„Czemże będziemy się bawić, i kto nas bawić będzie?" zdawały się zapytywać siebie salony wileńskie po odjeździe hr. Ilińskiego i księcia Radziwiłła, a gdy nic nowego nie wkraczało w ich progi, zaczęto przysłuchiwać się, co mówią poza salonami — i dosłyszano chóry pochwał, składanych w hołdzie niepospolitej wymowie, jaką zabrzmiała katedra filozofji, odkąd ją zajął profesor Józef Gołuchowski, bardzo młody, a już bardzo uczony, przybyły z Królestwa Polskiego. Genjalny ten mówca oprócz młodzieży obowiązanej go słuchać, jako uczniowie, ściągał jeszcze tłumy wolnych słuchaczy, a wszyscy, przykuci zachwytem, póki mówił, rozchodzili się po mieście, powtarzając każdy, jak umiał, słyszane prawdy, głębokie, wzniosłe, a oddane z prostotą i jasnością codziennej mowy. Mój ojciec był jednym z najwierniejszych wolnych słuchaczów tych arcypięknych prelekcyj, dla których, jak i dla lekcyj architektury
Karola Podczaszyńskiego, zaprzągł się był w życie akademickie, pilnując się godzin i notując za powrotem, co słyszał, co spamiętał. Pozazdrościły i damy tego życia, a z księżną Dymitrową Czetwertyńską na czele zaczęły uczęszczać na prelekcje Gołuchowskiego, który, ujęty tym przybytkiem niezwykłych słuchaczy, rozpoczął nową serję, mającą na celu rozbiór duszy i piękna. O ile widok dam na sali wpływał na natchnienie mówcy, nie wiemy, ale o czem głośno mówiono, to o wpływie niekorzystnym na uczniów, którym obecność pięknych księżniczek Czetwertyńskich w całym blasku wdzięków i stroju, siadających w pierwszych ławkach, była wielką przeszkodą, odwracając uwagę od profesora do widzów. Jako dzieci, o których zwykle sądzą starsi, że nie zrozumieją wyższych rzeczy, nie uczestniczyłyśmy tym uczonym zabawom i pozostały mi tylko w pamięci oderwane opowiadania naszego ojca, który wracał zawsze zachwycony z tych prelekcyj, i pochwały niektórych odwiedzających nas wieczorem, a nareszcie anegdotka jedna, która najsilniej wraziła nazwisko Gołuchowskiego w umysł dziewięcioletniej dziewczynki. Była natenczas moda kotyljona, to jest walca, tańcowanego trybem mazurkowym z figurami, w jednej z nich para walcująca obowiązaną była okręcić się około krzeseł w ósemkę; po wielu próbach mniej więcej zgrabnych jeden tylko Karol Kostrowicki potrafił to dobrze wykonać. Przyklaskiwali mu widzowie balu i między niemi stojący we drzwiach sali po skończonej partji wista generał-gubernator Korsakow-Rimskij, staruszek, który nikomu wody nie zamącił, a wymagał jedynie, aby go wymykającego się á la française nie żegnać i nie odprowadzać. Otóż, stojąc we drzwiach, pociągając kołnierza, jak to miał we zwyczaju, zauważył i on pana Karola Kostrowickiego, a że go nie znał, zapytał stojącego bliżej od innych mego ojca, kto by to był taki? Trzebaż takiego trafu, że ów Karol stanął w tej chwili obok profesora Gołuchowskiego, a mój ojciec, nie przypuszczając, aby chwilowy laureat balu mógł zająć kogo więcej nad triumfatora każdodziennego, nie zważając, że palec Korsakowa wskazuje na akademika o włosach blond, z zadartym noskiem i ru-mieńcem panny, sam zapatrzony na twarz ciemną i myślącą szanownego filozofa, odpowiada gubernatorowi: „C'est le professeur de philosophie, mr. Gołuchowski" — „Ach! vraiment?!" odrzekł zdziwiony Gubernator, pociągając silniej kołnierza, i, skinąwszy na adjutanta Szebekę, wymaszerował zwolna z salonu. Nazajutrz gruchnęła po mieście, iż kto tylko zjawi się do Dworca, Korsakow opowiada każdemu, iż pierwszym tancerzem Wilna jest profesor Gołuchowski, a dla lepszego uwydatnienia i poparcia tego, co mówił, ustawia krzesła i sam się wkoło nich okręca, u obiadu tak samo ustawia solniczki, przy kartach zaś lichtarze, i tłumaczy, jak się zręcznie wywinął profesor filozofji z figury, której nikt przed nim wykonać nie umiał. Gdy to doszło do mojego ojca, czując się odpowiedzialnym za to qui pro quo, które, trafiając do uszu filozofa, mogłoby go obrazić, idzie mój ojciec do p. Gołuchowskiego i przeprasza go za mimowolną pomyłkę. Ale ten nietylko, że się nie gniewa, lecz, uznając owszem p. Kostrowickiego za skrzywdzonego, żałuje, iż tak dobrze, jak on, tańcować nie umie i zapowiada, że taniec obiera za treść przyszłej prelekcji.
Kiedy to piszę w lat 43 po owym wypadku, zjawia się dama, która lat kilka przepędziła w domu i w rodzinie tegoż Józefa Gołuchowskiego, w jego Garbaczu, gdzie, z profesora stawszy się gospodarzem, dowiódł, iż filozofja chrześcijańska jest podstawą życia naszego i jego duszą. Łatwość w pożyciu, dowcip, wesołość, wpływ korzystny na sąsiadów, najmilsza rozmowa i ten dar pobudzenia i zmuszenia drugich nietylko do myślenia, ale i do wysłowienia tych myśli — oto były cechy charakteru i stosunków z ludźmi owego filozofa, który zawsze najmilej, najrzewniej wspominał swoją bytność i występowanie w Wilnie. Słówek jego dużo cytowała nam Olga S*, która z uczuciem córki wspomina profesora Gołuchowskiego, zawdzięczając mu swoje wykształcenie intelektualne; ale najcharakterystyczniejszym rysem wydała mi się zabawa, którą chciał uczcić trzy razem solenizantki, a sprosiwszy dużo gości, że sam mieszkał w piwiarni, ofiarował słodownię na salę balową. Wymyta podłoga szkliła się od słodu, jak woskowana, ale dla zachowania charakteru sali nie wyniesiono nawet beczek od chmielu, spokojnie sobie spoczywających poza słupami. Domowi napierali się orkiestry, ale Profesor, nazywając to zbytkiem, radził każdemu wyuczyć się jakiego tańca na fortepianie, do czego się też wzięto, ale nie bez westchnień głębokich za orkiestrą. Nadszedł nareszcie dzień potrójnych uroczystości i obiad w słodowni zebrał około dużego stołu liczne sąsiedztwo. Gospodarz wznosi toast na cześć solenizantek, poprzedzając go przemową z natchnienia improwizowaną, jak to zwykle czynił, a słowom: „Wiwat! niech żyją!" zawtórowała nagle kapela... Patrzą zdziwieni biesiadnicy, aż z każdej beczki wygląda Żydek ze skrzypką, z klarnetem i t. d. Jedną też z charakterystycznych postaci Wilna, ale należącą więcej do epoki, jak wyłącznie do miasta, — był Hackiewicz (czy Chackiewicz), znany pod przydomkiem „gracza", a nawet „szulera", do czego sam się pierwszy przyznawał, jakby szukając chluby z tego, co mu było hańbą. Dowcip jego trącił cynizmem, i można byłoby złożyć sporą książeczkę z samych anegdot o nim i jego odpowiedzi, solą attycką zaprawnych, choć bezczelnych. Jak naprz. do magnatów, posiadających obszerne włości, mawiał, że „oni byli panami z chłopów, a on pan z panów, bo ogrywając ich się wzbogacił". Jak winszującym mu, że utył, „Czemu nie", odpowiadał z uśmiechem: „dwóch Potockich zjadłem". Słysząc moją matkę, uskarżającą się, że spać nie może (w Wilnie), dla hałasu na dole, gdzie był szynk — „Bądź pani spokojna" rzekł — „ja temu zaradzę". W rzeczy samej, na przyszłą noc było cicho, a gdy matka moja pytała u Hackiewicza: „Jakim sposobem tego dokazał" — „To moje ludy" — odpowiadał — „oni mnie słuchają". — Cynizm tego człowieka przyswajał sobie wszystkich występnych. Gdy była mowa o złym księdzu — „To mój kapelan", mawiał on — a na kobietę złej opinji mawiał: „To malina z mojego lasu". — Raz na ulicy zdybało go trzech znajomych w jego rodzaju, ale trochę mniej głośnych. Było to na trotuarze, niedaleko apteki. — „Pójdźmy trochę dalej", zauważył Hackiewicz, „bo, jak nas obaczy aptekarz, gotów zawerbować do octu!" (a któż nie wie, że tak zwany „ocet czterech złodziei" jestnajsławniejszy). — Chcąc swego syna zalecić komuś: „Oto młodzieniec przyzwoity" rzekł, prezentując go — „ma tylko dwie nieszczęsne wady: jest moim synem i nazywa się Hackiewicz". — W Tulczynie, gdzie zakładał w czasie jarmarku srebrną salę i nieustającego w niej faraona, Tadeusz Czacki, widząc go tasującego karty, zagadnął po swojemu: „A cóż, Hackiewicz, czy zawsze po dawnemu bierzesz walety za damy, a newki za dyski?" — „A zawsze", odrzekł niezmieszany szuler—„i podobno oba nie poprawimy się nigdy: ja zawsze biorę walety za damy, a pan pamięć za rozum".
Raz na pokojach Szczęsnego podziwiano śliczny sznur pereł, należący do samej Hrabiny, którą była owa sławnie piękna generałowa ex - Wittowa, Greczynka, dla której Zofjówka powstała i obie opiewał Trembecki. Perły te były wielkości wisien i kosztowały krocie; każdy pragnął zbliska oglądać, colier szło z rąk do rąk, aż nareszcie, gdy Hrabina chciała je napowrót odebrać, nie znalazły się w niczyim ręku!... Hackiewicz był w liczbie oglądających ... „Słuchaj no" — rzekł hrabia Szczęsny, biorąc go na stronę — „z tobą ceremonji nie robię, to twoja sztuczka, oddaj perły" — „Tym razem nie ja" — odpowiedział nieobrażony wcale otwartością Hrabiego „król cyników" — „Ale bądź spokojny, p. Hrabio, znajdzie się zguba, przed moim okiem nic się nie ukryje..." A poprowadziwszy wzrokiem wprawnym po wszystkich twarzach, spoczął na jednym młodzieńcu, którego, szepnąwszy mu coś na ucho, wyprowadził za sobą; a zamknąwszy się z nim na osobności: „Oddaj perły" rzekł mu, nie obwijając w bawełnę. Przeszyty wzrokiem i słowami młodzik daremnie chciał się zapierać. „Widziałem, jakeś kładł do kieszeni"— dodał Hackiewicz na pewnika. Naco ów młody człowiek, rzucając mu się prawię do nóg, zawołał: „Ratuj mnie, panie, pożycz mi twojej głowy!" — „Hultaju!" — zawołał Hackiewicz — „żeby twoje ręce do mojej głowy, to cała Europa nie byłaby spokojną!" A perły oddane w godzinę potem były na szyi pięknej Zofji.
Gabriela Puzynina
W WILNIE I W DWORACH LITEWSKICH
Pamiętnik z lat 1815 — 1843

























