Wypisy z książki TAJEMNICE MARSZAŁKA ŚMIGŁEGO-RYDZA
Od autorów
Marszałek Polski Edward Śmigły-Rydz jest bez wątpienia najpowszechniej znienawidzoną polską postacią historyczną. Nikt właściwie nie wyrażał się ani nie wyraża o nim pozytywnie. To doprawdy ewenement w naszych dziejach, gdyż pozytywne opinie można znaleźć nawet o przywódcach konfederacji targowickiej albo o Aleksandrze Wielopolskim czy Wojciechu Jaruzelskim. Nie jest nawet uważany za postać kontrowersyjną. Jest po prostu jednoznacznie zły.
Inna sprawa, że naraził się właściwie wszystkim. Rosjanie nienawidzą go za zwycięskie walki z bolszewikami w latach 1919-1920. Niechęć ta przeszła na władze i historyków epoki PRL-u – w efekcie potrafiono tą nienawiścią skutecznie zarazić miliony Polaków. Było to o tyle łatwe, że „Śmigłego” nienawidziła także znaczna część opozycji antykomunistycznej, szczególnie ci, którzy widzieli w nim następcę „dyktatora” Piłsudskiego. Marszałek był też znienawidzony przez polski rząd na wychodźstwie jako czołowy przedstawiciel sanacji. Niechętnie wypowiadali się o nim także sami piłsudczycy, gdyż nie spełnił pokładanych w nim nadziei i nie został „drugim Komendantem”. Do tego obarczono go odpowiedzialnością za klęskę w wojnie 1939 roku – zatem znienawidzili go zarówno świadkowie tych wydarzeń, jak i ci, którzy o tej wojnie uczyli się z książek.
Nienawiść wobec Edwarda Śmigłego-Rydza miała wiele odcieni. Jedną z nich, dość prymitywną, było używanie nazwiska Rydz przed legionowym przydomkiem „Śmigły”. Wobec wszystkich innych uczestników walk o niepodległość Polski stosuje się inną metodę, usankcjonowaną zresztą prawnie już w niepodległej Polsce. Właściwe nazwisko było poprzedzane pseudonimem, dlatego mieliśmy: Grzmota-Skotnickiego, Dęba-Biernackiego, Bora-Komorowskiego czy Wieniawę-Długoszowskiego. Zwracanie się do oficerów: „Grzmot”, „Dąb”, „Bór” czy „Wieniawa” było wynikiem przestrzegania zasad savoir-vivre’u. O bohaterze niniejszej biografii należałoby zatem mówić „Śmigły”, lecz niemal wszyscy wyrażają się o nim jako o Rydzu. Faktycznie, zwracając uwagę na mało eleganckie, plebejskie nazwisko, również można odebrać tej postaci nieco powagi.
O „Śmigłym” pisze się niewiele, a jeśli już, to właściwie tylko bardzo źle. Dodatkowy problem stanowi także fakt, że był niezwykle skrytym człowiekiem i nie pozostawił niemal żadnych wspomnień. Dlatego poświęcono mu niewiele pozycji książkowych, a te, które się ukazały, przedstawiają go niemal wyłącznie w ciemnych barwach. Bez końca podkreślana jest jego odpowiedzialność za klęskę wrześniową, nie wspomina się w ogóle o kontekście tej wojny, a tym bardziej o fakcie, że „Śmigły” w tak trudnej sytuacji sprawdził się jako Naczelny Wódz i do chwili sowieckiego ataku sprawnie realizował założone cele kampanii. Wojsko Polskie nie miało bowiem pokonać Wehrmachtu, lecz zadać mu jak największe straty i po wycofaniu się na przedmoście rumuńskie oczekiwać ofensywy sprzymierzonych na Zachodzie, by przejść do kontrataku i wyzwalania okupowanych ziem polskich. Przy okazji żaden z autorów publikacji o marszałku nie podkreśla dostatecznie jego ogromnej roli w bojach legionowych podczas I wojny światowej, znakomitego i skutecznego kierowania Polską Organizacją Wojskową czy ogromnych sukcesów w wojnie z bolszewikami.
Mamy nadzieję, że książka, którą napisaliśmy, przedstawi postać Edwarda Śmigłego-Rydza w sposób wyważony i sprawiedliwy. Interesujemy się jego życiem i działalnością od kilkunastu lat i zdarzało nam się już wydawać książki i artykuły z jego nazwiskiem w tytule. Nie kryjemy, że darzymy go pewną sympatią. Trudno bowiem pisać o człowieku, którego się nie lubi, ale jeszcze trudniej czytać biografię napisaną przez autorów, którzy nie cenią i nie szanują swojego bohatera.
Sławomir Koper, Tymoteusz Pawłowski
**
Prawda i mity o wrześniu 1939 roku
Pierwsze dni wojny
23 sierpnia 1939 roku w Moskwie podpisano niemiecko-radzieckie porozumienie będące w praktyce czwartym rozbiorem Polski. Dwaj potężni sąsiedzi uzgodnili podział stref wpływów na terenie środkowej Europy, Sowieci zobowiązali się do ataku na Polskę po rozpoczęciu wojny przez Niemcy. Informacje na ten temat dość szybko dotarły do Londynu i Paryża, oficjalnie jednak nie poinformowano o tym Polaków, uważając, że wiadomość ta spowoduje upadek ducha w Warszawie.
Tymczasem nad Wisłą szykowano się do wojny, „Śmigły” i jego podwładni podejmowali ostatnie decyzje. Rankiem 30 sierpnia marszałek wydał rozkaz o realizacji planu „Peking”, czyli odesłaniu Dywizjonu Kontrtorpedowców do Wielkiej Brytanii. Było to całkowicie logiczne posunięcie, gdyż uchroniło trzy cenne okręty (Burza, Błyskawica, Grom) przed zniszczeniem. Można mieć jedynie pretensję, że nie odesłano również czwartego niszczyciela (Wicher), na jego pozostawienie nalegał jednak dowódca polskiej floty, kontradmirał Józef Unrug.
Kolejna decyzja dotyczyła Korpusu Interwencyjnego. Związek ten miał za zadanie zająć Wolne Miasto Gdańsk, gdyby doszło tam do proniemieckiego puczu. „Śmigły” zdawał sobie jednak sprawę, że był to „absurd operacyjny, do którego jest zmuszony względami politycznymi”. Po wizycie Ribbentropa w Moskwie stało się oczywiste, że do żadnego puczu nie dojdzie, zatem 31 sierpnia Korpus został rozwiązany. Jego dowódcę wezwano do Warszawy, a dywizje przygotowano do odejścia w głąb kraju. 13 Dywizja Piechoty szczęśliwie dotarła do miejsca koncentracji, natomiast 27 Dywizja Piechoty pozostała na Pomorzu. Przez 24 godziny nie podlegała ani dowództwu Korpusu Interwencyjnego, ani dowództwu armii „Pomorze”, niestety – zapomniano o niej również w Sztabie Głównym. Pierwszego dnia wojny dowódca armii „Pomorze” wysłał jej wprawdzie z odsieczą 9 Dywizję Piechoty, lecz działanie to przyniosło jedynie częściowe powodzenie.
Wojna z Niemcami, podobnie jak ewakuacja Kijowa, rozpoczęła się od wysadzania mostów. Przeprawy na Wiśle w Tczewie (szczególnie kolejowa) były niezmiernie ważne dla komunikacji wojskowej pomiędzy III Rzeszą a Prusami Wschodnimi. Dowództwo Wehrmachtu zaplanowało zatem operację sił specjalnych, Polacy natomiast przygotowali działania polegające na wtargnięciu na niemiecką stronę granicy i całkowitym zdemolowaniu przepraw. Polska operacja okazała się lepiej zaplanowana i skuteczniej przeprowadzona niż niemiecka – mosty zostały tak zniszczone, że ruch kolejowy przywrócono dopiero w 1940 roku.
Pierwszą wojenną decyzję o odwrocie marszałek „Śmigły” podjął już 2 września przed godziną 15. Zapadła podczas rozmowy juzowej z generałem Antonim Szyllingiem, dowódcą armii „Kraków”. Szylling uważał, że nie utrzyma swoich pozycji, ale gdy do Warszawy nadszedł szczegółowy meldunek operacyjny, uznano tam, że sytuacja nie jest aż tak zła, a generał jednak dysponuje siłami wystarczającymi do przezwyciężenia kryzysu. Tym bardziej że kolejna dywizja miała zostać przysłana z odwodu naczelnego dowództwa. Zgodę na wycofanie się anulowano, jednak podczas kolejnych rozmów juzowych Szylling zdołał przekonać „Śmigłego”, że odwrót jest konieczny. Ostateczną zgodę wydano przed północą 2 września, a te cztery rozmowy juzowe dały później podstawy do wielokrotnie powtarzanych oskarżeń pod adresem Wodza Naczelnego, że „nadzorował bitwy w szczegółach, którymi nie powinien był się zajmować”.
Niechęć Naczelnego Wodza do wyrażenia zgody na odwrót armii „Kraków” była w pełni uzasadniona, gdyż właśnie na niej opierała się cała strategia walk obronnych. Odwrót musiał być skoordynowany z manewrami innych armii, zatem do dzisiaj trwają rozważania, czy Szylling powinien odejść i ratować podległe mu oddziały, czy też trwać w miejscu aż do ich zniszczenia. Zapomina się jednak, że przedwczesny odwrót armii „Kraków” odsłaniał południowe skrzydło armii „Łódź”. „Śmigłemu” nie chodziło zatem o nowe polskie Termopile na Śląsku, lecz o wytrwanie jeszcze dwóch, trzech dni, co pozwoliłoby skoncentrować odwody, które obsadziłyby lukę pomiędzy armią „Kraków” a armią „Łódź”.
Rola odwodów przypadła południowemu zgrupowaniu armii „Prusy”, które miało związać walką niemiecki Korpus Pancerny. Wydaje się to mało realne, ale warto pamiętać, że do września 1939 roku nikomu nie udało się przeprowadzić żadnego udanego przełamania siłami pancernymi! Cztery dywizje i brygada kawalerii mające stanowić południowe zgrupowanie armii „Prusy” wydawały się zatem siłami wystarczającymi.
Tej samej nocy Wódz Naczelny wydał rozkazy odwrotowe dla armii „Pomorze” i „Poznań”, a rankiem 3 września – polecenie przyspieszenia koncentracji południowego zgrupowania armii „Prusy”. Przygotowano również plany na wypadek porażki: „Śmigły” nakazał formacjom tyłowym obronę linii Wisły, przygotowanie do wysadzenia mostów na rzece i wyznaczył generała Waleriana Czumę na stanowisko dowódcy obrony Warszawy. Naczelny Wódz zaplanował zatem, że armia „Łódź” wsparta armią „Prusy” zaczeka na armie „Poznań” oraz „Pomorze”, co pozwoliłoby na odwrót za Wisłę w zwartym ugrupowaniu.
Najtrudniejsze zadanie odwrotowe stanęło przed dowódcą armii „Pomorze”, generałem Władysławem Bortnowskim. Podstawowym zadaniem jego wojsk była osłona stolicy i Wielkopolski od północy oraz przeciwdziałanie połączeniu się sił niemieckich. Wojska Bortnowskiego stoczyły zatem dwie ciężkie bitwy po obu stronach Wisły, ale pomimo poniesionych strat i niemieckiej dywersji w Bydgoszczy generał zdołał wykonać zadanie. Następnie oderwał się od nieprzyjaciela, zreorganizował podległe jednostki i uzupełnił straty. Co jednak najważniejsze: skoncentrował całość swoich sił na południowym (zachodnim) brzegu Wisły i nawiązał bezpośredni kontakt z armią „Poznań”.
Armia „Poznań” dowodzona przez kolejnego weterana kijowskiego odwrotu, generała Tadeusza Kutrzebę, miała względnie łatwe zadanie. Wprawdzie znajdowała się w trudnej pozycji, ale nie była atakowana przez większe siły, a o jej bezpieczeństwie decydowała postawa sąsiednich armii.
Dalej na południu walczyła armia „Łódź”, której dowódca, generał Juliusz Rómmel, w 1920 roku doskonale sprawdził się przeciwko Armii Konnej Budionnego. Równie dobrze przeprowadził bitwę graniczną, zaskakując Niemców dalekim wysunięciem sił, a później sprawnie wycofał się na linię Warty. Na jego tyłach koncentrowało się natomiast północne zgrupowanie armii „Prusy” – uporczywa obrona była zatem istotna nie tylko ze względu na umożliwienie odwrotu armii „Poznań” i „Pomorze”, lecz także ze względu na przygotowywany kontratak.
Kolejne 48 godzin minęło w sztabie naczelnego dowództwa spokojnie. Wpłynęły na to również wiadomości, że 3 września Wielka Brytania oraz Francja wypowiedziały wojnę Niemcom. Był to duży sukces, świadczący o sensowności stoczenia bitwy granicznej.
Planowy odwrót
Jednak wieczorem 4 września do Warszawy napłynęły alarmujące wieści, że wbrew wcześniejszym uspokajającym meldunkom główne zgrupowanie armii „Modlin” zostało poprzedniej nocy poważnie poturbowane. Związkiem operacyjnym dowodził generał Emil Krukowicz-Przedrzymirski, który miał za zadanie obronę Warszawy przed niemiecką inwazją z Prus Wschodnich. Najeźdźców dzieliło od stolicy zaledwie 80 kilometrów, czyli maksimum trzy dni forsownego marszu. Dlatego po otrzymaniu tych groźnych informacji „Śmigły” zarządził, by na skrzydło maszerujących na stolicę Niemców uderzyła od wschodu Grupa Operacyjna „Wyszków”, a Samodzielna Grupa Operacyjna „Narew” przejęła jej dotychczasową rolę i utrzymała linię Narwi.
Tymczasem Niemcy nie zamierzali iść na Warszawę, tylko skręcili na wschód, by sforsować Narew. Trafili idealnie w lukę pomiędzy GO „Wyszków” a SGO „Narew”, zdezorganizowali obydwa związki i rozproszyli na kilka dni. Sytuacja stała się bardzo niebezpieczna, nie ograniczała się wyłącznie do zagrożenia Warszawy. Gdyby Niemcy przeszli Wisłę w okolicach Wyszogrodu i dotarli do Sochaczewa, odcięliby w ten sposób trzy polskie armie: „Pomorze”, „Poznań” i „Łódź”. W praktyce Wehrmacht zrealizowałby wówczas podstawowy cel kampanii: zniszczenie większości sił polskich. W tej sytuacji „Śmigły” przyspieszył odwrót zagrożonych armii, a ceną tego było odwołanie ataku armii „Poznań” mającej przyjść z pomocą armii „Łódź”.
W ten sposób Armia „Łódź” pozbawiona pomocy armii „Poznań” znalazła się w ciężkiej sytuacji – miało ją wspomóc północne zgrupowanie armii „Prusy”. Jej dowódca, kolejny weteran odwrotu kijowskiego, generał Stefan Dąb-Biernacki, przygotowywał się do zaatakowania Niemców w okolicach Piotrkowa. Nie wiedział jednak, że meldunki odbierane od armii „Łódź” były zbyt optymistyczne. Niemcy bowiem głęboko wbili się w polskie pozycje, a generał Rómmel zakładał, iż poradzi sobie samodzielnie i nie chciał przedwcześnie alarmować Naczelnego Wodza. Przyniosło to fatalne skutki: na znajdujące się na pozycjach wyjściowych do natarcia dywizje armii „Prusy” spadło niemieckie uderzenie pancerne – i 6 września zostały one rozbite.
Dąb-Biernacki dowiedział się o grożącym niebezpieczeństwie w ostatniej chwili, usiłował powstrzymać atak swoich dywizji, a potem zatrzymać ucieczkę. Nie przyniosło to większych skutków poza ironicznymi komentarzami, że zamiast dowodzić armią, zajmował się ustawianiem pojedynczych karabinów maszynowych i dział przeciwpancernych. Co gorsza, generał zameldował o niewłaściwej postawie swoich żołnierzy, co spotkało się z opiniami, że szargał narodową świętość, czyli bohaterstwo polskiego żołnierza.
W tej sytuacji Naczelny Wódz nakazał odwrót północnego zgrupowania armii „Prusy” za Wisłę, by tam odbudować jego zdolność bojową. Następnie łączność urwała się. W podobny sposób utracono również kontakt z armią „Łódź”, do której zdołano jeszcze wysłać rozkaz odwrotu za Wisłę na południe od Warszawy. Przez Warszawę miały natomiast przejść armie „Poznań” i „Pomorze”, a „Śmigły” wydał rozkaz przebijania się w przypadku napotkania niemieckich oddziałów. Naczelny Wódz doskonale pamiętał walki odwrotowe z 1920 roku i korzystał z własnych doświadczeń sprzed lat. Zdawał sobie jednak sprawę, że plany zakładające odwrót czterech armii w zwartym ugrupowaniu legły w gruzach.
Warszawa była zagrożona, zatem „Śmigły” podjął jedyną logiczną decyzję, czyli przeniesienia stanowiska dowodzenia do Brześcia nad Bugiem. Naczelny Wódz oblężony w stolicy tracił zdolność dowodzenia, zatem oskarżenia marszałka o ucieczkę z Warszawy są – delikatnie mówiąc – pozbawione sensu. „Śmigły” wyjechał do Brześcia nocą z 6 na 7 września, jednak stanowisko dowodzenia nie było przygotowane i na blisko 48 godzin stracił bezpośrednią możliwość kierowania wojskami. Opuszczając stolicę, zabezpieczył się jednak na taką ewentualność – do czasu odzyskania łączności jego rolę miał przejąć szef sztabu Naczelnego Wodza, generał Wacław Stachiewicz, który pozostał w Warszawie.
Inna sprawa, że łączność nie była najmocniejszą stroną polskiej armii podczas tej wojny. Wprawdzie już marszałek Piłsudski mawiał, że „wojsko bez łączności to jak kurwa bez alfonsa”, jednak we wrześniu 1939 roku kontakt z jednostkami liniowymi wciąż mocno szwankował. O klęsce armii „Modlin” „Śmigły” dowiedział się z 24-godzinnym opóźnieniem, a z upływem czasu miało być jeszcze gorzej.
Podstawę systemu łączności stanowiły wspomniane już juzy. Telefony były podsłuchiwane, obawiano się także, że przeciwnik odbiera i rozszyfrowuje wiadomości radiowe. Aparaty Hughesa były najbezpieczniejsze, ale zapewniały precyzję wypowiedzi zbliżoną do dzisiejszych esemesów. Nie pozwalały na przekazanie wielu subtelności, dowódcy poszczególnych armii nie rozumieli intencji Naczelnego Wodza, a z kolei w sztabie „Śmigłego” nie rozumiano sugestii dowódców armii. Dlatego wiele razy podawano w wątpliwość rozkazy napływające ze sztabu „Śmigłego”, a przodowali w tym szczególnie: Tadeusz Kutrzeba i Kazimierz Sosnkowski. Czasami też wypełniano rozkazy zbyt dosłownie, co też nie było najlepszym rozwiązaniem. Przy okazji zdarzały się kuriozalne sytuacje, jak na przykład słynny rozkaz „Śmigłego” do Kutrzeby nadany drogą radiową, by „maszerował na obiad do Wierzbickiego”, czyli skierował podległe sobie oddziały na Radom. W tym mieście znajdowała się bowiem słynna restauracja prowadzona przez Stanisława Wierzbickiego, bardzo popularna w międzywojniu…
Brześć
8 września generał Wacław Stachiewicz zreorganizował dowodzenie w okolicach Warszawy: generał Tadeusz Kutrzeba miał dowodzić wspólną akcją armii „Poznań” i „Pomorze”. Natomiast Juliusz Rómmel miał połączyć dowodzenie armii „Łódź” i „Modlin”.
Rómmel znalazł się w Warszawie w efekcie zbombardowania jego sztabu w Łodzi, gdy został odcięty od własnych dywizji. Tylko połowa podległych mu związków taktycznych wykonała rozkaz odwrotowy i przeszła przez Wisłę na południe od stolicy. Natomiast trzy dywizje zostały zatrzymane przez generała Wiktora Thomméego (podwładnego Rómmla) jako „zmęczone, ale w dobrym stanie”, po czym generał odszedł z nimi na północ, by uniknąć niemieckiego uderzenia. Decyzję o zaniechaniu odwrotu zatwierdził z przymusu Stachiewicz, nakazując jednak pozostać w rejonie Sochaczewa, by zaczekać na nadchodzącą armię „Poznań”.
Rozkaz nie został jednak wykonany (podobno nie dotarł do adresata), a Thommée wraz ze swoimi wojskami po chaotycznych bojach przeszedł przez Puszczę Kampinoską do Modlina. Warto o tym pamiętać: generał nie wykonał rozkazów, co spowodowało poważne straty, ale przez wiele lat uchodził za bohatera. Nawet dzisiaj czasami można się spotkać z opinią, że „objął dowodzenie armią po ucieczce generała Rómmla do Warszawy”. To jednak nie Rómmel uciekał do stolicy, tylko Thommée do Modlina. Zresztą jego postępowanie doprowadziło do oskarżeń o tchórzostwo (i dezercję) nie tylko Rómmla, lecz także generałów: Franciszka Dindorfa-Ankowicza, Władysława Bończę-Uzdowskiego oraz pułkownika Edwarda Dojana-Surówkę. Oni jednak tylko realizowali rozkaz Wodza Naczelnego odejścia za Wisłę.
Grupa Operacyjna Thomméego miała pozostać w okolicach Sochaczewa, ponieważ w Warszawie dostrzeżono możliwość ataku grupy armii generała Kutrzeby na skrzydło wojsk niemieckich idących na Warszawę. 8 września Stachiewicz wydał rozkaz o uderzeniu 11 września – i jeszcze tego samego dnia zatwierdził go „Śmigły”. Stachiewicz myślał jednak o ograniczonym ataku, po którym należało kontynuować odwrót, natomiast „Śmigły” snuł znacznie szerszy plan. Uderzenie Kutrzeby miało związać jak największe siły niemieckie, by ułatwić odwrót pozostałym związkom Wojska Polskiego w kierunku przedmościa rumuńskiego.
Był to obszar Małopolski wschodniej ograniczony od północy i zachodu rzekami Dniestr oraz Stryj, a od południa granicą państwową. Utrzymanie tego terenu stanowiło istotny element polskich planów wojennych – dzięki temu do Polski przez Rumunię i Węgry mogło docierać zaopatrzenie od aliantów zachodnich. Na przedmościu polskie dywizje miały doczekać ofensywy na zachodzie i z czasem przejść do kontrataku, rozpoczynając wyzwalanie kraju.
W tym celu wojskom stojącym nad Bugiem „Śmigły” wydał rozkaz opuszczenia linii rzeki i odejścia na południowy wschód. Oznaczało to w praktyce zgodę na utratę dywizji Kutrzeby i Bortnowskiego, a także – o czym w Brześciu nie wiedziano – dywizji Thomméego. Niestety, osobiste spotkanie Naczelnego Wodza i jego szefa sztabu, do którego doszło 9 września, doprowadziło do wycofania się marszałka z decyzji. Wybrał rozwiązanie połowiczne: GO „Wyszków” miała odchodzić nie na południowy wschód, lecz na południe, próbując ujść Niemcom i podtrzymać możliwość przejścia wojsk generała Kutrzeby za Wisłę. To nie mogło się udać, i faktycznie się nie udało. Trudno w tym miejscu nie zgodzić się z dawną opinią Piłsudskiego, że „Śmigły” do właściwego działania potrzebował ludzi realizujących jego zamierzenia, a w przypadku różnicy zdań często ustępował…
W Brześciu „Śmigły” pracował nad rozwiązaniem kompleksowym, które miało zapewnić bezpieczny odwrót większości sił na przedmoście rumuńskie. Niemcy coraz bardziej wdzierali się w głąb kraju, należało zatem uporządkować sytuację i zapewnić możliwość dalszego prowadzenia walki w oczekiwaniu na ofensywę na zachodzie. Z wojsk obsadzających linię Bugu oraz z reorganizującej się armii „Prusy” Dęba-Biernackiego stworzono Front Północny. Miał on odchodzić w kierunku południowo–wschodnim, a osłonę tego manewru powierzono nowo sformowanej armii „Lublin” dowodzonej przez generała Tadeusza Piskora (zwanej Frontem Środkowym). Natomiast z wojsk działających w Małopolsce – armii „Karpaty” oraz „Kraków” – zorganizowano Front Południowy, którego dowództwo objął generał Kazimierz Sosnkowski.
Najważniejszą kwestią było jednak sprawne przerzucenie wszystkich dostępnych sił (i środków) na obszar przedmościa rumuńskiego. Kierowano tam transporty kolejowe z uzbrojeniem i amunicją oraz pociągi z wojskiem z północnej i wschodniej Polski. Przez pierwsze 10 dni wojny szeroko rozumiany Front Południowy został wsparty przez „Śmigłego” pięcioma dywizjami i brygadą zmechanizowaną, a w kolejnych dniach zdołano wzmocnić obsadę Lwowa dwiema kolejnymi. Na południowy wschód kierowano także oddziały wojsk technicznych, całość lotnictwa oraz wszystkie formacje zapasowe.
Problemem stało się jednak postępowanie Sosnkowskiego, który – będąc dowódcą Frontu Południowego – całkowicie się pogubił. Zamiast koordynować działania powierzonych mu wojsk i rozbudowywać obronę wokół Lwowa, wsiadł w samolot i odleciał do armii „Małopolska”. W ten sposób stracił łączność nie tylko z podległymi mu oddziałami, lecz również z Naczelnym Wodzem – i zredukował się do roli dowódcy grupy operacyjnej. Odegrał ją zresztą bardzo źle: zamiast iść ze swoją armią i zamykać lukę pomiędzy Lwowem a Karpatami, postanowił zostać bohaterem i wbrew rozkazom ruszył na odsiecz Lwowa. Miało to przynieść fatalne następstwa, na razie skutkiem jego decyzji była utrata przez „Śmigłego” kontroli nad armią „Karpaty”.
Tymczasem do Brześcia nadchodziły kolejne wiadomości z frontu. Wyjaśnił się los południowego zgrupowania armii „Prusy”, mającego zamykać lukę pomiędzy armiami „Kraków” i „Łódź”. Nie zdołano tego jednak uczynić, a polskie dywizje zostały pobite w chaotycznej bitwie w okolicach Iłży. Wprawdzie większość sił zdołała przedostać się z powrotem przez Wisłę, jednak Niemcy ogłosili „bitwę pod Radomiem” wspaniałym zwycięstwem. Z kolei przesadnie optymistyczne wiadomości przyszły znad Bugu: GO „Wyszków” udało się przerwać linie nieprzyjaciela, jednak w Brześciu nie wiedziano o bardzo dużych stratach tego zgrupowania. I wreszcie okazało się, że – wbrew rozkazom – grupa generała Thomméego odnalazła się w Modlinie.
Przedmoście rumuńskie
11 września podjęto decyzję o ewakuacji Naczelnego Dowództwa z Brześcia do Kołomyi. Na krótko zatrzymano się we Włodzimierzu Wołyńskim, by 15 września zainstalować się na Pokuciu. W tym czasie do „Śmigłego” dotarł meldunek, że na szosie Zamość-Hrubieszów pojawiły się niemieckie pojazdy zmotoryzowane. Oznaczało to przerwanie komunikacji pomiędzy armiami „Karpaty” oraz „Kraków” i postawiło pod znakiem zapytania plany wycofania się na wschód.
W tej sytuacji Naczelny Wódz zmienił rozkazy. Polecił utworzyć wspólne ugrupowanie z broniących linii Wisły armii „Lublin” i idącej w jej stronę armii „Kraków”. Ugrupowanie to miało porzucić obronę rzeki i odejść w stronę Tomaszowa Lubelskiego. Armia „Karpaty” otrzymała rozkaz odwrotu na południowy wschód, którego generał Sosnkowski jednak nie wykonał. Uznano również, że Dąb-Biernacki powinien przyspieszyć odwrót Frontu Północnego bez oczekiwania na dołączenie wojsk SGO „Narew”, tak by dojść do Hrubieszowa. Liczono na to, że SGO „Narew”, z której pozostały już tylko dwie brygady kawalerii, zdoła dotrzeć na Polesie. Jednocześnie zdecydowano, że północno-wschodnia Polska nie będzie broniona, a północna granica przedmościa rumuńskiego przebiegnie przez Błota Pińskie.
Kolejne dni przynosiły jednak coraz lepsze wiadomości. Przede wszystkim większość dowódców armii niemieckich zapragnęła zostać zdobywcami Warszawy – główne siły skierowali więc na stolicę, a nie do pościgu. Co więcej, bitwa nad Bzurą, którą zresztą generał Kutrzeba przedwcześnie przerwał, sprawiła, że także niemieckie naczelne dowództwo przestało zwracać uwagę na odchodzące na wschód polskie jednostki i skupiło całość sił do walki z Kutrzebą. Z perspektywy strategicznej bitwa nad Bzurą była zatem polskim sukcesem, gdyż pozwoliła zrealizować plan Naczelnego Wodza.
Jedyna niemiecka armia, która w trzecim tygodniu września mogła zagrozić polskim planom – 14 Armia generała Wilhelma Lista – działała całkowicie bezcelowo. Jedną dywizję wysłano na południe od Lwowa, drugą na Lwów, trzecią odesłano do Francji, a trzy kolejne do Tomaszowa Lubelskiego. List nie orientował się zresztą w znaczeniu przedmościa rumuńskiego i zachowując się jak dawny chan tatarski, swobodnie rozpuścił oddziały. Jeden z nich doszedł nawet do Brześcia i tryumfalnie ogłosił nawiązanie kontaktu z nadchodzącym z Prus Wschodnich Korpusem Pancernym generała Guderiana, a także zamknięcie okrążenia wokół polskiego Frontu Północnego. Informacja ta do dzisiaj pokutuje w wielu opracowaniach – mało kto jednak zauważa, że Dąb-Biernacki przeszedł ten niemiecki kordon, a później przez niego powrócił. I chyba nawet nie zorientował się, że rzekomo znalazł się w oblężeniu…
16 września wieczorem w naczelnym dowództwie w Kołomyi przeważały optymistyczne nastroje. Otwierano butelki z winem, gdyż uznano, że jest okazja do świętowania. Psuła się pogoda, która dotychczas była sprzymierzeńcem Niemców, Francuzi zapowiedzieli ofensywę. Armia „Karpaty” odnalazła się pod Lwowem, a niemiecka (właściwie austriacka) dywizja górska zagrażająca miastu trafiła pomiędzy pięć polskich dywizji. Pod Tomaszowem Lubelskim pojawił się Front Środkowy generała Tadeusza Piskora mający przed sobą tylko pojedyncze niemieckie bataliony. Pod Hrubieszowem był Front Północny generała Stefana Dęba-Biernackiego i nic nie mogło zatrzymać jego marszu na wschód, a później na południe. Za nim nadchodziła Grupa Operacyjna Kawalerii generała Władysława Andersa. Na Polesiu generał Franciszek Kleeberg zbierał wojska w SGO „Polesie”, dołączyły do niego również – uznane już za stracone – obie brygady kawalerii z SGO „Narew”.
Następny dzień miał jednak zmienić wszystko…
**
Sprawa słynnego rozkazu
„Sowiety wkroczyły – oznajmiał marszałek swoim podwładnym. – Nakazuję ogólne wycofanie na Rumunię i Węgry najkrótszymi drogami. Z bolszewikami nie walczyć, chyba [że] w razie natarcia z ich strony albo próby rozbrojenia oddziałów. Zadania Warszawy i miast, które miały się bronić przed Niemcami – bez zmian. Miasta, do których podejdą bolszewicy, powinny z nimi pertraktować w sprawie wyjścia garnizonów do Węgier lub Rumunii”3.
Z niewiadomych powodów do dzisiaj uznaje się, że „Śmigły” wydał polecenie kapitulacji wobec Sowietów, co nie ma nic wspólnego z prawdą historyczną. Rozkaz marszałka należy uznać za dyrektywę tłumaczącą zasady postępowania, a jego celem było uniknięcie niepotrzebnego przelewu krwi i zachowanie jak najwięcej sił dla prowadzenia dalszej wojny. „Śmigły” nie miał wątpliwości, że nie było już żadnych szans na utrzymanie się na przedmościu rumuńskim – pozostała tylko ewakuacja poza terytorium kraju oraz dołączenie do sojuszników. Był to przejaw realizmu politycznego i rozsądnej kalkulacji, bardzo zresztą odległej od typowo polskiego charakteru.
Polecenie walki do ostatniej kropli krwi nie miało żadnego uzasadnienia strategicznego czy politycznego, a zysk propagandowy nie równoważyłby strat. Martwi nie decydują o losach wojen, a polscy żołnierze powinni w jak największej liczbie pojawić się u boku sojuszników na Zachodzie, tylko wówczas Polska mogła uzyskać należną jej pozycję w koalicji antyhitlerowskiej. Natomiast wydanie na rzeź setek tysięcy żołnierzy nie miało dla marszałka sensu – było to sprzeczne nie tylko z logiką, lecz także polską racją stanu.
Inna sprawa, że podwładni „Śmigłego” różnie odebrali jego rozkaz. Niektórzy z oficerów – jak dowódca jednego z pułków Korpusu Ochrony Pogranicza, pułkownik Zdzisław Zajączkowski – podejrzewali nawet sowiecką prowokację.
„Nie mam żadnych rozkazów do poddania się wojskom Rosji sowieckiej – tłumaczył na odprawie. – To, co słyszę, że wyszedł jakiś rozkaz z Naczelnego Dowództwa Wojsk Polskich, aby nie walczyć z wojskami sowieckimi, to na pewno bolszewicka dywersja. Uważam Rosję sowiecką za takiego samego wroga jak Niemców (…)”4.
Jeszcze większe kontrowersje wzbudza fakt, że po agresji Kremla nie wypowiedziano Sowietom wojny. Oskarżano o to „Śmigłego”, zapominając, że sprawy wojny i pokoju pozostawały w gestii parlamentu, rządu i prezydenta – „Śmigły” miał wojnę prowadzić, a nie ją wypowiadać. Przy okazji warto zauważyć, że cały problem jest kompletnie niezrozumiały i podnoszony wyłącznie w celu zdyskredytowania władz sanacyjnych. Zgodnie bowiem ze zwyczajami międzynarodowymi zaatakowany kraj nie miał obowiązku wypowiadać wojny agresorowi. Polska nie wypowiedziała wojny Niemcom 1 września i nikt nie uważał tego za błąd czy niedopatrzenie. Dlaczego zatem miałaby wypowiadać wojnę Kremlowi? Byłoby to działanie pozbawione logiki, a nawet zwykłego rozsądku.
Nasz kraj padł ofiarą agresji zbrojnej, zatem znajdował się w stanie wojny z bolszewikami. Mało tego: wypowiedzenie wojny mogło dać Sowietom do ręki potężną broń propagandową. Bardzo prawdopodobne, że Moskwa zaczęłaby wówczas głosić, iż jej wojska chciały przyjść na pomoc Polsce walczącej z Niemcami i zostały zaatakowane przez Polaków. Ewentualnie, że Armia Czerwona (zgodnie z notą wręczoną polskiemu ambasadorowi) ruszyła z pomocą udręczonym wojną Ukraińcom, Białorusinom i Polakom, a w zamian spotkała ją czarna niewdzięczność. Znając metody działania kremlowskiej propagandy, byłby to bardzo prawdopodobny scenariusz.
Problem powstał znacznie później, gdy alianci zachodni oczekiwali rozpadu sojuszu Niemiec z ZSRS i ewentualnego wybuchu wojny pomiędzy nimi. Wówczas stan wojny pomiędzy Polską a Rosją skomplikowałby rozgrywki dyplomatyczne – dla polityków z Paryża i Londynu nie miało znaczenia, że miliony naszych obywateli znalazło się w granicach imperium sowieckiego. Dlatego rząd emigracyjny został dokładnie pouczony, by przypadkiem nie wypowiadał Sowietom wojny, a dla Sikorskiego najwygodniej było zrzucić całą winę na sanację ze „Śmigłym” na czele. W efekcie po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej powstało chyba najbardziej zadziwiające określenie ZSRS: „sojusznicy naszych sojuszników”. I wbrew logice nie oznaczało to wcale, że Sowieci są przyjaciółmi Polski…
Najważniejszy dylemat
Informacje o sowieckiej agresji coraz szerzej rozprzestrzeniały się po kraju, szczególnie zaś dbali o to Niemcy. Walczący dotychczas polscy żołnierze masowo porzucali broń i rozchodzili się do domów. Powszechnie uznawano, że wojna została przegrana i nie ma już o co walczyć, a tym bardziej ginąć. Z tego też powodu straciło impet polskie uderzenie pod Tomaszowem Lubelskim, rozsypała się obrona Gdyni, a pułkownik Stanisław Dąbek opuszczony przez własnych żołnierzy popełnił samobójstwo na Kępie Oksywskiej. Z kolei generałowi Sosnkowskiemu wyprowadzającemu podległe mu oddziały z niemieckiego okrążenia doręczono „odezwę niemiecką, zrzuconą przez samoloty krążące nad Lwowem i jego okolicami”. Jej treść była jednoznaczna: wzywano Polaków do kapitulacji, gdyż „sprzymierzone armie sowieckie zbliżały się od wschodu pod mury miasta”. Po południu trwał jeszcze „skupiony ogień naszych ciężkich i lekkich haubic”, dzięki czemu Polakom udało „zniszczyć niemieckie pozycje, zagradzając drogę do Lwowa”. Niestety, wieczorem przy generale pozostało już tylko „tysiąc mniej więcej bagnetów”, a o północy jego wojska liczyły „niewiele więcej ponad 500 ludzi”. Kilka godzin później polscy dowódcy weszli do jakiegoś domostwa, by zastanowić się nad dalszym marszem, a gdy wyszli, okazało się, że „w miejscu, gdzie przed wejściem do chaty zostawili kolumnę, nikogo już nie było”. Gdy zapadał zmierzch, z wojsk generała Sosnkowskiego pozostały cztery osoby…5.
Nie było wątpliwości, że prezydent i rząd powinni niezwłocznie opuścić kraj, wojska sowieckie zbliżały się bowiem do Kut. Problemy stwarzała natomiast osoba Naczelnego Wodza, w kraju trwały jeszcze walki i „Śmigły” wahał się z podjęciem decyzji. Dlatego w pierwszym odruchu odrzucił propozycję przekroczenia granicy:
„Z oszklonej werandy, na której oczekiwałem na przyjęcie – relacjonował pułkownik Józef Jaklicz – widziałem marszałka rozmawiającego z generałem Berbeckim. Zdawał się wydawać mu jakieś polecenia. W międzyczasie przyszedł do mnie generał Sławoj Składkowski, wzburzony, zaprosił mnie do jednego z pokojów i zawiadomił o decyzji marszałka pozostania w Polsce, celem dołączenia do batalionów w Stryju. Zaklinał mnie (dosłownie), abym odwiódł marszałka od tej decyzji. Wobec rozruchów ukraińskich, które wybuchły w Małopolsce Wschodniej w dniu dzisiejszym, w związku z wejściem Sowietów do Polski, uważał tę decyzję za szaleńczą (dosłownie). Jako minister spraw wewnętrznych i premier nie może dopuścić, aby marszałek zginął z rąk Ukraińców”6.
Podobny sprzeciw napotkała propozycja przebijania się w kierunku walczącej w okolicach Lwowa grupy generała Sosnkowskiego (nie wiedziano, że właśnie przestawała istnieć). Marszałek rozważał również lot do oblężonej Warszawy, ale i z tego pomysłu zrezygnował pod wpływem sugestii otoczenia. Oblężone miasto musiało niebawem skapitulować, a niewola Naczelnego Wodza spowodowałaby fatalne efekty propagandowe. Miejsce „Śmigłego” było we Francji na czele odbudowanych sił zbrojnych, a nie w niemieckim obozie.
„Nie było dla mnie rzeczy łatwiejszej – tłumaczył później marszałek – jak znaleźć śmierć w drodze z Kosowa ku granicy. Nie było nic łatwiejszego, jak udać się do któregoś z najbliższych oddziałów czy też samolotem do oblężonej Warszawy. (…) lecz gdy odsunąłem na bok swoją osobę i gdy pomyślałem, kto będzie tę wojnę polską nadal prowadził i sprawy Polski bronił nie tylko wobec nieprzyjaciela, lecz i wobec Sprzymierzonych, postanowiłem nie ulec sentymentom osobistym, łatwym do wykonania, i prowadzić walkę nadal”7.
Marszałek otrzymał już informacje, że „pewna grupa weszła w pertraktacje z niektórymi politycznymi i wojskowymi czynnikami francuskimi”, by poprzez „zrzeczenie się całego szeregu zobowiązań” zdobyć władzę i „przeprowadzić porachunki polityczne”. Oczywiście chodziło o grupę skupioną wokół generała Sikorskiego. Wprawdzie generał był dopiero w drodze do Francji, ale nie ukrywał swoich ambicji – poza tym był znacznie wygodniejszym partnerem dla Paryża niż politycy sanacyjni. Zwłaszcza że „Śmigły” dążyłby do zachowania niezależności odbudowanej polskiej armii i nigdy nie zgodziłby się, by nasi żołnierze byli traktowani jak francuskie wojska kolonialne i „sprowadzeni do roli Senegalczyków czy Anamitów”…
Inna sprawa, że „Śmigły” chyba nie do końca wykorzystał propagandowe możliwości ewakuacji. Zapomniał, że w obliczu porażki militarnej czasami ważniejsze są patetyczne gesty niż realne działania. Na przykład klęskę pod Waterloo osłodził Francuzom generał Cambronne swoim „gwardia umiera, ale nie poddaje się” (czy też słynnym „merde!”), a legendę Kamieńca Podolskiego ugruntowała przypadkowa śmierć Jerzego Michała Wołodyjowskiego. Być może marszałek powinien poczekać, aż zbliżą się Sowieci, i jako ostatni polski żołnierz opuścić teren kraju. Jednak Naczelny Wódz nie myślał wówczas o symbolach i trudno mieć do niego pretensje. Niestety, nie wziął także pod uwagę typowo polskich, porywczych odruchów niektórych jego podwładnych.
Stefan Soboniewski, kierujący ruchem uchodźców na granicznym moście z Rumunią, nie mógł uwierzyć, gdy w środku nocy zameldowano mu, że zbliża się kolumna samochodów „Śmigłego”.
„(…) – Czy pan oszalał – krzyknąłem na jakiegoś komisarza policji, który mnie o tym powiadomił. – Każę oddać pana pod sąd wojenny za sianie paniki. To się nie może zdarzyć. Hetman nigdy nie opuszcza swoich wojsk! Lecz to był rzeczywiście Śmigły”8.
Z kolei pułkownik Ludwik Bociański uznał opuszczenie kraju przez Naczelnego Wodza za hańbę i na moście zatrzymał kolumnę „Śmigłego”. Znali się z marszałkiem od dawna, Bociański był powstańcem wielkopolskim, żołnierzem POW, uczestnikiem wojny z bolszewikami i komendantem szkoły podchorążych w Komorowie. Przez wiele lat pełnił urząd wojewody wileńskiego, przed wybuchem wojny – poznańskiego, a podczas kampanii wrześniowej mianowano go generalnym kwatermistrzem rządu. Teraz stanął przed samochodem „Śmigłego”, uniemożliwiając mu dalszą jazdę. Marszałek zapytał, o co chodzi, Bociański miał wówczas odpowiedzieć, że o honor wojska. Chwilę rozmawiali przyciszonymi głosami, następnie marszałek ręką odsunął pułkownika. Ten wyjął z kabury pistolet i strzelił sobie w pierś. Po chwilowej konsternacji Naczelny Wódz rozkazał wrzucić ciało na samochód i ruszać na granicę. Już w Rumunii okazało się, że Bociański żyje – kula przeszła obok serca. Następne pół roku spędził w szpitalach i nikomu poza najbliższą rodziną nie przekazał relacji o tym zdarzeniu9.
Wspomnienia Bociańskiego potwierdza relacja podporucznika Józefa Borkowskiego dowodzącego w Kutach zwiadem konnym jednego z pułków. Borkowski obserwował, jak kolumna samochodów „Śmigłego” (kilka limuzyn i dwa samochody ciężarowe) została zatrzymana przez ludzi w mundurach. Pojazdy stały kilka minut, ale Borkowski nie słyszał, o czym rozmawiano. Zauważył jednak ożywioną gestykulację, a w pewnym momencie padły strzały. Uznał, że to obstawa marszałka „Śmigłego” strzela w powietrze, torując mu drogę. Po chwili jednak zobaczył wyraźnie, że żołnierze ładują na skrzynię samochodu ciężarowego dwa ciała (?), a za chwilę kolumna przekroczyła granicę10.
Polski charakter nakazuje dowódcy walczyć do końca, a w przypadku klęski wskazana jest chwalebna śmierć na polu bitwy. „Śmigły” powinien zatem dołączyć do Henryka Pobożnego, Władysława Warneńczyka czy Stefana Żółkiewskiego. Zapominano jednak, że rolą Naczelnego Wodza jest troska o kraj i swoich podwładnych. Śmierć wprawdzie bywa wyjściem honorowym, ale nie rozwiązuje żadnych problemów. Poza tym dzieje Europy (a także naszego kraju) notowały już przypadki opuszczenia kraju przez Wodza Naczelnego na czele armii i nikt nie podnosił wówczas zarzutu zdrady. Po klęsce Napoleona w Rosji teren Księstwa Warszawskiego opuścił na czele podległych mu wojsk książę Józef Poniatowski, by dalej walczyć u boku Bonapartego. Z kolei w 1915 roku armia serbska wraz ze swoimi dowódcami i Naczelnym Wodzem, księciem regentem Aleksandrem Karadziordziewiciem, wycofała się z rodzinnego kraju, by przez Albanię dotrzeć do Grecji. W całej Europie uznano to za najzupełniej naturalne – serbski wódz ratował w ten sposób podległe mu oddziały, na czele których trzy lata później powrócił do kraju. Rolą Naczelnego Wodza jest faktycznie walka do końca, ale także poza granicami kraju u boku sprzymierzeńców. „Śmigły” miał wszelkie prawo przypuszczać, że we Francji odbuduje armię, zwłaszcza że ustalenia z Rumunią zapewniały tranzyt naszych władz do Francji.
Niestety, nawet Bolesław Wieniawa-Długoszowski nie potrafił zrozumieć decyzji Naczelnego Wodza. Pełnił wówczas funkcję ambasadora w Rzymie i gdy dzień po wkroczeniu Sowietów usłyszał o wyjeździe „Śmigłego” z kraju, nie chciał w to uwierzyć. Gdy jednak włoski minister spraw zagranicznych Galeazzo Ciano potwierdził informację, Wieniawa rozpłakał się z upokorzenia. Nie mógł zrozumieć takiego postępowania, ale Długoszowski był przecież kawalerzystą, a – jak wiadomo – przedstawiciele tej nacji najpierw szarżują, a dopiero potem zaczynają myśleć i zadawać pytania…
Śmierć „Śmigłego” w Kutach nic by nie zmieniła w sytuacji Polaków, najwyżej powstałoby kilka wierszy, piosenek czy powieści. Natomiast żywy marszałek na czele odrodzonego polskiego wojska we Francji stanowiłby realną siłę dla walczącej koalicji. Ważne też było jego doświadczenie – wraz ze swoimi sztabowcami dysponował przecież ogromną wiedzą, która miałaby istotne znaczenie w dalszych fazach wojny. Ale los postanowił inaczej i dzięki temu w polskiej opinii utrwalił się obraz Naczelnego Wodza porzucającego walczących żołnierzy, zamiast zginąć u ich boku na polu bitwy. Tak jak w wierszu Do generała autorstwa Mariana Hemara:
Kiedy pan przejeżdżał granicę,
po raz wtóry tej nocy
kulawy staruszek
jenerał Sowiński
padł na Woli – broniąc Warszawy!
Gdy przed panem
na rumuńskim moście
strażnik szlaban szeroko otworzył,
po raz wtóry w tę noc
siwą głowę pod Cecorą
Żółkiewski położył!
**
Klęska Francji umożliwiła inne spojrzenie na kampanię wrześniową. Nagle okazało się, że Polacy wcale nie przegrali tak łatwo, gdyż walczyli z Niemcami aż do chwili, gdy do wojny włączyli się Sowieci, a nawet dłużej. Stawiali Wehrmachtowi znacznie bardziej zacięty opór niż francuska armia uważana za najlepszą w Europie, którą dodatkowo wspomagał kilkusettysięczny Brytyjski Korpus Ekspedycyjny.
We Francję wierzył niezachwianie generał Sikorski, którego zachowanie w tych dniach zasługiwało na sąd polowy. Nad Sekwaną powtórzyła się katastrofa z września 1939 roku w znacznie gorszym wydaniu – w ciągu kilku tygodni ekipa Sikorskiego doprowadziła do niemal całkowitej zagłady odbudowanych polskich sił zbrojnych.
Nowy Naczelny Wódz nie mógł bowiem uwierzyć w to, czego był świadkiem, i na dwa dni przed upadkiem Paryża twierdził, że sytuacja na froncie „jest dobra i będzie lepsza”. Podobnie jak większość francuskiej generalicji nie potrafił zrozumieć, dlaczego Niemcy atakują za pomocą potężnych zgrupowań pancernych, a Luftwaffe zdobyła panowanie w powietrzu. Nikt nie wyciągnął wniosków z wojny w Polsce – inna sprawa, że człowiek, który mógłby udzielić na ten temat najlepszych informacji, przebywał na internowaniu w Rumunii i nikt nie chciał z nim rozmawiać.
Zresztą Sikorski nie dorównywał „Śmigłemu” pod żadnym względem. W decydujących dniach kampanii francuskiej zniknął na osiem dni (!); oficjalnie przebywał „gdzieś na froncie”, a w rzeczywistości tracił czas we francuskim Sztabie Generalnym. Ujawnił się dopiero trzy dni po upadku Paryża (!), zarządzając ewakuację rządu, którego był premierem. Sam miał pozostać we Francji, by nadal dowodzić polskimi siłami zbrojnymi, ale wbrew obietnicom odleciał do Wielkiej Brytanii angielskim hydroplanem, by po dwóch dniach powrócić na kilka godzin. Wtedy też ostatecznie opuścił Francję, pozostawiając polskich żołnierzy swojemu losowi.
„(…) z takim patosem potępiał marszałka – ironizował w rumuńskim Dragoslavele pułkownik Wenda – i mówił, że powinien był zginąć, a oto w takiej samej sytuacji, czy podobnej, tak się salwował ucieczką i to samolotem do Anglii! Pomyśleć, że ocalał i to cudownie! Ciekawe, jak im teraz musi być łyso. Co też oni znajdą na swoją obronę?”1.
Tymczasem żołnierz polski jak zwykle bił się do końca, najczęściej w otoczeniu kapitulujących Francuzów. Sikorski miał zresztą ambicje walki o honor, co przyniosło tragiczne efekty. Bezmyślnie zaprzepaszczano w Bretanii Samodzielną Brygadę Strzelców Podhalańskich – jednostka wylądowała we Francji, gdy klęska sojusznika była już przesądzona.
Polacy nie zamierzali jednak poddawać się Niemcom, dla nich wojna jeszcze się nie skończyła. Tysiące polskich żołnierzy z rozbitych oddziałów przedzierało się do zbawczych portów na południu Francji. Ci, którym hitlerowcy zamknęli drogę, kierowali się na Szwajcarię i Hiszpanię. Cel był jeden: przedostać się do Wielkiej Brytanii.
O poziomie orientacji Naczelnego Wodza w sytuacji na froncie świadczy fakt, że wydawał rozkazy dla dwóch polskich dywizji, przemawiając przed mikrofonami radia BBC w Londynie! Coś podobnego nie miało możliwości wydarzyć się we wrześniu 1939 roku.
Resztki polskich oddziałów (około 20 tysięcy ludzi) wywieziono na jednostkach angielskich, uratowano natomiast niemal wszystkich polskich lotników. I niebawem mieli się okazać bardzo przydatni.
**
W drodze do stolicy „Śmigły” spotkał się w Krakowie ze Stefanem Witkowskim (ps. „Kapitan”, „Inżynier”), szefem Muszkieterów. Ta doskonale zakonspirowana organizacja specjalizowała się w wywiadzie na rzecz władz polskich i brytyjskich, a pomimo oficjalnego scalenia ze Związkiem Walki Zbrojnej zachowywała dużą niezależność. Witkowski osobiście nie znosił Grota-Roweckiego (z wzajemnością), miał własne ambicje, a obowiązkiem jego podwładnych było zapewnienie ochrony marszałkowi podczas jego pobytu w Warszawie.
„Śmigły” początkowo zatrzymał się u brata pułkownika Wendy przy ulicy Puławskiej, a następnie przeniósł się do tymczasowej kwatery przy Marszałkowskiej 53. W pierwszych dniach pobytu spotkał się też z pułkownikiem Augustem Emilem Fieldorfem, byłym legionistą i bohaterem spod Dyneburga.
Fieldorf pełnił w tym czasie funkcję inspektora Komendy Głównej Związku Walki Zbrojnej. Można podejrzewać, że spotkanie miało charakter sondażowy – marszałek próbował się zorientować w nastrojach panujących w ZWZ. Nie wiadomo, jak długo panowie wówczas rozmawiali, ale Fieldorf zameldował o wszystkim „Grotowi”. Szef ZWZ przyjął temat do wiadomości i zalecił podwładnym, by nie utrzymywali ze „Śmigłym” kontaktów.
Tymczasem marszałek zmienił miejsce zamieszkania – przeniósł się na ulicę Sandomierską do wdowy po generale Władysławie Maxymowiczu-Raczyńskim. Pani Jadwiga nigdy nie zapomniała pierwszego spotkania ze „Śmigłym” i była „wstrząśnięta zmianą na jego twarzy”, która wydawała się „twarzą starego człowieka, który cierpiał, który przeżył jakiś potworny cios”.
Warto przy okazji zwrócić uwagę na pewien dziwny fakt. Wdowa po generale mieszkała w kamienicy przy Sandomierskiej 18, położonej w bezpośredniej bliskości niemieckich koszar. Już na początku okupacji hitlerowcy oczyścili budynek z Polaków, zasiedlając go folksdojczami i Niemcami. Tylko w jednym lokalu pozostała przedwojenna lokatorka, była nią właśnie Jadwiga Maxymowicz-Raczyńska.
Nie znamy przyczyn tego faktu, podobnie jak powodów, dla których marszałek zdecydował się na zamieszkanie w tak niebezpiecznym miejscu. Czyżby wychodził z założenia, że najciemniej jest pod latarnią, a większe niebezpieczeństwo grozi mu ze strony Polaków doskonale znających jego wygląd? Czy też oznacza to kontakty generałowej z Abwehrą, co sugerują niektórzy badacze? Tym bardziej że niebawem „Śmigły” zaczął urządzać w mieszkaniu pani Jadwigi odprawy i spotkania robocze. Przez lokal przewijało się wielu gości, w spotkaniach czasami uczestniczyło nawet po kilkanaście osób. Zdarzały się narady, podczas których gospodyni i jej służąca musiały prosić o pomoc dodatkową osobę, „by obsłużyć wszystkich panów herbatą i kanapkami”. I to wszystko działo się w budynku zamieszkałym wyłącznie przez Niemców, wśród których nie brakowało współpracowników gestapo.
„Śmigły” zajął u Raczyńskiej dwa pokoje, posiadały one oddzielne wejście z przedpokoju i stanowiły rodzaj odrębnego mieszkania. Nigdy jednak nie wychodził z domu, obawiając się przypadkowego rozpoznania na ulicy. Wiedział, że pogłoski o jego przyjeździe do Warszawy już się rozeszły, nie zamierzał więc ryzykować bez powodu.
„(…) Był nadzwyczaj opanowany – wspominała generałowa – z zewnątrz pogodny, z dużym poczuciem humoru, ale nie złośliwego, jego spokój oddziaływał na otoczenie. (…) Nie skarżył się na dolegliwości serca, natomiast wspominał, że miewa nadkwasotę żołądka i w związku z tym podrażnienie jelit. (…) Zastosowałam więc dietę (…) picie ciepłej galaretki z siemienia lnianego. (…) Kuracja dała pomyślne rezultaty. Dolegliwości minęły, marszałek miał lepszy apetyt i był w coraz lepszej formie fizycznej”3.
„Śmigły” jednak chciał porozmawiać osobiście z Grotem-Roweckim – i wreszcie dopiął swojego. Oficerowie spotkali się w jednym z mieszkań przy ulicy Marszałkowskiej, rozmowa trwała pół godziny, nie osiągnięto porozumienia. „Grot” pozostał lojalnym podwładnym Sikorskiego i odmówił podporządkowania się rozkazom marszałka.
Dla „Śmigłego” był to poważny cios, dotychczas bowiem uważał, że dawny podwładny uzna jego prymat. Tym bardziej że „Grot” prowadził bardzo skuteczną (a czasami brutalną) akcję scaleniową i podporządkowywał sobie kolejne organizacje podziemne.
Marszałek doskonale wiedział, że kilkudziesięciu oficerów, którzy przedarli się z Węgier, to zbyt mało, by dysponować w Warszawie realną siłą. Dlatego coraz bliżej współpracował z Witkowskim i jego Muszkieterami. Posiadali oni rozległe kontakty z Abwehrą, prowadzili też własną grę z władzami niemieckimi, której zasięg i charakter może wprawić w osłupienie. Współpracowali z polskimi politykami szukającymi porozumienia z Niemcami w celu powołania kolaboracyjnego rządu. Podobno rozdawano już nominacje, a Witkowski jeździł niemal oficjalnie do Berlina, gdzie prowadził rozmowy z przedstawicielami władz niemieckich. Nie wiadomo jednak, w czyim imieniu tam występował.
„Kapitan Muszkieterów – relacjonował major Stanisław Sławiński z kontrwywiadu ZWZ – jeździł w październiku czy listopadzie 1941 roku do Berlina na jakąś konferencję fachową, w której miał brać udział przedstawiciel generała Keifla [feldmarszałka Keitla – S.K.], minister kancelarii Rzeszy i przedstawiciel gabinetu wojskowego Hitlera”4.
Czy marszałek Edward Śmigły-Rydz wiedział coś na ten temat? Czy Witkowski, z którym często się spotykał, mówił mu o swojej berlińskiej misji? A jeżeli tak, to czy aprobował poczynania szefa Muszkieterów?
Tajemnic coraz więcej
W tym czasie do Warszawy przybył kolejny były prominentny polityk II Rzeczypospolitej. Termin jego pojawienia się był zapewne przypadkowy, chociaż niektórzy badacze twierdzą, że wszystko zostało zaplanowane i uzgodnione.
„W końcu listopada 1941 roku – wspominał rotmistrz Czesław Szadkowski z Muszkieterów – idąc w Warszawie po ulicy Krakowskie Przedmieście, ujrzałem starszego mężczyznę z bródką. Gdy minęliśmy go, członkowie mojej ekipy zwrócili mi uwagę, że to jest Leon Kozłowski. Zdziwiliśmy się wówczas, co on tutaj robi”5.
Zdumienie Muszkieterów łatwo wytłumaczyć, Kozłowski był bowiem premierem rządu polskiego w latach 1934-1935, a po dymisji powrócił do pracy naukowej we Lwowie (był profesorem archeologii) i tam wpadł w ręce Sowietów. Kategorycznie odmówił współpracy, za co podczas śledztwa brutalnie go skatowano – stracił oko i kilka zębów. W Warszawie od dawna go nie widziano, zresztą nie było to zwyczajne podczas okupacji, by były premier rządu polskiego swobodnie spacerował po ulicy.
Kozłowski został zwolniony z Łubianki na mocy układu Sikorski-Majski i trafił do Buzułuku do armii Andersa, skąd pewnego dnia zniknął. Okazało się, że w bliżej niewyjaśnionych okolicznościach przekroczył sowiecko-niemiecki front (!), a gdy ujawnił swoją tożsamość, z Berlina nadeszło polecenie, by przyjąć go z wszelkimi honorami. Przewieziono go więc nad Sprewę, ale zanim tam trafił, znalazł się właśnie w Warszawie. Zapewne chciał rozmawiać z innymi polskimi politykami na temat współpracy z Niemcami, tym bardziej że zawsze uchodził za germanofila.
Oczywiście należy odrzucić wszelki sugestie o zaplanowanym spotkaniu ze „Śmigłym”. Obrońcy tej teorii podają jako dowód fakt, że obaj politycy wyruszyli do stolicy niemal jednocześnie – Kozłowski z Buzułuku, a „Śmigły” z Budapesztu. Trzeba jednak być człowiekiem bez większej wyobraźni, by twierdzić, że Kozłowski zakładał, iż przedrze się przez front w ściśle (!) określonym terminie. Nikt nie mógł ocenić, ile czasu mu to zajmie i czy plan w ogóle się powiedzie. Warto też podkreślić, że na pewno nie miał pojęcia o pobycie „Śmigłego” w Warszawie – nie mógł zatem planować z nim spotkania.
Natomiast pogłoski o pobycie marszałka w kraju dotarły do Londynu i polskie władze emigracyjne zaczęły okazywać zdenerwowanie. Nikt w Londynie nie wierzył w bajeczkę o chęci odkupienia win przez Rydza, zdawano sobie sprawę, że były Naczelny Wódz pojawił się nad Wisłą, by powrócić do czynnej polityki.
„Już sama obecność marszałka Śmigłego w kraju – instruował Sikorski Grota-Roweckiego – byłaby wysoce szkodliwa dla sprawy polskiej. Musiałaby bowiem spowodować dezorientację, stając się przeszkodą w wysiłku organizowania społeczeństwa do walki zbrojnej z Niemcami. Rząd polski traktowałby tę obecność jako dywersję jego pracy dla kraju, tym bardziej iż trudno przypuścić, aby marszałek Śmigły przekraczał granicę kraju bez określonych zamierzeń i planów”6.
**
Baliszewski jest autorem błyskotliwej hipotezy, że „Śmigły” powrócił do Polski, by dojść do porozumienia z Niemcami. Zauważył, że u schyłku 1941 roku władze niemieckie poważnie rozważały możliwość powołania sojuszniczego państwa polskiego. Coś faktycznie musiało być na rzeczy, gdyż generał Sikorski w marcu 1942 roku (w liście do Stanisława Kota – polskiego ambasadora w Moskwie) wyrażał zadowolenie, że „Naród Polski mimo okrutnych prześladowań odpowiedział stanowczo odmownie na wezwanie do udziału w krucjacie przeciw bolszewikom, co było połączone z poważnymi koncesjami na rzecz Polski”. Nie był to jednostkowy przypadek, bowiem w rozmowie z Rooseveltem Sikorski przyznał, że polskie podziemie zdecydowanie odrzuciło możliwość współpracy z Niemcami przeciwko Rosji, „w zamian za co Polacy mieli obiecane przywrócenie normalnych warunków na terytorium polskim”. A kto najlepiej nadawał się do reprezentowania strony polskiej wobec Niemców? Osoba „Śmigłego” narzuca się tu wręcz automatycznie.
Gdy dodamy do tego fakt, że podobno w Warszawie już w listopadzie 1941 roku formowano przyszły gabinet i rozdzielano stanowiska rządowe, sprawa staje się jeszcze bardziej intrygująca. Prokurator Józef Namysłowski (blisko związany ze „Śmigłym”) otrzymał wówczas nominację na wojewodę pomorskiego. Z czyjego nadania? Na pewno nie przedstawicieli rządu Sikorskiego.
Do tego dochodzi jeszcze misja rotmistrza Szadkowskiego i sprawa dziwnego mikrofilmu dostarczonego generałowi Andersowi. Wszystko faktycznie układa się w pewien logiczny ciąg zdarzeń, ale Baliszewski jednak poszedł dalej, twierdząc, że śmierć „Śmigłego” sfingowano, a marszałek został zatrzymany przez oddział ZWZ pod dowództwem Emila Fieldorfa. Według historyka niedoszłemu polskiemu Pétainowi pozostawiono wybór: samobójstwo lub wyjazd z kraju połączony z internowaniem pod władzą aliantów. „Śmigły” nie skorzystał jednak z żadnej z tych możliwości, wobec czego został aresztowany. Początkowo przetrzymywano go przy Marszałkowskiej 53, potem wywieziono do Otwocka. Ciężkie warunki uwięzienia spowodowały gruźlicę, ostatecznie „Śmigły” miał umrzeć 3 sierpnia 1942 roku w sanatorium w Otwocku i zostać pochowany na miejscowym cmentarzu. Niewykluczone miało być również, że jednak popełnił samobójstwo, natomiast niektórzy podejrzewają, że chociaż faktycznie zmarł na Sandomierskiej 2 grudnia, to został jednak otruty na polecenie Grota-Roweckiego.
Autorzy niniejszej książki byli swojego czasu zafascynowani wizją roztoczoną przez Dariusza Baliszewskiego. Gdy jednak po pewnym czasie emocje minęły, dostrzegli pewne wady jego teorii. Problemem był przede wszystkim brak źródeł pisanych, Baliszewski opierał się bowiem wyłącznie na przekazach świadków, a – jak wiadomo – ludzka pamięć bywa zawodna. Poza tym trudno polemizować z hipotezami, gdy na ich poparcie uzyskuje się informację, że wiadomość pochodzi od „osoby pragnącej zachować anonimowość”. Całkowicie wyklucza to nie tylko krytykę źródła, lecz nawet jakąkolwiek dyskusję.
Szczególnie stało się to widoczne, gdy jeden z autorów zapytał Baliszewskiego w rozmowie telefonicznej, gdzie znalazł informacje, jakoby Służba Bezpieczeństwa po wojnie przeprowadziła badania grobu na Powązkach i wykluczono wówczas, by „Śmigły” był tam pochowany. Tym bardziej że poszukiwania prowadzone przez autora w archiwum IPN nie przyniosły żadnego rezultatu, a przecież powinny się zachować dokumenty z tych działań SB. W odpowiedzi autor usłyszał, że żadne dokumenty nie są potrzebne, bowiem wystarczy relacja świadka, który – oczywiście – pragnął zachować anonimowość.
Bez odpowiedzi pozostaje też pytanie, dlaczego Grot-Rowecki – jeżeli usunął „Śmigłego” – nie zameldował o tym Sikorskiemu i Sosnkowskiemu. Tutaj jednak można sprawę łatwo wyjaśnić, bowiem Rowecki nie o wszystkim meldował przełożonym z Londynu, a jeżeli nawet, to ze znacznym opóźnieniem. Do likwidacji Stefana Witkowskiego przyznał się dopiero po ośmiu miesiącach, o innych sprawach w ogóle nie wspominał. Prowadził własną politykę, a sprawa marszałka była kwestią wyjątkowo delikatną.
Hipotez Dariusza Baliszewskiego nie można jednak całkowicie odrzucać, szczegóły pobytu i działalności marszałka „Śmigłego” w Warszawie zawierają bowiem tajemnice, które nigdy nie zostały wyjaśnione. Czy dotyczyły tylko rywalizacji z Sikorskim i jego podwładnymi o przejęcie kontroli nad polską konspiracją, czy także próby budowania nowej Polski, która miałaby zająć należne jej miejsce w niemieckiej Europie? W tym miejscu autorzy nie są zgodni – jeden z nich całkowicie odrzuca tę teorię, a drugi uważa, że sprawa wymaga dalszych badań i wyjaśnień…