niedziela, 19 kwietnia 2026

Zbrodnie izraelskich żołnierzy

 


Rozstrzeliwania cywilów, tortury, grabieże i tuszowanie przestępstw


NCZAS.INFO | Izraelscy żołnierze w Strefie Gazy.
Według obszernego reportażu Toma Levinsona opublikowanego w izraelskim dzienniku Haaretz 17 kwietnia 2026 r., część izraelskich żołnierzy i rezerwistów wracających z walk w Strefie Gazy zmaga się z głębokimi urazami moralnymi spowodowanymi udziałem w zabijaniu cywilów, torturach, grabieżach i tuszowaniu zbrodni.

Artykuł nie potępia zbrodni, nie współczuje ofiarom, tylko skupia się na „urazach moralnych” izraelskich żołnierzy.

Autor przytacza relacje kilkorga żołnierzy (wszyscy pod pseudonimami), którzy opisują konkretne przypadki naruszeń prawa wojennego popełnianych w imię zemsty za atak Hamasu z 7 października 2023 r.

Rozstrzelanie nieuzbrojonych cywilów

Yuval (34 lata, programista) opowiada, jak jego jednostka w Khan Yunis zastrzeliła starszego mężczyznę i trzech nastolatków – wszyscy bez broni. „Ich ciała były podziurawione kulami, organy wylewały się na zewnątrz” – wspomina. Po akcji dowódca batalionu z ludźmi napluł na zwłoki i krzyknął: „Tak się dzieje z każdym, kto zadziera z Izraelem, skurwysyny”.

Ostrzał nieuzbrojonych Palestyńczyków i upokarzanie

Maya, oficer ds. kadr w rezerwie, była świadkiem, jak na rozkaz dowódcy batalionu czołg ostrzelał z karabinu maszynowego pięciu Palestyńczyków idących na północ. Czterech zginęło. Ocalały został zamknięty w klatce, a jeden z żołnierzy nasikał na niego, mówiąc: „To za Be’eri, ty dupku, to za Novę”. Maya przyznaje: „Nikt nie mógł przestać się śmiać. Może i ja się zaśmiałam”.

Morderstwo i tuszowanie sprawy

Yehuda relacjonuje, jak oficer zastrzelił nieuzbrojonego Palestyńczyka, który podniósł ręce. „Było oczywiste, że nie był uzbrojony. Oficer podszedł, odczekał kilka sekund i po prostu strzelił”. Incydent nagrano dronem, ale dowództwo uznało go za „zabicie terrorysty” i zamiotło sprawę pod dywan.

Tortury podczas przesłuchań

Żołnierz Eitan opisuje przesłuchanie przez jednostkę 504. Przesłuchujący założył opaski zaciskowe na penisa i jądra więźnia i zaciskał je, dopóki ten nie zaczął mówić. „Krzyczał, jakby dusza wychodziła mu z ciała”.

Grabieże i wandalizm

Inny żołnierz mówi o wchodzeniu do palestyńskich domów: „Ludzie brali sprzęt AGD, złoto, pieniądze. Niektórzy palili zdjęcia Palestyńczyków albo na nie sikali. Mówili, że wszyscy Arabowie to naziści i że to błogosławieństwo kraść od nazistów”.

Strzelanie do cywilów szukających pomocy

Snajperzy z Brygady Nahal strzelali do Palestyńczyków przekraczających arbitralne linie wyznaczone przez armię. Jeden z nich: „Nie zapominasz twarzy ludzi, których zabiłeś. To zostaje z tobą”.

Reakcje i skala zjawiska

Prof. Gil Zalsman, szef Izraelskiej Narodowej Rady ds. Zapobiegania Samobójstwom, potwierdza w Haaretz, że urazy moralne występują „na znacznie większą skalę niż kiedykolwiek wcześniej”, także wśród dzieci rezerwistów.

Prof. Yossi Levi-Belz z Uniwersytetu w Hajfie wyjaśnia, że w przeciwieństwie do PTSD uraz moralny wynika z poczucia naruszenia własnych wartości moralnych i prowadzi do głębokiego poczucia winy i wstydu.

Armia izraelska oficjalnie nie uznaje terminu „uraz moralny”, zastępując go określeniem „uraz tożsamości”. Jeden z oficerów zdrowia psychicznego w rezerwie komentuje w artykule: „Jeśli uznamy, że wielu żołnierzy cierpi na urazy moralne, to jak to się ma do stereotypu o ‘najbardziej moralnej armii na świecie’?”

Według Levinsona po zawieszeniu broni liczba żołnierzy szukających pomocy psychiatrycznej z tego powodu wyraźnie wzrosła. Wielu z nich boi się mówić otwarcie, obawiając się oskarżeń o zdradę lub słabość.

Artykuł kończy się wnioskiem, że dla części żołnierzy wojna w Gazie nie skończyła się wraz z powrotem do domu – została w nich jako trwała trauma moralna.

Znamienne, że artykuł finalnie podkreśla jak bardzo cierpią na „urazy moralne” izraelscy żołnierze, ale w ogóle nie skupia się na potępieniu zbrodni przez nich dokonywanych.

To tylko kilka zbrodni, o których izraelscy żołnierze zdecydowali się powiedzieć. O większości zapewne nigdy się nie dowiemy. Już z tych relacji wynika, że zbrodnie wojenne armii Izraela są systemowo wpisane w ich działania.

https://nczas.info/2026/04/19/zbrodnie-izraelskich-zolnierzy-rozstrzeliwania-cywilow-tortury-grabieze-i-tuszowanie-przestepstw/

Zobacz komu MEN kazało ustalać przymus w szkołach



W MEN trwają prace nad szczegółami przymusu uczestnictwa dzieci w lekcjach tzw. „edukacji zdrowotnej” od 1 września 2026 r.

Wie Pan kto ustala, jakie konkretnie treści będą już za kilka miesięcy obowiązkowe dla wszystkich uczniów? To m.in.:

Seksuolog Zbigniew Izdebski – powiązany z instytucjami uwikłanymi w przeszłości w afery pedofilskie i uczeń seksuologa Andrzeja Jaczewskiego, który publicznie popierał legalizację współżycia dorosłych z dziećmi. Izdebski przeprowadzał też seksuologiczne eksperymenty na uczniach, w trakcie których bez wiedzy i zgody rodziców pytał uczniów m.in. o to, czy już się kiedyś masturbowali.

Antonina Kopyt – „edukatorka seksualna”, która jako pierwsza zaproponowała wprowadzenie w Polsce obowiązkowej „edukacji seksualnej” mającej ukrywać się dla zmylenia rodziców pod nazwą „edukacji zdrowotnej”. Kopyt publicznie sugerowała, że prawo rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami powinno podlegać ograniczeniom ze strony państwa oraz instytucji międzynarodowych. Współpracuje z organizacjami promującymi aborcję, LGBT i sex-shopy.

Te same osoby były współodpowiedzialne za stworzenie całej podstawy programowej do „edukacji zdrowotnej” – przedmiotu, który należy odrzucić w całości, gdyż zawarta w nim wizja „zdrowia”, człowieka i relacji międzyludzkich to ideologia opracowana w gabinetach niemieckich ideologów i aktywistów.

„Edukacja zdrowotna” już za niecałe pół roku ma być przymusowa we wszystkich szkołach. Większość rodziców albo w ogóle nie zdaje sobie sprawy z zagrożenia, albo to zagrożenie banalizuje. 

Dzisiaj, gdy lekcje nie są jeszcze obowiązkowe, chodzi na nie ok. 30-40% uczniów, zwłaszcza w szkołach podstawowych. Bierność doprowadzi do tego, że w Polsce dojdzie do katastrofy tak jak na Zachodzie. Niedawno udostępnialiśmy poruszające świadectwo naszej młodej wolontariuszki Zuzi, która gdy miała 12 lat uczyła się w katolickiej szkole w Anglii. W szkole na lekcjach religii, prowadzonych przez nauczycielkę, która była lesbijką i ateistką (!), zachęcano Zuzię do homoseksualizmu i kwestionowano jej tożsamość płciową. Niewiele brakowało, a nieświadoma wtedy dziewczyna uległaby tym namowom.

Pamiętając swoje doświadczenia z Anglii Zuzia to samo widzi już dzisiaj w Polsce. Dlatego wraz z innymi wolontariuszami naszej Fundacji bierze udział w kolejnych publicznych akcjach i kształtuje świadomość rodziców.Tylko w nadchodzącym tygodniu (18-25 kwietnia) chcemy zorganizować uliczne akcje informacyjne i publiczne różańce w 23 miastach Polski.

Nasi wolontariusze są gotowi do wyjścia na ulice, rozstawienia dużych plakatów, włączenia megafonów, rozdawania ulotek i broszur oraz modlitwy na różańcu, a przy tym do odpierania ataków, zaczepek i procesów sądowych wytaczanych nam nieustannie przez zwolenników deprawacji dzieci.

Żeby zrealizować ten plan, nasi wolontariusze potrzebują Pana pomocy. Pana wsparcie umożliwi nam m.in.: – zatankowanie aut i dojazd do kolejnych miejscowości na terenie całego kraju,- zakup nowych transparentów i bannerów,- wydruk ulotek, broszur, gazet i materiałów informacyjnych dla przechodniów,- kupno nowych kamer, głośników, megafonów i innego sprzętu używanego podczas akcji,- dalsze funkcjonowanie centrum prawnego naszej Fundacji, które ochrania wolontariuszy przed procesami, przesłuchaniami i prześladowaniami sądowo-policyjnymi (aktualnie przeciwko nam toczy się ponad 80 rozpraw w całej Polsce). Liczymy na Pana zaangażowanie.
WPŁACAM
Konto Fundacji do darowizn: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków

Z wyrazami szacunku, 

Mariusz Dzierżawski 
Fundacja Pro – Prawo do życia
KRS: 0000233080
NIP: 1231051050
REGON: 010083573
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków

Jesteśmy Organizacją Pożytku Publicznego OPP.

Z dziennika Aleksego Suworina

 W dniu zamachu Młodeckiego na Loris-Mielikowa[2] siedziałem u F. M. Dostojewskiego.

Mieszkanie miał nędzne. Zastałem go przy okrągłym stoliku w bawialni, jak nabijał papierosy. Jego twarz wyglądała jak twarz człowieka, który dopiero co wyszedł z łaźni, gdzie się naparzał na najwyższej półce. Miała na sobie jak gdyby znamię potu. Nie mogłem widocznie ukryć zdziwienia, bo kiedy na mnie spojrzał i przywitał się, powiedział:

- Właśnie przed chwilą miałem atak. Bardzo, bardzo się cieszę.

I w dalszym ciągu nabijał papierosy.

Ani on, ani ja nie wiedzieliśmy jeszcze o zamachu[3].

Rozmowa jednak zeszła wkrótce na przestępstwa polityczne, zwłaszcza na wybuch w Pałacu Zimowym. Omawiając to wydarzenie Dostojewski zatrzymał się dłużej na dziwnym stosunku społeczeństwa do tych przestępstw. Społeczeństwo jak gdyby sympatyzuje z nimi czy też - co byłoby bliższe prawdy - nie wie na dobrą sprawę, jak ma je traktować.

- Niech pan sobie wyobrazi - mówił - że stoimy obaj przed wystawami sklepu Dazziaro i oglądamy obrazy. Obok nas stoi człowiek, który udaje, że też ogląda. Czeka na coś i wciąż się rozgląda. Nagle podchodzi do niego szybkim krokiem jakiś inny człowiek i oświadcza: „Pałac Zimowy za chwilę wyleci w powietrze. Uruchomiłem mechanizm”. My obaj słyszymy to oświadczenie. Niech pan sobie wyobrazi, że to słyszymy, że ci ludzie są tak podnieceni, iż nie potrafią ocenić sytuacji i własnego głosu. Jak byśmy obaj się zachowali? Czy poszlibyśmy do Pałacu Zimowego, żeby uprzedzić o wybuchu, albo czy zwrócilibyśmy się do policji, do stójkowego, żeby tych ludzi aresztował? Czy pan by poszedł?

- Nie, ja bym nie poszedł…

- Ani ja. Dlaczego? Przecież to okropność. To zbrodnia. Być może moglibyśmy zapobiec. O tym myślałem właśnie przy nabijaniu papierosów, zanim pan przyszedł. Przeanalizowałem wszystkie pobudki, które kazałyby mi to zrobić. Są to pobudki istotne, poważne, a następnie zastanowiłem się nad pobudkami, które by mi na to nie pozwoliły. To pobudki funta kłaków niewarte. Po prostu obawa, żeby nie obwołano mnie donosicielem. Wyobraziłem sobie, jak przychodzę, jak na mnie patrzą, jak zaczynają mnie wypytywać, urządzać konfrontacje, może zaproponują nagrodę, albo nawet podejrzewać mnie będą o współudział. Ogłoszą w gazetach: Dostojewski wskazał zbrodniarzy. A czy to moja sprawa? To sprawa policji. Od tego ona jest, za to jej płacą. Liberałowie by mi tego nie wybaczyli. Zadręczyliby mnie, doprowadzili do rozpaczy. Czy to jest normalne? U nas wszystko jest nienormalne, dlatego wszystko tak się dzieje i nikt nie wie, jak się powinien zachować nie tylko w sytuacjach najtrudniejszych, ale nawet najprostszych. Chciałbym o tym napisać. Mógłbym wiele dobrego i złego powiedzieć i o społeczeństwie, i o rządzie, a to jest zakazane.

O najważniejszych sprawach u nas nie wolno mówić.

Długo rozprawiał na ten temat i mówił z wielkim zapałem. Właśnie wtedy powiedział też, że napisze powieść, której bohaterem będzie Alosza Karamazow. Chciał, żeby przeszedł on przez klasztor i stał się rewolucjonistą. Miał popełnić zbrodnię polityczną. Zostałby stracony. Szukałby prawdy i te poszukiwania w sposób naturalny doprowadziłyby go do rewolucji…[4]

[3] O stosunku Dostojewskiego do aktu terrorystycznego Młodeckiego wspomina Suworin w swoim wspomnieniu pośmiertnym o Dostojewskim („Now. Wr.” 1881, Nr 1771), w którym pisze: „Zamach na życie Loris-Mielikowa wstrząsnął nim bardzo i Dostojewski obawiał się reakcji. Niech Bóg broni - mówił - by mieli powrócić do starych metod”. Dostojewski był zwolennikiem tej polityki, jaką prowadził Loris-Mielikow, i dlatego Suworin powiada dalej: „Loris-Mielikow nie wiedział oczywiście, jaki był doń stosunek zmarłego, znał jednak zasługi pisarza dla ziemi ojczystej i natychmiast zameldował o nich cesarzowi…” To „natychmiast” jest wielce charakterystyczne![4] Poglądy Dostojewskiego na rewolucyjne akty terroru znalazły wyraz w nieco innej formie już o dwa lata wcześniej, a mianowicie w czasie procesu Wiery Zasulicz, która strzelała do oberpolicmajstra petersburskiego Trepowa (proces odbył się 5 marca 1878 r.) G. K. Gradowski, który znajdował się na sali sądu okręgowego razem z Dostojewskim, zanotował w swoich wspomnieniach: „F. M. Dostojewski wyraził wówczas przede mną swoje zdanie. Przesądzało ono los oskarżonej, ale wielki pisarz nadał wówczas swojej opinii szczególny odcień: «Potępić jej niepodobna, skazanie byłoby rzeczą niewłaściwą, zbędną, ale gdyby tak można było jej powiedzieć: idź, ale nie czyń tego więcej»…” Jeśli teraz wziąć pod uwagę, że w tym czasie właśnie powstawała powieść Bracia Karamazow, stanie się zrozumiałe, czemu Dostojewski w rozmowie z Suworinem wspomina o swoim zamiarze, by Aloszę Karamazowa przeprowadzić przez święty ogień rewolucji, a potem posłać na stracenie - tego samego Aloszę, który w pamiętnym epizodzie powieści po wysłuchaniu opowiadania o tym, jak pewien generał zaszczuł psami pańszczyźnianego chłopa w obecności matki - wywołał pełen zdumienia i zachwytu okrzyk Iwana Karamazowa: „Brawo!” Iwan wystawia brata na próbę: - „A ty, jak myślisz, Alosza? Rozstrzelać takiego? Rozstrzelać, żeby zaspokoić poczucie moralności? No, mów, Aloszka!

- Rozstrzelać - szepnął, blady jak ściana, Alosza, krzywiąc usta w jakimś dziwnym uśmiechu i podnosząc wzrok na brata”.

Jeśli Alosza gotów był rozstrzelać generała, „żeby zaspokoić poczucie moralności”, to staje się jasne, czemu Dostojewski wahał się w swojej opinii co do Zasulicz i Młodeckiego. Obolała dusza Dostojewskiego, zgnębiona nieustannymi obrazami cierpienia skrzywdzonych i poniżonych, domagała się z pasją, by krzywdziciele otrzymali zasłużoną karę. I Aleksy Karamazow-rewolucjonista stać się miał ostatnim etapem, końcowym akordem wątku myśli Dostojewskiego o losie „skrzywdzonych i poniżonych”. Szczególnie charakterystyczne, w relacji Suworina jest owo stwierdzenie, iż Alosza „szukałby prawdy i te poszukiwania w sposób naturalny doprowadziłyby go do rewolucji…”

**

16 lutego

Onegdaj przyjechałem z Czechowem do Moskwy. Wczoraj byłem z nim u L. N. Tołstoja. Przyszedł B. Cziczerin[175]. Dyskutowaliśmy na temat obrazu Ge[176] z życia Chrystusa. Chociaż Tołstoj dowodził z zapałem, że sztuka współczesna ma swoje własne zadania, że można przedstawiać Chrystusa inaczej, niż to robił Rafael, by pokazać, że my bezustannie „krzyżujemy Chrystusa” naszymi uczynkami - Cziczerin obstawał przy swoim, a podbechtywała go jeszcze hrabina Zofia Andriejewna i Lwa Nikołajewicza bardzo to denerwowało. W ogóle był zdaje się w złym humorze[177]. W związku ze śmiercią N. N. Strachowa[178] powiedział, że bagaż literacki, jaki pozostawił po sobie, jest niewielki, mimo że go chwalono i chwali się nadal. Kiedy się odezwałem, że najlepiej umrzeć od razu, powiedział, że to oczywiście byłoby dobre, ale najlepszą śmiercią byłoby, gdyby człowiek czując, że śmierć się zbliża, zachował jasność myśli i powiedział swym najbliższym, że umiera i umiera ze spokojnym sumieniem.

O poecie Verlaine’ie - Tołstoj nie pojmuje, czemu się o nim pisze. Czytał go. O inteligencji powiedział w związku z dekadentami: „to wesz pasożytująca na ciele narodu, a zabawiają ją jeszcze literaturą”.

Czechowowi powiedział:

- Żałuję, że dałem panu do czytania Zmartwychwstanie.

- Dlaczego?

- No przecie dlatego, że nie został z niego kamień na kamieniu, wszystko przerobiłem.

- Da mi pan teraz do przeczytania?

- Jak skończę, to dam.

Hrabina pokazywała nam jego korekty. Teraz już nie ona zajmuje się przepisywaniem, tylko córki.

Zaglądała do ich domu śmierć. Najpierw chorowała hrabina, potem on. Ma kamienie w nerkach i okropnie cierpi, na szczęście ataki są dosyć rzadko. Sypia na parterze. Ostatnim razem ból był tak dręczący, że nie mógł już wytrzymać, wszedł po schodach na górę i upadł w salonie. Krzyczał. Przykładają mu synopizmy i gorące kompresy; lekarstw nie chce brać.

O Sofoklesie Tołstoj mówił: „pisze o tym, co uważa za najważniejsze”.

**

M. A. Stachowicz[217] przywiózł mi do przeczytania list Tołstoja o patriotyzmie do Amerykanina Mansona i na ten sam temat do Polaka[218]. Patriotyzm jest szkodliwy. Egoizm uważa się za zło, a patriotyzm jest o wiele szkodliwszy. Pojedynczą jednostkę sądzi się za kradzież i rabunek, a państwa, zagarniając cudze ziemie, kradną i rabują bezkarnie. Istnieje patriotyzm „utrzymujący”, by utrzymać to, co zostało zdobyte, i patriotyzm „przywracający”, by odzyskać to, co zostało zabrane - najszkodliwszy, bo najbardziej napastliwy. Egoizm - to uczucie naturalne, wrodzone, a patriotyzm - nabyte. Troszczyć się należy o słabość swojej ojczyzny, o jej pomniejszenie, a nie przeciwnie. Patriotyzm jest przeciwieństwem chrześcijaństwa. Wszyscy żyjemy w obłudzie. Obłuda faryzeuszy - Chrystus tylko raz jeden wpadł w gniew, właśnie z powodu obłudy faryzeuszy - jest niczym w porównaniu z naszą, ich obłuda w porównaniu z naszą - to dziecinna zabawka. Całe nasze życie z wyznawaniem wiary chrześcijańskiej, cnoty pokory i miłości, w połączeniu z życiem hordy zbójeckiej nie może być niczym innym, jeno ustawiczną i straszliwą obłudą. Cesarza Wilhelma Tołstoj nazywa „jedną z najkomiczniejszych figur naszych czasów: mówca, poeta, muzyk, dramaturg, malarz i patriota”. W związku ze znanym jego obrazem: wszystkie narody stoją z mieczami i za wskazaniem Michała Archanioła spoglądają na Buddę i Konfucjusza - Tołstoj radzi mu, by się uczył pokory i łagodności od Buddy, a rozsądku od Konfucjusza i Lao Tse.

-

List Tołstoja do Goremykina. Pewną kobietę, córkę Cholewińskiego, niemłodą i słabego zdrowia, o pięknych zaletach duszy poddano rewizji i wsadzono do więzienia. Dała robotnikowi na prośbę Tołstoja jeden z jego skonfiskowanych utworów (W czom moja wiera czy też Carstwo bożje wnutri nas - wymienia najpierw ten drugi, potem pierwszy). „Uważam, że postępowanie takie jest nierozsądne, daremne, okrutne i niesprawiedliwe”. Nierozsądne dlatego, że jeden człowiek cierpi za to, co wielu innym często uchodzi bezkarnie, daremne dlatego, że nie może wyplenić zła, bo niepodobna aresztować wszystkich. Prosi, by zastosowano te kroki wobec rzeczywistego winowajcy, to znaczy wobec niego samego. „Tym właśnie listem oznajmiam wprost, że to ja napisałem i rozpowszechniałem owe książki, które rząd uważa za szkodliwe, i w dalszym ciągu piszę i rozpowszechniam w książkach, listach i rozmowach te same myśli”. Słowa Gamaliela (z Pisma św.): „Albowiem jeślić jest z ludzi ta rada albo sprawa, rozchwieje się. Lecz jeśli jest z Boga, nie będziecie mogli ich zepsować, byście snadź nie naleźli się z Bogiem walczyć”. Pisze, że wcale nie uważa, by jego „popularność i sytuacja społeczna” broniły go przed rewizjami, śledztwem, więzieniem itd. Przeciwnie, uważa, że jeśli rząd postąpi wobec niego w sposób zdecydowany, opinii społecznej to nie wzburzy, a większość uzna postępowanie rządu za słuszne. „Bóg widzi, że piszę ten list nie powodowany chęcią prowokowania władz, tylko potrzebą wewnętrzną, by zdjąć z niewinnych ludzi odpowiedzialność za czyny, które popełniłem ja sam”.

**

Byłem u L. N. Tołstoja, który nie był w Petersburgu od 20 lat. Zatrzymał się u Ołsufiewa, Fontanka 14. Był u niego Ge, Czertkow i baronowa Ikskul[254]. Czertkowa wysyłają za granicę, była u niego rewizja, zabrali materiały o duchoborcach[255]. O Mewie Czechowa Tołstoj powiedział, że to nic niewarta bzdura, że jest napisana tak, jak pisze Ibsen.

— Naplótł niestworzonych rzeczy, a o co chodzi - nie wiadomo. A Europa się zachwyca: „znakomite”. Czechow to największy talent, ale Mewa jest bardzo niedobra.

- Czechow by umarł, gdyby mu powiedziano, że pan jest tego zdania. Niech pan mu tego nie mówi.

- Powiem mu, ale delikatnie, i bardzo mnie zadziwi, jeśli się aż tak zmartwi. Każdemu zdarzają się słabsze rzeczy.

Rozmowa zeszła na cesarza.

- Pan powinien jechać do niego, pan by go przekonał.

- Jeśli nie można przekonać własnej żony - powiedział L. N. - to cóż dopiero cesarza.

- No, z żoną to inna sprawa, to zbyt bliski człowiek.

- A cesarz zbyt daleki - powiedział Tołstoj.

O normalizacji dnia roboczego: nie rozumie, po co to się robi, to tylko robotnika krępuje, chce pracować, a nie pozwala mu się. Powinna być wolność pracy dla robotników. Jest ruch na powierzchni ziemi, ale ziemia się nie rusza.

- A strajki?

- Cóż strajki? Henry George[256] słusznie mówi, że strajki można porównać do dwóch bogaczy, którzy siedzą nad brzegiem morza i rzucają do niego czerwońce. Jeden rzuci dukata, drugi dwa; pierwszy dwa, drugi trzy i tak dalej bez końca.

O Mewie mówił jeszcze Tołstoj:

- Literatów nie powinno się pokazywać na scenie: jest nas bardzo mało i nikt się nami nie interesuje. To, co w sztuce jest najlepsze - monolog pisarza - to rysy autobiograficzne, ale to można było napisać osobno albo w liście; w dramacie to ni w pięć, ni w dziewięć. W Moim życiu Czechowa bohater czyta stolarzowi Ostrowskiego, a stolarz powiada: „Wszystko możliwe, wszystko możliwe”[257]. Gdyby temu stolarzowi przeczytać Mewę, nie powiedziałby: „wszystko możliwe”.

L. N. Tołstoj mówił, że niewiele mu już pozostało życia, a powiedzieć i zrobić chciałby jeszcze bardzo dużo. Spieszy się i pracuje bez przerwy.

**

…Historia z hrabią L. N. Tołstojem i p. Marksem[332], wydawcą „Niwy”. - Czy „marksistom” to jest na rękę? P. Marks to kapitalista, a hr. Tołstoj - to robotnik. Hrabia Tołstoj sprzedał „Niwie” prawo pierwszego wydania swojej powieści Zmartwychwstanie po tysiąc rubli za arkusz druku. Przy tym oświadczył p. Marksowi jasno i kategorycznie, że odstępuje jedynie prawa do pierwszego wydania, a raczej prawo pierwodruku, i że po ukazaniu się w „Niwie” poszczególnych części tej powieści wszystkie inne wydawnictwa mają prawo dysponować Zmartwychwstaniem jak swoją własnością, bowiem każdy odcinek powieści, jak i jej całość, staje się natychmiast własnością publiczną. Trzeba dodać, że początkowo honorarium za powieść oznaczone zostało na 1500 rub., przy czym hrabia Tołstoj ze względów czysto filantropijnych gotów był zastrzec w umowie, że odstępuje prawo pierwodruku swej powieści aż do pełnego jej ukazania się w prasie do końca. Powieść miała stać się własnością publiczną dopiero po wydrukowaniu jej w całości. Zastrzeżenie to zwiększałoby fundusze na cele dobroczynne o jakieś 8-9 tysięcy. Później jednak hrabia Tołstoj odstąpił od tej myśli i zaproponował 1000 rub. od arkusza tylko za pierwodruk, stający się natychmiast po wydrukowaniu własnością publiczną. Marks na tych właśnie warunkach prawa te nabył, i mógł to potwierdzić jeden z literatów, który w tej sprawie pośredniczył.

P. Marks nie wspomniał ani słowem o tych warunkach w swoich zapowiedziach reklamowych dotyczących prenumeraty „Niwy”. Prenumerata dała znakomite wyniki, które zwróciły mu stokrotnie kapitał wydatkowany na nabycie prawa pierwodruku. Ale tego było mu jeszcze mało, bo dla kapitału wszystko jest za mało. Kiedy zaczęły się ukazywać przedruki - a trzeba powiedzieć, że przemilczano przy nich tę okoliczność, że są to przedruki z „Niwy”, co w każdym razie nie jest w porządku - p. Marks zaczął bombardować hrabiego Tołstoja prośbami, by położył kres tym przedrukom aż do ukazania się powieści w całości. Hrabia Tołstoj początkowo bronił swoich praw, potem jednak, wzruszony najwidoczniej błaganiami p. Marksa, zwrócił się z prośbą do wydawnictw periodycznych, by w interesie p. Marksa nie przedrukowywały powieści aż do całkowitego jej ukazania się na łamach „Niwy”.

Należy przy tym przypomnieć, iż początkowo p. Marks groził sądem tym wszystkim, którzy będą powieść przedrukowywali. Do tych pogróżek nie miał najmniejszego prawa i były one całkowicie sprzeczne z warunkami, na jakich tę powieść nabył. Kiedy te samowolne pogróżki nie powstrzymały przedruków, zaczął prosić hrabiego Tołstoja, by sam wkroczył w tę sprawę. Myślę, że cała ta historia jest znakomitym przykładem stosunków między kapitalistą i robotnikiem w osobach takich przedstawicieli jak p. Marks i hr. Tołstoj. Ukazał się już w prasie list, w którym p. Marks broni skrótów, jakich dokonał w powieści („Cenzura domowa”) i twierdzi, że w wydawnictwach zagranicznych rzekomo „drukują powieść hrabiego Tołstoja ze skrótami nierównie większej wagi”. Nie wiem, o jakich wydawnictwach tu mowa, ale mogę się powołać na ogłoszenie w „Bibliographie de la France”.

**

28 września

Wczoraj czytałem dalej Idiotę Dostojewskiego. W pewnej mierze, w szczegółach - to dalszy ciąg Zbrodni i kary.

Pamiętam, jakie zrobił wrażenie mój artykuł, nie podpisany, o śmierci Dostojewskiego. Nazwałem go wtedy „nauczycielem”. Jak mi opowiadał A. A. Skalkowski, Loris-Mielikow natychmiast po jego przeczytaniu pojechał do cesarza i wystarał się o rentę dla wdowy. Grigorowicz przyjechał do mnie i mówił mi, że płakał. Płakało wielu ludzi. Rozczuliłem się. Wdowa po Dostojewskim doskonale rozumiała znaczenie tej agitacji. Pocałowała mnie w rękę. Zdumiewający był wówczas ten nastrój w Petersburgu. Akurat przed samym zamachem na cesarza. Ludzie na wyprzódki czytali i kupowali Dostojewskiego. Jak gdyby śmierć dopiero odkryła jego istnienie, a przedtem go nie było. Umarł w biedzie, ledwie wiązał koniec z końcem. Dostojewska sama chodziła do handlarzy książek na rynek i sprzedawała tomy powieści swojego męża po jednym, po dwa egzemplarze, z dużym rabatem. Dostojewski zdobył nad Turgieniewem przewagę dopiero po śmierci. W czasie dni puszkinowskich w Moskwie chciałem pójść za scenę powinszować mu po jego wspaniałym przemówieniu. Wyszedł mi naprzeciw na widownię i powiedział z radością:

- No i co? Zwyciężyliśmy, zwyciężyliśmy! Kobiety całują mnie po rękach!

Kilka dziewcząt niosło właśnie dla niego przez widownię wielki wieniec laurowy.

**


niedziela, 12 kwietnia 2026

Porządnego psa cenię bardzej niż kardynała Rysia

 


Czasem nie potrzeba zrozumienia, słów ani wyjaśnień. Wystarczy obecność.

Podczas inscenizacji Drogi Krzyżowej wydarzyło się coś, czego nikt nie zaplanował…a co poruszyło wszystkich obecnych.

Na miejsce wszedł bezdomny pies. Nie wiedział, że to tylko przedstawienie. Gdy zobaczył mężczyznę niosącego krzyż, otoczonego przez „żołnierzy”, którzy go popychali, zareagował instynktownie. Zaczął szczekać, podbiegać i próbował ich odganiać, jakby chciał przerwać to, co widział.

Nie dało się mu wytłumaczyć, że to tylko scena. Dla niego to było coś realnego.

Kiedy „Jezus” upadł na ziemię, pies natychmiast podszedł bliżej. Położył się obok i został. Spokojny, czujny, jakby chciał po prostu być przy kimś, kto w jego odczuciu cierpi.

Ludzie patrzyli na to z mieszanką wzruszenia i niedowierzania. Bo choć wszyscy wiedzieli, że to tylko odgrywana historia, on był jedynym, który zareagował całkowicie szczerze.

Ta sytuacja przypomina coś bardzo prostego, a jednocześnie ważnego. Czasem nie potrzeba zrozumienia, słów ani wyjaśnień. Wystarczy obecność.

https://dakowski.pl/

Rzeź Libanu w wykonaniu Izraela. ONZ: Skala zniszczeń jest przerażająca


Zaledwie kilka godzin po wynegocjowaniu zawieszenia broni z Iranem, Izrael przypuścił potężny atak na Liban, w którym zginęły co najmniej 254 osoby. Wysoki Komisarz ONZ ds. Praw Człowieka wprost nazwał te działania „rzezią”.

Bilans najnowszych izraelskich ataków w Libanie wywołał ostrą reakcję ze strony Organizacji Narodów Zjednoczonych. Głos w sprawie dramatycznych wydarzeń zabrał Volker Türk, Wysoki Komisarz ONZ ds. Praw Człowieka.

Odnosząc się do faktu, że liczba ofiar śmiertelnych przekroczyła już 250 osób, określił skalę zniszczeń i zabijania jako „po prostu przerażającą”.

Atak nastąpił w momencie, gdy ogłoszono dwutygodniowy rozejm na Bliskim Wschodzie. Izrael uznał jednak, że rozejm nie dotyczy Libanu.

„Taka rzeź, dokonana w zaledwie kilka godzin po zawarciu zawieszenia broni z Iranem, wymyka się pojmowaniu” – stwierdził Volker Türk. „Wywiera to ogromną presję na niezwykle kruchy pokój, którego ludność cywilna tak desperacko potrzebuje” – dodał.

W swoim oświadczeniu szef praw człowieka ONZ stanowczo przypomniał o żelaznych zasadach prowadzenia konfliktów zbrojnych. Türk podkreślił, że międzynarodowe prawo humanitarne jasno precyzuje obowiązek ochrony zarówno samych cywilów, jak i infrastruktury cywilnej.

„Zasady te nie podlegają żadnym negocjacjom i muszą być zawsze przestrzegane, niezależnie od okoliczności konfliktu zbrojnego” – podsumował Komisarz ONZ.

9.04.2026 nczas/rzez-w-wykonaniu-izraela-onz-skala-zniszczen-jest-przerazajaca

Brainroty, czyli apokalipsa zombie już trwa

 


Uśrednione IQ od czasu rozpoczęcia pomiarów ponad stulecie temu, w kolejnych pokoleniach stawało się coraz wyższe. Postęp był satysfakcjonujący i wydawał się trwały. Młodzież dzięki ofercie edukacyjnej – tej systemowej i tej kulturowej – stawała się bystrzejsza. Niestety, „stawała się”. Wygląda na to, że (podobnie jak w medycynie, tak przynajmniej twierdzą eksperci WHO – sic!) – lepiej to już było, mili Państwo.

Sytuacja zaczęła się zmieniać około roku 2010. Telewizory istniały dużo wcześniej. Gry komputerowe i Playstation również. Satelitarna papka i byle jakie kreskówki meblowały dziecięce głowy od kilku dziesięcioleci. Nie da się tego wyjaśnić również produkcjami z gatunku reality show czy paradokumentami typu Szkoła, na które narzekaliśmy naście lat temu. Doktor Jared Cooney Horvard, przemawiając w jednej z rad Senatu USA, przekonywał, że zmianą, która wówczas zaszła, jest szerokie wprowadzenie do szkół technologii cyfrowych. Po zachłyśnięciu się najnowocześniejszym sprzętem niczym wujek w amoku na giełdzie komputerowej, zaczęliśmy zauważać, że pomiędzy dziećmi uczonymi za pomocą zaawansowanych technologii a tymi korzystającymi z konwencjonalnych narzędzi istnieje ogromna różnica w zakresie jakości procesów myślowych, pamięci, a zwłaszcza koncentracji. Potężny spadek opiera się nie tylko na omawianym wielokrotnie nadużywaniu smartfonów, ale i na używaniu technologii, które protezują pracę mózgu.

Bodaj pierwsi zaczęli to zauważać specjaliści od neurologopedii i wczesnej interwencji, jak profesor Cieszyńska. Od kiedy małe dzieci zaczęły być zanurzane w „programach edukacyjnych”, znacznie wzrosła liczba fałszywych rozpoznań autyzmu (bo obraz funkcjonowania był podobny, a przyczyną – nie neuroatypowość, tylko… zaniedbanie cyfrowe i brak odpowiedniej społeczno-emocjonalnej stymulacji). Nastąpiła też swoista epidemia opóźnień rozwoju mowy. Po początkowym zachwycie kraje skandynawskie odeszły od upowszechniania technologii podczas lekcji, zauważając regres uczniów. Dlaczego tak się dzieje?

WESPRZYJ NAS JUŻ TERAZ!
25 zł

50 zł

100 zł

Dzieciakom mózgi gniją

Użytkowanie ekranów nawet do nauki opiera się na innym modelu: dezaktywującym umysł, sprawiającym, że jest on jedynie biernym odbiorcą – i tyle godzin, ile wcześniej musiał się aktywować (uprośćmy to: polować), teraz może pozostawać w bierności (niczym pierwotny myśliwy karmiony bez wychodzenia z jaskini). A przecież od nastu lat zindywidualizowane ekrany nosimy w każdej kieszeni…

Miliony uczniów i studentów na całym świecie już doświadczają, że tracą kontrolę nad funkcjonowaniem swojego umysłu – nie mogą się skupić, jeśli coś ich nie skupia. Tym czymś jest ruch na ekranie. Oznacza to, że nie są w stanie efektywnie skorzystać z nieruchomego tekstu… Czują się przykuci do telefonów, po które wielokrotnie sięgają bezwiednie. Scrollują przez wiele godzin dziennie. I to właśnie ten zestaw objawów, wraz z tak zwaną „uwagą złotej rybki” (zainteresowaniem tylko na krótką chwilę), nazwano brainrotem. Dosłownie gnijącym mózgiem, mózgozgniłkiem. To walki z takim „schorzeniem” dotyczą bardzo liczne materiały o detoksie dopaminowym, odwyku od smartfona, odzyskaniu kontroli. Ale jest i inne znaczenie tego wyrazu. Chodzi w nim nie tylko o sam gadżet, o narzędzie, ale o treść przekazywaną za jego pośrednictwem.

Pokoleniowym doświadczeniem generacji Alpha, czyli urodzonych po roku 2010–2015, jest codzienne wystawienie na brainroty. Zjawisko bynajmniej nie jest niszowe ani subkulturowe. To kluczowa część kultury popularnej postpandemicznego świata, niestety – szczególnie adresowana do dzieci. Im starszy odbiorca, tym większą czuje odrazę w kontakcie z brainrotem.

Brainroty to bowiem również memy (w pierwotnym znaczeniu Dawkinsowskim: bity informacji kulturowej – obrazki, filmy, motywy, znane i powtarzalne teksty, melodie czy dowolne dźwięki), mające charakter… destrukcji depozytu kulturowego. Przeróbki, komentarze do komentarzy, cytaty, symulakra… Popkultura XX wieku zrodziła poczwarę: zbiór przypadkowo sklejonych, przerysowanych elementów, zwracających uwagę swoją bezsensownością, dosadnością, głośnością. Spożywa się je prędko, jeden za drugim, przez długi czas. Nie ma tu miejsca na spójność, proces, głębszą myśl, a nawet w ogóle na sens.

To, co jeszcze niedawno mogło być kąśliwym komentarzem, ilustracją, puszczeniem oka do odbiorcy, w ogóle działaniem na marginesie, objęło w młodym pokoleniu całą specyficzną dla ich czasów kulturę popularną. Bardzo wiele brainrotów jest, co tu dużo mówić, niesmacznych, śliskich, dosłownie zboczonych, pełnych śmieci, dziwactw budzących przerażenie i zmieszanie – ogólnie nieodpowiednich. Mnóstwo z nich rozwija tematykę popularnych gier, jak Minecraft, Fortnite czy Five Nights of Freddy (z którego pochodzi słynny jumpscare). Nie ma takiej treści popularnej wśród dzieci i młodzieży, dla których nie powstałaby cała masa przeróbek o charakterze brainrotów.

Cwaniakom portfele tyją

Ta gałąź „kultury” to prawdziwa kopalnia złota. Popyt rozkręcił podaż… W końcu brainroty konsumuje się w ogromnym tempie, po kilka sekund na jeden element. Wielu ich twórców stało się potwornie bogatymi ludźmi – ten rodzaj treści generuje bowiem miliony i miliardy wyświetleń. Cocomelon (kanał od popularnej piosenki Baby Shark), charakteryzujący się przesyconymi kolorami, rzekomo dla maluchów, przy przerzutności scen od 1–3 sekund, powoduje realne opóźnienia poznawcze u oglądających go dzieci.

Popularny wśród starszych Skibiditoilet (ludzkie głowy wystające z toalet) zarabia 23 mln dolarów rocznie. Poppy Playtime (ze słynnym zębatym Huggie Wuggie, które można było kupić dwa sezony temu na każdym straganie), Digital Circus – wszelkie popularne motywy są natychmiast rozpowszechniane w setkach wersji przez swoiste farmy treści. I tak dalej – proszę spróbować wpisać w YouTube the best of brainrot compilation. Można spróbować też zapoznać się z dziecięcymi odzywkami wzorowanymi na filmach i postaciach – tak zwanym „językiem brainrotowym”. Alphy to prawdopodobnie najmniej rozmawiające pokolenie w dziejach ludzkości, jednocześnie przez znaczną część interakcji tylko wymieniające się tekstami typu:

– Skibidi.

TikTok jest użytkowany dokładnie w ten sposób: krótki kontent, nieustanne scrollowanie, zbliżone najbardziej do wielogodzinnego przerzucania się z kanału na kanał, po kilka sekund na każdym. Specyficzną odmianą treści „psujących mózg” jest gałąź komentatorów. Obserwujemy w tych filmach cudze reakcje na jakiś materiał – i na tym opiera się ich popularność. Smutna namiastka kontaktu z drugim człowiekiem.

Tymczasem do gry weszło AI i łatwo dostępne aplikacje pozwalające w kilka minut stwarzać kolejne viralowe brainroty, na przykład w formie filmików czy gifów. Sklejone w ten sposób z przypadkowych elementów postacie weszły już do dziecięcego kanonu: jak Brr Brr Patapim, Cappuchino Assasino, Tung Tung Tung Sahur, Karkerkar KurKur i inne. Gorylo-banan, rekino-człowiek i im podobne. Nie ma to żadnego sensu, ale wygenerowanych czy stworzonych specjalnie z tymi postaciami piosenek (na przykład gałąź brainrot rap czy brainrot lullaby) znajdą Państwo w internecie tyle, że moglibyście tego słuchać do końca życia. Wiele dzieci – i ich rodziców – przyjmuje postawę, jakby właśnie taki był ich ostateczny cel.

Katarzyna Wozinska
pch24.pl/brainroty-czyli-apokalipsa-zombie-juz-trwa

czwartek, 9 kwietnia 2026

Żywot i myśli Zygmunta Podfilipskiego


W 1898 roku, gdy Stanisław Przybyszewski zjechał do Krakowa, by przewodzić młodym i zbuntowanym oraz pognębić filistra, na półkach księgarskich znalazły się dwa olśniewające debiuty powieściowe. Pierwszy to Syzyfowe prace drugi - Żywot i myśli Zygmunta Podfilipskiego (1898). Pierwsza powieść Żeromskiego stanowiła zaledwie preludium do dalszej twórczości, nieco inaczej potoczyła się literacka kariera Józefa Weyssenhoffa (1860-1932). Mało kto startował wówczas w tak komfortowych warunkach. Arystokrata, łaskawy mecenas zasłużonej „Biblioteki Warszawskiej”, bywalec klubów, erudyta, kolekcjoner dzieł sztuki, a wreszcie… hazardzista, który podczas jednej nocy przepuścił pokaźny majątek. Przeciwnik Młodej Polski, na łamach prasy zwalczający Wyspiańskiego, Feldmana i Matuszewskiego, sympatyzował z endecją. Osoba Weyssenhoffa każe nam pamiętać, że w okresie dominacji każdego prądu artystycznego działają również jego zagorzali przeciwnicy.

Żywot i myśli Zygmunta Podfilipskiego to bestseler wydawniczy i jedna z najgłośniejszych książek tamtej epoki. Jej odbiór świadczył jednak nie najlepiej o możliwościach ówczesnej krytyki. Podjęto dosyć nierozsądny spór, czy autor stworzył pamflet, czy też apologię swego bohatera. Z równie dobrym skutkiem moglibyśmy stawiać pytanie, czy Proust lubi opisywanych przez siebie arystokratów, czy raczej ich potępia.

Misterna konstrukcja narracyjna Podfilipskiego zadziwić może nawet współczesnego czytelnika, przyzwyczajonego do wszelkich ekstrawagancji prozy XX wieku. Oto pomiędzy autorem a bohaterem pojawia się postać fikcyjna: Jacek Ligęza tworzący dzieło o swym niedawno zmarłym przyjacielu.

Powstający na oczach czytelnika szkic do portretu cynicznego arystokraty nie jest ani pełny, ani jednoznaczny. Decyduje o tym postawa Ligęzy, który w swym widzeniu Podfilipskiego łączy fascynację z lekkim sprzeciwem. Niekiedy opowiadający wykazuje zdumiewającą naiwność, innym razem wręcz świadomie podsuwa fałszywy trop. Jednym słowem - nie zawsze wydaje się sojusznikiem czytelnika liczącego na ujawnienie całej prawdy o bohaterze.
Trochę podobna relacja łączy Adriana i Serenusa w Doktorze Faustusie Tomasza Manna.

Historia Podfilipskiego pisana jest jak gdyby od końca, ale tym chwytem posługiwali się ostatecznie autorzy wcześniejszych powieści przyjmujących formę pośmiertnego wspomnienia. Jednak Weyssenhoff idzie znacznie dalej.

Burzy układ chronologiczny i tradycyjny sposób budowania napięcia. Podaje informację o śmierci brata Zygmunta, Tomasza, jeszcze zanim postać ta otrzyma swoje miejsce w układzie fabularnym. Bez przesady powiedzieć możemy, że to już koncept w stylu Milana Kundery! Sposób gospodarowania powieściowym czasem, daleki od dziewiętnastowiecznego dążenia do równowagi, skrupulatna analiza błahych z pozoru epizodów i kompletny demontaż akcji również nadają powieści charakter prekursorski. Mimo wysiłków Ligęzy Podfilipski pozostaje osobowością wymykającą się próbom analizy. Jego kosmopolityzm, cynizm, pogarda nabierają pod piórem przyjaciela wymowy mniej jednoznacznej. Podfilipski (tak jak bohaterowie piszącego już w tym okresie Prousta) podniósł próżniactwo do rangi wyrafinowanej filozofii życia. Z wdziękiem paryskiego dandysa unikając zaangażowania w politykę, rewolucję, działalność społeczną, miłość, małżeństwo, spędził życie nader przyjemnie. Nie stworzył wprawdzie żadnych trwałych dzieł, ale pozostawił po sobie nieśmiertelne przesłanie - wzór postawy, w której hedonistyczny egoizm miesza się z tak istotną w XX wieku obroną autonomii jednostki.

Debiutancka powieść pozostała jedynym arcydziełem Weyssenhoffa, który w swoich kolejnych książkach coraz bardziej rozmijał się ze współczesnością, podejmując nawet próby odnowienia powieści tendencyjnej. Sprawa Dołęgi (1901) i Puszcza (1915) to utwory napisane przez sprawnego rzemieślnika. W pierwszym z nich krytyce poddana została arystokracja, bohaterem pozytywnym okazuje się natomiast - jak w powieściach wczesnej Orzeszkowej - inżynier. W Puszczy bohaterką pozytywną jest przedsiębiorcza dziewczyna, która nie tylko odnosi zwycięstwo nad młodopolską „kobietą fatalną”, ale zdobywając serce ukochanego przyczynia się również do obrony polskości na kresach.

Podnoszona przez Weyssenhoffa tendencja stłumiła znacznie bardziej atrakcyjny wątek baśniowo-magiczny, wywodzący się z kresowego folkloru.

Najciekawszym utworem Weyssenhoffa związanym z tematyką kresową jest powieść Soból i panna (1911), w której autorowi udało się uniknąć zarówno ciężaru pozytywnej tendencji, jak i fabularnych schematów. Romans dziewczyny z ludu, Warszulki i panicza Michała Rajeckiego kończy się źle, ale ani do uwiedzenia, ani do tragedii nie dochodzi. Panna wychodzi za mąż, a nieszczęśliwy adorator znajduje pociechę w sztuce myśliwskiej. Zasługuje na wzmiankę bezpruderyjna, chociaż subtelna analiza dziewczęcego erotyzmu.

Trudno też przeoczyć fakt, że tajniki psychoanalizy Freuda wykłada tutaj… ksiądz. Ukrytym bohaterem Sobola i panny jest przyroda, konstrukcję powieści wyznacza osobliwy kalendarz („rok myśliwego”). Między innymi z tych powodów zestawiano uroczą, chociaż nieco staroświecką powieść Weyssenhoffa z Panem Tadeuszem.

Jan Tomkowski
Młoda Polska 

sobota, 4 kwietnia 2026

Nox atra:


Nocą przychodzą ślepi Homerydzi
Borges który wczoraj umarł w Szwajcarii
przyjechał z drugiej półkuli w kolejną podróż poślubną
do Genewy gdzie pierwszy raz
czytał Schopenhauera
(Ostatnią książkę przeczytał przed 30 laty
później zdany na lektury kobiet)
Joyce gdy mówił o Homerze:
«Szedłem za nim wiernie
aż do najdrobniejszych szczegółów»
(«Jestem już niemal ślepy» dodał)

Henryk Grzeniewski

piątek, 3 kwietnia 2026

Paul Claudel, Dziennik, 1904–1955,

 

przekład z francuskiego, wybór i słowo wstępne Juliana Rogozińskiego (serdeczne pozdrowienia!), PAX, Warszawa 1977 Czytanie czyjegoś dziennika, o którym nie wiadomo, czy był pisany z myślą o druku, to czynność zawsze nieco paskudna, tak jak podsłuchiwanie, podglądanie, grzebanie w cudzych manatkach i listach.

Tutaj sprawę komplikuje jeszcze to, że Paweł Claudel nie należy do najbardziej u nas znanych pisarzy francuskich, i zdarzyć się może, że wielu czytelnikom przedstawi się po raz pierwszy nie jako poeta czy dramaturg, ale jako autor tych właśnie luźnych notatek. Nie będzie to z pewnością najwłaściwszy początek znajomości, ale kto wie, czy nie najbardziej skuteczny. Już po kilkunastu kartkach Claudel wciągnie nas w świat swoich apodyktycznych sądów i sprzeczności, którymi był, że tak powiem, miotany. Wprawdzie w samych sprzecznościach nie ma jeszcze nic osobliwego, każdy je w sobie nosi, ale u Claudela stopień ich natężenia był rzeczywiście niepospolity. Na jednej stronie będziemy obcować z poetą, na drugiej z buchalterem. Na innej z głęboko wierzącym chrześcijaninem, na dalszej z małodusznym bigotem, który teoretycznie kochał bliźniego swego, ale praktycznie bardzo go nie lubił. Aż czytać hadko, co wypisuje Claudel o różnych innowiercach. Duch ekumenizmu nie oświecał jeszcze tego gwałtownika. Zresztą i dla swoich kolegów, pisarzy katolickich, niewiele miał wyrozumienia. A w ogóle to całej niemal literatury nie znosił, choć kochał ją po swojemu, a trzeba wiedzieć, że należał do najbardziej oczytanych pisarzy swego pokolenia. No i wreszcie sprawa, którą śledziłam w Dzienniku z niemałym zaciekawieniem. To życie, pełne wewnętrznego niepokoju – jakież ono było na zewnątrz uładzone i spokojne… Krzepkie zdrowie, brak trosk materialnych, żadnych rodzinnych kataklizmów. Nawet historię udało się Claudelowi utrzymać w pewnym dystansie od własnej osoby. Pierwszą wojnę światową przesiedział na placówkach dyplomatycznych z dala od okopów nad Marną. Drugą przeżył bez osobistych nieszczęść w swojej wiejskiej posiadłości, pisząc i wydając książki, wystawiając swoje sztuki w teatrach. Nikt z jego szeroko rozgałęzionej rodziny nie ucierpiał w tych potwornych przecież czasach. Po wojnie niczego nie zamierzał odbudowywać, zaczynając „od dymu z komina”. Ta przenośnia, wypowiedziana ustami dalekiego, nie znanego mu poety, brzmiałaby w jego uszach przesadnie, może dziwacznie, może wręcz niezrozumiale…

Wisława Szymborska
Wszystkie lektury nadobowiązkowe

***
Dziennik czyta się bardzo przyjemnie. Chyba dalej można go kupić na allegro za parę złotych.  

czwartek, 2 kwietnia 2026

Wstrząsające wyznanie Jagielskiej przed Wielkanocą



Dzień dobry Panie Mirosławie. 

Niemieckie gazety dla Polaków, [może one są tak samo niemieckie, jak gazeta wyborcza polska] jak zwykle przed Wielkanocą, zajęły się promocją odrażających patologii. Polskojęzyczny Newsweek użył do tego celu wywiadu z aborterką Gizelą Jagielską.

Gizela Jagielska wyjaśniła w wywiadzie, dlaczego tak chętnie zabija dzieci chlorkiem potasu. Wspomina sytuację, jak wielkim kłopotem była dla niej kiedyś aborcja dziecka w 7 miesiącu ciąży. Jagielska podała środki wywołujące poród, w wyniku którego urodził się żywy noworodek. W wywiadzie nie ma słowa o dalszym losie dziecka. Możemy domyślać się, że nie udzielono mu pomocy, oczekując aż umrze z wyziębienia i głodu.

Według zachodnich statystyk, około 20% późnych aborcji kończy się narodzeniem żywych dzieci. Oficjalna propaganda zaprzecza, że dziecko w łonie matki jest człowiekiem, ale żywy noworodek to dla aborterów duży kłopot, bo trudno zaprzeczyć, że jest człowiekiem.

Od tego czasu Jagielska zawczasu zabija duże dzieci zastrzykiem z chlorku potasu w serca – aby upewnić się, że dziecko umrze jeszcze w łonie matki.

W krajach, w których wykonuje się skazańcom wyrok kary śmierci przez podanie chlorku potasu, obowiązkowe jest podanie wcześniej środka znieczulającego. Jagielska nic nie wspomina o znieczulaniu swoich ofiar.

Panie Mirosławie, już jutro Wielki Czwartek – rozpoczynamy obchody śmierci i zmartwychwstania Pana Jezusa. Ewangelia św. Mateusza tuż przed opisem męki Zbawiciela przedstawia nam wizję Sądu Ostatecznego i przekazuje słowa Syna Człowieczego:

„Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili.”

To jednak nie wszystko. Zbawiciel powiedział też:

„Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili”

To słowa skierowane do nas.

Co ja robię, gdy widzę lub słyszę, że bestialsko mordowane są bezbronne, niewinne dzieci? Czego nie uczyniłem dla nich, tego nie uczyniłem również Jezusowi.

Nasza Fundacja istnieje po to, aby być głosem dzieci, które same bronić się nie mogą i dać wielu osobom możliwość włączenia się w ich obronę. Pan Jezus, który obiecał, że będzie pamiętał o kubku wody podanemu jednemu z najmniejszych, z pewnością nie zapomni o tych, którzy wstawiali się za nimi.

Dlatego proszę Pana, aby pomógł nam Pan powstrzymać Jagielską i innych aborterów. W marcu rozpoczęliśmy akcje pod szpitalem w Lubaniu, gdzie aktualnie „pracuje” Gizela Jagielska.

Przypomnijmy, że nasi wolontariusze przez 9 lat organizowali działania w Oleśnicy (kiedy Jagielska masowo abortowała tam dzieci) znosząc nieustanne prześladowania, napady, ataki i represje sądowe. Przyczyniło się to do odwołania Jagielskiej. Podobnie może stać się w Lubaniu oraz innych szpitalach.

Co razem możemy zrobić?

Nasi działacze chcą regularnie być pod szpitalem w Lubaniu – głosić prawdę o aborcji i modlić się publicznie, wytrzymując przy tym kolejne ataki i napady oraz znosząc przesłuchania i kolejne procesy sądowe wytaczane nam za obronę dzieci.

Pan swoim zaangażowaniem finansowym może umożliwić im te działania i bronić ich przed represjami.

Na co konkretnie przełoży się Pana pomoc?

– zakup nowych bannerów, transparentów, megafonów, głośników i namiotów, dzięki którym prawdę o aborcji oraz modlitwę widać i słychać z daleka,
– zatankowanie naszych samochodów, co umożliwi transport wolontariuszy (bardzo ważne przy aktualnych cenach paliwa),
– wydruk materiałów informacyjnych na temat aborcji (broszur, ulotek itp.), które nasi wolontariusze rozdają każdego dnia setkom ludzi na ulicach i pod szpitalami.

Pana pomoc umożliwi również funkcjonowanie Centrum Prawnego naszej Fundacji, które ochrania wolontariuszy przed represjami sądowymi. Jest to dla nas obecnie koszt ponad 10 000 zł miesięcznie. Przypominam, że tylko w 2024 roku nałożono na nas ponad 100 000 zł kar i grzywien za ratowanie życia dzieci pod szpitalem w Oleśnicy, a aktualnie toczy się przeciwko nam ponad 80 rozpraw i procesów.
Pańskie wsparcie pozwoli nam przygotować się na kolejne prześladowania.

Zarówno ja jak i wolontariusze naszej Fundacji liczymy na Pana. Proszę pomóc nam powstrzymać Jagielską i ratować dzieci przed koszmarem aborcji. Udało się usunąć Jagielską z Oleśnicy, uda się również z Lubania.
WPŁACAM

Konto Fundacji do darowizn:79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Z wyrazami szacunku, 

Mariusz Dzierżawski 
Fundacja Pro – Prawo do życia KRS: 0000233080
NIP: 1231051050
REGON: 010083573
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków

https://dakowski.pl/

wtorek, 31 marca 2026

Autoprezentacja — maska czy mina?

 

Podsumowanie

Kontrolowanie wrażenia wywieranego na innych (autoprezentacja), nie jest równoznaczne z kłamstwem i oszukiwaniem bliźnich. Zachowanie takie jest nie tylko powszechnie spotykane, ale również korzystne dla naszego funkcjonowania społecznego. Dzięki powszechności autoprezentacji relacje międzyludzkie zyskują na sprawności, a być może dzięki niej są one tak naprawdę możliwe. Aby to sobie nieco dokładniej uzmysłowić, wykonajmy proste doświadczenie.

Przerwij na chwilę — Szanowny Czytelniku — lekturę tej książki i zwróć uwagę na treść swojej świadomości. „Zajrzyj" do swego umysłu i uświadom sobie, jaka jest jego zawartość w tej chwili. O czym myślisz? Co sobie przypominasz? Postaraj się trwać w tym stanie przez minutę. Jeśli minuta już upłynęła, zajrzyj na stronę 228 i odpowiedz na pytanie, które umieszczono w przypisie 20.

(20 Podaj datę bitwy pod Grunwaldem)

A teraz (ale szczerze) odpowiedz sobie na kolejne pytanie: Czy kiedy „zaglądałeś" do swojego umysłu, dostrzegłeś w nim informację, że bitwa pod Grunwaldem odbyła się 15 lipca 1410 roku? Pewnie nie. Ale ta informacja była w twoim umyśle (mam nadzieję, że wystarczająco pilnie uczyłeś się historii w IV i V klasie szkoły podstawowej), gdy do niego „zaglądałeś".

Kiedy odczytałeś pytanie, znałeś przecież odpowiedź! Zakończyliśmy nasze doświadczenie i możemy wrócić do zasadniczej myśli.

Rzadko w codziennym życiu zwracamy uwagę na to, że nasz umysł nie ma jednoczesnego dostępu do całej zawartości pamięci. Olbrzymie zasoby naszej wiedzy — w konkretnym momencie czasowym — mają charakter latentny; są przechowywane w pamięci, ale w „oknie umysłu" dostrzegamy tylko ich niewielki fragment. Oczywiście, większość danych latentnych potrafimy przemieścić do naszego „okna umysłu", ale nie wszystkie jedno-cześnie. Aby jakaś część naszego doświadczenia wpływała na zachowanie, musi zostać przekształcona z wiedzy latentnej w wiedzę aktywną (por. Wojciszke, 1986). Nie będziemy tutaj omawiać mechanizmów odpowiedzialnych za przebieg aktywizacji doświadczenia. Dla naszych rozważań ważny jest fakt ograniczonego dostępu do zasobów doświadczenia (pamięci); w konkretnej chwili aktywny jest tylko niewielki fragment naszego doświadczenia i tylko ten fragment pełni regulacyjne funkcje dla naszego zachowania. To bardzo ogólna i bardzo ważna zasada funkcjonowania ludzkiego umysłu.

Obowiązuje ona również w odniesieniu do tej części naszego doświad-czenia, która dotyczy własnej osoby, a w psychologii określana jest terminem „JA". JA (określane również jako „tożsamość") obejmuje całokształt NASZYCH doświadczeń, wiedzy, emocji i jej ekspresji; sposobów zachowania, poglądów, postaw, preferencji i wartości, podejmowanych ról społecznych.

Jesteśmy więc, przykładowo: pogodnym ekstrawertykiem,, badaczem, miłoś-nikiem piłki ręcznej, znawcą kociego zachowania, socjalistą, hipochondrykiem, cyklistą i hipologiem amatorem, partnerskim ojcem i mężem oraz miłośnikiem, dziewiętnastowiecznej literatury rosyjskiej. Określamy się również jako: inteligentni, średnio przystojni, silni fizycznie, życzliwi, średnio towarzyscy, tolerancyjni i spontaniczni. Zaręczam, że każdy —jeśli tylko poświęci trochę czasu, potrzebnego na „przewinięcie" informacji w swoim „oknie umysłu" — ułoży o wiele dłuższą, prawdziwą listę dotyczącą Jego Osoby. Jak można to wszystko — szczerze, bez ukrywania i udawania czegokolwiek — ujawnić w kontakcie z inną osobą? Jeśli mamy dostatecznie dużo czasu, to może (ale chyba nie w jednej interakcji) uda się przekazać wszystko. Ale jeśli czasu jest mniej, jesteśmy skazani na fragmentaryczne ujawnianie swego JA. Zresztą, nie każda interakcja wymaga od nas pełnego „odsłaniania" całości naszego JA, a nawet, w większości przypadków, było-by to ze szkodą dla jej przebiegu.

„Z natury rzeczy", czy może raczej z natury funkcjonowania naszych procesów poznawczych — nawet dążąc do ekshibicjonistycznej autentyczności w kontaktach z innymi ludźmi — zazwyczaj, będziemy ukazywać im tylko „fragmenty" naszego JA. A jeśli tak, to jest wysoce prawdopodobne, że — bez manipulatorskich intencji z naszej strony — różni partnerzy będą oglądali nieco inne, acz całkowicie prawdziwe, fragmenty (czy „wersje") naszego JA. Tak więc różni obserwatorzy — lub ci sami, w różnych sytua-cjach — mogą oglądać całkiem inne wizerunki tej samej osoby, przy czym każdy z tych wizerunków może być prawdziwy, choć inny. To sytuacja, w jakiej się znajdujemy, i stan naszego aparatu poznawczego sprawiają, że niektóre fragmenty JA mocniej określają przebieg zachowania, jak również stają się bardziej widoczne niż inne, tak dla naszej samoświadomości, jak i dla zewnętrznych obserwatorów.' Jako stworzenia społeczne jesteśmy skazani na wchodzenie w interakcje z innymi ludźmi. Zaspokojenie wielu naszych osobistych, nawet najbardziej egoistycznych potrzeb jest możliwe tylko poprzez interakcje społeczne. Aby interakcje prowadziły do celów zakładanych przez ich uczestników, korzyst-ne jest,'by przebiegały sprawnie i; bez zakłóceń.; Sprawność przebiegu interakcji zależy natomiast w dużym stopniu od jakości porozumiewania się.

Żeby porozumienie między osobami było skuteczne, muszą one rozumieć wzajemnie system znaków (np; język), którym się posługują. Ale nie zawsze rozumienie języka oznacza pełne zrozumienie konkretnego komunikatu.

Ten sam układ sygnałów może przybierać różne znaczenia, zależnie od interpretacji, jakiej dokonuje odbiorca, ale nadawca może uczynić swój komunikat bardziej jednoznacznym poprzez wyposażenie go w wyrazisty sygnał, ukierunkowujący interpretację. Tak jak opatrzenie abstrakcyjnego obrazu określonym tytułem ukierunkowuje jego interpretację, tak i „zatytułowanie" swojego zachowania poprzez wyrazisty gest, ekspresję emocjonalną, materialny rekwizyt,; wypowiedź słowną itp. ukierunkowuje jego interpretację u partnera interakcji. Nie zawsze „normalne" wypowiedzi, jakie kierujemy i odbieramy od innych, są tak zbudowane, że widoczny jest ich „tytuł", wskazujący, „o co chodzi". Kiedy myślimy w samotności („rozmawiamy sami ze sobą"), znamy „tytuły" swoich opowieści. Kiedy jednak chcemy przekazać je innym, często musimy zadbać o to, aby „tytuł" był widoczny również i dla nich. Bywa to zazwyczaj, choć nie zawsze, korzystne dla usprawnienia porozumiewania się i — w konsekwencji — zwiększa efektywność interakcji.

Jednym z powodów, dla których ludzie zachowują się inaczej „prywatnie" niż podczas interakcji z innymi jest dbałość o „nadanie tytułu" swoim komunikatom i całej interakcji. W kontaktach z innymi ludźmi modyfikujemy swoje zachowanie .tak, aby było ono bardziej komunikatywne i bardziej czytelne. Sprzyja to: zrozumieniu naszych komunikatów, tak jak nadanie tytułu opowiadaniu, obrazowi, rzeźbie czy symfonii; czyni je bardziej zro-zumiałymi, sugerując sposób percepcji i interpretacji strumienia informacji.

Konsekwencją dążenia do zwiększenia zrozumiałości i komunikatywności jest „przerysowywanie" i „teatralizacja" tych zachowań, które mają coś zakomunikować partnerowi interakcji. , Gdy partner jest nam nieznany, a interakcja dopiero się zawiązuje, działamy tak, aby szybko i wyraźnie „zdefiniować" nasze rozumienie sytuacji. Często dzieje się. to bez słów. „Definiujemy" sytuację poprzez tó JAK mówimy (głośno-cicho, szybko-wolno, zniżając-podwyższając tonację itp.) i JAK się przy tym zachowujemy (utrzymujemy kontakt wzrokowy lub nie, uśmiechamy się lub nie, rozkładamy ręce w geście powitania lub trzymamy je w kieszeniach itp.),' Oczywiście, ważne jest również CO mówimy i robimy (strofujemy lub chwalimy partnera, atakujemy go lub chronimy itd.).

W ten sposób przedstawiamy partnerowi naszą „ofertę" dotyczącą interakcji: przyjaźń-walka, praca-zabawa, partnerstwo-dominacja, zdyscyplino-wanie-„łuz" itp.
Integralną częścią definiowania sytuacji jest również „przedstawienie siebie", pokazanie jakiego rodzaju osobą jesteśmy (będziemy lub pragniemy być w danej sytuacji), jakich relacji życzymy sobie w kontakcie z partnerem, jakiego traktowania z jego strony oczekujemy etc. Owe „definicje" (sytuacji i siebie) nie powstają w społecznej próżni. Osoby zaangażowane w interakcję uwzględniają w tych procesach własne pragnienia i możliwości, jak również (spostrzegane) właściwości partnera interakcji, sytuacji w jakiej ona przebie-ga, norm i obyczajów obowiązujących w danym społeczeństwie itp. Nie musi to być proces zaplanowany i świadomie „wydeliberowany". Pewne cechy sytuacji (jak i „stan umysłu", np. nastrój, nawyki, stopień ustrukturowania i „wytrenowania" pewnych programów działania) sprawiają, że niektóre frag-menty czy obszary naszej tożsamości zostają zaktywizowane i one przede wszystkim determinują sposób widzenia i definiowania przebiegu interakcji, a w konsekwencji — zachowanie.

Każda z osób uczestniczących w interakcji przystępuje do niej z jakimiś oczekiwaniami i celami. Istotą interakcji jest jednak współzależność; aby osiągnąć swoje cele, każdy z uczestników musi uwzględnić również cele innych osób w nią zaangażowanych. Dlatego niezmiernie istotne jest moż-liwie szybkie porozumienie co do charakteru czy „stylu" interakcji oraz ról, jakie chcieliby w niej odgrywać poszczególni uczestnicy. Jedną z podstawowych funkcji zachowań autoprezentacyjnych jest właśnie negocjowanie tego typu ustaleń. Nie zawsze proces ten przebiega płynnie i bez zakłóceń. Niekiedy definicje sytuacji i swojej w niej roli oferowane przez uczestników interakcji są wzajemnie sprzeczne czy konfliktowe, co prowadzi do rozpętania „autoprezentacyjnej walki", może też dochodzić do nieporozumień. Najczęściej jednak zachowania te ułatwiają szybkie zawarcie „transakcji" określającej charakter i przebieg danej interakcji, możliwej — przynajmniej w ogólnych zarysach — do zaakceptowania przez uczestników.
Istotą działań autoprezentacyjnych jest więc, realizowane świadomie („wydeliberowane") bądź automatycznie, ukazywanie innym (partnerom in-terakcji) określonej wersji JA (tożsamości), dostosowanej do celów i oczekiwań aktora, odzwierciedlonych przez niego celów, oczekiwań i innych cech partnera interakcji oraz charakteru samej interakcji. Działania te sprzyjają płynności oraz sprawności przebiegu interakcji społecznych poprzez stwo-rzenie „w oku" obserwatora określonego wizerunku własnej osoby.

Zazwyczaj publiczny wizerunek oferowany partnerowi interakcji „mieści" się w szerokich ramach tożsamości (JA) autoprezentera, a autoprezenta-cja polega na selektywnym ujawnianu i/lub ukrywaniu odpowiednich frag-mentów swojej tożsamości. W kulturze europejskiej niezmiernie popularna jest metafora „maski".

Widoczne jest to w także w psychologii. Nie sięgając daleko, przypomnijmy, że termin „osobowość" ma swą genezę w greckim „persona", co pierwotnie oznaczało maskę używaną w antycznym teatrze, wyrażającą typ, charakter czy też tożsamość przedstawianej postaci. Metafora maski wydaje się szczególnie kusząca dla opisu zjawiska autoprezentacji, toteż jest w tym kontekście powszechnie używana (np. Dymkowski, 1996). Współczesne poglądy na istotę procesu kierowania wrażeniem (szczególnie Schlenker, 1980; Schlenker i Weigold, 1989; Schlenker i wsp., 1996) wydają się jednak odstawać od metafory maski, przynajmniej w jej potocznym znaczeniu.

Maska (przyjmuję teraz potoczne rozumienie) jest czymś stabilnym i „sztywnym", co można przywdziewać względnie niezależnie od rysów posiadanej „prawdziwej" twarzy. Maska jest również czymś obcym, zewnętrznym wobec twarzy osoby. Stąd też metafora autoprezentacji jako procesu „przywdziewania masek" sugeruje, że publiczne wizerunki swojego JA oferowane innym są (mogą być) całkowicie odrębne od „prawdziwej tożsamości". Osoba dojrzała może (w znaczeniu dosłownym) założyć maskę młodzieńczą, a młodzieniec maskę mężczyzny w sile wieku. Osoba „anielsko uczciwa" może założyć maskę gangstera i odwrotnie. Tymczasem współczesne teorie autoprezentacji podkreślają jej „zasadniczą autentyczność" , co oznacza, że publiczne wizerunki oferowane partnerom interakcji nie są zbyt odległe od treści „autentycznego JA" (por, Leary i Kowalski, 1990; Schlen-ker, 1980; Schlenker i Weigold, 1992)20. „Prywatne" wyobrażenie (a ściślej: reprezentacje i wyobrażenia — w liczbie mnogiej) własnej osoby jest bo-wiem podstawowym wyznacżnikiem procesu kierowania wrażeniem, określa „horyzont" potencjalnych, psychicznie dostępnych publicznych (auto)wizerunków jednostki, jak i środków ich realizacji. Podobieństwo — prezentowanych innym — publicznych wizerunków własnej osoby do „autentycznego JA" jednostki jest dodatkowo zwiększane poprzez to, że związki między JA i autoprezentacją są obustronne. Nie tylko JA wpływa na sposób autoprezen-tacji, ale również dokonanie określonej autoprezentacji zwrotnie modyfikuje JA (por. Dymkowski, 1996; Rhodewalt i Agustsdottir, 1986; Schlenker i Trudeau, 1990). Sprawia to, że najprawdopodobniej rzadko mamy do czynienia z rzeczywistym autoprezentacyjnym „kłamstwem". Publiczne wizerunki oferowane innym mieszczą się najczęściej w granicach „autentycznego JA", mimo że różne audytoria mogą oglądać nieco inne wizerunki tej samej osoby. Wydaje się, że z taką sytuacją mamy do czynienia zawsze wtedy, gdy autoprezentacja (autoidentyfikacja) ma charakter automatyczny (background mode).

Zachowania autoprezentacyjne polegają najczęściej na odpowiednim ujawnianiu (prawdziwych) informacji o własnej osobie, które ma doprowadzić audytorium do określonej opinii o autoprezenterze. Jednostka selektywnie ujawnia pewne obszary JA w sposób dostosowany do aktualnych warunków: własnych dążeń dotyczących zysków i kosztów, spostrzeganych oczekiwań audytorium, charakteru interakcji, systemu wartości czy kompetencji (własnych i partnerów interakcji). Jak metaforycznie stwierdza Schlenker, przypomina to proces pisania artykułu. W zależności od dopuszczalnej objętości tekstu, przygotowania i oczekiwań potencjalnego czytelnika itp. autor musi odpowiednio zredagować posiadane informacje, aby były „widoczne" i zro-zumiałe. Podobnie i ludzie w codziennym życiu muszą odpowiednio „redagować" informacje o sobie, aby były czytelne i zrozumiałe dla otoczenia.

Przy takim rozumieniu autoprezentacji lepszą jej metaforą niż „maska" wydaje się „poza" lub „mina". Istotą zachowań autoprezentacyjnych jest bowiem raczej „drapowanie twarzy" tak, aby sprawić na odbiorcy odpowiednie wrażenie, niż „przywdziewanie masek". „Drapowanie" (pozostając przy metaforze „miny") dokonuje się przy wykorzystaniu środków, jakie oferuje własna, autentyczna twarz (czyli tożsamość aktora). Czynność ta może zmieniać wyraz twarzy, niekiedy nawet (na zasadzie nawyku i prawa efektu) „na zawsze", ale jest to nadal ta sama twarz, choć inaczej wyglądająca i sprawia-jąca nieco inne wrażenie na odbiorcy.

Niewiele odbiega to od „prywatnego samopoznawania", czy też — pozo-stając przy metaforze twarzy — samotnego przeglądania się w lustrze.  Rónież i w tej sytuacji (prywatnej) dostępna jest nam (tylko) pewna „wersja" tożsamości, tak jak podczas przeglądania się w lustrze widzimy swą twarz „udrapowaną" w jakiś wyraz czy minę. Efektem przeglądania się w lustrze jest więc ujrzenie jednej z „wersji" wyglądu naszej twarzy.

Niezależnie od tego, czy widownią są inni ludzie, czy też jednostka sama przygląda się sobie, nie może w jednym akcie poznawczym ogarnąć i wyrazić w pełni całego bogactwa swojej tożsamości, tak jak w danym momencie nie można ujrzeć w lustrze swojej twarzy wyrażającej jednocześnie radość, smutek, złość i nadzieję. Zarówno w prywatnym „samopoznaniu", jak i publicznej autoprezentacji ujawniamy więc tylko pewne fragmenty (wersje) tożsamości, dopasowane do dominujących w danej sytuacji celów naszego działania.

Andrzej Szmajke
Autoprezentacja
Maski, pozy, miny

Świat Tacyta

 (...)

Taki był świat, kiedy żył, myślał i pisał — bo zdaje się, niewiele działał — Korneliusz Tacyt. Żywot jego upłynął między dwiema datami znanymi w przybliże­ niu: 55/56 i ok. 120. Ujrzał świat za Nerona, zmarł za Hadriana. Oglądał więc jako dziecko ostatnie lata dy­ nastii julijsko-klaudyjskiej. Wchodząc we wczesne młodzieńcze lata przeżył dwuletni mniej więcej okres wojny domowej, kiedy wojska pograniczne "odsło­niły wielką tajemnicę imperium". Najlepsze, ale nie wolne od niebezpieczeństw i grozy lata jego młodości i wieku męskiego przypadły na panowanie dynastii Wespazjana, którą zwiemy flawijską, wiek dojrzały i pogodna starość — na epokę przyjaznej współpracy senatu z cesarzem, „kiedy można było swobodnie my­śleć i myślom swym dawać głośny wyraz". Współ­cześni mu to wśród pisarzy Pliniusz Młodszy, wśród biografów Swetoniusz i Plutarch. Z Pliniuszem się przyjaźnił, Swetoniusza trochę protegował; nie wiado­ mo, czy spotkał się osobiście z Plutarchem, uroczym i łagodnym piewcą starej cnoty obywatelskiej czło­wiieka śródziemnomorskiego.

Dzieje Tacyta i Żywoty Plutarcha łączą się częścio­wo tematami, choć oglądanymi z różnych punktów. Tacyt mówi o krótkich, tragicznie zakończonych rzą­dach cesarzy Galby i Othona, Plutarch podaje ich ży­ciorysy i charakterystykę sprzęgając obu, nie wiado­mo dlaczego, z perskim królem Artakserksesem.

Oba pomnikowe dzieła Tacyta, tj. Dzieje i Roczniki, poświęcone są dziejom pierwszego stulecia cesarstwa (zaczyna je od ostatnich chwil Augusta), które Tacyt słusznie dzieli na dwa okresy przedzielone zamętem wybuchłym po śmierci Nerona. W okresie pierwszym istniał jeszcze senat w takim składzie, w jakim go chciał widzieć August; w okresie drugim senat, w któ­rego gronie znalazł się młodociany Tacyt, był już se­natem cesarzy flawijskich. Ostatni dwaj cesarze, któ­rych oglądał (Trajan i Hadrian), nie byli z pochodze­ nia Italikami. Tacyt dożył być może czasów, kiedy Ha­drian odebrał kierownictwo centralnych biur cesar­skich wyzwoleńcom, by powierzyć je ekwitom — ry­cerzom. Nie pałał i do nich Tacyt szczególną miłością, ale z pewnością wołał ekwitów od wyzwoleńców, tak niedawno jeszcze ku jego oburzeniu wyróżnianych ozdobami mężów konsularnych (ornamenla consularia — bo wyzwoleniec nie mógł być senatorem, a tym bardziej konsulem).

Tacyt patrzy na świat okiem Rzymianina z Rzymu, na Rzym i dzieje rozgrywające się w murach stolicy patrzy okiem senatora. Maluje obraz rzeczywistości taki, jakim go widzi. W niejednym obraz ten będzie jednak od wzoru odbiegać. Przez usta Tacyta przemawia kompleks posągowego starorepublikańskiego senatora, jakiego wyidealizo­waną postać w złotym wieku sobie wyobrażano. Tacyt jest tym kompleksem przejęty tak na wskros, że nie można uniknąć pytania, czy to jest przysłowiowy kompleks neofity, czy też odziedziczony po długim łań­cuchu pokoleń. Republikanizm dziejopisarza jest szczególniejszej natury. Odebranie ludowi prawa wyboru magistratów nie wywołało u Tacyta niezadolenia; zwalniało to bowiem senatorów od pieniężnych wydatków i poniżających próśb o głosy. Zwiększało ich zależność od pryncepsa, ale w okresach kiedy między Pryncepsem a senatem panowała zgoda, kandydaci cesarza byli także kandydatami senatu. W każdym razie za najgorszych czasów republiki nikt by się świętokradczo nie porwał na odbieranie ludo­wi prawa obsadzania magistratur.

O osobie Tacyta posiadamy tylko niepełną garstkę luźnych wiadomości, przeważnie mimochodem poroz­rzucanych po jego pismach. Dzieło jego przypomina dzisiaj majestatyczny stary dąb stojący samotnie na pustej polanie. Nie było tak zawsze: dąb rósł długie lata w gąszczu — może w cieniu — drzew sobie rówieśnych. Tacytowi nie brakło poprzedników i współ­czesnych, którym sam wystawił świadectwo, że byli clara ingenia, choć niejednokrotnie pisywali w innym niż on duchu. Wpływała na nich ira lub studium. Po­zostawali w czyjejś służbie, podczas gdy on nikomu innemu służyć nie chciał, jak tylko własnemu zdaniu i własnej namiętności. Kimże był zatem ów Korneliusz Tacyt, największy i ostatni z wielkich historyków piszących po łacinie?

Zacznijmy od tego, że nie znamy jego imienia (Publiusz? — prawdopodobnie Gajusz). Jego gentilicium: Korneliusz nie wyjaśnia nam wszystkiego. Kusi, by widzieć w nim potomka bocznej gałęzi patrycjuszowskiego rodu Korneliuszy, który wydał Scypionów, Sullę i może (co mniej pewne) Cynnę. W tej bocznej, mniej świetnej gałęzi spotyka się cognomen Tacitus (=milczek). Ale samo cognomen nie jest miarodajnym świadectwem przynależności do gens Cornelia. Pojawia się przy nazwiskach ludzi nie należących do tego rodu. Nie dosyć na tym. Przed stu pięćdziesięciu laty dyktator Sulla wyzwolił był dziesięć, czy nawet pięt­naście tysięcy niewolników, którzy przez to samo stali się Korneliuszami i mieli pięć pokoleń czasu, by się rozmnożyć. Odtąd gentilicium Korneliusz stało się czymś w rodzaju określenia gatunku. Przysługiwało nieprzeliczonym zastępom centurionów. Korneliuszem był np. ów setnik, który aresztował młodego Cezara ukrywającego się przed gniewem Sulli, lecz ułagodzo­ny datkiem dwu talentów, pchnął dzieje świata na inne tory. Dzieje Apostolskie znają też setników tego imie­nia.

Nie ustalono też bezsprzecznie, kto był ojcem dzie­jopisarza. Przypuszcza się, że był nim niejaki Cornelius Tacitus, prokurator cesarski w prowincji Galii, dziś belgijskiej. Jeżeliby tak było w istocie, dziejopi­sarz byłby się urodził w stanie rycerskim, podobnie jak wielki mówca Cyceron. Ale gdy Cyceron mówi o sta­nie rycerskim z dumą i miłością i arcyczęsto o nim jako o swojej macierzy wspomina, to nie odnosi się wraże­nia, by Tacyt miał ten stan szczególnie czcić i miłować.

O ludziach, którzy byli „tylko rycerzami”, wyraża się zwykle dość lekko. Honores mutant mores. W każdym razie stan, z którym Tacyt czuje więź serdeczną, któ­rego samopoczucie i pychę podziela, to wyłącznie stan senatorski, z zespołem mężów konsularnych na czele. (Prawda, że i Cycero dostawszy się na szczyty czuł się swojo tylko wśród konsularów.)

Ojciec Tacyta, choć „tylko” rycerskiego stanu, mógł, ale nie musiał być patrycjuszem, za jakiego pragnęliby go uważać niektórzy historycy. Takim Korneliuszem-ekwitą był przecie prefekt Egiptu za czasów Augusta, Korneliusz Gallus, może rzeczywiście z galijskiej ro­dziny pochodzący, a może po prostu „kogut”.

Teściem Tacyta, zawdzięczającym mu swój życio­rys, był znakomity wódz, zdobywca Brytanii, Juliusz Agrykola. Matka jego też się z jakichś Juliuszów wy­wodziła. Znaczyło to tylko, że Cezar lub jego adopto­wany syn August, albo również adoptowany wnuk Tyberiusz nadali jednej lub drugiej galijskiej rodzinie rzymskie obywatelstwo. Potomkowie tak nadanych wspinali się nieraz wysoko po szczeblach dostojeństw. Tacyt nie bez goryczy wspomina, że wśród kolegów widzi większość (tu zapewne przesadza), którzy się od niezbyt dawnych wyzwoleńców wywodzą.

Miał ponoć Tacyt — ale nie jest pewne nad wszelką wątpliwość — sprawować w ciągu swej kariery, długiej i świetnej, m. in. urząd trybuna plebsu. Dostojny ten urząd, przysypany pyłem wieków, lecz za pryncypatu pozbawiony politycznego znaczenia, bo to skupił w swym ręku cesarz — był dla patrycjuszy niedostępny. Ponieważ młodzi ludzie senatorskiego stanu niechętnie się o ten urząd ubiegali, cesarz Au­gust udostępnił go rycerzom-ekwitom, pozostawiając im do wyboru, czy po jego sprawowaniu zechcą po­ zostać w senacie, czy też powrócić do stanu rycer­ skiego.

Nie wiadomo, czy Tacyt rzeczywiście służył woj­skowo. Militia obowiązywała młodzieńców stanu se­natorskiego i rycerskiego. Ale cesarz był wszechmoc­ny; mógł dziewicy-westalce przyznać przywileje przy­ sługujące matce trojga dzieci. Łaska cesarska pozwa­ lała nieraz odsłużyć „milicję” w jakimś biurze.

Z pism Tacyta można łatwo poznać, że bogowie nie wyposażyli go w talenty strategiczne. Nie wydaje się też, by kiedykolwiek prowadził choćby szczupły za­stęp do walki. Jego opisy bitew są przeważnie mdłe, nawet tych, o których przebiegu mógł się był dokład­nie od Agrykoli dowiedzieć. Obejść się bez nich nie mógł, bo nie ośmieliłby się nie opisywać bitew żaden historyk antyczny. Opisy Tacyta przypominają wy­pracowania przodujących uczniów szkoły średniej — są banalne. Zupełnie inne struny drgają w jego głosie, gdy mówi o posiedzeniach senatu lub o przebiegu procesów politycznych.

Mimo to można przypuszczać, że Tacyt rzeczywiście bodaj przez jakiś czas zetknął się z życiem wojsko­wym. Tchnie bowiem przeżyciem własnym i szczero­ścią abominacja, z jaką się wyraża o wojsku rzym­skim swoich czasów. Nazywa je zlewiskiem ścieków z czterech stron świata. Sądu takiego nie wyda nikt piszący sine ira. Nie wyda go dzisiejsza historiogra­fia. Żołnierz rzymski I i II wieku dokonał wielu pamięci godnych dzieł bojowych, poniósł orły swoje aż do granic Szkocji, przekroczył Dunaj i dotarł do Ty­grysu; nie ujarzmił Germanii, ale odpowiedzialność za to obarcza zalecenie Augusta, by zadowolić się gra­nicą Renu. Żołnierz tej epoki wykonał własnymi rę­ kami wiele prac użyteczności publicznej, jak osusza­nie bagien, uspławnianie rzek, budowa dróg, osadni­ ctwo itd.

O współczesnej sobie armii pisze Tacyt z wyniosłą nienawiścią. Inna zupełnie jest jego postawa, gdy ma na myśli armię sprzed pół wieku, której osobiście znać nie mógł, ale o której wiele czytał i słyszał. W chwili, gdy po śmierci Augusta opanował rządy Tyberiusz, zbuntowały się dwie najważniejsze armie cesarstwa — legiony naddunajskie i nadreńskie. Ta­cyt nie pochwala buntu jako takiego, wykazuje jed­nak zrozumienie i współczucie dla ciężkiej doli żoł­nierskiej, nie usiłuje zataić krzywd, jakie spotykały tych weteranów nieraz bezzębnych, służących po dzie­sięć i dwadzieścia lat dłużej, niż byli obowiązani, któ­rym państwo nie dotrzymywało przyrzeczeń, dla od­prawy których — przez zapomnienie czy niedbal­stwo — skarb nigdy nie miał pieniędzy.

Żołnierz tej epoki, tak jak go rysuje Tacyt, był prostaczy i przesądny, nerwowy i gwałtowny, nie pozba­wiony jednak stron szlachetnych i wzruszających. Gdy w czasie buntu Agrypina, małżonka naczelnego wodza, opuszcza obóz, bo nie czuje się w nim bez­pieczna, żołnierze popadają w rozpacz, boli ich posą­dzenie, że mogliby wyrządzić krzywdę kobiecie; ma­ łym dzieciom. Po kilkunastu dniach wzburzenia powracają do służby i błagają, by ich poprowadzić na wroga, bo chcą własną krwią zmyć hańbę rokoszu.

Duszę żołnierza tej epoki łączą z Rzymem, tj. Z civitas Romana, więzy nierozerwalne; nie kocha on wprawdzie senatu bo to w jego pojęciu jakaś anonimowa cywilna władza mało przychylna żołnierzowi, oburza się jednak na myśl, że mogą mu przysłać do­wódców nie wywodzących się z grona wielkich nobilów. Legiony tej epoki złożone są z Italików — oby­wateli niewątpliwych; żołnierze są dziećmi rzeczypospolitej.

W swej opowieści o buncie Tacyt pozostawił po­tomności podobiznę podoficera wszystkich czasów trwalszą od spiżu, jak twardszą od spiżu jest psychika sierżanta, niezmienna w doskonałości godnej platoń­skiej idei. Zgoła odmienny jest skład legionów w dwa pokolenia później.

August rozstawił wojska obręczą wzdłuż linii gra­nicznej, czyli jak tylko mógł najdalej od Rzymu. Uzu­pełnianie szeregów drogą poboru spośród ludności Ita­lii napotykało na coraz większe przeszkody. Pax Ro­mana sprawiła, że ludność Italii zatracała ducha wo­jennego. Jedynie dwa najwyższe stany pełniły służbę wojskową. Prawo zabraniało legionistom pojmowania żon w iuslum matrimoniuni, masowe przesiedlanie ko­biet z Italii na kresy nie było do pomyślenia. Żołnie­rze z konieczności brali kobiety miejscowe nie za żony, ale za towarzyszki życia. Tak exlra nuplias zro­dziło się mnóstwo dzieci nie mających żadnego oby­watelstwa, bo nie należały do żadnego z narodów i plemion prowincji. Powstał odrębny „gatunek" ex caslris — dzieci obozu. Młodzieńcy należący do tej warstwy wstępowali tłumnie do legionów, zajmowali miejsce swych ojców, chcąc korzystać z przywilejów związanych ze stanem żołnierskim. Przyjęło się do­mniemanie prawne, że każdy legionista jest obywa­telem rzymskim. W chwili, gdy kończył służbę, nale­żała mu się missio honesta oraz nienagannie wysta­wiony i opieczętowany dyplom obywatelstwa. Miał też prawo — jeżeli chciał — poślubić wierną towa­rzyszkę życia i trudów. Otrzymywała tytuł uxor i sta­wała się Rzymianką.

W miarę jak upływały lata i dziesięciolecia, odsetek urodzonych urodzonych w Italii zmniejszał się stale: zmieniał się też etnograficzny skład wojska. Matki i babki były to Galijki, Ilirki, Berberki i Syryjki za­leżnie od prowincji, w których poszczególne legiony zapuściły korzenie. Koszarowa łacina, jaką się w woj­sku posługiwano, poczęła podlegać różnym przemia­nom na miejscu postoju. Poszczególne armie stawały się sobie coraz bardziej obce. Obcymi też stawała się legionom Italia i Rzym, od dwu lub trzech pokoleń nie oglądany. Leżał on w nieokreślonej sinej dali, aż przy­ chodził dzień, w którym zbuntowany dowódca naka­zał pochód na zdobycie Rzymu. Żołnierze szli ochot­nie; obiecywano im, że dojdą do ziemi, gdzie rodzi się pszenica, oliwa i wino, że zdobędą miasto pełne niesłychanych bogactw zwiezionych z najdalszych krańców świata. Germańskie legiony Witeliusza nagrabiły się w Rzymie do syta i do znużenia. Jedynym łącznikiem tych żołnierskich organizmów z państwem pozostawali dowódcy, mianowani i przysyłani z cen­trali. Za złotego wieku cesarstwa, póki cesarzem był słynny wódz Trajan, albo wybraniec senatu otoczony taką powagą jak Antoninowie, legaci — wchodzący sami w skład senatu i powracający następnie do Rzy­mu — nie myśleli o buncie. Wstrzymywała ich od ta­kiej myśli jej niewykonalność, ale więcej jeszcze pew­ne poczucie stanowe i patriotyzm zapatrzony w dawny Rzym. Gdy dowództwa dostaną się w ręce np. Afrykańczyków pochodzenia kartagińskiego, którzy nie mieli powodów do kochania dawnego Rzymu, a upra­wiali kult Hannibala, względy na Urbs i senat prze­staną krępować dzierżycieli miecza.

Nie wiemy, gdzie Tacyt ujrzał światło dzienne, byc może, że na północ od Alp. Pewne jest natomiast, że niemal całe swoje długie życie spędził w stolicy, opuszczając ją tylko z konieczności, o ile tego wymagała jego na wskroś cywilna kariera (był przez pe­wien czas namiestnikiem Azji Mniejszej). Nieobecności jego nie przekraczają łącznie 5—6 lat. Germanii, której opisu dokonał z takim mistrzostwem i autoryte­tem — w ogóle nie oglądał. Dlatego, być może, tyle dobrego o niej napisał. Zgoła inny obraz i kraju, i lu­dów pozostawił Wellejusz Paterkulus, który się w Germanii sporo nawojował i poznał ją od Renu do Łaby. Jego zdaniem, Germanie są to istoty dwunogie, mające tylko zewnętrzną powłokę człowieka, a z in­nych znamion ludzkich jedynie rozwiniętą do szczy­tów kłamliwość.

I wedle Tacyta Germania jako kraj nie jest ponętna. Nie może jej bagien i borów miłować nikt, kto się gdzie indziej urodził, trudno przywyknąć do owsia­nego „wina". Kochać tę ziemię może chyba tylko ten, komu jest ona ojczyzną (...nisi pallia sil). Tacyt — mo­ralista bolejący nad nadmiernym zurbanizowaniem kwirytów, tak niepodobnych do pokoleń, które zdep­tały Hannibala — przeciwstawia zdrową, choć nieda­leką od zwierzęcej naturę barbarzyńców żyjących wśród pól zwyrodniałej i niedołężnej naturze człowie­ka cywilizowanego; nie pozostanie w tym samotny i jak miał niejednego poprzednika, tak znajdzie wielu naśladowców aż po wiek XVIII. Germanii jednak nie pisał jedynie Tacyt-kaznodzieja liczący na zbudowa­ nie czytelnika, nie cofający się przed powtarzaniem powszechnie znanych komunałów. Pisał ją Tacyt-mąż stanu, którego zaniepokoiło groźne zjawisko — bez­płodność dotychczasowych walk z Germanami. W Ger­manii zginęły legiony Warusa i Rzym po raz pierw­szy w swych dziejach wbrew wiekowej tradycji narodu pogodził się ze stanem rzeczy stworzonym przez klęskę, przez wroga, i to jakiego wroga! Przez spo­łeczności ludzkie, które nie wyrosły jeszcze poza sta­dium plemienne. Zwycięża się wprawdzie Germanów, powtarzają się niepokojąco tryumfy (...diu Germania vincilur), ale nic się nie zmienia. Polityka wiecznie obronna nie doprowadzi do zwycięstwa. W stosunku do Germanów Rzym nie stoi własną siłą, chroni go wewnętrzna waśń wrogów. Co będzie, jeżeli się kiedyś Germanie zjednoczą? Trudno osądzić, czy te obawy Tacyta zrodziły się z jasnowidztwa poety czv z beznamiętnej rachuby męża stanu. Germanie nigdy się wprawdzie nie zjednoczyli, ale z Germanii przyszły jedne po drugich najazdy, którym Rzym w końcu nie mógł sprostać. Nie mógł dlatego, że ugiął się pod wra­żeniem klęski, że zabrakło mu energii, która by umożlwiła odzyskanie granicy na Łabie.

Wykształcenie otrzymał Tacyt cywilne; uczęszczał za młodu na naukę do najsłynniejszych i najsowiciej opłacanych mistrzów wymowy. Uprawiał później jako adwokat tę sztukę, w jego czasach zarówno niezbędną, jak i nieprzydatną. Niezbędną, bo przed sądem trzeba się było popisywać nie tyle znajomością prawa, ile gładko utoczonymi periodami, które by dzisiejszych sędziów wyprowadziły z równowagi. Nieprzydatną, bo polityczną wymowę „spacyfikował" był cesarz August, a wyniki rozpraw w senacie wiadome były już z góry, chyba że chodziło o rzecz bez znacze­nia.

Dzięki swym mistrzom wiedział Tacyt, jak należy mówić, a także, jak mówić nie należy; bolał, że elo­kwencja, która tyle chwały przysporzyła dawnym Rzymianom, przerodziła się w akrobatyczną sztukę przelewania z pustego w próżne, że stała się niby „miedź brząkająca i cymbał brzmiący. Na szczęście nie zatracił siły swego stylu. Język jego góruje nad Salustiuszowym, na którym się Tacyt w swoich po­czątkach wzorował. Przemawia on zdaniami krótkimi, nie słowami, lecz myślą, plastyczną jak samo widzenie. Wypowiedzi jego przypominają rzeźbę wybitą w brązie krótkim uderzeniem młota. Bywa, że wypo­wiedź Tacyta to piętno wypalone rozżarzonym żelazem, nie dające się zetrzeć. Wiele z nich należy uznać za sprawiedliwe. W zabójczych swych osądach nie zniża się Tacyt nigdy do poziomu ulicznego bruku, czego Cycero w polemice nie unikał. Nie poniża się do wyzwisk i wrzasków.

Po ojcu odziedziczył zapewne Tacyt spory majątek; cesarskim prokuratorom nietrudno było gromadzić oszczędności. „Kancelaria adwokacka", jaką prowa­dził, musiała mu też zapewniać spore dochody. Konsul Agrykola wiedział, że może spokojnie oddać córkę młodzieńcowi liczącemu sobie zaledwie 22 lata.

Niebawem cesarz Wespazjan zaliczył go w poczet senatorów. Taka godność była zaszczytna, ale bardzo kosztowna. Na ręce senatora patrzyły setki chciwych oczu. Ustawowe minimum majątku nie mogło podołać wymaganiom, tym bardziej, że część senatorskiego majątku musiała być umieszczona w ziemiach położo­nych w Italii, a te przynosiły niewiele. Wiedział coś o tym przyjaciel Tacyta, Pliniusz. Jak wiemy, Tacyt ochoczo wziął na swe barki ciężary związane z krze­słem. Unosił go zapał i nadzieja, że radą swą i wy­mową stanie się rychło podporą rzeczypospolitej. Cze­kał go niejeden dotkliwy zawód. Po ojcowskich rzą­dach roztropnego Wespazjana, po trzyletnich zale­dwie rządach Tytusa, zwanego „miłością i rozkoszą ludzkości", nastały długie tyrańskie czasy Domicjana (81—96), który wznowił walkę cesarza z senatem, po­szukując spiskowców nawet wśród najbliższych krew­nych. W miarę jak posuwało się panowanie, wzrastał terror. Domicjan nie pozbawił senatu jego uprawnień sądowych, udowodnił jednak, że prawo jest wobec siły bezbronne.

Wróciły czasy Tyberiusza i Nerona. Senatorowie żyli w nieustannej trwodze i milczeniu, pamiętając, że ściany mają uszy. Nastroje panujące w ostatnich latach Domicjana odzwierciedlają ostatnie rozdziały życiorysu, jaki Tacyt poświęcił swemu teściowi Agrykoli. Wspomnienia o drogich zmarłych służą zawsze ku ich pochwale. W tej poszedł Tacyt zbyt daleko, totez życiorys Agrykoli jest może najsłabszym z jego dzieł. Z zasłużonego wodza i zdaje się zacnego człowieka uczynił cos w rodzaju blaszanego bohatera i równie blaszany wzór starorzymskiej cnoty. Lecz w końcowych rozdziałach przemawia z głębi serca przepełnionego boleścią i buntem.

Zgon Agrykoli, który odsunięty przez cesarza zmarł w sile wieku, uważa Tacyt za łaskę zesłaną mu przez bogów: "Przedwczesny zgon przyniósł mu tę wielką pocie­chę, że uniknął owej schyłkowej epoki, w której Domi­cjan już nie w przerwach i odstępach czasu, lecz bez ustanku i jakby od jednego zamachu rzeczpospolitą wytrzebił. Nie widział Agrykola oblężonej kurii, obsta­wionego zbrojnymi ludźmi senatu, w jednej i tej samej rzezi pomordowanych tylu mężów konsularnych, tyle najdostojniejszych niewiast wygnanych na ponie­wierkę... Lecz potem nasze własne ręce zawlokły Helwidiusza do więzienia, nas to widok Mauryskusa i Rustykusa zhańbił rumieńcem wstydu, nas to krwią swoją niewinną obryzgał Senecjon. Nawet Neron od­wracał od zbrodni oczy; nakazywał je, lecz na nie nie patrzał. Tymczasem pod Domicjanem największą niedolą było nań patrzeć i być od niego widzianym w chwilach, gdy spisywano nasze westchnienia, kiedy do zapamiętania tylu pobladłych lic wystarczały te oczy o okrutnym wyrazie i ów bezwzględny rumie­niec, którym się (tyran) uzbrajał..."

Domicjan padł ofiarą zamachu. Szał radości, jaki ogarnął senatorów, znalazł wymowny wyraz w kore­spondencji Pliniusza. Możemy jednak zrozumieć uraz, jaki te czasy upodlenia i uczestnictwa w przelewie krwi niewinnej pozostawić musialy w duszy człowie­ka, który uważał się za następcę tych senatorów, ktorzy nieruchomi jak posągi siedzieli w bramach swych domów na krzesłach kurulnych, gdy Galowie zajmo­wali Rzym.

Uraz ten sprawił, że niejednokrotnie nie oddał Ta­cyt w swych osądach sprawiedliwości cesarzom, któ­rzy jako jednostki bywali okrutni, nikczemni lub błazeńscy, lecz jako władcy i rządcy oddali cesarstwu nieśmiertelne usługi. Do nich zaliczali się Tyberiusz, Klaudiusz, nawet Neron, nawet sam Domicjan. Praw­da, że dobrodziejstwa ich rządów odczuły przeważnie prowincje, o których Tacyt, jako „Rzymianin z Rzymu", nie zawsze pamiętał. Nie był bezstronny, ale i nie był nigdy świadomie niesprawiedliwy — jedno­ stronność jego sądów wypływała z wrodzonej pra­wości.

Długie stulecia uważały Tacyta za nieprzejednanego wroga ustroju monarchicznego i zakamieniałego wiel­biciela niemożliwej w jego czasach republiki. Uważ­ne czytanie jego pism doprowadza do innego wniosku. Wielki historyk nie zamykał oczu na wady, obłędy i zbrodnie republiki. Jako młody chłopiec oglądał prze­rażonymi oczyma wojnę domową po śmierci Nerona. Jako historyk i prawnik potępił ucisk i wyzysk pro­wincji. Jako arystokrata z instynktów nienawidził roz­krzyczanego ludowładztwa. Zdawał sobie sprawę z tego, że mieszkańcy Rzymu nie wychylając się poza jego ulice nie mogą rządzić rozumnie kilkunastu mi­lionami kilometrów kwadratowych. Mąż stanu nie goni cieniów, ani nie tworzy utopii; nie poszukuje ustrojów doskonałych i zadowala się najmniej złym, przynoszącym w danej epoce możliwie najlepsze wy­niki.

Za czasów Tacyta i w jego mniemaniu była nim jedynowładcza monarchia oparta o stojącą na wyso­kości swych obowiązków wielką radę, tj. senat, prze­siąknięty tradycją narodu. Nienawidzi większości ce­zarów, piętnuje ich obłędy i zbrodnie — ale czyż trzeba być fanatykiem lub tępym chwalcą minionego czasu, by potępiać matkobójstwo, by sądzić że wszystko da się usprawiedliwić nakazem racji stanu lub osobistym interesem panującego? Wybaczamy mu więc, że nienawidził szpiegów i donosicieli, że czuł obrzydzenie do tych współsenatorów, którzy oskarżali kolegow o nie dość gorące przywiązanie do cesarza, a potem prosili o obiecaną czwartą część majątku skazanego.

Pod koniec swego długiego żywota oglądał Tacyt taką właśnie przesiąkniętą duchem obywatelskim mo­narchię, jakiej pragnął. Dowiodła, że nie jest próż­nym marzeniem, że może spełnić pokładane w niej nadzieje. Spośród pięciu cesarzy dynastii julijsko-klaudyjskiej śmiercią bezspornie naturalną zmarł tyl­ko August; w wypadku Tyberiusza jest to wątpliwe, trzech pozostałych zabiła zbrodnia lub słuszna kara. Zginęło też trzech cesarzy wyniesionych przez wojsko po śmierci Nerona.

Zamordowany skończył i Domicjan. Natomiast w okresie tzw. złotego wieku cesarstwa wszyscy pa­nujący zmarli śmiercią naturalną, a panowanie ich objęło okres sześciu pokoleń. Cesarze złotego wieku nie mieli władzy większej niż ich poprzednicy, czynili z niej jednak inny niż oni użytek. To wystarczyło, by zmienić charakter rządów. Nie sama fatalność i działanie sił mechanicznych rzą­dzi światem — rozum ludzki, wola człowieka i jego charakter są też współczynnikiem dziejów. Od senatu Tacyt wymagał, by czuł się kontynuatorem wielowie­kowej tradycji narodu. Świadomy był, że współcześni mu nobilowie nie są cielesnymi potomkami nobilow z czasów drugiej wojny punickiej. Ale dziedziczy się nie tylko krew i galerie portretów; można dziedziczyć ducha wielkich epok dziejowych i duszę przewodnich w dziejach narodu postaci, można się z nimi zespolić duchowo. Takiego dziedzictwa pożądał Tacyt dla siebie i dla warstwy, która go wchłonęła. Los mu po­szczęścił: na stare lata oglądał Tacyt rządy Trajana, najlepszego z rzymskich cesarzy, który zdobywszy pryncypat zasługą, zapragnął zerwać ze skazaną na ostateczną klęskę polityką biernej defensywy. Mogło się przez chwilę wydawać, że w starzejący się Rzym wstąpił jakiś duch odmładzający. Dożył Tacyt „owej nieczęstej w dziejach ludzkich szczęśliwości", za któ­rą przez całe życie tęsknił, którą pracą kilkudziesięciu lat przyzywał. Umierał jako vir consularis. Mało komu bywa dane doczekać jesieni tak promiennej.

Słońce Rzymu zatrzymało się u szczytu; skłon ku za­ chodowi był tak nieznaczny, że oko ludzkie nie mogło go dostrzegać. Poeci mówili o wieczności Rzymu, o nie­ zmierzonym majestacie pokoju okrywającego skrzyd­łami cały rodzaj ludzki. Jednolita duchowo dwujęzycz­na cywilizacja nie napotykała w swym powol­nym, wszechogarniającym pochodzie na poważniej­sze opory. Coraz głębiej wrastała w dusze owa romanizacja Sródziemnomorza, patriotyzm bierny, ale szczery.

Jak brąz powstaje z miedzi i cyny, tak powstał on ze składu i stopu lojalizmu i wygodnictwa. Ce­sarstwo niczego więcej nie wymagało; wydawać się mogło, że takie spoidło po wiek wieków wystarczy. O resztę troszczył się cesarz i żołnierze ex castris.

Cesarstwu nie groziły żadne siły, które by mogły niepokoić kierownicze koła. Granice jeżyły się od za­meczków i częstokołów; ani od Partów, ani od Daków nie groziło niebezpieczeństwo. Pozostawała Germania, na razie mgławicowe kłębowisko. Tylko prorocy-czarnowidze przeczuwali, że może kiedyś przyjść zguba zza Renu. Z prawego brzegu przychodzili barbarzyń­cy, zgłodniali i pokorni, prosząc o kawałek roli i pa­stwiska. Osadzano tych „litów" z obowiązkiem do­starczania szeregowych do „posiłków" dowodzonych przez rzymskich centurionów. Walczyli, z kim im ka­zano, chętnie i wiernie, byli zaprzysiężonymi wojow­nikami cesarza, nie wahali się przelewać krwi Germa­nów, których wcale za pokrewnych sobie nie uważali.

Pojawiła się i rosła od niedawna — nie za granicą już ,,lecz wewnątrz imperium, nawet w murach „Miasta — siła do wczoraj jeszcze nie zauważona, a i te­raz nie znana, siła niezrozumiała i nieuchwytna. Wy­czuwano jej obcość, budziła odrazę; chciano ją obez­władnić, zasypać jej źródła. Istoty jej poznać nie zdo­łano, ale poczęto doświadczać, że siły tej nie da się zabić mieczem, ani zadusić administracyjnym zarzą­dzeniem.

Siłą tą było chrześcijaństwo; zasiano je za panowa­nia Tyberiusza cezara niby drobne ziarno w Palesty­nie i rozkrzewiło się zdumiewająco szybko we wszyst­kich większych skupiskach ludności. W samym Rzy­mie odkrył je w porę Neron, w chwili, kiedy głos po­wszechny począł w nim upatrywać podpalacza. Tacyt nie jest pewny, czy można Nerona i o tę szaleń­czą zbrodnię pomówić. Swetoniusz nie ma wątpli­wości.

W każdym razie powitano chętnie nadarzającą się sposobność wskazania na tę społeczność Azjatów wyodrębniających się zwyczajami i kultem spośród lud­ności stolicy. Zasłynęło z okrucieństwa pierwsze prze­śladowanie chrześcijan, ograniczone o ile wiadomo do samego Rzymu. Tacyt nie jest też pewny, czy za­rzut podpalenia Rzymu opiera się na jakimś dowo­dzie. Posuwa się do twierdzenia, że Neron „podstawił chrześcijan" jako winowajców, by ujść podejrzenia, że sam jest podpalaczem. W każdym razie upatruje w wyznawcach Chrystusa żywioł obcy i wrogi, „nieprzyjaciół rodzaju ludzkiego”, tj. tej cywilizacji, któ­rą uważał za jedyną. Chrześcijanie przejmują go wstrętem, ale dla ich okrutnego losu odczuwa litość zaprawioną wyniosłą pogardą. Ma się przecie do czy­nienia z jakimś „gorszym rodzajem Żydów.

Zdaje się — nie ma na to niezbitego dowodu — że w związku z pierwszym prześladowaniem senat po­wziął uchwałę uznającą chrześcijaństwo za religię za­kazaną, ściślej mówiąc nie za religię, lecz za szkodli­wy zabobon (superstilio), bo gdy w jedno pokolenie później przyjaciel Tacyta Pliniusz będąc namiestnikiem Bitynii zetknął się tam z rozmnożonymi w międzycza­sie chrześcijanami, nie miał wątpliwości (nie miał ich i cesarz Trajan), że ma do czynienia ze zjawiskiem przestępczym o charakterze nagminnym, którego nie powinien tolerować. Chrześcijan było tylu, że upra­wiany przez nich bojkot świątyń i nabożeństw zaszko­dził poważnie interesom hodowców zwierząt ofiar­nych. (Mamy tu do czynienia z krzykliwą orientalną przesadą, bo chrześcijanie nie składali wprawdzie zwierząt jako żertwy dla bogów, nie spożywali też mięsa takich zwierząt, ale nie mieli zastrzeżeń prze­ciw spożywaniu mięsa w dni bezpostne.) Wymierzone przeciw chrześcijaństwu akty praw­ne — jeżeli takie były — musiały razić swoją nieja­snością. Pliniusz nie wie, czy przestępstwem jest samo wyznawanie religii chrześcijańskiej, czy też wyzna­wanie jej należy uważać za okoliczność obciążającą, jeżeli chrześcijanin popełni jakiś czyn przestępczy w oczach prawa pospolitego, nie wie, czy należy chrze­ścijan ścigać z urzędu, czy też dopiero wówczas, gdy zostaną przez kogoś o wyznawanie chrześcijaństwa oskarżeni, nie wie też, jak należy się odnosić do skarg anonimowych. Prosi więc cesarza Trajana o wska­zówki.

Trajan odpowiedział, że chrześcijaństwo jest prze­stępstwem jako takie, ale nie należy ścigać go z urzę­du, lecz tylko na zasadzie jawnego oskarżenia. Ano­nimów nie należy brać w ogóle pod uwagę — „byłoby to bowiem niezgodne z duchem naszych czasów". Żadnej osobistej czy urzędowej niechęci ku chrzęścijanstwu w odpowiedzi cesarza doczytać się nie można. Trajan nie zmienił istniejącego prawa, polecił tylko stosować je jak najwyrozumialej.

Dziwić natomiast może pewna niezaradność Pliniu­sza, który był przecie prawoznawcą, uczestniczył w posiedzeniach senatu i zanim został namiestnikiem, przeszedł przez szczeble hierarchii administracyjnej. W prowincji swojej spotkał się ze zjawiskiem nagmin­nym; chrześcijan było mnóstwo, donosów bez liku. A mimo to Pliniusz nie zdołał zapoznać się z organi­zacją chrześcijan, jak i z treścią wyznawanej przez nich religii. Informacje swe, z których niczego się nie dowiedział, pozbierał z zeznań oskarżonych prostacz­ków nie obeznanych bliżej z nauką chrześcijaństwa oraz z wiadomości, jakich mu na mękach udzieliły jakieś dwie nieszczęsne niewolnice. Nie dotarł do żad­nego biskupa ani prezbitra, którzy zapewne nie odmó­wiliby dobrotliwemu namiestnikowi pouczeń. Dowie­dział się tylko, że chrześcijanie czczą Chrystusa jako Boga, a wyznawane przez nich zasady moralne wydały mu się sympatyczne. Jako dobry urzędnik, owinął swe sympatie w wyrazy należycie dyskretne i nie omiesz­kał się pochwalić, że dzięki jego przemyślanym za­ rządzeniom liczba chrześcijan szybko zmalała, a han­del ofiarnymi zwierzętami znowu rozkwita.

Chrześcijaństwo pozostało pod ziemią, liczba wyznawców na przemian rosła lub kurczyła się. Nie wszy­scy pałali żądzą męczeństwa, apostazji było bez liku. Ale chrześcijaństwo wykorzystało ten swój okres pod­ ziemnego bytowania, by rozwinąć się w doskonałą organizację oplatającą całe imperium. Przyjdą czasy, że zdobędzie sobie równorzędne z innymi wyznaniami w impermiejsce. Do tego było jeszcze daleko.

Stanislaw Łoś
Świat historyków starożytnych
Fragment rozdziału
Świat Tacyta