poniedziałek, 10 sierpnia 2026

Stany Zjednoczone Izraela


Gdyby paragraf 219/1217 NDAA wszedł w życie, oddalibyśmy naszą republikę konstytucyjną syjonistom. To byłby dosłownie koniec naszego kraju, jaki znamy.

Kiedy w połowie i pod koniec lat 90. regularnie podróżowałem do Izraela w ramach pracy w Organizacji Narodów Zjednoczonych, wielokrotnie uderzało mnie, jak silnie wielu Izraelczyków identyfikowało się ze Stanami Zjednoczonymi. W święta narodowe wielu izraelskich kierowców eksponowało w szybach samochodów dwie małe plastikowe flagi – jedną z niebiesko-białą Gwiazdą Dawida, a drugą z gwiazdami i pasami. „Postrzegamy siebie jako małą Amerykę” – tłumaczył mi mój izraelski gospodarz, ilekroć zwracałem na to uwagę.

Rzeczywistość była zupełnie inna.

Izraelczycy spiskowali za plecami swoich amerykańskich partnerów, a amerykański wywiad i służby bezpieczeństwa uznały Izrael za zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego USA.

Wiem jedno – znalazłem się w samym środku tej dynamiki władzy i ostatecznie zostałem oskarżony przez rząd USA o szpiegostwo na rzecz Izraela. Zarzuty ostatecznie wycofano jako bezpodstawne i motywowane politycznie, ale nastroje stojące za oskarżeniami były prawdziwe – znaczna część amerykańskiego aparatu obrony, wywiadu i bezpieczeństwa postrzegała Izrael jako zagrożenie.

Ponieważ Izrael stanowił zagrożenie.

Nie oznacza to, że nie było współpracy między USA a Izraelem – podczas mojego pobytu w Izraelu hotele były pełne agentów CIA, oficerów armii amerykańskiej i dyplomatów Ministerstwa Spraw Zagranicznych przebywających na oficjalnych misjach.

Istniał jednak „chiński mur” oddzielający USA od Izraela, a wszelkie interakcje podlegały ścisłym protokołom, które przez cały czas utrzymywały ten mur.

Po opuszczeniu Organizacji Narodów Zjednoczonych przez jakiś czas pracowałem jako analityk w stacji NBC News.

Podpisałam również umowę z nowojorską agencją mówców „Greater Talent Network” (GTN).

A te dwa doświadczenia w szczególności uświadomiły mi, w jakim stopniu interesy pro-izraelskie przeniknęły każdy aspekt amerykańskich mediów i zarządzania informacją.

Wielokrotnie podchodzili do mnie producenci stacji NBC i wręczali mi swoje wizytówki – nie NBC, lecz AIPAC (Amerykańsko-Izraelskiego Komitetu Spraw Publicznych, prawdziwej organizacji fasadowej izraelskiego rządu).

Dzięki GTN udało mi się nawiązać bezpośrednie kontakty z AIPAC i organizacjami z nim stowarzyszonymi, które zyskały już mocną pozycję w amerykańskim środowisku naukowym i przemyśle think tanków.

Za pośrednictwem tych sieci poznałem tajemniczy świat za kulisami Kongresu Stanów Zjednoczonych, gdzie AIPAC miał ostatnie słowo u wpływowych senatorów i kongresmenów, a pracownicy Senatu i Izby Reprezentantów otwarcie współpracowali z pracownikami różnych agencji rządowych USA w celu kształtowania polityki.

Paul Wolfowitz, który w tamtym czasie był dziekanem Paul H. Nitze School of Advanced International Studies (SAIS) na Uniwersytecie Johnsa Hopkinsa, zaoferował mi dużą sumę pieniędzy, jeśli dołączę do zespołu.

Musiałem tylko zaakceptować myśl, że Saddam Hussein posiada broń masowego rażenia.

Odrzuciłem ofertę Wolfowitza i odwróciłem się od kliki AIPAC.

Niestety, wybrani przedstawiciele Ameryki nie wykazali się ani taką jasnością moralną, ani lojalnością wobec republiki, której rzekomo służą.

Żyjemy w czasach, w których premier Izraela otwarcie chwali się, że kupił Kongres USA.

AIPAC chwali się, że wydał 100 milionów dolarów, aby osiągnąć właśnie ten cel.

Aktywiści pro-izraelscy wydali 30 milionów dolarów, aby odsunąć Thomasa Massiego od Kongresu USA, ponieważ ośmielił się zakwestionować przekazanie amerykańskiej suwerenności Izraelowi.

Sekretarz stanu USA otwarcie stwierdził, że krytyka Izraela jest powodem odmowy wydania wizy do Stanów Zjednoczonych.

Miejsce, w którym izraelscy politycy otwarcie opowiadają się za ograniczaniem wolności słowa w Ameryce.

A gdzie „Wielki Mur Chiński”, który oddzielał interesy USA i Izraela, jest burzony przez posłuszny Kongres, podczas gdy główne media, które dawno temu zrzekły się swojej niezależności i uczciwości na rzecz interesów Izraela, milczą.

Dokumentem kapitulacji, który sygnalizuje kapitulację republiki konstytucyjnej, dawniej znanej jako Stany Zjednoczone Ameryki, na rzecz nowego podmiotu, który mógłby być bardziej precyzyjnie nazwany „Stanami Zjednoczonymi Izraela”, jest Ustawa o autoryzacji wydatków na obronę narodową (NDAA) z 2027 r., a konkretnie jej sekcja 219 w wersji Izby Reprezentantów i sekcja 1217 w wersji Senatu.

Sekcja 219/1217 nakazuje Sekretarzowi Obrony powołanie Agenta Wykonawczego (EA) w celu rozszerzenia i przyspieszenia głębszej integracji Izraela z instytucjami amerykańskimi. Zgodnie z Dyrektywą 5101.01 Departamentu Obrony (DOD), uprawnienia EA miałyby pierwszeństwo przed uprawnieniami szefów innych jednostek Departamentu Obrony, co oznacza, że ​​EA mogłaby uchylać decyzje innych agencji DOD, takich jak Administracja Bezpieczeństwa Technologii Obronnych (DTSA), dotyczące dostępu Izraela do technologii amerykańskich. Nowa EA wyeliminowałaby bezpośredni nadzór Kongresu i zamiast tego podlegałaby nadzorowi Sekretarza Obrony. Kongres nie miałby zgody Kongresu ani uprawnień do odwołania Agenta Wykonawczego.

Krótko mówiąc, polega ona na delegowaniu konstytucyjnych obowiązków Kongresu do politycznie wyznaczonego przedstawiciela władzy wykonawczej.

Nie to mieli na myśli Ojcowie Założyciele, gdy tworzyli konstytucję.

Artykuł 2191217 integruje amerykańskie i izraelskie programy badawczo-rozwojowe w sposób, który uzależnia Stany Zjednoczone od dostarczania przez Izrael określonych technologii, dając tym samym Izraelowi znaczący wpływ na przyszłą amerykańską politykę i infrastrukturę, splatając łańcuchy dostaw obronnych Izraela i Stanów Zjednoczonych w sektorach rządowym, prywatnym i akademickim oraz zacierając granice integralności terytorialnej i suwerenności politycznej.

Sekcja 219/1217 dotyczy procesów zamówień i nabywania w sektorze obronnym, uniemożliwiając przyszłym administracjom oddzielanie izraelskich technologii lub umów od głównych programów zamówień obronnych. Zmusi to dyrekcje programowe i kierowników Departamentu Obrony do włączenia technologii pochodzenia izraelskiego do systemów amerykańskich. Procedury te sprawiają, że obecne przepisy „Kupuj Amerykę” stają się nieaktualne i przyznają izraelskim firmom dostęp do własności intelektualnej systemów uzbrojenia, z którymi bezpośrednio konkurują.

Artykuł 219/1217 przyznaje Komitetowi Wykonawczemu uprawnienia do realokacji zasobów i priorytetów Departamentu Obrony poprzez priorytetowe traktowanie integracji Izraela ze strukturami obrony narodowej USA. W efekcie podporządkowuje to Izraelowi najbardziej wrażliwe aspekty obronności USA jako całości, poza zakresem nadzoru Kongresu.

W chwili, gdy większość amerykańskiego społeczeństwa zdaje sobie sprawę z przerażających zbrodni, jakich Izrael dopuścił się na narodzie palestyńskim, a także z roli, jaką Izrael odgrywa w uwikłaniu Ameryki w ciągłe wojny na Bliskim Wschodzie, artykuł 219/1217 na stałe zwiąże Stany Zjednoczone z Izraelem, czyniąc tym samym Departament Obrony USA, a co za tym idzie, cały naród amerykański, współwinnymi tych zbrodni.

„Wielki Projekt Izraela”, którego celem jest terytorialna ekspansja Państwa Izrael na Bliskim Wschodzie kosztem jego sąsiadów, chwieje się.

Sam Izrael przeżywa kryzys egzystencjalny z powodu trwającego tam stanu wojny.

Pisałem już wcześniej, że stosunki między Izraelem a Stanami Zjednoczonymi przypominają stosunki pasożyta z żywicielem.

Artykuł 219/1217 prawnie ugruntowałby ten status.

I w ten sposób zniszczyć republikę konstytucyjną.

Konstytucja nakłada na Kongres określone obowiązki i odpowiedzialność.

Przeniesienie tej odpowiedzialności na państwo obce nie należy do tych obowiązków.

Jeśli paragraf 219/1217 wejdzie w życie, Izrael na stałe przyłączy się do amerykańskiego przedsięwzięcia.

Obecnie mamy kongres, który rozważa kryminalizację krytyki Izraela.

Oczywiście jest to zniewaga dla podstawowej zasady wolności słowa.

Nierozerwalne powiązanie bezpieczeństwa Izraela z bezpieczeństwem USA – co stałoby się, gdyby paragraf 219/1217 stał się prawem – przypieczętowało nieuniknioną kryminalizację krytyki Izraela.

NDAA 2027 jest ostatnim bastionem Ameryki.

Usuńmy paragraf 219/1217, a będziemy mieli szansę na przetrwanie.

Jeśli paragraf 219/1217 wejdzie w życie, stracimy Republikę.

Przysięgłem bronić Stanów Zjednoczonych Ameryki, republiki konstytucyjnej.

Nigdy nie będę służył Stanom Zjednoczonym Izraela.

I nikt, kto nazywa siebie Amerykaninem, nie powinien tego robić.

Scott Ritter 7 sierpnia 2026 r.
uncutnews-ch/die-vereinigten-staaten-von-israel

https://dakowski.pl/

Nieśmiałe rozliczenia pandemii

 

Człowiek by się już ponudził, a tu czasy coraz ciekawsze. Nudzić się nie ma jak i kiedy. Codzienny tumult medialnych bębnów zagłusza śpiew ptaków, szmer strumienia czy oddech śpiącego dziecka. Koszmar. Coraz ciężej nam od tego uciec – telefon sam wskakuje do ręki, by po godzinnym amoku samemu ocknąć się z jeszcze większym mętlikiem w głowie. Każdy z nas jest z jakiegoś pokolenia, ma swoją ścieżkę, drogę, którą poprowadził go los w ciągłym mierzeniu się wolnej woli z przeznaczeniem. Ja mam kilka perspektyw: pamiętam jeszcze Gomułkę, potem Gierek to już moja dyskotekowa młodość, następnie karnawał Solidarności, przerwany stanowojennym przetrąceniem kręgosłupa jedności Polaków. Następnie różne fazy transformacji III RP, kolejne wojny, kryzysy, migracje – dowód na to, że koniec historii był de facto początkiem, nie historii, ale histerii.

Wspólnota doświadczeń

Mamy więc różne perspektywy i doświadczenia, ale jedno nas spaja – wspólne doświadczenie kowidowe. Bez względu na wiek, odejmując dzieci, ale te mnie nie słuchają, to było to dla nas wszystkich jedno z mocniejszych wydarzeń w życiu. Głównie z powodu doświadczenia przyspieszonej przemiany oblicza świata. Nigdy to tak szybko nie poszło. Pół roku i było po wszystkim. Świat pękł na postrachanych i denialistów. I rządzące tym wszystkim władze, splecione ze służalczymi mediami.

Zasiane zostały wtedy wzrastające już dziś ziarna „nowej normalności”. Świat, a właściwie jego władcy, odebrali lekcję jak daleko można zajść ze społeczeństwem. I była to dla władców nauka kluczowa, gdyż wyszło, że można praktycznie wszystko. Że sterując strachem – wtedy przed pandemią, dziś przed wojną – mogą zaprowadzić stado ludzkości gdzie się chce. Wystarczy, by społeczność wzięła wilki za pasterzy.

Dziś mijają od pandemii kolejne lata i – jak to zwykle po historycznych traumach – wykształciła się większościowa grupa, centrum pomiędzy ówczesnym zaangażowaniem zamordyzmu, a oporem. Mamy bowiem dziś „w temacie” pandemicznym trzy grupy: zawziętych sanitarystów, którzy pod dowolną lampą dowodów nie wyrzekną się dziś już skompromitowanych aksjomatów kowidowych: tych maseczek, distansignu, lockdownów, a zwłaszcza terroru szczepiennego, którymi z chęcią obdarzali innych, dla ich rzecz jasna własnego dobra. Dla nich była to lekcja kontynuowana i dzisiaj – trzeba bronić nieświadomych nawet przed nimi samymi, czy to wydając maseczkowe nakazy, czy to – jak dziś –  wciskając nas w maszynkę do mięsa „naszej wojny”.

Dziś ta grupa funkcjonuje na tej samej co w przypadku kowida, petardzie: są oni najmądrzejsi, zapatrzeni w autorytety, które suflują kolejne wersje swej „nałuki”, ale jednocześnie oddają się posłannictwu ratowania głąbów, którzy kiedyś mieli nam sprowadzić na głowę śmiertelnego wirusa, dziś już – krwiożerczego Putina. Wszystko jest takie samo – to owieczki, które każą iść innym za pasterzami, o których wiedzą, że nimi nie są, bo w razie nieposłuszeństwa wołają przewodników do wykonania roli wilków, o czym wiedzą wszyscy, oprócz… większości.

Drugie ekstremum – to denialiści. To ta sama grupa, której na ramieniu zawsze siedzi diabełek wątpliwości i szepcze do ucha, by sprawdzać. I coraz częściej wychodzi, że warto sprawdzać. Ale to smutna konstatacja, gdyż jest się wtedy samotnym – prawdziwej wersji świata, odsłaniającej się w przebłyskach konfrontacji z faktami, nie da się odzobaczyć. I tacy później łażą po świecie, widząc tylko same dekoracje. Ale temu diabełkowi towarzyszy zawsze anioł – anioł cierpliwości. Tłumaczenie tej pierwszej grupie, kiedyś sanitarystów, dziś podżegaczy wojennych, z jej powtarzalnymi bo wgranymi opiniami (bo trudno to nazwać poglądami), to nudne spieranie się ze zgraną płytą. Musisz wysłuchać tych zaciętych melodii, słyszanych setki razy gdzie indziej, wyśpiewywanych z wypiekami rewelacyjnych odkryć na przejętej twarzy. I tak tu sobie żyjemy.

Wieczna większość

A pomiędzy nami – większość. Można rzec – konformiści. Ale to nie tu jest sedno. Pandemia był to czas mocnej próby, nagłego postawienia wszystkiego na ostrzu noża: tak-tak, nie-nie. Nigdy świat tak tego nie stawiał, tak nagle i wszechobecnie. Zawsze to było jakoś rozłożone, rozproszone. A tu nagle – zakaz wychodzenia z domu i klops. Potem już poszło z górki: lawina zakazów – wchodziło to jak rozgrzany nóż manipulacji w mięknące społeczne masło wgrywanej paniki. Był to okres próby, którą bez skazy przeszli tylko ci o wręcz epickich dozach determinacji. Dlatego większość to konformiści – każdy z nas (sorki, większość) w jakimiś stopniu poszedł wtedy na kompromis, gdzieś się ugiął. I dlatego teraz nie chce do tego wracać. Bo popatrzcie – największa planetarna trauma, która dotyczyła miliardów ludzi poszła w zapomnienie ciągu 2 lat. Właśnie dlatego, że człowiek nie chce wracać do czasów, kiedy – według siebie – nie za bardzo się spisał.

I – uwaga!, jeśli „po drodze” ktoś z naszych bliskich (a było tego ze 200.000 ludzi) zmarł w czasie pandemii, to mamy dwa wyjścia: pierwsze, dostarczające zasilania do grupy ultrasów, że to właśnie śmiertelny wirus ich zabił i drugie wyjście: zapomnieć o wszystkim, bo inaczej trzeba by było stanąć przed lustrem, które co rano mówi, że trzeba było coś zrobić, a człowiek oddał swoich bliskich w tryby rozregulowanej machiny, zwanej szyderczo ochroną zdrowia. Dlatego większość o tym nie tylko milczy, ale wyrzuca ze swej świadomości jeden z ważniejszych swych momentów formacyjnych. Zamiast wyciągnąć z niego wnioski na całe życie, taką ważną naukę pokrywa się niepamięcią, gdyż wspomnienia mogą nas doprowadzić nie tylko do dyskomfortu, ale i do koniecznych korekt naszych postaw na całe życie. Tyle wiemy o sobie na ile nas sprawdzono. A kowid sprawdził wszystkich, czy im się to podobało, czy nie.

Pamiętacie jak denialiści coś wtedy wspominali, że nadejdzie dzień Norymbergi 2.0 i triumf sanitarystycznej pogardy znajdzie swój niechlubny koniec na sali sądowej światowego trybunału? Byłem raczej sceptyczny wobec takiego scenariusza. Raczej uznawałem to jako marzenie pobitych o przyszłym odroczonym na świętego Nigdy zwycięstwie sprawiedliwości. Nic z tego – wszędzie cicho, a u nas to już jak makiem zasiał. Politycy nie chcą do tego wracać, bo wszystkie (prawie) ekipy się tu umoczyły. Media – to samo. Kościół… oooo, szkoda gadać.

Teraz okazało się, że nikt nic nie wie, nikt nie podejmował właściwie żadnych decyzji, trzeba było aż rozpadu PiS, byśmy w ramach wewnętrznych kłótni zajrzeli do tego gara, który przygotował nam ten pasztet, by się dowiedzieć, że… nie ma winnych. Losy tysięcy przedsiębiorstw, żywot setek tysięcy ludzi, setki miliardów wyrzuconych na jakieś tarcze przed samym sobą, zdrowie psychiczne młodych pokoleń – wszystko wisi w próżni. Nie ma winnych. Tak to jest: ty obywatelu się zapomnisz z jednym kwitem i cię aparat dojedzie, ale wypatroszyć na lata kraj i naród to zdarzenie okazuje się, że jest bezkarne.

Marzenia o Norymberdze

Reiner Fullmich, adwokat, który zapoczątkował projekt Norymberga 2.0, czyli światowy proces nad władzami za poczynania kowidowe sczezł w więzieniu za sprzeniewierzenie środków ze zbiórki na taki proces [ale żyje… md] . Wcześniej poodbijał się ze swymi pozwami od każdego rodzaju sądów na świecie. Okazało się, że im niżej w hierarchii występków i klas przestępczych tym system jest dokładniejszy. Im wyżej zaś – czyli im wyżej w poziomach władzy, zaś przestępstwo, choć administracyjne, acz przynoszące hekatomby ofiar – tym trudniej je osądzić. To jest nauka, która prowadzi do tego, że każdy system broni się przed… sprawiedliwością i nie ma się co dziwić, że przy takim układzie już tylko rewolucje, w formule trybunałów ludowych, mogą się na mocy swej przemocy domagać sprawiedliwości. System to wie i asekuruje się przed tym właśnie systemowo. Jedną z większych nauk, wypartych przez milczącą większość, jest to, że w sumie coraz mniej znaczymy jako obywatele. I niektórzy się z tym zgadzają, wszak trzeba rezygnować z rozpasania wolności w obliczu czy to pandemii, czy wojny. A tu obowiązuje jedna zasada: jeśli władza zobaczy, że społeczeństwo toleruje jej rosnący autorytaryzm z powodu sytuacji nadzwyczajnych, to będzie takie sytuacje prokurować i przedłużać. I tak mamy teraz z wojną, która zastąpiła w tej układance kowida.

Widząc światową powszechność podejścia władz na świecie do kowida wydawało mi się, że nigdy nie zobaczę macherów pandemicznych na ławie oskarżonych. Pomyliłem się i cieszę się z tego. Oto w USA Senat powołał wielką komisję, która pracowała ciężko i udało jej się nie tylko zidentyfikować i podważyć podstawowe filary sanitaryzmu, ale i znaleźć winnych. Oto przed komisją stanął niejaki Anthony Fauci, uosobienie – wtedy – wiedzy i decyzyjności w kwestii kowida, dziś – Czarny Lud winny wszystkiemu. Więcej się w trakcie komisji nie dowiedzieliśmy, bo Fauci odmawiał odpowiedzi nawet na pytanie jakiego koloru ma krawat. Ale dużo dowiedzieliśmy się z pytań, bo te wynikały z ponad 500-stornicowego raportu komisji. Praktycznie padło wszystko, co swym autorytetem (nie „państwo to ja”, ale „nauka to ja”, tak mówił o sobie Fauci) formował oskarżony.

Właśnie, czy oskarżony? Fauci by poszedł za kraty w tempie marszowym. Ale nie, 25 stycznia 2025 roku, na godziny przed objęciem funkcji przez nowo wybranego prezydenta, Donalda Trumpa, ustępujący prezydent Biden ułaskawił Fauciego. A w USA taki akt jest praktycznie ostateczny, jednak wskazuje na priorytety systemu – ostatnia decyzja ustępującego układu, jedna więc z ważniejszych. I od razu widać gdzie są priorytety. Teraz Fauciemu niewiele można zrobić, chyba, że się go wsadzi za okłamywanie i brak szacunku (odmawiał 111 razy udzielenia odpowiedzi) wobec Senatu USA. A za to grozi do roku więzienia. Ułaskawienie Fauciego dotyczy tylko federalnego zakresu jego działalności, ale mogą go pozwać poszczególne stany. I ustawia się już kolejka, zaczyna Floryda.

Wchodzi Senat USA

Komisja w Senacie była to właściwie zabawa jednostronna. Tak, jako się rzekło – więcej dowiedzieliśmy się z pytań i braku odpowiedzi na nie. Ale urzekła mnie jedna wypowiedź senatora Bernie’go Moreno. Ten były potentat motoryzacyjny powiedział prosto w oczy Fauci’emu: „Sześć lat temu zdecydowałem, że zostawię swoje biznesy, sprzedam je, wystartuję w wyborach i oto jestem. Siedzę naprzeciwko ciebie sześć lat później i pytam cię: za kogo ty się, k**wa, uważałeś, żeby robić to wszystko!? To, co zrobiłeś naszemu państwu, to całkowita hańba”. Tylko po to warto było nam czekać, by usłyszeć od kogoś ten poziom determinacji, który leczy nasze poczucie niemożności.

Jeden wątek komisji, oprócz wielu udowodnionych, wzbudził tylko moją wątpliwość. Komisja oskarża Fauciego, że organizował w chińskim niesławnym Wuhan proces tzw. Gain-of-Function, czyli uzłośliwiał istniejące wirusy, niby po to, by – uwaga! – przygotować się na nowe mutacje patogenów. Tworzył je niejako zawczasu, żeby co? No, żeby się przygotować. Z czym? Ano jak to z czym? Ze szczepionkami. A tu miał się taki jeden o numerku 19 wydostać z laboratorium i jak na filmie „Outbreak” z Dustinem Hoffmanem, zakazić cały świat. Taka wersja załatwia parę spraw: załatwia czas, miejsce i osobę. To się dobrze opowiada. Wszystko byłoby dobrze, procedury by zadziałały, ale wygrał indywidualny narcyzm i pęd do sławy (Fauci marzył, że w wyniku swych walk z pandemią otrzyma nagrodę Nobla z dziedziny medycyny) i zdarzyło się nieszczęście. Wirus był sztucznie uzłośliwiony, nie było lekarstw, procedur, wszyscy spanikowali i niech pierwszy rzucił strzykawką, który by nie przereagował dla dobra swoich narodów.

Tak jak mówiłem, nie wierzyłem w jakieś rozliczenia popandemiczne. Wymagałoby to zaangażowania na poziomie instytucji państwowych a tu i one, i same władze były wszędzie umoczone. A więc przypadek USA, że się za to wzięły, wygląda na jakiś fenomen. Zaraz wytłumaczę skąd to się bierze. Władza może zacząć udowadniać zbrodniczość swych działań tylko wtedy jak będzie mogła je zrzucić na kogoś, kto ją oszukał. I tak jest teraz – jest gościu, grzeszny w sprawie jak sto czartów, jest narracja, że łgał jak wszyscy diabli. Jest też superwirus, też sprokurowany przez Czarnego Luda, co uzasadnia nadreakcję władz, czyli… Trumpa, bo on wtedy był prezydentem. Można więc zrobić spektakl, zwłaszcza, że wiemy i że ego Trumpa nie dopuszcza, by ktoś go mógł bezkarnie oszukać. Mamy więc wszystko na miejscu – mała jednoosobowa amerykańska Norymberga, i jeszcze zły Biden, który uniewinnił piekłoszczyka, na dodatek. Ale nie tak szybko, panowie. Przynajmniej nie ze mną.

Dwie wersje przewrotne

Dobra, w wersji lajtowej – niech będzie, że tak było, a w takim razie jak działa system amerykański, że właściwie w hierarchii „pan Nikt” zakręcił nie tylko Trumpowi, administracji, państwu, mediom, ale i całemu ludowi w głowie. Na jakiej podstawie prawnej to się działo, jak teraz nie ma proceduralnie winnych? Decydenci tylko się słuchali, a gadał do nich gościu z pierwszych okładek magazynów, główny straszyciell narracji paniki. Gdzie zadziałało słynne amerykańskie checks and balances? Może to jest systemowy problem, który się ujawni (ujawnia?) nie tylko w czasie pandemii? A może jest wciąż z nami, czyli nimi?

Przecież u nas było to samo – 200.000 ludzi do piachu, 200 miliardów w błoto na tarcze i nie ma winnych? A co, po koronawirusie wszystko wróciło do normy i wszystkie zabezpieczenia działają? A jak? Jak przestały i nie wiadomo, kto to wyłączył, to jak zaczęły działać znowu (a zaczęły?) to jaka mocarna ręka o tym decyduje? A to ważne, bo w takim razie to ona rządzi, nie jakieś atrapy demokracji przedstawicielskiej? Ja bym to pociągnął, ale nawet (a może tym bardziej) w USA nie ma pogody na zaglądnie za demokratyczne dekoracje.

Tak, to jest wersja lajtowa, tak. Bo ta najbardziej porażająca jest taka, że nie było żadnego specjalnego superwirusa, nic tam nie wylazło z laboratorium w Wuhan, a jeśli już, to nie było to nic ponad sezonową grypę, jakiej odmiany okrążają świat dwa razy do roku. W swoim Dzienniku Zarazy pokazałem szereg badań, które dowodzą, że ludzie umierali, tak, ale nie w wyniku patogenu, ale decyzji administracyjnych rozregulowujących służbę zdrowia, braku dostępu do istniejących leków, by zrobić drogę do przyspieszonego wejścia szczepionek, triażowania na wejściu do systemu ochrony zdrowia, teleporad ukrywających przenoszone zapalenia płuc i wreszcie nieodgadnionego zakresu niepożądanych odczynów poszczepiennych, które doprowadziły do wysypu choróbsk o nieznanej dotąd dynamice i zaciągnięcia pokoleniowego długu zdrowotnego.

I dlatego, że władze chcą jednocześnie ujawnić kulisy amerykańskiej pandemii, muszą się pilnować, żeby nie zajść za daleko, bo wtedy same się doprowadzą na ławę oskarżonych. A w obecnym formacie wszystko jest prostsze – jest jeden winny, w dodatku producent superwirusa, który to wirus wszystkich zaskoczył, zaś odpowiedzialnych zaszokował. Tak Trumpy to sobie ułożyły: przecież rudowłosy prezydent nie sprowadziłby na siebie kary własnymi działaniami dochodzenia do prawdy. I tylko dlatego, że znalazł wspomniane półśrodki – możemy się dowiedzieć kawałka prawdy.

To meczące sumienie…

I tak przeżyliśmy w tempie katalitycznym traumę formacyjnej zmiany świata. Każdy z nas. I każdy z nas może się do tego jakoś odnieść. Najczęstsze jest wyparcie i ja to rozumiem. Ale jest to wyparcie smutnej prawdy, że można zrobić z nami wszystko, a na końcu nie czeka żaden sąd, tym bardziej żadna sprawiedliwość. Na końcu nie ma winnych, nie ma tematu. Wszyscy mamy się bujać w rytm kołysanki, śniąc sen błogi o bezpieczeństwie, od czasu do czasu przerywany koszmarami z tego źródła niepotrzebnych trosk atawizmów moralnych – z sumienia.

Jerzy Karwelis  

Kategorie: Atak na zdrowie. Tagi: Karwelis, kowid, szczepionkarze kłamią, szpryce, terror szczepionkowy. Autor: Mirosław Dakowski. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jerzy Karwelis 
dziennikzarazy/niesmiale-rozliczenia-pandemii

niedziela, 9 sierpnia 2026

Plugawi ukraińscy rezuni czyli gloryfikacja ludobójców trwa


„Wołyń Pride”, kult rezunów i milczenie Polski. „Czas na rachunek krzywd”

„Jeżeli oni chcą ustawić sobie w Panteonie Banderę, Szuchewycza, wszystkich tych morderców, co na Wołyniu wydawali rozkazy, którzy mordowali Polaków, no to muszą za to zapłacić. Nie można mieć ciastka i zjeść ciastka” – uważa Lucyna Kulińska w rozmowie z Markiem Skalskim. Badaczka wylicza też, od czego powinniśmy zacząć stawianie relacji polsko-ukraińskich z głowy na nogi.

Marek Skalski: Pani doktor, pojawiła się informacja, że członkowie słynnego batalionu ukraińskiego, skrajnie nacjonalistycznego, szowinistycznego Azov, sprzedają naszywki „Wołyń Pride” („dumny z Wołynia”). To nie jedyny przejaw gloryfikowania tych zbrodni popełnionych na narodzie polskim. Sprawa przez lata celowo zamilczana teraz ewoluuje w kierunku dumy z ludobójstwa…

Lucyna Kulińska: Takie podejście i postawa mają charakter niemal opętańczy, bo konsekwencje są bardzo poważne. Polska doznała krzywd w czasie wojny ze strony Ukraińców, spłynęła krwią setek tysięcy pomordowanych ludzi. Niektórzy pewnie liczyli, że postawa Ukraińców będzie się charakteryzować choćby tylko duchem pewnego wstydu – na zasadzie, że to wydarzyło się gdzieś tam w przeszłości, że to było nieszczęście, które nigdy się nie powtórzy; że sprawcy to mordercy, zbrodniarze, których nigdy nie powinniśmy do naszej wspólnej historii wpisywać. Tymczasem dzieje się coś zupełnie innego. Oni ośmielają się przypisywać wolność swojego kraju temu, że wymordowali setki tysięcy ludzi. To oznacza jedno: miejsca dla takiego kraju w Europie nie ma. To otwiera równocześnie furtkę do tego, aby Polacy mogli wystąpić do nich o odszkodowania… Nie tylko za stracone życie. Ciężko bowiem wycenić, ile jest „warte” życie ośmiorga dzieci… Do tego dochodzi spalenie mienia, zagrabienie miast, ogromny rozbój, bo przecież tak naprawdę to była Rzeczpospolita i to, co tam zagrabili Ukraińcy za przyzwoleniem Stalina, to jest wszystko zysk dla nich.

I teraz albo rybki, albo akwarium, tak jak się u nas mówi… Nie można mieć ciastka i zjeść ciastka. Jeżeli oni chcą ustawić sobie w Panteonie Banderę, Szuchewycza, wszystkich tych morderców, co na Wołyniu wydawali rozkazy, którzy mordowali Polaków, no to muszą za to zapłacić.

Muszę Czytelnikom coś przeczytać, bo to jest klasyka. Kojarzymy wszyscy Kornela Makuszyńskiego. Napisał on książkę mało znaną, „Radosne i smutne”, w której opowiadał o tym, co działo się m.in. w roku 1918–1919, kiedy wówczas palono dwory, rabowano i mordowano Polaków. Publikacja ukazała się w latach dwudziestych.

Autor przedstawia tam osobiste świadectwo okrucieństwa, jakiego dopuszczano się m.in. na Kresach Wschodnich.  Czytamy w niej:

„Jakiś nowy Wyspiański, rozpamiętywając owe dni, w których następny był bardziej od poprzedniego krwawy, napisze owo polskie: myśmy wszystko zapomnieli. Gdyby bowiem ktoś chciał pamiętać, musiałby jeszcze za tysiąc lat nienawidzić i za tysiąc lat musiałby gardzić, ale my mamy to szlachetne, jedyne takie piękne kalectwo duszy, że nie umiemy nienawidzić. Powiemy sobie i to będzie straszną prawdą, że ci dzicy ludzie byli przez zwierzęcość swoją najnieszczęśliwszymi na świecie, że nieszczęsny kraj ten to był jeden ogromny szpital obłąkany. Początki obłędu zaszczepiła im wojna. Rozwojowi obłędu sprzyjało krwawe wspomnienie. Po furii szaleństwa przywiódł ludzkie zwierzę zapach pierwszej krwi, a potem już było wszystko jedno. Szaleńców karać nie można. Po co nienawidzić szaleńców?”.

„Może przyjdzie jeszcze – pisze dalej Kornel Makuszyński – ten czas, że i ten człowiek oszalały, co piłą rezał człowieka i gwałcił dzieci, wstanie nagle nieprzytomny z lęku przed ohydnym widmem tego czynu i człowiek się w nim odezwie. Każdy szał strasznie rozbudzony przemija, przeminie tedy i ten dziki człowiek z ukraińskiego stepu, w nędzy swojej duchowej z głodu umierający na najżyźniejszej przecież ziemi świata pojmie może w niesłychanym trudzie, że stało się za jego sprawą coś strasznego, że krwawymi rękami zabił duszę swojej ziemi, zamęczywszy ludzi i zwierzęta, splugawiwszy ziemię, poraniwszy drzewa. I znowu trzeba będzie zapomnieć wszystko i znowu budować ochronki i szpitale, w imię świętego ducha polskiego”.

Makuszyński to wszystko opisał, a przecież to nie była nawet II Wojna Światowa! To wszystko działo się w regularnych odstępach, na przestrzeni lat, w Polsce!

Czy plugawy rezun ma więc prawo stać na pomnikach? Czy plugawy rezun ma się znaleźć w panteonie naszego sąsiada, z którym my mamy wspólnie budować jakąś przyszłość? Przecież to jest niemożliwe, to jest wykluczone! Trzeba sobie zadać pytanie, czy ci ludzie dalej są w jakimś opętańczym szale, jakiejś irracjonalności, czy też po prostu ktoś ich w ten sposób prowadzi?

Czy to kolejne oczadzenie tych ludzi, czy też mamy do czynienia z prowadzeniem ich na zgubę, masowo (setki tysięcy, o ile nie miliony już tych Ukraińców legły na obecnej wojnie…), ale prowadzeniem ich przeciwko nam, sąsiadom?

Teraz Polaków olali. Mają gdzieś nasze Migi, kupują sobie od Szwedów ich samoloty. Po co to jest robione? Żeby na tej Ukrainie kamień na kamieniu nie został. Żeby ta Ukraina została opróżniona z ludzi, bo jeżeli się zacznie działanie jakiejś broni, rzeczywiście na masową skalę ludobójczej, to ci ludzie pouciekają do reszty. No i zostanie ten najżyźniejszy kraj, najlepsze czarnoziemy, tam w tej ziemi jeszcze bogactwa wszystko zostanie, ale dla kogo? Dla kogo – jeżeli tych Ukraińców już nie będzie?

My jako Polacy popełniliśmy potworny grzech, tolerując to wszystko przez długie lata, bo tolerowaliśmy, ukrywaliśmy niewygodne fakty. Banderowcom w Polsce, tysiącom banderowców mordujących Polaków, wypłacano pieniądze z kasy Polaków, z ich podatków. Ukrywano znajdowane dokumenty, rozkazy mordowania polskich żon i wspólnych dzieci. Mam taki dokument z bodajże 1917 roku [?? md] , odnaleziony w Chochołowie. Kto w Polsce o tym wiedział? Dlaczego przed Polakami to ukrywano?

Doprowadziliśmy do obecnej sytuacji, milcząc – więc niejako na własne życzenie. Dzisiaj krzyczy Pan Czarnek, że musimy zrobić ustawę antybanderowską… Tylko że taki projekt już kilka lat leży w „zamrażalce”.

Jeszcze niedawno nikt w Sejmie się nie chciał na taką ustawę zgodzić. Dzisiaj już mleko się rozlało. Dzisiaj oni już idą na nas frontalnie. Mało tego! Są, jak się wydaje, przekonani, że Polska nie tylko nic już nie będzie miała do gadania, ale że będzie musiała, kiedy oni się dogadali z Niemcami, godzić się na ten najgorszy, potencjalny scenariusz, że połowa Polski do nich, a połowa do Niemców. Takie mapy są przecież przez niektóre środowiska kolportowane! Chcę namówić Czytelników, aby rozpowszechniać treści, które np. w „Naszym Słowie” (pismo wydawane w języku ukraińskim dla mniejszości ukraińskiej w Polsce) i literaturze ukraińskiej przedstawia się na temat Polaków, jak się tam nas poniża, jakie scenariusze są tam dla nas rysowane dotyczące np. Zakierzoni (około 19 powiatów dzisiejszej Polski).

Woła to o pomstę do nieba! Ludziom, którzy działają na szkodę państwa polskiego, którzy takie rzeczy piszą i robią, należy odebrać te wszystkie sponsoringi, trzeba pociągnąć ich do odpowiedzialności; tych, którzy grożą naszym obywatelom, tym, którzy grożą prezydentowi.

Prezes Konfederacji Korony Polskiej poseł Grzegorz Braun sformułował „Piątkę dla Ukrainy”. Postuluje, aby order Orła Białego pośmiertnie przyznać ks. Tadeuszowi Isakowiczowi Zaleskiemu, wstrzymać działalności lotniska w Rzeszowie i pomoc dla Ukrainy, przywrócić penalizację służby w obcej armii, wprowadzić „lojalkę antybanderowską” (dokument mają podpisywać wszyscy obywatele Ukrainy, którzy przebywają i chcą przebywać w Polsce), wprowadzić moratorium migracyjne i weryfikację już dotychczasowych pobytów. Dla mnie to jest taki program minimum…

Bardzo dobry program. Od czegoś trzeba zacząć porządkowanie kraju i tego nieładu, który został wprowadzony. To wszystko musi być postawione „z głowy” na nogi, żebyśmy mogli zacząć maszerować jakoś razem. Równie ważną kwestią jest sprawa przeróżnych obcych służb, które u nas hulają. W tym kontekście, choć przecież nie tylko, kluczowe wydaje się cofnięcie specustawy, która pozwala Ukraińcom, nawet bez znajomości języka polskiego, być zatrudnianymi w urzędach. Spotkałam się z tym w Krakowie, gdy pani z Ukrainy zaczęła mnie zaczęła ochrzaniać, że ja nie rozumiem, co ona do mnie mówi. Poleciałam do szefa robić dym, a on mi na to, że jest specustawa i że on ma prawo zatrudniać panie, która nie rozumieją po polsku… Rzecz dotyczyła takiej karty krakowskiej do jeżdżenia tramwajami, z której rzekomo tylko Ukraińcy korzystają (ergo: obsługa po polsku nie jest konieczna…).

Nie zdajemy sprawy, że jednym z wyłączeń, od szeregu przywilejów, których po długim czasie pozbawiono Ukraińców, są zasiłki na osoby niepełnosprawne. Te świadczenia są przyznawane taśmowo. To nie jest 800 plus, to są tysiące złotych. Wystarczy, że rodzina ukraińska sobie załatwi takie papiery, nawet mieszkając na Ukrainie, poprzez przekupienie ukraińskich lekarzy… Choć stosowne orzeczenia były rozdane bardzo hojnie i po naszej stronie granicy. Wciąż pozwalamy takim Ukraińcom mieszkać, leczyć się, korzystać ze świadczeń, na przykład darmowego zakwaterowania i wyżywienia, całej rodzinie.

My sobie nie zdajemy sprawy z tego, że dzisiaj na wakacje na Ukrainę wyjeżdżają z Polski dziesiątki tysięcy obywateli tego kraju. Powinniśmy odłączyć od przywilejów wszystkich ludzi pochodzących z terenów, gdzie wojny nie ma, czyli np. z terenów dawnej Rzeczpospolitej. Tam wojna się nie toczy… To Bukowerów, to Odessa…

Wspomniała Pani o tych urzędach i pracujących tam Ukraińcach. Otóż mamy potwierdzenie zupełnie oficjalne, że takie sytuacje faktycznie mają miejsce. Posłowie Konfederacji Wolność i Niepodległość, pan Mekler i pan Tumanowicz, napisali stosowne pismo do Urzędu Miasta Lublina z prośbą o potwierdzenie bądź zaprzeczenie, że rzeczywiście takie praktyki mają miejsce, że są tam zatrudnianie osoby bez żadnej, ale to proszę Czytelników, żadnej znajomości języka polskiego. Opisano, że rzeczywiście takie przypadki mają miejsce…

Marek Skalski 

nczas/gloryfikacja-ludobojcow-trwa-wolyn-pride-kult-rezunow-i-milczenie-polski-czas-na-rachunek-krzywd



WSZYSTKIE główne instytucje zachodnie uważają życie Palestyńczyków za bezwartościowe.


BBC niedawno przeprowadziło wywiad z izraelskim osadnikiem , który powiedział, że wszyscy Palestyńczycy z czterech okolicznych wiosek powinni zostać eksterminowani w ramach zemsty za śmierć Izraelczyka zabitego podczas terroryzowania palestyńskiej wioski w zeszłym miesiącu. Dodał, że życie jednego Żyda jest warte dziesięciu milionów palestyńskich istnień.

„Myślę, że teraz, kiedy zabili jednego Izraelczyka, musimy zabić wszystkich ludzi w Tal i Sarra, nawet Dżita i Faratę” – powiedział BBC prawnik Jehuda Szimon.

„Wygląda na to, że twierdzisz, że życie jednego Żyda jest warte setek lub tysięcy istnień Palestyńczyków” – odpowiedziała Lucy Williamson z BBC w wywiadzie.

„Milion” – poprawił ją Szymon. „Jedno żydowskie życie to dziesięć milionów, jasne?”

„To brzmi po prostu rasistowsko” – odparł Williamson, na co Shimon odparł: „Tak, wiem, wiem. Ale to prawda”.

https://youtube.com/watch?v=ORkyAS6R_7s%3Ffeature%3Doembed

Interakcja stała się viralem w mediach społecznościowych, a ludzie reagują na rażący przejaw ekstremistycznej ideologii osadników, którzy starają się stopniowo wyprzeć Palestyńczyków z ich ziem na Zachodnim Brzegu. I choć prawdą jest, że komentarze Szymona są skrajnie okrutne i rasistowskie, to nie to osobiście uznałem za interesujące w tym wywiadzie. Interesująca była dla mnie odpowiedź Williamsona.

No cóż, to trochę śmieszne, patrzeć, jak reporter BBC zachowuje się zszokowany i obrażony, gdy ktoś mówi, że jego zdaniem życie Żydów jest warte więcej niż życie Palestyńczyków. W końcu założenie, że życie Żydów jest warte więcej niż życie Palestyńczyków, od pokoleń wpływa na każdy aspekt zachodnich mediów informacyjnych na temat Izraela i Palestyny.

Dlatego zachodnia prasa wyraziła nieproporcjonalnie większy szok i przerażenie 7 października niż znacznie bardziej rażące nadużycia ze strony Izraela, które do nich doprowadziły, i znacznie bardziej rażące nadużycia ze strony Izraela, które nastąpiły później. Dlatego w zeszłym roku w Sydney obserwowaliście wściekłe oburzenie po strzelaninie w Bondi, podczas gdy ta sama liczba Palestyńczyków ginie w danym dniu w Strefie Gazy nigdy nie pojawia się w wiadomościach . 

https://youtube.com/watch?v=B9lKNhC6u-I%3Fversion%3D3%26rel%3D1%26showsearch%3D0%26showinfo%3D1%26iv_load_policy%3D1%26fs%3D1%26hl%3Den%26autohide%3D2%26wmode%3Dtransparent

26 marca 2025 roku 15 Palestyńczyków zostało zabitych przez Siły Obronne Izraela podczas zawieszenia broni w Strefie Gazy. 14 grudnia tego samego roku 15 osób zginęło na plaży Bondi w Sydney w masowej strzelaninie, której celem byli australijscy Żydzi, dokonanej przez bojowników ISIS. 

Dwa przypadki masowych morderstw. Ta sama liczba ofiar. Ale słyszałeś tylko o jednym z nich.

Dlaczego słyszałeś tylko o jednym z nich? Bo tylko jeden z nich trafił do wiadomości. 

Prasa głównego nurtu tygodniami pilnie donosiła o strzelaninie w Bondi, gorączkowo próbując fałszywie skojarzyć atak terrorystyczny ISIS z demonstracjami pro-palestyńskimi, powtarzając w mediach na całym świecie zachodnim frazę „Tak wygląda globalizacja intifady” . Publikowano kolejne raporty o tym, jak Żydzi są atakowani, jak Żydzi czują się niebezpieczni i jakie nowe prawa i ograniczenia wolności słowa należy wprowadzić, aby stłumić nastroje pro-palestyńskie i chronić Żydów.

Nic nawet zbliżonego do tego nie wydarzyło się 26 marca 2025 roku. Dla prasy zachodniej zabicie 15 Palestyńczyków w Strefie Gazy było po prostu kolejną środą.

Dzieje się tak, ponieważ wszystkie główne zachodnie media podzielają te same rasistowskie poglądy na temat Palestyńczyków, co Jehuda Szymon. Podobnie jak wszystkie główne zachodnie partie polityczne. Podobnie jak wszystkie inne główne zachodnie instytucje. Podobnie jak wszyscy zwolennicy państwa Izrael. Wszyscy oni wierzą, że życie Żydów jest warte więcej niż życie Palestyńczyków, o czym świadczy polityka, którą popierają, i wiadomości, które śledzą.

BBC ma dobrze udokumentowaną historię silnej proizraelskiej stronniczości , a jej reporterzy narzekają , że realizują PR dla izraelskiego rządu , a jej redaktor przegrał proces o zniesławienie z dziennikarzem, który ujawnił jego proizraelskie poglądy.

Przez lata ukrywali czynne ludobójstwo, używając nagłówków w stylu „Ministerstwo zdrowia zarządzane przez Hamas twierdzi”, i werbalnej gimnastyki biernego języka, aby chronić izraelskie interesy informacyjne. Wiadomo więc, że kiedy Lucy Williamson protestuje: „To brzmi rasistowsko!” wobec izraelskiego osadnika, który twierdzi, że życie Żydów jest o wiele więcej warte niż życie Palestyńczyków, tak naprawdę nie jest oburzona jego systemem wierzeń. Po prostu wie, że nie wolno mówić takich rzeczy na głos.

Caitlin Johnstone

4 sierpnia 2026 r. caitlinjohnstone-au/all-mainstream-western-institutions-view-palestinian-lives-as-worthless

https://dakowski.pl/

Śmiertelny węgierski przebój, większy niż "Dziewczyna o perłowych włosach"

 Pörkölt z Bulcsú i Lehela

Emil Cioran w Zeszytach 1957–1972 przywołuje powiedzenie, że „Węgier znajduje szczęście w swoim płaczu” i bardzo mu się to podoba, bo sam w swoim dzienniku wciąż zaznacza usilną potrzebę popłakania sobie. Płacz jest czystą fizjologią; niektórzy mają płaczowe zatwardzenie, inni cierpią na biegunkę. Prawdziwej acedii nie da się ukoić łzami, bo oryginalna węgierska depresja nie prowadzi do łez (choć chętnie się o łzach mówi), lecz do czegoś gorszego – do przewlekłej rozpaczy.

Nieuleczalny smutek węgierskiej prowincji pokazują filmy Béli Tarra. Nakręcone według powieści László Krasznahorkaia Szatańskie tango i Harmonie Werckmeistera stoją tak bardzo w poprzek współczesnego kina, że nie można oderwać od nich oczu, mimo że właściwie nic takiego się w nich nie dzieje. Powolne, czarno-białe ujęcia ciemnych wsi i miasteczek, w których pozornym spokoju czai się szaleństwo i zbrodnia – bliźniacze dzieci rozpaczy. Te długie filmy (Szatańskie tango trwa siedem godzin, Harmonie – dwie i pół), w których bohater przez ciągnące się nie do wytrzymania dla odbiorcy kina popularnego minuty idzie zabłoconą drogą, są jak lewatywa ze stężonego wywaru węgierskości. Tej węgierskości wegetującej z dala od budapeszteńskich mód, zupy gulaszowej w czardzie dla turystów, hucznych obchodów narodowych świąt. Książki Krasznahorkaia pokazują świat lat osiemdziesiątych, świat sprzed unijnych dotacji i promocji w hipermarketach. To planeta błota i beznadziei, a nie kolorowa Europa reklam. Ale ten świat wciąż podskórnie istnieje, jak czarne liczby ukryte pod kolorową zdrapką.

Anegdota mówi, że Węgrzy nie lubią siebie nawzajem, bo jeszcze nie oswoili się z tym, że skończył się nomadyzm i zaczął czas, gdy muszą żyć obok siebie, bez możliwości przemieszczenia się. Siedzą w gęstym dymie spowijającym tanie winiarnie i piwiarnie i płaczą bezgłośnie. Są jak konie ze spętanymi pęcinami. Co by jednak zrobili, gdyby ktoś im te pęta przeciął? Galopowaliby w miejscu?

Słynne Zajęcie Ojczyzny przez plemiona madziarskie przybyłe znad Dniepru i Dniestru stało się praprzyczyną większości węgierskich nieszczęść. Węgrzy bez ojczyzny nadal byliby tragiczni, ale może potrafiliby ze sobą współżyć. Jednak zamknięci na nizinie otoczonej górami przestali się już nawet miotać, tylko siedzą, głośno dyskutując. Od czasu klęski w 955 roku, którą zadał Madziarom Otton I, Węgrzy stali się zdecydowanie mniej mobilni.

Bitwa pod Augsburgiem, w której cesarz rozgromił wreszcie madziarskie utrapienie wczesnośredniowiecznej Europy, to pierwsza wspaniała węgierska klęska, a wodzowie pobici przez cesarza to pierwsi honorowi członkowie madziarskiego panteonu męczenników. Wodzowie polegli bądź straceni po bitwie dorobili się swoich ulic – jak choćby powieszeni na rozkaz cesarza Bulcsú i Lehel (lodówki marki Lehel jeszcze do niedawna, zanim nie wyparły ich siemensy i elektroluksy, dumnie chłodziły wino we wszystkich węgierskich domach).

W telewizji Duna w samo południe biją dzwony. Codziennie słyszymy dzwony kościoła z innej miejscowości i widzimy, skąd biją. Zazwyczaj z Siedmiogrodu. To dźwięk rozpaczliwej tęsknoty za ojczyzną. Dzwony Transylwanii biją jak węgierskie serca – na pohybel rumuńskiej okupacji. Na zdjęciach towarzyszących dźwiękowi dzwonów widać błotne drogi, osypujące się, zmurszałe ściany domostw, zgarbionych staruszków drepczących wiejskimi drogami i wózki zaprzężone w osiołki. Smutek prowincji i smutek dzwonów, choć przecież ich dźwięk miał nieść radosną nowinę, być po kres świata pamiątką wiktorii nad potężnym wrogiem. A jednak w telewizji Duna radosna pieśń zwycięstwa zamienia się w lament z powodu klęski. Dzwony biją w Lueta, w Sancrai, w Dealu, w Petricani, Sanpaul, a każda z tych wiosek i miasteczek ma swoją węgierską nazwę. Metaliczny dźwięk przypomina w samo południe, że „Okrojone Węgry to nie kraj, całe Węgry to raj”. I dopóki Węgry znów nie będą Wielkie, dopóty ludzie nie będą szczęśliwi.

Dzwony biją też w MTV 1 i MTV 2 na tle obrazów przedstawiających zwycięską obronę Nándorfehérvár w 1456 roku. Ta bitwa pod dzisiejszym Belgradem to największe węgierskie zwycięstwo, odniesione przez Jánosa Hunyadiego. Właśnie po tej wiktorii papież nakazał bić w dzwony ku chwale zwycięzców. Tak przynajmniej uważa się do dziś, choć podobno kazał bić wcześniej, by wezwać chrześcijan do walki z muzułmanami. Ale dziś dźwięk dzwonu bijącego w samo południe jest dla węgierskich uszu melodią żałobną, a nie zwycięską.

Węgierski los jest tak tragiczny, ponieważ nie interesuje na świecie nikogo prócz samych Węgrów. Ze swojego historycznego nieszczęścia Węgrom nie udało się zrobić sprawy światowej. Czwarty listopada, dzień żałoby narodowej, jest wewnątrzwęgierską porą nieszczęścia, upamiętniającą wkroczenie Sowietów do Budapesztu w 1956 roku. Czasami wydaje mi się, że wielu Węgrów jeszcze nie zauważyło, że Sowieci już dawno opuścili Węgry. Sprawiają wrażenie, jakby dla nich bolszewickie rządy wciąż trwały. Dobrze, że wiedzą przynajmniej, iż przegoniono już z budziańskiego zamku Turków. A pozostałe po nich łaźnie z gorącymi źródłami i nowo powstałe tureckie kebab-bary mają niewiele wspólnego z militarną i polityczną okupacją.

Dzień żałoby to najczęstsze święto nad Dunajem; obchodzi się je w rocznice narodowych klęsk, takich jak stłumienie rewolucji 1956 roku czy powstania 1848 i rozstrzelania przez Austriaków trzynastu powstańczych generałów, którzy od tego czasu nazywani są męczennikami z Aradu.

W każdym większym mieście znajduje się ulica Męczenników. Są też ulice Kalwarii i Golgoty, tak jak w VIII dzielnicy Budapesztu, w Segedynie i Peczu (można tu przenocować w miłym pensjonacie „Kalwaria” na ulicy Kalwarii, która przechodzi potem płynnie w Drogę Męczenników z Aradu). Choć nazewnictwo nie zawsze jest bezpośrednio związane z ofiarami węgierskich zrywów, dobrze pasuje do klimatu narodowego męczeństwa.

Autorzy nazw węgierskich ulic wykazują się imponującym ograniczeniem tematycznym. Centrum miast składa się zazwyczaj z placu św. Stefana, placu Wolności, ulicy Széchenyiego, alei Kossutha, placu Bohaterów (w Nyíregyháza obok placu Bohaterów jest od razu plac Męczenników). Trochę dalej od ścisłego centrum, choć nadal w obrębie śródmieścia, znajdują się ulice i place generała Bema, króla Macieja Korwina i Jánosa Hunyadiego – nie załapali się na centrum, bo odnieśli zbyt duże sukcesy – ich nazwiska kojarzą się ze zwycięstwami. Męczennicy z Aradu są dużo lepsi, bo kojarzą się ze słodką klęską.

W Segedynie znajduje się miejsce kultu męczeństwa, które lubię najbardziej. Gdy tylko jestem w tym mieście, parkuję samochód gdzieś przy placu Męczenników z Aradu i idę pod Porta Heroum, Bramę Bohaterów. To brama, pod którą przejeżdża tramwaj numer jeden, przecinający miasto na linii od dworca kolejowego na północ, wzdłuż Cisy, główna oś komunikacyjna Segedynu. Na Porta Heroum umieszczono kolorowe freski przedstawiające bohaterów pierwszej wojny światowej. Jest w tych freskach jakiś bazarowy nadmiar, plastyczne rozbuchanie, w którym ginie tragiczny przekaz, ustępując miejsca kiczowi, a patos zamienia się w śmieszność. Na tablicach po bokach bramy wymieniono nazwiska poległych w latach 1914–1918 segedyńczyków. Długa lista obywateli miasta, którzy w okopach Europy oddali życie za Cesarza i Monarchię, przypomina już tylko mało widoczny spis konserwantów na butelce oranżady – każdy i tak widzi jedynie pstrokatą etykietę. Freski wyglądają, jakby namalował je ktoś czerpiący inspirację z obrazów Franciszka Maśluszczaka: duże, trochę wybałuszone albo wywrócone do góry oczy, świecące się, uduchowione twarze – to prawdziwe malarstwo naiwne. Doskonały patriotyczny odpust – aż dziwne, że pod bramą nie sprzedaje się waty cukrowej i baloników na druciku. Pędzący huzarzy w czerwonych spodniach i błękitnych kurtkach wyglądają jak figurki z karuzeli; z niezrozumiałych powodów ich szable odwrócone są ostrzami w stronę ich samych, a nie wrogów, jakby to siebie mieli zamiar unicestwić w bitewnym szale, jakby straceńcza szarża była doskonałym pretekstem do popełnienia zbiorowego seppuku. Nad nimi falujący pergamin z wypisanymi nazwami miejsc bitew: Gorlice, Kamionka Strumiłowa, Limanowa, Pripiaty, Kuchorka Wola. Umierający w okopach piechurzy nie przypominają dzielnych honwedów, ale raczej upitych do nieprzytomności chłopów w jakiejś alföldzkiej knajpie, którzy resztką sił, bełkocząc, intonują rzewną pieśń i pokładając się jeden na drugim, nurkują w deliryczny sen, a nie wieczne odpoczywanie. Kiedy już umrą, zamienią się w armię duchów idącą ku nam ze sklepienia bramy: spomiędzy dłoni Chrystusa, skrwawionych od ran zadanych gwoździami, wyłaniają się przezroczyste postacie w hełmach i z czarnymi oczodołami. Nad tymi wszystkimi umierającymi, już umarłymi i idącymi na śmierć unoszą się aniołowie o licach wiejskich chłopców, intonujący poległym żałobne psalmy, a tym, którzy wciąż dzierżą w ręku broń, śpiewający do boju. Najciekawszy w tym segedyńskim sądzie ostatecznym jest jednak obraz prezentujący żołnierzy idących do szturmu na bagnety. Nie ma w nim takiej dramaturgii jak w pozostałych freskach, bo ci żołnierze przedzierający się przez zasieki z drutu kolczastego wciąż żyją i być może nawet odniosą za chwilę jakieś zwycięstwo. Oto cel ataku wskazuje im szablą (tym razem skierowaną ostrzem w odpowiednim kierunku) przystojny mężczyzna w admiralskim mundurze, obwieszony orderami, na białym koniu, z charakterystycznym sępim (turulowym wręcz) nosem. Nie ma żadnych wątpliwości, to sam Horthy zszedł właśnie z pokładu okrętu wojennego, by poprowadzić do szturmu piechotę. Nad Horthym i jego żołnierzami lecą oczywiście wielcy aniołowie w czerwonych szatach, z aureolami i dmąc w trąby, zagrzewają honwedów do walki.

Może więc Porta Heroum nie jest poświęcona, wbrew temu, co sugeruje, wyłącznie Wielkiej Wojnie? Oto po wielkiej śmierci nastąpiło zmartwychwstanie wszystkich poległych, którzy znów mocno chwycili karabiny w dłoń. Może to już rok 1919 i admirał prowadzi swoją Armię Narodową na Budapeszt, by pogonić Bélę Kuna i jego rewolucyjne czerwone wojsko? Może ci maśluszczakowi żołnierze idą ginąć nie za króla Węgier i cesarza Austrii Franciszka Józefa, ale za Kraje Korony Świętego Stefana? Wskazuje na to postać świętego króla na sąsiedniej ścianie bramy: legendarny władca (naturalnie przewracając oczami) z siwą patriarszą brodą spływającą na złote szaty stoi dumnie, dzierżąc królewskie insygnia, na tle konturów Wielkich Węgier, a nad nim unosi się błagalny napis: „Niech znowu będzie tak, jak było w imperium Świętego Stefana”.

Historia węgierskiej kultury to historia samobójstwa. Odbieranie sobie życia jest nieodłącznym składnikiem, a właściwie konsekwencją węgierskiej nostalgii; nie da się wytrzymać tęsknoty nie wiadomo za czym – zamienia się ona w bezdenną depresję, prowadzącą do pozbawienia się życia. Samobójstwo poprzedzone obłędem popełnił hrabia István Széchenyi, dziewiętnastowieczny antychryst, ten o którym opowiada film Bereményiego. Twórca Węgierskiej Akademii Nauk, pomysłodawca pierwszego mostu łączącego Peszt i Budę, przeciwnik rewolucyjnej linii Kossutha, zwolennik ugody z Wiedniem, autor fundamentalnego węgierskiego dzieła z zakresu ekonomii Kredyt. Gdy umierał z własnej ręki, miał sześćdziesiąt dziewięć lat. W wieku osiemdziesięciu dziewięciu lat strzelił sobie w głowę Sándor Marái, jeden z największych węgierskich pisarzy dwudziestego wieku, autor wstrząsających Dzienników i o wiele mniej wstrząsających mieszczańskich powieści. Nie chciał wrócić z amerykańskiej emigracji, dopóki na Węgrzech stacjonowali sowieccy żołnierze. W 1937 roku nad Balatonem pod pociąg rzucił się József Attilla, czołowy poeta tamtych czasów. Kilkadziesiąt lat później jego gest w tym samym miejscu powtórzył aktor Zoltán Latinovits, największy amant powojennego węgierskiego kina, który zasłynął dzięki nostalgicznemu filmowi Szindbád.

Samobójstwa popełnili słynni politycy László Teleki i Pál Teleki. Ten pierwszy w 1861 roku, nie mogąc unieść odpowiedzialności za swoją decyzję zerwania z dworem austriackim, a ten drugi jako premier, w 1941 roku, protestując przeciwko proniemieckiej polityce Horthyego.

Samobójstwa popełniali tu nawet idole kultury masowej, gwiazdy estrady – jak piosenkarz Pál Szécsi, który wsławił się szlagierem o fryzjerze Gedeonie, ulubieńcu kobiet, albo rockman występujący pod pseudonimem Jimmy Zambó, wykonawca namiętnych pościelówek. Samobójstwo popełniła Csilla Molnár, Miss Węgier z 1985 roku. Ma do dziś swoje fankluby w internecie.

Latinovits i Szécsi skończyli ze sobą w latach siedemdziesiątych. Byli nadwrażliwi i depresyjni, na pewno mieli swoje powody, ale nie sposób pominąć faktu, że popełnili samobójstwo w apogeum kádáryzmu, w szczycie dobrodziejstw gulaszowego komunizmu. Umieli zejść ze sceny w najlepszym momencie.

Kádáryzm zabijał po cichu, jak czad. Nie prześladował masowo, bo nie było kogo – Węgrom po 1956 roku odechciało się antykomunistycznych zrywów. Opierał się na niepisanej umowie społecznej, zgodnie z którą towarzysz Kádár dawał żyć, a obywatele Kovácsowie nie wpieprzali się w sprawy państwowe, tylko ciężko pracowali na dwóch etatach. Ta praca na dwóch etatach, oprócz tego, że procentowała zawałami serca, przynosiła profity w postaci samochodu albo działki rekreacyjnej.

Węgrzy cierpią na chroniczne poczucie wyjątkowości. Nie należąc ani do Słowiańszczyzny, ani do Bałkanów, ani do kultury germańskiej, nie mogą odwołać się do żadnej wspólnoty prócz tej z Węgrami żyjącymi w sąsiednich krajach. Najbliżsi krewni, Finowie i Estończycy, są zbyt daleko. Należą do innej kultury – chłodnej Północy, polarnych zim, ekonomicznego dobrobytu. Ostatnie wspólne spotkanie miało miejsce grubo ponad kilka tysięcy lat temu, dziś nie udałoby się już znaleźć wspólnych tematów do rozmowy. Już nie ten sam język, nie ci sami bogowie, została tylko wspólna namiętność do samobójstw i nadużywania alkoholu. I jeszcze węgierski dowcip o tym, że kiedy kilka tysięcy lat temu ugrofińscy nomadowie szli na Zachód, w pewnym momencie zobaczyli drogowskaz: „Mądrzy na południe, głupi na północ” i wtedy Węgrzy skręcili na południe, a Finowie na północ.

Zatopieni w Basenie Karpackim, jedyni i niepowtarzalni w swojej inności, z innym językiem, innym pochodzeniem, są skazani na bycie Innymi. Człowiek skazany nie może być jednak szczęśliwy. Wciąż czuje się zagrożony, widzi wokół siebie prześladowców. Węgrzy więc ze swojej inności czerpią dumę, ale jest to duma nieszczęśliwa. Dlatego bycie Węgrem jest przekleństwem.

Samobójstwo jest największym sukcesem eksportowym węgierskiej kultury. Żaden węgierski pisarz, malarz ani aktor nie odniósł takiego sukcesu, jak piosenka Szomorú Vasárnap – hymn samobójców całego świata, jedyny węgierski hit na skalę światową, utwór, którego słowa przełożono na kilkadziesiąt języków, kilkudziesięciu światowej sławy piosenkarzy włączyło go do swojego repertuaru, a osób, które po wysłuchaniu tej łzawej piosenki skończyły ze sobą, nie sposób zliczyć. Smutną niedzielę skomponował w 1933 roku Rezső Seress, pianista żydowskiego pochodzenia (naprawdę nazywał się Spitzer), występujący w knajpie „Kulacs”. Tekst napisał reporter kryminalny gazety „8 Órai Újság” László Jávor. Doprawdy – był to perfekcyjny duet zabójców. Żaden Sherlock Holmes ani Hercules Poirot, dysponując nawet tak mocnymi poszlakami, nie potrafiłby im udowodnić tej doskonałej zbrodni dokonanej za pomocą muzyki. Tak oto dźwięk pianina stał się trucizną straszniejszą niż cyjanek i arszenik razem wzięte.

Tak, Rezső Seress miał większy wpływ na ludzkość niż muzyka Franciszka Liszta i filmy Istvána Szabó. Nawet Dziewczyna o perłowych włosach Omegi nie podbiła świata tak jak Smutna niedziela. GloomySunday śpiewali Marianne Faithfull, Björk, Louis Armstrong, Serge Gainsbourg, Sinead O’Connor, Frank Sinatra, Billie Holiday, Kronos Quartet. No i Erika Marozsán w filmie Rolfa Schübela Gloomy Sunday.

To nie jest film o Rezső Seressie, choć czerpie z jego życia inspirację. To film o miłosnym czworokącie: Erika Marozsán i trzech mężczyzn, którzy ją kochają i którzy będą musieli przez nią umrzeć, choć jeden z nich umrze o wiele za późno, a dwóch zdecydowanie za wcześnie. Ten, który umrze za późno, zejdzie gwałtownie w pierwszej scenie filmu: osiemdziesięcioletni Hans Wieck wraca po pół wieku do Budapesztu, by świętować swoje urodziny. Był tu jeszcze przed wojną, młody, nieśmiały aryjczyk, trochę niezborny, trochę pokraczny, który dopiero jakieś dziesięć lat później, w mundurze SS Standartenführera będzie wyglądał dorośle. Wtedy był zafascynowany geniuszem fotograficznej techniki niemieckiej (i w ogóle wszystkim co niemieckie) oraz piękną karczmarką Iloną. Teraz jest osiemdziesięcioletnim starcem, który na komodzie w restauracji, w której przeżył młodzieńcze uniesienia, spostrzega zdjęcie Ilony (Marozsán). Zdjęcie zrobione jego niezawodną niemiecką leiką, w czasie gdy robił jeszcze zdjęcia pięknym kobietom, a nie podpisywał rozkazy eksterminacji węgierskich Żydów. Znów mocniej bije mu serce; tak mocno, że pada trupem na podłogę. A potem cofa się czas i mamy lata trzydzieste: zaradny restaurator żydowskiego pochodzenia László Szabó wraz z ukochaną Iloną zatrudniają w swojej restauracji nowego pianistę. Pianista jest piękny i pochmurny, nazywa się András Aradi i właśnie skomponował otwierającą dusze (i portfele) melodię, którą nazwał Szomorú Vasárnap. Do restauracji walą tłumy, by wysłuchać rzewnej melodii, obroty rosną, ukazuje się płyta z piosenką Aradiego, samobójcy biorą się do roboty: skaczą do Dunaju, wieszają się, zabijają się nawet w taksówkach. Podobno naprawdę przypominało to epidemię. W listopadzie 1935 roku w europejskiej prasie ukazało się dwieście siedemdziesiąt osiem artykułów opisujących fenomen „hymnu samobójców”. Tak przynajmniej obliczyli maniakalni badacze problemu.

Co było tak hipnotyzującego w tej piosence o prostej linii melodycznej i dość pretensjonalnym tekście, będącym prośbą samobójcy, by ukochana przyszła na jego pogrzeb? Dlaczego uruchamiała w ludziach impuls do autodestrukcji? Co powoduje, że po obejrzeniu tego filmu przez kilka dni z upiornym natręctwem powracała do mnie i nuciłem ją w myślach, a czasem łapałem się na tym, że nucę ją na głos? Że miałem ochotę urżnąć się na smutno i wiedziałem, że nie mogę tego zrobić, bo nie wiem, co wpadłoby mi w takim stanie do głowy? I towarzyszyła mi prawie pewność, że gdybym żył wtedy i usłyszał ją te siedemdziesiąt lat temu, mógłbym sobie zrobić krzywdę?

W dołączonych do filmu materiałach dokumentalnych podkreśla się, że ta Smutna niedziela trafiła idealnie w swój czas. Początek lat trzydziestych, kryzys gospodarczy, bezrobocie, całe pokolenie wysadzonych z siodła, którzy jednocześnie mają świadomość nieuchronnego zbliżania się katastrofy, przewidują, że wkrótce i tak będą musieli umrzeć, więc lepiej zrobić to już teraz, i to z fasonem. Tak jak śliczna siostra młodego żydowskiego bogacza, Mendla, którą brat zaprosił do restauracji Szabó. Dziewczyna grana przez zjawiskową Dorkę Gryllus (grała w Irinie Palm dziwkę wprowadzającą Marianne Faithfull w tajniki brandzlowania mężczyzn, a także w bardzo marnym węgierskim filmie Mix, w którym też zresztą wcieliła się w kurewkę o złotym sercu) pojawia się na ekranie tylko na chwilę. Swoimi wielkimi czarnymi oczami wpatruje się ze smutnym uwielbieniem w pianistę grającego Szomorú Vasárnap. Następne ujęcie pokazuje ją leżącą na łóżku z podciętymi żyłami, a adapter kończy właśnie odtwarzać płytę z feralną piosenką.

Wróćmy więc do filmu: właśnie następuje melodramatyczny splot, Ilona zakochuje się w pianiście, László zgadza się na trójkąt, szanując nowe zaangażowanie uczuciowe kobiety swojego życia. Ten mężczyzna, który w imię miłości przystaje na bycie oficjalnym rogaczem, wcale nie jest żałosny, ale wzniosły. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie Herr Wieck, który po usłyszeniu piosenki – mimo że stara się być twardym Niemcem – rzuca się do Dunaju z Mostu Łańcuchowego. Na swoją zgubę ratuje go László – potem, gdy Wieck, już jako ważny esesman, będzie mógł uratować swego dawnego wybawcę z transportu do Oświęcimia, nie zrobi tego. Aradi też już nie będzie żył – zastrzeli się z pistoletu Wiecka po tym, jak po raz pierwszy usłyszy Ilonę śpiewającą Szomorú Vasárnap.

Prawdziwego kompozytora Szomorú Vasárnap Rezső Seressa przed zagładą uratował niemiecki oficer, który pamiętał go sprzed wojny z knajpy „Kulacs”, w której Seress grał. Historia jak z Pianisty Szpilmana. Ach, ci subtelni, wrażliwi naziści, wzruszający się przy dźwiękach fortepianu, sami niewolni od artystycznych ciągot! Traktujący swoją pracę nad unicestwieniem całych narodów też jak sztukę, choć tylko buchalterii.

Szomorú Vasárnap to piękny film z pięknymi aktorami, perfekcyjnymi kadrami i soczystymi kolorami. To powoduje, że wzrusza, ale chyba nie wstrząsa. Jest w wielu filmach jakaś dziwna potrzeba estetyzacji Holokaustu. Los utracony, film Lajosa Koltaia (nadwornego operatora Istvána Szabó) na podstawie książki Imre Kertésza jest tak piękny, że nawet Auschwitz wygląda w nim jak nostalgiczna pocztówka, a więźniowie w pasiakach niczym modele z nowej kampanii reklamowej Benettona, oczywiście bardzo kontrowersyjnej, ale jakże ładnej. Jeśli dzisiejszy widz oczekuje głosu kina w sprawach traum wojennych, to żąda ładnego opakowania. Nie chce się przemęczać okropnościami. Okropności są zarezerwowane dla horrorów o masakrowaniu piłą przez psychopatę – wtedy wiadomo, że to wszystko na niby.

Poznałem kiedyś Erikę Marozsán – smutną Ilonę – i znałem ją przez chwilę, przez może dwie, trzy minuty, gdy rozmawialiśmy na patio knajpy „Potkulcs” na Csengery utca, po jej koncercie, na którym promowała swoją płytę. Chyba powiedziałem jej wtedy, że jestem pisarzem, a więc powiedziałem coś, czego nigdy nie mówię. Chciałem się popisać? Zainteresować sobą? Myślałem, że będzie chciała się ze mną umówić? Pożegnała się grzecznie i wróciła do swoich znajomych.

Nie może to być przypadek, że jedyna znana na całym świecie węgierska piosenka traktuje o samobójstwie i podprogowo do niego zachęca. Sam Seress też zresztą rzucił się z balkonu swojego mieszkania w VII dzielnicy. Był styczeń 1968 roku, kompozytor miał siedemdziesiąt dziewięć lat. Chorował na raka. Aż do śmierci grał na pianinie w restauracji „Kispipa”. Czy grał tam swój szlagier – nie wiem. Wiem, że po wojnie, przez dwadzieścia pięć lat, granie Szomorú Vasárnap było na Węgrzech zabronione, zapewne w trosce o życie obywateli republiki ludowej. Obywatele mieli pracować i się rozmnażać, a nie pozbawiać się życia. Pozbawiać mieli się niezależności, wolności, tęsknoty o ucieczce, choćby ucieczce w śmierć. Smutna niedziela była więc nielegalna, tak jak Lili Marleen – piosenka tych, którzy wcale nie chcieli umierać, a żeby nie umrzeć, musieli zabijać.

Krzysztof Varga

Gulasz z turula

Dobry wilk ...

 Próba generalna

Anna zainteresowała się wilkami po czterech latach pracy w Kolmården. Wcześniej zajmowała się głównie ptakami drapieżnymi, chciała w końcu spróbować czegoś innego. Jesienią 2009 roku wilki miały już pół roku. Praca przewodnika była marzeniem wielu – do opieki nad nowym stadem na wybiegu w sekcji SPKM zgłosiło się ponad dwadzieścia osób.

Na rozprawie Anna mówi, że nie było do końca jasne, kto kierował pracą na wybiegu. W każdym razie pierwsze zajęcia prowadził ojciec wilków Thomas. Polegały one na kilku wspólnych wizytach na innym wybiegu. Mieszkało tam stado starszych wilków składające się z pięciu osobników. Zwierzęta były o wiele spokojniejsze niż Farkas i grupa młodych samców w sekcji SPKM. Anna nauczyła się warczeć, aby przywoływać wilki do porządku. Tak naprawdę nie rozumiała, po co są te dźwięki. Ten sam efekt można było chyba osiągnąć zwykłym „stój!” albo „fuj!”, jak się woła do psa. Thomas jednak uważał, że trzeba zacisnąć szczęki, obnażyć zęby i naśladować drapieżnika. Jemu dobrze to wychodziło. Gdyby warczenie i patrzenie prosto w oczy zwierzęcia nie pomagały, można było złapać wilka za nos albo, w najgorszym razie, chwycić za skórę na karku i przydusić do ziemi. Zwykle nie trzeba używać dużo siły. Wilk sam się kładzie, demonstrując uległość przed dominującym osobnikiem.

Większość kolegów i koleżanek Anny dochodzi do wniosku, że praca przewodnika jest zbyt trudna. Wielu z nich rezygnuje. Nie czują się swobodnie w kontaktach z drapieżnikami. Część nie jest zadowolona z zajęć wprowadzających. Inni być może boją się wilków, ale nie chcą się przyznać pozostałym opiekunom zwierząt. W panującej atmosferze entuzjazmu i rywalizacji nikt nie chce okazać słabości.

Anna się nie daje. Z początku czuje się swobodnie. Wilki przypominają duże, psotne psy. Ale im są starsze, tym trudniej nad nimi zapanować. Dziewięć wilków to dużo, zwłaszcza jeśli się pracuje w pojedynkę.

Wiosną 2011 roku najwięcej kłopotów sprawia Kurt. On i Vilkas zachowują się najgorzej. Anna pamięta, jak Kurt zupełnie świadomie starał się dobrać zębami do jej rąk, nie z ciekawości lub przywiązania, ale żeby zrobić jej krzywdę. Atmosfera w stadzie staje się coraz bardziej nieprzyjemna.

Co gorsza, zachowanie Kurta i Vilkasa rzutuje na postępowanie pozostałych wilków. W miarę jak dorastają, coraz częściej ignorują Annę i nie słuchają jej napomnień. Nie działają warczenie ani groźne, dominujące pozy. Zwierzęta stale próbują chapsnąć ją za ręce i porywają przedmioty należące do turystów, nie zważając na jej stanowcze słowa. Głównie jednak ją ignorują. Kiedy wchodzi na wybieg, stado się wycofuje. Jakby w ogóle go nie interesowała. Rozmawia o tym ze współpracownikami i dochodzą do wniosku, że problem może tkwić w jej służbowym stroju. Może ma dziwny zapach, a może jego szelest drażni wilcze uszy? Anna postanawia więc ubrać się zwyczajnie i sprawdzić, czy to coś zmieni. Przed południem 7 maja 2011 roku wchodzi do wilków, mając na sobie dżinsowe legginsy i bluzę z kapturem. Atmosfera rzeczywiście jest inna. Radiotelefon zostawiła na zewnątrz, żeby zwierzęta nie zaczęły go gryźć. Tak jej poradzono. W zapiskach, które pozostawiła później w raporcie dotyczącym wypadków, czytam, że weszła do wilków, „żeby umocnić więź przewodnika ze stadem”.

Oskarżyciel przerywa zeznania Anny i pyta, gdzie w tym momencie znajdowali się jej najbliżsi współpracownicy. Okazuje się, że byli w pawilonie słoni, położonym sto metrów od wybiegu. Raczej poza zasięgiem głosu. Zresztą nawet gdyby ją usłyszeli, nie wiadomo, czy mogliby wejść przez troje drzwi prowadzących na wybieg. Klucze ma tylko przewodnik wilków. Sędzia prowadzący notuje jej odpowiedź i prosi, żeby mówiła dalej. Anna opisuje swoje wejście na wybieg.

Jest sama, bez żadnych zabezpieczeń i możliwości komunikacji z ludźmi na zewnątrz. Nie ma na sobie mocnych roboczych spodni ani grubych butów, tylko zwykłe legginsy i adidasy. Przechodząc przez pierwszą wydzieloną zagrodę, naśladuje wycie wilka, żeby zaznaczyć swoją obecność. Kiedy tylko znajduje się na wybiegu, Kurt zaczyna polować na jej ręce.

„Kurt i Vilkas są bardzo rozochoceni. Mają coś dziwnego w oczach”, zanotowała w raporcie incydentów. Anna siada na kamieniu, jakieś dwadzieścia metrów od wejścia, tak jak ją nauczono. Podchodzi do niej Úlfur, obwąchuje jej kark i nagle chwyta zębami za włosy. To bolesne, więc Anna sięga ramionami za głowę i łapie wilka za skórę na szyi. Úlfur usiłuje się wyrwać, ale kobieta nie puszcza. Warczy, tak jak ją nauczono. W końcu przewraca się na ziemię. Krótka szamotanina zwabia inne wilki. Anna szybko staje na nogi i widzi, że otoczyło ją całe stado. Jeden z wilków, nie zauważyła który, próbuje atakować. Anna krzyczy. Podchodzi do najbliższego drapieżnika. Jeszcze bardziej rozdrażnia to zwierzęta. Kurt i Vilkas krążą tam i z powrotem, a pozostałe wilki wpatrują się w nią żółtymi ślepiami. Ani śladu poprzedniej radości. Zwierzęta są milczące i skupione. Anna spogląda błagalnym wzrokiem na Farkasa, przywódcę stada. Jego wzrok jest zimny i bez wyrazu. Źrenice żółtych oczu większe niż zazwyczaj. Ogon zadarty i wyprężony. Farkas ma lekko opuszczoną głowę i uszy skierowane do przodu. Napięte mięśnie w całym ciele. Przywódca stada jest gotowy do skoku. W raporcie z wypadków zapisała: „Jestem pewna, że gdybym próbowała przydusić do ziemi Kurta lub Vilkasa, inne wilki broniłyby ich, a nie mnie”.

Anna cofa się instynktownie i opiera plecami o pień drzewa. Przed sobą ma wilki. Nikogo z pracowników w pobliżu. Nie ma komórki, a na wybiegu brak systemu alarmowego. Nie wie, czy ktoś usłyszy jej krzyki. Bo krzyczy z całych sił. Ze strachu i z wściekłości. W ogrodzie zoologicznym życie toczy się jak co dzień. Rodziny z dziećmi krążą pomiędzy zagrodami dla zwierząt. W parku safari wagoniki suną łagodnie ponad lwami. Małpy jazgoczą w małpiarni. Nikt nie zwraca uwagi na dźwięki dochodzące z wybiegu w sekcji SPKM. Nikt nie wie, co się dzieje. Anna jest całkowicie zdana na łaskę wilków.

Kurt drepcze przed nią tam i z powrotem z opuszczoną głową. Rzuca się w jej kierunku. Anna próbuje się bronić kopniakiem. Trafia w szczękę i wilk się cofa. W sali sądowej dziewczyna, z trudem powstrzymując się od płaczu, wspomina uczucie lodowatego, paraliżującego strachu. Przyciśnięta plecami do drzewa, traci wszelką nadzieję. Jest przekonana, że wilki ją zagryzą. Eksperci przesłuchani w tej sprawie wskazują, że to typowe zachowanie drapieżników. Anna jest przerażona, lecz równocześnie ogarnia ją dzika wściekłość. Nie potrafi tego wytłumaczyć. Krzyczy i odgania kopniakami krążące wokół niej zwierzęta. Wilki się cofają i znów wracają. Są cierpliwe i spokojne. Furia Anny prawdopodobnie uratowała jej życie. Dziewczyna nie potrafi powiedzieć, ile czasu minęło, zanim wilki usłyszały odgłos silnika. Na drodze obok wybiegu pojawia się traktor. Hałasujący pojazd odwraca uwagę zwierząt od Anny. Zaciekawione tym, co się dzieje, odstępują od niej. Teraz Anna może przejść od drzewa do wyjścia. Ale tuż przed bramą przystaje.

Kiedy opisuje to, co nastąpiło później, wśród słuchaczy w sali rozlega się szmer zdumienia. Wyraz zdziwienia maluje się zwłaszcza na twarzach obu obrońców ze Sztokholmu, którzy z namysłem pocierają ogolone podbródki.

Anna jest już prawie przy wyjściu, o krok od bezpiecznego miejsca, gdy zawraca i znów idzie w stronę wilków. A one, tak jak przedtem, zaczynają krążyć wokół niej. I tak jak przedtem Annę ogarnia śmiertelny lęk. Dziewczyna krzyczy. Tym razem również uwagę wilków przykuwa coś na zewnątrz wybiegu, prawdopodobnie koledzy Anny, którzy usłyszawszy przypadkiem krzyki, przyszli zobaczyć, co się dzieje. Anna może wydostać się z wybiegu. Jest całkowicie wyczerpana. Zanosi się płaczem.

Każdy z obecnych w sali rozpraw zadaje sobie pytanie, dlaczego Anna zawróciła na wybieg. Dla osób z zewnątrz jest to niepojęta i irracjonalna decyzja. Trzeba starać się zrozumieć, że praca z wilkami jest wówczas jej marzeniem. Że Anna, podobnie jak inne młode kobiety w Kolmården, jest ambitna i uparcie dąży do celu. To wymarzone miejsce pracy dla młodych ludzi zainteresowanych egzotycznymi zwierzętami. Do liceum garną się setki kandydatów na bardzo ograniczoną liczbę miejsc. Nie ma w Szwecji ogrodu zoologicznego, w którym byłoby więcej zwierząt. Żaden nie przyciąga tylu zwiedzających. Może w uszach Anny pobrzmiewają słowa nauczyciela, że ten, kto raz został wygnany z wybiegu dla wilków, nie ma już powrotu. Czas, który poświęciła na zdobycie potrzebnych umiejętności, byłby zmarnowany.

Nikt, komu udało się dostać wymarzoną pracę, nie chce rozczarować swoich przełożonych i kolegów. Nikt nie chce nawalić, zepsuć sobie opinii ani stracić swojej szansy.

Anna ma umowę na czas określony, pracuje na zastępstwie. Ze złożonych przez nią i pozostałych pracowników zeznań wynika, że niezgoda panuje nie tylko w stadzie wilków. Atmosfera wśród przewodników również nie jest najlepsza. Niektórzy mężczyźni z długim doświadczeniem w odchowywaniu wilków uważają, że młode kobiety nie nadają się do opieki nad drapieżnikami. Wielu jest niezadowolonych z porządków panujących na wybiegu w sekcji SPKM. Kilku odeszło z pracy na znak protestu. Ich zdaniem przewodników jest zbyt dużo, a zwierzęta nie są zdyscyplinowane. Jeśli wilki zmuszą Annę do odwrotu, okaże się, że mieli rację. Ale ona jest twarda. Może nawet za bardzo, ze szkodą dla siebie. Reaguje więc tak, jak reagują na ogół twarde, ambitne kobiety. Nikt jej nie będzie podskakiwał. Nawet stado wilków. Może nie jest pewna, czy dobrze odczytała sygnały zwierząt. Kto wie, czy sytuacja była aż tak niebezpieczna, jak jej się wydawało, kiedy stała przyciśnięta do drzewa? Zupełnie nie zdaje sobie sprawy, że jej życie było zagrożone. Norweski ekspert Runar Næss określa decyzję powrotu na wybieg jako „czyste samobójstwo”. Po tym wydarzeniu Anna zrezygnowała z pracy przewodnika.

W dokumentach ze wstępnego dochodzenia czytam, że w sierpniu podjęto decyzję o uśpieniu Kurta. Był zbyt chory i kapryśny. Ale Vilkas zostaje. I przez cały następny rok terroryzuje przewodników oraz odwiedzających. 10 czerwca 2012 roku, tydzień przed śmiertelnym atakiem, Vilkas manifestuje wrogość wobec Sofie. Dzień później Sofie wchodzi na wybieg razem z ojcem wilków Thomasem. Nie widać nigdzie Volka, ofiary mobbingu. Farkas, przywódca stada, odpycha Vilkasa, a Ookami gryzie go, kiedy ten próbuje capnąć Sofie zębami. Wygląda to tak, jakby inne wilki próbowały chronić Sofie przed jego atakami. Po kilku minutach atmosfera rozdrażnienia mija i wilki się uspokajają. Chwilę później Sofie gładzi sierść Vilkasa. W dzienniku wilków pisze o „cudownym uczuciu spokoju na wybiegu”. Ale to spokój przed burzą. W rzeczywistości sytuacja stopniowo wymyka się spod kontroli.

12 czerwca 2012 roku, pięć dni przed atakiem, Volk jest wciąż wykluczony ze stada. Chowa się jak zwykle pod tym samym świerkiem. Karolina przynosi mu resztki jedzenia. Notuje to w dzienniku wilków. Zapisuje również, że Amaroq i Vilkas wydają się toczyć ze sobą walkę. Kiedy Thomas idzie na wybieg tego samego dnia około trzeciej, między samcami nadal widać napięcie. Ku zdziwieniu Thomasa Vilkas zaczął się buntować przeciwko dominującemu do tej pory Amaroqowi. Nazajutrz Tchono ma ranę na uchu. Widocznie wilki walczyły ze sobą w nocy.

Tego samego dnia Karolina przynosi kawałek mięsa dla nękanego przez towarzyszy Volka, który nadal leży pod świerkiem. Ale zastraszony samiec nie ośmiela się tknąć jedzenia. Smakołyk podbiera mu Ookami. 16 czerwca 2012 roku, dzień przed atakiem, nad Kolmården oberwała się chmura. Temperatura wynosi piętnaście stopni. Gdy Karolina pojawia się około dziewiątej trzydzieści, wilki skomlą przy ogrodzeniu. Wszystkie z wyjątkiem Volka, który chowa się na skale, krążą wokół wejścia. Karolina notuje, że Farkas reaguje na jej kalosze. To dziwne, bo miała je na sobie już wcześniej i nie było żadnego problemu. Nie wiadomo dokładnie, jak zachowuje się przywódca stada. Czy podgryza buty? Czy je obwąchuje?

Czy chce ją jakoś ostrzec?

Ostatni zapisek w dzienniku wilków pochodzi z 16 czerwca, z godziny jedenastej. Zostały dokładnie dwadzieścia cztery godziny do śmierci Karoliny. Tego dnia są na wybiegu z Sofie. Przyniosły duży kawał mięsa, który wilki mają podzielić między sobą. Każdemu prócz Volka przypada jakaś część. Potem Sofie notuje – po piśmie widać, że się spieszy: „Karolina zaniosła porcję Volkowi, który ją od niej wziął”.

Kolejne strony są puste. To ostatni wpis, jaki kiedykolwiek zanotowano w dzienniku wilków.

**

Nie ma zatem wątpliwości, że zsocjalizowane wilki mogą zachowywać się agresywnie i stanowią zagrożenie dla członków stada oraz swoich opiekunów. W antologii Harry’ego Franka poświęcono cały rozdział metodom, które pozwalają uniknąć urazów lub śmiertelnych wypadków wśród personelu w ogrodach zoologicznych i innych miejscach, gdzie hoduje się wilki. Jego autorami są Erich Klinghammer i Patricia Goodmann. Ten pierwszy już w 1972 roku założył Wolf Park w Battle Ground w stanie Indiana. To jeden z najstarszych parków wilków na świecie i instytucja, która ma chyba największe doświadczenie w postępowaniu ze zsocjalizowanymi wilkami. Po wieloletnich badaniach wilków w niewoli Klinghammer i jego współpracownicy stworzyli tak zwany etogram – przekrojowe zestawienie różnorodnych zachowań i odgłosów wilka. Od tego, jak wilk sika i się bawi, do sposobu, w jaki grupa drapieżników atakuje ofiarę. Erich Klinghammer zmarł w 2011 roku w wieku osiemdziesięciu jeden lat. Pracę w Wolf Park kontynuowała jego współpracownica Patricia Goodmann. Oskarżyciele powołali ją jako eksperta na rozprawę w Norrköping.

Metoda postępowania ze zsocjalizowanymi wilkami w Kolmården opiera się na teorii dominacji. Wynika to jednoznacznie z zeznań świadków. Były kierownik działu badań też używa zwrotu „przyjazny autorytet”. W protokołach z zebrań, które są częścią obszernych materiałów z policyjnego dochodzenia, znajduję wskazówki dla przewodników wilków i ich opiekunów. Ich rolą w stadzie ma być „silny przywódca” i coś w rodzaju „hiperwilka”. Ojciec wilków Thomas obserwował wilki alfa, aby nauczyć się ich mowy ciała. Porozumiewał się ze zwierzętami, warcząc, krzyżując z nimi wzrok lub przyciskając je niekiedy do ziemi, by zaznaczyć swoją przewagę. Takich metod uczono pozostałych przewodników. Podczas rozprawy Patricia Goodmann określa je jako „trochę nienowoczesne”. Ujęła to bardzo delikatnie. W rzeczywistości zarówno ona, jak i jej kolega Erich Klinghammer już od połowy lat osiemdziesiątych zdecydowanie odradzali stosowanie wszelkich form dominacji w postępowaniu ze zsocjalizowanymi wilkami z tej prostej przyczyny, że unieszczęśliwia to zwierzęta, które stają się potencjalnie niebezpieczne. W Wolf Park wszyscy, którzy chcą wejść na wybieg dla wilków, muszą stosować się do obowiązującego regulaminu. Jego pierwszy punkt napisano wielkimi literami: „NIGDYNIEWCHODŹNAWYBIEGWPOJEDYNKĘ!”.

Ta zasada zapewnia najlepsze środki bezpieczeństwa, kiedy ma się do czynienia ze zsocjalizowanymi wilkami. W Wolf Park pracownicy wchodzą do wilków co najmniej parami. Prócz tego mają ze sobą trzydziestocentymetrową pałkę lub drewniany kij, aby móc się bronić, na wypadek gdyby wilki im zagrażały. Nie są to narzędzia do samoobrony. Próba ogłuszenia wilka jest skazana na niepowodzenie. Można ich użyć do odwrócenia uwagi zwierzęcia – wilk chwyci zębami kij, a nie rękę czy nogę. Jeśli mimo to dojdzie do ugryzienia, ofiara powinna opanować odruch wyszarpnięcia kończyny, gdyż mogłoby to zwiększyć obrażenia. Najlepiej zachować spokój. Jeśli całe stado atakuje równocześnie, należy przyjąć pozycję embrionalną i chronić rękami gardło oraz kark. Ofiara powinna starać się nie krzyczeć, żeby nie pogorszyć sytuacji. To wszystko jest dokładnie opisane w instrukcji bezpieczeństwa parku. Składa się ona z trzynastu punktów. Punkt dwunasty brzmi: „Nie wchodź do wilków, jeśli jesteś chory, źle się czujesz lub masz jakieś obrażenia. Przeziębienie, a nawet siniec mogą stanowić problem”.

W Kolmården nie było takiego dokumentu. Wydaje się, że mimo wszystkich incydentów nikt tam nie wierzył, że wilki mogą ranić lub zabić człowieka na wybiegu. Personel regularnie wchodził do wilków w pojedynkę. W Wolf Park było to nie do pomyślenia. W Kolmården zachęcano do tego, twierdząc, że wzmacnia to osobistą więź ze zwierzętami. Nie znalazłem potwierdzenia tej tezy w żadnych książkach ani raportach z tej dziedziny, które przeczytałem.

Wśród pracowników ogrodu zoologicznego zapanowały konsternacja i osłupienie na wieść, że ofiarą ataku wilków stała się jedna z najbardziej doświadczonych opiekunek, która w dodatku wykarmiła je z butelki. Patricia Goodmann nie podziela tego zdziwienia. Z jej doświadczenia wynika – o czym zresztą pisze w książce Man and Wolf – że na największe ryzyko ataku narażone są właśnie osoby najbliższe. Każdy osobnik w stadzie bezustannie szuka okazji, aby wzmocnić swoją pozycję. W ogrodzie zoologicznym ze zsocjalizowanymi wilkami ta grupa obejmuje również ludzi. Wilki są czujne. Przede wszystkim zaś są oportunistami. Zsocjalizowany wilk wcale nie oznacza przyjacielskiego lub niegroźnego zwierzęcia, podkreśla Patricia Goodmann. Przeciwnie, wilk wychowany przez człowieka traktuje go tak samo jak inne drapieżniki w swojej grupie. Najbardziej narażona na atak jest osoba, która na wybiegu zachowuje się w sposób agresywny lub groźny. Postawa machismo i dominacji powoduje bezpośrednie zagrożenie życia. W strefie ryzyka znajdują się także osoby, które uważają, że wilki będą odwzajemniać ich uczucie i dlatego nie zrobią im krzywdy. Zwierzęta potrafią, rzecz jasna, przejawiać zachowania przypominające czułość i oddanie, a nawet poświęcać się dla swoich właścicieli, mówi Patricia Goodmann. Jednak my, ludzie, nigdy się nie dowiemy, jak zwierzęta doświadczają tych relacji. Mózg wilka jest duży i dobrze rozwinięty. Ale czy jest w stanie zarejestrować paletę uczuć i postaw, które ludzie nazywają miłością? Patricia Goodmann w to nie wierzy.

Wcześniejsze ataki

Patricia Wyman miała dwadzieścia cztery lata i właśnie została przyjęta do pracy. Przepracowała zaledwie trzy dni, bo rankiem 18 kwietnia 1996 roku została zaatakowana i zagryziona przez wilki w Haliburton Forest & Wild Life Reserve. Patricia była biologiem i po raz trzeci weszła na zajmowany przez pięć wilków wybieg w parku, który trzy miesiące później miał zostać otwarty dla zwiedzających. Park leży pomiędzy Toronto a stolicą kraju, Ottawą, w prowincji Ontario, we wschodniej części Kanady, i jest jednym z największych na świecie pod względem zajmowanej powierzchni. Wybieg ma 61 000 metrów kwadratowych – dla porównania wybieg w sekcji SPKM w Kolmården liczył 6400 metrów kwadratowych.

Za pierwszym razem Patricia weszła na wybieg ze swoim szefem. Za drugim – sama karmiła wilki. Stado trzymało się z daleka. Jej chłopak mówił potem, że po drugim dniu była nieco zaniepokojona zachowaniem przewodnika stada. Odniosła wrażenie, że jest agresywny i groźny. Dzień później wilki ją zabiły. Patricię Wyman znaleziono, tak samo jak Karolinę w Kolmården, bez ubrania i ciężko pogryzioną. Wilki krążyły wokół przybyłych na miejsce policjantów, nie dopuszczając ich do ciała. Trzeba było strzelać w powietrze, żeby odpędzić zwierzęta. Następnego dnia wszystkie uśmiercono i przebadano na obecność wścieklizny. Wyniki były negatywne.

Założyciel Wolf Park Erich Klinghammer starał się wyjaśnić przyczyny ataku. Jego zdaniem wilki prawdopodobnie otoczyły młodą kobietę na wybiegu, a ona potknęła się o leżącą na ziemi gałąź. Wtedy zwierzęta zaatakowały i zabiły ją w ciągu kilku sekund. Patricia nie przyznała się przełożonym, że boi się być z wilkami sam na sam. Szefowie twierdzili, że pójście w pojedynkę do wilków było złamaniem regulaminu. Nie wiadomo, dlaczego mimo to tam weszła. Być może nie została powiadomiona o procedurach. Według Ericha Klinghammera, gdyby poszła z drugą osobą, zapewne nigdy by nie doszło do ataku.

Dziewięć lat po śmiertelnym wypadku w Kanadzie, 17 marca 2005 roku, do podobnego ataku doszło w USA, w ogrodzie zoologicznym Out of Africa w Camp Verde w Arizonie. Również tym razem zaatakowana została samotna kobieta. Trzydziestoczteroletnia Heather Mueller, doświadczona opiekunka zwierząt, wieloletnia pracownica zoo. Była sama z dwoma wilkami, które od siedmiu lat mieszkały na wybiegu i nigdy wcześniej nie zachowywały się agresywnie. Heather Mueller cudem przeżyła, ale odniosła bardzo poważne obrażenia.

Podczas gdy w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku zoo w Kolmården zapraszało małe dzieci i ekipy telewizji publicznej do zsocjalizowanego stada, w Wolf Park zajmowano się wilkiem, który niedawno zaatakował i zabił chłopca w Michigan.

Mickey, jak nazwano wilka, był przywiązany łańcuchem na podwórzu. Chłopiec chciał pogłaskać dużego psa i kilka minut później już nie żył. Populacja dzikich wilków w USA – nie licząc Alaski – liczy około ośmiu tysięcy osobników, tymczasem w niewoli żyje około pół miliona oswojonych wilków i hybryd. Z badania przeprowadzonego w 1996 roku wynika, że amerykańskie gospodarstwa domowe kupują dwieście pięćdziesiąt tysięcy takich szczeniaków rocznie. Tylko dwadzieścia pięć procent z nich żyje dłużej niż rok. Po trzech latach zwierzęta, które przeżyły, nie mają już domu. Te liczby świadczą o dwóch rzeczach. Po pierwsze, że w Stanach jest wielu nieodpowiedzialnych właścicieli i hodowców. Po drugie, że traktowanie wilków lub hybryd jako zwierząt domowych jest niewłaściwe. Są one genetycznie zaprogramowane tak, aby po osiągnięciu dojrzałości płciowej rzucać wyzwanie osobie, którą uznają za głowę rodziny. Podobnie postępują psy, lecz ich zachowanie jest złagodzone przez tysiące lat hodowli. Po upływie kilku lat właściciele w większości przypadków nie są w stanie poradzić sobie z wilkami i wilczymi hybrydami. Trzymają je na zewnątrz na łańcuchach lub zamykają w ciasnych zagrodach. Takie zwierzęta mają nędzne życie. Często udaje im się uciec i wtedy stają się zagrożeniem dla bydła, psów, a nawet ludzi – zwłaszcza dzieci.

W tym samym roku, kiedy Patricia Wyman ginie w Ontario zagryziona przez wilki, wybieg w Kolmården odwiedza grupa wojskowych. Podczas rozprawy w Norrköping wyświetlono amatorskie nagranie wideo z wydarzenia. Widać, jak wojskowi głaszczą wilki, gdy nagle jeden z drapieżników rzuca się z zębami na kurtkę uniformu. Żołnierz zapomniał wyjąć z kieszeni przysmaki dla psów. Wilk nie chce puścić i głośno warczy.

Na filmie słychać, jak ktoś krzyczy: „Nie ruszaj się!”. Ktoś inny nerwowo się śmieje. Niefrasobliwy nastrój ulotnił się w ciągu kilku sekund i powiało grozą. Na wybiegu jest przewodniczka wilków Siv. Ona również karmiła wilki z butelki, jest odważna i pewna siebie. Łapie zwierzę za nos i zmusza drapieżnika, aby puścił kurtkę. Nie podoba się to wilkowi i teraz zwraca się w stronę kobiety. Wygląda, jakby chciał dosięgnąć jej ramion. Staje na tylnych łapach i z jego gardła wydobywa się chrapliwe warczenie, które przechodzi w dźwięk przypominający ryk lub wycie. Brzmi to przerażająco. W tej pozycji wilk jest niemal tego samego wzrostu co przewodniczka. Zwierzę rzuca głową na wszystkie strony, skomle i usiłuje dosięgnąć zębami jej ramion. Nie ulega wątpliwości, że jest wyjątkowo agresywne. Opiekunka przytrzymuje wilka za skórę, daje trzy mocne kopniaki w brzuch i tylne nogi drapieżnika, pchając go jednocześnie przed siebie. Przypomina to walkę zapaśników w stójce. W końcu wilk się uwalnia i odbiega skulony z opuszczonym ogonem. Siv rusza za nim z krzykiem. Zwierzę wycofuje się, skomląc. Szwedzcy żołnierze obserwujący zdarzenie mają wystraszone miny. Podczas przesłuchania na policji w związku ze śmiertelnym wypadkiem w Kolmården w 2012 roku Siv zeznała, że według niej powodem widocznego na filmie zachowania wilka był fakt, że nocą w stadzie zmienił się przywódca. Przewodniczka wyjaśniała:

Devil, który złapał zębami za kieszeń kurtki, nie był wcześniej przywódcą stada. To wilk, z którym można było się pobawić. Ale kiedy wówczas się zjawiłam, zagrażałam jego pozycji przywódcy. Chciał mi dać nauczkę i stąd agresja, przed którą musiałam się wybronić kopniakami.

To był pierwszy i ostatni raz, kiedy wilk w Kolmården potraktował ją w ten sposób. Siv już nigdy nie wróciła na wybieg. Na pytanie, co mogło jej tam grozić, odpowiedziała, że wilk znów by ją zaatakował. A w każdym razie walczyłby o przywództwo w grupie.

Mats Amundin przyznaje na rozprawie, że jego również spotkało coś podobnego. Wilk, który wcześniej zajmował niski szczebel w hierarchii stada, wspiął się na tylne nogi, położył łapy na jego ramionach i usiłował ugryźć go w twarz. Amundin został przegnany z wybiegu i nie pokazał się tam więcej tak długo, jak żył napastliwy wilk. Nie ośmielał się wchodzić na wybieg w sekcji SPKM, ponieważ zwierzęta dawały wyraźnie do zrozumienia, że jest osobą niepożądaną.

Pomimo śmiertelnego wypadku w Kanadzie. Pomimo groźnego ataku na Heather Mueller w zoo w Arizonie. Pomimo ataku w zoo w Hanowerze w Niemczech z 2007 roku, w którym opiekunka wilków doznała bardzo poważnych obrażeń. Pomimo kolejnego ataku w tym samym roku w Langedrag Naturpark w Norwegii, gdzie zsocjalizowana samica wilka zaatakowała opiekuna, który wykarmił ją z butelki. Pomimo tego, że sami pracownicy Kolmården byli niejednokrotnie atakowani lub przepędzani z wybiegu. Pomimo że Mats Amundin, wydając opinię w sprawie dramatycznej sytuacji, w jakiej znalazła się młoda opiekunka wilków Anna, stwierdził, że jej życie było poważnie zagrożone. Pomimo że były kierownik działu badań, a teraz ekspert powołany na rozprawę sądową sam znalazł się w podobnej sytuacji – zarówno on, jak i obrońcy utrzymują, że śmiertelny atak był „jak grom z jasnego nieba”.

Żaden z licznych udokumentowanych przypadków ataku wilków na ludzi nie przyczynił się do zweryfikowania metod pracy z dorosłymi zsocjalizowanymi wilkami. Podczas rozprawy sądowej obrońcy powołują się na mity dotyczące wilków powstałe w ramach działalności Projektu Wilk w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Mianowicie, że nie ma żadnego powodu, aby człowiek bał się wilka. Za bramą wejściową ogrodu zoologicznego do 17 czerwca 2012 roku, do godziny 11.17, uważa się, że wilk nie stanowi zagrożenia dla człowieka.

W planie awaryjnym na wypadek ucieczki niebezpiecznych zwierząt, ustanowionym przez Kolmården dopiero w 2012 roku – tym samym, w którym nastąpił atak – wilk zostaje pominięty. Na liście figurują lew, tygrys oraz goryl. Nie ma natomiast drapieżnika, którego dorosły osobnik może ważyć ponad pięćdziesiąt kilogramów, ma czterocentymetrowe kły i jest w stanie samotnie upolować łosia, a w grupie – dorosłego konia lub niedźwiedzia. To prawda, że dzikie wilki niezwykle rzadko atakują ludzi. Nie traktują nas jak zwierzynę łowną, w każdym razie nie dorosłych. Dzikie wilki boją się ludzi. Nie ulega jednak wątpliwości, że ich zabijały. Zabijały, gdy były zarażone wścieklizną, zabijały podczas polowania i wtedy, gdy broniły swojego rewiru. I wciąż będą zabijać samotnych ludzi, jeżeli znajdą się oni w niewłaściwym miejscu i w niewłaściwych okolicznościach.

We wrześniu 2017 roku „The Times” donosi, że sześćdziesięciodwuletnia Celia Hollingworth, która zaginęła podczas wędrówki górskiej w północnej Grecji, została prawdopodobnie zabita przez wilki.

Wędrowała samotnie w odległych górskich rejonach. Obrażenia na okaleczonym ciele – rozległe ubytki i ślady zębów na zmiażdżonych kościach udowych – świadczą o ataku wilków. Nie ma powodu do paniki, ale wilki mogą być niebezpieczne dla ludzi.

W 2002 roku w Norweskim Instytucie Badań Przyrody (Norsk institutt for naturforskning, NINA) zespół pod kierownictwem Johna Linnella przeprowadził szeroko zakrojone badania udokumentowanych ataków wilków. W wyniku szczegółowej analizy stwierdzono, że poczynając od XVIII wieku, w samej tylko Europie Zachodniej odnotowano 1548 przypadków zabicia człowieka przez wilki. Większość z nich miała miejsce przed 1900 rokiem. W Rosji, kraju o największej populacji wilków, udokumentowano wiele ataków także po II wojnie światowej. W Kirowie w latach 1944–1955 wilki miały zabić dwadzieścioro dwoje dzieci. W Indiach ponad dwieście w latach 1980–1995. John Linnell nie jest jednak zwolennikiem wytępienia wilków, przeciwnie. Uważa natomiast, że lekceważenie potencjalnego zagrożenia i problemów, jakie niesie ze sobą obecność rewiru wilków w pobliżu terenów zabudowanych, nie sprzyja wysiłkom zmierzającym do zachowania gatunku. Uruchamia to – jak twierdzi ekspert – mechanizm zaprzeczenia, znany z reakcji na ludobójstwo lub inne traumatyczne historyczne wydarzenia, co powoduje wzrost nieufności i polaryzację opinii.

Wilk został uratowany. Zadanie się powiodło. W Europie żyje około dwunastu tysięcy dzikich osobników. Teraz trzeba jeszcze wypracować sposób koegzystencji z legendarnym drapieżnikiem. Głoszenie, że wilki nie są niebezpieczne, może podważyć zaufanie do wszystkich skutecznych działań podejmowanych dla ochrony gatunku od początku XX wieku.

– Wilki nie są ani święte, ani nasłane przez diabła. To po prostu duże drapieżniki – mówi badacz w wywiadzie dla brytyjskiej rozgłośni BBC.

Obrońcy w Norrköping przywołują statystykę, która według nich przemawia na korzyść oskarżonego zoo w Kolmården i dyrektora działu hodowlanego Matsa Höggrena. Prawdopodobieństwo śmierci spowodowanej przez wilka jest w Szwecji wyjątkowo niskie. Ostatnio zanotowane przypadki w kraju pochodzą z 1820 i 1821 roku, czyli sprzed niemal dwustu lat. Były to ofiary tak zwanego wilka z Gysinge. Wiele wskazuje na to, że był to wilk zsocjalizowany.

Zaczęło się od tego, że na terenie fabryki w Gysinge ogrodnik znalazł w lesie trzy porzucone wilcze szczenięta. Jedno z nich wylądowało w posiadłości Hofors, gdzie dorastało w zagrodzie na podwórzu. Wilczyca uciekła stamtąd po osiągnięciu dojrzałości. Nigdy nie nauczyła się polować w naturalnym środowisku.

Nie odczuwała też naturalnego u dzikich wilków lęku przed człowiekiem. Jej pierwszą ofiarą tej zimy padł trzyletni syn żołnierza Erik Ed, który bawił się na śniegu przed chałupą w Dragbo. Ojciec znalazł go w śniegu kilometr od domu, pogryzionego do krwi. Dziecko jeszcze żyło, ale nie dało się go uratować.

Zimą 1821 roku wilk z Gysinge zabił dziewięć osób i ranił piętnaście. Większość ofiar stanowiły dzieci. Wiele z nich było okaleczonych i częściowo pożartych. 21 kwietnia zastrzelono dużą wilczycę w Nordanåker, po czym ataki ustały.

Od tamtej pory nie udokumentowano w Szwecji żadnego przypadku ataku wilka na człowieka. Do 17 czerwca 2012 roku w Kolmården. Można to traktować jako dowód na to, że wypadek był absolutnie nie do przewidzenia. W swoim końcowym wystąpieniu obrońcy demonstrują zdjęcie króla z wilkami w Kolmården. Czy kierownictwo zoo zaprosiłoby głowę państwa na wybieg dla drapieżników, gdyby istniało najmniejsze podejrzenie, że mogą stanowić zagrożenie dla człowieka? To wykluczone. Można również przyjąć, że niewielka liczba potwierdzonych przypadków śmierci jest logiczną konsekwencją liczby wilków żyjących w Szwecji przez ostatnie sto lat. Bo prawie ich nie było. Gatunek był w zasadzie wytępiony, do czasu gdy pod koniec lat siedemdziesiątych pojawiły się pierwsze ślady wilków w Värmlandzie.

Wyjąwszy populację, która mieszkała na zamkniętych wybiegach w ogrodach zoologicznych, prawie nie było wilków żyjących w pobliżu ludzkich siedzib. Z kolei zwierzęta z zoo uznano za zbyt niebezpieczne, aby kontynuować próby ich socjalizowania. W każdym razie w Skansenie. W Kolmården uważano inaczej.

Dlatego mam wątpliwości, czy odpowiedzi na zagadkowy atak wilków w Kolmården należy szukać w naturze tych zwierząt. Wydaje się, że podobnie jak inne drapieżniki kierują się wrodzonym instynktem. Zamiast tego może trzeba by się przyjrzeć samym ogrodom zoologicznym, ich architekturze i finansowaniu. Chciałbym znaleźć odpowiedź na pytanie, w jakim właściwie celu budujemy obiekty, w których pokazujemy egzotyczne i dzikie zwierzęta w sztucznie stworzonym środowisku. Środowisku, które na dodatek określamy jako naturalne. Skąd wzięła się ta z gruntu absurdalna idea?

Lars Berg Dobry wilk

Tragedia w szwedzkim zoo