poniedziałek, 22 czerwca 2026

Bajka o fartolu


[Usunięta przez cenzurę z Zwierzoczłekoupiora]

Ciekaw jestem, czy lubicie bajki? Bo ja nie bardzo. Bajki budzą nadzieje, które nigdy się nie spełniają. Coś tam niby obiecują słuchaczowi, co się nigdy nie sprawdza. Wolę już tę zwykłą, życiową, nawet szarą prawdę, bardziej ją lubię niż wspaniałe bajki. Ale jedną jedyną, na zasadzie wyjątkowego wyjątku, muszę wam opowiedzieć. Będzie to bajka o fartolu.

W pewnym mieście, zupełnie nieważne w którym, żył chłopiec imieniem Jasio. Żył i pędził szczęśliwe dzieciństwo jedynaka pod opieką kochających go rodziców. Miał swój własny pokój wypełniony rozumnymi zabawkami, wielkie półki uginały się pod ciężarem uczonych książek przeznaczonych dla poważnej młodzieży. Rodzice pragnęli, żeby wyrósł na zupełnie wyjątkowego człowieka, więc Jasio bawił się zawsze sam w domu i bawił się pożytecznie przy pomocy rozumnych zabawek i uczonych książek. Najpierw chciał zostać konduktorem autobusowym, więc rodzice, pobłażliwi dla jego zachcianek, kupili mu czapę, dziurkacz do biletów i wielką torbę. Jasio całe dnie sprzedawał na niby bilety oraz anonsował przystanki. I rodzice mówili, oto jakie praktyczne skłonności, praktyczne, skromne i rzeczowe. Później Jasiowi znudziło się to konduktorowanie. Zaczął bawić się w dyrektora. Rozsądny ojciec kupił mu zaraz przeróżne segregatory, terminarze, a oprócz tego prawdziwy telefon do rozmów wewnątrzdomowych. Jasio pisywał o[k]ólniki, wydawał polecenia, konferował przez telefon. I rodzice cieszyli się, że w synu budzą się wyższe ambicje, że wdraża się w tajniki rządzenia ludźmi. Niech będzie dobrym, sprawiedliwym dyrektorem, mówili, to zupełnie wystarczy. Ale po pewnym czasie Jasio przestał rubrykować specjalne bruliony, zaczął śpiewać, uczyć się znaków nutowych, brzdąkać na pianinie, którego nikt już nie używał od kilku lat.
Jednym słowem, Jasio bawił się teraz w kompozytora. Cały dom nucił jego melodie, goście z przejęciem słuchali kompozycji fortepianowych, w końcu występował nawet w szkole, a kiedyś to nawet podczas jakiejś akademii. I promienieli dumą szczęśliwi rodzice, i mówili kiwając dobrotliwie głowami, wreszcie odnalazł siebie, wreszcie obudziło się powołanie. Nich będzie uczciwym artystą.

Czasem do Jasia przychodził jego rówieśnik, Karolek. Rodzice odnosili się do Karolka życzliwie, bo przy Karolku syn ich lepiej jadł. Więc Karolek razem z Jasiem bawił się najpierw w konduktora, potem w zwierzchnika, a na końcu w artystę. Ale bawił się jakoś czujnie, w napięciu, nie popełniał omyłek i tylko dziwnie się uśmiechał. Czasem trochę otwierał usta, jakby chciał coś ważnego powiedzieć albo przestrzec czy pouczyć. Lecz w końcu zamykał te usta i nic nie mówił. I wszyscy go chwalili, że taki grzeczny, ustępliwy, dalekowzroczny.

Nie będę wam wszystkiego opowiadał, bo to nudne. Jasio w końcu wyrósł, stał się poważnym panem i zaczął uprawiać zawód artysty. Nawet mu się jakby trochę powodziło, ale nigdy do końca. Już ten sukces niby się zaczynał, już zdawało się, że wybuchnie płomieniem, ale jakoś gasł ni z tego, ni z owego i Jasio musiał zaczynać od nowa. Za każdym razem pełen ufności, lojalny wobec kolegów, usłużny, rycerski, wystrzegający się zawiści oraz intryg. Chętnie ustępował miejsca słabszym, gorliwie wychwalał konkurentów, pomagał szlachetnie rywalom. I jakoś tak powolutku zaczął tracić swoje terminy w salach koncertowych, wypadać z planów domów wydawniczych drukujących nuty, a nawet dyrygenci przestali wypytywać, czy komponuje coś nowego. Z biegiem czasu koledzy przestali go lubić i szanować, a niektórzy udawali nawet, że go nie poznają. Więc Jasio postanowił czekać cierpliwie na zwycięstwo swojej prawdziwej sztuki. Czekał bardzo długo i pewnie by czekał do dzisiaj, ale zwykły niedostatek zmusił go do szukania nowego zajęcia.

I zdarzyło się, że został dyrektorem. Wziął się więc z zapałem do roboty. Zaczął przeprowadzać różne potrzebne zmiany w swojej instytucji, usiłował również poprawić sytuację pracowników. Ale znowuż jakoś się pokiełbasiło i wszystko spełzło na niczym. Zwierzchnicy oskarżyli go o różne przestępstwa, pracownicy wcale się za nim nie ujęli, bo mieli również wiele zastrzeżeń. Więc znalazł się znowu na bruku i zupełnie nie rozumiał, dlaczego tak się stało.
Ponieważ jednak trzeba z czegoś żyć, wystarał się o pracę konduktora autobusowego. Dziurkował bilety, zapowiadał przystanki, bardzo często pomagał wsiadać i wysiadać niedołężnym starcom lub dzieciom w wieku przedszkolnym.
Wykonywał te niezbyt ambitne czynności wyjątkowo starannie i nawet z pewnym zapałem. Czasem tylko widząc roztargnione dziecko, które zapomniało poprosić drobnych u mamy, albo ubogiego staruszka, pozwalał im przejechać dar-mo jeden albo dwa przystanki. Pewnego razu taką babcię bez biletu zatrzymał kontroler. Ja zapłaciłam, powiedziała staruszka, ludzie widzieli, ale pan konduktor biletu nie wydał. A ja jestem stara, słaba, co ja mogę?

Więc wyrzucono Jasia, a właściwie już Jana, i z tej posady, posady konduktora autobusowego. Teraz Jan zniechęcił się już ostatecznie. Przestał zabiegać o pracę, jął żyć z dnia na dzień, tułać się bez celu po tej resztce życia, która mu została. Wylegiwał się na słonecznych miejscach pod ścianami, zjadał przeróżne, często obrzydliwe odpadki, bezwstydnie dopijał w barach cudze piwo. Jego nowi kompani, tacy sami bezdomni włóczędzy, usiłowali objaśnić mu jego życie. Za dużo miałeś zdolności, powiadali jedni. Tacy bardzo zdolni giną od razu na po-czątku. Talent rozbraja, nie daje odporności, talent, bracie, rozpieszcza. Nie, to nie to, mówili inni. Najgorsza rzecz być jedynakiem. Jedynak nie ma przyszłości, musi pójść na dno. Czasem ktoś odzywał się z zadumą, pewnie zaczynałeś interesy w zły dzień, w piątki lub środy, w takie dni, co nie dzielą się przez trzy albo na psa urok, tfu, tfu, w ogóle trzynastego.

Pewnego razu, kiedy Jan, czyli dawniej Jasio, siedział sobie na krawężniku przed jakimś gmachem, zajechała wspaniała limuzyna obryzgując siedzącego troszeczką błota. Z tej limuzyny wydobył się wspaniały pan we wspaniałym cylindrze i jął wspaniale stąpać w stronę gmachu. Wtedy Jan zerwał się z chodnika i zabiegł drogę panu w cylindrze. Uczynił to instynktownie, wiedziony jakimś nakazem albo może przeczuciem. Więc zabiegł tak raptownie drogę i stał teraz odrobinę przestraszony, nie wiedząc, co dalej uczynić. Pan w cylindrze podniósł brwi i chciał ominąć natręta. Karolku, nie poznajesz, szepnął cicho Jan. Pan w cylindrze podniósł brwi jeszcze wyżej, opuścił je nisko i znowu podniósł. To chyba pomyłka. Bardzo przepraszam. Nie. Nie pomyłka. Pamiętasz nasze sznycelki z groszkiem. Pamiętasz zabawy w konduktora, w zwierzchnika i w artystę. Nie wiadomo dlaczego pan w cylindrze, czyli dawniej Karolek, zmieszał się trochę, spojrzał lękliwie w lewo, w prawo. Któż nie pamięta szczęśliwego dzieciństwa. Ale mnie się bardzo spieszy, powiedział szybko. Nie bój się Karolku, niczego od ciebie nie chcę. W ogóle niczego już nie chcę. Powiedz mi tylko, jakim sposobem wspiąłeś się tak wysoko. To wszystko, o co cię proszę. Pan w cylindrze uśmiechnął się odrobinę spokojniej. Trzeba mieć trochę fartolu. Fartol w życiu to najważniejsza rzecz. A co to jest ten fartol, spytał Jan. Pan w cylindrze uśmiechnął się jak kiedyś w dzieciństwie, tym swoim dziwnym uśmiechem. Fartol to jest takie nowe szczęście. Zupełnie inne niż dawniej. Czy czegoś jeszcze potrzebujesz? Nie, dziękuję, to wszystko, odparł Jan i zamyślił się głęboko, odprowadzając wzrokiem pana w cylindrze, dawnego Karolka.

Bo zrozumiał, że fartol to takie szczęście aktywne, czyli czynne. Że szczęściu trzeba wychodzić naprzeciw, że trzeba zabiegać koło szczęścia, że trzeba szczęściu pomagać. I wtedy każdemu trafi się w życiu trochę fartolu.

Modlitewnik dla ateistow!

 Postanowilem oto napisać modlitewnik dla ateistow! W epoce targanej kryzysami i zwatpieniami odczułem nagly przyplyw wspołczucia dla cierpiacych i zdecydowalem sie w taki właśnie sposób wesprzeć  ich na duchu.


Zdaję sobie jednak sprawę z karkolomności tego przedsięwzięcia. Wszak ani razu nie bede mógł użyć słowa BÓG. Muszę go nazywać rozmaitymi innymi imionami, takimi jak na przykład pocałunek albo odurzenie, czy nawet — gotowana szynka. Ale najwazniejszym spośród owych imion jest dla mnie WINO, Dlatego ta książeczka nosi tytuł Filozofia wina, a motto do niej brzmi: Ostatecznie pozostaną dwie istoty — Bóg i wino.

Okolicznosci zmuszajq mnie do uprawiania gry pozorów. Jak powszechnie wiadomo, ateiści są ludzmi zapalczywymi, gwałtownie reaguja na teksty Bogu poświęcone i o Bogu mówiące. Jeśli zatem bede używał słów zastepczych, bez trudu wyprowadzę tych niezbyt mądrych ludzi w pole. Oni są przekonani, że modlić się można wyłącznie w kościele, w ciszy własnego ducha lub głośno powtarzając księdzem pacierze. Ateiści nie mogą liczyć na Królestwo Boże, odarci z wiary są ubodzy duchem. Ale nie ma potrzeby z nimi walczyć, jak to niegdys w dawnych czasach bywało. Nie uda sie ich przekonać, bo są uparci i przywiązani do własnych przekonań. Szukają dowartościowania w agresji i nadmiernej aktywnosci, co siłą rzeczy prowadzić musi do przemocy w celu uzyskania dominacji. Kiedy te światowe dominacje zdobyli, poczuli sie pyszni i jakże pewni siebie, ponieważ zrozumieli, jak bardzo im tej dominacji zazdroszczono, Postanowiłem zatem zmienić taktykę, wrócić do prawdy i na niej się oprzeć.

Nie ma czego zazdrościć ateistom — ani potęgi, ani pychy. Są oni bowiem naprawde ślepi i głusi, ich władza nic nie znaczy i do niczego nie prowadzi: Zamiast ich zwalczać, należy im po prostu wspdlczuć, więcej im dawać niż odbierać. Wszelkie dyskusje właściwie nie majq sensu, bo ateiści tak naprawde wcale nie są ludźmi areligijnymi, poniewaz takich ludzi nie ma na świecie. To może brzmi paradoksalnie, ale uważam ateistów wręcz za bigotów. Gorszych bigotów niż stare kobiety, które przed kościołami sprzedają groszowe broszurki, traktujące o cudownych właściwościach święconej wody. Święconą wodę stanowi dla ateistow materia, a świętym jest dla nich Einstein. Ateistyczna bigoteria nazywa się materializmem i opiera się na trzech dogmatach: czlowiek nie ma duszy, człowiek pochodzi od zwierzęcia, istnieje tylko życie doczesne. Wynika z tego, że ateiści się po prostu potwornie boją Pana Boga. Bohme mówi o nich, że żyją w gniewie bożym. Znają tylko Boga gniewnego, przed ktérym się kryją. Mówią ,nie ma Boga” i myślą, że w ten sposob przestaną się bać. Ale nieprawda, to tylko jeszcze wiekszy strach.

Ateista — co oczywiste — jest czlowiekiem zarozumiałym i innym być nie zamierza; nie sklania się do pokory ani do miłości. Jest zwyczajnie bezradny i bezwolny, on się boi. Trwa w swoim lęku (co zataja), probuje ukryć, skłamać poprzez okazywanie coraz większej buty i pychy. Z owej załosnej mieszaniny negacji, strachu, kłamstwa, pychy i bigoterii wyłonił sie zarówno materializm, jak i surogaty religii.

Atetstow nie nalezy nawracać siłą, nie wolno nawet tego próbować. Błądzą, bowiem są opanowani lekiem, trzeba podchodzié do nich z catkowitym spokojem. Ciało może być kalekie i ułomne. Dusza nie. Świat ducha jest wspanialy, bogaty, nie można go utracić i zubożyć. Można go zawsze odzyskać na nowo, nie uciekając się do cudu.

Modlitewnik dla ateistow! Uczy modlitwy, choć przecież tak naprawde nie jest modlitewnikiem. Wielka sprawa. Zgodnie z poglądem Nietzschego o dwoistości: cynizm razem z naiwnoscią, obojętność i przebiegłość okrutna mądrość i słowicza łagodność serca.

Przy tej okazji słow kilka o wyznawcach pietyzmu, o tej czarnej sekcie ateizmu. Zwyczajny materialista godny jest tylko najwyższego pożałowania, pietysta jest takim samym bezbożnikiem, tyle że z wyrzutami sumienia, wiec stroi się w pozory prawdziwej wiary. Wyznawca pietyzmu głosi idee życia o chlebie i wodzie, ukrywa kobiece kształty pod zgrzebnymi sukniami, nie przyzwala na śmiech i nawet słońce zasłoniłby kirem. Jest abstynentem, wszystko traktuje ze śmiertelną powaga. Oburzył się do żywego, kiedy zastąpiłem Boga pojęciem błogiej sytości, majac na myśli smak i zapach świątecznej szynki. Spokojnie, beda jeszcze i inne porównania, które wzbudzą protest. Będę się nawet usilnie o to starał. O ile ateistę należy oszczedzać, bo jako osobnik ograniczony nie bardzo sobie zdaje sprawę z tego co czyni, o tyle wyznawca pietyzmu nie ma co liczyć na wyrozumiałość. Będę go obserwować przez caly czas, będę wyśmiewał jego nadetą pychę, wcale się z tego nie tłumacząc.

Filozofia wina
Béla Hamvas

Zwierzoczłekoupiór czyli co czytał Varapanyo jak miał 10 lat i co teraz poleca (nie tylko niegrzecznym dzieciom)

 W wydanym w r. 1969 Zwierzoczłekoupiorze, kolejnej powieści przeznaczonej niby dla młodzieży, autor przedstawił dość dziwaczną historię chłopca o imieniu Piotr. Chłopiec ten, mieszkający w powojennym polskim mieście (zapewne w Warszawie), podróżuje wraz z mówiącym ludzkim głosem dogiem Sebastianem do innego świata, w którym czytelnik prozy Konwickiego odnajduje wileńską przedwojenną prowincję i ukazaną w Senniku współczesnym dolinę. Podróże te, podczas których bohater napotyka swojego sobowtóra, Troipa (anagram), przeplatane są opisami scen z rodzinnego i towarzyskiego życia chłopca nad wyraz rozwiniętego i oczytanego. Cenzorzy, uwrażliwieni szczególnie po niefortunnym dopuszczeniu do publikacji wr. 1967 Wniebowstąpienia, potraktowali Zwierzoczłekoupiora z podejrzliwością i surowością. Z góry przyjęto założenie, że jest to powieść z kluczem, w której aluzyjność względem PRL odgrywa ważną rolę, chociaż nie dezawuuje książki jako całości:


Fabuła powieści oparta jest na półrzeczywistych majakach człowieka nieuleczalnie chorego, przebywającego w szpitalu. Żeby było dziwniej, bohaterem jest poeta - mędrzec, uda-jący dziecko. Stan ciągłych skoków gorączkowych odbiera bohaterowi świadomość własnego bytu i dlatego rzeczywistość i senne majaczenia splatają się w niepodzielną całość. Są to majaki chłopca o imieniu Troip (czytaj: odwrotnie Piotr), który wyrastał na wileńskich „kresach”, zestawione z losami współczesnego warszawiaka.
Jest to książka „z kluczem”. [...] Uważaliśmy, że chociaż istnieje pewne ryzyko przy tego typu książkach, to można zezwolić na druk po ingerencjach. Cenzorzy, którzy czytali książkę, stwierdzali w swoich wnioskach recenzyjnych, że nie ma podstaw do zdyskwalifikowania książki. Dokonano więc licznych ingerencji idących w kierunku eliminacji zbyt przej-rzystych aluzji, tyczących współczesnej Polski, oraz stwierdzeń z końcowych partii książki, mających istotne znaczenie dla rysunku naszej rzeczywistości. [...] W podobne tendencje należy ingerować - we wszelkich notach sygnalnych bądź w recenzjach omawiających książkę 37.

Wśród kontrowersyjnych treści, które umknęły wyczulonemu oku pracownika cenzury, zachował się oryginalny wstęp i nieco przewrotne zakończenie powieści. Rozpoczyna się ona wyraźnym „mrugnięciem” w stronę dorosłego czytelnika:

Ta książka nie jest dla grzecznych dzieci. Grzeczne dzieci nic nie skorzystają z czytania moich wspomnień. Szkoda po prostu fatygi. Natomiast dzieci niegrzeczne - to zupełnie inna sprawa. Dzieci niegrzeczne znajdą w tej zdumiewającej historii wiele myśli pouczających, sporo przykładów wartościowych, a przede wszystkim dużo zrozumienia i współczucia dla ich trudnego losu 38.

Oczywiście, wstęp ten był adresowany nie tyle do młodego, ile przede wszystkim do dorosłego odbiorcy. Już na początku lektury dojrzały czytelnik konfrontowany był z sugestią „niegrzecznej” lektury, czyli lektury politycznej, zaangażowanej, buntowniczej wobec „rodzica”, czyli władzy. W takim wypadku nawet tytułowy „zwierzoczłekoupiór” mógł być odczytany jako symbol upiornego polskiego komunizmu, niezależnie od tego, jaka była intencja samego autora 39.

W dziwacznym, jak na młodzieżową prozę, zakończeniu nagle okazuje się, że główny bohater jest śmiertelnie chorym chłopcem, który aby urozmaicić sobie szpitalną udrękę, wymyślił całą opowiedzianą w Zwierzoczłekoupiorze historię.

Ostatnie słowa powieści można odczytywać dwuznacznie: „Najcudowniejsze, że pohasałem sobie trochę na swobodzie. Życzę wam tego samego. Żebyśmy tylko zdrowi byli. Żebyśmy tylko...”40. Ta niespodziewana forma liczby mnogiej, skierowana jakby do wspólnoty, i powtórzenie życzenia z urwaniem tekstu w drugim wypowiedzeniu i pozostawieniem wielokropka (niczym z czasów carskiej cenzury, gdzie wielokropek był w literaturze i publicystyce polskiej znaczący) sugerowały, że cała książka przeznaczona była także dla czytelnika dorosłego, zanurzo-nego w peerelowskiej codzienności końca lat sześćdziesiątych, świadomego niedawnego marcowego przesilenia. Okazało się jednak, że owo tajemnicze zakończenie to dzieło samego cenzora, awersja pierwotna była o wiele bardziej dosadna. W Nowym Świecie i okolicach Konwicki wyjawił, że Zwierzoczłekoupiora zakończył słowami: „Żebyśmy tylko zdrowi byli, żebyśmy tylko wolni byli”41.

W narracji powieści dostrzec można często zwątpienie w kompetencje czytelnicze młodego odbiorcy, zwątpienie przejawiające się w zaniechaniu pewnych wątków (ponieważ i tak nie zostaną należycie zinterpretowane) czy w odsyłaniu czytelnika do encyklopedii, podważaniu jego zdolności do właściwego rozumienia. To manifestowane podejrzenie o niedojrzały odbiór czytelne jest natomiast dla dorosłego, który w ten sposób zostaje zachęcony do lektury między wierszami. Komunikat, który od razu tak właśnie nastawiał czytelnika, zamieszczony był na obwolucie projektowanego wydania:

Ta pozornie „młodzieżowa” opowieść o przygodach, które się wydarzają i które się śnią kilkunastoletniemu chłopcu, pobłażliwie zezwalającemu uważać się za mniej dojrzałego od swego otoczenia, to w istocie przepiękna, poetycka baśń o nie przebranych zasobach liryzmu, humoru i zarazem trafnej psychologicznej intuicji, zjaką autor kreuje osobliwą postać narratora i czyni jego opowieść małym zwierciadłem paradoksów współczesnego świata42.

Cenzorzy nie zgodzili się na takie konstatacje, które od razu projektowałyby odbiór najnowszej powieści autora kontrowersyjnego Wniebowstąpienia ponownie w sposób dla władzy niekorzystny, bo czymże było określenie „małe zwierciadło paradoksów współczesnego świata”, jeśli nie eleganckim eufemizmem. Treść teks-tu na obwolucie zmieniono więc radykalnie, opisując książkę jako jeszcze jedną pozycję dla młodzieży.

Podobnie postąpiono z czytelnymi aluzjami do gomułkowskiej rzeczywistości, czego ślad znajdujemy wjuż cytowanym fragmencie recenzji sporządzonej na użytek GUKPPiW. Jednak niektóre drobne aluzje ostały się. Kaloryfery w mieszkaniu bohatera często nie grzeją. Mama Piotra poznaje Cecylię w ogonku po masło. Ojciec stracił pracę po jakimś konflikcie z dyrektorem. Przed blokiem lub przy pojemnikach na śmieci miejscowi pijaczkowie spożywają alkohol. Najbardziej interesująco prezentują się opisy programów emitowanych w telewizji. Na ekranie telewizora, jeśli nie pojawia się komunikat „przepraszamy za usterki”, migają sceny „wyciągania rur na zimno wjakiejś hucie”, „monotonnego przędze-nia przędzy”, „zachwalania przygotowania do wiosennych siewów” i „melioracji łąk”43, na które patrzy ponuro rodzina Piotra. Ponieważ historia opowiadana (i wymyślana) przez chłopca ma dwa alternatywne (pesymistyczne i optymistyczne) zakończenia, również tematyka programu telewizyjnego zmienia się zależnie od wydźwięku. W zakończeniu pechowym ojciec zabiera Piotra z planu filmowego i przywozi do domu, gdzie właśnie „w telewizji pokazywano butelkowanie mleka i to widocznie od dłuższego czasu, bo nikt nie patrzył na ekran”44. W zakończeniu optymistycznym - w telewizji wyemitowano „prawdziwą rewię z girlsami” i ojciec Piotra po raz pierwszy z zainteresowaniem patrzył w ekran. Na kometę, która ma uderzyć w ziemię, wszyscy bohaterowie czekają z utęsknieniem: „wszyscy mają dosyć, wszystkim trochę obrzydło” - komentuje Piotr45.

Te uciążliwości przypominają o jeszcze innej książce „dla młodzieży”. W wydanej w r. 1962 powieści Sławomira Mrożka Ucieczka na południe Gruby, Średni i Chudy przeżywają masę dziwnych i raczej niewesołych przygód, pomagając małpoludowi uciec z PRL. Aparatczycy w domowym zaciszu z nudów zakładają przed lustrem zabawne sztuczne nosy, a burmistrz miasteczka na wszelki wypadek uroczyście wita przybyłego gościa, chociaż nie wie, kim on jest (ale może być przecież dostojnikiem z któregoś z sojuszniczych państw). Wędrując przez cały kraj chłopcy co chwila natrafiają na rozmaite aberracje socjalistycznej rzeczywistości. Napotykają fabrykę, w której, aby wykonać plan, wypuszcza się dym z komina, choć nic się nie produkuje. W innym zakładzie wytwarza się obuwie, ale tylko na lewą nogę 46.

W Zwierzoczłekoupiorze znajduje się mała aluzja do kontroli słowa w PRL. Narrator wyobraża sobie, co by się wydarzyło, gdyby został królem, i stwierdza:

„gdyby wszystko było wolno, na pewno w gazetach zaczęliby rysować moje karykatury, pisać różne wiersze i felietony ośmieszające”47, zgodnie z myśleniem represyjnej i nadzorującej władzy. Innym razem Piotr wyobraża sobie, co by zrobił, gdyby zdobył czarodziejską różdżkę albo czapkę-niewidkę. Wśród paru pomysłów pojawia się i taki:

Przyjemnie byłoby również trafić do jakiegoś dalekiego, egzotycznego kraju na fałszowanie wyborów. Oczekiwałbym cierpliwie, aż te komisje skrutacyjne z ogromnym wysiłkiem, w straszliwej męce i z koszmarnymi nerwami sfałszują wreszcie szczęśliwie wyniki i wtedy dopiero, w ostatniej chwili, przywróciłbym stan faktyczny. Strach pomyśleć, co by się działo 48.

Jest to oczywiste odwołanie do praktyki władz peerelowskich, ukryte za metaforą „egzotycznego kraju”. Natomiast nie udało się przemycić Konwickiemu jawnie krytycznej Bajki o fartolu*. Cenzura wycięła ją w całości. Trudno się dziwić, ponieważ był to wyraźny przytyk do warunków, jakie należało spełnić, aby uzyskać w PRL znaczącą pozycję. Uczciwy, pracowity i pasjonujący się wieloma rzeczami Jasio, gdy dorasta, zostaje kolejno kompozytorem, dyrektorem i wreszcie konduktorem. Jednak każdy z tych zawodów staje się poniewczasie życiową porażką. Dorosły Jan zostaje bez pracy i wtedy wpada na wysiadającego z limuzyny pana w cylindrze, który okazuje się jego towarzyszem zabaw dziecinnych. Na pytanie, jak udało mu się osiągnąć tak wysoką pozycję, dostojny pan odpowiada, że po prostu należy mieć „trochę fartolu”. Karolek już bardzo wcześnie przejawiał pewne cechy, które zadecydowały o tytułowym „fartolu”: „bawił się jakoś czujnie, w napięciu, nie popełniał omyłek i tylko dziwnie się uśmiechał” 49.

Tak więc to nieludzkie cechy antagonisty Jasia, promowane przez system, zadecydowały o jego powodzeniu życiowym. Wniebowstąpienie, które faktycznie stanowiło literackie zerwanie pisarza z partią i spowodowało represje cenzuralne, było najbardziej krytycznie usytuowanym wobec systemu dziełem Konwickiego z okresu gomułkowskiego, a może i w całym jego dorobku. Chociaż pisarz stał się ostrożniejszy, późniejszy Zwierzoczłekoupiór także zawierał pewne czytelne jedynie dla dorosłego odbiorcy aluzje.

Pół wieku z cenzurą. Przypadek Tadeusza Konwickiego   Piotr Perkowski

3 5 AAN, GUKPPiW, sygn. 958, k. 42. Mowa tu o monografii: J. F u k s i e w i c z , Tadeusz Konwicki. Warszawa 1967.
3 6 AAN, KC PZPR. Wydział Kultury, sygn. 655/18 [brak paginacji].
3 7 AAN, GUKPPiW, sygn. 1051, k. 16-17.
8 T. K o n w i c k i , Zwierzoczłekoupiór. Wyd. 2. Warszawa 1972, s. 6.
3 9 Zob. P. K u n c e w i c z , Agonia inadzieja. T. 4: Proza polska od 1956. Warszawa 1994, s. 177.
4 0 K o n w i c k i , Zwierzoczłekoupiór, s. 277.
4 1 T. K o n w i c k i , Nowy Świat i okolice. Warszawa 1986, s. 162.
4 2 AAN, GUKPPiW, sygn. 1051, k. 21.
4 3 K o n w i c k i , Zwierzoczłekoupiór, s. 66, 67, 134, 182.
4 4 Ibidem, s. 260.
4 5 Ibidem, s. 87.
4 6 S. M r oż e k , Ucieczka na południe. Warszawa 1961.
4 7 K o n w i c k i , Zwierzoczłekoupiór, s. 110.
4 8 Ibidem, s. 253.
4 9 AAN, GUKPPiW, sygn. 1051, k. 20.

***
Konwicki przechodzi od jednego świata do drugiego, zaciera granice czasu i przestrzeni pokazując, że w żadnej z opisywanych rzeczywistości jego bohater nie może się zadomowić, w żadnej nie może zamieszkać. Co więcej, w Zwierzoczłekoupiorze nie ma przestrzeni bezdyskusyjnie pięknej i bezpiecznej – nie jest nią ani dom Piotra, ani plan filmowy, na którym cały czas coś się psuje, tym bardziej nie jest nią dolina. Za każdym rogiem czai się niebezpieczeństwo, które uruchamia wyobraźnię Piotra. Sprawia, że chłopiec nie jest bezczynny. Pisarz pokazuje, jak człowiek radzi sobie z lękiem, zaklinając rzeczywistość. W pewnym momencie Piotr informuje czytelnika:

„Myślę czasem o tym, co bym zrobił, gdybym to czy owo, ale myślę tylko dla zabicia czasu. Wszyscy popadają w takie głupie, dziecinne zamyślenia, choć się nigdy nikt do tego nie przyznaje”52.

Opowiadanie historii, tworzenie zmyślenia, w które chce się wierzyć, jest zaczarowywaniem rzeczywistości i kamuflowaniem lęku. W tym kontekście wiara w szczęśliwe zakończenie przygód Piotra to oznaka lęku człowieka, nie dopuszczającego do siebie możliwości klęski.

3

Jeśli między życiem i śmiercią nie ma granicy, to rację miał Troip, mówiąc we śnie do Piotra, że jest jednocześnie jego ojcem, bratem i synem. Krąg życia nie ustaje, a rola człowieka w nim jest znikoma. „A jednak ten Zwierzo-człekoupiór żyje w podświadomości wszystkich”53, kierując ludźmi i wpływając na ich zachowanie. To dla pokonania naszych lęków tworzymy opowieści i często zaczynamy w nie wierzyć, to z powodu lęku przed przegraną często nie podejmujemy ryzyka. Konwicki pokazuje, jak lęk ogranicza człowieka, mami go, napędza do samooszukiwania. W tym kontekście zachęta Piotra kierowana bezpośrednio do czytelnika, by wielokrotnie powracał do książki, jest zaproszeniem do przepracowania lęku: „Zresztą kto wie, może się jeszcze rozmyślę i w dalszym ciągu moich wspomnień ujawnię wam całą prawdę. Nie wiem, odczuwam lęki podobnie jak Sebastian, boję się straszliwej odpo-wiedzialności, boję się niewiadomych i być może katastrofalnych skutków mojej prawdomówności”54.

Ujawnienie całej prawdy, badania naukowe nie wzbogaciłyby wiedzy człowieka na temat lęku. Aby został on zrozumiany, musi zostać przeżyty:

„Wiem dobrze, pewnie pięć razy czytacie te słowa i nic nie rozumiecie. Ale nie życzę, żebyście je pojęli tak dobrze jak ja. Bo  n i e ś w i a d o m o ś ć  j e s t  w y n i k i e m  b r a k u
d o ś w i a d c z e n i a”55.

Konwicki zaprasza czytelnika do zbadania własnego Zwierzoczłekoupiora, odkrycia, w jaki sposób lęk nami kieruje i nas ogranicza. W zależności od tego, czy do Zwierzoczłekoupiora odbiorca podejdzie z lękiem, czy odważnie, lektura przebiegnie inaczej.

Pisarz pokazuje, w jaki sposób człowiek sam się oszukuje, sądząc, że może oszukać zły los. Ostrożność powodowana lękiem tylko pozornie chroni nas przed niebezpieczeństwem, a często mami. Piotra czeka samotność i śmierć w szpitalu. Nieważne, co zrobiłaby Cecylia (jedyna odważna postać w książce), nic nie ochroni jej przed przegraną – chciała wyjechać na stypendium, lecz uniwersytet, do którego miała się udać, zbankrutował.

Wnioski płynące z analizy Zwierzoczłekoupiora mogą przerażać, ale mogą także uwolnić od lęku. Cokolwiek byśmy robili, nie jesteśmy w stanie uniknąć niebezpieczeństwa. Od nas zależy tylko to, czy pozwolimy się zniewolić własnym lękom, poddamy się im, czy zdołamy dostrzec pozytywne walory życia. Pod koniec swojej opowieści Piotr zastanawia się, dlaczego wszystko kończy się źle:

Chyba ja tu jednak najmniej wygrałem. Ewa uciekła z Sebastianem, Majka z tym wisusem Dorianem, filmową karierę złamał ojciec, pieniądze trzeba zwrócić i w końcu jeszcze ta niezdarna, fujarowata planetoida trafiła kulą w płot, przeleciała kilkaset tysięcy kilometrów od ziemi. […] I dlaczego do licha to wszystko musi się skończyć smutno, łzawo, melancholijnie? Namęczyłem się w tych swoich perypetiach co niemiara, wyście się też ze mną nadenerwowali ile wlezie, więc po co te smętki i niedopowiedzenia na zakończenie? Nikt właściwie tego nie lubi. Może jedynie nasz gruby scenarzysta w okularach, bo dostaje poważne nagrody56.

Do pytania postawionego przez bohatera powieści wracał Piotr Graff, zirytowany tym, że pisarz zamieścił w powieści aż trzy warianty zakończenia. W kontekście badań nad lękiem nie jest to jednak zabieg nieuprawniony. Po wprowadzeniu drugiego zakończenia, w którym ojciec zaczyna akceptować rozwijającą się karierę filmową Piotra, a w domu wszystko się układa, główny bohater kieruje do czytelnika następujący apel: „Najserdeczniej wam radzę odłożyć w tym momencie książkę”57. Konwicki zachęca tym samym odbiorcę do zmierzenia się z własnym lękiem. Czytelnik może zakończyć lekturę i ulec „lękowi” przed niewygodną prawdą lub może się z nimi zmierzyć.

Autor powieści podpowiada, że człowiek ma wybór, może tkwić w kłamstwie lub zaakceptować kształt świata. Warto się zastanowić, czy „pozytywne” zakończenie, jakie proponuje pisarz, jest czymś niezwykłym. Można się także zastanawiać, czy jest ono w pełni pozytywne. Ewunia i Sebastian odeszli, chłopiec zaczyna sobie tłumaczyć, że cieszy się z rozkwitania uczucia między nim a Majką. To nic niezwykłego, chociaż proponowane zakończenie może wydawać się banalne po ciągu takich przygód. Kiedy jednak doczytamy książkę do końca, zakończenie „pozytywne” zyska nowy wymiar. W obliczu choroby zwyczajna egzystencja, normalne życie w nudnym domu, staje się czymś cudownym i upragnionym. W obliczu śmierci codzienne lęki życia wydają się śmieszne, mało znaczące. Lęk może nas zniewolić, sprawić, że codzienne troski urosną do takich rozmiarów, że nie będziemy w stanie, tak jak ojciec Piotra, odejść od telewizora. W lęku przed tym, co przyniesie nam przyszłość, będziemy tkwić w miejscu.

Powróćmy do cenzora, od którego zaczęliśmy naszą opowieść. Jego ingerencja nie zubożyła książki, ale pozwoliła jej zaistnieć w szerszym – niż polityczny – kontekście. Zwierzoczełkoupiór stał się powieścią uniwersalną i ponadczasową, bo dotykającą jednego z najważniejszych problemów współczesności, tj. lęku, z powodu którego – jak dowodzi Zygmunt Bauman – tak często człowiek zaprzedaje własną wolność 58.

Wolność a/i lęk.
O „Zwierzoczłekoupiorze” Tadeusza Konwickiego

Ewa Bartos

Abstrakt W 1969 roku Tadeusz Konwicki opublikował Zwierzoczłekoupiora. Powieść za sprawą cenzury została skierowana do dzieci i dojrzałego czytelnika. Cenzor chciał, aby polityczno-społeczne konteksty stały się w powieści mniej widoczne.

Książka poza sferą polityczną zyskała jednak na uniwersalności. Autorka artykułu interpretuje powieść poprzez analizę figury lęku, który staje się siłą odbierającą człowiekowi wolność i tym samym zyskuje nad nim największą władzę.

Abstract In 1969, Tadeusz Konwicki published Zwierzoczłekoupiór. The novel due to censorship was addressed to children and a mature reader. The censor wanted to make a political and social contexts less visible in the novel. It happened differently though, the book gained universality outside the political sphere. Author interprets the novel by analyzing the figure of anxiety embedded in it, which becomes a force that deprives man of freedom and thus gains the greatest power over him.

sobota, 20 czerwca 2026

Czy w Lutoryżu pod Rzeszowem prowadzono eksperymenty medyczne na dzieciach?

 

Wstrząsające odkrycie pod Rzeszowem.

Dzień dobry Panie Mirosławie. Do wstrząsającego odkrycia doszło kilka dni temu w Lutoryżu pod Rzeszowem. 

57-letnia lekarka zakopała na swojej działce zwłoki kilkudziesięciu dzieci. Służby pracowały na miejscu kilka dni. Dotychczas odkryto 34 ciała.

Kobieta, która pracowała w kilku szpitalach w Rzeszowie, a ostatnio miała być zatrudniona również w Zamościu, została zatrzymana, a prokuratura analizuje możliwe wersje wydarzeń. 

Nie wiemy co dokładnie działo się w Lutoryżu, ale prawdopodobne są dwie, być może powiązane ze sobą sytuacje:

1) Dokonywano masowych, nielegalnych aborcji. W szpitalach na Podkarpaciu oficjalnie prawie nie przeprowadza się aborcji. Możliwe, że próbowano zatuszować dokonujące się zbiorowe dzieciobójstwo.

2) Prowadzono eksperymenty medyczne na dzieciach. Zatrzymana lekarka specjalizowała się m.in. w badaniach tkanek i narządów. Nasza Fundacja od lat informuje opinię publiczną w Polsce, że abortowane dzieci to jeden z głównych „surowców” branży medycznej i farmaceutycznej, a organy wycinane żywym jeszcze dzieciom urodzonym w wyniku aborcji służą do badań nad lekami, szczepionkami i kosmetykami (warto przeczytać nasz raport na ten temat).

Zwraca uwagę również fakt, że aktywistki aborcyjne, które namawiają Polki do aborcji, w swoich poradnikach doradzają, aby po zamordowaniu dziecka pozbyć się jego ciała, a jednym z najlepszych sposobów na ukrycie zwłok ma być zakopanie ich w ogrodzie. Lekarka z Lutoryża „wpadła” ponieważ sprzedała działkę, a nowy właściciel odkrył ciała dzieci w trakcie prac budowlanych.

Takie są właśnie konsekwencje aborcyjnej propagandy, ideologii i mentalności, zgodnie z którą dziecko w łonie matki nie jest człowiekiem tylko „pasożytem”, którego należy pozbyć się z organizmu jak „odpadu medycznego”.

To również konsekwencje braku karalności za dzieciobójstwo prenatalne oraz pomocnictwo w tym procederze i rezultat odrzucenia w latach 2011-2023 wszystkich obywatelskich projektów „Stop aborcji”, pod którymi nasza Fundacja zebrała kilka milionów podpisów poparcia Polaków. Projekty te zakładały nie tylko zakaz aborcji, ale również wprowadzenie w Polsce skutecznych mechanizmów karalności za zabicie poczętego dziecka.

Dlatego walczymy dalej, aby powstrzymać aborcję i ratować dzieci. Ta walka rozgrywa się obecnie przede wszystkim na płaszczyźnie świadomości i sumień Polaków. Chcemy sprawić, aby aborcja stała się dla naszego społeczeństwa czymś nie do pomyślenia.  Na nadchodzący tydzień zaplanowaliśmy uliczne akcje informacyjne oraz publiczne różańce w intencji odnowy moralnej Polski i powstrzymania aborcji w 20 miastach i miejscowościach.
Chcemy być m.in. w: Dynowie, Koszalinie, Lublinie, Puławach, Wieliczce, Zabrzu, Dęblinie, Ełku, Szamotułach, Włocławku, Słomnikach, Łomży, Bielsko-Białej, Łańcucie, Zgierzu, Strykowie, Poznaniu, Gorzowie Wielkopolskim, Białymstoku, Kielcach.

Jeżeli chce Pan, żebyśmy tam dotarli, proszę nam pomóc.

Nasi wolontariusze są w gotowości do działania – wyjazdu w teren, rozstawienia akcji na ulicach, rozmawiania z przechodniami, rozdawania ulotek i broszur, pokazywania bannerów, emitowania nagrań informacyjnych z megafonów. To jest nasza część.

Pan może umożliwić wolontariuszom organizację tych akcji. Paliwo, transport, druk materiałów, bannery, megafony, namioty, kamery oraz ochrona prawna przed pozwami, procesami i przesłuchaniami – to wszystko przy kilkudziesięciu akcjach tygodniowo sumuje się w realny budżet, który musi zostać zapewniony zanim wolontariusze wyjdą na ulice.

Każde miejsce, w którym stoimy, to kolejne wyraźne, głośne, publiczne świadectwo – że sprawa aborcji nie znika, nie milknie, nie odpuszcza.

Niedawno informowaliśmy o księdzu, który podszedł do naszych wolontariuszy w trakcie akcji ulicznej i powiedział, że z konfesjonału wie, ile dzieci przed aborcją uratowały nasze akcje w tym konkretnym miejscu. Nie wiemy, kto w ciągu nadchodzącego tygodnia zmieni zdanie o aborcji pod wpływem naszych akcji. Wiemy jednak, że jeśli nas nie będzie, na pewno nie zmieni go nikt.

Dlatego liczę na Pana pomoc i zaangażowanie w organizację planowanych akcji. WPŁACAM Konto Fundacji do darowizn:79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Z wyrazami szacunku, 

Mariusz Dzierżawski 
Fundacja Pro – Prawo do życia KRS: 0000233080
NIP: 1231051050
REGON: 010083573
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków

13-miesięczny chłopczyk już nie żyje. Został zgwałcony na śmierć przez dwóch gejów, którzy go adoptowali


Szanowny Panie, Drogi Obrońco Życia Dzieci!

Ten słodki 13-miesięczny chłopczyk, którego widzi Pan na poniższym zdjęciu – już nie żyje. Został zgwałcony na śmierć przez dwóch gejów, którzy go adoptowali – tak, tych ze zdjęcia. Sąd właśnie potwierdził, że są winni zabójstwa.


***

Wbrew poprawności politycznej nagłaśniamy takie sytuacje – dla dobra dzieci. Czy możesz wesprzeć naszą pracę?

Wspieram

***

Preston urodził się w 16 czerwca 2022 roku w Manchesterze i pięć dni po narodzinach trafił pod opiekę zastępczą na mocy pilnego nakazu wydanego przez angielski sąd. Przez pierwsze dziewięć miesięcy życia mieszkał u rodziców zastępczych. Para gejów – Jamie Varley i John McGowan-Fazakerley – została zatwierdzona jako kandydaci do adopcji w styczniu 2023 roku, a Preston zamieszkał z nimi w miejscowości Blackpool w kwietniu, gdy miał dziewięć miesięcy.

Od tego czasu niemowlę wielokrotnie trafiało do lekarza ze śladami przemocy: krwawieniem z nosa i napadami drgawek, później z wysypką i siniakami, ze złamanym lewym łokciem. Pracownicy socjalni, którzy w trakcie procesu adopcyjnego odwiedzali gejów i chłopca w domu, poszli jednak po linii poprawności politycznej, chwalili nowoczesną „rodzinę” i nie stwierdzili zagrożenia dla dziecka.

27 lipca 2023 r. Varley po raz ostatni zawiózł Prestona do szpitala w Blackpool. Twierdził, że zostawił dziecko w wannie na kilka minut, a po powrocie znalazł je pod wodą. Lekarze stwierdzili jednak, że chłopiec był suchy i nie było dowodów, by połknął wodę. Preston mimo reanimacji wkrótce zmarł.

Dziewięćdziesiąt minut przed przewiezieniem chłopca do szpitala Varley nagrał film, na którym dziecko było w skrajnym cierpieniu i ledwo oddychało.

Część dowodów w trakcie procesu była tak drastyczna, że jeden z przysięgłych nie był w stanie kontynuować udziału w sprawie – proces przerwano i rozpoczęto ponownie z nową ławą przysięgłych.

***

Pomóż ratować dzieci przed homo-adopcjami. Wesprzyj działania finansowo.

Wspieram

***

W minionym tygodniu Jamie Varley został skazany na dożywocie bez możliwości ubiegania się o zwolnienie warunkowe. Drugi homoseksualista – McGowan-Fazakerley – dostał 25 lat więzienia. Sąd uznał, że Preston był ofiarą przemocy fizycznej, seksualnej i emocjonalnej. Sama sekcja zwłok wykazała u dziecka 40 obrażeń zewnętrznych i wewnętrznych, a przyczyną zgonu było zaduszenie dziecka podczas gwałtu.

Szanowny Panie,

Czy wie Pan, jakie skutki wywołał ten skandal w Wielkiej Brytanii? Hrabstwo Lancashire, w którym mieszkał i zginął Preston, będzie teraz robić audyt procedur adopcyjnych. Sprawdzone ma być też działanie policji, opieki społecznej i systemu ochrony zdrowia. Nikt jednak nie zwraca uwagi na podstawowy problem: homoadopcje jako takie. Geje ani lesbijki nie powinni mieć oddawanych pod opiekę żadnych dzieci. Dziećmi mogą opiekować się wyłącznie osoby pozostające w normie seksualnej, inaczej dziecko narażone jest na wykorzystanie. W przypadku homoseksualistów dochodzą także inne współistniejące zagrożenia, jak choćby skłonność do przemocy – w tym przemocy skrajnej i skierowanej wobec dzieci.

Poprawność polityczna i wszechobecna cenzura i/lub autocenzura powodują, że kraje Zachodu są w ślepej uliczce.

W Polsce też obserwujemy presję na adopcje dzieci przez homoseksualistów. A zaczyna się to wszystko od legalizacji związków jednopłciowych. Środowisko LGBT w Polsce walczy w tej chwili o transkrypcje swoich pseudo-małżeństw – związków cywilnych zawartych w innych państwach UE.

Już teraz zapowiadają, że następnie wyciągną rękę po dzieci.

Fundacja Życie i Rodzina podejmuje liczne działania, aby tak się nie stało. Wiemy jednak doskonale, że decyzje, które zapadną na górze, będą wprost zależeć od tego, jaka będzie świadomość społeczna w sprawie LGBT. I wiemy, jak o tę świadomość zadbać.

Przygotowaliśmy projekt grafiki, którą chcemy w najbliższych godzinach przesłać do drukarni i wyprodukować co najmniej 10 szt. wielkoformatowych banerów. A potem pokazać je na ulicach w całej Polsce – w trakcie parad LGBT, pikiet edukacyjno-informacyjnych i innych akcji ulicznych.


Dlatego zwracam się do Pana z prośbą o pomoc w sfinansowaniu druku tych banerów. Jedna sztuka kosztuje 400 złotych – więc muszę zebrać 4000 złotych, aby zlecić taki druk.

Ponieważ chcę jak najszybciej wyposażyć oddziały terenowe Fundacji w banery, szukam:

– 40 osób, które mogą wpłacić po 100 złotych

– lub 20 osób, które wpłacą po 200 złotych.

Czy może Pan być jedną z tych osób?

Bardzo o to proszę.

Dane do wpłat:

Fundacja Życie i Rodzina

Numer konta:

47 1160 2202 0000 0004 7838 2230

Kod SWIFT dla przelewów transgranicznych: BIGBPLPW

Blik/płatności kartami/szybkie przelewy online:

www.RatujZycie.pl/wesprzyj

tytułem: BANERY PRESTON

Każdy baner to źródło informacji i możliwość otwarcia oczu tysiącom Polaków. Wielu z nich nie dowie się o tragedii maleńkiego Prestona z mediów, do których ma na co dzień dostęp. Dlatego te banery muszą jak najszybciej trafić na ulice.

Sam proces druku to 2-4 dni roboczych.

Czy może Pan wpłacić 100 lub 200 złotych, abym mógł zlecić ten druk w najbliższych godzinach?

Z wyrazami szacunku,


Krzysztof Kasprzak
Fundacja Życie i Rodzina
www.RatujZycie.pl
PS – Jeśli ludzie w Polsce nie dowiedzą się, czym kończą się homo-adopcje, politykom przyjaznym LGBT będzie łatwiej do tych adopcji doprowadzić. Walczymy, aby ochronić polskie dzieci.

Proszę o pomoc finansową w tej walce, dane do wpłat w linku: www.RatujZycie.pl/wesprzyj.

WSPIERAM
NUMER RACHUNKU BANKOWEGO: 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
NAZWA ODBIORCY: FUNDACJA ŻYCIE I RODZINA
TYTUŁEM: DAROWIZNA NA CELE STATUTOWE
DLA PRZELEWÓW Z ZAGRANICY:
IBAN:PL 47 1160 2202 0000 0004 7838 2230
KOD SWIFT: BIGBPLPW

MOŻNA TEŻ SKORZYSTAĆ Z SYSTEMÓW DO SZYBKICH PRZELEWÓW, BLIKA LUB PŁATNOŚCI KARTAMI POD LINKIEM: https://ratujzycie.pl/wesprzyj/


Handlarze strachu


Wyszukał, opracował i udostępnił: Jarek Ruszkiewicz

=============================

Żyjemy w świecie, który zdaje się oszalał. Jakby między ludźmi a rzeczywistością wzniesiono gigantyczne, krzywe lustro, które odwraca wartości, przeinacza oczywistości i nagradza najbardziej drapieżne zachowania. W tej ogromnej komedii absurdu garstka drapieżników dokonała historycznego wyczynu, przekonując miliardy ludzi, że niewola to stan normalny, że niepewność jest nieunikniona, a posłuszeństwo cnotą.

Od pokoleń ci samozwańczy mistrzowie prosperują dzięki mechanizmowi równie prostemu, co skutecznemu, opartemu na strachu. Strachu, który jest pielęgnowany, udoskonalany i przekazywany z pokolenia na pokolenie niczym dziedzictwo. Strachu, który stał się niewidzialną infrastrukturą, na której opiera się cały porządek społeczny.

Wokół nich krąży dwór strażników narracji, świeckich kapłanów, zarządców symboli i twórców iluzji. ​​Nienaganne mundury, uroczyste ceremonie, pieczołowicie pielęgnowane tradycje – wszystko to sprzysięga się, by stworzyć wrażenie, że ci, którzy mieszkają w pałacach, są naturalnie skazani na podziw. Spektakl jest tak starożytny, że w końcu wydaje się naturalny. Jednak za złoconą fasadą często pozostaje jedynie podstawowa zasada, której celem jest gromadzenie władzy przez tych, którzy już ją posiadają.

Iluzja żeruje na krwi i zamęcie historii. Zabójstwa, ataki, nieudane rewolucje, zamachy stanu i wojny służą jako paliwo dla gigantycznej machiny narracyjnej. Każdy kryzys staje się okazją do wzmocnienia przekonania, że ​​to właśnie elity są niezbędne dla stabilności świata, który w rzeczywistości pomagają destabilizować.

W tym wypaczonym obrazie rzeczywistości ideolodzy, eksperci, propagandyści i strażnicy ortodoksji odgrywają rolę współczesnych magów. Ich funkcją jest nie tyle wyjaśnianie ich sfabrykowanej rzeczywistości, co spowijanie jej mgłą na tyle gęstą, by uniemożliwić komukolwiek dostrzeżenie jej prawdziwych mechanizmów. Dzielą, kategoryzują, nastawiają przeciwko sobie i przekierowują gniew z chirurgiczną precyzją.

Ich najwspanialszym osiągnięciem jest przekształcenie drapieżnika w filantropa, a grabieży w cywilizacyjny obowiązek. Historia pełna jest przykładów, w których ci, którzy zgromadzili kolosalne fortuny poprzez wyzysk, chciwość lub głęboko nierówne systemy, byli następnie celebrowani jako dobroczyńcy ludzkości. Przedsiębiorstwa kolonialne, które ogołociły całe kontynenty z zasobów, były przedstawiane jako agenci postępu. XIX-wieczni przemysłowcy, budujący swoje imperia na wyczerpującej pracy robotników i dzieci, są dziś czczeni za swoje fundacje charytatywne i biblioteki. Imperia finansowe, które powodują niszczycielskie kryzysy gospodarcze, są ratowane z funduszy publicznych w imię stabilności, podczas gdy obywatele, którzy płacą rachunek, są wzywani do odpowiedzialnego działania.

Kiedy Brytyjska Kompania Wschodnioindyjska splądrowała zasoby rozległych terytoriów Azji, prezentowała się jako motor napędowy handlu i cywilizacji. Kiedy Cecil Rhodes rozszerzył swoje wpływy w Afryce, budując imperium kolonialne, został uznany za wizjonera. Kiedy niektórzy magnaci rewolucji przemysłowej, jak baronowie- rozbójnicy Nowego Porządku Świata, zgromadzili ogromne fortuny w często brutalnych warunkach socjalnych, przeszli do historii jako oświeceni mecenasi. W ostatnich latach liderzy głównych instytucji finansowych odpowiedzialnych za kryzys z 2008 roku nigdy nie ponieśli konsekwencji porównywalnych z tymi, jakie poniosły miliony ludzi, którzy stracili pracę lub domy w wyniku ich decyzji.

Zasada wydaje się niezmienna: drobny złodziej jest wytykany palcami, a wielki drapieżnik otrzymuje medal. Ten, kto kradnie zawartość kasy w sklepie, jest przestępcą; ten, kto przywłaszcza sobie przemysł, kraj lub całe pokolenie, staje się kapitanem przemysłu, strategiem lub mężem stanu. Im większa skala grabieży, tym bardziej jest ona skrywana pod płaszczykiem legalności. Zorganizowana grabież dokonywana przez tę kastę szkodników po prostu zmienia swój strój; wczoraj była uzbrojona w miecz, dziś jest po prostu ubrana w szyty na miarę garnitur, otoczona prawnikami, specjalistami od PR i oficjalnymi ceremoniami. Zatem ich arcydzieło polega na przekształceniu drapieżnika w dobroczyńcę, a grabieży w szanowaną instytucję.

Kto ukradnie kilka banknotów, staje się przestępcą. Kto przywłaszcza sobie zasoby kontynentu, staje się mężem stanu. Kto opróżnia skarbiec narodu, otrzymuje zaszczyty, tytuły, a czasem nawet miejsce w podręcznikach historii. Im większe przywłaszczenie, tym bardziej wydaje się ono uzasadnione. W tym tkwi cud tej moralnej inwersji!

Podczas gdy uwaga skupia się na starannie wyznaczonych wrogach, prawdziwe ośrodki władzy pozostają w cieniu. Masy kłócą się, obrażają i ścierają z powodu kolejnych, często ulotnych przyczyn. Wyczerpują się w nieustannych wojnach kulturowych, podczas gdy bogactwo wciąż rośnie.

Jeśli chcemy wyjść poza mit „głębokiego państwa”, nie musimy powoływać się na tajną organizację czającą się w cieniu. W krytycznej analizie współczesnej władzy, to, co niektórzy nazywają tym terminem, to nie tyle niewidzialny spisek, co zbiór doskonale rozpoznawalnych sieci wpływów, na które składają się ogromne odziedziczone fortuny, strategiczne grupy przemysłowe, międzynarodowe koncerny energetyczne, instytucje finansowe, firmy konsultingowe, giganty technologiczne i podmioty zdolne do wywierania nieproporcjonalnego wpływu na decyzje publiczne. Ich prawdziwa siła tkwi nie w absolutnej tajemnicy, lecz w ich powszechnej widoczności. Zasiadają w zarządach, finansują think tanki, uczestniczą w ważnych forach ekonomicznych, spotykają się z liderami politycznymi i kształtują część agendy publicznej bez konieczności ukrywania się.

Duzi producenci broni, międzynarodowe koncerny naftowe i imperia finansowe niekoniecznie tworzą jednorodny blok realizujący jeden cel; łączy je jednak wspólny interes w zachowaniu porządku gospodarczego, którego są głównymi beneficjentami. Do tego dochodzą nowe ośrodki władzy, które wyłoniły się z rewolucji cyfrowej. Firmy takie jak Google, Meta, Amazon, Apple i Microsoft posiadają obecnie wpływ na informację, komunikację, konsumpcję, a nawet debatę publiczną, jakiego żadna prywatna firma nie mogłaby sobie wyobrazić jeszcze kilka dekad temu. Ich liderzy są dobrze znani, udzielają wywiadów, są celebrowani w mediach i zapraszani na najbardziej prestiżowe konferencje międzynarodowe. Paradoks tkwi w tym, że najbardziej strukturalna siła w naszym społeczeństwie nie zawsze jest ukryta; wręcz przeciwnie, często jest eksponowana w pełnym świetle dziennym, ale zawsze prezentowana pod uspokajającym płaszczykiem innowacji, sukcesu przedsiębiorczości lub postępu technologicznego.

Z tej perspektywy, zasadnicze pytanie nie brzmi, czy niewidzialna ręka potajemnie kieruje światem, ale raczej, jak pewne nadzwyczajne skupiska bogactwa, własności, danych, siły lobbingowej i dostępu do decydentów mogą kształtować zbiorowe priorytety. Współczesna władza niekoniecznie nosi maskę, co często widać na okładkach magazynów biznesowych, na podium międzynarodowych szczytów i w rankingach najbogatszych ludzi świata. To właśnie ta normalizacja wpływów czasami utrudnia jej kwestionowanie.

Zatem, choć kwestia wyczerpywania się zasobów i „granic wzrostu” nie jest nowa, często służyła jako krzywe zwierciadło, odzwierciedlając zarówno uzasadnione obawy, jak i znacznie bardziej nieprzejrzyste strategie wywierania wpływu. Zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych idea rychłego wyczerpania się ropy naftowej powracała wielokrotnie w XX wieku, by być regularnie podważana lub obalana przez postęp w technikach wydobywczych i odkrycia nowych złóż. Ta narracja o niedoborze nigdy jednak nie była neutralna, ponieważ podsycała zbawienną krytykę obsesji na punkcie produktywizmu, a jednocześnie dostarczała wygodnego języka niektórym podmiotom gospodarczym do legitymizacji własnych interesów.

W latach 70. XX wieku, w okresie szoków naftowych, kilka dużych firm z sektora podejrzewano o skoordynowane działania mające na celu ograniczenie podaży i sztuczne zawyżanie cen, w kontekście już napiętym decyzjami OPEC i niestabilnością geopolityczną. Jednocześnie działalność Klubu Rzymskiego i jego przełomowy raport „Granice wzrostu” przyczyniły się do spopularyzowania idei rychłego fizycznego ograniczenia możliwości rozwojowych ludzkości. Nie kwestionując znaczenia długoterminowych ostrzeżeń środowiskowych, scenariusze te były niekiedy wykorzystywane w dyskursie politycznym i gospodarczym w sposób znacznie odbiegający od ich pierwotnego zamysłu.

Jednocześnie przemysł zbrojeniowy w niedoborze zasobów i napięciach, jakie on generuje, odnalazł powtarzający się argument uzasadniający konflikty i logikę militarnego bezpieczeństwa dostaw. Konkurencja o surowce – ropę naftową, gaz, minerały strategiczne – staje się wówczas narracją strukturalną, która może służyć zarówno potępieniu nadużyć modelu ekstraktywistycznego, jak i legitymizacji strategii władzy, interwencji lub kontroli terytorialnej. W ten sposób ta sama idea – idea granic – nieustannie oscyluje między szczerym ostrzeżeniem ekologicznym a narzędziem politycznego uzasadnienia, w zależności od tego, kto ją stosuje.

Mechanizm jest zawsze ten sam: stworzyć postać odpychającą, skupić na niej całą zbiorową uwagę, a następnie pozwolić widzom wyładować w niej swój gniew. W ten sposób reflektor oświetla wybraną postać, podczas gdy ci, którzy ją stworzyli, pozostają ukryci za kurtyną.

Gniew staje się wówczas surowcem. Oburzenie przekształca się w towar. Konflikt staje się odrębnym przemysłem. Bo w tym systemie kryzysy nie są już tylko katastrofami do rozwiązania, ale raczej szansami do wykorzystania, dźwigniami władzy, źródłami zysku lub legitymizacji politycznej.

Kanały informacyjne nadające przez całą dobę od dawna wiedzą, że społeczeństwo zaniepokojone utrzymuje łączność dłużej niż społeczeństwo spokojne. Każda kontrowersja jest analizowana przez wiele dni, każdy drobny incydent zostaje podniesiony do rangi tragedii narodowej, każdy spór napędza nieprzerwany cykl debat, reakcji i kontrreakcji. Strach przyciąga uwagę, a uwaga generuje dochód. W gospodarce informacyjnej lęk stał się towarem.

W mediach społecznościowych logika jest jeszcze bardziej brutalna. Algorytmy „Facebooka”, „X”, „TikToka” i „YouTube’a” często faworyzują treści wywołujące silne reakcje emocjonalne, takie jak gniew, strach, oburzenie i uraza. Im bardziej kontrowersyjny jest dany materiał, tym szerzej się rozchodzi. Im szerzej się rozchodzi, tym większe generuje zaangażowanie. W ten sposób ciągła konfrontacja staje się paliwem napędzającym model ekonomiczny. A ludzie toczą wojnę poziomą zamiast pionowej, skierowaną ku górze i tym, którzy naprawdę na niej korzystają!

Od dziesięcioleci historia polityczna oferuje to samo widowisko. Po każdym poważnym kryzysie – czy to po atakach z 11 września 2001 roku, kryzysie finansowym z 2008 roku, sfingowanej pandemii COVID-19, trwającej interwencji Rosji i przekierowaniu funduszy do rajów podatkowych przez Ukrainę, czy innych okresach niestabilności – systematycznie wprowadzane są nowe mechanizmy kontroli, nadzoru lub środki nadzwyczajne w imię bezpieczeństwa zbiorowego. Ale systemy te istnieją jedynie po to, by chronić skorumpowanych i zniewolonych, świadomych obywateli. Niektóre są uzasadnione i konieczne, podczas gdy inne utrzymują się długo po ustąpieniu pierwotnego zagrożenia. W ten sposób każdy wstrząs wzmacnia rolę instytucji odpowiedzialnych za zarządzanie jego skutkami i zamyka społeczeństwa w tyrańskim systemie masowego nadzoru.

Przemysł zbrojeniowy prosperuje wyłącznie dzięki napięciom geopolitycznym, które sam generuje. Firmy zajmujące się cyberbezpieczeństwem prosperują dzięki strachowi przed cyberatakami, które same generują. Konsultanci i inni eksperci prosperują dzięki kryzysom, które obiecują przewidzieć. Platformy cyfrowe prosperują dzięki konfliktom, które wzmacniają. Aktorzy polityczni prosperują dzięki podziałom, które publicznie potępiają, jednocześnie potajemnie je podsycając.

W tym nieustannym klimacie napięcia obywatele żyją w stanie niemal nieustannego pogotowia, tracąc tym samym racjonalność. Coraz trudniej im odróżnić autentyczną pilność od spektaklu pilności. Każdy tydzień przynosi nowego wroga, nowe obowiązkowe oburzenie, nowy skandal przedstawiany jako egzystencjalny. Zbiorowa uwaga jest rozproszona, głęboka refleksja staje się rzadkością, a strukturalne przyczyny problemów znikają w natłoku natychmiastowych reakcji.

Rezultat jest paradoksalny: im więcej społeczeństwa informacyjne posiadają, tym większe ryzyko, że zostaną przytłoczone przez jego szum. Im bardziej są połączone, tym bardziej mogą się rozdrobnić. A im bardziej żyją w ciągłym strachu, tym chętniej delegują swoją wolność, osąd lub odpowiedzialność tym, którzy obiecują je uspokoić. W ten sposób kryzys przestaje być wyjątkiem, a staje się sposobem rządzenia, rynkiem uwagi i modelem ekonomicznym.

Z biegiem czasu ta logika wywołuje dziwny zbiorowy niepokój. Ofiary podziwiają swoich ciemiężców. Wyzyskiwani marzą o tym, by być podobnymi do tych, którzy ich wyzyskują. Symbole władzy stają się obiektami powszechnej fascynacji. Korony, trony, dynastie i hierarchie przetrwały nie dlatego, że zostały narzucone wyłącznie siłą, ale dlatego, że zajmują zbiorową wyobraźnię.

Sam język ostatecznie zwraca się przeciwko tym, którzy go używają. Słowa tracą znaczenie. Wojna staje się operacją pokojową. Inwigilacja staje się ochroną. Cenzura staje się odpowiedzialnością. Wojna staje się moralnością. Agresja staje się atakiem wyprzedzającym. Przywilej staje się zasługą. A każda inwersja dodaje kolejną warstwę do mgły.

Podczas gdy oczy są zniewalane pompą, ceremoniami, starannie wyreżyserowanymi skandalami, partyjnymi kłótniami i nieprzerwanym strumieniem rozrywki, istotne realia rozgrywają się poza ekranem. Za nieustannym brzękiem ekranów dokonuje się głębsza transformacja, wraz ze stopniową erozją autonomii intelektualnej, krytycznego rozeznania i zdolności jednostek do samodzielnej interpretacji otaczającego świata. To panowanie infantylizacji.

Nigdy wcześniej w historii społeczeństwa nie miały dostępu do tak wielu informacji. Nigdy wcześniej nie były narażone na tak silny zalew sprzecznych, emocjonalnych i natychmiastowych treści. A jednak każdego dnia miliony ludzi poświęcają więcej czasu na śledzenie zwrotów akcji w życiu celebrytów, kontrowersji związanych z wirusami czy starć między influencerami niż na zrozumienie mechanizmów ekonomicznych, politycznych czy technologicznych, które naprawdę kształtują ich życie.

Kiedy królewski ślub czy mecz piłkarski przyciągają setki milionów widzów ledwo przekraczających granicę ubóstwa, kiedy najdrobniejsze gesty medialnych osobistości stają się wydarzeniami o zasięgu globalnym, kiedy całe tygodnie antenowe poświęcone są jałowym kontrowersjom chwili, wszystkie fundamentalne kwestie znikają ze zbiorowej świadomości. A restrukturyzacja przemysłu, koncentracja władzy gospodarczej, dług publiczny, transformacja pracy i wykorzystywanie danych osobowych wciąż postępują w względnej tajemnicy.

Podczas gdy uwaga opinii publicznej skupia się na najnowszym skandalu wirusowym, kilkadziesiąt konglomeratów wywiera coraz większy wpływ na globalną infrastrukturę informacyjną, handlową, komunikacyjną i cyfrową. Firmy takie jak Google, Meta, Amazon, Apple i Microsoft zajmują obecnie centralne miejsce w przepływie informacji, wymianie gospodarczej, a nawet interakcjach społecznych miliardów ludzi.

Wywłaszczenie niekoniecznie przybiera już brutalną formę cenzury czy bezpośredniego przymusu. Często następuje poprzez stopniowe delegowanie. Delegujemy naszą pamięć wyszukiwarkom, naszą orientację GPS-owi, uwagę algorytmom rekomendacji, naszą towarzyskość platformom cyfrowym, a nasze wybory kulturowe automatycznym systemom sugestii. Każde delegowanie wydaje się nieszkodliwe. Jednak razem zmieniają one relację jednostki z własnym osądem.

Co jeszcze bardziej niepokojące, sam język staje się polem bitwy. Słowa nabierają strategicznego znaczenia, zmieniają znaczenie w zależności od kontekstu lub stają się narzędziami mobilizacji emocjonalnej. Wyrażenia takie jak „reforma”, „modernizacja”, „bezpieczeństwo”, „wolność”, „postęp” czy „odpowiedzialność” są czasami używane do opisywania radykalnie odmiennych rzeczywistości, w zależności od interesów tych, którzy ich używają. Debata nie koncentruje się już wyłącznie na faktach, ale na samych słowach.

Współcześni obywatele ryzykują zatem utratę tego, co jest w istocie ich głównym środkiem oporu: zdolnością do jasnego nazywania tego, co obserwują. Kiedy brakuje im słów, by opisać sytuację, kiedy nie potrafią już odróżnić informacji od spektaklu, analizy od reakcji emocjonalnej, rzeczywistości od jej medialnej inscenizacji, stają się bardziej zależni od tych, którzy twierdzą, że interpretują za nich świat.

Prawdziwe pytanie zatem nie brzmi po prostu, kto sprawuje władzę ekonomiczną lub polityczną. Chodzi o to, kto definiuje kategorie, przez które ta władza jest postrzegana. Ten, kto narzuca narracje, ramy interpretacyjne i język debaty, często wywiera trwalszy wpływ niż ten, kto jedynie dysponuje siłą lub pieniędzmi.

Tak więc, podczas gdy ekrany świecą, ceremonie następują jedna po drugiej, skandale powtarzają się w szalonym tempie, a rozrywka zajmuje każdą dostępną przestrzeń uwagi, bogactwo cenniejsze od jakiegokolwiek innego może być zagrożone, a jest nim suwerenność samego ludzkiego ducha!

Największym zwycięstwem manipulatorów nie jest bowiem kontrolowanie bogactwa ani instytucji. To kontrolowanie umysłów i przekonywanie ludzi, że nie są w stanie sami sobą rządzić. To wmawianie im, że nieufność jest naturalna, rywalizacja nieunikniona, a ludzie są z gruntu źli. Jednak cała ta konstrukcja opiera się na fundamentalnej słabości, ponieważ zależy od wsparcia tych, którzy są jej poddani.

W dniu, w którym ludzie przestaną karmić maszynę swoim strachem, nienawiścią i nieustannym oburzeniem, część jej mocy wyparuje. W dniu, w którym na nowo odkryją znaczenie słów, smak rzeczywistości i pewność siebie, zaklęcia stracą swoją moc.

Prawdziwy przełom nie zaczyna się od spektakularnej rewolucji. Zaczyna się, gdy odmawiamy udziału w tej szaradzie. Gdy przestajemy mylić prestiż z cnotą, bogactwo z zasługami, a autorytet z mądrością. Bo systemy oparte na strachu przetrwają tylko tak długo, jak długo ktoś nadal będzie akceptował strach.

Autorstwo: Phil Broq
Wyszukał, opracował i udostępnił: Jarek Ruszkiewicz
Źródło zagraniczne: Jevousauraisprevenu.blogspot.com
Źródło polskie: WolneMedia.net

piątek, 19 czerwca 2026

Moje wybory - rozmowa z Władysławem Juszczakiem


Wiesław Juszczak: Co Pan studiuje?

Jacek Wiaderny: Kulturoznawstwo.

To bardzo podobne do moich zainteresowania, bo ja – oprócz historii sztuki – studiowałem jeszcze filozofię przez parę lat, ale nie zrobiłem magisterium, ponieważ zacząłem pisać doktorat za namową prof. Juliusza Starzyńskiego. Więc przerwałem tamte studia. A na filozofii chciałem robić magisterium u profesor Kotarbińskiej, żeby zwalczyć niechęć do logiki.

Wspomina Pan o tym w „Ruinach czasu”, wywiadzie-rzece, który przeprowadził z Panem prof. Dariusz Czaja.

Mieliśmy wstępne zajęcia z asystentem Pani profesor, na które chodziłem przez dwa, może trzy lata, ale już nie wracając do nich. W 1981 roku wydałem książkę „Zasłona w rajskie ptaki”, z podtytułem „o granicach okresu powieści”, określając w ten sposób wiek XIX w literaturze – później naruszony przez ruchy awangardowe. Punktem jej wyjścia był – zaznaczony w tytule rekwizyt z powieści Virginii Woolf „Mrs Dalloway”. Jeżeli mam jakieś dobre książki, ta jest chyba jedną z lepszych. Moi przyjaciele utrzymują, że najlepsza jest „Realność bogów”, czyli pierwszy tom dylogii o Persefonie (pisany od końca lat dziewięćdziesiątych, a wydany w 2002 roku), co teraz chce wznowić biblioteka „Kronosa”. Część druga, „Archeologia mitu”, powstająca przez dziesięć lat, wyszła w 2012. Tak – odchodząc etapami od historii sztuki – zająłem się religią grecką i ogólniej historią religii i problemem mitu. Do Grecji jeździłem wiele razy. Najlepiej poznałem Kretę. Mam dwóch przyjaciół, przewodników po Grecji, którzy traktowali mnie jako jednego z turystów, z tym że załatwiali mi zawsze jakieś mieszkanie koło siebie. Ostatni raz byłem tam dziesięć lat temu, mieszkałem wtedy w jednym z najpiękniejszych miejsc, które nazywa się Kalitea, czyli piękny widok. To jest środkowy z trzech półwyspów Chalikidiki na północy Grecji, graniczący z grecką Macedonią – bardzo ładny i mało uczęszczany przez turystów górzysty rejon Rodopów, których główny zespół leży w Bułgarii.

Napisał Pan kiedyś, że zawsze zaczyna od tytułu, który kondensuje sposób myślenia o całości tekstu. Chciałem wobec tego zapytać o tytuł „Fragmentów. Szkiców z teorii i filozofii sztuki” – skąd się wziął, do czego się odwołuje?

Tomasz Fiałkowski, który był zastępcą Jerzego Turowicza, w czasie stanu wojennego zaproponował mi stałą rubrykę w „Znaku”, tak przez mnie nazwaną. Ale moje „Fragmenty…” to nie tylko teksty ze „Znaku”, ale też z innych periodyków. Najwięcej z nich publikowałem wcześniej „Kontekstach”, które wydaje Instytut Sztuki PAN. Tytuł rubryki został w książce zachowany, a jeśli idzie o chronologię, to wychodzi ona daleko poza stan wojenny. Obecne, drugie wydanie redagował mój doktorant Paweł Orzeł, który pracuje w PIW-ie, „wskrzeszonym” w zeszłym roku. Wznowiono tam też serię „Biblioteka Myśli Współczesnej”, zachowując jej profil i okładkę, a zmieniając tylko format na nieco mniejszy. Moim zdaniem bardzo ładnie to wygląda.

Czy można powiedzieć, że teksty z „Fragmentów…” są swojego rodzaju esejami?

Nie zastanawiałem się nigdy nad gatunkiem, po prostu podejmowałem tematy, które przychodziły mi do głowy – czy to z powodu lektury, czy z powodu zamiłowania do Grecji. Słowo/obraz terytoria wydało tom, który nazywa się „Wędrówka do źródeł” –  zebrano tam prawie wszystkie moje drobniejsze rozproszone teksty. Natomiast w dawnym PIW-ie wyszły trzy moje książki. Pierwsza była monografia Witolda Wojtkiewicza – mój doktorat, potem zbiór krótszych form, który się nazywał „Fakty i wyobraźnia”, a następnie wspomniana „Zasłona w rajskie ptaki”. Natomiast Wydawnictwo „Auriga” (rodzaj filii PIW-u, gdzie zaraz po studiach pracowałem przez rok) wydało moją habilitację o polskiej sztuce przełomu XIX-XX wieku, pt. „Modernizm”. Ale pierwszym tematem tej ostatniej pracy miała być twórczość Williama Blake’a.

Skutek wyjazdu do Anglii na stypendium British Council?

Tak. W parę miesięcy po obronie doktoratu (przypadek zdarzył, że odbyła się w moje trzydzieste urodziny) wyjechałem na rok do Londynu, dzięki mojemu promotorowi, prof. Starzyńskiemu, który mi to stypendium załatwił, a tam zostałem „przypisany” do Courtauld Institute, czyli instytutu historii sztuki stołecznego Uniwersytetu. Moim tutorem był dyrektor tej placówki, prof. Anthony Blunt, który zaproponował mi – wówczas nieopracowany jeszcze – temat: ilustracje Blake’a do tekstów Miltona. Jadąc do Anglii, nie miałem pojęcia co tam robić. Z początku przypadkiem trafiłem na bardzo ciekawą korespondencję między Lady Wortley Montagu i poetą Alexandrem Pope’m. Wymieniali listy, bo on tłumaczył właśnie „Iliadę” na angielski, a ona miała wyjątkowe szczęście, mianowicie jej mąż był ambasadorem angielskim przy Wielkiej Porcie i w związku z tym dysponowała glejtem tureckim umożliwiającym jej zwiedzanie Grecji, w zasadzie zamkniętej dla obcych turystów. Wspomniany temat zjawił się później.

Anthony Blunt był postacią niezwykle zasłużoną dla historii sztuki.

Tak. Trzeba przyznać, że malarstwo Poussina zostało przez niego prawdziwie „odkryte”, wydał też m.in. świetną książkę o sztuce Blake’a. Ale podsunięty przez niego temat był – jak wspomniałem – nie ruszony właściwie, a bardzo rozległy. Blake robił ogromną ilość ilustracji do Johna Miltona, do „Raju utraconego”, do „Raju odzyskanego” oraz do mniejszych poematów i jednego dramatu. Tego były stosy. Były to przeważnie akwarele – szczególnie piękne te późne, do drugiego „Raju…”. Poza tym jeszcze trochę jeździłem po Anglii. Na koniec pobytu zafundowali nam miesięczną wycieczkę – można było sobie samemu wybrać trasę. Najpierw pojechałem do Birmingham i do Manchesteru, w którym znajdowała się jedna z największych kolekcji Blake’a. Potem przejechałem przez Krainę Jezior na północ i do Liverpoolu, gdzie również znajdowała się pewna ilość dzieł Blake’a, malowanych dziwną techniką akwareli łączonej z olejem. W Glasgow trafiłem na bardzo ciekawą wystawę prerafaelitów. A potem byłem tydzień w Edynburgu i, wracając do Londynu, zatrzymałem się jeszcze w Leeds.

Blake robił ogromną ilość ilustracji do Johna Miltona, do »Raju utraconego«, do »Raju odzyskanego« oraz do mniejszych poematów i jednego dramatu. Tego były stosy

Skoro „Szkice z teorii i filozofii sztuki”, to przejdźmy na chwilę do tej kwestii. Czy dobrze rozumiem, że tym, co pozwala Panu mówić o różnych dziedzinach sztuki w podobny sposób, jest przekonanie, że wszystkie prowadzą w zasadzie do tego samego, czyli zetknięcia się z jakąś tajemnicą, przeżycia mistycznego?

To jest pewna koncepcja arcydzieła. Wyobrażam to sobie graficznie: istnieje jakiś punkt, który jest zamknięty w kole, i od tego punktu wychodzą promienie, dążące do granicy wyznaczonej przez koło. Dzieło grafomana nie sięga oczywiście daleko. Natomiast arcydzieło dochodzi do tej granicy, ale jej nie przekracza, ponieważ jest nieprzekraczalna. Jednak prawie dotyka tego, co jest za nią. Nie wiemy co jest za nią – to tajemnica. W związku z tym dążeniem wielkiego artysty jest zmierzać do tego punktu, w którym wyczuwa się już istnienie innego rodzaju rzeczywistość, która jest rzeczywistością, tylko…

Niepoznawalną empirycznie?

…coś w tym rodzaju.  To, co się kryje poza kołem, można określić jako przestrzeń tajemnicy albo przestrzeń mistyczną. Wielkie dzieła prowadzą nas do tego momentu i na tym polega przeżywanie sztuki. Staram się walczyć ze słowem: odbiór.

Odbiorca akcentuje bierność – to ktoś, kto wyłącznie przyjmuje.

Jest taka myśl, którą ktoś wypowiedział albo może ja powiedziałem, ale na pewno z pomocą jakiegoś autorytetu: dzieła patrzą na nas, a nie my na nie. Wtedy następuje idealne połączenie podmiotu z czymś, co nie jest przedmiotem, bo to już nie  „przedmiot” – to raczej coś żywego, życie zaklęte w materii. W gruncie rzeczy to, co mnie najsilniej porusza w sztuce rozumianej najszerzej, to chyba muzyka. Sam chciałem zostać pianistą, ale nic z tego nie wyszło. Po maturze zdawałem do szkoły muzycznej i powiedziano mi, że z dojrzałością muzyczną nie jest najgorszej, natomiast są problemy techniczne, których prawdopodobnie nigdy nie pokonam. Sam sobie zresztą powiedziałem, że nigdy nie zagram etiudy tercjowej Chopina, bo nie wyobrażam sobie, jak to można zrobić. Zazdroszczę, kiedy oglądam Konkurs Chopinowski, gdzie niemal dzieci grają te tercje. Miałem takiego sympatycznego katechetę w liceum Rejtana, podobno wielkiego działacza AK, który – gdy się dowiedział, że się param fortepianem – powiedział mi: rzuć ten fortepian i tak będziesz filozofem. I to się po części sprawdziło. Ale od dzieciństwa byłem operomanem, dlatego nie mogę znieść tego, co robią współcześni reżyserzy. Edita Gruberová stwierdziła kiedyś w wywiadzie, że zakusy „modnych” teraz reżyserów na tradycję operową – to znaczy uwspółcześnianie – ją przerażają, że  się ich boi i dlatego wykonuje ostatnio opery wyłącznie koncertowo.

Jest taka myśl, którą ktoś wypowiedział albo może ja powiedziałem, ale na pewno z pomocą jakiegoś autorytetu: dzieła patrzą na nas, a nie my na nie

To pewnie skutek przepracowania lekcji Wielkiej Reformy Teatru i pojawienia się figury reżysera-demiurga.

Widziałem jedno takie przedstawienie co najmniej i teraz już nie chodzę, bo wiem co mnie czeka – wyjście w połowie spektaklu, albo nawet wcześniej. Kiedyś zaprosiła mnie moja przyjaciółka, rok wcześniej kupując bilety. i ostatecznie wyszliśmy po pierwszej przerwie. To była wczesna opera Pucciniego. Akcja oryginalnie dzieje się w XVIII wieku, na stacji dyliżansu – brat odwozi siostrę do Paryża, gdzie ona ma wstąpić do klasztoru, ale nic z tego nie wychodzi z powodu romansu, który się zawiązuje na tej stacji. Otóż reżyser stację dyliżansu zamienił w metro. Przez środek sceny przechodziły tory, po których przelatywał czasami pociąg, natomiast przy rampie był peron pierwszy, a przy horyzoncie drugi – i po tych peronach latał chór z walizkami na kółkach. Pociągi też hałasowały, także właściwie nie było słychać muzyki. Na takie przedstawienia po prostu nie należy chodzić. Poza tym jestem wielbicielem różnych kultur wschodnich, w tym japońskiej, w której zostały zachowane trzy najstarsze formy teatru: bunraku, czyli marionetkowy teatr klasztorny, nō, czyli teatr dworski, oraz kabuki, czyli teatr mieszczański. Miałem swojego czasu doktoranta, który pisał o wpływie tradycyjnych teatrów japońskich na początki filmu w Japonii. Przez rok był na stypendium na Uniwersytecie Waseda w Tokio i tam między innymi chodził na lekcje konwencji, która jest m.in. zakamuflowanym językiem – językiem gestów, ale „język” ten w sensie dosłownym też nie jest współczesny, trzeba się go uczyć, co robią specjalni nauczyciele. I te lekcje cieszą się tam powodzeniem. I tak moim zdaniem powinno być. Natomiast w Polsce nie ma tej alternatywy.

Skoro pojawił się wątek teatru, to muszę zapytać o słynne „Dziady” Kazimierza Dejmka. Czytałem, że był Pan na ostatnim przedstawieniu przed zdjęciem ich z afisza przez władze PRLu?

Byłem. Uważam, że było to bardzo złe przedstawienie. To nie były w ogóle „Dziady”, to było coś zupełnie innego. „Dziady” zrobił dopiero później – uważany za kolaboranta – Hanuszkiewicz. Objął ten teatr po Dejmku i zrobił z niego prawdziwy Teatr Narodowy, zaczynając od „Balladyny”, która była właściwie czynem wariackim, jak mówili niektórzy, ale wspaniałym, w dodatku ze znakomitą scenografią bardzo młodego Marcina Jarnuszkiewicza.

I wielkim hitem.

Fenomenalnie zagrała Ewa Chodakowska – to było jej drugie przedstawienie, pierwszym była „Antygona”, którą grała w Teatrze Małym (chyba?). To jedna z ulubionych aktorek Hanuszkiewicza – można powiedzieć, że Hanuszkiewicz ją sobie „wychował”, kiedy została zaangażowana w jego teatrze. Miał też jednego z największych aktorów tamtego czasu, Mariusza Dmochowskiego, który mówił nieprawdopodobnie tekst poetycki.

Z „Dziadów” Dejmka zapamiętano szczególnie Wielką Improwizację w wykonaniu Gustawa Holoubka.

W moim skromnym mniemaniu Holoubek był najgorszy ze wszystkiego. Po raz pierwszy niczego z improwizacji nie rozumiałem, a poza tym warunki były nie na tę rolę. Wyglądał dość groteskowo. Właściwie cały monolog był mówiony do czerwonego sztandaru, który nie wiadomo dlaczego tam wisiał. A przecież był to wielki aktor?

O tym się często zapomina, ale to było przecież przedstawienie na rocznicę rewolucji październikowej.

Pewnie dlatego. Mówiono o tym monologu później nadzwyczajne rzeczy. Niektórzy ludzie, którzy uważali, że był do niczego, nic nie mówili albo mówili między sobą. Ja w każdym razie męczyłem się jak na rożnie.

Przejdźmy do marca 1968 roku, którego okrągłą rocznicę obchodzimy w tym roku. Jak przeżywało się te wydarzenia z perspektywy pracownika Polskiej Akademii Nauk?

Oczywiście przeżywało się, ale jednak przeżywali to głównie pracownicy Uniwersytetu i studenci, dlatego że to ich bili. Dla innych był to epizod znany z opowiadania. Jedna z moich koleżanek jechała trolejbusem na uniwersytet czy do księgarni i nagle zobaczyła, że na Krakowskim Przedmieściu coś się dzieje. Było wtedy dużo studentów z różnych krajów i akurat dwóch czarnych studentów uciekało przed milicjantami z pałkami, krzycząc „Geśtapo, Geśtapo!”. Na początku nie rozumiała, co się dzieje, dowiedziała się nieco później. W tamtym momencie rzeczywiście wszyscy mieli już dość. Ale jeżeli się w tym nie uczestniczyło bezpośrednio, to chyba szybko szło w zapomnienie.

Chciałem zapytać jeszcze o dwóch polskich pisarzy, z których o jednym wspomina Pan w „Ruinach czasu” – o Teodorze Parnickim. To dość zapomniana postać w historii literatury. Co Pana fascynuje w jego twórczości?

Przede wszystkim jego wizja antyku. Moją ukochaną powieścią Parnickiego jest „Koniec »Zgody Narodów«”. „Tylko Beatrycze” jest taką drugą powieścią, ale to już nie antyk, jak wiadomo. „Koniec »Zgody Narodów«” czytałem tak jak Tolkiena, który jest moim ukochanym pisarzem – czyli w kółko. Wrócę tutaj do Tomka Fiałkowskiego, który, jako redaktor „Tygodnika Powszechnego”, na pięćdziesięciolecie wydania „Władcy Pierścieni” wypuścił numer poświęcony w dużej mierze Tolkienowi. Wtedy nagle odkryłem wśród tych maniaków wielu wybitnych intelektualistów, w tym niektórych moich przyjaciół, na przykład przedwcześnie zmarłą Elżbietę Wolicką, filozofa z KULu, czy Joannę Tokarską-Bakir. Okazało się, że to zagorzali wielbiciele Tolkiena. Ja mam wszystko, co wyszło po angielsku i po polsku, ze trzy półki na górze zajmuje Tolkien. Ale wracając do Parnickiego. Uważam, że u niego gdzieś tam na dnie jest coś jakby z kryminału… Natomiast jego wizja późnego antyku jest fenomenalna. Są jeszcze są „Koła na piasku”, czyli w pewnej mierze kontynuacja „Końca »Zgody Narodów«”. Ale rzeczywiście o Parnickim z młodszych pokoleń nikt nic nie wie. A kto drugi?

Józef Wittlin – i jako pisarz, i jako tłumacz Homera.

„Sól ziemi” Wittlina kiedyś czytałem, ale nie pamiętam za dobrze. Z bibliofilskich obowiązków mam wszystkie wydania „Odysei”, ale uważam, że Parandowski jest lepszy. Parandowski tłumaczy Homera prozą, ale (i pewno dzięki temu) jest wierniejszy oryginałowi. Natomiast absolutne arcydzieło to przekład „Iliady” Kazimiery Jeżewskiej. Właściwie cud – Jeżewska przełożyła ją niemal wers na wers, zachowując w większości numerację wersów oryginału. Pracowała nad tym przez trzydzieści lat. Jeszcze po wojnie „Iliada” długo wychodziła w rymowanym przekładzie Franciszka Ksawerego Dmochowskiego, pochodzącym z przełomu XVIII i XIX wieku. Dopiero profesor Jerzy Łanowski zmienił w roku 1972 to podstawowe wydanie Biblioteki Narodowej Ossolineum na przekład Jeżewskiej – i słusznie. Tak więc tylko „Iliada” Jeżewskiej – i przede wszystkim Parandowski, jeżeli idzie o „Odyseję”. Takie są moje wybory.

Tylko »Iliada« Jeżewskiej – i przede wszystkim Parandowski, jeżeli idzie o »Odyseję«. Takie są moje wybory

Na zakończenie chciałbym zapytać o pojęcie, które sam pan ukuł – mianowicie o „dyletantyzm oświecony”. Jakby Pan to zdefiniował, jakiego typu jest to postawa?

Oświecony dyletant jest niedouczony – przystępuje do tematu i wtedy dopiero zaczyna się uczyć. Nie jest specjalistą od czegoś. Zaczyna czytać i z tego tworzy własny obraz. Tak bym to najprościej ujął. Taki dyletant idzie, skacząc po górach. Jest to rodzaj ryzyka połączonego z bezczelnością. We „Fragmentach…” jest na przykład tekst „Sztuka i cierpienie”. W „Iliadzie” i „Odysei” istnieją niezależnie dwa fragmenty, które mówią, że ludzie cierpią po to, by pieśń zaistniała dla tych, co przyjdą, dla następnych pokoleń. I mówią to dwie postacie, które nie mają ze sobą nic wspólnego – Helena Trojańska oraz Alkinoos, król Feaków. Helena skarży się, że jest wyklęta, bo przez nią toczy się wojna, a mówi to w trakcie tkania na krosnach wielkiego obrazu, przedstawiając wojowników, którzy o nią czy z jej powodu walczą – co było właściwie wykluczone, tak jak w niektórych religiach niedozwolone jest przedstawianie ludzkich postaci przez człowieka. Druga scena dzieje się na Scherii, gdy Odys trafia na dwór Feaków. W czasie uczty bard śpiewa pieśni o upadku Troi, a Odys zaczyna płakać, zasłaniając sobie głowę płaszczem. Alkinoos, który nie rozumie tej reakcji, w końcu łamie prawo gościnności i pyta go, kim jest. I wtedy Odys odpowiada. Te dwa fragmenty prowadzą do tej samej myśli, którą Władysław Tatarkiewicz streszcza w swej „Historii estetyki”. Gdyby nie ta praca, nie napisałbym nigdy tego tekstu. A cytat w książce brzmi tak:

Dla przetrwania w poezji warto znieść najcięższe losy: bogowie dali je, aby z nich wyszła pieśń dla tych, co przyjdą. Jest to bodaj najbardziej uderzające z wszystkiego, co Homer powiedział o sztuce.

Cykl: Wiesław Juszczak

Tekst jest częścią cyklu poświęconego sylwetce profesora Wiesława Juszczaka, którego "Fragmenty. Szkice z teorii i filozofii sztuki" wznowił niedawno PIW.

Wiesław Juszczak
ur. 1932, polski historyk, teoretyk i filozof sztuki, eseista. Specjalizuje się w europejskiej sztuce i teorii sztuki XVIII i XIX w., malarstwie polskiego modernizmu, archaicznej greckiej filozofii sztuki, dziejach i teorii ornamentu oraz historii filmu. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, w 1962 roku doktoryzował się na podstawie pracy o Witoldzie Wojtkiewiczu. W 1987 roku uzyskał tytuł profesora nadzwyczajnego, 5 lat później zwyczajnego. Od 1961 roku pracownik Instytutu Sztuki PAN, od 1985 Instytutu Historii Sztuki UW, wykładał także na KUL. Wypromował ok. 60 doktoratów. Tłumaczył angielskojęzyczną literaturę naukową (H. Honour, L. Nochlin) i piękną (W. Blake, K. Blixen, T.S. Eliot, T. Williams). W 2010 roku otrzymał nagrodę im. Ksawerego i Mieczysława Pruszyńskich, przyznawaną przez polski PEN Club. Jego publikacje ukazywały się na łamach m.in. „Kontekstów”, „Kwartalnika Filmowego”, „Zeszytów Literackich” czy „Znaku”.

© 2017 - 2025 Mały Format Wszystkie prawa zastrzeżone.
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego.

https://malyformat.com

DOSTOJNY SZAMAN. O FILOZOFII SZTUKI WIESŁAWA JUSZCZAKA
TEKST KRZYSZTOF RUTKOWSKI



1.

Zbigniew Herbert w „Liście do Ryszarda Krynickiego” pytał, co zostanie z poezji „szalonego wieku dwudziestego”. Zdaniem Herberta zostanie niewiele: „Na pewno Rilke, Eliot, kilku dostojnych szamanów, którzy znali sekret zaklinania słów, formy odpornej na działanie czasu, bez czego nie ma frazy godnej pamiętania, a mowa jest jak piasek”. A co zostanie z myślenia o sztuce i jej miejscu w świecie ludzi, bogów i natury? Co zostanie z „wielkiej humanistyki” XX wieku? Nie pytam: co zostanie z polskiej, ale co z europejskiej, po prostu? Niewiele więcej niż z poezji, tym bardziej że pomiędzy „wielką humanistyką” i poezją jest wiele powinowactw, a mało różnic: na pewno Warburg, Lévi-Strauss, na pewno Wiesław Juszczak – dostojny szaman sztuki myślenia o sztuce: słowa, obrazu, przedmiotu, gestu. Wiesław Juszczak, mędrzec i mag, należy do rodu wielkich duchem, którzy czują „realność bogów”, podobnie jak Walter F. Otto, autor „Dionizosa”. Otto powiadał, że człowiek od praczasów przeżywał boskość rzeczywistości, w której żył. Praktyki religijne i wierzenia stanowiły jedność, były dziełem człowieka reagującego na świat. Jak zauważył Włodzimierz Lengauer we wstępie do „Dionizosa. Mitu i kultu” – boskość istniała i istnieje obiektywnie, a zadaniem prawdziwego uczonego jest zrozumienie tego dzieła ludzkości, jakim są Kultus i Mythos.

 

2.

Schelling pisał w „Philosophie der Mythologie”: „Tu nie chodzi o pytanie, w jaki sposób dany fenomen należy przenicować, zdeformować, uczynić jednostronnym i spłycić, by w oparciu o zasady, które niegdyś uznaliśmy za nieprzekraczalne, uczynić go jako tako zrozumiałym, lecz: jak bardzo nasz własny sposób myślenia musi ulec poszerzeniu, by był on zdolny do ogarnięcia owego fenomenu”. Tym fragmentem Walter F. Otto kończy pierwszy rozdział swego dzieła o Dionizosie, a wpływ Schellinga na Otta był zdecydowany, podobnie jak wpływ Otta na myśl Juszczaka, bo o obecności bogów w świecie ludzi, to znaczy o godności sztuki, myślą oni podobnie. „Realność bogów” jest zresztą znakomitym przykładem żywotności myśli Otta, która zainspirowała autora i doprowadziła do powstania jednej z najważniejszych książek w polskiej humanistyce ostatniego ćwierćwiecza.

Zresztą nie tylko ostatniego ćwierćwiecza. Dwa tomy dylogii „Pani na żurawiach”: tom pierwszy: „Realność bogów” (2002) i tom drugi: „Archeologia mitu” (2010) – podobnie jak „Poeta i mit” (2014), „Wędrówka do źródeł” (2009) i „Fragmenty. Szkice z teorii i filozofii sztuki” (1995 i 2017) – współtworzą arcydzieła „wielkiej humanistyki” w bezwzględnym czasie, ponad językami narodowymi, podziałami gatunkowymi, specjalizacjami i kompetencjami. Dzieło Wiesława Juszczaka plasuje się i rozwija w ciągu myśli od czasu wielkich romantyków niemieckich, poprzez największych religioznawców, aż po  dwudziestowiecznych poetów, tworząc syntezę filozoficzną ogromnej doniosłości i mocy.

Dzieło Wiesława Juszczaka rozwija w ciągu myśli od czasu wielkich romantyków niemieckich, poprzez największych religioznawców, aż po  dwudziestowiecznych poetów

 

3.

W eseju „Treść pierwszych rzeczy” (z tomu: „Fragmenty. Szkice z teorii i filozofii sztuki”) Wiesław Juszczak podkreślił, że żywioł wiary przenikał i przenika w społeczeństwach „pierwotnych” wszystkie sfery ludzkiego działania (ta idea pojawia się zresztą w różnych wariantach w wielu innych jego pracach). Wszystko jest – w pewnym sensie – święte. Homer był święty dla Ojców Kościoła, których poglądy streszczał Hugo Rahmer S.J.: „Homer jest dla nas święty w najgłębszym sensie. Ten niewidomy pieśniarz, którego wiódł geniusz poezji, dotykał drżącymi rękami prakształtu prawdy […] Wielkie duchy starego Kościoła zawsze witały świętego Homera jako jednego ze swoich, tłumaczą go w świetle Logosu […]. Homer jest i był dla Ojców Kościoła mądrym mistrzem prawdziwej sztuki życia, był wieszczem, który ślepymi oczami przewidział nadchodzące Zwiastowanie Słowa”. Wypowiadane w obu eposach zdanie Homera o tym, że bogowie zsyłają na ludzi doświadczenia ostateczne, aby się mogła narodzić poza czasem pokoleń trwająca pieśń. Że pieśń jest usprawiedliwieniem okrucieństwa losu. Że pieśń nadaje sens cierpieniu i śmierci. Pieśń jest sztuką – prawdziwą sztuką prawdy.

 

4.

Sztuka jest to działanie związane ze świętością. Sztuka w takim rozumieniu staje się w co najmniej tym samym stopniu darem danym człowiekowi, jak i wytworem jego rąk. Jest czymś danym człowiekowi do zrobienia jako dar od bogów. Wiesław Juszczak pisał w „Treści pierwszych rzeczy” o myśli, która: „Od dawna mnie prześladuje, że sztuka jest sposobem przenikania, penetrowania rzeczywistości 'totalnej’. Jednak będąc poznaniem, nieustannym dążeniem do odsłaniania ostatecznej prawdy, jest sztuka – w przeciwieństwie do nauki – takim poznaniem, które w istocie dąży do ukazania swej granicy. Do postanowienia nas wobec niepoznawalności tego lub niepoznawalności w tym, co poznaje. Inaczej jeszcze można tę myśl przybliżyć: sztuka jest poszukiwaniem niepoznawalnego we wszystkim, co jest”.

 

5.

Czym jest zatem sztuka według Wiesława Juszczaka? Sztuka jest czymś, co od zawsze wyłamuje się z cywilizacji, natury i kultury. Jeżeli przez kulturę (duchową i materialną) rozumiemy próby zachowywania równowagi pomiędzy działaniem człowieka a naturą i samym człowiekiem jako reprezentantem natury, a cywilizacja (w szczególności tak zwana cywilizacja techniczna) nie tylko czyni użytek z przyrody rozpoznawalnej jako maszyna, ale do takiego obrazu sprowadza jej poznawanie (ograniczając penetrację jej praw do tych jedynie, które można zastosować do praktycznego celu, poddających się pełnej racjonalizacji i dających się powtórzyć w warunkach sztucznie stworzonych), to sztuka z pewnością nie należy do cywilizacji. Cywilizacja głuszy sztukę. Dzieła sztuki, podobnie jak samego życia, nie da się wyprodukować sztucznie – ani sztucznie powtórzyć. Jego niezbadana esencja – powiada Juszczak – jego „biologicznie” złożone powstawanie tkwi korzeniami w pierwotnej spontaniczności popędów.

 

6.

Ale sztuka „wyłamuje się” też z kultury, ponieważ działania artystyczne w istocie swojej nie zależą w pełni od człowieka. Działania artystyczne nie należą do żadnego z zakresów czynności podległych ludzkiemu stanowieniu i kontroli ani u podstaw, ani w ogólnym rozwoju i przebiegu.Główna zasada rządząca sztuką znajduje się poza zasięgiem wyborów człowieka i ustalanych przez niego norm. Sztuka to pole ludzkich działań i dokonań, których mocy sprawczej poszukiwać należy poza światem ludzkim – w naturze. Wiesław Juszczak przypomina słowa Goethego, które wydawać się mogą paradoksalne: „Najwznioślejszym dziełem natury jest sztuka, jest ona wytworem tych samych praw co natura”.

 

7.

Co to znaczy? Człowiek nie powtarza, nie naśladuje świadomie praw natury, tworząc, będąc tworzonym przez sztukę. W tym sensie prawdziwy artysta (poeta) jest l’homme d’images – człowiekiem obrazów. Prawa natury go prowadzą. One nim zawiadują. O tym prowadzeniu pisał Kant (cytowany przez Juszczaka): artysta jest naturalnym medium w otoczeniu organizowanym przez człowieka. Jego zdolność twórcza, stanowiąca konieczny warunek powstania dzieła, jego talent, sam „należy do natury”, jest wrodzoną dyspozycją umysłu, za pomocą której przyroda ustanawia prawidła dla sztuki. Sztuka jest w pełni sztuką, „kiedy jesteśmy świadomi tego, że jest sztuką, a mimo to wydaje się nam przyrodą”.

Prawdziwy artysta jest l’homme d’images – człowiekiem obrazów. Prawa natury go prowadzą. One nim zawiadują

 

8.

Dlatego sztuka z biegiem stuleci „nigdy się nie doskonali”. Myśl, która stanowi dziedzictwo poety-artysty, wciąż żywą dlań tradycję, jest czymś ważniejszym od myśli własnej. Wprawdzie ulega zmianom, lecz nie powodują one odrzucenia tego, co dawne, bo to, co dawne, nie wyczerpuje się, nie zatraca z czasem – jak Homer, Szekspir czy malowidła naskalne. Eliot powiadał o pierwotnej anonimowości poezji, która, – bez względu na czas i uwarunkowania przypadkowe, – utrzymuje najwyższy poziom wzlotu związany z wyrzeczeniem się „ja”, zapomnieniem o nim; pozostaje w stanie nienaruszalnej bezosobowości, która rządzi jako najgłębsza ośrodkowa zasada działań niedających się jeszcze określić mianem tworzenia. Artysta tworzący/tworzony przez sztukę nie jest „artystą” w obiegowym dziś sensie, ale stwarzającym, który działa, aktantem kontynuującym przedustawny akt kreacji. Prawdziwy artysta to ten, kto zapoznaje różnicę albo w ogóle nie dostrzega jej między własnym działaniem i „wsobnym” uczestnictwem we wciąż jeszcze w nim samym dokonującym się akcie całkowitym powstawania świata we wszystkich jego wymiarach, których sam stanowi część „elementarną” – pisał Juszczak w „Poecie i micie”.

 

9.

Wiesław Juszczak planował kiedyś napisanie dzieła pod tytułem „Ontologia ornamentu”, księgi o dzbanach. „Naprawdę nie wiem – pisał w roku 1991 – jak poradzę sobie z tymi garnkami. Nie wiem też, jak długo zdołam wytrzymać presję niepewności i zagubienia. Teren, po którym chcę się poruszać, nie ma przecież żadnych granic […]. U początków malowidło naskalne czy dzban są nieledwie tak samo 'zanurzone w życiu’ jak roślina i zwierzę. We wszystkim tym z takim samym niemal natężeniem uzewnętrznia się duchowa siła kształtująca materię. Sztuka więc samemu jej 'twórcy” musi się jawić jako od niego niezależny obszar, gdzie działają nie znane mu moce. U początków sztuka niejako sama, bez udziału człowieka, wyłania się z rzeczywistości i zarazem na powrót wtapia się w nią. Może właściwie to, to jedynie jest tematem mojej projektowanej książki?”.

10.

Sztuka jest przeto rzeczywistością całkowitą, wymykającą się cywilizacji, kulturze, bliską temu, co zwiemy naturą, a zatem sztuka zgodnie z własnym przeznaczeniem uznaje się za równą życiu, które nie musi się tłumaczyć ani usprawiedliwiać ze swego istnienia. Dlatego dzieła „pierwszych poetów” – jak twierdził Saint John Perse – skrywane były w najbardziej odizolowanych od zewnętrznego światła, najgłębszych mrokach jaskiń i oglądane tylko w sztucznym, niepewnie ruchliwym ogniu pochodni. Tylko tak, z utajenia, wyłaniały się i znikały figury zwierząt, rzadko ludzi, na ukrytych ciemnych ścianach grot, ożywiane drganiem płomieni, a przez to nigdy nie dające na siebie długo patrzeć, jedynie zjawiające się na chwilę, zawsze w ucieczce przed próbującym je zatrzymać wzrokiem – jak żywe z samej swej natury. Tymi wyobrażeniami rządziła poezja ruchu potęgująca nieuchwytność tego, co stanowiło najgłębszą treść obrazu jako „zjawiska”. Sztuka paleolityczna – sztuka rzeczywistości całkowitej – ani nie przedstawia przedmiotu, ani nie wyobraża reakcji podmiotu, lecz celebruje akt widzenia jako odkrycie świętości.

Tekst jest częścią cyklu poświęconego sylwetce profesora Wiesława Juszczaka, którego "Fragmenty. Szkice z teorii i filozofii sztuki" wznowił niedawno PIW. Kliknij, by zobaczyć pozostałe teksty z cyklu.

KRZYSZTOF RUTKOWSKI
ur. 1953 w Warszawie, polski historyk literatury romantycznej, dziennikarz, tłumacz i eseista. W 1989 otrzymał Nagrodę im. Kościelskich. Jest członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich oraz Collegium Invisibile. Habilitował się rozprawą o Adamie Mickiewiczu z czasów towianizmu. Wykłada na wydziale „Artes Liberales” na Uniwersytecie Warszawskim. Pracował w Radiu Wolna Europa i w Radio France Internationale. Przekładał z języka francuskiego m.in. Daniela Beauvois, Pascala Quignarda, Jean Bauby'ego i Michela de Certeau.

https://malyformat.com/