To chyba wiem na pewno, że pisarz, kiedy już pisze, powinien być sam. Co prawda właśnie na samotność skarży się Czesław Miłosz w książce „Widzenia nad zatoką San Francisco”, którą teraz czytam. Smutna to książka, autor jakby dostał w tej Ameryce lęku przestrzeni. A po cóż on właściwie emigrował - przez tchórzostwo Janki? Gnębi go brak czytelnika: tam można być drukowanym, tu za to ma się czytelnika — wybór trudny. Ale poezje mógł pisać tutaj, tego się cenzura nie ima. To wielki poeta i wielki mój przyjaciel, ale ktoś skaził mi jego obraz mówiąc, że on całe życie kierował się dwoma lękami: lękiem przed bolszewikami (to u ludzi ze Wschodu obsesja) i lękiem przed nędzą. A Janka jeszcze te dwa lęki w nim rozbuchała. Poznałem ją przed wiekami w Warszawie, gdy była jeszcze żoną reżysera filmowego Cękalskiego. Śliczna była i bardzo inteligentna, ależ apodyktyczna! Refleks tego widzę w książce Czesława, gdy pisze, że kobiety spiskują przeciw mężczyznom w zmowie z naturą.
**Skończyłem książkę Miłosza „Widzenia nad zatoką San Francisco”. Pomyśleć, że piętnaście lat temu, gdy przeczytałem „Rodzinną Europę” (było to w Poroninie), to po prostu siadłem i napisałem do niego długi list - teraz nie tylko, że nie ma mowy o liście, ale boję się pokazywać książkę, bo to „druk nielegalny”. Ale z nas wystrugali głupków, ha!
Książka świetnie napisana, okropnie pesymistyczna, miejscami drażniąca ubezpieczaniem się autora na wszystkie strony, chciałoby się rzec drażniąca za dużą jego inteligencją i wszechwiedzą. Zarzuciłbym mu, że on, realista i człowiek ceniący sobie zawsze zdrowe uroki życia, tutaj uległ jakimś światoburczym zwątpieniom i drapie się tam, gdzie go nie swędzi, ulegając (choć się temu sprzeciwia) buntowi młodych amerykańskich narkomanów, a także swego uniwersyteckiego kolegi Marcuse’a. Po prostu Czesio żył niehigienicznie. Żyć higienicznie, to żyć w małym kręgu spraw, w których ważność i w ogóle losy jest się osobiście zaangażowanym — to nadaje wyższy sens codziennemu istnieniu i chroni przed szkodliwym zawrotem głowy. Nie można żyć nad dwoma oceanami i kibicować całemu światu — człowiek gotów rozpłynąć się wtedy w trwodze i w bezosobowej, obserwatorskiej wizyjności. Miłosz często myślenie zastępuje wizją, a że jest piekielnie inteligentny, więc, ubezpieczając się wciąż przed wszelkiego rodzaju jednostronnościami, wysypuje tych wizji taką masę, że w końcu przestaje już stać za którąkolwiek z nich, angażować się, twierdzić cokolwiek — jest zbyt ostrożny (intelektualnie też), aby w pełni podpisać się pod jakąś tezą — jeśli w końcu opowiada się za Ameryką „cnotliwą” (wypada to w końcu zadowolonemu z życia gościowi tego kraju — to tylko hucpa Kott zamienił się tam w Czarną Panterę), to czyni to z mnóstwem zastrzeżeń i aneksów, aby go tylko ktoś nie posądził o „ograniczenie”. A jednak presja intelektualistów, zażywających marihuanę i pogardzających przyziemnym dobrobytem, musi tam być piekielna i do tego terroryzująca moralnie, jeśli nie wypada człowiekowi inteligentnemu im się sprzeciwiać. Cale szczęście, że Moskale są tak bardzo prynctpialni i zamiast w Pana Boga wierzą w swój święty proletariat, więc nie popierają tej rewolty bogatych paniczów — gdyby ją oficjalnie „doktrynalnie” poparli, zrobiliby Amerykanom nieliche „kuku”. A tak, na proletariat przemysłowy czekać mogą długo, bo on jest w Ameryce zamożny i konserwatywny - co najwyżej z Murzynów będą mieli profit. O kwestii murzyńskiej zresztą pisze Czesław rewelacyjnie — w ogóle cała ta jego książka mogłaby śmiało wyjść w Polsce (jest tam jedynie kilka wypadów antymarksistowskich — zresztą en passant), tyle że na szczęście nasi tępi sekciarze do tego nie dopuszczą. Na szczęście, bo przecież cała nasza nadzieja to wiara w Amerykę pozytywną i cnotliwą. Czesław też się do tej wiary przyznaje, ale wstydliwie, bo nie wypada mu zdradzać swoich „jajogłowych” intelektualistów. A ja mam jajogłowych w dupie, a roztkliwiać się nad zwariowanymi maoistami, trockistami, marcusowcami etc. ani mi głowie. Myślę, że w końcu zdrowy nacjonalizm amerykański da tym rewolucjonistom z nadmiaru dobrobytu porządnie w łeb — czego im szczerze życzę.
Miłosz o Polsce nic już prawie nie wspomina, nie chce pewno być „prowincjonalny”. Jakby nie rozumiał, że dla pisarza mikrokosmos jest ważniejszy niż makrokosmos, bo ułatwia uchwycenie praw świata na materiale konkretnym — a prawa te wszędzie są w istocie takie same. Kant całe życie nie ruszał się z Królewca. Myślę, że Czesław zatruł się pozornym ogromem świata i Ameryki - stąd trochę upozowana rozpacz jego, świetnej zresztą, książki. O ileż mądrzej postąpił Giedroyc: stworzył sobie polski mikroko-smos w Paryżu, żyje Polską i konkretnymi pracami dla niej — mimo swoich „hobby” i dziwactw politycznych jest w gruncie rzeczy pracownikiem pięknego i pożytecznego polskiego ogródka kulturalnego. Żyjąc polskim konkretem uniknął w istocie choroby duchowej, jaką jest emigracja. Żyje w Polsce swoich wyobrażeń i wspomnień, w jakiej w gruncie rzeczy żyli Mickiewicz, Słowacki, nawet Chopin. A Czesław jest już bez miejsca na świecie, choć usiłuje się do tego nie przyznawać, drapując się w szaty myśliciela ponadkontynentalnego. Ale jego głos przechodzi nie zauważony, czyli w rezultacie ma to samo, co gdyby został w kraju i podlegał tutejszej cenzurze. Po cóż więc wyjechał: dla wygody, dla ciekawych wrażeń i pejzaży? Tak, oczywiście, po cóż więc przebiera się w szaty nie zrozumianego cierpiętnika?! Toć to nawet nie wypada!
**
W nowym numerze paryskiej „Kultury” Czesław Miłosz pisze o moich „Cieniach”. Bystro i inteligentnie, to mój przecież całożyciowy czytelnik, który odkrył „Sprzysiężenie”. Mało mam tych czytelników, więc sprawa dla mnie ogromnie cenna. W poprzednim numerze tegoż miesięcznika była też recenzja podpisana „Jacek Salski” — domyślam się, kto ją napisał. Ale w ogóle to pozostaję pisarzem nieznanym — paradoksalna sytuacja. Aha, Czesław (w związku też z moją lekturą) zrozumiał wreszcie, że jedyna dla Polski szansa duchowego przetrwania to nacjonalistyczny patriotyzm, jaki mają na przykład Żydzi w Izraelu. Wyzbył się więc swych libertyńsko-liberalistycznych przesądów — a czas był najwyższy, to mnie zawsze od niego oddalało, zwłaszcza gdy wygadywał, że jest Litwinem i ma „warszawską” Polskę w nosie. Nie stać nas dzisiaj na takie luksusy!
**
Byłem u poety Herberta, zaprosił na wieczór nas (Lidia nie poszła) i Stommów. Makabryczny był to wieczór, facet rozpity okropnie, straszny niby kozak, ganił Stommę za „kolaborację”, a w gruncie rzeczy nic nie wie o Polsce i tutejszych stosunkach. O mało nie doszło do awantury, tyle że pijany i Kasia go jakoś ochraniała. Przysiągłem sobie więcej nie chodzić do wariatów, a tu, za parę dni, będąc na Pradze wstąpiłem do Jerzego Andrzejewskiego. Siedział w domu z jakimś chłopakiem, zresztą dosyć inteligentnym, piliśmy wino. Jerzy właściwie miły, pesymista, ale walczyć nie chce, chce wydawać książki w Polsce, dał mi przykład „Cieni w pieczarze”, książki jego zdaniem świetnej (!!), o której nikt w Polsce nie wie. Sam pisze nową rzecz, słoniowych rozmiarów, coś w rodzaju własnego życiorysu z sylwetkami „swoich współczesnych”. Czytał mi fragmenty, m.in. o Marii Dąbrowskiej. Dobre to, choć nieco starcze — jakby ustawiał się w cierpiętniczym, polskim panteonie przeszłości. Tłumaczyłem mu, że nie jest jeszcze taki stary, ale on upierał się, że jest — robi sobie ze starości aureolę, to tak u pedałów bywa.
**
A literaci (Słonimski, Herbert, Woroszylski etc.) wysyłają podobno jakieś protesty, np. teraz w sprawie jakiegoś Przybylskiego, który napisał artykuł o Dostojewskim, podobno „nieprawomyślny” w piśmie „Teksty”. Nie znam tej sprawy ani tego pisma, myślę jednak, że takie protesty raczej służą ich sygnatariuszom niż ogólnemu dobru. Podpisywacze protestów zyskują dobrą markę na Zachodzie, który ma nieczyste sumienie, więc chętnie ich tuli i daje stypendia, a tu zbytnio sobie nie szkodzą. Tyle że taka walka o szczegóły bez uderzania frontalnego nie jest walką, tak jak nie jest leczeniem badanie objawów choroby, nie zaś jej przyczyn. Należałoby uderzyć w cenzurę, zasadniczo, w szeroko udokumentowanym memoriale, ale tego to słonimszczaki nie zrobią, bo nie chcą palić mostów. Jest w „Kulturze” znakomity artykuł Orwella z roku 1943 (miał być wstępem do „Folwarku zwierzęcego”), gdzie atakuje on wściekle angielską prasę za zakłamanie, za lizanie dupy Rosji — i to w czasie wojny. Ba. A u nas zakłamanie wsiąkło już w krew tych nawet, co przeciw niemu protestują!
**
Widziałem w telewizji odstręczający przykład starczej megalomanii: wywiad z Wańkowiczem. Jakżeż się ten stary komediant ustawia „na szanowno”, kryguje, maluje swój portret dla potomnych, chytrze (jak sądzi) ukrywając wszelkie swe błędy, luki, potknięcia, bajdy. Oczywiście mówi o swoich błędach, ale tylko po to, aby je rozładować, aby zwrócić światło na błędy drugorzędne, mniej istotne, aby jeszcze mieć profit, że taki skromny i autokrytyczny („Słyszeliście moją samokrytykę? Genialna, co?”). W istocie cały ocieka miłością do samego siebie i pychą ze swej pracy, za to pokory ani tam za grosz. Ciekawe, czy on o tym wie? Zawsze sądziłem, że autor, pokazując się publiczności, winien okazać raczej zażenowanie czy rozdwojenie — zresztą kronika duszy to kronika skandali i rozdwojeń, konfliktów i dwuznaczności. Pisarz nie wątpiący o sobie, nie rozdarty, niewart jest pokazywania się publiczności — tymczasem Wańkowicz uważa, że taki tylko jest wart pokazania, że błędy i wstydliwości należy przemilczeć. Jest to właściwie psychika amerykańskiego, „budującego”, umoralniającego gwiazdora telewizyjnego, zresztą na gwiazdora nadaje się ten chytry a zakochany w sobie starzec niezwykle, bardzo jest fotogeniczny, gdy udaje zadumę nad zadanym sobie pytaniem, które na pewno sam wymyślił i wyreżyserował. A żeby tak opowiedział, jak parę zaledwie lat temu został aresztowany rzekomo za „Wolną Europę” i nawet skazany — tyle że potem jakoś się wyprosił u Gomułki - „cza-ruś” dla ubogich! To by było najciekawsze i najbardziej kontrowersyjne, co by mógł opowiedzieć, znacznie atrakcyjniejsze od obłudnego dziwienia się, że nakłady jego książek błyskawicznie znikają z księgarń. Ale oczywiście o tym idiotycznym zresztą aresztowaniu mowy dziś nic ma — publiczność zapomniała, niczym na rozkaz („a cierpliwa publika łyka i łyka...”), jeśli zaś kto pamięta, to ma z tego stary Wańkowicz tvlko dodatkowy laur. Tak to mu w życiu wszystko idzie - cha! cha!
Druga, niestety, książka pełna samoubóstwienia to migawkowe wspominki Grażyny Bacewicz, wydane w zbiorku. I tu aż wszystko ocieka od miłości do samego siebie, i tu autorka nie ma o tym pojęcia, sądząc, że jest na zewnątrz arcyskromna. Czy ludzie muszą tak kochać siebie i swoją twórczość, może bez takiej miłości nie można w ogóle być twórcą? A przecież doskonale sobie wyobrażam, że człowiek tworzy, lecz nie lubi swojej twórczości, bo jest niedoskonała, bo go fałszuje i przeinacza. To by był dopiero prawdziwy problem wart pokazania - mamy go w „Zapiskach z życia” Irzykowskiego, ten rozumie, że z psychologii twórcy tylko i jedynie rozdwojenie, autorozbicie, autozwątpienie są rzeczami, które warto pokazywać. Ale czy ja sam stosuję się do tej zasady w niniejszych notatkach?! Oto jest pytanie!
**
A propos wzbogacania się góralszczyzny, dowiedziałem się, że stary Książę krzywi się na moje ostatnie „dzieło”, dopatrując się w nim „proreżymowości” (będę już o tych sprawach pisał w tym dzienniku, pal diabli ostrożność!). Zdumiewające to spostrzeżenie - a ja myślałem, że cała ta książka (a raczej maszynopis) jest jedną nieustającą polemiką z marksizmem. Ale on, jak się zdaje, nie chce polemiki z marksizmem, lecz pali się do „rewizjonizmu”, przy tym stał się socrealistą a rebours, chce, żeby każda książka potwierdzała jego tezy, chce tego zwłaszcza ode mnie, którego uważa za polityka, podczas gdy ja, zwątpiwszy o możliwości politykowania tutaj, chcę właśnie (rychło w czas!) zostać literatem. Piętrowe to nieporozumienie, trudne do rozwikłania na odległość, poza tym Stary, chociaż contrę coeur, obiecuje książkę wydać. Wychodzi jednak na to, że jestem niepożądany ani tu, ani tam, zapewne dlatego, że zbrzydzony do marksistowskich metod literackich nie chcę wyrażać żadnej tendencji, lecz być obiektywnym świadkiem, fotografować. Niewdzięczna to widać w naszej epoce rola, takiego śwdadka wszyscy biją i popychają.
**
Pokłóciłem się mocno z Andrzejem M. [Micewskim] o jego świeżą książkę „Postawy i poglądy”. Zrobił sobie pewne nazwisko dwiema książkami z historii II Rzeczpospolitej, a tu, czort wie po co (dla wazeliny?!), wrócił do swej epoki młodzieńczej, zetempowsko-Bolciowej. Książka nudna, namaszczona i pseudonaukowa, pisana komunistycznym żargonem, gdzie każde słowno znaczy co innego, niż znaczy („socjalizm”, „ruch robotniczy”, „lewica” etc.). Język, twierdzę, jest najważniejszy, tym fikcyjnym językiem, „nowomową” komuniści zaklinają przeciwników w capa. Kto przyjmie ten język, ten już przegrał, bez względu na to, co w nim powie. Przegrał też i Andrzej: dobrowolnie utwierdza komunistyczne kłamstwo, drapując się w togę nader poważnego niby-naukowca. Komiczne by to było, ale jest też smutne. On należy do pokolenia oszukanych, którym zmieniono język — oni już po ludzku mówić nie będą. W dodatku on kocha ten żargon, wyżywa się w nim, myśli, że to coś znaczy. Szkoda chłopa, choć pewny jest siebie jak diabli — jeszcze na mnie nakrzyczał. No cóż — każdy kocha siebie i swoje myśli.
**
Lidia mi robi zarzut, że ten dziennik jest zbyt polityczny, że nie ma w nim nic osobistego, że zatruty jestem polityką. Może i prawda, ale takie są czasy, że wszyscy o niczym innym nie gadają, chociaż gówno wiedzą. Jako przykład dziennika łączącego osobiste z publicznym L. podaje mi „Miazgę” Jerzego Andrzejewskiego, którą teraz czytamy. Przedziwna to książka: złożona z elementów wysoce mnie irytujących (snobistyczny dziennik, w typie Iwaszkiewicz--Nałkowska), sama powieść, czy raczej miazgowaty szkic powieści „z wyższych sfer komunistycznych” (Tyrmand się kłania), też działająca na nerwy, osobiste konfesje Jerzego nie nazbyt smaczne — tymczasem w sumie książka miejscami wręcz porywająca, buchająca polskością, sugestywna. Oczywiście — cały smak jest w dygresjach, jeśli mu je powycinają (a muszą — bo wymyślania na Rosję), wyjdzie całkiem co innego. Ciekawym, czy Jerzy zdecyduje się wydać rzecz tutaj, a więc zgodzić się na skreślenia — ma on w tym jakiś chytry zamysł, a także w tym, że książka krąży w odpisach. Całość szaleńczo odważna — ale i dwuznaczna. Ze też, kiedy już mamy wieszcza, musi to być osobliwy Narcyz, przepuszczający wszystko przez pryzmat swej mimozowatej natury! Budzi niechęć, choć i podziw — kawał roboty jednak zrobił!