Warszawska codzienność
Warszawska codzienność jest dziś udziałem sześciuset tysięcy mieszkańców stolicy i około stu tysięcy ludzi dojeżdżających z osiedli podmiejskich. Ulice aż huczą życiem, ruch automobilowy jest spory, taksówek przeszło tysiąc, przed Dworcem Głównym czekają całym stadem, żadnych ograniczeń benzyny (jest węgierska, rumuńska albo sowiecka), upłynnia się tą drogą nasz węgiel – mówią. Jeżdżą zaś bardzo „żywiołowo”, jak zauważył szofer mojej taksówki, wymijając pędzącego kolegę. Poza tym konne dorożki, tramwaje i autobusy, a także ciężarówki pasażerskie, zwożące co rano urzędników poszczególnych instytucji z oddalonych punktów przedmieścia. Odbudowano lub zbudowano na nowo dwadzieścia pięć linii tramwajowych, siedemnaście linii autobusowych i trzy trolejbusowe, które dysponują trzystu czternastoma wozami tramwajowymi, sześćdziesięcioma siedmioma autobusami i dwudziestoma jeden trolejbusami. Obsługują one w samej Warszawie łącznie trasę o długości 222,9 kilometra.
Restauracje są liczne, kawiarnie ludne, sklepów z zapełnionymi wystawami co niemiara, bardzo wiele księgarń, w bramach domów antykwariaty, kioski z papierosami sprzedają nie tylko wyroby Monopolu Tytoniowego, ale także papierosy amerykańskie w każdej ilości, po trzysta złotych za paczkę po piętnaście złotych za sztukę. Najtańsze polskie triumfy lub nysa kosztują po sześćdziesiąt złotych za paczkę. Wielu ludzi kupuje papierosy na sztuki.
Ruchem kierują milicjanci w białych, lnianych mundurach (jest lato) i białych okrągłych czapkach z daszkiem. Są na ogół grzeczni, ale stanowczy w przestrzeganiu przepisów ruchu ulicznego. Zaraz pierwszego dnia przedstawił mi któryś z nich d o r a ź n y n a k a z k a r n y N r 4 8 4 4 8 (!) na pięćdziesiąt złotych za przejście przez ulicę Marszałkowską w nieodpowiedniej chwili. „To dla pańskiego dobra” – mówi, inkasując pieniądze i mrugając do mnie porozumiewawczo. Że niby trudna rada, ale taki jest jego obowiązek.
W związku ze zmianami nazw ulic, przywracanych teraz częściowo do dawnego, historycznego brzmienia […] oraz zmianą nazwy policjantów na milicjantów krąży po Warszawie następująca historyjka z pierwszego okresu po „wyzwoleniu”:
– Przepraszam, panie posterunkowy…
– Nie mówi się „panie posterunkowy”, mówi się „obywatelu milicjancie”.
– Chciałem trafić na Aleje Ujazdowskie…
– Mówi się aleja Stalina.
– No to może mi pan jeszcze powie, czy most przez Wołgę już stoi, bo ja chciałbym potem na Pragę…
Warszawskie kpiarstwo nadal kipi i kwitnie.
W restauracjach jadłospisy podają wybór potraw co najmniej tak liczny jak przed wojną. Jedzenie znakomite, obfitość porcji także tradycyjna. Siedzę z pewnym brzuchatym jegomościem przy chłodniku z szyjkami rakowymi i pulardzie z kapłona, zakrapianej gęsto śliwowicą. Jest z tych, którzy bywają za granicą.
– Ile razy jestem z powrotem w Polsce, oddycham znowu pełną piersią – mówi. Ale gest, którym okrasił to powiedzenie, jest gestem zaczynającym się na wysokości brzucha i obrysowującym jego mocno wydatny kształt z góry na dół.
Mimo cen, wydających się na przeciętną skalę zarobków w Polsce bardzo znacznymi, wszędzie pełno. Ale podają w każdej restauracji od trzeciej do piątej obowiązkowo także obiad tak zwany klubowy – za sto pięćdziesiąt złotych, i popularny – za sześćdziesiąt pięć złotych. Taki obiad składa się z dwóch dań, nie tylko jadalnych, ale na ogół także najadalnych. Sam sprawdziłem1.
Powiedziałem, że lokale są pełne. Skąd ludzie mają jeszcze pieniądze w Polsce? Rzecz prosta, że zwykły robotnik nie może sobie pozwolić na bywanie w takich restauracjach, chyba że należy do przodowników pracy, to znaczy, że wyrabia jakieś nadnormy, premiowane często bardzo wysoko. Skąd więc, powtarzam, biorą się te pieniądze, których wydawanie w lokalach warszawskich odbywa się tak szeroko?
Trzeba tu stwierdzić przede wszystkim, że zarobkowe możliwości dla człowieka ze zdolnościami, z głową i z nosem są w Warszawie większe niż gdzie indziej, a wynikają w ogóle z tendencji kumulowania kilku posad, co oczywiście reprezentuje ogromne przeciążenie pracą dla tych, którzy nie trudnią się interesami. Przeciętna urzędnicza pensja także przecież waha się od jakich ośmiu do piętnastu tysięcy złotych. Inicjatywa prywatna, chociaż tępiona i coraz bardziej naciskana podatkami, jeszcze się jednak broni. Bronienie to daje często smutne skutki, zwłaszcza odkąd wzięto się do badania księgowości przedsiębiorstw za rok 1946. Wykryte nadużycia prowadzą bez pardonu za kratki i zmniejszają wydatnie liczbę przedsiębiorczych albo wykazujących się nadmierną inicjatywą ludzi. Są wprawdzie tacy, którzy w czasie okupacji porobili majątki; przepuszczają je teraz, ponieważ istnieje obawa, że utrzymać je będzie zbyt trudno. Paradoks, że się w Polsce najlepiej powodzi kapitalistom, ma nogi coraz krótsze, żyje się więc przeważnie z ręki do ust.
Naukowa i literacka praca daje dochody stosunkowo najmniej krępowane przepisami i naciskiem podatków. „Nie zapominaj – mówił mi jeden z kolegów po piórze – że Polska to dzisiaj przede wszystkim księstwo pisarzy”. Ale o tym potem, osobno.
Lokale znajdują się na ogół pod obserwacją kontrolerów skarbowych, interesujących się wcale żywo każdym klientem, który rzuca pieniędzmi. Niech no który zwróci ich uwagę, a może mu się zdarzyć rewizja, nalot albo desant (jest, zdaje się, rozróżnienie intensywności w tych trzech pojęciach) Skarbowej Komisji Specjalnej, która wtrąca się człowiekowi do najbardziej prywatnych rachunków i wymaga od niego przekonujących dowodów na każdy wydatek i każdą sumę, jaka przepłynęła przez jego ręce. Potrafi ten obyczaj niejednemu na długo zakłócić poczucie spokoju, zwłaszcza jeżeli przy tej okazji Komisja trafi na najmniejszą nieścisłość, która podpada pod rubrykę karalnych nadużyć. Sankcja podatkowego domiaru, wyznaczanego w zależności od oceny pobocznego zarobku, który nie został zapisany w deklaracji dochodów, kładzie niejeden prywatny interes na obie łopatki. Mania robienia interesów na lewo jest pozostałością wojenną, która wykształciła się u wielu ludzi w nieprzeczuwany przedtem talent i stanowi w dzisiejszej sytuacji niebezpieczny już i tępiony nawyk.
W związku z owymi niedyskretnymi pytaniami, jakie grozić mogą klientowi, który płaci podejrzanie wysoki rachunek w restauracji, opowiadają popularną anegdotę, że pociągnięty w tej sprawie za język gość na pytanie, jaki jest jego zawód, odpowiada:
– Zawód? Nauczyciel.
– A ile też pan zarabia jako nauczyciel?
– Około ośmiu złotych miesięcznie.
– Jak może pan wytłumaczyć w takim razie wydatek kilku tysięcy złotych na dzisiejszą kolację? Czyżby miał pan dochody poboczne?
– A oczywiście, że mam. Daję prywatne lekcje.
– I przynoszą panu aż tyle?
– A tak. Bo przecież mam między swoimi uczniami jednego ministra, którego przygotowuję do matury, i jednego generała, którego uczę po polsku…
Jeszcze przed rokiem uważano, że na przykład kawiarnia w Warszawie jest jednym z najlepszych interesów, jakie sobie można wyobrazić. Znamiennym objawem zmiany tego mniemania jest okoliczność, że istnieją obecnie oferty na kupno prosperującego lokalu tego typu, na który jeszcze niedawno było sporo amatorów z pieniędzmi, dziś natomiast trudno ich już znaleźć. Jest to wynik przewidywań, że interesy „lokalowe” będą się raczej kurczyć, niż rozwijać.
Zaszła też w Polsce spora i powszechna zmiana stylu w ubiorze, wynikająca z podrównania robotnika, a zwłaszcza chłopa, pod jakiś lepszy, zamożniejszy standard, i jakby zmniejszenie liczby dobrze, po europejsku ubranych ludzi. Wrażliwość na sprawy ubrania jest bardzo różna, zależna nie tylko od oczu, ale także od znawstwa obserwatora. Mogę powiedzieć, że mimo pewnych oznak niedostatku, jeżeli idzie o przyodziewek, zilustrowany choćby faktem wielkiej różnorodności stroju, bo o wybór w warunkach ich życia trudno i każdy ubiera się „w com ta miał”, ogólnie przecież na ulicy warszawskiej przechodnie ubrani są lepiej, niżby się tego można po nich spodziewać. Najgorzej wyglądają od strony butów. Wielu chodzi w pantoflach tenisowych. Ostatnio dopiero Bata w wyniku wymiennych umów między Polską a Czechosłowacją rzuciła na rynek trochę taniego, ale też niezbyt solidnego obuwia. Mężczyźni często w bryczesach i butach kawaleryjskich (krój oficerski). Tak pono chodzili w czasie okupacji. Są w pumpach, z wykładanym à la Słowacki kołnierzykiem i w „bandytówce”, czyli czapce z daszkiem na bakier. Wyglądają dość „pumpatycznie”, twierdził jeden z moich przyjaciół. Wśród młodzieży moda wojskowo-harcerska – bardzo krótkie spodenki, kurtki czasem białe, lniane, z krótkimi rękawami. Spotyka się jednak piękne i dobrze ubrane kobiety, które z właściwym swemu gatunkowi i przysłowiowym dla Polek kunsztem potrafią nawet z niczego ubrać się popisowo. Ubrania mężczyzn są na ogół wymięte, sporo mundurów bez odznak, noszonych w zastępstwie cywilnego ubrania z cywilną koszulą na przykład albo cywilnymi spodniami do wojskowej bluzy. Są nawet mundury amerykańskie z unrowskich darów jakoby. Po kroju munduru poznać można jego pochodzenie. Można odróżnić andersowca od byłego żołnierza 1. Dywizji albo 1. Armii. Czarny naramiennik identyfikuje żołnierzy Maczka.
Panuje dość powszechnie „bezkrawacie”. Można nawet powiedzieć, że istnieje w tej dziedzinie tendencja brawurowania i demonstracyjne zapominanie o nim, jako wyraz dostosowania się do aktualności, więc trochę poza, widoczna zresztą raczej na niższych szczeblach społecznych, a nie kopiująca przykładów z góry. Istnieje jednak i inne także podejście do tego zjawiska.
– Proszę pana, ja w czasie powstania umierałem trzy razy dziennie, to pan rozumie, że dla mnie sprawa, czy kto ma, czy nie ma krawata, nie może być ważna. Bylebym miał własne łóżko, które znów mam od niedawna. Podejrzewałem bowiem, że to bardzo trudne od odzyskania, jak się to raz straciło. Spałem w rezultacie przez jakiś czas z pewnym starszym jegomościem, z którym naprawdę nic mnie nie łączy, i dlatego dotąd uważam, że od ubrania ważniejsze jest łóżko…
Istnieje poza tym moda medali i odznak. Sporo odznak byłych więźniów obozów koncentracyjnych w klapach od marynarki. Związek byłych więźniów kacetu2 obejmuje tych tylko, którzy przesiedzieli co najmniej trzy miesiące. Mira Zimińska, zawsze pełna humoru i werwy, a mająca za sobą t y l k o dwa i pół miesiąca, rozpytywała się któregoś wieczoru, gdzie tu można odsiedzieć jeszcze dwa tygodnie, aby mieć prawo wstąpienia do Związku. Spotyka się jakichś młodzieńców, którzy nawet na cywilnej kurtce noszą swoje Virtuti i inne krzyże naturalnej wielkości. Widuje się całe serie baretek. Jeżeli pomyśleć, że to jedyna nagroda i dorobek wojenny tych ludzi po paru latach najcięższych przeżyć, nie ma się właściwie czemu dziwić.
Pije się w Polsce wiele. Istnieje już jednak w społeczeństwie jak gdyby instynktowny odruch przeciwko temu rozpiciu, które jest nie tylko jednym z przyzwyczajeń okupacyjnych, ale nadal leży tym ludziom we krwi jako najtańszy dziś środek rozrywki, oszołomienia i ucieczki od codzienności, choć już także stanowi codzienność. Pije się w Polsce za pięćdziesiąt miliardów złotych rocznie. Czytam na słupach ogłoszeniowych afisze plebiscytu jednego z tygodników: „Czy pijaków należy leczyć?”, obok ogłoszeń sztuki Ladacznica z zasadami Sartre’a […].
Trochę zabawnie brzmią rozwieszone w niektórych lokalach nocnych ogłoszenia jakiejś tam ligi do walki z alkoholizmem, mówiące, że ludzi w stanie nietrzeźwym nie wolno wpuszczać. Cóż, kiedy przeważnie wypuszcza się ich właśnie w takim stanie.
Ile razy mowa o polskim pijaństwie, nie mogę oprzeć się przypomnieniu rozmów z Karolem Szymanowskim, kiedy mu się marzyło, jaka wspaniała byłaby ta Polska, gdyby się w niej piło nie wódkę, ale wino. „Bo uważasz, złotko, wino to przecież słońce, ta wódka to jednak kartofle”. I już całą różnicę wypowiadał tym porównaniem, wyznaczającym na pewno granicę, która określa wcale istotną różnicę cech psychicznych narodów i ich cywilizacji.
Mówi mi pewna starsza dama, bardzo krytyczna wobec dzisiejszości:
– Każdy ma teraz swojego patrona, jeden znajomość w UB, drugi plecy w partii, trzeci protekcję u władz lokalnych. Ja mam świętego Antoniego. Nie twierdzę, że bardzo mi jest pomocny w tych czasach, gdzie łatwiej wszystko zgubić, niż cokolwiek znaleźć. Tyle mam tylko dobrego z świętym Antonim, że przynajmniej nie potrzebuję z nim chodzić na wódkę…
Chyli się Polska w trudne czasy
przed bóstwem wódki i kiełbasy
i przed płaczami i po płaczach
po prasłowiańsku się zatacza
i z czkawką licząc swe ubóstwo
racji do chluby widzi mnóstwo…
– pisze współczesny poeta Czesław Miłosz.
Każę sobie wyczyścić buty przed hotelem Polonią. Śpieszę się, nie wiem, ile to kosztuje, pytam czyściciela, czy po dwudziestce za but wystarczy? Nie, wyczyszczenie kosztuje pięćdziesiąt złotych. (Szofer warszawskiej taksówki powiedziałby: pół złotówki). Po chwili jednak czyściciel dodaje:
– Ale od pana to ja bym się spodziewał dostać co najmniej sto złotych.
– A to dlaczego? – pytam.
– A no bo przecież u pana buty amerykańskie, skarpetki amerykańskie, ubranie robione w Ameryce…
– Gdzież to pan się tak nauczył poznawać? – mówię zdziwiony nie na żarty.
– Ja to tak z amatorstwa jestem Szerlok Holmes – odpowiada.
– No, no – mówię – gdyby pan był naprawdę Szerlok Holmes, toby pan siedział za biurkiem, zamiast czyścić buty.
Podnosi głowę i z filuternym uśmiechem stwierdza, że niekoniecznie. A kiedy odchodzę, z butami zrobionymi na glanc i zapłaciwszy pięćdziesiąt złotych, rzuca za mną:
– A zresztą ja i tak wiem, kto pan jest…
Opowiadam tę rozmowę komuś w kawiarni.
– Dziwi się pan? Przecież w Warszawie żyje się jak na patelni. Wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą.
– No to dlaczego aresztują? – pytam.
– E, proszę pana, aresztują tylko takich, którzy pracują p o n a d n o r m ę.
Rozmowa schodzi przypadkiem na fatalny stan tak zwanych ubikacji w całej Polsce. Wróciłem właśnie z podróży Beniowskim ze Szczecina do Sopotu i także tam, na okręcie, stwierdziłem karygodne zaniedbania w tej dziedzinie. Wschód, smród i ubóstwo. Sytuacja wołająca o pomstę do… Sławoja. Na Wystawie Ziem Odzyskanych3 napis na drzwiach ustępu: „Za użycie – opłata 10 zł. Pracownicy WZO4 za okazaniem legitymacji płacą 2 zł. Dla kontroli należy żądać pokwitowania opłaty”. Podsłyszałem czyjąś uwagę, już po opuszczeniu tego przybytku:
– Kwity to dają, psiakrew, ale papieru w środku za żadne skarby nie znajdziesz…
A na to wszystko filozoficzne spostrzeżenie kolegi pisarza, który objechał cały świat:
– Zauważyłem, że w ustrojach radykalnych klozety n i e l u b i ą funkcjonować…
Chciałbym tutaj podkreślić jeszcze jeden polski egzotyzm, uderzający, zwłaszcza kiedy się przyjeżdża do Polski z takich krajów jak Stany Zjednoczone, Francja albo Anglia. Polska jest bowiem krajem bez obyczaju napiwków. W restauracjach dolicza się do rachunków procent za usługę i płaci dokładnie sumę na nim wyznaczoną. Szofer taksówki bierze akurat tyle, ile wybił licznik, i nawet mówi „dziękuję”. Nie spodziewa się żadnego dodatku, nie liczy na więcej. Obyczaj ten dobrze wpływa na stosunki między ludźmi. Zawsze się trochę dziwiłem, że w krajach, w których skąpstwo klientów i chciwość służby jest rzeczą powszechnie znaną, pozór dobrowolności napiwku utrwalił się w zwyczajach i przybrał formę przyjętej przez wszystkich instytucji. Wynikają z tego niepotrzebne zadrażnienia, niezasłużone pretensje i przykrości. Każdy z nas ma w oczach wściekłe miny zawiedzionego szofera francuskiego, rzucającego klientowi w twarz jakieś drobne, które wydają mu się niedostatecznym wynagrodzeniem jego już zapłaconej usługi, albo przekleństwa rzucane przez szofera amerykańskiego, który nie jest zadowolony nawet z tradycyjnych dziesięciu procent, przyjmując na oko, że pasażer może, względnie powinien zapłacić więcej.
Od tego zauważenia krok tylko do stwierdzenia innej jeszcze cechy Polaków. Jest nią, mimo przebytej wojny, niesprzyjającej rozwojowi dobrych manier, znaczna i ujmująca uprzejmość, obejmująca także pokolenie najmłodsze. Wiem, że nie jest to na ogół przyjęte zdanie, jeżeli idzie o zachowanie się ludzi w Polsce, ale stwierdzam, że w ciągu podróży i możności zetknięcia się ze wszystkimi szczeblami tak zwanej drabiny społecznej nie doświadczyłem nigdy objawów przysłowiowego chamstwa, z wyjątkiem chyba sytuacji, w których tłok tłumu nie pozwala na żadne delikatności w postępowaniu. To samo powiedzieć można o przeciążonych na ogół i podenerwowanych naciskiem klienteli urzędnikach. Bowiem w życiu spotyka się człowiek z objawami ułatwiania go sobie i tendencją złagodzenia raczej niż zaostrzania jego i tak już trudnych warunków. Obyczaje zresztą nie uległy wielkiej zmianie. Coraz to trafić można na typową dla Polaków nadwrażliwość, wietrzącą czyjąś chęć ubliżenia człowiekowi, zwłaszcza gdy lekko podchmielony stan zaciera w nim czucie proporcji, przyjaciele nadal całują się z dubeltówki i całują w rękę kobiety przy każdej okazji, panuje powszechnie nieunikniona konieczność podawania każdemu ręki i ceremonie przy wchodzeniu i wychodzeniu, które Francuzów skłoniły do zauważenia już dawno, że dla Polaków drzwi otwarte są przeszkodą nie do pokonania.
Istnieją także próby wychowywania w społeczeństwie obyczaju uczciwości, którym służą na przykład zainstalowane w tramwajach skrzynki z gazetami. Klient sam bierze, sam płaci, a nawet zmienia pieniądze z otwartego pudełka. W pierwszej fazie rozmieszczenia tych skrzynek konstatowano zwykle nadwyżki przy obliczaniu dziennego wpływu. Potem nagle deficyt. Zabrano się do badania jego przyczyn z dokładnością, na jaką stać dzisiejszy system, i stwierdzono, że oszukuje nie publiczność, ale właśnie funkcjonariusze, powołani do opróżniania publicznych „skrzynek uczciwości”.
W redakcji jednego z pism warszawskich byłem świadkiem, jak w ciągu godziny szoferzy taksówek, względnie szarzy obywatele, znosili coraz to czyjeś zgubione przedmioty. Rubryki rzeczy znalezionych w gazetach są same przez się wymowną ilustracją tego zjawiska.
Jest także inna strona zauważonej tu prawdy.
Wydaje się, że jej przyczyn szukać trzeba w rozpanoszonej jak nigdy biurokracji obecnego systemu, która stanowi jedną z plag życia w Polsce, poddanej tyranii cyfr i papieru. Pokazywano mi w którymś urzędzie „dziennik czynności” z rubrykami, w które urzędnik wstawia dokładny opis sposobu wyzyskania obecności swojej w biurze: od 8.33 do 8.45 sortowanie korespondencji, o 9.10 telefon, o 9.48 wywołany przez szefa, o 10.40 wrócił itd., to znaczy ad absurdum i właściwie całkiem dowolnie. Pracownicy wysilają głowy, aby te rubryki wypełnić z możliwie dużym urozmaiceniem. Podobno potrzebne to jest do badań nad intensyfikacją pracy czy dla ustalenia warunków współzawodnictwa, czy jeszcze czegoś. W sklepach zastaje się personel nad kolumnami cyfr. Na każdą sumę kwitek z osobnego bloku (przez kalkę) wydawany kupującemu, oprócz konieczności zapisania każdej pozycji co najmniej trzy razy. I niech no coś spróbuje się nie zgadzać. […]
Wygląd ludzi, zwłaszcza latem, kiedy dużo jest opalonej skóry i po powrocie z letnisk wypoczętych i odświeżonych twarzy, nie wskazywałby przy pobieżnym spojrzeniu w tłum tych klęskowych objawów, zdartych nerwów i nadszarpniętego zdrowia w społeczeństwie, jakie są wynikiem wojny. Wiadomo jednak, że zdrowotny stan ludności pozostawia wiele do życzenia, bo też start, z którym zaczynało się dzisiejsze, już pokojowe życie, był co się zowie groźny. Charakteryzowało go, oprócz powszechnego alkoholizmu, pogorszonego złym gatunkiem alkoholu, robionego prywatnie, to jest bimbrem, panoszenie się chorób wenerycznych, głównie w wojsku i na Ziemiach Odzyskanych, i trudne warunki leczenia, wynikające z małego uświadomienia chorych. Dalej gruźlica, zarówno u młodzieży, jak i starszych; przy obecnym stanie ludności zarejestrowano milion dwieście tysięcy dotkniętych jej objawami, co grozi dwustu tysiącami zgonów na rok. Dalej mała odporność na zakażenia, wiele owrzodzeń, złośliwych angin, powtórnych zachorzeń na odrę. Dane te, dostarczone mi przez jednego z warszawskich lekarzy, opatrzone były stwierdzeniem, że gdyby nie sulfamidy oraz energiczna działalność Naczelnej Komisji Walki z Epidemiami, groziłoby Polsce szerzenie się chorób zakaźnych, przypominające średniowiecze.
Jeżeli dodać do tego obrazu brak personelu lekarskiego i niedostatek lekarstw, oprócz faktu, że osiemset tysięcy kalek potrzebuje protez, dwa miliony sierot i półsierot i pięć milionów dzieci okazało się niedożywionych, a śmiertelność noworodków sięgała dwudziestu procent – będziemy mieli obraz sytuacji zdefiniowanej w najgorszym, powojennym okresie startu i prowadzącej do rezultatu, że Polska, posiadająca przed wojną przyrost naturalny powyżej jedenastu na tysiąc mieszkańców (Niemcy – siedem) w stosunku rocznym, dawała plus minus sto pięćdziesiąt tysięcy ubytku zamiast przyrostu (dane z roku 1946). […]
Oficjalnie zarejestrowanych Żydów jest dziś w Polsce około stu tysięcy, z tego około siedmiu tysięcy na Ziemiach Odzyskanych, w tym tysiąc górników żydowskich w Wałbrzychu. To wszystko, co zostało z przeszło trzech milionów przed wojną. Około osiemdziesięciu tysięcy repatriowano z Rosji, około dwustu pięćdziesięciu tysięcy uciekło wkrótce po wojnie. Część została „po stronie aryjskiej”, asymilując się w wyniku wojny – zmieniając nazwiska i wtapiając się już bez reszty w społeczeństwo polskie. Mówi się o nich „narciarze”. Przyjęli nazwiska na ski. […]
Podróż koleją
Mówiono mi nieraz: niech się pan przejedzie pociągiem, niech pan posłucha, co mówią ludzie.
Jeździłem pociągami. Ale zanim powiem o ludziach, muszę najpierw parę słów poświęcić samym kolejom. Nie mam pod ręką cyfr, aby wyrazić rozmiar ich zniszczeń i dezorganizacji, ale mam w oczach strzaskane dworce i ślady zwalonych mostów, cmentarze lokomotyw i wagonów, widoczne dotąd na każdej niemal stacji.
Stoi to jedno przy drugim, postrzelane, pobite bombami, nieużyteczne. Pod Braniewem, na samej północy Warmii, blisko granicy, wzdłuż linii kolejowej leży do dziś dnia pociąg, złożony z kilkudziesięciu wagonów wywróconych kołami do nieba. Jest takich obrazków na pewno więcej. Znaczą wymownie stan kolejnictwa w Polsce, ale także drogi, dzielącej nas już od tego stanu dzisiaj, jeżeli zważyć, że koleje funkcjonują w Polsce normalnie, punktualnie i gdyby nie mocno jeszcze podniszczony tabor, można by prawie powiedzieć, że tak jak przed wojną.
Nadal jeszcze nocą podróżuje się bez światła w wagonach, druga klasa natomiast jest podobnie jak trzecia – twarda, a to z powodu tych ciemności właśnie i smutnych doświadczeń z pluszem czy innym materiałem, jakim próbowano wyściełać od nowa siedzenia. Opłacało się jeżdżenie drugą klasą szabrownikom, drącym z siedzeń w ciemności całe pasy materiału, i to do tego stopnia nagminnie, że trzeba było zrezygnować tymczasem z uczynienia jej, jak dawniej, miękką. Do sumy wysiłku włożonego w odbudowę arterii kolejowych trzeba wliczyć jeszcze zamianę torów na kilku większych liniach z szeroko- na normalnotorowe.
Wszędzie dziś na kolejach pełno. Polacy jeżdżą masami. Dużo ludności wiejskiej. Do intensywności tego ruchu przyczyniały się tego lata tłumne wyjazdy robotników i pracowników wszelkich instytucji na w c z a s y. To takie nowe słowo w Polsce, znaczące „urlop” (z nowych polskich słów do zanotowania: w d z i a n k o – nazwa lnianej, popularnej kurtki z krótkimi rękawami).
Każdy z pracowników państwowych albo spółdzielczych ma prawo do wczasów, z bezpłatnym albo bardzo zniżonym przejazdem i bardzo niedrogim pobytem, w setkach uzdrowisk i letnisk, nad morzem zwłaszcza i na Ziemiach Odzyskanych. Jest nawet wolność wyboru miejsca, w którym chciałoby się „wczasować”, pod warunkiem oczywiście że jest w nim jeszcze miejsce. Jeżeli do tego ruchu dodać zbiorowe wycieczki, jeżdżące wzdłuż i wszerz po całym kraju, chociaż celem wielu zwiedzań i mnóstwa kongresów był w tym roku Wrocław, ze względu na wystawę – łatwo już będzie zrozumieć pospolite na dworcach, przed kasami ogonki ludzi. Sprzedawanie biletów trwa długo, bo każdy prawie pasażer ma jakiś dokument zezwalający na zniżkę, kasjer natomiast nie ma gotowych biletów i większość z nich wypisuje. Jest jakimś niewytłumaczonym sekretem biurokracji w kraju, w którym większość instytucji jest upaństwowiona, ta zniżkowa rachunkowość, wymagająca niezliczonych pisań, przelewów, obliczeń i rozrachunków, które wszystkie zbiegają się przecież w jednej i tej samej kasie. Łatwiej w Polsce o przelew krwi niż o przelew czeku – powiada pewien dowcipniś.
Tłumaczy mi inny, już bardziej serio, że z psychologicznych względów lepszym chwytem jest danie człowiekowi prawa do zniżek na kolej, tramwaj, kino, teatr i inne przyjemności, względnie konieczności życia, niż na przykład podwyżkę pensji. Bo zniżka stanowi swego rodzaju przywilej, stwarza poczucie wyróżnienia i korzyści, wynikającej z pracowania w tym czy innym urzędzie, co przy podwyżce pensji albo obniżeniu cen przeszłoby właściwie niezauważone.
A teraz już jedziemy. Kontakt z ludźmi nawiązuje się łatwo. Bo też Polacy gadają, co myślą, i wygadują, ile mogą. Pamiętam robotnika, starego człowieka, który młodemu kapitanowi owiniętemu w pelerynę wykładał swój pogląd na świat i na to, że właściwie nie ma różnicy między tym, co było, a tym, co jest. Jak były więzienia – tak są więzienia. Jak dawniej trzeba było pracować – tak i dziś trzeba pracować. Jak byli panowie – tak są panowie. I rozgadawszy się, dalej wszystko w ten deseń porównywał. A co do wojny, to choć jedna się dopiero skończyła, druga znowu nam grozi i nigdy temu nie będzie końca. Znów mamy na przykład wojsko. Po co nam jeszcze wojsko? Było to pite wyraźnie do owej mundurowej obecności w przedziale. Kapitan z odznakami 1. Armii, a więc formacji z tradycją i przeszkoleniem politycznym, czując, że trzeba na to odpowiedzieć, zaczął tłumaczyć, że wojny skończą się dopiero, jak będzie jeden świat demokratyczny, a znowu niesprawiedliwość społeczna może zniknąć dopiero, kiedy wszędzie zlikwiduje się kapitalizm. Nie wydaje się, że przekonał robotnika. Mówili więc nadal: ten sobie, a tamten sobie, choć inni pasażerowie przezornie nie wtrącali się wcale do rozmowy, półsłówkami tylko zaznaczając swoje niezbyt określone w niej stanowisko, byle podtrzymywać dyskusję.
W innym przedziale pasażer, widzący przez okno zająca w lesie, mówi:
– Pewno taka będzie nasza przyszłość.
Zainteresował się jego sąsiad, co też ma na myśli. Wyjaśnienie brzmiało, że przecież zając „bezpartyjny i w lesie”. Cały przedział huknął śmiechem, co znowu stanowiło prolog do opowiadania ciętych i śmiałych kawałów na temat nowej rzeczywistości. Prości ludzie nie liczą się bowiem ze słowami i gadają, co im przejdzie przez głowę.
– Takie rzeczy mówili, że bałem się słuchać – opowiada się potem. […]
Siedzę sobie, wciśnięty między pasażerów w przedziale, i wysłuchuję historyjki o PPR; że jest jak cmentarz – wszyscy się tam w końcu znajdą. I zaraz potem, że Polska jest jak noworodek: małe to, czerwone, krzykliwe – i podobne do sąsiada.
Jakaś skromnie ubrana kobieta o szlachetnej, zmęczonej twarzy opowiada wileńskim, rozciągłym akcentem, jak wyglądało jej życie kiedy gdzieś na obszarach Nowogródczyzny; mieszkała w 1943 roku na łasce Niemców i partyzantów jak między młotem a kowadłem. Partyzanci zabijali za stwierdzoną bytność Niemców w domu, Niemcy za partyzantów. A każdy domagał się gościnności z rewolwerem w ręku. Sama nie wie, jak przeżyła ten koszmar.
Rozplątały się języki. Każdy jakieś wspomnienie przytacza, licytują się w opowiadaniu okropności, aby stwierdzić, że jeśli żyją, to tylko cudem. Dzięki działaniu całej serii cudów. Przy oknie stare i mocno zaniedbane, bo brudne chłopisko wyciąga z kieszeni szczyptę machorki, udziera kawałek gazety i skręca sobie papierosa.
Potem znowu, jak w Grand Guignolu5, przeskakują na lżejsze tematy. Ktoś pyta:
– Czy znacie nową wersję Kto ty jesteś? Polak mały…?
Nikt nie zna, więc mówi taki wierszyk:
Kto ty jesteś? Polski kmiotek.
Jaki znak twój? Sierp i młotek.
Gdzie ty mieszkasz? W jakim kraju?
Proszę pana, ja nie znaju…
A drugi, żeby się nie dać zakasować, wytrząsa jak z rękawa od razu dwie anegdotki. Rozmowa w areszcie UB.
– Za co pana zamknęli? – pyta towarzysz niedoli.
– Za to, że się spóźniłem na pociąg.
– No, no, za to chyba jeszcze nie zamykają.
– Ale kiedy mówię panu. Bo gdybym się nie spóźnił, toby mnie tu już dawno nie było.
– A słyszeliście, jak postępuje budowa nowego domu Zjednoczonej Partii?
– …?
– Prawe skrzydło już wykończone.
Wyciągnąłem z teki kupiony przed podróżą egzemplarz Wstępu do teorii marksizmu i zacząłem czytać. W przedziale zrobiła się cisza i poczułem wyraźnie chłód, jaki się zrobił koło mojej osoby. Już nikt więcej nie powiedział dowcipu i nikt nie próbował mnie zagadać.
Jeżeli ten drobny incydent może posłużyć jako ilustracja nastrojów, to oczywiście przyznać trzeba, że jest on zarazem stwierdzeniem nie tylko wrogości ogółu wobec zagadnień, jakich rozwiązywanie ma miejsce w dzisiejszej Polsce, ale także typowego w nim konserwatyzmu.
Te elementy składają się także na ocenę postępowania ludzi, którzy z przekonania albo w wyniku ewolucji pojęć, jakiej dopomogła wojna, ustosunkowują się do rzeczywistości pozytywnie. Nie mówię tu o przejrzystych karierowiczach, gotowych do zrobienia każdej wolty w zależności od tego, jak wiatr wieje. Mówię o ludziach z czystą pobudką i logiczną w wyniku posiadania takiej, a nie innej koncepcji linią angażowania się czynnego w dzisiejszej rzeczywistości. W rodzinie jednego z nich, którego przekonania od dawna były znane i prowadzące do tego właśnie udziału, nie mówi się o nim inaczej jak „biedny człowiek” albo wręcz, że trochę pomylony. I są w tonie tych słów jakieś bezmiary politowania, jak gdyby mówiono o kimś bliskim, który poszedł na złą drogę.
Mimo krążącego dowcipu, że UB ogłosiło konkurs na najlepszy kawał polityczny (pierwsza nagroda – pięć lat obozu pracy, druga – trzy lata, oraz kilka nagród pocieszenia), pociągania Polaków do odpowiedzialności za danie upustu świerzbiącemu ich językowi mają miejsce stosunkowo rzadko. Wiele popularnych dziś w Polsce historyjek urodziło się wśród ludzi reżimu, a w każdym razie powtarzane było przez nich nie bez przyjemności. Sam słyszałem niejedną z tak zwanych oficjalnych ust. Nie puszcza ich cenzura, więc nie znajdują odbicia w prasie; żyją też wobec tego i rozwijają się na wolności. Jedna z ostatnich brzmi tak: znana na ogół definicja partii w Polsce: PPR – Polska Partia Rządząca, PPS – Polska Partia Słuchająca, PSL – Polskie Stronnictwo Leżące, SL – Stronnictwo Liżące i SD – Stronnictwo Drżące – nie spotkała się z uznaniem słuchającego tej interpretacji Rosjanina.
– Nie bawi to pana? – zapytano.
– Czy panowie słyszeli o Kanale Białomorskim? – odpowiedział.
– Oczywiście, któż by nie słyszał.
– Otóż właśnie, budowali go właśnie takie jak wy anegdotczyki. I dlatego mnie to nie bawi.
I jeszcze jedna, skoro już mówimy o partiach. Córka prezesa Stronnictwa Demokratycznego jest pielęgniarką w szpitalu. Zawód jej, opowiada ojcu, przypomina rolę, jaką dziś w Polsce odgrywa jego stronnictwo. Polega bowiem głównie na trzymaniu pacjenta przed operacją za rękę i zapewnianiu go, że to nie będzie boleć.
Aleksander Janta-Połczyński, Wracam z Polski 1948, Paryż: Société Nouvelle d’Imprimerie et d’Edition, 1949, s. 18–31