sobota, 15 sierpnia 2026

„Rządzący podżegacze” podsycają rusofobię i popychają Niemcy w stronę wojny w sposób sprzeczny z konstytucją


„Rządzący podżegacze zagrażają pokojowi, osłabiają życie kulturalne i rujnują państwo opiekuńcze”. Tak Friedhelm Klinkhammer i Volker Bräutigam, byli pracownicy nadawcy publicznego, a obecnie jego najzagorzalsi krytycy, podsumowują swój nowy, elokwentny artykuł. Ci, którzy uważają ich sformułowania za zbyt prowokacyjne i dosadne, powinni bez wahania zapoznać się z drobiazgowymi dowodami potwierdzającymi ich szeroko rozpowszechnione oskarżenia. Kończą prostą mądrością: „Najlepszą obroną jest zdobycie PRZYJACIÓŁ!”. Poniżej zamieszczamy artykuł z „Permanent Public Conference”. (hl) 


JUTRO PRZYJDĄ ROSJANIE, WSZYSCY ZGINIEMY!
Autorzy: Friedhelm Klinkhammer i Volker Bräutigam
Rusofobia, rusofobia. Dokładnie tak to wygląda, gdy niemiecki minister (nasz podżegacz wojenny Pistorius) woli przygotowywać się do wojny z Rosją, zamiast ściśle przestrzegać polityki obronnej, która ma chronić pokój, zgodnie z Ustawą Zasadniczą. Ze słów i czynów prezydenta Putina należy wyciągnąć wniosek:  „Istnieje zagrożenie, które może się zmaterializować od 2029 roku ”. Naprawdę? ARD Tagesschau, biegły w sztuce kształtowania opinii publicznej, poszedł jeszcze dalej: według „ustaleń” wywiadu może to nastąpić już w 2028 roku . Jednak ten rządowy organ celowo pominął fakt, że Rosja oferuje kompleksową gwarancję nieagresji.

Minister spraw zagranicznych Ławrow: „ Wielokrotnie powtarzaliśmy, że nie mieliśmy i nie zamierzamy atakować żadnego z obecnych członków NATO ani UE. Jesteśmy gotowi uwzględnić to stanowisko w przyszłych gwarancjach bezpieczeństwa dla tej części Eurazji ”. Rząd niemiecki, jak wiadomo, odrzucił tę propozycję, nawet jej nie rozważając. Nasz żałosny berliński reżim nie rozmawia z Rosjanami.

„ Naród niemiecki, inspirowany wolą służenia pokojowi na świecie jako równoprawny członek zjednoczonej Europy … Naród niemiecki uznaje zatem nienaruszalne i niezbywalne prawa człowieka za fundament każdej ludzkiej wspólnoty, pokoju i sprawiedliwości na świecie ” . Jakże pocieszające są te wzniosłe słowa w naszej Ustawie Zasadniczej! Tyle że naród niemiecki nie stał się równoprawnym członkiem „zjednoczonej Europy”, lecz pozostał (od 1990 roku) pod butem Waszyngtonu. Kiedy Donald Trump patrzy gniewnym wzrokiem, kanclerz Merz płaszczy się przed nim i posłusznie podaje mu łapę . A następnie wykonuje rozkazy transatlantyckiego przemysłu zbrojeniowego.

Były analityk CIA Larry C. Johnson: „Merz, Pistorius, a właściwie wszyscy europejscy podżegacze wojenni, absurdalnie twierdząc, że Rosja chce podbić i okupować Europę, wywołują masową histerię. Dlaczego? Europie nie zostało już nic, czego Rosja potrzebuje ani chce ” .

Nie wiemy, czy zwykli Niemcy są „ inspirowani wolą pokoju ”. W końcu ich wola tradycyjnie nie jest nawet poważnie poszukiwana. Niezaprzeczalne jest jednak to, że elity rządzące zrzuciły swoje starzejące się maski pokoju i ponownie zachowują się jak podżegacze wojenni, pogardliwi lobbyści zbrojeniowi, kłamcy, bezwstydni propagandziści i bezwzględni orędownicy cięć socjalnych.

Te kręgi potrafią uniemożliwić dosłowne przestrzeganie woli ludu (jeśli w ogóle się ujawni). Formy demokracji bezpośredniej są dla nich anatemą. Dlatego referenda – „Wszelka władza państwowa pochodzi od ludu. Jest sprawowana przez lud w wyborach i referendach [???]  …” – pozostają jedynie opcją konstytucyjną. Papier jest cierpliwy, jak wiemy.

Szczyt bezwzględności

Nasi podżegacze wojenni biorą obecnie udział w eksterminacji całego pokolenia młodych mężczyzn na ukraińskich polach bitew – bezlitośnie, bez skrupułów, ale rzekomo w obronie (zachodnio)europejskiej wolności i demokracji. Przy wsparciu Komisji Europejskiej pod przewodnictwem von der Leyen i rządu Merza, sprawnym mężczyznom kategorycznie odmawia się prawa do opuszczenia Ukrainy w poszukiwaniu „zachodniej wolności” , ponieważ szalejącemu pronazistowskiemu władcy w Kijowie (Zełenski: „ Pokonamy ich wszystkich … Chwała Ukrainie! ”) brakuje żołnierzy na froncie.

Rządząca chadecja odmawia teraz nawet pełnosprawnym Ukraińcom statusu ochrony prawnej w Niemczech, odsyłając ich z powrotem w wir wojny ukraińsko-rosyjskiej. Merz: „ Ukraina broni nie tylko swojej wolności, ale także naszej wolności ”. Absolutnie, aż do śmierci! Do ostatniej chwili. Aby skorumpowany przywódca w Kijowie mógł kontynuować tę morderczą wojnę, nasz „ pokojowy ” reżim już w tym roku przekupił go (kolejnymi) 11,8 miliarda euro w formie „pomocy wojskowej ” .

Polityka naszego rządu, przygotowująca do wojny, byłaby niemożliwa do utrzymania na dłuższą metę, gdyby sprzeciwiała się jej opinia publiczna. Pozbawiona solidnych uzasadnień, wypełnia pustkę dezinformacją, sianiem strachu i nienawistną propagandą. Temu celowi służą państwowe media.

Jaki jest cel tego wszystkiego? Przestraszeni obywatele są łatwiej obciążani nowymi podatkami i pozbawiani świadczeń socjalnych. Wymuszone pieniądze są wpychane przemysłowi zbrojeniowemu i jego lobby podżegającemu do wojny. Społeczeństwo to akceptuje. Rzekomo niezbędne wydatki „obronne” – w tym roku przekraczające budżet o 124,7 miliarda euro – są ostatecznie jedynie abstrakcyjną, niewyobrażalną sumą pieniędzy dla przeciętnego obywatela. A ci, którzy muszą korzystać z banków żywności, bo nie stać ich nawet na zakupy spożywcze w Aldi czy Penny, mają gdzieś nasz 2,5 biliona euro długu publicznego – tak samo jak nie przejmują się kłamstwami antyrosyjskimi.

Nasi nazistowscy przodkowie doprowadzili imperialistyczną rusofobię cesarza Wilhelma II do skrajności. Minister propagandy Goebbels wygłosił pełną nienawiści tyradę: „ W naszej walce z bolszewizmem nie jesteśmy już sami. Aby skutecznie z nim walczyć, konieczna jest jedność wszystkich zdrowych sił. Bolszewizm jest zasadniczo zainteresowany sianiem wojny i zamętu… Walka z bolszewizmem to nie tylko walka o zachowanie kultury w naszym kraju, ale walka o pokój na świecie ”. Nienawiść do bolszewików nabrała również wymiaru rasistowskiego: „ Słowiańscy podludzie” to niemiecki neologizm.

[Obawa przed bolszewizmem była jak najbardziej słuszna, Goebels wcale taki głupi nie był, i Niemcy mogli stać się prawdziwymi obrońcami Europy. A w świetle obecnej sytuacji idea obrony rasy, jak to widzimy, zdecydowanie chwalebna. Tyle że biała rasa to także Słowianie i Hitler miał szansę na pokonanie Żydów, bo to oni stali za marionetkami w Wielkiej Brytanii i USA, gdyby nie jego własna głupota, gdyż nie był on obrońcą Białego Człowieka a zwykłym niemieckim szowinistą. Po wkroczeniu do sowieckiej Rosji w początkowej fazie armia niemicka była traktowana jako przynosząca wolność. Całe armie radzieckie poddawały się bez walki, gotowe stanąć nie tyle po stronie Niemiec co przeciwko żydowskiemu okupantowi. Hitler odmówił ich użycia a jego polityka na zajętych terenach szybko przekonała miejscowych że dżuma zastąpiła cholerę. Oczywiście już wcześniej prowadzono tę samą politykę w Polsce, choć akurat za wybuch wojny "polskie władze" były rownież odpowiedzialne. Cudzysłów, bo choć etniczne, w odróżnieniu od obecnych rządzących może i byli Polakami, ale dążenie do konfrontacji z Niemcami miało tyle sensu co Powstanie Warszawskie. W polityce trzeba być pragmatycznym. Gołota, czy Tyson może i nie są zbyt miłymi gośćmi, ale jak się waży sześćdziesiąt kilo to się nie idze z nimi na wymianę ciosów, ale stara się dogadać. W tym wypadku polityka Polski w latach trzydziestych bardzo niemile przypomina jej obecną politykę wobec Rosji. Różnica taka że wtedy rządzili polską głupcy albo zdrajcy, obecnie już tylko obca agentura. Jeżeli gdzieś u szczytu władzy jest jakiś polak, to po prostu zwykły figurant, a i tak dla pewności ma żydowską żonę. VB]

Nazistowskie Niemcy rzeczywiście zostały pokonane przez Związek Radziecki (przy wsparciu zachodnich aliantów). Jednak niemiecka rusofobia i nieznośnie aroganckie poczucie wyższości przetrwały. Zaledwie siedem lat po zakończeniu wojny Konrad Adenauer, pierwszy kanclerz Republiki Federalnej Niemiec, uciekł się do moralizatorskiego porównania, które relatywizowało potworne zbrodnie nazistowskie: „Związek Radziecki jest państwem znacznie większym, znacznie potężniejszym i znacznie bardziej totalitarnym niż nazistowskie Niemcy ” .

A jak jest dzisiaj? W 2018 roku zaledwie 28 procent respondentów odpowiedziało twierdząco na pytanie, czy rosyjska polityka zagraniczna i bezpieczeństwa zagraża Niemcom. Do 2024 roku odsetek ten wzrósł do 66 procent. To tak, jakby prezydent Rosji Putin w listopadzie 2021 roku praktycznie nie błagał o zaprzestanie groźnych wpływów NATO na Ukrainę i o porozumienie w sprawie paneuropejskiej koncepcji bezpieczeństwa.

Niemiecka nienawiść do wyzwolicieli
Badania potwierdzają niezmiennie antyrosyjskie nastawienie społeczeństwa niemieckiego do wyzwolicieli spod narodowego socjalizmu. [Akurat Niemcy pod rządami narodowego socjalizmu źle nie mieli, i pisanie o wyzwoleniu jest grubą przesadą. Z drugiej strony nie można mówić że bolszewicka armia jeszcze nigdy nigdzie nikogo nie wyzwoliła. W porównaniu z tym co się działo w Generalnej Guberni, zamordyzm czasów stalinowskich w Polsce był sielanką (dla społeczeństwa, ci co byli przeznaczeni do odstrzału, pewnie żadnego wyzwolenia nie zauważyli)VB]

Nic dziwnego, skoro nasze elity polityczne nieustannie podnoszą swoje rusofobiczne doktryny do rangi dogmatów. Od 24 lutego 2022 roku, kiedy Putin dał się sprowokować do wojny na Ukrainie z powodu ich agresywnej i wywrotowej polityki, z radością powtarzają swój codzienny refren o „zagrożeniu dla naszej wolności”. I udało im się to, ponieważ wszystkie informacje i fakty dotyczące przyczyn wojny, stworzone przez USA, NATO, UE, a zwłaszcza Niemcy, zostały zatarte i zapomniane.

Presja na Ukrainę , by przystąpiła do NATO i UE. 5 miliardów dolarów Nuland na przygotowanie zamachu stanu na Majdanie, posunięcia okrzykniętego „Pieprzyć UE”. Oszukańcze porozumienie Steinmeiera z prezydentem Janukowyczem, który został odsunięty od władzy następnego dnia. Równie podstępne porozumienie Merkel z Mińska II, które nie miało na celu zaprowadzenia pokoju, lecz danie Kijowowi czasu na zbrojenia i przygotowania do wojny. Określenie „ rosyjska wojna agresywna z naruszeniem prawa międzynarodowego ” skutecznie pogrzebało i zapieczętowało tło, obiektywne przyczyny i całą prawdę o wojnie na Ukrainie pod betonowym sarkofagiem – takim jak ten w Czarnobylu. To zapobiegło niebezpieczeństwu , że nasi przywódcy zostaną zdemaskowani jako podżegający do wojny oszuści polityczni.

Rusofobia naszych przywódców politycznych stała się powszechna i normatywna we wszystkich dziedzinach życia społecznego: w wojsku, biznesie, sporcie i instytucjach kulturalnych. Rusofobia jako element polityki państwa: przesadna, bezwzględna, a nawet karalna . Każdy, kto sprzeciwia się temu historycznemu rewizjonizmowi i głośno deklaruje świadomość historyczną i rzetelność faktów, podlega karze.

Przykłady rusofobii i pogardy dla ludzkości przekazane przez naszych czołowych przedstawicieli wybranych w wyborach:

Minister spraw zagranicznych Wadephul: „ Rosja zawsze pozostanie dla nas wrogiem ”. (W rozmowie telefonicznej, którą rzekomo odbył z bliskimi współpracownikami prezydenta Ukrainy; w rzeczywistości padł ofiarą rosyjskich telefonicznych żartownisiów).

Kanclerz Merz: „ Jesteśmy obecnie świadkami głębokiego barbarzyństwa tego kraju (Rosji) . To się nie zmieni w dającej się przewidzieć przyszłości i musimy to zaakceptować ”. A ponieważ Putin rzekomo zaatakuje inne kraje po zwycięstwie nad Ukrainą: „ Będziemy musieli się ponownie bronić ” . Świadomie lub nieświadomie, Merz powtarza w ten sposób hitlerowską propagandę, że niemiecka wojna na wyniszczenie przeciwko Związkowi Radzieckiemu była uzasadniana jako „wojna prewencyjna” (obrona wyprzedzająca). [ To nie żadna propaganda, Stalin miał chrapkę na całą Europę i z pewnością, gdyby z czasem sytuacja na froncie Zachodnim się dla Niemców pogorszyła, w odpowiednim momencie by zaatakował. Putin, nie niesprowokowany tego nie zrobi, bo i po co? A bolszewizmem w samej swej doktrynie zakladał przejęcie władzy nad całym światem VB]. Jednak Rosja, a raczej Związek Radziecki, nigdy nie zaatakował Niemiec. Merz kultywuje ograniczony pogląd na wroga. To uniemożliwia mu wyciągnięcie właściwych wniosków z niszczycielskiej historii Niemiec i odpowiednie ukształtowanie swojej polityki w celu promowania pokoju.

Kolarze z Eastland w nastroju odjazdowym
Złośliwa retoryka Merza jest znakiem, że niemiecka burżuazja nigdy nie pogodziła się z porażką zadaną przez „barbarzyńców” ze Wschodu – i że wciąż żywi myśli odwetowe. [Niemcy są kontrolowani przez Żydów, co sobie myśli jakaś marionetka nie ma znaczenia, albo inaczej, gdyby Żydom niepodbało się co myśli, nie była by zatrudniona w roli figura figuranta VB]

Oczywiście, rządzący establishment polityczny stara się zachować pozory, podkreślając, że jego pełne nienawiści tyrady skierowane są wyłącznie przeciwko „przestępczemu” rządowi rosyjskiemu, a nie przeciwko narodowi rosyjskiemu. Ta bezsensowna deklaracja ma również złowrogą historię. Na przykład: w dniu ataku na Związek Radziecki, 22 czerwca 1941 roku, Adolf Hitler wygłosił w Radiu Rzeszy następujący wywód: „ Naród niemiecki nigdy nie żywił wrogich uczuć wobec narodów Rosji. To nie Niemcy próbowały narzucić Rosji swój narodowosocjalistyczny światopogląd, ale żydowsko-bolszewiccy władcy w Moskwie, którzy bezlitośnie próbowali narzucić swoją władzę naszym i innym krajom europejskim … ”.

Skutek tych niekontrolowanych „wrogich uczuć wobec narodu rosyjskiego” jest dobrze znany: 27 milionów zamordowanych obywateli radzieckich. Co ósmy mieszkaniec zginął w wojnie. (W Niemczech, gdzie zginęło 6,3 miliona ludzi, co jedenasty zginął w wojnie).

Niemiecka polityka „tylko” przeciwko Kremlowi, a nie przeciwko narodowi rosyjskiemu? Czysta hipokryzja, ponieważ sankcje gospodarcze („ zrujnowanie Rosji ”) służą do nękania ludności, zmuszając ją do odsunięcia rządu i zaakceptowania posłusznych następców, akceptowalnych dla Zachodu. Ten sam cel przyświecał brukselskiej Ursuli von der Leyen i jej berlińskiemu kolesiowi Merzowi, którzy planowali ukraść 300 miliardów euro zamrożonych rosyjskich aktywów państwowych, które ostatecznie należą nie do Putina, a do narodu rosyjskiego. Co więcej, pośrednie zaangażowanie w wojnę po stronie Ukrainy nie dotyczy Putina, ale znacznej części społeczeństwa. Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że Niemcy dostarczają śmiercionośną broń na masową skalę.

Dokładne słowa Merza: „ Rosja jest krajem głęboko europejskim pod względem kulturowym, literackim i muzycznym, ukształtowanym przez kulturę europejską ” . O rany, cóż za przełomowe odkrycie! Pochwała kanclerza oczywiście idealnie wpisuje się w nowe podejście do rosyjskiej kultury i postaci kulturalnych.

Gwiazdorski dyrygent Walerij Giergijew został zwolniony ze stanowiska głównego dyrygenta Monachijskiej Filharmonii, ponieważ nie zdystansował się od wojny z Ukrainą, mimo że był o to proszony.

Znana śpiewaczka operowa Anna Netrebko, z powodu podobnych szykan, w ogóle nie występuje za granicą.
Rosja została wybrana przez kilka festiwali filmowych (np. w Wenecji) i Konkurs Piosenki Eurowizji. Instytucje kulturalne – takie jak Biennale w Wenecji – które odważą się zaprosić rosyjskich artystów, są wykluczane i pozbawiane obiecanego finansowania.

Skutki systematycznie promowanej rusofobii są widoczne również na rynku książki. Literatura rosyjska wyszła z mody. Rynek się załamał.

Rusofobiczna polityka miała podobny wpływ na sport. Rosjanom zakazano udziału w niemal wszystkich zawodach sportowych. Czasami dopuszczano wyjątki, ale tylko pod warunkiem, że uczestnicy powstrzymają się od eksponowania rosyjskiej flagi i odśpiewania hymnu narodowego.

Kiedy Międzynarodowy Komitet Paraolimpijski (IPC) poparł udział rosyjskich i białoruskich sportowców w igrzyskach olimpijskich w 2022 roku, niemieccy działacze sportowi, w szczególności, zagrozili bojkotem. Komitet następnie zmienił swoją decyzję i wykluczył Rosjan . Kiedy federacje wchodzące w skład Międzynarodowego Komitetu Paraolimpijskiego zniosły w tym roku zakazy po głosowaniu większością głosów w swoich organach (w tym zakaz rosyjskiej flagi i hymnu narodowego), niemiecka federacja zdecydowała się zbojkotować ceremonię otwarcia igrzysk paraolimpijskich. Oczywiście, niemiecki obserwator polityczny, minister stanu ds. sportu Schenderlein (CDU), reprezentujący kanclerz Merz, również zbojkotował ceremonię otwarcia.

Główne federacje sportowe uznały absurdalność tej polityki sankcji, która ich zdaniem jest wymierzona wyłącznie w rząd Putina. Zniosły zakazy.

Konsekwencje rusofobii

Oficjalna rusofobia rządu ma konsekwencje dla nas wszystkich. Rząd dyktuje nawet, z których rosyjskich mediów nie wolno nam korzystać. Nasi cenzorzy pozostają niewzruszeni napomnieniem Thomasa Jeffersona: „Tylko kłamstwa potrzebują wsparcia władzy państwowej. Prawda obroni się sama ” . Tymczasowo zabrania się nam eksponowania flag radzieckich na pomnikach wojennych w Berlinie, upamiętniających poległych radzieckich wyzwolicieli. Oficjalnym przedstawicielom Rosji zabrania się nawet udziału w uroczystościach wyzwolenia w byłych obozach koncentracyjnych (Buchenwald, Sachsenhausen itp.). W maju administracja Miejsca Pamięci Obozu Koncentracyjnego Dachau nakazała wycięcie wstążek w rosyjskich i białoruskich barwach narodowych z wieńców, dzień po nabożeństwie żałobnym z udziałem ambasadora Rosji i konsula generalnego Białorusi . Podłe, haniebne…

Niepokojące konsekwencje antyrosyjskiego nastawienia: 88% Niemców z Zachodu i 77% Niemców z NRD postrzega obecnie Rosję jako zagrożenie dla bezpieczeństwa globalnego. A jak Rosjanie postrzegają nas, Niemców? Wcześniej ponad 80% Rosjan postrzegało nas pozytywnie. Jeszcze w 2010 roku prawie żaden Rosjanin nie uważał Niemiec za niebezpieczne. Dziś większość Rosjan (55%) postrzega Niemcy jako swojego głównego wroga .

Nasi czołowi truciciele, Merz i Pistorius, jeszcze bardziej zwiększą ten udział. Położyli już podwaliny pod kolejną wojnę z Rosją, którą, zgodnie z prawem historii, ponownie przegramy. Ta berlińska agresja na mocarstwo atomowe, Rosję, to absurd! Ale przecież jest tyle pięknych miliardów do roztrwonienia na zbrojenia…

I ta hołota kontynuuje swoją tyradę. Merz: „Wojna [na Ukrainie] skończy się dopiero wtedy, gdy Rosja będzie wyczerpana, przynajmniej gospodarczo, jeśli nie militarnie, i właśnie do tego zmierzamy ”. „Będziemy nadal pomagać Ukrainie… Środki dyplomatyczne zostały wyczerpane ” . To rodzaj tyrady kanclerza, który nigdy nie rozmawiał z Putinem i uparcie odmawia jakiegokolwiek kontaktu z nim.

Analityk CIA Larry C. Johnson, cytowany na początku, powiedział o naszym kanclerzu: „ Znowu to samo – mały chłopiec z 21% poparciem doprowadza Niemcy do ruiny. To pokazuje, że ten intelektualny karzeł w wysokim ciele uważa się za nowego przywódcę, ponieważ prawdziwy przywódca nie przejmuje się poparciem ” .

My, Niemcy, nie mamy wrogów zewnętrznych, tylko wewnętrznych. Można ich wymienić: bogatych arystokratów, producentów broni i podżegających do wojny polityków, takich jak Merz, Pistorius i ich kolesi. Do tego dochodzą kontrolowane przez rząd media masowe, które dogłębnie ogłupiają całe społeczeństwo – w połączeniu z uporczywie niedostatecznym systemem edukacji.

[ A jakiej nacji są właściciele tych mediów, bo rząd przedwojenny w Polsce może i był polski, ale mam poważne wątpliwości czy prasa, która podsycała w Polakach ducha bojowego, była w polskich rękach. W sumie to raczej nie wątpię że należała do jakiegoś Blumsteina, czy Rozencwajga, ale nie chce mi się sprawdzać VB]



O, drodzy dobrzy ludzie: Najlepszą obroną jest zdobycie PRZYJACIÓŁ!

—————————

Source:
publikumsconference.de/morgen-kommen-der-russe-wir-muessen-alle-denken

fassadenkratzer/regierende-bedrohungslugner-schuren-russophobie-und-treiben-grundgesetzfern-zum-krieg

https://dakowski.pl/

Żyjemy w naszych dzieciach, ale cóż to za życie, jeśli syn będzie bandytą, a córka kurwą? - o Himmlerze i nie tylko o nim

 — Pana współpracownik opowiadał mi o pana zasługach, że pana ówczesny zastępca był pół-Żydem, że pewne pismo żydowskie nazwało pana „białym krukiem w czarnym mundurze” i że jako ekspert Reichsführera Himmlera zaopiniował pan, że partyzantów norweskich w mundurach alianckich należy traktować jako żołnierzy, i że to ocaliło wiele istnień ludzkich. Panie profesorze, ta ekspertyza była przede wszystkim dobra dla Trzeciej Rzeszy, ponieważ łagodziła jeden ze zbrodniczych absurdów, który tylko wzmagał opór i przyśpieszał waszą klęskę. Ale jakiż pan stawiał warunek: mundury! Wyobraźmy sobie partyzantów norweskich chodzących przed gmachem Gestapo w Oslo w mundurach angielskich… Ale ja przyjechałem w sprawie najstraszliwszej broni, jaką kiedykolwiek wymyślono, groźniejszej niż bomba atomowa, i mimo pozorów, okrutniejszej. Myślę o masowej sterylizacji. Byłoby to zabicie wszystkich pokoleń w przyszłości, wszystkich, którzy mogliby się kiedykolwiek narodzić, starcie całych narodów. Streszczę panu dokument, który znam. W jednym z niemieckich pism medycznych w roku 1941 zostały opublikowane rezultaty badań niejakiego doktora M. nad sokiem tropikalnej rośliny Caladium seguinum. Powoduje on zupełną bezpłodność. Artykuł ten znalazł późniejszy oskarżony w jednym z procesów norymberskich doktor Pokorny. Uznał ją za „nową, skuteczną broń”. „Wróg musi być nie tylko pokonany, ale i zniszczony” — napisał do pana. Chcąc bowiem uruchomić sterylizację narodów Wschodu, zwrócił się do pana jako do najpewniejszego kanału, żeby ominąć drogę służbową i dotrzeć natychmiast, bezpośrednio do Heinricha Himmlera.


Gdy to mówię, spostrzegam, że profesor doktor Hoehn najpierw zaczyna lekko podrygiwać, potem twarz mu się rozjaśnia, jeszcze chwila i wybucha radosnym, wesołym śmiechem.

— Cha, cha — zaśmiewa się profesor Hoehn — pan wie, że ten Pokorny, co pisał ten list, to wariat? Gdyby pan go widział! To była mała gnida! To nie był człowiek, a mała kiełbaska! Później dowiedziono, że to był typ nienormalny.

— Na tle współczesnej polityki to właśnie było normalne. Najlepszy dowód, że przekazał pan pismo Himmlerowi.

— Nic z tym nie miałem wspólnego. To przyszło do mojego sekretariatu, oni to odesłali bez mojej wiedzy. Będzie wielką dewaluacją pana książki, jeśli pan potraktuje to poważnie. Za wielki zaszczyt, jak Pokorny zobaczy z nieba, że z małej kiełbaski robi pan wielką szynkę.

— Interesujące jest, że to pana tak śmieszy.

— Jakiś malutki lekarzyna prowincjonalny, zielarz, snuje jakieś wariackie brednie. Zwariowany bezsens. Teraz też tacy istnieją.

— Ma pan rację — odpowiadam — doktor M. obecnie jest najsłynniejszym homeopatą Niemiec Zachodnich i ma jedną z najpotężniejszych firm farmaceutycznych. W tym nie ma nic śmiesznego, że były one rozważane z całą powagą, jak inne bronie biologiczne.

Profesor Hoehn poważnieje:

— Ile pan ma lat? — pyta mnie.

— Czterdzieści trzy — odpowiadam.

— To okropne, ludzie, którzy dziś o tych sprawach piszą, nie są w stanie znać różnych związków, faktów.

— O czym pan mówi w tej chwili?

— Z początku, gdy przyszedł führer, była pewna koncepcja. Trzeba by badać, co było zaplanowane wtedy, i co postanowiono potem, kiedy zdecydowano się prowadzić wojnę z Francją i Rosją. Kiedy patrzy się z odległości na przeszłość, wtłacza się wszystkie okresy w jeden schemat.
Włącza się pan Schuetze:

— Miałem awantury z ojcem, w młodości nie mogłem mu wybaczyć, że w tym uczestniczył. On mi odpowiedział: „Ty nie rozumiesz, to były takie czasy”.

— Był pan współpracownikiem i przyjacielem Heinricha Himmlera — zwracam się do Hoehna.

— Znajomość trwała do pewnego czasu, potem się skończyła. To był dziwny, komiczny człowiek. On miał… (Hoehn przerywa, brak mu słów) …on był… (Znów nie może sformułować myśli i scharakteryzować Himmlera). Jeśli siedziało się naprzeciw niego… (robi gest w moim kierunku, siedzę bowiem naprzeciw Hoehna) …miało się wrażenie, że jest skromnym, poważnym nauczycielem. Był oczytany. Dużo czytał. To pierwsze wrażenie. Ale kiedy się zaczynało z nim rozmawiać naprawdę, jego widzenie nie było głębokie. Przytoczę panu jedną z naszych rozmów, którą zapamiętałem szczególnie. Himmler pyta mnie, dlaczego nie wystąpię z Kościoła, ja zarzucam mu, że i on jest fideistą, bo po cóż mówi nad grobem towarzysza, że „on patrzy na nas z nieba”, na co on zasępia się i mówi: „Tak, my jesteśmy ciągle niedoskonali. Jeśli istnieje nieśmiertelność, to tylko ta, że żyjemy w naszych dzieciach”. Odpowiadam mu: „Cóż to za życie, jeśli syn będzie bandytą, a córka kurwą?”. Himmler nie wiedział nic o religiach świata, nie orientował się, skąd pochodzi jego własny pogląd o „życiu w dzieciach”. Kieruję rozmowę na buddyzm, na zen. Himmler był uważnym słuchaczem. Zwracam mu uwagę, że skoro jest świadomym zaryjszczonym Aryjczykiem, powinien znać Bhagawatgitę, pomnik kultury aryjskiej. Himmler przyznaje się, że nie zna. Telefonuję do księgarni i każę wysłać; wysłali. Po pewnym czasie wraca w naszej rozmowie temat religii. Pytam, czy przeczytał te książki. „Tak — zapala się Himmler — ten buddyzm, wisznaizm, to niezwykła sprawa. Czy tego nie można wprowadzić jako religię dla SS?”. Osłupiałem: „Chciałby pan w Kancelarii Rzeszy stać w mundurze SS z miseczką na ryż i prosić o grosze?”. Himmler się nie obraził. Mówię więc: „Jakąś wielką karmę musiał pan wziąć na siebie jako Reichsführer- -SS”. Na to Himmler: „Jeden musi wziąć tę karmę i ja to właśnie zrobiłem”. Jego mania spirytualistyczna, duchowa, splatała się z manią militarystyczną. Cierpiał, okropnie cierpiał, że tak mało germańsko wyglądał. To nie były żarty, to było cierpienie, które przeradzało się w to, że czuł niższość wobec byle żołnierza, i dlatego wszystko robił tak skrajnie. Wierzył, że w ciągu trzech generacji wyhoduje rasę blondynów z niebieskimi oczyma. Gdyby spojrzał na pana, zaraz pan by odczuł, że myśli, co i kiedy dałoby się wyhodować z pana…
Hoehn przygląda mi się badawczo.

— Pana oceniłby nienajgorzej, że może już w drugim pokoleniu… Raz mówi do mnie: „Musimy podnieść prestiż nieślubnych matek. Trzeba je popierać, wchodzimy w ostatnią bitwę, może wtedy nam zabraknie trzech dywizji, które można by stworzyć z tych nieślubnych dzieci”. Innym razem w samym ogniu wojny pojechał zobaczyć grób Hunów i cieszył się, że wszyscy mają długie czaszki. Była tam też czaszka psa. Himmler powiedział: „To jest ksiądz, który ich nawracał na katolicyzm”. Przy tym drobnomieszczański styl, gust, szczotka na głowie, te jego sentencje: Rosja to był „wschodni wieloryb”, „nikt, kto pił alkohol, nie powie mi, że drugiego dnia jest mu lepiej”. Himmler żył w przekonaniu, że mechanizm dziejów to walka dobra ze złem — brunetów z blondynami. Była to ucieczka od rzeczywistości — do sag, mitów. Jak się z nim rozmawiało, wiedziało się, że jest jeszcze druga strona, której on nie dał rozmówcy poznać i której ja osobiście nie poznałem nigdy. Prywatnie Himmler MIAŁ DUŻO SERCA. Pisał bardzo, bardzo miłe listy urodzinowe. Kiedy poznał moją żonę, był iście po kawalersku szarmancki. Co dwa mniej więcej miesiące otrzymywałem zaproszenie do wspólnego z nim obiadu. Kiedy spotkaliśmy się w czasie wojny, powiedział, że po zwycięstwie da mi, jaki tylko zechcę, majątek. Mówił: „My jesteśmy nowi ludzie, musimy być czyści, zwalczać przestępstwa”. Dlatego gdy się pisze książki o Himmlerze — powiedzą to panu wszyscy, którzy go znali, zresztą coraz ich mniej, bo wymierają, i wymrą niedługo — więc gdy się pisze książki o Himmlerze jako o krwawym psie — to nie jest to Himmler. Świat Himmlera, świat nierealny, utopijny, był tak dziwny, że dziś normalny człowiek powiedziałby, że to śni. Był to świat dziwnie rozdwojony. On w obie strony tego rozdwojenia szedł bardzo daleko. Do dziś myślę o nim — jako o nich, ponieważ Himmler to byli dwaj ludzie.

— Jaki był ceremoniał obiadów u Himmlera? — pytam.

— Zaczynały się o pierwszej. Były najskromniejsze ze skromnych. Były tak proste, że aż prostackie. Nigdy się człowiek nie mógł najeść. To było menu nauczyciela ze wsi. Wołowina z kartofelkami; nigdy nie podano wina.

— W jakim wcieleniu może żyć teraz Himmler? — pytam Hoehna.

— Nie żyje w swoich dzieciach. Może fazę świni i psa przebył… Może… w prymulce?

— Trzeba zniszczyć wszystkie prymulki — odpowiadam.

— Tego proszę nie notować. Żeby pan wszedł w tamtą atmosferę i przekonał się, jakie listy adresowano do mnie, opowiem panu, że napisały do mnie dwie kobiety, że chcą być zapłodnione przez führera i mieć od niego dziecko. Odpisałem, obracając w żart, że owszem, ja mogę je zapłodnić. Proszę sobie wyobrazić, przyjechały. Liczyły, że może tak znajdą protekcję. Były okropnie brzydkie. Pisały jeszcze wiele razy, upierając się przy swojej manii, jakby chciały być zapłodnione przez Boga.

— Kompleks Matki Boskiej? Trzeba było kazać je aresztować. Skoro były brzydkie, była to obraza wodza — mówię. — Przepraszam, że zepsuję nastrój i powrócę do poprzednich wątków. Jest pan twórcą formuły, że państwo faszystowskie „nie będzie rządzone, lecz dowodzone”. Jeszcze w 1944 roku napisał pan: „przysięga wodzowi obowiązuje nie tylko, kiedy wódz żyje, ale także poza jego śmierć”. Minęło prawie dwadzieścia osiem lat od śmierci wodza. Jest pan wierny temu, co pan wtedy napisał?

— Oczywiście nie — śmieje się profesor.

— Dziękuję za rozmowę — mówię.

— Zapraszam na obiad. Zje go z panem szef od public—relations — uprzedza mnie Hoehn i dodaje: — To będzie lepszy obiad niż u Himmlera, zapewniam. À propos — dodaje. — Była tu delegacja z Polski. Mój instytut bardzo im się podobał. Profesor F. zaprosił mnie do was.

— I przyjął pan zaproszenie?

— Nie.

— Dlaczegóż to?

— Brak czasu. Wyślę pana Schuetze.

Żegnamy się.
***
(...)
— Kobiety też walczyły. Jedna kobieta, strzelec wyborowy, broniła sama jedna jakiegoś banku, chyba Polskiego.

— Wrócę do dzieci.

— Dzieci też walczyły. Jest wiele książek polskich, albumów, niektóre tu mam i zaraz mogę je wyjąć, są tam zdjęcia dzieci uzbrojonych w granaty, a nawet pistolety maszynowe. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie zdarzały się wypadki, że strzelano do dzieci nieuzbrojonych, myśląc, że są uzbrojone.

— Czyli potwierdza pan, że strzelano do nieuzbrojonych dzieci?

— Żołnierze opowiadali: „Dzieci do nas strzelają, więc my strzelamy do dzieci”.

— A egzekucje?

— Ja potępiam te egzekucje nie od dziś, ale wtedy także. Dochodziły mnie meldunki i wtedy odwoływałem egzekucje, ale tylko wtedy, gdy dochodziły mnie meldunki.

— Generale Reinefarth, pańskie nazwisko zostanie na zawsze symbolem czegoś straszliwego, od czego nie uwolni pana uniewinniający wyrok żadnego sądu. Jak pan to przyjmuje?

— Jest ustalone, że 5 i 6 sierpnia 1944 roku zdarzyły się różne rzeczy, o których ja nie wiedziałem, a których dokonały oddziały, które były już przedtem. Przestępstwa wojenne zostały dokonane, to jest ustalone, ale ja to wiem z przewodu sądowego. Byli to ludzie Dirlewangera i Kamińskiego, którzy myśleli, że nadeszła godzina zemsty. Ale przecież Bach kazał Kamińskiego rozstrzelać, poza tym wystąpił do Himmlera z wnioskiem o cofnięcie masowych rozstrzeliwań ludności.

— Obaj wiemy, że Kamiński nie za 5 i 6 sierpnia został rozstrzelany. Co do meldunku von dem Bacha, to uderza motywacja: że rozstrzeliwania wzmagają opór i solidarność ludności, że mogłyby doprowadzić do rozluźnienia dyscypliny wojskowej i że panowie nie mają wystarczającej ilości amunicji, by zabić milion ludzi. Motywacja, nazwałbym ją: techniczna.

— Ten list napisał von dem Bach, a nie ja. Postawił na czele kwestie techniczne, a nie ludzkie, bo inaczej Himmler by go nie zrozumiał, nie zostałby przekonany.

— Po prostu Himmler nie zrozumiałby, o co chodzi?

— Nie wiem, ale przez to nie chcę powiedzieć, żebym kiedykolwiek od Himmlera otrzymał rozkaz rozstrzeliwania ludności, która nie walczy.

— Czy mówi panu coś nazwisko Lurie?

— Nie.

— Nie przypomina sobie pan tego nazwiska z akt?

— Moje akta mają około 70 000 stron.

— Pani Lurie była w ciąży. Pańscy podkomendni zapędzili ją w grupie kilku tysięcy na podwórze fabryki na Woli wraz z trojgiem małych dzieci. Trzymając się za ręce podeszli do ściany. Dzieci zginęły od salwy, ona, ranna, wygrzebała się w nocy spod stosu trupów. Potem urodziła dziecko, które przeżyło w jej łonie śmierć rodzeństwa.

— Jest różnica między prawem polskim a niemieckim. Niemieckie uznaje winnym tego, kto wydał zbrodnicze rozkazy lub nie ingerował, jeśli wiedział o zbrodniach. W polskim prawie dowódca odpowiedzialny jest za wszystko, co wydarzyło się na obszarze dowodzenia, nawet jeśli o tym nie wiedział.

— Zna pan prawo polskie?

— Nie. Mój sędzia śledczy zna i on mi to wytłumaczył.

— Wspomniał pan o Himmlerze. Był pan jego podkomendnym.

— Tak, ale bliżej poznałem go pod koniec 1944 i na początku 1945 roku.

— W jakich okolicznościach?

— Był moim dowódcą w Górnym Renie.

— Jakim go pan pamięta?

— Bardzo ciężko go scharakteryzować. Osobiście, zaznaczam, osobiście, nie zauważyłem niczego, co dawałoby podstawę, żeby go nazwać krwawym psem, choć nie twierdzę, że tak nie było. W Górnym Renie — zaznaczam, nie dotyczyło to mordów, tylko sytuacji wojskowej — gdy zaprzeczyłem zdaniu Himmlera, on zmienił rozkaz. Miał skłonność do przesady, wyolbrzymiania lub miniaturyzacji, niewidzenia. W Norymberdze pytano mnie o to samo, o co pan pyta. Odpowiedziałem to samo. Nie miał poczucia humoru i trudno było z nim dyskutować. W momencie, kiedy otrzymałem od Himmlera rozkaz: „zakończyć powstanie w Warszawie”, nie miał on pojęcia o jego sile i potędze. Dał mi jeden batalion policji porządkowej i jeden batalion Wehrmachtu i z tymi dwoma batalionami kazał mi w czterdzieści osiem godzin stłumić powstanie. To ukazuje jego wyobrażenie o tym powstaniu.

— Gdy przybył pan do Warszawy, co pan zobaczył?

— Pojechałem do dowództwa 9. Armii, tam powiedzieli mi, jak jest, i powiedzieli, że to, czym rozporządzam, to trochę za mało, i te dwie doby. No i trwało to dwa miesiące. Opowiem panu o tym piekle — „casus przekładanego ciastka”. Niemcy atakują pięciopiętrowy dom. Wypierają powstańców ku górze, zajmują parter, pierwsze i drugie piętro. Wtedy nadchodzą Polacy. Atakują Niemców od parteru, odbierają go, wypierają nas wyżej, zajmują pierwsze piętro. Niemcy, naciskani od dołu przez powstańców, zabierają ich kolegom trzecie piętro. Potem przychodzi odsiecz niemiecka, która atakuje parter. Ma pan przekładaniec: Polacy — Niemcy — Polacy — Niemcy.

— Co jeszcze pan zapamiętał, co chciałby pan powiedzieć?

— Dostałem ataku czerwonki. Leżałem w swojej kwaterze. Zameldował się oficer, komunikując, że jego oddział po wielodniowych walkach zajął kościół, gdzie znalazł jakąś relikwię, i oficer postawił przed moim łóżkiem skórzany futerał. Na futerale było na małej plakietce nazwisko. Kazałem go postawić na szafie. Arcybiskup Warszawy był poza Warszawą i von dem Bach nawiązał z nim kontakt, ale arcybiskup powiedział, że nie ma świętego o tym nazwisku. Wtedy otworzyłem futerał, w środku było naczynie. Okazało się, że nazwisko na futerale należało do jego fabrykanta i było reklamą firmy. Nazwisko na naczyniu brzmiało „CHOPIN”. W mgnieniu oka przypomniał mi się, bo zawsze pasjonowałem się muzyką i sam gram, testament Chopina: „Ciało w Paryżu, serce w Warszawie”. Chopin w sercu został Polakiem.

— Co pan gra? Jaki jest pański repertuar?

— Beethoven, Mozart. (Po chwili). Nie byłem w Warszawie nigdy przedtem i nie widziałem Warszawy niezniszczonej. Gdziekolwiek wchodziliśmy, była zburzona. Mój sędzia śledczy, który nigdy nie był w Warszawie, po przewodzie sądowym mógłby się poruszać z zamkniętymi oczyma po Warszawie.

— Po Warszawie, której nie ma, bo pan ją zburzył. Pan, panie Reinefarth, nie może znaleźć się w tym mieście, w Polsce.

— Sam nie zrobiłbym tego.

— Dlaczego?

— Żeby swoją obecnością nie jątrzyć starych ran. Nie byłbym mile widziany.

— To byłoby dla pana niebezpieczne. Wie pan, że Warszawa jest odbudowana?

— Tak, oczywiście. Czytam o tym, widziałem masę zdjęć.

— Pańskie dzieło zostało unicestwione, Warszawa jest piękna.

— Moim przeznaczeniem w życiu było widzieć ruiny. Ruiny i ruiny. Takie przeznaczenie. Pewnej nocy, kiedy szliśmy ulicami, usłyszałem, że w ruinach ktoś gra na fortepianie, i to znakomicie. Poszedłem w tamtym kierunku. W domu całkowicie odkrytym, odsłoniętym z muru — jedyne, co ocalało, to był fortepian. Przy nim siedział niemiecki pułkownik i grał. Wysłałem adiutanta po skrzypce, które zawsze woziłem ze sobą, i zagraliśmy razem.

— Jaki utwór?

— Nie mogę sobie przypomnieć. Musieliśmy obaj dobrze go znać, bo graliśmy bez nut. Było ciemno.

— A pożary?

— W ich świetle nie dostrzegłoby się nut.

— Czy była to pieśń triumfu?

— Nie!…

Reinefarth jest poruszony pytaniem, daje mi do zrozumienia, że wątpi, czy go rozumiem.

— …To było z czystej miłości do muzyki. Pragnienie, by usłyszeć coś innego niż działa.

— Czy słyszał pan o polskim poecie Norwidzie i jego wierszu „Fortepian Chopina”?

— Przyznam, że nie.

— Zostawmy to. Scena, którą pan opisał, to czysta literatura. Ale czy to nie potworne, że mówi się o sercu Chopina, o muzyce, wobec setek tysięcy pomordowanych?

— Tak jest w życiu. Takie sprzeczności są częste. Dwa kilometry od zachodniej linii walk w Warszawie spotkałem bryczkę weselną, trzy minuty od frontu — on w czerni, ona w bieli, dwa konie, jak w najgłębszym pokoju, musiałem dwa razy spojrzeć, żeby uwierzyć. Wymyślić tego nie można, trzeba to przeżyć.

— Nie bali się?

Generał Reinefarth bierze czarno-zielone pudełko cygar i generalskim gestem, jakby był w sztabie i jeszcze oblegał Warszawę, kładzie je na teczce z aktami:

— To jest Warszawa (generał sunie palcem po konturze pudełka), a tu wokół zupełna cisza. (Przesuwa płasko dłoń po teczce).

— Pan nie zrozumiał mnie. Nie walki budziły lęk, ale widok panów w mundurach SS.

Reinefarth wraca do poprzedniego tonu, zamyka się w sobie:

— Nie znam stosunków w GG, nie byłem tam przedtem.

Podnoszę się lekko z miejsca i zapisuję nazwę cygar: Brasil.

— Interesuje pana marka cygar? — pyta Reinefarth. — Proszę — podaje mi pudełko.

— Dziękuję, zanotowałem pański gest, te cygara przedstawiały w pana rękach miasto, które pan atakował, a w którym ja mieszkam. Jak pan żyje? Jakie jest pana życie?

— Jestem adwokatem. Pracuję dużo, jak na moje siedemdziesiąt lat. Dopóki człowiek może pracować, nie staje się stary. To jest mój właściwy zawód i uważam go za najpiękniejszy. Generałem policji byłem niedługo.

— W Polsce mówi się, że ma pan piękny ogród.

— Piękny? Składa się z paru drzew i łąki.

— Jakie są to drzewa?

— Trochę krzaków bzu, parę jabłonek, jedna wiśnia, jedna grusza, to wszystko.

— Wygląda pan młodo, jak na siedemdziesiąt lat, ale czas idzie szybko. Czy wobec wieczności, czegoś niezbadanego, co jest poza nami — czy wraca pan myślą do swojej przeszłości, do wojny?

— Jak spotykam ludzi, którzy walczyli, bo tak tu w Niemczech ludzie nie mówią dużo o wojnie, nie lubią mówić o wojnie.

— To zmiana. Kiedyś było inaczej.

— Boże! Czy kiedykolwiek jakiś naród, ci, którzy chodzą po ulicy, ci, co dają się zastrzelić, chcą wojny?

— Czy tę wiedzę zdobył pan jako wyższy dowódca?

— Skąd mogę wiedzieć, skąd ja to wiem?

— Dlaczego osiadł pan na wyspie Sylt?

— Jedyna rzecz, jaka została mojej rodzinie, to domek na Sylt.

— Stracili państwo coś na wschodzie?

— W Cottbus koło Berlina. Tu był domek na wakacje, teraz jest głównym domem.

— Czy ma pan pamiątkowy mundur generalski?

— Nie. Musiałem go oddać, kiedy dostałem się do niewoli. Został zamieniony na jeniecki: ufarbowany na czarno amerykański mundur.

— Jak wysoką pensję pobierał pan jako generał SS i policji?

— Pod koniec 1600 marek.

— To było dużo. Za dwa miesiące to wypada 3200 marek?

Reinefarth, nie rozumiejąc, odpowiada:

— Tak, to było bardzo dużo. Można to było wszystko oszczędzić, ale nic nie można było kupić. Jako żołnierz nic nie wydawałem, wszystko gromadziło się w banku, zbierało i zbierało, aż wszystko przepadło.

— Ile przepadło?

— Nie wiem, nie byłem w domu. Po wojnie szukałem pracy, na początku obrabiałem kamienie bazaltowe na lotnisku, byłem pomocnikiem ogrodnika, to było trudne, bo nie rozróżniałem kwiatów. Pocieszeniem było to, że to nie żołnierka.

— Dużo ludzi na całym świecie jest przekonanych, że wy, byli oficerowie SS, tworzycie dziś podziemną organizację.

— Nie sądzę. Ale jeśli taka organizacja istnieje, jest znana wywiadowi niemieckiemu. Ja na skutek tych dwudziestu lat procesu, najdłuższego, o jakim słyszałem, miałem zawał. Ale zaszkodziło mi nie tyle postępowanie toczące się przeciw mnie, ciągła niepewność przez tak długi czas — ile że musiałem patrzeć, jak przeżywa to żona. Ona nie wiedziała nic poza tym, co ja jej opowiadałem, i nagle ją to uderzyło, i przez dwadzieścia lat ona ciągle żyła tym, tą niepewnością, co ze mną się stanie. To ją „wzięło”, obciążyło psychicznie. Tak samo dzieci głęboko przeżywały. Z kolei ja przeżywałem to, że oni tak to przeżywają.

— A te 35 tysięcy z dni 5 i 6 sierpnia, bo po to przyjechałem, żeby panu je przypomnieć? Niech pan wskaże winnych, kogo pan obwinia, skoro nie siebie.

— To nie jest ustalone w liczbach. Nie wiadomo do dziś dokładnie, jakie oddziały rozstrzeliwały. Nie wierzę w 35 tysięcy, bo to nawet technicznie było niemożliwe, za mało było ludzi po naszej stronie, a przecież tam walczono i ci ludzie nie czekali, trzeba byłoby ich chwytać.

Wróciliśmy do punktu wyjścia. Jest dokładnie godzina piąta. Patrzymy na zegarki. Reinefarth mówi:

— Ponieważ była mowa o dwóch godzinach rozmowy, tyle zarezerwowałem czasu.

Wychodzimy przez biuro. Reinefarth mówi:

— U mnie taki sam labirynt jak w Warszawie, oczywiście, jaki był wtedy dla mnie. Pogodę na drogę będziecie mieli nienajlepszą. Morze niespokojne. Do widzenia.
***
— Zgoda. Nazwę to, że miał wiadomości. My w tajemnicy przeciwstawialiśmy się teoriom rasowym, które wyrządziły nieobliczalne szkody. Moc, prężność nie zależy od rasy i klasy. Podgrupa „C” wydała broszurę pt. „Podczłowiek”, o narodach słowiańskich, mierzącą w Rosjan, i moja podgrupa „D” po jednym dniu dystrybucji ją wycofała, ponieważ godziło to w godność generała Własowa. Potem długo dyskutowałem z generałem Własowem, chcąc naprawić zło wyrządzone przez broszurę. Zresztą w tej rozmowie nie odrzucałem pojęcia nadczłowieka, ale w klasycznym nietzscheańskim sensie. To Himmler ujrzał ludzi jako zwierzęta czy rośliny różnych gatunków.

Następuje jeszcze jeden nawrót do Himmlera, wydaje się on fascynować dawnych podwładnych bardziej niż Hitler.

— Himmler to był Bawarczyk, nie znał Wschodu, nie rozumiał go, był agronomem, miał ciągle nowe pomysły, od manufaktur po ziołolecznictwo. Przecież on kazał założyć ogród ziołowy SS.

— Co hodowano?

— Rycynusy, coś jeszcze.— Wyhodował rośliny, wyrosłe na trupach ludzkich.

— Nie wiem. Chyba raczej nie uznawał nawozów sztucznych. Pasjonował się średniowieczem, archeologią. On wolałby nie zabijać, a zmieniać wszystko, wychować, przerobić, skrzyżować z innymi. Bawarski kierownik szkoły. Wygląd i dusza drobnomieszczanina. Wygląd normalny. Patrząc na niego, nikt, nie tylko ja, nie mógłby przypuścić, że dokonał mordu na milionach ludzi. Absolutna władza korumpuje absolutnie.

Krzysztof Kąkolewski
Co u pana słychać?

czwartek, 13 sierpnia 2026

Muzułmanie są pierwszymi ofiarami islamu

 


[Burckhardt: From his youth on, Mohammed, with the aid of at least ten people, looks over the faiths of the Jews, Christians, and Parsis, and steals from them any scraps that he can use, shaping these elements according to his imagination. Thus everyone found in Mohammed’s sermons some echo of his accustomed faith.

The very extraordinary thing is that with all this Mohammed achieved not merely lifetime success, the homage of Arabia, but founded a world religion that is viable to this day and has a tremendously high opinion of itself. (...)

Moral laws, all kinds of moral precepts, among them ‘No lying’ (for Mohammed reserved lying for himself); part of this is the civil law of the Koran which is in force to this day.]

Islam jest przede wszystkim ideologią polityczną, która chce regulować życie wszystkich – zarówno muzułmanów, jak i niemuzułmanów – dążąc do narzucenia światu szariatu, czyli prawa islamskiego – podkreśla włosko-argentyńska autorka o pseudonimie Paola Kafira. Kobieta podkreśla, że głoszenie Chrystusa to jeden z najpiękniejszych uczynków miłosierdzia, jaki chrześcijanin może ofiarować wyznawcom Proroka.

„Uwolnienie muzułmanina od jego religii to najlepsza przysługa, jaką można mu wyświadczyć” – pisał pod koniec XIX wieku francuski filozof i historyk religii Ernest Renan. Do jego słów nawiązuje Paola Kafira, autorka książki „Islam: jasny i prosty przewodnik”, poświęconej analizie islamu na podstawie jego tekstów źródłowych.

Kafira to pseudonim przyjęty przez włosko-argentyńską badaczkę. Słowo kāfir w języku arabskim oznacza „niewiernego” i jest określeniem odnoszonym w tradycji islamskiej do osoby, która nie wyznaje islamu. Autorka wydała książkę niezależnie. Jak wyjaśniła w rozmowie z włoskim portalem Tempi.it, nie zwracała się do wydawnictw, ponieważ – jej zdaniem – proces podejmowania decyzji przez redakcje trwa zbyt długo w stosunku do pilności poruszanej przez nią problematyki.

W publikacji Kafira ma charakter akademicki i odwołuje się bezpośrednio do Koranu, hadisów oraz tradycji dotyczącej życia Mahometa. Przedstawia m.in. podstawowe zasady islamu, koncepcję szariatu i różne znaczenia pojęcia dżihadu, a także stosunek islamu do osób niebędących muzułmanami. Książka Kafiry, opublikowana jako niezależna publikacja, spotkała się z zainteresowaniem czytelników i osób zajmujących się problematyką islamu. Autorka przedstawia ją jako próbę przybliżenia islamu przede wszystkim poprzez analizę jego własnych tekstów religijnych, bez przyjmowania założeń, które miałyby łagodzić lub pomijać kontrowersyjne aspekty tej religii.

– Musimy wyjść od jednego założenia: islam jest przede wszystkim ideologią polityczną, która chce regulować życie wszystkich – zarówno muzułmanów, jak i niemuzułmanów – dążąc do narzucenia światu szariatu, czyli prawa islamskiego. Krytyka różnych przejawów szariatu oznacza ochronę życia muzułmańskich kobiet. Jest więc dokładnym przeciwieństwem ich dyskryminowania. Zresztą tematem mojej książki jest ideologia, a nie ludzie – tłumaczy autorka w rozmowie z Tempi.it.

Kafira z uznaniem wypowiedziała się na temat listu pasterskiego bp Antonio Suetty, ordynariusza diecezji Ventimiglia-San Remo, który podkreślał, że głoszenie Chrystusa muzułmanom to „największy czyn miłości bliźniego”. – List pasterski biskupa Suetty jest ważny i piękny (…) Podkreśla on, że Ewangelia jest przeznaczona dla wszystkich, również dla imigrantów wyznających islam – podkreśla. Jak dodała, zarówno historia jak i tradycja Kościoła ukazują ewangelizację wyznawców Proroka jako wysiłek „obowiązkowy i konieczny”.

Każdy rozdział książki wyjaśnia jeden z aspektów szariatu. Szczególnie wstrząsający jest fragment dotyczący małżeństw między kuzynami, które – według śledztwa BBC – sprawiają, że „brytyjscy Pakistańczycy, stanowiący około 3 procent wszystkich osób urodzonych w Wielkiej Brytanii, są rodzicami prawie jednej trzeciej wszystkich brytyjskich dzieci z chorobami genetycznymi”.

Kafira bezkompromisowo pokazuje, że wiele dzisiejszych niedopuszczalnych praktyk ma swoje źródło w samej postaci Mahometa, który według wyznawców islamu był człowiekiem „idealnym”. Tymczasem według tradycyjnych źródeł, Mahomet poślubił swoją kuzynkę pierwszego stopnia, Zajnab. Podobna sytuacja dotyczyła jego najmłodszej żony, Aiszy. Związek małżeński zawarto, gdy dziewczynka miała sześć lat, a małżeństwo zostało skonsumowane, gdy miała lat dziewięć.

Z kwestią pedofilii wiąże się wyrażony w tradycyjnej wykładni Koranu, zakaz adoptowania sierot. W muzułmańskim świecie miliony dzieci przebywając w przepełnionych sierocińcach są narażone na wykorzystywanie seksualne. W domach dziecka swoich ofiar poszukiwali najczęściej członkowie tzw. grooming gangs z Pakistanu, działający przez lata bezkarnie na terenie Wielkiej Brytanii.

Choć w wielu krajach muzułmańskich istnieją świeckie przepisy zakazujące podobnych praktyk, wśród gorliwych muzułmanów nie mają one żadnego znaczenia. ​- Są to przepisy stworzone przez ludzi, a w niektórych środowiskach uważa się je za gorsze lub całkowicie nieistotne w porównaniu z prawem Allaha – przekonuje autorka.

Dlatego, jak podkreśla, do obowiązku chrześcijan należy głoszenie muzułmanom Chrystusa Wyzwoliciela. Co z uwagi na brutalną, nie cierpiącą sprzeciwu naturę islamu, nie jest łatwe. Badaczka wyjaśnia, że muzułmański „apostata” bardzo często idąc za Chrystusem, musi faktycznie opuścić swoją rodzinę, która się go wyrzeka.

​- Traci majątek, przyjaźnie, pracę, dom – właściwie wszystko. Właśnie wtedy jednak zyskuje coś innego: wiarę w Jezusa Chrystusa – podkreśla Kafira.

​- Dla tych odważnych mężczyzn i kobiet staje się ona siłą, która towarzyszy im na drodze zmartwychwstania. Znam wiele ich osobistych historii i są one niezwykle poruszające. Wielu z nich mówi, że kiedy patrzą w lustro, widzą siebie inaczej. Niespotykany wcześniej spokój i szczęście sprawiają, że ich rysy stają się bardziej rozluźnione, a twarz jaśniejsza – przekonuje.

Zapytana o groźby stosowane wobec niej przez wyznawców Proroka, autorka jest przekonana, że „prędzej czy później” dojdzie do ataku z nią. ​– Wierzę jednak, że Bóg nie postawiłby mnie na tej drodze, gdyby miała ona być aż tak niebezpieczna – przekonuje.

https://pch24.pl/wiadomosci/muzulmanie-sa-pierwszymi-ofiarami-islamu-wloska-autorka-nie-gryzie-sie-w-jezyk,729786

Były dowódca Delta Force wysuwa poważne oskarżenia: „Prawda o Ukrainie jest ukrywana”

 

To, co Pete Blaber, były dowódca elitarnej jednostki amerykańskiej Delta Force, wyjaśnił w programie „Shawn Ryan Show”, należy do stwierdzeń, które cieszą się niewielkim zainteresowaniem zachodnich mediów głównego nurtu. Jego relacja rodzi fundamentalne pytania dotyczące relacjonowania wojny na Ukrainie – zwłaszcza że, według niego, opiera się ona na informacjach z najwyższych szczebli władzy.

Kim jest Pete Blaber?
Pete Blaber dorastał w Oak Park w stanie Illinois, jako jedno z dziewięciorga dzieci w irlandzkiej rodzinie katolickiej. Po ukończeniu Southern Illinois University awansował na dowódcę legendarnej jednostki Delta Force – jednej z najbardziej tajnych i potężnych jednostek specjalnych w armii amerykańskiej.

Jego misje obejmowały między innymi Panamę, Kolumbię, Somalię, Bośnię, Afganistan i Irak. Po odejściu z wojska w 2006 roku poświęcił się tematom przywództwa, zarządzania kryzysowego i bezpieczeństwa narodowego.

Blaber nie jest zatem uważany za outsidera ani zwolennika teorii spiskowych, lecz za byłego oficera wysokiego szczebla z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem w najbardziej wrażliwych obszarach amerykańskiego aparatu wojskowego i wywiadowczego.

https://youtube.com/watch?v=D47CmwYx58M%3Fstart%3D1%26feature%3Doembed

Co powiedziały mu jego kontakty w rządzie USA?
Blaber opisuje spotkanie w Los Angeles z czterema osobami ze swojej sieci wtyczek, z którymi utrzymywał długotrwałe kontakty: kontaktem w Departamencie Stanu USA, dwoma pracownikami agencji wywiadowczych i długoletnim kontrahentem rządowym.

Według niego, otrzymał informację, która „całkowicie go zszokowała”. Jego kontakty zapytały go, czy jest skłonny upublicznić tę informację. Blaber wyjaśnił, że się zgodził – i uważał to za swój obowiązek.

Najpoważniejsze roszczenia dotyczą strat po stronie Ukrainy.

Według jego źródeł, zginęło około 1,25 miliona ukraińskich żołnierzy . W 2025 roku średnio dziennie ginęło około 1000 żołnierzy.

Blaber nie przedstawił żadnych publicznie weryfikowalnych dowodów na poparcie tych danych. Różnią się one znacząco od szacunków rządów zachodnich i organizacji niezależnych. Gdyby jednak były choć w przybliżeniu dokładne, wskazywałoby to na katastrofę humanitarną o historycznych rozmiarach.

Dlaczego, pyta Blaber, zachodnie media o tym nie informują?
Blaber zadaje pytanie, które jego zdaniem powinien zadać sobie każdy krytyczny obserwator: Dlaczego jest tak mało rzetelnych doniesień na temat wojny na Ukrainie?

Jego odpowiedź jest jednoznaczna: jego zdaniem, całościowy opis sytuacji podważyłby oficjalną narrację Zachodu. Rządy i główne media stworzyły obraz wojny, który nie odpowiada rzeczywistości na miejscu.

Według Blabera relacja ta uwzględnia również reakcję ludności na terenach kontrolowanych przez Rosję.

Powołując się na swoje kontakty, twierdzi, że w zdobytych miastach wojska rosyjskie są często witane jak wyzwoliciele. Jednocześnie jego źródła opisują poważne nadużycia w czasie obecności ukraińskiego wojska. Ta relacja przeczy również doniesieniom wielu zachodnich mediów.

Dziennikarka Eva Karene Bartlett widzi podobieństwa
Niezależna dziennikarka Eva Karene Bartlett, która od lat relacjonuje wydarzenia w różnych strefach konfliktów i regularnie krytykuje główne zachodnie doniesienia medialne, stwierdziła, że ​​zdaje sobie sprawę z wielu rzeczy, które sama udokumentowała w oświadczeniach Blabera.

Według jej oświadczenia, przeprowadziła liczne wywiady z cywilami, szczególnie w 2022 roku, ale także w latach następnych – m.in. w Bachmucie (Artemiwsk). Cywile ci relacjonowali, że zostali sterroryzowani przez wojska ukraińskie, a następnie wyzwoleni przez żołnierzy rosyjskich.

Bartlett krytykuje fakt, że jej doniesienia są często ignorowane na Zachodzie lub wręcz odrzucane jako rosyjska propaganda. Podkreśla jednak, że jej praca polega na dokumentowaniu relacji ludzi w terenie – niezależnie od tego, czy wpisują się one w dominującą narrację polityczną.

https://uncutnews-ch.translate.goog/2026/08/12/?_x_tr_sl=de&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=wapp

https://dakowski.pl/

Niewolnica swego losu

 

Telefon z Poznania. W słuchawce miły, stłumiony głos:

– Kilka lat temu poznałam autentyczną historię. Gdyby była wymyślona, byłaby złym melodramatem. Ponieważ jest prawdziwa, jest tragicznym dowodem na to, że nikt sam nie wybiera swego losu, ale też nie jest wolny od skutków swoich decyzji na tym marginesie rzeczywistości, jaki mu zostawiono. Nie wiem, kto ma do niej prawa autorskie: historia czy ta kobieta, która nie umiała powiedzieć „nie”? Pan rozstrzygnie, jak ją wykorzystać. Opiszę ją panu tak, jak ją sama poznałam od członków jej rodziny… Po tygodniu otrzymałem tekst. Pani Barbara Leszczyńska zastrzegła się, że streszczenie historii, na którą składały się dramatyczne wybory i stany emocjonalne, nigdy nie odda autentycznej siły tego dramatu. Oto co napisała:

„Jest rok 1942. Okupacja w Wielkopolsce. Pewnego dnia w Kościanie rozstrzelano na rynku trzech synów i ojca. Z ośmioosobowej rodziny zostają przy życiu cztery kobiety: matka i trzy siostry.

Piętnastoletnią Wandę wywożą do Rzeszy. Na miejscu zostaje kilkuletnia siostrzyczka wraz z matką i starszą od Wandy siostrą, którą od wywiezienia ocaliła jej nieobecność w domu. Wanda najpierw trafia do bauera. Jest drobna, wątła, chorowita. Władze przekazują ją do pracy w charakterze pomocy domowej w zamożnym domu niemieckim, do miasta N. Ojciec tej rodziny jest oficerem na froncie wschodnim w pobliżu Stalingradu. W domu żona z dwoma synkami – rocznym i trzyletnim. Dziewczyna sprząta, wykonuje wszelkie posługi, a także pilnuje dzieci. Mimo iż ma tu lepsze warunki, zżera ją poczucie obcości, tęsknota za domem i brak kontaktu z resztą ocalonej rodziny. Na początku 1943 roku umiera matka niemieckich chłopców. Ich ojciec od dłuższego czasu nie pisze, nie ma kontaktu z domem i nie wie, że jego dzieci zostały sierotami. Niespełna szesnastoletnia dziewczynka zostaje sama w całym domu z dwojgiem obcych jej dzieci. Nie wie nic o tym, że ojciec tych dzieci jest w kotle stalingradzkim, a potem w niewoli, nie wie, czy on w ogóle żyje. Nie potrafi nawiązać żadnego kontaktu z rodziną dzieci. Jak umie, chowa te dzieci, chroni dom. W tym czasie miasto N. przeżywa szereg nalotów alianckich. Wanda musi schodzić z dziećmi do schronu, szczęśliwie ten dom nie ulega zniszczeniu. Przez urząd zawiadamia o sytuacji rodzinę dzieci, ale ta ma swoje kłopoty, okazuje nieludzką obojętność wobec losu obu chłopców. Obowiązki przerastają siły dziewczyny, szuka możliwości przekazania tego ciężaru na barki jakiejś instytucji, ale w chaosie wojennym nikt się do tego nie kwapi. Któregoś dnia w 1944 roku w czasie jednego z cięższych nalotów, kiedy musi się schronić wraz z dwójką chłopców w głębi metra, próbuje wykorzystać tę okazję i po prostu uciec, porzucając dzieci.
Starszy wyczuł instynktownie, co im zagraża, uczepił się spazmatycznie jej spódnicy i nie dał zrobić kroku. Płakał, powtarzał wciąż: «Mama – nie! Mama – nie!» Obaj znali teraz więcej słów polskich niż niemieckich. Wanda kilkakrotnie podejmuje próbę ucieczki, ale zawsze coś staje jej na drodze. Najczęściej napotyka czujne spojrzenie starszego.

Czasem wraca, słysząc płacz młodszego. Daje za wygraną, zostaje, nie ma sumienia opuścić maleństw, dla których przecież jest jedyną bliską osobą. Zostaje z dziećmi w zasobnym mieszkaniu, nie tykając żadnych kosztowności. Wszystko utrzymuje jak za życia matki dzieci. Staje się jakby jej spadkobierczynią. Wytrzymuje jeszcze cały rok, wciąż tęskniąc do kraju i rodziny, z którą nie ma żadnego kontaktu. Rok 1945 i koniec wojny. Wanda widzi, że wszyscy wywiezieni wracają, a ona jest przywiązana niejako moralnie do tego obcego domu. Dzieci urosły, mówią do niej «mama». Wciąż szuka sposobu uwolnienia się od przymusowej sytuacji, ale w powojennym chaosie przeciąga się to do wiosny 1946 roku. Któregoś dnia w drzwiach mieszkania staje zwolniony z niewoli pan tego domu. Zamiast żony zastaje nieznaną dziewczynę i dzieci, które go nie znają. Dowiaduje się, że jest wdowcem. Chwile obustronnej nieufności, rezerwy. Wanda odczuwa ulgę. Oświadcza Niemcowi, że jej rola jest skończona, przestaje być niewolnikiem narzuconego jej losu, wreszcie wraca do domu. Dzieci śledzą rozmowę, tulą się do niej, nie chcą jej odstąpić nawet na krok. Dla nich to jest mama, a ten, co się zjawił, to obcy człowiek, którego się boją. Niemiec docenia rolę, jaką w życiu jego dzieci odegrała ta szczupła dziewczyna. To ona właściwie jest bardziej u siebie niż on. Widzi stan domu, przywiązanie dzieci, uświadamia sobie to wszystko i budzi się w nim wdzięczność dla tej młodziutkiej niewolnicy, która musiała przejąć obowiązki matki i pani domu. Jest od niej prawie dwa razy starszy. W pewnym momencie pada (autentyczne!) przed nią na kolana i błaga, żeby nie opuszczała jego dzieci, domu i jego samego. Prosi w imieniu dzieci, by je ocalić od powtórnej straty matki. Ona ich nie urodziła, ale one o tym nie wiedzą. Niech Wanda się zastanowi, czy może wymazać ze swego życia te lata, które im poświęciła w najgorszym okresie? Ona go pyta, czy może zapomnieć, co z jej rodziną zrobili jego pobratymcy?
On broni się: nie odpowiada za całą wojnę. Po pewnym czasie dziewczyna wyraża zgodę na małżeństwo z nim. Mimo tej decyzji myśli wciąż o swoim domu, o rodzinie. Matka, dwie siostry i dwie wdowy po zabitych braciach nic o jej losie nie wiedzą. Pięć kobiet czeka na powrót wywiezionej przed laty dziewczynki. Tylko ona wie, że nie jest tą, na którą czekają. Ze strachem – bo zdaje sobie sprawę z tego, że połączyła swoje życie z wrogiem – decyduje się w 1947 roku na pierwszy list.

Opisuje w nim swoje dzieje. Odpowiedź jest natychmiastowa i bezpardonowa: Cała nasza rodzina wyklina cię i nie chce mieć z tobą nic wspólnego! Ojciec i bracia oddali życie za ojczyznę, a córka, która była tego świadkiem, łączy swoje życie z wrogiem? Niech będzie zapomniana… To był dla niej cios, który spowodował, że zamilkła na długie lata.
Żyć z piętnem wyklętej przez rodzinę nie było lekko, mimo iż mąż okazał się oddanym człowiekiem, dzieci ją ubóstwiały, uważały za swoją matkę. Mijają lata. Rodzi dwóch własnych synów. Jest szczęśliwa w życiu rodzinnym. Czasem tylko myśl o najbliższych, którzy ją wyklęli, nie pozwala jej zasnąć. W wyobraźni przeżywa życie sióstr. Czy wyszły za mąż? Czy mają dzieci? Czy matka nie choruje? Piętnaście lat po pierwszym liście pisze następny. Już przestała liczyć na odpowiedź, kiedy nadszedł list od najmłodszej siostry. Ona nie ma do niej takiej urazy jak reszta rodziny, a po śmierci matki czuje potrzebę kontaktu z siostrą… Nawiązują korespondencję, wymieniają fotografie, opisują swoje mieszkania. Wanda decyduje się na podróż ze swym mężem do rodzinnego miasteczka. Widzi się tylko z młodszą siostrą. Reszta rodziny nadal nie chce jej znać.

Dwaj przybrani synowie są już dorośli i w ocenie Wandy lepsi dla niej niż jej rodzeni. Ci wyrośli w dobrobycie i pokoju, są egoistami, nie zapłacili żadnej ceny za swe życiowe szanse.
Od czasu kiedy usłyszałam tę historię, minęło kilka lat i w życiu ludzi mogło się wiele zmienić. W tym streszczeniu może się to wydać ckliwą i banalną historyjką, ale ponieważ zdarzyło się to naprawdę, dla mnie wciąż istotne są pytania, jakie się z tym wiążą. Czy dziewczyna miała moralne prawo, by mimo tragedii swej rodziny tak ułożyć sobie życie?
Czy fakt, że była niewolnicą swego losu, nie zwalniał jej od wyrzutów sumienia wobec niemieckich dzieci? Czy pamięć o rodzinie nie powinna przeważyć nad odruchem humanitaryzmu? Może wybrała łatwiejsze wyjście, wiążąc się z tym Niemcem? A z drugiej strony, czy rodzina w Polsce miała prawo tak ją potraktować, nie wnikając głębiej w dramat wyboru Wandy? Zastanawiam się, czy ta najmłodsza siostra, nawiązując łączność z Wandą, nie złamała zakazów rodzinnych powodowana nadzieją na dolarowe dowody rodzinnych więzi. Czy wolno jej było złamać ten zakaz? Wiele jest pytań, ale żeby na nie móc odpowiedzieć, trzeba by zgłębić nie tyle same fakty, ile stany emocjonalne, które o tych faktach decydowały. Muszę się przyznać, że mając za sobą ogromną tragedię osobistą z czasów okupacji, często nad tym rozmyślam i dotąd nie znalazłam ostatecznej odpowiedzi na żadne z tych pytań…” Poprosiłem mą korespondentkę, by postarała się skontaktować mnie z rodziną niewolnicy swego losu. Po pewnym czasie otrzymałem odpowiedź, że rodzina nie zgadza się na spotkanie.

Andrzej Mularczyk
Polskie miłości 

wtorek, 11 sierpnia 2026

Wizje

 Justin Alexander Shetler urodził się przed świtem 11 marca 1981 roku w Sarasocie na Florydzie. Miasto leży na południe od Tampy, nad turkusową tonią Zatoki Meksykańskiej, osłonięte od otwartego morza barierą białopiaszczystych wysp. Chłopiec od początku był śmiały, wcześnie zaczął raczkować i uwielbiał wodę – w wannie, nad jeziorem, na plaży. Matka Colette Susanne, zwana Suzie, i ojciec Terry zapisali go na naukę pływania dla dzieci, kiedy miał trzy miesiące. Terry pracował jako stolarz, a później zdobył dyplom z medycyny orientalnej. Suzie była asystentką nauczycielki w szkole Montessori, do której przez kilka lat chodził Justin. Wychowując syna, Suzie zachęcała go nie tylko do wypraw na łono natury, lecz także do tego, by wtopił się w przyrodę i ją poczuł. Nauczyła go, jak odróżniać drzewo kazuaryny od palmy, dotykając pnia z zamkniętymi oczami. Kiedy kupowała mu pierwszą parę butów, wybrała maleńkie zamszowe mokasyny; chciała, by czuł ziemię pod stopami. Zbierał kamienie, a kolekcję trzymał w starej skrzynce wędkarskiej. Matka nazywała go Niedźwiadkiem1.

Justina zawsze ciągnęło do wysoko położonych miejsc. W wieku dziesięciu miesięcy przestraszył Suzie, wspinając się po regale – dotarł do połowy wysokości. Kiedy był trochę starszy, zaczął chodzić po drzewach, w tym po olbrzymim dębie rosnącym na polu w ich okolicy. Nazywali ten dąb swoim drzewem genealogicznym. W chwilach zdenerwowania i smutku właził na dach domu, żeby tam posiedzieć. To był jego sposób, by ochłonąć, oczyścić umysł – myślała Suzie – ale także by spojrzeć z dystansu na otaczający go świat, jakkolwiek na razie niewielki. Chociaż Justin był samodzielnym dzieckiem, rozpaczliwie pragnął więzi z rodzeństwem.

Kiedy miał jedenaście lat, rodzice się rozwiedli, ale dzielili się opieką nad chłopcem. Dni od poniedziałku do piątku spędzał u matki, a weekend u ojca. Na ekrany wszedł wtedy Ostatni Mohikanin, Suzie zwolniła Justina ze szkoły, żeby pójść z nim na popołudniowy seans. W końcu widzieli razem film siedem razy. Przez lata Justin wielbił bohatera Sokole Oko, adoptowanego przez wodza Mohikanów białego, który rezygnuje w znacznej części z dziedzictwa europejskiej kultury, by zbudować silniejszą więź z naturą. To taka heroiczna opowieść przygodowa, która może przyciągnąć wielu chłopców. Kolejne legendarne postacie do podziwiania Justin znalazł w książkach: pożerał serie fantasy o bohaterach i magii, zanurzając się w fikcyjne światy. Był introspektywnym dzieckiem. W notatniku z ręcznie czerpanego papieru zapisywał cytaty z takich myślicieli jak Laozi, chiński filozof tradycyjnie uważany za autora traktatu Daodejing [Księga drogi i cnoty][1], czy Budda. Na jednej ze stron zanotował „nieznane chińskie przysłowie”:

Tysiące

Tysięcy rzek

Wpada do morza,

Lecz morze nigdy

Się nie napełnia –

A gdyby człowiek mógł

Zamieniać kamień w złoto,

Jego serce nadal

Nie znałoby spełnienia.

W szkole podstawowej Justin miał trochę pozytywnych doświadczeń, ale też chwile głębokiej frustracji. Ojciec powiedział mu, że będzie go wspierać na wszelkie sposoby, starać się mu pomóc w znalezieniu satysfakcji, o ile nie zagrozi to życiu chłopca.

– Uświadomiłem sobie, że nie pomagam Justinowi w radzeniu sobie z rzeczywistością, jeśli jestem dzielącym go od niej buforem – twierdzi Terry. Nigdy nie chciał hamować czy ograniczać syna.

Dwa lata po rozwodzie Suzie przeprowadziła się z Justinem do Karoliny Południowej, a pół roku później do Montany, z nowym partnerem, za którego później wyszła. To tutaj chłopiec po raz pierwszy doświadczył dzikiej przyrody amerykańskiego Zachodu, do której wcześniej przyciągały go książki. Jedna z nich, podarowana przez matkę, miała w znacznej mierze ukształtować następną dekadę jego życia.

– Jakby roznieciła ogień – zauważa Suzie.

Grandfather. A Native American’s Lifelong Search for Truth and Harmony with Nature [Dziadek. Życie rdzennego Amerykanina w poszukiwaniu prawdy i harmonii z naturą], wspomnienia opublikowane w 1993 roku przez Toma Browna Jr., instruktora szkoły przetrwania z New Jersey, opowiadały o dorastaniu autora pod okiem i w myśl nauk Tropiącego Wilka, zwiadowcy i szamana z plemienia Apaczów Lipan. „Naprawdę był jednym ze starożytnych, po części człowiekiem, po części zwierzęciem i niemal całkowicie duchem – pisał Brown w książce. – Jego domem była dzika przyroda i w dziczy poddawał wszystko próbom”. Tropiący Wilk umiał czytać naturę, znajdować lecznicze rośliny i podchodzić tak blisko tropionych zwierząt, że mógł ich dotknąć. Potrafił cofać się po własnych śladach i właściwie zniknąć. Mógł tak lekko i zręcznie iść przez świat, że nie zostawiał po sobie niczego. Był i go nie było, zawsze obecny, a jednak, jeśli chciał, niewidzialny.

Historia Tropiącego Wilka opowiadana przez Browna nabrała niemal mitycznej aury. Urodził się w latach osiemdziesiątych XIX wieku, gdzieś na amerykańskim południowym zachodzie. W wieku dziesięciu lat wyruszył na swoje pierwsze poszukiwanie wizji (rytuał przejścia), podczas której duchy przodków ukazały mu opaskę na głowę, jaką noszą zwiadowcy, i laskę szamana. Starszyzna pokazała mu ścieżkę: „By wypełnić wizję, musi najpierw przez dziesięć zim szkolić się na zwiadowcę – to jedna z najważniejszych pozycji w plemieniu. Następnie musi porzucić tę ścieżkę na kolejnych dziesięć zim i szukać ścieżki szamana i uzdrowiciela. Aż wreszcie […] będzie musiał opuścić swój lud i wędrować samotnie przez sześćdziesiąt zim, poszukując wizji i wiedzy, aż jego wizja się urzeczywistni”. Tropiący Wilk początkowo był niechętny, wahał się, czy zostawić swoich, aż jeden ze starszyzny powiedział mu, że „człowiek, który nie żyje zgodnie ze swoją wizją, żyje śmiercią”2.

Dorastając, Justin połykał książki i przewodniki Browna po dzikiej przyrodzie, z opowieściami o życiu i osiągnięciach Tropiącego Wilka i samego Browna. Suzie, widząc iskrę, która roznieciła się w jej synu, woziła go na wzgórza przy granicy z Idaho i patrzyła, jak znika w lesie ze swoim najlepszym przyjacielem, chłopcem z rdzennego plemienia, który mieszkał na pobliskiej farmie. Chodzili na piesze wycieczki, bawili się w zaroślach i szukali tropów zwierząt. Dokładnie po trzech godzinach zbiegali do niej po stoku. Justin nigdy się nie spóźnił.

Po ośmiu miesiącach w Montanie przeprowadzili się dalej na zachód, do miasteczka Beaverton, kilka kilometrów od Portland w stanie Oregon. Suzie była przyzwyczajona do częstych przenosin, bo wychowała się w wojskowej rodzinie. Jednak jej syna przeprowadzka załamała.

– Justin czuł się przez to, jakby nie miał korzeni – wspomina Suzie.

Terry pamięta, że syn był „rozgoryczony” i „zrozpaczony” z powodu wyjazdu z Montany. O tym okresie swojego życia Justin powiedział kiedyś, nieco hiperbolicznie, że do tego momentu miał już „prawdopodobnie więcej domów niż lat”. Przenoszenie się do innych miast i zmienianie szkół, kiedy był nastolatkiem, utrudniało utrzymywanie przyjaźni, a kiedy zaczął chodzić do liceum w Beaverton, był skrytym chłopakiem, uważającym się za samotnika. Pociechę znalazł w muzyce – sam uczył się grać na harfie matki, a także na mandolinie i gitarze. Najbliższą więź potrafił nawiązać z naturą.

Latem, kiedy skończył pierwszą klasę, Suzie zobaczyła na ostatniej stronie gazety „Willamette Week” ogłoszenie o szkole przetrwania w dziczy. Zadzwoniła pod wskazany numer i rozmawiała z Chris Kenworthy, instruktorką, która w latach osiemdziesiątych uczyła się u Toma Browna Jr. Justin po kilku zajęciach z Chris zaczął rozkwitać. Poznawał na żywo to, o czym czytał w książkach Browna. Kenworthy jednak szybko zorientowała się, że zainteresowania Justina wykraczają poza to, co mogła mu zaoferować. Znała pewną szkołę pod Seattle, której program oparty był na nauczaniu przyrody. Szkoła mogła dać mu szansę dalszego rozwoju i kontaktu ze społecznością podobnie myślących ludzi. Zadzwoniła więc do Jona Younga, współzałożyciela Wilderness Awareness School i pierwszego protegowanego Toma Browna Jr., i powiedziała, że uczy pewnego młodego człowieka imieniem Justin, którego apetytu sama nie jest w stanie zaspokoić.

Kiedy kończył drugą klasę, Suzie dostrzegła, że Justin potrzebuje zmiany. Dostawał dobre stopnie, ale nie odnajdywał się w strukturze klasy, nie był szczęśliwy. Zaproponowała mu umowę: jeśli obieca, że zda kiedyś maturę (egzaminy GED), by mieć dyplom szkoły średniej, ona wypisze go teraz z liceum i pośle do Wilderness Awareness School, gdzie będzie zdobywał wiedzę pod okiem Younga. Była to łatwa decyzja. Rodzice zapłacili za zakwaterowanie i wyżywienie Justina z alimentów. Kenworthy powiedziała Suzie, że chłopakowi przyznano stypendium, które pokryje koszty czesnego. W rzeczywistości, o czym Suzie wtedy nie wiedziała, Kenworthy przez lata płaciła czesne z własnej kieszeni3.

Kiedy w czerwcu 1997 roku Suzie odwiozła syna do Wilderness Awareness School – po kilkugodzinnej podróży na północ przez lasy iglaste stanu Waszyngton – Justin był w euforii.

– Jak motyl wyfruwający z kokonu – wspomina Suzie. – Po prostu rozkwitł i poleciał. Było jasne, że znalazł się we właściwym miejscu.

W dniu przyjazdu Justina Young prowadził w lesie zajęcia o języku ptaków. Mówił grupce uczniów, że ptaki sygnalizują zbliżające się zagrożenie świergotem i trzepotem skrzydeł z dwuminutowym wyprzedzeniem. Kiedy grupa się uciszyła, żeby nasłuchiwać, przeleciała nad nimi fala rudzików i drozdów, a Young szepnął do jednej z osób, by nastawiła stoper na dwie minuty. Mijały kolejne sekundy, aż usłyszeli ciężkie kroki i trzask łamanych gałązek krzaków jeżyn. Kiedy stoper zapikał, z paproci wyłonił się Justin i zobaczył stojącą w półkolu grupę, która czekała na niego w ciszy. Chłopak miał już ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, a rozjaśnione słońcem brązowe włosy do ramion związywał w kucyk. Zdziwił się, widząc, że się go spodziewali.

– Aż tak było mnie słychać? – spytał.

Tego dnia przysiągł sobie, że zostanie mistrzem cichego poruszania się w przyrodzie.

– Gdybyś mi powiedział, że muszę wejść po drabinie z ziemi na księżyc, żeby osiągnąć ten poziom wiedzy – oznajmił Justin Youngowi – zrobiłbym to natychmiast4.

Wprowadził się do rodziny Youngów, która mieszkała na ostatnim piętrze domu pewnego strażaka w miasteczku Duvall, w pobliżu siedmiohektarowej działki, na której działała szkoła. Znajomi z tamtego okresu wspominają upodobanie Justina do ubierania się w moro i kolory ziemi, a także nieschodzący mu z twarzy bezczelny uśmiech oraz nienasycony pęd do nauki. Zapisał się oficjalnie do Wilderness Awareness Community School, odnogi WAS przeznaczonej specjalnie dla nastolatków, której współzałożycielką była Anne Osbaldeston.

– Entuzjastyczny chłopak, który był superpodekscytowany wszystkim, co robiliśmy, i już bardzo dużo wiedział – tak go wspomina Osbaldeston. – Powiedziałabym, że już wtedy, w wieku piętnastu lat, wiedział o przyrodzie znacznie więcej ode mnie.

„Szkoła” składała się z kilku chat, jurt i zadaszeń z brezentowych płacht, przez co nazywano ją Tarpolonią (czyli Brezentownią). Każdy dzień przynosił nowe zadania i nauki. Język ptaków był jednym z pierwszych formatywnych zajęć – chodziło nie tylko o rozpoznawanie gatunków po charakterystycznych głosach, ale także o nauczenie się, co sygnalizują poszczególne intonacje i oscylacje. Słuchacze uczyli się, jak samodzielnie zrobić łuki ogniowe i ręczne świdry ogniowe i jak za ich pomocą rozniecić ogień, jak zbudować w lesie szałas, w którym spędzą noc, jak rozpoznawać i zbierać jadalne rośliny. Na długiej piaszczystej łasze nad pobliską rzeką ćwiczyli orientację w terenie i tropienie zwierząt. Z pozoru aktywność w szkole sprowadzała się do tego, że grupa nastolatek i nastolatków spotykała się w plenerze, by poznawać przyrodę, uczyć się i czytać o ekologii oraz zdobywać umiejętności przetrwania w dziczy. Jednak uczniowie i nauczyciele z tamtego okresu wspominają ją jako ujście dla energii i emocji, umożliwiające wyrażanie siebie. Miało to ogromne znaczenie dla części nastolatek i nastolatków, którzy w przeciwnym razie mogliby na różne sposoby wypaść z systemu społecznego. Anne Osbaldeston zasługę przypisuje w znacznej mierze Jonowi Youngowi.

– Jest trochę jak przedłużacz podłączony do gniazdka w ścianie, do którego mogą podłączyć się inni – mówi. – Kiedy ludzie przychodzili do szkoły, nagle jakby się rozświetlali, zapalali się do kontaktu z naturą, ale także zaczynali naprawdę czuć łączność z sobą i swoimi talentami.

Jason Knight, kilka lat starszy od Justina, też mieszkał u rodziny Youngów. Spał z Justinem na jednym łóżku piętrowym, na tyłach domu. Chłopcy zaczęli przyjazną rywalizację, motywowali się wzajemnie, żeby ukończyć opracowany przez Younga kurs przyrodoznawstwa: Kamana Naturalist Training Program. W ramach kursu trzeba było zapełnić rysunkami i obserwacjami pięćdziesiąt dwustronicowych dzienników gatunków z sześciu różnych kategorii, takich jak: drzewa i inne rośliny, ptaki i ssaki. Inny zestaw dzienników, w którego uzupełnianiu konkurowali, opierał się na liczącej ponad pięćset pozycji liście obserwacji z tropienia. Przypominało to zabawę w poszukiwanie skarbów – z wielkim rozmachem i w dzikiej przyrodzie. Każdy punkt z listy był bardzo konkretny: ślady stojącego kojota, ślady siedzącego kojota, ślady kojota idącego powoli, idącego szybko, galopującego; odchody kojota zawierające szczątki zwierząt, zawierające pióra, zawierające jagody lub szczątki roślin. I tak dalej.

– Nie uczyliśmy się do sprawdzianu – wspomina Knight. – Staraliśmy się nauczyć tych rzeczy tak, żeby nigdy ich nie zapomnieć.

Justin był mistrzem zwłaszcza w rozpalaniu ognia. W tylnej kieszeni spodni zawsze nosił swój świder ogniowy.

– Mnie uzyskanie pierwszego żaru zajęło dziewięć miesięcy – opowiada syn Jona Younga, Aidan, o trzy lata młodszy od Justina – a jemu nie sprawiało to żadnego problemu.

Justin postawił sobie wyzwanie, żeby rozniecać ogień tak szybko jak ktoś z zapalniczką. I udało mu się, jak zapewnia Aidan:

– Uzyskiwał żar w ciągu piętnastu sekund.

Wilderness Awareness School uczyła nie tylko umiejętności przetrwania. Często posługiwała się pewnym holistycznym modelem, który można odnieść do społeczeństwa, społeczności czy klasy. Jon Young nazywał go 8 Shields (8 Tarcz), bo opierał się na ośmiu głównych kierunkach wskazywanych przez kompas, a każdemu z nich przypisany był pewien archetyp. Justin okazał się najsilniej związany z północnym wschodem, reprezentowanym w modelu przez niebo i ptaki, i znanym jako przestrzeń wielkiej tajemnicy, duchowości i świętej mocy. W cyklu pór roku północny wschód odpowiadał późnej zimie, co łączyło się z urodzinami Justina na początku marca. Jeśli chodzi o fazy życia, kierunek ten symbolizował zarówno poczęcie, jak i śmierć, odrodzenie się i przejście z jednego stanu w inny. W fazach dnia zaś odpowiadał godzinom tuż przed świtem, a właśnie o tej porze Justin przyszedł na świat.

Jako nastolatek znalazł w tej szkole naturalny we własnym odczuciu sposób wyrażania siebie, a także społeczność podobnie myślących mentorów i rówieśników. Należała do nich Doniga Markegard, dziewczyna w wieku Justina, która przyjechała tu rok wcześniej, latem 1996 roku.

– Podniósł wszystkim poprzeczkę – wspomina.

Inni często porównywali go do Tarzana z uwagi na jego niezależność, Rambo z powodu odwagi i He-Mana ze względu na siłę. Justin był też w grupie przecherą, żartownisiem – często po cichu znikał w głębi lasu, żeby potem straszyć innych, którzy nie uważali. Markegard zauważyła jednak, że źle znosił niepowodzenia i sam siebie traktował surowo, kiedy doszedł do ściany.

Wyrobił sobie opinię śmiałego i zuchwałego, chętnego zaryzykować wszystko, by osiągnąć swoje cele. Nastolatkowie ze szkoły, ubrani na czarno albo w moro, często próbowali wymknąć się z domu i wejść do całodobowego supermarketu QFC w środku miasteczka, tak żeby nikt ich nie zauważył. Czasem „podbijali stawkę”, wzywając policję – dzwonili z fałszywą informacją, że widziano kręcących się koło sklepu podejrzanych osobników. Jeśli grupie udało się umknąć policji, uznawano to za wyjątkowe osiągnięcie.

– Chyba nigdy nas nie namierzono – mówi po latach Aidan Young.

– Justin zdecydowanie był ryzykantem – wspomina Knight. – Część nastolatków biorących udział w takich programach podchodziła do tego tak ambitnie, że łazili cały czas boso, a zimą nosili koszulki i krótkie spodenki, chociaż był mróz.

Justin należał do tej podgrupy. Kiedy usłyszał o legendarnym wyzwaniu polegającym na przebiegnięciu dwudziestu czterech kilometrów przy jednoczesnym trzymaniu wody w ustach, tak by jej nie połknąć, zaczął wstawać dobrze przed świtem, żeby ćwiczyć – o czym wiele osób wtedy nie wiedziało – aż dokonał tego wyczynu. A kiedy w szkole wykład wygłosił pewien arborysta, Justin patrzył jak zaczarowany, gdy ten zademonstrował, jak po latach treningu nauczył się spadać z drzewa i bezpiecznie lądować na ziemi, łapiąc się konarów i je puszczając, tak by stopniowo spowalniać lot w dół. Następnego dnia Justin wdrapał się na strzelisty cedr i puścił się, będąc blisko wierzchołka. Spadając przez gałęzie, nie zawsze zdołał je chwycić w odpowiedniej chwili, co najmniej sześć metrów przeleciał bezwolnie jak szmaciana lalka i walnął głową o ziemię, o włos unikając rozłupania czaszki o stos kamieni.

– Cud, że nie zginął – twierdzi Aidan Young.

Justin potrafił być zuchwały i lekkomyślny, ale zazwyczaj wychodził z takich przygód prawie bez szwanku. „Uważaj, co przy nim mówisz” – często powtarzali sobie jego instruktorzy.

Centralnym punktem Wilderness Awareness School był Linne Doran (co po gaelicku znaczy Staw Wydry). To płytki staw o przejrzystej wodzie, z widocznymi na mulistym dnie powalonymi drzewami. Wielu uczniów wybrało sobie nad nim miejsce, do którego codziennie wracali, żeby obserwować i zapisywać naturalne zmiany w otaczającej przyrodzie.

– Z pozoru to bardzo proste – opowiada Osbaldeston. – Codziennie, o różnych porach dnia, idź posiedzieć w tym samym miejscu w naturze, czasem przez krótszy, czasem dłuższy czas.

Jednak, jak wyjaśnia, dawało to uczniom zdolność poczucia bardzo głębokiej więzi z danym miejscem, co z kolei – według przyjętej tu filozofii – pozwalało miejscu zacząć przyjmować tę osobę do siebie, jakby do domu. Tę zdolność, zauważyła Osbaldeston, wielu uczniów zabrało ze sobą w świat. Knight miał swoje miejsce nad wypływającym ze stawu strumieniem. Justin – na pniaku starego cedru na cyplu wchodzącym ostrogą w wodę. Czasami przynosił ziarno dla ptaków i trzymał je na wyciągniętej dłoni. Sikorki w końcu się do niego przyzwyczaiły i ochoczo przylatywały, żeby się posilić, a po chwili śmignąć dalej.

– Justin miał wyjątkowy talent – twierdzi Aidan Young i dodaje, że wydawał się pochodzić wprost od Tropiącego Wilka. Był nawet podobny do niego fizycznie, wysoki i chudy, ale silny i w świetnej kondycji. A jego niebieskie oczy robiły na ludziach niezatarte wrażenie. – To były oczy wilka – zauważa Aidan. Jedyną znaną mu osobą, która miała takie oczy, był Tom Brown Jr. – Miały w sobie tę samą intensywność5.

Po dwóch latach Jon Young zrozumiał, że kolejnym krokiem Justina powinna być nauka w mekce edukacji dzikiej przyrody, znajdującej się na drugim końcu kraju – w Tracker School (Szkole Tropicieli). Tom Brown Jr. założył ją w 1978 roku w Pine Barrens, lasach sosnowych południowo-wschodniego New Jersey, z bazą zwaną Primitive Camp. Wyszkolił tu tysiące ludzi w sztuce przetrwania, tropieniu i przyrodoznawstwie. Przez kilkadziesiąt lat nie tylko zyskał renomę nauczyciela erudyty, ale także grono wiernych uczniów, którzy pod jego okiem doskonalili umiejętności praktyczne i chłonęli jego filozofię świadomego kontaktu z naturą. Legendarna historia Browna jako tropiciela i edukatora sztuki przetrwania, często przytaczana w jego książkach i wykładach, zaczęła się w latach pięćdziesiątych XX wieku. Kiedy miał siedem lat i szukał skamieniałości nad strumykiem, poznał chłopca w podobnym wieku o imieniu Rick. Ten przedstawił Browna swojemu dziadkowi, tropicielowi i szamanowi z plemienia Apaczów Lipan, zwanemu Tropiącym Wilkiem6. „Zadawał nam pytania, które prowadziły nas do odpowiedzi, ale sam odpowiedzi nigdy nam nie udzielał – pisał Brown. – Nauczył mnie widzieć i słyszeć, chodzić i zachowywać ciszę. Nauczył mnie, jak być cierpliwym i zaradnym, jak wiedzieć i jak rozumieć”7. W wieku osiemnastu lat Brown postanowił przetestować zdobyte umiejętności. Wyrzucił swoje rzeczy i ubranie i wszedł nago do sosnowego lasu Pine Barrens. Przetrwał tam cały rok, budując szałasy i samodzielnie zdobywając pożywienie. „Wszedłem do Barrens nagi, a wyszedłem dziesięć kilo cięższy, całkowicie zrelaksowany, dwa razy silniejszy i w znakomitej formie”8 – powiedział Brown w wywiadzie dla magazynu „National Wildlife” w 1984 roku. Dzięki takim wyczynom zrobiło się o nim głośno, a lokalne władze zaczęły korzystać z jego pomocy w tropieniu zbiegów podejrzanych o poważne przestępstwa, od napaści z bronią w ręku po gwałt. Pomógł rozwiązać kilka spraw dotyczących zaginionych osób. Kiedy „New York Times” opublikował artykuł o jednej z nich9, zaproponowano Brownowi napisanie książki, którą wydał w 1978 roku. Zatytułowana The Tracker. The True Story of Tom Brown, Jr. [Tropiciel. Prawdziwa historia Toma Browna Jr.], przemówiła do szczególnej grupy ludzi, którzy czuli, że coraz bardziej oddalają się od natury, i chcieli nauczyć się, jak na nowo stworzyć z nią więź. W tym samym roku, w którym ukazała się książka, Brown założył Tracker School.

Rok w rok słuchacze tłumnie ciągnęli na jego kursy, a Brown błyskawicznie zyskał w kręgach surwiwalowców status legendy. Jego biegłość w tropieniu i zwiadzie była niewątpliwa, ale krytycy wytykali mu zawłaszczanie kultury i teologii rdzennych Amerykanów. Niektórzy nazywali go „plastikowym szamanem”. Wielu sceptycznych czytelników kwestionowało też mit założycielski – historię o Tropiącym Wilku, który zmarł, kiedy Brown był nastolatkiem. Wątpliwości budziło to, ile Brown nauczył się od niego, a ile zaczerpnął od innych osób i z innych tradycji10. Większości jego uczniów to nie obchodziło, a opowieści Browna zainspirowały tysiące ludzi, w tym Justina.

Latem 1999 roku Jon Young przywiózł do Tracker School Justina i Markegard, dwoje swoich najzdolniejszych uczniów, i przedstawił ich jako następne pokolenie elitarnych surwiwalowców. Zostali przyjęci na kurs wprowadzający, ale mogli także brać udział w bardziej zaawansowanych zajęciach i mieszkać na terenie szkoły. Justin spędził tam półtora roku i skończył przez ten czas kilkanaście kursów. Dorośli słuchacze, a nawet niektórzy instruktorzy, byli często zdumieni umiejętnościami i zaangażowaniem osiemnastolatka11.

Wiele osób, trafiając do Tracker School, pragnęło czegoś więcej niż nauczyć się surwiwalu. Według kilkorga byłych uczniów i uczennic szkoła miała także mroczniejszą stronę. Przyciągała ludzi wyrzekających się dotychczasowego życia i szukających miejsca, które zapewniłoby im wsparcie, grunt pod nogami i poczucie przynależności. Do tej grupy zaliczał się Dan Stanchfield, który został mentorem Justina. Pochodził z Kalifornii, ale przez pewien czas mieszkał w kompleksie kościelnym w Iowa, gdzie pod wpływem indoktrynacji przyłączył się do wyznawców Church of the Living Word (Kościoła Żywego Słowa), zwanego też Living Word Fellowship (Bractwem Żywego Słowa). Jak dziś mówi, była to „ekumeniczna sekta chrześcijańska”. Porzucił ją w 1995 roku i po przeczytaniu The Tracker przyłączył się do społeczności w Tracker School.

– Nasz umysł chce ze wszystkiego wytworzyć znaczenie, nasze życie musi mieć sens – mówi Stanchfield. – A to sprawia, że ludzie często wpadają w pułapki. Życie jest znacznie prostsze, niż chcemy wierzyć, chociaż nie będziemy nic wiedzieć na pewno, dopóki nie przejdziemy na drugą stronę.

Spośród tysięcy kursantów, którzy przyjeżdżali do Tracker School w latach dziewięćdziesiątych, część chciała zdobyć konkretne umiejętności przetrwania w dziczy, by w ten sposób przybliżyć się do pierwotnych tradycji, część po prostu pragnęła ucieczki, a niektórych przyciągały oparte na naturze duchowość i filozofia.

Tracy Frey, wtedy absolwentka college’u, która w szkole została bliską przyjaciółką Justina, wspomina, że elementy duchowe zajmowały tu ważne miejsce, uczono ich obok umiejętności praktycznych.

– To światło przewodnie dla zagubionych chłopców – twierdzi Frey. – Przywodzi ich bardzo blisko znalezienia czegoś, co w istocie wypływa z wnętrza, ale nie doprowadza ich do końca. I gubią się coraz bardziej, bo to dezorientuje.

Justin przybył tu z głębokim, silnie zakorzenionym spirytualizmem, wiarą w możliwość istnienia większego prądu – „ducha, który porusza się we wszystkim”, jak mówiono w tych kręgach.

– Był zasadniczo przekonany, że na świecie jest wielu ludzi, którzy zamykają się na tę możliwość, a on nie zamierzał być jednym z nich – mówi Frey.

Justin wychował się w otwartym religijnie domu. Jego ojciec Terry pochodził z rodziny menonitów, żyjących na niewielkiej farmie w Pensylwanii, ale szybko odszedł od tej wiary i, jak wiele osób we wczesnych latach siedemdziesiątych, zainteresował się duchowością i filozofią Wschodu. Po skończeniu szkoły średniej wyjechał do południowej Kalifornii, żeby zamieszkać w hipisowskiej komunie, gdzie, jak wspomina, często zażywał pejotl, LSD i palił zioło.

– Zdecydowanie było to bardzo duchowe doświadczenie – twierdzi.

W 1972 roku, w wieku dziewiętnastu lat, został powołany do sił powietrznych amerykańskiej armii podczas wojny w Wietnamie. Naprawiał sprzęt radiowy i radarowy oraz centrale aerometryczne dla myśliwców. Dwa lata później, tuż przed przejściem do rezerwy, pojechał do Red Rocks Park, niedaleko bazy wojskowej w Kolorado, w której stacjonował. Wspiął się na gigantyczne głazy i oglądał wschód słońca.

– Kiedy siedziałem tam na szczycie, wyglądało to tak, jakby można było sięgnąć wzrokiem aż do Omahy – wspomina. – Rozciągała się przede mną cała wielka równina. A kiedy wzeszło słońce, miałem wizję.

Uświadomił sobie, że dotąd żył za zasłoną i że mógłby przez cały czas doświadczać takiego podszytego respektem zachwytu, gdyby tylko potrafił usunąć filtry.

Terry przeprowadził się do Sarasoty, przestał brać narkotyki i wszedł na ścieżkę umożliwiającą zdobycie czarnego pasa w aikido. Został też wegetarianinem, zamieszkał w aśramie i zaczął uczyć się jogi w ośrodku Light of Yoga Society, założonej w 1971 roku organizacji, która przekształciła się później w American Yoga Association. Przez cztery lata praktykował jogę po trzy godziny dziennie. Latem 1977 roku stowarzyszenie zorganizowało wyjazd do Indii, w ramach którego Terry i czterdzieścioro innych Amerykanów i Amerykanek polecieli do Delhi, a stamtąd pojechali na północ do Kaszmiru, gdzie spędzili miesiąc. Mieszkali na barkach na jeziorze Dal w Śrinagarze i zwiedzali miejsca ważne dla hinduizmu.

– Pod wieloma różnymi względami otworzyło mi to oczy – twierdzi Terry.

Podczas pobytu w Kaszmirze odwiedził poświęconą Śiwie świątynię Śankaraćarja stojącą na szczycie wzgórza niedaleko Śrinagaru. Złożył ofiarę przed półtorametrowym błyszczącym czarnym kamiennym lingamem, fallicznym obiektem symbolizującym twórczą energię Śiwy. Odprawił rytuały, a następnie usiadł w sanktuarium świątyni. To, co zdarzyło się po chwili, ukształtowało resztę jego życia.

– Było to najmocniejsze przeżycie, jakiego kiedykolwiek doświadczyłem – opowiada. – Jakby nagłe olśnienie. Przemożne, wszechogarniające doznanie, wynikające z przebywania w obecności tego kamienia. – Doznanie było zarówno fizyczne, jak i umysłowe. – Jak gdybym usłyszał głos, który mówił: „A może patrz tak, żeby zobaczyć to, co naprawdę jest? Zobacz, co tu jest, zamiast wiedzieć i próbować potwierdzić założenie”.

Terry zszedł po schodach świątyni jako wierzący i dotąd uważa ten wyjazd za kluczowy moment w swoim życiu. W rodzinnym domu Justina na Florydzie, w którym mieszkali, zanim jego rodzice się rozwiedli, pozostały ślady indyjskich wpływów: na ścianach ojciec powiesił plakaty przedstawiające hinduistycznych bogów, w tym Saraswati – boginię muzyki i wiedzy, oraz Ramę – główną postać hinduskiego eposu Ramajana, symbolizującą obowiązek, honor i odpowiedzialność jednostki – czyli dharmę, kosmiczny porządek i właściwy sposób życia. Był tu też ołtarzyk przykryty jedwabnym szalem, na którym Terry umieścił miedzianą wazę z wodą, kadzidło i figurkę Ganeśi, uwielbianego boga z głową słonia. Przed tym ołtarzykiem praktykował medytację, jogę i czytał hinduistyczne teksty.

Duchowość matki Justina wywodziła się głównie z Eckankaru, ruchu religijnego, do którego Suzie należała przez większość życia. Założył go w 1965 roku Amerykanin Paul Twitchell. Religia ta opierała się na wierze, że każdy ma wieczną duszę, odradzającą się wciąż w nowym ciele. Twitchell pozbierał aspekty różnych wierzeń i nauk duchowych przewodników z całego świata, między innymi zaczerpnął pojęcia karmy i reinkarnacji z hinduizmu, i stworzył religię, w której przez doświadczenia duchowe każdy może realizować własne przeznaczenie, by przybliżyć się do Boga. Suzie wychowywała syna zgodnie z zasadami Eckankaru, a spośród nauczycieli będących inspiracją dla tej religii, Justina żywo zainteresował Laozi, który, jak mówiła opowieść, zamieszkał w jaskini w Himalajach i tam przez wiele lat medytował. Wizje i sny uważano za przewodnią siłę, której należało słuchać i którą trzeba było szanować; sny należało zapisywać zaraz po przebudzeniu. W dzieciństwie Justin prowadził dziennik snów, zastąpiony później, kiedy był starszym nastolatkiem, dziennikami przyrodniczymi.

Suzie nigdy nie naciskała syna, by podążał tą samą drogą, co ona.

– Znajdź własną prawdę – mówiła mu – bo musisz iść przez ten świat samodzielnie.

I tak właśnie zrobił. Przez dwa lata spędzone w Wilderness Awareness School miał stały kontakt z duchowością i filozofią rdzennych Amerykanów, bo szkołę odwiedzali ludzie ze starszyzny plemiennej. Gilbert Chodzący Byk z plemienia Lakotów, prawnuk legendarnego Siedzącego Byka, przygotował koło szkoły teren ceremonialny i organizował dla uczniów szałasy potów[2] oraz duchowe rytuały przejścia.

– W tygodniu studiowaliśmy przyrodę, a w weekendy duchowość z Gilbertem Chodzącym Bykiem – wspomina Doniga Markegard.

W Tracker School Justin poznawał i chłonął światopogląd Toma Browna Jr. i Tropiącego Wilka z pierwszej ręki, a nie z książek. Historia Tropiącego Wilka – archetypicznego mistrza, który wybiera sobie ucznia i przekazuje mu mądrość świata – silnie do niego przemawiała, podobnie jak koncepcja wyprawy w poszukiwaniu wizji.

Tak jak wcześniej Tropiący Wilk, Brown wyruszył na własne poszukiwania, co opisał w The Vision. The Dramatic True Story of One Man’s Search for Enlightenment [Wizja. Dramatyczna prawdziwa historia poszukiwania oświecenia]. „Wraz z każdym mijającym wydarzeniem wszystko stawało się jaśniejsze, pojawiały się odpowiedzi na pytania o siebie samego i poczułem głęboką więź z moim »ja« – czytamy w książce. – Nagle wiedziałem już, kim jestem, dokąd zmierzam i co naprawdę chcę robić w życiu. Ból i dyskomfort znikły, mój umysł przestał walczyć z ograniczeniami wyprawy, wcześniej kojarzącymi się z więzieniem, i poszerzył się, by stać się tą wyprawą, tą dziką przyrodą”. Czwartego dnia Brown wyszedł z lasu sosnowego Pine Barrens odmieniony. Zobaczył leżącą przed nim drogę: „Musiałem wybrać czystą rzeczywistość, pełną emocjonujących doświadczeń, przygód i intensywności – życie pełne zachwytów raczej niż życie w komforcie, bezpieczeństwie i nudzie, jakie wybierali wszyscy inni”. Życie Tropiącego Wilka i Toma Browna Jr. przypominało przypowieści i baśnie, sprowadzało się do wielkich czynów i dążenia do głębszego zrozumienia świata. Ich historie miały wymiar nie tylko mityczny, lecz wręcz kosmiczny. I były przekazywane tysiącom młodych czytelników takich jak Justin, którzy nabrali nienasyconego apetytu, by zrozumieć, co kryje się pod powierzchnią.

Dzięki temu, czego Justin nauczył się w tych szkołach, skrystalizował się jego nowy światopogląd, w którym natura jest czymś więcej niż sumą poszczególnych części, czymś więcej niż jakiekolwiek drzewo, zwierzę czy istota – stanem łączności, który, jak pisał Brown, „najlepiej widać w przepływie wzajemnych oddziaływań”. Cel polega na tym, by umieć dostrzec te powiązania – przez trenowanie świadomości, naukę i obserwacje przyrody. „Próba prowadzenia życia duchowego we współczesnym społeczeństwie jest najtrudniejszą ścieżką, jaką można podążać” – powiedział kiedyś Tropiący Wilk, jak cytuje Brown. „To ścieżka bólu, izolacji i zachwianej wiary, ale też jedyny sposób, w jaki można urzeczywistnić naszą Wizję. Zatem prawdziwą Wyprawą jest życie zgodne z filozofią Ziemi w obrębie ograniczeń człowieka. Nie potrzebujemy żadnego kościoła ani świątyni, by szukać spokoju, gdyż naszymi świątyniami są świątynie przyrody”12.

Przez wiele lat Justin żył tymi właśnie filozoficznymi i duchowymi ideami. Zarówno jego matka w Oregonie, jak i ojciec na Florydzie w pełni wspierali go w wyborze tej ścieżki. Przyroda, czuł Terry, jest najlepszą nauczycielką. Jednak nawet z drugiego końca kraju dostrzegał, że jego syn pakuje się w coraz bardziej ryzykowne sytuacje, żeby sprawdzić, co może znaleźć w skrajnościach.

– To był ten rodzaj duchowości, który bierze się z doświadczeń bliskich śmierci. Justin w bardzo młodym wieku zdał sobie sprawę, że może czerpać takie doznania z robienia niebezpiecznych rzeczy – mówi Terry. – Za każdym razem, kiedy mierzysz się ze śmiercią i wygrywasz, bardziej czujesz, że żyjesz13.

Podczas pierwszego lata w Tracker School Justin pomagał nauczycielom przy nowym programie – Tropy kojotów, pierwszym skierowanym do dzieci. Prowadziła go Tracy Frey.

– Nie miałam zamiaru całymi godzinami badać jednego tropu ani tak strasznie długo siedzieć w jednym miejscu – opowiada. – To nie w moim stylu, nie chciałam tego robić, ale Justin owszem.

Wcielał się w różne role: mentora, instruktora, surwiwalowca.

– W każdej czuł się absolutnie komfortowo – twierdzi instruktorka Brittany Ceres – więc bardzo łatwo było mu wchodzić w czyjąś skórę i w pełni wykorzystywać wiążący się z tym potencjał.

Jednym z młodych uczniów Justina był wtedy Liam Purvis, który wspomina, że Justin często podkreślał, iż „przesuwanie granic” umiejętności i komfortu doprowadzi do głębszego zrozumienia świata.

– Bezpieczeństwo i wygoda to eufemizmy oznaczające śmierć – mawiał często na zajęciach Tom Brown Jr., jak wspomina były instruktor Tom McElroy. Justin tę maksymę nie tylko wziął sobie do serca, ale też wprowadzał w życie.

– Kiedy mnie strach mówił „nie”, Justin nawet się nie wahał – twierdzi McElroy.

Gdy Justin przyjechał do Tracker School, McElroy, wówczas dwudziestojednoletni instruktor, miał za sobą kilka lat nauki na kursach w szkole, które później też prowadził. Szybko zbliżyli się do siebie. Często wyruszali na wielodniowe wyprawy, by tropić zwierzęta w Pine Barrens. McElroy opowiada, że Justin był zauroczony filozofią Browna, wyznawał idealizm dotyczący życia z zasobów natury, a także tego, co może przynieść posuwanie się do skrajności. Wielu znajomych Justina z tamtego okresu pamięta, że instruktorzy mieszkali w sporym domku, który był pozostałością po starym obozie skautowskim, i że pewnej zimy Justin postanowił się sprawdzić.

– Wszyscy mieliśmy przytulne pokoje w domku, ale Justin zbudował tuż przed frontowymi drzwiami szałas, w którym spał nawet podczas zamieci – wspomina McElroy.

Justin podróżował też z Jonem Youngiem i grupą uczniów po całych Stanach Zjednoczonych, by asystować w zajęciach świadomego kontaktu z dziką przyrodą. W Idaho uczyli tropienia wilków i zostali zatrudnieni do zbierania danych o tych drapieżnikach, których populację starano się właśnie odbudować w tym stanie. Justin wykorzystywał każdy dzień, każdą okazję, by się sprawdzać i zaczerpnąć jak najwięcej od instruktorów, swoich uczniów i otaczającej go natury. Po prostu chciał się uczyć i jeśli czuł, że ktoś może mu coś zaoferować, otwierał się na to. Ta jego cecha sprawiała, że we Frey budził się instynkt opiekuńczy, niczym u starszej siostry. W pożegnalnej notce nabazgranej w jednym z zeszytów Frey z Tracker School na zakończenie zajęć Justin nazwał ją zresztą „starszą siostrą, której nigdy nie miałem”.

– Ludzie namawiali go do najróżniejszych rzeczy, bo było wiadomo, że je zrobi – tłumaczy Frey. – Ja zawsze chciałam się upewnić, że jest bezpieczny.

W sierpniu 2000 roku Young razem z Markegard, Knightem i Justinem mieli wrócić do Idaho, żeby kontynuować badania nad wilkami. Justin prowadził pickupa Knighta autostradą międzystanową numer 80 przez Nebraskę. Jedna z córek Younga siedziała na fotelu pasażera, a Knight spał na pace pod plandeką. Pamięta, że obudził go wstrząs.

– Poczułem się, jakby ktoś wrzucił mnie do miksera – opowiada. Samochód przewracał się i koziołkował. – Nie wiem, jak to się stało, że wylądowałem na poboczu.

Pobiegł do auta – leżało na boku, na stronie kierowcy – i kiedy zaczął pomagać młodej kobiecie wydostać się z kabiny, dostrzegli, że szosą pędzi w ich kierunku ciężarówka. Zdążyli odskoczyć od wraku w bezpieczne miejsce kilka sekund przed tym, jak ciężarówka uderzyła w przewróconego pickupa, z Justinem w środku, przesuwając samochód kilkadziesiąt metrów dalej po autostradzie. Wrócili biegiem do wraku. Zobaczyli Justina zakleszczonego w sprasowanej kabinie.

– Myśleliśmy, że nie żyje – wspomina Knight.

Funkcjonariusz policji stanowej, który przyjechał na miejsce, stwierdził, że jeszcze nigdy nie widział, żeby ktoś przeżył tak poważny wypadek. Knight pamięta, jak Justin wił się i krzyczał z bólu w szpitalu. Miał pęknięte kręgi, a na głowie ranę, na którą trzeba było założyć piętnaście klamer. Całe jego ciało było pokaleczone szkłem z rozbitej przedniej szyby.

Kiedy wrócił do Oregonu, by wydobrzeć, zwierzył się matce, że jako kierowca czuł się winny, że naraził przyjaciół na niebezpieczeństwo. Nie pamiętał, co się stało w ostatnich sekundach przed wypadkiem. Na tym odcinku autostrady dochodziło wcześniej do kolizji z jeleniami, jak powiedział Knightowi policjant stanowy, ale Justin zadręczał się myślą, że może przysnął za kierownicą. Powiedział matce, że wydawało mu się, że umarł i wrócił do życia – że w tym momencie czyśćca ktoś lub coś oznajmiło mu, że jeszcze nie pora umierać. To nim wstrząsnęło. Kiedy wracał do zdrowia, stał się bardziej ponury i zamyślony.

Po zaledwie kilku tygodniach rekonwalescencji w domu Justin zdążył jeszcze dołączyć do ekipy tropiącej wilki w Idaho, a później wrócił do Tracker School. Długie włosy trzeba było mu zgolić, odsłaniając klamry w czaszce, ale Frey widziała, że wypadek zostawił po sobie nie tylko fizyczne blizny. Pamięta, że w dniu powrotu przytulała go przez godzinę, pocieszając i mówiąc mu, że warto dać sobie czas na uleczenie ciała i duszy, że nie ma w tym nic złego, a on płakał. Przez wiele dni prawie się nie odzywał.

– Po raz pierwszy uświadomił sobie, że nie jest niezwyciężony – ocenia McElroy.

Kraksa okazała się także dramatycznym punktem zwrotnym w duchowości Justina.

– Przez cały czas słyszał przekaz, że ma powołanie, pewien wyższy cel – twierdzi Frey. – Aż tu nagle o mało nie zginął.

Po wypadku zaczął odchodzić od wszystkiego, w co wcześniej wierzył.

– Była w nim pustka, której nie umiał zapełnić, więc szukał coraz dalej i dalej – uważa Aidan Young. – Był tak zdolny i błyskotliwy, że mógłby robić wszystko, ale chyba szukał na ziemi czegoś, czego brakowało mu wewnątrz, i usiłował ten brak naprawić od zewnętrznej strony. To zaczęło się po wypadku, poczuł się kompletnie zagubiony.

Incydent, w którym omal nie stracił życia, mógł przybliżyć go do duchowości, ale stało się inaczej – Justin stracił wiarę i stał się sceptyczny co do istnienia siły wyższej w jakiejkolwiek postaci, choć wcześniej czuł, że taka siła nad nim czuwa. Ostatecznie rozstał się wtedy z Eckankarem, jak wspomina matka, i wkroczył już zupełnie na własną ścieżkę do duchowego spełnienia. Pewnego dnia, kiedy leżał w domu, wracając do zdrowia, powiedział: „Bóg jest dla mnie za wielki”. Ta idea była dla niego zbyt przytłaczająca, zbyt potężna, nie mieściła mu się w głowie.

– Nie potrafił objąć jej umysłem – twierdzi Suzie. – Nie znajdował odpowiednich ram. Nie miał kontekstu.

Wypadek zostawił po sobie także inne pamiątki. Co jakiś czas odprysk szkła z przedniej szyby, jeden z wielu, które wbiły mu się w ciało pod skórą, wychodził na powierzchnię. Początkowo w takiej sytuacji Justin jechał do lekarza, żeby ten usunął mu szklane odłamki. W końcu już tylko wręczał któremuś z przyjaciół kawałek obłupanego, ostrego jak brzytwa obsydianu, z prośbą, by mu je wyciął. Trauma po wypadku wciąż się utrzymywała.

– Jakby nie mógł uciec przed tym zdarzeniem, które zakwestionowało wszystko, co się dla niego liczyło – wspomina Frey.

Aidan Young zauważył, że Justin nigdy nie porzucił roli mentora i osoby wywierającej pozytywny wpływ na innych.

– Ale jedna rzecz się zmieniła – dodaje. – Jego błysk w oku. Nigdy więcej go nie widziałem. Kiedyś zawsze był pogodny, radosny. Po wypadku ta osoba znikła.

Harley Rustad

Zaginiony w Dolinie Śmierci