środa, 28 października 2026

Nie bójmy się wirusów


Zasadnicze pytanie: co trzeba udowodnić, że wirusy istnieją i powodują choroby czy że ich nie ma? Powiedzmy, że wyodrębniłem u chorego pacjenta próbkę substancji międzykomórkowej, nazwałem to trucizną (po łacinie virus) i zakomunikowałem całemu światu, że od dzisiaj uznamy to za przyczynę choroby, na którą cierpiał ten pacjent.

Od razu podniosą się głosy: gdzie masz dowody? I słusznie. Jednak kiedy zamiast dowodów mam praktycznie nieograniczoną kwotę pieniędzy do zainwestowania w przyszły, wyjątkowo lukratywny interes – co mógłbym wtedy zrobić, żeby przekonać niedowiarków, że to ta trucizna powoduje chorobę? Stworzyłbym własne laboratorium badawcze i zatrudnił hochsztaplerów, którzy są w stanie udowodnić wszystko, nawet to, że ich przodkami były szympansy. Przekupiłbym grono szacownych naukowców, którzy dopasowaliby program studiów medycznych do mojej teorii. Wykupiłbym większościowy udział w największych stacjach medialnych i uzależniłbym pozostałe od reklam, które bym sponsorował.

Stworzyłbym agenturę, której zadaniem byłaby operacja psychologiczna wywołująca przez media strach przed chorobą, nad którą pracuję oraz zleciłbym innej firmie badawczej stworzenie odtrutki na znalezioną truciznę. Właśnie opowiedziałem skróconą historię wirusa, wirusologii oraz szczepionek.

Więzienie to twój umysł zaprogramowany przez innych.
Jaka jest więc odpowiedź na zadane na początku pytanie? Odpowiedź zależy od twoich możliwości wpływania na świadomość mas. Jeżeli możesz każdą brednię przedstawić światu jako niepodważalny dogmat, to przedstawienie dowodu na to, że kłamiesz, spada na oponentów.

Model teorii wirusowej jest błędny. Teoria patogenów to marketing, którego podstawą jest uczucie strachu. Marketing toksycznych leków i szczepionek na tysiącach tak zwanych odrębnych chorób, z których każda rzekomo jest wywoływana przez inny zarazek. Medycy nie potrafili wyleczyć swoich pacjentów. W poszukiwaniu brakującego ogniwa wymyślili maleńkie cząsteczki, których nikt nigdy nie widział. Nikt nigdy ich nie wyizolował.

Mamy to! To jest nasze wielkie odkrycie! Wymówka na niepowodzenie leczenia. Zapoczątkowało to miliony zapewnienń, aby udowodnić wszystkim, że wirusy są prawdziwe. Marketing i podszywanie się pod naukę.

Skoro nie mogę decydować o publikacjach w mainstreamowych mediach poza tym blogiem, który jest czytany każdego miesiąca przez ponad 300 tysięcy odwiedzających, pozostało mi przedstawić dowody nieistnienia wirusów jako przyczyny chorób. Ponad pięć lat temu opublikowałem artykuł zatytułowany: Czy wirusologia to nauka? Dzisiejszy artykuł podejmuje ten wysiłek obnażania „wiralnych” kłamstw.

Teoria terenu: nie łapiemy chorób, my je wytwarzamy.

Teoria zarazków: choroba jest wynikiem ataku armii patogenów.

Termin „teoria terenu” został wypromowany przez Claude’a Bernarda (1813–1878) i Antoine’a Bechampa (1816–1908) już w XIX wieku, a jego ogólne założenia były dobrze znane, rozwijane, przestrzegane – a co ważne, szanowane – aż do pierwszych dekad XX wieku.

Promotorzy teorii zarazków wykorzystali wpływy polityczne i finansowe (czyli wpływy przemysłu farmaceutycznego), aby podtrzymywać debatę w badaniach medycznych przez około 70-80 lat, aż teoria zarazków zdominowała środowisko medyczne.

Udało im się również znacząco zdyskredytować jako „alternatywne” skądinąd szanowane teorie medyczne, takie jak homeopatia itp. Fragment opracowania Michaela McKay z roku 2023: Czy wirusy są prawdziwe? Źródło.
https://world-scam.com/Pages/Pl/Are-Viruses-Real_-1Jan23_pl.pdf

Michael McKay przeszedł na emeryturę z branży finansowej w 2014 roku. Następnie wrócił na studia i obecnie doradza we wdrażaniu strategii poprawy zdrowia i samoopieki.

Prawdziwy postęp w dziedzinie ochrony środowiska i medycyny nigdy nie będzie wynikał z cenzury, ale z ciekawości – tej samej cechy, która zbudowała samą cywilizację. Źródło.
https://www.lewrockwell.com/2025/11/mark-keenan/silencing-the-scientists-dissent-censorship-and-the-new-technocracy/

Utrzymanie całego świata przez tak długi okres w wirusowym kłamstwie wymagało i nadal wymaga olbrzymich nakładów na finansowanie i ochronę narracji poprzez cenzurę. Nie były to zmarnowane pieniądze, zwróciły się wielokrotnie także w formie cichej depopulacji ludzkości. Przecież, gdyby służby zdrowia podążała za autentyczną i nieskorumpowaną nauką, mielibyśmy dzisiaj społeczeństwo ludzi zdrowych. Choroby powinny być wyjątkiem, a nie regułą. Jeśli chcecie dzisiaj znaleźć zdrowego człowieka, to poszukajcie wśród rdzennego plemienia Tsimane żyjącego w boliwijskiej Amazonii. Badania kardiologiczne wykazały, że mają oni najzdrowsze serca i naczynia krwionośne na Ziemi.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

world-scam/nie-bojmy-sie-wirusow

Dziecko z Brochowa żyje. Aborterzy są wściekli!


Dziecko, które było zagrożone zabiciem w 36. tygodniu życia płodowego we wrocławskim Szpitalu Specjalistycznym im. A. Falkiewicza, przeżyło. Dzięki wysiłkom Ludzi Dobrej Woli udało się ocalić malucha przed śmiercią. Fakt ten wywołał prawdziwą falę nienawiści środowisk wrogich życiu, które żądają krwi! Teraz domagają się informacji, dlaczego dziecko nie zostało zabite i chcą zrobić krzywdę każdemu, kto pomógł temu dziecku.

Nie ujawnimy naszych źródeł, a po tym, jak odbywa się ich poszukiwanie, wiemy też, że nikt ich nie znajdzie. Każdy informator, który zgłasza się do Fundacji – a jest ich co miesiąc bardzo wielu – jest całkowicie bezpieczny.

Ale już sam fakt, że aborcjoniści podnoszą alarm, że dziecko nie zostało zabite i chcą nękać tych, którzy je uratowali – wiele mówi o tych zdegenerowanych środowiskach..

Dziecko ocalone przed brutalnym morderstwem
Maluch, którego aborcja była zaplanowana w Brochowie, przeżył. Jego matka żądała zabicia dziecka przed przerwaniem ciąży, co jest niedopuszczalne w polskim prawie. Do morderstwa nie doszło. Matce zaproponowano zakończenie ciąży poprzez wydobycie żywego dziecka. Wtedy dziecko może urodzić się, a potem odejść spokojnie i z godnością, otoczone troskliwą opieką. Zamiast stać się ofiarą okrutnego, bolesnego mordu zleconego przez własną matkę. 

Wiadomość o uratowanym życiu powinna wzbudzać –  i u wszystkich normalnych ludzi wzbudza – ulgę. Wśród przedstawicieli środowisk proaborcyjnych wywołała jednak falę hejtu, skierowanego przeciw temu dziecku, Fundacji Życie i Rodzina i wszystkim, którzy pomogli uratować dziecko. 

Wściekłość aborcjonistów
Nie było aborcji? Jesteśmy wściekli! Tak można by podsumować reakcję proaborcyjnych polityków i aktywistów. Wygrażają Fundacji, wygrażają osobom zaangażowanym w ratowanie dziecka, że wyciągną wszystkie możliwe konsekwencje. To prawdziwy wybuch nienawiści! Lewacka poseł Katarzyna Kotula zapowiedziała złożenie zawiadomienia do Prokuratury na działania naszej Fundacji. O czym będzie zawiadomienie? Że podjęliśmy kroki, aby uratować maleńkiego pacjenta przed zabiciem! W aborcyjnej logice ściganiu mają podlegać nie ci, którzy zabijają, ale ci, którzy ratują!

Promotorzy aborcji chcą śmierci dzieci. A paradoks zaistniałej sytuacji jest wprost porażający. Oto Gizela Jagielska, która zrobiła śmiertelny zastrzyk z chlorku potasu małemu Felkowi w Oleśnicy, nie ma w związku z tym żadnych problemów. W zamian za to środowiska aborcyjne chcą zniszczyć każdego, kto pomógł zapobiec egzekucji na innym dziecku, w podobnym wieku. Tak właśnie działa nasze państwo: sprzyjające aborterom, a zwalczające obrońców życia.

***

Dziecko z Brochowa to kolejne dziecko bezpośrednio uratowane przed aborcją, po dziecku Gruzinki Leli , które uniknęło śmierci w Szpitalu Wojewódzkim w Olsztynie w lutym bieżącego roku. Wtedy też udało się uratować malucha przed śmiercią. I to także wywołało nieopanowaną wściekłość aborcjonistów. Fundacja Życie i Rodzina nie przestanie działać w obronie dzieci. Bez względu na to, co myślą o nas wrogowie życia! A żaden urzędnik i żaden prokurator nie wyciągną z nas informacji, które mogłyby zaszkodzić komukolwiek, kto ratuje dzieci przed aborcją.

28 października, 2026 ratujzycie/dziecko-z-brochowa-zyje-aborterzy-sa-wsciekli

Codziennie zabijane są dzieci. Polska na krawędzi. Skąd przyjdzie ocalenie?

 

Dzień dobry Panie Mirosławie. 

W polskich szpitalach codziennie zabijane są dzieci. Zbrodni dokonuje się de facto na żądanie do końca ciąży. Tysiące kolejnych dzieci zabijają powszechnie dostępne pigułki poronne. Równocześnie, wśród wielu osób sprzeciwiających się aborcji, o konserwatywnych, chrześcijańskich i prawicowych poglądach, pojawia się mnóstwo nieporozumień dotyczących aktualnej sytuacji związanej z aborcją w Polsce. Zamieszanie na temat aborcji wzmacniają niestety również niektóre prawicowo-konserwatywne media.  Ten zamęt w świadomości Polaków konsekwentnie wykorzystują i wzmacniają politycy do osiągnięcia prywatnych i partyjnych celów.  U źródła tego chaosu leży błędne przekonanie, jakoby w Polsce istniała prawna ochrona życia dzieci, która to ochrona została rzekomo wzmocniona po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego w 2020 roku. 

To nieprawda – w Polsce nie istnieje prawna ochrona życia.  Wyrok Trybunału Konstytucyjnego NIC nie zmienił w praktyce, a jeszcze przed jego ogłoszeniem aborcjoniści mieli opracowany dokładny plan działania co robić, aby dalej legalnie zabijać dzieci na mocy przesłanek do aborcji, które zostaną w prawie po orzeczeniu TK. Nasza Fundacja ostrzegała przed tym na długo przed 2020 rokiem.

  W świetle aktualnie obowiązującego (już po orzeczeniu TK) prawa aborcja jest wciąż legalna m.in. gdy zachodzi przesłanka bliżej niesprecyzowanego „zagrożenia zdrowia” matki. Wynika to wprost z ustawy w obecnym kształcie. Wystarczy więc, że kobieta przyjdzie do szpitala z kwitkiem od pro-aborcyjnego psychiatry, że ciąża rzekomo zagraża jej zdrowiu psychicznemu. Takie zaświadczenie do aborcji wystawiane jest każdej chętnej kobiecie na żądanie.

 W ten sposób w Oleśnicy zamordowano Felka w 9-tym miesiącu ciąży i codziennie w innych szpitalach morduje się kolejne dzieci. Według opublikowanych niedawno danych NFZ, w pierwszym półroczu 2026 roku w polskich szpitalach zamordowano 573 dzieci.  Jednocześnie aborcja jest bezkarna. Można zamordować dziecko w najbardziej okrutny sposób i prawo nie przewiduje karania, zarówno matki jak i osób, które aborcję przeprowadziły, w aborcji pomogły lub do niej namówiły.
Z tej bezkarności korzystają przede wszystkim aborcyjne mafie, które na masową skalę handlują pigułkami aborcyjnymi. Pociąga to za sobą kilkadziesiąt tysięcy ofiar z dzieci rocznie. Gdy codziennie w okrutny sposób zabijane są kolejne dzieci, w mediach trwa „teatr” w sprawie aborcji.  Liczni politycy tzw. „prawicy” mówią głośno, że aborcja to straszna zbrodnia, której oni są sprzeciwiają. Jednocześnie te same osoby powtarzają nieprawdę, jakoby w Polsce istniała już prawna ochrona życia, w związku z czym nie trzeba zmieniać prawa w kwestii aborcji. 

Tymczasem aby w Polsce zaistniała prawdziwa, realna i pełna ochrona życia, muszą zostać spełnione dwa warunki: 1) Musi zostać wprowadzony całkowity zakaz aborcji bez żadnych wyjątków i „furtek”, 2) Do kodeksu karnego trzeba wpisać dającą się egzekwować karalność za zamordowanie dziecka w łonie matki (podobnie jak za zamordowanie już urodzonego człowieka) oraz za pomocnictwo w tym procederze i nakłanianie do aborcji. 

Tych dwóch warunków obecnie nie ma w polskim prawie, w związku z czym „prawna ochrona życia” jest fikcją, co pozwala aborcjonistom swobodnie mordować, a politykom zbijać kapitał polityczny na werbalnych deklaracjach.
  Co więcej, tych dwóch postulatów wprowadzających realną obronę życia w Polsce nie ma obecnie w oficjalnym programie wyborczym ŻADNEJ partii aktualnej opozycji.  Jeżeli więc za rok, po wyborach, aktualna opozycja przejmie władzę i rząd stworzy prawica (np. PiS z Konfederacją), to według obietnic i zapowiedzi wyborczych NIC nie zmieni się w sprawie aborcji – dzieci będą dalej mordowane w szpitalach na żądanie, pigułki poronne będą swobodnie dostępne, a aborcjoniści pozostaną bezkarni. 

Papież Jan Paweł II nauczał, że: „naród, który zabija własne dzieci, jest narodem bez przyszłości”. Czy Polska może zawrócić z drogi ku zagładzie?

  Tak – potrzebna jest do tego odnowa moralna. Taka odnowa nastąpiła już w naszej historii 150 lat temu po objawieniach Matki Bożej w Gietrzwałdzie – naród odpowiedział na wezwanie Maryi, co szczególnie przełożyło się na szacunek dla ludzkiego życia oraz na gotowość Polaków na przyjęcie dzieci. Na przełomie XIX i XX wieku populacja Polaków podwoiła się. Podobna odnowa może dokonać się również dzisiaj, ale wymaga to naszego zaangażowania.

 Co możemy zrobić?  Wywierać wpływ na polityków i żądać wprowadzenia w Polsce zakazu aborcji oraz karalności za aborcję oraz modlić się publicznie w intencji powstrzymania aborcji i przemiany serc Polaków. 

Dlatego zapraszamy do wsparcia działań naszej Fundacji lub zaangażowania się w nie osobiście. Każdego dnia wywieramy wpływ w przestrzeni publicznej organizując kolejne akcje oraz modlitwy różańcowe.  Proszę Pana o pomoc finansową dla naszych kolejnych działań.  Jeszcze w tym tygodniu (28-31 października) chcemy zorganizować publiczne akcje informacyjne na temat aborcji w co najmniej 12 miejscowościach. Chcemy być m.in. w: Bydgoszczy, Wieliczce, Warszawie, Zabrzu, Lesznie, Dęblinie, Ełku, Słomnikach, Łukowie, Bielsko-Białej, Zgierzu i Strykowie. 

Aby było to możliwe, potrzebujemy m.in.: – paliwa i transportu wolontariuszy,
– wydruku nowych broszur, ulotek i materiałów,
– zakupu wielkoformatowych bannerów (koszt jednego to ok. 300 zł),
– kupić akcesoria takie jak namioty, stelaże itp.,
– zaopatrzyć wolontariuszy w środki ochrony osobistej. 
Liczymy na Pana zaangażowanie – nasi wolontariusze są gotowi do organizacji kolejnych akcji, a Pan może im to umożliwić finansowo.

WPŁACAM

Konto Fundacji do darowizn:79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Z wyrazami szacunku, 

Mariusz Dzierżawski 
Fundacja Pro – Prawo do życia KRS: 0000233080
NIP: 1231051050
REGON: 010083573
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków

Jesteśmy Organizacją Pożytku Publicznego OPP.

https://dakowski.pl/codziennie-zabijane-sa-dzieci-polska-na-krawedzi-skad-przyjdzie-ocalenie/

Wyrywanie wątroby

 

ROZMOWA Z MICHAŁEM KŁOBUKOWSKIM

Wielu książek nie chciałem tłumaczyć, żeby nie spędzać w świecie wyobraźni ich autorów długich miesięcy. Coetzee jest moim pisarzem, ale z przykrością wchodzę w jego szary, bezkrwisty świat

ZOFIA ZALESKA: „Przyszłym językiem Europy jest przekład” – głosił dwadzieścia lat temu Umberto Eco. Od tamtej pory pojawiły się publikacje na temat teorii przekładu, poświęcone mu seminaria i kierunki uniwersyteckie, tłumacze dostają nagrody i wyjeżdżają na stypendia – sytuacja tłumaczy nigdy nie była lepsza?

MICHAŁ KŁOBUKOWSKI: Rzetelnie potrafię powiedzieć tylko, czy moja sytuacja się zmieniła i jak, a na ile można to uogólniać – trzeba by się zastanowić. To, że sytuacja tłumacza się poprawiła, wydaje mi się co najmniej nieoczywiste. Może tu i ówdzie tak – jeśli brać pod uwagę stypendia, nagrody i te wszystkie miłe rzeczy, które pani wymieniła – ale ja mam wrażenie, że przekład jako sztuka upada. Co nie znaczy, że już nigdy się nie podniesie, i że w tym upadku nie ma chwilowych wzlotów. 

Kiedyś było inaczej?

W PRL-u cykle wydawnicze były długie, nad książką pracowało się kilka lat, terminy były odległe, od korekty do korekty mijały długie miesiące, a na koniec książka leżała jeszcze w wydawniczych szufladach. To nie były dobre czasy, ale miały tę zaletę, że nie było pośpiechu. Natomiast w tej chwili, po pierwsze – pośpiech jest wszechobecny, a po drugie – wszyscy tłumaczą. Za każdym razem, kiedy słyszę, że jakaś gazeta znowu zwolniła dwieście osób, myślę: no tak, teraz połowa z nich pójdzie tłumaczyć z angielskiego, bo uważają, że potrafią, a co gorsza, większość wydawców też tak uważa. 

Dawniej zawód tłumacza literatury był bardziej zamknięty?

Tak. Ja sam przez długi czas trwałem w przekonaniu, że bardzo trudno jest zostać tłumaczem literackim. Kiedy zacząłem współpracować z czasopismami, wyobrażałem sobie, że miną lata, zanim dostanę pierwszą książkę do zrobienia. W moim przypadku stało się to znacznie szybciej, ale znałem kilka osób ze swojego pokolenia, które niekoniecznie z braku talentu, ale po prostu z powodu braku zapotrzebowania na aż tylu tłumaczy, musiały zająć się czymś innym. Dziś obowiązuje zasada, że jeśli ktoś zna język (niekoniecznie bardzo dobrze), ma chęć i zapał, albo po prostu został bez pracy, a wydawca akurat potrzebuje kogoś, kto przetłumaczy coś szybko i niedrogo, to zostaje tłumaczem. 

To właśnie w tym umasowieniu zawodu upatruje pan przyczynę upadku sztuki przekładu?

Dzieje się tak z bardzo wielu powodów. Na pewno w znacznym stopniu winę za to ponosi zbytnia dostępność zawodu i nierzetelność wydawców. Poza tym panuje też ogólny upadek języka. Prawdopodobnie wynika to z tego, że czytamy coraz szybciej i coraz niechlujniej. Człowiek pisze mail i blog – albo co gorsza maila i bloga – i nikt tych tekstów po nim już nie poprawia, więc trafiają do czytelników w takiej formie, w jakiej spadły z palców na klawiaturę. Coraz bardziej nas to uodparnia na niechlujny i bylejaki język.

Oczywiście nonszalancja też bywa w literaturze potrzebna. Jednym z kardynalnych błędów starszych tłumaczy było pedantyczne, polonistyczne tłumaczenie wszystkiego – nawet jeśli oryginał został napisany w pijanym widzie i wszyscy bohaterowie byli lumpami, to w przekładzie mówili jak profesorowie. Tak więc niechlujstwo czasem bywa wręcz wskazane, ale sęk w tym, że dziś najczęściej jest niezamierzone.

Poza tym absolutnym zabójstwem dla każdej sztuki jest pośpiech i krótkie terminy. Wydawca najchętniej dziś podpisałby umowę z agentem, a już nazajutrz miał gotowy przekład, żeby książka szybko przynosiła zysk. Oczywiście zdarzają się szlachetne wyjątki. Zbyt częste są jednak sytuacje, że na ekrany wchodzi filmowa adaptacja książki, albo autor dostał nagrodę, albo po prostu książka musi być w księgarniach przed Gwiazdką – i nawet misterną prozę tłumaczy się w pośpiechu. 

Zdarzało się to panu?
Tak, sam parę razy w życiu podjąłem się czegoś takiego, bo zależało mi na książce. Miałem ochotę ją przetłumaczyć i robiłem to w trzy miesiące, wściekając się, że nie mam roku. Wychodziło w miarę przyzwoicie, ale gdybym miał więcej czasu, zrobiłbym to lepiej. Jeśli jednak taka książka trafiłaby do kogoś bardziej niefrasobliwego, czytelnicy dostaliby kolejny prezent w postaci marnego przekładu. Tak tworzy się błędne koło, które nakręca psucie języka – im więcej złych przekładów, tym więcej następnych złych przekładów i w ogóle byle jak napisanych tekstów. To niechlujstwo nie jest związane z nadejściem młodego pokolenia tłumaczy, zdarza się też ludziom bardzo doświadczonym. Coraz więcej osób wykształconych posługuje się językiem z klocków („robi się grubszy” zamiast „grubieje”) i używa skundlonych idiomów. Czytałem niedawno, że ktoś kogoś „pobił na łeb, na szyję”, zamiast „na głowę”. I tak dobrze, że nie „na złamanie karku”.

Jedną z niewielu zmian na korzyść jest rosnące poczucie humoru językowego. Nie wykluczam, że przysłużył się temu komputerowy ortograf, potocznie zwany (niestety także przeze mnie) spelczekerem. Jeśli raz po raz niechcący popełniamy takie tworki, jak „niepodległowsiowy” zamiast „niepodległościowy”, prędzej czy później zaczynamy świadomie się nimi bawić. 

„Poezją jest to, co przepada w tłumaczeniu” – mówił Robert Frost. Co umyka w tłumaczeniu?

Wiele rzeczy, choć wciąż zdarzają się przekłady lepsze niż oryginał. Najczęściej świadczy to o tym, że był on językowo nieporadny. Każdy pisarz, który jest cokolwiek wart, stara się przynajmniej chwilami pisać tak, jak nikt przed nim. Używa śmiałej składni, nieoczekiwanych zestawień słów, szuka indywidualnego języka. Potem pojawia się tłumacz, a trzeba pamiętać, że nawet najbardziej utalentowany tłumacz zazwyczaj jest większym konserwatystą językowym niż autor. Dlatego nawet przy najlepszych chęciach w przekładzie przeważnie następuje mniejsze lub większe spłaszczenie stylistyczne w stosunku do oryginału. Potem pojawia się redaktor, który jest jeszcze bardziej zachowawczy językowo – nie bez powodu pewni ludzie zaczynają pisać, inni tylko tłumaczą, a jeszcze inni tylko redagują. To jest kwestia psychologiczna, kwestia pewnej śmiałości, wzięcia odpowiedzialności za słowo i powiedzenia: ja to tak właśnie napisałem. Na końcu przychodzi korektor i jeszcze bardziej wyprasowuje tekst, jeśli mu się tego nie udaremni. 

Przez długie lata panowało przekonanie, że autor przekładu powinien być niewidzialny i dawać czytelnikom złudzenie obcowania z oryginalnym tekstem.

Tak było, ale prawdę mówiąc nie bardzo rozumiem, na czym ta niewidzialność miałaby polegać. Gdyby ktoś przetłumaczył trzydzieści książek różnych autorów i wszystkie byłyby napisane taką samą, bardzo neutralną polszczyzną, to by znaczyło, że on właśnie jest widzialny, bo umie pisać tylko jednym językiem i tłumaczy nim wszystkich – i Hemingwaya, i Nabokova, i poezje. Tłumacz jest trochę takim stroicielem instrumentu, przez który tekst ma być słyszany, w jego pracy nie da się wykluczyć elementu subiektywnego. Oczywiście nie mówię tu o przypadkach skrajnej samowolki – opuszczaniu fragmentów tekstu, bo się tłumaczowi nie podobają, lub dopisywaniu zdań, bo tłumacz uważa, że czegoś w tekście brakuje. Jeśli książka nie jest podrzędnym czytadłem, które można przełożyć niemal bez czytania, to tłumaczowi do pracy zawsze niezbędna jest wyobraźnia, a to wyklucza niewidzialność. 

„Choćby nie krytykował pracy poprzedników wprost, tłumacz ogłasza (...) swój nowy przekład tylko wtedy, gdy pierś mu nadyma zarozumiała pewność, że jego własny wytwór jest lepszy” – pisał przed laty w swym translatologicznym manifeście Stanisław Barańczak. „Potrafię lepiej (niż inni tłumacze), Potrafię nie gorzej (niż autor)” – to według Barańczaka najszczersza odpowiedź na pytanie o motywy działania dobrego tłumacza. Zgadza się pan z tym?

Przekłady Barańczaka są zazwyczaj bardzo swobodne i zdecydowanie autorskie. W jego przypadku ta metoda się sprawdza – większość tego, co przetłumaczył, jest znakomita i brzmi. On w młodości, o ile dobrze pamiętam, grał na trąbce – i to słychać w jego przekładach. Jednak w tłumaczeniu bywa zbyt arogancki. Czasem pisze po prostu własny utwór obok oryginału, kompletnie nie przejmując się tym, o co chodziło autorowi, i zupełnie zmieniając zastaną formę. Zgodziłbym się z Barańczakiem, ale z paroma zastrzeżeniami: nie należy dla samej ambicji – głównie z potrzeby rozwiązania łamigłówki – brać się do tekstów, których się nie czuje. Chęć pokazania, że potrafi się lepiej niż inni, nie powinna być dominującą, a już na pewno nie jedyną motywacją tłumacza. Ideałem byłoby, gdyby tłumacz podchodził do książki z nastawieniem, które dobrze obrazuje pewne zdanie Boba Dylana, który powiedział kiedyś po wysłuchaniu czyjejś piosenki: I would like to have written it myself – „żałuję, że sam tego nie napisałem”. Przy jego nadzwyczaj wysokim mniemaniu o sobie był to wielki komplement. 

Pod koniec lat 90. przygotował pan nowy przekład „Lolity” Nabokova. Czy decyzja, aby zająć się tą powieścią, miała jakiś związek z wcześniejszym, kontrowersyjnym przekładem Roberta Stillera?

„Lolita” w przekładzie Stillera ukazała się w 1991 roku nakładem wydawnictwa PIW. Pamiętam, że byłem w księgarni PIW na Foksal i wszedł jakiś osobnik, pytając, czy jest „Lolyta”. Otóż Stiller zrobił właśnie „Lolytę”. Ale wtedy nikt go nie krytykował. Pierwszą krytyczną recenzję jego przekładów opublikował Henryk Dasko na łamach „Ex Librisu”. Ja w tym czasie miałem już przetłumaczone „Prawdziwe życie Sebastiana Knighta” Nabokova i bardzo chciałem zrobić coś jeszcze. Przekład Stillera mi się nie podobał, ale nie marzyłem o pracy nad „Lolitą”, nie była moją ulubioną powieścią Nabokova. Byłbym wolał przetłumaczyć „Transparent Things”, czyli w ówczesnym tłumaczeniu „Przejrzystość rzeczy”. Gdy jednak pojawiła się propozycja tłumaczenia „Lolity”, poczułem, że Nabokovowi się nie odmawia. 

„Lolita” to niejedyny przypadek, gdy dokonał pan kolejnego przekładu słynnej książki.

Zgadza się. Od tamtej pory przetłumaczyłem jeszcze kilka książek, które miały wcześniejsze przekłady, między innymi „Lorda Jima”. Drugi czy trzeci przekład wydawca zamawia zwykle wtedy, gdy chodzi o książkę szczególnie ważną. Z jednej strony sprawia to niewątpliwą satysfakcję, a z drugiej krępuje. Od pierwszej chwili czuję, że ktoś mi patrzy na ręce, i nawet gdy przeżywam książkę bardzo osobiście, nie jest to dla mnie tak prywatna rozmowa z autorem, jak w przypadku utworów mniej dostrzeganych. Z tego punktu widzenia najmilej byłoby tłumaczyć książki niszowe. 

Nabokov w „Sztuce przekładu” wygłasza bezwzględne uwagi o nieudolnych tłumaczach, których określa mianem partaczy, beztalenci i szkodników. „Ani wiedza, ani pracowitość nie zastąpią wyobraźni i wyczucia stylu” – ani erudyta, ani wyrobnik nie poradzą sobie w roli tłumacza tak dobrze, jak zrobi to pisarz i poeta – notował. I jak tu tłumaczyć Nabokova?

Obcowanie z dowcipną, powściągliwie zmysłową, finezyjną prozą Nabokova jest warte ryzyka. Kiedy pracowałem nad „Lolitą” i „Bladym ogniem”, nie czułem się jeszcze tak pewnie w tłumaczeniu jego książek jak dziś. Nabokov pisze językiem bardzo zdolnego, wręcz genialnego cudzoziemca. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że jest on dla mnie może nie łatwym, ale na pewno nie najtrudniejszym spośród tłumaczonych autorów. 

Kto sprawia więcej kłopotu?

Na przykład Don DeLillo. Nabokov w porównaniu z DeLillo, nie jako pisarz, ale jako materiał do tłumaczenia, jest bez porównania łatwiejszy. To jest przede wszystkim zupełnie inny pomysł na literaturę. DeLillo używa wielu wyrażeń slangowych, konstruuje zdania-koany, które trzeba kilkakrotnie demontować i składać z powrotem. To wybitnie inteligentny człowiek, myślący po amerykańsku wieloma rozmaitymi dialektami. Nabokov pisze językiem bardzo bogatym, ale swoim. Wszystko u niego podszyte jest słowiańszczyzną, jego język zawiera bardzo mało idiomów, nie spotkamy w nim slangu. Dla polskiego tłumacza język Nabokova jest mniej zagadkowy, choć oczywiście też pełen swoistych łamigłówek. To samo można powiedzieć o Brodskim, a nawet o Conradzie. Wszystko to byli Słowianie piszący po angielsku. 

Czym się pan kieruje, wybierając książki do tłumaczenia?

Bywa z tym bardzo różnie. Nabokov był zdecydowanie moim pisarzem wybranym. „Lord Jim” przyszedł do mnie nieco poniewczasie. Na pewnym etapie życia czułem, że mam z tą książką jakąś sprawę do załatwienia, ale kiedy już usiadłem, żeby ją tłumaczyć, okazało się, że sprawa nie jest już tak paląca. Niestety, większość z tego, co przetłumaczyłem, to były propozycje wydawców. Czasem były to mniej lub bardziej małżeństwa z rozsądku, czasem związki aranżowane, ale bardzo udane, jak choćby w przypadku „Strzały czasu” Martina Amisa. 

A jak było z Coetzeem? Przetłumaczył pan aż cztery jego powieści, w tym „Hańbę”.

Z Coetzeem to był akurat przypadek. Nie będę udawał, że „Hańba” mnie zachwyciła. Teraz jestem już z tą książką bardzo zżyty, ale musiałem pokonać duży opór, żeby ją zrobić, i absolutnie nie spodziewałem się takiego sukcesu. Coetzee jest dla mnie pisarzem nieprzyjemnym, nieszczęśliwym protestantem, mimo że nie pochodzi z bardzo religijnej rodziny. To pisarz wiecznie udręczony i właściwie bez poczucia humoru. Dopiero w ostatniej tłumaczonej przez mnie książce („Zapiski ze złego roku”) zauważyłem, że próbuje być chwilami zabawny i to mu się – o dziwo – udaje. Dla mnie Coetzee jest zupełnie niezmysłowy, z przykrością wchodzę w jego szary, bezkrwisty świat. W jego prozie wprawdzie krew się leje, ale i ona jest jakaś taka szara. Coetzee gra wciąż na jednej strunie. Ale trzeba przyznać, że potrafi wygrać na niej bardzo wiele rzeczy. Poza tym z jego charakterystycznym cierpiętnictwem potrafię niestety wpaść w rezonans. W jakimś sensie to jest mój pisarz, rozumiem go nawet bardziej niż bym chciał, i dlatego praca nad jego tekstami jest dla mnie przykra. 

Czy są jakieś książki, które chciałby pan przełożyć?

Jest kilka takich książek, ale niestety nikt ich nie chce wydać. Ostatni raz proponowałem książkę trzy lata temu i skończyło się to tym, że wydawca jej wydać nie zechciał, a egzemplarz książki mi zgubił. Ostatni raz przyjęto moją propozycję jakieś dziesięć lat temu. 

Co to było?

„Żółwi dziennik” Russella Hobana. Jest jeszcze co najmniej jedna powieść tego autora, którą chciałbym przełożyć, ale wymaga ona dużo pracy. Musiałbym mieć sporo czasu, odległy termin, czyli musiałoby się to zdarzyć w jakimś lepszym świecie. Zdarzają się też sytuacje, kiedy żałuję, że to nie ja dokonałem jakiegoś przekładu. Kilka lat temu wydawnictwo Media Rodzina wydało nowy, bardzo niezgrabny przekład „Księgi dżungli” z genialnymi ilustracjami Józefa Wilkonia. Dla mnie ta książka jest tak ważna, jak „Kubuś Puchatek”, a nawet ważniejsza, bo to właśnie na „Księdze dżungli” się wychowałem. Nigdy nie marzyłem o tym, aby ją przetłumaczyć, wolałem po prostu inne książki. Gdy jednak zobaczyłem to piękne wydanie z fantastycznymi ilustracjami Wilkonia, odezwał się we mnie społecznik. Uważam, że jeśli ktoś postanowił znowu wydać tę książkę, można to było zrobić choć trochę lepiej. Poczułem żal, że się tym sam nie zająłem, że szansa się zmarnowała, bo teraz pewnie minie następne pięćdziesiąt lat, zanim ktoś znowu to przełoży. Jeśli w ogóle kiedykolwiek się to stanie, bo to już chyba nie będzie literatura na koniec XXI wieku 

Przetłumaczył pan za to inną książkę dla dzieci – „Wielkomiluda” Roalda Dahla. W oryginale tytułowy olbrzym nazywa się BFG („Big Friendly Giant”) – pan wymyślił Wielkomiluda, a potem całą galerię innych olbrzymów m.in.: Kościochrupa, Ludodława i Rzezikozika.

„Wielkomilud” to była pierwsza – i prawie jedyna – w moim życiu zawodowym książka, którą zdecydowałem się tłumaczyć, zanim jeszcze skończyłem ją czytać. Od momentu pojawienia się tytułowego olbrzyma zaczynają się łamańce językowe. Czytając książkę Dahla w oryginale, od razu miałem pomysły, jak je przekładać – pierwszą wersję tłumaczyłem a vista, nie zaglądając nawet, co będzie się działo na dalszych stronach. Oczywiście potem czytałem i poprawiałem ją wielokrotnie. Początkowo dość niewolniczo trzymałem się oryginału i wszędzie tam, gdzie u Dahla jest jakiś łamaniec, też starałem się coś przeinaczyć. W końcu jednak zorientowałem się, że nie tędy droga, bo angielski i polski mają swoją specyfikę, jeśli chodzi o takie językowe zabawy. Jeśli dobrze się przyjrzymy, to zauważymy, że każdy z tych języków ma stawy – jak ludzkie kończyny. One się jakoś zginają, mają określoną elastyczność. Jeśli przyjrzymy się jeszcze lepiej, to dostrzeżemy, że każdy z nich ma jeszcze stawy ukryte, które pozwalają wyginać go w różne dodatkowe, często nieoczekiwane strony. W polskim i angielskim te stawy są w innych miejscach. I pracując nad „Wielkomiludem”, szedłem za językiem – tam, gdzie po polsku aż prosiło się, żeby coś wymyślić, wymyślałem, a tam, gdzie język polski stawiał zdecydowany opór, tłumaczyłem dosłownie, dbając jednak o to, aby zachować równowagę, by w przekładzie znalazło się mniej więcej tyle samo dziwnych i zabawnych sformułowań, co w oryginale.

Jakie jeszcze trudności czyhają na polskiego tłumacza w języku angielskim?

Angielski – inaczej niż polski ­– jest bogaty w słowa jednosylabowe. Dlatego bardzo trudno tłumaczy się z angielskiego na polski poezję, piosenki czy dramaty. Pierwotnie wartki dialog w polskim przekładzie często staje się rozwlekły i tracimy przez to cały rytm wypowiedzi. Tłumacz zwykle wybiera kompromis – chcąc zachować zwartą formę, musi zgubić coś z treści. W ciągu ostatnich kilkunastu lat pojawiła się też nowa trudność związana z angielskim, której kilkadziesiąt lat temu nie było. Coraz więcej języków na świecie, w tym także polski, ulega zapapraniu przez angielski. Wielu młodych Polaków, zwłaszcza w potocznej rozmowie, raz po raz wtrąca słowa angielskie lub kalki z angielskiego. Już prawie wszyscy przeszli na angielskie następstwo czasów i bardzo się dziwią, kiedy im się mówi, że można inaczej. Nie wiem, jak poloniści w szkołach podstawowych objaśniają zasadę podmiotu domyślnego. Sądząc po efektach, pewnie sami już jej nie znają. Ja w swoich przekładach słów angielskich zostawiać nie mogę, a stosować składniowych anglutów sumienie mi nie pozwala. Więc powiedziałbym, że przy tłumaczeniu z angielskiego pojawiają się wszystkie te same trudności, co przy tłumaczeniu z innych języków, ale dochodzi do nich jeszcze fakt, że angielski wdziera się w inne języki. 

Sam też chyba ponosi tego konsekwencje?

Tak, ugina się pod tym brzemieniem. Przez to, że coraz więcej nie-Anglosasów mówi i pisze po angielsku, pojawia się na świecie dużo tekstów powiedzianych i napisanych złą angielszczyzną. Jeśli posłucha pani Euro News i BBC, zorientuje się pani, że w tej pierwszej stacji słychać zupełnie inny angielski, bardzo często sztywny i nienaturalny. Do niedawna miałem taki zwyczaj, że jeśli nie podobał mi się polski przekład książki tłumaczonej z innego języka niż angielski, to ją sobie sprowadzałem w wersji angielskiej. W zeszłym roku trafiłem na angielski przekład Michela Houellebecqa, którego zresztą nigdy po polsku nie czytałem. Zaczynało się bardzo zachęcająco, więc kupiłem. Szybko zorientowałem się, że książka została napisana bardzo słabym angielskim, jest niezredagowana, niedopracowana i wygląda jak przeciętny przekład na polski. Nigdy wcześniej aż tak się nie rozczarowałem.

Aktor wchodzi w role i na pewien czas staje się odgrywanym przez siebie bohaterem, a tłumacz? Czy zaczyna myśleć – dajmy na to – Nabokovem? Czy po książce zostaje blizna?
Można tak powiedzieć. Ta blizna nie zawsze jest bolesna. Na przykład ta po „Wielkomiludzie” jest bardzo przyjemna. Bywa też inaczej – pamiętam, że podczas czytania ostatnich korekt „Strzały czasu” Amisa przez kilka nocy miałem koszmarne sny. Bardzo wielu książek nie chciałem robić, bo opisywały koszmarne światy. Były to często powieści, które mogłem czytać z przyjemnością, albo po prostu bez przykrości, ale nie chciałem spędzać w świecie wyobraźni ich autorów długich miesięcy. Praca tłumacza zakłada, że wpuszcza się do własnej głowy cudzy świat, bez tego przekład nigdy nie będzie dobry. Być może także dlatego tak wiele jest słabych przekładów, że ich twórcy nie wpuszczają powieściowych światów do swoich głów, lub robią to tylko powierzchownie. A jeśli ma być spełniony postulat, o którym wcześniej wspominałem – wyrażony przez słowa Boba Dylana – to tłumacze muszą pisać sobą. 

Muszą się odsłonić?

Tak, a nawet zrobić coś więcej. W jednym z moich wczesnych tłumaczeń czarownica grozi któremuś z bohaterów, że wyrwie mu wątrobę i nakarmi nią harpię. Ktoś na to odpowiada, że jej magia to oszustwo, bo aby robić prawdziwe czary, trzeba sobie samemu wyrwać wątrobę. To bardzo dobrze powiedziane, genialni pisarze zwykle tak właśnie robią. Oczywiście pokazywanie wnętrzności nie gwarantuje literackiego sukcesu, niektórzy zupełnie niepotrzebnie sobie tę wątrobę wyrywają. Ale coś podobnego powinien właśnie zrobić tłumacz – jeśli pracuje nad ważną książką, musi w nią wleźć i pozwolić, żeby ona wlazła w niego. Może to być wspaniała przygoda – szczególnie jeśli ma się czas i współpracuje z dobrym wydawcą i redaktorem. Niestety dziś takie przygody zdarzają się rzadziej.

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL (Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych).

ZOFIA ZALESKA
Autorka książek „Zaniechanie” (Karakter, 2025) i „Przejęzyczenie. Rozmowy o przekładzie” (Wydawnictwo Czarne, 2015, 2026), absolwentka Instytutu Kultury Polskiej UW i Szkoły Nauk Społecznych przy Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Pracowała w „Gazecie Wyborczej”, publikowała m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Dzienniku Literackim”, współpracuje z „Dwutygodnikem” i z miesięcznikiem ⁠„Nowe Książki”. Stypendystka Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Mieszka w Warszawie.

https://www.dwutygodnik.com/

wtorek, 27 października 2026

Syjonizm to rasizm; doświadczenie polskie

 

Bermanowszczyzna była przejawem etnicznie, a nie klasowo motywowanego żydowskiego terroru skierowanego przeciw Polakom.

Gdyby Goldberg, Fejgin, Szechter, Grinszpan, Bobrowicki działali tylko z pobudek ideologicznych, jak to się nie od dziś tłumaczy – to gdzież przekrojowość represji, oddająca wciąż zróżnicowany po wojnie kształt społeczeństwa RP? Gdzie ci potomkowie żydowskiej burżuazji i inteligencji ścigani przez komunistycznych rodaków jako wrogowie klasowi? Przeciwnie, przecież to właśnie dzieci żydowskich burżujów i inteligenciaków, a nie chasydzkiej biedoty stanowili rdzeń bezpieki, likwidującej polską konkurencję! Nie, bermanowszczyzna była w pierwszej kolejności i przede wszystkim upaństwowioną zbrodnią o charakterze czystki etnicznej dokonywanej na Polakach przez udających komunistów Żydów przebranych w niby-to-polskie mundury.

Usunąć polską konkurencję

Dowodem na to jak bardzo krypto-syjonistom w mundurach bezpieki nie zależało na rekoncyliacji państwa komunistycznego z narodem polskim były represje spadające na tych Polaków – nie komunistów, którzy chcieli i mogli wykorzystać swój autorytet dla takiego pojednania.

Zamordowanie gen. Emila Fieldorfa „Nila”, zemsta na Adamie Doboszyńskim, uwięzienie gen. Stanisława Tatara i jego współpracowników ujawniały, że Żydom z bezpieki nie chodziło w ogóle o ideologię, a już na pewno nie o Polskę Ludową. Oni strzegli swego monopolu władzy, swej wyłączności na terror, dlatego zaciekle mordowali Polaków mówiących „realia są jakie są, ale Polska jest jedna”. Gdyby im chodziło o komunizm, to przecież tacy ludzie, Polacy o niekwestionowanych autorytetach – byliby nieocenionymi sojusznikami! A jednak nie, to właśnie ich należało zlikwidować w pierwszej kolejności.

„..a ponieważ napisane jest bliźniego, więc zakaz ten nie stosuje się do akuma”

Odrębnym motywem działania syjonistów był ten również dla nich najbardziej typowy, a więc chciwość, dążenie do zagrabienia polskich majątków, funduszy z Zachodu, wracającego do Polski złota itp. – oraz eliminowanie wszystkich świadków mogących potwierdzić, że rzekomi ideowi komuniści jakoś nadal hołdują zasadzie, że goja można, a nawet należy okraść. Temu służyły powojenne represje wobec polskiej drobnej przedsiębiorczości i indywidualnego handlu, stąd początkowe parcie na kolektywizację, w myśl tradycji wyzysku polskiego chłopa przez arendarza, zastąpionego wówczas przez kierownika spółdzielni. W ten wreszcie sposób wprost położono łapę na polskim złocie uratowanym z Londynu i na środkach wysyłanych do Polski przez zachodnie wywiady w ramach afery Bergu – Operacji Cezary. Było to tworzenie zaplecza finansowego bardzo potrzebnego, gdy bermanowszczyzna straciła monopol na terror, a i pełnię władzy politycznej odzyskała dopiero w kolejnym pokoleniu i po likwidacji resztek realnego socjalizmu w Polsce.

Gdy PRL się polonizowała – opozycja syjonizowała

Charakterystyczne, że szczególnie znienawidzony i ścigany przez kryptosyjonistów Bolesław Piasecki sam uniknął ich zemsty tylko ze względu na strach, przed nierozpoznanymi przez nich i przecenianymi kontaktami bezpośrednio z Moskwą. Rytualną karę przeniesiono zatem z ojca na syna, porywając i mordując Bohdana Piaseckiego.

Z kolei Polaków-komunistów, jak Władysław Gomułka, trzymano w zanadrzu, jako potencjalny kapitał do wykorzystania, gdyby władza zaczęła wysuwać się z rąk i trzeba się było zasłaniać rzekomą wspólnotą ideologiczną, ważniejszą od jakichś tam błędów i wypaczeń. A jednak nawet i wtedy czynnik etniczny nie zniknął, przesunął się jedynie w kierunku postępującej syjonizacji opozycji tzw. demokratycznej w Polsce. Im bardziej polska stawała się Partia i władza komunistyczna – tym bardziej niepolska i antypolska stawała się działalność nagle objawionych antykomunistów, w istocie nadal tylko syjonistycznych.

Resort bezpieczeństwa i jego krysza partyjna do tego stopnia miały mieć charakter etnicznej enklawy, że nie dopuszczano nawet myśli o jakiejkolwiek kontroli, realizowanej choćby i przez oczywistych, ideowych komunistów, ale pochodzenia polskiego. Czy zatem tylko pomyślnym dla bermanowszczyzny zbiegiem okoliczności była śmierć z rąk UPA generała Karola Świerczewskiego, wypróbowanego jeszcze w Hiszpanii towarzysza, któremu Stalin miał proponować przejęcie kontroli nad bezpieką w Polsce? Skądinąd nie byłby to przecież jedyny historycznie znany przypadek, gdy interesy syjonistów i ukraińskich nazistów okazywały się być zbieżne…

Dzieci Krajkiemana

Specyfika bermanowszczyzny, jako formy przetrwalnikowej, ekspansywnej i represyjnej syjonizmu jest dziś ukrywana czy to masową propagandą do jednego worka wrzucającą wszystkie prawdziwe i urojone zbrodnie komunizmu, czy też wygumkowywaniem czynnika etnicznego z popularnych zwłaszcza przedstawień okresu stalinowskiego w Polsce.

Nieprzypadkowo bermanowszczyzna w Polsce stała na trzech nogach: bezpieki (pod osobistą kontrolą kagana – Jakuba Bermana), handlu i gospodarki (Hilary Minc) oraz kultury i propagandy, pod nadzorem Romana Krajkiemana (Zambrowskiego). Sektory te przeplatały się i wymieniały kadrami, jednak to właśnie politprop okazał się najtrwalszym osiągnięciem syjonistów w walce o dominację nad Polską.

Dominację słabo dostrzegalną m. in. dzięki popkulturze i ignorancji historycznej budowanej w oparciu o filmy, zwłaszcza tych pozornie antykomunistycznych, oto w „Przesłuchaniu” Ryszarda Bugajskiego ofiarą represji trudno zgadnąć czemu zostaje jakieś pijane kurwiszcze, a prześladowcami są oczywiście wyłącznie Polacy (nic dziwnego, że przeciw takiemu pierwszemu upamiętnieniu zbrodni bermanowszczyzny słusznie jeszcze podczas kolaudacji protestował Bohdan Poręba).

Z kolei w prześmiewczym „Pułkowniku Kwiatkowskim” Kazimierza Kutza tytułowy bohater poznając i penetrując system bezpieki w Polsce dziwnym trafem trafia wyłącznie na nieszczególnie rozgarniętych Kowalskich, Jajców i innych, ale jakoś nie żadnych Światłów. Nawet w przejmującym „Generale Nilu”, znów w reżyserii Bugajskiego, mamy tylko panów pułkowników Różańskiego i Czaplickiego, cynicznych technokratów politycznej prowokacji, nie zaś realnych Goldberga i Kurca – Akowera, dla którego celem życia była nie tylko eliminacja, ale również zagrabienie mienia i zohydzenie pamięci likwidowanych gojów.

Polska współczesna pamięć historyczna jest zmanipulowana, a obecna karykaturalna forma późnego antykomunizmu III RP, pozbawiona pierwiastka świadomości narodowej jest produktem podwładnych Krajkiemana-Zambrowskiego, tak jak gospodarczą najnowszą historią Polski pomagali sterować następcy ekipy Minca, zaś polityczny kształt III RP nadały dzieci i wnuki funkcjonariuszy Bermana.

Polskie doświadczenie ze stosowanym syjonizmem, który umarzył sobie, że nad Wisłą stworzy sobie nie gorszą kolonię niż w Palestynie – jest w całej rozciągłości doświadczeniem walki z rasizmem.

Konrad Rękas

26 października 2026 konserwatyzm.pl/rekas-syjonizm-to-rasizm-doswiadczenie-polskie

Analfabetyzm na uczelniach

 

Niedawno Polacy ze zdumieniem dowiedzieli się, że były prezydent Polski był analfabetą, przynajmniej wtórnym, a co więcej, ten stan umożliwił mu obalenie komunizmu, czego wykształceni, utytułowani nie byli w stanie dokonać. Trudno o bardziej przewrotną pochwałę analfabetyzmu. Komuniści szczycili się jego likwidacją, a tu jeden człowiek, który przed alfabetyzacją się uchronił, ich obalił. Społeczeństwo otrzymało lekcję, że bez należytej znajomości czytania (ze zrozumieniem) i pisania (z sensem) można wysoko awansować.
Fakt, że z umiejętnością czytania ze zrozumieniem nie jest u nas dobrze, ale po co się męczyć, skoro nie jest to potrzebne, aby zostać honorowym doktorem czy profesorem, otrzymywać najwyższe akademickie zaszczyty. Tym niemniej w księgarniach akademickich pojawił się jakiś czas temu „Elementarz” Falskiego, aby ci (nawet akademicy), którzy popadli w analfabetyzm (wtórny), mogli się zmierzyć z rozpoznawaniem i składaniem literek.
Z trudnościami w nawiązaniu kontaktu intelektualnego z rektorami borykałem się przed laty, dlatego kierowałem w końcu pisma jednocześnie do senatu uczelni, licząc –jako niepoprawny optymista –że ktoś coś zrozumie. Nic z tego. Okazało się, że nawet członkowie Rady Doskonałości Naukowej mają trudności w pisaniu recenzji, myląc je z hejtem, a przecież to oni decydują, kto może, a kto nie może być profesorem. To wyjaśnia, dlaczego poziom nauki spada u nas na łeb, na szyję. Inni też mają podobne doświadczenia i dokumentują przykłady analfabetyzmu, na przykład „dziekany”, i to prawa, co wyjaśnia tragiczny wręcz poziom naszego sądownictwa. Skoro „dziekana” nie rozumie, co mówi, co pisze, to co mają umieć absolwenci takiej uczelni? Jak taki stan rzeczy uzasadnić ekonomicznie?
Dlaczego obywatel ma finansować niegramotnych fikcjonariuszy nauki? Niemożliwość nawiązania kontaktu intelektualnego z władzą narusza przecież podstawowe prawa obywatelskie. Niestety nie ma monitoringu analfabetyzmu akademickiego ani programu jego zwalczania, więc problem będzie się pogłębiał.

Tekst opublikowany w tygodniku Gazeta Polska, 21 października 2026 r.
https://blogjw.wordpress.com/2026/10/26/analfabetyzm-na-uczelniach/

poniedziałek, 26 października 2026

Broń biologiczna i umyślne oszustwo


Masowe użycie broni biologicznej i umyślne oszustwa – takie są najważniejsze zarzuty w cywilnym procesie przeciwko znanym powszechnie twórcom plandemii.

W czwartek przed sądem okręgowym w Holandii odbyła się rozprawa w wysoce kontrowersyjnej sprawie: Bill Gates, Mark Rutte i Albert Bourla, między innymi, zostali oskarżeni o wprowadzanie w błąd i wyrządzenie krzywdy społeczeństwu w związku ze szczepionkami przeciwko koronawirusowi. Adwokaci z goryczą narzekali, że nikt nie chciałby zajmować się polityką ani doradzać naukowcom, gdyby groziło mu postawienie ich przed sądem za ich działania. To rzeczywiście bardzo osobliwa strategia.

22 października przed Sądem Rejonowym Północnej Holandii w Leeuwarden odbyła się rozprawa cywilna przeciwko multimiliarderowi Billowi Gatesowi, prezesowi firmy Pfizer Albertowi Bourli, sekretarzowi generalnemu NATO Markowi Rutte i 14 innym oskarżonym. Powodowie oskarżają ich o celowe wprowadzanie w błąd w sprawie szczepionek przeciwko COVID-19 i wynikające z tego szkody zdrowotne. Pełnomocnicy prawni powoda zarzucają użycie broni biologicznej i udział w projekcie o zasięgu międzynarodowym. Pozwani odrzucają wszystkie oskarżenia, krytykując w szczególności próbę ścigania polityków i naukowców. Wyrok spodziewany jest między grudniem 2026 a lutym 2027 roku.

Kluczową rolę odegrały oświadczenia złożone przez Saszę Łatypową (przedsiębiorcę farmaceutycznego i analityka), byłego starszego menedżera ds. badań i wiceprezesa Pfizera, Michaela Yeadona (farmakologa, biochemika), Catherine Austin Fitts (bankiera inwestycyjnego, byłego urzędnika państwowego, analityka finansowego) oraz Josepha Sansone’a (psychologa, psychoterapeuty). Stassen powołał się w szczególności na relację Łatypowej, że opracowywanie i pozyskiwanie leków odbywało się częściowo w strukturach wojskowych. Łatypowa i Sansone byli osobiście obecni na sali sądowej jako obserwatorzy.

Cytat z opublikowanego wczoraj na Report24 artykułu: Proces Gatesa w Holandii: adwokaci ostro krytykują akt oskarżenia. Źródło.

https://world-scam.com/Pages/Pl/Proces-Gatesa-w-Holandii.pdf


Wypowiedź Petera Stassena, oskarżyciela Gatesa. Adwokat zaprzecza, jakoby Covid-19 był samodzielną chorobą. Dowody i zeznania międzynarodowych ekspertów zostały już włączone do akt sądowych i nie można ich dłużej ignorować. „Covid-19 to projekt”.

Główny świadek w tej sprawie, prof. Francisa Boyle’a, autor amerykańskiej ustawy o broni biologicznej z 1989 r., wkrótce po potwierdzeniu, że zezna przeciwko Gatesowi i Bourli, zmarł nagle i niespodziewanie. Uważał on, że zarówno preparaty mRNA, jak i sam koronawirus od samego początku stanowiły część ofensywnych programów broni biologicznej, finansowanych przez amerykańską agencję badawczą DARPA.

Drugi adwokat, Arno van Kessel, który zainicjował toczące się obecnie postępowanie główne, nie może wesprzeć swojego kolegi Petera Stassena, ponieważ 11 czerwca 2025 r. został on siłą aresztowany i przetrzymywany przez 260 dni pod zarzutem przygotowywania ataku na szczyt NATO w Hadze. Należy on do sieci terrorystycznej „Souveräner”. Jego areszt śledczy został zawieszony po dziewięciu miesiącach. Chociaż śledztwo nie dostarczyło wystarczających dowodów, musi nosić bransoletkę monitorującą. Było to jednak dla holenderskiej izby adwokackiej wystarczającym powodem do cofnięcia mu uprawnień adwokackich. Sam Van Kessel określa to w następujący sposób: „To się nazywa lawfare, jedna z cech charakterystycznych faszystowskiego państwa, w którym niestety żyjemy”. Lawfare, czyli wojna.
[prawnicza]

Pieniądze oskarżonych na pewno nie wpłynęły na powyższe wydarzenia. Mamy przecież do czynienia ze szlachetnymi filantropami, którzy dla dobra ludzkości zrobią dosłownie wszystko.

Leeuwarden, 22 października 2026 r. – Stassen przed sądem: „Teraz prawda wyjdzie na jaw!”

Oskarżonym w przypadku uznania ich winy nie grozi kara śmierci, ponieważ takiej nie ma w krajach UE, nie grozi im nawet więzienie, ponieważ jest to proces cywilny, a nie karny. Nie możesz wziąć adwokata, żeby postawił przed sądem mordercę twojego dziecka. Takimi przestępstwami zajmuje się prokuratura, która może wszcząć proces karny.

To, z czym mamy aktualnie do czynienia w Holandii, jest krokiem milowym na drodze ku uświadomieniu światu, że plandemia, nie tylko była ludobójstwem na skalę niespotykaną w historii świata. To był systematycznie zaplanowany projekt mający na celu redukcję populacji oraz ograniczenie praw człowieka, które są solą w oku globalistów.

Mówimy o ludobójstwie. Szczepionki przeciwko COVID-19 to broń biologiczna, której celem jest redukcja populacji.
Peter Strassen, oskarżyciel Billa Gatesa i spółki.

Ten proces cywilny odniósł już wielki sukces, ponieważ wbrew potężnym naciskom doszedł do skutku i jest przedstawiany opinii publicznej dzięki zarządzonej przez sąd bezpośredniej transmisji z sali obrad.

Przypuszczam, że ta decyzja miała na celu uwiarygodnienie holenderskiego sądu przed opinią publiczną, by wzmocnić – obym się mylił – uniewinniający wyrok, który ma wkrótce zapaść.

Pomimo że mainstreamowe łże-media milczą na temat tej sprawy, dzięki niezależnym od globalistów rosnących jak grzyby po deszczu niezależnym mediom, coraz więcej ludzi na świecie dowiaduje się szczegółów związanych z zaplanowanym ludobójstwie pandemicznym.

Za miesiąc, 22 listopada, odbędzie się w Warszawie poświęcone niezależnym mediom, trzecie z kolei Network Expo Polska 2026, na które także i ja planuję przyjechać.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

24. października 2026 Marek Wojcik world-scam/bron-biologiczna-i-umyslne-oszustwo

Świat nie składa się już z niezależnych narodów? „Deep state” dąży do globalizacji. Atak „Obcych”?


[Dodałem w tytule <Atak „Obcych”?>, bo wyjaśnić, że to naprawdę obcy – słudzy Szatana. Mirosław Dakowski]

=================================

„To nie do pomyślenia, żeby ci, którzy mają władzę i bogactwo, nie połączyli sił w imię wspólnej więzi, wspólnego interesu i długofalowego planu, by decydować o przyszłości świata i nią kierować”.
/ Milton William (Bill) Cooper, Behold a Pale Horse

========================================

Powinno być już oczywiste, że narody i kraje na całym świecie działają razem jako jedna całość, nawet jeśli udają, że są wrogami, co wskazuje, że ta nikczemna farsa wciąż trwa. Gdyby duża część tej owczej populacji mogła to zrozumieć i zaakceptować, nastawienie by się zmieniło i na pewno doszłoby do fizycznych działań obronnych, ale niemal niemożliwe jest przekonanie stada do prawdy, co stanowi ogromną przeszkodę w upowszechnieniu tej wiedzy.

Żeby prawda została zaakceptowana przez wyprane mózgi ignorantów, najpierw trzeba pozbyć się ego.

Ci, których nazywa się „ludem” – niższe klasy poddanych, które stanowią większość społeczeństw – są zajęci oglądaniem igrzysk, uczestniczeniem w środowisku „chleba i igrzysk”, skupiają się na drobiazgach i codziennych cyklach „wiadomości”, całkowicie unikając spojrzenia na szerszą perspektywę; patrzą na wszystko, co prezentuje państwo, nigdy nawet nie zaglądając za zasłonę tajemnicy.

Już sam ten fakt jest powodem, by sądzić, że prawdziwa rewolucja, jakiekolwiek rzeczywiste przebudzenie, jakakolwiek uzasadniona negacja władzy, prawdopodobnie nigdy nie nastąpi z inicjatywy żadnej kompetentnej mniejszości działającej na dużą skalę, a już na pewno nie z inicjatywy większości złożonej z zindoktrynowanych głupców.

Dyskusje o jednym rządzie światowym, nowym porządku świata, zglobalizowanej siły rządzącej od dziesięcioleci były ignorowane i odrzucane jako „teoria spiskowa”. Teraz cała klasa rządząca otwarcie i swobodnie to ujawnia, prezentując to tak śmiało i głosząc, że to droga do równości i dobrobytu, że prawie niemożliwe jest nie dostrzec, iż taki był plan od samego początku.

Ci, którzy zlekceważyli ostrzeżenia i ignorowali to, co działo się przez ostatnie kilka dekad, teraz po raz kolejny nie tylko nie chcą przyznać, że się mylili i że ich okłamano, ale też dobrowolnie idą na rękę planowi, który ma ich na zawsze zniewolić. To bardzo przygnębiające, bo mimo że wszyscy, którzy przewidzieli taki wynik, mieli rację, wciąż są ignorowani, podczas gdy hordy proletariatu chętnie wchodzą do swoich klatek i zamykają za sobą drzwi bez najmniejszego jęku. Najwyraźniej nikt nie wyciągnął z tego żadnych wniosków.

To prowadzi nas do sedna sprawy. Cała prawdziwa elita rządząca tą ziemią działa jako jedna całość. To nie jest coś, co się jeszcze wydarzy; to już się wydarzyło. Ostatnie etapy tej transformacji globalnych (jednoświatowych) rządów nie są jeszcze zakończone, ale z każdym dniem coraz bardziej zbliżają się do realizacji.

Gdy tylko zasłona opadła, gdy tylko plan został ujawniony, gdy światowi „przywódcy” otwarcie zaczęli promować ten system, kwestia istnienia tego globalnego spisku przejęcia władzy stała się niepodważalna. Kiedy ludzkość osiągnęła stan niemal całkowitej ignorancji, kiedy logika i rozsądek przestały być oczywiste, kiedy zależność stała się niemal powszechna, nie trzeba już niczego ukrywać, bo lemingi pogodziły się ze swoimi mentalnymi klatkami. Te klatki uniemożliwiają krytyczne myślenie, przez co społeczeństwa zamieniają się w obozy niewolnicze.

Zanim pójdziemy dalej, warto zrozumieć, o co tu naprawdę chodzi. Wystarczy jeden przykład spośród wielu, by każdy myślący człowiek pojął skalę tego spiskowego systemu jednego świata. Tym przykładem jest mistyfikacja zwana „covidem”. Ta fałszywa „pandemia covidowa” zaczęła się zaledwie 7 lat temu.

To, co się wydarzyło, było zdumiewające, ale nie byłoby możliwe, gdyby nie współudział władz niemal wszystkich krajów na świecie, które współpracowały ze sobą i od dawna były w pełni świadome tego spisku. Spośród około 200 krajów na świecie niemal każdy z nich wprowadził, wdrożył i egzekwował jakąś formę lockdownu, ograniczeń w przemieszczaniu się, przymusowych testów, obowiązkowych „szczepień” oraz wiele innych restrykcji – i to wszystko jednocześnie.

Jak to mogło się stać bez całkowitej zmowy między wszystkimi krajami na tym czy innym poziomie? Mogę ci powiedzieć, że w żadnym wypadku nie mogło to nastąpić w sposób naturalny – byłoby to niemożliwe. To wszystko było ustawione, globalny spisek z udziałem wszystkich stron, wszystko z góry zaplanowane i zorganizowane tak, by wymusić stworzenie uniwersalnego, jednego światowego, technokratycznego więzienia dla ludzkości. To była po prostu próba i okazała się całkowitym sukcesem dla tej garstki, która rządzi i kontroluje cały świat.

Nawet teraz, kiedy to piszę, kraje na całym świecie są zgodne i wdrażają te same restrykcyjne środki oraz struktury inwigilacji – czy to w Rosji, Chinach, Azji, Europie, Wielkiej Brytanii, Kanadzie, Australii, Ameryce Południowej, Meksyku, Ameryce Środkowej, Izraelu, na Bliskim Wschodzie, oczywiście w USA i wielu innych miejscach.

Rozwój złej sztucznej inteligencji (w przeciwieństwie do tej dobrej), biometrii, masowej inwigilacji, ograniczeń w podróżowaniu, cyfrowej waluty, ministerstw „prawdy” i kontroli wypowiedzi, potwornych centrów danych, niszczenia źródeł żywności i energii – i tak dalej, i tak dalej.

Kiedy pojawią się kolejne lockdowny, „zdrowotne” nakazy, przymusowe „szczepionki”, całodobowy monitoring, kwarantanny i ograniczenia graniczne, wszystkie kraje będą działać jak jeden mąż. To naprawdę powstaje system jednego świata, a niemal powszechna zmowa jest teraz już oczywista. Nie ukrywa się tego, a każdy, kto ma oczy, widzi ten prawdziwy spisek.

Istnieje „elitarna” klasa rządząca złożona z ezoterycznych okultystów, którzy rządzą światem. Nie robią tego otwarcie, tylko w głębokim cieniu, i nie działają sami, bo prawie cała ludzkość uległa strukturze władzy odgórnej. W tej hierarchii są wielkie konglomeraty bankowe, największe korporacje, cała rzesza polityków i systemów politycznych, a także wszyscy egzekutorzy w rządzie i wojsku.

Klasa polityczna w kraju to tylko pośrednik między rządem a ludźmi, więc kiedy masy popierają ten rząd, tak naprawdę popierają system rządzący, który kontroluje rząd. To poparcie to w gruncie rzeczy nic innego jak droga do zniewolenia, gdzie większość ludzkości zostanie zniewolona fizycznie, umysłowo i psychicznie.

Aby doprowadzić do zaplanowanego przejęcia władzy nad światem, zbudować w pełni technokratyczny system rządów oraz podporządkować sobie ludzkość, by skłonić ją do działania jako całość i wezwać do całkowitej globalizacji – ten wielki plan mający na celu osiągnięcie masowej spójności – będzie potrzebował wydarzenia, które wszystko utrwali.

Z tego, co teraz widzę, tym wydarzeniem mógłby być zainscenizowany (fałszywy) atak obcej siły z kosmosu na Ziemię. Biorąc pod uwagę zaawansowany poziom technologii, ciągłe doniesienia o UFO i obecności obcych oraz ujawnienie tak zwanych akt dotyczących UFO przez Biały Dom za czasów Trumpa, to już nie jest science fiction.

Choć może to brzmieć jak naciąganie, Trump niedawno stwierdził: „Polecę sekretarzowi ds. wojny oraz innym odpowiednim departamentom i agencjom, by rozpoczęli proces identyfikacji i ujawniania rządowych akt dotyczących życia pozaziemskiego, niezidentyfikowanych zjawisk powietrznych (UAP) oraz niezidentyfikowanych obiektów latających (UFO), a także wszelkich innych informacji związanych z tymi niezwykle złożonymi, ale też niezwykle interesującymi i ważnymi sprawami”.

Bill Cooper rozważał tę możliwość już 35 lat temu, twierdząc, że rzekomy atak sił obcych na cały świat natychmiast zjednoczyłby wszystkie masy. Nie przychodzi mi do głowy żadne inne pojedyncze wydarzenie, które miałoby właśnie taki efekt.

Oczywiście, groźba światowej plagi, ale to już zostało zrealizowane w ramach oszustwa związanego z „covidem”. Mogłaby to być groźba uderzenia asteroidy niszczącej Ziemię, ale co by się stało, gdyby do tego nie doszło?

Sfałszowany atak obcych, przeprowadzony przez wojsko, mógłby posłużyć do faktycznego zabijania ludzi na całym świecie, powodując w ten sposób spadek liczby ludności i globalne wołanie o zjednoczony świat – oba te wydarzenia realizowałyby agendę.

Nie, nie oszalałem ani nie popadłem w demencję, ale biorąc pod uwagę dzisiejszy świat, wszystko jest możliwe, jeśli chodzi o stworzenie jednego rządu światowego i nowego porządku świata. Tak czy inaczej, zmierzamy prosto do piekła, jeśli zwykli ludzie wkrótce się nie obudzą i nie uświadomią sobie zagrożenia, jakie stanowią dla nich technokratyczne dziwki u władzy, patrzące na nich z góry.

„Nadejdzie dzień, kiedy wolność będzie tylko esencją umysłu, wewnętrznym stanem, który kiedyś był fizycznie osiągalny. Będą ci mówić, gdzie możesz mieszkać, w co możesz się ubierać i czym jeździć, co i ile możesz jeść i pić oraz jak to kupować. Pozbawią cię religii, rasy, płci, pochodzenia narodowego, wieku, koloru skóry, wyznania, poglądów i władzy, a sami przejmą kontrolę nad społeczeństwem. Ustanowią nowy porządek świata i zepchną cię na sam koniec kolejki, naznaczą i ostemplują. 

Wszystko, co było wcześniej, zostanie wymazane, a to, co nowe – zmanipulowane. A to, w co wierzysz najbardziej, będziesz mógł tylko ukrywać, bo wszyscy muszą podporządkować się władzy. Wszystko, co wykracza poza to, zostanie zniesione. Nawet śmierć będzie poszukiwana, ale powstrzymana. Będą sprawować całkowitą i bezwzględną kontrolę nad wszystkim i staną się jedynymi właścicielami twojej duszy. Światło, które kiedyś cię prowadziło, przygaśnie, a wolność będzie jak bezsilny ptak, uwięziony w klatce twoich żeber; ze ściętymi skrzydłami.”
/Anthony Liccione

Ten artykuł został pierwotnie opublikowany na stronie GaryDBarnett.com.
Prawa autorskie © Gary D. Barnett

lewrockwell/gary-d-barnett/the-world-is-no-longer-made-up-of-independent-nations-as-globalization-is-sought

Posted by Marucha w dniu 2026-10-25

marucha/swiat-nie-sklada-sie-juz-z-niezaleznych-narodow-bo-dazy-sie-do-globalizacji

https://www.lewrockwell.com/2026/10/gary-d-barnett/the-world-is-no-longer-made-up-of-independent-nations-as-globalization-is-sought/

niedziela, 25 października 2026

Madonna Paryska i inne obrazki






















 

Sum, bo ciągle kazał nam sumować w pamięci

 Opowieść Nibyżółwia

— Nie masz pojęcia, jak dobrze cię znowu zobaczyć, moja droga! — powiedziała Księżna. Delikatnie ujęła Alicję pod ramię i odprowadziła na bok.

Alicję ucieszył dobry nastrój Księżnej. Pomyślała, że być może wtedy, kiedy spotkały się w kuchni, jej wściekłość wynikała tylko z nadmiaru pieprzu.

„Kiedy ja będę Księżną”, powiedziała sobie (choć bez wielkich nadziei), „w mojej kuchni pieprzu nie będzie w ogóle. Zupy doskonale smakują bez niego... a być może to właśnie od pieprzu ludzie robią się nerwowi”. Myślała dalej, zachwycona, że odkryła nową regułę życia: „Od octu robią się skwaszeni, od rumianku zgorzkniali, a... a cukierki i słodycze sprawiają, że dzieci są słodziutkie. Szkoda tylko, że dorośli o tym nie wiedzą. Może wtedy dawaliby nam ich więcej...”.

Całkiem zapomniała już o Księżnej, przestraszyła się więc, kiedy usłyszała jej głos tuż przy swoim uchu.

— Myślisz o czymś, moja droga, przez co zapominasz się odzywać. Nie wiem chwilowo, jaki z tego morał, ale niedługo go sobie przypomnę.

— Może żaden — zaryzykowała Alicja.

— No, no, moje dziecko! — cmoknęła Księżna. — Wszystko ma morał, tylko trzeba go znaleźć. — I przysunęła się bliżej do Alicji.

Alicja rozmawiająca z KsiężnąAlicja wcale nie cieszyła się z tej bliskości. Po pierwsze, Księżna była bardzo, ale to bardzo brzydka. A po drugie, była akurat wystarczająco wysoka, żeby oprzeć brodę na ramieniu Alicji, brodę zaś miała nieprzyjemnie spiczastą. Alicja nie chciała wydać się źle wychowana, dlatego znosiła tę sytuację jak mogła najspokojniej.

— Przebieg gry znacznie się poprawił — stwierdziła dla podtrzymania rozmowy.

— Zaiste — odparła Księżna — z czego morał, iż to dzięki miłości, ach! miłości, kręci się nasz świat!

— Ktoś mi ostatnio mówił — szepnęła Alicja — że świat się kręci, bo ludzie nie wtykają nosa w nie swoje sprawy.

— Cóż! W zasadzie na jedno wychodzi — odparła Księżna, wbijając Alicji bródkę w ramię. — A morał z tego taki: „Strzeż sensu, gdyż sen sam się zastrzeże”.

„Strasznie lubi znajdować we wszystkim morały”, pomyślała Alicja.

— Ani chybi głowisz się, czemu nie objęłam cię w pasie — powiedziała Księżna po długiej przerwie. — Otóż dlatego, że nie znam usposobienia twojego flaminga. Czy powinnam spróbować?

— Może ugryźć — odpowiedziała ostrożnie Alicja, bo niezbyt jej się uśmiechała taka próba.

— Rzeczywiście — przyznała Księżna. — Flamingi gryzą, tak jak i musztarda. A morał z tego taki: „Każdy ptaszek swoje piórka pali”.

— Tyle, że musztarda to nie ptak — zauważyła Alicja.

— Znowu masz rację! — powiedziała Księżna. — Doskonale umiesz wszystko wyrazić!

— Jest raczej rodzajem minerału — ciągnęła Alicja.

— Ależ oczywiście — przyznała Księżna, najwyraźniej gotowa zgodzić się z każdym słowem Alicji. — Niedaleko stąd położona jest wielka kopalnia musztardy. A morał z tego taki: „Kto pod kim dołki kopie, ten ma sąsiada”.

— Ach, już wiem! — zawołała Alicja, która nie dosłyszała ostatniej uwagi. — To warzywo. Chociaż nie wygląda!

— Zgadzam się w całej rozciągłości — powiedziała Księżna. — A morał z tego taki: „Bądź, kim się wydajesz”. Albo, mówiąc prościej: „Nigdy nie wyobrażaj sobie, że nie jesteś inna niż wydajesz się innym, uważającym, że to, jaka byłaś lub być mogłaś, nie było inne niż to, kim byłaś lub wydawałaś się im kiedy indziej”.

— Chyba łatwiej byłoby mi panią zrozumieć — powiedziała uprzejmie Alicja — gdybym mogła sobie zapisać pani słowa. Niestety, kiedy słucham, zwyczajnie nie nadążam.

— Potrafiłabym mówić o wiele dłużej — odparła zadowolonym tonem Księżna.

— Och, proszę nie zadawać sobie tego trudu! — powiedziała Alicja.

— To żaden trud! — rzuciła Księżna. — Wszystko, co powiedziałam, daję ci w prezencie.

„Ładny prezent!”, pomyślała Alicja. „Dobrze, że nie dostaję takich na urodziny!”. Nic jednak nie powiedziała.

— Znowu zamyślona? — spytała Księżna i po raz kolejny wbiła jej ostrą bródkę w ramię.

— Mam prawo myśleć — odparła ostro Alicja, bo była już trochę zirytowana.

— Tak samo jak świnie mają prawo latać — powiedziała Księżna — a z tego mo...

Niespodziewanie, ku wielkiemu zdziwieniu Alicji, Księżna urwała, choć była w samym środku swojego ulubionego słowa „morał”, a ręka, którą trzymała ją pod ramię, zaczęła drżeć. Alicja podniosła wzrok i ujrzała Królową: stała przed nimi z ramionami skrzyżowanymi na piersi, zachmurzona jak niebo podczas burzy.

— Piękny mamy dzionek, Wasza Wysokość! — jęknęła cichutko Księżna.

— Ostrzegam! — wrzasnęła Królowa, tupiąc w ziemię przy każdym słowie. — Albo ty polecisz stąd w podskokach, albo poleci twoja głowa! Wybieraj!

Księżna wybrała natychmiastową ucieczkę.

— Wracajmy do gry — rozkazała Alicji Królowa, a Alicja tak się bała, że nawet nie pisnęła, tylko posłusznie powlekła się za nią na pole do krokieta.

Pozostali goście korzystali z nieobecności Królowej i odpoczywali w cieniu. Jednak gdy tylko się pojawiła, zaraz skoczyli z powrotem do gry, choć Królowa mruknęła jedynie, że każdy moment ociągania przypłacą życiem.

Przez całą grę ani na chwilę nie przestała kłócić się ze wszystkimi i wrzeszczeć „Ściąć mu głowę!” albo „Ściąć jej głowę!”. Skazanych odprowadzali żołnierze, którzy siłą rzeczy nie mogli dalej pełnić funkcji bramek, tak więc pół godziny później bramki nie było już ani jednej, a wszyscy gracze, z wyjątkiem Króla, Królowej oraz Alicji znaleźli się w niewoli, gdzie oczekiwali na wykonanie wyroku.

Wtedy Królowa wreszcie dała spokój, bo była strasznie zasapana, i zapytała Alicję:

— Widziałaś już Nibyżółwia?

— Nie — odparła Alicja. — Nawet nie wiem, czym taki Nibyżółw miałby być.

— Tym, z czego robi się Zupę z Nibyżółwia — wyjaśniła Królowa.

— Nigdy żadnego nie widziałam ani o nim nie słyszałam — powiedziała Alicja.

— W takim razie ruszajmy! — rzuciła Królowa. — Opowie ci swoją historię.

Gdy zaczęły się razem oddalać, Alicja usłyszała jeszcze Króla, który po cichu poinformował wszystkich zgromadzonych: „Zostaliście ułaskawieni!”.

„O, jak to dobrze!”, pomyślała, bo zmartwiła ją liczba zleconych przez Królową egzekucji.

Po chwili trafiły na Gryfa, który spał smacznie w promieniach słońca. (Jeśli nie wiecie, co to Gryf, spójrzcie na ilustrację).

Śpiący Gryf— Wstawaj, leniu! — rozkazała Królowa. — Zabierz tę młodą damę do Nibyżółwia, gdzie będzie mogła poznać jego historię. Ja muszę wracać i dopilnować, aby wszystkich ścięto.

Gdy odeszła, Alicja została sam na sam z Gryfem. Alicji nie podobał się wygląd tego stwora, uznała jednak, że nie może być bardziej niebezpieczny od okrutnej Królowej. Tak więc czekała.

Gryf usiadł i przetarł oczy. Odprowadził Królową wzrokiem, aż zniknęła mu z pola widzenia, po czym parsknął śmiechem.

— Przezabawne! — rzucił trochę do Alicji, a trochę sam do siebie.

— Co jest przezabawne? — spytała Alicja.

— Ona jest przezabawna. Wszystko to bujda, wiesz? Nikt nigdy nie zostaje ścięty. Ruszajmy!

„Wszyscy tutaj wciąż mówią »ruszajmy«”, pomyślała Alicja, idąc powoli za Gryfem. „Jeszcze nigdy w życiu tak mi ciągle nie rozkazywano!”

Po krótkim marszu zobaczyli w oddali Nibyżółwia, który siedział samotny i smutny na niewielkiej półce skalnej. Kiedy podeszli bliżej, Alicja usłyszała, że wzdycha, jakby serce miało mu za chwilę pęknąć. Bardzo mu współczuła.

— Dlaczego tak się smuci? — spytała Gryfa, a on odpowiedział podobnie co wcześniej:

— Wszystko to bujda. On nie ma żadnego powodu, żeby być smutny, rozumiesz? Ruszajmy!

Podeszli więc do Nibyżółwia, który spojrzał na nich wielkimi oczami pełnymi łez, ale się nie odezwał.

— Ta oto młoda dama — powiedział Gryf — chce poznać twoją historię, w samej rzeczy.

— Opowiem ją — zapewnił Nibyżółw głębokim, głuchym głosem. — Siadajcie oboje i ani słowa, dopóki nie skończę.

Usiedli i przez dłuższy czas nikt nic nie mówił. „Nie mam pojęcia, jak mógłby skończyć, jeśli w ogóle nie zacznie”, pomyślała Alicja. Ale czekała cierpliwie.

Nibyżółw opowiadający swoją historię Alicji i Gryfowi— Niegdyś — powiedział wreszcie Nibyżółw z głębokim westchnieniem — byłem prawdziwym Żółwiem.

Po tych słowach nastąpiła bardzo długa cisza, przerywana jedynie okrzykami Gryfa — „Hżkrrrrh!” — i szlochaniem Nibyżółwia. Alicja chciała wstać i powiedzieć „Dziękuję za tę interesującą opowieść”, miała jednak nieodparte wrażenie, że musi nastąpić jakiś ciąg dalszy, siedziała więc w milczeniu.

— Gdy byliśmy mali — powiedział wreszcie Nibyżółw, nadal pochlipując, ale zdecydowanie spokojniej — chodziliśmy w morzu do szkoły. Uczył nas stary Tuńczyk, którego nazywaliśmy Sumem...

— Czemu nazywaliście go Sumem, skoro to był Tuńczyk?

— Bo ciągle kazał nam sumować w pamięci — powiedział ze złością Nibyżółw. — Ale jesteś durna!

— Wstyd zadawać takie banalne pytania — dodał Gryf.

Obaj patrzyli w milczeniu na nieszczęsną Alicję, która była gotowa zapaść się pod ziemię. Wreszcie Gryf odezwał się do Nibyżółwia:

— Jedź dalej, stary! Nie rozwlekaj tego na cały dzień!

Nibyżółw podjął opowieść:

— Tak, chodziliśmy w morzu do szkoły, choć zapewne mi nie uwierzysz...

— Wcale nie powiedziałam, że nie wierzę! — przerwała Alicja.

— Powiedziałaś — stwierdził Nibyżółw.

— Trzymaj język za zębami! — dodał Gryf, zanim Alicja zdążyła znowu się odezwać.

Nibyżółw mówił dalej:

— Byliśmy doskonale kształceni. W rzeczy samej, chodziliśmy do szkoły codziennie...

— Ja też chodziłam do szkoły — powiedziała Alicja. — Nie ma się czym przechwalać.

— Z dodatkowymi zajęciami? — spytał niepewnie Nibyżółw.

— Owszem — odparła Alicja. — Z francuskiego i muzyki.

— I zmywania? — spytał Nibyżółw.

— Ależ skąd! — oburzyła się Alicja.

— Oho! Czyli twoja szkoła nie była wysokiej jakości — stwierdził Nibyżółw z ogromną ulgą. — W naszej szkole po lekcjach mieliśmy dodatkowy francuski, muzykę oraz zajęcia ze zmywania.

— Chyba nie były dla ciebie zbyt przydatne — powiedziała Alicja — skoro żyłeś na dnie morza.

— I tak nie miałem na nie pieniędzy — westchnął Nibyżółw. — Chodziłem tylko na lekcje obowiązkowe.

— To znaczy? — dopytała Alicja.

— Chociażby z wicia się i kulenia — odparł Nibyżółw. — No i poznawałem różne działania arytmetyczne: wodawanie, obejmowanie, dziadzienie i mnobrzydliwienie.

— O „mnobrzydliwieniu” nigdy nie słyszałam — odważyła się powiedzieć Alicja. — Na czym polega?

Gryf uniósł obie łapy, całkiem zaskoczony.

— Że jak?! Nie wiesz, co znaczy mnobrzydliwić?! — zawołał. — Ale słowo „upiększyć” znasz, prawda?

— Tak — powiedziała z wahaniem Alicja. — Oznacza „uczynić coś ładniejszym”.

— Jeżeli mimo tego nie rozumiesz, czym jest mnobrzydliwienie — stwierdził Gryf — to znaczy, że jesteś zwyczajnie tępa.

Po takich słowach Alicja nie miała już ochoty drążyć tematu, zwróciła się więc do Nibyżółwia z pytaniem:

— Czego jeszcze was uczyli?

— Na przykład histerii — odparł Nibyżółw, odliczając na płetwach kolejne przedmioty. — Histerii starożytnej i nowoczesnej, jak również morzografii, a na koniec mieliśmy plusktykę. Plusktyki uczył nas stary węgorz, który przypływał raz na tydzień. Prowadził plusktykę, płetwologię i zajęcia z wykręcania fizycznego.

— Na czym polegały? — spytała Alicja.

— Nie dam rady zaprezentować — powiedział Nibyżółw. — Skorupa zanadto mi zesztywniała. A Gryf nigdy się tego nie nauczył.

— Z braku czasu — wyjaśnił Gryf. — Chodziłem na przedmioty klasyczne. Uczył ich stary ślimak morski, który potrafił czasem pokazać rogi!

— Ominąłem go szerokim łukiem — westchnął Nibyżółw. — Podobno uczył szczęścia w nieszczęściu.

— Tak było, tak było — powiedział Gryf i również westchnął, a potem obaj schowali pyski w łapskach.

— A ile miałeś dziennie lekcji? — spytała Alicja, żeby jak najszybciej zmienić temat.

— Pierwszego dnia dziesięć — odparł Nibyżółw. — Drugiego dziewięć i tak dalej.

— Przedziwny plan zajęć! — zawołała Alicja.

— Zmniejszali czas nauki, żeby dać nam nauczkę! — wyjaśnił Gryf.

Myśl ta całkiem zbiła z tropu Alicję, która kolejne pytanie zadała dopiero po dłuższym namyśle:

— Czyli... jedenastego dnia mieliście wolne?

— Naturalnie! — odparł Nibyżółw.

— A co robiliście dwunastego dnia? — spytała niecierpliwie.

— Starczy już gadania o lekcjach — przerwał stanowczo Gryf. — Opowiedz jej o naszych zabawach.

Rozdział 10

 Kadryl z homarami

Nibyżółw westchnął głęboko i otarł oczy wierzchem płetwy. Spojrzał na Alicję, po czym spróbował coś powiedzieć, ale z jego ust popłynął jedynie szloch.

— Chyba ość stanęła mu w gardle! — stwierdził Gryf, po czym zaczął potrząsać Nibyżółwiem i okładać go po skorupie.

Kiedy Nibyżółw nareszcie odzyskał głos, ponownie przemówił:

— Zapewne nie mieszkałaś zbyt długo na dnie morza („W ogóle”, wtrąciła Alicja) i zapewne nigdy nie przedstawiono ci żadnego homara („Raz skosztowałam...” zaczęła Alicja, ale ugryzła się w język i powiedziała tylko: „Nie, nigdy”), nie możesz mieć zatem pojęcia, jak rozkoszny jest kadryl z homarami!

— Rzeczywiście, nie mam — przyznała Alicja. — A jak się tańczy takiego kadryla?

— Cóż — zaczął Gryf — najpierw wszyscy muszą ustawić się w linii wzdłuż brzegu morza...

— W dwóch liniach! — wrzasnął Nibyżółw. — Foki, żółwie, łososie i tak dalej, a potem, kiedy już przegoni się wszystkie meduzy...

— Co zajmuje sporo czasu — wtrącił Gryf.

— ...trzeba pójść dwa kroki naprzód...

— A każdy w parze z homarem! — zawołał Gryf.

— Oczywiście — powiedział Nibyżółw. — Dwa kroki naprzód, ukłon do partnera...

— ...wymiana homarów, po czym powrót w tej samej kolejności — ciągnął Gryf.

— Potem, rozumiesz — tłumaczył Nibyżółw — trzeba cisnąć te, no...

— Homary! — zawołał Gryf i skoczył wysoko w górę.

— ...cisnąć je do morza, najdalej jak się da...

— A potem do nich popłynąć! — krzyknął Gryf.

— Zrobić obrót pod wodą! — wrzasnął Nibyżółw, dziko skacząc dookoła.

— Potem znów wymiana homarów! — zaryczał Gryf ile sił w płucach.

— I powrót na ląd, a to wszystko to dopiero pierwsza figura! — powiedział Nibyżółw, niespodziewanie cichnąc.

Oba stwory, które dopiero co miotały się wokół jak oszalałe, nagle usiadły, ciche i smutne, aby spojrzeć na Alicję.

— Brzmi to jak przepiękny taniec — powiedziała nieśmiało.

— Chciałabyś fragment zobaczyć? — spytał Nibyżółw.

— Bardzo!

— No to spróbujemy wykonać pierwszą figurę! — powiedział Nibyżółw do Gryfa. — Damy radę nawet bez homarów. Który zaśpiewa?

— Ty — powiedział Gryf. — Ja zapomniałem słów.

Nibyżółw i Gryf tańczący wokół AlicjiZaczęli więc z namaszczeniem tańczyć wokół Alicji, co pewien czas przydeptując jej palce, gdy podchodzili odrobinę za blisko. Machali przy tym do rytmu przednimi łapami, a Nibyżółw bardzo powoli i z wielkim smutkiem odśpiewał następującą pieśń:

 «Idźże szybciej!» Tak barwena zawołała do ślimaka. 

«Stoi za mną głowacica, zdepcze mi ogon pokraka! 

Żółwie razem z homarami czekają na plaży krańcach, 

już nóżkami przebierają — czy dołączysz dziś do tańca?» 

Chcesz czy nie chcesz, chcesz czy nie chcesz, czy dołączysz dziś do tańca? 

Chcesz czy nie chcesz, chcesz czy nie chcesz, nie dołączysz dziś do tańca?  


 «Nie wiesz, jaki na nas czeka przecudowny lot w przestworzach, 

gdy podniosą nas i cisną z homarami aż do morza!» 

Ślimak na to: «Za daleko! Czy mnie masz za obłąkańca?» 

Pięknie skłonił się barwenie, lecz nie włączył się do tańca. 

Nie chciał, nie mógł, nie chciał, nie mógł, nie chciał włączyć się do tańca! 

Nie chciał, nie mógł, nie chciał, nie mógł, nie mógł włączyć się do tańca!  


 «Za daleko? Wszystko jedno!», mówi rybka, «na tym świecie 

zawsze hen za wielką wodą drugi brzeg się ciągnie przecież!» 

Jeśli opuścimy Anglię, wnet nas przyjmie słodka Francja, 

nie wymiękaj, mój mięczaku, tylko przyłącz się do tańca! 

Chcesz czy nie chcesz, chcesz czy nie chcesz, czy dołączysz dziś do tańca? 

Chcesz czy nie chcesz, chcesz czy nie chcesz, nie dołączysz dziś do tańca?  


— Dziękuję za niezwykle ciekawy taneczny popis — powiedziała Alicja, która poczuła ulgę, gdy nareszcie było po wszystkim. — I za interesującą piosenkę o barwenie!

— Skoro o barwenach mowa... — zaczął Nibyżółw — to one... no, widziałaś te ryby, jak mniemam?

— Oczywiście — powiedziała Alicja. — Zwykle podczas obia... — urwała w pół słowa.

— Nie wiem, co to jest obio — powiedział Nibyżółw — ale jeśli często widujesz barweny, to wiesz, jak wyglądają.

— Chyba wiem — powiedziała powoli Alicja. — Trzymają swoje ogony w pyskach i są obtoczone w bułce tartej.

— Z tą bułką tartą nie trafiłaś — stwierdził Nibyżółw. — Przecież woda morska zaraz by ją zmyła. Ale barweny rzeczywiście mają ogony w pyskach. A to z tego powodu, że... — Nibyżółw ziewnął i przymknął oczy. — Powiedz jej, z jakiego powodu i tak dalej — polecił Gryfowi.

— Z takiego — powiedział Gryf — że barweny chętnie chodzą na tańce razem z homarami. Kiedy są rzucane do morza, lecą naprawdę długo. Każda gryzie się w ogon dla bezpieczeństwa, ale potem nie potrafi go już wypuścić. Tyle.

— Dziękuję — powiedziała Alicja. — Bardzo to ciekawe. Dowiaduję się o barwenach wielu nowych rzeczy.

— Jeśli chcesz, powiem ci jeszcze więcej — rzekł Gryf. — Wiesz, czemu są nazywane barwenami?

— Nigdy o tym nie myślałam — odparła Alicja. — Dlaczego?

— Bo barwi się nimi buty i pantofle — powiedział z najwyższą powagą Gryf.

Alicja zmarszczyła brwi.

— Buty i pantofle? — powtórzyła niepewnie.

— A myślisz, że skąd bierze się kolor twoich butów? — spytał Gryf. — Czym są farbowane?

Alicja spojrzała w dół i zastanowiła się, po czym powiedziała:

— Chyba jakimś barwnikiem.

— Na dnie morza buty i pantofle barwi się barwenami — powiedział spokojnie Gryf. — Teraz już wiesz.

— A z czego się tam robi obuwie? — spytała wielce zaciekawiona Alicja.

— Z podeszwic i halibutów — odparł zniecierpliwiony Gryf. — To wie każda krewetka!

— Gdybym ja była barweną — stwierdziła Alicja, wciąż myśląc o piosence — powiedziałabym wstrętnej głowacicy: „Proszę się cofnąć, nie odpowiada mi pani towarzystwo!”.

— Obecność głowacicy jest konieczna — powiedział Nibyżółw. — Żadna mądra rybka nigdzie się bez niej nie rusza!

— Naprawdę? — niedowierzała Alicja.

— Oczywiście! — zapewnił Nibyżółw. — Gdyby jakaś rybka przyszła do mnie powiedzieć, że wybiera się w podróż, powiedziałbym jej: „Tylko nie trać głowacicy!”.

— Masz na myśli „Nie trać głowy”?

— Mam na myśli to, co powiedziałem — odparł urażony Nibyżółw.

A Gryf dodał:

— Opowiedz teraz o swoich przygodach.

— Mogę je wam przedstawić, zaczynając od dzisiejszego poranka — powiedziała nieśmiało Alicja — ale dalej nie warto się cofać, bo byłam jeszcze wtedy zupełnie inną osobą.

— Wyjaśnij — powiedział Nibyżółw.

— Nie, nie! Najpierw przygody! — rzucił niecierpliwie Gryf. — Wyjaśnianie zawsze trwa okropnie długo!

Alicja zaczęła więc opowiadać, co ją spotkało od momentu, gdy pierwszy raz zobaczyła Białego Królika. Początkowo była trochę zestresowana tym, że oba stworzenia podeszły blisko, każde z innej strony, wybałuszając oczy i rozdziawiając paszcze, ale wraz z biegiem opowieści odzyskała odwagę. Słuchacze milczeli jak zaklęci, dopóki nie dotarła do fragmentu, gdy zamierzała powiedzieć Gąsienicy Ojcze nasz, ale słowa całkiem jej się pozmieniały. Wtedy Nibyżółw wziął głęboki wdech i powiedział:

— To bardzo dziwne.

— Dziwniej być nie może — przyznał Gryf.

— Słowa się pozmieniały! — powtórzył z namysłem Nibyżółw. — Chciałbym, żeby teraz spróbowała coś nam zadeklamować. Każ jej zacząć. — Spojrzał na Gryfa, jakby uważał, że Gryf ma władzę nad Alicją.

— Wstań i mów: „Na tapczanie siedzi leń” — rzekł Gryf.

„Te stwory wciąż mi rozkazują i sprawdzają, ile umiem!”, pomyślała Alicja. „Całkiem jakbym była w szkole”. Mimo to wstała i zaczęła powtarzać słowa Gryfa. Tyle, że głowę nadal wypełniał jej kadryl z homarami, sama nie była więc pewna, co mówi. A wypowiedziała słowa naprawdę przedziwne:

Na tapczanie siedzi rak, 

aż mu homar powie tak: 

«Muszę swój poprawić los, 

cukrem natrę się pod włos!» 


Machnął szczotką, a potem jednym nozdrzem raz dwa 

zapiął wszystkie guziki i na plażę już gna! 

Kiedy piasek jest suchy, homar kłania się w pas, 

pewny siebie jak rekin, niewzruszony jak głaz, 

lecz gdy przypływ przychodzi, a z nim rekinów w bród, 

homar piszczy cichutko, drży i kłamie jak z nut! 

Homar przed lustrem ze szczotką do włosów— Znałem ten wierszyk w nieco innej wersji — powiedział Gryf.

— A ja nigdy wcześniej go nie słyszałem — oznajmił Nibyżółw. — Ale brzmi jak stek bzdur.

Alicja milczała. Usiadła i ukryła twarz w dłoniach, niepewna, czy kiedykolwiek spotka ją jeszcze coś całkiem normalnego.

— Chcę usłyszeć, o co chodziło w wierszu! — zażądał Nibyżółw.

— Ona nie wie — uciął Gryf. — Niech mówi kolejną zwrotkę.

— Ale co z guzikami? — naciskał Nibyżółw. — W jaki sposób homar miałby zapiąć je za pomocą nozdrza?

— To tylko pierwsza figura w tańcu — powiedziała Alicja. Czuła, że sytuacja ją przerasta i zapragnęła zmienić temat.

— Mów kolejną zwrotkę — powtórzył niecierpliwie Gryf. — Tę od: „Nie poszedł do szkoły, bo mu się nie chciało”.

Alicja nie odważyła się odmówić, choć była pewna, że znowu wyjdzie nie tak jak należy. Zaczęła drżącym głosem:

 Nie poszedł do szkoły, bo u niego w ogrodzie 

Sowa z Tygrysem placki wcinali jak co dzień. 

Tygrys dostał też mięso z sosikiem, choć suche, 

zaś Sowa mogła talerz schować za pazuchę. 

Po posiłku pozwolił Tygrys towarzyszce 

wpakować do kieszeni jeszcze srebrną łyżkę, 

a potem, skoro sztućce miał w łapach gotowe, 

na sam koniec bankietu z warknięciem zjadł...  


— Jaki jest sens deklamować to wszystko — przerwał Nibyżółw — bez słowa wyjaśnienia? Nigdy w życiu nie słyszałem podobnych niedorzeczności!

— Tak, lepiej daj już spokój — przyznał Gryf, a Alicja pokiwała głową. — Mamy wykonać kolejną figurę kadryla z homarami? — zapytał. — Czy może wolisz, żeby Nibyżółw zaśpiewał ci piosenkę?

— Och, poproszę piosenkę, jeśli Nibyżółw zechce być tak dobry! — zawołała Alicja, a jej entuzjazm chyba uraził Gryfa, który odparł naburmuszonym głosem:

— Hm! Cóż, o gustach się nie dyskutuje! Zaśpiewaj Zupę z żółwia, dobrze, stary druhu? Nibyżółw westchnął głęboko, po czym zaczął śpiewać, choć co chwilę dławił go szloch:

 Piękna zupka, gęsta zupka, 

czeka w wazie, w miskach, w kubkach, 

każdy zechce jej spróbować: 

piękna zupa, zup królowa! 

Na kolację zup królowa! 

Na kolację zup królowa! 

Przee-pi-jękna zu-pa! 

Przee-pi-jękna zu-pa! 

Dziś na kola-a-ację 

przepiękna królowa zup!  


 Piękna zupka! Taki wywar 

lepszy jest niż mięso, ryba! 

Wszystko oddam, byle kupić 

chociaż łyżkę pięknej zupy! 

Jedną łyżkę pięknej zupy! 

Przee-pi-jękna zu-pa! 

Przee-pi-jękna zu-pa! 

Dziś na kola-a-ację 

przepiękna królo... WA ZUP!  

— Jeszcze raz refren! — zawołał Gryf

Nibyżółw właśnie zaczął go powtarzać, gdy nagle w oddali ktoś zawołał: „Rozprawa zaraz się zacznie!”

— Idziemy! — rzucił Gryf, biorąc Alicję za rękę, po czym oboje odbiegli, nie czekając na finał piosenki.

— Co to za rozprawa? — spytała zasapana Alicja.

— Żwawiej! — zawołał Gryf i przyspieszył.

Gonił ich wiatr, niosący kolejne słowa, melancholijne i z każdą chwilą coraz cichsze:

 Dziś na kola-a-ację 

przepiękna królowa zup!  


Lewis Carroll

Alicja w Krainie Czarów


tłum. Jarek Westermark