Marianna Bocian – * * *
W dżungli naszych ciał trwa pościg dwu bestii,
nagich, bezradnych wśród obiegów krwi.
Ucieczka w głąb ciała
to wejście bezlitosne na wrogie pozycje,
z których rozpacz wyprowadza nas czule wśród skowytu.
W dżungli naszych ciał trwa
pościg dwu bestii. Zmęczeni, ociekający potem mówimy
– kochany
– kochana.
Jest to jedyne przebaczenie morderczego pościgu i rozgrzeszenie uległości.
Zasypiamy. Ponad snem tylko dwie bestie dorastają do skoku
wśród śmiertelnej dżungli ciał.
Jest to bezprawie, na które godzi się bez nas
nasza krew, by trwać.
Nie my – bestie są nieśmiertelne!
Książka wspomnieniowa o Mariannie Bocian (1942-2003) „Wspomnienia o Mariannie Bocian” ukazała się we wrocławskim wydawnictwie Atut w 2019 roku i liczyła 272 strony. Pomysł jej wydania należał bliskich przyjaciół poetki prof. Stefana Bednarka (1944-2022) z Wrocławia i prof. Jana Tomkowskiego (1954-2024) z Warszawy. Książka zawiera trzydzieści sześć wspomnień, napisanych przez różne osoby ze świata literatury i kultury. Wśród autorów, są poeci, pisarze, naukowcy oraz rodzina. Znali oni Mariannę Bocian i byli obserwatorami jej drogi życiowej oraz literackich zmagań ze słowem. Wspomnienia umieszczone w książce, przywołały sylwetkę poetki na w dwóch płaszczyznach. Pisano o niej w aspekcie związków z rodzinną Lubelszczyzną oraz z Wrocławiem, miastem jej zamieszkania i twórczości. Wspomniano także jej nieugięty charakter i działalność polityczną w okresie stanu wojennego.
We wstępie do książki Stefan Bednarek i Jan Tomkowski napisali: „Bardzo trudno kupić jej książki w księgarniach. Nie trafiła nigdy na listę autorów lektur szkolnych. Nie zyskała sympatii żadnego z najbardziej wpływowych krytyków literackich. Nie zdobyła żadnej liczącej się nagrody – w czasach, gdy o pozycji artysty decydują głównie nagrody i nominacje, a nie słowa i myśli. A przecież była jedną z najwybitniejszych polskich pisarek XX wieku. Pozostawiła wiersze, poematy, artykuły, utwory prozatorskie, a wreszcie dobrą pamięć wśród tych, którzy ją znali, cenili i podziwiali. Nie została zapomniana, ale nie wszyscy chcą o niej pamiętać. Bo jej bezwzględna szczerość, odwaga granicząca z desperacją, gotowość do mówienia prawdy w oczy bywała nieraz źródłem najrozmaitszych kłopotów. Starsze, odchodzące już pokolenie nie wyobraża sobie chyba mapy współczesnej liryki polskiej bez nazwiska Marianny Bocian. Ale ci, którzy będą w niedalekiej przyszłości pisać na nowo historię literatury ojczystej, także powinni jej dzieło docenić. Im właśnie, młodym i najmłodszym czytelnikom polskiej poezji, dedykujemy tę książkę”.
Myślę o tekstach zawartych w książce w sposób mityczny, wszak i moje wspomnienie jest w niej zawarte. Zastanawiałem się wielokrotnie nad tym, jaką rolę odegrali Stefan Bednarek i Jan Tomkowski w twórczym i osobistym dyskursie wrocławskiej poetki. Byli jej wieloletnimi przyjaciółmi, krytykami twórczości i opiekunami jej dzieła literackiego. Dodatkowo po śmierci Marianny Bocian, prof. Bednarek pozostawał powiernikiem praw autorskich dzieła poetki. Pamiętam, jak przy moich spotkaniach z Marianną Bocian, nazwiska profesorów zawsze pojawiały w takim splocie: „Bednarek powiedział” albo „Tomkowski napisał”.
Gdy wysłałem wspomnienie do prof. Bednarka, otrzymałem od niego pozytywną odpowiedź. Profesor zaakceptował wszystkie moje subiektywne wspomnienia o Mariannie Bocian. Po dłuższej przerwie korespondencyjnej przysłał mi egzemplarz autorski wydanej książki i dyskretnie zaproponował, bym napisał o niej recenzję. Zgodziłem się, ale nie powstała ona od razu. Od pierwszych zdań nakreślonych w listopadzie 2019 roku do września 2024 upłynęło sześć lat. Nazwałbym je antropologicznym poszukiwaniem czegoś ważnego w niej – nie potrafię tego stanu określić. Nurtujące mnie pytanie dotyczyło faktu, co powinna zawierać taka recenzja? Książka jest bowiem trudna w odbiorze i wielce subiektywna. Śmierć obu uczonych, świadków obecności Marianny Bocian w literaturze polskiej, spowodowała oddalenie próby napisania recenzji. Olśnienie przyszło wraz z postawieniem tezy, że przecież celem książki „Wspomnienia o Mariannie Bocian” był hołd przyjaciół, złożony poetce po latach. Dlatego treścią recenzji jest mityczne ogniwo łączące Stefana Bednarka i Jana Tomkowskiego z Marianną Bocian – tym „Norwidem w spódnicy” oraz „Ikoną Podlasia”.
Bezspornie świadczy o tym inne wydawnictwo Marianny Bocian poprzedzająca wspomnienia, które skomponował Stefan Bednarek, o nazwie „Awuls. Myśli i aforyzmy” (Wrocław 2017). Była to książka, jak napisał Bednarek „Wyborem z niepublikowanych notatek Marianny Bocian zawierających krótkie zdania, sentencje, paradoksy, myśli związane z nurtującymi poetkę fundamentalnymi problemami filozoficznymi, kosmologicznymi, moralnymi, estetycznymi. Odnaleźć tu można w esencjonalnym zgęszczeniu cały światopogląd poetki i jej pojmowanie ludzkiego losu, a także źródła jej twórczości. A przy okazji zadumać się nad mądrością i przenikliwością umysłu wybitnej, a niedocenianej ciągle poetki. Kolonia Awuls to nazwa należącego do wsi Bełcząc przysiółka, w którym poetka się urodziła. Tam była zakorzeniona i więzom z rodzinnym gniazdem ciągle dawała świadectwo, tytuł wskazuje więc miejsce, skąd wywodziło się jej twórcze życie. Ale stanowi też metaforę losu poetki. Słowo „awuls” (łac. avulsus – oderwany, odjęty) oznaczało w staropolszczyźnie mały folwarczek, spłachetek ziemi oderwany od własności ziemskiej. Mieszkając we Wrocławiu, pół tysiąca kilometrów od Bełcząca, poetka doświadczała wielowymiarowego oderwania. Aby wejść w rejony myśli filozoficznej, poezji i życia intelektualnego, musiała oderwać się od podlaskiej ziemi. Nie oznaczało to jednak jej porzucenia; kilka razy w roku jeździła tam, by pomagać rodzinie w ciężkiej pracy na roli, a ziemia ta była nie tylko tłem i podglebiem jej twórczości, ale też niewyczerpanym źródłem inspiracji”.
Marianna Bocian, jako poetka starsza od obu profesorów, posiadała inne niż oni doświadczenie twórcze. Wyrosła na Lubelszczyźnie w rodzinie chłopskiej i zasłynęła wśród elit literackich Wrocławia, jako oryginalna twórczyni, nieugięta patriotka i piewczyni ziemi rodzinnej. Autorka podkreślała w twórczości niedolę chłopską na przykładzie własnej rodziny, w ich gniazdowisku na Awulsie w Bełczącu koło Czemiernik. Taka filozofia odpowiadała prof. Bednarkowi, który dobrze znał poetkę i jako kulturoznawca, w sposób analityczny rozumiał twórczość Marianny Bocian. Dlatego widział dyskurs poetki w kontekście antropologicznym. Dla niego, jako badacza twórczości Marianny Bocian, ważne były nie tylko mity i symbole zawarte w tomach poetyckich: „Narastanie” (1975), „Actus hominis” (1979), „Ograniczone z nieograniczonego” (1982), czy „Stan stworzenia” (1989), ale także historie zasłyszane. Stąd we wspomnieniach o niej, nabierają sensu, nie fakty autobiograficzne, bo one są zawarte w „Kalendarium” na s. 262-270, a przestrzeń mityczna. Są to dźwięki dzwonów z kościoła czemiernickiego, które Marianna słyszała na Awulsie. Cmentarz z kaplicą otoczoną grobami najzamożniejszych gospodarzy z Czemiernik i Bełcząca. Ciężka praca w gospodarstwie, morgi i zagony rodzinne Bocianów, odziedziczone przez brata Jana, których symbolem był wiersz poetki „Bratu Janowi, a więc chłopom polskim”.
Stefan Bednarek koncentrował wspomnienia autorów na dyskursie poezji konkretnej, uprawianej przez autorkę pod wpływem znajomości ze Stanisławem Dróżdżem (1939-2009). Następnie elegijnej i gnomicznej, powstałej już po fascynacji teoriami wizualizacyjnymi i obrazowaniem ekwiwalentnym. Faktycznie poetka w latach dziewięćdziesiątych zaczęła poszukiwać znaków przymierza z filozofią słowa już wypowiedzianego, ale oświetlonego emocjami od nowa. Mowa tutaj o norwidowskiej egzegezie, że słowo jest cieniem świata. Dla poetki ważne były więzy znajomości i przyjaźni z Januszem Deglerem, Henrykiem Skolimowskim, Markiem Garbalą, Markiem Ostaszewskim, czy malarzem Jerzym Kapłańskim. Była to pępowina filozoficznego znaku żarliwie dyskutowana z wieloma twórcami i widziana z perspektywy sztuki oraz natchnienia poetyckiego – jako aktu tworzenia. Zwłaszcza poprzez podkreślanie przez poetkę, że twórcze uniesienia czasami powstają w sposób realistyczny, bo pierwiastek realistyczny jest zawsze w twórczym akcie obecny i nasiąknięty prawdą. Z tej teorii wynikały słynne powiedzenia Marianny Bocian o grafomanach, przysparzające jej nieprzyjaciół i wrogów.
Ważne myślenie z literackiego punktu widzenia o dziele Marianny Bocian reprezentował Jan Tomkowski. Profesor był świadomy faktu, że urodziła się ona poetką i to właśnie słowo było „jej odsłoną” w życiu, a jej osobowość, na tle ówczesnych kierunków literackich, emanowała indywidualizmem. Twarda własna wizja twórczości i natchnienia, dawały poetce autonomię oraz niezależność. We wspomnieniu o Mariannie Bocian uczony napisał: „Trzeba być Norwidem (albo jego wiernym czytelnikiem), by dewizę cierpienia, bólu, samotności, niedoceniana stosować i w życiu, i literaturze, nie bacząc na cenę”. Ten cytat, trochę wyrwany z kontekstu, ważny jest głównie dlatego, że porównuje się w nim Mariannę Bocian z Norwidem. Mówiąc tym samym o nawiązaniu w twórczości poetki do idei parnasizmu, jako laboratorium historii i sensu dziejów ludzkich.
By lepiej pojąć fenomen przyjaźni spokrewnionych ze sobą dusz, zacytuję za Wikipedią życiorysy obu uczonych. Stefan Bednarek urodził się 6 sierpnia 1944 roku w Blachowni, zmarł 10 lutego 2022 roku w Nysie. Był polskim uczonym, teoretykiem i historykiem kultury, profesorem Uniwersytetu Wrocławskiego, dyrektorem Instytutu Kulturoznawstwa. W latach 2004–2007 był przewodniczącym Komitetu Nauk o Kulturze PAN, od października 2009 był prezesem Polskiego Towarzystwa Kulturoznawczego, a także prezesem Dolnośląskiego Towarzystwa Regionalnego. Posiadał liczne publikacje naukowe i popularno-naukowe.
Prof. Jan Tomkowski urodził się 22 sierpnia 1954 roku w Łodzi, zmarł 15 lipca 2024 roku w Warszawie. Był polskim uczonym, doktorem habilitowanym w zakresie nauk humanistycznych. Piastował stanowisko profesora historii literatury polskiej w Instytucie Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk. W 1990 był współzałożycielem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.
W przyjaźni Marianny Bocian ze Stefanem Bednarkiem bardzo czynnie uczestniczyła żona profesora Danuta Bednarek. Odwiedzając Bednarków w ich prywatnym domu, Marianna Bocian lubiła rozmawiać z panią Danutą o literaturze, opowiadała jej o sobie, a także przywoływała obrazy z dzieciństwa na Lubelszczyźnie. Czasami Bednarkowie podsyłali kogoś do pomocy w gospodarstwie brata Jana. Zwłaszcza podczas jesiennych pobytów poetki u brata, by odciążyć ją od dodatkowych prac domowych. Odwiedzając Mariannę Bocian w jej domu rodzinnym, dowiedziałem się, że „w kuchni rządzi” przysłana przez Bednarków, ich daleka krewna ze Lwowa. Było to podczas pobytu w Bełczącu wrocławskiego poety i malarza Zbigniewa Kresowatego i jego żony Grażyny. Istotnie, zostaliśmy poczęstowani plackami ziemniaczanymi i pomidorami podanymi na talerzu.
W 2009 roku nakładem Oficyny Wydawniczej Atut we Wrocławiu ukazał się obszerny tom utworów wybranych Marianny Bocian w dziewiątą rocznicę jej śmierci, o tytule „Jasno i bogato. Utwory poetyckie”. Był to wybór wierszy w opracowaniu Danuty Bednarek i poety Eryka Ostrowskiego. Udział Danuty Bednarek w tym dużym przedsięwzięciu wydawniczym, zbliżył Eryka Ostrowskiego do Bednarków. Faktyczne wydanie tego tomu, spowodowało, że prof. Bednarek zaczął rozważać podjęte już wcześniej postanowienie opracowania wspomnień o wrocławskiej poetce. Ideę wspomnień o Mariannie Bocian, wyraził we wstępie Eryk Ostrowski, pisząc o związkach poetki z Bednarkami, jako orędownikami przyjaźni bezinteresownej. Odniósł się także do poglądów na temat roli Norwida w dyskursie poetyckim autorki, określając go, jako próbę kultywowania tradycji romantycznej. Wówczas Eryk Ostrowski napisał: „Przylgnęło do niej określenie „Norwid w spódnicy”, bo i poezja jej, jak Norwidowska, była najwyższej próby, a i los nie szczędził jej razów (…)”.
Ślady tradycji norwidowskiej przewijają się przez całą treść książki „Wspomnienia o Mariannie Bocian”. Wielu autorów powołuje się na kulturologiczną przestrzeń w poezji Marianny Bocian, jako dialogu ze światem. Dla przykładu Stefan Bednarek mówił o filozoficznej dewizie poetki, hołdującej romantycznej idei uczuciowości i czerpiącej z niej soki do indywidualnego wzrostu. Natomiast w swoim wspomnieniu, Jan Tomkowski podkreślił znaczenie w literackiej biografii Marianny Bocian lektur romantycznych i roli tradycji norwidowskiej w toposach podejmowanych przez poetkę. Uczony pisał o mityczności ziemi i jej żywicielskim źródle wobec czasoprzestrzeni człowieczej, targanej przemijaniem i śmiercią. Nawiązał tym samym do utworu „Testament” z 1995 roku zamieszczonego w tomie „W kręgu stanów ludzkich”, gdzie Marianna Bocian pisała: „nierozwiniętą jeszcze Wiecznością jest człowiek // chciałabym zostawić po sobie / źdźbło trawy nietknięte / przez mój wzrok / dotyk / rozum / wolne / nie zatrzaśnięte w więzieniu języka”.
Lublin, 15 listopada 2019 – 23 września 2024
https://pisarze.pl/category/rok-2024/nr-570/
Bibliofollia, czyli szaleństwo czytania to książka wydana przez słowo/obraz terytoria. Przypomnijmy, że gdańskie wydawnictwo specjalizuje się w dziełach z zakresu nie tylko literatury pięknej i eseistyki, ale i krytyki literackiej, teorii sztuki czy nauk społecznych. Szczególnie chętnie prezentuje niezwykle interesujące pogranicza tych dziedzin, bada obszary pomiędzy dziedzinami, ideami, tematami i zagadnienia nieoczywiste, które jednak wpisują się zawsze w ramy szeroko rozumianej humanistyki. Wydawnictwo odniosło wiele sukcesów, jak choćby otrzymało nagrodę Nike czy Nagrodę Literatury na Świecie. Wśród pozycji eksplorujących obszary tematyczne związane z książką i biblioteką znalazła się wydana w 2022 roku Bibliomania złożona z tekstów: Charles’a Nodiera, Gustave’a Flauberta i Charles’a Asselineau, można powiedzieć klasyków pisania o uzależniającej naturze czytania i miłości do materialnej wartości ksiąg i ich kolekcjonowania.
Tym razem mamy do czynienia ze zbiorem tekstów Alberto Castoldiego. Urodzony w 1941 roku, zmarł w 2019 roku, był profesorem zwyczajnym literatury francuskiej związanym z Uniwersytetem w Bergamo, w latach 1999–2009 pełnił obowiązki rektora tej uczelni. Wcześniej był kierownikiem Wydziału Języków Nowożytnych. W 2005 roku założył Centrum Sztuk Wizualnych, którego dyrektorem był do 2011 roku. Od 2010 roku był też koordynatorem naukowym międzynarodowego programu doktoranckiego Kulturo-znawstwo w literackich interstrefach. Jest autorem wielu książek i artykułów naukowych, redaktorem czasopism naukowych i współtwórcą licznych naukowo-artystycznych projektów. Już ten krótki życiorys naukowy prezentuje jego szerokie zainteresowania i obszary badań. Rzeczywiście profesor Castoldi zajmował się opisywaniem różnorodnych, a jednak powiązanych z sobą, tematów. Wśród nich znajdziemy: powieści XVIII- i XIX-wieczne, związki podróży i literatury, związki między narkotykami i literaturą, antropologię wyobraźni czy pamięć kulturową. W swoich pracach zastanawiał się często nad rolą intelektualisty we współczesnym świecie dotkniętym poważnym kryzysem wartości. Swobodnie przemieszczał się po historycznych i współczesnych ideach, fascynacjach, modach i kodach kulturowych, ale też lękach, fobiach, maniach i niespełnieniach współczesnego świata idei. Można powiedzieć, że spacerował po nich jak jeden z opisanych we wcześniejszej książce, najbardziej reprezentatywnych symboli współczesności – flâneur – wędrowiec przemierzający samotnie miejskie ulice i zaułki dla przyjemności i realizujący w wędrowaniu swoje niezaspokojone nigdy do końca pragnienie wiedzy.
Bibliofollia, czyli szaleństwo czytania idealnie wpisuje się w zakres zainteresowań i pasji autora. Książka prezentuje dogłębną znajomość ogromnego zasobu literatury związanej z tematem, odniesień do autorów i dzieł, z których części próżno szukać w najbliższej bibliotece, gdyż wiele z nich nie zostało nigdy przetłumaczonych na język polski. Zanim jednak otworzymy tę pracę i zaczniemy ją czytać, spójrzmy na jej formę.
Książka została starannie wydana. Prosta, elegancka, estetyczna forma sprawia, że z przyjemnością bierzemy ją do ręki. Na końcu dodano część ilustracyjną zawierającą reprodukcje dzieł malarskich związanych z opisywanymi tematami. Znaleźć tu można m.in.: Leżącą kobietę z książką Pabla Picasso, Czytającą dziewczynę Pierre’a-Auguste’a Renoira, Martwą naturę z francu-skimi powieściami i różą Vincenta van Gogha, Czytelnika Édouarda Mane-ta, Mężczyznę czytającego przy lampie Georga Friedricha Kerstinga czy dość znaną w bibliotekarskich kręgach rycinę na podstawie Bibliotekarza Giuseppe Arcimboldiego, ukazującą człowieka jako sumę woluminów. Część ilustracyjna została zatytułowana Bibliofollia w obrazach i doskonale uzupełnia treści przedstawione w poszczególnych rozdziałach. Pomiędzy rozdziałami znajdują się grafiki, które bezpośrednio odnoszą się do podjętego w nich tematu. Na okładce powtórzono jedną z prac opisaną jako Anonimowa ilustracja z XIX wieku, a przedstawiającą trochę groteskową postać niosącą stos książek, prawie tak duży jak ona sama. Niemal czujemy już wagę tego, co znajdziemy po otwarciu woluminu.
Kiedy już zachwyciliśmy się formą, możemy przejść do treści. Bibliofollia… to książka o książkach, książka o bibliotekach, a przede wszystkim książka o tych, którzy ulegli magii tego niepozornego, wydawałoby się, przedmiotu, jakim jest książka. Od początku istnienia ksiąg ludzie obdarzali je bowiem silną namiętnością, często miłością, związaną z pragnieniem posiadania, czasami nienawiścią, często mieszanką trudnych do opisania, skomplikowanych uczuć. Od stanu określanego jako „filia” (rodzaj miłosnego uzależnienia), poprzez „manię” (przesadne zainteresowanie, uzależnienie o znamionach szaleństwa), do stanu „follia” (rzec można: ogłupienia przedmiotem swojej miłości i pasji). O tym wszystkim jest recenzowana praca, a dziwne stany bibliofilskiej świadomości Autor prezentueje w 12 rozdziałach. Warto przytoczyć tytuły rozdziałów, dają one bowiem obraz tego, co stanowi tematy przewodnie, są pewnego rodzaju hasłami, wokół których rozwijają się wędrówki Autora: Żałobny smutek pisma, Pisarz zabójca, Książki nigdy nienarodzone, Biblioteka jako schronienie, Biblioteki utracone, Kult książek, Bibliofilia/bibliomania, Bi-bliofagowie, Libricité, Fałszerze, Książka, która zabija, Strategie lektury. Spis pokazuje cały wachlarz zagadnień przedstawionych w książce. Od zwyczajnych, niegroźnych historii, jak np. tej o bibliotekach stanowiących schronienie, poprzez te pokazujące utratę kontroli nad pasją, jak Bibliofilia/bibliomania, po opowieści o zachowaniach niebezpiecznych, wręcz perwersyjnych, budzących niedowierzanie czy nawet przerażenie, jak te w rozdziale o bibliofagach. Jest to niewątpliwie publikacja o różnych odmianach miłości do książek. O ludziach, którzy po prostu kochali czytać, o kolekcjonerach, bibliofilach, posiadaczach, a także o ludziach owładniętych jakimś rodzajem książkowego obłędu.
To lektura fascynująca, niepokojąca, momentami lekko przerażająca (dzięki plastycznie ukazanym obrazom różnych rodzajów szaleńczej pasji). Nie jest łatwa w odbiorze. Nie jest to zbiór opowiastek i anegdot z zabawnymi postaciami bibliofilów i bibliomaniaków w rolach głównych. Nie jest to też zbiór opowieści grozy, które toczą się w zapomnianych przez świat i ludzi bibliotekach.
A muszę przyznać, że przy pierwszym zetknięciu z książką chyba czegoś takiego się spodziewałam. Nie czyta się jej więc łatwo. Są fragmenty, które bawią, które łatwo i szybko „wchodzą” do głowy, ale są i takie, przez które trzeba się z trudem przedzierać. Momentami sprawia to ogrom przywoływanej i cytowanej literatury, szerzej nieznanej, chwilami odwiedzanie przez autora naprawdę mrocznych zakamarków ludzkiego umysłu zainfekowanego takimi rodzajami szaleństwa, których przecież, w powszechnym przekonaniu, nie może wywołać coś tak niewinnego i zwyczajnego jak książka. Obcujemy z nią przecież na co dzień i ciągle jesteśmy zdrowi na umyśle. Skłania to jednak do refleksji.
Zaczynamy zastanawiać się, czy nasze przyzwyczajenia czytelnicze mieszczą się jeszcze w normie, czy zbliżają się już do rejonów niebezpiecznych. Czy fakt, że nie możemy oderwać się od czytanej powieści, zaniedbując obowiązki lub kontakty z innymi ludźmi, nie jest krokiem na drodze do obłędu? Czy to już uzależnienie? Gdzie leżą granice, za którymi staniemy się podobni do postaci przedstawionych przez Alberto Castoldiego?
A przyznać trzeba, że historie i postacie w tym zbiorze robią duże wrażenie. Zakres wiedzy autora, liczba zarówno opisywanych historii, jak i przedstawionych postaci, swobodne łączenie osób rzeczywistych z postaciami literackimi, odnajdywanie wspólnych elementów między postaciami z różnych czasów i miejsc – budzą podziw, a chwilami coś w rodzaju zazdrości. Podziwiamy erudycję, z jaką napisana została Bibliofollia…, opowieść o wszelkich możliwych komplikacjach związanych z przedmiotem fizycznym, jakim jest książka, oraz z ich zbiorami i kolekcjami, które tworzą biblioteki. Komplikacje, o których mowa, to rzeczywiste problemy i problemy powstałe w głowach wielbicieli słów zapisanych na papierze. Jak można przeczytać, przedmiotem nadmiernego uwielbienia może być sam zapisany papier, książka jako forma skończona, w jakiś sposób już doskonała, a wreszcie sama treść. Do tego autor opisuje zachowania i przekonania ludzi prawdziwych, żyjących faktycznie pisarzy, kolekcjonerów, bibliotekarzy i czytelników, a obok nich wymyślonych przez autorów postaci, które darzą książki miłością, kultem, które czczą je albo, przeciwnie, niszczą. Książka o książkach, w których też są książki. Przypomina to trochę powieści szkatułkowe, choć oczywiście w przypadku dzieła niebeletrystycznego nie można tego porównania traktować dosłownie. W trakcie czytania odkrywają się przed nami kolejne warstwy historii, pojawiają się kolejne tytuły dzieł, które chcielibyśmy poznać, bo już kilka stron dalej znajomość jednego z utworów okazuje się potrzebna, by wgłębić się w jakiś element opisanej historii, który staje się nową historią. Takich konstrukcji jest tutaj wiele. Niejednokrotnie wspominałam, że Castoldi odnosi się często do dzieł literackich i ich autorów. Czas więc wymienić niektórych z nich. Na kartach Bibliofollii… pojawiają się tacy znani pisarze jak: Gustave Flaubert, Umberto Eco, Jorge Luis Borges, Elias Canetti, Honoré Balzac, Jonathan Swift, Charles Nodier, Anatol France, Italo Calvino, Miguel Cervantes czy Milan Kundera. Z jednej strony w ich utworach odnajdziemy opisy szczególnego rodzaju obłędu spowodowanego przez afekt do książek i bibliotek, z drugiej – są to pisarze, którzy sami zmagali się z objawami przypisywanymi stworzonym przez nich bohaterom.
Wymienieni autorzy to tylko mała reprezentacja twórców, których odnajdziemy na kartach omawianej publikacji. A przecież nie tylko pisarze są tu bohaterami. Castoldi przywołuje wiele postaci historycznych, które w jakiś sposób zapisały się w dziejach książki czy historii bibliotek. Czy to poprzez ratowanie zagrożonych księgozbiorów, zakładanie czy fundowanie bibliotek, ocalanie cennych dzieł, czy to poprzez mniej chwalebne działania przyczyniające się do ich zniszczenia. Czasami poprzez wpływy, jakie mieli w czasach, w których żyli, wpływali na całą kulturę tego okresu. Właściwie od momentu powstania pisma jest ono używane do tworzenia dzieł, które z jednej strony mają wszystkie cechy czasów, w których powstały, są świadectwem chwili, wydawałoby się ulotnym, z drugiej strony są w pewien sposób wieczne, pozostają na zawsze, czasem zapominane, czasem ożywiane przez odkrywających je na nowo czytelników, czasem niezmiennie żywe, czytane i uwielbiane. Suma tych wszystkich zapisanych i zadrukowanych tabliczek, pergaminów, kart i dokumentów mogłaby sugerować, że spora część ludzkości każdych czasów cierpi na jakiś rodzaj hipergrafii, nieprzemijającego przymusu pisania. A to tworzy wielu uzależnionych od czytania, książek i księgozbiorów. Z wszystkimi konsekwencjami dla historii książki, historii bibliotek, a co za tym idzie historii kultury. Alberto Castoldi przygląda się tym wszystkim zjawiskom i procesom, zapewniając nam ciekawą i wyrafinowaną ucztę czytelniczą.
Ostatni rozdział, zatytułowany Strategie lektury, skłania mnie do refleksji nad pytaniem, jaką strategię wybrać podczas czytania Bibliofollii… Jedno czytanie zdaje się tutaj nie wystarczać. Za wiele historii, wątków, motywów, postaci, nazwisk i tytułów. Po skończeniu lektury chciałoby się wrócić do niej jeszcze raz, choć samo przedarcie się przez tekst nie było łatwe. Może wrócić do wybranych fragmentów, ciekawszych rozdziałów? Znajdą się pewnie czytelnicy notujący podczas czytania nazwiska autorów i tytuły, które chcą poznać lub do których zechcą wrócić po latach. Inni wrócą do jednej konkretnej lektury, w której dzięki profesorowi Castoldiemu odkryli nowy wątek, wcześniej nieznany czy raczej niezauważony, a dotyczący szaleństwa czytania. Będą tacy, których zainteresują historie książek, które nie powstały, bibliotek, które przestały istnieć, dzieł zaginionych. Może spróbują oni odnaleźć inne teksty opo-wiadające ich historię. Wreszcie będą też tacy, którzy zaczną zwracać większą uwagę na relacje autora z czytelnikiem. Bo o tym też jest ta książka. O wpływie tego, co autor stworzył, na czytającego, ale też o próbach nawiązania bardziej „osobistego” kontaktu autora z czytelnikiem, najpierw podczas pisania, potem czytania. Drobne wtrącenia, fragmenty tekstu, w których autor puszcza oko do czytelnika, próby kontaktu gdzieś między wersami, jak w szyfrowanej rozmowie osób mających wspólną tajemnicę.
Pozostaje mi polecić recenzowaną pracę wszystkim kochającym książki i wszystkim ceniącym lektury nieoczywiste, oryginalne, eksplorujące pogranicza dziedzin, nie tylko wpisujące się w zakres historii książki, ale też tworzące jakiś rodzaj jej mitologii.
Ewa Zys
– były pracownik Biblioteki Uniwersyteckiej w Poznaniu, obecnie na emeryturze, absolwentka Wydziału Etnologii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu; zainteresowania badawcze: motywy książki i biblioteki w literaturze oraz filmie, księgozbiory związane z pielgrzymowaniem po drogach św. Jakuba.
[Pani Ewa przesadza, książkę czyta się przyjemnie i łatwo, a przynajmniej tak to zapamiętałem, chętnie wrócę by sprawdzić VB]
***
Bibliofolly
Biblioteka Montaigne’a liczyła 3300 tytułów, co odpowiadało około 5000 woluminów, umieszczonych na trzecim piętrze okrągłej wieży, która pozwalała mu na pierwszy rzut oka zobaczyć wszystkie swoje książki. Biblioteka Des Esseintesa, bohatera „ Wroga” Huysmansa, jest pokryta gruboziarnistym safianem, podobnie jak jego niezliczone książki. Kien, bohater „Autoda-fé” Eliasa Canettiego, ma mózg-bibliotekę, podczas gdy w „Człowieku bez właściwości" Roberta Musila biblioteka ma kształt mózgu. Henry Miller napisał, że najlepszym miejscem do czytania nie jest biblioteka, ale własna latryna: „Najlepiej czytałem w toalecie”. Życie bibliotek jest natomiast dość surowe: są one przyciągane, lub wręcz przyciągają, ogień, od tego w Aleksandrii po przyszły stos z „451 stopni Fahrenheita” . Palenie książek jest cechą pierwszej części Don Kichota, debiutu powieści współczesnej, tak że część biblioteki rycerskich książek Smutnego Rycerza idzie z dymem. Amélie Nothomb niedawno napisała sztukę, w której bohaterowie palą swoje książki, aby przetrwać chłód sarajewskiej zimy. Kafka poprosił przed śmiercią, aby spalić jego nieopublikowane pisma, czego Max Brod nie zrobił, podczas gdy Dora Dymant zastosowała się, więc dzisiaj nie mamy części dzienników. Jako alternatywę dla wszystkich tych spaleń – w tym widmowych przeprowadzonych przez nazistów – istnieje kult konserwatorów książek: bibliofilów i bibliomaniaków; Lekarz Camille Falconet, żyjący między XVII a XVIII wiekiem, posiadał kolekcję 50 000 tomów, które kupił, nigdy ich nie czytając, podczas gdy zastępca Antoine Marie Henry Foulard, niecały wiek później, kupował książki na metry sześcienne za pomocą miarki, aż zgromadził 800 000 tomów. Od rzeczywistości do fantazji: Sylvestre Bonnard, postać z Anatole France, pojawia się na scenie, wyśpiewując peany na cześć kotów, które chronią książki przed drapieżnymi atakami myszy; wśród niebezpieczeństw, jakie czyhają na książki, według XVIII-wiecznego autora Giuseppe Volpiego, są psy, owady, świece, dzieci, nadmiernie pilni uczeni, ludzie, którzy nie myją rąk, krople spadające z nosa, wilgoć, karaluchy, mole, niezdarni obserwatorzy i wiele innych. Istnieją, choć rzadko, „pożeracze papieru”, jak na przykład bohater książki Edgarda Franzosiniego o tym samym tytule, Johann Ernst Biren; według znanej psychoanalityczki Melanie Klein, która łączy Księgę z Ciałem matki, czytanie jest pożeraniem samej matki (i nas, którzy wierzyliśmy, że książka jest Ojcem!).
Paul Lacroix, z drugiej strony, twierdzi, że związek z książkami jest erotyczny par excellence, graniczący z seksualnym, ale nie kazirodczym; bardziej cnotliwie, Italo Calvino, w Jeśli zimową nocą podróżny, omawia dotykowy aspekt czytania i nawiązuje do przenikliwej przyjemności, jaką daje nożyk do papieru, który przecina strony książki, aby ją otworzyć i przeczytać: czytanie jako posiadanie. Nawet przestępstwo spowodowane przez książki i ich kult jest rozważane: Prosper Mérimée i Charles Nodier omawiają je bardzo szczegółowo. Alberto Castoldi omawia wszystkie te przypadki, dotyczące książek, autorów, namiętności, zepsucia, fantazji i snów, w pojedynczym tomie, Bibliofollia (Bruno Mondadori), który Giorgio Manganelli z pewnością doceniłby, nie tylko za to, co opisuje - szaloną pasję do książek - ale za to, jak ją opowiada. Kiedyś, mówiąc o Centurii, swojej książce składającej się ze stu jednostronicowych powieści, Manganelli mówił o powieściach, z których całe powietrze zostało oczyszczone. Ten esej, Bibliofilia, również jawi się w ten sposób: mógłby być monumentalną, dziewięćsetstronicową książką, ale zamiast tego jest smukłą, osiemdziesięciodziewięciostronicową książką, którą czyta się szybko, osnutą na klinicznych przypadkach, które autor znajduje w literaturze, ale także w życiu kolekcjonerów, fałszerzy, powieściopisarzy, fikcyjnych postaci, a nawet prawdziwych ludzi. Alberto Castaldi, utalentowany francuski uczony i badacz granic sztuki i literatury, przedstawia nam je zwięźle. Bibliofollia jest mapą kontynentu zanurzonego w głębokich wodach literatury europejskiej, kontynentu, który moglibyśmy również nazwać zatopionym cmentarzyskiem samej literatury, jej ukrytym repozytorium: zarówno muzeum antykwarycznym, jak i galerią przyszłości; w literaturze wszystko przychodzi i odchodzi nieustannie. Castaldi wprowadza nas w tę wizytę, ostrzegając, że pisanie jest „bezsensowną grą”, frazą, którą Manganelli, autor Literatury jako kłamstwa, przyswoiłby sobie: „Intelektualista odkrywa, że zawsze zamieszkiwał cmentarz literatury, ale jednocześnie był strażnikiem tego martwego świata, a zatem znajdował się w stanie liminalnym, zawieszony między życiem a śmiercią”. Po przeczytaniu Bibliofollii nie tylko masz ochotę pójść do biblioteki, aby kontynuować czytanie (lub przeczytać ponownie) niezliczonych książek cytowanych przez autora, ale uświadamiasz sobie, że cmentarz książek, o którym mówi, jest bardzo żywy, bo jeśli pisanie zabija, czytanie przynosi życie: czytanie przywraca do życia książki z przeszłości, tak jak sam autor zrobił to w tej wspaniałej książce.
Marco Belpoliti
Sprawa Moniki Horny-Cieślak, odpowiedzialnej za urzędowe uprowadzenie dwojga dzieci, szybko ulegnie zapomnieniu. Skoro działo się tak właściwie z każdą bulwersującą aferą, dlaczego tym razem miałoby być inaczej?
Jednak – mówiąc Kisielem – „to nie kryzys, to rezultat”. Cała sprawa pokazała bowiem coś znacznie groźniejszego niż pojedyncze nadużycie władzy: w świadomości postępowej części społeczeństwa instytucjonalny kidnapping przestaje być „ostateczną ostatecznością”, a staje się uzasadnionym środkiem profilaktycznym.
Największym błędem byłoby myślenie, że mamy tu do czynienia ze spontanicznym „glitchem” w dobrze działającym systemie. Nie. Fanatyczna aktywistka, wypruwająca sobie żyły, żeby odbierać rodzicom dzieci na podstawie własnych histerycznych odczuć, jest produktem określonej ideologii. A fakt, że znalazła się na tak odpowiedzialnym stanowisku jak rzecznik praw dziecka, jest efektem określonego politycznego dealu. Świadczą o tym zresztą reakcje obronne na aferę, których motywacje można z grubsza podzielić na trzy kategorie.
Pierwsza to oczywiście obrona ludzi władzy za wszelką cenę. Nie jest chyba zaskoczeniem, że przodują w tym osoby odpowiedzialne za linię TVP Info. Wystarczy przypomnieć „cieplarniany” wywiad, jaki Aleksandra Pawlicka przeprowadziła z rzeczniczką. Tutaj właściwie nie ma o czym rozmawiać – jaki jest koń, każdy widzi. Druga, częściowo pokrywająca się z pierwszą, to wręcz patologiczna nienawiść salonu do Kanału Zero, który w jego oczach jest po prostu „ukrytą opcją pisowską” (trudno o większą głupotę).
Trzecia jest jednak najbardziej niepokojąca. To motywacja wynikająca z przekonania, że rodzina jest w gruncie rzeczy systemem opresyjnym. W takim ujęciu ingerencja państwa może więc być traktowana jako „profilaktyka” – i to bez wielkiej straty. Przecież nawet w razie błędu odebranie dziecka ze środowiska uznanego za złe „samo w sobie” nie jest żadną wielką tragedią. Ten sposób myślenia ujawnia się u wszystkich, którzy podnoszą argument o „uniknięciu czegoś gorszego” i wskazują na zamierzchłe, pojedyncze incydenty jako usprawiedliwienie dla tego, co wydarzyło się teraz.
U wszystkich tych, którzy krytykom instytucjonalnego kidnappingu zarzucają prawicowe tendencje do przemocy w rodzinie (Magdalena Biejat), mizoginię (Agnieszka Gozdyra) albo wykorzystywanie dzieci (Janusz Schwertner). Co inteligentniejsi publicyści zdobyli się na bardziej zakamuflowane działania osłonowe. Jak choćby Tomasz Terlikowski, który wytykał „medialny lincz”na rzeczniczce (tak, ten sam Tomasz Terlikowski, który wraz z TVN-owskimi zakapiorami uprawiał pośmiertny lincz na Janie Pawle II).
Zmora Jugendamtu w Polsce
I właśnie te osoby pokazują, jak prawdziwa jest zgrana do bólu fraza: „idee mają konsekwencje”. Jeżeli setki dzieł popkultury, intelektualne wydaliny „zaangażowanych społecznie badaczy”, aktywistki-obsesjonatki, feministki i nieświadome własnego zindoktrynowania „psycholożki” od rana do wieczora wmawiają ludziom, jak straszna i traumatogenna jest rodzina, nic dziwnego, że zmiana postrzegania tej instytucji musi prowadzić do coraz większego przyzwolenia na „ratowanie” dzieci z „rodzinnego piekła”.
Jeśli dodamy do tego bezkrytyczny zachwyt Zachodem, gdzie szaleją zmory w rodzaju Jugendamtu czy Barnevernetu oraz absurdalne rozciągnięcie pojęcia „przemocy” tak, by mieściło się w nim właściwie wszystko, co związane jest z hierarchią i ograniczeniem swobody dziecka, nic dziwnego, że pojawiają się tabuny bojowniczek gotowych przeniknąć do urzędów i stamtąd prowadzić swoją „wychowawczą” rewolucję.
A jaka to rewolucja? Oczywiście „ekspercka”. Opiera się na przekonaniu, że istnieje jakaś „wiedza obiektywna” na temat wychowania dzieci, do której dostęp mają oczywiście tylko wspomniane urzędniczki-aktywistki i współpracujące z nimi „ekspertki”.
I choć trudno odmówić wielu z nich licznych lektur i szkoleń na ten temat, często nie rozumieją one rzeczy zasadniczej: konkretne trendy wychowawcze są przecież także emanacją idei panującego ustroju. Ustrój, jeśli chce się reprodukować, musi wychowywać młodych kapitalistycznych demoliberałów. Najlepiej zaś robić to, przedstawiając własne założenia jako bezstronną wiedzę naukową (bo słowo „ideologia” przecież śmierdzi).
Tym samym NGO-sowe działaczki, urzędniczki i „ekspertki” często nawet nie zdają sobie sprawy, że dysponują zaledwie wycinkiem wiedzy – starannie wyselekcjonowanym pod kątem wymogu „odtwarzania się” systemu kapitałowo-kulturowego. Elementy niewygodne można przecież skrzętnie pominąć.
W systemie liberalnym rozumiany na wszelkie sposoby „autorytaryzm” (również w wychowaniu) jest jednym z najgorszych grzechów. Szkoda tylko, że równie gorliwie nie traktuje się zaniedbywania dzieci przez rodziców pochłoniętych dorobkiewiczostwem, karierą i samorealizacją. To również może być potężne źródło patologii: od uzależnień po zaburzenia psychiczne. Ale nie. To z jakiejś przyczyny jest „mniejsze zło”.
Podział łupów
Jeśli komuś mało dowodów na wpływ „ducha ustroju” na kształtowanie się wyobrażenia o „naukowym wychowaniu”, przypomnijmy, że „libkowa Polska” była gotowa zabierać dzieci rodzicom nie tylko za prawdziwą lub wydumaną przemocowość, lecz również za zbyt ubogie warunki materialne. Proceder ten przerwał dopiero „znienawidzony Zbigniew Ziobro”.
To znakomity przykład priorytetów systemu: status materialny może okazać się ważniejszy niż więzi rodzinne. Jak przystało na system oparty na dyskretnym klasizmie – rodziny ubogie były (i są!) zagrożone odebraniem dzieci właśnie dlatego, że były ubogie. Szczęśliwie nie był to proceder szczególnie rozpowszechniony, ale być może bardziej dzięki rozsądkowi samych starych urzędników niż dlatego, że prawo stawiało tu mocną tamę.
Warto zresztą zadać pytanie: czy ktoś naprawdę ośmieliłby się odebrać dzieci rodzicom wpływowym, posiadającym kontakty, pieniądze i wysoką pozycję społeczną? To chyba pytanie retoryczne.
Wspomnieliśmy wcześniej o politycznym dealu, który sprawił, że osoby pokroju Hornej-Cieślak w ogóle dostały się na tego rodzaju urzędy. Wyjaśnienie wydaje się proste. Otóż w sojuszu lewicowo-liberalnym, przy podziale łupów władzy, liberałom przypadła ekonomia, zaś lewactwu – pola władzy „miękkiej”, kulturowej, które dla liberałów były raczej drugorzędne. Stąd łatwość przyzwalania na pełzającą rewolucję kulturową.
Mechanizm jest banalny: skoro musimy połączyć siły w walce z prawicą, a nas interesuje kasa, trzeba nasycić lewactwo szkołą, uczelniami, polityką seksualną, przepisami rodzinnymi i całą resztą kulturowego frontu. Nas to specjalnie nie interesuje, oni będą zachwyceni, a sojusz jakoś przetrwa.
I dlatego właśnie Barbara Nowacka dostaje posadę „ministry” edukacji, Katarzyna Kotula zostaje pełnomocniczką ds. równości, a Monika Horna-Cieślak – rzecznikiem praw dziecka. Liberałowie (w tym przypadku Donald Tusk) po prostu spłacają swoich sojuszników kosztem dzieci i rodziców. Widać więc, jak toksyczny, a w dłuższej perspektywie zabójczy, jest sojusz lewicy z liberałami.
Pora kopać fosy
Wszystko to pokazuje nam, że zbliżamy się do pewnego rodzaju krawędzi. Procesy, które na Zachodzie doprowadziły do podporządkowania rodziców postępackim modom, a także do normalizacji urzędowego kidnappingu, toczą się również w Polsce. I należy się obawiać, że wychowawcza „ekspertoza” oświeconych działaczek, rosnąca niechęć do instytucji rodziny oraz patosojusz kulturowych rewolucjonistów z białymi kołnierzykami doprowadzą w końcu do ośmielenia urzędowych porywaczy. A co jeszcze bardziej przerażające – do rosnącego społecznego przyzwolenia na ich działalność.
Dlatego stawka społecznej reakcji na uprowadzenie dzieci pary z warszawskiej Białołęki jest tak duża. Ospałość, brak zainteresowania czy aksamitne wybielanie rzecznik to kolejny krok w stronę samowoli „fanatyczek i fanatyków”, którym rodzina kojarzy się raczej z czymś podejrzanym i potencjalnie niebezpiecznym niż z dobrem, bezpieczeństwem i odpowiedzialnością.
Szczęśliwie tym razem emocja społeczna była po stronie rodziców i Kanału Zero, a otwarcie przeciwstawić się jej gotowi byli raczej nieliczni. Nie możemy jednak zakładać, że za każdym razem będzie podobnie.
Jeżeli naprawdę zdajemy sobie sprawę z kierunku, w którym zmierzają przemiany społeczne, potrzeba czegoś więcej niż jednorazowego oburzenia. Potrzebne są trwałe, profesjonalne komórki zdolne przeciwdziałać podobnym przypadkom w przyszłości. Potrzebna jest pomoc prawna, medialna i organizacyjna dla rodziców, zanim jeszcze urzędnik-porywacz zapuka do ich drzwi. A przede wszystkim potrzebna jest kulturowa ofensywa na rzecz „empowermentu” środowiska rodzinnego.
To więc nie koniec walki. To dopiero ostrzeżenie. Pora kopać fosy, wznosić mury, rozciągać zasieki i stawiać wieże strażnicze. Bo tu kończą się abstrakcje. Tu zaczyna się nasze być albo nie być.
Ludwik Pęzioł https://tysol.pl
Kiedy 40 lat temu postulowałem na UJ przenoszenie szkodników w stan nieszkodliwości wprowadzono mnie na ścieżkę dyscyplinarną, poniekąd słusznie zakładając, że to by było szkodliwe dla szkodników (na ogół u władzy). Brak realizacji mego postulatu (połączony z dożywotnim wypędzeniem z uniwersytetu) spowodował jednak (jak można było przewidywać) przetrwanie szkodników i to na wysokich szczeblach domeny akademickiej ale i staczanie się tej domeny do otchłani.
=====================================
W ciągu ostatnich lat zwracałem naturalnej inteligencji na ten problem – bez skutku, ale AI zareagowała natychmiast:
W publicystyce dr. Józefa Wieczorka, pojęcie „wprowadzenia szkodników w stan nieszkodliwy” to metafora oznaczająca oczyszczenie uczelni i świata nauki z osób dopuszczających się patologii – takich jak plagiatorzy, naukowi konformiści, mobberzy oraz dawna nomenklatura partyjna. Jako wieloletni dysydent akademicki i twórca Niezależnego Forum Akademickiego, Wieczorek od dekad postuluje radykalne uzdrowienie polskiego szkolnictwa wyższego.
Według postulatów i diagnoz Józefa Wieczorka, „unieszkodliwienie” szkodników akademickich polega na wdrożeniu następujących działań:
1. Realizacja „feralnego” 13. postulatu z Sierpnia ’80
Wieczorek wielokrotnie przypomina na swoim Blogu akademickiego nonkonformisty, że kluczem do uzdrowienia systemu jest dobór kadry kierowniczej na uczelniach wyłącznie na podstawie kwalifikacji merytorycznych i etycznych, a nie układów towarzyskich, politycznych czy dawnej przynależności do PZPR. Brak rozliczenia tych struktur po 1989 roku uważa za źródło obecnych plag.
2. Pełna jawność i piętnowanie patologii (Lustracja Naukowa)
„Stan nieszkodliwy” osiąga się poprzez odebranie szkodnikom ochrony, jaką daje im akademicka korporacyjność. Środkiem do tego jest:
Upublicznianie przypadków plagiatów oraz nierzetelności badawczej.
Tworzenie publicznych rejestrów i „map patologii”, co Wieczorek realizuje, dokumentując m.in. historię kadr na Uniwersytecie Jagiellońskim.
3. Likwidacja tajności postępowań dyscyplinarnych
Autor ostro krytykuje przetrwanie komunistycznych standardów prawnych w III RP, w tym utajnianie procesów dyscyplinarnych wobec naukowców. Wprowadzenie sprawców w stan nieszkodliwy wymaga transparentnych sądów koleżeńskich, które realnie eliminują z zawodu osoby łamiące etykę, zamiast „zamiatać sprawy pod dywan” w imię ochrony wizerunku uczelni.
4. Zniesienie negatywnej selekcji i ochrona sygnalistów
W obecnym systemie (co Wieczorek opisuje w książce Plagi akademickie) to osoby uczciwe i bezkompromisowe (nonkonformiści) są wypychane z uczelni („czystki akademickie”), podczas gdy „szkodnicy” awansują. Postulat Wieczorka zakłada odwrócenie tego trendu – ochronę prawną dla osób ujawniających nadużycia oraz likwidację mechanizmów kolesiostwa.
Podsumowując: w domenie akademickiej według Wieczorka, szkodnika nie eliminuje się metodami siłowymi, lecz „światłem dziennym” (jawnością), rzetelną ewaluacją etyczną oraz bezwzględnym egzekwowaniem odpowiedzialności za oszustwa naukowe.
==========================================
P.S. W Krakowie zagłosowano przeciwko szkodnictwu i jest optymistyczne, że to młodzi, w tym studenci, nie popierają szkodnictwa (podobnie jak 40 lat temu!) . Szkoda, że nie ma danych odnośnie postawy profesorii , choć wiadomo , że prof. J.Majchrowski bardzo wspierał kandydatkę szkodników. ( 40 lat temu szkodnictwo wspierali wszyscy prof, lub byli obojętni)
https://blogjw.wordpress.com/2026/10/11/reakcje-na-postulat-przenoszenia-szkodnikow-w-stan-nieszkodliwosci/
Z pełną odpowiedzialnością na tytułowe pytanie odpowiadam – tak! Akcja Wisła 2.0 będzie, już zresztą jest – bezwzględnie konieczna. Tak jak była bezwzględnie konieczna, obecnie potępiana, Akcja Wisła z lat 1947 -1950.
A była ona rzeczywiście bezwzględnie konieczna. Poprzedziło ją wysiedlenie ok. 480 tysięcy Ukraińców w latach 1944-1946 do ZSRR, początkowo dobrowolne, następnie przymusowe, połączone z równoległym przesiedleniem Polaków z terytorium Ukraińskiej SRR w jej nowych, powojennych granicach, do Polski. Nie wszystką ludność etnicznie nie-polską przesiedlono wówczas na Ukrainę, bandy UPA grasowały na południowo-wschodnich obrzeżach Polski, wspierane często przez pozostałą tam ludność rusińską. Władze ówczesne podjęły więc decyzję o Akcji Wisła, by pozbawić bandy UPA wsparcia ze strony ludności cywilnej. Poniższa mapa obrazuje przesiedlenia nie-polskiej ludności podczas tej akcji, choć byli wśród nich i etniczni Polacy z mieszanych związków małżeńskich polsko-ukraińskich (polsko-rusińskich) :
[...]( Zdjęcia na stronie źrodłowej )Wysiedlono wówczas ok. 140 tysięcy ludzi. W czasie Akcji Wisła rozbito bandy UPA, nazywające się „sotniami”, liczące ok. 1500 grasantów. Niedobitki poprzez Czechosłowację uciekły na zachód i tam znalazły schronienie i wsparcie zachodnich służb. Blisko 3 tysiące aktywistów OUN – politycznej nadbudowy UPA – uwięziono w Jaworzu. Dzięki Akcji Wisła przestały świecić od roku 1950 łuny w Bieszczadach.
Obecnie niestety nie ma możliwości przeprowadzenia Akcji Wisła 2.0 i to z dwóch powodów:
– Wówczas do przesiedlenia było ok. 140 tysięcy ludzi na tereny całkiem Ukraińcom obce, daleko od granicy z Ukraińską SRR, gdzie zostali rozproszeni bez możliwości utrzymywania ze sobą kontaktów (wtedy nawet telefony stacjonarne były rzadkością i niedostępnym luksusem). Obecnie imigranci z UPAiny zalali całą Polskę, a raczej Ukropolin (o tym za chwilę), jest ich wielokrotnie więcej, dysponują internetem i smartfonami i są świetnie zorganizowani. Ponadto mają wsparcie nie tylko ze strony kijowskiej junty, ale i ze strony władz Ukropolinu.
– W latach, gdy trwała Akcja Wisła, Polska była Polską, a nie Ukropolinem, a władze były zdeterminowane w sprawie rozbicia banderowskich grasantów z UPA, jak i nacjonalistów z OUN – i tego dokonały. We władzach obecnych, a raczej zarządcach Ukropolinu, nie tylko brak takiej determinacji – jest wręcz odwrotnie. Obojętne czy w Warszawie rządcą jest udający patriotów PiS, czy uśmiechnięta koalicja pod wodzą ryżego „Kaszuba” – gorliwie wspierają one, ręka w rękę, jak bliźniacze kibuce, neobanderowską kijowską juntę, czyniąc się na ochotnika sługami UPAiny.
Wspomniałem o Ukropolinie. Zacznę od drugiego członu – Polin.
Dla wielu Polaków były szokiem słowa, jakie wypowiedział o Polsce pełniący wówczas obowiązki Prezydenta RP ob A. Duda (od zawsze nazywałem go Dódą Obłudą), podczas chanukowych harców w rezydencji Prezydenta Polski w roku 2021, w obecności pobratymców jego żony: to jest Polin.
Ale nie byłem tym zaskoczony. Dóda Obłuda był wszak kandydatem PiS na to stanowisko. A znane są wszak zdjęcia z Magdalenki, gdy jeden z liderów nie istniejącego jeszcze wówczas PiS, Lech Kaczyński, siedzi w pobliżu „menory”:
[...]
Tu uwaga – rozmowy w Magdalence trwały od września 1988 do kwietnia 1989. Czy zawsze stała na stole atrapa „menory” – nie wiem. Ale zauważyłem coś szczególnego:
Otóż w judaizmie zabronione jest w Talmudzie odtwarzanie siedmioramiennej menory. Jedyny taki egzemplarz istniał w jerozolimskiej świątyni, do czasu jej zniszczenia przez Rzym w roku 70 n.e. Bogobojnym wyznawcom judaizmu dozwolone były świeczniki przypominające menorę, ale pięcio-, sześcio- i ośmioramienne. Chanukowy świecznik przypominający menorę jest dziewięcioramienny. W Magdalence widzimy „menorę” sześcioramienną – zgodnie z nakazami Talmudu. Jak widać, żydowskie frakcje Solidarności i PZPR znały się na Talmudzie i jego nakazów przestrzegały. To wtedy, w Magdalence, położony został kamień węgielny pod budowę Polin, co oficjalnie w roku 2021 potwierdził Dóda Obłuda, stwierdzając: to jest Polin.
A teraz pierwszy człon – Ukro…
W roku 1990 nowo powstały i wybrany senat (celowo piszę z małej litery), w którym zasiadało 99 (na 100 miejsc) reprezentantów opozycji, sprzedajnych „senatorów”, zhańbił się potępiając Akcję Wisła. Zabrakło wtedy niestety Rejtana.
A gdyby nawet się znalazł, nie osiągnąłby nic, jak Rejtan historyczny. Nie wiem, czy to tylko nienawiść do upadłej już wtedy PRL sprawił, że 99 gnid zasiadających w senacie potępiło absolutnie konieczną Akcję Wisła. Ale był to początek budowy Ukro – w połączeniu z Polin. I obecnie mamy właśnie Ukropolin, dla niepoznaki nazywany nadal Polską, III RP czy „wolną” Polską. A taka ona „wolna” jak UPAina jest „demokratyczna”.
I jeszcze refleksja historyczna… Na mocy Unii Lubelskiej z roku 1569, będąca dotąd częścią Wielkiego Księstwa Litewskiego, Ukraina została włączona do Korony.
Odtąd wszystkie najważniejsze, dotyczące jej decyzje, zapadały w Warszawie. Nie ze wszystkim, co Korona na Ukrainie czyniła, Rusini zgadzali się. Zaczęły się powstania kozackie, których wcześniej nie było. Największe z nich, powstanie Chmielnickiego wyniszczyło nie tylko Ukrainę, ale i Koronę. Ugodę Zborowską, kończącą powstanie, Senat Koronny odrzucił. A były tam m.in. takie postulaty:
– W ruskich województwach kijowskim, bracławskim i czernihowskim urzędy miała pełnić tylko ruska/rusińska szlachta prawosławna.
– Przyznanie z urzędu miejsca w Senacie prawosławnemu metropolicie kijowskiemu (wszyscy katoliccy biskupi z urzędu byli senatorami, z prawosławnych ani jeden).
– Zakaz powrotu duchowieństwa unickiego do województw ruskich.
– Usunięcie z nich jezuitów i żydów (ci ostatni, jak kleszcze przyczepieni do polskiej szlachty i katolickiego kleru, zalewali Ukrainę).
Tak więc w czasach po Unii Lubelskiej, gdy Ukraina stała się częścią Korony, wszystkie ważne decyzje jej dotyczące zapadały w Warszawie. Obecnie zbliżamy się do sytuacji dokładnie odwrotnej – na politykę wewnętrzną i zagraniczną Ukropolinu duży wpływ ma kijowska junta, a rządcy w Warszawie potulnie wypełniają roszczenia i żądania płynące z Kijowa.
Nie wiem, jak zakończy się wojna na Ukrainie, ale nie wykluczam, że Rosja albo wyzwoli tereny byłego lewobrzeżnego (aż do Dniepru) Hetmanatu i terenów Noworosji, w tym całego wybrzeża Morza Czarnego, albo przynajmniej stworzy z nich strefę buforową, przejmując nad nimi pełną kontrolę. Ukraina, a raczej UPAina stanie się tworem kadłubowym okrojonym o połowę. Wywoła to wściekłość ukraińskich szowinistów a zwłaszcza piewców Bandery. Widziałem mapy przez nich kreślone, gdzie Ukraina sięga aż po Kraków. Nie przypuszczam, by rządcy Ukropolinu zgodzili się na oficjalne ustępstwa terytorialne, gdyż byłby to dla nich koniec ich „władzy”, ale po co Ukrom przesuwanie granic, gdy powoli cały Ukropolin staje się terytorium przez nich rządzonym. Należy ponadto spodziewać się kolejnych milionów ukraińskich uchodźców, gdy Rosja wyzwoli całą lewobrzeżną i południową część Ukrainy, będące historycznymi terenami Rosji.
Powtórzenie Akcji Wisła z lat 1947-1950 jest niemożliwe, gdyż zalali Ukraińcy już całą Polskę. Ale można zrobić to:
– Deportować na Ukrainę wszystkich Ukraińców okazujących Polakom wrogość, niechęć, popierających kijowską juntę i uprawiających kult Bandery i UPA. //– Deportować wszystkich Ukraińców żerujących na świadczeniach socjalnych. //– Zdelegalizować wszystkie organizacje i instytucje ukraińskie w Polsce, okazujące sympatie pro-banderowskie.
– W Kodeksie Karnym wprowadzić kary za okazywanie w jakikolwiek sposób sympatii wobec UPA. //– Zakazać potępiania Akcji Wisła. //– Na granicy z Ukrainą stworzyć kordon sanitarny uniemożliwiający dalszy napływ ludności ukraińskiej.
Niestety obecnie, gdy w Warszawie rządcami są słudzy UPAiny, przeprowadzenie Akcji Wisła 2.0. Jest oczywistą niemożliwością. Najpierw więc należy oczyścić Polskę, nasz polski dom, z własnych „śmieci”.
Akcja Wisła 2.0 staje się historyczną koniecznością, jeśli Polska ma przetrwać jako Polska, państwo polskie i ojczyzna Polaków. Inaczej staną się Polacy, we własnym kiedyś kraju, podrzędną „większością etniczną”, obywatelami drugiej kategorii. A niestety nie widać żadnej jaskółki zwiastującej nadejście polskiej Wiosny Ludów.
opolczykpl.wordpress.com/2026/10/11/akcja-wisla-2-0-czy-bedzie-konieczna
Napisał: Andrzej Szubert (opolczyk)
Państwo oddało gospodarkę w prywatne ręce, ale biurokracja nadal kosztuje miliardy.
W 1989 roku w polskiej administracji pracowało około 162 tys. osób. W 2024 roku administracja państwowa i samorządowa liczyła już blisko 446 tys. etatów. W PRL państwo kontrolowało niemal całą gospodarkę. Dziś większość przedsiębiorstw jest prywatna, urzędy są zinformatyzowane, a sztuczna inteligencja wykonuje zadania, które kiedyś wymagały wielu godzin pracy. Mimo tego koszty administracji pozostają wysokie, a w części instytucji zatrudnienie rośnie. Przy deficycie budżetowym liczonym w setkach miliardów złotych warto zapytać: dlaczego technologiczna rewolucja nie przynosi wyraźniejszych oszczędności?
W PRL 162 tysiące, dziś prawie 446 tysięcy. Co się zmieniło?
To porównanie powinno zainteresować każdego podatnika.
W epoce PRL-u państwo zarządzało niemal wszystkimi kluczowymi sektorami gospodarki. Kontrolowało przemysł, bankowość, handel zagraniczny, większość dużych przedsiębiorstw, a także znaczną część usług.
Ministerstwa nadzorowały rozbudowany system przedsiębiorstw państwowych. Dokumenty przygotowywano na papierze, informacje przekazywano tradycyjną pocztą, a komputery były rzadkością.
Według danych GUS w 1989 roku w administracji centralnej i terenowej zatrudnionych było 161,6 tys. osób.
Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Większość gospodarki znajduje się w prywatnych rękach. Banki, zakłady przemysłowe, handel i usługi funkcjonują przede wszystkim na zasadach rynkowych.
Jednocześnie administracja korzysta z elektronicznych dokumentów, zautomatyzowanych rejestrów i coraz bardziej zaawansowanych systemów informatycznych.
A ilu ludzi zatrudnia?
Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, przytoczonych w raporcie Najwyższej Izby Kontroli z lutego 2026 roku, w 2024 roku w administracji publicznej pracowało blisko 446 tys. osób w przeliczeniu na etaty.
Z tego niemal 184 tys. etatów przypadało na administrację państwową, a około 261 tys. na administrację samorządową.
Matematycznie oznacza to niemal 2,8 razy więcej etatów niż w 1989 roku. Trzeba jednak pamiętać, że porównujemy administrację działającą w dwóch odmiennych ustrojach, o innym zakresie zadań i strukturze organizacyjnej.
Po transformacji powstały samorządy, rozbudowano administrację powiatową i regionalną, pojawiły się nowe zadania związane między innymi z ochroną środowiska, prawami konsumentów czy funduszami europejskimi. Część obowiązków wykonywanych w PRL przez przedsiębiorstwa państwowe nie była również uwzględniana w statystykach administracji.
Nie zmienia to jednak zasadniczego pytania: skoro współczesne państwo dysponuje nieporównywalnie lepszymi technologiami, dlaczego utrzymywanie jego administracji nadal wymaga tak znacznych zasobów?
Na koszty funkcjonowania państwa składają się przecież nie tylko etaty urzędnicze. To również ministerstwa, wiceministrowie, pełnomocnicy, doradcy, agencje, fundusze, instytuty oraz rozbudowane jednostki organizacyjne.
Dochodzi utrzymanie budynków, wyposażenie stanowisk i wielomilionowe inwestycje informatyczne.
Cyfryzacja miała upraszczać państwo. Tymczasem wciąż trudno ustalić, ile oszczędności rzeczywiście przyniosła podatnikom.
Co pokazują dane? Zatrudnienie w administracji od 2010 roku
Dokładniejsze statystyki pozwalają sprawdzić, jak zmieniała się liczba etatów w najważniejszych instytucjach.
W 2010 roku korpus służby cywilnej liczył 122 989 etatów. W 2022 roku zatrudnienie spadło do 117 488, ale później ponownie zaczęło rosnąć.
W 2025 roku osiągnęło 123 201 etatów, czyli o 5713 więcej niż trzy lata wcześniej. W perspektywie piętnastu lat zatrudnienie pozostało jednak niemal niezmienione.
Ministerstwa. Komputery są coraz szybsze, ale etatów nie ubywa
W 2010 roku w ministerstwach pracowało 13 047 członków korpusu służby cywilnej. W 2016 roku liczba ta spadła do 12 305.
W 2025 roku ministerstwa wraz z Kancelarią Prezesa Rady Ministrów zatrudniały około 14,4 tys. pracowników, bez placówek zagranicznych.
Choć zakres historycznych i współczesnych statystyk nie jest całkowicie identyczny, dane nie wskazują na trwałe ograniczenie zatrudnienia w administracji ministerialnej.
Do tego dochodzą stanowiska polityczne, pełnomocnicy, doradcy oraz koszty funkcjonowania podległych instytucji.
Zatrudnienie w ministerstwach w latach 2010–2025 (w tym w placówkach dyplomatycznych)
Kancelaria Prezydenta. Ponad 400 etatów w epoce AI
W 2017 roku przeciętne zatrudnienie w Kancelarii Prezydenta wynosiło 305 osób, w 2018 roku – 326, a w 2022 roku – 318.
Tymczasem według informacji przekazanych dziennikowi „Fakt”, 28 sierpnia 2026 roku Kancelaria Prezydenta Karola Nawrockiego zatrudniała 402,025 etatu.
Dane historyczne dotyczą średniego zatrudnienia rocznego, a najnowsza liczba przedstawia stan na konkretny dzień.
Były prezydent Bronisław Komorowski zwrócił uwagę, że w dobie sztucznej inteligencji kancelaria powinna zatrudniać mniej pracowników, a nie więcej. Warto jednak pamiętać, że również za jego prezydentury zaplecze administracyjne było rozbudowane.
Zatrudnienie w Kancelarii Prezydenta RP w latach 2010–2026 (dla 2023, 2024 i 2025 NIK potwierdza odpowiednio 421, 421 i 440 etatów, ale dla całej części budżetowej 01, obejmującej również inne jednostki – nie można ich uczciwie dopisać do tej samej serii co etaty samej Kancelarii)
Problem nie dotyczy więc wyłącznie jednego prezydenta czy jednej partii. Politycy zmieniają się co kilka lat. Struktury administracyjne i koszty ich utrzymania często pozostają.
Kancelaria Sejmu. Setki milionów na funkcjonowanie parlamentu
W 2010 roku Kancelaria Sejmu zatrudniała przeciętnie 1196 pracowników administracyjnych. W 2025 roku było ich 1151.
W dłuższej perspektywie zatrudnienie spadło, jednak między 2024 a 2025 rokiem wzrosło o 52 etaty.
Na wykresie ujęci są posłowie, asystenci posłów na etacie i regionalne biura poselskie
Deficyt liczony w setkach miliardów. A gdzie oszczędności?
W 2025 roku deficyt budżetu państwa wyniósł 275,7 mld zł. Po pierwszych ośmiu miesiącach 2026 roku osiągnął kolejne 151,1 mld zł.
Oczywiście administracja nie jest główną przyczyną polskiego deficytu. Ogromne środki pochłaniają obronność, obsługa zadłużenia oraz ustawowe zobowiązania państwa.
Nie oznacza to jednak, że wydatki na funkcjonowanie urzędów powinny pozostawać poza szczegółową kontrolą.
W debacie publicznej pojawiają się szacunki mówiące o około 100 mld zł rocznie na szeroko rozumiany aparat administracyjny. Kwota ta wymaga jednak weryfikacji i wskazania, jakie instytucje oraz wydatki zostały w niej uwzględnione.
Państwo powinno przedstawić obywatelom pełny rachunek kosztów administracji oraz sprawdzić, które zadania i stanowiska są rzeczywiście niezbędne.
Sztuczna inteligencja może dziś analizować dokumenty, przygotowywać zestawienia i automatyzować powtarzalne czynności. Nie zastąpi wszystkich urzędników, ale powinna umożliwiać ograniczanie zbędnych procedur i kosztów.
Nie chodzi o zwalnianie pracowników potrzebnych obywatelom. Chodzi o likwidację dublujących się kompetencji, nieuzasadnionych stanowisk kierowniczych i kosztownych struktur, które nie poprawiają jakości usług publicznych.
Zanim zaczniemy oszczędzać na pacjentach i emerytach, rozliczmy administrację
Polacy regularnie słyszą, że na wszystko brakuje pieniędzy. Brakuje środków na ochronę zdrowia, mieszkania komunalne i poprawę jakości usług publicznych.
Jednocześnie państwo nadal nie przedstawia obywatelom jednego, przejrzystego rachunku kosztów całego aparatu administracyjnego.
Polska potrzebuje silnego państwa, ale siły państwa nie mierzy się liczbą departamentów, pełnomocników i politycznych gabinetów. Mierzy się ją skutecznością działania, jakością usług publicznych i odpowiedzialnością za wspólne pieniądze.
Porównanie z PRL pokazuje, jak bardzo zmieniły się zadania i techniczne możliwości państwa. Nie dowodzi, że dzisiejsze etaty są zbędne, ale uzasadnia pytanie o efektywność administracji.
https://youtube.com/watch?v=gyT4jggAaCw%3Frel%3D0
Dlatego ograniczanie deficytu powinno obejmować również rzetelny audyt urzędów, stanowisk kierowniczych i wydatków na informatyzację.
W 1989 roku urzędnik miał biurko, papier i telefon. Dziś ma komputer, dostęp do ogromnych baz danych i coraz częściej narzędzia sztucznej inteligencji. Technologia zmieniła niemal wszystko. Najwyższy czas sprawdzić, czy równie głęboko zmieniła sposób organizacji pracy państwa.
Zanim politycy zaczną szukać kolejnych oszczędności w kieszeniach obywateli, powinni najpierw sprawdzić, ile kosztuje utrzymanie ich własnych struktur. Bo cyfryzacja, która nie upraszcza biurokracji, jest modernizacją tylko z nazwy.
Na podstawie: GUS, NIK, Szef Służby Cywilnej, MF, Kancelaria Sejmu, Fakt.pl
Źródło: Trybuna.info
Od PRL do epoki sztucznej inteligencji
11.10.2026 wolnemedia/od-prl-do-epoki-sztucznej-inteligencji
Wykrezsy na stronie źródłowej
Czy i jak pisać o diable? Jedno z tych pytań wokół których krążyli i stale krążą najwybitniejsi pisarze i myśliciele. Katalog związanych z tym problemów jest obszerny, ale w dużym uproszczeniu można go opisać za pomocą kilku kluczowych wątpliwości. Czy traktować diabła jedynie jako element kulturowego dziedzictwa, czy raczej postrzegać go jako złowrogiego oponenta ludzkości? A może warto wykorzystywać diabła jako jeszcze jeden konwencjonalny motyw, atrakcyjny literacko sztafaż służący mniej lub bardziej wyrafinowanej rozrywce? Czy diabeł ma być przedmiotem gry z odbiorcą, czy też widzialnym przejawem realnie istniejącego i działającego w świecie zła osobowego? Jeżeli potraktować go lekko, to czy koniecznie z przymrużeniem oka? A jeśli z całą powagą, to czy obowiązkowo w przerażającym kostiumie demona? A to jeszcze nie wszystko, bo cóż począć z wymiarem konfesyjnym? Czy obecność diabła implikuje wiarę? A jeśli tak, to jaką i w co?
Jeżeli twórca chce traktować diabła z pełną powagą, to pojawia się jeszcze jedno niezwykle istotne zagadnienie, z którym musiało zmierzyć się wielu pisarzy. Rzecz w bagażu konwencjonalnych, niejednokrotnie mocno zużytych już przedstawień, którymi obarczona jest w kulturze postać szatana. W Dzienniku pisanym nocą, 11 lipca 1986 roku Gustaw Herling- Grudziński opublikował Fragment (podsłuchany) monologu Diabła. Znalazł się w nim i ten fragment dobrze opisujący naturę problemu: „Znaczna część mojej siły tkwi w tandecie wyobrażeń o mnie (…) Niesmakiem i pogardą przejmowała mnie kiczowatość moich interwencji w Doktorze Faustusie (…) Czyż doprawdy duchowi przewodnicy ludzkości nie potrafią na mój temat wymyślić czegoś poważniejszego, bardziej stosownego do mojej rangi i bliższego mojej potędze? Nade wszystko zaś: czy nie pojmują, że to ja właśnie dla zabawy wstępuję w nich cichaczem, gdy w pościg za mną puszczają się przy pomocy pustych wyzwisk lub ckliwych historyjek z romansów brukowych?”.
Konwencje i opatrzone sposoby przedstawiania utraciły zatem właściwą sobie powagę oraz siłę oddziaływania. Jak więc pisać o diable, jednocześnie traktując go poważnie? Jak radzili sobie z tym problemem najwięksi pisarze? Podobne pytania towarzyszyły mi na początku lektury tomu Jana Tomkowskiego Diabeł. Spotkania w bibliotece. Najwyraźniej nie dawały one także spokoju jego autorowi, uznanemu literaturoznawcy i eseiście, który od razu przeszedł do rzeczy, podnosząc kwestię problematycznej ontologii głównego bohatera swoich rozważań, „dość niefrasobliwie” nazywanego przez nas diabłem, chociaż nie jest pewne, co lub kogo właściwie mamy na myśli. Tomkowski, zakreślając pole swoich zainteresowań, wskazuje na istotę demoniczną. Nie ma dla niego znaczenia natura konfesyjności pisarzy i czytelników oraz to, czy i w jakim stopniu pozostajemy na płaszczyźnie ukształtowanej przez chrześcijańską wyobraźnię i teologię. Dokładnie w tej kolejności, ponieważ skomplikowane zagadnienia teologiczne nie są przedmiotem namysłu autora książki, pojawiają się w toku wywodów niejako mimochodem, wywołane bezpośrednio przez autorów analizowanych tekstów lub poruszaną przez nich tematykę. Nie jest więc to książka, której ambicją byłoby rozstrzyganie skomplikowanych kwestii związanych z przenikaniem się religii i sztuki – choć z pewnością ci, których te aspekty szczególnie interesują, także znajdą materiał do przemyśleń.
Jako że uwagę Tomkowskiego zaprzątają literackie obrazy i relacje związane z istotami diabelskimi sensu stricto, co do zasady nie bierze on pod uwagę tych sytuacji, kiedy mianem istoty diabelskiej obdarzani są różnego typu okrutnicy i zbrodniarze. Choć zdarzają się też wyjątki, ponieważ niekiedy trudno jest oddzielić prowodyra od prowokowanego, zwodziciela od zwiedzionego, a samo pojęcie opętania z definicji zakłada trudną do zrozumienia dwoistość. Ze swoich rozważań autor wyklucza też diabelstwo średniowieczne i romantyczne, nie znajdziemy tu zatem nowych odczytań Dantego, Miltona czy Goethego, gdyż poświęcono tym dziełom – jak pisze autor – „bogatą i łatwo dostępną literaturę”. To prawda, ale czy nie można powiedzieć tego samego o kilku innych omawianych przez Tomkowskiego dziełach autorstwa np. Dostojewskiego, Bułhakowa czy Goldinga? Mam wątpliwości, czy tak pomyślane kryterium jest logicznie uzasadnione. Dodatkowe wątpliwości budzi nieprecyzyjna i relatywna kategoria „łatwości dostępu”. Czy ten obszerny tom interpretacji powstał po to, aby ułatwić życie jego potencjalnym czytelnikom? Czy raczej po to, aby powiedzieć coś ważnego i przede wszystkim nowego o dziełach i problemach, które autor bierze na swój warsztat? Co do zasady chęć pisania o największych dziełach literatury światowej niesie ze sobą ryzyko ponownego odkrywania dawno opisanych spraw i warto mieć tego pełną świadomość. Wielojęzyczny stan badań dotyczący na przykład pisarstwa Dostojewskiego lub Joyce’a jest tak duży, że jego poznanie musiałoby zająć wiele lat badań skoncentrowanych wyłącznie na tym aspekcie. Oczywiście można też pisać tak, jakby dotychczas nic ważnego nie powiedziano w interesującym nas zakresie albo powiedziano wyłącznie to, do czego udało nam się bez trudu dotrzeć, i jednocześnie ukrywać się za eseistyczną narracją. Robi tak wielu poczytnych, a nawet cenionych autorów.
Oś kompozycyjną książki stanowi siedem części grupujących szkice poświęcone kolejnym autorom i tekstom, w których odkrywane są kolejne odsłony dramatycznej obecności sił zła w świecie. W tomie brak jest wyjaśnienia takiego układu tekstów. Śladem intencji przyświecającej Tomkowskiemu pozostają więc jedynie tytuły kolejnych części: Z diabłem, Przeciw diabłu, Obok diabła, Ponad diabłem, Diabeł w nas, Cień diabła, Bez diabła. Choć metaforyczne, są one wystarczająco czytelne, aby można było zrozumieć, czego należy się spodziewać po kolejnych tekstach i w jaki sposób układają się one w odrębne całości, wzajemnie oświetlając i dyskursywnie dopełniając. Dodatkowym elementem spajającym całość (obok – oczywiście – głównego tematu) jest wyrazista osobowość interpretatora, który odciska swoje piętno na kolejnych odczytaniach. Bo cały tom jest przede wszystkim – tak go postrzegam – świadectwem niezwykle interesujących lektur i świetnych interpretacji (choć bywają i gorsze fragmenty, np. rozdzialik poświęcony Simone Weil), które roziskrzają nieoczekiwanymi znaczeniami konkretne teksty, a jednocześnie przynoszą dużą ilość erudycyjnych kontekstów, sprawiając, że czytanie kolejnych szkiców okazuje się intelektualną przygodą. A warto przy tej okazji podkreślić także sam styl wywodu, angażujący i klarowny, bez wątpienia wzmacniający lekturową satysfakcję.
Obok nazwisk, których obecności w tak skrojonym tomie moglibyśmy się spodziewać (np. Baudelaire, Dostojewski, Mann, Bułhakow, Bernanos, Huysmans), pojawia się cała plejada twórców mniej oczywistych (np. Nathaniel Hawthorne, Nikos Kazantzakis, Michel de Ghelderode, Ingmar Bergman). Osobne szkice poświęcone zostały również myślicielom-pisarzom: Nietzschemu, Jungowi, Weil i Schopenhauerowi. Znalazło się także miejsce dla Bolesława Prusa i Stanisława Ignacego Witkiewicza. Łącznie mamy tu zatem trzydzieści siedem szkiców (rozdziałów) i niemal tyle samo nazwisk (twórczość Manna i Nabokova jest tematem czterech szkiców pomieszczonych w różnych częściach książki). I choć rzeczywiście Tomkowski z dużym znawstwem przywołuje bogaty zestaw nazwisk i zjawisk, który z konieczności musi mieć wybiórczy charakter, to jednak braku Gustawa Herlinga-Grudzińskiego (jego nazwisko nie pojawia się nawet w indeksie) nie mogę zrozumieć. Niewielu było pisarzy, którzy tyle miejsca w swojej twórczości poświęciliby diabłu i rozważaniu rzeczywistej natury zła osobowego. To właśnie Herling jako autor chociażby Krótkiej spowiedzi egzorcysty, Don Ildebrando, Świętego Smoka oraz obszernych passusów z Dziennika pisanego nocą dotyczących interesującej nas tu materii mógłby zostać jednym z pierwszoplanowych bohaterów szkiców Tomkowskiego. Mógłby i powinien, ale nie został.
Na koniec kilka słów o tytule całości. To metaforyczne określenie lekturowych doświadczeń autora książki. Formuła spotkania w bibliotece brzmi nieco familiarnie. Jakby jej zadaniem było ukazanie dystansu Tomkowskiego do tematu. Niewątpliwie chodzi też o oswojenie grozy. Tym większej, kiedy z taką uwagą przygląda się różnym formom diabelskiej obecności w świecie (choćby literackim). Tytuł jest jednocześnie sygnałem dla czytelników, zaproszeniem do fascynującej podróży śladami pewnego wycinka zmagań ludzkości z jej demonami.
Jan Tomkowski
Diabeł
Spotkania w bibliotece
Kraków : Instytut Literatury, 2024
623 s. ; 24 cm. – (Biblioteka Pana Cogito)
Wydawca:
© 2017-2026 Instytut Książki | Polityka prywatności | Deklaracja dostępności
PAWEŁ PANAS
Korupcja
Co sprawa Hanninga ujawnia na temat korupcji w Niemczech
Der Spiegel próbował napisać krytyczny artykuł o machinacjach byłego szefa BND Hanninga, ale jeśli dysponujesz niezbędnymi informacjami na ten temat, to artykuł nie był krytyczny, lecz stanowił próbę ukrycia korupcji w Niemczech.
Komentarz Thomasa Röpera .
Były szef BND, August Hanning, został aresztowany, ponieważ rzekomo po odejściu ze stanowiska zapłacił swojemu byłemu szefowi sztabu za przekazanie ściśle tajnych informacji w zamian za wynagrodzenie, które Hanning następnie wykorzystał w swojej nowej pracy jako konsultant. Der Spiegel opublikował artykuł pod tytułem „ Aresztowanie byłego szefa BND – Upadek Augusta Hanninga ”, który sprawia wrażenie, że Spiegel krytycznie relacjonuje warunki panujące w Niemczech, które umożliwiły to wydarzenie. W rzeczywistości artykuł w „Spieglu” celowo ukrywał skalę korupcji w niemieckich kręgach rządowych.
Jak Hanning zarobił pieniądze po pracy w BND
Problem z systemem zachodnim polega na tym, że korupcja jest jego integralną częścią, zalegalizowaną pod płaszczykiem „lobbingu”. Powszechną taktyką jest nagradzanie polityków i wysokich rangą urzędników, którzy lojalnie służyli systemowi, wysoko płatnymi posadami w przemyśle, firmach lobbingowych i organizacjach pozarządowych po zakończeniu kariery politycznej. Są oni również niezwykle cenni dla swoich nowych pracodawców, ponieważ w naturalny sposób czerpią z sieci kontaktów, które zbudowali w trakcie kariery politycznej. Lub, jak można by to również ująć, z zakorzenionych struktur polityki.
Były szef BND, Hanning, również dorobił się fortuny po odejściu ze stanowiska, kierując się tą samą zasadą. Założył firmę HanningConsult, której bilans w 2021 roku wyniósł imponujące 2,7 miliona euro. Ta sieć firm obejmowała również inne firmy, takie jak szwajcarska firma Pluteos AG i jej spółkę zależną, firmę ochroniarską System 360 AG.
Nawiasem mówiąc, podobny skandal miał już miejsce wcześniej, ale najwyraźniej nikt się nim nie zajął. Według śledztwa magazynu Stern z 2020 roku, szwajcarskie firmy są jedynie fikcyjnymi firmami, podczas gdy w rzeczywistości działają w Berlinie. Nie będę wdawał się w szczegóły; można o tym przeczytać w artykule magazynu Stern z 2020 roku , ale mowa była o podejrzanych pracownikach i innych niejasnych szczegółach.
Co ciekawe, w tych szwajcarskich firmach działało dwóch byłych szefów niemieckich służb wywiadowczych, gdyż oprócz właściciela Hanninga, doradcami firmy, jak wynika z jego własnych oświadczeń, byli również byli szef Federalnego Urzędu Ochrony Konstytucji Hans-Georg Maaßen.
Ten przykład pokazuje, jak byli wysocy rangą urzędnicy i politycy zarabiają duże pieniądze po zakończeniu kariery, zakładając własne firmy konsultingowe lub inwestując w istniejące. Imponująca suma bilansowa firmy, którą emeryt Hanning założył na aktywnej emeryturze, sięgająca milionów euro, pokazuje, jak ogromne kwoty są w to zaangażowane.
Zasada korupcji
Na Zachodzie firmy konsultingowe te posiadają znaczną władzę, ponieważ wiele z nich to lobbyści, którzy bezpośrednio wpływają na politykę. Robią to dla pieniędzy, co z definicji jest korupcją, ale na Zachodzie zostało zalegalizowane jako „lobbing”. Przeanalizujemy teraz, jak to działa, na konkretnym przykładzie, który redaktorzy „Spiegla” z pewnością znają, ale ukrywają przed swoimi czytelnikami.
W swoim pseudo-krytycznym artykule Der Spiegel pisze:
„To, że niektóre interesy Hanninga wydawały się podejrzane, było również znane w rządzie federalnym. Zwłaszcza że jego druga kariera nie była odosobnionym przypadkiem. Był Gerhard Schindler, jeden z następców Hanninga w BND, który pracował dla agencji Friedrich30. Günter Heiß, były koordynator ds. wywiadu w Urzędzie Kanclerskim, również dołączył do agencji. Podobnie, były generał Bundeswehry Hans-Lothar Domröse, po tym jak zrezygnował ze swojego najwyższego stanowiska w NATO”.
Der Spiegel potwierdza to, co już powiedziałem: byli wysocy rangą urzędnicy państwowi „uzupełniają” swoje emerytury lukratywnymi posadami konsultantów. Der Spiegel podaje przykład agencji Friedrich30 – agencji, o której na pewno wiedzą, ale o której nie wspominają swoim czytelnikom, że jej model biznesowy jest z definicji korupcyjny.
Oto, jak to działa: jeśli dysponujesz kilkoma milionami i chcesz mieć pewność, że w Niemczech zostanie uchwalone konkretne prawo, albo że rząd federalny będzie promował konkretny cel, albo że zagraniczny polityk będzie mógł wygłosić przemówienie w Bundestagu, to możesz śmiało skontaktować się z Friedrich30, który poda ci cenę, za którą postara się osiągnąć ten cel.
Nie zmyślam, bo Friedrich30 prezentuje się w internecie jako „międzynarodowa firma konsultingowa” z „bogatym doświadczeniem w procesach legislacyjnych na szczeblu krajowym i europejskim”. Mówiąc wprost, F30 pomaga zamożnym klientom przeforsować pożądane przez nich prawa. Czymże to jest, jeśli nie korupcją polityczną?
Lista kadry kierowniczej Friedrich30 jest adekwatna, ponieważ oprócz panów wymienionych przez Der Spiegel, w agencji pracuje były minister, były czołowy dyplomata Hans-Ulrich Seidt, kilku byłych dyrektorów ministerialnych, sekretarzy stanu i innych byłych wysoko postawionych urzędników rządowych.
Sposób działania Friedrich30 wyszedł na jaw, gdy firma uznała, że utrzymuje kontakt z Rezą Pahlawim, synem ostatniego szacha Persji, który chciał, aby rząd niemiecki poparł jego przywrócenie na stanowisko szacha Persji i miał wygłosić przemówienie w Bundestagu. Zespół Friedrich30 określił to w negocjacjach jako „bardzo ambitny, ale osiągalny cel” i zaoferował miesięczną opłatę w wysokości 50 000 euro za wsparcie w próbach „doprowadzenia księcia Rezy Pahlawiego do władzy w Iranie”, co miało obejmować spotkania z licznymi członkami Bundestagu.
Oczywiście, Friedrich30 nie planował upublicznienia tych negocjacji, które uważał za poufne. Niestety, Friedrich30 nie rozmawiał z Pahlawim podczas negocjacji, ale padł ofiarą żartu telefonicznego – i cała rozmowa między kierownictwem Friedrich30 a rzekomym Rezą Pahlawim i jego zespołem została opublikowana. Szczegóły, oryginalny zapis w języku angielskim i niemieckie tłumaczenie można znaleźć tutaj .
Korupcja niemieckiej polityki jest widoczna w fakcie, że osoby, które zorganizowały ten żart telefoniczny, w rzeczywistości chciały porozmawiać z Arminem Laschetem, przewodniczącym Komisji Spraw Zagranicznych Bundestagu, ale jego biuro skierowało domniemanego Rezę Pahlawiego do Friedricha30, aby Friedrich30 mógł nawiązać kontakt z członkami parlamentu, takimi jak Laschet, za opłatą.
Co to jest, jeśli nie korupcja?
Ale czytelnicy Spiegla niczego się o tym nie dowiedzą; nie wiedzą, kim lub czym jest Friedrich30, o którym wspomina Spiegel.
Czy da się coś zrobić legalnie?
Dalej Der Spiegel pisze, ukrywając przed czytelnikami wszystkie informacje niezbędne do zrozumienia tekstu:
„W Komisji Kontroli Parlamentarnej Bundestagu, która ma nadzorować służby wywiadowcze, posłowie wielokrotnie podnosili problem takich konsultacji. Jednak żaden rząd federalny nie odważył się położyć kresu tej praktyce. Uzasadnienie było zawsze podobne: Niestety, nic nie dało się zrobić zgodnie z prawem przeciwko praktykom biznesowym byłych szefów wywiadu”.
Przynajmniej Der Spiegel pisze szczerze, że żaden rząd federalny „nie odważył się” nic z tym zrobić, ponieważ wpływ tych sieci na politykę Zachodu jest zbyt duży, aby jakikolwiek rząd mógł się z nim zmierzyć.
Stwierdzenie, że „ prawnie, niestety, nic nie da się zrobić z praktykami biznesowymi byłych szefów wywiadu”, jest absurdalne, ponieważ szefowie wywiadu są strażnikami tajemnic najwyższego szczebla i zrozumiałe byłoby jedynie, gdyby byli szefowie wywiadu mieli dożywotni zakaz przyjmowania jakichkolwiek pieniędzy z zagranicy, bezpośrednio lub pośrednio. Rząd nie odważy się jednak na wprowadzenie takiego zakazu, co oznacza, że jego celem jest umożliwienie innym krajom czerpania korzyści finansowych od byłych szefów niemieckiego wywiadu i innych byłych wysokich rangą urzędników.
I tu właśnie sprawa Hanninga znów staje się interesująca, ponieważ został on aresztowany za rzekome wykorzystanie nielegalnie zdobytych informacji niejawnych do stworzenia analizy dla azerskich służb wywiadowczych. Niemiecki prokurator nie jest z tego zadowolony, ponieważ Azerbejdżan ewidentnie nie należy do krajów, którym wolno wykorzystywać byłych wysokich rangą niemieckich urzędników.
Czy Hanning zostałby aresztowany, gdyby napisał analizę nie dla Azerbejdżanu, lecz na przykład dla USA?
Pytam w imieniu przyjaciela…
+++
Thomas Röper, urodzony w 1971 roku, piastował stanowiska kierownicze i w radach nadzorczych firm z branży usług finansowych w Europie Wschodniej i Rosji, specjalizując się w Europie Wschodniej. Obecnie mieszka w swoim nowym domu w Sankt Petersburgu. Mieszkając w Rosji od ponad 15 lat, biegle posługuje się językiem rosyjskim. Jego praca jako krytyka medialnego koncentruje się na (medialnym) wizerunku Rosji w Niemczech, ogólnej krytyce przekazów medialnych w mediach zachodnich oraz na tematach (geo)polityki i ekonomii.
Thomas Röper apolut/ex-bnd-chef-hanning-korruption-im-auftrag-des-staates
https://dakowski.pl/byly-szef-bnd-hanning-korupcja-w-imieniu-panstwa/
17 września 2026 roku mieszkańcy przygranicznych powiatów wschodniej Polski otrzymali ostrzeżenia o zagrożeniu uderzeniami z powietrza. Na lotniskach w Lublinie i Rzeszowie czasowo wstrzymano loty, w szkołach ewakuowano uczniów z klas w bezpieczniejsze miejsca, a praca przejść granicznych została wstrzymana.
Myśliwce polskich Sił Powietrznych poderwały się w powietrze, choć przestrzeń powietrzna kraju nie została naruszona. Podobne sceny stały się w Polsce ostatnio codziennością – kraj ten każdy rosyjski atak na obiekty w zachodniej Ukrainie uznaje za bezpośrednie zagrożenie dla swojego bezpieczeństwa narodowego.
„Wojna hybrydowa” w „szarej strefie”
Tego samego dnia premier Polski Donald Tusk w orędziu wideo do obywateli oświadczył, że Rosja nie musi przekraczać polskiej granicy, ponieważ „już prowadzi wojnę hybrydową”, i wystąpił w Sejmie z ostrzeżeniem o nadchodzących „hybrydowych uderzeniach” Rosji na państwa wspierające Ukrainę.
Tusk przedstawił „najbardziej prawdopodobny scenariusz” na najbliższe miesiące, nazywając późną jesień i zimę najbardziej krytycznym momentem wojny, a incydenty z dronami, dywersje i dezinformację – instrumentami „wojny hybrydowej”.
Celem Rosji, według jego słów, jest między innymi pokazanie, że Artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego ma charakter jedynie „teoretyczny, a nie praktyczny”. Wtórował mu, zapominając o sporze międzypartyjnym, prezydent K. Nawrocki, ostrzegając, że „wojna hybrydowa” może być przygotowaniem „do czegoś większego”, i wzywając wiodące siły polityczne do zgody w kwestiach bezpieczeństwa.
Podstawą wystąpienia D. Tuska stał się pewien raport z danymi wywiadowczymi. Jak wkrótce się okazało, oceny te opierały się na informacjach otrzymanych przez ministra-koordynatora służb specjalnych T. Siemoniaka od dyrektora CIA. Dane te przekazano stronie polskiej ustnie, a sam fakt istnienia „raportu CIA” stał się przedmiotem publicznego sporu między rządem a kancelarią prezydenta. Nieprzypadkowa jest też data wystąpienia: odwołanie do 17 września 1939 roku wpisuje sytuację w rozpoznawalne ramy oficjalnej polskiej polityki pamięci, w której Rosja odgrywa rolę nieprzemijającego zagrożenia egzystencjalnego, a Polska – niewinnej ofiary, zdradzonej i opuszczonej przez sojuszników.
Ten epizod wyróżnia również atmosfera, która została wokół niego wytworzona. Zwraca uwagę oficjalny dyskurs, w tym stale obecny i już oswojony termin „wojna hybrydowa” (wojna hybrydowa) w odniesieniu do działań Rosji, który był wielokrotnie krytykowany nawet przez zachodnich ekspertów. Polscy politycy aktywnie posługują się także względnie nowymi pojęciami „szarej strefy” i „działań podprogowych” (działania podprogowe), które w ogólności również opisują domniemane zamiary przeciwnika, a nie rzeczywistą sytuację.
W oficjalnych dokumentach polityki zagranicznej Rosja charakteryzowana jest jako państwo stanowiące zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego Polski nie tylko w przypadku potencjalnej zakrojonej na szeroką skalę agresji wojskowej, ale także na poziomie działań „podprogowych” – zdarzeń formalnie niepodpadających pod definicję agresji, lecz wywierających destabilizujący wpływ.
W przypadku sytuacji „podprogowych” Polska liczy na demonstrację solidarności ze strony graczy regionalnych. Pojęcie „szarej strefy” w polskim dyskursie politycznym nabrało ostatnio charakteru uniwersalnej interpretacji: tłumaczy się nim praktycznie każde zdarzenie, które ma miejsce przy wschodniej granicy. Wykrycie niezidentyfikowanego obiektu, dywersja na kolei czy lot samolotu rozpoznawczego w przestrzeni międzynarodowej – wszystko to interpretowane jest jako element rosyjskiej strategii wojny hybrydowej.
Takie podejście jest wygodne, ponieważ praktycznie nie wymaga dowodów. Jeśli incydent przypisuje się Rosji, potwierdza to istnienie stałego zagrożenia; jeśli przypisanie jest niemożliwe, tłumaczy się to wyrafinowaniem przeciwnika i jego „działaniami podprogowymi”.
Zwracają uwagę również zmiany, które zaszły w retoryce rządowej we wrześniu 2026 roku: od trybu warunkowego „jeśli Rosja napadnie” polskie władze przeszły praktycznie do twierdzącego „Rosja już prowadzi wojnę, tyle że w innej formie”. Część środowiska ekspertów wojskowych, reprezentowana przez emerytowanych generałów i byłych szefów organów bezpieczeństwa, formułuje nową sytuację Polski jeszcze bardziej radykalnie.
W szczególności generał Stanisław Koziej, były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, utrzymuje, że nasilone ostatnio incydenty z dronami nie są przypadkowe: „albo Moskwa świadomie kieruje drony i rakiety na terytorium NATO, albo świadomie podejmuje wysokie ryzyko, że tam spadną”. Oba warianty uważa jednak za elementy przemyślanej strategii wojskowej, przybliżającej „presję hybrydową” do granic zastosowania Artykułu 5.
Zagrożenie jako zasób
Militarystyczny alarmizm rozwija się w warunkach rozpoczęcia mobilizacji politycznej elektoratu przed wyborami parlamentarnymi jesienią 2027 roku. Wystąpienie D. Tuska w Sejmie zostało przedstawione właśnie jako apel lidera politycznego do narodu o zjednoczenie w chwili niebezpieczeństwa. Wszelkie siły polityczne, w szczególności osobno wymieniona przez premiera prawicowa konserwatywno-tradycjonalistyczna „Konfederacja”, które krytykują pomoc dla Kijowa lub poddają w wątpliwość skuteczność polskich wydatków obronnych, oskarżane są o działanie na rzecz realizacji „rosyjskiej strategii”.
Efekt skupienia wokół flagi został częściowo osiągnięty. Według danych sondażowych ponad 68% Polaków pod koniec września 2026 roku obawiało się zbrojnej prowokacji ze strony Rosji, co jest wynikiem o osiem punktów wyższym niż w lipcu. [Samospełniające się proroctwa? – admin]
Deklarowane pozostawanie praktycznie „w stanie wojny” ułatwia mobilizację społeczeństwa i legitymizuje wydatki obronne oraz nowe środki nadzwyczajne. Od lipca 2026 roku rozpoczęło się rozmieszczanie nowego komponentu wielobrygadowego w ramach polskiego programu „Tarcza Wschód”, łączącego cztery brygady obrony terytorialnej wzdłuż wschodniej i północno-wschodniej granicy.
Towarzyszy temu zakrojony na szeroką skalę program zakupu nowego uzbrojenia, w szczególności pozyskanie do 2027 roku nawet 288 południowokoreańskich wyrzutni rakietowych K239 Chunmoo, a także umocnienie kolejnych 200 km granicy, w tym pól minowych, co stało się możliwe po wyjściu Polski w lutym 2026 roku z konwencji ottawskiej o zakazie użycia, składowania i produkcji min przeciwpiechotnych.
Takie wzmacnianie sił oznacza, że w regionie skoncentrowano już więcej sił i sprzętu niż kiedykolwiek od zakończenia zimnej wojny, dlatego nawet ograniczony lub niejednoznaczny incydent ma miejsce w bardziej wybuchowej atmosferze niż kilka lat temu.
„Stan nadzwyczajny” usprawiedliwia też kolejne kroki. Pierwszym skutkiem wrześniowej dyskusji stała się zmiana zasad użycia broni w powietrzu. 28 września wiceminister obrony C. Tomczyk ogłosił przejście od identyfikacji wzrokowej celów powietrznych do tak zwanej identyfikacji pozytywnej, pozwalającej pilotowi lub dowódcy operacyjnemu podjąć decyzję o zniszczeniu obiektu na podstawie danych radarowych.
Przy tym, według samego Tomczyka, procedura ta jest zwykle przewidziana dla stanu wojny lub stanu nadzwyczajnego. Tym samym decyzja ta nie tylko zwiększa ryzyko omyłkowego rażenia, ale i normalizuje stosowanie procedur czasu wojny pod pretekstem spodziewanej „możliwości przylotu dronów ze strony Rosji” w czasie pokoju.
Deklaracje o wojnie hybrydowej ze strony Rosji skierowane są również do sojuszników. Z tego punktu widzenia wymowne jest skoordynowane z wystąpieniami Tuska wrześniowe wystąpienie ministra spraw zagranicznych Polski R. Sikorskiego na forum w Kijowie, w którym zaproponował on NATO prowadzenie intensywniejszych ćwiczeń wojskowych w pobliżu obwodu kaliningradzkiego, które odwracałyby uwagę Moskwy od specjalnej operacji wojskowej.
Przede wszystkim ma ono służyć jako sygnał, że Polska, coraz bardziej uchylając się od zwiększania pomocy dla Ukrainy i bezpośredniego angażowania się w konflikt, Kijowa jednak „nie porzuca” i szuka sposobów na ulżenie Siłom Zbrojnym Ukrainy na froncie.
Podobne wypowiedzi pomagają też odwrócić uwagę od trwającego polsko-ukraińskiego konfliktu politycznego. Napięcie między Polską a Ukrainą – zarówno na szczeblu rządowym, jak i społecznym – nabrało w 2026 roku samodzielnego znaczenia. Rozbieżności w sferze polityki historycznej i polityki pamięci, sprzeczności gospodarcze oraz wzrost nastrojów antyukraińskich w polskim społeczeństwie najprawdopodobniej stopniowo doprowadzą do tego, że realne i polityczne wsparcie Ukrainy ze strony Warszawy z czasem stanie się bardziej warunkowe i ograniczone.
Wypowiedzi polskich polityków mają też adresatów na Zachodzie. Propozycja prowadzenia „bardziej agresywnych ćwiczeń” NATO przy granicach Rosji skierowana jest nie tylko do tych, których Warszawa uważa za niezdecydowanych, ale i do tych, którzy zarzucają samej Polsce niewystarczającą wojowniczość wobec Moskwy.
Oczywiste jest, że perspektywie bezpośredniego zaangażowania się w konflikt Warszawa przedkłada dziś zaostrzenie retoryki na poziomie UE i NATO oraz wzmocnienie presji sankcyjnej i politycznej na Moskwę.
Strona polska stara się zatem określić granice swojego udziału w domniemanych wariantach zaangażowania państw europejskich w konflikt, demonstrując gotowość udostępnienia swojej infrastruktury i, jak dotychczas, odgrywania roli poligonu dla ćwiczeń oraz kluczowego hubu logistycznego, ale nie aktywnego uczestnika konfliktu. Dla takiej postawy istnieje wiele przyczyn zewnętrznych i wewnętrznych.
„Twierdza Polska”?
Od 2022 roku Polska stara się ugruntować swoją rolę głównego zaplecza wojskowego i jednocześnie wysuniętego rubieża NATO. W tym roku na obronę przeznaczono rekordowe 201 mld złotych (około 55 mld dolarów) z budżetu państwa i pozabudżetowego Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych, co stanowi 4,8% PKB. Polska zmodernizowała siły zbrojne i zintensyfikowała współpracę z USA i Koreą Południową, przeznaczając miliardy na sprzęt wojskowy i umacniając wschodnią granicę. Kluczowym elementem tej strategii są również negocjacje ze Stanami Zjednoczonymi o utworzeniu stałej amerykańskiej bazy wojskowej w kraju.
Jednak mimo imponującego wyglądu tej „twierdzy Polska” widać w niej już pęknięcia. Ambitne cele przekształcenia się w forpocztę NATO na wschodniej flance napotykają na poważne trudności. Tak więc zwiększanie liczebności wojsk prowadzi do braków kadrowych w pododdziałach, które w niektórych przypadkach stanowią jedynie „puste skorupy”, a polski przemysł zbrojeniowy cierpi na strukturalne słabości, brak zaangażowania w ogólnoeuropejskie projekty przemysłu wojskowego i nie jest w stanie zaspokoić wzmożonego popytu na uzbrojenie.
Ponadto obecna gorączka wojskowa i wysokie tempo przezbrojenia polskiej armii kosztem dostaw uzbrojenia z USA tworzą krytyczną zależność strategiczną od późniejszego serwisowania amerykańskiego sprzętu. Poza tym Waszyngton udziela sojusznikom celowych kredytów z warunkiem zakupu wyłącznie amerykańskiej broni, a sama infrastruktura wojskowa Polski jest od początku standaryzowana pod amerykańskie bazy. Zależność od USA ogranicza możliwości manewru Polski i wyraźnie utrudnia integrację z europejskimi projektami obronnymi.
Kolejnym problemem jest czas. Z powodu znacznej pomocy wojskowej udzielonej Ukrainie polska armia nadal odczuwa braki sprzętowe. Choć nowy sprzęt z USA i Korei Południowej napływa stopniowo, pełna gotowość bojowa zostanie osiągnięta nie wcześniej niż w latach 30. XXI wieku, pod warunkiem potwierdzenia wszystkich porozumień ramowych i dostaw. Wzmacnianie polskiej armii przekształca się zatem w wyścig z czasem, który nadal będzie wymagał znacznych wysiłków i wielokierunkowego wsparcia z zewnątrz.
Kolejnym słabym punktem pozostaje struktura finansowania. Około 35–39% wydatków obronnych pokrywane jest instrumentami Funduszu, którego zadłużenie do końca 2026 roku może osiągnąć 39 mld dolarów, a ciężar spłaty w latach 2027–2031 spadnie na budżet państwa. Innymi słowy, obecny zryw został częściowo pożyczony od następnego rządu, który będzie musiał zmierzyć się również z wysoką inflacją i spowolnieniem dynamiki gospodarczej.
Zwraca uwagę również to, że mimo oficjalnego militarystycznego alarmizmu i wysiłków władz na rzecz militaryzacji społeczeństwa, w latach 2024–2026 w Polsce obserwuje się proces odwrotny – spadek gotowości do obrony ojczyzny. Wyniki sondaży przeprowadzonych we wrześniu 2026 roku pokazują, że w sytuacji zagrożenia wojną jedynie 27% respondentów jest gotowych bronić kraju, a 58,1% – nie.
Przyczynia się do tego w niemałym stopniu zakrojony na szeroką skalę kryzys w stosunkach z głównym sojusznikiem na wschodzie – Kijowem. Później doszły do tego wyraźny spadek wiary w zwycięstwo Ukrainy i rosnący strach przed eskalacją konfliktu, co osłabia abstrakcyjną chęć aktywnego udziału w działaniach bojowych.
Polski dyskurs o „szarej strefie” jest z powodzeniem wykorzystywany przez elity nie tylko do mobilizacji politycznej elektoratu na początku przedwyborczej kampanii parlamentarnej, ale i do realizacji celów polityki zagranicznej. Wizerunek państwa przyfrontowego, przeciwko któremu Rosja „już prowadzi wojnę”, może być skutecznie wykorzystany jednocześnie do pozyskania zachodniego finansowania na potrzeby obronne i do ugruntowania swojej roli w konflikcie ukraińskim.
Niezrozumiałe pozostaje tylko jedno: jeśli celem „wojny hybrydowej” ze strony Rosji, jak twierdzą przedstawiciele Polski, jest destabilizacja polskiego społeczeństwa poprzez stałe poczucie zagrożenia, to czy polskie elity, usilnie transmitujące to odczucie, nie wykonują części pracy za swojego „przeciwnika”?
Maria Pawłowa, RSMD
https://pl.news-front.su
Posted by Marucha w dniu 2026-10-08 marucha/po-co-polsce-tworzy-sie-wizerunek-panstwa-przyfrontowego-przeciwko-ktoremu-rosja-juz-prowadzi-wojne