czwartek, 4 czerwca 2026

Daniel Naborowski - wiersze



Krótkość żywota

Go­dzi­na za go­dzi­ną nie­po­ję­cie cho­dzi
był przo­dek, by­łeś ty sam, po­to­mek się ro­dzi.
Krót­ka roz­pra­wa: ju­tro, coś dziś jest, nie bę­dziesz,
a żeś był - nie­bosz­czy­ka imie­nia na­bę­dziesz.
Dźwięk, cień, dym, wiatr, błysk, głos, punkt - ży­wot ludz­ki sły­nie,
słoń­ce wię­cej nie wscho­dzi to, któ­re raz mi­nie;
ko­łem nie­cha­mo­wa­nym lot­ny czas ucho­dzi,
z któ­re­go spadł nie­je­den, co na sta­rość go­dzi.
Wten­czas, kie­dy ty my­ślisz, ju­żeś był, nie­bo­że;
mię­dzy śmier­cią, ro­dze­niem byt nasz le­d­wie może
na­zwan być czwar­tą czę­ścią mgnie­nia: wie­lom była
ko­leb­ka gro­bem, wie­lom mat­ka ich mo­gi­ła.
*
Marność

Świat hoł­du­je mar­no­ści
I wszyt­kie ziem­skie wło­ści;
To na wie­ki nie mi­nie,
Że mar­na mar­ność sły­nie.
Mi­łuj­my i żar­tuj­my,
Żar­tuj­my i mi­łuj­my,
Lecz po­boż­nie, uczci­wie,
A co czy­ste wła­ści­wie.
Nad wszyt­ko bać się Boga —
Tak frasz­ką śmierć i trwo­ga.
*
Marność sławy

Świat ob­łud­ny, tu wi­dząc miesz­kań­ca swo­je­go,
We dnie i w nocy pil­nie my­śli koło tego,
Ja­ko­by go mógł na­kryć zdrad­ny­mi sie­cia­mi;
Cza­sem go po­nęt­ny­mi łu­dzi roz­ko­sza­mi,
Cza­sem też stra­chem kar­mi, wnet zaś po­chle­bu­je,
A żółć z mio­dem zmie­sza­ną za­wsze mu go­tu­je.
Lecz ty na wszyst­kie trwo­gi tak bądź usta­lo­ny,
Abyś z obu stron umysł miał nie­zwy­cię­żo­ny.
Tak żyj na tym tu świe­cie, jak­by cię nie było,
Co jako masz wy­ko­nać, nie­bo na­uczy­ło,
Z któ­re­go duch twój wzię­ty, iskier­ka wiecz­no­ści;
Ten ci na­zad po­ka­że do oj­czy­stej wło­ści.
Wąt­pię, by mu wy­rów­nał z wiel­kich pa­nów dru­gi.
Zła śmier­ci, cia­łoś tyl­ko przy­własz­czy­ła so­bie,
Lecz sła­wa jego w ciem­nym nie zo­sta­ła gro­bie.
*
Cnota grunt wszystkiemu

Frasz­ka wszyt­ko na świe­cie, frasz­ka z każ­dej stro­ny!
Nic to, choć ty masz pa­łac kosz­tem wy­sta­wio­ny,
Nic to, że stół za­sta­wiasz hoj­nie pół­mi­ska­mi,
Nic to, że-ć zło­to, sre­bro leży gro­ma­da­mi,
Nic to, że gład­ka żona i domu za­cne­go,
Nic to, że mnó­stwo wnu­ków li­czysz z boku swe­go,
Nic to, że masz wsi gę­ste i wiel­kie osa­dy,
Nic to, że sług za tobą nie­ma­łe gro­ma­dy,
Nic to, że rów­nia nie znasz dow­ci­po­wi swe­mu,
Nic to, że się ty świa­tu po­do­basz wszyt­kie­mu,
Nic to, że-ć szczę­ście pły­nie nie­odmien­nym to­rem,
Nic to, choć­byś opa­tem abo był pry­jo­rem,
Nic to, choć masz pa­pie­skie i car­skie ko­ro­ny,
Nic to, że cię wy­nio­sło Szczę­ście nad Try­jo­ny,
Nic to, byś miał ty­siąc lat szczę­sne pa­no­wa­nie,
Bo iż to wszyt­ko mija, za nic wszyt­ko sta­nie.
Sama cno­ta i sła­wa, któ­ra z cno­ty pły­nie,
Nade wszyt­ko ta wiecz­nie trwa i wiecz­nie sły­nie.
Tą kto żyje, ma do­syć, choć nie ma ni­cze­go,
A bez tej kto umie­ra, już nic ze wszyt­kie­go.
*
Łazarz do bogacza

Bogaczu hardy, próżno śmiejesz się z nagiego:
Nago wchodzim na ten świat, nago pójdziem z niego,
Nagie sumnienie Bóg sam jako czyste lubi,
Święta prawda nad wszytko nagością się chlubi,
Nagi miesiąc i gwiazdy, i okrąg słoneczny,
Nago wchodzi, wychodzi z ciała duch przedwieczny,
Nadzy nieba mieszkańcy, nadzy są bogowie.
Przyjdzie czas, o pstry kruku, kiedyć pogotowie
Odbiorą cudze pióra; wtenczas swe nagości
I sprośny wrzód odkryjesz, i spróchniałe kości.
*
Na toż

Dzień je­den dru­gi goni i po­tem zo­sta­wa
tam, skąd wiek wszyt­ko­krot­ny od­wro­tu nie dawa.
Żaden dzień i go­dzi­na bez szko­dy nie bywa
czło­wie­ku, któ­ry ze dniem za­rów­no upły­wa.
Kar­mia nasz byt go­dzi­ny, któ­ra leci snad­nie:
wię­cej sie ten wra­ca, kto z re­ge­stru spad­nie.
Już w nocy wie­ku­istej sen przyj­dzie spać twar­dy,
na to masz za­wsze po­mnieć, o czło­wie­cze har­dy!
Dwa­kroć żyje, kto ży­jąc umrzeć się go­tu­je
umie­ra dwa­kroć, kto się śmier­tel­nym nie czu­je.
*
Usiłowanie

Dał ci się Bóg urodzić do wysokich rzeczy,
Wysokie tedy zawsze sprawy miej na pieczy.
Choć się nie zawsze zdarzy, ty przecie czyń twoje.
Ten, co wysokim rzeczom oddał myśli swoje,
Choć nie dopiął, ten pozad nie barzo zostawa;
Iż to, co mógł, uczynił, tym się zacnym stawa.

Groza istnienia

 Jan Gondowicz - Osa


„Czytam teraz do łóżka »Wspomnienia entomologiczne« Fabre’a i wyobrażam sobie przyszłą ludzkość z dużym przybliżeniem, o ile mi się zdaje” - powiada w akcie czwartym, epilogowatym, Witkacowskiej Niepodległości trójkątów morski generał Septembriusz Viviani¹. Sześć lat później, pisząc zakończone w grud­niu 1927 roku Nienasycenie, Witkacy powraca myślą do tej lektu­ry, gdy jego smarkaty bohater, Zypcio Kapen, zmuszony jest, uwięziony w łazience, podziwiać erotyczne ekscesy świeżo pozy­skanej demonicznej kochanki z najlepszym przyjacielem. Kiedy włazi na krzesło, by podejrzeć przez szybę wnętrze sypialni, narra­tor wyjaśnia sytuację: „Ruchy jego były tak przewidziane, jak ru­chy owadów w laboratorium Fabre’a”². W roku 1936, na kartach Niemytych dusz, przywołuje to nazwisko raz jeszcze: „Totemiczny klan komunistyczny w dalszym swym rozwoju wytwarza jednostkową, indywidualną władzę [...]. Dzieje się to tak automatycznie, instynktowo, a nie programowo oczywiście, jak wszelkie cuda in­stynktu u owadów, opisywane przez Fabre’a”³.

Robaczywe imaginarium

Z entomologicznych lektur modernizmu w pamięci zbiorowej przetrwała tylko mrówczo-pszczelo-termicia trylogia Maeterlincka. Zapomniany dziś Jean Henri Fabre zajmował przeciwległy biegun robaczywego imaginarium epoki, gdyż badał owady nie­ uspołecznione - i to w jak najszerszym znaczeniu tego słowa. Jego dziesięciotomowe Souvenirs entomologiques. Études sur l’instinct et les moeurs des insects z lat 1878-1889, uważane nie bez racji za klasykę francuskiej prozy, przyniosły pionierskie, wzorowe i wielokrotnie podejmowane w literaturze od Rémy’ego de Gourmonta po Francis’a Ponge’a opisy miłosnego kanibalizmu modliszek, skorpio­nów, tarantul, gastronomiczno-rozrodczych obyczajów żuków gnojaków i grabarzy oraz łowów drapieżnych błonkówek. W Pol­sce ukazały się dwa wybory studiów Fabre’a: Z życia owadów w ro­ku 1916 oraz Dziwy instynktu owadów i pająków w roku 1918, lecz nie ma wątpliwości, że Witkiewicz czytał te prace w oryginale⁴. Staroświecki Larousse du XXe Siècle nazywa Fabre’a „Wergiliuszem owadów”. Bardzo à propos, jeśli uwzględnić, że nie tylko o darze epickim tu mowa, lecz i krainie, przez którą Wergiliusz wiódł ja­ko przewodnik Dantego.

Swoisty ton scjentyzmu Witkiewicza, wychowanego, o czym warto pamiętać, w dyscyplinie samouctwa, czyni go bliższym for­macji zachodniej niż rodzimej. Jest to ktoś, dla kogo Pojata, córka Lezdejki Feliksa Bernatowicza czy inne popularne powieści histo­ryczne stanowiły za młodu rozrywkę pośród lektur przyrodoznawczych, jak Zagadka świata Haeckla, Opowiadania o nieskończo­ności Flammariona, Szkice optymistyczne Miecznikowa, zaprawione - z naszego dzisiejszego punktu widzenia - kolosalną dozą fantazji, lecz układające się w edukację alternatywną wobec for­macji patriotycznej. Tok myślenia przyszłego Witkacego zdomi­nowała na zawsze wizja ewolucji (Haeckel), perspektywa astrono­miczna (Flammarion) czy eugeniczna (Mieczników). A także, by tak rzec, empiryzm infernalny Fabre’a. Dość prześledzić nasycenie pisarstwa autora Karaluchów metaforyką owadzią. Sam choć­by bohater Nienasycenia przypisuje swemu środowisku kondycję „hiperinteligentnych chrząszczy-trupników”, „krąży jak muszka tęczowa koło lepkiej pajęczynki”, jego rywale „tarzają się jak oszalałe pająki”, uczucia „przewalają się [w nim] jak kupa wstręt­nych robaków”, widzi życie niczym jagodę, „którą żre od środka jak tłusty robak, raczej gąsienica, z której miał powstać mieniący się wszystkimi kolorami motyl”, „czuje się jak mucha na lepie”, a nawet „karaluchem, prusakiem, pluskwą”; w stosunku do uko­chanej „może tylko chłeptać jej krew przez wąską rurkę jak ko­mar”, „zazdrości rojowi zapóźnionych komarów”, i to „całemu rojowi, nie poszczególnym komarom”, tudzież „zwija się cały jak ukąszony, powiedzmy, przez skorpiona”. Na bohatera Jedynego wyjścia świeżo poślubiona żona patrzy „jak na robaczka (uporczy­wie przychodził jej na myśl skorek, Fornicula auricularia, nie mogący się wydostać z betonowego klozetu)”. Żona nieokiełznane­go J. M. K. Wścieklicy zarzuca rywalce nie pajęczość jako taką, lecz jej skalę: ,Jak ci duża mucha albo, co gorzej, osa w siatkę wpadnie, to się boisz”. Bohaterka Nadobniś i koczkodanów sama czuje się „jak pajęczyca”, jej wielbiciele „to wszystko skórki od poczwarek”, a postacie w tej sztuce „pożerają się naprawdę jak owady”. Arystokratka w warsztacie szewskim porównuje się do motyla - „widzieliście, jak czasem motyl na gówienku se sia­da?”, a pożąda jeszcze bardziej upajającej podniety: „nektaru najwyuzdańszej, płciowej, samiczkowatej, bebechowato-owadziej rozkoszy [...] jak samice modliszki, które ku końcowi zjadają od głowy swoich partnerów, którzy mimo to nie przestają tego - wie pan, he, he!”⁵.

Witkacy, jak wiadomo, nie szczędził czytelnikom wizji przyszłej ludzkości jako mrowiska czy termitiery. Mimo to - rzecz cie­kawa - jego zasób metafor wywodzi się z lektur pomijającego owady społeczne Fabre’a⁶. Rzuca to ciekawe światło na obraz przyszłości wedle generała Vivianiego.

Fascynację, jaką wzbudzały pisma Fabre’a, przypisać można szokującym obrazom okrucieństw owadziego świata. Skwarną ci­szę Prowansji wypełnia w tych studiach wzajemna masakra drob­nych istot, a w porażonej pamięci czytelnika pozostaje chłeptanina soków pożeranej żywcem przez pasikonika, skrzeczącej bezrad­nie cykady, paraliżowanie ślimaków przez świetliki, dekapitowany dla przyspieszenia rytmu kopulacji samiec modliszki, krople jadu, opalizujące na szczękoczułkach tarantuli, miłosne pas de deux niedźwiadków Langwedocji (skorpionów śródziemnomorskich Buthus occitans), osmyk, szperający zawzięcie żądłem we wnętrzno­ściach porażanego bogatka tudzież dziesiątki innych scen, wysta­wiających na próbę reputację Matki Natury i odruchy wisceralne czytelnika. Czytelnikom sprzed wieku owady jawić się tu musiały zaiste jako dzieci gorszego Boga - lub raczej stwórcy, który odrzu­cił wszelkie pozory. Wtajemniczonym Fabre udzielał raz na zawsze odpowiedzi, co w trawie piszczy. „Dachau koników polnych! Mrówek Oświęcimie!”⁶ - pisał niemniej od Witkacego naznaczo­ny na całe życie tą lekturą Czesław Miłosz.

„Cóż wie larwa o świecie zewnętrznym? Tyle, ile wiedzieć może kawałek jelita. Jednak wie zupełnie wyraźnie, jaką będzie przy­szłość, powiedzmy lepiej, tak postępuje, jakby wiedziała”⁸. Z naiw­nością pozytywisty Fabre ponawia wciąż pytanie o naturę przeja­wianej przez badane istoty inteligencji. Inteligencji, notabene, której granice wyznaczyć ma jego eksperymentatorska wynalaz­czość, dostosowana niejako do sfery, którą penetruje. Sceny coraz wymyślniejszego wieszania gnijącego trupa kreta dla wypróbowa­nia inwencji tęgopokrywych grabarzy lub też wzbudzania słomką, oparami benzyny czy prądem ogniwa Bunsena gasnących reflek­sów sparaliżowanych chrząszczy przeplatają się z niewinnymi zdaniami w rodzaju: „Owe krzepkie tedy komośmki, które, za ży­wa nakłute przez zbieracza owadów na szpilkę i przytwierdzone do fatalnej deszczułki korkowej, rzucają się całe dnie, całe tygo­dnie, co mówię - miesiące całe, w mgnieniu oka tracą wszystkie ruchy za sprawą jednego drobniutkiego ukłucia”⁹. Polski tytuł Z życia owadów nabiera tu szczególnej wymowy, gdyż Fabre zaj­muje się z dużym upodobaniem śmiercią. I zapewne z tej racji działa potężnie na wyobraźnię, będąc - jak dowodzi jego recepcja - autorem wybitnie mitogenicznym.

Fatalne jajo

Odkrywca formotwórczej dla Witkiewicza roli zaczerpniętych z Fabre’a apsychicznych wzorców, Lech Sokół¹⁰, skupia uwagę na parokrotnie przywołanych obrazach poczynań miłosnych mo­dliszki. Jednakże, jak się zdaje, spośród trzydziestu rzędów owa­dów wyobraźnię autora Mątwy najsilniej przykuły nie Mantodea, lecz Hymenoptera, błonkówki. Przyjąć można, że mechanizm owej inspiracji zawierał decydujący tryb pośredni. Albowiem, historycz­nie biorąc, wkład Fabre’a w dzieje myśli zaznaczył się dzięki temu, że jego refleksje na temat instynktu podjął Henri Bergson. Mowa o fragmencie Ewolucji twórczej, gdzie filozof ustosunkował się wo­bec ponawianych stale przez Fabre’a porównań badanych stawo­nogów do automatów, z reguły niezawodnych, lecz niekiedy jak­ by rozstrojonych, a zawsze ślepych i głuchych w obliczu czynnika, zwanego przez myśl francuską owych czasów kontyngencją, czyli przypadkowego odstępstwa od zwykłego biegu rzeczy. Owe trzy strony Ewolucji twórczej¹¹ podejmują kwestię instynktu na podstawie zachowań osy ziemnej Sphex¹², zwanej po polsku dość zło­wieszczo nękiem. „Wiadomo, że różne gatunki błonkoskrzydłych obezwładniających składają swe jajka w pająkach, pewnych chrząszczach, gąsienicach, które będą nadal żyły nieruchomo przez pewną ilość dni i tym sposobem służyły za pokarm świeży dla larw, ponieważ zostały wprzód poddane przez osę uczonej operacji chirurgicznej. [...] Sphex o żółtych skrzydłach, który ob­rał za ofiarę świerszcza polnego, wie, że świerszcz ma trzy ośrodki nerwowe, ożywiające jego trzy pary nóg, a przynajmniej czyni tak, jakby to wiedział”. Z punktu widzenia badacza owego zjawiska „cała trudność pochodzi stąd, że chcemy przekładać wiedzę tego owada błonkoskrzydłego na język umysłu. Z musu wówczas przy­ równywamy Sphexa do entomologa, który zna gąsienicę tak, jak zna wszystkie inne rzeczy, to znaczy z zewnątrz [...]. Sphex musiałby więc nauczyć się po jednemu, jak entomolog, położeń ośrod­ków nerwowych gąsienicy, a przynajmniej nabyć praktycznej znajomości owych położeń, doświadczalnie stwierdzając skutki swe­go nakłucia. Ale inaczej byłoby wtedy, gdyby się przypuściło, że pomiędzy Sphexem a jego ofiarą istnieje pewna sympatia (w ety­mologicznym znaczeniu tego słowa), która go powiadamia, od wewnątrz niejako, o możności zranienia gąsienicy. To uczucie możności zranienia mogłoby nic nie zawdzięczać zewnętrznemu postrzeżeniu i wynikać z samego znalezienia się wobec siebie Sphexa i gąsienicy, rozpatrywanych już niejako dwa ustroje, lecz jako dwie działalności. [...] Jakakolwiek siła wyraża się w powsta­niu systemu nerwowego gąsienicy, my, z naszymi oczyma i z naszym umysłem, ujmujemy je tylko jako rozdzielny układ nerwów i ośrodków nerwowych. [...] Sphex zato chwyta bez wątpienia nie­ wielką tylko jej część, ściśle to właśnie, co go interesuje; ale przy­najmniej chwyta on to od wewnątrz, zupełnie inaczej niż w prze­biegu poznania, bo przez intuicję (przeżywaną raczej niż wyobraża­ną), która niewątpliwie jest podobna do tego, co u nas nazywa się sympatią jasnowidzącą”. Na pozór jednorodny instynkt zawiera więc w sobie dwoisty aspekt: pozaświadomy „zalążek wiedzy jeszcze ciemnej, jeszcze nie rozświetlonej”, oraz akt metafizyczny - pragnienie¹³. Instynkt bowiem to przejaw celowego działania, w którym brak świadomości odsłania intuicję metafizyczną.

Dla porządku tylko podkreślić wypada, że ów wysoce rewoltujący wywód przeprowadzony jest w trybie hipotezy. „Zapewne, teoria naukowa nie może odwoływać się do tego rodzaju rozwa­żań. Nie powinna ona umieszczać działalności przed organizacją, sympatii przed postrzeżeniem i poznaniem. Ale, jeszcze raz po­wtarzamy, albo filozofia nie ma tu nic do czynienia, albo też jej ro­la zaczyna się tam, gdzie kończy się rola nauki”. Niemniej Berg­son odważa się porzucić rygor myślenia racjonalnego - a nawet więcej, myśli dyskursywnej - na rzecz alternatywnej perspektywy poznawczej, zdolnej odsłonić sekret życia. Umysł bowiem „obcho­dzi życie dookoła, zdejmując z zewnątrz jak największą możliwą ilość widoków tego przedmiotu [...]. A właśnie do samego wnętrza życia doprowadziłaby nas intuicja”. Że to możliwe, świadczy wła­ściwa ludziom, a występująca obok normalnego postrzegania „zdolność estetyczna”.

Wszystko wskazuje, że dla Witkiewicza każde z przytoczonych zdań miało znaczenie zgoła pierwszorzędne. Jego refleksja krąży wciąż wokół bergsonizmu, przy czym za truizm uznać trze­ba stwierdzenie, iż jest to klasyczny związek miłosno-nienawistny. W rozmaitych tekstach (z pominięciem korespondencji) doliczyć się można nie mniej niż trzydziestu ośmiu pasjonackich potępień filozofii Bergsona, przy czym w czternastu przypadkach nazwisku filozofa towarzyszy epitet „blagier”¹⁴. Do typowych należą okre­ślenia: Jedyny w historii filozofii blagier w wielkim stylu”, „Największy demon dzisiejszej filozofii”, „Zabójczy wpływ filozofii Bergsona na umysłowość współczesną”, „Bredzenie to”. Ilościowo zatem Witkiewiczowska awersja wobec bergsonizmu przewyższa niemniej rytualne anatemy pod adresem pragmatyzmu i teorii wielości rzeczywistości Chwistka. Jednak podobnie jak w tym ostatnim przypadku sumarycznym przejawom odrzucenia towa­rzyszy głębokie zainfekowanie wyobraźni¹⁵. Witkacy, niezdolny wyzwolić się ze złego czaru Bergsona, sam sprawia wrażenie sparaliżowanej gąsienicy, której najgorszy wróg złożył w łonie fatalne jajo. Neurotyczny przymus negacji zwiódł badaczy i nikt jak do­tąd nie dokonał wnikliwej konfrontacji systemu filozofii Witkie­wiczowskiej z koncepcjami Bergsona; tylko Bohdan Michalski sy­gnalizował pewne zaskakujące analogie¹⁶. Niewykluczone, że cały ów system wylągł się z kurczowej woli przezwyciężenia pod każ­dym względem bergsonizmu, dziedzicząc po nim znamienne ce­chy strukturalne.

Dla podejmowanego tu wątku istotniejsze jest jednak, że Witkacy bez przerwy nawraca do obrazu nieszczęsnego sphexa i liszki, raz w roli przesłanki, raz konkluzji. Gdy chce zarysować horyzont powszechnej bezmyślności, pisze: „Życie płynie sobie najzwyczajniej, jest jakaś kula, co świeci, jest ciepło, potem zimno, są wojny i piekielne awantury, ale przecież wszystko to jest zupeł­nie zwykłym i nic w tym ostatecznie dziwnego nie ma, ani w życiu, ani w śmierci, ani w trwaniu, ani przestrzeni, bo o tym przecież Bergson tak napisał, że nie ma co się tym niepokoić, i każda pan­na mówi dziś o »intuicji« i »sympatii« i trzeba - tak myśleć, jak gąsienicznik nakłuwa liszkę, w którą chce złożyć jaja, a wszystko bę­dzie dobrze. Nie tak myśleć, jak myśli gąsienicznik składający ja­ja, ale tak myśleć, jak on nakłuwa, co jest o wiele trudniejszym, może nieskończenie trudnym, ale diabli wiedzą, jaki będzie wnio­sek, więc kto się czuje na siłach, niech spróbuje”¹⁷. Gdy ironicznie nicuje antysemicki stereotyp, każę mówić Żydowi: ,Ja mam intu­icję. Przez wewnętrzną sympatię przenoszę się w głąb przedmiotu i myślę tak, jak samica spheksa nakłuwająca liszkę, w którą chce złożyć jaja. Myślę nie tak, jak myśli ona - ona pewnie nic nie myśli. Myślę, jak ona nakłuwa. Tego nauczył mnie nasz wielki prorok: Henryk Bergson”¹⁸. Gdy wykłada proste chwyty socjo­techniczne, tłumaczy: „Rozkomplimentowana ofiara staje się bez­bronną: nie wystawia straży, nie fortyfikuje się, zasypia z nieopancerzonym brzuchem [...]. Upojona poprzednimi frazesami, łyka (z bólem jednak) truciznę, której działania frazesy te nie usypiają: dwa procesy te biegną obok siebie równolegle - ofiara cierpi, ale jest sparaliżowana, jak liszka ukłuta przez gąsienicznika. A kat wpija się w nią wzrokiem i jakimiś ohydnymi »aktami intencjo­nalnymi« i ssie jej mękę jak nektar, spuszczając się nieomal (w nie­ których wypadkach dosłownie) z sadystycznej frajdy”¹⁹. Gdy zgłę­bia tajniki erotyzmu, wkłada bohaterowi w usta wywód: „ - Ależ wiem - mówił zimno [Atanazy], - Pani by chciała, abym mówił tak, jak robię tamto, i robił tamto tak, jak mówię, i żeby wszystko to działo się równocześnie i było faktycznie jedno drugim. Mówię popularnie. Przypomina mi to słynną blagę Bergsona [...] o tym sphexie, gąsieniczniku: gdyby ten sphex myślał o całym świecie tak, jak nakłuwa liszkę, dosłownie myślał, jak nakłuwa - proszę spróbować - trafiając ją nie wiadomo czemu w ten węzeł nerwo­wy, w który dla przyszłości rodu trafić musi - to wtedy by poznał istotę bytu. Czy między tym, a tym, co zrobiliśmy przed chwilą, jest różnica jakościowa? Tak samo są to czynności instynktowe”²⁰. Gdy przechodzi do konwencji powieści awanturniczej, wzbogaca ją o refleksję: „Krótki ryk i niedźwiedzica, stając na tyl­ne łapy, porwała przednimi duży jak dwie głowy kamień i puści­ła go w Atanazego, a potem zaczęła iść na dwóch łapach ku nie­ mu. Kamień przeleciał mu koło głowy i rozstrzaskał się o głaz, o który się opierał. Niedoszły samobójca zerwał się i rozejrzał się dookoła. Instynkt samoobrony działał mechanicznie, jak in­ stynkt rozrodczy u Sphex’a, nakłuwającego liszkę. »Oto Bergson - czyż można to właśnie ‘zamienić na poznanie’ - blaga«, pomyślał równie automatycznie w jakimś ułamku sekundy”²¹. Gdy rozważa kobiecy demonizm, objaśnia: „[Księżna] czyniła to oczy­wiście przy pomocy swych organów płciowych bezpośrednio, tak »intuicyjnie« (»he, he, panie Bergson!«), jak klasyczny do znudze­nia sfeks swoją sprawę z przeklętą liszką”²². Gdy obnaża perfidię kobiet, komentarz głosi: „A mając za sobą (psychicznie) Kocmołuchowicza, Persy nie bała się nikogo. Każdego mogła sparaliżo­wać i zjeść na zimno (nawet kochając naprawdę - w jej katego­riach oczywiście) - jak gąsienicznik swoje ulubione liszki”²³. Gdy zaś obumiera duchowo mężczyzna, miejsce zbytecznej już psy­chologii zajmuje definicja: „[Genezyp] postępował zupełnie jak automat, działał tym gatunkiem świadomości, która każe pszczołom zbierać miód, mrówkom nosić sosnowe igły, gąsienicznikom składać jajka w liszki i tym podobne rzeczy wykony­wać tysiącom innych stworów”²⁴

Teatr instynktów

„Przywołam jedną ze scen masakr modliszki, jakie zapadły w mą pamięć - opowiada Fabre przypadki innego gatunku nęka. - Ro­zegrała się przed spiżarnią grzebacza pszczołojada (Philanthus apivorus). Te osy ryjące pasą swe larwy pszczołami domowymi, łapa­nymi na kwiatach w trakcie zbioru miodu i pyłku. Gdy grzebacz czuje, że schwytana pszczoła spęczniała jest od miodu, nie pomi­ja bynajmniej okazji, by przed zmagazynowaniem, po drodze bądź u wrót swej siedziby, przydeptać jej wole, zmuszając do zwrócenia wybornego purée, napawa się, zlizując je wprost z ję­zyka nieszczęśnicy, która konając rozpościera się jak długa pod je­ go pyszczkiem. W tej profanacji umierającej, której zabójca gnie­cie brzuch, by go opróżnić i sprawić sobie ucztę z zawartości, jest coś równie ohydnego, jak w mych własnych zbrodniach wobec grzebaczy - o ile skrzywdzić można zwierzę. W takiej to chwili upiornej biesiady ujrzałem, jak błonkówkę wraz z jej łupem schwytała modliszka: bandyta w szponach bandyty. Koszmarny szczegół: podczas gdy modliszka starała się przeszyć ją ostrzami swej podwójnej piły i żuła już jej brzuch, błonkówka nie przestawała lizać miodu pszczoły, niezdolna wyrzec się przysmaku nawet wśród śmiertelnych mąk. Spieszmy spuścić kurtynę na te potwor­ności”²⁵.

Za sprawą takich „dramatów” Witkacy, przyszły człowiek teatru, pomny na własne młodzieńcze doświadczenia naturalisty, dostępować mógł, jak się zdaje, inicjacji nie tylko dramaturgicz­nej. Na jej próg doprowadza bowiem swoista, a mało zbadana teatralika obserwacji przyrodniczych. Właściwe tym ostatnim „postrzeganie zaostrzone” samo przez się stoi już, z racji przyjętej postawy, na pograniczu sfery widowiska, o czym nie wątpi nikt, kto oddawał się śledzeniu - w terenie lub w kadrze podświetlone­ go wiwarium - takich rytuałów zwierzęcych, jak zaloty, walki go­dowe czy gniazdowanie. Fabre był bodaj pierwszym, który suge­stywnie podkreślał charakter towarzyszących tym obserwacjom emocji. Wiele wskazuje więc, że wiwarium czy drucianą wolierę entomologa zaliczyć by należało - na równi z teatrem anatomicz­nym, salą operacyjną, izbą tortur, szafotem, stołkiem ulicznego wyrwizęba, jarmarczną komnatą strachów, panoptikum, gdzie pokazuje się monstra czy sypialnią, w której odprawia się egzorcyzmy bądź wyprawia na drugi świat duszę konającego - do prze­strzeni teatralnych. Jest to przestrzeń teatru instynktów. Prze­strzeni tej przypisana jest historycznie dramaturgia w rodzaju Boschowskiego Leczenia głupoty, ogrodu erotycznych udręczeń Boskiego Markiza lub walk zwierząt w fosach feudalnych zam­ków. Temat zaś owej dramaturgii stanowi theatrum mundi - objawienie okrucieństwa rządzących światem praw²⁶. Demoniczne wi­dowiska, których przebieg opowiada Fabre, zasługują wręcz na miano spektakli za sprawą aranżowanych przezeń kolejnych, nieidentycznych inscenizacji. Albowiem swych tajemnic natura nie oddaje dobrowolnie, trzebajej je wydzierać. Nie inaczej powieściopisarz wydziera grę instynktów duszy swego zamkniętego za szybą łazienki bohatera o „ruchach tak przewidzianych, jak ru­chy owadów w laboratorium Fabre’a”. Zarówno bowiem w przy­padku Genezypa, jak i szpikowanej żądłem kordówki larwy zlotawca doświadczyć można - za pośrednictwem Bergsonowskiej „zdolności estetycznej”, pojmowanej tu jako wczucie (Einfühlung) - przeżycia Potworności Istnienia.

Należy z całym naciskiem podkreślić, że tylko przeniesione jako znak teatralny uczucie metafizyczne zdolne jest zrodzić pry­watną mitologię. Jej źródło to nieodparty dla podświadomości, nawracający przymusowo scenariusz, a równie przymusowy pod­ świadomy nakaz podsuwa narzucenie go innym, przekształcenie mitu osobistego w powszechny. Złośliwość - a może intuicja? - nakazuje odwołać się w tym punkcie do koncepcji funkcji mitogennej, zwanej przez Bergsona fabulacyjną, a rozpatrywanej w Dwu źródłach moralności i religii jako ścisły odpowiednik instynktu owada. Fikcja skuteczna - jak zwie francuski myśliciel przemoż­nie narzucające się wyobraźni przedstawienia - znosi myślenie ra­cjonalne, zastępując je intuicyjną pewnością. „Te złudzeniowe ob­razy [...] odgrywają rolę, która mogłaby należeć do instynktu [...].

W społeczeństwach owadów spotykamy instynkt, który w sposób mechaniczny wymusza postępowanie podobne co do użyteczno­ści do postępowania, jakie sugerują człowiekowi inteligentnemu i wolnemu obrazy quasi-halucynacyjne”²⁷. Innymi słowy, zrodzo­ ne na najwyższym piętrze ewolucji wyobrażenie mityczne cechuje pełna analogia funkcjonalna wobec zjawisk widocznych na prze­ ciwległej gałęzi zwierzęcego świata. Introjekcja - odtworzona w ego mityczna fabuła - wyzwala bowiem bezrefleksyjne reakcje, dla jedności osobowości równie celne i zbawienne, jak zachowa­nia instynktowne istot niższych dla ich strategii przeżycia. Wyma­ga to, co prawda, znamiennej autodegradacji z wyżyn istoty my­ślącej na poziom animalny, zyskuje się jednak niezwłoczną, niepodważalną pewność: wedle formuły Rogera Caillois „obrazo­wanie wyręcza instynkt”²⁸. Francuski badacz mitów przywołuje tu wprost Dwa źródła moralności i religii, skądinąd późniejsze od większości tekstów Witkiewicza (1932): z poręki Bergsona uwewnętrzniony obraz staje się dlań emocjonalnym rusztowaniem projekcji wewnętrznego konfliktu mitotwórcy.

Rozpatrywana w tym duchu w słynnym eseju Caillois modliszka „jest jakby obiektywnym ideogramem, realizującym w świecie zewnętrznym wirtualne tendencje sfery uczu㔲⁹. I po­ dobnie jak mitologia modliszki, obraz spheksa i liszki zawdzięcza swój głębinowy potencjał skrywanym asocjacjom seksualnym. Sztyletowanie przez osy drapieżne - osmyki, kordówki, podróżniki, piaskówki, nęki - liszek czy innych ofiar przedstawiać się bo­wiem musi tyleż jako walka, ile inwersyjna analogia aktu płciowe­go. Oto niespodzianki lektur dla młodzieży! Czytając Fabre’a w wieku lat dziesięciu, nie miałem nigdy wątpliwości co do głęboko niepokojącego charakteru jego relacji³⁰. W przestrzeni mitologicz­nej opisy spazmatycznego, a skupionego nakłuwania, wywołujące­go paraliż daremnie broniącej się ofiary, pozostają w drastycznym związku z Baudelairowskim wyobrażeniem zbliżenia jako tortury lub zabiegu chirurgicznego³¹ czy Rimbaudowskim wersem „W brzuchu Kobiety z pasją szperając ohydną...”³² - by przywołać te tylko frazy, jakich nie mógł nie znać ktoś wychowany w kultu­rze modernizmu. Inwersja obejmuje tu zatem trzy plany: zadawanie odwleczonej śmierci, odwrócenie ról płciowych, jako że stroną atakującą jest samica, oraz powiązanie aktu nie z prokreacją, lecz z aprowizacją potomstwa. Żywot zoperowanej przez spheksa ofia­ry w porównaniu z osobnikiem związanym jedwabną nitką wy­dłuża się - zapewnia Fabre - czterokrotnie. Jest czas na kontem­ plację jakości wewnętrznych (XwN) przestrzeni rzeczywistej Ist­ nienia Poszczególnego (IP) w trwaniu samym dla siebie jako takim (AT). „Po paru dniach młoda larwa drąży w piersi ofiary studnię dostateczną, by na pół się pogrążyć. Nierzadko widzieć można wtedy świerszcza, pożeranego żywcem, bezradnie ruszają­cego czułkami i listewkami odwłoka, daremnie otwierającego i za­mykającego żuwaczki, a nawet trzęsącego którąś z nóżek. Wróg jednak, bezpieczny, bezkarnie ryje mu wnętrzności. Cóż za prze­ raźliwy koszmar dla sparaliżowanego świerszcza!³³

Sphex bez tajemnic

Czy w istocie - jak twierdzi Lech Sokół - „Witkacy nie mógł zna­leźć owada lepiej [od modliszki] odpowiadającego jego celom”³⁴? Podłoże osobowościowe Witkacowskiej mitologii spheksa pozwa­la skojarzyć dwa pozornie niezależne szeregi: posuniętą aż do ten­dencji formalizacyjnych obronę racjonalizmu na płaszczyźnie światopoglądowej oraz zaskakujące w obrazie postaci, cieszącej się nie bez podstaw reputacją donżuana, głębokie otamowania seksualne. Innymi słowy, „wirtualne tendencje sfery uczuć” spra­wiały, że Witkacy żywił do przejawów cielesności repulsję analo­giczną, co do intuicji, a w swej istocie tożsamą. Intuicję przejawiać bowiem zwykły siły wobec jego sposobu istnienia antagonistyczne. Na obraz lękowej kontroli otoczenia składają się tak różne ce­chy charakterologiczne artysty, jak przymus ciągłego mycia rąk, obrzydzenie dla ciąży, awersja do małych dzieci³⁵ i blokada, z uwagi na którą nigdy, o ile wiadomo, nie namalował aktu. Jego prozę natomiast przepełnia ad libidum ekspresja upokorzeń, jakie wywołuje pożądanie sprzęgnięte z „jelitaliami”, „przeklętymi wisio­rami”, „cuchnącym workiem flaków”, „rozdartym kłębem wsty­du”, „bebechowato-owadzią rozkoszą”, a poparte zdumieniem, że „rozdwojenie procesu dzielenia się komórek ma być czymś tak strasznym i ważnym”. Albowiem erotyzm, a ściślej mówiąc, akt seksualny, to dla Witkacego punkt, gdzie ogniskuje się i w pełni objawia kwestia, zwana przezeń „zagadnieniem psychofizycz­nym” - sekret związku świadomości z cielesnością, którego istotę stanowi konflikt. Toteż mimo utrzymanych w ekspresjonistycznym tonie ewokacji scen erotycznych, jakich niewiele liczy litera­tura polska, Witkacy unikał zwykle etykietki pornografa - nazbyt jego opisy podlane są grozą, której patos wytłumić usiłuje iro­ nia³⁶.

Nie bez racji może pierwszy polski psychoanalityk, doktor Karol Beaurain, rozpoznał u Witkiewicza - jak dwukrotnie oburza się w listach pacjent - nieznany skądinąd Freudowskiej orto­doksji kompleks embriona³⁷. Embriona - czyli larwy złotawca vel Bergsonowskiej liszki. Miast w duchu psychoanalizy klasycznej jałowo poszukiwać edypalnych uwikłań osobowości autora Matki, lepiej dostrzec, że tak na płaszczyźnie fabularnej, jak na poziomie dynamiki afektywnej obrazu mitologicznego Witkacowskie teksty uporczywie podsuwają analogię męskości z rolą ofiary drapieżnej osy. „Rozpatrywane jako jedna z dwu działalności” instynktowne pragnienia żeńskie tym różnią się od męskich, że noszą w jego dziele charakter głęboko nieodgadniony, poddany celom nieosobistym, w autorskich rozpoznaniach bliski opisanej przez Bergso­ na „sympatii”. Resztę podszepnąć mogła fonetycznej wrażliwości Witkacego nazwa „sphex”, kryjąca złożenie słów sphinx i sex.

Wbrew modernistycznym stereotypom partnerki jego bohaterów nie dążą nigdy do bezpośredniego skonsumowania podporządko­wanych samców, lecz do ich obezwładnienia. Tak dzieje się choć­by w Szewcach, gdzie księżna Irina aplikuje bezsilnym osobnikom męskim ideę „wszechbabia” z akcentem na ostatnią sylabę, w Po­żegnaniu jesieni, gdzie Hela Bertz okazuje się nosicielką idei niwelizmu, i w Nienasyceniu, gdzie Eliza wpaja unieruchomionemu na­ rzeczonemu złowrogą inercję wiary Murti-Binga, a tytaniczny Kocmołuchowicz pada łupem Persy. Idee te, niczym czerwie, roz­wijają się potem samodzielnie kosztem obałwanionej ofiary. Ich wspólny mianownik stanowi nieodmiennie depersonalizacja - utrata osobowości na rzecz gatunkowego, bezrefleksyjnego trwania. Ucieleśniony w kobiecie sphex to u Witkacego agent świata owadziego w świecie ludzkim, a tym, co ściąga jego atak, jest bujna, nienasycona męska cielesność. I jeśli mit osobisty uznać można za podświadome nieodparte pragnienie, fantazma­tyczne Witkacowskie osy symbolizują ukrytą na dnie jego wyraża­nego expressis verbis światopoglądu pokusę i nieuchronność kapi­tulacji. W głębi wyobraźni oczekuje napaści przeznaczonego mu sphexa, który zdejmie zeń brzemię świadomości Istnienia Poszczególnego i narzuci stan bezczasowego letargu, przechodzące­ go skrycie w zagładę. Może ta forma istnienia przynosi zakazane objawienia intuicji?

1 Skróty przywołują następujące tytuły pism Stanisława Ignacego Witkie­wicza: OCF: O Czystej Formie i inne pisma o sztuce, Dzieła zebrane, t. 10, Warsza­wa 2003; BK: Bez kompromisu. Pisma krytyczne i publicystyczne, zebrał i opr. J. De­gler, Warszawa 1976; OZF: O znaczeniu filozofii dla krytyki i inne artykuły polemicz­ne, opr. J. Leszczyński, Warszawa 1976; NFM: Nowe formy w malarstwie i inne pisma estetyczne, wybrał i opr. J. Leszczyński, Warszawa 1959, PIT: Pojęcia i twier­dzenia implikowane przez pojęcie Istnienia i inne pisma filozoficzne (1902-1932), Dzie­ła zebrane, t. 13, Warszawa 2002; NND: Narkotyki. Niemyte dusze, Dzieła zebrane, t. 12, Warszawa 2004; Dl, D2, D3: Dramaty I, II i III, Dzieła zebrane, t. 5, 6 i 7, Warszawa 1996, 1998, 2004; PJ: Pożegnanie jesieni, Dzieła zebrane, t. 2, Warsza­wa 1992; N: Nienasycenie, Warszawa 1992, Dzieła zebrane, t. 3; JW.: Jedyne wyjście, Dzieła zebrane, t. 4, Warszawa 1993. Przytoczenie: D2 117.

2 N 247.

3NND212.

4 Z życia owadów, tł. Z. Bohuszewiczówna i M. Górska, Warszawa 1916; Dzi­wy instynktu owadów i pająków, tł. M. Górska i H. Lindenfeld, Warszawa 1918. Obie edycje wznowiono w 1948.
5 Piorunujące wrażenie tej deklaracji wydziera z II Czeladnika komentarz „okropnym” akcentem: „Kel ekspresją grotesk!” (Szewcy, D3 312).

6 Częściowe odstępstwo zawiera tylko Gyubal Wahazar, gdzie matriarcha- listka Lubrica, kreśląc wizję przyszłego „społeczeństwa, w którym samice będą pożerały swoich mężów, jak to czynią pewne owady”, w tymże zdaniu wróży mężczyznom znaną z życia pszczół rolę trutniów, „których będziemy wyrzynać, kiedy staną się zbyteczni”. „Tak ma być” - dodaje w przypisie świadom zoolo­gicznej nieścisłości autor (D2 224).

7 Przyrodzie - pogróżka (1944).

8 Dziuy instynktu..., ib., s. 51. Refleksję na temat instynktu otwiera u Fa­bre’a badanie obyczajów Sphecidae; zajmuje ona dwa z poświęconych nękom sied­miu rozdziałów I serii „édition définitive” Souvenirs entomologiques, Paris 1923-1924, s. 169-208.

9 Z życia owadów, ib., s. 116-117.

10 L. Sokół, Groteska w teatrze Stanisława Ignacego Witkiewicza, Wrocław- -Warszawa-Kraków-Gdańsk 1973, s. 144-148, zawierająca liczne przykłady to­ piki modliszek i pajęczaków. „Namiętność entomologiczną graniczącą z maso­chizmem” dostrzega, wspominając nawet w swym brawurowym szkicu Fabre’a, Giovanna Tomassucci (Bestiarium Witkiewicza, „Dialog” 1986, nr 8, s. 116), lecz ewidentnie pism francuskiego badacza nie zna.

11 H. Bergson, Ewolucja twórcza, tł. F. Znaniecki, Warszawa 1913, s. 149-151.

12 Pisownię nazwy nęka żółtoskrzydłego (Sphex flauipennis L.) przytaczam dalej zgodnie z każdorazową grafią.

13 B. Skarga, Czas i trwanie. Studia o Bergsonie, Warszawa 1982, s. 144.

14 Blagier: O znaczeniu intelektualizmu w literaturze BK 276; Dalszy ciąg o wstrętnym pojęciu „niezrozumialstwa” OZF 375; Leon Chwistek - Demon Intelektu BK 422; Kilka słów o intuicji PIT 84, 87, 105; Matka D3 188; Gyubal Wahazar D2 220; Niepodległość trójkątów D2 91; N 438, 544; JW 24, 33. Inne: Parę słów w kwestii ’wielkości’form w Nowej Sztuce OCF 109; Parę zarzutów przeciw futuryzmóowi [Szkice estetyczne] NFM 148, 217; O ‘deformacji’ na obrazach OCF 10; O znacze­niu filozofii dla estetyki i krytyki BK 217; O znaczeniu intelektualizmu w literaturze BK 283; Odpowiedź p. J. Ulatowskiemu OZF 482; Dalszy ciąg polemiki z Leonem Chwistkiem BK 348; Leon Chwistek - Demon Intelektu BK 415, 420; NFM 133, 142, 143; O tzw. ‘deformacji’ świata u malarzy współczesnych NFM 217; Krytyka teorii sztu­ki Leona Chwistka NFM 257; Bezimienne dzieło D2 393; Niemyte dusze NND 214;  PJ 127, 305, 363, 365; JW 26, 113.

15 Najwcześniej dostrzegł tę kwestię A. van Crugten: „To potępienie inteli­gencji z racji jej ułomności i bezsilności w roli uniwersalnego narzędzia pozna­nia wyprowadzone jest wprost z myśli Bergsona. Witkiewicz odczuwa wobec tych teorii i ich autora odrazę, której wielokrotnie daje upust w swych esejach i sztukach. Trzeba jednak zaznaczyć, że aczkolwiek Witkacy oprotestowuje te koncepcje z nieodmienną pasją, tym samym popada we sprzeczność z samym so­bą. Rzecz jasna, powtarza wszystkim, którzy chcą wierzyć, że intuicja to wymysł »tego blagiera Bergsona«, i że ten ostatni pragnie pominąć rozum, by lepiej przy­służyć się ogólnemu zbydlęceniu ludzkości, lecz na płaszczyźnie artystycznej po­stawa ta odpowiada w istocie jego własnej metodzie twórczej, jak też pewnym je­ go tezom teoretycznym, a zwłaszcza tej, często powtarzanej, iż artysta niezdolny jest niczego stworzyć »na zimno«. Tkwi w tym jedna z zasadniczych sprzeczno­ści »Czystej Formy«...” (S. I. Witkiewicz. Aux sources d’un théâtre nouveau, Lausan­ ne 1971, s. 139-140).

16 Po raz pierwszy w rozprawie System „ Ontologii Ogólnej” S. 1. Witkiewicza, w: Studia o Stanisławie Ignacym Witkiewiczu, Wrocław-Warszawa-Kraków-Gdańsk 1972, s. 209.

17 NFM 104.

18 Jan Maciej Karol Wścieklica, D3 17.

19 Niemyte dusze, NND 325.

20 PJ 189.
21PJ413.
22 N 332.
23 N 430.
24 N 567.

25 Souvenirs entomologqu.es, série I, ib., s. 193-194.

26 Szkicowy przegląd tych odmian theatrum mundi zawiera szkic P. Kowal­ skiego Czytanie świata i gapiostwo. O teatralności dawniej, w: Między teatrem a litera­ turą. Księga ofiarowana Profesorowi Januszowi Deglerowi w 65. rocznicę urodzin, Wro­cław 2004.

27 H. Bergson, Dwa źródła moralności i religii, tł. P. Kostylo SJ i K. Skorulski SJ, Kraków 1993, s. 113. 193

28 R. Caillois, Funkcja mitu, tł. A. Tatarkiewicz, w: Żywioł i ład, Warsza­ wa 1973, s. 34.

29 R. Caillois, Modliszka, tł. K. Dolatowska, w: Odpowiedzialność i styl, War­ szawa 1967, s. 144.

30 Nie przypadkiem ani żaden fragment studiów o nęku, zajmujących 116 stron edycji Souvenirs entomologtques z roku 1924, ani trzy sławne rozdziały o mo­dliszce z serii V nie weszły do polskich wyborów.

31 Ch. Baudelaire, Race, tł. A. Kijowski, w: Sztuka romantyczna. Dzienniki po­ufne, Warszawa 1971, s. 254.

32 A. Rimbaud, Paryż się budzi, tł. J. Tuwim, w: Jan Artur Rimbaud, Poezje, Warszawa 1921, s. 37 i nast. edycje.194

33 Souvenirs entomologiques, série I, ib., s. 120.

34 L. Sokół, ib., s. 147.

35 Jako jedyny bodaj dramaturg w dziejach przedstawił serio defenestrację niemowlęcia (Tumor Mózgowicz, Dl 255).

36 Dzięki uprzejmości prof. J. Deglera przytoczyć mogę jednak opinię: „To pewna, że wziął rekord w koprolalii i wariackim po prostu rozgrzebywaniu śmietniska najwyuzdańszych popędów i zboczeń ludzkiego bydlęcia. Chyba psy­chopata może tak pisać i tak się babrać w nieczłowieczej pornografii” (Cz. Lechicki, Przewodnik po beletrystyce, Poznań 1935, nakładem Naczelnego Instytutu Akcji Katolickiej).

37 Listy Stanisława Ignacego Witkiewicza do Heleny Czerwijowskiej, „Twórczość” 1971, nr 9, s. 39 i 41 (listy z 10 marca 1913 oraz 17 kwietnia 1913).

UCIELEŚNIENIA
CIAŁO W ZWIERCIADLE WSPÓŁCZESNEJ HUMANISTYKI
myśl-praktyka-reprezentacja
praca zbiorowa pod redakcją
Anny Wieczorkiewicz i Joanny Bator

środa, 3 czerwca 2026

Kłótnia z Turgieniewem; mowa Dostojewskiego o Puszkinie

 Kłótnia z Turgieniewem

W Biesach, swej następnej po Idiociepowieści, o której szeroko będziemy mówili poniżej, Dostojewski opisał ze złością i nienawiścią Turgieniewa, wielkiego pisarza i miłego człowieka. Wiemy, że Dostojewski, gdy w czasach swej młodości poznał Turgieniewa, zachwycał się nim i wielbił go. Później tenże Turgieniew wyśmiewa Dostojewskiego za stołem pani Panajew. W okresie po powrocieDostojewskiego z Azji Turgieniew pokłócił się z Niekrasowem i z „Sowriemiennikiem” z powodu Czernyszewskiego i Dobrolubowa i zaczął współpracować z miesięcznikiem „Wriemia” braci Dostojewskich, a potem nieszczęśliwą „Epoką”. Dostojewski zachwyca się wtedyOjcami i dziećmi, powieścią Turgieniewa, która powszechnie została uznana za powieść wymierzoną przeciw nihilistom, chociaż Turgieniew napisał ją bardzo powściągliwie i obiektywnie, zwalczając właściwie tylko nihilizm kulturalny, a nie dotykając politycznych poglądów nihilistów. Turgieniew jest wtedy jeszcze wciąż przyjacielem Herzena, od którego się odsunie dopiero w związku z powstaniem polskim, i w swoichOjcach i dzieciachatakuje nie Herzena, lecz Czernyszewskiego i Dobrolubowa. Dostojewski jednak nie mógł długo przyjaźnić się z „jasnowłosym olbrzymem”, jak literaci francuscy nazywali Turgieniewa. Dostojewski był człowiekiem walki, głęboko i gorąco wierzącym w swoje przekonania, i mierził go spokojny sceptycyzm Turgieniewa. Poza tym była jeszcze kwestia usprawiedliwionej zawiści osobistej. Dziś uważamy Dostojewskiego za olbrzyma, Turgieniewa za wybitnego pisarza, ale wtedy sądzono inaczej. Turgieniew była to wielkość nad wielkościami – gdy w Paryżu obraduje światowy kongres literatury, to Turgieniew jest przewodniczącym tego kongresu. Dostojewski był w Europie wówczas całkiem jeszcze nieznany, a w Rosji nikt go jeszcze z Turgieniewem nawet nie porównywał. Cena utworów Turgieniewa wynosiła pięćset rubli od arkusza, tyle mu płaciły te same miesięczniki, które płaciły Dostojewskiemu sto pięćdziesiąt rubli od arkusza. Budziło to w duszy Dostojewskiego głuchy bunt. „Wiem, że piszę gorzej od Turgieniewa – pisze on w jednym ze swoich listów – ale przecież nie na tyle gorzej”. Dalej następuje skarga, że Turgieniew, jako wielki i bogaty pan, ma czas na wygładzanie, szlifowanie, cyzelowanie swoich utworów, on, Dostojewski, musi pospiesznie pracować dniem i nocą, aby zdążyć na termin. Poza tymi wszystkimi utyskiwaniami należy się domyślać, że Dostojewski naprawdę nie wierzył, że pisze gorzej od Turgieniewa, a przeciwnie, kochał swoją twórczość, a wylakierowanej prozy Turgieniewa nie znosił. „Najbardziej wypisany ze wszystkich wypisanych pisarzy rosyjskich” – myślał o nim skrycie.

Dzisiejsi pisarze radzieccy twierdzą, że niechęć Dostojewskiego do Turgieniewa wypływała z różnic socjalnych. Turgieniew to bogaty pan, Dostojewski to mieszczanin i hołysz – powiadają. Tego rodzaju pogląd należy poważnie przekształcić, aby go zbliżyć do prawdy. Turgieniew był istotnie szlachcicem prawdziwym, Dostojewski tylko urojonym, Turgieniew był bogaty, Dostojewski biedny, ale istota niechęci polegała na tym, że bogaty i ustosunkowany Turgieniew, członek towarzystwa arystokratycznego, był lewicowcem, a biedny i wciąż upokarzany Dostojewski był prawicowcem. Kiedy Turgieniew pisze antynihilistyczną powieśćOjcowie i dzieci, Dostojewski szczerze jest po jego stronie, ale Turgieniew prędko zboczył z tej drogi, pisze szereg nowel zabiegających o popularność w sferach rewolucyjnych, a wreszcie piszeDym, powieść lekceważącą Rosję, jak się wtedy wydawało. To wszystko drażni i oburza Dostojewskiego i to oburzenie wylało się w stworzeniu wspaniałej pod względem artystycznym postaci pisarza Karmazynowa wBiesach. Wyraz „karmazyn” po polsku oznacza arystokratę z urodzenia; należy przypuszczać, że Dostojewski znał ten wyraz i skorzystał z niego. Karmazynow zjada rankami kotleciki baranie i zapija czerwonym winem; jeśli ktoś zastaje go przy tym śniadaniu, zaprasza go na nie, ale tak subtelnym tonem, że gość nie korzysta nigdy z propozycji. Karmazynow łaskawie i uprzejmie nachyla się do pocałunku gościa, ale potem nadstawia tylko swój policzek do pocałowania. Tego rodzaju „generalskie” maniery Turgieniewa wywleka Dostojewski ze złośliwością. Najwięcej go jednak oburza owo schlebianie rewolucyjnej młodzieży, ten rodzaj specjalnego snobizmu, który wykazuje Turgieniew w osobie swej karykatury Karmazynowa, zabiegając, starając się o łaski młodych rewolucjonistów, kręcąc ogonem na ich widok. Figurę Karmazynowa tworzył Dostojewski z pasją; w tym snobizmie, braku odwagi w zwalczaniu haseł rewolucji widział Dostojewskicalamitaspubliczną. Dostojewski trafnie tu wyczuł nastroje pewnych sfer za czasów Aleksandra II wobec rewolucjonistów i protestował przeciwko nim ostro i brutalnie. Pod piórem Dostojewskiego to schlebianie rewolucjonistom nabrało charakteru czegoś bardzo arystokratycznego, arystokratycznie zniewieściałego i zdegenerowanego. Inni pisarze hukali na arystokrację, że broni swych praw, Dostojewski wrzasnął pogardliwie za to, że się rewolucji boi, że rewolucji schlebia.Turgieniew był człowiekiem mądrym i słabej woli. Od Herzena odszedł, ale Katkowowi odmówił podania ręki. Dostojewski wierzył w misję ludu rosyjskiego i chłopu rosyjskiemu przypisywał nadnaturalne właściwości, twierdząc przy tym, że ten lud rosyjski zna dobrze, skoro cztery lata przebył z nim na wspólnych narach w katordze. Turgieniew znał lud rosyjski tylko z polowań, w czasie których czasami z kimś z chłopów lub częściej z jakąś dziewczyną rozmawiał, ale sąd miał realny, pozbawiony wszelkich iluzyjnych pomysłów. Pisał swego czasu do Herzena: „Wy, panowie, za pomocą niemieckiego sposobu myślenia, jak słowianofile – wyprowadzacie z ledwo zrozumiałej substancji ludu te zasady, na jakich, według was, zbuduje on swe życie. Błąkacie się we mgle, a co najważniejsza, wyrzekacie się w istocie rewolucji, gdyż lud, przed którym schylacie czoła, jest konserwatystąpar excellence, a nawet nosi w sobie zarodki burżuazji – w kożuchu, w ciepłej i brudnej izbie, z wiecznie przepełnionym brzuchem i wstrętem do wszelkiej działalności obywatelskiej…”. Turgieniew był sceptykiem, poniekąd nawet wolterianinem XIX wieku.Dostojewski w jednej ze swych podróży za granicą po zgraniu się do nitki pożyczył od Turgieniewa pięćdziesiąt talarów i ciągle nie miał pieniędzy, aby mu je oddać. Kiedy z Anią był w Badenie – a więc było to nie tylko przed napisaniemBiesów, lecz nawet przed przystąpieniem do zamysłuIdioty– spotkał niespodzianie Turgieniewa na sali gry i właśnie dlatego, że był mu winien i nie był w stanie mu oddać, poszedł złożyć mu wizytę. O tym spotkaniu, które miało miejsce 10 lipca 1867 roku, mamy dwie relacje: jedna pochodzi od Dostojewskiego, inna od Turgieniewa. Według Dostojewskiego Turgieniew był rozzłoszczony niepowodzeniem swej ostatniej powieściDymi łajał Rosjan i Rosję na czym świat stoi. Dostojewski, jak sam to stwierdzał w rozmowie z Anią – starał się mu mówić złośliwości wszelkiego rodzaju, na przykład: „Nie wiedziałem, że pana tak dotknęło niepowodzenieDymu”; albo: „Niech pan kupi sobie teleskop, bo tylko przez teleskop może pan teraz obserwować Rosję, ponieważ pan tam tak rzadko jeździ”. Wychodząc i żegnając się, Dostojewski powiedział, że lud niemiecki składa się wyłącznie ze złodziei. „Cóż za porównanie z naszym ludem!”; na to Turgieniew pobladł i oświadczył: „Mówiąc tak, obraża pan mnie osobiście, bo ja teraz stałem się Niemcem i dumny jestem z tego”. Dostojewski odpowiedział: „W takim razie niech mi pan wybaczy, ale choć czytałemDym, nie mogłem przypuszczać, że pan się zmienił w Niemca”.

Całą scenę powyższą opisał Dostojewski w liście do swego przyjaciela Majkowa; a potem do Biblioteki Czertkowa w Moskwie, na ręce dyrektora Barteniewa, nadszedłopis tej rozmowy, z prośbą przechowania tego dokumentu do 1890 roku. Słuchy o tym doszły do Turgieniewa i napisał on do Barteniewa list następującej treści:

„…Doszło do mojej wiadomości, że do Biblioteki Czertkowa nadszedł list p. Dostojewskiego i że w tym liście, który ma być ogłoszony nie wcześniej niż w 1890 roku, przypisane mi jest wypowiadanie głupawych zdań o Rosji. Poglądy te miały być rzekomo wypowiedziane przeze mnie w obecności p. Dostojewskiego w Badenie ubiegłego lata,w czasie jednych odwiedzin, którymi on mnie zaszczycił. Nie poruszając już kwestii nadużycia zaufania, zmuszony jestem zaznaczyć, że poglądów swoich wobec p. Dostojewskiego nie mogłem już choćby dlatego wyrażać, bo uważam go za człowieka niepanującego w zupełności nad swoimi władzami umysłowymi, a to z powodu ustawicznego niedomagania, i z innych przyczyn. Zresztą ten mój pogląd na osobę p. Dostojewskiego podziela wielu innych ludzi, którzy go znają. Widać rozstrojona jego wyobraźnia podszepnęła mu, że poglądy, które mi przypisuje, istotnie w jego obecności wypowiedziałem, i stąd powstała ta jego denuncjacja mej osoby wobec potomności”.

Barteniew poważał autorytet Turgieniewa i w odpowiedzi na powyższe napisał list, który byłby jeszcze dla Dostojewskiego przykrzejszy, gdyby Dostojewski znał tę korespondencję:

„…Otrzymałem istotnie opis rozmowy, która rzekomo miała miejsce… ale ten opis jest wypełniony tak nieumiarkowanymi określeniami i obfituje w dowody tak bardzo rozdrażnionej miłości własnej, że wywołać może tylko uśmiech politowania. Zresztą nie ma tam podpisu p. Dostojewskiego”.

Do kogoś innego Turgieniew pisał: „Dostojewski odwiedził mnie w Badenie, lecz zamiast zwrócić mi pieniądze, które mi jest winien, łajał mnie na czym świat stoi zaDym. Ja milczałem przez cały czas jego wizyty. Dostojewski potem napisał donos na mnie do potomności…”.

Turgieniew był człowiekiem towarzysko czarującym. Czasami układał nawet po francusku lub po niemiecku libretta do operetek, granych na przedstawieniach amatorskich, przy tym Turgieniew sam, mimo swego wieku męskiego, brał w nich także udział: grał, tańczył, śpiewał. Z jakimże zachwytem opisują go bracia Goncourtowie w swoim dzienniku. Tenże dziennik braci Goncourtów potwierdza zresztą, że Turgieniew często blagował, aby dogodzić słuchaczom. Gdy wiedział, że słuchacze oczekują czegoś w pewnym rodzaju, to łgał na potęgę, aby ich wyobraźni nie zawieść. Opowiadał na przykład, że cesarz Aleksander II czytał kiedyś swemu dworowi głośno jedną z jego nowel, ale czytał ją z manuskryptu przepisanego ręcznie, bo cesarz nie może się dotknąć słowa drukowanego, i inne podobne historie, które wzbudzały zachwyt do tego „jasnowłosego olbrzyma słowiańskiego”, jak Turgieniewa w towarzystwie literatów francuskich nazywano. Opowiadał także, jak nim pomiatają w Rosji, jak na obiedzie w ambasadzie rosyjskiej posadzono go przy stole na ostatnim miejscu. W rzeczywistości było zupełnie inaczej. Raz Turgieniew uwikłał się w sprawę grożącą zwykłemu śmiertelnikowi poważną odpowiedzialnością: przewiózł korespondencję rewolucjonistów przez granicę. Specjalnym ukazem cesarskim został wówczas postawiony przed sąd senatu, a senatorowie poili go herbatą i natychmiast uniewinnili. Zarzut Dostojewskiego był słuszny: różowy liberał Turgieniew zabiegał o popularność w kołach skrajnych, ale to mu nie psuło stosunków ani wśród warstwy, do której z urodzenia należał, ani w sferach biurokracji najwyższej, i stale był w Rosji honorowany w sposób, jaki się nawet śnić nie mógł Dostojewskiemu, pomimo że ten ostatni był bojowym monarchistą. Kiedy Aleksander II przyjechał do Paryża, Turgieniew został zaproszony na śniadanie do ambasady, w którym prócz niego wzięli udział tylko cesarz, cesarzowa i ambasador. Turgieniew podczas tego śniadania opowiadał: „Zostałem zaproszony na jubileusz Kraszewskiego do Krakowa, ale byłem niezdrów i nie pojechałem”. „I świetnie pan zrobił, Iwanie Siergiejewiczu, świetnie pan zrobił” – powiedział cesarz.

**

Triumf i śmierć

Dostojewski zakończył Braci Karamazow 8 listopada 1880 roku. Jest to już ostatnia jego powieść i przedostatni rok życia. Grozi mu ustawicznie pęknięcie naczyń krwionośnych w płucach. Zdaniem lekarzy powinien unikać wzruszeń oraz wysiłków fizycznych, zwłaszcza podnoszenia ciężarów. Z tymi czasami związane są następujące rozważania Ani: „Słyszałam zarzuty, że mąż mój był rozdrażniony i wyniosły w towarzystwie. Ależ ludzie nie wiedzieli, jaki on był chory! Na przykład do Połońskich, którzy mieszkali na piątym piętrze, mąż mój szedł 20 do 23 minut po schodach i mówił co chwila: »nie śpiesz się, Aniu, muszę przecież odpocząć«, chociaż ja naturalnie wcale się nie śpieszyłam. To tylko małostkowość ludzka twierdziła, że posępność i małomówność mego męża wypływały z cech, których wcale nie było we wzniosłym i szlachetnym jego charakterze”.

Ania sprawia sobie wieczorową suknię jedwabną, aby towarzyszyć Dostojewskiemu na zebrania towarzyskie, i prosi zawsze gospodynię domu, aby odsadzała od niego ludzi mogących go zirytować. Dotychczas Dostojewski przeważnie bywał sam, bez Ani. Zresztą i teraz pomimo wieczorowej sukni jedwabnej w szeregu domów bywa Dostojewski bez żony. Złośliwy garbus, panna Stackenschneider, której rodzice mieli dom otwarty w Petersburgu, zapisuje sobie złośliwe uwagi o Ani, którą nazywa mieszczką, a także o Dostojewskim pisze: „Pomimo wielkiego geniuszu znać w nim zawsze drobnomieszczanina. Kres wielkich pieniędzy to dla niego nie więcej niż sześć tysięcy rubli”.

Ale Dostojewski bywał nie tylko u pp. Stackenschneiderów. Oto list młodziutkiego wielkiego księcia Konstantego Konstantynowicza z zaproszeniem na kolację: „Będą sami swoi, ci sami, co zawsze” – i tutaj następuje wyliczenie kilku imion cioć i stryjaszków z rodziny cesarskiej. Cesarzewicz i jego żona także przyjmują Dostojewskiego. Była to już towarzyska stratosfera.

Tego rodzaju stosunkami Dostojewski nigdy się jednak nie chwali, żonie o tym gadać zakazuje, a wobec cesarzewiczowej nie przestrzega etykiety, przerywa jej, gdy mówi coś, co mu się nie podoba. Natomiast dba bardzo o swoją lokatę w towarzystwie literatów i tu pilnuje należnego sobie miejsca nerwowo i zazdrośnie. Dniem największego triumfu jego życia będzie dzień 6 czerwca 1880 roku1.

Odsłaniano wówczas w Moskwie pomnik Puszkina. Uroczystości te miały zająć około dwóch tygodni i Dostojewski był na nie zaproszony. Dostojewski chciał wyjechać do Moskwy z rodziną, żoną, dziećmi i niańką, ale obliczono, że to będzie kosztować trzysta rubli, co było za drogo, więc pojechał sam, choć Ania obawiała się, że będzie miał atak epilepsji, a potem, zanim wróci do przytomności, zacznie jej szukać po hotelu i ludzie wezmą go za wariata.

W przeddzień wygłoszenia swej mowy, która przysporzyła mu tyle uwielbienia, Dostojewski otrzymał list od Ani, w którym donosiła ona między innymi, że kupiła dla synka małego źrebaczka za sześć rubli. Dostojewski odpisał na ten list natychmiast, kończąc go słowami: „Całuję źrebaczka”. Ten źrebaczek zresztą zaraz zdechł.

Swoją mowę o Puszkinie Dostojewski czytał z rękopisu. Już po pierwszej odczytanej stronicy odezwał się grzmot oklasków, potem oklaski wybuchały już po każdym zdaniu. W pewnej chwili Turgieniew, dotychczasowy wróg Dostojewskiego, posłał mu całusa ręką. Sala zaczęła histeryzować z zachwytu, ludzie ryczeli i wyli z uwielbienia; połowa sali płakała. Gdy Dostojewski skończył, wołano: prorok, prorok! Studenci, pensjonarki, ministrowie, damy, wszyscy wtargnęli na estradę, całowali mu ręce. Aksakow, który miał mówić po Dostojewskim, oświadczył, że nikt nie jest godzien zabrać głosu po tak genialnym przemówieniu. Annienkow, który zaledwie trzy tygodnie przedtem złośliwie wyśmiewał się z Dostojewskiego w prasie, teraz biegał naokoło niego, całując go w oba ramiona. Duszony przez tłum entuzjastów Dostojewski uciekł za kulisy. Tam dopędził go jakiś student, padł mu do nóg i zemdlał u tych nóg z zachwytu.

Z okazji tego triumfu cofnięto nareszcie tajny nadzór policyjny nad Dostojewskim i jego korespondencja przestała być czytana w cyrkule policyjnym, co w praktyce powodowało zawsze opóźnienie listów do niego adresowanych o kilka dni. Dostojewski dawno już był uważany przez wszystkich rewolucjonistów rosyjskich za wroga numer jeden, ale machina policyjna działała inercyjnie i tępo. Dla niej „podporucznik dymisji Teodor Dostojewski” był wciąż od dwudziestu sześciu lat byłym więźniem politycznym.

Mowa Dostojewskiego zawierała kilka prześlicznych krzyków patetycznych, kilka spazmatycznych wyciągnięć rąk do ludzi. Czytając tę mowę, która wzbudziła tyle zachwytu, widzimy dokładnie, jak powstają idee, które potem panują nad społeczeństwami, popychają je na śmierć, na wojny, uciskają i terroryzują myśl całych pokoleń. Czytając to przemówienie, czujemy się obecni przy poczęciu i połogu wielkiej idei. Ojcem jej jest iluzja, matką – anachronizm rozumowania i anachronizm historyczny. Tak zresztą jest przeważnie z wszystkimi wielkimi ideami, które zmieniały się w rządach nad ludzkością; wszystkie rodziły się z autohipnozy ich twórcy i z hipnozy tłumów, na które oddziaływały. Wszystkie zawsze i wszędzie były dzieckiem iluzji, fikcji, nieprawdy. Dostojewski w swej mowie dopuszcza się anachronizmów straszliwych: przypisuje Puszkinowi, który umarł czterdzieści trzy lata przed wygłoszeniem tej mowy, ideologię, którą on sam, Dostojewski, wyznawał i którą wyznawała pewna część współczesnego mu pokolenia. Przypisuje Puszkinowi myśli i intencje, których ten nigdy nie miał i mieć nie mógł, bo to były myśli Dostojewskiego.

Puszkin w młodych swych latach napisał poematCyganie,pod wpływem swego pobytu nad Czarnym Morzem. Młody człowiek przystaje do Cyganów, chce żyć wolnym życiem Cygana, ale za niewierność zabija Cygankę, którą pojął za żonę, i Cyganie go wypędzają. Cały poemat był wybitnie bajronistyczny, Dostojewski w tej ucieczce do Cyganów upatrzył pielgrzymkę w celach poszukiwania prawdy u ludu rosyjskiego; przypisał Puszkinowi, który napisał ten swój poemat w 1824 roku, myśli, nastroje, tęsknoty, hasła społeczeństwa rosyjskiego siedemdziesiątych i osiemdziesiątych lat zeszłego stulecia.Eugeniusz Oniegin,ten wielki, genialny poemat Puszkina, nie miał nic wspólnego z tym, co teraz upatrzył w nim Dostojewski, nie miał nic wspólnego nawet z tą atmosferą, klimatem, które teraz dokoła niego zaczął roztaczać Dostojewski. Oniegin – według Dostojewskiego, był to także poszukiwacz rosyjskiej prawdy ludowej, a Tatiana to znów symbol tej rosyjskiej prawdy ludowej. To wszystko nie było Puszkinem, to była ideologia samego Dostojewskiego. Ale słuchacze Dostojewskiego wierzyli wówczas głęboko, że Puszkin tak myślał jak Dostojewski i jak oni sami myśleli podczas słuchania tej natchnionej mowy.

Bo tylko w czasie słuchania tego przemówienia. Gdy Dostojewski mówił, to wszystkim się zdawało, że wygłasza on jakąś mowę syntetyczną, godzącą wszystkich Rosjan – Piotra Wielkiego ze starowierami, Aksakowa z Turgieniewem, siebie z rewolucjonistami, że godzi słowianofilów i zachodowców. Ale już kilka dni później ocknęli się wszyscy. Urok słów geniusza przestał działać. Mowę przeczytano w druku i zaczęto ją atakować. Dostojewski mógł po triumfie, który przeżył, zachować się z rezerwą. Ale Dostojewski była to natura wściekle bojowa. Zagryzł wędzidło i rzucił się do kontrataku. To nie był człowiek skłonny do spoczywania na laurach. Dostojewski to był bój, bój, bój o rzeczy, w które chciał wierzyć, i takim był przez całe życie.

PowodzenieBraci Karamazowbyło ogromne. Dostojewski chce dalej pracować, ma pisać drugą częśćBraci Karamazow.Prócz tego wznawia wydawnictwo „Dziennika Pisarza”. Ogłasza przedpłatę. W 1881 roku Ania zwraca pieniądze przesłane na wydawnictwo, wstrzymane przez śmierć.

W nocy z 25 na 26 stycznia 1881 roku Dostojewski, który pracował nocami, ponieważ musiał mieć naokoło ciszę, gdy pisał, upuścił obsadkę pióra na podłogę i ta potoczyła się pod półkę z książkami. Obsadki tej używał także do nabijania tytoniu do papierosów. Dostojewski odsunął półkę z książkami, aby jądostać. Musiało to mu zaszkodzić. Następnego dnia odwiedziły go siostry, z którymi się kłóci w ciężkiej sprawie obalenia testamentu. Zaczynają się krwotoki. Przywołano lekarzy. Leżał na otomanie, nad którą w brzydkiej dębowej rzeźbionej ramie, wybranej przez Anię, wisiała fotografia Madonny Sykstyńskiej. W dniu 28 stycznia o godzinie siódmej rano obudził się, przywołał żonę i kazał podać sobie Ewangelię, ten sam egzemplarz, który był mu darowany w Syberii w drodze na katorgę przez żony dekabrystów i który był z nim razem w więzieniu. Roztworzył Ewangelię na III rozdziale św. Mateusza i przeczytał:

„A Jan mu nie dopuszczał, mówiąc: Ja mam być chrzczony od Ciebie, a ty przychodzisz do mnie. A Jezus, odpowiadając, rzekł mu: Zaniechaj teraz; albowiem tak się nam godzi wypełnić wszelką sprawiedliwość”.

– Widzisz – powiedział Dostojewski do Ani – zaniechaj, odpuść. Ja dzisiaj umrę.

Istotnie umarł tegoż 28 stycznia 1881 roku o godzinie ósmej minut trzydzieści osiem wieczorem.

Rozpoczęło się kilka dni męczącego chaosu pogrzebowego. Przez skromne mieszkanie wielkiego pisarza, ciasne i nędznie umeblowane, przepłynęło tysiące ludzi. Mała córeczka Dostojewskiego zrywała liście z bukietów, które jedni kładli na piersi zmarłego, i dawała innym na pamiątkę. Gdzie go pochować? Ania pamiętała, że Dostojewski prosił, aby go nie grzebać razem z literatami rosyjskimi, od których doznał tyle przykrości, i że podobał mu się cmentarz Monasteru Dziewic, i prosi szwagra, aby tam pojechał i kupił miejsce. Dzieci Dostojewskiego radośnie i wesoło wskoczyły do sanek, aby się przejechać po błyszczącym tego dnia od słońca i śniegu Petersburgu. Ale przeorysza Monasteru nawet nie słyszała o pisarzu Dostojewskim, powiedziała, że wszyscy równi są przed Panem, i zażądała kwoty olbrzymiej. W czasie jednak tych targów Ania została powiadomiona, że zakonnicy z Ławry Aleksandra Newskiego, najbardziej dostojnego i najdroższego cmentarza w Petersburgu, proszą ją, aby pochowała męża na ich cmentarzu, przy tym oświadczają, że żadnych za to pieniędzy przyjąć nie mogą. Oczywiście zakonnicy ci usłyszeli od najwyższego swego przełożonego, Pobiedonoscewa, odpowiednią radę, którą pośpiesznie wykonali.

Z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych przyjechał urzędnik, który przywiózł Ani pieniądze na pogrzeb męża i obietnicę, że dzieci będą kształcone na koszt skarbu państwa. Ale Ania odmówiła przyjęcia tych pieniędzy.

Natomiast gdy kilka godzin później zjawił się inny dygnitarz i oświadczył, że cesarz wyznaczył jej dożywotnią pensję, równą pensji wdów po generałach-majorach, to Ania ucieszyła się bardzo i podziękowawszy dygnitarzowi, prędko poszła do pokoju swego męża, aby mu opowiedzieć tę nowinę. I dopiero w progu, zobaczywszy katafalk, przypomniała sobie, że on przecież nie żyje i wiadomości tej wysłuchać nie jest w stanie.

1Słynną mowę o Puszkinie, o którą tutaj chodzi, Dostojewski wygłosił 8 (20) czerwca 1880.

Stanisław Cat-Mackiewicz 

Dostojewski 

Jestestwo

 

Andrzej Bańkowski, w swoim Etymologicznym słowniku języka polskiego, definiuje staropolskie „jestestwo” jako „byt” – powołując się przy tym na Piotra Skargę (z roku 1577), u którego „jestestwo” znaczyło tyle, co łacińskie „esse w specjalnym użyciu teologicznym”. Trochę podobna definicja – „jestestwo” łącząca z łacińskim rzeczownikiem „essentia” – znajduje się w dziewiątym tomie Słownika polszczyzny XVI wieku. Wśród przykładów z języka Skargi podano tam taki: „Ale sam w sobie Bog zawżdy iednaki […] samo w nim iestestwo”. To znaczy tyle, co – sama w nim istota. Mamy tu od razu pytanie, czy „jestestwo” pojawiało się wówczas tylko w polskim języku teologicznym, używane było na sposób teologiczny, czy znane było również ówczesnemu językowi potocznemu. Tego na pewno wiedzieć nie możemy, ale wydaje się to bardzo prawdopodobne – weszło ono bowiem, zapewne w pierwszych latach XVII wieku, do języka poetyckiego. Język poetycki wchłania oczywiście wszystko, co może wchłonąć, wszystko, co jest do wchłonięcia (ma dostęp do wszystkich źródeł języka, wszystkich jego, jak to się teraz zręcznie mówi, narracji), ale łatwiej i szybciej wchłania to, co pojawia się w codziennych rozmowach, na ulicy, na targu, na polnej drodze, w jatce piwnej czy winnej, niż to, co może odnaleźć w dyskursie teologicznym albo dewocyjnym (tam, jeśli szuka czegoś ciekawego, to zwykle w jakimś bardzo specjalnym, wyjątkowym celu). Trochę nieoczekiwane – ale bardzo ciekawe – użycie „jestestwa” mamy w IV pieśni Orlanda szalonego, które to dzieło, pióra Ludovico Ariosto, przełożył na język polski, właśnie na początku XVII wieku, Piotr Kochanowski, bratanek Jana. Nie jest wykluczone, że „jestestwo” da się też znaleźć w wierszach jakichś poetów XVI wieku, których Piotr Kochanowski, kształcąc się w poetyckim rzemiośle, czytywał. A może jakieś „jestestwo” ukrywa się (ukryło się przed autorami Słownika polszczyzny XVI wieku) w którymś z wierszy Jana Kochanowskiego? W IV pieśni Orlanda (mniej więcej od oktawy dwunastej) jest mowa o zamku uczonego czarnoksiężnika Atlanta. „A czarnoksiężnik zaś beł podobny kotowi”. Może dlatego, że był fałszywy jak kot, zawodowo zajmował się fałszowaniem rzeczywistości. W zamku Atlanta wszystkie rzeczy „beły […] zmyślone”, ponieważ zły czarnoksiężnik „każdą rzecz inszą czynił przez czary fałszywe”. W jakim celu, to bez znaczenia, bowiem interesuje nas „jestestwo”, a nie czarnoksięskie intencje czarnoksiężnika. Uczone czary Atlanta okazały się bezsilne, gdy został on wyzwany na pojedynek przez piękną i dzielną Bradamantę, poszukującą swojego ukochanego Rugiera – była ona w stanie pokonać fałszerza rzeczywistości, Atlanta, ponieważ weszła w posiadanie tajemniczego pierścienia, dzięki któremu „rzeczy w swem jestestwie, jak trzeba, widziała”. Bradamanta, widząc jestestwo rzeczy, widziała ich prawdę – kłamstwo czarnoksiężnika rozwiewało się i widziała, jak rzeczy wyglądają w rzeczywistości. Widziała więc rzeczywistość rzeczy, ich rzeczywiste istnienie. „Jestestwo” w poetyckim języku Piotra Kochanowskiego znaczyło zatem zupełnie inaczej niż w teologicznym (czy może politycznym) języku Piotra Skargi. Nie miało nic wspólnego z łacińską „esencją”, „istotą”, „essentia” – oznaczało natomiast wszystko to, co jest przeciwieństwem zmyślenia, a więc istnienie, prawdę istnienia, jego prawdziwą naoczną rzeczywistość. Warto tu jeszcze podkreślić słabo zauważalne „jak trzeba”. Bradamanta rzeczy widziała „w swem jestestwie, jak trzeba”, to znaczy tak, jak należy je widzieć – kiedy widzimy je jak trzeba, widzimy, że ich jestestwo jest niezmyślone i niesfałszowane; że nie są to istnienia pozorne, które stworzył dla nas jakiś zły czarnoksiężnik; że istnieją one prawdziwie, tutaj, przed nami, w naszej obecności. Staropolskie „jestestwo” (tak jak użył go Piotr Kochanowski) nie oznaczało zatem jakiejś tajemniczej „esencji”, „istoty” (twór czarnoksięski), w ogóle się z nią nie kontaktowało. To był rzeczownik oznaczający istnienie prawdziwe, które posiada każda rzecz, która istnieje. Każda taka rzecz jest jestestwem. Nie szukajcie zatem „istoty” – bo czegoś takiego nie ma i nigdy nie było. Nie mówcie: „w istocie rzeczy”, mówcie tylko o tutejszym istnieniu rzeczy. W istocie rzeczy jest nicość – bo nic tam nie ma. Istota to jest czarnoksięskie widowisko, które odgrywa umysł, chcąc oszukać samego siebie. Ale takie czarnoksięskie widowisko trwa tylko przez chwilę i zaraz się rozwiewa, zaraz znika – jak te fikcyjne rzeczy w zamku czarnoksiężnika Atlanta, które „beły tam zmyślone”. Prawda jestestwa jest taka, że czarnoksięski umysł, umysł czarnoksiężnik, który zaistniał (z nieznanego powodu znalazł się w jestestwie), musi sczeznąć. Mówiąc delikatniej, musi powrócić tam, skąd wyszedł – do nicości.

JAROSŁAW ‌MAREK RYMKIEWICZ

SAMUEL ‌ZBOROWSKI

poniedziałek, 1 czerwca 2026

Wdzięk i niewinność


Opisywałem powyżej wpływ salonów i wpływ kobiet na politykę za czasów kongresu wiedeńskiego. Jaskrawo różnił się pod tym względem stosunek Napoleona do kobiet. Przewinęło się sporo kobiet przez życie Bonapartego; żadna z nich nie miała wpływu na jego pracę, działalność, politykę.

Słynny publicysta owych czasów, córka znakomitego Neckera, pani de Staël, zapytała kiedyś Napoleona, kogo uważa za najwybitniejszą kobietę. Odpowiedział: „Tę, która urodziła najwięcej dzieci”. Niewątpliwie pani de Staël oczekiwała innej odpowiedzi.

Fryderyk Masson w swoim dzieleNapoleon i kobietyzamieścił dwa rozdziały pt.: „Aktorki” i „Lektorki”.Wpierwszymz nich powtarza znaną anegdotę o pannie Duchernois, aktorce, która przyszła do Napoleona w tym czasie, kiedy pracował nad ułożeniem planu jednej ze swoich kampanii. Zresztą Napoleon wciąż pracował, na co innego poświęcał bardzo mało czasu. Stukają do drzwi gabinetu cesarza i powiadamiają go, że panna Duchernois przyszła. „Niech zaczeka”. Po dłuższej przerwie panna Duchernois sama ośmiela się pukać do drzwi gabinetu. „Niech się pani rozbierze”. Znowuż po dłuższej przerwie delikatne pukanie – „Niech się pani ubierze i idzie do domu”.

Oczywiście z tych dwóch anegdot nie sposób jest odtworzyć całego stosunku Napoleona do kobiet. Był on bardzo sentymentalny, zwłaszcza sentymentalny był wobec tych kobiet, które odrobinę z nim flirtowały, lub, jak Désirée Clary, kochały go za czasów jego młodości, kiedy był niczym i kiedy nie miał wątpliwości co do bezinteresowności tych uczuć. Désirée Clary nazywała się dla niego Eugenią. Zdarza się tak, że dla ukochanego ma się inne imię niż dla wszystkich innych. Była siostrą żony starszego brata Napoleona, Józefa. Napoleon chciał się z nią ożenić, ale papa Clary, mieszczanin Marsylii, oświadczył, że ma dosyć jednego Bonapartego w rodzinie.

Potem Désirée-Eugenia wyszła za mąż za Bernadotte’a, marszałka Francji, późniejszego adoptowanego królewicza Szwecji, który Napoleona zdradzał w sposób notoryczny. Ze względu na Eugenię, Napoleon mu te zdrady wybaczał, obsypywał go dobrodziejstwami, pieniędzmi, dotacjami, zaszczytami i zawsze miał dla Eugenii słowa pełne sentymentu.

Przeczytałem jednym tchem osiem tomów memoriału ze Świętej Heleny, zacnego, szlachetnego hrabiego Las Cases. Był to dawny emigrant, będący jedną z kilku osób, które zdecydowały się pojechać z Napoleonem na Świętą Helenę i znosić tam wszystkie szykany, które gubernator angielski Hudson Lowe stosował wobec zdetronizowanego cesarza, wczorajszego boga wojny i Europy. Mieszkał razem z Napoleonem w domu, w którym roiło się od szczurów, w którym nie wolno było Napoleonowi mieć więcej niż trzech osób przy swoim stole i w którym wolno mu było przyjmować gości tylko raz na tydzień. Tylu ludzi obsypał Napoleon dobrodziejstwami, tyle setek milionów franków rozdał pomiędzy swoich protegowanych, był dla nich hojny w sposób nieprawdopodobny i oto najwierniejszy wobec niego był jego były wróg polityczny, który mu nic nie zawdzięczał. Ale cóż z tego, kiedy ten zacny Las Cases był człowiekiem prawie głupim i kiedy myśli Napoleona, które zapisywał, trafiają do nas tak, jak trafia światło słońca poprzez gęsty las podszyty krzewami.

Otóż temu Las Cases Napoleon powiedział, że Józefina była uosobieniem wdzięku, a Maria Ludwika uosobieniem niewinności. Bardzo to miło z jego strony tak mówić o swoich byłych żonach, z których pierwsza zdradzała go w sposób obrzydliwy, a druga zdradziła go w sposób obrzydliwy.

Napoleon ożenił się z Józefiną z domu Tascher de La Pagerie, wicehrabiną Beauharnais, kiedy był dwudziestosześcioletnim generałem brygady, zażenowanym wobec kobiet, niezręcznym, nieumiejącym się zachować. Imponowało mu ogromnie, że skromne mieszkanko wicehrabiny de Beauharnais odwiedzało liczne grono arystokratów, nie zauważył jednak tego, że ci panowie odwiedzali Józefinę bez swoich żon, co nadawało jej mieszkanku odcień specjalny. Jakoż Józefina przechodziła z rąk do rąk, od kochanka do kochanka i małżeństwo z nowo wschodzącą gwiazdą świata republikańskiego odpowiadało jej bardzo. Potem, kiedy Napoleon wyjeżdża jako naczelny wódz do Italii, kiedy druzgocze armię po armii, kiedy zaczyna się jego epopeja gromu po gromie i wtedy, kiedy wyjeżdża do Egiptu, Józefina znajduje sobie stałego kochanka. Nawet nie o fakt kochanka chodzi, aczkolwiek dla Francuza nie ma większej śmieszności jak być rogaczem, i ten wielki Napoleon był dostatecznie poniżany przez plotki dotyczące jego żony. Bardziej niż o fakt kochanka chodziło o to, kto był tym kochankiem. Była to nicość zupełna, nicość nieprawdopodobna, jakiś pan Charles, urzędniczyna spod ciemnej gwiazdy. A Napoleon kocha wtedy Józefinę, jak nikogo nie kochał ani przedtem, ani później. Kiedy wraca z Egiptu, ma pełne usta niesmaku tej zdrady. Józefina klęczy przed jego drzwiami, prosząc o wybaczenie, potem wysyła do Napoleona dwoje swoich dzieci z pierwszego małżeństwa, które Napoleon serdecznie kochał, szlachetnego Eugeniusza i nikczemną Hortensję, i tych dwoje wybłagało u Napoleona przebaczenie dla matki. Napoleon wyszedł z oczami pełnymi łez, przebaczył, obiecał zapomnieć.

Nauczył mnie wielki Dostojewski, że psychologia człowieka to dramat walczących w człowieku rzeczy zupełnie sprzecznych. Mamy tyle dowodów, że Napoleon wobec kobiet był brutalny, a im stawał się większy, tym był niezgrabniejszy. Panie polskie w Warszawie zaskakiwał pytaniami, które mogły być uważane za impertynenckie, gdyby nie to, że pochodziły z towarzyskiej niezgrabności. Ale mamy tyle dowodów przeciwnych. Chociażby to wspomnienie, że Józefina była gracją, a Maria Ludwika niewinnością. Mamy tyle dokumentów, w których Napoleon występuje jako człowiek sentymentalny, ale przede wszystkim dobry, człowiek czułego, litościwego serca. Mamy dokument niepospolity: Napoleon pozostawił na piśmie swoje zwierzenia o tym, jak mając lat osiemnaście stracił niewinność. Spotkał w Paryżu późnym wieczorem uliczną prostytutkę. Zaczął z nią rozmawiać. Ta mu się żaliła na swoje życie potępione, na niedolę i upokorzenie, związane z jej zawodem. Jakże wnikliwie i jakże współczująco zapisuje cesarz i bóg wojny te wyznania nieszczęsnego stworzenia.

Ale tak czy inaczej, brutal czy człowiek sentymentalny, Napoleon nie był człowiekiem, na którego by działała inteligencja kobiety. Ten amoralista Talleyrand ileż zyskiwał z tego, że pewne myśli polityczne wyczytywał w pięknych oczach. Bo inteligentna kobieta być może nie podsuwa planu politycznego wprost, planu opracowanego, lecz inteligentne patrzenie w czyjeś inteligentne oczy rodzi koncepcje najinteligentniejsze. Napoleon przez całe swoje życie nie wyczytał żadnej swojej myśli w cudzych oczach i tym się różnił od polityków kongresu wiedeńskiego i od następnych po sobie pokoleń wieku XIX.

Po włożeniu korony cesarskiej na swoje skronie Napoleon zaczął tęsknić do założenia dynastii. Ta myśl zaczęła nad nim górować, występować na plan pierwszy; stare babsko Józefina, która sobie sfałszowała metrykę urodzin, ale która skutkiem zbyt licznych przejść miłosnych nie mogła mieć dzieci, była tu zawadą; Józefina umiała zresztą symulować ciążę, aby dłużej się utrzymać w roli małżonki Napoleona. Napoleon już ma lat trzydzieści siedem i dotychczas nie miał żadnego dziecka, pomimo iż nie zbywało mu okazji. Wreszcie w grudniu 1806 roku niejaka Eleonora Revel urodziła mu syna – Léona. Napoleon dotychczas myślał o założeniu dynastii przez adoptację któregoś z synów swoich braci, względnie nawet Eugeniusza Beauharnais. Teraz postanawia mieć własnego, legitymnego syna. Od tej chwili Józefina skazana jest na rozwód.

Ten pierwszy syn Napoleona, Léon, był później awanturnikiem, półwariatem, jednym słowem tym, co określamy wyrazem indywiduum, wtedy kiedy wymawiamy ten wyraz z pogardą.

Maria Ludwika, którą podsunął mu nie kto inny, lecz sam Metternich, była dziewczyną o blond włosach i silnie rozwiniętym podbródku, dziewczyną wychowaną w sposób zupełnie specyficzny. Przestrzegano, aby w jej otoczeniu nie było piesków, a tylko same suczki, nie było kogutów, a tylko same kurki, aby młoda panienka nie pytała się za wcześnie o różnicę płci. Sądzę, że można w ten sposób każdego doprowadzić do idiotyzmu, nie tylkodziewczynisko osiemnastoletnie. Została zaślubiona Napoleonowi per procura w Wiedniu. Napoleon wyjechał na jej spotkanie do Courcelles. Teraz zaczyna się opis historiografów wręcz niesmaczny. Napoleon pakuje się do karety arcyksiężniczki, która de nomine już jest jego żoną, każe poganiać konie, mija kłusem wszystkie miasteczka, w których stoją merowie z mowami powitalnymi, dojeżdża do Compiègne i tam zaraz ciągnie ją do łóżka. Napoleon, który czasami umiał być tak wielki i tak wspaniały, w tej scenie wygląda trochę na Negra, który dobrał się do białej kobiety.

Potem rodzi się Król Rzymu. Napoleon szaleje z radości, obsypuje Marię Ludwikę klejnotami, które ona w jak największej ilości przesyła swej rodzinie do Wiednia. Zaraz po pierwszej abdykacji Napoleona Maria Ludwika wyjeżdża do Wiednia i tam święta jej rodzina, która tak dbała, aby w jej towarzystwie nie było piesków czy kogutków, wpycha ją wprost w objęcia Neipperga i rozgłasza ten konkubinat córki cesarza i cesarzowej. Napoleon dowiaduje się o tym już na Elbie.

Józefina mówiła, że Napoleon kochał się naprawdę w niej, w jakiejś jeszcze pani, której nazwiska nie ujawniła, i w pani Walewskiej. Z historii wynika, że Józefina nie miała racji – kochał się niewątpliwie także w Marii Ludwice. Chciałbym napisać, że w życiu Napoleona Maria Walewska była tym, czym w krajobrazie mojego kraju są te lila horyzonty, liliowe odcienie tego wszystkiego, co się widzi w dali zoranego pola czy lasu. Ale bliższe poznanie sprawy pani Walewskiej napełnia mnie obrzydzeniem. Nasi dziejopisarze podkreślają, że była oporna, że to Napoleon jej szukał i jej pożądał, a ona się przed nim broniła, że wszyscy wielcy Polacy i wielcy patrioci ówczesnych czasów robili, co mogli, aby Napoleonowi tę sprawę ułatwić. Cytowane są tu nazwiska, które jak najbardziej szanuję. Pozwólcie mi wierzyć, że rola prawdziwego Arystydesa Polski, Stanisława Małachowskiego, jest w tym incydencie wzniosłego rajfurstwa nieco wyolbrzymiona. Swemu synowi, Aleksandrowi Walewskiemu, Napoleon nadał majorat w królestwie neapolitańskim. W sprawie tego majoratu przyjeżdżała pani Walewska na Elbę. W roku 1816 wyszła za mąż za hrabiego Ornano. Podobno Napoleon na Świętej Helenie przyjął tę wiadomość z dużym zdziwieniem i uczuciem zawodu. Syn pani Walewskiej, Aleksander, późniejszy minister spraw zagranicznych Napoleona III, nie był człowiekiem, którego by można było poważać. Skreślono go z listy szanujących się klubów w Londynie. Pozostała po nim anegdota sympatyczna, choć nie wiem, czy prawdziwa, że komuś, kto mu powiedział: „Ojciec pański na Świętej Helenie…”, przerwał, mówiąc: „Pan się myli, mój ojciec, szambelan Walewski, nigdy nie był na Świętej Helenie”.

Stanisław Cat-Mackiewicz

Cholesterol – zakłamana rzeczywistość

 


Medycyna dba o nasze zdrowie – to największe kłamstwo współczesnych czasów, przynajmniej w kontekście chorób. Twierdzenie, że medycyna dba o nasze choroby – jest zdecydowanie bliższe prawdy. Lekarze są w większości jedynie wykonawcami narzuconej strategii tworzenia chronicznie chorych społeczeństw. Mam na myśli tych medyków, którzy dla wygody, z braku czasu lub ze strachu przed konsekwencjami potulnie przyjmują nieraz absurdalne wręcz protokoły postępowania narzucone przez ministerstwa od popularyzacji chorób wszelakich.

Hipoteza cholesterolu jest dojną krową przemysłu farmaceutycznego i fundamentem dziesięcioleci błędnych przekonań na temat żywienia. Jej utrzymywanie się pomimo przeciwnych dowodów ma solidne uzasadnienie ekonomiczne. Doktryna ta jest głęboko zakorzeniona: cholesterol – zwłaszcza tak zwany „zły” LDL – zatyka tętnice i prowadzi do zawałów serca. Hipoteza lipidowa to idealny model biznesowy: zdefiniuj wartość laboratoryjną – na przykład cholesterol LDL – jako przyczynę choroby, opracuj lek obniżający tę wartość, a następnie przez dziesięciolecia, lecz całkowicie zdrowych ludzi, których jedyną „chorobą” jest podwyższony wynik laboratoryjny. Nowe wytyczne USA z 2026 roku doprowadzają tę perwersję do skrajności: zalecają badania przesiewowe lipidogramu u dzieci w wieku od 9 do 11 lat i rozszerzają kryteria przepisywania statyn na osoby dorosłe powyżej 30. roku życia.

Powyższy fragment pochodzi z czwartkowego artykułu na tkp.at: Kod cholesterolu: inżynier rozmontowuje kartel lipidowy.

https://world-scam.com/Pages/Pl/Spo%C5%82eczno%C5%9B%C4%87_naukowa_jest_nadal_podzielona.pdf

Miażdżyca nie jest nagromadzeniem tłuszczy, lecz zapalną chorobą naczyń. Bez cholesterolu nie ma błon komórkowych, hormonów, mózgu. A jednak to on został uznany za głównego winowajcę. Medycyna konwencjonalna traktuje LDL tak, jakby był samym tłuszczem. W rzeczywistości LDL i HDL to białkowe otoczki (lipoproteiny), które dostarczają organizmowi niezbędne do życia substancje.

Jeśli za pomocą leków wymuszasz obniżenie poziomu LDL, przerywasz łańcuch dostaw hormonów i energii komórkowej. Obniżenie poziomu zdrowego transportera stanowi poważną ingerencję w homeostazę hormonalną.

Okłamali nas w sprawie:

tytoniu, rtęci, opioidów, aluminium, talku, słodzików, tłuszczy nasyconych, GMO, surowego mleka, fluoru, cholesterolu, glifosatu. A teraz mówią nam prawdę?

Jeśli zależy ci na zdrowiu, nie ma innej możliwości niż samemu wyszukać prawdy o przyczynach większości chorób. Moje artykuły nie zastąpią tej pracy. Mają za zadanie jedynie wskazanie powszechnie stosowanych przez medycynę szkolną oszustw. Rozpowszechniane twierdzenia nieoparte na rzetelnych badaniach, nie sprawią, że będziesz bardziej zdrowy. Obawiam się, że skutek będzie odwrotny od wyleczenia. Przecież medycyna w najlepszym razie zajmuje się łagodzeniem objawów chorób, nie samymi chorobami.

Są naturalnie, w służbie zdrowia działy, takie jak chirurgia powypadkowa, które z reguły pomagają i często są niezbędne dla przywrócenia stanu naturalnego pacjenta. Dopóki nie stosują chorobotwórczych pseudo leków, ze skutkami ubocznymi tworzącymi kolejne choroby.

world-scam/cholesterol-zaklamana-rzeczywistosc

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

Jarmaki wychodzą z paki


Właściwie tośmy się już przyzwyczaili do kolejnych sensacji związanych z korupcją na wojującej Ukrainie. To ciekawy fenomen, gdyż wygląda na to, że cykanie takimi sensacjami immunizuje nas na takie patologie – ot, patrzymy się, znowu coś tam wyszło. Następuje inflacja reakcji. Kogoś złapali, ktoś, oczywiście bez wiedzy Polaków uciekł przez Polskę do Izraela… Układ trzyma się dobrze. Nic dziwnego, że ci, którzy dawali pomoc i finansowe wsparcie kryją teraz przekrętaczy, bo jeszcze wydałaby się cała systemowa sytuacja i któryś z europejskich podatników mógłby się zapytać jak się rozchodzą pomocowe środki z jego podatków. Mnie jednak zaskoczyła jedna sytuacja.

Jermak jako egzemplum

Okazało się, że aresztowano człowieka numer dwa Ukrainy, Andrija Jermaka. Aresztowano go pod zarzutami korupcyjnymi 14 maja tego roku, ale już w dniu następnym – w piątek została zebrana wśród znajomych 300 darczyńców wymagana kwota wyznaczonej kaucji i Jermak już by wyszedł, ale zaczął się weekend i nie można było zaksięgować wpłat, a więc po weekendowym pobycie w luksusowej, tzw. „płatnej celi” (są takie cuda w cywilizowanym i aspirującym do Unii świecie) w poniedziałek prawa ręka Zełenskiego wyszła na wolność. Zabrano mu paszport i zakazano wyjazdu nawet z Kijowa. Ale zastanowiła mnie jedna rzecz – kwota kaucji.

Wynosiła ona ok. 3,3 miliona dolarów. Zebrane wśród 300 darczyńców i wpłacone w jeden dzień. Musi mieć więc Jermak całą armię przyjaciół, gotowych do zebrania kasy w jeden dzień, w jakiś sposób skoordynowanych, nie mówiąc już, że wdzięcznych na jakieś 13.000 dolarów na głowę. Takie ruchy przypominają mi jako żywo w mniejszej skali wpłaty na konta wyborcze drobnych kwot na martwe dusze, kwot, które później idą w miliony. A może Jermak po prostu tyle miał „u ludzi” ze swych własnych zarobków?
Zaglądamy więc do zarobków Jermaka. Cóż my tam mamy? Ano średnio 14.500$ rocznie, co oznaczałoby, że Jermak musiałby odkładać nie jedząc na własną kaucję 227 lat, a i tak zarabiał on ponad 40% więcej niż jego zubożały, jak widać, szef – prezydent Zełenski. Mamy więc do czynienia i z kwotą, i z tempem oraz zakresem reakcji na „zbiórkę”, które de facto… potwierdzają korupcyjność Jermaka w otoczeniu nieformalnego układu. Czyli sam podsądny doniósł na samego siebie wpłacając kaucję. To mnie popchnęło do próby obejrzenia całego układu korupcyjnego na walczącej Ukrainie.

Krótka historia wschodniej oligarchii

Ukraina jest tylko w pewnym stopniu skrzywionym odbiciem układu rosyjskiego. Zobaczmy jak to więc szło z Moskwy. Mamy do czynienia z cywilizacją turańską, na którą przemożny wpływ miały czasy najazdów mongolskich. To wtedy wyznaczył się stały już trend do oligarchizacji władzy, trzymania pod butem niewolonego ludu, który ten proceder rozumiał i akceptował jako normalny układ elita-lud. Do elity dostawać się można było jedynie w sposób gwałtowny, nawet na jej szczytach, czy to rodów królewskich, czy dynastii politycznych. Układ ten był mitygowany trochę poprzez komunistyczną przaśność, nie świecono ludowi w oczy benefitami władzy.

Po upadku Związku Sowieckiego jednak hamulce zniknęły w sposób gwałtowny i widowiskowy, na tyle, że oligarchia ujawniła się w stopniu ostentacyjnym, kiedy przy rozpadzie państwa poszczególne mafie (nawet wyposażone we własne substytuty armii) stały się jedynym elementem państwowotwórczym. Był to więc z natury układ pasożytniczy, który szybko doprowadził do upadku podstawowych funkcji państwa.

Na tej zapaści wjechał na całego porządkujący nowy car-batiuszka, Putin, przywrócił on wypłaty emerytur i świadczenia zdrowotne i lud go od razu pokochał. Putin rozprawił się z układem mafijnym w ten sposób, że wprowadził jako element państwowotwórczy jedną wielką mafię – służby. A te były wyposażone w państwową licencję na przemoc, jak to u turańskich – bez żadnej społecznej kontroli i „po uważaniu” cara. Ot, taka współczesna Oprycznina. I tak jak w XVI wieku Iwan Groźny za pomocą swych służb zabrał się za ukracanie bojarów nie koniecznie tylko o brody, tak Putin swoimi „oprycznikami” zabrał się za oligarchów. Oczywiście miał i przy sobie swoich oligarchów, ale był to krąg wewnętrzny jego kumpli z młodości (placówki, gdzie przebywał młody agent Wołodia, kluby judo i inne przypadkowe znajomości), których namaścił intratnymi posadami w państwowych molochach. Ale główny element stanowiła grupa „zaproszonych” oligarchów.

Po prostu nowy car Rosji wysłał do istniejących oligarchów opryczników nowej generacji, kolegów ze służb, o gorących sercach i zimnym spojrzeniu i został całej kaście oligarchicznej postawiony warunek – zostawiamy wam na papierosy, ale dzielicie się tym, co macie w stopniu, który my tu określimy, a jak nie, to albo pójdziecie do ciupy jak Michaił Chodorkowski, albo cię znajdą w twojej willi w hiszpańskim kurorcie Lloret de Mar powieszonego nad trupami zasztyletowanej żony i córki co zostanie uznane za tzw. „rozszerzone samobójstwo” (sprawa Siergieja Protosenija), czy skończysz jak Bieriezowski na sznurze w zamkniętej łazience w swej posiadłości w Ascot pod Londynem. Ta druga grupa „oligarchów odwiedzonych” szybko się akomodowała do nowych reguł gry, nawet wyrosła i trzecia, która się zaczęła dorabiać na putinowskich wojnach.

Nieodrodni dziedzice

Ukraina odziedziczyła podobny trend, ale z pewnymi ważnymi modyfikacjami. Po pierwsze – ukraińska oligarchia była mocno powiązana z rosyjską odpowiedniczką, jednak ocaliła głowy od czystki Putina, którą ten zafundował rosyjskim oligarchom. Wielu z nich przeniosło swe interesy na Ukrainę, czy to wzmacniając tamtejszych oligarchów, czy budując nieoficjalnie swoje struktury. Putin ich tak bardzo nie ścigał, bo te układy ściągały w końcu haracz nie z Rosjan. Ważne, że ten układ zachował kształty bardziej jelcynowskie, czyli Ukraina była terenem rozpasanej walki, a właściwie układu dogadanych i ustawionych mafii, bez porządkującego na poziomie podstawowych usług publicznych wektora nowego dyktatora. Wszystko odbywało się mafijnie i jedynym państwowym wektorem porządkującym działanie państwa był wektor oligarchicznego układu.

To on wystawiał swoich kandydatów na szefów państwa i rozprowadzał go po administracji władzy, gdyż ukraiński system prezydencki w razie zwycięstwa dawał wszystko w jedne ręce na zasadzie „winner takes it all”, było więc o co walczyć. Ale, żeby nie było na tym tle żadnej wyniszczającej wojny domowej mafii, układy się dogadywały i wystawiały na kandydata na wodza narodu jakiś upostaciowiony kompromis. Albo mieliśmy na czele któregoś z oligarchów, tak jak z królem cukierków – Poroszenką, albo marketingowego słupa, typu Zełenski, którego wypromował oligarcha Kołomyjski w długim procesie od serialu do tronu. Mamy więc w przypadku Ukrainy do czynienia z połączeniem schyłkowej fazy jelcynowskiej oligarchii z putinowską grupą trzecią – dorobionych na wojnie.

Dodatkowe źródło łupania

Dla starego układu mafijnego na Ukrainie (i jak widać w Rosji) wojna była gwiazdką z nieba. Zwłaszcza, że wojnę tę Ukraina, jako państwo oligarchicznie, bo postsowiecko niewydolne mogło prowadzić wyłącznie za zewnętrzne środki. Na Ukrainę zaczęły płynąć szerokim strumieniem pieniądze znaczone czy to potrzebami militarnymi, czy politycznymi, a więc kompletnie – zwłaszcza w pierwszej fazie – niekontrolowane przez tę pomoc otrzymujących, co dopiero mówić o tych, którzy ją dawali. Mafie rozstawione w węzłowych miejscach państwa, jako jego organizacyjny substytut, nie miały żadnego problemu, by na tej całej kasie siąść. Tylko one bowiem wiedziały jak chodzą pieniądze, procedury i kwity z rozliczeniami. Nikt przecież nie miał, łącznie, a właściwie zwłaszcza Zachód, pojęcia jak to kontrolować. W końcu głupio było tak pytać – jak to chodzi. Chłopy tam walczą na śmierć i życie, i jak tu się – wręczając karabin – zapytać o fakturę i przelew? Nawet Amerykanie dopiero po dwóch latach się zorientowali [ejże.. Nuland nie taka głupia… md] że w sumie dają wszystko na gębę, Europa się do tej pory nie zorientowała, albo udaje, że nie wie, bo jakby się sprawa wydała, to dość trudno byłoby się wytłumaczyć, że tak to się jakoś rozeszło.

Wielkość pomocy dla Ukrainy w czasie jej drugiej wojny z Rosją jest właściwie nie do oszacowania. Tropy prowadzą w różne strony, pojawiają się jakieś fundusze, pożyczki nie do spłacenia, raz się to liczy jako sprzedaż, raz jako darowiznę, nie mówiąc już o kosztach pomocy w formie transferów socjalnych do migrantów ukraińskich. Samo przejrzenie różnych form pomocy państwowej i militarnej daje nam kwoty powyżej 400 miliardów dolarów. Ukraina jest państwem upadłym i bez kroplówki, takiej jak np. ostatnie 90 miliardów pożyczki pod niespłacalny i kuriozalny zastaw pod reparacje, które ma przegrana w tej wojnie Rosja zapłacić Ukrainie, idą na podstawowe pozamilitarne funkcje państwa – bez tych pieniędzy nie dostarczyłaby podstawowych usług publicznych.

Analitycy i znawcy układów oligarchicznych oceniają współczynnik „pompa-rów”, czyli transfer środków publicznych w przypadku środków zewnętrznych do kieszeni oligarchów na poziomie 10-15%. Daje nam to licząc najskromniej jakieś 40 miliardów dolarów transferowanych do kieszeni mafii, która już nie musi „bidować” jedynie na okradaniu potencjału Ukrainy, ale podczepia się pod zewnętrzne środki przeznaczane przecież do wsparcia walczącej Ukrainy. No, trzeba przyznać, że jest to kwota, za którą można wykupić ze 12 900 Jermaków. Jest więc o co się bić.

Turanie kontra łacińczycy

Mamy tu do czynienia z turańskim podejściem. Wytłumaczę na czym polega w tym wypadku różnica pomiędzy tym podejściem, a np. naszym – z cywilizacji łacińskiej. Jeśli wyobrazimy sobie powiedzmy rok 1941, kiedy Polska była pod wojującą okupacją połączonych totalitaryzmów, to w takim Londynie siedzieli co najwyżej polscy uciekinierzy z kacem, że nie walczą, zaś ci co mogli przedzierali się – jak w serialu „Jak rozpętałem II wojnę światową” – przez cały świat, by powalczyć o Polskę. Robiono zrzutki na walkę, zaś resztki majątków przekazywano do wsparcia wysiłku zbrojnego.

Co mamy dziś np. w takiej Polsce – dzieci oligarchów rozbijają się w Bentley’ach po warszawskich ulicach, Stephen Khun zaś donosi, że u producentów superjachtów mają zajęte kolejki zamówień na cztery lata naprzód właściwie tylko z jednego kraju, zgadnijcie jakiego? Najbogatszy człowiek Ukrainy, oligarcha, właściciel Szachtara Donieck i holdingu SCM w 2024 roku (transakcja wyszła na jaw w kwietniu 2026) kupił najdroższy apartament w historii nieruchomości: pięciopiętrowy, 21-pokojowy luksusowy penthouse o powierzchni ponad 2500 m² w prestiżowej nowej dzielnicy Mareterra (budynek Le Renzo). Cena? 471 milionów euro.

Czemu tak jest i czemu to nie przeszkadza walczącemu ludowi Ukrainy?

No właśnie chodzi o kulturę wynikającą z cywilizacyjnej przynależności. U nas takie zachowanie byłoby potraktowane na granicy samosądu – kiedy my tu walczymy, kiedy zaczyna brakować nam ludzi i środków nasza elita miałaby się na tym wszystkim pławić w luksusie? Przecież każdy skradziony dolar to zagrożenia dla naszej niepodległości, a już co najmniej dla naszych chłopaków walczących w okopach. Nie wiem czy takiego by Polacy rozerwali na strzępy, bo nic już nie zostało z rebel people, jak się mianowali kiedyś Polacy, ale przynajmniej by było jasne, że to potępiamy. Ja nic podobnego nie słyszałem ze strony ukraińskiego ludu. To dla nich temat wstydliwy, a więc pomijalny.

Takie zarzuty to są knowania Moskwy, nawet gdyby to była prawda, to ta prawda może zaszkodzić naszemu morale. Śmierdzi ci ona onucą, zresztą z tymi oligarchami to tak zawsze było, u nas role są podzielone przez fatum losu i nie ma co się dziwić oligarchom, że jak dostali możliwość wynikającą z dodatkowych środków na pomoc walczącej Ukrainie, to umoczyli dziób w tej melasie. Nic z tego nie rozumiecie – jest to normalna marża, tym razem z waszych środków i tu inaczej nie działa.

Korupcja na walczącej Ukrainie to również impas dla Zachodu. Moim zdaniem cwaniaczek z Zachodu na pewno się działkuje, zwłaszcza korupcyjnie niekontrolowany w Unii, z ukraińską oligarchią, wystarczy tylko nie rozliczać środków, zamknąć oczy na zawyżone faktury, a oni tam sobie jakoś to na miejscu rozdzielą, i sypną prowizją zwrotną. Inni, ci niebiorący, będą każdy wykryty fakt korupcji ukrywać, by nie drażnić swych wyborców, że nie pilnują podatkowego grosza. Mamy więc układ zamknięty, pompa-rów, który po drodze gubi prowizję na konserwowanie układu oligarchicznego. Uwaga – przy jednoczesnym nawoływaniu, by ten cały bałagan przyjąć ciupasem do Unii.

Pierwsze wkurzenie

Prześledziłem wielowarstwowe systemy kontroli środków na Ukrainę, zwłaszcza te, które stworzyła Unia. Ta dumnie ogłosiła, że PRZESTAŁA dawać Ukrainie środki „z góry”, żąda – uwaga! – rozliczeń, z którymi i tak nie wiadomo co robi. Znając różnice w kombinowaniu Słowian, wzmocnionym jeszcze turańskim stylem, to jest to zabawa w kotka i myszkę, z tym, że obie strony wiedzą, że to gra pozorów. Pierwsi wkurzyli się Amerykanie. To znaczy – tam wkurzyli się. Biden forsujący środki dla Ukrainy „na gębę” przegrał większość w Kongresie i Republikanie 1 listopada 2022 roku wprowadzili rezolucję żądającą od prezydenta audytu pomocy dla Ukrainy. Audyt nie przyłapuje wielkiego złodziejstwa, ale Amerykanie nie są głupi, i wprowadzają, rzec można unijny, mechanizm warunkowości – dalsza pomoc tylko pod warunkami zmian systemowych w ustroju Ukrainy, gdyż to on, a nie pojedyncze przypadki, wręcz generuje proceder korupcyjny.

Żądania zmian od Amerykanów pokazują jakiż to stworzony układ jest do rozmontowania:

 1. Pełna niezależność i wzmocnienie „Świętej Trójcy” antykorupcyjnej

Amerykanie zażądali, aby ukraińskie organy ścigania były całkowicie odcięte od wpływów politycznych prezydenta, rządu i służb specjalnych (SBU). Skupili się na trzech instytucjach:

NABU (Narodowe Biuro Antykorupcyjne): USA nakazały zwiększenie liczby etatów dla detektywów o dodatkowe 300 osób oraz zapewnienie NABU prawa do samodzielnego podsłuchu (wcześniej biuro musiało korzystać z infrastruktury SBU, co prowadziło do wycieków informacji o śledztwach).
SAP (Specjalna Prokuratura Antykorupcyjna): Zażądano pełnego wyodrębnienia SAP ze struktur Prokuratury Generalnej, nadania jej statusu oddzielnej osoby prawnej oraz zmiany procedury wyboru jej szefa, tak aby decydujący głos mieli eksperci międzynarodowi, a nie nominaci polityczni.
WAKS (Wyższy Sąd Antykorupcyjny): Amerykanie nakazali zwiększenie liczby sędziów oraz zapewnienie im lepszej ochrony fizycznej i niezależności operacyjnej, by wyroki skazujące polityków zapadały szybciej.
To właśnie próba złamania tego konkretnego zalecenia przez otoczenie Zełenskiego w lipcu 2025 roku (poprzez podporządkowanie SAP Prokuratorowi Generalnemu) wywołała natychmiastową groźbę odcięcia amerykańskich funduszy.

2. Przywrócenie jawności majątkowej (e-Deklaracje)

Po wybuchu wojny w 2022 roku Ukraina zawiesiła obowiązek publicznego składania cyfrowych oświadczeń majątkowych przez urzędników (tłumacząc to względami bezpieczeństwa). USA kategorycznie zażądały:

Natychmiastowego wznowienia działania rejestru e-deklaracji.
Przywrócenia publicznego dostępu do tych danych, aby dziennikarze śledczy i obywatele mogli kontrolować, czy urzędnicy nie bogacą się w czasie wojny.
Wdrożenia automatycznego systemu weryfikacji tych oświadczeń przez Narodową Agencję ds. Zapobiegania Korupcji (NAZK).
3. Ograniczenie roli Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU)

USA od lat konsekwentnie domagały się reformy SBU. Tradycyjnie ukraińskie służby specjalne posiadały departamenty zajmujące się walką z korupcją i przestępczością gospodarczą. Amerykanie uznali to za patologię, która pozwalała SBU na szantażowanie biznesu i dublowanie kompetencji NABU.

Zalecenie: SBU ma zajmować się wyłącznie kontrwywiadem, walką z terroryzmem i cyberbezpieczeństwem. Departamenty „gospodarcze” miały zostać całkowicie zlikwidowane.
4. Transparentność w zamówieniach obronnych i odbudowie

W związku z miliardami płynącymi na armię i infrastrukturę, USA narzuciły ostre wytyczne dotyczące wydawania pieniędzy:

Reforma ProZorro: Nakazano, aby wszystkie zamówienia publiczne (poza absolutnie tajnymi technologiami wojskowymi) przechodziły przez transparentny, elektroniczny system przetargowy ProZorro.
Nadzór nad Ministerstwem Obrony: Wdrożenie wewnętrznych, zachodnich standardów audytu w logistyce wojskowej (reforma ta przyspieszyła po skandalach z zawyżaniem cen żywności i kurtek dla armii).
5. Deoligarchizacja i ład korporacyjny

Amerykanie uderzyli w strukturę wielkich państwowych monopoli (np. w sektorze energetycznym czy zbrojeniowym):

Rady Nadzorcze: Zażądano powołania niezależnych rad nadzorczych z udziałem zagranicznych ekspertów w kluczowych spółkach skarbu państwa (takich jak Naftohaz czy Ukroboronprom). Miało to uniemożliwić oligarchom i urzędnikom Kancelarii Prezydenta nieoficjalne sterowanie tymi firmami.
Zełenski kontratakuje

Zełenski odczekał tylko aż sprawa przyschnie i przypuścił kontratak, który jawnie pokazuje czy prezydent Ukrainy bardziej dba o losy swej ojczyzny, czy ochronę interesów oligarchów zagrożonych żądaniami Amerykanów co do ukrócenia mechanizmów korupcyjnych. Do parlamentu trafia w lipcu 2025 projekt ustawy nr 12414, który pierwotnie dotyczył zupełnie innych kwestii prawnych. Po pierwszym czytaniu dopisano do niego poprawki drastycznie zmieniające ustrój organów antykorupcyjnych. Prezydencka partia „Sługa Narodu” wraz z częścią opozycji błyskawicznie przegłosowała ustawę, a prezydent Zełenski podpisał ją tego samego wieczoru. Co realnie zmieniała ta ustawa?

Ustawa uderzała w fundament niezależności śledczych poprzez:

Podporządkowanie Prokuratorowi Generalnemu: NABU i SAP utraciły autonomię i zostały w pełni podporządkowane Prokuraturze Generalnej. Prokurator Generalny na Ukrainie jest mianowany i odwoływany bezpośrednio przez prezydenta – to dawało Kremlowi (w znaczeniu administracji Zełenskiego) pełną kontrolę nad śledztwami.
Prawo do odbierania spraw: Prokurator Generalny zyskał prawo do decydowania, które sprawy korupcyjne mogą prowadzić niezależni detektywi, a które można im odebrać i przekazać „zaprzyjaźnionym” służbom (np. SBU).
Możliwość usuwania prokuratorów: Danie lojalnemu wobec prezydenta Prokuratorowi Generalnemu narzędzi do odsuwania od spraw niewygodnych, niezależnych prokuratorów SAP.
Dziennikarze śledczy (m.in. Ukraińska Prawda i The Economist) ujawnili, że plan ten narodził się bezpośrednio w Kancelarii Prezydenta, a jego celem było zablokowanie m.in. wielkich śledztw dotyczących defraudacji w sektorze energetycznym, które uderzały w ludzi z otoczenia Zełenskiego (parę miesięcy później te same śledztwa doprowadzają do upadku Andrija Jermaka).

Papierowy Majdan

Decyzja Zełenskiego wywołała szok. Ukraińcy uznali to za próbę budowy autorytaryzmu pod osłoną wojny. Oczywiście Państwo nic o tym nie słyszeliście w Polsce, bo na Ukrainie wszystko idzie dobrze: Zełenski to słońce narodu, zaś jego otoczenie to anioły wcielonej bezinteresowności. A tu już 22 i 23 lipca 2025 roku w Kijowie, Lwowie, Charkowie, Odessie i 25 innych miastach na ulice wyszły tysiące ludzi (głównie młodzież i weterani wojenni). Ze względu na obowiązujący stan wojenny i zakaz demonstracji, protestujący nie organizowali klasycznych wieców – przynieśli ze sobą ręcznie robione napisy na kawałkach kartonów (stąd nazwa „kartonowe protesty”), żądając natychmiastowego cofnięcia ustawy. Okrzyki „Ręce precz od NABU!” i „Hańba!” były bezpośrednio wymierzone w Zełenskiego. Presja wewnętrzna zbiegła się z natychmiastową, bardzo ostrą reakcją Zachodu. Unia Europejska oraz USA wprost zakomunikowały Kijowowi, że ta ustawa oznacza zablokowanie miliardów dolarów pomocy wojennej oraz zamrożenie procesu akcesji Ukrainy do UE.

Widząc skalę oporu, Zełenski uległ i zaledwie dwa dni po podpisaniu szkodliwej ustawy, prezydent w trybie pilnym skierował do parlamentu nowy projekt (nr 13533), który całkowicie anulował poprzednie przepisy. 31 lipca 2025 roku parlament przyjął nową ustawę, a Zełenski ją podpisał, w pełni przywracając niezależność NABU i SAP, usuwając je spod wpływu Prokuratora Generalnego. Cała ta próba wydatnie pokazała jakie są intencje antykorupcyjne władz ukraińskich.

Turanie na Majdanie

Ludy z cywilizacji turańskich mają jedną cechę – nie znają innych stanów niż całkowita uległość albo krwiożerczy bunt. Jednak ten stan pierwszy – demoralizującej, na pokolenia dziedziczonej uległości powodują wyradzanie się elit i zsucziwanije ludu, czyli doprowadzenie do moralnego upadku jego podstaw jako wspólnoty. Prowadzi to do kompletnego rozziewu pomiędzy brutalną i bezwzględną elitą a upodlonym i biernym ludem. Nic po środku – żadnej nadziei na transfery, awansy, ożywcze krążenie elit. A to prowadzi do degradacji potencjału całego układu – mafie udają, że rządzą, lud udaje, że pracuje. Wszyscy żywią się poza oficjalnym ustrojem, który jest już tylko pustą dekoracją, zaś realny potencjał konsekwentnie się obniża. Konfrontacja takiej postawy jest dla Zachodu nie do pojęcia, a jako, że pomaga Ukrainie ze swych, co najmniej tak samo podłych, intencji, to ukrywa przed publiką takie koszty uzyskania skrywanego przychodu.

Nasz Jermak, w czasie wielkiej afery korupcyjnej jeszcze 28 listopada 2025 roku nie poszedł siedzieć, jednak ten podał się do dymisji i zadeklarował, że „jedzie na front”. Do dziś nie wiadomo czy po to by „odpokutować” jakieś winy, bo do takich się w ogóle nie przyznał. Na front jednak nie udała się. Dziś wyszedł za kaucją i pewnie chodzi po Kijowie, bo nie może z niego wyjechać. Ciekawe czy wysiada ze swej limuzyny – chyba nie musi: przecież wie, że może się przespacerować, bo nikt mu nawet nie splunie w twarz. Potomkowie bowiem cywilizacji turańskiej albo pochylą głowę przed władzą, albo jej się rzucą do gardła. To drugie czynią zaś bardzo rzadko, zwłaszcza, że są obecnie zajęci walką w okopach, pytanie tylko – o jaką Ukrainę?

Napisał i przeczytał Jerzy Karwelis

https://dziennikzarazy.pl/o-nas/

Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy”.