wtorek, 4 sierpnia 2026

Wspomnienia o Jenerale Czajkowskim Sadyku Paszy

 Wspomnienia o Jenerale Czajkowskim Sadyku Paszy przez Kazimierza Burzyńskiego


(1892 r. 25 stycznia)

Wspomnienie pośmiertne o Jenerale Michale Czajkowskim Sadyku Paszy

Anormalny bieg życia politycznego przyczynia się do wytworzenia w danem społeczeństwie zupełnie anormalnych jednostek. Jedną z takich i to najbardziej ciekawych jest bez wątpienia Jenerał Michał Czajkowski, skrócający sobie przed kilku laty [w 1886 r.] samobójczą ręką niedługie dnie żywota jakie starzec i znękany mógł jeszcze mieć przed sobą.
Kilka pobieżnych szczegółów z życia może mniej więcej rzucić trochę światła na osobistość J. Czajkowskiego; szczegóły te muszą być pobieżne, światło niepewne i niezupełne.

W życiu bowiem Sadyka Paszy jest dużo faktów, o których mówić niepodobna. Fakta te rozpadają się na dwie kategorije: polityczne i domowe. Politycznych dotknąć trudno, bo trudno, nie wyjawiając stron dobrych, same złe tylko wystawiać. Domowe zaś, ze względu na dobrą sławę ludzi dotąd żyjących, także niemożebne do szczerego opisania. Te atoli smutnej nader natury, wiele przyczyniły się w sposób ujemny ku wytworzeniu ogólnej sytuacji z lat ostatnich.

Sadyk Pasza Michał Czajkowski urodził się na Wołyniu35, gdzie do 1831 r. posiadał majątek Halczyniec36. Z rokiem 1831 opuścił kraj37 i udał się pierwotnie do Francji, gdzie na polu literackiem pierwsze stawiał kroki, pisując do francuzkich dzienników.

Wysłany następnie przez księcia Adama Czartoryskiego do Rzymu, przebywał tam i w Niemczech południowych, zkąd udał się do Turcji, i tam najszersza otworzyła mu się kariera. Zawiązał on bowiem stosunek ścisły i regularny z rządem tureckim i wszystkimi słowianami państwa tureckiego, z Rumunami i ze Starowierem. Doszedłszy do silnych wpływów i pozycji – podniósł sprawę narodo-
wego kościoła bułgarskiego, biorąc w opiekę księży38 Neofita39 i Hilariona40, zaprowadził stosunek z Czerkiesami, z Szamilem41 i ambasadorami różnych dworów.

Potem nastąpiła robota ku założeniu polskiej kolonii na azjatyckim Bosforu brzegu, nazwana „Adamówką”42 na pamiątkę księcia Adama Czartoryskiego. Następnie zawiązał stosunki z Lazarystami i Franciszkanami w Bośnii (o czem w pamiętnikach powinne być ciekawe wzmianki), oraz urządził agenciją polską na wielką skalę.

W 1854 r. Czajkowski był używany przez W. Portę jako pośrednik do ks. Adama Czartoryskiego dla sprowadzenia Jenerałów do armii. W ślad zatem, dostał polecenie formowania kozaków, na mocy praw i przywilejów dawnego Zaporoża. Szybko stanął pułk pierwszy – broń darował Cesarz Napoleon III43. Czajkowski ze swej strony sprzedał darowane mu piękne dobra pod Konstantynopolem przez Sułtana Abdul-Medżida44, i wszystkie pieniądze oddał na przyspieszenie organizacji pułków. Z tym pułkiem i ze zbieranym z kozaków Nekrasowców45, Starowierów Rozkołu46 i starych Zaporożców odbył kampaniją turecką pod Silistriją47, a po Oltenickiej bitwie48 przeszedł do Rumunii, z której powrócił wskutek zabiegów, jak utrzymywał, Austrii. Tego faktu dotąd dokładnie oznaczyć trudno49. Potem [pod koniec wojny krymskiej] pułki jego konsystowały w Bułgarii, na Dobrudży, w Macedonii, Tessalii, na Kossowem polu i t.p.50 Takie były działania Jenerała Czajkowskiego do 1863 roku. Rok ten przysporzył mu zmartwień i kłopotów. Zawierucha, jaka szalała w kraju51 – zabrała mu dużo [polskich] oficerów, co na względzie militarnym osłabiło wartość wojskową, oraz dawało powód do przeróżnych zawiklań.

Czajkowski od początku był przeciwny ruchowi, a gospodarowanie wpływów nie w myśl działających jego – rozjątrzyło go silnie. Rozprząż militarna i nalegania ambasad, groziły zagładą całej organizacji, o byt której stał niepomiernie. To go popchnęło do ujęcia podwładnych w silne dyscyplinarne karby, wytwarzając w nich pewne rozgoryczenie. Organizacja jednak wojskowa ostała się.
W kraju ucichło. Napływ [polskiej] emigracji, między którą znalazło się dużo przyzwoitej młodzieży, wygładził sowicie luki, zapełniając poprzednie ubytki [kadrowe]; od tegu czasu datuje formacja szkoły wojskowej52, od tego też czasu datuje również nieprzyjazna partja polaków cywilnych, która nieposuwając się do brudów i łotrowstw, o jakie ich Czajkowski [p]omawia, szyła mu przy okazji buty.

Wypadki szły po sobie. Upadek ruchu i w ogóle polskich sympatii w Europie, pewne rozczarowanie tych z polaków, którzy się bliżej przypatrywali sztuczkom i szalbierstwom na naszej odbywających się skórze – te jednym słowem, wyciąganie kasztanów z ognia polskimi palcami53, oddziałało na tok myśli J. Czajkowskiego.

Z drugiej strony, organizacją wojskową, której przewodził – opierał generał nie na zasadzie najmu (mercenaires) lecz na zasadzie politycznej, na niej budując byt swojego wojska, i z niej czerpiąc siłę. Otóż zasada oddalała się daleko, siła była więcej jak problematyczną.

Chodziło o utrzymanie racji bytu kozackiej organizacji, która z wyż[ej] wymienianych przyczyn, jak i później wskutek upadku Cesarza Napoleona III-go [w 1870 r.] zanikała. Wpływy, bowiem, francuzkie dochodziły do zera, a wpływy te stanowiły wielką podporę. W 6-tym dziesiątku naszego [XIX] stólecia, z upadkiem władzy Sułtana nad Serbią [w 1867 r.], z usadowieniem się Hohenzollernów [od 1866 r.] w Mołdowołoszczyznie – Turcja ujrzała się zaszachowaną w swych Europejskich posiadłościach. Wysoka Porta jasno przewidywała katastrofę i myślała o zapobieżeniu jej. Ku temu otwierało się dwie drogi: najprzód rozwój militarnych sił, do czego się wzięto, powtóre – polityczna zasada. W polityce wewnętrznej zdecydować się należało albo, za ugodą z Bułgarią, obdarzenie jej samorządem i włączenie ją w skład tureckiego imperijum na zasadach jakiej federacji, albo – fanatyzm i miecz.

Wobec tych faktów, wobec rozrostu idei słowiańskiej na wschodzie, wobec jeszcze większego rozgłosu, jaki jej nadawano, J. Czajkowski zmuszony był szukać podstaw dla utrwalenia bytu swej organizacji wojskowej. Umyślił więc stanąć na gruncie słowiańskim, t.j. stać się łącznikiem i pośrednikiem między władzą Sułtana a południowymi słowianami, czyli o zbułgarszczenie pułków – rzucając między jednych i drugich myśl unii Turecko-Bułgarskiej w celu zabezpieczenia bytu obu narodów. Jak widzimy, nie była to zupełnie polityczna mrzonka lub naiwność, bo i dzisiejsi bułgarscy książęta, niejednokrotnie w tąż zwracali się stronę, pchani okolicznościami54.

Organizacja kozacka dzielnie się do tego zadania nadawała. Zamiast ochotników z Dobrudży i zbieranej hołoty z Tulczy – zaczęto starać się o bułgarów, i rzeczywiście dużo ich wstąpiło w skład pułków. Polityka Turecka z onego czasu t.j. za wszechwładztwa Fuada Paszy55, Aalego56 i Ryzy57 paszów – niebyła bezmyślną polityką fanatyzmu, strojnego w Europie w płaszczyk narodowy, a uczującą potrzeby i prawa mniej silnych na świecie. Jednak i w Turcji gwiazda tolerancji nikła, zasada siła przed prawem, zyskiwała coraz więcej zwolenników. Tacy Fuadowie dostawali nazwę mazgai sentymentalnych.

Głoszono jak wszędzie – Turcja dla turków – siano nienawiść; system ten zyskiwał coraz to więcej zwolenników nie w uczciwym narodzie, gdyż rzadko kiedy jakikolwiek naród lubi się pastwić systematycznie nad drugim, ale w bez-dusznej klasie effendich (urzędników piśmiennych), dla których obojętnym jest w ogóle taki lub ów system jako zasada – lecz nie obojętnym jako pole do zdzierstw i zysków. Zaznaczyć więc wypada iż stronnictwo ugodowe umiarkowane w Turcji w latach 1865 do 1869 r. chociaż jeszcze istniało – stopniowo jednak upadało na siłach.

Historia tego stronnictwa, łączną jest z historią organizacji kozackiej Jen. Czajkowskiego i jego osobistą karierą, gdyż byt pułków i zasada, na której się ich istnienie opierało – stosunkować się musiały do ogólnej polityki W. Porty.
Są to fakta nieulegające zaprzeczeniu, pomyślność bowiem lub upadek pułków Czajkowskiego były barometrem, po którym można było poznać przewagę tej lub owej idei.
W chwili zamysłów o resłowianszczeniu tureckiej polityki – Serbia i Czarnogórze, pierwsza z cieniem tylko lennictwa, drugie zupełnie niezależne, stały poza obrębem stary interesów Tureckich tak, iż racjonalniej jest nazwać zbułgarszczeniem niżeli resłowiańszczeniem polityki.

Sułtan Abdul-Azis58, pomimo 365 żon, nieskończonej ilości papug i innych drogocennych ptaków, które mu pan Leczel59 dostawiał, pomimo zajęcia się obrazami malowanemi przez Stanisława Chlebowskiego60, miał widać czas ku zastanawianiu się po trosze nad Bułgarami i stosunku ich do Wysokiej Porty. Proszę się jednak postawić w pozycji szczęśliwego posiadacza 365 żon, ptaków co niemiara i obrazów, po większej części bitew, w których znakomity Chlebowski coraz to musiał stosownie do kaprysu swego potężnego pana, zmieniać koniom maść a żołnierzom mundury, a tu jeszcze Bułgarzy!

Bądź co bądź Abdul-Azis zajmował się myślą ugody z Bułgarią, nawet nie jedne ku temu znalazłyby się wskazówki. Kazał sobie, na przykład, przysłać kilku oficerów z pułku Czajkowskiego na fligel adiutantów oraz podoficerów [Bułgarów] do konwoju. Oprócz więc polaków, jako to: Muzaffera Paszy Czajkowskiego61, syna Jenerała Michała Czajkowskiego, bez wątpienia jednego z najzdolniejszych, młodych jenerałów – Skendera Beja Kowalewskiego62, Brunona Lisikiewicza63 – było sześciu wachmistrzy bułgarów w konwoju cesarskim i ci cieszyli się wielkim poważaniem. Sprowadzeni bowiem na osobisty rozkaz Sułtana.

Sadyk Pasza przy tych okolicznościach popierał wszelkiemi siłami myśl ugody Turecko-Bułgarskiej, z zatrzymaniem jego wojskowej organizacji, jako jądra organizacji słowiańskiej w służbie Wysokiej Porty. Nadzwyczaj ciekawą w tej mierze okaże się zapewne z czasem korespondencja Jenerała z panem Antonim Alleonem64 bankierem z Pery, z synem swoim Muzafferem, memoriały podawane Fuadowi paszy, który w Stambule był rzecznikiem owej idei, oraz listy pisywane do Pani Hortensji Cornu65, posiadającej wówczas w Tiulerjach daleko sięgające wpływy.

J. Czajkowski po prostu grawitował koło wielkiej polityki Wysokiej Porty, i z upadkiem partyji, przy której stał – musiał upaść tak jak i ona, raczej trochę inaczej – na to sprzymierzyły się okoliczności czysto domowe i polityczne.
Z przyczyn od nas niezależnych, jak to z początku zastrzeżonem było, niepodobna jest gruntownie całą przedstawić sprawę. Domowe sprawy od 1865 roku uległy przeobrażeniom. W tym roku umarła Panna Śniadecka żona Sadyka-paszy, poślubiona wedle mohametańskiego obrządku. Była to najzupełniejsza unja dusz, czy też interesów, gdyż sędziwa Panna Ludwika Śniadecka66, w chwili, gdy w słodkie małżeńskie wstępowała związki, ani wiekiem, ani urodą nie kwalifikowała się dla nich.

Obdarzona niezwykłemi zdolnościami, niewiasta przebiegła i uprzejma, mając wstęp do haremów najpotężniejszych osób w Stambule, gdzie, jak wszędzie, wpływ kobiet jest olbrzymi, Pani Sadykowa była największym i najpotężniejszym sprzymierzeńcem swego męża – ze zgonem nikt już jej nie zastąpił. W domu pozostała córka Czajkowskiego, Pani Karolina Suchodolska67, bez wątpienia jedna z najdystyngowańszych i najinteligentniejszych dam, lecz pomimo to dzięki niezależnym od niej okolicznościom – takowych zużytkować nie mogła.

Tak się wlokło do 1868 roku. To jest do czasu, w którym Sadyk Pasza, jakby jaki prawowity turek, przyjął na towarzyszkę życia pannę Irenę Foskolo. Starzec siwobrody i czarnooka greczynka! Starzec, oddany całkowicie intrygom i zabiegom politycznym oraz służbie wojskowej i młoda pani, której ta polityka nigdy w głowie nie postała.We wnętrza domowe nikomu wciskać się nie wolno – wróćmy więc do polityki.

Rok 1868 był rokiem zawieruchy bułgarskiej, w której bułgarskie komitety, wsparte z zagranicy, silną zaczynały propagandę, dążąc do wywołania starcia. Działania te z Rumunii skierowanemi były wprost ku Tyrnowie i Wilajetowi Dunajskiemu, w którym zarządzał konstytucyjny68 Mit[h]ad Pasza69.

Zaraz po pierwszych wieściach o wzburzeniu umysłów – wysłano Sadyka Paszę i jego słowiańską drużynę do Sliwny. Jest to miasteczko leżące u podnóża Bałkan, dość ludne, zamieszkane przez Bułgarów, będące w serdecznych politycznych sto-sunkach z Tyrnową, znajdującą się po drugiej gór stronie. Rzec można iż Sliwna stanowiła filię główną, zkąd działacze polityczni Tyrnowscy przesyłali swe rozpo-rządzenia dla Bułgarów zamieszkujących nad [rzekami] Tundżą i Marycą.

Posłanie Sadyka Paszy w czas tak gorący, zrobiwszy go komendantem militarnym całego kraju [ob. Tracja], było bez wątpienia wielkim zaufania dowodem, lecz stawiło go także w bardzo trudnych okolicznościach. Scysja między nim a Mithadem, acz nie w tem samem znajdującym się Wilajecie, wybuchła. Mit[h]ad chciał powstania [bułgarskiego], raz że to jego osobistym dogadzało widokom, powtóre, iż sądził tym sposobem upuścić krwi rewolucji, i nim takowa dojrzeje w innych punktach – wyczerpać jej siły nad Dunajem. Dlatego konstytucyjny Mit[h]ad niekonstytucyjnie obchodził się z politycznymi przestępcami70, teroryzmem chcąc wywołać powstanie i przedstawiając położenie kraju do najwyższej władzy w jak najgroźniejszem świetle.

Sadyk Pasza przeciwnie – uciekał się wszędzie do środków łagodnych i takowemi zyskiwał sobie Bułgarów, grozy położenia nie widział, bo go nie było i w tym duchu słał do Wysokej Porty raport za raportem, memoriał za memoriałem. Żądał on powolności, upewniając iż ruchu serio nie ma. Pojednawcza jego polityka zaszachowywała zabiegi Mit[h]ada,i tem samem stawiła obu tych dygnitarzy w zupełnem przeciwieństwie. Tymczasem garstka zbieranej przeróżnej drużyny przeprawiwszy się z Rumunii przez Dunaj – chciała zdobyć Konstantynopol. Zdobycie stolicy nie powiodło się. Biedacy ci, zaskoczeni o kilka kilometrów od Sistowej zostali do nogi wybici, co przyczyniło parę nagród, parę awansów, a Mit[h]ad Paszy dowodów na poparcie swej polityki.

Jednak i to jakoś się utarło – więcej ruchów nie było, przekonano się w sferach wyższych iż cała ta bułgarska awantura nad miarę wydętą była. Sadyk Pasza wydalił się na jakiś czas ze Sliwny dla interesów służbowych, wtenczas sliwniańskim Bułgarom przeszła błoga myśl do głowy. Zredagowali oni mazbate (prośbę) do Wysokej Porty oświadczając iż w razie pozostania nadal u nich Sadyka Paszy i jego wojska Bułgarzy zochowają się lojalnie i nie ma obawy żadnych rozruchów. Znając podejrzliwość turecką i skład ciała, do którego ów mądry wysłano dokument, łatwo domyśleć się skutku. Od tej chwili podejrzenie rzucono, jakoby Sadyk Pasza był ultra-słowiańskich, a nawet separatystyczno-bułgarskich przekonań, wydawane przez jego politycznych i osobistych nieprzyjaciół – tułało się po głowach polityków tureckich.

Fanatyczny Hussein-Awni71 doszedłszy do władzy – chciał zaabsorbowania pułków kozackich do reszty armii, t.j. zniszczenia komendy polskiej, a zastąpienia jej turecką. Na pierwszy rozkaz Jenerał Czajkowski odpowiedział dymisiją utrzymując iż dwa pułki kawalerii dla sułtana nic nie znaczy, że ważność takowych leży w politycznych ich celach, w ich słowiańskim składzie i że on, jak równie i jego organizacja wojskowa tracąc polityczny charakter, a schodząc do roli najemników – tracą jednocześnie rację bytu.

Wówczas jednak Jen. Czajkowski był na tyle wpływowym, iż dymisji jego nie przyjęto – rozkazu o pozostawieniu dawnej komendy nie wydano, ale nowego o tureckiej nie egzekwowano. Tak rzeczy zostały do 1870 roku. W tym to roku przeobrażeń – sprawa J. Czajkowskiego staczała się po pochyłości. Dawni jego koledzy, protektorowie i współpracownicy, znikali albo ze świata, albo z horyzontu politycznego.

Zdolny, dziki i fanatyczny minister wojny Hussein-Awni, stawał się panem położenia. Wszelkie partie i kombinacje ugodowe szły do kąta, naprzód występował pan-islamizm. I czemu by nie? Był pan-slawizm, pan-germanizm, więc i na pan--islamizm znalazło się miejsce. Idea ta użyta jako kit do sklejenia rozpadającego się muzułmanów państwa miała wielkie powodzenie. Od dawien dawna militarna potęga państwa nigdy się tak korzystnie nie przedstawiała. Tak pod względem liczebnym, jak i co do wyćwiczenia i uzbrojenia ottomańska armia uorganizowana ostatecznie przez rzeczonego Hussein Awni paszę. Bez wątpienia pozwalała liczyć na siebie i liczyć się z sobą.

Poczucie siły i przecenianie takowej kazało odrzucić wszelkie polityczne kombinacje. Na cóż one były, kiedy bagnet przecinał wszelkie najzawilsze węzły. Tak rozumowano nad Bosforem – czyż nad Bosforem tylko i tak działano! Buntowniczo usposobionych Bułgarów należało gnębić nie zaś paktować z nimi. Wszak oni żadnej zorganizowanej nie przedstawiali siły. Bezwzględny absolutyzm Padyszachów kra-iny zapominał, że naród bułgarski wówczas nic nie znaczący – mógł nazajutrz ciężko swe krzywdy zapłacić. „W polityce wszystko do czasu”. Mądrą tę bez wątpienia maksymę często się zapomina.

Tym więc sposobem Czajkowski, opierając swą wojskową organizację oraz byt swój osobisty na politycznym pierwiastku – zdruzgotanym został wraz z wielu innymi, wtedy kiedy antagoniści polityki Turecko-Słowiańskiej, polityki ugodowej, stanowczo przeważyli szalę na swą korzyść.

Bez wątpienia, że jakieś mniejszej wagi postronne lub domowe stosunki w jakieś części ujemnie podziałały, lecz stosunki te, jakiemi by one nie były, w razie politycznej utrzymanej zasady, większej doniosłości mieć nie mogły. Czajkowski w 1870 r. powtórnie podał się do dymisji, kładąc swoje warunki. Warunki odrzucono – dymisję przyjęto.

Przychodzę to drażliwej kwestii powrotu Jenerała Czajkowskiego [do Imperium Rosyjskiego] w 1873 roku. Dwa lata poprzedzające powrót Czajkowski przemieszkiwał w Stambule, pobierając 600 funtów tureckich w złocie (6000 rubli) dożywotniej pensji. To go czyniło materialnie zupełnie niezależnym jednak wiekiem nie pohamowana wrodzona szczodrość – nie dozwołała mu odłożyć trochę grosza na czarną godzinę, a ta miała być i bardzo czarna i bardzo długa.
Przyzwyczajony do życia bardzo czynnego, nie mogąc znieść odosobnienia, Jenerał przez te dwa lata nosił się z różnymi projektami. Straciwszy ostatecznie wiarę w skuteczność działań za granicą na tle słowiańskim dla Polski – zwrócił uwagę na wewnętrzny stosunek rossyjsko-polski. Ten mu się wydał niemożebny, wręcz szkodliwy interesom obu narodów. Dzięki nieoficjalnym rozmowom na temat zjednoczenia z osobami wtajemniczonemi w arkana ruchu słowiańskiego, przyszedł do przekonania iż rossyjsko-polskie stosunki wewnętrzne są dlatego tak opłakane iż nie ma komu je przedstawić i niemi zaopiekować się.

Spokojnego studium nad wewnętrznem położeniem kraju [rosyjskiego], którego nie znał, nie zrobił, z imaginacią poety wystawiał sobie wszystko pod jego zmieniające się dyrekcją. Wierzył w siebie zanadto i to było zawsze główną jego wadą. Trudności nie zbadał, przeciwnych sił i prądów nie obrachował, niższych pobudek tak silnie oddziaływających w ogóle nie uznawał, i z tem to przekonaniem wrócił do kraju i zabrał się do pracy, do której żadna ze stron interesowanych ani upoważniała, ani zapraszała.

Długie żywotowanie polityczne na wschodzie i często nie do uwierzenia powodzenia wytworzyły w nim, jak się wyżej rzekło, pewność siebie, ale i absolutny brak [trwałych] zasad. Dla niego środków godziwych albo niegodziwych nie było, był cel – poza tem nic. Wiadomo w praktyce politycznej, że gdy cel raz osiągniętym zostanie – nie było wypadku aby kto się o sposoby zapytał – sławią zwycięzcę i na tem koniec, a ci którym czynności czyjeś ulgę lub korzyść przyniosły – nie dbają o więcej, czasami czas jakiś wdzięczni są po trosze.

Czajkowski, powróciwszy do kraju, nie znalazł gruntu i nie mógł go znaleźć. Dla stworzenia go – napisał ową słynną swoją deklaracją, sądząc iż wytworzy pewną oazys, raczej że wciągnie jedną ze stron, że sfery zainteresowane poprą go w praktyczny sposób i że tym sposobem stanie on jako pośrednik wiekowego sporu z rzeczywistemi dowodami o dobrych chęciach dla zakończenia onego.

Fakta nie odpowiedziały – na okół wszystko milczało. Społeczeństwu polskiemu wypadła rola bierna wyczekująca – z początku mówiono „co z tego będzie”, lecz mówiono krótko, bo nic nie było. Wkrótce rzeczy poszły swoim trybem. Sadyk Pasza sprawy na włos nie posunął. W rok niespełna autor „Owruczanina” schodził do nicestwa politycznego.
Mimo to wierzyć się godzi że do pierwszych chwil powrotu działał w dobrej wierze. Wkrótce potem żywot Czajkowskiego staje się miotaniem konwulsyjnym w klatce bez wyjścia. Bułgarzy byli zadowoleni że znikł człowiek, który ich był chciał z Turcją połączyć. Turcy cieszyły się, że znikł człowiek, który ich chciał z giaurami jednać – i tak dalej.
Położenie finansowe jego pogarszało się. Wezwany w 1877 roku przez rząd Turecki72 do powrotu przed wojną 1877 r. – nie pojechał, wskutek czego odjęto mu pensyję i tak został prawie bez dachu. Ostatnie lata – to nędza.

Z Borek lichej wiosczyny, ale z dobrym domem, przeniósł się do nędznej chaty do Parchimówki mając za całą majętność 50 dziesięcin piasku, które mu 40 rubli rocznej dawały intraty. Nie długo przed śmiercią [w 1885 r.] zmarł jedyny towarzysz jakiego miał – oficer z jego pułku kapitan Morozowicz73, nieszczęśliwy starzec pozostał sam w nędzy, czekając śmierci jak zbawienia, lecz rogata dusza nie chciała wyłazić z ciała. Nareszcie bóle serdeczne, przeszłość zagrzebana, terazniejszość straszna, na okół zobojętnienie i szyderstwo ludzi, zupełne odosobnienie popchnęły samobójczą rękę 80 letniego starca. Skonał położywszy sobie na piersiach wizerunek Najświętszej Panny Maryi Częstochowskiej, który go nigdy nie opuszczał. Dziwne życie, dziwny człowiek, koniec straszny.

U szczytu potęgi sypał pieniądze hojną ręką, tym którym warto i niewarto było, wyzuł się ze wszelkich zasad, jedyną zasadą, jedną manią była polityka, we wszystkiem upatrywał – la raison d’Etat74. Szukał ciągle rozwiązywań zagadnień politycznych, tem żył, i z tego żył. Był to marzyciel, silnie zabarwiony Machiawelem.

Wierzył, że zwycięstwo okupi wszystko, o przegranej zapominał, ale mimo to do przedostatnich lat życia nawet do początkowej chwili powrotu działał w dobrej wierze. Pieniężnie zawsze czysty najzupełniej, bezinteresowny do śmieszności, z myślą o dobrze kraju. Zapatrywanie swe ogólne zmienił stanowczo po wojnie francuzkiej75, od upadku Cesarza Napoleona III, którego był zwolennikiem i od rozrostu potęgi Niemiec, których nie cierpiał.

Wkrótce po powrocie do kraju czynności jego nie ulegają żadnej krytyce, zaplątał się i brnął coraz dalej bez żadnego planu, bez kombinowania przyczyn i skutków, żyjąc w niedostatku i upokorzeniu. I kiedy się przejrzy całe to życie – człowieka bez wątpienia wyższemi obdarzonego zdolnościami – to mimo woli widzi się w jego przebiegu wielką moralną naukę.

Koniec.

35 Obszar historyczny dzisiejszej północno-zachodniej Ukrainy, położony w dorzeczu dopływów Prypeci i Zachodniego Bugu. Po rozpadzie Rusi Kijowskiej wszedł w skład Księstwa Włodzimierskiego, a następnie Halicko-Włodzimierskiego. Później Wołyń został podzielony między Polskę i Wielkie Księstwo Litewskie, w okresie Rzeczypospolitej Obojga Narodów funkcjonowało tu województwo wołyńskie. W XVII w. został objęty przez powstanie Chmielnickiego. Pod koniec XVIII w. wszedł w skład Imperium Rosyjskiego.
36 Wieś w rejonie Żytomierza na Ukrainie, założona w 1605 r.
37 Michał Czajkowski wziął udział w powstaniu listopadowym, a po jego upadku wyemigrował do Francji. Jest to jeden z tematów, o których Burzyński nie napisał w ze szczegółami, zdecydował się to pominąć.
38 Istotne jest, że w tych krótkich wspomnieniach dwóch bułgarskich duchownych wymienionych zostało z imienia, co wskazuje na wagę zaangażowania Czajkowskiego w sprawy bułgarskie.
39 Neofit Hilendarski-Bozweli (1785–1848) był bułgarskim działaczem odrodzeniowym, duchownym oraz pisarzem, jednym z organizatorów i liderów bułgarskiej walki o niezależną Cerkiew oraz prawa narodowe. W połowie lat czterdziestych XIX w. współpracował z Michałem Czajkowskim i Agencją Wschodnią Hôtelu Lambert, co stanowiło ważny etap w rozwoju bułgarskiego ruchu cerkiewnego. Zmarł na wygnaniu na górze Athos.
40 Iłarion Makariopolski (1813–1875) był bułgarskim duchownym, metropolitą, uczestnikiem buł-garskiego odrodzenia narodowego i jednym z przywódców ruchu cerkiewnego. W 1844 r., wraz z Neofitem Bozwelim, oficjalnie przedstawił postulaty bułgarskiego ruchu cerkiewnego Wysokiej Porcie. Dwukrotnie wygnany na górę Athos.
41 Imam Szamil (1797–1871) był religijnym i politycznym przywódcą muzułmańskich plemion Północnego Kaukazu oraz przywódcą antyrosyjskiego ruchu oporu do 1859 r.
42 Chodzi o polską wieś nad azjatyckim brzegiem Bosforu, Adampol, zwany także Polonezköy – istnieje do dziś. Zob.: J. Łątka, Adampol. Polska wieś nad Bosforem, Kraków 1981; K. Dopierała, Adampol-Polonezkoy. Z dziejów Polaków w Turcji, Poznań 1983.
43 Napoleon III (*1808, 1852–1873) był prezydentem Francji (1848–1852) i cesarzem w okresie II Cesarstwa Francuskiego (1852–1870).
44 Abdülmecid I (*1823, 1839–1861) był 31. sułtanem Imperium Osmańskiego, synem sułtana Mahmuda II (*1724, 1808–1839). Ogłosił Hatt-i Sharif (1839) i Hatt-i Humayan (1856).
45 Starowiercy byli potomkami Kozaków Dońskich, którzy po stłumieniu przez Rosjan powstania Buławina w 1708 r. osiedlili się w Kubanie. Ich miano pochodzi od nazwiska ich przywódcy – Ignata Niekrasowa (1660–1737).
46 Religijne sekty lub prądy wyłączone z Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego w XVII w. ze względu na reformy patriarchy Nikona (1605–1681); te niewielkie grupy zamieszkiwały tereny północnej Dobrudży.
47 Oblężenie Silistry w 1854 r. było najważniejszą bitwą frontu naddunajskiego podczas wojny krymskiej.
48 Bitwa pod Olteniţą w 1853 r. była pierwszym znaczącym starciem od początku wojny krymskiej, wtedy to armia osmańska zadała znaczne straty siłom rosyjskim.
49 Rzeczywiście Czajkowski miał rację co do interwencji Austrii, o czym świadczą dokumenty osmańskie dotyczące wojny krymskiej. Zob.: C. Badem, The Ottoman Crimean War (1853–1856), Leiden–Boston 2010, s. 50–51, 147–148; idem, Sadyk Pasha…, s. 96–97.
50 W latach 1857–1870 Kozacy Sułtańscy Sadyka Paszy rezydowali w Bitoli, Prilepie, Skopje, Koso-wie, Sliwenie, Jambole, Szumenie, Adrianopolu i Konstantynopolu.
51 Chodzi o powstanie styczniowe.
52 W połowie 1865 r. Sadyk Pasza stworzył w Konstantynopolu zawodową szkołę kozaków i drago-nów, która kształciła żołnierzy do jego pułków w trakcie czteroletniego kursu. Program nauczania był wzorowany na francuskiej szkole wojskowej Saint-Cyr, a dyrektorem został syn Czajkow-skiego, Władysław – Muzaffer Bey.
53 Chodzi o polityczne wykorzystanie Polaków i polskiej emigracji do wykonywania trudnych zadań.
54 Zob. О. Дубовик, Проект турецко-болгарского дуализма Стефана Стамболова: фикция, реальность, политическая стратегия, w: Империи, граници, политики (XIX – началото на XX век), cъстав. Пл. Митев, В. Рачева, София 2016, s. 267–285.
55 Mehmed Fuad Pasza (1814–1869) był wielkim wezyrem w latach 1861–1863 i 1863–1866, a także ministrem spraw zagranicznych w latach 1858–1860 i 1867–1869.
56 Mehmed Emin Ali Pasza (1815–1871) był wybitnym politykiem osmańskim, wielkim wezyrem w latach 1852, 1855–1856, 1858–1859, 1861, 1867–1871 i ministrem spraw zagranicznych w 1840 i 1846 r.
57 Hasan Riza Pasza (1809–1877) był osmańskim mężem stanu, kilkakrotnie ministrem wojny – w latach 1848–1849, 1854–1855, 1855–1857, 1857–1861, także ministrem handlu w latach 1846–1848, 1876 i ministrem marynarki wojennej w 1873–1875 i 1876 r.
58 Abdülaziz (*1830, 1861–1876) był 32. sułtanem Imperium Osmańskiego, synem sułtana Mah-muda II. W okresie jego rządów doszło do powstania kwietniowego w Bułgarii (1876) oraz buntu w Bośni i Hercegowinie (1875–1877), w 1876 r. został obalony w wyniku pogarszającej się sytuacji politycznej w kraju.
59 Postać niezidentyfikowana.
60 Stanisław Chlebowski (1835–1884) był polskim artystą i podróżnikiem, nadwornym malarzem sułtana Abdülaziza w latach 1864–1876.
61 Władysław Czajkowski – Muzaffer Pasza (1843–1907) był synem Michała Czajkowskiego. Osią-gnął najwyższą rangę w armii osmańskiej – Müşîr. Brał udział w obronie Plewny w czasie wojny rosyjsko-tureckiej w latach 1877–1878, później został adiutantem i doradcą sułtana Abdülha-mida II (*1842, 1876–1909, †1919) i zajmował szereg wyższych stanowisk państwowych. W latach 1902–1907 pełnił funkcję gubernatora Libanu.
62 Kowalewski (lub Kowalenko) był majorem (Binbaşı) w armii osmańskiej. W 1876 r. został szefem armii Derwisza Paszy w Serbii podczas wojny serbsko-tureckiej.
63 Brunon Lisikiewicz – Danisz Bej był rosyjskim oficerem polskiego pochodzenia, ordynariuszem i szefem sztabu sułtana Abdülaziza w 1877 r.
64 Antoine Alléon (1797–?) był bankierem, potomkiem bogatej rodziny bankierskiej, która osiedliła się w Stambule po rewolucji francuskiej. Wraz z braćmi, Jacques’em i Jeanem, odziedziczyli bank swojego ojca, Jacques’a François Alléona.
65 Hortense Cornu (1809–1875) była francuską pisarką, blisko związaną z francuską rodziną cesarską i cesarzem Napoleonem III.
66 Ludwika Śniadecka (1802–1866) była córką słynnego polskiego chemika, biologa i profesora Uniwersytetu Wileńskiego, Jędrzeja Śniadeckiego (1768–1838). W 1842 r. przybyła do Stambułu, gdzie poznała Michała Czajkowskiego. Później, w 1850 r., została jego żoną i najbardziej zaufaną osobą, doradzała mu we wszystkich sprawach osobistych i politycznych. Po śmierci została uro-czyście pochowana w polskiej wiosce Adampol.
67 Karolina Suchodolska (1840–1904) była córką Michała Czajkowskiego. W latach pięćdziesiątych przybyła do Imperium Osmańskiego, krótko służyła w pułkach kozackich swojego ojca. W 1858 r.
poślubiła kapitana pułku kozackiego Piotra Suchodolskiego.
68 Burzyński prawdopodobnie posługuje się tym określeniem ze względu na zasadniczą rolę, jaką Midhad Pasza odegrał dla pierwszej osmańskiej konstytucji z 1876 r. (często określany jest jako jej „ojciec”).
69 Midhad Pasza (1822–1883) był osmańskim politykiem i reformatorem, wielkim wezyrem w latach 1872 i 1876–1877, gubernatorem prowincji Niszu (1860–1861) i wilajetu dunajskiego (1864–1868), inicjatorem uchwalenia pierwszej konstytucji osmańskiej z 1876 r.
70 Tutaj autor prawdopodobnie bierze pod uwagę słynnych bułgarskich czetników: Hadżiego Dimi-tra (1840–1868) i Stefana Karadżę (1840–1868).
71 Hussein Awni Pasza (1819–1876) był wybitnym politykiem osmańskim, wielkim wezyrem w latach 1874–1875 i ministrem wojny w latach 1863–1866, 1869–1871, 1873–1874, 1875 i 1876.
Uczestniczył w zamachu stanu przeciwko sułtanowi Abdülazizowi i Midhadowi Paszy w 1876 r.
72 Oczywiście Michał Czajkowski wciąż służył w armii osmańskiej.
73 Adam Morozowicz – Osman Bej (1829–1885) był adiutantem Sadyka Paszy i kapitanem Dywizji Kozaków Sułtańskich. W 1872 r. opuścił Imperium Osmańskie i wraz z Czajkowskim wyjechał do Rosji. Pozostali bliskimi przyjaciółmi przez resztę swoich dni.
74 Interes narodowy.
75 Wojna francusko-pruska z lat 1870–1871.

Z artykułu
Aleksandar Zlatanov
Niepublikowane wspomnienia o Michale Czajkowskim – Sadyku Paszy

Banderowcy usprawniają metodę prowokacji militarnych w Polsce!

 

Według doniesień polskojęzycznych mediów, nasi „ukraińscy przyjaciele”, poinformowali władze okupacyjne Unii Europejskiej w Warszawie, o zawłaszczeniu przez „zbrodniczych Rosjan”, banderowskich dronów. Mają one być używane jako „rosyjska prowokacja” przeciw Polsce.

Użycie ukraińskich dronów przez „przebiegłych Rosjan”, na sugerować banderowską prowokacje przeciw nam.

Tak więc, jeśli od dziś na Polskę nalatywać będą ukraińskie drony, Polacy powinni brać odwet na Rosji, a nie na „sojuszniczych” banderowcach.

Nie wiem czy polskie społeczeństwo osiągnęło już taki poziom debilizmu, by w tą historię uwierzyć, ale „nasi władcy” z Warszawy, zaakceptują ja z otwartymi rękami.

Ile to bowiem wysiłków „rządu polskiego” poszło na marne z powodu trudności udowodnienia „rosyjskiego sprawstwa” w „agresji” przeciw Polsce!

Po masowym nalocie banderowskich dronów na Polskę, wystarczy tylko wezwać do MSZ Ambasadora RF & zerwać stosunki dyplomatyczne z Rosją, po czym niezwłocznie wysłać „Wojsko Polskie” na rosyjsko-banderowski front.

Na dowódcę proponuję „generała” Polko, który od zawsze toczy pianę z pyska, na każde wspomnienie „Moskali”.

Ta farsa, którą od trzydziestu z górą lat odgrywa niezmiennie agenturalna „polska władza”, przestała już dawno być śmieszną. Staje się natomiast coraz bardziej niebezpieczną, zagrażając samemu biologicznemu przetrwaniu Polskiego Narodu.

Może więc już czas zacząć sprzątanie tego chlewa?

msn.com/plniebezpiecznedoniesienia-z-ukraińskich-mediów-ws-polski-mają-związek-z-rosją
Dr Ignacy Nowopolski 

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

Zachód nas oszukał. Rozmowa z Nikołajem Azarowem, premierem Ukrainy w latach 2010-2014


Czy Ukraina ma ideologię państwową?

– Gdybyśmy mieli krótko opisać historyczny proces kształtowania się ukraińskiej ideologii państwowej, należałoby go najpierw zdefiniować jako budowę demokratycznego społeczeństwa, szanującego podstawowe prawa człowieka, rozwój kompleksowych relacji z sąsiadami oraz, oczywiście, neutralny status bez broni jądrowej. Wszystkie te warunki, o których wspomniałem, są zapisane w Konstytucji Ukrainy.

Jednak od samego początku niepodległości Ukrainy znaczącą rolę w kształtowaniu ukraińskiego państwa i jego polityki zagranicznej zaczęli odgrywać mieszkańcy Ukrainy Zachodniej. To oni właśnie uformowali ukraińskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Dlaczego? Bo ówczesny prezydent Krawczuk, sam pochodzący z Wołynia, okazał się prawdziwym banderowcem. To właśnie on zaczął formować organy odpowiedzialne za naszą politykę zagraniczną głównie z mieszkańców Ukrainy zachodniej, ponieważ biegle władali oni może nie językiem ukraińskim, ale galicyjskim dialektem ukraińskiego. Bo trzeba zaznaczyć, że prawdziwy ukraiński jest językiem obwodów czernihowskiego, połtawskiego i przede wszystkim centralnej Ukrainy.

Na południowym wschodzie dominuje w zasadzie tzw. surżyk, język hybrydowy, coś pośredniego między rosyjskim a ukraińskim. Począwszy od dojścia do władzy Juszczenki, zaczęliśmy dostrzegać jawny rozwój tendencji banderowskich, przede wszystkim nienawiści do języka rosyjskiego, nienawiści do historii Rosji i nienawiści do Polski. Trzeba otwarcie powiedzieć, że gdy tylko Bandera, Szuchewycz i inni tego rodzaju bohaterowie OUN i UPA stali się w oczach Juszczenki bohaterami narodowymi, natychmiast zaczął on wdrażać tę narrację, że jakoby przez całe swoje dzieje naród ukraiński walczył o niepodległość od Rosji i Polski. Juszczenko posunął się nawet do tego, że w lutym 2010 roku przyznał Banderze tytuł Bohatera Ukrainy i zrobił to dosłownie tydzień przed złożeniem urzędu prezydenta.

Jego następca, Janukowycz, wniósł pozew, powołując się na zapisy w statucie Orderu Bohatera Ukrainy, o uchylenie prezydenckiego dekretu przyznającego Banderze ten tytuł, a sąd się do tego przychylił. Chcę powiedzieć, że od momentu, gdy zacząłem uczestniczyć w negocjacjach, w szczególności ze stroną polską, musiałem uczestniczyć w negocjacjach z prezydentem Kwaśniewskim, nieżyjącym już prezydentem Kaczyńskim, Komorowskim, Donaldem Tuskiem i innymi polskimi politykami.

Na wszystkich naszych spotkaniach polscy przywódcy zwracali uwagę przede wszystkim na konieczności rozwiązania problemu tzw. rzezi wołyńskiej. W latach 2002-2003, dzięki mediacji ówczesnych władz polskich i ówczesnego prezydenta Leonida Kuczmy, udało nam się wypracować pewien kompromis. Zgodziliśmy się na ekshumację wszystkich ofiar zbrodni wołyńskiej, zorganizowanie godnego, chrześcijańskiego pochówku oraz postawienie tablic pamiątkowych. Poza tym, istniały pewne napięcia i nieporozumienia między Polską a Ukrainą związane z międzywojenną polityką Piłsudskiego oraz z okresem powojennym.

W latach 1945-1947 również istniały pewne problemy. Nie będziemy ich pomijać, ale uznajemy to wszystko za fakt historyczny, historyczną winę przywódców, którzy działali w tamtych latach. Połóżmy temu kres i budujmy dobre relacje sąsiedzkie. Takie było nasze stanowisko i ja, jako premier i pierwszy wicepremier, zawsze się go trzymałem. Pamiętam, że kiedy w 2010 roku Polska została zalana powodzią, byłem prawdopodobnie pierwszym premierem, który zadzwonił do Donalda Tuska i zaoferował niezbędną pomoc w postaci pomp, rur, ekip remontowych, odprowadzania wody itd. Tusk przyjął to z wdzięcznością. Za moich czasów stosunki między nami a Polską były, jak sądzę, bardzo dobre. Współorganizowaliśmy przecież Mistrzostwa Europy w Piłce Nożnej. W 2012 roku połowa meczów odbywała się w Polsce, a połowa na Ukrainie. Organizowaliśmy je wspólnie, spotykaliśmy się bardzo często i rozwiązywaliśmy wszystkie niezbędne kwestie. Dlatego głęboko żałuję, że ukraińskie władze, które przyszły po zamachu stanu, obrały taką banderowską politykę.

Pamiętam naszą rozmowę z Kaczyńskim, spotkanie w Karpatach, gdzie zjedliśmy kolację z polską delegacją, której przewodził Kaczyński, i naszą delegacją, której przewodził Juszczenko, ówczesny prezydent. I wtedy Kaczyński ostrzegł go bardzo poważnie. Powiedział: – Wiktor – bo zwracali się do siebie po imieniu – popełniasz bardzo poważny błąd polityczny, podnosząc do rangi bohaterów narodowych tych ludzi, których ręce są we krwi, którzy dopuścili się okrucieństw nie tylko wobec Polaków, ale także wobec Rosjan, Żydów, dopuścili się czystek etnicznych na Ukrainie. Zresztą nie tylko wobec tych narodów, bo także wiele osób innych narodowości ucierpiało.

Warto zauważyć, że Dywizja SS „Hałyczyna”, będąca bezpośrednio pod rozkazami SS, wsławiła się także okrucieństwami na Białorusi, Słowacji i Ukrainie. Kaczyński, moim zdaniem, bardzo słusznie ostrzegał Juszczenkę przed tym. Ale Juszczenko nie był człowiekiem niezależnym. Kierowała nim jego żona, Kateryna, pochodząca z rodziny banderowskiej. A linia banderowska głosiła, że musimy wymordować wszystkich Moskali, to znaczy Rosjan, wszystkich Lachów, a więc Polaków, wszystkich Żydów i wszystkich niepełnowartościowych Ukraińców – a więc tych Ukraińców, którzy nie popierali tej ideologii.

Dlaczego opisuję to spotkanie tak szczegółowo? Bo już wtedy – a był to rok 2006 albo 2007, nie pamiętam dokładnie – polskie kierownictwo ostrzegało ukraińskie kierownictwo o niedopuszczalności prowadzenia takiej polityki. My również zawsze sprzeciwialiśmy się tej polityce Juszczenki. A co się stało po zamachu stanu? Wszystkie siły autentycznie proukraińskie zostały zniszczone. To znaczy, zniszczona została Partia Regionów, unicestwiona fizycznie, bo wielu działaczy zostało uwięzionych, a wielu zmuszonych do wyjazdu. Moim zdaniem, największa, najbardziej ukraińska siła, narodowo zorientowana na rozwój Ukrainy, została po prostu zlikwidowana. Kto ją zastąpił? Zastąpiły ją siły jednoznacznie nazistowskie. I to one, oczywiście na polecenie swoich zachodnich patronów, ukształtowały tę politykę, która polegała przede wszystkim na wrogości wobec Rosji.

I, naturalnie, Polska zawsze była i pozostaje dla nich wrogiem, to nieodłączny element ich ideologii. Wystarczy przytoczyć kilka wypowiedzi. Na przykład kogoś takiego, jak Podoljak, doradca Zełenskiego, który publicznie nawołuje do eksterminacji wszystkich Rosjan. Albo Sternienko, doradca ministra obrony, który nawet ukuł termin „Ruso-rez”, oznaczający „rzeź Rosjan”. To nie są jacyś ludzie z marginesu, spoza sceny politycznej. To są ludzie, którzy są w kierownictwie kraju. Pytał Pan o ideologię państwową. Niestety, jest to ideologia samozniszczenia Ukrainy. Jest ona niebezpieczna dla wszystkich sąsiadów Ukrainy. Absolutnie dla każdego z nich.

W jakim stopniu ta ideologia została narzucona z zewnątrz? Mam na myśli fakt, że po II wojnie światowej wielu ukraińskich nacjonalistów znalazło schronienie w Kanadzie, Stanach Zjednoczonych i innych krajach.

– To oczywiste. Jak Zachód walczył ze Związkiem Radzieckim? Wyłapywał wszystkich bez wyjątku zdrajców, którzy udowodnili, że są kolaborantami nazistów. Weźmy na przykład Melnyka. Był jednym z przywódców Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów po Konowalcu. Konowalec zginął w 1938 roku. Jego miejsce zajął właśnie Melnyk. Został dwukrotnie przyjęty przez samego Hitlera. Istnieją materiały z procesów norymberskich, a także dane samego niemieckiego wywiadu, głównie Abwehry, dotyczące werbowania zarówno Bandery, jak i Melnyka do prowadzenia wojny antypolskiej w tamtym czasie. Właśnie wtedy, kiedy Hitler przygotowywał się do inwazji na Polskę, w latach 1937-1938. Melnyk tworzył grupy dywersyjne do walki z Polakami. Prowadził działalność sabotażową w polskiej armii. Kiedy Polska została podbita, Hitler zaczął przygotowywać się do ataku na Związek Radziecki. Bandera i Melnyk otrzymali zadanie organizowania akcji sabotażowych w jednostkach terytorialnych Armii Czerwonej. Nie tylko powierzono im te zadania, ale także zaopatrzono ich w pieniądze, broń, instrukcje itd.

Dlatego nigdy nie byli niezależni. Kiedy w 1941 roku Niemcy zajęli Lwów, Bandera i jego towarzysze ogłosili powstanie niepodległego państwa ukraińskiego pod auspicjami Hitlera. Innymi słowy, natychmiast stworzyli państwo wasalne. Ale Hitler nie potrzebował wówczas niepodległej Ukrainy. Zareagował negatywnie na tę inicjatywę. Ale od 1941 roku naziści wspierali wszystkie ruchy nacjonalistyczne, dostarczając im broń, pieniądze i żywność. A kiedy Armia Czerwona rozpoczęła ofensywę, przeprowadzali akcje sabotażowe na tyłach. Najsłynniejszym aktem dywersji był zamach na dowódcę Frontu Ukraińskiego, generała armii Watutina. Był on znanym dowódcą, a zginął w wyniku tego aktu dywersji. Wszystkie te instrukcje, mające na celu przekształcenie Ukrainy w państwo antyrosyjskie, były i są nadsyłane z Londynu, Waszyngtonu oraz amerykańskich i londyńskich służb wywiadowczych. Ich głównym celem jest przecież przekształcenie Ukrainy w taran przeciwko Rosji, wyrządzenie jej szkód, zachwianie jej gospodarką, a przynajmniej jej osłabienie.

A nastroje antypolskie istniały od zawsze. Zauważyłem to, kiedy byłem na Ukrainie zachodniej. Za czasów, kiedy byliśmy u władzy, były one jakby skrywane w podziemiu. Kiedy zaś udało im się dokonać zamachu stanu, po prostu się ujawnili. Nie sądzę, żeby Amerykanie czy Brytyjczycy musieli ich nastawiać przeciwko Polsce, nie było takiej potrzeby. Takie jest ich banderowskie dziedzictwo. Nawiasem mówiąc, co roku organizują akademie Bandery, podczas których wygłaszają hasła o konieczności odzyskania tzw. odwiecznych ziem ukraińskich i odbicia ich od Rosji, Polski itd. Naziści kształtują i wspierają Zełenskiego i jego rząd. Sam Zełenski jest marionetką. Nie zwracajcie uwagi na to, co mówi. Działa ściśle według zachodnich instrukcji.

Gdyby Zachód jutro spojrzał na niego groźnie i powiedział: „Zatrzymajcie to – otwieranie panteonów i ponowne pochówki”, to on by przestał. Ale oczywiście zażądałby, aby przejęto kontrolę nad formacjami nazistowskimi. A właśnie te nazistowskie ugrupowania kontrolują armię. Istnieje już około 20 batalionów o orientacji nazistowskiej. I jest to realna siła. To oczywiste, że nacjonaliści zawsze słuchają swoich przełożonych. Jeśli więc Zachód chce wyeliminować wszystkie te antypolskie działania, to oczywiście potrzebny jest rozkaz z tegoż Zachodu. Jestem jednak pewien, że istnienie takiego trendu na zachodniej Ukrainie ma głębokie korzenie. Wyrwanie tych pędów z korzeniami jest możliwe tylko poprzez zmianę reżimu politycznego w Kijowie.

Chciałbym powrócić do roku 2014. Co może Pan powiedzieć, o roli mediatora, jaką odegrał polski minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski podczas wizyty w Kijowie zimą 2014 roku?

– Była to rola skrajnie negatywna. Przede wszystkim dlatego, że Sikorski jest zaciekłym rusofobem. Nie pochwalam rusofobii głoszonej obecnie w Polsce. Dlaczego jestem jej przeciwny? Po pierwsze dlatego, bo uważam, że współpraca między Polską, Ukrainą i Rosją jest naturalną współpracą między krajami, które kiedyś żyły w tym samym państwie, a teraz w różnych, ale łączy je wspólny fundament rozwoju. Biorąc pod uwagę to, że Rosja dysponuje ogromnymi zasobami mineralnymi i surowcowymi – nadchodząca epoka będzie epoką rywalizacji o te zasoby. Wszystkie obecne konflikty, takie choćby jak wojna irańsko-amerykańska, to wojny o zasoby. Rosyjskie zasoby dobrze służyły Polsce i Ukrainie. Bo dostawy taniego rosyjskiego gazu i ropy rurociągami takimi, jak na przykład „Przyjaźń” pozwoliły Polsce znacząco się rozwinąć. Stabilne dostawy energii są fundamentem rozwoju każdej gospodarki. Dlatego zawsze uważałem, że utrzymanie przyjaznych relacji wymaga jasnego zidentyfikowania wszystkich dramatów, które wydarzyły się w naszej wspólnej historii, wygaszenia ich i pójścia naprzód. Na przykład, kiedy wspólnie organizowaliśmy Mistrzostwa Europy, Tusk i ja zaplanowaliśmy wiele wspólnych programów. W czym one przeszkadzały organizatorom przewrotu? Wszystkie te programy zostały porzucone.

Co więcej, uczynili oni z polskich rolników wrogą siłę polityczną względem rolników ukraińskich. Polska konsekwentnie sprzeciwiała się ukraińskiemu eksportowi rolnemu do Unii Europejskiej. Zamiast tego moglibyśmy się zgodzić na wspólne przedsięwzięcia, zwłaszcza że produkty rolne z Polski, Ukrainy i Rosji są szczególnie cenne. Dlatego kiedyś promowaliśmy ideę utworzenia unii zbożowej. Gdyby główne kraje produkujące zboże, zjednoczyły się, to przecież moglibyśmy dyktować ceny na rynku globalnym i generować zyski dla naszych krajów. Jednak te nieporozumienia – teraz to nie tylko nieporozumienia, ale wojna między Ukrainą a Rosją – komu one posłużyły? Posłużyły tym, którzy teraz stali się dominującymi graczami na tym rynku. W tej chwili obserwujemy spadek cen zbóż, bardzo znaczący.


Mogliśmy tego uniknąć, ale moglibyśmy też wskazać na inne programy współpracy, zwłaszcza w sektorze zaawansowanych technologii. Ukraina była kiedyś krajem wysoko rozwiniętym technologicznie, więc zawsze można było znaleźć obszary współpracy. Jaki jest więc skutek rusofobii, która obecnie szerzy się w Polsce? Oto kilka konkretnych danych. Myślę, że znacie je lepiej niż ja: Polska wydała już 65 miliardów dolarów na zakup uzbrojenia i planuje wydać 150 miliardów dolarów w najbliższej przyszłości. 215 miliardów dolarów wydano nie na rozwój gospodarki, podwyżki płac, emerytur, świadczeń socjalnych czy rozwój kultury i edukacji, ale na pociski i rakiety. Na co więc się szykujecie? Na wojnę? Wojna byłaby dla Polski zabójcza, bo z kim? Z Rosją? Rosja to mocarstwo nuklearne. Czy myślicie, że jeśli pojawi się zagrożenie dla Rosji, nie użyje ona broni jądrowej? Oczywiście, że użyje. W wyniku takiej wojny nic nie zostanie z Europy, a zwłaszcza z Polski.

Byłem zaskoczony, gdy dowiedziałem się, że na przykład Szwecja, po 200 latach neutralności, przystąpiła do NATO. Byłem tam; to bogaty, zamożny kraj. Dlaczego, skoro nie znał wojny od czasów Napoleona – i dziesięć pokoleń żyło tam bez wojen – miałby teraz dołączyć do NATO i rozmieścić broń balistyczną, gwarantującą całkowitą zagładę w przypadku wojny nuklearnej? W głowie mi się to nie mieści, a jestem w polityce od dawna. Po prostu nie rozumiem takich antynarodowych, antyludowych decyzji. Dlatego moim zdaniem Polska również musi wprowadzić zmiany w polityce, które sprawią, że nie będzie wrogiem, a państwem przyjaznym, również dla Rosji.

Czy można było wtedy, w 2014 roku, uratować Ukrainę? Czy można było skutecznie przeciwstawić się tym siłom, które przygotowywały i z powodzeniem przeprowadziły zamach stanu?

– Moim zdaniem było konieczne. Byliśmy zobowiązani jako władze kraju, zgodnie z ukraińską konstytucją i ukraińskim ustawodawstwem, do podjęcia wszelkich środków w celu stłumienia i wyeliminowania źródeł tego zamachu. Po pierwsze, kwatera główna zamachu stanu znajdowała się w ambasadzie USA i wiedzieliśmy, że przywódcy Majdanu codziennie kontaktowali się z Departamentem Stanu i otrzymywali instrukcje. Ukrainę odwiedzali również senatorowie USA i zastępca sekretarza stanu Victoria Nuland. Spotkałem się z nią. Proszę sobie wyobrazić, że przyjeżdża zastępca sekretarza stanu i zaczyna dyktować premierowi, że musi mianować Jaceniuka wicepremierem albo jakiegoś tam Kliczkę. Wysłuchałem tego, zdziwiłem się i powiedziałem: „Wiktorio, czy ci się coś nie pomyliło? Co was obchodzi, kto będzie naszym wicepremierem w rządzie? Co was to obchodzi, że tak bezczelnie wtrącacie się w nasze sprawy?”.

Ambasador USA Pyatt zaczerwienił się po tym, co im powiedziałem. To była jawna, rażąca ingerencja w nasze sprawy wewnętrzne. Tak jak i te telefony Bidena, wiceprezydenta do prezydenta Janukowycza: „Nawet nie myślcie o użyciu siły! Bo nałożymy na ciebie wszelkiego rodzaju sankcje, wydamy cię międzynarodowemu trybunałowi i tak dalej. Jeśli tylko użyjesz siły wobec pokojowych demonstrantów”. A jacy to byli pokojowi demonstranci? Przecież już doszło wtedy do zabójstw funkcjonariuszy organów ścigania i do zajmowania budynków rządowych.

Pokojowi demonstranci? Byliśmy wręcz obowiązani podjąć działania przeciwko temu zamachowi stanu. Albo na przykład poczynania waszego ministra Sikorskiego, który przekonał Janukowycza do przyjęcia propozycji zamachowców – przywódców Majdanu, i przeprowadzenia pokojowej transformacji. Na czym miałaby polegać ta pokojowa transformacja? Janukowycz zgodziłby się na przedterminowe wybory, wycofałby wojska wewnętrzne z Kijowa, a zamachowcy opuściliby zajęte budynki i place. Mieli się pokojowo rozejść. Kolejnym warunkiem była dymisja rządu, a więc i moja jako premiera. Zachodowi nie odpowiadała moja osoba. Janukowycz mnie zdymisjonował i zaufał tym gwarantom. Zaufał Sikorskiemu. Zaufał Steinmeierowi, czyli ówczesnemu ministrowi spraw zagranicznych Niemiec. Podpisali porozumienie pokojowe, w którym zawarto punkty, o których wspomniałem. Janukowycz zastosował się do uzgodnień. Gdy tylko wojska wycofały się z centrum Kijowa, budynek rządu, budynek administracji prezydenckiej i parlament zostały zajęte. Natychmiast. Grupa zabójców wyruszyła, aby zlikwidować Janukowycza w jego rezydencji. Janukowycz wziął telefon, próbował dodzwonić się do Sikorskiego, do Steinmeiera, do Angeli Merkel. Nikt nie odbiera. Ile więc warte były te gwarancji Sikorskiego?

Od 2013 roku wielu obiecywało Ukrainie członkostwo w Unii Europejskiej. Jak Pan sądzi – czy jest ono prawdopodobne?

– To nie jest możliwe. Negocjacje w sprawie przystąpienia Ukrainy do Unii Europejskiej rozpoczęły się już w 2008 roku. Wkrótce minie więc 20 lat od kiedy je podjęto. Zacząłem uczestniczyć w tych negocjacjach w 2010 roku, kiedy odziedziczyliśmy po poprzednim rządzie umowę stowarzyszeniową między Unią Europejską a Ukrainą. W jej ówczesnym kształcie była ona absolutnie niekorzystna dla Ukrainy. Zobowiązano nas do otwarcia naszego rynku na towary europejskie, co oznaczało wprowadzenie systemu wolnego handlu, zniesienie ceł itd. Ale podlegaliśmy pewnym ograniczeniom. Mogliśmy dostarczać na rynek unijny 20 000 ton zboża. A my produkowaliśmy około 40 milionów ton. To nasz główny produkt eksportowy. Po co nam więc taki rynek? Albo na przykład w kwestii mięs: 5000 ton, 10 000 ton. Kiedy to przeczytałem, powiedziałem moim negocjatorom, że to umowa nierównoprawna.

Drugim warunkiem, który został zachowany dla naszych towarów, było to, że musimy dostarczać towary zgodnie ze standardami i normami jakościowymi oraz przepisami technicznymi, ustanowionymi w Unii Europejskiej. Nie mamy żadnych przedsiębiorstw, z wyjątkiem przemysłu farmaceutycznego i mleczarskiego, które udało nam się dostosować do europejskich standardów. Wszystkie pozostałe przedsiębiorstwa nadal działały według radzieckich norm GOST. To znaczy, że żaden z naszych produktów nie mógł formalnie wejść na rynek Unii Europejskiej właśnie z tych powodów. Żaden. Już wtedy mieliśmy deficyt handlowy z Unią Europejską. A po wejściu w życie tej umowy, deficyt znacznie by wzrósł. Dlatego właśnie, przygotowując umowę, prowadziliśmy uporczywe, długie negocjacje w tej sprawie. W trakcie tego procesu wielokrotnie poruszaliśmy kwestię przystąpienia Ukrainy do Unii Europejskiej. I nawet wtedy słyszeliśmy kategoryczne „nie” od ówczesnego przewodniczącego Komisji Europejskiej José Barroso i od absolutnie każdego przywódcy państw europejskich, z którym mieliśmy kontakt. Na przykład Angela Merkel, która powiedziała: „Musicie spełnić kryteria członkostwa w Unii Europejskiej w ciągu najbliższych 20 lat”. Kryteria kopenhaskie, których Ukraina nie spełnia. Ani wtedy, ani tym bardziej nie teraz.

Jednym z kryteriów kopenhaskich jest niezależność sądownictwa. O jakich niezawisłych sądach możemy teraz mówić na Ukrainie, skoro Zełenski dekretem zakazał prezesowi Sądu Konstytucyjnego wstępu do swojego biura, a potem go zwolnił? Potem zwolnił kilku sędziów Sądu Konstytucyjnego. Innymi słowy, zniósł Sąd Konstytucyjny. Wbrew ukraińskiej konstytucji. Pomimo ustawy o Sądzie Konstytucyjnym. Nie miał prawa tego zrobić, ale to zrobił. O jakim niezależnym sądownictwie możemy mówić, skoro prezes Sądu Najwyższego Ukrainy jest obecnie aresztowany, pod sfabrykowanym zarzutem korupcji?

Zełenski dekretuje zniesienie sądów, bo ich nie lubi, więc po prostu je znosi. O jakim niezależnym sądownictwie możemy w ogóle mówić? W kraju jest ponad 20 000 więźniów politycznych. Wszystkie opozycyjne partie polityczne zostały zlikwidowane. Zostały zlikwidowane wszystkie opozycyjne media. Jest tylko jeden kanał. Nazywa się maraton. Maraton telewizyjny. Weźmy kwestie społeczne. Ukraina jest najbiedniejszym krajem w Europie, a nawet na świecie. Ma najniższą średnią długość życia i najwyższą śmiertelność. Wskaźnik śmiertelności przekracza 570 000, nie licząc strat militarnych. A wskaźnik urodzeń spadł do 150 000. Innymi słowy, Ukraina jest fizycznie przez ten reżim niszczona. Jak wypadamy na tle Unii Europejskiej? Te Macrony, Merze i inni wiedzą o tym wszystkim. Ale są hipokrytami i oszukują naród ukraiński co do jego ewentualnego przyszłego przystąpienia do Unii Europejskiej. Moja polityka, gdy byłem premierem, była taka: powiedziałem, że musimy sami budować Europę u siebie. To znaczy, ustanowić standardy, które pokażą, że Ukraina będzie godnym członkiem Unii Europejskiej.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Mateusz Piskorski

Myśl Polska, nr 31-32 (2-9.08.2026)
https://myslpolska.info/

B. premier Ukrainy: Wojna byłaby dla Was zabójcza

https://www.youtube.com/watch?v=znAplb7CCco
  

Boga nie ma, jest życie?

 To, do czego doszedłem, mogę streścić w kilku akapitach. Może się to wydać nie całkiem odkrywcze i wcale nie tak pasjonujące. Włożyłem w to jednak wiele miesięcy intensywnej pracy. Przeczytać łatwo. Co innego przedzierać się do takich wniosków z pozycji zgoła odmiennych. Przetrawić je i wchłonąć.


Po pierwsze. Porzuciłem wiarę w indywidualną nieśmiertelność duszy. Zrozumiałem jej absurd. I co ciekawe, nauczył mnie tego Platon. Ten sam, na którym zachodnia metafizyka buduje wizje zaświatów i życia wiecznego. Gdy rozważałem kolejne zapisane w Fedonie argumenty za nieśmiertelnością duszy, niezmiennie dochodziłem do wniosku, że Platon nie udowadnia wiecznego trwania indywidualnej formy człowieka. Udowadnia nieśmiertelność nieosobowego życia, które tworzy nas, ale nie jest nami w naszej jednostkowej postaci. Dusza może być nieśmiertelna tylko jako coś ogólnego w nas, co nas ożywia, ale nie jest nami. To żadna pociecha dla tych, którzy po chrześcijańsku liczą na indywidualne życie po życiu.

[No tu się akurat nie rozczarują. VB]

Po drugie. Odkryłem w ten sposób starogrecką zoe. To, co w nas ogólne, jest niczym innym niż nieśmiertelnym nurtem życia, ponadindywidualnym i wszechogarniającym. Jesteśmy jego śmiertelną cząstką, ulotnym kształtem. Platon, klasyczny Grek, z pozoru już odległy od takiego myślenia, okazał się nim przeniknięty do szpiku kości. Archaiczność żyła w nim, tak samo jak odrodziła się po wiekach w Nietzschem.

Nietzsche miał swoją pustelnię niedaleko miejsca, w którym byłem. W nieco bardziej oddalonej niż Davos, ale wciąż bliskiej Sils Maria. Pielgrzymowałem tam kilkakrotnie, szukając skały wiecznego powrotu. To pod nią doznałem iluminacji i filozoficznego wtajemniczenia w sekret greckiego życia. Pamiętam, że gdy dotarłem do niej, wbitej w brzeg jeziora jak meteoryt, obok bawił się chłopiec. Stawiał z zapamiętaniem babki z piasku. Wieczny powrót i heraklitejskie dziecko – ukazała się mi w nich zoe, tryskająca radością, igrająca, tworząca swoim igraniem świat, nieśmiertelna, tańcząca.

Po trzecie. Zrozumiałem, dlaczego tracimy dostęp do zoe. Powodem jest paniczny i nieokiełznany lęk przed śmiercią, który staje się taki, odkąd człowiek żyje skupiony na sobie i swoim ego, na utrwalaniu siebie, odrębności swojego istnienia. Śmierć to więc największy absurd i niemożliwa do zaakceptowania katastrofa. Nonsens, skandal i trauma. Lęk przed śmiercią staje się czymś bezmiernym, otchłannym, obsesyjnym. Ludzie zawsze bali się i zawsze będą bać się śmierci. Kto jednak pozostaje w kontakcie z zoe, ten może swój lęk w czymś osadzić. W pewien sposób go zrównoważyć i rozładować. Tymczasem nieokiełznany i paniczny – alienuje nas i przemienia w monstra i bestie. Jego rewersem jest bowiem żarłoczność i bezmierna żądza, by żyć w nieskończoność, mając nieskończoną rozkosz, potęgę, bogactwo, znaczenie. Jest na to, zdaniem Platona, tylko jedno skuteczne lekarstwo: melete thanatou, ćwiczenie się w śmierci. Filozoficzne myślenie o życiu, śmierci i ich nieuchronnym splocie pozwala przywrócić człowiekowi jego miarę. Porzucić perwersyjne pragnienie nieskończonego trwania i nieokiełznany lęk przed nieistnieniem.

*
Nietzsche przestrzegał przed zerkaniem w otchłań. Gdy spojrzysz w nią, uważaj, bo ona może spojrzeć na ciebie. Ja byłem zdecydowany, żeby w nią patrzeć. Żeby zstąpić w jej przepaść. Pierwszy raz poczułem wtedy, jak otchłanna jest droga filozofii, przebijająca się do wypartej i nieosiągalnej na co dzień prawdy o życiu. Chciałem zstępować, czując, że ryzykuję, ale inaczej nie mogę i nie chcę. Czułem, że w tej otchłani życia rozkosz i radość pomieszane są z pracierpieniem. Każdy filozof musi powtórzyć wewnętrznie gest Empedoklesa, o którym krążą legendy, że zakończył życie, rzucając się w płonący krater Etny. Każdy filozof musi zatracić się w otchłani życia. Bez tego żaden z niego filozof.
*
Dotykanie kresu
„Inny początek” to kategoria, której Heidegger używa obficie w Przyczynkach do filozofii. Ten chyba najbardziej tajemniczy, owiany legendą tekst niemieckiego filozofa powstał na początku lat trzydziestych. Jest zapisem niespiesznej, mozolnej medytacji, skrajnie natężonego myślenia. Przyczynki powstały w momencie dla Heideggera krytycznym. Splamił się czynnym zaangażowaniem w narodowy socjalizm. Przyjął stanowisko rektora Uniwersytetu we Fryburgu, aby zreformować go w narodowosocjalistycznym duchu. Nie wiem, czy była to kwestia złej woli, czy raczej powszechnego entuzjazmu, któremu uległ. Tak czy inaczej, nie świadczy to dobrze o filozofie, już wówczas uważanym za jednego z największych myślicieli współczesnego świata. Bo jeśli nie zła wola, nie ideologiczne zaślepienie, to z pewnością wielka naiwność i wielki błąd. Nie tylko błąd moralny, lecz także błąd w myśleniu. A to chyba najtrudniej wybaczyć filozofowi. Heidegger był przekonany, że nazizm jest szansą dla świata. Jak to wytłumaczyć? Nawet jeśli wiemy, że działo się to na początku lat trzydziestych, gdy zbrodnicze zamiary narodowosocjalistycznej zmiany nie ujawniły się w pełni, zaślepienie i błąd Heideggera porażają. Po części tłumaczy go megalomania. Chciał wierzyć, że na dłuższą metę to nie on – filozof – będzie szedł za Führerem, że role z czasem się odwrócą. Że ten ostatni posłucha filozofa. Naiwne, ale też straszne. Bo będąc rektorem, Heidegger robił rzeczy niegodne.
Po tym gwałtownym wzmożeniu dość szybko jednak ochłonął. A raczej – tak myślę – w panice uzmysłowił sobie swoją pomyłkę i to, że kryje się za nią jakieś straszliwe zbłądzenie. Całkowite pogubienie w myśleniu. Zrezygnował więc z funkcji rektora i wycofał się do leśnej pustelni. Do słynnej Hütte – chaty, którą jego żona kupiła w pobliskich górach Schwarzwaldu we wsi o poetyckiej nazwie Todtnauberg. Zaszyty tam, prowadził swoje skrajnie natężone medytacje. Ich owocem są między innymi Przyczynki, które uważał za swoje najważniejsze dzieło. Uznawał, że na jego przyjęcie świat będzie gotowy dopiero po śmierci autora. I to nie od razu, ale wtedy, gdy ukażą się inne jego niepublikowane teksty. Wszystko, co napisał po Przyczynkach, traktował jako prolegomena – wprowadzenie do tego najważniejszego dzieła.
*
Można uznać Przyczynki za filozoficzny poemat pisany dziwną, hermetyczną ni to poezją, ni to prozą. Jego tematem jest „inny początek” i zapowiadający go rozkład świata. Rozkład jest wszechogarniający. Jego źródła tkwią w starożytności, a współczesna cywilizacja stanowi jego zwieńczenie. Wszystko zaczyna się w Grecji wraz z pierwszymi filozofami: Anaksymandrem, Heraklitem, Parmenidesem. W ich myśleniu wyraża się „prawda Bycia”. A znaczy to tyle, że jest ono zapisem żywego, bezpośredniego doświadczenia JEST. Od tego czasu z każdym wiekiem doświadczenie to staje się coraz mniej dostępne, coraz bardziej zanieczyszczone i przesłonięte. Tak dalece, że stopniowo tracimy dostęp do niego. Osuwamy się w całkowite jego zapomnienie.

„Zapomnienie Bycia” – oto nasza codzienność. Myślenie wpada w schematy i koleiny „bytu”. Zamiast być namysłem nad JEST, służy już tylko orientacji w praktycznym świecie. Staje się wyłącznie sprawnością w żonglowaniu otaczającymi nas rzeczami i przedmiotami, zarządzaniem ich masą dla dobra własnego, tak indywidualnego, jak zbiorowego. Myślenie zostaje w ten sposób podporządkowane woli, czyli pragnieniu człowieka i jego działaniu. Bycie już się nie przebija. Nawet nie prześwituje. A w konsekwencji człowiek alienuje się i stopniowo traci autonomię i podmiotowość.

Ten proces postępuje. Miejsce doświadczenia JEST zajmuje w chrześcijaństwie metafizyczna wizja Boga i wiara w niego. Bóg jako boski absolut wyjaśnia, skąd się wziął świat, i otwiera go przed człowiekiem jako przestrzeń swobodnej eksploatacji. Rzeczy nas otaczających nie naznacza już niesamowitość. Nie są już – tak jak dla Heraklita czy Anaksymandra – znakami, za pomocą których zagaduje nas JEST. Jawią się jako stworzone przez Boga odrębne istoty, gotowe na nasze użycie i wykorzystanie. Zgodnie z zachętą zapisaną w Biblii czyniące sobie Ziemię poddaną. Widzi się odtąd w rzeczach przede wszystkim przedmioty do opanowania i wykorzystania, wobec których człowiek jako rzekomy „pan stworzenia” pozostaje w pozycji uprzywilejowanej. Jest podmiotem, który stoi naprzeciw nich, poznaje je, podporządkowuje sobie, rozporządza nimi, sortuje je i eksploatuje.

Perspektywa ta, możliwa dzięki pojawieniu się metafizycznej idei Boga, rozpościera się w pełni w świecie nowożytnym, w którym chrześcijaństwo traci pozycję kulturowego hegemona. Ludzki podmiot stopniowo wysuwa się na pierwszy plan. Bóg, który otworzył przed nim drogę, przestaje być potrzebny. Okazuje się złowróżbnym obiektem przejściowym, który umożliwił taki spektakularny awans człowieka. Gdy to się dokonało, Bóg zostaje symbolicznie uśmiercony. Wraz z tą – opisaną przez Nietzschego – „śmiercią Boga” zaczyna rozwijać się systematyczna pacyfikacja i eksploatacja pozaludzkiego świata na niespotykaną dotąd skalę. Napędza ją nauka podporządkowana rozwojowi techniki.

Ale i na tym nie koniec tych tragicznych perypetii dziejowych. Ten sam mechanizm, który najpierw ustanowił, a następnie unicestwił władztwo idei Boga, ostatecznie również człowieka pozbawia podmiotowego statusu. Dzieje się to za sprawą autonomizacji techniki, która – jak się okazuje – tylko przejściowo była narzędziem w rękach człowieka. W nowoczesnym świecie postępu jej służebność staje się coraz bardziej wirtualna, by wreszcie okazać się swoim przeciwieństwem. Pozorna służebność techniki jest więc sposobem jej dominacji. Niepostrzeżenie, ale z biegiem czasu coraz wyraźniej, dokonuje się dziwne odwrócenie. Człowiek traci pozycję podmiotu, a zajmuje go sama technika, której rozwój, jak się teraz okazuje, jest autoteliczny. Nastaje epoka techniki. Świat jest odtąd areną wielkiej technicznej machinacji, która do niczego poza sobą samą już nie prowadzi i nie odnosi. Nie służy już nawet człowiekowi. Przeciwnie, i on zostaje poddany owej machinacji. Jest eksploatowany na równi z całą przyrodą i jej zasobami. Dzieje się to na tysiące, dziesiątki i setki tysięcy sposobów.

Świat człowieka zostaje poddany technicznemu procesowi „zarządzania zasobami ludzkimi” (aż trudno wierzyć, że takie dehumanizujące określenie nie tylko pozostaje w użyciu, lecz także stało się jedną z naczelnych kategorii nauk o zarządzaniu). Heidegger w jednym z tekstów pisanych po wojnie wyciągnął z tego wniosek, który oburzył i wciąż oburza wielu komentatorów. Obóz koncentracyjny – twierdził – niewiele różni się od nowoczesnego gospodarstwa rolnego. I tu, i tu w analogicznych procesach technologicznych przetwarzane są naturalne zasoby.
Można oczywiście argumentować, że taka perspektywa naznaczona jest uprzedzeniem i nie uwzględnia ewidentnych zdobyczy postępu technicznego. Spójrzmy jednak na to, jak jesteśmy uzależnieni i eksploatowani. Jak smartfony, ich aplikacje, internet i jego platformy, jego social media i algorytmy inwigilują nas, przetwarzają, manipulują nami, odzierają nas z czasu, wysysają z energii, jak formatują i odbierają oryginalność naszej wyobraźni, jak pozbawiają nas możliwości skupienia uwagi i zdolności myślenia.
*
Heidegger widzi w nazizmie integralny element tego procesu. Jest to jeden ze sposobów pełnego, drastycznego urzeczywistniania się hegemonii bezdusznego technologicznego mechanizmu, który nie liczy się nie tylko ze światem, lecz także z człowiekiem i jego życiem. Jednak klęska nazizmu wcale tego mechanizmu nie zatrzymuje. Zdaniem Heideggera jego integralną częścią są liberalna demokracja proceduralna, uniwersalizujący się po wojnie amerykański styl życia i oparta na ekspansji kapitalizmu globalizacja. Być może właśnie dlatego Heidegger nigdy nie pokajał się i nie wytłumaczył ze swojego narodowosocjalistycznego uwikłania. Być może nie był to tylko upór narcyza pozbawionego samokrytycyzmu i zdolności przyznania się do błędu.

Stworzona przez Heideggera wizja dziejowych przemian świata jest porażająca. Oglądając jego oczami epokę techniki, dotykamy kresu, który jest zwieńczeniem procesu zapomnienia JEST. Oto świat ostatecznej bezduszności, której poddani są dzisiaj wszyscy. Człowiek jest już tylko zasobem, choć wydaje się mu, że jest panem siebie, swojego samorozwoju, swojej kariery, swoich licznych pasji, swojej etyczności i praworządności. Czy może dziwić, że w takiej sytuacji ludzie zwracają się w stronę duchowości? Bezduszność i duchowość to przecież zwalczające się przeciwieństwa, a zarazem duchowość to alternatywa dla bezduszności.

Niestety, w epoce techniki nawet zwrot ku duchowości może się okazać elementem mechanizmu machinacji i eksploatacji. Nasze duchowe potrzeby są kolejnym zasobem do potencjalnego spacyfikowania i wyzyskania. Czy da się tego uniknąć? Czy autentyczna duchowość jest jeszcze możliwa? Czy możliwe jest przełamanie bezduszności, na którą skazuje nas techniczny świat zapomnienia Bycia? Refleksja Heideggera na temat „innego początku” może być cenną podpowiedzią. Możliwość „innego początku”, w którym myślenie i doświadczenie Bycia zacznie się od nowa, wymaga tego, żeby najpierw doświadczyć w pełni epoki techniki, poznać jej bezduszne oblicze, które Heidegger nazywa „wielką biedą”. Trzeba zobaczyć swoje uwikłanie i stracić ostatnie złudzenia. Przestać z uporem czepiać się myśli o ratunku dla świata i odrodzeniu człowieczeństwa. Dopiero wtedy możliwy będzie „skok”.

Skoczyć w „inny początek” to odzyskać ten jeden początek, który był udziałem greckiego myślenia. To znowu myśleć i doświadczać JEST. Taki „skok” przekracza jednak nasze możliwości. Na razie epoka techniki niepodzielnie nami włada. Możemy najwyżej podejmować próby. „Gotować się do skoku” przez wsłuchiwanie się w rozbrzmiewającą dziś „wielką biedę”. Możliwa jest dziś tylko taka namiastka duchowości. Mieć świadomość końca i kresu. Zdawać sobie sprawę z jego nieuchronności. Osadzanie się w takiej świadomości, próba wytrwania w niej – takie ćwiczenie duchowe Heidegger przeprowadza w swojej leśnej chacie i rekomenduje je nam w Przyczynkach. „Skok”, jeśli się dokona, będzie prawdziwym wydarzeniem. Będzie przejęciem przez „inny początek”. Będzie tym momentem, kiedy doświadczenie JEST na nowo samo nas porwie i napełni. Wydarzy się jego kairos. Otworzy się prawdziwa duchowość.

Piotr Augustyniak
Boga nie ma, jest życie

Gdzie indziej pan Augustyniak (były jezuita ) pisze:

Duchowość niewierzącego

Nie wierzę w Boga. Myślę, że Bóg, w którego trzeba wierzyć, z pewnością nie jest Bogiem. Jest czymś, w co trzeba wierzyć. „Trzeba w coś wierzyć”, „trudno nie wierzyć w nic”. Ludziom jest trudno, ludzie potrzebują wiary. I w coś sobie wierzą. Sobie.
*
Zadziwiająca naiwność jak na filozofa. Wydaje się, że wpierw autor jasno zdefiniował sobie czym jest Bóg ( co pachnie grzechem pychy) następnie oznajmił, że w takiego Boga nie wierzy. Poza tym autorowi wydaje się, że jest na uprzywilejowanej pozycji w porównaniu z tymi, którzy w Boga wierzą, podczas gdy tak naprawdę autor po prostu wierzy jak i inni, mianowicie wierzy, że Boga nie ma.

I teraz dotykamy ważnej kwestii, o ile skoro rzeczywiście tak nie wiele wiemy, i wiara w coś jest nieusuwalnym elementem ludzkiej egzystencji, zarówno głupcy jak i mądrzy w coś sobie wierzą, różnica pomiędzy nimi polega na tym, że mądrzy wierzą w to co faktycznie jest rzeczywiste, choć poza możliwością weryfikacji (w ich obecnym stanie).

Słowo "Bóg" może oznaczać wiele rzeczy, trudno mi powiedzieć co oznacza ono dla autora, ale może ono oznaczać po prostu Prawo Moralne które obowiązuje. Prawo Moralne, które sprawia, że ci co kłamią, oszukują itp spotkają się z bólem po śmierci ciała, jaki i to, że naprawdę warto być dobrym człowiekiem, i że bycie którym zostanie odpowiednio "nagrodzone" po śmierci ciała.

Czy pan Augustyniak w takie prawo moralne nie wierzy? No cóż, jeżeli tak, to zgodnie z Nauką Buddy, ma on błędny pogląd. Innymi słowy wierzę, że się myli.😉

Nie żebym naprawdę to wiedział. Skoro tylko w to wierzę, może faktycznie autor ma rację. Pożyjemy, umrzemy i zobaczymy 😉.

sobota, 1 sierpnia 2026

Opowieść o Kotowskim, generale anarchiście

 Laseczka emira

To będzie opowieść o Kotowskim, generale anarchiście, i o jego stenografie. A także o przemycie i zmyśle inscenizacji.

W roku 1923 młody stenograf otrzymał w Kijowie zlecenie: ma spisać opowieści kawalerzystów Kotowskiego, na ich podstawie opracowana zostanie historia korpusu. Newerly wyjaśnia, że podjął się tego zadania, bo chciał poznać barwną postać, jaką był Grigorij Kotowski. Po pewnym czasie miał już sporo zebranych relacji, które po przepisaniu na maszynie przedstawił Kotowskiemu. 

Dowódca „był inicjatorem zebrania tych materiałów, które zamierzał następnie opublikować”. Sam wszakże „wyłączył się z grona narratorów księgi pamiątkowej i opowiadać nie chciał”. 

Co było dalej? „Późną jesienią, gdzieś chyba w listopadzie, skończywszy dyktowanie maszynistce, doręczyłem Kotowskiemu cały materiał w stanie surowym. Wybrać do druku, ułożyć i odredagować miał kto inny”. Do wydania księgi jednak, przynajmniej do czasu ucieczki stenografa do Polski (jesień 1924), nie doszło. Newerlemu udało się w jakiś sposób przemycić zebrane materiały i – jak twierdzi – spisał je „wkrótce potem”, w roku 1925. Pisarz wplótł w Zostało z uczty bogów cztery fragmenty opowieści o Kotowskim. Najpierw cytuje trzy notatki, z których każda ma osobny tytuł: Komsek Johannes der Dritte (Iwanow Trzeci), scena na placu; Spotkanie przy mogile; Papierośnica. 

Pierwsza jest obserwacją językową, opowiada o komisarzu brygady Kotowskiego, który wierzy w rychłą wojnę z „białogermańcem”, więc uczy się niemieckiego z „samouczka Olendorfa” i oto beszta swego podwładnego w tym języku: „zdania prawidłowe, tylko tak wymawiane, jakby były czytane z tekstu pisanego rosyjskimi literami”. Druga to scenka przepełniona antycznym czy biblijnym patosem: dowódca oddziału egzekucyjnego wojsk Kotowskiego rozpoznaje wśród przeznaczonych na rozstrzelanie Ukraińców rodzonego brata; staje obok, obejmuje go i wydaje rozkaz: „Pal!”. Kotowski interweniuje i ratuje obu braciom życie. I wreszcie, tak dla Newerlego charakterystyczna, opowieść o przedmiocie, który odgrywa szczególną rolę w życiu ludzi. W czasie wojny domowej towarzysz S. darował podpułkownikowi „białych” życie, rabując mu w zamian srebrną grawerowaną papierośnicę. Po zakończeniu wojny domowej miał coś do załatwienia w Charkowie, a tam naczelnikiem wydziału był ów ocalony podpułkownik, który od razu zapytał o papierośnicę. Odzyskał ją, a w zamian towarzysz S. ocalił „reputację ideowego komunisty”, który przecież nie plami się rabunkiem. Później obaj odnaleźli się w tym samym oddziale i zaprzyjaźnili.

Prócz tych notatek jest jeszcze w Zostało z uczty bogów jedna, dłuższa, przytoczona nie dosłownie, tylko włożona w usta jednego z „kotowców”: „Kostik opowiadał, był solistą, inni swą milczącą obecnością potwierdzali prawdę jego słów, dopowiadając z rzadka jakimś przypomnieniem lub uzupełnieniem, można to opuścić dla klarowności opowieści, którą – zaglądając do notatek z 1925 roku – tak bym odtworzył [...]”. I tu toczy się opowieść.

Kotowski pojawia się także w opowiadaniu Żejma, w którym Newerly opisuje, jak w latach trzydziestych popłynął kajakiem pod samą granicę polsko-litewską, żeby obejrzeć prywatne muzeum osobliwości i porozmawiać z jego twórcą, niejakim Żejmą. Człowiek ten zgadza się opowiedzieć o swoim życiu w zamian za inną ciekawą opowieść. Długo się targują o temat, wreszcie ustalają, że Newerly opowie „o jednym takim skazańcu, co wymienił na licytacji swe kajdany na worek złota i został generałem kawalerii”. Newerly znał go osobiście. Po czym poznajemy ze szczegółami opowieść Żejmy i dowiadujemy się, że następnego dnia doszło do uregulowania długu „opowieścią o Kotowskim, dowódcy korpusu kawalerii z siedzibą w Winnicy”. I koniec, więcej o Kotowskim ani słowa.

A szkoda, bo historia o licytacji ładna. Opowiem ją za Newerlego. Tytuł niech będzie: 

Kajdany na aukcji

Kiedy w Odessie szalała rewolucja, Kotowski na jej scenę wyszedł z więzienia, ale nie zwyczajnie. Wyszedł w kajdanach i od razu pierwszego wieczora pojechał do teatru operowego, gdzie szedł spektakl Carmen.Na scenie śpiewał duet Don Jose – Carmen, ale po publiczności, zajętej przedstawieniem, przebiegł lekki szmer. Artyści od razu zauważyli ten rozłam między nimi a publicznością, szeptanie, w końcu zgiełk głosów. A po sali już jawnie niósł się szum i gwar: „Kotowski... Kotowski... Kotowski...”.

Otwarłszy na oścież drzwi pomiędzy oszołomionymi bileterami, wszedł na widownię on sam, bohater tysiąca i jednej nocy, wiele razy ranny, zabójca wielu ludzi, Grigorij Kotowski w brzęczących kajdanach na przegubach. 

Kotowski z kajdanami na rękach usiadł w pierwszym rzędzie. Pewna dama, którą kiedyś obrabował, osunęła się zemdlona. Kotowski ocucił ją z właściwą sobie galanterią. Świetnie rozumiał, że rzeczywiście mogło to być „silne przeżycie”. A w antrakcie, z kajdanami na przegubach, udał się do foyer.

Tam, otoczony tłumem, wdrapał się na coś, co miało mu posłużyć za trybunę. I wygłosił mowę o wolności, o Rosji, o sobie, Grigoriju Kotowskim. Słuchacze byli wstrząśnięci. A kiedy na zakończenie Kotowski zawołał potężnym basem, dominując nad szumem sali, że oto sprzedaje swoje kajdany na rzecz rodzącej się rosyjskiej wolności, słowa jego zagłuszył wybuch entuzjazmu. Kajdany – jedyną ruchomość w dobytku Kotowskiego – w ciągu dziesięciu minut kupił za dziesięć tysięcy rubli jakiś burżuj, który zakochał się w rewolucji. Kotowski później sam zapisał tak: „Miodowy miesiąc rewolucji lutowej. Nawet burżuazja kupuje moje kajdany”.

Czy Newerly użył tych akurat słów – tego w tej chwili nie wiem, wiem jednak, że opowiedział tę właśnie historię. Sam zaczerpnąłem ją z rozdziału zatytułowanego właśnie: Kandały s aukcjona, a pochodzącego z broszury Kotovskij. Anarchist-marszał rosyjskiego pisarza emigracyjnego Romana Gula.40 Czytając tę broszurę, miałem raz po raz nieodparte wrażenie, że czytam rosyjski przekład tekstu Newerlego. Tajemnicza to sprawa, spróbujemy ją rozwikłać.

Gul barwnie przedstawia biografię Grigorija Kotowskiego, syna ziemianina inżyniera, który urodził się w roku 1887 w miasteczku Hînceşti (potem do 1990 roku Kotowskoje bądź Kotovsk) w Besarabii, w wieku dwóch lat stracił matkę, a kiedy miał lat szesnaście – ojca. „Sport uczynił z Kotowskiego siłacza, a czytanie awanturniczych powieści i porywających dramatów wprowadziło jego życie na fantastyczną ścieżkę”.

Młody sierota znalazł pracę w dobrach besarabskiego księcia Cantacusino. Jednak przez nieostrożność zakochał się, z wzajemnością, w córce księcia; porywczy książę zamachnął się na młodzieńca harapem, ten zaś, niewiele myśląc, uderzył swego pana. Za karę został związany, pobity przez służbę i wywieziony w step. Tak, w sposób bardzo przypominający opisaną przez Jana Chryzostoma Paska przygodę młodego Iwana Mazepy, zaczęła się jego kariera rozbójnika.

„Zaiste, niezwykła odwaga, śmiałość i rozbójnicza chwackość stworzyły wokół Kotowskiego legendę. W ten sposób w roku 1904 w Besarabii wskrzesił on Schillerowskiego Karola Moora i Puszkinowskiego Dubrowskiego. Nie był to zwykły rozbój z grabieżą, tylko właśnie Karol Moor. Nie na darmo wrażliwy, jąkający się chłopiec zaczytywał się w fantastycznych powieściach i dramatach”. 

Kolejne ucieczki Kotowskiego z więzień porównywane są z kolei do epizodów z powieści Conan Doyle’a. Zaś pod koniec życia Kotowski, zasypiając nad lekturą Historii WKP(b), sięgał po Tarzana i mawiał ze śmiechem: „Wiecie, Tarzan po Historii WKP(b) smakuje jak szampan po rycynie”.

Kotowski jest też „czarusiem” (szarmior). Oto pod Kiszyniowem spłonęła wioska. Kilka dni później w domu nieobecnego akurat lichwiarza zjawia się elegancki młody człowiek o nienagannych manierach i bawi jego córkę dowcipną rozmową. Gdy powróci lichwiarz, przybysz przedstawi się jako Kotowski i zażąda tysiąca rubli na pogorzelców. Przed odjazdem zdąży jeszcze wpisać się do leżącego w salonie albumu: „I córka, i ojciec sprawili bardzo miłe wrażenie. Kotowski”.

„Kotowski namiętnie kochał życie – kobiety, muzykę, sport, kłusaki. Sam często mieszkał w lesie, w zimnie, pod strugami deszczu. Ale kiedy incognito pojawiał się w mieście, to zawsze w roli bogatego, elegancko ubranego pana i prowadził życie na szerokiej stopie, po pańsku, jak lubił”. 

Podczas jednej z takich wypraw do Kiszyniowa Kotowski, udając obywatela ziemskiego z Chersonia, zatrzymał się w najlepszym hotelu, zaprzyjaźnił z miejscową elitą i uzyskał zaproszenie na przyjęcie do magnata D. Semigradowa (Siedmiogrodzkiego). Rozmowa zeszła na Kotowskiego. Semigradow chwalił się, że ma na tego łotra zawsze w pogotowiu specjalny naładowany browning.

Tej samej nocy, kiedy goście się rozjechali, na mieszkanie Semigradowa napadli kotowcy, bezszelestnie dostali się do wnętrza, strasznie się obłowili, wywieźli drogi perski dywan, wzięli nawet srebrną laseczkę ze złotą główką – „podarek emira bucharskiego dla gospodarza”. A na naładowanym browningu, w pokoju śpiącego gospodarza, Kotowski zostawił notatkę: „Nie chwal się, idąc do boju, chwal się, wracając z boju”.

Na wiadomość o laseczce emira bucharskiego w głowie czytelnika Newerlego zapala się czerwone światełko. Przecież taka sama laseczka występowała we wspomnianym opowiadaniu Żejma! A konkretnie był to jeden z najważniejszych przedmiotów w prywatnej kolekcji osobliwości tytułowego bohatera:

Spostrzegam w kącie przedziwną laseczkę. 

– Można obejrzeć?

– Ma się rozumieć. Podarek emira z Samarkandy. 

Oglądam inkrustacje ze srebra i jakiejś kolorowej masy na toczonym pręcie, rzeźbioną główkę z kości słoniowej. 

Przedziwna laseczka jest wstępem do opowieści Żejmy o tym, jak to po rewolucji lutowej z kolegą, terminatorem zakładu fotograficznego, puścił się w świat z latarnią magiczną, prototypem kinematografu („jak się kręciło korbką, to snop światła rzucał na płótno ruchome obrazki – pies merdał ogonem, ludzie chodzili, konie pędziły, nawet latały ptaki pod chmurami i tym podobne cudeńka widziało się zupełnie wyraźnie na płótnie”), a w Samarkandzie sam emir Buchary zapragnął pokazać to widowisko swojemu haremowi: „Co to, panie, on tych żon miał, nie zliczyć. O, to po nim laseczka...”.

Oczywiście, mogło być takich laseczek więcej, być może któryś emir Buchary lubował się w ich rozdawaniu. Bardziej jednak prawdopodobne jest, że między oboma tekstami, Gula i Newerlego, istnieje zależność. Tylko w którą stronę? 

W biografii Romana Gula (1896–1986) i autora Zostało z uczty bogów pojawiają się te same miejsca. Gul przyszedł na świat w Kijowie, ale dzieciństwo spędził w Penzie, gdzie ukończył męskie gimnazjum – podobnie jak Newerly parę lat po nim. Gul zaczął studia w Moskwie, ale został powołany do wojska. Dostał się do niewoli niemieckiej i w roku 1919 trafił do Niemiec. (Jego matka, podobnie jak Newerly, wydostała się z Rosji przez zieloną granicę: pieszo przewędrowała z Kijowa do Warszawy.) Po przejściu przez kilka obozów dla internowanych Gul osiadł w Berlinie jako emigrant. Zaczął pisać. Dużym powodzeniem cieszyła się jego książka o Borisie Sawinkowie, przetłumaczona na kilka języków. Z powodu podtytułu niemieckiego wydania tej książki (Roman eines Terroristen) Gul został w roku 1933 (na parę lat przed Newerlym) więźniem niemieckiego obozu koncentracyjnego. Pobyt w obozie opisał w książce Oranienburg. Jeszcze w tym samym roku został zwolniony z obozu i wyjechał do Francji. Po wojnie wyemigrował do Ameryki.

Teoretycznie rzecz biorąc, Gul mógł mieć dostęp do stenogramów Newerlego o Kotowskim i jego konnicy, być może historia brygady została nawet w Kijowie wydana. Możliwe też jest inne rozwiązanie: że Newerly czytał jego opowieść o Kotowskim i stamtąd zaczerpnął motyw laseczki emira bucharskiego i inne szczegóły. Nowojorskie wydanie broszury, z którego korzystałem, jest bowiem fototypicznym przedrukiem części książki Gula Krasnyje marszały (Berlin 1932), zachowano nawet oryginalną paginację. Tytuł znaczy: Czerwoni marszałkowie. A polski przekład wyszedł dwa lata później nakładem Towarzystwa Wydawniczego „Rój” pod tytułem Czerwoni dowódcy. Woroszyłow, Budiennyj, Blücher, Kotowskij.

Archiwa Romana Gula są obecnie przechowywane w Beinecke Library w Yale. Można w nich znaleźć listy pisarzy polskich: Józefa i Marii Czapskich, Józefa Mackiewicza, Michała Pawlikowskiego, Karola Wędziagolskiego, a także zdjęcia Józefa Wittlina.41Syn Kotowskiego, też Grigorij, po wojnie znany indolog, udzielił w roku 2001 obszernego wywiadu, w którym mówił o swoim ojcu. Oraz o przedmiotach: opowiadał o srebrnej zastawie z monogramem B, którą zrabowano w białocerkiewskich dobrach Branickich, a którą jego rodzice widzieli potem w domu innego dowódcy z czasu wojny domowej, Jony Jakira. I o przypuszczalnych przyczynach śmierci swego ojca: 

W roku 1936 matce dano do zrozumienia, że zabójstwo ojca było polityczne. Oznajmił jej o tym sam marszałek Tuchaczewski. Podczas przyjęcia ku czci uczestniczek zjazdu – żon dowódców Armii Czerwonej – podszedł do niej i, uporczywie patrząc w oczy, powiedział, że w Warszawie wyszła książka, której autor utrzymuje, iż Kotowskiego zabiła władza radziecka. Rzeczywiście, w roku 1969 znalazłem tę książkę w bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego, w samej rzeczy twierdzi się w niej, że Kotowskiego zabiła władza radziecka, ponieważ był człowiekiem otwartym i niezależnym, a dysponując olbrzymią popularnością w narodzie, mógł pociągnąć za sobą nie tylko oddziały wojskowe, ale i masy ludności Prawobrzeżnej Ukrainy.42

Wróćmy do opowiadania Newerlego Żejma. Nazwisko Kotowskiego pojawia się w nim tylko raz. Newerly lubił jednak budować swoje teksty literackie jak szkatułka w szkatułce, łącząc pokrewne motywy, które pośrednio wskazują na ukryty, istotny temat. Tak samo dzieje się chyba i tutaj. Niby akcja toczy się na pograniczu polsko-litewskim, ale raz po raz pojawiają się realia ukraińskie. Do narratora przyplątuje się, zainteresowany odkupieniem kajaka, jakiś namolny facet: „Oglądał składak ze wszystkich stron, takiej krypoczki, mówił, jeszcze mu się nie zdarzyło widzieć, wypytywał, z jaką szybkością płynie, a ile może zabrać”. Otóż Kripoczka to typowe nazwisko ukraińskie, a w szczególności łemkowskie. Newerly ni stąd, ni zowąd nazywa gościa „mazepiakiem” – to znów aluzja, która kieruje w stronę Kotowskiego, który przecież wywodził się z tych samych terenów Mołdawii, gdzie, po przegranej bitwie pod Połtawą, w miasteczku Bender umarł w roku 1709 hetman Mazepa. W trakcie rozmowy okazuje się, że „mazepiak” jest przemytnikiem (stąd jego zainteresowanie nabyciem pojemnego i cicho płynącego składaka), który przedtem działał „na ruskiej granicy” w Ostrogu – tam, gdzie Newerly nielegalnie przekraczał granicę polską. 

Skoro tyle podskórnych tropów kieruje nas w stronę Kotowskiego i terenu jego działalności, sięgnijmy raz jeszcze do książeczki Romana Gula o Kotowskim. Pod sam koniec ujawnia on swoje źródło, powiada mianowicie w przypisie na stronie 196: „O życiu II korpusu i jego komendancie Kotowskim patrz wydrukowany w gazecie «Za Swobodu» bardzo ciekawy stenogram Igora Abugowa Kotowszczina”.

Oto dokąd zaprowadziła nas laseczka emira z Buchary. Do oryginalnego stenogramu monografii oddziału generała Kotowskiego, sporządzonego przez Newerlego w roku 1923 w miejscu postoju oddziału, potem jakoś przemyconego do Polski i opublikowanego pod przejrzystym pseudonimem w wychodzącym w Warszawie rosyjskim piśmie „Za Swobodu”. Otwiera się tym samym nowe oblicze Igora Newerlego – pisarza rosyjskiego. 

Ze wszystkich miejsc na świecie najkompletniejszą bodaj kolekcję „Za Swobodu” posiada Biblioteka Publiczna m.st. Warszawy na Koszykowej. Tam się zatem udamy dla sprawdzenia rewelacji ukrytych w przypisku do broszury Romana Gula.

Biały Rosjanin

Istotnie, cykl pt. Kotowszczina. Zamietki w stienogrammach (Kotowszczyzna. Notatki stenograficzne) ukazywał się w kilku numerach „Za Swobodu”, począwszy od numeru 250 z roku 1927. Pierwszy odcinek redakcja opatrzyła następującym objaśnieniem:

Zamieszczając w dzisiejszym numerze pierwszy rozdział zapisków o życiu i dziejach jednego z oddziałów kawalerii Armii Czerwonej uważamy za stosowne wyjaśnić:

Jesienią roku 1923 autor został oddelegowany przez kijowskie biuro stenograficzne do dyspozycji sztabu drugiego korpusu konnego, który życzył sobie przez zanotowane opowieści weteranów przedstawić bojową historię korpusu Kotowskiego. Na kanwie zapisków stenograficznych, zarówno zbiorowych „biesiad wspomnień”, jak i osobnych rozmów z dowódcami poszczególnych oddziałów tego korpusu, stacjonujących w Humaniu, Hajsyniu, Krzyżopolu i innych miejscowościach Ukrainy autor napisał w na pół zbeletryzowanej formie niniejsze Notatki stenograficzne.Lektura Kotowszczyzny w zestawieniu z odpowiednimi fragmentami Zostało z uczty bogów nie pozostawia najmniejszych wątpliwości co do autorstwa. Pierwszy rozdział, zatytułowany Sam, zaczyna się od opisu pierwszego spotkania Newerlego z Kotowskim, który przedstawiony jest jako entuzjasta gimnastyki. W trakcie ogólnej rozmowy dowódca zwraca się nagle do autora:

– A jak tam wasza historia korpusu, towarzyszu stenografie? Zdążycie na święto korpusu?

– Tak myślę. Przecież została mi tylko trzecia dywizja besarabska. Tylko za radą towarzysza Krasnego będę musiał zmienić metodę zbierania materiału.

– A konkretnie?

– Organizować w pułkach Wieczory Wspomnień. Przeprowadzanie wywiadów tylko z weteranami trąci oficjalnością, a innych zachęca do roli Kuźmy Kriuczkowa... 

Stenogram ma tu formę czystego dialogu. W powieści autobiograficznej ten sam epizod zostanie opowiedziany: „więc gdy spojrzał, gdy spytał, jak tam z waszą pracą, towarzyszu stenografie – musiałem zdobyć się na pewien wysiłek, by się wyzwolić z onieśmielenia przed jego wzrokiem i legendą. Powiedziałem, jak mi idzie w poszczególnych jednostkach, bo przedtem, kiedyśmy rozmawiali sam na sam, to było mniej ciekawych opowiadań i trochę blagi...”.

Dalej w powieści też jest dialog:

– Kuźmę Kriuczkowa rąbali – zagadnął żywo Kotowski.

– Wiele razy i w różny sposób.

– Wiem, wiem... W dziewiętnastym roku to było, bratku, pod Carycynem – odezwał się nagle Kotowski głosem i stylem jednego z moich rozmówców z Hajsynia.

W wersji z warszawskiego czasopisma nazwisko dzielnego Kozaka dońskiego wymienił sam stenograf, więc dowódca wpada mu w słowo:

– Dwudziestu zabijać naraz? Wiem... „Gdzie miała miejsce ta potrzeba?”. „Pod Carycynem, braciszku, w dziewiętnastym roku” – z zadziwiającą wiernością Kotowski naśladował moich wczorajszych gawędziarzy.

Jak widać, są to dwa teksty tego samego autora. Wszystko wskazuje na to, że pisząc Zostało z uczty bogów, Newerly miał dostęp do swojej publikacji na łamach „Za Swobodu” albo w tejże samej Bibliotece Publicznej na Koszykowej, albo w przechowanych przez lata wycinkach.

Bliższe porównanie obu tekstów pokazuje, że różnice biorą się niekiedy z faktu, iż każdy był skierowany do innego adresata. Inna też była tożsamość autora. W roku 1923, spisując stenogramy, Newerly czuł się zapewne Rosjaninem urodzonym w Polsce. W roku 1927, szykując tekst do druku w rosyjskim piśmie wydawanym w Warszawie, czuł się zapewne białym Rosjaninem, który mieszka w Polsce i stopniowo zaczyna się wdrażać do myślenia po polsku (zdarzyło mu się już, jak wiemy, publikować po polsku w fachowym piśmie stenograficznym, po polsku też stenografował jako Esperto). Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, kiedy pisał Zostało z uczty bogów, był niewątpliwie pisarzem polskim z dużym dorobkiem i wielkimi nakładami. To trochę zmienia perspektywę. Być może dlatego fragment dotyczący kupców polskich, którzy przyjechali na spotkanie z Kotowskim, jest w Kotowszczyźnie, ale nie wszedł do powieści: „wysocy i niscy, piękni i brzydcy, ale eleganccy, dziwnie poprawni ludzie z tego niezrozumiałego kraju, gdzie jest jakiś «Sejm» i nie ma gazety «Prawda», gdzie sukno jest lepsze od tutejszego, a papierosy gorsze”. To spojrzenie życzliwego Rosjanina, ale spojrzenie z zewnątrz. Po latach Newerly uzna ten dystans za zbędny. 

Rozdział drugi Kotowszczyzny nosi tytuł Likwidacja powstania tambowskiego, zasadniczy jego trzon to – opowiedziana również w powieści autobiograficznej – historia prowokacji, w której ludzie Kotowskiego, udając oddział atamana Frołowa, oszukali pułkownika Matiuchina i zlikwidowali jego oddział. W czasopiśmie po tej historii następuje wielce smakowity zapis rozmowy o rozszerzeniu rewolucji na Europę:

– Europę by tak... do Europy by wpaść na godzinkę – rozmarzył się siedzący kotowiec – ze świstem i z dymem! Żeby nocki były czerwone, świty czarne, żeby mieć krew pod kopytami i wiatr w uszach! I wtedy ławą i z hukiem przez place paryskie, za rrewwoluccje, mesje, za proletariacką ginę wesz! Ech... Przydałoby się!

– Europa chyba poradzi sobie sama.

– Bez nas? To zupełnie wykluczone – kategorycznie protestuje Kostik. – Myśmy, można powiedzieć, opatentowali wszystkie rewolucje. Chcesz otworzyć sklepik – przyjdź, poproś, to otrzymasz, a jak nie przyjdziesz, to będzie nieważna. Bez nas jak bez czeki.

– Zdarzały się rewolucje i bez czeki.

– E tam, co to za rewolucja, jeśli nie ma czeki! Spirytus bezalkoholowy. Takie tam gadanie...

W powieści cała ta rozmowa zostanie streszczona w paru zdaniach, ale warto je czytać łącznie z tekstem w piśmie „Za Swobodu”, bo upewniamy się wówczas, że zdanie o Europie, która sobie poradzi bez Rosji, i o rewolucjach bez czekistów wypowiedział sam stenograf brygady Kotowskiego. Dlaczego nie chciał powtórzyć tych słów w autobiograficznej powieści? Pewnie dlatego, że choć w końcu wydał ją w Instytucie Literackim i w NOW-ej, najpierw kilkakrotnie próbował w „Czytelniku”. Dobrze, że dziś, po latach, można przywrócić Newerlemu autorstwo tych słów.

Trzeci rozdział Kotowszczyzny nosi tytuł O tym, co wielkie, poprzez drobiazgi. Zaczyna się snem stenografa o wielkim ptaku, który usiłuje zrzucić z siebie przyczepione mu do szyi głowy dwóch nieżyjących już Władimirów – Puryszkiewicza i Lenina (pierwszy był zabójcą demonicznego popa Grigorija Rasputina, faworyta rodziny carskiej). A potem następuje przywołana już w poprzednim rozdziale anegdota o komseku Johannesie „der Dritte”, czytającym frazy z samouczka Olendorfa. Spróbuję przełożyć ten fragment, choć mam świadomość, że cały jego urok tkwi w wersji pisanej cyrylicą, gdy czyta ktoś, kto zna i rosyjski, i niemiecki: „Cierpliwie kartkował zieloną książeczkę i cieszył się, kiedy w niej coś znalazł: «Pamiętaj, że tylko na wojnie das gebot der warhaftigkajt (i w natchnionej recytacji ciągnął śpiewnie) wi zo fiile andre zittengebote ferliirt zajne gjultigkajt im krige!»”. (W przypisku Abugow/Newerly podaje po rosyjsku sens zdania: „Przykazanie prawdomówności, jak wiele innych nakazów etycznych, traci znaczenie w czasie wojny”.)

Stenograficzna opowieść o brygadzie Kotowskiego kończy się dwoma akcentami – osobistym i ogólnym. W osobistym autor w rozmowie z komisarzem politycznym nieomal demaskuje się jako mienszewik. A to poważny zarzut, skoro, jak powiada komisarz: „Mienszewizm to, ja wam mówię, choroba społeczna gorsza od syfilisu. Odzywa się w dziesiątym pokoleniu”.

Ogólne podsumowanie zaś brzmi tak: „Wyjaśniło się – na listę republik radzieckich zapomniano wpisać Kotowię – dziwną republikę autonomiczną złożoną z ośmiu pułków kawalerii, rozłożonych nad polską granicą. Ale czy Kotowia jest tylko jedna? I czy jest ona komunistyczna?”.

Kotowszczyzna nie była jedyną publikacją na łamach dziennika „Za Swobodu”, napisaną przez Newerlego. Pierwszym artykułem podpisanym „Igor Abugow”, na jaki natrafiłem, jest tekst pt. Ażur, opublikowany w numerze 176 tegoż roku 1927. Nie chodzi w nim o luźną tkaninę ani element dekoracyjny z otworami, tylko o przejrzystość w kwestiach ekonomicznych i finansowych.

Kolejny artykuł polityczny – W stronę termidoriańskiego rozjazdu (nr 205) – rozpoczyna się świetnym porównaniem partii bolszewickiej do pociągu pędzącego w środku nocy po rozchwierutanych szynach: „Na pociągu – trzy litery: W.K.P. Na parowozie – od czterech lat trup”. (Lenin, przypomnijmy, zmarł w styczniu roku 1924.) 

W innych tekstach (Rubaszka biedoty, nr 243, Manifest nr 1, nr 253) Abugow zajmuje się sytuacją gospodarczą wsi w Rosji Radzieckiej. Pisze też o X zjeździe ukraińskiej partii komunistycznej w Charkowie (I nie mądrzej..., nr 278). Osobne miejsce wśród tekstów Abugowa w „Za Swobodu” zajmuje zamieszony w pierwszym numerze z roku 1928 autobiograficzny szkic W noc sylwestrową. Na jednym planie jest to wspomnienie pierwszego pocałunku z Niną, przyjaciółką z mienszewickiej, jak wiemy skądinąd, konspiracji. Jak chodzą razem po nocnym Kijowie, jak on chce ją namówić, by do niego przyszła na noc, i kusi słoniną, na którą wymienił nowy płaszcz, a słonina „pachnąca, biała jak śnieg”, do tego upieką kartofli i będą jeść plastrami, popijając herbatą... Ale zarazem pojawia się wątek konspiracji. Nina ma do Gorii (Igora) pretensje, że kiedy niedawno do sali wbiegł przestraszony Misza i zawołał, że czekiści otoczyli dom, wszyscy uciekli, a Igor został, wyszarpując coś z notatnika. On jej tłumaczy: „Tak, tak, jeśliby u mnie znaleźli tę listę ofiar Czerwonego Krzyża...”. Ona: „Zaszyfrowaną”. On: „O diabolo pistoletto! Ależ zrozum, że nie ma szyfru, którego nie dałoby się rozszyfrować. A wtedy ilu siedziałoby tylko za to, że ofiarowali aresztowanym rubaszkę czy rubelka?”.

Nina ma moment załamania, kiedy wydaje się jej, że lada chwila będzie aresztowana. Igor martwi się, że gdyby ich zamknięto, przepadnie niesiony pod podkoszulkiem ostatni zestaw czcionek. Martwi się też o matkę, wie, że ona i tej nocy czeka na jego powrót. „Może to mój egoizm, ale czasami, patrząc na nią, czekającą w milczeniu, czasami, Nino, chciałoby się, żeby mnie prędzej wzięli”.

Mijany gmach GPU budzi pesymistyczne refleksje: „My, drugie pokolenie podziemnej młodzieży, nie wymkniemy się im, jak nie wymknęło się pierwsze. Zbliżamy się do przełomowego wieku dla podziemnego pokolenia – dwa lata”. 

W zakończeniu autor tłumaczy, dlaczego w noworocznym nastroju przypomniała mu się tamta sylwestrowa noc: oto właśnie dostał z Uralu wiadomość o śmierci Niny na zesłaniu.

Z opublikowanego dwa numery później artykułu Przenicowane wyjmę tu tylko jeden akapit, wystarczy za tasiemcowe cytaty: 

„Stalin to grubianin”, przestrzegał partię w testamencie Lenin, zapomniawszy o swoim własnym powiedzeniu „u nas duże gospodarstwo, każde draństwo się trafi”. Więc zdarzyło się też stalinowskie grubiaństwo i bezczelność. Zamachnął się więc grubiański Stalin bezczelnie i wszystkich „pozostałych” po tej i po tamtej stronie granicy palnął manifestem: „Niech się stanie siedmiogodzinny dzień pracy!”.

Artykuł O „dekabrystach” WKP (1928, nr 18) dotyczy walk frakcyjnych między Stalinem a Trockim i Zinowjewem. We wsi pod sowietami (nr 28) to podbudowana statystyką analiza sytuacji na wsi w Związku Radzieckim. Wewnętrzne sprzeczności WKP (nr 47) to omówienie dwóch książek rosyjskich wydanych w Paryżu, a dotyczących pierwszego dziesięciolecia porewolucyjnej Rosji. 

Z artykułu pod osobliwym nagłówkiem ...? (nr 58) warto przytoczyć objaśnienie tytułu, zwłaszcza że zawiera ono wątek autobiograficzny: 

Przypomina mi się, jak już po polskiej stronie, zakończywszy wstępne przesłuchanie, komendant posterunku spytał wesoło: 

Pan z bolszewii. Proszę mi wyjaśnić, co oznaczają trzy kropki ze znakiem zapytania tam naprzeciwko na sowieckim słupku? W Rosji z pewnością nie wiedzą, że na granicy proletariackiej ojczyzny wyleniały się i wytarły litery C, została tylko połowa P, przypominająca znak zapytania, i że zamiast CCCP wisi: ...?

Oni to tylko czują.

I kiedy robotnik słyszy wszystkie trzy syczące C – w myśli rodzi się znak zapytania, zawieszony nad beznadziejnym wielokropkiem”.

I wreszcie artykuł Budowniczy (W obronie sztuki dla sztuki) (nr 69). Ważny choćby ze względu na stolarskie pasje Igora Newerlego. Posłuchajmy: „Budowniczowie to ludzie wolnego zawodu i jako tacy dzielą się na rzemieślników i artystów. Dla rzemieślnika ważny jest rezultat jego pracy, dla artysty sam jej proces”. 

Począwszy od numeru 92 w roku 1928, na łamach „Za Swobodu” zaczęły się ukazywać felietony miejskie z cyklu Drobiazgi życia warszawskiego (Miełoczi warszawskoj żizni). Zwróciły one moją uwagę tytułem, który przypomina tytuł artykułu Abugowa O tym, co wielkie, poprzez drobiazgi, oraz pseudonimem – Newer Mor – przypominającym nazwisko Newerly. I jeszcze jedno. W latach 1927–1928 przy dzienniku „Za Swobodu” ukazywał się dodatek literacki „Wolna Trybuna Młodych”. Dziesięć lat później Igor Newerly zacznie wydawać w Warszawie tygodnik „WoTuM – Wolna Trybuna Młodych”... 

Laseczka emira bucharskiego okazała się magiczną laseczką. Doprowadziła nie tylko do stenogramów o brygadzie Kotowskiego, ale i odkryła zupełnie nieznane oblicze Newerlego jako białego Rosjanina i zdecydowanego antykomunisty.

Teksty Igora Abugowa w piśmie „Za Swobodu” rzucają zarazem nowe światło na powojenną sytuację Newerlego. Oto człowiek, który zdecydował się wrócić po wojnie do Polski i który żył tutaj w najgorszych latach stalinowskich, wiedząc, że w centrum Warszawy, przy ulicy Koszykowej, w publicznej, każdemu dostępnej bibliotece, leżą nieco pożółkłe egzemplarze rosyjskiej gazety z jego tekstami o trupie Lenina na pędzącym w mroku parowozie partii bolszewickiej, o Stalinie-grubianinie, o czekistach obecnych w każdej rewolucji i o niemal wszechwładnym GPU. Wprawdzie nie były one podpisane pełnym nazwiskiem, tylko zbliżonym do niego pseudonimem, ale ryzyko ujawnienia tych tekstów musiało być duże. Myślę, że to w sporej mierze wyjaśnia, dlaczego człowiek, który przeszedł przez kilka więzień w Związku Radzieckim i z trudem uniknął zesłania do łagru, wstąpił po wojnie do PPS, a z nią do PZPR, i napisał jedną z najbardziej znanych powieści zaliczanych do nurtu realizmu socjalistycznego. Wyjaśnia też jego późniejszą ewolucję polityczną, którą można będzie obecnie interpretować jako stopniowy powrót do poglądów głoszonych w końcu lat dwudziestych na łamach rosyjskiego, wydawanego w Warszawie, dziennika „Za Swobodu”.

Jan Zieliński 

Szkatułki Newerlego