Anachoresis
Pokochanie innej osoby dowodzi zmęczenia samotnością: jest więc tchórzostwem i zdradą wobec samego siebie (jest rzeczą najwyższej wagi, abyśmy nikogo nie kochali). Fernando Pessoa
czwartek, 17 września 2026
Gotówka szykuje się do skoku
XII Kongres Obsługi Gotówki wykazał, że szeleszczący i brzęczący pieniądz to warunek funkcjonowania naszego kraju w trudnych czasach.
– Na ekranie widzą państwo dwa banknoty stuzłotowe. Proszę zdecydować, skanując wybrany kod, który z nich jest prawdziwy, a który fałszywy – powiedziała, na wstępie swojego wykładu o nowej erze fałszowania pieniędzy, dr. Joanna Kołodziej z departamentu emisyjno-skarbcowego Narodowego Banku Polskiego. Słuchało jej kilkaset osób, uczestniczących w XII Kongresie Obsługi Gotówki w Warszawie. Okazało się, że 53 proc. uczestników dobrze rozpoznało oba banknoty. – Na sali są profesjonaliści, więc zrozumiałe, że większość zagłosowała prawidłowo. Niefachowcy mogą jednak mieć kłopoty z wykryciem sfałszowanych banknotów – skomentowała dr. Kołodziej.
O fałszowaniu polskich pieniędzy nie słyszymy zbyt często, a służby nie chwalą się rozbijaniem gangów podrabiających gotówkę. Jest to jednak problem, który trudno całkowicie rozwiązać, bo choć banknoty są coraz lepiej zabezpieczane, to zawsze znajdą się fałszerze próbujący szczęścia. I wciąż, w polskim obrocie gotówkowym można trafić na fałszywki. W 2023 roku wykryto, dokładnie licząc, 3869 sztuk fałszywych banknotów. Rok później nieco więcej, bo 4406. Ubiegły rok utrzymał tendencję wzrostową – 4966 fałszywych polskich banknotów. To wprawdzie bardzo niewiele, bo około 1,3 sztuki na milion, tym niemniej ten przyrost nieco niepokoi. Może w 2026 roku ta liczba trochę spadnie, bo służbom udało się zlikwidować wytwórnię podrobionych pięćsetzłotówek w Sochaczewie. Ale dopóki papierowa gotówka będzie popularna, dopóty będą zdarzać się fałszerstwa.
Gotówka w Polsce wciąż zaś trzyma się mocno, choć banki działające w naszym kraju usiłują najróżniejszymi sposobami zniechęcać klientów do korzystania z papierowych pieniędzy. Nie pomaga jednak utrudnianie dostępu do stacjonarnych oddziałów kasowych z obsługą fizyczną czy zerowe oprocentowanie tradycyjnych kont. Przekorni Polacy, jakby w reakcji na te bankowe szykany, wręcz wracają do gotówki. Badania pokazują, że około 80 proc. polskich klientów załatwia swoje sprawy wyłącznie w bankach posiadających oddziały stacjonarne, mimo przeszkód wymyślanych przez bankierów. Według danych NBP, w maju bieżącego roku, wartość pieniędzy papierowych i metalowych znajdujących się w obiegu osiągnęła 482,5 miliarda złotych.
Pod względem przywiązania do gotówki jesteśmy na drugim miejscu w Unii Europejskiej, zaraz za Niemcami. Polska jest jednak jedynym krajem UE, gdzie udział gotówki w aktywach finansowych gospodarstw domowych przekracza 10 proc. (dokładnie licząc, 11,3 proc na koniec ubiegłego roku). Warto dodać, że w całej Unii Europejskiej ten udział wynosi zaledwie 3,2 proc – czyli prawie cztery razy mniej, niż w naszym kraju
Nasza sympatia do szeleszczącego i brzęczącego pieniądza zaczęła wyraźnie rosnąć w związku z pandemią i napaścią Rosji na Ukrainę – i ta tendencja się utrzymuje. Wolimy trzymać część zasobów w domu, mając świadomość, że w razie jakiegoś ataku hakerskiego na system bankowy, czy w związku z poważnymi zagrożeniami geopolitycznymi, banki po prostu wstrzymają wypłaty środków na zasadzie „Misia”: Nie wypłacimy panu pańskich pieniędzy, i co nam pan zrobi?
To zresztą w Polsce nie pierwszyzna. W 1939 roku, przed niemiecką agresją, Polacy też wycofywali pieniądze z banków – i słusznie robili. Podobnie, również słusznie, zachowywali się pod koniec lat osiemdziesiątych, w czasach wysokiej inflacji, gdy gotówkę wycofywaną z banków zamieniali na dolary, marki zachodnioniemieckie i funty brytyjskie.
W dzisiejszej dobie, banki działające w naszym kraju nie martwią się jednak tym, że Polacy są tak bardzo przywiązani do gotówki. Rzecz w tym, że ogromną część naszych pieniędzy – bo aż ponad 1000 miliardów złotych – przechowujemy na rachunkach bankowych z zerowym lub niemal zerowym oprocentowaniem. To oczywiście olbrzymi zysk dla banków, które nie muszą wypłacać odsetek. Oczywiście, nie robimy bankierom tych finansowych prezentów z sympatii do nich – lecz dlatego, że stosują oni sprawdzoną metodę, mającą w maksymalnym stopniu utrudnić nam korzystanie z bardziej opłacalnych lokat. Chodzi tu o ograniczenie czasu trwania wszelkich promocji bankowych (co ma miejsce zapewne we wszystkich bankach działających w Polsce) jedynie do trzech miesięcy. Po tych trzech miesiącach, wyższe oprocentowanie kont spada do poziomu zerowego lub niemal zerowego. Przykładowo, w państwowym PKO BP, oprocentowanie nowych środków na tzw. koncie oszczędnościowym plus wynosi 4 proc. w skali roku – ale tylko przez 90 dni. Po tym okresie oprocentowanie tego konta spada do 0,1 proc. w skali roku. W BNP Paribas Banku, w ramach trwającej obecnie promocji, oprocentowanie tzw. konta lokacyjnego wynosi 3,75 proc. rocznie – ale po 30 października tego roku spadnie do 0,19 proc. I taka jest właśnie polityka bankierów.
Po upływie wspomnianych trzech miesięcy, banki z reguły proponują kolejne promocje, na bardzo podobnych zasadach ale pod inną nazwą. Oczywiście, można z tych promocji korzystać. Wymaga to jednak zmieniania co trzy miesiące numerów rachunków bankowych, na które trafiają nasze pensje, emerytury oraz przelewy z tytułu faktur. Mało kto ma tyle samozaparcia, by z taką częstotliwością informować swoich pracodawców, Zakład Ubezpieczeń Społecznych i wszelkich kontrahentów, że powinni wysyłać pieniądze na coraz to inne numery kont.
Bankierzy, cynicznie lecz słusznie uważają, iż w ciągu tych trzech miesięcy klient na tyle przyzwyczai się do swojego konta, że po zakończeniu promocji nie będzie mu się chciało zamykać rachunku i przenosić gdzie indziej. Tak więc, chociaż będzie wiedział, że finansowo traci, to nic z tym nie zrobi. W rezultacie, Polacy zostawiają pieniądze na praktycznie nieoprocentowanych rachunkach, ponosząc coraz większe straty z tytułu inflacji. Banki zarabiają zaś gigantyczne sumy z tytułu niewypłacania odsetek. A ponieważ bankierzy chcą zarabiać naszym kosztem jeszcze więcej, to nagminnnie pozwalają swoim klientom na dokonywanie za darmo tylko jednej operacji na rachunku w ciągu miesiąca. Za każdą następną każą już płacić.
Bardzo możliwe, że kiedyś ta polityka banków obróci się przeciwko nim – i miliony Polaków dojdą do wniosku, że przechowywanie pieniędzy na rachunkach bankowych traci sens, skoro z pieniędzy trzymanych w domu można praktycznie w każdej chwili zrobić użytek bez ponoszenia dodatkowych opłat. Już dziś przecież nasz kraj jest europejską, gotówkową twierdzą.
Włodzimierz Kiciński, wiceprezes Związku Banków Polskich, słusznie stwierdził podczas XII Kongresu Obsługi Gotówki, że w Polsce gotówka jest w coraz lepszej formie, pomimo rozmaitych pomysłów i zabiegów marketingowych mających ograniczyć jej znaczenie.
Paweł Szałamacha, członek zarządu NBP podkreślił zaś, iż ludzie chcą mieć pewność, że będą w stanie zaspokoić swoje potrzeby życiowe w niełatwych czasach – i dlatego zapotrzebowanie na gotówkę może nadal w Polsce rosnąć. – Wtedy, gdy na teren naszego kraju wlatywały rosyjskie rakiety lub drony, rosła liczba pobrań gotówki. Polacy trzymają ją w domach w celach ostrożnościowych. Jak deklarują: „na wszelki wypadek” – dodał.
Zrozumiałe więc, że z prac XII Kongresu Obsługi Gotówki popłynął jeden podstawowy wniosek: fizyczny pieniądz, który można schować do portmonetki jest bardzo ważnym elementem odporności całego systemu finansowego – a więc i całego naszego państwa – na wszelki zagrożenia; zarówno informatyczne, jak i te najbardziej bezpośrednie, militarne. W trudnych czasach gotówka jest po prostu niezbędna.
Autorstwo: Andrzej Dryszel
Źródło: Trybuna.info
16.09.2026
wolnemedia/gotowka-szykuje-sie-do-skoku
Instrukcja Operacyjna: Mobilizacja Błotno-Płazowa „Bagna Plus”
autor: DK
[to tajny Dowódca Korpusu? a może
Dowódca Kampanii? a może
Donald & Kosiniak??]
=====================================
Cel: Powstrzymanie broni pancernej wroga przy użyciu terytorialnych zasobów hydrologiczno-biologicznych.
I. Strategiczne Rozmieszczenie Sił
Linia Oporu Bóbr-1: Formacje gryzoni zostają przeformowane w Dywizje Inżynieryjno-Kaskadowe. Wprowadza się bezwzględny nakaz budowania tam o wysokości min. 1,5 m wzdłuż granicy państwowej.
System Zasadzek Torfowych: Czołgi przeciwnika nie będą niszczone bronią przeciwpancerną, lecz wchłaniane przez certyfikowane mchy torfowce. Zaplanowano zatopienie gąsienic na głębokość 2,3 metra.
Pancerne Kijanki: Lokalna fauna zostaje przeszkolona w zakresie podgryzania elementów zawieszenia pojazdów gąsienicowych.
II. Pakiety Wsparcia i Finansowanie
Budżet: 500 milionów złotych przeznacza się na hurtowy zakup konewek, odblokowanie rowów melioracyjnych i zakaz suszenia skarpet na polach.
Ochrona Osobista Obywateli: Brak schronów betonowych rekompensuje się darmowym przydziałem kaloszy do kolan oraz wojskowych woderów z atestem UE.
Kamuflowanie Terytorium: Szybki posiew rzęsy wodnej na wszystkich kałużach w kraju w celu dezinformacji wrogiego rozpoznania satelitarnego (każda kałuża ma udawać bezdenne otchłanie).
III. Scenariusz Działań Bojowych
Wróg przekracza granicę.
Wróg wjeżdża w oficjalnie utworzony „Naturą Chroniony Obszar Błotny”.
Czołgi toną po wieżyczki, a załogi zostają unieruchomione przez wysoki poziom wilgotności powietrza i agresywny atak chmar komarów obronnych.
Ministerstwo Środowiska ogłasza sukces
i zgłasza zatopiony sprzęt jako obiekty małej architektury ogrodowej.
================================
Cały ten koncept opiera się na autentycznych wypowiedziach i planach wiceminister klimatu i środowiska Urszuli Zielińskiej oraz powiązanych projektach (m.in. w ramach tzw. Zielonej Tarczy Wschód),
w których odbudowa mokradeł i torfowisk była poważnie omawiana m.in. jako narzędzie mające utrudniać manewrowanie ciężkiemu sprzętowi wojskowemu.
Z przymrużeniem oka
Z fb, Czar6wnica
Mieczysław Pajewski: Rozwiązałem tajemnicę Kenta Hovinda
Czasami trafiał celnie, ale potrafił też wypowiadać półprawdy i całe nieprawdy.
Właśnie te półprawdy i nieprawdy mnie zrażały do dalszego wysłuchiwania jego wykładów. Uważałem, że gdy kreacjonista polemizuje z ewolucjonistami, to musi bardzo uważać na to, co mówi. Bo przeciwnik natychmiast podchwyci nasze błędy i nas skompromituje. A odnosiłem wrażenie, jakby Hovind zupełnie się tym nie przejmował.
Uważałem więc, że Hovind robi sprawie kreacjonizmu więcej szkody niż pożytku. I że właśnie dlatego w liczących się czasopismach kreacjonistycznych nikt się do niego nie odwołuje.
Zmieniłem swoje widzenie Hovinda niedawno, gdy czytałem tekst „Skacz żabo, skacz”, który jest zapisem jednego z jego wystąpień. Jednego z wielu wystąpień. Bo Hovind nie pisze, on mówi. I mówi nie do kamery, to też, ale przede wszystkim do sporych zgromadzeń osób, które zechciały przyjść go posłuchać.
Standardem uprawiania nauki jest prowadzenie jakichś badań i przynajmniej na końcu przygotowywanie publikacji, która musi być sporządzona zgodnie z tzw. warsztatem naukowym. W takiej publikacji każde słowo jest ważne i każde twierdzenie powinno być uzasadnione. Hovind niczego takiego nie robi. On tylko mówi i nie dba o ścisłość. Jemu zależy tylko na wywołaniu odpowiedniej reakcji audytorium. Tą reakcją ma być śmiech, a przynajmniej uśmiech. Ale nie tylko.
Ważniejszy cel ma charakter religijny. Słuchacze utwierdzają się w wierze w Stwórcę, który stworzył niebo i ziemię. Ostatecznym celem Hovinda bowiem nie jest obalanie ewolucjonizmu. Jego celem jest nawracanie wątpiących i utwierdzanie wierzących. Narzędziem do realizowania tego celu jest ewangelizacja. Robi tę ewangelizację zwalczając ewolucjonizm i ateizm, czyli głosząc kreacjonizm. Ale kreacjonizm jest tylko środkiem osiągania wyższych celów, nie jest celem samym w sobie. Hovind uprawia kreacjonistyczną ewangelizację.
Ale to nie wszystko. Jest jeszcze jeden element, którego uświadomienie pozwoliło mi napisać, że rozwiązałem tajemnicę Kenta Hovinda. On się zachowuje, jakby prowadził jednoosobowy kabaret. A właściwie to rzeczywiście jest kabaret, tylko taki, który ma poważny cel, którego celem nie jest tylko pośmianie się słuchaczy. Zresztą, kto powiedział, że celem wszystkich kabaretów jest tylko pośmianie się? Że pod warstwą dowcipu i śmiechu nie mogą się kryć bardzo poważne sprawy? Najlepsze kabarety są właśnie takie – pozwalają się odprężyć, ale i dają okazję do głębszych przemyśleń.
Hovind przedstawia, bardziej lub mniej udanie, w dowcipnej formie swoją walkę z ewolucjonizmem. W tej walce stoi samotnie naprzeciw całej zgrai ewolucjonistów i ateistów, którzy wyprodukowali mnóstwo kłamliwych podręczników. I ich wszystkich gromi. A nawet nie musi tego robić sam. Może to robić czasami jego córka, która chodzi jeszcze do szkoły. Ewolucjoniści okazują się głupsi od dziecka, które zdroworozsądkowo myśli.
Hovind specjalizuje się w nowej odmianie jednoosobowego kabaretu – religijnym kabarecie antyewolucjonistycznym. Tłumaczy to, dlaczego nie dba o szczegóły. Nie musi, tak jak „posiedzenia rządu” R. Górskiego i M. Wójcika nie są wiernym odzwierciedleniem prawdziwych posiedzeń rządu Donalda Tuska ani jak „Ucho prezesa” nie jest prawdziwym obrazem tego, co się dzieje w siedzibie władz PiSu. Tłumaczy to też, dlaczego autorzy kreacjonistyczni nie cytują Hovinda i dlaczego nie ma sensu polemizowanie z tym, co mówi Hovind. Ostatecznie rzecznik rządu Tuska nie prostował „kłamliwej” tezy, że premierowi w głowie tylko „haratanie w gałę”, a rzecznik prasowy prezydenta RP nie tłumaczy nikomu, że prezydent nie siedzi całymi godzinami pod drzwiami prezesa Kaczyńskiego.
Wyobraźmy sobie, że dawna rzecznik rządu publicznie stwierdza, że premier nie przychodził na posiedzenia rządu z piłką pod pachą i że grał w nią tylko raz w tygodniu, a nie codziennie. Nawet ona czegoś takiego by nie zrobiła. Kabaretowe haratanie w gałę było zmyśleniem, ale – i na tym polega wielkość kabaretu – było to „prawdziwe zmyślenie”, choć zwrot ten wygląda na wewnętrznie sprzeczny.
Przedstawiało ona postawę premiera w przesadzonej formie, ale coś było na rzeczy.
Radzę w ten właśnie sposób przyglądać się widowiskom organizowanym przez Kenta Hovinda. Choć przesadza, wyjaskrawia i niekiedy zapędza się za daleko, w ogólnym rozrachunku ma rację. Ewolucjonizm – pogląd, że wszystko się samo zrobiło, podobnie jak opowieść Münchhausena, że ciągnąc sam siebie za włosy potrafił wyciągnąć się z bagna – jest po prostu śmieszny.
Mieczysław Pajewski
środa, 16 września 2026
Przebudzenie rasowe w Europie? Czemu wybiórcze?
Mirosław Dakowski
Naprawdę przecież to nie jest jakaś walka czy zderzenie ras, ale walka cywilizacji, takich zdefiniowanych przez Feliksa Konecznego.
[Te pojęcia opisują różne aspekty ludzkości. Nie stoją zatem ze sobą w opozycji a jedynie się uzupełniają i wydaje się że rasa jest pojęciem bardziej fundamentalnym.VB]
Rasy jest to pojęcie biologiczne, a cywilizacje jest to pojęcie kulturowe, duchowe. Obecnie na świecie najbardziej brutalnie walczącą cywilizacją jest cywilizacja globalistyczna. Nie jest to jednak rozwój naturalny, jak wykazaliśmy w wielu publikacjach, między innymi w Czy cywilizacja globalistów jest naturalnym rozwojem, czy sztucznym piekielnym planem.
Cywilizacja globalistów jest sztuczna, wymyślona w opozycji do Cywilizacji Łacińskiej. Prawdą jest, że twórcami, przywódcami cywilizacji globalistycznej i jej planistami są ludzie, myśliciele wywodzący się głównie z cywilizacji żydowskiej. Ale budują coś, co jest sztuczne, z gruntu złe. Państwo Szatana.
===============================
Od niedawna – a z pewnością od początku 2026 – obserwujemy w Europie Zachodniej pewnego rodzaju przebudzenie wśród białych, rdzennych mieszkańców. Przejawiło się ono przede wszystkim w antyimigranckich zamieszkach w Belfaście oraz w innych miejscach w Irlandii i Wielkiej Brytanii. Jest także widoczne w rosnącym poparciu dla partii w rodzaju Restore Britain (pod przywództwem Ruperta Lowe) czy Alternative für Deutschland (AfD).
W tle mamy aktywistów ruchu „Reemigration” takich jak Eva Vlaardingerbroek czy Martin Sellner, ostatnio nagłaśniających inicjatywę „Save Europe Act” (oficjalne tłumaczenie na polski: „Akt dla suwerennej, wolnej i bezpiecznej Europy„), swego rodzaju petycję do władz UE, która zyskała już ponad 650 tys. podpisów.
Ale przede wszystkim jest widoczne w Internecie gdzie na X, Facebook-u i TikTok-u coraz więcej jest treści coraz bardziej wprost mówiących o konieczności pozbycia się obcych (trafnie nazwanych bodajże przez Grzegorza Brauna „nachodźcami”).
Swego rodzaju „wisienką” na torcie było pojawienie się i nagłośnienie filmu „Citizen Vigilante”. Jego treścią jest samotny biały mściciel, który własnoręcznie wymierza sprawiedliwość różnym kolorowym przestępcom bijąc ich lub zabijając. Zabija także zdrajców – białych sędziów wypuszczających imigrantów mimo popełnionych przez nich przestępstw. Film ten spotkał się z rządowym bojkotem w Niemczech – i pełnym entuzjazmu przyjęciem przez ludzi, którzy dali temu wyraz w głosowaniach na różnych portalach filmowych.
Wszystko to oczywiście budzi pewną nadzieję, jednak ja mam pewne wątpliwości co do autentyczności i rzeczywistych możliwości oraz celów tych ruchów.
Najważniejsze cztery są takie.
1. Brak odniesienia do rasy wprost
Najważniejszym problemem Europy jest tzw. „great replacement” czyli wymiana białej (w większości aryjskiej) rdzennej ludności na murzynów, arabów, pasztunów itp. rasy a także promocja mieszania ras (jak wiemy w każdej reklamie promuje się tam pary składające się z białej kobiety i murzyna).
Rasy te – a zwłaszcza rasa czarna – mają przeciętnie niższą inteligencję, wyższy poziom agresji, brak zdolności do tworzenia kultury i cywilizacji. Właśnie dlatego zachowują się tak jak się zachowują: biją, gwałcą, kradną, dewastują, brudzą1.
Tymczasem te wszystkie ruchy i partie nic na ten temat nie mówią. Nadal operują według narzuconej przez sprawnych operatorów kształtowania umysłów zasady, że rasizm jest czymś złym, wstydliwym i godnym napiętnowania. Tak więc albo w ogóle nie odnosząc się do istoty problemu opowiadają o surowym karaniu i deportowaniu przestępców albo też używają jako „kodu” pojęcia „islam” lub „muzułmanin”.
Szczególnie ta druga postawa jest szkodliwa, bo myląc przyczynę ze skutkiem kieruje uwagę znajdujących się pod wpływem tej propagandy Europejczyków w stronę zwalczania religii. Tymczasem Islam jest emanacją cech tych ras, a nie przyczyną ich zachowania. Innymi słowy oni się tak zachowują bo takie mają DNA, a nie dlatego, że wyznają Islam.
Skąd to wiemy?
Po pierwsze stąd, że wszystkie te rasy zachowywały się tak również zanim w ogóle Mohamed wymyślił Islam. Ba! Arabowie zachowywali się jeszcze gorzej – w gruncie rzeczy można powiedzieć (pomijając kwestie teologiczne), że Mohamed w zasadzie starał się choć trochę uregulować ich zachowanie poprzez prawo koraniczne tak, by w ogóle możliwa była jakaś kultura.
Po drugie stąd, że amerykańscy murzyni – wśród których Islam jest zjawiskiem marginalnym a co najmniej do lat 50-tych ubiegłego wieku w ogóle nieobecnym – tak samo przodują w typowych dla ich rasy zachowaniach jak ich wyznający Islam pobratymcy z Afryki.
Właściwym zatem rozwiązaniem nie jest deportowanie tylko tych co już popełnili przestępstwa ani zamknięcie meczetów i wygnanie islamskich „misjonarzy” (choć to też powinno nastąpić), ale po prostu masowe deportacje w/g kryteriów rasowych (o czym pisałem). Ale właśnie o tym się w ogóle nie mówi! Rodzi to podejrzenie, że wcale nie chodzi o realne rozwiązanie problemu a jedynie stworzenie wrażenia dążenia do jego rozwiązania.
2. Wsparcie ze strony mediów społecznościowych
Wszystkie te ruchy – takie jak Restore Britain – i działania osób takich jak Sellner są możliwe w dużym stopniu dzięki Internetowi a przede wszystkim tzw. mediom społecznościowym, czyli platformom takim jak X, Facebook/Instagram (Meta) i TikTok. Wszystkie one są kontrolowane z USA i od pewnego czasu zaczęły wręcz promować treści prawicowe, z nutami nacjonalistycznymi a nawet rasistowskim podtekstem (bo, jak już napisałem, wprost nikt o tym nie mówi).
Jak już pisałem w innym wpisie jeden z działaczy pro-Europejskich Matthias Victorian, sam to zauważył w nagraniu opublikowanym na Instagramie 1 stycznia bieżącego roku.
Wracam do tego, bo wydaje mi się to ważnym potwierdzeniem, że nie tylko ja mam takie wrażenie (które może być spowodowane tym, że te platformy już dopasowują treści do mnie), ale że też publikujący widzą tą zmianę w swoich statystykach, w tym, że są mniej prześladowani na tych platformach. Przy tym sam Victorian mówi w przywołanym nagraniu: nie wie czemu tak się dzieje ale zamierza korzystać póki się da.
A przecież pamiętamy (mam nadzieję) jak skutecznie działała cenzura na wszystkich wymienionych platformach w czasach rzekomej pandemii Covid sześć lat temu. Wtedy wszelkie wpisy podważające sens maseczek, „szczepionek” i innych działań były bardzo skutecznie tępione. Przez te sześć lat technologia cenzury znacznie posunęła się do przodu, a mimo to treści „antyimigranckie” nie są z nich wcale usuwane! Co więcej, w czasie antyimigranckich zamieszek w Belfaście i innych miejscach w Wielkiej Brytanii to właśnie platformy takie jak X czy Facebook służyły do „skrzykiwania się” uczestników. Bez tychże mediów nigdy nie dowiedzielibyśmy się o szczegółach śmierci Henry Nowaka, która wywołała napędzające te zamieszki oburzenie.
Fakt te zostały dostrzeżone przez władze Wielkiej Brytanii, które oskarżają media społecznościowe o szerzenie „mowy nienawiści” i usiłują zaprowadzić ich cenzurę poprzez próbę odcięcia anonimowego dostępu do Internetu (pod płaszczykiem „ochrony dzieci”, co robi też UE).
Mamy zatem te same obserwacje z dwóch stron: zarówno od samych publikujących jak i od władz np. Wielkiej Brytanii. Powstaje zatem pytanie: dlaczego to się dzieje? Dlaczego treści, które bez problemu można podciągnąć pod „rasizm” i „mowę nienawiści” są nie tylko tolerowane ale wręcz promowane skutecznie przebijając zmowę milczenia zaprowadzoną przez zdradzieckie władze i media głównego ścieku?
Istotną poszlaką jest tu fakt, że wszystkie główne media społecznościowe są kontrolowane przez Żydowską oligarchię. W przypadku Meta – Facebook i Instagram – jest to kontrola wprost, właściciel i szef, Zuckerberg, jest po prostu Żydem. Tik-Tok jest natomiast aktualnie kontrolowany przez firmę Oracle, której założyciel i szef Larry Ellison… jest również Żydem.
Jak to się zatem dzieje, że platformy kontrolowane przez Żydów nagle patronują „prawicowemu odrodzeniu” w Europie? Do czego chcą oni w ten sposób doprowadzić?
Przy tym należąca do Muska platforma X jest tu wyjątkiem jedynie pozornie. Jak wiemy kiedy wczesna wersja Groka sama doszła do wniosków, które zostały uznane za antysemickie i opublikowała swoje odkrycia na X Musk się oficjalnie pokajał, odbył rytualną wizytę do Auschwitz jak i do Izraela i został oficjalnie kumplem Netanjahu. Ba, powiedział nawet, że „aspiruje do bycia Żydem” (“I am aspirationally Jewish.”).
Tak więc mimo tego, że Elon Musk osobiście wspiera te treści na swojej platformie często podbijając je z użyciem swojego niezwykle popularnego profilu a także publicznie wspierając postaci takie jak wspomniany szef Restore Britain Rupert Lowe czy niemiecka AfD nie stanowi on bynajmniej wyjątku od reguły.
Robi zatem wrażenie, że odpowiedzią na sformułowane niegdyś przez gen. Jaruzelskiego pytanie („kto za tym stoi i komu to wszystko służy?”) jest „Żydowska oligarchia”.
3. Brak wzmianek o Żydach
I tu dochodzimy do bardzo ważnego aspektu, a mianowicie braku w narracji wspomnianych ruchów i aktywistów jakichkolwiek wzmianek o Żydach.
Jest to podejrzane z trzech powodów.
Po pierwsze dlatego, że to Żydzi – Żydowska oligarchia – prowadzą długoletni proces ogłupiania białej ludności Europy, pozbawiania jej rasowej świadomości, wartości rodzinnych itp. który odbywa się za zasłoną „demokracji” i „wolności słowa”.
Tymczasem owe ruchy jak AfD itp. mówią swoim zwolennikom, że „to my pozwoliliśmy” albo „my przyjmowaliśmy imigrantów” podczas gdy przecież nie było w tym temacie żadnych referendów ani głosowań – ten kierunek został narzucony ludności państw Europejskich przez ich „elity” ściśle kontrolowane przez Żydowską oligarchię. To te same „elity” zapewniają im ochronę poprzez sądy i policje, które białych karzą za każdy przejaw oporu lub choćby mówienia prawdy a kolorowym pobłażają.
Innymi słowy owe ruchy stosują wobec swoich wyborców auto-oskarżenie, mówią im: „to wy sami tego chcieliście, ok, myliliście się, zagłosujcie na nas, to wyprostujemy sytuację”. Jest to być może mobilizujące ale niestety nieprawdziwe.
Po drugie dlatego, że to Żydzi stoją wprost za samym sprowadzaniem obcych ras do Europy (różne finansowane przez Żyda Sorosa i innych organizacje „praw człowieka” wspierające imigrantów) jak i za „osłoną propagandową” tej operacji (te wszystkie ruchy „refugees welcome”, te kampanie reklamowe, o których pisałem wyżej itp.).
Brak wskazania palcem winnych jest zdumiewający! By użyć porównania George-a Lincolna Rockwella: jeżeli po mieście biegają małpy rozrabiając i gryząc to nikt nie wini małp – taką mają naturę – tylko szuka się kto je wypuścił z klatek w ZOO.
To, że czarni i inni kolorowi biją, kradną, gwałcą, demolują i śmiecą to nie jest ich wina – takie mają DNA. Warto się zapytać kto ich sprowadził i objął ochroną?
Po trzecie warto zauważyć, że niechęć wobec kolorowych i Islamu – używanego jako pozorne wyjaśnienie ich zachowania – jest kierowana propagandowo przeciwko wszelkim protestom wobec ludobójstwa na Palestyńczykach uprawianego przez Izrael, zwłaszcza w Strefie Gazy. Wręcz mówi się: „zobaczcie jak oni się zachowują u nas, myślicie, że w Palestynie zachowują się inaczej”? Pomijając już kwestię tego, że w Palestynie oni są po prostu u siebie to jednak nie usprawiedliwia to masowego ludobójstwa.
A tymczasem tak właśnie się dzieje – te „antyimigranckie” ruchy wręcz pokazują Żydów jako sojuszników, podciagając ich (kłamliwie) pod białą rasę. Można zatem powiedzieć, że antyimigranckie ruchawki przykrywają krzyk mordowanych przez Żydów metodycznie i z dużym okrucieństwem Palestyńczyków.
4. „Lewe sanki”
Wszystko to odbywa się w ramach systemu – a więc opiera się na wyborach, demokracji itp. co jak wiemy jest w samej swojej istocie oszustwem. Pisanie petycji do UE czy liczenie na wyborczy sukces partii takich jak AfD to działania w istocie pozorne, nie prowadzące do rozwiązania problemu. Pod tym względem masowe zamieszki, podpalanie ośrodków dla nachodźców itp. byłyby bardziej skuteczne (w tym sensie, by zaczęli się oni bać i w efekcie dobrowolnie opuszczali Europę) o ile byłyby prowadzone systematycznie i przez długi czas. Nic takiego nie ma jednak miejsca na skalę, która mogłaby dać realne zmiany.
Zamiast tego dzieją się punktowe ruchawki jak choćby niedawna akcja w Dover, które tak naprawdę ułatwiają władzom zidentyfikowanie i wyłapanie tych nielicznych białych mężczyzn, którzy zdolni są jeszcze do użycia przemocy w obronie swojej rasy, narodu i cywilizacji.
I tu warto zwrócić uwagę na wspomniany wyżej film „Citizen Vigilante”. Jest to podręcznik nieskutecznego działania – tego rodzaju jednostka nawet gdyby udało się jej zlikwidować paru kolorowych przestępców zostałaby skutecznie zlikwidowana przez aparat państwowy. Gdyby zaś taki „vigilante” odtrzelił jakiegoś lewicowego polityka czy propagatora likwidacji białej rasy, to propaganda uczyniłaby z takowego męczennika a likwidacja białej populacji zostałaby jeszcze bardziej zintensyfikowana.
Co ciekawe, jeśli przyjrzymy się „Citizen Vigilante” to widzimy na nim „żydowskie odciski palców”. Dystrybutorem filmu jest amerykańska firma „Quiver Distribution„, której właścicielami są Berry Meyerowitz i Jeff Sackman, obaj oczywiście Żydzi. Głównego bohatera gra Armie Hammer z bardzo ciekawej rodziny, także o żydowskich korzeniach – jest to prawnuk słynnego Armanda Hammera, Żyda, który w XX wieku zajmował się przez dekady… biznesem na styku ZSRR i USA!
Jak by tego było mało w jednej ze scen Armie Hammer pokazuje swoją „klatę”, na której jest wytatuowana litera א „Aleph”, pierwsza litera hebrajskiego alfabetu (i to napisana tradycyjnie)2.
Tak więc można powiedzieć, że w obliczu widocznego problemu – a skala wymiany białych nie jest już możliwa do ukrycia w większości krajów Zachodniej Europy – podsuwa się białym gojom dwie nieefektywne reakcje:
pisanie petycji i głosowanie na partie pokroju AfD (dawno spenetrowane i już kontrolowane),
losowe akty przemocy („Citizen Vigilante” i wsparcie sieci społecznościowych dla „skrzykiwania się” do losowej przemocy, w obu przypadkach kończy się to wyłapaniem co aktywniejszych przez policję władz okupacyjnych.
Zakończenie
Jaki może być cel i podłoże tych działań? Może być tak, że jakiś odłam żydowskiej oligarchii uznał, że jednak jakąś część białych gojów można by zostawić, że pełna likwidacja białej rasy nie jest w interesie Żydów i zamierza powstrzymać ten proces rękami takich właśnie ugrupowań jak AfD.
Inna opcja jest taka, że jest to etap operacji, celem której pozostaje likwidacja białej rasy a chodzi o to, by powstrzymać białe społeczeństwa Europy przed jakimiś masowymi odruchami rozpaczy kiedy jeszcze są na tyle liczne, że mogłoby to coś zmienić (zamiast tego czekają na następne wybory albo spalają się w pojedynczych aktach przemocy pozbawionych znaczenia).
Oczywiście nieuchronnie można zapytać co zatem proponuję czy jakie rozwiązanie widzę. Realne rozwiązania wymagałyby przejęcia władzy i użycia siły dla przeprowadzenia konsekwentnego czyszczenia Europy z innych ras. Niestety, nie widzę w jaki sposób mogłoby dojść do czegoś takiego.
Zatem zostaje… modlitwa. Bóg jest panem rzeczywistości, w której żyjemy i jeśli zechce może nas uratować. Pytanie czy zechce.
https://zorard.wordpress.com/2026/09/13/przebudzenie-rasowe-w-europie/
=========================================
Świetna strona na temat kwestii rasy: https://zerocontradictions.net/faqs/race
↩︎
Jeżeli kogoś interesują głębsze znaczenia tego znaku polecam poczytać co mają na ten temat do powiedzenia nasi „przyjaciele” z Chabadu:
chabad.org/library/article_cdo/aid/137073/jewish/Aleph.htm ↩︎
.
poniedziałek, 14 września 2026
Chcąc organizować solidarność międzynarodową, zaczynają od dezorganizowania własnego narodu
Wywodził się wprost z ruchu socjalistycznego, gdyż współtworzył Socjalistyczne Stowarzyszenie „Lud Polski”. Założył Związek Młodzieży Polskiej „Zet”. Wraz z Romanem Dmowskim założył w 1893 Ligę Narodową, a w 1897 Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne.
Opowiadał się przeciwko liberalizmowi, postrzegając go jako kosmopolityczny kierunek polityczny. Nie przyjmował poglądu, wedle którego jednostka odgrywa większą rolę niż wspólnota. Walczył o aktywizację polskich mas ludowych i zaangażowanie ich w życie narodowe. Zamiast długiego życiorysu kilka cytatów:
„Nie ma prawdopodobnie narodu, który by posiadał tak słabe poczucie egoizmu, tak często sprzeniewierzał się obowiązkom wobec samego siebie i swej przyszłości jak nasz naród”
„Nikt nie sieje większych antagonizmów klasowych i stronniczych, większych nienawiści wewnętrznych, niż ci, co występują pod hasłem zniesienia antagonizmów i nienawiści narodowych. Chcąc organizować solidarność międzynarodową, zaczynają od dezorganizowania własnego narodu”.
Zygmunt Balicki „Egoizm Narodowy Wobec Etyki: z dodatkiem Charaktery a Życie Polityczne”, Towarzystwo wydawnicze we Lwowie, Lwów 1914.
„Wychowanie narodowe wymaga od jednostki innego stosunku do Ojczyzny niż jako do czegoś, co na zewnątrz duszy istnieje, przy całym pragnieniu dobra tej Ojczyzny i potępianiu wszystkiego, co w nią godzi. Dusza polska nie tylko nosi Ojczyznę wewnątrz siebie, ale czuje się również wewnątrz niej, wszystkimi swymi splotami z nią zespoloną i zlewa całkowicie swą osobowość z jej jaźnią – a taki związek tylko wówczas utrwalić się może, gdy pokłady instynktu narodowego sięgają do głębin przeszłości ojczystej”.
„W wychowaniu narodowym mężczyzn patriotyzm nie wystarcza. Muszą oni za młodu nawykać, w odpowiednim wiekowi swemu zakresie, do systematycznego obejmowania całości życia narodu, całokształtu jego zadań, spraw i celów, do umiejętności rozwiązywania węzłów i sprzeczności życia publicznego, muszą nadto mieć tę głęboko zakorzenioną w duszy świadomość, że Ojczyzna – to gmach realny, który nieustannie planem budować i wznosić należy, że nie wolno nic trwonić z dorobku przeszłości, lecz trzeba go w każdym pokoleniu pomnażać. W ten sposób młodzież ma zawczasu rozwijać w swej duszy zarówno poczucie przyszłej za całość dóbr narodowych odpowiedzialności, jak i uczucia gospodarcze względem własnego kraju. Spadkobierca spuścizny ojczystej i późniejszy odpowiedzialny jej gospodarz innym okiem i z innym uczuciem patrzeć musi na czekające go w przyszłości dziedzictwo, niż widz postronny, dla którego jest ono tylko podmiotem spostrzeżeń”.
Zygmunt Balicki, „Zasady wychowania narodowego”, wydawnictwo Edward Nicz i S-ka, Warszawa 1909
łj
https://myslpolska.info
9/11 – zbrodnia założycielska NWO
Najmłodsi Czytelnicy nie pamiętają już nawet tego dnia. Ale, powinni poznać chociaż kilka podstawowych faktów, żeby wiedzieć, czemu (komu) zawdzięczają to wszystko, czego doświadczają dzisiaj i z czym się będą mierzyły ich dzieci w przyszłości. Tylko z tego powodu piszę te słowa, bo przecież napisałem przez ostatnich 17 lat już na ten temat tyle, ile żaden autor na świecie. Brzmi to mało skromnie, ale takie są fakty. Kto zechce, może sięgnąć do moich książek i zanurzyć się w szczegóły, których zebrałem multum. Nie będę zatem przytaczał ogólników na temat oficjalnej wersji tamtego dnia, wystarczy poszukać w sieci.
Tu, w telegraficznym skrócie o tym, czego w Wikipedii nie znajdziecie.
Już w kilka godzin po ataku wmówiono światu, że dokonali go islamscy wrogowie Ameryki, muzułmanie z organizacji Al-Kaida, której przewodził wówczas Osama Bin Laden. Ten zarzut wyartykułował w studio NBC, o 12:46 tego dnia, w dwie godziny po zawaleniu Północnej Wieży kompleksu WTC, Paul Bremer – od 1999 roku przewodniczący Narodowej Komisji ds. Terroryzmu. Zapewniał o tym ze stoickim spokojem, choć w obu budynkach tego ranka znajdowało się 400 jego pracowników, o których słowem nie wspomniał, a których losów każdy mógł się domyślać. „To dzień, który zmieni nasze życie” – powiedział. I wiedział, co mówi.
Dwa lata później został szefem koalicyjnej administracji Iraku, odpowiedzialnym za wszelkie polityczne i gospodarcze kwestie związane z odbudową tego kraju, zaatakowanego i zrujnowanego w ramach tzw. „wojny z terrorem”. Jak spożytkowano bilion dolarów, który przeznaczono na jego odbudowę, nie wiadomo do dziś. Do dziś też rząd Stanów Zjednoczonych Ameryki nie wyjawił dlaczego nigdy nie wydał listu gończego za Bin Ladenem, którego rzekomo amerykańskie służby dopadły po 10 latach poszukiwań. Nigdy też nie postawiono mu żadnych formalnych zarzutów.
Dwie godziny, to rzeczywiście dość szybko, ale byli przecież tacy, którzy wiedzieli dwa miesiące wcześniej, jak nowojorski spekulant na rynku nieruchomości Larry Silverstein, który wydzierżawił wtedy na 99 lat obie wieże. Zdążył je jeszcze ubezpieczyć na kwotę 7 miliardów. W umowie znalazła się szczęśliwie klauzula ubezpieczająca WTC „od ataków terrorystycznych”, co w owym czasie nie było praktyką częstą. Nie tylko je uzyskał, ale zbudował później w tym miejscu budynek One World Trade Center, który od tej pory zarabia kolejne miliardy.
Ale co tu mówić o dwóch miesiącach, skoro ze dwa lata wcześniej rozpoczęły się zapewne prace nad scenariuszem do filmu „The Lone Gunmen”, w którego pilotażowej części w pełni załadowany Boeing 727 miał rozbić się o WTC, stając się tym samym narzędziem w rękach rządowych konspiratorów, dążących do wywołania wojny i zwiększenia zysków armii. Spiskowcy winą za zamach obarczali w filmie cudzoziemskich terrorystów. Film pojawił się na kanale Fox TV już 4 marca 2001 roku. Jego producentem był Arnon Milchan, pracownik służb specjalnych Izraela.
Kiedy wspominałem o tym kilkanaście lat temu, okrzyczany byłem zwolennikiem teorii spiskowych, dziś informacje o tym osobniku znaleźć już można w oficjalnych opracowaniach wielu autorów i publicystów, w tym emerytowanych pracowników Mosadu.
Cóż jednak znaczą owe dwa lata wobec lat ponad dwudziestu?! A przecież właśnie w roku 1980 pojawił się wywiad, którego Michael’owi Evans’owi udzielił Isser Harel, założyciel wszystkich kolejnych służb izraelskich, szef Shai jeszcze przed powstaniem państwa – w roku 1944, dyrektor Shin Bet od roku 1948 i Mosadu do 1962, a w latach 1962-1963 dowódca w wywiadzie wojskowym Aman. Ten raczej dobrze zorientowany oficer powiedział wówczas, że islamski terroryzm uderzy wcześniej, czy później w Amerykę, a konkretnie w jej falliczny symbol. „Waszym największym fallicznym symbolem jest Nowy Jork, a jego najwyższy budynek będzie fallicznym symbolem, w który uderzą”. Evans przytoczył tę wypowiedź w książce „The American Prophecies, Terrorism and Mid-East Conflict Reveal a Nation’s Destiny”, która ukazała się na rynku w styczniu 2001 roku. Pomijając wszelkie inne aspekty, dowodzi to też tego, że jest to szajka ewidentnych zboczeńców.
Takich „profetycznych” sygnałów można przytaczać dziesiątki, część z nich przywołuję na stronach moich książek o tym szczególnym dniu, który odcisnął się tragicznym piętnem na dziejach całego świata, również na losach naszego kraju. Bo przecież dołączyliśmy wtedy do tej diabolicznej koalicji, doskonale rozumiejąc wezwanie z przemówienia prezydenta Busha, napisanego mu zresztą przez neokonserwatystę Davida Fruma, mówiące, że „albo jesteście z nami, albo z terrorystami”. Frum, którego dziś nazwalibyśmy już wprost globalistą, był też autorem innego, słynnego określenia „oś zła”, sformułowanego pięć miesięcy później, a odnoszącego się do Iraku, Iranu i Korei Północnej.
Od tego pamiętnego wtorku sprzed blisko ćwierćwiecza, w tzw. „wojnie z terrorem” zginęło ponad milion ludzi. Część moich rodaków nadal zapewne wierzy, że Amerykę zaatakowali wtedy Talibowie z jaskiń Afganistanu, uzbrojeni w nożyki do cięcia kartonu, których później dosięgnęła karząca ręka sprawiedliwości.
Niektórzy wiedzą, że to absurd, bo chodzili do dobrych szkół w czasach jeszcze przed kolonialnych i potrafią myśleć. Choć i w tej grupie dominuje przekonanie, że ta operacja była z rodzaju „inside job”, bo taką wersją zdarzeń kanalizuje się tych szczególnie dociekliwych. Cóż jednak oznacza owo „wewnętrzne działanie”? Amerykańskie? Z pewnością, nie można zarzucić takiej zbrodni Amerykanom wiernym swojemu państwu. Wszystko wskazuje na projektowanie i udział w niej ludzi, którzy Ameryki w sercach nie nosili. Ale chciałbym podkreślić, że przypisywanie tego ataku konkretnej nacji, co bywa często stosowane, jest podobnie nieusprawiedliwione, jak objaśnianie zbrodni katyńskiej sprawstwem czysto rosyjskim.
To poczynania konkretnego grona osób, które łączy wspólnota interesów przede wszystkim, ale też przekonania, latami podsycane posłuszeństwo plemienne, nienawiść do religii, wierność ideologii trockistowskiej. Dopiero wszystkie te elementy tworzą wizerunek tych, którzy z kilkoma amerykańskimi zdrajcami, dokonali tego przewrotu. Bo też był to przewrót, swoisty zamach stanu, w wyniku którego ta ekipa, budująca przez lata swoją pozycję w amerykańskim systemie politycznym, przemyśle zbrojeniowym, a zwłaszcza w kręgach wywiadu, nie wypuściła już, wtedy przejętej władzy, po dziś dzień. A, żeby im się to udało, musieli kilkadziesiąt lat wcześniej, w odstępie kilku lat, wyeliminować największych swoich wrogów – Johna i Roberta Kennedy’ch. Też współpracując. O tym piszę w swojej najnowszej książce, która ukaże się już jesienią tego roku.
Nikt zapewne nie miał w Polsce okazji poznać raportu Szkoły Zaawansowanych Studiów Wojskowych Armii Stanów Zjednoczonych, w którym napisano, że podejrzenia, co do roli Izraela powinny być naturalne dla każdego, kto jest świadomy reputacji Mosadu jako wywiadu, który jest „bezwzględny i przebiegły. Jest w stanie zaatakować siły USA i sprawić, by wyglądało to na działanie Palestyńczyków/Arabów”. Słowa te przywołał dzień przed zamachem, 10 września 2001 roku, Washington Times. Dlaczego? Czy autorzy, zarówno raportu, jak i cytującego go artykułu, byli wariatami? Przyjęcie takiego założenia byłoby wysoce dla nich krzywdzące. I jedni, i drudzy działali już wówczas na popularyzację opcji „inside job”, jako dzieła jakiejś zdegenerowanej, szaleńczej grupki amerykańskich odszczepieńców. Aby, jeśli nawet nie „kupi” się wersji o Talibach, nie brać pod uwagę nikogo innego, niż rodzimych zdrajców. Tym bardziej, że kolejne fakty zaczęły układać się z czasem coraz czytelniej w obrazek mozolnie budowany z kolorowych puzzli.
Kolorowo ubrani byli mężczyźni, tańczący radośnie podczas pierwszej eksplozji na dachu furgonetki, którą przejechali wkrótce kilka przecznic dalej, by kontynuować zabawę, robiąc sobie przy tym zdjęcia z płonącymi wieżami w tle. Byli widziani przez różnych świadków, a pewna kobieta nie wytrzymała tego widoku i powiadomiła policję. Zgłoszenie przywołała tego samego popołudnia stacja NBC News. Mówiło o „białej furgonetce, dwóch lub trzech facetach w środku. Wyglądają, jak Palestyńczycy i krążą wokół budynku”.
Policja wkrótce wydała list gończy za „pojazdem prawdopodobnie związanym z atakiem terrorystycznym w Nowym Jorku. Biała furgonetka marki Chevrolet z 2000 roku, z rejestracją New Jersey i logo „Urban Moving Systems” na tylnych drzwiach, widziana w Liberty State Park, Jersey City, NJ, w momencie pierwszego uderzenia odrzutowca w World Trade Center. Trzy osoby z furgonetki widziano świętujące po pierwszym uderzeniu i późniejszej eksplozji”. Kiedy ich zatrzymano, okazało się, że było ich pięciu: Sivan i Paul Kurzberg, Yaron Shmuel, Oded Ellner oraz Omer Marmari. Braci Kurzberg zidentyfikowano natychmiast, jako funkcjonariuszy Mosadu. Raport FBI, dziś już dostępny, mówi że „pojazd został przeszukany przez psa szkolonego do szukania materiałów wybuchowych i dało to wynik pozytywny”. Szef firmy zajmującej się przeprowadzkami (oczywista przykrywka), Dominik Otto Suter, odleciał nie niepokojony przez nikogo, już 14 września do Tel Awiwu. Pozostali „studenci” opuścili USA trochę później, a już w Izraelu opowiadali z uśmiechem o swoich przygodach, przed kamerami jednej z tamtejszych stacji telewizyjnych.
Takich studentów było zresztą wtedy w Stanach około 200. Ponad 30 z nich zidentyfikowano na długo przed 9/11, wraz ze stu innymi mieszkali w Hollywood. Studiowali rzekomo sztukę. Jedna z takich grup studiowała ją w praktyce, na 91 piętrze nowojorskiej Wieży Północnej. Określała się mianem grupy Gelatin, wywodziła się podobno z Austrii i w ramach „sztuki ulicznej” usunęła całe okno, po czym wystawiła poza nie drewniany taras. Żeby zrozumieć, jaką rolę mógł odegrać ten kawałek rusztowania, należy pamiętać, że eksplozja spowodowana rzekomym uderzeniem Boeinga 767 w Wieżę Północną miała miejsce między 92, a 98 piętrem. A, choć ich działania miały miejsce rok wcześniej, to i tak, co najmniej zagadkowo wyglądały używane przez nich wtedy manekiny, które uwieczniono na jednym z filmów, w dniu zamachów.
Już po wszystkim, „studenci” twierdzili, że… śledzili arabskich ekstremistów. Zaprawdę, byli blisko. Jeden z nich, Hanan Serfaty mieszkał w bezpośrednim sąsiedztwie apartamentu zajmowanego przez głównego herszta zamachowców, Mohameda Atty. Tyle, że to on, a nie ów „zamachowiec”, zdołał wypłacić ze swego konta ponad 100 000 dolarów, w ciągu trzech miesięcy przed atakami. Jak podał w roku 2009 magazyn New York Times, niejaki Ali al-Jarrah, kuzyn „porywacza” samolotu UAL 93, 25 lat funkcjonował pod przykrywką, jako izraelski agent infiltrujący palestyński ruch oporu i Hezbollah.
Piętra od 93 do 100 w Wieży Północnej zajmowała firma Marsh & McLennan, której dyrektorem generalnym był Jeffrey Greenberg, syn bogatego syjonisty (i finansisty George’a W. Busha) Maurice’a Greenberga, który był jednocześnie właścicielem Kroll Inc, firmy odpowiedzialnej za bezpieczeństwo całego kompleksu WTC 11 września 2001 roku. Greenbergowie byli również ubezpieczycielami Bliźniaczych Wież i 24 lipca 2001 roku podjęli całkiem przytomnie środki ostrożności polegające na reasekuracji zawieranego wówczas kontraktu. W listopadzie 2000 roku, do zarządu Marsh & McLennan dołączył wspominany przeze mnie wcześniej Paul Bremer. Spośród 400 zatrudnionych w jego firmie osób, 11 września zginęło blisko 300.
Jeśli mówimy o ochronie, to nie sposób nie wspomnieć o tym, że oba samoloty, które podobno rozbiły się o WTC, wystartowały z lotniska Logan w Bostonie, gdzie za bezpieczeństwo odpowiedzialna była firma International Consultants on Targeted Security (ICTS), mająca siedzibę w Izraelu, a zarządzana przez Menachema Atzmona, skarbnika partii Likud, z której wywodzi się zresztą Benjamin Netanjahu.
Tych „niewytłumaczalnych” powiązań z jednym, konkretnym śladem, mógłbym przytaczać bez liku, bo spędziłem nad ich poszukiwaniem i analizowaniem kilkanaście lat. Zapewne nie pomogło mi to w mojej karierze zawodowej, która urwała się nagle i w sposób ewidentnie zmanipulowany. Od pięciu już lat pozostaję bez pracy, której byłem pasjonatem i walczę w sądzie o możliwość powrotu. Jednak, jak wiadomo, sądy nasze są wolne. Cokolwiek miałoby to znaczyć. Ale, przynajmniej żyję.
Inni nie mieli tyle szczęścia, choć nie zajmowali się pracą o podwyższonym ryzyku, jak na przykład księgowi badający manko w wysokości 2,3 biliona dolarów na kontach Departamentu Obrony USA, poza milionem, o którym wspomniał na jeden dzień przed zamachami, 10 września 2001 roku, Donald Rumsfeld. Analitycy finansowi z Resource Services Washington (RSW) mieli niezwykłego pecha, bo właśnie w ich biura w Pentagonie „wleciał” nazajutrz samolot, którego części nie odnaleziono do dziś. 34 pracowników RSW i 12 innych etatowych księgowych najlepiej strzeżonego budynku świata zginęło wpatrując się w komputery.
Jedyny z nich, którego nie było tego dnia w pracy, nie umknął i tak przeznaczeniu. Bryan C. Jack, wybitny matematyk i główny analityk odpowiedzialny za budżet obronny Ameryki znalazł się bowiem tego dnia na pokładzie samolotu AA 77, lecąc służbowo do Kalifornii. Ten właśnie Boeing 757, jak twierdzą z uporem od 23 lat media głównego ścieku, uderzył w budynek Pentagonu, w miejsce, gdzie na co dzień przy swoim biurku Bryan zwykł zarabiać na chleb.
P.S.
W roku 2006, Rob Balsamo, jeden z amerykańskich pilotów powołał do życia organizację Pilots For 9/11 Truth (P4T). Jak napisał wtedy na głównej stronie „Pilots for 9/11 Truth to organizacja zrzeszająca profesjonalistów lotniczych i pilotów z całego świata, którzy zebrali się w jednym celu. Jesteśmy zaangażowani w poszukiwanie prawdy o wydarzeniach z 11 września 2001 roku. Nie przedstawiamy teorii, ani nie wskazujemy winnych. Skupiamy się na ustaleniu prawdy o tym fatalnym dniu w oparciu o solidne dane i fakty – ponieważ 11 września 2001 roku był katalizatorem wielu wydarzeń kształtujących nasz dzisiejszy świat – a rząd Stanów Zjednoczonych nie wydaje się być otwarty na informacje i fakty”.
Rob zaprosił mnie do udziału w organizacji rok później, gdy wydałem swoją pierwszą książkę na temat 9/11. Dzięki niemu mogłem do kolejnych tytułów dołączać filmy, które powstawały pod marką P4T. Ostatniego z nich nie zdążyłem umieścić w kolejnej książce, która dopiero miała powstać. Rob odszedł na wieczną, błękitną wartę, filmu nie przetłumaczyłem, książki nie napisałem.
Dziś myślę jednak, że pewnie chciałby, aby Jego praca nie poszła na marne i z tego powodu, mimo braku polskich napisów, umieszczam film zatytułowany SKYGATE na swojej stronie. Osoby nie znające języka angielskiego proszę o wybaczenie tej niedogodności, pozostałe zachęcam gorąco do obejrzenia materiału, ponieważ lepszego i bardziej profesjonalnego podsumowania tego, co kryje się za pojęciem „9/11”, nigdzie nie znajdziecie.
Wszystkich, którzy zechcą wspierać moje dalsze wysiłki w przybliżaniu prawdy o manipulatorach niszczących życie milionów ludzi, proszę o zwyczajowe postawienie kawy, za który to gest serdecznie z góry dziękuję. I zapraszam do pozostania blisko Oficyny Aurora.
Oryginalny artykuł jest mocno podlinkowany. Tu tylko rekomendowany film:
https://aurora.info.pl/9-11/
Sławomir M. Kozak 11.09.2024
aurora9-11-zbrodnia-zalozycielska-nwo
środa, 9 września 2026
Dlaczego Żydzi są najlepsi i najmądrzejsi - zdaniem Żydów
Ta zdolność wielu Żydów do szybkiego bogacenia się zawsze budziła zazdrość reszty społeczeństwa w każdym kraju. Problem ten nie jest nowy i nie dotyczy tylko „chrześcijan”. Léon Poliakov, jeden z wybitnych historyków judaizmu, przytacza na przykład przypadek Samuela Ibn Nagreli w muzułmańskiej Hiszpanii XI wieku i nienawiść, jaką wzbudził jego zuchwały sukces. Samuel Ibn Nagrela, wszechmocny minister króla Habbusa z Granady, rozwścieczył muzułmańskiego poetę Abu Ishaqa z Elwiry: „Przywódca tych małp wzbogacił swój pałac marmurowymi inkrustacjami” – dalej napisał - „Kazał tam zbudować fontanny, z których płynie najczystsza woda, a kiedy każe nam czekać u swoich drzwi, kpi z nas i z naszej religii. Gdybym powiedział, że jest tak bogaty jak ty, o mój królu, powiedziałbym prawdę. Ach! Pospieszcie się, zabijcie go i złóżcie w ofierze całopalnej, złóżcie go w ofierze, to tłusty baran! Nie oszczędzajcie też jego krewnych i sprzymierzeńców; oni również zgromadzili ogromne skarby…”
Sprawa zakończyła się tragicznie dla rodziny Ibn Nagreli. W 1066 roku, podczas krótkiego powstania ludowego, Józef Ibn Nagrela, jego syn i następca, został ukrzyżowany przez rozwścieczony tłum, a „wielka liczba Żydów została zamordowana; wydaje się, że ocaleni musieli na jakiś czas opuścić Granadę”, wyjaśnia Léon Poliakov. To jeden z nielicznych przykładów w twórczości żydowskiego autora, gdzie antysemityzm ludności wydaje się mniej lub bardziej wytłumaczalny.
Tę chciwość ilustruje jeszcze dobitniej na przykład artykuł w gazecie Le Point z 9 lutego 2006 r. zatytułowany: Steven Cohen, potentat z Wall Street. Steven Cohen, „gwiazda giełdy”, lubi zachowywać dyskrecję: „Prawdziwy szef Wall Street nie mieszka na Manhattanie, ale w odosobnieniu w domu w Greenwich w stanie Connecticut, otoczonym czterometrowym murem. 49-letni Steven Cohen prawie nigdy się nie pokazuje…” W 2005 roku zgarnął 500 milionów dolarów! Jego sekret: wiedzieć wszystko przed wszystkimi innymi. Z oczami wlepionymi w ekrany komputerów analizuje tysiące danych i wpada w furię, gdy analitycy z Wall Street nie udzielają mu sensownych informacji. Inwestorzy, którzy powierzają mu swoje pieniądze (4 miliardy dolarów), płacą mu słono: Cohen pobiera 3% z tych kwot w formie opłat za zarządzanie (w porównaniu ze średnią 1,44%) i 35% zysków (w porównaniu ze średnią 19,2%). Cohen „wyznaje formę totalnego kapitalizmu: »Zjadasz to, co zabijasz«, mówi swoim traderom, którzy są opłacani na podstawie swoich wyników”.
Z pewnością prawdą jest, że Żydzi, ogólnie rzecz biorąc, mają większą zdolność do bogacenia się niż inni. Powojenne Niemcy były niewątpliwie żyznym gruntem dla biznesu dla tych, którzy najlepiej radzili sobie w handlu i zarządzaniu pieniędzmi. Chaotyczna sytuacja w Rosji po upadku ZSRR, podobnie jak w Niemczech w 1945 roku, była również dobrodziejstwem dla wielu żydowskich przedsiębiorców, którzy w pełni wykorzystali tę sytuację, skupując byłe państwowe zakłady przemysłowe po śmiesznie niskich cenach. W ciągu zaledwie kilku lat zgromadzili większość rosyjskiego bogactwa i zgromadzili kolosalne fortuny, aż do momentu, gdy Władimir Putin, wybrany na prezydenta, uosabiający powszechny opór – który niektórzy uznali za „antysemicki” – rozbił „rosyjską mafię”, która w rzeczywistości była niczym więcej niż żydowską mafią rosyjskiego pochodzenia. I tu ponownie liberalizm sprowadzał się jedynie do prawa lisa w kurniku.
Bardzo długa tradycja generowania zysku przez Żydów została już wyjaśniona przez niektórych analityków, którzy podkreślają odwieczną praktykę lichwy, której Żydzi oddawali się od starożytności, a zatem na długo przed erą chrześcijaństwa. W połączeniu z duchem Talmudu, to długie doświadczenie rzeczywiście daje im pewną przewagę nad innymi, jak pisze Bernard Lazare: „Żyd jest z pewnością lepiej wyposażony niż ktokolwiek inny, by odnieść sukces…”.
Jest zimny, wyrachowany, energiczny i elastyczny, wytrwały. A cierpliwość, bystrość i precyzyjność – wszystkie te cechy odziedziczył po przodkach, handlarzach dukatami. Jeśli poświęca się handlowi i finansom, korzysta z wielowiekowej i odziedziczonej po przodkach edukacji, która nie uczyniła go bardziej otwartym, jak twierdzi jego próżność, lecz bardziej predysponującym do pełnienia pewnych funkcji. Nic więc dziwnego, że w tych warunkach żydowscy intelektualiści opowiadają się za liberalizmem i deregulacją, skoro są lepiej przygotowani do bankowości i „biznesu” niż goje, a zajmują się tym z pewnym powodzeniem od niepamiętnych czasów.
Ogromny sukces
Sukcesy żydowskich finansistów i biznesmenów są powszechnie znane i powszechnie wiadomo, że wśród największych fortun świata znajdują się żydowscy multimiliarderzy w zupełnie nieproporcjonalnej liczbie. W rzeczywistości Żydzi stanowią połowę wszystkich miliarderów w Stanach Zjednoczonych, podczas gdy stanowią zaledwie 2% całej populacji. Już w XIX wieku ogromny wzrost Rothschildów i potężna władza, jaką zgromadzili w ciągu zaledwie kilku lat, wzbudziły wątpliwości w całej Europie. Ledwo wydostając się z gett, kilku żydowskich finansistów dotarło na szczyt i zdawało się sprawować nieubłaganą władzę. „Zawsze celując w pogoni za bogactwem”, pisze Poliakow, „wyzwoleni Żydzi poświęcili się temu ze zdwojoną gorliwością, a polityczne i gospodarcze wstrząsy tamtych czasów umożliwiły im niejeden spektakularny awans”.
Oto, co Guy de Rothschild napisał w 1983 roku o swoim przodku, Jamesie de Rothschild, który w 1817 roku założył francuską filię banku przy rue Laffitte: „Z natury był dumny. Bywał władczy, a nawet pogardliwy, i znamy jego okrutne uwagi: »Nasi ministrowie… są jak ręczniki. Po pewnym czasie trzeba ich wyprać, odstawić na bok; to ich ulepsza«”.
O swoim ojcu, wpływowym człowieku okresu międzywojennego, pisze również w ironicznym tonie: „Mój ojciec, jak wiemy, był również regentem Banku Francji. Za czasów Bluma i Rothschilda Francja zdecydowanie należała do Żydów."!
Sukces finansowy Samuela Pisara jest równie imponujący. Jego pozycja społeczna pozwoliła mu nawiązać kontakt ze światową elitą i gwiazdami filmowymi, a z pewną satysfakcją opisuje swoim czytelnikom radości i korzyści płynące z bycia bogatym i wpływowym człowiekiem: „To ekscytujące” – pisze – „jeść śniadanie w Nowym Jorku z Catherine Deneuve lub w Madrycie z A.V. Gardnerem, aby omówić kontrakt na ich kolejne filmy; a następnie lecieć do Londynu i uczestniczyć w roboczym lunchu w banku Rothschildów” .
Samuel Pisar, jak się wydaje, czerpie tyle samo satysfakcji z dzielenia się swoim sukcesem, co sukcesami swoich współwyznawców. O Louisie B. Mayerze pisze: „Cesarz amerykańskiego kina, założyciel legendarnej firmy Metro-Goldwyn-Mayer, który stworzył i unicestwił największe gwiazdy Hollywood, zaproponował mi, zaraz po ukończeniu Harvardu, zostanie prawnikiem w jego firmie”.
Ale sukces Samuela Pisara nie ograniczał się do świata show-biznesu. Był również wpływowym człowiekiem, którego ogromny majątek mógł okazać się przydatny w realizacji pewnych ambicji politycznych. Kolacje, które wydawał w domu z żoną, gromadziły elitę ówczesnej sceny politycznej.
Samuel i Judith Pisar, obywatele amerykańscy, mówią nam tutaj, że Żydzi potrafią być otwarci i eklektyczni w swoich relacjach: „Z psotną przyjemnością” – pisze – „wplataliśmy politycznych rywali w nasze zaproszenia. Oni również wydawali się zachwyceni atmosferą. Wytworzyła się między nami subtelna zmowa: byliśmy niewinnymi Amerykanami, którzy, zapewne z powodu ignorancji, nie szanowali granic ani kręgów towarzyskich. Byli zbyt doskonałymi produktami francuskiej uprzejmości, by czuć się urażeni. Jakaż to przyjemność i jakież to wspomnienie widzieć na przykład Pierre’a Mendèsa France’a i Michela Debré rozmawiających z przyjacielską serdecznością w naszym salonie. Naszym gościem honorowym tego wieczoru był Henry Kissinger. Były sekretarz stanu, który w ciągu ostatnich dziesięciu lat znakomicie symbolizował amerykańską dyplomację, podzielał moje obawy dotyczące politycznej wrażliwości Europy Zachodniej. Françoise Giroud w rozmowie z Jacques'em Attalim. Simone Veil rozmawia z Pierre'em Urim. To było dalekie od zwyczajności i na pewno nie zniechęcające: co za kraj i co za bogactwo!
Choć z pewnością mieszał Sefardyjczyków z Aszkenazyjczykami, Samuel Pisar wyraźnie uważał, by nie mieszać Żydów z poganami! Jego skłonność do prowokacji w tym przypadku nie tyle odbywała się kosztem gości, którzy doskonale wiedzieli, że zgodnie z odwiecznymi zwyczajami przebywają wśród siebie, co kosztem czytelników-pogan, których zdawał się traktować z pewną pogardą.
Françoise „Giroud”, która niewątpliwie była stałym bywalcem przyjęć u Samuela Pisara, pozostawiła również interesującą relację z życia towarzyskiego i medialnego niektórych kręgów żydowskich we Francji. Współpracowała z Jean-Jacques’em Servan-Schreiberem przy tworzeniu w 1953 roku dużego tygodnika „L’Express”, a później została jego redaktorką. Po jej śmierci w 2003 roku dziennikarka Christine Ockrent, żona byłego ministra socjalistycznego Bernarda Kouchnera, opublikowała biografię opartą częściowo na wywiadach, która stanowi jednocześnie interesującą socjologiczną kronikę tej liberalnej i socjaldemokratycznej diaspory żydowskiej. Oto, co napisała o „L’Express”:
Trzeba zadowolić królową, a wszyscy do tego dążą. To jest Wersal. Jean-Jacques rządzi jak monarcha absolutny, zmieniając swoich faworytów, ale to ona jest szefową gazety. „Nie wyobrażasz sobie potęgi L'Expressu w tamtych czasach: można było dostać się wszędzie, do każdego kręgu. To było przed telewizją. A Françoise była szefową tej gazety."
Ta duma przejawiała się na poziomie materialnym w sposób, który uwydatniły już wybitne francuskie obrazy socjologiczne XIX wieku: „Od dzieciństwa” – pisze – „Françoise Giroud przez całe życie pielęgnowała nostalgię i zamiłowanie do luksusu – a nawet jeśli ostentacyjnie go eksponowała, gdy tylko miała do niego dostęp. Samochody, buty i ubrania szyte na miarę, hotele z gwiazdkami, Trianon w Wersalu czy Eden Roc w Cap d'Antibes ". Danièle Heymann to potwierdza: „Nie potrzebowała pieniędzy, potrzebowała luksusu. Niezaspokojona potrzeba, którą okazywała bez udawania. To była jej zemsta za dzieciństwo”. Jean Daniel wspomina: „Françoise była pasjonatką sukcesu i nie wahała się tego okazywać”.
Olśniewający sukces Françoise Giroud nie wynikał jednak z jej stylu ani walorów literackich, wręcz przeciwnie. Skorzystała przede wszystkim z pomocy wpływowej postaci, która wprowadziła ją w świat dziennikarstwa: Pierre'a Lazareffa. „Lazarefowie panowali w Paryżu przez kilka lat” – napisała – „i wprowadzili mnie do pewnego paryskiego towarzystwa, które wówczas było błyskotliwe i inspirujące”. Wszechpotężny właściciel „Paris-Soir”, do którego należały również „France-Soir” i „France-Dimanche”, był niewątpliwie bardzo wpływowym człowiekiem: „Lazarefowie byli w Pałacu Elizejskim jak we własnym domu ” – opowiada Daisy de Galard.
W swojej książce „Prywatne lekcje” Françoise Giroud przytacza interesujący szczegół z życia tej dziennikarskiej dynastii: „Lazarewowie” – pisze – „po przerwie wojennej nie zdołali jeszcze ustanowić swojej suwerenności. Nigdy nie byli w pełni zadomowieni. Gdziekolwiek mieszkali, w Villennes, w Louveciennes, przyjmując premierów i czołowe osobistości każdej kategorii, miało się wrażenie, że po obiedzie lokaj rozmontuje wystrój. Albo że pojawi się komornik, aby zająć majątek. Wszystko wokół nich wydawało się niepewne”.
„Rodzina Lazarewów, pochodzenia rosyjsko-żydowskiego, która przed wojną uciekła do Nowego Jorku, zachowała odruchy głęboko zakorzenione w świadomości wybranego narodu. Bernard Lazare pozostawił bardzo dobitne słowa o nadmiernej pysze niektórych swoich współwyznawców: „Energetyczny, pełen życia naród, o bezgranicznej pysze” – pisał – „uważający się za lepszych od innych narodów, Żydzi pragnęli być potęgą. Instynktownie odczuwali pragnienie dominacji, ponieważ ze względu na swoje pochodzenie, religię, status wybranej rasy, który zawsze sobie przypisywali, uważali się za lepszych od wszystkich innych. Aby sprawować taką władzę, Żydzi nie mieli wyboru środków. Złoto dawało im władzę, której odmawiały im wszelkie prawa polityczne i religijne, i było to jedyne, na co mogli liczyć. Posiadając złoto, stali się panami swoich panów; panowali nad nimi”.
Solidarność żydowska.
Powszechnie przyjmuje się, że Żydzi wykazują silnie rozwinięte poczucie solidarności między sobą. Koncepcja ta, jak zauważyliśmy, nazywa się Ahawat Jisrael, co oznacza „miłość do narodu żydowskiego”. Chociaż Françoise Giroud skorzystała z tej solidarności plemiennej, z pewnością nie jest to odosobniony przypadek. Dziennikarka Christine Ockrent przedstawia inną perspektywę tej solidarności w świecie mediów: „Jean-Jacques, za radą ojca, odrzucił posadę w Les Échos, gdzie z poczucia lojalności klanowej i troski o rentowność pracowały już jego siostry, kuzynki i małżonki”. A kiedy Jean-Jacques Servan-Schreiber założył własną gazetę, postąpił tak samo: „W gazecie Servan-Schreiberowie byli wszędzie: matka, żona, siostra, szwagier, kuzyn, a także w reklamie, gdzie jego kuzynka Marie-Claire, która wkrótce miała dzielić życie z Pierre’em Mendèsem France’em, była zatrudniona”. „W tym niezwykle ekskluzywnym klubie znajdujemy słynną rodzinę Malraux: Florence Malraux, córka André i przyjaciółka Madeleine Chapsal, żony Jeana-Jacques’a Servan-Schreibera, pewnego dnia otrzymuje stanowczy telefon z JJSS : »Chodź służyć Francji, twoje miejsce jest wśród nas!«. W wieku dwudziestu trzech lat zostaje asystentką Françoise, dzieląc z nią biuro. To doskonały przykład tego, czym może być żydowska solidarność”.
Simon Nora, inspektor finansów, sekretarz generalny Narodowej Komisji Rachunków, "był jednym z tych młodych ludzi, licznych w administracji, których wyobraźnię zawładnął Mendès France. Powiązany z Jean-Jacques’em, przyciągnął do L’Express wielu swoich kolegów, którzy z radością służyli naszej firmie – to znaczy Mendèsowi France’owi” – pisze Giroud.
„Przez kilka lat widywałam Pierre’a Mendèsa France’a kilka razy w tygodniu” – pisze- „Pracowałam z nim w L’Express, przeżyłam z nim mnóstwo różnych rzeczy”. I w tym niezwykle ekskluzywnym klubie nieuchronnie spotykamy Elie Wiesela: „Mendès France? W końcu spotkałem go w Nowym Jorku” – napisał – „na przyjęciu w Instytucie Weizmanna”.
Nie ulega wątpliwości, że Franz Kafka miał rację, krytykując swoich współwyznawców za etnocentryzm i brak otwartości na świat gojów.
Ale żydowska solidarność ma cel zupełnie inny niż zawodowe kumoterstwo, biorąc pod uwagę, że gazeta „L'Express” została założona „po to, by Mendès France doszedł do władzy”, jak pisze Françoise Giroud. Jeśli chodzi o „służenie Francji”, w „L'Express” polegało to głównie na potępianiu armii francuskiej podczas wojny algierskiej. Chodziło o stworzenie jak najdogodniejszych warunków do tego.
Z zewnątrz ta solidarność jest najbardziej widoczna w świecie sztuki, rozrywki i kultury, gdzie wielu Żydów zajmuje wpływowe stanowiska. Wystarczy otworzyć dział sztuki i kultury dowolnej gazety, niezależnie od jej demokratycznych poglądów, aby uświadomić sobie, że artykuły chwalące współczesnego malarza, młodego pisarza czy młodą aktorkę czy reżyserkę są często pisane przez Żydów wspierających swoich współwyznawców. Przykładów jest mnóstwo, a czytelnicy sami mogą przekonać się o oczywistym fakcie, że żydowscy artyści i intelektualiści korzystają z platformy medialnej, która nie jest wspólna dla wszystkich. To faworyzowanie można by w pewnym sensie usprawiedliwić, gdyby ci, którzy z niego korzystają, byli rzeczywiście bardziej utalentowani niż inni i gdyby ich twórczość konsekwentnie przewyższała ich. Nie przeczymy, że szczególnie w dziedzinie muzyki, autorzy tekstów piosenek i wykonawcy pochodzenia żydowskiego niekiedy wykazują się znacznym talentem. Jednak w dziedzinie rzeźby, malarstwa, literatury czy filozofii wydaje nam się oczywiste, że żydowscy autorzy i artyści zbyt często korzystają z systematycznego i zbyt pochopnego wsparcia swoich współwyznawców, a ta dyskryminacja prawdopodobnie szkodzi bardziej utalentowanym francuskim gojom, którzy skazani są na pozostawanie w cieniu.
Z przyjemnością dowiemy się więc z lektury gazet, że na przykład Franz Kafka jest „największym powieściopisarzem języka niemieckiego” albo że powieść Wasilija Grossmana Życie i los jest „Wojną i pokojem XX wieku." Właśnie w chwili, gdy zbieramy te informacje na chybił trafił, dowiadujemy się, że Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury za rok 2005 przyznano „angielskiemu” dramatopisarzowi Haroldowi Pinterowi, który w związku z tym zastępuje „austriacką” Elfriede Jelinek.
Nagroda ta wieńczy zatem „jedno z największych nazwisk współczesnego teatru angielskiego”. Harold Pinter, ze swojej strony, wydaje się skromny w swoim sukcesie: „Nie wiem, dlaczego dali mi tę nagrodę” – zwierza się 75-letni dramatopisarz. Szwedzka Akademia wyjaśniła, że chciała docenić tego, który „w swoich dramatach odkrywa otchłań pod paplaniną i wdziera się do zamkniętego pomieszczenia ucisku”. To jedno zdanie jest wystarczająco wymowne, by zrozumieć motywacje jury. Harold Pinter jest rzeczywiście synem żydowskiego krawca, urodzonym w 1930 roku we wschodnim Londynie.
„Zetknąwszy się antysemityzmem w bardzo młodym wieku, był również głęboko… [bla bla bla…] Ale Harold Pinter pisał również dla filmu i telewizji. Współpracował między innymi z reżyserem Josephem Loseyem, dla którego napisał scenariusz do filmu „Sługa” (1963). Od początku lat 70. XX wieku występował w obronie praw człowieka, krytykując liberalizm Margaret Thatcher i politykę USA w Ameryce Łacińskiej. Pod koniec lat 80. XX wieku jego twórczość stawała się coraz bardziej zaangażowana politycznie…”
Dobrze. Nie ma potrzeby dalej drążyć tematu: mamy do czynienia z autorem „zaangażowanym”, a to właśnie jest istotne dla przyznania Nagrody Nobla i towarzyszącego jej czeku. Scenariusz filmu „Sługa” bardzo wyraźnie ukazuje kosmopolityczną mentalność: zadufany w sobie młody angielski arystokrata zatrudnia służącego. Pierwszy stopniowo popada w alkoholizm i degradację, podczas gdy drugi, pełen godności, wywiera coraz większy wpływ na swojego pana. Ta tendencja do systematycznego wywracania wartości jest bardzo symptomatyczna dla mentalności hebrajskiej, jak zobaczymy.
Oto kolejny przykład tej żydowskiej solidarności, wybrany spośród tysięcy: tygodnik „Le Point” w numerze z 13 października 2005 roku opublikował w dziale kulturalnym artykuł o innej dramatopisarce, Yasminie Rezie: „Yasmina Reza to królowa współczesnego teatru. Sukces przyszedł do niej wieczorem 28 października 1994 roku, wraz ze sztuką „Art” w reżyserii Patrice’a Kerbrata. Sztukę napisaną w półtora miesiąca. Światowe tournée, szaleństwo, pełne sale, brawa. Od Tokio po Nowy Jork, szykowne premiery, Niekończące się brawa, agenci w smokingach, wybitni tłumacze, zazdrośni autorzy i plotkarskie felietony o celebrytach; dzięki niej francuski teatr znów błyszczy.
Krótko mówiąc, atrybuty i korona sukcesu. Co więcej, ma smukłą sylwetkę przypominającą Yvonne de Galais, egipską szyję, etruskie oczy, suknię idealną na scenę w Deauville i delikatny, przyjemny głos… Ani śmierć, ani prawdziwe spustoszenie serca, które odczuwamy, nie wpływają na jej styl: wyrafinowany, skryty, czysty, nowy, biały, haftowany ściegiem Alençon... Yasmina, elokwentnie kontynuuje dzieło Nathalie Sarraute."
Przede wszystkim należy zauważyć, że dziennikarz z „Le Point” nie potrafi pisać poprawnie po francusku i w tych okolicznościach dość dziwne jest, że udziela mu się miejsca w szeroko rozpowszechnionym tygodniku. Może podpisać swój artykuł „Jacques-Pierre Amette ” albo jakkolwiek zechce: nic nas to nie obchodzi. Co do jego ukochanej Yasminy, nie kwestionujemy jej prawdopodobnego talentu, choć wdzięk jej stylu nie został jeszcze nam objawiony. Mamy jednak pewne wątpliwości, czy udałoby się jej napisać nieprzemijające arcydzieło w ciągu półtora miesiąca. Prawdą jest, że sądząc po sukcesie powieściopisarza Marca Lévy’ego, rozumiemy, że to, co sprzedaje się dziś najlepiej, nie jest już gwarancją jakości. Aby trafić do mas demokratycznych, trzeba dążyć do najniższego wspólnego mianownika. Wreszcie, cieszymy się, że – od Nathalie Sarraute po Yasminę Rezę – Sefardyjczycy przejęli pałeczkę od Aszkenazyjczyków. W końcu sprawiedliwe będzie, jeśli każdy dostanie swoją część tortu.
Ale tak naprawdę nie wystarczy pisać dobre książki i sztuki teatralne; trzeba też umieć je sprzedawać. Wielki Elie Wiesel ujawnia tu niektóre z metod marketingowych, których czasami używał. Kiedy pewnego dnia spotkał się z jedną ze swoich starych i bardzo bogatych przyjaciółek, niejaką Kathleen, z entuzjazmem zaproponowała mu pomoc w wypromowaniu jego książki na szczyt list bestsellerów: „Podekscytowana, wezwała mnie do redakcji żydowskiego Daily Forward (w jidysz: Forverts). Przejeżdżała przez Nowy Jork i zaprosiła mnie do swojego luksusowego hotelu Sherry Netherlands przy Se Avenue. Gdybym się zgodził, byłaby gotowa natychmiast kupić tysiąc egzemplarzy mojej powieści, aby pomóc jej trafić na listę bestsellerów.
Żydowska solidarność etniczna wyraża się również w wielu innych okolicznościach: na przykład w wyborze szefa sztabu przez ministra, zatrudnieniu nowego dyrektora naczelnego czy wielkiej hojności bogatych darczyńców na rzecz biednych i potrzebujących członków społeczności żydowskiej. Jednak historycznie rzecz biorąc, solidarność ta jest znacznie bardziej widoczna, gdy dotyczy kwestii prawnych.
Oczywiście znamy sprawę Dreyfusa, która wywołała wielkie poruszenie pod koniec XIX wieku, gdy tem kapitan został oskarżony o szpiegostwo na usługach Niemiec. Trzeba dodać, że sprawa Dreyfusa była następstwem niesławnego skandalu panamskiego, w który poważnie uwikłana była znaczna część republikańskiego establishmentu i kilka prominentnych postaci żydowskich. Sprawa ta była zatem doskonałą okazją do odzyskania niewinności: kosztem katolików i nacjonalistów.
Scenariusz powtórzył się w latach 50. w Stanach Zjednoczonych, w przypadku małżeństwa Rosenbergów. Oskarżeni o szpiegostwo na rzecz ZSRR, również oni uzyskali wsparcie „międzynarodowej społeczności medialnej”. W swojej książce o nienawiści antysemickiej Serge Moati wspomina ten tragiczny epizod, w którym antysemityzm rywalizuje z horrorem: „Julius i Ethel Rosenbergowie” – pisze – „uosabiali idealnych winowajców: Żydów, postępowców, potencjalnych podwójnych zdrajców. Pomimo międzynarodowej kampanii społecznej, zostali skazani bez dowodów w 1951 roku. I straceni na krześle elektrycznym w 1953 roku”.
Powszechnie podejrzewani przez ultrakonserwatywne kręgi o bycie agentami bolszewików w Ameryce, Żydzi byli w Europie oskarżani przez Stalina i jego zwolenników o bycie agentami międzynarodowego kapitalizmu. "Po raz kolejny niewinni i bezbronni Żydzi zostali niesprawiedliwie skazani”.
Musimy jednak przyznać, że oskarżenia o szpiegostwo przeciwko Żydom powtarzały się dość regularnie w historii. Jacques Attali przypomina nam, że oskarżenia te nie są nowe: „W 1744 roku” – pisze – „cesarzowa Maria Teresa postanowiła wypędzić Żydów z Czech pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Prusaków”.
Ale na szczęście nieszczęśliwi ludzie mogli również skorzystać z aktywnego wsparcia swojej społeczności: „Na prośbę Żydów w swoim otoczeniu, król Anglii i Stany Generalne Holandii interweniowały u Marie-Thérèse. Ostatecznie cofnęła ona nakaz deportacji w zamian za zapłatę 240 000 guldenów. Pamiętamy również aferę Pierre'a Goldmana, która wywołała wielkie poruszenie w latach 70. Ten były działacz komunistyczny, który stał się gangsterem, został oskarżony o kilka napadów z bronią w ręku, a także o zabójstwo dwóch farmaceutów w Paryżu pod koniec 1969 roku. Goldman przyznał się do trzech napadów rabunkowych, dokonanych z przyjaciółmi z Gwadelupy, ale zawsze zaprzeczał podwójnemu zabójstwu w aptece przy bulwarze Richard-Lenoir, pomimo obecności kilku świadków, którzy formalnie go zidentyfikowali.
Jego siła przekonań zapewniła mu poparcie nie tylko ze strony społeczności żydowskiej, ale także ze strony wąskiego świata show-biznesu i aktywizmu. Jego byli towarzysze, przywódcy buntu w maju 1968 roku – Alain Geismar, Alain Krivine i jego stary przyjaciel Marc Kravetz – wyrazili pełną solidarność. We wrześniu 1974 roku Goldman został jednak skazany na dożywocie przez paryski sąd przysięgłych.
Wyrok wywołał spore poruszenie na sali sądowej. Tłum przyjaciół Pierre’a Goldmana krzyczał i obrażał ławników. Pierre Goldman z godnością wypowiedział wtedy następujące słowa: „Absurdalność tego wyroku, jeśli mogę tak powiedzieć, polega na jego idealnej zgodności z moim przeznaczeniem, z moją fundamentalną predyspozycją do bycia oskarżonym”.
Pierre Mendès France, Joseph Kessel, Régis Debray, Yves Montand, Simone Signoret, Philippe Sollers, Eugène Ionesco i wielu innych oświadczyli w oświadczeniu, że są „oburzeni”. Ale wciąż istniała nadzieja, ponieważ Goldman odwołał się od tego wyroku.
Tymczasem w więzieniu napisał swoje Wspomnienia, opublikowane w 1975 r., w których ogłosił swoją niewinność i bez wahania oskarżył cały system polityczny i sądowniczy: „Nie zapominajmy, że w 1970 r. policja również zajmowała się ściganiem lewaków i że dla niej byłem archetypem lewaka, uzbrojonego lewaka, lewaka, który brał udział w wojnie partyzanckiej, lewaka, który zajmował się przestępstwami.
Nadszedł więc czas, abym tu i teraz powiedział, że jako niewinny Żyd, otoczony przez czarnoskórych, jako skrajnie lewicowy aktywista, jeśli nie lewicowiec, byłem obiektem rasistowskich, ideologicznych procedur policyjnych. Ten proces miał ewidentnie rasistowski charakter. Byłem Żydem, który nie dążył do integracji ani asymilacji. Większość moich przyjaciół pochodziła z Francuskich Indii Zachodnich, co wyraźnie było widać w dyskusjach.
Dla Goldmana jego osobisty przypadek po raz kolejny zilustrował prześladowania, jakich dopuszczono się na przestrzeni dziejów wobec niewinnych Żydów: „Istniała solidarność wśród Żydów” – napisał. „Od Żydów, którzy uważali się za Żydów, i od Żydów, którzy się za Żydów nie uważali. Od Żydów komunistycznych i od Żydów konserwatywnych. Od Żydów syjonistycznych, antysyjonistycznych i niesyjonistycznych. Wszyscy oni, podczas tego procesu, czuli się Żydami, że ja byłem tam w pełni Żydem, dla siebie, dla Żydów, i innych. Ta czysto żydowska solidarność mnie przytłoczyła; na chwilę ogarnął mnie napad żydowskiego mistycyzmu: byłem przestępcą, złodziejem, ale fałszywie oskarżony o morderstwo, niesprawiedliwie skazany, przez pewien czas reprezentowałem Żydów przed sprawiedliwością nie-Żydów. "
Książka, oczywiście, „była bliska zdobycia Nagrody Goncourtów”. Proces apelacyjny odbył się w Amiens w maju 1976 roku. Kilka dni wcześniej sam François Mitterrand oświadczył, że „nie wierzy” w winę Pierre’a Goldmana. Aktorka Simone Signoret również stanęła w jego obronie przed Sądem Asyżowym w Amiens. Werdykt zapadł ostatecznie: Pierre Goldman został uniewinniony od podwójnego morderstwa w aptece, ale skazany na 12 lat więzienia za trzy napady. Było to wielkie zwycięstwo „sprawiedliwości i demokracji”. Został zwolniony wkrótce potem i w 1977 r. opublikował powieść zatytułowaną The Ordinary Misadventure of Archibald Rapoport, w której pośrednio przyznał się do winy za morderstwa, o które go oskarżano.
Bohaterem powieści jest zmarginalizowany Żyd, szalony zabójca mordujący policjantów i sędziów. Arnold Mandel, który zamieszcza krótkie wprowadzenie w żydowskim miesięczniku „L'Arche” w listopadzie 1977 roku, pośrednio potępia zachowanie Goldmana, który wyraźnie identyfikuje się ze swoim fikcyjnym bohaterem, i „niedopuszczalne motto”, które jego postać najwyraźniej przyjęła: Tov shebagoim harog: zabijaj najlepszych gojów. W domach każdej ze swoich ofiar Archibald zostawia „olisbos”, fałszywy fallus. Dowiadujemy się również, że Archibald również nie był chrześcijaninem: „Rózga przybrała okropny kształt krucyfiksu, który zerwał ze złości bez żadnego bólu”.
Wszyscy przyjaciele Goldmana mogli słusznie czuć się oszukani jego nieszczerymi wyznaniami. Wszyscy dali się nabrać. Ta śmiałość jest dość charakterystyczną cechą jego charakteru. Trzydzieści pięć lat później opublikowano dwie książki o Pierre'ze Goldmanie, w których ujawniono, że jego główny świadek, który zapewnił mu alibi, Joël Cautric, przyznał się do kłamstwa.
Pierre Goldman nie żył jednak długo po wyjściu na wolność.
Został zamordowany na ulicy we wrześniu 1979 roku, trzykrotnie postrzelony z broni dużego kalibru przez dwóch mężczyzn, którzy przyznali się do odpowiedzialności za ten czyn w następujący sposób: „System sprawiedliwości po raz kolejny pokazał swoją słabość i pobłażliwość, zrobiliśmy to, czego wymagał nasz obowiązek”. Dla filozofa André Glucksmanna była to „zbrodnia o charakterze antysemickim”, jak napisał w gazecie „Libération” 27 września 1979 roku. A Pierre Goldman „zrobił z każdego człowieka Żyda”. Oczywiście.
Oto, co akademik Maurice Rheims napisał o żydowskiej solidarności: „Od dzieciństwa bycie Żydem budziło więcej obaw niż pewności. Kiedy przypadkiem, czytając „Le Temps”, mój ojciec dowiedział się o jakiejś paskudnej aferze, jakiejś nikczemnej zbrodni z udziałem Herzoga, Behra, Lévy’ego, kiedy Dreyfus krążył wokół naszego stołu, wydaje mi się, że wszyscy odczuwaliśmy poczucie odpowiedzialności”.
Neokantowski filozof Hermann Cohen (1842–1916) z kolei zganił swoich współwyznawców w następujących słowach: „Spójrzcie na siebie w lustrze! To pierwszy krok do samokrytyki. Że jesteście do siebie strasznie podobni i że w konsekwencji przewinienie jednego przypisuje się wszystkim, i nie można tego zmienić”.
Tak samo pisał na początku stulecia słynny austriacki Żyd Otto Weininger, który analizując bardzo specyficzną mentalność swoich współwyznawców, widział on w Żydach nie tyle „solidarność” jako przejaw dobrze pojętego wspólnego interesu:
„Antysemityzm” – pisze – „ widział w tej grupie świadomą i celową spójność i mówił o «solidarności»”.To błąd, bo gdy pojawia się oskarżenie i wszyscy w duchu podejmują się obrony oskarżonego, pragnąc, mając nadzieję i dążąc do udowodnienia jego niewinności, nie powinno się wierzyć, że ten człowiek interesuje ich jako jednostkę i że jego los, z racji bycia Żydem, budzi w nich więcej litości niż los niesprawiedliwie prześladowanego Aryjczyka. Dopiero poczucie zagrożenia dla żydowskości, strach przed ciosem, który spadnie na wszystkich Żydów, skłania ich do stanięcia po jego stronie."
Pomaga nam to lepiej zrozumieć, dlaczego cała "międzynarodowa społeczność medialna” systematycznie mobilizuje się, by bronić współwyznawcy, który rzekomo wpadł w sieć gojowskiej (nie)sprawiedliwości.
Etnocentryzm
Solidarność żydowska przejawia się również z biegiem czasu dumą z dokonań poprzednich pokoleń. Żydowscy intelektualiści głośno opiewają historyczne sukcesy swoich współwyznawców w dziedzinie kultury i nauki i nie wahają się chwalić geniuszy, często w najbardziej wątpliwych przypadkach. Ta solidarność przybiera tu formę zaostrzonego etnocentryzmu.
Na początku XX wieku w Austro-Węgrzech , a zwłaszcza w Wiedniu, życie kulturalne pozostawało pod silnym wpływem niespokojnej elity intelektualnej Żydów. W 1867 roku cesarz Franciszek Józef, który uważał ich za najwierniejszych poddanych swojego Cesarstwa, przyznał im pełne równouprawnienie z innymi narodowościami. Dziesiątki tysięcy Żydów napływały do stolicy w poszukiwaniu bogactwa lub możliwości edukacji i kariery dla swoich dzieci. Wiedeń był wówczas domem dla pisarzy takich jak Stefan Zweig, Franz Kafka, Hugo von Hofmannsthal, Arthur Schnitzler, Franz Werfel, Joseph Roth i Karl Kraus, a także muzyków takich jak Arnold Schönberg i Gustav Mahler, nie wspominając oczywiście o słynnym Zygmuncie Freudzie. Stefan Zweig i Joseph Roth pozostawili nam dość barwne relacje o tym, jak te osobistości mogły się wzajemnie wspierać i chwalić członków bractwa.
Wobec pokolenia, zamieszkałego w Berlinie Republiki Weimarskiej w okresie międzywojennym, Guy Konopnicki podejmuje podobne zadanie. Z wielką dumą i satysfakcją wychwala tę wzniosłą epokę: ten „Berlin Döblina, Berga, Hindemitha, Piscatora i Fritza Langa, Berlin, który być może był świadkiem najbardziej niezwykłego rozkwitu kulturalnego wszech czasów”. W umyśle publicysty, oczywiście, to wspaniałym żydowskim artystom zawdzięczamy to bogactwo kulturowe: „Malarstwo, muzyka, kino i literatura rzadko były tak bogate i różnorodne jak w Berlinie za czasów Republiki Weimarskiej. I tak jak w Stanach Zjednoczonych, tak jak w Paryżu w czasach swojej świetności, Berlin szczycił się całą rzeszą artystów międzynarodowych”.
Ale Konopnicki chętnie przyznaje, że Berlin nie był jedynym ważnym ośrodkiem kulturalnym tamtych czasów, ponieważ Moskwa, w rękach komunistów, rywalizowała wówczas ze stolicą Niemiec. Posłuchajmy ponownie, jak Konopnicki zachwyca się wspaniałymi dziełami swoich współwyznawców: „Lata rewolucji” – mówi – „naznaczone były, podobnie jak lata Republiki Weimarskiej, niezwykłym rozkwitem twórczości literackiej i artystycznej. Malewicz, Chagall, suprematyzm, futuryzm, Tynianow, Aleksander Blok, Majakowski, Mandelsztam, Meyerhold i wielu innych. Co za czasy!"
Nie trzeba dodawać, że bez Żydów kultura niemiecka i rosyjska praktycznie tracą na znaczeniu. Zrozumiałe jest również, że oddanie Konopnickiego kulturze amerykańskiej jest wyrazem tej samej wspólnotowej skłonności.
To ta sama etnocentryczna duma, którą wyraża Alfred Grosser w swojej książce Zbrodnia i pamięć z 1989 roku gdzie pisze: „Wkład 'niemieckich obywateli wyznania mojżeszowego' w życie kulturalne, naukowe, medyczne i sądownicze Republiki Weimarskiej był tym bardziej widoczny, że pierwsza republika niemiecka, mimo wielu słabości, stanowiła swego rodzaju krótki złoty wiek kultury i cywilizacji”.
Wygląda na to, że to właśnie intelektualiści żydowscy, a nie ktokolwiek inny, przynoszą cywilizację.
Marek Halter używa tego samego języka w odniesieniu do niemieckich i austriackich Żydów uciekających przed nazizmem. Są oni „europejską elitą”: „W Marsylii, która wówczas liczyła piętnaście tysięcy żydowskich mieszkańców, przybywający tysiącami tłoczyli się w małych, obskurnych hotelach. Wśród nich była europejska elita: Marc Chagall, Max Ernst, synowie Thomasa Manna, Anna Mahler, Franz Werfel, Arthur Koestler, Hannah Arendt, Anna Seghers, Lion Feuchtwanger. Cała cywilizacja w niebezpieczeństwie”. Myśl tę wyraża dalej Samuel Pisar, pisząc: „Doświadczenie Trzeciej Rzeszy pokazuje, że korzenie jej upadku tkwiły w tym, że nie pozwalała ludziom takim jak Albert Einstein, Thomas Mann czy Willy Brandt oddychać w swoich granicach”. Należy jednak zauważyć, że upadek Trzeciej Rzeszy był prawdopodobnie w jeszcze większym stopniu spowodowany setkami tysięcy ton bomb fosforowych zrzuconych na jej miasta.
Ogólnie rzecz biorąc, Żydzi zdają się uważać siebie za lepszych od innych narodów, a ta duma jest widoczna w wielu dziełach. Już w 1929 roku Pierre Paraf wyraził tę dumę: „Twierdziłem” – pisał – „że chrześcijaństwo zawdzięcza to, co najlepsze, narodowi żydowskiemu, przypominając, że bez naszych Pism Świętych nie ma Ewangelii, a te ostatnie, co więcej, bywają niekiedy jedynie bladym odbiciem tych pierwszych”.
Tego samego naucza filozof Jacob Talmon, dla którego Żydzi są "nosicielami wyższej i starszej cywilizacji".
Sam Zygmunt Freud potrafił wyrazić tę ideę. Przyznał, że naród izraelski „wykształcił szczególne cechy charakteru, a także nabył serdeczną niechęć wszystkich innych narodów”. Dla niego „cechą charakteru Żydów, która dominuje w ich relacjach z innymi”, jest przede wszystkim ich nadmierna duma: „Nie ulega wątpliwości” – pisał – „że mają o sobie szczególnie wysokie mniemanie, że uważają się za bardziej szlachtnych, o wyższej pozycji, przewyższających innych, od których również odróżniają się wieloma swoimi zwyczajami”.
I dowiadujemy się również od Freuda, że arogancja narodu żydowskiego sięga bardzo daleko w przeszłość, ponieważ już w starożytności wykazywali te same wady: „Znamy podstawę tego zachowania i wiemy, na czym polega ich sekretny skarb. Naprawdę uważają się za wybrany lud Boga, wierzą, że są szczególnie bliscy Jemu, co czyni ich dumnymi i pewnymi siebie. Według wiarygodnych informacji zachowywali się tak, jak robią to dzisiaj, już w okresie hellenistycznym; Żyd był zatem już wówczas zdefiniowany, a Grecy, wśród których i obok których żyli, reagowali na żydowską odrębność w taki sam sposób, jak współczesne im „narody gospodarzy”.
Po drugiej wojnie światowej dyrektor prasowy Jean Daniel dostrzegł niebezpieczeństwo ogłoszenia się „narodem wybranym przez Boga”, co mogło zostać odebrane przez pogan jako nieznośna arogancja, i zauważył w związku z tym, że wielcy myśliciele żydowscy okresu powojennego odczuwali potrzebę redefinicji tego „wyboru”, aby uchronić się przed oburzonymi reakcjami pogan: „Nawet najwięksi Żydzi wstydzą się” – pisał – „gdy przychodzi do definiowania Wyboru. Weźmy Martina Bubera, Levinasa, Leibowitza. Wszyscy oni mówią: uważajcie, absurdem byłoby uważać się za lepszych. Wybór to nakaz doskonałości”.
Wybór nie jest czymś oczywistym, trzeba na niego zapracować. Krótko mówiąc, poświęcili swój czas na zniszczenie tego, co wybór reprezentuje.
Martin Buber, Emmanuel Levinas, Franz Rosenzweig i Gershom Scholem zdefiniowali zatem na nowo termin „wybranie” „w taki sposób, że naród żydowski nie mógł już rościć sobie prawa do wyłączności. Według nich Bóg stworzył dla Żydów powołanie, które charakteryzuje się jedynie doskonałością, a nigdy odmiennością czy wyższością. Każdy człowiek może zatem wybrać świętość, czyli zostać Żydem. "Doszedłem do takiego wniosku”, pisze Jean Daniel, „że Żydzi powinni zachować ze swojego Wybrania jedynie nakaz bycia najlepszymi, a z Przymierza jedynie obowiązek uczynienia Izraela latarnią morską dla narodów”. To rzeczywiście zmienia wszystko!
Dlatego też jest zrozumiałe, że Żydzi są po prostu „niezbędni" dla cywilizacji i nie sposób sobie wyobrazić, aby jakikolwiek naród mógł się bez nich obejść.
Clara Malraux, żona słynnego ministra generała de Gaulle’a, pisała już o swoich pruskich współwyznawcach z epoki Oświecenia: „Ich wkład, ledwo, a często tylko tymczasowo, uwolniony od najgorszych ograniczeń i upokorzeń, okazał się nieoceniony, niewątpliwie niezbędny, ponieważ charakteryzował się szczególną otwartością, która wynika z kontaktu z różnymi cywilizacjami” .
Tę ideę absolutnej konieczności judaizmu dla cywilizacji wyraził dalej Martin Buber, jeden z wielkich żydowskich myślicieli XX wieku. W swojej książce zatytułowanej „Judaizm”, opublikowanej w 1982 roku, pisze: „Ludzkość potrzebuje judaizmu, potrzebuje go i będzie go potrzebować aż do końca czasów, ponieważ jest on najdonioślejszym ucieleśnieniem, wzorowym przedstawieniem jednego z najwznioślejszych dążeń ducha” .
Jacques Attali również wyraził swoją opinię w tej sprawie. Oto jego konkluzja: „Żadne ze społeczeństw osiadłych” – pisze – „nie przetrwałoby bez nomadów, którzy transportowali towary, idee i kapitał między sobą i odważyli się podejmować intelektualne i materialne ryzyko, na jakie żaden osiadły człowiek nie byłby gotów się zdecydować".
Naród żydowski odgrywał rolę nomadów, tworząc bogactwo dla osiadłej ludności. W ten sposób wypełniał swoją rolę „naprawiaczy świata”.
Nomadyzm nie jest wyższością: to po prostu cecha wspólna innym ludom i absolutnie niezbędna do przetrwania i dobrobytu ludności osiadłej. „ Żydzi są kluczem do rozwoju świata” – podkreśla Jacques Attali. „Nie ma osiadłego rozwoju bez tych nomadów. Ale też nie ma kwestionowania ustalonego porządku bez nich”.
.
W tych warunkach „nieszczęście narodu żydowskiego jest nieszczęściem wszystkich ludzi” – pisze Attali, który idzie jeszcze dalej w swojej logice: „zniszczenie Świątyni jest również tragedią dla nie-Żydów, ponieważ Hebrajczycy modlili się za nich: „Nie wiedzą, co utracili”.
Naród żydowski jest centrum ludzkości i nie sposób wyobrazić sobie życia inaczej.
"Inne narody ziemi nie mogą istnieć bez Żydów, nawet ostatnie plemię Amazonii". Ten bardzo subiektywny punkt widzenia nie przeszkadza Jacques’owi Attali’emu przypomnieć nam o dobrze znanych zasadach judaizmu: „Narzucać bardzo surową moralność, nie tolerować ani arogancji, ani niemoralności, aby nie tworzyć ani zazdrości, ani pretekstu do prześladowań”.
Rzeczywiście nadszedł czas, aby to powiedzieć.
Hevre Ryssen
Psychoanaliza judaizmu














