niedziela, 8 lutego 2026

O pewnej wiewiórce

 Pan Prezes WKO 

Przybycie jego do naszego domu miało charakter nadnaturalny. Zapowiedziała go Pitia. Na pewnym przyjęciu jedna z pań, znana z osobliwego daru jasnowidzenia, siadła przy mnie i poczęła mi przepowiadać przyszłość. Nie posługiwała się przy tym ani liniami dłoni, ani kartami. Ot, patrzała komuś w twarz i mówiła. Nic z tego nie rozumiem i nie próbuję wytłumaczyć. Zdaję sprawę po prostu. Powiedziała między innymi, że wkrótce będę miała zwierzę. „Niestety – odparłam – mamy umowę z gospodarzem. Nie wolno nam trzymać psów ani kotów; a ptaków w klatce nie lubięˮ. „Mimo to zwierzę będzie – odparła pani – i to takie, że dużą rolę będzie grało w waszym życiuˮ. Mieszkałam wówczas w mieście, tak że ani bydło, ani drób nie mogłyby wchodzić w rachubę. Wóciłam do domu i oczywiście nic. Minął miesiąc, dwa, i nic. W trzecim miesiącu przyjechał jeden z naszych przyjaciół z Gdyni, nie wiedzący nic o przepowiedni i...

Otworzył małą, skórzaną walizkę. Z walizki wyprysnął rudy płomyk i zaraz po chwili zalśnił na szafie. Z szafy spłynął na podłogę, no i hyc, z mebla na mebel... Wiewiórka!

Po chwili siedziała już na stole, wsparta o sztywno stojący pióropusz ogona, na każdym uszku puszysta kępka, oczki ptasie patrzące na boki, nie do przodu, zęby wystające jak u starej Angielki, wyraz małej chudej twarzyczki, właśnie twarzyczki, nie pyszczka, bardzo łobuzerski. Z cech ludzkich jeszcze ta pionowa postawa i łapki przednie w kształcie rączek, nie owłosionych i chwytnych. Podałam orzech, chwyciła w rączki, obróciła parę razy nerwowo, obejrzała dokładnie i zaczęła piłować przednimi ząbkami, aż zafurczało. Nie dopiłowawszy do końca, rzuciła orzech, rozejrzała się niespokojnie, pobiegła truchcikiem na brzeg stołu, uwiesiła się na jego krawędzi tylnymi łapkami, zajrzała pod stół, jak zestrachana paniusia szukająca złodzieja albo zazdrosny mąż szukający gacha. Tylko kita sterczała nad blatem, a cała reszta, wisząca na tylnych pazurkach w powietrzu, spenetrowała przestrzeń podstolną, po czym hyc, z powrotem na blat, i z gorączkowym pośpiechem za orzech, i znów frurr, furr, odpadła skorupka, wyłuskało się białe jąderko i znów po nim ząbkami jak tarka, już cicho, ale tam i z powrotem. Cieniutkie ostrużyny bez żucia, od razu przeznaczone do łykania. Nagle orzech cisnęła w połowie, bo niestety usposobienie miała chaotyczne, i hop, na firankę, do szczytu, na sam gzyms. Na stole zostało parę malutkich, twardych bobków.

Miała rację pani P mówiąc, że zwierzątko odegra dużą rolę w naszym życiu. Wiewiórka to małpka północy. Ruchliwość niewyczerpana, pomysłowość diabelska i tych parę cech niby-ludzkich... Skrzyżowanie ssaka z ptakiem, bo patrzy bokiem i fruwa w powietrzu, sterując ogonem. Akrobatka, bo wisi to na jednej łapie, to na dwóch, balansując resztą malutkiego, muskularnego ciałka. Gnom – bo mała i psoci. Kot – jeżeli chodzi o wdzięk! Pani Dulska, jeżeli chodzi o oszczędność.

Oszczędzanie to jej hobby, to jej szał. Pasja – obłęd oszczędzania! Mania prześladowcza na punkcie czarnej godziny. I co gorsza – bezwstydna żebranina. Cyniczna żebranina przy pełnej spiżarni. I żeby to jednej...

Siedzę w fotelu i czytam. Miękki skok i oto siedzi mi na kolanach z wyciągniętą błagalnie rączką, nadstawioną właśnie tak, jakby wpaść w nią miało parę wiewiórczych grosików. Ruch typowo żebraczy. Daję jej z roztargnieniem orzeszek, który gdzieś tam mam przy sobie. Sus w dół ze zdobyczą i ani mowy o jedzeniu. Unosi róg dywanu dwiema różowymi rączkami, trzymając orzech w zębach, włazi pod dywan, zostawia tam orzech, opuszcza podniesiony róg, zaklepuje i już jest znów na moich kolanach i znów ta głodna rączka, błagalnie wyciągnięta. Prawie się słyszy: „Litościwa osobo...ˮ Dostaje kawałek cukru. Teraz sus na obraz i z chrobotem cukier za ramkę. I znów jest na kolanach i znów żebrze. Doszło do tego, że zeskakiwała mi na stopę i wyżebrany przysmak chowała do pantofla, do tego, który miałam na nodze, wciskając go przemocą między ciało a skórę obuwia, póki rozgniewana nie odpędziłam natręta.

Taki cnotliwy walor zasługiwał na nagrodę, na odpowiednie stanowisko. Wiewiórka otrzymała tytuł Prezesa Wiewiórczej Kasy Oszczędności, w skrócie WKO, i odtąd nie wołało się na nią inaczej niż „Panie Prezesieˮ. Przyjęła to stanowisko z godnością i bez zastrzeżeń. Bardzo prędko oswoiła się ze swoim tytułem i kiedy się zawołało: „Panie Prezesie! Szanowny Panie Prezesie WKO!ˮ – przybiegała natychmiast. W chwilach wielkiej czułości nazywało się ją Prezesulkiem. Wydaje mi się, że rozumiała pieszczotliwość tego słowa, bo rozumiała niesłychanie dużo. Wcale nie była głupsza od psa.

Wkrótce wytworzyły się pewne rytuały domowe. Kiedy jedliśmy obiad czy kolację, Prezes wskakiwał na stół, ale sam nie brał niczego, tylko stawał przed każdym z nas, patrzał wyczekująco i żebrał, wyciągając tę swoją różową, małpią rączkę, z długimi pazurkami. Potem jadł skrobiąc otrzymany kawałek skórki od chleba, cukru, jabłka czy orzecha prędziutko, prędziutko, obracając go pośpiesznie w obu rączkach, napoczynając z różnych końców. Czasem się zniechęcał w połowie i ciskał jedzenie byle gdzie, częściej biegł gdziekolwiek i zakładał nową filię WKO, bardzo chętnie w kieszeniach ofiarodawcy, co było cynicznym objawem lenistwa i obierania drogi najmniejszego oporu. Założywszy nową filię WKO natychmiast wskakiwał z powrotem na stół i żebrał znowu, dowodząc raz jeszcze, że nie prawdziwą pracą zdobywa się majątek. Od pedanterii, chciwości i skąpstwa ratowała go absolutna lekkomyślność. Zapominał na śmierć o swoich filiach, gdzie jedzenie zsychało się lub gniło, podczas gdy Prezes zażarcie, gorliwie szukał wcale nie tam, gdzie posiał, i męczył się na próżno, usiłując podnieść ciężki kałamarz albo róg dużego dywanu, pod którym nic nie schował. Zresztą znarowił się z czasem, zszedł z prostej, wiewiórczej drogi i nie jadł wcale swoich zapasów, tylko żądał wciąż czegoś świeżego. Zakładał jednak nowe filie – sztuka dla sztuki, jak milioner, któremu nie chodzi o zysk, tylko o samą spekulację. Tytuł Prezesa pasował doń jak ulał.

Poprzedni państwo, ci, którzy go oswoili, trzymali go widocznie na surowej diecie, bo kiedy przybył do nas, jadł wszystko prócz mięsa. Potem zaczęły się grymasy. Wreszcie doszło, niestety, i w tej dziedzinie do zupełnego wyuzdania i cynizmu: Prezesulko jadał babkę tylko piaskową (vide niżej, na tym punkcie wszystkie zwierzęta były zgodne), zwykłej, nawet czerstwej, za nic, a poza skórką od chleba, orzechami i owocami uznawał tylko jedno: czekoladki Wedla. Istniała w owym czasie inna firma, produkująca czekoladki: „Plutosˮ, którą Słonimski nazywał „Wyplutosˮ. Prezesulko podzielał całkowicie zdanie poety. Odrzucał natychmiast czekoladkę „Plutosaˮ, natomiast chwytał chciwie czekoladkę Wedla. Nigdy się nie pomylił. Wedel mógł go używać jako reklamy.

Na moim ramieniu siadywał prawie stale, kiedy chodziłam po mieszkaniu albo siedziałam. Przestawał mnie zauważać, kiedy się kładłam. Musiałam mu w jakimś stopniu przypominać sosnę, ale co za pożytek z sosny, kiedy jest zwalona? To, co leży, jest martwe, a więc wstrętne. Prezes lubił linie pionowe.

Chrobot klucza w zamku był to znak, że mąż mój nadchodzi. Prezesulko jednym susem znajdował się w przedpokoju, wskakiwał na pana i rozpoczynał błyskawiczną rewizję osobistą: kieszonka górna od marynarki, kieszenie boczne, kieszeń wewnętrzna, kieszenie spodni, mankiet przy spodniach. Bystrość i podejrzliwość celnika. Oczywiście w końcu znajdował gdzieś orzech, gryzł go sekundę przez uprzejmość i zakładał nową filię. Po czym znudzony, wiedząc, że nic go od mego męża nie czeka, wracał do pokoju i brał się do dalszych zajęć.

Niestety, czytywał książki. Wolę nie wspominać o grzbietach i okładkach, ale nawet i kartki... Co tu dużo mówić: mimo futrzanej kity zamiast ogona, mimo przepysznego rudego trenu – prosto z rewii z Casino de Paris – jest się myszą i o tym nie pozwalają nikomu zapomnieć chytre, patrzące na boki oczki, zęby starej Angielki, wydłużony, choć ścięty tępo przy końcu pyszczek. Zresztą – sama uroda! Sublimacja myszy! apoteoza myszy, nad-mysz i super-mysz! ale jednak mysz.

Nie pozwalały o tym też zapomnieć kupki malutkich suchych bobków, zostawiane wszędzie, i małe kałużki, wielkości pięciozłotówki, jadowite, bo zżerające politurę mebli. Tak, to były ciemne strony... Ale za to ile radości!

Do największych należały chwile, kiedy Prezesulko wpadał w nastrój dionizyjski: tańczył, śpiewał, szalał! To nachodziło go od czasu do czasu i wówczas był całkowicie we władzy demona. Nagle sztywniał, wyprężał ogon poziomo, z gardła wydobywało mu się rytmiczne, głośne, dźwięczne cmokanie, łapy zaczynały drobić frenetyczne kroczki, ogon podrygiwać miarowo. Spróbujcie uderzać końcem języka o środek podniebienia, o tak! Szybciej! Tak właśnie cmokał Prezes i podrygiwał do taktu. Cmok, cmok, cmok i za każdym razem drygnięcie ogonem. Spazmatyczny taniec łap. To „cmokˮ było dźwięczne, nie zwierzęce, tylko ptasie, a taniec? Taniec był bachiczny. Trwał krótko. Prezes, zbudzony z krótkiego obłąkania, przystawał na ułamek sekundy, doznawał widocznie wielkiego wstydu, że się pokazał w takim stanie, i znikał, znikał natychmiast w którejś ze swoich kryjówek, najczęściej na gzymsie firanki. Nie wiem, czy ten śpiew i taniec były przejawami zwykłej radości życia, czy obrzędem miłosnym. Być może, iż wabił w ten sposób samiczkę. W dobrobycie i beztrosce, w bezpieczeństwie, którego tak rzadko doznaje wiewiórka, brakowało jej (może jego). To było okrutne. Ale trwała zima i nie można było wypuścić Prezesa, nie posiadającego spiżarni, gdzieś na dwór. Poza tym byliśmy w mieście. Rzecz całą odłożyliśmy do wiosny. I co za pomysł – kochać się w zimie? To dobre dla ludzi, którzy w ogóle nie mają zasad. Uczciwe zwierzę kocha się na wiosnę i dlatego myślę, że tańce Prezesulka były tylko bezinteresownym przejawem jego artystycznej duszy i jak wszelki artyzm zrodziły się z pewnej anormalności. Prezes nie spał tej zimy, jak zwykli czynić jego bracia, żył w ciepłym mieszkaniu i dobrze jadł. Cóż mu więc zostało innego niż sztuka?

W tych swoich tańcach i śpiewach był trochę bezwstydny, obnażał jakieś głębie swojej rudej, futrzanej duszyczki, jakieś zapamiętywanie się, podrygiwanie, jakieś niegodne ssaka odgłosy. Skądinąd rozsądne zwierzę, o tendencjach oszczędnościowych, drobnomieszczańskich, rozumiejące wołanie, odgłos dzwonka, odróżniające jakość czekoladek, i nagle: nieprzytomne spojrzenie, oszalałe cmokanie, taniec z przytupem. Trwało to jednak zawsze krótko, Prezes nie znosił monotonii, po szaleństwie następowała planowa działalność. Do niej należała ambitna chęć skrócenia wszystkich nóg od krzeseł – większość z nich była systematycznie podpiłowywana.

Jednakże demon, który objawiał się w chwilach tańca, mieszkał w Prezesie, niezależnie od momentów artystycznego zamroczenia. Pewnego dnia przybiegła do mnie sąsiadka mieszkająca piętro niżej. Trzymała się za serce, głos jej się łamał, musiałam dać jej waleriany. Doznała poważnego wstrząsu. Weszła do swojej sypialni – a przecież drzwi na schody były zamknięte – i zastała ją zdemolowaną. Doniczki z okna pozrzucane, flakony z toalety na podłodze i, co gorsza, pościel na łóżku jakaś skopana, kapa zrolowana, poduszka zaplamiona! Mało tego: kiedy stanęła w rozpaczy, badając wzrokiem niepojęte spustoszenie, z jej własnego łóżka wyskoczył demon we własnej osobie, szurnął jej na ramię, na głowę, zmierzwił włosy i znikł. Można czy nie można było dostać szoku? Sąsiadka okazała się głucha na wszelkie moje przeprosiny i tłumaczenia się. Powiedziała, że nie wolno w mieszkaniu trzymać zwierząt, które zagrażają spokojowi i mieniu obywateli, i że ten skandal musi się skończyć. Bardzo byłam jej oburzeniem przejęta, ale jeszcze więcej pytaniem, gdzie w tej chwili znajduje się Prezes WKO. Drżałam, że może spotkało go coś złego. Gdzie tam! W tej właśnie chwili drapał ostrym pazurkiem do kuchennych drzwi. Wybiegł widocznie na schody zaraz za poszkodowaną, przytaił się na razie, bo miał rozum, a potem wszedł na nasze piętro. Skąd wiedział, że trzeba iść właśnie tam, jak trafił nie do czyich innych, tylko do naszych drzwi – to już tajemnica jego niepospolitej inteligencji. A jak się dostał do sąsiadki? Po prostu skoczył z górnego balkonu na dolny. Cóż znaczy dla niego taki skok!

Trzeba było odtąd pilnować balkonu, poza tym wiosna nadeszła, jasne było, że Prezesa roznosi chęć swobody, że w murach miasta jest mu za ciasno, że las go woła. Nadchodziła tragiczna chwila rozstania, ale trzeba było zapomnieć o własnym egoizmie, o własnej miłości i zastosować najdalej posuniętą zasadę tolerancji.

Wynajęliśmy właśnie w owym czasie uroczą chałupę nad brzegiem Świdra. Była to okolica mało podówczas zaludniona. Chałupa, kryta słomą, stała na dość wysokim brzegu rzeczki, wśród bardzo zielonej łąki. Obok niej lipa, parę drzew owocowych, a tam i sam na łące stare topole, grusza na pobliskim polu, krzaki i dość daleko – las. Żadnych domów w pobliżu. Zielono, cicho, wilgotnawo. Być może, nie najodpowiedniejsze miejsce dla wiewiórki, ale z drzewa na drzewo, z topoli na topolę nie tak trudno było hycnąć aż do lasu. Przyjechałam z Prezesem w klatce, bardzo zgnębiona. Usiłowałam nadrabiać miną. Powiedziałam nawet: „A teraz koniec miedzy namiˮ i otworzyłam klatkę. Czułam się szlachetnie, bo ostatecznie nikt mnie nie zmuszał do tej straty. Prezes rudym dymkiem wyparował z klatki, jak geniusz zamknięty we flaszce, w baśni z 1001 nocy. Usiadł na stole, a że był zwierzęciem pobożnym, któremu żaden rytuał nie był obcy, więc przede wszystkim odtańczył swój dionizyjski taniec. Ogon, bardziej chyba puchaty niż zwykle, walił w stół, łapki podrygiwały jak w rock and rollu, głośne cmokanie poszło dalekim echem. Potem jeden potężny sus na słup podtrzymujący werandę i już go nie było. Żadnego sentymentalizmu, żadnych pożegnań – tak lepiej.

Był już prawie wieczór i, po trudach rozpakowania rzeczy, poszliśmy wcześnie spać. Nazajutrz zasiedliśmy na werandzie do śniadania. Ranek był rzeźwy i rosisty, pachniało rzeczką, gdakały kury. Nagle – rudy błysk i Prezes siedział na stole, jak zwykle przy śniadaniu. Z własnej woli! Co gorsza, znów żebrał, choć przecie wszędzie jedzenia było dlań pod dostatkiem. Ale o mało nie ucałowałam tej różowej żebrzącej rączki. Gdzie spędził noc? Skąd się wziął? Po śniadaniu, najedzony, obskakał nas uprzejmie, ale zaraz potem znikł. Do obiadu. O obiedzie nie zapomniał. O kolacji też. I tak było co dzień. Gdzieś tam w sobie miał dokładnie wyregulowany zegarek i nie było mowy o spóźnieniu. Kiedy jedzenie nie było gotowe na czas, siedział na stole z podniesioną kitą i patrzał z wyrzutem. Potem jadł łapczywie i żebrał. W czasie posiłku wyskakiwał co chwila i pryskał gdzieś w górę, w celu niezwłocznego założenia filii WKO. Potem wracał znowu.

Okazało się, że zrobił sobie mieszkanie w słomianym poszyciu tworzącym dach chałupy. Miał nas wobec tego na podorędziu. Wystarczyło zawołać: „Panie Prezesie! Szanowny Panie Prezesie WKO!ˮ, a natychmiast dach poczynał szumieć i sucho trzeszczeć, a Prezes spływał po nim w dół rdzawym ognikiem. Efekt dla gości pierwszorzędny. Mówiło się uroczyście:

„Chwileczkę, tylko poprosimy Prezesaˮ, cała rodzina wołała na wyprzódki: „Panie Prezesie!ˮ, gość rozglądał się, zaskoczony, i Prezes zjawiał się niechybnie, wykonywając przy tym, z małpim sprytem, wszystkie swoje popisowe numery z siadaniem na ramieniu, żebraniem, zakładaniem filii i rewizją osobistą gościa włącznie. Czasem przybiegał nawet z dość dalekich drzew na wołanie i tak się spieszył, że część odległości kicał już wprost po ziemi, nie chcąc tracić czasu.

Nie ożenił się jednak. Czyśmy za późno go przywieźli na wieś, czy nie odważał się dotrzeć aż do lasu; czy też był skażony cywilizacją i nie mógł już sobie znaleźć towarzyszki na swoim poziomie; czy chciał być zdobywany, a nie pragnął szukać, czy uważał miłość za niegodną intelektualisty; czy nie zdołał przekonać żadnymi argumentami samiczki, że można żyć w najbliższym pobratymstwie z ludźmi, nawet na dachu, że ludzie bynajmniej nie są źli?...

Jeżeli tak mówił w swoim wiewiórczym języku, to oczywiście się mylił i omal tych złudzeń nie przypłacił życiem. Pewnego ranka przybiegł do naszej chałupki zdyszany malec, bosy, w opadających porciętach, i krzyknął przeraźliwym falsetem:

– Panina wiewiórka!... Chłopaki kamieniami rzucają! O tam, nad rzeką!

Pognaliśmy galopem.

Nad rzeką stała samotna topola. Dokoła czwórka rozbestwionych chłopaków ciskała kamienie w górę, wysoko zadzierając głowy. Gdzieś u szczytu, malutka rdzawa grudka, przytulona do pnia. Jakim sposobem się tu znalazła? Musiały łobuzy wypłoszyć ją z bliższego drzewa i gnać przez pola, żeby schroniła się aż tutaj, skąd już nie było żadnej ucieczki. Dokoła łąki, piaszczysty brzeg rzeczki, woda płynąca, bełkocząca przy brzegach, w piasku. Woda i łąka – dla wiewiórki złowroga pustynia. Przez sekundę pomyślałam, że może to nie Prezes, może inna jakaś wiewiórka, ale skądże, wiewiórki mieszkają w lasach. W następnej chwili przelękłam się, że Prezes, zobaczywszy mnie zacznie ufnie schodzić po pniu w dół. Jak go ostrzec? Zawołać – to gotów przyjść. Podbiegłam bez tchu do drzewa i w napadzie dzikiej wściekłości zaczęłam walić na prawo i na lewo, po głupich głowach, po morderczych rękach, krzycząc coś z taką rozpaczą, że gromada osłupiała. Jeszcze jeden z nich cisnął kamieniem w górę, a potem zaczęli, z ociąganiem się, odchodzić. Wiedzieli, że wiewiórka jest oswojona, chcieli ją złapać – to by jeszcze można było zrozumieć. Ale czemu chcieli ją zamordować? Odpędzałam ich dalej i dalej, widocznie groźna w swoim gniewie, bo dali w końcu spokój i odbiegli. Wtedy ja z powrotem podeszłam do drzewa i zaczęłam wołać wszystkimi pieszczotliwymi słowami, jakie potrafiłam znaleźć. Żaden Prezes żadnej instytucji nie usłyszał podobnych spieszczeń od najbardziej spragnionej awansu sekretarki, jak mój nieszczęsny, uczepiony wierzchołka topoli Prezesulko. Nie przychodził jednak. Musiał być śmiertelnie wystraszony, jeżeli pozostał nieczuły na moje wołania, on, który przy pierwszym okrzyku szeleścił i szurał gdzieś w górze, i spływał w dół natychmiast, z kitą malowniczo rozłożoną na pniu drzewa, z łebkiem, podniesionym pionowo w stosunku do ciałka, z łapkami, dla których nie istniało prawo przyciągania ziemskiego. Teraz nie ruszał się nawet i najgorsze, że go nawet nie mogłam dostrzec. Gdzie się schował wśród liści? Jak go przywabić? Zostawić go tu samego? Ale przebiegnięcie przestrzeni, dzielącej nadbrzeżną topolę od innych drzew, groziło śmiertelnym niebezpieczeństwem. Ludzie, psy, koty! Stałam pod topolą i stałam, wołałam i wołałam, wszystko na próżno. Musiałam wracać, bo w domu czekało na mnie maleńkie dziecko. Jeszcze kilkakrotnie w ciągu dnia biegłam pod topolę, wołałam i zaklinałam, wszystko na próżno. Co się stało? Czy możliwe, że któryś kamień trafił jednak Prezesa i przylepił, zmiażdżonego, do jednej z górnych gałęzi, gdzie nie sposób go było dostrzec. Nie widziałam innej możliwości. Minął obiad bez Prezesa WKO, minęła kolacja. Trzeba się było wyzbyć wszelkiej nadziei. Chodziłam jak struta.

Nadszedł wieczór. Zaczęłam słać łóżko. O Boże! Pod poduszką futrzany, rudy kłębuszek. Nie wiadomo nawet, czy żywy. Nieruchomy. Bałam się go tknąć – może przetrącony. Ostrożnie, powoli wzięłam go w ręce, jak ciepłą pomarańczkę. W każdym razie był żywy, tylko mocno, szczelnie zakryty ogonem. Gładziłam go leciutko, tuliłam do twarzy, szeptałam pieszczotliwe słowa, które zwierzęta tak lubią (dlaczego lubią – zagadka, ale je rozumieją). I oto, w moich dłoniach, Prezes ożył powoli. Spod firanki ogona wynurzyło się błyszczące oczko, potem cała mordka, nieprawda, że mysia – prawie ludzka. I po tym, jak owe chińskie małe krążki, które rzucone na wodę rozprostowują się w kwiaty i motyle – calutki, żywy, nie uszkodzony Prezes wywinął się z ogona, usiadł mi na dłoni, rozejrzał się, ale nie zeskoczył. Jeszcze się bał. Zaczął najpierw sprawdzać, czy to ja aby na pewno. Obiegł mnie kilka razy dookoła, jak pień drzewa, wdrapał się na moje ramię, na głowę i wreszcie począł skakać po meblach. Odzyskał swoją ojczyznę. Jednakże tego dnia nie odważył się wyjść na werandę i trzeba mu było przynieść jedzenie do pokoju. Spał po raz pierwszy razem ze mną, wtulony w zagłębienie między szyją a ramieniem. Co pewien czas budził się i dotykał wilgotnym, malutkim noskiem mego policzka. Był wciąż jeszcze bardzo zdenerwowany.

Potem powrócił do swego gniazda na słomianym dachu, ale już przebywał stale w pobliżu domu. O małżeństwie w tych warunkach mowy być nie mogło. Ale Prezes był raźny i zadowolony. To jednak, że zerwał z prymitywem, że zakosztował słodyczy komfortu, że wzniósł się na poziom intelektualny, niedostępny dla wiewiórek, zaczął bowiem częściowo rozumieć mowę ludzką, to, że pozbył się (poza jednym wypadkiem) strachu, tak zbawiennego dla wszystkich zwierząt leśnych, zadecydowało o jego dalszych losach. Nadeszła jesień, wracaliśmy do miasta, niepodobna go było zostawić samego. Sam już zaczął traktować swoje filie WKO jako dowcip, zakładał je byle gdzie i natychmiast o nich zapominał, wiedział, z dokładnością zegarka, że u swoich zawsze zastanie stół nakryty. Zresztą żołędzi nie nazbierał, bo nie było dębów w pobliżu, orzechów mało, a czy wystarczyłaby już temu, który odrzucał czekoladki „Plutosˮ i uznawał tylko Wedla, dieta z nasionek sosny – wątpię. Nie było już dlań powrotu do natury. Zabraliśmy go więc do Warszawy.

Rozwinąwszy do gigantycznych rozmiarów swój wiewiórczy umysł, rozwinął i serce. To stało się przyczyną jego zguby. Upłynęło parę miesięcy i zachorowałam ciężko. Leżałam w odizolowanym pokoju, naprzeciwko okna, zamkniętego okna, i nagle ujrzałam za podwójną szybą rudą, podskakującą figurkę, która koniecznie pragnęła się do mnie dostać. Drzwi do mego pokoju były zamknięte, Prezes musiał być w pokoju sąsiednim i na zewnątrz muru przeskoczył widocznie z okna na okno, na blaszany, zewnętrzny parapet. Zobaczywszy mnie przez szybę, stanął po ludzku i zaczął walić przednimi łapkami, różowymi piąstkami, których dziecięcy uścisk znałam tak dobrze, w szybę okna. Zamarłam z przerażenia. Jak dać znać Prezesulkowi, żeby nie robił szaleństw, jak wytłumaczyć, że szyby nie przebije? Podskakiwał, walił, przebiegał parę kroczków i próbował w innym miejscu. Wyciągał się jak długi, myślał, że może wyżej się uda, i tłukł łapkami ponad własną głową. Dać mu jakiś znak, machnąć, żeby sobie poszedł – nic nie pomoże. Nie widział mnie długo i widocznie się stęsknił, widocznie za wszelką cenę postanowił do mnie dotrzeć. Patrzałam oczami, zamglonymi od gorączki, widziałam jego walkę z twardą, okrutną nicością – bo nicością musiała być dla niego szyba – i nic nie mogłam na to pomóc. Nie mogłam się ruszyć z łóżka, ale nawet gdybym wstała – okno otwierało się na zewnątrz – byłabym go strąciła. Prezes zbadał już wszystkie miejsca na szybie, których nie udało mu się przebić. Jego niespokojny pyszczek, gorączkowe ruchy świadczyły o rosnącej rozpaczy. I wreszcie postanowił gdzieś jednak odszukać punkt, w którym nicość nie stawiałaby takiego oporu, w którym dałaby się przełamać. Był przyzwyczajony piąć się coraz wyżej i gdzieś w górze szukać rozwiązań, których nie znajdował na dole. Skupił się w sobie, sprężył, skoczył w górę, błysnął rudym światłem w połowie szyby i odpadł...

Więcej go nie widziałam. Mieszkaliśmy na czwartym piętrze. Na podwórku go nie znaleziono. Czy ranny śmiertelnie zawlókł się do jakiejś piwnicy, by tam umrzeć, czy ktoś go podniósł i zabrał sobie – nie wiem.

Brak jego odczuwam dotąd.

Irena Krzywicka 

Mieszane Towarzystwo 

wtorek, 3 lutego 2026

Jezus przed Sanhedrynem – Joseph Lemann


Czy skazanie Chrystusa było legalne?

Jezus przed Sanhedrynem autorstwa Josepha Lemanna to rzetelna rekonstrukcja najbardziej kontrowersyjnego procesu w dziejach ludzkości. Autor, będący ekspertem w zakresie tradycji żydowskiej i prawa mojżeszowego, podejmuje się zadania udowodnienia, że wyrok śmierci wydany na Jezusa z Nazaretu był wynikiem serii rażących naruszeń procedur prawnych.

Książka ta nie jest jedynie literackim opisem męki, ale chłodną, merytoryczną analizą opartą na źródłach takich jak Talmud, pisma Józefa Flawiusza oraz teksty Ewangelii.

JAKIE BŁĘDY PRAWNE POPEŁNIŁ SANHEDRYN PODCZAS PROCESU JEZUSA?

Analiza prawna w Jezus przed Sanhedrynem wykazuje, że zgromadzenie, które skazało Chrystusa, złamało niemal wszystkie zasady zawarte w Misznie (traktat Sanhedryn). Joseph Lemann punktuje m.in.:

Nocny tryb procesowy: Prawo żydowskie kategorycznie zabraniało prowadzenia procesów karnych w nocy.
Brak obrońcy: Oskarżony o przestępstwo zagrożone karą śmierci musiał mieć wyznaczonego rzecznika.
Wymuszone samooskarżenie: Prawo zabraniało skazywania kogokolwiek wyłącznie na podstawie jego własnych słów („nikt nie może uczynić siebie niegodziwym”).
Zasada jednomyślności: Paradoksalnie, według ówczesnych przepisów, jeśli wszyscy sędziowie od razu głosowali za winą (bez ani jednego głosu sprzeciwu), oskarżony powinien zostać uniewinniony, gdyż sugerowało to spisek sędziów.

KIM BYŁ JOSEPH LEMANN I DLACZEGO JEGO ANALIZA JEST UNIKALNA?

Joseph Lemann (1836–1915) to postać wyjątkowa – francuski Żyd, który przyjął chrzest i został wybitnym teologiem. Jego unikalna perspektywa pozwala mu patrzeć na proces Jezusa „od wewnątrz” systemu prawnego Izraela.

Lemann nie pisze z pozycji oskarżyciela, lecz badacza, który demaskuje mechanizmy manipulacji, gdzie interes władzy i strach przed zmianą wzięły górę nad literą prawa. Dzięki temu książka Jezus przed Sanhedrynem stanowi pomost między historią a teologią, wyjaśniając napięcie między Prawem a Objawieniem.

DLA KOGO JEST TA LEKTURA?

Jezus przed Sanhedrynem to pozycja niezbędna dla:

Studentów teologii i prawa: Szukających konkretnych argumentów dotyczących legalności historycznych procesów.

Osób wierzących: Pragnących pogłębić zrozumienie Męki Pańskiej przez pryzmat faktów historycznych, a nie tylko emocji.

Sceptyków i historyków: Zainteresowanych strukturą społeczną i polityczną Jerozolimy w I wieku.

OPINIA KURATORA: DLACZEGO WARTO MIEĆ TĘ KSIĄŻKĘ W 2026 ROKU?

W dobie „fake newsów” i powierzchownych opinii, dzieło Josepha Lemanna imponuje rygorem badawczym. Choć książka liczy 125 stron, jej gęstość informacyjna jest ogromna. Oprawa miękka sprawia, że jest to poręczne narzędzie do studiowania.

Zwracamy uwagę na fakt, że wydawnictwo AA zdecydowało się na wznowienie tego tekstu w 2026 roku, co świadczy o jego niesłabnącej aktualności. To lektura, która zmusza do refleksji nad tym, jak łatwo sprawiedliwość może stać się narzędziem polityki, jeśli zabraknie moralnego kompasu.

https://dakowski.pl/jezus-przed-sanhedrynem-joseph-lemann/

**
Édouard i Achille Lémann (ochrzczeni jako Joseph i Augustin) byli braćmi bliźniakami. Osieroceni w młodym wieku, dorastali pod opieką ciotek i wujów w zamożnej, arystokratycznej rodzinie żydowskiej w Lyonie. 29 kwietnia 1854 roku, z własnej inicjatywy zostali ochrzczeni w Kościele Katolickim w wieku osiemnastu lat,.

Niedyskrecja położyła gwałtowny kres ich spokojowi. W środę 13 września 1854 r. katolicka kobieta, która widziała dwóch braci modlących się żarliwie w Notre-Dame de Fourvière i przyjmujących tam komunię, wspomniała o tym jednej z ich ciotek. Nieświadomie zdradziła ich sekret.

Ciotka poinformowała wuja, będącego ich opiekunem (Moïse Levy), który tego samego wieczoru, pilnie wezwał do siebie całą swoją rodzinę, rabina synagogi i wielu prominentnych członków społeczności żydowskiej Lyonu.

Około szóstej wieczorem rabin i cała rodzina zebrali się na miejscu. Dwaj bracia niczego nie podejrzewali. Józef wrócił do domu jako pierwszy. Jego opiekun, który stał w drzwiach, natychmiast zapytał go: “Édouard, czy to prawda, że jesteś katolikiem?” – Ten odważnie odpowiedział: „Tak, jestem nim”.

Dwaj bracia zostali postawieni przed radą rodzinną. Nie ukrywali faktu, że zostali ochrzczeni przez opata Reuila, ale potwierdzili, że to oni sami dobrowolnie poprosili o łaskę chrztu.

Rabin próbował zachwiać ich wiarą. Współczuł im, synom Izraela, że odważyli się wyrzec religii swoich ojców, aby stać się uczniami “uwodziciela” słusznie skazanego przez Sanhedryn na mękę krzyżową… Nazwał sakrament Eucharystii śmiesznym i absurdalnym. Dwaj nowi chrześcijanie odpowiedzieli potrójnym potwierdzeniem swojej wiary w Chrystusa, w Jego Niepokalaną Matkę i w Eucharystię.

Bicie i groźby

Po niepowodzeniu rabina, wujowie (było ich pięciu) próbowali przekonać swoich siostrzeńców. Argumentowali, że jeśli nie wyrzekną się chrztu, zerwą ze swoją rasą i zhańbią swoją rodzinę, która zawsze pozostawała niezłomnie oddana synagodze. Przypomnieli o ciężkich wyrzeczeniach, jakie ponieśli, aby zapewnić im doskonałe wykształcenie i staranne szkolenie w Imperial Lycée. Ich słowom towarzyszyły łzy i rozdzierające serce szlochy ciotek.

Dwaj bracia byli poruszeni, ale pozostali niewzruszeni: “Jesteśmy chrześcijanami! Pozostaniemy chrześcijanami!”

Przemoc była jedynym sposobem na przekonanie tak upartych ludzi. Wujek, który wziął na siebie odzyskanie ich siłą, chwycił Józefa, powalił go na ziemię i chwytając za gardło, dusił go, mówiąc: “Poddaj się! Poddaj się!” Tymczasem inny wuj, uzbrojony w żelazny pręt, mocno trzymał za ramię Augustina. W salonie panowała śmiertelna cisza, przerywana szlochami ciotek. Józef nie chciał się poddać. Szamotał się w bolesnym uścisku. Jego język prawie całkowicie wysunął się z ust. Dyszał żałośnie…

Augustin, słysząc charczenie brata, poczuł się tak, jakby zaatakowała go nadludzka siła. Przewrócił wuja, który trzymał go mocno za ramię, uwolnił się z jego uścisku, podbiegł do dużego okna wychodzącego na ulicę, otworzył je i krzyknął na cały głos: “Morderca! Morderca!”

Dwaj bracia zostali uratowani: w pobliżu znajdował się posterunek żołnierzy. Zaalarmowani krzykami cierpienia, pośpieszyli z pomocą. Dwaj bracia wyjaśnili komisarzowi policji, że ich wujowie, dowiedziawszy się, że są katolikami, chcieli, aby się tego wyrzekli i że tylko dzięki jego interwencji uniknęli scen skrajnej przemocy, które zagrażały ich życiu.

Była ósma wieczorem. Tłum wyraźnie opowiadał się po stronie dwóch chrześcijan. Komisarz potwierdził prawdziwość zeznań braci i sporządził raport. Postanowił tymczasowo usunąć dwóch nawróconych z ich rodziny.

Zostali oni przyjęci przez sąsiednich chrześcijan. Opat Reuil, który został natychmiast poinformowany, przyszedł im pogratulować; odważnie bronili swojej wiary.

Następnego dnia gazety w Lyonie donosiły o scenie przemocy, która miała miejsce dzień wcześniej. Całe miasto dowiedziało się o nawróceniu dwóch młodych braci Lémann, które do tej pory było starannie ukrywane.

List do gazet

14 września wujowie braci otworzyli gazety, aby dowiedzieć się, że prasa podchwyciła incydent, w którym nie odegrali zbyt honorowej roli. Znaleźli się w złej sytuacji. Musieli się z niej wydostać. Rodzina Lémann była bogata, liczna i potężna. Rozpowszechniano najbardziej wymyślne plotki, aby usprawiedliwić gwałtowny sprzeciw wobec dwóch nowo nawróconych. Twierdzono, że młodzi Lemannowie, stając się katolikami, ulegli presji moralnej sprytnie zorganizowanej przez duchowieństwo, które chciało przejąć ich fortunę. Zasadniczo konwersja była tylko kwestią pieniędzy.

To ohydne oszczerstwo, wymierzone konkretnie w opata Reuila, natychmiast dotarło do uszu obu braci. Oburzyło ich to i aby natychmiast je obalić, napisali bardzo godny list, w którym wyjaśnili powody swojego nawrócenia. List został wysłany do gazet z prośbą o opublikowanie.

Jest to dokument mający pierwszorzędną wartość:

==================================

Panie Dyrektorze.

Czujemy się zobowiązani do przerwania milczenia, które postanowiliśmy zachować. Gazety wystarczająco dużo pisały o niefortunnym incydencie, który nas ujawnił. Gdybyśmy byli jedynymi zaangażowanymi, osąd, który mógł zostać wydany w sprawie naszej konwersji na katolicyzm, nie martwiłby nas zbytnio; ponieważ nasze sumienie należy do nas, nie uznajemy niczyjego prawa do zaglądania w nie. Ponieważ jednak pewna część opinii publicznej rozpowszechnia złośliwe insynuacje na temat duchowieństwa, naszym obowiązkiem jest wytknięcie ich i oświecenie opinii rozsądnych ludzi.

W naszym nawróceniu wszystko było dziełem Boga. Od dzieciństwa widok katolickich ceremonii wywierał na nas tak głębokie wrażenie, że żałowaliśmy, iż nie jesteśmy chrześcijanami. Kiedy wysłano nas do liceum, żal ten był jeszcze większy; z jednej strony widzieliśmy kilku Izraelitów, a z drugiej dużą liczbę chrześcijańskich dzieci. Uderzyła nas ta różnica. Kiedy szli na Mszę i słyszeliśmy pieśni przy akompaniamencie organów, wstydziliśmy się, że zostaliśmy zredukowani do gromadzenia się w zwykłej klasie, aby symulować ćwiczenia bezsensownego kultu.

Ale to, co wstrząsnęło nami jeszcze bardziej, to miłość i oddanie księży i sióstr zakonnych, którzy poświęcili się służbie chorym, oddanie, które porównaliśmy z chłodem i obojętnością tych, którzy otaczali nas gdzie indziej. W rzeczywistości jeden z nas doświadczył tego podczas zagrażającej życiu choroby. Katolicyzm pociągał nas oraz bardziej. Nie odważyliśmy się jednak podjąć decyzji; nadal chcieliśmy studiować. W miarę postępów w zajęciach stawaliśmy się coraz bardziej świadomi fałszywej pozycji, w jakiej nas stawiano. Otwierała się przed nami historia i nie mogliśmy nie zdawać sobie sprawy z obecnego stanu narodu żydowskiego w porównaniu z jego przeszłością.

Trudności, których rozstrzygnięcia nasz rabin nigdy nam nie podał, piętrzyły się w naszych głowach. Klasyczne studium dzieł Bossueta, Fénelona i Massillona przygotowało nasze serca na przyjęcie łaski miłosiernego Boga. Następnie spojrzeliśmy na Pismo Święte. Od samego początku zdawaliśmy sobie sprawę, że nie możemy podążać sami; poszliśmy znaleźć świętego kapłana. Każdego dnia, gdy wychodziliśmy, udzielał nam instrukcji, rozwiewając nasze wątpliwości, wyjaśniając nam proroctwa i pomagając nam zrozumieć powiązania między Starym i Nowym Prawem.

Powiedzieliśmy więc sobie między sobą: “Jeśli Mesjasz przyszedł, to jest nim Jezus Chrystus i musimy zostać chrześcijanami. Jeśli nie przyszedł, nie możemy pozostawać Żydami, ponieważ czas obietnicy minął, a nasze księgi skłamały”.

Testowano nas przez ponad rok. Po dopuszczeniu do matury błagaliśmy o chrzest, nie było nas w szkole od dobrego miesiąca.

Naszej prośbie nie można było odmówić, zostaliśmy chrześcijanami i staliśmy się szczęśliwi.

Nie damy się zmusić do wyrzeczenia się naszej wiary; jesteśmy zdecydowani umrzeć wcześniej.

Wydaje nam się, że osiemnaście lat to wystarczający powód, by odróżnić prawdę od fałszu. Poza tym Żydzi poprosili o wolność sumienia i kultu, więc jak by to wyglądało, gdyby nam odmówili.

S. – Szanowny Panie, prosimy o bezstronność i zamieszczenie tego listu w następnym numerze.

Proszę przyjąć, Szanowny Panie, wyrazy naszego najwyższego szacunku.

Podpisano: Édouard LÉMANN

Achille LÉMANN [1]

Obaj bracia Lémann zostali wyświęceni na księży w roku 1860. Augustin został profesorem na Uniwersytecie Katolickim w Lyonie, a Joseph napisał kilka prac historycznych (w tym «L’Entrée des Israélites dans la société française» – «Wejście Izraelitów do społeczeństwa francuskiego» archive.org/details/lentredesisrali ).

Każdego roku, aż do śmierci, 13 września, wracali na róg Quai Saint-Antoine i Rue des Célestins, naprzeciwko starego domu ich opiekuna, aby publicznie odmówić Credo i podziękować Jezusowi za to, że dał im wiarę katolicką oraz odwagę, by oprzeć się presji ze strony rodziny.

Z książki: Les frères Lémann, P. Théotime de Saint Just (Paryż, 1937)

[1] – Le Courrier de Lyon, codzienna gazeta polityczna i literacka, niedziela, 17 września 1854 r.

https://dakowski.pl/to-co-dzis-pijemy-piekielny-koktajl-liberalizmu-o-blizniakach-zydach-lemann/

poniedziałek, 2 lutego 2026

O komorach gazowych i nie tylko


Rewizjoniści Holocaustu, czy tylko ci ,,trochę wątpiący”, są historyczną i społeczną rzeczywistością. Mamy prawo zgadzać się z nimi lub nie, aby jednak zająć własne stanowisko, należy poznać argumenty i sposób myślenia tego wewnętrznie zróżnicowanego (światopoglądowo, ideologicznie, nacyjnie, rasowo) środowiska. Jest to przecież warunek konieczny merytorycznej dyskusji; dyskusji pozbawionej zacietrzewienia lub kończącej się na sali sądowej.

Dlatego też powodowany uczciwością historyka przytaczam wypowiedzi (również streszczenia wywodów) kilkunastu ludzi, którzy kwestionują istnienie komór gazowych w niektórych niemieckich obozach koncentracyjnych, zaprzeczają oficjalnej wersji Holocaustu lub protestują przeciwko wykorzystywaniu – ich zdaniem – tej niewątpliwej tragedii, do celów bieżącej polityki.

Zapewne rozumny człowiek zaznajomiony z oficjalnie i powszechnie przyjętą wersją wydarzeń, sam wyciągnie odpowiednie wnioski, z korzyścią dla prawdy historycznej.

1. PATRICK (PAT) J. BUCHANAN (były doradca prezydentów Nixona i Reagana, publicysta, kandydat na prezydenta USA, konserwatysta). Broniąc Johna Demjaniuka, rzekomego ,,Iwana Groźnego” z Treblinki, Buchanan zakwestionował oficjalną wersję eksterminacji Żydów: ,,…silniki dieslowskie nie wytwarzają dosyć tlenku węgla, aby kogokolwiek zabić. (…) W roku 1988 w dystrykcie Columbia grupa młodych ludzi licząca 97 osób została uwięziona w pociągu w podziemnym tunelu liczącym 130 metrów. Cały czas 2 lokomotywy z silnikami Diesla tłoczyły spaliny do wagonów. Po 45 minutach wszyscy zostali uwolnieni cali i zdrowi. Broń, której Demjaniuk miał używać do popełnienia masowego mordu, nie może zabijać”.

2. JOSEF SCHUSSLBRUNER (publicysta m. in. Staatsbriefe). Stwierdza, że Niemcy zabili od 1 do 1,5 mln żydowskich zakładników, odrzuca też tezę o wyjątkowości niemieckich zbrodni na Żydach, która – według niego – ma służyć linii obrony na wypadek, gdyby zaczęto analizować udział Żydów w zbrodniach komunistycznych.

3. Według FRANCOIS FURETA i RAYMONDA ARONA (czołowego francuskiego antykomunisty, Żyda z pochodzenia) mit komór gazowych narodził się 22 marca 1916 roku, gdy Daily Telegraph podał, że 100 tysięcy Serbów zostało uduszonych przez Niemców, Austriaków i Bułgarów w kościołach i innych miejscach wypełnionych gazem (dzisiaj natomiast oskarża się Serbów – o potęgo propagandy – o wymordowanie tysięcy Albańczyków w Kosowie).

4. Wypowiedź jednego z niemieckich rewizjonistów: ,,Centrum Holocaustu jest Oświęcim. Centrum oświęcimskiego Holocaustu jest Brzezinka (to dlaczego Żydzi rzucili się na żwirowiskowe Krzyże? – DR). Centrum Holocaustu w Brzezince są krematoria II i III. Do <komór gazowych> w tych krematoriach nie można było wrzucić cyklonu B, gdyż nie było opisywanych przez świadków otworów wrzutowych w dachu. Tym samym legitymizacja Republiki Federalnej Niemiec upada (w Niemczech rewizjoniści Holocaustu są ścigani prawnie; władze niemieckie od 65 lat trudnią się represjonowaniem ,,politycznie niepoprawnych”. To taka teutońska specyfika – DR), ponieważ nie było dziur w dachu”.

5. HARRY ELMER BARNES (1889 – 1968): ,,Próba zbadania historii eksterminacji żydów w rzeczowy, fachowy i rzetelny sposób jest dziś traktowana jako coś gorszącego i godnego pożałowania… Jest to z pewnością najbardziej ryzykowne przedsięwzięcie, jakiego może się podjąć historyk czy demograf”.

6. ROBERT FAURISSON (czołowy rewizjonista francuski): ,,W odniesieniu do Auschwitz-Birkenau zasadniczym dowodem (na istnienie komór gazowych – DR) są pamiętniki Rudolfa Hössa, które zostały spreparowane w polskim więzieniu (…). [Höss został aresztowany przez Anglików w roku 1946. Podczas przesłuchania bito go pejczem, wkładano latarkę do ust, pojono alkoholem i lżono. W tym stanie – a był „odpytywany” również w Norymberdze – mógł właściwie przyznać się do wszystkiego. Wydany Polakom – został powieszony w roku 1947. David Irving zauważa, że siedzący jeszcze w norymberskim więzieniu Höss usiłował przemycić list do żony, w którym przepraszał ją i rodzinę za przyznanie się do zbrodni oświęcimskich (myślę, że chodziło o komory gazowe). Napisał również, iż zmuszono go torturami do złożenia niezgodnych z prawdą zeznań. Przechwycony przez więzienną obsługę list (nigdy nie doręczony) pozostaje w prywatnych rękach w Stanach Zjednoczonych – DR]. Egzekucja przy pomocy gazu wymaga specjalnych warunków technicznych; nie można jej porównywać z samobójstwem czy przypadkowym zatruciem. Kat i jego pomocnicy nie mogą być wystawieni na żadne niebezpieczeństwo (…). Komory amerykańskie mają postać małych, hermetycznie zamkniętych pomieszczeń. Po zakończeniu egzekucji gaz zostaje usunięty, a pomieszczenie poddane neutralizacji.

Z tego względu należy zadać pytanie: jak można było w “komorach gazowych” w Auschwitz-Birkenau do pomieszczenia o powierzchni 210 m2 wtłoczyć 2000 osób, wrzucić tam pojemniki z pestycydem Cyklon B, a następnie wpuścić do tego pomieszczenia ekipy dla usunięcia nasyconych cyjankiem zwłok bezpośrednio po egzekucji?… (cyklon B łączy się z powierzchniami przedmiotów; jedyną szansą na jego pozbycie się jest wietrzenie pomieszczenia przez 24 godziny – DR). Jeżeli chodzi o krematoria oraz o wszystkie inne budynki i pomieszczenia obozowe, istnieje obfita dokumentacja techniczna, plany i faktury dotyczące nawet najdrobniejszych szczegółów. Natomiast nie ma tam żadnej wzmianki o komorach gazowych, żadnego kontraktu na ich budowę… żadnej faktury…”

7. THIES CHRISTOPHERSEN (pracownik cywilny w Oświęcimiu): ,,Byłem w Auschwitz i mogę zapewnić, że nie było tam żadnych komór gazowych”.

8. DAVID COLE (amerykański rewizjonista żydowskiego pochodzenia): ,,W mającej obalić twierdzenia rewizjonistów książce Auschwitz: Technique Operation of the Gas Chambers, opublikowanej przez B. Klarsfeld Foundation (fundacja żydowska – DR), Jean-Claude Pressac przyznaje, iż ponad 95% Cyklonu B stosowanego przez Niemców w obozie było używane do dezynfekcji. Tylko 5% przypisuje celom zabójczym. A twierdzenie to pochodzi od wspierającego tezę o Holocauście” (książka Pressaca została wydana, by ostatecznie obalić twierdzenia rewizjonistów. Ci jednak twierdzą, nie bez podstaw, że Pressac sam mocno podważył oficjalną wersję Holocaustu, w której tak naprawdę broni już tylko Okopów Świętej Trójcy – komór gazowych – DR).

9. DEBORAH LIPSTADT (przeciwniczka rewizjonistów, pseudohistoryczka mająca w tym konkretnym przypadku rację): „Jest faktem, że naziści nigdy nie stosowali ciał Żydów, czy w tej materii kogokolwiek innego, do produkcji mydła (…). Plotka o mydle została dokładnie zbadana po wojnie i udowodniono, że jest nieprawdziwa” (ta prawdziwa informacja amerykańskiej Żydówki nie przystaje do praktyk np. francuskiego wymiaru sprawiedliwości, który z gorliwością godną lepszej sprawy nadal karze za negowanie ,,ludzkiego mydła” – DR).

10. DAVID IRVING (wybitny historyk angielski, badacz dziejów III Rzeszy). Irving zauważa, że 11 czerwca 1945 roku Robert H. Jackson, prokurator amerykański w Procesie Norymberskim, przed swym odlotem do Europy spotkał się w nowojorskim oddziale FBI z przedstawicielami kilku silnych organizacji żydowskich. Jackson zapytał ich o rozmiary strat żydowskich podczas wojny. W odpowiedzi usłyszał od Jacoba Robinsona (który oczywiście całą zawieruchę wojenną przesiedział w USA): sześć milionów.

,,Robinson wyjaśnił, że podaną liczbę uzyskał drogą ekstrapolacji. Porównał po prostu liczbę Żydów w 1929 r. z liczbą tych, którzy wedle ogólnych ocen przeżyli obecną wojnę. Otrzymaną różnicę, stwierdził, stanowią Żydzi, którzy jak się wydaje, zginęli albo pozostają nadal w ukryciu.

Zważywszy jednak na zamęt i tragiczne wydarzenia rozgrywające się w rozdartej wojną Europie, zarzuconej bombami i dręczonej licznymi plagami, statystycy zapewne nie uznaliby takiego porównania za punkt wyjściowy do swoich obliczeń. Jakie właściwie kategorie osób należałoby uznać za Żydów? A zmieniające się granice?


Powyższe kwestie stanowiły nadal przedmiot zażartych sporów kartografów, etnografów, fanatyków religijnych oraz polityków. Jednakże w ten oto sposób (przypominam: w scenerii nowojorskiego biura FBI – DR) weszła do obiegu historyczna liczba, sześć milionów, która odtąd swoją wiecznotrwałością przypomina szacowne ruiny Partenonu, a ogromem zaś legendarnego Kolosa Rodyjskiego.

Bolesnym, lecz i niezwykłym zbiegiem okoliczności amerykańska społeczność żydowska podniosła podobną wrzawę ćwierć wieku wcześniej, po I wojnie światowej. W 1919 roku gubernator Nowego Jorku, Martin Glynn, stwierdził, że eksterminacji uległo <sześć milionów> Żydów”.

11. MlROSŁAW DRAGAN (wiceprezes ,,Polish Historical Society”), korespondencja internetowa z „Mieczem”: „Kiedy w lipcu 1942 roku zaczęła szaleć epidemia tyfusu i umierało po 4 tysiące internowanych miesięcznie, Himmler się wściekł, osobiście przyjechał do Oświęcimia ten jeden raz (są z tej wizyty zdjęcia) i wyasygnował 500 tysięcy DM (chodzi oczywiście o ,,reichsmarki” – DR) na każde krematorium po to, by więcej epidemii nie było. W tych czasach 500 tysięcy marek to równe 250 tys. dolarów, czyli dziś około dziesięć razy więcej…

Brzezinka była zbudowana na łące powodziowej Wisły i Soły. Jak zaczęto chować w ziemi (tych, których nie zdołano spalić; prawdopodobnie autorowi chodzi o 6 palenisk znajdujących się w krematorium I – DR), to zakażono wodę w studniach obozowych tyfusem i zaczął szaleć dur. Jednocześnie z budową krematoriów II, IlI, IV i V rozpoczęto budowę najnowocześniejszych stacji oczyszczania ścieków, co w PRL zrobiono w Łodzi (miejsce urodzin autora – DR) dopiero w latach 1958-1962, jak również stacji filtrów wody do picia. Czy te wydatki SS robiło po to, by zdrowych Żydów i narodowców wrzucać do komór gazowych, czy raczej po to, by więźniowie byli silni i zdrowi???”.

12. MARK WEBER (wydawca The Journal of Historical Review): ,,Swego czasu przyjmowano za pewnik, że Niemcy gazowali Żydów w Dachau, Buchenwaldzie i innych obozach na terenie III Rzeszy… Obecnie żaden poważny badacz nie wesprze tych podobno dowiedzionych historii o obozach zagłady na terytorium starej Rzeszy (…). Prominentni historycy Holocaustu twierdzą obecnie, że Żydzi masowo byli gazowani w 6 obozach na terenie Polski: Auschwitz, Majdanek, Treblinka, Sobibór, Chełmno i Bełżec. Jednakże <dowody gazowania> w tych obozach niczym nie różnią się od tych, które przedstawiono w odniesieniu do obozów w granicach przedwojennych (autorowi chodzi tu głównie o relacje świadków, którzy w różny sposób w gazowaniu ludzi mieli uczestniczyć. Okazuje się bowiem, że w Dachau i innych obozach na terenie przedwojennej Rzeszy znaleziono, wcale licznych, świadków gazowania – także wśród SS-manów. Po latach ich relacje okazały się rzeczywiście bezwartościowe, gdyż w obozach tych nikogo nie zagazowano – DR).

W Procesie Norymberskim… uznano Auschwitz (dokładnie Auschwitz-Birkenau) i Majdanek za najważniejsze obozy śmierci. Przyjęto, że w Auschwitz Niemcy uśmiercili 4 miliony ludzi, a 1,5 mln na Majdanku. Obecnie nikt nie wymienia tych fantastycznych liczb (…).

Swego czasu zupełnie serio mówiono o eksterminacji Żydów za pomocą prądu i pary oraz sądzono, że wyrabiano z ich zwłok mydło… tego typu niestworzone historie zostały już zarzucone (…).

Jak wskazuje pewien żydowski historyk, większość przekazów ocaleńców z Holocaustu jest niewiarygodna, pełna plotek, dyletanckiego filozofowania… (chodzi o ustalenia Samuela Gringauza zamieszczone w Jewish Social Studies, vol. 12, Nowy Jork, styczeń 1950, s. 65 – DR).

Nie ma dokumentu wskazującego na to, że Hitler rozkazał eksterminować Żydów (…).

Główny rabin Wielkiej Brytanii Immanuel Jakobovits przyrównał współczesną kampanię holocaustyczną do <przedsiębiorstwa świadczącego korzyści pisarzom, naukowcom, reżyserom filmowym… twórcom placówek muzealnych, a nawet politykom>. Dodał również, że niektórzy rabini i teologowie są “partnerami w tym biznesie” (…).

Medialna kampania wokół Holocaustu jest niezbędna dla interesów Izraela, który zawdzięcza swe istnienie ogromnym subsydiom pochodzącym z portfela amerykańskiego podatnika (…).

Dla wielu Żydów Holocaust stał się nie tylko biznesem, ale i rodzajem nowej religii, jak zauważa pisarz i dziennikarz Jacobo Timerman w książce The longest War. Timerman konstatuje, że wielu Izraelczyków, używając słowa Shoah – hebrajskiego odpowiednika Holocaustu – żartuje sobie: “Shoah biznes, to jest dopiero biznes”.

***

Oczywiście to tylko niektóre opinie kręgów rewizjonistycznych, do tego ujęte w sposób maksymalnie skrótowy. Tych natomiast, którzy interesują się tematem głębiej (a indywidualne zainteresowania nie są chyba objęte w Polsce zakazem), odsyłam do poważnych prac analitycznych, na przykład tych publikowanych przez Castle Hill Publishers, do niektórych prac Davida Irvinga (warto zresztą znać wszystkie), na łamy niskonakładowych, a więc miarodajnych, periodyków. Wreszcie do internetu – ostatniej oazy wolności słowa.

Nie czynię tego dlatego, aby młodzi ludzie przesiąkli nowymi ideami. Przeciwnie; poznając argumenty adwersarzy, tym łatwiej utwierdzą się w przekonaniu, że ich nauczyciele mieli rację. I będzie to trudny – ale nikt nie twierdzi, że życie jest łatwe – pouczający powrót do źródeł świętej, jednej prawdy.

Dr Dariusz Ratajczak, „Tematy jeszcze bardziej niebezpieczne”

Prawda ponad wszystko - wywiad z Dariuszem Ratajczakiem

niedziela, 1 lutego 2026

Symulakry i symulacje czyli śmierć rzeczywistości


Śmierć rzeczywistości

Jak prorocza wizja symulacji Jeana Baudrillarda stała się naszym nieuniknionym stanem

Jean Baudrillard napisał „Simulacres et simulation” w 1981 roku, kiedy MTV wciąż puszczało teledyski, a internet był eksperymentem Pentagonu. Zmarł w 2007 roku, akurat gdy Facebook stawał się globalny. Nigdy nie doczekał się historii z Instagrama, tańców z TikToka, ataków na Twitterze ani pogrzebu na Zoomie. Ale w jakiś sposób ten francuski filozof z chirurgiczną precyzją odwzorował naszą obecną rzeczywistość.

Jego najsłynniejsze zdanie trafia głęboko: „Żyjemy w świecie, w którym informacji jest coraz więcej, a sensu coraz mniej”. Przeczytaj to jeszcze raz. Twój telefon wibruje od najświeższych wiadomości, kanały przepełnione są gorącymi tematami, mózg zanurza się w niekończącym się strumieniu treści. A jednak czegoś brakuje. Szum zagłusza sygnał. Fakty piętrzą się jak śmieci, ale mądrość? Zrozumienie? To wydaje się coraz rzadsze.

Baudrillard przewidział to już dekady temu. Nie chodzi o technologię, ale o stan rzeczy – świat, w którym kopie zastąpiły oryginały, a symulacje wydają się bardziej realne niż sama rzeczywistość.

Kiedy kopie nie mają oryginałów

Główna idea Baudrillarda brzmi abstrakcyjnie, dopóki się nie rozejrzysz. Otacza nas to, co on sam nazywał „symulakrami” – kopie, które nie wskazują na nic realnego. Weźmy na przykład twój Instagram. Te zdjęcia nie dokumentują życia, lecz je kreują. Każde zdjęcie jest filtrowane, kadrowane, opatrzone podpisem i dobierane tak, by pasowało do jakiejś idealnej wersji doświadczenia, która nie istnieje nigdzie indziej poza innymi zdjęciami na Instagramie.

Średniowieczny obraz króla wskazywał na prawdziwego monarchę. Dzisiejsza emoji z koroną wskazuje na… co? Na ideę królewskości zaczerpniętą z filmów Disneya, które same w sobie nawiązują do starszych produkcji Disneya, w nieskończonej sali luster.

Proces ten przebiega etapami. Najpierw reprezentacje wyraźnie kopiują coś rzeczywistego. Następnie zaczynają zniekształcać oryginał, niczym propaganda czy reklama. Następnie ukrywają fakt, że oryginału już nie ma. Wreszcie, w tym, co Baudrillard nazwał czwartym rzędem symulakrów, kopia staje się rzeczywistością. Mapa zastępuje terytorium. Menu staje się ważniejsze niż posiłek.

Baudrillard opowiedział historię o plemieniu Ifugao, która doskonale oddaje naszą trudną sytuację. Kiedy antropolodzy przybyli, aby zbadać ich „autentyczną” kulturę, wydarzyło się coś dziwnego. Członkowie plemienia, świadomi, że są obserwowani, zaczęli bardziej dopracować swoje tradycje. Częściej nosili tradycyjne stroje, czynili swoje rytuały bardziej spektakularnymi, odgrywali wyidealizowane wersje samych siebie przed naukowcami.

Opublikowane badania zyskały globalny rozgłos. Z czasem nowe pokolenia Ifugao zaczęły sięgać po te akademickie teksty, aby zrozumieć własną kulturę. Przedstawienie przerosło oryginał. Spektakl stał się rzeczywistością.

Brzmi znajomo? Robimy to teraz nieustannie. Żyjemy tak, jakby nas fotografowano, bo tak właśnie jest. Występujemy w mediach społecznościowych, aż w końcu stajemy się sobą. Sprawdzamy profile innych osób, żeby zrozumieć, jak być autentycznym. Kopia nadpisuje oryginał, aż nie ma już żadnej różnicy.

Walmart jako metafizyka

Wejdź do dowolnego hipermarketu, a zobaczysz, jak teoria Baudrillarda staje się rzeczywistością. Wszystko wygląda idealnie – aż za idealnie. Jabłka lśnią, jakby zostały nawoskowane (i tak jest). Warzywa bardziej przypominają ideę warzyw niż cokolwiek, co można znaleźć w naturze. Dział z warzywami i owocami przypomina plan zdjęciowy działu z warzywami i owocami.

Ale jest pewien haczyk: tak właśnie wolimy. Idziemy na targ, a pomidory wyglądają dziwnie – zdeformowane, różnej wielkości, czasem nadgryzione przez robaki. Tak właśnie wyglądają prawdziwe pomidory. Ale symulacja nauczyła nas oczekiwać perfekcji. Podróbka stała się naszym standardem w rzeczywistości.

Świat Disneya działa na tej samej zasadzie, ale Baudrillard twierdził, że jest on w rzeczywistości bardziej uczciwy niż świat zewnętrzny. Przynajmniej sam Disney przyznaje, że jest fałszywy. Reszta świata udaje autentyczność, będąc tak samo skonstruowana, tak samo sztuczna, tak samo zagrana.

Poproś kogoś, żeby narysował księżniczkę, a narysuje wersję Disneya. Ten obraz w ich głowie – to ich definicja rzeczywistości. Symulacja przejęła kontrolę, gdy byli dziećmi i nigdy jej nie opuściła.

Polityka znikąd

Polityka to chyba obszar, w którym spostrzeżenia Baudrillarda uderzają najmocniej. We współczesnych kampaniach nie chodzi o rządzenie, lecz o zarządzanie marką. Politycy nie uprawiają polityki, lecz dzierżą stanowiska. Wyborcy nie wybierają przedstawicieli, lecz atraktory stylu życia.

Cały system opiera się na tym, co moglibyśmy nazwać „technokratycznymi symulakrami”. Eksperci generują raporty na temat problemów, które występują głównie w innych raportach. Think tanki publikują białe księgi, które odwołują się do innych białych ksiąg. Świat polityki staje się zamkniętą pętlą symulacji, coraz bardziej oderwaną od rzeczywistości, którą rzekomo się zajmuje.

Rozważmy „politykę opartą na dowodach” – brzmi racjonalnie, prawda? Tyle że zazwyczaj oznacza to wybieranie badań, które potwierdzają to, w co już wierzyłeś. Symulacja obiektywizmu naukowego staje się ważniejsza niż rzeczywista rzetelność. Sprzeciwy są odrzucane nie poprzez argumentację, ale poprzez odwoływanie się do pozorowanego konsensusu: „eksperci się zgadzają”, koniec dyskusji.

Lewica ma swoje własne problemy z symulacją. Znaczna część współczesnej polityki progresywnej składa się z akademickich teorii o ucisku, które są hurtowo importowane do dyskursu aktywistów. Rewolucja staje się marką stylu życia, uzupełnioną o gadżety i estetykę Instagrama. Kategorie tożsamości, które kiedyś opisywały realia życia, stają się swobodnie unoszącymi się symbolami, które można przypisywać sobie i praktykować niezależnie od rzeczywistych doświadczeń.

Prawica doskonale to odzwierciedla. Tradycyjny konserwatyzm przeradza się w nostalgiczną estetykę i internetową wojnę kulturową, zamiast cierpliwej pracy nad budowaniem trwałych instytucji. Obie strony generują ogromne ilości treści o swoich wrogach, jednocześnie nie potrafiąc rządzić, gdy tylko mają ku temu okazję.

Geniusz tego systemu polega na tym, że przekuwa prawdziwą frustrację w fałszywe konflikty. Obywatele stają się konsumentami politycznej rozrywki, wybierając preferowany rodzaj oburzenia, pozostając jednocześnie bezsilni wobec jakichkolwiek fundamentalnych zmian. Teatr polityki zastępuje prawdziwą demokrację.

Widać to po tym, ile energii mentalnej pochłania bycie na bieżąco z wydarzeniami politycznymi, kontrowersjami kulturowymi i debatami w mediach społecznościowych. Symulacja bycia „poinformowanym” staje się pracą na pełen etat. Ludzie potrafią wymienić nazwiska wszystkich sędziów Sądu Najwyższego, ale nie znają swoich sąsiadów. Posiadają żarliwe poglądy na wydarzenia, na które nie mają wpływu, ignorując jednocześnie problemy, które mogliby faktycznie rozwiązać.

Uzależnieni od fałszu

Oto, czego Baudrillard nie mógł w pełni przewidzieć: jak symulacja przejmie kontrolę nad chemią naszego mózgu. Szlaki dopaminowe, które wyewoluowały, by nagradzać zachowania związane z przetrwaniem – zdobywanie pożywienia, tworzenie więzi, realizowanie zadań – są teraz aktywowane przez całkowicie sztuczne doświadczenia.

Polubienia na Instagramie są odbierane jako społeczna aprobata, ale sprawiają, że jesteś bardziej samotny. Aplikacje randkowe obiecują więź, jednocześnie zmieniając relacje w zakupy. Monitory aktywności fizycznej wprowadzają elementy gryfikacji w kwestii zdrowia, aż wynik będzie ważniejszy niż dobre samopoczucie. Wszystko zostaje zoptymalizowane, zmierzone i przekształcone w treść.

Wolimy symulację, ponieważ często jest lepsza od rzeczywistości – bardziej spójna, bardziej dramatyczna, łatwiejsza w zarządzaniu. Zdjęcie z McDonalda obiecuje doświadczenie, którego prawdziwy burger nie jest w stanie zapewnić, ale wciąż wierzymy w tę obietnicę, ponieważ rzeczywistość jest chaotyczna i rozczarowująca.

To wykracza poza uwarunkowania kulturowe. Nasze mózgi dosłownie nie potrafią odróżnić nagród symulowanych od prawdziwych. Staliśmy się neurologicznie uzależnieni od fałszywych doświadczeń, które wydają się autentyczne, a jednocześnie są ewidentnie sztuczne.

Problem z analizą symulacji polega na tym, że trzeba do tego użyć narzędzi symulacyjnych. Sam Baudrillard tkwił w tym paradoksie – krytykował system z wnętrza systemu, używając akademickiego języka do opisania śmierci autentycznego doświadczenia.

Jeśli jesteśmy całkowicie zanurzeni w symulacji, to gdzie możemy ją krytykować? Boski punkt widzenia, którego zdaje się wymagać krytyka, sam w sobie może być symulacją – kolejną akademicką fantazją niemającą żadnego oparcia w rzeczywistości.

Technologia cyfrowa przyspieszyła wszystko, co zidentyfikował Baudrillard. Rzeczywistość wirtualna obiecuje dopełnić ten proces, tworząc środowiska „rzeczywistości mieszanej”, w których pytanie o to, co jest rzeczywiste, staje się nie tylko nierozwiązywalne, ale i nieistotne. Metawersum, niezależnie od formy, reprezentuje logiczny punkt końcowy: czystą symulację, w której rzeczywistość staje się osobliwym konceptem z przeszłości.

Znajdowanie dróg wyjścia

Pomimo całościowego charakteru swojej analizy, Baudrillard pozostawił pewną przestrzeń nadziei. Pisał o „kieszeniach rzeczywistości” – momentach, w których autentyczne doświadczenie przebija się przez symulację. Nie poprzez odrzucenie technologii czy wycofanie się do wyimaginowanego stanu przednowoczesnego, ale poprzez zwrócenie uwagi na to, co wykracza poza reprezentację.

Szczery uśmiech nieznajomego, nieprezentowany na potrzeby mediów społecznościowych. Sztuka stworzona dla samej siebie, a nie dla lajków i udostępnień. Bezpośredni kontakt z naturalnymi procesami, które opierają się symulacji – pogodą, porami roku, narodzinami, śmiercią, podstawowymi faktami ucieleśnionej egzystencji.

Ale nawet ta recepta wymaga sceptycyzmu. Sama idea „autentycznej natury” może być romantyczną symulacją. Nie ma czystego świata zewnętrznego w systemie, nie ma nietkniętej sfery, w której czeka prawdziwe doświadczenie.

Możliwe jest raczej świadome uczestnictwo w symulacji. Świadomość bycia w grze, mimo że w nią grasz. Korzystanie z mediów społecznościowych bez bycia przez nie wykorzystywanym. Angażowanie się w politykę bez wciągania się w polityczny teatr.

Wymaga to tego, co moglibyśmy nazwać „umiejętnością symulacji” – umiejętności rozpoznawania, jak sztuczne środowiska na nas oddziałują i opierania się ich najbardziej manipulacyjnym aspektom. Nie całkowitego wycofania, ale świadomego zaangażowania.

Najbardziej radykalny krok może być prosty: zwolnij. Przestań mieć opinie na każdy temat. Skup się na bezpośrednich, namacalnych realiach, a nie abstrakcyjnych przyczynach. Wybierz lokalną społeczność zamiast odległej solidarności, praktyczne umiejętności zamiast teoretycznego wyrafinowania, lokalne problemy zamiast globalnych narracji.

Odwaga, by się nudzić

Prawdziwy opór wobec hiperrzeczywistości wymaga akceptacji intelektualnej pokory, którą współczesna kultura uznaje za niemal nie do zniesienia. Oznacza to przyznanie, że większość problemów, na które zwracamy uwagę, jest poza naszą kontrolą, a problemy, które moglibyśmy rozwiązać, pozostają niezauważone, ponieważ brakuje im teoretycznego blasku.

To wskazuje na inny rodzaj zaangażowania obywatelskiego. Nie spektakularny teatr polityki krajowej, ale to, co Hannah Arendt nazwała „przestrzenią pozorów” – miejsca, w których prawdziwi obywatele gromadzą się, by omawiać wspólne sprawy. Spotkania w ratuszu zamiast wątków na X. Lokalna praca wolontariacka zamiast rozsyłania petycji.

Hiperrealistyczny krajobraz polityczny oferuje doświadczenia symulacyjne, które wydają się bardziej znaczące niż realne uczestnictwo obywatelskie, ponieważ zapewniają natychmiastową nagrodę w postaci dopaminy, bez konieczności wykonywania mało efektownej pracy, jaką jest prawdziwa demokracja. Tweet ma większy wpływ niż spotkanie społeczności. Dyskusja online wydaje się ważniejsza niż posprzątanie okolicy.

Przełamanie tego schematu wymaga „demokratycznego ascetyzmu” – wyboru zaangażowania się w rzeczywistość polityczną w ludzkiej skali, nawet gdy narracje medialne pociągają nas ku większym, bardziej abstrakcyjnym problemom. Oznacza to bycie mniej zorientowanym w odległych kontrowersjach, a bardziej zaangażowanym w bieżące realia.

Nie możemy powrócić do pierwotnej rzeczywistości, która prawdopodobnie i tak nigdy nie istniała. Pytanie nie brzmi, czy możemy uciec od symulacji, ale czy możemy w niej żyć bardziej świadomie.

Hiperrzeczywistość to nasz stan. Nie musi być naszym przeznaczeniem, ale tylko wtedy, gdy rozwiniemy w sobie dyscyplinę, by odróżniać to, co wymaga naszej uwagi, od tego, co jedynie o nią konkuruje. Tylko wtedy, gdy potrafimy oprzeć się nieustannej presji, by mieć coś na czasie, by być na bieżąco, by urzeczywistniać swoją tożsamość poprzez konsumpcję i dzielenie się.

Najbardziej wywrotowa rzecz, jaką możesz zrobić w świecie niekończącej się symulacji, może być najprostsza: zwróć uwagę na to, co naprawdę jest przed tobą. Nie na to, co reprezentuje coś innego, nie na to, co oznacza coś większego, tylko na to, co tam jest. Na teksturę twojej filiżanki do kawy. Na wyraz twarzy twojego przyjaciela. Na to, jak światło przesuwa się po ścianie.

Wielkim odkryciem Baudrillarda nie było to, że symulacja jest zła – lecz to, że jest totalna. Żyjemy w niej całkowicie. Ale totalność to nie to samo, co totalitaryzm. Nadal istnieją wybory do podjęcia, skupienie się na bezpośredniości, sposoby bycia, które wydają się mniej lub bardziej autentyczne, nawet w hiperrzeczywistości.

Wyzwaniem jest zachowanie człowieczeństwa w maszynie. Zachowanie zdolności do zachwytu, więzi i sensu, przy jednoczesnym uznaniu ich coraz bardziej zapośredniczonego charakteru. Wymaga to odwagi – nie dramatycznej odwagi bohaterów, ale cichej odwagi ludzi, którzy decydują się być obecni w świecie, który czerpie zyski z ich rozproszonej uwagi.

Może to wystarczy. W krajobrazie nieskończonej symulacji obecność staje się czynem rewolucyjnym.

__________________

The Death of the Real, A Lily Bit, Jul 28, 2025
https://ekspedyt.org/2025/08/03/symulakry-i-symulacje-czyli-smierc-rzeczywistosci/


Iluzja reform czyli „bagno” nigdy nie zostanie „osuszone”


Trump i iluzja reform

Dlaczego musimy zdać sobie sprawę, że „bagno” nigdy nie zostanie „osuszone”

Kiedy jesteś świadkiem upadku elity, pojawia się przelotny dreszcz schadenfreude. Medialne szaleństwo wokół drugiego aresztowania Jeffereya Epsteina było doskonałym przykładem tego, jak system fachowo manipuluje masami, wymachując kuszącym okruchem sprawiedliwości, po czym szybko go wyrywa. Nam pozostaje ciężka amnezja, kiedy wygodnie zapominamy, że prawdziwy problem nie leży w jednostce, ale w zgniłym systemie, który utrwala i chroni ludzi takich jak Epstein.

Ściganie Epsteina 19 lat temu było farsą, chwytem PR-owym mającym na celu udobruchanie mas, a jednocześnie umożliwienie prawdziwym winowajcom wymknięcie się bez szwanku. 18 miesięcy więzienia za zarzuty pedofilii, odbywane głównie w ramach programu więzienia z pracą na zewnątrz? No, błagam. To nie jest sprawiedliwość. To danie po łapkach, mrugnięcie okiem i ukłon w stronę światowej elity, która w dalszym ciągu działa bezkarnie.

A co z licznymi przywódcami politycznymi i przyjaciółmi z wyższych sfer, którzy bywali w „Lolita Express” Epsteina? Czy ktoś oczekuje, że uwierzymy, że byli nieświadomi szerzącego się znęcania nad dziećmi i że jakimś cudem udało im się przeoczyć ryczące sygnały ostrzegawcze? Pomysł jest śmieszny i stanowi ukłon w stronę zdolności systemu do ukrywania i utrwalania zła pod pozorem sprawiedliwości.

Ogłuszająca cisza możnych zostaje przerwana tylko wtedy, gdy wygodnie jest im udawać oburzenie. Nasuwa się pytanie: dlaczego czekali z publicznym potępieniem Epsteina do czasu, aż rozpoczęło się postępowanie przeciwko niemu? Czy może byli współwinni jego zbrodni, a jeśli tak, to dlaczego uniknęli odpowiedzialności? Smród hipokryzji unosi się w każdym zakątku establishmentu, który wybiórczo stosuje sprawiedliwość tak, aby odpowiadała ich własnym interesom.

Nie dajmy się zwieść farsie sprawiedliwości w sprawie Epsteina. Zespół prokuratorski, na którego czele stoi córka Jamesa Comeya, Maureen Comey, oraz zaangażowanie szefa Departamentu Pracy w administracji Donalda Trumpa, Alexandra Acosta, który pośredniczył w uzyskaniu immunitetu dla Epsteina, cuchnie starannie zaaranżowaną farsą. Osoby te są ucieleśnieniem raka, który rozprzestrzenił się na cały rząd, sprawiając, że prawdziwa sprawiedliwość pozostanie nieuchwytnym marzeniem.

Ale tu nie chodzi o Epsteina. Chodzi o systemową zgniliznę, która utrwala bezkarność elity. Karmi się nas stałą dietą fałszywej nadziei, prowadzącą do wiary, że system się zmienia i że potężni zostaną w końcu pociągnięci do odpowiedzialności. Ale jak często to się faktycznie zdarza?

Skandal Berniego Madoffa przypomniał nam o podwójnych standardach rządzących naszym systemem wymiaru sprawiedliwości. Madoff, twórca wartej 65 miliardów dolarów piramidy finansowej [Ponzi], został skazany na 150 lat więzienia, podczas gdy JP Morgan, bank, który umożliwił jego przestępstwa, uszedł prawie bez szwanku – zaledwie grzywna. Przesłanie jest jasne: jeśli należysz do elity, prawo jest jedynie sugestią, a nie wiążącą umową.

WIELKI MIT ODPOWIEDZIALNOŚCI

Krach kredytowy w 2008r., katastrofalne wydarzenie wywołane lekkomyślnym rozprzestrzenianiem się fałszywych instrumentów pochodnych, powinien był skłonić do rozliczenia elit bankowych. Zamiast tego otrzymaliśmy symboliczną ofiarę: Kareema Sarageldina, stosunkowo mało znanego dyrektora w Credit Suisse, który odsiedział marne 30 miesięcy więzienia za rolę w zawyżaniu cen obligacji związanych z papierami wartościowymi zabezpieczonymi hipoteką. Ten pojedynczy wyrok miał uspokoić masy i stworzyć iluzję, że sprawiedliwości stało się zadość.

Financial Times, podejmując śmieszną próbę wybielenia braku odpowiedzialności, opublikował w 2018 roku artykuł, w którym miał „obalać mit”, jakoby nikt nie został pociągnięty do odpowiedzialności za krach na instrumentach pochodnych. Ich lista 47 nazwisk to farsa, ponieważ większość oskarżonych pochodzi z Islandii, gdzie więzienia bardziej przypominają luksusowe kurorty. Resztę stanowili bankierzy niskiego szczebla lub pracownicy szczebla średniego, w zasięgu wzroku nie było żadnego dyrektora generalnego z JP Morgan czy Goldman Sachs, prawdziwych architektów oszustw związanych z instrumentami pochodnymi.

Założenia artykułu są oszustwem samym w sobie, ponieważ celowo wprowadzają w błąd oczekiwania opinii publicznej. Nie zakładaliśmy, że „nikogo” nie będzie się ścigać. Zakładaliśmy, że nikt z elity bankowej, kto zaaranżował krach, nie zostanie pociągnięty do odpowiedzialności. I z wyjątkiem Rodrigo Rato, byłego dyrektora zarządzającego MFW oskarżonego o oszustwa związane z kartami kredytowymi w Hiszpanii, założenie to pozostaje tragicznie słuszne.

Bezkarność władzy jest cechą charakterystyczną naszego sfałszowanego systemu. Bankierzy centralni, architekci chaosu gospodarczego, nigdy nie są pociągani do odpowiedzialności za celowe manipulowanie gospodarką. Napędzają bańki za pomocą sztucznie zaniżonych stóp procentowych i środków stymulacyjnych, by następnie je rozbić doskonale zaplanowanym zduszeniem płynności i podwyżkami stóp procentowych, pozostawiając po sobie zniszczenie. A mimo to pozostają ponad prawem, nietykalni i nie odpowiadający przed nikim.

Słynne oświadczenie prezesa FED Jerome’a ​​Powella skierowane do Komisji ds. Usług Finansowych [Financial Services Committee] dobitnie przypomina o autonomii i arogancji FEDu. Bezczelnie oświadczył, że gdyby Trump próbował go zwolnić, po prostu zignoruje prezydenta i pozostanie na swoim stanowisku przez całą kadencję.

Ten przejaw arogancji spotkał się z ogłuszającą ciszą ze strony alternatywnych mediów, być może dlatego, że podważył wygodną wówczas narrację, że Trump zastraszył Powella i że prezydent w końcu przejął kontrolę nad FEDem. Prawda jest o wiele bardziej złowroga: to zarząd FED, a nie prezydent, dzierży wodze i może wybrać na przewodniczącego, kogo zechce, niezależnie od woli Trumpa.

Pogląd, że prezydent wybiera prezesa FED, jest mitem utrwalanym przez tych, którzy nie rozumieją wewnętrznego działania systemu. Zarząd FEDu to samonapędzająca się oligarchia, która nie odpowiada przed kimkolwiek poza sobą. „Wybór” na stanowisko przewodniczącego FEDu w wykonaniu Trumpa to nic innego jak ceremonialny gest, listek figowy legitymizacji demokratycznej. Prezydent nie ma realnej władzy nad bankiem centralnym, a elity bankowe nigdy nie zostaną ukarane przez kontrolowany przez siebie system. Są ponad prawem i czas uznać tę niewygodną prawdę.

RAK, KTÓRY DAŁ PRZERZUTY W CAŁEJ ŚWIATOWEJ GOSPODARCE

MFW, bastion neoliberalnej ortodoksji, wpędził w nicość kraje będące pod butem lichwiarzy, pozostawiając po sobie ciąg zniszczeń. A jednak szefom Funduszu nigdy nie groziła kara ani nie zostali pociągnięci do odpowiedzialności za swoje zbrodnie.

Bank Rozrachunków Międzynarodowych, ta owiana złą sławą nazistowska operacja prania pieniędzy, istnieje do dziś, a jego ówczesny prezes, Thomas McKittrick, nigdy nie był ścigany, nigdy nie był ukarany, lecz zamiast tego został nagrodzony ciepłą posadką w banku Chase Manhattan i entuzjastyczną pochwałą od The New York Times.

Pogląd, że tendencja do obowiązywania jednego prawa dla ludzi i braku tego prawa dla elity finansowej zmieni się pod prezydenturą Donalda Trumpa (czy to w przeszłości, czy w przyszłości) jest zabawną mrzonką. Trumpa, z jego rozległymi powiązaniami z dynastią bankową Rothschildów, dzięki uprzejmości Wilbera Rossa, jego sekretarza handlu i byłego dobroczyńcy programu ratunkowego [bailout], trudno nazwać orędownikiem ludu. Jego gabinet to prawdziwa elita insiderów z Wall Street, a jego obietnice „osuszenia bagna” okazały się jedynie pustą retoryką.

Clintonom, tym chodzącym wzorcom korupcji, odpuszczono, a ich zbrodnie zapomniano w interesie korzyści politycznych. Rezerwa Federalna, siła napędowa chaosu gospodarczego, otrzymała czek in blanco na dalsze pompowanie bańki, a Trump przypisał sobie tę samą politykę, którą kiedyś potępiał.

A mimo to są tacy, którzy wierzą, że Trump gra z globalistami w jakąś skomplikowaną grę w „szachy 4D” i potajemnie pracuje nad ich zniszczeniem od środka. To złudzenie wynika z fundamentalnej wady psychologicznej: wiary, że system, niezależnie od tego, jak bardzo jest skorumpowany, można naprawić od wewnątrz.

Naiwność mas jest ewidentnie siłą, utrwalającą mit, że system można uratować, po prostu wybierając „właściwych” ludzi lub wspierając „właściwą” partię. To urojeniowe myślenie jest podporą pozwalającą jednostkom uniknąć niewygodnej prawdy: system jest zgniły do ​​szpiku kości i zaprojektowany tak, aby służyć interesom potężnych kosztem bezsilnych.

Pogląd, że zło można pokonać poprzez pokojowe protesty, głosowania lub dochodzenia, jest farsą, zwykłym odwróceniem uwagi od prawdziwego problemu – problemem jest sam system.

Oklepana analogia do „Jedynego Pierścienia” z „Władcy Pierścieni” jest trafna, ponieważ tak jak Pierścień psuje tych, którzy próbują nim władać, tak samo system psuje tych, którzy próbują w nim działać. Sama struktura systemu jest zaprojektowana do wytwarzania zła, aby utrwalać interesy globalnej elity. Dodawanie „dobrych” ludzi do tej maszyny przypomina wrzucanie świeżego mięsa do jaskini lwa – zostanie ono skonsumowane, zepsute i ostatecznie stanie się częścią problemu.

W szczególności konserwatyści muszą obudzić się ze snu, przyjmując do wiadomości, że globaliści nie zostaną pokonani, przy wykorzystaniu systemów, które sami stworzyli, aby służyły ich interesom. Złudzenie, że system można zreformować od wewnątrz, jest niebezpieczną fantazją, utrwaloną przez elity, aby utrzymać kontrolę nad władzą. Jedyną realną opcją jest demontaż systemu od zewnątrz i zbudowanie go od zera, przy zachowaniu ogromnej czujności i determinacji.

Media głównego nurtu, a nawet większość mediów alternatywnych, nie będą poruszać tematu realnych rozwiązań w kwestiach przestępczości elit i korupcji w rządzie. Nie będą omawiać trudnych prawd, zmagań i poświęceń wymaganych do wprowadzenia prawdziwych zmian. Zamiast tego będą propagować łatwe i przyjemne rozwiązania – głosowanie, ustawodawstwo i pokojowe protesty – doskonale wiedząc, że te środki to jedynie plaster na ropiejącą ranę.

Pozostały tylko dwie opcje: odejść od systemu, zbudować go od nowa i przygotować się na nieunikniony negatywną reakcję ze strony skorumpowanej elity lub walczyć, stawiać opór i usuwać zagrożenie. Wybór jest jasny, a konsekwencje bierności przerażające.

Nie możemy już sobie pozwolić na fantazjowanie, że system można uratować, sprawić, by działał dla nas. Nadzieja, że ​​jest to możliwe, jest trucizną, która osłabia naszą determinację i ośmiela naszych prześladowców.

_______________

Trump and the Illusion of Reform, A Lily Bit, Jun 09, 2024"
https://ekspedyt.org/2024/06/09/iluzja-reform-czyli-bagno-nigdy-nie-zostanie-osuszone/


Tyrania wygody


Największym zagrożeniem dla twojej wolności jest twoje samozadowolenie.

W naszych czasach pogoń za wygodą stała się pochłaniającą wszystko obsesją, napędzającą gospodarkę konsumencką, której celem jest uczynienie życia jeszcze łatwiejszym. To nieustające dążenie do wygody przekształciło się w samonapędzający się cykl popytu i podaży, a każde nowe udogodnienie jedynie podsyca głód na więcej. W tej technologicznej krainie cudów granice możliwości wyznaczane są jedynie przez zakres naszych linii kredytowych, ponieważ uwodzi nas natychmiastowa gratyfikacja.

Podobnie jak ćpun goniący za kolejnym hajem, współczesny nałogowiec wygody pozostaje w błogiej nieświadomości podstępnych szkód wyrządzanych przez ich kompulsywną potrzebę usprawnienia każdego aspektu życia. Prawdziwy koszt tej wygody jest starannie ukrywany za fasadą sprytnego marketingu i pustych obietnic, ponieważ korporacje wykorzystują naszą chęć do ułatwień, która napełnia ich kieszenie kosztem naszego dobrego samopoczucia.

W ciągu ostatnich sześciu do siedmiu dekad byliśmy świadkami zmiany naszych wartości kulturowych, w miarę jak konsumpcjonizm jednorazowego użytku stał się nową ewangelią. Pogląd, że życie musi być pozbawione wysiłku, został nam sprzedany jako ostateczna aspiracja, a przyziemne realia egzystencji przekształcone w przeszkody, które należy ominąć lub zlecić na zewnątrz w pogoni za czasem wolnym.

Programowanie to było tak skuteczne, że całe pokolenia przywiązują obecnie wagę niemal religijną do wygody, jednocześnie rozwijając patologiczną niechęć do nawet najmniejszej niedogodności.

Ta wykreowana nietolerancja dla niedogodności osiągnęła tak absurdalny poziom, że obecnie nawet chwilowe opóźnienia w dostarczaniu pożądanych przez nas udogodnień postrzegamy jako niedopuszczalną obrazę naszej uzasadnionej wrażliwości. Większość ludzi gubi ironię tej sytuacji, ponieważ nie dostrzegają, że ich uparte dążenie do wygody jest w rzeczywistości formą zniewolenia przez te same korporacje, które czerpią korzyści z ich uzależnienia.

Rozwój kultury wygody ma destrukcyjny wpływ na naszą tkankę społeczną, ponieważ w coraz większym stopniu zlecamy nawet najbardziej podstawowe interakcje międzyludzkie platformom i usługom cyfrowym. Rezultatem jest społeczeństwo bardziej odizolowane, odłączone i zahamowane emocjonalnie niż kiedykolwiek wcześniej, ponieważ poświęcamy prawdziwe ludzkie więzi na ołtarzu wygody.

Co więcej, powierzając podejmowanie decyzji i osobistą odpowiedzialność algorytmom i zautomatyzowanym systemom, stworzyliśmy społeczeństwo zasadniczo niezdolne do krytycznego myślenia, empatii i prawdziwych relacji międzyludzkich. Wchodzimy niczym lunatycy w przyszłość, w której każdy nasz ruch jest monitorowany, każdy nasz wybór jest z góry określony, a każda nasza myśl jest kształtowana przez te same istoty, które czerpią korzyści z naszego samozadowolenia.

Samo pojęcie niedogodności stało się przekleństwem, plagą, którą należy za wszelką cenę wykorzenić. Tak bardzo zakochaliśmy się w idei płynnej, pozbawionej tarć egzystencji, że ​​nieświadomie przywiązaliśmy się do stylu życia o coraz większej złożoności i zależności od wygody. Ta podstępna tyrania wygody jest być może najbardziej wszechobecną i uzależniającą formą ucisku w czasach nowożytnych, a mimo to w dużej mierze pozostajemy nieświadomi jej wpływu na nasze życie.

Kiedy myślimy o tyranii, nasze umysły często przywołują obrazy despotycznych przywódców i opresyjnych reżimów, takich jak Stalin, Mao czy Mur Berliński. Jednak bliższa analiza ludzkich zachowań ujawnia, że ​​o naszym życiu częściej decydują nasze własne nawyki i preferencje niż jakakolwiek siła zewnętrzna.

Narzucone przez samych siebie ograniczenia, które uniemożliwiają nam prowadzenie autentycznego i pełnego życia, są tak samo despotyczne, jak każdy dyktatorski dekret, a w epoce szalejącego konsumpcjonizmu i natychmiastowej satysfakcji rasa ludzka nigdy nie była bardziej podatna na manipulację.

„Ci, którzy zamieniliby wolność na wygodę, nie zasługują ani na wolność, ani na bezpieczeństwo i spotkają się z przeciwnościami”. – Zygmunt Freud

To właśnie w przyziemnych czynnościach naszego codziennego życia, w naszych nieelastycznych nawykach i podświadomych wzorcach tak naprawdę rezygnujemy z naszej wolności. To właśnie tam jesteśmy najbardziej narażeni na wyzysk, gdzie nasza prawdziwa tożsamość zostaje przejęta i zastąpiona oprogramowaniem, które zmusza nas przede wszystkim do dążenia do pustego, konsumpcyjnego ideału wygody.

Trudno powstrzymać się od refleksji, czy nie staliśmy się zwykłymi automatami, bezmyślnie wykonującymi programy, które mają nas utrzymywać w samozadowoleniu i służalczości. Czy jesteśmy niczym więcej niż niewolnikami, uwarunkowanymi do wykonywania określonych zadań w zamian za starannie skalibrowany system nagród i kar? W epoce bezprecedensowych wyzwań i złożonych problemów globalnych, kiedy większość społeczeństwa wydaje się zadowolona z ukrywania się za zasłoną dysonansu poznawczego, niezwykle ważne jest, abyśmy uwolnili się od nawyków i norm kulturowych, które trzymają nas w niewoli.

Od jedzenia, które jemy, po media, które konsumujemy, od sposobu, w jaki pracujemy, po sposób, w jaki wchodzimy w interakcje z innymi – pogoń za wygodą stała się siłą napędową naszych wyborów i zachowań. Tak bardzo przyzwyczailiśmy się do łatwości i szybkości współczesnego życia, że ​​straciliśmy z oczu wartość wysiłku, walki i prawdziwej więzi międzyludzkiej.

W imię wygody dobrowolnie zrzekliśmy się naszej prywatności i autonomii, wprowadzając nadzór korporacyjny i rządowy za pośrednictwem naszych inteligentnych urządzeń lub nawyków przeglądania Internetu. Tak bardzo zakochaliśmy się w idei życia bez tarć, że chętnie akceptujemy koncepcje takie jak cyfrowe waluty banku centralnego (CBDC) i cyfrowe identyfikatory, a wszystko po to, aby uniknąć drobnych niedogodności związanych z noszeniem torebki lub angażowaniem się w podstawowe interakcje międzyludzkie podczas zakupu butelki alkoholu, który utopi nasze smutki i uśmierzy naszą bolesną pustkę w środku.

Jesteśmy tak uwarunkowani, aby na pierwszym miejscu stawiać łatwość i efektywność, że nie dostrzegamy podstępnej erozji naszych podstawowych praw i wolności. Umożliwiając korporacjom i rządom nieograniczony dostęp do naszych danych osobowych i transakcji finansowych, skutecznie przekazujemy im klucze do naszego życia, dając im władzę do manipulowania, kontrolowania i wykorzystywania nas w sposób, którego nawet nie jesteśmy w stanie pojąć.

W szczególności wdrożenie CBDC stanowi niebezpieczny krok w kierunku całkowitej centralizacji władzy finansowej w rękach kilku niewybranych biurokratów i interesów korporacyjnych. Pod pozorem wygody i bezpieczeństwa te cyfrowe waluty grożą wyeliminowaniem wszelkich pozostałych śladów prywatności finansowej i autonomii, poddając każdą transakcję analizie i kontroli państwa.

Podobnie nacisk na identyfikatory cyfrowe to nic innego jak słabo zawoalowana próba stworzenia kompleksowego państwa inwigilacyjnego, w którym każdy aspekt naszego życia jest śledzony, monitorowany i analizowany z korzyścią dla osób sprawujących władzę. Łącząc nasze tożsamości ze scentralizowaną bazą danych, dostępną zarówno dla korporacji, jak i rządów, skutecznie rezygnujemy z naszego prawa do anonimowości i samostanowienia.

W naszej desperackiej próbie uniknięcia niedogodności związanych z prześladowaniem, zatrzymaniem, przesłuchaniem, karą grzywny, aresztowaniem, działaniem paralizatora lub zastrzeleniem przez coraz bardziej autorytarny rząd, chętnie oddaliśmy nasze wolności i godność.

Wygląda na to, że wygoda stała się o wiele bardziej podstępnym i skutecznym narzędziem tyranii niż lufa pistoletu. Nasz nowoczesny system bankowy stanowi doskonały przykład tej subtelnej formy ucisku, którego macki rozchodzą się we wszystkie strony, dotykając prawie każdego człowieka na planecie.

Nawet pobieżne zbadanie bankowości centralnej ujawnia, jak żeruje ona na naszym pragnieniu wygody, wciągając świat w nieuniknioną sieć długów. Te instytucje finansowe w wygodny sposób drukują tyle pieniędzy, ile zażąda świat, a w zamian my ślepo zgadzamy się na zadłużanie nas wykładniczo rosnącymi, matematycznie niemożliwymi do spłacenia sumami na rzecz prywatnej korporacji przez resztę wieczności. Choć na krótką metę może się to wydawać wygodne, koszty długoterminowe są zdumiewające.

Najbardziej niepokojące jest to, że nie poddajemy się tej tyranii ze strachu o swoje życie, ale raczej z głęboko zakorzenionego pragnienia wygody i niechęci do niedogodności. Zostaliśmy uwarunkowani tak, aby ignorować działanie w naszym własnym najlepiej pojętym interesie i abyśmy pozostawali samozadowoleni w obliczu naszego coraz bardziej złożonego i opresyjnego życia.

Prawda jest taka, że ​​problem nie polega na tym, że sprzedaje się nam tyranię, ale raczej na tym, że już wpakowaliśmy się w to, co oni sprzedają. Jesteśmy tak głęboko uzależnieni od uroku wygody, że nie możemy sobie wyobrazić odwrotu, nawet gdy widzimy zaciskające się wokół nas łańcuchy naszego własnego zniewolenia.

Nie jest to wezwanie do luddyzmu ani odrzucenie samej technologii, ale raczej apel o bardziej przemyślane, krytyczne i skupione na człowieku podejście do innowacji. Musimy żądać technologii, które dają nam siłę, a nie wyzyskują, oraz systemów, które służą naszym interesom, a nie elicie rządzącej. Musimy budować przyszłość, która ceni wolność, kreatywność i prawdziwy ludzki rozkwit ponad pustymi obietnicami wygody i „bezpieczeństwa”.

____________

The Tyranny of Convenience, A Lily Bit, May 21, 2024
https://ekspedyt.org/2024/06/09/tyrania-wygody/


Jak dbają o to, abyś pozostał niewolnikiem systemu


Potrzebują twojego ciała, twojego cierpienia i ostatecznego końca, aby utrzymać swoje imperium chciwości.

Prawie każda myśl i działanie, które podejmujesz, jest diametralnie sprzeczne z twoim najlepszym interesem, a mimo to wielu pozostaje w błogiej nieświadomości. To nie przypadek. To starannie zaaranżowany plan, mający na celu utrzymanie cię w stanie wiecznej niewoli.

Nienasycony głód kontroli ze strony państwa nie zna granic. Stara się ono zdominować każdy aspekt twojej egzystencji – twój umysł, twoje ciało i twojego ducha. I choć przyznanie tego może być niewygodne, prawda jest taka, że ​​państwu to przedsięwzięcie w dużej mierze udało się. Tylko nieliczni zdołali zajrzeć za kurtynę i zrozumieć prawdziwy rozmiar swojego mentalnego i duchowego zniewolenia.

Twoje myśli, te intymne szepty, które uważasz za własne, są niczym więcej niż starannie spreparowaną iluzją. Prawie każda koncepcja, która przychodzi ci do głowy, została starannie opracowana, aby doprowadzić cię do pożądanych przez państwo wyników. Jesteś pionkiem w grze, w której nawet nie zdajesz sobie sprawy, że grasz.

System edukacji państwowej, choć to raczej myląca nazwa, to niewiele więcej niż fabryka indoktrynacji, której celem jest pozbawienie dzieci ich indywidualności i uformowanie ich w posłuszne trybiki machiny państwowej. Zanim młody dorosły wyjdzie z tego intelektualnego więzienia, jego zdolność do niezależnego myślenia jest prawie wygaszona.

Wykształcenie wyższe służy jedynie wzmocnieniu tego uwarunkowania, odcinając wszelkie pozostałe drogi krytycznemu dociekaniu. Sam pomysł kwestionowania narracji podawanych łyżeczką przez media propagandowe i elity rządzące staje się przekleństwem.

Staliśmy się społeczeństwem zadowolonych z siebie automatów, potykających się w starannie dobranym krajobrazie zorganizowanego zamieszania. Nasze ego, niegdyś istota naszej indywidualności, zostało usunięte chirurgicznie, pozostawiając nas jedynie jako wymienne elementy wielkiej machiny państwowej. Zostaliśmy wciągnięci w mechanizm myślenia grupowego, a każda nasza myśl i działanie podyktowane są kaprysami kolektywu.

Biada każdemu, kto ośmieli się odstąpić od tej starannie opracowanej normy. Każda próba potwierdzenia własnej indywidualności lub podważenia status quo spotyka się z szybką i bezlitosną zemstą. Nawet najbliżsi nam ludzie – przyjaciele, rodzina, sąsiedzi – stają się mimowolnymi egzekutorami przestrzegania zasad, a ich wrogość wobec sprzeciwu przypomina o cenie za nieprzestrzeganie zasad.

W tym opresyjnym systemie stajemy się usidleni w okowach konwencjonalnej mądrości – zbiorze fałszywej historii i starannie wyselekcjonowanych półprawd, którymi na siłę karmi się nas poprzez obozy indoktrynacyjne, które nazywamy szkołami, i machinę propagandową znaną jako media. Ta tak zwana mądrość to nic innego jak toksyczny koktajl zamieszania i dezinformacji, mający na celu stłumienie wszelkich pozorów niezależnego myślenia lub krytycznego dociekania.

Konwencjonalna mądrość działa jak mentalny kaftan bezpieczeństwa, ograniczając nasze procesy myślowe i programując nas, abyśmy odruchowo odrzucali wszelkie informacje, które ośmielają się kwestionować nasze wstępne uwarunkowania. Ten dysonans poznawczy to potężna broń w arsenale państwa, zapewniająca, że ​​pozostaniemy posłuszni i ulegli nawet w obliczu rażących sprzeczności i niesprawiedliwości.

Im bardziej ktoś poddaje się formalnej edukacji, tym mocniejszy staje się uścisk systemu. Władze nieustępliwie dążą do powszechności szkolnictwa wyższego nie dlatego, że cenią wiedzę i rozwój osobisty, ale dlatego, że rozumieją, że szkolnictwo wyższe jest ostatecznym narzędziem kształtowania posłusznych poddanych. Sale uczelniane to niewiele więcej niż fabryki produkujące ślepe drony, gotowe służyć interesom elity rządzącej.

Wyrwanie się z mentalnego więzienia, w które dobrowolnie weszliśmy, wymazanie kłamstw i półprawd, które wryły się w naszą psychikę, wymaga herkulesowego wysiłku. Tylko poprzez nieustanne dociekanie i zachłanne czytanie jesteśmy w stanie uciec z zaprogramowanego labiryntu, który nas więzi. Ale podróż ta nie jest pozbawiona kosztów – emocjonalne i finansowe skutki stawienia czoła konfliktom i zamętowi nieodłącznie związanemu z systemem są ogromne.

A jeśli myślałeś, że to twój umysł jest jedyną atakowaną rzeczą, pomyśl jeszcze raz. Od chwili, gdy noworodek bierze pierwszy oddech, państwo rości sobie prawo do jego ciała. Szczepienia, święte krowy współczesnej medycyny, podaje się niemowlętom jeszcze przed opuszczeniem szpitala, a rodzice chętnie się na to zgadzają, bez chwili namysłu. Co dokładnie wstrzykują waszym dzieciom? Jakie długoterminowe skutki mogą mieć te substancje? Te pytania pozostają niezadane i bez odpowiedzi, zagłuszone przez chór konwencjonalnej mądrości, która upiera się, że musimy ufać ekspertom, nawet jeśli eksperymentują na naszych najsłabszych.

Podstępne macki kontroli państwa nad naszymi ciałami zaczynają się jeszcze zanim weźmiemy pierwszy oddech. Nacisk na szczepienie dzieci w łonie matki przerażającym przypomnieniem, że od chwili poczęcia jesteśmy postrzegani jedynie jako przedmiot, którym można manipulować i wykorzystywać. Już w dniu narodzin niemowlęcia państwo rozpoczyna bezlitosny atak, pompując w dziecko podejrzane substancje, a wszystko to pod pozorem zdrowia i dobrobytu społecznego. Zanim dziecko osiągnie wiek dorosły, może zostać poddane nawet 50 szczepieniom, a każde z nich stanowi skalkulowane ryzyko związane z jego długotrwałym zdrowiem i witalnością.

Giganci farmaceutyczni w zmowie z establishmentem politycznym zaaranżowali te masowe eksperymenty na ludności, napędzani nienasyconym głodem zysków. Rodzice, uwarunkowani latami propagandy i siania strachu, chętnie składają swoje dzieci jako baranki ofiarne, wierząc, że działają w ich najlepszym interesie. Ale rzeczywistość jest o wiele bardziej złowroga.

Pomimo wysiłków obeznanych osób, które dostrzegają nieodłączne naruszenie wolności lekarskiej w przypadku obowiązkowych szczepień, problem sięga znacznie głębiej. Uderza w samo sedno przetrwania systemu. Systemu, który wymaga nieskończonej podaży uległych ciał, aby zaspokoić jego drapieżny apetyt.

Dołącz do branży opieki zdrowotnej, groteskowej parodii współczucia i uzdrawiania, która służy jedynie jako rurociąg ludzkiego cierpienia i zysków. Niezliczone testy, procedury i interwencje narzuca się niczego niepodejrzewającemu społeczeństwu, a każde z nich ma na celu napełnienie kieszeni kompleksu medyczno-przemysłowego, jednocześnie powoli niszcząc naturalne mechanizmy obronne organizmu. Końcowym rezultatem jest populacja pogrążona w chronicznych chorobach i uzależnieniu, na zawsze przywiązana do tego samego systemu, który pozbawił ją witalności.

W tym dystopijnym krajobrazie nie tylko zniechęca się do koncepcji indywidualnej odpowiedzialności za własne zdrowie, ale wręcz aktywnie się ją tłumi. Obecne władze skrupulatnie zaprojektowały społeczeństwo, w którym samo pojęcie dbania o siebie i autonomii jest postrzegane jako radykalne i wywrotowe. Potrzebują twojego ciała, twojego cierpienia i ostatecznego końca, aby utrzymać swoje imperium chciwości.

Ale prawdziwy horror polega na uświadomieniu sobie, że nie chodzi tu jedynie o zysk, ale o wyrachowaną kontrolę populacji. Nacisk na powszechne szczepienia, likwidacja zwolnień z przyczyn religijnych i filozoficznych oraz bezlitosna ekspansja systemu opieki zdrowotnej są częścią bezwzględnego spisku mającego na celu manipulowanie i wybijanie ludzkiego stada. Za Kalifornią podąża cały kraj, a reszta świata nieuchronnie także pójdzie tą drogą.

Aby zrozumieć głębię tej deprawacji, należy najpierw zrozumieć prawdziwą naturę systemu pieniężnego, który rządzi naszym światem. Jest to system oparty na tworzeniu długu i ciągłym wzroście konsumpcji. System, który nie może tolerować populacji, która żyje zbyt długo lub konsumuje za mało. Zgodnie z pokręconą logiką establishmentu kontrola populacji nie jest już sprawą pilną. To imperatyw.

Kreacja pieniądza (a dokładniej kredytu) jest wyłączną domeną banku centralnego. W Stanach Zjednoczonych władzę tę sprawuje Rezerwa Federalna i jej sieć banków członkowskich, co stanowi ponury sojusz, który skutecznie przejął serce naszej gospodarki. Poprzez ten monopol na kreację kredytu kartel bankowy wysysa bogactwo narodów, koncentrując je w rękach nielicznej elity, pozostawiając masy samym sobie w poszukiwaniu okruszków.

Jednak ten domek z kart, zbudowany na fundamencie długu i ciągłego wzrostu, nie może obejść się bez rusztowania regulacyjnego. Jak na ironię, sam system, który głosi, że jest orędownikiem wolnego rynku i wolności jednostki, jest w rzeczywistości całkowicie zależny od twardej interwencji rządu. A w Ameryce, krainie „wolnych”, mamy mnóstwo regulacji, duszącą sieć zasad i ograniczeń, które przenikają każdy aspekt naszego życia.

W sercu tego regulacyjnego koszmaru leży podstępne widmo kontroli populacji. System monetarny oparty na kredytach, pasożytniczy byt żywiący się siłą napędową ludzkiej pracy i konsumpcji, stoi w obliczu egzystencjalnego zagrożenia w miarę starzenia się społeczeństwa i niepewnego przechylania się równowagi między producentami i konsumentami. W miarę jak coraz więcej jednostek wkracza w wiek emerytalny, korzystając z obietnic opieki społecznej i zabezpieczenia socjalnego, przepływ bogactwa zaczyna się odwracać, od twórców kredytu z powrotem do mas nieprodukcyjnych. Jest to scenariusz, w którym obecna władza nie może wytrzymać i nie wytrzyma.

Tak więc, w obrzydliwym przejawie życzliwości, państwo zaczyna wymyślać sposoby uboju stada, aby osoby starsze i niedołężne nie stały się obciążeniem dla systemu. Być może nie posuwają się do jawnej brutalności rodem z „Ucieczki Logana”, czyli znikania obywateli po osiągnięciu pewnego wieku, ale ich metody są nie mniej podstępne. Od masowego leczenia ludności środkami otępiającymi po zatruwanie wody chlorkiem – atak na nasze zdrowie i witalność jest bezlitosny.

Ale być może najbardziej złowrogą bronią w ich arsenale jest nacisk na masowe szczepienia. Niektórzy umrą od razu, złożeni w ofierze na ołtarzu zysków Big Pharmy, podczas gdy inni pozostaną niepełnosprawni i zależni, a ich potencjał zostanie na zawsze zahamowany. Jednak prawdziwy horror kryje się w tykającej bombie zegarowej w postaci chorób zwyrodnieniowych, która eksploduje w chwili osiągnięcia wieku emerytalnego, sprawiając, że wygaśniemy, zanim staniemy się obciążeniem dla systemu.

Aby wyrwać się z tej matrycy kontroli, musimy chcieć stawić czoła prawdzie, bez względu na to, jak szokująca lub niewiarygodna może się ona wydawać naszym uwarunkowanym umysłom. Rządy, czyli podmioty, którym powierzamy naszą ochronę i dobrobyt, to niewiele więcej niż marionetki tańczące jak im elity finansowe zagrają. Kontrolują umysły opinii publicznej za pomocą ciągłego strumienia dezinformacji i zamieszania, doskonale wiedząc, że ich władza upadnie w jednej chwili, jeśli tylko ludzie zobaczą rzeczywistość za kurtyną.

Tak więc, kiedy media establishmentu krzyczą o „fake newsach”, a masy uwięzione w ferworze dysonansu poznawczego odrzucają te prawdy jako zwykłą „teorię spiskową”, wiedzcie, że nie jest to nic innego jak desperacka taktyka systemu walczącego o utrzymanie ludzkości w swoim uścisku. Są to słowa klucze naszego zniewolenia, mające na celu utrzymanie nas w uległości, podporządkowaniu i wiecznej nieświadomości łańcuchów, które nas wiążą.

______________

How They Make Sure You Stay A Slave to The System, A Lily Bit, Apr 23, 2024

https://ekspedyt.org/2024/05/03/jak-dbaja-o-to-abys-pozostal-niewolnikiem-systemu/