sobota, 24 października 2026

Jak 70 lat temu Amerykanie zrobili Węgrom powstanie

 

Myśląc powstanie i mając na uwadze obszar Europy Środkowej oraz sprawstwo czynnika anglosaskiego zazwyczaj myślimy sobie o Polsce. 

Ile to Anglosasi nie zrobili nam powstań, począwszy od 1794 roku kiedy to, tuż przed wybuchem insurekcji kościuszkowskiej, jej przywódcy spotykali się w Saksoni z brytyjskimi dyplomatami takimi jak Hugh Elliot.

Dalej był roku 1830 kiedy to Królestwo Polskie produkowało zbyt dużo zboża i robiło to zbyt niskim kosztem, co przekładało się na niskie ceny i wypychanie zboża brytyjskiego z kontynentalnej Europy. Przyczyną insurekcji listopadowej 1830 roku była także przede wszystkim rewolucja belgijska, której sukcesu Londyn sobie życzył, czy też potrzeba odwrócenia uwagi Petersburga od Azji Środkowej, gdzie Anglicy właśnie opanowywali Indie. A Rosjanie przecież na przełomie 1829 i 1830 roku formowali pułki kozackie w celu skierowania ich na południe, na obszar dzisiejszego Uzbekistanu. Południowego Uzbekistanu. 1500 kilometrów od granicy z Indiami.

1863 rok i insurekcja styczniowa to dalsza część odwracania uwagi Rosji od Azji Środkowej. Robert Bremmer w swojej opublikowanej w 1839 roku książce pt. „Wycieczki w głąb Rosji” napisał, że Rosja zdominuje świat jak w Polsce będzie panował spokój. A więc tylko ciągłe niepokoje i powstania w naszym kraju, walki frakcyjne oraz brak kontroli nad północnym Kaukazem, mogą powstrzymać Petersburg przed przejęciem pałeczki dominatora globalnego od Wielkiej Brytanii.

1877 rok i nieprzeprowadzone powstanie, które kosztować miało Londyn 10 000 funtów, to także odwracanie uwagi od „Wielkiej Gry” Rosji z Anglią w Azji Środkowej ale także dywersja w Polsce aby odwrócić uwagę Petersburga od Bałkanów. Gdzie Rosjanie odnosili wówczas niemałe sukcesy w wojnie z Turcją.

Kolejna znana insurekcja wsparta przez Wielką Brytanię to insurekcja lat 1920. i 1930. przeciwko sanacji. Jest to najmniej znane powstanie które Londyn nam przygotowywał. Właściwie nikt chyba jeszcze na poważnie się nim nie zajął w kontekście opisania go.

Otóż Anglicy mieli istotny wpływ na powstanie tzw. centrolewu, sojuszu partii lewicowych i centrowych, opozycyjnych wobec sanacji, którymi chcieli chaotyzować i anarchizować Polskę sanacyjną, aby przywrócić u nas demokrację. A w późniejszym czasie aby obalić proniemieckie stronnictwo Becka i napuścić nas na Niemców, aby II wojny światowa rozpoczęła się na Wschodzie Europy a nie na Zachodzie.

Przyznacie państwo, że nigdy chyba nie słyszeliście o chłopskich wystąpieniach, które na przełomie 1938 i 1939 roku miano w Polsce wywołać a których prowodyrem był Londyn. A których celem było niedopuszczenie do polsko-niemieckiego aliansu.

Kolejna anglosaska insurekcja to oczywiście Powstanie Warszawskie. Całość działań przeciwko Niemcom po wrześniu 1939 roku można by teoretycznie uznać za powstanie lecz ponieważ celem Anglików wyraźnie był sabotaż, nazwijmy je jedynie kampanią sabotażową. Działania, które rozpoczęły się 1 sierpnia 1944 roku w stolicy Polski były jednak z całą pewnością powstaniem. Powstaniem, które przygotowywali nam Anglicy. Właściwie już od maja 1939 roku.

Mieliśmy jeszcze powstanie antykomunistyczne, które, zwłaszcza w kontekście formacji Wolność i Niezawisłość, było przez Anglosasów wspierane. Jednak przyznacie państwo, że działania Żołnierzy Niezłomnych w bardzo wielu miejscach były po prostu obroną polskiej ludności cywilnej przed barbarzyńskim żydobolszewizmem. Obroną spontaniczną.

Mój wujek, członek wojskowej konspiracji antykomunistycznej w latach 1945-1946, należał do formacji, która przede wszystkim broniła naszych rodaków przed czerwonym terrorem. Oraz likwidowała zbrodniarzy za ten terror odpowiedzialnych. Formacja ta nie otrzymała od Anglosasów żadnego wsparcia.

Ostatnim polskim powstaniem było powstanie lat 1980-1989, insurekcja solidarnościowa, która wydatnie została przez Anglosasów wsparta. Znamienne, że od 1989 roku nie było w Polsce widocznej gołymi oczyma insurekcji.

Cóż, Władimir Putin jest pierwszym przywódcą rosyjskim (państwa ze stolicą w Petersburgu lub Moskwie) od czasów Katarzyny Wielkiej, który nie okupuje terytorium Polski swoimi wojskami toteż Anglosasi nie mają po co robić nam powstania. Bo przecież nie zorganizują go przeciwko samym sobie. Chociaż gdyby Rosjanie zaczęli posuwać się w Azji Środkowej na południe, w kierunku Oceanu Indyjskiego i Morza Arabskiego, jak w 1830 roku oraz generalnie przez cały wiek XIX, czy też w 1979 roku, to nie wykluczone, że najpierw Londyn i Waszyngton sprowokowaliby rosyjską agresję na Polskę, by następnie na długo związać rosyjskie wojska w naszym kraju. Pod warunkiem oczywiście, że ukraińskie mięso armatnie by się już skończyło.

Ten artykuł jest jednak o innym powstaniu w Europie Środkowej. O powstaniu węgierskim.

Chyba nie ma Polaka, który nie kibicowałby naszym węgierskim przyjaciołom w ich dążeniu do wolności, suwerenności i bezpieczeństwa własnego kraju i narodu przed terrorem i bandytyzmem ze strony różnych mocarstw, nie tylko Związku Radzieckiego. Powstanie węgierskie powinno było zostać przez naszych węgierskich braci wygrane a armia czerwona powinna opuścić nie tylko kraj nad Dunajem, nie tylko Polskę ale całą Europę Środkową. Rzecz oczywista.

W 1956 roku realia geopolityczne były jednak inne. Waszyngton w pełni akceptował Węgry oraz Polskę w radzieckiej strefie wpływów. Taka była oficjalna polityka tamtych czasów. Oficjalna polityka to jednak nie działania służb specjalnych. Stany Zjednoczone za pomocą swoich tajnych organów władzy nie tylko wywołały rewolucję węgierską, co przyznał już otwarcie amerykański korespondent wojenny i pisarz Scott Anderson, którego rodzina pracowała na rzecz rządu amerykańskiego.

Stany Zjednoczone już po wybuchu insurekcji 23 października 1956 roku podsycały ją, aby rozlało się jak najwięcej krwi. Moskwa miała utknąć na Węgrzech, radziecka armia miała ponownie zdeptać Budapeszt.

Dlaczego tak miało się stać? Tego nikt oficjalnie nie przyznał. To znaczy nie dotarłem do źródła, które by przyznało po co rozlano w październiku i listopadzie 1956 roku na Dunajem, w Budapeszcie, tyle węgierskiej oraz radzieckiej krwi. Kiedy rzucimy oko na Bliski Wschód, wszystko wydaje się jednak oczywiste i klarowne.

Gamal Abdel Naser w 1952 roku doszedł do władzy w wyniku zamachu stanu, dzięki wydatnej pomocy Centralnej Agencji Wywiadu Stanów Zjednoczonych. Amerykanie uznali, że egipski nacjonalista, zwolennik całkowitego uwolnienia swojego kraju od zależności kolonialnych, będzie kimś lepszym niż dowolny komunista. Ten sam tok myślenia towarzyszył CIA w Iraku, gdzie kultywowano przez 40 lat Saddama Husseina jako zaporę przed wygraną komunizmu i rozszerzeniem wpływów Moskwy. Naser i Hussein i tak rozszerzali wpływy Moskwy na Bliski Wschód i Afrykę Północną, ale wciąż byli oni nacjonalistami, przeciwnymi okupacji własnego kraju przez dowolne mocarstwo globalnej północy, w tym ZSRR.

Miles Copeland był tym oficerem CIA, który pomagał w 1952 roku Naserowi dochodzić do władzy. Kilka lat później dążył do jego obalenia. Pytał egipskiego wojskowego w jaki sposób należy dokonać na niego zamachu. Naser dał do zrozumienia agentowi amerykańskiego wywiadu, że żaden sposób nie jest dobry.

Powodem zwrotu Waszyngtonu przeciwko swojemu aliantowi nad Nilem była konferencja w Bandungu w 1955 roku, która zapoczątkowała tzw. Ruch Państw Niezaangażowanych. Wówczas to Naser wyraźnie i głośno skrytykował państwa arabskie, będące w sojuszach z USA i Wielką Brytanią.

W logice zimnej wojny, którą kierowali się Amerykanie, nie było miejsca na neutralność. Państwo niezaangażowane mogło bardzo szybko stać się sojusznikiem komunistów (albo już nim było przez sam udział w konferencji z Chinami) i należało go przeciągnąć na własną stronę. Albo jesteś z nami albo przeciwko nam – powiedziałby ultrazbrodniarz George W. Bush.

Od 1955 roku Waszyngton, rękoma CIA, dążył więc do pozbycia się Nasera. Zabójstwo jednak nie wchodziło w grę. Należało się go pozbyć w inny sposób. Sytuacja zaczęła zmierzać w dobrym kierunku w lipcu 1956 roku.

To wówczas Anglicy oraz Amerykanie odmówili finansowania budowy tamy asuańskiej na rzece Nil, która miała poprawić rolniczą sytuację państwa Nasera. Wówczas, co logiczne, Naser zgłosił się z prośbą o pomoc do konkurencji. Czyli do ZSRR. W ZSRR wciąż istotne pozycje polityczne zajmowali żydobolszewicy oraz Rosjanie z żydowskiej frakcji w partii komunistycznej, jednak już w 1955 roku Moskwa zaczęła zawierać bliskie kooperacje z krajami arabskimi. Przeciwko Izraelowi – co oczywiste.

Po odmowie finansowania tamy asuańskiej przez Anglosasów doszło do jeszcze jednego istotnego wydarzenia, które bezpośrednio doprowadzi do tzw. Kryzysu Sueskiego. Który jest chyba jedynym rozwiązaniem zagadki dlaczego Waszyngton odpalił rewolucję węgierską akurat w tamtym momencie, w październiku 1956 roku. Bo przecież mógł to zrobić w grudniu albo w czerwcu. Latem cieplej więc i zapewne więcej ochotników na barykady by się znalazło. Latem 1956 roku jednak wojna sueska jeszcze nie została nawet zaplanowana.

To wydarzenie to oczywiście nacjonalizacja Kanału Sueskiego przez Nasera. Po takim kroku Francja i Wielka Brytania nie mogły czekać bezczynnie i patrzeć na to jak Naser, sojusznik komunistycznego ZSRR, przejmuje kontrolę nad najkrótsza droga morską z Indii do Wielkiej Brytanii. Reakcja musiała nastąpić. Do reakcji dołączył się Izrael, którego statki w wyniku działań Nasera nie mogły przepływać przez Kanał.

Protokół z Sevres podpisano 24 października 1956 roku. Protokół ten opisywał prowokację francusko-brytyjsko-żydowską, wymierzoną przeciwko Egiptowi Nasera. Izrael miał dokonać agresji na Egipt, Francja i Wielka Brytania miały zagrozić podjęciem działań w przypadku nieprzerwania walk. Izrael miał ich zaprzestać natomiast Egipt nie, w rozumieniu mocarstw zachodnich, co stworzyłoby powód do zajęcia obszaru Kanału Sueskiego i odzyskania nad nim kontroli. Kanał przed nacjonalizacją był w posiadaniu konsorcjum brytyjsko-francuskiego.

Nim jednak protokół ten podpisano, Stany Zjednoczone wywołały rewolucję węgierską. Scott Anderson, amerykański pisarz regularnie publikujący w magazynie „New York Timesa” czy też w „Vanity Fair”, w swojej książce pt. „Spokojni Amerykanie”, napisał: „Później mówiono, że CIA nie przewidziała nadejścia rewolucji węgierskiej i nie miała udziału w jej wywołaniu, ale już 24 października Frank Wisner wiedział, że przynajmniej druga część tej oceny nie była prawdziwa”.

Stany Zjednoczone już od pierwszej połowy lat 1950. prowadziły działania destabilizujące sytuację na Węgrzech. Polegały one m. in. na wysyłaniu balonów i zrzucaniu ulotek nad Węgrami. Operacji nadano kryptonim „Focus”. Pewnego dnia balon wylądował na środku stadionu podczas meczu, na którym byli amerykańscy dyplomaci. Innym razem balon miał doprowadzić do katastrofy lotniczej, w której zginęły 22 osoby. Miało to miejsce jednak na Słowacji a nie na Węgrzech.

Innym działaniem destabilizującym Węgry pod komunistyczną władzą były audycje Radia Wolna Europa, którego budżet w większości (16 z 21 milionów) pochodził z Centralnej Agencji Wywiadu USA. W toaletach pociągów na trasie Wiedeń-Węgry umieszczano z kolei papier toaletowy z wizerunkiem dyktatora Rakosiego.

Wszystkie te operacje sponsorowała CIA.

To na co warto zwrócić uwagę to fakt, że operacje destabilizacji Węgier pod władzą reformatora Nagy’ego sprzyjały jego nieufności wobec Zachodu oraz zbliżaniu się do ZSRR.

Były więc przeciwskuteczne. No chyba, że celem było sprowokowanie radzieckiej interwencji. Dzisiaj już wiemy, że najprawdopodobniej taki był cel. Wszystko wskazuje na to, że celem była radziecka inwazja.

Operacje balonowe oraz propagandowe RWE przyczyniły się do upadku władzy Nagy’ego w listopadzie 1956 roku. Przyczyniły się także do radzieckiej interwencji i rozlewu krwi nad Dunajem.

„Dostępne dokumenty sugerują, że audycje RWE były kluczowym czynnikiem przyczynowym radzieckiej represji z co najmniej trzech odrębnych, ale powiązanych ze sobą powodów:
1) audycje przyczyniły się do utraty przez Moskwę zaufania do zdolności Nagy’ego do opanowania sytuacji;
2) wzbudziły one obawy Związku Radzieckiego przed wycofaniem się Węgier z Układu Warszawskiego na długo przed tym, zanim sam Nagy to ogłosił; oraz
3) audycje przyczyniły się do rozwiązania AVH, przekonując w ten sposób radzieckich (i węgierskich) przywódców komunistycznych, że do wypełnienia luki bezpieczeństwa na Węgrzech potrzebne są wojska radzieckie” – napisała Johanna Granville, autorka pracy pod tytułem „Z dżemem na palcach: Radio Wolna Europa a rewolucja węgierska z 1956 roku”.

Zanim jednak dojdziemy do upadku władzy komunistycznej na Węgrzech, przejścia policji i wojska na stronę rewolucji, linczach na tajnej policji politycznej i wyjścia Węgier z UW, zacznijmy od początku historię węgierskiej rewolucji.

Frank Wisner, funkcjonariusz CIA, od 1948 roku próbował wywołać bunt w imperium radzieckim. Sukces nadszedł jednak dopiero w roku 1956.

Wisner 24 października 1956 roku zaproponował wysyłanie nad Dunaj agentów amerykańskich, rekrutowanych spośród uchodźców zwerbowanych i przeszkolonych w ramach programu „Red Sox”. Nim się to jednak stanie, a więc nim rewolucja będzie miała być podsycana, lecz nieco innymi metodami, najpierw trzeba było ją sprowokować. Głównym pomysłodawcą tego był Richard Nixon, wówczas wiceprezydent Stanów Zjednoczonych.

Nixon, widząc rewolucję w Polsce, która wybuchła w czerwcu 1956 roku także po transmisjach Radia Wolna Europa, skonstatował, że podobne bunty należy wywołać w innych krajach bloku wschodniego. Bracia Dulles – sekretarz stanu oraz szef CIA, odpowiednio John Foster oraz Allen, odegrać mieli w tym kluczowe role. John Foster uzyskał zgodę na promowanie w krajach bloku komunistycznego „spontanicznych przejawów niezadowolenia”, z kolei Allen wzmacniać miał program Radia Wolna Europa, polegający m. in. na zrzucaniu ulotek.

Sekretarz stanu 12 lipca 1956 roku przyznał iż „niekoniecznie powinniśmy być zbulwersowani faktem, że zginęłaby pewna liczba osób gdyby doszło do takich powstań. W końcu nie da się bronić ani odzyskać wolności bez pewnych nieuniknionych ofiar śmiertelnych”. Dodatek do dyrektywy Narodowej Rady Bezpieczeństwa USA 5608/1, zatwierdzonej 18 lipca 1956 roku, która omawiana była 12 lipca, stwierdzał, że pożądana jest większa gotowość do rozlewu krwi w krajach komunistycznych satelickich wobec ZSRR oraz podejmowanie działań, które mogłyby wywołać przemoc.

Właśnie po tym do działania tak przeciwko władzy na Węgrzech jak i w Egipcie przystąpi wspomniany Wisner.

Nim to jednak uczyni, spiskować będzie z Anglikami w celu obalenia Gamala Abdela Nasera. 23 października 1956 roku spotka się w tym celu z brytyjskim szpiegiem Patrickiem Deanem. To znaczy będzie miał się spotkać gdyż spotkanie zostanie odwołane. Z powodu udziału Deana w spiskowaniu z Francją oraz Izraelem przeciwko właśnie Egiptowi.

Jednak w Waszyngtonie kilka tygodni wcześniej Dean oraz Wisner dojdą do wniosku, że Naser musi zostać obalony.

Londyn chciał po prostu zamordować Nasera, jednak Waszyngton wybrał długą kampanię przeciwko egipskiemu przywódcy.

Po tym jak 23 października 1956 roku wybuchła węgierska rewolucja, dzięki podsycaniu buntu przez CIA całymi latami, lecz zwłaszcza od lata 1956 roku, Rada Bezpieczeństwa Narodowego zaleciła Wisnerowi podtrzymanie rewolty oraz nadziei na to, że pomoc Węgrom ze strony USA nadejdzie.

Wisner poniósł jednak klęskę na odcinku wsparcia bezpośredniego dla rewolucji, poprzez infiltrację komunistycznego kraju przez agentów CIA, przerzucanych z Austrii. Zostali oni wyłapani.

28 października 1956 roku, już po wstrzymaniu działań Armii Czerwonej, która wyruszyła tłumić powstanie w Budapeszcie 4 dni wcześniej, Wisner nakazał swojemu człowiekowi w Paryżu wzmocnienie buntu. Radio Wolna Europa miała znieść wszystkie ograniczenia. Tim Weiner, autor „Dziedzictwa Popiołów”, napisał: „Od tego wieczoru Radio Wolna Europa wzywało obywateli Węgier do sabotowania linii kolejowych, niszczenia linii telefonicznych, uzbrajania partyzantów, wysadzania czołgów i walki z Sowietami na śmierć i życie”.

CIA chciała wzniecić prawdziwą wojnę Węgrów z ZSRR. Dlaczego jednak akurat 28 października? Czyżby dlatego, bo 29 października w godzinach wieczornych Izrael dokona desantu na Półwysep Synaj a po południu zajmie Strefę Gazy, rozpoczynając wojnę sueską? Wojnę w której Egipt mógł wesprzeć, nawet bronią jądrową, czym Moskwa groziła Zachodowi, Związek Radziecki? Aby jednak odwrócić uwagę ZSRR od Bliskiego Wschodu, skierowano ją na Węgry. A niech się środkowi i wschodni Europejczycy wyżynają ze sobą nawzajem.

Scott Anderson w swoich „Spokojnych Amerykanach” napisał: „Nawet gdy rankiem 28 października stało się jasne, że Nagy w pełni przyłączył się do buntowników, radio nadal atakowało go jako marionetkę Moskwy, a jego wezwanie do ogólnokrajowego zawieszenia broni wywołało eskalację ataków RWE na jego osobę. Wyglądało to tak, jakby nadawcy RWE, bezpiecznie schronieni w Monachium, nie chcieli końca zabijania, a wręcz przeciwnie – pragnęli jego eskalacji”.

29 października, w dniu wybuchu wojny Izraela z Egiptem, radzieckie wojska otrzymały polecenie wycofywania się z Budapesztu. Drogi wylotowe ze stolicy Węgier zaczęły zapełniać się radzieckimi czołgami.

O godzinie 15:00 syjoniści zaatakowali państwo Nasera z lądu i z powietrza. Co więc należało zrobić, aby ZSRR odciągnąć od Bliskiego Wschodu? Ponownie skierować radzieckie tanki na Budapeszt. Niech się Węgrzy z ZSRR zabijają. Imre Mikes w Radiu Wolna Europa tego dnia nadawał komunikaty, aby powstańcy nie składali broni. „29 października w „przesadnym, gwałtownym” reportażu Imre Mikes wzywał bojowników o wolność, by nie oddawali broni” – czytamy w pracy Granville.

„Tego samego dnia, 29 października, Katalin Hunyadi stwierdziła, że w Cleveland »grupy Węgrów i Amerykanów zgłaszają się… chcą zgłosić się na ochotników do wyjazdu na Węgry, aby móc walczyć przeciwko Sowietom«”- Granville kontynuuje.

31 października jednak Moskwa ogłosiła, poprzez manifest Chruszczowa zamieszczony w „Prawdzie”, że armia czerwona być może całkowicie opuści państwo ze stolicą w Budapeszcie. ZSRR zgodził się na negocjacje w tej kwestii.

Chruszczow jednak w końcu, pod wpływem wydarzeń na Bliskim Wschodzie, doszedł do wniosku, że nie może utracić jednocześnie Egiptu, nowego partnera, oraz Węgier. I nakazano stłumienie powstania węgierskiego. Waszyngton oficjalnie nie oponował, podtrzymując w ten sposób, że Węgry są państwem znajdującym się w radzieckiej strefie wpływów. A więc its not our problem – jak miał powiedzieć amerykański żołnierz w Berlinie Zachodnim w 1962 roku kiedy NRD-owski żołnierz postrzelił obywatela Niemiec Wschodnich który chciał uciec na Zachód.

Polityka oficjalna polityką oficjalną, jednak Radio Wolna Europa konsekwentnie dostarczało podburzeń do rewolty. Podburzenia te były przyczyną m. in. linczów na funkcjonariuszach tajnej policji politycznej AVH, które to lincze ostatecznie przyczyniły się do radzieckiej inwazji. Skoro policja przeszła na stronę rewolucji i oddawała broń insurekcjonistom. To samo robiło węgierskie wojsko (a nawet radzieccy żołnierze przechodzili na stronę buntu po 23 października), to tylko armia czerwona mogła przywrócić komunistyczny porządek.

28 października 1956 roku, w przeddzień inwazji Izraela na Egipt, RWE, jak pisze w swojej pracy „Dziedzictwo Popiołów” Weiner, nadawało takie komunikaty: „W przypadku ataku czołgów cała broń lekka powinna otworzyć ogień, celując w lufy”. Słuchaczom doradzano, by rzucali „koktajl Mołotowa… litrową butelkę po winie wypełnioną benzyną… na kratowaną szczelinę wentylacyjną nad silnikiem”. Na zakończenie rozgłaszano: „Wolność albo śmierć!”

Kiedy na czele Węgier stanąć miał Nagy, Amerykanie sabotowali ten wybór. Szef CIA promował zamiast niego kardynała Midszenty’ego, którego Moskwa oczywiście nie mogła zaakceptować. W dodatku ten ukrył się w ambasadzie USA i stamtąd (a więc z terytorium USA) nadawał antykomunistyczne przemowy.

Stało się oczywiste, że Stany Zjednoczone sabotują ruch reformatorski na Węgrzech oraz odłączenie tego kraju od bloku wschodniego. Waszyngton nie chciał wyrwać Węgier z objęć ZSRR. Chciał tylko rozlewu krwi. Radio Wolna Europa obiecywało amerykańską pomoc. Uchodźcy, którzy przekraczali granicę z Austrią 4 listopada, w trakcie tłumienia insurekcji, byli zszokowani jak Stany Zjednoczone ich cynicznie wykorzystały: „W związku z tym, gdy uchodźcy, uciekający przez granicę do Austrii w weekend 4 listopada 1956 r., nawiązywali do audycji radiowych obiecujących pomoc wojskową ze strony USA, wielu z trudem wierzyło, że RWE mogło być tak bezduszne i nieodpowiedzialne” – napisała Granville.

Tego samego 4 listopada Radio Wolna Europa, opierając się na propagandowym artykule brytyjskiego „The Observer” (Wielka Brytania także miała udział w podsycaniu insurekcji węgierskiej – być może była nawet mocniej nią zainteresowana niż Waszyngton wszak to Londyn prowadził wojnę z Naserem z powodu odcięcia kontroli drogi morskiej do Indii przez egipskiego przywódcę), zakomunikowało, że w przypadku radzieckiej agresji (relacja pochodzi sprzed inwazji z 1 listopada) jeżeli Węgrzy wytrzymają 3 lub 4 dni, to presja na USA będzie tak silna, że te będą musiały wysłać pomoc wojskową. Jak wiemy Eisenhower jeszcze w październiku ustalił, że żadnej pomocy nie będzie. Ogień buntu jednak podtrzymywano. Wojna sueska wciąż trwała.

Ten sam artykuł konstatował, że jeżeli Węgrzy wytrzymają do 7 listopada, to świat znajdzie się najbliżej wojny światowej od 1939 roku.

„Rzetelne audycje pozwoliłyby uniknąć cierpień tych, którzy nie zostali ranni ani zabici, ale spędzili lata w więzieniu, odcięci od swoich rodzin. Prawdziwe komunikaty mogłyby złagodzić cierpienia dzieci bojowników ulicznych, które przez lata znosiły piętno i ubóstwo po tym, jak ich ojcowie zostali zabici lub uwięzieni” – pisze Granville.

„Powstańcy, znacznie przewyższani liczebnie i pokonani […] gdyby nie usłyszeli wiadomości Thury’ego [autor audycji w RWE – przyp. Term2019] i innych —realistycznie doszliby do wniosku, że dalsza walka oznacza poświęcenie życia. Liczba ofiar byłaby mniejsza” – kontynuuje autorka pracy pt. „„Z dżemem na palcach”: Radio Wolna Europa a rewolucja węgierska z 1956 roku”.

Radio Wolna Europa, czyli Radio CIA, nie było jednak zainteresowane w umniejszaniu cierpienia. Krwi miało się rozlać jak najwięcej.

CIA nie tylko poprzez Radio Wolna Europa podburzało do podtrzymania rewolucji węgierskiej. Z Frankfurtu nadawano audycję iż armia buntowników już zmierza na Węgry, aby wspomóc rewoltę. Z Wiednia Centralna Agencja Wywiadu USA wzmacniała sygnały węgierskich partyzantów i przesyłała je z powrotem do Budapesztu. Z Aten w Grecji z kolei amerykański wywiad w ramach wojny psychologicznej zalecał Węgrom wysłanie Rosjan na szubienicę. Wszystko to miało miejsce przed 1 listopada 1956 roku. Przed drugą radziecką inwazją na Budapeszt, która ostatecznie stłumiła powstanie.

CIA więc aktywnie podżegała do buntu już po tym jak Chruszczow w „Prawdzie” zakomunikował, że armia radziecka być może opuści Węgry na stałe. Amerykański wywiad nie chciał jednak tego. Chciał żeby wojna Węgrów z Rosjanami trwała. A trwać mogła tylko na terytorium kraju ze stolicą w Budapeszcie.

Po inwazji z 1 listopada 1956 roku Węgrzy, jak już wspomniałem, zaczęli uciekać do Austrii. Tim Weiner w „Dziedzictwie Popiołów” napisał: „Gdy w ciągu następnych kilku tygodni dziesiątki tysięcy zrozpaczonych, wściekłych uchodźców napływały przez granicę do Austrii, wielu z nich mówiło o tej audycji [audycji Thury’ego – przyp. Term2019] jako o „obietnicy, że nadejdzie pomoc”. Żadna pomoc nie nadeszła. Allen Dulles twierdził, że audycje radiowe CIA nie zrobiły nic, by dodać otuchy Węgrom. Prezydent mu uwierzył. Minęło czterdzieści lat, zanim ujawniono transkrypcje tych audycji”.

Dopiero 40 lat po 1956 roku, w 1996 roku, ujawniono, że CIA aktywnie podżegała do utrzymania powstania, poprzez obietnice amerykańskiego wsparcia, które jak wiemy i jak ustalił to Eisenhower, nigdy miało nie nadejść.

Weiner kontynuuje: „W ciągu czterech brutalnych dni wojska radzieckie zmiażdżyły partyzantów w Budapeszcie, zabijając dziesiątki tysięcy i wywożąc kolejne tysiące na śmierć do syberyjskich obozów jenieckich”.

6 listopada 1956 CIA dostarczyła kolejną fałszywą informację. Tego dnia miało dojść do wyborów prezydenckich w USA, które Eisenhower ostatecznie wygra. Dulles, szef CIA, zakomunikował prezydentowi, że ZSRR chce wysłać 250 000 żołnierzy do Egiptu aby bronić Kanału Sueskiego. Nie była to prawda.

7 listopada Wisner udał się do Wiednia, aby odbierać komunikaty powstańców, ostatnie słowa rozpaczy wobec miażdżenia ich przez radzieckie czołgi. Następnie udał się do Rzymu, gdzie był już na skraju załamania nerwowego.

6 listopada zakończył się Kryzys Sueski. Amerykanie wymusili na Francuzach i Brytyjczykach wycofanie się z Egiptu. Tak upadło ostatecznie Imperium Brytyjskie. Znienawidzony przez Londyn, Paryż i Waszyngton Naser objeżdżał swój kraj w glorii chwały. Sowieci zagrozili Zachodowi bronią jądrową w związku z wojną sueską i ten postanowił zrobić krok w tył. Naser przeżyje kolejne 14 lat, pomimo iż Brytyjczycy chcieli go zabić już w 1956 roku.

10 listopada 1956 roku zakończyło się ostatecznie powstanie węgierskie. Najprawdopodobniej kolejne ze środkowoeuropejskich powstań, które Anglosasi wszczęli przeciwko Moskwie/Petersburgowi, po to aby związać siły rosyjskie/radzieckie z dala od innych pól rywalizacji Londynu czy też Waszyngtonu z Rosjanami. Tym razem to krew Węgrów posłużyła ratowaniu interesów anglosaskich mocarstw na pozaeuropejskich arenach rywalizacji hegemonicznej.

Autorstwo: Terminator 2019
https://wolnemedia.net


Ważniejsza bibliografia

1. Anderson S., „The Quiet Americans”, Londyn 2020
2. Biskupski M. B. B., „War and Diplomacy in East and West”, Nowy Jork 2017
3. Granville J., „“Caught with Jam on Our Fingers”: Radio Free Europe and the Hungarian Revolution of 1956”, 2005
4. Hopkirk P., „The Great Game. On Secret Service in High Asia”, Londyn 2006
5. Kocój H., „Wielka Rewolucja Francuska a Polska”, Warszawa 1987
6. Merseburger P., „Willy Brandt 1913-1992. Visionar und Realist”, Stuttgart-Monachium 2002
7. Weiner T., „Legacy of Ashes”, Nowy Jork 2008
8. https://pl.wikipedia.org/wiki/Protokół_z_Sèvres

9. https://pl.wikipedia.org/wiki/Frank_Wisner

10. https://pl.wikipedia.org/wiki/Powstanie_węgierskie_1956

11. https://pl.wikipedia.org/wiki/Kryzys_sueski

12. https://en.wikipedia.org/wiki/Scott_Anderson_(writer
)
13. https://web.archive.org/web/20071009203554/https://www.cia.gov/library/center-for-the-study-of-intelligence/csi-publications/csi-studies/studies/vol51no3/legacy-of-ashes-the-history-of-cia.html

14. https://www.npr.org/2020/09/01/908267554/the-quiet-americans-examines-tragic-miscalculations-in-the-cia-s-formative-years

15. https://www.thenationalnews.com/us-historical-ties-to-the-army-threaten-egypt-s-democracy-1.341519

16. https://en.wikipedia.org/wiki/Miles_Copeland_Jr
.


Uratował 17 osób z płonącego bloku, sam stracił zdrowie. Rząd zareagował dopiero po reportażu.

 

Bohaterski policjant wszedł do płonącego bloku w Chorzowie i wyprowadził z niego 17 osób. Dziś Łukasz Schön porusza się o chodziku, cierpi na nieuleczalną chorobę neurologiczną, przez co musiał odejść ze służby. 

Dopiero po publikacji reportażu Wirtualnej Polski premier Donald Tusk i szef MSWiA Marcin Kierwiński zaczęli publicznie zapewniać, że państwo nie zostawia bohaterów bez pomocy.

Co wydarzyło się w Chorzowie?

Do pożaru doszło w nocy z 8 na 9 sierpnia 2025 roku w bloku przy ul. Morcinka w Chorzowie. Jako jedni z pierwszych na miejscu pojawili się starszy posterunkowy Łukasz Schön i jego kolega z patrolu, Patryk. Klatka schodowa była pełna dymu, a mieszkańcy trzeciego i czwartego piętra zostali odcięci od wyjścia.

Policjanci nie czekali na strażaków, tylko sami wyważali drzwi i raz za razem wracali do zadymionego budynku, wyprowadzając kolejnych lokatorów. Uratowali w ten sposób 17 osób. Schön próbował dotrzeć także do kobiety, która siedziała na parapecie okna na drugim piętrze, ale dym i żar nie pozwoliły mu wejść do mieszkania. Kobieta skoczyła, zanim ktokolwiek zdążył ją złapać. Przeżyła, choć z poważnymi obrażeniami. W mieszkaniu znaleziono ciało jej partnera, który był jedyną ofiarą pożaru.

Na co choruje Łukasz Schön?

Wkrótce po akcji policjant stracił przytomność. Lekarze stwierdzili zatrucie tlenkiem węgla i zapewniali, że objawy miną. Tak się jednak nie stało. W październiku 2025 roku zdiagnozowano u niego zespół Lance’a-Adamsa. To niezwykle rzadkie powikłanie niedotlenienia mózgu, którego na świecie opisano około 300 przypadków. Choroba powoduje niekontrolowane skurcze oraz szarpnięcia mięśni i jest nieuleczalna.

Psychiatra rozpoznał u Schöna również zespół stresu pourazowego. Policjant jest w stanie przejść zaledwie ok. 100 metrów i to tylko z pomocą chodzika. W rozmowie z WP przyznał, że wciąż wraca myślami do pożaru.

„Nie mam żadnej kontroli nad ciałem. […] Tak naprawdę nigdy nie wyszedłem z tamtego płonącego budynku” – Łukasz Schön, były policjant z Chorzowa.

Odszedł z policji. „Nie mam pojęcia, kim jestem”

Wcześniej Schön pracował w straży miejskiej. W sierpniu 2026 roku komisja lekarska uznała go za niezdolnego do służby, a w październiku pożegnał się z mundurem. Dla młodego funkcjonariusza był to ogromny cios.

„Ta praca była całym moim życiem. Po odejściu ze służby nie mam pojęcia, kim jestem”.

Sam nie uważa się za bohatera. „Rachunek jest prosty: siedemnaście ocalonych osób za jedno zniszczone życie” – podsumował w reportażu.

Przez cały ten czas policjant mógł liczyć przede wszystkim na zwykłych ludzi. Dzięki zbiórce internetowej, którą zorganizował jego kolega ze straży miejskiej, udało się zebrać ponad 500 tys. zł. W marcu 2026 roku Schön i jego partner otrzymali medal im. podkomisarza Andrzeja Struja. „Bez tej fali wsparcia bym sobie nie poradził” – przyznał.

Tusk i Kierwiński reagują po reportażu

Reportaż Dariusza Farona zatytułowany „Ten pożar wybucha każdej nocy” ukazał się 22 października na łamach Wirtualnej Polski. Jeszcze w rozmowie z dziennikarzem Schön mówił, że wciąż czeka na decyzję w sprawie renty. Tego samego dnia głos zabrał minister spraw wewnętrznych i administracji Marcin Kierwiński.

Szef MSWiA poinformował, że policjant otrzymał odszkodowanie od Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach, a niedługo potem Zakład Emerytalno-Rentowy MSWiA przyznał mu rentę z dodatkiem. Następnie do sprawy odniósł się także premier.

Donald Tusk przekazał, że przyznał Schönowi dodatkowe świadczenie z puli premiera. Kwoty jednak nie podano. Dobrze, że bohater z Chorzowa otrzyma wsparcie. Trudno jednak nie zauważyć, że politycy rządzącej koalicji zainteresowali się jego losem dopiero wtedy, gdy jego historia trafiła do mediów.

Filip Dzięciołowski
https://naszapolska.pl/

Na froncie walki z dezinformacją

 

Z tego, co na co dzień słyszymy, największym zagrożeniem dla Zachodu i wszystkich prawomyślnych obywateli „wolnego świata” jest i będzie dezinformacja.

Można odnieść wrażenie, że owo zagrożenie jest dużo większe od wojny, która – jak wiemy – jest już „nieuchronna” albo już „faktycznie” się rozpoczęła.  Do wojny musimy się na gwałt przygotować, kupując na kredyt broń i uzbrojenie, a dezinformację trzeba koniecznie cały czas zwalczać już dziś, bo atakuje nas na każdym kroku. Zapewne tak trzeba, bo wolność słowa nie może służyć wrogom Zachodu. Dezinformatorzy (zapewne trolle Putina) są tak bezczelni, że szkalują nie tylko Unię Europejską, ale nawet ośmielają się oczerniać przywódcę Wolnego Świata w osobie prezydenta Donalda Trumpa, który (jakoby) ingeruje w nasze sprawy wewnętrzne i chce zmienić rząd w naszym kraju. I to z najbardziej proeuropejskiego na proamerykański. Tu dezinformacja przeszła wszelkie granice.

To zapewne bezczelne kłamstwo: w wolnym świecie takie działania nie mają i nie mogą mieć miejsca. USA może zmienić rządy w państwach nie należących do Zachodu (np. w Wenezueli), a my przecież doń już dawno „wróciliśmy” i oddaliśmy się mu bez reszty. „Światowe przywództwo” nigdy, ale to przenigdy, nie ingeruje w sprawy wewnętrzne państw demokratycznych, a my również nie jesteśmy przez kogokolwiek przymuszani do wydatków zbrojeniowych na koszt pokolenia: to są nasze suwerenne decyzje, bo się boimy „Ruskich”.

Nie jest również prawdą, że USA kupuje rosyjski olej napędowy w milionach ton; to przecież jest niemożliwe, bo światowe przywództwo murem stoi za „walczącą Ukrainą” i nie pójdzie na żadne kompromisy z „imperium zła”. To też przykład dezinformacji.

Sprawy walki z dezinformacją trzeba wreszcie uporządkować. Optymalnym rozwiązaniem byłoby ustawowe określenie listy informacji oraz poglądów, które mają status dezinformacji oraz wprowadzenie kary za ich powtarzanie. Lista powinna być ogłaszana każdego dnia do godz. 12.00 i obowiązywać wstecznie. Karze powinni podlegać wszyscy, którzy wcześniej podali zagrożone karą informacje lub głosili karalne poglądy. Nie zawracajmy sobie głowy jakimś tam „działaniem prawo wstecz”: że ten zakaz nie obowiązuje, zdążyliśmy już się przekonać na przykładzie wprowadzenia nowych podatków.

Dam kilka najważniejszych przykładów tego rodzaju dezinformacji, bo przecież nieprawdą jest, że:

* na Ukaranie ma miejsce jakakolwiek korupcja,

* kupujemy w Polsce najdroższą energię w tym stuleciu,

* mamy największe zadłużenie w historii,

* prezydent Zełenski ma pełne poparcie Waszyngtonu.

Nikt nie powinien bezkarnie tego powtarzać.

Już nie będę dalej dworować sobie z oficjalnej propagandy: gdzieś się pogubiliśmy – jest źle, gdy debata publiczna przypomina groteskę. Cenzura, którą nazywa się „walką z dezinformacją”, nie zmieni rzeczywistości, która jest widziana gołym okiem. Najgorzej, że zwalczane poglądy i informacje dowodzą fiaska dotychczasowej polityki, a ich zagłuszanie ma ukryć naszą porażkę, do której nie chcemy się przyznać. Pełne podporządkowanie się polityce amerykańskiej nie brało pod uwagę oczywistej tezy, że politycy amerykańscy nie są nawiedzonymi rusofobami. Powiem więcej, pomylono antykomunizm z pogardą dla Rosji, a przecież „komunistyczny” Związek Radziecki rozwiązał się sam w 1991 roku wbrew radom ówczesnego prezydenta USA. A współczesna Ameryka może potrzebować Rosji w wielkich rozgrywkach z antyamerykańskim Globalnym Południem. Nie można być dziś (i jutro) jednocześnie rusofobem i wielbicielem „światowego przywództwa”.

Zamiast zwalczać dezinformację, czyli również cenzurować wypowiedzi Donalda Trumpa, lepiej zacząć pilnie wycofywać się z własnych błędów. Rosyjska ropa jest naprawdę tańsza.

prof. Witold Modzelewski
https://myslpolska.info/2026/10/22/modzelewski-na-froncie-walki-z-dezinformacja/

Rośnie opresyjność i kurczą się przestrzenie wolności w Polsce.

 

Sejm w Polsce pracuje nad rządowym projektem ustawy „o środkach ograniczających”. Rząd przygotował ustawę, która de facto uruchamia brutalną cenzurę, opartą na całkowicie uznaniowych i nieostrych kryteriach. Bardzo istotną częścią tego przygotowywanego przez władze w Polsce projektu jest tak zwane „określenie zasad stosowania sankcji wobec osób fizycznych i przedsiębiorstw”.

Jednym z argumentów przeciwko Polsce Ludowej i całemu obozowi radzieckiemu było to że nie dopuszczał on wolności słowa i krępował niezależną myśl. Wszystkie Michniki, Blumsztajny, Wildsteiny, Kuronie, Geremki, Kaczyńskie, Tuski gardłowały o wolności słowa. Już w III RP wtórowały im Kwaśniewskie, Czarzaste, Biedronie, Kotule I Żukowskie i inny. I co?

Dzisiaj pod tym względem jest o wiele gorzej niż w PRL-u i pierwszych latach III RP, bo ludzie nie zauważają że pozostały nam tylko strzępki niezależnej myśli – które właśnie teraz zanikają. Cenzurę na Mysiej zastąpiła cenzura globalnych korporacji i państwowego zamordyzmu.

Projekt rządu Koalicja Obywatelska-Nowa Lewica-Polskie Stronnictwo Ludowe przewiduje między innymi zamrożenie środków finansowych i zasobów gospodarczych, ograniczenia w udostępnianiu pieniędzy oraz zakazy dotyczące określonych transakcji. Według omawianego projektu „Wśród przesłanek stosowania krajowych sankcji wskazywane są między innymi działania związane z naruszaniem praw człowieka oraz wspieraniem obcej ingerencji w środowisko informacyjne Rzeczypospolitej Polskiej„.

Co to oznacza? Karane i blokowane będą działania uznane przez rządzących Polską za niebezpieczne politycznie lub uznane na przykład za rosyjską propagandę.

To nie wszystko. Z znajdującego się na oficjalnym państwowym portalu „Projekcie ustawy o zmianie ustawy o Krajowym Rejestrze Karnym i ustawy o odpowiedzialności podmiotów zbiorowych za czyny zabronione pod groźbą kary” dowiadujemy się, że jedną z proponowanych zmian w przepisach jest możliwość orzeczenia przez sąd kary sięgającej 200 000 000 złotych! Dajmy na to, że jakiś związek zawodowy, stowarzyszenie, partia czy redakcja zostanie uznana za antydemokratyczną, skrajnie prawicową lub prorosyjską, to płaci 200 000 000 złotych kary. To oczywiście zazwyczaj będzie skutkować likwidacją bez formalnej sądowej delegalizacji.

Będzie można skonfiskować majątek osób, które dopuściły się poważnego naruszenia praw człowieka lub represji wobec społeczeństwa obywatelskiego, opozycji demokratycznej lub których działalność stanowi inne poważne zagrożenie dla demokracji. Minister gospodarki będzie decydował jakie treści są dopuszczalne i pożądane. To kompletna paranoja.

Kurczą się przestrzenie wolności słowa zarówno w Polsce i całej Unii Europejskiej. Znaną nam starą demokrację zastępuje demokratura. Ideowe ale głupie środowiska na Zachodzie dają się podpuszczać i organizują zamieszki, które stają się początkiem całkowitej likwidacji resztek wolności słowa. Po burdach zorganizowanych przez bandyterke przy okazji protestów antyrządowych we Francji prezydent Emmanuel Macron zapowiedział, że w najbliższych dniach na terenie kraju zostaną zakazane „nieuprawnione demonstracje”. Po to właśnie moim zdaniem zostały nagłośnione i zradykalizowane protesty w Francji, Belgii, Hiszpanii czy Portugalii.

W Polsce nie ma jeszcze na dzisiaj zdeterminowanych i dobrze zorganizowanych mniejszości, które można wykorzystać do prowokacji – więc rządzący w interesie korporacyjnej oligarchii mają utrudnione zadanie. Rządzący muszą wymyślić, a później przepchnąć przez parlament takie przepisy – które w imię demokracji uszczuplą wolność słowa. Być może jedynym ratunkiem dla wolności słowa w Polsce stanie się wywodzący się z wrogiego nam obozu politycznego, ale skonfliktowany z rządem prezydent Karol Nawrocki. 

Uważam, że przyszłościowo liczna mniejszość ukraińska w Polsce z całą pewnością, może zostać wykorzystywana do działań na rzecz ograniczenia swobód obywatelskich. Unia Europejska staje się globalnym pionierem jeżeli idzie o represyjność za poglądy i słowa. Najżałośniejsze w tym jest to, że przy okazji łaje Chiny, Rosję czy trumpistowskie Stany Zjednoczone za działania ograniczające wolność przekonań.

Łukasz Jastrzębski

https://myslpolska.info/2026/10/23/rosnie-opresyjnosc-i-kurcza-sie-przestrzenie-wolnosci-w-polsce/

piątek, 23 października 2026

O teorii historii alternatywnej ...


Jest rzeczą niesłuszną granie na skrzypcach, kiedy Rzym płonie, ale jest całkiem w porządku studiowanie mechaniki cieczy, kiedy płonie Rzym.

Hugo Ball

                                                  * * *

W maju tego roku upłynęło sto lat od udanego zamachu stanu przeprowadzonego przez Józefa Piłsudskiego i jego towarzyszy. Chyba już nie ma w Polsce prawdziwych piłsudczyków, bo gdyby byli, to zorganizowaliby piękne uroczyste obchody setnej rocznicy uratowania Polski przed „siłami rozkładu społecznego i politycznego”. W mediach toczyły się na ten temat polemiki o niezbyt wysokiej temperaturze emocjonalnej; jak to zwykle bywa przy takich okazjach ten i ów zastanawiał się, co było, gdyby do zamachu nie doszło albo gdyby się nie udał.

Zawodowi, akademiccy historycy w większości niechętnie podchodzą do  historii „alternatywnej”, „kontrfaktycznej”, „wirtualnej” , „niebyłej”, „gdybanej”, „przypuszczalnej”, „eksperymentalnej”, utrzymując, że nie ma z niej żadnego realnego pożytku. A jednak z jakichś powodów cieszy się ona, począwszy od lat 90. XX w. , coraz większą popularnością. Rośnie także naukowe piśmiennictwo na temat historii alternatywnych analizujące je od strony filozoficznej, teoriopoznawczej, narratologicznej, metodologicznej etc. Amerykański historyk Gavriel Rosenfeld wyodrębnił pięć kategorii historii alternatywnej a w każdej z nich wyróżnił ponadto 18 różnych typów. Rzecz jasna, wszystkie one reprezentują wyższy lub niższy poziom zależnie od intelektualnej dyscypliny autorów, przestrzegania określonych rygorów argumentacyjnych i reguł wnioskowania, zdolności do kontrolowania wyobraźni, umiejętności oceny prawdopodobieństwa, czy historia mogłaby potoczyć się inaczej niż się potoczyła.

Historykiem spełniającym te wymogi jest, znany także w Polsce, brytyjski (szkocki) historyk Niall Ferguson, który zredagował książkę zbiorową Virtual History: Alternatives and Counterfactuals (1997); zawiera ona  jego dwa eseje – obszerny wstęp wyjaśniający zasady pisania historii alternatywnej i pożytki z niej płynące oraz  esej The Kaiser’s European Union: What if Britain had „stood aside” in August 1914?” ( 1997), będący też konkluzją jego książki The Pity of War (1998) należącej bez wątpienia do najlepszych pozycji historii gdybanej. Ferguson wychodzi z założenia, że gdyby Wielka Brytania pozostała neutralna i nie przystąpiła do wojny po stronie Francji i Rosji, wygrałyby ją Niemcy i powstałby rodzaj Unii Europejskiej pod dobrotliwym panowaniem cesarza. Wówczas Rosji i narodom Europy Środkowo-Wschodniej oszczędzone byłyby „okropności bolszewizmu”, Adolf Hitler zakończyłby życie jako przeciętny malarz pocztówek lub skromny weteran wojenny gdzieś w Mitteleuropie a Wielka Brytania nie wyczerpałaby się finansowo przez długą wojnę i utrzymała kontrolę nad swoim imperium.

W porównaniu z Fergusonem o wiele gorzej wypada MacKinlay Kantor (1904-1977), autor książki If the South Had Won the Civil War (1961), w której „gdyba”, że po wygranej stanów południowych i uzyskaniu przez nie niepodległości, zamiast Stanów Zjednoczonych  powstałyby dwa odrębne państwa. W historii realnej Stany Zjednoczone stanęły po stronie Ententy i pomogły jej wygrać wojnę, podobnie postąpiły w II wojnie światowej. U Kantora, mimo iż nie było już „zjednoczonych” Stanów Zjednoczonych – skonsolidowanego, pod wieloma względami scentralizowanego, amerykańskiego państwa narodowego wchodzącego na przełomie wieków w fazę ekspansji poza zachodnią półkulę i dysponującego odpowiednimi instytucjami finansowymi i wojskowymi – historia alternatywna przebiega dokładnie tak samo jak historia realna: oba państwa Ameryki Północnej, które znajdują się wszak w odmiennym położeniu geopolitycznym i których stosunki z innymi państwami i mocarstwami nie są identyczne, nagle zgodnie stają po stronie Ententy przeciwko państwom centralnym; ten sam schemat powtarza się w przypadku II wojny światowej; ponownie oba państwa amerykańskie wchodzą do wojny po stronie Wielkiej Brytanii i Rosji Sowieckiej wspólnie osiągają rezultat identyczny z tym, jaki USA rzeczywiście osiągnęły w 1945 r.

Ferguson różni się od MacKinlay`a Kantora tym, że zachowanie przez Wielką Brytanię neutralności a w konsekwencji wygraną państw centralnych traktuje jako przestawienie „zwrotnicy dziejów” (termin użyty przez Andrzeja Chwalbę w tytule Zwrotnice dziejów. Alternatywne historie Polski, wraz z Wojciechem Harpulą, Kraków 2019), podczas gdy amerykański autor tak istotnego wydarzenia jak podział USA na dwa odrębne państwa, za przestawienie zwrotnicy dziejów nie uważa. Podobny błąd, znacznie obniżający wartość jego historycznego scenariusza, popełnia Piotr Zychowicz – w jego Pakcie Ribbentrop-Beck mimo, że dochodzi do porozumienia polsko-niemieckiego i nie wybucha wojna polsko-niemiecka, wszystko toczy się tak, jakby wybuchła. Zarówno u MacKinlay`a Kantora, jak i u Zychowicza pociąg historii jedzie dalej tym samym torem , wszystko przebiega jak w historii realnej, tak jakby zwrotnice dziejów nie zostały przestawione, z czego płynie logiczny wniosek, że wydarzeń, o których piszą (powstanie dwóch państwa amerykańskich, wybuch wojny polsko-niemieckiej) nie uznają za istotne. Najwidoczniej nie zapoznali się z koncepcją „obiektywnej możliwości” Maxa Webera, zwolennika przeprowadzania „kontrfaktycznych eksperymentów myślowych” niezbędnych dla przeniknięcia rzeczywistych związków przyczynowo-skutkowych oraz zidentyfikowania „relewantnych” faktów i czynników, czyli takich, które określiły działania i wydarzenia mające dalekosiężny wpływ na kształt okresu następującego po nich. Jeśli te czynniki nie wystąpią istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że zmieni się bieg historii. Szczerze mówiąc, nie dziwi mnie, że się nie zapoznali – swego czasu podjąłem próbę przeczytania ze zrozumieniem rozprawy Webera na ten temat zatytułowanej Objektive Möglichkeit und adäquate Verursachung in der historischen Kausalbetrachtung. Próba zakończyła się umiarkowanym sukcesem.

                                                 * * *

   Historyk lub politolog powinien oczywiście bardzo ostrożnie stawiać pytanie „Co by było, gdyby?” Spoglądając jednak wstecz, widzimy, że – podobnie jak w rozgrywce szachowej – jedynym sposobem właściwej oceny po fakcie doraźnych celów i możliwych konsekwencji, plusów i minusów konkretnej decyzji jest rozważenie alternatywnych rozwiązań, dostępnych wówczas osobom podejmującym decyzję, w tym również tych, które zostały odrzucone lub zignorowane. Tak więc nie można uniknąć rozpatrywania historia eventualis. (Heinz Magenheimer, Hitler-strategia klęski 1940-1945, przeł. Sławomir Kędzierski, Warszawa 2000, str.13)

                                                   * * *

Do prekursorów badań nad historiami alternatywnymi zaliczyć można niemieckiego starożytnika i historyka kultury Alexandra Demandta autora książki Historia niebyła. Co by było, gdyby…?, (przeł. Maria Skalska, Warszawa 1999, I.wyd.niem. Göttingen 1984). Stworzył ona także alternatywną historię Niemiec: Mogłoby potoczyć się inaczej. Punkty zwrotne niemieckiej historii (Es hätte auch anders kommen können. Wendepunkte deutscher Geschichte, Berlin 2010). Wskazując na wiele pułapek i niebezpieczeństw, jakie czyhają na tworzących alternatywne scenariusze historyczne, choćby takie, że ich „prawdopodobieństwo spada wraz z oddaleniem się od chwili, w której opuściliśmy prawdziwą historię”, Demandt dowodził, że od takich – jawnie wyrażonych lub milcząco założonych – scenariuszy historii niebyłej żaden historyk nie jest w stanie uciec, że niemożliwe jest  napisanie bez nich historii realnej, że uprawiający historię cały czas odwołują się do nieurzeczywistnionych możliwości, nawet wówczas, gdy deklarują niechęć do historii niebyłej: „Bowiem odpowiedzi na pytanie »co by się stało, gdyby«…” potrzebujemy dla zrozumienia sytuacji wyboru, dla oceny wagi poszczególnych czynników przyczynowych, dla uzasadnienia sądów wartościujących, a także po to, by oszacować prawdopodobieństwo różnych zdarzeń. Fakt, że w literaturze historycznej nie zawsze wyraźnie ujawnia się zakładane alternatywne rozwiązania, należy do tych drobnych nieuczciwości, bez których także rzemiosła historyka praktycznie nie da się uprawiać z zyskiem”.

Ostateczny wniosek Demandta brzmi: bez odpowiedzi na pytanie „co by się stało, gdyby…” nie jesteśmy w stanie wydać sądów wartościujących, oszacować prawdopodobieństwa realizacji różnych możliwości, zrozumieć motywów decyzji i dokonywanych wyborów, przejrzeć powiązań i zależności, dotrzeć do rzeczywistych tj. istotnych zależności przyczynowo-skutkowych. Rozpatrywanie zdarzeń, do których w historii nie doszło, jest, mimo zrozumiałych wątpliwości i trudności, możliwe i pouczające ze względu na poznanie historii realnej; zajmowanie się historią niebyłą pozwala wejrzeć w historię rzeczywistą , historia alternatywna rzuca – ta światło na historię realną, daje szerszy wgląd w sprawy historii, pogłębia nasze zrozumienie przyszłości.

                                                       * * *

Potwierdzeniem tezy Demandta, że nie ma ucieczki od historii alternatywnej, są polemiki historyków np. z Niallem Fergusonem, którzy, żeby obalić jego scenariusz, kreślą własną, „gdybaną” wersję skutków realizacji jego scenariusza. W rzeczywistości mamy więc do czynienia ze sporem dwóch historii alternatywnych, różnica polega na tym, że u Fergusona scenariusz kończy się dobrze, u jego polemistów – źle.

                                                        * * *

   Pytanie, „co by się wydarzyło, gdyby to i to nie zaszło”, jest prawie jednogłośnie odrzucane, a przecież to jest właśnie pytanie kardynalne. (Fryderyk Nietzsche, Pisma pozostałe)

                                                    * * *

Historia niebyła ma zatem sens jako narzędzie poznawcze przydatne do badania i rozumienia historii realnej. Dzięki niej mogą na powierzchnię wyjść fakty znane wprawdzie, ale rzadko wspominane lub w ogóle przemilczane, gdyż nie pasują do politycznie motywowanych argumentacji, może ujawnić się to, co skryte pod powierzchnią historycznego dyskursu tworzonego na potrzeby legitymizacji państwowo-narodowej, to, co zasłonięte w całości lub częściowo przez historyczne konstrukty służące polityce Pamięci (polityce historycznej). Dzieje się tak, ponieważ twórca historii alternatywnej np. Niall Ferguson – nie tylko stara się odpowiedzieć na pytanie „co by było, gdyby”, ale, dążąc do tego, by odpowiedź była jak najbardziej prawdopodobna i po jego myśli, rewiduje przyjęte poglądy na politykę Wielkiej Brytanii, inaczej interpretuje wydarzenia i fakty z prehistorii wojny oraz stara się obalić tezy i argumenty służące obronie decyzji wejścia do wojny i mające ją post factum zracjonalizować, uzasadnić i usprawiedliwić, częstokroć za pomocą narracji o jej nieuchronności. Pełnią one wówczas funkcję obrony politycznego albo symboliczno-psychologicznego status quo, które wyłoniło się z przeszłości np. utrzymanie przekonania, że poniesione ogromne ofiary nie poszły na marne a poniesione zostały dla słusznej Sprawy (Khalil Gibran: „Kobieta zaprotestowała mówiąc: »Oczywiście, że była to słuszna wojna. Mój syn na niej poległ«”). Ich kwestionowanie jest w pewnym sensie zakwestionowaniem tego status quo. Dlatego też, mimo iż wydarzenia te i zjawiska dawno już przeminęły, ciągle stają się przedmiotem sporów o charakterze polityczno-ideologicznym, występujących w kostiumie sporów historycznych.

                                                        * * *

W Polsce ukazało się bodaj dziesięć najważniejszych prac Fergusona, powszechnie chwalonego, poważnego naukowca o imponującej karierze akademickiej (Harvard University, London School of Economics, New York University, New Jesus College, Oxford), uszlachconego w 2024 r. Jednakże opublikowane po raz pierwszy ponad 25 lat temu Pity of War oraz The Kaiser’s European Union nie zostały dotychczas wydane w Polsce. Dlaczego? Wyczuwalna jest tu pewna blokada psychopolityczna, której źródła dość łatwo zidentyfikować: w realnej historii powstała niepodległa, suwerenna Polska, w alternatywnej historii Fergusona – żylibyśmy pod dobrotliwą opieką europejskiego (niemieckiego) cesarza. Ponadto już sama rewizja prehistorii I wojny światowej przezeń dokonana jest trudna do zaakceptowania przez duże odłamy polskiej publiczności, być może dlatego, że jest zbyt życzliwa Niemcom. W tym kontekście warto wspomnieć, że Ferguson miał się zwierzyć historykowi i pisarzowi Maxowi Hastingsowi, że chciałby być A.J.P. Taylor`em naszych czasów. Tak jest, tym Taylorem, autorem „skandalizującej” książki The Origins of the Second World War (1961)! Z jakichś niewiadomych powodów nigdy nie ukazało się jej polskie wydanie, ale najprawdopodobniej uznano, że mogłaby stać się w naszym kraju intelektualnym zgorszeniem.

Nie narzekajmy jednak tyle, bo apele mają sens: już od lat, przy każdej nadarzającej się okazji zachwalam świetną pracę Rainera Zitelmanna Hitler–samoświadomość rewolucjonisty. No i wreszcie pojawiła się na półkach księgarskich pod tytułem – rozumiem, że nadanym ze względów marketingowych – Socjalizm w mundurze. Adolf Hitler i jego wizja narodowego socjalizmu (przeł. Maria Malinowska). Duże brawa dla wydawnictwa Freedom Publishing!

                                                          * * *

Z historii alternatywnej mógłby być jeszcze jeden, całkiem konkretny pożytek, gdyby, jak postulują niektórzy badacze, stała się pełnoprawną. integralną gałęzią historiografii. Wszak przed historykami, gdyby już całą historię przebadali do najdrobniejszego szczegółu, stanęłoby widmo utraty zajęcia, a tymczasem otworzyłby się przed nimi ogromny, właściwie nieskończony, obszar studiów nad dziejami, które się nie wydarzył. Powstałyby nowe placówki uniwersyteckie np. Zakład Alternatywnej Historii Polski w XIX wieku, Katedra Kontrfaktycznej Historii Niemiec 1914-1945, Instytut Niebyłej Historii Powszechnej, pisano by magisteria, doktoraty i habilitacje, organizowano konferencje i sympozja. Jeśli już nic innego, to interes własny cechu historyków powinien ich skłaniać do większej pobłażliwości względem historii alternatywnej.

                                                   * * *

Tomasz Gabiś

https://www.tomaszgabis.pl/2026/08/18/o-teorii-historii-alternatywnej-ogonie-ktory-rzekomo-macha-psem-conradzie-w-prl-u-oraz-innych-sprawach-i-osobach/

czwartek, 22 października 2026

Szczepić chłopców na raka szyjki macicy – HPV! Bezczelne i zuchwałe są te kurwy

 


Bezczelne i zuchwałe są te kurwy, twierdził Dobry Wojak Szwejk, mając proroczą wizję współczesnych polskich medyków

Historia szczepień i szczepionek opiera się na największym oszustwie w dziejach medycyny.

W oszustwie tym uczestniczy miliony skurwionych i  skorumpowanych przez koncerny farmaceutyczne “lekarzy” i “naukowców”, którzy łżą w żywe oczy na temat “skutecznych i bezpiecznych ” szczepionek, choć dobrze wiedzą, że nie ma ani jednego badania naukowego które by potwierdzało skuteczność jakiejkolwiek szczepionki.

Oszuści szczepionkowi uaktywnili się obecnie w Polsce, w związku z zamiarem rządu warszawskiego „wyszczepienia” polskich dzieci szczepionką HPV, jakoby zapobiegającej rakowi szyjki macicy, u dziewcząt i chłopców. Ci ostatni, choć nie mają macicy i szyjki, też  mają zostać zaszczepieni w ramach równouprawnienia płci!

Rak szyjki macicy atakuje głównie prostytutki i panie lekkiego prowadzenia się [szczególnie te już przechodzone.. md] , więc wprowadzenie szczepionki HPV na listę szczepień obowiązkowych dla polskich dzieci i młodzieży, pokazuje jaką przyszłość przewidują dla niej polskie władze medyczne!

W przypadku szczepionki HPV, oszuści w “białych kitlach” nie przypuszczali, że ich bezczelne łgarstwa sprowokują  uczciwego i odważnego lekarza (ginekologa położnika), który przez całe swoje życie zawodowe zajmuje się leczeniem raka szyjki macicy. Doktor nauk medycznych: Jacek Madej mając ogromną wiedzę i doświadczenie w leczeniu raka szyjki macicy, postanowił ujawnić łgarstwa oszustów szczepionkowych na temat jakoby skutecznej i bezpiecznej szczepionki HPV.

Historia zmagań doktora Madeja ze skurwioną tłuszczą “medyczną” o ujawnienie prawdy i zdemaskowania kłamstw na temat szczepionki HPV, przypomina zabawę w głuchy telefon.

Doktor ujawnia kłamstwa takiego czy innego medyka, wzywa go do wycofania łgarstw, informuje uczelnie zatrudniającą oszusta o nie etycznym zachowaniu pracownika, i….nic się nie dzieje. Oszust działa dalej, zaś równie skurwione jak on media reżimowe propagują jego łgarstwa w najlepsze.

W październiku 2022r. doktor wystosował list do Rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego

 w którym napisał, między innymi:

“…w wywiadzie udzielonym Dziennikowi Bałtyckiemu, profesor Robert Jach poinformował  opinię publiczną, że dzięki szczepieniom HPV zarówno Australia, jak i wiele innych krajów już dzisiaj wyeliminowało raka szyjki macicy, a wiele zredukowało jego ilość w znaczący sposób.

Niestety są to informacje wręcz skandalicznie nieprawdziwe, nie znajdujące żadnego odzwierciedlenia w naukowej rzeczywistości dotyczącej skuteczności szczepień HPV. Nie ma żadnych profesjonalnych doniesień, ani żadnych innych źródeł naukowych, które upoważniałyby kogokolwiek do przedstawiania, zwłaszcza publicznie takich wniosków….”
——————————————————
Efekt interwencji doktora u władz uczelni był zerowy, nikt nie raczył mu odpowiedzieć, zaś profesor Jach nadal łże w mediach.

23 października 2021  doktor Madej napisał na swoim blogu:

“…Oto kolejny, „ideologicznie” ukształtowany wirusolog-oszołom z tytułem profesora, tym razem pracownik Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie, który nie ma najmniejszego problemu z rozpowszechnianiem jeszcze większych bzdur. Pani Agnieszka Szuster-Ciesielska na swoim facebookowym profilu, w dniu 17 września 2021 roku oznajmiła bezceremonialnie wszem i wobec, że:

„po 10 latach, w krajach prowadzących szczepienia ilość raków szyjki macicy zmalała o 85%”.

Nie będę po raz kolejny udowadniał, że to wierutne kłamstwo i w żadnym z krajów prowadzących szczepienia anty HPV, ilość raków szyjki macicy nie tylko się nie zmniejszyła, ale gdzieniegdzie nawet wzrosła.


Należy się poważnie zastanowić, dlaczego człowiek teoretycznie wykształcony, przedstawiający siebie, jako naukowca i wykładowcę akademickiego może się dopuścić tak obrzydliwego oszustwa. Dla mnie są tylko dwie opcje, albo ta Pani jest tak bezmyślna i głupia, albo tak skorumpowana, no może być jedno i drugie. ..”

Takich pism, listów i artykułów demaskujących kłamstwa tak zwanych “naukowców” i “ekspertów” na temat “skutecznej i bezpiecznej” szczepionki HPV, doktor Madej napisał
25. Osoby o silnych nerwach mogą zapoznać się z nimi na stronie: psnlin.pl/news,ponad-milion-ofiar-smiertelnych-producenta-szczepionki-hpv

Podziwiam doktora Madeja walczącego o prawdę jak lew, demaskującego pseudo naukową hołotę oszukującą polskich rodziców. Ta skorumpowana banda jest odpowiedzialna na równi z producentem szczepionek za ogrom chorób i zgonów poszczepiennych!

Swój ostatni artykuł doktor Madej kończy tak:

“…Dlatego też wszystkim tym, którzy po przeczytaniu tego artykułu zechcą zaszczepić siebie i swoje dzieci życzę szczęścia, bo z pewnością będzie ono Wam i przede wszystkim Waszym dzieciom bardzo potrzebne…”

Anthony Ivanowitz
20.10.2026r.
www.pospoliteruszenie.org

Europa płonie – a jej elity trzymają zapałki

 

Są obrazy, które mówią głośniej niż jakikolwiek artykuł redakcyjny. W Paryżu na Placu Republiki płoną barykady, setki zamaskowanych młodych mężczyzn stoi przed płomieniami. Kilka ulic dalej para biega, jakby nic się nie stało. Życie codzienne toczy się dalej bez zakłóceń, jak w społeczeństwie, które przyzwyczaiło się do własnego upadku.

Następnie prezydent staje przed kamerami. Emmanuel Macron mówi o gniewie i wstydzie, o zniszczonych miastach i rannych policjantach. Pyta, jak Francuzi mogli zrobić coś takiego swojemu krajowi, dlaczego szturmowali ratusz i podpalili biuro podróży. „Nic tego nie usprawiedliwia” – mówi – „nic tego nie wyjaśnia, nic tego nie usprawiedliwia”. Następnie zaprasza związki zawodowe, nauczycieli i uczniów do serii dyskusji.

To zdanie zasługuje na uważną lekturę. „Nic tego nie wyjaśnia” to nie stwierdzenie faktu, lecz roszczenie do władzy. Sugeruje ono, że nie należy zadawać pytania o przyczyny, ponieważ odpowiedź leży w rękach tych, którzy aktualnie mówią. Ci, którzy zabraniają pytania „dlaczego”, nie potrzebują już polityki; wystarczy pałka. Mimo to chcę zapytać o „dlaczego”. Moja odpowiedź to oskarżenie.

Rachunek

Zacznijmy od przygnębiających faktów, liczb. Nie są one dowodem spisku, lecz zapisami księgowymi i są druzgocące.

Według najnowszych danych inflacja w strefie euro wynosi obecnie 3,8%. Wydaje się to niewielką kwotą, dopóki nie weźmie się pod uwagę, ile ludzie muszą płacić każdego dnia. Ceny energii wzrosły we wrześniu o 21,3%, po wzroście o 16,7% w poprzednim miesiącu. Produkty naftowe zdrożały o 36,2%. To nie jest jakiś abstrakcyjny wskaźnik; to cena ogrzewania, dojazdów do pracy, samochodu dostawczego i każdego towaru, który trzeba przewieźć. Energia to nie tylko kolejny element domowego budżetu; to cena samej produkcji. Bez niedrogiej energii elektrycznej nie ma przemysłu.

Płace nie nadążają. Między 2021 a 2025 rokiem stawki godzinowe wzrosły średnio o 19,2% w całej Europie, podczas gdy ceny wzrosły o 22,6%. Oznacza to utratę siły nabywczej, która kumuluje się z roku na rok. We Francji płace wzrosły o 14,5%, a ceny o 18%. We Włoszech, gdzie obecnie płonie Mediolan, płace wzrosły o 10,2%, ale ceny poszybowały w górę o 20,6%. Tam inflacja ponad dwukrotnie zwiększyła wzrost płac. Każdy, kto zna te dane, nie musi szukać daleko, aby zrozumieć, dlaczego ludzie są tak wściekli.

Do tego dochodzi kraj, którego państwo wycofuje się tam, gdzie jest to konieczne. Dług publiczny Francji stanowi 119 procent jej PKB, roczny deficyt sięga prawie 6 procent, a wskaźnik ubóstwa wynosi 15 procent. Na przedmieściach brakuje nauczycieli. Budynki szkolne są w tak złym stanie, że nie da się ich ogrzać zimą ani schłodzić latem. Właśnie tam rozpoczęła się ta fala protestów: od szkoły średniej na obrzeżach Paryża, z niedoborem nauczycieli, z cięciami w edukacji. Uczniowie i rodzice pokojowo wyszli na ulice.

Używam terminu „oszczędności”, a ponieważ stał się on już w prasie kliszą, pozwólcie, że go wyjaśnię. Oszczędności oznaczają politykę oszczędnościową: rząd tnie fundusze na szkoły, szpitale, infrastrukturę i usługi społeczne, aby osiągnąć cele budżetowe, i ogłasza to koniecznością. Ale to nie jest konieczność; to decyzja, i jak każda decyzja, rodzi pytania o to, kto ją podejmuje i kto na niej korzysta.

Gdzie trafiają pieniądze

Pieniądze nie zniknęły. Nadal płyną, tylko nie do szkół. Rządy europejskie podjęły w ostatnich latach szereg decyzji, które kosztują obywateli bardzo dużo, a nic im nie przynoszą.

Zerwali powiązania energetyczne z Rosją. Dostawy rosyjskiego gazu spadły o ponad 80 procent, a hurtowe ceny energii elektrycznej i gazu wzrosły momentami nawet piętnastokrotnie od 2021 roku. Jeffrey Sachs, z pewnością nie outsider, ale światowej sławy ekonomista, podsumował to w rozmowie z Dannym Haiphongiem w następujący sposób: Zerwanie handlu z Rosją było dla Europy cięższym ciosem niż dla Rosji, która przekierowała swój eksport do Chin, Indii i Azji. Europa z kolei kupuje obecnie skroplony gaz ziemny (LNG) ze Stanów Zjednoczonych po sześciokrotnie wyższej cenie niż ta, którą płaciła wcześniej za gaz rosyjski, według Sachsa.

Unia Europejska nałożyła na Rosję ponad dwadzieścia rund sankcji, a prace nad dwudziestą drugą są w toku. Każda runda miała na celu wymierzenie w Moskwę. Każda z nich dodatkowo zacieśniła kontrolę nad europejską gospodarką. Sachs twierdzi, że Komisja „po prostu podąża w tym samym kierunku”, podczas gdy ryzyko wojny w całej Europie rośnie. Nie trzeba używać słowa „szaleństwo”, aby zdać sobie sprawę, że każdy, kto dwadzieścia razy powtarza ten sam środek i za każdym razem osiąga odwrotny skutek od zamierzonego, albo dąży do innych celów niż te deklarowane, albo utracił zdolność do samoregulacji.

Do tego dochodzi wojna z Iranem, która uderza w Europę niczym drugi cios. Europa jest importerem netto paliw kopalnych, a cena ropy naftowej wzrosła powyżej 100 dolarów za baryłkę. Według danych przedstawionych przez Haiphonga w jego programie, ten szok energetyczny kosztował Europę dodatkowe 100 miliardów euro tylko w tym roku; całkowity koszt szacuje się na 900 miliardów euro. Kwota ta pokrywa się ze wszystkim, co wiemy o tym problemie. Do tego dochodzą pakiety pomocowe dla Ukrainy i rozbudowa zbrojeń, które same rządy obchodzą jako „punkt zwrotny” – termin promujący zubożenie.

Podczas gdy we francuskich szkołach zawodzą systemy ogrzewania, Europa przygotowuje się do wojny z mocarstwem atomowym. Scott Ritter, były oficer, który wie, o czym mówi, wielokrotnie powtarzał w tym samym programie, że taka wojna oznaczałaby koniec Europy. Nie odstrasza to decydentów.

Pierwszy zarzut: współudział w wojnie, potem milczenie

Wojna z Iranem, jak to ujął Sachs, to „poważna katastrofa” i naruszenie prawa międzynarodowego. Rozpoczęła się w lutym, w trakcie trwających negocjacji nuklearnych, które, według mediatora z Omanu, rozwijały się, na dzień lub dwa przed śmiercią irańskiego przywódcy na spotkaniu w Wiedniu, na którym omawiano kolejną rundę negocjacji. Wyobraźmy sobie przez chwilę, że państwo Europy Wschodniej postąpiłoby w ten sposób. Europejskie artykuły redakcyjne byłyby pełne oburzenia.

Ale co zrobiła Europa? Sam Sachs był w Radzie Bezpieczeństwa ONZ dzień po ataku USA. Opisuje „surrealistyczną” scenę: ambasadorzy Francji, Wielkiej Brytanii i innych państw europejskich zaatakowali Iran, ponieważ ten odpowiedział rakietami i dronami, jakby nic się nie wydarzyło. Ani słowa napastnikom. Poza Pedro Sánchezem, nikt w europejskich władzach nie odważył się powiedzieć tego, co rozumie każdy taksówkarz w Marsylii.

A Macron? W styczniu, przed atakami, odwiedził Trumpa i, jak sam Trump opublikował, napisał mu wiadomość: „W sprawie Syrii jesteśmy całkowicie zgodni. W sprawie Iranu możemy osiągnąć wielkie rzeczy”. Zaproponował kolację, szczyt G7 w Paryżu, a na marginesie – zaproszenia dla Ukraińców, Syryjczyków i Rosjan. Dziś, przyparty do muru, ten sam prezydent mówi o „wojnie Trumpa” i przedstawia się jako zwykły obserwator. To nie jest samokrytyka; to próba uchylenia się od odpowiedzialności, a dla prezydenta, którego, jak wynika ze wszystkich relacji, wciąż popiera mniej więcej co dziesiąty Francuz, wydaje się to szczególnie żałosne.

Drugi zarzut: Władcy przeciwko rządzonym

Sachs przytoczył wyniki sondaży: około 10 procent dla Macrona, znacznie mniej niż 20 procent dla kanclerza Merza i około 32 procent dla Trumpa. Wszystko to, jak twierdzi, jest „fenomenem Zachodu”. Bardziej wymowna od samych danych jest jednak reakcja osób, których to dotyczy. Nie rezygnują i niczego nie zmieniają. Deklarują swoją determinację, by kontynuować swoją działalność, i uważają to za oznakę siły. Sachs nazywa to po imieniu: uparte trzymanie się władzy, którego nie da się uzasadnić bez poparcia społecznego.

Dotyczy to nie tylko Francji i Niemiec. Z Wielkiej Brytanii Sachs relacjonuje historię polityka, który przedstawia się jako człowiek ludu, ale udaje się do Kijowa, aby zadeklarować lojalność, zamiast pytać społeczeństwo, czy chce takiego rozwiązania. Brukselę, gdzie niedawno przebywał Sachs, uważa za „jeszcze gorszą”: komisja, która nie jest wybierana i nie boi się wyborców ani nie uznaje rzeczywistości, nakłada sankcje, jakby zima nie miała żadnych konsekwencji.

To, że ta zima się zbliża, nie jest żadną metaforą. Jeśli sytuacja się nie zmieni, Europa wkracza w pierwszą zimę bez znaczących dostaw rosyjskiego gazu, z niskim poziomem zapasów. Donald Trump naciskał na Europejczyków, aby uwolnili rezerwy strategiczne i olej napędowy na rynek, aby obniżyć ceny. To nie zadziałało. Klasy polityczne, które obserwują, jak ich społeczeństwa wchodzą w tę zimę, jednocześnie mówiąc o celach zbrojeniowych, nie straciły swojego mandatu dlatego, że ktoś im go odebrał, ale dlatego, że go roztrwoniły.

Trzeci zarzut: Odpowiedzią są represje.

Godzina policyjna była odpowiedzią na protesty uliczne. Wprowadzono ją we Francji, Albanii, Mediolanie i innych miastach, a Paryż rozważał ogłoszenie stanu wyjątkowego. To skutecznie zamroziło podstawowe prawa, które do tej pory uznawano za nienaruszalne. Chronologia pokazuje, że w grę wchodziło coś innego niż bezpieczeństwo publiczne. Protesty rozpoczęły się pokojowo, a ich inicjatorami byli uczniowie, rodzice i nauczyciele. Zdjęcia pożarów pojawiły się później. Pomiędzy tymi dwoma wydarzeniami znajdowała się przemoc policyjna.

Francuska policja użyła granatów hukowych, a po tym, jak nastolatkowi odstrzelono rękę, zawiesiła ich używanie. BBC poinformowało o tym. Amnesty International od lat określa tę broń jako narzędzia do okaleczania i wzywa do jej zakazu. Każdy, kto pamięta protesty Żółtych Kamizelek z lat 2018/19, zna straty: setki urazów głowy, dziesiątki oczu straconych od gumowych kul, odcięte kończyny. To nie jest odosobniony incydent, ale udokumentowany wzorzec francuskich organów ścigania. Kiedy Macron dziękuje policjantom, którzy „nie poddali się”, i nie wspomina o rannych po drugiej stronie, ujawnia swoje stanowisko.

Co to oznacza dla grabieży? Nie chcę niczego owijać w bawełnę. Dotyczy to właścicieli sklepów i rzemieślników, ludzi, którzy nie są problemem. Ale grabieże, jakkolwiek by to nazwać, to chybiony wyraz frustracji, a staje się to zrozumiałe dopiero, gdy zapytamy, co je poprzedziło. Każdy, kto latami upokarza ludzi, odmawia im dostępu do edukacji i możliwości rozwoju, a potem wita ich granatami, nie powinien być zaskoczony eskalacją.

Jest jeszcze jeden poziom, na którym muszę zachować ostrożność. To, że państwa infiltrują ruchy protestacyjne i prowokują lub dopuszczają przemoc w celu ich delegitymizacji, nie jest twierdzeniem; to udokumentowana historia.

Były włoski minister spraw wewnętrznych, późniejszy premier i prezydent Francesco Cossiga, w wywiadzie zazwyczaj datowanym na 2008 rok i odnoszącym się do studenckich zamieszek z 1977 roku, opisał, jak by to zrobił i jak powinno się to zrobić: wycofać policję z ulic i uniwersytetów, zinfiltrować ruch prowokatorami gotowymi na wszystko, następnie pozwolić na dziesięć dni grabieży i podpaleń, a na koniec, ośmielony publicznym oburzeniem, bezlitośnie strajkować i „wpędzić demonstrantów do szpitala” wraz z profesorami, którzy ich zachęcali.

W Wielkiej Brytanii oficjalne śledztwo udokumentowało, że tajni policjanci przez lata infiltrowali lewicowe grupy protestacyjne i dostarczyli tysiące raportów do krajowego wywiadu MI5. W Stanach Zjednoczonych program ten znany jest pod nazwą COINTELPRO i jest programem kontrwywiadowczym FBI skierowanym przeciwko ruchom na rzecz praw obywatelskich i ruchom protestacyjnym.

Nie potrafię udowodnić, czy ta recepta jest dziś stosowana we Francji, i nie będę tego twierdzić. Nie jest to zresztą konieczne. Liczy się jej funkcja: przemoc skierowana przeciwko ratuszom i sklepom ostatecznie przynosi korzyści tym, którzy chcą zdyskredytować protest. Ci, którzy czerpią zyski z dewastacji, mają w tym swój interes, a klasa polityczna, która na każde pytanie o przyczyny odpowiada, powołując się na porządek, nie jest bez wpływu na ten wynik.

Czwarty zarzut: Kozioł ofiarny

Potem pojawia się znany schemat: gdy tylko coś pójdzie nie tak w Europie, media społecznościowe są zalewane tematem: migracją. „Spójrzcie na tych obcokrajowców szerzących terror”. Schemat jest równie przejrzysty, co skuteczny. Ci, którzy patrzą na swoich sąsiadów, nie patrzą na rachunek za gaz i nie patrzą na Brukselę.

Pomysł jest prosty, ale niewygodny dla obu stron. Jest niewygodny dla prawicy, ponieważ zamiast zająć się przyczynami, ogłasza słabszą stronę swoim wrogiem. Jest również niewygodny dla establishmentu, który potrzebuje tego podziału i jednocześnie położył podwaliny. Te same rządy, które dziś przedstawiają migrację jako zagrożenie, brały udział w zniszczeniu Libii i Syrii, pozostawiły Jemen w stanie oblężenia, nie zapewniły ochrony Palestynie i zdestabilizowały Liban. Ludzie nie przybywali z tych krajów z pragnienia przygody, ale dlatego, że ich źródła utrzymania zostały zniszczone. A Francja, w szczególności, nie pozyskała swojej diaspory z Afryki i Azji Zachodniej przez przypadek: skolonizowała Algierię, wysłała algierskich żołnierzy do walki w wojnach światowych i dokonała masakry algierskich demonstrantów we Francji lat 60. XX wieku. Interpretowanie śladów tej historii jako „inwazji na Europę” to wywracanie historii do góry nogami.

Francja nie zapomniała o utracie swojej pozycji w Afryce Zachodniej, gdzie Mali i Burkina Faso skutecznie wyparły Paryż. Wśród upokorzeń, jakich doświadczył tam Macron, jest fakt, że broni neokolonialnego porządku, który stracił swoje uzasadnienie. To również jeden z powodów, dla których surowce i rynki, na których kiedyś polegała Francja, nie są już niezawodne. Imperializm rozwija się dzięki podziałom: góra kontra dół, wnętrze kontra zewnętrze, jeden przeciwko drugiemu. Tworzy te podziały nie ze złej woli, ale dlatego, że go chronią.

Kto wygrywa, kto płaci

Ostatecznie trzeba zadać najprostsze pytanie: Kto na tym wszystkim korzysta? Przemysł zbrojeniowy zdobywa kontrakty. Amerykańscy dostawcy skroplonego gazu ziemnego zyskują rynek, którego nigdy nie byliby w stanie stworzyć sami. Inwestorzy finansowi, fundusze hedgingowe i firmy private equity (firmy, które kupują, restrukturyzują i odsprzedają firmy za pożyczone pieniądze) czerpią zyski z cierpienia spowodowanego zadłużeniem i upadkiem usług publicznych. A potem są banki, które otrzymują pomoc finansową, gdy sytuacja się pogarsza.

Równie jasne jest, kto płaci: pracownicy najemni, emeryci, uczniowie w nieogrzewanych klasach i samorządy z pustymi kasami. Danny Haiphong wyraził to wprost w swoim programie: dla tych elit stało się to prawem ich istnienia. Im częściej tak postępują, tym stają się bogatsi, niezależnie od tego, czy konsekwencje są nuklearne, ekologiczne, czy ludzkie. To brutalne sformułowanie. Ale matematyka się zgadza i to wystarczy, by zakończyć sprawę.

Trzy sposoby

Co dalej? Widzę trzy możliwości. Pierwsza to zmiana polityki pod presją: rządy nie będą mogły dłużej rządzić jak dotychczas, jeśli społeczeństwo będzie nalegać na spełnienie ich żądań. Druga to eskalacja, czyli wprowadzenie godzin policyjnych, stanów wyjątkowych i zaostrzenie środków, być może w ramach skoordynowanych działań kilku rządów. Mogłoby to przynieść odwrotny skutek i jeszcze bardziej zaognić sytuację. Trzecia, i moim zdaniem najbardziej prawdopodobna, to wyniszczenie: ruch, który nie jest jeszcze dobrze zorganizowany, zostanie osłabiony przez obrazy przemocy, podziałów i infiltracji, a status quo będzie się utrzymywał do momentu, aż zapłonie kolejna iskra.

Za tym kryje się szerszy kontekst. Wybory w Izraelu odbędą się za kilka dni, a w Stanach Zjednoczonych 4 listopada. Narastają ostrzeżenia przed ponownymi atakami na Iran. Tymczasem Europa ustawia się na czele konfrontacji z Rosją, obierając tym samym, jak ostrzega Sachs, najkrótszą drogę do katastrofy. Dwa fronty, jeden kontynent, który nie jest w stanie ogrzać nawet swoich szkół: taka jest sytuacja.

Wyrok

Nie nawołuję do przemocy. Każdy, kto tak twierdzi, próbuje odwrócić uwagę od problemu. Moje oskarżenie nie jest skierowane do ludzi na ulicy, ale do tych, którzy zbudowali tę drogę. To oni podnieśli koszty energii, obniżyli płace, podkopali usługi publiczne, poparli lub zignorowali wojny, przerwali trwające negocjacje i na każde pytanie o przyczyny odpowiadali stwierdzeniem, że nic nie wyjaśnia wszystkiego. Następnie wprowadzili godzinę policyjną, nakazali użycie granatów i przenieśli uwagę opinii publicznej na swoich sąsiadów.

To nie jest pojedyncze wykroczenie. To system, który ma swoją nazwę: rządy bez odpowiedzialności. Sachs ujął to tak: Rządy wymknęły się wszelkiej kontroli konstytucyjnej, a ludzie zastanawiają się, co właściwie robią, doprowadzając świat coraz bliżej krawędzi.

I znowu para uprawiająca jogging w Paryżu, podczas gdy płoną barykady. To zdjęcie nigdy nie było obrazem spokoju. Pokazuje, jak długo można sobie pozwolić na odwrócenie wzroku. Europejskie elity wyczerpały ten czas i nawet o tym nie wiedzą.

+++

Źródło obrazu: tanitost / shutterstock

+++

Źródła pierwotne (transkrypcje):

Danny Haiphong: Audycja na temat zamieszek w Europie i konfliktu z Iranem , YouTube, https://www.youtube.com/watch?v=F531Ly7doPg
(transkrypcja, str. 1–2).
Jeffrey Sachs w rozmowie z Dannym Haiphongiem, YouTube, https://www.youtube.com/watch?v=sMZkThSs6kY
(transkrypcja, str. 3–4).
+++

https://dakowski.pl/europa-plonie-a-jej-elity-trzymaja-zapalki/

Wdzięczność po ukraińsku? Rok Szuchewycza i UPA we Lwowie


Decyzję tę podjęto na plenarnym posiedzeniu Lwowskiej Rady Obwodowej we wtorek – poinformowano na jej oficjalnej stronie internetowej.

– Jest to nasza historia, nasi bohaterowie i powinniśmy w należny sposób uszanować ich pamięć – mówił podczas posiedzenia szef komisji kultury, deputowany Rady Swiatosław Szeremeta.

Ukraińskie władze publiczne różnych szczebli systematycznie honorują więc zbrodniarzy, którzy pod hasłami narodowowyzwoleńczymi prowadzili systematyczne ludobójstwo na wschodnich kresach Rzeczypospolitej. Nic tu nie zmienia nawet nadzwyczajna hojność rządzących III RP, którzy od samego początku najnowszej fazy konfliktu z Rosją wysyłają za wschodnią granicę różnorodną i liczoną już w setkach miliardów złotych pomoc, a przy tym w naszym imieniu goszczą pod polskim dachem setki tysięcy Ukraińców.

Jak przypominał w Kanale Zero profesor Andrzej Nowak, Roman Szuchewycz, którego liczne pomniki stoją dziś na zachodniej Ukrainie, był jednym z głównych sprawców zbrodni wołyńskiej. W jednoznacznej ocenie wybitnego historyka, człowiek ten był „czystym zbrodniarzem” i zasługuje „na wieczną niepamięć, na skreślenie go czarną linią z listy osób zasługujących na jakikolwiek cień szacunku”.

– Bandera niewątpliwie był symbolem ideologii, w imię której Szuchewycz i jemu podobni dowódcy UPA podejmowali się akcji zabijania tysięcy, dziesiątków tysięcy polskich kobiet, dzieci, starców, ludności cywilnej po to, ażeby zostawić miejsce dla czystej rasowo, czystej etnicznie rasy ukraińskiej. Ukraina miała być, jak to ujął jeden z wykonawców tej zbrodni i ideologów jednocześnie, jak złoty łan pszenicy, bez jednego chwastu. Ta metafora, tak pięknie brzmiąca, oznaczała po prostu, że żadnego Polaka, żadnego Żyda, żadnego obcoplemieńca nie może być na terenie, na którym będzie wielka Ukraina; że trzeba tych, którzy sami nie zdążą uciec, zamordować. To właśnie zostało wykonane w 1943 – 1944 roku rękami UPA – wskazał profesor Nowak.

IPN: Szuchewycz to „architekt zbrodni”

Instytut Pamięci Narodowej we wpisie na portalu X nazwał Szuchewycza architektem zbrodni i podkreślił, że zapisał on czarną kartę historii. Przypomniał, że był współtwórcą działających u boku Niemców jednostek (batalionu Nachtigall) i z tego powodu należał do osób odpowiedzialnych za zbrodnie dokonane „na Polakach, Żydach, Białorusinach, Ukraińcach, Rosjanach i przedstawicielach innych narodowości na Białorusi, Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej”.

W ocenie IPN decyzja Lwowskiej Rady Obwodowej „wpisuje się w długotrwały proces budowy oficjalnego kultu Szuchewycza i innych zwolenników ukraińskiego radykalnego nacjonalizmu”. IPN przypomniał słowa rozkazu wydanego przez Szuchewycza do podległych mu dowódców: „W pień wycinać. Czysto polskie wsie palić, wsie mieszane – tylko polską ludność niszczyć”.

Instytut opisał dowódcę UPA jako „jednego z odpowiedzialnych za ludobójstwo dokonane przez ukraińskich nacjonalistów, ale także autora budowanego do dziś kłamstwa zaprzeczającego zbrodniom dokonanym w latach 1943 – 1945”. Zaznaczył także, że Szuchewycz był „współautorem strategii terroru zmierzającej do destabilizacji Małopolski Wschodniej i Wołynia” oraz „świadomie i z premedytacją budował kłamstwo negujące skalę ludobójstwa dokonanego przez jego własnych podwładnych oraz cele przyświecające ukraińskim nacjonalistom”.

IPN zwrócił również uwagę, że Szuchewycz już od schyłku lat 20. XX w. realizował „zbrodniczą ideę budowy jednolitej etnicznie Ukrainy”. Zapoczątkował trwającą aż do końca II wojny światowej współpracę ukraińskich nacjonalistów z Niemcami.

W 1941 r. został zastępcą niemieckiego dowódcy batalionu Nachtigall (przeformowany w Schutzmannschafts Batallion 201) pacyfikującego wsie na Białorusi. Od 1943 r. kierował UPA, stając się – jak podkreśla IPN – „architektem ludobójstwa na Wołyniu”. Kiedy zdał sobie sprawę, że zbrodnie skompromitują ukraiński nacjonalizm, „świadomie i z premedytacją budował kłamstwo negujące skalę ludobójstwa”. Zginął w 1950 roku, w obławie przeprowadzonej przez NKWD.

Jak przypomniał Instytut Pamięci Narodowej, liczbę Polaków zamordowanych na Wołyniu szacuje się na 60 tysięcy [co najmniej dwa razy więcej, wg. poważnych historyków. Mirosław Dakowski]. „Co więcej, od przełomu lat 1943/1944, z pewnymi modyfikacjami scenariusz wołyński zastosowano w Małopolsce Wschodniej” – czytamy.

Odnosząc się do pozostałych patronów wybranych przez Lwowską Radę Obwodową, IPN zauważył, że „zdziwienie może budzić równoczesne ogłoszenie patronem roku 2027 Ołeha Olżycza stojącego na czele organizacji, której kierownictwo potępiło banderowskie zbrodnie, płacąc często za swój sprzeciw daninę krwi”.

Ołeh Olżycz był od początku 1944 r. dowódcą OUN-M, nieco bardziej umiarkowanego (w porównaniu z banderowcami, których reprezentantem był Szuchewycz) skrzydła w ukraińskim ruchu nacjonalistycznym. OUN-M ściśle współpracował w III Rzeszą, ale w maju 1944 r., gdy te kontakty ustały, Ołżycz został aresztowany przez gestapo i zamordowany w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen. 


Źródła: PAP, Kanał Zero, PCh24.pl

https://pch24.pl/wiadomosci/wdziecznosc-po-ukrainsku-rok-szuchewycza-i-upa-we-lwowie,739500

Troska o bezpieczeństwo czy tresura w strachu? Władze wracają do scenariusza z „pandemii”

 

Roztaczanie wokół szkół atmosfery zagrożenia coraz bardziej przypomina niesławne strategie „paniki covidowej”. Zakazy wstępu dla rodziców, rzeczywiste choć wybiórcze alarmy zamiast zapowiedzianych z góry ćwiczeń, ministerialne rozporządzenia, codzienne alerty wojenne, bardziej służą sianu paniki niż wzmacniają poczucie bezpieczeństwa. Odczuwają to dotkliwie mieszkańcy województw przygranicznych.

„Zakaz przyjeżdżania rodziców po dzieci podczas alarmu. Nowe wytyczne MEN” – ogłosiły media (RMF.fm). Decyzja resortu edukacji dotyczy „aktualizacji zasad postępowania w sytuacjach zagrożenia w szkołach i przedszkolach”. Wyznacza dyrektorom, nauczycielom i pozostałym pracownikom placówek oświatowych precyzyjne zasady postępowania w sytuacjach kryzysowych. Pojawiają się niepokojące sformułowania mówiące o „zagrożeniach z powietrza”, alarmach, ewakuacjach.

Dyrektorzy mają obowiązek wyznaczyć „bezpieczne miejsca” przebywania podległych sobie osób w kryzysowych przypadkach. Muszą zadbać o apteczki, wodę, koce, zapasowe baterie, środki łączności, worki i awaryjne oświetlenie. Personel każdej placówki ma zostać odpowiednio przeszkolony. Szkoły i przedszkola powinny zorganizować próbne alarmy połączone z opuszczeniem budynku przez osoby, które w nim przebywają.

„(…) nowe procedury przewidują, że w trakcie trwania alarmu rodzice nie mogą odbierać dzieci z placówki ani gromadzić się przed szkołą. Dzieci pozostają pod opieką szkoły aż do odwołania alarmu. Szkoły mają obowiązek informować rodziców o zasadach postępowania już na początku roku szkolnego oraz podczas sytuacji kryzysowej” – opisuje portal.

Zakaz odbierania dzieci ze szkół ma być motywowany tym, że zwiększony ruch wokół placówek utrudni dojazd służbom.

Właśnie ten aspekt rozporządzenia spotkał się ze szczególnie negatywnym odzewem, zwłaszcza wśród mieszkańców województw wschodniej Polski. Głosy te były na tyle donośne, że Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji opublikowało dementi „fałszywych informacji, jakoby „Krajowy Plan Ewakuacji był planem masowego wysiedlenia Polaków”, a ewakuacje wiązały się z  niemożnością powrotu do miejsc zamieszkania”.

„Publikowane na Facebooku materiały opisywały, że plan ewakuacji jest rzekomym porozumieniem Berlina i Kijowa, który ma pomóc wielkim tego świata ruszyć na Moskwę. Dodatkowo aktorzy dezinformacji fałszywie informowali, że osoby opuszczające swój dom już do niego nie wrócą” – czytamy w serwisie Forsal, omawiającym reakcję MSWiA na falę niepokoju.

Resort tłumaczył, że sporządzenie planu jest konsekwencją zapisów ustawy o ochronie ludności i obronie cywilnej. „Krajowy Plan Ewakuacji jest tworzony na podstawie wojewódzkich planów ewakuacji ludności i opracowuje się go na okres trzech lat. Zawarte w nim informacje wskazują, ile osób może wymagać ewakuacji na danym terenie, jak zorganizować dla nich transport oraz kto odpowiada za koordynację całego procesu. Aktualny plan ewakuacji został zatwierdzony w lipcu 2026 r.” – głosi informacja. Chodzi ponoć o to, by w razie wojny lub zagrożenia nią, czy też klęski żywiołowej, mieszkańcy terenów zagrożonych mogli szybko przemieścić się w bezpieczniejsze części kraju.

Władze mogą wydać nakaz ewakuacji tylko w warunkach stanu nadzwyczajnego.

„Możliwość powrotu do miejsca zamieszkania w przypadku ewakuacji zależy od skali zagrożenia i może być rozciągnięta w czasie. Inaczej bowiem sytuacja może wyglądać w przypadku klęski żywiołowej, a inaczej w czasie wojny” – podało Rządowe Centrum Bezpieczeństwa, cytowane przez portal sprawdzamto.pl.

Covidowe „modus operandi”

Nie kończy się jednak tylko na aktualizowaniu procedur. Jak wiemy, mieszkańcy województw lubelskiego czy podlaskiego codziennie bądź nawet dwukrotnie w ciągu doby alarmowani są alertami RCB na temat rzekomych zagrożeń atakami z powietrza. Częstotliwość tych powiadomień sprawia, że naturalnym odruchem staje się blokowanie powiadomień i „znieczulenie” na tego typu komunikaty.

W sieci internetowej krąży zapis wystąpienia Andrzeja Wójtowicza z Zamościa, jednego z liderów Ruchu Wielka Polska. 28 września, na sesji miejskiej rady mówił on o pojawiających się „sugestiach oraz działaniach zmierzających do wysiedlenia polskiej ludności, szczególnie z terenów Polski wschodniej i środkowej”. Według jego relacji, w gminach województwa lubelskiego organizowane są spotkania z mieszkańcami. Przedstawiciele gmin i wojskowi radzą im szukać sobie na zachodzie kraju osób czy rodzin, które mogłyby ich przyjąć w przypadku wojny i wkroczenia obcych żołnierzy. Żyją bowiem na terenie, który w razie działań zbrojnych znajdzie się na szlaku wojsk.

Tego rodzaju sugestie traktowane są przez część ludności jako próby zastraszania czy też nawet zapowiedź wysiedleń i ewakuacji na dużą skalę.

– Jako suweren mamy prawo do ochrony swoich domów oraz dorobku życiowego, często budowanego przez wiele pokoleń. Nawet w sytuacji zagrożenia pamiętać należy o swoich prawach i obowiązkach wynikających z obowiązujących przepisów – iż mamy prawo do pozostania w miejscu zamieszkania, gdzie usiłuje nam się wmówić, że musimy się ewakuować na czyjeś widzimisię i polecenie – mówił pan Wójtowicz podczas sesji rady miasta. – Musimy sobie zdać sprawę z tego, że po opuszczeniu naszych miejsc zamieszkania nie będzie możliwości powrotu, a nasze domy są przygotowywane pod przyjęcie innych narodowości, podobnie jak to miało miejsce z okupacji niemieckiej – ostrzegał.

W wypowiedzi dla naszej redakcji działacz RWP wskazał na jego zdaniem trafną analogię z okresem covidowego reżimu sanitarnego. Władze publiczne eskalowały wówczas atmosferę zagrożenia by skłonić społeczeństwo do wypełniania niejednokrotnie bzdurnych „zaleceń” czy zakazów oraz do masowego przyjmowania eksperymentalnych zastrzyków.

Nasz rozmówca przywołał też wydarzenia z dalszej przeszłości. Ludność Zamojszczyzny i innych terenów doświadczyła bowiem masowych wysiedleń w trakcie II wojny światowej. Ludzie przymusowo opuszczający własne domy jedynie z tym dobytkiem, który byli w stanie zabrać, mijali się na drogach z zajmujących ich majątki osadnikami niemieckimi. Takie historie pozostają żywe w rodzinnych przekazach i rzutują na obecne obawy.

Skierowaliśmy zapytania do jednej z podlubelskich gmin, w której – jak powiedzieli nam informatorzy – miało odbyć się utrzymane w alarmistycznym tonie spotkanie z mieszkańcami. Ludzie, według tych doniesień, usłyszeli tam wspomniane wcześniej zapowiedzi ewakuacji i zachęty do szukania sobie bezpiecznych schronień „gdzieś na zachodzie”.

Jednak wskazany na stronie urzędu gminy telefoniczny numer Referatu Gospodarki i Infrastruktury (zajmuje się on m.in. „obroną cywilną, zarządzaniem kryzysowym, sprawami wojskowymi”) milczał jak zablokowany. Wyczekujemy więc  odpowiedzi na zadane drogą e-mailową pytania. Dotyczą one treści spotkania oraz jego uczestników.

Niepokój podsycany jest także przez sposób reakcji władz na przeloty dronów wojskowych w pobliżu naszej wschodniej granicy, po stronie ukraińskiej. Jak uważa mieszkająca na obrzeżach Lublina pani Agnieszka Borc, wątpliwości budzą na przykład alarmy i ewakuacje, które zarządzano w ostatnich tygodniach jedynie w odniesieniu do szkół i przedszkoli. Równocześnie polecenie opuszczenia sal szkolnych przez osoby obecne otrzymywały właśnie placówki oświatowe. Nie dotyczyło to już instytucji czy firm. Zdarzały się bardzo nerwowe reakcje dzieci.

– Nic nie słyszeliśmy o tym, żeby były ewakuowane szpitale, urzędy, autobusy, galerie. To jest takie dziwne, bo skoro jest zagrożenie, to dlaczego wszystkie instytucje nie podjęły ewakuacji tylko szkoły i przedszkola? – zastanawiała się nasza rozmówczyni.

W jej okolicy alarmy ogłaszano już trzykrotnie, w tym jeden raz w godzinach nauki. Bywało, że młodsze dzieci płakały. Rodzice uczniów szkół podstawowych mieli problemy z odebraniem swoich pociech. Później dyrekcje zapowiedziały, że w przyszłości w podobnych przypadkach w ogóle nie będzie to możliwe.

Niektórzy od tego czasu nie posyłają już dzieci do szkoły. Wprawdzie bowiem skończyło się na kilku alarmach, jednak alerty ostrzegawcze wciąż są wysyłane do ludności. Bywa, że nawet parę razy dziennie. – Rodzice się boją, panikują – relacjonuje pani Agnieszka.

Do tego od czasu niedawnych, szeroko nagłaśnianych przez media wydarzeń z udziałem faktycznych bądź domniemanych nożowników część szkół zakazuje wstępu rodzicom. Dyrekcje innych nie poddały się jednak urzędowym sugestiom i placówki te funkcjonują normalnie. Mimo to wśród ludzi szerzy się niepokój. Wywołuje go chociażby brak informacji o miejscach ewentualnej ewakuacji dzieci.

Nie dać się panice

Działająca w organizacjach prorodzinnych pani Teresa Tasarz opowiada nam o spotkaniach przedstawicieli władz publicznych z dyrektorami szkół. Ci zazwyczaj ulegają naciskom i roztaczanej tam atmosferze zagrożenia, gdyż w razie sprzeciwu ryzykowaliby posadami. O ile można więc liczyć na głosy rozsądku, to wyjdą one raczej od kierujących placówkami prywatnymi, w tym katolickimi.

– Jeżeli, przykładowo, siostry zakonne prowadzące szkoły czy przedszkola w całej Polsce nie pozwolą sobie na to, żeby narazić dziecko na utratę zdrowia, życia lub przynajmniej bezpieczeństwa dzieci im powierzonych, to da do myślenia szefom innych placówek oświatowych: „Co się dzieje? Dlaczego tam jest inaczej?”. Dlatego, że organami nadzorującymi przedszkoli zakonnych są zgromadzenia – wyjaśnia Teresa Tesarz.

Jak się dowiadujemy, dyrekcje szkół katolickich nie zawsze są zapraszane na spotkania poświęcone ewakuacjom. Wynika to zapewne z pewnej dozy ich autonomii wobec władz lokalnych, które decydują o obsadzie etatów w instytucjach publicznych.

– Znana mi pani dyrektor szkoły była ostatnio na szkoleniu z udziałem straży pożarnej. Studziła atmosferę, bo dyrektorzy się bardzo boją o swoje stanowiska. Często nie wiedzą, jak postąpić w takiej sytuacji. Ta pani dyrektor mówiła do kolegów i koleżanek: „Słuchajcie, bez paniki, przecież to jest ściema, to jest sztuczne kreowanie zagrożenia, proszę zachować spokój. Ja nigdzie dzieci nie będę ewakuować, nikomu nie wydam dzieci i koniec, kropka” – mówi Teresa Tesarz.

Natomiast dyrekcja jednej z mazowieckich szkół niepublicznych – zapewne pod presją ze strony kuratorium oświaty – przekazała rodzicom materiały otrzymane od  Komendy Głównej Policji oraz ministerstwa edukacji. Pliki opatrzone zostały jednak  komentarzem: „Jeśli chodzi o poradnik do przekazywania wiedzy o bezpieczeństwie najmłodszym dzieciom, nie będziemy tego robić na terenie szkoły. Dzieci są na bardzo różnym poziomie wiedzy i nie chcemy ingerować w ich wrażliwość” – napisała dyrektor placówki.

„Przesyłamy materiały, z których możecie Państwo skorzystać w domu, sami decydując jak daleko chcecie Państwo wprowadzić swoje dzieci w tematy. Oczywiście podstawowa wiedza (np. nr 112  jak i kiedy z niego korzystać) zawsze była w programie nauczania i te lekcje będą odbywały się normalnie, natomiast przekazanie dzieciom kwestii ewakuacji, plecaków ratunkowych itp. zostawiamy do Państwa decyzji” – czytamy w liście do rodziców. „W klasach starszych (4 – 8) nauczyciele już od kilku lat mają w programie godzin wychowawczych tematy o udzielaniu pierwszej pomocy i bezpieczeństwie, więc poradnik będzie dla nich pomocą w prowadzeniu tych lekcji. Państwo ze swojej strony mogą się z nim zapoznać i również przygotować dzieci na informacje, które mogą pojawić się na lekcji jeśli uważacie Państwo, że tak będzie dla nich lepiej”.

Roman Motoła

20 października 2026 pch24/troska-o-bezpieczenstwo-czy-tresura-w-strachu-wladze-wracaja-do-scenariusza-z-pandemii