niedziela, 20 września 2026

Kraść z głową

 „Czemże będziemy się bawić, i kto nas bawić będzie?" zdawały się zapytywać siebie salony wileńskie po odjeździe hr. Ilińskiego i księcia Radziwiłła, a gdy nic nowego nie wkraczało w ich progi, zaczęto przysłuchiwać się, co mówią poza salonami — i dosłyszano chóry pochwał, składanych w hołdzie niepospolitej wymowie, jaką zabrzmiała katedra filozofji, odkąd ją zajął profesor Józef Gołuchowski, bardzo młody, a już bardzo uczony, przybyły z Królestwa Polskiego. Genjalny ten mówca oprócz młodzieży obowiązanej go słuchać, jako uczniowie, ściągał jeszcze tłumy wolnych słuchaczy, a wszyscy, przykuci zachwytem, póki mówił, rozchodzili się po mieście, powtarzając każdy, jak umiał, słyszane prawdy, głębokie, wzniosłe, a oddane z prostotą i jasnością codziennej mowy. Mój ojciec był jednym z najwierniejszych wolnych słuchaczów tych arcypięknych prelekcyj, dla których, jak i dla lekcyj architektury

Karola Podczaszyńskiego, zaprzągł się był w życie akademickie, pilnując się godzin i notując za powrotem, co słyszał, co spamiętał. Pozazdrościły i damy tego życia, a z księżną Dymitrową Czetwertyńską na czele zaczęły uczęszczać na prelekcje Gołuchowskiego, który, ujęty tym przybytkiem niezwykłych słuchaczy, rozpoczął nową serję, mającą na celu rozbiór duszy i piękna. O ile widok dam na sali wpływał na natchnienie mówcy, nie wiemy, ale o czem głośno mówiono, to o wpływie niekorzystnym na uczniów, którym obecność pięknych księżniczek Czetwertyńskich w całym blasku wdzięków i stroju, siadających w pierwszych ławkach, była wielką przeszkodą, odwracając uwagę od profesora do widzów. Jako dzieci, o których zwykle sądzą starsi, że nie zrozumieją wyższych rzeczy, nie uczestniczyłyśmy tym uczonym zabawom i pozostały mi tylko w pamięci oderwane opowiadania naszego ojca, który wracał zawsze zachwycony z tych prelekcyj, i pochwały niektórych odwiedzających nas wieczorem, a nareszcie anegdotka jedna, która najsilniej wraziła nazwisko Gołuchowskiego w umysł dziewięcioletniej dziewczynki. Była natenczas moda kotyljona, to jest walca, tańcowanego trybem mazurkowym z figurami, w jednej z nich para walcująca obowiązaną była okręcić się około krzeseł w ósemkę; po wielu próbach mniej więcej zgrabnych jeden tylko Karol Kostrowicki potrafił to dobrze wykonać. Przyklaskiwali mu widzowie balu i między niemi stojący we drzwiach sali po skończonej partji wista generał-gubernator Korsakow-Rimskij, staruszek, który nikomu wody nie zamącił, a wymagał jedynie, aby go wymykającego się á la française nie żegnać i nie odprowadzać. Otóż, stojąc we drzwiach, pociągając kołnierza, jak to miał we zwyczaju, zauważył i on pana Karola Kostrowickiego, a że go nie znał, zapytał stojącego bliżej od innych mego ojca, kto by to był taki? Trzebaż takiego trafu, że ów Karol stanął w tej chwili obok profesora Gołuchowskiego, a mój ojciec, nie przypuszczając, aby chwilowy laureat balu mógł zająć kogo więcej nad triumfatora każdodziennego, nie zważając, że palec Korsakowa wskazuje na akademika o włosach blond, z zadartym noskiem i ru-mieńcem panny, sam zapatrzony na twarz ciemną i myślącą szanownego filozofa, odpowiada gubernatorowi: „C'est le professeur de philosophie, mr. Gołuchowski" — „Ach! vraiment?!" odrzekł zdziwiony Gubernator, pociągając silniej kołnierza, i, skinąwszy na adjutanta Szebekę, wymaszerował zwolna z salonu. Nazajutrz gruchnęła po mieście, iż kto tylko zjawi się do Dworca, Korsakow opowiada każdemu, iż pierwszym tancerzem Wilna jest profesor Gołuchowski, a dla lepszego uwydatnienia i poparcia tego, co mówił, ustawia krzesła i sam się wkoło nich okręca, u obiadu tak samo ustawia solniczki, przy kartach zaś lichtarze, i tłumaczy, jak się zręcznie wywinął profesor filozofji z figury, której nikt przed nim wykonać nie umiał. Gdy to doszło do mojego ojca, czując się odpowiedzialnym za to qui pro quo, które, trafiając do uszu filozofa, mogłoby go obrazić, idzie mój ojciec do p. Gołuchowskiego i przeprasza go za mimowolną pomyłkę. Ale ten nietylko, że się nie gniewa, lecz, uznając owszem p. Kostrowickiego za skrzywdzonego, żałuje, iż tak dobrze, jak on, tańcować nie umie i zapowiada, że taniec obiera za treść przyszłej prelekcji.

Kiedy to piszę w lat 43 po owym wypadku, zjawia się dama, która lat kilka przepędziła w domu i w rodzinie tegoż Józefa Gołuchowskiego, w jego Garbaczu, gdzie, z profesora stawszy się gospodarzem, dowiódł, iż filozofja chrześcijańska jest podstawą życia naszego i jego duszą. Łatwość w pożyciu, dowcip, wesołość, wpływ korzystny na sąsiadów, najmilsza rozmowa i ten dar pobudzenia i zmuszenia drugich nietylko do myślenia, ale i do wysłowienia tych myśli — oto były cechy charakteru i stosunków z ludźmi owego filozofa, który zawsze najmilej, najrzewniej wspominał swoją bytność i występowanie w Wilnie. Słówek jego dużo cytowała nam Olga S*, która z uczuciem córki wspomina profesora Gołuchowskiego, zawdzięczając mu swoje wykształcenie intelektualne; ale najcharakterystyczniejszym rysem wydała mi się zabawa, którą chciał uczcić trzy razem solenizantki, a sprosiwszy dużo gości, że sam mieszkał w piwiarni, ofiarował słodownię na salę balową. Wymyta podłoga szkliła się od słodu, jak woskowana, ale dla zachowania charakteru sali nie wyniesiono nawet beczek od chmielu, spokojnie sobie spoczywających poza słupami. Domowi napierali się orkiestry, ale Profesor, nazywając to zbytkiem, radził każdemu wyuczyć się jakiego tańca na fortepianie, do czego się też wzięto, ale nie bez westchnień głębokich za orkiestrą. Nadszedł nareszcie dzień potrójnych uroczystości i obiad w słodowni zebrał około dużego stołu liczne sąsiedztwo. Gospodarz wznosi toast na cześć solenizantek, poprzedzając go przemową z natchnienia improwizowaną, jak to zwykle czynił, a słowom: „Wiwat! niech żyją!" zawtórowała nagle kapela... Patrzą zdziwieni biesiadnicy, aż z każdej beczki wygląda Żydek ze skrzypką, z klarnetem i t. d. Jedną też z charakterystycznych postaci Wilna, ale należącą więcej do epoki, jak wyłącznie do miasta, — był Hackiewicz (czy Chackiewicz), znany pod przydomkiem „gracza", a nawet „szulera", do czego sam się pierwszy przyznawał, jakby szukając chluby z tego, co mu było hańbą. Dowcip jego trącił cynizmem, i można byłoby złożyć sporą książeczkę z samych anegdot o nim i jego odpowiedzi, solą attycką zaprawnych, choć bezczelnych. Jak naprz. do magnatów, posiadających obszerne włości, mawiał, że „oni byli panami z chłopów, a on pan z panów, bo ogrywając ich się wzbogacił". Jak winszującym mu, że utył, „Czemu nie", odpowiadał z uśmiechem: „dwóch Potockich zjadłem". Słysząc moją matkę, uskarżającą się, że spać nie może (w Wilnie), dla hałasu na dole, gdzie był szynk — „Bądź pani spokojna" rzekł — „ja temu zaradzę". W rzeczy samej, na przyszłą noc było cicho, a gdy matka moja pytała u Hackiewicza: „Jakim sposobem tego dokazał" — „To moje ludy" — odpowiadał — „oni mnie słuchają". — Cynizm tego człowieka przyswajał sobie wszystkich występnych. Gdy była mowa o złym księdzu — „To mój kapelan", mawiał on — a na kobietę złej opinji mawiał: „To malina z mojego lasu". — Raz na ulicy zdybało go trzech znajomych w jego rodzaju, ale trochę mniej głośnych. Było to na trotuarze, niedaleko apteki. — „Pójdźmy trochę dalej", zauważył Hackiewicz, „bo, jak nas obaczy aptekarz, gotów zawerbować do octu!" (a któż nie wie, że tak zwany „ocet czterech złodziei" jestnajsławniejszy). — Chcąc swego syna zalecić komuś: „Oto młodzieniec przyzwoity" rzekł, prezentując go — „ma tylko dwie nieszczęsne wady: jest moim synem i nazywa się Hackiewicz". — W Tulczynie, gdzie zakładał w czasie jarmarku srebrną salę i nieustającego w niej faraona, Tadeusz Czacki, widząc go tasującego karty, zagadnął po swojemu: „A cóż, Hackiewicz, czy zawsze po dawnemu bierzesz walety za damy, a newki za dyski?" — „A zawsze", odrzekł niezmieszany szuler—„i podobno oba nie poprawimy się nigdy: ja zawsze biorę walety za damy, a pan pamięć za rozum".

Raz na pokojach Szczęsnego podziwiano śliczny sznur pereł, należący do samej Hrabiny, którą była owa sławnie piękna generałowa ex - Wittowa, Greczynka, dla której Zofjówka powstała i obie opiewał Trembecki. Perły te były wielkości wisien i kosztowały krocie; każdy pragnął zbliska oglądać, colier szło z rąk do rąk, aż nareszcie, gdy Hrabina chciała je napowrót odebrać, nie znalazły się w niczyim ręku!... Hackiewicz był w liczbie oglądających ... „Słuchaj no" — rzekł hrabia Szczęsny, biorąc go na stronę — „z tobą ceremonji nie robię, to twoja sztuczka, oddaj perły" — „Tym razem nie ja" — odpowiedział nieobrażony wcale otwartością Hrabiego „król cyników" — „Ale bądź spokojny, p. Hrabio, znajdzie się zguba, przed moim okiem nic się nie ukryje..." A poprowadziwszy wzrokiem wprawnym po wszystkich twarzach, spoczął na jednym młodzieńcu, którego, szepnąwszy mu coś na ucho, wyprowadził za sobą; a zamknąwszy się z nim na osobności: „Oddaj perły" rzekł mu, nie obwijając w bawełnę. Przeszyty wzrokiem i słowami młodzik daremnie chciał się zapierać. „Widziałem, jakeś kładł do kieszeni"— dodał Hackiewicz na pewnika. Naco ów młody człowiek, rzucając mu się prawię do nóg, zawołał: „Ratuj mnie, panie, pożycz mi twojej głowy!" — „Hultaju!" — zawołał Hackiewicz — „żeby twoje ręce do mojej głowy, to cała Europa nie byłaby spokojną!" A perły oddane w godzinę potem były na szyi pięknej Zofji.


Gabriela Puzynina

W WILNIE I W DWORACH LITEWSKICH

Pamiętnik z lat 1815 — 1843

Szczyty głupoty i hipokryzji


Od lat trwa batalia o konie przewożące turystów z Polany Włosienica do Morskiego Oka. Histeryczni obrońcy zwierząt alarmują, że konie są zmęczone pracą ponad siły i że z wysiłku zdychają na szosie. Wszystkie te argumenty sprowadzają się do podstawowego pytania sformułowanego kiedyś przez jednego z moich dowcipnych uczniów. Powiedział on, że chciałby się dowiedzieć który to idiota wymyślił pracę i dać mu w łeb.

Otóż konie tak jak i ludzie muszą pracować. Mają gorzej niż ludzie bo nie można zmusić społeczeństwa do utrzymywania bezużytecznych zwierząt choć utrzymuje ono wielu ludzi nie tylko bezużytecznych lecz również szkodliwych. Bezużyteczne, a nawet groźne zwierzę każdy może utrzymywać dla własnej rozrywki, o ile pozwala na to prawo. Wśród młodych ludzi pojawiła się od pewnego czasu moda na hodowanie piranii, pytonów czy pająków ptaszników.

Nikt nie zabrania natomiast członkom różnych stowarzyszeń czy fundacji wykupywania koni i utrzymywania ich w postulowanych przez nich luksusowych warunkach. Zdjęcia koni uratowanych od rzeźni napędzają spontaniczne zbiórki ludzi dobrej woli, które są podstawowym sposobem pozyskiwania przez fundację środków. Zdarza się, że taki konik dawno zdechł, albo został przerobiony na karmę dla psów, a jego zdjęcie nadal figuruje na reklamowej stronie fundacji. Podobnie jak zdarza się, że fundacje charytatywne zbierają środki na operację dawno zmarłego dziecka.

Chociaż sposoby pozyskiwania oraz wydawania środków przez fundacje mają ścisły związek z awanturami o konie w Tatrach zajmijmy się sprawami bardziej istotnymi. W Tatrach przy przewożeniu turystów pracują prawie wyłącznie konie zimnokrwiste. Konie zimnokrwiste, hodowane kiedyś jako konie pociągowe, są obecnie hodowane na rzeź.

Według statystyk Głównego Inspektoratu Weterynarii w Polsce zabija się rocznie w rzeźniach od 15000 do 25000 koni. Taki koń trafia do rzeźni w wieku dwóch, najwyżej trzech lat ze względu na jakość mięsa końskiego, która związana jest właśnie z wiekiem zwierzęcia. Pracujący koń pociągowy żyje natomiast kilkanaście lat. Górale kupujący konie do bryczki po prostu ratują im życie. A wprowadzenie zakazu używania koni w Tatrach skazuje wszystkie obecnie pracujące tam konie na śmierć w rzeźni. Choć nikt nie może zmusić obywatela do utrzymywania bezużytecznego zwierzęcia jest wiele osób które opłacają dożywocie swoim ukochanym wierzchowcom.

Są również tacy którzy ofiarowują dożywocie cudzemu koniowi. Znam rodzinę, która zapewniła dożywotnie utrzymanie ślepemu koniowi wyścigowemu Grajkowi. Grajek wzruszał swoim ( nomen omen) ślepym zaufaniem do człowieka. Obrońcy zwierząt dla jego własnego dobra wykluczyli go z wyścigów co oznaczało skierowanie do rzeźni a od przerobienia na karmę dla psów uratowali go właśnie znajomi. Personaliów dobroczyńców, pod których opieką Grajek żył długo w dobrych warunkach nie podaję, bo zrobili to z dobrego serca a nie dla rozgłosu. Utrzymanie konia to wcale nie bagatelna sprawa. To obecnie około dwóch tysięcy miesięcznie.

Wracając do koni przewożących turystów w Tatrach. Jak ustalono w czasie spornych kilkunastu lat padły tylko trzy konie przewożące turystów. Przyczyną śmierci było pęknięcie tętniaka i nagła kolka. W tym samym okresie w Tatrach zginęło w wypadkach i zmarło na serce kilkanaście osób. Czy to oznacza, że należy zamknąć góry dla ruchu turystycznego?. Wiele lat temu oglądałam w telewizji dramatyczny obraz zdychającego na szosie konia. Koń ewidentnie cierpiał na kolkę. Kolka nie ma nic wspólnego z pracą konia, występuje najczęściej niespodziewanie i jedynym sposobem uratowania zwierzęcia jest zmuszenie go do ruchu. Jak zalecają weterynarze trzeba konia podnieść, często z konieczności brutalnie, nawet kopiąc go boleśnie w nos. Na oczach widzów młody woźnica usiłował podnieść konia przy użyciu bata co mogło uratować mu życie.

Rzuciły się na niego rozhisteryzowane paniusie, uniemożliwiły mu działanie, a jedna z nich podłożyła zdychającemu koniowi firmową torebkę pod głowę. Tak więc koń zmarł w męczarniach bynajmniej nie z przepracowania lecz na skręt kiszek z torebką Louis Vuitton pod głową. Podłożenie zdychającemu koniowi drogiej torebki pod głowę było aktem skrajnej głupoty a nie miłosierdzia. Właścicielka tej torby myśli jak pewien adwokat który kierując Mercedesem zderzył się czołowo z prawidłowo jadącym Audi 80. Twierdził on, że jadące Audi kobiety zginęły, ponieważ jechały kiepskim samochodem, który nazwał „trumną na kółkach”.

Trudno opisywać wszystkie etapy awantur pomiędzy aktywistami obrony zwierząt a góralami i lokalnymi władzami . To właśnie aktywiści DIOZ ( Dolnośląski Inspektorat Ochrony Zwierząt) zorganizowali protesty czyli awantury na szosie do Morskiego Oka. Przeciwko tym aktywistom prokuratura prowadzi liczne dochodzenia. Zarzuca się im obrażanie funkcjonariuszy policji i urzędników starostwa, bada co naprawdę stało się z odebranymi przez organizację końmi, kto rzeczywiście podpalił użytkowany przez nich samochód, na co idą pozyskiwane przez nich pieniądze i czy faktycznie- jak twierdzą górale – DIOZ ma swoje udziały w firmie produkującej wózki, które miałyby zastąpić konie na szosie do Morskiego Oka.

Jest wielce prawdopodobne, że obrona zwierząt to tylko pretekst do prób wypchnięcia górali z rynku usług przewoźniczych. Wojny ekonomiczne, wrogie przejęcia, są zjawiskiem starym jak świat. Dla mnie porażający jest tylko fakt, że w imię ochrony koni faktycznie się im szkodzi. Wielokrotnie przywoływałam tu wypowiedzi i prace amerykańskiego ekonomisty Henry’ego Hazlitta. Twierdzi on, że ustawy i zarządzenia mające chronić pewne grupy społeczne najczęściej im szkodzą. Na przykład ochrona prawna emerytów przed zwolnieniem powoduje, że osoba w wieku przedemerytalnym ma wielkie kłopoty ze znalezieniem jakiejkolwiek pracy. Głupotą jest odbierania dziecka za muszki w domu i skazywanie go na bidul. Szczytem głupoty i hipokryzji jest skazywanie koni na rzeź w imię jak twierdzą ich obrońcy ich własnego dobra.

Izabela BRODACKA
https://dakowski.pl/szczyty-glupoty-i-hipokryzji/

Sceny myśliwskie

 

„Z flintą nos w pole wytknął,
Rycerskim więc instynktom
Dziś ujście daje rad.
Huczy strzałów muzyka.
Zając wszak zdrów umyka,
Obławnik dostał w zad”

Wprawdzie gdy to piszę, trwa jeszcze gorące lato – jak przystało na globalne ocieplenie – z upałami, ale i z burzami, których latem też nie brakuje – ale u progu kampanii wyborczej do przyszłorocznych wyborów parlamentarnych rozpoczął się już sezon łowiecki. Na linii strzału w związku z aferą Zondacrypto znalazł się nie byle kto, bo prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego pan Piesiewicz, a więc zwierzyna raczej z gatunku grubych, chociaż nie najgrubszych – bo jego zatrzymanie w ramach sezonu łowieckiego dokonało się – jeśli wierzyć doniesieniom z nagonki – pod zarzutem zakupu złotego zegarka za 40 tys. euro.

Pan Piesiewicz tłumaczy, a na dowód swej niewinności pokazał nawet certyfikat, że zegarek, owszem, kupił – ale za własne pieniądze, a prezes Zondacrypto, pan Kral tylko mu w tym „pomagał” – jednak nawet taki trop u progu sezonu łowieckiego jest nie do pogardzenia, bo któż może powiedzieć, co jeszcze może kryć się w kniei? To zresztą bardzo ciekawa sprawa, która rzuca światło na kwestię wolnego handlu artykułami luksusowymi w naszym bantustanie. Okazuje się, że złotego zegarka zwyczajnie u nas kupić nie można, tylko że prezes Zondacrypto albo w ostateczności jakiś inny dygnitarz musi podać nabywcy pomocną dłoń. Pokazuje to, że teorie spiskowe, a zwłaszcza moja ulubiona teoria, według której po sławnej transformacji ustrojowej stare kiejkuty razem z dawnymi nomenklaturowcami w miejsce zwyczajnego kapitalizmu, ustanowiły u nas kapitalizm kompradorski. Od zwyczajnego kapitalizmu różni się on tym, że w kapitalizmie zwyczajnym o dostępie do rynku – na przykład rynku złotych zegarków – decydują właściwości człowieka: czy jest pracowity, pomysłowy, przedsiębiorczy, czy nie boi się ryzyka, no i czy ma szczęście. Jeśli ma te wszystkie zalety, to nie tylko przeboruje sobie do rynku, ale na tym rynku odniesie sukces na miarę swoich zalet i szczęścia – na przykład w postaci samodzielnego kupna złotego zegarka. W kapitalizmie kompradorskim zaś o dostępie do rynku i możliwości działania na nim decyduje przynależność do sitwy, której najtwardszym jądrem są stare kiejkuty. W tej sytuacji nic dziwnego, że same pieniądze do zakupu złotego zegarka nie wystarczą, że nabywcy musi pomóc ktoś – no właśnie: czy to z grona obywatela starych kiejkutów, czy z jakiegoś innego uprzywilejowanego środowiska. Po jakiej linii swoją wyjątkową pozycję uzyskał pan Przemysław Kral?

Czy jest on narodowości prawniczej?
Na to wskazywałaby okoliczność, że gdy ziemia zaczęła palić mu się pod nogami, schronił się w bezcennym Izraelu, którego paszport szczęśliwie posiada. Z drugiej jednak strony pan Kral stanął na czele firmy BitBay po zagadkowym zaginięciu jej założyciela pana Sylwestra Suszka, którego był „pełnomocnikiem prawnym”, a kiedy już stanął, to przerobił ją na Zondacrypto i rozkręcił działalność. Ta druga okoliczność wskazywałaby raczej na stare kiejkuty – ale przecież nie ma u nas ustawy, która zabraniałaby osobom narodowości prawniczej podtrzymywania związków ze starymi kiejkuty, więc tropy mogą się na siebie nakładać.

Okoliczność trzecia
Wreszcie jest i okoliczność trzecia – że od maja br. pełnomocnikami prawnymi pana Krala jest z jednej strony Wielce Czcigodny mec Giertych Roman, a z drugiej pan mec. Dubois. Wprawdzie ani obywatel Żurek Waldemar, ani żaden z pełnomocników, którzy chronią się za murami „tajemnicy śledztwa” nie mówi wyraźnie, czy to prawda, że pan Kral zyskał status świadka koronnego, czy nie – ale na mieście krążą fałszywe pogłoski, że „współpracuje” z prokuraturą. Poza tym – z obfitości serca usta mówią – a wystarczy popatrzeć na rozradowaną twarz obywatela Żurka Waldemara, który sprawia wrażenie, jakby go ktoś na sto koni wsadził, żeby dojść do wniosku, że te fałszywe pogłoski mogą być prawdziwe.

Cóż bowiem robi taki świadek koronny? Taki świadek koronny składa zeznania. A jakie? Ano – nie trzeba być specjalnie domyślnym, żeby wiedzieć, że takie jak trzeba. A jakie trzeba? Ano takie, żeby na ich podstawie można było maksymalnie zaciągnąć sieć obławy, w którą wpadnie możliwie najwięcej zwierzyny i to zwierzyny grubej, którą potem, to znaczy – przed wyborami – będzie można triumfalnie pokazać na pokocie. Nie tylko zresztą na pokocie, bo wyobraźmy sobie tylko gabinety ustrojone w poroża rozmaitych jeleni czy kozłów, w szable dzików i inne myśliwskie trofea. Toteż chętnie wierzę, że pan Kral uległ perswazji swoich pełnomocników, że w jego sytuacji to będzie dla niego najlepsze wyjście – bo wobec takiego świadka koronnego, to i niezawisłe sądy zachowują się ze zrozumiałą rewerencją i żadnej krzywdy mu nie zrobią, zwłaszcza w sytuacji gdy po nasyceniu niezależnej prokuratury i wynagrodzeniu pełnomocników, zostanie mu to i owo ad captandalm benevolentiam niezawisłych sądów. Krótko mówiąc – polowanie zapowiada się niezwykle atrakcyjnie.

Co prawda podnoszą się głosy, że w przypadku Wielce Czcigodnego mec. Gierycha Romana może zachodzić konflikt interesów, bo wprawdzie – co skwapliwie podkreśla Hanna Gronkiewicz-Waltz – adwokaci nie bronią przecież osób niewinnych, ale z drugiej strony nawet partyjny kolega Giertycha Romana Wielce Czcigodny Sławomir Nitras co to w swoim czasie na sali plenarnej Sejmu penetrował damskie torebki pod nieobecność ich właścicielek, uważa, że Wielce Czcigodny mec Giertych postępuje niewłaściwie, a organa samorządu adwokackiego grożą nawet wszczęciem „postępowania dowodowego” – którym Zbigniew Zapasiewicz groził Bogusławowi Lindzie w filmie „Psy”.

Wydaje się jednak, że Wielce Czcigodny Giertych Roman tymi zarzutami się nie przejmuje. Widocznie wie coś, czego my nie wiemy, a czego mógł się dowiedzieć, reprezentując pana Michała Tuska przed sejmową komisją badającą sprawę „Amber Gold”. Jak pamiętamy, komisja pod przewodnictwem pani Małgorzaty Wassermann wprawdzie stwierdziła ponad wszelką wątpliwość, że „organy państwa”, to znaczy – niezależna prokuratura oraz niezawisłe sądy ze znanego na całym świecie z niezawisłości gdańskiego okręgu sądowego zachowały się w tej sprawie „niewłaściwie” – ale już nie odważyła się odpowiedzieć na pytanie, dlaczego właściwie tak się wtedy zachowały. Czy Wielce Czcigodny mec. Roman Giertych miał jakiś wpływ na tę powściągliwość komisji – oto pytanie, na które odpowiedź mogłaby rzucić snop światła nie tylko na polityczną karierę Wielce Czcigodnego mecenasa, ale i na jego niewrażliwość na rozmaite podchody z przeszłości, które – mimo dramatycznych momentów – zakończyły się wesołym oberkiem. Na tej podstawie możemy tylko snuć rozmaite domysły na temat wstydliwych zakątków, od których roi się zapewne w różnych zakamarkach naszej socjalistycznej praworządności, a o którą walczą zastępy płomiennych jej szermierzy, co to właśnie wyruszyły na łowy.

„A tam biegnie sarna, sarna, towarzyszu mój. Spuszczaj charta ze smyczy, niech sarenkę uchwyci, towarzyszu mój” – śpiewamy w łowieckiej piosence, która właśnie teraz nabiera aktualności. Kto znajdzie się we wnykach, kto na pokocie, a komu uda się wymknąć z obławy i za jaką cenę – to są te igrzyska, jakie vaginet obywatela Tuska Donalda oferuje w roku wyborczym publiczności, te circenses, bo na odcinku chleba powszedniego sytuacja nie tylko wygląda znacznie gorzej, ale w dodatku nikt w vaginecie ani nawet – w vaginecie cieni – nie wie, co z nią zrobić.

19.09.2026 Stanisław Michalkiewicz
nczas/sceny-mysliwskie

sobota, 19 września 2026

Sprawca odpowiedzialny za antysemityzm i inne obrazki












 

Jak trwoga to do Boga

 Upatrując związek religii z myślami o umieraniu oraz o kresie życia i z uczuciami, które owe myśli wywołują, zdaję sobie sprawę, że także i ten mój pogląd nie jest odkrywczy ani odosobniony: wielu ludzi traktuje religię jako pomoc w rozpaczliwym i bezskutecznym szukaniu ratunku, ucieczki, obrony i ochrony przed śmiercią i przed wszystkim, co śmiercią zagraża, jak: nieuleczalne choroby, kataklizmy, zagłada, wielkie niebezpieczeństwa, katastrofy, wojny, ciężkie kalectwo, głód, nędza, cierpienie nie do zniesienia, zarówno moralne, jak fizyczne. Wraz z myślami o końcu własnego życia i uczuciami wyrastającymi na tym podłożu nawiedzają nas podobne: o wszelkiego rodzaju nieszczęściach zagrażających naszym najbliższym. Tym myślom i uczuciom towarzyszy dręczący niepokój oraz strach, połączone z nieziszczalnymi marze-niami i snami o nieograniczonym przedłużeniu własnego trwania, trwania w otoczeniu wszelkich bliskich nam i drogich istot oraz miejsc i momentów życia pieczołowicie przechowywanych w pamięci, o odzyskaniu na stałe, już teraz, za naszego życia: zmarłych ludzi i zwierząt, od dawna zwiędłych roślin i nieistniejących już rzeczy, jak tych wszystkich i tego wszystkiego, co choć nadal żyje, istnieje, ale dla nas jakby umarło, bo należy do naszej przeszłości.


Zapatrywania na związek między wszelką religią a strachem przed umieraniem i śmiercią potwierdza doświadczenie wyrażone w porzekadle ludowym, o którego trafności nieraz przyszło mi się przekonać: „jak trwoga, to do Boga”.

Oto przed wojną – ani na podwórzu naszego domu, ani domów odwiedzanych przeze mnie – nie było świętych figur. Odkąd pamiętam, lokatorzy nigdy się tam nie gromadzili wieczorami na wspólnych głośnych modłach i śpiewach.
Natomiast wraz z początkiem okupacji zaczęły wyrastać jedna po drugiej figury, przeważnie Matki Boskiej, a po godzinie policyjnej – w Warszawie była to godzina 20.00 – wokół nich zbierało się coraz więcej mieszkańców, przedtem nie zawsze sobie znanych choćby z widzenia (przy wejściu frontowym była w naszym domu winda, więc spotkania na schodach, chyba tylko kuchennych, należały do rzadkości). W czasie wieczornych modlitw stopniowo zadzierzgała się i zacieśniała więź społeczna między lokatorami. W zwyczaj poczęły wchodzić sąsiedzkie odwiedziny przed rozejściem się do mieszkań.

Podczas nich gość lub gospodarz wyciągał z buta lub zza skarpetki zwiniętą w rulonik małą karteczkę i z niej, przy świetle karbidówki i szklance sztucznej herbaty „Tonga” lub „Herbatorum”, odczytywał na głos spisane maczkiem wiadomości z nasłuchu radiowego sojuszniczych rozgłośni: angielskich, amerykańskich, francuskich. Za posiadanie lub słuchanie radia niejeden trafił do obozu i zapłacił życiem. W miarę jak rosła liczba „łapanek”, aresztowań, osób zesłanych do kacetów lub zamęczonych w więzieniach czy podczas przesłuchań i rozstrzelanych w egzekucjach ulicznych – potężniała fala powszechnej pobożności. Kościoły były pełne, nie tylko w czasie niedzielnych nabożeństw. Ludzie błagali Boga o pomoc, o ratunek.

Z kulminacją fali powszechnej pobożności zetknęliśmy się podczas Powstania Warszawskiego. Ale przedtem tak się złożyło, że w naszej szkole, Państwowym Gimnazjum i Liceum im. Stefana Batorego w Warszawie, rekolekcje wielkanocne w 1939 roku prowadził o. Józef Warszawski, S.I. Wywarł na wszystkich wielkie wrażenie. W uniesieniu, z wypiekami na twarzy, w zapamiętaniu jakby nieświadom tego, że znajduje się w naszej sali gimnastycznej, podniesionym głosem przemawiał do młodych słuchaczy natchniony ksiądz Marek z kart poezji Słowackiego, a nie jezuita z ul. Rakowieckiej, delegowany do jednej ze szkół stołecznych. Po pięciu latach ten sam o. Warszawski, już jako „ojciec Paweł”, kapelan bohaterskiego batalionu Szarych Szeregów „Zośka”, przemierzał wraz z nim szlak bojowy aż do końca, na Czerniakowie. Niejednemu z uczestników tamtych rekolekcji szkolnych teraz, na gruzach, wśród zgliszczy, pod ostrzałem udzielał ostatnich sakramentów.

W czasach śmiertelnych niebezpieczeństw trwoga była stałym elementem życia, toteż apogeum uczuć religijnych występowało w wielu miejscach, nie tylko na ulicach i w piwnicach powstańczej Warszawy. Inni więc ludzie napotkali je gdzie indziej: jedni w partyzantce, drudzy w więzieniach czy kacetach, zawsze jednak tam, gdzie mało kto ocalał.
16 stycznia 2017 roku umarł na nieuleczalnego raka mózgu Tomasz Kalita, polityk SLD. Od wykrycia choroby przez siedem miesięcy kończył życie wśród wielkich cierpień. Wyznał, że choć trwa przy swych zapatrywaniach komunistycznych, uwierzył w Boga, czuje się pod Jego opieką, Bóg go prowadzi, obdarzył spokojem i siłami do ostatniej walki. Jej nieuniknione bliskie zakończenie, własne umieranie oraz śmierć, zdołał spożytkować – według słów Filozofa-ateisty – „na czyny zewnętrznie twórcze” dla dobra i ku pożytkowi innych chorych: do końca upominał się i zabiegał o legalizację stosowania marihuany jako leku uśmierzającego ból. Wierzący, być może, dostrzegą w tych zdarzeniach palec Boży, który grozi wykrzykującym „Komuniści i złodzieje!”.

Niewierzący zaś widząc, jak ginie to, co dobre, a nikczemność unika zagłady i trwa, powtórzą za tymże Filozofem słowa pełne goryczy i zwątpienia: „Bluźnierstwem jest posądzać Boga o istnienie”. Jedni i drudzy zaś potwierdzają opinię, że „jak trwoga, to do Boga”.

Jerzy Pelc z:
Rozmyślania o wierzeniu

piątek, 18 września 2026

Wesołe smutki Kotarbińskiego

 Do jasnych dążąc głębin — nie mógł trafić w sedno

Śledź pewien, obdarzony naturą wybredną.
Dokądkolwiek wędrował, zawsze nadaremno:
Tu jasno, ale płytko — tam głębia, lecz ciemno.
*
Instancje panowały trzy: pięść, mózg i serce.
Serce się wycofało, będąc w poniewierce,
Gdy zaś pięść z mózgiem same pozostały w parze,
Oto skutek: mózg rządzi tak, jak mu pięść każe.
*
Konduktor bacznie sprawdza bilet pasażera,
Na konduktora bacznie kontroler spoziera,
Słowem — każdy nad sobą ma stróża satrapę,
Nie sposób więc przez życie przejechać na gapę.

Więcej

Zaginiona książka Fultona Sheena. Co się dzieje, gdy świat nie odróżnia dobra od zła?


Już ponad pół wieku temu abp Fulton J. Sheen ostrzegał przed światem, który odrzuca Boga, relatywizuje prawdę i przestaje dostrzegać realne działanie zła. 

Niedawno w Polsce ukazała się jego „zaginiona” książka „O siłach zła” – odtworzona po latach z rozproszonych kazań, notatek i tekstów przez ks. Dave’a Tomaszyckiego.

To zaskakująco aktualna lektura, która pomaga zrozumieć duchową walkę toczącą się we współczesnym świecie. W obliczu zbliżającej się beatyfikacji abp. Fultona J. Sheena, zaplanowanej na 24 września, warto na nowo odkryć jego prorocze przesłanie.

W naszych czasach ludzie niemal całkowicie zapomnieli, że bierzemy udział w śmiertelnym starciu sił dobra z siłami zła. Diabła w naszych czasach albo się oswaja, albo neguje się jego istnienie. Bóg mówi o sobie: „Jestem, który jestem” (Wj 3, 14). Diabeł natomiast mówi o sobie: „Jestem ten, którego nie ma”, a to oznacza dążenie do nicości.

Szatan jest zatem najsilniejszy wtedy, gdy ludzie przestają w niego wierzyć. Wygląda na to, że im bardziej coś jest bezosobowe, tym mniej obchodzi jakąkolwiek osobę. Ale za tym pozornym brakiem osobowości kryje się duch – duch zła, który w Biblii jest nazywany „władzami”
i „zwierzchnościami”.

Przyjrzyjmy się teraz siłom zła z dwóch punktów widzenia: z perspektywy psychiatrii oraz z perspektywy Pisma Świętego.

Zacznijmy od perspektywy psychiatrycznej. Co ciekawe, kiedy Kościół porzuca pewne tematy, świat je przejmuje i wypacza. Gdy teologowie przestają się zajmować tematem demonicznych sił, podejmują go psychiatrzy.

Doktor Rollo May z Instytutu Rockefellera w swojej pracy z zakresu psychiatrii poświęca tematyce diabolicznej kilka rozdziałów. Analizuje w nich znaczenie słowa „diabelski” czy też „diaboliczny”. Wywodzi się ono z połączenia greckich słów dia oraz ballein i oznacza „rozrywać”, „dzielić”. Wszystko, co prowadzi do zaburzenia struktury, zerwania jedności, zepsucia czy niezgody, ma więc charakter diaboliczny.

Takich diabolicznych elementów naszej rzeczywistości jest ostatnio coraz więcej. Można odnieść wrażenie, że od czasu rozszczepienia atomu wszystko inne również uległo podziałowi. Podzielony jest Kościół – podzieleni są biskupi i księża, podzieleni są świeccy. Rozdziera nas siła diaboliczna. W tym właśnie przejawia się działanie ducha diabła, który wypełnia otaczającą nas rzeczywistość.

Odkryj przejawy wpływu złego

Doktor May wymienia trzy przejawy działania siły demonicznej. Pierwszym z nich jest nagość, która jego zdaniem burzy fundamenty prawdziwej miłości – miłości do Boga w ramach kultury. Przejawem drugim jest agresja, przemoc i nienawiść. Trzecim – rozdwojenie osobowości, czyli stan wewnętrznego rozdarcia.

Wprawdzie May nie analizuje tych symptomów z biblijnego punktu widzenia, ale – co ciekawe – te same objawy odnajdujemy u opętanego Gerazeńczyka (Mk 5, 1–20). Po pierwsze ten młody człowiek był nagi. Po drugie był tak agresywny, że nie dało się go spętać łańcuchami. Po trzecie cierpiał na rozpad osobowości. Gdy Jezus zapytał go: „Jak ci na imię?”, odpowiedział: „na imię mi Legion, bo jest nas wielu” (Mk 5, 9). Rzymski legion liczył sześć tysięcy żołnierzy. Całkowity brak jedności. Oto w jaki sposób zjawisko opętania tłumaczą psychiatrzy.

Z punktu widzenia psychiatrii istotą demoniczności jest więc rozpad jedności. A co jest tą istotą z punktu widzenia Biblii? Otóż jest nią nienawiść do krzyża. Pamiętajmy, że Jezus nazwał Piotra szatanem (Mt 16, 23). Swojego papieża nazwał szatanem! Bo właśnie tym był Piotr w oczach Chrystusa: szatanem! Ale dlaczego?

Aby znaleźć odpowiedź na to pytanie, trzeba cofnąć się do początku publicznej działalności naszego Pana, kiedy to Jezus był kuszony przez diabła. Gdziekolwiek objawia się Duch, tam nasila się działanie sił diabelskich. Jest na to wiele dowodów: po zesłaniu Ducha Świętego miało miejsce prześladowanie Szczepana; Mojżesz dokonywał cudów, a czarnoksiężnicy faraona je kopiowali. Zły Duch wyprowadził Jezusa na pustynię i tam poddał go kuszeniu. Sobór Watykański II przyniósł wzrost Ducha i odnowę w Kościele, a konsekwencją było nasilenie działania zła.

Droga na skróty

Powróćmy jednak do kuszeń, którym został poddany Jezus. Jak należy je rozumieć? Otóż są to trzy drogi na skróty, które mają pozwolić uniknąć krzyża. Szatan w zasadzie mówi do Jezusa: „Chcesz wybawić ludzi od grzechu i winy, chcesz przynieść im odkupienie, tak? To posłuchaj, wskażę ci trzy proste rozwiązania. Dzięki nim unikniesz tych wszystkich kłopotów. Widzisz te kamienie w dole? Wyglądają jak chleb, prawda? Umierasz z głodu. Przecież nie jadłeś od czterdziestu dni. Ależ musisz być głodny! Odczuwasz potrzebę jedzenia, potrzebę seksu, potrzebę władzy. I co, masz zamiar tłumić te instynkty? Po co w ogóle stałeś się człowiekiem, jeśli nie po to, żeby je zaspokajać? Zamień te kamienie w chleb”. Oto pierwsza z trzech dróg na skróty.

Drugą drogę oferuje nam rozwój technologiczny. Ludzie dzisiaj łakną cudowności. Wielbią wszystko, co niezwykłe i spektakularne. Kiedy człowiek został wysłany na Księżyc po raz pierwszy, wszyscy śledzili transmisję z tego wydarzenia. Kiedy dwa lata później poleciał na Księżyc po raz drugi, nikt nawet nie zwrócił na to uwagi. Kto potrafiłby wymienić nazwiska trzech astronautów, którzy polecieli tam ostatnio?

Potrzebujemy wciąż nowych cudów. Wciąż świeżych sensacji. Dlatego szatan, kusząc Jezusa po raz drugi, powiedział: „Ach! Ludzie uwielbiają cuda. Daj im coś, co ich zadziwi. Coś, co wprawi ich w zachwyt. Poleć na Księżyc! Rzuć się z dachu tej świątyni i udowodnij, że nic Ci się nie stanie. To będzie dla nich atrakcja. Pokaz technicznych sztuczek sprawi, że pójdą za Tobą”.

Kusząc Jezusa po raz trzeci, szatan jak gdyby ujął w dłonie całą Ziemię, niczym lśniącą kulę, i powiedział: „Wszystkie te królestwa do mnie należą. (Czyż można zarzucić mu kłamstwo?) Są moje, ale oddam Ci je, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon. Złóż hołd temu, który trzyma świat w dłoniach”.

Teologia to polityka, prestiż i władza. Zapomnij o swoim Bogu, zapomnij o grzechu, nie myśl o poczuciu winy ani o świętości. Zajmij się polityką. Takiej właśnie pokusie Kościół będzie poddawany przez następne dwieście lat. I taka jest ostatnia z trzech dróg na skróty, aby uciec od krzyża.

Ucieczka od krzyża to największa pokusa

Wracając zatem do słów Jezusa skierowanych do Piotra, możemy powiedzieć, że Piotr został nazwany szatanem, ponieważ kusił naszego Pana i próbował odciągnąć Go od krzyża. A w tym właśnie tkwi istota szataństwa.

Ostatniej pokusy Jezus doświadczył w chwili, gdy wisiał na krzyżu. Nieprzyjaciele podeszli bliżej i zadrwili po raz ostatni, mówiąc: „Zejdź z krzyża, a uwierzymy” (zob. Mt 27, 42). Byli gotowi uwierzyć we wszystko, czego nauczał.

Byli gotowi uwierzyć w cud rozmnożenia chleba i ryb. W zmartwychwstanie Łazarza. Uwierzyliby we wszystko! Byle tylko zrezygnował z krzyża. Byle zrezygnował z celibatu. Z wiary w nieomylność. Z wiary w swą boskość. Zejdź – a uwierzymy. Ale On nie zszedł. Bo gdyby to zrobił, nigdy by nas nie zbawił. Zejść z krzyża jest rzeczą człowieka, zostać na nim jest rzeczą Boga.

Jak rozpoznać działanie zła?
Podsumowując rozważania na temat istoty demoniczności, możemy powiedzieć, że z punktu widzenia psychologii jest nią zjawisko rozczłonkowania, rozpadu. Natomiast z punktu widzenia Biblii istotą szatańskości jest pogarda wobec umartwień i wyrzeczeń lub – innymi słowy – wybór dróg na skróty, które pozwalają podbić świat.

Szatański czy też demoniczny, diaboliczny pierwiastek rzeczywistości jest obecnie w pełni rozkwitu. Przemierzyłem nasz kraj wzdłuż i wszerz i w trakcie moich podróży zetknąłem się z tak wieloma przejawami działania szatana, że nie byłbym nawet w stanie ich wszystkich wymienić.

Zło nie ma charakteru absolutnego – może istnieć wyłącznie w relacji do dobra. Podobnie jak cień istnieje dzięki światłu. Dlatego tylko ludzie dobrzy potrafią rozpoznać to, co złe. Tylko ludzie podobni do Chrystusa mogą rozpoznać to, co szatańskie, czyli związane z Antychrystem. Fałszywe nuty zagrane przez orkiestrę filharmoniczną rażą ucho eksperta. Błędy gramatyczne są odpychające dla człowieka, który kocha literaturę i mówi poprawnym językiem. To kwestia punktu odniesienia.

Ze złem jest podobnie. Tylko ten, kto jest blisko Chrystusa, potrafi je rozpoznać. Największy problem polega na tym, że złu można służyć i być przez nie opętanym, nawet o tym nie wiedząc.

Zob. https://pl.aleteia.org/slideshow/12-genialnych-mysli-abp-fultona-sheena-galeria/


Fragmenty pochodzą z książki „O siłach zła” abp Fulton J Sheen, opr. Ks. Dave Tomaszycki, Wydawnictwo Esprit.
https://pl.aleteia.org

Chodźkiewicz, jakkolwiek zupelny łajdak, był jednak osobnikiem bardzo nieprzeciętnym...

 Chodźkiewicz, jakkolwiek zupelny łajdak, był jednak osobnikiem bardzo nieprzeciętnym, "którego każde słowo - pisze Morawski - iskrzyło się dowcipem, każdy gest był figlem i konceptem, każdy ruch płaszcza cienciem Skanderberga, [...] w którym wytworność, hojność, grzeczność, wspaniałość wielkiego pana łączyły się z cynizmem diogenesowego brutala, najwyższa drażliwość miłości własnej z zupełną abnegacją punktu honoru".

Andrzej Biernadzki: Łotrowstwo staje się niekiedy wspaniałym tworzywem literackim. Szkoda, że się tym razem nie zdarzyło*. Bo jednak cóż to był za szuler, jaki szuler.

* Książki Król szulerów, Jana Głuchowskiego o nim nie polecamy.

Za Wikipedią:


Ignacy Chodźkiewicz
polski oficer, awanturnik, szuler, szpieg

Ignacy Chodźkiewicz, również Chadżkiewicz, Chackiewicz, Hadźkiewicz[1], Hadzkiewicz[2][a], herbu Kościesza (ur. ok. 1760 w województwie mścisławskim w Wielkim Księstwie Litewskim, zm. ok. 1821–1825[b] w Wiatce w Imperium Rosyjskim (obecnie Kirow)) – polski awanturnik, szuler, wojskowy i szpieg, barwna postać przełomu XVIII i XIX wieku, działająca na terenie kilku krajów europejskich. Współpracował ze służbami specjalnymi Rosji i Francji oraz dowodził policją neapolitańską w randze generała (pod przybranym nazwiskiem). Jeden z najbardziej znanych polskich karciarzy tej epoki, zasłynął w Polsce i na emigracji.

Ignacy Chodźkiewicz


Życiorys

Młodość

Chodźkiewicz urodził się około 1760 na Kresach Wschodnich Rzeczypospolitej, konkretnie w województwie mścisławskim w Wielkim Księstwie Litewskim (dokładne miejsce i data urodzenia nie są znane), w zamożnej rodzinie szlacheckiej herbu Kościesza, spokrewnionej m.in. z Rzewuskimi, jako syn Ludwika Chodźkiewicza, regenta i sędziego ziemskiego wileńskiego[3]. Jego rodzice zmarli we wczesnym dzieciństwie. Młody Chodźkiewicz kształcił się w szkole prowadzonej przez jezuitów w Nowogródku, następnie w podobnej placówce w Wilnie. Dorosłe życie rozpoczął od sfałszowania metryki urodzenia, niezbędne mu to było do procesu sądowego o majątek dziedziczony po ojcu. Proces ten udało mu się wygrać, jednakże uzyskany majątek roztrwonił na grze w karty. Po utracie majątku, wstąpił do polskiej gwardii koronnej, nie widząc jednak korzyści ze służby w niej, zaciągnął się do Armii Imperium Rosyjskiego.

Agent carski

Podczas służby w armii rosyjskiej Chodźkiewicz wyróżnił się męstwem. W 1788 za odwagę okazaną podczas oblężenia i szturmu Oczakowa został odznaczony przez gen. Aleksandra Suworowa Krzyżem za Zdobycie Oczakowa i awansowany na stopień kapitana Syberyjskiego Pułku Gwardyjskiego[4][3]. Po opanowaniu twierdzy zrezygnował ze służby w armii rosyjskiej i wyjechał do Paryża[4]. Uczestniczył tam w wydarzeniach rewolucji francuskiej, w tym w zdobyciu Bastylii[4]. Około 1792 powrócił do kraju. Najprawdopodobniej właśnie w tym czasie rozpoczął pracę dla carskich służb specjalnych. Polski historyk Szymon Askenazy wyraził przypuszczenie, że w tym okresie był agentem prowokatorem na usługach petersburskiej kliki Płatona Zubowa, dążącej do wybuchu powstania w Polsce jako pretekstu do kolejnego rozbioru Polski[4].

W 1793 wyjechał do Wilna i wszedł do bliskiego otoczenia Jakuba Jasińskiego, który wprowadził go do organizacji konspiracyjnej. Chodźkiewicz zdobył duży autorytet i poważanie konspiratorów. Jako prowokator utrzymywał dobre stosunki z przywódcami konfederacji targowickiej i konspiratorami, przekazując informacje o każdym z tych środowisk Rosjanom. Zadenuncjował m.in. gen. Ignacego Działyńskiego[4].

Po wybuchu powstania kościuszkowskiego został wysłany przez Jasińskiego do Warszawy, gdzie podburzał ludność do samosądów na targowiczanach, i 11 sierpnia 1794 otrzymał nominację na podpułkownika armii Wielkiego Księstwa Litewskiego[4][3]. Równocześnie przekazywał tajne informacje o przebiegu insurekcji Rosjanom. Po stłumieniu insurekcji nie spotkały go represje, a Rosjanie osadzili go jako jeńca wojennego w posiadłości Adama Wawrzyńca Rzewuskiego w Pohrebyszczach[3]. Następnie otrzymał misję inwigilacji polskiego środowiska emigracyjnego na Wołoszczyźnie, które pod wodzą brygadiera Joachima Deniski przygotowywało kolejne powstanie, tzw. insurekcję Deniski. Zamierzenia powstańcze się nie powiodły, głównie dzięki działaniom Chodźkiewicza, który informacje o planach emigracji przekazał do Petersburga, a wojska austriackie stłumiły w zarodku wystąpienie Deniski.

W 1797 Chodźkiewicz został wysłany z tajną misją do Stambułu, by śledzić tamtejsze ośrodki emigracji polskiej. Misja nie okazała się zbyt owocna, a on w tym samym roku zjawił się we Francji, gdzie uczestniczył w tłumieniu powstania w Wandei jako oficer ochotniczej legii północnej gen. Lazare’a Hoche’a[3].

We Włoszech

Latem 1798 przybył do Włoch, gdzie za wstawiennictwem francuskiego generała Étienne’a Macdonalda został oficerem nadliczbowym Legionów Polskich[4]. Otworzył w Rzymie ekskluzywny dom gry, w którym prowadził działalność hazardową. Po wybuchu powstania antyfrancuskiego w końcu tegoż roku opuścił Rzym, został jednak schwytany przez powstańców włoskich[5], którzy mieli zamiar go powiesić. Dzięki odwadze i zimnej krwi zdołał przekonać Włochów, że jest bardzo ważnym generałem, i ocalił życie. Po tej przygodzie stał się sławny w wojsku polskim i francuskim, a dowódca wojsk francuskich gen. Jean-Étienne Championnet stał się jego protektorem, nagrodził finansowo oraz włączył do swojego sztabu. W 1800 został generałem adiutantem w sztabie gen. André Massény, dowódcy francuskiej Armii Italii[2]. W ten sposób stał się reprezentantem Polaków przy naczelnym wodzu wojsk francuskich we Włoszech.

Uprzywilejowaną pozycję wykorzystał do realizacji własnych celów (intrygował w celu uzyskania stanowiska dowódcy jazdy legionowej) oraz do udziału w podejrzanych interesach finansowych. Jako dowódca karnej ekspedycji rabował i palił miasteczka i wsie włoskie, które podejrzewano o egzekucje rannych Francuzów.

Na początku lutego 1799 Chodźkiewicz objął szefostwo policji Republiki Neapolitańskiej (występował jako „generał Lodoisko”)[c]. Wspólnie ze współpracownikiem francuskiego wywiadu Pierre’em Vilhatem zorganizował klasyczną prowokację, organizując wśród włoskich arystokratów antyfrancuski spisek, a następnie go zdekonspirował, szantażując jego uczestników surowymi karami. Skończyło się na przyjęciu dużego okupu, którym organizatorzy całej prowokacji podzielili się z gen. Championnetem.

Na usługach Barrasa

W trakcie wizyt w Paryżu Chodźkiewicz nawiązał liczne kontakty, z czego najbardziej korzystna okazała się znajomość z André Masséną[5] i Paulem Barrasem, z którego polecenia zajął się puszczaniem w obieg, za wynagrodzeniem po dwadzieścia od sta, fałszywych banknotów austriackich (tzw. bankocetli) na milionowe kwoty, podrabianych na zlecenie rządu francuskiego[4]. W celu realizacji tej misji udał się m.in. w podróż po miastach niemieckich – i tamtejszych domach gry – gdzie występował jako bogaty ekscentryczny hrabia z Inflant; powodziło mu się ze zmiennym szczęściem, ale pieniędzy na realizację zadania nie brakowało.

Po powrocie do Włoch z inspiracji Barrasa sondował ewentualne poparcie dla przeprowadzenia zamachu stanu we Francji, by obalić Dyrektoriat. Działania Barrasa uprzedził jednak Napoleon Bonaparte, przeprowadzając w listopadzie 1799 własny przewrót i zostając pierwszym konsulem. Na początku 1800 osobą Chodźkiewicza zaczęła się interesować tajna policja francuska, a dowódcy Legionów Polskich odmawiali poparcia, grożąc nawet plutonem egzekucyjnym w przypadku, gdyby Chodźkiewicz nie zaprzestał intryg wśród oficerów, związał się bowiem z opozycją legionową, która miała zamiar odsunąć od dowodzenia gen. Jana Henryka Dąbrowskiego. Jego działania doprowadziły do poróżnienia Dąbrowskiego z Tadeuszem Kościuszką[5].

Wiedząc o zainteresowaniu policji swoją osobą, przeniósł się z Paryża na prowincję. Wkrótce jednak został aresztowany pod zarzutem fałszowania pieniędzy i osadzony w paryskim więzieniu Temple. Po ośmiu miesiącach wypuszczono go bez wyroku, ponieważ w sprawę fałszowania pieniędzy było zamieszanych wiele wysoko postawionych we Francji osób.

Ostatnie lata

W latach 1802–1804 Chodźkiewicz przyjmował zlecenia ks. Adama Jerzego Czartoryskiego, pozostającego w służbie rosyjskiej, oraz wywiadu francuskiego. Na zlecenie Czartoryskiego usiłował śledzić Tadeusza Kościuszkę, misja jednak się nie powiodła, ponieważ był powszechnie znany w środowisku emigracji polskiej. Następnie na zlecenie szefa tajnej policji francuskiej Josepha Fouchégo odszukał niejakiego Holma, Polaka, biegłego włamywacza, który został następnie zwerbowany przez policję francuską. Po wykonaniu tej misji Chodźkiewicz wyjechał do Petersburga, gdzie otrzymał roczną pensję za dawne zasługi oraz zakaz uprawiania hazardu. W tej sytuacji wyjechał z Rosji. Przez ostatnie lata życia podróżował po Ukrainie, zajmując się grą w karty[3]. Często przebywał w Wilnie[3]. Donosił też okazjonalnie władzom rosyjskim (np. na Tadeusza Czackiego)[3].

Ostatecznie został rezydentem pałacu Potockich w Tulczynie, należącego do targowiczanina Stanisława Szczęsnego Potockiego, gdzie szulerczo ogrywał m.in. wysokich urzędników rosyjskich[2], w tym komisarza intendentury Bieczasnowa z rządowych pieniędzy[6]. Został za to aresztowany przez władze rosyjskie i między 1815 a 1818 zesłany do Wiatki, co nastąpiło dzięki staraniom dwóch rosyjskich generałów związanych z rodziną Potockich, Iwana Osipowicza de Witta i Pawła Kisielowa[3]. W Wiatce rozpił się i zmarł w nędzy, najprawdopodobniej około 1825[2].

Życie prywatne

Żenił się i rozwodził przynajmniej dwukrotnie, zawierał też fikcyjne małżeństwa[7]. Z pierwszą żoną, Katarzyną z d. Wilgostowską, rozwiódł się w 1793[8]. Z drugą żoną, Różą z d. Szymanowską, miał dwóch synów, Lucjana Chodźkiewicza (1806–1848) i Władysława Chodźkiewicza (ok. 1820–1898), pisarza i krytyka literackiego, od ok. 1870 na stałe we Francji[7].

Działalność szulerska

Specjalizował się w faraonie, hazardowej grze karcianej popularnej w XVIII i XIX wieku[9][10]. Jego daleki kuzyn Henryk Rzewuski (1791–1866), znający go osobiście, opisał jego działalność na terenie Belgii krótko przed koronacją Napoleona Bonapartego w 1804[9]. Chodźkiewicz należał wówczas do kierownictwa kilkuosobowej grupy szulerów, która opracowała strategiczny plan kampanii szulerskiej z rocznym wyprzedzeniem[9]. Oprócz Chodźkiewicza w skład grupy wchodzili m.in. Adam Poniński (ok. 1758–1816) i Francuz o nazwisku Kanton[9]. Członkowie grupy mieli różne zadania: jedni zajmowali się wywiadem, typując bogatych graczy, których warto pozbawić pieniędzy, inni zasiadali do gry z ofiarą, a jeszcze inni pełnili funkcje pomocnicze (np. w razie potrzeby udawali członków służby)[9]. Według Rzewuskiego Chodźkiewicz i Poniński posługiwali się w grze znaczonymi kartami; niekiedy talie znaczonych kart podrzucano ofierze do jej miejsca zamieszkania, korzystając z usług wynajętego włamywacza[9]. Wkrótce potem Chodźkiewicz przeniósł się wraz z Ponińskim i Kantonem do Tulczyna[9], gdzie ograł Szczęsnego Jerzego Potockiego (1776–1809), najstarszego syna Stanisława Szczęsnego Potockiego, na dwa miliony złotych[3][11].

Rozgłos i legenda

Polski historyk Henryk Stanisław Mościcki (1881–1952), autor biografii Chodźkiewicza w Polskim Słowniku Biograficznym, w następujący sposób podsumował otaczający go rozgłos w książce Generał Jasiński i powstanie kościuszkowskie (Warszawa 1917)[8]:

W r. 1794 jaskrawo zaznaczał swoje zapatrywania terrorystyczne i uchodził za adiutanta i powiernika Jasińskiego. Po upadku powstania Chodźkiewicz zasłynął na emigracji i w Legionach, jako warchoł, karciarz i pospolity zgoła awanturnik, zadziwiający zarówno niesłychaną w ogniu bitew brawurą, jak i wyjątkową bezczelnością postępowania z ludźmi. «Król łotrów», istny Casanova polski, bez czci i wiary, na przemiany oficer polskiej gwardii koronnej i kapitan grenadierów rosyjskich, bijący się jak lew pod Oczakowem, zaciekły wróg Ustawy 3 Maja, jako niedość w jego mniemaniu demokratycznej, a jednak stronnik Targowicy, spiskowiec i legionista, pod zapożyczonym z powieści czy teatru imieniem generała Lodoisco adiutant Championneta, Macdonalda i Masseny, generał policji w Neapolu, dyplomata w służbie tureckiej i francuskiej, tajny agent Fouchégo, fałszerz bankocetli, właściciel domu gry i szuler zawodowy, rezydent tulczyński, ogrywający Szczęsnego Potockiego, a zawsze z ultrapatriotycznym na ustach frazesem, stworzył prawdziwą koło siebie legendę podań i anegdot, długo jeszcze po jego śmierci (około r. 1821, na wygnaniu w Wiatce) krążących na Litwie.

Henryk Stanisław Mościcki, Generał Jasiński i powstanie kościuszkowskie, Warszawa 1917, s. 111

Chodźkiewicz w literaturze

Często wspominany w relacjach pamiętnikarskich z XIX wieku[4]. Na początku XX wieku stał się jednym z drugoplanowych bohaterów nieukończonej powieści Henryka Sienkiewicza Legiony (Warszawa 1913–1914, pod nazwiskiem Chadzkiewicz)[12]. Dużo miejsca poświęcił mu Wacław Berent w opowieściach biograficznych Nurt (część druga, Pogrobowcy, Warszawa 1934, również pod nazwiskiem Chadzkiewicz)[13]. Na początku XXI wieku został głównym bohaterem powieści historycznej Chack. Gracze. Opowieść o szulerach Włodzimierza Boleckiego, Kraków 2018 (pod nazwiskiem Chadźkiewicz i o przydomku „Chack”)[14].

Uwagi

W niniejszym haśle przyjęto pisownię stosowaną przez Polski Słownik Biograficzny. T. 3. Kraków 1937 (reprint 1989), s. 378–380. Włodzimierz Bolecki wymienia również inne pisownie jego nazwiska: Chodzkiewicz, Chackewitz, Chockeviz, Hocevitz, Chaquevitsch, a także pseudonimy, m.in. „graf Denhoff”. Zob. Włodzimierz Bolecki: Chack. Gracze. Opowieść o szulerach. Kraków: Wydawnictwo Literackie, 2018, s. 19–21. ISBN 978-83-08-06582-2.

W źródłach podawane są różne daty śmierci Ignacego Chodźkiewicza, od ok. 1821 (Henryk Stanisław Mościcki, Generał Jasiński i powstanie kościuszkowskie, Warszawa: Gebethner i Wolff, 1917, s. 111) do ok. 1825 (Zbigniew Andrzej Judycki, Pod obcymi sztandarami. Generałowie polskiego pochodzenia w siłach zbrojnych państw obcych. Popularny słownik biograficzny. T. 1. Warszawa: Muzeum Niepodległości, Fundacja Semper Fidelis, 2016, s. 39).

Fikcyjne polskie nazwisko „Lodoisko” pochodzi z powieści Przygody kawalera Faublasa (1786) francuskiego pisarza Jeana-Baptiste’a Louveta de Couvraya (1760–1797), skąd trafiło m.in. do opery Lodoïska (1791) Luigiego Cherubiniego (1760–1842). Nazwę „lodoiska” nosi również jedna z figur w lansjerze, tańcu salonowym z XVIII i XIX wieku, odmianie kadryla. Zob. Julian Tuwim: Pegaz dęba. Kraków: Czytelnik, 1950, s. 282. OCLC 18090154.

Przypisy na stronie Wikipedii o tym barwnym osobniku

S. Ławrow: Wojna z Europą byłaby zupełnie inna i bardzo krótka


Rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow udzielił wywiadu, w którym jednoznacznie ostrzegł Europejczyków przed dalszą eskalacją. Przedstawię tu jego odpowiedź na jedno z pytań.

Pytanie: Kiedy widzimy, co mówi i robi Europa, nasuwa się dziwne wrażenie. Z jednej strony mówią, że Rosja nie odważy się na eskalację, nie użyje broni jądrowej i zawaha się przed atakiem odwetowym na terytorium Europy. Z drugiej strony obsesyjnie przygotowują się na lata 2029/2030, kiedy to, jak twierdzą, Rosja najprawdopodobniej zaatakuje. Europa przechodzi gwałtowną militaryzację. Nie chodzi tylko o finansowanie programów zbrojeniowych wartych miliardy, a nawet biliony; raczej sprawiają wrażenie, że zamierzają kontynuować tę militaryzację niezależnie od porozumienia pokojowego na Ukrainie. Mając to na uwadze, zadaję sobie pytanie: Czy naprawdę tak się nas boją? A może pod pretekstem ‚rosyjskiego zagrożenia’ wzmacniają swój przemysł zbrojeniowy i przygotowują się do ataku na Rosję na szeroką skalę?

Ławrow: Myślę, że kręgi militarystyczne po prostu realizują własne interesy. W czasach, gdy problemy się mnożą, nasilają i pogłębiają, środki finansowe są przeznaczane na cele wojskowe: chcą w każdym razie zwiększyć wydatki na obronność do 5% PKB, a partie polityczne domagają się, aby ich parlamenty natychmiast przekazały Ukrainie kolejne 90 miliardów euro na przyszły rok.

Przemysł zbrojeniowy jest zachwycony. Zgarnia ogromne zyski. Na przykład kanclerz Niemiec Friedrich Merz publicznie oświadczył: „Tak, zdaję sobie sprawę, że sytuacja naszej ludności znacznie się pogorszyła, ale jesteśmy zobowiązani do działania – ze względu na Ukrainę, ze względu na wartości europejskie”.

A jak zareagowali na wyniki wyborów w Saksonii-Anhalt, gdzie AfD odniosła miażdżące zwycięstwo? Próbują oskarżyć ich o odrodzenie narodowego socjalizmu. I to w sytuacji, gdy ta partia – która jest niewątpliwie nacjonalistyczna, nie ma co do tego wątpliwości – po prostu opowiada się za normalnym dialogiem ze wszystkimi zaangażowanymi stronami.

Dążenie do militaryzacji Arktyki jest oczywiście również niepokojące. Ostatnio USA, Norwegia i inni aktorzy przeprowadzili tam manewry, których scenariusz całkiem otwarcie zakładał wojnę z Rosją. Co za tym stoi? Nie sądzę, żeby zaatakowali Rosję, jednocześnie twierdząc, że przygotowujemy się do agresji na Europę.

To absurd. Z jednej strony twierdzi się, że Rosja przegrywa wojnę – dlatego Ukraina potrzebuje ogromnego wsparcia, a ta pomoc musi być zwiększona, aby mogła wygrać – z drugiej strony ta sama Rosja, którą postrzegają jako przegrywającą, rzekomo planuje atak na Europę. Z politycznego punktu widzenia wygłaszanie takich bzdur jest nieszczere. Przecież prezydent Rosji Putin powiedział to i powtórzył to kilkakrotnie: „Nie zamierzamy nikogo atakować. To nonsens, idiotyzm. Świadczy to o całkowitym braku politycznego wyczucia”.

Ale jeśli ta gadanina faktycznie oznacza przygotowania do ataku z ich strony, to zapewniam, że wojna potoczy się zupełnie inaczej [niż na Ukrainie] i będzie bardzo krótka. Radzę zapamiętać te słowa.

Istnieje jednak również możliwość, że impuls, który doprowadził do I wojny światowej, powtórzy się, coś takiego jak zamach na arcyksięcia Ferdynanda w Sarajewie. Czy coś takiego można by zaaranżować, biorąc pod uwagę europejskie zamiłowanie do intryg i przygód, a także ich przebiegłość? Albo podpalenie Reichstagu? Nie wykluczam takich rzeczy; pomyślcie tylko, jak niedawno spreparowali ten incydent z dronem w Lipsku i jak zorganizowali wokół niego histeryczny spektakl na skalę światową, nie przedstawiając ani jednego dowodu.

Tak jak nigdy nie otrzymaliśmy odpowiedzi na wielokrotnie zadawane pytanie o Buczę, gdzie w kwietniu 2022 roku dziesiątki ciał nagle pojawiły się znikąd, równo ułożone wzdłuż drogi. Do dziś nie otrzymaliśmy odpowiedzi od Sekretarza Generalnego ONZ, Wysokiego Komisarza ONZ ds. Praw Człowieka ani naszych zachodnich rozmówców, w tym Amerykanów, na pytanie: Czy możecie wykorzystać swoje zasoby, aby uzyskać listę osób, których ciała zostały pokazane przez ekipę BBC, która była na miejscu zdarzenia dokładnie w odpowiednim czasie? Nikt nam nie udziela odpowiedzi.

Mówią nam, że krewni tego nie chcą. Ale nic o nich nie słychać. To niedopuszczalne, żeby dziesiątki osób ginęły masowo, a zbrodnie wojenne były popełniane bez zainteresowania ze strony krewnych. Ale tutaj panuje kompletna cisza, więc nie mogę wykluczyć prowokacji.

anti-spiegel.ru/2026/ein-krieg-mit-europa-wuerde-ganz-anders-verlaufen-und-sehr-kurz-sein

** * * * * *

ZB: Czytelnicy, którzy nie wiedzą lub nie pamiętają, co zdarzyło się w Buczy pod koniec marca 2022 roku, mogą przeczytać relację francuskiego żołnierza i pisarza Adrien Bocqueta, który przypadkowo był świadkiem ukraińskiej prowokacji:

https://zygmuntbialas/adrien-bocquet-swiadek-ukrainskich-zbrodni-w-buczy

Opracował: Zygmunt Białas

Kategorie: Unia Europejska, Wojna. Tagi: NWO, Rosja, Unia europ., wojna. Autor: Mirosław Dakowski. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

czwartek, 17 września 2026

Zdradek Sikorski w kaftanie i inne obrazki















 

Gotówka szykuje się do skoku

 



XII Kongres Obsługi Gotówki wykazał, że szeleszczący i brzęczący pieniądz to warunek funkcjonowania naszego kraju w trudnych czasach.


– Na ekranie widzą państwo dwa banknoty stuzłotowe. Proszę zdecydować, skanując wybrany kod, który z nich jest prawdziwy, a który fałszywy – powiedziała, na wstępie swojego wykładu o nowej erze fałszowania pieniędzy, dr. Joanna Kołodziej z departamentu emisyjno-skarbcowego Narodowego Banku Polskiego. Słuchało jej kilkaset osób, uczestniczących w XII Kongresie Obsługi Gotówki w Warszawie. Okazało się, że 53 proc. uczestników dobrze rozpoznało oba banknoty. – Na sali są profesjonaliści, więc zrozumiałe, że większość zagłosowała prawidłowo. Niefachowcy mogą jednak mieć kłopoty z wykryciem sfałszowanych banknotów – skomentowała dr. Kołodziej.

O fałszowaniu polskich pieniędzy nie słyszymy zbyt często, a służby nie chwalą się rozbijaniem gangów podrabiających gotówkę. Jest to jednak problem, który trudno całkowicie rozwiązać, bo choć banknoty są coraz lepiej zabezpieczane, to zawsze znajdą się fałszerze próbujący szczęścia. I wciąż, w polskim obrocie gotówkowym można trafić na fałszywki. W 2023 roku wykryto, dokładnie licząc, 3869 sztuk fałszywych banknotów. Rok później nieco więcej, bo 4406. Ubiegły rok utrzymał tendencję wzrostową – 4966 fałszywych polskich banknotów. To wprawdzie bardzo niewiele, bo około 1,3 sztuki na milion, tym niemniej ten przyrost nieco niepokoi. Może w 2026 roku ta liczba trochę spadnie, bo służbom udało się zlikwidować wytwórnię podrobionych pięćsetzłotówek w Sochaczewie. Ale dopóki papierowa gotówka będzie popularna, dopóty będą zdarzać się fałszerstwa.

Gotówka w Polsce wciąż zaś trzyma się mocno, choć banki działające w naszym kraju usiłują najróżniejszymi sposobami zniechęcać klientów do korzystania z papierowych pieniędzy. Nie pomaga jednak utrudnianie dostępu do stacjonarnych oddziałów kasowych z obsługą fizyczną czy zerowe oprocentowanie tradycyjnych kont. Przekorni Polacy, jakby w reakcji na te bankowe szykany, wręcz wracają do gotówki. Badania pokazują, że około 80 proc. polskich klientów załatwia swoje sprawy wyłącznie w bankach posiadających oddziały stacjonarne, mimo przeszkód wymyślanych przez bankierów. Według danych NBP, w maju bieżącego roku, wartość pieniędzy papierowych i metalowych znajdujących się w obiegu osiągnęła 482,5 miliarda złotych.

Pod względem przywiązania do gotówki jesteśmy na drugim miejscu w Unii Europejskiej, zaraz za Niemcami. Polska jest jednak jedynym krajem UE, gdzie udział gotówki w aktywach finansowych gospodarstw domowych przekracza 10 proc. (dokładnie licząc, 11,3 proc na koniec ubiegłego roku). Warto dodać, że w całej Unii Europejskiej ten udział wynosi zaledwie 3,2 proc – czyli prawie cztery razy mniej, niż w naszym kraju

Nasza sympatia do szeleszczącego i brzęczącego pieniądza zaczęła wyraźnie rosnąć w związku z pandemią i napaścią Rosji na Ukrainę – i ta tendencja się utrzymuje. Wolimy trzymać część zasobów w domu, mając świadomość, że w razie jakiegoś ataku hakerskiego na system bankowy, czy w związku z poważnymi zagrożeniami geopolitycznymi, banki po prostu wstrzymają wypłaty środków na zasadzie „Misia”: Nie wypłacimy panu pańskich pieniędzy, i co nam pan zrobi?

To zresztą w Polsce nie pierwszyzna. W 1939 roku, przed niemiecką agresją, Polacy też wycofywali pieniądze z banków – i słusznie robili. Podobnie, również słusznie, zachowywali się pod koniec lat osiemdziesiątych, w czasach wysokiej inflacji, gdy gotówkę wycofywaną z banków zamieniali na dolary, marki zachodnioniemieckie i funty brytyjskie.

W dzisiejszej dobie, banki działające w naszym kraju nie martwią się jednak tym, że Polacy są tak bardzo przywiązani do gotówki. Rzecz w tym, że ogromną część naszych pieniędzy – bo aż ponad 1000 miliardów złotych – przechowujemy na rachunkach bankowych z zerowym lub niemal zerowym oprocentowaniem. To oczywiście olbrzymi zysk dla banków, które nie muszą wypłacać odsetek. Oczywiście, nie robimy bankierom tych finansowych prezentów z sympatii do nich – lecz dlatego, że stosują oni sprawdzoną metodę, mającą w maksymalnym stopniu utrudnić nam korzystanie z bardziej opłacalnych lokat. Chodzi tu o ograniczenie czasu trwania wszelkich promocji bankowych (co ma miejsce zapewne we wszystkich bankach działających w Polsce) jedynie do trzech miesięcy. Po tych trzech miesiącach, wyższe oprocentowanie kont spada do poziomu zerowego lub niemal zerowego. Przykładowo, w państwowym PKO BP, oprocentowanie nowych środków na tzw. koncie oszczędnościowym plus wynosi 4 proc. w skali roku – ale tylko przez 90 dni. Po tym okresie oprocentowanie tego konta spada do 0,1 proc. w skali roku. W BNP Paribas Banku, w ramach trwającej obecnie promocji, oprocentowanie tzw. konta lokacyjnego wynosi 3,75 proc. rocznie – ale po 30 października tego roku spadnie do 0,19 proc. I taka jest właśnie polityka bankierów.

Po upływie wspomnianych trzech miesięcy, banki z reguły proponują kolejne promocje, na bardzo podobnych zasadach ale pod inną nazwą. Oczywiście, można z tych promocji korzystać. Wymaga to jednak zmieniania co trzy miesiące numerów rachunków bankowych, na które trafiają nasze pensje, emerytury oraz przelewy z tytułu faktur. Mało kto ma tyle samozaparcia, by z taką częstotliwością informować swoich pracodawców, Zakład Ubezpieczeń Społecznych i wszelkich kontrahentów, że powinni wysyłać pieniądze na coraz to inne numery kont.

Bankierzy, cynicznie lecz słusznie uważają, iż w ciągu tych trzech miesięcy klient na tyle przyzwyczai się do swojego konta, że po zakończeniu promocji nie będzie mu się chciało zamykać rachunku i przenosić gdzie indziej. Tak więc, chociaż będzie wiedział, że finansowo traci, to nic z tym nie zrobi. W rezultacie, Polacy zostawiają pieniądze na praktycznie nieoprocentowanych rachunkach, ponosząc coraz większe straty z tytułu inflacji. Banki zarabiają zaś gigantyczne sumy z tytułu niewypłacania odsetek. A ponieważ bankierzy chcą zarabiać naszym kosztem jeszcze więcej, to nagminnnie pozwalają swoim klientom na dokonywanie za darmo tylko jednej operacji na rachunku w ciągu miesiąca. Za każdą następną każą już płacić.

Bardzo możliwe, że kiedyś ta polityka banków obróci się przeciwko nim – i miliony Polaków dojdą do wniosku, że przechowywanie pieniędzy na rachunkach bankowych traci sens, skoro z pieniędzy trzymanych w domu można praktycznie w każdej chwili zrobić użytek bez ponoszenia dodatkowych opłat. Już dziś przecież nasz kraj jest europejską, gotówkową twierdzą.

Włodzimierz Kiciński, wiceprezes Związku Banków Polskich, słusznie stwierdził podczas XII Kongresu Obsługi Gotówki, że w Polsce gotówka jest w coraz lepszej formie, pomimo rozmaitych pomysłów i zabiegów marketingowych mających ograniczyć jej znaczenie.

Paweł Szałamacha, członek zarządu NBP podkreślił zaś, iż ludzie chcą mieć pewność, że będą w stanie zaspokoić swoje potrzeby życiowe w niełatwych czasach – i dlatego zapotrzebowanie na gotówkę może nadal w Polsce rosnąć. – Wtedy, gdy na teren naszego kraju wlatywały rosyjskie rakiety lub drony, rosła liczba pobrań gotówki. Polacy trzymają ją w domach w celach ostrożnościowych. Jak deklarują: „na wszelki wypadek” – dodał.

Zrozumiałe więc, że z prac XII Kongresu Obsługi Gotówki popłynął jeden podstawowy wniosek: fizyczny pieniądz, który można schować do portmonetki jest bardzo ważnym elementem odporności całego systemu finansowego – a więc i całego naszego państwa – na wszelki zagrożenia; zarówno informatyczne, jak i te najbardziej bezpośrednie, militarne. W trudnych czasach gotówka jest po prostu niezbędna.

Autorstwo: Andrzej Dryszel
Źródło: Trybuna.info

16.09.2026
wolnemedia/gotowka-szykuje-sie-do-skoku

Instrukcja Operacyjna: Mobilizacja Błotno-Płazowa „Bagna Plus”


Kryptonim: Żaba-2026

autor: DK

[to tajny Dowódca Korpusu? a może

Dowódca Kampanii? a może

Donald & Kosiniak??]

=====================================

Cel: Powstrzymanie broni pancernej wroga przy użyciu terytorialnych zasobów hydrologiczno-biologicznych.

I. Strategiczne Rozmieszczenie Sił

Linia Oporu Bóbr-1: Formacje gryzoni zostają przeformowane w Dywizje Inżynieryjno-Kaskadowe. Wprowadza się bezwzględny nakaz budowania tam o wysokości min. 1,5 m wzdłuż granicy państwowej.

System Zasadzek Torfowych: Czołgi przeciwnika nie będą niszczone bronią przeciwpancerną, lecz wchłaniane przez certyfikowane mchy torfowce. Zaplanowano zatopienie gąsienic na głębokość 2,3 metra.

Pancerne Kijanki: Lokalna fauna zostaje przeszkolona w zakresie podgryzania elementów zawieszenia pojazdów gąsienicowych.

II. Pakiety Wsparcia i Finansowanie

Budżet: 500 milionów złotych przeznacza się na hurtowy zakup konewek, odblokowanie rowów melioracyjnych i zakaz suszenia skarpet na polach.

Ochrona Osobista Obywateli: Brak schronów betonowych rekompensuje się darmowym przydziałem kaloszy do kolan oraz wojskowych woderów z atestem UE.

Kamuflowanie Terytorium: Szybki posiew rzęsy wodnej na wszystkich kałużach w kraju w celu dezinformacji wrogiego rozpoznania satelitarnego (każda kałuża ma udawać bezdenne otchłanie).

III. Scenariusz Działań Bojowych

Wróg przekracza granicę.

Wróg wjeżdża w oficjalnie utworzony „Naturą Chroniony Obszar Błotny”.

Czołgi toną po wieżyczki, a załogi zostają unieruchomione przez wysoki poziom wilgotności powietrza i agresywny atak chmar komarów obronnych.

Ministerstwo Środowiska ogłasza sukces

i zgłasza zatopiony sprzęt jako obiekty małej architektury ogrodowej.

================================

Cały ten koncept opiera się na autentycznych wypowiedziach i planach wiceminister klimatu i środowiska Urszuli Zielińskiej oraz powiązanych projektach (m.in. w ramach tzw. Zielonej Tarczy Wschód), 

w których odbudowa mokradeł i torfowisk była poważnie omawiana m.in. jako narzędzie mające utrudniać manewrowanie ciężkiemu sprzętowi wojskowemu.

Z przymrużeniem oka

Z fb, Czar6wnica 

Mieczysław Pajewski: Rozwiązałem tajemnicę Kenta Hovinda


   Z Kentem Hovindem miałem problem przez wiele lat. Czułem jakąś tajemnicę. Mamy kreacjonistę, który mówi o sobie, że ma stopień doktora. Znany jest z wielu wykładów dostępnych w radiu i w telewizji. Ale żaden inny kreacjonista, który publikuje teksty kreacjonistyczne, nie cytuje Hovinda. A prenumeruję od wielu lat sporo czasopism kreacjonistycznych z kilku krajów, to coś wiem na ten temat. Kreacjoniści czasami nie zgadzają się w pewnych sprawach. Wówczas toczą polemiki. Czasami się zgadzają i wówczas wzajemnie się cytują. Kreacjoniści wydają czasopisma na różnym poziomie naukowym. Są popularyzujące kreacjonizm, można je nazwać popularnonaukowymi (takich jest większość), ale są też takie, które starają się zachować zasady porządnego czasopisma naukowego (teksty są recenzowane, autorzy opierają się na badaniach własnych i cudzych, w tym ostatnim przypadku sporządzają dokładne przypisy i bibliografie). Hovinda żaden kreacjonista nigdy nie cytował ani aprobatywnie, ani polemicznie. Tak jakby Hovind nie istniał.  Choć od dawna wiedziałem, że w internecie można znaleźć wiele wykładów Hovinda, nigdy żadnego nie wysłuchałem do końca. Przerywałem po kilku minutach. Facet mnie wkurzał. Swoich przeciwników, ewolucjonistów, nie traktował poważnie. Kpił sobie z nich. Ale żeby tylko to – ostatecznie, dlaczego kreacjoniści mają nie kpić z ewolucjonistów? Argumentował też niepoważnie.

Czasami trafiał celnie, ale potrafił też wypowiadać półprawdy i całe nieprawdy.

Właśnie te półprawdy i nieprawdy mnie zrażały do dalszego wysłuchiwania jego wykładów. Uważałem, że gdy kreacjonista polemizuje z ewolucjonistami, to musi bardzo uważać na to, co mówi. Bo przeciwnik natychmiast podchwyci nasze błędy i nas skompromituje. A odnosiłem wrażenie, jakby Hovind zupełnie się tym nie przejmował.
Uważałem więc, że Hovind robi sprawie kreacjonizmu więcej szkody niż pożytku. I że właśnie dlatego w liczących się czasopismach kreacjonistycznych nikt się do niego nie odwołuje.

  Zmieniłem swoje widzenie Hovinda niedawno, gdy czytałem tekst „Skacz żabo, skacz”, który jest zapisem jednego z jego wystąpień. Jednego z wielu wystąpień. Bo Hovind nie pisze, on mówi. I mówi nie do kamery, to też, ale przede wszystkim do sporych zgromadzeń osób, które zechciały przyjść go posłuchać.

Standardem uprawiania nauki jest prowadzenie jakichś badań i przynajmniej na końcu przygotowywanie publikacji, która musi być sporządzona zgodnie z tzw. warsztatem naukowym. W takiej publikacji każde słowo jest ważne i każde twierdzenie powinno być uzasadnione. Hovind niczego takiego nie robi. On tylko mówi i nie dba o ścisłość. Jemu zależy tylko na wywołaniu odpowiedniej reakcji audytorium. Tą reakcją ma być śmiech, a przynajmniej uśmiech. Ale nie tylko.

Ważniejszy cel ma charakter religijny. Słuchacze utwierdzają się w wierze w Stwórcę, który stworzył niebo i ziemię. Ostatecznym celem Hovinda bowiem nie jest obalanie ewolucjonizmu. Jego celem jest nawracanie wątpiących i utwierdzanie wierzących. Narzędziem do realizowania tego celu jest ewangelizacja. Robi tę ewangelizację zwalczając ewolucjonizm i ateizm, czyli głosząc kreacjonizm. Ale kreacjonizm jest tylko środkiem osiągania wyższych celów, nie jest celem samym w sobie. Hovind uprawia kreacjonistyczną ewangelizację.

Ale to nie wszystko. Jest jeszcze jeden element, którego uświadomienie pozwoliło mi napisać, że rozwiązałem tajemnicę Kenta Hovinda. On się zachowuje, jakby prowadził jednoosobowy kabaret. A właściwie to rzeczywiście jest kabaret, tylko taki, który ma poważny cel, którego celem nie jest tylko pośmianie się słuchaczy. Zresztą, kto powiedział, że celem wszystkich kabaretów jest tylko pośmianie się? Że pod warstwą dowcipu i śmiechu nie mogą się kryć bardzo poważne sprawy? Najlepsze kabarety są właśnie takie – pozwalają się odprężyć, ale i dają okazję do głębszych przemyśleń.

Hovind przedstawia, bardziej lub mniej udanie, w dowcipnej formie swoją walkę z ewolucjonizmem. W tej walce stoi samotnie naprzeciw całej zgrai ewolucjonistów i ateistów, którzy wyprodukowali mnóstwo kłamliwych podręczników. I ich wszystkich gromi. A nawet nie musi tego robić sam. Może to robić czasami jego córka, która chodzi jeszcze do szkoły. Ewolucjoniści okazują się głupsi od dziecka, które zdroworozsądkowo myśli.

Hovind specjalizuje się w nowej odmianie jednoosobowego kabaretu – religijnym kabarecie antyewolucjonistycznym. Tłumaczy to, dlaczego nie dba o szczegóły. Nie musi, tak jak „posiedzenia rządu” R. Górskiego i M. Wójcika nie są wiernym odzwierciedleniem prawdziwych posiedzeń rządu Donalda Tuska ani jak „Ucho prezesa” nie jest prawdziwym obrazem tego, co się dzieje w siedzibie władz PiSu. Tłumaczy to też, dlaczego autorzy kreacjonistyczni nie cytują Hovinda i dlaczego nie ma sensu polemizowanie z tym, co mówi Hovind. Ostatecznie rzecznik rządu Tuska nie prostował „kłamliwej” tezy, że premierowi w głowie tylko „haratanie w gałę”, a rzecznik prasowy prezydenta RP nie tłumaczy nikomu, że prezydent nie siedzi całymi godzinami pod drzwiami prezesa Kaczyńskiego.

Wyobraźmy sobie, że dawna rzecznik rządu publicznie stwierdza, że premier nie przychodził na posiedzenia rządu z piłką pod pachą i że grał w nią tylko raz w tygodniu, a nie codziennie. Nawet ona czegoś takiego by nie zrobiła. Kabaretowe haratanie w gałę było zmyśleniem, ale – i na tym polega wielkość kabaretu – było to „prawdziwe zmyślenie”, choć zwrot ten wygląda na wewnętrznie sprzeczny.
Przedstawiało ona postawę premiera w przesadzonej formie, ale coś było na rzeczy.

Radzę w ten właśnie sposób przyglądać się widowiskom organizowanym przez Kenta Hovinda. Choć przesadza, wyjaskrawia i niekiedy zapędza się za daleko, w ogólnym rozrachunku ma rację. Ewolucjonizm – pogląd, że wszystko się samo zrobiło, podobnie jak opowieść Münchhausena, że ciągnąc sam siebie za włosy potrafił wyciągnąć się z bagna – jest po prostu śmieszny.

Mieczysław Pajewski