dawno.
– Byłeś jednym z młodszych profesorow.
– Profesorem zostałem dwukrotnie, bo takie są u nas nomenklaturowe obyczaje, bo są u nas dwie kategorie profesorow. Jedna kategoria to tak zwany profesor uniwersytecki i to nie jest tytuł tylko posada, ktorą się otrzymuje po napisaniu tak zwanej pracy habilitacyjnej. Ja stosunkowo poźno, aczkolwiek przed trzydziestką, napisałem doktorat. Stosunkowo poźno, bo zajęcia związane z wydawaniem Aletheii były wtedy priorytetowe. Ale bardzo szybko napisałem habilitację, bo w dziewięćdziesiątym drugim [1992] czy trzecim [1993] roku, więc zaraz po habilitacji zostałem tym profesorem uniwersyteckim. A profesorem tytularnym, czyli tak zwanym belwederskim, wkrotce potem. Już nie pamiętam, ktory to był dokładnie rok – dziewięćdziesiąty osmy [1998] czy dziewiąty [1999], jakoś tak. Ktoś tam obliczył, że byłem, ja i Siemek, że byliśmy najmłodszymi profesorami w Polsce, tymi tytularnymi.
– Powiedz, pamiętasz czas, kiedy w Polsce okazało się, że dojdzie do Okrągłego Stołu? Gdzie wtedy byłeś?
– Doskonale pamiętam. W czasie Okrągłego Stołu byłem właśnie na stypendium w Monachium, ale rownież wyjeżdżałem wtedy kilka razy do Paryża. Przypominam sobie taką oto sytuację… kiedy to mogło być, wiosną osiemdziesiątego dziewiątego [1989] roku, chyba już zaczęły się rozmowy Okrągłego Stołu. A więc wczesną wiosną, gdy obrady Okrągłego Stołu już trwały, przyjechał wtedy do Paryża Adam Michnik. Zorganizowano naprędce spotkanie u ojcow pallotynow, na ktorym to spotkaniu był Adam Michnik i biskup Orszulik i na ktore to spotkanie stawiła się niemal w komplecie cała paryska, liczna i skłocona ze sobą, ale tym razem zjednoczona okolicznością emigracja polska. Spotkanie miało dość dziwny przebieg, ponieważ Adam Michnik występował tam niemal w roli bolszewickiego komisarza, ktory z wysokości swojego pulpitu, przy ktorym go postawiono, bardzo energicznie i kategorycznie pokrzykiwał na brak zdecydowanego poparcia na rzecz tego, co się w Polsce dzieje, ze strony takich osob jak Jerzy Giedroyć, Zofia Hertz, Jozef Czapski. Co wydało mi się – byłem tam zwykłym uczestnikiem – rzeczą dość niestosowną. Pamiętam, że podszedłem po tym spotkaniu do Adama i powiedziałem mu: „wiesz Adam, dzisiaj to mi tylko Kiszczaka tutaj brakowało”, na co obrzucił mnie swoim lodowatym, bolszewickim spojrzeniem i przez następne trzy lata się do mnie nie odzywał. Spotkaliśmy się po trzech lata w innych okolicznościach w Warszawie i powiedział mi wtedy „wiesz co Czarek, ostatnim razem jak się widzieliśmy powiedziałeś mi, że ≪brakuje mi tutaj tylko Kiszczaka≫”. Taką ma, kurwa, pamięć. Tak to było. Inne zapamiętane spotkanie wiąże się z Leszkiem Kołakowskim. Przyjechał wtedy do Monachium na taki prestiżowy wykład do bawarskiej Akademii Sztuk Pięknych. Wykład zupełnie niesamowity, pierwszy raz słyszałem wtedy Kołakowskiego na żywo, wykład wygłoszony dla wypełnionej po brzegi bawarską elitą sali, gdzie było, podejrzewam, około tysiąca osob i gdzie ze świetną werwą i płynną niemczyzną Leszek Kołakowski zaczął swoj wykład takim mniej więcej tekstem: „Proszę państwa, nie mam Państwu nic specjalnie dzisiaj ciekawego do opowiedzenia. Taką rzecz marginesową, właściwie niezbyt istotną. Otoż opowiem Państwu historię zbawienia od Adama i Ewy, po pontyfikat Jana Pawła II”. W ciągu czterech kwadransow opowiedział tę historię, potem były owacje na stojąco. Piękne wydarzenie. A pamiętam, spotkałem się Leszkiem Kołakowskim przy okrągłym małym stoliku w jednym z hoteli na starowce monachijskiej, gdzie Leszek bardzo dokładnie i z wielkim przejęciem wypytywał o wszystko, co się w Polsce dzieje i szalenie kibicował nam od samego początku, wierząc w to, że zmiany będą miały jak najbardziej realny charakter.
– A pamiętasz swoje nastawienie, przyjąłeś Okrągły Stoł z nadzieją, czy z obawami?
– Powiem o tym tak: to było, mam wrażenie, coś na pograniczu cudu. Na wydarzenia Okrągłego Stołu, poza jakimiś dwoma przyjazdami do Polski, patrzyłem z oddali, a więc z pewnego dystansu, ale patrzyłem na to w sposob jednoznacznie pozytywny. Może nawet bezkrytyczny, bezkrytycznie pozytywny; byłem przekonany, że jest to absolutnie niezwykła zmiana i że trzeba wszystko zrobić, żeby się udała. Natomiast miało to zaiste charakter cudu. Jozef Tischner o wydarzeniu na gorze Moira z udziałem Mojżesza powiadał „prasło dziadem w prześwicie”. Otoż miałem takie podejście do tego, co się wtedy w Polsce działo, że tutaj rzeczywiście „prasło w prześwicie” i że dzieje się coś niesamowitego i nieoczekiwanego. Wspominałem wcześniej, że żyjąc w tych dość ponurych latach osiemdziesiątych, miało się przekonanie, że tak już będzie zawsze. Ja nie należałem do tych osob, ktore walczą z komuną po to, żeby ją pokonać. Aletheia i te wcześniejsze rozmaite zaangażowania w podziemną prasę wydawniczą i tak dalej nie były obliczone na zniszczenie komuny i zbudowanie nowego świata. One były obliczone na to, by budować w ramach tego, jak się zdawało niezmiennego porządku, pewne „mikroprzestrzenie wolności”. Oczywiście te „mikroprzestrzenie wolności” w pewnych okolicznościach stawały się makroprzestrzeniami, jak w okresie karnawału osiemdziesiąt – osiemdziesiąt jeden [1980 –1981]. Natomiast nikomu, jak sądzę trzeźwo myślącemu w tamtych czasach i żyjącemu bez kontaktow z jakimiś siłami wyższymi, nie przychodziło do głowy, że to może runąć. Był to więc cud, ktory bardzo szybko przerodził się w coś tak oczywistego i naturalnego, że myśmy o tej cudowności i radykalizmie tej przemiany bardzo szybko zapomnieli, rok czy dwa lata poźniej. To, że żyjemy wreszcie w wolnym, niezawisłym politycznie państwie, stało się czymś całkowicie oczywistym. Dzisiaj patrzy się na czasy poźniej komuny z perspektywy jej upadku. Ale to jest odwrocona perspektywa. Ja myślę, że my po dziś dzień nie zdaliśmy sobie sprawy z przełomowości tego doświadczenia. Należymy do pokolenia, ktore doświadczyło politycznego cudu i politycznej głębokiej radykalnej metamorfozy. Natomiast to nie zostało ani sproblematyzowane, ani zasadniczo przeanalizowane, ani nawet opowiedziane do tej pory w taki sposob, na jaki radykalizm i przełomowość tego wydarzenia zasługiwała i nadal zasługuje. Tu stało się coś zupełnie niesamowitego. To, co cudowne, okazało się nagle czymś naturalnym i oczywistym.
– 4 czerwca 1989 roku, czyli w dniu pierwszych tych wyborow do senatu całkowicie wolnych, do parlamentu częściowo, byłeś w Polsce, czy byłeś zagranicą?
– Wtedy, tego dnia, byłem akurat w Polsce. Przyjechałem na bodaj miesiąc. Obserwowałem i brałem w tym oczywiście czynny udział, jak prawie wszyscy. I była to wielka uciecha, oczywiście uciecha zupełnie świąteczna, ale znowu nie przeświętowana po dziś dzień, pewnie już nigdy. My jesteśmy trochę taką wspolnotą, ktora lubi świętować, ale gubi swoje najważniejsze święta, łatwo o nich zapomina. Jeszcze bym wrocił na moment do tych spraw związanych z kulturą niezależną i ruchem wydawniczym. Mieszkam od wielu lat w dużym domu. Mam w swojej bibliotece pokaźny zbior drukow z tamtych czasow, książek i pism rozmaitych, jest tego sporo, nie wiem, myślę, że ze dwa i poł tysiąca. Zajmuje to kilkanaście połek w mojej bibliotece i bywa, że robi to porażające wrażenie na ludziach, ktorzy pierwszy raz widzą to w takiej okazałości. Spotyka się to z komentarzami: „to ty masz prawie wszystko, co wtenczas zostało wydane”. Nic podobnego, to jest mała, malusieńka, niewielka cząstka tego, co wydawano wtenczas w całej Polsce, nawet w małych miejscowościach i małych nielicznych środowiskach. I mam wrażenie, że to rownież nie zostało do tej pory odpowiednio docenione. Coś takiego jak, nie wiem, muzeum, to może niezbyt odpowiednia nazwa, ale wielka ekspozycja tego, co w ten czas wydawano i co w ogole tworzyło ten niesamowity, jeśli chodzi o zakres, ruch wydawniczy. Ten ruch domaga się jakiejś naprawdę porządnej, rzetelnej ekspozycji, ktorej brak. Były oczywiście epizodyczne wystawy, ale Stowarzyszenie Wolnego Słowa powinno to mieć przede wszystkim na względzie. Coś takiego trzeba by kiedyś zrobić, bo to fenomen na skalę zupełnie niespotykaną. To są tysiące drukow, tysiące tytułow, setki tytułow pism, pisemek, mikropisemek, tak jak powiedziałem dla działkowcow, wędkarzy i przedszkolakow. Ja uwielbiam nieraz sięgać do tego i przeglądać, czytać się tego już dzisiaj nie da, oczy nie te, ale patrzeć na okładki pism, ktore nazywały się na przykład Wryj albo Przegląd Wiadomości ze znakomitym serwisem fotograficznym podziemia. Znakomite komentarze w Tygodniku Mazowsze i tak dalej. Wakat ze świetnymi esejami politycznymi i tak dalej.
– Po osiemdziesiątym dziewiątym [1989], już w wolnej Polsce, mogłeś zająć się już wyłącznie filozofią. Powiedz pokrotce o twoich losach przez ostatnie dwadzieścia lat.
– Nic podobnego. Nie mogłem się zająć tylko i wyłącznie pracą filozoficzną, bo ciągle była Aletheia. Tyle że zmieniły się okoliczności. Zmieniły się okoliczności, i to zmieniły się radykalnie, bo nagle można było zacząć robić to, co robiliśmy dotąd, tylko że w sposob legalny, włączając się w ten oficjalny nurt kultury i działalności wydawniczej i przez dłuższy czas mieliśmy takie plany. Mieliśmy takie plany i mieliśmy pewien niebagatelny kapitał, ktory jak się nam zdawało, mowię w liczbie mnogiej, bo to była cały czas inicjatywa zespołowa, warto było wykorzystać, bo były przygotowane kolejne książki, były plany bardzo wielu kolejnych numerow pisma. Otworzyły się rozmaitemożliwości wydawnicze, całkiem nowe. Mieliśmy kilka propozycji, żeby funkcjonować w ramach właśnie rodzących się nowych inicjatyw wydawniczych. No coż, na skutek rożnych okoliczności ta idea kontynuacji działalności wydawniczej w odmienionych warunkach upadła, aczkolwiek część naszych pomysłow podjęło nowe prężne wydawnictwo, przejmując rownież szyld i fundację, ktorą w tamtym czasie założyliśmy, czyli Fundację Aletheia.
– Ale już nie masz z tym nic wspolnego?
– Nie, na początku lat dziewięćdziesiątych rozwiązaliśmy starą Aletheię, a losy nowej przekazaliśmy już całkiem innym osobom, więc tu akurat nie ma żadnej unii personalnej.
– A ty pisałeś coraz częściej, coraz więcej swoich własnych książek. Ktore tytuły uważasz za najważniejsze z tego, co opublikowałeś?
– Gdybym ja je wszystkie pamiętał… No coż, najważniejsza to chyba moja praca czysto fenomenologiczna zatytułowana Wielkie wędrowanie. Książka, ktorą napisałem dla moich dzieci i ktorą Oficyna Wydawnicza Pruszyński i S-ka kiedyś wydała, a książka jest fenomenologicznym opisem prawdziwych przygod, jakie przeżyłem z dziećmi podczas naszych wielu wędrowań, głownie szuwarowo-bagiennych na Mazurach, przez lata całe. Reszta tytułow w każdej dostępnej bibliografii. W tej chwili wydawnictwo, ktore najbardziej lubię spośrod funkcjonujących na naszym rynku, to gdańska oficyna słowo/obraz terytoria, ona wydaje kolejne moje książki i wznawia wcześniejsze tytuły. Tam jest to bodaj obliczone na razie na jakieś dwadzieścia pozycji, zobaczymy, może uda się. Do tej pory ukazało się chyba pięć tomow, kolejne są w druku bądź w przygotowaniu.
– Poza tym prowadzisz normalną działalność dydaktyczną, jeździsz do Krakowa. Co tam robisz?
– To normalna aktywność akademicka na Uniwersytecie Jagiellońskim, zajęcia z filozofii, prowadzone w kilku rożnych instytutach UJ, więc normalna profesorska posługa. Przez lata całe pracowałem w Szkole Nauk Społecznych, to jest taka instytucja założona przy Instytucie Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk, gdzie przez bodaj dziesięć lat prowadziłem seminarium, ktore było kontynuacją mego wcześniejszego seminarium uniwersyteckiego. Kontynuacją o tyle, że przez kilka lat uczestniczył w nim bardzo podobny krąg ludzi, kilkanaście, wcześniej kilkadziesiąt osob, z ktorymi właśnie przez lata pracowałem. Miałem rownież kilkuletni epizod, ciekawy bardzo od strony dydaktyczno-filozoficznej, w klasztorze dominikańskim, z ktorego to seminarium – prowadziłem je bodaj przez dwa lata – kilku adeptow, młodych klerykow, wystąpiło z klasztoru. Jak owczesny prowincjał doliczył się, że to już sięga liczby dwucyfrowej, zrezygnował z moich usług. Nie przypisuję sobie tutaj tego faktu, żem ich wyprowadził; czytaliśmy wspolnie książki Heideggera, Nietzschego i kilku innych filozofow. Oni teraz są albo świeżo upieczonymi doktorami, albo jeszcze doktorantami już działającymi poza regułą klasztorną. Natomiast to, co przyznam się szczerze od kilku lat sprawia mi największą frajdę, wiąże się z tym, co się dzieje poza akademią i poza uniwersytetami. A dzieje się bardzo wiele, znam kilka przynajmniej niezwykle ciekawych inicjatyw prywatnych i pozaakademickich właśnie, w ktorych z wielką uciechą i pożytkiem uczestniczę i mam zamiar uczestniczyć. Najchętniej wycofałbym się już w ogole z życia akademickiego, ktore uważam za martwą formę życia, w moim przekonaniu nic żywego i ciekawego tam się już nie wydarzy i nie narodzi. Prawdziwe życie jest gdzie indziej, na tych rozmaitych małych wyspach może łączących się niekiedy w pewne archipelagi, ktore są właśnie poza uniwersytetem i poza akademią. Chcesz, żebym coś więcej na ten temat powiedział? Otoż jest takie, tytułem przykładu, tu w Warszawie, studium, ktore początkowo zwało się Dominikańskie Studium Teologii i Filozofii. Jego założycielem był ojciec Tadeusz Bartoś. Powiadam o tym w trybie czasu przeszłego, ponieważ kiedy Bartoś zrzucił suknię, klasztor rownież zrezygnował z opieki nad tą inicjatywą. Przy czym inicjatywa nie umarła, przekształciła się z dominikańskiego w świeckie Studium Teologii i Filozofii i ma się jak najbardziej dobrze, działa po dziś dzień. Fenomen polega na tym, że są to niemalże studia na bardzo wysokim poziomie, jako że studium od samego początku zatrudnia najlepszych w Polsce dostępnych profesorow z dziedziny filozofii, teologii, tudzież pokrewnych. Wśrod słuchaczy tego studium są tylko i wyłącznie ludzie przychodzący tam całkowicie con amore (program jest dwuletni). Rozrzut wieku jest od licealnego po niemalże nieskończony, bo przychodzą tam ludzie po osiemdziesiątce i studiują filozofię, poświęcając na to każdą sobotę i niedzielę w miesiącu i nie mając z tego nic więcej poza właśnie aktywnym uczestniczeniem w odbywających się tam zajęciach. A sala jest pełna, to jest kilkaset osob na każdych zajęciach. Co więcej, oni od wielu lat każdorazowo ograniczają nabor adeptow swojego studium, po prostu nie ma takich sal, ktore zdolne byłyby pomieścić tylu ludzi. Bardzo podobna inicjatywa, w ktorej też biorę udział, narodziła się w Gdańsku, gdzie działa coś, co się nazywa Akademia Plus Czterdzieści. Na bardzo podobnych zasadach, też ludzie dobrowolnie tam przychodzą, przy czym trzeba jeszcze to dodać, że za jedno i drugie, za uczestniczenie w jednym i drugim, uczestnicy płacą swoje własne (niewysokie) pieniądze. Dzięki temu honoraria dla wykładowcow i profesorow biorących w tym udział są godziwe, znacznie bardziej godziwe niż na uniwersytetach. Od kilku lat wykładam rownież w teatrze w Lublinie, gdzie prowadzę wykłady raz w miesiącu dla kilkuset osob, w sali wypełnionej po brzegi (czy można sobie wyobrazić coś takiego na dowolnie wybranym polskim uniwersytecie, a myślę o tych najlepszych, z ktorymi nam do czynienia?). Muszę dodać jeszcze do tego najbliższą bodaj mojemu sercu inicjatywę ostatnich lat, mianowicie to, co robi ośrodek Pogranicze w Sejnach i Krasnogrudzie.
– A prawdziwe życie?
– U mnie to było tak… Zupełnie nie pamiętam dlaczego przestałem jeździć w Bieszczady. To było jakoś w połowie lat osiemdziesiątych, stało się… jak siekierą uciął. A drugą pasją, taką czysto prywatną, niemal od dzieciństwa, było i jest żeglarstwo. To żeglarstwo szuwarowo- bagienne, mazurskie. Na Mazury jeździłem od połowy lat siedemdziesiątych, gdzieś tam chyba w siedemdziesiątym szostym [1976] zrobiłem pierwszy patent żeglarski. Potem zaczęły się, już w czasach licealnych, pierwsze samodzielne rejsy. I przez wiele lat jeździłem tam, spędzając dwa, trzy, nieraz cztery, a i bywało pięć tygodni. Z niechęcią wracając na pozostały czas do Warszawy, gdzie przez wiele miesięcy czekało się na ten moment, kiedy będzie można znowu wyjechać na Mazury, więc proporcje były dość nieprzyjemne, jedenaście miesięcy w mieście i miesiąc na Mazurach. W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że trzeba to zmienić i to radykalnie. I teraz jest tak, że jestem przez jedenaście miesięcy na Mazurach, a przez miesiąc, lub niewiele więcej w mieście. I bardzo sobie to chwalę. Ublik – to jest inny rodzaj i życia, i myślenia. Poza tym nie mieszkam tam sam, tylko z żoną. Dzieci mieszkają gdzie indziej. Mieszkamy więc tam we dwojkę, dom mamy otwarty i gościmy bardzo wielu naszych przyjacioł i znajomych, ale to trwa bardzo krotko. Sezon na Mazurach jest bowiem bardzo krotki, trwa dwa miesiące, niewiele dłużej. Resztę czasu spędzamy tam, obcując częściej i intensywniej ze zwierzętami dzikimi, ktore często podchodzą pod nasz płot, bo szczęśliwie mieszkamy w takiej okolicy, gdzie tych zwierząt dzikich nie brakuje, aniżeli z ludźmi. I przekonałem się, że są tam warunki znacznie bardziej sprzyjające spokojnemu i niepośpiesznemu myśleniu, aniżeli bycie pośrod ludzi, stale i w takiej intensywności, do jakiej zmusza bycie w mieście. A co z tego będzie to się okaże.
____________________________
Krzysztof Siemiński (1958) – reżyser i scenarzysta w latach osiemdziesiątych działacz podziemnej „Solidarności”, drukarz Niezależnej Oficyny wydawniczej, współpracownik wydawnictwa Przedśtwi, jeden z inicjatorów powołania oficyny In Plus, która wydawała czasopismo „Aletheia” i książki „Biblioteki Aletheia”. Obecnie związany ze Stowarzyszeniem wolnego Słowa.
____________________________

Publikowana wyżej rozmowa została przeprowadzona na zlecenie Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku 24 marca 2010 roku. Wywiad zarejestrowano w ramach cyklu notacji „Ludzie kultury niezależnej w PRL”. Dyrektorowi ECS Basilowi Kerskiemu dziękujemy za zgodę na udostępnienie powyższej rozmowy, a Annie Marii Mydlarskiej za pomoc i życzliwe rady

ARTYKUŁ UKAZAŁ SIĘ W NUMERZE

Przegląd Polityczny nr 195/2026
© 2026 Przegląd Polityczny 
https://przegladpolityczny.pl/