To wiedza o „mojej śmierci” sprawia, że człowiek sobie w pełni uświadamia, iż nikt nie może umrzeć z kimś ani dla kogoś. Heidegger powiada: „Nikt nie może odebrać innemu jego umierania. Oczywiście ktoś może »iść na śmierć za innego«. To jednakże zawsze oznacza: oddać się w ofierze za innego »w imię określonej sprawy«. Takie umieranie za […] nie może zaś nigdy oznaczać, że w ten sposób choćby w najmniejszym stopniu odjęto innemu jego śmierć”8. Choć mogą nas otaczać przyjaciele, choć inni mogą umierać z tej samej przyczyny, a nawet w tym samym czasie (jak w starożytnym Egipcie, gdzie służących zabijano i grzebano razem z faraonem, albo jak w przypadku paktów samobójczych), nadal na najbardziej podstawowym poziomie umieranie jest najbardziej samotnym doświadczeniem człowieka.
Każdy (Everyman), najlepiej znany moralitet średniowieczny, dobitnie i prosto przedstawia samotność spotkania człowieka ze śmiercią9. Każdego odwiedza Śmierć, by go powiadomić, że musi odbyć swoją ostatnią „daleką podróż” do Boga. Każdy daremnie błaga o zlitowanie. Śmierć mówi mu, że musi się przygotować na dzień, przed którym „nikt z żywych nie umknie”. Zrozpaczony Każdy w pośpiechu szuka pomocy. Przerażony, a nade wszystko samotny, błaga innych, by mu towarzyszyli w podróży. Krewniacy odmawiają:
[…] śmieszny z ciebie człowiek.
Opamiętaj się i łzy osusz z powiek.
Na Świętą Annę cię ostrzegam:
W drogę się z tobą nie wybieram.
Brat, podobnie, wymawia się niedyspozycją:
Na Pannę świętą: kurcz mam w nodze,
Nie licz więc na mnie, bo jak mi Bóg miły,
W stanowczej chwili zawiedziesz się srodze.
W ten sam sposób opuszczają go wszystkie inne alegoryczne postacie dramatu: Przyjaźń, Bogactwo i Wiedza. Porzucają go nawet jego atrybuty:
Wszystko zawodzi – okrom Boga…
Piękność, Świadomość, nawet Siła –
Tak mnie zdradziecko opuściła,
Gdy wraz ze Śmiercią przyszła trwoga.
Każdy zostaje ostatecznie uratowany przed całą okropnością izolacji egzystencjalnej, jedna bowiem postać, Dobre Uczynki, jest gotowa pójść z nim nawet do samej śmierci. I istotnie, taki właśnie jest chrześcijański morał sztuki: dobre uczynki w kontekście religijnym chronią przed ostateczną izolacją. Dzisiejszy świecki Każdy, który nie może przyjąć wiary albo po prostu jej nie przyjmuje, rzeczywiście musi w tę drogę ruszyć całkiem sam.
Wolność i izolacja egzystencjalna
Samotność bycia swoim własnym rodzicem. W tej mierze, w jakiej jest odpowiedzialny za własne życie, człowiek jest samotny. Odpowiedzialność oznacza autorstwo; świadomość własnego autorstwa oznacza porzucenie wiary w to, że istnieje ktoś inny, kto człowieka tworzy i strzeże. Dogłębna samotność jest immanentna aktowi autokreacji. Człowiek uświadamia sobie kosmiczną obojętność wszechświata. Być może zwierzęta mają jakieś poczucie pasterza i schronienia, rodzaj ludzki wszakże, obciążony przekleństwem samoświadomości, musi się mierzyć z istnieniem.
Erich Fromm uważał, że izolacja jest pierwotnym źródłem lęku. Podkreślał zwłaszcza poczucie bezradności immanentne podstawowej odrębności człowieka:
Poczucie osamotnienia wywołuje niepokój; stanowi ono w istocie źródło wszelkiego niepokoju. Jestem osamotniony znaczy, że jestem odcięty, że nie mogę wykorzystać moich ludzkich możliwości. Być samotnym to znaczy być bezradnym, nie móc czynnie zmierzyć się ze światem – rzeczami, ludźmi; to znaczy, że świat może mnie zaatakować, podczas gdy ja nie mogę się bronić10.
Ta mieszanina poczucia samotności i bezradności jest zrozumiałą reakcją emocjonalną na stwierdzenie, że zostaliśmy, bez naszej zgody, wrzuceni w istnienie, którego sobie nie wybieraliśmy. Heidegger do określenia tego stanu używa słowa „rzucenie”. Choć człowiek tworzy siebie, jego plan – to, co ostatecznie dla siebie wymodeluje – jest ograniczony przez fakt, że został samotnie rzucony na sztalugi istnienia.
Odkrywanie obcości. Konstytuujemy nie tylko siebie, lecz także świat, tak by ukryć, że go konstytuujemy. „Materię rzeczy”, podstawę świata przepaja izolacja egzystencjalna ukryta wszakże pod tyloma warstwami doczesnych artefaktów, tak przepojona znaczeniami indywidualnymi i kolektywnymi, że doświadczamy jedynie świata codzienności, rutynowych działań, „ich”. Otacza nas „domowość”, stabilny świat znanych przedmiotów i instytucji, świat, w którym wszystkie przedmioty i istoty są na mnóstwo sposobów wzajem ze sobą powiązane. Usypia nas poczucie wygodnej, znajomej przynależności; pierwotny świat olbrzymiej pustki i izolacji zostaje pogrzebany i uciszony, by odzywać się w krótkich wybuchach w koszmarach sennych i mistycznych wizjach.
Zdarzają się wszakże chwile, gdy kurtyna na moment się unosi i dostrzegamy zarys maszynerii za kulisami. To chwile – a wierzę, że doświadcza ich każdy, kto ma zdolność do autorefleksji – błyskawicznego odkrycia obcości, gdy rzeczy zostają odarte ze znaczeń, symbole się rozpadają, a człowiek zostaje wyrwany ze swojej „domowej” przystani. Albert Camus w jednej ze swoich wczesnych prac opisuje tego rodzaju przeżycie; doświadczył go, siedząc w pokoju hotelowym w obcym kraju:
Oto jestem tu, bezbronny w mieście, w którym nie potrafię odczytać znaków […] bez przyjaciół, z którymi mógłbym porozmawiać – krótko mówiąc, bez rozrywek. W tym pokoju przenikniętym dźwiękami obcego miasta wiem, że nic mnie nie pociągnie ku delikatniejszemu światłu domu czy innego ulubionego miejsca. Czy będę krzyczeć? Płakać? Pojawią się obce twarze […] I teraz kurtyna przyzwyczajenia, wygodna tkanina gestów i słów, za którą serce staje się ospałe, powoli się podnosi i w końcu odsłania blade oblicze lęku. Człowiek staje twarzą w twarz z samym sobą: niech spróbuje teraz być szczęśliwy […]11.
W tych chwilach głębokiego egzystencjalnego bólu relacja człowieka ze światem doznaje gwałtownego wstrząsu. Jeden z moich pacjentów, odnoszący sukcesy i ciężko pracujący dyrektor, opisał tego rodzaju sytuację: trwała tylko kilka minut, a przecież miała taką siłę, że jeszcze czterdzieści lat później żywo ją pamiętał. Miał dwanaście lat. Spał na dworze, patrzył w gwiazdy i nagle poczuł, że się oddziela od matki ziemi i dryfuje w przestworzach. Gdzie jest? Skąd się wziął? Skąd się wziął Bóg? Skąd się wzięło cokolwiek i dlaczego w ogóle jest? Przytłoczyła go samotność, bezradność i brak oparcia. Choć trudno mi uwierzyć, że człowiek w jednej chwili podejmuje decyzję na całe życie, ten mężczyzna twierdził stanowczo, że to wtedy właśnie postanowił, iż osiągnie taką sławę i potęgę, by już nigdy nie doznać podobnego uczucia.
Oczywiście to doświadczenie pustki, zagubienia, pozbawienia praw nie znajduje się „tam”: jest w nas i nie potrzeba żadnego zewnętrznego bodźca, żeby je odnaleźć. Wystarczy szczere zbadanie swojego wnętrza. Pięknie ujmuje to Robert Frost:
Nie straszcie mnie kosmosem, gdzie próżnia jałowa
Międzygwiezdnych przestrzeni – bez życia, bez słowa.
O wiele bliżej – w sobie – mam tego dość wiele,
By mnie straszyły własne, prywatne pustkowia12.
Gdy człowiek trafia do swoich „pustkowi”, świat nagle staje się nieznajomy. Kurt Reinhardt pisze o tym tak:
Coś całkowicie tajemniczego staje między nim a znajomymi przedmiotami jego świata, między nim a jego bliźnimi, między nim a wszystkimi jego „wartościami”. Wszystko, co nazywał własnym, blednie i się roztapia i nie pozostaje nic, czego mógłby się trzymać. Grozi mu „nicość” (nic-coś) i znajduje się sam, zagubiony w pustce. Gdy jednak ta czarna i straszna noc bólu mija, człowiek wzdycha z ulgą i mówi sobie: to przecież „nicość”. Doświadczył „nicości”13.
Heidegger na określenie stanu, w którym człowiek traci poczucie, że świat jest mu znajomy, używa określenia „nieswojość” (bycie-nie-w-swoim-domu). Gdy człowiek (Dasein) całkowicie się angażuje w znajomy świat pozorów i traci kontakt z własną sytuacją egzystencjalną, popada – wedle Heideggera – w modus „codzienny”, „niski”. Lęk sprowadza go z powrotem, drogą nieswojości, ku świadomości izolacji i nicości:
Trwoga rzuca [upadające jestestwo] z powrotem w to, o co się ono trwoży, w jego właściwą możność-bycia-w-świecie. […] Bycie-w przybiera egzystencjalny modus „nie-w-swoim-domu”. Nic innego nie mam na myśli, mówiąc o „nieswojości”14.
W innym fragmencie Heidegger stwierdza, że gdy człowiek zostaje sprowadzony z powrotem z „zaabsorbowania światem” i przedmioty są pozbawione swoich znaczeń, doświadcza lęku w konfrontacji z samotnością, bezlitosnością i nicością świata40. Używamy więc świata, by uniknąć nieswojości, i zanurzamy się w rozrywki, jakich nam dostarcza Maya – świat pozorów. Ostateczny lęk pojawia się w konfrontacji z nicością. W obliczu nicości nic i nikt nie może nam pomóc; to właśnie w tym momencie w pełni doświadczamy izolacji egzystencjalnej. Kierkegaard i Heidegger uwielbiali grę słów związaną ze słowem „nic”. „Czego się boi człowiek?” „Niczego!”
Włoski reżyser Antonioni był mistrzem w przedstawianiu odkrywania obcości. W wielu jego filmach (np. w Zaćmieniu) przedmioty widać z niezwykłą jasnością, w aurze zimnej tajemniczości. Są oderwane od swoich znaczeń, a główna bohaterka po prostu przepływa obok nich niezdolna do działania, podczas gdy wszyscy wokół pracowicie się nimi posługują16.
Odkrywanie obcości dotyczy nie tylko przedmiotów; inne byty, wymyślone, by dostarczały struktury i zapewniały stabilność – takie jak role, wartości, wskazówki, zasady, etyka – podobnie mogą zostać odarte ze znaczeń. W rozdziale 5 opisałem proste ćwiczenie z „dezidentyfikacji”, podczas którego uczestnicy wypisują na kartkach odpowiedzi na pytanie: „Kim jestem?”, a potem zastanawiają się nad doświadczeniem rezygnowania z kolejnych ról (np. mężczyzny, ojca, syna, dentysty, piechura, czytelnika książek, męża, katolika lub Boba). Na koniec, wyzbywszy się wszystkich ról, człowiek uświadamia sobie, że bycie jest niezależne od takich atrybutów i że będzie trwało – jak powiedział Nietzsche – nawet gdy wyparuje już „ostatni obłok ulatniającej się rzeczywistości”17. Niektóre związane z tym ćwiczeniem fantazje uczestników (takie jak „bezcielesny duch płynący przez pustkę”) świadczą o tym, że najwyraźniej pozbawienie ról popycha człowieka ku doświadczeniu egzystencjalnej izolacji.
Przeżycia, podczas których człowiek jest sam, nagle pozbawiony wszelkich codziennych drogowskazów, mają moc wywoływania poczucia nieswojości – bycia na świecie nie u siebie. Turysta, który gubi drogę; narciarz, który nagle stwierdza, że zjechał z trasy; kierowca, który w gęstej mgle nie widzi już drogi – człowiek w tego rodzaju sytuacjach przeżywa napad lęku zupełnie niezależnego od fizycznego zagrożenia związanego z daną sytuacją, samotnego lęku, który wieje z własnego, wewnętrznego pustego miejsca, z nicości, która jest rdzeniem bytu.
Niesamowite są wstrząsy społeczne, które nagle wywracają wartości, etykę i zasady moralne, istniejące – jak zawsze wierzyliśmy – niezależnie od nas. Holokaust, przemoc tłumu, zbiorowe samobójstwo w Jonestown, chaos wojny – wszystko to wywołuje w nas przerażenie, bo jest złem, ale również nas oszołamia, bo oto się dowiadujemy, że nic nie jest takie, jak myśleliśmy, że panuje przypadkowość, że wszystko mogłoby być inaczej; że wszystko, co uważamy za ustalone, cenne i dobre, może nagle zniknąć; że nie istnieje solidna podstawa; że nie jesteśmy „u siebie” ani tutaj, ani tam, ani nigdzie w świecie.
40. Przedmioty w świecie Heidegger nazywa „poręcznymi” lub „przedstawionymi”, w zależności od tego, czy dany przedmiot jest rozważany jako „wyposażenie”, czy ujmowany w jego czystej istocie: „Zagrożenie nie ma charakteru konkretnej szkodliwości, która godziłaby w to, co zagrożone, pod określonym względem godząc w jakąś faktyczną możność bycia. »Przed czym« trwogi jest zupełnie nieokreślone. Ta nieokreśloność nie tylko pozostawia faktycznie bez rozstrzygnięcia, który wewnątrzświatowy byt zagraża, ale i oznacza, że byt wewnątrzświatowy w ogóle nie jest tu ważny (relevant). Nic spośród tego, co w świecie poręczne i obecne, nie funkcjonuje jako coś, czego trwoga by się trwożyła. Odkryty wewnątrz świata całokształt powiązania tego, co poręczne i co obecne, jest jako taki w ogóle bez znaczenia. Zapada się on w siebie. Świat ma charakter czegoś zupełnie nieoznaczonego. W trwodze nie jest napotykane to czy owo, z czym jako zagrażającym mogłoby zachodzić jakieś powiązanie. […] Gdy zatem owym »przed czym« trwogi okazuje się »nic«, tzn. świat jako taki, to oznacza to, że tym, przed czym trwoga się trwoży, jest samo bycie-w-świecie”15.
8. M. Heidegger, Bycie i czas, s. 303.
9. M. Abrams i inni (red.), Everyman w The Norton Anthology of English Literature, vol. I (New York: W.W. Norton, 1962), s. 281–303.
10. E. Fromm, O sztuce miłości, tłum. Aleksander Bogdański (Poznań: Dom Wydawniczy Rebis, 2006), s. 22.
11. A. Camus, La Mort dans l’âme, w „L’Envers et l’endroit” (Paris: Librairie Gallimard, 1937), s. 87–88.
12. R. Frost, Pustkowia w Robert Frost, „55 wierszy”, tłum. Stanisław Barańczak (Kraków: Wydawnictwo Arka, 1992), s. 163.
13. K. Reinhardt, The Existential Revolt (New York: Frederick Ungar, 1952), s. 235.
14. M. Heidegger, Bycie i czas, s. 240–241.
15. Ibidem, s. 238–239.
16. H. Drefuss, Commentary on Being and Time, rękopis niepublikowany, 1977.
17. F. Nietzsche, Zmierzch bożyszcz, czyli jak filozofuje się młotem, tłum. Paweł Pieniążek (Kraków: Zielona Sowa, 2004), s. 20.
Irvin Yalom
Psychoterapia egzystencjalna