czwartek, 1 października 2026

Polski „generał” Błazen ostrzega Polaków przed brakiem agresji w stosunku do Rosji!


Cytuję jego złote słowa:

Kreml interpretuje niechęć do podejmowania ryzyka jako słabość – ocenił w rozmowie z PAP generał broni Piotr Błazeusz, Polski Przedstawiciel Wojskowy przy Komitetach Wojskowych NATO i UE. Zaznaczył, że “skuteczne odstraszanie wymaga nie tylko posiadania odpowiednich zdolności, ale również wiarygodnej gotowości do ich użycia”.

Generał Piotr Błazeusz zwrócił uwagę na prowadzoną przez Rosję tak zwaną “borbę”, czyli zmagania dywersyjne i sabotażowe realizowane poniżej progu otwartej wojny. Celem tych działań jest osłabienie przeciwnika oraz zmuszenie go do koncentrowania wysiłków na przeciwdziałaniu kolejnym aktom agresji hybrydowej.

Błazen z iście szatańską przewrotnością opisuje strategię bandyckiego NATO w stosunku do Rosji, jednocześnie o to właśnie ją oskarżając.

Kanalie rządzące Polską we wszystkich możliwych globalistycznych strukturach, zarówno krajowych, jak międzynarodowych, do perfekcji posiadły sztukę „odwracania kota ogonem”!

W swej szatańskiej przebiegłości zapominają jednak, że katastrofa, którą ściągają swymi globalistycznymi usługami na Polskę, będzie i ich dotyczyć. Generał Błazen, jak i wszyscy inni „oficjele” okupacyjnego reżimu w Warszawie, nie pojmują skali zagrożenia. Myślą, że wojna z Rosją ograniczy się tylko do Polski, a oni będą sobie spokojnie konsumować judaszowe srebrniki, gdzieś na Kajmanach.

Ich zaprzaństwo walczy o palmę pierwszeństwa z totalną głupotą. Myślą, że zdrada „nobilituje” ich w oczach zachodnich zwyrodnialców.

Nie pamiętają obrazka z podróży do Kijowa Macrona, Merza i Starmera, którzy raczyli się kokainą w salonie, podczas gdy ich agenturalny kundel Gauleiter tusk, jechał w wagonie przeznaczonym dla agentów i lokajów.

Jeśli uda im się rozpętać konflikt kinetyczny z Rosją, to nie tylko Polska będzie jej ofiarą, ale cały szatański Zachód.

To, że generałowi Błaznowi pomyliła się agresja z obroną nie powinno nikogo zdziwić! Kreml zmiecie z powierzchni Ziemi całe szatańskie Zachodnie Imperium Kłamstwa.*

Ginąc w kataklizmie nuklearnego Armagedonu, Rosja zadba o to by na popiele naszej Matki Ziemi nie pozostał ani jeden ślad najbardziej zbrodniczego imperium wszech czasów; czyli Zachodu.

Nie tylko dla takich kundlów jak Tusk, Błazen, czy Sikorski, ale nawet arcy-zbrodniarzy jak Trump, Merz, Netanyahu, Macron i inni, miejsca są zarezerwowane. Już teraz bramy piekła stoją dla nich szeroko otworem, cierpliwie czekając na swych nowych rezydentów!

Dr Ignacy Nowopolski
https://drignacynowopolski.substack.com


* Pan Ignacy jak zwykle za bardzo się wczuwa w rolę proroka. Kreml brał udział w kowidowej mistyfikacji, i jeżeli coś zmiecie, to dokładnie tyle, ile jest w planie do zmiecienia. A przecież wiadomo, że trzeba trochę "nabałaganić" w świecie by ludzie z wdzięcznością zaaprobowali nowy porządek. 

Na babski rozum


Na mój babski rozum wychodzi, że jesteśmy oszukiwani. Nie daję wiary w to, że rządzący mówią nam prawdę, że chcą naszego dobra. Sposób w jaki jesteśmy straszeni rzekomo nadchodzącą rosyjską agresją, która spowoduje nieuniknione uczestnictwo Polski w wojnie, wywołuje we mnie szereg wątpliwości. 

Zapowiedź konieczności ucieczki z miejsca zamieszkania w siną dal, donikąd, z plecakiem ucieczkowym, promowanym przez ministra obrony narodowej Władysława Kosiniaka-Kamysza, budzi negatywne wspomnienia z mojego dzieciństwa. 

Wspomnienia z wojny
Przypominają mi opowieść mojej śp. Mamy, Haliny Wójcikiewicz, która po zdaniu matury w 1939 roku, zamiast na studia medyczne, została wysiedlona z Gdyni przez Niemców. Kazano opuścić mieszkanie. Wyznaczono bardzo krótki termin do jego opuszczenia. Zakazano wywiezienia czegokolwiek z opuszczanego zagospodarowanego w pełni mieszkania. Jedynie wolno było wziąć ze sobą bagaż podręczny, mieszczący się w jednej niewielkiej walizce na całą rodzinę! Okupant żądał też pozostawienia klucza w drzwiach opuszczanego mieszkania. Za niezastosowanie się do tego niemieckiego żądania groziły poważne konsekwencje. 

Zapasy mirabelek i szczawiu 
W tym miejscu chciałabym zapytać pana ministra, czy mamy też zostawić klucz w drzwiach opuszczanego mieszkania? Czy przed jego opuszczeniem mamy zgromadzić w nim zapasy żywności, wody itd.? Śmieszą mnie przechwałki innego ministra, którego śmiech przypomina rżenie kopulującego osła, mówiącego, iż zgromadził już stosowne zapasy ryżu, soli, domowych przetworów sporządzonych z owoców, z posiadanego sadu i przydomowej grządki (zapewne zaprawy z mirabelek i szczawiu). Dopingował w ten sposób Polaków do podobnych przygotowań, gromadzenia żywności. 

Inwestorzy nie panikują 
Całe moje życie przemieszkałam początkowo w Gdyni, a z początkiem XXI wieku zamieszkałam w Gdańsku. Od wejścia Polski do Unii Europejskiej zauważam w Trójmieście dynamiczny rozwój budownictwa. Budowane są całe osiedla apartamentowców, nowoczesne hotele i biurowce. Tajemnicą poliszynela jest to, że inwestorami są zachodnie firmy posiadające znaczący kapitał. Zadaję sobie pytanie, czy ci inwestorzy też wierzą w nadciągającą wojnę, skoro tu inwestują? Czy oni są jakimiś ryzykantami, których stać na budowanie w strefie potencjalnego konfliktu?

Myślę, że zachodni inwestorzy są ludźmi trzeźwo myślącymi, posiadającymi rozlegle kontakty. W tym kontakty z Mossadem i nie tylko z Mossadem. Inwestują na podstawie pewnych ustaleń z których wynika, że inwestycje w Trójmieście nie są inwestycjami w strefie ryzyka. Więc nie obawiają się, że z obwodu kaliningradzkiego nadlecą rakiety typu Iskander i zmiotą z powierzchni ziemi ich luksusowe hotele, apartamentowce itd., w których część z nich po przylocie z Bliskiego Wschodu zamieszka na stałe w Trójmieście. Do miejsca oddalonego od państwa okładanego irańskimi rakietami.

Troska o wybory
Skoro już jestem w bliskowschodnich klimatach, na babski rozum przekładam troskę o nas, Polaków, wyrażaną w obawach o wynik nadchodzących wyborów parlamentarnych w zbliżającym się 2027 roku. Troskę polegającą na ostrzeganiu nas Polaków przed Grzegorzem Braunem i jego Szerokim Frontem Gaśnicowym. Pierwszą osobą zatroskaną okazał się ambasador USA w Warszawie Thomas A. Rose. Drugą jest naczelny rabin RP, trzecią – Radosław Sikorski, no i oczywiście „Gazeta Wyborcza”! Ponadto komuniści ze Strajku.eu.

Procesy polityczne 
Polityka nie jest moją pasją, w TV co dzień oglądam prognozę pogody. Lubię program „Taniec z Gwiazdami”, wszystkie wersje popularnego formatu telewizyjnego „The Voice”, które skupiają się na uczestnikach w różnym wieku: The Voice of Poland, The Voice Senior i The Voice Kids.

Lecz na mój babski rozum, kobiety nie interesującej się przesadnie polityką, wywodzę, że skoro starsi bracia w wierze i komuniści przed kimś, przed czymś ostrzegają Polaków, to akurat należy zrobić odwrotnie, niż by sobie oni tego życzyli…

Tym bardziej, że w sukurs nam „życzliwych” przyszły tak zwane polskie sądy, w których odbywa się pokazowy proces polityczny Grzegorza Brauna, groteskowy kafkowski proces polityczny Mateusza Piskorskiego, a ostatnio „rękę sprawiedliwości” wyciągnięto po wybitnego polskiego intelektualistę Konrada Rękasa, przybyłego z emigracji do Polski, gdyż odważył się dołączyć do Szerokiego Frontu Gaśnicowego Grzegorza Brauna i wspiera go błyskotliwymi, porywającymi przemówieniami. 

Joanna Zinkiewicz

https://myslpolska.info/2026/09/29/joanna-zinkiewicz-na-babski-rozum/

Raport z kolebki żydowskiego klanu Rothschildów


Prostytucja jest tu oficjalnie zalegalizowana i opodatkowana; narkomani – w ramach polityki redukcji szkód – dostają od władz medyczną heroinę; „społeczność” LGBT cieszy się przywilejami, rodowitych Niemców jak na lekarstwo, za to muzułmanów od zatrzęsienia. Największe zaskoczenie z Frankfurtu nad Menem? Totalny spokój i bezpieczeństwo podczas miejskich imprez, na które przychodzą tłumy kulturowo skrajnie różnych od siebie osób.

Równie zaskakująco wypada przylegający do Frankfurtu Offenbach – na mapie wyglądają jak jedna miejscowość. Offenbach nad Menem jest miastem w Niemczech z największym odsetkiem mieszkańców pochodzenia imigracyjnego lub obcokrajowców, zaś rdzennych Niemców pozostało tu niespełna 33 procent.

Jednocześnie, według statystyk, Offenbach jest najbezpieczniejszym miastem Hesji i czwartym pod tym względem w całych Niemczech. Zobaczyłam to bezpieczeństwo i spokój na własne oczy, które nieco szokują, po wcześniejszym wysłuchaniu przekazów medialnych z Polski o strasznych problemach Niemców z imigrantami.

Oba miasta – Frankfurt i Offenbach – łączy nie tylko rzeka Men, ale przede wszystkim dwie słynne żydowskie postacie, które diametralnie zmieniły losy świata, w tym Polski. Czy kiedykolwiek się spotkali i wspólnie knuli? Według oficjalnych informacji nie ma na to potwierdzenia. Jednak moim zdaniem jest coś na rzeczy, skoro pokrywają się daty i pewien modus operandi.

ZWROT W HISTORII ŚWIATA

W Offenbachu spędził ostatnie lata i dokończył żywota Jakub Frank (1726-1791) – założyciel i guru żydowskiej sekty frankistów. Jej członkowie podstępem przyjęli chrzest w Kościele katolickim w Polsce i po zmianie nazwisk przeniknęli do polskiej szlachty i duchowieństwa, dokonując swoistej podmiany polskich elit. Dzisiaj sterują Polską ich potomkowie.

Nad Menem twórca sekty prowadził wystawny, quasi-dworski tryb życia jako „Baron von Frank”. W Offenbachu dzierżawił Zamek Isenburski, gdzie otoczony tłumem wyznawców (i sponsorów) przybyłych z Europy Środkowej i Wschodniej, kontynuował działalność o charakterze mesjanistycznym.

Działalność Franka zdecydowanie wykroczyła poza granice Rzeczypospolitej. Niektórzy frankiści zaangażowali się w rewolucję francuską oraz radykalne nurty oświeceniowe i wolnomularskie w Europie Zachodniej, widząc w burzeniu starego ładu politycznego realizację mesjańskiego planu.

Z Frankfurtu wywodzi się Mayer Amschel Rothschild (1744–1812), nestor słynnej żydowskiej rodziny, która z kolei podmieniła elity na świecie. Po dokonaniu się rewolucji we Francji (1789–1799) Rothschild na zgliszczach zburzonego świata zaczął budować nowy porządek.

U szczytu możliwości i przy najbardziej sprzyjającej koniunkturze „ojciec finansów międzynarodowych” – jak go określił magazyn „Forbes” – posłał swoich pięciu synów w świat. Ekspansję rozpoczęli kolejno: Nathan Mayer (Londyn), Jacob (Paryż), Salomon (Wiedeń), Kalman (Neapol) i Amschel Mayer (Frankfurt nad Menem).

Od tamtej pory międzynarodowa finansjera nieprzerwanie sprawuje władzę nad ziemskim światem. Obecnie aż 190 państw jest poddanymi Międzynarodowego Funduszu Walutowego, którego główna siedziba znajduje się w Waszyngtonie. Dawniej imperiami rządzili cezarowie, królowie, sułtani itp. Współczesnymi władcami są właściciele banków, a ich namiestnikami i marionetkami – politycy, jakich znamy z telewizji.

WYMOWNA SYMBOLIKA

Według najnowszych danych dotyczących centrum finansowego Frankfurtu, opublikowanych w marcu 2026 roku przez Frankfurt Main Finance we współpracy z heskim Ministerstwem Gospodarki, Frankfurt pozostaje największym ośrodkiem bankowym w Niemczech. W 2025 roku w mieście siedzibę miały 54 instytucje bankowe, a ponadto działało 28 oddziałów zagranicznych banków, 55 innych placówek zagranicznych oraz 17 przedstawicielstw.

Liczba instytucji finansowych zarejestrowanych we Frankfurcie dla celów nadzoru bankowego wynosiła natomiast w kwietniu 2025 roku nieco ponad 330. Z kolei według danych Helaba w połowie 2025 roku frankfurcki sektor bankowy zatrudniał około 74 200 osób, a szeroko rozumiany sektor finansowy – obejmujący również m.in. ubezpieczenia, firmy inwestycyjne i zarządzanie funduszami – prawie 89 400 osób.

Siedziby związane z sektorem finansowym mieszczą się najczęściej w stalowo-szklanych drapaczach chmur, które – wraz z nieprzypadkową symboliką – współtworzą charakterystyczny krajobraz Frankfurtu.

Wystarczy wspomnieć dach wieżowca Trianon w kształcie odwróconej, trójściennej piramidy – symbolu w okultyzmie, ezoteryce i świętej geometrii, który oznacza m.in. zejście ducha w materię. Z kolei wieżowiec Messeturm ma na dachu potężną piramidę skierowaną w górę, zaś przed wejściem do budynku znajduje się charakterystyczny „Młotkujący człowiek” („Hammering Man”) – monumentalna, ruchoma rzeźba autorstwa Jonathana Borofsky’ego.




W masonerii piramida symbolizuje dążenie człowieka do doskonałości duchowej, mądrość oraz Wielkiego Architekta Wszechświata. Natomiast młot – który trzyma w ręce postać z rzeźby – to w wolnomularstwie symbol pracy, siły woli oraz władzy i porządku w loży.

Frankfurt ma niezwykle bogatą historię wolnomularską. Kluczowym punktem na mapie miasta jest założona w 1742 roku loża „Zur Einigkeit” (Pod Jednością), jedna z najstarszych i najważniejszych lóż w całych Niemczech. Jej zabytkowa siedziba, Logenhaus zur Einigkeit przy Kaiserstrasse, do dziś stanowi ważny punkt kulturalny miasta.

Najsłynniejszy i najbardziej znaczący mason pochodzący z Frankfurtu nad Menem to Johann Wolfgang von Goethe (1749–1832), niemiecki poeta uznawany za najwybitniejszego przedstawiciela literatury niemieckiej, a także za jednego z najbardziej znaczących w skali światowej. Z jego rodzinnego domu uczyniono muzealną atrakcję dla turystów.

DROGA DO PROFANACJI

Przy tematyce muzeów warto na chwilę się zatrzymać, gdyż sztuka jest odzwierciedleniem duszy. We Frankfurcie nad Menem obiektów muzealnych jest około 60, jednak mnie szczególnie utkwiły dwa z nich, które odwiedziłam tego samego dnia, jedno po drugim.

Najpierw obejrzałam zbiory Städel Museum, nazwanego tak na cześć bankiera, który powołał obiekt. W jego wnętrzach znajdują się tysiące obrazów z wielu epok, w tym malarstwo religijne w sekcji Dawnych Mistrzów (Old Masters), obejmujące okres od XIV do XVIII wieku. Znajdują się tu arcydzieła takich malarzy jak Jan van Eyck, Sandro Botticelli, Rembrandt van Rijn czy Johannes Vermeer.

Moją uwagę przykuło to, że na niektórych płótnach postacie świętych, a nawet Syn Boży, są półnagie lub całkiem nagie. Przykładem jest „Madonna z Lukki” autorstwa niderlandzkiego malarza Jana van Eycka. Obraz, namalowany między 1435 a 1437 rokiem, ukazuje Dzieciątko Jezus zupełnie na golasa, zaś Maryja szeroko odsłania dekolt, wystawiając do karmienia obnażoną pierś.

Kolejnym przykładem jest obraz „Święty Hieronim”, namalowany w 1874 roku przez francuskiego artystę Jeana-Léona Gérôme’a. Przedstawia on świętego odpoczywającego w skalistej pustelni, w towarzystwie lwa. Dzieło robi ogromne wrażenie swoim realizmem, m.in. dokładnym odwzorowaniem budowy anatomicznej ciała. Problem w tym, że ciało świętego jest nagie, a genitalia przykrywa jedynie skrawek płótna.

Być może dla polskich odbiorców to nic strasznego, wszak sztuka katolicka od pewnego momentu często i celowo zaczęła pokazywać odsłonięte ciała świętych. Tymczasem w tradycji chrześcijańskiej na Wschodzie jest to niedopuszczalne świętokradztwo. Ikony prawosławne nie pokazują nagości, ponieważ ludzkie ciało jest świątynią Ducha Świętego.

W ten sposób przechodzę do drugiego punktu czyli frankfurckiego Muzeum Ikon, które mieści się w dawnym refektarzu klasztoru zakonów krzyżackich. Kolekcja prezentuje około 130 starannie wyselekcjonowanych prawosławnych ikon i przedmiotów liturgicznych z Rosji, Grecji, Rumunii, Egiptu, Syrii i Etiopii. Wizerunki świętych ukazują z godnością, w szatach całkowicie okrywających ciała.

Nawiązuję do tego nieprzypadkowo. W otoczeniu ikon odczuwa się bliskość Sacrum. Natomiast zachodnia sztuka zebrana m.in. we wspomnianym Städel Museum otwiera się na profanację. Ten kontrast szczególnie mocno uderza po zejściu do podziemi budynku, gdzie mieści się szokująca wystawa sztuki nowoczesnej. Wśród eksponatów krzyż – najważniejszy dla chrześcijan symbol – zmontowany z lepu na owady i zdechłych much.

Muzealne doświadczenia skłoniły mnie do pogłębienia refleksji, kiedy zobaczyłam na ulicach Frankfurtu uczestników parady LGBT. Wielu z nich bezwstydnie obnażyło swoje ciała, najczęściej oszpecone okropnymi tatuażami i szkaradnymi kolczykami. Zwykli mieszkańcy pozostali bierni wobec tego publicznego bezeceństwa, ociekającego wulgarną golizną.

Tymczasem badania opinii społecznej, w tym długofalowe analizy instytutu Pew Research Center, jednoznacznie wskazują, że w krajach z dominacją prawosławia opór wobec postulatów ruchu osób LGBT+ (w tym organizowania tzw. parad równości) jest statystycznie wyższy niż w krajach o tradycji katolickiej czy protestanckiej.

ZE SKRAJNOŚCI W SKRAJNOŚĆ

Masowe imprezy pod otwartym niebem to popularna rozrywka mieszkańców Frankfurtu. Niektóre z nich na pierwszy rzut oka wyglądają całkiem normalnie. Dla przykładu, doroczna główna parada karnawałowa (Frankfurter Fastnachtszug) odbywa się tradycyjnie w niedzielę poprzedzającą Wielki Post. Jest kolorowo, gra muzyka, a do wesołego tłumu rzucane są tony cukierków. Brakuje tylko zadumy nad zbliżającym się postem, którego najwyraźniej nikt tu nie przestrzega.

W środku lata, w rejonie nabrzeża i Starego Miasta, odbywa się tradycyjny festyn ludowy nad Menem, z wesołym miasteczkiem, stoiskami z jedzeniem i napojami, koncertami oraz pokazem sztucznych ogni. Mainfest jest związany z Menem i wielowiekową tradycją frankfurckich rybaków. Rybołówstwo we Frankfurcie ma ponad tysiącletnią tradycję i jest najstarszym udokumentowanym cechem w mieście.

Pod koniec lata odbywa się Festiwal Nabrzeża Muzeów (Museumsuferfest), rozciągający się wzdłuż obu brzegów Menu. W ciągu dnia muzea organizują specjalne wystawy, oprowadzania, warsztaty i inne wydarzenia, a wieczorami odbywają się imprezy plenerowe, w tym liczne koncerty z szerokim wyborem muzyki.

Uwagę przykuwają stoiska gastronomiczne z tradycyjnymi specjałami licznych narodowości pochodzących z różnych kontynentów. Zapachy rozmaitych potraw przyćmiewa często charakterystyczna woń marihuany, którą można posiadać i palić na legalu, z czego najwyraźniej obficie korzystają mieszkańcy Niemiec.

Wbrew obiegowej opinii, liczni przybysze z islamskich krajów nie robią większych problemów, tylko grzecznie się dostosowali. Większość z nich po prostu woli korzystać z przywilejów gospodarczo rozwiniętego państwa, niż komplikować sobie życie angażowaniem się w ideologiczną działalność ekstremistycznych grup.

Plenerowe imprezy uświadamiają, jak bardzo różnorodne stały się Niemcy. W tłumie dominują osoby o śniadej karnacji; rodziny z dziećmi to najczęściej muzułmanie, zaś przedstawiciele narodu niemieckiego – często już siwogłowi – wydają się być w mniejszości. Wygląda na to, że kraj ten przy bierności samych Niemców został wynarodowiony i przekształcony w jakąś wielką międzynarodową korporację.

Taki model wypracowali przedstawiciele szkoły frankfurckiej – twórcy teorii krytycznej, tacy jak Max Horkheimer, Theodor W. Adorno czy Erich Fromm – którzy postrzegali tradycyjnie rozumiany naród oraz nacjonalizm jako jedną z głównych barier dla emancypacji i rozwoju ludzkości, ponieważ upatrywali w nich źródła autorytaryzmu, regresu społecznego oraz mechanizmu podziału utrudniającego globalną solidarność.

Według oficjalnej wersji ich perspektywa ukształtowała się pod wpływem doświadczeń wzrostu faszyzmu i nazizmu w Europie, z której wielu z nich musiało uciekać ze względu na swoje żydowskie pochodzenie.

W ten oto sposób Niemcy odrzuciły jedną skrajność na rzecz drugiej. W minionych dekadach niemieckie społeczeństwo przekształciło się w niezwykle tolerancyjne i otwarte na innych. To z kolei sprawiło, że niektórzy zaczęli mieć tego dosyć, stąd obserwowany w ostatnim czasie gwałtowny wzrost poparcia dla skrajnie prawicowej Alternatywy dla Niemiec (AfD).

Można odnieść wrażenie, że Niemcy nie potrafią być po prostu patriotami kochającymi ojczyznę – bez jednoczesnych uprzedzeń i niechęci wobec innych nacji albo, przeciwnie, bezmyślnej tolerancji wobec wszystkich, która usypia czujność przed utratą własnej narodowej tożsamości.

SYJONIŚCI ROZDAJĄ KARTY

Oficjalnie w Niemczech istnieje wolność wyrażania poglądów. Widziałam jak na głównym rynku przed frankfurckim ratuszem, pod flagami Izraela, protestowali syjoniści oburzeni skalą rzekomego antysemityzmu w Niemczech. Na popularnym deptaku cierpliwy Indianin godzinami grał na flecie, by przykuć uwagę do transparentów krytykujących agresję USA i NATO. Nieopodal grupa Irańczyków wyrażała poparcie dla Rezy Pahlawiego, marionetki CIA i Mossadu.

W centrum miasta regularnie zbiera się niewielka propalestyńska manifestacja – złożona w znacznej części ze Słowian – której atrakcją jest zdjęcie Benjamina Netanjahu, służące przechodniom jako wycieraczka do butów.

Od znajomych Palestyńczyków słyszałam natomiast, że kiedy ich rodacy organizują w Niemczech większe antyizraelskie protesty, wyrażające sprzeciw wobec ludobójstwa w Gazie, niemiecka policja najczęściej pałuje uczestników i rozpędza demonstracje.

Obecnym burmistrzem Frankfurtu Nad Menem jest Mike Josef (SPD), który urodził się w Syrii i oficjalnie pochodzi z chrześcijańskiej rodziny. Naiwny jest jednak ten, kto pomyślał, że potępił on izraelską okupację arabskiego ludu Palestyny. Włodarz Frankfurtu jest proizraelski w kwestii bezpieczeństwa Izraela, jego prawa do istnienia i ochrony mieszkańców Izraela.

Frankfurt nad Menem jest największym miastem kraju związkowego Hesji, ale jego stolica znajduje się w Wiesbaden. Tam też obraduje heski rząd, który przygotował w ostatnim czasie kontrowersyjną inicjatywę ustawodawczą. Zakłada ona wprowadzenie do niemieckiego kodeksu karnego nowego czynu zabronionego dotyczącego publicznego negowania prawa Izraela do istnienia oraz wzywania do likwidacji państwa Izrael.

10 lipca 2026 r. Bundesrat poparł projekt Hesji i skierował go do dalszej procedury legislacyjnej. 27 sierpnia projekt został formalnie przedłożony Bundestagowi jako druk nr 21/7733.

Jeśli ustawa zostanie uchwalona przez niemiecki parlament w obecnym brzmieniu, będzie można trafić za kratki za publiczne wypowiedzi, które zostaną uznane za negowanie prawa Izraela do istnienia lub wzywanie do likwidacji tego państwa.




Wygląda to na akcję syjonistycznego lobby, które szuka sposobu na zakneblowanie osób publicznie wyrażających następującą kwestię: „Syjoniści ukradli i zajęli ziemię Palestyńczyków. Izrael brutalnie okupuje Palestynę, dokonując zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości. To bezprawie i cierpienie podbitego narodu musi się wreszcie skończyć”.

Trzeba przyznać, mają tupet!

Agnieszka Piwar

piwar/raport-z-kolebki-zydowskiego-klanu-rothschildow

Co zawdzięczamy ludziom średniowiecza?

 

Po pierwsze samo określenie średniowiecze jest bardzo złe, krzywdzące i fałszujące. Ono fałszuje naszą historię, ponieważ słowo „średniowiecze” to jest kalka z języka niemieckiego, podchwycona później niż przez inne języki. 

W języku niemieckim Mittelalter to średni czas, średni okres, coś, co się pojawiło między wspaniałymi okresami w historii naszej cywilizacji – jak antyk, starożytność, czyli wspaniały rozwój cywilizacji starożytnych: Egipt, Grecja, Rzym, Persja – a czasem renesansu, odrodzenia.

Samo określenie „renesans” z języka francuskiego la Renaissance, oznacza powrót, odrodzenie i nawiązanie do antyku. Między nimi natomiast – fatalny czas kompletnego upadku, zacofania zabobonów, upadku nauk, który wówczas panował. To średniowiecze: wieki ciemne. Tak to jest przedstawiane w podręcznikach historii.

A ja mówię: nie! To nie są wieki ciemne, to są wieki jasne! Stawiam tezę, że był to jeden z najwspanialszych okresów w naszej historii pod wieloma względami, przede wszystkim pod względem rozwoju myśli, siły moralnej ludzi, którzy wówczas zamieszkiwali Europę i pod kątem również rozwoju ówczesnej filozofii scholastyki i licznych nauk, w tym wyzwolonych, jak wówczas mówiono.

Dowodem na poparcie moich słów – a dowodów znaleźlibyśmy dziesiątki, jeśli nie setki – że nie można krzywdząco traktować tych czasów – jest to, że wszystkie książki, rękopisy klasyków starożytności, jak Klaudiusz Ptolemeusz, Horacy, Wergiliusz, dzieła filozofów greckich, które przetrwały do naszych czasów, to są manuskrypty, które bardzo pracowici, cisi mnisi, głównie benedyktyńscy, przepisywali na początku średniowiecza, w VII–X wieku.

To, co mamy dzisiaj w naszych bibliotekach, na podstawie czego powstają przedruki, to jest właśnie owoc ich pracy – dziedzictwo średniowiecza. Nie zachowały się papirusy egipskie czy zwoje pergaminowe z czasów starożytnych. Na szczęście dzięki mrówczej, no właśnie – nomen omen – benedyktyńskiej pracy dzieła te mogły dotrwać do naszych czasów.

Jesteśmy ofiarą mitów!

Pierwszy mit opowiada o tym, że w okresie średniowiecza mieliśmy sztywne stany. W szkole uczyli nas, że mamy króla – osobę, która jest absolutnym tyranem; następnie mamy duchowieństwo jako najważniejszy stan w średniowieczu – nieprzystępna elita, najwyższa kasta niczym bramini w hinduizmie; potem jest rycerstwo, szlachta – stan, który ma określone kompetencje i jest nieprzenikniony, nikt nie może z niego wyjść ani nikt nie może do niego wejść.

Stan trzeci – to jest też ahistoryczne, bo to dopiero w XVIII wieku we Francji, za czasów rewolucji francuskiej rozróżniano stan trzeci, również mieszczaństwo jako oddzielną grupę społeczną i chłopstwo.

Te stany wówczas zdecydowanie się przenikały, to była struktura społeczna Europy, wszystko było ustanowione na zasadzie chrześcijańskiej rodziny. Stany się przenikały, kompetencje tych stanów się przenikały. Na przykład duchowny często był również panem feudalnym, panował nad terytorium i sprawował władzę również świecką. Był miecz duchowny, ale i miecz świecki.

Rycerstwo nie było stanem nieprzeniknionym, ponieważ wówczas rozróżniano w ramach tego rycerstwa dwa takie podzbiory. Rycerstwo wywodziło się przede wszystkim ze szlachty, ale nie wyłącznie, ponieważ człowiek nie rodził się rycerzem, co bardzo podkreślali wówczas pisarze.

W piśmiennictwie, które przetrwało do naszych czasów rycerzem stawał się ten, który z bronią w ręku był gotów bronić swojej małej czy też większej ojczyzny. To mógł być równie dobrze mieszczanin, mógł to być chłop. Jeśli on się wykazał, stawał się też najpierw rycerzem, a potem był uszlachcany, a nawet czasami nie był, bo to nie było automatyczne.

Natomiast bardzo często to się przenikało. Chłopi mogli dostąpić zaszczytu stania się rycerzem, czyli obrońcą ojczyzny. Mogli to być mieszczanie, mogli być to również duchowni. Bardzo często było tak, że duchowny z bronią w ręku stawał na czele i bronił swoich poddanych, bo czuł się za nich po prostu odpowiedzialny.

Podobnie jeśli chodzi o przenikanie się między stanami niższymi i wyższymi, chociaż tak wówczas nie myślano, czyli między mieszczaństwem a rycerstwem. Dość często szlachta brała się za zajęcia miejskie i nie było to dla nich żadną hańbą. I jak wchodziła do tego stanu mieszczańskiego, żyła jak mieszczanie, nie tracąc prestiżu, przywileju związanego z przynależnością do stanu szlacheckiego.

Piękna, skomplikowana mozaika!

Duchowni nie byli wysoko urodzonymi, którzy niejako tylko z urodzenia mogli dostąpić zaszczytu, żeby zostać biskupem. Biskupem, opatem zostawali ludzie urodzeni w gminie, niskiego urodzenia, którzy się rodzili w bardzo biednych rodzinach, ale dzięki swoim zdolnościom, dzięki swojej pobożności, dzięki swoim cnotom dostępowali tych zaszczytów.

Mamy mnóstwo takich przykładów. W polskiej historii to choćby postać pierwszego Prymasa Polski Mikołaja Trąby. Pochodził z nieprawego łoża, nie był człowiekiem szlachetnego urodzenia, ze znamienitego rodu, co jest wielokrotnie podkreślane. Jego wrogowie i przeciwnicy polityczni (bo wiadomo, że takich miał, wszyscy wybitni ludzie prędzej czy później mają wrogów) zarzucali mu niskie pochodzenie, że był bastardem. Ludzie są okrutni, w tamtych czasach to wcale nie wyglądało inaczej. Takich przykładów można by znaleźć mnóstwo.

To, że papiestwo cieszyło się autorytetem, było bardzo ważne, ale autorytet papieża rodził się stopniowo. Na mapie polityczno-ekonomicznych zależności Europy XI–XII wieku rysuje się skomplikowany obraz niczym kobierzec z kwiatów o różnych kolorach. Wszystko się miesza: tu jest opactwo, tu księstwo duchowne, hrabstwo, tu jakieś królestwo.

To, że Polska była podzielona, nie było wyjątkiem. Cała Europa była wówczas podzielona. Państw unitarnych, jakie my dziś znamy, praktycznie nie było. To była Europa małych ojczyzn. Potrzebny był autorytet i on się stopniowo wykuwał.

Kiedy patrzymy na historię Europy, widzimy nieustanne konflikty, wojny. Rzeczywiście tak było. Od okresu starożytnego nie było żadnych humanitarnych zasad pod tym względem. Dopiero papiestwo w wieku X–XI wypracowało pewne zasady, które należało przestrzegać i które sprawiały, że te konflikty stawały się dużo mniej krwiożercze, krwawe, bezwzględne i okrutne, jak to miało miejsce w starożytności.

Rzymianie nie mieli żadnych względów na przykład dla ludności cywilnej, prowadząc swoje podboje. Nie było rozróżnienia: tych zabijać nie można, zabijano wszystkich jak leci.

Dopiero chrześcijaństwo i Europa średniowiecza wypracowała coś takiego jak Pokój Boży, który polegał na tym, że pewne grupy ludności były nietykalne, nie można było ich zabijać, mordować. Walczyć mogli tylko ci, którzy byli przygotowani do walki, którzy mieli odpowiednie wyszkolenie i ekwipunek, czyli miecz, zbroję i tak dalej. Nie można było zabijać ludności cywilnej, księży, duchownych, dzieci, kobiet, starców, ludzi nieuzbrojonych. To było zakazane.

Tekst jest fragmentem książki Marka Skalskiego pt. „Historia bez kłamstw”. Książka do nabycia w księgarni internetowej „Najwyższego Czasu!” – http://www.bibliotekawolnosci.pl


Marek Skalski
https://nczas.info/


***
Historia ciała w średniowieczu
Le Goff Jacques, Truong Nicolas
ISBN 978-83-65680-26-6
przeł. Ireneusz Kania
oprawa miękka
122 x 195 mm
212 s.
publikacja styczeń 2012

Francuscy historycy od kilkudziesięciu lat zapełniają „lukę” w naszym obznajomieniu z dziejami, która w rzeczywistości nie jest luką, lecz samym sednem historii. Chodzi o historię życia codziennego. Setki, jeśli nie tysiące lat dominacji „wielkich narracji” o „doniosłych” wydarzeniach sprawiły, że nie potrafimy sobie uświadomić charakteru zwykłego życia w danej epoce: wiemy, jak staczano epokowe bitwy, nie wiemy, jak mieszkano. Jacques Le Goff (1924–2014), francuski klasyk historyków z tego nurtu, i młodszy o dwa pokolenia Nicolas Truong (ur. 1967) przedstawili syntezę zjawisk i zagadnień związanych z podstawowym elementem życia codziennego – z ludzkim ciałem. Skupili uwagę na średniowieczu, ponieważ dobitnie reprezentuje ono problem postrzegania historii. Uchodzi za wybitnie duchowe i może dlatego pozostaje słabo zbadane od strony życia „cielesnego”. Autorzy wydobywają charakterystyczne dla średniowiecza zderzenie wysokiego z niskim, wszechobecne napięcie między potępieniem a kultywacją sfery materialno-zmysłowej, między „postem a karnawałem”, celibatem a miłością dworską, nagą Ewą a ubraną Maryją, ascezą a opowieściami o Krainie Pieczonych Gołąbków. Starają się pokazać, że napięcie to, bez mała sprzeczność tkwi w samej naturze chrześcijaństwa, w jego afirmacji doczesności jako dzieła Bożego i zarazem odrzucaniu jej w imię życia wiecznego. Nawet jednak w średniowieczu ciało, jak piszą autorzy, „nigdy nie daje za wygraną”.


Intelektualiści w średniowieczu
Le Goff Jacques
ISBN 978-83-67020-36-7
przeł. Eligia Bąkowska
oprawa miękka
145 x 205 mm
322 s.
publikacja sierpień 2023

Tą dość wczesną (1957) książką Jacques Le Goff (1924–2014), francuski klasyk historii średniowiecza, wzbudził spore kontrowersje, zwłaszcza wśród historyków i filozofów chrześcijańskich. Dokonał tu – jak zwykle we frapujący sposób – opisu pewnej formacji społecznej, która narodziła się jego zdaniem w XII–XIII wieku wraz z rozwojem miast i podziału pracy. To intelektualiści, których trzeba wyraźnie odróżniać od szerszej kategorii inteligencji. Specyfiką tej jej podgrupy jest określony rodzaj pracy umysłowej: połączenie nauczania z badaniami, które dziś uznalibyśmy za naukowe, i z pracą nad metodyką nauczania. Naturalnym środowiskiem intelektualistów były korporacje uniwersyteckie, które zaczęły powstawać w XIII wieku. Rewolucyjna zmiana polegała na przeniesieniu życia umysłowego z klasztoru do miasta i na narodzinach nowej drogi do władzy – przez egzamin (edukację). Cały ów proces musiał powodować napięcia i konflikty, których dramatyczny przebieg ta opowieść o życiu średniowiecznych intelektualistów eksponuje od strony społecznej i personalnej – jak w przypadku tragicznego losu Abelarda. Jako myśliciele z natury rzeczy starali się oni wybić na niezależność, ale jako chrześcijanie podlegali zewnętrznym i wewnętrznym ograniczeniom: władzy kościelnej i własnych przekonań. Le Goff doprowadza swoją historię do czasów odrodzenia, gdy chrześcijańskiego intelektualistę zastąpił intelektualista o innej formacji: humanista.


Czy Europa narodziła się w średniowieczu?
Le Goff Jacques
ISBN 978-83-67020-52-7
przeł. Wanda Klenczon
oprawa miękka
145 x 205 mm
480 s.
publikacja wrzesień 2023

„Europa się tworzy”, napisał Jacques Le Goff (1924–2014), światowej sławy francuski mediewista, autor takich fundamentalnych dzieł, jak Kultura średniowiecznej Europy (Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2022), Narodziny czyśćca (Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2021) czy Intelektualiści w średniowieczu (Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2023). Napisał te słowa w 2003 roku, na krótko przed faktycznym „utworzeniem się” Europy, tj. poszerzeniem Unii Europejskiej o kraje Europy Środkowej. Jednak to „tworzenie się” ma o wiele głębsze korzenie i o tym właśnie, o „narodzinach” traktuje niniejsza książka. Le Goff przez całe swoje życie badacza niestrudzenie zwalczał rozpowszechniony pogląd o „ciemnym” średniowieczu. Znajdował w nim twórczego, mimo ówczesnych ograniczeń, ducha we wszystkich dziedzinach, „renesans” avant la lettre, który w znacznej mierze ukształtował późniejsze epoki. Uważał, że „z całego dziedzictwa współtworzącego dzisiejszą i przyszłą Europę dziedzictwo średniowiecza jest najważniejsze”. To w średniowieczu powstała pierwsza „europejska unia” Karolingów przełamująca wcześniejszą jedność kultury śródziemnomorskiej, to wtedy zaczęły się krystalizować dzisiejsze narody i państwa, a zarazem podziały na Zachód i Wschód, Północ i Południe. Wtedy też narodził się uniwersytet, formacja, która do dziś pozostaje rdzeniem europejskiej kultury. A mimo doniosłości religii w ówczesnym społeczeństwie Europa, twierdził Le Goff, „narodziła się przed chrystianizacją i trwa po odwrocie chrześcijaństwa”.


Kultura średniowiecznej Europy
Le Goff Jacques
ISBN 978-83-67020-19-0
przeł. Hanna Szumańska-Grossowa
oprawa miękka
145 x 205 mm
826 s.
publikacja listopad 2022

To bodaj najsłynniejsze dzieło francuskiego mediewisty Jacques’a Le Goffa (1924–2014) zrewidowało nasz obraz średniowiecza zniekształcony zarówno przez krytyczne wobec niego oświecenie, jak i przez entuzjastyczny romantyzm. Dla Le Goffa czasy te to ani nie „wieki ciemne”, ani nie wyidealizowana „złota legenda”, „mit założycielski” niejednego europejskiego narodu. Jego monumentalna, encyklopedyczna praca z 1964 roku podejmuje całościowe badanie epoki wprawdzie historyczne, ale przy zastosowaniu wyników badań z innych dziedzin, datowanie C14 włączywszy (przeszłość należy do przyszłości, do nowych odkryć o starych dziejach). Charakteryzuje średniowiecze jako bliższe społeczeństwom pierwotnym niż współczesnym ze względu na powolność zmian, swoistą pozaczasowość, „długie trwanie” wskutek „przywiązania do ziemi”. Jest to „społeczeństwo gruntu”, bardziej wiejskie niż miejskie. Jego statyczność nie oznacza jednak regresu. Wyspy ludzi wykształconych na morzu niepiśmiennej ludności rozwijały technikę i powołały do życia uniwersytety. To właśnie średniowiecze, rzecz znamienna, wynalazło czyściec między skrajnościami nieba i piekła. Le Goff starał się ujrzeć w tej epoce narodziny Europy, zwłaszcza jej części dziedziczącej kulturę po zachodnim cesarstwie rzymskim. W późnych latach rozciągnął to dziedzictwo – i średniowiecze – na okres aż po nowożytność, nie uznając renesansu za osobną epokę. Jedności tych stuleci pośredniczących między starożytnością a współczesnością upatrywał w ludzkiej obróbce ziemi ze spojrzeniem skierowanym w niebo.

O inne średniowiecze
Le Goff Jacques
ISBN 978-83-67020-54-1
przeł. Wanda Klenczon
oprawa miękka
145 x 205 mm
478 s.
publikacja luty 2024

„Historyk mentalności” i „antropolog historyczny” – tak Jacques Le Goff (1924–2014), najsłynniejszy bodaj w XX i XXI wieku francuski mediewista, chciał definiować siebie jako historyka. Jego praca zawodowa skupiała się wokół średniowiecza, w nim bowiem upatrywał najwyraźniejszy przejaw „długiego trwania”. Jego „inne” średniowiecze trwało rzeczywiście długo, bo od schyłku zachodniego cesarstwa rzymskiego do początków epoki industrialnej w XIX wieku. Cały ten okres, w którym „narodziła się Europa” (J. Le Goff, Czy Europa narodziła się w średniowieczu?, Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2023), wyróżnia zdaniem Le Goffa nowe, proto-współczesne zorganizowanie społeczeństwa, które odeszło od kultury ściśle wiejskiej i zaczęło budować swoją pomyślność na pracy i nauce. Ten obraz „innego” średniowiecza nie akceptuje postrzegania go jako epoki regresu i ciemnoty (czy jednak nie było „wieków ciemnych”?), autor śledzi bowiem procesy rozwojowe z całym dobrodziejstwem inwentarza, tj. historycznych uwarunkowań mentalności. O nich właśnie traktują zebrane tu jego wczesne artykuły i eseje, pisane w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku, a skupione wokół zagadnień pracy, kultury i pojmowania czasu w Europie Zachodniej od V do XV wieku. „Odwojowanie” średniowiecza dla Europy, zadanie, któremu Le Goff poświęcił cale swoje życie historyka, nie miało być gloryfikacją tej epoki, lecz badaniem faktów – długich i często bolesnych narodzin nowej formacji cywilizacyjnej, której jesteśmy dziś spadkobiercami.

Sakiewka i życie. Gospodarka i religia w średniowieczu
Le Goff Jacques
ISBN 978-83-67020-44-2
przeł. Hanna Zaremska
oprawa miękka
122 x 195 mm
188 s.
publikacja kwiecień 2023

Światowej sławy francuski historyk-mediewista Jacques Le Goff (1924–2014) traktuje w tym eseju swój temat z nieco większą lekkością niż w innych dziełach, choć temat to wcale nie zabawny, bo w robocie jest piekło lub co najmniej czyściec. Postać lichwiarza, którego miejsce w średniowiecznym społeczeństwie autor stara się scharakteryzować, okazuje się tyleż godna pogardy (z perspektywy człowieka średniowiecza), co poniekąd heroiczna (z naszej współczesnej perspektywy). Lichwiarz tkwił między młotem kościelnego potępienia a kowadłem, na którym wykuwał „kapitalizm”. Średniowieczna mentalność, podbudowana religijnie, odrzucała „nienaturalną” formę zarabiania na obrocie pieniądza, który przecież niczego sam nie wytwarza, w przeciwieństwie do sił natury, i uznawała ją za niemoralną. Odwieczna nieufność Kościoła do pożyczania i odsetek szła w parze z pożyczaniem na potęgę przez świeckich i duchownych dostojników. W poszukiwaniu kompromisu „wymyślono” lichwiarzowi czyściec. Mógł więc za życia prowadzić swój dochodowy interes, a jednocześnie zachować nadzieję na – może nieco odroczone – miejsce w raju. Ten anegdotyczny wymiar operacji finansowych skrywa wszakże w sobie zaczątki gospodarki, która kiedyś położy kres społeczeństwu feudalnemu i okaże się pionierska dla naszych czasów. O tym właśnie traktuje książka Le Goffa, który konkluduje: „Inicjatorami kapitalizmu są lichwiarze” – owi kupujący przyszłość handlarze czasem.

Średniowiecze i pieniądze
Le Goff Jacques
ISBN 978-83-67020-01-5
przeł. Bogdan Baran
oprawa miękka
145 x 205 mm
242 s.
publikacja lipiec 2021

Francuski mediewista Jacques Le Goff (1924–2014), jeden z najwybitniejszych i najbardziej znanych w świecie, w swoich dziełach badał średniowieczną mentalność i rozmaite dziedziny życia powszedniego, gospodarczego i religijnego (Wydawnictwo Aletheia: Historia ciała w średniowieczu, Warszawa 2018; Narodziny czyśćca, Warszawa 2021). W niniejszej książce zawarł podsumowanie swoich podjętych jeszcze w młodości badań nad obecnością pieniędzy w życiu średniowiecznego społeczeństwa, nad ich znaczeniem dla gospodarki oraz ówczesnym statusem z etycznego punktu widzenia. Rekonstruuje właściwą wówczas dla chrześcijanina z punktu widzenia Kościoła postawę wobec pozyskiwania pieniądza drogą lichwy, działalności kupieckiej czy bankowej. Rozważa też ogólniejszą kwestię, czy istniał w tej epoce pieniądz w naszym dzisiejszym sensie i czy można upatrywać w niej początków kapitalizmu. Ten znakomity przewodnik po średniowiecznych finansach opowiada zarazem o losach ludzi związanych z tą dziedziną, o mennicach, kopalniach kruszcu, lichwie, pierwszych bankach i handlu dalekomorskim, co stanowi walor sam w sobie tej książki, nawet jeśli wynik badania okazuje się negatywny: nie ma w średniowieczu myśli ekonomicznej, a gospodarka – z braku globalnych rynków – występuje jeszcze w formie prekapitalistycznej.


Świat średniowiecznej wyobraźni
Le Goff Jacques
ISBN 978-83-67020-62-6
przeł. Maria Radożycka
oprawa miękka
145 x 205 mm
446 s.
publikacja październik 2024

Jacques Le Goff (1924–2014) to najwybitniejszy chyba w ostatnich czasach francuski mediewista, autor takich fundamentalnych dzieł, jak Kultura średniowiecznej Europy, Narodziny czyśćca, Czy Europa narodziła się w średniowieczu?, O inne średniowiecze, Intelektualiści w średniowieczu. Teksty zawarte w niniejszym tomie oświetlają z różnych stron pewien wyróżnik średniowiecza, który inaczej niż w innych epokach był niemal czynnikiem organizującym całokształt ówczesnego życia: l’imaginaire. To świat wyobraźni, imagination, a zarazem świat wyobrażony. Obejmuje szerokie spektrum od zaświatów (piekło, czyściec, raj) przez fantazje o ziemskim życiu po „mirabilia”, rozmaite niezwykłości i przypisywane im nadnaturalne funkcje. W tym spektrum mieszczą się też literatura (opowieści o Graalu czy rycerzach z kręgu króla Artura), onejromancja (interpretacja snów), taumaturgia (cudotwórstwo świętych i królów) czy mistyczne ciało Kościoła, a wszystko to oparte na chrześcijańskiej ideologii lub przez nią asymilowane. Przemożny polityczny i społeczny wpływ l’imaginaire legitymizował władzę i obyczaje epoki. Fascynująca jak zwykle opowieść Le Goffa ma u podłoża siłę wyobraźni samego autora w symbiozie z jego erudycją i kompetencją. Książka zawiera też słynny esej o „długim średniowieczu” i zarys koncepcji interdyscyplinarnej „antropologii politycznej” jako alternatywy wobec tradycyjnej historii politycznej.

Królowie cudotwórcy
Bloch Marc
ISBN 978-83-67020-38-1
przeł. Jan Maria Kłoczowski
oprawa miękka
145 x 205 mm
540 s.
publikacja styczeń 2023

Marc Bloch (1886–1944), francuski historyk rozstrzelany przez nazistów za działalność w ruchu oporu, jest dziś w swojej dziedzinie legendą, a na jego dorobku wychowali się tacy badacze jak na przykład Jacques Le Goff. Główne dzieła Blocha to Społeczeństwo feudalne (1940) i właśnie Królowie cudotwórcy (1924). Królowie… są pracą zaliczaną do antropologii historycznej i historii mentalności w duchu słynnego czasopisma „Annales”, którego Bloch był współzałożycielem. Traktują o nadprzyrodzonym jakoby darze francuskich i angielskich królów leczenia tzw. skrofułów, czyli ropnego zapalenia węzłów chłonnych szyi. Nie jest to jednak sensacyjna opowieść o domniemanych cudach, lecz analiza średniowiecznej i późniejszej mentalności społecznej. Istniała praktyka, zdaniem Blocha rozpoczęta w XI wieku we Francji, a nieco później w Anglii, „leczenia” skrofulozy dotykiem rąk władcy. Niektórzy z nich odprawiali ten rytuał na setkach zgromadzonych określonego dnia chorych, po raz ostatni w XVIII wieku w Anglii, a w XIX wieku we Francji. W tym osobliwym zjawisku skupiają się, badane przez autora, różne motywy, które je wspierają i utrwalają: od politycznego wykorzystania „świętości” króla do wzmocnienia jego władzy świeckiej po „zbiorową pomyłkę” ludowych wierzeń. Ostatecznie więc to, trzeba przyznać, dość osobliwe studium dotyczy historii politycznej – próby sakralizacji monarchii i króla na wzór wschodniego basileusa.

Społeczeństwo feudalne
Bloch Marc
ISBN 978-83-67020-41-1
przeł. Eligia Bąkowska
oprawa miękka
145 x 205 mm
628 s.
publikacja luty 2023

Klasyk francuskich nauk historycznych Marc Bloch (1886–1944) mógł jeszcze bardziej zaznaczyć się w tej dziedzinie nauki, gdyby nie zginął przedwcześnie z rąk niemieckich nazistów wskutek działalności w résistance podczas II wojny światowej. Głównym dziełem Blocha pozostaje monumentalne Społeczeństwo feudalne (1940). Jego inna znana monografia to Królowie cudotwórcy (1924, wydanie polskie: Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2023). Społeczeństwo… opisuje średniowieczne warunki materialne, mentalność, system senioralny i klasy społeczne. Bloch niejako odpowiada avant la lettre na zadane później przez Jacques’a Le Goffa pytanie: Czy Europa narodziła się w średniowieczu? W epoce, w której z kolei narodził się feudalizm. Istnieją poglądy, że nie był on specyfiką średniowiecza, lecz że, rozumiany jako hierarchia podległości, występuje wszędzie w świecie. Bloch, precyzując w niniejszej monografii sens tego pojęcia w odniesieniu do Europy, udziela bardziej zniuansowanej odpowiedzi. Można rzec w dzisiejszym języku, że feudalizm zrodził się z kryzysu „globalizmu”: upadku wielkich państw, które ustąpiły pola lokalnym, zminiaturyzowanym konstelacjom władzy. Feudalizm europejski wszakże, uważa Bloch, był specyficzny, bo wynikał z historycznych i kulturowych uwarunkowań europejskich. Przekazał nam „ideę umowy”, nieobecną na przykład w ustroju japońskim: umowa wasala i seniora zobowiązuje obie strony, co przełożyło się na późniejszy negocjacyjny charakter systemów parlamentarnych.

Czasy katedr
Duby Georges
Sztuka i społeczeństwo 980-1420
ISBN 978-83-67020-30-5
przeł. Krystyna Dolatowska
oprawa miękka
508 s. + il. cz.-b.
145 x 205 mm
publikacja sierpień 2022

Najbardziej znany z badań nad historią „życia prywatnego” francuski historyk Georges Duby (1919–1996) z kręgu czasopisma „Annales” poszukuje w tym tomie społecznych (religijnych, obyczajowych, politycznych) uwarunkowań twórczości artystycznej. Inaczej niż przedstawiciele historyzmu nie zajmuje się historią jako wynikiem aktywnej kreacji ludzkiej, lecz raczej twórczą aktywnością ludzką jako warunkowaną przez zastane struktury społeczne. Książka jest podzielona na trzy części: Klasztor, Katedra i Pałac. Tytułowe „czasy katedr” przypadają na środkowy okres również tytułowych, umownych lat 980–1420, okres rozkwitu feudalizmu, gdy władzę królewską zdominowała warstwa feudałów i to oni stali się sponsorami budowy katedr, tego niezwykłego fenomenu średniowiecza. Katedry są symbolem przejścia od klasztoru, miejsca prywatnej wiary, przez religijny monumentalizm z powrotem do sztuki prywatnej, na dwór już nie feudała, lecz znów władcy – sztuki zarazem znacznie zsekularyzowanej. Duby uświadamia nam, że „sztukę” czasów katedr należy pojmować inaczej, niż się ją pojmuje dziś: była ona dawaniem Bogu w ofierze widzialnego świata. Sztuka była ofiarą, mniej dziedziną estetyki niż magii. Wraz z powrotem władzy w ręce królów i cesarzy rodzi się dzieło sztuki w sensie bliższym współczesnemu. Książka Duby’ego z 1976 roku do dziś zachwyca oryginalnością i świeżością myślenia o średniowieczu, tej fazie dziejów, której rolę źródła naszej współczesności coraz lepiej dziś rozpoznajemy.

Rycerz, kobieta i ksiądz
Duby Georges
ISBN 978-83-67020-63-3
przeł. Hanna Geremek
oprawa miękka
145 x 205 mm
390 s.
publikacja wrzesień 2024

Francuski historyk Georges Duby (1919–1996), jeden z XX-wiecznych klasyków mediewistyki (obok takich badaczy, jak Jacques Le Goff, Marc Bloch czy Jean-Claude Schmitt), pracował m.in. nad historią małżeństwa w średniowiecznej Francji feudalnej. Niniejsza książka zdaje relację z ustaleń autora rozważającego małżeństwo jako pewną instytucję, której dzisiejsza europejska forma została ukształtowana między XI a XIII wiekiem i stanowi wynik ścierania się wpływów klasy „wojowników” (szlachty, rycerstwa) i klasy duchowieństwa. Duby rekonstruuje napięcia między tymi klasami spowodowane przez organiczny konflikt tkwiący w chrześcijańskim pojmowaniu związku małżeńskiego, który ma być formą uświęconej duchowej wspólnoty, a jednocześnie jest związkiem na wskroś „ziemskim” w swoim cielesno-erotycznym wymiarze. Dołącza do tego instrumentalizacja małżeństwa przez feudalnych seniorów wykorzystujących je do pomnażania swoich majątków. Z tym z kolei wiąże się sprawa sytuacji kobiet sprowadzonych do roli przedmiotów transakcji zawieranej przez rody. Wszystko to Duby z przenikliwością wybitnego badacza analizuje na podstawie nader skromnego, ale fascynującego materiału źródłowego. Historia przez niego opowiedziana jest historią kompromisu: adaptacji małżeństwa do feudalnych potrzeb, a jednocześnie nadania mu charakteru sakramentu. Ta historia jest ponadto historią mężczyzn z klas wyższych. O kobietach i o laboratores, klasie pracowniczej, brak porównywalnych źródeł.








wtorek, 29 września 2026

Aspirant do stanu duchowego - z konferencji duchowych Zygmunta Szczęsnego Felińskiego

 PRZEDMOWA.

Przewodnicząc niegdyś młodym Lewitom na drogach życia wewnętrznego, uzbierałem w ciągu lat kilku spory zapas materyałów, które, chociaż nie wyczerpują przedmiotu i wiele pod każdym względem pozostawiają do życzenia, przy ubóstwie wszakże naszej literatury ascetycznej, nie bez pożytku może będą dla gotujących się do świętych obowiązków kapłańskich, dla tych zwłaszcza,, którzy obcych języków nie znają.

Ożywiony tą nadzieją, a mając obecnie aż nadto wolnego czasu, zabrałem się do przejrzenia zgromadzonych materyałów, a uporządkowawszy je wedle ogólnego planu, odważam się dziś owoc mej pracy do publicznego użytku zaofiarować.

Lecz jakkolwiek książka niniejsza przeznaczona jest głównie dla Seminaryów, śmiem wszakże tuszyć, że przeczytanie jej nie będzie bez korzyści i dla starszych też współbraci, co sami już około zbawienia dusz w Winnicy Pańskiej pracują.

. Nikomu nie tajno, jak mało czasu zajęcia parafialne pasterzom zwykle zostawiają, jak ciągle obcowanie ze światem ducha gorliwości wyziębia, jak wreszcie ustawiczne udzielanie się innym, przy zaniedbaniu książki i ćwiczeń duchownych, uzbierane w Seminaryum zasoby wewnętrznego życia wyczerpuje.

Smutna to zaiste, ale aż nadto, niestety, pospolita kolej, jaką większa część parafialnego duchowieństwa od pierwiastkowej gorliwości do wyziębienia ducha przychodzi. Pozostaje wprawdzie w głębi serca wiara, pozostają dobre chęci nawet, ale, z powodu zaniedbania środków zaradczych, dusza czuje się coraz to chłodniejszą, coraz to słabszą, coraz to upadku bliższą. Kocha ona jeszcze cnotę, ale tak jak rozdwojone serce kochać jest zdolne. Pragnie ocknąć się z odręwienia, robi nawet w tym celu pewne wysiłki, ale ta żądza, te usiłowania nigdy prawie z dziedziny pragnień w dziedzinę czynu nie przechodzą; chęć zaś dobra, co nie stała się postanowieniem, co nie opanowała woli, jest jak iskierka na zgliszczach, co spotykając dokoła spopielałe tylko zarzewie, nowego pożaru wzniecić już nie potrafi. Zaledwie ją łaska Boża zapali w sumieniu, zaledwie mdłem światełkiem swojem grożącą duszy przepaść rozświeci, aleć już skała lenistwa, lub żużle namiętności słaby jej promyk tłumią, w ciemniejszym jeszcze mroku zniemożoną duszę pogrążając.

Tem śmielej, Bracia Najmilsi, odkrywam przed Wami tę wciąż krwawiącą się ranę naszego powołania, że i sam tylekroć dotknięty nią zostałem, ilekroć wedle rad innym udzielanych postępować zaniedbałem. Nie krytyka przeto i chęć potępiania przez usta moje przemawia, lecz głębokie i serdeczne współczucie, jakiem wspólność tylko cierpienia duszę natchnąć może. Bolejąc nad Wami, boleję i nad sobą razem, bo niedola Wasza moją też niedolą.

Nie przeto wszakże ręce opuszczać i niedołężnie kwilić mamy, że nas niebezpieczna niemoc trapi: im dłużej owszem w gnuśności lub zapamiętaniu trwaliśmy, tem skwapliwiej zerwać się nam trzeba z grzechowego barłogu, by znowu na wyżyny chrześciańskiej doskonałości podążać. Przecie Ten, co nas wezwać raczył wie dobrze, z jakiej ulepił nas gliny, i nie dziwi Go bynajmniej, zawsze do upadku skłonna niedołężność nasza; nie odwróci się przeto od nas, ani nas odtrąci, byleśmy ufni w miłosierdzie Jego niezwłocznie powstali, o przebaczenie i ratunek wołając. Stańmy tylko śmiało na nogi i ręce doń z ufnością wyciągnijmy, a wnet doznamy, jak łaskawy i potężny jest zarazem nasz Pan, Sędzia i Przewodnik.

Szczęśliwy będę, jeśli słowa moje staną się dla Was zachętą, światłem lub pomocą w tej zbawiennej wewnętrznego odrodzenia pracy, gdyż w tym jedynie celu przemawiam dziś do Was z głębi samotnego ustronia mego.

Was zwłaszcza, duchowne dziatki moje, którym miałem szczęście przewodniczyć niegdyś, gdyście pierwsze kroki na drodze powołania waszego stawili, z głębi kochającego Was zawsze po ojcowsku serca upraszam, byście te kartki uważnie przewertować chcieli. Może znana i sympatyczna dla Was przed laty mowa wywoła dawne wspomnienia, dawne rozbudzi uczucia; może wyciśnie Izę skruchy, łzę żalu za minioną gorliwością, a te łzy, te wspomnienia podniecą może zniemagającą wolę, rozpalą stygnącą miłość i uśpionego ducha powołania rozbudzą.

Nie sądźcie wszakże, Bracia, że w niniejszych konferencyach coś nowego, coś niezwykłego znajdziecie. Światowa tylko mądrość sili się na błyszczącą formę i zdumiewające poglądy, by wewnętrzną próżnię olśniewającą szatą przysłonić; apostoł zaś wiekuistej prawd}' za blichtrem gonić nie potrzebuje, kiedy szczere złoto pełną dłonią rozsypywać może. Dla niego aż nadto wystarczy, jeśli przy jasności i gruntowności wykładu, w głębi sumienia może sobie powiedzieć z Mistrzem: „Nauka moja nie jest moja, ale Tego, który mię posłał" (Jan VII, 16). Być wiernem echem zawsze młodego, choć odwiecznego głosu Kościoła, w przedstawieniu obowiązków kapłańskich i środków wykształcenia się na ministrów ołtarza wedle serca Bożego, — oto jedyna ambicya moja, jedyny cel tego pisma.

Wzgląd ten jednakże, iż traktowane tu przedmioty są stare i powszechnie znane, jako nie zmniejsza wewnętrznej ich wartości, tak też i od zastanawiania się nad niemi odwodzić nas nie powinien; boć i sternik przecie wzroku od igły magnesowej nie odrywa, chociaż wie dobrze, iż ona stale na północ jest zwrócona. Jako on przeto oczy ma ustawicznie w kompas utkwione, nie dlatego, by w nim zmianę jaką spodziewał się dopatrzyć, lecz by doń kierunek okrętu zastosować; tak i my, Bracia Najmilsi, nie przestawajmy nigdy za Pańskim śledzić zakonem, by wedle nieomylnych jego skazówek wszystkie objawy duchowego życia urządzić.

Co do zewnętrznego wszakże układu niniejszego dzieła, starałem się unikać wedle możności wszelkiego naśladownictwa, nadając mu, tak w całości jak i w pojedyńczych częściach własny i odrębny charakter. I nie sprzeciwia się to bynajmniej wierności wygłaszanym przez Kościół zasadom, nic o treść tu bowiem lecz o sposób jej traktowania chodzi. Jako tożsamość chrześcijańskich zasad rozmaitości w żywotach Świętych nie wyłącza, gdyż każdy z nich w inny sposób tegoż naśladuje Chrystusa; tak i niezmienność objawionego światła nie przeszkadza bynajmniej najrozmaitszemu ugrupowaniu pojedynczych jego promieni, stosownie do przedmiotu, który głównie oświecić pragniemy. Ś. Franciszek Salezy porównywa prawdy wiary do znanych powszechnie kwiatów, co choć we wszystkich zarówno kwitną ogrodach, w najrozmaitsze jednak dają się układać bukiety i wieńce, gdyż każdy ogrodnik wedle własnego urządza je smaku, tem więcej nadając im krasy i wdzięku, im głębiej w harmonię barw i kształtów wtajemniczyć się zdołał. Nie śmiem pochlebiać sobie, że ułożone tu ręką moją ewangeliczne kwiatki w równie ozdobny jak u innych wianek się uwiły, lecz że z natury swojej są one wonne i piękne, śmiało je przeto w niezdarnym nawet podaję układzie, tą pokrzepiony otuchą, iż wyrozumiałość Wasza te nieudolną rozplecie wiązankę, a ze znalezionych w niej kwiatów wdzięczniejszy i milszy sercom Waszym wianuszek uwije. Oby tylko praca moja przyczyniła się do chwaty Bożej a będzie to i dla mnie najpożądańczą też chwałą.

***

(...) Aspirant przeto do stanu duchownego winien przedewszystkiem zastanowić się poważnie nad stopniem doskonałości chrześcijańskiej w tym stanie wymaganym i jeśli znajdzie się choć jedna cnota, niezbędna dla kapłana, nad której nabyciem pracowaćby nie miał zamiaru, powinien albo skłonić wolę do zamiłowania tej cnoty, albo wyrzec się powołania. Ten zaś tylko, komu sumienie odpowie twierdząco na cały szereg pytań: czy pragniesz nabyć tę oto cnotę? może przejść bezpiecznie do roztrząsania dalszych pobudek przemawiających za i przeciw powołaniu.

Wszystkie pobudki godziwe dadzą się podzielić na przyrodzone i nadprzyrodzone; że zaś ostateczny cel człowieka jest nadprzyrodzony i urząd też apostolski do tego celu zmierza, to sama już natura rzeczy wskazuje, że i pobudki nadprzyrodzone winny mieć pierwszeństwo nad przyrodzonemi, a korzyść wieczna nad korzyścią doczesną. Gdyby n.p. kto czując się powołanym do stanu duchownego, zaniechał pójść za głosem Pańskiego wezwania przeto że ojczyzna potrzebuje obrońców, ten żleby uczynił stając pod sztandary, gdyż względy ludzkie postawiłby wyżej nad wolę Bożą i dobro doczesne nad wieczne. Człowiek zresztą z wiarą nie może wątpić, iż służąc Bogu i krajowi też najpożyteczniej służy; krzewiąc bowiem wiarę i cnotę, kładzie najtrwalsze społecznego szczęścia podwaliny, bez których wszelka materyalna pomyślność złudzeniem tylko będzie. Mówiąc o pobudkach doczesnych nie mamy bynajmniej na względzie pragnienia bogactw i rozkoszy, chociażby w zakresie godziwym, ani żadnych innych materyalnych używań, gdyż te do obowiązków żadnego stanu nie należą, a są co najwięcej godziwą jego właściwością. Pobudki te przeto w żadnym razie na wybór stanu Wpływać nie powinny, gdyż wola Boża w obowiązkach się jedynie objawią a nie w przywiązanych do obieranego stanu używaniach. Jeśli zaś w stanie małżeńskim godzi się uwzględniać zapewnienie bytu materyalnego, jako środka utrzymania rodziny i wychowania dzieci, to w stanie duchownym podobne względy nie dałyby się niczem usprawiedliwić i byłyby tylko niskiego samolubstwa dowodem. To też gdyby komu, pragnącemu wejść do Świątyni, uśmiechały się kościelne godności i beneficya, połączone ze czcią u ludzi i spokojnem życiem, przestraszały zaś spowiedzie, nauki, posługi przy chorych i w ogóle obowiązki kapłańskie, albo przywiązane do nich śluby dozgonnej czystości, — taki może być pewnym, że nie Pan Jezus go powołuje, i najlepiej uczyni, tak w interesie Kościoła jak i własnego zbawienia, jeśli w świecie pozostawszy, o zamiłowanie pospolitej chrześcijańskiej cnoty się postara.

Lecz i pomiędzy pobudkami nadprzyrodzonemi nie wszystkie jednaką wagę na szali powołania mają, i nad niemi przeto uważnie zastanowić się trzeba.

W pierwszym rzędzie tych pobudek należy umieścić pobudki, że tak rzekę, dodatnie, t.j. takie, co przedstawiają pewne niewątpliwe korzyści bądź dla chwały Bożej, bądź dla własnego lub bliźnich zbawienia, i z tego powodu za obraniem stanu przemawiają. Takiemi pobudkami, w stanie duchownym, są n.p. świętość i ważność kapłańskich obowiązków, potrzeba wiernych pracowników w Winnicy Chrystusowej, możebność szerzenia Królestwa Bożego na ziemi, ratowania od zguby grzeszników a prowadzenia do coraz to wyższej świątobliwości sprawiedliwych, bliższe obcowanie z Bogiem na ziemi i wyższy stopień chwały w Niebie. Wszystkie powyższe pobudki z natury swojej są bardzo chwalebne i dobrą już dają otuchę o powołaniu tego, co się niemi powoduje, gdyż tego rodzaju uczucia, jako nadprzyrodzone, owocem łaski tylko być mogą. W ogóle cześć i przywiązanie do obowiązków stanu, połączone z przeświadczeniem że w tym stanie najłatwiej można się zbawić, stanowią jedną z najmniej wątpliwych oznak prawdziwego powołania.

Pobudki znowu natury ujemnej są te, co trwożąc duszę i rodząc w niej obawę jakiejś straty, od powołania ją odstręczają. Tego rodzaju pobudkami powoduje się n.p. ten, co pomimo pociągu wewnętrznego i wielkiej czci dla kapłaństwa, nie chce do stanu duchownego wstąpić, przeto że nie sądzi by mógł podołać świętym jego obowiązkom, tak dla braku cnót potrzebnych i odpowiedniej nauki, jako też z powodu nieuśmierzonych namiętności, co go łatwo o upadek przyprawić mogą.

Co do tego rodzaju obaw, przewodnicy życia wewnętrznego twierdzą powszechnie, że uczucie własnej niegodności, o ile jest owocem pokory, nietylko nie powinno zatrważać przy obiorze stanu duchownego, lecz owszem koniecznym jest powołania doń warunkiem. Skoro albowiem sam Bóg sprawcą jest rzeczywistym wszelkiego dobra, człowiek zaś narzędziem tylko wszechmocności Jego, koniecznie przeto narzędzie nieudolność swą czuć winno, by samemu sobie spraw Bożych nie przypisywać. Nieufność we własne siły powolniejszymi nas czyni na Pańskie natchnienia i sprawia, iż łaska Jego szczodrzej zasilać nas może; gdy przeciwnie, zuchwałe w sobie zaufanie, przystępu łasce wzbraniając, na rychły nas i nieuchronny upadek naraża. Św. Piotr zaparł się Chrystusa, póki na samym sobie polegał, upokorzywszy się zaś i wyznawszy własną niemoc, stróżem wiary i najwyższym Pasterzem Chrystusowej Owczarni być zasłużył. „Albowiem moc w słabości doskonalszą się stawa" (II. Kor. XII, 9). Jakkolwiek wszakże uczucie własnej niegodności niezbędnem jest w sługach Kościoła i bynajmniej odwodzić nas nie powinno od obrania stanu, do którego skądinąd czujemy się być powołanymi, póki opiera się tylko na ogólnem uznaniu swej nędzy i niedostateczności, lekceważyć go jednak nie należy, skoro, porównywując obowiązki jakie przyjąć zamierzamy do posiadanych zasobów, wyraźną niestosowność dopatrujemy. Chociaż albowiem mocen jest Pan najnędzniejsze nawet naczynie kanałem łask swych uczynić, nie mamy wszakże prawa rozliczać na cuda, skoro możemy albo obowiązku me przyjąć, albo się dość na zwyczajnych drogach uzdolnić. Zbawiciel, kuszony od szatana na puszczy, mógł bezwątpienia rzucić się ze szczytu wieży, nie obraziwszy nogi o kamień; nie uczynił tego wszakże i nazwał podobnego rodzaju ufność kuszeniem Pana Boga, przeto iż nie było żadnej potrzeby do cudów się uciekać. Niemniej też kusi Pana Boga każdy, co zabiera się do stanu duchownego nie posiadając ani dostatecznej nauki, ani potrzebnych nawet do jej nabycia zdolności. Apostołów wprawdzie Duch św. w jednej chwili przekształcił i nadprzyrodzoną napełnił mądrością, ale dziś nie zwykł Pan czynić tego rodzaju cudów, które w pierwszych nawet wiekach Kościoła wyjątkowem były zjawiskiem. Nieskończony szereg świętych Ojców Doktorów i Nauczycieli Kościoła, co jako świeczniki Wiedzy dotąd nam przyświecają, przykładem swoim najwymowniejszy dają nam dowód, iż winniśmy uczynić wszystko co od nas zależy, by drogami przyrodzonemi potrzebną kapłanowi naukę zdobyć, a wówczas tylko będziemy mieli prawo ufać, iż łaska Boża dopełni to, czemu niedostateczność nasza podołać nie będzie w stanie. Ze jednak trudno być własnym sędzią, zwłaszcza w sprawie gdzie tyle czasowych i miejscowych uwzględnić trzeba okoliczności, najbezpieczniej przeto będzie, jeśli z całą prostotą i sumiennością przedstawimy obawy nasze przełożonym, a jakikolwiek będzie ich wyrok, z uległością na nim poprzestaniemy; o ile bowiem zuchwalstwem byłoby wdzierać się samowolnie na urząd nauczyciela i sędziego, pomimo iż sami czujemy jak dalece obowiązki tego urzędu siły nasze przewyższają, o tyle chwalebnem jest pokorne posłuszeństwo, co nie pozbywając się uczucia swej niegodności, ulega woli przełożonych, ufając iż użyją nas do odpowiednich uzdolnieniu naszemu posług. Przełożeni Winnicy Chrystusowej, którym Niebieski jej Sprawca powierzył wybór robotników, najlepiej są w stanie wyboru tego dokonać, gdyż posiadają odpowiednią ku temu łaskę, bez obawy przeto na ich wyroku poprzestać możemy, gdyż wówczas nie my lecz oni za wybór nasz odpowiedzą.

Co się znowu tyczy walki z pokusami, których natarczywość wielu, od doskonalszego odwodzi powołania, zapominać nie trzeba, iż niema stanu gdzieby człowiek od obowiązku poskramiania swych pożądliwości był wolny, gdyż, jak mówi Pański Cierpiący: „Bojowanie jest żywot człowieczy na ziemi" (Job. VII, 1). Mylne to niemniej jak szkodliwe mniemanie, iż niektóre tylko powołania hamulec na burzące się namiętności wkładać nakazują, jak gdyby istniał stan jaki, gdzieby Pańskie przykazania obowiązywać przestawały. Czy pycha n.p. nie tak samo prowadzi na zatracenie świeckiego jak i duchownego? Czy chciwość przestaje być grzechem, przeto że lichwiarz co się jej oddaje ślubów ubóstwa nie składał? Czy wiarołomna małżonka, przeto że nie ślubowała dziewictwa, za życie rozpustne potępioną nie będzie? Rodzaj tylko lub stopień grzechu wedle stanu się zmienia, lecz niegodziwość nigdy niegodziwością być nie przestaje. Porubstwo, cudzołostwo i świętokradztwo różne są wprawdzie występki, lecz każdy z nich jednako na potępienie wiedzie tych, co uwikławszy się w którykolwiek z nich nawrócić się i pokutować nie chcą. Myli się kto sądzi, iż dość się ożenić, by od potrzeby poskramiania cielesnych żądz być wolnym. Gdyby tak było, to złamanie wiary małżeńskiej stanowiłoby grzech wcale w społeczeństwie nieznany, czemu wszakże fakta aż nadto zaprzeczają. Owszem, doświadczenie uczy, że osoby które od dzieciństwa w doskonałej czystości żyją, mniej nierównie trapione są cielesnemi pokusami niż osoby w stanie małżeńskim żyjące; jakkolwiek bowiem małżeństwo stanowi niezaprzeczenie skuteczne od cielesnej żądzy lekarstwo, w razie wszakże nieobecności lub choroby żony, mąż pozbawiony tego środka zaradczego, więcej jest narażony na upadek niż ten co wciąż trwa w czystości dziewiczej, gdyż łatwiej jest w rzeczach ponętnych całkiem się powstrzymać niż zachować miarę. Toż samo powiedzieć można i o innych namiętnościach, które tę wspólną z ogniem mają naturę, iż odjęciem podsycających żywiołów najłatwiej zagasić się dają. Któż nie wie n.p. że nałogowi pijacy, łaską Bożą upamiętani, póty się zwykle w trzeźwości utrzymują, póki ani kropli trunku do ust nie biorą, lecz zaledwie skosztować go sobie pozwolą, wnet z większem jeszcze nieumiarkowaniem do dawnego nałogu powracają. Czytając żywoty Świętych Pustelników spostrzegamy, iż nadzieja poskromienia żywych namiętności, przez zupełne usunięcie się od świata, nie mniejszą liczbę Anachoretów zaprowadziła na pustynię, jak pociąg do życia kontemplacyjnego. Wszak i św. Paweł, choć go Anioł szatanów Wciąż policzkował, wolał raczej dany sobie bodziec ciała w cierpliwości i pokorze znosić, niż opuszczając urząd apostolski, w małżeństwie na upalenie namiętności lekarstwa szukać. Natarczywość przeto pokus nikogo od obrania doskonalszego stanu odwodzić nie powinna, skoro wyraźne znaki prawdziwości powołania w duszy swej odkryje, i skoro stateczne ma w sercu postanowienie wiernego ślubów czystości zachowania; w powołaniu bowiem, nie nasycenia, lecz lekarstwa na pożądliwości szukać trzeba. Jako osioł bicza a koń wędzidła, tak hardy upokorzeń, cielesny zaś umartwienia potrzebuje. Prawda, że ani odosobnienie od świata, ani największe nawet umartwienia od walki, nieraz zaciętej, nas nie uwolnią; lecz przecie zwycięzcy tylko wieniec sprawiedliwości jest odłożony, bez walki zaś zwycięstwa otrzymać niepodobna.

Że  jednak powstanie z nałogów długiej pospolicie i wytrwałej wymaga pracy, ci przeto co przed nawróceniem swojem nałogowo w nieczyste grzechy byli uwikłani, nie wprzód do stanu wymagającego ślubów czystości zabieraćby się powinni, aż kilkuletnią próbą dadzą dostateczną wstrzemięźliwości swej rękojmię; inaczej bowiem zuchwalstwem będzie ślubować Bogu cnotę, która dotąd zawsze podeptaną była. W ogóle wszakże, pod względem namiętności, niemniej jak i pod względem uzdolnienia, najbezpieczniej jest stan duszy odkryć przed roztropnym i światłym spowiednikiem i do jego zdania z ufnością się zastosować.

Lecz jest jeszcze jedna obawa niepokojąca niekiedy serca ludzi słabej wiary, którzy zasadzając pokorę na utonieniu w tłumie i unikaniu wszelkiego wyszczególniania się od innych; sądzą iż byłoby to z ich strony niewątpliwym dowodem pychy, gdyby zamyślać chcieli o stanie powszechnie za doskonalszy mianym i do którego przywiązana jest pewna cześć u ludzi. Wedle nich najbezpieczniej jest postępować drogami utartemi, po których postępują miliony, gdyż wówczas człowiek nie ma się za lepszego od innych i łatwiej w uczuciu swej nędzy utrzymać się może. Rozumowanie to w gruncie jest tymże samym sofizmatem, którym ludzie światowi rozwiązłość swoją uniewinnić usiłują; i oni bowiem twierdzą, że idąc bitym gościńcem, po którym massy postępują, nie mają powodu kar Bożych się obawiać, boć przecie wszystkich Pan Bóg nie potępi, oni zaś gorszymi nie są od innych. W gruncie nie pokora tu działa, lecz lenistwo i wstręt do umartwienia, co się pozorami niskiego mniemania o sobie pokrywają. Lecz jak dalece teorya wstępowania w ślady tłumu daleką jest od Ewangelicznej prawdy, najlepiej wykazują te słowa Zbawiciela: „Wchodźcie przez ciasną bramę, albowiem szeroka brama i przestronna jest droga która wiedzie do żywota, a mało ich jest którzy ją nąjdują" (Mat. VII, 13). O ile zaś szukanie drogi doskonalszej nie sprzeciwia się pokorze, dostatecznie ujawnia się z tego, że Pan Jezus do wszystkich powiada: „bądźcie wy tedy doskonali, jako i Ojciec wasz Niebieski doskonałym jest" (Mat. V, 48). I znowu : „Jeśli kto chce za mną iść, niech sam siebie zaprzy i weźmie krzyż swój i naśladuje mię" (Mat. XVI, 24). Cóż zaś może być doskonalszego jak naśladować Chrystusa i stać się podobnym Ojcu Niebieskiemu? Skoro zaś Mistrz nasz i Przewodnik taką nam ukazuje drogę, to czyż godzi się nazwać pysznym tego, co po niej postępować pragnie? I dziwna byłaby, zaiste, zarzucać brak pokory tym, co zakładają całą swą ambicyę na wstępowaniu w ślady Męża boleści, trawiącego życie całe w ukryciu, ubóstwie, wzgardzie i urąganiu i przyjmującego bicze, plwanie i policzki jako należną sobie zapłatę? Czyż naśladować wzór podobny nie jest umiłować to co On umiłował i na podobny Jemu los się narazić? Są wprawdzie ludzie, co dla miłości Chrystusa i sługom Jego cześć okazują; lecz nierównie więcej jest takich, co szyderstw i zniewag im nie szczędzą i poświęceniem ich pomiatają; ten wszakże, co szczerze naśladować Mistrza usiłuje, zarówno mało sobie waży cześć jednych jak i zniewagi drugich, gdyż obrawszy

Boga za część dziedzictwa swego, Jego tylko jednego się lęka i Jemu jednemu podobać się pragnie.

Co się znowu tyczy większej trudności zbawienia się w stanie doskonalszym niż pospolitym, zarzut ten może być słusznym tylko względem niewezwanych, lecz żadnej nie ma podstawy w stosunku do tych, których Pan rzeczywiście do służby swej powołuje, gdyż, jak widzieliśmy, na drodze to właśnie powołania przygotowane są dla każdego łaski i pomoce do wiernego wywiązania się z obowiązków stanu, a tem samem i do zbawienia nam potrzebne. Me ma co lękać się o następstwa powołania, skoro wątpić nie możemy żeśmy istotnie powołani; Ten bowiem co nas wzywa łaskawy jest i wszechmogący, nie omieszka więc za rękę nas aż do zamierzonej mety doprowadzić.

Jakiekolwiek przeto trwogi i wątpliwości niepokić nas mogą, nie dajmy się niemi od doskonalszego stanu odstręczyć, lecz jako sternik wśród burzy, nie na wezbrane bałwany, lecz na igłę magnesową wciąż patrzy; tak i my, skazówki tylko woli Bożej szukajmy, nie troszcząc się o burzące się fale pokus, co bądź zewnątrz, bądź wewnątrz nas szaleją. Że zaś wola ta w głosie przedewszystkiem sumienia się wyraża, tam przeto całą baczność zwróćmy, a jeśli zastanowiwszy się gruntownie i z czystem sercem nad pobudkami co nas do służby Bożej pociągają, równie jak nad obawami, które nas od niej odwodzą, znajdziemy, iż stan duchowny przedstawia się nam jako trud święty, promienny pokojem i ubłogosławieniem, w którym chwały tylko Bożej, pożytku bliźnich i własnego zbawienia szukamy; jeśli sercem calem wcieliwszy się w Kościół, służenie mu za najwyższy poczytujemy zaszczyt, a przejęci najgłębszą czcią dla kapłańskich obowiązków, nie przypuszczamy nawet byśmy istotniejszą przysługę społeczeństwu oddać mogli nad rozbudzenie w niem ducha wiary i miłości Bożej; jeśli przy tem serce nasze na widok każdej, zwłaszcza zaś moralnej nędzy miłosierdziem się wzrusza, na wszelkie gotowe ofiary, byle utrapionym ulgę przynieść, dusza zaś w modlitwie, rozmyślaniu i badaniu prawd wiary rozkosz prawdziwą znajduje, śmiało wówczas do drzwi Świątyni kołaczmy, usługi jej swoje niosąc, zwłaszcza jeśli właściwa zwierzchność duchowna na korzyść powołania naszego zawyrokuje, gdyż są to znaki niewątpliwe, że sam Zbawiciel nas wzywa. A chociażby nam sumienie mnogość grzechów i tylekrotnie już doznaną ułomność zarzucało, nie dajmy się tem od powziętego zamiaru odprowadzić, boć nie Aniołów lecz ułomnych ludzi Pan na robotników do Winnicy swej przyzywa. Nie nędza i krewkości, lecz obłuda i zarozumiałość obrzydłe są w oczach Tego, co sam w miłosierdziu swojem nędzą się naszą przyodział, by ją tem skuteczniej poratować.

Lecz jeśli przeciwnie, po zbadaniu sumienia spostrzeżemy, iż obieramy stan duchowny dlatego tylko, że karyery światowe, które się ambicyi naszej uśmiechają, są dla nas zamknięte, pod suknią zaś kapłańską łatwiej do czci, dostatków i znaczenia dojść mamy nadzieję; jeśli sądzimy, iż Kościół wielce nam obowiązany być winien za to, że poświęcamy na jego usługi znakomite nasze zdolności i talenta; jeśli przy tem najświętsze obranego stanu obowiązki za rzecz podrzędną lub całkiem niepotrzebną poczytujemy, tak iż czas użyty na medytacye, odmawianie brewiarza i pobożne ćwiczenia uważamy za zmarnowany; jeśli przykrząc sobie cichem i ukrytem życiem seminaryjskiem, tęsknimy z upragnieniem za chwilą, kiedy zrzuciwszy przymus i zależność wstąpimy wreszcie w szranki życia publicznego, gdzie samoistnie działać będziem mogli; jeśli czynione nam przez zwierzchność duchowną uwagi i podawane rady z lekceważeniem przyjmujemy, nie wątpiąc w głębi serca, iżbyśmy lepiej od przełożonych naszych rządy sprawować potrafili; jeśli nakoniec z politowaniem spoglądamy na wiejskich plebanów, co w ubóstwie ducha i prostocie serca ubogim kmiotkom drogi zbawienia torują, marząc dla siebie kaznodziejstwo w wielkich miastach, akademickie katedry i przełoźeństwa, zanim przyjdą prałatury i mitry, — o! wówczas, Bracia mili, opuśćmy bez wahania ten święty nauk i pobożności przybytek, a zrzuciwszy suknię, której być może wstydzimy się już w świecie, wróćmy skądeśmy przyszli, gdyż nie masz wątpliwości, że nie Duch Boży wprowadził nas w te mury. Przestańmy marzyć  o kapłaństwie jako o rogu obfitości, skąd nam dostatki popłyną, lub jak o podnóżku, co ma nas na widowni postawić; szukajmy raczej na drogach pospolitych odpowiednego dla usposobień naszych stanowiska, stokroć bowiem lepiej, powtarzam raz jeszcze, zostać uczciwym rzemieślnikiem lub gospodarzem w świecie, niż złym kapłanem w Świątyni.

Dotąd mówiliśmy tylko o tego rodzaju powołaniu, gdzie wezwany miłuje wolę Bożą i szuka jedynie znaków niewątpliwych, aby się o niej przekonać, gotów natychmiast pójść za usłyszanym głosem. Nie sądźcie wszakże, Najmilsi Bracia, by niewyczerpany w miłosierdziu swem Ojciec do tych się tylko synów w wyborze swym zwracał,

Którzy wezwanymi być pragną i zaszczyt służenia Bogu za szczęście sobie poczytują. Zdarza się owszem częstokroć, że uprzedzając laską wewnętrzną chęć człowieka, ściga On miłością swoją tych nawet, co w obecnej chwili najdalej są od Mego sercem i wcale służyć Mu nie pragną. Jako Szawła Zbawiciel wezwać raczył wówczas właśnie, gdy fanatyczna zawziętość jego plany prześladowania snuła; tak i wielu też innych łaska Pańskiego wezwania na manowcach światowych, a niekiedy na gościńcu jawnej bezbożności znajduje. Ze zaś wśród wrzawy płochych rozrywek trudno głos Boży usłyszeć, Pan przeto zwykł dusze takie wprzód rózgą utrapień do upamiętania przywodzić, by tem skuteczniej do otrzeźwionych z szału przemówić. O, tak, zaiste! w miłosierdziu to swojem Ojciec Niebieski nieszczęściami nas chłoszcze i na każdym kroku zawady stawia, ilekroć wsteczny powołaniu naszemu kierunek obieramy; lecz jeśli oporem naszym łaski tej nie udaremnimy, wkrótce zdroje wody żywej wytrysną dla nas z tegoż źródła, skąd piołunowa gorycz zrazu się sączyła. Ileż to dusz, co wybranem naczyniem łaski zostać miały, dawszy się niebacznie wirowi namiętności pochwycić, nie wprzód glos Pańskiego wezwania usłyszały, aż chłostą utrapień i mroźnym zawodów wichrem zwodnicza mgła urojeń przed wzrokiem ich rozwianą została, próżnię ziemskich nadziei w całej nagości rozczarowanej duszy ukazując. Szczęśliwy, kto w tem cierpkiem lekarstwie troskliwość Ojca poznając, raz na zawsze rozbrat z doczesnemi nadziejami uczyni, a nie kusząc się napróżno o sklecenie z rozbitych szczątków nowej szczęścia lepianki, mężnem sercem krzyż weźmie na ramiona i stromą obowiązków ścieżką za Mistrzem na Kalwaryę pośpieszy. Chociażby wymagana przez Ojca Niebieskiego ofiara wydawała się nam tak dziwną i wstrętną dla natury, jak dany Abrahamowi rozkaz, aby jedynaka swego na całopalnym złożył ołtarzu, stanie się ona dla nas, jak dla Abrahama, węgielnym kamieniem wiekuistego z Bogiem przymierza, byleśmy ją mężnem i ochoczem sercem złożyli. Jakkolwiek wszakże ofiara taka w skutkach jest zbawienną, niemałej wszakże odwagi i siły woli wymaga, a im dalej kto zabrnął na bezdroża, im słodszym z czary rozkoszy poił się nektarem, tem zaciętszą w głębi serca stoczyć będzie musiał walkę. Tu już przezwyciężyć przychodzi nie obawy trwożliwego sumienia, co drży wobec własnej nieudolności, lecz całe legiony ułud i ponęd, co w najczarowniejsze przyodziane szaty, przedstawiają duszy, z jednej strony wszystkie uciechy, jakie na zawsze utraci, z drugiej zaś wszystkie czekające na nią utrapienia; a gdy dusza miota się w niepewności, naprzemian tchnieniem łaski i pożądliwości porywana, szatan szepcze jej ze swej strony tę fatalną wróżbę, iż ofiara pozostanie w każdym razie jałową, bo chociażby natura zwyciężoną i poświęconą, była dzisiaj, jutro tem natarczywiej dopomni się o swe prawa, z lichwą wynagradzając sobie wyrządzoną krzywdę. Kto sam tej strasznej nie przebywał walki, niech przeczyta Wyznania św. Augustyna, a pojmie, jak łatwo zwyciężonym być można w tym boju, jeśli dusza na heroiczną nie zdobędzie się odwagę. Szczęśliwy, o! stokroć szczęśliwy, kto umocniony łaską zdradzieckie potarga sidła i z ufnością na łono Ojca się rzuci, nie na własne siły, lecz na pomoc Jego rachując. Lecz kto usłyszawszy nawet Pańskie wezwanie, zamiast otworzyć świątynię serca kołaczącemu do drzwi Oblubieńcowi, uszy dobrowolnie na głos Jego zamknie, sarkając niewdzięcznie na surowość Pańskich wyroków, co go z dóbr ziemskich ogołocić pragną; dla takiego kir żałoby zwykle w śmiertelny całun się zmienia, gdyż Pan odwraca od niego swe zasmucone oblicze, na kogo innego przenosząc swe łaski, w opuszczonej zaś od Boga duszy, jako smutny odrzuconego powołania pomnik, dręczące tylko, lecz już bezowocne zgryzoty sumienia pozostają.

Jeśli przeto i z nas kogo wezwanie Pańskie na bezdrożach zastało, jeśli kto, surową tylko chłostą upamiętany za zwodniczą ułudą szczęścia gonić zaprzestał, niechaj nie sądzi, że wszedł przez okno do Chrystusowej Owczarni, i że jest w niej złodziejem lub zbójcą. Skoro ze szczerem sercem i dobrą wolą Boga jednego w obranym stanie szuka, stanowczy rozbrat z błędami przeszłości uczyniwszy, to chociażby nawet najpiękniejsze lata życia na manowcach przepędził, niechaj z ufnością za wewnętrznym głosem idzie, boć o różnych dnia godzinach Gospodarz Winnicy robotników powołuje, i nie przeszłe, lecz obecne tylko usposobienie ich bada. Kto uznawszy swój obłęd tak całkowicie i bezwarunkowo odda się Chrystusowi jak Szaweł, lub Augustyn, ten może być pewnym, że nie w mniejszą też od nich łaskę obfitować będzie na ziemi, i niemniejszą od nich posiądzie chwałę w Niebie. Więcej powiem: chociażby który z was, Najmilsi Bracia, dla ludzkich tylko i czysto doczesnych względów do Świątyni przybył, zacności powołania swego nie pojmując, i jeśli nieodwołalne śluby już go na zawsze z Oblubienicą Chrystusową złączyły, niech i ten nie rospacza, ani sądzi, że mu nieuchronnie los złodzieja lub rozbójnika zgotowany; lecz odmieniwszy serce, niech to sprostuje dzisiaj, co tak niebacznie skoszlawił wczoraj. Wszak Pan Bóg nie stawia nikogo w niemożebności zbawienia; skoro więc nie od nas zależy stan nieodwołalny opuścić, to musi być w mocy naszej w tym stanie się zbawić. Nie napróżno św. Augustyn mówi: „jeśliś niewezwany, spraw, abyś został wezwany". Środek zaś dokonania tego ukazuje nam Piotr św., gdy woła w liście swoim (II. Piotr I, 10): „Starajcie się, żebyście przez dobre uczynki pewne czynili wezwanie i wybranie wasze." Oddajmy się tylko całem sercem Bogu, umiłujmy obowiązki naszego stanu i bądźmy im wierni, a Ten, co nie chce śmierci grzesznika, lecz aby się nawrócił i żył, skoro spostrzeże naszą dobrą wolę, nie omieszka nas wezwać, chociażbyśmy powołanymi dotąd nie byli, boć On Ojcem naszym a my Jego synami.

Niech nas przeto, Bracia, ani przeszła niewierność, ani nędza obecna, ani dotychczasowe nawet zaślepienie zbyt nie przeraża, skoro od tej chwili przeszłość naprawić postanawiamy. Śmiało tylko rzućmy się w objębia Ojca Niebieskiego, z równą prostotą, jak dziecko rzuca się w objęcia matki, a On też z miłością matki do łona swego nas przytuli i skrzydłem swej opieki osłoni. Prawda, że skażona grzechem i znarowiona złemi nałogami natura, na dawne tory ciągnąć nas nie przestanie, lecz przecie Pan z mułu ziemi ulepionego człowieka, jednem tchnieniem Ducha swojego, we własny wizerunek zamienił, wołajmy doń przeto z wiarą i ufnością, a wszechmoc Jego dziwniejszego jeszcze dokona cudu, zmieniając tchnieniem swej łaski to strupieszałe próchno, jakiem nas grzechy uczyniły, w żyjący obraz Boży, jakim są Pańscy Wybrani.

Wyrzeczenie wewnętrzne


Pojmowaniu wyrzeczenia omawianemu dotychczas przeciwstawia się drugie, nieco mniej pospolite, ale też ważniejszą odgrywające rolę w świecie pojęć etycznych i religijnych. Chodzi w niem już nie o wyzbycie się przedmiotu pożądanego, ale pożądania samego, a definicja jego (której już nie będę budował stopniowo, jak w wypadku poprzednim) brzmiałaby jak następuje:

„Wyrzec się, jest to, posiadając jakąś rzecz, zniweczyć w sobie pragnienie zachowania jej nadal, albo, nie posiadając jej, ale mając szanse jej osiągnięcia, zniweczyć w sobie pragnienie jej osiągnięcia“.

Stosując, jak w paragrafie poprzednim, wyraz „pożądać“ w znaczeniu odpowiednio szerokiem, można powiedzieć poprostu: „wyrzec się jakiejś rzeczy, jest to zniweczyć („wykorzenić“) w sobie jej pożądanie“.

Wyrzeczenie tego typu, w przeciwstawieniu do zewnętrznego, polega na pewnej zmianie zachodzącej w życiu psychicznem. W języku poetyckim i religijnym nazywa się to często: „wyrzec się czegoś w sercu swem“. Możemy wobec tego wyrzeczenie to nazwać wewnętrznem. Człowiek, który na sobie wymusił obojętność na dobra materjalne; mędrzec, który już ani żyć ani umierać nie pragnie i poddaje się spokojnie losowi; albo chociażby ów palacz, o którym wspominałem przed chwilą, jeśli swą namiętność pokonał, spełniają akt wyrzeczenia wewnętrznego."

Cały artykuł Henryka Elzenberga o wyrzeczeniu 

Ostatni „mędrzec” z Syjonu


Przed wojną – tą z Iranem – nie do pomyślenia! Protesty przeciwko polityce syjonistycznego apartheidu odbywały się już dawno na całym świecie. Jednak skala ostatnich demonstracji w Nowym Jorku przerosła oczekiwania nawet samych organizatorów. Do tego fakt, że prezydent USA również wspiera ten ruch, jest czymś zupełnie nowym. Nie przybył on co prawda w swojej czerwonej czapeczce MAGA na tę demonstrację, ale pokazał wsparcie w inny, dyplomatyczny sposób.

Na kilka dni przed przybyciem Netanjahu do USA na sesję Zgromadzenia Ogólnego ONZ, Donald Trump – republikanin, spotkał się z zagorzałym wrogiem Netajahu, burmistrzem Nowego Jorku Zohranem Mamdanim – demokratą. A do spotkania Trump – Netanjahu tym razem nie doszło.

Burmistrz NY zapowiedział, że przy pierwszej nadarzającej się okazji, aresztuje Netanjahu za zbrodnie wojenne na Palestyńczykach. Nawet gdyby tak się stało, to premier Izraela szybko odzyskałby wolność i zostałby oficjalne przeproszony. Wpadłem na pomysł, żeby wsadzić Netanjahu do jednej celi z przebywającym tam przecież już wenezuelskim prezydentem Maduro. Ich dyskusja mogłaby być naprawdę interesująca. Nie tylko dla CIA. Maduro, pomimo że sam żartobliwie określił swoją angielszczyznę „językiem Tarzana”, potrafi się jednak dogadać w tym języku.


Spojrzenie zbitego psa powinno wzbudzać litość, ale tego nie robi.
Kiedy pod koniec września izraelski premier Benjamin Netanjahu wystąpił przed Zgromadzeniem Ogólnym ONZ, ponad stu dyplomatów demonstracyjnie opuściło salę, zanim jeszcze zaczął przemawiać. Wśród nich byli delegaci z Palestyny, Brazylii, Hiszpanii, Turcji, Tunezji, Arabii Saudyjskiej i RPA.

Netanjahu, wobec którego Międzynarodowy Trybunał Karny – ten trybunał w Hadze, który może oskarżać osoby fizyczne o zbrodnie wojenne, zbrodnie przeciwko ludzkości i ludobójstwo – wydał nakaz aresztowania w związku z domniemanymi zbrodniami wojennymi w Strefie Gazy, nazwał tych, którzy opuścili salę, „moralnymi tchórzami”. Źródło. Moim zdaniem adekwatną odpowiedzią na jego postawę, byłoby nazwanie premiera Izraela niemoralnym „bohaterem”.

Interesujący artykuł o tej klęsce premiera najbardziej terrorystycznego kraju na świecie ukazał się w piątek na tkp.at: Błyskawiczna wizyta Netanjahu w Nowym Jorku: strach przed Mamdanim, panika w podziemiu – i prawdziwy rozłam w kraju. Źródło.

Premier Izraela Benjamin Netanjahu przemawiał przed Zgromadzeniem Ogólnym ONZ w Nowym Jorku w czwartek, 24 września 2026 roku – według izraelskich mediów, była to jedna z najkrótszych i najbardziej wymagających pod względem bezpieczeństwa wizyt USA w czasie jego prezydentury. Podczas gdy międzynarodowe doniesienia koncentrowały się głównie na protestach, konflikcie opinii publicznej z burmistrzem Nowego Jorku Zohranem Mamdanim i dziwacznym incydencie w kanalizacji w pobliżu jego hotelu, konflikt, który był kluczowy dla politycznego przetrwania Netanjahu, rozgrywał się w samym Izraelu: otwarte zerwanie z najbardziej wpływowym rabinem w litewsko-charedimskim świecie, Dovem Landauem.


Kraje, których przedstawiciele opuścili salę plenarną ONZ przed wystąpieniem Netanjahu.
Źródło.
Jak wynika z tej mapy wszyscy dotychczasowi sprzymierzeńcy Izraela z Zatoki Perskiej i wszystkie kraje na Bliskim Wschodzie naturalnie poza samym Izraelem, zbojkotowały wystąpienie terrorysty na forum ONZ.

Nie jest to jedynie moda, by przypodobać się wyborcom. Daje to nam nadzieję, że przynajmniej resztki człowieczeństwa odzywają się coraz liczniej także wśród polityków. Z pewnością obserwujemy koniec haniebnej ery premiera Netanjahu. Kto zajmie jego miejsce? Biorąc pod uwagę 70% wsparcia w Izraelu dla rasistowskiej polityki rządu, obawiam się, że będzie to wcale nie lepszy drań.

Francuski sędzia Nicolas Gouyou, który wydał w Międzynarodowym Trybunale Karnym nakaz aresztowania Netanjahu, twierdzi, że firmy Visa i Mastercard zablokowały wszystkie jego karty, przez co nie może już dokonywać zakupów. Twierdzi on, że sędziowie, prawnicy i politycy są zastraszani i traktowani jak przestępcy.
Źródło: Telegram 24.09.2026 r. 14:32.
https://t.me/MartinRutter

Przy negatywnych emocjach związanych ze zbrodniami Izraela, nie jest łatwo zachować pełen obiektywizm. Przecież każde państwo ma prawo do obrony nawet wtedy, gdy korzystając z sił specjalnych, samo organizuje napaść na własny kraj, żeby potem mieć pretekst do tej „obrony”. Nigdy tak nie jest, że cały naród ponosi zbiorową odpowiedzialność za zbrodnie polityków. To syjonistyczny rząd organizując napaść na własne państwo, wykorzystuje naturalny strach, by skonsolidować naród przeciwko wymyślonemu wrogowi.

Nie usprawiedliwia to izraelskich radykalnych wyborców. Jednak spójrzmy na siebie – jakie kreatury dopuszczamy do władzy we własnym kraju?

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

27. września 2026 Marek Wojcik world-scam/ostatni-medrzec-z-syjonu

***
Jednak problemem, który został zmarginalizowany w ONZ, nie jest Netanjahu, lecz mentalność społeczeństwa izraelskiego. Opozycja nie krytykuje jego działań wobec Palestyńczyków, Libańczyków ani Irańczyków, ale w niektórych przypadkach wręcz wzywa do bardziej zdecydowanego podejścia.

https://dakowski.pl/blyskawiczna-wizyta-netanjahu-w-nowym-jorku-strach-przed-mamdaniem-panika-w-podziemiu-i-prawdziwy-rozlam-w-domu/