W dniu zamachu Młodeckiego na Loris-Mielikowa[2] siedziałem u F. M. Dostojewskiego.
Mieszkanie miał nędzne. Zastałem go przy okrągłym stoliku w bawialni, jak nabijał papierosy. Jego twarz wyglądała jak twarz człowieka, który dopiero co wyszedł z łaźni, gdzie się naparzał na najwyższej półce. Miała na sobie jak gdyby znamię potu. Nie mogłem widocznie ukryć zdziwienia, bo kiedy na mnie spojrzał i przywitał się, powiedział:
- Właśnie przed chwilą miałem atak. Bardzo, bardzo się cieszę.
I w dalszym ciągu nabijał papierosy.
Ani on, ani ja nie wiedzieliśmy jeszcze o zamachu[3].
Rozmowa jednak zeszła wkrótce na przestępstwa polityczne, zwłaszcza na wybuch w Pałacu Zimowym. Omawiając to wydarzenie Dostojewski zatrzymał się dłużej na dziwnym stosunku społeczeństwa do tych przestępstw. Społeczeństwo jak gdyby sympatyzuje z nimi czy też - co byłoby bliższe prawdy - nie wie na dobrą sprawę, jak ma je traktować.
- Niech pan sobie wyobrazi - mówił - że stoimy obaj przed wystawami sklepu Dazziaro i oglądamy obrazy. Obok nas stoi człowiek, który udaje, że też ogląda. Czeka na coś i wciąż się rozgląda. Nagle podchodzi do niego szybkim krokiem jakiś inny człowiek i oświadcza: „Pałac Zimowy za chwilę wyleci w powietrze. Uruchomiłem mechanizm”. My obaj słyszymy to oświadczenie. Niech pan sobie wyobrazi, że to słyszymy, że ci ludzie są tak podnieceni, iż nie potrafią ocenić sytuacji i własnego głosu. Jak byśmy obaj się zachowali? Czy poszlibyśmy do Pałacu Zimowego, żeby uprzedzić o wybuchu, albo czy zwrócilibyśmy się do policji, do stójkowego, żeby tych ludzi aresztował? Czy pan by poszedł?
- Nie, ja bym nie poszedł…
- Ani ja. Dlaczego? Przecież to okropność. To zbrodnia. Być może moglibyśmy zapobiec. O tym myślałem właśnie przy nabijaniu papierosów, zanim pan przyszedł. Przeanalizowałem wszystkie pobudki, które kazałyby mi to zrobić. Są to pobudki istotne, poważne, a następnie zastanowiłem się nad pobudkami, które by mi na to nie pozwoliły. To pobudki funta kłaków niewarte. Po prostu obawa, żeby nie obwołano mnie donosicielem. Wyobraziłem sobie, jak przychodzę, jak na mnie patrzą, jak zaczynają mnie wypytywać, urządzać konfrontacje, może zaproponują nagrodę, albo nawet podejrzewać mnie będą o współudział. Ogłoszą w gazetach: Dostojewski wskazał zbrodniarzy. A czy to moja sprawa? To sprawa policji. Od tego ona jest, za to jej płacą. Liberałowie by mi tego nie wybaczyli. Zadręczyliby mnie, doprowadzili do rozpaczy. Czy to jest normalne? U nas wszystko jest nienormalne, dlatego wszystko tak się dzieje i nikt nie wie, jak się powinien zachować nie tylko w sytuacjach najtrudniejszych, ale nawet najprostszych. Chciałbym o tym napisać. Mógłbym wiele dobrego i złego powiedzieć i o społeczeństwie, i o rządzie, a to jest zakazane.
O najważniejszych sprawach u nas nie wolno mówić.
Długo rozprawiał na ten temat i mówił z wielkim zapałem. Właśnie wtedy powiedział też, że napisze powieść, której bohaterem będzie Alosza Karamazow. Chciał, żeby przeszedł on przez klasztor i stał się rewolucjonistą. Miał popełnić zbrodnię polityczną. Zostałby stracony. Szukałby prawdy i te poszukiwania w sposób naturalny doprowadziłyby go do rewolucji…[4]
[3] O stosunku Dostojewskiego do aktu terrorystycznego Młodeckiego wspomina Suworin w swoim wspomnieniu pośmiertnym o Dostojewskim („Now. Wr.” 1881, Nr 1771), w którym pisze: „Zamach na życie Loris-Mielikowa wstrząsnął nim bardzo i Dostojewski obawiał się reakcji. Niech Bóg broni - mówił - by mieli powrócić do starych metod”. Dostojewski był zwolennikiem tej polityki, jaką prowadził Loris-Mielikow, i dlatego Suworin powiada dalej: „Loris-Mielikow nie wiedział oczywiście, jaki był doń stosunek zmarłego, znał jednak zasługi pisarza dla ziemi ojczystej i natychmiast zameldował o nich cesarzowi…” To „natychmiast” jest wielce charakterystyczne![4] Poglądy Dostojewskiego na rewolucyjne akty terroru znalazły wyraz w nieco innej formie już o dwa lata wcześniej, a mianowicie w czasie procesu Wiery Zasulicz, która strzelała do oberpolicmajstra petersburskiego Trepowa (proces odbył się 5 marca 1878 r.) G. K. Gradowski, który znajdował się na sali sądu okręgowego razem z Dostojewskim, zanotował w swoich wspomnieniach: „F. M. Dostojewski wyraził wówczas przede mną swoje zdanie. Przesądzało ono los oskarżonej, ale wielki pisarz nadał wówczas swojej opinii szczególny odcień: «Potępić jej niepodobna, skazanie byłoby rzeczą niewłaściwą, zbędną, ale gdyby tak można było jej powiedzieć: idź, ale nie czyń tego więcej»…” Jeśli teraz wziąć pod uwagę, że w tym czasie właśnie powstawała powieść Bracia Karamazow, stanie się zrozumiałe, czemu Dostojewski w rozmowie z Suworinem wspomina o swoim zamiarze, by Aloszę Karamazowa przeprowadzić przez święty ogień rewolucji, a potem posłać na stracenie - tego samego Aloszę, który w pamiętnym epizodzie powieści po wysłuchaniu opowiadania o tym, jak pewien generał zaszczuł psami pańszczyźnianego chłopa w obecności matki - wywołał pełen zdumienia i zachwytu okrzyk Iwana Karamazowa: „Brawo!” Iwan wystawia brata na próbę: - „A ty, jak myślisz, Alosza? Rozstrzelać takiego? Rozstrzelać, żeby zaspokoić poczucie moralności? No, mów, Aloszka!
- Rozstrzelać - szepnął, blady jak ściana, Alosza, krzywiąc usta w jakimś dziwnym uśmiechu i podnosząc wzrok na brata”.
Jeśli Alosza gotów był rozstrzelać generała, „żeby zaspokoić poczucie moralności”, to staje się jasne, czemu Dostojewski wahał się w swojej opinii co do Zasulicz i Młodeckiego. Obolała dusza Dostojewskiego, zgnębiona nieustannymi obrazami cierpienia skrzywdzonych i poniżonych, domagała się z pasją, by krzywdziciele otrzymali zasłużoną karę. I Aleksy Karamazow-rewolucjonista stać się miał ostatnim etapem, końcowym akordem wątku myśli Dostojewskiego o losie „skrzywdzonych i poniżonych”. Szczególnie charakterystyczne, w relacji Suworina jest owo stwierdzenie, iż Alosza „szukałby prawdy i te poszukiwania w sposób naturalny doprowadziłyby go do rewolucji…”
**
16 lutego
Onegdaj przyjechałem z Czechowem do Moskwy. Wczoraj byłem z nim u L. N. Tołstoja. Przyszedł B. Cziczerin[175]. Dyskutowaliśmy na temat obrazu Ge[176] z życia Chrystusa. Chociaż Tołstoj dowodził z zapałem, że sztuka współczesna ma swoje własne zadania, że można przedstawiać Chrystusa inaczej, niż to robił Rafael, by pokazać, że my bezustannie „krzyżujemy Chrystusa” naszymi uczynkami - Cziczerin obstawał przy swoim, a podbechtywała go jeszcze hrabina Zofia Andriejewna i Lwa Nikołajewicza bardzo to denerwowało. W ogóle był zdaje się w złym humorze[177]. W związku ze śmiercią N. N. Strachowa[178] powiedział, że bagaż literacki, jaki pozostawił po sobie, jest niewielki, mimo że go chwalono i chwali się nadal. Kiedy się odezwałem, że najlepiej umrzeć od razu, powiedział, że to oczywiście byłoby dobre, ale najlepszą śmiercią byłoby, gdyby człowiek czując, że śmierć się zbliża, zachował jasność myśli i powiedział swym najbliższym, że umiera i umiera ze spokojnym sumieniem.
O poecie Verlaine’ie - Tołstoj nie pojmuje, czemu się o nim pisze. Czytał go. O inteligencji powiedział w związku z dekadentami: „to wesz pasożytująca na ciele narodu, a zabawiają ją jeszcze literaturą”.
Czechowowi powiedział:
- Żałuję, że dałem panu do czytania Zmartwychwstanie.
- Dlaczego?
- No przecie dlatego, że nie został z niego kamień na kamieniu, wszystko przerobiłem.
- Da mi pan teraz do przeczytania?
- Jak skończę, to dam.
Hrabina pokazywała nam jego korekty. Teraz już nie ona zajmuje się przepisywaniem, tylko córki.
Zaglądała do ich domu śmierć. Najpierw chorowała hrabina, potem on. Ma kamienie w nerkach i okropnie cierpi, na szczęście ataki są dosyć rzadko. Sypia na parterze. Ostatnim razem ból był tak dręczący, że nie mógł już wytrzymać, wszedł po schodach na górę i upadł w salonie. Krzyczał. Przykładają mu synopizmy i gorące kompresy; lekarstw nie chce brać.
O Sofoklesie Tołstoj mówił: „pisze o tym, co uważa za najważniejsze”.
**
M. A. Stachowicz[217] przywiózł mi do przeczytania list Tołstoja o patriotyzmie do Amerykanina Mansona i na ten sam temat do Polaka[218]. Patriotyzm jest szkodliwy. Egoizm uważa się za zło, a patriotyzm jest o wiele szkodliwszy. Pojedynczą jednostkę sądzi się za kradzież i rabunek, a państwa, zagarniając cudze ziemie, kradną i rabują bezkarnie. Istnieje patriotyzm „utrzymujący”, by utrzymać to, co zostało zdobyte, i patriotyzm „przywracający”, by odzyskać to, co zostało zabrane - najszkodliwszy, bo najbardziej napastliwy. Egoizm - to uczucie naturalne, wrodzone, a patriotyzm - nabyte. Troszczyć się należy o słabość swojej ojczyzny, o jej pomniejszenie, a nie przeciwnie. Patriotyzm jest przeciwieństwem chrześcijaństwa. Wszyscy żyjemy w obłudzie. Obłuda faryzeuszy - Chrystus tylko raz jeden wpadł w gniew, właśnie z powodu obłudy faryzeuszy - jest niczym w porównaniu z naszą, ich obłuda w porównaniu z naszą - to dziecinna zabawka. Całe nasze życie z wyznawaniem wiary chrześcijańskiej, cnoty pokory i miłości, w połączeniu z życiem hordy zbójeckiej nie może być niczym innym, jeno ustawiczną i straszliwą obłudą. Cesarza Wilhelma Tołstoj nazywa „jedną z najkomiczniejszych figur naszych czasów: mówca, poeta, muzyk, dramaturg, malarz i patriota”. W związku ze znanym jego obrazem: wszystkie narody stoją z mieczami i za wskazaniem Michała Archanioła spoglądają na Buddę i Konfucjusza - Tołstoj radzi mu, by się uczył pokory i łagodności od Buddy, a rozsądku od Konfucjusza i Lao Tse.
-
List Tołstoja do Goremykina. Pewną kobietę, córkę Cholewińskiego, niemłodą i słabego zdrowia, o pięknych zaletach duszy poddano rewizji i wsadzono do więzienia. Dała robotnikowi na prośbę Tołstoja jeden z jego skonfiskowanych utworów (W czom moja wiera czy też Carstwo bożje wnutri nas - wymienia najpierw ten drugi, potem pierwszy). „Uważam, że postępowanie takie jest nierozsądne, daremne, okrutne i niesprawiedliwe”. Nierozsądne dlatego, że jeden człowiek cierpi za to, co wielu innym często uchodzi bezkarnie, daremne dlatego, że nie może wyplenić zła, bo niepodobna aresztować wszystkich. Prosi, by zastosowano te kroki wobec rzeczywistego winowajcy, to znaczy wobec niego samego. „Tym właśnie listem oznajmiam wprost, że to ja napisałem i rozpowszechniałem owe książki, które rząd uważa za szkodliwe, i w dalszym ciągu piszę i rozpowszechniam w książkach, listach i rozmowach te same myśli”. Słowa Gamaliela (z Pisma św.): „Albowiem jeślić jest z ludzi ta rada albo sprawa, rozchwieje się. Lecz jeśli jest z Boga, nie będziecie mogli ich zepsować, byście snadź nie naleźli się z Bogiem walczyć”. Pisze, że wcale nie uważa, by jego „popularność i sytuacja społeczna” broniły go przed rewizjami, śledztwem, więzieniem itd. Przeciwnie, uważa, że jeśli rząd postąpi wobec niego w sposób zdecydowany, opinii społecznej to nie wzburzy, a większość uzna postępowanie rządu za słuszne. „Bóg widzi, że piszę ten list nie powodowany chęcią prowokowania władz, tylko potrzebą wewnętrzną, by zdjąć z niewinnych ludzi odpowiedzialność za czyny, które popełniłem ja sam”.
**
Byłem u L. N. Tołstoja, który nie był w Petersburgu od 20 lat. Zatrzymał się u Ołsufiewa, Fontanka 14. Był u niego Ge, Czertkow i baronowa Ikskul[254]. Czertkowa wysyłają za granicę, była u niego rewizja, zabrali materiały o duchoborcach[255]. O Mewie Czechowa Tołstoj powiedział, że to nic niewarta bzdura, że jest napisana tak, jak pisze Ibsen.
— Naplótł niestworzonych rzeczy, a o co chodzi - nie wiadomo. A Europa się zachwyca: „znakomite”. Czechow to największy talent, ale Mewa jest bardzo niedobra.
- Czechow by umarł, gdyby mu powiedziano, że pan jest tego zdania. Niech pan mu tego nie mówi.
- Powiem mu, ale delikatnie, i bardzo mnie zadziwi, jeśli się aż tak zmartwi. Każdemu zdarzają się słabsze rzeczy.
Rozmowa zeszła na cesarza.
- Pan powinien jechać do niego, pan by go przekonał.
- Jeśli nie można przekonać własnej żony - powiedział L. N. - to cóż dopiero cesarza.
- No, z żoną to inna sprawa, to zbyt bliski człowiek.
- A cesarz zbyt daleki - powiedział Tołstoj.
O normalizacji dnia roboczego: nie rozumie, po co to się robi, to tylko robotnika krępuje, chce pracować, a nie pozwala mu się. Powinna być wolność pracy dla robotników. Jest ruch na powierzchni ziemi, ale ziemia się nie rusza.
- A strajki?
- Cóż strajki? Henry George[256] słusznie mówi, że strajki można porównać do dwóch bogaczy, którzy siedzą nad brzegiem morza i rzucają do niego czerwońce. Jeden rzuci dukata, drugi dwa; pierwszy dwa, drugi trzy i tak dalej bez końca.
O Mewie mówił jeszcze Tołstoj:
- Literatów nie powinno się pokazywać na scenie: jest nas bardzo mało i nikt się nami nie interesuje. To, co w sztuce jest najlepsze - monolog pisarza - to rysy autobiograficzne, ale to można było napisać osobno albo w liście; w dramacie to ni w pięć, ni w dziewięć. W Moim życiu Czechowa bohater czyta stolarzowi Ostrowskiego, a stolarz powiada: „Wszystko możliwe, wszystko możliwe”[257]. Gdyby temu stolarzowi przeczytać Mewę, nie powiedziałby: „wszystko możliwe”.
L. N. Tołstoj mówił, że niewiele mu już pozostało życia, a powiedzieć i zrobić chciałby jeszcze bardzo dużo. Spieszy się i pracuje bez przerwy.
**
…Historia z hrabią L. N. Tołstojem i p. Marksem[332], wydawcą „Niwy”. - Czy „marksistom” to jest na rękę? P. Marks to kapitalista, a hr. Tołstoj - to robotnik. Hrabia Tołstoj sprzedał „Niwie” prawo pierwszego wydania swojej powieści Zmartwychwstanie po tysiąc rubli za arkusz druku. Przy tym oświadczył p. Marksowi jasno i kategorycznie, że odstępuje jedynie prawa do pierwszego wydania, a raczej prawo pierwodruku, i że po ukazaniu się w „Niwie” poszczególnych części tej powieści wszystkie inne wydawnictwa mają prawo dysponować Zmartwychwstaniem jak swoją własnością, bowiem każdy odcinek powieści, jak i jej całość, staje się natychmiast własnością publiczną. Trzeba dodać, że początkowo honorarium za powieść oznaczone zostało na 1500 rub., przy czym hrabia Tołstoj ze względów czysto filantropijnych gotów był zastrzec w umowie, że odstępuje prawo pierwodruku swej powieści aż do pełnego jej ukazania się w prasie do końca. Powieść miała stać się własnością publiczną dopiero po wydrukowaniu jej w całości. Zastrzeżenie to zwiększałoby fundusze na cele dobroczynne o jakieś 8-9 tysięcy. Później jednak hrabia Tołstoj odstąpił od tej myśli i zaproponował 1000 rub. od arkusza tylko za pierwodruk, stający się natychmiast po wydrukowaniu własnością publiczną. Marks na tych właśnie warunkach prawa te nabył, i mógł to potwierdzić jeden z literatów, który w tej sprawie pośredniczył.
P. Marks nie wspomniał ani słowem o tych warunkach w swoich zapowiedziach reklamowych dotyczących prenumeraty „Niwy”. Prenumerata dała znakomite wyniki, które zwróciły mu stokrotnie kapitał wydatkowany na nabycie prawa pierwodruku. Ale tego było mu jeszcze mało, bo dla kapitału wszystko jest za mało. Kiedy zaczęły się ukazywać przedruki - a trzeba powiedzieć, że przemilczano przy nich tę okoliczność, że są to przedruki z „Niwy”, co w każdym razie nie jest w porządku - p. Marks zaczął bombardować hrabiego Tołstoja prośbami, by położył kres tym przedrukom aż do ukazania się powieści w całości. Hrabia Tołstoj początkowo bronił swoich praw, potem jednak, wzruszony najwidoczniej błaganiami p. Marksa, zwrócił się z prośbą do wydawnictw periodycznych, by w interesie p. Marksa nie przedrukowywały powieści aż do całkowitego jej ukazania się na łamach „Niwy”.
Należy przy tym przypomnieć, iż początkowo p. Marks groził sądem tym wszystkim, którzy będą powieść przedrukowywali. Do tych pogróżek nie miał najmniejszego prawa i były one całkowicie sprzeczne z warunkami, na jakich tę powieść nabył. Kiedy te samowolne pogróżki nie powstrzymały przedruków, zaczął prosić hrabiego Tołstoja, by sam wkroczył w tę sprawę. Myślę, że cała ta historia jest znakomitym przykładem stosunków między kapitalistą i robotnikiem w osobach takich przedstawicieli jak p. Marks i hr. Tołstoj. Ukazał się już w prasie list, w którym p. Marks broni skrótów, jakich dokonał w powieści („Cenzura domowa”) i twierdzi, że w wydawnictwach zagranicznych rzekomo „drukują powieść hrabiego Tołstoja ze skrótami nierównie większej wagi”. Nie wiem, o jakich wydawnictwach tu mowa, ale mogę się powołać na ogłoszenie w „Bibliographie de la France”.
**
28 września
Wczoraj czytałem dalej Idiotę Dostojewskiego. W pewnej mierze, w szczegółach - to dalszy ciąg Zbrodni i kary.
Pamiętam, jakie zrobił wrażenie mój artykuł, nie podpisany, o śmierci Dostojewskiego. Nazwałem go wtedy „nauczycielem”. Jak mi opowiadał A. A. Skalkowski, Loris-Mielikow natychmiast po jego przeczytaniu pojechał do cesarza i wystarał się o rentę dla wdowy. Grigorowicz przyjechał do mnie i mówił mi, że płakał. Płakało wielu ludzi. Rozczuliłem się. Wdowa po Dostojewskim doskonale rozumiała znaczenie tej agitacji. Pocałowała mnie w rękę. Zdumiewający był wówczas ten nastrój w Petersburgu. Akurat przed samym zamachem na cesarza. Ludzie na wyprzódki czytali i kupowali Dostojewskiego. Jak gdyby śmierć dopiero odkryła jego istnienie, a przedtem go nie było. Umarł w biedzie, ledwie wiązał koniec z końcem. Dostojewska sama chodziła do handlarzy książek na rynek i sprzedawała tomy powieści swojego męża po jednym, po dwa egzemplarze, z dużym rabatem. Dostojewski zdobył nad Turgieniewem przewagę dopiero po śmierci. W czasie dni puszkinowskich w Moskwie chciałem pójść za scenę powinszować mu po jego wspaniałym przemówieniu. Wyszedł mi naprzeciw na widownię i powiedział z radością:
- No i co? Zwyciężyliśmy, zwyciężyliśmy! Kobiety całują mnie po rękach!
Kilka dziewcząt niosło właśnie dla niego przez widownię wielki wieniec laurowy.
**