(LEGENDA FILOZOFICZNA)
"Podobnie jak ogień, polany oliwą ofiarną, silniejszym tylko wybucha płomieniem — tak i pragnienia nasze, gdy je usiłujemy zaspokoić, stają się nienasyconem!. "
Księgi Manu, ks. II.
"Sad asad vikâramna sabate" ) Buddha.
Pewnego razu, a jest temu lat 3, 000, król Junaka powziął myśl dziwną: najpotężniejszy z władców zapragnął dowiedzieć się, kto jest najmędrszym z kapłanów.
Zaprosił tedy uczonych, którzy mieszkają na północy, i tych, którzy mieszkają na wschodzie rzeki świętej, i stanąwszy pośród nich, rzekł:
"Tysiąc krów, mających rogi obciążone dziesięcioma pâdas złota, daję w nagrodę temu, kto się okaże najmędrszym z ludzi i wytłómaczy nam tajemnicę bytu".
Brahminowie spoglądali po sobie, milcząc.
Wtedy wystąpił z pośród nich młody kapłan o wyniosłem czole i uśmiechając się smutnie, rzekł:
— Ja nim jestem, anûcanatama: najmędrszy z brahminów.
W szeregach rozległ się szmer zdziwienia.
Dziewięciu uczonych, a między nimi jedna brâhmani, niewiasta z kasty kapłanów, poczęli mu zadawać pytania, chcąc się przekonać, czy mówił prawdę.
Yâjnavalkya (2), tak się nazywał młody brahmin, nie cofnął się przed żadnem zagadnieniem.
— Jeśli zaprawdę jesteś najmędrszym z nas — mówiono doń — wytłómacz nam tajemnicę bytu: czem jest świat, czem jest duch?
— Jest tylko jeden byt — mówił Yâjnavalkya, bezmierny, nieujęty. Brahma jest nim. Gdy się daje widzieć jako świat, jest sznurem pereł — gdy się daje myśleć jako duch, jest nicią, która je łączy. Rozum jest duszą świata, świat jest ciałem rozumu. Kto widzi świat — Brahma w nim widzi siebie; kto myśli ducha — Brahma w nim myśli siebie. Jest on garncarzem i gliną wszystkich naczyń, pająkiem wszystkiej pajęczyny, ogniskiem wszystkich płomieni, powietrzem wszystkich tchnień, duszą dusz, które na podobieństwo drobnych iskier wytryskają z ogniska, aby błyszczeć chwilę i znów upaść na łono Brahmy i w nim gasnąć i świecić na wieki — bo on jest, który powiedział: aham, ja, który jestem sam przez siebie: Swayambhuva, bezgraniczny, niezniszczalny, jeden byt i wszystek byt.
I mówił tak dalej, odpowiadając na ich zarzuty — a brahminowie słuchali go ze wzrastającym podziwem. Gdy skończył, jednomyślnie przyznano mu nagrodę.
Zostawszy sam, Yânavalkya wsparł płonące czoło o. pień starej nilvy (3) i uśmiechając się gorzko, rzekł do siebie:
— I oni to nazywają wiedzą!... Jak błędny ognik Khadyoty (4), świecą myśli moje dla tych, którzy są w ciemności — ale nie dla mnie! O Agni czemuż raczej strzała twoja nie przeszyje tej pustej piersi, w której wre żądza wiedzy, niewygasła a nienasycona!
Za chwilę, jakby powziął postanowienie, zwrócił swe kroki ku domowi. Uścisnął obie swe małżonki: tę, która znała księgi, i tę, której umysł był uśpiony; rozdał im wszystkie swe bogactwa; wdział na się szaty ze skóry czarnych gazelli; wziął w rękę kij z drzewa palâsy (5), sięgający po brzegi włosów, jak przystoi wedle reguł Pisma; jeszcze raz uścisnął zapłakane żony: tę, która znała księgi, i tę, której umysł był uśpiony; spojrzał na wschód, a potem zwrócił swe kroki ku zachodowi — i poszedł w świat.
Szedł tak długo, bardzo długo, aż nareszcie zaszedł do mieszkania Mrityi, bogini śmierci.
— Pani! — rzekł — przynoszę ci życie moje w ofierze, ale wyjaw mi zagadkę bytu.
— Ho, ho — odpowie bogini — gorący w tobie parûsha(6). Jest to nauka trudna, bardzo trudna — bogowie sami mieli w tym względzie wątpliwości! Żądaj czego innego, mój synu...
Ale Yâjnavalkya nie ustępował i póty ją błagał uporczywie, póki mu nie przyrzekła odsłonić — wprawdzie nie samą wiedzę, ale drogą wiodący do wiedzy, przez wieki przyszłe.
Wzamian zobowiązał się Yâjnavalkya oddać się Mrityi w całości, z chwilą, gdy się wiedzą nasyci.
Zaprowadziła go tedy przez ciemną i długą jaskinię, na końcu której błyskało światło. Tam dopiero spostrzegł przed sobą rozległą i szeroką drogę, której końca nie było widać.
— Więc nareszcie! — zawołał radośnie — oddychając pełną piersią. — Spieszmy!
Szedł tak długo, bardzo długo, między rozkosznemi łąkami i gajami, jakby w ogrodzie Hesperyd. Z każdego drzewa wychylały się doń dryady, z każdego źródła nymfy, z każdej góry oready; w trzcinach nawet chichotały siringi, pozdrawiając go uprzejmie, lub pierzchając na jego widok. Ale on szedł dalej, patrząc przed siebie.
Nareszcie spostrzegł, że droga, po której stąpał, poczyna się zaludniać; tu i owdzie wznosiły się wspaniałe portyki i kolumnady, w cieniach drzew przechadzali się jacyś ludzie poważni i zamyśleni.
Byłby ich nie śmiał zaczepić, gdyby na skraju drogi nie zauważył człowieka, dziwnie obdartego, którego ciało wyglądało z beczki, grzejąc się na słońcu.
— Powiedz mi, mój przyjacielu, kto są ci ludzie, ażebym wiedział, czego się od nich spodziewać. Jestem Yâjnavalkya i szukam prawdy...
— A ja jestem pies (7) i już ją znalazłem — rzekł człowiek ów, wskazując na swój barłóg. — Nie nazywaj mnie zaś przyjacielem, bom ja z tych psów, co właśnie przyjaciół kąsają, ażeby im dać uczuć prawdę. Chcesz wiedzieć, kto są ci ludzie? Ha, ha, ha! Są to "przyjaciele Mądrości", którą gryzą, a strawić nie mogą... Szczęśliwej drogi!
Niezrażony tem dziwnem przywitaniem, Yâjnavalkya zwracał się kolejno do gromad, w których słyszał głos mędrców.
— Kto chce poznać istotę świata i tajemnicę stworzenia — wołano ze wszech stron — ja mu ją powiem!
Yâjnavalkya ciekawie nadstawił uszu:
— Wszystko powstało z wody — mówił jeden (8);
— Z powietrza (9) — mówił drugi;
— Z ognia — wołał trzeci (10).
— A zkądże się wzięły te żywioły? — spytał Yâjnavalkya.
Jedni milczeli, drudzy poczęli mu odpowiadać, mówiąc.
— Istotą żywiołów są liczby! (11)
— Wszystko powstało z atomów... (12)
— Jest coś wyższego nad liczby i atomy — wtrącił Yâjnavalkya !...
— Jest Jedność, mówili ci, których zwano Eleatami. Albowiem byt jest jeden, a niebyt nie istnieje. To, co myśli, i to, co przestrzeń wypełnia, jest jednością. Nic się nie porusza, nic się nie dzieje i nic się dziać nie będzie; nic nie powstaje i nic nie ginie, bo wszystko jest jednością...
— Mówiłem to — rzekł Yâjnavalkya, ale to głupstwo.
— Niema żadnej jedności! Wszystko się zmienia, wszystko płynie, wszystko się przeobraża, — mówił ten, którego nazywano pływakiem( 13). Płyniemy w tym samym strumieniu i nie w tym samym, w górę i nie w górę. Ogień powietrzny wszystko tworzy i ogień powietrzny wszystko niszczy. Dusza, która jest suchą, jak u mędrca, wznosi się w górę i poznaje zmienność; dusza, która jest mokrą, jak u pijanego, majaczy i opada w zmienność. Bóstwo ogniste bawi się światem, tworząc i psując...
— Przyjacielu — rzekł Yâjnavalkya — twoja dusza musi być mokrą...
I poszedł dalej.
Tak idąc, zauważył tłum ludzi, cisnących się do mędrca, który innych głową przerastał.
— Mistrzu! — rzekł doń — słyszę miano boskości, przypisywane twojej wiedzy; wskaż mi istotę bytu!
— Istotą bytu, synu mój, są idee, boskie pierwowzory wszechrzeczy, nie mające ani barwy, ani kształtu, przedwieczne, doskonale (14).
— Gdzież je mogę poznać, mistrzu?
— Znasz je, mój synu, boś je oglądał w przedświatowem życiu twojej duszy, zanim upadła na ziemię. Wejdź w siebie, a przypomnisz je i uznasz.
Yâjnavalkya stanął jak wryty i zapuścił myśl swoją na dno własnej duszy.
— Cóż widzisz, synu mój?
— Widzę pragnienie wiedzy, mistrzu, i próżnię.
— W takim razie dusza twoja, padając na ziemię, musiała uledz uszkodzeniu!... Idź z Bogiem i pamiętaj, że najwyższą ideą jest dobro...
Yâjnavalkya odszedł smutny i zamyślony. Minął niejedną grupę i zatrzymał się dopiero, usłyszawszy wołanie:
— Kto chce mędrcem zostać, niech do nas spieszy! Wszystko umiemy dowieść i zbić, byt i niebyt; albowiem człowiek jest wszystkiemu miarą i cokolwiek sobie wyobraża, prawdą jest, czemukolwiek przeczy, jest kłamstwem (15).
A inny dodał;
— Nic nie istnieje. A gdyby nawet istniało. nie mogłoby być poznane. A gdyby nawet mogło być poznane, nie mogłoby być w słowach objawione... (16)
— A cóż ty jesteś, mistrzu?
— Swojem własnem złudzeniem — rzekł mędrzec.
Ydjnavalkya wzruszył ramionami i poszedł dalej.
— Za prędko chciałem stanąć u celu! — mówi do siebie...
Nie pytał też więcej napotykanych, lecz przyśpieszył kroku.
Droga, po której teraz stąpał, była pustą. Nad rowami tylko siedzieli jacyś zakapturzeni mnisi w nieruchomej ekstazie. W oddali po bokach ciągnęły tłumy różnobarwne, unikając gościńca wiedzy, śpiewając pieśni i błyskając na słońcu stalowemi puklerzami, wieńcami proporców i krzyżów złoconych. Tu i owdzie zastępowały mu drogę stada lotnych elfów i koboldów, upiory i czarownice wiły się nad jego głową.
Nareszcie spostrzegł wspaniały gmach gotycki, ku któremu zmierzały tłumy.
— Co to jest? — zapytał.
— Świątynia prawdziwej wiedzy — odpowiedziano mu. Wszedł więc.
— Szukam prawdy — rzekł.
— Tu tylko ją znajdziesz, pielgrzymie! Albowiem wiedza tego świata pustą jest jako cymbał brzmiący.
— Pogardzam nią — rzekł Yâjnavalkya.
— Tem lepiej, synu mój. Albowiem nie' nauka daje wiedzę, lecz Wiara. Wierz, a poznasz: crede ut intelligas (17); wierz, chociażby rozumowi twemu wydawało się niedorzecznem to, w co wierzysz, i dlatego właśnie: crede, ąuia absurdum est (18). Wtedy dopiero zrozumiesz prawdziwą tajemicę bytu, prawdę prawd wszelkich!
— Chcę wierzyć, ojcze! Ale jakże mam dojść do okazania umysłowi memu tej wielkiej prawdy?
— I na to mamy sposób, synu mój: rozum jest sługą wiary — a narzędziem rozumu Syllogizm: instrumentum instrumentorum, organum organorum, veri falsique disceptarix et judex. Oto są księgi mędrców, z których go poznasz — a oto masz kilka zadań, abyś mógł się wyćwiczyć w użyciu środka.
Yâjnavalkya wziął zwitek pergaminu i odszedłszy na stronę, począł czytać:
Zadanie pierwsze: rozstrzygnąć za pomocą syllogizmu, czy istota ducha może istnieć niezależnie od istnienia ducha?
Zadanie drugie: czy Bóg może nie istniejącego, ale możliwego anioła, kochać więcej, niż robaczka istniejącego rzeczywiście?
Zadanie trzecie: Ilu duchów usiąść może na końcu jednej szpilki?...
— Nie podołam — rzekł Yâjnavalkya z głębokiem westchnieniem. — Czuję w duszy taki zamęt, jakby wszystkie szesnaście części, które stanowią człowieka we mnie, pozamieniały swoje miejsca!...
I trzymając się za głowę, poszedł dalej... Naraz zbudził go z zadumy poważny głos mędrca:
— Błędne są drogi, któremi ludzie chodzili do prawdy, fałszywe też zbierali owoce. Wszystko, co zdobyto, jest wątpliwe. Chociażbym jednak o wszystkiem zwątpił, o tem jednem wszakże wątpić nie mogę że wątpię. Oto jest pierwsza wiedzy podwalina (19)
— A jakież jej owoce? — spytał Yâjnavalkya.
— Dwa są byty odrębne, przeciwne sobie: rozciągłość i myślenie. Myśl nie ma rozciągłości, rozciągłość nie ma myśli, a między niemi nie ma nic wspólnego.
— Jakże więc może duch działać wspólnie z materyą w człowieku?
— Jest to tajemnicą Boga.
— Tajemnica i wiecznie tajemnica! — wołał zrozpaczony Yâjnavalkya. — O władco światów i istot! wysłuchaj mojej prośby! Odwróć się na chwilę od rozważania nieśmiertelnej Twej potęgi i spraw, bym Cię usłyszał w tchnieniu wiatru, w szmerze strumieni, bym Cię ujrzał w promieniach słońca, bym Cię pojął całego w słowach człowieka! Aum! Aum! Aum! (20). Władco światów i istot!
I tak modląc się, mijał siedziby mędrców, z których dolatywało go tylko echo zwątpień. Ale nadzieja poczęła wstępować w jego serce, gdy spostrzegł tłum ludu tak wielki, jakiego jeszcze nie widział, wokoło przybytków ludnych i gwarnych.
— Słuchajcie! — wołano ze wszech stron. — Nasi mistrze objaśniają istotę bytu.
— Istotą bytu — mówił jeden — są monady (21).
— Materya (22) — mówił drugi.
— Jaźń — mówił trzeci(23).
— Absolut (24) — mówił czwarty.
— Wola — mówił piąty... (25)
Yâjnavalkya puszczał te wyrazy mimo uszu, gdyż oczy jego utkwiły w twarzy mędrca, którego głos rozlegał się jak głos słoniów świętych w dzień ofiarny.
Słuchał, słuchał długo, nareszcie zapytał:
— Cóż więc jest istotą bytu?
— Idea bezwzględna w sobie i dla siebie, an und für sich... (26).
— Swayambhuwa! — mruknął pielgrzym.
— Idea Bezwględna jest naturą, gdy się przeciwstawia sama sobie w różnobycie...
— Wcielenie Brahmy!... — wtrącił Yâjnavalkya.
— Lecz Idea Bezwzględna, w bezwiednem swem uzewnętrznieniu, dochodzi w duchu do świadomości i znów się odzewnętrznia, powracając do siebie...
— Na łono Brahmy!... Zawsze Brahma! Zawsze ten sam i zawsze niepojęty!! 0 Mrytyi, Jakżeś ty srogo ze mnie zadrwiła! Na to - żem szedł na kraj świata, ażeby własne swoje słowa usłyszeć — słowa świecące jak płomyki Khadyoty w ciemności, a które mają być ostatniem słowem wiedzy?!...
— To nie jest ostatnie słowo wiedzy — rzekli przechodzący, słysząc narzekania Yâjnavalkya — spojrzyj, tam na uboczu wznosi się gmach Wiedzy Ścisłej!
Yâjnavalkya zwrócił oczy w stronę, którą mu wskazywano, i spostrzegł fundamenty olbrzymich budowli, do których liczni robotnicy dokładali ciągle nowe cegły. Jedni znosili materyał, inni zarabiali cement, inni wreszcie kierowali robotami — a część pracowników nauczała w gotowych już przedsionkach. Słyszeli oni skargi Yâjnavalkya i gdy się zbliżył do nich, rzekli mu:
— Niesłusznie narzekasz na czas stracony. Droga, którą przeszedłeś, nauczyła cię tajemnic błędu, nauczyła cię miarkować swoje pragnienia i znać własne siły. Patrz! oto z drobnych cegiełek wznosi się gmach wiedzy, zdala od gwaru próżnych pytań. Nagi jest i skromny, ale silny, i czas go nie zmiecie, tak jak zmiótł te pyszne budowle, któreś podziwiał w swej wędrówce. Patrz, jaki wspaniały widok roztacza się ztąd na świat zjawisk! Zbieramy ziarnko do ziarnka i spichrze nasze napełniają się; krzeszemy iskrę do iskry i w oczach naszych robi się jasno! Prawa natury odsłaniają się przed nami jedno po drugiem; ze szczegółowych dochodzimy do ogólniejszych, z ogólniejszych do powszechnych— i tak posuwamy się naprzód wolno, ale stale...
— A czemże jest dla was istota świata?
— Nie znamy jej.
— A istota ducha?
— Nie znamy jej.
— A kiedyż myślicie poznać?
— Nie wiemy.
— Cóż więc znacie?
— Prawa rządzące zjawiskami.
— A niech was Agni spali z taką wiedzą! — wrzasnął Yajnavalkya, rozdzierając swe szaty ze skóry czarnych gazeli. — Dość mi jej!!
Teraz dopiero przypatrzył się swemu ciału, które wyschło i zczerniało jak trzcina w ogniu świętym. Uczuł, że z szesnastu części, które w nim stanowiły człowieka, pozostała mu tylko jedna prana, tchnienie żywotne.
— Trzy tysiące lat! Trzy tysiące lat!! — powtarzał bezprzytomnie.
— Po chwili wzniósł ręce ku niebu, i zawoławszy:
— Mrityi! jam twój — padł martwy. Na grobie jego czytano napis, tej treści:
Tu spoczywa Yajnavalkya, duch metafizyki.
A przyjazne dusze, które go poznały w wędrówce za Prawdą, dopisały u spodu:
Umarł, ale nie zginął.
Jaką nową formę bytu każe mu przyjąć Brahma?...
Nie wiadomo.
KONIEC.
(1) Dosłownie: "Byt i niebyt napróżno pojmować", czyli: , i byt i niebyt pojąć się nie dają".
(2) Mędrzec indyjski, wspominany w najdawniejszym zabytku filozofii Hindusów: Brihad-Aranyaka Upanishad. Mógł żyć około X wieku przed Chr.
(3) Butea frondosa.
(4) Mały owad świecący.
(5) Ficus indica.
(6) Czlowiek - duch.
(7) Tak nazywano Dyogenesa.
(8) Thales.
(9) Anaximenes.
(10) Heraklit.
(11) Pytagoras.
(12) Demokryt.
(13) Tak Plato zwał Haraklita.
(14) Plato.
(15) Sofiści.
(16) Gorgias sofista.
(17) Anselmus.
(18) Tertulianus.
(19) Descartes.
(20) Formuła mistyczna indyjskiej Trójcy.
(21) Leibnitz.
(22) Materyalizm francuzki XVIII w.
(23) Fichte.
(24) Schelling.
(25) Schopenhauer.
(26) Hegel.
Julian Ochorowicz




