sobota, 28 lutego 2026

Żydowscy gangsterzy


"Na temat zorganizowanej przestępczości żydowskiej w USA istnieje spore piśmiennictwo, żeby wymienić choćby klasyczne pozycje Tough Jews, Fathers, Sons and Gangsters Richarda Cohena , Our Gang: Jewish Crime and the New York Jewish Community 1900-1940 , Jenny Weismann Joselit, „But He Was Good to His Mother”: The Lives and Crimes of Jewish Gangsters Roberta Rockaway`a, Little Man: Meyer Lansky and the Gangster Life Roberta Lacey’a (zob. bibliografię pod hasłami https://en.wikipedia.org/wiki/Jewish-American_organized_crime oraz https://de.wikipedia.org/wiki/Kosher_Nostra). Córka Lansky`ego Sandi Lansky Lombardo napisała swoją autobiografię Daughter of the King: Growing Up in Gangland.

Lansky (urodzony w 1902 roku w Grodnie jako Meier Suchowlański) i Benjamin „Bugsy” Siegel to ważne postaci mafijno-gangsterskiego podziemia żydowskiego; zwłaszcza ten pierwszy – prawdziwy geniusz finansowy i nadzwyczaj utalentowany menedżer podziemnego biznesu, jednakże ojcem-założycielem żydowskiej zorganizowanej przestępczości w USA był Arnold „the Brain” Rothstein – Lansky, Siegel, Louis „Lepke” Buchalter byli jego „uczniami”. Ten ostatni to jedyny żydowski gangster stracony przez stan Nowy Jork.

Oprócz nich mamy całą plejadę żydowskich przestępców, członków Kosher Nostry, których życiorysy stanowią bogaty materiał historyczny, mogący z łatwością posłużyć do „wykreowania narracji o gangach Izraelitów”: Irving „Puggy” Feinstein, Dutch Schultz, Abraham „Twist Kid” Reles, Harry „Pep” Strauss, Emanuel „Mendy” Weiss, Jacob „Gurrah” Shapiro, Milton Goldberg, Jake Lansky, Hyman „Red Hymie” Siegel, Meyer „Mickey” Cohen, Edward „Monk” Eastman , George Freeman, Morris „Moe” Dalitz, Louis Rothkopf, Alex „Shondor” Birns, Martin „Bugsy” Goldstein, Irving Mishel, Irving „Knadles” Nitzberg, Morris „Sheppie” Shapiro, Tom Cutty, Philip „Farvel” Kovolick, Charles Haim, Hyman „Nig Rosen” Stromberg, Albert „Tic Toc” Tannenbaum, Abner „Longie” Zwillman, Sidney „Fats” Brown, Charles „Charlie the Bug” Workman, Big Jack Zelig, Max Zweifach, Sholem Bernstein, Bernard „Lulu” Rosenkrantz, Abraham „Bo” Weinberg, Harry „Gyp the Blood” Horowitz, Samuel Stein, Moe Klemas, Abraham „Abe” Chait, Dutch Goldberg, Joe Miller, Sam Berger, Joe Berger, Benjamin „Benny” Levine, Abe Gordon, Harry „Little Lefty” Strasser, Sam Smith, Gabriel Klar, Paul „Red” Dorfman, Benjamin „Benny the Bug” Ross, Arthur „Lefty” Clark, Irving „Chink” Sherman, Teddy Ray, Samuel „Sammy Schlitz” Schlitten, Morris „Moishe” Schlitten, Abe Bernstein, Larry „The Fixer” Knohl, bracia Harry „Little Gangy” Davidoff i Willie „Big Gangy” Davidoff, Sammy Goldstein, Sol „Pork Chop” Margolies, Joseph „Doc” Stracher, Izydor „Kid Cann” Blumenfeld i jego dwaj bracia Harry i Jiddy Bloom, Israel Alderman, Shachna Itzik Birger, Abraham „Trigger Abe” Chalupowitz, Jake Guzik, Izzy Kaplan, Joseph „Nigger Joe” Lebowitz, William Lipshitz, Louis „Lefty Louie” Rosenberg, Joseph „Joe the Grease” Rosenzweig, David „Davie the Jew” Berman, Charles „King Solomon” Solomon, Oscar „The Poet” Friedman, Jacob „Yasha”, „The wandering Jew” Katzenberg, Jack „Greasy Thumb” Guzlik (doradca finansowy Ala Capone), Samuel „Red” Levine (według legendy hitman tak pobożny, że w szabat nie wykonywał wyroków śmierci).

Żydowscy mafiosi i gangsterzy pierwszych dekad XX w. tworzyli trzon amerykańskiej zorganizowanej przestępczości np. stworzony przez Sammie Cohena i kierowany przez braci Bernstein „Purple Gang” kontrolował całkowicie nielegalny biznes w Detroit, w Cleveland rządziła „Czwórka z Cleveland” – „Moe” Dalitz, Morris Kleinman, Sam Tucker i Louis Rothkopf.

Tymczasem w kinie wykreowano, głównie dzięki Ojcowi chrzestnemu i Rodzinie Soprano „narrację o włoskiej mafii”, która przesłoniła żydowską w masowej wyobraźni. Co nie znaczy, że filmy o „gangach Izraelitów” w ogóle nie powstały np. Lepke (1971) z Tony Curtisem , Bugsy ( 1991) z Warrenem Beatty i Harvey`em Keitelem, Lansky (1999) z Richardem Dreyfussem , Dawno temu w Ameryce (1984) z Robertem De Niro – znany film o młodocianych żydowskich gangsterach z Brooklynu w erze prohibicji czy Murder Inc. (1960) – film o żydowsko-włoskim syndykacie zbrodni, który w latach 1929-1941 wykonał od 400 do 1000 morderstw na zlecenie (w roli płatnego zabójcy Abrahama „Kid Twist” Relesa wystapił Peter Falk). W tym roku na ekrany kin trafił Lansky w reżyserii Eytana Rockaway`a (według niektórych krytyków nazbyt hagiograficzny – gangster bohatersko łamie kości amerykańskim „nazistom”).

Najważniejsza różnica pomiędzy włoską a żydowską mafią polegała na tym, że ta druga nie miała charakteru rodzinnego. W związku z tym nie przekazywała „interesów” potomkom, ale zdobyte majątki inwestowała w legalne biznesy, zaś dzieci wysyłała do college`ów i na uniwersytety. W konsekwencji „stara” mafia żydowska z pierwszej połowy XX wieku zanikła rozpływając się w społeczeństwie amerykańskim.

Na marginesie warto zauważyć, że mafia włoska zawsze była mitologizowana jako niezależna siła, podczas gdy np. mafia sycylijska stanowiła w rzeczywistości narzędzie w rękach klasy rządzącej (właścicieli ziemskich). Po 1945 r. we Włoszech mafię uczyniono nieformalnym uczestnikiem systemu politycznego mającym stanowić przeciwwagę dla partii komunistycznej – mafia jest z natury rzeczy antykomunistyczna, bo prowadzi biznesy i jest niezwykle przywiązana do zasad prywatnej własności.

Z artykułu Tomasza Gabisia
http://www.tomaszgabis.pl/2021/09/15/o-suwerennym-trybunale-konstytucyjnym-zydowskich-gangsterach-filozofii-oddychania-postapokalipsie-oraz-innych-sprawach-i-osobach/

Wyrwać Polskę z rąk idiotów


Naczelnym zadaniem dyplomacji jest realizacja „interesu narodowego”. Tak było, jest i będzie. Świadczy o tym obowiązuje do dziś doktryna lorda Palmerstona: „Wielka Brytania nie ma wiecznych sojuszników, ani wiecznych wrogów; wieczne są tylko interesy Wielkiej Brytanii i obowiązek ich ochrony”. Jest też przykazanie Prymasa Tysiąclecia: „Każdy naród pracuje przede wszystkim dla siebie, a nieszczęściem jest zajmowanie się całym światem kosztem własnej ojczyzny”.

Tymczasem u nas nie tylko, jak ognia unikają słów „polski interes narodowy”. Nie tylko słowa te nie przechodzą im przez gardło, ale zamiast nich mamy pilnowanie cudzych interesów kosztem własnych i przypadki działań przeciwko interesom własnego państwa.

Przemiany ustrojowe dawały nadzieję, że polski interes narodowy zostanie zdefiniowany i że będziemy myśleć jego kategoriami. Niektórzy, ci najbardziej naiwni, mieli nadzieję, że przywołana zostanie dewiza Romana Dmowskiego „Jestem Polakiem – więc mam obowiązki polskie”. Tak się nie stało. Nie tylko dlatego, że nie było woli podjęcia takiego zadania, ale dlatego, że nie było komu tego zrobić. Bo, czy można było tego oczekiwać od ludzi, którzy każde myślenie o interesach Polski zwalczali jako przejaw nacjonalizmu, od ludzi bez poczucia lojalności wobec kraju, w którym żyją, którzy – jeśli już używali tego słowa – to w formie „interes Ukrainy”, „interes Izraela”, „interes Tatarów Krymskich”?

Wiemy, że Ministerstwo Spraw Zagranicznych jest opanowane przez mniejszości narodowe, które dogadały się w Magdalence. Wiemy, jak w Polsce zostaje się ministrem. Zdradził to Władysław Bartoszewski – Geremek zapytał go: Władek, mam dla ciebie propozycję na tak lub na nie. Chcesz porządzić w MSZ? Dziwne były kryteria doboru ludzi mających bronić polskich interesów. Dostrzegł to inkryminowany Władek, obwieszczając: „Pokażcie mi taki drugi kraj w Europie, w którym w ciągu ostatnich dwóch dekad  trzech szefów dyplomacji miało żydowskie pochodzenie, jeden był honorowym obywatelem Izraela a drugi ma żonę Żydówkę”. I nie dziwi, że wykoncypowana przez niego i obowiązująca do dziś doktryna brzmi: „Polska to panna stara, brzydka i bez posagu, która nie powinna być zbytnio wybredna”.

Schedę po dyplomatycznym durniu przejął Teofil, który w pierwszym dniu urzędowania uraczył nas cymesem: „Żydzi są naszymi braćmi i musimy się z państwem Izrael identyfikować”. Bartoszewski Teofil w Sejmie reprezentuje partię chłopską, ale kiwa się tam w takt muzyki klezmerskiej i inspiruje się (tak, jak ojciec) mądrością: „Bierz, kiedy dają, tańcz, kiedy grają, uciekaj, kiedy gonią, klękaj, kiedy dzwonią”. W takiej sytuacji pytanie, czy Teofil jest godnym następcą swego ojca, poprzedźmy pytaniem: Czy idiotyzm jest dziedziczny? Dobrze komponuje się z tym powiedzenie: „Głupi mówi co wie, a mądry wie co mówi”. Niezłe określenie miał też ojciec Teofila: „dyplomatołek”.

W MSZ było – trzymając się stylistyki wieszcza – cymbalistów wielu, ale wszystkich na głowę pobił Radek Sikorski. Sytuacja międzynarodowa Polski jest niezwykle trudna. Dyplomacją powinni kierować najlepsi z najlepszych. Tymczasem Radek znaczy tylko jedno – „minister spraw przegranych”. Nasi sąsiedzi w czasach przedrozbiorowych „polskim sejmem” nazywali bezładne gadanie, dziś obiegowe staje się powiedzenie „polska dyplomacja”. Kiedyś Łukaszenko zdiagnozował, że Radkowi przydałyby się konsultacje u dobrego psychiatry. Tej trafnej diagnozy nic lepiej nie potwierdza, niż fotka Radka w łachach afgańskiego mudżahedina i jego fizjonomia: wybałuszone oczy, nerwowe tiki, głupawe uśmieszki, pokraczne miny, z których wyziera twarz wsiowego głupka.

Idealnie pasuje do niego określenie „szybciej mówi niż myśli”. Słowa te nie wyczerpują jednak jego dokonań. Nie za bardzo wypada w kontekście matołów cytować filozofów, ale Platon powiedział: „Mądrzy mówią, ponieważ mają coś do powiedzenia. Głupcy mówią, ponieważ muszą coś powiedzieć”. Jest też inne wytłumaczenie – za korzyści osobiste jest gotów służyć każdemu i nieraz proste powody rozstrzygają, po której stronie staje. Gdy był europosłem brał pieniądze od szejków z Dubaju, co nasuwało skojarzenie z popularną wówczas książką „Dziewczyny z Dubaju”, o polskich celebrytkach prostytuujących się w Emiratach.

Typowy dzień pracy Radka: Wyjmuje smartfon i tweetuje: Dać Ukrainie rakiety dalekiego zasięgu. Rosjanie mówią, że Polacy to podżegacze wojenni. A Radek? Cieszy się jak dziecko, że znowu pokazali go w telewizorze. Gdy zadziera z Elonem Muskiem, w świat idzie przesłanie: ministrem w Polsce jest „mały człowiek” i „obśliniony imbecyl”. W Monachium używa argumentu: „Trump powiesił zdjęcie Putina w Białym Domu, a ja nie mam zdjęcia Putina w domu”. W Davos słowo „Ukraina” wymienił 38 razy, równoważąc je tylko raz słowami „polski rząd”. A wydawało się, że trudno na tym polu pobić Dudę, który słowo „Ukraina” wymienił 24 razy a „Polska” dwa razy. À propos idiotów – w tymże Davos Donald Trump wygłosił: „Musimy chronić i doceniać w polityce ludzi mądrych, bo nie jest ich zbyt wielu”. I te słowa każdy polski polityk powinien umieścić sobie na biurku (lub, jak w przypadku próżniaka Tuska, powiesić sobie nad łóżkiem).

U Radka na czoło wysuwa się opanowana do perfekcji umiejętność stawania się przedmiotem kpin. Serią komediowych gagów była jego eskapada do Waszyngtonu, kiedy to „mistrz dyplomacji” strzelał sobie „selfiki” na trawniku przed Białym Domu, by przekonać, że nie jest tam persona non grata. Wyglądał przy tym, jak nastolatek turysta we wczesnym PRL-u, który udając pilota robił sobie zdjęcie wsadzając głowę w otwór w płachcie, na której namalowany był samolot. Pal licho, gdyby ośmieszył siebie, ale „minister, którego zazdrości nam cały świat” skompromitował Państwo Polskie.

Powszechna opinia głosi, że karierę zrobił dzięki wpływowej żonie, czyli globalistom. Tymczasem to twór Jarosława Kaczyńskiego, któremu inny głupek Jan Parys podszepnął, że Radek to światowiec, bo był w Afganistanu, zna obcy język i ma zagraniczną żonę. No chyba, że za ingerencję globalistów uznamy umieszczenie Radka przez „Foreign Policy”, organ prasowy amerykańskich trockistów na liście „100 czołowych myślicieli świata”.

Kolejne przykłady z półki „Idioci dyplomatyczni” poprzedźmy słowami Viktora Orbána: „Małe kraje nie mogą sobie pozwolić na głupich przywódców. To przywilej dużych krajów”. Oryginalny kanon polskiego interesu narodowego wypracował Lech Kaczyński: Żydzi mają przemożny wpływ na amerykańską politykę i jeśli zainteresujemy ich Polską, to ich interesy staną się interesem USA. Innymi słowy – im więcej Żydów w Polsce, tym większe bezpieczeństwo Polski. Kto mu tak zamieszał w głowie? Wychowawcą braci Kaczyńskich był Jan Józef Lipski, „przyjaciel” mamy, która sama przyznała, że jej synowie wychowywali się oraz kształtowali w oparciu o jego przekonania. A Lipski był masonem, który całe życie poświęcił na walkę z katolicyzmem i z polskim ruchem narodowym, a w publikacjach obarczał Polaków winą za zbyt małą ofiarność w pomaganiu Żydom w czasie okupacji. Promotorem doktoratu Jarosława był prof. Stanisław Ehrlich, stalinowski politruk w stopniu majora, o którym Kaczyński napisał, że był „jego mistrzem na równi z marszałkiem Piłsudskim”. A może, po prostu, wykonuje posługę szabesgoja, czyli – jak podaje Wikipedia – „ubogiego chrześcijanina służącego za niewielkie wynagrodzenie do wykonywania czynności, które są zakazane Żydom podczas szabatu, jak rozpalenie pieca i zmiana świec w chanuce”?

No chyba, że za robotę globalistów uznamy zaleceniastarożytnego mędrca chińskiego, który nakazywał tępić szkodników i idiotów u siebie, ale zdecydowanie popierać ich u sąsiadów. Po tę broń nasi sąsiedzi, i ci ze Wschodu i ci z Zachodu (a nawet Ukraińcy”) nie wahają się sięgać – zawsze wspierają najgłupszych, a tępią mądrych. I dlatego można odnieść wrażenie, że w całej tej krzątaninie na polskiej scenie politycznej chodzi wyłącznie o utrzymywanie określonego poziomu głupoty i wymianę, po kolejnych wyborach, jednych idiotów na drugich.

I jeszcze jedno – Kaczyńskiego, gdy bezkrytycznie poparł przewrót na Majdanie, ujawnił doktrynę, którą kierować powinno się Państwo Polskiej: „W ten sposób realizuje się marzenie śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego”. Tymczasem Majdan to była ukraińska Magdalenka, którą sfinansowali ludzie Soros, a do władzy dorwali się postsowieccy oligarchowie. Andrzej Lepper nazwał kiedyś profesora doktora Balcerowicza, prezesa NBP „idiotą ekonomicznym”. Ale czy na taki sam tytuł nie zasłużył sobie doktor Jarosław Kaczyński, który mówiąc o pomocy dla kijowskiego reżimu rzekł: „Nas stać, bo jesteśmy trzy razy bogatsi od Ukrainy”.

Idiotów nie brakowało wśród prezydentów RP. Lech Wałęsa, na spotkaniu z nowojorskimi biznesmenami radził: Jedźcie do Polski zakładać biznesy, bo tylko na głupocie Polaków można zarobić pieniądze. Gdy słyszało się Andrzeja Dudę, który strojąc głupawe miny głosił: „To się może w głowie nie mieści, że Polska wysłała taką pomoc – ale faktycznie wysłaliśmy (…) wysłaliśmy prawie że bez zastanowienia” – to musiało chodzić o idiotę. Kto mu tak we łbie zamieszał? Częsty bywalec Pałacu Prezydenckiego rabin Schudrich?

Bronisław Komorowski, przekonywał, że Korfanty lubił się z Piłsudzkim, a jego minister Grzegorz Schetyna, też absolwent studiów historycznych, że obóz w Auschwitz wyzwolili Ukraińcy (czyli strażnicy obozowi). W tym miejscu, tak na marginesie podajmy, że doktor nauk historycznych Karol Nawrocki, podczas obchodów rocznicy wybuchu Powstania Styczniowego w Wilnie podkreślił razem z Zełenskim udział w powstaniu Ukraińców. Tymczasem powstanie spacyfikowali Kozacy, a chłopstwo ukraińskie nie tyle powstańcom pomagało, co ich wyrzynało. Czyżby chciał zostać tak, jak jego poprzednik wiceprezydentem Ukrainy? I czy następnym krokiem nie będzie zgoda na wysłanie polskich żołnierzy na Ukrainę?

I czy nie lepiej byłoby, żeby przestał zajmować się polityką zagraniczną, albo zmienił doradców? W pierwszym rzędzie Sławomira Cenckiewicza, który autorytatywnie ocenił, że Tusk nie był agentem niemieckim, bo przeczytał dokumenty Stasi, które przesłali mu Niemcy (po 30 latach czekania). Ale i tak w głupocie nie pokonał Tomasza Siemoniaka, który pytany, czy  podsłuchuje go niemiecki wywiad, odpowiedział: „Po co miałby sojusznik inwigilować ministra koordynatora, jak może mnie po prostu zapytać i ja mu wszystko powiem,  tak samo on mi powie”.

„Nie ma rzeczy ważniejszej niż wsparcie dla Ukrainy. Polska nie poprze żadnej decyzji dotyczącej traktatu pokojowego, która byłaby sprzeczna z interesami Ukrainy” – ogłosił w Kijowie Donald Tusk (i tego samego dnia przelał do przepastnej kabzy Zełenskiego 6,8 miliarda). I tu pytanie: Czy można wyobrazić sobie ukraińskiego premiera oświadczającego, że nie zrobi nic sprzecznego z interesami Polski? Innymi słowy, dla Tuska najważniejsze są interesy – po pierwsze Niemiec, po drugie Niemiec, po trzecie Niemiec, a następnie interes Ukrainy. A interes Polski? Polska to nienormalność!

„Wyzwaniem na kolejne lata dla Polski jest zdefiniowanie własnych interesów. Musimy wiedzieć, czego chcemy”. To szokujące, budzące w sytuacji wielkich geopolitycznych wyzwań grozę wyznanie wygłosiła Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, ministra od funduszy unijnych. Ale na tak ważny urząd nie namaścili ją globaliści. Zrobił to Szymek Hołownia, autor słów „Putina wgnieciemy w ziemię”, dowód na to, że w Polsce nie tylko ministrem, ale marszałkiem Sejmu może zostać każdy, a którego zidiociały funkcjonariusz Onetu Janusz Schwertner powitał: Bóg faktycznie istnieje i po prostu zesłał posłom Hołownię”.

Tak głupiego rządu i tylu głąbów u władzy w historii III RP jeszcze nie było. Najważniejsze urzędy związane z bezpieczeństwem i polityką zagraniczną objęli durnie. Ministrem energii został Miłosz „Cep” Motyka. Minister edukacji nie zna się na edukacji. Minister zdrowia nie zna się na medycynie, a ministrem obrony został lekarz pediatra, który ma jeszcze mniejsze szanse na uzdrowienie armii niż chorych dzieci. Jedynym doświadczeniem zawodowy ministra rozwoju i technologii jest praca w Wojewódzkim Ośrodku Ruchu Drogowego w Pile. A premier? Nie zna się na niczym! Wszystkich lub wszystko podsumowała inna intelektualistka – Agnieszka Pomaska: Można powiedzieć, że jeśli chodzi o wybitne osobistości, to mamy w Platformie klęskę urodzaju. I tu pytanie: Czy ministrami zostali na polecenie globalistów czy premiera, który nie zna się na niczym, ale jest folksdojczem?

Nie zapominajmy też o rządzie poprzednim. Bo kim, jeśli nie niedouczonymi głupkami była ferajna Morawieckiego? Za odpowiedź wystarczy tępa, przypominająca komendanta posterunku MO w Wołominie gęba wicepremiera. Gdy na horyzoncie pojawiło się widmo gospodarczej zapaści, antykryzysową tarczą zasłaniali się: premier po studiach historycznych, minister finansów po technikum ogrodniczym, minister rozwoju po stażu w Muzeum PRL i 28-letni wiceminister finansów Piotruś, przy którego nominacji decydujące okazało się, że w licealnych czasach „był wyszczekany” i był finalistę olimpiady wiedzy o prawach człowieka.

Coś musi być „na rzeczy” w przypuszczeniach, że rolą spiskowców z Magdalenki było takie ogłupienie Polaków, żeby, nie daj Boże, nie wybrali sobie jakiegoś mądrego przywódcę. I tylko przyjmując taką hipotezę, decyzje kadrowe Tuska mają sens. Nie oznacza to, że globalistów nie ma i że Majdanu i wojny za naszą wschodnią granicą nie wywołali globaliści. Nie sposób jednak pominąć wkładu rodzimych głupków. I właśnie dlatego teoriom o „podszeptach globalistów”, o „globalnym resecie” nie zaprzecza, lecz dyskretnie powiela Donald Tusk. Bo pozwala mu to zwalać winę za nieszczęścia, które sprowadza na Polskę na innych i pozwala sumitować: Chciałem inaczej, ale te globalisty mi nie pozwalają. A jeszcze w tym wszystkim uwiarygadniają go domorośli wyznawcy teorii spiskowej o „globalistycznym spisku”.

Znamy nazwiska idiotów. Ale pamiętajmy też o tych, którzy tych idiotów wybrali. Bo największymi idiotami są wyborcy idiotów, którzy śpią przez 4 lata, a jak się budzą to tylko po to, aby zagłosować na idiotów. Pisał o tym proroczo George Orwell: „Ludzie, którzy głosują na nieudaczników, złodziei, zdrajców i oszustów, nie są ich ofiarami. Są ich wspólnikami”.

W dzisiejszej Polsce krzyżują się obce wpływy, toczy się mnóstwo potyczek a nasza „elita” polityczna składająca się z przypadkowych miernot, natrętnie podsuwa nam tezę: Nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy. Tymczasem wolnej Polski nie będzie bez wyrwaniaPolski z rąk idiotów, bez pozbycia się zidiociałego towarzystwa notorycznie przegrywających miernot, ludzi nie tylko nie myślących po polsku, ale nie myślących w ogóle.Na koniec powiedzmy: Polska nie jest biednym, pustynnym krajem. Polska nie jest nękana przez kataklizmy. Jedynym kataklizmem, jaki gnębi Polskę od lat są pospolite głupki przy władzy.

Krzysztof Baliński
https://dakowski.pl/wyrwac-polske-z-rak-idiotow/

piątek, 27 lutego 2026

Postkonserwstysta

 (...)

Postkonserwatysta, jako fundamentalistyczny sceptyk, kategorycznie wątpi w to, żeby mogła nastąpić restauracja w jakiejkolwiek dziedzinie, co nie oznacza, że uważa, iż nie należy próbować zmienić tego i owego na lepsze, przywracając to, co było, na przykład pozatykać dziury w dachu, pomalować płot, naprawić zepsuty kran, wykopać w ogródku uschnięte forsycje i posadzić nowe, pogodzić się z przyjacielem, z którym się pokłócił, odrestaurować zatarty napis na nagrobku, jeszcze raz przeczytać dobrą książkę, którą czytał dwadzieścia pięć lat temu i jeszcze raz się nią zachwycić, tylko trochę inaczej.

Postkonserwatysta przyklaśnie tezie Nietzschego, że w każdej epoce istnieje świat gnijący i świat powstający. Uściśli ją tylko, dopowiadając, że jest to jeden i ten sam świat.

Postkonserwatysta odczuwa radość z budowania, której towarzyszy świadomość, że i tak to, co buduje, kiedyś się rozpadnie, ba, od razu zaczyna się rozpadać, bo jako rzecze Ernst Jünger, świat jest w połowie budowany, a w połowie popada w ruinę. Jedyną jego ambicją jest choćby odrobinę przyczynić się do utrzymania świata w tej chwiejnej równowadze.

Postkonserwatysta bardzo by chciał, żeby świat ułożył mu się w uniwersalny ład, w ogólną całość. Ale nijak mu się ten pucel nie układa. Przeto stara się, aby choć małemu kawałkowi rzeczywistości, która jest w zasięgu jego ręki, nadać pewną formę, ład i sens, czyli zaprowadzić wokół siebie nieco mniejszy chaos. Kiedy ktoś mu zarzuci, że ten kawałek jest taki mały, stwierdza, „ale on jest”. A w duchu doda: „Ten mój mały kawałek, drogi kolego, jest większy niż cała twoja Całość, którą sławisz”.

Postkonserwatysta stanowczo odmawia uznania czasu, w którym żyje, za okres przejściowy, za coś w rodzaju „interregnum”. Uważa, że świat, w którym żyje, jest taki, jaki jest i inny nie będzie. Jego egzystencja jest w nim zanurzona po samą szyję, wkręcona w tryby konkretnego „tu i teraz”. Nie znajduje sensu w czekaniu na coś, co miałoby przyjść później. Nie uśmiecha mu się życie przejściowym półżyciem, afirmuje swój czas w elementarnym sensie, bo tylko ten czas dany mu został do życia, a śmierć i tak nie pozwoli mu doczekać niczego lepszego.

(...)

.

Postkonserwatysta bierze sobie do serca przestrogę Ernsta Jüngera: „Poruszamy się w minionych epokach lub odległych utopiach, podczas gdy teraźniejszość przemija”.

Postkonserwatysta wie, że w odległej przyszłości o czasach, w których żyje, będzie się mówiło jako o „starych, dobrych czasach”. Wyciąga z tego logiczny wniosek, że już teraz żyje w „starych, dobrych czasach”.

Postkonserwatysta uważa za prawdę najbardziej oczywistą z oczywistych, że jego świat jest naprawdę najlepszym ze wszystkich możliwych światów, a to z tego prostego powodu, że jest to jego świat.

Postkonserwatysta zgadza się z buddystą Kenem Wilberem, że nie należy historyzować tego, co dzieje się w samym człowieku. To jego własna egzystencja może być biografią upadku lub postępu, w nim samym może następować upadek i restauracja, kolejny upadek i odrodzenie, to w jego egzystencji dokonuje się progres i regres, i tak aż do śmierci, która zawsze przychodzi za wcześnie. Postkonserwatysta dopuszcza nawet mało optymistyczne założenie, że jego własna egzystencja jest tylko serią mikrokatastrof noszącą przypadkiem jego nazwisko ( jest to, rzecz jasna, „cud przypadku pełnego znaczenia”).

Postkonserwatysta za absurdalną, i szczególnie „dołującą” psychicznie, uważa koncepcję, że kiedyś świat był zaczarowany, ale potem w wyniku różnych strasznych rzeczy nastąpiło jego odczarowanie. Stawia aksjomatyczną hipotezę, że tylko od niego samego zależy, czy jego własny świat stanie się zaczarowany. Świat jest bowiem poszarzały i nudny tylko dla poszarzałych i nudnych ludzi.

Postkonserwatysta nie bierze udziału w sporze pomiędzy zwolennikami linearnej i cyklicznej koncepcji dziejów (liniowcy kontra cykliści), bo nawet swoich własnych dziejów nie potrafi ułożyć w jeden wzór.

Postkonserwatysta jest zwolennikiem kosmologii topocentrycznej, która wychodzi z założenia, że centrum wszechświata zlokalizowane jest tam, gdzie żyje człowiek, czyli obecnie i tymczasowo środkiem kosmosu jest nasza Ziemia. Natomiast centrum (płaskiej) Ziemi – tak się jakoś szczęśliwie złożyło – znajduje się w ogródku postkonserwatysty.

Postkonserwatysta uważa, że w gwiazdy najlepiej patrzeć bez teleskopu, a na liście i kwiaty bez mikroskopu.

Postkonserwatysta przedkłada wydarzenia i sytuacje ponad systemy i struktury – za Gillesem Deleuze nawet pojęcia uznaje za wydarzenia. Woli miejsca, szlaki, przejścia, enklawy, marginesy, szare strefy niż wielkie obszary; boczne, polne drogi i leśne przecinki (Lichtung) niż szosy i autostrady; preferuje skinięcia i gesty zamiast wielkich znaków i komunikatów. Wybiera trawersy zamiast prostej drogi na szczyt.

Poskonserwatysta odpowiada tym, którzy namawiają go, żeby zaczął zmieniać świat: „Chcecie zmienić świat? Zostańcie w domu!”.

(...)

Postkonserwatysta obserwuje z uwagą, jak obumierają kategorie, pojęcia i języki, jak „wszystko, co trwałe ulatnia się i rozpływa w powietrzu”, ale wie również – i tu ujawnia się jego przywiązanie do konserwatywnej antropologii – że ludzie w najgłębszych warstwach swojej egzystencji pozostają tacy sami. Postkonserwatysta wie – bo ciągle brzmi mu w uszach dobra rada udzielona mu przez makiawelistów i mistrzów realistycznej myśli politycznej: „nie patrz na maski i kostiumy, na makijaże i gesty, nie słuchaj tego, co mówią i obiecują” – że wieczne są hierarchie i dominacje, władza, polityka, walka, konflikt, panowanie, instytucje, wróg-sojusznik, zawiść, chciwość, wola mocy, nierówność: „Ci, co na dole, chcą na górę, ci, co na górze, nie chcą na dół”; „Naiwni dają, potężni biorą”; „Bądź jagnięciem, a na pewno spotkasz rzeźnika”; „Uwaga na portfele! Znowu mówią o demokracji, prawach człowieka i wrażliwości społecznej”; „Co zrobisz, kiedy ktoś cię uderzy w lewy policzek? Zależy od tego, jak silny jest ten, co uderza”; „Prawda was nie wyzwoli, ale panowanie nad środkami produkcji prawdy – i owszem”; „Praca uszlachetnia, praca jest etycznym obowiązkiem – powiedział pan do chłopa pańszczyźnianego”; „Ze sztyletem w dłoni prawią kazania o rządach Rozumu”; „Kto nie chce być kowadłem, musi być młotem”; „Dlaczego mnie tak nienawidzisz, przecież nic dobrego dla ciebie nie uczyniłem?”; „Bat określa świadomość”; „Kain i Abel – wzorcowy przykład braterstwa”; „W pozłacanej oprawie współczucia tkwi nieraz sztylet zawiści”; „Wojny wybuchają, rewolucje zwyciężają, reżimy upadają, a urzędy pozostają”; „Żelazne prawo oligarchii działa nawet w kółku różańcowym”; „W ogrzanej menażerii współczesnej kultury politycznej drapieżniki krążą czujnie wokół siebie, wymrukując chrapliwie etyczne formuły”; „Władza deprawuje, władza absolutna to bardzo fajna rzecz”; „On jest za międzyludzką solidarnością – solidarnością jego ręki z kieszenią sąsiada”; „Co to jest polityka? Kto z kim, na kogo i na co zbiera pieniądze”, „Demokratyczny rząd to najlepszy rząd, jaki sobie możesz kupić”; „Kto sam się poniża, chce być wywyższony”; „Nie otwieraj się zbyt pospiesznie na Innego, bo może mieć nóż za pazuchą”; „Posługują się pojęciami «konstytucja», «legalność», «tolerancja» jak zatrutymi sztyletami”; „Czyj chleb jesz, tego piosenkę śpiewasz”; „Deszcz pada tak samo na uczciwych i na złodziei, ale na uczciwych bardziej, bo złodzieje ukradli im parasol”.

Postkonserwatysta podejrzewa, że ogólna suma szczęścia i radości, cierpienia i bólu, przelanej krwi pozostaje w świecie zawsze taka sama. Ale wie też, że nie jest to żadna pociecha dla tych, którzy cierpią więcej niż inni, dla tych, którym przypadła w udziale większa porcja bólu, dla tych, których krew jest przelewana.

(...)

Postkonserwatysta zgadza się z twierdzeniem Ciorana, że każdy postęp implikuje regres, każdy wzlot – upadek, ale uzupełnia je: każdy regres implikuje postęp, każdy upadek – wzlot.

Postkonserwatysta przychyla się do opinii, że nie można dziś frontalnie atakować „Systemu” występując w roli rewolucyjnego – konserwatywnego lub lewicowego – samotnego bojownika. Taka postawa jest bowiem sensowna tylko wówczas, kiedy dysponuje się „obiektywnie konieczną” perspektywą przyszłości, kiedy zna się „sens historii”. On żadnego sensu historii dociec nie potrafi. Kiedy patrzy w przyszłość, widzi różne przyszłości, szczególnie, gdy chodzi o jego własną przyszłość, a ta interesuje go najbardziej. Jedyne, czego jest pewien, to to, że koniec wszystkich tych przyszłości będzie w każdym przypadku taki sam. I nie będzie to, niestety, happy end. Więc nie wie, co wybrać: konstruktywny opór czy kolaborację, pozbawioną najmniejszej choćby odrobiny entuzjazmu; przemyśliwuje intensywnie, jak by tu nie popaść w jałowy konformizm, a zarazem uniknąć pułapki równie jałowego buntu, jak wymknąć się z uścisku syjamskich braci: urzędowego optymizmu i opozycyjnego biadolenia, co zrobić, żeby nie być mówionym ani przez oficjalną nowomowę, ani przez opozycyjną, antysystemową kontrnowomowę, jaką subtelną grę prowadzić, żeby „Oni” się nie dowiedzieli, czy jest „za”, czy „przeciw”, jak balansować, na linie prawdy, żeby nie wpaść do czarnej dziury po prawej lub do czerwonej po lewej stronie. Nie bardzo wie, jak ten cel osiągnąć, jak rozwiązać tę kwadraturę koła, ale mocno się stara, usilnie poszukując Trzeciej Drogi – znów ta pokusa wielkich liter! – więc nie Trzeciej Drogi, ale trzeciej drogi lub trzeciej ścieżki, a może tylko ścieżynki, którą mógłby sobie niespiesznie wędrować – odpowiada mu bycie flaneurem, „niespiesznym przechodniem”.

(...)

Postkonserwatysta ma cichą nadzieję, że „także w naszym spodlałym świecie można wieść życie warte życia. Wystarczy, że człowiek myśli, że się nie sprzedaje, że upiera się przy swojej godności i ludziom niegodnym nie podaje nawet małego palca, również tym niegodnym spośród ofiar” (Joachim Fernau).

Postkonserwatysta, kiedy mu mówią, żeby porzucił wszelką nadzieję, wznosi toast: „Wypijmy za niebywałe powodzenie naszej beznadziejnej sprawy!”. I postanawia: „Nie mam żadnych szans, ale muszę je wykorzystać” (za Achternbuschem).

Tomasz Gabiś
https://www.tomaszgabis.pl/2009/07/13/manifiesta-postkonserwatywna/

Achternbuschem).

Tomasz Gabiś

Fragment książki Gry imperialne (Wydawnictwo Arcana, Kraków 2008). Poprawiona i rozszerzona wersja tekstu, który ukazał się [w:] „Stańczyk. Pismo postkonserwatywne” nr 40/41 (2004)

Obecnie dostępne jest drugie wydanie książki, znacznie poszerzone 915 stron!
Nie jestem postkonserwstystą, choćby z powodu tego, że istnieje dla mnie Prawda przez duże P. Nie mniej czyta się Pana Gabisia bardzo przyjemnie, powiedziałbym że to twórczość przez duże Tfu 😌

Gry imperialne. Między Imperium Europejskim a... - Tomasz Gabiś [KSIĄŻKA]


czwartek, 26 lutego 2026

Kaźń Romanowów była morderstwem rytualnym


W bardzo poważny sposób bierzemy pod uwagę morderstwo rytualne. Istotna część komisji Kościoła prawosławnego nie ma co tego żadnych wątpliwości".

Tego rodzaju oświadczenie złożył w poniedziałek biskup Tikhon (Skekunov), który jest sekretarzem Komisji Patriarchalnej –  prowadzącej badania nad szczątkami rodziny cara, zmasakrowanej w roku 1918 – i osobą uchodzącą za doradcę duchowego Włodzimierza Putina.

Deklaracja ta miała miejsce podczas spotkania w moskiewskim klasztorze Sretenski, w obecności patriarchy Kiryła, który podziela stanowisko.

Wśród resztek zmasakrowanej rodziny znajdują się jej członkowie niezidentyfikowani ostatecznie, w stosunku do których kościół rosyjski nie wydał jeszcze pozwolenia na pochówek. Carska rodzina została przez Cerkiew kanonizowana.

Ojciec Tikhon stwierdza:

"Już samo to, że car został zabity po swej abdykacji w tenże sposób, a także fakt, że zabójcy podzielili się ofiarami – co poświadczył Yurowski (dowodzący bolszewikami wykonującymi egzekucję) – a także informacja, że było bardzo wielu ochotników na zabójców cara, ukazuje, że morderstwo było traktowane przez nich jako specyficzny ryt".

Po oświadczeniu, niezwłocznie – ustami rabina Barucha Gorina – zaprotestowała rosyjska wspólnota żydowska (w komunikacie agencji Interfax):

"Tego rodzaju deklaracje są przykładem obskurantyzmu średniowiecznego. Jest to hipoteza mająca znamiona spisku antysemickiego".

Podejrzenie o  żydowską maskrę rytualną nie jest wydarzeniem nowym. Pluton egzekucyjny, który 17 lipca 1918 roku, o godzinie 2.30, w podziemiach domu Ipatieva w Jekaterynburgu zabił cara, jego żonę, 5 ich dzieci, lekarza cara i kilku służących składał się z 12 osób – po to – jak mówiono, by reprezentować sobą 12 plemion Izraela. Jak chodzi o czekistów-morderców – powiedziano, że byli nimi "strzelcy łotewscy" – ale wśród nich obecny był również Imre Nagy, przyszły szef rządu w Budapeszcie. Wielu z nich mówiło po niemiecu i yddish.

Mordercy pozostawili na murach symbole i znaki zinterpretowane jako kabalistyczne. Oficer Białych  Nikolaj A. Sokołov (1882 – 1924) – w czasie gdy wojska antykomunistyczne odbiły na krótko Jekaterynburg – przeprowadził pierwsze śledztwo w tej sprawie i odnalazł na murach pomieszczenia napis po niemicku:

"BelsaTZAR ward in selbiger Nacht  von seine Knechten umgebrat" – "BaldaTZAR został zabity nocą przez swych służących".

Były to wersety należące do żydowskiego poety Heine, będące parafrazą cytatu z Torah, z księgi Daniela:

"Tej samej nocy został zabity Baltazar, król Chaldejczyków".

Niektórzy z morderców-bolszewików posiadali znaczną wiedzę rabiniczną. Yakov Yurovskij (1878 - 1938) urodził sie jako Jankel Movsev i uczył sie w szkole synagogi. Jego prawą ręką w wydarzeniach owej nocy był Mikhail A. Medvedev, będący prawdopodobnie Żydem. To on strzelił w głowę cara i wielkiej księżnej Marii, używając do tego pistoletu Browning n. 389965, który został przez niego (przed śmiercią) w roku1964 osobiście oddany do Muzeum Rewolucji.

Zadanie rozpuszczenia ciał w kwasie siarkowym podjął chemik Petr Voikov, urodzony jako Pinkus Weiner. Natomiast Philip (w rzeczywistości Isay – zdrobnienie w yiddish) Isaevic Goloshchokin, który stał się znaczącą postacią Rewolucji (za jego sprawą w latach 1932 – 1933 zginęło w Kazachstanie 1- 2 milionów osób) – chwalił się posiadanej w swym archiwum głowy cara, zakonserwowanej w pojemniku wypełnionym alkoholem.

Yakov Sverdlov urodzony jako Jankiel Solomon w roku 1885 w rodzinie bogatego kupca-masona stał się krwawym organizatorem czerwonego terroru przeciwko wieśniakom i kozakom dońskim był pierwszym szefem państwa sowieckiego. Za zasługi w masakrze Romanowów – Jekaterynburg został przemianowany na Sverdlovsk. Żydowski poeta David Bergelson będzie wychwalał Sverdlova jako "dumę narodu żydowskiego".

Należy wspomnieć także, iż przed I wojną światową, w Warszawie, w sklepach żydowskich sprzedawano widokówkę z życzeniami z okazji Yom Kippur, na której przedstawiony był rabin, trzymający w jednej ręce Torę, a na drugim jego ramieniu widoczny był ptak z głową cara Mikołaja.

Była to aluzja do rytu ofiarnego białej kury, odprawianego przez pobożnych Żydów podczas Yom Kippur. Polegał on na przesuwaniu ptaka nad głową, poderżnięciu go i wykrwawieniu oraz wymówieniu formuły "To jest zwierzę ofiarne, przeznaczone na moje oczyszczenie".



Jest to typowy krwawy ryt ofiarny, nie pozbawiony powiązań psychologicznych z voodoo.

Jest to fragment, w którym przy pomocy słów "Mene, tekel, peres" – królowi Baltazarowi zostaje zapowiedziany jego upadek.

Żydowski poeta interpretuje cytat w następujący sposób: "Mene: YHVH obliczył dni twojego panowania i ustalił jego kres. Tekel: zważono cię na wadze i okazałeś się zbyt lekki. Peres: twoje królestwo uległo podziałowi i oddano je Medom i Persom" (księga Daniela 5, 26-28).

Podsumowując: Dobrze zrobili rosyjscy Żydzi protestując. Co oni mają wspólnego z masakrą Romanowów?

To wszystko to jedynie przesądy antysemickie.

Wybór tekstów, tłumaczenie i opracowanie: RAM
https://web.archive.org/web/20200120091217/http:/ram.neon24.pl:80/post/141261,kazn-romanowow-byla-morderstwem-rytualnym

Wykonawcy i zleceniodawcy masakry. Od lewej w górnym rzędzie: (Yankel Solomon) Yakov Sverdlov, Philippe Goloshchyokin (Shaya-Isay Fram Goloshchekin), Pyotr Voykov (Pinhus Wainer).
U dołu Beloborodov Alexander Georgievich (Vaisbart Yankel Isidorovich), Konstantin Myachin (Vasily Yakovlev) i Georgy Safarov (Voldin).



sobota, 21 lutego 2026

Dzieci głupieją. Znikają podstawowe pojęcia i umiejętności


Wraz z głupieniem społeczeństwa głupieją również dzieci. Jak się okazuje, na jaw wychodzi u nich nieznajomość totalnie najprostszych rzeczy, jak odczytanie godziny z tarczowego zegara, używanie gotówki czy szczoteczki do zębów. Nauczyciele oceniają, że wynika to z jednej strony z braku zainteresowania dzieckiem rodziców, a z drugiej z powodu dawania dzieciom smartfonów z dostępem do Internetu i pozostawianiu ich z nimi całymi godzinami.

Radio ZET opisało szeroko zjawisko braku najbardziej podstawowych umiejętności wśród dzieci. Redakcja pytała nauczycieli o to, czego dzieci nie potrafią, choć wydawałoby się, że już powinny umieć.

Uwagi dotyczą głównie dzieci z klas 1-3, ale w toku rozmów wyszło, że także starszych.

– Zegarek. Wielu uczniów nie potrafi odczytać godziny z zegarka analogowego – powiedział Adam Ejnik, nauczyciel polskiego w SP nr 1 w Żurominie.

Potwierdziła to dyrektor Zespołu Szkolno-Przedszkolnego nr 2 w Legionowie Dorota Kuchta. W tej szkole dyrektor zlikwidowała cztery lata temu dzwonki. Na korytarzach i w klasach zawieszono typowe zegary tarczowe.

– Przez pierwsze dwa lata nie było problemów, ale w zeszłym roku szkolnym przyszło takie pokolenie do klas pierwszych, które nie potrafiło już sobie z tym poradzić. Nie rozumie takiej formy zegarka. Zresztą trzy czwarte dzieci nie posiada zegarków, a pozostałe mają smartwatche – powiedziała Kuchta.

Powieszono więc obok zegary elektroniczne.

– Dzieci muszą wiedzieć, kiedy iść do klasy, żeby nie spóźnić się na lekcję. Ale nie zdejmujemy tych zwykłych, bo znajomość tarczy zegarowej jest chociażby jednym z wymogów egzaminacyjnych – podkreśliła.

Problem jest także ze szczoteczkami do zębów. Nauczycielka edukacji wczesnoszkolnej z woj. świętokrzyskiego, pani Katarzyna zabiera pierwszoklasistów po przerwie obiadowej, by umyły zęby. Ma ich nauczyć tego nawyku.

– Poprosiłam, żeby rodzice dali im zwykłe, jednorazowe szczoteczki. Ale okazało się, że niektórzy uczniowie nie wiedzieli, jak z nich skorzystać. Szukali przycisku, żeby włączyć je jak elektryczną – powiedziała.

Wskazała też na problem, który zauważyła poza klasą. Dziecko próbowało czytać lub przeglądać książkę. Zamiast odwrócić stronę, próbowało „przewinąć” ją palcem po stronie, jakby to był tablet.

– Albo gdy oglądało bajkę w telewizji, krzyczało „zablokuj”. Nie rozumiało, że to nie bajka z YouTube’a, gdzie można w każdej chwili cofnąć, zatrzymać czy przewinąć wideo – podkreśliła.

Z kolei nauczyciel angielskiego, Grzegorz ujrzał, jak szóstoklasiści nie umieli wydać reszty z papierowych pieniędzy. Nie znali w ogóle nominałów i nie potrafili rozliczyć pieniędzy.

– Teraz płacimy komórką, kartą, zegarkiem, ostatnio obrączką. Dzieci nie mają więc styczności z papierowymi pieniędzmi – powiedział Grzegorz.

Podobnie jest z mapami i atlasami samochodowymi. Pani Anna, nauczycielka geografii i przyrody w woj. świętokrzyskim oceniła, że dzieci w życiu nie trzymały papierowej mapy w rękach, więc nie mogą umieć ich wykorzystywać. W szkole mają z nimi styczność, ale głównie jest to używane na zasadzie nauki podziału administracyjnego Polski.

– Nie brakuje mi dzieci w klasie, które były w Tajlandii, w Egipcie, zjeździły pół Europy, ale nie były w Tatrach, nie widziały Bałtyku – powiedziała pani Anna.

Dotyczy to również starszych dzieci. Pan Grzegorz wspomina kolegę, który przyjmował na praktyki młodzież z technikum z klas technik elektryk.

– Był przerażony tym, że nie wiedzieli, jak płynie prąd. Dla nich to powinna być podstawa – podkreślił.

Dyrektor Dorota Kuchta zwraca uwagę na podstawowe umiejętności życiowe. Wskazuje na przyszycie guzika, zacerowanie dziury czy użycie maszyny do szycia.

– Uczennica kiedyś opowiadała mi, że gdy miała ugotować jajko na miękko, szukała w Internecie, jak to zrobić i ile czasu na to potrzeba – powiedziała pani Anna.

Dyrektor największe zdziwienie wywołało to, że uczniowie jednej z jej klas nie mieli pojęcia, jak rośnie marchewka i nie rozróżniały warzyw.

– Nie wymagałam wiedzy, jak rośnie ananas, czy jak wygląda batat, ale według niektórych warzywa mamy z Lidla czy Biedronki – podkreśliła.

Chodzi tutaj o dzieci w większości z terenów wiejskich.

– To skoro one takich rzeczy nie wiedzą, a mają to pod nosem, to jaki jest stan wiedzy uczniów z aglomeracji? – zapytała.

Wspomniała też na ujrzany wcześniej materiał na TikToku. Znajdowało się tam zdjęcie krowy z przypiętą jednorazową rękawiczką. Nalane było do niej mleko, a dzieci doiły rękawiczkę.

– Wysłałam to nawet dziewczynom z przedszkola, gdyby rozmawiały o tym z dziećmi, może im się przyda – powiedziała dyrektor i dodała, że stwierdzenia, iż „mleko jest z Biedronki, a nie od krowy”, to już nie tylko internetowy mem.

Zdaniem dyrektor, dzisiejsze rodziny nie dają dzieciom żadnych obowiązków, poza chodzeniem do szkoły. Warto dodać, że przy tym oczekują, że faktycznie szkoła wychowa dziecko, a nie je wytresuje.

– Brakuje tego, by dziecko było częścią rodzinnej wspólnoty, że ma zanieść talerze do zlewu, potrafi je umyć ręcznie, posprzątać swój pokój. Dziś dzieci są w większości wypadków z tego zwalniane – zauważyła Kuchta i wskazuje, że przez to nie mają praktycznych umiejętności ani wiedzy. Bo to dzięki wykonywaniu codziennych czynności tę wiedzę zdobywamy.

– Jeśli dziecku pozwolimy wstawić zmywarkę, to będzie wiedziało, że do niej trzeba najpierw włożyć tabletkę, a do pralki wsypać proszek do prania. To nie są oczywistości dla dzieci. Zresztą odpowiednie wstawienie talerza do zmywarki to też jest umiejętność – podkreśliła.

Trochę mniej tragiczne, ale jednak, jest komunikowanie się w teoretycznie tym samym języku. – Niedawno powiedziałem, że ktoś wyskoczył jak filip z konopi. Nikt nie wiedział, o co mi chodzi i co to za filip. A kiedyś na zająca mówiono filip i od tego pochodzi ten związek frazeologiczny – powiedział Adam Ejnik.

Dodał, że od kilku lat biblijne i mitologiczne związki frazeologiczne są dla uczniów nieznanymi definicjami, których muszą się wyuczyć na pamięć.

– Język się zmienia, wiele jest słów, które odeszły do lamusa – podkreślił polonista.

Dyrektor Kuchta oceniła, że lektury z dawnych czasów, ale też z ubiegłego wieku, są dla dzieci „enigmatyczne”. Kochanowski „nie wchodzi”, a Mickiewicza tłumaczy się z polskiego „na nasze”.

– Jak omawiam „Świteziankę”, muszę wyjaśniać wszystko: Dlaczego jakiś strzelec chodził dookoła jeziora, co to jest bór, mimo że pojęcie to pojawia się na przyrodzie – powiedziała Kuchta.

Z kolei przy przypowieści o siewcy musi opowiedzieć dzieciom historię kultury. Kilkanaście lat temu był to całkowicie zrozumiały dla dzieci kod kulturowy.

– Kiedyś pewne symbole, znaczenia były wokół nas, więc to przychodziło naturalnie. Teraz trzeba pokazywać od nowa symbolikę, bo dzieci żyją w popkulturze – wyjaśniła.

Natomiast obecny program tresury, formalnie zwany podstawą programową, opiera się głównie na tekstach historycznych.

– I dobrze, gdzieś te teksty muszą się pojawić, bo to nasze dziedzictwo kulturowe, ale musimy kombinować, jak to przekazać – oceniła.

Jak przekonuje, 20 lat temu pracowało się ze słowem, a dzisiaj pracuje z obrazem, który ma być „niezbędny” dla obecnego młodego pokolenia. Nawet Radio ZET zauważa, że przez to „kuleje myślenie metaforyczne”. Ponadto dzieci znają coraz mniej baśni, gdzie świat inaczej przedstawiano. A jeśli już nawet takowy znają, to przedstawia się go za pomocą obrazów, co niszczy rozwój wyobraźni.

„Z drugiej strony nauczyciele zgadzają się z tym, że młodsze pokolenia funkcjonują w świecie i warunkach, jakie stworzyli im starsi. To dorośli zabierają im młotki i miotły z rąk, a dają telefony – dziecko samo sobie ich nie kupiło. To rodzice wolą posprzątać za dziecko zabawki, zająć się ogródkiem, bo tak będzie szybciej, lepiej. W końcu to dorośli jadąc pociągiem czy tramwajem, włączają dzieciom bajki, zamiast opowiadać, co jest za oknem. To nie kosztuje tak wiele wysiłku” – czytamy na radiozet.pl.

– Nasze dzieci żyją w cyfrowym świecie, trzeba być więc przewodnikiem po dawnym świecie – oceniła dyrektor Kuchta.

https://nczas.info/2026/02/17/podstawowe-umiejetnosci-zanikaja-dzieci-nie-umieja-z-rzeczy-codziennego-uzytku-skoro-one-takich-rzeczy-nie-wiedza/

piątek, 20 lutego 2026

Czy dziś ktoś taki jak Banach miałby szansę zrobić podobną karierę?

 Szkoci ze Lwowa

Rozmowa z profesorem Romanem Dudą, matematykiem i historykiem nauki

– Pojęcia „przestrzeń Banacha” i „algebry Banacha” są obecne nawet w najbardziej popularnych encyklopediach na całym świecie, choć pewnie niewielu niematematyków je rozumie. Ich twórca, Stefan Banach, stawiany jest obok największych matematyków w historii nauki, a lwowska szkoła matematyczna jest uważana za największy wkład polskiej nauki w naukę światową. Na czym polegał jej fenomen?

– Banachowi udało się coś, co nie udawało się matematykom przez kilkadziesiąt lat. Uporządkował serię odkryć, które poczyniono w światowej matematyce w wieku XIX. Stworzył dla nich wspólną płaszczyznę i zapoczątkował jedną z najbardziej dynamicznie rozwijających się gałęzi matematyki w XX wieku: analizę funkcjonalną. Teoria przestrzeni Banacha na wiele lat zdominowała matematyczny krajobraz. Dość powiedzieć, że nazwisko Banach jest do dziś drugim po Euklidesie najczęściej przywoływanym nazwiskiem w matematyce powszechnej.

– To była rewolucja czy wytyczenie nowego kierunku w matematyce?

– Lwowska szkoła matematyczna niczego nie obalała, zresztą nie na tym polega rola matematyki. To było odkrycie nowych możliwości i wytyczenie drogi, dzięki której rozwój matematyki bardzo przyspieszył. Podobne próby były podejmowane od początku XX wieku, ale nie dawały rezultatu. Dopiero w 1920 roku Banach w swojej rozprawie doktorskiej opisał i zdefiniował typ przestrzeni pozwalający badać odkrywane wcześniej zbiory. Kilka lat później francuski matematyk Maurice Fréchet nazwał ten typ przestrzenią Banacha i pod tą nazwą funkcjonuje on do dziś. Sam Banach nigdy jej jednak nie użył. Posługiwał się terminami: „przestrzeń wektorowa”, „przestrzeń zupełna”, „przestrzeń z normą”.

– Dlaczego? W matematyce twierdzeniom, dowodom, tezom zwykle towarzyszą nazwiska.– Trudno mi powiedzieć. Po prostu nie robił tego.

– Przedwojenna elegancja?

– Tak sądzę. W każdym razie o matematykach ze Lwowa zaczęło być wtedy głośno. Opublikowana w 1922 roku rozprawa doktorska Banacha stała się światową sensacją, w 1929 roku ukazał się pierwszy tom pisma „Studia Mathematica” poświęconego analizie funkcjonalnej, a dwa lata później, najpierw po polsku, a potem po francusku, monografia Banacha Teoria operacji liniowych. To ugruntowało jego światową sławę. Wyrazem tego było zaproszenie Banacha z wystąpieniem plenarnym na światowy kongres matematyków w Oslo. Generalnie nie lubił wyjeżdżać, ale tam oczywiście pojechał.

– Z jego nazwiskiem związane są nazwy: „przestrzeń Banacha”, „algebry Banacha”, „paradoks Banacha-Tarskiego”, ale właściwie każdy z lwowskich matematyków ma jakąś matematyczną teorię opatrzoną swoim nazwiskiem. Mamy „twierdzenie Mazura”, „grę Mazura-Banacha”, „twierdzenie Banacha-Steinhausa”, „notację Steinhausa-Mosera”, „spiralę” i „macierz Ulama”, „twierdzenie „Borsuka-Ulama”, „twierdzenie Schaudera”, można by tak długo.

– Banach nie był sam. On skupił się na analizie funkcjonalnej, ale były w lwowskiej matematyce także nurty poboczne, też znakomite, związane z nazwiskami Steinhausa, Kuratowskiego, Schaudera, Nikliborca, Auerbacha, Ulama. Mazur, tak jak Banach, zajmował się analizą funkcjonalną. Dotyczyło to na przykład rachunku prawdopodobieństwa, którego status w latach dwudziestych XX wieku był jeszcze dość nieokreślony. Wielu wybitnych ówczesnych matematyków, choćby David Hilbert, uważało go wręcz za część fizyki. Hugo Steinhaus i Antoni Łomnicki, niezależnie od siebie, zaproponowali, żeby oprzeć rachunek prawdopodobieństwa na teorii miary, która miała już wtedy status solidnej teorii. Dziś nikt nie może mieć wątpliwości, że teoria prawdopodobieństwa, oparta na teorii miary, jest suwerenną częścią matematyki. Władysław Nikliborc zajmował się analizą wzajemnego wpływu na siebie trzech ciał znajdujących się w ruchu. Od najbardziej klasycznego układu: Słońca, Ziemi i Księżyca, po sytuację, gdy wypuszczamy z ziemi rakietę lecącą na Księżyc. Takie trzy ciała są cały czas w ruchu, zmieniają pozycję względem siebie, trzeba więc np. tak zaprojektować trajektorię rakiety, żeby osiągnęła cel. Nikliborc napisał na ten temat monografię, której nie zdążył wydać, potem wybuchła wojna i jego praca przepadła. Nie wiemy, na ile to, do czego doszedł, wyprzedziło to, co wiemy dziś.

– Zginął tragicznie krótko po wojnie, a pierwsza rakieta dotarła na Księżyc w roku 1959, człowiek lądował dziesięć lat później…

– Nikliborc po wojnie cierpiał na manię prześladowczą. A UB z jakichś powodów zaczęło go nękać, wzywało na przesłuchania. Po jednym z nich podciął sobie żyły.

– Nie tylko jego monografia przepadła.– Anegdotyczna historia wiąże się z teorią gier, która wtedy jeszcze nie była żadną teorią. Steinhaus zainteresował się nią w połowie lat dwudziestych, starając się nadać grom takim jak szachy wymiar matematyczny. Tworzył dla nich takie pojęcia, jak strategia czy zasada mini-maxu, kluczowa przy rozważaniu antagonistycznych strategii, zaczynał teorię pościgu. Wtedy były to rozważania teoretyczne, dziś ekonomia i sztuka wojenna są ich pełne. Steinhaus opublikował swoje tezy w studenckiej jednodniówce, która, jak każdy druk ulotny, zaginęła. Przed wojną do nich nie wracał, ale kiedy teoria gier zrobiła zawrotną karierę w czasie II wojny światowej, zaczął tamtej jednodniówki szukać. Już we Wrocławiu dał ogłoszenie w prasie, obiecał nagrodę, i ktoś mu ten druk przyniósł. W USA stało się prawdziwą sensacją, że dwadzieścia lat przed rozwojem teorii gier, wiele z jej podstawowych pojęć było już we Lwowie znanych.

– Dlaczego ta matematyczna szkoła narodziła się we Lwowie, w tym konkretnym miejscu i czasie. Naprawdę było w tym mieście coś więcej niż w Krakowie czy Warszawie?– Powodów było kilka. Przede wszystkim Lwów miał duże ambicje uniwersyteckie. Do polonizacji w 1870-1871 roku Uniwersytet Lwowski był tylko jedną z prowincjonalnych uczelni monarchii austro-węgierskiej, ale od tego momentu zaczął się jego bardzo dynamiczny rozwój. Uczestniczyli w nim matematycy, być może nie najwyższej rangi, jak Wawrzyniec Żmurko, syn chłopa spod Lwowa, który studia kończył w Wiedniu, ale mający dość umiejętności, by wychować lepszych od siebie uczniów, na przykład Żmurko – Józefa Puzynę. Puzyna nie tylko sam wykładał rozmaite dziedziny matematyki, a przede wszystkim potrafił przyciągnąć do Lwowa innych uczonych, choćby Wacława Sierpińskiego. Z kolei Sierpiński ściągnął z Paryża Zygmunta Janiszewskiego, z Warszawy Stefana Mazurkiewicza, we Lwowie był Stanisław Ruziewicz. Powstał krąg ludzi młodych, o sporym już dorobku, otwartych na nową matematykę. Ta grupa rozpadła się jednak po wybuchu I wojny, Sierpiński był akurat w Rosji, gdzie jako obywatel austriacki został internowany (zwolniono go dopiero po rewolucji lutowej w 1917 roku), Janiszewski zgłosił się do Legionów, Mazurkiewicz wrócił do Warszawy. Wtedy Puzyna ściągnął do Lwowa Steinhausa i namówił na habilitację. Do Lwowa wrócili także Sierpiński i Janiszewski, ale kiedy po odzyskaniu niepodległości wybuchła wojna polsko-ukraińska o Lwów i polsko-bolszewicka o granicę, Sierpiński wyjechał do Warszawy, a Steinhaus do rodzinnego Jasła. W 1919 roku zmarł Puzyna, w 1920 Janiszewski. Steinhaus był wówczas, jak sam mówił, prywatnym uczonym. Owszem, zajmował się matematyką, ale nie był związany z żadną uczelnią. Kiedy więc w 1920 roku Uniwersytet Lwowski przypomniał sobie o nim i zaproponował katedrę, chętnie ją przyjął. Pociągnął za sobą Banacha, którego poznał w Krakowie, i tak się zaczęło.

– A więc jednak ciąg przypadków.

– Niezupełnie, także praca wcześniejszych pokoleń, zwłaszcza Puzyny, i genius loci Lwowa, który chciał pokazać, że jest miastem ważnym. Atmosfera była bardzo patriotyczna: Polska jest wolna, Lwów nasz, uniwersytet ma świetne tradycje, więc trzeba zrobić wszystko, żeby je podtrzymać. Pokażmy, że stać nas na dobrą naukę.

– Lwów naprawdę musiał coś udowadniać? Stolica Galicji, miasto znacznie większe od Krakowa?

– Stolicą Galicji był w monarchii austro-węgierskiej, w II RP jego znaczenie spadło, był już tylko jednym z siedemnastu miast wojewódzkich, takim samym jak Stanisławów, Tarnopol czy Łuck. A więc dochodziła ambicja: Pokażmy, że Lwów to jednak coś więcej niż tamte miasta. Iw tę atmosferę wpisał się Steinhaus. Co prawda Janiszewski i Puzyna już nie żyli, ale na miejscu byli Ruziewicz, Auerbach, Łomnicki i inni matematycy z ambicjami. No i był oczywiście Banach, jeden z największych talentów w światowej matematyce nie tylko XX wieku. Jego kariera była błyskawiczna. Doktorat obronił w roku 1920, a w 1927 był już profesorem zwyczajnym.

– Wielu mówi o nim – geniusz. On był impulsem, dzięki któremu mogła powstać lwowska szkoła matematyczna?

– Był niewątpliwie talentem fantastycznym, ale bez ludzi, którzy też byli wtedy we Lwowie, sukces szkoły byłby niemożliwy. Banach po prostu potrzebował stałego dopływu bodźców, motywacji, dopingu, współpracowników, im bardziej niekonwencjonalnych, tym lepiej. To była różnica między Banachem a Steinhausem. Steinhaus pracował sam, nad kartką papieru, w gabinecie, Banach tak nie potrafił. Stąd te sesje w kawiarni Szkockiej, bez których być może Banach nie byłby tak kreatywny.

– Zachwycamy się niezwykłością tych sesji przy kawie i koniaku, ale przecież było w tym coś niezrozumiałego. Wydawałoby się, że nauki ścisłe wymagają skupienia. Na kawiarnianych serwetkach to można pisać wiersze.

– Na tym właśnie polegał fenomen Banacha. On tam najlepiej się skupiał. Kawiarniany szum, brzęk filiżanek i talerzyków odgradzał go od świata. Był dla niego tym samym, czym dla pisarza jest sącząca się w tle muzyka. Wypełniał przestrzeń, a jednocześnie oddzielał od codzienności. Banachowi nie przeszkadzał gwar, nie przeszkadzała głośna muzyka ani papierosowy dym, sam przecież był namiętnym palaczem. Wręcz potrzebował tego.

– Znalazł Szkocką. Bo była blisko i miała tolerancyjnego właściciela?

– Nie od razu szedł do Szkockiej. Koło południa, gdy kończyły się zajęcia uniwersyteckie, na ulicę Mikołaja, gdzie mieścił się gabinet Banacha, przychodzili Stożek, Ruziewicz, Auerbach i inni. I zwykle to Stożek mówił: „Wodzu prowadź”. Schodzili w dół, do kawiarni Szkockiej mieli jakieś 200 metrów, ale nie wstępowali tam od razu. Szli dalej Akademicką w stronę Rynku, po drodze była Chorążczyzna, boczna uliczka, a na jej rogu bar zakąskowy pani Teliczkowej. Wchodzili tam na zakrapiane drugie śniadanie, dziś powiedzielibyśmy lunch. I dopiero tak pokrzepieni szli do Szkockiej, gdzie siedzieli już do wieczora.

– Czy dziś ktoś taki jak Banach miałby szansę zrobić podobną karierę? Bez studiów, z abnegackim stosunkiem do tytułów naukowych i uniwersyteckich rygorów?

– Bardzo trudno to sobie wyobrazić.

– A byłoby w ogóle możliwe przejście formalnej drogi kariery uniwersyteckiej: doktorat, habilitacja, profesura nadzwyczajna, a później zwyczajna, mając tylko maturę i zaliczone dwa lata politechniki?

– Dzisiejsze prawo takiej drogi nie przewiduje, ale wtedy też nie przewidywało. Po prostu w tamtych okolicznościach ludzie, którzy o tym decydowali, mieli dość odwagi, by zrobić dla Banacha wyjątek. Zresztą w pewnym momencie nie mieli już wyjścia. Nie przewidzieli skali jego talentu.

– Okazał się jeszcze lepszy niż sądzili?

– Kiedy Steinhaus ściągnął Banacha do Lwowa i załatwił mu posadę asystenta na Politechnice, nie wszyscy na uczelni byli tym pomysłem zachwyceni. Dlatego Politechnika postawiła Banachowi warunek. Owszem, zatrudnią go jako asystenta, ale musi w ciągu roku przedłożyć rozprawę doktorską. Byli przekonani, że to niewykonalne. Po roku będą więc mogli z czystym sumieniem Banacha zwolnić, bo nie napisze pracy, a jednocześnie będą w porządku wobec Steinhausa, bo przecież spełnili jego prośbę. Tymczasem Banach przedłożył rozprawę już po 6 miesiącach. Musieli z tym coś zrobić. Zwolnienie na pewno nie wchodziło już w rachubę.

– Stąd ta opowieść o komisji z Warszawy która w tajemnicy przed Banachem, udając pogawędkę, przeprowadziła egzamin doktorski?

– Dziś trudno sobie wyobrazić taki sposób obrony doktoratu. Myślę, że to niemożliwe.

– To dlaczego wtedy się udało?

– Bo tamci ludzie mieli dość fantazji, by łamać skostniałe reguły Zresztą bez takich cech nie byliby w stanie stworzyć czegoś tak ważnego jak szkoła lwowska. Nie oglądali się na przepisy, które służyły temu, żeby czegoś nie zrobić. Steinhaus z dumą przywoływał przedwojenną ustawę o szkolnictwie wyższym, która miała tylko parę stron. Ważny był jej duch, a szczegółowe procedury miały być wobec niego służebne. Dlatego od pewnego momentu stało się oczywiste, że Banach musi mieć doktorat, chociaż nie ma ukończonych studiów.

– Stanisław Mazur też nie skończył studiów.

– I też nie przeszkodziło mu to w zrobieniu doktoratu, uzyskaniu habilitacji i profesury. Po prostu w pewnym momencie studia, tak jak Banachowi, przestały mu być potrzebne. Różnili się tylko tym, że Banach przed wojną studiował na Politechnice Lwowskiej budowę maszyn, a Mazur rozpoczął od razu studia uniwersyteckie.

– Mówi się, że gdyby Banach żył jeszcze dwadzieścia lat, doczekalibyśmy się wreszcie kolejnego po Marii Skłodowskiej-Curie Nobla w naukach ścisłych.

– Nagroda Nobla nie jest przyznawana za osiągnięcia matematyczne.

– Podczas ostatniej przed śmiercią rozmowy Banach miał powiedzieć synowi, że przerzuca się na zagadnienia fizyczne, które powinny dać mu Nobla.

– Nie sądzę, on do końca konsekwentnie zajmował się matematyką. Już po śmierci Banacha ukazał się tom jego niepublikowanych prac, przygotowany we Wrocławiu. I były to prace poświęcone w całości analizie funkcjonalnej. Owszem, interesowała go mechanika, napisał nawet na ten temat monografię, ale to nie było dzieło tej rangi, co Teoria operacji liniowych, raczej podsumowanie istniejącej wiedzy.

– Steinhaus po latach powiedział, że jego największym odkryciem matematycznym był Banach.

– Współpracowali bardzo blisko, byli sobie potrzebni, ale różnili się diametralnie. Zarówno matematycznym temperamentem, jak i zainteresowaniami. Banach był skoncentrowany przede wszystkim na analizie funkcjonalnej, Steinhausa interesowało bardzo wiele różnych rzeczy. Miał błyskotliwy umysł i łatwo przechodził od teorii do teorii, od szeregów trygonometrycznych do analizy funkcjonalnej, od rachunku prawdopodobieństwa do teorii gier. Wielkich matematyków, czy ogólniej, wielkich uczonych, tak jak wielkich malarzy po ruchu pędzla, poznaje się po ich podejściu do nauki, metodach badań, sposobach patrzenia na matematykę. Steinhaus i Banach byli skrajnie różni.

– Wielu spośród matematyków, którzy stworzyli szkołę lwowską, było pochodzenia żydowskiego. Krótko przed wojną von Neumann, matematyk węgierski o żydowskich korzeniach, w rozmowie z Ulamem zastanawiał się, co spowodowało, że przed wojną pojawiło się tylu wybitnych uczonych i artystów pochodzenia żydowskiego. Uznał, że to efekt zagrożenia, w jakim żyli Żydzi, i potrzeby stworzenia czegoś niezwykłego w obliczu podświadomie przeczuwanej zagłady

– To teza idąca za daleko. Owszem, bano się nadchodzącej wojny, ale raczej nikt nie przewidywał, jak będzie okrutna. Przeglądając w lwowskich archiwach ankiety personalne uczonych, często spotykałem formułę „narodowości polskiej, wyznania mojżeszowego”. Tak pisali Juliusz Schauder, Herman Auerbach i wielu innych. Identyfikowali się z polskością, zachowując odrębność religijną, co we Lwowie, będącym mieszanką etniczną i wyznaniową, było zrozumiałe. Żyli w mieście Ormianie, grekokatolicy, prawosławni, ale to polska kultura była dominująca. Nawet ci, którzy znaleźli się w Stanach Zjednoczonych, jak Stanisław Ulam, Zygmunt Birnbaum, Marek Kac czy Alfred Tarski, bez wątpienia pochodzenia żydowskiego, do końca przyznawali się do polskości. Mimo że przecież nie musieli, być może nawet byłoby im bez tego łatwiej.

– Nie zmienia to faktu, że nie tylko wśród matematyków ze Lwowa, ale w ogóle w naukach ścisłych uczonych pochodzenia żydowskiego jest najwięcej.

– Jeśli pochodzenie miało na to wpływ, to innego rodzaju. Rozmawiałem kiedyś o tak dużej obecności Żydów wśród matematyków z Abrahamem Goetzem, który kończył we Wrocławiu studia, a potem wyemigrował do USA. Powiedział mi: Nie dziw się. My mamy za sobą parę tysięcy lat studiowania Talmudu, a to wymaga takiego samego nastawienia umysłu, jak matematyka. Jeśli więc rzeczywiście coś miało wpływ na większą liczbę Żydów wśród matematyków, to właśnie tradycja intelektualna, a nie geny.

– Banach Żydem nie był, choć przytacza pan w jednym z artykułów informację matematyka Vitalego Milmana, który miał poznać starą Żydówkę o nazwisku Banach. Opowiedziała mu o bracie swojej babki, który w wieku 15 lat wyjechał do Lwowa, tam przeszedł na katolicyzm i został sławnym matematykiem. To możliwe?

– To nieprawda, podobnie jak pojawiająca się czasem opowieść syna Stefana Banacha, który próbował „poprawić” pochodzenie ojca. Przekonywał, że prawdziwym ojcem Banacha nie był góral Greczek, ale ktoś szlachetnie urodzony, być może nawet książę. A przecież nie na tym polegała wielkość Stefana Banacha.

– Znał Pan sześciu spośród dwudziestu matematyków, którzy tworzyli lwowską szkołę matematyczną. Których?

– Oczywiście Hugona Steinhausa, Władysława Orlicza, Stanisława Mazura, to z tych największych, poza tym Andrzeja Alexiewicza, Jerzego Albrychta, którzy znaleźli się po wojnie w Poznaniu, a myślę, że należy do tego grona zaliczyć także Kazimierza Kuratowskiego, poza tym znałem tych, którzy przez Lwów się przewinęli: Edwarda Marczewskiego i Stanisława Hartmana, choć oni już formalnie do szkoły matematycznej nie należeli.

– Steinhausa znał Pan najlepiej. Jaki był? Dziś więcej mówi się o jego Słowniku racjonalnym i złośliwych dowcipach niż o zasługach matematycznych.

– W powszechnym odbiorze ta literacka warstwa działalności Steinhausa, współpraca z Julianem Tuwimem w „Problemach”, jest najżywsza, ale jego dorobek matematyczny też się broni. To, że rachunek prawdopodobieństwa jest dziś częścią matematyki, której znaczenie cały czas rośnie, to zasługa w dużym stopniu Steinhausa i Łomnickiego. W teorii gier i w analizie funkcjonalnej miejsc związanych z nazwiskiem Steinhausa też jest wiele. Po wojnie skoncentrował się na zastosowaniach matematyki. Napisał na przykład artykuł o dochodzeniu ojcostwa, czyli analizę metodami rachunku prawdopodobieństwa problemu, na ile dany mężczyzna może być ojcem danego dziecka. Powoływano się na ten tekst na salach sądowych bardzo długo, właściwie do czasu, gdy pojawiły się badania genetyczne, jednoznacznie potwierdzające lub wykluczające ojcostwo.

– Stanisław Mazur. Dla mnie najbardziej niejednoznaczna postać szkoły lwowskiej. Zaangażowany w komunizm, niechętnie publikujący Nie przeszkodziło mu to w karierze?

– Przed wojną przeszkadzało na pewno.

– Wiedziano, że był komunistą?

– W środowiskach inteligenckich była moda na lewicowość, więc nikomu to raczej nie przeszkadzało. Ale Mazur był związany z Komunistyczną Partią Zachodniej Ukrainy i został wybrany do Zgromadzenia Ludowego Zachodniej Ukrainy, które w październiku 1939 roku uchwaliło przyłączenie tamtych ziem do Związku Sowieckiego. W czasie wojny był działaczem Związku Patriotów Polskich i był z tego dumny, choć pod koniec życia coraz bardziej rozczarowywał się peerelowską rzeczywistością. Kiedy pod koniec lat siedemdziesiątych odwiedzałem go, po prostu rzucał się na bibułę, którą przywoziłem. Zostawiał mnie z żoną w jednym pokoju, a sam szedł do drugiego czytać nielegalne gazetki i wydawnictwa. A po marcu 1968 roku w proteście odszedł z uniwersytetu.

– Ideowy komunista?

– Był ideowym lewicowcem, któremu imponowały hasła ustroju komunistycznego.

– Po zajęciu Lwowa przez Rosjan większość matematyków lwowskich dość łatwo zaakceptowała nową rzeczywistość. To, że zostali szefami katedr, a Banach nawet dziekanem na ukraińskiej uczelni, można próbować zrozumieć, że on i Mazur zostali deputowanymi do ukraińskiej rady miejskiej, pojąć już trudniej. Dlaczego tak miękko weszli w okupację sowiecką? To była kolaboracja czy polityczny cynizm?

– Moim zdaniem był w tym element przystosowania. Po prostu uznali, że bunt niczego nie zmieni, a chcieli nadal zajmować się nauką. Bo nie ma wątpliwości, że Steinhaus miał krytyczne stanowisko wobec komunizmu, ale gotowość przystosowania była u niego widoczna także po wojnie. Z jednej strony krytyka i drwiny z władzy, z drugiej przyjmowanie laurów, które nowy ustrój oferował.

– A Banach?

– O ile Banach w matematyce górował nad Steinhausem, to w życiu trochę się na nim wzorował. Być może też uważał, że przystosowanie jest sposobem na przeżycie. Zaangażowany był Mazur, pozostali byli neutralni i to było przez bolszewików widziane najlepiej. Ale Mazur pomagał ludziom. Kiedy Marczewski, wówczas jeszcze Szpilrajn, został schwytany podczas próby przedostania się na Węgry, Mazur wyciągnął go z więzienia. Zamiast standardowego w takich przypadkach wyroku 10 lat, Marczewski wyszedł na wolność. To wymagało od Mazura odwagi, bo podejrzane było nawet zainteresowanie takim człowiekiem uznanym za wroga.

– Współpracownicy Mazura wspominają jego niechęć do publikowania. W efekcie inni ogłaszali wyniki, na które on wpadł wiele lat wcześniej.

– W tym był podobny do Banacha. Ale Banachowi pomagał Steinhaus, namawiając, przekonując, wręcz wymuszając publikacje. A u Mazura ta niechęć była jeszcze silniejsza. To cecha prawdziwych twórców, wystarczy im świadomość, że robią dobrą matematykę. Najlepiej świadczy o tym anegdota o Mazurze, który komentując jakieś mocno fetowane odkrycie matematyczne, powiedział: „Ale i tak wszystkiego jeszcze nie wiedzą”. O to miał do niego do końca życia żal Andrzej Turowicz, bo przez Mazura stracili autorstwo twierdzenia, które dziś uchodzi za jedno z najważniejszych w XX wieku, ale znane jest jako twierdzenie Marshalla Stone’a o reprezentacji. Mazur sam niechętnie publikował i nie przywiązywał wagi do tego, czy robią to jego uczniowie.

– Nie zależało mu na sławie?

– Nie zależało. Po znacznej części jego dorobku pozostały tylko ślady, z których możemy domyślać się wagi tych dokonań. Przed wojną Mazur miał około czterdziestu komunikatów na posiedzeniach Lwowskiego Towarzystwa Matematycznego. Słowo „komunikat” brzmi banalnie, tymczasem każdy z nich przynosił jakiś oryginalny pomysł, twierdzenie, problem. Niestety, większość przetrwała wyłącznie jako suchy tytuł, reszta pozostała w głowie Mazura.

– Poznał pan Ulama?

– Nie. Przyjechał po wojnie do Polski, ale nie miałem z nim kontaktu.

– Był najwybitniejszym w drugim pokoleniu matematyków szkoły lwowskiej?

– Tak bym nie powiedział. Ogromnymi talentami byli także Schauder, Mazur i Orlicz; ten ostatni stworzył po wojnie szkołę matematyczną w Poznaniu. Ulam był matematykiem szalenie oryginalnym, i było coś steinhausowskiego – choć był uczniem Kuratowskiego – w tym jego przeskakiwaniu z jednej dziedziny matematyki do drugiej.

– Szybko się nudził?

– Otwartość umysłu pozwalała mu łatwo wnikać w różne dziedziny. Po wojnie widać to było jeszcze lepiej, ale z innego powodu. Ciężka choroba mózgu, którą przeszedł, spowodowała, że utracił zdolność długotrwałej koncentracji, niezbędnej w pracy matematyka.

– Kazimierz Kuratowski był właściwie z Warszawy, ale zaliczany jest do szkoły lwowskiej.

– Przyjechał w 1924 roku, bo zaoferowano mu katedrę, na którą w Warszawie nie miał szans. Początkowo zachował jednak mieszkanie, bo zakładał, że wkrótce wróci. Ale wsiąknął w atmosferę Lwowa i kilka miesięcy później zrezygnował z lokum w stolicy. Spędził we Lwowie siedem lat.

– Ale wrócił do Warszawy.

– Wrócił po tzw. reformie „jędrzejewiczowskiej”, od nazwiska ministra wyznań religijnych i oświecenia publicznego, który zlikwidował 51 katedr na uczelniach całego kraju, w tym Wydział Ogólny Politechniki Lwowskiej. Uniwersytet Warszawski zaproponował wtedy Kuratowskiemu katedrę, ale on do końca życia uważał, że najważniejsze rzeczy zrobił we Lwowie. No i miał tam swojego najwybitniejszego ucznia, Ulama. Różnił się od Steinhausa i Banacha jeszcze innym niż oni podejściem do matematyki. Cechowała go łacińska klarowność tego, co robił.

– Można wskazać jakiś wspólny mianownik, który łączy wszystkich przedstawicieli szkoły lwowskiej?

– Próbował to zrobić Edward Marczewski, formułując dekalog polskiej szkoły matematycznej, oparty w dużej części na dorobku szkoły lwowskiej. Niektóre z tych dziesięciu przykazań sam Marczewski uznał za banalne, ale uważał, że nie można bez nich mówić o etosie nauki, bo zło płynie właśnie z łamania zasad najprostszych. Jest w jego dekalogu zasada wczesnego startu, czyli stawiania młodych adeptów nauki przed zagadnieniami najtrudniejszymi, żeby wychować prawdziwych badaczy, a nie zasuszonych pedantów. Jest zasada wtórnej roli stopni naukowych, które powinny być rezultatem, a nie celem pracy badawczej. Zasada rzeczywistego współautorstwa prac naukowych; lista osób podpisanych pod pracą powinna być listą prawdziwą, bez dopisywania przełożonych. Są zasady sprawiedliwego podziału obowiązków i sprawiedliwego awansu. Stopnie, tytuły, nominacje powinny zależeć tylko od faktycznych kwalifikacji, a młody wiek nie może być przeszkodą. Jest wreszcie zasada wartości moralnych, Marczewski pisał, że życzliwość, przyjaźń, lojalność, uczynność, dobroć mają podstawowe znaczenie dla rozwoju szkoły naukowej. I to, że ten etos nauki dziś nie istnieje, paradoksalnie podkreśla niezwykłość ówczesnej atmosfery Lwowa i Warszawy.

– Po wojnie matematycy lwowscy, którzy przeżyli, rozjechali się. Steinhaus do Wrocławia, Mazur do Łodzi, Orlicz do Poznania, Ulam został w USA. Przyjęło się uważać, że to Wrocław przejął legendę szkoły lwowskiej.

– We Wrocławiu był Steinhaus i wznowione zostały „Studia Mathematica”, co było mocnym sygnałem, że to Wrocław kontynuuje lwowską tradycję. Natomiast nie było we Wrocławiu analizy funkcjonalnej. Tą drogą poszli Orlicz w Poznaniu i Mazur po 1948 roku, w Warszawie, w wolnych chwilach od działalności w partii, w sejmie i Polskiej Akademii Nauk, gdzie był sekretarzem generalnym.

– A Nowa Księga Szkocka? Była prawdziwą kontynuacją, czy tylko intelektualną igraszką?

– To była inicjatywa Marczewskiego, który przekonał do niej Steinhausa. Idea była taka, żeby ta tzw. Nowa Księga Szkocka odgrywała podobną rolę integracyjną i inspirującą, co oryginał. To nie całkiem się udało. Owszem, księga wrocławska integrowała środowisko, istniała przecież blisko czterdzieści lat i jest w niej o wiele więcej zagadnień do rozwiązania, ale nie było tej klasy problemów, co w pierwowzorze.

– Gdzie dziś szukać śladów lwowskiej szkoły matematycznej? Wspominamy geniusz Banacha, aforyzmy Steinhausa cytowane są w światowych antologiach obok myśli Leca, Wilda i Twaina, mówi się o udziale Ulama w Projekcie Manhattan. A co zostało po nich w matematyce?

– Dorobek szkoły lwowskiej jest obecny w matematyce bardzo głęboko. Oczywiście niektóre komórki skamieniały, ale w wielu krążą wciąż żywe soki.

– Na pewno trafili do legendy i… poezji. Kilka lat temu w USA, a później także w Polsce, ukazał się tom wierszy Susany H. Case Kawiarnia Szkocka.

– Poznałem panią Susanę, rozmawialiśmy o jej wierszach. Dochodziła do nich drogą dość zaskakującą. Jest socjologiem, mieszka w Nowym Jorku, przeżyła zamach na World Trade Center 11 września 2001 roku. Nie zajmowała się wcześniej naukami ścisłymi, ale słyszała o lwowskiej szkole matematycznej i zamach na WTC oraz koniec pewnego świata skojarzył jej się z końcem szkoły lwowskiej. Nowy Jork atakują terroryści, a na Lwów zwala się II wojna światowa, przychodzą bolszewicy, potem Niemcy. Twórcy szkoły czują się tak jak ona po zamachu. Jej wiersze są próbą poetyckiego zrozumienia przeżyć tamtych ludzi.

– Czy istnieje w polskiej nauce jeszcze jakaś szkoła, grupa uczonych, którzy zajmują w nauce światowej miejsce równie ważne, co lwowska szkoła matematyczna?

– Być może jestem stronniczy, ale uważam, że to nasz największy wkład w naukę światową.

Międzybórz, lipiec 2014

Z książki: Genialni: Lwowska szkoła matematyczna

Mariusz Urbanek 

sobota, 14 lutego 2026

Wszyscy żyjemy na Wyspie Epsteina. Jak funkcjonuje grupa trzymająca władzę nad światem?

 


Ujawnienie trzech milionów stron akt sprawy Epsteina pozwoliło po raz pierwszy w tak wielkim zakresie prześledzić mechanizm funkcjonowania grupy trzymającej władzę nad światem. Tak – nad światem.

Dla większości mediów głównego nurtu 30 stycznia był dniem jak każdy inny. Obok informacji o arktycznych mrozach, zaprzysiężeniu polskich olimpijczyków czy o podpisaniu umowy o dostawie dronów dla polskiej armii, stacje telewizyjne, rozgłośnie radiowe oraz portale informacyjne przekazały także informację o ujawnieniu przez amerykański Departament Sprawiedliwości danych znanych jako „Akta Epsteina”.

Zwykła afera?

I co dalej? Nic szczególnego. Przez kolejne dni pojawiały się także czasem pojedyncze newsy o polskich wątkach sprawy Epsteina, zwyrodniałym księciu Andrzeju czy też związkach zwyrodnialca z Wojciechem Fibakiem. [A o ujawnionych faktach „sprzedaży” dziewic przez tego alfonsa szejkom- już wygumkowano. MD]

W końcu cała afera Epsteina to przecież nic więcej jak tylko kolejna afera pedofilsko-seksualna, prawda?

Gdyby wiodące media nie były podporządkowane środowiskom, do których przynależał Jeffrey Epstein, w głównych stacjach telewizyjnych mielibyśmy od wielu dni permanentne wydania specjalne niczym po atakach z 11 września 2001 r. Na czerwonych paskach umieszczano by kolejne szokujące doniesienia, a korespondenci z całego świata z wypiekami na twarzy przedstawialiby reakcje z całego świata.

Zamiast tego mamy przerażającą apatię medialną, którą można wytłumaczyć tylko tym, że afera Epsteina realizuje schematy, które w bankowości nazywa się too big to fail i too many to fail. Ta afera dotyczy zbyt potężnych i wpływowych środowisk, aby można było domagać się ich ukarania, a jednocześnie środowiska te są zbyt liczne, aby komukolwiek udało się osądzić wszystkich zamieszanych. W ten sam sposób, gdy dochodzi do kryzysu, sektor finansowy wytypowuje zawsze skromną grupę banków czy firm do odstrzału, a całej reszcie wszystko uchodzi na sucho.

Gdyby wiodące media informowały rzetelnie o aferze Epsteina, mielibyśmy do czynienia niemalże z wybuchem potężnej bomby jądrowej w samym środku zachodniego świata. To, do czego uzyskaliśmy dostęp, nie jest bowiem zaledwie kolejnym, niewiele wnoszącym zbiorem informacji, lecz swego rodzaju portalem umożliwiającym nam chwilowe wkroczenie do świata osób, które mają rzeczywiście największy wpływ na losy całego świata.

Afera globalistycznych elit

Choć bagatelizowanie potwornych krzywd, jakie wyrządzano dzieciom, kobietom, a nawet mężczyznom na Wyspie Saint James, może się wydawać nie na miejscu, to nie wątek przestępstw seksualnych jest tu najbardziej szokujący. Handel ludźmi, zmuszanie do prostytucji, sadystyczne gwałty i inne mrożące krew w żyłach akty, których dopuszczała się grupa osób związana z Epsteinem, są oczywiście czynami okropnymi i budzącymi przestrach, ale i one nie stanowią wcale sedna całego problemu.

Tym, co ostatecznie i niezbicie odsłoniły akta Epsteina, jest istnienie nieformalnej grupy trzymającej władzę nad światem, a przynajmniej światem zachodnim. Sam Jeffrey Esptein był zapewne zaledwie wysokim przedstawicielem tego grona, oddelegowanym do werbowania znanych osób i tworzenia kompromatów na ich temat. Niewykluczone, że on sam był od samego początku przez kogoś szantażowany w związku z perwersyjnymi skłonnościami. Jego wypowiedzi świadczyły jednak o tym, że czuł się przedstawicielem społeczności stojącej ponad zwykłymi śmiertelnikami (słowo „goj” pojawia się w korespondencji przynajmniej kilkanaście razy).

Najważniejsze jest zdanie sobie sprawy z tego, że nie powinno się w zasadzie mówić o „aferze Epsteina”, ale o aferze światowych elit. Epstein stanowi wspólny mianownik całego grona widziany z perspektywy organów ścigania, ale bohaterami całej kabały są m.in. Jeff Bezos, Sergey Brin, Elon Musk, Susan Wojcicki, Bill Clinton, Peter Thiel, Larry Summers, Ehud Barak, Bill Gates, Jens Stoltenberg czy też członkowie rodzin królewskich z Norwegii, Danii i Wielkiej Brytanii.

Współuczestnikami orgii nie byli magazynier, nauczyciel WF-u i listonoszka z Pcimia Dolnego, lecz prezesi i właściciele największych spółek świata, wiodący politycy, prawnicy, celebryci i członkowie królewskich rodów.

Świat jako Wyspa Epsteina

Przeglądając wyrywkowo zgromadzone akta, można dojść do mylnego wniosku, że sprawiedliwości stało się zadość, bo prawda wyszła wreszcie na jaw. Niestety uzyskana przez miliony zwykłych Kowalskich wiedza na temat grupy trzymającej władzę nad światem nie zmienia niemal nic. Środowiska, o których wiedzę dostarczyła nam afera Epsteina, są zwyczajnie zbyt potężne i zbyt rozproszone po całym świecie, aby ktokolwiek był je w stanie kiedyś rozliczyć. Nie dojdzie nigdy do żadnych „procesów norymberskich” dla pedofilskich, globalistycznych elit, ponieważ w świecie zachodnim nie istnieje żadna siła zdolna im się realnie przeciwstawić.

Płynie z tego smutny wniosek, że niestety wszyscy żyjemy na wielkiej wyspie Epsteina. Wiemy, że grasują po niej zwyrodnialcy, którzy są bezkarni, ale wiedza ta jest właściwie bezużyteczna. Niektóre ofiary Epsteina od pewnego momentu również wiedziały już, w jakim celu trafiały na wyspę Little Saint James, a nawet dzieliły się tą wiedzą z otoczeniem, lecz organy ścigania zajęły się całą sprawą na poważnie dopiero w 2018 r. W naszym zbiorowym przypadku organy ścigania jednak nie zareagują, ponieważ grupa trzymająca władzę jest zbyt potężna.

Dla zwykłych gojów ujawnienie kolejnej transzy akt Epsteina stanowi wielką sensację, ale warto mieć świadomość, że niektórzy czują się zapewne oburzeni. Dla przykładu rabin Asher Federman, reprezentujący Chabad Lubavitch of the Virgin Islands (położonego w prostej linii ok. 3 km od Little Saint James) jest zapewne skonfundowany tym, że ujawniono zawartość jego prywatnej korespondencji. W swoim mailu do Jeffreya Epsteina z 1 kwietnia 2014 r. określa go „wyjątkowo hojnym” i proponuje swoje odwiedziny na wyspie. Każdy z nas wie, jak to dobrze mieć sąsiada: zawsze można od niego pożyczyć sól albo po prostu sobie z nim uciąć pogawędkę. I myślę, że tak właśnie wyglądały relacje między ludźmi na Wyspach Dziewiczych, zanim zaczęli się nimi zajmować zwolennicy spiskowych teorii dziejów. Spokojne życie, pełne rozmów i czerpania radości z piękna otaczającej przyrody. I komu to przeszkadzało?


https://nczas.info/2026/02/13/wszyscy-zyjemy-na-wyspie-epsteina-jak-funkcjonuje-grupa-trzymajaca-wladze-nad-swiatem/

Monte Cassino: nieudolność czy zbrodnia


[Przypominam w kolejną rocznicę. Na powyższą wątpliwość odpowiadam: Tak, był to akt wrogości masonów w armii i administracji amerykańskiej wobec Kościoła. Była to zbrodnia.MD]

Atak na Monte Cassino nie musiał przynieść aż tak wielu strat w ludziach ani zniszczenia bezcennego opactwa benedyktynów. Dziś wiemy, że ta cywilizacyjna zbrodnia miała przysłonić niekompetencję części alianckich dowódców. Czy był to także akt wrogości wobec Kościoła i chrześcijaństwa?

Wzniesione w VI stuleciu opactwo przez wieki pełniło rolę jednego z głównych zachodnich ośrodków christianitas. Z powodu słynnego na cały chrześcijański świat wielkiego skryptorium, biblioteki i wielu wybitnych uczonych tu pracujących (m.in. Piotr Diakon), nazywano je „Atenami Średniowiecza”. Mnisi z Monte Cassino i tysięcy innych klasztorów benedyktyńskich w znacznej mierze ocalili dla potomnych dorobek antyku. Przed II wojną światową tamtejsze archiwa, oprócz wielkiej liczby dokumentów dotyczących historii opactwa, zawierały ok. 1 400 pisanych ręcznie bezcennych kodeksów, głównie patrystycznych i historycznych. W takim stanie opactwo dotrwało do II wojny światowej.

  W latach 1943-44 Monte Cassino znalazło się w obszarze bezpośrednich działań wojennych. Nie trzeba było być wojskowym strategiem aby, oceniając wyjątkowe położenie klasztoru, zrozumieć, że jest on bezpośrednio narażony na zniszczenie, a wraz z nim wszystkie przechowywane tam skarby kultury i dzieła sztuki. Na sztabowych mapach obu walczących stron był to punkt o olbrzymim znaczeniu strategicznym. Ze szczytu góry można było skutecznie kontrolować całą położoną u podnóża masywu równinę, którą prowadziła droga do Rzymu.

[Nie. Nie można „skutecznie” kontrolować równiny, pasa o szerokości 30-40 km dzielącego Monte Cassino od morza.Można sobie głośno postrzelać – ale skuteczność – bardzo mała. MD]

Obie walczące strony były w pełni świadome, że zniszczenie najstarszego na kontynencie europejskim klasztoru, mającego wyjątkowe zasługi dla ukształtowania się cywilizacji zachodniej, sprowadziłoby na sprawców tego czynu piętno barbarzyńców. Szczególnie pragnęli tego uniknąć Niemcy, którym w obliczu spodziewanej już klęski zależało na poprawie swojej reputacji w oczach opinii publicznej państw antyhitlerowskiej koalicji. Chcieli też tego uniknąć co światlejsi i nie darzący nienawiścią chrześcijaństwa przedstawiciele dowództwa sił alianckich, tym bardziej, że w szeregach ich wojsk służyło wielu katolików.

Na ratunek skarbom kultury

Ponieważ przed bitwą opactwo znajdowało się na terenach kontrolowanych przez Niemców, w głównej mierze to na nich spoczywała odpowiedzialność za losy klasztoru. Wiedząc o tym, wielu Niemców dostrzegało wyjątkową szansę, aby choć w części zmyć z siebie odium barbarzyńców, którzy potrafią jedynie mordować i dokonywać rabunków. Pojawił się więc pomysł akcji ratowania skarbów z Monte Cassino, autorstwa kapitana Maximiliana Beckera, służącego jako lekarz w elitarnej naziemnej Dywizji Luftwaffe „Herman Goering”.

Zdawał on sprawę ze złej sławy, jaką cieszyła się ta formacja zbrojna i uważał, że ratując skarby kassyńskiego opactwa żołnierze Dywizji zmażą chociaż część win za popełnione w czasie działań wojennych zbrodnie. Tego argumentu używał w rozmowach z oficerami, których pomoc była niezbędna do zorganizowania akcji. Miał już w tym pewne doświadczenie, ponieważ kilka tygodni wcześniej z powodzeniem kierował akcją ewakuacji ze strefy walk bezcennych zbiorów Muzeum Archeologicznego i Galerii Narodowej w Neapolu, które zostały zdeponowane właśnie w opactwie na Monte Cassino.
Pomimo ogromu trudności (brak ciężarówek, skrzyń, niechęć ufnych w ocalenie klasztoru mnichów, zagrożenie dla konwojów ze strony alianckiego lotnictwa) akcja została przeprowadzona nadzwyczaj sprawnie. Rozpoczęto ją 17 października, a zakończono w pierwszych dniach listopada 1943 roku. Archiwa i dobra kultury z Monte Cassino oraz dzieła sztuki z Neapolu zostały zdeponowane w magazynach armii niemieckiej w Villa Colle-Ferreto koło Spoleto, ok. 110 km na północ od Rzymu.

Próby grabieży

Zgodnie z wcześniejszymi obawami kapitana Beckera zanim skarby z Monte Cassino i Neapolu trafiły pod opiekę Stolicy Apostolskiej i włoskich muzealników doszło do prób, na szczęście nielicznych, ich plądrowania. Niektórzy oficerowie Dywizji „Hermann Goering” chcieli „sprezentować” pewną ilość skarbów swemu patronowi, marszałkowi Rzeszy Hermannowi Goeringowi. Jednak uczciwsi inicjatorzy ratowania kassyńskich skarbów doskonale zdawali sobie sprawę, że taki „prezent” całkowicie skompromitowałby akcję i zniweczył jej propagandowy cel.

Aby przeciwdziałać grabieży nagłośniono akcję ratowania zabytków w mediach niemieckich i państw neutralnych. Na zorganizowanej 25 listopada 1943 r. w Palazzo del Quirinale w Rzymie konferencji prasowej przedstawiciel niemieckiego Urzędu Ochrony Dzieł Sztuki na Ziemiach Okupowanych baron Bernard von Tieschowitz poinformował, że skarby z Monte Cassino są tylko czasowo zdeponowane przez Niemców i szybko zostaną przekazane do Watykanu. W ten sposób osiągnął on podwójny cel – poinformował opinię publiczną w państwach antyhitlerowskiej koalicji o prowadzonej przez niemiecką armię akcji ratowania włoskich dzieł sztuki oraz przyczynił się do reorientacji działań niemieckiej propagandy, która zaczęła nagłaśniać „zasługi” Niemców w ratowaniu włoskich dzieł sztuki.

Zabiegi te w dużym stopniu zakończyły się powodzeniem. 8 grudnia 1943 r. wszystkie ewakuowane z Monte Cassino rękopisy i dzieła sztuki (387 skrzyń) zostały przekazane Stolicy Apostolskiej.

Gorzej miała się sprawa z eksponatami z Muzeum Archeologicznego i Galerii Narodowej z Neapolu. 4 stycznia 1944 r. odbyła się uroczystość przekazania władzom włoskim 600 skrzyń wypełnionych różnego rodzaju dobrami kultury, wśród których były 172 skrzynie z precjozami neapolitańskimi. Jednak po sprawdzeniu dokumentów okazało się, że brakuje 15 skrzyń. Jak się później okazało jeszcze w drugiej połowie grudnia 1943 r. dotarły one do Berlina jako urodzinowy prezent od Dywizji „Hermann Goering” dla jej patrona. Z nieustalonych jednak do dzisiaj powodów marszałek Rzeszy nie przyjął prezentu od „swojej” Dywizji. Pod koniec wojny wszystkie skrzynie z eksponatami podarowanymi Goeringowi Amerykanie znaleźli w austriackiej kopalni soli Alt-Aussee.

Ocalić klasztor

Dzisiaj wiemy, że bitwa o Monte Cassino z wojskowego punktu widzenia była całkowicie zbędna. Z perspektywy aliantów doszło do niej na drugorzędnym teatrze działań i w minimalnym stopniu wpłynęła na końcowy wynik wojennych zmagań. Inaczej sprawa miała się gdy popatrzymy oczyma Niemców, dla których w przypadku alianckiej ofensywy grzbiet Monte Cassino stanowił doskonałą rubież obrony. O tym, że kassyńskie opactwo ostatecznie znalazło się w centrum wojennych zmagań w zasadzie zdecydował dogmatyczny upór brytyjskiego premiera Winstona Churchilla i niekompetencja najwyższego alianckiego dowództwa. W konsekwencji na początku października 1943 r. Monte Cassino znalazło się na pierwszej linii walk.

Pomimo doskonałego umiejscowienia, Niemcy, którzy zdawali sobie sprawę z wyjątkowego znaczenia opactwa dla zachodniej cywilizacji, postanowili nie obsadzać klasztoru wojskiem, ani nawet nie zamieniać go w punkt obserwacyjny, do czego świetnie się przecież nadawał. Jesienią 1943 r. głównodowodzący wojskami niemieckimi we Włoszech, feldmarszałek Albert Kesselring zapewnił ówczesnego opata Gregorio Diamare, że klasztor nie zostanie wykorzystany do celów wojskowych.

Świadomi wyjątkowego znaczenia opactwa byli również alianci. Na wniosek Amerykańskiej Komisji ds. Ochrony i Ocalenia Pomników Historii i Sztuki oraz włoskich władz muzealnych, głównodowodzący siłami alianckimi w południowych Włoszech gen. Harold Alexander wystosował 5 listopada 1943 r. informację do podległych mu dowódców o konieczności zachowania papieskiej posiadłości Castel Gandolfo i opactwa na Monte Cassino.

Niewiele w tej sprawie mógł zdziałać papież Pius XII, którego los w tym czasie zależał całkowicie od Niemców. W tej sytuacji Ojciec Święty mógł jedynie apelować do Niemców aby nie obsadzali klasztoru wojskiem, zaś do aliantów aby go nie niszczyli. 25 października stosowną notę otrzymał amerykański charge d’affaires przy Stolicy Apostolskiej, Harold Tittmann, zaś dla pewności drogą radiową przesłano kopię pisma delegatowi apostolskiemu w Waszyngtonie, który przekazał ją do Departamentu Stanu. Podobne adresy wystosowano do Brytyjczyków i Niemców.

Nie rezygnując z obrony w tym miejscu (z wojskowego punktu widzenia byłoby to szaleństwem), niemieccy dowódcy, zrobili wiele, aby nie doszło do zagłady wiekowego klasztoru. Tuż po odjeździe ostatniej ciężarówki (4 listopada 1943) ppłk Schlegel na prośbę zakonników zostawił dokument, w którym informował, że klasztor jest pod opieką wojska. Wkrótce Niemcy przysłali do klasztoru kilku żandarmów, którzy mieli chronić budynki opactwa przed szabrownikami i nikogo doń nie wpuszczać. Było to bardzo ważne, ponieważ jeśliby alianci dostrzegli na terenie opactwa jakichś ludzi, mogliby wyciągnąć błędny wniosek, że zostało ono obsadzone przez niemieckich żołnierzy.

Jednak Niemcy nie mieli złudzeń co do tego, że opactwo może być uratowane. Przy braku jakichkolwiek sygnałów ze strony aliantów, że uszanują ustanowioną przez hitlerowców w promieniu 300 metrów eksterytorialność klasztoru, Niemcy obawiali się wycofać z bezpośredniej bliskości zabudowań. W jednej z notatek do Kesselringa Vietinghoff wyrażał przekonanie, że alianci w decydującym momencie nie będą się starać o jakieś porozumienie, lecz bez skrupułów zajmą opactwo.

Mimo to, 11 grudnia 1943 r. Kesselring podjął decyzję o nieobsadzaniu opactwa przez wojska niemieckie. 29 grudnia ambasador Niemiec przy Stolicy Apostolskiej baron Ernst von Weizsaecker wydał oświadczenie, w którym stwierdzał, że opactwo nie zostało zajęte przez niemieckie wojska. Zwrócił on też uwagę, że zagrożenie dla opactwa stanowią przebywający tam cywile (na początku lutego 1944 ich liczba wzrosła do ok. 800 osób), którzy mogą być wzięci przez alianckich zwiadowców za niemieckich żołnierzy. Jego obawy były całkowicie uzasadnione.

Oświadczenie Weizsaeckera mogło stanowić moment zwrotny w walce o ocalenie opactwa. Niestety, 8 stycznia 1944 r. Stolica Apostolska przesłała aliantom tylko najmniej istotny fragment oświadczenia niemieckiego ambasadora, mówiący ogólnikowo, że „niemieckie władze wojskowe, robią wszystko, co jest możliwe, by uchronić opactwo na Monte Cassino przed wojennymi zniszczeniami”. W ten sposób została zaprzepaszczona, jak się wydaje, jedyna w tej batalii realna szansa na uratowanie opactwa.

Zbrodnicza nieudolność dowódcy

Bezpośredni wpływ na podjęcie przez aliantów decyzji o zniszczeniu zabudowań opactwa na Monte Cassino miała przyjęta przez nich błędna strategia frontalnego ataku na umocnione pozycje niemieckie. Spowodowała ona, że wojska alianckie atakując doskonale ufortyfikowane pozycje niemieckie ponosiły olbrzymie straty. Względy ambicjonalne zdecydowały, że alianckie dowództwo trzymało się kurczowo strategii atakowania niemieckich umocnień od frontu.

Szczególnie wielkie „zasługi” w utwierdzaniu w tym najwyższego alianckiego dowództwa miał dowódca Korpusu Nowozelandzkiego gen. Bernard Freyberg. Wprawdzie, w opinii swoich podwładnych i współpracowników był on człowiekiem o ograniczonym intelekcie, jednak miał ogromne wpływy w najwyższym alianckim dowództwie. Powierzenie mu funkcji, która przerastała jego zdolności, stworzyło dla kassyńskiego opactwa śmiertelne zagrożenie.

Niestety, w najwyższym alianckim dowództwie nie mieli takich wpływów znacznie wybitniejsi oficerowie: dowódca Francuskiego Korpusu Ekspedycyjnego gen. Alphonse Juin oraz podwładny Freyberga, zwierzchnik Dywizji Hinduskiej, gen. Francis Tuker. Obaj zgodnie twierdzili, że na tym terenie należało zrezygnować z czołowych ataków, a zamiast tego dokonać manewrów oskrzydlających, dzięki czemu alianckie wojska wyszłyby na tyły Niemców odcinając im linie zaopatrzenia. Podjęcie takich działań zaproponował Juin w styczniu 1944 r. dowódcy 5 Armii, generałowi Wayne’owi Clarkowi, a 4 lutego gen. Tuker Freybergowi. Niestety, obaj zwierzchnicy całkowicie zignorowali racjonalne argumenty swoich podwładnych.

[Wielu historyków, w tym Messori, wykazuje, że w dowództwie amerykańskim i sprzymierzonym przewagę mieli masoni, też najwyższych stopni. MD]

Przyznać trzeba, że zarówno Clark jak i Fryberg działali pod silną presją najwyższego dowództwa, które nie zdając sobie sprawy ze skali trudności, żądało od podwładnych szybkich rezultatów. Ufając ogromnej przewadze ogniowej, liczebnej i materiałowej, sztabowcy, zmyleni mirażem zaledwie 5 kilometrów terenu do zdobycia, nie chcieli słyszeć o manewrach oskrzydlających. W swoim zaślepieniu nie zdawali sobie sprawy, że w tamtych warunkach olbrzymia przewaga aliantów po prostu nic nie znaczy. Za to wierzyli, że jeszcze tylko jedno natarcie i sprawa będzie załatwiona.

W wyniku zaślepienia i niekompetencji alianckich dowódców atakujący ponosili więc olbrzymie i niepotrzebne straty. Taka sytuacja spowodowała zaniepokojenie opinii publicznej w państwach antyhitlerowskiej koalicji. Kierując się mniemaniami i plotkami, które powstały w oparciu o równie ciekawe, co nieścisłe relacje korespondentów wojennych, szybko uznano, że głównym sprawcą niepowodzeń aliantów nie jest zbrodnicza ignorancja dowódców, lecz mury benedyktyńskiego opactwa. Co ciekawe, złudzeniom tym ulegali także walczący o Monte Cassino alianccy zwiadowcy, którzy obecnych w opactwie uchodźców brali za niemieckich żołnierzy. Widząc niezwykłą skuteczność obrony klasztoru nabrano przekonania, że Niemcy urządzili tam punkt obserwacyjny, z którego kierowano ogniem artylerii. Dowodem na to miały być dobrze widoczne – jak przypuszczano – anteny radiostacji (w rzeczywistości była to nieczynna wówczas stacja meteorologiczna). Pod wpływem tych doniesień w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii rozpętano bezprecedensową nagonkę medialną na polityków i generałów sprzeciwiających się zbombardowaniu klasztoru.

Gdy wbrew radom podwładnych Freyberg postanowił zaatakować Monte Cassino frontalnym atakiem, następca Tukera na stanowisku, gen. Harry Dimoline wieczorem 11 lutego jako pierwszy poprosił o zbombardowanie opactwa. Uznał on, że skoro nie jest w stanie zmienić obłędnej decyzji Freyberga, to jedyną racjonalną rzeczą w tej sytuacji jest dokonanie bombardowania pozycji nieprzyjaciela, po którym nastąpiłby natychmiastowy nocny atak piechoty.

Bombardowaniu sprzeciwili się dowodzący w rejonie walk i znający miejscowe realia generałowie Geoffrey Keyes i Charles Ryder. Wcześniej Keyes odbył nad opactwem wiele lotów i osobiście się przekonał, że nie ma tam Niemców. Ze względu na powagę miejsca także alianccy zwiadowcy próbowali to sprawdzić. Oficer wywiadu 5 Armii, płk Edwin Howard, analizując fotografie lotnicze stwierdził kategorycznie, że Niemcy nie wykorzystują opactwa do celów obronnych i, że nie ma żadnego powodu, by je bombardować. Podobnie jak Keyes ostrzegał, że stworzyłoby to Niemcom lepsze pozycje obronne. O domniemanych punktach obserwacyjnych najczęściej informowano nie dlatego, że one tam były, lecz dlatego, iż klasztor doskonale nadawał się do ich rozmieszczenia. Dla żądnych odwetu dowódców alianckich, to wystarczyło aby domniemania wziąć za pewniki.

Mimo sprzecznych informacji wywiadowczych i małych szans na powodzenie planu Fryberga, ulegając presji polityków i anglo-amerykańskiej opinii publicznej gen. Aleksander wydał rozkaz o zbombardowaniu klasztoru. Wielkiego wsparcia dla bezsensownej prośby Fryberga udzielił szef sztabu Alexandra, gen. John Harding.

Spektakl ludzkiej głupoty

Ustalony przez Fryberga plan ofensywy został zniweczony już na samym początku. Termin ataku na klasztorne wzgórze ustalono na noc z 15 na 16 lutego. Tymczasem sztab stanowiącej część nowozelandzkiego korpusu dywizji hinduskiej poinformował gen. Freyberga, że natarcie nie może odbyć się wcześniej niż dobę później. W tej sytuacji zbombardowanie opactwa musiałoby nastąpić 16 lutego wieczorem. Dwa dni wcześniej Freyberg otrzymał z dowództwa 5 Armii wiadomość, że jedyny możliwy termin nalotu to ranek 15 lutego. Przyśpieszenie nalotu oznaczało, że Dywizja Hinduska nie tylko nie zdążyłaby przygotować się do natarcia, ale nieprzygotowana musiałaby nacierać za dnia, co skazywało natarcie na pewną klęskę. Chociaż przyspieszenie nalotu niweczyło sens całej akcji, Freyberg ani nie usiłował przełożyć bombardowania, co byłoby w tej sytuacji logiczne, ani tym bardziej nie odwołał go.

15 lutego 239 amerykańskich bombowców, w tym 144 „latających fortec” (ciężkie bombowce B 17) prowadzonych przez mjra Bradforda E. Evansa i mjra Franka B. Chappella w trakcie trzygodzinnego bombardowania zamieniło wspaniały przybytek nauki, kultury i wiary w jedno wielkie rumowisko.

Chociaż Amerykanie przypuszczali, że tak monstrualnego bombardowania nikt nie mógł przeżyć, zważywszy na dużą liczbę obecnych w opactwie uciekinierów liczba ofiar nie była aż tak wielka. Ocaleli wszyscy mnisi, z których żaden nie został nawet ranny. Nie wiadomo, ilu zginęło przebywających w klasztorze uchodźców, których liczbę szacuje się na 1-2 tys. Na podstawie przeprowadzonych po wojnie badań przypuszcza się, że śmierć poniosło kilkuset cywilów, głównie kobiet i dzieci.

Ani wtedy, ani po wojnie nie znaleziono żadnych dowodów, na to, że w wyniku ówczesnego bombardowania zginął choćby jeden Niemiec. Po bombardowaniu opat Diamare złożył pisemne oświadczenie, że w chwili bombardowania w klasztorze nie było żadnego.

W trakcie bombardowania tysiące alianckich żołnierzy wiwatowało z radości, będąc święcie przekonanymi, że ich samoloty likwidują niemiecki punkt oporu. Po zbombardowaniu klasztoru przez pierwszą grupę samolotów do sztabu 5 Armii zaczęły napływać meldunki o uciekających „Niemcach”. Dowodem na potwierdzenie ich obecności w klasztorze miał być przechwycony przez nasłuch radiowy tekst: Ist Abt noch im Kloster? Ja, co przetłumaczono: „Czy dowództwo batalionu jest wciąż w klasztorze? Tak”. Szybko jednak okazało się, że tłumaczenie to było błędne. Wprawdzie „Abt” jest wojskowym skrótem oznaczającym dowództwo batalionu, jednak słowo to po niemiecku znaczy także „opat”. Właśnie w tym znaczeniu pojawiło się to słowo w niemieckim meldunku, o czym świadczy dalsza część wiadomości: Sind Moenche darinnen? (Czy są tam mnisi?).

Fałszywe przekonanie, że Niemcy przystosowali klasztor do celów wojskowych sprawiło, że ta barbarzyńska akcja spotkała się z powszechnym poparciem w USA i Wielkiej Brytanii. Zgoła odmiennie zareagowała Stolica Apostolska, Chociaż Watykan wiedział, że zbombardowano nieobsadzone przez Niemców opactwo, jednak powstrzymano się od publicznego potępienia aliantów za zniszczenie opactwa. Możliwe, że u podstaw tej decyzji leżała obawa, iż znani z braku poszanowania dla zabytków alianci (podczas lądowania na Sycylii alianci dokonali wielkiego spustoszenia wśród tamtejszych zabytków, w tym i kościołów) mogliby nawet zbombardować obsadzony przez Niemców Rzym. Nie była to obawa bezpodstawna. Alianci niszczyli każdy obiekt, w którym podejrzewali obecność Niemców. Tę zasadę zastosowano podczas alianckiego nalotu na letnią rezydencję papieża w Castel Gandolfo, gdzie zginęło jedynie 17 zakonnic.

Przedwczesna radość

Radość alianckich żołnierzy była przedwczesna. Nie zdawali oni sobie sprawy, że już wkrótce tysiące z nich będzie musiało oddać życie w walce o ruiny opactwa. Za sprawą aliantów, to miejsce modlitwy i nauki w lutym 1944 r. stało się kluczową pozycją niemieckiego systemu umocnień w ramach tzw. linii Gustawa, zamykającej aliantom najkrótszą drogę do Rzymu.

Najtrafniej scharakteryzował zbrodniczość alianckiego bombardowania włoski pisarz i publicysta katolicki, Vittorio Messori: Kiedy skończyło się bombardowanie i niczego już nie można było ocalić, Wehrmacht zajął górę i ufortyfikował się w rumowisku. Barbarzyńska strategia Amerykanów okazała się cenna dla Niemców, ponieważ ruiny stały się tak doskonałym miejscem obrony, że można było w nich przez całe miesiące odpierać najbardziej zaciekłe ataki. Trzydzieści tysięcy poległych aliantów, wśród nich wielu Polaków, spoczywa na tamtejszym cmentarzu z powodu amerykańskiej decyzji zburzenia klasztoru. Z wojskowego punktu widzenia było to szaleństwo, a z kulturalnego – zbrodnia („Czarne karty Kościoła”, Katowice 2001).

Już pierwsze dni po zburzeniu klasztoru całkowicie skompromitowały tych, którzy twierdzili, że jego zburzenie przyspieszy ofensywę i przyczyni się do zmniejszenia strat. Stało się dokładnie odwrotnie. W czasie próby zajęcia ruin (zostały obsadzone przez niemieckich spadochroniarzy 20 lutego) w nocy z 17 na 18 lutego Dywizja Hinduska poniosła ogromne straty nawet nie zbliżając się do nich. Ogółem w przeprowadzonych tej nocy atakach dywizja straciła 530 żołnierzy, podczas gdy we wcześniejszych dwóch odpowiednio 64 i 130. Tego samego dnia pomimo braku punktu kierowania ogniem w opactwie, co wmawiali alianci, Niemcy odparli atak 200 Nowozelandczyków, zabijając lub raniąc 130 z nich.

Od lutego do maja Niemcy z powodzeniem odpierali ataki oddziałów alianckich. W maju 1944 r. do walki wszedł dowodzony przez generała Władysława Andersa 2 Korpus Polski, walczący w składzie brytyjskiej 8 Armii. Pierwsze natarcie Korpusu (11-12 V) zostało przez Niemców odparte. Związało ono jednak duże siły nieprzyjaciela i ułatwiło przełamanie niemieckiej obrony przez aliantów. Podczas drugiego natarcia (17-19 V) 2 Korpus zajął wzgórze z ruinami opactwa, a następnie przełamał drugi pas obrony niemieckiej, zwany linią Hitlera. W walce poległo 923 polskich żołnierzy, ok. 3 tys. zostało rannych, zaś 345 uznano za zaginionych. Klasztor nie został zdobyty frontalnym atakiem. Niemcy wycofali się z ruin w nocy z 17 na 18 maja. Polscy żołnierze zajęli rumowisko, w którym znajdowała się grupka ciężko rannych niemieckich żołnierzy.

Niemcy wycofali się ponieważ alianci nie mogąc zdobyć ich punktów oporu frontalnym atakiem zdecydowali się wreszcie je obejść. W maju alianci zrobili więc to, co na początku roku proponowali generałowie Keyes, Juin i Tuker, tylko, że w ciągu tych pięciu miesięcy w beznadziejnych walkach niepotrzebnie zniszczono wspaniałą budowlę, zaś w walkach o jej ruiny niepotrzebnie straciło życie kilkadziesiąt tysięcy alianckich i niemieckich żołnierzy.

Antykatolicka nienawiść

Obecnie nie jest tajemnicą, że alianci podejmując decyzję o zbombardowaniu opactwa, doskonale wiedzieli, że nie było ono zajęte przez niemieckich żołnierzy. Przyznał to ówczesny brytyjski premier Winston Churchill w swojej wielotomowej pracy Druga Wojna Światowa (1952). Jego zdaniem, Niemcy w każdej chwili mogli wykorzystać zabudowania klasztorne do obrony, zaś zniszczenie opactwa miało im to bezpowrotnie uniemożliwić. Jednak podane przez niego uzasadnienie zburzenia opactwa jest sprzeczne z argumentacją głównego inicjatora zbombardowania klasztoru gen. Freyberga.

Messori nie znajduje innego wytłumaczenia dla tego czynu, jak antykatolicka nienawiść: Amerykanie wiedzieli, że na górze i w klasztorze nie było niemieckiego wojska. Wiadomo także, że zadecydowali o zniszczeniu klasztoru nie z powodów wojskowych, lecz dla samego zniszczenia, co można wytłumaczyć jedynie pragnieniem usunięcia z oblicza ziemi jednego z bardziej znaczących symboli tzw. »katolickiego papizmu«. Barbarzyńska operacja miała cele inne od tych, które publicznie ogłoszono w godzinie bombardowania.

Prawdziwość tych słów wydaje się potwierdzać rozpętana w USA i Wielkiej Brytanii medialna kampania, w której zajadle atakowano dowódców sprzeciwiających się bombardowaniu opactwa. W nagonce tej roiło się od kłamstw i silnych antykatolickich akcentów. Wielu wrogów Kościoła katolickiego nie ukrywało swojej radości ze zbombardowaniu klasztoru: Nie przypominam sobie, żeby coś, co widziałem lub zrobiłem, tak mnie uszczęśliwiło jak widok tego zburzonego na wzgórzu opactwa… Z radością patrzyłem na ten symboliczny rozpad Kościoła i skostniałej tradycji – napisał w swoim dzienniku tuż po bombardowaniu kpt. Sidney Waugh, przed wojną znany jako wybitny rzeźbiarz.

Po wojnie USA i Wielka Brytania uparcie trzymały się tezy, że zniszczenie opactwa na Monte Cassino było uzasadnione. Dopiero w końcu lat 60. XX stulecia w wydawanych w USA publikacjach zatryumfowała prawda. W oficjalnej historii armii amerykańskiej z 1969 r. stwierdzono, że opactwo nie było zajęte przez wojska niemieckie.

Wielka Brytania do dnia dzisiejszego nie zmieniła swego stanowiska o „niekwestionowanych dowodach” na wykorzystywanie opactwa przez Niemców. Żadnej pokory wobec prawdy nie wykazuje Nowa Zelandia, która zawzięcie broni gen. Freyberga. Paradoksalnie, dla niemieckich żołnierzy bitwa na Monte Cassino stanowiła jedną z nielicznych jasnych kart w generalnie haniebnej historii całej II wojny światowej.

KrzysztofWarecki
http://www.pch24.pl/monte-cassino--nieudolnosc-i-zbrodnia,22987,i.html

Patrz też

Klasztor św. Benedykta na Monte Cassino a cele strategiczne Amerykanów

Przypominam następnemu pokoleniu, by historii nie pisali ciągle od nowa – kłamcy. Mirosław Dakowski. 13 luty 2026. Tekst z 2010 roku.

===================================================

Z wojskowego punktu widzenia było to szaleństwo, a z kulturalnego – zbrodnia. A może był to niejasny i nie do powstrzymania wymóg, konieczność wynikająca z owego połączenia radykalnego protestantyzmu i masońskiego oświecenia, którym od początku charakteryzowała się ame­rykańska klasa kierownicza?(Messori)

            Dopiero osobiste spojrzenie na Opactwo na górze Monte Cassino pozwala mi na zadanie sobie pytania: Po co, w jakim celu dowództwo amerykańskie, czy aliantów, w 1944 roku zniszczyło serce katolicyzmu, klasztor, który założył św. Benedykt w roku 529?

            Fakty:

1)      był zakaz gen. Eisenhowera atakowania i niszczenia zabytków. Postąpiono wbrew niemu.

2)      Klasztor na początku 1944 r. nie był obsadzony przez wojska niemieckie. Dopiero po barbarzyńskim zburzeniu przez naloty alianckie oraz artylerię 15 lutego 1944 r., Niemcy zajęli ruiny.

3)      Klasztor i góra Monte Cassino nie miała strategicznego znaczenia jako bastion broniący drogi z Południa na Rzym: Między Monte Cassino a morzem Tyrreńskim mogły bez przeszkód przejść idąc koło siebie nie tylko dywizje, ale armie..

4)      Za zdobycie ruin SERCA KATOLICYZMU Polacy (katolicy) zapłacili śmiercią ok. tysiąca żołnierzy…

5)      Teraz jest tam piękna dla oka ATRAPA Opactwa, zbudowana od nowa przez (formalnie) rząd włoski (oddano mnichom w 1964 roku, jeszcze w r. 2010 część fresków nie jest namalowana od nowa), a w rzeczywistości sfinansowana przez Anglików i Amerykanów (wyrzuty sumienia? – toć „oni” chyba nie mają sumienia w naszym sensie tego słowa?… ).

Poniżej umieszczam tekst Vittorio Messori, który może nie zna dobrze „wkładu Polaków” w bitwę, ale… nie da się go zakwalifikować jako „polski ciemnogród”.

MONTE CASSINO

Vittorio Messori, „Czarne karty Kościoła”, Księgarnia św. Jacka, Katowice, 1998, str. 250 i nast.

            W czasie wakacyjnych podróży nie brakuje okazji do owocnych refleksji. Na przykład ci, którzy udają się na plaże, zbliżając się do Rzymu od południa, winni pomyśleć nieco o tym, dlaczego opactwo na Monte Cassino, niczym historyczny fałsz, nawet jeśli jest tylko całkowitą rekonstrukcją, góruje jeszcze na tym wzniesieniu.


https://dakowski.pl/klasztor-sw-benedykta-na-monte-cassino-a-cele-strategiczne-amerykanow/