niedziela, 8 marca 2026

Kobieta ze świata błatniaków

 

Agłaję Diemidową przywieziono do szpitala z fałszywymi dokumentami. To nie było tak, że zostały podrobione jej „akta personalne”, jej aresztancki dowód osobisty. Nie, od tej strony wszystko było w porządku; miały one jedynie nową żółtą okładkę – świadectwo tego, że wyrok Agłai Diemidowej rozpoczynał się od nowa i od niedawna. Przyjechała pod tym samym nazwiskiem, pod jakim przywieziono ją do szpitala przed dwoma laty. Nic się nie zmieniło w jej „podstawowych danych”, oprócz wyroku – dwadzieścia pięć lat. A dwa lata temu teczka z jej aktami personalnymi była koloru niebieskiego, a wyrok – dziesięć lat.

Do kilku dwumiejscowych liczb, wpisanych atramentem w rubryce „paragraf’, dołączyła jeszcze jedna – z trzema miejscami. Ale wszystko to było jak najbardziej prawdziwe, niesfałszowane. Nieprawdziwe były jej dokumenty medyczne – koślawo napisana historia choroby, epikryza, analizy laboratoryjne. Sfałszowane zostały przez ludzi zajmujących w pełni oficjalne stanowiska, mających w swych rękach i druki, i pieczęcie, a także posiadających dobre czy niedobre imię – to nie takie znów ważne. Trzeba było wielu godzin, aby naczelnik ambulatorium kopalni wkleił fałszywą historię choroby, aby stworzył w pełnym artystycznym natchnieniu lipny dokument medyczny.

Diagnoza gruźlicy płuc jawiła się jako logiczne następstwo sprytnych codziennych adnotacji. Gruba paczka z kartami typowych dla gruźlicy wykresów temperatury, wypełnione blankiety z najróżniejszymi laboratoryjnymi analizami i groźnymi wynikami. Taka praca lekarza przypominała egzamin pisemny, gdzie na podstawie wyciągniętej kartki należy opisać proces rozwijającej się w organizmie gruźlicy, aż do takiego stanu, kiedy jedynym wyjściem staje się natychmiastowa hospitalizacja.

Taką pracę można wykonać, kierując się również sportowym zacięciem – chęcią udowodnienia tym w centralnym szpitalu, że w kopalni – też nie w ciemię bici. Całkiem po prostu przyjemnie jest przypomnieć sobie wszystko po kolei, czego się kiedyś uczyło w instytucie. Oczywiście nigdy byś sobie nie pomyślał, że przyjdzie ci stosować swoje wiadomości w taki niezwykły, „artystyczny” sposób.

Najważniejsze: Diemidowa powinna zostać za wszelką cenę położona w szpitalu. I szpital nie może, nie ma prawa odmówić przyjęcia takiej chorej, choćby u lekarzy pojawiło się tysiące podejrzeń.

Podejrzenia pojawiły się od razu i dopóki problem przyjęcia Diemidowej rozstrzygał się w miejscowych „wyższych sferach”, ona siedziała sama w ogromnym pomieszczeniu izby przyjęć szpitala. Zresztą „sama” była jedynie w chestertonowskim znaczeniu tego słowa. Felczer i sanitariusze z izby przyjęć nie wchodzili tu oczywiście w rachubę. Nie liczyli się również dwaj konwojenci Diemidowej, nieodstępujący jej na krok. Trzeci konwojent błąkał się gdzieś z papierami po szpitalnych ostępach.

Diemidowa nie zdjęła nawet czapki, rozpięła tylko kołnierz swojego baraniego półkożuszka. Szybko paliła papierosa za papierosem, rzucając niedopałki do spluwaczki z trocinami.

Miotała się po izbie przyjęć od zakratowanych weneckich okien ku drzwiom, a za nią, w ślad za jej ruchami, podążali konwojenci. Kiedy powrócił dyżurny lekarz razem z trzecim konwojentem, zdążyło już ściemnieć, tak jak to na Północy, i trzeba było zapalić światło.

– Nie kładą? – spytała Diemidowa konwojenta.

– Nie, nie kładą – odpowiedział posępnie.

– Wiedziałam, że nie położą. Wszystkiemu winna Kruszynka. Zarąbała lekarkę, a na mnie się mszczą.

– Nikt na tobie się nie mści – powiedział lekarz.

– Ja wiem lepiej.

Diemidowa wyszła przed konwojentami, drzwi wyjściowe zatrzasnęły się, zawarczał silnik ciężarówki.

Natychmiast potem otworzyły się cicho wewnętrzne drzwi i do izby przyjęć wszedł naczelnik szpitala z całą świtą oficerów z wydziału specjalnego.

– Gdzież ona jest? Ta Diemidowa?

– Już ją zabrali, obywatelu naczelniku.

– Szkoda, szkoda, że nie popatrzyłem na nią. A jednak pan, Piotrze Iwanowiczu, z pańskimi anegdotami… – I naczelnik wraz ze swoimi towarzyszami wyszedł z izby przyjęć.

Naczelnikowi chciało się choć jednym oczkiem spojrzeć na słynną złodziejkę Diemidową, której historia rzeczywiście była nie całkiem zwyczajna.

Przed pół rokiem złodziejkę Agłaję Diemidową, zasądzoną na dziesięć lat za zabójstwo „dyspozytorki” (Diemidowa udusiła ręcznikiem zbyt dziarską dyspozytorkę), wieziono z sądu do kopalni. Konwojent był jeden, gdyż po drodze nie trzeba było nocować – to było tylko kilka godzin jazdy samochodem od osady zarządu, gdzie ją sądzono, do kopalni, w której pracowała. Na Północy przestrzeń i czas – to wielkości do siebie podobne. Często przestrzeń mierzona jest czasem: tak czynią jakuccy koczownicy – odległość od sopki do sopki wynosi sześć dziennych przemarszów. Wszyscy, mieszkający koło głównej arterii – szosy, mierzą odległość przelotami samochodów.

Konwojent Diemidowej wywodził się z nadterminowych młodych „starych”, od dawna przyzwyczajonych do swobód życia konwojenta, do jego niezwykłości, gdzie konwojent jest pełnym władcą aresztanckich losów. Nie po raz pierwszy konwojował on „babę”, taka przejażdżka kryła w sobie obiecujące wiadome rozrywki, jakie niezbyt często trafiają się szeregowemu „strzelcowi” na Północy.

W znajdującej się na trasie stołówce zjedli we trójkę obiad – konwojent, szofer i Diemidowa. Konwojent wypił dla animuszu spirytusu (na Północy wódkę pije tylko naczalstwo) i zaprowadził Diemidową w krzaki. Wiklina, łozy czy też młode osiki rosły w obfitości wokół każdej osady w tajdze.

W krzakach konwojent położył automat na ziemię i zabrał się do Diemidowej. Diemidowa wyrwała się i dwoma krótkimi seriami wpakowała dziewięć kul w ciało namiętnego konwojenta. Porzuciwszy automat w krzakach, powróciła do stołówki i odjechała jednym z przejeżdżających samochodów. Szofer wszczął alarm, trupa konwojenta i jego automat znaleziono bardzo szybko, a samą Diemidową zatrzymano po dwu dobach w odległości kilkuset kilometrów od miejsca jej niedoszłego romansu z konwojentem. Sądzono ją ponownie i skazano na dwadzieścia pięć lat. Tak jak przedtem, nie chciała pracować, ograbiała swoje sąsiadki w baraku i kopalniane naczalstwo zadecydowało, że pozbędzie się jej za wszelką cenę. Można się było spodziewać, że ze szpitala nie powróci już do kopalni, lecz zostanie odesłana gdzie indziej.

Diemidowa była złodziejką sklepów i mieszkań, „gorodusznicą” – według terminologii błatniaków-„urków”.

Błatniacki świat rozróżnia dwie kategorie kobiet: właściwe złodziejki, których zawodem jest kradzież, podobnie jak w przypadku błatniaków-mężczyzn, i prostytutki, przyjaciółki błatniaków.

Pierwsza grupa, liczebnie znacznie mniejsza niż druga, cieszy się w kręgu „urków”, uważających kobiety za istoty niższego gatunku, pewnym szacunkiem – wymuszonym przez konieczność uznania ich zasług i wartości w zawodzie. Zazwyczaj złodziejka (słowo „złodziejka”, „złodziej” używane jest cały czas w sensie przynależenia do tajnego zakonu „urków”), żyjąca z jakimś złodziejem, nierzadko uczestniczy w opracowaniu planów kradzieży i w samych kradzieżach. Ale nie bierze udziału w męskich „sądach honorowych”. Samo życie podyktowało takie prawa – w miejscach pozbawienia wolności mężczyźni i kobiety są rozdzieleni i ta sytuacja wniosła pewne zróżnicowanie w codzienne życie, nawyki i zasady jednej i drugiej płci. Kobiety są mimo wszystko bardziej miękkie, ich „sądy” nie są tak krwawe, a wyroki nie tak okrutne. Zabójstwa dokonywane przez kobiety-błatniaczki zdarzają się rzadziej niż w „męskiej połowie” błatniackiego domu. Współżycie „złodziejki” z jakimkolwiek „frajerem” jest absolutnie wykluczone.

Prostytutki – to druga, duża grupa kobiet, związanych z błatniackim światem. To znane przyjaciółki złodziei, zdobywające dla nich środki do życia. Samo się przez się rozumie, że kiedy trzeba, uczestniczą one i w kradzieżach, i w „wystawianiu”, stoją na „cynku”, biorą udział w ukrywaniu i zbycie kradzionych rzeczy, ale wcale nie są pełnoprawnymi obywatelami „przestępczego świata”. Nieodmiennie są uczestniczkami hulanek, ale nie mogą nawet marzyć o dostępie do rozpraw-„prawiłek”. Rodowity „urka” od dziecinnych lat uczy się pogardy dla kobiet. „Teoretyczne” lekcje „pedagogów” idą w parze z poglądowymi przykładami starszych. Kobieta, istota niższa, stworzona jest jedynie po to, ażeby sycić zwierzęce żądze złodzieja, być przedmiotem jego ordynarnych żartów i ofiarą publicznego bicia, kiedy błatniak „bawi się”. Jest żywą rzeczą, którą błatniak bierze w czasowe użytkowanie.

Posłać swoją przyjaciółkę-prostytutkę do łóżka naczelnika, jeżeli jest to z korzyścią – to normalne, w pełni przez wszystkich akceptowane „podejście” do sprawy. Ona sama też tak uważa. Prowadzone na ten temat rozmowy mają zawsze cyniczny charakter, są lakoniczne i wyraziste. Czas jest cenny.

Złodziejska etyka niweluje wszelkie objawy zazdrości i sentymentalizmu. Według uświęconego prastarego obyczaju złodziejowi – przywódcy, cieszącemu się największym „autorytetem” w danej złodziejskiej kompanii, przysługuje prawo wyboru swojej czasowej żony – najlepszej prostytutki. I jeśli jeszcze wczoraj, zanim pojawił się nowy przywódca, ta prostytutka spała z innym złodziejem, będąc jego uznaną własnością, którą mógł wypożyczać swoim kolegom, to od dziś wszystkie te prawa przechodzą na nowego gospodarza. Jeżeli nazajutrz zostanie on aresztowany, prostytutka ponownie wraca do swego poprzedniego przyjaciela. A jeśli i tego aresztują, to będzie powiadomiona, kto zostanie jej nowym właścicielem. Panem jej życia i śmierci, jej losu, pieniędzy, ciała, decydującym o jej postępowaniu.

Jakże tu może istnieć takie uczucie jak zazdrość…? Po prostu w błatniackiej etyce nie ma na nie miejsca.

Złodziej, jak mówią, to człowiek i nic co ludzkie nie jest mu obce. Całkiem możliwe, że czasami szkoda odstępować swoją przyjaciółkę, ale prawo jest prawem, i strażnicy „ideowej” czystości, stróże czystości błatniackich obyczajów (bez żadnego cudzysłowu) natychmiast wykażą popełniony przez zazdrosnego złodzieja błąd. I on podporządkuje się prawu.

Zdarzają się przypadki, kiedy indywidualny charakter i swoista histeria, charakteryzująca prawie wszystkich „urków”, popychają błatniaka do obrony „swej baby”. Wtedy staje się to przedmiotem oceny w czasie rozpraw-„prawiłek” i błatniaccy „prokuratorzy” żądają ukarania winnego, podpierając się autorytetem ustaleń o tysiącletniej ważności.

Zazwyczaj nie dochodzi jednak do zwady i prostytutka śpi z nowym władcą.

W świecie błatniaków nie ma miejsca żadne dzielenie się kobietą, nie istnieje żadna miłość „we troje”.

Kobiety i mężczyźni są w łagrach rozdzieleni. Jednakże istnieją tam szpitale, punkty tranzytowe, ambulatoria, kluby, w których kobiety i mężczyźni widują się wzajemnie.

Zdumiewa jednak pomysłowość więźniów i ich energia skierowana na osiągnięcie celu. To zadziwia – jaką kolosalną jej ilość zużytkowuje się w więzieniu na zdobycie kawałeczka pogniecionej blachy, aby stała się ona nożem – narzędziem zabójstwa lub samobójstwa. Uwaga nadzorców zawsze ustępuje czujności więźnia – wiemy już o tym od Stendhala, który w Pustelni parmeńskiej tak mówi: „Strażnik mniej myśli o swych kluczach niż więzień o ucieczce”.

W łagrze cała ogromna energia błatniaka skierowana jest na realizację randki z byle jaką prostytutką.

Ważne jest znalezienie miejsca, gdzie ta prostytutka powinna przyjść, bo że przyjdzie, w to błatniak nigdy nie wątpi. Karząca ręka zawsze dosięgnie winowajczynię. I oto przebiera się ona w męskie odzienie, idzie ponadprogramowo do łóżka z nadzorcą czy dyspozytorem, ażeby tylko o określonej godzinie prześliznąć się tam, gdzie oczekuje nieznany jej całkiem kochanek. Miłość przebiega spiesznie, jak kwitnienie traw latem na Dalekiej Północy. Prostytutka powróci do żeńskiej zony, natknie się na nadzorcę, posadzą ją do karceru, zasądzą na miesiąc izolatora, odeślą do karnej kopalni – wszystko to zniesie bez słowa skargi, a nawet z dumą: bo wypełniła swój obowiązek prostytutki.

Na Północy, w dużym szpitalu dla więźniów, zdarzył się taki wypadek, że do znanego błatniaka, leżącego na oddziale chirurgicznym, potrafiono przyprowadzić na całą noc prostytutkę do jego łóżka, i tam przespała się ona po kolei z ośmioma złodziejami znajdującymi się wtedy na sali. Dyżurnemu sanitariuszowi-więźniowi zagrożono nożem, a dyżurnemu wolnemu felczerowi podarowano garnitur zerwany z kogoś w łagrze; właściciel rozpoznał swoje ubranie i trzeba było włożyć wiele wysiłku, aby to ukryć.

Dziewczyna ta wcale nie była zmieszana ani speszona, kiedy wykryto ją rano na sali w męskim szpitalu.

– Chłopcy prosili, aby im dogodzić, to i przyszłam – wyjaśniła z całym spokojem.

Nietrudno się domyślić, że prawie wszyscy błatniacy i ich przyjaciółki są syfilitykami, a o chronicznej gonorei, nawet w naszym penicylinowym wieku, to i nie ma co mówić. Znane jest klasyczne już powiedzenie: „Syfilis to nie wstyd, lecz nieszczęście”. Tutaj zaś syfilis nie tylko nie przynosi wstydu, lecz uważany jest za szczęśliwy przypadek dla więźnia, a nie za nieszczęście. Jest to jeszcze jeden przykład przesławnej zmiany „skali odniesienia”. Przede wszystkim przymusowe leczenie wenerycznych jest obowiązkiem i o tym wie każdy błatniak. Wie o tym, że „przyhamuje się”, że nie trafi ze swoim syfilisem do żadnej głuszy, a będzie mieszkać i leczyć się w stosunkowo dobrze urządzonych osiedlach – gdzie znajdują się specjaliści, lekarze-wenerolodzy. Wszystko to jest na tyle dobrze przewidziane i obliczone, że za wenerycznych podają się nawet ci błatniacy, którym Bóg oszczędził trzech czy czterech krzyżyków reakcji Wassermana. I niejednoznaczność negatywnej oceny wyników tej reakcji przez laboratorium jest im również dobrze znana. Preparowane sztucznie wrzody i fałszywe skargi chorego – to zwykłe sprawy obok prawdziwych wrzodów i skarg.

Wenerycznie chorych, podlegających leczeniu, grupuje się w specjalnych zonach. Kiedyś w takich zonach w ogóle nie pracowano i były one najlepiej nadającym się „schroniskiem Mon Repos” dla błatniaków. Później takie zony tworzone były w specjalnych kopalniach czy też leśnych delegaturach, gdzie poza otrzymywaniem salwarsanu i racji żywnościowych aresztanci musieli pracować zgodnie ze zwykłymi normami. Ale w rzeczywistości w takich zonach nie było prawdziwego „zapotrzebowania” na pracę i żyło się w nich o wiele łatwiej niż przy normalnej kopalni.

Męskie weneryczne zony były zawsze miejscem, skąd trafiali do szpitala młodzi „żonowie” błatniaków, zarażeni syfilisem przez odbytnicę. Prawie wszyscy błatniacy są pederastami. Z braku kobiet deprawowali i zarażali mężczyzn – pod groźbą użycia noża lub, rzadziej, za „szmatki” (odzież) czy chleb.

Mówiąc o kobietach błatniackiego świata, nie sposób pominąć całej armii tych „Zojek”, „Maniek”, „Daszek” i innych istot płci męskiej, ozdobionych żeńskimi imionami. Zdumiewające było to, że nosiciele tych imion reagowali na nie w zupełnie normalny sposób, nie widząc dla siebie w tym żadnej hańby czy obrazy.

Żywić się na rachunek prostytutki to dla złodzieja żadna ujma – powinna ona wysoko cenić możliwość obcowania z nim. Z drugiej strony – to jeden z „kuszących” szczegółów zawodu, bardzo przypadający do gustu złodziejskiej młodzieży.


Szybko, szybko nas osądzą,

Poprowadzą w Pierwomajskie,

Etatowe dziewki zoczą,

Paczki nam przytaszczą rajskie


– tak śpiewa się w więziennej pieśni. „Etatowe dziewki” – to właśnie prostytutki.

Ale bywają przypadki, gdy uczucie zastępujące miłość, a także ambicja i uczucie żalu w stosunku do samej siebie skłaniają kobietę z błatniackiego świata do „nielegalnego” postępowania.

Oczywiście, od złodziejki wymaga się tu więcej niż od prostytutki. Według oceny błatniackich oskarżycieli, złodziejka, która żyje z nadzorcą, winna jest zdrady. Mogą ją zbić, wskazując w ten sposób popełniony błąd, ale również całkiem po prostu zarżnąć, jako „sukę”1. Prostytutce taki postępek nie będzie poczytany za grzech.

W takich konfliktach kobiety z prawami jej świata rozwiązania nie zawsze są jednakowe i uzależnione są od indywidualnych cech człowieka.

Tamara Cułukidze, dwudziestoletnia złodziejska piękność, była przyjaciółka znanego tyfliskiego urki, zeszła się z naczelnikiem kulturalno-wychowawczej sekcji łagru, lejtnantem Graczowem – dziarskim, trzydziestoletnim, pięknym kawalerem.

Graczow miał w łagrze jeszcze jedną kochankę, Polkę Leszczewską, jedną ze sławnych „artystek” łagrowego teatru. Kiedy związał się z Tamarą, ta zażądała, ażeby porzucił Leszczewską. Zuchowaty Graczow żył jednocześnie z dwiema żonami, skłaniając się ku obyczajom muzułmanów. Będąc jednak człowiekiem doświadczonym, starał się dzielić swe względy równo pomiędzy obie kobiety, co mu się udawało. Dzielona była nie tylko miłość, ale też jej materialne oznaki: każdy jedzeniowy prezent był przez Graczowa przygotowywany w dwu egzemplarzach. Z kremem, wstążkami i perfumami postępował podobnie – i Leszczewska, i Cułukidze tego samego dnia otrzymywały jednakowe wstążki, jednakowe flakoniki perfum, jednakowe chusteczki.

Wyglądało to bardzo wzruszająco. A przy tym Graczow był chłopakiem postawnym i schludnym. I Leszczewska, i Cułukidze (mieszkały one w jednym baraku) nie posiadały się z zachwytu nad taktem swego ukochanego. Przyjaciółkami jednak nie zostały i kiedy nagle poproszono Tamarę przed oblicze szpitalnych złodziei, Leszczewska po cichu się cieszyła.

Jednego razu Tamara zachorowała i leżała w szpitalu na sali dla kobiet. Nocą drzwi się otworzyły i stukając kulami, przekroczył próg poseł urków. Błatniacki świat wyciągał po nią swą długą rękę.

Wysłannik przypomniał jej o błatniackim prawie własności w zastosowaniu do kobiet i polecił stawić się na oddziale chirurgicznym w celu spełnienia „woli zlecającego”.

Według słów posła znajdowali się tu ludzie znający tego tyfliskiego błatniaka, za którego przyjaciółkę uważana była Tamara. Teraz zastępował go tutaj Sieńka Gundosy (mówiący przez nos). To właśnie w jego objęciach powinna się natychmiast znaleźć.

Tamara schwyciła kuchenny nóż i rzuciła się na kulawego błatniaka. Ledwo go sanitariusze odwojowali. Oddalił się przy akompaniamencie gróźb i ordynarnych przekleństw. Następnego dnia Tamara wypisała się ze szpitala.

Dokonano niemało prób, aby z powrotem skierować zbłąkaną córę pod sztandary błatniaków, ale za każdym razem bez powodzenia. Zadano jej cios nożem, ale rana okazała się głupstwem. Nadszedł koniec wyroku i Tamara wyszła za mąż za jakiegoś nadzorcę – człowieka z rewolwerem, i błatniacki świat nie zdołał jej pochwycić.

Błękitnooka Nastia Archarowa, kurgańska maszynistka, nie będąc ani złodziejką, ani prostytutką, z własnej woli związała na zawsze swój los ze światem błatniaków.

Od młodych lat otoczona była podejrzanym szacunkiem, złowieszczym poważaniem ze strony takich ludzi, o których czytała tylko w powieściach detektywistycznych. Ten szacunek, który Nastia zauważyła jeszcze „na wolności”, miała też w więzieniu i w łagrze – wszędzie tam, gdzie pojawiali się błatniacy.

Nie było w tym nic tajemniczego – starszy brat Nastii był znanym uralskim „mistrzem skoku”, i Nastia od młodych lat kąpała się w blasku jego przestępczej sławy, jego pełnego sukcesów, złodziejskiego losu. Niespostrzeżenie znalazła się w kręgu błatniaków, ich spraw i interesów, nie odmawiając pomocy przy przechowywaniu ukradzionych rzeczy. Pierwszy trzyletni wyrok umocnił ją w tym i sprawił, że stała się zawzięta i silnie związana ze światem błatniaków. Dopóki przebywała w swoim rodzinnym mieście, złodzieje, obawiając się gniewu jej brata, nie decydowali się wykorzystywać jej jako swojej własności. Biorąc pod uwagę jej społeczną „pozycję”, to znajdowała się ona bliżej złodziejek, bo prostytutką wcale nie była, i jako złodziejka pojechała w daleką podróż na państwowy rachunek. Tutaj już nie było brata i od razu w pierwszym mieście, do którego trafiła po pierwszym zwolnieniu z łagru, jakiś błatniacki przywódca uczynił ją swą żoną, zaraziwszy ją przy tym tryprem. W niedługim czasie aresztowano go. Na pożegnanie zaśpiewał Nastii złodziejską piosenkę: Zawładnie tobą koriesz mój. Z tym „korieszem” (tj. druhem) Nastia również długo nie pożyła – wsadzono go także do więzienia, a w stosunku do niej zgłosił swe prawa kolejny władca. Był dla Nastii fizycznie odrażający – wiecznie śliniący się i pokryty jakimś liszajem. Spróbowała bronić się, wykorzystując nazwisko brata, ale wykazano jej, że nawet jej brat nie ma prawa naruszać wzniosłych zasad błatniackiego świata. Gdy zagrożono jej nożem, przestała się dalej opierać.

W szpitalu Nastia pokornie stawiała się na „miłosne” wezwania, często przesiadywała w karcerze i wiele płakała – czy to dlatego, że była skora do płaczu, czy też przerażał ją własny los, los dwudziestoletniej dziewczyny.

Wostokow, starszy już wiekiem szpitalny lekarz, poruszony jej losem, podobnym skądinąd do tysięcy innych, obiecał jej pomóc urządzić się w biurze na stanowisku maszynistki, jeżeli odmieni swoje życie. To poza moją wolą – pisała pięknym charakterem pisma Nastia. Mnie nic nie uratuje. A jeśli już chce pan zrobić dla mnie coś dobrego, to proszę mi kupić kapronowe pończochy, możliwie najmniejszego wymiaru. Gotowa na wszystko dla pana, Nastia Archarowa.

Złodziejka Sima Sosnowska była wytatuowana od nóg do głowy. Zadziwiające, przechodzące jedna w drugą erotyczne sceny o najbardziej wymyślnej treści, pokrywały jej całe ciało fantazyjnymi liniami. Jedynie twarz, szyja i ręce pozostały bez „nakłuć”. Sima znana była w szpitalu dzięki swej zuchwałej kradzieży – zdjęła z ręki konwojenta złoty zegarek, kiedy ten chciał w drodze skorzystać z przychylności ładniutkiej Simy. Miała ona znacznie łagodniejszy charakter niż Agłaja Diemidowa, inaczej konwojent leżałby w krzakach aż do nadejścia następnego. Sima patrzyła na to jak na zabawną przygodę i uważała, że złoty zegarek to niezbyt wygórowana cena za miłość. Konwojent omal nie zwariował i aż do ostatniej minuty żądał zwrotu zegarka, rewidując ją bezskutecznie dwa razy. Szpital był już niedaleko, etap liczył wiele osób – i konwojent nie zdecydował się na wszczynanie skandalu. Złoty zegarek pozostał u Simy. W niedługim czasie został przepity i ślad po nim zaginął.

W moralnym kodeksie błatniaka, podobnie jak w Koranie, istnieje zdeklarowana pogarda w stosunku do kobiety. Kobieta – to istota, którą się pogardza, istota niższa, którą godzi się bić i nie godzi się żałować. Odnosi się to w takim samym stopniu do wszystkich kobiet – każda inna kobieta, nienależąca do błatniackiego świata, jest także przedmiotem pogardy błatniaka. Zbiorowy gwałt – „chórem” – to wcale nie rzadkość na kopalniach Dalekiej Północy. Naczelnicy przewożą swe żony pod osłoną straży; kobieta nigdzie nie chodzi ani nie jeździ sama. W podobny sposób strzeżone są dzieci: defloracja małoletnich dziewczynek – to stałe marzenie każdego błatniaka. I nie zawsze pozostaje ono tylko marzeniem.

W pogardzie dla kobiet błatniak wychowuje się już od najmłodszych lat. Swoją przyjaciółkę-prostytutkę bije tak często, że ta, jak mówią, przestaje odczuwać całą pełnię miłości, jeżeli z jakiejś tam przyczyny nie otrzyma kolejnej porcji bicia. Sama etyka świata błatniaków wyrabia w nich sadystyczne skłonności.

Błatniak nie powinien żywić żadnego uczucia przyjaźni czy koleżeństwa do swej „baby”. Również nie powinien mieć żadnej litości dla obiektu swych niskich uniesień. Nie może też istnieć żadna sprawiedliwość w stosunku do kobiet swego własnego świata – ich problematyka wyrzucona została za bramę etycznej „zony” błatniaków.

Ale istnieje jeden wyjątek od tej ponurej zasady. Istnieje jedna jedyna kobieta, nie tylko odgrodzona od zamachów na jej godność, ale postawiona wysoko na piedestał. Kobieta poetycznie idealizowana w świecie błatniaków, kobieta, która stała się tematem ich lirycznej twórczości, bohaterką folkloru przestępców w ciągu wielu pokoleń. Kobietą tą jest – matka złodzieja.

W wyobraźni błatniaka świat, który go otacza, jest zły i nieprzyjazny, pełny jego wrogów. I istnieje w nim tylko jedna jasna postać, godna czystej miłości, szacunku i uwielbienia. To – matka.

Kult matki połączony ze złośliwą pogardą dla kobiety w ogóle to etyczna formuła kryminalistów dotycząca kwestii kobiecej, wypowiadana ze szczególnym więziennym sentymentalizmem. O tego rodzaju sentymentalizmie napisano wiele głupstw. W rzeczywistości jest to sentymentalizm zabójcy, podlewającego grządkę róż krwią swoich ofiar. Sentymentalizm człowieka, który opatruje ranę jakiegokolwiek ptaszka, a po godzinie gotów jest rozerwać go własnymi rękami, bo scena umierania żywej istoty – to najlepsze widowisko dla błatniaka.

Trzeba znać rzeczywiste oblicze autorów kultu matki, kultu otoczonego mgiełką poezji.

Z tym samym brakiem jakichkolwiek zahamowań i teatralnością, które każą błatniakowi „podpisywać się” nożem na ciele zabitego przez siebie renegata czy publicznie gwałcić kobietę w biały dzień, na oczach wszystkich, deflorować trzyletnią dziewczynkę lub zarażać syfilisem mężczyznę, „zojkę” – z taką samą ekspresją błatniak tworzy poetyczny obraz matki, ubóstwia ją, czyni ją obiektem więziennej liryki odwołującej się do najgłębszych uczuć i zobowiązuje wszystkich do oddawania jej, nieobecnej, wszelkiej czci i szacunku.

Na pierwszy rzut oka uczucie złodzieja do matki to jakby jedyne co ludzkie, co uchowało się wśród jego skażonych, kalekich emocji. Błatniak jest jak gdyby zawsze tym uważającym synem, a wszystkie ordynarne rozmowy o cudzej matce błatniacki świat natychmiast każe przerywać. Matka to jakiś wzniosły ideał i jednocześnie coś zupełnie realnego, co każdy posiada. Matka, która zawsze przebaczy i zawsze się ulituje.


Byśmy żyć mogli, mama pracowała,

A ja po cichu zaczynałem kraść.

Złodziejem będziesz, matka przestrzegała,

Ze łzami w oczach. Ojca jesteś maść.


Tak śpiewa się w jednej z klasycznych pieśni kryminalistów – Los.

Rozumiejąc, że w ciągu całego burzliwego i krótkiego życia złodzieja jedynie matka pozostanie z nim do końca, oszczędza ją on w swym cynizmie.

Ale i to, jedyne jak gdyby, jaśniejsze uczucie jest kłamliwe, podobnie jak wszystkie drgnienia duszy błatniaka.

Wysławianie matki – to kamuflaż, wychwalanie jej jest po to, aby oszukać, i tylko w najlepszym przypadku, mniej lub bardziej wyraziście przedstawia więzienny sentymentalizm.

I w tym, zdawałoby się, wzniosłym uczuciu złodziej kłamie od początku do końca, podobnie jak w każdej swojej wypowiedzi. Żaden ze złodziei nigdy nie posłał swej matce ani kopiejki, nawet nie pomógł jej na swój sposób, przepijając w hulankach tysiące ukradzionych rubli.

W tym uczuciu do matki nie ma nic oprócz udawania i teatralnej kłamliwości. Kult matki – to swego rodzaju zasłona dymna, przesłaniająca szpetny złodziejski świat.

Kult matki, nieprzenoszony na żonę i w ogóle na kobiety – to fałsz i kłamstwo.

Stosunek do kobiety – to papierek lakmusowy każdej etyki.

Zwróćmy tu uwagę, że to właśnie kult matki, współistniejący z cyniczną pogardą dla kobiet, uczynił jeszcze przed trzydziestu laty Jesienina tak popularnym autorem w przestępczym świecie. Ale o tym – w odpowiednim miejscu.

Złodziejce czy przyjaciółce złodzieja, kobiecie, która weszła wprost czy pośrednią drogą na teren przestępczego świata, zabrania się jakichkolwiek „romansów” z „frajerami”. Nieposłusznej, gdy taki przypadek się zdarzy, nie zabijają, nie – „robią ją na czysto”. Nóż to zbyt szlachetna broń, żeby jej używać w stosunku do kobiety – na nią wystarczy kij lub pogrzebacz.

Inaczej rzecz się ma, jeżeli chodzi o związek mężczyzny z „wolną kobietą”. To oznaka dzielności i powód do chwały, przedmiot chełpliwych opowiadań jednych i tajonej zawiści drugich. Takie przypadki wcale nie są rzadkie. Jednakże wokół nich tworzy się zazwyczaj tyle bajek, że prawda jest trudna do wyłowienia. Maszynistka przemienia się w kobietę-prokuratora, gońcówna – w dyrektorkę przedsiębiorstwa, sprzedawczyni – w ministra. Bajdy spychają prawdę w głąb sceny, w ciemności, i nie sposób się połapać w tym spektaklu.

Nie ulega wątpliwości, że pewna część błatniaków ma rodziny w miastach, z których pochodzą, rodziny od dawna porzucone przez mężów. Ich żony wraz z małymi dziećmi same walczą z życiem, każda po swojemu. Bywa, że mężowie powracają z miejsc pozbawienia wolności do swoich rodzin, ale zazwyczaj nie na długo. „Duch włóczęgi” ciągnie ich ku nowym wędrówkom, a do tego miejscowy wydział kryminalny przyczynia się do szybszego wyjazdu błatniaka. A w rodzinach pozostają dzieci, którym ojcowska profesja nie wydaje się czymś strasznym, lecz wywołuje współczucie i – co więcej – chęć pójścia w ojcowskie ślady, tak jak w pieśni Los:


Kto siłę ma, by z losem powojować,

Niech walczy wciąż, aż zbliży się już kres.

Mam mało sił, lecz przyjdzie mi zachować

Zmarłego ojca drogę i jej treść.


Złodzieje z ojca na syna – to właśnie jest kadrowe jądro przestępczego świata, jego „wodzowie” i „ideolodzy”.

Problemy związane z ojcostwem i wychowaniem dzieci są dla błatniaka nieodmiennie odległe – zagadnienia te są wyłączone z błatniackiego Talmudu. Przyszłość córek (jeśli gdzieś one istnieją) wydaje się złodziejowi normalna w postaci kariery prostytutki, przyjaciółki jakiegoś innego znamienitego złodzieja. Sumienie błatniaka zupełnie nie jest obciążone żadnym moralnym balastem (nawet w zakresie błatniackiej specyfiki). To, że synowie staną się złodziejami, wydaje mu się też zupełnie naturalne.

„Sukami” nazywano błatniaków, którzy przeszli na stronę władzy. 

Warłam Szałamow 

Opowiadania Kołymskie

piątek, 6 marca 2026

Koniec balu panno Lalu … ???

 




Pilny Obserwator:

Prawdziwe kłopoty szykują się w IZRAELU: „Niepokoje cywilne” ataki na policję i wojsko!

Według doniesień pochodzących z Izraela – szczególnie z Tel Awiwu i Hajfy – sytuacja wskazuje na zorganizowane nieposłuszeństwo obywatelskie i załamanie dyscypliny wojskowej.

Z ponad 200 budynkami zredukowanymi do gruzu, a system obrony żelaznej kopuły postrzegany jako całkowicie nieudany, naturalne jest, że społeczeństwo traci zaufanie do Państwa. W oparciu o obecną sytuację, wewnętrzne niepokoje wydają się mieć kilka kluczowych aspektów:

1. Starcia w wojsku i policji

Zapach buntu: doniesienia izraelskich mediów i mediów społecznościowych sugerują, że kilku rezerwistów odmówiło zgłoszenia się do służby. Ich stanowisko jest takie, że jeśli przywództwo (Netanjahu i prezydent) jest nieobecne, dlaczego mieliby ryzykować życie?

Przemoc policyjna: doszło do starć między cywilami a policją na ulicach Tel Awiwu. Ludzie protestują przeciwko brakowi udogodnień w bunkrach i rządowej „ciszy.”

2. Kryzys Przesiedleń Wewnętrznych

Z północy do centrum: z powodu ataków Hezbollahu setki tysięcy Izraelczyków przeniosło się już z obszarów północnych. Po zniszczeniu 200 budynków w Tel Awiwie, nawet wcześniej uważane za „bezpieczne” regiony Centralne są świadkami fali wewnętrznych przesiedleń, przytłaczających lokalne systemy administracyjne.

3. „Wojna psychologiczna” w bunkrach

„Kryzys psychologiczny” wspomniany w oświadczeniu nr 8 Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej podobno staje się widoczny w terenie. Podziemne bunkry w Izraelu są przepełnione, z doniesieniami o poważnych niedoborach żywności i lekarstw. Napięcia rosną, ludzie atakują się nawzajem, a wojsko stoi przed poważnymi wyzwaniami w kontrolowaniu sytuacji.

4. Próżnia polityczna i powstanie „milicji”

Pod nieobecność Netanjahu – opuścił Izrael i udał się do Niemiec, gdy rozpoczął się ostatni konflikt, grupy ekstremistyczne w Izraelu podobno zaczęły się zbroić. Grupy te podejmują decyzje niezależnie od rządu, potencjalnie popychając kraj do wewnętrznej wojny domowej.

Podsumowanie:

Izrael walczy obecnie na dwóch frontach – zewnętrznie przeciwko Iranowi i jego sojusznikom oraz wewnętrznie przeciwko upadającej strukturze krajowej. Wycofanie się lub zdystansowanie Francji i innych sojuszników podobno zadało ostateczny cios Izraelskiemu zaufaniu publicznemu.

czwartek, 5 marca 2026

Wojna Purimowa przeciwko Iranowi

 


Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Francja i Niemcy czują się zaszczycone, że mogą nazywać siebie „Zachodem”, ale bardziej realistyczne jest nazywanie ich państwem żydowskim w procesie, czyli „ Epsteinią” . Właśnie dowiedzieliśmy się, że prezydent Trump podjął decyzję o wypowiedzeniu wojny Iranowi już kilka tygodni temu, a pozory dyplomacji prowadzonej przez dwóch żydowskich handlarzy nieruchomościami (Witkoffa i Kushnera) w jego imieniu były niczym więcej niż nic nieznaczącym chwytem , ​​mającym na celu zajęcie Iranu do chwili Wybrańca. Jaki więc był cel dyplomatycznej pauzy Trumpa przed rozpoczęciem działań wojennych? Jest ku temu powód; dość haniebny, ale prawdziwy. Trump i jego przełożony, Bibi Netanjahu, kierowali się magią kabały. Zgodzili się przeprowadzić ten historyczny atak w szczególnie pomyślnym dniu w kalendarzu żydowskim, zwanym Szabatem Pamięci , w ostatnią sobotę przed świętem Purim. Fakty są oczywiste: międzynarodowe żydostwo zarządziło atak, a armia amerykańska rzuciła się jak posłuszne psy na żydowski gwizdek.

Wikipedia opisuje Szabat Pamięci następująco:

Szabat Pamięci, czyli Szabat Zachor (hebr. שבת זכור), to szabat bezpośrednio poprzedzający Purim. Przytaczany jest fragment z Księgi Powtórzonego Prawa 25:17-19 (na końcu Paraszy Ki Teitzei), opisujący atak Amalekitów na Żydów. W Talmudzie istnieje tradycja (rozumiana jako implikowana w samej Megillah), że Haman, antagonista w historii Purim, pochodził od Amalekitów. Odczytywany fragment zawiera przykazanie o upamiętnieniu ataku Amalekitów, dlatego podczas tego publicznego czytania zarówno mężczyźni, jak i kobiety starają się wysłuchać czytania.

Wszyscy Żydzi są nie tylko zobowiązani pamiętać tę szczególną datę upamiętniającą tę starożytną opowieść, ale są również zobowiązani do zemsty; tj. popełnienia ludobójstwa na każdym, kogo Sanhedryn nazwał Amalekitem w naszym pokoleniu. Żyd jest zobowiązany i nakazany zabić wszystkich mężczyzn, kobiety, dzieci Amalekitów, wliczając psy i koty. Małe zwierzęta, kocięta i szczenięta są często zabijane dwa tygodnie wcześniej podczas święta Tubiszwat – zwierzęta domowe są wrzucane do płonących ognisk zgodnie z sefardyjskim zwyczajem. Zwyczaje Purim (i poprzedzającego go szabatu) są notorycznie okropne, szczegółowo opisane przez Elliota Horowitza w jego Reckless Rites: Purim and the Legacy of Jewish Violence .

Marcin Luter zauważył, że Żydzi postrzegali wszystkich chrześcijańskich władców (których Żydzi uważali za swoich ciemiężców) jako współczesnych Hamanów, a zatem było to religijnym obowiązkiem, aby ich podważyć i dążyć do ich upadku. [Zauważył również, że Żydzi postrzegali Chrystusa jako podobną postać Króla/Ciążę, być może dlatego, że w Septuagincie Haman zostaje ukrzyżowany. Należy pamiętać, że Septuaginta jest greckim tłumaczeniem niesfałszowanego oryginalnego tekstu Biblii, podczas gdy współczesna Biblia hebrajska była wielokrotnie aktualizowana na przestrzeni lat przez żydowskich uczonych.]

Międzynarodowi Żydzi Netanjahu (w tym ci z izraelskiej koalicji rządowej) od dawna wypełniają swoje obowiązki zawodowe i religijne zgodnie z kabalistyczną magią. Dla nich połączenie pierwszego ciosu w Szabat Pamięci i obchodów Purim kilka dni później jest zbyt kuszące, by je pominąć. Głupcy prawdopodobnie uwierzą, że są prowadzeni z góry i w ten sposób spotka ich koniec.

Purim upamiętnia moment zamordowania 75 000 Persów przez Żydów; i nie jest przypadkiem, że to pierwszy raz, kiedy Żydzi są wyraźnie wspomniani w Biblii. To swego rodzaju historia o „ujawnieniu się” Żydów. Żydowskie opowieści zawsze przedstawiają Żydów jako niewinne ofiary i ta historia nie jest wyjątkiem. Prawdziwi Żydzi z okresu Drugiej Świątyni znali prawdę i wyryli stolicę Persji, Suzę, w „Pięknej Bramie” Świątyni, wyjaśniając, że Żydzi powinni na zawsze pamiętać o swoim czasie spędzonym w Persji. Ale Netanjahu zapomniał o tej radzie swoich legendarnych przodków.

Pierwsze bomby wojny irańskiej zrzucił Mike Huckabee, ulubiony „ambasador USA” Tel Awiwu, w wywiadzie dla Tuckera Carlsona tuż przed rozpoczęciem działań wojennych. Huckabee powiedział Tuckerowi, że Izrael ma prawo przejąć tyle Bliskiego Wschodu, ile USA będą w stanie obronić, i że nie będzie miał nic przeciwko temu.

Potem wszyscy po prostu siedzieli i czekali na magiczną datę w kalendarzu kabalistycznym. Żydzi postanowili, że w żydowski Szabat Pamięci – USA i Izrael odważnie zaatakują z zaskoczenia pokojowy, uśpiony Iran; kraj, który wciąż stara się dostosować do decyzji śledczych ONZ, wciąż prowadzi rozmowy pokojowe z dwoma Żydami, tragicznie nieświadomy historycznego znaczenia tej konkretnej daty dla Żydów. Siły atakujące śmiało zamordowały ajatollaha Alego Chameneiego, muzułmański odpowiednik katolickiego papieża. Izrael postrzega każdego nieżydowskiego przywódcę jako Hamana, a zatem jako uzasadniony cel: nasz Ron Unz wyjaśnił to w tym eseju . Żydzi lubią mordować przywódców, co wyszło z mody w czasie wojny trzydziestoletniej.

Anglia, Francja i Niemcy wykonywały rozkazy z Tel Awiwu. Oznacza to, że Żydom udało się przejąć władzę w tych krajach. Niemcy zostały zmuszone do zaakceptowania żydowskich rządów wraz z okupacją USA w 1945 roku. Teraz Niemcom nie wolno nosić palestyńskiej kefiji ani domagać się wolnej Palestyny. Francja była względnie wolna w 1960 roku, kiedy de Gaulle miał możliwość odrzucenia NATO. Z biegiem lat Żydzi zacieśnili swoją kontrolę nad mediami. Francuskie kino umarło, francuscy politycy klękali przed lordem Rothschildem, a w roku Pańskim 2026 wszystkie francuskie partie uległy całkowitej judaizacji. Marine Le Pen, ulubienica tego, co uchodzi za francuski nacjonalizm, zaaprobowała atak na Iran w Purim i promowała swojego wybranego żydowskiego następcę. Anglia zawsze była ojczyzną chrześcijańskiego syjonizmu , a Starmer jest bardzo odpowiednim szabas-gojem, reprezentującym brytyjskiego „rząd szabasowy”.


Dlaczego Żydzi są gotowi poświęcić tak wielki kapitał polityczny w zamian za wątpliwy sukces w postaci zniszczenia Iranu? Rozumiemy, dlaczego Trump tak chętnie zdradzi MAGA – ponieważ jego przeznaczeniem nie jest rozumowanie; jako dobry szabasista, musi wykonywać rozkazy z Tel Awiwu. Ale dlaczego zazwyczaj ostrożni Żydzi mieliby to zrobić? Chodziło o lśniącą chwałę meczetu Al-Aksa, który musi zostać zniszczony , aby wznieść Trzecią Świątynię, ostateczne pragnienie Żydów. A Iran jest jedynym krajem na świecie, który by na to nie pozwolił. Wszystkie inne państwa muzułmańskie były zastraszone i wykonywają rozkazy USA.

Od momentu podstępnego ataku na Iran, meczet El-Aksa został zamknięty przez armię izraelską, a palestyńscy muzułmanie nie mogą już do niego wchodzić. W trakcie postu ramadanowego jest to szczególnie bolesne dla wierzących. Historia meczetu El-Aksa i żydowskich działań zmierzających do jego zniszczenia jest długa.

Pisałem o tym wcześniej w książce „ The Cornerstone of Violence” .

Żeby streścić, zacytuję:

„Wielu Żydów i ich chrześcijańsko-syjonistycznych sojuszników wierzy, że cenne piękno Haram a-Sharif, meczety jerozolimskie z VII wieku powinny zostać zniszczone, a na ich ruinach powinna zostać wzniesiona żydowska świątynia. Dlaczego tak się dzieje? Ludzie przedstawiają różne wyjaśnienia, historyczne i eschatologiczne. Nie chodzi o jakąś sprawiedliwość historyczną ani o modlitwę, ponieważ tradycyjny judaizm zabraniał jakiejkolwiek interakcji z Górą Pańską. Niektórzy mistycy wierzą, że ten akt uczyni żydowską dominację nad światem całkowitą i nieodwracalną. To przekonanie nie jest wyłączną domeną dziwaków i dziwaków, ani nawet syjonistów, lecz powszechnym przekonaniem.

Główne media Zachodu zazwyczaj przedstawiają konflikt w kategoriach muzułmanów kontra Żydzi. Ale konflikt, widziany przez tych Żydów, to konflikt Żydów kontra pogan. W ich mniemaniu Wzgórze Świątynne to magiczny Pierścień Władzy, który powinni przyjąć, gdy nadejdzie właściwy czas. Jako Pierścień we „Władcy Pierścieni” Tolkiena (brytyjski profesor był bardzo uczonym człowiekiem), powinien on przynieść Mesjasza. Dla żydowskich mistyków ten Mesjasz nie jest chrześcijańskim Mesjaszem. W ich księgach Mesjasz nie jest łagodnym Jezusem z przesłaniem dla całej ludzkości. Ich Mesjasz na zawsze zniewoli narody ziemi i uczyni Naród Wybrany panami wszechświata. Ich Mesjasz, Pan Zniewalający Ludy Ziemi, jest Antychrystem z proroctw.

Arabowie spoza Ziemi Świętej zostali ujarzmieni i nie przejmują się tym zbytnio. Muzułmanie na całym świecie są bezlitośnie atakowani przez globalne firmy medialne kierowane przez Żydów. Palestyńczycy są mordowani za swoją miłość do meczetu Al-Aksa (wojnę w Strefie Gazy Palestyńczycy nazywają „potopem Al-Aksa”). Jedyny prawdziwy opór stawił Iran, na czele z perskimi teologami, którzy doskonale rozumieli kontrowersje związane ze Wzgórzem Świątynnym. Oczywiście Iran musiał zostać zbombardowany w święto Purim.

Oczywiście takiemu aktowi świętowania powinien towarzyszyć kabalistyczny rytualny rytuał krwawej ofiary z młodych dziewcząt, jak opisano w Aktach Epsteina. Ta żydowska praktyka religijna została natychmiastowo osiągnięta, gdy zamordowano ponad sto uczennic i celowo zaatakowano 14-miesięczną wnuczkę zmarłego ajatollaha.


Taki jest los Persji, ginącej pod jarzmem Lwa Judy (izraelski kryptonim Operacji Ryczący Lew ). Ale jak poradzą sobie chrześcijanie, wkraczając na arenę z tak głodnym lwem? Lepiej nie współpracować z takimi bestiami, bo tańcząc z diabłem, zasługujemy na wszystko, co los nam zgotuje. Czy powinniśmy przejrzeć kabalistyczny kalendarz, aby znaleźć magiczną datę, kiedy żydowskie jarzmo zostanie założone na nasze szyje? Widzimy, jak islam może być otwarcie znieważany przez naszych żydowskich władców. Czy naprawdę myślimy, że chrześcijaństwo jest wolne od takiego traktowania? Już teraz otwarcie określają Biblię jako „dokument antysemicki”. Wszyscy wiemy, że konflikt między islamem a chrześcijaństwem jest reżyserowany przez Żydów. Wraz z napływem dobrych, konserwatywnych muzułmanów do krajów zachodnich, szybko uczymy się, że punkty harmonii między wierzącymi islamistami a wierzącymi chrześcijanami znacznie przeważają nad tym, co Mike Huckabee nazywa „naszym judeochrześcijańskim dziedzictwem”.

Żydom kończy się czas. Nigdy nie istniało królestwo żydowskie, które przetrwałoby dłużej niż 80 lat, a rok 2028 zbliża się wielkimi krokami. Od lokalnego stowarzyszenia rodziców i nauczycieli po organizacje międzynarodowe, chrześcijanie i muzułmanie poznają się nawzajem, omijając swoich żydowskich opiekunów.

Wojna Purimowa przeciwko Iranowi

jest wyraźnym znakiem żydowskiej desperacji. Stracili już moralną wyższość, gdy zaczęli podpalać getta w Gazie. Ta najnowsza wojna żydowska to przysłowiowy krok za daleko, a kiedy Izrael upadnie, można się założyć, że spróbuje pociągnąć za sobą wszystkich innych. Pierwszym krokiem do zakończenia wojny z Iranem jest rozwiązanie ludobójstwa w Gazie. Gdy Izrael zostanie rozbrojony, cała światowa beczka prochu runie.

Wyobraźcie to sobie! Chrześcijanie i muzułmanie współpracują w imię Chrystusa, aby oczyścić szkolne biblioteki z kabalistycznych podręczników o seksie! Ukraina deportuje wszystkich żydowskich awanturników i znów stanie się spichlerzem Europy! Jerozolima stanie się protektoratem ONZ, zapewniając wszystkim religiom miejsce przy stole Ziemi Świętej! Trump może wrócić do roli zwolennika MAGA, armia USA może zostać bezpiecznie zredukowana, a fundusze zainwestowane w amerykański przemysł! Kongres może wrócić do reprezentowania narodu amerykańskiego! Zachodnie firmy będą prosperować dzięki taniej ropie naftowej dostarczanej przez naszych nowych muzułmańskich przyjaciół z Bliskiego Wschodu!

Ile innych pozytywnych scenariuszy można sobie wyobrazić, gdybyśmy tylko pozbyli się tych zgubnych Epsteinów? Ameryka dźwiga na plecach wiedźmę, a jej imię to Izrael.

Redakcja: Paul Bennet z Minnesoty.

Izrael Szamir • 2 marca 2026 unz/ishamir/the-purim-war-against-iran

#'###########################################

Uważajcie na zdrajców Iranu, którzy w Polsce łamią Kodeks karny

Zachodnie media lansują na potęgę Irańczyków, którzy zhańbili się najohydniejszym czynem – zdradą ojczyzny doświadczającej brutalnej napaści bezwzględnych agresorów. Ten obrzydliwy trend dotarł także do kraju nad Wisłą, gdzie wywindowano internetowe postacie, takie jak „Irańczyk w Polsce” i „Perska w Polsce”.

Mohammadreza Rezazadeh i Reyhaneh Mansouri – bo o nich mowa – aktywnie działają w Internecie i wypowiadają się dla polskojęzycznych mediów głównego ścieku, gdzie z entuzjazmem kibicują atakowi na ich kraj. Dorabiają do tego propagandową śpiewkę o „brutalnym reżimie ajatollahów” gnębiących swoich obywateli.

Dla przykładu Rezazadeh ubolewał w rozmowie z Wirtualną Polską, że szkoły w Iranie są jednopłciowe do końca liceum, dzieci uczone są modlitwy, a kobiety obowiązuje skromny strój. No rzeczywiście, dla wielu kobiet z Zachodu, które świecą gołym tyłkiem na Instagramie czy zarabiają krocie, sprzedając swoje ciało na OnlyFansie, to musi brzmieć strasznie.

W związku z powyższym trzeba było „wyzwolić” Irańczyków, a szczególnie „uciśnione” Iranki, za pomocą rakiet i bomb. Kiedy więc Iran został zaatakowany, zachwytom wśród zdrajców nie było końca.

NA USŁUGACH WROGÓW OJCZYZNY

Mohammadreza Rezazadeh, znany z profilu „Irańczyk w Polsce” i przedstawiający się jako Michał, wszem wobec opowiada w polskojęzycznych mediach, z jaką ulgą przyjął fakt, że Amerykanie i Izrael napadli na jego kraj. Oczywiście używa przy tym eufemizmów, nazywając to „interwencją w interesie Irańczyków”.

W celu podkręcenia emocji przywołuje liczne ofiary niedawnych zamieszek, wciskając przy tym brednie, że to irańskie władze odpowiadają za ich śmierć. Nie wspomina jednak ani słowem, że za wywołaniem potężnego chaosu na ulicach irańskich miast stały izraelskie i amerykańskie służby, co zostało już udowodnione.

Wtóruje temu Reyhaneh Mansouri, która wypłynęła w mediach społecznościowych jako „Perska w Polsce” przy okazji wspomnianych zamieszek. Komentując zaistniałą sytuację, idealnie wpasowała się w propagandę zachodniego ścieku medialnego.

Po napaści zbrojnej na Iran Mansouri udzieliła wywiadu dla TVP Info, opowiadając przed kamerą bajki o radosnych ludziach celebrujących na ulicach irańskich miast, co rzekomo miało miejsce po ataku Izraela i USA oraz zabiciu najwyższego przywódcy Iranu, ajatollaha Alego Chameneiego.

– Udało mi się porozmawiać z rodziną w Iranie, która była szczęśliwa i podekscytowana. Stwierdziłam, że jeżeli oni się cieszą, to ja też powinnam się cieszyć – mówiła w programie „Oko na Świat”.

Obok niej w telewizyjnym studio siedziała niejaka Raana Goss, która atak na Iran określiła entuzjastycznie jako „interwencję humanitarną”. Zdumiewające jak łatwo tym ludziom przychodzi zachwycać się agresją na ich kraj, kiedy będąc z dala od ojczyzny nie doświadczają żadnego zagrożenia ze strony izraelskich i amerykańskich bomb.

Nie lepiej wypadła Negar Hosseinnejad, udzielając wywiadu dla Polskiego Radia. „Tak naprawdę wszyscy czekaliśmy na ten moment od wielu tygodni. Sytuacja była bardzo napięta. Były chwile zwątpienia – czy na pewno dostaniemy pomoc ze strony Izraela czy Stanów Zjednoczonych?” – wyznała Iranka od dziesięciu lat mieszkająca w Polsce.

Tymczasem tylko w pierwszym dniu agresji na Iran – 28 lutego 2026 roku – przeprowadzono liczne ataki militarne na cele cywilne, w tym szkoły, szpitale, instalacje ratunkowe i personel medyczny. Działania te doprowadziły do śmierci setek niewinnych cywilów, w tym kobiet i dzieci, oraz do obrażeń i ran jeszcze większej liczby osób.

Jak podano w komunikacie Ambasady Iranu w Polsce: „Czyny te ewidentnie wypełniają znamiona zbrodni wojennych oraz zbrodni przeciwko ludzkości”.

Do szczególnie przerażającej masakry doszło w mieście Minab w południowo-wschodnim Iranie, gdzie w wyniku zbombardowania żeńskiej szkoły podstawowej zginęło 167 uczennic. Zabite dziewczynki były w wieku od 7 do 12 lat.

PARAGRAF ZA POCHWALANIE WOJNY

Algorytmy znają moje zainteresowania, więc telefon regularnie podrzuca mi wiadomości o tematyce irańskiej. W ten sposób dotarła do mnie kolejna rolka z wypowiedzią „Irańczyka w Polsce”. Po jej obejrzeniu zachciało mi się wymiotować, co naprawdę zdarza mi się bardzo rzadko.

Mohammadreza Rezazadeh w rozmowie z Wirtualną Polską, komentując agresję USA i Izraela na jego kraj, powiedział ohydne kłamstwo: „Więcej w nas wszystkich było radości”. Po czym bezczelnie dodał, że „Irańczycy sami o to prosili”, bo rzekomo mieli chcieć wyzwolić się spod władzy ajatollahów.

Jako dziennikarka pojechałam do Iranu trzykrotnie, z czego dwa razy byłam tam w ostatnich miesiącach. Wiele razy słyszałam od samych Irańczyków ogromne obawy, że ich kraj zostanie zaatakowany. W moim najnowszym filmie dokumentalnym „Druga ojczyzna Polaków” mam uwiecznione, jak Irańczycy apelują do polskich motocyklistów, którym towarzyszyłam z kamerą, żebyśmy przekazali światu, że oni nie chcą z nikim wojny, że pragną pokoju. Jestem pewna, że byli szczerzy.

Wielokrotnie rozmawiałam z Irańczykami mieszkającymi w Iranie. Nawet jeśli niektórzy z nich nie popierali rządów ajatollahów – a takie osoby też poznałam – to absolutnie nikt nie chciał interwencji z zewnątrz w wykonaniu USA i Izraela. Żaden Irańczyk kochający swój kraj nigdy w życiu nie poprze agresji na ojczyznę.

Przez lata podróżowałam do wielu państw, z których przywiozłam liczne reportaże, wywiady i wspaniałe wspomnienia. Mam znajomych i przyjaciół różnych narodowości, z którymi świetnie się dogaduję. Jednak to właśnie Iran i jego mieszkańcy zachwycili mnie w sposób szczególny. Uważam, że Irańczycy to najbardziej gościnny, otwarty, szlachetny, honorowy, dumny i przyjazny naród na świecie.

Od każdej reguły są jednak wyjątki. Przykładem są produkty medialne, takie jak „Irańczyk w Polsce” i „Perska w Polsce”, oraz im podobni. To nie tylko zdrajcy pozbawieni honoru. Oni także łamią polskie prawo. Przypominam, że art. 117 § 3 Kodeksu karnego wskazuje wyraźnie: „Kto publicznie nawołuje do wszczęcia wojny napastniczej lub publicznie pochwala wszczęcie lub prowadzenie takiej wojny, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5”.

Może więc najwyższa pora, aby polskie organy ścigania dobrały się do podżegaczy wojennych. Jak ktoś zdradził już raz, to ta skłonność pozostanie w nim na zawsze. Niech więc polscy urzędnicy pamiętają o tym, kiedy Mohammadreza Rezazadeh i Reyhaneh Mansouri będą starali się uzyskać polskie obywatelstwo. W przyszłości nic takich osób nie powstrzyma także od zdrady Polski.
Agnieszka Piwar

Agnieszka Piwar 2026-03-04 Piwar.info/uwazajcie-na-zdrajcow-iranu-ktorzy-w-polsce-lamia-kodeks-karny/


Lekarski sąd kapturowy ponownie atakuje

 




W CZWARTEK 5 MARCA O GODZINIE 11:30 I 12:15 ODBĘDĄ SIĘ DWIE ROZPRAWY APELACYJNE W NACZELNYM SĄDZIE LEKARSKIM W WARSZAWIE NA UL. JANA SOBIESKIEGO 110 PRZECIWKO KATARZYNIE RATKOWSKIEJ.

Jutro (czwartek, 5 marca) rozprawy odwoławcze dr Ratkowskiej w Naczelnym Sądzie Lekarskim. Warszawa, ul. Jana Sobieskiego 110 lok. 1AU (klatka I, domofon 110). Obecność licznej publiczności wysoce wskazana.

===================================================

Lekarskie sądy „kapturowe” nadal prowadzą zmasowany atak na medyków, którzy w czasie pandemii Covid-19 odważyli się krytykować patologiczne mechanizmy podejmowania decyzji, które nie miały nic wspólnego z medycyną opartą na dowodach naukowych i przeczyły podstawowej zasadzie etycznej lekarzy primum non nocere.

Głośnym przykładem takiego „polskiego polowania na czarownice” była sprawa dr Zbigniewa Martyki. Okręgowy Rzecznik Odpowiedzialności Zawodowej w Krakowie wniósł o ukaranie dr n. med. Zbigniewa Martyki obwiniając go o to, że: „publicznie propagował postawy antyzdrowotne poprzez publikację własnych poglądów i wypowiedzi niezgodnych z aktualną wiedzą medyczną”. 19 grudnia 2022 r odbyła się tajna rozprawa, podczas której zapadł wyrok pozbawiający Dr Martykę prawa do wykonywania zawodu przez jeden rok. Dr Martyka opublikował w całości uzasadnienie wyroku – lektura tego dokumentu przeraża, ale też pomaga zrozumieć „logikę” śmietanki eksperckiej lekarzy i naukowców, dla których wprowadzenia zakazu chodzenia do lasów i parków oraz nakazu noszenia masek na powietrzu w czasie pandemii to rzetelna, uzasadniona, „aktualnie obowiązująca nauka”, choć nie oparta na dowodach. Sąd ubolewał, iż wypowiedzi Dr Martyki „były i nadal są szeroko komentowane i cytowane zachęcając do postaw antyzdrowotnych pomimo ewidentnej sprzeczności z podstawową, aktualną wiedzą medyczną”. Co prawda trudno powiedzieć, o jaką wiedzę sądowi chodzi – dr Martyka złożył wnioski dowodowe w postaci 700 badań naukowych (w tym tych najwyższej jakości, czyli randomizowanych oraz metaanalizy), które potwierdzają prawdziwość każdego z jego słów. Jednak skład orzekający nie ustosunkował się do tego ani jednym zdaniem, nie przywołał ani jednego materiału dowodowego, wyłączył nawet z rozprawy opinię przygotowaną przez „biegłego” Grzesiowskiego, aktualnego szefa GIS.

Innym głośnym przykładem był „proces” dr Sienkiewicz prowadzony przez tych samych wyznawców “nałóki” bawiących się w sędziów. Jednym z większych skandali tej kapturowej rozprawy było fakt, że ani biegli ani skład orzekający NSL nie odnieśli się nawet jednym zdaniem do przedstawionych przez dr Sienkiewicz 567 stron publikacji naukowych, które wcześniej NSL nakazał w trybie ekspresowym przetłumaczyć przez tłumacza przysięgłego za kwotę 40 000 zł. W tym samym czasie NSL przyjmował publikacje naukowe w języku angielskim od wyznaczonych przez siebie biegłych.

Teraz przyszedł czas na Katarzynę Ratkowską, lekarkę, która miała odwagę ostrzegać pacjentów o istnieniu niebezpieczeństwa poważnych powikłań po tzw. szczepionkach przeciw COVID-19, które wtedy wchodziły do użytku oraz leczyć pacjentów amantadyną, lekiem przeciwwirusowym, stosowany od 30 lat w leczeniu m.in. grypy, który ma również właściwości cenne dla układu nerwowego i jest stosowana w leczeniu choroby Parkinsona. Pani Ratkowska jest lekarzem psychiatrą i stosowała amantadynę w ramach swojej specjalizacji, w tzw. polekowych zespołach parkinsonowskich, miała więc doświadczenie w jej stosowaniu.

Sąd lekarski chce pozbawić doktor Katarzynę Ratkowską prawa do wykonywania zawodu lekarza na dwa lata. Podobnie jak w przypadku dr Sienkiewicz, sąd odmówił przyjęcia jako materiał dowodowy badań publikowanych w czasopismach naukowych nakazując Pani Ratkowskiej dokonanie tłumaczenia przysięgłego tych dokumentów. Nie ma to żadnego procesowego uzasadnienia poza chęcią dokuczenia lekarce. W procedurze sądowej należy odróżnić dokumenty w znaczeniu ścisłym (np. zaświadczenia lekarskie, akty stanu cywilnego, decyzje administracyjne) od materiałów dowodowych o charakterze naukowym (artykuł w „The Lancet”, „Nature”). Publikacja naukowa nie jest dokumentem urzędowym w rozumieniu art. 244 KPC czy odpowiednich przepisów KPK, wymagającym uwierzytelnienia przez tłumacz. Jest to źródło wiedzy specjalistycznej. W przypadku lekarzy – którymi są członkowie izby – język angielski jest standardem w nauce i medycynie (EBM – Evidence Based Medicine). Skład orzekający (lekarze!) posiada kompetencje do zrozumienia tekstu specjalistycznego w stopniu wyższym niż tłumacz przysięgły (filolog), który nie posiada wykształcenia medycznego i może błędnie przetłumaczyć specjalistyczne terminy medyczne.

Zgodnie z zasadą prawdy obiektywnej (art. 2 § 2 KPK w zw. z art. 112 ustawy), sąd ma obowiązek dążyć do ustalenia stanu faktycznego zgodnego z rzeczywistością. Odrzucenie kluczowego dowodu z badania naukowego tylko z powodu braku pieczęci tłumacza przysięgłego (przy jednoczesnym przedłożeniu tłumaczenia zwykłego lub posiadanej znajomości języka przez skład orzekający) może zostać uznane za naruszenie prawa do obrony oraz obowiązku wszechstronnego wyjaśnienia sprawy. Sąd, jeśli zależałoby mu na dojściu do prawdy, może na podstawie art. 193 § 1 KPK powołać biegłego lekarza danej specjalizacji, który w ramach swojej opinii dokona merytorycznej analizy zagranicznego piśmiennictwa.

Ale nie o prawdę w tym procesie chodzi. I nie chodzi tu o naukę, lecz o dyscyplinowanie i o uciszanie niepokornych lekarzy, którzy burzyli „konsensus naukowy”. Jak ujawnił w tweecie dr Basiukiewicz, kolejny z listy niepokornych lekarzy, który był oskarżony o postępowanie niezgodnie z etyką lekarską (rozumiane jako głoszenie niepoprawnych politycznie poglądów na temat pandemii koronawirusa), przewodniczący Naczelnego Sądu Lekarskiego Jacek Miarka wysłał 18 marca 2022 roku „instrukcję” do wszystkich sądów lekarskich jawnie sugerującą stosowanie jednolitej linii orzecznictwa dla spraw dotyczących wypowiedzi lekarzy „antyszczepionkowców”. W piśmie przewodniczący NIL zaleca zapoznanie się z opinią sporządzoną na potrzeby Naczelnego Rzecznika Odpowiedzialności Zawodowej oraz Naczelnego Sadu Lekarskiego przez „zespól znakomitych prawników, a dotyczącą granic prawa lekarzy i lekarzy dentystów do korzystania z wolności słowa.

Opinia ta została sporządzoną po to, żeby można było ją wykorzystywać w postępowaniach przeciwko lekarzom „wygłaszającym publicznie wielce szkodliwe dla środowiska lekarskiego i społeczeństwa, nieoparte na żadnych faktach poglądy antyszczepionkowe.” Jej celem jest opracowanie jednolitej linii orzeczniczej dla wszystkich sądów lekarskich. Portal patrzymy.pl napisał: „Wyraźnie zaznaczoną intencją w piśmie Przewodniczącego NSL, jest uciszenie każdego lekarza, który według tej opinii przekracza granice wolności słowa. Nie ma to nic wspólnego z niezawisłością i niezależnością sędziowską, nie ma to nic wspólnego z jednolitą linią orzeczniczą, to jest po prostu presja na składy orzekające i to rozesłana „hurtowo” do wszystkich sądów. Co więcej przy takiej „instrukcji” w zasadzie nie ma potrzeby dochodzić do prawdy materialnej i ustalenia stanu faktycznego, wszystko da się załatwić opinią „wybitnych prawników” i tym wszystkim jest oczywiście wyrok skazujący dla ‘lekarzy antyszczepionkowców’.”

Ostatecznie dr Basiukiewicz został uniewinniony w całości przez Sąd Lekarski przy Okręgowej Izbie Lekarskiej w Warszawie z „zarzutów prezentowania w ostatnich 2 latach poglądów niezgodnych z zasadami Etyki Lekarza”.

Jak będzie w przypadku Pani Ratkowskiej? Trudno powiedzieć – jej „niepokorność” była dubeltowa, bo nie tylko nie bała się mówić prawdę, ale brała udział w interwencji poselskiej Grzegorza Brauna w Narodowym Instytucie Zdrowia Publicznego PZH, która pokazała, że urzędnicy, z pełniącym obowiązki dyrektora na czele, wykazali się szokującym brakiem wiedzy. Po tej wizycie powstał dokument, zatytułowany “Interwencja w NIZP-PZH” (z maja 2023 r.) przygotowany przez zespół polskich lekarzy i badaczy, skierowany do Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Zakładu Higieny. Dokument (naukabezcenzury.pl/interwencja-w-NIZP-PZH), który jest aneksem do wspomnianej interwencji poselskiej Grzegorza Brauna z września 2022 r., argumentuje, że szczepionki (określane jako eksperymentalne preparaty genetyczne) są niebezpieczne, powodują masowe zgony i ciężkie powikłania zdrowotne, i powinny być natychmiast wycofane. Opiera się na danych z oficjalnych źródeł, takich jak raporty Pfizer, FDA, EMA, VAERS, EudraVigilance, EuroMomo, ONS (UK) oraz badania niezależne.

Autorzy oskarżają instytucje zdrowotne o ignorowanie dowodów na szkodliwość szczepionek, mimo ich warunkowego dopuszczenia w UE i USA. Twierdzą, że preparaty te spowodowały setki tysięcy zgonów na świecie (potencjalnie zaniżone 100-krotnie z powodu niepełnego raportowania), wzrost ogólnej śmiertelności w krajach o wysokim wyszczepieniu (np. 5162% wzrost w Australii w 2022 r. vs. 2020) oraz że ponad 90% zgonów z COVID-19 dotyczy osób zaszczepionych. Podkreślają istnienie bezpieczniejszych alternatyw, takich jak iwermektyna, amantadyna, hydroksychlorochina i witamina D. Dokument wymienia liczne powikłania, w tym udary, zawały serca, zatorowość płucną, zapalenia autoimmunologiczne serca i mózgu, choroby neurologiczne, nowotwory, uszkodzenia układu odpornościowego, niepłodność, poronienia i martwe urodzenia. Dokument cytuje badania producenta szczepionek, w tym raport firmy Pfizer z lutego 2021 r. (ujawniony na mocy nakazu sądowego), dotyczący zgłoszeń o zdarzeniach niepożądanych po dopuszczeniu do obrotu, z którego wynika, że w ciągu kilku tygodni od podania szczepionki, Pfizer musiał zwiększyć zatrudnienie o 600 pełnoetatowych pracowników, aby sprostać rosnącej liczbie zgłaszanych zdarzeń niepożądanych. W ciągu 2 miesięcy firma oddała do dystrybucji nieco ponad 126 mln dawek, co skutkowało ponad 42 tysiącami zgłoszeń o zdarzeniach niepożądanych – w tym 1223 zgonami – to są dane za okres od grudnia 2020 do 28 lutego 2021! Skuteczne i bezpieczne.

Jak te represje ze strony lekarzy wobec innych lekarzy pogodzić z Kodeksem Etyki Lekarskiej? Lekarz przyrzeka w nim uroczyście „służyć życiu i zdrowiu ludzkiemu, według najlepszej wiedzy przeciwdziałać cierpieniu i zapobiegać chorobom, a chorym nieść pomoc bez żadnych różnic, takich jak: rasa, religia, narodowość, poglądy polityczne, stan majątkowy i inne, mając na celu wyłącznie ich dobro i okazując im należny szacunek, nie nadużywać ich zaufania i dochować tajemnicy lekarskiej nawet po śmierci chorego, strzec godności stanu lekarskiego i niczym jej nie splamić, a do kolegów lekarzy odnosić się z należną im życzliwością, nie podważając zaufania do nich, jednak postępując bezstronnie i mając na względzie dobro chorych, stale poszerzać swą wiedzę lekarską i podawać do wiadomości świata lekarskiego wszystko to, co uda mi się wynaleźć i udoskonalić.

Pani Katarzyno – modlimy się za Panią [md]

Mariusz Jagóra Mar 3, 2026 mariuszjagora/lekarski-sad-kapturowy-ponownie-atakuje

Prof. Mearsheimer: To Żydzi kierują tym pociągiem. Trump tylko wykonuje rozkazy

 


Czy Stany Zjednoczone i Izrael mogą wygrać wojnę z Iranem? John Mearsheimer, profesor z Uniwersytetu w Chicago, uważa, że nie.

Problemem są skrajnie nierealistyczne cele, który postawiły sobie władze obu napastniczych krajów.

Znany politolog i teoretyk realizmu ofensywnego, prof. John Mearsheimer, stwierdził, że cele, jakie postawiło sobie państwo amerykańskie, są po prostu nie do zrealizowania. – Nie ma sposobu na to, byśmy wygrali tę wojnę w jakiś znaczący sposób. Jedyne, co muszą zrobić Irańczycy, to przetrwać. Wówczas wygrają – i sądzę, że to im się uda. Moim zdaniem wpakowaliśmy się w poważne kłopoty – powiedział w rozmowie z Judge’m Napolitano na youtube.

Ekspert podkreślił, że prezydent Donald Trump nie jest w stanie przedstawić Amerykanom żadnej spójnej strategii wojny w Iranie. Bardzo szybko wskazuje zupełnie odmienne cele całej operacji.

– Szczerze mówiąc uważam, że to jest jednak bez znaczenia. Pytanie o cel zakłada, że to my kierujemy tym pociągiem. […] Prawda jest taka, że to Izraelczycy siedzą na miejscu maszynisty i kierpwcy. Tucker Carlson spotkał się z prezydentem Trumpem, a ten powiedział mu, że nie miał innego wyjścia, jak tylko iść na wojnę. […] Tuckerowi powiedziano, że to Izraelczycy kierują pociągiem, a Trump po prostu wykonuje rozkazy. Dlatego pytanie o nasze cele nie ma znaczenia. Ważne jest pytanie o cele Izraelczyków, a te są zupełnie jasne – stwierdził. 

Zdaniem Mearsheimera Żydzi próbowali wciągnąć USA w wojnę z Iranem już dwukrotnie w 2024 roku, ale administracja Bidena na to nie pozwoliła. Amerykanie bronili Izraela, kiedy dochodziło do irańskich ataków, ale nie chwycili przynęty rzucanej przez Netanjahu, by wdać się w regularny konflikt. Administracja Trumpa działa inaczej. Jak przypomniał Mearsheimer, już w 2025 roku USA zaatakowały Iran, wychodząc poza wcześniejszą strategię ograniczania się do obrony Izraela.

Profesor podkreślił, że atak na Iran jest nie do uzasadnienia na gruncie prawa międzynarodowego, ale dla Trumpa nie ma to znaczenia.

– Prezydent Trump nie przejmuje się ani prawem międzynarodowym, ani prawem krajowym w Stanach Zjednoczonych. Jest unilateralistą. Robi po prostu to, co chce. Uważa, że prawo to coś, co można zignorować, jeżeli jest to akurat wygodne – wskazał.

Żydzi jasno zakomunikowali, że ich celem jest zmiana władzy w Iranie. Taki jest też zatem cel, który realizują Amerykanie. – Mówi się o wyeliminowaniu pocisków balistycznych Iranu, o tym, żeby zniszczyć irańskie możliwości wzbogacania uranu, a ostatecznie żeby zlikwidować zdolność Iranu do wspierania Hamasu, Hezbollahu i Huti. Nie da się jednak osiągnąć tych rzeczy bez wcześniejszej zmiany rządu. Musi powstać nowy rząd, który zdecyduje, że nie będzie tworzyć pocisków balistycznych, wspierać Huti i Hamasu i tak dalej, nie będzie już pracować nad bronią nuklearną – powiedział.

Według Mearsheimera na tym właśnie polega problem: bo w jego ocenie zmiana władzy w Iranie jest po prostu kompletnie nierealistyczna.

Mearsheimer wskazał, że zmiana władzy wymagałaby osadzenia w Iranie kogoś, kto byłby w stanie rządzić krajem zgodnie z interesami Izraela – ale nikogo takiego nie ma. Jedyną propozycją jest przekazanie władzy w ręce szacha, ale to skrajnie trudny scenariusz, jako że szach nie ma poparcia w kraju. Byłby znienawidzony.

Profesor uważa też, że USA zaangażowały się w wojnę z Iranem pod wpływem nacisków Izraela oraz syjonistycznego lobby. – Trump jest pod ogromną presją ze strony lobby. Jeżeli spojrzymy na jego zespół negocjacyjny, to zobaczymy tam jego zięcia Jareda Kushnera oraz Steva Witkoffa jako dwóch głównych negocjatorów – to właśnie oni reprezentują USA w rozmowach z Iranem. To arcy-syjoniści. Obaj są głęboko oddani Izraelowi, to prawnicy Izraela. To pokazuje, że to nie tylko Izrael wywiera presję na Stany Zjednoczone, […], to Izrael plus lobby.

Gdyby nie to niesamowicie wpływowe lobby w USA, które wywiera nacisk na prezydenta Trumpa i jego poprzedników, mielibyśmy zarówno dziś jak i w przeszłości fundamentalnie odmienne podejście do Izraela. Traktowalibyśmy go jak normalny kraj, ale tak nie robimy – podkreślił.

pch24/prof-mearsheimer-to-zydzi-kieruja-tym-pociagiem-trump-tylko-wykonuje-rozkazy

wtorek, 3 marca 2026

Czy wulgaryzm to język diabła?



„Czym jest człowiek, że o nim pamiętasz, i czym — syn człowieczy, że się nim zajmujesz? Uczyniłeś go niewiele mniejszym od istot niebieskich, chwałą i czcią go uwieńczyłeś”. (Ps 8, 5-6)

Psalm 8 przypomina nam, że człowiek został stworzony niewiele niższym od aniołów. Skoro tak, czy nie powinniśmy dążyć do tego, by nasze zachowanie i sposób bycia odzwierciedlały tę wyjątkową godność?

 Mowa jako fundament cywilizacji chrześcijańskiej

Jednym z przejawów cywilizacji chrześcijańskiej jest kultura języka. W przeszłości ludzie, szanując swoje chrześcijańskie dziedzictwo, dbali o piękno i czystość mowy. Wulgaryzmy, przekleństwa i złorzeczenia były uznawane za oznakę moralnej degradacji. Nawet ci, którzy nie identyfikowali się z chrześcijaństwem, starali się unikać wulgarnego języka w przestrzeni publicznej.

 Upadek barier przyzwoitości

Dziś obserwujemy powszechną akceptację wulgaryzmów. Język, który dawniej uważano za niedopuszczalny, stał się normą. Przekleństwa można usłyszeć wszędzie – w przestrzeni publicznej, mediach, a nawet w obecności dzieci, duchowieństwa czy osób starszych. Brak powściągliwości i kultury języka dotyczy wszystkich grup społecznych, bez względu na wiek, płeć czy status społeczny.

Co więcej, wulgarność często bywa traktowana jako wyraz „szczerości” lub „autentyczności”. W efekcie nawet osoby religijne, konserwatywne, pro-life czy prorodzinne niekiedy posługują się wulgarnym językiem, nie dostrzegając w tym niczego niestosownego. Tymczasem cywilizacja chrześcijańska opiera się na zasadach takich jak szacunek, piękno i godność – także w mowie.

Wulgarność jako broń ideologiczna

Wulgarne słownictwo często wykorzystywane jest jako narzędzie walki ideologicznej. Osoby broniące chrześcijańskich zasad nierzadko spotykają się z agresją werbalną. Przykładem są członkowie Towarzystwa na rzecz Obrony Tradycji, Rodziny i Własności (TFP), którzy podczas publicznych akcji modlitewnych i kampanii na rzecz moralności są obrzucani wulgarnymi obelgami. Przeciwnicy cywilizacji chrześcijańskiej, nie mając racjonalnych argumentów, sięgają po język nienawiści i pogardy.

Warto zauważyć, że wulgarność często towarzyszy manifestacjom nienawiści wobec wiary i zasad chrześcijańskich. Opisy przypadków opętań i satanistycznych manifestacji wskazują, że nieczyste duchy posługują się bluźnierstwami i wulgaryzmami. Można więc powiedzieć, że wulgarność jest językiem sprzecznym z tym, do czego Bóg powołał człowieka.

 Dlaczego język się degraduje?

Przyczyn wzrostu wulgarności w przestrzeni publicznej jest wiele:

Zanikanie barier przyzwoitości – W przeszłości przeklinanie było surowo piętnowane. Dziś jest powszechnie akceptowane, a nawet promowane w mediach i popkulturze.

Kultura nihilizmu i moralnego relatywizmu – Społeczeństwa, które aprobują aborcję, pseudomałżeństwa czy pornografię, tracą wrażliwość na piękno i znaczenie ludzkiego życia. Gdy brak troski o duszę, zanika też troska o język.

Niedbałość w codziennym życiu – Ubiór i sposób bycia często odzwierciedlają podejście do języka. Kultura niedbałości i braku estetyki sprzyja używaniu wulgarnego słownictwa.

Odrzucić współczesną wulgarność

Jako chrześcijanie jesteśmy wezwani do życia w sposób, który uwielbia Boga. Święty Paweł pisał: „Odrzućcie to wszystko: gniew, zapalczywość, złość, znieważanie, haniebną mowę od ust waszych!” (Kol 3,8). Powinniśmy zatem dążyć do czystości języka, unikając wulgaryzmów i zachęcając innych do kultury słowa.

Święty Klemens Aleksandryjski mówił:

„To, co wychodzi z ust, kala człowieka – pokazuje, że jest nieczysty, pogański, niewytrenowany, rozwiązły, a nie wybrany, właściwy, honorowy i umiarkowany”.

W dobie upadku kultury języka warto na nowo odkryć jego piękno i znaczenie. Nie pozwólmy, aby współczesna wulgarność oderwała nas od Boga i od godności, do której zostaliśmy stworzeni.

Źródło artykułu: www.tfp.org

Trucizna na Talerzu: Skąd Wzięły się Choroby Cywilizacyjne i Kto za to Odpowiada?

 

Koncerny Spożywcze Na Ławie Oskarżonych — Precedensowy Pozew w San Francisco W grudniu 2025 roku miasto San Francisco złożyło pozew zbiorowy przeciwko największym producentom ultraprzetworzonej żywności — Coca-Coli, Nestlé i innym — oskarżając ich bezpośrednio o wywołanie epidemii chorób metabolicznych. Prof. Kim Newell-Green z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Francisco skomentowała: „Coraz więcej badań wskazuje powiązania…

============================================

Artykuł analityczny z perspektywy nauk o żywieniu, biochemii i zdrowia publicznego

Kiedy Zaczęła Się Epidemia?

Przez większość historii ludzkości rak był rzadkością. Cukrzyca typu 2 była niemal nieznana, choroby zapalne jelit nieobecne w podręcznikach medycznych, a otyłość — przywilejem nielicznych, nie plagą dziesiątkującą całe populacje. Przełom nastąpił w drugiej połowie XX wieku, a jego epicentrum było tam, gdzie zrodziła się przemysłowa rewolucja żywnościowa: w Ameryce Północnej i Europie Zachodniej. To nie przypadek. To skutek systematycznego przestawiania ludzkiego metabolizmu na paliwo, do którego przez miliony lat ewolucji absolutnie nie był przygotowany.

Daty mówią same za siebie. W Stanach Zjednoczonych w latach 50. XX wieku zachorowalność na raka wynosiła ok. 180 przypadków na 100 000 osób rocznie. Dziś ten wskaźnik przekracza 440 na 100 000. Cukrzyca typu 2 dotknęła przed II wojną światową ułamek procenta populacji — dzisiaj jest nią dotkniętych ponad 10% dorosłych Polaków, a choroba Leśniowskiego-Crohna, o której jeszcze 40 lat temu nie pisano w większości europejskich podręczników, stała się jedną z chorób przewlekłych XXI wieku.

Czy to wyłącznie kwestia lepszej diagnostyki? Częściowo — ale nie w stopniu wyjaśniającym tak dramatyczny wzrost. Prawdziwa odpowiedź tkwi głębiej: w tym, co zaczęliśmy jeść, kiedy to zaczęliśmy jeść, i kto miał interes w tym, żebyśmy jedli właśnie to.

Rewolucja Przemysłowa na Talerzu

Do lat 50. i 60. XX wieku dieta przeciętnego Europejczyka i Polaka była prosta: chleb, ziemniaki, mięso, tłuszcze zwierzęce, sezonowe warzywa, nabiał. Żywność była przetworzona minimalnie — solona, kiszona, wędzona. Konserwanty były naturalne, a mikrobiom jelitowy ludzki był stale bombardowany fermentowanymi produktami, które wzmacniały barierę jelitową.

Rewolucja zaczęła się od kilku równoległych zjawisk: pojawienia się margaryny jako substytutu masła, masowej produkcji olejów roślinnych poddanych rafinacji i uwodornieniu (tłuszcze trans), gwałtownego wzrostu spożycia cukru rafinowanego, a później syropu glukozowo-fruktozowego, oraz zalania rynku ultraprzetworzoną żywnością — produktami zawierającymi dziesiątki składników chemicznych, z których wiele nigdy wcześniej nie istniało w biosferze, a co dopiero w ludzkim jelicie.

Biochemicznie skutek był przewidywalny: masowe zaburzenie mikrobioty jelitowej, chroniczne stany zapalne o niskim stopniu nasilenia (ang. low-grade inflammation), insulinooporność, zaburzona synteza neuroprzekaźników oraz — kluczowe dla onkologii — ciągła stymulacja szlaków prozapalnych takich jak NF-κB, który jest jednym z najważniejszych promotorów nowotworzenia.

Biochemia Chorób: Jak Przetworzona Żywność Niszczy Ciało

Na poziomie komórkowym i molekularnym mechanizm jest dobrze udokumentowany. Żywność ultraprzetworzona — definiowana przez klasyfikację NOVA jako produkty zawierające składniki nieużywane w tradycyjnym gotowaniu: emulgatory, stabilizatory, barwniki syntetyczne, słodziki, syropy, hydrolizowane białka — wpływa na organizm wieloma równoległymi ścieżkami.

Uszkodzenie mikrobiomu. Bariera jelitowa to nie tylko ściana mechaniczna — to złożony ekosystem bilionów bakterii, który reguluje odporność, produkcję serotoniny (90% serotoniny powstaje w jelitach), metabolizm hormonów i syntezę krótkołańcuchowych kwasów tłuszczowych odżywiających kolonocyty. Emulgatory powszechnie stosowane w przemysłowych produktach spożywczych (karboksymetyloceluloza, polisorbat 80) zaburzają ten ekosystem, zwiększając przepuszczalność jelita, co prowadzi do zjawiska „leaky gut” — przenikania fragmentów bakteryjnych do krwiobiegu i aktywacji układu odpornościowego.​

Przewlekłe stany zapalne. Badania opublikowane w „Cancer Epidemiology Biomarkers & Prevention” wskazują, że wysokie spożycie żywności ultraprzetworzonej wiąże się z o 48% wyższym wskaźnikiem zgonów z dowolnej przyczyny i o 57% wyższym wskaźnikiem zgonów z powodu nowotworów w porównaniu z osobami jedzącymi ją rzadko. Mechanizmem pośrednim jest właśnie chroniczny stan zapalny — cichy pożar w tkankach, który trwa latami i przez lata nie daje objawów, lecz konsekwentnie uszkadza DNA, telomery i mechanizmy apoptotyczne.​

Insulinooporność i nowotworzenie. Nadmiar cukrów prostych, szczególnie fruktozy, przestawia wątrobę na szlak lipogenezy de novo, prowadząc do stłuszczenia wątroby i insulinooporności. Chronicznie podwyższona insulina i IGF-1 (insulinopodobny czynnik wzrostu 1) bezpośrednio stymulują proliferację komórek i hamują apoptozę — dwa kluczowe mechanizmy nowotworzenia. Cukrzyca typu 2 nieprzypadkowo koreluje ze wzrostem ryzyka raka trzustki, jelita grubego, wątroby i nerki.

Tłuszcze trans i utlenione kwasy tłuszczowe. Oleje roślinne poddane rafinacji w wysokiej temperaturze — a szczególnie smażone wielokrotnie w tych samych tłuszczach, jak to ma miejsce w fast foodach — generują produkty utleniania kwasów tłuszczowych (aldehydy, akroleina, 4-hydroksytrans-2-nonenal), które są cytotoksyczne i genotoksyczne. To nie jest teoria — to udokumentowana biochemia.

Prof. Grażyna Cichosz:

W tym kontekście warto omówić postać, która w Polsce wywołała burzliwą debatę publiczną: prof. dr hab. inż. Grażynę Cichosz — technologa żywności i żywienia, profesora nauk rolniczych Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, absolwentkę Akademii Rolniczo-Technicznej w Olsztynie (1973), doktora nauk technicznych (1979) i autorkę kilkudziesięciu publikacji naukowych.​​

Profesor trafnie wskazała, że aktualne zalecenia żywieniowe „nie mają nic wspólnego z profilaktyką zdrowia” i że „przy niedoborach białka, witamin, związków mineralnych, zwłaszcza przy nadmiarze składników o działaniu prozapalnym, zachowanie zdrowia jest mało prawdopodobne.” To twierdzenie jest w pełni zgodne z aktualną literaturą naukową. Niedobory mikronutrientów — witaminy D3, magnezu, cynku, jodu, kwasów omega-3 — są realnym i powszechnym problemem zdrowotnym współczesnych populacji.​

Trafnie też wskazała na zjawisko, które można nazwać „konsensusem tłuszczowym” — uproszczonym przekonaniem, że wszystkie tłuszcze zwierzęce są złe, a wszystkie tłuszcze roślinne zdrowe. Ta narracja, dominująca od lat 70. XX wieku, okazała się zbyt uproszczona. Wiemy dziś, że nienasycone kwasy tłuszczowe omega-6 w nadmiarze sprzyjają prozapalnej równowadze eikozanoidów, i że kwestia jakości tłuszczu — stopień przetworzenia, utlenienie, obecność tłuszczów trans — jest ważniejsza niż proste podziały na „zwierzęce/roślinne.”​

Wskazała też na problem etykietowania żywności i ukrywania rzeczywistego składu produktów przed konsumentami, co jest problemem realnym i dobrze udokumentowanym przez europejskie instytucje konsumenckie.​

Kto Produkuje Choroby? Wielki Przemysł na Ławie Oskarżonych

Pytanie o odpowiedzialność za epidemię chorób cywilizacyjnych jest pytaniem politycznym, ekonomicznym i etycznym jednocześnie. Odpowiedź na nie pada coraz głośniej z miejsc, których trudno nie zauważyć.

W przełomowym raporcie WHO „Commercial Determinants of Noncommunicable Diseases in the WHO European Region” zidentyfikowano cztery gałęzie przemysłu odpowiedzialne za 34% wszystkich zgonów na świecie – czyli 19 milionów przedwczesnych śmierci rocznie: przemysł tytoniowy, alkoholowy, ultraprzetworzonych produktów spożywczych oraz paliw kopalnych.

Dyrektor regionalny WHO dr Hans Henri P. Kluge stwierdził wprost, że te branże „zabijają codziennie co najmniej 7 tysięcy ludzi w regionie europejskim” i jednocześnie „blokują regulacje, które chroniłyby społeczeństwo przed szkodliwymi produktami.”​

Raport opisuje mechanizm, który można nazwać „przemysłowym sabotażem zdrowia publicznego”: finansowanie badań naukowych dających wygodne wyniki, lobbowanie przeciwko regulacjom, agresywny marketing skierowany do dzieci, celowe projektowanie produktów tak, by były uzależniające (wysoka zawartość cukru, soli i tłuszczu aktywuje te same ścieżki dopaminergiczne co substancje uzależniające).​

W grudniu 2025 roku miasto San Francisco złożyło pozew zbiorowy przeciwko największym producentom ultraprzetworzonej żywności — Coca-Coli, Nestlé i innym — oskarżając ich bezpośrednio o wywołanie epidemii chorób metabolicznych. Prof. Kim Newell-Green z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Francisco skomentowała: „Coraz więcej badań wskazuje powiązania tych produktów z poważnymi chorobami, od cukrzycy typu 2 po raka jelita grubego.” To precedens prawny, który może zmienić historię — podobnie jak proces przeciwko producentom tytoniu w latach 90. przyniósł miliardowe ugody i radykalną zmianę regulacji.​

W Stanach Zjednoczonych 70% sprzedawanych produktów spożywczych to żywność ultraprzetworzona. W Polsce odsetek ten jest niższy, ale dramatycznie rośnie z dekady na dekadę — równolegle z krzywą zachorowań na choroby metaboliczne.​

Mechanizm Władzy: Dlaczego Na To Pozwalamy?

Odpowiedź na pytanie „dlaczego na to pozwalamy?” wymaga zrozumienia kilku nakładających się mechanizmów.

Lobbing i regulacje. Wielkie koncerny spożywcze wydają setki milionów euro rocznie na lobbing w Brukseli i w stolicach państw członkowskich. W Parlamencie Europejskim przez lata blokowano wprowadzenie systemu etykietowania Nutri-Score jako obowiązkowego. Przemysł cukrowniczy w latach 60. XX wieku finansował badania naukowe, które przesunęły „winę” za choroby sercowo-naczyniowe z cukru na tłuszcz — i ta narracja zdominowała zalecenia żywieniowe przez następne 40 lat. To nie jest teoria spiskowa — to udokumentowana historia, opisana w recenzowanych artykułach naukowych w JAMA Internal Medicine w 2016 roku.

Ekonomia uzależnienia. Przetworzona żywność jest zaprojektowana tak, by być jedzoną w ilościach przekraczających fizjologiczne potrzeby. Połączenie cukru, tłuszczu i soli w proporcjach badanych przez przemysłowych chemików żywności aktywuje jądro półleżące — centrum nagrody w mózgu — w sposób analogiczny do substancji psychoaktywnych. Konsument kupujący chipsy nie jest słabym człowiekiem bez siły woli. Jest ofiarą inżynierii biochemicznej.

Eksternalizacja kosztów zdrowotnych. Koncerny spożywcze i farmaceutyczne osiągają gigantyczne zyski, natomiast koszty leczenia chorób, które ich produkty współ-powodują — chorób serca, cukrzycy, nowotworów, depresji — ponosi system publicznej opieki zdrowotnej, czyli my wszyscy jako podatnicy. To klasyczna ekonomiczna eksternalizacja kosztów negatywnych. Gdyby koncerny były zobowiązane do finansowania leczenia chorób epidemiologicznie powiązanych z ich produktami — tak jak producenci tytoniu zostali zobowiązani w USA — model biznesowy ultraprzetworzonych produktów spożywczych przestałby być opłacalny.

Konflikty interesów w nauce. Granty badawcze od przemysłu spożywczego trafiają do laboratoriów na prestiżowych uczelniach. Badania finansowane przez Coca-Colę miały pięciokrotnie wyższe prawdopodobieństwo konkluzji korzystnych dla firmy niż badania niezależnie finansowane — wykazała metaanaliza z „PLOS Medicine”. Nie chodzi o to, że każdy naukowiec bierze łapówki. Chodzi o to, że tematy badań, metodologia, a niekiedy wnioski — są subtelnie kształtowane przez interesy fundatora. To „miękka korupcja” nauki, którą trudno udowodnić, ale której wpływ na politykę żywieniową był i jest ogromny.

Czy Koncerny Powinny Płacić Za Leczenie?

Z perspektywy prawnej, etycznej i ekonomicznej odpowiedź brzmi: tak, i ruch w tym kierunku już się zaczął.

Model tytoniu jest tu precedensowy. W 1998 roku 46 stanów USA podpisało ugodę z czterema największymi producentami tytoniu na kwotę 206 miliardów dolarów, przeznaczoną na pokrycie kosztów leczenia chorób tytonio-zależnych w systemach opieki zdrowotnej. Okazało się, że prawo jest w stanie zidentyfikować związek przyczynowo-skutkowy między produktem a szkodą zdrowotną — nawet gdy producent przez dekady ukrywał wiedzę o tej szkodliwości.

W przypadku przemysłu spożywczego kluczowe prawne pytanie brzmi: od kiedy producenci wiedzieli, że ich produkty szkodzą? Dokumenty wewnętrzne kilku wielkich koncernów, upublicznione przez dziennikarzy śledczych, sugerują, że firmy takie jak Coca-Cola posiadały wewnętrzne badania wskazujące na uzależniający charakter ich produktów już w latach 80. XX wieku — i aktywnie finansowały przeciwne narracje w przestrzeni publicznej.

Pozew San Francisco z grudnia 2025 roku jest pierwszym tak bezpośrednim prawnym atakiem na przemysł ultraprzetworzonej żywności w kontekście epidemii chorób cywilizacyjnych. Jeśli zakończy się ugodą lub wyrokiem na korzyść powoda, może stać się katalizatorem podobnych procesów w Europie.​

W Polsce temat ten pozostaje marginalny. Nie istnieje żaden mechanizm prawny, który zobowiązywałby producenta żywności do partycypacji w kosztach leczenia chorób epidemiologicznie powiązanych z jego produktami. NFZ finansuje leczenie raka jelita grubego, cukrzycy, chorób serca — bez żadnego udziału firm, których produkty do tych chorób istotnie się przyczyniły.

Dlaczego Milczymy? Psychologia Zgody Na Trucie

Mechanizm psychologiczny, który utrzymuje ten system, jest subtelny, ale potężny.

Po pierwsze, efekt odroczenia szkody. Pojedyncza puszka napoju gazowanego nikomu nie robi natychmiastowej krzywdy. Choroba pojawia się po 20 latach regularnej konsumpcji. Ludzki mózg jest słabo przystosowany do wyceniania ryzyk odroczonych — reagujemy na zagrożenia bezpośrednie, nie na statystyczne prawdopodobieństwo raka za dwie dekady.

Po drugie, indywidualizacja winy. Przemysł spożywczy ogromnie inwestuje w narrację odpowiedzialności indywidualnej: „masz wolny wybór, nikt cię nie zmusza”. To przenosi odpowiedzialność systemową na barki jednostki i odsuwa od siebie odpowiedzialność za to, że określone produkty są zaprojektowane tak, by minimalizować ów „wolny wybór”.

Po trzecie, ochrona tożsamości przez konsumpcję. W nowoczesnym społeczeństwie konsumpcja jest tożsamościowa. Marki żywności są powiązane z grupami społecznymi, stylem życia, kulturą. Kwestionowanie produktów, które jemy od dzieciństwa, jest psychologicznie równoznaczne z kwestionowaniem własnej tożsamości.

Po czwarte, brak edukacji żywieniowej. W polskim systemie edukacyjnym nie ma obowiązkowego, rzetelnego przedmiotu uczącego biochemii żywienia. Dzieci uczą się historii starożytnego Rzymu, ale nie uczą się odczytywać etykiet produktów spożywczych i rozumieć, co znaczy „maltodekstryna”, „karagenan” czy „syrop glukozowo-fruktozowy”.

Co Możemy Zrobić? Między Indywidualizmem a Polityką

Na poziomie indywidualnym fundamentalne zasady są proste, choć trudne do realizacji w warunkach nowoczesnego życia: minimalizowanie żywności ultraprzetworzonej, powrót do kuchni opartej na produktach o minimalnym stopniu przetworzenia, dbałość o jakość tłuszczów, białek i bogactwo warzyw fermentowanych. To nie wymaga drogich suplementów ani ekstremalnych diet — wymaga zmiany nawyków i odrzucenia convenience food jako podstawy żywienia.

Na poziomie systemowym potrzebna jest polityczna wola, której w Polsce brakuje. Konkretne działania to: opodatkowanie żywności ultraprzetworzonej (analogiczne do podatku cukrowego, wprowadzonego w Polsce w 2021 roku, ale rozszerzonego na szerszą kategorię produktów), obowiązkowe czytelne etykietowanie z systemem Nutri-Score, zakaz agresywnego marketingu ultraprzetworzonych produktów skierowanego do dzieci, a w dalszej perspektywie — regulacje wymuszające na producentach partycypację w kosztach zdrowotnych szkód epidemiologicznie powiązanych z ich produktami.

Odpowiedzialność Bez Granic

Wracając do pytania tytułowego: od kiedy zaczęły się choroby cywilizacyjne w ich obecnej skali? Od mniej więcej połowy XX wieku, gdy przemysłowa rewolucja żywieniowa zalała rynki produktami biochemicznie obcymi dla ludzkiego metabolizmu, zmodyfikowała na masową skalę ludzki mikrobiom, i przestawiła całe populacje z żywności tradycyjnej na żywność inżynierowaną dla trwałości i uzależnienia, a nie dla zdrowia.​

Kto za to odpowiada? Odpowiedzialne są koncerny, które od dekad posiadają wiedzę o szkodliwości swoich produktów i aktywnie tę wiedzę ukrywały lub marginalizowały. Odpowiedzialny jest system polityczny, który pozwolił, by lobbing przemysłowy kształtował politykę zdrowotną. Odpowiedzialny jest świat nauki, który zbyt długo tolerował konflikty interesów finansowych.

Przypadek prof. Grażyny Cichosz jest ilustracją szerszego problemu: w przestrzeni, gdzie instytucjonalna nauka zbyt długo ignorowała słuszne niepokoje dotyczące przetworzonej żywności — zaczęły rosnąć głosy mieszające realne obserwacje z niesprawdzonymi tezami, a publiczność, słusznie nieufna wobec mainstreamu, nie jest wyposażona w narzędzia, by odróżnić jedno od drugiego. Wypełnienie tej luki rzetelną, niezależną edukacją żywieniową jest dziś jednym z najpilniejszych zadań zdrowia publicznego.

Raport WHO mówi to wprost: wielki przemysł „wykorzystuje jawne i ukryte metody w celu zwiększenia swoich zysków poprzez opóźnianie i wykolejanie polityk mających na celu poprawę zdrowia populacji.” Dopóki koszty tego procederu ponosimy zbiorowo — jako pacjenci, podatnicy i rodziny chorych — a zyski prywatyzowane są przez akcjonariuszy kilku korporacji, mamy do czynienia z jedną z największych niesprawiedliwości ekonomicznych naszych czasów. I mamy pełne prawo, a nawet obowiązek, domagać się, by to się zmieniło.​

Artykuł ma charakter analityczny i publicystyczny. Nie zastępuje indywidualnej porady medycznej ani dietetycznej

https://waweldom.com/

sobota, 28 lutego 2026

Żydowscy gangsterzy


"Na temat zorganizowanej przestępczości żydowskiej w USA istnieje spore piśmiennictwo, żeby wymienić choćby klasyczne pozycje Tough Jews, Fathers, Sons and Gangsters Richarda Cohena , Our Gang: Jewish Crime and the New York Jewish Community 1900-1940 , Jenny Weismann Joselit, „But He Was Good to His Mother”: The Lives and Crimes of Jewish Gangsters Roberta Rockaway`a, Little Man: Meyer Lansky and the Gangster Life Roberta Lacey’a (zob. bibliografię pod hasłami https://en.wikipedia.org/wiki/Jewish-American_organized_crime oraz https://de.wikipedia.org/wiki/Kosher_Nostra). Córka Lansky`ego Sandi Lansky Lombardo napisała swoją autobiografię Daughter of the King: Growing Up in Gangland.

Lansky (urodzony w 1902 roku w Grodnie jako Meier Suchowlański) i Benjamin „Bugsy” Siegel to ważne postaci mafijno-gangsterskiego podziemia żydowskiego; zwłaszcza ten pierwszy – prawdziwy geniusz finansowy i nadzwyczaj utalentowany menedżer podziemnego biznesu, jednakże ojcem-założycielem żydowskiej zorganizowanej przestępczości w USA był Arnold „the Brain” Rothstein – Lansky, Siegel, Louis „Lepke” Buchalter byli jego „uczniami”. Ten ostatni to jedyny żydowski gangster stracony przez stan Nowy Jork.

Oprócz nich mamy całą plejadę żydowskich przestępców, członków Kosher Nostry, których życiorysy stanowią bogaty materiał historyczny, mogący z łatwością posłużyć do „wykreowania narracji o gangach Izraelitów”: Irving „Puggy” Feinstein, Dutch Schultz, Abraham „Twist Kid” Reles, Harry „Pep” Strauss, Emanuel „Mendy” Weiss, Jacob „Gurrah” Shapiro, Milton Goldberg, Jake Lansky, Hyman „Red Hymie” Siegel, Meyer „Mickey” Cohen, Edward „Monk” Eastman , George Freeman, Morris „Moe” Dalitz, Louis Rothkopf, Alex „Shondor” Birns, Martin „Bugsy” Goldstein, Irving Mishel, Irving „Knadles” Nitzberg, Morris „Sheppie” Shapiro, Tom Cutty, Philip „Farvel” Kovolick, Charles Haim, Hyman „Nig Rosen” Stromberg, Albert „Tic Toc” Tannenbaum, Abner „Longie” Zwillman, Sidney „Fats” Brown, Charles „Charlie the Bug” Workman, Big Jack Zelig, Max Zweifach, Sholem Bernstein, Bernard „Lulu” Rosenkrantz, Abraham „Bo” Weinberg, Harry „Gyp the Blood” Horowitz, Samuel Stein, Moe Klemas, Abraham „Abe” Chait, Dutch Goldberg, Joe Miller, Sam Berger, Joe Berger, Benjamin „Benny” Levine, Abe Gordon, Harry „Little Lefty” Strasser, Sam Smith, Gabriel Klar, Paul „Red” Dorfman, Benjamin „Benny the Bug” Ross, Arthur „Lefty” Clark, Irving „Chink” Sherman, Teddy Ray, Samuel „Sammy Schlitz” Schlitten, Morris „Moishe” Schlitten, Abe Bernstein, Larry „The Fixer” Knohl, bracia Harry „Little Gangy” Davidoff i Willie „Big Gangy” Davidoff, Sammy Goldstein, Sol „Pork Chop” Margolies, Joseph „Doc” Stracher, Izydor „Kid Cann” Blumenfeld i jego dwaj bracia Harry i Jiddy Bloom, Israel Alderman, Shachna Itzik Birger, Abraham „Trigger Abe” Chalupowitz, Jake Guzik, Izzy Kaplan, Joseph „Nigger Joe” Lebowitz, William Lipshitz, Louis „Lefty Louie” Rosenberg, Joseph „Joe the Grease” Rosenzweig, David „Davie the Jew” Berman, Charles „King Solomon” Solomon, Oscar „The Poet” Friedman, Jacob „Yasha”, „The wandering Jew” Katzenberg, Jack „Greasy Thumb” Guzlik (doradca finansowy Ala Capone), Samuel „Red” Levine (według legendy hitman tak pobożny, że w szabat nie wykonywał wyroków śmierci).

Żydowscy mafiosi i gangsterzy pierwszych dekad XX w. tworzyli trzon amerykańskiej zorganizowanej przestępczości np. stworzony przez Sammie Cohena i kierowany przez braci Bernstein „Purple Gang” kontrolował całkowicie nielegalny biznes w Detroit, w Cleveland rządziła „Czwórka z Cleveland” – „Moe” Dalitz, Morris Kleinman, Sam Tucker i Louis Rothkopf.

Tymczasem w kinie wykreowano, głównie dzięki Ojcowi chrzestnemu i Rodzinie Soprano „narrację o włoskiej mafii”, która przesłoniła żydowską w masowej wyobraźni. Co nie znaczy, że filmy o „gangach Izraelitów” w ogóle nie powstały np. Lepke (1971) z Tony Curtisem , Bugsy ( 1991) z Warrenem Beatty i Harvey`em Keitelem, Lansky (1999) z Richardem Dreyfussem , Dawno temu w Ameryce (1984) z Robertem De Niro – znany film o młodocianych żydowskich gangsterach z Brooklynu w erze prohibicji czy Murder Inc. (1960) – film o żydowsko-włoskim syndykacie zbrodni, który w latach 1929-1941 wykonał od 400 do 1000 morderstw na zlecenie (w roli płatnego zabójcy Abrahama „Kid Twist” Relesa wystapił Peter Falk). W tym roku na ekrany kin trafił Lansky w reżyserii Eytana Rockaway`a (według niektórych krytyków nazbyt hagiograficzny – gangster bohatersko łamie kości amerykańskim „nazistom”).

Najważniejsza różnica pomiędzy włoską a żydowską mafią polegała na tym, że ta druga nie miała charakteru rodzinnego. W związku z tym nie przekazywała „interesów” potomkom, ale zdobyte majątki inwestowała w legalne biznesy, zaś dzieci wysyłała do college`ów i na uniwersytety. W konsekwencji „stara” mafia żydowska z pierwszej połowy XX wieku zanikła rozpływając się w społeczeństwie amerykańskim.

Na marginesie warto zauważyć, że mafia włoska zawsze była mitologizowana jako niezależna siła, podczas gdy np. mafia sycylijska stanowiła w rzeczywistości narzędzie w rękach klasy rządzącej (właścicieli ziemskich). Po 1945 r. we Włoszech mafię uczyniono nieformalnym uczestnikiem systemu politycznego mającym stanowić przeciwwagę dla partii komunistycznej – mafia jest z natury rzeczy antykomunistyczna, bo prowadzi biznesy i jest niezwykle przywiązana do zasad prywatnej własności.

Z artykułu Tomasza Gabisia
http://www.tomaszgabis.pl/2021/09/15/o-suwerennym-trybunale-konstytucyjnym-zydowskich-gangsterach-filozofii-oddychania-postapokalipsie-oraz-innych-sprawach-i-osobach/