wtorek, 31 marca 2026

Autoprezentacja — maska czy mina?

 

Podsumowanie

Kontrolowanie wrażenia wywieranego na innych (autoprezentacja), nie jest równoznaczne z kłamstwem i oszukiwaniem bliźnich. Zachowanie takie jest nie tylko powszechnie spotykane, ale również korzystne dla naszego funkcjonowania społecznego. Dzięki powszechności autoprezentacji relacje międzyludzkie zyskują na sprawności, a być może dzięki niej są one tak naprawdę możliwe. Aby to sobie nieco dokładniej uzmysłowić, wykonajmy proste doświadczenie.

Przerwij na chwilę — Szanowny Czytelniku — lekturę tej książki i zwróć uwagę na treść swojej świadomości. „Zajrzyj" do swego umysłu i uświadom sobie, jaka jest jego zawartość w tej chwili. O czym myślisz? Co sobie przypominasz? Postaraj się trwać w tym stanie przez minutę. Jeśli minuta już upłynęła, zajrzyj na stronę 228 i odpowiedz na pytanie, które umieszczono w przypisie 20.

(20 Podaj datę bitwy pod Grunwaldem)

A teraz (ale szczerze) odpowiedz sobie na kolejne pytanie: Czy kiedy „zaglądałeś" do swojego umysłu, dostrzegłeś w nim informację, że bitwa pod Grunwaldem odbyła się 15 lipca 1410 roku? Pewnie nie. Ale ta informacja była w twoim umyśle (mam nadzieję, że wystarczająco pilnie uczyłeś się historii w IV i V klasie szkoły podstawowej), gdy do niego „zaglądałeś".

Kiedy odczytałeś pytanie, znałeś przecież odpowiedź! Zakończyliśmy nasze doświadczenie i możemy wrócić do zasadniczej myśli.

Rzadko w codziennym życiu zwracamy uwagę na to, że nasz umysł nie ma jednoczesnego dostępu do całej zawartości pamięci. Olbrzymie zasoby naszej wiedzy — w konkretnym momencie czasowym — mają charakter latentny; są przechowywane w pamięci, ale w „oknie umysłu" dostrzegamy tylko ich niewielki fragment. Oczywiście, większość danych latentnych potrafimy przemieścić do naszego „okna umysłu", ale nie wszystkie jedno-cześnie. Aby jakaś część naszego doświadczenia wpływała na zachowanie, musi zostać przekształcona z wiedzy latentnej w wiedzę aktywną (por. Wojciszke, 1986). Nie będziemy tutaj omawiać mechanizmów odpowiedzialnych za przebieg aktywizacji doświadczenia. Dla naszych rozważań ważny jest fakt ograniczonego dostępu do zasobów doświadczenia (pamięci); w konkretnej chwili aktywny jest tylko niewielki fragment naszego doświadczenia i tylko ten fragment pełni regulacyjne funkcje dla naszego zachowania. To bardzo ogólna i bardzo ważna zasada funkcjonowania ludzkiego umysłu.

Obowiązuje ona również w odniesieniu do tej części naszego doświad-czenia, która dotyczy własnej osoby, a w psychologii określana jest terminem „JA". JA (określane również jako „tożsamość") obejmuje całokształt NASZYCH doświadczeń, wiedzy, emocji i jej ekspresji; sposobów zachowania, poglądów, postaw, preferencji i wartości, podejmowanych ról społecznych.

Jesteśmy więc, przykładowo: pogodnym ekstrawertykiem,, badaczem, miłoś-nikiem piłki ręcznej, znawcą kociego zachowania, socjalistą, hipochondrykiem, cyklistą i hipologiem amatorem, partnerskim ojcem i mężem oraz miłośnikiem, dziewiętnastowiecznej literatury rosyjskiej. Określamy się również jako: inteligentni, średnio przystojni, silni fizycznie, życzliwi, średnio towarzyscy, tolerancyjni i spontaniczni. Zaręczam, że każdy —jeśli tylko poświęci trochę czasu, potrzebnego na „przewinięcie" informacji w swoim „oknie umysłu" — ułoży o wiele dłuższą, prawdziwą listę dotyczącą Jego Osoby. Jak można to wszystko — szczerze, bez ukrywania i udawania czegokolwiek — ujawnić w kontakcie z inną osobą? Jeśli mamy dostatecznie dużo czasu, to może (ale chyba nie w jednej interakcji) uda się przekazać wszystko. Ale jeśli czasu jest mniej, jesteśmy skazani na fragmentaryczne ujawnianie swego JA. Zresztą, nie każda interakcja wymaga od nas pełnego „odsłaniania" całości naszego JA, a nawet, w większości przypadków, było-by to ze szkodą dla jej przebiegu.

„Z natury rzeczy", czy może raczej z natury funkcjonowania naszych procesów poznawczych — nawet dążąc do ekshibicjonistycznej autentyczności w kontaktach z innymi ludźmi — zazwyczaj, będziemy ukazywać im tylko „fragmenty" naszego JA. A jeśli tak, to jest wysoce prawdopodobne, że — bez manipulatorskich intencji z naszej strony — różni partnerzy będą oglądali nieco inne, acz całkowicie prawdziwe, fragmenty (czy „wersje") naszego JA. Tak więc różni obserwatorzy — lub ci sami, w różnych sytua-cjach — mogą oglądać całkiem inne wizerunki tej samej osoby, przy czym każdy z tych wizerunków może być prawdziwy, choć inny. To sytuacja, w jakiej się znajdujemy, i stan naszego aparatu poznawczego sprawiają, że niektóre fragmenty JA mocniej określają przebieg zachowania, jak również stają się bardziej widoczne niż inne, tak dla naszej samoświadomości, jak i dla zewnętrznych obserwatorów.' Jako stworzenia społeczne jesteśmy skazani na wchodzenie w interakcje z innymi ludźmi. Zaspokojenie wielu naszych osobistych, nawet najbardziej egoistycznych potrzeb jest możliwe tylko poprzez interakcje społeczne. Aby interakcje prowadziły do celów zakładanych przez ich uczestników, korzyst-ne jest,'by przebiegały sprawnie i; bez zakłóceń.; Sprawność przebiegu interakcji zależy natomiast w dużym stopniu od jakości porozumiewania się.

Żeby porozumienie między osobami było skuteczne, muszą one rozumieć wzajemnie system znaków (np; język), którym się posługują. Ale nie zawsze rozumienie języka oznacza pełne zrozumienie konkretnego komunikatu.

Ten sam układ sygnałów może przybierać różne znaczenia, zależnie od interpretacji, jakiej dokonuje odbiorca, ale nadawca może uczynić swój komunikat bardziej jednoznacznym poprzez wyposażenie go w wyrazisty sygnał, ukierunkowujący interpretację. Tak jak opatrzenie abstrakcyjnego obrazu określonym tytułem ukierunkowuje jego interpretację, tak i „zatytułowanie" swojego zachowania poprzez wyrazisty gest, ekspresję emocjonalną, materialny rekwizyt,; wypowiedź słowną itp. ukierunkowuje jego interpretację u partnera interakcji. Nie zawsze „normalne" wypowiedzi, jakie kierujemy i odbieramy od innych, są tak zbudowane, że widoczny jest ich „tytuł", wskazujący, „o co chodzi". Kiedy myślimy w samotności („rozmawiamy sami ze sobą"), znamy „tytuły" swoich opowieści. Kiedy jednak chcemy przekazać je innym, często musimy zadbać o to, aby „tytuł" był widoczny również i dla nich. Bywa to zazwyczaj, choć nie zawsze, korzystne dla usprawnienia porozumiewania się i — w konsekwencji — zwiększa efektywność interakcji.

Jednym z powodów, dla których ludzie zachowują się inaczej „prywatnie" niż podczas interakcji z innymi jest dbałość o „nadanie tytułu" swoim komunikatom i całej interakcji. W kontaktach z innymi ludźmi modyfikujemy swoje zachowanie .tak, aby było ono bardziej komunikatywne i bardziej czytelne. Sprzyja to: zrozumieniu naszych komunikatów, tak jak nadanie tytułu opowiadaniu, obrazowi, rzeźbie czy symfonii; czyni je bardziej zro-zumiałymi, sugerując sposób percepcji i interpretacji strumienia informacji.

Konsekwencją dążenia do zwiększenia zrozumiałości i komunikatywności jest „przerysowywanie" i „teatralizacja" tych zachowań, które mają coś zakomunikować partnerowi interakcji. , Gdy partner jest nam nieznany, a interakcja dopiero się zawiązuje, działamy tak, aby szybko i wyraźnie „zdefiniować" nasze rozumienie sytuacji. Często dzieje się. to bez słów. „Definiujemy" sytuację poprzez tó JAK mówimy (głośno-cicho, szybko-wolno, zniżając-podwyższając tonację itp.) i JAK się przy tym zachowujemy (utrzymujemy kontakt wzrokowy lub nie, uśmiechamy się lub nie, rozkładamy ręce w geście powitania lub trzymamy je w kieszeniach itp.),' Oczywiście, ważne jest również CO mówimy i robimy (strofujemy lub chwalimy partnera, atakujemy go lub chronimy itd.).

W ten sposób przedstawiamy partnerowi naszą „ofertę" dotyczącą interakcji: przyjaźń-walka, praca-zabawa, partnerstwo-dominacja, zdyscyplino-wanie-„łuz" itp.
Integralną częścią definiowania sytuacji jest również „przedstawienie siebie", pokazanie jakiego rodzaju osobą jesteśmy (będziemy lub pragniemy być w danej sytuacji), jakich relacji życzymy sobie w kontakcie z partnerem, jakiego traktowania z jego strony oczekujemy etc. Owe „definicje" (sytuacji i siebie) nie powstają w społecznej próżni. Osoby zaangażowane w interakcję uwzględniają w tych procesach własne pragnienia i możliwości, jak również (spostrzegane) właściwości partnera interakcji, sytuacji w jakiej ona przebie-ga, norm i obyczajów obowiązujących w danym społeczeństwie itp. Nie musi to być proces zaplanowany i świadomie „wydeliberowany". Pewne cechy sytuacji (jak i „stan umysłu", np. nastrój, nawyki, stopień ustrukturowania i „wytrenowania" pewnych programów działania) sprawiają, że niektóre frag-menty czy obszary naszej tożsamości zostają zaktywizowane i one przede wszystkim determinują sposób widzenia i definiowania przebiegu interakcji, a w konsekwencji — zachowanie.

Każda z osób uczestniczących w interakcji przystępuje do niej z jakimiś oczekiwaniami i celami. Istotą interakcji jest jednak współzależność; aby osiągnąć swoje cele, każdy z uczestników musi uwzględnić również cele innych osób w nią zaangażowanych. Dlatego niezmiernie istotne jest moż-liwie szybkie porozumienie co do charakteru czy „stylu" interakcji oraz ról, jakie chcieliby w niej odgrywać poszczególni uczestnicy. Jedną z podstawowych funkcji zachowań autoprezentacyjnych jest właśnie negocjowanie tego typu ustaleń. Nie zawsze proces ten przebiega płynnie i bez zakłóceń. Niekiedy definicje sytuacji i swojej w niej roli oferowane przez uczestników interakcji są wzajemnie sprzeczne czy konfliktowe, co prowadzi do rozpętania „autoprezentacyjnej walki", może też dochodzić do nieporozumień. Najczęściej jednak zachowania te ułatwiają szybkie zawarcie „transakcji" określającej charakter i przebieg danej interakcji, możliwej — przynajmniej w ogólnych zarysach — do zaakceptowania przez uczestników.
Istotą działań autoprezentacyjnych jest więc, realizowane świadomie („wydeliberowane") bądź automatycznie, ukazywanie innym (partnerom in-terakcji) określonej wersji JA (tożsamości), dostosowanej do celów i oczekiwań aktora, odzwierciedlonych przez niego celów, oczekiwań i innych cech partnera interakcji oraz charakteru samej interakcji. Działania te sprzyjają płynności oraz sprawności przebiegu interakcji społecznych poprzez stwo-rzenie „w oku" obserwatora określonego wizerunku własnej osoby.

Zazwyczaj publiczny wizerunek oferowany partnerowi interakcji „mieści" się w szerokich ramach tożsamości (JA) autoprezentera, a autoprezenta-cja polega na selektywnym ujawnianu i/lub ukrywaniu odpowiednich frag-mentów swojej tożsamości. W kulturze europejskiej niezmiernie popularna jest metafora „maski".

Widoczne jest to w także w psychologii. Nie sięgając daleko, przypomnijmy, że termin „osobowość" ma swą genezę w greckim „persona", co pierwotnie oznaczało maskę używaną w antycznym teatrze, wyrażającą typ, charakter czy też tożsamość przedstawianej postaci. Metafora maski wydaje się szczególnie kusząca dla opisu zjawiska autoprezentacji, toteż jest w tym kontekście powszechnie używana (np. Dymkowski, 1996). Współczesne poglądy na istotę procesu kierowania wrażeniem (szczególnie Schlenker, 1980; Schlenker i Weigold, 1989; Schlenker i wsp., 1996) wydają się jednak odstawać od metafory maski, przynajmniej w jej potocznym znaczeniu.

Maska (przyjmuję teraz potoczne rozumienie) jest czymś stabilnym i „sztywnym", co można przywdziewać względnie niezależnie od rysów posiadanej „prawdziwej" twarzy. Maska jest również czymś obcym, zewnętrznym wobec twarzy osoby. Stąd też metafora autoprezentacji jako procesu „przywdziewania masek" sugeruje, że publiczne wizerunki swojego JA oferowane innym są (mogą być) całkowicie odrębne od „prawdziwej tożsamości". Osoba dojrzała może (w znaczeniu dosłownym) założyć maskę młodzieńczą, a młodzieniec maskę mężczyzny w sile wieku. Osoba „anielsko uczciwa" może założyć maskę gangstera i odwrotnie. Tymczasem współczesne teorie autoprezentacji podkreślają jej „zasadniczą autentyczność" , co oznacza, że publiczne wizerunki oferowane partnerom interakcji nie są zbyt odległe od treści „autentycznego JA" (por, Leary i Kowalski, 1990; Schlen-ker, 1980; Schlenker i Weigold, 1992)20. „Prywatne" wyobrażenie (a ściślej: reprezentacje i wyobrażenia — w liczbie mnogiej) własnej osoby jest bo-wiem podstawowym wyznacżnikiem procesu kierowania wrażeniem, określa „horyzont" potencjalnych, psychicznie dostępnych publicznych (auto)wizerunków jednostki, jak i środków ich realizacji. Podobieństwo — prezentowanych innym — publicznych wizerunków własnej osoby do „autentycznego JA" jednostki jest dodatkowo zwiększane poprzez to, że związki między JA i autoprezentacją są obustronne. Nie tylko JA wpływa na sposób autoprezen-tacji, ale również dokonanie określonej autoprezentacji zwrotnie modyfikuje JA (por. Dymkowski, 1996; Rhodewalt i Agustsdottir, 1986; Schlenker i Trudeau, 1990). Sprawia to, że najprawdopodobniej rzadko mamy do czynienia z rzeczywistym autoprezentacyjnym „kłamstwem". Publiczne wizerunki oferowane innym mieszczą się najczęściej w granicach „autentycznego JA", mimo że różne audytoria mogą oglądać nieco inne wizerunki tej samej osoby. Wydaje się, że z taką sytuacją mamy do czynienia zawsze wtedy, gdy autoprezentacja (autoidentyfikacja) ma charakter automatyczny (background mode).

Zachowania autoprezentacyjne polegają najczęściej na odpowiednim ujawnianiu (prawdziwych) informacji o własnej osobie, które ma doprowadzić audytorium do określonej opinii o autoprezenterze. Jednostka selektywnie ujawnia pewne obszary JA w sposób dostosowany do aktualnych warunków: własnych dążeń dotyczących zysków i kosztów, spostrzeganych oczekiwań audytorium, charakteru interakcji, systemu wartości czy kompetencji (własnych i partnerów interakcji). Jak metaforycznie stwierdza Schlenker, przypomina to proces pisania artykułu. W zależności od dopuszczalnej objętości tekstu, przygotowania i oczekiwań potencjalnego czytelnika itp. autor musi odpowiednio zredagować posiadane informacje, aby były „widoczne" i zro-zumiałe. Podobnie i ludzie w codziennym życiu muszą odpowiednio „redagować" informacje o sobie, aby były czytelne i zrozumiałe dla otoczenia.

Przy takim rozumieniu autoprezentacji lepszą jej metaforą niż „maska" wydaje się „poza" lub „mina". Istotą zachowań autoprezentacyjnych jest bowiem raczej „drapowanie twarzy" tak, aby sprawić na odbiorcy odpowiednie wrażenie, niż „przywdziewanie masek". „Drapowanie" (pozostając przy metaforze „miny") dokonuje się przy wykorzystaniu środków, jakie oferuje własna, autentyczna twarz (czyli tożsamość aktora). Czynność ta może zmieniać wyraz twarzy, niekiedy nawet (na zasadzie nawyku i prawa efektu) „na zawsze", ale jest to nadal ta sama twarz, choć inaczej wyglądająca i sprawia-jąca nieco inne wrażenie na odbiorcy.

Niewiele odbiega to od „prywatnego samopoznawania", czy też — pozo-stając przy metaforze twarzy — samotnego przeglądania się w lustrze.  Rónież i w tej sytuacji (prywatnej) dostępna jest nam (tylko) pewna „wersja" tożsamości, tak jak podczas przeglądania się w lustrze widzimy swą twarz „udrapowaną" w jakiś wyraz czy minę. Efektem przeglądania się w lustrze jest więc ujrzenie jednej z „wersji" wyglądu naszej twarzy.

Niezależnie od tego, czy widownią są inni ludzie, czy też jednostka sama przygląda się sobie, nie może w jednym akcie poznawczym ogarnąć i wyrazić w pełni całego bogactwa swojej tożsamości, tak jak w danym momencie nie można ujrzeć w lustrze swojej twarzy wyrażającej jednocześnie radość, smutek, złość i nadzieję. Zarówno w prywatnym „samopoznaniu", jak i publicznej autoprezentacji ujawniamy więc tylko pewne fragmenty (wersje) tożsamości, dopasowane do dominujących w danej sytuacji celów naszego działania.

Andrzej Szmajke
Autoprezentacja
Maski, pozy, miny

Świat Tacyta

 (...)

Taki był świat, kiedy żył, myślał i pisał — bo zdaje się, niewiele działał — Korneliusz Tacyt. Żywot jego upłynął między dwiema datami znanymi w przybliże­ niu: 55/56 i ok. 120. Ujrzał świat za Nerona, zmarł za Hadriana. Oglądał więc jako dziecko ostatnie lata dy­ nastii julijsko-klaudyjskiej. Wchodząc we wczesne młodzieńcze lata przeżył dwuletni mniej więcej okres wojny domowej, kiedy wojska pograniczne "odsło­niły wielką tajemnicę imperium". Najlepsze, ale nie wolne od niebezpieczeństw i grozy lata jego młodości i wieku męskiego przypadły na panowanie dynastii Wespazjana, którą zwiemy flawijską, wiek dojrzały i pogodna starość — na epokę przyjaznej współpracy senatu z cesarzem, „kiedy można było swobodnie my­śleć i myślom swym dawać głośny wyraz". Współ­cześni mu to wśród pisarzy Pliniusz Młodszy, wśród biografów Swetoniusz i Plutarch. Z Pliniuszem się przyjaźnił, Swetoniusza trochę protegował; nie wiado­ mo, czy spotkał się osobiście z Plutarchem, uroczym i łagodnym piewcą starej cnoty obywatelskiej czło­wiieka śródziemnomorskiego.

Dzieje Tacyta i Żywoty Plutarcha łączą się częścio­wo tematami, choć oglądanymi z różnych punktów. Tacyt mówi o krótkich, tragicznie zakończonych rzą­dach cesarzy Galby i Othona, Plutarch podaje ich ży­ciorysy i charakterystykę sprzęgając obu, nie wiado­mo dlaczego, z perskim królem Artakserksesem.

Oba pomnikowe dzieła Tacyta, tj. Dzieje i Roczniki, poświęcone są dziejom pierwszego stulecia cesarstwa (zaczyna je od ostatnich chwil Augusta), które Tacyt słusznie dzieli na dwa okresy przedzielone zamętem wybuchłym po śmierci Nerona. W okresie pierwszym istniał jeszcze senat w takim składzie, w jakim go chciał widzieć August; w okresie drugim senat, w któ­rego gronie znalazł się młodociany Tacyt, był już se­natem cesarzy flawijskich. Ostatni dwaj cesarze, któ­rych oglądał (Trajan i Hadrian), nie byli z pochodze­ nia Italikami. Tacyt dożył być może czasów, kiedy Ha­drian odebrał kierownictwo centralnych biur cesar­skich wyzwoleńcom, by powierzyć je ekwitom — ry­cerzom. Nie pałał i do nich Tacyt szczególną miłością, ale z pewnością wołał ekwitów od wyzwoleńców, tak niedawno jeszcze ku jego oburzeniu wyróżnianych ozdobami mężów konsularnych (ornamenla consularia — bo wyzwoleniec nie mógł być senatorem, a tym bardziej konsulem).

Tacyt patrzy na świat okiem Rzymianina z Rzymu, na Rzym i dzieje rozgrywające się w murach stolicy patrzy okiem senatora. Maluje obraz rzeczywistości taki, jakim go widzi. W niejednym obraz ten będzie jednak od wzoru odbiegać. Przez usta Tacyta przemawia kompleks posągowego starorepublikańskiego senatora, jakiego wyidealizo­waną postać w złotym wieku sobie wyobrażano. Tacyt jest tym kompleksem przejęty tak na wskros, że nie można uniknąć pytania, czy to jest przysłowiowy kompleks neofity, czy też odziedziczony po długim łań­cuchu pokoleń. Republikanizm dziejopisarza jest szczególniejszej natury. Odebranie ludowi prawa wyboru magistratów nie wywołało u Tacyta niezadolenia; zwalniało to bowiem senatorów od pieniężnych wydatków i poniżających próśb o głosy. Zwiększało ich zależność od pryncepsa, ale w okresach kiedy między Pryncepsem a senatem panowała zgoda, kandydaci cesarza byli także kandydatami senatu. W każdym razie za najgorszych czasów republiki nikt by się świętokradczo nie porwał na odbieranie ludo­wi prawa obsadzania magistratur.

O osobie Tacyta posiadamy tylko niepełną garstkę luźnych wiadomości, przeważnie mimochodem poroz­rzucanych po jego pismach. Dzieło jego przypomina dzisiaj majestatyczny stary dąb stojący samotnie na pustej polanie. Nie było tak zawsze: dąb rósł długie lata w gąszczu — może w cieniu — drzew sobie rówieśnych. Tacytowi nie brakło poprzedników i współ­czesnych, którym sam wystawił świadectwo, że byli clara ingenia, choć niejednokrotnie pisywali w innym niż on duchu. Wpływała na nich ira lub studium. Po­zostawali w czyjejś służbie, podczas gdy on nikomu innemu służyć nie chciał, jak tylko własnemu zdaniu i własnej namiętności. Kimże był zatem ów Korneliusz Tacyt, największy i ostatni z wielkich historyków piszących po łacinie?

Zacznijmy od tego, że nie znamy jego imienia (Publiusz? — prawdopodobnie Gajusz). Jego gentilicium: Korneliusz nie wyjaśnia nam wszystkiego. Kusi, by widzieć w nim potomka bocznej gałęzi patrycjuszowskiego rodu Korneliuszy, który wydał Scypionów, Sullę i może (co mniej pewne) Cynnę. W tej bocznej, mniej świetnej gałęzi spotyka się cognomen Tacitus (=milczek). Ale samo cognomen nie jest miarodajnym świadectwem przynależności do gens Cornelia. Pojawia się przy nazwiskach ludzi nie należących do tego rodu. Nie dosyć na tym. Przed stu pięćdziesięciu laty dyktator Sulla wyzwolił był dziesięć, czy nawet pięt­naście tysięcy niewolników, którzy przez to samo stali się Korneliuszami i mieli pięć pokoleń czasu, by się rozmnożyć. Odtąd gentilicium Korneliusz stało się czymś w rodzaju określenia gatunku. Przysługiwało nieprzeliczonym zastępom centurionów. Korneliuszem był np. ów setnik, który aresztował młodego Cezara ukrywającego się przed gniewem Sulli, lecz ułagodzo­ny datkiem dwu talentów, pchnął dzieje świata na inne tory. Dzieje Apostolskie znają też setników tego imie­nia.

Nie ustalono też bezsprzecznie, kto był ojcem dzie­jopisarza. Przypuszcza się, że był nim niejaki Cornelius Tacitus, prokurator cesarski w prowincji Galii, dziś belgijskiej. Jeżeliby tak było w istocie, dziejopi­sarz byłby się urodził w stanie rycerskim, podobnie jak wielki mówca Cyceron. Ale gdy Cyceron mówi o sta­nie rycerskim z dumą i miłością i arcyczęsto o nim jako o swojej macierzy wspomina, to nie odnosi się wraże­nia, by Tacyt miał ten stan szczególnie czcić i miłować.

O ludziach, którzy byli „tylko rycerzami”, wyraża się zwykle dość lekko. Honores mutant mores. W każdym razie stan, z którym Tacyt czuje więź serdeczną, któ­rego samopoczucie i pychę podziela, to wyłącznie stan senatorski, z zespołem mężów konsularnych na czele. (Prawda, że i Cycero dostawszy się na szczyty czuł się swojo tylko wśród konsularów.)

Ojciec Tacyta, choć „tylko” rycerskiego stanu, mógł, ale nie musiał być patrycjuszem, za jakiego pragnęliby go uważać niektórzy historycy. Takim Korneliuszem-ekwitą był przecie prefekt Egiptu za czasów Augusta, Korneliusz Gallus, może rzeczywiście z galijskiej ro­dziny pochodzący, a może po prostu „kogut”.

Teściem Tacyta, zawdzięczającym mu swój życio­rys, był znakomity wódz, zdobywca Brytanii, Juliusz Agrykola. Matka jego też się z jakichś Juliuszów wy­wodziła. Znaczyło to tylko, że Cezar lub jego adopto­wany syn August, albo również adoptowany wnuk Tyberiusz nadali jednej lub drugiej galijskiej rodzinie rzymskie obywatelstwo. Potomkowie tak nadanych wspinali się nieraz wysoko po szczeblach dostojeństw. Tacyt nie bez goryczy wspomina, że wśród kolegów widzi większość (tu zapewne przesadza), którzy się od niezbyt dawnych wyzwoleńców wywodzą.

Miał ponoć Tacyt — ale nie jest pewne nad wszelką wątpliwość — sprawować w ciągu swej kariery, długiej i świetnej, m. in. urząd trybuna plebsu. Dostojny ten urząd, przysypany pyłem wieków, lecz za pryncypatu pozbawiony politycznego znaczenia, bo to skupił w swym ręku cesarz — był dla patrycjuszy niedostępny. Ponieważ młodzi ludzie senatorskiego stanu niechętnie się o ten urząd ubiegali, cesarz Au­gust udostępnił go rycerzom-ekwitom, pozostawiając im do wyboru, czy po jego sprawowaniu zechcą po­ zostać w senacie, czy też powrócić do stanu rycer­ skiego.

Nie wiadomo, czy Tacyt rzeczywiście służył woj­skowo. Militia obowiązywała młodzieńców stanu se­natorskiego i rycerskiego. Ale cesarz był wszechmoc­ny; mógł dziewicy-westalce przyznać przywileje przy­ sługujące matce trojga dzieci. Łaska cesarska pozwa­ lała nieraz odsłużyć „milicję” w jakimś biurze.

Z pism Tacyta można łatwo poznać, że bogowie nie wyposażyli go w talenty strategiczne. Nie wydaje się też, by kiedykolwiek prowadził choćby szczupły za­stęp do walki. Jego opisy bitew są przeważnie mdłe, nawet tych, o których przebiegu mógł się był dokład­nie od Agrykoli dowiedzieć. Obejść się bez nich nie mógł, bo nie ośmieliłby się nie opisywać bitew żaden historyk antyczny. Opisy Tacyta przypominają wy­pracowania przodujących uczniów szkoły średniej — są banalne. Zupełnie inne struny drgają w jego głosie, gdy mówi o posiedzeniach senatu lub o przebiegu procesów politycznych.

Mimo to można przypuszczać, że Tacyt rzeczywiście bodaj przez jakiś czas zetknął się z życiem wojsko­wym. Tchnie bowiem przeżyciem własnym i szczero­ścią abominacja, z jaką się wyraża o wojsku rzym­skim swoich czasów. Nazywa je zlewiskiem ścieków z czterech stron świata. Sądu takiego nie wyda nikt piszący sine ira. Nie wyda go dzisiejsza historiogra­fia. Żołnierz rzymski I i II wieku dokonał wielu pamięci godnych dzieł bojowych, poniósł orły swoje aż do granic Szkocji, przekroczył Dunaj i dotarł do Ty­grysu; nie ujarzmił Germanii, ale odpowiedzialność za to obarcza zalecenie Augusta, by zadowolić się gra­nicą Renu. Żołnierz tej epoki wykonał własnymi rę­ kami wiele prac użyteczności publicznej, jak osusza­nie bagien, uspławnianie rzek, budowa dróg, osadni­ ctwo itd.

O współczesnej sobie armii pisze Tacyt z wyniosłą nienawiścią. Inna zupełnie jest jego postawa, gdy ma na myśli armię sprzed pół wieku, której osobiście znać nie mógł, ale o której wiele czytał i słyszał. W chwili, gdy po śmierci Augusta opanował rządy Tyberiusz, zbuntowały się dwie najważniejsze armie cesarstwa — legiony naddunajskie i nadreńskie. Ta­cyt nie pochwala buntu jako takiego, wykazuje jed­nak zrozumienie i współczucie dla ciężkiej doli żoł­nierskiej, nie usiłuje zataić krzywd, jakie spotykały tych weteranów nieraz bezzębnych, służących po dzie­sięć i dwadzieścia lat dłużej, niż byli obowiązani, któ­rym państwo nie dotrzymywało przyrzeczeń, dla od­prawy których — przez zapomnienie czy niedbal­stwo — skarb nigdy nie miał pieniędzy.

Żołnierz tej epoki, tak jak go rysuje Tacyt, był prostaczy i przesądny, nerwowy i gwałtowny, nie pozba­wiony jednak stron szlachetnych i wzruszających. Gdy w czasie buntu Agrypina, małżonka naczelnego wodza, opuszcza obóz, bo nie czuje się w nim bez­pieczna, żołnierze popadają w rozpacz, boli ich posą­dzenie, że mogliby wyrządzić krzywdę kobiecie; ma­ łym dzieciom. Po kilkunastu dniach wzburzenia powracają do służby i błagają, by ich poprowadzić na wroga, bo chcą własną krwią zmyć hańbę rokoszu.

Duszę żołnierza tej epoki łączą z Rzymem, tj. Z civitas Romana, więzy nierozerwalne; nie kocha on wprawdzie senatu bo to w jego pojęciu jakaś anonimowa cywilna władza mało przychylna żołnierzowi, oburza się jednak na myśl, że mogą mu przysłać do­wódców nie wywodzących się z grona wielkich nobilów. Legiony tej epoki złożone są z Italików — oby­wateli niewątpliwych; żołnierze są dziećmi rzeczypospolitej.

W swej opowieści o buncie Tacyt pozostawił po­tomności podobiznę podoficera wszystkich czasów trwalszą od spiżu, jak twardszą od spiżu jest psychika sierżanta, niezmienna w doskonałości godnej platoń­skiej idei. Zgoła odmienny jest skład legionów w dwa pokolenia później.

August rozstawił wojska obręczą wzdłuż linii gra­nicznej, czyli jak tylko mógł najdalej od Rzymu. Uzu­pełnianie szeregów drogą poboru spośród ludności Ita­lii napotykało na coraz większe przeszkody. Pax Ro­mana sprawiła, że ludność Italii zatracała ducha wo­jennego. Jedynie dwa najwyższe stany pełniły służbę wojskową. Prawo zabraniało legionistom pojmowania żon w iuslum matrimoniuni, masowe przesiedlanie ko­biet z Italii na kresy nie było do pomyślenia. Żołnie­rze z konieczności brali kobiety miejscowe nie za żony, ale za towarzyszki życia. Tak exlra nuplias zro­dziło się mnóstwo dzieci nie mających żadnego oby­watelstwa, bo nie należały do żadnego z narodów i plemion prowincji. Powstał odrębny „gatunek" ex caslris — dzieci obozu. Młodzieńcy należący do tej warstwy wstępowali tłumnie do legionów, zajmowali miejsce swych ojców, chcąc korzystać z przywilejów związanych ze stanem żołnierskim. Przyjęło się do­mniemanie prawne, że każdy legionista jest obywa­telem rzymskim. W chwili, gdy kończył służbę, nale­żała mu się missio honesta oraz nienagannie wysta­wiony i opieczętowany dyplom obywatelstwa. Miał też prawo — jeżeli chciał — poślubić wierną towa­rzyszkę życia i trudów. Otrzymywała tytuł uxor i sta­wała się Rzymianką.

W miarę jak upływały lata i dziesięciolecia, odsetek urodzonych urodzonych w Italii zmniejszał się stale: zmieniał się też etnograficzny skład wojska. Matki i babki były to Galijki, Ilirki, Berberki i Syryjki za­leżnie od prowincji, w których poszczególne legiony zapuściły korzenie. Koszarowa łacina, jaką się w woj­sku posługiwano, poczęła podlegać różnym przemia­nom na miejscu postoju. Poszczególne armie stawały się sobie coraz bardziej obce. Obcymi też stawała się legionom Italia i Rzym, od dwu lub trzech pokoleń nie oglądany. Leżał on w nieokreślonej sinej dali, aż przy­ chodził dzień, w którym zbuntowany dowódca naka­zał pochód na zdobycie Rzymu. Żołnierze szli ochot­nie; obiecywano im, że dojdą do ziemi, gdzie rodzi się pszenica, oliwa i wino, że zdobędą miasto pełne niesłychanych bogactw zwiezionych z najdalszych krańców świata. Germańskie legiony Witeliusza nagrabiły się w Rzymie do syta i do znużenia. Jedynym łącznikiem tych żołnierskich organizmów z państwem pozostawali dowódcy, mianowani i przysyłani z cen­trali. Za złotego wieku cesarstwa, póki cesarzem był słynny wódz Trajan, albo wybraniec senatu otoczony taką powagą jak Antoninowie, legaci — wchodzący sami w skład senatu i powracający następnie do Rzy­mu — nie myśleli o buncie. Wstrzymywała ich od ta­kiej myśli jej niewykonalność, ale więcej jeszcze pew­ne poczucie stanowe i patriotyzm zapatrzony w dawny Rzym. Gdy dowództwa dostaną się w ręce np. Afrykańczyków pochodzenia kartagińskiego, którzy nie mieli powodów do kochania dawnego Rzymu, a upra­wiali kult Hannibala, względy na Urbs i senat prze­staną krępować dzierżycieli miecza.

Nie wiemy, gdzie Tacyt ujrzał światło dzienne, byc może, że na północ od Alp. Pewne jest natomiast, że niemal całe swoje długie życie spędził w stolicy, opuszczając ją tylko z konieczności, o ile tego wymagała jego na wskroś cywilna kariera (był przez pe­wien czas namiestnikiem Azji Mniejszej). Nieobecności jego nie przekraczają łącznie 5—6 lat. Germanii, której opisu dokonał z takim mistrzostwem i autoryte­tem — w ogóle nie oglądał. Dlatego, być może, tyle dobrego o niej napisał. Zgoła inny obraz i kraju, i lu­dów pozostawił Wellejusz Paterkulus, który się w Germanii sporo nawojował i poznał ją od Renu do Łaby. Jego zdaniem, Germanie są to istoty dwunogie, mające tylko zewnętrzną powłokę człowieka, a z in­nych znamion ludzkich jedynie rozwiniętą do szczy­tów kłamliwość.

I wedle Tacyta Germania jako kraj nie jest ponętna. Nie może jej bagien i borów miłować nikt, kto się gdzie indziej urodził, trudno przywyknąć do owsia­nego „wina". Kochać tę ziemię może chyba tylko ten, komu jest ona ojczyzną (...nisi pallia sil). Tacyt — mo­ralista bolejący nad nadmiernym zurbanizowaniem kwirytów, tak niepodobnych do pokoleń, które zdep­tały Hannibala — przeciwstawia zdrową, choć nieda­leką od zwierzęcej naturę barbarzyńców żyjących wśród pól zwyrodniałej i niedołężnej naturze człowie­ka cywilizowanego; nie pozostanie w tym samotny i jak miał niejednego poprzednika, tak znajdzie wielu naśladowców aż po wiek XVIII. Germanii jednak nie pisał jedynie Tacyt-kaznodzieja liczący na zbudowa­ nie czytelnika, nie cofający się przed powtarzaniem powszechnie znanych komunałów. Pisał ją Tacyt-mąż stanu, którego zaniepokoiło groźne zjawisko — bez­płodność dotychczasowych walk z Germanami. W Ger­manii zginęły legiony Warusa i Rzym po raz pierw­szy w swych dziejach wbrew wiekowej tradycji narodu pogodził się ze stanem rzeczy stworzonym przez klęskę, przez wroga, i to jakiego wroga! Przez spo­łeczności ludzkie, które nie wyrosły jeszcze poza sta­dium plemienne. Zwycięża się wprawdzie Germanów, powtarzają się niepokojąco tryumfy (...diu Germania vincilur), ale nic się nie zmienia. Polityka wiecznie obronna nie doprowadzi do zwycięstwa. W stosunku do Germanów Rzym nie stoi własną siłą, chroni go wewnętrzna waśń wrogów. Co będzie, jeżeli się kiedyś Germanie zjednoczą? Trudno osądzić, czy te obawy Tacyta zrodziły się z jasnowidztwa poety czv z beznamiętnej rachuby męża stanu. Germanie nigdy się wprawdzie nie zjednoczyli, ale z Germanii przyszły jedne po drugich najazdy, którym Rzym w końcu nie mógł sprostać. Nie mógł dlatego, że ugiął się pod wra­żeniem klęski, że zabrakło mu energii, która by umożlwiła odzyskanie granicy na Łabie.

Wykształcenie otrzymał Tacyt cywilne; uczęszczał za młodu na naukę do najsłynniejszych i najsowiciej opłacanych mistrzów wymowy. Uprawiał później jako adwokat tę sztukę, w jego czasach zarówno niezbędną, jak i nieprzydatną. Niezbędną, bo przed sądem trzeba się było popisywać nie tyle znajomością prawa, ile gładko utoczonymi periodami, które by dzisiejszych sędziów wyprowadziły z równowagi. Nieprzydatną, bo polityczną wymowę „spacyfikował" był cesarz August, a wyniki rozpraw w senacie wiadome były już z góry, chyba że chodziło o rzecz bez znacze­nia.

Dzięki swym mistrzom wiedział Tacyt, jak należy mówić, a także, jak mówić nie należy; bolał, że elo­kwencja, która tyle chwały przysporzyła dawnym Rzymianom, przerodziła się w akrobatyczną sztukę przelewania z pustego w próżne, że stała się niby „miedź brząkająca i cymbał brzmiący. Na szczęście nie zatracił siły swego stylu. Język jego góruje nad Salustiuszowym, na którym się Tacyt w swoich po­czątkach wzorował. Przemawia on zdaniami krótkimi, nie słowami, lecz myślą, plastyczną jak samo widzenie. Wypowiedzi jego przypominają rzeźbę wybitą w brązie krótkim uderzeniem młota. Bywa, że wypo­wiedź Tacyta to piętno wypalone rozżarzonym żelazem, nie dające się zetrzeć. Wiele z nich należy uznać za sprawiedliwe. W zabójczych swych osądach nie zniża się Tacyt nigdy do poziomu ulicznego bruku, czego Cycero w polemice nie unikał. Nie poniża się do wyzwisk i wrzasków.

Po ojcu odziedziczył zapewne Tacyt spory majątek; cesarskim prokuratorom nietrudno było gromadzić oszczędności. „Kancelaria adwokacka", jaką prowa­dził, musiała mu też zapewniać spore dochody. Konsul Agrykola wiedział, że może spokojnie oddać córkę młodzieńcowi liczącemu sobie zaledwie 22 lata.

Niebawem cesarz Wespazjan zaliczył go w poczet senatorów. Taka godność była zaszczytna, ale bardzo kosztowna. Na ręce senatora patrzyły setki chciwych oczu. Ustawowe minimum majątku nie mogło podołać wymaganiom, tym bardziej, że część senatorskiego majątku musiała być umieszczona w ziemiach położo­nych w Italii, a te przynosiły niewiele. Wiedział coś o tym przyjaciel Tacyta, Pliniusz. Jak wiemy, Tacyt ochoczo wziął na swe barki ciężary związane z krze­słem. Unosił go zapał i nadzieja, że radą swą i wy­mową stanie się rychło podporą rzeczypospolitej. Cze­kał go niejeden dotkliwy zawód. Po ojcowskich rzą­dach roztropnego Wespazjana, po trzyletnich zale­dwie rządach Tytusa, zwanego „miłością i rozkoszą ludzkości", nastały długie tyrańskie czasy Domicjana (81—96), który wznowił walkę cesarza z senatem, po­szukując spiskowców nawet wśród najbliższych krew­nych. W miarę jak posuwało się panowanie, wzrastał terror. Domicjan nie pozbawił senatu jego uprawnień sądowych, udowodnił jednak, że prawo jest wobec siły bezbronne.

Wróciły czasy Tyberiusza i Nerona. Senatorowie żyli w nieustannej trwodze i milczeniu, pamiętając, że ściany mają uszy. Nastroje panujące w ostatnich latach Domicjana odzwierciedlają ostatnie rozdziały życiorysu, jaki Tacyt poświęcił swemu teściowi Agrykoli. Wspomnienia o drogich zmarłych służą zawsze ku ich pochwale. W tej poszedł Tacyt zbyt daleko, totez życiorys Agrykoli jest może najsłabszym z jego dzieł. Z zasłużonego wodza i zdaje się zacnego człowieka uczynił cos w rodzaju blaszanego bohatera i równie blaszany wzór starorzymskiej cnoty. Lecz w końcowych rozdziałach przemawia z głębi serca przepełnionego boleścią i buntem.

Zgon Agrykoli, który odsunięty przez cesarza zmarł w sile wieku, uważa Tacyt za łaskę zesłaną mu przez bogów: "Przedwczesny zgon przyniósł mu tę wielką pocie­chę, że uniknął owej schyłkowej epoki, w której Domi­cjan już nie w przerwach i odstępach czasu, lecz bez ustanku i jakby od jednego zamachu rzeczpospolitą wytrzebił. Nie widział Agrykola oblężonej kurii, obsta­wionego zbrojnymi ludźmi senatu, w jednej i tej samej rzezi pomordowanych tylu mężów konsularnych, tyle najdostojniejszych niewiast wygnanych na ponie­wierkę... Lecz potem nasze własne ręce zawlokły Helwidiusza do więzienia, nas to widok Mauryskusa i Rustykusa zhańbił rumieńcem wstydu, nas to krwią swoją niewinną obryzgał Senecjon. Nawet Neron od­wracał od zbrodni oczy; nakazywał je, lecz na nie nie patrzał. Tymczasem pod Domicjanem największą niedolą było nań patrzeć i być od niego widzianym w chwilach, gdy spisywano nasze westchnienia, kiedy do zapamiętania tylu pobladłych lic wystarczały te oczy o okrutnym wyrazie i ów bezwzględny rumie­niec, którym się (tyran) uzbrajał..."

Domicjan padł ofiarą zamachu. Szał radości, jaki ogarnął senatorów, znalazł wymowny wyraz w kore­spondencji Pliniusza. Możemy jednak zrozumieć uraz, jaki te czasy upodlenia i uczestnictwa w przelewie krwi niewinnej pozostawić musialy w duszy człowie­ka, który uważał się za następcę tych senatorów, ktorzy nieruchomi jak posągi siedzieli w bramach swych domów na krzesłach kurulnych, gdy Galowie zajmo­wali Rzym.

Uraz ten sprawił, że niejednokrotnie nie oddał Ta­cyt w swych osądach sprawiedliwości cesarzom, któ­rzy jako jednostki bywali okrutni, nikczemni lub błazeńscy, lecz jako władcy i rządcy oddali cesarstwu nieśmiertelne usługi. Do nich zaliczali się Tyberiusz, Klaudiusz, nawet Neron, nawet sam Domicjan. Praw­da, że dobrodziejstwa ich rządów odczuły przeważnie prowincje, o których Tacyt, jako „Rzymianin z Rzymu", nie zawsze pamiętał. Nie był bezstronny, ale i nie był nigdy świadomie niesprawiedliwy — jedno­ stronność jego sądów wypływała z wrodzonej pra­wości.

Długie stulecia uważały Tacyta za nieprzejednanego wroga ustroju monarchicznego i zakamieniałego wiel­biciela niemożliwej w jego czasach republiki. Uważ­ne czytanie jego pism doprowadza do innego wniosku. Wielki historyk nie zamykał oczu na wady, obłędy i zbrodnie republiki. Jako młody chłopiec oglądał prze­rażonymi oczyma wojnę domową po śmierci Nerona. Jako historyk i prawnik potępił ucisk i wyzysk pro­wincji. Jako arystokrata z instynktów nienawidził roz­krzyczanego ludowładztwa. Zdawał sobie sprawę z tego, że mieszkańcy Rzymu nie wychylając się poza jego ulice nie mogą rządzić rozumnie kilkunastu mi­lionami kilometrów kwadratowych. Mąż stanu nie goni cieniów, ani nie tworzy utopii; nie poszukuje ustrojów doskonałych i zadowala się najmniej złym, przynoszącym w danej epoce możliwie najlepsze wy­niki.

Za czasów Tacyta i w jego mniemaniu była nim jedynowładcza monarchia oparta o stojącą na wyso­kości swych obowiązków wielką radę, tj. senat, prze­siąknięty tradycją narodu. Nienawidzi większości ce­zarów, piętnuje ich obłędy i zbrodnie — ale czyż trzeba być fanatykiem lub tępym chwalcą minionego czasu, by potępiać matkobójstwo, by sądzić że wszystko da się usprawiedliwić nakazem racji stanu lub osobistym interesem panującego? Wybaczamy mu więc, że nienawidził szpiegów i donosicieli, że czuł obrzydzenie do tych współsenatorów, którzy oskarżali kolegow o nie dość gorące przywiązanie do cesarza, a potem prosili o obiecaną czwartą część majątku skazanego.

Pod koniec swego długiego żywota oglądał Tacyt taką właśnie przesiąkniętą duchem obywatelskim mo­narchię, jakiej pragnął. Dowiodła, że nie jest próż­nym marzeniem, że może spełnić pokładane w niej nadzieje. Spośród pięciu cesarzy dynastii julijsko-klaudyjskiej śmiercią bezspornie naturalną zmarł tyl­ko August; w wypadku Tyberiusza jest to wątpliwe, trzech pozostałych zabiła zbrodnia lub słuszna kara. Zginęło też trzech cesarzy wyniesionych przez wojsko po śmierci Nerona.

Zamordowany skończył i Domicjan. Natomiast w okresie tzw. złotego wieku cesarstwa wszyscy pa­nujący zmarli śmiercią naturalną, a panowanie ich objęło okres sześciu pokoleń. Cesarze złotego wieku nie mieli władzy większej niż ich poprzednicy, czynili z niej jednak inny niż oni użytek. To wystarczyło, by zmienić charakter rządów. Nie sama fatalność i działanie sił mechanicznych rzą­dzi światem — rozum ludzki, wola człowieka i jego charakter są też współczynnikiem dziejów. Od senatu Tacyt wymagał, by czuł się kontynuatorem wielowie­kowej tradycji narodu. Świadomy był, że współcześni mu nobilowie nie są cielesnymi potomkami nobilow z czasów drugiej wojny punickiej. Ale dziedziczy się nie tylko krew i galerie portretów; można dziedziczyć ducha wielkich epok dziejowych i duszę przewodnich w dziejach narodu postaci, można się z nimi zespolić duchowo. Takiego dziedzictwa pożądał Tacyt dla siebie i dla warstwy, która go wchłonęła. Los mu po­szczęścił: na stare lata oglądał Tacyt rządy Trajana, najlepszego z rzymskich cesarzy, który zdobywszy pryncypat zasługą, zapragnął zerwać ze skazaną na ostateczną klęskę polityką biernej defensywy. Mogło się przez chwilę wydawać, że w starzejący się Rzym wstąpił jakiś duch odmładzający. Dożył Tacyt „owej nieczęstej w dziejach ludzkich szczęśliwości", za któ­rą przez całe życie tęsknił, którą pracą kilkudziesięciu lat przyzywał. Umierał jako vir consularis. Mało komu bywa dane doczekać jesieni tak promiennej.

Słońce Rzymu zatrzymało się u szczytu; skłon ku za­ chodowi był tak nieznaczny, że oko ludzkie nie mogło go dostrzegać. Poeci mówili o wieczności Rzymu, o nie­ zmierzonym majestacie pokoju okrywającego skrzyd­łami cały rodzaj ludzki. Jednolita duchowo dwujęzycz­na cywilizacja nie napotykała w swym powol­nym, wszechogarniającym pochodzie na poważniej­sze opory. Coraz głębiej wrastała w dusze owa romanizacja Sródziemnomorza, patriotyzm bierny, ale szczery.

Jak brąz powstaje z miedzi i cyny, tak powstał on ze składu i stopu lojalizmu i wygodnictwa. Ce­sarstwo niczego więcej nie wymagało; wydawać się mogło, że takie spoidło po wiek wieków wystarczy. O resztę troszczył się cesarz i żołnierze ex castris.

Cesarstwu nie groziły żadne siły, które by mogły niepokoić kierownicze koła. Granice jeżyły się od za­meczków i częstokołów; ani od Partów, ani od Daków nie groziło niebezpieczeństwo. Pozostawała Germania, na razie mgławicowe kłębowisko. Tylko prorocy-czarnowidze przeczuwali, że może kiedyś przyjść zguba zza Renu. Z prawego brzegu przychodzili barbarzyń­cy, zgłodniali i pokorni, prosząc o kawałek roli i pa­stwiska. Osadzano tych „litów" z obowiązkiem do­starczania szeregowych do „posiłków" dowodzonych przez rzymskich centurionów. Walczyli, z kim im ka­zano, chętnie i wiernie, byli zaprzysiężonymi wojow­nikami cesarza, nie wahali się przelewać krwi Germa­nów, których wcale za pokrewnych sobie nie uważali.

Pojawiła się i rosła od niedawna — nie za granicą już ,,lecz wewnątrz imperium, nawet w murach „Miasta — siła do wczoraj jeszcze nie zauważona, a i te­raz nie znana, siła niezrozumiała i nieuchwytna. Wy­czuwano jej obcość, budziła odrazę; chciano ją obez­władnić, zasypać jej źródła. Istoty jej poznać nie zdo­łano, ale poczęto doświadczać, że siły tej nie da się zabić mieczem, ani zadusić administracyjnym zarzą­dzeniem.

Siłą tą było chrześcijaństwo; zasiano je za panowa­nia Tyberiusza cezara niby drobne ziarno w Palesty­nie i rozkrzewiło się zdumiewająco szybko we wszyst­kich większych skupiskach ludności. W samym Rzy­mie odkrył je w porę Neron, w chwili, kiedy głos po­wszechny począł w nim upatrywać podpalacza. Tacyt nie jest pewny, czy można Nerona i o tę szaleń­czą zbrodnię pomówić. Swetoniusz nie ma wątpli­wości.

W każdym razie powitano chętnie nadarzającą się sposobność wskazania na tę społeczność Azjatów wyodrębniających się zwyczajami i kultem spośród lud­ności stolicy. Zasłynęło z okrucieństwa pierwsze prze­śladowanie chrześcijan, ograniczone o ile wiadomo do samego Rzymu. Tacyt nie jest też pewny, czy za­rzut podpalenia Rzymu opiera się na jakimś dowo­dzie. Posuwa się do twierdzenia, że Neron „podstawił chrześcijan" jako winowajców, by ujść podejrzenia, że sam jest podpalaczem. W każdym razie upatruje w wyznawcach Chrystusa żywioł obcy i wrogi, „nieprzyjaciół rodzaju ludzkiego”, tj. tej cywilizacji, któ­rą uważał za jedyną. Chrześcijanie przejmują go wstrętem, ale dla ich okrutnego losu odczuwa litość zaprawioną wyniosłą pogardą. Ma się przecie do czy­nienia z jakimś „gorszym rodzajem Żydów.

Zdaje się — nie ma na to niezbitego dowodu — że w związku z pierwszym prześladowaniem senat po­wziął uchwałę uznającą chrześcijaństwo za religię za­kazaną, ściślej mówiąc nie za religię, lecz za szkodli­wy zabobon (superstilio), bo gdy w jedno pokolenie później przyjaciel Tacyta Pliniusz będąc namiestnikiem Bitynii zetknął się tam z rozmnożonymi w międzycza­sie chrześcijanami, nie miał wątpliwości (nie miał ich i cesarz Trajan), że ma do czynienia ze zjawiskiem przestępczym o charakterze nagminnym, którego nie powinien tolerować. Chrześcijan było tylu, że upra­wiany przez nich bojkot świątyń i nabożeństw zaszko­dził poważnie interesom hodowców zwierząt ofiar­nych. (Mamy tu do czynienia z krzykliwą orientalną przesadą, bo chrześcijanie nie składali wprawdzie zwierząt jako żertwy dla bogów, nie spożywali też mięsa takich zwierząt, ale nie mieli zastrzeżeń prze­ciw spożywaniu mięsa w dni bezpostne.) Wymierzone przeciw chrześcijaństwu akty praw­ne — jeżeli takie były — musiały razić swoją nieja­snością. Pliniusz nie wie, czy przestępstwem jest samo wyznawanie religii chrześcijańskiej, czy też wyzna­wanie jej należy uważać za okoliczność obciążającą, jeżeli chrześcijanin popełni jakiś czyn przestępczy w oczach prawa pospolitego, nie wie, czy należy chrze­ścijan ścigać z urzędu, czy też dopiero wówczas, gdy zostaną przez kogoś o wyznawanie chrześcijaństwa oskarżeni, nie wie też, jak należy się odnosić do skarg anonimowych. Prosi więc cesarza Trajana o wska­zówki.

Trajan odpowiedział, że chrześcijaństwo jest prze­stępstwem jako takie, ale nie należy ścigać go z urzę­du, lecz tylko na zasadzie jawnego oskarżenia. Ano­nimów nie należy brać w ogóle pod uwagę — „byłoby to bowiem niezgodne z duchem naszych czasów". Żadnej osobistej czy urzędowej niechęci ku chrzęścijanstwu w odpowiedzi cesarza doczytać się nie można. Trajan nie zmienił istniejącego prawa, polecił tylko stosować je jak najwyrozumialej.

Dziwić natomiast może pewna niezaradność Pliniu­sza, który był przecie prawoznawcą, uczestniczył w posiedzeniach senatu i zanim został namiestnikiem, przeszedł przez szczeble hierarchii administracyjnej. W prowincji swojej spotkał się ze zjawiskiem nagmin­nym; chrześcijan było mnóstwo, donosów bez liku. A mimo to Pliniusz nie zdołał zapoznać się z organi­zacją chrześcijan, jak i z treścią wyznawanej przez nich religii. Informacje swe, z których niczego się nie dowiedział, pozbierał z zeznań oskarżonych prostacz­ków nie obeznanych bliżej z nauką chrześcijaństwa oraz z wiadomości, jakich mu na mękach udzieliły jakieś dwie nieszczęsne niewolnice. Nie dotarł do żad­nego biskupa ani prezbitra, którzy zapewne nie odmó­wiliby dobrotliwemu namiestnikowi pouczeń. Dowie­dział się tylko, że chrześcijanie czczą Chrystusa jako Boga, a wyznawane przez nich zasady moralne wydały mu się sympatyczne. Jako dobry urzędnik, owinął swe sympatie w wyrazy należycie dyskretne i nie omiesz­kał się pochwalić, że dzięki jego przemyślanym za­ rządzeniom liczba chrześcijan szybko zmalała, a han­del ofiarnymi zwierzętami znowu rozkwita.

Chrześcijaństwo pozostało pod ziemią, liczba wyznawców na przemian rosła lub kurczyła się. Nie wszy­scy pałali żądzą męczeństwa, apostazji było bez liku. Ale chrześcijaństwo wykorzystało ten swój okres pod­ ziemnego bytowania, by rozwinąć się w doskonałą organizację oplatającą całe imperium. Przyjdą czasy, że zdobędzie sobie równorzędne z innymi wyznaniami w impermiejsce. Do tego było jeszcze daleko.

Stanislaw Łoś
Świat historyków starożytnych
Fragment rozdziału
Świat Tacyta

poniedziałek, 30 marca 2026

Teofil Bartoszewski, kogo reprezentuje w polskim MSZ, Państwo Polskie czy Izrael?


NIEDALEKO PADA JABŁKO OD JABŁONI

Gdy pierwszego dnia agresji zginęło 175 irańskich dziewczynek, zapytany o to Władysław Teofil Bartoszewski stwierdził: „Natomiast jeśli chodzi o tę szkołę, to akurat tak się składa, że to nie izraelski pocisk ją zniszczył”. „Tylko amerykański?”- dopytywał dziennikarz. „Nie, tylko irański. To irański pocisk trafił w szkołę. Takie mamy informacje”. I nie ważne, że pojawiło się mnóstwo dowodów na to, że to nieprawda. Nieważne, że potwierdził to nawet żydowski „New York Times”.

„W Strefie Gazy Izrael zbombardował 90 procent szpitali. Czy w końcu pan przyzna, że dokonuje zbrodni przeciwko ludzkości?” – takie pytanie od widza przeczytał prowadzący rozmowę. „Nie. Nie dokonuje” – odpowiedział, i po chwili dodał: „Benjamin Netanjahu nie jest zbrodniarzem wojennym”. I w tym przypadku reakcją było oburzenie: Jesteś pan podłym kłamcą. Wstyd i hańba. Izrael dokonał ludobójstwa w Strefie Gazy, terroryzuje Palestyńczyków, napadł na Iran, a ty kłamiesz! Kto mu dostarcza informacje? Nie wiem, ale się domyślam”. I rzeczywiście – ktoś, kto powiela kłamliwe tezy kraju oskarżonego o zbrodnie, przestaje być dyplomatą, staje się urzędnikiem obcego państwa i mamy prawo zapytać: Kogo reprezentuje w polskim MSZ, Państwo Polskie czy Izrael? I jeszcze jedno: Gdy Izrael mordował Palestyńczyków, Teofil raczył nas cymesami: „Żydzi są naszymi braćmi. Musimy się z państwem Izrael identyfikować”.

To nie pierwsza haniebna wypowiedź Żyda pełniącego ważną funkcję w polskim MSZ. To nie pierwszy raz wiceszef polskiej dyplomacji powiela obcą propagandę. Pytany o otwartą w polskim Lwowie „wojskowo-patriotyczną szkołę Banderowiec”, nie tylko usprawiedliwiał Ukraińców, ale  buńczucznie oświadczył: „Z całą pewnością nie będziemy wzywać ambasadora Ukrainy”. I te słowa także doczekały się komentarzy: „To wstyd i hańba. To wybielanie zbrodniczej ideologii (…) A gdyby w Berlinie powstała szkoła ‘Hitlerowiec’, też nie byłoby reakcji MSZ?”.

W polityce nie zawsze  mówi się prawdę. Ale nawet wtedy są granice przyzwoitości. Tu przypomnijmy słowa ojca Teofila: „Warto być przyzwoitym, choć nie zawsze się to opłaca. Opłaca się być nieprzyzwoitym, ale nie warto”. Teofil uznał jednak, że nieprzyzwoitość się opłaca. Z tym, że jego wypowiedzi nie tylko są nieprzyzwoite, ale szkodzą wiarygodności państwa i rządu.

Godnym następcą ojca jest także z innego powodu – chorobliwej pazerności. Prof. Andrzej S. Ciechanowiecki założył Fundację Zbiorów im. Ciechanowieckich (wyposażyła Zamek Warszawski w 3 tysiące dzieł sztuki) oraz prywatną fundację o łacińskiej nazwie Non Omnis Moriar, do której przekazał swój majątek. Teofil, którego Ciechanowiecki był ojcem chrzestnymi i sfinansował studia w Cambridge, założył spółkę o żydowskiej nazwie Max and Max Limited, sprzeniewierzył powierzony mu w zarząd majątek, a za przywłaszczone pieniądze kupił kilka apartamentów.

Kiedy jego dobroczyńca odkrył oszustwo i rozczarowany chrześniakiem zażądał zwrotu pieniędzy, Teofil prezesem spółki mianował żonę, przekazał jej wszystkie udziały, spółkę rozwiązał, apartamenty sprzedał i kupił 600-metrowy dworek wraz z 11-hektarową działką. Ale to nie koniec problemów z Teofilem, bo: sąd wycenił przekręt na 17 milionów, sąd rejonowy w Wołominie zablokował księgę wieczystą nieruchomości, prokuratura bada przepisanie majątku na żonę.

Trwa zmowa milczenia wobec wyroku sądu. Milczą przełożeni Teofila – Donald i Radek. Milczy Władek, bo wiedzieć trzeba, że Teofil jest członkiem PSL, do którego przystąpił, gdy z poręki partii dostał się do Sejmu. Zareagował jedynie bloger: „Ja pierdolę?! Naprawdę?! Nikomu to nie przeszkadza?!”. A my pytamy: Czy człowiek o poglądach członka szowinistycznej izraelskiej partii, wyraża oficjalne stanowisko PSL? Nawiasem mówiąc, członkiem PSL był także ojciec Teofila, i pytanie, czy Teofil godnie reprezentuje Kosiniaka-Kamysza, powinny poprzedzić pytania: Czy idiotyzm jest dziedziczny? Czy dyplomacja (i cały rząd) wpadła w ręce idiotów? Nie od rzeczy będzie też przytoczyć żydowskie przysłowie: Jeśli ktoś wygląda jak idiota, mówi jak idiota to na pewno jest idiotą.

W 1980 roku Teofil, ot tak sobie, wyjeżdża do Anglii. Szybko uzyskuje stopień doktora w dziedzinie antropologii kulturowej. Zostaje nauczycielem historii Żydów na Uniwersytecie Londyńskim oraz dyrektorem Instytutu Studiów Polsko-Żydowskich w Oksfordzie. W latach 1991-2006 jest konsultantem (i członkiem zarządu) spółek giełdowych w brytyjskiej firmie Central Europe Trust, gdzie nadzorował projekty w sektorze telekomunikacyjnym i energetycznym. Zostaje dyrektorem na Polskę w banku JP Morgan i dyrektorem Credit Suisse w Polsce, a potem prezesem zarządu Domu Maklerskiego PGE oraz wiceprezesem zarządu Exatel (spółki skarbu państwa, dostawcy technologii telekomunikacyjnych i cyberbezpieczeństwa, właściciela największej sieci telekomunikacyjnej w Polsce). I nikogo nie dziwiło, że wszystkie te fuchy sprawował historyk, antropolog kultury!

I jeszcze jedno – w Sejmie wszedł w skład Komisji do Spraw Energii i Aktywów Państwowych. I gdy Teofil na mównicy sejmowej kiwa się w takt muzyki klezmerskiej, to przypominają się słowa jego ojca (który Teofila wydziedziczył!), inspirowane jakoby mądrością ludową: „Bierz, kiedy dają, tańcz, kiedy grają, uciekaj, kiedy gonią, klękaj, kiedy dzwonią”. I narzuca się pytanie: Czy skłonność do geszeftów jest dziedziczna? Tu pamiętać trzeba, że Niemcy sprawnie zbudowali w Polsce swoje lobby nie poprzez przedstawicieli mniejszości niemieckiej, ale żydowskiej, ludzi o żebraczym usposobieniu, kupionych za niemieckie srebrniki. Jednym ze sposobów jest zapraszanie do wygłaszania prelekcje, które są okazją do korumpowania prelegentów. Jednym z nich był ojciec Teofila. Ile na tym zarobił, nie wiemy. Wiemy natomiast, że UOP przesłał do MSZ trzy raporty nt. zagrażającego bezpieczeństwu państwa zachowania Janusza Reitera, ambasadora RP w Niemczech z poręki Bartoszewskiego, który za „wykłady” zarabiał trzykrotnie więcej, niż wynosiło jego ambasadorskie uposażenie.

Innym sposobem jest przyznawanie nagród i medali, a właściwie związanych z nimi gratyfikacji pieniężnych. Tu modelowym przykładem był „otoczony szczególnym szacunkiem w Niemczech” ojciec Teofila, który przyjął złoty medal Gustawa Stresemanna, kanclerza Niemiec i polakożercy. I w tym miejscu warto przypomnieć słowa Prymasa Tysiąclecia:„Nie ma polskiej polityki za niepolskie pieniądze”. A co do „prelekcji”, to nigdy nie ma w nich krytycznego słowa pod adresem gospodarzy. Mnóstwo natomiast o ksenofobii Polaków i ich współudziale w eksterminacji Żydów. Ojciec Teofila twierdził, że „w czasie okupacji bardziej bał się Polaków niż Niemców” a „Polacy to ochrzczony motłoch”. Teofil uważa, że premier Izraela nie popełnia zbrodni, a „Żydzi są naszymi braćmi i musimy się z państwem Izrael identyfikować”. A my pytamy: Czy Teofil za korzyści osobiste jest gotów, jak ojciec, mówić wszystko? I czy w jego przypadku nie jest trafnym powiedzenie: Niedaleko pada jabłko od jabłoni?

Niemieckie lobby to także aktywa niemieckich służb specjalnych. Okazało się, iż wiele osób wyselekcjonowanych przez ojca Teofila na odcinek niemiecki miało kłopoty lustracyjne. Znawcy archiwów PRL-owskiej bezpieki mówili z pełnym przekonaniem, iż w 1954 r. podjął wobec departamentu I MSW zobowiązanie do zdawania szczegółowych relacji ze swych podróży po RFN, w większości sponsorowanych i opłacanych przez MSW. Po 1989 r. wykazał się dużym zapałem lustracyjnym i dekomunizacyjnym. Ale nie było tego widać podczas urzędowania w MSZ i wcześniej na placówce w Wiedniu, gdzie dbał o przedstawicieli bezpieki, a po powrocie do kraju zatrudnił ich i ich żony w MSZ. Inna sprawa, że ci odwdzięczali mu się pisaniem na niego raportów do UOP.

Był zdecydowanym zwolennikiem, by Sikorski objął tekę szefa resortu dyplomacji. Tusk (mimo iż wiedział o afiliacjach Radka z brytyjskim MI6) chciał mu początkowo dać resort obrony, ale pomogła interwencja Władysław Bartoszewskiego, który zresztą publicznie to przyznał: „To był mój pogląd, że jest to najodpowiedniejszy kandydat, tego poglądu do dzisiejszego dnia nie zmieniłem”. Gdy Bartoszewski został ministrem, zawzięcie bronił ambasadorów mianowanych przez swego poprzednika TW „Buyer” i otwarcie manifestował wrogość do lustracji i dekomunizacji. Odchodząc z MSZ, z rozrzewnieniem wspominał: „Ambasadorami zrobiłem takich PZPR-owców, którym za komuny nawet by się to nie śniło” i szczycił się: „W ciągu 15 miesięcy mianowałem 47 ambasadorów, dzięki dobrej współpracy z A. Kwaśniewskim. Tylko trzech pracowników odwołałem, ale z nowej kadry, w tym jednego z ZChN. Zostawiam MSZ w dobrym stanie”.

Władysław Bartoszewski przez lata był „na utrzymaniu” Marion Dehnhoff, u nas przedstawianej, jako główna postać pojednania niemiecko-polskiego. Tymczasem prasa niemiecka ujawniła, iż hrabina była agentką Urzędu Ochro­ny Kon­sty­tu­cji, czyli niemieckiej bezpieki. Teofil przez lata był na utrzymaniu Żydów, jako dyrektor w Instytucie polsko-żydowskim w Londynie. Radek Sikorski wygadał się, że Instytut „pomagał organizować” jego serdeczny londyński przyjaciel Maciej Jachimczyk, stypendysta organizacji „Church In Need”, powołanej w celu niesienia pomocy prześladowanym po drugiej stronie żelaznej kurtyny chrześcijanom. Radek nie dopowiedział jednak, że Maciej przeszedł na islam, że w latach 90. był szefem Ośrodka Czeczeńskiego w Krakowie i że UOP uznawała go za człowieka związanego z rosyjskimi służbami, zagrażającego bezpieczeństwu Polski (a w tym samym czasie rosyjski „Kommiersant” kpił: „Sikorski włączył do resortu ludzi, którzy kształcili się w radzieckich akademiach wojskowych, więc mogli być związani z rosyjskimi służbami specjalnymi”).

Teofil Bartoszewski nie dostał od ABW poświadczenia bezpieczeństwa (które daje dostęp do tajnych dokumentów), a mimo to został wiceministrem. Ma też (tak, jak Radek) podwójne obywatelstwo. Mamy zatem prawo zapytać: Dla kogo pracuje i czy skłonność do obcych wywiadów jest dziedziczna?

Mamy też prawo znać przeszłość takich ludzi i postawić pytanie: Kim jest Teofil? Ojciec utrzymywał, że był synem urzędnika bankowego. Z kręgów ojca chrzestnego Teofila, potomka kresowej rodziny ziemiańskiej dotarło, że pierwotnie nazywał się Bartosiak i pochodził ze wsi Żaby, gdzie był lokajem na miejscowym dworze. Ursynowsko-natoliński tygodnik „Pasmo” z 18.09.97 r. w rubryce „Wierzcie nie wierzcie” relacjonował, iż na zorganizowanym przez Unię Wolności w parku przy stacji metra Natolin festynie wyborczym „Bartoszewski z werwą opowiadał na estradzie […] w b. ciekawym wątku osobistym o swoim dzieciństwie w biednej rodzinie żydowskiej”.

Sam Bartoszewski przyznał w Knesecie: „Polska to ewenement. Proszę wskazać inny kraj w Europie, w którym trzech szefów dyplomacji było żydowskiego pochodzenia, jeden ma honorowe obywatelstwo Izraela, a obecny ma żonę Żydówkę”. W zakres kompetencji Teofila weszły relacje z diasporą żydowską i nadzór nad urzędem pełnomocnika ds. kontaktów z diasporą żydowską, który powołał jego ojciec. No i pierwszą żoną starego Bartoszewskiego, a matką Teofila była starsza od męża o siedem lat Antonina Mijal, bratanica znanego działacza Komunistycznej Partii Polski ( i później PPR) Kazimierza Mijala. Bądźmy jednak obiektywni – żona Teofila to czysty typ aryjski, bo jej pradziadkiem był pruski generał Helmuth von Moltke.

Pora zatem zawołać: Jeśli tak wygląda minister twojego kraju, to już dawno nie jest to twój kraj! Ojciec Teofila jest autorem obowiązującej do dziś dyplomatycznej doktryny: „Polska to panna stara, brzydka i bez posagu”. Tymczasem swoim szkaradnym semickim wyglądem (jednym z jego pseudonimów w MSZ był – „nietoperz”) naruszał powagę urzędu. Brak mu było też najzwyklejszej schludności. Liche garnitury wiszące na nim jak na drucianym wieszaku, kołnierz marynarki odstający od karku na szerokość pięści. Nie tylko nosił byle co, ale pachniał, czym zjadł. Niekorzystny wizerunek pogarszał sposób mówienia – wrzeszczał, ślinił się, a nawet pluł. Trzeba mu jednak oddać sprawiedliwość, w obecności Żydów spisywał się na medal – przywdziewał elegancką, atłasową jarmułkę. No i mamy to, co mamy: na dyplomatycznych salonach bryluje syn „nietoperza” i pupilek Bartoszewskiego, dżentelmen z Chobielina o wyglądzie fryzjerczyka. Bo przełożony Teofila ma nietypową urodę: kałmuckie rysy, zapuchnięte ponure oczy, przetłuszczone włosy, niewyprasowane i poplamione spodnie.

Człowiek zaczyna się przedstawiać zanim otworzy usta. Znalazło to wyraz w powiedzeniu:Jak cię widzą tak cię piszą. U dyplomaty ważne, co mówi, ale nie mniej ważny jest wygląd. To profesja wybitnie reprezentacyjna. Staranność ubioru dyplomaty jest przejawem szacunku, bylejakość oznacza lekceważenie partnerów. Niechlujny wygląd to także sygnał – ten człowiek nie radzi sobie z sobą, więc nie poradzi sobie z zadaniem, które ma wykonać. Dyplomaci i w ogóle ludzie piastujący stanowiska publiczne muszą przy tym pamiętać, że występują nie tylko w swoim imieniu, lecz państwa, nas wszystkich. Tu zacytujmy francuskiego polityka Paula Cambon: W świecie polityki nie wystarczy mieć rację, trzeba się jeszcze podobać i umieć zachować.

Sytuacja geopolityczna Polski jest niezwykle trudna. Ważą się losy kraju. Potrzebni są finezyjni i profesjonalni dyplomaci, a nie notorycznie przegrywające miernoty, przynoszący Polsce same straty. Potrzebny jest MSZ, a nie jego atrapa. Dziś urzędowi temu potrzebne są szczególnie: pełna odnowa, in capite et in membris (w całości i w szczegółach), przywrócenia narodowego charakteru, kompetentni lojalni dyplomaci służący państwu polskiemu, o życiorysach przejrzystych dla opinii publicznej, a nie Mosadu.

Krzysztof Baliński

=https://dakowski.pl/

niedziela, 29 marca 2026

Kupuję wiec jestem - fragment misterium HIEROS GAMOS, czyli Święte Gody

 


WIKTOR GOŁUSZKO

LUDZIE BEZDOMNI
Fragment misterium HIEROS GAMOS, czyli Święte Gody


Historia usidlenia i przebudzenia Męczysława Mięsoducha
 

Hieros Gamos łączy elementy teatru, tańca, muzyki, cyrku (ewolucje na kole Cyr) i filmu. Rzecz traktuje o kryzysowej sytuacji Ziemi i Ziemian (ekologicznej i nie tylko: globalny kryzys gospodarczy, kryzys klimatyczny, szóste masowe wymieranie gatunków, nadużycia medycyny przemysłowej, zagrożenia GMO, NWO, RFID, przejęcie rynku nasion przez koncerny, bezprecedensowy wzrost: długu publicznego, bezrobocia wśród młodych, wykluczenia społecznego, cen żywności, liczby umierających z głodu i głodujących, itd.) oraz o ludzkiej przemianie świadomości mogącej być na tę sytuację remedium. I co się z tym wiąże – możliwością nastania Nowej Cywilizacji.

Głównym przesłaniem sztuki jest transformacja świadomości, gdyż to jedynie ona jest gwarantem wyjścia z koleiny bezsilności i odzyskania suwerenności.

Hieros Gamos (gr.) oznacza Święte Gody, Święte Zaślubiny, misterium mitycznych zaślubin bóstw Nieba i Ziemi, np. Ozyrysa i Izydy, animusa i animy. Owe Zaślubiny są też metaforą zharmonizowania wewnętrznych sił życiowych jednostki. Gdy człowiek równoważy w sobie pierwiastek męski i żeński, wkracza w uniwersalny androginizm, otwierając tym samym bramę do głębszych pokładów samoświadomości. Mimo, iż w języku polskim posiadamy odpowiednik tego pojęcia (jest nim hierogamia), dla potrzeb sztuki zachowałem oryginalne greckie nazewnictwo. 

Samo słowo „misterium”, którego używam do zdefiniowania gatunku sztuki współcześnie używane jest na określenie tajemnicy. Jednakże łaciński przekład mysteria, myein, myeis daje: initia, initiare, initiatio i niesie znaczenie inicjacji.

Misteria starożytne (dionizyjskie, Eleusis i inne) były ceremoniami inicjacyjnymi, w których biorący w nich udział doświadczał zmiany swojej relacji z Bogiem czy Boginią, doznawał przemiany świadomości – osiągał nowy stan umysłu przeniknięty poczuciem świętości. Podstawową ideą w misteryjnych rytuałach inicjacyjnych jest sąsiedztwo śmierci i duchowego odrodzenia, umierania i zmartwychwstania.

Misteryjne wtajemniczenia właściwe dla religii politeistycznych porównać można do pielgrzymek w systemie chrześcijańskim; przykładem mogą tu być pielgrzymki do Santiago de Compostela.
…………………………………………………………………………….
 

OBSADA
MĘCZYSŁAW MIĘSODUCH – wieszcz, rapsod, bard. Charyzmatyczny, pełen natchnienia, ognia, bohaterstwa, dążenia, żarliwości. Długi, aksamitny płaszcz koloru indygo, cały pokryty złotymi gwiazdkami; na plecach wyhaftowana złota lira. Pełen czci dla swego Nauczyciela. Tylko w odsłonie drugiej nosi koronę cierniową z przymocowanym do niej kodem QR.

Ludzie Bezdomni – przyodziani w odpowiadające ich byłym zawodom czy funkcjom społecznym ubrania, nieco sfatygowane:

OGNISTY PTAK – Indianka. Pełna szlachetności i godności w postawie, ubrana jak na obrazach Night Messenger czy Keepers of the sky Charlesa Frizzella.

PRIMUM NON NOCERE – lekarka. Wystający z kieszeni kitla, zwinięty stetoskop.

GIORDANO BENVENUTO – naukowiec-mistyk, specjalista od wolnej energii. Syntetyzuje wiele dziedzin: fizyka, filozofia, alchemia, biologia, archeologia, historia, astrologia i inne.

PINA TUBO[1] – zakonnica (pseudonim klasztorny znanej śpiewaczki kabaretowej Tiny Pubo). Ogromny kornet na głowie. Ubrana u góry jak siostra zakonna, od pasa w dół zaś, jak dziewczyna z kabaretu: stringi, kabaretki i szpilki.

KRAK A TAU[2] – ksiądz (miano kościelne, jakim się posługuje od chwili przyjęcia święceń kapłańskich były hodowca byków: Track a Cow). Sutanna, intensywnie czerwone buty. Na plecach napis: KSIĄDZ (tak jak u policjantów).

MILAGRO A JAR[3] – proaktywna prostytutka (w jej żyłach płynie królewska krew, jej przodkiem był nie kto inny, tylko sam Raja Mila Gor). Dojrzała kobieta przy kości, ucharakteryzowana, jak dziewczyny z ulicy St. Denis, przerysowany makijaż.

ZMYSŁAW DE BEAUREGARD – terapeuta holistyczny, gej. Wysoki, przystojny, ubrany i ostrzyżony trendy, markowe okulary, kilkudniowy zarost.

NIP PESELKOPF – wojskowy. Mundur, bez czapki.

PAŹDZIORY OTRĘBA BYTOWICZ – żelazny kacerz, dysydent oficjalnej wersji rzeczywistości. Nieprzewidywalny, może głupi, może szalony, może świadomie szalony, może jurodiwyj – nie wiadomo. Powiada o sobie, że posiada dyplom z Oświecenia, że obronił doktorat z nicości, że goli się wyłącznie brzytwą Ockhama i że jest ograniczony jak prędkość światła. Ubiór – z tyłu spodnie i bluza w kolorowe romby, jak u arlekina; z przodu – jasne tło tkaniny pokrywają złociste pięcioramienne gwiazdy wielkości dłoni. Na głowie – kukla (błazeńska czapka z dzwoneczkami). Gdy rozkłada ręce i staje w rozkroku, ubiór wraz z czapką tworzą wielką pięcioramienną gwiazdę. Spodnie podtrzymywane przez wirtualne szelki. Czasami głośno klaszcze jedną ręką.

MONTESKIUSZ – ubrany tak, jak mogłaby być ubrana postać historycznego Monteskiusza.

WSPÓŁCZESNA RODZINA: ON, ONA, SYNEK WOLNY RYNEK

Na ogromnym wózku na zakupy (takim, jakie stoją przez supermarketami, tylko z dwa razy większym), przemieszcza się z jednego końca sceny na drugi współczesna rodzina.

Pełnogębni mieszczanie: modni, żurnalowi, wysokogatunkowi, ometkowani, ostentacyjnie eksponujący stan posiadania, modelowy produkt kapitalizmu. Ona – kapelusz bardzo szerokie rondo, garsonka, wyrazista szminka, ciemne okulary, gwiazdowata, złoty zegarek dwa razy większy niż normalnie, on – luzacki, ubrany casualowo, złoty zegarek dwa razy większy niż normalnie, ono – stosunkowo plastikowe, dziesięcioletnie dziecko, złoty zegarek dwa razy większy niż normalnie. On i ona stoją ramię w ramię, z rękoma wzniesionymi ku górze, trzymają się zwycięsko za dłonie. W rękach „zewnętrznych” trzymają tuby, przez które głoszą swe przesłanie.

Wózek zapełniony przeróżnymi gadżetami: możliwie największy model telewizora plazmowego, walizki od Louis Bonton, zestaw kijów do golfa, różna wykwintne pudła z zakupami itp. Może jeszcze jakiś ekstremalnie rasowy pies. Na każdym przedmiocie i ubraniu widać wyraźnie albo metkę albo też logo jakiejś luksusowej marki (dwa razy większe niż norma). Wszystko szczelnie upchane w rodzaj rumowiska wokół nich tak, że nie mają żadnej możliwości manewru. Stoją – zwycięsko zatknięci na szczycie. Całość robi wrażenie pomnika z epoki socrealizmu. Bije od nich chłód taki, że mogliby służyć, jako sprzęt do zamrażania.

CHÓR – sopran, alt, tenor, bas, 16 osób lub więcej (wielokrotności 4, a więc: 20, 24 itd.) Ubrani w białe tuniki w starogreckim stylu. Można się inspirować reprezentacjami graficznymi z epoki Eleusis. Chór zawsze śpiewa swoje kwestie (chyba że wskazane inaczej).

PATROL – para policjantów (kobieta i mężczyzna – Wanesa i Kewin). Ubrani na czarno zgodnie z profesją, w maseczkach. Na plecach napis: POLICJA.

ZESPÓŁ MUZYCZNY – Fortepian, kontrabas, wiolonczela, skrzypce. Ubrani w brokatowe, uwspółcześnione królewskie szaty, kreacje najwyższego lotu. Fryzury i elementy ubioru zawierają też odniesienia do sposobu ubierania się przybyszy z innych planet (można się inspirować filmami SF).

GRUPA BALETOWO-TANECZNA – 20 lub więcej osób

BONSAI PEOPLE – ludzie na klęczkach. Grupa szesnastu osób, równa ilość mężczyzn i kobiet. Ubrani zwyczajnie, różne zawody. Na głowach mają koronę cierniową, na czole kod kreskowy lub QR. Kod jest zespolony z koroną w ten sposób, że po nałożeniu na głowę przylega on do czoła. Na twarzy maseczka, standardowa, niebieskawa, taka, jaką można było widzieć na twarzach podczas plandemii. Niektórzy dodatkowo noszą przyłbice z pleksiglasu, inni – kilka maseczek nałożonych na siebie piętrowo.

ZRÓWNOWAŻONE HEŁMY – ubrani jak policja w pełnym przeciwzamieszkowym rynsztunku: na głowach hełmy z widocznym logo zrównoważonego rozboju (podobne do logo Agendy 2030 – poszatkowane, kolorowe kółko, lecz kolory bardziej intensywne i inna ilość części w kółku), ochraniacze na karku, łokciach, łydkach i kolanach, wielkie prostokątne tarcze, na których również jest widoczny wielki symbol wspomnianej Agendy. Przez ramię mają przewieszone – tak jak dawne karabiny i takiej samej wielkości – ogromne strzykawki.
……………………………………….

LUDZIE BEZDOMNI

Przez scenę przejeżdża WSPÓŁCZESNA RODZINA.

ON

Bogactwo, prestiż i władza! Kto ma coraz więcej coraz droższych gadżetów ten lepszy!

ONA

Każdego dnia piorę mój mózg w telewizji! z wyższością, odrzuca włosy do tyłu.

ONA do Synka

Synku Wolny Rynku, powiedz prawdę mamusi i tatusiowi.

SYNEK WOLNY RYNEK

Kupuję, więc jestem! Kupuję, więc jestem!

Rodzice uśmiechają się z dumą

ON

Żądza pieniądza mnie strasznie urządza!

ONA zagryza wargi, erotycznie, zmysłowo

Uwielbiam się kochać na ołtarzu Wolnego Rynku!

Znikają za kulisami.
……………………………

MĘCZYSŁAW MIĘSODUCH

Prawda jest taka, że instytucje europejskie skazują ludzi na masowe bezrobocie.

MILAGRO A JAR

Jak to skazują?! Przecież ich głównym celem jest właśnie walka z bezrobociem.

PAŹDZIORY OTRĘBA BYTOWICZ

Jasne! Prędzej mi kaktus na dłoni wyrośnie! Taka ich walka, jak cała ta nowomowa, która arogancką oligarchię nazywa demokracją, rządami ludu! Pokaż mi, gdzie ten lud, który rządzi i ustanawia swe prawa!

MĘCZYSŁAW MIĘSODUCH

Ograbili nas ze znaczenia słów, posługujemy się pojęciami bez żadnego pojęcia: korporatyzm nazywamy demokracją, coraz większą liczbę regulacji i przepisów – zniesieniem kontroli, wszelkie odstępstwo od politycznej poprawności – językiem nienawiści, korupcję i łapownictwo – lobbingiem, faszyzm – neoliberalizmem, indoktrynację i przysposobienie korporacyjne – edukacją, imperializm i neokolonializm – globalizmem, bezwzględną, nieprzebierającą w środkach akumulację kapitału – wolnym rynkiem, poszukiwanie rzetelnej, niecenzurowanej informacji – teorią spiskową, totalną cenzurę – fact checkingiem…

PINA TUBO

Nie ma już rosnącego wyzysku, nie ma skrajnych nierówności – jest za to dobrze się wszystkim kojarzący: zrównoważony rozwój!…

PRIMUM NON NOCERE

Embrion przed aborcją stał się tkanką ciążową…

NIP PESELKOPF

Wprowadzenie militarnej tyranii zwie się teraz interwencjami pokojowymi czy humanitarnymi, ludobójstwo nazywa się pandemią, narodowe getto – narodową kwarantanną, zbrodniarzy wojennych nazywa się prezydentami, najemnych morderców siłami specjalnymi, które już nie zabijają, lecz: neutralizują ludzi, depopulację nazywa się kontrolą demograficzną lub stabilizacją populacji, przemysłowe zabijanie cywili – stratami ubocznymi, szczególnie niszczące bombardowania – uderzeniami chirurgicznymi…

PAŹDZIORY OTRĘBA BYTOWICZ „zachwyca się”

Jakaż piękna, poetycka – chciałoby się rzec – metafora. Chirurgia – to przecież operacja, troska, wykwalifikowany personel medyczny, oddani lekarze! To już nie wojsko, ale służba zdrowia zrzuca z dbałością na ciebie niosące wolność bomby! To nie bombardowanie, to pomoc humanitarna!

MĘCZYSŁAW MIĘSODUCH

Dzisiaj język paraliżuje myślenie i stał się narzędziem naszego zniewolenia. Dopóki nie przywrócimy słowom ich pierwotnego znaczenia, dopóty będziemy się motali w globalnej matni.

NIP PESELKOPF

Co do bezrobocia: instytucje europejskie skazują na bezrobocie, gdyż w pierwszej części konstytucji europejskiej uprawomocniono istnienie całkowicie niezależnego od elektoratu organu –– co jest posunięciem antydemokratycznym – jakim jest Bank Centralny. Misja, naczelny zdeklarowany cel istnienia tego Banku jest jeden: walka z inflacją. A jest empirycznie udowodnione, że walka banków z inflacją przekłada się zawsze na spektakularne bezrobocie wśród najbiedniejszych warstw społecznych. Wniosek z tego taki, że konstytucja europejska gwarantuje nam masowe bezrobocie!

PAŹDZIORY OTRĘBA BYTOWICZ

Walka z inflacją też im jakoś nie wychodzi, bo mamy inflacyjną jazdę bez trzymanki.

GIORDANO BENVENUTO

Unia jest antydemokratyczna i aspołeczna. Powołała do życia instytucje, których jedynym celem jest wprowadzanie masowego bezrobocia i niskich zarobków. Niskich dla maluczkich oczywiście.

ZMYSŁAW DE BEAUREGARD
Poznasz drzewo po owocach. Unia wydała pozwolenie na mąki zwierzęce, które były przyczyną epidemii szalonych krów, wydała pozwolenie na zawartość oleju samochodowego w żywności, zabroniła oznaczania mięsa klonowanego, potroiła dozę cezu 136 dozwoloną w pożywieniu (żeby nie zmniejszać importu po wybuchu w Fukushimie), wprowadziła na nasze stoły insekty i robaki. Widać jasno, jakie wartości przyświecają unijnym aparatczykom.

PAŹDZIORY OTRĘBA BYTOWICZ do widowni 
Chityna jest super! Ja codziennie rano piję na czczo szklankę glifosatu. (na boku do widowni) Żeby przyzwyczaić organizm do unijnych standardów. Wy nie?… Potem czas na wafle z tlenku grafenu posmarowane białkiem kolca (białko w diecie jest bardzo ważne). Na koniec kilka świerszczy, które przegryzam garścią robaków marynowanych w oleju samochodowym. Mniam, cymes, pycha! (cmoka z zachwytem)

KRAK A TAU

Na bardzo ciekawym marginesie, zwróćcie uwagę na fakt, że wszystkie zrujnowane gminy, które zdecydowały się na tworzenie własnych pieniędzy, zlikwidowały bezrobocie w kilka tygodni!

PRIMUM NON NOCERE

Przedsiębiorcy od zawsze dążą do jak największego bezrobocia, gdyż wtedy mogą zaniżać płace do minimum. Ludzie przestają być wybredni i akceptują byle jaką pracę za byle jaką płacę.

NIP PESELKOPF

Od czasów Hitlera i Mussoliniego, którzy likwidowali syndykaty, zawsze chodziło o to samo: o jak najmniejsze zarobki pracowników.

PAŹDZIORY OTRĘBA BYTOWICZ

Czyli o maksymalne zyski dla finansowych elit. Albo zysk, albo w pysk!

CHÓR recytuje

Kleptokracja, wyzysk, fisk – albo zysk, albo w pysk!
Pałka, taser, opon pisk – albo zysk, albo w pysk!

ZMYSŁAW DE BEAUREGARD ironicznie

Jest jednak widoczny postęp. Teraz jest to zagwarantowane konstytucyjnie!

GIORDANO BENVENUTO

Nie ma żadnej konstytucji tylko zdradziecki orwellowski traktat broniący interesów oligarchicznej kliki. Na mocy artykułu 104 z Maastricht, który stał się potem artykułem 123 Traktatu Lizbońskiego, tworzenie pieniędzy stało się wyłączną domeną banków prywatnych. Odtąd państwa są zmuszone pożyczać pieniądze od prywatnych bankierów i zwracać je z horrendalnym oprocentowaniem.

MĘCZYSŁAW MIĘSODUCH

Traktat Lizboński odebrał nam prawa obywatelskie i oddał władzę garstce bandytów, których nikt nie wybierał. Konstytucja europejska to plan więzienia, gwarant naszej niemocy.

Słychać chrobot z głośników, niektórzy na moment odwracają głowy – jakby szukając źródła hałasu – jednak po chwili kontynuują rozmowę

ZMYSŁAW DE BEAUREGARD

Już sama objętość traktatu jest z gruntu niedemokratyczna: prawie 500 stron prawniczego dialektu! Kto ma czas i ochotę wgryzać się w ten gryps!?

PAŹDZIORY OTRĘBA BYTOWICZ

Jesteśmy zdecydowanie lepsi od unijnych komunistów, u nas druk ustawy o komunikacji elektronicznej liczy 3500 stron! Polacy nie gęsi i swoją biegunkę legislacyjną mają!

PINA TUBO

Ta cała lichwa i jej mafijny mechanizm rezerwy cząstkowej, czyli tworzenia pieniędzy ex nihilo – z niczego – stały się głównym narzędziem opresji stosowanej przez banki wobec ludzi i rządów.

KRAK A TAU

I tak ekipy rządzące stały się zwyczajnymi pachołkami banksterów.

PRIMUM NON NOCERE

Odtąd też rozpoczął się wykładniczy wzrost długu publicznego, finansowego raka gospodarek.

MĘCZYSŁAW MIĘSODUCH z troską

Jak świat długi, jak szeroki – rosną narody w długi, rosną w długi i robią boki.

NIP PESELKOPF

Jednoprocentowi globaliści wypracowali sobie co najmniej trzy narzędzia masowej zagłady wolności: dług, głód i inwigilację. Poprzez dług i będące konsekwencją zadłużenia zbiednienie narody zrzekają się swojej suwerenności, a poprzez paranoiczne nadzorowanie życia prywatnego (wszechobecne kamery, kontrola wszystkich rozmów telefonicznych, projekty Prism i Echelon, Pegasus itd.) Planeta stała się globalnym więzieniem bez murów i krat.

KRAK A TAU

Ziemia zmieniła się w globalny panoptykon.

MILAGRO A JAR

Inwigilacja to jawne zaprzeczenie wolności.

OGNISTY PTAK
To nie rząd ma wiedzieć o obywatelach, lecz obywatele mają wiedzieć wszystko na temat poczynań swojego rządu.

PAŹDZIORY OTRĘBA BYTOWICZ zwraca się do widowni półgłosem, dłoń przy policzku

Przebudź się! Teraz! To nie żarty! W drzwiach stoi rok osiemdziesiąty czwarty!

PINA TUBO

Bez murów i krat?! W Stanach, które są przecież wzorem tej neoliberalnej „wolności”, ponad dwa miliony ludzi siedzi w więzieniach! To tak, jakby cała Warszawa siedziała w ciupie!

GIORDANO BENVENUTO

Sporo więzień przeszło w prywatne ręce i są notowane na giełdzie. To niezły biznes.

PAŹDZIORY OTRĘBA BYTOWICZ zaczyna z udawaną dezaprobatą i wyższością

Co wy tu wygadujecie?! Nie jesteście chyba zwolennikami teorii spiskowych!? Znaczy stuknięci, nierozgarnięci, mający nierówno pod sufitem. Telewizja działa, nierząd rządzi, dyskonty i fastfoody funkcjonują bez zarzutu, produkcja broni osiągnęła najwyższy poziom w historii – jesteśmy bezpieczni, wszystko jest cool, wporzo, spoko i fajniacho! Niech żyje nasze wyborne demokratyczne ciacho!

NIP PESELKOPF śmieje się

Znamy, znamy – spiski to argument ostateczny tych, którym brak argumentów. Gdy nie chcą podjąć rzetelnej społecznej dyskusji na niewygodne dla nich tematy, wtedy co sił dmą w zardzewiałą trąbę teorii spiskowych.

PRIMUM NON NOCERE

Dzisiaj każdy pogląd kwestionujący szerzoną przez media propagandę jest kwalifikowany jako teoria spiskowa.

GIORDANO BENVENUTO

Taka współczesna nazwa na orwellowskie myślozbrodnie.

PINA TUBO

Prymitywny chwyt stosowany przez wypchanych pakułami jednomyślności, by zaszczuć ludzi i tłumić jakąkolwiek chęć refleksji, niezależnej myśli i powstrzymać nieuchronny proces wzrostu świadomości społecznej.

OGNISTY PTAK
Globaliści wiedzą aż nadto dobrze, że nie mają żadnych argumentów i dlatego wprowadzają wszechobecną cenzurę, inwestują w farmy trolli, fakt-czekistów i spryskują nas legislacyjną biegunką.

PAŹDZIORY OTRĘBA BYTOWICZ

Wszystko po to, by dusić prawdę w zarodku, by w należących do nich mediach nie było słychać niczego innego, prócz kwiku jednomyślności.

CHÓR

Globalny marsz ludzkości do pieca jednomyślności.

KRAK A TAU
Pomówienie o teorię spiskową jest od lat promowaną strategią zastraszania. Jeśli boisz się postawić właściwą diagnozę, nie możesz podjąć odpowiednich kroków w kierunku powrotu do zdrowia czy poprawy sytuacji. Obecny amalgamat rządowych elit i korporacji i prowadzona przez nich polityka jest spiskiem – spiskiem przeciwko dobru ogółu!

ZMYSŁAW DE BEAUREGARD

Nie nazywając rzeczy po imieniu, odmawiamy sobie możliwości konstruktywnego myślenia i działania.

NIP PESELKOPF

I pozwalamy rządowym kryminalistom i psychopatom, by kontynuowali swój niecny proceder.

MILAGRO A JAR

Giordano, mówiłeś o Traktacie Lizbońskim. Kto podpisał ten zbrodniczy pakt?

GIORDANO BENVENUTO

Nasi legalni reprezentanci.

KRAK A TAU
Zdrajcy narodów.

PAŹDZIORY OTRĘBA BYTOWICZ

Których wybraliśmy! Mamy moc! Jakem Paździory! Idę, pędzę na wybory! (nie rusza się z miejsca, po chwili, zwracając się do widowni, dodaje) Tyrani świata – wielcy i mali – wybory zawsze promowali. Ciekawe dlaczego, nie?

MĘCZYSŁAW MIĘSODUCH

Monteskiusz znał dobrze tę ludzką przypadłość i opisał tendencję wszelkiej władzy, która

pozostawiona samej sobie dąży nieuchronnie do nadużyć i tyranii! Jego metodą pozwalająca skutecznie chronić się od przemocy rządów jest z jednej strony rozdzielenie władzy na sądowniczą, ustawodawczą i wykonawczą, z drugiej zaś – powołanie do życia organów umożliwiających systematyczną kontrolę procesu jej sprawowania.

PINA TUBO

Władza to jeden z najpotężniejszych afrodyzjaków.

GIORDANO BENVENUTO

Dzisiaj do tej listy musielibyśmy oczywiście dodać media, które nie istniały za jego czasów i banki, których  funkcjonowanie było wtedy w powijakach.

NIP PESELKOPF

Coś takiego jak rozdzielenie władzy w instytucjach europejskich po prostu nie istnieje. A brak takiego rozdzielenia prowadzi nieuchronnie do faszyzmu i tyranii.
(słychać o wiele głośniejszy chrobot z głośników, tym razem na chwilę zamierają, potem Pina pyta)

PINA TUBO

Słyszeliście?! Co to?

MONTESKIUSZ tubalnie dudni z głośników

To ja, Monteskiusz! – Prze-wra-cam się w grobie! (znowu słychać „chrobot Monteskiusza”)

PAŹDZIORY OTRĘBA BYTOWICZ

Biedny Monteskiusz. Znowu nie dają mu poleżeć.

ZMYSŁAW DE BEAUREGARD

Swoim narzuconym odgórnie traktatem instytucje europejskie wdrożyły, bądź też definitywnie usankcjonowały świat wartości swoich obywateli. Naczelnymi wartościami są teraz: bezwzględna rywalizacja, konkurencja, prawo silniejszego. I zamiast braterstwa, solidarności, empatii i współpracy mamy prawo dżungli, izolację i barbarzyńską wolnorynkówkę.

GIORDANO BENVENUTO

Zwyczajna ekonomiczna okupacja.

PINA TUBO

Piękną ideę wspólnoty zmielili w jarmark dla golden boyów.

KRAK A TAU
Z historii wiadomo dziś, że w efekcie końcowym superbogate elity systematycznie doprowadzały do zagłady państwa, które im umożliwiło osiągnąć to bogactwo. Tak upadły Sparta i Ateny. Tak upadła dynasta Ming.

PAŹDZIORY OTRĘBA BYTOWICZ

To logika każdego szanującego się pasożyta: zabić swego żywiciela i kwita!

NIP PESELKOPF

Powinno się ich leczyć tak, jak leczy się ciężkie przypadki narkomanii.

ZMYSŁAW DE BEAUREGARD

Środki na leczenie będą oczywiście wyasygnowane z funduszów publicznych!

MĘCZYSŁAW MIĘSODUCH refleksyjnie

Kat i ofiara z jednego śnią spodka, Nipek. Kat i ofiara z jednego śnią spodka…

Przez salę widowiskową przechodzi patrol policyjny. Trzymając pałki w dłoniach, zwracają się do widowni i powtarzają kilkakrotnie poniższe kwestie.

KEWIN
Zachowaj spokój. Jesteś bezpieczny, wszystko w porządku.

WANESA
Kupuj do upadłego! Rób zakupy! Nie trać wątku!

KEWIN

Pełne ręce, jak najwięcej, jak najwięcej.

Zanikają za kulisami.
……………………………..

MILAGRO A JAR

No, ale jest w końcu jakiś pożytek z tej całej Unii! Jesteśmy Wspólnotą! Dzięki niej mamy pokój w Europie!

OGNISTY PTAK

Pojęcie: wspólnota mówi o wspólnym dobrze, o dobrze ogółu, o wzajemnej pomocy.

GIORDANO BENVENUTO

Pokój – powiadasz? Widzę jedynie wypowiedzianą społeczeństwu bezwzględną wojnę ekonomiczną! Dziesiątki milionów bezrobotnych, żyjących w prekariacie, na krawędzi przeżycia, w biedzie, w stresie, bez dachu nad głową! Szczególnie po plandemii! Oto, czym jest ten – pokój!

KRAK A TAU

Zapytaj też Serbów, co mają do powiedzenia na ten temat – ich wymordowaną europejskim pokojem ludność cywilną! W 1999 roku NATO zbombardowało Serbię armadą 800 samolotów i utworzyło Kosowo, mafijne państwo, centrum handlu narkotykami, bronią i ludzkimi organami.

PINA TUBO

Gdy NATO bombardowało obszary serbskie, rozpylali tam jednocześnie uran i środki plemnikobójcze. Teraz serbska populacja wymiera, jest mnóstwo turbonowotworów.

NIP PESELKOPF

Korzenie NATO – jak i Europy – sięgają nazizmu. Sporo jego początkowej kadry dowodzącej było grubymi szychami w armii Hitlera: Ernst Ferber, Hans Speidel, Adolf Heusinger, Johannes Steinhoff, Franz-Joseph Schulze, Ferdinand von Senger und Etterlin, Johann von Kielmansegg i inni.

GIORDANO BENVENUTO

NATO zawsze było agresorem: w Serbii, Libii, Iraku, Syrii, Afganistanie… To terrorystyczna organizacja zbrodniarzy wojennych. Permanentna wojna i hurtowe mordowanie cywili to ich sposób na życie w dobrobycie.

Słychać wybuch, widać towarzyszący mu dym i na scenę w bojowym szyku wbiegają Zrównoważone Hełmy. Z tarczami przed sobą, stają jednorodnym murem przy rampie. Zaczyna się muzyka: „Taniec pastuszków” z „Dziadka do Orzechów” Piotra Czajkowskiego (aranżacja własna). Śpiewają do tej muzyki słowa: Nasza demokracja. Łączą swój śpiew z adekwatną choreografią.

Nasza demokracja

Nasza, nasza demokracja, demos kratos, wielki reset tra-la-la,
totalna kontrola i inwigilacja, segregacja sanitarna i pacyfikacja.
Wyludniamy dziś Planetę, dewastując i plądrując, co się tylko da, my dwa-zero zawodnicy, przyspawani do matrycy,
inkluzywni, perwersyjni, mizantropi dystopijni…
My strażacy-piromani ze sztuki kryzysów znani,
dobro wspólne przywłaszczamy, was za burtę wyrzucamy,
transhumanizm nam się marzy i z anomią nam do twarzy, 
władzy absolutnej chcemy, w jądro ciemności suniemy.
Nasza klepto, kleptokracja, kleptes kratos, wielki reset tra-la-la, totalna kontrola i inwigilacja, segregacja sanitarna i pacyfikacja.
Kujmy, produkujmy zgodę, wokizmem indoktrynując, gdzie się tylko da, lecąc wszędzie dżetem, rabujmy Planetę, lecąc do NWO, ha!
Albośmy globalni tacy, tęczowo-brunatni cacy, szok i trwogę wprowadzamy, świat korupcją rozkładamy, zrównoważonym rozwojem ogłupiamy, zniewalamy, pedofilią szachujemy, rządy hurtem skupujemy.
Albośmy z ferajny tacy, my z Davos swoi chłopacy, do zielonego  kołchozu was wpychamy, zapędzamy.
To jest klasy średniej demolowanie i zaoranie,
to jest kolektywizm i narodów wygaszanie, to jest zagłada suwerenności zagłada i zbrodnia przeciwko ludzkości…
Nasza długo, długokracja, neomarksizm, wielki reset tra-la-la,
totalna kontrola i inwigilacja, segregacja sanitarna i pacyfikacja.
Zlikwidujmy homo sapiens, hakując człowiecze stado, jak się tylko da, lecąc wszędzie dżetem, już widzimy metę, lecąc do NWO, ha!

Po zakończeniu pieśni schodzą ze sceny w bojowym szyku.

PAŹDZIORY OTRĘBA BYTOWICZ

Zimna wojna się skończyła i już staruszka nie w modzie, zimny pokój! – ten to dopiero zostawi wszystkich na lodzie! Brrr… (kuli się z zimna)

GIORDANO BENVENUTO

Zachód nie zakończył i nie zakończy wojny tak długo, jak długo będziemy mieli przemysł zbrojeniowy, który czerpie skandaliczne zyski z rzezi. Co roku wymyślają swoje neokolonialne wojenki i łupią bezbronnych i niewygodnych. Wojna trwa i dobrze się ma.

NIP PESELKOPF

Jest jednak wyraźny „postęp”. Dawniej, podczas wypraw wojennych za armią szły prostytutki, dziś armiom towarzyszą handlarze organów, którzy patroszą jeszcze ciepłe trupy z narządów.

PAŹDZIORY OTRĘBA BYTOWICZ

Rozdziobią nas… Kruki i wrony – jak wszystkie gatunki – są na wyginięciu, a na handlarzy bronią czy organów możemy zawsze liczyć! Wolny rynek! Wolny rynek! Trzeba z żywymi naprzód iść, po życie sięgać nowe! Rozdziobią nas sępy z Big Pharma i handlarze bronią!

CHÓR

Kleptokracja, wyzysk, fisk – albo zysk, albo w pysk!
Pałka, taser, opon pisk – albo zysk, albo w pysk!
…………………………………………………..

Słodki głos z offu: A teraz przerwa na reklamę. Na ekranie pojawia się nagrana wcześniej reklama towarów sieci sklepów KAUFZWANG. Na tle wygenerowanego przez AI obrazu potężnej sieci magazynów KAUFZWANG aktor lub para aktorów prezentuje asortyment towarów.

AKTOR

Witaj w sieci magazynów Kaufzwang! „Kupuję, więc jestem”– jest naszym credo-manifestem. Czas z dumą pomyśleć o zakupach, dzięki którym poczujecie się raz na zawsze dobrze: wolni, szczęśliwi i niezależni. Tu prezentuje asortyment towarów, kolejno je omawiając, towarzyszą temu odpowiednie (AI) zdjęcia.

— By upamiętnić fakt, iż Wspólnota Europejska jest przybudówką NATO i promować wysiłki naszej dyplomacji zmierzające do rozpętywania i wspierania wojen, gdzie się tylko da, dla naszych mięsoarmatnich nastolatków dział jubilerski zaprojektował uroczy wisiorek: „Wojna to pokój” – złoty łańcuszek zwieńczony elegancką miniaturą bomby kasetowej zrobioną z hartowanego szkła w barwach Unii Europejskiej (na ekranie pojawia się powiększone zdjęcie bomby, widać jej zawartość: 20 mniejszych i więcej bomb). Wojna to pokój (podnosi wisiorek przed kamerę). Kupujcie nasze europejskie wartości.

— Nasz dział akcesoriów seksualnych proponuje Order Pedofila pierwszej klasy. Order jest sporządzony ze złota najwyższej próby i obficie inkrustowany diamentami. Wstęga orderu wykonana z kładącego się wdzięcznie na nagim torsie jedwabiu dostarcza niezwykle chutliwych doznań (order to trójkątny kawałek pizzy przymocowany do wstęgi pokrytej symboliką pedofilów – niebieskie trójkąty-spirale).

— Dział alkoholowy poleca wyborny bimber Hostajl Leminga (butelka wódki z napisem CBDC i zdjęciem Lenina, który na prawej ręce ma opaskę z hitlerowską swastyką, a na głowie hełm z błyszczącego srebrnego metalu – replika modelu koronawirusa rozpowszechnianego przez media). Wszystkie nasze luksusowe artykuły są do nabycia w elitarnej sieci sklepów KAUFZWANG.
……………………..

 
IP PESELKOPF do Milagro

Pozwól, że ci przedstawię tę rzekomą „Wspólnotę”. Kto chciał tego projektu? Kto go finansował? Kto był jego promotorem? – Te same grupy interesów, które finansowały Hitlera i Mussoliniego: IG Farben i Wall Street! Walter Hallstein wsławił się tym, że był nadwornym prawnikiem Hitlera broniącym nazistowskiej krwi i honoru. Po wojnie zaś razem z Adenauerem podpisał w 1957 Traktat Rzymski, podstawę tego, co nazywamy dzisiaj właśnie Wspólnotą Europejską.

Nie dość tego – został jej pierwszym komisarzem! (słychać coraz głośniejszy „chrobo tMonteskiusza”)

PINA TUBO

Zresztą terytorialnie Trzecia Rzesza z czasów jej największej ekspansji i dzisiejsza Unia Europejska niemal się pokrywają – tak, jakbyś zrobił: „kopiuj, wklej”.

MĘCZYSŁAW MIĘSODUCH

To zawsze banki i koncerny były i są głównymi inicjatorami i architektami wojen. Od czasów Napoleona! Bez IG Farben i innych Hitler byłby jedynie pozbawionym znaczenia, żałosnym krzykaczem.
 
PRIMUM NON NOCERE

Prawnik na usługach hitlerowskiej ideologii budowniczym i pierwszym komisarzem Wspólnoty Europejskiej!? Toż to wody rzeki zatrute u źródła! Czy ludzie już w ogóle nie myślą!? Kto żyw powinien zerwać się na równe nogi i działać. Nieposłuszeństwo obywatelskie ma ogromną moc!

PAŹDZIORY OTRĘBA BYTOWICZ

Robi sobie grzywkę à la Adolf Hitler i cytuje Hitlera, naśladując jego głos, mimikę i gestykulację „Jakie to szczęście dla rządzących, że ludzie nie myślą!”. (patrzy na zegarek, cierpko do Primum Non Nocere) O żywych będzie raczej trudno – to czas tzw. wiadomości TV. Wszyscy otrzymują transfuzję propagandy i strachu! Codzienna aktualizacja pogłowia!

ZMYSŁAW DE BEAUREGARD

Ponoć stare chińskie przekleństwo brzmi: Obyś żył w w ciekawych czasach! – Dziś hitlerowski prawnik zostaje przewodniczącym Unii Europejskiej, byli komuniści zmieniają mundurki i zajmują czołowe stanowiska w  „demokratycznych” rządach, naziści sądzeni w Norymberdze stają się szefami potężnych korporacji, oficer Wermachtu zostaje – jednogłośnie wybranym! –sekretarzem generalnym ONZ, Watykan współpracuje podczas drugiej wojny z nazistami i jest najwyższym autorytetem moralnym… Zaiste, w ciekawych czasach żyjemy.

NIP PESELKOPF

Ci, co są u władzy, chcą tylko jednego – władzy. I jest dla nich bez znaczenia, jaki noszą mundurek – ważne żeby rządzić. Co jakiś czas zmieniają tylko ubranka i dekoracje, żeby nie było nudno.

PINA TUBO

Ci, co są rządzeni, chcą też tylko jednego – by ich prowadzić. Dopóki mają frytki, mecze, supermarkety i telewizję wszystko im jedno, kto nimi rządzi i w jakim celu.

PAŹDZIORY OTRĘBA BYTOWICZ

Jednym słowem – sami swoi! (do widowni) Witaj w świecie narkomanów, we śnie ofiar i tyranów!

GIORDANO BENVENUTO

I podczas gdy smacznie śnimy, Komisja Europejska, omijając Parlament! – co jest totalnie antydemokratyczne – (słychać jeszcze głośniejszy „chrobot Monteskiusza”) ustanawia mające moc prawną dyrektywy dotyczące losów 750 milionów ludzi w Europie! Nie ty, nie Parlament twojego kraju, nie marionetkowy Parlament europejski, lecz samozwańcza szarańcza, której nikt z nas nie wybierał i której nikt z nas – wybierać nie może!

KRAK A TAU

Z prostej przyczyny – Wspólnota Europejska nie jest żadną wspólnotą tylko społecznym nowotworem, zakamuflowaną przez nowomowę neofaszystowską dyktaturą. Póki co, miękką – ale dyktaturą.

ZMYSŁAW DE BEAUREGARD

Nie taką znowu miękką, zobaczcie co odwalili w Grecji i co się działo we Francji. Policja zmieniła się w Gestapo. Pałowali i gazowali równo wszystko, co się rusza.

OGNISY PTAK

No i przeznaczają setki miliardów na finansowanie wojen, by promować ideę: Europa to pokój.

NIP PESELKOPF

Unia Europejska to zwyczajna przybudówka NATO, posłuszna posługaczka tej bandy kryminalistów.

PAŹDZIORY OTRĘBA BYTOWICZ

To jest ich świat całkiem prywatny i ich wolności kolor brunatny!

CHÓR

Kleptokracja, wyzysk, fisk – albo zysk, albo w pysk!

Pałka, taser, opon pisk – albo zysk, albo w pysk!

MILAGRO A JAR

Krak a Tau, jak możesz tak krakać!? Dzieli nas przecież przepaść od czasów hitlerowskiego terroru! Jesteśmy wolni! Możemy wybierać naszych reprezentantów!

KRAK A TAU

Historycznie faszyzm kojarzy się z drugą wojną, eksterminacją i ogromnym cierpieniem. Ja dziś definiuję go jako przejęcie kontroli nad rządem przez bankową juntę po to, by utrwalać swoje przywileje i – posługując się anektowanym wojskiem i policją – chronić własne interesy.

MĘCZYSŁAW MIĘSODUCH

I z takim dokładnie scenariuszem mamy do czynienia obecnie. Tym razem jednak – w skali globalnej, areną jest cały świat.

Na ekranie pojawia się krótka scenka: Ekskluzywny bankiet deputowanych, biorą kieliszki z wódką i wznoszą toast do widowni (zbliżenie na uśmiechnięte, raczej bardzo okrągłe i drwiące twarze): Globalnego! (wypijają, gratulują sobie, oklaski, potem odwracają się plecami, widać tylko grube, wypełniające ekran plecy).

NIP PESELKOPF

„Faszyzm powinien być raczej nazywany korporatyzmem, gdyż jest fuzją rządu oraz korporacji” – to słowa Benito Mussoliniego.

MĘCZYSŁAW MIĘSODUCH

Dziś owa fuzja nosi wdzięczną nazwę partnerstwa między sektorem prywatnym a publicznym.

PINA TUBO

Oświęcim był modelowym przykładem takiego partnerstwa.

GIORDANO BENVENUTO

Oni się w ogóle z tym nie kryją. Były prezydent FMI i włoski minister finansów Tommaso Padoa-Schioppa oświadczył publicznie, iż Wspólnota Europejska nie jest żadną demokracją, tylko oświeconym despotyzmem.

OGNISTY PTAK

Oświecony czy nie, despotyzm nie ma nic a nic wspólnego z dobrem ogółu.

GIORDANO BENVENUTO

A wybory? – Zwykła mistyfikacja. Raz na kilka lat „wybierasz” (pokazuje palcami cudzysłów) zgniły ziemniak, który k
Ci został wcześniej podrzucony przez elity, i na tym się kończy twoja polityczna przygoda. Potem nie masz już nad twoim wybrańcem żadnej kontroli, żadnego nań wpływu, nie masz możliwości odwołania go, jeśli zawiedzie, żadnej możliwości pociągnięcia go do odpowiedzialności, jeśli dokona nadużyć. Jaki jest twój wpływ na prawa, które ustanawia? Czy możesz je anulować, jeśli ci się nie  podobają? Nie! Jakie prawa ty ustanowiłeś, ustanowiłaś lub z nim współustanowiłaś?!… ­(słychać jeszcze głośniejszy „chrobot Monteskiusza”) Wybory to jedno wielkie oszustwo, środek odurzający podawany masom po to, by miały namiastkę decydowania i nie zdały sobie sprawy, że są niemalże darmową siłą roboczą na usługach oligarchów.

MILAGRO A JAR

Też mi wybór – między dżumą a cholerą! Wybory to  to kolaboracja, wspieranie niewolniczego systemu. Wybierasz swoich ciemiężycieli, którzy cię potem kiwają i gnębią za twoje własne pieniądze. Praca polityków polega na tym, by szczuć ludzi na siebie.

PINA TUBO

No i na wybory idziemy do urny, a ta kojarzy mi się raczej ze śmiercią.

NIP PESELKOPF

Dla wielu wybory, tak jak szczepienia czy chodzenie do kościoła, stanowią fundament ich wiernopoddańczej tożsamości. Bez nich czują się jak pozbawieni powietrza! I gotowi zaatakować!

PAŹDZIORY OTRĘBA BYTOWICZ do publiczności

Głosuj na światowy szlagier: na planetarny elektroniczny łagier! Globalnego! („wznosi toast”)

NIP PESELKOPF

Te ich prawice, lewice i inne witze. Kto się jeszcze dziś daje na to nabierać?! Pod powierzchniowym biciem piany znajdują się przecież te same główne cele i ten sam – zmierzający do wprowadzenia NWO – program. 

ZMYSŁAW DE BEAUREGARD

Mark Twain słusznie zauważył, że jeżeli wybory miałyby cokolwiek zmienić, to od dawna byłyby już zniesione.

CHÓR recytuje
Kasty-kliki-klany! Kasty, kliki, klany, ludzie-parkany!

PINA TUBO

Jest tylko jedna partia, jedna kasta – międzynarodówka pieniądza, która pociąga za sznurki wszystkich rządowych marionetek. Z jednej strony rasa panów, z drugiej – niewolników.

PRIMUM NON NOCERE
Ludzie walczą ze sobą zamiast położyć kres systemowi.

OGNISTY PTAK

System wynika z ludzi, którzy go stworzyli. Dopóki człowiek nie sięgnie do źródła wszystkich problemów – do swego wnętrza, wszystkie działania zewnętrzne będą zwykłym pudrowaniem wrzodów.

NIP PESELKOPF

W końcu nie trzeba być szczególnie rozgarniętym, by dojrzeć, że głównym „osiągnięciem” naszej cywilizacji jest galopująca militaryzacja i coraz to większe masy ludzi zabijane w coraz szybszym tempie.

KRAK A TAU

Elity się wycwaniły: zamiast podporządkowywać sobie plebs za pomocą prymitywnej strategii maczugi (czyli przy użyciu siły – mają wtedy na karku dysydentów, krwawe starcia, harmider z prawami człowieka), przedkładają dziś raczej strategię konia trojańskiego, a ta opiera się na: wyborach. Zniewoleni są wtedy święcie przekonani, że są wolni. Wybierają przecież – swoich panów! I z konsekwencją leminga wspierają swoich ciemiężycieli.

PINA TUBO

To ciągle ta sama maczuga Krak, tyle że w białych rękawiczkach!

MĘCZYSŁAW MIĘSODUCH

Wybory są aktem obywatelskiej abdykacji, bramą, którą wkracza na scenę nasza polityczna bezsilność.

ZMYSŁAW DE BEAUREGARD

Wielu ludzi zdaje sobie z tego sprawę – świadczy o tym ciągle spadająca frekwencja wyborcza.

KRAK A TAU

„Odpływ parafian” – jak w przypadku Kościoła.

GIORDANO BENVENUTO

W instytucjach europejskich obywatel nie ma żadnego, ale to żad-ne-go środka prawnego pozwalającego temperować nadużycia władzy! (słychać jeszcze głośniejszy „chrobot Monteskiusza”) Gdy nie ma nadużyć – da się żyć. Gdy jednak w wyniku rosnącego długu publicznego zaczynają się cięcia w świadczeniach emerytalnych, gdy sypie się służba zdrowia, gdy prywatyzowane są jedne po drugich przedsiębiorstwa sektora publicznego, gdy rosną nieustannie podatki (oczywiście tylko dla maluczkich, gdyż dla korporacji drastycznie maleją), gdy rośnie wykładniczo bezrobocie, inflacja, wówczas zaczynasz rozumieć – chyba że nie – czym pachnie ta twoja wspólnota!

MILAGRO A JAR

Co wtedy ludziom pozostaje? – Ulica! Jedynie wyjść na ulicę i protestować! 

NIP PESELKOPF

A i to się wkrótce skończy. Po wprowadzeniu ustaw o zgromadzeniach i bratniej pomocy, służby porządkowe skutecznie wyperswadują ochotnikom wspólne spacerki na ulicach. Uzbrojone w broń palną, LRAD-y, tasery, armatki wodne, pałki formacje zbrojne i funkcjonariusze spec służb innych państw będą mogły tłumić wszelkie zamieszki czy manifestacje na terenie kraju.

GIORDANO BENVENNUTO

Te – jak je nazywasz – służby porządkowe innych państw to paramilitarna, prywatna żandarmeria europejska: Eurogendfor. Jednostka składa się z 3000 pałających przyjaźnią robocopów, którzy w każdej chwili mogą być wysłani do miejsc wymagających pacyfikacji.

NIP PESELKOPF

Eurogendfor wywodzi się w prostej linii z Gladio – sekretnych sił zbrojnych NATO.

PAŹDZIORY OTRĘBA BYTOWICZ cmoka

Zrównoważone hełmy! Zrównoważone hełmy!

ZMYSŁAW DE BEAUREGARD

Warto wiedzieć, że na mocy traktatu Lizbońskiego siły porządkowe mają prawo zabijać ludzi biorących udział w zamieszkach.

KRAK A TAU

Albo w zgromadzeniach zakwalifikowanych przez nich jako zamieszki.

NIP PESELKOPF

Gdy Eurogendfor wkracza do jakiegoś państwa, obszar przez nich zajmowany przestaje być dostępny dla władz kraju, w którym jednostka interweniuje. Mają specjalne uprawnienia, działają poza wszelkim protokołem, właściwie są ponad prawem – nie mogą być ani skazani, ani ścigani za swoje poczynania przez organy sprawiedliwości.

PAŹDZIORY OTRĘBA BYTOWICZ z dumą

Po co nam unijne ukazy?! Polacy nie gęsi! 22 lutego 2022 roku nasz narodowy bohater podpisał Postanowienie Prezydenckie, na mocy którego stacjonujący u nas żołnierze USA, Irlandii i Kanady mogą do nas strzelać, nas pałować, gazować, używać kajdanek – zupełnie jak policja!

GIORDANO BENVENUTO

Na przestrzeni wieków armia czy policja strzelały do swoich, lecz gdy tłum wychodził gromadnie, masowo na ulice, wówczas odmawiali.

NIP PESELKOPF

Odmawiali, gdyż wśród manifestujących mogli się znajdować ich rodzice, krewni, dzieci, bliscy czy znajomi.  

ZMYSŁAW DE BEAUREGARD

I tej odmowy tyrani boją się nade wszystko.

GIORDANO BENVENUTO

Machiawelicznym rozwiązaniem są więc siły międzynarodowe. Ci nie będą mieli skrupułów, by wpakować w nas cały magazynek. Jesteśmy dla nich obcy.

PINA TUBO
Prawdziwa machina wojenna przeciwko ludowi.

PAŹDZIORY OTRĘBA BYTOWICZ

Wunderwaffe! Żeby zapewnić bezpieczeństwo! Bezpieczeństwo!!! Żeby konsument spokojnie spał wśród kojącego szumu kul i policyjnych pał!

NIP PESELKOPF
Przed drugą wojną nazistów żarliwie i szczodrze wspierały rodziny wielkich posiadaczy – dzisiaj z takim samym animuszem wspierają Unię Europejską. Naziści powołali do życia instytucje, pozwalające im rządzić bez żadnej demokratycznej kontroli, Unia także. Naziści zrobili wszystko, by zarobki pozostały jak najniższe, a zyski dla posiadaczy jak najwyższe, Unia także! Historia – niestety – się powtarza.

PAŹDZIORY OTRĘBA BYTOWICZ refleksyjnie, à la Stańczyk

Jakie to szczęście dla rządzących… (macha ręką)

MĘCZYSŁAW MIĘSODUCH

Każda nieoświecona władza – a w naszej historii miast-państw znamy jedynie taką – dąży systematycznie do nadużyć i przemocy.

NIP PESELKOPF
A władza absolutna do przemocy absolutnej.
…………………………………

MĘCZYSŁAW MIĘSODUCH

„Gdy nie ma widzenia, naród się psuje”[1].  Już w czasach biblijnych wiedziano, że gdy brakuje wizji, wówczas cywilizacja się rozkłada. To, czego nam potrzeba nade wszystko, to porywającego, jednoczącego ludzką rodzinę Wielkiego, Świętego Ideału.

OGNISTY PTAK

Wizji Wakan Tanka, wizji Wielkiego Ducha.

MĘCZYSŁAW MIĘSODUCH

Byśmy mogli Ją nieść przez życie, niczym niegasnącą pochodnię.

ZMYSŁAW DE BEAUREGARD

Wojna z globalnym terroryzmem! – To już dawno wszystkich zjednoczyło i porwało.

MILAGRO A JAR 

I ciągle im mało!

PAŹDZIORY OTRĘBA BYTOWICZ

Albo inne opętanie – kupowanie! Kupuję, więc jestem! Kupuję, więc jestem!… O konsumpcyjny przygłupie, twoje szczęście jest zawsze w następnym zakupie!

MĘCZYSŁAW MIĘSODUCH

I zamiast pięknych dzikich mustangów mamy globalne stado potulnych kaufzwangów.

GIORDANO BENVENUTO

Niestety, jak dotąd to raczej chiński trzewik tradycji i historyczna kołowacizna są wciąż dla wielu najświętszą ikoną.

NIP PESELKOPF

Tradycja jest przecież ważna i potrzebna.

PAŹDZIORY OTRĘBA BYTOWICZ „zrozpaczony”

Bez tradycji – brak wojen! I brak amunicji!

PRIMUM NON NOCERE

Wyobraźcie sobie, jak by wyglądał świat, gdybyśmy naszymi naczelnymi wartościami uczynili troskę i opiekę, gdybyśmy otaczali czcią wszelkie istnienie i wszystkie te kolosalne środki finansowe i zasoby zainwestowane w przemysł zabijania spożytkowali na opiekę zdrowotną, kulturę, sztukę, szkolnictwo, ochronę środowiska, pomoc poszkodowanym w katastrofach naturalnych…

ZMYSŁAW DE BEAUREGARD

Liberté, égalité, fraternité! – Wolność, równość, braterstwo!

CHÓR

Gdyby człowiek tylko chciał, więcej serca w głowie miał…

PINA TUBO

Jak historia historią, nigdy czegoś takiego nie było!

OGNISTY PTAK z mocą i godnością, zdecydowanie

Było! Pośród wspólnot plemiennych. Fundamentem życia plemiennego była współpraca. Wiele plemion, jak na przykład Kajapo, Kogi, czy Szoszoni nie znało w ogóle wojny. Słowo: wojna nie istniało nawet w ich języku. Ich życie społeczne było zdrowe, zrównoważone.

MECZYSŁAW MIĘSODUCH

Strukturalnie nie istniała u nich też ekonomia. A były to społeczeństwa obfitości.

ZMYSŁAW DE BEAUREGARD

Obecnie jednak nazywa się je: prymitywnymi.

NIP PESELKOPF

Fundamentem naszej kultury nie jest kooperacja, lecz – dominacja. Dominacja Boga nad człowiekiem, ludzkości nad naturą, jednej grupy ludzi nad drugą, rządu nad obywatelem, mężczyzn nad kobietami, rodziców nad  dziećmi. Dominacja!

MĘCZYSŁAW MIĘSODUCH

Czyli bezsilność udająca siłę. Żądza władzy nigdy nie wynika z siły, lecz ze słabości.

OGNISTY PTAK

Plemiona ofiarowały swym członkom bogactwo w postaci bezpieczeństwa i warunków życia pozwalających każdemu być w kontakcie ze świętością wszelkiego istnienia. Bogactwem dawnych plemion były nie dobra materialne, lecz bezpieczeństwo i kontakt ze świętością życia.

MĘCZYSŁAW MIĘSODUCH

Oto na co cierpi współczesny człowiek najbardziej – na chroniczny brak poczucia świętości istnienia.

PAŹDZIORY OTRĘBA BYTOWICZ

Mamy duchowego Alzheimera.

MILAGRO A JAR 

To, na co cierpi współczesny człowiek najbardziej – to chroniczny brak poczucia bezpieczeństwa.

PAŹDZIORY OTRĘBA BYTOWICZ

Za to złota era dla kompanii ubezpieczeniowych. Grabarze, poborcy podatkowi, ochroniarze i agenci ubezpieczeniowi to najpewniejsze zawody na Ziemi.

OGNISTY PTAK

Bycie członkiem plemienia, uczestnictwo w rytuałach plemiennych dawało jasną świadomość własnej tożsamości, owocowało, tak ważnym dla człowieka, poczuciem przynależności. To właśnie wspólnota plemienna było prawdziwym domem każdego członka plemienia.

ZMYSŁAW DE BEAUREGARD

Na miejsce wspólnot plemiennych mamy dziś zimne macki wielomilionowych metropolii.

GIORDANO BENVENUTO

Jak odkryli socjologowie i etnologowie, każde plemię, które przekracza liczbę około dwustu członków, staje się dysfunkcyjne.

PRIMUM NON NOCERE

Staliśmy się społeczeństwem martwoplemiennym.

KRAK A TAU

Staliśmy się kulturą wyzutą z poczucia świętości.

MĘCZYSŁAW MIĘSODUCH

Staliśmy się cywilizacją ludzi bezdomnych.
…………………………………………………………………………….

 

 [1] Biblia tysiąclecia, Księga Przysłów 29:1

PRZYPISY DOTYCZĄCE OBSADY

[1] Pinatubo – czynny wulkan na Filipinach. Erupcja w 1991 roku spowodowała śmierć około 800 osób.

Pubo jest przedrostkiem wywodzącym się z łacińskiego słowa pubis – okolica łonowa.

[2] Krakatau – wyspa znajdująca się w Indonezji; aktywny wulkan. W 1883 roku miała miejsce jedna z największych erupcji wulkanu (i katastrof żywiołowych w ogóle) w dziejach ludzkości. W wyniku erupcji zginęło około 40 000 ludzi.

Tau – grecka litera, której forma przypomina krzyż. Krak a Tau można odczytać, jako Krak od Krzyża lub też Krak z Krzyża (taką dawniej pisownią się posługiwano, by określić miejsce pochodzenia danej osoby; przykładem: Tomasz a Kempis = Tomasz z Kempis). Track a Cow (ang.) – ścigać, osaczyć krowę.

[3] Milagro (hiszp.) – cud; a jar (ang.) – słój, dzban. La jarre (fr.) – gliniany dzban; ajar pisane razem (ang.) – rozchylony, półrozwarty. Z kolei w języku polskim jar (z tureckiego – przepaść, rozpadlina) oznacza dolinę i może przywodzić na myśl wyżłobiony w Ziemi kielich – symbol kobiecości. W staropolskim słowem jar określano też wiosnę. Zatem Milagro a Jar można odczytać, jako: Cud z Jaru, Cud Kobiecości, ale też: Rozchylony Wiosenny Cud. Skądinąd JAR czytane na wspak daje: RAJ.

Wiktor Gołuszko