wtorek, 18 sierpnia 2026

Atrofia naturalnej inteligencji


Atrofia inteligencji to osłabienie lub zanik zdolności poznawczych i krytycznego myślenia. Wynika ona z braku regularnego wysiłku mentalnego i polegamy w tym na zewnętrznych narzędziach, takich jak sztuczna inteligencja czy internet. Działa to, jak brak ruchu, który osłabia mięśnie.

Kto tak twierdzi? Ta sama sztuczna inteligencja, o której tu jest mowa. Właśnie wyszło moje lenistwo umysłowe, ponieważ zamiast poszukać wśród nobliwych, nie zawsze rzetelnych źródłach jak na przykład Encyklopedia Britannica, zapytałem sprawcę, co jest przyczyną tego problemu.

06 sierpnia na birchgold.com ukazał się artykuł Brandona Smitha: Mroczniejszy cel wyścigu o sztuczną inteligencję.

https://www.birchgold.com/blog/news/ai-darker-purpose/

Obietnica świata bez pracy to zazwyczaj przynęta, mająca na celu skłonienie obywateli do większego polegania na rządzie. Kiedy twoje przetrwanie zależy od systemu, jest znacznie mniej prawdopodobne, że kiedykolwiek się przeciwko niemu zbuntujesz. Nie kąsasz ręki, która cię karmi.

Sztuczna inteligencja nie jest rewolucją przemysłową w tradycyjnym sensie, ponieważ nie jest napędzana popytem wolnego rynku. Większość ludzi może z łatwością obejść się bez sztucznej inteligencji, a korzyści dla ich życia są ledwo zauważalne lub wręcz żadne. Druga rewolucja przemysłowa wprowadziła elektryczność, bezprecedensowy postęp medycyny, komunikację na odległość i łatwy transport; wszystko to, bez czego ludzie nigdy nie chcą się obejść.

Jak dotąd sztuczna inteligencja blednie w porównaniu z nią, a obietnice, które napędzają jej popularność, wymagają renesansu energetycznego, który nie będzie możliwy przez wiele kolejnych dekad. Niestety, najbardziej logicznym zastosowaniem dla rozprzestrzeniania się sztucznej inteligencji jest tłumienie społeczeństwa. Dla autokratów wyścig po sztuczną inteligencję nie polega na poprawianiu przyszłości zwykłego człowieka. Chodzi o wprowadzenie technologii wszechobecnego nadzoru w życie zwykłego człowieka – zanim zdąży on zdać sobie sprawę, że jest przez nią skrępowany.

Ogromne zapotrzebowanie na energię nowych centrów danych przeznaczonych do sztucznej inteligencji napędza w Stanach Zjednoczonych budowę licznych elektrowni gazowych. W Ohio powstaje aż dziesięć nowych obiektów, startup w Zachodniej Wirginii planuje setki generatorów gazowych, a także Elon Musk stawia na turbiny gazowe dla swoich serwerów AI. Energia wiatrowa i słoneczna po prostu nie są w stanie zaspokoić tego gigantycznego, przewidywalnego zapotrzebowania na energię elektryczną.

Piszesz pracę doktorską? Cóż jest trudnego w delegowaniu tego zadania na SI? Wielu doktorantów nawet nie wysila się, by przeczytać wygenerowany tekst i oddaje jako własny swojemu promotorowi. A może tworzysz muzykę, piszesz książkę, albo jesteś blogerem lub malarzem? Grok i konkurencja jedynie czeka, by wypełnić takie zadanie.

Tak właśnie te nędzne resztki naturalnej inteligencji, które jeszcze gdzieniegdzie wydostają się na powierzchnię z tego chaosu komputerowych tworów, zostają wygnane na banicję przez zwyczajne lenistwo umysłowe.


Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

15. sierpnia 2026 Marek Wojcik world-scam/atrofia-naturalnej-inteligencji

poniedziałek, 17 sierpnia 2026

Jan Patočka

 Filozof

W obecnych czasach intelektualista ma trzy możliwe sposoby postępowania: wewnętrzną emigrację, jak Platon, drogę kompromisu, jak sofiści, lub konsekwentne życie w prawdzie, konflikt z władzą i śmierć, jak Sokrates.[1] 

Te słowa wypowiedział Jan Patočka w 1975 roku podczas jednego z nielegalnych seminariów, prowadzonego dla kilku osób w prywatnym mieszkaniu w Pradze. 

Pytanie o rolę i miejsce intelektualisty w państwie jest powracającym motywem rozważań filozoficznych. Żywoty myślicieli to skrócone dzieje ludzkości. Byli wynoszeni na ołtarze (św. Augustyn, św. Tomasz), potępiani przez Kościół (Eckhart), zmuszeni do odwołania swoich poglądów (Galileusz). Umierali otoczeni szacunkiem na królewskich dworach (Kartezjusz) i w zaciszu uniwersytetów (Newton), ale także dożywali swoich dni w zapomnieniu i samotności (Rousseau) i jak zwykli ludzie padali ofiarami epidemii (Hegel). Wiek XX nie był pod tym względem wyjątkowy. 

Patočka doskonale znał historię filozofii, był również uważnym obserwatorem dziejów kraju, w którym przyszło mu żyć. Od chwili habilitacji w 1937 roku przez niespełna dziewięć lat mógł wykładać na Uniwersytecie Karola. W 1972 roku władze, korzystając z pretekstu, że skończył sześćdziesiąt pięć lat, przeniosły go na emeryturę. Zaczął wtedy wykładać w prywatnych mieszkaniach. Te seminaria nazywano „latającym uniwersytetem Patočki” albo „czarnym uniwersytetem” (niczym czarny rynek, gdzie można było nabyć niedostępne w komunistycznej rzeczywistości towary luksusowe). 

Platon nie angażował się w życie Aten. Założył Akademię i tam wraz z grupą uczniów roztrząsał problemy filozoficzne. Tylko raz w życiu, i to nieudolnie, wziął udział w politycznych rozgrywkach, kiedy wspierał tyrana Syrakuz. Omal nie postradał wówczas życia. Powróciwszy do ojczyzny, nie zabierał już głosu w sprawach publicznych, tylko na kartach swojego Państwa nakreślił iluzję idealnego systemu politycznego, gdzie władzę powierzył filozofom. W spokoju dożył osiemdziesiątki. 

Sofiści sięgnęli dna, kiedy za opłatą dowodzili największych bzdur w interesie płacącego. 

Sokrates w tradycji europejskiej pozostał ideałem myśliciela. Przez całe życie poszukiwał prawdy, co w końcu nie spodobało się Ateńczykom. Pod jego adresem wysunięto oskarżenia, które doprowadziły do skazania go na śmierć.

Sokrates, powiadają, zbrodnie popełnia albowiem psuje młodzież, nie uznaje bogów, które państwo uznaje, ale inne duchy nowe. [...] Sokrates popełnia zbrodnię i dopuszcza się występku badając rzeczy ukryte pod ziemią i w niebie i ze słabszego zdania robiąc mocniejsze i drugich tego samego nauczając.[2] 

Z medycznego punktu widzenia Jana Patočkę zabił wylew krwi do mózgu. Z moralnego – rządzący Czechosłowacją komuniści. Przez Służbę Bezpieczeństwa był nadzorowany już od początku lat pięćdziesiątych. W styczniu 1977 roku ogłoszono deklarację Karty 77. On był jednym z jej trzech rzeczników. Wtedy rozpoczęły się częste i wielogodzinne przesłuchania. To ostatnie trwało jedenaście godzin. Organizm nie wytrzymał. Zbyt późno wezwano pomoc. Jan Patočka zmarł w szpitalu 13 marca 1977 roku, nie dożywając siedemdziesiątych urodzin. 

Jan Patočka

Sokrates, biorąc w dłoń kielich z cykutą, liczył sobie także siedemdziesiąt wiosen. Umarł – jeśli wierzyć Platonowi – spokojnie, w otoczeniu przyjaciół. Jak wyglądał pochówek Sokratesa – nie wiemy, ale niepohamowana nawet wobec śmierci nienawiść, jaką władze żywiły do Jana Patočki, dała o sobie znać podczas jego pogrzebu. Szpicle w cywilu nie silili się na kłamliwy choćby szacunek dla miejsca wiecznego spoczynku. Filmowali uczestników, kręcili się wśród grobów. Nad cmentarzem świętej Markéty na praskim Břevnovie wisiał milicyjny śmigłowiec. Na stadionie za murem cmentarnym milicjanci urządzili zawody motorowe. Warkot silników dominował, jakby miał za zadanie upokorzyć zmarłego. Wszystko po to, aby zagłuszyć księdza i słowa pożegnania. 

Patočka od młodości chciał studiować filozofię. Urodził się siedem lat przed I wojną światową w Trutnovie. Ojciec, profesor gimnazjum, dbał o wykształcenie syna. Wstępując w 1925 roku na Uniwersytet Karola, Jan znał doskonale niemiecki i francuski. Prócz filozofii studiował slawistykę i romanistykę. Chodził też na wykłady Ernsta Cassirera na niemiecki uniwersytet w Pradze. Dopiero wyjazdy za granicę do Paryża, Berlina i Fryburga, gdzie miał możliwość spotkać Nicolaia Hartmanna i Martina Heideggera, pozwoliły mu zetknąć się z filozofami, a nie jak dotychczas z historykami filozofii. 

Mistrzem Patočki stał się poznany w 1929 roku w Paryżu Edmund Husserl. Pochodził z Moraw. Był prawie o pół wieku starszy od młodego adepta, ale to nie przeszkodziło w nawiązaniu partnerskich relacji. Kiedy Patočka napisał do niego, że chciałby studiować we Fryburgu, odpowiedź była prosta: „Jeśli faktycznie chce pan uczyć się rozumowania i nie przywiezie pan ze sobą żadnych filozoficznych uprzedzeń i przekonań (tych duchowych klapek na oczach), to będzie pan serdecznie powitany”  [3].

Spełnił warunki, a Husserl na święta Bożego Narodzenia 1932 roku podarował mu niezwykły prezent: wykonany z jasnego drewna przenośny mały pulpit służący do czytania. Ten sam, który dostał od Tomáša G. Masaryka, kiedy obydwaj byli jeszcze bardzo młodzi. Masaryk był wtedy od czternastu lat prezydentem Czechosłowacji. 

Patočka wrócił do Pragi i na Uniwersytecie Karola przedstawił pracę Świat naturalny jako problem filozoficzny. Nie została ona doceniona przez profesurę, której obce były rozważania fenomenologiczne.

Tylko niespełna dwa miesiące trwała pierwsza przygoda Jana Patočki jako wykładowcy na uniwersytecie. Zaczął w październiku 1939 roku, a w listopadzie, po manifestacjach studenckich, Niemcy zamknęli wyższe uczelnie. Uczył więc w gimnazjum. 

Po wojnie wrócił na uniwersytet.

Są myśliciele, którzy twierdzą, że złotą erą filozofii były czasy starożytne, a wszystko, co powstało później, stanowi zaledwie dopisek i uzupełnienie do rozważań Sokratesa, Platona, Arystotelesa.

W 1945 roku Patočka zaczął cykl wykładów Od presokratyków do Arystotelesa. Prowadził je bardzo szczegółowo przez cztery lata, dotarł do Arystotelesa, ale nie zdążył już omówić jego poglądów. Po objęciu władzy przez komunistów w 1948 roku z uniwersytetu zostali usunięci wszyscy, którzy byli choćby podejrzewani o krytycyzm wobec nowej rzeczywistości. Przez krótki czas pracował w Instytucie Tomáš a Masaryka, a po jego likwidacji trafił do Instytutu Pedagogicznego Jana Ámosa Komenskiego. 

Polityczna odwilż lat sześćdziesiątych pozwoliła Patočce wrócić do życia akademickiego. Gościnnie wykładał nawet za granicą. Wreszcie wiosną 1968 roku po raz trzeci wrócił na uniwersytecką katedrę. Jego wykłady zapisały się w zbiorowej pamięci pokolenia ‘68. Ten pierwszy po osiemnastu latach przerwy zaczął, pytając się przewrotnie studentów: „To gdzie skończyliśmy w 1950 roku?”  [4]. I zaczął od tego, na czym skończył osiemnaście lat wcześniej: od Arystotelesa. 

Znakomity historyk Václav Černý, któremu także pozwolono wykładać, z pierwszych swoich zajęć zrobił show, opowiadając studentom swoje przeżycia z lat pięćdziesiątych. Patočka nie chciał jednak tracić czasu. 

Uczęszczanie na jego zajęcia było dobrze postrzegane. Przychodzili ludzie spoza wydziału filozoficznego. Powody były różne. Teolog Tomáš Halík pamięta teatrologa, którego głównie interesowała gestykulacja i dykcja profesora. Po latach nudnych i odczytywanych zza katedry wykładów Patočka prezentował nieznaną studentom swobodę intelektualisty, gdy przemierzając salę i nie korzystając z notatek, prowadził rozważania. Byli tacy, którzy czekali na wplatane przez Patočkę powiedzonka: „Schopenhauer obwieścił, że nie może czytać innego filozofa niż Arthura Schopenhauera. Należy dodać – nie wybrał źle”  [5].

Praska wiosna szybko dogasła. Komuniści wierni dyktatowi Breżniewa, po odsunięciu ekipy Alexandra Dubčeka, porządkowali państwo według swoich standardów. Nie było w nim miejsca dla reformatorów, niezależnego od władz związku pisarzy czy gazet w rodzaju „Literarnich novin”, także dla profesorów, którzy mogliby „psuć młodzież” czy „nie uznawać bogów, które państwo uznaje”. W 1972 roku Jan Patočka został zmuszony do przejścia na emeryturę. Skończyły się lata, gdy niczym Platon pozwalał sobie na luksus wewnętrznej emigracji. 

Filozofia jest niczym innym jak życiem (poświęconym myśleniu) odpowiadającym zasadzie całkowitej odpowiedzialności myśli. Postawą odpowiedzialną jest taka postawa, w której pogląd stosuje się do wyglądu rzeczy, a nie odwrotnie. Jak widać już sama postawa odpowiedzialna umożliwia życie w prawdzie, czyni możliwą istotę filozofii i całej nauki, która nie utraciła z nią kontaktu. Z drugiej strony życie w prawdzie to racjonalność.[6] 

Tak mówił podczas gościnnego wykładu w 1971 roku w Warszawie. 

Tego rodzaju sądy nie mogły ukazać się w Czechosłowacji. Komuniści fałszowali w jego kraju już nie tylko historię, ale i rzeczywistość. Jak inaczej nazwać ich poczynania, gdy likwidowali groby Jana Palacha czy Josefa Smrkovskiego, gdy więzili i zmuszali do emigracji opozycjonistów, pisarzy. Nie pozbyli się jednak narodowej symboliki. Zatem na prezydenckim proporcu wciąż widniało stare, husyckie hasło: „Prawda zwycięży”. W kilka lat po zdławionej praskiej wiośnie brzmiało niczym kpina i nikt, kto chciał z przekonaniem powiedzieć o sobie, że jest uczciwym człowiekiem, nie miał złudzeń, że jest to grabież. Ordynarne złodziejstwo. 

Do emerytury udało się Patočce opublikować w kraju niewiele. Poza rozsianymi artykułami i wydaną przed wojną habilitacją były to przekłady Hegla i wydana tuż po wojnie Filozofia przedsokratejska. W latach sześćdziesiątych Arystoteles, jego poprzednicy i następcy, a także Wstęp do fenomenologii Husserla. Nie miał złudzeń, że władze zezwolą na wykłady, a cenzura na wydanie czegokolwiek, co byłoby sprzeczne z oficjalną ideologią. Pozostały prywatne seminaria, na których wygłosił cykl wykładów Platon a Europa, Powstanie i koniec Europy, i publikowanie w samizdacie. 

W pierwszej połowie lat siedemdziesiątych powstały najważniejsze prace Jana Patočki, publikowane poza cenzurą. 

W Trzech esejach o Masaryku rozdzielił filozofię na philosophia pereunis zajmującą się problemami uniwersalnymi, i marginalną, uprawianą na potrzeby aktualnych, gorących wydarzeń. Niewątpliwie Patočkę należy zaliczyć do myślicieli zmagających się z uniwersaliami, nawet wtedy, gdy pisał o swoistych czeskich dylematach. 

Jego najsłynniejsze Heretyckie eseje o filozofii dziejów wyszły w samizdacie w 1975 roku. Na przekór zaściankowości i izolacji, na jaką komuniści skazali życie intelektualne Czechosłowacji, powstała oryginalna i wciąż warta studiowania książka. Jej tytuł zachęcał, aby doszukiwać się krytyki dogmatów marksistowskich. Ale rację miał Paul Ricoeur, twierdząc, iż herezja autora polegała na tym, że podjął się polemiki z najważniejszymi myślicielami XX wieku: Husserlem i Heideggerem. 

„Niestety, musimy raz jeszcze przywołać słowa Moritza Hartmanna: Czesi są narodem, który przedłuża swoje życie poprzez zdradę dziedzictwa ojców – pod tym względem nic się nie zmieniło aż do dnia dzisiejszego”  [7] – gorzko i okrutnie brzmi ostatnie zdanie eseju Kim są Czesi? Intelektualna uczciwość nie pozwalała Patočce na tani zabieg, aby w czasach klęski silić się na optymistyczne „ku pokrzepieniu serc”. Pisał o miejscu Czech w Europie. Od początków państwowości aż do tragicznego roku 1938. O małości i wielkości rodzimych dziejów. 

Nie sposób przejść obojętnie obok tej opinii. Czesi chętnie patrzyli wstecz, szukając tam moralnego wsparcia w ponurych czasach. Patočka nie idealizował dziejów, analizował, i choć jego diagnoza na przyszłość brzmiała niewesoło, to prowokowała do zastanowienia. Nie wystarczy czuć się prawowitymi dziedzicami dawnej wielkości, wymaga to dowodów, których dostarczyć może tylko czyn. A tego brakowało na początku lat siedemdziesiątych. 

Za wzór stawiał prezydenta Czechosłowacji Tomáša Garrigue Masaryka. Już w 1938 roku, w pierwszą rocznicę śmierci prezydenta, pisał, że Masaryk powinien być żywotnym problemem każdego myślącego Czecha. Po 1948 roku komuniści robili wszystko, aby zepchnąć Masaryka na margines duchowego życia narodu. Dyskredytowano zasługi, wydając rozprawy mające dowodzić antynarodowej działalności. Nie wznawiano jego książek, a te, które były w bibliotekach, opatrzone czerwonymi pieczątkami „wycofano 1948”, zaległy w piwnicach na dwadzieścia lat. Na krótko wróciły do wypożyczalni w 1968, by z kolejną pieczątką stać się ponownie niedostępne dla czytelników. 

Patočka wracał do Masaryka, uznając jego oryginalność. Poświęcił mu puszczone w obieg w samizdacie eseje. Nie gloryfikował jego osoby, choć zauważył, że „[...] filozofowie w większości budowali państwo idealne, a stworzenie go dzięki rzeczywistemu politycznemu działaniu w całych dziejach dane było tylko jednemu myślicielowi, właśnie Masarykowi”  [8].

Bardziej zajmowały go filozoficzne dokonania Masaryka. Pisząc, zderzał jego poglądy z ideami Husserla, Dostojewskiego, Nietzschego, Kanta, Diltheya i rodzimych: Dobrovskiego, Kollára, Palackiego, podkreślając tym samym, że czeska tradycja wpisuje się w duchowe dziedzictwo Europy i czerpie z niego. 

W marcu 1976 roku Służba Bezpieczeństwa aresztowała dwudziestu siedmiu młodych ludzi. Byli to muzycy rockowych kapeli Plastic People of Universe, DG 307 i ich przyjaciele. 

Władze zwalczały alternatywną muzykę, początkowo zarządzeniami administracyjnymi, czyli pozbawieniem statusu muzyków zawodowych, zakazem koncertowania w głównych miastach. Kiedy jednak okazało się, że na organizowane na wsiach koncerty przyjeżdżają fani z całego kraju, do akcji wkroczyła policja i nie wahała się użyć przemocy. Nie bez powodu muzycy określali jeden z koncertów z 1974 roku w Czeskich Budziejowicach jako „masakrę”. Na pałowaniu się nie skończyło. Dziesiątki studentów i uczniów za udział w koncercie zostały wydalone wtedy ze szkół. 

Proces w 1976 roku stał się głośny. W obronie muzyków stanęli czescy intelektualiści. Na sądowym korytarzu można było zobaczyć pisarzy: Václava Havla, Pavla Kohouta, Ludvíka Vaculíka; byłych polityków: Jiřego Hájka, Františka Kriegla, także Petra Uhla, Jiřego Němca i innych. Pojawił się również Jan Patočka. 

W jednym ze swoich tekstów zauważył, że są sprawy, dla których człowiek decyduje się cierpieć. Nie było mu bliskie rockowe brzmienie długowłosych artystów ani ekscentryczne teksty Egona Bondy’ego. A jednak przychodził na rozprawy i wspierał oskarżonych, szanując, że dla tej głośnej muzyki, której nie słuchał, gotowi są na cierpienia. 

Prokurator żądał wysokich kar, stwierdzając, że muzycy mają wyjątkowo zły wpływ na socjalistyczną młodzież. Zapadły wyroki skazujące na więzienie, od ośmiu miesięcy do półtora roku. Oficjalne uzasadnienie brzmiało: za zakłócanie porządku publicznego. 

Patočka podpisał wraz z innymi list do niemieckiego laureata Nagrody Nobla Heinricha Bölla, w którym przedstawiano przykłady łamania praw człowieka w Czechosłowacji. 

Pod koniec 1976 roku czechosłowacka opozycja pracowała nad powołaniem do życia Karty 77. 

Dwadzieścia cztery wieki po śmierci Sokratesa, 1 stycznia 1977 roku, „wolna, nieformalna, otwarta wspólnota ludzi różnych przekonań i profesji, których łączy chęć indywidualnego i wspólnego działania na rzecz respektowania praw obywatelskich i praw człowieka [...]” (jak się określali) wydała deklarację Karta 77, pisząc w niej między innymi:

W dziedzinie działalności umysłowej i kulturalnej wykluczona jest otwarta dyskusja. Wielu pracowników nauki i kultury dyskryminuje się tylko dlatego, że przed laty legalnie publikowali lub otwarcie wypowiadali poglądy potępione przez obecne władze polityczne.[9]

 

W deklaracji upominano się, by sądzenie Sokratesa w ich kraju nie było możliwe. 

Duchem sprawczym był Václav Havel. To on rzucił hasło, żeby po podpisaniu przez Czechosłowację i inne kraje komunistyczne dokumentów końcowych Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie w Helsinkach, w których obóz socjalistyczny deklarował przestrzeganie praw człowieka, powołać do życia Kartę. 

Patočka zaangażował się. Odwiedzał przyjaciół, zbierając podpisy. Kiedy wracał do oczekującego go przyjaciela, który służył mu swoim samochodem, Zdeňka Urbánka, i mówił: „Nie podpisał, też pójdzie do piekła”  [10], maskował rozczarowanie i żal. Wielu przyjaciół wówczas go zawiodło. 

Był wybrany jednym z trzech rzeczników Karty 77. Oprócz niego Havel i Jiří Hájek, były minister spraw zagranicznych z okresu praskiej wiosny. Współpracownicy starali się namówić Patočkę i Hájka, aby oszczędzali siły i nie działali zbyt aktywnie. Obydwaj odmówili. 

Szybko okazało się, że nie ma mowy, aby komuniści mieli ustąpić choćby na krok. Dwunastego stycznia „Rudé právo”, dziennik partii komunistycznej, pisał o Karcie jako „pamflecie, za którym stoi grupka zbankrutowanej czechosłowackiej burżuazji i organizatorzy kontrrewolucji 1968 roku, zaprzedani pewnym zachodnim ośrodkom”. Václav Havel „to człowiek z rodziny milionerów, nieprzejednany antysocjalista”, Jiří Hájek – „zbankrutowany polityk, który pod hasłem neutralności chciał wyrwać nasze państwo ze społeczności krajów socjalistycznych”, a Jan Patočka – „reakcyjny profesor, który oddał się antykomunistycznym służbom”  [11].

Profesora nie zdziwiła uboga retoryka artykułu. O wiele bardziej niebezpieczne były groźby, za którymi przyszły czyny. Havel został aresztowany, co miało zastraszyć pozostałych. Dla Hájka i Patočki rozpoczęły się długie, męczące przesłuchania. Podczas jednego z pierwszych funkcjonariusz zwrócił się do Patočki: „Panie profesorze, jest pan mądrym, wykształconym człowiekiem, niech pan w tej sytuacji weźmie pod uwagę rzeczywistość”.

Po tej familiarnie niemalże brzmiącej wypowiedzi zapadła cisza. Badawcze spojrzenie Patočki omiotło śledczego, a następnie naukowiec odpowiedział: „To musielibyśmy sobie najpierw wyjaśnić, co to jest rzeczywistość. Nie, nie, panowie, na to pole to ja bym was nie wpuścił”  [12].

Społeczeństwu zafundowano żałosne przedstawienie. Komuniści zorganizowali tak zwaną Antykartę, zmuszając różne osoby z życia publicznego do wiernopoddańczych deklaracji lojalności wobec partii i socjalizmu. 

Stało się oczywiste, że dla Sokratesa nie ma miejsca w Czechosłowacji. 

W ostatnim tekście z 8 marca 1977 Jan Patočka napisał:

Wielu się mnie pyta, czy Karta 77 nie pogorszy położenia naszego społeczeństwa? Odpowiem im otwarcie: żadne poddaństwo nie wiodło do polepszenia, lecz tylko do pogorszenia położenia. Im większy strach i serwilizm, tym na więcej mocni sobie pozwalali, pozwalają i będą pozwalać. Nie ma żadnego innego sposobu na zmniejszenie ich nacisku niż przez poczucie niepewności, kiedy widzą, że niesprawiedliwość i dyskryminacja nie są zapomniane, że się nad tym wszystkim woda nie zamyka. Nie oznacza to wezwania do bezsilnego wygrażania, lecz do godnego, bez strachu, prawdziwego zachowania się w każdych okolicznościach, które imponuje właśnie tym, że tak bardzo różni się od oficjalnego.[13] 

Profesor Jan Patočka zmarł pięć dni po napisaniu tych słów, 13 marca 1977.

1 Tomáš Halík, Největší novodobý český filozof, „Lidove Noviny” 24.08.2001; pełna wersja artykułu zatytułowana Muž přemýšlení a odhodlání, Jan Patočka, 1.6.1907–13.3.1977 dostępna jest na www.halik.cz.

2 Platon, Obrona Sokratesa, w: Platon, Uczta, Eutyfron, Obrona Sokratesa, Kriton, Fedon, przeł. Władysław Witwicki, Warszawa 1984, s. 248, 257.

3 Erazim Kohák, Jan Patočka: filosofický životopis, przeł. Josef Moural, Praha 1993, s. 25.

4 Tomáš Halík, Největší novodobý český filozof.

5 Tamże. 

6 Jan Patočka, Świat naturalny a fenomenologia, przeł. Juliusz Zychowicz, Kraków 1986, s. 143.

7 Jan Patočka, Kim są Czesi?, przeł. Jacek Baluch, Kraków 1997, s. 93.

8 Jan Patočka, Tři studie o Masarykovi, Praha 1991, s. 24.

9 Deklaracja Karty 77, w: Nazywać rzeczy po imieniu. Wybór niezależnej publicystyki czeskiej i słowackiej, Warszawa 1987, s. 43.

10 Eda Kriseová, Václav Havel, Životopis, Brno 1991, s. 74.

11 Tamże, s. 80.

12 Vlasta Chramostová, Vlasta Chramostová, Brno–Olomouc 1999, s. 206.

13 Eda Kriseová, Václav Havel, s. 83.

Mariusz Surosz

Pepiki

Dramatyczne stulecie Czechów

PS

Przeciętny Polak żywi irracjonalną pogardę dla „głupich pepików”. To sprawa wstydliwa, jak każdy przejaw szowinizmu. Jakby moi rodacy nie zauważyli, że Czechosłowacja to nie tylko knedliki, piwo i Karel Gott. Że to także wielka kultura. Że tam właśnie powstaje światowej rangi proza, o której nam – Polakom – tylko marzyć. Że w tę kulturę wpisana jest wspaniała tolerancja, chrześcijański duch przebaczenia, jakiego próżno szukać w ultrakatolickiej Polsce.[1]

1 Antoni Pawlak, Dlaczego Czesi, w: Andrzej Jagodziński, Banici (Rozmowy z czeskimi pisarzami emigracyjnymi), Kraków 1988, s. 6.

Oczywiście twierdzenie że kultura czeska to tylko knedliki i piwo jest dużym błędem: smażyny syr, panie Pawlak, to esencja czeskości. Co do tej światowej rangi prozy, to chyba czytamy inną prozę albo marzymy o innych rzeczach. Jak to jest z czeskim wybaczaniem, o tym przekonali się Niemcy w 1945.

Bez wątpienia Czesi to bardzo mili ludzie, ale tam gdzie predominuje ateizm, tam faktycznie kultura wyższa jest reprezentowana przez kulturę kulinarną. 

Na Athos studiując książkę Moschosa

 Pierwszy klasztor na Athos założył w IX wieku święty Eutymiusz z Salonik, który wyrzekł się świata, mając osiemnaście lat, zaczął chodzić na czworaka i jeść trawę. Został później słupnikiem i gromił współbraci ze szczytu kolumny. Jakieś dwieście lat później – kiedy wokół pierwszego założenia monastycznego powstało już wiele innych klasztorów i skitów – do uszu cesarza bizantyjskiego doszły wieści, że mnisi deprawują córki pasterzy, które przychodziły na górę, by sprzedawać mleko i wełnę. Cesarz wydał więc dekret, że nic rodzaju żeńskiego – żadna kobieta, krowa, kobyła, suka – nie ma prawa wkroczyć na teren Świętej Góry.

Dziś ta reguła nie obowiązuje jedynie kotek. Podobno w średniowieczu sama Matka Boska nakazała nawet dwóm bizantyjskim cesarzowym zawrócić i oddalić się od Świętej Góry. Ale później Najświętsza Panienka nieco złagodniała: prawie sto pięćdziesiąt lat temu, w roku 1857, pozwoliła jednej z moich wiktoriańskich ciotecznych babek, Virginii Somers, na spędzenie dwóch miesięcy w namiocie na zboczu Athos razem z mężem i Couttsem Lindsayem, malarzem prerafaelitą o wątpliwej reputacji. Zachował się list, który Virginia napisała w czasie tamtej wizyty. Relacjonuje w nim, jak mnisi zabrali ją do ogrodu i nalegali, by przyjęła po jednym owocu z każdego drzewa, które mijali. Wspomina, że spróbowała wtedy granatu, cytronu i brzoskwini. To jedyny w tysiącletniej historii Athos pisany przekaz mówiący o przebywaniu kobiety na Świętej Górze i jedyny dowód na niezbyt bogobojne ménage-á-trois tam goszczące.

Zostawmy jednak ten pojedynczy incydent, bo Święta Góra jest nadal samorządną republiką klasztorną, gdzie obowiązują celibat, modlitwa i nienaruszalne zasady Kościoła prawosławnego. Na soborze florenckim w 1439 roku mnisi z góry Athos nie zgodzili się na unię Kościoła prawosławnego z Kościołem katolickim w zamian za pomoc militarną w obliczu zagrożenia ze strony Turków, skutkiem czego Konstantynopol wpadł w ręce Osmanów już po dwóch dziesięcioleciach, niemniej prawosławni doktrynalnie przetrwali bez szwanku. Ogromna duma Kościoła prawosławnego połączona z głęboką podejrzliwością wobec wszystkich innych wyznań pozostaje do dzisiaj na górze Athos postawą dominującą.

Na ląd zszedłem w Dafne, złapałem stary autobus do klasztornej stolicy w Karies, a potem po bruku wygładzonym tysiącami stóp i dalej przez wysokie do kolan krzaki szałwii, wśród chmar żółtych motyli, wolnym krokiem skierowałem się do Iwironu.

Mnisi zakończyli właśnie wieczorne nabożeństwo. Koniec dnia był cudownie ciepły, wielu z nich stało na dziedzińcu, rozkoszując się cieniem cyprysów rosnących obok katolikonu. Brat Jakowos, mnich zajmujący się gośćmi klasztoru, siedział na stopniach zwieńczonej kopułą osmańskiej fontanny i wsłuchiwał się w szmer wody spływającej do misy. Wstał, kiedy zobaczył, że wchodzę na dziedziniec.

– Witaj – powiedział. – Oczekiwaliśmy ciebie.

Jakowos okazał się gadatliwym, krępym, przysadzistym mnichem o brodzie godnej rozbójnika. Na głowie miał zawadiacko przekrzywioną czarną wełnianą czapkę. Wziął moje bagaże i zaprowadził mnie do pokoju gościnnego, gdzie nalał mi kieliszek ouzo i poczęstował rachatłukum o różanym zapachu. Jednocześnie opowiadał wesoło o swojej służbie w marynarce handlowej. Zimą 1959 roku odwiedził na pokładzie cypryjskiego statku Aberdeen i, jak mówił, nigdy nie zapomni tamtejszej mgły i dojmującego zimna. Zapytałem, gdzie znajdę bibliotekarza, brata Christoforosa. To właśnie list od brata Christoforosa – zwieńczony cesarskim godłem, dwugłowym orłem bizantyjskim – zwabił mnie na Athos. Dowiedziałem się od niego, że manuskrypt, którego szukałem, znajduje się w klasztornej bibliotece Iwironu. Tak, ocalał, a on obiecał, że postara się uzyskać dla mnie pozwolenie opata na jego obejrzenie.

– O tej porze Christoforos schodzi do arsenału – powiedział brat Jakowos, spoglądając na zegarek kieszonkowy – żeby nakarmić koty.

Znalazłem staruszka stojącego na molo z wiadrem pełnym rybich ogonów. Na nosie balansowały mu niepewnie wielkie okulary w czarnej oprawce. Wokoł niego kręciły się ze dwa tuziny kotów.

– No, chodź, Justynianie – wołał brat Christoforos. – Chodź Chryzostomie, kici, kici... Chodźcie, kochane, ela, chodźcie...

Podszedłem i przedstawiłem się.

– Myśleliśmy, że przyjedziesz w zeszłym tygodniu – powiedział mnich trochę naburmuszony.

– Przepraszam. Miałem kłopoty z uzyskaniem zezwolenia w Salonikach.

Koty nie przestawały ocierać się zalotnie o kostki Christoforosa, sycząc na siebie wzajemnie i chwytając rozrzucane kawałki płetw.

– Udało ci się, bracie, porozmawiać z opatem o udostępnieniu mi manuskryptu?

– Niestety – odparł Christoforos – opat wyjechał do Konstantynopola. Bierze udział w naradzie z patriarchą ekumenicznym. Ale możesz tu zostać do jego powrotu. Serdecznie zapraszam.

– A kiedy wróci?

– Powinien tu być na święto Przemienienia Pańskiego.

– Ale to – za ile? – za ponad dwa tygodnie.

– Cierpliwość to wspaniała cecha, w klasztorze jak znalazł. – Christoforos pokiwał filozoficznie głową w stronę Kallistosa, chuderlawego, starego kocura dachowca o krzywych nogach, któremu do tej pory nie udało się złapać ani kawałka płetwy.

– Moje pozwolenie kończy się pojutrze – powiedziałem. – Dali mi tylko trzydniową diamonitirion. Muszę odpłynąć poranną łodzią. – Popatrzyłem na starego mnicha. – Przejechałem taki kawał drogi tylko po to, żeby zobaczyć tę księgę.

– Bardzo mi przykro, ale opat zawsze chce najpierw przepytać osobę, która...

– Czy dałoby się coś na to poradzić?

Staruszek pociągnął się z wahaniem za brodę.

– Nie powinienem tego robić – westchnął. – Zresztą i tak w bibliotece nie ma światła.

– W pokoju gościnnym widziałem lampy naftowe – podszepnąłem.

Zastygł na chwilę w bezruchu, niezdecydowany. A potem się ugiął.

– Idź od razu – powiedział – i zapytaj brata Jakowosa, czy wypożyczy ci lampę.

Podziękowałem Christoforosowi i ruszyłem szybko z powrotem do klasztoru, zanim zmieniłby zdanie.

– I nie pozwól Jakowosowi opowiadać sobie życiorysu – zawołał za mną. – W przeciwnym razie nigdy nie zobaczysz manuskryptu.

O godzinie ósmej wieczorem spotkałem się z bratem Christoforosem przed katolikonem. Zmierzchało. Słońce zaszło już za Świętą Górę. W ręku trzymałem lampę naftową przyniesioną z pokoju gościnnego. Przeszliśmy przez dziedziniec do biblioteki klasztornej. Spomiędzy fałd habitu brat Christoforos wyciągnął pierścień z kluczami wielkimi jak do średniowiecznych kazamatów. Obrócił największy klucz w najwyższym z czterech zamków.

– W dzisiejszych czasach trzeba wszystko zamykać – wyjaśnił Christoforos. – Trzy lata temu w środku zimy w Wielkiej Ławrze zjawiło się kilku ludzi na motorówkach. Mieli ze sobą steny. Przypłynął z nimi były nowicjusz, wyrzucony przez opata. Dostali się do biblioteki i ukradli wiele najstarszych manuskryptów. Zabrali też złote relikwiarze, które były w cerkwi.

– Zostali złapani?

– Mnichom udało się podnieść alarm. Rabusiów aresztowano następnego ranka, kiedy próbowali przekroczyć bułgarską granicę. Ale zanim to się stało, narobili mnóstwo szkód: porżnęli relikwiarze na małe kawałki i wycięli najpiękniejsze iluminacje z manuskryptów. Niektórych stron nie udało się odtworzyć.

Trzy zamki otworzyły się bez problemów. W końcu i czwarty ustąpił z głośnym trzaskiem. Drzwi starej biblioteki stanęły przed nami otworem. Trzymając przed sobą lampy, weszliśmy do środka.

W środku panowały egipskie ciemności, powietrze wypełniał smród starego płótna introligatorskiego i rozkładającego się papieru welinowego. Manuskrypty leżały otwarte w niskich gablotach. Złoto użyte do malowania winiet i aureoli na iluminacjach w żywotach świętych połyskiwało w świetle lamp. W mroku na dalekiej ścianie zdołałem dostrzec oprawiony w ramę firman osmański, złocone esy-floresy monogramu sułtana są tam wyraźnie widoczne nad kaligrafowanym tekstem. Obok, niczym porzucona marynarka, wisiała wspaniała, choć trochę pognieciona jedwabna szata. Jej klapy zdobiły usytuowane naprzeciwko siebie smoki i feniksy.

– Co to jest? – zapytałem szeptem.

– To szata Jana Tzimiskesa.

– Bazyleusa Jana Tzimiskesa? Ależ on żył w dziesiątym wieku.

Christoforos wzruszył ramionami.

– Nie można tak po prostu wieszać byle gdzie czegoś takiego – oburzyłem się.

– No cóż – odezwał się Christoforos poirytowanym tonem. – A gdzie niby powiesiłbyś coś takiego?

W ciemności szliśmy wzdłuż rzędów regałów uginających się pod ciężarem oprawionych w skórę bizantyjskich manuskryptów, aż zatrzymaliśmy się przed gablotą w dalekim kącie pomieszczenia. Christoforos przekręcił klucz w zamku i uniósł przeszkloną pokrywę. W środku leżał Kodeks G.9 owinięty w biały płócienny pokrowiec.

Był to ogromny wolumin, ciężki niczym skrzynka wina. Na uginających się nogach przeniosłem go na stół do czytania. Christoforos szedł za mną z lampą.

– Wybacz, proszę – powiedział, gdy delikatnie opuszczałem manuskrypt na blat stołu – ale jesteś heretykiem czy prawosławnym?

Zanim odpowiedziałem, zastanawiałem się przez chwilę. Przyjaciel katolik, który odwiedził Athos kilka lat wcześniej, przestrzegł mnie, żebym przenigdy nie przyznawał się do tego, że jestem katolikiem. Sam popełnił ten błąd i opowiadał, że gdyby wyznał, iż choruje na trąd albo ma trzecie stadium syfilisu, nie zostałby tak zdecydowanie potępiony, jak po ujawnieniu wyznania. Podkreślał, że niewzbudzanie podejrzeń u mnichów jest w moim przypadku wyjątkowo ważne, jako że nie ufają oni żadnym gościom, szczególnie tym, którzy pytają o ich manuskrypty. Na Athos dobrze wszystko pamiętano – mnisi nigdy nie wybaczyli papieżowi zgody na grabież Konstantynopola w czasie czwartej krucjaty sprzed ponad ośmiuset lat, zwłaszcza jednak nie zapomnieli dziewiętnastowiecznych bibliofilów, którzy zdziesiątkowali biblioteki Świętej Góry zaledwie wiek wcześniej.

Angielski podróżnik, szacowny Robert Curzon, jest tam nadal uważany za najgorszego bluźniercę: po szybkim przeglądzie bibliotek na Athos pod koniec lat czterdziestych XIX wieku (w towarzystwie mojego stryjecznego pradziadka, co ze wstydem przyznaję) Curzon wyjechał ze Świętej Góry z kuframi zapełnionymi iluminowanymi manuskryptami i bizantyjskimi chrysobullami. W swojej książce Visits to Monasteries in the Levant [Wizyty w klasztorach Lewantu] opisuje kupowanie na wagę bezcennych manuskryptów od opatów, jakby to były figi albo granaty na tureckim bazarze. Jeszcze gorsze wspomnienia mnichów dotyczą niemieckiego bibliofila Constantina von Tischendorfa. Mniej więcej w dwadzieścia lat po odwiedzinach góry Athos przez Curzona Tischendorf opuścił greckokatolicki klasztor Świętej Katarzyny na górze Synaj, zabierając ze sobą Codex Sinaiticus – najwcześniejszy istniejący egzemplarz Nowego Testamentu – wetknięty w sakwy zawieszone na wielbłądzie. Tischendorf twierdził potem, że znalazł różne karty manuskryptu w koszu z drewnem opałowym i uratował je przed mnichami, którzy mieli zamiar je spalić, żeby ogrzać się zimą. Tymczasem mnisi do dzisiaj utrzymują, że Tischendorf upił bibliotekarza i podstępem przejął bezcenną księgę – która, podobnie jak łupy Curzona, znalazła się w zbiorach British Library – za butelkę dobrej niemieckiej wódki.

Christoforos zwrócił uwagę na moje milczenie i zapytał ponownie, czy jestem heretykiem, czy prawosławnym.

– Jestem katolikiem – odpowiedziałem.

– Mój Boże. Tak mi przykro. – Mnich pokręcił głową z zatroskaniem. – Szczerze mówiąc, opat nigdy nie pozwala nieprawosławnym oglądać świętych ksiąg. Zwłaszcza katolikom. Opat uważa obecnego papieża za Antychrysta, a jego matkę za Babilońską Nierządnicę. Mówi, że sprowadzą na nas dni ostatnie, tak jak zostało to opisane w Apokalipsie świętego Jana.

Christoforos zaczął mamrotać modlitwę.

– Proszę – powiedział w końcu – nie mów nikomu w klasztorze, że jesteś heretykiem. Gdyby opat się o tym dowiedział, musiałbym odbyć tysięczne pokuty.

– Nie pisnę o tym nikomu ani słowa.

Christoforos trochę się odprężył. Zdjął okulary i przetarł je fałdą habitu.

– Wiesz, że w tym roku odwiedził już nasz klasztor inny katolik?

– Kto to był? – zapytałem.

– Chórmistrz z Bawarii – odparł Christoforos. – Miał piękny głos.

Postawiłem księgę na pulpicie i zacząłem rozpinać pokrowiec.

– Powiedział, że w naszej cerkwi jest cudowna akustyka – Christoforos mówił dalej, ustawiając lampy na stole. – Zapytał nawet brata Jakowosa, czy może zaśpiewać Gloria w katolikonie, pod kopułą.

– I co brat Jakowos mu odpowiedział?

– Powiedział, że chyba nie może pozwolić heretykowi modlić się w cerkwi. Ale w końcu zgodził się na odśpiewanie krótkiego Alleluja w przedsionku.

Zdjąłem płótno ochronne. Przepięknie zdobiona złotem skórzana oprawa lśniła w płomieniach lamp.

Otworzyłem manuskrypt. Tekst w środku został napisany fioletowym atramentem na najprzedniejszym welinie – mocnym, sprężystym i woskowanym, ale tak cienkim, że aż przezroczystym. Kaligrafia odznaczała się cudowną klarownością i miała formę kursywy średniowiecznej uncjały. Zgodnie ze szczegółowym katalogiem, w tomie zebrano różne wczesnobizantyjskie teksty średniowieczne. Pierwsza stronica, na której otworzyłem księgę, była najwyraźniej napastliwym kazaniem świętego Hieronima potępiającego zażywanie kąpieli jako jego zdaniem pogańskiej praktyki: „Kto ukąpał się w Chrystusie – grzmiał święty – nie potrzebuje innych kąpieli”.

Dopiero pod koniec księgi na odwrocie strony dwieście osiemdziesiątej siódmej natknąłem się na pierwsze wersy tekstu, który przyjechałem zobaczyć. Jego autorem był wspaniały bizantyjski mnich-podróżnik Jan Moschos, a swoje dzieło napisał pod koniec życia, gdy przed tysiąc trzystoma laty szykował się do śmierci w klasztorze w Konstantynopolu.

„Według mnie łąki na wiosnę ukazują nam wyjątkowo zachwycający widok. Objawiają one oczom widza bogactwo różnorakiego kwiecia, które przykuwa jego uwagę swym powabem; pobudza ono bowiem do zachwytu jego wzrok, a swym zapachem raduje jego powonienie. Jedna część takiej łąki rumieni się różami, w innym miejscu przeważają lilie, zwracając na siebie jego uwagę, a odwracając ją od róż. Gdzie indziej niczym płomień wybucha barwa fiołków, przypominając kolor królewskiej purpury. Krótko mówiąc, różnorodność i wielość niezliczonych kwiatów z każdej strony cieszy zarówno zmysł wzroku, jak i powonienia.

W taki właśnie sposób spójrz na to dzieło, Sofroniosie, mój święty i umiłowany synu. Odkryjesz w nim bowiem cnoty świętych ludzi, którzy wyróżnili się w tych naszych obecnych czasach, ludzi, o których Psalmista powiada, że są «zasadzeni nad strumieniem». Byli oni wszyscy z łaski Chrystusa tak samo umiłowani przez Boga, choć cechowała ich ogromna różnorodność cnót, dzięki którym zyskali oni swe piękno i powab. Zerwałem spośród nich najpiękniejsze kwiaty i uplotłem z nich wieniec, który tobie, najwierniejszy synu, ofiaruję, a przez ciebie całemu światu”[2].


Podkręcając knot lampy, przewróciłem stronę.

Gdyby ktoś pewnego wiosennego dnia 578 roku naszej ery siedział na skalistej skarpie, skąd rozciągał się widok na Betlejem i jego okolice, zobaczyłby dwie postacie z kijami w dłoniach wyruszające na wędrówkę, mijające właśnie bramę okazałego monasteru Świętego Teodozjusza. Owa dwójka – stary mnich o siwej brodzie i jego wyprostowany, poważny z wyglądu i na pewno znacznie młodszy towarzysz – kierowała się przez bezdroża Judei na południowy wschód, ku Aleksandrii, bajecznie bogatemu portowi-metropolii.

Był to początek wyjątkowej podróży, która prowadziła Jana Moschosa i jego ucznia Sofroniusza Sofistę łukiem przez cały wschodni bizantyjski świat. Ich celem było gromadzenie wiedzy ojców pustyni, mędrców i mistyków bizantyjskiego Wschodu, zanim ich kruchy świat – już wtedy w widoczny sposób chylący się ku upadkowi – w końcu się rozpadnie i zniknie. Wynikiem było leżące teraz przede mną dzieło. Nawet jeśli dziś na Zachodzie ten tekst wydaje się do pewnego stopnia niezrozumiały, tysiąc lat temu uznawano go za jedną z najpopularniejszych ksiąg w całej wspaniałej literaturze bizantyjskiej.

Bizantyjskie karawanseraje miały opinię niebezpiecznych, a prowincjonalna grecka arystokracja nie lubowała się w rozrywkach: jak przedstawił to bizantyjski pisarz Kekaumenos: „Przyjęcia w domach są błędem, bo goście krytykują jedynie twoje gospodarstwo i próbują uwieść ci żonę”. Dlatego, dokądkolwiek się skierowali, dwaj wędrowcy zatrzymywali się w klasztorach, jaskiniach i zapomnianych przez Boga pustelniach, jadali skromnie z mnichami i ascetami. Moschos najwyraźniej spisywał wszystko, co usłyszał: wypowiedzi ojców, anegdoty i opowieści o cudownych wydarzeniach.

Jan Moschos kontynuował tradycję wędrujących mnichów Kościoła prawosławnego. Na Zachodzie, przynajmniej od początku VI wieku, od czasu wprowadzenia przez świętego Benedykta ślubu stałości miejsca, mnisi przejawiali skłonność do zamykania się w klasztornej celi, bo jak głosiło przysłowie: „Mnich poza celą jest jak ryba wyjęta z wody”. W Kościołach wschodnich, podobnie jak w hinduizmie i buddyzmie, od wieków istniał zwyczaj wędrowania mnichów od jednego guru do drugiego, od jednego ojca duchowego do innego i zbierania mądrości i rad od każdego z nich, tak jak do tej pory robią to hinduscy sadhu. Jeszcze dzisiaj współcześni mnisi prawosławni nie składają ślubu osiadłego trybu życia. Jeśli po jakimś czasie zakonnik zdecyduje, że chce siedzieć u stóp innego nauczyciela w innym klasztorze, nawet w zupełnie innej części Grecji (lub też na Synaju albo w Ziemi Świętej), wolno mu to zrobić.

Łąka duchowa to zbiór najpopularniejszych i najciekawszych powiedzeń, anegdot i opowieści religijnych, które Moschos zebrał w trakcie wypraw, napisany w tradycji apoftegmatów lub inaczej „powiedzeń ojców”. Niemniej pisarstwo Moschosa jest nieskończenie bardziej sugestywne, obrazowe i pełne humoru niż dokonania któregokolwiek z jego rywali lub współczesnych, niemal osamotnione w ocalałych przykładach tego gatunku, i nadal czyta się je z prawdziwą przyjemnością.

Zawarte w książce przesłanie jest wciąż aktualne, jednak na innym poziomie. Łąkę duchową spokojnie uznalibyśmy dzisiaj za fascynującą książkę podróżniczą. Moschos robił to, co współcześni pisarze-podróżnicy: przemierzał świat w poszukiwaniu dziwnych historii i niezwykłych opowieści. Jego książka to prawdziwy majstersztyk bizantyjskiej literatury podróżniczej. Bo nie dość, że Moschos był utalentowanym i obdarzonym poczuciem humoru pisarzem, to miał jeszcze do opowiedzenia wyjątkowe historie.

Między wierszami wspomnień Jana Moschosa widać wyraźnie, że wędrował z przyjacielem w niebezpiecznych czasach. Próby odbudowy cesarstwa przez Justyniana skończyły się niepowodzeniem. Bizancjum zostało zaatakowane od zachodu przez Awarów, Słowian, Gotów i Longobardów; od wschodu nękały je kolejne najazdy pustynnych nomadów i perskich legionów Sasanidów. Wspaniałe miasta środkowej części obszarów śródziemnomorskich upadały: w Antiochii na szerokich rzymskich alejach, przy których kiedyś kwitły handel i przemysł, pojawiały się jak grzyby po deszczu namioty uchodźców. Imponujące śródziemnomorskie porty – Tyr, Sydon, Bejrut, Seleucja – opustoszały; wiele z nich znów stało się nieco większymi wioskami rybackimi.

Świat materialny pogrążał się w rozkładzie, a tysiące ludzi – wśród nich Moschos i Sofroniusz – opuszczało rodziny i zostawało mnichami lub eremitami na pustyni. Zresztą nawet w wielkich monasterach nie było bezpiecznie: zdarzało się, że nasi dwaj wędrowcy docierali do wybranego miejsca i przekonywali się, że opactwo, w którym zamierzali przenocować, zostało spalone przez złoczyńców, a mnisi zmasakrowani lub uprowadzeni w ogromnych, wolno sunących karawanach na targi niewolników w Arabii. Nie miało to charakteru całkowitej zagłady: na terenach cesarstwa niedotkniętych wojnami perskimi klasztorne skryptoria i warsztaty pracowały pełną parą, tworząc jedne z najpiękniejszych bizantyjskich manuskryptów, przedmioty z kości słoniowej i ikony, jakie kiedykolwiek zaprojektowano. Niemniej te oazy zakonnego spokoju należały do wyjątków. W pisarstwie Moschosa wyraźnie odbija się przerażający, niemal apokaliptyczny obraz zniszczenia, jakie widział wokół siebie.

W roku 614 naszej ery monaster Świętego Teodozjusza, macierzysty konwent Moschosa i Sofroniusza, spaliła do gruntu grasująca w okolicy armia perska, a wszyscy ich współbraciszkowie – setki bezbronnych mnichów – dali gardła pod miecz. Niedługo potem padła Jerozolima, a ci, którzy ocaleli z rzezi – w tym patriarcha tego miasta – przetrzymywani byli jako niewolnicy w Ktezyfonie, stolicy Sasanidów. Od tamtego czasu Moschos i Sofroniusz wędrowali już i jako podróżnicy, i jako uchodźcy. Schronili się w Aleksandrii, a kiedy Persowie oblegli mury miasta, parze mnichów udało się dostać na pokład ostatniej galery opuszczającej port.

W następnym roku obaj pielgrzymi znaleźli ostatecznie dach nad głową w Konstantynopolu. Właśnie tam, zanim Moschos umarł z wyczerpania, dokończył spisywanie wspomnień z podróży. Łąka duchowa spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem w całym cesarstwie. W następnym pokoleniu lub dwóch przetłumaczono ją na łacinę, gruziński, aramejski, arabski i wiele języków słowiańskich. Do dzisiaj zawarte w niej anegdoty są przytaczane przez mnichów i chłopów w całym świecie prawosławnym.

Większość ocalałych tekstów bizantyjskich z tamtego okresu ma zadziwiająco mętną treść: czytamy w nich albo o przemykających cieniach setek cesarskich uzurpatorów, pojawiających się nagle w czasie pałacowych przewrotów i znikających równie szybko, w czym pomagał im sztylet zabójcy; albo o świętych tak bogobojnych, że praktycznie nie da się tego ogarnąć rozumem. Nawet hipnotyczne piękno sztuki bizantyjskiej nie pomaga w wyobrażeniu sobie świata, w którym ją tworzono. W Rawennie są wprawdzie wspaniałe mozaiki ze sławnymi medalionami Justyniana i Teodory oraz ich świty złożonej z eunuchów i admirałów, generałów i biskupów, dworzan i pochlebców – to ten sam słynący z intryg i spisków dwór, jaki znamy z pisemnych źródeł, niemniej sztuka bizantyjska była przede wszystkim religijna, ściśle transcendentna. We wszystkich apsydach i zburzonych nawach setek zniszczonych bizantyjskich cerkwi niemal identyczne, gładkie, zimne, neoklasyczne twarze świętych i apostołów spoglądają w dół niczym galeria głuchoniemych; może z powodu dudniącej ciszy, która je otacza, tak bardzo trudno wyobrazić sobie codzienne życie w bizantyjskich prowincjach. Religijna i arystokratyczna natura sztuki bizantyjskiej sprawia, że mamy jedynie blade pojęcie o tym, jak mogli wyglądać bizantyjscy chłopi albo sklepikarze; jeszcze mniej wiemy o tym, co myśleli, o czym marzyli, co kochali, a czego nienawidzili.

I tylko stronice Łąki duchowej zbliżają nas do zwykłego Bizantyjczyka bardziej niż jakiekolwiek inne źródło. Chociaż często książka wydaje się dość dziwaczna – to mieszanina nieprawdopodobnych anegdot, pobożności i niesłychanych cudów – jako tekst historyczny tworzy najbogatszy i najbardziej szczegółowy portret bizantyjskiego Lewantu, zanim wdarł się do niego islam. Na jej stronach powstają nagle z piachu zapomniane klasztory; nawet wielkie metropolie, jak bizantyjska Aleksandria – z której nie przetrwał kamień na kamieniu, poza jednym murem – wracają do życia, zaludniane postaciami z krwi i kości, łotrami i wariatami.

Najbardziej intrygujące są opowieści o skromnych ludziach, których losy zwykle przelatują przez sito historyków. Jedna z nich mówi na przykład o poganiaczu mułów z Rzymu, którego zwierzę stratowało w zajeździe na śmierć małe dziecko. Nieszczęśnik wsiadł na statek do Ziemi Świętej, uciekł na pustynię, a tam, nękany wyrzutami sumienia, próbował odebrać sobie życie. Dopiero kiedy lew nie chciał go pożreć, zrozumiał, że istnieje coś takiego, jak boskie wybaczenie. Spotykamy na stronicach Łąki duchowej skruszonego aleksandryjczyka, hienę cmentarną, twierdzącego, że zaatakował go trup, któremu chciał ukraść całun (i nie puścił wolno złodzieja, dopóki ten nie obiecał, że znajdzie sobie profesję bardziej godną szacunku); nowicjusza, który ogarnięty pożądaniem odwiedził lupanar w Jerychu (szybko dotknął go potem trąd); żonę kupca z Askalonu zmuszoną do prostytuowania się po zatonięciu statku męża.

Niektóre z tych postaci są dziwnie znajome. Jedna z opowieści to historia bizantyjskiej wersji brata Christoforosa, kochającego zwierzęta mnicha z podmiejskiego klasztoru w pobliżu Aleksandrii, który nie tylko karmił klasztorne psy, ale też dawał mąkę mrówkom i kładł na dachu rozmoczone ciastka dla ptaków. Innych bohaterów raczej nie spotkalibyśmy w dzisiejszym świecie, jak choćby mnicha Adolasa, który „zamieszkał w pustym pniu platanu. Wydłubał on sobie w tym drzewie małe okno, przez które mógł rozmawiać z ludźmi, kiedy przychodzili oni, by się z nim zobaczyć”.

Moschos to narrator nieprzewidywalny. Był zagorzałym wyznawcą ortodoksyjnego prawosławia w czasach, kiedy musiało ono zderzyć się z krążącymi w pełnych podróżnych miastach Wschodu różnorodnymi prądami heterodoksyjnymi, których liczba przyprawiała o zawrót głowy. Ten człowiek o tolerancji wobec innych wierzeń najwyraźniej równie ograniczonej, jak u jego następców na górze Athos, szybko i lapidarnie rozprawiał się z monofizytami, żydami, manichejczykami, zaratustrianami i gnostykami. Mimo to jest w Łące duchowej beztroska typowa dla badacza-cygana, a w zawartych w niej opowieściach wyczuwa się ujmującą lekkość i dobrotliwe poczucie humoru. Jedna z moich ulubionych historii opowiada o nowicjuszu z Antinoopolis w Górnym Egipcie, który był „bardzo lekkomyślny i nie dbał wcale o sprawy duchowe”. Kiedy nowicjusz umarł, jego nauczyciel obawiał się, że został strącony za grzechy do piekła, i modlił się, by ujawniono mu, co stało się z duszą ucznia. Nauczyciel wpadł wreszcie w trans, zobaczył rzekę ognia i ucznia zanurzonego w niej po szyję. Nauczyciel był przerażony, ale nowicjusz obrócił się do niego i powiedział: „Składam dzięki Bogu, mój ojcze, za to, że przynajmniej moja głowa doznała ulgi. Dzięki twoim modlitwom mogłem stanąć sobie na głowie biskupa”.

Oczywiście nam, współczesnym, wiele zjawisk ze świata opisanego w Łące duchowej wydaje się dziwnych. Powiem więcej: jego wierzenia i wartości są tak obce, że praktycznie niezrozumiałe. To był świat, w którym eunuchowie prowadzili do boju cesarskie armie; w którym grupy mnichów dokonywały samosądów i mordowały pogańskie damy niesione w lektykach przez modne aleksandryjskie bazary; w którym rozsierdzeni półnadzy słupnicy wrzeszczeli nad głowami przechodniów; w którym dendryci biorący literalnie słowa Chrystusa o naśladowaniu ptaków na niebie żyli na drzewach i budowali niewielkie gniazda na górnych konarach.

Jednak najbardziej chyba zaskakującą prawdą, jaka dociera do nas z kart książki Moschosa, jest to, że Bliski Wschód był wówczas obszarem całkowicie chrześcijańskim. W powszechnym wyobrażeniu Lewant właściwie bezpośrednio przechodzi od klasycznej starożytności do współczesnego islamu. Łatwo się zapomina, że przez ponad trzysta lat – od czasów Konstantyna na początku IV wieku do pojawienia się islamu w wieku VII – Bliski Wschód był niemal wyłącznie chrześcijański. W czasach, gdy chrześcijaństwo zapuszczało dopiero korzenie w Brytanii, kiedy nad brzegami Tamizy Anglowie i Sasi nadal składali ofiary Thorowi i Wodanowi, a na zachodzie kraju ostatni Brytowie służyli jako ariergarda pod rozkazami chrześcijańskiego przywódcy zwanego Arturem, Lewant był ośrodkiem chrześcijaństwa i centrum chrześcijańskiej cywilizacji. Bizantyjskie monastery to prawdziwe fortece; w ich bibliotekach i skryptoriach zgłębiano nauki klasyczne, filozofię i medycynę, nie zważając na nadciągające hordy najeźdźców i nomadów. Co więcej, mimo postępującego upadku Lewant nadal pozostawał najbogatszą, najgęściej zaludnioną – i to przez najlepiej wykształconych ludzi – częścią śródziemnomorskiego świata: trzy czwarte dochodów skarbu państwa pochodziło ze wschodnich prowincji. To tam znajdowały się główne ośrodki przemysłu. Doskonale pamiętano jeszcze czasy, gdy statki i karawany prowadziły niebywale zyskowny handel z Orientem. Ten handel nie zanikł nawet w latach chaosu pod koniec VI wieku. Na Zachodzie nie istniało nic, co dałoby się porównać z wysoko rozwiniętą kulturą wschodniego Bizancjum, które u schyłku VI wieku nadal pozostawało centrum całego obszaru eurazjatyckiego.

Jednak nie trwało to długo. Jan Moschos był niemal rówieśnikiem Mahometa. Kiedy w 619 roku Moschos umarł, cesarstwo ciągle posiadało we władaniu, choć bardzo chwiejnym, ziemie od Wenecji Euganejskiej po południowy Egipt. Kilka lat później Sofroniusz, młody towarzysz Jana, był już świadkiem rozpadu połowy wschodnich domen Bizancjum. Sofroniusz w podeszłym wieku został patriarchą Jerozolimy i na jego barkach spoczął obowiązek obrony Świętego Miasta przed pierwszym najazdem islamskiej armii przetaczającej się od Arabii i podbijającej wszystko, co stanęło jej na drodze.

Pochodzący z pustyni Arabowie nie mieli opanowanej sztuki oblężniczej: zatrzymana pod Damaszkiem wielka armia Proroka musiała pożyczać drabiny z pobliskiego klasztoru, żeby wspiąć się na mury. Niemniej wobec klęski cesarskich wojsk, które wpadły w zasadzkę nad rzeką Jarmuk, Jerozolima nie mogła już liczyć na pomoc. Po dwunastomiesięcznym oblężeniu Sofroniusz zaczął przygotowywać się do kapitulacji, pod jednym wszakże warunkiem: nie przekaże Jerozolimy żadnemu generałowi. Święte Miasto miało się poddać tylko samemu kalifowi.

Pewnego lutowego dnia w 638 roku naszej ery kalif Omar wjechał do Jerozolimy na białym wielbłądzie. Kalif miał na sobie brudny burnus, w którym prowadził całą kampanię; tymczasem patriarcha odział się we wspaniałe szaty z najlepszego jedwabiu. Sofroniusz oddał klucze do miasta i wyszeptał przez łzy: „Otom świadkiem obrzydliwości spustoszenia Jerozolimy, przepowiedzianej przez proroka Daniela”.

Zmarł z rozpaczy kilka miesięcy później. Pochowano go w ruinach klasztoru Świętego Teodozjusza; w niszy obok spoczywały szczątki jego przyjaciela, mistrza i towarzysza podróży Jana Moschosa. Sofroniusz wypełnił co do joty jego ostatnią wolę: zabalsamowane ciało Moschosa przewieziono z Konstantynopola i pochowano pośród tego, co zostało z macierzystego klasztoru obu mnichów na skraju pustyni Ziemi Świętej.

Po raz pierwszy przeczytałem o Janie Moschosie w świetnym trzytomowym dziele sir Stevena Runcimana Dzieje wypraw krzyżowych. Zaintrygowany odnośnikami do Łąki duchowej, napisałem do autora i otrzymałem odpowiedź wykaligrafowaną w edwardiańskim stylu. Historyk zapraszał mnie do średniowiecznego domu przy granicy ze Szkocją. Pewnego zimnego dnia w kwietniu jechałem więc pod stalowym niebem przez opustoszałe pastwiska Annandale i Eskdale.

Runciman zawsze był najbardziej nieakademickim spośród uczonych: osaczony przez mandżurskich watażków w mieście Tiencin uciekł, żeby grać duety fortepianowe z cesarzem Chin; zapoznawał Atatürka z historią Bizancjum i został wielkim mówcą kościoła Świętej Zofii w Stambule; palił sziszę z celebi effendi wirujących derwiszów i po rozłożeniu kart tarota trafnie przewidział śmierć greckiego króla Jerzego II i Fuada, króla Egiptu.

Był dobrze po dziewięćdziesiątce: wysoki, chudy starzec, nadal pewny siebie i w pełni możliwości intelektualnych, choć fizycznie już słabowity. Oczy zakrywały mu ciężkie powieki, głos miał zachrypnięty, mówił ze staromodnym akcentem z Cambridge. W czasie lunchu opowiadał o Lewancie, jaki znał z dni młodości: o Stambule zaledwie w miesiąc po usunięciu ostatniego Osmana, kiedy na ulicach widziało się wielbłądy, gdy w Anatolii nadal przebywały setki tysięcy Greków, a Turcy ciągle nosili czerwone fezy; o Libanie, „jedynym miejscu, gdzie widziałem książki oprawione w ludzką skórę”; o klasztorach w Palestynie, zanim syjoniści wyrzucili połowę Palestyńczyków i zaczęli zmieniać kraj w amerykańskie przedmieście; o Egipcie, kiedy Aleksandria nadal była najbardziej kosmopolitycznym miastem na wschód od Mediolanu.

Później, przy kawie, poruszyłem temat Jana Moschosa i jego podróży. Moją uwagę w Łące duchowej przyciągnęło przede wszystkim to, że Moschos i Sofroniusz byli świadkami początkowej fazy procesu, którego zakończenie dokonywało się właśnie teraz: pierwsze napaści na chrześcijański Bliski Wschód widziane przez dwóch mnichów wieńczył absolutny upadek chrześcijaństwa na ziemiach, gdzie się narodzili. Coraz intensywniejszy exodus ostatnich chrześcijan z Bliskiego Wschodu oznacza dzisiaj, że Łąkę duchową należy odczytywać w mniejszym stopniu jako książkę o zapomnianej historii, ale raczej jako prolog do rozgrywającej się tragedii, której finałowy rozdział nadal jest pisany.

Islam był tradycyjnie tolerancyjny wobec mniejszości religijnych: żeby się o tym przekonać, wystarczy zestawić stosunkowo dobre traktowanie chrześcijan pod rządami muzułmanów ze strasznym losem jedynej wyraźnie wyróżniającej się mniejszości religijnej w chrześcijańskim świecie, a mianowicie nieszczęsnych europejskich żydów. Niemniej ta islamska tolerancja jest dzisiaj znacznie bardziej ograniczona. Po wiekach pokojowego na ogół współistnienia z muzułmańskimi sąsiadami dla chrześcijan na Bliskim Wschodzie sprawy przybrały nagle niedobry obrót. Chrześcijanie wyjeżdżają niemal z całego Lewantu z wielu powodów – niekiedy w wyniku nacisków ekonomicznych, ale częściej przyczyną jest dyskryminacja i w niektórych przypadkach jawne prześladowania. Dziś stanowią niewielką, liczącą czternaście milionów mniejszość, z trudem utrzymującą się na powierzchni wśród stu osiemdziesięciu milionów niechrześcijan, a ich liczebność maleje z roku na rok. W czasie ostatnich dwudziestu lat Bliski Wschód opuściły co najmniej dwa miliony, żeby zacząć nowe życie w Europie, Australii i Ameryce.

Nieliczni już potomkowie Bizantyjczyków opuszczają Stambuł będący niegdyś stolicą chrześcijaństwa. Na wschodzie Turcji Syryjski Kościół Ortodoksyjny przestał praktycznie istnieć, a jego klasztory albo opustoszały, albo są w trakcie likwidacji. Ci, którym udało się dostać na Zachód, narzekali na wymuszanie pieniędzy za ochronę, na zajmowanie ziemi i częste morderstwa. Maronici w Libanie przegrali ostatecznie w długiej wojnie domowej, a ich polityczne znaczenie osłabło. Większość maronitów mieszka dzisiaj za granicą, na uchodźstwie. To samo dotyczy chrześcijan palestyńskich, trochę bardziej na południe: w niemal pół wieku od utworzenia Państwa Izrael mniej Palestyńczyków chrześcijan pozostaje w Palestynie, niż mieszka poza jej granicami. Według opinii palestyńskiego pisarza, chrześcijanina, z którym rozmawiałem w Londynie, sprawy przybrały tak fatalny obrót, że chrześcijan pozostających w Jerozolimie dałoby się ewakuować dziewięcioma jumbo jetami; mówi się, że w Sydney mieszka więcej chrześcijan urodzonych w Jerozolimie niż w samym Świętym Mieście. W Egipcie członkowie Kościoła koptyjskiego mają prawdziwe kłopoty i żyją w ciągłym strachu: muszą stawiać czoło dyskryminacji ze strony obecnej władzy i doskonale wiedzą, że najprawdopodobniej będzie jeszcze gorzej, jeśli prezydent Mubarak zostanie obalony, a islamska rewolucja da władzę fundamentalistom[3].

Krótko rzecz ujmując, żyjący potomkowie chrześcijańskich kupców, następcy mnichów i biskupów, których odwiedził Jan Moschos, znaleźli się teraz wszędzie pod ogromną presją. Choć kiedy rozpocząłem badania nad podróżami Moschosa, odkryłem, że wbrew masowemu exodusowi chrześcijan zaskakująca liczba klasztorów, w których stanęli Moschos i Sofroniusz – ledwie, bo ledwie – przetrwała.

Klasztory na górze Athos i w koptyjskim Egipcie prosperują najwyraźniej zupełnie dobrze. Gdzie indziej, jak wieść niesie, na południowym wschodzie Turcji, w Libanie i Palestynie, w tych zawieszonych w czasie reliktach Bizancjum, z ich dzwonami, czarnymi habitami i procesjami wśród płomieni świec, mieszka wciąż malejąca liczba starzejących się mnichów, których zarośnięte twarze przywodzą na myśl świętych z fresków na klasztornych ścianach. Szaty zakonników nie zmieniły się od czasów Bizancjum; ikony nadal pisze się zgodnie ze średniowiecznymi zasadami. Nawet zabobony przetrwały w niezmienionej formie: ciągle czci się tam relikwie w postaci fragmentów prawdziwego krzyża i łez Marii Dziewicy; diabły i demony tak jak dawniej czają się przed murami każdego klasztoru. Na początku V wieku biskup Parteniusz z Lampsakos skarżył się, że został zaatakowany przez Szatana, który przybrał postać czarnego psa. W trakcie mojej ostatniej wizyty stary grecki mnich z Bazyliki Grobu Świętego opowiedział mi niemal identyczną historię. Kilka lat wcześniej w koptyjskiej części Kairu zapanowało ogromne podniecenie, bo bez wątpienia zobaczono tam Matkę Boską unoszącą się nad wieżami kościoła Świętej Demiany.

Kiedy wracałem od sir Runcimana do domu, wiedziałem już, co chcę zrobić: spędzić mianowicie pół roku na podróżowaniu po Lewancie, w mniejszym lub większym stopniu śladami Jana Moschosa. Planowałem zacząć od Athos i wędrować szlakiem koptyjskich klasztorów w Górnym Egipcie. Chciałem dokonać tego, co przyszłym pokoleniom podróżników nie będzie dane: zobaczyć wszystko, co widzieli Moschos i Sofroniusz, spać w tych samych klasztorach, modlić się pod tymi samymi freskami i mozaikami, odkryć, co jeszcze pozostało, i być świadkiem coraz bardziej postępującego zmierzchu Bizancjum.

Z cerkwi rozległ się właśnie dźwięk simandronu. Poranne nabożeństwo miało się zacząć za dziesięć minut.

Wkrótce świt. Pierwsze migotliwe promienie ozłociły sylwetkę Świętej Góry. W mojej lampie skończyła się nafta, ja sam lecę z nóg. Pojutrze muszę opuścić Athos. Przede mną cztery albo pięć dni podróży przez Trację do Konstantynopola, wspaniałej stolicy Bizancjum, gdzie Jan Moschos dokończył Łąkę duchową.

Głos simandronu zabrzmiał po raz drugi. Muszę zamknąć notes i iść do cerkwi, żeby dołączyć do modlących się mnichów.

Williama Dalrymple

Ze świętej góry. 

Świat w którym golusieńki nagi sadhu może mieć tytuł MBA

 Oszałamiająco obficie zapełniali drogi także i sadhu – święci wędrowcy Indii. Brodząc przez sięgające do kolan kępy kwiecia orlików, jaskrów i czarnych malw na niebosiężnych górskich pastwiskach, mijałem bezustanny potok szczupłych, prężnych, mocnych mężczyzn o splątanych w dredy włosach i gęstych brodach, wielkimi susami podążających w górę ścieżki. Niektórzy z nich podróżowali w grupach, inni wędrowali sami, a wielu z tych ostatnich zdawało się pogrążonych w głębokiej medytacji, gdy szli, obciążeni ciężkimi metalowymi trójzębami, w wysiłku, by odnaleźć mokszę w czystym powietrzu i kryształowej ciszy gór.

Gdy wspinałem się ścieżką, nawiązałem rozmowę z wysmarowanym popiołem, zupełnie nagim sadhu, mniej więcej w tym samym wieku co ja. Zawsze zakładałem, że większość świętych mężów, których napotkałem w Indiach, ma pochodzenie wiejskie i powoduje nimi ślepa, prosta wiara. Jednak gdy tylko zaczęliśmy rozmawiać, okazało się, że Adźaj Kumar Dźha jest w istocie postacią o wiele bardziej kosmopolityczną, niż podejrzewałem. Adźaj i ja szliśmy razem wzdłuż stromego górskiego grzbietu, a ogromne ptaki drapieżne zataczały kręgi w kominach termicznych poniżej nas. Poprosiłem go, by opowiedział mi swoją historię, i po chwili wahania się zgodził.

– Jestem sannjasinem, wędrownym ascetą, zaledwie od czterech i pół roku – powiedział. – Wcześniej byłem menadżerem sprzedaży w firmie Kelvinator, bombajskiej spółce specjalizującej się w urządzeniach elektrycznych. Uzyskałem MBA na uniwersytecie w Patnie, a moi pracodawcy uznawali mnie za wybitnie utalentowanego. Pewnego dnia postanowiłem jednak, że nie mogę strawić reszty życia na sprzedaży lodówek i wentylatorów. No i odszedłem. Napisałem listy do szefa i rodziców, rozdałem majątek biednym i wsiadłem do pociągu jadącego do Benaresu. Tam wyrzuciłem garnitur, natarłem ciało popiołem i znalazłem klasztor.

– Czy nigdy nie żałowałeś tego, co zrobiłeś?

– To była bardzo nagła decyzja – odpowiedział Adźaj. – Nie. Nie żałowałem ani przez chwilę. Nie żałuję, nawet gdy przez kilka dni nic nie jem i jestem strasznie głodny.

– Ale jak przystosowałeś się do takiej wielkiej zmiany w życiu?

– Na początku było mi oczywiście bardzo trudno – powiedział. – No ale każda rzecz w życiu, która jest coś warta, wymaga czasu. Byłem przyzwyczajony do wygód: mój ojciec był politykiem i jak na standardy naszego kraju był bardzo bogaty. Ale nigdy nie chciałem wieść życia światowca, tak jak on.

Dotarliśmy teraz do szczytu wzniesienia. Kraina z każdej strony opadała stromo w dół. Adźaj gestem dłoni objął lasy i pastwiska u naszych stóp, sto odcieni zieleni obramowanych oślepiającą bielą dalekich ośnieżonych szczytów na wprost przed nami.

– Gdy wędrujesz po górach, twój umysł staje się czysty – powiedział. – Znikają wszelkie troski. Patrz! Mam tylko koc i butelkę z wodą. Nic nie posiadam, więc nie mam też i zmartwień. – Uśmiechnął się. – Gdy człowiek nauczy się opanowywać swoje pragnienia – rzekł – wszystko staje się możliwe.

W swych podróżach, gdy zbierałem materiał do tej książki, musiałem przyzwyczaić się do świata, w którym golusieńki naga sadhu mógł jednocześnie mieć tytuł MBA. Na przykład w listopadzie zeszłego roku, w miejscu palenia zwłok położonym w dystrykcie Birbhum w Bengalu Zachodnim, zdołałem odnaleźć słynnego adepta tantry. Tapan Goswami był karmicielem czaszek. Dwadzieścia lat wcześniej udzielił serii wywiadów pewnemu amerykańskiemu profesorowi religioznawstwa, który następnie napisał uczony esej o praktykach Tapana: przyzywaniu duchów i rzucaniu zaklęć, używaniu uleczonych czaszek martwych dziewic i niemogących odnaleźć spokoju samobójców. Wyglądało to na bogaty, intrygujący materiał, chociaż cokolwiek ponurej natury, spędziłem więc niemal cały dzień, przemierzając birbhumskie tereny kremacyjne, by odnaleźć Tapana, który siedział przed swoją małą świątynką Kali na skraju miasta i przygotowywał ofiarę dla bogini.

WILLIAM DALRYMPLE

Dziewięć żywotów.  Na tropie świętości we współczesnych Indiach. 

1939 Wojna, jaka wojna?

 Czy w 1939 roku mogło się to wszystko potoczyć inaczej? Po przeczytaniu dziesiątków wspomnień, pamiętników, dzienników, książek, starych gazet – wydaje mi się, że istniała też inna droga.

Gdańsk naprawdę był celem Hitlera, a nie – jak uczono mnie w szkole – tylko pretekstem do rozpętania wojny.
Wojna wybuchła przez niezrozumienie.

Hitler obiecał upokorzonym po traktacie wersalskim Niemcom powstanie z kolan, odzyskanie wszystkich straconych terenów i zjednoczenie Niemców pod jedną: narodowosocjalistyczną swastyką. I swój cel realizował krok po kroku. Przyłączył do Rzeszy Austrię, czeskie Sudety i litewską Kłajpedę. Wszystko to odbywało się bez jednego wystrzału, metodą dociskania przeciwnika do ziemi i faktów dokonanych. W hitlerowskim marszu po „swoje” ostatnim trofeum miał być Gdańsk – miasto o dziwnym powersalskim statusie: rządzone przez miejscowy samorząd, nadzorowane przez Polskę i Niemcy.

Hitler nie rozumiał, skąd opór Polaków, by to niemieckie, jak uważał, miasto wróciło znowu do wielkiej Rzeszy. Józef Beck, polski minister spraw zagranicznych – który prowadził negocjacje z Niemcami – nie rozumiał, że Hitler wcale nie blefuje i się nie cofnie. Na początku kwietnia pojechał do Londynu i przywiózł stamtąd, jak sądził, gwarancje bezpieczeństwa i pokój. Nie rozumiał, że Brytyjczycy porozumieniem z Polską wycofują się tylko z kompromitującej polityki ustępstw wobec Hitlera i że nie kiwną palcem, gdy dojdzie do wojny, bo po prostu nie są do niej gotowi.

My też nie byliśmy na wojnę gotowi. Potrzebowaliśmy czasu, a zyskać go mogliśmy tylko – dogadując się z Hitlerem w sprawie Gdańska lub ze Stalinem przeciwko Hitlerowi. Beck nie rozumiał, że to koniec prowadzonej przez niego przez lata polityki równowagi między dwoma mocarstwami, że coś trzeba wybrać. Że żaden Anglik ani Francuz nie ma zamiaru umierać za Gdańsk.

Najgorsze, że nie rozumiał militarnego położenia Polski. Że w zderzeniu z potężną machiną wojenną Niemiec nie mamy żadnych szans. Mnie było łatwiej to bardzo wyraźnie zobaczyć, bo zajrzałem za kulisy wielkiej polityki, a Beck działał po omacku.

Jeszcze mniej rozumieli zwykli Polacy, przed którymi władza ukrywała informacje o niemieckich żądaniach zwrotu Gdańska. W piątek 28 kwietnia 1939 roku wszystkiego dowiedzieli się z przemówienia Adolfa Hitlera w Reichstagu. Był gniew w narodzie, ale też poczucie, że skończyły się żarty i trzeba będzie w końcu utrzeć nosa tym bezczelnym Niemcom.

Bo jedno, co pozostaje w nas od osiemdziesięciu lat niezmienne, to nierealistyczne poczucie własnej pozycji w Europie i świecie. Przekonanie, że to my rozgrywamy Europę, a nie Europa nas, i że muszą się z nami liczyć.

Gdy śledzi się debatę publiczną poprzedzającą wybuch drugiej wojny światowej, zadziwia podobieństwo do czasów współczesnych. Jak tamci Polacy byli podobni do nas! Jak bardzo się nienawidzili, jak oskarżali o zdradę i sprzeniewierzenie wartościom, jak rozdęli patriotyczny balonik. Wtedy też bój toczył się o utrzymanie zagrożonej polskiej tożsamości narodowej, o sposoby zwiększenia przyrostu naturalnego, liberalną demokrację, która miała być w schyłku, i o to, kto lepiej działał na rzecz Polski – ci, którzy służyli Marszałkowi, czy ci, którzy go zwalczali.

I jeszcze jedno pozostało niezmienne: przekonanie, że za wszystkim stoją Żydzi.

Cezary Łazarewicz
1939. Wojna? Jaka wojna?

[Bardzo eleganckie i trafne podsumowanie sytuacji Polski. Na ustępstwa wobec Hitlera trzeba było pójść i faktycznie jemu (pochodzącemu z Austrii ten Gdańsk nie był potrzebny), ale musiał się liczyć z opinią społeczną, a i tak już był oskarżany o to że idze wobec Polaków na zbyt wielkie ustępstwa. Wystarczy spojrzeć na demografię Gdańska z tamtego okresu, o ile pamiętam ponad 90% ludności to Niemcy. Jeżeli chodzi o tak zwany korytarz eksterytorialny, to żądanie też bynajmniej nie było absurdalnym. Oczywiście samo w sobie może się takim wydawać, jeżeli nie spojrzy się na ówczesną mapę. I tam widać też absurd, terytorium niemieckie całkowicie odcięte od reszty kraju.

I teraz najważniejsze, kim byli ci co w wersalu ustanowili taki porządek? Czasami mówi się że był on beznadziejnie głupi, ze jego twórcy czegoś nie rozumieli.. Otóż jego twórcy wszystkiego dobrze rozumieli, i przygotowali do kolejnej wojny.

I teraz ostatnie zdanie inaczej tak trzeźwego opisu. Przekonanie, że za wszystkim (co złe a na czym można zrobić) stoją żydzi, to ma Varapanyo Bhikkhu albo w tamtych czasach jego babcia, ale nie większość polskiego społeczeństwa, ani wtedy ani tym bardzej teraz. Skąd ten optymizm i przedwojenny duch bojowy? Do kogo należała prasa, która go podsycała? Oczywiście, to nie zmienia faktu, że polski naród okazał się głupi, i trzeba za swoją głupotę winić przede wszystkim siebie. A że żydzi bardzo umiejętnie potrafią taką głupotę wykorzystać, wzmacniać, jak i tworzyć nowe idee z niej wynikające (kto normalny pomyślałaby sto lat temu by proponować legalizację związku dwóch zboczeńców jako małżeństwo?) to nie zwalnia z  odpowiedzialności za nią. Oczywiście większość społeczeństwa nigdy dojrzałości politycznej nie osiągnie, dlatego powinna być trzymana jak najdalej od władzy i jakichkolwiek  na nią wpływu. Dlatego demokracja to najgorszy system. System w którym poglądy większości są bardzo jasno sprecyzowane przez mniejszość. Stado baranów może i niewiele rozumie, ale spłoszone, może niejednego rozdeptać. Dopóki pasterze byli swoi, dwóch zboczeńców razem, było tylko dwoma zboczeńcami razem. Teraz, no cóż. Skąd widzenie rzeczy takimi jakimi są stało się homofobią? Kto większości podsunął ten termin? VB]

niedziela, 16 sierpnia 2026

Ernest Wilimowski

 1920 rok. Właśnie zakończyła się I wojna światowa i rozstrzyga się, do kogo należeć będzie Górny Śląsk. 20 kwietnia rodzi się klub powstańców śląskich Ruch Hajduki Wielkie: przyszły Ruch Chorzów i przyszły klub rudego Ernsta. Podobno początkowo ma mieć barwy Górnego Śląska, żółto-niebieskie, ale akurat trwają walki na Ukrainie i te kolory mogą się źle kojarzyć – zamiast żółci będzie biel. Klub powstaje w dniu urodzin Wojciecha Korfantego i Adolfa Hitlera. Dzięki pierwszemu może się narodzić, przez drugiego będzie musiał upaść.


Rok po powstaniu Ruchu odbywa się plebiscyt: osiemdziesiąt pięć procent mieszkańców Kattowitz chce, aby ich miasto należało do Niemiec. Powstańcy śląscy i mocarstwa mają jednak inne zdanie i dlatego Kattowitz zmieni się niebawem w Katowice, a Ernst w Ernesta.

Rozpoczyna się spolszczanie wschodniego Górnego Śląska. Ale nie idzie to łatwo, gdy przez wieki region był niemczony. Historyk Józef Krzyk opisuje na przykład, jak jesienią 1922 roku urząd wojewódzki prosi pierwszego prezydenta Katowic Alfonsa Górnika o listę osób do odznaczenia za zorganizowanie pierwszych wyborów do Sejmu Śląskiego; Górnik odpowiada, że wszystko musiał zrobić sam, bo w magistracie nikt poza nim nie zna polskiego. Zresztą nawet gdyby nieznający polskiego go znali, napotkaliby kolejną przeszkodę w spolszczaniu tych ziem: trudno napisać coś po polsku, bo w urzędzie nie ma ani jednej maszyny do pisania z polskimi czcionkami.

Polskość spada na Katowice niespodziewanie. Wiele osób otrzymuje obywatelstwo polskie, nie czując się Polakami – doświadczają tego, co ich sąsiedzi, którzy do niedawna posiadali obywatelstwo niemieckie, nie czując się Niemcami.
*
powiedzieć”.Jest rok 1927. Wilimowski zaczyna grać w trampkarzach 1. FC Katowice, drużyny mniejszości niemieckiej. W tym roku powstaje liga polska, do której trafiają dwa zespoły ze Śląska: Ruch Hajduki Wielkie oraz właśnie 1. FC Katowice. Już w pierwszym sezonie dochodzi do symbolicznej rywalizacji o mistrzostwo kraju między proniemieckim 1. FC a ostoją polskości, Wisłą Kraków (ostoją, mimo że Piłsudski, fan Cracovii, patrząc na koszulki Wisły – białą gwiazdę na czerwonym tle – spyta: „A cóż to za bolszewickie barwy?”). Gdy pierwszym mistrzem zostaje Wisła, Ernest ma jedenaście lat.

1934 rok. Wilimowskiego nigdy nie interesowała polityka i dlatego, gdy w 1934 roku opuszcza 1. FC Katowice i zaczyna seniorską karierę w Ruchu, nie myśli o tym, że Ruch jest klubem propolskim, a „efcyj” proniemieckim. Pewnie myśli trzeźwo: że w Polsce w proniemieckim zespole trudniej robi się karierę. Ernesta interesuje tylko kopanie piłki. Polski futbol nie jest zawodowy, Ernest musi pracować jako goniec w hucie.

1934 rok. Wilimowski mówi o sobie, że jest Ślązakiem: nie Niemcem, nie Polakiem, tylko Ślązakiem. Jego śląskość zawiera w sobie dużo i z niemieckości, i z polskości. Nie jest ich sumą. Nie jest ich wariantem. Jest oddzielną narodowością z własną mową, tradycją i pamięcią. Śląskość Wilimowskiego od wieków pasie się na niemieckości i polskości, jest dzięki nim bogatsza, tłustsza. Nie da się jego śląskości oddzielić od niemieckości i polskości. Państwo narodowe jest dla niego kłopotliwe, a ostatnio w kółko mówi się o narodach. Katowice leżą w przeciągach historii: w XX wieku dwukrotnie będą miastem niemieckim, dwukrotnie polskim. W dobie nacjonalizmów Polaków, Niemców, Włochów, całej Europy, na tożsamość śląską nikt nie zwraca uwagi, odmawia się jej prawa do istnienia, Ślązaków uznaje się za niedoskonałych Polaków bądź Niemców. Tożsamość ta była zawsze tożsamością pogranicza, nie aspirowała do stworzenia swojego państwa, odnajdywała się w byciu pomiędzy, byciu częścią większej całości. Ale to czas wyborów narodowościowych i od Ernesta wymagają, żeby był albo Polakiem, albo Niemcem.

1934 rok. Rodzi się piłkarz Ernest Ezi Wilimowski. W swoim pierwszym sezonie w barwach Ruchu zdobywa mistrzostwo Polski, zostaje ligowym królem strzelców, a w plebiscycie „Przeglądu Sportowego” otrzymuje tytuł najpopularniejszego piłkarza. Po paru klubowych meczach do reprezentacji powołuje go Józef Kałuża, a Ernest staje się najmłodszym polskim reprezentantem w historii kadry.

W tym samym roku Ezi występuje w symbolicznym meczu: Polska mierzy się z III Rzeszą, a współcześni okrzykną to spotkanie najważniejszą imprezą na ziemiach polskich w dziejach.


Tego dnia asystentem trenera niemieckiej reprezentacji jest Sepp Herberger: będzie nim jeszcze dwa lata, aż Niemcy dadzą plamę na igrzyskach w nazistowskim Berlinie. Wtedy trener odejdzie, a Sepp zajmie jego miejsce.

Mimo porażki polskiej reprezentacji młodziutki Wilimowski strzela w tym meczu bramkę. Według wyliczeń międzynarodowej organizacji statystycznej Rec.Sport.Soccer Statistics Foundation w całej karierze strzeli ich przeszło pół tysiąca. Długo będzie utrzymywał się w dziesiątce najskuteczniejszych zawodników wszech czasów, wypchną go z niej dopiero Messi i Ronaldo. Fritz Walter, jedna z legend niemieckiego futbolu, powie o nim: „To chyba jedyny piłkarz na świecie, który zdobywał więcej bramek, niż miał szans”.
Ezi potrafi minąć kilku przeciwników. Dryblingu uczy się wytrwale. Po treningach w klubie skrzykuje paru synków i gra przeciwko nim w pojedynkę. Gdy Ernest zdobywa bramki podczas normalnych spotkań, przeciwnicy często wpadają w furię. Wilimowski robi z piłką, co chce. Dryblując, przebiega pół boiska, zwalnia przed bramką, a gdy bramkarz wybiega, kiwa też jego i zatrzymuje się z piłką na linii bramkowej. Gdy podbiegają rywale – lekko trąca futbolówkę, a ta powoli wtacza się do bramki. Wówczas rudzielec o odstających uszach głośno się śmieje. Na przykład w 1939 roku podczas ligowego meczu Ruchu z Unionem-Touring Łódź aż dziesięciokrotnie ma okazję do śmiechu – tyle bramek potrafi strzelić w jednym spotkaniu.

1936 rok. Wilimowski umie cieszyć się z goli, potrafi też cieszyć się życiem. Lubi kobiety i alkohol, najbardziej likiery, choć twierdzi, że pije mało, bo ma słabą głowę. Po latach historyk sportu Andrzej Gowarzewski, jedyny polski dziennikarz, który spotykał się z Wilimowskim po skończeniu przez niego kariery, wytłumaczy mi jednak, że jowialność Eziego była tylko fasadą – w rzeczywistości był dobrym człowiekiem, który przez całe życie musiał borykać się z brakiem pewności siebie, nieśmiałością. Jego żarty były toporne: ot, brał czyjś rower i wrzucał go do basenu, chcąc zwrócić na siebie uwagę. Swobodny i radosny był tylko na boisku. Poza nim często cierpiał.

W czerwcu 1936 roku Ruch Chorzów pokonuje Wisłę Kraków, z którą walczy o mistrzostwo kraju. Następnego dnia ten sam Ruch (aktualny mistrz) przegrywa towarzyski mecz z Cracovią (grającą w niższej klasie rozgrywek) – 9 : 0. Dlaczego tak się stało? Po meczu z Wisłą chorzowscy piłkarze wypili tyle, że napastnik Ruchu Teodor Peterek przyznał, że podczas spotkania z Cracovią nie widział piłki, a Wilimowski – widział cztery.

Ludzie będą mówili, że to przez ten wybryk Ernest został zawieszony przez PZPN – kara zaś uniemożliwiła mu wyjazd na igrzyska w 1936 roku do hitlerowskiego Berlina. W rzeczywistości chodziło jednak najpewniej o konflikt między Ruchem a PZPN. Temu ostatniemu nie podoba się, że Ślązacy zdominowali piłkarską ligę: wygrywają ją w latach 1933, 1934, 1935, 1936, 1938, a w 1939 też pewnie by wygrali, ale wojna uniemożliwia dokończenie sezonu. Ezi staje się kozłem ofiarnym, na olimpiadę zabraniają pojechać tylko jemu. Traci w ten sposób jedyną w życiu szansę startu na igrzyskach. Polska kadra spisuje się na nich dobrze, zajmuje czwarte miejsce – z najważniejszym zawodnikiem w składzie byłaby spora szansa zająć nawet pierwsze.

Po jednym z meczów Ruchu Ezi, strzeliwszy sześć goli, mówi dziennikarzom: „Napiszcie, że tak gra alkoholik, niech to dotrze do Warszawy”.

Zbliża się mundial 1938 roku. Zabraknie na nim wielu drużyn: Hiszpanie pogrążeni są w wojnie domowej, Japończycy walczą w Mandżurii, Brytyjczycy przez większość międzywojnia bojkotują FIFA (Anglia zadebiutuje na mundialu dopiero w 1950 roku, Szkocja cztery lata później), Związek Radziecki nie uczestniczy jeszcze w międzynarodowej piłce, piłkarscy giganci Argentyna i Urugwaj boleśnie odczuwają skutki kryzysu gospodarczego lat trzydziestych i nie stać ich na dopłynięcie do Europy. Startują za to Niemcy, a Anschluss Austrii zapewnia im dopływ piłkarskiej krwi (w 1941 roku wiedeński Rapid zostanie nawet mistrzem Niemiec). Hitler zażądał, aby w reprezentacji wprowadzić parytet między zawodnikami niemieckimi i austriackimi: pięć do sześciu lub sześć do pięciu. Sam Führer nie jest kibicem piłkarskim, na meczu był tylko raz (w 1936 roku, Niemcy przegrały wtenczas z Norwegami 2 : 0, a zdenerwowany wódz wyszedł przed końcowym gwizdkiem).

W tym czasie fala autorytaryzmu i totalitaryzmu zalewa kontynent: w latach dwudziestych sprzyjał temu chaos polityczny, w trzydziestych również gospodarczy. Mecze piłkarskie przypominają wojny zastępcze, skrzą się od znaczeń, podtekstów. W 1934 roku to nie Niemcy grali z Polakami, to Führer grał z Marszałkiem, Hitler z Piłsudskim, nadludzie z podludźmi, Aryjczycy ze Słowianami. Podczas finału mundialu w tym samym roku to nie Włosi wygrali z Czechosłowakami, to Mussolini pokonał Masaryka, faszyzm demokrację. Świat zrozumiał, że coubertinowski idealizm i chęć oddzielenia sportu od polityki to mrzonki: mundial 1934 roku u Mussoliniego, olimpiada 1936 roku u Hitlera nie pozostawiały wątpliwości. Albo mecz z przedednia wybuchu II wojny światowej między Francją a Węgrami: to starcie obrońców porządku wersalskiego z jego największymi kontestatorami, walka zadowolonego z siebie mocarstwa z niewielką republiką, która po swoim niedawno utraconym imperium odczuwa bóle fantomowe, pojedynek demokracji z autorytaryzmem. I tak dalej, i tak dalej. Wszystkie największe imprezy piłkarskie od końca I wojny światowej do 1930 roku wygrywają ustroje demokratyczne; po 1930 roku – wyłącznie autorytarne.

Jest 17.30, 5 czerwca 1938 roku. Polska gra dziś z Brazylią o awans do najlepszej ósemki mistrzostw świata. Będzie to jeden z najbardziej dramatycznych meczów w dziejach polskiej piłki i najważniejszy mecz Wilimowskiego. Polska jest dobra, Brazylia jest bardzo dobra i dlatego tę pierwszą skazuje się na pożarcie. Bałkański prozaik Miljenko Jergović napisze, że grający tego dnia brazylijscy piłkarze nazywali się jak bohaterowie antycznych mitów: Leônidas, Batatais, Herkules. A Polacy? Zwyczajnie jakoś, Dytko, Piontek, Szczepaniak. Z takim nazwiskiem trudniej stać się legendą.
Mecz rozgrywany jest w Strasbourgu, bo ten akurat jest francuski, choć jeszcze dwadzieścia lat temu nazywał się Straßburg, a za dwa lata znowu wróci do niemieckiej nazwy, aby za kolejnych pięć porzucić ją ponownie na rzecz francuskiej. Akurat jest jednak francuski i dlatego odbywa się tutaj mecz trzeciego mundialu w dziejach, którego gospodarzem jest Francja. Szwedzki sędzia wybiega w typowym stroju arbitra z tych czasów: to elegancka biała koszula, marynarka i krótkie spodenki. Rozbrzmiewa pierwszy gwizdek.

„Przegląd Sportowy” napisze: „Start Brazylijczyków był tak mocny, że beznadziejny wydawał się wszelki wysiłek”.
I rzeczywiście: Leônidas, największa gwiazda Brazylii, szybko strzela pierwszą bramkę. Dzieje się to, co nieuniknione.
Kilka minut później na bramkę pędzi Wilimowski, mija Brazylijczyków: jednego synka, drugiego, trzeci powala Ernesta. Karny. Do piłki podchodzi poznański Niemiec Friedrich Egon Scherfke. Pięknie wygląda, wygląda, jakby miał strzelić. Będą wspominać (za historykiem Thomasem Urbanem): „Dla młodych graczy było zaszczytem rozbieganie jego nowych butów piłkarskich. Zazwyczaj w owym czasie sikano na skórę, by ją zmiękczyć. Ale nie Scherfke – on był zbyt kulturalny”. Friedrich, przez złośliwych zwany Frycem, trafia i mecz rozpoczyna się na nowo.

Polacy nie cieszą się jednak długo, bo Brazylijczycy szybko odpowiadają jedną, później drugą bramką.

3 : 1 – z takim rezultatem Polacy schodzą na przerwę, którą spędzą w narożniku boiska, wokół trenera Kałuży. Mówią między sobą, że tego meczu wygrać się nie da. Przed chwilą zaczęło kropić.

Druga połowa. Deszczyk szybko zmienia się w ulewę. Trener Kałuża drze się wniebogłosy. Brazylia zaczyna się gubić, deszcz nam pomaga, im szkodzi. Brazylijczykom odpadają od butów skórzane paski antypoślizgowe. Pół wieku później Wilimowski zdradzi Gowarzewskiemu, komu Polacy zawdzięczali swój łut szczęścia: „Spadały im te paski, próbowali naprawiać. Nam robił to dobry szewc. Górka z Katowic. Trzymały znakomicie…”.

W Polaków wstępuje nadzieja.

„Przegląd Sportowy”: „Już pierwsze odsłony drugiego aktu zwiastowały jakąś zmianę. Nagle ciągi polskie zaczęły się lepiej zazębiać, zaczęto wygrywać pojedynki i atak, kombinując krótko, przedostawał się dobrze do przodu. W 8 min Wilimowski stał się wreszcie sobą”.

Nadzieja przekłada się na gole: Ezi strzela na 2 : 3, po kilku minutach na 3 : 3. Mówi: „Wygramy, wygramy. Tylko dajcie suchą koszulkę”.

Na trybunie siedzi Sepp Herberger, trener niemieckiej reprezentacji. Przeciera oczy ze zdumienia. Przyszedł na mecz, żeby obserwować Brazylijczyków, a obserwuje radosnego Ernesta. Za cztery dni kibice obserwować będą z kolei smutnego Seppa, gdy Niemcy odpadną z mistrzostw.
„Przegląd Sportowy”: „Zaczynamy wierzyć, że przecież najtajniejsze sny się ziszczą, i w tym momencie złośliwy reżyser – los – płata nowego figla”.

Po strzale figlarza Perácio polski bramkarz Madejski nie opanowuje piłki (nie nosi rękawic, nosi za to czapkę): ta odbija się od poprzeczki, od jego pleców i wpada do bramki. Dwadzieścia minut do końca, 4 : 3 dla Brazylii, zegar tyka, Polacy, mimo dobrych akcji, nie potrafią strzelić gola. I nagle…
„Przegląd Sportowy”: „Piontek przypomniał sobie nareszcie, jak to idzie się na przebój, choćby trzeba było wypruć z siebie kiszki. Goni za piłką, mija dwóch przeciwników, jeszcze starczy siły na strzał… odbitka… Szerfke lekko muska piłkę… tłok pod bramką, znów piłka wraca w pole… pod nogi Wilimowskiego i… tu dosięga ją los. Jest znów 4 : 4! Do końca gry zostały tylko sekundy i jakieś ich ułamki”.
Rzesze Polaków przy radioodbiornikach wariują. Wariuje też siedemnastoletni Kazimierz Górski. Stoi pod szeroko otwartym oknem sąsiada, który akurat słucha audycji. Stoi na ulicy z innymi, dla których też zabrakło miejsca w środku. Górski będzie wspominał, że po golu Eziego na 4 : 4 musiał pomóc kibicującemu obok starszemu wiekiem panu, który zasłabł z emocji.

Gwizdek, koniec regulaminowego czasu gry, teraz trzydzieści minut dogrywki, mecz zaczyna się od początku. Ulewa słabnie.

„Przegląd Sportowy”: „W chwili, gdy wydawało się, że nic już nie przerwie normalnego biegu, że akcje potoczą się teraz spokojnym, równym łożyskiem, następował jakiś nieoczekiwany zakręt, a wraz z nim spadały kaskady przeżyć, które odbijały się echem wielkiej radości lub bolesnym rozczarowaniem”.

Leônidas strzela na 5 : 4, po chwili strzela raz jeszcze, robi się 6 : 4 dla Brazylii. Walka na całego. Gdy będzie po wszystkim, obrońca Gałecki, pokazując na siniaka na policzku, powie dziennikarzowi: „Niech pan patrzy, jak ci murzyni farbują”. „Murzyni” i Polacy muszą padać już z sił, miną jeszcze lata, zanim na mundialach pojawi się nowatorski przepis: możliwość zmieniania zawodników podczas meczu.

Sześciopalczasty Ernest przed samym końcem zdobywa jeszcze gola, ale na wyrównanie i na kolejne „kaskady przeżyć” nie starcza sekund. Sędzia gwiżdże po raz ostatni. Po meczu Leônidas ma stwierdzić: „Jeśli ktoś powie, że Polacy nie potrafią grać w piłkę – napluję mu w twarz”.
Nazajutrz w „Przeglądzie Sportowym” czytamy: „1725 kuponów ważnych nadesłano na nasz konkurs. Zasadniczego warunku, jakim było odgadnięcie rezultatu meczu Brazylia–Polska, nie spełnił nikt. Najbliższy prawdy był p. Jan Kochan z Poznania”.

Ostatni mecz z białym orłem na piersi Wilimowski rozgrywa w niedzielę 27 sierpnia 1939 roku. Hitler planował pokonywać Polskę już od wczoraj, ale ostatecznie przesunął początek wojny z soboty na piątek i dlatego Polska podejmuje dziś wicemistrzów świata, a od niedawna również swoich sąsiadów, Węgrów. Plotka głosi, że poprzedniego dnia Ezi leżał jeszcze pijany na stole bilardowym w katowickiej knajpie. Rano, wciąż podchmielony, wsiadł do pociągu jadącego do Warszawy, żeby jakoś dotrzeć na mecz z Węgrami.

Część trybun już w kolorze zieleni, to mundury. Ernest, choć nie wie, że dziś żegna się z polską reprezentacją na zawsze, dobrze się z nią żegna. Węgrzy szybko wychodzą na prowadzenie 2 : 0. Po jakimś czasie Polska nabiera jednak rozpędu, Ezi strzela pierwszego gola, potem drugiego, po faulu na Wilimowskim elegancki sędzia dyktuje karny i robi się 3 : 2 dla biało-czerwonych. Zwycięskiego gola na 4 : 2 Ernest strzela tak, jak lubi najbardziej: wymija wszystkich, czeka na linii bramkowej, śmieje się… Horror z happy endem: rzadkie w kinie, częste w meczach Wilimowskiego.
Polacy cieszą się ze zwycięstwa, ale nie spoczywają na laurach: kolejne spotkania rozegrać mają 3 września z Bułgarią i 6 września z Jugosławią.

Gdy w 1939 roku Niemcy nacierają na Polskę, Ernest jest akurat w szczytowej formie. Takich jak Wilimowski Niemcy nazywają Wasserpolacken – „rozwodnionymi Polakami”. Nie mają do nich nazistowskiego stosunku. Na początku września niemieckie wojsko wkracza do Katowic, które opuściło kilkanaście lat temu.

Dla Eziego nadchodzą lata trudnych wyborów. Dwa z nich zadecydują o tym, że na jego pogrzebie zabraknie wieńca PZPN. Wybory te oddalą również ów pogrzeb w czasie.
O pierwszym opowie Miljenko Jergović w powieści osadzonej w 1938 roku; napisze o Ślązakach: „Oni, wśród Polaków Niemcy, wśród Niemców Polacy […]. Kiedy znowu wybuchnie wojna i zmusi ich, by swoją podwójność albo potrójność zredukowali do niepodzielnej jedności, wybierając z rozsądku przynależność do tych, wśród których będą mieli większe szanse przeżycia, Górnoślązacy staną się albo zbrodniarzami, albo męczennikami, a potem wraz z końcem wojny znikną, jakby ich nigdy nie było i jakby tacy ludzie, Niemcy i Polacy zarazem, nie mogli na tym świecie istnieć”.
Wilimowski musi się więc zredukować. I podjąć pierwszy wybór: przeżyć tę wojnę jako Niemiec czy Polak? Bo najważniejsze to przeżyć, a Ślązakiem nie ma obecnie prawa być.

Ernest wypełnia volkslistę, bo na Górnym Śląsku volkslisty, wbrew późniejszym wyobrażeniom, się nie podpisuje. To kwestionariusz z pytaniami, na które odpowiadają osoby na wcielonych do Rzeszy terenach (wyznanie, język, krewni i tak dalej). Na podstawie odpowiedzi niemiecki urzędnik nadaje im jedną z kilku kategorii narodowościowych. Kwestionariusz wypełnia się powszechnie, za odmowę udzielenia odpowiedzi można trafić do aresztu, a nawet do obozu koncentracyjnego. Ernest Wilimowski staje się teraz Ernstem Willimowskim, jedna literka ubywa mu z imienia, jedna przybywa w nazwisku. Wypełnia volkslistę (po wojnie takich jak on propaganda nazwie „giętkimi narodowo”) i zaczyna grać w piłkę w niemieckich klubach. To zrobi wielu i tamtym będzie wybaczone. Ale on jest sześciopalczastym wirtuozem i dlatego to niejedyny dylemat, przed którym staje.
Podczas wojny część europejskich krajów kontynuuje rozgrywki ligowe jawnie, część podziemnie. Wiele ma też reprezentacje narodowe. Niemcy mierzą się podczas pierwszych trzech lat wojny z kilkunastoma drużynami: sojusznikami, satelitami, krajami neutralnymi, nawet z okupowaną Danią.

W 1941 roku Ezi otrzymuje z Berlina intratną ofertę – zgłasza się do niego niemiecki selekcjoner Sepp Herberger. Chce, żeby grał w reprezentacji III Rzeszy. Willimowski teraz musi zadecydować, czy choć jeszcze jakiś czas temu grywał z białym orłem na piersi, teraz zmieni go na czarnego. Może zostać gwiazdą Niemiec lub odmówić i nią nie zostać. Zgoda to większa szansa na przeżycie, odmowa to większa szansa na wyjazd na front. Na froncie są jego rówieśnicy, a on nie, bo gra w niemiecką piłkę. Na froncie się umiera, czasem zostaje się bohaterem, bywa, że jedno i drugie. Bohaterem Willimowski woli zostać dzięki ostrzałowi bramki, a nie radzieckich pozycji; woli służyć Rzeszy, strzelając bramki, niż mordując jej przeciwników.

Nie wiemy, co zdaniem Eziego będzie on reprezentował, jeśli zgodzi się być gwiazdą Hitlera: Niemcy weimarskie, republikańskie, kraj o bliskiej mu kulturze i języku czy III Rzeszę, która eksterminuje całe narody? Czy Willimowski zastanawia się wtedy nad tym, czym jest hitleryzm, czy słyszał o hitlerowskich zbrodniach? Ale jeśli zdaje sobie z nich sprawę, to czy nie tym większa musi być jego chęć uchronienia siebie i najbliższych? Gdy jego matka trafi do nazistowskiego obozu, jemu uda się ją wyciągnąć i uratować jej życie tylko dzięki swojej piłkarskiej pozycji. Niemiecki historyk Thomas Urban poda: „Nie wstąpił do NSDAP ani żadnej organizacji nazistowskiej. […] W przeciwieństwie do innych niemieckich reprezentantów kraju, Wilimowski nigdy publicznie nie wypowiadał się na temat reżimu Hitlera. Był bardzo ostrożny”. Jeśli mamy pretensje do Willimowskiego, że grał dla Hitlera, to czy grający dla Stalina bracia Starostinowie lub setki innych radzieckich sportowców budzą w nas równie dużą odrazę? Albo czy mamy pretensje – zdając sobie sprawę z innej skali problemu – do polskich piłkarzy, którzy brylowali na mistrzostwach świata 1982 roku, uwiarygadniając reżim, który niedawno wprowadził stan wojenny?

Ale niemieckość nie była nigdy Eziemu obca; była mu podobnie bliska – albo bliższa – jak polskość. Matka była Ślązaczką ducha niemieckiego, ojczym polskim patriotą; chodził do niemieckiej szkoły, potem polskiej; grał w niemieckim klubie, następnie w polskim. Niemieckość i polskość były jednak tylko didaskaliami jego śląskości i w tym tkwił niewidoczny dramat. Wiemy, że Ezi grałby w międzywojennej reprezentacji Niemiec, gdyby międzywojenne Katowice należały do Niemiec. Wiemy też, że niezbyt interesowała go polityka. Czy Willimowski miał obowiązek umierać bądź ryzykować życie za Polskę tylko dlatego, że gdy miał kilka lat, zmieniły się granice i Kattowitz zmieniło się w Katowice? Czy to jego wina, że w 1942 roku chciał zapewnić bezpieczeństwo sobie i swojej matce?
Jest rok 1942. Trwają walki o Stalingrad i trwa mecz III Rzeszy ze Szwajcarią. Teraz układ jest prosty: czym lepiej Ernst będzie kopał piłkę dla drużyny, która ma przetrwać tysiąc lat, tym większa szansa, że sam przetrwa ich jeszcze kilka. A kopie popisowo: blisko półtorej bramki na mecz.
Tego dnia Ślązak strzela słynącej z jednej z lepszych defensyw świata Szwajcarii cztery bramki – tyle, ile cztery lata wcześniej Brazylii. III Rzesza dzięki Willimowskiemu pokonuje Szwajcarów. W przyszłym miesiącu Ezi sięgnie po klubowy Puchar Niemiec i zostanie królem strzelców turnieju.
W tym czasie Willimowski po raz ostatni jest wielką gwiazdą. Wciąż śmieje się jak dawniej i kiwa rywali jak synków.

1954 rok. Mundial odbywa się w Szwajcarii, bo poza Szwajcarami nikt w zrujnowanej Europie nie kwapi się, aby organizować kosztowną imprezę. Córka Eziego, Sylvia Haarke, powie przeszło pół wieku później (cytat za Pawłem Czado): „Ojciec miał wtedy trzydzieści osiem lat. Jak na piłkarza nie był pierwszej młodości, ale nadal był świetnym zawodnikiem. Nadrabiał techniką i przebojowością. Był bardzo zawiedziony, że trener Sepp Herberger nie powołał go wtedy do reprezentacji Niemiec. Nie czuł się gorszy od innych. Bardzo długo przeżywał, że turniej w Szwajcarii musiał oglądać jako zwykły kibic”.

Willimowski nikomu nie jest na rękę. Polacy milczą na jego temat, bo podczas wojny podjął takie, a nie inne decyzje. Niemcom z RFN też jest nie w smak – tylko przypominałby swoim istnieniem o tym, o czym Niemcy chcieliby zapomnieć. Wszyscy wolą mieć święty spokój i zignorować istnienie genialnego piłkarza.

Ernst jest zły, rozczarowany, sfrustrowany. Tak, ma już przeszło trzydziestkę na karku, ale dalej kopie. Od lat gra w niemieckich klubach. Gra dobrze, choć jego gwiazda po wojnie nie zaświeciła już tak jasno jak przed wrześniem. Trochę dlatego, że na siłę chce się o nim zapomnieć, trochę dlatego, że pierwsze powojenne lata w zrujnowanych Niemczech to nie najlepszy czas dla futbolu (nie ma nawet ogólnokrajowej ligi: Bundesliga w RFN ruszy dopiero w 1963 roku). Mundial byłby dla niego pożegnaniem z wielką piłką, no i może odkułby się za ten trzydziesty ósmy. A jaki żal musi czuć po mistrzostwach w Szwajcarii, gdy Niemcy zdobywają pierwsze w dziejach złoto, a w finale nazwanym przez historyków Cudem w Bernie pokonują uznawaną przez niektórych za najlepszą drużynę wszech czasów reprezentację Węgier Ferenca Puskása.Willimowski od tego momentu wie już, że nigdy nie skonsumuje swojego talentu. Gdy wybuchła wojna, która uniemożliwiła rozwój jego kariery, miał dwadzieścia trzy lata. Co to są dwadzieścia trzy lata? Gdyby Boniek skończył w tym wieku wielką karierę, nigdy nie zdobyłby trzeciego miejsca na mundialu 1982 roku i nie zostałby gwiazdą Juventusu; Lato nie zostałby królem strzelców mundialu osiem lat wcześniej i również nie zdobyłby tam medalu; uznany przez PZPN za najlepszego piłkarza pierwszego półwiecza istnienia związku Gerard Cieślik, skończywszy karierę w wieku dwudziestu trzech lat, nie zdobyłby ani jednego mistrzostwa Polski i nie pokonałby w legendarnym meczu w 1957 roku 2 : 1 Związku Radzieckiego, strzelając obie bramki. Ezi ma powody do żalu. Gowarzewski powie później w reportażu radiowym Jak pijak grał w piłkę: „Ponad wszelką wątpliwość był najlepszym piłkarzem w historii polskiej piłki. Gdyby doszło do mistrzostw świata 1942 roku, niewykluczone, że nie mówilibyśmy dziś o Pelém, tylko o Wilimowskim”.
Gdy Ernst zawiesi buty na kołku, będzie się imał różnych zajęć: zostanie właścicielem restauracji, a nawet dozorcą w fabryce maszyn do szycia.

1974 rok. Mundial w Niemczech Zachodnich za pasem. Trenerem kadry jest Kazimierz Górski, a kadra niebawem odniesie największy sukces w dziejach polskiego futbolu. Ale teraz Górski odbiera dopiero klucze do hotelowego pokoju. Recepcjonista informuje go, że w barze czeka na niego jakiś człowiek. Trener nikogo się nie spodziewa, ale idzie do baru i spotyka starszego mężczyznę. Rozmowę z nim opisze w książce Pół wieku z piłką.

„– Wilimowski jestem, nie wiem tylko, czy pan ze mną pomówi, nie odpędzi – wyrażanie myśli nie szło mu najlepiej, akcent miał twardy, obco brzmiący.

– Ja nie mam w zwyczaju nikogo odpędzać, czym mogę panu służyć?

– Wie pan, kim jestem?

– Tak, widywałem pana przed wojną na meczach – zastanawiałem się, czy mu nie powiedzieć, jak wysoko ceniłem sobie jego grę, ale powstrzymałem się, czekając na to, co mi sam ma do powiedzenia.

[Młody Górski był fanem Wilimowskiego, potrafił jeździć ze Lwowa do Chorzowa tylko po to, aby zobaczyć, jak gra].

– Bo tak źle o mnie mówili i pisali u was, to nie tak było, ja nic złego nie zrobiłem.

– Dlaczego mnie pan to mówi? […]

– Nie wierzą mi, a pan były piłkarz oraz wielki trener… Zrozumie mnie.

– Ja się zajmuję sportem, mam przed sobą ważne zadanie, udział w mistrzostwach świata drużyny, którą kieruję, nie potrafię panu pomóc.

– Rozumiem, życzę panu powodzenia.

– Panie Wilimowski, jeśli pan nic złego nie zrobił, jak mi pan mówi, dlaczego pan nie wrócił do kraju, może nie od razu, na fali emocji, ale potem, i spróbował się wytłumaczyć, oczyścić z zarzutów?

– Bałem się – w tym momencie zjawił się recepcjonista, prosząc mnie do telefonu. Kiedy skończyłem rozmowę, wręczył mi złożoną w czworo kartkę papieru, na której skreślono kilka słów po niemiecku: – »Chciałem pana poznać, o panu teraz głośno, niech się powiedzie polskiej drużynie, proszę mnie źle nie wspominać. E. W.«”.

Zbigniew Rokita
Królowie strzelców
Piłka w cieniu imperium