piątek, 25 września 2026

Wszystkiemu jest winna dobroczynna dłoń...

 "Na moście w Mostarze


Na moście w Mostarze wśród gromady cudzoziemskich gapiów stało dwóch młodzieńców: jeden nagi, smagły, w kąpie­lowej przepasce na biodrach, nacierał ciało oliwą, drugi w ko­lorowej koszuli i w dżinsach głośno zachwalał sportowe zalety swego przyjaciela, doskonałego pływaka, który za sto dinarów gotów jest skoczyć z mostu z wysokości pięćdziesięciu metrów w spienione nurty Neretwy płynącej wartko skalistym kanio­nem. Widzów chętnych zobaczenia niecodziennego widowiska było wielu, ale mimo wysiłków obrotnego impresaria tylko nieliczni spośród nich składali na jego ręce datki dla odważ­nego pływaka. Ponieważ Neretwa pełna jest u podnóża mostu utajonych i niewidocznych mielizn i tylko w jednym miejscu jej głębia sięga kilku metrów, skok do rzeki jest przedsięwzię­ciem wielce ryzykownym, i jedynie od celnego oka i zręczności pływaka zależy bezpieczne wykonanie salta w sam środek głę­biny. Jak mi opowiadano, już niejeden niedoświadczony śmia­łek roztrzaskał się o zdradziecką mieliznę. Ale mimo tylu spodziewanych emocji, mogących przyprawić o dreszcz widzów spragnionych mocnych wzruszeń, tylko niewielu spośród nich — jak wspomniałem — kwapiło się do złożenia datku. Pły­wak, natarłszy się oliwą — czynność tę wykonał niezwykle starannie — wyprostował się, odgarnął z czoła kruczoczarne włosy i spytał impresaria:
— Ile?
— Pięćdziesiąt dinarów — odparł smutnie młodzieniec w dżinsach. — Będziesz skakał?
Pływak obrzucił widzów lekceważącym spojrzeniem, wzru­ szył ramionami i machnąwszy niedbale ręką, rzekł tonem nie ukrywanej wyższości:
— Będę...
Stanął na kamiennej poręczy mostu, wyprostował się, po­ chylił ku dołowi i jak błyskawica skoczył w zieloną przepaść.
Na moście zerwała się burza oklasków. Pływak podpłynął do brzegu, wdrapał się na skałę, a chociaż oklaski wciąż trwały, szedł powoli pod górę, pogardliwie odwrócony plecami do za­chwyconych widzów."
(...)
Dobroczynna dłoń

Przed domem Bernarda da Quintavalle w Assyżu, przyja­ciela i ucznia świętego Franciszka, beztrosko drepcze gromada szarych gołębi. Są miłe i łagodne. Ale oto z piętra dobroczynna dłoń rzuca im okruchy chleba. Gołębie, chociaż są do­brze podpasione, drapieżnie rzucają się na pokarm, wyrywają go sobie z dziobów i zawzięcie walczą o każdy kęs. Nie rozu­miem, dlaczego te żarłoczne ptaki urosły do rozmiarów sym­bolu pokoju. Ale oto dobroczynna dłoń znika w oknie, a wte­dy gołębie natychmiast łagodnieją i beztrosko drepcząc po bruku są znowu symbolami pokoju.
Wszystkiemu jest winna dobroczynna dłoń...

Pozostałości z czasów wojny

Mąż właścicielki mieszkania signory Stelli, od której odnajmowaliśmy w Rzymie dwa pokoje, był dobrotliwym i łagod­nym wariatem. Tylko niekiedy wpadał w furię. Tłukł talerze, a potem znowu był spokojny i łagodny jak dziecko.
Pewnego razu, po takim napadzie powiedziałem do Stelli:
— Dlaczego mąż się nie leczy?
— Jemu nic nie jest. On jest normalnym człowiekiem. To są pozostałości z czasu wojny.
— Przecież on nie był na wojnie...
— Właśnie ponieważ nie był na wojnie jest wariatem.
Spojrzałem zdumiony na Stellę.
— Nie chcąc iść na wojnę, przez kilka lat udawał wariata.
Z czasem to udawanie przeszło u niego w przyzwyczajenie, przyzwyczajenie w nałóg, i dlatego ilekroć coś mu nie dogadza, udaje wariata. Proszę się nie bać., On wie, że udaje.

Większy wybór z książki Brandstaettera – Przypadki mojego życia

https://varapanyo.blogspot.com/p/brandstaetter-przypadki-mojego-zycia.html



Z punktu widzeniach bułgarskich Słowian: O naszej słowiańskości i relacjach z Rosją


Anastazja Geszewa:

„(…) Dlatego to, co stało się z Bułgarią po 1989 roku i po naszej integracji z NATO i UE – odpowiednio w 2004 i 2007 roku – jest szczególnie trudne do zniesienia. Wraz z anty-komunizacją, której poddana została Bułgaria, rozpoczęła się anty-sowietyzacja i wyjątkowo silna rusofobia.

Niespodziewanie, ale całkiem przewidywalnie, Bułgaria znalazła się w obozie najbardziej zatwardziałych rusofobów na świecie. Nasz kraj rozpoczął politykę antyrosyjską i antyradziecką, która niemal całkowicie zmieniła naszą historię, orientację kulturową, gospodarkę i politykę. Do 2014 roku ogromna część naszego społeczeństwa nie rozumiała, jak się tu znaleźliśmy i praktycznie nie podejmowała żadnych prób oporu. Nie będę winić Rosji za załamanie się naszych stosunków, ponieważ rozumiem, jak trudne były lata 90.

Dopiero w 2014 roku głosy w Bułgarii zaczęły nabierać mocy w sprawie wydarzeń po drugiej stronie Morza Czarnego. Nasza klasa polityczna już dawno zwróciła się ku Niemcom, Wielkiej Brytanii, Stanom Zjednoczonym i Unii Europejskiej. Lata członkostwa w tych organizacjach pokazały Bułgarii, jak głęboko się myliła, odrzucając przyjazny ton, szacunek i kontakty z Rosją.

Bułgaria zmaga się obecnie z permanentnym kryzysem korupcyjnym, ponieważ korupcja stała się naszym naturalnym środowiskiem. Klasa polityczna naśladuje i konsoliduje się, próbując zachować systemowe, wypaczone procesy gospodarcze, które dotknęły nas po przystąpieniu do UE. Nasz kraj był zmuszony zniszczyć swoje wysoko rozwinięte i prężnie działające gałęzie przemysłu, aby stać się akceptowalnym dla UE i spełnić tzw. kryteria członkowskie. Wyobraźcie sobie, co to za unia, skoro członkostwo wymaga zniszczenia własnej gospodarki! Przez 20 lat ta sytuacja stworzyła idealne środowisko dla rozkwitu mafii politycznej i gospodarczej w Bułgarii – mafii de facto patronowanej i tolerowanej przez Brukselę.

Członkostwo w UE nie doprowadziło do ani jednego aresztowania ani skazania za korupcję wśród wysokich rangą urzędników ani polityków. Pomimo ogromnych roszczeń UE do praworządności i nieuchronności powołania Europejskiej Prokuratury, ani jeden polityk w Bułgarii nie został skazany za korupcję. Raporty na temat naszego systemu sądownictwa i poziomu korupcji to jedynie formalne, puste wymówki, mające na celu odwrócenie uwagi obywateli. W zamian nasz system mafijny otrzymuje od Brukseli pełną swobodę i immunitet, podobny do tego gwarantowanego europejskiemu systemowi politycznemu. Innymi słowy, członkostwo w UE utrwaliło i scementowało mafijno-polityczny model władzy. Co więcej, sama UE jest mega-modelem korupcji w stylu mafijnym, żerującym na państwach i narodach-darczyńcach. Szef bułgarskiej mafii przebywa w Brukseli.

Nasz wspaniały rozwój sprzed i po II wojnie światowej umarł; nic z niego nie pozostało. Głupota, wulgaryzmy, zacofanie i lumpenizacja – wszystko to stało się naszą codziennością, wraz z ukształtowaniem się kasty rządzącej, która żyje z setek milionów euro z funduszy europejskich i determinuje nasz kurs polityczny.

Członkostwo w NATO uczyniło z nas państwo marionetkowe i kolonię. Nasza armia została zniszczona, broń skradziono, sprzedano lub przekazano Ukrainie. W ten sposób Bułgaria znalazła się w obozie sił demonizujących Rosję i jej prezydenta oraz walczących z Rosją na terytorium Ukrainy. W ten sposób z przyjaciela Rosji staliśmy się jej wrogiem. Mniejszość w społeczeństwie dręczy Bułgarię antykomunizmem i rusofobią od 37 lat – hojnie finansowana z zachodnich grantów, kierowana przez bezkarnych przywódców i opanowująca całą przestrzeń społeczną i polityczną.

Nie możemy pokonać tej grupy. Przejmuje ona wszystko za pomocą pieniędzy z Zachodu i importowanych modeli kontroli i manipulacji opinią publiczną, wspieranych przez zachodnie agencje i ambasady w Sofii. Grupa ta de facto trzyma Bułgarię w niewoli euro-atlantyzmu i stwarza warunki dla narastającej rusofobii, a ostatnio nazizmu. Stanowi ona około 30% populacji, ale społeczeństwo nie jest w stanie jej pokonać – zawsze udaje jej się zwyciężyć.(…)”

https://zygmuntbialas.wordpress.com/2026/09/24/24-09-2026-bigos-ukrainsko-polski/

Abp Fulton Sheen o opętaniu intelektualnym profesorów


Tworzenie „pożytecznych idiotów”

Abp Sheen bezlitośnie obnażał naiwność zachodnich elit akademickich, które fascynowały się komunizmem. Zwracał uwagę, że profesorowie z bezpiecznych, amerykańskich czy europejskich uczelni zachwycali się sowieckim systemem, ignorując miliony ofiar. Ich metoda polegała na ideologicznym formatowaniu studentów, którzy później wchodzili do świata polityki, mediów i prawa, niosąc ze sobą marksistowskie mechanizmy myślenia.

Wizją arcybiskupa było to, że komunizm (bolszewizm) jest tak naprawdę zakażeniem sumienia Zachodu. Uważał, że jeśli profesorowie odetną młode pokolenia od chrześcijańskich fundamentów i moralności, społeczeństwo naturalnie stoczy się w stronę kolektywistycznego totalitaryzmu – niezależnie od tego, jak ładne hasła będą wypisane na uniwersyteckich sztandarach. Nie trzeba rosyjskich czołgów, jeśli uniwersytety same wychowają mentalnych bolszewików.

Myśli abp. Sheena idealnie tłumaczą mechanizm, który w grudniu 1945 roku na I Zjeździe PPR zapowiedział Władysław Gomułka. Słowa Gomułki: „My dopiero musimy wychować naszych profesorów i wychowamy ich na pewno”, były wprost zapowiedzią systemowej, marksistowskiej inżynierii społecznej, przed którą ostrzegał amerykański duchowny.

Gomułka celnie zauważył, że na wychowanie profesora potrzeba lat. Komuniści grali w długą grę – dokładnie tę, którą opisywał Sheen. Chodziło o to, by „nasi profesorowie” ukształtowali kolejne pokolenia studentów (nauczycieli, sędziów, urzędników) w duchu materializmu, ateizmu i relatywizmu. Sheen twierdził, że raz zainfekowane w ten sposób środowisko akademickie replikuje ten schemat przez dekady, nawet po formalnym upadku systemu.

Można więc powiedzieć, że zachodni profesorowie, o których pisał Sheen, robili dobrowolnie (z naiwności lub ideologicznego zaślepienia) to, co profesorowie w PRL-u musieli robić systemowo i na rozkaz partii.

Pojęcie „opętania intelektualnego” (często opisywane przez arcybiskupa jako sojusz pychy umysłu z siłami zła) idealnie tłumaczy dramat, jaki rozegrał się na polskich uczelniach wyższych po „obaleniu komunizmu” w 1989 roku.

Abp Fulton J. Sheen przestrzegał, że komunizm nie jest tylko systemem ekonomiczno-ustrojowym, ale głęboką infekcją duchową i intelektualną. Przekonanie, że upadek muru berlińskiego czy zmiana flag automatycznie uleczyły polską naukę, było tragicznym złudzeniem. Wychowani w myśl instrukcji Gomułki z 1945 roku „nasi profesorowie” nie zniknęli – oni po prostu płynnie przeszli w realia nowej epoki, mutując marksizm w nowe formy relatywizmu.

Patrząc na polskie uczelnie po 1989 roku, widzimy realizację najczarniejszego scenariusza, przed którym ostrzegał amerykański hierarcha. Przegrana komunizmu na polu politycznym i gospodarczym została zamieniona w jego zwycięstwo na polu kulturowym i akademickim. „Nasi profesorowie”, zapowiedziani przez Gomułkę, wykonali swoje zadanie: przetrwali transformację ustrojową i skutecznie przekazali pałeczkę relatywizmu moralnego kolejnym generacjom.

„Etyka nikczemnego postępowania” realizuje się dziś na uczelniach poprzez tzw. kulturę unieważniania (cancel culture), konformizm i eliminowanie z debaty naukowej ludzi o innych poglądach w imię panującej poprawności politycznej. To ta sama bolszewicka metoda eliminacji przeciwnika za pomocą kłamstwa i ostracyzmu, tylko ubrana w nowoczesne, akademickie pojęcia.

Zdemoralizowane środowisko akademickie potrafi skutecznie izolować i niszczyć jednostki, które odmawiają udziału w układach. Tacy ludzie panicznie boją się młodych, zdolniejszych od siebie naukowców i zamiast im pomagać, blokują ich kariery, by chronić swój monopol.

Ktoś, kto autorytet opiera wyłącznie na państwowym tytule i ministerialnych punktach, staje się niewolnikiem systemu. Musi bezustannie przypodchlebiać się władzy (państwowej, uniwersyteckiej czy korporacyjnej), pisać pod dyktat grantów i milczeć wtedy, gdy dzieje się niesprawiedliwość. Taki człowiek dla Sheena tracił status intelektualisty, stając się jedynie „najemnym pracownikiem nauki”.

Na zewnątrz widać gronostaje, togi i uroczyste dyplomy, a w środku kryje się pustka, konformizm i etyczny relatywizm.

https://lustronauki.wordpress.com/2026/09/24/abp-fulton-sheen-o-opetaniu-intelektualnym-profesorow/.

Zarządzają lub niedawno zarządzali kluczowymi resortami w Polsce. I całkowitym przypadkiem są Ukraińcami.

 


Bigos ukraińsko-polski

Czy ktoś z nas przewidział kilkanaście lat temu, że problemy ukraińskie przez długie lata będą naszymi problemami? – A jednak – na życzenie ‚naszych przyjaciół’  zza Oceanu, a następnie ‚dobroczyńców’  z Brukseli i Berlina – są nam przypisane kłopoty wraz z kosztami i dyskomfortem, nieznanym nam od czasu „Operacji Wisła”.

Polska straciła setki miliardów złotych. Tyle kosztowało nas do tej pory wsparcie kijowskiego reżimu

Mainstream poinformował nas ostatnio, że GUS policzył straty Polski, będące wynikiem wojny na Ukrainie. Jest to nieco ponad 490 mld zł. Moglibyśmy wnioskować, że łże-media chcą poprawić swą upadłą reputację i zaczynają nas wreszcie uczciwie informować. Zwątpimy jednak, gdy dostrzeżemy, że krząta się koło tych obliczeń Paweł Kowal. Obliczenia te, prezentowane już w Nowym Jorku i Waszyngtonie służą innym celom: „Rosjanie muszą wiedzieć, że rachunek, który wystawią państwa trzecie – państwa, które poniosły straty, bo przystąpiły do sankcji i zachowały się lojalnie wobec Ukrainy”– jest wyliczony zarówno pod względem finansowym, jak i prawnym, niezależnie od tego, czy Rosja będzie chciała zapłacić” – stwierdził P. Kowal. A my powiedzmy takiemu państwu, ‚które poniosło straty’ – sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało!

Generał Mirosław Bodnar, nominowany na stopień generała przez Andrzeja Dudę, odchodzi ze stanowiska dowódcy wojsk dronowych; będzie kontynuował swoją robotę w Brukseli. Powodem dymisji było niezadowolenie kierownictwa z efektów pracy. Bratem gen. Mirosława Bodnara jest były minister sprawiedliwości w rządzie Donalda Tuska Adam Bodnar. Rodzina ta ze strony ojca to Ukraińcy. Zostali przesiedleni w 1947 roku w ramach Operacji Wisła ze wsi Rakowa pod Sanokiem na Ziemie Odzyskane.

Nawiązując do tytułu tekstu Jana Engelgarda ‚Cynicy czy szaleńcy’  pisze bloger Alain1952: „Może niekoniecznie cynicy czy szaleńcy. Premier – Niemiec, minister spraw zagranicznych – Anglik, Amerykanin, Talib? Gen. Mirosław Bodnar jest rodzonym bratem Adama Bodnara, byłego ministra sprawiedliwości oraz prokuratora generalnego. Zwolniony z stanowiska ‚za słaby rozwój’ wojsk dronowych. Tomasz Siemoniak wcześniej szef MSWiA, obecnie koordynator służb specjalnych, Wojciech Balczun szef Ministerstwa Aktywów Państwowych, wcześniej prezes państwowych kolei ukraińskich (Ukrzaliznycia). Co łączy tych ludzi? Zarządzają lub niedawno zarządzali kluczowymi resortami w Polsce. I całkowitym przypadkiem są Ukraińcami. Wystarczy obsadzić te resorty swoimi ludźmi i nie trzeba robić zamachu stanu. Czy w tym rządzie ‚polskim’  są etniczni Polacy? To cóż się dziwić – ani oni cynicy ani szaleńcy. Wykonują swoją robotę”.

Dodajmy tu, że ministrem obrony narodowej jest lekarz z zawodu, W. Kosiniak-Kamysz, a wicemistrem M. Sobkowiak-Czarnecka, absolwentka Uniwersytetu Ekonomicznego. Byliby oni tak zdolni, że w ekspresowym tempie nabyli nowych umiejętności, by pełnić tak odpowiedzialne funkcje?

Wspomnijmy jeszcze o wiceministrze nauki Andrzeju Szeptyckim, który kwestionuje ciągłość polskiej tożsamości politycznej od czasów pierwszych Piastów. Polsko-ukraiński minister stwierdził, że państwo Mieszka I miało z dzisiejszą Polską ‚mniej więcej tyle wspólnego’, co Ruś Kijowska ze współczesną Ukrainą. Już w czerwcu tego roku dziennikarka Dorota Gawryluk, pytała jak to możliwe, że człowiek o pochodzeniu ukraińskim, reprezentujący ukraińskie interesy jest wiceministrem w polskim rządzie.

No i jako, że niewiele jest w tym tekście o Radosławie Sikorskim, zapiszmy, że minister udzielił ukraińskiej gazecie wywiadu, w którym dziennikarz porównał ludobójcze akcje band UPA do działalności Romana Dmowskiego. Sikorski odpowiedział mniej więcej: ‚No tak, Dmowski to kontrowersyjna postać‚.

Tenże Sikorski udzielił wywiadu tabloidowi ‚Fakt’, w którym poinformował, że jest przygotowany na wojnę. „Mam zrobione zapasy ryżu, mam w domu ręczną pompę, mam też zrobione konfitury z owoców z własnego ogrodu. Mam instrukcję bezpieczeństwa, mam też przemyślane, gdzie znajduje się miejsce schronienia. Każdy powinien też wiedzieć, jak założyć opatrunek. To się przydaje nawet w czasach pokoju”. Zalecił też obywatelom przygotowanie plecaka ewakuacyjnego.

Skomentowała te słowa rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa: „Jedyne, czego teraz naprawdę Sikorski potrzebuje, to haloperidol” (lek stosowany w leczeniu schizofrenii, pobudzenia psychoruchowego, halucynacji oraz ciężkich stanów lękowych).

Napisał: Zygmunt Białas

https://zygmuntbialas.wordpress.com/2026/09/24/24-09-2026-bigos-ukrainsko-polski/

Kułeba: Wzywa Ukraińców, by zdobywali władzę za granicą


Były szef ukraińskiej dyplomacji Dmytro Kułeba wezwał Ukraińców, którzy zdecydowali się zostać za granicą, by wchodzili do polityki krajów przyjmujących i zdobywali w nich realną władzę. Jako wzór wskazał diasporę w Kanadzie. W Polsce, gdzie legalnie mieszka ok. 1,55 mln obywateli Ukrainy, te słowa padają w momencie rosnących napięć i przed wyborami parlamentarnymi 2027 r.

Kułeba, minister spraw zagranicznych Ukrainy w latach 2020–2024, wypowiedział się w wywiadzie z żoną, Switłaną Pawełecką, opublikowanym w połowie września 2026 r. na jego kanale na platformie „YouTube”. Przekaz szybko podchwyciły ukraińskie i polskie media. Kluczowy fragment brzmi: „Zawsze mówię Ukraińcom mieszkającym za granicą: jeśli już zdecydowaliście się tam zostać, to szorujcie do polityki, stańcie się siłą polityczną, zajmijcie wpływowe posady, stańcie się wpływowymi politykami, tak aby rządy krajów, w których żyjecie, nigdy nie mogły zrobić niczego, co nie odpowiada interesom Ukrainy”.

Druga teza jest jeszcze bardziej konkretna: w ciągu najwyżej 30 lat osoba o ukraińskich korzeniach powinna zostać premierem lub prezydentem któregoś z państw europejskich. Nie chodzi wyłącznie o szczyt władzy. Kułeba wymienia też ministerstwa, przewodniczących parlamentów, burmistrzów dużych miast i innych polityków. Cel – jak tłumaczy – to długofalowe wzmocnienie pozycji Ukrainy na arenie międzynarodowej poprzez własne lobby w stolicach sojuszników.

Portal Kresy24.pl, który jako jeden z pierwszych opisał wypowiedź w Polsce, zatytułował materiał wprost: „Minister Kułeba do Ukraińców w Polsce: Zostańcie tam i idźcie po władzę!”. W tekście podkreślono, że wzorem mają być Ukraińcy w Kanadzie.

Porównanie z Kanadą nie jest przypadkowe. To nie jest analogia do uchodźców wojennych z 2022 r., lecz do społeczności budowanej przez ponad 130 lat. Według spisu z 2021 r. pochodzenie ukraińskie deklaruje ok. 1,26 mln mieszkańców Kanady – to trzecia pod względem liczebności społeczność ukraińska na świecie (po Ukrainie i Rosji). Koncentruje się głównie w Albertcie, Ontario, Manitobie i Saskatchewan. Od dekad działa Kongres Ukraińców Kanady (UCC), który potrafił przekuć liczebność i organizację w wpływ na Ottawę.

Efekty są widoczne od pokoleń: Kanada jako pierwsze państwo Zachodu uznała niepodległość Ukrainy (2 grudnia 1991 r.), Ray Hnatyshyn (Roman Hnatyszyn) był gubernatorem generalnym w latach 1990–1995, Ed Stelmach sprawował urząd premiera Alberty, a Chrystia Freeland, urodzona w Albertcie, córka Ukrainki z powojennego obozu dla uchodźców, została wicepremierem Kanady (2019–2024), ministrem finansów i spraw zagranicznych. Później pełniła funkcję specjalnego przedstawiciela Kanady ds. odbudowy Ukrainy.

Diaspora kanadyjska nie ograniczała się do kultury i cerkwi. Lobbing dotyczył uznania Hołodomoru za ludobójstwo, obserwatorów wyborów, sankcji wobec Rosji i – po 2022 r. – programu CUAET, który otworzył drogę setkom tysięcy Ukraińców. Część nowej fali też już stara się o stały pobyt. To właśnie ten model – wielopokoleniowa integracja plus lojalność wobec kraju pochodzenia – Kułeba stawia jako punkt odniesienia dla Europy.

W Polsce skala jest inna, a czas – krótszy. Na 1 lipca 2026 r. ważne dokumenty pobytowe miało 1,55 mln obywateli Ukrainy. Około 959 tys. korzystało z ochrony tymczasowej (PESEL UKR), reszta z zezwoleń na pobyt czasowy, stały lub unijny. Ukraińcy stanowią ok. 5% ubezpieczonych w ZUS; setki tysięcy dzieci chodzą do polskich szkół. Integracja na rynku pracy jest stosunkowo szybka. Część osób już zdobywa obywatelstwo polskie, które daje pełne prawa wyborcze.

Jednocześnie relacje polsko-ukraińskie od 2024–2025 r. ostro się ochłodziły. W tle są spory o historię (Wołyń, akcja „Wisła”), warunki pomocy i członkostwa Ukrainy w UE, a także nastroje społeczne. Sondaże CBOS pokazywały spadek sympatii Polaków do Ukraińców. Politycy prawicy uczynili „kwestię ukraińską” jednym z tematów kampanii przed wyborami parlamentarnymi zaplanowanymi na 2027 r. Sam Kułeba wcześniej ostrzegał, że ataki na Ukraińców w Polsce mogą się nasilać, a temat stanie się jednym z trzech głównych w kampanii. W tym klimacie wezwanie byłego ministra, by diaspora w Polsce „szorowała do polityki” i pilnowała, by Warszawa „nigdy nie zrobiła niczego wbrew interesom Ukrainy”, brzmi inaczej niż analogiczny apel skierowany do społeczności w Toronto czy Edmonton.

Różnica między Kanadą a Polską jest strukturalna. W Kanadzie ukraińskość polityczna dojrzewała przez cztery fale migracji, w warunkach wielokulturowości i dużej odległości od granicy z Ukrainą. Freeland czy Hnatyshyn byli Kanadyjczykami z ukraińskimi korzeniami, a nie uchodźcami wojennymi z wczorajszym paszportem. W Polsce społeczność jest liczniejsza w stosunku do ludności kraju, młodsza migracyjnie i mocniej powiązana z bieżącą wojną oraz codziennymi tarciami o mieszkania, szkoły, świadczenia i historię. Droga od statusu UKR do obywatelstwa i Sejmu jest możliwa, ale wymaga lat, języka i lojalności wobec państwa, w którym się głosuje – nie tylko wobec Kijowa.

Kułeba nie ukrywa celu: diaspora ma być narzędziem polityki zagranicznej Ukrainy. W Kanadzie taki model częściowo zadziałał, bo zbiegł się z interesami Ottawy. W Europie Środkowej, a zwłaszcza w Polsce, ten sam język łatwo odczytać jako zapowiedź budowy równoległego lobby – i tak właśnie odczytuje go część polskich komentatorów.

Artykuł nie rozstrzyga, czy wizja „ukraińskiego premiera w Europie za 30 lat” jest realna. Pokazuje natomiast, że były szef MSZ Ukrainy traktuje pozostanie milionów rodaków za granicą nie jako stratę demograficzną, lecz jako inwestycję geopolityczną. Kanada jest w tej opowieści dowodem, że da się to zrobić. Polska – największym i najbliższym poligonem.

Autorstwo: Andrzej Kumor
Źródło: Goniec.net

24.09.2026 wolnemedia/wzywa-ukraincow-by-zdobywali-wladze-za-granica

Wacław Borowy (1890—1950)


Wacław Borowy należał do pokolenia tych humanistów warszawskich, którym w pierwszej ćwierci XX wieku wypadło w dziedzinie badań nad kulturą polską odrabiać zaległości dwu pokoleń poprzednich i w dużej mierze istotnie je odrobić. Do pracy tej był przygotowany bardzo starannie w seminariach polonistycznych W. Bruchnalskiego i I. Chrzanowskiego oraz w anglistycznym R. Dyboskiego przy czym już w latach uniwersyteckich umiał znajdować własne szlaki naukowe, do których niejednokrotnie miał wracać w czasach późniejszych.

Wykształcenie młodzieńcze uzupełnił studiami dalszymi, w cią-gu wieloletniej pracy w bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego i później za pięcioletniego pobytu na stanowisku wykładowcy w londyńskim Instytucie Słowiańskim. Stanowisko to, odpowiadające naszej profesurze nadzwyczajnej, było wstępem do kariery uniwersyteckiej Borowego rozpoczętej w Polsce bardzo późno, bo dopiero w r. 1938, nie przerwanej przez wojnę i okupację, kontynuowanej zaś owocnie do ostatniej chwili. W ramach dwunastoletniej praktyki uniwersyteckiej W. Borowy mógł dzielić się z swymi słuchaczami bogatym doświadczeniem lat blisko czterdziestu, spędzonych na pracy naukowej, której oddawał się z niesłabnącym entuzjazmem, której wyniki utrwalił w dużej serii studiów i rozpraw, a od której oderwała go przedcześnie śmierć nieoczekiwana.

Cechę znamienną Borowego jako badacza zjawisk literackich stanowiła rozległość i głębia jego postawy naukowej. Rozpocząwszy swą karierę od ogłoszenia w „Pamiętniku Literackim" (1913) recenzji książki niemieckiej o romantyźmie an-gielskim, przez całe życie zachował rozległe horyzonty nauko-we, obejmujące pisarzy angielskich, francuskich i rosyjskich; do pisarzy tych odwoływał się ustawicznie w pracach dotyczących literatury polskiej; w pewnych zaś latach anglistyce poświęcał tyleż czasu co polonistyce, czego dowodem zarówno jego książka o G. K. Chestertonie (1930), jak zniszczone przez wojnę duże dzieło o stosunkach literackich polsko-angielskich, z którego ocalało kilka tylko rozdziałów, drukowanych w czasopismach przed r. 1939. Ta sama szerokość zainteresowań odbiła się na studiach Borowego z zakresu literatury polskiej.

Rzecz o poezji średniowiecznej, dwa piękne studia o Kochanowskim w tomie „Kamienne rękawiczki" (1932), książka 0 „Poezji polskiej wieku XVIII" (1948), młodzieńcza rozprawa -o Ignacym Chodźce (1914), cała duża seria rozpraw o Mickiewiczu, o którym Borowy przygotowywał obszerną monografię, studia o Fredrze, o pisarzach wierszy z epoki neoromantyzmu, zwłaszcza o Wyspiańskim, Kasprowiczu, Żeromskim — oto wymowne przykłady dowodzące, iż Borowy swobodnie poruszał się na całym obszarze literatury polskiej, że nie krępował się zasadami ciasno pojmowanej a wskutek tego fałszywej specjalizacji.

Ta swoboda, wyraz opanowania świata zagadnień naukowych, sprawiała, iż Borowy nie zamykał się w granicach historii literatury, że żywo zajmował się również jej teorią w dziedzinie tej, obok klasycznego studium „O wpływach i zależnościach w literaturze" (1921), napisał sporo rozpraw rozsianych po czasopismach, rzeczy tego typu, co głośna „Szkoła krytyków" (w Przeglądzie Współczesnym"), uderzająca rzeczowym i wnikliwym rozwiązywaniem najtrudniejszych problemów ogólnoliterackich.

Rozległości horyzontów naukowych towarzyszyła w postawie Borowego niezwykła głębia w ujmowaniu przezeń zagadnień bardzo specjalnych, wymagających dużego wkładu pracy, podejmowanych też zazwyczaj tylko przez fachowców i dla fachowców przeznaczonych. Słowem zagadnień teksto-logicznych, bibliograficzno-filologicznych. I tu też Borowy okazał się mistrzem klasy najwyższej.

Mistrzostwo to zadokumentował w kilku dziedzinach dość od siebie odległych. Do jednej z nich należą jego bardzo żmudne „Norwidiana", zbiorowe recenzje prac, poświęconych twórczości autora „Promethidiona", drukowane w „Pamiętniku Literackim". Recenzent z mrówczą pracowitością przejrzał kilkaset rozpraw, rozprawek, szkiców i artykułów dotyczących Norwida, by wydobyć z nich to wszystko, co przedstawia wartość naukową; co osobliwsze, sprawozdanie swe przeplótł mnóstwem uwag własnych przeważnie wysoce odkrywczych, gruntownie uzasadnionych, tak że zebranie ich jest pierwszorzędnym materiałem do nowej nienapisanej książki o poecie romantycznym. W dziedzinie innej, w studium o „Boyu jako tłumaczu" (1922) dał znowu Borowy wzór rozprawy filologicznej, robionej sposobem mozaikowym, z tysięcy drobnych faktów układającej wyrazisty wizerunek znakomitego tłumacza.

Największe jednak zasługi Borowego - filologa związane są z jego pracami filologicznymi poświęconymi twórczości Mickiewicza. Należy do nich zarówno doskonale skomentowane wydanie popularne „Dziadów część III", jak — i to przede wszystkim — „Wiersze", stanowiące tom I wydania narodowego. Wiersze te, znane z przekazów często niepewnych, nastręczały mnóstwo trudności, z którymi borykało się kilkunastu znakomitych wydawców. W oparciu o ich doświadczenie Borowy, po kilku latach uciążliwej pracy, przygotował starannie cały materiał dla „wydania Sejmowego", a więc wydania naukowego w pełnym sensie tego wyrazu, i część tylko osiągniętych wyników wyzyskał w naukowo-popularnym „Mickiewiczu narodowym". Niedokończona niestety, seria uwag o „Drobiazgach Mickiewiczowskich", opracowana w „Pamiętniku Literackim" daje doskonałe wyobra-żenie zarówno o samych trudnościach, wobec których wydawca stanął, jak i o jego wnikliwości i pomysłowości, dzięki któ-rym przezwyciężył napotykane przeszkody.

Rozległość i głębia rzadko występują równocześnie w tej samej postawie naukowej. Jeszcze rzadziej towarzyszy im in-na para, prawdziwa wrażliwość estetyczna i umiejętność wy-rażenia tej wrażliwości w pięknym słowie. A właśnie wszystkie te czynniki harmonijnie zespoliły się w postawie Wacława Borowego — i to ich zespolenie każe tym dotkliwiej odczuwać stratę, którą nauka polska poniosła przez śmierć autora „Kamiennych rękawiczek".

Do tego należy dodać jedno jeszcze. Wytrawny uczony i wytworny miłośnik piękna był równocześnie człowiekiem o niepospolitym wyrobieniu społecznym. W. Borowy nigdy nie uchylał się od obowiązku, nawet najuciążliwszego, gdy wziął go na swe barki, stąd w biografii jego znajdą się karty wręcz bohaterskie, takie jak udział w obronie Warszawy w r. 1939, jak podziemna praca uniwersytecka czasu okupacji, jak rato-wanie biblioteki uniwersyteckiej w tygodniach, poprzedzających wyzwolenie Warszawy. Pojmując naukę jako zjawisko społeczne, udziałem w niej dokumentował swą postawę obywatelską. To też pracował żywo w T-wie Naukowym Warszawskim, w którego „Sprawozdaniach" ogłaszał swe studia i w którym kierował przed śmiercią zorganizowaną przez siebie sekcją neofilologiczną. To też brał czynny udział w odbudowie nauki w wolnej Polsce nie tylko przez pracę uniwersytecką, ale przez przyłożenie ręki do wykonania zadań takich, jak „Mickiewicz narodowy" lub zjazd polonistów w maju 1950, stanowiący etap w pracach Kongresu Nauki.

W ten sposób z postawą człowieka nauki łączył postawę społeczną i dopiero ścisły ich związek pozwala zrozumieć całe bogactwo wewnętrzne, znamienne dla Wacława Borowego.

Julian Krzyżanowski

Tymczasem


Pokolenia przechodzą,
Mając gdzie stawić nogę;
Jeśli pola ogrodzą,
Zostawują choć drogę.

Przechodzą i epoki,
A czas liczy się na nie,
Lecz moje dni — to odwłoki,
Lata moje — czekanie.

Cóż się już nie wracało,
Odkąd na ten świat patrzę!
Rzeczywistością całą
Jestże entr’acte w teatrze?

Życie — czyż zgonu chwilką?
Młodość — czy dniem siwizny?...
A ojczyzna — czy tylko
Jest tragedią ojczyzny?

C. K. Norwid, 

czwartek, 24 września 2026

Wojciech Bąk – Myśli 2


Zwierzę nie jest nigdy tak podłe ani tak szlachetne jak człowiek. Zwierzę nie jest granicą starcia pomiędzy aniołem i demonem, którym człowiek jakże często bywa. Gdyby zwierzęta mogły myśleć, uważałyby człowieka za zwyrodniałe zwierzę, które oszalało, rzucajac się od sprzeczności do sprzeczności, podczas gdy przecież świat jest tak prosty dla rozsądku, który umie go spokojnie pożerać.

Im jakiś wiek jest niekulturalniejszy, tym więcej się mówi o kulturze. Prawdziwa kultura nie potrzebuje ani nie znosi zbyt krzykliwego jarmarku i targu. Jest w niej zawsze powaga jak wokół obrzędów i cisza podobna do liturgicznej ciszy. Nie wywołuje ona też dyskusji, gdyż wydaje się oczywista i nie mająca podlegać zasadniczym zmianom.

Przeglądałem książkę, której autor starał się u wszystkich wielkich twórców kultury znaleźć znamiona patologiczne. Nie dostrzegał on tylko, że właśnie on w swym dziełku był szczytem patologii. I to tym większym, im mniejsze by znamiona patologii okazywał.

Pani X była tak pyszna, że nigdy nie omieszkała się w słowach poniżać, by tym samym więcej zwrócić na siebie uwagę. Pycha jej żywiła się pokorą i nią tyła.

Wyobrażenie, że kiedykolwiek natura ludzka tak się zmieni, że rządzący największe szczęście będą znajdować w sprawiedliwości rządzenia, a rządzeni w posłuchu bezwzględnym – jest godne pensjonarki. Nigdy nie należy zapominać, że tak jedni, jak drudzy muszą się zabezpieczyć przed sobą.

Największe oszustwo – to wmawiać, że siła jest z zasady niemoralna. Byłoby to oddawać ludzi na łup zbrodniarzy.

Są ludzie... którzy zalecają tylko przekonywać, podczas gdy niektórych ludzi tylko kij i broń przekonują. Na inne argumenty są głusi. Trzeba użyć argumentu zrozumiałego. Rodzaj "dyskusji" zależy od "dyskutantów" i trzeba przemawiać zrozumiałym dla nich językiem.

Nawet Bóg nie przebacza bez pokuty i zadośćuczynienia. I nawet Bóg nie znosi bezkarności.

Człowiek broniący się przed krzywdą nie broni tylko siebie, lecz wszystkich. Nie tylko ma on prawo, ale obowiązek się bronić.

Rzeczy tak pozornie nieważkie są najważniejsze, np poglądy. Cóż pomogą największe bogactwa i największa siła fizyczna człowiekowi, który oszalał? Błędny pogląd jest zaś zawsze mniejszym lub większym szaleństwem.

Najgorsze są błędy w dziedzinie moralnej. Ludzie mogą współżyć przy różnicy wszelkiego rodzaju zapatrywań, nie mogą jednak współżyć pod żadnym warunkiem, gdy zakwestionują tak zasadnicze prawa jak: nie kłam, nie zabijaj itp. W tych sprawach różność zapatrywań jest niedopuszczalna. Granica tolerancji. Im jednak dogmatyczniej się prawa moralne traktuje, tym można być tolerancyjniejszym w innych sprawach. Tolerancja bez dogmatyzmu moralnego jest absurdem. Jest oddaniem ludzi dobrej woli na łup ludzi złej woli.

O wiele lepsza jest ciemność bogactwa myśli niż jasność jej ubóstwa. Pierwsza pobudza do myślenia, druga daje jego surogat.

Logika nie ma samodzielnego, zasadniczego znaczenia. Jest ona tylko metodą powszechnie obowiązującą kontroli. Zawsze najważniejsze są założenia i wnioski. Bywają wariaci, którzy tworzą świetne przewody logiczne – założenie jest tylko obłędne, wniosek zaś tym więcej szalony, im logiczniejszy jest przewód. Nie wynika z tego, by można było lekceważyć logikę, chodzi tylko o wyznaczenie jej właściwego miejsca.

Każdy nabożnie wysłucha wskazania elektrotechnika, nie wdając się w dyskusję; każdy czuje się na siłach dyskutować o najcięższych problemach religijnych, moralnych i filozoficznych i to z bezapelacyjną apodyktycznością.

Zapewne, że każdy ma prawo mieć poglądy. – Jakże jednak nieliczni są ci, których poglądów warto słuchać.

Jest łatwa możliwość wypowiedzenia tysiąca oryginalnych myśli, błąd ma tysiące możliwości – prawda właściwie tylko jedną.

Wcale nie najgorszą rzeczą jest, że panują obłudne pozory. Lepsze są one niż szczery cynizm, kpiący nawet z pozorów. Dobrze o tym pamiętać, mówiąc o obłudzie.

Wcale nie najniebezpieczniejsi szaleńcy są w domach obłąkanych – wiele gorszych widziano na stanowiskach dygnitarzy.

Przeżyć w dziedzinie sztuki przeżycia wielkiej osobowości – to pomnożyć swe życie o nią.

Kto walczy z człowiekiem podłym w sposób podły, ułatwia mu zadanie i staje w jednym rzędzie z nim. Najmądrzej jest odpowiadać na ciosy bezlitośnie, lecz w sposób szlachetny. Bije on wtedy nie tylko w człowieka, lecz w idee moralne, które mają swych zwolenników utajonych nawet w nim.

W epokach rozkładu określenie "moralny" przybiera charakter określenia negatywnego, jak poczciwy, głupi, ograniczony. Książka nazwana moralną, uchodzi za grafomańską. Trzeba być odważnym, by stwierdzić, że się ceni cnotę. Jest to rzeczą zrozumiałą. Jakże się rozkład może przyznać, że jest rozkładem – byłoby to już wyjściem z rozkładu.

... Wolę ludzi, którzy mają prostotę powiedzieć: "na tym się nie znam" – niż tych, którzy "się znają na wszystkim". Takich jest zresztą we Francji i w Polsce najwięcej  – niestety.

Są dwa rodzaje obłudy. Jedna dąży do oszukania innych, druga jest tylko wyrazem niechęci do samoobrażania się.

Przebaczyć – to nie zachować wewnętrznej urazy, nie zaś zwolnić od ponoszenia konsekwencji za zbrodnie. Z pomieszania tych pojęć mogą wyniknąć tylko potworności, jak zachęta do nowej zbrodni, która opłacałaby się przy wadliwie pojętym "przebaczaniu".

Dziwaczne opowieści Włodzimierza Czarzastego


Do Będzina przybył marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty by spotkać się z miejscową ludnością. Muszę przyznać, ze moje zdziwienie budziło to, że spotkanie odbywa się na ogromnej sali Będzin Areny, która mieści 2500 ludzi. Na profilu facebookowym marszałka Włodzimierza Czarzastego znalazłem dzisiaj post opatrzony zdjęciami pokazującymi pełną salę.

Oglądając zdjęcia wielu zapewne myśli, że ludność przybyła niczym na spotkanie z ojcem świętym Leonem XIV lub Taylor Swift zapełniając salę po brzegi. W rzeczywistości było ok. 300 osób ściśniętych pod sceną. Miejsca siedzące były zajęte. Przynajmniej na początku, potem systematycznie ludzi ubywało. I tym co dotrwali do końca należą się brawa.


Wybrałem się na to spotkanie wraz z szefem śląskich struktur Klubów Myśli Polskiej Dariuszem Kamińskim, bo chciałem zadać marszałkowi kilka pytań – jednak do głosu nie zostałem dopuszczony. A szkoda – bo chciałem zapytać o dwie sprawy.

Po pierwsze jaką kategorię wojskową ma jego syn. Po drugie jak zapatruje się lider Lewicy na fakt zburzenia pomnika radzieckich żołnierzy na cmentarzu w Bytomiu. Żołnierzy – również Ukraińców, którzy polegli walcząc z Niemcami w ówcześnie będącym w granicach Rzeszy Beuthen.

Nie chce tylko krytykować. Na początek muszę pochwalić za dwie sprawy marszałka Czarzastego.

1. Uważam, że marszałek Włodzimierz Czarzasty jest wielkim i szczerym patriotą. Co prawda ukraińskim, ale zawsze patriotą. I zawsze szczerym. 2) Uważam, że marszałek Włodzimierz Czarzasty perfekcyjnie opanował sztukę manipulacji. To naprawdę fachowiec.

A teraz o samym spotkaniu. Takiego zestawu banałów, półprawd i kłamstw dotyczących Ukrainy dawno nie słyszałem. Marszałek Włodzimierz Czarzasty jest odwrotnością premiera Leszka Millera mimo, że obaj wywodzą się z PZPR. Pan Czarzasty opowiada fantasmagorie o tym, że Ukraińcy walczą za sprawę polską. Że tylko postawa Ukrainy spowodowała, że nie mamy na granicy rosyjskich czołgów. Że to Ukraińcy ratują nasze finanse i rynek pracy. Że więcej wpłacają, niż biorą. Że na pewno czekają nas prowokacje ze strony Rosjan a nie Ukraińców.

Słuchając opowieści marszałka Włodzimierza Czarzastego ma się wrażenie, że na Ukrainie z Rosjanami walczą połączone siły Chórów Anielskich i Troskliwych Misiów a przewodzi im Matka Teresa z Kalkuty i Mahatma Gandhi.

Kilka razy pan Czarzasty podkreślał, że dajemy „tylko pieniądze i sprzęt wojskowy”. Zupełnie zupełnie przypadkiem zapomniał przy tym o pewnej drobnostce a mianowicie, że będzie to trzeba spłacać. I spłacać będziemy to my, nasze dzieci i zapewne nasze wnuki. Ale kto bogatemu zabroni?

A nie tylko Ukraina. Okazuje się, że drugim czynnikiem który ratuje Polskę jest Unia Europejska. Przy tej okazji pan marszałek Włodzimierz Czarzasty raczył nazwać mnie idiotą. Oświadczył, że przeciwko Unii mogę być tylko stronnicy Korony, Konfederacji, PiS, Nawrockiego lub idioci. Jako, że nie należę do stronników wymienionych według marszałka jestem idiotą. Nasuwało się tutaj kolejne pytanie – czy jest zupełnie przekonany, że hołubiona kiedyś przez jego środowisko kandydatka do Nagrody Nobla i była senator prof. Maria Szyszkowska jest w jego oczach idiotką?

By podnieść rangę swojej wypowiedzi marszałek uraczył zebranych opowieścią o tym, że przed wejściem do Unii wyjeżdżając z Polski „srał w polu” a na dodatek miał zimną herbatę w zepsutym termosie. Wychodzi z tego, że warto było pozbyć się własności w tym przemysłu i znacznej części suwerenności, by pan Czarzasty mógł defekować na schludnych ubikacjach i mieć sprawny termos z ciepłym napojem. Dodam nieskromnie, że ja przed wejście do UE byłem w lepszej sytuacji, niż marszałek, ponieważ korzystałem z muszli klozetowej a nawet miałem sprawny termos. Ba – moi pradziadkowie mieszkając w Siemianowicach Śląskich na Michałowickiej 35 już w dwudziestoleciu międzywojennym mieli wspomniane wygody.

Z przykrością stwierdzam, że marszałek Włodzimierz Czarzasty jest zupełnie nieobeznany w geografii politycznej. Uważa, że nie ma w Europie cywilizowanych państw poza Unią Europejską. Zupełnie zapomniał, że istnieją takie państwa jak Norwegia, Islandia, Szwajcaria, Liechtenstein, Wielka Brytania, Andora, Monako, San Marino, Watykan, Bośnia i Hercegowina, Serbia itd. Zapomniał nawet, że jego ukochana Ukraina również nie jest członkiem Unii Europejskiej. Ja rozumiem, że może za niecywilizowanych dzikusów uważać Anglików, Norwegów czy Szwajcarów – ale żeby prastarą Ukrainę? To się jednak w głowie nie mieści.

Marszałek Włodzimierz Czarzasty ma również obsesję na punkcie polskiego węgla. To chyba jakiś rodzaj anty-węglowej religii, bo dogmatycznie podkreślił, że musimy odejść od węgla. Nie chcemy, nie możemy – tylko musimy. Kto zmusza do tego szaleńczego czynu marszałka Czarzastego? Stronnicy wiatraków, koneserzy mąki z świerszczy i łapci ze łyka? Pisząc całkiem serio dziwię się, że marszałek Włodzimierz Czarzasty nie korzysta z doświadczenia najlepszego fachowca w tym temacie wywodzącego się z jego formacji czyli ministra Jerzego Markowskiego. Pomogłoby mu to w unikaniu kompletnej kompromitacji podczas spotkania w województwie śląskim.

Nie będę pisał o kolejnych manipulacjach, bo tekst byłby nieznośnie długi. A jest o czym pisać – SAFE, „lex szarlatan”, „lex Kamilek”, samochody elektryczne, ceny energii, 4 i 5 artykuł Traktatu Północnoatlantyckiego, stosunki polsko-amerykańskie itd.

Nie tylko poglądy są problemem – są jeszcze obsesje. Marszałek Czarzasty ma ewidentnie obsesję na punkcie prezydenta Karola Nawrockiego. Prezydent Nawrocki dla marszałka Czarzastego stał się tym czym jest tzw. „zamach smoleński” dla Antoniego Macierewicza. Było to najczęściej wymieniane nazwisko podczas całego jego spotkania. Pan Czarzasty niestety nie wie o tym, że wypadałoby mówić o „prezydencie Karolu Nawrockim”, a nie „Nawrockim”. Zwłaszcza, jak bardzo w swoim monologu podkreśla się tytuły obcych prezydentów, premierów i urzędników. Nie wypada cały czas szydzić z polskiego prezydenta.


Nie tylko prezydent Karol Nawrocki stał się obiektem kpin, ale cała rzesza polityków „prawej strony”. Ma oczywiście rację Włodzimierz Czarzasty, gdy wyszydza idiotyczne wypowiedzi Mateckiego, Jakiego, Kowalskiego, Macierewicza i Chorasińskiej. Ale zupełnie przy tym zapomniał o swoim bagażu – Nowackiej, Żukowskiej, Kotuli, Dziemianowicz-Bąk czy Zielińskiej. Nie jest mi to łatwo napisać, ale przy tych tuzach intelektu współczesnej Lewicy Marek Suski wyrasta na giganta intelektu. Bo wśród ślepców jednooki jest królem.

Przypadek sprawił, że większość pytań z sali ociekała wazeliną. Najbardziej wzruszył mnie jegomość, który podkreślał, że miał o marszałku dobre zdanie a teraz ma bardzo dobre zdanie. Brakowało tylko „Łubu-dubu, łubu-dubu, niech nam żyje prezes naszego klubu!”. Jednak dwie osoby zadały pytania mniej wygodne. Emeryt i młody człowiek. Obaj podnieśli sprawę Ukrainy. Starszy pan logicznie mówił o tym, że na Ukrainie częścią ideologii państwowej jest jest skrajnie antypolski i zbrodniczy banderyzm. Młody człowiek zapytał o bezpieczeństwo Polaków w kontekście ogromnej ilości Ukraińców w Polsce.

Tutaj stalowe nerwy marszałka Włodzimierza Czarzastego szwankowały. Nie był już tak dowcipny i butny. Porównywał współczesną Ukrainę do współczesnych Niemiec. Zapomniał jednak, że w Berlinie nie spaceruje się po Hermann Göring Straße przy której stoi pomnik Heinricha Himmlera.

Zupełnie wyleciał panu Czarzastemu z głowy fakt, że jednostki Bundeswehry nie noszą imienia bohaterów NSDAP. Zaś co do bezpieczeństwa stwierdził, że nic pytającemu się nie stało dzisiaj, wczoraj i przedwczoraj więc nie ma sprawy … Cieszę się z takiej reakcji marszałka Czarzastego, bo obrazuje ona jasno stosunek współczesnej „lewicy” do szarego człowieka.

Łukasz Jastrzębski

https://myslpolska.info/

Polska państwem z dykty

 

Każdy z krajów z dykty, a jeszcze lepiej z papier mâché, charakteryzuje laksacja legislacyjna. Wydaje się bardzo wiele ustaw i zarządzeń, często sprzecznych ze sobą albo nawet, co gorsza, sprzecznych z Konstytucją. Wśród nich są ustawy głupie, martwe oraz kryminogenne. Ustaw głupich jest najwięcej. Ustawy martwe są to ustawy, których nikt w praktyce nie stosuje, lecz działają jako przysłowiowy kij na psa. Uruchamia się je, gdy chce się kogoś uderzyć, komuś wyrządzić krzywdę posługując się prawem.

Taką martwą ustawą jest przepis nakazujący płacić podatek od uzyskanej korzyści. Jeżeli pozwolisz kuzynce mieszkać w twoim mieszkaniu, powinna ona odprowadzać podatek od sumy, którą musiałaby płacić za wynajem podobnego mieszkania. Jeżeli sąsiad położy ci kafelki w łazience w zamian za dobre obiady, ty powinnaś zapłacić podatek od honorarium za kafelki, a on za cenę obiadów.

Pamiętna jest sprawa piekarza z Legnicy Waldemara Gronowskiego, który rozdawał niesprzedane pieczywo, zamiast wyrzucać je na śmietnik. Odbiorcy tego pieczywa, osoby ubogie, miały według Urzędu Skarbowego odprowadzać podatek od uzyskanej korzyści. Gdyby Urzędy Skarbowe konsekwentnie pilnowały przestrzegania tej ustawy, niemożliwe stałyby się wszelkie umowy barterowe, a nawet przysługi sąsiedzkie czy pomoc humanitarna. Jeżeli na przykład pomagałabym bezinteresownie w matematyce dzieciom niezamożnej sąsiadki, z takim nauczaniem musiałybyśmy się ukrywać jak za okupacji niemieckiej.Istnieją również ustawy i rozwiązania prawne, które są po prostu kryminogenne. Prowokują do popełniania przestępstwa.

Takim rozwiązaniem prawnym jest dopuszczenie do posiadania tak zwanego kolekcjonerskiego dowodu osobistego. Taki dowód można sobie swobodnie zamówić na dowolne nazwisko i jest on praktycznie nieodróżnialny od zwykłego dowodu osobistego. Firma, która wytwarza takie dowody, w swojej reklamie pojawiającej się natychmiast w Internecie po wpisaniu jako hasło terminu „dowód kolekcjonerski” twierdzi, że przeznaczeniem kolekcjonerskich dokumentów są żarty. Ładne żarty, jeżeli, jak to kiedyś sprawdzili dziennikarze śledczy, można na taki dowód wynająć samochód, wziąć kredyt obciążający osobę, której skradziono personalia, a nawet sprzedać cudze mieszkanie. Nabywca w dobrej wierze nie musi mieszkania oddawać. Prawo nie chroni zatem obywatela przed kradzieżą jego tożsamości, wręcz przeciwnie, do takiej kradzieży prowokuje.

Trudno ustalić, po co i dlaczego toleruje się takie praktyki i oferujące kolekcjonerskie dokumenty firmy. Można zamówić sobie również fałszywe prawo jazdy, a jakie niebezpieczeństwo pociąga za sobą obecność na szosach kierowców bez prawa jazdy i odpowiednich kwalifikacji, nie trzeba chyba tłumaczyć.Kolejną cechą charakterystyczną polskiego państwa bezprawia jest brak ochrony właścicieli nieruchomości przed dzikimi lokatorami. Wręcz przeciwnie, to dzicy lokatorzy są chronieni, a właściciel, który chciałby wejść siłą do swego własnego mieszkania, jest ścigany za naruszenie miru domowego. Powoduje to – jak wielokrotnie pisałam – zastój na rynku wynajmu mieszkań i skrajnie wysokie ceny tego wynajmu. Ludzie wolą nie zarabiać na wynajmie, a za to mieć pewność, że nie stracą mieszkania na rzecz bezczelnego złodzieja chronionego przez system.Kolejną cechą charakterystyczną państw z dykty i tektury jest bierność organów ścigania wobec zgłaszanych przez obywateli przestępstw. Prokuratorzy najczęściej odmawiają zajęcia się zgłaszanymi sprawami albo umarzają postępowanie.

Wyjątkowo obraźliwy dla obywatela jest fakt, że uzasadnienia odmowy wszczęcia postępowania lub jego umorzenia są na ogół zupełnie bez sensu, są powielaniem jakiegoś szablonu dotyczącego zupełnie innych spraw. Mogłabym podać setki przykładów, ale z braku miejsca ograniczę się do kilku. Znajoma otrzymała na WhatsApp następującą informację: „Mamo, utopiłem swój telefon w ubikacji i muszę kupić nowy. Stoję w sklepie, ale nie mam dostępu do swego konta. Przekaż proszę 3997 złotych na konto sklepu, które podaję”. Znajoma, przekonana, że pisze jej syn, dokonała przelewu. Okazało się, że padła ofiarą oszustwa. Prokuratura ustaliła, że właścicielką rachunku bankowego, na który przelano pieniądze, jest niejaka Sylwia S., która jednak zaprzeczyła, że zakładała podany rachunek.

Jak stwierdził prokurator, postępowanie nie dało podstaw do wniesienia aktu oskarżenia, wobec czego zostało umorzone. Przecież to są kpiny z obywatela. Niech spróbuje nie zapłacić mandatu, to wejdą mu na konto i ten mandat pobiorą. Jeżeli Sylwia S. zaprzecza, że jest to jej konto, trzeba ustalić właściciela i doprowadzić do zwrotu pieniędzy. Inna znajoma pożyczyła komuś dużą sumę pieniędzy. Oficjalnie, z umową i opłaceniem podatku. Dysponuje dowodem przelewu. Dłużniczka twierdzi, że pieniądze oddała, nie ma jednak na to żadnego dowodu. Gdybym oddawała dużą sumę z ręki do ręki, żądałabym przecież potwierdzenia spłaty długu przez wierzyciela. Prokuratura odmówiła ścigania nierzetelnej dłużniczki, dając wiarę jej oświadczeniom.

Ja osobiście zeznawałam w sądzie w sprawie osoby oszukanej przez właściciela ogiera arabskiego. Na licytacji sprzedano jakiegoś siwego ogiera, na co istnieje dowód w postaci protokołu komornika, natomiast paszport wystawiono na skradzionego ogiera karego. Pomiędzy licytacją a datą wystawienia paszportu upłynęło kilka miesięcy. Otóż koń siwy nigdy nie stanie się kary, choć przeciwna zmiana maści jest możliwa. Dokumenty były więc dowodem oszustwa. Poza tym komornik zaniedbał sprawdzenia czipa konia. Sędzia nie rozumiała zupełnie wagi tego dowodu, odmówiła powołania biegłego zootechnika i ostatecznie sprawa została umorzona.

Otrzymałam kuriozalne pismo z sądu, w którym potraktowano mnie jako osobę poszkodowaną, podczas gdy byłam tylko świadkiem. Niezawisłość sędziowska sprowadza się zatem do orzekania według przekonań sędzi nie znającej przedmiotu sprawy; może ona dowody dowolnie dopuszczać lub nie oraz powoływać lub nie biegłych, co czyni z systemu sprawiedliwości farsę i prowokuje do oszustw.

Izabela BRODACKA
https://dakowski.pl/polska-panstwem-z-dykty/

Minister obrony Izraela grozi depopulacją Gazy


Israel Katz uważa, że ​​radykalny ruch palestyński Hamas ponownie planuje porwanie Izraelczyków.Redaktorzy strony internetowej TASS

22 września, tass-ru/mezhdunarodnaya-panorama


© Hasan Alzaanin/TASS
TEL AWIW, 22 września. /TASS/.

Minister obrony Izraela Israel Katz twierdzi, że radykalny ruch palestyński Hamas planuje kolejne porwania Izraelczyków.

W odpowiedzi minister ostrzegł, że jeśli choć jeden obywatel Izraela zostanie wzięty jako zakładnik, Izrael wypędzi milion mieszkańców Gazy i zniszczy samo miasto.

„Biorąc pod uwagę różne zamiary i doniesienia wywiadowcze, ostrzegam organizację terrorystyczną (Hamas – TASS) i jej zwolenników, od Iranu po [prezydenta Turcji Recepa Tayyipa] Erdogana: jeśli choć jeden izraelski żołnierz lub cywil zostanie porwany, całe miasto Gaza, milion jego mieszkańców, zostanie ewakuowane na południe” – powiedział Katz podczas uroczystości upamiętniającej żołnierzy poległych w wojnie Jom Kipur w 1973 roku, donosi The Times of Israel.

Minister zagroził ponadto zniszczeniem „domów i wież terrorystów” w Gazie, sugerując, że miasto podzieli los innych miast Strefy Gazy, niemal doszczętnie zniszczonych przez izraelską armię podczas walk trwających od 2023 roku. „Zostanie to zrobione tak samo, jak w przypadku Rafah, Beit Hanun i 70% Strefy Gazy, dopóki [potencjalni zakładnicy – ​​TASS] nie zostaną zwróceni” – dodał. „To jest język, którym posługują się terrorystyczne organizacje dżihadystyczne w Gazie i Libanie, i to jest język, którym my mówimy: ewakuacja ludności, zniszczenie infrastruktury i zajęcie terytorium” – zapewnił Katz.

https://tass-ru.translate.goog/mezhdunarodnaya-panorama/28139453?_x_tr_sl=auto&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=wapp&_x_tr_hist=true
https://dakowski.pl/minister-obrony-izraela-grozi-depopulacja-gazy/

Podejrzana twarz


Megaloman


[Jak ten Hitler mógł uważać Polaków za gorszą rasę, skoro Sikorski na zdjęciach wygląda jak jego brat bliźniak?VB]

„Gdyby Rosja nas zaatakowała i gdybyśmy zdjęli rękawice, myślę, że pokonalibyśmy Rosję dość szybko. Mamy przytłaczającą przewagę nad Rosją w powietrzu. Jeżeli Ukraińcy byli w stanie wyłączyć połowę rosyjskich zdolności rafineryjnych w ciągu sześciu miesięcy, my moglibyśmy zrobić to w sześć tygodni i wyłączyć drugą połowę” – powiedział 11 września, w trakcie spotkania YES (Yalta European Strategy) w Kijowie Radosław Sikorski.

Sikorski nie jest publicystą czy politykiem z drugiego garnituru. To Minister Spraw Zagranicznych Rzeczpospolitej Polskiej. Choćby z tego powodu każda z jego wypowiedzi ma swój ciężar gatunkowy. Nic więc dziwnego, że nie trzeba było długo czkać na reakcje. „Jeśli chodzi o ocenę własnych sił zbrojnych przez Warszawę, szef polskiej dyplomacji wyraźnie ma amatorski pogląd na potęgę militarną naszego kraju, nie rozumiejąc, że podczas specjalnej operacji wojskowej rosyjskie siły zbrojne są dalekie od wykorzystania pełnego potencjału. Mówiąc o przewadze militarnej Polski nad Rosją, Sikorski najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy, że gdyby Polska przystąpiła do działań zbrojnych przeciwko Rosji, nasz kraj wykorzystałby cały arsenał dostępnych sił i zasobów, a polska państwowość przestałaby istnieć w ciągu dwóch, trzech dni” – odpowiedział w rekcji na słowa szefa polskiego MSZ sekretarz Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej Nikołaj Patruszew. Patruszew to postać znacząca. W przeszłości był dyrektorem Federalnej Służby Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej (1999–2008). Uznawany jest za jednego z tzw. siłowików i człowieka z bliskiego otoczenia Władimira Putina.

„Dziś Sikorski i inni członkowie polskich elit twierdzą, że przywracają Polsce wielkość. W rzeczywistości jednak rozbudzają niezdrowe ambicje, ogłaszając plany odbudowy „Polski od morza do morza”, stworzenia „kordonu sanitarnego” przeciwko Rosji i ochrony Europy przed mitycznym „rosyjskim zagrożeniem”. Sikorski, opętany militaryzmem, odmawia słuchania słów prezydenta Rosji, że Rosja nikomu nie zagraża i że nasz kraj nie ma podstaw do działań militarnych przeciwko Europie” – dodał Patruszew. W język nie gryzła się także Maria Zacharowa. Rzeczniczka rosyjskiego MSZ określiłam wypowiedź Sikorskiego jako objaw „rusofobii mózgu”.

Paradoksalnie, z czysto wojskowego punktu widzenia Sikorski ma rację. Przewaga NATO, a nawet wyłącznie jego europejskiego komponentu, w zakresie lotnictwa i środków napadu powietrznego jest znacząca. W istocie NATO jest w stanie całkowicie zaburzyć rytmikę gospodarki Rosji, a nawet zapewne zdekapitować jej elitę polityczną i wojskową. To jedna strona medalu.

Druga strona medalu jest jednak taka, że nie da się wygrać wojny wyłącznie w powietrzu. Kalkulacja, że pozbycie się Władimira Putina i jego politycznego zaplecza doprowadzi do przejęcia władzy w Rosji przez siły prozachodnie, jest przejawem politycznego chciejstwa. Nietrafność tej kalkulacji oznacza co najmniej długotrwałą konwencjonalną wojnę. Brudną i mało chwalebną, pełną błota, krwi i śmierci, na którą Europejczycy będą musieli wysłać swoje dzieci. Czy Francuzi, Włosi, Hiszpanie, a w szczególności Brytyjczycy, będą mieli ochotę wykrwawiać się? Czy też po raz kolejny „nie będą ginąć za Gdańsk”?

Wojna konwencjonalna nie jest jednak scenariuszem najgorszym. Pamiętajmy, że Federacja Rosyjska wciąż dysponuje znaczącym arsenałem jądrowym i posiada skuteczną możliwość jego użycia. Postawiona przed alternatywą własnej klęski lub użycia broni ostatecznej, z dużym prawdopodobieństwem wybierze to drugie.

Jednak nawet jeśli broń jądrowa pozostanie w arsenałach, potencjalny scenariusz dla Polski nadal jest tragiczny. Sikorski ma rację, wskazując na niedoskonałość rosyjskiej obrony przeciwdronowej i przeciwrakietowej. Jednak arsenał ofensywny Federacji Rosyjskiej jest nienaruszony. W przypadku wojny z NATO zostanie on użyty bez najmniejszych zahamowań. Polska i kraje nadbałtyckie będą w oczywisty sposób pierwszymi celami.

O ile z punktu widzenia interesu całego Sojuszu Północnoatlantyckiego mogłaby być to akceptowalna cena za osiągnięcie strategicznego sukcesu, o tyle dla nas jest to cena całkowicie nieakceptowalna. Oznacza nie tylko straty ludzkie i materialne, ale stwarza realne zagrożenie dla dalszego biologicznego przeżycia narodu. Dlatego polski minister spraw zagranicznych, który w pierwszej kolejności winien troszczyć się o dobro własnego narodu i państwa, nigdy nie powinien wypowiadać takich słów.

Warto jednak postawić sobie pytanie, czy Radosław Sikorski w istocie realizuje interesy państwa polskiego? Cały jego życiorys sprawia, że jest to pytanie nie tylko zasadne, ale wręcz oczywiste.

W roku 1981 Sikorski, w wieku zaledwie 18 lat, wyjechał do Wielkiej Brytanii. Po wprowadzeniu stanu wojennego pozostał na Wyspach, a w 1982 r. otrzymał tam azyl polityczny. Oficjalne biogramy MSZ podają, że w latach 1981–1989 był uchodźcą politycznym w Wielkiej Brytanii. W czasie swojego pobytu za granicą studiował w Pembroke College w Oksfordzie, kończąc studia w 1986 r. Był aktywny w Oxford Union, kierował Oxford University Polish Society i należał do Bullingdon Club. W tym środowisku poznał m.in. Borisa Johnsona, a brytyjska prasa później pisała również o jego kontaktach ze środowiskiem Davida Camerona i George’a Osborne’a. „The Guardian” określał go wręcz jako polityka blisko znającego wielu czołowych konserwatystów.

Sikorski w 1987 r. przyjął brytyjski paszport. Według dostępnych biografii obywatelstwa brytyjskiego zrzekł się w 2006 r. Sam Sikorski wspominał też, że pojawiały się w Polsce sugestie, jakoby jego studia finansował brytyjski wywiad; zaprzeczał temu, twierdząc, że otrzymywał zwykły grant ILEA.

Jeszcze w latach 80. wszedł do brytyjskiego środowiska medialnego. Pracował jako freelancer m.in. dla „The Spectator” i „The Observer”, a jako korespondent wojenny „The Sunday Telegraph” relacjonował wojnę w Afganistanie. Zresztą Afganistan jest istotnym punktem przedmiotowego życiorysu. To tutaj doszło do styku ze Stanami Zjednoczonymi i ich służbami. Sikorski przebywał wśród mudżahedinów w okresie, gdy byli oni intensywnie wspierani przez USA przeciwko ZSRR. Jako reporter opisywał m.in. użycie amerykańskich Stingerów.

Pod koniec lat 80. Sikorski związał się zawodowo z USA. Został korespondentem amerykańskiego konserwatywnego magazynu „National Review”, relacjonując m.in. walki w Afganistanie i Angoli. To wprowadziło go w krąg amerykańskiej prawicy antykomunistycznej i było fundamentem jego późniejszej kariery politycznej w Polsce. Na początku obecnego stulecia Sikorski objął stanowisko resident fellow w American Enterprise Institute, został też dyrektorem wykonawczym New Atlantic Initiative. AEI było dla niego czymś więcej niż zwykłym miejscem zatrudnienia. Sikorski kierował programem zajmującym się relacjami transatlantyckimi, Rosją, NATO i demokratyzacją państw postsowieckich. Raport AEI z 2005 r. pokazuje, że organizował konferencje z udziałem m.in. Zbigniewa Brzezińskiego, Davida Fruma, Danielle Pletki, Michaela Rubina oraz przedstawicieli administracji i dyplomacji wielu krajów.

Ta relacja nie skończyła się po wejściu Sikorskiego do polskiego rządu. AEI odnotowuje, że jako minister spraw zagranicznych występował w instytucie, m.in. w sprawach stosunków polsko-amerykańskich i bezpieczeństwa Europy Wschodniej. AEI przypominało przy tym, że wcześniej kierował New Atlantic Initiative. Po odejściu z wysokich stanowisk państwowych związał się z Center for Strategic and International Studies jako „Distinguished Statesman”. CSIS ogłosiło to oficjalnie w 2016 r. Instytucja należy do najważniejszych amerykańskich think tanków zajmujących się bezpieczeństwem i polityką zagraniczną.

Żona Sikorskiego, Anne Applebaum, jest wpływową amerykańską dziennikarką, od dziesięcioleci obecną w amerykańskim środowisku medialnym i eksperckim. Tajemnicą Poliszynela są jej powiązania z amerykańskim deep state. Jeden z synów Radosława Sikorskiego i Applebaum, Tadeusz Sikorski, został podporucznikiem US Army w Cyber Corps, czyli formacji armii amerykańskiej zajmującej się działaniami i bezpieczeństwem w cyberprzestrzeni.


Czy polityk o takich powiązaniach, nie tylko politycznych, ale i rodzinnych, z obcym mocarstwem powinien kierować polską polityką zagraniczną? – na to pytanie kolejne koalicje rządzące odpowiadają twierdząco.  Wydaje się jednak, że w przypadku wystąpienia poważnej sprzeczności interesów pomiędzy Ameryką a Polską Sikorski zostanie postawiony co najmniej w sytuacji konfliktu lojalności. To wielkie ryzyko. Tym większe, iż potęgowane cechami osobowościowymi samego Sikorskiego.

Nie jest żadnym sekretem, że Sikorski jest przeczulonym na własnym punkcie megalomanem, z obsesją posuniętą do granic narcyzmu. Najlepszą ilustracją jest tutaj anegdotyczna już historia malowniczego dworku Chobielin. W 2014 r. Sikorski, wtedy minister spraw zagranicznych, zabiegał  (skutecznie) o formalne wydzielenie swojej posiadłości z miejscowości Chobielin. W oficjalnym uzasadnieniu czytaliśmy, że MSZ tłumaczyło, iż „często ważni goście zagraniczni, mają duże trudności z dotarciem na miejsce, częstokroć błądząc po lokalnych, trudno przejezdnych drogach”. Tak oto Sikorski został „sołtysem na Chobielinie” i nie musiał już dłużej pospolitować się z ludem. Ta dykteryjka byłaby jeszcze zabawniejsza, gdyby nie fakt, że dotyczy polskiego ministra spraw zagranicznych. Człowieka, który z formalnego punktu widzenia jest szefem naszej dyplomacji, choć dyplomacji w jego wypowiedziach próżno szukać.

W przełomowym czasie globalnego kryzysu, gdy z ruin świata jednobiegunowego wyłoni się nowa globalna konstrukcja, polityką zagraniczną Polski kieruje człowiek nieposiadający do tego osobistych predyspozycji, cechujący się za to co najmniej zastanawiającymi powiązaniami zagranicznymi. Jeśli porównalibyśmy go do nawigatora, a nasz kraj do okrętu, musielibyśmy dojść do wniosku, że Sikorski od dłuższego czasu wyraźnie naprowadza nas na rafy. Jest w tym zdeterminowany i konsekwentny.  Nie powstrzyma go premier zaczytany w urojone raporty CIA. Nie powstrzyma go prezydent reprezentujący w obszarze polityki zagranicznej styl jednocześnie troglodycki i fiksacyjnie antyrosyjski. Nie powstrzyma go nikt w Polsce, bo nie ma tu nikogo, kto dysponowałby jednocześnie siłą, determinacją i perspektywą intelektualną, by to uczynić.

Pozostaje nam liczyć na cud. Nie przesadnie wielki, taki w sam raz na naszą skalę. Ot, choćby taki, że wielcy tego świata zdecydują, że to jeszcze nie moment na wojnę. Po czym przywołają swoich podwykonawców do porządku.

Przemysław Piasta

https://myslpolska.info/2026/09/23/megaloman/

Związek Literatów Polskich a Wojciech Bąk


OKRES HISTORYCZNY (1945-1948) Pierwsze lata Polski Ludowej (1948-1956) Stalinizm w Polsce (1956-1970) Od Października do Grudnia Autor: ELŻBIETA WOJCIESZYK

20.10.2021 2 grudnia 1950 r. podczas zebrania Związku Literatów Polskich (ZLP) omawiano sprawę mieszkania Wojciecha Bąka – „podkreślano jego aspołeczną postawę, która wyrażała się zajmowaniem dwu pokojów z kuchnią przez osobę samotną”.

Sprawa dotyczyła mieszkania w Poznaniu przy ul. Noskowskiego 24. Budynek po wojnie został przejęty przez miasto. W 1946 r. Wojciech Bąk, jako ówczesny prezes poznańskiego oddziału Związku Zawodowego Literatów Polskich (ZZLP), wyjednał od władz zgodę na przeznaczenie go na siedzibę Związku i kilka mieszkań dla pisarzy.

Jaśniejąca gwiazda

Wojciech Bąk (1907-1961) urodzony w Ostrowie Wlkp. studiował polonistykę i filozofię na UP, później pracował jako nauczyciel szkół średnich w Poznaniu. Wychowany i ukształtowany w kulturze humanistycznej, opartej na tradycji grecko-rzymskiej i chrześcijańskiej, w swej twórczości łączył świat zmysłowy z rzeczywistością transcendentną. Dążył do otwierania nowych perspektyw duchowych i należał do twórców niezłomnie wierzących w niezbywalność kulturowego dziedzictwa starożytności, jako fundamentu cywilizacji.

Debiutował w 1928 r. na łamach poznańskiego tygodnika „Tęcza”, którego redaktorem naczelnym był Emil Zegadłowicz. W numerze z 9 czerwca 1928 r. opublikowano tam najwybitniejsze, zdaniem Redakcji, utwory młodych twórców, wcześniej wyemitowane w Radio Poznańskim. Wśród nich zamieszczono wiersz Wojciecha Bąka pt. Biblioman.

Pierwszy tom wierszy, Brzemię niebieskie, wydał w roku 1934 w Warszawie. Tom ten otrzymał wyróżnienie prestiżowego, warszawskiego tygodnika literackiego „Wiadomości Literackie”. Wkrótce stał się osobą powszechnie znaną w środowisku, nie tylko z powodu powodzenia kolejnych tomików poezji, ale także z powodu przyjęcia oferty innego warszawskiego tygodnika literackiego „Pion”, w którym prowadził stały dział przeglądu prasy. Z jego zdaniem zaczęto się poważnie liczyć na warszawskiej giełdzie literackiej.

W międzywojennym Poznaniu Wojciech Bąk był niezwykle aktywnym animatorem życia kulturalnego, m.in. zajmował się organizowaniem tzw. Czwartków Literackich w pałacu Działyńskich.

Podczas wojny przebywał w Warszawie i brał aktywny udział w konspiracyjnym ruchu literackim. Po Powstaniu Warszawskim został wywieziony przez Niemców do obozu pracy w fabryce amunicji w Cottbus. Tam w efekcie jednego z alianckich nalotów bombowych został ranny w głowę; myślano, że zmarł. Jednak on szczęśliwie wrócił do Poznania 12 kwietnia 1945 r. i trafił na reaktywowany miesiąc wcześniej Czwartek Literacki poświęcony pamięci pisarzy, którzy polegli, zginęli lub zmarli w czasie wojny, m.in. jego pamięci.

Został radośnie powitany przez kolegów i publiczność i pełen entuzjazmu włączył się w odbudowę życia kulturalnego miasta. 18 maja 1945 r. wybrano go na prezesa poznańskiego oddziału ZZLP. Był jedną z najbardziej znanych osobowości Poznania. Wysoki, o donośnym tubalnym głosie, cieszący się autorytetem w środowisku. Drukował swe wiersze m.in. w łódzkim wydawnictwie swego brata – Władysława. W latach 1945-1948 wydał siedem nowych książek. Był nagradzany, m.in. w 1945 r. otrzymał nagrodę literacką za całokształt twórczości, a w 1949 r. nagrodę Episkopatu Polski za twórczość poetycką. W latach 1945-1947 r. był prezesem poznańskiego Oddziału ZLP, redagował „Życie Literackie”, które m.in. w 1946 r. zdecydowanie potępiło kielecki pogrom ludności żydowskiej.

Wykluczony z systemu

Po zmianie nazwy ZZLP na Związek Literatów Polskich i szczecińskim Zjeździe w dniach 20-21 stycznia 1949 r., na którym przyjęto realizm socjalistyczny jako metodę twórczą i obowiązujący kierunek literacki, zadaniem pisarzy w Polsce Ludowej stała się realizacja ideowej przemiany i wychowanie ludzi w duchu materializmu leninowsko-marksistowskiego.

Nieprzekupny i niezłomny Wojciech Bąk stał się tragiczną ofiarą stalinowskich czystek. Jego losy są typowym przykładem sposobu alienowania z przestrzeni publicznej niewygodnych dla reżimu wybitnych przedstawicieli polskiej inteligencji. Proces wyobcowywania ze środowiska był realizowany za pośrednictwem kolegów ze ZLP.

Najpierw na łamach pisma „Dziś i Jutro” Zygmunt Lichniak w artykule z 27 lutego 1949 r. pt. Powojenna twórczość Wojciecha Bąka krytycznie podsumował jego pisarstwo w dziedzinie poezji jak i dramatu, a także prozy, publicystyki czy krytyki literackiej. Spotkały go złośliwe drwiny ze strony literatów takich jak Gałczyński, Różewicz, czy Sztaudynger.

Twórczość Wojciecha Bąka została objęta cenzurą i zakazana. Na zakaz drukowania chciał poskarżyć się w Warszawie. Informował, że wygłosi tam przemówienie i otruje się na estradzie, ale sekretarz generalny ZLP Jerzy Putrament skutecznie temu zapobiegł. Wpadał w coraz większą biedę, a po reżimowej zmianie pieniędzy 29 października 1950 r. oszczędności Wojciecha Bąka wynoszące 80 tys. zł stały się warte tylko 800 zł. Nie wytrzymywał tego nerwowo i podjął pierwszą próbę samobójczą.

W świecie przymusowego „leczenia”

Na wniosek kolegów z ZLP, z pominięciem najbliższej rodziny, w 1950 r. został przymusowo umieszczony w zakładzie psychiatrycznym w Kościanie i dopiero w marcu 1951 r. zwolniony. Zaczął się pogrążać w świecie urojeń, manii prześladowczej i obsesji. Od tego momentu postanowił legalnie wyjechać za granicę. Paszportu nie dostał, a jego prośby w tej sprawie wysyłane do najwyższych władz w Polsce pozostały bez odpowiedzi. W lipcu 1952 r. – ponownie wbrew woli i bez zgody rodziny – osadzono go w „Dziekance”, w zakładzie psychiatrycznym w Gnieźnie, skąd zwolniono go dopiero w kwietniu 1953 r. W sumie w tzw. psychuszce spędził kilkanaście miesięcy, pod pretekstem konieczności leczenia z powodów obyczajowych i choroby alkoholowej. Metody leczenia, w tym elektrowstrząsy, którym go tam poddawano, doprowadziły go do pogłębienia manii prześladowczej, obsesyjnego antysemityzmu i szukania wrogów także w Kościele katolickim. Prokurator Wojewódzki w latach 1952-1957 na wniosek ZLP prowadził sprawę o jego ubezwłasnowolnienie.

W latach 1949-1956 w poznańskim środowisku literackim nastąpił podział. Początkowo, jak wspominają świadkowie wydarzeń, w składzie społeczności literackiej Poznania przewagę mieli wyznawcy światopoglądu katolickiego, później zdominowali ich publicznie wyznający światopogląd ateistyczny. Aktywną działalność rozpoczęło Koło Młodych, którego członkowie okazali się najwytrwalsi w szykanowaniu Bąka, wnosząc o zamknięcie w szpitalu psychiatrycznym i walcząc o zajmowane przez pisarza mieszkania przy ul.
Noskowskiego. 2 grudnia 1950 r. ZLP rozpatrywał wspominany wyżej wniosek w sprawie zajmowania dwu pokojów. Zaproponowano „przeniesienie kolegi Bąka do jednego pokoju”. Do oddania mieszkania wzywał go sam prezes ZLP Leon Kruczkowski i sekretarz generalny Jerzy Putrament.

W 1953 r. decyzją Zarządu Głównego ZLP został skreślony z listy członków tego gremium.

W tym okresie znalazł się już w bezpośrednim zainteresowaniu funkcjonariuszy bezpieczeństwa, którzy wzywali go na przesłuchania do siedziby UB i przeprowadzali brutalne rewizje w jego mieszkaniu.

***
Przełom polskiego Października obiecywał lepsze możliwości w rozwoju polskiej kultury. Nowy Zarząd ZLP uchwałą z 5 listopada 1956 r. reaktywował Wojciecha Bąka w prawach członka. Wkrótce umorzono też sprawę o ubezwłasnowolnienie.

Po okresie bezwzględnego zakazu publikacji udało się Wojciechowi Bąkowi wydać dwa tomiki wierszy:
„Modlitewnik” oraz we fragmentach „Zastygłe chwile” z kilkoma utworami z okresu uwięzienia w szpitalu psychiatrycznym, gdzie także pisał, gdyż tylko wiersze stanowiły dla niego przestrzeń wolności. Wydał też „Szkice”, ale nie odzyskał już dawnej pozycji w środowisku.

W 1960 r. zgłosił akces do miejscowej gminy ewangelicko-augsburskiej. Nadal był inwigilowany. W 1961 r.
został aresztowany i trzy miesiące więziony, bez podania zarzutów. Zmarł nagle 30 kwietnia 1961 r., oficjalnie na atak serca, ale w niejasnych okolicznościach, prawdopodobnie otruty. Sekcji zwłok nie było. Został pochowany w Poznaniu. W 1982 r. brat przeniósł jego szczątki na warszawskie Powązki.

Artykuł zawiera fotokopie listów autora, które tu zostały pominięte z powodów technicznych. Warto zatem zajrzeć do oryginału ...

***
Na poezję autora Brzemienia niebieskiego krytycznie reagowali jego koledzy pisarze. Joanna Siedlecka tak rozpoczyna swój obszerny szkic o Bąku, jako pisarzu represjonowanym:

Nie ma chyba wśród polskich literatów nikogo równie szykanowanego jak Wojciech Bąk i to przede wszystkim przez kolegów po piórze7.

Jan Sztaudynger napisał o nim ośmieszającą fraszkę: Kiedy Bąk na lirze brzdąka, Bogu wstyd’ że spłodził Bąka*.

Do twórczości poety odniósł się również Ta­deusz Różewicz, któiy popisał się złośliwym paszkwilem:

O. Bąku
Związku członku!
boży dzwonku!
lilii pąku!
Bąku śliczny
bąku muzyczny
bąku metafizyczny
bąku magiczny.
Bąku wydzwoniony
bąku objawiony
bąku poroniony.
Bąku bąkający
bąku bełkocący
bąku bredzący
bąku brzęczący.
Bąku chwało
bąku kotwico
bąku klowico.
O, Bąku -
Baki potomku!
Przez poematów pisanie
przez tychże drukowanie
i gramatyczne rymowanie
O Panie!
daj mu opamiętanie
niech już przestanie9.

Adresat tej swoistej litanii nie pozostał dłużny jej autorowi i wkrótce zredago­wał swoją odpowiedź:

Chętnie bym pisać przestał.
Nawet się z tym liczę,
Co zrobić, gdy odłożę i papier i pióro -
Lecz gdy widzę, me miejsce zajmą Różewicze,
Piszę dalej, tą wizją zlękniony ponurą!