Agłaję Diemidową przywieziono do szpitala z fałszywymi dokumentami. To nie było tak, że zostały podrobione jej „akta personalne”, jej aresztancki dowód osobisty. Nie, od tej strony wszystko było w porządku; miały one jedynie nową żółtą okładkę – świadectwo tego, że wyrok Agłai Diemidowej rozpoczynał się od nowa i od niedawna. Przyjechała pod tym samym nazwiskiem, pod jakim przywieziono ją do szpitala przed dwoma laty. Nic się nie zmieniło w jej „podstawowych danych”, oprócz wyroku – dwadzieścia pięć lat. A dwa lata temu teczka z jej aktami personalnymi była koloru niebieskiego, a wyrok – dziesięć lat.
Do kilku dwumiejscowych liczb, wpisanych atramentem w rubryce „paragraf’, dołączyła jeszcze jedna – z trzema miejscami. Ale wszystko to było jak najbardziej prawdziwe, niesfałszowane. Nieprawdziwe były jej dokumenty medyczne – koślawo napisana historia choroby, epikryza, analizy laboratoryjne. Sfałszowane zostały przez ludzi zajmujących w pełni oficjalne stanowiska, mających w swych rękach i druki, i pieczęcie, a także posiadających dobre czy niedobre imię – to nie takie znów ważne. Trzeba było wielu godzin, aby naczelnik ambulatorium kopalni wkleił fałszywą historię choroby, aby stworzył w pełnym artystycznym natchnieniu lipny dokument medyczny.
Diagnoza gruźlicy płuc jawiła się jako logiczne następstwo sprytnych codziennych adnotacji. Gruba paczka z kartami typowych dla gruźlicy wykresów temperatury, wypełnione blankiety z najróżniejszymi laboratoryjnymi analizami i groźnymi wynikami. Taka praca lekarza przypominała egzamin pisemny, gdzie na podstawie wyciągniętej kartki należy opisać proces rozwijającej się w organizmie gruźlicy, aż do takiego stanu, kiedy jedynym wyjściem staje się natychmiastowa hospitalizacja.
Taką pracę można wykonać, kierując się również sportowym zacięciem – chęcią udowodnienia tym w centralnym szpitalu, że w kopalni – też nie w ciemię bici. Całkiem po prostu przyjemnie jest przypomnieć sobie wszystko po kolei, czego się kiedyś uczyło w instytucie. Oczywiście nigdy byś sobie nie pomyślał, że przyjdzie ci stosować swoje wiadomości w taki niezwykły, „artystyczny” sposób.
Najważniejsze: Diemidowa powinna zostać za wszelką cenę położona w szpitalu. I szpital nie może, nie ma prawa odmówić przyjęcia takiej chorej, choćby u lekarzy pojawiło się tysiące podejrzeń.
Podejrzenia pojawiły się od razu i dopóki problem przyjęcia Diemidowej rozstrzygał się w miejscowych „wyższych sferach”, ona siedziała sama w ogromnym pomieszczeniu izby przyjęć szpitala. Zresztą „sama” była jedynie w chestertonowskim znaczeniu tego słowa. Felczer i sanitariusze z izby przyjęć nie wchodzili tu oczywiście w rachubę. Nie liczyli się również dwaj konwojenci Diemidowej, nieodstępujący jej na krok. Trzeci konwojent błąkał się gdzieś z papierami po szpitalnych ostępach.
Diemidowa nie zdjęła nawet czapki, rozpięła tylko kołnierz swojego baraniego półkożuszka. Szybko paliła papierosa za papierosem, rzucając niedopałki do spluwaczki z trocinami.
Miotała się po izbie przyjęć od zakratowanych weneckich okien ku drzwiom, a za nią, w ślad za jej ruchami, podążali konwojenci. Kiedy powrócił dyżurny lekarz razem z trzecim konwojentem, zdążyło już ściemnieć, tak jak to na Północy, i trzeba było zapalić światło.
– Nie kładą? – spytała Diemidowa konwojenta.
– Nie, nie kładą – odpowiedział posępnie.
– Wiedziałam, że nie położą. Wszystkiemu winna Kruszynka. Zarąbała lekarkę, a na mnie się mszczą.
– Nikt na tobie się nie mści – powiedział lekarz.
– Ja wiem lepiej.
Diemidowa wyszła przed konwojentami, drzwi wyjściowe zatrzasnęły się, zawarczał silnik ciężarówki.
Natychmiast potem otworzyły się cicho wewnętrzne drzwi i do izby przyjęć wszedł naczelnik szpitala z całą świtą oficerów z wydziału specjalnego.
– Gdzież ona jest? Ta Diemidowa?
– Już ją zabrali, obywatelu naczelniku.
– Szkoda, szkoda, że nie popatrzyłem na nią. A jednak pan, Piotrze Iwanowiczu, z pańskimi anegdotami… – I naczelnik wraz ze swoimi towarzyszami wyszedł z izby przyjęć.
Naczelnikowi chciało się choć jednym oczkiem spojrzeć na słynną złodziejkę Diemidową, której historia rzeczywiście była nie całkiem zwyczajna.
Przed pół rokiem złodziejkę Agłaję Diemidową, zasądzoną na dziesięć lat za zabójstwo „dyspozytorki” (Diemidowa udusiła ręcznikiem zbyt dziarską dyspozytorkę), wieziono z sądu do kopalni. Konwojent był jeden, gdyż po drodze nie trzeba było nocować – to było tylko kilka godzin jazdy samochodem od osady zarządu, gdzie ją sądzono, do kopalni, w której pracowała. Na Północy przestrzeń i czas – to wielkości do siebie podobne. Często przestrzeń mierzona jest czasem: tak czynią jakuccy koczownicy – odległość od sopki do sopki wynosi sześć dziennych przemarszów. Wszyscy, mieszkający koło głównej arterii – szosy, mierzą odległość przelotami samochodów.
Konwojent Diemidowej wywodził się z nadterminowych młodych „starych”, od dawna przyzwyczajonych do swobód życia konwojenta, do jego niezwykłości, gdzie konwojent jest pełnym władcą aresztanckich losów. Nie po raz pierwszy konwojował on „babę”, taka przejażdżka kryła w sobie obiecujące wiadome rozrywki, jakie niezbyt często trafiają się szeregowemu „strzelcowi” na Północy.
W znajdującej się na trasie stołówce zjedli we trójkę obiad – konwojent, szofer i Diemidowa. Konwojent wypił dla animuszu spirytusu (na Północy wódkę pije tylko naczalstwo) i zaprowadził Diemidową w krzaki. Wiklina, łozy czy też młode osiki rosły w obfitości wokół każdej osady w tajdze.
W krzakach konwojent położył automat na ziemię i zabrał się do Diemidowej. Diemidowa wyrwała się i dwoma krótkimi seriami wpakowała dziewięć kul w ciało namiętnego konwojenta. Porzuciwszy automat w krzakach, powróciła do stołówki i odjechała jednym z przejeżdżających samochodów. Szofer wszczął alarm, trupa konwojenta i jego automat znaleziono bardzo szybko, a samą Diemidową zatrzymano po dwu dobach w odległości kilkuset kilometrów od miejsca jej niedoszłego romansu z konwojentem. Sądzono ją ponownie i skazano na dwadzieścia pięć lat. Tak jak przedtem, nie chciała pracować, ograbiała swoje sąsiadki w baraku i kopalniane naczalstwo zadecydowało, że pozbędzie się jej za wszelką cenę. Można się było spodziewać, że ze szpitala nie powróci już do kopalni, lecz zostanie odesłana gdzie indziej.
Diemidowa była złodziejką sklepów i mieszkań, „gorodusznicą” – według terminologii błatniaków-„urków”.
Błatniacki świat rozróżnia dwie kategorie kobiet: właściwe złodziejki, których zawodem jest kradzież, podobnie jak w przypadku błatniaków-mężczyzn, i prostytutki, przyjaciółki błatniaków.
Pierwsza grupa, liczebnie znacznie mniejsza niż druga, cieszy się w kręgu „urków”, uważających kobiety za istoty niższego gatunku, pewnym szacunkiem – wymuszonym przez konieczność uznania ich zasług i wartości w zawodzie. Zazwyczaj złodziejka (słowo „złodziejka”, „złodziej” używane jest cały czas w sensie przynależenia do tajnego zakonu „urków”), żyjąca z jakimś złodziejem, nierzadko uczestniczy w opracowaniu planów kradzieży i w samych kradzieżach. Ale nie bierze udziału w męskich „sądach honorowych”. Samo życie podyktowało takie prawa – w miejscach pozbawienia wolności mężczyźni i kobiety są rozdzieleni i ta sytuacja wniosła pewne zróżnicowanie w codzienne życie, nawyki i zasady jednej i drugiej płci. Kobiety są mimo wszystko bardziej miękkie, ich „sądy” nie są tak krwawe, a wyroki nie tak okrutne. Zabójstwa dokonywane przez kobiety-błatniaczki zdarzają się rzadziej niż w „męskiej połowie” błatniackiego domu. Współżycie „złodziejki” z jakimkolwiek „frajerem” jest absolutnie wykluczone.
Prostytutki – to druga, duża grupa kobiet, związanych z błatniackim światem. To znane przyjaciółki złodziei, zdobywające dla nich środki do życia. Samo się przez się rozumie, że kiedy trzeba, uczestniczą one i w kradzieżach, i w „wystawianiu”, stoją na „cynku”, biorą udział w ukrywaniu i zbycie kradzionych rzeczy, ale wcale nie są pełnoprawnymi obywatelami „przestępczego świata”. Nieodmiennie są uczestniczkami hulanek, ale nie mogą nawet marzyć o dostępie do rozpraw-„prawiłek”. Rodowity „urka” od dziecinnych lat uczy się pogardy dla kobiet. „Teoretyczne” lekcje „pedagogów” idą w parze z poglądowymi przykładami starszych. Kobieta, istota niższa, stworzona jest jedynie po to, ażeby sycić zwierzęce żądze złodzieja, być przedmiotem jego ordynarnych żartów i ofiarą publicznego bicia, kiedy błatniak „bawi się”. Jest żywą rzeczą, którą błatniak bierze w czasowe użytkowanie.
Posłać swoją przyjaciółkę-prostytutkę do łóżka naczelnika, jeżeli jest to z korzyścią – to normalne, w pełni przez wszystkich akceptowane „podejście” do sprawy. Ona sama też tak uważa. Prowadzone na ten temat rozmowy mają zawsze cyniczny charakter, są lakoniczne i wyraziste. Czas jest cenny.
Złodziejska etyka niweluje wszelkie objawy zazdrości i sentymentalizmu. Według uświęconego prastarego obyczaju złodziejowi – przywódcy, cieszącemu się największym „autorytetem” w danej złodziejskiej kompanii, przysługuje prawo wyboru swojej czasowej żony – najlepszej prostytutki. I jeśli jeszcze wczoraj, zanim pojawił się nowy przywódca, ta prostytutka spała z innym złodziejem, będąc jego uznaną własnością, którą mógł wypożyczać swoim kolegom, to od dziś wszystkie te prawa przechodzą na nowego gospodarza. Jeżeli nazajutrz zostanie on aresztowany, prostytutka ponownie wraca do swego poprzedniego przyjaciela. A jeśli i tego aresztują, to będzie powiadomiona, kto zostanie jej nowym właścicielem. Panem jej życia i śmierci, jej losu, pieniędzy, ciała, decydującym o jej postępowaniu.
Jakże tu może istnieć takie uczucie jak zazdrość…? Po prostu w błatniackiej etyce nie ma na nie miejsca.
Złodziej, jak mówią, to człowiek i nic co ludzkie nie jest mu obce. Całkiem możliwe, że czasami szkoda odstępować swoją przyjaciółkę, ale prawo jest prawem, i strażnicy „ideowej” czystości, stróże czystości błatniackich obyczajów (bez żadnego cudzysłowu) natychmiast wykażą popełniony przez zazdrosnego złodzieja błąd. I on podporządkuje się prawu.
Zdarzają się przypadki, kiedy indywidualny charakter i swoista histeria, charakteryzująca prawie wszystkich „urków”, popychają błatniaka do obrony „swej baby”. Wtedy staje się to przedmiotem oceny w czasie rozpraw-„prawiłek” i błatniaccy „prokuratorzy” żądają ukarania winnego, podpierając się autorytetem ustaleń o tysiącletniej ważności.
Zazwyczaj nie dochodzi jednak do zwady i prostytutka śpi z nowym władcą.
W świecie błatniaków nie ma miejsca żadne dzielenie się kobietą, nie istnieje żadna miłość „we troje”.
Kobiety i mężczyźni są w łagrach rozdzieleni. Jednakże istnieją tam szpitale, punkty tranzytowe, ambulatoria, kluby, w których kobiety i mężczyźni widują się wzajemnie.
Zdumiewa jednak pomysłowość więźniów i ich energia skierowana na osiągnięcie celu. To zadziwia – jaką kolosalną jej ilość zużytkowuje się w więzieniu na zdobycie kawałeczka pogniecionej blachy, aby stała się ona nożem – narzędziem zabójstwa lub samobójstwa. Uwaga nadzorców zawsze ustępuje czujności więźnia – wiemy już o tym od Stendhala, który w Pustelni parmeńskiej tak mówi: „Strażnik mniej myśli o swych kluczach niż więzień o ucieczce”.
W łagrze cała ogromna energia błatniaka skierowana jest na realizację randki z byle jaką prostytutką.
Ważne jest znalezienie miejsca, gdzie ta prostytutka powinna przyjść, bo że przyjdzie, w to błatniak nigdy nie wątpi. Karząca ręka zawsze dosięgnie winowajczynię. I oto przebiera się ona w męskie odzienie, idzie ponadprogramowo do łóżka z nadzorcą czy dyspozytorem, ażeby tylko o określonej godzinie prześliznąć się tam, gdzie oczekuje nieznany jej całkiem kochanek. Miłość przebiega spiesznie, jak kwitnienie traw latem na Dalekiej Północy. Prostytutka powróci do żeńskiej zony, natknie się na nadzorcę, posadzą ją do karceru, zasądzą na miesiąc izolatora, odeślą do karnej kopalni – wszystko to zniesie bez słowa skargi, a nawet z dumą: bo wypełniła swój obowiązek prostytutki.
Na Północy, w dużym szpitalu dla więźniów, zdarzył się taki wypadek, że do znanego błatniaka, leżącego na oddziale chirurgicznym, potrafiono przyprowadzić na całą noc prostytutkę do jego łóżka, i tam przespała się ona po kolei z ośmioma złodziejami znajdującymi się wtedy na sali. Dyżurnemu sanitariuszowi-więźniowi zagrożono nożem, a dyżurnemu wolnemu felczerowi podarowano garnitur zerwany z kogoś w łagrze; właściciel rozpoznał swoje ubranie i trzeba było włożyć wiele wysiłku, aby to ukryć.
Dziewczyna ta wcale nie była zmieszana ani speszona, kiedy wykryto ją rano na sali w męskim szpitalu.
– Chłopcy prosili, aby im dogodzić, to i przyszłam – wyjaśniła z całym spokojem.
Nietrudno się domyślić, że prawie wszyscy błatniacy i ich przyjaciółki są syfilitykami, a o chronicznej gonorei, nawet w naszym penicylinowym wieku, to i nie ma co mówić. Znane jest klasyczne już powiedzenie: „Syfilis to nie wstyd, lecz nieszczęście”. Tutaj zaś syfilis nie tylko nie przynosi wstydu, lecz uważany jest za szczęśliwy przypadek dla więźnia, a nie za nieszczęście. Jest to jeszcze jeden przykład przesławnej zmiany „skali odniesienia”. Przede wszystkim przymusowe leczenie wenerycznych jest obowiązkiem i o tym wie każdy błatniak. Wie o tym, że „przyhamuje się”, że nie trafi ze swoim syfilisem do żadnej głuszy, a będzie mieszkać i leczyć się w stosunkowo dobrze urządzonych osiedlach – gdzie znajdują się specjaliści, lekarze-wenerolodzy. Wszystko to jest na tyle dobrze przewidziane i obliczone, że za wenerycznych podają się nawet ci błatniacy, którym Bóg oszczędził trzech czy czterech krzyżyków reakcji Wassermana. I niejednoznaczność negatywnej oceny wyników tej reakcji przez laboratorium jest im również dobrze znana. Preparowane sztucznie wrzody i fałszywe skargi chorego – to zwykłe sprawy obok prawdziwych wrzodów i skarg.
Wenerycznie chorych, podlegających leczeniu, grupuje się w specjalnych zonach. Kiedyś w takich zonach w ogóle nie pracowano i były one najlepiej nadającym się „schroniskiem Mon Repos” dla błatniaków. Później takie zony tworzone były w specjalnych kopalniach czy też leśnych delegaturach, gdzie poza otrzymywaniem salwarsanu i racji żywnościowych aresztanci musieli pracować zgodnie ze zwykłymi normami. Ale w rzeczywistości w takich zonach nie było prawdziwego „zapotrzebowania” na pracę i żyło się w nich o wiele łatwiej niż przy normalnej kopalni.
Męskie weneryczne zony były zawsze miejscem, skąd trafiali do szpitala młodzi „żonowie” błatniaków, zarażeni syfilisem przez odbytnicę. Prawie wszyscy błatniacy są pederastami. Z braku kobiet deprawowali i zarażali mężczyzn – pod groźbą użycia noża lub, rzadziej, za „szmatki” (odzież) czy chleb.
Mówiąc o kobietach błatniackiego świata, nie sposób pominąć całej armii tych „Zojek”, „Maniek”, „Daszek” i innych istot płci męskiej, ozdobionych żeńskimi imionami. Zdumiewające było to, że nosiciele tych imion reagowali na nie w zupełnie normalny sposób, nie widząc dla siebie w tym żadnej hańby czy obrazy.
Żywić się na rachunek prostytutki to dla złodzieja żadna ujma – powinna ona wysoko cenić możliwość obcowania z nim. Z drugiej strony – to jeden z „kuszących” szczegółów zawodu, bardzo przypadający do gustu złodziejskiej młodzieży.
Szybko, szybko nas osądzą,
Poprowadzą w Pierwomajskie,
Etatowe dziewki zoczą,
Paczki nam przytaszczą rajskie
– tak śpiewa się w więziennej pieśni. „Etatowe dziewki” – to właśnie prostytutki.
Ale bywają przypadki, gdy uczucie zastępujące miłość, a także ambicja i uczucie żalu w stosunku do samej siebie skłaniają kobietę z błatniackiego świata do „nielegalnego” postępowania.
Oczywiście, od złodziejki wymaga się tu więcej niż od prostytutki. Według oceny błatniackich oskarżycieli, złodziejka, która żyje z nadzorcą, winna jest zdrady. Mogą ją zbić, wskazując w ten sposób popełniony błąd, ale również całkiem po prostu zarżnąć, jako „sukę”1. Prostytutce taki postępek nie będzie poczytany za grzech.
W takich konfliktach kobiety z prawami jej świata rozwiązania nie zawsze są jednakowe i uzależnione są od indywidualnych cech człowieka.
Tamara Cułukidze, dwudziestoletnia złodziejska piękność, była przyjaciółka znanego tyfliskiego urki, zeszła się z naczelnikiem kulturalno-wychowawczej sekcji łagru, lejtnantem Graczowem – dziarskim, trzydziestoletnim, pięknym kawalerem.
Graczow miał w łagrze jeszcze jedną kochankę, Polkę Leszczewską, jedną ze sławnych „artystek” łagrowego teatru. Kiedy związał się z Tamarą, ta zażądała, ażeby porzucił Leszczewską. Zuchowaty Graczow żył jednocześnie z dwiema żonami, skłaniając się ku obyczajom muzułmanów. Będąc jednak człowiekiem doświadczonym, starał się dzielić swe względy równo pomiędzy obie kobiety, co mu się udawało. Dzielona była nie tylko miłość, ale też jej materialne oznaki: każdy jedzeniowy prezent był przez Graczowa przygotowywany w dwu egzemplarzach. Z kremem, wstążkami i perfumami postępował podobnie – i Leszczewska, i Cułukidze tego samego dnia otrzymywały jednakowe wstążki, jednakowe flakoniki perfum, jednakowe chusteczki.
Wyglądało to bardzo wzruszająco. A przy tym Graczow był chłopakiem postawnym i schludnym. I Leszczewska, i Cułukidze (mieszkały one w jednym baraku) nie posiadały się z zachwytu nad taktem swego ukochanego. Przyjaciółkami jednak nie zostały i kiedy nagle poproszono Tamarę przed oblicze szpitalnych złodziei, Leszczewska po cichu się cieszyła.
Jednego razu Tamara zachorowała i leżała w szpitalu na sali dla kobiet. Nocą drzwi się otworzyły i stukając kulami, przekroczył próg poseł urków. Błatniacki świat wyciągał po nią swą długą rękę.
Wysłannik przypomniał jej o błatniackim prawie własności w zastosowaniu do kobiet i polecił stawić się na oddziale chirurgicznym w celu spełnienia „woli zlecającego”.
Według słów posła znajdowali się tu ludzie znający tego tyfliskiego błatniaka, za którego przyjaciółkę uważana była Tamara. Teraz zastępował go tutaj Sieńka Gundosy (mówiący przez nos). To właśnie w jego objęciach powinna się natychmiast znaleźć.
Tamara schwyciła kuchenny nóż i rzuciła się na kulawego błatniaka. Ledwo go sanitariusze odwojowali. Oddalił się przy akompaniamencie gróźb i ordynarnych przekleństw. Następnego dnia Tamara wypisała się ze szpitala.
Dokonano niemało prób, aby z powrotem skierować zbłąkaną córę pod sztandary błatniaków, ale za każdym razem bez powodzenia. Zadano jej cios nożem, ale rana okazała się głupstwem. Nadszedł koniec wyroku i Tamara wyszła za mąż za jakiegoś nadzorcę – człowieka z rewolwerem, i błatniacki świat nie zdołał jej pochwycić.
Błękitnooka Nastia Archarowa, kurgańska maszynistka, nie będąc ani złodziejką, ani prostytutką, z własnej woli związała na zawsze swój los ze światem błatniaków.
Od młodych lat otoczona była podejrzanym szacunkiem, złowieszczym poważaniem ze strony takich ludzi, o których czytała tylko w powieściach detektywistycznych. Ten szacunek, który Nastia zauważyła jeszcze „na wolności”, miała też w więzieniu i w łagrze – wszędzie tam, gdzie pojawiali się błatniacy.
Nie było w tym nic tajemniczego – starszy brat Nastii był znanym uralskim „mistrzem skoku”, i Nastia od młodych lat kąpała się w blasku jego przestępczej sławy, jego pełnego sukcesów, złodziejskiego losu. Niespostrzeżenie znalazła się w kręgu błatniaków, ich spraw i interesów, nie odmawiając pomocy przy przechowywaniu ukradzionych rzeczy. Pierwszy trzyletni wyrok umocnił ją w tym i sprawił, że stała się zawzięta i silnie związana ze światem błatniaków. Dopóki przebywała w swoim rodzinnym mieście, złodzieje, obawiając się gniewu jej brata, nie decydowali się wykorzystywać jej jako swojej własności. Biorąc pod uwagę jej społeczną „pozycję”, to znajdowała się ona bliżej złodziejek, bo prostytutką wcale nie była, i jako złodziejka pojechała w daleką podróż na państwowy rachunek. Tutaj już nie było brata i od razu w pierwszym mieście, do którego trafiła po pierwszym zwolnieniu z łagru, jakiś błatniacki przywódca uczynił ją swą żoną, zaraziwszy ją przy tym tryprem. W niedługim czasie aresztowano go. Na pożegnanie zaśpiewał Nastii złodziejską piosenkę: Zawładnie tobą koriesz mój. Z tym „korieszem” (tj. druhem) Nastia również długo nie pożyła – wsadzono go także do więzienia, a w stosunku do niej zgłosił swe prawa kolejny władca. Był dla Nastii fizycznie odrażający – wiecznie śliniący się i pokryty jakimś liszajem. Spróbowała bronić się, wykorzystując nazwisko brata, ale wykazano jej, że nawet jej brat nie ma prawa naruszać wzniosłych zasad błatniackiego świata. Gdy zagrożono jej nożem, przestała się dalej opierać.
W szpitalu Nastia pokornie stawiała się na „miłosne” wezwania, często przesiadywała w karcerze i wiele płakała – czy to dlatego, że była skora do płaczu, czy też przerażał ją własny los, los dwudziestoletniej dziewczyny.
Wostokow, starszy już wiekiem szpitalny lekarz, poruszony jej losem, podobnym skądinąd do tysięcy innych, obiecał jej pomóc urządzić się w biurze na stanowisku maszynistki, jeżeli odmieni swoje życie. To poza moją wolą – pisała pięknym charakterem pisma Nastia. Mnie nic nie uratuje. A jeśli już chce pan zrobić dla mnie coś dobrego, to proszę mi kupić kapronowe pończochy, możliwie najmniejszego wymiaru. Gotowa na wszystko dla pana, Nastia Archarowa.
Złodziejka Sima Sosnowska była wytatuowana od nóg do głowy. Zadziwiające, przechodzące jedna w drugą erotyczne sceny o najbardziej wymyślnej treści, pokrywały jej całe ciało fantazyjnymi liniami. Jedynie twarz, szyja i ręce pozostały bez „nakłuć”. Sima znana była w szpitalu dzięki swej zuchwałej kradzieży – zdjęła z ręki konwojenta złoty zegarek, kiedy ten chciał w drodze skorzystać z przychylności ładniutkiej Simy. Miała ona znacznie łagodniejszy charakter niż Agłaja Diemidowa, inaczej konwojent leżałby w krzakach aż do nadejścia następnego. Sima patrzyła na to jak na zabawną przygodę i uważała, że złoty zegarek to niezbyt wygórowana cena za miłość. Konwojent omal nie zwariował i aż do ostatniej minuty żądał zwrotu zegarka, rewidując ją bezskutecznie dwa razy. Szpital był już niedaleko, etap liczył wiele osób – i konwojent nie zdecydował się na wszczynanie skandalu. Złoty zegarek pozostał u Simy. W niedługim czasie został przepity i ślad po nim zaginął.
W moralnym kodeksie błatniaka, podobnie jak w Koranie, istnieje zdeklarowana pogarda w stosunku do kobiety. Kobieta – to istota, którą się pogardza, istota niższa, którą godzi się bić i nie godzi się żałować. Odnosi się to w takim samym stopniu do wszystkich kobiet – każda inna kobieta, nienależąca do błatniackiego świata, jest także przedmiotem pogardy błatniaka. Zbiorowy gwałt – „chórem” – to wcale nie rzadkość na kopalniach Dalekiej Północy. Naczelnicy przewożą swe żony pod osłoną straży; kobieta nigdzie nie chodzi ani nie jeździ sama. W podobny sposób strzeżone są dzieci: defloracja małoletnich dziewczynek – to stałe marzenie każdego błatniaka. I nie zawsze pozostaje ono tylko marzeniem.
W pogardzie dla kobiet błatniak wychowuje się już od najmłodszych lat. Swoją przyjaciółkę-prostytutkę bije tak często, że ta, jak mówią, przestaje odczuwać całą pełnię miłości, jeżeli z jakiejś tam przyczyny nie otrzyma kolejnej porcji bicia. Sama etyka świata błatniaków wyrabia w nich sadystyczne skłonności.
Błatniak nie powinien żywić żadnego uczucia przyjaźni czy koleżeństwa do swej „baby”. Również nie powinien mieć żadnej litości dla obiektu swych niskich uniesień. Nie może też istnieć żadna sprawiedliwość w stosunku do kobiet swego własnego świata – ich problematyka wyrzucona została za bramę etycznej „zony” błatniaków.
Ale istnieje jeden wyjątek od tej ponurej zasady. Istnieje jedna jedyna kobieta, nie tylko odgrodzona od zamachów na jej godność, ale postawiona wysoko na piedestał. Kobieta poetycznie idealizowana w świecie błatniaków, kobieta, która stała się tematem ich lirycznej twórczości, bohaterką folkloru przestępców w ciągu wielu pokoleń. Kobietą tą jest – matka złodzieja.
W wyobraźni błatniaka świat, który go otacza, jest zły i nieprzyjazny, pełny jego wrogów. I istnieje w nim tylko jedna jasna postać, godna czystej miłości, szacunku i uwielbienia. To – matka.
Kult matki połączony ze złośliwą pogardą dla kobiety w ogóle to etyczna formuła kryminalistów dotycząca kwestii kobiecej, wypowiadana ze szczególnym więziennym sentymentalizmem. O tego rodzaju sentymentalizmie napisano wiele głupstw. W rzeczywistości jest to sentymentalizm zabójcy, podlewającego grządkę róż krwią swoich ofiar. Sentymentalizm człowieka, który opatruje ranę jakiegokolwiek ptaszka, a po godzinie gotów jest rozerwać go własnymi rękami, bo scena umierania żywej istoty – to najlepsze widowisko dla błatniaka.
Trzeba znać rzeczywiste oblicze autorów kultu matki, kultu otoczonego mgiełką poezji.
Z tym samym brakiem jakichkolwiek zahamowań i teatralnością, które każą błatniakowi „podpisywać się” nożem na ciele zabitego przez siebie renegata czy publicznie gwałcić kobietę w biały dzień, na oczach wszystkich, deflorować trzyletnią dziewczynkę lub zarażać syfilisem mężczyznę, „zojkę” – z taką samą ekspresją błatniak tworzy poetyczny obraz matki, ubóstwia ją, czyni ją obiektem więziennej liryki odwołującej się do najgłębszych uczuć i zobowiązuje wszystkich do oddawania jej, nieobecnej, wszelkiej czci i szacunku.
Na pierwszy rzut oka uczucie złodzieja do matki to jakby jedyne co ludzkie, co uchowało się wśród jego skażonych, kalekich emocji. Błatniak jest jak gdyby zawsze tym uważającym synem, a wszystkie ordynarne rozmowy o cudzej matce błatniacki świat natychmiast każe przerywać. Matka to jakiś wzniosły ideał i jednocześnie coś zupełnie realnego, co każdy posiada. Matka, która zawsze przebaczy i zawsze się ulituje.
Byśmy żyć mogli, mama pracowała,
A ja po cichu zaczynałem kraść.
Złodziejem będziesz, matka przestrzegała,
Ze łzami w oczach. Ojca jesteś maść.
Tak śpiewa się w jednej z klasycznych pieśni kryminalistów – Los.
Rozumiejąc, że w ciągu całego burzliwego i krótkiego życia złodzieja jedynie matka pozostanie z nim do końca, oszczędza ją on w swym cynizmie.
Ale i to, jedyne jak gdyby, jaśniejsze uczucie jest kłamliwe, podobnie jak wszystkie drgnienia duszy błatniaka.
Wysławianie matki – to kamuflaż, wychwalanie jej jest po to, aby oszukać, i tylko w najlepszym przypadku, mniej lub bardziej wyraziście przedstawia więzienny sentymentalizm.
I w tym, zdawałoby się, wzniosłym uczuciu złodziej kłamie od początku do końca, podobnie jak w każdej swojej wypowiedzi. Żaden ze złodziei nigdy nie posłał swej matce ani kopiejki, nawet nie pomógł jej na swój sposób, przepijając w hulankach tysiące ukradzionych rubli.
W tym uczuciu do matki nie ma nic oprócz udawania i teatralnej kłamliwości. Kult matki – to swego rodzaju zasłona dymna, przesłaniająca szpetny złodziejski świat.
Kult matki, nieprzenoszony na żonę i w ogóle na kobiety – to fałsz i kłamstwo.
Stosunek do kobiety – to papierek lakmusowy każdej etyki.
Zwróćmy tu uwagę, że to właśnie kult matki, współistniejący z cyniczną pogardą dla kobiet, uczynił jeszcze przed trzydziestu laty Jesienina tak popularnym autorem w przestępczym świecie. Ale o tym – w odpowiednim miejscu.
Złodziejce czy przyjaciółce złodzieja, kobiecie, która weszła wprost czy pośrednią drogą na teren przestępczego świata, zabrania się jakichkolwiek „romansów” z „frajerami”. Nieposłusznej, gdy taki przypadek się zdarzy, nie zabijają, nie – „robią ją na czysto”. Nóż to zbyt szlachetna broń, żeby jej używać w stosunku do kobiety – na nią wystarczy kij lub pogrzebacz.
Inaczej rzecz się ma, jeżeli chodzi o związek mężczyzny z „wolną kobietą”. To oznaka dzielności i powód do chwały, przedmiot chełpliwych opowiadań jednych i tajonej zawiści drugich. Takie przypadki wcale nie są rzadkie. Jednakże wokół nich tworzy się zazwyczaj tyle bajek, że prawda jest trudna do wyłowienia. Maszynistka przemienia się w kobietę-prokuratora, gońcówna – w dyrektorkę przedsiębiorstwa, sprzedawczyni – w ministra. Bajdy spychają prawdę w głąb sceny, w ciemności, i nie sposób się połapać w tym spektaklu.
Nie ulega wątpliwości, że pewna część błatniaków ma rodziny w miastach, z których pochodzą, rodziny od dawna porzucone przez mężów. Ich żony wraz z małymi dziećmi same walczą z życiem, każda po swojemu. Bywa, że mężowie powracają z miejsc pozbawienia wolności do swoich rodzin, ale zazwyczaj nie na długo. „Duch włóczęgi” ciągnie ich ku nowym wędrówkom, a do tego miejscowy wydział kryminalny przyczynia się do szybszego wyjazdu błatniaka. A w rodzinach pozostają dzieci, którym ojcowska profesja nie wydaje się czymś strasznym, lecz wywołuje współczucie i – co więcej – chęć pójścia w ojcowskie ślady, tak jak w pieśni Los:
Kto siłę ma, by z losem powojować,
Niech walczy wciąż, aż zbliży się już kres.
Mam mało sił, lecz przyjdzie mi zachować
Zmarłego ojca drogę i jej treść.
Złodzieje z ojca na syna – to właśnie jest kadrowe jądro przestępczego świata, jego „wodzowie” i „ideolodzy”.
Problemy związane z ojcostwem i wychowaniem dzieci są dla błatniaka nieodmiennie odległe – zagadnienia te są wyłączone z błatniackiego Talmudu. Przyszłość córek (jeśli gdzieś one istnieją) wydaje się złodziejowi normalna w postaci kariery prostytutki, przyjaciółki jakiegoś innego znamienitego złodzieja. Sumienie błatniaka zupełnie nie jest obciążone żadnym moralnym balastem (nawet w zakresie błatniackiej specyfiki). To, że synowie staną się złodziejami, wydaje mu się też zupełnie naturalne.
„Sukami” nazywano błatniaków, którzy przeszli na stronę władzy.
Warłam Szałamow
Opowiadania Kołymskie