Tomasz Kłusek: Co prawda mamy rozmawiać o najnowszej literaturze dla dzieci i młodzieży, ale myślę, że warto poprzedzić to pytaniem o lektury, które oddziałały na dziecięcą wyobraźnię najmocniej. Proszę więc o powrót do krainy łagodności, czasu pierwszych samodzielnych lektur, książek, które być może najsilniej przyczyniły się do tego, że trawestując Miłosza, postanowiły panie żyć w służbie literatury dla dzieci. Na polu literaturoznawstwa, krytyki literackiej, sztuki translatorskiej i pisarstwa. O sobie tylko napomknę, że nauczyłem się czytać na Tytusie, Romku i A’Tomku Papcia Chmiela. W niesamowity sposób oddziałały na dziecięcą psychikę chyba przedwczesne lektury przygód Sherlocka Holmesa. I jeszcze Miś Uszatek Czesława Janczarskiego. W tym ostatnim wypadku książki zostały poprzedzone przez telewizyjne dobranocki z genialnym Mieczysławem Czechowiczem. Zabrzmi to dziwnie, ale bezustannie odkrywam w sobie ślady nieodwracalnego „zainfekowania” przez Tytusa, Holmesa i Uszatka.
Emilia Kiereś:Tych lektur, które zostawiły istotny ślad, było wiele i nie sposób wymienić wszystkie. Zaczęłam czytać wcześnie i czytałam, co tylko wpadło mi w ręce. Miałam też mądrą i wrażliwą przewodniczkę w osobie mamy; to ona podsuwała mi odpowiednie książki w odpowiednim czasie. Lubiłam poezję dla dzieci: Tuwima i Brzechwę, zwłaszczaPana Dropsa i jego trupę oraz przepięknąBaśń o stalowym jeżu, wiersze Joanny Papuzińskiej, Danuty Wawiłow, Edwarda Leara, A.A. Milne’a, także pouczające wierszyki Stanisława Jachowicza, dzięki któremu dowiedziałam się, czym jest morał. Na domowej półce stała obszerna antologia tekstów dla dzieciKolorowy świat w wyborze Celiny Żmihorskiej z obrazkami najlepszych polskich ilustratorów. Miała duży format, ponad czterysta stron i zawierała niezwykłe bogactwo wierszy, opowiadań, bajek, a nawet jednoaktówek. Spędzałam nad tą książką całe godziny, chociaż, jako że wydana w 1968, była odrobinę skażona duchem swojej epoki. Szczególnie jednak ukochałam wszelkie możliwe baśnie – to był świat, w którym czułam się najlepiej. I wcale nie przeszło mi to z wiekiem. W czasach podstawówkowych wpadłam w ciąg powieści przygodowych: Maya, Dumasa, Twaina. Teraz, kiedy lepiej umiem przeanalizować te moje upodobania, widzę, że najbardziej w opowieściach nęciło mnie to, co odbiegało od codzienności – a jeszcze bardziej chyba przemawiały do mnie historie, w których niezwykłe rzeczy przydarzały się w zwykłym życiu. Stąd moje przywiązanie do książek takich jakBracia Lwie Serce, Mio, mój Mio, Ronja, córka zbójnika i Nils Paluszek Astrid Lindgren; wielokrotnie wracałam do cyklu o Mary Poppins, do książek Eleanor Farjeon, Ewy Szelburg-Zarembiny, Edith Nesbit, Hanny Januszewskiej, Michaela Endego. Nie zmienia to faktu, że Sherlock Holmes też jest mi szczególnie bliski i myślę, że to jemu zawdzięczam późniejszą niegasnącą miłość do literatury angielskiej. Fascynował mnie jako postać, a pies Baskerville’ów czaił się na mnie w ciemnych kątach mieszkania. To było coś!
Krystyna Zabawa: Och, przypomniała mi pani o Kolorowym świecie! Mam do tej pory ten zaczytany tom, już w innej okładce, bo stara się zniszczyła, choć była twarda. Przepadałam zwłaszcza za bajkąO wesołej Ludwiczce Anny Świrszczyńskiej. Wiele wierszy z tej książki znam na pamięć. Moją pierwszą uświadomioną miłością literacką był Brzechwa, którego rodzice czytali mi tak często, że wkrótce brałamKopciuszka alboCzerwonego Kapturkaz pięknymi ilustracjami i w wieku trzech, czterech lat sama „czytałam”. Te bajki też umiem recytować do dziś.
W naszym domu było dużo książek. Mama kupowała trudno dostępne wspaniale ilustrowane wydawnictwa dla dzieci „spod lady” długo przed moim urodzeniem. Miała znajomą panią w księgarni, która odkładała jej takie cuda, jak Baśnie Andersena i Brzechwa dzieciom z ilustracjami Szancera, Bajki Perraulta ilustrowane przez Grabiańskiego. Też kochałam baśnie, choć niektóre budziły we mnie strach i nawet śniły mi się po nocach, na przykład Bajka o żelaznym wilku Sieroszewskiego. Misia Uszatka i Plastusiowy pamiętnik miałam, ale nie byli to moi ulubieńcy. Kiedy już umiałam czytać, czytałam mnóstwo i wiele książek wywarło na mnie duże wrażenie, więc podobnie jak pani Emilii trudno mi je wszystkie wymienić. To były zapomniane już dziś powieści Frances Burnett, Edith Nesbit, cykl o Pożyczalskich Mary Norton… Później fascynowali mnie bohaterowie Juliusza Verne’a. W dzieciństwie nie wyjeżdżałam nigdy daleko, a zawsze ciekawiły mnie egzotyczne kraje, ludzie, kultura, przyroda i pewnie dlatego zaczytywałam się w książkach podróżniczych Arkadego Fiedlera. Nie mogę nie wspomnieć o Niziurskim, Bahdaju (ach, ten Kapelusz za sto tysięcy z główną bohaterką, moją imienniczką), Ożogowskiej, Szklarskim (przygody Tomka Wilmowskiego też były moim „oknem na świat”), wreszcie Panu Samochodziku Nienackiego.
Ale największym przeżyciem mojego dzieciństwa była bez wątpienia Ania z Zielonego Wzgórza. Coraz bardziej uświadamiam sobie jej wpływ na kształtowanie mojej wrażliwości, upodobań, a nawet wybór zawodu: od zawsze chciałam być nauczycielką! Taką jak panna Stacy i Ania. Nadal ta praca jest moją pasją. Ostatnio, pisząc szkic naukowy o tej powieści, doszłam do wniosku, że również upodobanie do poezji angielskiej zawdzięczam Ani. Nazwisko Tennyson to chyba trzecie po Brzechwie i Mickiewiczu, które zapamiętałam.
No właśnie, muszę jeszcze powiedzieć o Mickiewiczu, którego poznałam długo zanim zaczęłam czytać, bo moja mama miała wujka recytującego nam przy każdej okazji ballady i fragmenty Pana Tadeusza. Słuchałam go z otwartymi ustami, choć pewnie niewiele rozumiałam. Ale ten rytm, ta melodia, te dziwne słowa i podziw dla wujka, że można tak z głowy…
E.K.:Ballady Mickiewicza, no przecież! Jak mogłam o nich nie wspomnieć!Małgorzata Strękowska-Zaremba:Ballady – to również moja lektura. Także, podobnie jak panie, zaczytywałam się w baśniach, z tym że baśnią były dla mnie również Biblia w wydaniu dla najmłodszych i mitologia grecka. Natomiast bardzo żywe jest we mnie wspomnienie czytanek z Elementarza Falskiego. Na tym podręczniku nauczyłam się czytać, potem wielokrotnie do niego wracałam, do dziś posługuję się cytatami zaczerpniętymi właśnie z niego. Jako że czytałam już w wieku czterech lat, i nikt nie ograniczał mi dostępu do półek z książkami, pierwsze samodzielne lektury nie zawsze były odpowiednie do wieku. Zanim poszłam do pierwszej klasy, miałam za sobą lekturę zarównoSzkolnych przygód Pimpusia Sadełki, Na jagody, Agata nogą zamiata, Księgi dżungli,trylogii Verne’a, jak i książek Karola Maya, nowel Prusa czy opowiadań Czechowa.
Bardzo lubiłam czytać rytmiczne rymowane wiersze, właśnie za to pokochałam Brzechwę, Tuwima i Mickiewicza. Najmocniej zapadły mi w pamięć te lektury, które poruszyły dziecięcą wrażliwość i wywoływały określone emocje. Chodzi przede wszystkim o teksty mówiące o śmierci. Największe wrażenie wywarł na mnie wiersz Józefa Ignacego Kraszewskiego Dziad i baba, w wydaniu „Naszej Księgarni”, z ilustracjami Olgi Siemaszko – uświadomił mi, że jestem śmiertelna, a lęk, który czułam, gdy go czytałam, jest we mnie do dziś. Podobnie odebrałam Chłopców z Placu Broni. Natomiast opis umierania dzielnego Apacza Winnetou okupiłam godzinnym płaczem. Do tej samej grupy zaliczam książki podszyte smutkiem i wywołujące współczucie dla bohaterów, jak choćby niektóre baśnie Andersena, O krasnoludkach i sierotce Marysi,O rybaku i złotej rybce, Ania z Zielonego Wzgórza. Jednak najmocniej na moje emocje wpłynęła książka Siergieja MichałkowaNie płacz, koziołku. Lęk o koziołka i wyobrażenie sobie, jak musi się bać biedny maluch osaczony przez wilki, to jest to, co nauczyło mnie empatii, a także snucia równoległych wymyślonych historii, w których koziołek zaprzyjaźnia się z wilkami.
Po drugiej stronie umieściłabym lektury, które dawały mi poczucie bezpieczeństwa. Upewniały, że świat jest uporządkowany, radosny, ciepły. Najważniejszą książką w tej grupie był Plastusiowy pamiętnik. Możliwość identyfikacji z bohaterką dawała mi niesamowitą frajdę. Miałyśmy taki sam piórnik, taką samą gumkę-myszkę, ołówek, stalówkę, scyzoryk, kałamarz. Podobny wpływ miały na mnie wspomniane czytanki z Elementarza, a także Z przygód krasnala Hałabały, Puc, Bursztyn i goście, Miś Uszatek czy Kubuś Puchatek.
Już jako uczennica podstawówki skupiłam swoje zainteresowania na książkach przygodowych, podróżniczych, fantastycznych i opasłych dziewiętnastowiecznych powieściach polskich, francuskich i rosyjskich.
T.K.: Pani Krystyna wspomniała o Kapeluszu za sto tysięcy. To książka, którą wiele razy przeczytałem. Zawsze w pierwszym wydaniu z 1966, z ilustracjami Ignacego Witza. Mam żal do Stanisława Jędryki, że nie sfilmował przygód Krysi Cuchowskiej zwanej Dziewiątką. Przywołam teraz dialog Joja z Maćkiem Łańką z Telemacha w dżinsachBahdaja:
„ – Ale pistolet to ty jesteś. (…) Uciekasz z domu, a zabierasz ze sobą książki.
– (…) Lubię czytać.
– A ja z książkami na bakier. Czasem przerzucę jakiś kryminał albo coś o wojnie… Wolę życie, takie na co dzień, prawdziwe. Z życia więcej się możesz nauczyć. I do kina lubię chodzić, bo tam przynajmniej widać, co się dzieje.
– Książki to zupełnie co innego.
– Rozumiem.
– W książkach też jest prawdziwe życie. Czasem, kiedy czytam książkę, zdaje mi się, że to ja ją napisałem. Kiedyś, dawno, może wtedy, kiedy mnie jeszcze nie było.
– Filozof z ciebie.
– Tak tylko sobie wyobrażam. Przeczytam książkę, a potem się zastanawiam, jak to właściwie jest; czy to prawda, czy zmyślenie. Książki to fajna rzecz”.
Książki to fajna rzecz! Maciek ma rację. Ale, czy Jojo, przeciwstawiający książkom życie prawdziwe i film, też jakiejś racji nie ma?
M.S.-Z.: Możliwe, że w czasach opisanych przez Bahdaja stawianie książki w kontrze do filmu i prawdziwego życia miało jakąś podstawę. Ja jednak uważam, że to rzeczy nieporównywalne, a już na pewno nie należałoby ich sobie przeciwstawiać, ponieważ granice między książką a życiem i filmem zacierają się coraz bardziej. To, co lata temu, z punktu widzenia ówczesnego czytelnika, mogło się wydarzyć tylko w książkach, na przykład nurkowanie z rekinami, dziś jest prawdziwym życiem. Film nie powstanie bez scenariusza, a scenariusz to też książka. Przeciwstawienie fikcji książki i prawdziwego życia też się nie obroni. Często to, co wydaje się najbardziej nieprawdopodobne w książce, wydarzyło się naprawdę, jak chociażby nieświadoma kradzież pieniędzy współpasażera dokonana przez jedną z bohaterekLO-teriiMałgorzaty Karoliny Piekarskiej. A właśnie ta scena jest wzięta z życia. Film zaś, ten dzisiejszy, to nie tylko kinowa projekcja pełnometrażowego tytułu, dzięki nowym technologiom wkroczył do naszego życia w postaci filmików na YouTubie, które przedstawiają życie prawdziwe – niby prawdziwe, bo przecież filmiki wrzucane do sieci bywają też wyreżyserowane i na pokaz. Ale nawet gdy zobaczymy na nich coś autentycznego, pamiętajmy, że za pomocądeepfejka można zamienić prawdę w wytwór fantazji. Przenikanie się wymienionych mediów i życia sprawia, że powinniśmy je traktować równorzędnie i jako całość.
E.K.:Nie mogę się z tym zgodzić. Uważam, że – o ile takie faktycznie istnieje – zacieranie granic między światem mediów a naszym prawdziwym, jedynym i niepowtarzalnym życiem jest czymś groźnym. Im mniej widoczne stają się te granice, tym wyraźniej i usilniej powinniśmy je zaznaczać. Nasze życie nie może stać się częścią filmiku z YouTube’a. Nie jesteśmy bytami z TikToka. Potencjalna trudność w odróżnieniu prawdy od rzeczywistości wirtualnej, zaburzenia osądu – to potężne zagrożenie, z jakim styka się dziś młodzież. W moim przekonaniu trzeba z nim walczyć.
M.S.-Z.:Mówiąc o równorzędności książki, filmu i życia, twierdzę, że nie powinno się ich sobie przeciwstawiać, a raczej traktować jako jeden przedmiot badania, ponieważ przenikanie mediów i życia istnieje, czy to się nam podoba, czy nie. Nie twierdzę, że godzę się z zacieraniem granic – szczególnie między filmem i życiem, uważam za to, że badając całość, można wyznaczyć również granice, o których mówi pani Emilia. Rozumiem jednak, że w pytaniu pana Tomasza chodzi o prostszą sytuację, gdy na przykład młody człowiek przedkłada film i codzienność z jej atrakcjami ponad lekturę książek. Właściwie jest to pytanie o przyszłość książki. Czy przegra z filmem i innymi przyjemnościami? Śmierć książki przepowiadano wielokrotnie, miały pokonać ją kino, radio, telewizja, odtwarzacze wideo, internet. Jak dotąd przepowiednie się nie sprawdziły, chociaż spadek czytelnictwa jest zasmucający. Czy pokonają ją gry, telewizja cyfrowa i platformy streamingowe? Nie sądzę. Co najwyżej będziemy czytać na różnych nośnikach. Współczesnemu Jojowi powiedziałabym, że w książkach jest i życie, i film – jako projekcja wyobraźni czytelnika. Poprosiłabym, by wyobraził sobie komputer z tysiącami plików, każdy plik zawiera jakąś przyjemność, która jest nam dostępna w krótkim życiu. Im więcej plików zdążymy otworzyć, tym będziemy szczęśliwsi. Jeśli Jojo zrezygnuje z plikuKSIĄŻKI, to będzie uboższy o tę przyjemność. Współczuję mu. Bo to wyjątkowa przyjemność. Daje nie tylko radość, ale i schronienie przed smutkiem, samotnością, rozpaczą. Gdzie znalazłyby azyl Matylda Roalda Dahla czy Ania Danuty Awolusi, gdyby nie książki? Współczesny Jojo podobnie, oddając się lekturze, może odnaleźć równowagę w świecie realnym. Po przeczytaniu książki niech idzie na film, będzie mógł ocenić obie wersje. Zdarza się, że dopiero film kieruje zainteresowanie widzów ku książce (tak było na przykład z Misiem Uszatkiem), i też dobrze. Ja zazwyczaj wolę przeczytać książkę, zanim pójdę na film. Jednak w przypadku Gry o tron było odwrotnie, i nie odebrało mi to radości lektury. Uważam więc, że książka i film żyją w symbiozie, zaś życie realne… Dwukrotnie widziałam jego wygraną nad książką. Raz, ponad dekadę temu, kiedy nawet bary w knajpach tapetowano tapetą z nadrukiem grzbietów książek. I drugi raz – to całkiem nowa moda – gdy zobaczyłam choinki bożonarodzeniowe ułożone z książek.
E.K.:Wspólnym mianownikiem życia, literatury i filmu jest niewątpliwie fabuła. Ludzie od zawsze mają potrzebę fabuły – być może dlatego, że jest nią żywot każdego z nas? Człowiek opowiadał, jeszcze zanim nauczył się czytać i pisać, ale też ilustrował swoje dzieje: czy prehistoryczne malowidła naskalne, będące – być może – relacją z polowania, nie są w jakimś sensie poprzednikami filmu? A jednak wyłączyłabym z tego potrójnego zestawienia życie. Należy ono do całkowicie odrębnej kategorii. Zostajemy nim obdarzeni i musimy sobie radzić, mając na nie umiarkowany wpływ. Owszem, ono też funduje nam niezwykłe przygody, o tyle lepsze od tych książkowo-filmowych, że doświadczamy ich na własnej skórze, są wyłącznie nasze i prawdziwe. Nie możemy jednak zamknąć życia jak książki, żeby wrócić do niego później. Nie przysługuje mu też umowność, która cechuje film i literaturę, dwie wspaniałe dziedziny sztuki – bynajmniej nie przeciwstawne, ale wyraźnie odgraniczone.
Jednak w odniesieniu do tematu dyskusji myślę, że należy spojrzeć na to zagadnienie z nieco innej perspektywy. Książka i film często są traktowane jak dziedziny przeciwstawne, kiedy mówimy o nich w kontekście wychowania dzieci i młodzieży. Wszystkie apele o to, żeby więcej czytać dzieciom, a pokazywać im mniej filmów, nie biorą się jednak z przekonania, że kino jest czymś gorszym, a są jedynie odpowiedzią na badania, które wyraźnie wskazują, że czytanie bądź słuchanie tekstu jest korzystniejsze dla rozwoju niż oglądanie ruchomych obrazów. W dzisiejszym świecie znalezienie złotego środka jest z pewnością trudniejsze niż kiedyś. Ale to od nas: rodziców, opiekunów, nauczycieli zależy, która z tych dwu dziedzin będzie dominowała w życiu naszych dzieci. Dzieci czytają dzisiaj mniej nie dlatego, że nagle zaczęły się rodzić z gorszymi ku temu predyspozycjami. Czytają mniej, bo są z każdej strony atakowane niewymagającymi i dostępnymi na wyciągnięcie ręki mediami. Słowo pisane ma w dzisiejszych czasach tak silną konkurencję, jak nigdy wcześniej. Ale to my możemy sprawić, żeby z tą konkurencją wygrywało. Uczmy dzieci obcowania z książkami, ale nie podsuwajmy im ich jak lekarstwa. Nie mówmy też: „Zamiast oglądać, lepiej poczytaj”. Po prostu sprawmy, żeby widziały, że dostają prawdziwy rarytas, skarb, którym chcemy się z nimi podzielić, a nie gorzką pigułkę.
K.Z.: „Dzielić się” – myślę, że to kluczowe. I pozwolić także dzieciom dzielić się ich fascynacjami. Bez oceniania, co jest lepsze, a co gorsze. Jeśli będziemy rozmawiać o literaturze czy filmie, siłą rzeczy włączymy je w nasze życie. Bliska mi jest wypowiedź Maćka z Telemacha w dżinsach: „W książkach też jest prawdziwe życie”. Podobnie w filmie, teatrze i sztuce w ogóle. Od dawna wierzę w to, że sztuka jest jedna, więc przeciwstawianie sobie na przykład dzieła literackiego i filmowego nie ma sensu. W dalszej części „filozoficznych” rozmyślań bohater Bahdaja wskazuje dokładnie to, czego szukam w dziele sztuki: własnego doświadczenia, przeżycia, emocji, których nie umiem sama tak zgrabnie ująć w słowa czy obrazy. To truizm, ale przecież to, co czytamy i oglądamy, kształtuje nasze wybory i postawy, bezpośrednio wpływa na życie. Ile w naszym myśleniu i mówieniu jest książkowych (ale też filmowych) „zapożyczeń”! W dzieciństwie z przyjaciółką porozumiewałyśmy się cytatami z Bahdaja, Niziurskiego, Montgomery, budując w ten sposób szczególną więź.
Mam wrażenie, że pan Tomasz swoim pytaniem wyzwolił lawinę. I poruszył zagadnienie naprawdę filozoficzne – stosunku życia i sztuki, z którym zmagają się uczeni i artyści od wieków, więc raczej go tu nie rozstrzygniemy. Zgadzam się, że trzeba zauważać i respektować granice, o których mówi pani Emilia, bo zachwianie równowagi może być groźne, na co zresztą moglibyśmy łatwo znaleźć przykłady w literaturze. Myślę, że istotny jest krytyczny stosunek do tego, co czytamy i oglądamy. To, w moim przekonaniu, powinno być podstawowe zadanie instytucji edukacyjnych na każdym etapie: z jednej strony, ośmielanie do poszukiwania własnych emocji, przeżyć i doświadczeń w sztuce, a z drugiej – zachęcanie do zadawania pytań, wątpienia, sprzeciwu.
Chciałabym zakończyć wypowiedź optymistycznym akcentem. Od lat pytam studentów o ich stosunek do adaptacji filmowych. Znakomita większość potwierdza to, o czym mówi pani Małgorzata: zdecydowanie wolą najpierw przeczytać książkę, później obejrzeć film. Świetnie potrafią porównać oba media, często kategorycznie twierdząc, że powieść jest lepsza. Prowadząc wykłady z historii literatury, kiedy to tylko możliwe odwołuję się do dzieł filmowych, bo wiem, że nawet jeden kadr albo krótka scena ośmieli do rozmowy łatwiej niż sam tekst. I proszę mi wierzyć, młodzież czyta nie tylko to, co musi w ramach szkoły czy studiów. Wiele razy też byłam zaskoczona, jak bardzo osobiście młodzi ludzie traktują utwór literacki, jeśli tylko im na to pozwolić. Wtedy też można po raz kolejny stwierdzić, że sztuka (w tym literatura) jest do życia konieczna.
T.K.: Wydaje się, że w czasach Bahdaja wszystko było prostsze. Mieliśmy „Klasykę Młodych”, „Złoty Liść”, „Bibliotekę Młodych”, „Klub 7 Przygód”, „Ważne Sprawy Dziewcząt i Chłopców”, „Bibliotekę Błękitnych Tarcz” i „Poczytaj mi, mamo”. Część książek ukazywała się poza seriami, ale tytułów było mniej, autorzy reglamentowani, no i dużo większe nakłady. Nie mówię, że dzisiaj jest gorzej, ale inaczej i trudniej. Trudniej, choćby dla mnie jako redaktora działu dziecięco-młodzieżowego. Na rynku ukazuje się wiele tytułów, zarówno polskich autorów, jak i tłumaczeń, często w mikroskopijnych nakładach. Trafiają do mnie na biurko i muszę podejmować decyzje. Co zrecenzować, o czym wspomnieć w nocie recenzyjnej, a co przemilczeć? Chciałabym zapytać o kryteria, którymi kierują się panie przy oddzielaniu dobrego od złego w literaturze najnowszej. Jakie tytuły zasługują na wyróżnienie, jacy autorzy, serie wydawnicze?
K.Z.:Zadał pan rzeczywiście trudne i kłopotliwe pytanie. Jestem przede wszystkim literaturoznawczynią i traktuję książki literackie jako potencjalne dzieła sztuki, w związku z czym zawsze wartości artystyczne/estetyczne są dla mnie najważniejsze. Ale jak zdefiniować te wartości? Dobra literatura (jak każda sztuka) powinna mieć moc wywołania w nas przeżycia estetycznego, czyli szczególnego poruszenia, najprościej mówiąc – emocji. To nie muszą być emocje pozytywne, książka nie musi nam się „podobać”, może budzić sprzeciw, gniew, chęć dyskusji. Ważne, żeby nie pozostawiała czytelnika obojętnym. To jest mój pierwszy sprawdzian. W przypadku literatury dziecięcej ważne jest to, żeby wartościowy był nie tylko tekst, ale też ilustracje, tzw. „szata graficzna”, projekt książki jako całości.
Uważam, że co najmniej od kilkunastu lat sytuacja książki dla dzieci w Polsce jest naprawdę dobra. Mamy świetne wydawnictwa ze świadomymi i znającymi swój fach redaktorkami i redaktorami, pisarki i pisarzy traktujących poważnie i odpowiedzialnie twórczość dla młodego odbiorcy, światowej sławy ilustratorów. Większość wydawnictw rozumie też, że do przekładów trzeba zatrudnić profesjonalnych doświadczonych tłumaczy. To niezwykle istotne! Mamy ostatnio wręcz „wyścig” bardzo dobrych tłumaczy klasyki dziecięcej. Czego chcieć więcej? Chyba tylko czytelniczek i czytelników. Podpowiedzią, jeśli chodzi o wybór dobrych książek, mogą być nagrody i wyróżnienia w konkursach literackich, takich jak Książka Roku Polskiej Sekcji IBBY, Nagroda Literacka im. Kornela Makuszyńskiego, krakowska Żółta Ciżemka i parę innych.
Pan Tomasz wymienił serie wydawane w PRL-u. Mam wrażenie, że większość z nich to serie młodzieżowe. Dziś widzę więcej ciekawych zjawisk i książek w literaturze dziecięcej, ale może to dlatego, że takie książki wolę czytać. Wydaje mi się, że odpowiednikiem „Złotego liścia” jest w XXI wieku fantastyczna seria „Mistrzowie Ilustracji”, wznawiająca klasykę w najlepszym wydaniu. Ostatnio ukazały się ponownie „Książeczki z Misiowej Półeczki” – interaktywne książki z mojego dzieciństwa, teraz pod tytułem „Bajki z Okienkami”. Mamy wznowienia serii „Poczytaj mi, mamo”, z którą mogą konkurować współczesne „Czytam sobie” i niezwykle ciekawie zaprojektowane „Poczytaj ze mną”. Właściwie każde liczące się wydawnictwo ma swoje „okręty flagowe” – serie dla różnych grup wiekowych. Świadomie nie wymieniam wydawnictw ani tym bardziej autorek/autorów. To by zajęło za dużo miejsca, a źle bym się czuła, gdybym o kimś zapomniała…
M.S.-Z.:Zgadzam się z panią Krystyną, że pytanie dotyka wielu obszarów i trudno zawrzeć odpowiedź w krótkiej wypowiedzi. Zacznę od kryteriów, którymi się kieruję, wybierając książki. Zaznaczam, że moim zdaniem nie ma kryteriów, które byłyby obiektywne i bezstronne. Nasze wybory są subiektywne, szczególnie gdy chodzi o emocje. A dla mnie dobra książka powinna wywołać reakcję emocjonalną (tu też zgadzam się z panią profesor): radość, śmiech, płacz, gniew itp. Po przeczytaniu wartościowej książki mogę zapomnieć jej tytuł, imiona bohaterów, ale wrażenia, jakie na mnie wywarła, już nie. Jednakże, zanim przeczytam jakąś książkę, muszę ją wyłuskać z ogromnej liczby tytułów. Konkursy są dobrym wskaźnikiem dla poszukiwacza wartościowej lektury. Niestety – muszę dodać tu łyżkę dziegciu do beczki miodu – są konkursy, które darzę zaufaniem i takie, co do których mam wątpliwości (znając zakulisowe zabiegi i uwarunkowania). Co może ważniejsze, w każdym, nawet najlepiej przeprowadzonym konkursie będzie wiele pominiętych tytułów. Przykładem niech będzie choćby twórczość dla młodzieży przywołanej wyżej Piekarskiej (świetna obyczajowo i psychologicznie), która jak dotąd nie dostała nagrody w dziedzinie literatury dla młodych, a było za co ją przyznać. Z tytułów, których niesłusznie, moim zdaniem, nie zauważyliśmy, mogłabym zrobić wspaniałą listę, ale przytoczę tylko dwa:Adaś i słońLudwika Janiona i Migotnik Roberta Piuminiego. Podpowiedzią dla zagubionych czytelników może być „Złota Lista” przygotowywana przez Fundację „ABCXXI – Cała Polska czyta dzieciom”. Niektórzy, szukając książki, kierują się renomą wydawcy, szczególnie małe wydawnictwa, dbające o poziom i estetykę produktu mają wiernych czytelników. Ja przede wszystkim wybieram książki pisarzy i pisarek, których twórczość zdążyłam poznać i ocenić jako wartościową (na przykład Szczygielskiego, Ryrych, Kosmowskiej i wielu innych). Liczę również na podpowiedzi znajomych zajmujących się literaturą dla młodych. Dość dobrym kryterium (choć też zawodnym) jest to, czy książkę wydał profesjonalny wydawca, czy też jej publikację sfinansował i przygotował do druku sam autor. Zwykle w tym drugim przypadku książki nie poddano redakcji i korekcie, co miewa opłakane skutki. Natomiast nie radzę kierować się tym, że książkę dla dzieci napisała osoba znana z mediów. Bycie celebrytą nie gwarantuje sukcesu w tym obszarze. W przyszłości ważnym medium zwiększającym obieg informacji o książce będzie internet – nie chodzi mi o e-booki czy audiobooki, lecz o to, by w internecie powstawały polskojęzyczne, rzetelne serwisy promujące czytanie i polecające książki (nie załatwią tego celebryci-youtuberzy, chodzi o profesjonalne serwisy z prawdziwymi redaktorami i specjalistami od książki dziecięcej).
E.K.:Na ogół kieruję się podobnymi kryteriami, ponieważ jednak literaturę dla dzieci i młodzieży czytam nie tylko ze względu na swój zawód, ale przede wszystkim jako rodzic, zwykle jest to dopiero wstęp do dalszej selekcji. Wybór książek dla dziecka to sprawa dość szczególna i wymagająca. Jako dorosły czytelnik przyjmę wszystko; najwyżej pożałuję straconego czasu albo odłożę książkę, jeśli mnie zmęczy, znudzi czy zniesmaczy. Jednak w przypadku dzieci i młodzieży literatura pełni, oprócz rozrywkowej, także funkcję formującą. Tu nie powinny się zdarzać pomyłki, dziecko powinno dostawać do rąk książkę, która będzie dla niego dobra. Oczywiście, istnieją tytuły sprawdzone (niekiedy wręcz przez pokolenia), które można podsunąć dziecku w ciemno, każdy rodzic ma też listę swoich „bezpiecznych” autorów. Ale co z nowymi autorami i tytułami? Krytycy, jurorzy konkursów, niekiedy blogerzy są tutaj bardzo pomocni; często umożliwiają oddzielenie pozycji wartościowych od byle jakich, chociaż niewątpliwie bolączką naszych czasów jest pewien nadmiar recenzji sponsorowanych przez wydawców. Wiarygodność i obiektywizm tych recenzji – w przeciwieństwie do niezależnej, profesjonalnej krytyki – mogą budzić uzasadnione wątpliwości. Uważam jednak, że zwłaszcza w zalewie nowych publikacji, w gąszczu różnorodnych, nie zawsze przez nas aprobowanych treści, idealna sytuacja to taka, kiedy rodzic, zanim da dziecku książkę, sam ją przeczyta i oceni, czy nadaje się dla tego konkretnego młodego człowieka: uwzględniając jego wrażliwość, zainteresowania, potrzeby, fascynacje, lęki. Nikt nie zrobi tego lepiej, bo nikt nie zna naszego dziecka lepiej od nas. To kwestia podstawowej odpowiedzialności.
M.S.-Z.: Ma pani rację, ostateczną decyzję o tym, jaka książka trafi w ręce małego dziecka, powinni podjąć rodzice (od razu pojawia się kwestia, która wykracza poza zadane pytanie: chronić czy nie chronić dzieci przed książkami na „trudne” tematy, typu śmierć, choroba itp.). Zgadzam się również z panią Krystyną – mamy dobrych autorów i coraz więcej wydawnictw dbających o staranność wydania. Z jakością redakcji bym nieco polemizowała – w skali całego rynku jeszcze nie odbudowaliśmy dawnej kadry. Uważam jednak, że rynek jest przesycony książką dla dzieci, i zgadzam się z panem Tomaszem, że trudno poruszać się w nim zarówno czytelnikom, jak i autorom. Jako recenzentka widzę nadzieję w działalności Polskiej Sekcji IBBY czy Fundacji „ABCXXI”, zaś jako autorka na przykład w Fundacji Powszechnego Czytania. Zalew publikacji nie ułatwia życia pisarzom. Bardzo nieprzyjemną wiadomością dla nich była rezygnacja (czy też ograniczenie liczby publikacji) jednego z wydawnictw, związanego od ponad stu lat z literaturą dla dzieci, z wydawania książek dla dziewięcio-, dwunastolatków i młodzieży. Poza tym nasze książki mają zbyt małe wsparcie państwa, aby przebić się za granicę. Nie ma stabilnej polityki finansowania zakupu książek przez biblioteki. Tych bolączek jest wiele, ale to na inną dyskusję…
E.K.: Pani Małgorzata zwróciła uwagę na tendencję, która daje się ostatnio zauważyć i do której nie mogę się nie odnieść – jako matka i jako autorka. Chodzi o niepokojące zjawisko wycofywania się niektórych wydawnictw – bo jest ich więcej – z publikacji powieści dla dzieci i młodzieży na rzecz książek obrazkowych i popularnonaukowych. Oczywiście rynek dyktuje warunki – ale czy rynku nie należałoby też kształtować? Nie chcę uogólniać, ale trudno nie odnieść wrażenia, że poczucie misji, niegdyś konieczne i pożądane w tej branży, systematycznie schodzi na dalszy plan, a kluczowym kryterium stają się często wyniki sprzedaży. Zapewne nie można winić za to wyłącznie wydawców, którym przydałoby się jakieś dodatkowe wsparcie, bo mimo że sytuacja książki dla dzieci w Polsce jest generalnie coraz lepsza, to jednak w dalszym ciągu literatura dla najmłodszych uchodzi za „mniej ważną” – jakże niesłusznie! Słyszymy też, że młodzi ludzie czytają dziś mniej niż kiedyś, ale czy właśnie dlatego nie powinno się tym usilniej o nich walczyć? Ograniczenie liczby wydawanych powieści wydaje się jednoznaczne z rezygnacją z młodego czytelnika. Bardzo się obawiam, że taka polityka w dalszej perspektywie służy raczej intelektualnemu, emocjonalnemu i duchowemu zubożeniu odbiorców. Tymczasem już malutkie dzieci lubią słuchać – ale też opowiadać. Opowieść jako taka jest niezbędna do rozwoju. Nie da się jej zastąpić listą ciekawostek z kolejnej ilustrowanej encyklopedii. Mówiłam wcześniej o tym, że człowiek ma wrodzoną potrzebę fabuły i podtrzymuję to zdanie. Ta potrzeba się nie zmienia, tkwi w nas i należy ją pielęgnować, nie zagłuszać. Oczywiście na razie sytuacja ciągle jest dobra, szczęśliwie są wydawcy, którzy wręcz wyspecjalizowali się w wydawaniu powieści dla młodych i młodszych, ale to nowe zjawisko z pewnością trochę niepokoi.
M.S.-Z.: Ja tylko dwie uwagi, książki obrazkowe mają moc stwarzania fabuły i skłaniania do opowieści, więc broniłabym ich, pod warunkiem że całkowicie nie zastąpią książki tradycyjnej. I druga: nie tylko literatura dla dzieci uchodzi za mniej ważną, również jej twórcy są traktowani protekcjonalnie, co najdziwniejsze – także przez autorów piszących dla dorosłych. A przecież to my wychowujemy im czytelnika.
E.K.:W obu kwestiach się z panią zgadzam i natychmiast muszę podkreślić, że w żadnym razie nie jestem przeciwniczką książki obrazkowej jako takiej; wiele z nich mnie zachwyca, sporo ich mam na własnej półce i doceniam ich ważną rolę w budowaniu wyobraźni, kształtowaniu zmysłu estetycznego i uczeniu obcowania z książką. Moje spostrzeżenie dotyczyło tylko pewnego zaburzenia proporcji wśród publikacji, które już daje się zaobserwować i na które, jak sądzę, warto zwrócić uwagę.
T.K.: Podsumowując naszą dyskusję, powiem mocno. Jest tylko jedna alternatywa: książki albo barbarzyństwo. Przed laty autorka „Nowych Książek” Halina Skrobiszewska stwierdziła, że literatura stanowi najlepszy pretekst do rozmowy „starych” i „młodych”. Dalej, że pozwala dostrzec to, co umyka naszej uwadze bądź z premedytacją jest odsuwane w odmęty świadomości czy podświadomości. Recenzentka przypomniała, że dawniej wychowawcami w szkole bywali najczęściej poloniści, a lekcje języka ojczystego przekształcały się w lekcje wychowawcze.
E.K.:Zgadzam się z panem, że zniknięcie książki oznaczałoby triumf nowego barbarzyństwa. Film jej nie wyparł, obawiam się jednak, że pojawiają się stale kolejne dla niej zagrożenia. Trudno udawać, że wartościowa literatura ma się tak samo dobrze jak kiedyś. Wierzę jednak w czytelnika i w to, że zarówno książka, jak i my, pisarze, pozostaniemy potrzebni, bez względu na wszelkie próby oddania sztuki, będącej przecież domeną człowieka, w inne, niekoniecznie ludzkie ręce. Literatura stanowi całkowicie wyjątkową gałąź twórczości artystycznej, nieporównywalny z niczym innym sposób wymiany idei i uczuć między jednostkami oraz społecznościami, unikatowy myślowy pomost łączący nawet odległe epoki. To ze względu na tę unikatowość, ale też na zdolność wpływania na język, którym się posługujemy, którym myślimy – i który poprzez to niejako nas stwarza, czyni nas takimi, jakimi jesteśmy – literatura pełni tak szczególną funkcję wychowawczą, kształtującą. I dlatego, tak wierzę, nieprędko ujrzymy jej koniec.
T.K.:Miejmy nadzieję, że nigdy tego końca nie będzie.
K.Z.:Są dwie książki, o których chciałabym na zakończenie wspomnieć. Jedna toCo czytali sobie, kiedy byli mali? (2014), w której Ewa Świerżewska i Jarosław Mikołajewski rozmawiają ze znanymi osobami o lekturach z dzieciństwa, m.in. z Jerzym Bralczykiem, Bohdanem Butenką, Januszem Gajosem, Krystyną Jandą, Kazikiem Staszewskim, Agą Zaryan… Druga powstała dzięki śląskim badaczkom literatury, Iwonie Gralewicz-Wolny i Beacie Mytych-Forajter, które poprosiły koleżanki z uczelni o napisanie szkicu na temat wybranej pozycji z literatury dziecięcej (Par coeur. Twórczość dla dzieci i młodzieży raz jeszcze,2016). Obie książki dowodzą, jak ogromny wpływ na nasze późniejsze wybory ma to, czego słuchaliśmy lub co już sami czytaliśmy jako kilku- czy nastolatki. Czasem uświadamiamy sobie to oddziaływanie z wielką mocą, jak Janina Ochojska, opowiadająca o lekturze z dzieciństwa, która „zadecydowała o [jej] dalszym życiu”. A czasem przypadkiem ze zdziwieniem odkrywamy w dawno wydawałoby się zapomnianym utworze źródło swoich inspiracji, upodobań, także uprzedzeń i lęków… Warto sobie zadać pytanie, co zawdzięczamy książkom z pokoju dziecinnego i warto o tym opowiadać… Dzieci i młodzież uwierzą w wartość czytania, jeśli podzielimy się z nimi swoim doświadczeniem.
M.S.-Z.:Piszący dla dzieci spełniają postulat pani Krystyny na każdym spotkaniu autorskim (szkoda, że spotkań z pisarzami nie wprowadzono do programu nauczania). Wracając jednak do pytania: skutkiem braku oczytania są m.in. nieumiejętność zrozumienia poglądów innych niż nasze, nieprzewidywanie następstw podejmowanych działań, brak wrażliwości. Nasze społeczeństwo, które czyta wyjątkowo mało, jest tego świadectwem. Uważam, że nie ma lepszego wychowawcy od dobrej książki, ważne więc, aby znalazły się w niej przykłady empatycznych postaw.
Nie wiem, jaką formę przybierze książka przyszłości, jestem jednak pewna, że przetrwa, ponieważ potrzeba opowieści (ich przekazywania i słuchania) jest w nas głęboko zakorzeniona od czasów malarstwa naskalnego poprzez literaturę oralną po druk i audiobooki. Będą to również książki tworzone przez sztuczną inteligencję. Czy jej teksty staną się konkurencją dla naszych książek, czy będą impulsem do sięgnięcia po tytuły stworzone przez człowieka? Zobaczymy.
Nowe Książki
2023