wtorek, 21 lipca 2026

Ferdynand Goetel - "Patrząc wstecz" wypisy 1


„Pamiętam w latach 1900 do 1904 jedno podwórko krakowskiej kamienicy otoczone gankami oficyn zamieszkałych przez biedotę drobnomieszczańską. Kamienica miała trzy piętra, a na każdym z nich królowały, na gankach zwłaszcza, nieznośne i awanturnicze chłopaczydła. <Andrusy>, jak mówił front kamienicy. Było tego z jaki dziesiątek, w jednym prawie wieku.

Wszyscy chodzili do gimnazjum, choć w domu brakowało nieraz grosza na najniezbędniejsze potrzeby. Uczyli się... różnie i kapryśnie. W niektórych przedmiotach wyskakiwali ponad poziom, w innych zbierali dwóje. Na stole ich leżała nieraz nowo wydana książka obok procy, szczerbatego scyzoryka czy drumli. Zwoływali się świstem, który przyprawiał o atak nerwowy wszystkich lokatorów, a do wściekłości doprowadzał <strugola> (dozorcę). Świst bywał zwiastunem okropnego harmideru, tupotu nóg, krzyku i nieraz trzasku wypadających szyb. Bywały większe bezeceństwa, zaczepki porządnych ludzi, strzały nawet i wybuchy zagrażające bezpieczeństwu publicznemu. Bywały i napady zbrojne z kijami, nożami i zepsutym, ale ogromnym pistoletem na powracające ze szkól dziewczęta. Bito się też gęsto miedzy sobą. Do guzów i do krwi. Bójki były przeplatane naradami pełnymi namaszczenia i powagi, rozprawami fantastycznymi a gorącymi, namiętnymi dyskusjami i wylewem uczuć przyjacielskich, patriotycznych, społecznych, raz zapalczywymi i zuchwałymi, to znów smutnymi i pełnymi melancholii.

Klan kamienicznych łobuzów miał bratnie organizacje w innych punktach miasta, na przedmieściach zwłaszcza, Dębnikach, Grzegórzkach, Zwierzyńcu. Wszyscy stanowili jakąś gwardię anonimową, która dzierżyła prym nie tylko na swoich podwórzach, ale i na boiskach, na wzgórzach Krzemionek i Panieńskich Skałach, na szkolnym korytarzu i w ulicznej awanturze. Miała swe <chody> i swe <stosunki>. Wiedziała, kiedy szykuje się pochód demonstracyjny i umiała wśliznąć się na wieżę katedralną, aby (wyrżnąć w Zygmunta>.

Pedagodzy i <sfery wychowawcze uważały tę zgraję za element <stracony>. Dziś, gdy przypominam sobie dziesiątkę z mojej kamienicy, nie mogę doliczyć się tylko paru. Dwu jest prokuratorami, jeden kustoszem muzeum, jeden wybitnym leśnikiem, jeden profesorem szkoły akademickiej, jeden poważnym handlowcem, jeden zginął <honorną> śmiercią w wyprawie górskiej... no i jeden jest literatem. Jak na biednią kamieniczkę krakowską – niezły plon.

Czasy były to dziwne i nikt nie wytłumaczy, skąd się wzięła gorączka kształcenia dzieci, która ogarnęła Galicję, na przełomie XIX wieku. Nie było jednak wtedy dość biednego człowieka, który by nie miał pasji wypchania syna do gimnazjum, do matury i dalej, jak się tylko dało. Ideały przyświecające temu pędowi były może powszednie, boć ma-rzenia rodzicielskie kończyły się na zdobyciu dla potomka posady urzędniczej, kościelnej, w najlepszym razie profesorskiej. Wśród chłopców przeznaczonych z góry na urzędniczych szaraków, zdarzały się jednostki tęgie i bujne i szły samopas od najwcześniejszych lat, zrazu w szkole łobuzerskiej próby wierności i przyjaźni, później w ruchu oświatowym, socjalistycznym i niepodległościowym, wreszcie zygzakiem przygód osobistych i wojennych, ku wyżynom ży-cia, o jakich się nie śniło pokoleniu wychowawców. Bieda, z której wyrośli, nauczyła ich pro-stoty i przestawania na małym, bruk uliczny, wzgórza i lasy wpoiły im w krew wolność, stare i szlachetne mury Krakowa – umiłowanie tego, co wyrasta ponad codzienność. Z bujnej młodości wyrosła pasja pracy, podsycana nieustannym twórczym niepokojem.

Młoda ta gwardia, nawet gdy sobie nie znana, umiała po latach poznać się i porozumieć paru słowami, uśmiechem, uściskiem dłoni, aby na nowo utworzyć gwardię dojrzałych i świa-domych swych dążeń ludzi.”
*
Pojęcia intelektualizmu wówczas tak jak nie znano. Uczuciowe pobudki powodowały uległość modnym nastrojom. Nastrojem takim, przeniesionym na fali niemieckiej muzyki i nordyckim demonizmów, był „Weitschmerz”, czyli tragiczna zaduma nad nicością tego świata.

Zważmy przecież: z utworów Sienkiewicza ceniono w tamte lata nie Trylogię czy Quo Va-dis?, lecz Bez dogmatu. Panna Mery Tetmajera, że to skończyła samobójstwem. Doktor Judym, że to wyrzekł się Joasi, Anzelm z Róży, że go „nikt nie wołał” – zawojowali wyznawców weltszmercu. Gdy zaś młodzian obdarzony potężnym barytonem ryknął na popisie „Ich grolle nicht” Schumanna, wprawiał w drżenie serca kobiece i stawał się bohaterem dnia. Napominanie o samobójstwie należało do najbardziej skutecznych zabiegów jednania panienek i dam.

Byłem zbyt młody jeszcze, aby mnie dopuszczano do rozpraw nad wltszmercem, Björn-onem, Kierkegaardem, niech by i Hymnami Kasprowicza. Skoro jednak z takim przejęciem rozprawiali o tym starsi, uznałem, że muszę zaznaczyć swoje w tej sprawie stanowisko. Zakochawszy się zabójczo w czternastoletniej rówieśniczce, zapędziłem się aż na Wysoki Zamek z zamiarem popełnienia samobójstwa. Pod płaszczem ukryłem ogromny pistolet po dziadku. Zaszyłem się w krzaki i wystrzeliłem „na próbę” jeden z trzech naboi nie wystrzelonych na wojnach generała Radeckiego. Przerażony hukiem i dymem, pierzchłem do domu oglądając się na każdego policjanta.

Czy mogę dziś powiedzieć, że połknięta w tych czasach trutka weltszmercu przeminęła bez śladu? Chyba nie. Smutek tak charakterystyczny dla ówczesnego młodego pokolenia, które miało pełne prawo nazywać się postępowym, nie mógł być podyktowany jedynie narzuconą z zewnątrz modą. Zawodna to rzecz, gdy się przerzuca mosty w dalekie dni. Może jednak być, że w smutku młodych pionierów postępu, czaiło się przeczucie tego, co miało nastąpić w późniejszych o wiele latach.
*
Z elity tej, bo trudno ją nazwać inaczej zważywszy jej ambicje i dociekliwość, część tylko wytrzymała próbę czasu. Najbliższy mi Staszek Samek, chłopiec bardzo wrażliwy i o głębokich zamysłach, odebrał sobie życie w czasie pierwszej wojny. Franek, zdolny chemik, zaplątał się w nieszczęsną aferę masek przeciwgazowych i opuścił niepodległą już Polskę. Najstarszy w naszym gronie i wybitny już geolog, Wiktor Kuźniar, uległ katastrofie psychicznej.Znany już za granicą, wyróżniany przez słynnego geologa Lugeona, wyjechał na dopełnienie studiów do Paryża. Powrócił tak urzeczony urokami paryskiego środowiska, tak obezwład-niony ciężarem kultury zachodniej, że nie zdołał się już nigdy odnaleźć. Wypadek to nie tak rzadki, jak się sądzi. Gdym go po powrocie odwiedził w Zakopanem, gdzie przebywał chcąc ukończyć pracę o tektonice Tatr, siedział za stołem wpatrzony z lubością w namalowaną przed chwilą akwarelę. Na ścianach izby nie widać było wykresów geologicznych, a tylko reprodukcje z Luwru, szkice kawiarń paryskich, fotografię grobu Napoleona pod kopułą Inwalidów. Lubiany przez wszystkich „Wika”, przez parę lat prezes Eleuterii, rzecznik powściągliwości i silnej woli, skończył jako alkoholik. Brat jego Czesław dostał pomieszania zmysłów, gdy był dyrektorem Instytutu Geologicznego w Warszawie. Zetknięcie z szczytowymi zagadnieniami kultury może być nieraz niebezpieczne dla natur ku temu nie przygotowanych. Norwidowski „głupi Słowianin” korzysta na Zachodzie, jeśli przyswoi sobie jego sceptycyzm; lecz nie podniesie się nigdy, jeśli padnie plackiem przed wielkim ołtarzem kultury.

*
Rychło znalazł się nauczyciel, który miał odegrać dużą rolę w moim życiu. Był nim Jan Ptaśnik. W klasie siódmej objął po Krywulcie historię. Uczony dużej rangi już wówczas, upatrzył we mnie coś w rodzaju swego asystenta; nie do historii politycznej, lecz kulturalnej. Podsuwał mi doskonałe książki i co kilka tygodni kazał z nich zdawać tak zwaną prywatną lekturę. Mało tego; zorganizował coś w rodzaju popołudniowego uniwersytetu szkolnego. Kilkakrotnie powierzył mi tam wykłady, sam zaś siedział w ławkach, obok mych kolegów. Wszystko niemal co wiem o Egipcie, Grecji, Rzymie i Włoszech zawdzięczam mądrej ręce kierowniczej Ptaśnika, późniejszego profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Wreszcie, niezapomniany Sylweriusz Saski. Uczył rysunków i akwareli. Kiedyś był obiecującym pono malarzem. Niektórzy utrzymywali nawet, że wybitnym, bo jakżeż mogło być inaczej, skoro był uczniem Matejki. Z pracowni mistrza wyniósł w każdym razie umiejętność nauczania, zaś cygańska młodość pozostawiła po sobie poczucie humoru. Nie wiem, kiedy i w jaki sposób pan Sylweriusz stał się właścicielem sporej knajpy na ulicy Karmelickiej. W wolnych chwilach od zajęć szkolnych można go tam było zastać, nie za ladą broń Boże, lecz pod własnoręcznie namalowanym obrazem z dawnych jeszcze, matejkowskich lat. Nigdy nie zapomnę dnia, w którym „mistrz” zaprosił nas do swego „anstaltu”. Oczekiwał nas w obszernej niszy, a nad głową jego widniało ogromne malowidło przedstawiające złożenie Chrystusa do grobu. Rzewna opowieść o dawnych dobrych czasach, przeplatana dawnym dobrym trunkiem wprowadziła mnie w jeden z zakątków krakowskiego życia dotąd nieosiągalnych.

*
Po śródmieściu zaś szalał Augustyn Wróblewski, bojownik wszelkiego rodzaju wstrzemięźliwości. Mianowano go to masonem, to teozofem, gdyż mogło to znaczyć wszystko. Głosił nie Eleuterię już, a Eleusis, że to powściąganie żądz wszystkiego rodzaju, nie wyłączając płciowej, unosi ducha na niebywałe wyżyny. Kraków był jednak zbyt plotkarskim śro-dowiskiem dla naszego apostoła. Anegdotki, podawane z ust do ust, pomawiały Augustyna o raczej przyziemny stosunek do niewiast z jego kapliczki. Błysnąwszy więc jak meteor, pło-miennooki Augustyn znikł bez śladu. Nie wiedziano o nim ani w Zielonym Baloniku, ani w redakcjach miejscowych pism. Nie otarł się o Strzelca ni później o Legiony. Po Krakowie krążyło wtedy dużo oryginałów. Nikt jednak jak on nie wpadał w szał występując na trybunie, nikt nie miał równie obezwładniającej siły sugestywnej. Gdyby się był urodził czterdzieści lat później zapędziłby w kąt niejednego matadora totalizmu.
*
Wreszcie... dziewczęta. Poznałem ich wiele; tak w Krakowie, jak i w Zakopanem. Ośrodkiem naszych krakowskich „koleżanek” było postępowe gimnazjum panien Hindemith przy ulicy Wolskiej. Tu kształciły się córki krakowskich socjałów i wolnomyślicieli, tu była i bursa dla panien z Królestwa. Znajomości z „hindemitkami” zawieraliśmy z okazji raczej naukowych; bo jakżeż nazwać inaczej kółka samokształcenia, wspólne wycieczki krajoznawcze itp. W rozdziale z Tatr wspominałem już o nowym, swobodniejszym obyczaju w stosunkach chłopców i dziewcząt. Chciałbym tu dodać, że panny były pod tym względem o wiele więcej „postępowe” niż my. To znaczy, że zdawały sobie więcej sprawę z istotnych pobudek większego niż dotąd zbliżenia się obu płci i dawały temu wyraz śmiały, niekiedy bezceremonialny.

My zaś byliśmy nieodmiennie, tradycyjnie rycerscy i romantyczni. W tym, że zawracaliśmy pannom głowy poezją nie było nic szczególnego, bo, odkąd świat światem, wiersze miłosne pisywali mężczyźni, a nie kobiety. Gorzej, żeśmy poprzestali na lansadach fantazji i wzdragali się sprowadzać dziewczęta z piedestału, na którym postawili i kładli kobietę wielcy ro-mantycy, a także i polonezowe rycerstwo. Zdarzyło się, że matka jednej z „uwielbianych” przeze mnie panien rzekła mi, po długich już latach:

– Wie pan... ja w tamte czasy myślałam, że mi pan córkę uwiódł. Okazało się, że było inaczej. Jaka szkoda! Może byłaby bardziej szczęśliwa w późniejszym życiu. Nawet gdybyście się nie pobrali. A tak, pozostało uczucie zawodu po czymś, co ją minęło i czego nigdy nie mogła sprawdzić.
*
Jest rzeczą wiadomą, że w pewnych okresach dziejów młodzież uczy się pilnie, a w innych niedbale; pokolenie pracowite zdaje się odrabiać opieszałość swych poprzedników. Wymagania władz szkolnych też nie bywają jednakie. Surowe prawa stosowane dziś w szkołach wyż-szych, za tamtych czasów były tak jak nieznane. Złota wolność uniwersytetu oznacza nie tylko nienaruszalność studenckiej swawoli, ale i możność korzystania w czasie długotrwałych studiów z pomocy i ułatwień uniwersyteckich jak długo kto chciał. Do poszczególnych egzaminów można było przystępować aż do znudzenia profesora, który koniec końców machał ręką i stawiał notę „dostatecznie”. Przejęty od Greków pogląd, że szkoła wyższa jest świąty-nią nauki miał niewiele wspólnego z dzisiejszą wytwórnią fachowców. W świątyni tej dojrzał niejeden wielki umysł, ale i wałęsało się wielu uświęconych próżniaków. Tytuł „żelaznego” studenta, a był nim nie tylko długowłosy marzyciel, lecz i brzuchaty piwosz, nie przynosił ujmy nikomu. Ulica arcyliberalnego Wiednia honorowała właściciela legitymacji studenckiej tytułem „Herr Doktor”; zaś policjanci i urzędnicy tylko w ostateczności dawali odczuć studentom, że w lekkomyślnym Wiedniu istnieje także i władza.

Wyrozumiałość ramienia policji odczułem zaraz na wstępie, w dniu imatrykulacji. Wysłane na nią delegacje „burszów” wszech-niemieckich i tych spod znaku „christlich soziale” wy-słuchały, owszem, przemówienia rektora, lecz po skończonej uroczystości wszczęły bójkę, która się przeniosła za bramy Politechniki i dalej aż w głąb Karlsplatz. Uważając, wraz z paru świeżo przybyłymi Polakami, że trzeba i nam działać, wstąpiliśmy w bitewne szranki. Nie rozumiejąc, kto kogo bije i dlaczego, podważyliśmy stojącą pod Künstlerhaus kadź z desz-czówką i obryzgaliśmy wodą kordon policjantów.

– No, no... wcześnie panowie zaczynają – zauważył komisarz, gdy nas doprowadzono do urzędu. I na tym poprzestał.

Do kawiarni „Museum” weszliśmy jak zwycięzcy; a kiedy usłyszałem od kelnera: „jakżeż tam poszło, panie doktorze?” – poczułem się panem stworzenia.
*
Polonia wiedeńska czy polski Wiedeń?

Pojęcie Polonii, jako rzeszy Polaków osiadłych poza granicami kraju, powstało w Ameryce. Z czasem objęło emigrantów naszych w Niemczech i Francji, w końcu wszystkie ich sku-pienia w szerokim świecie. Polacy osiedli w Wiedniu na przełomie wieków XIX i XX Polonią taką nie byli. Nikomu przecież nie przychodziło do głowy, aby w stolicy państwa o tak mieszanym składzie narodowościowym dbać o zachowanie polskości, której nic nie groziło.

Zamieszkały w Wiedniu urzędnik Polak mógł być każdej chwili przeniesiony do Galicji. Nic nie stało na przeszkodzie, aby wysoki urzędnik austriacki, Tadeusz Rittner, pisywał utwory dramatyczne na przemian po niemiecku i po polsku i wystawiał je raz w „Burgtheater”, raz w teatrze krakowskim czy lwowskim. W Purkersdorf Ort mieszkał sobie pan Wohnout, radca dworu. Zajmowaną przezeń willę „Wanda” dekorował krakowski malarz Mehoffer. Syn pana radcy, Wiesław, kształcił się nie w Theresianum, do czego miał prawo, a w polskim gimnazjum w Wiedniu. O cóż chodziło panu radcy? Gimnazjum to nie podlegało austriackiemu ministerstwu oświaty, a Wydziałowi Krajowemu we Lwowie. Podręczniki więc były pisane przez pedagogów polskich, a profesorowie mianowani ze Lwowa. Oto ówczesna Austria!

Gdy jeszcze dodamy, że syn pana radcy, znalazłszy się z kolei wraz z ojcem w Krakowie, został sekretarzem socjalistycznego związku murarzy, a w końcu dziennikarzem i literatem, otrzymamy zabawną linię rozwoju znamienną dla wielu umysłów, które wykluły się w cieplarni monarchii austro-węgierskiej.
*
Zaś kawiarnia... Ci, którzy pamiętają ją z Warszawy, kiedy to przy stolikach tłoczyła się rzesza rozprawiająca nerwowo o wydarzeniach dnia, o sztuce, polityce, skandalach – nie będą w stanie wyobrazić sobie nastroju kawiarni wiedeńskiej. Dominantami jej były znakomita kawa i pieczywo, gazety i bilard. Wygodne fotele i kanapy, szklaneczka zimnej wody, dopełniały całości. Sjesta, a nie wzmożenie wielkomiejskiego podniecenia, była zadaniem kawiarni. Prasa całego świata, podsuwana uważnie przez kelnerów, przypominała wiadomości nie zawsze tak błogie jak atmosfera miasta; przyjmowano je jednak protekcyjnie, w poczuciu mocnego za sobą zaplecza. A były nim nie tylko dzieje wielkiego rodu Habsburgów, lecz i pogodny barok naddunajski, niezachwiana jeszcze równowaga obcowania z przyrodą, obyczaj wreszcie odwieczny, którego przejawem w miarę gnuśnym, w miarę dobrotliwym, a przychylnym wszelkiemu stworzeniu, była słynna „Gemütlichkeit”.

Kawiarni poświęciłem aż nadto wiele czasu. Gorzej poszło z dziewczętami. Nie robiły trudności, lecz że moje romantyczne nawyki były zbyt górne jak na gusta sentymentalnych a rzeczowych panienek. Jakżeż to ja, światoburca, miałem jednać sobie Mizzi czy Gretchen, skoro czuła się dobrze i pewnie w zagrożonym przeze mnie świecie. Z jedną Leni doszedłem do ładu, gdyż nie miałem możności zawracać jej głowy romantyką. Leni była córką „imitatora głosów zwierzęcych”, u którego wynająłem pokój. Chodzić z nią na spacery czy na muzykę, nie było potrzeby, a i możności, skoro rodzice baczyli, aby nie zadawała się z sublokatorem.

Cóż, kiedy jej ojciec, przygotowując się do nowego występu w jakimś teatrzyku, urządzał w domu próby, a wtedy zapamiętywał się tak bardzo, że zapominał o Bożym świecie. Gdy więc w pokoju jego odezwały się wstępne ryki i miauczenia. Leni wślizgiwała się do mnie i zapo-wiadała obiecująco:
– Papa hat probe.

Nie obeszło się, rzecz prosta, i bez burd. Gorętsze kończyły się w komisariacie. Pięć koron była to najmniejsza kara pieniężna za naruszenie porządku. Za awanturę następną – dziesięć, i dalej aż do stu. Gdy zapobiegliwy chuligan osiągał rekord pieniężnej kary, a nie chciał jej zapłacić, powinien był ją odsiedzieć. Tak też i przyszła kreska na buńczucznego Adama Staniszewskiego.

– Wiecie co? – oświadczył raz w kawiarni. – Mam dosyć nachodzenia mnie przez szpic-lów. Idę jutro odsiedzieć moje kary, i to na dwa tygodnie.

Zdumiał nas, gdyż niedościgniony w awanturach, był ponadto artystą w wodzeniu za nos policji.Nie minęło trzy dni, gdy triumfujący Adaś zjawił się ponownie przy bilardzie.

– Wykręciłem się jednak – zauważyłem.
– Gdzie tam! Odsiedziałem swoje. Rzecz w tym, że trzeba znać przepisy. Otóż: jest powiedziane, że skazany na areszt administracyjny ma prawo posyłać po obiad na miasto i po-nadto ma prawo do jednej bomby piwa. Ile razy może posłać po jedno piwo prawodawca już nie napisał. Więc rozumiecie, posiedziawszy trochę, puściłem w ruch wszystkich policjantów.

Za przyniesienie piwa otrzymywał każdy też po jednej bombie. Kiedy przyszedł na dyżur komisarz, posterunek był pijany. Komisarz przekreślił całą listę mych przewinień; oświadczył, bym mu się nie pokazywał na oczy i tak się rozłościł, że poszedł nawet ze mną na piwo.

Takie to były, zwyczajne w owe lata, studenckie wybryki, o których pełno w literaturze.

Groźniejszymi stały się starcia podbarwione politycznie.
Federalny ustrój Austrii nie zaznaczył się niczym osobliwym na gruncie wiedeńskim, póki nie zaczęli przybywać do stolicy studenci z budzących się do życia dzielnic obcojęzycznych.
Świadectwem coraz to większych sprzeczności wewnątrz monarchii stały się bitki uliczne i wielkie burdy na terenie uniwersytetu. Pamiętam takie zdarzenie spowodowane przez Włochów, którzy tak jak nie lubią wojen, tak skorzy są do bójki. Rzecz zaczęła się na Grabenie, następnego dnia powtórzyła się na korytarzu uniwersytetu, gdzie jeden z „burszów” niemieckich uderzył w twarz skaczącą mu do oczu Włoszkę. Obecni Polacy dali krótką odprawę „burszom”, a następnego dnia tysiące studentów, Polaków, Chorwatów, Czechów, Słowaków i Włochów, wymaszerowały z wszystkich wyższych uczelni, aby obsadzić szczelnie rampę uniwersytetu i nie dopuścić do niego Niemców. Blokada, przeplatana gęsto bitkami, trwała cały dzień, aż rektor osobiście poprosił do siebie delegację przybyłych i nakłonił ich do opuszczenia gmachu. Nie obeszło się bez koncesji ze strony magnificencji. Uniwersytet następnego dnia miał być zamknięty dla wszystkich. Dzienniki przyniosły alarmujące sprawozdania o tych wypadkach, a jeden z nich nazwał je „bitwą narodów”.
*
Progi Burgu były dla mnie aż nadto wysokie. Bardziej dostępnym okazał się pałac polskiego wielmoży przy Jacquingasse, 18. Należał do hrabiego Karola Lanckorońskiego, szambelana dworu i jednego z piętnastu kawalerów Złotego Runa. O Lanckorońskim słyszałem jeszcze przed przybyciem do Wiednia. „Zaustriaczony”, jak biadali patrioci, magnat przyczynił się tym niemniej walnie do opuszczenia Wawelu przez wojska austriackie; po czym z wielką troskliwością czuwał nad odbudową i konserwacją katedry i zamku. Katedrę ozdobił neoklasycznym sarkofagiem królowej Jadwigi, dłuta Madeyskiego. Pałac jego w Wiedniu był, obok pałacu Kińskich, najświetniejszą galerią prywatną. Znakomite dzieła sztuki jak trzy Rem-brandty, liczne Holendry i Włochy, rarytasy wreszcie jak płótna Ucella czy Massacia, pochodziły bądź to z galerii króla Stanisława Augusta (przez Rzewuskich), bądź to z zakupów. W pośrodku obszernego westybulu stał grobowiec starogrecki przywieziony z Azji Mniejszej, pamiątka podróży odbytej w towarzystwie Jacka Malczewskiego. Cenne meble, lektyki, „robieski” rozrzucone po licznych komnatach. U wstępu do pałacowego dziedzińca stróżował uroczysty portier. Cerber taki nie przepuściłby nigdy wyzywającego młodzika z bujną czu-pryną; stało się jednak, że odwiedzałem pałac, witając pana portiera poufałym „guten Morgen”. Zapośredniczyła kuzynka moja, wspomniana uprzednio Lota Rzeszotko. Polecona pani Lanckorońskiej, została wychowawczynią jej córek, Karoliny i Adelajdy. Zadaniem jej było zapoznać dziewczynki z muzyką i, co ważniejsze, z językiem i piśmiennictwem polskim.Rzecz godna uwagi, skoro ostatnia żona hrabiego, z domu Lichnowsky, pochodziła ze starej rodziny pruskiej, a brat jej był ambasadorem Niemiec w Londynie.

Excellencja Lanckoroński, człowiek wykształcony i znawca sztuki, urządzał niekiedy zebrania dyskusyjne w zamkniętym gronie. Pamiętam ciekawy jego wykład o urbanistyce. Utrzymywał w nim, że dalekie i otwarte perspektywy uliczne działają przygnębiająco, gdyż wzrok przechodnia nie ma na czym spocząć. Inaczej dzieje się w ulicach i uliczkach za-mkniętych piękną budowlą. Powstałe tam przywiązanie do własnego gniazda ma niewiele wspólnego z dumą mieszkańca nowoczesnych stolic. (...)

Pierwsze me spotkanie z Excellencją odbyło się w zabawnych okolicznościach. Portier, ujrzawszy młodego człowieka w kapeluszu a la Rinaldini, zapytał, czy nie pomyliłem adresu.

Odprawiłem go uwagą, że chcę się zobaczyć z kuzynką, Lotą Rzeszotko. Wyczekawszy aż portier porozumie się z pałacem telefonem wewnętrznym, co odpowiednio podwyższyło moją temperaturę rewolucyjną, zostałem z kolei wpuszczony do wspaniałego przedsionka. Stałem tam z kapeluszem na głowie, czekając, aż się ktoś pojawi. Przypadek chciał, że w tym samym czasie hrabia Lanckoroński udawał się do cesarza w stroju szambelana. Wspaniała gala zjeżyła mnie więcej jeszcze. Gdy zaś Excellencja zapytał po niemiecku „was wuenscht der junge Herr”, zakipiałem i odparłem po polsku:

– Mówiłem już raz, że chcę się zobaczyć z Lotą Rzeszotko.
Szambelan skinął głową, zawołał lokaja i kazał mnie zaprowadzić na pierwsze piętro.

Lota, że to miała o hrabim zupełnie inne pojęcie, zwymyślała mnie za grubiaństwo. Gdy jednak potem usiłowała mnie wytłumaczyć i powoływała się na moje radykalne „zbakierowanie”, hrabia uśmiechnął się i powiedział:

– Droga pani. Kto nie jest socjalistą mając lat dwadzieścia pięć, nie ma serca; kto jest nim po czterdziestce, nie ma rozumu.

Przywiązanie do Wiednia skłoniło hrabiego Karola do pozostania w Austrii i po pierwszej wojnie światowej. Świadomy, że przeniósłszy się do Polski, musiałby w podeszłym już wieku wziąć udział w politycznym życiu młodej Rzeczypospolitej, na co brakło mu doświadczenia i znajomości zaboru rosyjskiego, postanowił dokonać starych lat w starym domu. Tam też ujrzałem go po raz ostatni, gdym w roku 1925 udawał się z mym bratem na kongres geografów do Kairu. Brat Walery był już profesorem Akademii Górniczej w Krakowie; ja miałem za sobą cztery książki. Hrabia powitał nas jak starych znajomych. O socjalizmie nie było mowy, gdyż zbliżałem się do owej czterdziestki i miałem za sobą wspomnienia z rewolucji bolszewickiej.
*
Był to czas, gdy Austria walczyła z Norwegami i Finami o prymat ideowy w pojmowaniu narciarstwa. Norwegowie jęli już budować skocznie i nadawać narciarstwu kierunek sporto-wy; Austriacy, ze słynnym Matiasem Zdarskym na czele, głosili, że najwyższym osiągnięciem narciarza winny być dalekie i trudne wyprawy po ośnieżonych górach. Spór był gorący, zwycięzcą zdawał się być Zdarsky. Siedzibą jego była miejscowość Lilienfeld w Pogórzu Alp. Pan Matias, którego poznałem już pierwszej zimy wiedeńskiej, przypominał pod wielu względami naszego Zaruskiego. Prostolinijny i uparty jak tamten, postać miał krzepką, wiarę w znaczenie wychowawcze górskich wypraw niemal idealistyczną. Prostota i przychylność w stosunku do ludzi jednała mu wielu zapalonych zwolenników.

Najświetniejszą postacią w jego otoczeniu był Polak, Henryk Bobkowski, ojciec przebywającego na wychodźstwie pisarza, Andrzeja. Trudno o lepszy dowód przyjaźni łączącej pana Henryka ze Zdarskym jak to, że Zdarsky właśnie trzymał małego Andrzejka do chrztu. A jakżeż to było z małżeństwem dorodnego pana Henryka? Polegam na otrzymanym niedawno liście Andrzeja. Otóż, pan kapitan Henryk, któremu dowództwo armii austriackiej przekazało kształcenie narciarskie żołnierzy i cywilów, prowadził kurs na Kalatówkach pod Zakopanem. Wśród uczennic znajdowała się miła mu panienka z Nałęczowa Lubelskiego. Oświadczyny wisiały w powietrzu, ale pan kapitan, jak śmiałym był człowiekiem w wojsku i wśród gór, tak tracił się w obliczu panny. Wybrał sposób rycerski a niezawodny. Jest nad Kalatówkami słynny Suchy Żleb. Zjechać nim szusem znad „kamienia” rzadko kto potrafi. Pan Henryk wyszedł więc aż ponad „kamień” urwał gałązkę kosówki, ujął ją ustami, rzucił się w dół szusem z rękami w kieszeniach i gałązkę ofiarował olśnionej uczennicy. Cokolwiek by się o tym gadało, zawsze to piękniejsze od rzeczowych umów przedmałżeńskich. Kto spojrzy dziś na podobiznę Henryka Bobkowskiego, osądzi, że owszem, było mu do twarzy w mundurze wojskowym i mógł być ponadto miłym człowiekiem i świetnym sportowcem. Ja, gdym z nim odbył parę wypraw narciarskich, nabrałem większego o nim pojęcia. Niezawodny jako towarzysz w górach, na postojach w schronisku zadziwiał wiedzą, oczytaniem i niezależnością myśli. Należał do ludzi, których nie zapomina się mimo przelotnej z nimi znajomości.

Wierni hasłu, że narciarstwo jest przede wszystkim nową formą turystyki górskiej, trzymaliśmy ze Zdarskym i Bobkowskim. Gdy zaś Zdarsky wyzwał głośnego przedstawiciela norweskiej szkoły na wyścig z Schneeberg przez spadzistą Breiter Riss, przy czym każdy upadek miał być policzony jako karny punkt – oczekiwaliśmy z napięciem wyniku. Norweg nie stanął, co słusznie poczytano za zwycięstwo Zdarskyego.
*
I wyruszaliśmy w wysokie już Alpy, na dłuższe wyprawy.
Jak nazwać upodobania tego rodzaju? Jak wpleść je w potoczny dzień? Jakie miejsce wyznaczyć w hierarchii spraw tej drugiej, tak swoistej, legendzie życia? Opętani nią ludzie ule-gali jej nawet podczas sprawiania zawodowych obowiązków. Był na Politechnice wiedeńskiej profesor matematyki, Schruttka von Reichenstein, namiętny alpinista i narciarz. Krótko przed mym egzaminem u niego wywichnąłem lekko rękę na jednej z wycieczek. Znając słabość profesora do gór, obandażowałem prawicę i zawiesiłem na temblaku.

– Co się panu stało? – zapytał profesor.
– Drobiazg – odpowiedziałem – wywichnąłem rękę zjeżdżając tydzień temu ze Schneebergu.
– Ze Schneebergu! – zawołał. – Czy może przez Breiter Riss?
Egzamin zamienił się w ożywioną rozmowę o górach. Ciche stukanie w drzwi przypomniało profesorowi, że w poczekalni siedzi kilku jeszcze studentów oczekujących egzaminu.

– Niech no pan jeszcze do mnie zajrzy – spostrzegł się profesor... jest o czym pogadać.
– No, ale egzamin?
– Naturalnie. Dawaj pan indeks.
Wpisał na wszelki wypadek tylko „gut”. Sądzę, że było i tak za dużo. Ten gest lekceważe-nia okazany swemu zawodowi w imię legendy wysokogórskiej nie był wyjątkiem. Słynny a przedwcześnie zmarły fizyk, Marian Smoluchowski, przenosił się od razu myślą w inny świat, ilekroć rozmowa zeszła na Tatry. I kiedy słyszę dziś, że w Zakopanem spotykają się starzy a słynni taternicy jak profesor Z. Klemensiewicz, inżynierowie J. Maślanka i Janusz Chmielow-ski, gotów jestem uwierzyć, że składają hołd czemuś, co okazało się trwalsze od wszystkiego, na czym chcieli polegać.
*
Rodzinę Malczewskich poznałem bodaj jeszcze przed przyjazdem do Wiednia, kiedy to mistrz Jacek najmował drewniany dworek z bujnym ogrodem u podnóża Salwatora, na krakowskim Zwierzyńcu. Już wtedy zjednała mnie niezwykła postać wielkiego artysty, który wydzielony z konwenansów siłą swego wizjonerstwa, był za pan brat z bardzo niesforną ludnością przedmieścia. Ilekroć szedł do miasta, zatrzymywał się co chwilę na pogaduszki.

Gdym zaprzyjaźnił się później z Rafałem, mieszkanie Malczewskich, już przy ulicy Garncarskiej, było ulubionym miejscem mojego postoju na przejazdach z Wiednia do Lwowa czy też z powrotem. Miałem wtedy sposobność przyjrzeć się z bliska niezwykłemu trybowi życia Malczewskiego.

Obecnym, naprawdę obecnym, Jacek Malczewski był tylko w swojej pracowni malarskiej. Artystycznej samotności strzegł jak oka w głowie. Prócz starego służącego, który czuwał u wejścia, prócz modela czy modelki, nie miał prawa wejść tam nikt. Życie potoczne uważał za konieczność człowieka wygnanego z raju. Rajem jego było marzenie. Wrodzony zmysł humoru ułatwiał mu życie codzienne. Wstając rankiem nucił sobie rubaszne krakowiaki, nie szczędząc ni siebie, ni rodziny. Anegdot o dowcipie i fanaberiach niezwykłego pana rektora krążyło po Krakowie mnóstwo. Przytoczę jedną z nich, wówczas może najsłynniejszą.

„Bratniak” studentów Akademii Sztuk Pięknych postanowił pewnego dnia urządzić loterię na swoje cele. Fantami miały być obrazy. Świadomi przynęty, jaką byłoby dzieło uwielbiane-go mistrza, zwrócili się do niego, by im ofiarował jeden ze swych obrazów. Mistrz odmówił i przesłał im kwotę w gotówce. Zawiedzeni a bezczelni młodzieńcy, wystosowali do Pana Rektora list zbiorowy z końcowym zwrotem: „Całuj nas gdziesi, Jacku Malczewski”. Pan rektor nie wytoczył dyscyplinarki, obliczył skrupulatnie podpisy i przesłał „Bratniakowi” odpowiednią ilość biletów wstępu do łaźni w hotelu krakowskim. Próba ośmieszenia Pana Rektora zawiodła, gdyż buńczuczne chłopaki nie mogły się przez długi czas opędzić pytaniom: „A co, był pan już w łaźni”?

Tak więc popularność Malczewskiego jako malarza i człowieka rosła. W dziwnych tych czasach symbolizm obrazów Malczewskiego, z biegiem lat coraz więcej tajemniczy, nie odstręczał publiczności. Dociekania, co też chciał wyrazić w zawiłych kompozycjach, jak na przykład „Zaklęta Studnia”, były przedmiotem całych rozpraw. Obrazy mistrza ceniono wysoko, w tysiącach koron. On zaś targów nie lubił.

I tak pewien warszawski amator jego malarstwa ujrzał na wystawie Sztuki kompozycję „Niewierny Tomasz”. Usłyszawszy w kancelarii, że obraz kosztuje dziesięć tysięcy koron, popędził do mistrza. Znał go już nieźle, lecz mimo tego popełnił kosztowny błąd.

– Widziałem „Niewiernego Tomasza”, drogi mistrzu. Arcydzieło! Ale ta cena... dziesięć tysięcy! Nie zmieniłby mistrz coś po starej znajomości?
– Owszem. Dwanaście.

O dalsze zmiany niefortunny mecenas już nie pytał. Zapłacił dwanaście tysięcy i zabrał obraz do Warszawy.
Gdzie podziały się wielkie zarobki mistrza, trudno osądzić; że jednak znaczną ich część rozdawał, wiedziano zarówno w Krakowie, jak i na Zwierzyńcu. Doświadczyłem tego i ja.
Podczas jednego z mych postojów w Krakowie gospodarz mój zapytał wesoło:

– Chciałbyś się pewno zabawić, Ferdziu... a masz pieniądze?
– Mam. Zresztą jutro jadę już do Lwowa.
– Masz? Pokaż!
Okazać nie było co. Pan Jacek sięgnął do kieszonki swej tabaczkowej kamizelki i obdarował mnie złotą dziesięciokoronówką.

Według jednych, wysoko postawionych, Malczewski był impertynentem, a nawet nie-okrzesańcem. Według innych, uosobieniem delikatności. Takim go też zapamiętałem.

poniedziałek, 20 lipca 2026

Jan od Krzyża w refleksji filozoficznej XX wieku

 

(zarys problematyki)

1. Modernistyczna „religia jaźni”

Dariusz Kosiński – pisząc o zainteresowaniu historią oraz aktualizacją formuły teatru (nazwał ją „polskim teatrem przemiany”), który „zbliża się do religii, a jednym z jego najważniejszych celów jest bezpośrednie doświadczenie numinosum”1 – stwierdził: „wszystko zaczęło się chyba jeszcze w Młodej Polsce”2. Podobnie ma się rzecz z polską dwudziestowieczną recepcją twórczości oraz myśli Jana od Krzyża i należy zaznaczyć, że obie te fascynacje są wobec siebie w pewien sposób paralelne. 

Modernizm3 był nie tylko zjawiskiem literackim, ale – jak słusznie zauważył Roman Padoł – „wytworzył szerszą świadomość, w której występują poglądy ontologiczne, gnoseologiczne oraz ujęcia narodu, historii, kultury i religii”4. Dla naszych rozważań najistotniejsze będą szczególnie te dwa ostatnie elementy oraz ich wzajemna relacja, tym bardziej że sam modernizm – którego punktem wyjścia było odwrócenie wartości w stosunku do pozytywizmu – mocno je akcentował. Moderniści wyszli od poczucia rozczarowania pozytywistycznym myśleniem zamkniętym w ramach empiryzmu, scjentyzmu i indukcjonizmu oraz podważenia ideałów epoki, takich jak: intensywny rozwój cywilizacji przemysłowej, handlu i rolnictwa, wyniesienie obowiązku społecznego ponad interes osobisty jednostki, podporządkowanie piękna użyteczności czy też uznanie dzieła literackiego za fakt socjologiczny, przy jednoczesnej krytyce fantazji w procesie twórczym oraz degradacji roli sztuki i artysty. Pozytywistyczna wizja świata, w mniemaniu modernistów przesiąknięta naukowością i poznawczym optymizmem, rozbiła się o ścianę własnych granic, ponieważ – jak pisała Maria Podraza-Kwiatkowska: „Na krańcach ubóstwianej wiedzy natknięto się na «niepoznawalne». Odkryto całe dziedziny niedostępne ludzkiemu doświadczeniu, między innymi – rozległe obszary psychiki ludzkiej”5. Rozbita na kawałki racjonalna struktura świata okazała się niemożliwa do scalenia, co rodziło poczucie niepewności, strachu i rozczarowania. Modernistyczny pesymizm – nazywany przez jego krytyków dekadentyzmem – nie stał się jednak źródłem apatii pokolenia, lecz zarzewiem buntu oraz wzmocnił poczucie konieczności przewartościowania świata. Zaowocowało to pojawieniem się nowego paradygmatu poznawczego opartego na fenomenologicznie rozumianym doświadczeniu6 – które miało stać się podstawą różnych podejść badawczych stosowanych do eksploracji niezwykle złożonej i tajemniczej rzeczywistości – oraz na „przebudzeniu duchowym”.

Moderniści stanęli oko w oko z „laickim w dużym stopniu dziedzictwem pozytywizmu”7 oraz „świadomością bankructwa wszelkich wierzeń i ideałów”8, czego symbolem stało się zawołanie Friedricha Nietzschego: „Bóg umarł!”. Jak wyjaśnia Wojciech Gutowski, interesująca nas epoka postrzegała śmierć Boga jako „symptom kryzysu kultury, przesilenia słabości chrześcijaństwa, wyzwanie, zgorszenie i szansę, graniczną sytuację ludzkości”9. Niech ilustracją będą tu słowa Wilhelma Feldmana, który w 1905 roku napisał: „Wszystkie wiary zbankrutowały… poza sobą nic nie da się wyczuć… Rozpadły się w gruzy świątynie Jedynego Boga”10. Moderniści wyrażali pogląd, według którego w Europie doszło do przystosowania religii do racjonalistycznego modelu kultury, co w rezultacie przyniosło jej transformację w dogmatyczny system wiedzy, z którego głębsza, pozadyskursywna i twórcza rola została niejako odfiltrowana11. W geście protestu wobec takiego stanu rzeczy doszło wówczas – jak stwierdził Gutowski – do „uwewnętrznienia sacrum, «zamknięcia» Boga w psychomachii podmiotu”12. Ta zmiana kierunku poszukiwania transcendencji z góry na głębię przyniosła powstanie nowej perspektywy myślenia, którą wspomniany badacz określił mianem „religii jaźni” i której celem było pogodzenie „immanentyzmu z Transcendencją (…) odnalezienie Boga w «samo przekraczającym charakterze tego świata jako jego transcendentnej Głębi i Gruncie»”13.

Pojawienie się na horyzoncie „religii jaźni” było też związane z kryzysem człowieczeństwa, który dał o sobie znać pod koniec XIX wieku, oraz próbami jego przezwyciężenia. Kryzys ten był związany ze swego rodzaju zanikiem poczucia tożsamości, czy też degradacją „ja”, spowodowanymi pozytywistycznym empiryzmem i materializmem. Doprowadziły one bowiem – wyznając „niezależność nauk o psychice od pytań i rozstrzygnięć filozoficznych bądź teologicznych, zwłaszcza od pytania o istotę tego, co duchowe”14 – do podważenia zasadności rozważań metafizycznych na temat istoty człowieka oraz do zakwestionowania sensowności pojęcia „dusza”. Wszystko to wywołało sprzeciw modernistów, którzy w centrum swojego świata ją właśnie umieścili. Jak tłumaczy Edward Boniecki: 

Trzeba było wielkiej determinacji i prawdziwego heroizmu, aby podjąć się budowy życia duchowego niejako od początku. Jednym z głównych celów tego przedsięwzięcia miało być zniwelowanie pęknięcia pomiędzy badaniem empirycznym a istnieniem duszy, innymi słowy – pogodzenie pozytywistycznego modelu nauki z wiarą w nieśmiertelność duszy i zbudowanie w ten sposób ram dla światopoglądu epoki postateistycznej15. 

Powrócono zatem do metafizycznego opisu człowieka, a „dusza” znalazła swoich obrońców. Édouard Schuré, autor popularnej w epoce książki Wielcy wtajemniczeni (1889), umieścił w niej jako motto zdanie: „Dusza jest kluczem wszechświata…”, a jeden z najbardziej wpływowych filozofów modernizmu, Henri Bergson, łącząc umysł z materią, przeciwstawiał go intuicji powiązanej z trwaniem, pamięcią i duchowością16.

W konstrukcie, który Wojciech Gutowski nazwał „religią jaźni”, to właśnie dusza indywidualnego człowieka stała się źródłem i głównym obszarem przeżyć religijnych17, co pozostawiło swój ślad w kształcie odrodzenia religijności, jakie wówczas nastąpiło. Niemały wpływ miał na nie również rozwój religioznawstwa porównawczego, które wskazywało na analogie pomiędzy różnymi systemami religijnymi oraz podkreślało „uniwersalność pierwiastka sakralnego, natomiast wszelkie symbole, dogmaty i opowieści religijne traktowało jako historyczne, kulturowo relatywne formy wyrazu”18. Gutowski zaznacza, że było to zbieżne z głównym przesłaniem literatury oraz filozofii kultury modernizmu, głoszącym „poznawczą, aksjologiczną i kulturotwórczą wartość indywidualnego przeżycia i jego artystycznej ekspresji, podkreślającym prymat doświadczenia wewnętrznego i swobodnej kreacji w sztuce wobec ograniczających i schematycznych paradygmatów świadomości społecznej, do których zaliczano również zinstytucjonalizowane formy konfesyjności”19.

Odradzająca się religijność przybierała często charakter nieortodoksyjny czy wręcz heretycki, protestując przeciwko instytucjonalizacji życia religijnego i dogmatyzacji jego przesłania oraz domagając się modernizacji20. W ramach Kościoła katolickiego takie właśnie przekonania reprezentował ruch zwany „modernizmem katolickim”, którego echa dotarły również do Polski i pozostawiły tutaj swój ślad. Dokładną definicję tego ruchu sformułował Tomasz Lewandowski, dlatego też pozwalam sobie zacytować ją w całości:

Był to wolny od struktur zinstytucjonalizowanych, wewnętrznie zróżnicowany i wielopostaciowy ruch umysłowy, powstały na przełomie XIX i XX wieku we Francji, w Niemczech, we Włoszech i w Anglii wśród myślicieli katolickich, głównie duchownych, nastawionych krytycznie wobec zastanych form wiedzy unieruchomionej, pozostających w umiarkowanej bądź skrajnej opozycji do integryzmu oraz filozofii tomistycznej. Zmierzając do wewnętrznej reformy Kościoła katolickiego, która objęła teologię, apologetykę, biblistykę, naukę społeczną, styl życia religijnego i zakres władzy kościelnej, poprzez wypracowanie zasad harmonijnego współistnienia wartości właściwych nowoczesnej cywilizacji i historycznemu dziedzictwu chrześcijaństwa, modernizm unaocznił zasadniczy rozziew, jaki powstał między stanem nauki europejskiej w dobie przełomu antypozytywistycznego i teologizmem scholastycznym. Modernistów katolickich łączyło fenomenalistyczne podejście do nauki i symbolistyczna, analogiczna bądź historyczno-źródłowa interpretacja dogmatów wiary, mającej swe źródło w jednostkowym, indywidualnym doświadczeniu wewnętrznym, a także przeświadczenie, że prawdy religijnej nie można wyrazić w języku podporządkowanym wyłącznie kontroli intelektu, w dyskursie intersubiektywnym21.

Modernizm katolicki, broniąc wyższości doświadczenia wewnętrznego nad systemem prawd teologicznych, sprzeciwiał się między innymi ogłoszonemu w 1870 roku przez Piusa IX dogmatowi o nieomylności papieża czy też uznaniu nauki świętego Tomasza za jedyne źródło inspiracji dla teologii i filozofii, o czym mówiła encyklika papieża Leona XIII Aeterni Patris z 1879 roku. Taki sposób narzucenia tomizmu został odczytany przez zwolenników reform jako obojętność Kościoła na przemiany nauki współczesnej oraz sygnał ujednolicania życia umysłowego22. Watykan potępił modernizm katolicki kolejną encykliką, tym razem Piusa X, z 1907 roku (Pascendi Dominici Gregis). Jednak pomimo wielu ekskomunik czy też ustanowienia w 1910 roku przysięgi antymodernistycznej, którą musieli wygłaszać wszyscy księża i biskupi przed święceniami oraz nauczyciele religii i profesorowie pracujący w seminariach duchownych, modernizm katolicki miał swoich zwolenników wśród elit intelektualnych w całej Europie i wpłynął na ówczesny sposób myślenia o religii w życiu człowieka. 

Zdaniem Lewandowskiego „ku modernizmowi katolickiemu kierowały swą uwagę jednostki doceniające znaczenie i potrzebę współwibracji wartości rodzimych z uniwersalnymi, szczególnie wyczulone na wymianę myśli”23. Trzeba przy tym zaznaczyć, że synkretyzm religijny cieszył się wówczas niezwykłą popularnością, co było związane po pierwsze – z pragnieniem odnowienia dotychczasowych religii, a po drugie – z dążeniem do wyjścia poza paradygmat naukowości. Popularny stał się buddyzm, którego ślady można było odnaleźć na przykład w myśli często czytanego w tej epoce Arthura Schopenhauera. Pojawiła się moda na okultyzm, hipnotyzm, somnambulizm i spirytyzm. Interesowano się gnozą, kabałą i satanizmem. Ciekawość wzbudzało też średniowiecze wraz ze swoją czarną i białą magią. Popularnością cieszyło się zatem wszystko to, co miało znamiona tajemnicy, przekraczało przyjmowane dotychczas granice poznania, wnikało do wewnętrznego świata człowieka, próbując wyrwać go z pustki duchowej i zawalczyć o jego całościowe ujęcie, nie unikając przy tym podejmowania kwestii trudnych, takich jak istnienie oraz kondycja zła. Owo uwolnienie życia religijnego od wyznaniowości Gutowski uznał za kolejną cechę „religii jaźni”24, powiązaną bezpośrednio z inną jej cechą charakterystyczną dotyczącą zasad weryfikacji religii, gdzie kryterium prawdy nie było już ani teologiczne, ani scjentystyczne, lecz pragmatyczne. Oznaczało to, że „o wartości religii decydowała jej użyteczność, osłabienie lub spotęgowanie mocy w życiu jednostki, narodu, społeczeństwa”25.

Odnosząc się do definicji „religii jaźni” Wojciecha Gutowskiego, należy też wspomnieć o właściwej dla niej „egzystencjalizacji”, czyli „przekonaniu, iż odwaga czynu znajdzie odpowiedź we wszechświecie”26. Pogląd ten spowodował odrodzenie się hagiografii literackiej usiłującej przeniknąć fenomen świętości. Dużym zainteresowaniem cieszył się wówczas Franciszek z Asyżu, którego postać została spopularyzowana w znacznej mierze dzięki monografii Paula Sabatiera Vie de Saint Francois d’Assis (1894). Jak tłumaczy Irena Maciejewska, Sabatier ukazał postać Poverella 

nie tylko jako świętego, jako głosiciela Chrystusowej miłości, pokory i przebaczenia, ale także jako sui generis „buntownika” przeciw status quo swojego czasu, jako tego, który odrzuciwszy bogactwo i mieszczański sposób życia wybrał dobrowolne ubóstwo oraz wolność z niego wynikającą. (…) Jego Franciszek był nie tylko bratem ludzi „małych”, prostych i ubogich, ale był „śpiewakiem-poetą”27. 

W Polsce rola franciszkańskiego trybuna przypadła rozmiłowanemu w literaturze średniowiecznej Edwardowi Porębowiczowi, profesorowi Uniwersytetu Lwowskiego, wybitnemu romaniście i tłumaczowi, autorowi popularnonaukowej książki Święty Franciszek z Asyżu (1899). 

Jednak Biedaczyna z Asyżu przegrywał bój o laur pierwszeństwa z figurą Chrystusa, którego życie i osoba ciekawiły w tamtym czasie w sposób szczególny28 i którego Oscar Wilde uważał za artystę wszechczasów. Niezwykle popularna była wówczas wspominana już książka Édouarda Schurégo Wielcy wtajemniczeni, gdzie francuski filozof, okultysta i teozof ukazywał Chrystusa jako jednego z wielkich mędrców w historii świata, który – podobnie jak Rama, Kryszna, Mojżesz, Pitagoras czy Platon – wszedł na ścieżkę wiedzy tajemnej i stał się jednym z kamieni węgielnych naszej cywilizacji. Nie mniejszą poczytnością cieszyła się również biografia Żywot Jezusa autorstwa Ernesta Renana, przedstawiająca tytułowego bohatera jako doskonałego człowieka. Także w Polsce pojawiały się różnego rodzaju utwory dotyczące osoby Syna Człowieczego. Wystarczy wspomnieć poemat Chrystus Jana Kasprowicza, cykl opowieści ewangelicznych Legendy Andrzeja Niemojewskiego czy też eseistyczną w swojej formie Walkę o Chrystusa Tadeusza Micińskiego. Kwestia występowania postaci Chrystusa w kulturze modernistycznej jest niezwykle złożona, jednak spoglądając na nią z poziomu pewnej ogólności, można stwierdzić, że fascynację tę rozbudzał – po pierwsze – młodopolski antropocentryzm religijny, a po drugie – przekonanie o poetyckości Chrystusowej wizji rzeczywistości oraz o archetypicznym charakterze jego przeżyć związanych wprost z bezpośrednim doświadczaniem Boga. Osobę Chrystusa łączono z wiarą, że człowiek przezwyciężając naturalne i kulturowe ograniczenia, transcenduje samego siebie, a przekraczając swoją rzeczywistość, może zbliżyć się do kondycji tego, co boskie29.

Owo doświadczanie Transcendencji w głębi człowieczego ducha było dla modernistów niezwykle ważne, cenne i interesujące. Jak podaje Roman Padoł: „Religię ujmowali moderniści jako szczególny rodzaj wiedzy i metodę poznania o strukturze właściwej poznaniu irracjonalnemu. (…) Ceniono religię za to, że w niej zachowały się pewne postacie doświadczenia mistycznego i rozwijały się zdolności poznania irracjonalnego. Zależało modernistom na przeniesieniu tych zdolności do sztuki i kultury w ogóle”30. Jednocześnie uważali oni, że „współczesne systemy religijne, jak np. katolicyzm, stanowią racjonalną organizację przeżyć irracjonalnych, wskutek czego (…) odchodzą one od autentyczności doświadczeń mistycznych. W ocenie modernistów ta irracjonalna, indywidualna, psychiczna, przeżyciowa strona religii stanowić miała o jej sile, trwałości i roli historycznej”31. Oprócz tego w religii dostrzegano pierwiastek twórczy i aktywizujący człowieka, co podkreślał bardzo mocno Stanisław Brzozowski: „Nie wierzę w zanik religii, bo oznaczałby on, że świat ziszczonej rzeczywistości wyczerpał już całą twórczość człowieka. Póki to nie nastąpi, czuć będziemy zawsze w sobie, że nie wyczerpuje nas żadna rzeczywistość, nie wypowiadają żadne pojęcia, lecz że poza ich obrębem jesteśmy zawsze sami dla siebie cudem i źródłem cudów”32. Wszystko to sprzyjało ponownemu odkryciu na przełomie XIX i XX wieku przedstawicieli mistyk z epok wcześniejszych. Zaczęto na nowo sięgać po pisma między innymi: Mistrza Eckharta, Jana Ruysbroecka, Katarzyny ze Sieny, popularny stał się Rabindranath Tagore oraz – zajmujący nas w niniejszym studium – Jan od Krzyża, zainteresowanie którym łączyło się często z jednoczesną lekturą pism Teresy z Ávili. Wojciech Gutowski, wspominając Eckharta, Jakoba Böhmego, Angelusa Silesiusa i Jana od Krzyża, stwierdził nawet, że można by ich uznać za patronów owej modernistycznej „religii jaźni”33. 

2. Jan od Krzyża w refleksji europejskiej

2.1. Intuicjonizm: Henri Bergson

Zdaniem Edwarda Bonieckiego model mistyki oraz sposób pojmowania nadprzyrodzoności został narzucony interesującej nas epoce przez Henriego Bergsona34, uważanego wówczas za „filozofa par excellence”35. Nie kwestionując wartości nauki ani jej ówczesnych odkryć (fizjologii mózgu, teorii ewolucji, socjologicznych badań religii), Bergson wskazywał na wartość refleksji metafizycznej. Był przekonany, że osiągnięcia umysłu analitycznego, który tworzy naukę, same nie są w stanie uchwycić wszystkich faktów rzeczywistości, takich jak na przykład twórczość i czas. Nie tylko zatem nie eliminują one metafizyki, odwołującej się do intuicji, ale wręcz przeciwnie – wspierają ją. Intuicję rozumiał natomiast jako rodzaj doświadczenia i pisał, że dzięki współodczuwaniu „przenosimy się do wnętrza przedmiotu, by zbiec się z tym, co jest w nim jedyne, a tym samym niewyrażalne”36. Leszek Kołakowski podkreśla, że Bergson 

chciał być zawsze możliwie najbliżej doświadczenia: w przeciwieństwie do przedstawicieli głównych nurtów europejskiej filozofii sądził, że metafizyka jest możliwa i może być budowana na podstawie istniejącego zasobu wiedzy empirycznej, jeśli tylko możemy wyzbyć się przesądów filozoficznych, które nie pozwalają przyglądać się wynikom nauki w ich oczyszczonej postaci, a które to przesądy wkładamy nieświadomie w dane doświadczenia37.

Ten aspekt przeżyciowy poznania projektował również na problematykę poszukiwania Transcendencji.

Dziełem, które stało się obrazem Bergsonowskiej wizji drogi ku Bogu, jest jego ostatnia książka – Dwa źródła moralności i religii (1932), w której dał wyraz rozmyślaniom na temat religii i etyki, jakie dojrzewały w nim od lat. Barbara Skarga dosyć precyzyjnie określa początek tych zainteresowań i wiąże go z książką Doświadczenie religijne (1902) Williama Jamesa, z którą Bergson miał się zapoznać już w 1903 roku38. Dwa źródła moralności i religii oparte są na kontraście „między czysto społecznymi i socjologicznie wytłumaczalnymi formami życia zarówno religijnego, jak i moralnego (społeczeństwo zamknięte, religia statyczna), a ich wyższymi, jakościowo różnymi przejawami (społeczeństwo otwarte, religia dynamiczna), w których dostrzegamy współpracę umysłu i wyobraźni człowieka z twórczym źródłem Bytu”39. Bergson wyrażał nadzieję, że społeczeństwo przyszłości wyewoluuje w społeczeństwo otwarte, wyznające religię dynamiczną. Religia statyczna bowiem, oparta na instynkcie i intelekcie, jest – jego zdaniem – siłą służącą przetrwaniu (chroni przed egoizmem inteligencji, przed osłabiającą żywotność wizją śmierci czy też przed świadomością własnej słabości), podczas gdy religia dynamiczna, powiązana z intuicją, jest żywym doświadczeniem, które staje się źródłem twórczości i rozwoju zarówno jednostki, jak i całego rodzaju ludzkiego. Religię statyczną Bergson rozumiał zatem jako religię zinstytucjonalizowaną, natomiast za najwyższy przejaw religii dynamicznej uznawał mistykę i podkreślał, że nie jest możliwe filozofowanie o Bogu bez odwoływania się do doświadczeń wielkich mistyków. 

Zdaniem Bergsona mistycyzm poprzedza religię opartą na nauczaniu rozumowym oraz napełnia żywym duchem wyjałowione dogmaty i obrządki; umożliwia zespolenie z podstawą bytu i prowadzi do przestrzeni, gdzie nie ma już mowy o społeczeństwie, lecz o ludzkości, nie ma konfesji, która usztywnia stanowiska, lecz jest metafizyczna miłość jako élan vital40. Mistyk natomiast jest w jego opinii „kimś więcej niż człowiekiem”41; jest indywidualnością, która przekracza granice wyznaczone gatunkowi ludzkiemu przez materialność i tak kontynuuje działanie boskie42. Trzeba przy tym zaznaczyć, że Bergson w sposób szczególny doceniał mistycyzm chrześcijański, stwierdzając, co następuje: 

Mistycyzmem pełnym jest bowiem ten, który stał się udziałem wielkich mistyków chrześcijaństwa. Pozostawmy na moment ich chrześcijaństwo i rozważmy samą formę, nie materię ich życia. Bez wątpienia większość z nich przeszła przez stany, które w różnych punktach upodabniają się do rezultatu osiągniętego przez mistycyzm antyczny. Lecz zaledwie przez nie przeszli; skupiali się na sobie tylko po to, by podjąć całkiem nowy wysiłek i przerwać tamę; pochwycił ich ogromny nurt życia; z ich wzrastającej witalności wypłynęła energia, śmiałość, zdolność do nadzwyczajnych pomysłów i dokonań. Pomyślmy choćby o tym, czego dokonali w sferze działania święty Paweł, święta Teresa, święta Katarzyna ze Sieny, święty Franciszek, Joanna d’Arc i tylu innych43.

W mistyce chrześcijańskiej pociągało go połączenie kontemplacji, działania i miłości, jakie uzyskało swoją najdoskonalszą realizację w Chrystusie. Bergson podkreślał, że najwięksi mistycy chrześcijańscy „rozumieją siebie jako naśladowców i oryginalnych, choć niepełnych, kontynuatorów tego, czym w sposób pełny był Chrystus Ewangelii”44. Natomiast w hierarchii mistyków pierwsze miejsce zajmowali według niego hiszpańscy reformatorzy Karmelu: Teresa z Ávili i Jan od Krzyża.

Pierwsze spotkanie Bergsona z hiszpańskimi mistykami mogło nastąpić podczas wspomnianej już lektury książki Doświadczenie religijne, gdzie William James – z którym na polu osobistym łączyła Bergsona serdeczna przyjaźń, a na polu naukowym intensywny dialog – wielokrotnie odwołuje się do opisów doświadczenia mistycznego autorstwa Jana od Krzyża i Teresy z Ávili oraz szeroko ich cytuje. Wspomina między innymi uwagi świętej Teresy dotyczące rozpoznawania jakości widzeń duchowych45, opis jej wrażeń płynących z doświadczania bożej obecności46, Terezjański zmysł praktyczny47, miłosierdzie obojga mistyków48, Janowe samozaprzeczenie49 czy też jego opis stanu mistycznego zjednoczenia50. Z roku 1909 pochodzi natomiast tekst, w którym Bergson po raz pierwszy wspomina karmelitańskich świętych, i jest to recenzja książki Henriego Delacroix dotycząca historii i psychologii mistyki (Études d’histoire et de psychologie du mysticisme; les grands mystiques chrétiens, 1908). Jak podaje Jacques Chevalier – filozof, uczeń i wieloletni przyjaciel Bergsona, zajmujący się również religijnym doświadczeniem wewnętrznym51 – to właśnie Jan od Krzyża i Teresa z Ávili doprowadzili Bergsona, ewoluującego od ateizmu ku wierze w istnienie Boga, do katolicyzmu52. W książce Conversaciones con Bergson – w której Chevalier opisuje i komentuje myśl swojego mistrza oraz przytacza szereg cytatów z ich rozmów prowadzonych na przestrzeni trzydziestu lat – możemy znaleźć następujące przytoczenie słów Bergsona: 

Święty Jan od Krzyża i święta Teresa (…) powinni zostać wywyższeni ponad wszystkich mistyków. Ich lektura niezwykle mnie inspirowała, a zbieżność, czy też komplementarność tych dwóch dusz – tak różnych, a jednak identycznych w ich postrzeganiu Boga – jest dla mnie dowodem prawdy. Kocham ich w tej samej mierze, ale mimo tego umieszczam świętego Jana ponad wszystkimi. (…) W Janie od Krzyża znajduje swoje rozwiązanie antynomia transcendencja – immanencja53. 

Doświadczenie opisywane przez hiszpańskich mistyków stało się dla niego dowodem na istnienie Transcendencji54, a oni sami przykładem najwyższego stopnia człowieczeństwa oraz inspiracją jego ostatniej książki, która została przyjęta przez Rzym z mniejszą surowością niż wcześniejsze, umieszczone w 1914 roku w indeksie ksiąg zakazanych, dzieła. On sam, w liście do Marii de Jesús, przełożonej karmelitańskiego zakonu w Montmartre, wyrażał zadowolenie z tej zmiany: „Jestem bardzo szczęśliwy ze stosunku Ojca Świętego oraz czasopisma «Civiltà Cattolica» do mojej książki Dwa źródła moralności i religii, oraz ze stanowiska Rzymu wobec mnie samego”55. Należy przy tym zaznaczyć, że Bergson – choć uważany za intelektualnego rzecznika epoki – był obiektem licznych ataków. Racjonaliści widzieli w jego filozofii degradację rozumu analitycznego oraz próbę zastąpienia nauki quasi-mistyczną intuicją, natomiast tomiści atakowali jego panteizm i nominalizm, widząc w nim przede wszystkim filozoficznego orędownika wrogiego im modernizmu katolickiego56. Jednymi z głównych tomistów, bardzo krytycznych wobec Bergsona, stali się autorzy tak zwanego odrodzenia katolicyzmu w pierwszej połowie XX wieku: Jacques Maritain – jego dawny uczeń57 – oraz dominikanin Réginald Garrigou-Lagrange, który słuchał Bergsonowskich wykładów jeszcze jako student paryskiej Sorbony.

(...)

W poszukiwaniu numinosum. Jan od Krzyża w polskiej kulturze XX wieku. 

Marlena Krupa

Dziesięć uwag o ukrainofilach

 

Grzegorz Braun, po wysłuchaniu mojego nagrania na kanale „Wbrew Cenzurze” zaproponował przyznanie Orderu Orła Białego nieodżałowanej pamięci księdzu Tadeuszowi Isakowiczowi-Zaleskiemu. To niesamowite gdzie zabrnęło państwo polskie, które uhonorowało miłośnika UPA, a zapomniało o niestrudzonym bojowniku o pamięć rzezi wołyńskiej.

Dodać tu muszę, że nie ma żadnego „wzrostu nastrojów antyukraińskich w Polsce”, a raczej eskalacja lekceważącej polską pamięć i wrażliwość bezczelności na Ukrainie – i stosowna reakcja narodu, mającego dość aberracyjnej charytatywności rządów KO i PiS (pytanie: „a co ma z tego Polska?” wywołuje furię – najpewniej z uwagi na swoją celność). „Antyukraińskość”, jak wiele podobnych kategorii, zakłada aprioryczność, a ta ostatnia – irracjonalność. Bojkotuje związki przyczynowo-skutkowe i realne źródła ludzkich postaw. Kategoryzuje jako „fobię” postawy, które są reakcją na fakty, czasem niewątpliwie adekwatną.

1. „Lepiej wykształceni” i „bardziej racjonalni” dostali opętańczego szału na wieść o odebraniu Wołodymyrowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego. Oczywistość tej decyzji nie stwarzała przestrzeni do merytorycznych argumentów. Jakakolwiek logika musiałaby opierać się o „opłacalność godności”. Z jednej strony mamy ostatnio książkę Zbigniewa Parafianowicza, gloryfikowanie UPA przez Ukraińców, wsparte bezczelnym komentarzem, że „nikt nam nie będzie wybierał bohaterów”, ostentacyjne bojkotowanie Polski w międzynarodowych rozmowach dyplomatycznych, korupcję na olbrzymią skalę na Ukrainie, ekspansję wschodnich grup przestępczych do Polski, olbrzymie kłopoty rolników konkurujących z ukraińskimi oligarchami dostarczającymi nie sprawdzaną żywność – i dużo, dużo innych problemów, wiążących się z określoną szkodą konkretnych ludzi. Z drugiej strony, mamy terror emocjonalny, oparty o wspominanie o „ginących ludziach” (zalecający w gruncie rzeczy o taką emocje oprzeć stosunki dyplomatyczne), histeryczne, a zarazem manipulanckie ostrzeżenia przed „rosyjskim atakiem”, dalsze tropienie „ruskich onuc” i slogany skuteczne, z uwagi na monopol medialny ich kolporterów, tak długo, że ci ostatni przestali się troszczyć o ich jakąkolwiek weryfikowalność. Liberalny mainstream porzucił fascynację koncepcją Jerzego Giedroyca, prowadzącą do imperatywu pomagania Ukrainie – on po prostu wyraża interes ukraiński.

2. Wyobraźmy sobie co spotkało by Żyda, który pochwaliłby w Izraelu niemieckiego polityka, chcącego nadać jednej z jednostek wojskowych imię „Bohaterów SS”. Więzienie? Czy tylko anatema? W Polsce obrońcy decyzji Włodymyra Zełenskiego nie mają jakiegokolwiek problemu z sięganiem po coraz bardziej kuriozalne racjonalizacje swojej postawy.

3. Każdy powód jest dobry, by zapomnieć o rzezi wołyńskiej. Teraz tłumaczy się to wojną – tak, jakby trwała ona od ponad 80 lat. “Retoryczne ustępstwo na rzecz prawdy” sprawia, że przedstawiciele mainstreamu powiedzą: „Oczywiście, o ofiarach trzeba pamiętać” tudzież wyrzucą z siebie inny pusty slogan, jednocześnie konsekwentnie robiąc wszystko, by temat rzezi nie miał jakiejkolwiek rangi i znaczenia.

4. Mainstream nagle przypomniał sobie o istnieniu „interesu narodowego”, dowodząc sprzeczności odebrania odznaczenia Zełenskiemu z tym interesem. Interesujące jest to, że mainstream, tak krytyczny wobec Kościoła katolickiego i nacjonalizmów sięgnął po narrację odwołującą się do „przebaczenia” i „interesu narodowego”, gdy przestraszył się, że wszystko co mówili jego przedstawiciele na temat banderyzmu i relacji polsko-ukraińskich jest brutalnie weryfikowane przez rzeczywistość. Nie ma “interesu”, jeśli nie ma narodu. Nie ma narodu, jeśli nie ma godności. Nie ma godności, jeśli honoruje się tych, którzy gloryfikują naszych katów.  Czasem abecadło jest zbyt trudne.

5. Brytyjski filozof Roger Scruton pisał, że rozmaici rewolucjoniści krytykują cywilizację zachodnią, jednak będąc niezdolnymi do zaproponowania jakiejkolwiek alternatywy, poprzestają na nihilizmie, objawiającym się destrukcją. Liberalny mainstream wykazał się takim właśnie nihilizmem po odebraniu Orderu Orła Białego prezydentowi Ukrainy: zwyzywał od „ruskich” i „nacjonalistów” (polskich, więc tych złych) prezydenta Karola Nawrockiego – jak codziennie, “na Kremlu otworzyły się butelki od szampana”. Jednocześnie przedstawiciele tego mainstreamu często domagają się, by “nie zawłaszczać patriotyzmu”, tak jakby chcieli zaproponować swój własny model tegoż. Ich „patriotyzm”, jak się wydaje, zatrzymał się w fazie dekonstrukcji wszystkiego co polskie. Podchodząc krytycznie do istnienia narodów jako wspólnot nieokreślonych i abstrakcyjnych, przedstawiciele mainstreamu występują w imieniu „ludzkości” – nieporównywalnie bardziej niedookreślonej i abstrakcyjnej. Co ciekawe, nawet z punktu widzenia „świata bez narodów” (bez pamięci historycznej, tożsamości, bohaterów, katów), czyli z perspektywy mainstreamu bezwarunkowe wspieranie Ukrainy jest szkodliwe dla „ludności, która żyje na tym obszarze”. Nie miałaby się ona jak bronić, skoro tak dużo oddała sprzętu „ludności, która żyje na tamtym obszarze” (ciekawe, że straszenie „wojną z Rosją” nie przeszkadza mainstreamowi w postulowaniu nieograniczonego rozbrajania Polski celem pomocy Ukrainie).

6. „UPA to są ich bohaterowie” – tłumaczą ukrainofile, jakby jakieś fatum zesłało niczego nieświadomemu narodowi bohaterów, których ten naród musi czcić, tak jakby bezosobowe siły sprzysięgły się przeciwko poczciwcom i kazały im gloryfikować zwyrodnialców, sadystów cierpiących dziką rozkosz z mordowania. Tak jakby to „ruska propaganda” wymyśliła ludzi rozrywanych przez konie, kobiety gwałcone na oczach mężów, dzieci nabijane na widły. Podkreślmy tu, że ci „ich bohaterowie” zamordowali dużo więcej polskich kobiet i dzieci niż sowietów. Tak jakby ci bohaterowie nie byli dla nich tak bardzo ważni, że ryzykując utratę wszelkich szans na akces do organizacji międzynarodowych wysławiają ich ulicami, pomnikami, nazwami jednostek wojskowych. Tak jakby inne narody nie miały problemu z kolaborantami nazistowskimi i nie rozliczyły się z przeszłością (Strzałokrzyżowcy na Węgrzech, Żelazna Gwardia w Rumunii). Tak jakby siepacze UPA nie robili dokładnie tego co aktualnie ukrainofile sugerują przeciwnikom – występowali przeciwko sąsiadom, gdy ci walczyli ze śmiertelnym zagrożeniem. Każdy fakt, każdy konkret, każda analiza są tak ciężkie do podważenia, że ukrainofile muszą zasłaniać się insynuowaniem „ruskiej narracji”. Wskutek wiary we własną nieomylność i zatrzymania w czasie nie widzą kuriozalności tego powtarzanego z gorliwością i bezmyślnością chat-bota sloganu. Albo myślą, że inni nie widzą. A gdyby Niemcy postawili pomnik Adolfowi Hitlerowi w centrum Berlina? Przecież oni też „mają swoją perspektywę” – może i z punktu widzenia Polaków czy Żydów był zbrodniarzem, ale z perspektywy niemieckiej spowodował wzrost gospodarczy. Wyobrażamy sobie przyjęcie takiej logiki?

7. Ukrainofile dokonali „makdonaldyzacji przebaczenia”, „makdonaldyzacji pojednania” – sięgnęli po doniosłe pojęcia, by uzasadnić nimi całkowicie nie doniosłe zamiary. To gorsze niż infantylizacja „faszyzmu” czy „stalinizmu” przez nagminne używanie tych pojęć do opisu spraw współczesnych. Siła duchowa, umiejętność wzniesienia się ponad odruch zemsty, zdolność udźwignięcia swoich krzywd – to wszystko sprawia, że przebaczenie to trudny, a zarazem piękny proces. Im szlachetniejsza jest jakaś inicjatywa, tym gorsze jest instrumentalizowanie stojących za nią wartości. „Zaiste nie w twojej mocy wybaczać w imię tych, których zdradzono o świcie” – pisał Zbigniew Herbert w „Przesłaniu Pana Cogito”. Ukrainofile, którzy przez wiele lat robili wszystko, by zamilczeć rzeź wołyńską, gdy okazało się, że narodu nie da się zmanipulować użyli „zastępczej formy zamilczenia”, czyli w tym przypadku wołania o przebaczenie i pojednanie. Nie bardzo tylko wiadomo kto i komu miałby przebaczać – ukrainofile Ukraińcom? Ci, którzy o rzezi nie chcieli słyszeć tym, którzy podobno nie mają nic wspólnego z banderowcami („to tylko historia”)? Proces pojednania miałby prawo zacząć choćby wspomniany ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski, który krzywdy narodu polskiego poniesione ze strony Ukraińców przeżył najgłębiej jak się da (tak jak Ali Agcy mógł wybaczyć Jan Paweł II) – nie wydaje się jednak, by przy obecnym stosunku Ukraińców do rzeźników z UPA ksiądz wykazałby taką chęć.

8. „Polska straci na odebraniu Orderu Orła Białego” prezydentowi Wołodymyrowi Zełenskiemu” – mówią ukrainofile, z przedziwną troską o polski interes. Co to znaczy, że „Polska na tym straci”? Teza, że „Ukraińcy walczą za nas” jest jednym z najbardziej absolutyzowanych przekonań ukrainofili, uzasadnieniem wszelkich świadczeń na rzecz Ukraińców, usprawiedliwieniem skrajnie asymetrycznej polityki. A jak rozumieć opinię (wyrażoną choćby przez Normana Daviesa), że „Polska na tym straci”? Ukraińcy stwierdzą, że skoro my nie chcemy honorować osób gloryfikujących naszych katów to oni nie będą się stawiać tej Rosji i „walczyć za nas”? Jeśli przestaniemy Ukrainie pomagać to skapituluje przed Rosjanami, bo „nie będzie bronić Polaków”? Jakie ma mieć przełożenie teza ukrainofili na realne stosunki polsko-ukraińskie (jeśli nie ma mieć jakiegokolwiek, stanowi jedynie szantaż emocjonalny)? Alternatywnym wobec stanięcia w obronie naszych przodków wyborem byłoby działanie akceptujące zbrodniczy, antypolski banderyzm. Skoro godzimy się na takie „wszystko za nic”, może dorzucimy Ukrainie Przemyśl? W imię dobrych relacji chyba powinniśmy to zrobić… Godność nie musi się opłacać i dziwne, że pamięć pomordowanych Polaków znaczy dla ukrainofili tak niewiele, że gotowi są nią handlować. Dla ukrainofili nie tyle wartości nic nie znaczą, bo w imię swoich wartości gotowi są uprawiać ukrainofilski mesjanizm. Raczej obawiają się tego, że „rozpamiętywanie”, „grzebanie w historii” (takiej terminologii używają, nie uznając przeżyć i traum rodzin bestialsko zamordowanych Polaków) może spowodować „wzrost nastrojów nacjonalistycznych”, czytaj – większą świadomość narodową Polaków.

9. Jednym z najbardziej zamiennych przejawów stosunku strony ukraińskiej do „pojednania” jest fakt, że Ukraińcy zgodzili się na ekshumacje na wielką skalę żołnierzy Wehrmachtu (ponad 100 tysięcy ciał przeniesiono na specjalne cmentarze wojskowe), a ekshumacje Polaków są prowadzone w kilkunastu miejscach z kilkunastu tysięcy.

10. Narracja o pojednaniu niesie ze sobą fałszywe wyobrażenie o symetrii krzywd wyrządzonych sobie przez obydwa narody.

11.Nikt nie mówił, by „Żydzi i Niemcy wybaczyli sobie wzajemne krzywdy”. Porównuje się polskich nacjonalistów, których dość skrajny przedstawiciel Jan Mosdorf z ONR pomagał Żydom w Auschwitz i tam zginął z szaleńczymi ludobójcami z UPA, w „Dekalogu Ukraińskiego Nacjonalisty” wyzywającymi do likwidacji wrogów, sprawcami rzezi i pogromów na masową skalę.

12.Porównuje się kolaborantów nazistowskich, seryjnych morderców z UPA z Żołnierzami Niezłomnymi, którzy z kolaborantami walczyli i ginęli w imię niepodległej Polski.

Jacek Tomczak
https://myslpolska.info/
Myśl Polska, nr 29-30 (19-26.07.2026)

Zaćmienie duszy


Ludzkość się rozpada. W ciągu zaledwie kilku pokoleń – zaledwie stulecia – byliśmy świadkami gwałtownego spadku jakości naszego wspólnego życia. To, co kiedyś było światem rzemiosła, więzi i cichej spójności moralnej, ustąpiło miejsca stworzonej przez maszyny uniformizacji, moralnemu dryfowi, nędzy środowiska, powszechnemu uzależnieniu i wszechobecnej duchowej pustce.

Symptomy są wszechobecne: narkotyki zalewają społeczności, śmieci zatykają krajobrazy, etyka traktowana jak osobliwy relikt, rodziny się rozpadają, a relacje sprowadzane są do transakcji. Wielu wyczuwa rozkład, ale trudno im zidentyfikować jego przyczynę. Przyczyna jest prosta, lecz głęboka: przestaliśmy cenić to, co realne. Zamieniliśmy świadomą relację z duszą na zwykłe rzeczy.

To nie tylko nostalgia za wyidealizowaną przeszłością. Przez większość historii ludzkości codzienne życie było przesiąknięte ludzką obecnością i intencjami. Dziecięcego konika na biegunach nie zamawiano w magazynie, lecz rzeźbiono ręcznie – być może przez rodzica lub wiejskiego rzemieślnika. Domy powstawały pod wprawnymi rękami murarzy, cieśli i kamieniarzy, którzy włożyli w swoją pracę lata wrodzonej wiedzy i osobistego zaangażowania.

Te dzieła niosły w sobie coś szczególnie potężnego: energię skupionej uwagi, zamiłowanie do rzemiosła i poczucie uczestnictwa w większej historii. Nawet prymitywne schronienia – kryte strzechą chaty wczesnych społeczności – budowano w kontekście pokrewieństwa, wzajemnego zaufania i odczuwalnej więzi ze światem żywych. Dusza w sposób widoczny przepływała przez proces tworzenia.

W rzeczywistości wszystkie obiekty materialne w boskim wszechświecie posiadają duszę – są częścią jednej, zjednoczonej, żywej macierzy. Jednak ludzie łatwiej docierają do tej duszy i rozpoznają ją poprzez bezpośredni kontakt z naturą – zwłaszcza z innymi istotami żywymi, ale także z szerszym światem przyrody, roślinami, zachodami słońca, rzekami, a nawet starożytnymi skałami. W naszym ludzkim świecie przedmioty wykonane ręcznie z tych naturalnych materiałów niosą ze sobą szczególnie silny rezonans duszy.

Te ręcznie wykonane przedmioty pełnią funkcję pomostów, niosąc ze sobą ślad zarówno boskiego stworzenia, jak i ludzkiej duszy.

Technologia przyspieszyła proces trwający od ponad stu lat. Maszyny zdominowały produkcję. Wydajność i skala zwyciężyły, zapewniając obfitość i jednorodność. Choć te przedmioty nie są pozbawione duszy, często brakuje im intymnego, ludzkiego dotyku, który sprawia, że ​​boska obecność staje się dla nas bardziej dostępna. Większość ludzi nie dostrzega już różnicy, a jednak coś istotnego uległo osłabieniu.

Masowo produkowany fotel może działać identycznie jak ręcznie robiony fotel bujany, ale ma w sobie mniej skoncentrowanego ludzkiego serca i artyzmu, które pomagają nam odczuwać głębszą energię. Siedzimy w nim bez subtelnego, nieświadomego pożywienia, które płynie ze świadomości, że inna dusza świadomie włożyła w jego powstanie całą siebie. Nasze niematerialne serce – nasze głębsze „ja” – jest częściowo głodne.

Ta materialistyczna zmiana odzwierciedla głębszy błąd filozoficzny. Przyjęliśmy światopogląd, który postrzega wszechświat jako arbitralny produkt ślepej przyczyny i skutku. Bez wiary w celowe stworzenie – czy to ujęte w Boga, sensowny kosmos, czy też celową inteligencję – życie sprowadza się do czystej biologii: organizmy konsumują zasoby, konkurują i rozmnażają się, aż do wygaśnięcia. Sens, cel i transcendencja stają się iluzjami lub w najlepszym razie produktami ubocznymi ewolucji. W takim kosmosie to, co namacalne i mierzalne, naturalnie zyskuje pierwszeństwo. Pieniądze, dobra materialne, status i przyjemność stają się miarą udanego życia. Niewidzialne wymiary – miłość, wierność, współczucie, piękno, odwaga moralna – tracą nad nami kontrolę.

Konsekwencje rozchodzą się kaskadowo. Jeśli życie jest z natury materialne, rodzina i relacje tracą swój święty ciężar. Stają się one opcjonalnymi układami, cenionymi jedynie o tyle, o ile zapewniają wygodę lub przyjemność. A jednak to właśnie w tych więziach dusza najpełniej przebywa: w niewidzialnych realiach zaangażowania, szacunku, otwartości i wspólnego cierpienia.

Kiedy priorytetowo traktujemy to, co fizyczne, a nie to, co relacyjne, podważamy samo podłoże sensu. Życie nastawione na dobro, troskę o innych i łagodzenie cierpienia wydaje się bezcelowe, gdy najwyższym dobrem jest zdobywanie dóbr materialnych. Bez wiary w coś większego niż świat fizyczny (jak Bóg, sensowny wszechświat czy wyższy cel), ludzie przestają odczuwać głęboki powód, by postępować etycznie i moralnie. Po co poświęcać się dla bliźniego, obcego czy przyszłych pokoleń, skoro ostatecznie nic nie ma znaczenia poza ciałem i jego pragnieniami?

Im bardziej oddalamy się od świadomej relacji z przesiąkniętą duszą twórczością i więzią, tym bardziej się rozpadamy. Społeczność rozpływa się w materialistycznym narcyzmie. Praca traci swoją godność jako powołanie i staje się jedynie pracą. Sztuka, architektura i przedmioty codziennego użytku stają się coraz brzydsze i bardziej jednorazowe. Otaczamy się artefaktami, które utrudniają odczuwanie duszy i zastanawiamy się, dlaczego czujemy się puści.

Niedożywiona dusza zaczyna wyrażać swoje zaniedbanie poprzez cień: uzależnienie, rozpacz, okrucieństwo i nihilizm. Jak przypomina nam myśl Junga, to, co nieświadome, nie znika – ono wybucha.

W swej istocie diagnoza ta jest zgodna z głęboką zasadą duchową, często przedstawianą jako: Nic rzeczywistego nie może być zagrożone. Nic nierzeczywistego nie istnieje. Jest to fundamentalna nauka Kursu Cudów (A Course in Miracles, ACIM), duchowego tekstu opublikowanego w 1976 roku. Została ona podyktowana psycholog Helen Schucman, która twierdziła, że ​​był to wewnętrzny głos pochodzący od Jezusa. Wers ten podsumowuje główną ideę Kursu: tylko to, co pochodzi od Boga/miłości/ducha, jest prawdziwie rzeczywiste i wieczne; wszystko inne (strach, ego, świat materialny) jest iluzją.

Projekt materialistyczny, pomimo wszystkich swoich błyskotliwych osiągnięć, opiera się na nierzeczywistości – iluzji, że sens jest drugorzędny, że dusza to przesąd, a miłość i cel to jedynie produkty uboczne materii. Te nierzeczywiste fundamenty nie są w stanie podtrzymać rozkwitającej kultury. Są zagrożone przez własną pustkę, a to z kolei zagraża nam.

Odwrócenie tego zaćmienia nie wymaga odrzucenia technologii ani powrotu do przednowoczesnych trudności. Wymaga ponownego oszacowania wartości. Musimy świadomie przywrócić świadomość duszy obecnej we wszystkim, zwracając szczególną uwagę na te drogi – naturę i ludzkie dzieło – poprzez które najłatwiej odczuwamy żywą obecność Boga.

Zaczyna się to od małych aktów: wyboru rękodzieła, kiedy to możliwe, spędzania czasu na łonie natury, głębokiego inwestowania w rodzinę i społeczność, ukierunkowania naszego celu na służbę i rozwój duszy oraz odzyskania poczucia sacrum w stworzonym świecie. Kontynuuje się to poprzez odnowę kulturową: wspieranie artystów, rzemieślników i budowniczych, którzy wypełniają swoją pracę obecnością; kształcenie w kierunku mądrości, a nie tylko użyteczności; oraz pielęgnowanie życia wewnętrznego poprzez refleksję, marzenia, relacje i etyczną praktykę.

Ludzkość nie rozpada się tylko pod wpływem sił zewnętrznych. Rozpada się, gdy zapominamy, kim jesteśmy – ucieleśnionymi duszami poruszającymi się po pełnym znaczenia kosmosie, a nie zwykłymi konsumentami w stworzonej przez maszyny próżni. Krzesło produkowane masowo może bujać się tak samo, ale ręcznie wykonane łatwiej przenosi żywy ślad innego serca, a przez to boskości.

Tylko jedno karmi to, co prawdziwie trwa. Przed nami pozostaje wybór: czy będziemy cenić to, co realne, czy nadal budować nasz świat z tego, co nierealne? Los duszy ludzkości wisi na włosku.

________________

The Eclipse of the Soul, Todd Hayen, Jul 18, 2026

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org
https://off-guardian.org/2026/07/18/the-eclipse-of-the-soul/

piątek, 17 lipca 2026

Czy Evola jest rzeczywiście taki niebezpieczny, jakim go malują?

 Evola – morderca młodzieży – ale i dojrzalszych, łysawych też?


Artykuł pod tak dramatycznym tytułem, można znaleźć na stronie Pana profesora Dakowskiego.

Pan profesor Dakowski ostro krytykuje niejakiego Juliusza Evolę, z jego krytyki:

W polemice pisałem przed paru laty: Na pewno nie jest (i nie będzie) moim zamiarem tłumaczyć katolikom, co to Kali-yuga. Itp.. Także nie będę rozróżniał Hiperborei i Thule oraz Ultima Thule. To wszystko – wg. mego Mistrza F. Konecznego – to myślenie medytacyjne – bez podstaw DOŚWIADCZALNYCH. Ja to brutalniej nazywam sufitologią.
***
Przede wszystkim należy dokonać tu hierarchicznego uporządkowania idei. Pan profesor zajmuje stanowisko naukowe, możemy szanować Feliksa Koniecznego za jego myśli, nazywać go Mistrzem, ale przecież nie mistrzem duchowym, który zna i doświadcza Królestwa nie z tego świata (świata narodzin, starości i śmierci, świata którego postać przemija).

Zatem jako nauczyciel i mistrz, Feliks Konieczny może nas nauczyć z pewnością wielu ciekawych rzeczy, ale tak naprawdę nic z tego co ważne. Dlaczego? Otóż brakuje mu podstaw doświadczalnych, takich jakimi dysponował np święty Antoni.

Zatem co do "podstaw doświadczalnych" jest bardzo nieliczne grono tych którzy, w oparciu o własne doświadczenie mogą objasniać Naukę Jezusa, gdyż jak wiadomo mogą to tylko ci, którzy posiadają ducha, w którym Jezus wygłaszał swe Nauki. I przeważnie do takiego rozumienia dochodzi się poprzez "myślenie medytacyjne", posty, nocne czuwania, itp. A już na pewno poprzez zaparcie się samego siebie, gdyż same posty i nocne czuwania mogą u mniej inteligentnego ucznia Jezusa sprowokować dumę i pychę, czyli przeciwieństwo tego w jakim celu się je powinno praktykować.

Oprócz bycia naukowcem, pan profesor jest również wierzącym katolikiem. Czy nauka o Trójcy świętej jest dla niego "myśleniem medytacyjnym", czy też kiedykolwiek mówi on o Trójcy świętej, mówi on na podstawienie swego bezpośredniego doświadczenia i wiedzy, z taką samą pewnością jak wie on, że sól jest słona a miód słodki?

Evolę możemy widzieć jako człowieka tak zwanej kultury wyższej, z aspiracjami do promowania wartości duchowych. Tym samym, nie jest jakimkolwiek zagrożeniem dla przeciętnego katolika, a to z tego powodu, że przeciętny katolik zupełnie Evoli nie potrzebuje. Na czym zatem miałaby polegać jego szkodliwość?

W dziedzinie filozofii zasada "wróg naszego wroga jest naszym przyjacielem" jest bardzo złym doradcą, gdyż jest wiele błędnych poglądów, wzajemnie się zwalczających, i to że jakiś pogląd zawiera w sobie słuszną krytykę jakiegoś błędu, nie czyni go odpornym na inne błędy. (Często zresztą, zajęcie opozycji wobec danego błędu, samo w sobie jest błędem- np są pytania źle zadane, zawierające błędne założenie. Zatem wszelka na nie odpowiedź, pozytywna czy negatywna, wciąga nas w dialektykę opartą na fundamentalnie błędnym założeniu).

W dziedzinie duchowości jednak, o ile rozpoznamy naszego głównego wroga, inne duchowości stojące w opozycji to tego arcywroga, powinny być tolerowane. Oczywiście skoro są inne, to siłą rzeczy zawierają pewne błędy doktrynalne, zatem podążając za nimi nie można się przecisnąć przez wąską bramę prowadzącą do Królestwa Niebieskiego nie z tego świata. Ale przecież i tak niewielu się przez nią przeciśnie.

Jeżeli te duchowości promują przestrzeganie moralnych wskazań, to przynajmniej gwarantują podążającym nimi, że nie znajdą się w piekle. A to już jest coś, co czyni je godnymi i wartymi pewnego szacunku, o czym każdy wyznawca Talmudu dowie się jak tylko zionie ducha.

Zatem generalnie, w duchowości, gdzie podstwą jest przestrzeganie moralnych wskazań (samo w sobie oczywiście nie wyzwalające ale przynajmniej chroniące przed piekłem czy zezwierzęceniem) zasada "wróg naszego wroga ...", ma pewien sens. I teraz fakt, że na przykład na buddyjskim forum zarządzanym przez kulturalnych marksistów Evola wydaje się być personifikacją sił ciemności, co jest już jakąś dla niego pozytywną rekomendacją.

Co prawda dla niewtajemniczonych, entuzjazm kulturalnych marksistów dla Nauki Buddy, nie wydaje się być dla Buddy zbyt dobrą rekomendacją... Nie mniej, promowanie zboczeń seksualnych jako normy, podważanie podstaw zdrowego społeczeństwa przez rekomendację "małżeństw" pomiędzy osobnikami tej samej płci, i innych arcyszkodliwych idei jak transgender, nic z takich rzeczy nie ma jakiegokolwiek wsparcia w Nauce Buddy. W Nauce Buddy zresztą najważniejszy podział jest na tych, którzy widzą i wiedzą o śmierci, iż jest nietrwała, determinowana i powstała wspołzależnie, zatem wiedzą też o drodze, idąc którą nie zazna się śmierci na wieki; i resztę stawiajacych się na równi z Bogiem, poprzez wyobrażenie "jestem".

[W największym skrócie "jestem" jest o tyle boskie, że zawiera w sobie przekonanie o trwałości czy lepiej, wieczności: to czym jestem, jestem na zawsze. A jednak ludzie, którzy nie zaparli się samych siebie i nie mający głębszego zrozumienia Nauki Jezusa, rzutują tą trwałość poprzez "jestem tym czy tamtym" na nietrwałe rzeczy przestrzeni i czasu. Tak powstaje tak zwana osobowość, która musi przeminąć, wraz z postacią świata tego.]

Tylko ci co zaparli się całkowicie siebie, tak że nie powstaje u nich myśl "jestem" przecisneli się przez wąską bramę. Mniej zaawansowani są ci, którzy widzą postawę "jestem" jako esencję grzechu pierworodnego, gdyż choć nie wolni jeszcze od wpływu tego grzechu, widzą już drogę prowadzącą przez wąską bramę. Ale to dygresja.

Inną dygresją na którą możemy sobie tu pozwolić jest to, że kulturalny marksista / buddysta nie koniecznie jest człowiekiem z gruntu złym. Niestety ignorancja w Nauce Buddy nie jest "okolicznością łagodzacą", przeciwnie. Np perfidny typ, który promuje ideologię transgender dla zysku materialnego, często zdaje sobie sprawę do jak wielkiego cierpienia się przyczynia, szerząc konfuzję wśród młodych ludzi, natomiast entuzjasta, który święcie wierzy, że dobro jest po jego stronie, wierząc że zwalcza obskurantyzm, nieuzasadnione uprzedzenia, bigoterię itp, zwykle może narobić więcej szkód niż opłacony najemnik sił ciemności.

Zatem co jest głównym wrogiem ducha w obecnych czasach? Zdecydowanie ateizm i bezduszny materializm. Idea "więcej pić a mniej zakąszać" - remedium Jerofiejewa na te trucizny ducha, prawdopodobnie ogłoszona z myślą iż lepiej z marskością wątroby wejść do Królestwa Niebieskiego niż pozostawać duchowym kaleką i sługą grzechu, który na zawsze przebywa poza Domem - niestety nie uwzględnia tego iż sam spirytus, na przekór wydawałoby się entymologicznemu podobieństwu, jest jednak wrogiem ducha. By poznać wyzwalajacą Prawdę, należy posiadać trzeźwy umysł (oczywiście trzeźwość ma tu także głębsze znaczenie). Poza tym albo albo, jak mawiał Kierkegaard. Albo szukamy pociechy duchowej naśadując Jezusa, albo znajdujemy ją w czystej wyborowej.

Kiedy Mircea Eliade odwiedził pewnego ranka sparaliżowanego Evolę, ten wymusił na nim strzemiennego, i jako że podał do tego jakieś duchowe uzasadnienie, (symboliczny gest braterstwa) Eliademu nie wypadało odmówić. (Choć później w swym dzienniku dość mocno narzekał).

Gdyby profesor Dakowski nawiązał w swym artykule do tego incydentu, i surowo skrytykował Evolę za takie postepowanie, można by mu przyznać rację.

Ale co panu Dakowskiemu szkodzi, że Evola próbuje "uduchowić" przeciętnego Europejczyka, który tak czy tak dawno już przestał traktować Naukę Jezusa na tyle poważnie, by choć przestrzegał celibatu? Już nic nie mówiąc o oddawaniu się medytacji (sufitologii?) w kontemplacyjnej celi.

A przecież wiadomo, że na poziomie ducha, wystarczy patrzeć pożądliwie na niewiastę, by cudzołożyć. I któż rozsądny przedkładałby prymitywną kopulację nad Królestwo nie z tego świata? Oczywiście żaden rozsądny człowiek. Niestety we współczesnym świecie ludzi rozsądnych mało.  Evola jako człowiek kultury wyższej, przynajmniej stara się uczyć współczesnego człowieka o wyższych wartościach duchowych. Tak się składa, że poglądy polityczne pana profesora są poglądami mniejszości. W Polsce często takie poglądy są wspierane przez katolicką wizję. Na Zachodzie Europy, ludzie z takimi poglądami rzadko już są zwiazani z jakąś religią, a część to nawet -z uwagi na niedouczenie historyczne - widzi chrześcijaństwo jako siłę która osłabiła i osłabia Europę.

Takim ludziom Evola raczej może tylko pomóc. Jego książka o Nauce Buddy, choć siłą rzeczy zawiera błędy, i tak stoi powyżej przeciętnej książki o Dhammie. No i co ważniejsze, była wystarczająco dobra, by zachęcić bardzo inteligentnych i dobrze wykształconych brytyjczyków, by zostali mnichami. Jeżeli ktoś już należy do pewnej tradycji duchowej, to Evola zasadniczo jest mu na tym poziomie zbędny. Lepiej czytać Ojców Pustyni. Ale na niższym poziomie, to po prostu niezły pisarz i jego krytykę współczesnej cywilizacji po prostu czyta się dobrze.

Podsumowując, Evola nikogo nie morduje, bo przecież nikt kto rozumie Jezusa, na poziomie gdzie mogą i następują narodziny w duchu i prawdzie, gdzie Prawda ma właściwości wyzwalające, nie będzie traktował Evoli zbyt poważnie. Co mu jednak nie koniecznie musi odbierać przyjemność czytania o Kaliyuga. Ten akurat termin nie jest wymyślony przez Evolę i pochodzi, o ile się orientuję, z tradycji hinduizmu. Termin, choć brzmi obco, po prostu oznacza czas ciemności duchowej. Inteligetny człowiek posiadający wiarę w Jezusa co prawda nie potrzebuje zupełnie hinduizmu. Nie mniej więcej oparciu o opisy Kaliyugi -jak jest inteligetny- to musi przyznać, że hinduistyczni mędrcy, bardzo dobrze i dokładnie opisali czasy w których żyjemy.

Oczywiście każdy ma swoje gusta literackie i swoje wybrane "fałszywe bóstwa", które uważa za stosowne zwalczać. Dla mnie, znacznie groźniejszym fałszywym bóstwem współczesnego świata jest może nie sama nauka, ale absolutnie niezasłużona cześć i szacunek jakim się ją obecnie obdarza. Ostatecznie tak naprawdę nauka nie zajmuje się niczym ważnym, i samo to, że przyczyniła się do uczynienia naszego życia wygodniejszym, jest raczej dwuznaczne.

Już nic nie mówiąc o negatywnym wpływie "odkryć" naukowych na masy ludzkie. Ziema, z nieruchomego centrum stała się kosmiczną prowincją, człowiek, pokrewny Bogu, okazał się krewnym szympansa. Takie "odkrycia" miały i mają negatywny wpływ na duchowość mas ludzkich, od których i tak nigdy nie można było oczekiwać nic więcej, niż tego by jako tako się zachowywały, by choć przez hipokryzję oddawały hołd cnocie. "Odkryciach", gdyż domniemanie krążenie Ziemi wokół słońca jak i w okół własnej osi, z zwrotną szybkością,  jest nie tylko teorią sprzeczną z naszym  bezpośrednim doświadczeniem zmysłowym, lecz także taka "mobilność Ziemi" nie została jasno i bezsprzecznie udowodniona.

Już nic nie mówiąc o pokrewieństwie z szympansem. Jeżeli takie pokrewieństwo faktycznie istnieje, to raczej - zgodnie z Suttami, to szympans de-ewoluował z człowieka, co akurat na poziomie jednostek a nie całego gatunku można łatwo zaobserwować tu i teraz. Zrobienie z siebie małpy, nie jest niczym niezwykłym, to banalna codzienność, wystarczy się tylko rozejrzeć by spostrzec taki fenomen. Walka o dominację, samiczki i żarcie, to fundament etyczny całkiem sporej grupy.

Od teorii względności do relatywizmu moralnego jest jeszcze pewien dystans do przebycia, tyle że sama ta teoria wydaje się filozoficznie absurdalna i sprzeczna logicznie,  miała i ma wpływ na ludzkie umysły taki sam jak informowanie młodych ludzi o istnieniu 56 rodzajów płci. Nic dziwnego, że wymyślił ją żyd, i że był on i jest promowany przez to plemię jako geniusz wszechczasów.

I tu proszę, co pisze Evola o tak zwanej teorii względności: (Nie jestem pewny czy rzeczywiście obliczenia co krąży wokół czego mają się tak jak mówi Evola)

A simpleminded example can make this state of affairs plain. Whether Earth moves around the Sun, or the Sun around Earth, from the point of view of Einstein’s “cosmic constant” is more or less the same. One is no more “true” than the other, except that the second alternative would involve the introduction of many more elements to the formulae, thus a greater complication and inconvenience in the calculations. For the person unconcerned with one system being more complicated and inconvenient than another, the choice remains free; this person could calculate the various phenomena starting either from the premise that Earth revolves around the Sun, or from the opposite premise.
This banal and elementary example clarifies the type of “certainty” and knowledge to which Einstein’s theory leads.
Evola - The Procedures of Modern Science


Tu o "ukąszeniu tarantuli", czyli o opentaniu współczesnego człowieka pracą i o otium

https://varapanno.blogspot.com/2022/09/the-tarantulas-bite.html

Podsumowując, w żadnym razie nie można uważać Evoli za jakiegoś mistrza duchowego. Nawet na niższym poziomie pewno to i owo można u niego skrytykować. Jak dla mnie jednak stoi on raczej w opozycji do sił ciemności, był dobrym pisarzem i przynajmniej pewne rzeczy które napisał, czyta się z przyjemnością.

No ale to spojrzenie "mola książkowego", który potrafi docenić inteligentnego pisarza. Gdyby ograniczyć lektury tylko do tych, którzy sami doznają wieczności wolnej od przemijania, pustelnicza biblioteka mieściła by się na paru półkach. Nie byłoby tam też Feliksa Koniecznego. 😉

poniedziałek, 13 lipca 2026

„Mego dziadka piłą rżnęli, myśmy wszystko zapomnieli”


Stanisław Wyspiański „Wesele”

Jak co roku, w dniu 11 lipca wraca pamięć o bestialsko zamordowanych w czasie Rzezi Wołyńskiej – bezprecedensowego aktu ludobójstwa dokonanego przez siepaczy z Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii. Wtedy bowiem nastąpiła kulminacja zbrodniczych działań tych organizacji, wymierzonych przeciwko ludności polskiej na Wołyniu. W dniu 11 lipca 1943 roku nazwanym później „krwawą niedzielą” oddziały UPA dokonały ataku na 99 polskich miejscowości na terenie Wołynia, głównie w powiatach horochowskim i włodzimierskim. Cała akcja była dokładnie zaplanowana i odbywała się pod hasłem; „Śmierć Lachom”. Bandyci wkraczali do wsi i osad, otaczając budynki i uniemożliwiając mieszkańcom drogę ucieczki. Ludność polska była mordowana w szczególnie okrutny sposób – często przy pomocy wideł, siekier, czy też pił do cięcia drewna. Bardzo często podpalano też budynki, do których zapędzano miejscową ludność. Oto kilka przykładów:

w Gucinie, w powiecie włodzimierskim – w dniu 11 lipca 1943 roku zamordowano około 140 osób (część mieszkańców spalono w okolicznej kuźni),
w Nowinach, w powiecie włodzimierskim – w dniu 11 lipca 1943 roku zabito około 80 osób za pomocą siekier i granatów wrzucanych do budynków,
w Orzeszynie, w powiecie włodzimierskim – w dniu 11 lipca 1943 roku rozstrzelano, względnie zakłuto bagnetami około 300 mieszkańców,
w Sądowej, w powiecie włodzimierski – w dniu 11 września zamordowano około 160 mieszkańców,
w Porycku, w powiecie włodzimierskim – w dniu 11 września 1943 roku zamordowano co najmniej 220 osób, (około 100 mieszkańców zginęło w obłożonym słomą i podpalonym kościele).
To tylko niektóre z czystek etnicznych dokonanych podczas „krwawej niedzieli” przez oddziały UPA. Należy pamiętać, że „krwawa niedziela” była tylko jednym z etapów Rzezi Wołyńskiej, w czasie której zginęło co najmniej 100 000 osób. Ale nie tylko o liczbę tutaj chodzi. Sprawcy masowych zbrodni na Wołyniu wykazywali się bowiem niespotykanym okrucieństwem, które szokowało nawet żołnierzy Wehrmachtu. Zwykle nie kończyło się na strzale w tył głowy, lecz ofiary były bestialsko torturowane przed śmiercią, bądź sama śmierć była zadawana w niezwykle bolesny sposób.

Chodziło nie tylko o fizyczną eliminację ludności polskiej, lecz zadanie ofiarom maksymalnego cierpienia. Jak wspomniał Jan Michalewski: „Palono całe wsie, rabując dobytek ofiar. Napadnięci ginęli od uderzeń siekierami, przebijani widłami, kosami, przybijani żywcem do domów z wykutymi oczami. W instrukcjach UPA odkryto po wojnie ponad 300 opisanych sposobów tortur dzieci, kobiet i mężczyzn. Śmierć od kuli była najlżejsza i o nią modliły się ofiary, gdy gasły nadzieje na uratowanie życia” [1].
Dr Urszula Szumska, będąca cenionym historykiem i pedagogiem, działającym w powstałym z inicjatywy Stronnictwa Narodowego Komitecie Ziem Wschodnich we Lwowie i badającym zbrodnie dokonane na Wołyniu, odnotowała w swoim archiwum przykłady tortur zadawanych ofiarom przez banderowców, wśród których było między innymi: rozpruwanie brzucha, obdzieranie żywcem ze skóry, wbijanie gwoździ w głowę, wybijanie stawów, wyjmowanie oczu, skalpowanie głowy, odcinanie różnych części ciała, czy też podpalanie [2]. Oczywiście sposobów zadawania ekstremalnego cierpienia ofiar było dużo więcej – siepacze z oddziałów UPA byli w tym zakresie bardzo pomysłowi.

Szokująca jest nie tylko skala, charakter i sposób przeprowadzenia zbrodni na Wołyniu. Szokujące jest także jednoznaczne poparcie obecnych władz Ukrainy dla zbrodniczych formacji odpowiedzialnych za Rzeź Wołyńską i jej przywódców. Kult przywódcy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów Stephana Bandery jest na Ukrainie (zwłaszcza w zachodniej jej części) powszechny, czego potwierdzeniem są ulice i pomniki Bandery, poświęcone mu muzea oraz szkoły jego imienia.

Dotyczy to także innych dowódców Ukraińskiej Powstańczej Armii, w tym bezpośrednio odpowiedzialnych za ludobójstwo dokonane na Wołyniu – Romana Szuchewycza i Dmytro Klaczkiwskiego. Znamienne, że Szuchewycz został w 2007 roku pośmiertnie odznaczony tytułem bohatera Ukrainy, a niedawno komisja lwowskiej rady obwodowej zaproponowała aby rok 2027 ogłosić rokiem Szuchewycza, z okazji 120 rocznicy jego urodzin. Władze niepodległej Ukrainy nie tylko nigdy nie przeprosiły za zbrodnie popełnione w czasie Rzezi Wołyńskiej, ale uznają jej inspiratorów i wykonawców za bohaterów narodowych. Symbolicznym tego przykładem było niedawne nadanie Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” imienia „Bohaterów UPA”.

Tym bardziej niezrozumiałe są próby relatywizacji Rzezi Wołyńskiej, bądź też ignorowanie tej straszliwej zbrodni przez polskich polityków W 2013 roku posłowie Platformy Obywatelskiej (z wyjątkiem 10) sprzeciwili się projektowi uchwały Sejmu, w którym Rzeź Wołyńska została nazwana ludobójstwem. Podczas przemówienia w trakcie wydarzeń na Majdanie Jarosław Kaczyński wzniósł używane przez banderowców hasło „Sława Ukrainie!” na co zebrany tłum odpowiedział – „Herojam sława!”.

Powtórzył to zresztą potem prezydent Polski Andrzej Duda. Pamiętamy również ówczesną wicemarszałek Sejmu Małgorzatę Gosiewską, fotografującą się z ochotnikami OUN i tłumaczącą, że bojownicy tej formacji nie są antypolscy, a ich głównym celem jest walka z Rosją. Ten tok myślenie jest obecny do dzisiaj. Całkiem niedawno wiceminister polskiego rządu Andrzej Szeptycki porównał siepaczy z UPA do „żołnierzy wyklętych”. Z kolei eurodeputowany Robert Biedroń odnosząc się do aktu podarcia banderowskiej flagi przez Ewę Zajączkowska-Hernik stwierdził, że „Putin musi być z niej dumny”.

Czy zatem relatywizowanie zbrodni ukraińskich szowinistów z OUN-UPA i usprawiedliwianie ich współczesnych gloryfikatorów nie jest pluciem na groby ofiar Rzezi Wołyńskiej? Z całą pewnością. Tylko czy odpowiadają za to wyłącznie politycy? Ktoś przecież tych polityków wybrał. Ktoś dał im mandat do pełnienia funkcji publicznych. Ktoś godzi się na to, aby wznosili okrzyki „Sława Ukrainie!” i udzielali nieograniczonej pomocy finansowej gloryfikatorom Rzezi Wołyńskiej. Czy zapomnieliśmy już o mordowanych widłami i siekierami naszych rodakach na Wołyniu? Czy „garstka sprawiedliwych” biorących udział w obchodach rocznic Rzezi Wołyńskiej i przypominając ten przerażający akt ludobójstwa, to nie za mało aby uznać, że mamy szacunek dla własnej historii i potrafimy zachować pamięć o naszych przodkach?

[1] Piotr Olejarczyk: „Rzeź na Wołyniu: Śmierć od kuli była najlżejsza” – https/histmag.org,

[2] Paweł Sokołowski: „Ofiary i liczby. Dokumenty zbrodni wołyńskiej o okolicznościach śmierci Polaków” – https:/przystanekhistoria.pl.

Michał Radzikowski
https://myslpolska.info/