(...)
Postkonserwatysta, jako fundamentalistyczny sceptyk, kategorycznie wątpi w to, żeby mogła nastąpić restauracja w jakiejkolwiek dziedzinie, co nie oznacza, że uważa, iż nie należy próbować zmienić tego i owego na lepsze, przywracając to, co było, na przykład pozatykać dziury w dachu, pomalować płot, naprawić zepsuty kran, wykopać w ogródku uschnięte forsycje i posadzić nowe, pogodzić się z przyjacielem, z którym się pokłócił, odrestaurować zatarty napis na nagrobku, jeszcze raz przeczytać dobrą książkę, którą czytał dwadzieścia pięć lat temu i jeszcze raz się nią zachwycić, tylko trochę inaczej.
Postkonserwatysta przyklaśnie tezie Nietzschego, że w każdej epoce istnieje świat gnijący i świat powstający. Uściśli ją tylko, dopowiadając, że jest to jeden i ten sam świat.
Postkonserwatysta odczuwa radość z budowania, której towarzyszy świadomość, że i tak to, co buduje, kiedyś się rozpadnie, ba, od razu zaczyna się rozpadać, bo jako rzecze Ernst Jünger, świat jest w połowie budowany, a w połowie popada w ruinę. Jedyną jego ambicją jest choćby odrobinę przyczynić się do utrzymania świata w tej chwiejnej równowadze.
Postkonserwatysta bardzo by chciał, żeby świat ułożył mu się w uniwersalny ład, w ogólną całość. Ale nijak mu się ten pucel nie układa. Przeto stara się, aby choć małemu kawałkowi rzeczywistości, która jest w zasięgu jego ręki, nadać pewną formę, ład i sens, czyli zaprowadzić wokół siebie nieco mniejszy chaos. Kiedy ktoś mu zarzuci, że ten kawałek jest taki mały, stwierdza, „ale on jest”. A w duchu doda: „Ten mój mały kawałek, drogi kolego, jest większy niż cała twoja Całość, którą sławisz”.
Postkonserwatysta stanowczo odmawia uznania czasu, w którym żyje, za okres przejściowy, za coś w rodzaju „interregnum”. Uważa, że świat, w którym żyje, jest taki, jaki jest i inny nie będzie. Jego egzystencja jest w nim zanurzona po samą szyję, wkręcona w tryby konkretnego „tu i teraz”. Nie znajduje sensu w czekaniu na coś, co miałoby przyjść później. Nie uśmiecha mu się życie przejściowym półżyciem, afirmuje swój czas w elementarnym sensie, bo tylko ten czas dany mu został do życia, a śmierć i tak nie pozwoli mu doczekać niczego lepszego.
(...)
.
Postkonserwatysta bierze sobie do serca przestrogę Ernsta Jüngera: „Poruszamy się w minionych epokach lub odległych utopiach, podczas gdy teraźniejszość przemija”.
Postkonserwatysta wie, że w odległej przyszłości o czasach, w których żyje, będzie się mówiło jako o „starych, dobrych czasach”. Wyciąga z tego logiczny wniosek, że już teraz żyje w „starych, dobrych czasach”.
Postkonserwatysta uważa za prawdę najbardziej oczywistą z oczywistych, że jego świat jest naprawdę najlepszym ze wszystkich możliwych światów, a to z tego prostego powodu, że jest to jego świat.
Postkonserwatysta zgadza się z buddystą Kenem Wilberem, że nie należy historyzować tego, co dzieje się w samym człowieku. To jego własna egzystencja może być biografią upadku lub postępu, w nim samym może następować upadek i restauracja, kolejny upadek i odrodzenie, to w jego egzystencji dokonuje się progres i regres, i tak aż do śmierci, która zawsze przychodzi za wcześnie. Postkonserwatysta dopuszcza nawet mało optymistyczne założenie, że jego własna egzystencja jest tylko serią mikrokatastrof noszącą przypadkiem jego nazwisko ( jest to, rzecz jasna, „cud przypadku pełnego znaczenia”).
Postkonserwatysta za absurdalną, i szczególnie „dołującą” psychicznie, uważa koncepcję, że kiedyś świat był zaczarowany, ale potem w wyniku różnych strasznych rzeczy nastąpiło jego odczarowanie. Stawia aksjomatyczną hipotezę, że tylko od niego samego zależy, czy jego własny świat stanie się zaczarowany. Świat jest bowiem poszarzały i nudny tylko dla poszarzałych i nudnych ludzi.
Postkonserwatysta nie bierze udziału w sporze pomiędzy zwolennikami linearnej i cyklicznej koncepcji dziejów (liniowcy kontra cykliści), bo nawet swoich własnych dziejów nie potrafi ułożyć w jeden wzór.
Postkonserwatysta jest zwolennikiem kosmologii topocentrycznej, która wychodzi z założenia, że centrum wszechświata zlokalizowane jest tam, gdzie żyje człowiek, czyli obecnie i tymczasowo środkiem kosmosu jest nasza Ziemia. Natomiast centrum (płaskiej) Ziemi – tak się jakoś szczęśliwie złożyło – znajduje się w ogródku postkonserwatysty.
Postkonserwatysta uważa, że w gwiazdy najlepiej patrzeć bez teleskopu, a na liście i kwiaty bez mikroskopu.
Postkonserwatysta przedkłada wydarzenia i sytuacje ponad systemy i struktury – za Gillesem Deleuze nawet pojęcia uznaje za wydarzenia. Woli miejsca, szlaki, przejścia, enklawy, marginesy, szare strefy niż wielkie obszary; boczne, polne drogi i leśne przecinki (Lichtung) niż szosy i autostrady; preferuje skinięcia i gesty zamiast wielkich znaków i komunikatów. Wybiera trawersy zamiast prostej drogi na szczyt.
Poskonserwatysta odpowiada tym, którzy namawiają go, żeby zaczął zmieniać świat: „Chcecie zmienić świat? Zostańcie w domu!”.
(...)
Postkonserwatysta obserwuje z uwagą, jak obumierają kategorie, pojęcia i języki, jak „wszystko, co trwałe ulatnia się i rozpływa w powietrzu”, ale wie również – i tu ujawnia się jego przywiązanie do konserwatywnej antropologii – że ludzie w najgłębszych warstwach swojej egzystencji pozostają tacy sami. Postkonserwatysta wie – bo ciągle brzmi mu w uszach dobra rada udzielona mu przez makiawelistów i mistrzów realistycznej myśli politycznej: „nie patrz na maski i kostiumy, na makijaże i gesty, nie słuchaj tego, co mówią i obiecują” – że wieczne są hierarchie i dominacje, władza, polityka, walka, konflikt, panowanie, instytucje, wróg-sojusznik, zawiść, chciwość, wola mocy, nierówność: „Ci, co na dole, chcą na górę, ci, co na górze, nie chcą na dół”; „Naiwni dają, potężni biorą”; „Bądź jagnięciem, a na pewno spotkasz rzeźnika”; „Uwaga na portfele! Znowu mówią o demokracji, prawach człowieka i wrażliwości społecznej”; „Co zrobisz, kiedy ktoś cię uderzy w lewy policzek? Zależy od tego, jak silny jest ten, co uderza”; „Prawda was nie wyzwoli, ale panowanie nad środkami produkcji prawdy – i owszem”; „Praca uszlachetnia, praca jest etycznym obowiązkiem – powiedział pan do chłopa pańszczyźnianego”; „Ze sztyletem w dłoni prawią kazania o rządach Rozumu”; „Kto nie chce być kowadłem, musi być młotem”; „Dlaczego mnie tak nienawidzisz, przecież nic dobrego dla ciebie nie uczyniłem?”; „Bat określa świadomość”; „Kain i Abel – wzorcowy przykład braterstwa”; „W pozłacanej oprawie współczucia tkwi nieraz sztylet zawiści”; „Wojny wybuchają, rewolucje zwyciężają, reżimy upadają, a urzędy pozostają”; „Żelazne prawo oligarchii działa nawet w kółku różańcowym”; „W ogrzanej menażerii współczesnej kultury politycznej drapieżniki krążą czujnie wokół siebie, wymrukując chrapliwie etyczne formuły”; „Władza deprawuje, władza absolutna to bardzo fajna rzecz”; „On jest za międzyludzką solidarnością – solidarnością jego ręki z kieszenią sąsiada”; „Co to jest polityka? Kto z kim, na kogo i na co zbiera pieniądze”, „Demokratyczny rząd to najlepszy rząd, jaki sobie możesz kupić”; „Kto sam się poniża, chce być wywyższony”; „Nie otwieraj się zbyt pospiesznie na Innego, bo może mieć nóż za pazuchą”; „Posługują się pojęciami «konstytucja», «legalność», «tolerancja» jak zatrutymi sztyletami”; „Czyj chleb jesz, tego piosenkę śpiewasz”; „Deszcz pada tak samo na uczciwych i na złodziei, ale na uczciwych bardziej, bo złodzieje ukradli im parasol”.
Postkonserwatysta podejrzewa, że ogólna suma szczęścia i radości, cierpienia i bólu, przelanej krwi pozostaje w świecie zawsze taka sama. Ale wie też, że nie jest to żadna pociecha dla tych, którzy cierpią więcej niż inni, dla tych, którym przypadła w udziale większa porcja bólu, dla tych, których krew jest przelewana.
(...)
Postkonserwatysta zgadza się z twierdzeniem Ciorana, że każdy postęp implikuje regres, każdy wzlot – upadek, ale uzupełnia je: każdy regres implikuje postęp, każdy upadek – wzlot.
Postkonserwatysta przychyla się do opinii, że nie można dziś frontalnie atakować „Systemu” występując w roli rewolucyjnego – konserwatywnego lub lewicowego – samotnego bojownika. Taka postawa jest bowiem sensowna tylko wówczas, kiedy dysponuje się „obiektywnie konieczną” perspektywą przyszłości, kiedy zna się „sens historii”. On żadnego sensu historii dociec nie potrafi. Kiedy patrzy w przyszłość, widzi różne przyszłości, szczególnie, gdy chodzi o jego własną przyszłość, a ta interesuje go najbardziej. Jedyne, czego jest pewien, to to, że koniec wszystkich tych przyszłości będzie w każdym przypadku taki sam. I nie będzie to, niestety, happy end. Więc nie wie, co wybrać: konstruktywny opór czy kolaborację, pozbawioną najmniejszej choćby odrobiny entuzjazmu; przemyśliwuje intensywnie, jak by tu nie popaść w jałowy konformizm, a zarazem uniknąć pułapki równie jałowego buntu, jak wymknąć się z uścisku syjamskich braci: urzędowego optymizmu i opozycyjnego biadolenia, co zrobić, żeby nie być mówionym ani przez oficjalną nowomowę, ani przez opozycyjną, antysystemową kontrnowomowę, jaką subtelną grę prowadzić, żeby „Oni” się nie dowiedzieli, czy jest „za”, czy „przeciw”, jak balansować, na linie prawdy, żeby nie wpaść do czarnej dziury po prawej lub do czerwonej po lewej stronie. Nie bardzo wie, jak ten cel osiągnąć, jak rozwiązać tę kwadraturę koła, ale mocno się stara, usilnie poszukując Trzeciej Drogi – znów ta pokusa wielkich liter! – więc nie Trzeciej Drogi, ale trzeciej drogi lub trzeciej ścieżki, a może tylko ścieżynki, którą mógłby sobie niespiesznie wędrować – odpowiada mu bycie flaneurem, „niespiesznym przechodniem”.
(...)
Postkonserwatysta ma cichą nadzieję, że „także w naszym spodlałym świecie można wieść życie warte życia. Wystarczy, że człowiek myśli, że się nie sprzedaje, że upiera się przy swojej godności i ludziom niegodnym nie podaje nawet małego palca, również tym niegodnym spośród ofiar” (Joachim Fernau).
Postkonserwatysta, kiedy mu mówią, żeby porzucił wszelką nadzieję, wznosi toast: „Wypijmy za niebywałe powodzenie naszej beznadziejnej sprawy!”. I postanawia: „Nie mam żadnych szans, ale muszę je wykorzystać” (za Achternbuschem).
Tomasz Gabiś
https://www.tomaszgabis.pl/2009/07/13/manifiesta-postkonserwatywna/
Achternbuschem).
Tomasz Gabiś
Fragment książki Gry imperialne (Wydawnictwo Arcana, Kraków 2008). Poprawiona i rozszerzona wersja tekstu, który ukazał się [w:] „Stańczyk. Pismo postkonserwatywne” nr 40/41 (2004)
Obecnie dostępne jest drugie wydanie książki, znacznie poszerzone 915 stron!
Nie jestem postkonserwstystą, choćby z powodu tego, że istnieje dla mnie Prawda przez duże P. Nie mniej czyta się Pana Gabisia bardzo przyjemnie, powiedziałbym że to twórczość przez duże Tfu 😌
Gry imperialne. Między Imperium Europejskim a... - Tomasz Gabiś [KSIĄŻKA]