"Jedźmy, jedźmy, wracajmy do Parczewa, ja za nic tutaj nie zostanę".
Ja, panie, tych ludzi żałowałem, oczywiście żałowałem. Ja ich kochałem? Może i kochałem. Ale ja się ich brzydziłem, prawie tak samo jak Niemców. Ojciec w trumnie miał ten sam kożuszek, to mu go przed samym położeniem do ziemi zdjęli. Teraz naprawdę był on zakrwawiony, ale ktoś powiedział, że krew się łatwo zmywa. Jak pan myśli, czy krew naprawdę łatwo się zmywa?
Pan rozumiesz, nie miałem ja wtedy czasu do myślenia, czy krew się zmywa, czy nie zmywa. Cały ten pogrzeb i ten marcowy dzień (nad polami już śpiewały skowronki, a w lesie jeszcze był porządny mróz i tata był zamarznięty na kamień) prędko zatarły mi się w pamięci. Potem dopiero mnie się przypominały i to bardzo potem. Jak już po wojnie siedziałem w więzieniu. Pan wie, czego się w więzieniu nie przemyśli. Strach strachem, a o czymś myśleć trzeba; to mi tak ten pogrzeb i łaził po głowie.
Pan pamięta, jaka to była wiosna? Ładnie się zrobiło. Trzecia wiosna wojny i ja się zrobiłem inny chłopak, trzecia wiosna mnie już zastała jakby dorosłego. Ciocia wtedy bardzo chorowała i omal nie umarła, wujo tam gdzieś się dekował po różnych tartakach i takich niemieckich przedsiębiorstwach, z których niewiele się miało dochodu - a wszystko było na głowie Romka. Jakiego Romka? A czy to pan nie wie, jak mi na imię? Roman mi przecie na chrzcie świętym dano, właśnie ta sama ciocią do chrztu mnie podawała w tejże parafii, Bryjowie. Wszystko teraz było na głowie Romka; Romek tu, Romek tam. Pan wie, jak to się wtedy jeździło do Rawy Mazowieckiej i dalej, do Biały, takimi drogami, żeby nikt nie przyuważył, polnymi drogami między żytem, jak było lato, a jak nie było żyta, to tak, na olaboga, żeby tylko przywieźć i zahandlować.
Tutaj niedaleko taki jeden bogacz mieszka, jeszcze do dziś dnia, tylko że nie taki bogaty; to ja mu z tej Biały mięso dwa razy na tydzień targałem. Niby to pod wagę oddawałem, ale zawsze trzeba było coś dla cioci urwać, bo ciocia była chora, bulionem tylko żyła, a tu skąd na mięso? Z tego, co wujo na tartaku zarobił? Ani mowy. Targałem i dla swoich, i kiełbasę, i jaja, ciężkie to cholernie, a drogi tamoj piaszczyste. Niech pan nie myśli, że ja zawsze mówię "tamoj", ja przecie wiem, pan wie, ja jestem teraz cały majster przy budowach, ja wiem, jak się mówi, ciotką mnie nauczyła, jak mogła, i po wojnie, i książek tyle czytałem... Tylko że jak ja pomyślę o tych wyprawach na jarmarki, na handle, jak ja pomyślę o tych wszystkich łazęgach, którzy ze mną na te wędrówki jeździli, to inaczej nie mogę powiedzieć tylko "tamoj". Ot, takie głupstwo, jedno takie słówko i zaraz wszystkich widzę: i Wieka Rozpruwacza, tak my go nazywali, i Janka od Kobyły, i Piecholi Stasia....Pan nie myśli, że to były chłopaki w moim wieku, nie, wszystko to były stare chłopy i ja z nimi jedździłem. l - niech pan sobie wyobrazi - wódkę z nimi zacząłem pić. Wicek mi pierwszy kieliszek nalał, jak dziś pamiętam. Kiedy za nami żandarmi gonili i strzelać chcieli, kiedy nam masło zabrali i taką wielką gąskę jak struś... No, i to ja z nimi wtedy zacząłem popijać, a jak mi ciocia coś mówiła o takich rzeczach, to jej mówiłem jak teraz:
"Szut, nie ma co gadać, jak ciotka gadać będzie, to nie przywiozę mięcha i już. Z głodu ciotka zdechnie i wujo nie pomoże z jego tartakiem i ze wszystkimi ausweisami. Ausweisu się nie ugryzie, to pewne. A jeść trzeba"...
I to właśnie wtedy, panie kochany, zaprzyjaźniłem się z Edkiem. Wie pan? Z Edkiem. Z tym, co to... o to, to, to! Z tym samym. Piękny był chłopak i wariat szalony. Ach, jaki on był piękny, starszy był ode mnie, ale mnie zawsze słuchał i zawsze ja jego prowadziłem na tych wszystkich wyprawach, a nie on mnie. Jeździliśmy, panie, aż po granice Rzeszy, aż pod Łódź, panie szanowny, i czasami to i przez granicę się przemykaliśmy... I tam właśnie na granicy pewnego dnia go przetrzymali. Ale przedtem niejedno jeszcze zrobiliśmy...
Przypomina mi się jedna chryja. Wie pan, jak mieszkaliśmy? Pamięta pan, naprzeciwko naszego domku takie chatki chłopskie są, to w tych chatach baby kury hodowały. Niemcy to przyuważyli i kiedyś przyjechali po te kury... Samochód, ciężarówkę, pod naszym domem na szosie postawili, a sami poszli. Ale oni nie tylko te kury łapali, ale zaraz je piec chcieli. Więc się tam w tych chatach zabawiali. A szofer, co czekał przy samochodzie, zasnął. Pepeszę ma z przodu, a karabin koło siebie postawił i śpi, aż chrapie. Myślę sobie: "Poczekaj, taki synu, będziesz ty sobie spał". I siadłem sobie na skrzydło tego samochodu, odkręciłem zakrętkę i dawaj do środka mu piasek sypać. Edek się pod samochodem zaczaił i z drogi mi podaje, a ja, sypię i sypię... Ładnie sobie pojedziecie, myślę.
A szofer się zbudził, ale jeszcze niezupełnie był przytomny, bo mnie tak łagodnie pyta:
- Kind, was machst du dort? A ja mu mówię:
- Poczekaj, hyclu, zaraz skończę, tylko jeszcze ze dwie garście piachu ci nasypię...
A on jak się porwie i jak nie pocznie krzyczeć. A ja w nogi i Edek w nogi.
Cały Bryjów wtedy przeszukali, dom po domu, ciotką moja wrzeszczała, bo ciotka moja w Niemczech wychowana i chociaż nie zapisała się na folksdojczkę, to wszyscy się jej bali, i jak nie zacznie krzyczeć. Tak mi powiadali, bo przecie nic z tego nie słyszałem, poleciałem jak zmyty, nawet się nie oglądałem i nie wiedziałem, co się z Edkiem stało. A ja poleciałem do lasu... Pan wie, do tego Stryjeńskiego lasu, do dębaku, i tam pod korzeniem takiego wielkiego dębu przesiedziałem dzień i noc, i jeszcze u jednego znajomego leśniczego przez trzy dni przesiedziałem. Tam mnie dopiero ciotka odnalazła i powiedziała, że mogę wracać, że mnie już nie szukają... Że mogę już jechać znowu do Biały i do Jeżowa po masło i po kiełbasę... Bo oni bez mojej kiełbasy żyć nie mogli. A ja już nie chciałem jeździć, bo robiłem się coraz starszy, już i wąsy mi wyłaziły, i bałem się, że jak mnie złapią, to do Niemiec pognają... Edek mi mówił:
"Wielkie rzeczy Niemcy, do Rzeszy pojedziesz, pracować się nauczysz i nie będziesz z kradzionego żył..."
No, cóżeś pan tak osowiał? Że już późno? No, to co? Nasza kochana Zielonkowa będzie nas cierpliwie tutaj trzymała, chociażby do samego białego rana. Jeszcze jedną ćwiarteczkę i takoż zakrapianą? Nie lubi pan zakrapianej? No, to można czystą. Czysta także dobra.
Może rzeczywiście lepiej by było, żeby mnie do tego Rajchu zabrali, bardzo się już rozpałętałem. Wódkę piłem, w karty grałem, nabierałem ludzi na wadze, sprzedawałem towar, bo się ludzie za nim rozbijali. Chleb ludzi bodzie, jak powiada przysłowie. Prawda, panie szanowny? Tylko się jeszcze papierosów nie nauczyłem palić. I teraz palacz ze mnie nienadzwyczajny... Jak coś mi pod nosem śmierdzi, to wypalę, a czasem to mi tak pod nosem... No, ale to inna historia.
Już się zaczynałem chować, jak była jaka łapanka, przestałem być dzieckiem. Jako dziecko to w tornistrze szkolnym amunicję nosiłem, a od nauczyciela prosto do parku, do tego bogacza... wie pan, co panu mówiłem. To bardzo dobry człowiek, tylko... Ale to wszystko jedno. Nie wszystko panu jedno, skąd ja pieniądze mam? Baby mi dają, zarabiam, kradnę... Przecież panu wszystko jedno. Zarabiam uczciwie i już.
Otóż ze szkoły prosto do parku i tam na grobli zawsze ktoś był, co po tę amunicję przychodził. Nawet żadnego strachu nie czułem. Tylko, wie pan, jednego razu mnie żandarm przyłapał, za łeb mnie wziął, odwrócił plecami do siebie i tornister otworzył. Tam na wierzchu książki leżały i śniadanie, a on ręki głębiej nie włożył, tylko mnie kopniakiem z linii wyrzucił... Bo to żandarmi wtedy linię, ot tutaj, zaraz, na Żwirowej, robili...No, a teraz to już byłem starszy, to trochę się bałem. Jak była jaka łapanka, to ja zaraz do Stryjeńskiego lasu. Tam była taka wielka dziura pod dębem, pod korzeniami. To ja się tam godzinami nieraz chowałem, jak jaki dziki człowiek. Bo powiedz pan, jaka różnica pomiędzy nami wtedy była a pomiędzy dzikimi ludźmi? A może w ogóle żadnej nie ma różnicy? Jak ja sobie tam trochę wypiję... bo przecież my dużo tutaj z panem nie wypili, to mi się te wszystkie rzeczy razem plączą i ja sam nie wiem, jaki ja jestem i czyj. Czy ja cywilizowany, czy dziki? Czy między mną takim, jakim ja wtedy byłem, a mną teraźniejszym nie ma żadnej różnicy? No, jednym słowem, zupełnie nie wiem... Pan pewnie też nic nie wie, tylko pan udaje, że wie i że to wszystko rozumie, czego naprawdę nikt nie rozumie. Bo jeżeli się człowieka zabija - to jest zupełnie niezrozumiałe...Bo ja właśnie kiedyś, kiedy się w lesie chowałem, w tym Stryjeńskim lesie, w dębaku, to zobaczyłem taką wielką rzeźnię.
Rozumie pan, kiedyś, kiedy pod tymi korzeniami za krzakami siedziałem, latem to było, już przed samym powstaniem... Żydów, panie, przywieźli...
No, napij się pan jeszcze na jedną nóżkę. Szulim chalim, czy jak to oni mówili. Przecież pamięta pan, ile ich tutaj było w samym Bryjowie i w Siedlisku... Bogacze, nie bogacze, ja już i nie pamiętam, tylko pamiętam, jak ich przywieźli. Skąd przywieźli, nie wiem. Widocznie z jakiegoś miejsca pracy, bo już byli bardzo wychudzeni i opaleni jak od słońca - a to było lato. Pamięta pan, przed powstaniem takie ładne lato było?
A pan chce wiedzieć, kto mi tę amunicję dawał? Albo ja ich pytałem się? Nie wiem. Potem powiadali, że to pepeery. Może... Taki jeden zawsze do mnie przychodził... na drodze mnie zaczepił kiedyś i mówił, że mi dobrze z oczu patrzy. No, to on się ma ludziach nie znał. Niech pan teraz na mnie popatrzy, ale tak uważnie, w same źrenice, i czy pan powie, że mi dobrze z oczu patrzy? Milczy pan? Nie, niech się pan nie tłumaczy. Ja wiem, jak mi z oczu patrzy... Pan dlatego tylko ode mnie nie uciekł, że się pan mnie boi. Nie ma się czego bać. Już zupełnie nie ma czego, ale to zupełnie. A jeżeli mnie się ludzie bali, to zupełnie niepotrzebnie. Mnie nigdy nie trzeba się było bać. I powiem panu nawet dlaczego. Ale to tajemnica. Niech pan nikomu nie powiada. Ja panu powiem otwarcie, dlaczego mnie nie trzeba było się bać, ale niech pan nikomu... I niech pan nawet, jak do mnie będzie mówił, zapomni o tym, co ja panu tutaj mówię. Mnie nie trzeba się było bać, bo ja sam się bałem... Rozumie pan, bałem się. A jak nawet się nie bałem, to co miałem robić? Jakoś trzeba żyć, jakoś trzeba istnieć, a dziewczynek, co się z mostu rzucają, nie trzeba ratować. Pan wie, ten, co do Kutschery strzelał, też z mostu do Wisły skakał. Pan rozumie, co to znaczy z mostu Poniatowskiego pod kulami do wody skakać? Niech pan sobie pomyśli, niech pan sobie wyobrazi, jeżeli pan potrafi. Skakał pan kigdy z trampoliny na pływalni? Nie? Widzi pan, to pan nawet nie potrafi sobie wyobrazić, jak to dech zatyka... i jaka woda zimna... w lutym, rozumie pan, w lutym... I myśleć, potem płynąć, czy trafi kula, czy nie trafi... i to jedno pomyślenie: dostałem... Ach, panie, niech mnie pan nie straszy zagadnieniami, jak to wy tam teraz nazywacie... pan jest nauczyciel czy inżynier, już mi się poplątało....zagadnieniami moralnymi. Moja szkoła to była szkoła co się zowie. Moje życie to jest życie. I widzi pan, nie idę do lasu, do tego drzewa, co na nim koleżkę mojego powiesili, i nie wydobywam sznurka z kieszeni ani pasa nie odwiązuję, ani krawata... zresztą krawat by się pode mną oberwał... próbowałem... nie wytrzyma mojej wagi. ...
No więc, powiadam panu, tych Żydów przywieźli, a ja wszystko widzę. I boję się, oczywiście, ale nie tak jak później, bo ja byłem jeszcze... Jak to wy nazywacie... nie-u-świa-do-mio-ny... tak, ja byłem nieuświadomiony. Nie wiedziałem, co to znaczy.
Domyślałem się, za gardło mnie ściskało, ale nie wiedziałem. No, przywieźli ich, ustawili - o jakie trzysta kroków ode mnie. No i, oczywiście, skosili. Karabinem maszynowym skosili.... Nie chce mi się opowiadać, jak to było... Apetyt bym sobie popsuł. Wie pan, to bardzo nieładnie wygląda, ale tak zwyczajnie. W tym nie ma nic nadzwyczajnego, gdy ludzie kupą umierają, ale to nic, tak jakby kto mrowisko rozrzucał - i to nawet nie, bo mrówki to się strasznie ruszają, a Żydzi, proszę pana, to nie ruszali się, sił nie mieli widocznie i już widocznie im było wszystko jedno. Stali tak jak barany - i nawet mi dziwno było, że żaden z nich nie poruszył się, żaden nie uciekł. Las, panie, naokoło, zielono, ciepło, ptaszki śpiewają, kwiaty kwitną - czerwiec był, panie, zaraz po deszczu - i słońce tak między liściami świeciło, a z nich żaden nawet się nie poruszył, żaden nie zrobił kroku w stronę lasu. I tak by zginął, ale przynajmniej by na las popatrzył... Co prawda Żydzi lasu nie lubią. Ani żadnych takich widoków przyrody. Może to dlatego, jak pan myśli? Prawda, może to tylko dlatego?
No, nie chcę panu opowiadać, jak to było. To nawet niedługo trwało, rozwalili, ściągnęli ich na kupę i poszli. Ja poczekałem, może z godzinę, i też uciekłem. Bałem się, bo już się ściemniać zaczęło.
Przed samym domem spotkałem Edka. Poszliśmy do naszej kryjówki. Mieliśmy taką kryjówkę na drzewie w naszym ogrodzie, między jabłoniami taki gęsty tam klon rośnie, jeszcze dzisiaj rośnie, tylko że ja już tam nie mieszkam, ciocia mnie dawno wygnała... Poszliśmy na to drzewo i ja wszystko Edkowi opowiedziałem.
Jeszcze taki głupi byłem, a przecie tyle już wiedziałem... tyle już wiedziałem, a jeszcze jak opowiadałem Edkowi, to płakałem. Edek mi powiadał:
- Idź ty, głupi, ci Żydzi to pewno mieli jeszcze jakieś towary przy sobie, złoto gdzie schowane, pozaszywane w kapotach, trzeba ich było przeszukać... Ja się śmiałem z niego, a on ze mnie. I co pan pomyśli? Przecie domyśla się pan... Poszliśmy przeszukać, za parę dni, kiedy już dobrze śmierdzieli. I to wieczorem, prawie po ciemku, tylko na namacanego.
Sami dziwiliśmy się, że ich nie spalili czy nie wywieźli. W parę dni potem idziemy i, co pan powiesz, zabrali... Ja i tak nic nie znalazłem, a on, szelma, niby Edek, dwa złote zęby jakoś wymacał i wyłamał, nosił toto w kieszeni przez parę dni, że od niego także zaczęło śmierdzieć... Dlaczego to, panie kochany, człowieka po śmierci nie palą? Niby to mojego brata spalili. W tym właśnie czasie, a może i przedtem trochę, przysłali cioci taką urnę z Oświęcimia, niby to z prochami brata.... Chyba to jednak było dużo wcześniej. Sam nie wiem. Te wszystkie czasy to się tak kiełbaszą we łbie, że już człowiek nie pamięta, kiedy co było, kiedy te Żydy, kiedy ta urna z prochem.... i to nie teraz mi się to kiełbasi, że jestem pod gazem, a w ogóle miesza się w głowie i po trzeźwemu. A te lata powojenne... hohoho... to już zupełna kasza w głowie. Co ja, jestem młody człowiek, mam swoje dwadzieścia, pięć lat i tak mi te lata rozbiegają się jak myszy po kątach, nigdy nie wiem, co kiedy było... i jak zechcę przypomnieć, to jak gdybym te myszy z nor za ogony wyciągał... a one tylko piszczą i śmierdzą, te lata piszczą i śmierdzą... Rozumiesz pan?
Ciocia to wcale nie wiedziała, co z tą urną robić. Czy to chować, czy jak, bo przecie wiedzieć to my nie bardzo wiedzieli, co się w tym Oświęcimiu dzieje, ale żeby tak Niemcu wierzyć, że mój brat, któremu się na dwadzieścia obróciło, na udar serca zmarł i Niemiaszki jego ciało akuratnie spalili i do kupy zebrali, i do takiego pudełka wsypali, i cioci do domu przysłali, na pociechę niby to... To tacy głupi nie byliśmy. Ta urna tak i stała na tej komodzie... i trochę, ale to trochę czasami na nią patrząc myślałem, że to są resztki tego mojego Zbyszka. Bo trzeba panu wiedzieć, że tego brata to ja jakbym lubiał. Taki był śmieszny, zawsze tak do mnie przemawiał jak ksiądz proboszcz na kazaniu... i tak, i tak... niby, Romek, nie masz tego robić, a tamtego masz słuchać... i tak jak po kazaniu, i ja wiedziałem, że ksiądz co innego robi, niż mówi, i ja mówiłem Zbyszkowi co innego, a swoje robiłem. A ten, panie, Zbyszek, to zawsze do mnie mówił - on już mieszkał samodzielnie w Warszawie, stamtąd go wzięli - to jak przyjeżdżał do mnie do Bryjowa, to zawsze powiadał: "Romek, masz przede wszystkim zawsze prawdę mówić". A ja mu powiadam: "A jakże, a jakże!" A sam się w kułak śmiałem... Prawdę mówić... Ładnie byśmy wyszli, panie inżynierze czy panie profesorze, to też mi się w głowie kiełbasi, ale to już nie z trzeźwości - ładnie byśmy wyszli, żebyśmy prawdę mówili. W naszych czasach? Rozumiesz pan? Żebym ja cioci mówił prawdę, żebym ja komu innemu powiadał prawdę, że Edek w kieszeni nosi dwa złote żydowskie zęby... Toby przecie ciocia zemdlała. A Edka...
Z Edkiem to była cała historia. Jakeśmy tam tych Żydów macali, to nas zemgliło, poszliśmy się wykąpać... Jak dzisiaj widzę ten wieczór. Wie pan, zna pan ten staw na drodze do Jedwabna. Staw wtedy jeszcze był pełny wody, nie taki zapuszczony jak dzisiaj, i wieczór był pogodny, czerwcowy, niebo takie różowe, jak ślazowe kwiaty... I taki mały, cieniutki księżyczek stał między wierzbami. Wierzby stare, rosochate, no, szulim, pod te wierzby... Dziesiąty? Nieprawda, ja liczę, to dopiero ósmy... I ja tak siedziałem sobie pod tymi wierzbami i patrzyłem, jak Edek zrzucił wszystko z siebie, dużo tego nie było, koszulka i spodenki, i poszedł do tej różowej wody, jak gdyby czymś zafarbowanej, i tak stanął w tej wodzie, i powiedział: "Romek, no chodź..." I, panie, ja bym za tym Edkiem nie tylko do wody poszedł, ja bym poszedł na koniec świata. Jak on mi powiedział: "No, chodź"... Ale wtedy nie poszedłem, tylko na niego patrzyłem i myślałem sobie, jaki ten Edek jest... Nie bał się żydowskich zębów z trupa wyłamywać... Jaki on jest, i taki piękny, i taki jakiś inny od wszystkich. Ja brata kochałem, Zbyszka niby, ale tego Edka to chyba jeszcze więcej. I tak mi się już na trzynasty obróciło, a on był o cztery lata ode mnie starszy. Ale myśmy się nie rozstawali. Wtedy tylko, dopiero tego lata, to czasami Edek mi powiadał: "No, teraz walaj do domu, Romek, ja jeszcze mam tutaj interes". I wtedy to ja już tej amunicji nie nosiłem. Edek mi powiedział, żebym dał spokój, że to nie dla mnie zabawa. I pytał mnie jeszcze, kto to przychodzi do mnie po tę amunicję, a ja mu powiedziałem, że nie wiem, bo i nie wiedziałem. Ale jak on mnie tak zapytał, to ja się troszkę zaniepokoiłem. Mały byłem, ale już coś niecoś rozumiałem.
I to, proszę pana, wtedy to tego inżyniera wzięli, co miał w podziemiu niemieckie mundury i co się przebierał za Niemca, pamięta pan - taka obława była w Bryjowie... i tak jeszcze do kogoś poszli jak w dym i zabrali, powiadano, że była jakaś drukarnia pepeerowska czy stacja nadawcza, maszynę jakąś wynosili...I kiedyś spotkałem pod lasem, bo się wciąż włóczyłem, tego paneczka, a skromny był, niepozorny, trzech groszy byś pan za niego nie dał, spotkałem pod lasem tego paneczka, co to mi tę amunicję nadawał. Zatrzymał mnie i zapytał, czy znam tego Edka, tego "ładnego Edka" - tak powiedział.
Powiedziałem: "To mój najlepszy przyjaciel, co nie mam znać". A ten pan mi powiedział, żebym kiedyś tego Edka przyprowadził wieczorem do lasu, bo on chce z nim pogadać. Powiedziałem, że przyprowadzę, i umówiłem się kiedy.
Jak on mi tak powiedział, to przecie ja od razu wiedziałem, czym to pachnie, i od razu wszystkiego się domyśliłem. Chyba domysł nietrudny. Edek sypał, naturalnie, i jak mnie gdzie do domu posyłał, sam się widywał z takimi, którym nadawał, co wypatrzył. A czy on za to pieniądze brał? Chyba nie. Wie pan, chyba że nie. On po prostu chciał tak "dla sportu", to mu sprawiało przyjemność, że jak kogo pokazał, to go zaraz brali. Może i niewinnych sypał, chociaż wtedy to nie było niewinnych, każdy coś przeskrobał.
Serce mi się ściskało, panie, przecież to był mój najlepszy przyjaciel. Jak ja go kochałem! Ale, myślę sobie, co ja się będę martwił. Przecie on i mnie sypnie. On przecie wie, że ja amunicję w tornistrze nosiłem, on wie, że ja niemieckiemu samochodowi w ryło piasek sypałem, on wszystko wie, i o cioci, i o wujku. A jak Ruski przyjdzie, to on i Ruskiemu sypać będzie, jeżeli on tylko dla sportu. I strasznie mnie w dołku ściskało, i żal mi go było, i strach o siebie i o niego, ale powiedziałem: "Słuchaj, Edek, dziś wieczorem w lesie będzie taki Żyd, co on mi daje złoto za żywność, to trzeba się z nim umówić, ile on tej żywności potrzebuje, i co, i jak, i ile on nam da. I trzeba pójść do lasu przed ósmą, i poczekać do godziny policyjnej, jak się już zmierzchnie, i wtedy on przyjdzie".
I zaprowadziłem go do lasu, na umówione miejsce. To znaczy, nie zaprowadziłem, żeby nas razem nie widzieli, ale umówiłem się z nim tam na samej granicy, koło kopca, no i on przyszedł, i czekaliśmy tak, aż się ściemniło. I potem ja poszedłem niby za swoją potrzebą i w dyrdy do domu, leciałem jak zając. I jeszcze dwustu metrów nie przeleciałem, posłyszałem strzał. Jeden. Tylko jeden strzał... Dobrze, cholera, strzelał...
Panie, tego Edka w trumnie to ja nigdy nie zapomnę. Jakiż on był piękny. Kwiatów tyle naznosili, leżał tak wysoko i ta matka tak strasznie płakała. I ja płakałem, nie mogli mnie pocieszyć... Bo przecież to był mój najlepszy przyjaciel. I zawsze go widzę, nawet czasami mi się śni, jak stoi w tym stawku i woda taka czerwona w tym stawku, a on do mnie powiada: "Chodź, Romek, chodź!" Że co? Że sobie twarz zasłoniłem? A to, żeby lepiej sobie przypomnieć ten pogrzeb. Ksiądz proboszcz tak pięknie śpiewał i chór parafialny, nikt nie wiedział, dlaczego Edka zabili, choć potem się domyślali.
I wie pan co? Mnie się zaczęli obawiać. Ja sobie byłem spokojny, równy chłopak, nic od nikogo nie chciałem, tylko tyle, że ten węgiel brałem, że po masło jeździłem, że mięso sprzedawałem, a tu raptem mnie się zaczęli obawiać.
I wie pan, jak powstanie wybuchło, to przede mną ukrywali, że na pomoc szli. Bo wie pan (to nie wszyscy wiedzą), cała organizacja z Bryjowa zaraz na drugi dzień powstania wyruszyła w drogę nocnym marszem. Kołowali jakimiś polnymi drogami, na Nadarzyn, na Raszyn, myśleli, że mnie wykołują, a ja za nimi cichcem przekradałem się. Deszcz padał tego dnia, pamięta pan, pola rozmokły. Oczywiście, drogami szosowymi nie szli, tylko boczkiem, boczkiem, oj, namęczyli się oni za tę noc, namęczyli - ale podeszli pod sam Mokotów. I ja za nimi. A jak podeszli i świtać zaczęło, to przyszedł rozkaz: z powrotem do domów i to już na własną rękę... Przyłapałem tam jednego, może pan sobie wyobrazić: jaki był wściekły, i ja byłem wściekły, bo się chciałem razem z nimi do Warszawy dostać. Ale - powiadają - mowy nie ma! Żadnego sposobu, ze wszystkich stron miasto otoczone, nie ma mowy o tym, żeby można było choć się zbliżyć. Zresztą widziałem w Bryjowie, jak zaraz poszły pociągi, a na nich czego tam nie było, i armaty, i czołgi, i te ichnie krowy... Tośmy z tym chłopakiem już prawie w dzień, słońce wschodziło, zawrócili i szli, tamtędy koło Pęcie. Tośmy to widzieli tę "bitwę" pod Pęcicami. Szło bractwo z Ochoty kupą, nawet szpicy nie wystawili, i pod Pęcicami prosto Niemcom w ręce wpadli. Panie kochany, co to było, uciekali, pochowali się w kopki żytnie czy owsiane, co właśnie na polu stały. To Niemcy ich z tych kopek wyciągali... ustawili ich potem koło glinianki, pustej glinianki, tam koło starej cegielni w Pruszkowie, pan wie? No i stali oni tak z parę godzin... I znowu ich skosili. Człowiek to jednakowo od maszynki pada, czy Żyd, czy Polak, zupełnie jednakowo. Takżeśmy z tym facetem mówili, że żadnej rozmaitości nie ma.
I takeśmy doszli do domu - i siedzieliśmy tak jak głupi. A tu, co się działo... Może pan sobie wyobrazić. Tam takie hece, dymy nad Warszawą jak na dłoni, a my nic... tak tylko z miejsca na miejsce i trochę do Kampinosu i od Kampinosu się włóczymy, a nic, dosłownie nic do roboty... A jeżeli nawet kto co robił, to już się na mnie boczono i nikt mi nic nie powiedział.Zresztą przyznam się panu, że mi się to wszystko w głowie plącze i sam nie wiem, co kiedy było. Co było w czasie powstania, co po powstaniu... Proszę pana, to się przecie w głowie nie mieściło po powstaniu, że ta cała Warszawa była pusta i wszyscy z niej wygnani... Pan myśli, że ja nie byłem w pustej Warszawie. U nas w Bryjowie był taki Niemiec, to on na mnie uważał, zawsze ze mną rozmawiał i taki jakiś był dla mnie jak gdyby serdeczny. To on zawsze powiadał: "Warszawa kaput!" i jak gdyby się z tego smucił... To on mnie kiedyś zabrał do Warszawy, jeździli wtedy ciężarówkami Niemcy palić, grabić, wysadzać w powietrze, i Polacy niektórzy się przy nich przemycali, aby swojego dobra wynieść... swojego albo i nie swojego. Najpoważniejsze instytucje dobroczynne, i te wywoziły bieliznę z prywatnych mieszkań i potem wszystko to rozdawali i sprzedawali, i co się nie działo...
Ach, panie, co ja panu będę opowiadał? Sam pan wiesz. Gdzie pan wtedy byłeś? W Radomiu? No, toś pan niewiele widział, a ja widziałem i tak tylko myślałem, jak to ludzie tak mogą. I ta Warszawa, panie, pusta Warszawa, to zupełnie jakbym w jakich górach był, w starych książkach u cioci to takie stare rysunki widziałem, jakieś afrykańskie czy amerykańskie góry, a tutaj to wszystko nasze ruiny i takie...
I znowu, panie, rozwalali. Zaraz na początku powstania w naszym lesie, tam gdzie teraz ten pomniczek stoi, to przywieźli ludzi z Siedliska. I znowu widziałem. Tylko że im dół kazali kopać i zaraz ich pochowali... no, i Edka już nie było, już i on ziemię gryzł.
Jednym słowem, panie, gdzie poszedłem, tam trupy, takie było moje szczęście. Nie tylko moje, bo nie ja sam chodziłem i nie ja sam patrzyłem, wszyscy widzieli. Jak koło naszego domu Żyda zabili, ale to jeszcze kiedyś w zimie, wszystko mi się tak miesza w głowie, jedno nachodzi na drugie, to przecież było na parę lat przed powstaniem - to jak jego zabili i potem kazali nam ściągnąć na bok, w krzaki, to na tym miejscu na śniegu została taka czerwona plama. I pan wierzy? Ta plama nie chciała wsiąknąć. Zima śnieżna, śnieg pada, warstwa się kładzie na warstwie jak tynk, proszę pana, a przez każdą warstwę krew na wierzch i na wierzch wychodzi. Ja się cioci pytałem: "A dlaczego ta krew nie może zniknąć pod śniegiem?" To ciocia mówi: "Pewnie o zemstę prosi". A na kim ja się będę mścił? Na kim ja się mogłem mścić? Na sobie samym? Jak ja się miałem na sobie mścić?
Za dużo wódki wypiłem? Możebne. Trzeba będzie ogórkiem zakąsić, widzi pan, pani Zielonkowa pomyślała sama, zaraz nam ogóreczki postawiła. Jak to jakoś w knajpie pusto się zrobiło. Wystraszyłem? E, co pan gadasz, a kogo ja mogłem wystraszyć, to przecie wszyscy wiedzą to samo co i ja. Nic nowego nie opowiadam, a jak nie chcą, niech nie słuchają. I nikt nie słucha, bo ja przecie tutaj regularnie jak przyjdę, to to samo w kółko gadam, raz na miesiąc, dwa razy na miesiąc, mam sobie takie kawalerskie pogaduszki. Prawda, pani Zielonko? No nie? Słyszała to pani nie raz i nie dwa... I teraz nawet wszyscy wiedzą, że to ja tego Edzia wydałem... I nic, panie, rękę mi podają i jeszcze mówią, panie, jaki z pana cwaniak był. Jak pan tego prowokatora do lasu wyprowadził... A mnie.'.. E, co tu dużo gadać! Niech się pan nie boi, z mostu się nie rzucę. A tu u nas nawet i mostu nie ma.
Szaloną miałem ochotę pobić się trochę w tej Warszawie, ale mi się nie udało. I jeszcze, jak tylko gdzie chciałem, do Kampinosu albo gdzie, to zaraz ciocia wymyślała jakąś jazdę albo jakieś roboty na miejscu, i tak mi się teraz we łbie pokiełbasiło, że już panu nie skleję, kiedy i co robiłem, latałem jak pies z wywieszonym ozorem i nie pamiętam, czy to było jeszcze powstanie, czy te czasy po powstaniu, gdzie się tylko czekało, kiedy wreszcie Rusek przyjdzie i kiedy się już Niemcom wymyślało.
No i przyszedł Rusek. Wuja szlag trafił w ten dzień na tartaku. Niech się pan nie śmieje, dosłownie powiadam, wcale ale żadna przesada i nikt go wcale nie zakatrupił, tylko jak się dowiedział, że Ruscy weszli, tak wziął i umarł. Śmieli się ludzie, że ze strachu, a ja tak myślę, że z uprzejmości, nie chciał, aby ciocia miała jaką nieprzyjemność za niego, bo to dopiero wtedy się okazało, że on bardzo z Niemcami kombinował i że nawet podobno listę podpisał. Tutaj u nas za wójta był jeden folksdojcz, od dawna już tutaj osiadły i bardzo porządny człowiek; pan się znowu śmieje, naprawdę powiadam panu, że był bardzo porządny. Co, nie znał go pan? To pan dopiero po wojnie tutaj zamieszkał? No, więc doskonale, nie znał pan, to ja panu powiadam, że nawet Niemcy, tacy prawdziwi, to o nim powiadali, że "chociaż jest folksdojcz", to jest bardzo porządny człowiek. On się tutaj wszystkimi opiekował, ale akurat nie mną, bo on wujkowi ręki nie podawał; powiadał, że wujek świnia i że na szkodę Polaków interesa z Niemcami robi. Ale mnie się zdaje, że on się mylił, bo żadnej stąd szkody dla Polaków nie było, przeciwnie, ten i ów się na tartaku zadekował. Jeden profesor z Poznania to mojego wujka w ręce całował za to, że mógł w tym tartaku pracować. Nie może pan sobie wyobrazić tego sądnego dnia. Tutaj, niedaleko gospody, pod krzyżem stała jeszcze taka armata, co ją Niemcy siedemnastego stycznia z rana w powietrze wysadzili; jak grzmotnęło, to mnie, proszę pana, całkiem przewróciło.
Taka budka z papierosami, co zaraz obok krzyża stała, to ją pod tor kolejowy rzuciło, a mnie na nią. Co to było! I zaraz się wszyscy rzucili na te papierosy, co się rozsypały po błocie, a tu do mnie jeden chłopak leci i mówi: "Romek, rzuć te papierosy, idziem do szpitala niemieckiego koce brać". To my polecieli do tego szpitala koce brać, a tam ludzie po lekarstwach, po przyborach, po szkle wszelakim depczą; mnie się nawet żal zrobiło: tych lekarstw można by nabrać i niejednego Polaka poleczyć, bo Niemcy Polakom nie dawali lekarstw. Tyle co aspiryny... Ale już i na lekarstwa nie ma czasu... Krzyk taki stanął: "Są! są!". Radość jaka poszła po miasteczku!
Boże drogi, czołg taki przyleciał, ale nie czołg, czołżek, i na nim siedzieli tacy malutcy, czarni, i to - ja sobie pomyślałem - pognali takich wspaniałych Niemców, uzbrojonych po same zęby? Gdzież to kto widział takich ludzi? I nikt nie myślał, że to już Ruscy, i to gestapo, co to stało tam, wie pan, w tej willi na drodze do lasu, "Leszczynka" się ta willa wtedy nazywała, to oni wiali na takim wielkim samochodzie i samochód im w piachu ugrzązł, i oni chcieli go wyciągać. I taki jeden gestapowiec, ale to był Ukrainiec, blady jak trup, powiada do mnie: "Sprowadź mi konie, sprowadź mi ludzi, trzeba samochód wyciągnąć!" A ja rozumiałem, co on mówił, bo to był Ukrainiec, mówił tak jakby i po polsku, tylko trochę inaczej. A gdzie tam mu sprowadzać, powiadam jemu: "Za późno, panie kapitanie!" A tu zza rogu drugi czołg, już większy, i samochody, i zaraz Ruscy powyskakiwali i w tych gestapowców. Migiem ich wszystkich do rowów położyli i tylko im ten samochód zabrali. A ci Niemcy czy Ukraińcy leżeli tak cały tydzień. I koty im palce u nóg poobgryzały. Sam widziałem, sam takiego kota odpędzałem. Ale potem te trupy uprzątnęli. Nawet ich nie rozebrali, pamiętam, że tych pasów żałowałem, bo mieli bardzo ładne, rzemienne, świeże pasy, a pan wie, jak to było wtedy z rzemieniami. I taki jeden jeszcze był Ukrainiec, zatrzymał się u naszych chłopów, naprzeciwko naszego domu, i owies im zabierał. On nie myślał, że Ruscy tak zaraz będą; myślał, że oni zza Wisły za parę godzin albo dopiero na drugi dzień przyjadą, a oni tutaj zaraz przyjechali. On tylko do tej figury, co za miasteczkiem, tam gdzie się na szosę wyjeżdża, dojechał i zaraz go tam rozwalili. Taki wielki był, wysoki i chudy, i bielmo miał na jednym oku, ja już wiedziałem, że niedługo jego władza, a jeszcze się jego bałem, jeszcze straszny mi się wydał.
I wie pan co? Ja zawsze bardzo nie lubię nocą przechodzić koło tego krzyżu, który tam stoi, tam gdzie, znaczy, ga rozwalili. Widziałem go może dziesięć minut w życiu, ale to były ostatnie dziesięć minut jego życia i dlatego może go tak zapamiętałem. Jak przechodzę koło tego krzyża, zwłaszcza w nocy, to zaraz go widzę, takiego wysokiego, pewnie ze dwa metry miał, wyższy byłby ode mnie teraz, i pepeszę jakąś taką miał jakby większą. Oczywiście, pepesza była normalna, ale się taka na nim wydawała. I tak sobie zawsze myślałem, jakaż to jego matka była i gdzie on się rodził? Taki sam chłopczyk był kiedyś, jak i ja. No nie?
I jak ci Ruscy przyszli, to ja się strasznie ucieszyłem. Ale to bardzo. Wie pan, jaki to był entuzjazm i jakie to były miesiące. A mnie się zdawało, że mama zaraz przyjedzie. I powiem panu, że to mnie najbardziej cieszyło. Ciocia była dobra, ale głowę całkiem straciła, jak wujka szlag trafił. I zawsze w domu to ja najwięcej znaczyłem, a teraz to mi się nie chciało już ciotce pomagać, jakiś taki leń mnie wziął i strasznie się cieszyłem, że mamusia od Ruska przyjedzie, i czekałem na nią, i nic mi się nie chciało zaczynać, bo powiadałem: "Mama zaraz przyjedzie i zacznie się nowe życie". Do niczego się nie brałem. Nawet przyznam panu, jak pociągi zaczęły chodzić, a przecie nieprędko zaczęły chodzić, dopiero w końcu lutego, pan pamięta, pan wtedy z Radomia do nas nastał, ożenił się pan wtedy?... Też pan sobie czas na żeniaczkę wybrał, ale może lepiej wtedy jak nigdy. Ale i tak teraz pan żony nie ma. Jak ja... Więc jak pociągi zaczęły chodzić, to ja nawet na dworzec chodziłem co godzina, co dwie, patrzeć, czy mama nie przyjechała, bo mama nie wiedziała, gdzie ciocia teraz mieszka, dawno w Bryjowie nie była i naszego domku nie znała. To ja myślę sobie, jak mama przyjedzie, to zaraz jej powiem, gdzie mieszkamy...
Czy pan zauważył, że ja panu to wszystko opowiadam jak dziecko? Że ja tak mówię, jak wtedy mówiłem, jak wtedy, kiedy chodziłem po mamusię na dworzec w naszym sławetnym Bryjowie. Bo, proszę pana, ta wóda to tak przypomina, że po prostu staje się człowiek tym, czym był. Byłem wtedy chłopiec mały, tak to opowiadałem o mamusi i teraz tak mówię, o mamusi...
A wierzy pan, mamusia dopiero w zeszłym roku przyjechała. Taka jakaś osowiała. I to nie to, że nie może się ruszać, że na ciele chora, ale głowę ma taką jakąś, że nic nie może robić. Babcia ją utrzymuje, matka ojca. No i ja też, oczywiście.
Ale powiedz pan teraz, jaki to porządek na świecie, żeby babka utrzymywała synową? Czy tak może być? Babcia za robotą w Warszawie chodzi i mamusia u niej teraz mieszka, ale dopiero od roku. Wierzyć nie chciała, że to ja tylko sam u niej zostałem i to nie bardzo taki dorzeczny człowiek. Chociaż ja na co dzień dorzeczny, mimo wszystko czegoś się tam nauczyłem. Za szabrem mnie posyłali, jeździłem, gdzie mogłem, jeszcze przed końcem wojny aż pod Berlin się pchałem, przywoziłem, co mogłem, bo ciocia to całkiem głupia przez te pierwsze lata była. Musiałem dla wszystkich wystarczyć, i dla cioci, i dla siebie, i dla szkoły. Bo przecież trzeba się było uczyć. Chodziłem do szkoły. Niewielka była ze mnie pociecha, ale coś niecoś nauczyłem się. Pojechałem do Wrocławia na kursa, wie pan, takie rozmaite były kursa. To mnie nauczyli rachunków budowlanych i, co pan powie, wcale mi z tym trudno nie było. Pan wie, jaka wtedy była nauka na zachodzie. Nocami strzelali, w dzień grabili, szaber odchodził, a człowiekowi serce się krajało, jak widział, że kto inny zabiera takie rzeczy, co by tobie się przydały i jakby pielenie w Bryjowie wyglądały. To ja uczyłem się, pomiędzy Wrącławiem a Warszawą ciągle krążyłem i już wiedziałem, że mamusia tak prędko nie przyjedzie.
Zaludnialiśmy te Ziemie Zachodnie, zaludniali, ach, jakaż to była zabawa. Czasem się płakać chciło z tej zabawy. Obróciło się mi na szesnasty, wielki chłop, taki jak dyłda urosłem, zarabiałem, piłem, paliłem, nareszcie paliłem, całkiem już byłem kawaler. No i tam właśnie, pod Wrocławiem... zabiłem pierwszego człowieka, ...
Nie będę panu opowiadał tej przygody. Bo i po co? Nie lubię ja tego procederu. Niechcący się pan wygada i ja będę miał nieprzyjemności. W więzieniu i tak siedziałem, ledwie osiemnaście lat skończyłem, tylko nie za to. A jakby, czego broń Boże, sobie jeszcze przypomnieli o tym, toby mnie jeszcze raz przyskrzynili. Po co? Pan nie wie i ja nie wiem, to najlepiej. Dlaczego ja szepcę? A bo to ani pani Zielonkowa nie powinna wiedzieć, ani nikt. To po co ja mówię? No, bo jak wszystko, to wszystko.
Niech się pan uspokoi, to nie był Ruski ani żaden Niemiec, ani nikt z UB. Ja wcale nie wiedziałem o tych rzeczach, ale, no tak jakoś wyszło. Miałem siedemnaście lat...
Jakoś bardzo dziwno w naszych czasach żyć i człowieka nie zabić. Każdy z nas ma to w sobie, pan nie wie. Ja tę czerwoną smugę na kożuszku ojca przyuważyłem, ale każdy z nas ma taką czerwoną smugę. No nie? Pan nie ma? To pan jest niedzisiejszy człowiek. Pan wygląda na safandułę. Żona panu uciekła, ja wiem. Widać, że pan z Radomia. Niech się pan nie gniewa, ja się tylko tak śmieję, pijanemu się wiele wybacza. Nie, nie, niech pan nie odchodzi, ja panu jeszcze połowy nie opowiedziałem. Ja wiem, panu już obrzydło, a nie trzeba było się z pijanym wiązać, teraz nic nie pomoże. Pani Zielonko, jeszcze jednego zakrapianego, nie, nie, niekieliszka, całą ćwiartkę. To już będzie ostatnia? Chyba ostatnia. Może mój gość mi jeszcze zechce postawić, bo ja już i gotowy więcej nie będę miał. Cały zarobek, całą tygodniówkę puściłem. Chociaż mnie coś jeszcze się w kieszeni ponadto znajdzie. A to lepiej tutaj niż z babami, chociażby baby stawiały.
Powtarzam się, powtarzam się, wiem o tym, ale w takim powtarzaniu jest coś przyjemnego, jakby kto bajeczkę przy kominku opowiadał. Bajeczka nie bajeczka, ale sama prawda, panie inżynierze kochany czy panie profesorze. Profesorze? Dobrze, niech będzie profesor. Wychowawca naszych dzieci. Chociaż ja dzieci nie mam, a jeżeli gdzie mam, to nie tutaj, tylko na zachodzie... tam mogłem co i posiać, tylko że nic o tym nie wiem. I tam faceta kropnąłem. Nikt o tym nic nie wiedział i dziś nikt nie wie, tylko pan, ale ciocia jak gdyby poczuła. Pan wie, od takiego człowieka to coś śmierdzi, jak te zęby u Edka w kieszeni. Coś się czuje, ciocia zaraz się zaczęła mnie bać i jakoś tak mnie wysiudała... Ale to potem, potem. Na razie jeszcze był entuzjazm. Walka Młodych, rozumie pan. Walka Młodych. Ulica była taka w Poznaniu: "Walka Młodych" - no, ale jej już nie ma. I Walki Młodych nie ma. Jak ja się koło tego starałem, jak ja te pięści zaciskałem, jak ja werbowałem, jakie ja pierwsze maje w Bryjowie urządzałem. Sam ksiądz proboszcz mnie chwalił, bo pan wie, przecie w tych pierwszych latach to pierwszy maja na trzeciego zachodził i wszystko razem... No, wie pan, jak to u nas zdarzenie zdarzenie goni, uroczystość uroczystość popędza, i wszystko dla mnie takie nowe i takie wspaniałe. Takiego mieliśmy przewodnika, drużynowego, czy jak to się tam wtedy nazywało, no, on nami wszystkimi kierował. Wiesiek się nazywał, też taki ładny, wysoki, z czarną plamką na gębie. To był chłop! On nam wykładał i jak tylko co powiedział, to ja jemu święcie wierzyłem. Święcie we wszystko, co powiedział. I jak kazał, tak robiłem. Co tam "robiłem", jak kazał, tak myślałem. Może miał ze dwadzieścia lat, strasznie mi się on podobał i taki chciałem być jak on. I oto pewnego razu pojechaliśmy do majątku państwowego, jeszcze chyba się nie nazywało to pegeerem, a może się nazywało, taki piękny majątek w Kutnowskiem, zmarnowany, już zachwaszczony, a to znaczy nie zaraz było, tylko już po powrocie moim z zachodu, bo już się ten majątek zdążył zachwaścić. I ten chłopak zawołał: "Chłopcy, jedziemy pomagać przy żniwach. Rąk do pracy nie ma, a nam chleb potrzebny". I jeszcze tak rozmaicie gadał. Strasznie mi się to wszystko podobało. Bo, widzi pao, ja nie chciałem być ciągle za tego. wyrzutka. Ja chciałem coś znaczyć, coś robić, ciocia mnie się bała, sumienie... czy pan wierzy w taką rzecz, w sumienie? Oczywiście, sumienia nie ma, ale tak jakoś czasami chce się być porządnym człowiekiem. Bardzo, ale to bardzo porządnym. I myśli pan, że ja nie byłem porządnym chłopcem? Niech mi pan wierzy na słowo honoru, jak byłem porządnym chłopcem.
No i pojechaliśmy na te żniwa. Mieszkaliśmy we dworze, gdzie z dachu kapało, na podłodze, na słomie, jedliśmy byle co i pomagaliśmy. Niewiele mogliśmy pomóc, bo po pierwsze nie było żadnych narzędzi ani inwentarza, a po drugie nie mieliśmy pojęcia o robotach rolnych. Ale jakoś ustawiliśmy te kopki... Było nas z pięćdziesięciu, to znaczy z pięćdziesięcioro, bo i dziewuchy były. No, i co pan sobie pomyśli, ile razy ustawimy te kopki, tyle razy przychodzimy rano - kopki prawie wszystkie wywrócone. Wiesiek bierze nas na naukę i powiada, aby się mieć na baczności, że to "wróg" nam przeszkadza w pracy i te kopki przewraca. I jak ja święcie wierzyłem w tego "wroga", i jak ja go chciałem zmóc, i jak ja go nienawidziłem.
Oczywiście, nie można powiedzieć, na pewno wszędzie wróg był. Na pewno wszystkim przeszkadzał, na pewno wszystkim piaskiem w oczy sypał. Ale nie tam, gdzieśmy byli. Okazało się potem, chłopaki mi powiedzieli, że to Wiesiek codziennie w nocy wychodził na pole z towarzyszami swoimi i z dziewuchami i na tych snopkach Bóg wie co wyrabiali... Podobno w kilkanaście osób razem wódkę pili i takie tam rzeczy wyrabiali.
No, i wtedy wszystko przepadło, już nie wierzyłem w nic. Nie wierzyłem nawet i w takie rzeczy, które zapewne były prawdziwe. No, ale powiedzieć tego nie mogłem.
Przypomina mi się mój Zbyszek. Pan wie, cośmy z tym prochem i z tą urną zrobili? Wynieśliśmy w pole i wysypaliśmy na wiatr. Proch był szary jak popiół - wszyscy się w taki proch obrócimy. Cały świat takim prochem będzie, jak tak dalej pójdzie, no więc co z tego, że Zbyszek był garstką prochu? Nie samego prochu, bo z tego prochu, z tej urny, jak my to na wiatr wysypaliśmy z kolegami, wypadł jeden ludzki ząb. Więc jakże to, jak pan myśli? Więc Niemcy przysyłali naprawdę prochy spalonych ludzi? Jak pan uważa? Czy to były prawdziwe prochy Zbyszka? Czy jakiego innego oświęcimiaka? Nie rozumiem, jak się ten ząb tam wziął w tej urnie, w tym pudełku?
Otóż przypomniałem sobie, jak Zbyszek powiadał: "Tylko zawsze, mój Romku, powiadaj prawdę!" Ohohohoho! Jakże ja daleko byłem od prawdy, zwłaszcza kiedy zdawałem egzaminy, kiedy wykładałem. Bo, widzi pan, ja jestem taki wygadany, że mi powierzono tam na zachodzie takie wykłady. I ja też mówiłem do chłopców: Mówcie tylko prawdę, a prawdą jest tylko to, co ja wam powiadam, a to, co ja wam powiadam, to mnie powiedzieli, a tym, co mnie powiedzieli, jeszcze ktoś wyższy powiedział - i tak się piętrzy ta jedna prawda na drugiej i trzecią prawdą pogania.
Ach, panie, jakem ja się śmiał z tego wszystkiego. I we "wroga" przestałem wierzyć, nawet wtedy, kiedy owego Wieśka ktoś zastrzelił pewnej nocy. Poszedł sobie na tamten świat, a podobno był bardzo jurny chłopak. Cuda mi o nim inni chłopcy opowiadali, a dziewcząt się nie pytałem, bo mi jakoś było wstyd.
I tam właśnie, na tych wszystkich polnych robotach, poznałem dziewuchę, bardzo ładną dziewuchę, och, jaką ładną. Panie profesorze, czy pan zauważył, jakie u nas te dziewuchy pod Warszawą ładne? Trochę mi nawet szkoda, że dzisiaj nie pojechałem do Warszawy.
Co mi po tym siedzeniu tutaj? A w Warszawie! No, ładne, ładne - i co z tego ? I tak nie ma z tego żadnych korzyści. Oczywiście, moralnych korzyści, panie profesorze, materialne miewam. Ale to nie z tych najładniejszych, bo te są zawsze młode i nie bardzo mają skąd dostać forsy.
Widzi pan, ja panu powiadam, jak na spowiedzi, bo pan mi się od razu spodobał. Jak ja mam ten mój "wzlot", to ja na ludzi wilkiem patrzę, zdaje mi się, że wszyscy powiadają, że ten Romek, co to siedział za krótko w więzieniu, że to ten, co to na Ziemiach Zachodnich... A ja chcę sobie popływać, chcę sobie moje życie zobaczyć z lotu ptaka, ja chcę cały świat zobaczyć z lotu ptaka. Ja chcę się dowiedzieć, czy wszędzie jest tak ciemno jak w Bryjowie dziś wieczorem, i czy wszędzie takie gówno do gardła się wlewa? No, pan mi powie, panie profesorze, panie inżynierze, panie gościu, panie spotkany, panie ładny... W Radomiu nic o tym nie wiedzą? Ale pan już tutaj od wojny mieszka, to znaczy ładnych dwanaście lat... I co? Pan nic nie wie, naprawdę nic pan nie wie i nic mi nie może powiedzieć? Przychodzą do nas wszyscy zabici i nic nie możemy im odpowiedzieć, tylko że... ta wóda cholerna... Och, co ja gadam. Przepraszam pana bardzo, panie inżynierze.
Psiakrew! Już po dwunastej... Moja babka przestała na mnie czekać. Już wie, że nie przyjadę, albo płacze, albo poszła sobie innego poszukać... Pan wie, to nawet niezła niewiasta, wdowa, ma mieszkanie, czasami to nawet mi jest przyjemnie, jak do niej przyjdę, po głowie głaszcze, herbaty da, wódki aniani!
Tak się zdaje, jakby do domu człowiek przyszedł. Tylko że cholera potem do łóżka wciąga... a mnie się rzygać chce. No, ale, bratku, trzeba, tego kutasa to się ma nie od parady...
A mnie by się tak chciało... Panie, czy to za wielkie marzenia? Mnie by się chciało mieć dom, dwa pokoje, nie więcej, i żonę... Fiuuu, co za burżuazja! Jakie marzenia, psiakrew. Mieszkanie!
Z tą Marysią, co to ja ją na żniwach, na "akcji żniwnej" poznałem, to nawet bym się i ożenił. Dobra dziewczyna, ale rodzice nawet słyszeć nie chcą. Nie chcieli, bo to było dawno i zupełna nieprawda. Cha, cha, cha! Zupełna nieprawda, kto tam myślał o żenieniu? Gdzie mnie do żeniaczki? Ciotka mnie wygnała całkiem, jak wyszedłem z więzienia, bo ja panu powiedziałem, że ja za krótko w więzieniu siedziałem i zaraz się mnie zaczęli bać... Niech się boją, kochany panie, tyle lat ja się bałem.
Po co my tak długo z sobą siedzimy i na pan gadamy? Co? Teraz akurat, jak północ wybija, trzeba brudzia wypić. Brudzio, wiadomo, najlepszy o północku, to takie będzie mocne braterstwo, że na śmierć i życie... Cha, cha, cha! Pan się przestraszył? Niech się pan nie boi, tylko na życie, tylko na życie, a to może gorsze niż śmierć, takie psie życie. Od króla Ćwieczka, panie kochany, bieda podgryza korzenie i już. Przecież ja bym się ożenił, żeby nie ta bieda... Pan wie, jak ja mieszkam?
Chciałem się z tą Marysią ożenić, ale chwała Bogu nie można było. Nie Izia! i koniec... ani ojciec nie chciał, ani w gruncie rzeczy ona nie chciała, bo gdyby chciała, toby nic jej nie przeszkadzało nawet w tej mojej drwalni mieszkać. Bo ja mieszkam, proszę pana, na takim przygórku, w drwalni, co to dawniej należała do majątku, a teraz to taka rozparcelowana na dzikim polu leży. To ja na tym przygórku sypiam, tyle tam miejsca, że kobita do mnie przyjść może, pocieszyć mnie w tych wszystkich kłopotach. No i stolik jest, jak się patrzy, do rachowania... Jakżeby majster budowlany nie miał stolika do rachowania! Pan przecie wie, cztery sposoby obrachowywania, cztery cenniki... i wszystkie obowiązujące, trzeba rachować, jeżeli się chce żyć... a mamusi też trzeba trochę odpalić... jakże to? Nie można, żeby babcia mamusię całkiem utrzymywała, chociaż to teraz takie obyczaje.
No, i oczywiście z tego wszystkiego trzeba było skrobankę robić. I co to się działo z tego powodu, jak gdyby nie wiem co.
A powiem panu prawdę, jak pan widzi, człowiek ja jestem oblatany, niejedno jeszcze bym mógł do tego wszystkiego, co tutaj panu powiedziałem, dodać, a wie pan, że o tej skrobance to jakoś pamiętam. Jakoś ona mi tak w serce weszła. Bo, widzi pan, ja tamtego człowieka z Dolnego Śląska też żałuję. Niepotrzebnie to było. Ale z tą skrobanką to przecie zupełnie co innego, inna para kaloszy, a właściwie mówiąc, inna para kondonów. Bo rozumie pan... No, i tak jakoś mi szkoda, jak bym w ogóle mógł mieć dziecko, utrzymać je, wychować! Może pan sobie wyobrazić, jak bym ja wychowywał dziecko?
Ja sam nie wiem, dlaczego ja panu to wszystko mówię. Siadł pan koło mnie, to i słucha pan. Pan po prostu boi się zostać. Ja pana z dawna przyuważyłem. I wie pan, jak jest czasem na szosie, kiedy się jedzie samochodem w nocy. Jak mijające się samochody światłami sobie dają znak i jak jeden drugiemu ustępuje, daje sygnał: "No, bracie, przestań świecić, to się miniemy w zdrowiu i pomyślności" - tak samo ja poczułem, że mi pan, jakeśmy się na ulicy mijali, powiadał: "No, bracie, miniemy się w zdrowiu i pomyślności". A pan mówi, że pan mnie nie widział. Sto lat, sto lat, jak teraz śpiewają i sami nie wiedzą, po co i dlaczego. Ja zaraz poczułem i dawno już sobie powiedziałem: "Temu gościowi wyspowiadaj się i koniec". Bo pan wie: żyje się tak na tym przygórku, pracuje się w budownictwie i nie w budownictwie, śpi się i jeździ do bab, a wszystko tak się jakoś w środku kiełbasi i tłamsi, i miesza się. Czasami człowiek nie wie, zwłaszcza kiedy wypije, co prawda, a co sobie wymyślił. A może ja tę skrobankę wymyśliłem? Nie to, że skrobanka była, bo tego ja nie wymyśliłem. Niech się pan Marysinej mamy spyta, ale to, że mi tego dzieciaka żal. Kto by to pomyślał! Ale, wie pan, w tej drwalni, gdzie ja mieszkam, ja mieszkam na przygórku, a na dole także jeden robociarz z dzieciakami. To on ma takiego jednego chłopaczka, Jurek się nazywa, ma trzy lata teraz, jakoś niedawno skończył, to ten mały Jurek boi się mnie piekielnie i zawsze go mną straszą. "Jak nie zjesz tej kaszki, to cię Romek zabierze! Jak nie przestaniesz wrzeszczeć, to cię Romek zabierze!" A ja na niego tylko spojrzę i dzieciak ucieka. I nigdy do niego nie mówię, a żebym go na ręce wziął - szkoda gadać. Ale, panie, jakbym ja chciał takiego dzieciaka mieć, to nawet panu powiedzieć nie umiem.
I właśnie sobie czasami wyobrażam, że ten, co go Marysi wyskrobali, mógłby być taki, z.takimi kędżiorkami i z czarnymi oczkami... Ojej, mówię panu, strasznie mi się one podobają, ale tylko po wódce. Bo tylko po wódce człowiek się robi taki sentymentalny, płakać się chce o byle co, o wszystko, o wujka, o ciocię, o Edka i o tego dzieciaka.
No, chociażbym się i ożenił, to co? Zarabiać zarabiam, nie tyle może zarabiam, co dorabiam, pan wiesz, przy budowach jakże inaczej być może. Ale mimo wszystko mieszkania mi nie dadzą ani sobie nie wybuduję. Nawet coraz lepiej na mnie patrzą. Niedawno zaproponowali, abym został prezesem spółdzielni budowlanej w Tarczynie. Panie, co za gadanie. Za słaby ja jestem złodziej na prezesa. Szkoda gadać.
A chociażbym i zarobił, to przecież wszystko przepiję, i tak, proszę pana, nawet jakbym i nie przepił, to mi się jakoś wszystko marnuje. Nic się mnie nie trzyma. Miałem ubranie - to się spaliło, miałem płaszcz - to mi ukradli, miałem dziewczynę - to mi ją zabrali. No widzi pan, jak to bywa na tym świecie. I jak to takiemu może się dzieciaka zachciewać?
A podobno gdzie indziej, chociażby w Związku Radzieckim, mają ludzie mieszkania, nie piją wódki, tylko raz na tydzień, mają dziewczyny, mają dzieci, jeżdżą nad Czarne Morze na wczasy. A ja raz tylko jeździłem do Szklarskiej Poręby. Panie kochany - ale my przecie brudzia wypili - to wiesz, inżynier kochany, czy nie trzeba tego jakoś zachować, panie kochany, więcej budować, żeby te atomy miały przynajmniej co niszczyć, żeby było czego żałować. Tylko że nie wiadomo, kto będzie żałować, bo nie wiadomo, kto się zostanie. Może akurat taka świnia jak ja wyżyje, to jakże ja będę dalszą ludzkość zakładać? Jak ta małpa... a wiesz, kochasiu! Taki zasraniec, żeby ludzkość zakładał!
Widzisz, już wszyscy się rozeszli, uciekają z takiej knajpy, gdzie ja siedzę, bo nie lubią mojej mowy. Przystojny to ja jestem. Ale co to pana obchodzi, panie inżynierze? Czy panu nie wszystko jedno, skąd ja mam pieniądze na wódkę? I tak, i tak zawsze mi zabraknie, i tę ostatnią ćwiartuchnę to musi pan postawić. Postaw ,,kochanie,, postaw, jeszcze jedna i-.pójdziemy spać. Muszę się napić, bo teraz ci powiem najtrudniejsze. Najgorsze rzeczy.
Widzisz, mówiłem ci, że ja się tak strasznie bałem. Bałem się, no, po prostu w portki srałem, już się tak starałem, tak starałem. Nikomu nic nie powiedziałem, co myślę o naszych najukochańszych, tych wszystkich w naszym miasteczku, co na górę powyrastali. Już tak chodziłem na wszystkie zebrania i tak gadałem, i tak klaskałem. I uczyłem się dobrze, i starałem się, a jednak mnie posadzili. Jak ja się tam, w cywilu, bałem, co dopiero w więzieniu. Ach, panie, ja wcale się im nie stawiałem, ja im wcale nie wymyślałem, ja zaraz na wszystko się zgadzałem. Tak, to tak, chcecie, to podpiszę, chcecie, to powiem, chcecie, to napiszę. I to mnie jeszcze jak męczyli! Najgorsze to niespanie. Jak mnie na dziesiątą noc zbudzili, to powiedziałem do tego faceta naprzeciwko: "Macie świętą rację, wszystko jest tak, jak wy chcecie, wy jesteście władza, ja wam wszystko zrobię, co chcecie, tylko dajcie mi się wyspać".
I uwierzysz pan? Dali mi się wyspać i wypuścili.
No, ale wtedy dopiero zaczęło się. Za wcześnie mnie wypuścili.
Pan wiesz, co to jest więzienie? Siedziałeś pan? Przed wojną? O, to pan jesteś z tych wierzących. To może lepiej, pan mnie lepiej zrozumiesz, prawda? Bo ja jestem ten najbiedniejszy, najskromniejszy, najgorszy na świecie, bo ja nawet nie jestem proletariusz, nawet nie lumpenproletariusz - tylko taka okropna burżuazja. Mój ojciec chłopom wymyślał - w cudzym interesie, nie we własnym. Płacili mu, żeby wymyślał ekonomom, a ekonom chłopom, a chłop dopiero panu, ale jak nikt nie widział...
Pan się mnie nie boi. Nie. Ja jestem morowy chłop - tylko mam już trochę w czubie. I ciągle zapominam, że my z tobą tego brudzia wypili. Widzisz, jak ja wypiję, to zaraz mi ten pierwszy facet z tego Dolnego Śląska przychodzi .do głowy; taki starszy już był, mniej mu było życia szkoda. Choć to i najstarsi życia żałują, moja babcia to za nic nie chce umierać. A niech nie umiera, bo kto by z moją mamusią mieszkał. Ja nie mogę. Za smutna dla mnie jest. Ja takiej melancholii nie lubię, ja lubię, jak kobieta jest wesoła. Marysia to była wesoła... do pewnego czasu.
I wiesz co? Ja tego procederu nie lubię... - powiedziałem tobie. Nie lubię tych ludzi takich... jak by to powiedzieć... nieżywych. Człowiek poty jest człowiekiem, póki jest żywy. I ja z tego całego zamiłowania to stracha miałem. I wszystko im przyznałem, bo oni prawdy nie wiedzieli, a o jakieś głupstwa mi gadali i do oczu skakali. A jak oni prawdy nie wiedzieli, to ja byłem mocniejszy od nich. Ba, nawet nie podejrzewali. I zaraz, jak tylko się na wszystko zgodziłem, z tego mamra mnie wydalili.
Ciotka mnie na próg domu nie puściła, już ci mówiłem. Lato było, to w lesie przez trzy dni spałem, w tym samym miejscu, co to tych Żydów rozwalili. A proszę pana, jak się już trzy dni w lesie sypia, to potem trudno w łóżku zasnąć. Nie to, że nie możesz, ale że nie dają.
No, i widzi pan, ładnie się pan urządził! Cały wieczór, ba, całą noc ze mną pijesz, bratku, i wszyscy to widzieli, i pani Zielonkowa widziała, a ona zaraz opowiada na cały Bryjów. Wszyscy będą to wiedzieli, że pan z Romkiem cały wieczór gadał i że pan jego bredni słuchał, i że pan z nim brudzia pił. A prawda, my przecie brudzia wypili! Jak ci na imię? Kostuś! Piękne imię, polskie imię, ja za to imię niejedną już wódkę wypiłem, niejeden okrzyk wzniosłem. Kostuś, stary, nie słuchaj, co ja gadam, to przecie wszystko nieprawda. Tylko ta głupia Maryśka i jej rodzice wierzą w takie bujdy. Oni mnie wypuścili i ja im wszystko obiecałem. Ale ja nic nie robiłem, ja chciałem uciekać, ja wtedy pojechałem do tej rozbabranej Szklarskiej Poręby.
A oni mnie tam przychwycili i drugi raz posadzili. No, i ciocia się wtedy pokazała. Ciocia wiedziała, okazuje się, komu ja wtedy tę amunicję nosiłem, ciocia wszystko wiedziała, tylko taki pozór dawała, że nic nie wie, i za folksdojczkę słynęła. I co pan powiesz, ten główny, co mnie przesłuchiwał, to był właśnie rodzoniusieńki brat tego, co ode mnie amunicję odbierał. Ciocia do niego poszła. I ciocia powiedziała, co i jak, i co mi zarzucają, a ja sam nie wiedziałem, co mi zarzucają, no i ten pan zatelefonował do brata i co pan sobie wyobrażasz? Wypuścili!
U nas w Polsce zapodziej gdzie człowieka! Sposobu żadnego nie ma. Kraj taki, Kostek, że jak pies się położy, jaki duży pies, to językiem w NRD dysze, a ogon ma po moskiewskiej stronie. Nikt się tu nie zapodzieje na takim skraweczku ziemi.
To i ja się nie mogę ukryć. Pracuję ja sobie w tych budowach, jak Pan Bóg przykazał, do niczego się nie mieszam prawie. Wiesz, nawet teraz na żadne zebrania nie chodzę, bo po co mają powiadać, że on chodzi i węszy, siedzę jak mysz pod miotłą, zabawić się i owszem, lubię, ale tam, gdzie mnie nikt nie zna. W Warszawie to mnie nie znają, choć kto ich tam wie, mają i oni swoje jakieś rozeznanie. Niedawno to mi tego Edka ktoś wypomniał.
Boże drogi, dawno go zapomniałem, nie pamiętam, pochowali go - wiesz, mówiłem - z takimi kwiatami, z księdzem, ja nawet w ten kąt cmentarza nie zaglądam, może to dobrze, że umarł taki młody, "umarli się nie starzeją"..., a oni mi wypomnieli, nawet nie wiem kto. List taki napisali, anonimowy, wiesz, anonimy to u nas lubią posyłać, bardzo dużo mi teraz posyłają. Ze niby po co ja tu mieszkam, po co się do porządnej dziewczyny posuwam... A przecie ja się już do niej nie posuwam, dawno zapomniałem, niech sobie robi co chce, niech sobie za mąż idzie w białej sukni, niech ma welon jak stąd do kolei żelaznej, niech udaje niewiniątko, co mi tam. Dziewczyna to nie świat... Ale świat? Co to jest świat? O, może mi właśnie to powiesz? Jak ja się upiję, to mi takie pytania przychodzą do głowy: właśnie, co jest świat? Co ja we świecie znaczę? Ja wiem, że nic nie znaczę. I nic nie znaczy to z tym Edkiem, i nic nie znaczy to, że człowieka tam na zachodzie ukatrupiłem, starego człowieka, niech mu tam, pierwszy, znaczy się, mój trup. I nic nie znaczy, że ja się tego dziecka pozbyłem. Co to może znaczyć na tym świecie, gdzie jakieś zorze polarne świecą i wybuchy na słońcu jakieś zachodzą, i ci nasi uczeni posyłają sobie zapewnienia, że mogą nas wysadzić ponad księżyc w jednej sekundzie. I wysadzą nas - to nie ulega najmniejszej wątpliwości. Jakiś szaleniec się znajdzie. Jak się ma taką spiżarnię, to trzeba wyprawić bal.
To nie ma najmniejszego znaczenia. Dla świata moja osoba nic nie znaczy. Ale dlaczego to wszystko tyle dla mnie znaczy? Dlaczego ja od najmniejszych lat mojego żywota nic innego nie robię, tylko się męczę, i dlaczego nikt tego nie widzi? Wszystko to jakoś tak odbywa się, jakby to było najnaturalniejsze na świecie. I jeszcze chcą, żebym ja Polskę budował, dla socjalizmu pracował, to znaczy dla całej Polski, dla całego świata był ważny. Ja nie jestem ważny - rozumiesz, Kostek - ja nie jestem ważny, ja dla świata nic nigdy nie zrobiłem i zrobić nie mogę. Ale ja jestem człowiek i chcę żyć jak człowiek. Dlaczego ja nie mogę żyć jak człowiek? Rozumiesz?
Nie krzyczeć? Ja mam nie krzyczeć? A któż będzie krzyczeć, jak nie ja? Tu, spod tego serca, krzyk powinien wylecieć tak ogromny, aby się wszystko zatrzęsło i wszystko posłyszało, wszystko bractwo na świecie posłyszało, że ja chcę żyć jak człowiek!
No tak, masz rację. Nic to nie pomoże, że będę krzyczał, nie będę już krzyczał, choć co tobie to szkodzi? Będę już mówił szeptem, ot tak: Widzisz, kiedy ja byłem drugi raz w więzieniu, to już mnie i do wody trochę posadzili, i cela była wilgotna. Nie wytrzymałem. Zdawało się, chłop jak dąb.
Dwa metry wzrostu... tak się tylko mówi, dwóch metrów nie mam, ale widzisz, jaki ja jestem. Nie wstaję, nie, ale widzisz, jaki ja jestem. Otóż nie wytrzymałem, gruźlica...
Nie pić wódki, a czyś ty oszalał? A jakże taki człowiek może żyć bez wódki, taki jak ja? Mowy nie ma, nie wytrzyma. I stracha nie zażegna. Bo ja się w dalszym ciągu boję, ja teraz znowu mogę lada chwila pójść do mamra, teraz z innych przyczyn... No, a jakżeby inaczej mieć na wódkę? A jakbym nie miał na wódkę, tobym nie miał na życie. Baby, powiadasz, mi dają? Dają, ale wszystko mało, jak się pije, to się traci... i karty przyszły... i te lekarstwa... Nie masz pojęcia, ca to wszystko kosztuje. Ja wiem, że lekarstwa na nic, jak się wódkę pije, ale nie mogę się powstrzymać; tak mi się chce żyć, że myślę sobie, a nuż, a widelec. To te streptomycyny, to ten "pas", to te zastrzyki ze złota, to te szklanki gęsiego smalcu, jedna gęś dziennie, porachuj sobie, Kostek, co to wszystko kosztuje. I ja wiem, nie potrzebujesz mi mówić, że to wszystko na nic, jeżeli się wódkę pije. No, a jeżeli to jednak pomoże? To co?
Pomyśl, Kostek, ja mam dwadzieścia pięć lat. Powtórz za mną, no, powtarzaj: dwadzieścia pięć lat! Ty rozumiesz, co to jest dwadzieścia pięć lat? Mnie się zdaje, że ja jestem stary, ale to jest młodość, rozumiesz przecie, młodość. A ja jeszcze nie żyłem. I co, nigdy żyć nie będę?
A niedoczekanie ich wszystkich, na złość im wszystkim, i tej zasranej Marysi, i tej cioci rozanielonej, i tej babie warszawskiej rozpierdolonej, i tym wszystkim ubekom, co mnie męczyli, i tym wszystkim, co mi kazali patrzeć na krew...
Nie płakać?
Nie płakać... Ja zawsze, jak się urżnę, to płaczę. No, chodź, Kostek, pójdziemy. Patrz, pani Zielonkowa kima sobie na fotelu jak aniołek, a my sobie po cichutku, nie płacąc, na paluszkach pójdziemy. Co, trzeba zapłacić? Jak chcesz, to zapłacimy. Ile? Tylko tyle? Ja mam jeszcze, Kostek, nie wyjmuj twojego portfela, nie chcę widzieć, ile masz przy sobie. Wychodzimy na noc, jeszcze mnie jaki czort podkusi. Schowaj, schowaj... ja zapłacę. Nie płacić - to... niemoralne.
Teraz przejdziemy przez kuchnię. Tam śpią pieski i kotki, i Wnuczki pani Zielonkowej. Cichutko, cichutko. Przed Matką Boską pali się latarka, bo pani Zielonkowa pobożna niewiasta, to nic, że u niej się rozpija pół Bryjowa, to nic, że tu się załatwiają wszystkie złodziejskie siuchty, u niej w kuchni, jak u Pana Boga za piecem. Patrz, Kostek, jaki ładny kot śpi, bielutki jak mleczko, niewinny.
Chodź, ostrożnie, nie skrzyp drzwiami. Co to, latarnie pogasły? Coś się musiało stać w elektrowni, albo znowu węgla nie ma, albo znowu jakaś awaria... albo z oszczędności... Tyle tylko, że deszcz przestał padać. Niebo się wyjaśnia, patrz, jakie zimne, jakie ciemne...
Słyszysz, psy gdzieś szczekają. To w tej stronie, gdzie ja mieszkam, pewnie jakiś pijanica tam się włóczy. Szczekają uczciwe pieski, one nie lubią pijanych. Chodź, Kostek, odprowadzisz mnie, tak ciemno, a ty lepiej nogi stawiasz ode mnie. "Chodź, Romek, chodź". Tak Edek powiadał. Jeszcze się gdzie w jaki rów przewrócę i nie będę mógł wstać, a jutro trzeba wstawać do pracy, dla naszej ojczyzny kochanej. Żarty żartami, a ja ją kocham. Śmiejesz się. Masz rację. Gówniarz jestem.
Odprowadź, Kostek, odprowadź. To trochę daleko do tego mojego przygórka, ale teraz ty mi opowiesz coś o sobie. Milczałeś cały wieczór. Nic ciekawego? Pewnie.
Alboż to ciekawe, co ja ci opowiedziałem? Ciekawe? Zwyczajne. Prawda? Jak wszyscy ludzie.
Odprowadź mnie, odprowadź. Wiesz, ja koło tego krzyża, tam gdzie szosa skręca, to nie bardzo lubię po nocy chodzić. Sam nie lubię - w towarzystwie jeszcze, jeszcze. Koło tego krzyża to mnie zawsze coś w gardle ściska. Deszcz nie pada, ale zimno jak w psiarni. Ciemno, cholera, choć oko wykol.
Ale jakeśmy tego golasa na sośnie wieszali, to jeszcze było ciemniej.
1957