piątek, 29 maja 2026

Lekarz z pierwszej linii frontu wysuwa poważne oskarżenia: „W Gazie nie są to – lecz celowe zniszczenie społeczeństwa”

 


W wstrząsającym wywiadzie brytyjski chirurg i lekarz z Oksfordu, dr Nick Maynard, opisuje to, co widział w Strefie Gazy: zniszczone szpitale, zabity personel medyczny, ciężko ranne dzieci, zablokowane terapie i system opieki zdrowotnej, który nie tylko się załamał, ale został systematycznie zniszczony.

Maynard nie jest aktywistą z daleka. Od wielu lat współpracuje z palestyńskimi lekarzami, uczy studentów medycyny w Strefie Gazy i wielokrotnie odwiedzał ten region po 7 października. Właśnie dlatego jego wypowiedzi mają wagę: nie mówi o teorii, ale o własnych obserwacjach, kolegach, pacjentach i szpitalach, w których pracował.

Lekarz zgłasza oblężony obszar
Jeszcze przed obecną wojną Maynard opisuje Gazę jako odizolowane terytorium, którego większość ludzi nigdy nie była w stanie opuścić. Pomimo wysoko wykwalifikowanych lekarzy i pielęgniarek, opieka medyczna była chronicznie niewystarczająca. W szczególności pacjenci chorzy na raka często potrzebowali zezwoleń na leczenie poza Gazą – proces ten, według Maynarda, trwał średnio miesiące. Niektóre wnioski były odrzucane, nawet w przypadku chorób zagrażających życiu.

Po rozpoczęciu izraelskiej ofensywy sytuacja przekształciła się w katastrofę humanitarną. Maynard mówi o celowym zniszczeniu infrastruktury medycznej. Z 36 szpitali, tylko kilka nadal działało; Szpital Nassera na południu był jednym z ostatnich dużych ośrodków – ale nawet ten został poważnie uszkodzony i działał z ograniczoną przepustowością.

Każdy szpital został zaatakowany.
Oskarżenie Maynarda, że ​​ataki na szpitale nie były jedynie przypadkowymi stratami ubocznymi, ma szczególną wagę. Twierdzi on, że każdy szpital w Strefie Gazy został zaatakowany. Podczas wojny zginęło prawie 2000 pracowników służby zdrowia. Według niego liczba zabitych pracowników służby zdrowia jest wyjątkowo wysoka w stosunku do liczby ludności niż w innych konfliktach.

Maynard poinformował również o ataku na szpital Al-Aksa, gdy pracował na sali operacyjnej. Izraelski pocisk uderzył w oddział intensywnej terapii obok bloku operacyjnego. Zagraniczni pracownicy pomocy humanitarnej musieli zostać ewakuowani, a szpital szybko stawał się coraz bardziej nieoperacyjny.

Maynard odrzuca izraelskie twierdzenia, że ​​szpitale są wykorzystywane jako centra dowodzenia Hamasu, przynajmniej w obszarach, które osobiście kontrolował. Podkreśla, że ​​może zeznawać jedynie na podstawie tego, co sam widział – ale nie znalazł żadnych dowodów na wykorzystanie militarne Hamasu w odwiedzanych przez siebie obszarach klinicznych.

Zniszczenie systemu opieki zdrowotnej jako strategia wojenna
Główną tezą Maynarda jest to, że ataki na lekarzy, kliniki, karetki pogotowia i infrastrukturę medyczną są częścią szerszej strategii, mającej na celu uczynienie Gazy miejscem niemożliwym do zamieszkania jako społeczeństwo. Ci, którzy niszczą szpitale, nie niszczą tylko budynków – niszczą oddziały położnicze, ośrodki onkologiczne, pogotowie ratunkowe, dializy, chirurgię dziecięcą, intensywną terapię i wszelką nadzieję na normalne życie cywilne.

To prawdziwe sedno katastrofy: nie tylko ludzie giną od bomb. Ludzie umierają, ponieważ operacje nie są już możliwe, brakuje leków, ran nie da się wyleczyć, nowotwory pozostają nieleczone, a dzieci z poważnymi obrażeniami nie mogą już znaleźć bezpiecznego miejsca.

Zarzuty aresztowań i tortur
Jeszcze bardziej niepokojące są wypowiedzi Maynarda dotyczące palestyńskich pracowników służby zdrowia, którzy zostali aresztowani przez siły izraelskie. Według niego setki pracowników medycznych zostało porwanych lub zatrzymanych bez postawienia zarzutów. Mówi o doniesieniach o poważnym znęcaniu się, poniżaniu, przemocy fizycznej i torturach psychicznych.

Maynard twierdzi, że osobiście nagrywał zeznania ocalałych. Niektórzy byli przetrzymywani przez wiele dni w poniżających warunkach, wiązani, bici, a następnie trafiali do izraelskich więzień. Zarzuty zostały przekazane do sądów międzynarodowych.

Należy szczególnie podkreślić, że oświadczenia te stanowią zarzuty i zeznania świadków z przesłuchania. Muszą one zostać zbadane niezależnie przez organy ścigania. Jednak nawet jeśli są one tylko częściowo prawdziwe, stanowią poważne naruszenie prawa międzynarodowego.

Lekarze jako cele
Maynard donosi, że aresztowani lub zabici zostali głównie doświadczeni i starsi lekarze. Uważa, że ​​nie jest to przypadek, lecz przejaw celowego osłabiania medycznego zaplecza Gazy.

System opieki zdrowotnej to nie tylko budynki. To ludzie: chirurdzy, anestezjolodzy, pediatrzy, pielęgniarki, technicy, studenci, ratownicy medyczni. Jeśli ci ludzie zginą, zostaną przesiedleni lub uwięzieni, nawet odbudowany szpital będzie tylko pustą skorupą.

Broń eksperymentalna i nowe formy walki
W wywiadzie poruszono również kwestie oskarżeń o nowe lub nietypowe formy wykorzystania sił zbrojnych. Maynard relacjonuje doniesienia o systemach zdalnie sterowanych, dronach, a nawet uzbrojonych psach wkraczających do szpitali. Twierdzi, że te doniesienia opierają się na zeznaniach świadków, które otrzymał od kolegów.

Również w tym przypadku takie twierdzenia wymagają niezależnego dochodzenia. Wpisują się one jednak w szerszy obraz współczesnej wojny, w której Gaza stała się laboratorium inwigilacji, wojny dronów, namierzania wspomaganego sztuczną inteligencją i wojny miejskiej.

Zachód wiedział.
Szczególnie politycznym punktem wywiadu była reakcja rządów zachodnich. Maynard twierdzi, że on i inni lekarze dzielili się dowodami, zdjęciami i raportami z brytyjskimi i amerykańskimi agencjami rządowymi. Poinformowali również przedstawicieli administracji Bidena. Choć reakcja była częściowo „współczująca”, ostatecznie nie przyniosła żadnych konsekwencji.

Prawdziwym skandalem jest nie tylko to, co dzieje się w Strefie Gazy, ale także to, że zachodnie rządy dowiadują się o tym, otrzymują dokumenty, słyszą opinie lekarzy – a mimo to nadal dostarczają broń, wsparcie i ochronę dyplomatyczną – zbrodniarzom.

Upadek moralny
Artykuł rozpoczyna się porównaniem do Rwandy i pytaniem, jak to możliwe, że dochodzi do ludobójstw na oczach całego świata. W transkrypcji argumentuje się, że społeczność międzynarodowa po raz kolejny bardzo wcześnie wiedziała o tym, co dzieje się w Strefie Gazy – a mimo to nie podjęła żadnych zdecydowanych działań.

Podwójne standardy zachodnich polityków są szczególnie ostro krytykowane: przez dekady przysięgali, że nigdy więcej nie dopuszczą do masowych okrucieństw. Ale gdy sprawcą jest bliski sojusznik, te same zasady nagle ulegają relatywizacji, wypaczeniu lub uciszeniu.

Wnioski: Gaza jako test wiarygodności Zachodu
Wypowiedzi dr. Nicka Maynarda to frontalny atak na oficjalną narrację o „precyzyjnej wojnie z Hamasem”. To, co opisuje, to nie chirurgiczna operacja wojskowa, lecz systematyczne niszczenie źródeł utrzymania ludności cywilnej w całym regionie.

Kiedy szpitale są niszczone, lekarze zabijani, pacjenci zatrzymywani, dzieci okaleczane, organizacje pomocowe utrudniane, a świadkowie uciszani, to nie chodzi już tylko o wojnę. Chodzi o to, czy prawo międzynarodowe w ogóle jeszcze obowiązuje – czy też jest stosowane tylko wobec wrogów Zachodu.

Gaza to zatem nie tylko katastrofa humanitarna. To moralny test wytrzymałości dla Zachodu. A według wypowiedzi tego lekarza z pierwszej linii, werdykt jest druzgocący.

uncut-news.ch 28 maja 2026 r. uncutnews-ch/frontarzt-erhebt-schwere-vorwuerfe-gaza-ist-kein-kollateralschaden-es-ist-die-zerstoerung-einer-gesellschaft

https://dakowski.pl/

John Lauritsen - subwersyjny homoseksualista, czyli kto naprawdę napisał Frankensteina

 

Za przykład autentycznie subwersywnego homoseksualisty może posłużyć John Lauritsen (1939-2022), weteran „ruchu wyzwolenia gejów” –w 1969 roku przyłączył się do Gay Liberation Front, redagował pisma gejowskie „New York Native” (największy niezależny tygodnik gejowski w USA), pisał w „Gay Times”, „Christopher Street”, opublikował The Early Homosexual Right Movement 1864-1935 (1974). W tamtych czasach, pół wieku temu, można się było w tym od biedy doszukać elementów odważnego buntu, ale w dwadzieścia lat później, kiedy przedstawiciele ruchu gejowskiego wchodzili do głównego nurtu, to o żadnej transgresji nie mogło już być mowy.

Proces tego awansu do elity, może trochę niechcący, ujawniła we wspomnianej wyżej rozmowie Judith Butler: „Teoria queer powstała wśród pięciu czy sześciu osób związanych z uczelniami amerykańskimi, a więc instytucjami elitarnymi. Oni wszyscy są Żydami, co uświadomiłam sobie któregoś dnia. Sedgwick, Butler, Halperin i Edelman… To naprawdę dziwne. Fuss i Bersani co prawda nimi nie są, ale oni w pewnym sensie są honorowymi Żydami. Naprawdę nie wiem, co o tym sądzić”. Niezależnie, co kto o tym sądzi, a czego nie sądzi, obserwować może fascynujące zjawisko instytucjonalizacji buntu, przemiany „wywrotowej” teorii w ideologiczne narzędzie w rękach elity. Jak to ujął niemiecki medioznawca i krytyk kultury Norbert Bolz, „wywrotowość stała się establishmentem”, którego członkowie są niczym „udręczony bohater Dostojewskiego z kontem w banku” (Cioran). Znakomitą ilustracją tego zjawiska jest pewne wydarzenie sprzed lat. Oto w 1995 r. wiceprezydent USA Albert Gore urządził w Białym Domu przyjęcie dla ludzi kultury nagrodzonych prestiżowym Medal of Arts. Wszyscy przyszli bardzo elegancko ubrani, tylko 40-letni gej i dramaturg żydowskiego pochodzenia Tony Kushner zaskoczył zebranych dziwnym szczegółem swojego stroju – różowym trójkątem naszytym na smokingu. Jakże wymowna symbolika: „podwójnie wykluczony” (Żyd i gej), nagradzany, fetowany na party u wiceprezydenta w centrum władzy globalnego imperium. Takie to jest współczesne „obrazoburstwo” mające imprimatur ważnych ośrodków władzy polityczno-kulturalnej.Prześmiewczo podsumował tego typu symulacje postlewicowy anarchista Bob Black: „Geje? Żydzi? Elity odgrywające prześladowanych”.

Chcąc uniknąć smutnego losu kapłana udającego błazna, Lauritsen poszukał sobie nowej formy antysystemowej kontestacji publikując kilka książek oraz liczne artykułyzwiązane z tematyką AIDS, głosząc w nich wysoce subwersywne poglądy w duchu Petera Duesberga: Poison By Prescription: The AZT Story, wstęp: Peter Duesberg, (1990), The AIDS War: Propaganda, profiteering, and genocide from the medical industrial complex (1993), Death Rush: Poppers & AIDS, (1998), The AIDS Cult: Essays on the gay health crisis, red. John Lauritsen, Ian Young (1997), [tu m.in.: Casper Schmidt, The Group-Fantasy Origins of AIDS, John Lauritsen, Psychological and Toxicological Causes of AIDS, George Hazlehurst, AIDS as Information Disease].

Lauritsen atakował nie tylko zwolenników oficjalnej, ortodoksyjnej teorii AIDS i stojących na jej straży funkcjonariuszy kompleksu przemysłowo-medycznego, ale wystąpił także przeciwko własnemu, gejowskiemu, establishmentowi, co stanowiło akt realnej, a nie udawanej i opłacalnej (opłacanej), „subwersywności”. Nie przebierając w słowach oskarżał gejowski establishment o to, że albo swoje prywatne, zwykle materialne, interesy stawia wyżej niż dobro „szarego geja”, albo też bezwolnie poddaje się aparatowi AIDS i bezkrytycznie akceptuje jego teorie. W każdym przypadku oznacza to, że prawdziwe przyczyny kryzysu zdrowotnego gejów pozostają nierozpoznane, stąd też nie można go przezwyciężyć. Dlatego nie udało się zdjąć z AIDS odium „gejowskiej choroby”, gdyż według oficjalnej wykładni geje w USA i w Europie nadal stanowią rzekomo grupę tzw. wysokiego ryzyka, co wynika z założenia, że stosunki homoseksualne w sposób szczególny sprzyjają zarażeniu się HIV, podczas gdy w rzeczywistości nie ma to nic wspólnego z jakimkolwiek wirusem (poglądy Lauritsena omówiłem szerzej w rozdziale „Geje przeciwko Przedsiębiorstwu AIDS”, w: Raport o AIDS, „Stańczyk. Pismo postkonserwatywne” nr 40-41, 2004).

Rozmowę, jaką przeprowadził z Lauritsenem Mark Gabrish Conlan dla „Gay and Lesbian Times” (19. 08. 1993) redakcja zatytułowała Controversial Warrior of „The AIDS War”. Określenie „kontrowersyjny wojownik” świetnie pasuje do Lauritsena, który, kiedy uznał, że na temat AIDS wszystko zostało powiedziane, za cel ataku obrał „ruch LGBT” demaskując go jako „ruch antygejowski” – swój programowy artykuł zatytułował Down with LGBT! Według niego literowiec LGBT czy LGBTQ pojawił się nie wiadomo skąd i natychmiast jego stosowanie stało się obowiązkowe. Gdzieś, z dala od oczu opinii publicznej, jakieś czynniki władzy nakazały, że wszystkie organizacje gejowskie i lesbijskie oraz media muszą go używać i wszystkie się podporządkowały. Zostaliśmy – pisał Lauritsen – przeniesieni na drugą stronę lustra do świata, w którym nic nie ma sensu. Nigdy nie było i nie może być osoby LGBT, nigdy nie było i nie może być społeczności LGBT ani ruchu LGBT, nie mówiąc już o politykach LGBTQ czy agendzie LGBTQ. Jego zdaniem ta literowa breja jest oszustwem, sprokurowanym przez wrogów i powielanym przez bezkrytycznych zwolenników oraz feministki dążące do tego, aby geje byli ich agentami w walce z mężczyznami i męskością. Pod kostiumem inkluzyjności mieści się ukryty cel: wymazanie gejów. Podobnie jest z podrzuconym gejom obelżywym terminem queer, dlatego powinni oni z zdecydowani sprzeciwiać się jego używaniu.

Mężczyźni muszą przemyśleć i odkryć na nowo, jak odnosić się do innych mężczyzn. Wymaga to istnienia oddzielnych przestrzeni dla mężczyzn, ponieważ nie można tego zrobić tam, gdzie panoszą się feministyczne policjantki myśli. Mężczyźni mają prawo do męskiego towarzystwa. Niestety, nie ma już prawie żadnych organizacji ani przestrzeni przeznaczonych wyłącznie dla mężczyzn; wszędzie, gdzie to możliwe nakazuje się męskim organizacjom czy stowarzyszeniom przyjmowanie kobiet, natomiast w drugą stronę to nie działa. Wszystkie męskie uczelnie Ligi Bluszczowej stały się koedukacyjne, natomiast połowa uczelni z grupy Siedmiu Sióstr nadal dostępna jest tylko dla kobiet. W Bostonie działa tuzin klubów fitness wyłącznie dla kobiet, ale ani jeden tylko dla mężczyzn. Każda miejscowość miała kiedyś męskie kluby, „loże”, bractwa i inne organizacje, gdzie mężczyźni mogli ze sobą przebywać. W moim rodzinnym mieście, wspominał Lauritsen, znajdował Elks Club – okazały budynek z witrażowymi oknami. Tam w wielkiej sali pełnej samych mężczyzn zgromadzonych wokół stołów bilardowych ojciec uczył go grać w bilard. Takich miejsc już nie ma.

Lauritsen wzywał mężczyzn, aby zjednoczyli się w oporze przeciwko upaństwowionemu feminizmowi, zagrażającemu wszystkim mężczyznom, zarówno hetero- jak i homoseksualnym. Obie grupy powinny wspólnie, ramię w ramię walczyć o zniesienie ograniczeń wolności narzucanych im przez feministki przy użyciu instrumentów władzy politycznej. Należy też walczyć o interesy wszystkich chłopców, którzy pozbawiani są męskości przez nauczycielki (zob. Christina Hoff-Sommers, The War Against Boys: How Misguided Feminism Is Harming Our Young Men). Miliony tych chłopców — często najzdolniejszych i najinteligentniejszych — zatruwa się lekiem Ritalin, przepisywanym w celu leczenia fałszywej diagnozy, czyli zespołu nadpobudliwości psychoruchowej (ADHD).

Lauritsenowi nie wystarczała transgresja w postaci ataku na feministyczno-elgiebetowski establishment; dokonał kolejnej publikując książkę The Man Who Wrote Frankenstein (Dorchester, MA, 2007) poświęconej atrybucji autorstwa słynnej powieści. Przekonująco dowodzi w niej, że prawdziwym autorem powieści Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz (Frankenstein; or, The Modern Prometheus) nie jest Mary Wollstonecraft Godwin Shelley (1797–1851), lecz jej ówczesny partner życiowy, a później mąż Percy Bysshe Shelley. Podążmy przeto za Lauritsenem w jego wędrówce po „filologicznych bezdrożach. W Polsce tym tropem poszedł Kasper Bajon w powieści Ideot. Rzecz o narodzinach potwora, (Warszawa 2021), powołujący się zresztą na Luritsena i zgadzający się z nim, że Mary Shelley nie napisała Frankensteina.

Lauritsen skupia się na samym tekście: „na ideach, obrazach, słownictwie, strukturze, rytmach i brzmieniach”: „W centrum mojej argumentacji na rzecz tezy, że autorem jest sam Shelley, leży uznanie, że Frankenstein jest naprawdę wielkim dziełem literatury — intensywną i niepokojącą powieścią napisaną poetycką, wyrazistą prozą. Odzwierciedla ona idee i wyobraźnię Shelley`a, jego frazę i mistrzostwo w pisaniu prozy po angielsku”.

Chociaż Lauritsen za decydujące w ustaleniu autorstwa traktuje wyniki wewnętrznej krytyki tekstu, nie pomija „wskaźników historyczno-bibliograficznych i edytorskich”. Przypomina, że powieść, wydana anonimowo w 1818 r., została po raz pierwszy przypisana Shelley’owi w recenzji z 1818 roku autorstwa Waltera Scotta, który rozpoznał jego styl i idee. W 1824 roku autorstwo Mary Shelley zakwestionował autor, opublikowanej w magazynie literackim „Knight’s Quarterly Review”, recenzji jej powieści Valperga (Lauritsen przedrukowuje ją w aneksie). Recenzent porównał Valpergę z Frankensteinem i skonstatował uderzającą różnicę między oboma utworami, co można wyjaśnić tym, że zostały napisane przez dwoje różnych autorów.

W XX wieku pojawili się badacze podkreślający głębokie zaangażowanie Percy Shelley`a w tworzenie powieści, ich zdaniem wniósł on znaczący wkład w jej powstanie; pracował nad nią na każdym etapie, od najwcześniejszych szkiców po odbitki drukarskie. W 1993 roku badaczka literatury i kultury XVIII i XIX w. Marie-Hélène Huet zakwestionowała pogląd, że Mary była jedyną autorką. W pracy Monstrous Imagination wydanej przez Harvard University Press Huet wykazała, że Percy Shelley był co najmniej współautorem powieści, i że Mary rozmyślnie to zataiła. Z kolei Phyllis Zimmerman w pracy Shelley’s Fiction (1998), porównała dwa wczesne gotyckie horrory Shelley`a, Zastrozzi (1810) i St. Irvyne (1811) z Frankensteinem i stwierdziła, że są one swego rodzaju wprowadzeniem do tego ostatniego, mają podobną strukturę, zawierają takie same lub podobne idee, motywy, fabuły i postacie. Dlatego też ostatecznie doszła do wniosku, że Frankenstein jest w całości dziełem Shelley`a.

Oficjalna wersja genezy powieści podana została przez samą Mary Shelley w przedmowie do wydania Frankensteina w 1831 r. (najprawdopodobniej autorem był jej ojciec): w 1816 roku w willi nad Jeziorem Genewskim Mary, wzięła udział w konkursie na opowiadanie o duchach, wraz ze swoim partnerem życiowym Percym Shelley`em, lordem Byronem oraz towarzyszem Byrona, także utalentowanym pisarzem doktorem Johnem Polidorim. Trzej panowie mieli przez kilka dni z niecierpliwością czekać, aż Mary wymyśli jakąś historię. W końcu miała senny koszmar i postanowiła napisać historię, która „przestraszy mojego czytelnika tak, jak ja byłam przestraszona tej nocy!”

Z tego koszmaru narodził się Frankenstein, najpopularniejsze (głównie dzięki licznym adaptacjom filmowym) dzieło angielskiego romantyzmu. Zdaniem Lauritsena jest to oczywiste zmyślenie (powiedzielibyśmy „fikcja genezy”); w ustaleniu czy Mary rzeczywiście coś koszmarnego się śniło czy też nie, mógłby pomóc prowadzony przez nią dziennik, niestety, kluczowe strony z czasu, w którym rzekomo w sennym widzeniu narodziła się koncepcja Frankensteina, zostały z niego wyrwane. Być może motyw narodzin powieści we śnie wzorowany jest na okolicznościach powstania poematu Kubilaj-chan Coleridge`a, zainspirowanego – jak zapewniał poeta – przez marzenie senne.

 Lauritsen rekonstruuje najbardziej prawdopodobny przebieg tej literackiej mistyfikacji , rolę, jaką odegrał w niej sam Percy Shelley, jak doszło do tego, że na karcie tytułowej drugiego wydania Frankensteina z 1823 r., opublikowanego w rok po śmierci Shelley`a, pojawiło się nazwisko Mary Wollstonecraft Shelley i jaki udział miał w całej operacji ojciec Mary, filozof społeczny William Godwin.

Wolno zasadnie zakładać, że gdyby powieść pozostała utworem anonimowym, to historycy literatury, krytycy tekstu i specjaliści od edytorstwa nie mieliby problemów z ustaleniem autora – Percy Shelley`a. Skąd zatem głębokie przekonanie tak wielu ludzi , że – pominąwszy „dowód” w postaci nazwiska na karcie tytułowej – Mary Shelley jest autorką Frankensteina ? Otóż istnieje rękopis powieści, będący częścią tomu znanego jako Frankenstein Notebooks, sporządzony – z wyjątkiem poprawek poczynionych ręką Shelley`a – przez Mary. Dla „fanatycznych” zwolenników jej kandydatury jako autorki Frankensteina stanowi on koronny dowód, tak jakby byli nieświadomi (?) faktu, że często przepisywała ona teksty zarówno Shelley`a, jak i innych pisarzy. Istnieją rękopisy, których wszystkie słowa napisane są ręką Mary (bez wątpienia miała ładny charakter pisma), a mimo to wszystkie te słowa zostały stworzone przez kogoś innego: Shelley`a, Byrona czy Peacocka. Zatem sam fakt, że słowa z rękopisu Frankensteina są napisane ręką Mary, w żadnym razie nie dowodzi, że to ona jest ich autorką, stanowi jedynie świadectwo jej pracy sekretarskiej.

W posłowiu do Frankensteina tłumacz Maciej Płaza opisując okoliczności zdarzeń podczas wakacji nad Jeziorem Genewskim stwierdza: „Byron nie okazywał również nadmiernego szacunku Mary, wykorzystując ją głównie do przepisywania powstającej właśnie pieśni trzeciej Wędrówek Child Harolda”. (Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz, przeł. M. Płaza, Czerwonak 2013) Gdyby zastosować argumentację zwolenników tradycyjnej atrybucji, można by na podstawie rękopisu sporządzonego przez Mary twierdzić, że to ona jest autorką trzeciej części Wędrówek Child Harolda. Z jej wpisu do dziennika brzmiącego „[Shelley] tłumaczy Prometeusza skowanego, a ja piszę”, jasno wynika, że Mary przepisywała tłumaczenie. Rękopis Frankensteina to, przepisany przez Mary z brudnopisu Shelley`a, czystopis, na który autor nanosił potem poprawki, zanim oddał utwór do druku. Ponadto rękopis w Frankenstein Notebooks jest niemal ostateczną wersją powieści, która nie wykazuje żadnych oznak twórczego komponowania. Akapity i strony prozy płyną gładko, bez przerw w pisaniu i z bardzo nielicznymi poprawkami. Nikt nie mógłby od razu napisać prozy w taki sposób, bez przerw czy fałszywych początków, powodujących, że trzeba skreślać i zaczynać od nowa.

Lauritsen uważa, że we Frankensteinie słychać echa poglądów i idei charakterystycznych dla twórczości Shelley`a. Już sam tytuł – „współczesny Prometeusz” kojarzy się z Prometeuszem skowanym Ajschylosa przetłumaczonym przez Shelley`a i z jego dramatem Prometeusz wyzwolony napisanym w latach 1818–1820. Shelley`owi znany był też doskonale wątek faustyczny – świetnie znał język niemiecki, podziwiał literaturę niemiecką, przełożył kilka części Fausta Goethego.

Znajdziemy we Frankensteinie wątki, problemy, odkrycia ówczesnej nauki, którymi Shelley interesował się od najmłodszych lat, co nie przeszkadzało mu pasjonować się jednocześnie alchemią i rozmaitymi kwestiami „ezoteryczno-okultystycznymi”. Czytał (podobnie jak Wiktor Frankenstein) dzieła przedstawicieli „przednowoczesnej” nauki – Paracelsusa, Korneliusza Agryppę, Alberta Wielkiego, podejrzewanego o to, że stworzył „androida”. Był zafascynowany elektrycznością, galwanizmem i ewentualnością reanimacji zwłok; w tym zakresie wpływ na niego wywarł James Lind, jego tutor w Eton College, przeprowadzający eksperymenty z użyciem elektryczności do ożywienia martwych żab.

Jedną z ulubionych lektur Shelley`a było – czytane, rzecz jasna, „na odwrót”– słynne dzieło księdza Augustyna Barruela wydane w Anglii jako Memoirs Illustrating the History of Jacobinism (1798-1799), w którym francuski duchowny demaskował knowania Iluminatów dowodzonych przez Adama Weishaupta. We Frankensteinie  obecne są ślady studiowania Historii jskobinizmu przez Shelley`a. Planował on nawet stworzenie własnego zakonu „oświeconych”, wzorowanego  Iluminatach. Nie przypadkiem Wiktor Frankenstein studiował w Ingolstadt, rodzinnym mieście Weishaupta (profesora prawa na tamtejszym uniwersytecie), który, jak wiadomo, aby zwerbować jak najwięcej członków do swojego tajnego stowarzyszenia, rozpowiadał w ramach pijaru, że jego Iluminaci zinfiltrowali wszystkie domy panujące w Europie i są w stanie manipulować każdym rządem.

Przeciwko autorstwu Mary Shelley jednoznacznie przemawiają wyniki porównania Frankensteina z jej późniejszymi utworami. Zdaniem Lauritsena wszystkie są znacznie gorsze niż jej debiutancka powieść. Różnica w jakości i stylu pomiędzy Frankensteinem a jej późniejszymi utworami jest dostrzegalna gołym okiem. Lauritsen: „Jeśli Mary Shelley była naprawdę autorką Frankensteina, powinniśmy znaleźć w jej innych utworach jakieś dowody talentu z Frankensteina. Tak się nie stało. W żadnym z utworów, które napisała samodzielnie, nie ma nawet śladu ognia i wyobraźni, erudycji, głębi myśli i mistrzostwa w posługiwaniu się językiem, które znajdziemy na każdej stronie Frankensteina”.

Po mozolnym przekopaniu się przez wszystkie listy, wpisy w dziennikach, opowiadania i główne powieści Mary Shelley, Lauritsen doszedł do „smutnego wniosku”, że jej „talenty były skromne”, „umysłowość przeciętna”, „idee konwencjonalne”. Nie miała ani poczucia rytmu ani ani poczucia humoru, jej styl jest sentymentalny, rozwlekły, pretensjonalny, jej proza bezbarwna, niezdarna, afektowana, jej powieści mdłe, nijakie, banalne. Niemożliwe, aby to ona napisała Frankensteina, konkluduje Lauritsen.

Przytoczmy tu opinię polskiego tłumacza Frankensteina Henryka Goldmana wyrażoną w przedmowie: „Oprócz Frankensteina, wydanego w roku 1818, Mary Shelley napisała jeszcze inne powieści. […] Żadna jednak z jej późniejszych powieści nie wytrzymuje porównania z Frankensteinem”. Zdaniem Goldmana, „mało kto domyśliłby się, że autorem Frankensteina była bardzo jeszcze młoda, zaledwie dwudziestoletnia kobieta. Fakt ten jest tym bardziej uderzający, że dzieło jej jest powieścią w pełni dojrzałą i bynajmniej nie powierzchowną”. Zatem Frankenstein, mimo iż miał być debiutem literackim, okazuje się „powieścią w pełni dojrzałą”; „dojrzałą”, ale bez fazy „dojrzewania”, bez artystycznej genealogii.

Najwybitniejsza powieść początkującej pisarki jest jednocześnie „wielką panoramą życia i spraw ludzkich. W swej szerokiej skali książka zawiera nie tylko sensacyjną treść, dramatyczną fabułę i grozę potwornych sytuacji, ale urzeka czarem wspaniałego świata natury, iluzji i marzeń, a przede wszystkim stanowi przyczynek do refleksji i zastanowienia się nad problemem egzystencji i sensu życia”. ( Frankenstein, przeł. H Goldman, Poznań 1958)

Byłby to bez wątpienia niezwykle rzadki przypadek, ba, anomalia, że debiut literacki, którego idea narodziła się w umyśle niespełna dziewiętnastoletniej wówczas dziewczyny to „głęboka powieść filozoficzna” (Maciej Płaza), powieść poetycka, posiadająca warstwę symboliczno-alegoryczną, erudycyjna, z bogactwem literackich aluzji swobodnie wtopionych w tekst, mającą dość złożoną, wieloperspektywiczną strukturą narracyjną: trzech pierwszoosobowych narratorów – Frankensteina, stwora i kapitana Waltona – oraz włączone w narrację listy różnych autorów i adresatów.

Debiutancka, nie poprzedzona żadnymi samodzielnymi doświadczeniami literackimi, nie mająca kontynuacji w postaci kolejnych utworów na tym samym lub choćby zbliżonym poziomie jest zarazem, według określenia wybitnego badacza literatury romantycznej i znawcy twórczości Percy Shelley`a Donalda H. Reimana, „najbardziej znaczącym dziełem literackim epoki romantyzmu” (The most seminal literary work of the Romantic period). Widać tu oczywistą sprzeczność, którą Lauritsen usuwa dokonując wymiany autorów.

Jak można było łatwo przewidzieć, tezy, czy mówiąc ostrożniej, hipotezy Lauritsena nie spotkały się z aprobatą w kręgach sfeminizowanej anglistyki, co wynikało m.in. z tego, że przez kilka dziesięcioleci feministki wynosiły Mary Shelley do rangi geniusza, uznając ją za jedną ze swoich bohaterek w zdominowanym przez mężczyzn kanonie literackim, zwłaszcza, że zachodziła biograficzna sukcesja – jej matka Mary Wollstonecraft była pisarką i pionierką myśli feministycznej, autorką książki Wołanie o prawa kobiet.

Lauritsen uważa, że gdyby na siłę szukać kobiecej autorki Frankensteina , to lepszą kandydatką niż Mary Shelley byłaby jej przyrodnia siostra Claire Clairmont (za jej kandydaturą opowiada się Kasper Bajon) – inteligentniejsza, obdarzona większą wyobraźnią i talentem literackim, wykazująca zainteresowanie problematyką i ideami zawartymi we Frankensteinie, blisko zaprzyjaźniona z Shelley`em. Jednakże nie jest ona w stanie poważnie zagrozić jego kandydaturze, Frankenstein wpisuje się bowiem idealnie w pisarską i intelektualno-ideowo-polityczną biografię Sheelley`a, w jego duchowy profil i język; powieść daje się bez problemów włączyć w całość jego twórczości. Odczytywanie powieści przez feministyczną anglistykę w „duchu kobiecym”, wynikające z założenia, że autorką jest kobieta, powoduje, że szuka się na siłę wątków „kobiecych”, wczytując w tekst coś, czego w nim nie ma. Prowadzi to błędnych, niekiedy wręcz absurdalnych interpretacji. Na przykład Anne K. Mellor w pracy Mary Shelley: Her Life, Her Fiction, Her Monsters (1988) – stwierdziła: „Frankenstein to książka o tym, co się dzieje, kiedy mężczyzna chce mieć dziecko bez kobiety”. Pojawiła się też interpretacja, że to, co przeżywa Wiktor Frankenstein po powołaniu stwora do życia jest analogiczne do przeżyć kobiety w depresji poporodowej. Percy Shelley takiej depresji przeżywać nie mógł, więc, co oczywiste, nie wchodzi w rachubę jako autor Frankensteina.

W krytycznej recenzji z książki Lauritsena ogłoszonej na łamach „The Guardian” anglistka Germaine Greer (ta od Kobiecego eunucha) powtarza błędne feministyczne interpretacje: macierzyństwo, martwe lub poronione dzieci, męska zazdrość o kobiecą prokreację. Greer wywodzi, że „Frankenstein jest bardziej matką, która urodziła potworkowate dziecko niż kreatorem niby-ludzkiej istoty”. Według niej u podłoża Frankensteina leży „niewypowiedziany strach kobiety, strach, że urodzi potworka; nie chodzi tylko o zdeformowane dziecko, ale o to, że nawet potworny masowy czy seryjny morderca, najbardziej sadystyczny pedofil ma matkę, która nie może się go wyprzeć”. W oczach Greer Frankenstein to kobieca powieść gotycka, a tym, kto przędzie wątki tej historii, jest kobieta.

   Za feministkami bezkrytycznie powtarza te fantazje Maciej Płaza:

Co więcej, można też chyba, jak chcą niektóre krytyczki, odczytać na modłę kobiecą sam główny wątek, czyli Wiktorowy akt stworzenia. Pamiętajmy, że pisząc Frankensteina, młodziutka Mary Shelley miała już są sobą dwie ciąże i jedną śmierć dziecka. Odpychający w swej lepkiej zmysłowości opis klajstrowania obu stworów, odraza i wstrząs, jakiego doznaje Wiktor po ożywieniu „ohydnego potomka”, poczucie winy, z jakim pozbywa się krwawych strzępów jego nieukończonej partnerki — czy to wszystko nie kojarzy się niepokojąco z ciążą, udręką porodu, lękiem przed odpowiedzialnością za dziecko, z traumą poronienia czy śmierci noworodka?

Na szczęście, krytyk sztuki, kulturoznawca Camille Paglia, w Polsce znana z książki Seksualne persony. Sztuka i dekadencja od Neferetiti do Emily Dickinson, niekonwencjonalna postfeministka, zaprezentowała diametralnie odmienną ocenę książki Lauritsena niż Greer. Jej zdaniem „Lauritsen przedstawił niezbite dowody na to, że Mary Shelley nie stworzyła Frankensteina”; napisał „zabawną, fantastyczną, odkrywczą książkę”, która, „pokazuje jak nudne stały się badania literackie w ostatnich czterdziestu latach”, i która, ma nadzieję Paglia, zainspiruje ambitnych studentów i młodych naukowców  do zadawania ciosów w walce o prawdę w naszym zabagnionym cechu, sparaliżowanym przez konwencje i lęk”. Swoją książką Lauritsen uzmysłowił nam, „czym jest autentyczna transgresja i bunt” w czasie, kiedy „gów…ny (crappy) poststrukturalizm od tak dawna wylewający się z uniwersytetów, udaje, że rzuca wyzwanie władzy, ale w rzeczywistości jest oportunistyczną ortodoksją nowego establishmentu zainteresowanego wyłącznie utrzymaniem własnego statusu”. Innymi słowy, Lauritsen pozostał wierny postawie wiecznego kontestatora. Two cheers for John!

Nie powinniśmy jednak akceptować wszystkiego, co nam serwuje, odrobina krytyki nie zawadzi. Lauritsen ma rację twierdząc, że Frankenstein jest nie tylko dziełem mężczyzny, lecz również powieścią przede wszystkim o mężczyznach (postaci kobiece odgrywają rolę drugoplanową), narratorami i głównymi bohaterami są mężczyźni, stale przewija się w niej motyw męskiej przyjaźni, dającej się ewentualnie interpretować jako, opisane przez amerykańską teoretyczkę Eve Sedgwick w książce Between Men (1985), „męskie pożądanie homospołeczne” (nie homoseksualne), czyli „oczywiste pragnienie facetów do bycia z innymi facetami”. Jednakże Lauritsenowi to nie wystarcza i na siłę, z uporem godnym lepszej sprawy, szuka we Frankensteinie wątków „gejowskich” („gejowskiego” podtekstu) stając się w ten sposób dokładnym odpowiednikiem, tak ostro przezeń krytykowanych, feministek, które za wszelką cenę – to znaczy za cenę karkołomnych (dez)interpretacji – starają się wykryć w powieści wątki „kobiece”. No, cóż nikt nie jest bez wad, nawet tak inteligentny, dociekliwy i buntowniczy „paleogej” czy też gejowski „konserwatywny rewolucjonista” jak John Lauritsen (R.I.P)

Tomasz Gabiś

Pierwodruk: „Arcana” nr 186 (6/2025)
Cały artykuł O GEJOWSKIM KONTESTATORZE JOHNIE LAURITSENIE I JEGO TEORII NA TEMAT PRAWDZIWEGO AUTORA FRANKENSTEINA

https://www.tomaszgabis.pl/2026/04/16/o-gejowskim-kontestatorze-johnie-lauritsenie-i-jego-teorii-na-temat-prawdziwego-autora-frankensteina/


Pole świadomego istnienia


Z perspektywy mojej koncepcji problem elit nie polega wyłącznie na polityce czy ekonomii. Zasadniczy problem jest świadomościowy.

Elity próbujące zarządzać światem zaczynają zachowywać się tak, jakby były ostatecznym źródłem porządku rzeczywistości. Jakby mogły same definiować sens historii. Tymczasem człowiek nie jest Bogiem. Może wpływać na procesy historyczne, ale nie jest w stanie całkowicie kontrolować konsekwencji własnych działań. Może budować imperia, lecz nie może unieważnić własnej śmiertelności ani podporządkować sobie całego istnienia.

W mojej perspektywie można powiedzieć, że elity te stanęły w oporze wobec pola świadomego istnienia. Nawet jeśli używały pojęcia Boga, nie prowadziło ono do rzeczywistej refleksji nad ograniczonością człowieka. Przeciwnie — coraz bardziej próbowały same pełnić rolę „zarządców świata”. I być może właśnie tutaj znajduje się źródło wielu kryzysów nowoczesnej cywilizacji.

Współczesny świat coraz intensywniej szuka technologicznej nieśmiertelności, kontroli nad człowiekiem, zarządzania świadomością, dominacji informacyjnej, globalnego sterowania społeczeństwami. A jednocześnie coraz bardziej traci zdolność zadawania podstawowego pytania: czym właściwie jest świadomość i istnienie?

Dlatego być może ważniejsze od marzeń o nieśmiertelności we Wszechświecie jest odzyskanie świadomości połączenia z polem istnienia lub Bogiem pod jakimkolwiek innym sformułowaniem — rzeczywistością większą od każdego imperium, ideologii czy systemu władzy.

Zbigniew Jacniacki 

Z artykułu

https://neon24.net/3q604v2q,imperia-elity-i-iluzja-kontroli-i-wojna-swiatowa-narzedzie-ktore-nie-spelnilo-zamierzen-elit

Życie to jest na pewno poważna rzecz

 PIOTR BRATKOWSKI I MARIUSZ CIEŚLIK: Powiedział pan kiedyś, że w Polsce ten, kto przemówi poważnie, może zostać oskarżony o niestosowny patos. My jednak chcemy namówić pana na rozmowę o sprawach, o których trzeba mówić w tonie wysokim, dlatego mamy nadzieję, że pan nie uległ temu, co nazwał pan „terrorem szyderców”.


JAROSŁAW MAREK RYMKIEWICZ: Podtrzymuję to, co wtedy powiedziałem. O niewielu rzeczach rozmawia się u nas w tonie poważnym, a zbyt często (i zbyt łatwo) mówi się tonem lekkim czy szyderczym. Dotyczy to wszystkich stron naszego życia. Wystarczy zajrzeć do jakiejkolwiek gazety, która uchodzi za poważną, albo popatrzeć na tele­ wizję, żeby przekonać się, ile w tych poważnych mediach jest głupich dowcipów, ryzykownych żartów, jakichś żałos­nych wygłupów. To wszystko ma taki skutek, że życie staje się czymś, co jest lekceważone - czymś takim, do czego nie należy przywiązywać wielkiej wagi, byle czym. Najbliższe źródła tego szyderczego stosunku do życia są niedaleko od nas - w tym ruskim państwie, które nazywamy PRL- em. Tamta rzeczywistość miała w sobie coś prowokującego - prowokowała do tego, żeby się z niej śmiać. Broniliśmy się przed tym, co działo się wokół, mówiąc lekko o rzeczach, które były obrzydliwe czy potworne. Może jednak należało traktować je trochę poważniej. Życie to jest na pewno poważna rzecz. Raczej poważna. Ale choć uważam, że są rze­czy, o których należy mówić z wielką powagą, sam należę do ludzi, którzy mają do życia stosunek trochę ironiczny.

Co więcej, uważam, że ironia czy szyderstwo są dobrymi narzędziami rozpoznawania życia. Jest bowiem tak, że w życiu niskie i głupie jest tuż obok wysokiego i mądrego, jest ono dziwną mieszanką tego, co niskie, i tego, co wysokie.
I żeby je dobrze uchwycić, trzeba dostrzegać to, co głupie, niskie, śmieszne, obrzydliwe. Ale nie wolno zapominać o tym, co piękne, szlachetne, patetyczne.

A śmierć? W jaki sposób najwłaściwiej można ją opisać? I kiedy przychodzi na to właściwy moment? Adam Wiedeman, pisząc o pańskim Zachodzie słońca w Milanówku i zwracając uwagę na wszechobecność śmierci w pańskich wierszach, puentował: „zachwycajmy się tym i cieszmy się, że to nas jeszcze nie dotyczy” . Czy to jest tak, że człowiek do­piero od pewnego wieku staje się śmiertelny?

Sądząc po moich wierszach, tych z lat sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych minionego wieku, to ja zawsze uważałem się za człowieka śmiertelnego - kogoś, kto właśnie umiera.Miałem siedemnaście lat i byłem przekonany, że za tydzień czy dwa umrę. No i tak dożyłem do siedemdziesiątki, już ją nawet przekroczyłem. Ale i teraz, zasypiając, myślę o tym, że zasypiam po raz ostatni - już się nie obudzę. Na starość w człowieku coś się zmienia - nawet nie o to chodzi, że ży­cie zaczyna się traktować trochę lżej, z większą beztroską, raczej jest tak, że zaczyna się wątpić w coś, co można by nazwać istotnością własnego życia, jego fundamentalnością.

To nie brzmi jasno. Chodzi mi tu o to, że istotna, fundamentalna jest całość życia - ważniejsze (od własnego życia każdego żyjątka) jest więc to, że istnieje ta całość i że się do niej należy - i że będzie się do niej w tajemniczy sposób należało, kiedy własne życie już wyekspiruje. Istnieje jakaś całość globowa, całość życia globowego - od począt­ku do końca.

Ja myślałem, że jest na odwrót, że na starość traktujemy swoje życie bardziej serio.

Może bywa i tak. Ja w tej kwestii mogę mówić tylko o sobie - bowiem śmierć to jest rzecz dotkliwie osobista. Widząc, że już niedługo mnie nie będzie i że miejsce po mnie zosta­nie zamknięte, widzę też, że nie byłem tak ważny, jak mi się kiedyś zdawało, że moje życie (dla tej globowej całości) nie było takie ważne - a to skłania nie tylko do uśmiechu, ale nawet do chichotu. Widzi się też wtedy i docenia śmieszną stronę śmierci.

No właśnie, pan obchodzi się ze śmiercią jak z dobrą znajo­ mą. Potrafi pan z nią obcować w wierszach żartobliwie, ona jest obecna w tych wierszach jako coś swojskiego. Jak dobra znajoma, z którą można pożartować. I to jest moim zdaniem sprzeczne z tendencją, która dominuje w dzisiejszej kulturze, zwłaszcza masowej, gdzie naszą śmiertelność chce się scho­ wać jak najgłębiej, udawać, że jej nie ma, bo wedle - mówiąc uczenie - paradygmatu współczesnej kultury wszystko musi się skończyć happy endem.

Cywilizacja współczesna - choć może lepiej byłoby powie­ dzieć: cywilizacja zachodnia - usiłuje pozbyć się śmier­ci, chciałaby ją zataić. Nie bardzo wiemy, skąd bierze się ta chęć zatajenia. Może to jest część dziedzictwa myśli Nietzscheańskiej - mówiącej, że jest tylko życie i nic więcej nie ma. Pozbywając się śmierci, zataja się zarazem jej powagę i jej śmieszność. Bo oczywiście w naszym zniknięciu z tego świata jest coś dramatycznego, nawet tragicznego, ale należy też widzieć śmieszne strony tego wydarzenia. Także w tym wszystkim, co ludzie przez wieki zbudowali wokół śmierci, chcąc ją oswoić, w tej całej obrzędowości, która miała poskromić czy choćby trochę złagodzić wściekłość śmierci, jest bardzo wiele zabawnych elementów. Ale kultu­ra Zachodu powoli rezygnuje z tej obrzędowości, z chrześ­cijańskiego pogrzebu i związanych z nim rytuałów. Także, rzecz jasna, ze związanych z nim przekonań. Jeszcze trochę i pogrzeb uzna się za coś, co jest kompletnie niepotrzebne, bo nie ma żadnego sensu.

Bo przecież można rozsypać gdzieś prochy, żeglując po oceanie.

Dno oceanu, ciemności tam panujące, to nie jest miła perspektywa. Ja wybrałbym raczej jakiś brzeźniak w półcieniu, w półświetle, jakąś drogę między wioskami, gdzieś na skra­ju lasu. Pamiętacie panowie ten wiersz Jarosława Iwaszkie­wicza z prośbą, żeby posadzono go na miedzy, pod drze­wem, a tam lisy dobiorą się do jego czaszki i zjedzą jego oczy. Piękny wiersz. Niewątpliwie w tej próbie usunięcia z widoku zwłok i obrzędu, który przez wieki wokół zmarłe­go odprawiano, kryje się jakieś bardzo głębokie pragnienie.

Nie da się temu przeciwdziałać przy pomocy pouczeń, że ma być tak, jak było zawsze. Daje tu o sobie znać, poza tą myślą Nietzscheańską, że jest tylko życie i nic więcej, także coraz powszechniejsze przekonanie o niewielkiej wartości życia indywidualnego. Jednocześnie mamy do czynienia, co bardzo dobrze widać teraz na przykładzie polityki polskiej, z bardzo gwałtownymi wypowiedziami, podkreślającymi wagę życia i jego godność, a nawet jego świętość.

Inny paradoks polega na tym, że w naszej cywilizacji coraz powszechniej uważa się, że życie ma swoją wagę tylko wtedy, kiedy jesteśmy młodzi, piękni, silni.

Cywilizacja zachodnia mówi nam teraz coś, czego przez wieki nie mówiła. Może inaczej - mówiła to wyraźnie, ale dawno temu, u swoich początków, w Mykenach i na Krecie.

Życie jest dobre. Życie jest dobre, szczególnie w młodości, kiedy oferuje nam różne niezwykłe przyjemności i rozko­sze, jest czymś świetnym, czymś wspaniałym. Ale to nie stoi w żadnej sprzeczności z przekonaniem, że jest nic niewarte.

To znaczy warte jest tyle, ile daje przyjemności.

To wynika właśnie z tego przekonania, że nie ma niczego poza naszym życiem, nie ma żadnego zewnętrznego punk­tu odniesienia, z którego można by odnieść się do życia.

To, co możemy powiedzieć o życiu, mówimy z jego środka, a więc mówimy, że jest bardzo dobre, kiedy jesteśmy zdrowi i piękni. Albo mówimy, że jest przykre, smutne i dokuczliwe, kiedy jesteśmy starzy i bolą nas kości, i jest już bardzo bli­ sko końca. Ale żeby nadać wartość życiu, trzeba stać na ta­ kim stanowisku, że jest jeszcze coś poza nim. I trzeba tam stanąć - na zewnątrz. Cywilizacja europejska przez wieki żywiła się przekonaniem, że można tam stanąć. To nada­wało życiu naszych przodków godność czy świętość. Jeśli nie ma nic poza życiem, to ono może być tylko przyjem­ne albo nieprzyjemne. Ludzie cywilizacji zachodniej doszli do tego miejsca, przyjęli tę perspektywę, taki jest teraz stan umysłów i żaden papież nic na to nie poradzi. Co by mogło ten stan umysłu odmienić, trudno powiedzieć. Może jest tak, że cywilizacja Zachodu powoli zbliża się do swego koń­ca i w niedalekiej przyszłości, za sto czy za tysiąc lat, ulegnie zagładzie. Bo w gruncie rzeczy nadawanie wartości życiu było też nadawaniem wartości wszystkim fenomenom tej cywilizacji, jej obyczajom, jej nauce, jej sztuce, jej wojnom, wszelkiej działalności, która odbywa się wewnątrz. Być może dochodzimy do stanu, w którym wszystko zaczyna tracić wartość. Jeszcze do końca nie straciło, jeszcze trwa jakaś walka - stąd te emocjonalne, nawet pełne rozpaczy głosy o godności i świętości życia.

Ale koniec jest bliski. Michel Houellebecą w Możliwości wyspy prorokuje, że nasza cywilizacja za chwilę się przekształ­ ci w postcywilizację, ludzi zastąpię postludzie, czyli nasze klony.

Czym mieliby być ci postludzie, nie potrafię sobie wyobra­zić. Kto mówi o takich tworach, mówi chyba o jakiejś ewo­lucji - że będziemy ewoluować i staniemy się czymś trochę innym. To są chyba fantasmagorie. Wszystkie wiadomości, jakie mamy na temat ostatnich czterech czy pięciu tysięcy lat, mówią, że nie będzie jakichś innych ludzi - nie ma żad­nej wyraźnej różnicy między nami a tymi Achajami, któ­rzy zdobywali Troję i wierzyli w potęgę Posejdona i Ateny.

Widzę to więc bardziej konkretnie niż ów francuski autor: albo cywilizacja zachodnia przegra swoją wojnę (która już trwa) z jakąś inną cywilizacją, arabską lub chińską - to bę­dzie proces historyczny - albo nastąpi jakiś proces biolo­giczny, który doprowadzi do wyniszczenia wielkich cywi­lizacji, i wtedy zastąpią nas jakieś jeże oraz sosenki, które są mi bardzo bliskie - bo to ich nadejście przepowiadają moje wiersze. Albo może to będą pająki i ślimaki. Ta całość
globowa, o której mówiłem, oczywiście nie zniknie - a więc i my, znikając, nie znikniemy.

Powiedział pan, że są sprawy, o których należy mówić w to­ nie wysokim. Które to są sprawy? I czy mówić w języku po­ tocznym też należy o nich w tonie wysokim?

Niech panowie zwrócą uwagę, że my właśnie mówimy o sprawie niezwykle poważnej i mówimy w tonie wysokim.

A zarazem mówimy trochę się uśmiechając. Losy cywiliza­cji europejskiej to jest rzecz, o której po prostu nie można mówić w innym tonie. Można też trochę się z tego śmiać, to znaczy - można śmiać się z naszych strachów i przepowiedni, bo wiadomo, że to się ułoży jakoś inaczej, nawet całkiem inaczej niż sądzimy. Ale to jest niewątpliwie sprawa poważna. Dlaczego? Bo mówimy o losie wielkiej cywilizacji - a zarazem o wielu losach odwiecznie z nią połączonych.

Według mnie poważne jest właśnie wszystko to, co wiąże się z pojęciem losu. Może nawet to jest jedyna poważna spra­wa, z jaką mamy do czynienia - właśnie los. U starożytnych Greków Mojra, bogini losu, była najpotężniejszym z bóstw, władała życiem ludzi oraz innych bogów. Powagę, a nawet jakąś posępność losu wydobywa też na jaw nasz język po­ toczny. Mówimy: a to ci los, trzeba pogodzić się z losem, bo­ rykać się z losem, marny nasz los, trzeba to rzucić na pastwę losu, ważą się nasze losy. Wygląda na to, że język potoczny nie potrafi śmiać się z losu - czyli to jest rzecz najpoważniejsza, może jedyna poważna rzecz w naszym życiu. Wiadomo zresztą, że kto śmieje się z losu, będzie przez los ukarany.

Mam wrażenie, że chodziło o coś jeszcze. Doskonale pan zna Wittgensteina, w jednym z wierszy nawet pan z nim polemizował, kwestionując przesłanie Traktatu logiczno-
filozoficznego, które brzmi: „O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć” . A to oznacza, że nie powinniśmy się zajmo­ wać metafizyką, Boga sobie odpuśćmy, bo w języku to jest nie do powiedzenia. A pan mówi coś zupełnie innego w swoich wierszach i wypowiedziach publicznych.

Może o sprawach metafizyki mówić się nie da, ale trzeba próbować. I że cza­sem bezwiednie udaje nam się w poezji dotknąć Boga. W latach mojej młodości przeszedłem przez coś takiego, przez taki okres, który mógłbym nazwać okresem bez­ względnego zaufania do języka. Zarazem bezwzględnego podziwu dla języka. Byłem wtedy przekonany, że język ste­ruje naszymi zachowaniami, więcej jeszcze - jest dla nas całym światem, a poza nim nie ma innego świata, nie ma kompletnie nic. To jest ta myśl, którą w swoim traktacie in­nymi słowami wykłada Wittgenstein. Ja zresztą wtedy czy­tałem raczej neokantystów. Ale tę ich myśl dawno porzuci­łem, została gdzieś za mną, gdzieś się tam plącze w moich starych wierszach. Ja teraz myślę, że język nie ma żadnych granic, że można go rozszerzać i rozprzestrzeniać dowol­nie, że na granicach języka znajdują się takie terytoria, któ­re może już nie są językiem albo jeszcze nie są językiem, ale jakoś do języka należą. Można bełkotać, mruczeć, gwizdać, podśpiewywać i to wszystko też będzie wyrażało świat i bę­dzie opowiadało o świecie. Bełkot i mruczenie to też jest głos świata. On tak właśnie do nas mówi, raczej nie jest skłonny wyartykułować się jakoś wyraźniej. Nawet milczenie może być językiem, przynajmniej w pewnych sytuacjach, kiedy bełkot i mruczenie cichną, ale w ciemności świata, w jego przepaści, jest jeszcze coś mówiącego - coś, co milczy.

Można żyć, to wie każdy, także bez języka / Jest coś co językowi odwiecznie umyka” .

No tak, więc ten mój wiersz wyraźnie o tym mówi. On mówi o tej mojej przemianie. Kompletnie zmieniłem zdanie. Nie można żądać od człowieka, żeby od wczesnej młodości do późnej starości, a nawet do swojej śmierci dochowywał wierności jednej myśli czy jednemu systemowi przekonań.

Raczej jest chyba tak, że razem z wiekiem - trochę tak jak na tych obrazach barokowych czy romantycznych, gdzie różne pory życia są przedstawiane, od dziecka poprzez człowieka dojrzałego do starca - zmienia się nie tylko nasze życie, ale cały świat, który nas otacza, a więc zmienia się także sposób jego ujmowania przez nas. Teraz - zaprzecza­jąc Wittgensteinowi i jego radykalnemu zakazowi: „o tym trzeba milczeć” - powiedziałbym, że trzeba zaufać życiu, to znaczy temu, co jest w życiu, i powiedziałbym jeszcźe, że jeśli coś jest w życiu, to jest to wypowiadalne (czymkol­ wiek to jest), a jak jest wypowiadalne, to trzeba się przyło­ żyć, żeby jakoś to wypowiedzieć.

Jakoś? Ale chyba uważa pan, że najlepiej jest wypowiadal­ ne w języku poezji? „Wiersz to jest sprawa bardzo poważna, może nawet pozwala skontaktować się z Bogiem” - mówił pan kiedyś a propos Rilkego.

Jeśli Bóg jest w naszym życiu. Są takie obszary, z którymi się słabo kontaktujemy albo w ogóle się nie kontaktujemy. Przy pomocy sztuki, muzyki i poezji, możemy, bo właś­ nie po to one istnieją, dowiedzieć się czegoś więcej o na­szych doświadczeniach, możemy wniknąć w ich ciemność i usłyszeć, co ta ciemność mówi - usłyszeć jej bełkot. Myślę zresztą, że znacznie lepszym narzędziem jest tutaj muzyka - mówiłem już kilka razy o tym moim bólu, że nie zostałem obdarowany słuchem absolutnym. (...)

Jarosław Marek Rymkiewicz
ROZMOWY POLSKIE W LATACH 1995-2008

czwartek, 28 maja 2026

O tych co nie musieli zmieniać poglądów bo ich nie mieli, i o góralskich portkach

 Za moich młodych lat podobnie rysowała się sprawa góralskich portek. Góralowi wolno było chodzić w zwyczajnych spodniach, jego honorność na tym nie traciła. I tak był góralem. Magistra Obrochtę stać było, żeby publicznie oznajmić, że nie sprawi sobie góralskich portek, bo nie jest Indianinem i nie będzie siedzieć w rezerwacie. Góral może te sprawy lekceważyć. Pod warunkiem, że jest niewątpliwym góralem. Ale człowiekowi dólskiemu wara od portek. Nie ma do nich moralnego prawa.

Już Witkiewicz pisał[5], że w podhalańskich portkach (…) jest szczególna moc obyczajowa i szczególny czar elegancji i piękna. Jak panowie, przebierając się za Górali, zaczynają od włożenia cyfrowanych portek, tak dla Górala przebierającego się za pana, ostatnią rzecz własną, którą z siebie zrzuca – są portki.

Na początku XX wieku, gdy Witkiewicz pisał te słowa, dwudziestoparoletni Mieczysław Orłowicz wiele chodził po Tatrach. Pół wieku później wspominał[6]:

Mimo to że Górale nosili powszechnie stroje ludowe, które były bardzo popularne w całej Polsce, traktowano ich w sposób taki, iż wcale się nie dziwię, że po pewnym czasie zaczęli oni ubierać się po miejsku. Takie traktowanie zauważyłem np. na kolejach: konduktorzy przestrzegali, żeby ludzie ubrani po góralsku jechali w ostatnim wagonie dla nich przeznaczonym. W Tatrach dla osób w góralskich ubraniach, zarówno przewodników, jak i tragarzy, a nawet turystów po góralsku ubranych, istniały przepisy specjalne. Sam nieraz się uśmiałem, gdy któryś z uczestników moich wycieczek, chcąc zadać szyku i zaimponować niewiastom oraz sądząc, że lepiej mu się uda flirtować, wypożyczał od znajomych kostium góralski (…).

Miałem w najbliższym gronie wycieczkowiczów (…) aptekarza z Płocka, nazwiskiem Stefan Betley. (…) W stroju góralskim było mu rzeczywiście bardzo do twarzy, więc przyszło mu do głowy, żeby się w ten strój ubrać na kilkudniową wycieczkę na węgierską stronę Tatr, którą zaczynaliśmy od Hali Gąsienicowej i Zawratu. Zaraz w Kuźnicach doświadczył pewnych niemiłych skutków swego postanowienia. Gdy siedzieliśmy przy śniadaniu (…) zauważyłem, że usługujące nam „czepczulki” do nas wszystkich zwracały się per „pan”, a do Betleya per „ty”. W pewnej chwili jakaś starsza dama odeszła od swego stolika i zapytała Betleya: „Słuchajcie, czy byście nie skoczyli na Nosal, żeby nam przynieść szarotek? Damy wam za to 50 grajcarów”. Uśmiechnąłem się i powiadam do niego: „No idźcie Wojciechu, kiedy wam pani daje 50 grajcarów”. (…) Niektórzy górale patrzyli na Betleya w góralskim stroju trochę z ukosa, natomiast inni traktowali go poufale i proponowali mu np. porąbanie kosodrzewiny na ognisko, przyniesienie wody z potoku do herbaty itp. za wynagrodzeniem 10 grajcarów. W drodze na Zawrat, gdzie stopnie są dość wysokie, droga stroma i nogi w kolanach trzeba silnie zginać, Betley przekonał się, że do chodzenia w góralskich portkach trzeba nie lada treningu i nie każdy ceper to potrafi. Przychodziło mu to z takim trudem, że chwilami chciał portki ściągnąć i maszerować w samych kalesonach, gdyż z grubego sukna, z którego są one uszyte, tworzyły się pod kolanami grube wałki, które bardzo przeszkadzały w marszu.

Ale najzabawniejsza przygoda spotkała go dopiero po węgierskiej stronie Tatr w jednym ze schronisk (…). Schronisko okazało się wcale sympatyczne, a że gości było niewiele, dostaliśmy kilka pokojów. Do jednego z nich wpakował się także Betley. Gospodyni przybiegła czym prędzej i powiada do niego: „A wy gdzie? Będziecie spali w kuchni. Pokoje nie dla górali”. Naturalnie przyświadczyliśmy, że gospodyni ma rację, i powiedzieliśmy: „W kuchni są dwie kucharki, to się z nimi zabawicie. Idźcie tymczasem porąbać drzewo”, no i wyrzuciliśmy Betleya. Za chwilę zajrzałem, co on tam w kuchni robi. Okazało się, że mełł kawę na okopconym młynku i spełniał inne kuchenne posługi, podczas gdy my zajadaliśmy smacznie kolację. Po takich i innych doświadczeniach w schroniskach i na postojach na drugą wycieczkę w Tatry już się w stroju góralskim nie wybrał.

I jeszcze raz Witkiewicz[7]:

– To jest tak piękne, jak balet! – zawołał pewien turysta, patrząc na grupę młodych Górali, smukłych, zgrabnych, ubranych w białe, wiszące na ramionach cuchy i białe obcisłe spodnie, znaczone granatowym i czerwonym sznurkiem.

Zdanie to, tak pochlebne dla baletu, zawiera w sobie o tyle prawdy, o ile człowiekowi, przywykłemu widzieć zręczne ruchy i piękne pozy tylko w teatrze, musi z konieczności teatr służyć za miarę piękna.

Tylko raz w życiu miałem na sobie prawdziwe cyfrowane portki. Pochodziły z magazynu muzealnego, śmierdziały naftaliną; za ciasne, nie mogłem ich dopiąć, a nie spadły ze mnie podczas fotografowania jedynie dlatego, że były ostre, trzymały się właściwych sobie rewirów siłą tarcia. Więcej nie osiągnę. Lepiej to sobie jasno powiedzieć, niż się potem szamotać.

A swego czasu słyszałem od starego gazdy szczere wyznanie o kłopotach okresu dojrzewania: gdy stał się mężczyzną i za ciężko zarobione pieniądze sprawił sobie pierwsze portki, wdział je i nosił z dumą, chociaż uda miał podrapane do krwi. Potrzeba kilku tygodni, aby skóra przywykła.

**

W latach siedemdziesiątych, zwłaszcza po reformie administracyjnej latem 1975 roku, w aparacie partyjnym dokonała się gwałtowna zmiana pokoleniowa. Odeszli twardzi ideowcy o rękach jak kowalskie kleszcze, czujnych spojrzeniach i tajemniczych życiorysach, stalowi proletariusze, edukowani w sanacyjnych więzieniach. Na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych pracowali świątek piątek po kilkanaście godzin na dobę, jadali salceson z gazety, spali na stołach z rewolwerem za pazuchą, zaglądali śmierci w oczy, brudzili kołnierzyki od koszul pastą do butów, żeby nie wyglądać na burżujów – a potem leczyli się w sanatoriach przeciwgruźliczych i zajmowali stanowiska, jak się zajmuje nieprzyjacielskie miasto. Na ich miejsce przyszli absolwenci szkół wyższych, umyci i ogoleni działacze około trzydziestki, pachnący Pewexem, którzy nie marnowali studenckich lat na ślęczenie po bibliotekach, ale za to mocno pragnęli rosnąć w siłę i żyć dostatniej razem z całą naszą socjalistyczną ojczyzną, dziesiątą potęgą gospodarczą świata. Starannie sprawdzeni w organizacjach młodzieżowych, zdecydowanie odmienni od poprzedników, także pod względem antropologicznym. Wszechstronni, znali się na wszystkim w jednakowym stopniu, bez względu na kierunek formalnie ukończonych studiów. Dżentelmeni w co drugim calu; niektórzy umieli mniej więcej poprawnie trzymać sztućce oraz posiadali języki obce, częściej angielski niż rosyjski. Niczym feldkurat Katz ze Szwejka, traktowali posady w komitetach jako spokojne, nieźle płatne zajęcie, przy którym się człowiek nie przepracuje. Tyle w nich było komunizmu, co w Katzu pobożności. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych robili kariery wedle powszechnej reguły: kilka lat w aparacie, po czym dyrektorski stołek i zapewniony byt powyżej średniej krajowej.

W 1989 roku pospadali na cztery łapy. Nie musieli zmieniać poglądów, bo ich nigdy nie mieli. Dzisiaj robią to samo, co za Peerelu: cieszą się życiem.

Towarzysza Sekretarza (wtedy jeszcze nim nie był, ale świetnie się zapowiadał) miałem zaszczyt poznać osobiście, gdy jako komisarz konkursów sztuki ludowej, prestiżowych dla młodego województwa, dostawałem mieszkanie spółdzielcze w Nowym Sączu. Był on wtedy w komitecie wojewódzkim kimś w rodzaju kwatermistrza polityczno-wychowawczego, załatwiał między innymi rozmaite przydziały. Mieszkanie dla pracownika pionu kultury to była sprawa polityczna na poziomie KW. Dyrektor muzeum wnioskował, Biały Dom (tak mówiono nie tylko w Warszawie, ale i w Sączu) decydował, a prezes spółdzielni wykonywał.

Zrobił na mnie jak najlepsze wrażenie. Energiczny mężczyzna w średnim wieku, kulturalny, z poczuciem humoru. Plotkowano, że jest wielbicielem eleganckich pań, dobrej kuchni, wytwornych alkoholi, świetnie gotuje. I że potrafi się znaleźć, interesuje się sztuką, dużo czyta, bywa na wystawach i koncertach, jeździ do Krakowa do teatru. Wręczył mi papiery, rzeczowo objaśnił dokąd pójść, jakie załatwić formalności, żeby dostać klucze. Wstał zza biurka, życzył wszystkiego najlepszego, a gdy dziękowałem, powiedział że przecież nie ma za co, że to dla niego prawdziwa przyjemność i zaszczyt. Uścisnęliśmy sobie ręce. – Mam nadzieję, że będziemy owocnie współpracować – powiedział na pożegnanie.

Potem rozmawiałem z nim parokrotnie, gdy towarzyszył oficjalnym delegacjom, zwiedzającym skansen. – Skansen odgrywa doniosłą rolę, bo dopiero tutaj można sobie w pełni uświadomić, ileśmy dokonali w ciągu trzydziestolecia Polski Ludowej – mawiał, a goście kiwali głowami. – Tak wyglądała polska wieś, gdyśmy obejmowali władzę. Należałoby tu obowiązkowo przyprowadzać rozmaitych krytykantów i malkontentów, których się jak wiadomo ostatnio namnożyło. Ciekawe, co by powiedzieli.

Przywiózł kiedyś na skansen towarzysza Makucha z KC, który przygotowywał wizytę towarzysza Gierka w Nowym Sączu. Alek, dyrektor muzeum, opowiadał, że gdy objaśniał towarzyszowi Makuchowi działanie wiejskiej olejarni, musiał bardzo się pilnować, żeby nie palnąć, że po wytłoczeniu ziaren pozostają makuchy, które są cenną paszą ze względu na dużą zawartość białka i tłuszczu; tak się mówiło wszystkim wycieczkom, bo to prawda, ale towarzysz Makuch mógłby się obrazić i wynikłyby z tego przykre konsekwencje. (Chyba przesadzał). Więc, uważacie towarzyszu, po wytłoczeniu oleju pozostawały odpady, takie, rozumiecie, wytłoki, które lud wykorzystywał na różne sposoby, bo na dawnej wsi nic się nie marnowało.

Niebawem przygotowania do wizyty towarzysza Gierka wkroczyły w decydującą fazę. Pod sklep koło skansenu zajechała ciężarówka, konwojenci wnieśli szynkę w puszkach, kiełbasę jałowcową, kiełbasę myśliwską, kawę, banany, pomarańcze, cytryny, fikuśne pieczywo pakowane w celofan, orzeszki ziemne, ananasy w syropie i Bóg wie jakie jeszcze specjały, jakieś koncentraty spożywcze polskich firm, ale z angielskimi etykietami, wszystko to na wypadek, gdyby tow. Gierek chciał rzucić gospodarskim okiem na zwykły wiejski sklepik. Specjalny ubek pilnował, żeby ludzie się nie gromadzili.

Kiedyś towarzyszył radzieckiemu konsulowi z Krakowa, który przywiózł delegację z ZSRR. Akurat zwiozłem kilkaset rzeźb na konkurs współczesnej plastyki ludowej, rozstawiałem je, bo następnego dnia miało obradować jury; uprzedzony o nadciągającej grupie zamknąłem się na klucz od środka, ale towarzysze zapragnęli zwiedzić, tłumaczyłem że nie jestem przygotowany, to nie wystawa tylko inwentaryzacja, powiedzieli: – Nie szkodzi, my tylko tak. Weszli. – Eto, znajetie, narodnyje kriestianskije skulptury, priamo iz dieriewni, konkurs, sawriemiennoje narodnoje tworczestwo Polskich Karpat – bełkotałem. Pokiwali głowami. – Da, paniatno, oczeń intieriesno, oczeń intieriesno. Rzeźb sakralnych było z dziewięćdziesiąt procent, ale Orlecki z Paszyna, chcąc się jakoś wyróżnić, dał na konkurs trzy figurki: Chrystusa Frasobliwego, Dzierżyńskiego i Lenina. Chrystus był w środku, wodzowie rewolucji po bokach. Nie stawiałem ich tak dla zabawy, a jedynie dlatego, że w takiej akurat przypadkowej kolejności wypisałem kwit, każda rzeźba miała numer, chodziło o zgodność z protokołami. Towarzysze z Nowego Sącza zesztywnieli, obrzucili mnie zimnym spojrzeniem, ale konsul radziecki był inteligentniejszy. Uśmiechnął się: – Wot, takaja kaegzistencja tol’ko w Polsze wazmożna. Oczeń intieriesnaja rabota, pazdrawliaju, maładiec – i skłonił się lekko w moją stronę. Na to cała reszta wybuchnęła zdrowym, ożywczym śmiechem. Zrobiło się sympatycznie i przyjaźnie. Towarzyszowi Sekretarzowi kamień spadł z serca, to było widać. Gdy wychodzili, pogratulował i przeprosił za najście.

Antoni Kroh

Sklep potrzeb kulturalnych


Trychter był krajcowany i we flanszy culajtungu nie miał ...

 Ślusarz - Julian Tuwim

   W łazience co się zatkało, rura chrapała przeraźliwie, aż do przeciągłego wycia, woda kapała ciurkiem. Po wypróbowaniu kilku domowych środków zaradczych (dłubanie w rurze szczoteczką do zębów, dmuchanie w otwór, ustna perswazja etc.) - sprowadziłem ślusarza.
   Ślusarz był chudy, wysoki, z siwą szczeciną na twarzy, w okularach na ostrym nosie. Patrzył spode łba wielkiemi niebieskiemi oczyma, jakimś załzawionym wzrokiem. Wszedł do łazienki, pokręcił krany na wszystkie strony, stuknął młotkiem w rurę i powiedział:
   - Ferszlus trzeba roztrajbować.
Szybka ta diagnoza zaimponowała mi wprawdzie, nie mrugnąłem jednak i zapytałem:
   - A dlaczego?
Ślusarz był zaskoczony moją ciekawością, ale po pierwszym odruchu zdziwienia, które wyraziło się w spojrzeniu sponad okularów, chrząknął i rzekł:
   - Bo droselklapa tandetnie zblindowana i ryksztosuje.
   - Aha, - powiedziałem - rozumiem! Więc gdyby droselklapa była w swoim czasie solidnie zablindowana, nie ryksztosowała by teraz i roztrajbowanie ferszlusu byłoby zbyteczne?
   - Ano chyba. A teraz pufer trzeba lochować, czyli dać mu szprajc, żeby tender udychtować.
Trzy razy stuknąłem młotkiem w kran, pokiwałem głową i stwierdziłem:
   - Nawet słychać.
Ślusarz spojrzał doć zdumiony:
   - Co słychać?
   - Słychać, że tender nie udychtowany. Ale przekonany jestem, że gdy pan mu da odpowiedni szprajc przez lochowanie pufra, to droselklapa zostanie zablindowana, nie będzie już więcej ryksztosować i, co za tym idzie ferszlus będzie roztrajbowany.
I zmierzyłem lusarza zimnem, bezczelnem spojrzeniem. Moja fachowa wymowa oraz nonszalancja, z jaką sypałem zasłyszanemi poraz pierwszy w życiu terminami, zbiła z tropu ascetycznego ślusarza. Poczuł, że musi mi czem zaimponować.
   - Ale teraz nie zrobię, bo holajzy nie zabrałem. A kosztować będzie reperacja - wyczekał chwilę, by zmiażdżyć mnie efektem ceny - kosztować będzie... 7 złotych 85 groszy.
   - To niedużo, - odrzekłem spokojnie - myślałem, że co najmniej dwa razy tyle. Co się za tyczy holajzy, to doprawdy nie widzę potrzeby, aby pan miał fatygować się po nią do domu. Spróbujemy bez holajzy.
Ślusarz był blady i nienawidził mnie. Uśmiechnął się drwiąco i powiedział:
   - Bez holajzy? Jak ja mam bez holajzy lochbajtel kryptować? Żeby trychter był na szoner robiony, to tak. Ale on jest krajcowany i we flanszy culajtungu nie ma, to na sam abszperwentyl nie zrobię.
   - No wie pan, - zawołałem, rozkładając ręce - czegoś podobnego nie spodziewałem się po panu! Więc ten trychter według pana nie jest zrobiony na szoner? Ha, ha, ha! Pusty miech mnie bierze! Gdzież on na litoć Boga jest krajcowany?
   - Jak to, gdzie? - warknął ślusarz - Przecież ma kajlę na uberlaufie!
Zarumieniłem się po uszy i szepnąłem wstydliwie:
   - Rzeczywiście. Nie zauważyłem, że na uberlaufie jest kajla. W takim razie zwracam honor: bez holajzy ani rusz.
   I poszedł po holajzę. Albowiem z powodu kajli na uberlaufie trychter rzeczywiście robiony był na szoner, nie za krajcowany, i bez holajzy w żaden sposób nie udałoby się zakryptować lochbajtel w celu udychtowania pufra i dania mu szprajcy przez lochowanie tendra, aby roztrajbować ferszlus, który źle działa, że droselklapę tandetnie zablindowano i teraz ryksztosuje.

***
Od końca XVIII wieku napływali z Niemiec majstrowie różnych branż, wśród nich Joachim Kroh. W pierwszej połowie XIX wieku do warszawskich pałaców wchodziła moda na centralne ogrzewanie. Kotłownie, rury, kaloryfery - na tym trzeba się rozumieć.  (...) Przybysze przywieźli swoje nazewnictwo techniczne, polskiego nie było. (...)
Mama wspominała, że dziadek Kroh, przeczytawszy ów felieton, powiedział, że wszystko rozumie i nie widzi w tym nic śmiesznego.

Antoni Kroh
To jest zjawisko, i na to nie ma rady

środa, 27 maja 2026

Krasiński poucza Norwida

 Do Cypriana Norwida

1-go czerwca 49 r.

[...] Odwieczne to dzieje! Od kiedy świat się burzy i żyje, tacy zdarzali się niegodziwcy i zdarzają się dzisiaj. W tem się najsrożej mijasz z ludzką rzeczywistością, kiedy od jednych wymagasz, by aniołami byli, od drugich zaś niczego, nawet tego by wściekłymi tygrysami nie byli. Jednostronnyś i niesprawiedliwyś. Żyjesz żywotem albo bożym, albo pośmiertnym, ale nie w czasie, nie śród ludzi i z ludźmi. Żyjesz w wieczności. Wszystko, co mówisz, wiecznymi prawdami — zapominasz zaś, że dopiero rozwojem powolnym zdarzeń czasowych wiecznie się tu prawdy wyrabiają. Zaprawdę Ci oświadczam, że 24-go lutego652 nie przybliżyło się, ale oddaliło królestwo boże na świecie tym; to frazes, tylko frazes o niem wpadł w usta brudne i w ręce, spragnione krwi i gwałtu. Z jednej strony gwałt pychy, z drugiej pycha gwałtu świat między się podzieliła. — Ty się spodziewasz tęcz z tego złotych, a tylko ujrzysz krwi strumienie i błota obszary. Strzeż się litości dla niegodziwych, bo to litość sztuczna, bo to wykrzywione uczucia... Dopóki mogę, ostrzegam, a czynię to przez miłość, przyjaźń, przywiązanie — nie myśl zaś, bym chciał z katedry uczyć. Nie dość już młody jestem, bym mógł myśleć, że można czego bądź nauczyć kogo bądź. Doświadczenie tylko, klęska tylko i nieszczęście nauczają, bo przez nie nauczycielem jest Bóg sam!...

Ludzi do głębi znaj — to Ci najwięcej pomoże do urzeczywistnienia cokolwiek dobra w sferach ludzkości. Dopiero zasługą przed Bogiem: ludzi znając, kochać ludzkość! To najwyższy szczyt miłości...

Zgadzam się z Tobą że wszędzie rozdarcie, brud, zło lecz, co do Francji, myślę, że tacy ludzie, jak Changarnier653 są ostatnimi ojczyzny francuskiej, upadającej przez demagogów, zbawicielami. Gdy się dom pali, trzeba ratować — nie czas teoryj robić o chemicznych pierwiastkach ognia...

Miej więcej prostoty, a mniej podejrzliwości i drażliwości — nie myśl o jednych, że są aniołami, czy osobach czy stronnictwach całych, bo takich aniołów nie ma zewnątrz Ciebie, są tylko wewnątrz ideału Twego. — Lecz skądinąd nie posądzaj drugich, że ich celem nie oddać Tobie, co się Tobie należy, to jest: kochania, przyjaźni, szacunku, uznania wszystkich Twoich zalet, przymiotów, zdolności — bo ludzie, choć nie bywają aniołami, nieraz mają serce tkliwe, dobre, chcące ukochać i sprawiedliwość oddać...

[...] Jeśli mi dozwolisz prawdę Ci powiedzieć, staraj się ludziom wyraźniej i jaśniej kłaść w dusze ideę Twą. Trza być bratnim, miłosiernym, kochającym. Jasność zaś w mowie i piśmie jest mowy i pisma bratnią dla ludzi miłością.

Ciemność zaś egoizmem — bo Ty używasz i rozkoszujesz, a ludzie nie używają i nie rozkoszują. Jak arystokrata się z niemi obchodzisz. Tu potrzeba być demokratą. Jedyną tę uwagę Ci tu piszę: światło powinno być sztuki oddechem!...

Wszystkie giętkości, wszystkie skarby, wszystkie żyźnie i morza, i lądy, i błękity leżą utopione w Tobie — ale nie rozcinasz dość wód od lądu, nieba od ziemi. Nie skończenisz dość nieskończoności swej. Brak Ci tej smętności, która zwie się opisaniem i ograniczaniem, a bez której jednak nie odpozna się nigdy duch ludzki w tworze sztuki. Nam, śmiertelnym, trza śmiertelności obok bezmiaru!...

652. 24-go lutego — 24 lutego 1848 zwycięstwo rewolucji i ucieczka króla Ludwika Filipa z Paryża. [przypis redakcyjny]653. Mikołaj Changarnier — rojalista, dowódca załogi paryskiej, przez lud nielubiany. [przypis redakcyjny]654.

Ignacy Krasiński 

Mądrzeliśmy dzięki tym książkom - o Niziurskim

 Wydany w 1982 roku Szkolny lud, Okulla i ja jest ostatnią naprawdę wybitną powieścią Niziurskiego, zamykającą zarazem jego szczytowy pod względem artyzmu i głębi psychologicznej okres twórczości, rozpoczęty Siódmym wtajemniczeniem. Nic, co po Okulli Niziurski napisał, nie dorównywało już opowieściom o Gnypowicach i Odrzywołach, a było ostatnim wzlotem geniusza, zakończonym bolesnym lądowaniem pod postacią słabej literacko i mało zabawnej trylogii o Bąblu i Syfonie.

Szkolny lud, Okulla i ja to pierwsza część dyptyku o Tomku Żabnym, choć sam Niziurski, jak się wydaje, nie planował ciągu dalszego, a część druga, wydana dopiero dziesięć lat później, nie stanowi tak oczywistej i logicznej kontynuacji, jak było to w przypadku genialnej „trylogii odrzywolskiej”. To opowieść według znanego patentu: do szkoły przybywa nowy uczeń i na samym początku grzebie wszystkie swe szanse i wpada w nieprawdopodobne tarapaty. Tomek Żabny pojawia się w liceum Narcyzy Żmichowskiej i natychmiast zostaje nazwany „Żabą”, „Dzikusem” i „Flanelą”, musi zmagać się z groźnymi braćmi Męckimi, z Kociem Kocembą i Ciesiem Ciesielskim, wyjątkowo udręczającymi figurami, a także z wrednymi żartami Złośliwego Miecia i donosicielem Wyrzkiem. Na dodatek natychmiast podpada wicedyrektor szkoły Renacie Okulczyckiej, czyli tytułowej Okulli, a także innym nauczycielom – Gepardowi od wychowania fizycznego, Szufli od przyrody, Trąbie od chemii. Całe szczęście pojawia się Obara, harcerz, dżudoka i znawca zawiłości szkolnych układów, który Żabnego bierze pod opiekę. Jest to zatem powtórzenie w zmodyfikowanej wersji perypetii Cymeona, a protagoniści tej opowieści są w wielkiej mierze kalkami tamtych herosów.

Jarosław Strzębski: „Mój ojciec w powieści Szkolny lud, Okulla i ja występuje jako Złośliwy Miecio, który miał ukryty w dłoni kolec i podawał rękę, aby zranić rozmówcę, co z kolei jest już tylko złośliwością autora książki. Mama z kolei występuje jako siostra Antka Batury z Księgi urwisów, która wybrała sobie nudny wydział włókienniczy w szkole wyższej. Moja mama właśnie wtedy zaczynała studiować na Politechnice Częstochowskiej włókiennictwo. Chciała studiować chemię, ale nie miała właściwego pochodzenia i zostało jej włókiennictwo”.

Książka ukazała się w ponurą noc stanu wojennego i sytuacja ekonomiczna kraju odbiła się na fabule: grono pedagogiczne ma na głowie nie tylko rozbrykanych uczniów, ale też problemy z zaopatrzeniem stołówki i zdobyciem mięsa, tworząc złożony z nauczycieli komitet kolejkowy. W istocie w tamtych czasach niedoboru w zasadzie wszystkiego działały nieformalne komitety kolejkowe, pilnujące porządku w ogonkach po produkty zarówno pierwszej, jak i drugiej, a nawet trzeciej potrzeby. Tutaj zebranie w pokoju nauczycielskim poświęcone jest nie zagadnieniom edukacyjnym, ale temu, że nauczyciel Trąbaczewski zawalił dyżur w komitecie kolejkowym. Nad Trąbą odbywa się sąd koleżeński za to, że już o godzinie czternastej opuścił kolejkę i udał się zupełnie gdzie indziej, mimo iż „tego dnia był schab”, a „pani Halinka odłożyła dla nas nawet kawałek szynki”. Osobie niezorientowanej w realiach przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ten wątek może wydać się jakby żywcem wzięty z teatru absurdu, a przecież jest bodaj najbardziej realistycznym elementem całej powieści, bo dokładnie tak wówczas wyglądało życie w Polsce, co starsi czytelnicy Niziurskiego doskonale pamiętają.

W Szkolnym ludzie ujawnia się bez reszty uniwersum Niziurskiego, gdzie cały świat zamknięty jest w zasadzie w murach szkoły. Szkoła u Niziurskiego jest jak międzygalaktyczny statek mknący przez nieskończoność kosmosu, jest wszystkim i wszystko, co ważne, dzieje się na jego pokładzie, a podróżnicy, w tym przypadku uczniowie, tworzą patchworkową mozaikę typów skazanych na siebie mimo różnic charakterów.

Powieść fenomenalnie naśladuje i wykpiwa język partyjny, będąc poniekąd odwzorowaniem w skali szkoły relacji na najwyższych szczeblach władzy, gdzie ciało pedagogiczne odgrywa rolę władz państwowych, a starsi i ważniejsi uczniowie politruków niższej kategorii. Uczniowie oczywiście chętnie, jak to u tego pisarza, używają mowy wysokiej, ale naznaczonej językowymi nowotworami, a także dobrze znanymi z prasowych czy kinowych relacji ze świata peerelowskiej polityki. I tak uczeń Kleszcz w czasie debaty o planie ucieczki całej klasy VII B z lekcji używa takich zwrotów jak: „Czuję się w obowiązku zwrócić kolegom uwagę…”, czego nie powiedziałby przecież żaden uczeń podstawówki do swych rówieśników, ale jako parodia języka zetesempowskiego – jest to genialne. Cała narada związana z planem ucieczki z lekcji jako żywo przypomina nasiadówkę aktywu komitetu wojewódzkiego bądź powiatowego PZPR. Szczególnie że w takiej sytuacji jak zbiorowa ucieczka z zapowiedzianej klasówki z chemii wymagana jest jednomyślność, gdy tymczasem obstrukcję czyni jeden z uczniów – Kuglewicz, który za nic nie chce uciekać, a wręcz pragnie pisać klasówkę. To działanie przeciw klasie, a więc przeciw jedności, to działanie w interesie wrogów klasowych. Wrogami klasowymi, czyli wrogami klasy, są nauczyciele. Jednocześnie sama techniczna otoczka ucieczki przypomina akcje komandosów: z organizowaniem liny ubezpieczającej dla schodzących po drabinie przeciwpożarowej, przeprowadzeniem rozpoznania wokół pokoju nauczycielskiego, wyrzucaniem obuwia osobno, by nie zostawić śladów. Jak często u Niziurskiego działanie trzynasto-, czternastolatków nosi znamiona organizowania się przez dorosłych, bardzo dojrzałego zarządzania, podobnie jak ich język pod względem zasobu słów, składni, elokwencji jest zdecydowanie powyżej ich wieku. Nauczyciele też nie pozostają w tyle w swych parodystycznych działaniach językowych. Matematyk Podlecki wypowiada takie zdanie w trakcie sporu grona pedagogicznego: „Zawsze protestowałem i będę protestował przeciw arbitralnym sądom woluntarystycznym oraz przeciw osobom płaszczącym się pod nędznym płaszczykiem humanizmu”.

Być może czas zadać pytanie: czy aby Niziurski naprawdę pisał swoje powieści akurat dla młodzieży? Czy też także dla rodziców? Dla swoich rówieśników? Czy książki Niziurskiego nie były sprytnie zakamuflowanymi w dziecięcym maskowaniu historiami, z których więcej wynosili rodzice małych czytelników? Czy też mamy do czynienia z czymś, co z pewną dozą interpretacyjnej swobody moglibyśmy nazwać palimpsestem? Literaturą, która została nadpisana nad starą opowieścią? Jeśli wziąć ów stary podkład, można uznać, że historie Niziurskiego były logicznym ciągiem rozwojowym młodzieńczej, chłopięcej prozy spod znaku Wspomnień niebieskiego mundurka Wiktora Gomulickiego (bo przecież nie spod znaku Niepokojów wychowanka Törlessa Musila), ale jeśli uznać swoistą palimpsestowość tej prozy, można pokusić się o teorię, że Niziurski w równej mierze pisał te książki dla dorosłych, a mógł w nich sobie pozwolić na więcej niż w tych nominalnie „dorosłych” powieściach, jak Eminencje i bałłabancje czy Salon wytrzeźwień.

**

Zaniechawszy literatury kryminalnej, równolegle z pisaniem powieści młodzieżowych uprawiał Niziurski prozę dla dorosłych. Były to książki o rozterkach młodej „inteligencji pracującej” – inżynierów i lekarzy w realiach wielkich budów socjalizmu. Ich akcja rozgrywała się na prowincji uderzająco kojarzącej się z Kielcami. To Salon wytrzeźwień (1964), Eminencje i bałłabancje (1975) oraz króciutkie A potem niech biją dzwony (1976). To, co łączyło te powieści, to postać głównego bohatera – ambitnego, upartego do przesady, pryncypialnego i przeciwstawiającego się lokalnym układom młodego człowieka. Uzdolnionego fachowca, który nie godząc się na żadne ustępstwa, zamiast wygodnie umościć się i korzystać ze znajomości, podejmuje walkę w imię zasad i przegrywa. Czy to doktor Janyst z Salonu wytrzeźwień (nazwisko będące aluzją do doktora Judyma z powieści ulubionego pisarza Niziurskiego – Stefana Żeromskiego), czy inżynier Bałłaban, czy w mniejszym stopniu bohater A potem niech biją dzwony to stawiający opór gomułkowskiej „małej stabilizacji” i gierkowskiej „propagandzie sukcesu” outsiderzy, ofiary środowiskowego oportunizmu, który był przecież jedną z głównych cech Peerelu. Podobnie outsiderem był bohater krótkiej powieści wojennej Wyraj (1964), lekarz, który mając za sobą traumatyczne doświadczenia z ruchu oporu, nie chciał się już angażować w działalność przeciw okupantowi, a jedynie doczekać końca wojny.

Bohaterowie „poważnych” powieści Niziurskiego to poniekąd dorośli chłopcy z jego książek młodzieżowych. Tak właśnie przecież mogły potoczyć się losy „Piratów” i „Kolonistów” oraz „Blokerów” i „Matusów” po tym, jak skończyli szkoły a następnie politechniki, uniwersytety, akademie medyczne i zderzyli się z życiem, w którym nie ma już chłopackich przygód, a prawdziwe problemy mają bardzo przyziemny, a przez to nadzwyczaj bolesny wymiar. Powieści o doktorze Janyście oraz inżynierze Bałłabanie niosły ze sobą gorzką prawdę o peerelowskiej rzeczywistości. A na pewno o peerelowskiej prowincji, uosabianej przez ukochaną Kielecczyznę. Ukochaną przez Niziurskiego, ale jednak poddaną przecież w „dorosłych” powieściach tego pisarza miażdżącej krytyce.

Jako multiinstrumentalista Niziurski pisał też słuchowiska radiowe i sztuki telewizyjne (na przykład Ucieczka z Betlejemu o perypetiach sfrustrowanych robotników uwięzionych na nieważnej budowie gdzieś w odmętach polskiej prowincji), ale przecież zostanie na zawsze autorem powieści dla młodzieży. Jego nawet najlepsze książki dla dorosłych (osobiście jestem zagorzałym wielbicielem Salonu wytrzeźwień oraz Eminencji i bałłabancji) nie miały aż takiego znaczenia, takich nakładów, takiej popularności, a przede wszystkim nie zmieniały świata tak jak Sposób na Alcybiadesa, Siódme wtajemniczenie, Klub włóczykijów czy trylogia o mieście Odrzywoły. Tak, właśnie chodzi o zmienianie świata, bo przecież wszyscy, którzy czytaliśmy te powieści, dojrzewaliśmy w ten sposób i mądrzeliśmy dzięki tym książkom. Z nierozgarniętych młodocianych kretynów, doprowadzających do rozpaczy swym nieuctwem i odpornością na wiedzę rodzinę i znakomitych gogów, powoli zamienialiśmy się w dojrzałych ludzi. Jeśli nie zmieniliśmy świata, to jednak dzięki tym książkom zmieniliśmy siebie. A to już bardzo dużo. Edmund Niziurski przygotował nas do życia jak nikt inny.

Pożegnanie z książką, ale nie z powieściami Niziurskiego, bo z nimi nie sposób się pożegnać na zawsze.

Autor Sposobu na Alcybiadesa od milenijnego przełomu już nic nie pisał. Ostatnie trzynaście lat życia przeszło mu na pisarskiej emeryturze w realiach wciąż pogarszającego się stanu zdrowia. Przez ostatnie lata znajdował się pod stałą opieką lekarską oraz rodziny w domu na Miłobędzkiej i nie miał siły pisać.

Zmarł 9 października 2013 roku właśnie w domu na Miłobędzkiej, w którym wciąż unosi się jego duch, a nawet wąskimi korytarzami i po stromych schodach przemykają postaci z jego książek. Został pochowany na Cmentarzu Powązkowskim. Autor niniejszej książki nigdy nie poznał osobiście Edmunda Niziurskiego, czego żałuje nawet bardziej niż tego, że nie mieszkał w Odrzywołach. Dane mu było jedynie wygłosić na prośbę jego syna Marcina w imieniu czytelników mowę nad grobem pisarza. Pisarza, któremu zawdzięcza więcej, niż jest w stanie powiedzieć i dzięki któremu sam zaczął pisać książki.

Krzysztof Varga

Księga dla starych urwisów...

78 lat temu Żydzi zamordowali rotmistrza Witolda Pileckiego


25 maja 1948 roku był dniem kiedy dokonano egzekucji na rotmistrzu Witoldzie Pileckim, żołnierzu kampanii wrześniowej, dobrowolnym więźniu obozu Oświęcim-Brzezinka oraz człowiekowi generała Andersa, który w powojennej Polsce zbierał informacje o tym co dzieje się w rządzonym przez żydowskich komunistów kraju. Kraju którego wybory geopolityczne w okresie przed II wojną światową doprowadziły go do katastrofy.

W mediach historycznych czy też informacyjnych często pojawia się określenie czy też zdanie/sformułowanie iż rotmistrza Pileckiego zamordowali komuniści, rozstrzelali UB-cy i tym podobne. Warto jednak przyjrzeć się bliżej temu kto konkretnie odpowiadał za mord na polskim bohaterze II wojny światowej.

O tym, że pomiędzy 1944 a 1956 rokiem naszym krajem nie rządzili Polacy ani nawet polscy komuniści chyba wszyscy dobrze wiemy. Przeanalizujmy jednak szczegółowo kto etap po etapie odpowiadał za inwigilację, aresztowanie, śledztwo, wyrok oraz egzekucję Pileckiego. Naprawdę warto.

Hersz Podlaski pseudonim Henryk Podlaski

Stalinowską prokuraturą wojskową w okresie aresztowania, śledztwa i wyroku na Pileckim kierował de facto niejaki Hersz Podlaski. Znamy go oczywiście jako Henryka Podlaskiego jednak nie lubię pisać pseudonimów. Wolę mimo wszystko posługiwać się prawdziwymi danymi.

Hersz Podlaski urodził się jako syn Mojżesza oraz Szprycy Austern w 1919 roku. Miejscem jego narodzin były Suwałki.

Podlaski był rzecz jasna zastępcą szefa Naczelnej Prokuratury Wojskowej, która odpowiadała za akt oskarżenia przeciwko Pileckiemu. Wszyscy jednak wiemy jak wyglądała sytuacja pod kątem dominacji etnicznej żydostwa w stalinowskiej Polsce. Szef NPW Zarako-Zarakowski był jedynie figurantem natomiast rzeczywista władza w prokuraturze wojskowej należała do osoby o odpowiednim pochodzeniu. Czyli do Podlaskiego.

Podlaski czuwał nad właściwym przebiegiem śledztwa i procesu rotmistrza. Według prokuratora Łapińskiego, oskarżyciela w sprawie, Podlaski i Zarakowski mieli przed rozprawą wezwać go do siebie i przekazać odpowiednie wytyczne co do przebiegu procesu. Wiele wskazuje na to, że było to jednak kłamstwo ze strony Łapińskiego.

Podlaski w okresie od 1950 do 1955 roku był zastępcą Prokuratora Generalnego. Był zaufanym człowiekiem Romana Zambrowskiego, żydowskiego komunisty, w latach 1947-1955 członka Rady Państwa. Dzięki znajomości z Zambrowskim był niezwykle dobrze poinformowanym człowiekiem.

W dokumencie z 1957 roku, który tyczy się tzw. łamania praworządności przez reżim żydokomunistyczny w okresie stalinowskim, czytamy iż źródłem tych wypaczeń był uległy i bezkrytyczny stosunek prokuratury wobec MBP. A więc wobec bezpieki, której wolę prokuratura miała spełniać. Z tego wynika iż Podlaski spełniał jedynie życzenia bezpieki, kierując wobec Pileckiego akt oskarżenia z wyrokiem śmierci, który ostatecznie zapadnie. I takie rzeczywiście były wnioski komisji:

„Henryk Podlaski, „przy uwzględnieniu nadto, iż niewątpliwie przewyższał wiedzą fachową, wykształceniem, ogólną inteligencją i śmiałością decyzji ówczesnego Prokuratora Generalnego Stefana Kalinowskiego, był twórcą systemu pracy, który doprowadził do łamania praworządności przez Departament Specjalny. Podlaski nie tylko zajął stanowisko bezkrytyczne wobec b. MBP, lecz był nadto gorliwym wykonawcą życzeń b. MBP, przekazując je w postaci poleceń i zarządzeń podległym mu prokuratorom. […] W tych warunkach Podlaski jako Zastępca Prokuratora Generalnego PRL ponosi odpowiedzialność za stwierdzone przejawy łamania praworządności w prokuraturze”.

Józef Goldberg pseudonim Józef Różański oraz Izydor Kurc pseudonim Józef Czaplicki

Jak już wyżej wspomniano, oskarżyciel Pileckiego z prokuratury wojskowej Podlaski był jedynie narzędziem w rękach bezpieki. Wykonawcą jej woli. Z Ministerstwa Bezpieki śledztwo wobec rotmistrza nadzorował właśnie Goldberg. To on też wydał na niego wyrok śmierci. Oczywiście w porozumieniu z innymi Żydami i zdrajcami narodu polskiego z prokuratury. Jednak, jak dobrze wiemy, Polacy w stalinowskim systemie sądowniczym oraz bezpieczniackim byli jedynie figurantami. Figurantami byli także ci, którzy znęcali się nad Pileckim w trakcie przesłuchań.

Oprócz Żyda Goldberga śledztwo z organów bezpieczeństwa nadzorował także inny Żyd Izydor Kurc, używający pseudonimu Józef Czaplicki, oraz Adam Humer, dyrektor Departamentu Bezpieki ds. walki z podziemiem niepodległościowym.

Goldberg w trakcie śledztwa odrzucał wiarygodne dokumenty, świadczące o bohaterstwie Pileckiego w okresie drugiej wojny światowej a wiarę dawał spreparowanym fałszywkom, które jakoby świadczyły o tym iż grupa Pileckiego ma zamiar zabijać przywódców MBP.

Natan Grinszpan-Kikiel pseudonim Roman Romkowski

Ministerstwem Bezpieki w okresie rządów stalinowskich w Polsce rządził de iure Stanisław Radkiewicz. Był on jednak jedynie polskim figurantem a właściwa władza spoczywała w żydowskich rękach. W rękach Natana Grinszpana-Kikiela, który osobiście wertował dokumenty z inwigilacji Pileckiego, które otrzymywał od Kurca i Goldberga.

Grinszpana-Kikiela łączyły szczególne relacje służbowe z opisanym już tutaj Herszem Podlaskim.

Podlaski utworzył sekcję tajną, która powoływana była przy sądach powszechnych. Sekcja ta powstała z inspiracji właśnie Grinszpana-Kikiela, de facto szefa bezpieki, który chciał w ten sposób wymusić na ministrze sprawiedliwości Chmielewskim stworzenie specjalnej metody rozpoznawania karnych spraw politycznych o dużym znaczeniu dla systemu komunistycznego. Posiedzenia miały być niejawne a sprawy rozpatrywać mieli jedynie zaufani dla partii komunistycznej sędziowie. Sprawy te często miały miejsce na obszarze więzień. W ten sposób rozpatrywano m.in. sprawę Augusta Emila Fieldorfa, przy której wszystkimi prawnikami (lub prawie wszystkimi) byli Żydzi. Nawet obrońcami.

To właśnie Grinszpan-Kikiel wybrał sędziów, którzy wydali wyrok na Fieldorfa „Nila”. Oraz na innych polskich patriotów.

Rubin Szwajg (Reuben Szatkaj)

Rubin Szwajg, który w Izraelu przybrał imię i nazwisko Reuben Szatkaj, to żydowski prawnik, major stalinowskiej Naczelnej Prokuratury Wojskowej, który odpowiadał właśnie za sprawy ważne dla systemu komunistycznego. Jako Żyd idealnie się do tego nadawał.

Tuż po wykonaniu wyroku śmierci na Pileckim, który Szatkaj w Najwyższym Sądzie Wojskowym zatwierdził 3 maja 1948 roku, wyjechał do Izraela, który jeszcze wówczas nie posiadał statusu państwa. Zmarł w kwietniu 1992 roku, nigdy nie odpowiadając za zbrodnie na narodzie polskim.

Leo Hochberg

Leo Hochberg to wyjątkowa szumowina, która wydawała wyroki na kobiety związane z Konspiracyjnym Wojskiem Polskim, formacją niepodległościową, która walczyła przede wszystkim z komunistycznym bezprawiem, terrorem i gwałtami dokonywanymi przez Ubecję, inne formacje komunistyczne i czerwonoarmistów. W sumie wydał 25 wyroków śmierci w procesach politycznych. Prowadził sprawy 18 kobiet powiązanych lub podejrzanych o związki z KWP.

3 maja 1948 roku Hochberg zasiadał w składzie Najwyższego Sądu Wojskowego, który potwierdził wyrok śmierci na rotmistrzu Pileckim. Postać Hochberga jest jednak tak istotna w sowietyzacji Polski że wypadałoby o niej powiedzieć coś więcej.

Ojciec Hochberga był wydawcą żydowskiej prasy oraz założycielem tygodnika „Freitag”. Sam Hochberg urodził się w Łodzi w 1899 roku. Ślub wziął w 1920 roku w Odessie. W okresie II wojny światowej przebywał w ZSRR gdzie zdobył nawet stanowisko przewodniczącego tzw. Związku Patriotów Polskich w jednym z sowieckich okręgów autonomicznych za Uralem. W roku uchwalenia manifestu PKWN wstąpił do LWP gdzie zajmował się sprawami sądowymi. W okresie od 1947 do 1955 roku był sędzią Zgromadzenia Sędziów Najwyższego Sądu Wojskowego a od 1955 do 1957 sędzią Sądu Najwyższego. Od 1957 do 1968 pracował w Ministerstwie Sprawiedliwości. Współpracował z Żydowskim Instytutem Historycznym, który nazwał tego zbrodniarza „człowiekiem wielkiego serca i dobroci”.

Hochberg zasłynął z propozycji wprowadzenia totalnej cenzury. Opowiadanie dowcipów politycznych według tego Żyda miało być traktowane jako próba obalenia przemocą ustroju państwowego.

Według jednego z komunistycznych prawników Hochberg był głównym źródłem stalinizacji sądów wojskowych w Polsce Ludowej.

Stalinowskie porządki w Najwyższym Sądzie Wojskowym Hochberg wprowadzał z innym Żydem i katem narodu polskiego Feliksem Aspisem. Aspis był prokuratorem, który oskarżał polskich patriotów, w tym żołnierzy podziemia, o działania przeciwko systemowi komunistycznemu. A także sędzią Najwyższego Sądu Wojskowego. Następnie wyjechał do Izraela, nigdy nie odpowiadając za swoje zbrodnie na narodzie polskim. Przypisano mu 13 mordów sądowych w okresie Polski Ludowej.

Według jednego z polskich historyków Hochberg przenosił sowieckie prawo na grunt Polski. Zmarł w 1978 roku. Jego żona utrzymywała związki z państwem Izrael.

Julia Brystiger

Rotmistrz Witold Pilecki został aresztowany przez Ubecję 8 maja 1947. Nie jest dokładnie wiadome kto odpowiada za jego dekonspirację. Wiele wskazuje jednak na kapitana UB Wacława Alchimowicza, który był naczelnikiem jednego z wydziałów w Departamencie MBP, którym zarządzała Julia Brystiger, Krwawa Luna, żydowska komunistka, która specjalizowała się i lubiła maltretować Polaków, zwłaszcza polskich patriotów.

Według tej wersji Alchimowicz, który wykonywał rozkazy Brystigerowej, przeniknął do formacji Pileckiego aby rozpracować struktury podporządkowane generałowi Andersowi, który był zaciekłym antykomunistą. Jest też wersja druga, która mówi o tym, że Alchimowicz zdradził Ubecję, idąc do grupy Pileckiego a zdrajcą, kretem, był ktoś inny. Mowa o Kazimierzu Czarnockim, kryptonim „Zieliński”. Autorzy książki pt. „Niezłomni czy realiści” stawiają na wersję drugą. Alchimowicz ostatecznie został skazany na karę śmierci i stracony w lutym 1948 roku. Wykonawcą wyroku był Piotr Śmietański, o którym jeszcze wspomnę pod sam koniec artykułu.

Biografia Pileckiego

Witold Pilecki urodził się w 1901 roku, w polskiej rodzinie patriotycznej. Majątek jego rodziny został przez reżim carski skonfiskowany z powodu udziału jej w powstaniu styczniowym, prowokacji mocarstw zachodnich wymierzonej w interesy Rosji (oraz Polaków oczywiście). Jeszcze przed pierwszą wojną światową działał w polskim konspiracyjnym harcerstwie. W trakcie samej wojny założył zastęp harcerski, który ewaluował do hufca.

Następnie działał w Polskiej Organizacji Wojskowej. Brał udział w walkach z Niemcami i komunistami na Wileńszczyźnie. Dołączył do oddziału ułanów, walcząc z bolszewikami. Po wybuchu wojny z Rosją sowiecką ponownie wstąpił do harcerstwa. Powstrzymał ofensywę bolszewików pod płocką Górą.

W 1921 roku go zdemobilizowano. W okresie międzywojennym rozpoczął studia których nie ukończył, zapisał się do Związku Bezpieczeństwa Kraju a następnie został naczelnikiem Ochotniczej Straży Pożarnej. Nie wykluczone, że pod koniec lat 30. miał związki z wojskowym wywiadem II RP.

W okresie wojny walczył w kampanii wrześniowej, a następnie prowadził działania partyzanckie. Powołał do życia Tajną Armię Polską, której został szefem sztabu. Następnie sam zgłosił się jako ochotnik do infiltrowania obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. W Wielkanoc 1943 roku uciekł z obozu. Trafił do Kedywu AK (kierownictwa dywersji). W 1944 roku przydzielono go do organizacji „NIE”. Walczył w powstaniu warszawskim, brytyjskiej prowokacji, wymierzonej w interesy III Rzeszy Niemieckiej, Związku Sowieckiego oraz narodu polskiego. Po kapitulacji powstania trafił do obozu jenieckiego w Bawarii.

W lipcu 1945 roku trafił do wojsk Andersa. Jeszcze tego samego roku jesienią wyruszył do Polski przez Czechosłowację, aby zorganizować strukturę konspiracyjną oraz informować władze w Londynie o sytuacji w kraju. Wykonywał rozkazy sztabu II Korpusu Polskiego generała Andersa.

Na początku maja 1947 roku zbudowana przez niego struktura została przez bezpiekę rozbita. Samego Pileckiego poddano torturom, jak to Żydzi mieli w zwyczaju w stosunku do Polaków. Całością kierował, jak już wspomniałem, Józef Goldberg, pseudonim Józef Różański. 15 marca 1948 roku wydano na niego wyrok śmierci, który potwierdzono wspomnianego 3 maja. 25 maja 1948 roku wyrok śmierci wykonano. Katem był Piotr Śmietański, któremu niektórzy przypisują powojenną emigrację do Izraela, po tym jak kraj ten już powstał 14 maja 1948 roku. Ciekawe dlaczego akurat tam…

Autorstwo: Terminator 2019

https://wolnemedia.net/