czwartek, 8 października 2026

Czy zbawienie jest może? Drobna korekta poglądu profesora Elzenberga

 Poza tym - i to już bez zastrzeżeń - jeśli nawet ktoś zbawienie osiąga, to nigdy ani on, ani nikt inny nie może być pewny, że je osiągnął: bo przyszłych chceń nie możemy przewidzieć, a to coś - jeśli jest coś takiego! - co już dziś je determinuje, jest dla nas niepoznawalne. Zdanie „jestem zbawiony" to zdanie, do którego wypowiedzenia nikt nigdy nie będzie miał prawa; i ze względu choćby na to jedno trzeba powiedzieć, że, praktycznie i życiowo rzecz biorąc, zbawienie to nie cel realny, tylko ideał.

***
And what means being saved? Saved from what? From illusion. Salvation is to see things as they are. NM

Kto osiagnął zbawienie od iluzji bycia kimś egzystującym w przestrzeni i czasie, jak najbardziej może być pewny swego stanu, gdyż implikuje on między innymi wiedzę o nieposiadaniu jakiejkolwiek przyszłości, zatem wiedzy, że żadna zmiana temu zbawieniu nie grozi.

Zdanie "jestem zbawiony" z pewnością jest nie uprawnione, a to z tego powodu, że fundamentalnie zbawienie można określić jako uwolnienie się od wyobrażenia (urojenia?) "jestem". I ze względu na to trzeba powiedzieć, że, praktycznie i życiowo rzecz biorąc, zbawienie to to cel realny, a nie tylko ideał.

Co oczywiście nie zmienia faktu, że realizacja tegoż celu, w praktyce, jest dosyć trudna.

Sam podział, zastosowany przez Elzenberga jest bez wątpienia ciekawy, w praktyce ku czemu i od czegoś są tym samym. Arahat jest synonimem elementu nie-determinowanego czy tego co nie-zrodzone. Jeżeli w opisach kładziemy nacisk na realizację tego elementu, to taki opis jest opisem praktyki ku czemuś. Ale w Nauce Buddy nie-zrodzone jest też synonimem absencji chciwość, nienawiści i złudzenia, te stany są u nas jak najlepiej widoczne (oczywiście w różnym stopniu) i rozpoznnie ich w sobie samego stanowi fundament praktyki uwolnienia się od czegoś.

Na niższym poziomie, również te dwie postawy są suplementarne, jako że przy uwolnianiu się od chciwości, nienawiści i złudzenia, pomocne są pewne rzeczy, których albo nie posiadamy, ale posiadamy je w niewystarczającym stopniu, zatam dążymy ku ich zaistnieniu i rozwojowi.


Cały artykuł Henryka Elzenberga 

https://varapanyo.blogspot.com/p/idea-zbawienia-na-gruncie-etyki-czystej.html

Diabeł tkwi w szczegółach

 

Tym niezbyt oryginalnym tytułem zapraszam Państwa na salę posiedzeń Sądu Rejonowego Warszawa – Praga Południe, gdzie, tym razem w nieco poszerzonym towarzystwie, miałem możliwość obserwowania procesu politycznego wytoczonego prezesowi Konfederacji Korony Polskiej, Grzegorzowi Braunowi.

Bohaterem pozytywnym tego odcinka miał być „nieskazitelny i niezależny” historyk, Jan Grabowski, wsparty równie „nieskazitelną i niezależną” świtą z „Gazety Wyborczej”.

Roztwór historyczny
Na pozór sprawa wydaje się być nawet oczywista. Grzegorz Braun, zasłaniając się immunitetem posła, wparował na wykład historyka i w wyjątkowo brutalny sposób wyrwał mu mikrofon oraz zniszczył nagłośnienie, by uniemożliwić swobodne przedstawienie wyników badań naukowych.

Tyle tylko, że w zasadzie nic z tego nie jest prawdą. Lider KKP przecież zdaje sobie sprawę jak niewiele znaczy immunitet poselski, gdy idzie o walkę polityczną. Tu potrafią się nawzajem chronić np. posłowie KO z posłami PiS, ale innych to nie dotyczy.

Po drugie, Braun nie konspirował się w żaden sposób tylko z otwartą przyłbicą siadł w pierwszym rzędzie (a więc się nie „przedzierał” jak to za Grabowskim relacjonowały media). Mikrofonu też nie „wyrwał”, bo był on na stojaku, a „poszkodowanemu” włos z głowy nie spadł. Lubujący się w „weryfikowaniu informacji” ostatnio uparcie do swoich artykułów „dodają kontekst”, więc zróbmy to samo i w tym przypadku.

Po pierwsze, bo to naprawdę ma znaczenie, wykład miał się odbyć w Niemieckim Instytucie Historycznym, czyli działającej w Warszawie placówce, zajmującej się głoszeniem konkretnych narracji historycznych – jak się nietrudno domyślić – sprzyjających RFN. Wykładać zaś miał Jan Grabowski. Tytułowany „profesorem”, choć w Polsce posiadający uprawnienia doktora habilitowanego (taki zabieg ma zwiększyć u odbiorców autorytet). Mówić miał oczywiście o wynikach swoich „badań”, których główną tezą jest odpowiedzialność Polaków za holokaust. Efektem takich publikacji jest więc (moim zdaniem, wcale nie „mimowolnie”) przynajmniej częściowe zdejmowanie winy z Niemców, którzy w ten sposób konsekwentnie przesuwają się na linii zbrodniarz-ofiara w tym drugim kierunku.

Coraz częściej przecież słyszymy o „nazistach” zamiast Niemców, więc finalną wersją tego projektu będzie upowszechnione przekonanie, że oto w 1933 roku Niemcy dostali się pod okupację nazistów z Nazistowa, a po zajęciu terenów Rzeczypospolitej robili wszystko, by chronić Żydów przed polskimi antysemitami. Grabowski tworzy ku temu podatny grunt, pytanie jakimi metodami.

Zanim jednak przejdziemy do tych metod, które obrona Grzegorza Brauna sądowi przedstawiła, przyjrzyjmy się temu jakże subtelnemu przykładowi manipulacji stosowanej przez rządzące Polską stronnictwo kompradorów, które próbuje nam od dziecka narzucić wstyd, by utrzymywać nas jak najdalej od postulowania własnej suwerenności. Chodzi o „odpowiedzialność zbiorową”. Otóż ci sami ludzie, którzy w ciągu kilku ostatnich dni zaklinają Polaków, by nie oceniali Ukraińców przez pryzmat mordercy księdza w Jarosławiu, katują nas na każdym kroku rzekomą winą narodu polskiego za rozmiar ludobójstwa Żydów w latach okupacji niemieckiej. Czyli to nie tak, że jawią się nam jacyś obrońcy cywilizacji mówiący o autonomii jednostki, ale raczej naprzeciwko mamy całą korporację, której celem nadrzędnym jest wmówienie nam poczucia winy za coś, co stało się totalnie wbrew naszej woli i bez najmniejszego naszego udziału na poziomie decyzyjnym.

Operacja „wstyd”
Obrona Grzegorza Brauna na 92 stronicach dokumentu zebrała krytykę, jaka pojawiła się na przestrzeni lat wobec publikacji Grabowskiego. Sąd tego słuchać nie chciał. Nie chciał także, by „poszkodowany” odpowiadał na pytania dotyczące charakteru jego publikacji. Grabowski ma status świętego. Po to właśnie przyszedł Jarosław Kurski, do niedawna zastępca nadredaktora Adama Michnika (rodzony brat „tego” Kurskiego, jakby ktoś nie wiedział), po to też między demonstrantami przed sądem przechadzał się i prowokował Wojciech Czuchnowski, inny funkcjonariusz tego frontu. Może to miało wywierać dodatkową presję na sąd. W każdym razie efekt był taki, że na sali sądowej nie mogliśmy usłyszeć niczego o motywacji Brauna, a przecież to istotne, o czym jednak w następnej części tekstu.

We wspomnianych dokumencie, który być może zostanie także wydany jako publikacja, możemy zapoznać się z podsumowaniem krytyki prac Grabowskiego, autorstwa historyków, takich jak Piotr Gontarczyk, Bogdan Musiał, Tomasz Roguski. Nie są to moi bohaterowie, ale to tym lepiej, bo przynajmniej mogłem do tej lektury przystąpić z odpowiednim dystansem.

Nie sposób zreferować całej pozycji, ale pokażmy tylko co lepsze kwiatki, jakie tam się znajdują. Grabowski do swoich tez potrafi bardzo wybiórczo stosować zeznania świadków. Nawet wtedy, gdy świadek na pewnym etapie zmienia zeznania, powtarza cudze opowieści (czego Grabowski nie zaznaczy), ustalenia sprawy są przeciwne do zeznania, a gdy pojawiają się między nimi ewidentne sprzeczności, to urzędowy historyk oczywiście rozstrzyga je na korzyść tezy naczelnej. Dokładnie to samo jest ze źródłami. Jeżeli Grabowski ma „do wyboru” dwie liczby ofiar, to za obowiązującą uzna tę większą. By stworzyć wrażenie, że Polacy w jakiejś zbrodni mają większy udział niż „powszechnie uznany”, nasz wykładowca potrafi nawet zmienić kolejność zdarzeń. Nawet sama obecność ludzi narodowości polskiej w danym miejscu i danym czasie może posłużyć tezie o współsprawstwie w zbrodni, chociaż najprawdopodobniej wyniknęła z przymusu stosowanego przez okupanta.

No i chyba najważniejsze: Grabowski skrzętnie pomija właśnie ten kontekst, czyli charakter niemieckiej okupacji, będącej od samego początku nastawioną na zagładę mieszkańców Polski, nie tylko Żydów przecież. Tak hołubiony przez „Gazetę Wyborczą” „badacz” rozumie przecież doskonale, że działania Polaków w warunkach niemieckiego terroru były podyktowane najczęściej wolą okupanta, wymuszaną najsurowszymi karami, ze śmiercią włącznie. Grabowski to rozumie, więc o tym nie wspomina, dlatego mamy wręcz obowiązek podejrzewać jego złą wolę.

Ilość manipulacji, jakich dopuszcza się Grabowski w swoich „badaniach”, każe to ostatnie słowo brać w cudzysłów. A przecież to powinno być istotne dla rozstrzygnięcia sądu. Tymczasem organy sądowe Rzeczypospolitej starają się stworzyć wrażenie, jakoby nie miało to znaczenia w procesie. Oto wykład Grabowskiego w Niemieckim Instytucie Historycznym ma być przecież chroniony od wszelkiej ingerencji w ramach „wolności słowa”. Tyle tylko, że autorytet naukowca zawierać w sobie musi także jego odpowiedzialność. Zwłaszcza, gdy mowa o państwowym mecenacie dla nauki, a o takim przypadku mowa. Grabowski nie mówił do grupy znajomych w prywatnej salce wykładowej, ale pod auspicjami Uniwersytetu Warszawskiego, który wydarzeniu udzielił własnego patronatu. I tu tkwi właśnie klucz do zrozumienia reakcji Brauna.

Ściganie ścigającego
Dopiero po takim naświetleniu całego zdarzenia możemy spróbować odpowiedzieć na pytanie, czy Grzegorz Braun w rzeczonej sytuacji nie znalazł się w „stanie wyższej konieczności” i czy odpowiednio na niego zareagował. Braunowi przy każdym odcinku tego serialu sądowego próbuje się zarzucić wyrządzenie jakichś szkód osobistych rzekomym poszkodowanym. Jagielska miała być „bezprawnie zatrzymana”, choć prawo ujęcia jest powszechnie znane i przysługuje każdemu. Nawet późniejsze uznanie braku odpowiedzialności karnej przez ujętego, czy np. niskiej szkodliwości czynu, nie implikuje odpowiedzialności ujmującego. Prawo zna bowiem art. 28 Kodeksu Karnego, który reguluje kwestię błędu co do znamion czynu zabronionego, czyli sytuacji, w której sprawca mylnie ocenia rzeczywistość w odniesieniu do elementów przestępstwa opisanych w ustawie. Problem polega jednak na tym, że w przypadku interwencji Brauna organy ścigania uporczywie zaniedbują własne obowiązki, a więc nie przeprowadzają nawet formalnego sprawdzenia działania ujętych przez niego osób.

Dzieje się nawet proces odwrotny. Sądzeni są ludzie za „publiczne pochwalanie przestępstwa” w odniesieniu do czynów Brauna, których nikt jeszcze prawomocnie za bezprawne nie uznał. Natalia Ruś ma już z tego tytułu wyrok, a Konradowi Rękasowi właśnie odwieszono postępowanie. Grzegorz Braun działa więc w warunkach, w których to państwo nie wypełnia swoich podstawowych funkcji. Czy jednak można go za to winić?

Chyba jednak wypadałoby zbadać, czy człowiek korzystający z zasobów obcego państwa (jakim jest Niemiecki Instytut Historyczny w Warszawie), głoszący być może (to powinny rozstrzygać wspomniane organy!) na zamówienie tezy godzące w dobre imię narodu polskiego, posługujący się w tym wypadku ewidentnymi manipulacjami, nie popełnia jednak przestępstwa określonego w art. 257 kk, który to artykuł zobowiązuje zresztą do reakcji właśnie państwo? I czy poseł podejmujący się w takim wypadku interwencji, powinien być sądzony w pierwszej kolejności, nawet gdy nie zostaje rozstrzygnięta kwestia pierwotna, która określony stan wytworzyła? Naprawdę powinniśmy skupić się na przechodniu, który zatrzymuje złodzieja czy czasem go zbyt mocno nie uszkodził, gdy złodziejowi państwo odpuszcza? Nie przesądzam o winie Grabowskiego, bo nie taka moja rola. Zauważam tylko niewspółmierną reakcję instytucji państwowych w odniesieniu do uczestników zdarzenia.

Wreszcie jednak pięknoduchy będą nam mówić o metodach. Że może Braun powinien tylko krzyczeć, a może po prostu napisać polemikę do tez Grabowskiego. To równie poważna propozycja jak te, które padały w czasach protestów ŚP. Andrzeja Leppera – „Niech rolnicy nie blokują dróg!”. No pewnie, niech w ramach protestu rzucą grabie na pole i stoją w nieskończoność. Otóż prawo do protestu nie jest pustym hasłem, a skoro istnieje, to musi z niego wynikać także prawo do podejmowania działań ponadnormatywnych, takich właśnie jak wysypywanie zatrutego zboża, czy przerwanie wykładu wraz z uniemożliwieniem jego prowadzenia. To wbrew pozorom są bardzo podobne sytuacje. Grabowski swoją działalność prowadzi ponad 20 lat. Jeżeli w tym czasie państwo zareagować nie potrafiło, to Braun ma prawo do właśnie takiej reakcji, która może przykuć czyjąś uwagę. I ten cel akurat został osiągnięty. Jak wielu ludzi nabrałoby się na tę pedagogikę wstydu wspieraną przez RFN, a kierowaną do narodu polskiego, gdyby nie interwencja Brauna? Tego się już pewnie nie dowiemy, ale to powinien wziąć pod uwagę człowiek, który nosi łańcuch z polskim orłem na szyi.

Tomasz Jankowski

https://myslpolska.info/2026/09/06/jankowski-diabel-tkwi-w-szczegolach/

Rafinerie na trzech kontynentach płoną jedna po drugiej… i nikt tego nie łączy?…


W ciągu kilku tygodni na trzech kontynentach stanęły w ogniu rafinerie i zbiorniki paliw. Część ma wyjaśnienie, część nie. Zbitka jest na tyle gęsta, że trudno ją złożyć wyłącznie z przypadku.

6 października w wenezuelskiej rafinerii Cardón, drugiej co do wielkości w kraju, pękła linia gazu. Były eksplozje, personel ewakuowano, ogień ugaszono w niecałą godzinę, zakład o mocy 310 tysięcy baryłek dziennie stanął. Państwowy koncern PDVSA mówi o awarii i powołuje komisję. Pożary w obiektach PDVSA nie są rzadkością. Tym razem zbiegły się jednak z serią innych.

Tydzień wcześniej, 30 września, w indyjskiej rafinerii MRPL w Mangaluru rozerwał się separator wysokociśnieniowy. Zginął jeden pracownik, ośmiu lub dziewięciu zostało rannych. Policja bada przyczynę techniczną. W Meksyku Pemex gasił krótki pożar w Salina Cruz podczas planowego przeglądu. W Rotterdamie eksplozja przy zbiorniku magazynowym podczas konserwacji zabiła jedną osobę. Wiosną branżowy serwis Chemical Processing liczył jedenaście poważnych incydentów rafineryjnych w około sześćdziesiąt dni, od Teksasu po Ekwador, i wskazywał na starzejące się instalacje oraz odkładane remonty.



Obok tego idzie wojna, i tu sprawca jest znany. Ukraina od miesięcy bije dronami w rosyjski przerób. 26 września płonęła rafineria w Ilsku, lokalne władze mówiły o trzech zabitych. Dzień wcześniej ogień był w zakładzie Łukoilu w Permie i w Nowoszachtyńsku. 20 września płonęła rafineria pod Moskwą. Kijów tych uderzeń nie ukrywa. Rosja przedłużyła zakaz eksportu oleju napędowego.

W Arabii Saudyjskiej obraz jest mieszany. 8 września Huti trafili obiekty na południu, w tym okolice rafinerii w Dżizanie. Ministerstwo energii przyznało pożary i czasowe postoje, koalicja podała 73 rannych. O uderzeniu w rafinerię pod Dżuddą z 5–6 października mówią Huti i irańskie media. Krążą nagrania ognia. Rijad i Aramco ataku nie potwierdziły.

Każde z tych zdarzeń da się opowiedzieć osobno: dron, rakieta, pęknięta rura, błąd przy remoncie. Kłopot w tym, że opowiedziane razem układają się w jeden sezon. Rafinerie pracują ostrzej, bo cieśnina Ormuz jest nadal ograniczona, a bliskowschodni przerób uszkodzony. Przeciążona instalacja psuje się częściej. To tłumaczy część awarii. Nie tłumaczy, dlaczego w tym samym oknie czasowym płoną zakłady od Krasnodaru po Falcón i od Dżizanu po Mangaluru, ani dlaczego przy każdym słupie dymu najpierw leci wersja o ataku, a dopiero potem sprostowanie.

Ropa zachowuje się spokojniej niż paliwo. Brent stoi koło 101 dolarów za baryłkę, daleko od wiosennego szczytu powyżej 126, ale wciąż około połowy drożej niż przed wojną z Iranem. Drożeje produkt. W połowie września diesel w Unii bił rekordy serii Komisji Europejskiej, około 2,20 euro za litr. Marże rafineryjne na olej napędowy w Europie Północno-Zachodniej przekraczały 100 dolarów za baryłkę. W Polsce od 3 października znowu działają urzędowe ceny maksymalne: 6,86 zł za litr benzyny 95 i 7,80 zł za diesla, przy VAT ściętym do 8 procent. Jeszcze pod koniec września diesel na stacjach kosztował średnio ponad 9 zł.

Rynek wycenia więc nie jeden pożar, tylko brak produktu. Ropa przez Hormuz wraca. Olej napędowy nie, bo rafinerie, które miały go robić, stoją albo płoną. Czy to zbieg przeciążenia, wojny i pecha, czy coś gęstszego, na razie rozstrzygają komunikaty stron, a nie wspólne śledztwo. Dopóki nikt nie zestawi tych incydentów obok siebie inaczej niż w wątku na portalu społecznościowym, wrażenie, że rafinerie gasną jedna po drugiej, zostanie. I nie jest całkiem bezpodstawne.

Źródła:

https://iuvmpress.co/en/post/serial_fires_at_oil_refineri
…

https://stratnewsglobal.com/west-asia/do-global-refinery
-…

https://ij-reportika.com/global-surge-in-refinery-fires-r
…

https://www.indiatoday.in/world/story/rajasthan-oil-refin
…

Opublikowany 2026-10-07

zmianynaziemi/rafinerie-na-trzech-kontynentach-plona-jedna-po-drugiej-i-nikt-tego-nie-laczy

Widmo Egona Bahra powraca do Moskwy


W 1963 roku Bahr opracował Ostpolitik („Politykę Wschodnią”), która faworyzowała zbliżenie z ZSRR nad wrogością. Pod koniec życia nazwał wybór konfrontacji przez Zachód „błędem stulecia”.

Marco Fernandes 7 paź 2026

Wieczorem 1 października, przed zamknięciem plenarnego posiedzenia dorocznego Klubu Wałdajskiego – w którym miałem okazję uczestniczyć – Władimir Putin niespodziewanie zboczył z tematu, odwołując się do materiałów znalezionych w sowieckich archiwach. Odnalazł ostrzeżenia sprzed prawie czterech dekad, wydane przez Niemca, którego prawie nikt już nie pamięta: Egona Bahra, członka kierownictwa Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD). To właśnie Bahr opracował w 1963 roku tzw. Ostpolitik („Politykę Wschodnią”), która stawiała na zbliżenie ZSRR z Zachodem, a nie na polaryzację przeciwko niemu. Niemcy, jak proponował Bahr, powinny być mostem między dwiema stronami muru. Jako sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta – innymi słowy, prawa ręka Willy’ego Brandta – Bahr negocjował traktaty wschodnie Brandta (kanclerza Niemiec w latach 1969–1974). W latach 1970–1973 Bonn podpisało traktaty wschodnie z Moskwą, Warszawą i Berlinem Wschodnim: uznając granice powstałe w wyniku wojny oraz istnienie innych Niemiec w zamian za gwarancję tranzytu i wizyt rodzinnych. Była to formuła Bahra w formie prawnej – zaakceptować to, co istnieje, aby rzeczy mogły się zmienić poprzez współistnienie. Chadecy (CDU) zwalczali traktaty do tego stopnia, że ​​niemal doprowadzili Brandta do upadku: wniosek o wotum nieufności z 1972 roku został odrzucony zaledwie dwoma głosami.

W Wałdaju Putin odczytał trzy fragmenty z sowieckich archiwów. W pierwszym Bahr zidentyfikował w samym NATO te kręgi, które w ogóle nie chcą podążać ścieżką współpracy paneuropejskiej i wygaszania konfrontacji. W drugim ostrzegł, że bez zdecydowanych kroków w celu przezwyciężenia podziału Europy na wrogie bloki, rozwój wydarzeń przybierze skrajnie niekorzystny charakter, skazując ZSRR na międzynarodową izolację. Przedstawił też, co powinno zastąpić bloki: Radę Bezpieczeństwa o szerokich uprawnieniach, skupiającą Stany Zjednoczone, Związek Radziecki i całą Europę Środkową i Wschodnią – bez posuwania się NATO na wschód. Po znalezieniu tego w archiwach, Putin powiedział, ostrzegając, że zabrzmi to „niedyplomatycznie”: „Opadła mi szczęka”. W obliczu Niemiec, których retoryka z dnia na dzień staje się coraz bardziej agresywna i które uparcie podsycają widmo „rosyjskiego zagrożenia”, to rzeczywiście zdumiewające, że jeden z czołowych umysłów niemieckiej polityki zagranicznej przez ponad dwie dekady był tak wyczulony na niebezpieczeństwa zaostrzającej się polaryzacji między Zachodem a ZSRR i zaproponował nową, odważną architekturę bezpieczeństwa dla Europy, jednocześnie sprzeciwiając się ekspansji NATO na wschód. Dla prezydenta Rosji to tak, jakby Bahr zajrzał w szklaną kulę.

Ważne jest, aby zwrócić uwagę na moment, w którym to powiedziano. Dwadzieścia cztery godziny wcześniej Moskwa wysłała do NATO memorandum z ostrzeżeniem, że w razie próby nałożenia blokady Kaliningradu przez sojusz sięgnie po wszelkie dostępne środki obrony. W Wałdaju Putin stwierdził, że nie wspomniano o broni jądrowej; jednak tego samego dnia stały przedstawiciel Rosji przy Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, Dmitrij Polański, powiedział na posiedzeniu Stałej Rady tej organizacji, że w rosyjskich dokumentach doktrynalnych przewidziano odpowiedź nuklearną w takim przypadku. Tego samego 1 października kanclerz Niemiec Friedrich Merz ostrzegał, że Europa musi przygotować się na rozszerzone rosyjskie operacje hybrydowe. To właśnie w tej atmosferze prezydent Rosji decyduje się mówić o Niemczech. Ale mówi o tym ustami Niemca.

W lutym 1990 roku Bahr przebywał w Moskwie w imieniu frakcji parlamentarnej SPD, w towarzystwie posła Karstena Voigta, i powiedział Aleksandrowi Jakowlewowi – architektowi pierestrojki – w obecności Walentina Falina, który był ambasadorem ZSRR w Bonn w latach Ostpolitik , że Helmut Kohl (z CDU, ówczesny kanclerz Niemiec) chciał „NATO aż do Odry”, rzeki oddzielającej Niemcy od Polski (dziś sojusz rozciąga się tysiąc kilometrów dalej, 130 km od Petersburga). I że jeśli Związek Radziecki nic nie zrobi, by temu zapobiec, nigdy nie wróci do Moskwy – jak opowiedział nam Putin. Następnego dnia zaproponował radzieckiemu ministrowi spraw zagranicznych Eduardowi Szewardnadze europejski system bezpieczeństwa z własnym dowództwem, do którego zjednoczone Niemcy miałyby się przywiązać w miejsce bloków opozycyjnych – i ostrzegł, że jeśli Moskwa zaakceptuje przystąpienie Niemiec do NATO, sama SPD zmieni swoje stanowisko i skapituluje. Szewardnadze odpowiedział : „Związek Radziecki nie skapituluje”. Trzy miesiące później, w Waszyngtonie, Gorbaczow przyznał Niemcom prawo wyboru własnego sojuszu. Osiemnaście miesięcy później Związek Radziecki dosłownie skapitulował. Wkrótce potem, ironicznie lub tragicznie, optymistyczny Szewardnadze został prezydentem byłej radzieckiej republiki Gruzji.

Putin wykorzystał Bahra nie tylko do krytyki obecnego rządu niemieckiego czy rządu UE, ale także do krytyki Gorbaczowa. Radzieckie kierownictwo, jak powiedział, „słuchało, słuchało i nic nie zrobiło”. Voigt – przekonany atlantysta, który nie zgadzał się z Bahrem w swojej delegacji – opublikował swoją wersję spotkania w 2016 roku: Sowieci „nie mieli własnej koncepcji”, byli przeciwni przystąpieniu do NATO, ale „nie mieli przekonujących alternatyw do zaoferowania” i wydawali się bardziej zainteresowani relacjami z Waszyngtonem. Siedem tygodni później Falin napisał do Gorbaczowa, że ​​radziecka polityka europejska popadła w „kontemplacja i refleksja, żeby nie powiedzieć depresja”, że „Zachód nas przechytrza” i że wspólny europejski dom „zamienia się teraz w miraż”. Innymi słowy, doświadczony radziecki dyplomata ostrzegał przed złudzeniem, że pewnego dnia mogą być mile widziani w tak zwanej „cywilizacji zachodniej”.

Oto, co Putin pozostawił między wierszami w Wałdaju: w 1990 roku niemiecki socjaldemokrata i czołowy radziecki ekspert ds. Niemiec wystosowali ten sam apel z przeciwnych stron, ale został zignorowany przez tego samego człowieka, Gorbaczowa. Cena, jaką zapłacił ZSRR, a później Rosja, była wysoka – a przesłanie ma podwójny adres. Wewnętrznie powtarza ono stanowisko samego Putina, od dawna ostrzegając rosyjskie elity przed złudzeniami dotyczącymi Zachodu. Zewnętrznie stara się przypomnieć Niemcom – i Europie – że kiedyś byli zdolni do prowadzenia minimalnie racjonalnej polityki wobec Rosji.

Ile kosztuje gospodarcze samobójstwo Niemiec?
Niemcy, do których adresowane było to przesłanie, przeżywają prawdziwy kryzys gospodarczy. Niemiecki Instytut Ekonomiczny – IW z Kolonii, think tank finansowany przez związki pracodawców i poza wszelkimi podejrzeniami o sympatiach rosyjskich – obliczył w lutym tego roku, że od 2020 roku niemiecka gospodarka odnotowała niedobór produkcji w wysokości prawie biliona euro. W 2025 roku niemiecka produkcja ledwo przekroczyła poziom z 2019 roku. Innymi słowy, sześć lat paraliżu. IW nie oddziela wstrząsów: pandemia, wojna i konfrontacyjna polityka Waszyngtonu nakładają się na siebie od 2022 roku. Ale strona energetyczna rachunku jest po prostu oszałamiająca.

W 2021 roku Rosja odpowiadała za 55% niemieckiego importu gazu, a sam Nord Stream 1 dostarczył 59,2 mld metrów sześciennych, przekraczając własne nominalne moce. Było to paliwo dla struktury przemysłowej zbudowanej na taniej energii. TTF, referencyjna cena gazu w Europie, utrzymywała się poniżej 20 euro za megawatogodzinę przez większość 2019 i 2020 roku; we wrześniu 2026 roku, po osiągnięciu szczytu 340 euro w 2022 roku, nadal utrzymywała się między 73 a 80 – trzy do czterech razy więcej niż wcześniej.

Niemcy zastąpiły rosyjskie rurociągi statkami z dalekich krajów: w pierwszym kwartale tego roku 89% ich LNG pochodziło ze Stanów Zjednoczonych. W latach 2022-2025 Unia Europejska wydała około 281 mld euro na gaz skroplony, z czego 131,5 mld euro przeznaczono na ładunki amerykańskie. Doszło do ogromnego transferu dochodów przez Atlantyk.

Wpływ na realną gospodarkę widać w oficjalnych statystykach. Według Destatis , niemieckiego federalnego urzędu statystycznego, produkcja w sektorach energochłonnych spadła o 15,2% między lutym 2022 r. a marcem 2026 r., w porównaniu z 9,5% w całym przemyśle. Firma konsultingowa EY, opierając się na danych z tego samego federalnego instytutu, naliczyła 124 000 miejsc pracy w przemyśle zlikwidowanych w 2025 r., prawie dwukrotnie więcej niż w 2024 r., z czego 50 000 w przemyśle motoryzacyjnym. Od 2019 r. niemiecki przemysł stracił około 266 000 miejsc pracy, a sektor motoryzacyjny 111 000 — 13% jego całości. Czwarty kwartał 2025 r. był dziesiątym z rzędu kwartałem spadku przychodów przemysłowych.

Najbardziej wymowna jest jednak cicha decyzja kapitału: w badaniu przeprowadzonym wśród 3000 firm, cztery na dziesięć deklaruje, że rozważa ograniczenie produkcji w Niemczech lub przeniesienie jej za granicę – odsetek ten w 2022 roku wyniósł 21%. Podczas gdy BASF otwierał w marcu tego roku kompleks o wartości 10 miliardów euro w Zhanjiang w Chinach – największą pojedynczą inwestycję w swojej historii – ArcelorMittal informował niemiecki rząd, że nie zbuduje swoich zielonych hut stali w Bremie i Eisenhüttenstadt, rezygnując z 1,3 miliarda euro już zatwierdzonych dotacji. Jako powód podano cenę niemieckiej energii elektrycznej. Prezes firmy, Geert van Poelvoorde, oświadczył: „Europejski przemysł stalowy jest pod bezprecedensową presją, aby utrzymać rentowność – i to bez dodatkowych kosztów wymaganych do dekarbonizacji”. PKB spadł o 0,3% w 2023 r. i 0,2% w 2024 r., a w 2025 r. wzrósł o 0,2%. Nie jest to spowolnienie cykliczne, lecz zagrożenie dla samych fundamentów bazy produkcyjnej kraju.

Innymi słowy, jest to przyspieszony proces de-industrializacji, spowodowany decyzją polityczną podjętą w Berlinie, który zdecydował się zrezygnować z taniego rosyjskiego gazu w zamian za ten sam surowiec, trzykrotnie droższy i oddalony o ocean. Nazywanie tego gospodarczym samobójstwem nie jest retoryczną przesadą.

Reindustrializacja za pomocą środków militarnych: złowrogie déjà vu
W obliczu tego obrazu rząd Friedricha Merza dokonał wyboru, który zna już historia Europy, a którego skutki okazały się katastrofalne: industrializacja kraju pod przewodnictwem przemysłu zbrojeniowego to to, co Niemcy robili w latach 30. XX wieku. 18 marca 2025 roku Bundestag zatwierdził, 513 głosami do 207, poprawkę do konstytucji, zwalniającą wszystkie wydatki na obronę przekraczające 1% PKB z limitu zadłużenia. Hamulec zadłużenia, wpisany do Ustawy Zasadniczej w celu dyscyplinowania państwa niemieckiego, przestał obowiązywać właśnie w odniesieniu do zbrojeń. Budżet na obronę wzrasta z 86 miliardów euro w 2025 roku do 108,2 miliarda w 2026 roku i ma przekroczyć 150 miliardów w 2029 roku, osiągając poziom 3,5% PKB. Tylko do grudnia Bundeswehra (niemieckie siły zbrojne) zamierza podpisać 153 duże kontrakty na zamówienia publiczne o wartości około 83 miliardów euro. Volkswagen, jedna z pereł niemieckiego przemysłu, niedawno ogłosił redukcję zatrudnienia o 50 000 osób, lecz krótko przedtem poinformował również o swoim wejściu na rynek zbrojeniowy.

Retoryka dotrzymała kroku budżetowi i staje się coraz bardziej alarmująca. W czerwcu 2024 roku, w parlamencie, minister obrony Boris Pistorius – socjaldemokrata – postawił sobie cel w zdaniu, które weszło do niemieckiego słownika politycznego: „musimy być gotowi do wojny do 2029 roku”. Merz w swoim pierwszym oświadczeniu rządowym obiecał uczynić Bundeswehrę „najsilniejszą armią konwencjonalną w Europie”. 29 września 2025 roku, w Düsseldorfie, ostrzegł, że zamierza powiedzieć coś „być może na pierwszy rzut oka nieco szokującego”: „nie jesteśmy w stanie wojny, ale nie jesteśmy już też w stanie pokoju”. Wojna Rosji, dodał, to „wojna przeciwko naszej demokracji i wojna przeciwko naszej wolności”.

Niemcy i Rosja od wieków łączyły, że tak powiem, złożone relacje. Katarzyna II Wielka, caryca rosyjska (1762–1796), była niemiecką księżniczką ze Szczecina, a rosyjska dynastia formalnie nosiła nazwę Romanow-Holsztyn-Gottorp od 1762 do 1917 roku. Traktatem reasekuracyjnym Bismarck związał Rosję w 1887 roku, aby nigdy nie musieć walczyć na dwóch frontach, ale jego następcy złamali go w 1890 roku, popychając Rosję w kierunku Francji i tworząc warunki, które eksplodowały w 1914 roku wraz z wybuchem I wojny światowej. Nie trzeba przypominać, że oba kraje stoczyły najkrwawsze bitwy w historii po inwazji Hitlera na ZSRR w 1941 roku.

Trzeci element zdaje się jeszcze bardziej komplikować tę relację. W 1962 roku, pod naciskiem Waszyngtonu, NATO zakazało sprzedaży niemieckich rur do ZSRR, a niemieckie firmy musiały zerwać podpisane kontrakty. Wiele lat później Brandt odrzucił weto: w lutym 1970 roku zawarto umowę „niemieckie rury za radziecki gaz”, sześć miesięcy przed traktatem moskiewskim – wynegocjowanym przez Bahra – w którym Bonn ostatecznie uznało powojenne granice.

W 1982 roku, w kontekście rurociągu syberyjskiego, Waszyngton nałożył sankcje na europejskie firmy, ale rządy europejskie domagały się mimo wszystko honorowania kontraktów, dopóki Reagan nie ustąpił. To były dobre stare czasy, kiedy Europa wciąż zachowywała swoją suwerenność i była w stanie przeciwstawić się sankcjom USA. Do 2019 roku samo zagrożenie ze strony Białego Domu wystarczyło, aby szwajcarska firma Allseas porzuciła Nord Stream 2 w ciągu 24 godzin – a do lutego 2021 roku osiemnaście europejskich firm zrobiło to samo, w tym certyfikatorzy i ubezpieczyciele, bez których rurociąg, nawet po ukończeniu, nie mógłby działać. Wreszcie, we wrześniu 2022 roku, materiały wybuchowe rozstrzygnęły sprawę na dnie Bałtyku wraz z atakiem terrorystycznym na kontrowersyjny rurociąg.

W reportażu śledczym znany dziennikarz Seymour Hersh przypisał eksplozję operacji amerykańskiej, czemu Waszyngton zaprzeczył; W czerwcu tego roku niemiecka prokuratura oskarżyła Ukraińca o dowodzenie żaglowcem, który rzekomo przewoził ładunki wybuchowe. Pewne jest, że niemiecka infrastruktura energetyczna została zniszczona i po czterech latach nikt nie został pociągnięty do odpowiedzialności, a Berlin nigdy nie traktował tego incydentu jako ataku, a tym bardziej jako casus belli . Ukończony we wrześniu 2021 roku, kosztem około 9,5 miliarda euro, Nord Stream 2 nie działał ani jednego dnia. Straty nie poniósł tylko rosyjski Gazprom – który sfinansował połowę projektu – ale także firmy z Niemiec, Austrii, Francji, Wielkiej Brytanii i Holandii.

Tę relację strachu i fascynacji, sojuszu i zniszczenia, niemiecka historiografia, podążając za Gerdem Koenenem, nazywa „ Russland-Komplex” . Dziś wahadło znajduje się na jednym krańcu, a jedynym miejscem w rządzie, gdzie drugi biegun wciąż żyje, jest SPD: w czerwcu 2025 roku ponad stu socjaldemokratów podpisało manifest wzywający do „niezwykle trudnej próby” ponownego zaangażowania się w Moskwę, „gdy tylko ucichną działa”. Pistorius, członek tej samej partii, nazwał ten tekst „zaprzeczeniem rzeczywistości”.

Polityka Merza jest oceniana w głosowaniu
W jednej ze swoich odpowiedzi na plenarnym posiedzeniu w Wałdaju Putin przypisał agresywną eskalację europejskiej retoryki o rzekomym „rosyjskim zagrożeniu” próbie odwrócenia uwagi opinii publicznej od poważnych problemów gospodarczych i społecznych, z którymi borykają się główne państwa europejskie. Sądząc jednak po ostatnich wyborach landowych w Niemczech, taktyka Berlina nie działa. W ciągu piętnastu dni września 2026 roku odbyły się trzy wybory: 6 września w Saksonii-Anhalt, gdzie CDU spadła z 37% do 17%, a AfD pokonała ją z wynikiem 43,8% (najlepszy wynik wyborczy w historii); 20 września w Meklemburgii-Pomorzu Przednim nie tylko AfD wygrała z wynikiem 38,2%, ale CDU z wynikiem 4,9% nie weszła do parlamentu. W Berlinie Die Linke pokonało koalicję CDU-SPD i będzie rządzić stolicą, prawdopodobnie wspólnie z Zielonymi i SPD.

Merz nazwał wynik „katastrofą”, ale zapowiedział, że pozostanie na stanowisku. Sekretarz stanu Philipp Amthor, reprezentujący własne skrzydło partii, podsumował nastrój: „stawką jest wszystko”. W sondażach krajowych AfD oscyluje między 25% a 27%, na równi z CDU. Niemiecki elektorat karze partię zbrojeń z obu stron – z prawej strony AfD, siły walczącej z sankcjami i opowiadającej się za powrotem rosyjskiego gazu; z lewej Die Linke, w stolicy, gdzie właśnie zwyciężyła partia najbardziej otwarcie sprzeciwiająca się eskalacji militarnej. Nie sposób zrozumieć tych wyników bez wspomnienia 124 000 zwolnień w przemyśle w 2025 roku i potrojenia rachunków za energię.

Czy istnieje szansa na kolejny „błąd stulecia”?
Pod koniec życia Bahr nazwał zachodni wybór konfrontacji „błędem stulecia” i stwierdził, że NATO stało się „instrumentem służącym hegemonicznej strategii Stanów Zjednoczonych”. Mniej więcej w czasie śmierci Bahra, George Friedman – Węgier, który uciekł przed komunizmem i nigdy nie żywił sympatii do Moskwy, założyciel Stratfor, geopolitycznej agencji wywiadowczej nazywanej „prywatną CIA” – wyjaśnił publiczności w Chicago, że „pierwotnym interesem Stanów Zjednoczonych, o które przez stulecie toczyliśmy wojny – Pierwszą, Drugą, Zimną Wojnę – były relacje między Niemcami a Rosją. Ponieważ zjednoczeni, są jedyną siłą, która może nam zagrozić. I upewnić się, że to się nie stanie”.

Jedenaście lat później Niemcy importują 89% swojego gazu skroplonego ze Stanów Zjednoczonych, straciły równowartość całego roku produkcji i debatują nad tym, czy już są w stanie wojny. Najwyraźniej Biały Dom wykonał dobrą robotę. Ale Putin najwyraźniej powołał się na Bahra, mając nadzieję, że jedynym argumentem zdolnym do podważenia niemieckiego konsensusu jest argument sam w sobie niemiecki.

Zakład prezydenta Rosji wywołał niezwykłą atmosferę na plenarnym posiedzeniu. Przed zadaniem pytań redaktor naczelny szwajcarskiej gazety „Weltwoche” , Roger Köppel, zaznaczył, że znał Egona Bahra i podziwiał jego wizję polityczną. Putin zaczął odpowiadać na inne pytania, aż nagle przerwał swój tok myślenia i powiedział, że byłoby ciekawie usłyszeć więcej o Egonie Bahrze, ponieważ nigdy go nie spotkał. A potem, niespodziewanie, oddał głos Köppelowi, prosząc go o podzielenie się swoją opinią na temat polityki Bahra. Zaskoczony Köppel odpowiedział, że uważa go za człowieka imponującego, pogodnego i wysoce inteligentnego, realistę, nieulegającego „moralnemu imperializmowi” współczesnej Europy, który „uważa, że ​​Europa jest cmentarzyskiem dawnych imperiów, [ale] że może być kontynentem pokoju i powiązań między USA a Rosją”. Pod koniec sesji plenarnej mój znajomy z Klubu Wałdaj powiedział mi, że nie przypomina sobie innej sytuacji, w której prezydent zadałby pytanie komuś z publiczności.

Rozmawiałem z doświadczoną rosyjską analityczką polityczną, która od lat uważnie śledzi przemówienia Putina. Powiedziała mi, że to wyjątkowe przemówienie, zwłaszcza w sesji pytań i odpowiedzi, w którym prezydent Rosji przemawiał z wielką szczerością, momentami graniczącą z ponurością, i wyrażał autentyczne zaniepokojenie obecną sytuacją geopolityczną. Jej zdaniem Putin zdawał się apelować do globalnych elit decyzyjnych, jakby chciał powiedzieć, że ich obowiązkiem jest niedopuszczenie do wymknięcia się procesów transformacji porządku światowego spod kontroli, bo jeśli tak się stanie, nie będzie zwycięzców. Dodała: „Ton tego przemówienia przypominał mi słynne przemówienie z konferencji monachijskiej z 2007 roku”.

Słysząc uwagę Köppela o „moralnym imperializmie” i „Europie jako cmentarzysku imperiów”, Putin odpowiedział: „Być może dlatego wielu w Europie chce dokończyć dzieło zniszczenia Imperium Rosyjskiego, którego od dawna nie ma? Ale oni najwyraźniej o tym nie wiedzą”.

Ostatnim razem, gdy Niemcy stosowały tak agresywną retorykę wobec Rosji, jednocześnie czyniąc się „najpotężniejszą armią w Europie” – jak chce Friedrich Merz – ludzkość pogrążyła się w największej i najkrwawszej wojnie w swojej historii. Ale Niemcy najwyraźniej już o tym nie pamiętają – ani o Egonie Bahr.

forumgeopolitica/the-spectre-of-egon-bahr-returns-to-moscow
https://dakowski.pl/widmo-egona-bahra-powraca-do-moskwy/

środa, 7 października 2026

Aerozol biologiczny: Szczepienie na szeroką skalę zwierząt i ludzi



Program masowego opryskiwania biologicznego PARC powiązany z DEFUSE, finansowany przez Stany Zjednoczone w okresie pandemii COVID-19: numer w rejestrze USAspending 140G0220P0134
Jeszcze przed pandemią COVID-19, Palo Alto Research Center opisało swoją technologię aerozolową służącą do „szczepień zwierząt/ludzi na dużych obszarach” przy użyciu „preparatów opracowanych metodami bioinżynierii”.


Rząd Stanów Zjednoczonych finansował technologię automatycznego rozpylania środków biologicznych jeszcze przed projektem DEFUSE i próbował wykorzystać te istniejące możliwości w ramach projektu DEFUSE, a także nadal płacił Centrum Badawczemu Palo Alto (PARC) za opracowywanie i testowanie urządzeń rozpylających w czasie pandemii COVID-19.

PARC to laboratorium badawczo-rozwojowe firmy Xerox w Dolinie Krzemowej, znane przede wszystkim z pionierskich technologii, takich jak Ethernet, druk laserowy oraz model graficznego interfejsu użytkownika stanowiący podstawę współczesnych komputerów osobistych.

DEFUSE to projekt – przedłożony rok przed pandemią COVID-19 – Agencji Zaawansowanych Projektów Badawczych Obrony (DARPA), który określał sposób reagowania na przyszłą pandemię podobną do wywołanej przez SARS-CoV-2.

Jeszcze przed projektem DEFUSE, Narodowe Centrum Zdrowia Dzikich Zwierząt (NWHC) przy Amerykańskiej Służbie Geologicznej oraz PARC otrzymywały już fundusze na opracowanie technologii automatycznego rozpylania służącej do masowego podawania szczepionek i innych środków leczniczych wolno żyjącym nietoperzom.

W projekcie DEFUSE, firma PARC opisała swoją technologię jako umożliwiającą „dostarczanie aerozoli na dużych powierzchniach i z dużą wydajnością” w przypadku płynów, w tym „preparatów bioaktywnych”, oraz wskazała „szczepienie zwierząt/ludzi preparatami bioinżynieryjnymi na dużych powierzchniach” jako potencjalne zastosowanie.

W ramach projektu DEFUSE zaproponowano wykorzystanie technologii dostarczania opracowanej przez PARC w innym programie interwencji biologicznej obejmującym preparaty wzmacniające odporność.

Trwały dalsze prace nad opracowaniem rozpylacza.

13 maja 2020 r. USGS wypłaciło firmie PARC kwotę 198 940 dolarów na „OPRACOWANIE I TESTOWANIE URZĄDZEŃ ROZPYLAJĄCYCH”.

Umowa obowiązywała do 31 grudnia 2021 r.

USGS twierdzi, że w latach 2020–2021, podczas gdy trwał terenowy program szczepień, przeprowadziła dodatkowe badania laboratoryjne i terenowe w celu optymalizacji środka terapeutycznego do stosowania „za pomocą urządzenia rozpylającego”.

W sprawozdaniu z zrealizowanego projektu podano następnie, że „opracowano i przetestowano urządzenie wykorzystujące technologię automatycznego rozpylania” służące do podawania środków leczniczych nietoperzom.

Istnienie, ciągłość funkcjonowania oraz zmiana przeznaczenia tej federalnej infrastruktury służącej do masowego podawania środków biologicznych nie są zatem teorią.

Są to udokumentowane przesłanki.

Teoria, którą te przesłanki obecnie potwierdzają ( ale nie udowadniają) ma większe znaczenie:

● W okresie pandemii COVID-19, istniejąca już infrastruktura rządu Stanów Zjednoczonych służąca do masowego rozprowadzania środków biologicznych mogła zostać wykorzystana do testowania lub stosowania materiałów biologicznych w celach wykraczających poza publicznie opisane działania związane z leczeniem dzikich zwierząt.

● Działania związane z rozpylaniem aerozoli lub sprayów w okresie pandemii COVID-19 mogły obejmować nieujawnione materiały biologiczne lub pochodzenia bakteryjnego, zdolne do wywoływania reakcji zapalnych (w tym narażenia na endotoksyny/LPS), a nie ograniczać się wyłącznie do publicznie deklarowanych środków dezynfekujących, pestycydów, środków do leczenia dzikich zwierząt lub obojętnych materiałów testowych.

Istnieją historyczne precedensy uzasadniające dochodzenie w tej sprawie, ponieważ rząd Stanów Zjednoczonych przyznał się do prowadzenia programów, takich jak „Operacja Sea-Spray”, „Operacja LAC” i inne, w ramach których substancje były potajemnie rozpylane nad obszarami zamieszkanymi bez wiedzy lub świadomej zgody osób narażonych na ich działanie.

Pytanie nie dotyczy tego, czy istniała infrastruktura do masowego rozpylania aerozoli.

Pytanie brzmi: co zostało rozpylone, gdzie oraz kto lub co było narażone na działanie tych substancji.

Nowo zidentyfikowane umowy PARC informują nas, za co rząd zapłacił.

Nie mówią jednak, co PARC wyprodukowało, przetestowało, rozpyliło ani gdzie wykorzystywało powstałe w ten sposób urządzenia.

Te wyniki realizacji umów nadal nie figurują w dostępnych nam publicznych dokumentach.

Kongres rzeczywiście przyjrzał się programowi DEFUSE i przesłuchał jego kierownictwo, ale opublikowane 557-stronicowe sprawozdanie z dochodzenia nie wymienia PARC ani Jerome’a Unidad (badacza z PARC powiązanego z pracami DEFUSE nad rozprowadzaniem aerozoli) wśród świadków, z którymi przeprowadzono wywiady lub którzy złożyli zeznania.

Program powstał przed programem DEFUSE

W 2018 roku fundusz „Bats for the Future” przyznał ośrodkowi NWHC (National Wildlife Health Center) należącemu do USGS (U.S. Geological Survey ) dotację w wysokości 400 000 USD, uzupełnioną o kolejne 429 466 USD w ramach funduszy uzupełniających, co dało łączną kwotę projektu wynoszącą 829 466 USD.

Tytuł projektu był jednoznaczny:

„Opracowanie i przetestowanie metod podawania szczepionek w celu ograniczenia występowania zespołu białego nosa u nietoperzy”.

Fundacja National Fish and Wildlife Foundation poinformowała, że NWHC „we współpracy z firmą Palo Alto Research Company” zmodyfikuje i przetestuje metody masowego podawania „szczepionek miejscowych i innych środków leczniczych” u nietoperzy żyjących na wolności.

Mechanizm działania został również jasno określony:

„W ramach projektu wykorzystana zostanie technologia automatycznego rozpylania w celu nakładania płynów lub żeli na nietoperze w momencie, gdy wlatują one do schronień lub z nich wylatują…”

Program biologicznego oprysku masowego realizowany przez USGS/PARC istniał zatem już przed powstaniem projektu DEFUSE.

PARC zaproponował zwiększenie skali projektu

Materiały własne PARC dotyczące programu PREEMPT (programu DARPA, w ramach którego powstała propozycja DEFUSE) ujawniają możliwości istniejącej technologii rozpylania.

Laboratorium badawcze stwierdziło, że:

„opracowało unikalną technologię rozpylania” służącą do „dostarczania aerozoli o dużej powierzchni i wysokiej wydajności, zawierających płyny o wysokiej lepkości i stężeniu”.

Płyny te mogą obejmować:

„preparaty bioaktywne”.

Ponadto PARC wskazało na szersze zastosowanie, które można by wykorzystać w odniesieniu do „ludzi”:

„Technologia ta może znaleźć zastosowanie w szczepieniach na dużą skalę zwierząt i ludzi preparatami opracowanymi przy użyciu bioinżynierii w celu prewencyjnego ograniczenia przenoszenia chorób”.

PARC zaproponowało wykorzystanie tej technologii do opracowania:

„skalowalnej metody podawania aerozolowego do szczepień na szeroką skalę modeli zwierzęcych”.

Grupa chwaliła się, że ma „dobrą pozycję”, by wspierać program PREEMPT agencji DARPA:

„PARC może odegrać znaczącą rolę w obszarze technicznym nr 2 projektu PREEMPT”.

„PARC ma doskonałe warunki do rozwoju swojej unikalnej technologii rozpylania w ramach programu PRE-EMPT, biorąc pod uwagę jej udowodnioną skalowalność i szerokie zastosowanie w przypadku różnych płynów (o lepkości od niskiej do bardzo wysokiej, niezależnie od stężenia lub zawartości substancji bioaktywnych). PARC poszukuje partnerów, którzy będą badać przenoszenie chorób między gatunkami zwierząt oraz opracowywać niezbędne preparaty biologiczne o działaniu prewencyjnym, zapobiegające takiemu przenoszeniu. Te zmodyfikowane preparaty biologiczne można następnie podawać modelom zwierzęcym przy użyciu technologii rozpylania, co zapewnia maksymalną skuteczność i biodostępność”.

Stwierdzono również, że firma wykorzysta „dotychczasowe i bieżące prace” dotyczące podawania preparatów metodą rozpylania i przezskórną oraz posiada możliwości opracowywania i produkcji nowych systemów rozpylających.

Nie była to hipotetyczna technologia oczekująca na finansowanie w ramach programu DEFUSE.

PARC proponował nowe zastosowanie dla prac, które były już w toku.

Projekt DEFUSE dostarczył nowy zestaw środków

Wniosek dotyczący projektu DEFUSE, opracowany przed pandemią COVID-19, uwzględniał możliwości dostawcze PARC/NWHC w ramach proponowanego programu interwencji dotyczącego nietoperzy.

Materiały przewidziane w ramach tych działań obejmowały:

Poly(I:C) (syntetyczny polimer zbudowany z jednostek zawierających inozynę i cytydynę; stosowany eksperymentalnie jako rzekomy substytut materiału wirusowego i środek stymulujący układ odpornościowy)
Resiquimod (syntetyczna substancja chemiczna z grupy imidazochinolin, stosowana jako silny stymulant odpornościowy)
Agoniści STING (zazwyczaj cykliczne dinukleotydy lub inne preparaty małocząsteczkowe stosowane w celu wywołania sygnalizacji zapalnej)
Mikrocząsteczki acetalowanego dekstranu (Ac-DEX) (zmodyfikowane cząsteczki polimeru cukrowego stosowane do enkapsulacji i dostarczania innych substancji)
Rekombinowane chimeryczne białka szczytowe (preparaty białkowe wytworzone w laboratorium, opisywane przez naukowców jako połączenie fragmentów różnych białek „szczytowych” koronawirusów)
Inne preparaty wzmacniające odporność (dodatkowe preparaty chemiczne, białkowe lub cząsteczkowe mające na celu wywołanie reakcji biologicznych)
W ramach propozycji zlecono organizacjom NWHC i PARC opracowanie systemów podawania substancji wzmacniających odporność oraz rozważano możliwość zautomatyzowanego podawania aerozoli.

Istniejąca platforma rozpylająca nie była ograniczona do jednego rodzaju terapii.

Firma DEFUSE zaproponowała dostosowanie jej do innego zestawu ładunków biologicznych.

Prace trwały w czasie pandemii COVID

Pod koniec 2019 roku USGS nadal określało swoją współpracę z PARC jako aktywny program rozwojowy dotyczący skalowalnych urządzeń dozujących.

Następnie, 13 maja 2020 roku, USGS złożyło w PARC zamówienie nr 140G0220P0134.

Kwota zamówienia opiewała na 198 940 dolarów.

Opis zamówienia rządowego zawierał cztery słowa:

„OPRACOWANIE I TESTOWANIE URZĄDZEŃ ROZPYLAJĄCYCH”

USGS sklasyfikowało te prace jako:

„Udoskonalenie produktu/usługi (badania stosowane/rozwoju eksploracyjnego)”

Umowa obowiązywała do 31 grudnia 2021 r. i została czterokrotnie zmodyfikowana na drodze administracyjnej.

Federalny program PARC dotyczący opracowywania urządzeń rozpylających był zatem aktywny w czasie pandemii COVID-19.

W tym samym czasie USGS testowało środek do rozpylania

Zgodnie z własnym sprawozdaniem USGS, terenowe eksperymenty szczepionkowe miały miejsce dokładnie w okresie obowiązywania umowy z PARC na lata 2020–2021.

W aktualizacji projektu Narodowego Centrum Zdrowia Dzikich Zwierząt z października 2021 r. podano, że młode i dorosłe nietoperze zostały zaszczepione w schroniskach rozrodczych latem 2020 i 2021 roku.

W tym samym sprawozdaniu USGS stwierdza się:

„Przeprowadzono dodatkowe badania laboratoryjne i terenowe w celu wyboru i optymalizacji najlepszego nośnika do aplikacji – ręcznej lub za pomocą urządzenia rozpylającego…”

Badania te miały również na celu ustalenie odpowiedniej dawki szczepionki do stosowania miejscowego.

Raport końcowy projektu uzupełnia chronologię wydarzeń.

NFWF podaje, że USGS:

„opracowało i przetestowało automatyczne urządzenie rozpylające służące do podawania szczepionki nietoperzom”

oraz opracowano nośnik do podawania preparatu, którego celem jest maksymalizacja stabilności szczepionki, odporności na zmiany temperatury oraz przyczepności do futra nietoperzy.

W raporcie podano ponadto, że w ramach pilotażowego projektu terenowego nośnik ten połączono ze szczepionkami.

Kolejność działań jest więc następująca:

Przed projektem DEFUSE: USGS/PARC otrzymały dofinansowanie na opracowanie systemu automatycznego masowego rozpylania szczepionek i innych środków terapeutycznych.
DEFUSE: zaproponowano wykorzystanie istniejących możliwości PARC w zakresie aerozoli do opracowania nowego zestawu preparatów biologicznych.
2019: prace rozwojowe trwają.
Maj 2020: USGS wypłaca PARC kwotę 198 940 dolarów na „OPRACOWANIE I TESTOWANIE URZĄDZEŃ DO ROZPYLANIA”.
2020–2021: USGS prowadzi prace laboratoryjne i terenowe dotyczące środka terapeutycznego przeznaczonego do stosowania „za pomocą urządzenia rozpylającego”.
Zakończony projekt: opracowano i przetestowano automatyczne urządzenie rozpylające; opracowano nośnik kompatybilny ze szczepionkami; nośnik połączono ze szczepionkami w ramach pilotażowego projektu terenowego.
Co faktycznie zostało rozpylone?

To właśnie jest obecnie brakujący element.

Z publicznie dostępnych dokumentów wynika, do czego program miał służyć.

Wynika z nich, kto opracowywał urządzenie rozpylające.

Wynika z nich, że PARC potrafiło rozpylać preparaty bioaktywne.

Wynika z nich, że DEFUSE zaproponował dostosowanie tej technologii do różnych materiałów biologicznych.

Wskazują one, że USGS zapłaciło PARC za opracowanie i przetestowanie urządzeń rozpylających w czasie pandemii COVID.

Wskazują one również na prowadzone w tym samym czasie eksperymenty laboratoryjne i terenowe z użyciem środków do aplikacji za pomocą urządzeń rozpylających.

To, czego dostępne dokumenty nie ujawniają, to pełny wykaz materiałów faktycznie przetworzonych przez urządzenia PARC w ramach projektu 140G0220P0134.

To właśnie ta ścieżka dokumentacyjna ma teraz znaczenie.

Jakich preparatów użyto?
Gdzie wykorzystywano te urządzenia?
Kto lub co było narażone na działanie ich emisji?
Od odpowiedzi na te pytania zależy, czy udokumentowany program pozostawał w ramach publicznie opisanej misji leczenia dzikich zwierząt, czy też infrastruktura ta była wykorzystywana w szerszym zakresie podczas COVIDa.

Podsumowanie

Federalna infrastruktura służąca do masowego dostarczania preparatów biologicznych istniała naprawdę, była dopracowana pod względem operacyjnym i nadal otrzymywała finansowanie w czasie pandemii COVID-19.

Jeszcze przed powstaniem projektu DEFUSE agencje USGS i PARC pracowały już nad systemem automatycznego rozpylania szczepionek i innych środków terapeutycznych.

W ramach projektu DEFUSE zaproponowano wykorzystanie technologii aerozolowej opracowanej przez PARC do dostarczania różnych preparatów biologicznych.

Następnie, w czasie pandemii COVID-19, USGS wypłaciło firmie PARC kwotę 198 940 dolarów na „OPRACOWANIE I TESTOWANIE URZĄDZEŃ ROZPYLAJĄCYCH”, podczas gdy USGS prowadziło prace laboratoryjne i terenowe związane ze środkiem do rozpylania.

Zgodnie z raportem końcowym projektu opracowano i przetestowano automatyczne urządzenie rozpylające.

Z publicznie dostępnych danych nadal nie wynika jednak, jakie substancje firma PARC faktycznie wprowadzała do tych urządzeń w ramach umowy zawartej w okresie pandemii COVID-19, gdzie urządzenia te były eksploatowane oraz kto lub co było narażone na ich działanie.

Brakujące dane decydują obecnie o tym, czy ta udokumentowana infrastruktura pozostała w ramach publicznie opisanej misji zwalczania szkodników dzikich zwierząt, czy też została wykorzystana podczas pandemii COVID-19 do testowania lub rozpraszania innych materiałów biologicznych, w tym substancji pochodzenia bakteryjnego lub wywołujących stan zapalny, takich jak endotoksyny/LPS.

INFO: jonfleetwood.substack.com/p/us-funded-parcs-defuse-linked-biological (przekład automatyczny; wszystkie odnośniki i zdjęcia w tekście oryginalnym)

5 ottobre 2026 Author: Uczta Baltazara babylonianempire/aerozol-biologiczny-szczepienie-na-szeroka-skale-zwierzat-i-ludzi

Małpia ospa atakuje sodomitów


W Warszawie rośnie liczba przypadków mpox, czyli tzw. małpiej ospy. Lekarze ostrzegają przed możliwością dalszego rozprzestrzeniania się choroby. W centrum uwagi znalazły się dewiacyjne imprezy seksualne typu chemsex, czyli łączenie kontaktów seksualnych z zażywaniem narkotyków.

Małpia ospa atakuje warszawskich sodomitów. Temat, który przez długi czas nie przebijał się szeroko do debaty publicznej, ponownie staje się problemem zdrowotnym w Warszawie. Do Wojewódzkiego Szpitala Zakaźnego trafiają kolejni pacjenci z mpox, a lekarze zwracają uwagę na charakterystyczny mechanizm pojawiania się większej liczby zachorowań. Dotyczą one niemal wyłącznie aktywnych sodomitów.

Problem jest tak duży, że milczeć przestała nawet pro-dewiacyjna „Gazeta Wyborcza”. Jak opisuje na swoim łamach, dyrektorka ds. medycznych Wojewódzkiego Szpitala Zakaźnego w Warszawie wskazała, że większe epidemie występują zwykle dwa–trzy tygodnie po dużym wydarzeniu kierowanym do mężczyzn mających kontakty seksualne z mężczyznami. To zdanie jest istotne, bo wskazuje na konkretny mechanizm epidemiologiczny. W przypadku mpox znaczenie ma przede wszystkim bliski kontakt fizyczny, w tym kontakt seksualny, oraz kontakt ze zmianami skórnymi osoby zakażonej.

Jeszcze większe kontrowersje budzi zjawisko chemsexu. Chodzi o sytuacje, w których odbytnicza aktywność seksualna jest łączona z używaniem substancji psychoaktywnych. Tego rodzaju praktyki mogą prowadzić do utraty kontroli nad zachowaniem, podejmowania większego ryzyka oraz kontaktów seksualnych z większą liczbą partnerów.

W tym miejscu kończy się kwestia lewicowego światopoglądu, a zaczyna epidemiologia. W przestrzeni publicznej przez lata bardzo często podkreślano, że homoseksualność rzekomo nie jest ani grzechem ani chorobą, lecz czymś normalnym, tzw. „orientacją seksualną” równoprawną do relacji damsko-męskich. Tymczasem równie ważne jest mówienie o drugiej stronie problemu: sodomickie zachowania seksualne wiążą się ze znacznie wyższym poziomem ryzyka zdrowotnego, a część zakażeń przenoszonych drogą płciową występuje szczególnie często w populacjach wagino-sceptyków.

Dotyczy to nie tylko mpox, ale również HIV, kiły, rzeżączki czy innych infekcji przenoszonych drogą płciową. Ryzyko rośnie przede wszystkim wraz z liczbą partnerów, częstotliwością kontaktów seksualnych, brakiem zabezpieczenia oraz praktykami zwiększającymi prawdopodobieństwo kontaktu z materiałem zakaźnym. Oznacza natomiast, że nie powinno się z powodu ideologii zacierać różnicy między normalnością a zachowaniami, które są po prostu groźne, zwiększają ryzyko chorób.

Najbardziej niepokojący jest w tej kwestii brak symetrii w publicznej debacie. Można przez lata mówić o potrzebie tolerancji i walce ze stygmatyzacją, ale nie powinno to oznaczać rezygnacji z mówienia o zdrowotnych konsekwencjach zachowań dewiacyjnych. Tolerancja nie może oznaczać zakazu informowania o ryzyku, gdyż w ten sposób lewica po prostu naraża na choroby kolejne, nieświadome tego osoby.

Jeżeli lekarze obserwują, że większe ogniska mpox pojawiają się po dużych wydarzeniach seksualnych sodomitów, informacja ta powinna być przekazywana opinii publicznej. Tak samo należy otwarcie mówić o konsekwencjach chemsexu i innych praktyk zwiększających ryzyko zakażeń.

Zdrowie publiczne nie powinno być podporządkowane lewicowej propagandzie normalizacji zboczeń. Powinno opierać się na danych, statystyce i wiedzy lekarzy. Dane mówią jasno: sodomia jest czynnikiem podwyższonego ryzyka, dlatego nie powinna być promowana i przedstawiana jako coś normalnego.


5 października 2026 magnapolonia/malpia-ospa-atakuje-warszawskich-sodomitow



Grok: Wielokrotnie wyższe wskaźniki zakażeń HIV, kiły, rzeżączki, mpox i innych STI wśród pedałów

===============

Dla normalnych:

Skrót STI oznacza infekcję przenoszoną drogą płciową (sexually transmitted infection)

—————————————————-

Grok:

Dane epidemiologiczne z CDC, WHO/UNAIDS i innych źródeł konsekwentnie pokazują znacznie wyższe wskaźniki zakażeń HIV, kiły, rzeżączki, mpox i innych STI wśród mężczyzn mających kontakty seksualne z mężczyznami (MSM) w porównaniu z osobami heteroseksualnymi. cdc.gov +1

Poniżej kluczowe porównania statystyczne (głównie USA i globalne, bo tam dane są najbardziej szczegółowe; w Polsce raporty też wskazują na dominację MSM wśród zgłaszanych przypadków).HIV

W USA w 2022 r. MSM (gay, biseksualni i inni mężczyźni zgłaszający kontakty z mężczyznami) odpowiadali za ok. 67% nowych zakażeń HIV (przy szacunkowej wielkości tej grupy na kilka procent populacji mężczyzn). Kontakty heteroseksualne – ok. 22%. cdc.gov
Szacowane wskaźniki (2015, USA):
Diagnostyka HIV: 574,7 na 100 000 MSM vs 4,1 na 100 000 heteroseksualnych.
Zapadalność: 583,6 vs 3,8.
Prewalencja: 12 372,9 vs 126,7 na 100 000. pmc.ncbi.nlm.nih.gov
Dożywotnie ryzyko (USA): ok. 1 na 6–7 wśród MSM vs 1 na 524 wśród heteroseksualnych mężczyzn i 1 na 253 wśród heteroseksualnych kobiet. cdc.gov
Globalnie (UNAIDS): ryzyko nabycia HIV wśród gejów i innych MSM jest ok. 23 razy wyższe niż w ogólnej populacji. unaids.org
Kiła (syphilis)

Wskaźniki pierwotnej i wtórnej kiły wśród MSM bywały 100–200+ razy wyższe [wśrod pedałów md] niż wśród mężczyzn mających kontakty tylko z kobietami (MSW) i kobietami (np. w starszych analizach CDC nawet 106–243 razy). contagionlive.com
MSM stanowią większość przypadków u mężczyzn w wielu krajach; w ostatnich latach w USA odnotowano spadek wśród MSM, ale dysproporcja pozostaje ogromna.
Rzeżączka (gonorrhea) i inne bakteryjne STI

Znacznie wyższe wskaźniki wśród MSM, w tym infekcje rektalne i gardłowe. CDC odnotowuje wyższe ryzyko i częstsze oporności na antybiotyki w tej grupie. cdc.gov
W badaniach klinicznych i sieci seksualnych MSM prewalencja i zapadalność chlamydii, rzeżączki i kiły są wielokrotnie wyższe niż w populacji ogólnej/heteroseksualnej.
Mpox (ospa małpia)

Wybuch 2022–2023 (klad IIb) dotyczył w ok. 90–99% przypadków MSM / gejów, biseksualnych i innych mężczyzn mających kontakty z mężczyznami (dane z USA, Europy, sieci GeoSentinel i metaanaliz). Transmisja głównie przez kontakt seksualny/bliski (często analny). europepmc.orgarticlerender.fcgi
Przypadki heteroseksualne i u kobiet istniały, ale stanowiły mały odsetek (zwykle niski procent w krajach zachodnich).
Polska (ogólny kontekst)

Raporty epidemiologiczne (NIZP-PZH i sanepid) wskazują wzrost HIV, kiły i rzeżączki w ostatnich latach. Wśród zdiagnozowanych przypadków (szczególnie u mężczyzn) dominują kontakty homoseksualne/MSM, gdzie dane o drodze zakażenia są dostępne.

Dysproporcja płciowa jest wyraźna (mężczyźni znacznie częściej diagnozowani na kiłę i rzeżączkę).

zdrowiego.pl: Dlaczego tak duża różnica?

Główne czynniki biologiczne i behawioralne potwierdzone w literaturze medycznej:

Wyższa efektywność transmisji przy stosunku analnym (szczególnie rektalnym) w porównaniu z waginalnym.
Wyższa średnia liczba partnerów, częstsze kontakty anonimowe/grupowe w części sieci MSM.
Większa prewalencja [zachorowalność] w sieci seksualnej → większe ryzyko przy każdym kontakcie.
Dane nie oznaczają, że każda osoba MSM jest zakażona, ani że osoby heteroseksualne są wolne od ryzyka. Ryzyko zależy od konkretnych zachowań (liczba partnerów, prezerwatywy, PrEP, testowanie, leczenie).

Wskaźniki populacyjne są jednak wyraźnie i konsekwentnie wyższe w grupie MSM w krajach z dobrym monitoringiem.

Źródła: CDC STI Surveillance, HIV surveillance, UNAIDS, publikacje peer-reviewed.

===============

A co który pedryl ma żółtaczkę C [HCV]?

Grok:

Co mówią dane naukowe:

Duże metaanalizy i przeglądy systematyczne (m.in. z The Lancet Gastroenterology & Hepatology i WHO) pokazują:

Ogólna częstość występowania HCV u MSM: ok. 3,4–5,9% (w zależności od badania i regionu).
U MSM z HIV: wyraźnie wyższa – ok. 6–8%.
U MSM bez HIV: ok. 1,5–2,8%.
U MSM, którzy nigdy nie brali narkotyków dożylnie: zazwyczaj poniżej 3% (często 1–2%).
U osób, które kiedykolwiek brały narkotyki dożylnie, odsetek skacze mocno w górę (nawet 30%+), bo to główna droga zakażenia HCV.
Dla porównania – w populacji ogólnej w krajach rozwiniętych częstość HCV zwykle wynosi poniżej 1–2%.

HCV przenosi się przede wszystkim przez krew (dożylne narkotyki, niesterylny sprzęt, rzadziej inne ekspozycje na krew). Transmisja seksualna jest możliwa, ale zdecydowanie mniej efektywna niż przy HIV czy WZW B.

Ryzyko rośnie przy:

HIV,
wielu partnerach,
seksie z uszkodzeniem błon śluzowych (np. rough sex, fisting),
chemsexie i używaniu narkotyków.

https://dakowski.pl/grok-znacznie-wyzsze-wskazniki-zakazen-hiv-kily-rzezaczki-mpox-i-innych-sti-wsrod-pedalow/

wtorek, 6 października 2026

Czy pętla zaciska się na niejakim Żurku?


Żurek o zaciskającej się pętli wokół Brauna. Sąd ubolewa, ale nie wzywa Żurka

Grzegorz Braun: Wysoki Sądzie, mówiłem tutaj dzisiaj w odniesieniu do zeznań jednego ze świadków, że toczą się różne akcje równoległe i w ramach tej równoległości czytam, że przechodzący w sprawie w zeznaniach świadków, obecny minister niesprawiedliwości, Żurek mówi o mnie publicznie w dniu dzisiejszym:

Nie ma zmiłuj, pętla wokół tego człowieka zaciska się.

Ja wnoszę o wezwanie Waldemara Żurka na świadka w tej sprawie.

Dzisiaj ten człowiek ma władzę i dzisiaj ten człowiek prezentuje się w mediach jako sprawujący władztwo, pełniący rolę kierowniczą w jakichś zorganizowanych, jak rozumiem, działaniach, których celem jest zaciśnięcie się pętli.

(…) bo jeżeli minister mówi, że pętla zaciska się, to może wysoki sąd samemu o tym nie wiedząc podlega jakimś działaniom, ciśnieniom, nie daj Boże naciskom. Wnioskuję formalnie o zawezwanie Żurka przed Sąd.

Sędzia: Mogę powiedzieć się w ten sposób, [To chyba błąd w transkrypcji?!] że ubolewam nad tym, że minister, jeśli w kontekście tego postępowania formuje takie uwagi, to pozostaje mi tylko wyrazić ubolewanie nad tym oraz stanowisko, że jest to niedopuszczalne oraz ewentualnie mogę również zaapelować o niewypowiadanie takich uwag. Tym bardziej, że wypowiadanie opinii co do rozstrzygnięcia przed zapadnięciem wyroku w pierwszej instancji również ma swoje, zakaz czynienia tego ma swoje umocowanie w ustawie.

To jest to, co mogę zrobić. No i chyba tyle na ten temat po prostu. I zapewnić, że sąd jest na to odporny.

Grzegorz Braun: Bardzo dziękuję. Wyrażam z tego tytułu satysfakcję jako obywatel Rzeczpospolitej Polskiej, ale chciałbym zwrócić uwagę na to, że jeśli sąd konstatuje, cytuję, niedopuszczalność tego typu wypowiedzi, to mamy sytuację, w której coś niedopuszczalnego robi ktoś, kto w znacznej mierze dyktuje kryteria dopuszczalności lub niedopuszczalności w Rzeczpospolitej Polskiej.

A zatem mamy sytuację niebezpieczną dla porządku publicznego, dla wymiaru sprawiedliwości w całości i dla wszystkich obywateli.

Bo nikt nie jest bezpieczny i jeżeli wymiar sprawiedliwości jest pod kontrolą kogoś, to się wypowiada w sposób niedopuszczalny. I jak sąd zauważył, po prostu sprzeczny z normą prawa. Cytując naszego późnego wiersza…

“Zaiste wariat na swobodzie największą klęską jest w przyrodzie”.

Proszę wezwać Żurka i poddać go badaniom, czy to wariat, czy to cynik.

https://ekspedyt.org/2026/10/04/zurek-o-zaciskajacej-sie-petli-wokol-brauna-sad-ubolewa-ale-nie-wzywa-zurka/

poniedziałek, 5 października 2026

Francja: Zamieszki młodzieży wyniosły Le Pen na szczyt

 

Niepokoje społeczne, które ogarnęły Francję, wywierają presję na rząd Macrona. Mówi on o „przemocy miejskiej” i obwinia lewicę, podczas gdy lewica podkreśla brutalność policji; szanse wyborcze Le Pen rosną z każdą płonącą barykadą.

Dramatyczne obrazy z Francji docierają do świata: młodzieżowe zamieszki, w których otwarcie eksponowany jest konflikt kulturowy (wielu młodych ludzi z drugiego i trzeciego pokolenia imigrantów macha flagami Algierii, Maroka lub Palestyny), podpalane barykady i lewicowo-populistyczna partia LFI wyrażająca solidarność z protestami. Jednak największym zwycięzcą prawdopodobnie zostanie Marine Le Pen.

Jej szanse na wygraną w kolejnych wyborach prezydenckich gwałtownie wzrosły w tym tygodniu na rynku zakładów bukmacherskich Polymarket. Jej domniemane prawdopodobieństwo wygranej wzrosło tam z 39,5% do 45% – zbiegło się to z niepokojami społecznymi. Pozostali kandydaci są daleko w tyle.

W piątek lokalny dziennik Le Monde poinformował, że „1027 z 3700 szkół średnich we Francji” ucierpiało w wyniku zamieszek i że dokonano już prawie 2000 aresztowań.

Pożar objął hol, wejście i fragmenty fasady. Pozostała część kompleksu, otwartego w 2014 roku, nadal stoi; szkoła ma zostać ponownie otwarta po remoncie. Dyrektor podejrzewa podpalenie. 


Tymczasem rząd Macrona oskarża lewicową partię populistyczną Jeana-Luca Mélenchona, La France Insoumise. Powołując się na źródła wywiadowcze, twierdzą, że partia nie tylko wspiera protesty (co otwarcie przyznają), ale także koordynuje i organizuje ruch. Podobne podejrzenia wyrażali prawicowi populiści przez cały tydzień, w tym Eric Zemmour, „enfant terrible” francuskiej prawicy. Oto, co napisał w połowie tygodnia:

„Przemoc ostatnich dni w pobliżu szkół średnich, na zapomnianym terytorium Francji, nie jest niegroźna. Parlamentarzyści ze skrajnej lewicy popierają ją i usprawiedliwiają. Należy zatem postrzegać ją jako to, czym jest: próbą generalną, przedsmakiem chaosu, który Mélenchon i LFI przygotowują dla Francji”.

Mélenchon zna historię. Wie, że każda rewolucja potrzebuje agitatorów, pożytecznych idiotów i zbirów, aby zaprowadzić terror w kraju, aż ten w końcu skapituluje. Robespierre miał swoich sankiulotów, Lenin swoją Czerwoną Gwardię. Mélenchon ma swoje bandy zbirów. Era się zmienia, ale metoda pozostaje ta sama.

Nie poddamy Francji sojuszowi skrajnej lewicy i motłochu. Będziemy z nimi walczyć bezlitośnie, bo Francja nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.

Wielu obserwatorów podejrzewa, że ​​to przede wszystkim próba generalna przed tym, co by się stało, gdyby Le Pen wygrała wybory we Francji. Aktywiści Antify, sprzymierzeni z młodzieżą z przedmieść, mają pogrążyć Francję w chaosie. Jednak to właśnie ta „próba generalna” zapewnia Le Pen faktyczne zwycięstwo w wyborach.

ZeroHedge podkreślił, że w grę mogą wchodzić również inne siły – instrumentalizacja młodzieży w celu wzniecania niepokojów społecznych, strategia, którą skrajnie lewicowe ugrupowania i zagraniczni przeciwnicy mogą stosować w wojnie asymetrycznej.

Trzeźwo wskazują również, że decyzja francuskich elit politycznych o zezwoleniu na wjazd milionom imigrantów z Afryki Północnej i świata arabskiego ma swoje konsekwencje. Nie można zaprzeczyć kulturowemu i migracyjnemu wymiarowi tych niepokojów, nawet jeśli w zamieszkach uczestniczy również rdzenna francuska młodzież. Ma to swoje reperkusje i napędza wzrost popularności Le Pen i skrajnej prawicy.

Krajobraz polityczny już się jednak zmienił. Wielu młodych ludzi dumnie machających flagami Algierii podczas protestów to obywatele Francji, którzy również mają prawo głosu. Zagłosują przeciwko Le Pen, a jeśli wygra, będą stawiać opór na ulicach.



tkp-at/frankreich-jugendkrawalle-treiben-le-pen-nach-oben

https://dakowski.pl/francja-zamieszki-mlodziezy-wyniosly-le-pen-na-szczyt/

niedziela, 4 października 2026

Terapia śmierci


Kiedy w sierpniu 2020 roku 38-letni Andy Hodge z Kentucky złamał nogę, była to tragedia dla tego ojca samotnie wychowującego trójkę dzieci i dla jego rodziny. Nic nie wskazywało na to, że to był dopiero wstęp do znacznie większego dramatu.

Złamanie w kostce było bardzo poważne i wymagało skomplikowanej operacji.

Prawdziwą jednak tragedię zapoczątkował powszechnie stosowany wówczas test na jedynie słuszną chorobę paraliżującą strachem cały świat. Test PCR, który nie jest żadnym testem zdrowia pacjenta, a jedynie fałszywym pretekstem rozpowszechniania paniki przed przemianowaną na kowid grypą, okazał się wyrokiem śmierci.

Szokującego wywiadu dla The Defender udzieliła jego siostra Elie. Można go przeczytać w poniedziałkowym artykule: Szukał pomocy z powodu złamanej nogi, która nie chciała się zrosnąć. Szpital leczył go z powodu COVID-19, a następnie stwierdził śmierć mózgu. Źródło.

Nie będę tym razem niczego cytował – przeczytajcie sami, jak traktuje pacjentów służba zdrowia. Medycyna pourazowa o ile wiem, jest jedyną dziedziną, w której lekarze zajmują się leczeniem prawdziwych przyczyn choroby, czyli urazów. Chirurdzy na tych oddziałach nie zajmują się walką z medycznymi fantomami w postaci wirusów, których patogenność nigdy nie została wykazana, albo walką z cyferkami pochodzącymi z laboratorium opartą na zmyślonych, ale powszechnie reklamowanych przez farmację tezach.

Jeżeli należysz do tych, którzy przechwalają się, że chorowali na wyświechtaną medialnie pseudochorobę zwaną korona, muszę cię rozczarować – to była zapomniana na dwa lata grypa. Wcale nie mniej groźna. Miałeś zaburzenia zmysłu smaku i węchu? Oczywiście, że miałeś. Większość studentów medycyny diagnozuje u siebie choroby, o których właśnie się uczą, wykrywając bezbłędnie u siebie wszelkie jej objawy. Korona była jedyną znaną dysfunkcją bez żadnych objawów. Jedynym autentycznym symptomem plandemii była bezrefleksyjna wiara w werdykt testu PCR.

Spotkałem się z zarzutem, że moje artykuły mogą kogoś odwieźć od korzystania z usług medycznych. Mogą, bo to jest kwestia wiary.

Wyznawcy religii medycznej, czyli przede wszystkim terapii trucizną zwanej dla niepoznaki lekarstwem, powinni zapoznać się ze strategią lemingów, polegającą na naśladowaniu otoczenia oraz z jej skutkami.

Prawdopodobnie, kiedy jeszcze Andy żył pobrano jego organy. Nikt nie przejmował się straszliwym niebezpieczeństwem zarażenia się zmyślonym kowidem dla pobierających organy oraz dla odbiorcy. W każdym razie, przedstawiciele zakazanej w bieżącym roku organizacji zajmującej się dostarczaniem organów Network for Hope, wielokrotnie „troszczyli się” o stan jego potencjalnych materiałów transplantacyjnych – business as usual – czyli standardowe w takim przypadku działanie.

Ludzkie organy przeznaczone do przeszczepu. Należy obchodzić się z nimi ostrożnie.

Autor artykułu Marek Wójcik
Marek Wojcik 02.10.2026 r. world-scam/terapia-smierci

Uczelnie, wizy i lewe interesy


Co jakiś czas media informują nas o kolejnych odsłonach tak zwanej afery Collegium Humanum. W szumie informacyjnym najczęściej umyka jednak istota problemu. Paradoksalnie budzące największe emocje „lipne dyplomy” studiów MBA są tutaj jedynie przysłowiowym wierzchołkiem góry lodowej. Kwitnący przez kilka lat na polskich prywatnych uczelniach proceder w istocie godził w filary bezpieczeństwa naszego państwa i nas samych. Uporządkujmy fakty.

Korzystając z niedoskonałości krajowego prawa, polskie uczelnie wyższe, głównie prywatne, wydawały kandydatom na studia dokumenty, które w praktyce otwierały im drogę do legalnego pobytu, a następnie pracy na terenie Polski i całej strefy Schengen. Za stosunkowo niewielkie pieniądze, rzędu kilkuset złotych miesięcznie, można było w ten sposób uzyskać możliwość legalnego funkcjonowania na polskim rynku pracy.

Mechanizm był stosunkowo prosty.

Kandydaci, między innymi z państw Afryki i Azji, zapisywali się na polskie uczelnie i na podstawie dokumentu potwierdzającego przyjęcie na studia ubiegali się o wizę. Wiza studencka umożliwiała im nie tylko legalny pobyt w Polsce i przemieszczanie się po strefie Schengen, ale również podjęcie pracy. W konsekwencji część osób traktowała studia jedynie jako formalny pretekst do przyjazdu do Europy.

Na procederze korzystały niektóre szkoły wyższe. Nawet jeśli cudzoziemiec faktycznie nie uczestniczył w zajęciach, wcześniej opłacał czesne. Dla części uczelni masowa rekrutacja zagranicznych studentów stała się więc istotnym źródłem przychodów. Problem dotyczył zwłaszcza placówek, w których kontrola rzeczywistego uczestnictwa studentów w zajęciach była iluzoryczna.

Doszło do sytuacji wręcz kuriozalnej, w której mikroskopijne uczelnie fikcyjnie przyjmowały studentów, nie prowadząc dla nich realnie żadnej dydaktyki. W takich przypadkach trudno już mówić o sprytnym wykorzystaniu luk w prawie. Było to oczywiste i intencjonalne oszustwo. O ile bowiem w przypadku faktycznego toku studiów można byłoby jeszcze mówić o wykorzystywaniu niedoskonałości polskiego systemu prawnego, o tyle w przypadku studiów wyłącznie pozorowanych mamy do czynienia co najmniej z poświadczeniem nieprawdy. Ze względu na skalę procederu i jego społeczną szkodliwość zasadne jest jednak pytanie, czy nie należy mówić wręcz o mechanizmach charakterystycznych dla przestępczości zorganizowanej.

Proceder mógł kwitnąć w najlepsze, ponieważ państwowe instytucje nie dysponowały skutecznymi narzędziami pozwalającymi ustalić, czy cudzoziemiec rzeczywiście zamierza studiować. W rezultacie formalne przyjęcie na uczelnię mogło stać się przepustką do legalnego wjazdu do Polski, nawet jeśli rzeczywistym celem była praca albo dalsza migracja do innych państw Unii Europejskiej.

Pod wpływem kolejnych publikacji medialnych aparat państwa rozpoczął kontrole uczelni wyższych, których następstwem stał się głośny obecnie cykl postępowań i zatrzymań osób podejrzewanych o udział w tym procederze. Paradoksalnie to rząd Donalda Tuska uszczelnił przepisy i rozpoczął realną działalność kontrolną, skutecznie utrudniając wykorzystywanie studiów jako łatwej ścieżki legalizacji pobytu obcokrajowców.

Rozważmy jednak samą istotę szkodliwości tego procederu.

Po pierwsze, zmniejszał on bezpieczeństwo Polaków. Do Polski pod fałszywym pozorem podjęcia studiów mogły dostać się setki tysięcy osób z niemal całego świata, a skala zjawiska wymaga jeszcze pełnego wyjaśnienia. Znaczna część z nich przybywała na teren strefy Schengen po prostu po to, aby pracować. I zapewne dotyczyło to zdecydowanej większości przypadków. Nie oznacza to jednak, że system pozostawał niewrażliwy na ludzi mających zupełnie inne zamiary. Jeżeli państwo tworzy furtkę pozwalającą niemal bez realnej kontroli zalegalizować pobyt pod fikcyjnym pretekstem studiowania, to korzystać mogą z niej nie tylko pracownicy szukający lepszego życia, ale również osoby przyjeżdżające z intencją prowadzenia działalności przestępczej.

Po drugie, niekontrolowany napływ rzekomych studentów, a faktycznie pracowników zagranicznych, w oczywisty sposób oddziaływał na krajowy rynek pracy. Nisko opłacani pracownicy, funkcjonujący niekiedy częściowo w szarej strefie, stanowili niskopłatną konkurencję dla polskich pracowników. Jednocześnie nieuczciwe firmy opierające swoją działalność na takim modelu zatrudnienia uzyskiwały przewagę nad rzetelnymi pracodawcami, których przecież jest zdecydowana większość. Państwo samo stworzyło więc mechanizm premiujący tych, którzy byli gotowi funkcjonować na granicy prawa albo poza nią.

Po trzecie wreszcie, cały proceder przyczynił się do dalszego obniżenia i tak dramatycznie niskiego poziomu polskiego szkolnictwa wyższego. Niektóre uczelnie zamieniły się w prawdziwe fabryki fałszywych studentów. Była to zresztą naturalna konsekwencja systemu, w którym liczba studentów i wysokość przychodów zaczęły mieć większe znaczenie niż realna jakość kształcenia. To konsekwencja, jak trafnie zauważyła profesor Anna Raźny, „fatalnych reform szkolnictwa wyższego, których kulminację stanowiło przekształcenie – za rządów PiS i Jarosława Gowina jako ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego – uczelni w quasi korporacje. Jako takie są zaś one zainteresowane nie tyle poziomem naukowym, ile walką o pieniądze.” Równie ostro wypowiadał się w tej kwestii profesor Stanisław Bieleń, który pisał, że „brak właściwego nadzoru nad szkolnictwem niepublicznym doprowadził do patologizacji kształcenia.”

Opisany wyżej proceder i związane z nim implikacje były doskonale znane organom państwa. MSWiA w odpowiedzi z października 2025 roku przyznało wprost, że rekrutacja cudzoziemców na studia mogła być wykorzystywana do obchodzenia przepisów dotyczących legalizacji pobytu i pracy. Problemem były osoby, które nie zamierzały się kształcić, lecz używały statusu studenta wyłącznie jako podstawy dostępu do rynku pracy.

Nie mamy zatem do czynienia z pojedynczą patologią jednej uczelni ani wyłącznie z aferą wokół dyplomów MBA. Collegium Humanum stało się symbolem znacznie większego problemu. Problemem tym jest system, który przez lata pozwalał łączyć interes finansowy części prywatnych uczelni, zapotrzebowanie rynku na tanią siłę roboczą oraz słabość państwowej kontroli. Każdy uczestnik tego układu miał swój interes. Rachunek natomiast wystawiono polskiemu państwu, polskim pracownikom i szkolnictwu wyższemu.

Będąc często sceptycznymi wobec organów państwa i organów ścigania, w tej konkretnej sprawie powinniśmy im kibicować. Tym bardziej że obecna władza nie daje nam przecież zbyt wielu innych powodów do jej wychwalania.

Przemysław Piasta
https://myslpolska.info/2026/10/02/uczelnie-wizy-i-lewe-interesy/

Arno van Kessel: „Prawda wyjdzie na jaw”

 

Były radca prawny Arno van Kessel – z urazami, ale nie złamany, mimo pobytu w więzieniu

Uwaga: Het originele artikel in het nederlands vindt je hier: https://deanderekrant.nl/arno-van-kessel-beschadigd-niet-gebroken/


Arno van Kessel spędził ponad osiem miesięcy w jednostce antyterrorystycznej w PI Vught, najpilniej strzeżonym więzieniu w Holandii. „Nie znaleźli dowodów w sprawie karnej i niczego nie znajdą, bo nie popełniłem żadnego przestępstwa”. Jest przekonany, że został aresztowany, ponieważ wszczął postępowanie cywilne przeciwko państwu holenderskiemu i wpływowym osobom, które w okresie pandemii COVID-19 narzuciły ludności broń biologiczną. „Kilka godzin po tym, jak złożyliśmy dokumenty w sądzie, aresztowała mnie jednostka antyterrorystyczna”.

W ekskluzywnym wywiadzie dla De Andere Krant, 62-letni adwokat po raz pierwszy wspomina swoje aresztowanie i zatrzymanie, które postrzega jako dowód na to, że nie ma już rządów prawa.

„Kluk-klik. Kluk-klik”. Arno van Kessel opisuje odgłos ciężkich butów strażnika kroczącego po betonowej podłodze więzienia. „Krrr-klik, szelest kluczy. Kpffff, drzwi się otwierają. Huk, drzwi celi zatrzaskują się z hukiem. Brzdęk, zamek znowu się zamyka. Kluk-klik, strażnik idzie w stronę mojej celi. Słychać wszystko, wiesz, pomimo tych grubych betonowych ścian. Klik-klik, otwiera się klapa w małym okienku w mojej celi. W środku nocy dioda LED zapala się na pięć sekund. Nie po to, żeby sprawdzić, czy jeszcze tam jesteś, ale żeby sprawdzić, czy jeszcze żyjesz. Klik-klik, klapa zamyka się ponownie. Kluk-klik, strażnik kontynuuje obchód. A ja leżę, nie śpiąc, martwiąc się: co ja tu robię?”

Ten „film” wciąż odtwarza się w głowie adwokata, gdy próbuje zasnąć. „Mój rytm snu został całkowicie zaburzony”.

Po 260 dniach w areszcie tymczasowym Van Kessel cierpi na zespół stresu pourazowego (PTSD), reumatyzm związany ze stresem oraz przejściowe podrażnienie: skurcze spowodowane elektronicznym monitorem na kostce, który musi nosić. „Biorę trzy dawki prednizonu dziennie, ponieważ stres jest uwięziony w moim ciele” – wyjaśnia Van Kessel.

[prednizon: silnie hamuje stany zapalne, łagodzi alergiczną reakcję organizmu i osłabia układ odpornościowy.md]

Mimo wszystko jest zadziwiająco optymistyczny, bystry i pogodny. „Bardzo się cieszę, że wróciłem do rodziny i psa, czasami znów mogę się cieszyć i dziękuję naszemu drogiemu Bogu za każdą chwilę, którą mi daje. Przede mną jeszcze długa droga, nie chodzę do psychologa i jestem daleki od dawnego siebie, ale z natury jestem pozytywnie nastawiony i wciąż patrzę w przyszłość z nadzieją. Jestem uszkodzony, ale nie udało im się mnie złamać psychicznie” – mówi. „Chcesz kawy?”

Aresztowanie

Wróćmy do 11 czerwca 2025 roku. Około 5 rano Van Kessel nagle wpatruje się w lufę pistoletu maszynowego, którą trzyma funkcjonariusz jednostki antyterrorystycznej. „Leżałem w łóżku zaledwie kilka godzin. W tygodniach poprzedzających to wydarzenie spędziłem dziesięć dni z rzędu pracując z moim kolegą Peterem Stassenem – niczym para mnichów – nad naszym Oświadczeniem o Odpowiedzi, będącym częścią naszego postępowania cywilnego. W dokumencie tym argumentujemy – prawnie i, moim zdaniem, przekonująco – że szczepionki przeciwko COVID-19 są bronią biologiczną. Twierdzimy, że wezwane przez nas osoby wiedziały, mogły wiedzieć lub powinny były o tym wiedzieć, i pociągamy je do odpowiedzialności solidarnej. Chcemy, aby niezależny sędzia wydał orzeczenie w tej sprawie” – podsumowuje Van Kessel. „Kilka godzin po złożeniu dokumentu zostałem aresztowany”.

Nadal może odtworzyć w myślach „film” ze swojego aresztowania, w każdym szczególe. „Weszli dość cicho przez frontowe drzwi, bo nie były podwójnie zamknięte na noc. Obudziłem się z krzykiem, ale myślałem, że śnię. Facet w kominiarce trzymał pistolet maszynowy wycelowany w moją skroń. Sędzia śledczy, dziekan Izby Adwokackiej i prokurator byli w mojej sypialni z dwoma funkcjonariuszami. Helena (żona van Kessela, red.) była na strychu, bo pracowałem do późna.

Posadzono mnie na krześle w samej bieliźnie i dano kamizelkę. „Broń”, „narkotyki”, „pieniądze”, „złoto” – krzyczeli. W naszym domu – który już sprzedaliśmy, bo mieliśmy wyemigrować do Austrii – mieliśmy garderobę z sejfem. Wskazałem im klucz. Nie znaleźli niczego kryminalnego i nic nie znajdą, bo ja niczego kryminalnego nie popełniłem. Potem naciągnięto mi worek na głowę, zakuto w kwadratowe kajdanki i… Zabrano mnie na komisariat policji w Leeuwarden.



Van Kessel natychmiast zdaje sobie sprawę, że jego aresztowanie jest powiązane z głośnym postępowaniem cywilnym przeciwko państwu holenderskiemu, Markowi Rutte, Hugo de Jonge, Billowi Gatesowi i trzynastu innym osobom.

„Nigdy nie byłem naiwny w tej kwestii. Rozmawiałem o tym z rodziną: jeśli podejmę się tej sprawy, coś może mi się stać. Tak, może mnie wyrzucą” – powiedziałem. Peter i ja powiedzieliśmy sobie również po zakończeniu odpowiedzi na pozew: jeśli podpiszemy ten dokument, to koniec naszej kariery. Zarejestrowałem się jako radca prawny w Austrii, ale tylko na potrzeby postępowania cywilnego. Po tym miałem zamiar poświęcić się nieruchomości rekreacyjnej, którą tam zamierzamy zagospodarować. Peter i ja uzgodniliśmy również, że jeśli coś się stanie jednemu z nas, drugi będzie prowadził sprawę indywidualnie. Czuliśmy, że musimy to zrobić dla ofiar. Nikt nie powinien odwracać wzroku od tego, co zrobiono ludzkości: ludobójstwa”.

Barakuda

Na komisariacie policji w swoim rodzinnym mieście Leeuwarden Van Kessel dowiaduje się, że jest podejrzanym w sprawie Barracuda – domniemanej siatki terrorystów, która według prokuratury planowała przeprowadzić atak na szczyt NATO (24 i 25 czerwca 2025 r.) w Hadze. „To absurdalna historia, właśnie dlatego, że Peter i ja, jako prawnicy, działamy w ramach systemu prawnego. To jest arena rządów prawa, gdzie wszystkie strony są równe, a niezależny panel sędziów decyduje – w razie potrzeby – nawet o stanie Holandii. Przynajmniej w teorii. Poza tym jestem przekonanym naśladowcą Jezusa (patrz ramka). Nasz drogi Pan nie bez powodu powiedział: „Każdy, kto mieczem wojuje, od miecza ginie” (Ewangelia Mateusza 26,52). Gdybym naprawdę planował zrobić to, o co mnie oskarżają, zgadzam się, że powinni byli mnie zamknąć i wyrzucić klucz. Nadal mnie wkurza, że ​​odważyli się oskarżyć mnie o terroryzm”.

Van Kessel wie, że sam dał oskarżycielom przysłowiową amunicję. „Musieli uznać to za prezent, że wsiadłem do tego samochodu 6 maja” – mówi Van Kessel. Ma na myśli rozmowę nagraną przez detektywów w samochodzie Ritske B., gdzie obecni byli również właściciel pojazdu i Harm S. W drodze powrotnej użyto wulgaryzmów, przyznaje Van Kessel. „To było po wieczorze z mnóstwem kiełbasy, sera i piwa – i mnóstwem tych ordynarnych typów. Dobrzy ludzie, którzy mówią, co myślą i mają dość zniszczeń, jakie pozostawia po sobie polityka. Wielu z nich to darczyńcy Recht Oprecht (fundacji stojącej za postępowaniem cywilnym, red.).

Kilka dni wcześniej zapytano mnie, czy chcę przekazać najnowsze informacje na temat sprawy. Zanim się odezwałem, kierowcy ciężarówek chcieli mojej rady w sprawie demonstracji na szczycie NATO. Dałem im bardzo jasną, negatywną rekomendację: obowiązuje zarządzenie nadzwyczajne, nic nie zdziałacie, żadna flaga nie będzie pokazywana w telewizji, zostaniecie aresztowani, a wasze ciężarówki i traktory zostaną skonfiskowane – powiedziałem. Krótko mówiąc, powiedziałem im, że nie mają tam prawa być. Moja rada została źle przyjęta. „Więc co chcecie zrobić – nic nie robić?” – powiedziano mi. Cały wieczór mieli mi to za złe”.

W drodze powrotnej z tego „frustrującego wieczoru” trzej mężczyźni w samochodzie hipotetycznie dyskutują o tym, jak można by zdestabilizować rząd. Van Kessel, który poprzedniego dnia obejrzał film o IRA, wspomina o wybuchu bomby w samochodzie przed budynkiem rządowym. Wspomniano również o strzale z okna burmistrza. Nigdzie w całej rozmowie nie widać, że poważnie zamierzają coś takiego zrobić. Van Kessel kilkakrotnie powtarza, że ​​nie ma pojęcia, jak się do tego zabrać. Przez ponad miesiąc – aż do aresztowania 11 czerwca – nikt nie podjął żadnych działań w związku z omawianymi scenariuszami. Mimo to prokuratura uczyniła z niego filar siatki terrorystycznej. „W tym samochodzie mówiłem głupie, niemoralne rzeczy. Niegodne adwokata. W celi prosiłem Boga o wybaczenie” – mówi Van Kessel. „Ale te wypowiedzi są szokujące tylko wtedy, gdy są wyrwane z kontekstu. Prokuratura zrobiła to bardzo celowo, aby wykluczyć mnie jako adwokata w postępowaniu cywilnym”.

Więzienie Vught

Od połowy czerwca 2025 roku do 26 lutego 2026 roku Van Kessel – mężczyzna bez przeszłości kryminalnej – przebywał w więzieniu. Pierwsze sześć dni spędził w komisariacie policji w Leeuwarden, a następnie w oddziale antyterrorystycznym zakładu karnego o zaostrzonym rygorze w Vught. Van Kessel uważał ten pierwszy okres za najtrudniejszy. „Więzienie ma skłonić do refleksji nad swoimi błędami. Jeśli nic nie zrobiłeś, to każdego dnia budzisz się z myślą: co ja tu robię? To jest psychicznie ciężkie. Na początku byłem też pod ścisłą kontrolą. To oznaczało 23 godziny na dobę w izolacji, bez kontaktu ze światem zewnętrznym. Helena nawet nie wiedziała, gdzie jestem przetrzymywany”.

Opisuje więzienie jako betonowego kolosa. „Z małego okienka w celi patrzyłem na betonowy mur. Początkowo miałem godzinę dziennie na wyjście na podwórze, ale to była tylko przestrzeń między czterema betonowymi ścianami. Jeśli spojrzysz w górę, zobaczysz niebo przez siatkę. To wszystko”.

Początkowo Van Kessel nadal uważa, że ​​jego pobyt w celi będzie stosunkowo krótki, maksymalnie 90 dni. „Nie jestem prawnikiem karnym, ale na studiach prawniczych dowiedziałem się, że podejrzany może być tymczasowo aresztowany przez ograniczony czas. Nie wiedziałem, że wszystko się zmieniło po 11 września. Mój adwokat, Chris-Jan Kamminga, wyjaśnił mi, że prawo się zmieniło. Teraz można przetrzymywać podejrzanych o terroryzm nawet przez dwa lata w więzieniu bez merytorycznego przesłuchania. Kiedy mi to powiedział, przeszedł mnie dreszcz”.



Groźby śmierci

W grudniu znalazł się w bardzo napiętej sytuacji w więzieniu w Vught. Van Kessel i Ritske B. – współpodejrzany w sprawie Barracudy, „którego, wbrew twierdzeniom oskarżenia, poznałem porządnie dopiero w Vught” – zostali, w ramach pewnego eksperymentu, umieszczeni z grupą czterech dżihadystów z Arnhem, skazanych za przygotowywanie ataku na Paradę Równości. „Ritske i ja chcieliśmy małej choinki na wspólnej celi, ale cała czwórka zażądała jej usunięcia. Kiedy w okolicach Bożego Narodzenia oglądaliśmy „Pasję” (film o cierpieniu Jezusa Chrystusa, red.), wpadli w szał. Pluli na Jezusa, a nam grożono śmiercią” – mówi Van Kessel, obrazowo przesuwając kciukiem po gardle. „Potem obieraczki do ziemniaków zostały usunięte ze wspólnej kuchni ze względów bezpieczeństwa. Strażnicy byli również otwarcie zastraszani. Dżihadyści mówili: i tak nie mamy nic do stracenia – jeśli umrzemy, pójdziemy do raju. Chociaż nie wolno nam było mieć choinki, pięć razy dziennie krzyczeli do Allaha. Na korytarzu obok mojej celi wisiał plakat przedstawiający Kaabę, świętą czarną skrzynkę dla muzułmanów w Mekce. Byłem zszokowany tym, jak wygląda życie w więzieniu. Chociaż Van Kessel porównuje więzienie w Vught do Kamp Vught – nazistowskiego obozu karnego z czasów II wojny światowej – jest pełen uznania dla strażników. „Uczynili moje cierpienie bardziej znośnym. Przez pierwsze trzy miesiące mojego pobytu kierownictwo wstrzymywało mi podawaniem leków. Czułem się coraz gorzej, do tego stopnia, że ​​nie mogłem nawet wstać. Leżałem sam w łóżku przez wiele dni. Strażnicy załatwili lepszy materac, zamiast cienkiego kawałka pianki na żelaznej płycie, na której normalnie się leży. Mój mentor – strażnik, który osobiście mnie prowadził – zażądał od lekarza oddziałowego, abym otrzymał lekarstwa.

Van Kessel mówi, że od początku był uprzejmy wobec strażników, których wszystkich znał z imienia. Opowiedział im o postępowaniu cywilnym i swojej wierze w Jezusa. Ponadto wkrótce został zasypany listami. „Tysiące listów i kartek nieustannie napływały z całego świata. Wszystkie musiały przejść przez cenzurę. Wywołało to spore poruszenie, podobnie jak demonstracje przed bramą. Chociaż sam tego nie doświadczyłem, wiem od strażników, że było to tematem rozmów w mieście”.

Rządy prawa

Według Van Kessela wady konstrukcyjne leżą w systemie i na samej górze, gdzie skorumpowani ludzie zbyt często pociągają za dźwignie – bo jak inaczej podejrzany, który nie został skazany, trafi do grona skazanych dżihadystów? „Dwie i pół godziny drogi od mojej rodziny. Bez żadnych wiarygodnych dowodów, podczas gdy prokuratura może przeciągać proces do zakończenia śledztwa, a media w dużej mierze milczą na ten temat. To nie powinno być możliwe w państwie prawa. Jako prawnik zawsze w to wierzyłem, ale teraz ta wiara nieco osłabła” – mówi eufemistycznie.

Były prawnik twierdzi, że „kiedy nadejdzie właściwy czas”, odniesie się również merytorycznie do oskarżeń pod jego adresem i usunięcia z listy adwokatów. Na razie poświęca energię na przygotowanie obrony z prawnikami. Pomimo wszystkiego, co go spotkało, niczego nie żałuje. „To, czego doświadczyłem, to tylko ułamek cierpienia, jakie nasz drogi Pan zniósł dla nas wszystkich. Poza tym zawsze mam przed sobą Monique. Była pierwszą ofiarą poszczepienną, która do mnie trafiła. Pielęgniarka na sali operacyjnej – ktoś, kto naprawdę zrobił to dla innych. Była jedną z pierwszych osób, które otrzymały szczepionkę przeciw COVID-19 – z grupy, która spowodowała wiele zgonów. Tak, przedstawiliśmy to wszystko czarno na białym w sądzie. Widziałem, jak w krótkim czasie jej stan się pogorszył z wciąż w miarę zdrowej kobiety w mumię. Zakończyła swoje cierpienie, poddając się eutanazji. Jej historia wryła mi się w pamięć”.

Zobaczyć

„Żyjemy w czasach ostatecznych” 

„Oczywiście bardzo często pytałem Boga, dlaczego to się ze mną dzieje” – mówi Arno van Kessel, który uwierzył w okresie pandemii COVID i przyjął chrzest. „Ten czas uświadomił mi, co tak naprawdę się dzieje: żyjemy w czasach ostatecznych. Otrzymałem również odpowiedzi. Cierpienie, którego doświadczyłem, to tylko ułamek tego, co Jezus musiał znieść za nas wszystkich. To było oczyszczające”. Van Kessel mówi, że jego wiara w Jezusa – którego zazwyczaj nazywa naszym drogim Panem – tylko się umocniła. „Peter (Stassen, red.) na nowo odkrył swoją wiarę.

Dlatego bardzo świadomie poruszyliśmy biblijne przesłanie w dokumentach sądowych. Ostatnimi czasy Peter – z którym ze względu na postępowanie cywilne nie mam kontaktu – powiedział również: czy jesteś po stronie szatana, czy Jezusa? To był świadomy wybór: odwołanie się do sumienia. Większość ludzi nie zdaje sobie sprawy, że ich sumienie stało się zasłonięte. Odwołujemy się do niego, ponieważ wciąż istnieje droga powrotna przez Jezusa. Dotyczy to nawet Marka Rutte. Nie sądzę, żeby się na to zdecydował, ale powitałbym to z radością. Prawda wyjdzie na jaw”.

Ido Dijkstra | Data: 25 kwietnia 2026 r deanderekrant-nl/arno-van-kessel-the-truth-will-come-to-light/

https://dakowski.pl/arno-van-kessel-prawda-wyjdzie-na-jaw/