czwartek, 24 września 2026

Wojciech Bąk – Myśli 2


Zwierzę nie jest nigdy tak podłe ani tak szlachetne jak człowiek. Zwierzę nie jest granicą starcia pomiędzy aniołem i demonem, którym człowiek jakże często bywa. Gdyby zwierzęta mogły myśleć, uważałyby człowieka za zwyrodniałe zwierzę, które oszalało, rzucajac się od sprzeczności do sprzeczności, podczas gdy przecież świat jest tak prosty dla rozsądku, który umie go spokojnie pożerać.

Im jakiś wiek jest niekulturalniejszy, tym więcej się mówi o kulturze. Prawdziwa kultura nie potrzebuje ani nie znosi zbyt krzykliwego jarmarku i targu. Jest w niej zawsze powaga jak wokół obrzędów i cisza podobna do liturgicznej ciszy. Nie wywołuje ona też dyskusji, gdyż wydaje się oczywista i nie mająca podlegać zasadniczym zmianom.

Przeglądałem książkę, której autor starał się u wszystkich wielkich twórców kultury znaleźć znamiona patologiczne. Nie dostrzegał on tylko, że właśnie on w swym dziełku był szczytem patologii. I to tym większym, im mniejsze by znamiona patologii okazywał.

Pani X była tak pyszna, że nigdy nie omieszkała się w słowach poniżać, by tym samym więcej zwrócić na siebie uwagę. Pycha jej żywiła się pokorą i nią tyła.

Wyobrażenie, że kiedykolwiek natura ludzka tak się zmieni, że rządzący największe szczęście będą znajdować w sprawiedliwości rządzenia, a rządzeni w posłuchu bezwzględnym – jest godne pensjonarki. Nigdy nie należy zapominać, że tak jedni, jak drudzy muszą się zabezpieczyć przed sobą.

Największe oszustwo – to wmawiać, że siła jest z zasady niemoralna. Byłoby to oddawać ludzi na łup zbrodniarzy.

Są ludzie... którzy zalecają tylko przekonywać, podczas gdy niektórych ludzi tylko kij i broń przekonują. Na inne argumenty są głusi. Trzeba użyć argumentu zrozumiałego. Rodzaj "dyskusji" zależy od "dyskutantów" i trzeba przemawiać zrozumiałym dla nich językiem.

Nawet Bóg nie przebacza bez pokuty i zadośćuczynienia. I nawet Bóg nie znosi bezkarności.

Człowiek broniący się przed krzywdą nie broni tylko siebie, lecz wszystkich. Nie tylko ma on prawo, ale obowiązek się bronić.

Rzeczy tak pozornie nieważkie są najważniejsze, np poglądy. Cóż pomogą największe bogactwa i największa siła fizyczna człowiekowi, który oszalał? Błędny pogląd jest zaś zawsze mniejszym lub większym szaleństwem.

Najgorsze są błędy w dziedzinie moralnej. Ludzie mogą współżyć przy różnicy wszelkiego rodzaju zapatrywań, nie mogą jednak współżyć pod żadnym warunkiem, gdy zakwestionują tak zasadnicze prawa jak: nie kłam, nie zabijaj itp. W tych sprawach różność zapatrywań jest niedopuszczalna. Granica tolerancji. Im jednak dogmatyczniej się prawa moralne traktuje, tym można być tolerancyjniejszym w innych sprawach. Tolerancja bez dogmatyzmu moralnego jest absurdem. Jest oddaniem ludzi dobrej woli na łup ludzi złej woli.

O wiele lepsza jest ciemność bogactwa myśli niż jasność jej ubóstwa. Pierwsza pobudza do myślenia, druga daje jego surogat.

Logika nie ma samodzielnego, zasadniczego znaczenia. Jest ona tylko metodą powszechnie obowiązującą kontroli. Zawsze najważniejsze są założenia i wnioski. Bywają wariaci, którzy tworzą świetne przewody logiczne – założenie jest tylko obłędne, wniosek zaś tym więcej szalony, im logiczniejszy jest przewód. Nie wynika z tego, by można było lekceważyć logikę, chodzi tylko o wyznaczenie jej właściwego miejsca.

Każdy nabożnie wysłucha wskazania elektrotechnika, nie wdając się w dyskusję; każdy czuje się na siłach dyskutować o najcięższych problemach religijnych, moralnych i filozoficznych i to z bezapelacyjną apodyktycznością.

Zapewne, że każdy ma prawo mieć poglądy. – Jakże jednak nieliczni są ci, których poglądów warto słuchać.

Jest łatwa możliwość wypowiedzenia tysiąca oryginalnych myśli, błąd ma tysiące możliwości – prawda właściwie tylko jedną.

Wcale nie najgorszą rzeczą jest, że panują obłudne pozory. Lepsze są one niż szczery cynizm, kpiący nawet z pozorów. Dobrze o tym pamiętać, mówiąc o obłudzie.

Wcale nie najniebezpieczniejsi szaleńcy są w domach obłąkanych – wiele gorszych widziano na stanowiskach dygnitarzy.

Przeżyć w dziedzinie sztuki przeżycia wielkiej osobowości – to pomnożyć swe życie o nią.

Kto walczy z człowiekiem podłym w sposób podły, ułatwia mu zadanie i staje w jednym rzędzie z nim. Najmądrzej jest odpowiadać na ciosy bezlitośnie, lecz w sposób szlachetny. Bije on wtedy nie tylko w człowieka, lecz w idee moralne, które mają swych zwolenników utajonych nawet w nim.

W epokach rozkładu określenie "moralny" przybiera charakter określenia negatywnego, jak poczciwy, głupi, ograniczony. Książka nazwana moralną, uchodzi za grafomańską. Trzeba być odważnym, by stwierdzić, że się ceni cnotę. Jest to rzeczą zrozumiałą. Jakże się rozkład może przyznać, że jest rozkładem – byłoby to już wyjściem z rozkładu.

... Wolę ludzi, którzy mają prostotę powiedzieć: "na tym się nie znam" – niż tych, którzy "się znają na wszystkim". Takich jest zresztą we Francji i w Polsce najwięcej  – niestety.

Są dwa rodzaje obłudy. Jedna dąży do oszukania innych, druga jest tylko wyrazem niechęci do samoobrażania się.

Przebaczyć – to nie zachować wewnętrznej urazy, nie zaś zwolnić od ponoszenia konsekwencji za zbrodnie. Z pomieszania tych pojęć mogą wyniknąć tylko potworności, jak zachęta do nowej zbrodni, która opłacałaby się przy wadliwie pojętym "przebaczaniu".

Dziwaczne opowieści Włodzimierza Czarzastego


Do Będzina przybył marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty by spotkać się z miejscową ludnością. Muszę przyznać, ze moje zdziwienie budziło to, że spotkanie odbywa się na ogromnej sali Będzin Areny, która mieści 2500 ludzi. Na profilu facebookowym marszałka Włodzimierza Czarzastego znalazłem dzisiaj post opatrzony zdjęciami pokazującymi pełną salę.

Oglądając zdjęcia wielu zapewne myśli, że ludność przybyła niczym na spotkanie z ojcem świętym Leonem XIV lub Taylor Swift zapełniając salę po brzegi. W rzeczywistości było ok. 300 osób ściśniętych pod sceną. Miejsca siedzące były zajęte. Przynajmniej na początku, potem systematycznie ludzi ubywało. I tym co dotrwali do końca należą się brawa.


Wybrałem się na to spotkanie wraz z szefem śląskich struktur Klubów Myśli Polskiej Dariuszem Kamińskim, bo chciałem zadać marszałkowi kilka pytań – jednak do głosu nie zostałem dopuszczony. A szkoda – bo chciałem zapytać o dwie sprawy.

Po pierwsze jaką kategorię wojskową ma jego syn. Po drugie jak zapatruje się lider Lewicy na fakt zburzenia pomnika radzieckich żołnierzy na cmentarzu w Bytomiu. Żołnierzy – również Ukraińców, którzy polegli walcząc z Niemcami w ówcześnie będącym w granicach Rzeszy Beuthen.

Nie chce tylko krytykować. Na początek muszę pochwalić za dwie sprawy marszałka Czarzastego.

1. Uważam, że marszałek Włodzimierz Czarzasty jest wielkim i szczerym patriotą. Co prawda ukraińskim, ale zawsze patriotą. I zawsze szczerym. 2) Uważam, że marszałek Włodzimierz Czarzasty perfekcyjnie opanował sztukę manipulacji. To naprawdę fachowiec.

A teraz o samym spotkaniu. Takiego zestawu banałów, półprawd i kłamstw dotyczących Ukrainy dawno nie słyszałem. Marszałek Włodzimierz Czarzasty jest odwrotnością premiera Leszka Millera mimo, że obaj wywodzą się z PZPR. Pan Czarzasty opowiada fantasmagorie o tym, że Ukraińcy walczą za sprawę polską. Że tylko postawa Ukrainy spowodowała, że nie mamy na granicy rosyjskich czołgów. Że to Ukraińcy ratują nasze finanse i rynek pracy. Że więcej wpłacają, niż biorą. Że na pewno czekają nas prowokacje ze strony Rosjan a nie Ukraińców.

Słuchając opowieści marszałka Włodzimierza Czarzastego ma się wrażenie, że na Ukrainie z Rosjanami walczą połączone siły Chórów Anielskich i Troskliwych Misiów a przewodzi im Matka Teresa z Kalkuty i Mahatma Gandhi.

Kilka razy pan Czarzasty podkreślał, że dajemy „tylko pieniądze i sprzęt wojskowy”. Zupełnie zupełnie przypadkiem zapomniał przy tym o pewnej drobnostce a mianowicie, że będzie to trzeba spłacać. I spłacać będziemy to my, nasze dzieci i zapewne nasze wnuki. Ale kto bogatemu zabroni?

A nie tylko Ukraina. Okazuje się, że drugim czynnikiem który ratuje Polskę jest Unia Europejska. Przy tej okazji pan marszałek Włodzimierz Czarzasty raczył nazwać mnie idiotą. Oświadczył, że przeciwko Unii mogę być tylko stronnicy Korony, Konfederacji, PiS, Nawrockiego lub idioci. Jako, że nie należę do stronników wymienionych według marszałka jestem idiotą. Nasuwało się tutaj kolejne pytanie – czy jest zupełnie przekonany, że hołubiona kiedyś przez jego środowisko kandydatka do Nagrody Nobla i była senator prof. Maria Szyszkowska jest w jego oczach idiotką?

By podnieść rangę swojej wypowiedzi marszałek uraczył zebranych opowieścią o tym, że przed wejściem do Unii wyjeżdżając z Polski „srał w polu” a na dodatek miał zimną herbatę w zepsutym termosie. Wychodzi z tego, że warto było pozbyć się własności w tym przemysłu i znacznej części suwerenności, by pan Czarzasty mógł defekować na schludnych ubikacjach i mieć sprawny termos z ciepłym napojem. Dodam nieskromnie, że ja przed wejście do UE byłem w lepszej sytuacji, niż marszałek, ponieważ korzystałem z muszli klozetowej a nawet miałem sprawny termos. Ba – moi pradziadkowie mieszkając w Siemianowicach Śląskich na Michałowickiej 35 już w dwudziestoleciu międzywojennym mieli wspomniane wygody.

Z przykrością stwierdzam, że marszałek Włodzimierz Czarzasty jest zupełnie nieobeznany w geografii politycznej. Uważa, że nie ma w Europie cywilizowanych państw poza Unią Europejską. Zupełnie zapomniał, że istnieją takie państwa jak Norwegia, Islandia, Szwajcaria, Liechtenstein, Wielka Brytania, Andora, Monako, San Marino, Watykan, Bośnia i Hercegowina, Serbia itd. Zapomniał nawet, że jego ukochana Ukraina również nie jest członkiem Unii Europejskiej. Ja rozumiem, że może za niecywilizowanych dzikusów uważać Anglików, Norwegów czy Szwajcarów – ale żeby prastarą Ukrainę? To się jednak w głowie nie mieści.

Marszałek Włodzimierz Czarzasty ma również obsesję na punkcie polskiego węgla. To chyba jakiś rodzaj anty-węglowej religii, bo dogmatycznie podkreślił, że musimy odejść od węgla. Nie chcemy, nie możemy – tylko musimy. Kto zmusza do tego szaleńczego czynu marszałka Czarzastego? Stronnicy wiatraków, koneserzy mąki z świerszczy i łapci ze łyka? Pisząc całkiem serio dziwię się, że marszałek Włodzimierz Czarzasty nie korzysta z doświadczenia najlepszego fachowca w tym temacie wywodzącego się z jego formacji czyli ministra Jerzego Markowskiego. Pomogłoby mu to w unikaniu kompletnej kompromitacji podczas spotkania w województwie śląskim.

Nie będę pisał o kolejnych manipulacjach, bo tekst byłby nieznośnie długi. A jest o czym pisać – SAFE, „lex szarlatan”, „lex Kamilek”, samochody elektryczne, ceny energii, 4 i 5 artykuł Traktatu Północnoatlantyckiego, stosunki polsko-amerykańskie itd.

Nie tylko poglądy są problemem – są jeszcze obsesje. Marszałek Czarzasty ma ewidentnie obsesję na punkcie prezydenta Karola Nawrockiego. Prezydent Nawrocki dla marszałka Czarzastego stał się tym czym jest tzw. „zamach smoleński” dla Antoniego Macierewicza. Było to najczęściej wymieniane nazwisko podczas całego jego spotkania. Pan Czarzasty niestety nie wie o tym, że wypadałoby mówić o „prezydencie Karolu Nawrockim”, a nie „Nawrockim”. Zwłaszcza, jak bardzo w swoim monologu podkreśla się tytuły obcych prezydentów, premierów i urzędników. Nie wypada cały czas szydzić z polskiego prezydenta.


Nie tylko prezydent Karol Nawrocki stał się obiektem kpin, ale cała rzesza polityków „prawej strony”. Ma oczywiście rację Włodzimierz Czarzasty, gdy wyszydza idiotyczne wypowiedzi Mateckiego, Jakiego, Kowalskiego, Macierewicza i Chorasińskiej. Ale zupełnie przy tym zapomniał o swoim bagażu – Nowackiej, Żukowskiej, Kotuli, Dziemianowicz-Bąk czy Zielińskiej. Nie jest mi to łatwo napisać, ale przy tych tuzach intelektu współczesnej Lewicy Marek Suski wyrasta na giganta intelektu. Bo wśród ślepców jednooki jest królem.

Przypadek sprawił, że większość pytań z sali ociekała wazeliną. Najbardziej wzruszył mnie jegomość, który podkreślał, że miał o marszałku dobre zdanie a teraz ma bardzo dobre zdanie. Brakowało tylko „Łubu-dubu, łubu-dubu, niech nam żyje prezes naszego klubu!”. Jednak dwie osoby zadały pytania mniej wygodne. Emeryt i młody człowiek. Obaj podnieśli sprawę Ukrainy. Starszy pan logicznie mówił o tym, że na Ukrainie częścią ideologii państwowej jest jest skrajnie antypolski i zbrodniczy banderyzm. Młody człowiek zapytał o bezpieczeństwo Polaków w kontekście ogromnej ilości Ukraińców w Polsce.

Tutaj stalowe nerwy marszałka Włodzimierza Czarzastego szwankowały. Nie był już tak dowcipny i butny. Porównywał współczesną Ukrainę do współczesnych Niemiec. Zapomniał jednak, że w Berlinie nie spaceruje się po Hermann Göring Straße przy której stoi pomnik Heinricha Himmlera.

Zupełnie wyleciał panu Czarzastemu z głowy fakt, że jednostki Bundeswehry nie noszą imienia bohaterów NSDAP. Zaś co do bezpieczeństwa stwierdził, że nic pytającemu się nie stało dzisiaj, wczoraj i przedwczoraj więc nie ma sprawy … Cieszę się z takiej reakcji marszałka Czarzastego, bo obrazuje ona jasno stosunek współczesnej „lewicy” do szarego człowieka.

Łukasz Jastrzębski

https://myslpolska.info/

Polska państwem z dykty

 

Każdy z krajów z dykty, a jeszcze lepiej z papier mâché, charakteryzuje laksacja legislacyjna. Wydaje się bardzo wiele ustaw i zarządzeń, często sprzecznych ze sobą albo nawet, co gorsza, sprzecznych z Konstytucją. Wśród nich są ustawy głupie, martwe oraz kryminogenne. Ustaw głupich jest najwięcej. Ustawy martwe są to ustawy, których nikt w praktyce nie stosuje, lecz działają jako przysłowiowy kij na psa. Uruchamia się je, gdy chce się kogoś uderzyć, komuś wyrządzić krzywdę posługując się prawem.

Taką martwą ustawą jest przepis nakazujący płacić podatek od uzyskanej korzyści. Jeżeli pozwolisz kuzynce mieszkać w twoim mieszkaniu, powinna ona odprowadzać podatek od sumy, którą musiałaby płacić za wynajem podobnego mieszkania. Jeżeli sąsiad położy ci kafelki w łazience w zamian za dobre obiady, ty powinnaś zapłacić podatek od honorarium za kafelki, a on za cenę obiadów.

Pamiętna jest sprawa piekarza z Legnicy Waldemara Gronowskiego, który rozdawał niesprzedane pieczywo, zamiast wyrzucać je na śmietnik. Odbiorcy tego pieczywa, osoby ubogie, miały według Urzędu Skarbowego odprowadzać podatek od uzyskanej korzyści. Gdyby Urzędy Skarbowe konsekwentnie pilnowały przestrzegania tej ustawy, niemożliwe stałyby się wszelkie umowy barterowe, a nawet przysługi sąsiedzkie czy pomoc humanitarna. Jeżeli na przykład pomagałabym bezinteresownie w matematyce dzieciom niezamożnej sąsiadki, z takim nauczaniem musiałybyśmy się ukrywać jak za okupacji niemieckiej.Istnieją również ustawy i rozwiązania prawne, które są po prostu kryminogenne. Prowokują do popełniania przestępstwa.

Takim rozwiązaniem prawnym jest dopuszczenie do posiadania tak zwanego kolekcjonerskiego dowodu osobistego. Taki dowód można sobie swobodnie zamówić na dowolne nazwisko i jest on praktycznie nieodróżnialny od zwykłego dowodu osobistego. Firma, która wytwarza takie dowody, w swojej reklamie pojawiającej się natychmiast w Internecie po wpisaniu jako hasło terminu „dowód kolekcjonerski” twierdzi, że przeznaczeniem kolekcjonerskich dokumentów są żarty. Ładne żarty, jeżeli, jak to kiedyś sprawdzili dziennikarze śledczy, można na taki dowód wynająć samochód, wziąć kredyt obciążający osobę, której skradziono personalia, a nawet sprzedać cudze mieszkanie. Nabywca w dobrej wierze nie musi mieszkania oddawać. Prawo nie chroni zatem obywatela przed kradzieżą jego tożsamości, wręcz przeciwnie, do takiej kradzieży prowokuje.

Trudno ustalić, po co i dlaczego toleruje się takie praktyki i oferujące kolekcjonerskie dokumenty firmy. Można zamówić sobie również fałszywe prawo jazdy, a jakie niebezpieczeństwo pociąga za sobą obecność na szosach kierowców bez prawa jazdy i odpowiednich kwalifikacji, nie trzeba chyba tłumaczyć.Kolejną cechą charakterystyczną polskiego państwa bezprawia jest brak ochrony właścicieli nieruchomości przed dzikimi lokatorami. Wręcz przeciwnie, to dzicy lokatorzy są chronieni, a właściciel, który chciałby wejść siłą do swego własnego mieszkania, jest ścigany za naruszenie miru domowego. Powoduje to – jak wielokrotnie pisałam – zastój na rynku wynajmu mieszkań i skrajnie wysokie ceny tego wynajmu. Ludzie wolą nie zarabiać na wynajmie, a za to mieć pewność, że nie stracą mieszkania na rzecz bezczelnego złodzieja chronionego przez system.Kolejną cechą charakterystyczną państw z dykty i tektury jest bierność organów ścigania wobec zgłaszanych przez obywateli przestępstw. Prokuratorzy najczęściej odmawiają zajęcia się zgłaszanymi sprawami albo umarzają postępowanie.

Wyjątkowo obraźliwy dla obywatela jest fakt, że uzasadnienia odmowy wszczęcia postępowania lub jego umorzenia są na ogół zupełnie bez sensu, są powielaniem jakiegoś szablonu dotyczącego zupełnie innych spraw. Mogłabym podać setki przykładów, ale z braku miejsca ograniczę się do kilku. Znajoma otrzymała na WhatsApp następującą informację: „Mamo, utopiłem swój telefon w ubikacji i muszę kupić nowy. Stoję w sklepie, ale nie mam dostępu do swego konta. Przekaż proszę 3997 złotych na konto sklepu, które podaję”. Znajoma, przekonana, że pisze jej syn, dokonała przelewu. Okazało się, że padła ofiarą oszustwa. Prokuratura ustaliła, że właścicielką rachunku bankowego, na który przelano pieniądze, jest niejaka Sylwia S., która jednak zaprzeczyła, że zakładała podany rachunek.

Jak stwierdził prokurator, postępowanie nie dało podstaw do wniesienia aktu oskarżenia, wobec czego zostało umorzone. Przecież to są kpiny z obywatela. Niech spróbuje nie zapłacić mandatu, to wejdą mu na konto i ten mandat pobiorą. Jeżeli Sylwia S. zaprzecza, że jest to jej konto, trzeba ustalić właściciela i doprowadzić do zwrotu pieniędzy. Inna znajoma pożyczyła komuś dużą sumę pieniędzy. Oficjalnie, z umową i opłaceniem podatku. Dysponuje dowodem przelewu. Dłużniczka twierdzi, że pieniądze oddała, nie ma jednak na to żadnego dowodu. Gdybym oddawała dużą sumę z ręki do ręki, żądałabym przecież potwierdzenia spłaty długu przez wierzyciela. Prokuratura odmówiła ścigania nierzetelnej dłużniczki, dając wiarę jej oświadczeniom.

Ja osobiście zeznawałam w sądzie w sprawie osoby oszukanej przez właściciela ogiera arabskiego. Na licytacji sprzedano jakiegoś siwego ogiera, na co istnieje dowód w postaci protokołu komornika, natomiast paszport wystawiono na skradzionego ogiera karego. Pomiędzy licytacją a datą wystawienia paszportu upłynęło kilka miesięcy. Otóż koń siwy nigdy nie stanie się kary, choć przeciwna zmiana maści jest możliwa. Dokumenty były więc dowodem oszustwa. Poza tym komornik zaniedbał sprawdzenia czipa konia. Sędzia nie rozumiała zupełnie wagi tego dowodu, odmówiła powołania biegłego zootechnika i ostatecznie sprawa została umorzona.

Otrzymałam kuriozalne pismo z sądu, w którym potraktowano mnie jako osobę poszkodowaną, podczas gdy byłam tylko świadkiem. Niezawisłość sędziowska sprowadza się zatem do orzekania według przekonań sędzi nie znającej przedmiotu sprawy; może ona dowody dowolnie dopuszczać lub nie oraz powoływać lub nie biegłych, co czyni z systemu sprawiedliwości farsę i prowokuje do oszustw.

Izabela BRODACKA
https://dakowski.pl/polska-panstwem-z-dykty/

Minister obrony Izraela grozi depopulacją Gazy


Israel Katz uważa, że ​​radykalny ruch palestyński Hamas ponownie planuje porwanie Izraelczyków.Redaktorzy strony internetowej TASS

22 września, tass-ru/mezhdunarodnaya-panorama


© Hasan Alzaanin/TASS
TEL AWIW, 22 września. /TASS/.

Minister obrony Izraela Israel Katz twierdzi, że radykalny ruch palestyński Hamas planuje kolejne porwania Izraelczyków.

W odpowiedzi minister ostrzegł, że jeśli choć jeden obywatel Izraela zostanie wzięty jako zakładnik, Izrael wypędzi milion mieszkańców Gazy i zniszczy samo miasto.

„Biorąc pod uwagę różne zamiary i doniesienia wywiadowcze, ostrzegam organizację terrorystyczną (Hamas – TASS) i jej zwolenników, od Iranu po [prezydenta Turcji Recepa Tayyipa] Erdogana: jeśli choć jeden izraelski żołnierz lub cywil zostanie porwany, całe miasto Gaza, milion jego mieszkańców, zostanie ewakuowane na południe” – powiedział Katz podczas uroczystości upamiętniającej żołnierzy poległych w wojnie Jom Kipur w 1973 roku, donosi The Times of Israel.

Minister zagroził ponadto zniszczeniem „domów i wież terrorystów” w Gazie, sugerując, że miasto podzieli los innych miast Strefy Gazy, niemal doszczętnie zniszczonych przez izraelską armię podczas walk trwających od 2023 roku. „Zostanie to zrobione tak samo, jak w przypadku Rafah, Beit Hanun i 70% Strefy Gazy, dopóki [potencjalni zakładnicy – ​​TASS] nie zostaną zwróceni” – dodał. „To jest język, którym posługują się terrorystyczne organizacje dżihadystyczne w Gazie i Libanie, i to jest język, którym my mówimy: ewakuacja ludności, zniszczenie infrastruktury i zajęcie terytorium” – zapewnił Katz.

https://tass-ru.translate.goog/mezhdunarodnaya-panorama/28139453?_x_tr_sl=auto&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=wapp&_x_tr_hist=true
https://dakowski.pl/minister-obrony-izraela-grozi-depopulacja-gazy/

Podejrzana twarz


Megaloman


[Jak ten Hitler mógł uważać Polaków za gorszą rasę, skoro Sikorski na zdjęciach wygląda jak jego brat bliźniak?VB]

„Gdyby Rosja nas zaatakowała i gdybyśmy zdjęli rękawice, myślę, że pokonalibyśmy Rosję dość szybko. Mamy przytłaczającą przewagę nad Rosją w powietrzu. Jeżeli Ukraińcy byli w stanie wyłączyć połowę rosyjskich zdolności rafineryjnych w ciągu sześciu miesięcy, my moglibyśmy zrobić to w sześć tygodni i wyłączyć drugą połowę” – powiedział 11 września, w trakcie spotkania YES (Yalta European Strategy) w Kijowie Radosław Sikorski.

Sikorski nie jest publicystą czy politykiem z drugiego garnituru. To Minister Spraw Zagranicznych Rzeczpospolitej Polskiej. Choćby z tego powodu każda z jego wypowiedzi ma swój ciężar gatunkowy. Nic więc dziwnego, że nie trzeba było długo czkać na reakcje. „Jeśli chodzi o ocenę własnych sił zbrojnych przez Warszawę, szef polskiej dyplomacji wyraźnie ma amatorski pogląd na potęgę militarną naszego kraju, nie rozumiejąc, że podczas specjalnej operacji wojskowej rosyjskie siły zbrojne są dalekie od wykorzystania pełnego potencjału. Mówiąc o przewadze militarnej Polski nad Rosją, Sikorski najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy, że gdyby Polska przystąpiła do działań zbrojnych przeciwko Rosji, nasz kraj wykorzystałby cały arsenał dostępnych sił i zasobów, a polska państwowość przestałaby istnieć w ciągu dwóch, trzech dni” – odpowiedział w rekcji na słowa szefa polskiego MSZ sekretarz Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej Nikołaj Patruszew. Patruszew to postać znacząca. W przeszłości był dyrektorem Federalnej Służby Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej (1999–2008). Uznawany jest za jednego z tzw. siłowików i człowieka z bliskiego otoczenia Władimira Putina.

„Dziś Sikorski i inni członkowie polskich elit twierdzą, że przywracają Polsce wielkość. W rzeczywistości jednak rozbudzają niezdrowe ambicje, ogłaszając plany odbudowy „Polski od morza do morza”, stworzenia „kordonu sanitarnego” przeciwko Rosji i ochrony Europy przed mitycznym „rosyjskim zagrożeniem”. Sikorski, opętany militaryzmem, odmawia słuchania słów prezydenta Rosji, że Rosja nikomu nie zagraża i że nasz kraj nie ma podstaw do działań militarnych przeciwko Europie” – dodał Patruszew. W język nie gryzła się także Maria Zacharowa. Rzeczniczka rosyjskiego MSZ określiłam wypowiedź Sikorskiego jako objaw „rusofobii mózgu”.

Paradoksalnie, z czysto wojskowego punktu widzenia Sikorski ma rację. Przewaga NATO, a nawet wyłącznie jego europejskiego komponentu, w zakresie lotnictwa i środków napadu powietrznego jest znacząca. W istocie NATO jest w stanie całkowicie zaburzyć rytmikę gospodarki Rosji, a nawet zapewne zdekapitować jej elitę polityczną i wojskową. To jedna strona medalu.

Druga strona medalu jest jednak taka, że nie da się wygrać wojny wyłącznie w powietrzu. Kalkulacja, że pozbycie się Władimira Putina i jego politycznego zaplecza doprowadzi do przejęcia władzy w Rosji przez siły prozachodnie, jest przejawem politycznego chciejstwa. Nietrafność tej kalkulacji oznacza co najmniej długotrwałą konwencjonalną wojnę. Brudną i mało chwalebną, pełną błota, krwi i śmierci, na którą Europejczycy będą musieli wysłać swoje dzieci. Czy Francuzi, Włosi, Hiszpanie, a w szczególności Brytyjczycy, będą mieli ochotę wykrwawiać się? Czy też po raz kolejny „nie będą ginąć za Gdańsk”?

Wojna konwencjonalna nie jest jednak scenariuszem najgorszym. Pamiętajmy, że Federacja Rosyjska wciąż dysponuje znaczącym arsenałem jądrowym i posiada skuteczną możliwość jego użycia. Postawiona przed alternatywą własnej klęski lub użycia broni ostatecznej, z dużym prawdopodobieństwem wybierze to drugie.

Jednak nawet jeśli broń jądrowa pozostanie w arsenałach, potencjalny scenariusz dla Polski nadal jest tragiczny. Sikorski ma rację, wskazując na niedoskonałość rosyjskiej obrony przeciwdronowej i przeciwrakietowej. Jednak arsenał ofensywny Federacji Rosyjskiej jest nienaruszony. W przypadku wojny z NATO zostanie on użyty bez najmniejszych zahamowań. Polska i kraje nadbałtyckie będą w oczywisty sposób pierwszymi celami.

O ile z punktu widzenia interesu całego Sojuszu Północnoatlantyckiego mogłaby być to akceptowalna cena za osiągnięcie strategicznego sukcesu, o tyle dla nas jest to cena całkowicie nieakceptowalna. Oznacza nie tylko straty ludzkie i materialne, ale stwarza realne zagrożenie dla dalszego biologicznego przeżycia narodu. Dlatego polski minister spraw zagranicznych, który w pierwszej kolejności winien troszczyć się o dobro własnego narodu i państwa, nigdy nie powinien wypowiadać takich słów.

Warto jednak postawić sobie pytanie, czy Radosław Sikorski w istocie realizuje interesy państwa polskiego? Cały jego życiorys sprawia, że jest to pytanie nie tylko zasadne, ale wręcz oczywiste.

W roku 1981 Sikorski, w wieku zaledwie 18 lat, wyjechał do Wielkiej Brytanii. Po wprowadzeniu stanu wojennego pozostał na Wyspach, a w 1982 r. otrzymał tam azyl polityczny. Oficjalne biogramy MSZ podają, że w latach 1981–1989 był uchodźcą politycznym w Wielkiej Brytanii. W czasie swojego pobytu za granicą studiował w Pembroke College w Oksfordzie, kończąc studia w 1986 r. Był aktywny w Oxford Union, kierował Oxford University Polish Society i należał do Bullingdon Club. W tym środowisku poznał m.in. Borisa Johnsona, a brytyjska prasa później pisała również o jego kontaktach ze środowiskiem Davida Camerona i George’a Osborne’a. „The Guardian” określał go wręcz jako polityka blisko znającego wielu czołowych konserwatystów.

Sikorski w 1987 r. przyjął brytyjski paszport. Według dostępnych biografii obywatelstwa brytyjskiego zrzekł się w 2006 r. Sam Sikorski wspominał też, że pojawiały się w Polsce sugestie, jakoby jego studia finansował brytyjski wywiad; zaprzeczał temu, twierdząc, że otrzymywał zwykły grant ILEA.

Jeszcze w latach 80. wszedł do brytyjskiego środowiska medialnego. Pracował jako freelancer m.in. dla „The Spectator” i „The Observer”, a jako korespondent wojenny „The Sunday Telegraph” relacjonował wojnę w Afganistanie. Zresztą Afganistan jest istotnym punktem przedmiotowego życiorysu. To tutaj doszło do styku ze Stanami Zjednoczonymi i ich służbami. Sikorski przebywał wśród mudżahedinów w okresie, gdy byli oni intensywnie wspierani przez USA przeciwko ZSRR. Jako reporter opisywał m.in. użycie amerykańskich Stingerów.

Pod koniec lat 80. Sikorski związał się zawodowo z USA. Został korespondentem amerykańskiego konserwatywnego magazynu „National Review”, relacjonując m.in. walki w Afganistanie i Angoli. To wprowadziło go w krąg amerykańskiej prawicy antykomunistycznej i było fundamentem jego późniejszej kariery politycznej w Polsce. Na początku obecnego stulecia Sikorski objął stanowisko resident fellow w American Enterprise Institute, został też dyrektorem wykonawczym New Atlantic Initiative. AEI było dla niego czymś więcej niż zwykłym miejscem zatrudnienia. Sikorski kierował programem zajmującym się relacjami transatlantyckimi, Rosją, NATO i demokratyzacją państw postsowieckich. Raport AEI z 2005 r. pokazuje, że organizował konferencje z udziałem m.in. Zbigniewa Brzezińskiego, Davida Fruma, Danielle Pletki, Michaela Rubina oraz przedstawicieli administracji i dyplomacji wielu krajów.

Ta relacja nie skończyła się po wejściu Sikorskiego do polskiego rządu. AEI odnotowuje, że jako minister spraw zagranicznych występował w instytucie, m.in. w sprawach stosunków polsko-amerykańskich i bezpieczeństwa Europy Wschodniej. AEI przypominało przy tym, że wcześniej kierował New Atlantic Initiative. Po odejściu z wysokich stanowisk państwowych związał się z Center for Strategic and International Studies jako „Distinguished Statesman”. CSIS ogłosiło to oficjalnie w 2016 r. Instytucja należy do najważniejszych amerykańskich think tanków zajmujących się bezpieczeństwem i polityką zagraniczną.

Żona Sikorskiego, Anne Applebaum, jest wpływową amerykańską dziennikarką, od dziesięcioleci obecną w amerykańskim środowisku medialnym i eksperckim. Tajemnicą Poliszynela są jej powiązania z amerykańskim deep state. Jeden z synów Radosława Sikorskiego i Applebaum, Tadeusz Sikorski, został podporucznikiem US Army w Cyber Corps, czyli formacji armii amerykańskiej zajmującej się działaniami i bezpieczeństwem w cyberprzestrzeni.


Czy polityk o takich powiązaniach, nie tylko politycznych, ale i rodzinnych, z obcym mocarstwem powinien kierować polską polityką zagraniczną? – na to pytanie kolejne koalicje rządzące odpowiadają twierdząco.  Wydaje się jednak, że w przypadku wystąpienia poważnej sprzeczności interesów pomiędzy Ameryką a Polską Sikorski zostanie postawiony co najmniej w sytuacji konfliktu lojalności. To wielkie ryzyko. Tym większe, iż potęgowane cechami osobowościowymi samego Sikorskiego.

Nie jest żadnym sekretem, że Sikorski jest przeczulonym na własnym punkcie megalomanem, z obsesją posuniętą do granic narcyzmu. Najlepszą ilustracją jest tutaj anegdotyczna już historia malowniczego dworku Chobielin. W 2014 r. Sikorski, wtedy minister spraw zagranicznych, zabiegał  (skutecznie) o formalne wydzielenie swojej posiadłości z miejscowości Chobielin. W oficjalnym uzasadnieniu czytaliśmy, że MSZ tłumaczyło, iż „często ważni goście zagraniczni, mają duże trudności z dotarciem na miejsce, częstokroć błądząc po lokalnych, trudno przejezdnych drogach”. Tak oto Sikorski został „sołtysem na Chobielinie” i nie musiał już dłużej pospolitować się z ludem. Ta dykteryjka byłaby jeszcze zabawniejsza, gdyby nie fakt, że dotyczy polskiego ministra spraw zagranicznych. Człowieka, który z formalnego punktu widzenia jest szefem naszej dyplomacji, choć dyplomacji w jego wypowiedziach próżno szukać.

W przełomowym czasie globalnego kryzysu, gdy z ruin świata jednobiegunowego wyłoni się nowa globalna konstrukcja, polityką zagraniczną Polski kieruje człowiek nieposiadający do tego osobistych predyspozycji, cechujący się za to co najmniej zastanawiającymi powiązaniami zagranicznymi. Jeśli porównalibyśmy go do nawigatora, a nasz kraj do okrętu, musielibyśmy dojść do wniosku, że Sikorski od dłuższego czasu wyraźnie naprowadza nas na rafy. Jest w tym zdeterminowany i konsekwentny.  Nie powstrzyma go premier zaczytany w urojone raporty CIA. Nie powstrzyma go prezydent reprezentujący w obszarze polityki zagranicznej styl jednocześnie troglodycki i fiksacyjnie antyrosyjski. Nie powstrzyma go nikt w Polsce, bo nie ma tu nikogo, kto dysponowałby jednocześnie siłą, determinacją i perspektywą intelektualną, by to uczynić.

Pozostaje nam liczyć na cud. Nie przesadnie wielki, taki w sam raz na naszą skalę. Ot, choćby taki, że wielcy tego świata zdecydują, że to jeszcze nie moment na wojnę. Po czym przywołają swoich podwykonawców do porządku.

Przemysław Piasta

https://myslpolska.info/2026/09/23/megaloman/

Związek Literatów Polskich a Wojciech Bąk


OKRES HISTORYCZNY (1945-1948) Pierwsze lata Polski Ludowej (1948-1956) Stalinizm w Polsce (1956-1970) Od Października do Grudnia Autor: ELŻBIETA WOJCIESZYK

20.10.2021 2 grudnia 1950 r. podczas zebrania Związku Literatów Polskich (ZLP) omawiano sprawę mieszkania Wojciecha Bąka – „podkreślano jego aspołeczną postawę, która wyrażała się zajmowaniem dwu pokojów z kuchnią przez osobę samotną”.

Sprawa dotyczyła mieszkania w Poznaniu przy ul. Noskowskiego 24. Budynek po wojnie został przejęty przez miasto. W 1946 r. Wojciech Bąk, jako ówczesny prezes poznańskiego oddziału Związku Zawodowego Literatów Polskich (ZZLP), wyjednał od władz zgodę na przeznaczenie go na siedzibę Związku i kilka mieszkań dla pisarzy.

Jaśniejąca gwiazda

Wojciech Bąk (1907-1961) urodzony w Ostrowie Wlkp. studiował polonistykę i filozofię na UP, później pracował jako nauczyciel szkół średnich w Poznaniu. Wychowany i ukształtowany w kulturze humanistycznej, opartej na tradycji grecko-rzymskiej i chrześcijańskiej, w swej twórczości łączył świat zmysłowy z rzeczywistością transcendentną. Dążył do otwierania nowych perspektyw duchowych i należał do twórców niezłomnie wierzących w niezbywalność kulturowego dziedzictwa starożytności, jako fundamentu cywilizacji.

Debiutował w 1928 r. na łamach poznańskiego tygodnika „Tęcza”, którego redaktorem naczelnym był Emil Zegadłowicz. W numerze z 9 czerwca 1928 r. opublikowano tam najwybitniejsze, zdaniem Redakcji, utwory młodych twórców, wcześniej wyemitowane w Radio Poznańskim. Wśród nich zamieszczono wiersz Wojciecha Bąka pt. Biblioman.

Pierwszy tom wierszy, Brzemię niebieskie, wydał w roku 1934 w Warszawie. Tom ten otrzymał wyróżnienie prestiżowego, warszawskiego tygodnika literackiego „Wiadomości Literackie”. Wkrótce stał się osobą powszechnie znaną w środowisku, nie tylko z powodu powodzenia kolejnych tomików poezji, ale także z powodu przyjęcia oferty innego warszawskiego tygodnika literackiego „Pion”, w którym prowadził stały dział przeglądu prasy. Z jego zdaniem zaczęto się poważnie liczyć na warszawskiej giełdzie literackiej.

W międzywojennym Poznaniu Wojciech Bąk był niezwykle aktywnym animatorem życia kulturalnego, m.in. zajmował się organizowaniem tzw. Czwartków Literackich w pałacu Działyńskich.

Podczas wojny przebywał w Warszawie i brał aktywny udział w konspiracyjnym ruchu literackim. Po Powstaniu Warszawskim został wywieziony przez Niemców do obozu pracy w fabryce amunicji w Cottbus. Tam w efekcie jednego z alianckich nalotów bombowych został ranny w głowę; myślano, że zmarł. Jednak on szczęśliwie wrócił do Poznania 12 kwietnia 1945 r. i trafił na reaktywowany miesiąc wcześniej Czwartek Literacki poświęcony pamięci pisarzy, którzy polegli, zginęli lub zmarli w czasie wojny, m.in. jego pamięci.

Został radośnie powitany przez kolegów i publiczność i pełen entuzjazmu włączył się w odbudowę życia kulturalnego miasta. 18 maja 1945 r. wybrano go na prezesa poznańskiego oddziału ZZLP. Był jedną z najbardziej znanych osobowości Poznania. Wysoki, o donośnym tubalnym głosie, cieszący się autorytetem w środowisku. Drukował swe wiersze m.in. w łódzkim wydawnictwie swego brata – Władysława. W latach 1945-1948 wydał siedem nowych książek. Był nagradzany, m.in. w 1945 r. otrzymał nagrodę literacką za całokształt twórczości, a w 1949 r. nagrodę Episkopatu Polski za twórczość poetycką. W latach 1945-1947 r. był prezesem poznańskiego Oddziału ZLP, redagował „Życie Literackie”, które m.in. w 1946 r. zdecydowanie potępiło kielecki pogrom ludności żydowskiej.

Wykluczony z systemu

Po zmianie nazwy ZZLP na Związek Literatów Polskich i szczecińskim Zjeździe w dniach 20-21 stycznia 1949 r., na którym przyjęto realizm socjalistyczny jako metodę twórczą i obowiązujący kierunek literacki, zadaniem pisarzy w Polsce Ludowej stała się realizacja ideowej przemiany i wychowanie ludzi w duchu materializmu leninowsko-marksistowskiego.

Nieprzekupny i niezłomny Wojciech Bąk stał się tragiczną ofiarą stalinowskich czystek. Jego losy są typowym przykładem sposobu alienowania z przestrzeni publicznej niewygodnych dla reżimu wybitnych przedstawicieli polskiej inteligencji. Proces wyobcowywania ze środowiska był realizowany za pośrednictwem kolegów ze ZLP.

Najpierw na łamach pisma „Dziś i Jutro” Zygmunt Lichniak w artykule z 27 lutego 1949 r. pt. Powojenna twórczość Wojciecha Bąka krytycznie podsumował jego pisarstwo w dziedzinie poezji jak i dramatu, a także prozy, publicystyki czy krytyki literackiej. Spotkały go złośliwe drwiny ze strony literatów takich jak Gałczyński, Różewicz, czy Sztaudynger.

Twórczość Wojciecha Bąka została objęta cenzurą i zakazana. Na zakaz drukowania chciał poskarżyć się w Warszawie. Informował, że wygłosi tam przemówienie i otruje się na estradzie, ale sekretarz generalny ZLP Jerzy Putrament skutecznie temu zapobiegł. Wpadał w coraz większą biedę, a po reżimowej zmianie pieniędzy 29 października 1950 r. oszczędności Wojciecha Bąka wynoszące 80 tys. zł stały się warte tylko 800 zł. Nie wytrzymywał tego nerwowo i podjął pierwszą próbę samobójczą.

W świecie przymusowego „leczenia”

Na wniosek kolegów z ZLP, z pominięciem najbliższej rodziny, w 1950 r. został przymusowo umieszczony w zakładzie psychiatrycznym w Kościanie i dopiero w marcu 1951 r. zwolniony. Zaczął się pogrążać w świecie urojeń, manii prześladowczej i obsesji. Od tego momentu postanowił legalnie wyjechać za granicę. Paszportu nie dostał, a jego prośby w tej sprawie wysyłane do najwyższych władz w Polsce pozostały bez odpowiedzi. W lipcu 1952 r. – ponownie wbrew woli i bez zgody rodziny – osadzono go w „Dziekance”, w zakładzie psychiatrycznym w Gnieźnie, skąd zwolniono go dopiero w kwietniu 1953 r. W sumie w tzw. psychuszce spędził kilkanaście miesięcy, pod pretekstem konieczności leczenia z powodów obyczajowych i choroby alkoholowej. Metody leczenia, w tym elektrowstrząsy, którym go tam poddawano, doprowadziły go do pogłębienia manii prześladowczej, obsesyjnego antysemityzmu i szukania wrogów także w Kościele katolickim. Prokurator Wojewódzki w latach 1952-1957 na wniosek ZLP prowadził sprawę o jego ubezwłasnowolnienie.

W latach 1949-1956 w poznańskim środowisku literackim nastąpił podział. Początkowo, jak wspominają świadkowie wydarzeń, w składzie społeczności literackiej Poznania przewagę mieli wyznawcy światopoglądu katolickiego, później zdominowali ich publicznie wyznający światopogląd ateistyczny. Aktywną działalność rozpoczęło Koło Młodych, którego członkowie okazali się najwytrwalsi w szykanowaniu Bąka, wnosząc o zamknięcie w szpitalu psychiatrycznym i walcząc o zajmowane przez pisarza mieszkania przy ul.
Noskowskiego. 2 grudnia 1950 r. ZLP rozpatrywał wspominany wyżej wniosek w sprawie zajmowania dwu pokojów. Zaproponowano „przeniesienie kolegi Bąka do jednego pokoju”. Do oddania mieszkania wzywał go sam prezes ZLP Leon Kruczkowski i sekretarz generalny Jerzy Putrament.

W 1953 r. decyzją Zarządu Głównego ZLP został skreślony z listy członków tego gremium.

W tym okresie znalazł się już w bezpośrednim zainteresowaniu funkcjonariuszy bezpieczeństwa, którzy wzywali go na przesłuchania do siedziby UB i przeprowadzali brutalne rewizje w jego mieszkaniu.

***
Przełom polskiego Października obiecywał lepsze możliwości w rozwoju polskiej kultury. Nowy Zarząd ZLP uchwałą z 5 listopada 1956 r. reaktywował Wojciecha Bąka w prawach członka. Wkrótce umorzono też sprawę o ubezwłasnowolnienie.

Po okresie bezwzględnego zakazu publikacji udało się Wojciechowi Bąkowi wydać dwa tomiki wierszy:
„Modlitewnik” oraz we fragmentach „Zastygłe chwile” z kilkoma utworami z okresu uwięzienia w szpitalu psychiatrycznym, gdzie także pisał, gdyż tylko wiersze stanowiły dla niego przestrzeń wolności. Wydał też „Szkice”, ale nie odzyskał już dawnej pozycji w środowisku.

W 1960 r. zgłosił akces do miejscowej gminy ewangelicko-augsburskiej. Nadal był inwigilowany. W 1961 r.
został aresztowany i trzy miesiące więziony, bez podania zarzutów. Zmarł nagle 30 kwietnia 1961 r., oficjalnie na atak serca, ale w niejasnych okolicznościach, prawdopodobnie otruty. Sekcji zwłok nie było. Został pochowany w Poznaniu. W 1982 r. brat przeniósł jego szczątki na warszawskie Powązki.

Artykuł zawiera fotokopie listów autora, które tu zostały pominięte z powodów technicznych. Warto zatem zajrzeć do oryginału ...

***
Na poezję autora Brzemienia niebieskiego krytycznie reagowali jego koledzy pisarze. Joanna Siedlecka tak rozpoczyna swój obszerny szkic o Bąku, jako pisarzu represjonowanym:

Nie ma chyba wśród polskich literatów nikogo równie szykanowanego jak Wojciech Bąk i to przede wszystkim przez kolegów po piórze7.

Jan Sztaudynger napisał o nim ośmieszającą fraszkę: Kiedy Bąk na lirze brzdąka, Bogu wstyd’ że spłodził Bąka*.

Do twórczości poety odniósł się również Ta­deusz Różewicz, któiy popisał się złośliwym paszkwilem:

O. Bąku
Związku członku!
boży dzwonku!
lilii pąku!
Bąku śliczny
bąku muzyczny
bąku metafizyczny
bąku magiczny.
Bąku wydzwoniony
bąku objawiony
bąku poroniony.
Bąku bąkający
bąku bełkocący
bąku bredzący
bąku brzęczący.
Bąku chwało
bąku kotwico
bąku klowico.
O, Bąku -
Baki potomku!
Przez poematów pisanie
przez tychże drukowanie
i gramatyczne rymowanie
O Panie!
daj mu opamiętanie
niech już przestanie9.

Adresat tej swoistej litanii nie pozostał dłużny jej autorowi i wkrótce zredago­wał swoją odpowiedź:

Chętnie bym pisać przestał.
Nawet się z tym liczę,
Co zrobić, gdy odłożę i papier i pióro -
Lecz gdy widzę, me miejsce zajmą Różewicze,
Piszę dalej, tą wizją zlękniony ponurą!

środa, 23 września 2026

Wojciech Bąk- Myśli 1


Nikt tak nienawidzi ludzi pospolitych jak człowiek pospolity, który sobie wmówił, że jest wybitny. Nienawiść ta i pogarda jest jego legitymacją do "wybitności".

Nie można żyć w zadowoleniu, nie będąc przekonanym o swej wartości. Oszust nie uważa się za małowartościowego moralnie, lecz wszystkich innych za oszustów, tylko mniej zręczynych.

Prawdziwie wybitny człowiek jest zwykle nielubiany. Mimo jego najlepszych chęci, upokarza on chcąc nie chcąc pewność wewnętrzną innych i zagraża doznaniu własnej wartości. Do obcowania z nim potrzeba mądrości i z jego, i ze strony innych. Taki zbieg mądrości postępowania jest wyjątkowo rzadki. Mądrość praktyczna nie jest częsta, nawet wśród wybitnych.

Człowiek wybitny dostrzega poza słowami rzeczy, człowiek inteligentny średnio - poza rzeczami słowa. Jakże się mają porozumieć?

Człowiek bezstronny bywa szanowany, ale nie lubiany - ludzie bowiem wolą swój interes od słuszności.

Jest w każdym człowieku "obserwator" zdolny do bezstronności. Na tym polega w ogóle możność porozumienia się między ludźmi. Wysiłek ludzki biegnie najczęściej ku temu, by go przekupić i zagłuszyć, a nawet pomącić wszelkie jego miary i wagi.

Literat chce być zajmujący, pisarz - prawdziwy.

Wspólnota używanych narzędzi nie jest wyrazem wspólnoty upodobań, choć łudzi ona prostodusznych. Sofista nie jest filozofem, lecz antyfilozofem, literat nie jest pisarzem, lecz antypisarzem. Zestawienie ich w jednolitym systemie wartościowania jest błędem. Rządzi nim odwrotna hierarchia moralna.

Przeciwstawić się panującym poglądom nie byłoby tak niebezpieczne, gdyby nie chowały się za nimi interesy, które kpią z poglądów w ogóle albo też tak się nimi zamaskowały, że maska przyrosła im do twarzy, zerwanie zaś jej byłoby bolesne.

Są ludzie, którzy nawet spowiedź zamieniają w samochwałę.

Możliwość szczerego samooskarżenia się jest tylko właściwa ludziom. Zwierzęta nie oskarżają samych siebie. Oskarżony, który jest sędzią, i sędzia który jest oskarżonym, to paradoks, w który by nie wierzono, gdyby nie istniał.

Nie ma haseł, które by nie mogły posłużyć za pokrywkę dla swego przeciwieństwa. Nie ma sztandaru, którym nie można by udusić, nie ma orderowego łańcucha, którym nie można by związać rąk, nie ma hymnu, którym nie można by zagłuszyć jęków.

Nie można grać bez reguł, nie można żyć w społeczeństwie bez praw moralnych i legalnych. Gra między szulerami, nie uznającymi żadnych prawideł gry, byłaby nonsensem, dlatego zbrodniarze w obrębie bandy przestrzegają praw moralnych - nie okłamują, nie okradają się itd, to by rozbiło bandę.

Pająk, gdyby myślał, byłby oburzony na muchę, gdyby mu się wyrwała z sieci. Tyle pracy na darmo, a poza tym sieć uszkodzona. Wołałby z nienawiścią: "To jest nieprzyzwoitość!".

Ludzie są w zestawieniu ze zwierzętami komiczni. Ciągle przeszkadza im w rozsądku, polegającym na wygodne urządzenie się w świecie, bezinteresowność poznania. Są ścigani przez siebie.

Donkiszot będzie zawsze śmieszył i zawsze wywoływał łzy. Śmieszy on nasz rozsądek, wzrusza nasz moralny instynkt, który dąży do tego, by rozsądek nie ogłupił nas doszczętnie.

H. był tak tolerancyjny, że pragnął, by tolerowano jego zbrodnie. Czuł się pokrzywdzony, gdy ludzie się mu przeciwstawiali - zarzucał im brak tolerancji.

Wszyscy się chętnie godzą, by ich tolerowano. - To tłumaczy powodzenie hasła tolerancji.

Są tacy, którzy głosząc: "Nie tylko chlebem żyje człowiek, lecz słowem" - myślą tylko o tym, jak mu chleb wyrwać.

Pies nigdy nie zrozumie, dlaczego można matematykę przekładać nad gonitwę i tarzanie się w trawie. Na to jest psem. Są jednak ludzie, którym to też się nie udaje pojąć. I są z tego dumni.

Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość nie są w kulturze pojęciami chronologicznymi. 

wtorek, 22 września 2026

Cenzor jako współautor


Zacząć wypada od samoograniczającego, lecz niezbędnego ustalenia. Niezależnie od tego, że Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk symbolizował w powszechnej świadomości peerelowskie zniewolenie myśli, słowa i twórczości, nie był on ani jedyną, ani samodzielną instytucją obarczoną owym zadaniem. Na straży tego, co słuszne, bezpieczne, „socjalistyczne”, ewentualnie „konstruktywnie krytyczne”, stały zarówno rozliczne rady, komisje kwalifikacyjne i weryfikacyjne, jak i wielka ilość osób, zajmująca kierownicze stanowiska w ministerstwach, wydawnictwach, redakcjach, zespołach filmowych, teatralnych etc., etc. Żaden — mniej czy bardziej liberalny — prezes Urzędu nie miał też decydującego wpływu na tzw. „przymrozki” i „odwilże” w kulturze, czyli obszary bezwzględnego tabu lub względnej wolności. W tej mierze była wszak cenzura jedynie uzbrojoną w ołówek ręką władzy czy partii — co zresztą wychodziło na jedno.

Moja uwaga koncentruje się jednak wyłącznie na działalności osób zatrudnionych w budynku na ulicy Mysiej w Warszawie i innych podległych mu oddziałach. Mówiąc o cenzorze mam więc na myśli tylko pracownika Głównego (bądź wojewódzkiego) Urzędu.

Co więcej — mimo owego zawężenia — nie marzę nawet o wyczerpaniu tematu; jest to zadanie niewykonalne — tylko w ramach referatu. Nie będę więc odwoływać się do przykładów najbardziej głośnych ani też sporządzać wymiernego bilansu strat, jakie na skutek działalności Głównego Urzędu poniosła polska powojenna kultura i nauka. Przypomnienie najwybitniejszych choćby dzieł, nie dopuszczonych (okresowo bądź na stałe) do publicznego życia, czy też przytoczenie w miarę kompletnej listy „wyingerowywanych” i „eliminowanych” znaczących nazwisk zajęłoby zbyt wiele czasu, a i tak nie byłoby pewności, czy nie ominięto czegoś ważniejszego. Kłopot z badaniem akt cenzury jest bowiem dwojakiego rodzaju. Pierwszy wynika z ograniczonego materiału, drugi — paradoksalnie — z jego bogactwa.

Akta cenzury, znajdujące się w Archiwum Akt Nowych w Warszawie, nie obejmują szeregu dokumentów. I to zarówno takich, które musiały się tu niegdyś znajdować, jak i takich, których nigdy tu nie było, bo szereg rzeczy załatwiano przez u telefon (co nagminne, gdy idzie o teatry, szczególnie warszawskie), często nawet w trakcie osobistej rozmowy. Bywało też, że film, artykuł czy książka (a także konkretne na-zwiska), zwolnione przez cenzora, nigdy nie ukazały się oficjalnie (by przywołać choćby znany przykład Obecności mitu Kołakowskiego), zdarzało się i odwrotnie. Czasem interwencje następowały w ostatniej chwili, stąd niekiedy spisy treści tomów zbiorowych bądź periodyków nie całkiem odpowiadają ich zawartości.

Drugi kłopot wynika, jak mówiłam, z nadmiaru tego, co jest dostępne. Ocalałe archiwum Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk obejmuje kilkanaście tysięcy teczek (3361 numerów inwentaryzacyjnych), kilkanaście „skoroszytów” (dotyczących organizacji lokalnych) oraz tzw. „szuflady”, w których mieści się zapewne paręna-ście tysięcy dokumentów, skoro sam wykaz instytucji, których dotyczą, idzie w setki, bo są tam wydawnictwa akademickie, i to od Akademii Spraw Wewnętrznych przez AWF do PAN, wydawnictwa uniwersyteckie, stowarzyszeń twórczych i innych, organizacji studenckich, związkowych, firm prywatnych etc., etc.

Teczki zawierają głównie wykazy wielorakich ingerencji i zatrzymań, odnoszących się do periodyków, nieperiodyków, druków ulotnych, filmów, czasem — raczej kapryśnie — także wystaw plastycznych i sztuk widowiskowych, z wyraźnym uprzywilejowaniem zespołów studenckich i kabaretów, za to z minimalną dokumentacją teatrów zawodowych. Sprawozdania z wielorakich „wyingerowań” czy „wyeliminowań”, jak określa się cenzorskie decyzje, mają niejednaką postać. Czasem są to suche relacje, bardzo rzadko wsparte odpowiednimi cytatami nalepianymi na specjalnych arkuszach. Często (w latach 50.
I 70. jest to prawie regułą) nie dopuszczonym do druku tekstom towarzyszą obszerne komentarze i podsumowania, a także — w przypadku książek — swoiste recenzje, czasem niezwykle prymitywne, kiedy indziej zdradzające erudycję i dobry gust (szczególnie tuż po roku 1956, kiedy to kadry cenzorskie zasilili nieźle wyedukowani i nie pozbawieni talentu poloniści). Stąd ocenom „ideologicznym” towarzyszą wówczas artystyczne. Mówi się na przykład, że artykuł jest właściwie cenzuralny, ale źle napisany, że sztuka nie budzi sprzeciwów cenzorskich, ale zdradza tandetny warsztat; pisze się wtedy, że —co prawda teksty są cenzuralne — ale w gruncie rzeczy wystawiają złe świadectwo polityce wydawniczej. Niekiedy owym ocenom towarzyszą wielorakie emocjonalne wykrzykniki i westchnienia czy też obrazowe frazy typu:

Bardzo słaba sztuka, tak słaba, że aż beznadziejność ogarnia czytającego (1949, o — wystawionej zresztą — Załodze Skowrońskiego i Słotwińskiego) lub: Zaiste brzydka to rzecz, gdy ocenia ktoś nasz dorobek literacki nihilistycznie. Ale po stokroć podlejszą będzie rzeczą, gdy miast dać świadectwo prawdzie o pozycjach w swej istocie kruchych, lichych i marnych, szacujemy je jako dobre. (1956 wstęp do złej oceny Bliskiego kraju Piętaka)

Często opinie cenzorskie, podlegają wewnętrznemu ocenzurowaniu, i to w tonacji ironicznej. Na marginesie jednej z opinii w listopadzie 1954 roku, znajduje się obszerny komentarz dezawuujący zarówno skłonność recenzentów do pobieżności, jak i zbytniej pedanterii określanej mianem „nadmiernego wścibstwa”. W latach następnych ten typ komentarzy jest coraz rzadszy, ale za to toczą się swoiste dyskusje między lektorami czy recenzentami z różnych szczebli hierarchii cenzorskiej. Sąd pierwszego lektora konfrontowany jest z odmienną opinią bezpośredniego zwierzchnika, a nawet wiceprezesa czy — po odpowiedniej wydawniczej interwencji — przedstawiciela Wydziału Kultury KC PZPR. Wywiązuje się między nimi osobliwa rozmowa, w której efekcie decyzje pierwotne ulegają na ogół złagodzeniu, wówczas skrupulatność instancji najniższej uważa się za przesadną. W latach 80. zjawisko to zanika; dokumenty mają wyłącznie rzeczowy charakter.

Oprócz relacji bieżących (w różnych dla różnych lat rytmach — mniej lub bardziej szczegółowych) teczki kryją jeszcze sprawozdania z „przeoczeń” i „nadingerencji”, bez praktycznego już w danej chwili znaczenia dla cenzurowanych. Rejestrowane są jednak ku nauce cenzurujących.

Ponadto teczki kryją m. in. „Skargi i wnioski”, „Sygnały” (dotyczące tego, co trzeba było zdjąć w ostatniej chwili), a także drobne pisma i zarządzenia, sprawozdania z konferencji i szkoleń, współpracy ze zwierzchnikami, podległymi instytutami, informacje o ruchu kadr, wynagrodzeniach, ewidencje pieczęci i pieczątek aż po zamykające smutnie tę listę: zestaw „Protokółu przekazania majątku” oraz „Wykaz likwidacyjny” z roku 1990.

Tak więc — w miarę dokładne — prześledzenie akt samej cenzury wydaje się zajęciem niemal niewykonalnym, a trzeba dodać, że informacje o pracy cenzury zawierają nie tylko dokumenty dotyczące jej bezpośrednio, ale i archiwów Wydziału Kultury/Nauki czy Prasy KC PZPR, a także resortów podległych MON, MSW czy MSZ.

O roli, jaką pełniła cenzura w latach 1944-89, można mówić w wielu aspektach, różnie też określając funkcję cenzora; był on wszak nadzorcą i weryfikatorem, czasem swoistym doradcą, czasem niemal prokuratorem. Wybrałam nazwę „współautor”, bowiem zda się ona dość precyzyjnie oddawać jedną z istotniejszych cech peerelowskiej cenzury: jej tajność. Cenzor stawał się współautorem dzieła, działającym niezwykle dyskretnie; do roku 1981 nie zaznaczano wszak żadnych ingerencji cenzorskich, a i później robiono to wybiórczo, stosując w dodatku przeróżne fortele.

Owa „dyskretność” wynikała nie tylko z troski o to, aby możliwie doskonale ukryć prawdę (i tak nie do ukrycia) o tym, jak mały jest zakres wolności słowa i swobód twórczych. Intencją niebagatelną było także — jak pisał Stefan Kisielewski — „zasugerowanie czytającym, że autorzy tak myślą, jak piszą”.

Cenzor „współtwórca” nie domagał się więc uznania dla swej (niewątpliwej) pracowitości czy pomysłowości, odwrotnie, anonimowo utożsamiał się z autorem książki, filmu, przedstawienia, artykułu, naukowej rozprawy. Działać mógł za to w tym zakresie na wielorakie sposoby.

Sposobem najbardziej efektywnym i najczęściej przywoływanym były wszelkiego rodzaju „wyeliminowania”. Zarówno wykreślanie obszernych fragmentów powieści, poszczególnych wierszy, nowel czy esejów — tak w tomach zbiorowych, jak autorskich, fragmentów przedstawień (bądź wcześniej — sztuk), całych sekwencji filmowych etc. Jak i — o wiele boleśniej, poprzez małe skreślenia — fragmentów dialogów, poszczególnych słów (m. in. w roku 1958 dopełniaczy w utworach: Herberta (Drugi pokój) o widzianym z okna urzędzie bezpieczeństwa, Różewicza (Kartoteka) o wypychaniu działacza.

Niekiedy z owych „wyingerowanych” fragmentów można by ułożyć całość istotnie niezwykle ostrą i istotnie „antysocjalistyczną” (tak było choćby z Miazgą Andrzejewskiego), kiedy indziej ich lektura wprawia w zdumienie, tak zdadzą się niewinne — przynamniej w oderwaniu od konkretnej sytuacji politycznej. Czasem pozbawione kontekstu utwory wydają się całkowicie obojętne, często czujność cenzury wzbudza wręcz rozczulenie, tym bardziej, że niekiedy wydaje się świadczyć o jej marnej (wbrew powszechnemu mniemaniu) materialnej kondycji. Jakże bowiem inaczej tłumaczyć wyjaśnienie cenzora zwracającego w roku 1970 uwagę na niestosowny fragment (zatrzymanego zresztą w konsekwencji) francuskiego filmu Hao-binh o Wietnamie: „pułkownik daje chłopcu wietnamskiemu kilkudolarowy banknot za oczyszczenie butów, co świadczy o hojności Amerykanów”.
Czasem „wyingerowań” dokonuje się stopniowo: tak było np. w przypadku wydania Ślubu w roku 1957, kiedy to wykreślono najpierw dwa zdania ze Wstępu Józefa Wittlina, później cały Wstęp, a wreszcie i Przedmowę Gombrowicza. Podobnie w tomie Gwiazdozbiór muzyczny Stefana Kisielewskiego (tenże rok) w szkicu o Prokofiewie — gdzie biedzono się najpierw nad poszczególnymi zdaniami, by w końcu zdjąć całość — a są to nader częste przykłady.

Zakres ingerencji (i tych o charakterze poważnym, i tych wręcz anegdotycznych) był olbrzymi. Nie było prawie pisarza, eseisty, kryty-ka, reżysera filmowego bądź teatralnego, któremu czegoś z jego dzieł by nie „wyeliminowano”; dotyczy to także literatów i twórców oddanych bezgranicznie partii. „Ingerowano” — jak wiadomo — nie tylko w utwory polskich autorów współczesnych, ale także w dzieła klasyków; nawet w jubileuszowych edycjach Mickiewicza, Słowackiego czy Żeromskiego nie mogło się bez tego obyć. „Poprawiano” nagminnie Kraszewskiego i Jeża. Praktyka ta — szczególnie popularna w okresie socrealizmu, nie umarła bynajmniej wraz z nim. Padły jej ofiarą prawie wszystkie wydane w latach 1944-1989 pamiętniki i wspomnienia wraz z trzecim „szczególnie — jak notował cenzor — nieprzyjemnym” to-mem wspomnień Ludwika Krzywickiego, pozbawionym prawie 50 końcowych stron („od 307 do 355 usunąć”).

Nie oszczędzono też autorów obcych, nawet ideowo bliskich cóż dopiero budzących pod tym względem wątpliwości. Tu intencje „współautora” nie zawsze związane były z treścią książki; często decydowało nazwisko lub narodowość pisarza. Świadczą o tym choćby trzy duże ingerencje w monografię Heinricha Bölla pióra Guntera Wirtha (1971), dokonane przez pierwszego cenzora, a zakwestionowane przez cenzora drugiego, tłumaczącego nadgorliwość kolegi tym, że „czytał tekst w kontekście zasugerowania siebie, że autorem książki jest pisarz NRF, a jest inaczej” (t. 873). Nie wyliczam tu tematów, które pobudzały cenzorów do szczególnej aktywności. Są one ogólnie znane. Niektóre stanowiły nienaruszalne tabu przez cały okres powojenny; choć i tu zdarzają się niespodzianki: np. słowo „Katyń” można było do pewnego czasu zastępować (w Słowniku Biograficznym Teatru Polskiego, t. 1, wyd. 1973) nie tak jeszcze wtedy wymownym — Starobielskiem. Inne zginęły wraz z epoką stalinowską, choć akurat „stalinizm” i „socrealizm” stanowiły po krótkim okresie „odwilży” temat przez cenzurę szczególnie chroniony, i to jeszcze w połowie lat 80. Jeszcze inne ustanawiano dopiero po 1968, 1970 czy 1981 wraz z takim a nie innym rozwojem wydarzeń.

Większość ingerencji miała bardzo określony charakter polityczny stojąc na straży wszystkiego, co zgodne z oficjalną wizją rzeczywistości, ale zdarzało się i tak, że cenzor jako współautor mitygował „odwilżowo” autora właściwego. Ten typ ingerencji częsty był np. w okresie postalinowskim, kiedy to zalecano wykreślać z niektórych filmów i powieści to, co nazbyt zalatywało propagandą. I tak np. w roku 1954 cenzor ingeruje w tom Józefa Andrzeja Frasika Ziemia kwitnie, bo „wypada zaznaczyć, że motyw traktora znaleźć można w każdym prawie wierszu. Tematyka produkcyjna przegnała wszelkie inne problemy”.

Zaś w 1956 bardzo często zwraca się uwagę na „zbyt czarny kostium, w który przywdziewa się i górę, i dół AK”. Zdarza się też, że cenzor-współautor dokonuje swego dzieła w imię wartości wyższych: np. walki z antysemityzmem; bardzo znamienne, że tego argumentu używa się często bezpośrednio po roku 1968, nie tylko ingerując w różne utwory współczesne, ale i XVII-wieczne (m. in. w antologii Juliusza Nowaka-Dłużewskiego Okolicznościowa poezja poli-tyczna w Polsce, t. 3, 1969), co nie przeszkadza innemu typowi ingerencji. Np. w publikacji Filozofia w Polsce. Słownik Pisarzy (1971) Zaleca się wykreślić pewną liczbę chrzczonych Żydów, bo ilość proponowanych [...] nazwisk związanych z kulturą polską, wydaje się być szkodliwym nieporozumieniem [...] doskonale wystarczy jeden przedstawiciel chasydyzmu. (t. 867)

Bardzo wiele ingerencji (ze szczególnym nasileniem w epoce Gomułki i Gierka) dotyczy spraw obyczajowych, głównie seksu. Tępi się — szczególnie ostro w filmie — wszelką „pornografię”, a za taką uznane mogą być nie tylko sceny jednoznacznie erotyczne, ale i zbyt głębokie dekolty. Przy tym walcząc z „rozpustą” peerelowscy cenzorzy mianują się dość często rzecznikami katolickiego społeczeństwa. Decyzje zatrzymania Diabłów Kena Russela i Dekameronu Passoliniego (1971) motywuje się tym, że zawierają one „wyjątkowo drastyczne sceny, obrażające ludzi wierzących”, a kiedy w rok później dopuszcza się oba filmy na „Konfrontacje”, to po to aby przypomnieć pewnym kołom katolickim, jakie drastyczne i niekorzystne dla Kościoła filmy powstają i są rozpowszechniane na Zachodzie, a u nas, pomimo istnienia państwowej sieci kin, nie są wprowadzone do rozpowszechniania, (t. 888) Z podobnych względów ingeruje się w książki, przedstawienia, głównie w Azyl Faulknera oraz adaptację Ulissesa według Joyce’a, opracowaną przez Zygmunta Hubnera dla Teatru Wybrzeże w Gdańsku (1970).

Najbardziej cyniczne wydaje się jednak uzasadnienie, które towarzyszy jesienią 1968 (!) — a więc bezpośrednio po brutalnych „marcowych” kampaniach — najpierw ingerencjom, a potem i zatrzymaniu (na ponad pół roku) Gry Kawalerowicza. Cenzor pisze:

Nie można nie zwrócić uwagi — pisze cenzor — na odbiór tego filmu w środowisku robotniczym, które może wyciągnąć wnioski, że inteligencja nic nie robi, żyje w doskonałych warunkach materialnych, a nadmiar czasu i pieniędzy sprzyja kształtowaniu się określonej moralności. Film może wpływać na powstawanie nastrojów antyinteligenckich. Zdaniem Departamentu Widowisk GUKPPiW wymowa ideowo-polityczna filmu jest sprzeczna z naszymi założeniami wychowawczymi.

Metoda współtworzenia dzieł poprzez ingerencje nie jest jednak metodą jedyną. Często cenzor staje się także „współtwórcą języka” (tak właśnie brzmiąca Myśl nieuczesana Leca zostaje zresztą zdjęta w 1958 roku przez cenzurę) zamieniając na przykład jedne słowa na inne. Dotyczy to zarówno utworów polskich, jak obcych, kiedy cenzor pełni zarazem rolę „współtłumacza”. Czasem idzie o określenie zbyt „brutalne” czy „wulgarne” (bardzo się to tępi w filmach, teatrach studenckich, kabaretach). Na ogół rzecz wykracza jednak poza sprawy tyczące tzw. dobrego wychowania.

„Słowa-tabu” łączą się z reguły z „tematami-tabu” i bywa, że w tej sprawie Główny Urząd nie tylko działa sam, ale i wydaje specjalne zalecenia dla podległych sobie urzędów. Tak więc już na początku roku 1957 wykreślać się zaczyna, i to zarówno w publikacjach, jak i dziełach literackich i filmowych, sformułowania takie, jak „stalinizm”, „kult jednostki”, „frazeologia stalinowska”, zastępując je eufemistycznym „okresem minionym”. W roku 1968 „semitę” zastępuje „syjonista”, w 1972 wychodzi specjalne „zalecenie”, w myśl którego należy eliminować z materiałów publicystycznych, informacji, felietonów itp. używany ostatnio bardzo często termin „demokratyzacja życia” zastępując go takimi terminami, jak „rozwój demokratyzacji socjalistycznej (życia)” itp., „przywrócenie norm demokracji socjalistycznej”, „pełna realizacja zasad demokracji socjalistycznej”. W 1972 skreślano — w myśl instrukcji — „Ziemie Zachodnie”, „Ziemie Odzyskane” czy „ziemie dziś polskie” wstawiając w ich miejsce „województwo szczecińskie” lub „województwo zachodnie”, co prezentowało się jako tako w bieżącej publicystyce, gorzej — w odnoszącej się do lat powojennych prozie.

Bardzo często o „podmianie słów” (czy „zapisach na słowa”) decydował kontekst. „Bolszewik” funkcjonować mógł wyłącznie w określeniu „członek WKP(b)”. Już w wydaniu Arcta z roku 1946 dokonano w stosunku do wydania przedwojennego przemiany (m. in. „jednostka wyłamująca się spod ustalonego porządku rzeczy”). W Słowniku języka polskiego Doroszewskiego wykreślono nawet wers „obywatel ZSRR (używane, zwłaszcza w dwudziestoleciu, często z odcieniem ujemnym)”.

Milicjant ukazany w niepochlebnej dla siebie sytuacji zamieniał się np. w strażaka, a żołnierz — w zależności od sytuacji. I tak w broszurze Jak uniknąć wypadków podczas polowań z roku 1957 miejsce żołnierza, który przez przypadek zranił kobietę, zajmował leśnik, a w licznych dziełach prozatorskich przeklinających lub pijących żołnierzy zastępowali nieokreśleni młodzi. Obrona czci „żołnierza” i „wojaka” leżała zresztą cenzurze szczególnie na sercu. Z tego względu ingerowano np. w latach 70. w liczne fragmenty prozy Nowakowskiego, Głowackiego, Stachury, i nie dopuszczono w roku 1971 do emisji telewizyjnej sztuki Jarosława Abramowa Żaglowce, białe żaglowce (pierwotnie słuchowisko, zatrzymane w roku 1968). Bowiem „sugerowała ona społeczeństwu, że oficerowie to są dyletanci, nie przygotowani do wychowywania żołnierzy”. Pikanterii nadawał sprawie fakt, że Żaglowce zdjęto — dość śmiało — z paragrafu o „naruszeniu tajemnicy państwowej”. Nic więc dziwnego, że nie ostała się i maleńka kreskówka Stachury Desant (1968), która zawierała „głupią i złośliwą satyrę na wojsko. Wyśmiani zostają sztabowcy, topografowie i dowódcy, którzy żołnierzy lądujących z desantu powietrznego nie zaopatrzyli w spadochrony”.

Strzeżono też honoru państwowych odznaczeń. W Polowaniu na muchy Wajdy wyeliminowano [...] słowo „order”, którego użył milicjant tłumacząc jednemu z lokatorów, że dają mu w nagrodę kryształ, bo nadanie orderu wymagałoby sporo zachodu. Ponieważ order jest wysokim odznaczeniem państwowym, przyznawanym przez Radę Państwa, w konkretnej sytuacji uzasadnione byłoby zamienienie słowa „order” na „dyplom” lub na „odznakę”.
(t. 848) Najzabawniejsza była chyba jednak ingerencja w powieść Ewy Ostrowskiej (1971), gdzie zaproponowano zamianę imienia bohaterki — Apolonia, by uniknąć „aluzyjnego zdrobnienia — Polka”.

Te zabawy w słowa trwały aż po rok 1990, objawiając nieraz wielką pomysłowość cenzora. I tak np. w wywiadzie z Mikołajem Kozakiewiczem w „Tu i Teraz” z roku 1981 „stare rosyjskie przysłowie »komu grają, ten płaci«” zmieniono na „stare angielskie przysłowie", a czynność „cenzurowania” na „filtrowanie” (przez niechętną prasę podziemną wiadomości o PRON), dalej zaś — niekonsekwentnie i bez powodu — wyrażenie „uruchamia się filtr” na „pojawiają się zakłócenia”.
Niekiedy zmieniano koniugację: głównie czas teraźniejszy na przeszły (m. in. w Artykułach pierwszej potrzeby Słonimskiego, gdzie w większości wypadków to, co odnosiło się krytycznie do aktualnej sytuacji, przerzucano automatycznie do niedawnej historii).

Zmieniano tytuły. Do legendy przeszła m.in. propozycja zamiany Ciężkich czasów Bałuckiego, wystawianych po sprawie Dziadów w Teatrze Narodowym, na „Pan Lechicki”, nie wprowadzona w końcu w życie. W tym samym czasie zmieniono nazwę jednego z odcinków telewizyjnej wersji Sagi rodu Forsytów ze „Strajk” na „Tabakierka”, aby odwrócić uwagę od złych skojarzeń. Najliczniejszym zmianom podlegały w tym zakresie programy studenckie i estradowe, kiedy zmieniano tytuł jednej z piosenek (1970) z „Ciężkie życie w dobrobycie” na „Sęki i zgrzyty”, pisano:

Samo zestawienie jest bardzo niefortunne i jednoznacznie złośliwe, stawiające pod znakiem zapytania to, co się pod określeniem „dobrobytu” rozumie, a więc wszelkie osiągnięcia i zdobycze naszej rzeczywistości. (t.
1320)

Cenzor bywał także doradcą i inspiratorem autora. Historia licznych przeróbek filmów (od Zakazanych piosenek i Robinsona warszawskiego poczynając), sztuk (z Odwetami i Niemcami na czele, nie mówiąc już o scenicznym Grzechu Żeromskiego, zmienianym aż dwukrotnie: raz — przez dopisany przez Kruczkowskiego akt IV, drugi — gdy zrezygno-wano z owego dodatku wysyłając spektakl do Paryża), prozy z Popiołem i diamentem oraz Pasjami błędomierskimi i wielu innych — także w latach późniejszych (najwięcej w serialach telewizyjnych — ze Stawką większą niż życie).

Czasem efekty przychodziły nader szybko, jak choćby w wypadku — mniej od wymienionych dzieł znanej — wydanej już przed wojną młodzieżowej Zielonej książki Wacława Rzezacza. Po pierwszej lekturze z 13 VI 1949 pisano: „Moralność autora jest wybitnie drobnomieszczańska”, bo „bieda i nędza bezrobotnych to dla niego ciężki dopust”, zaś złego bogatego kupca zmienić można dobrym przykładem. Ale już we wrześniu rekomenduje się nową wersję: to utwór propagujący zdrową myśl, iż „walka z jednym człowiekiem niewiele pomoże, musimy przebudować świat na nowo, dać mu nowy ustrój społeczny”, co wyrażać miał wprost nowy bohater powieści — postępowy szofer (t. 145).

Metoda dopisywania nowych treści w miejsce starych nie upowszechniła się aż tak, jak ingerencje, nie należała jednak do rzadkości. Oprócz dopisywania poszczególnych słów czy fraz w teksty, zmuszano do dewaluowania ich treści — kontrowersyjnej z punktu widzenia władz — poprzez obudowywanie ich krytycznym komentarzem. Tak było np. tuż po wojnie z przedrukami fragmentów zachodniej i amery-kańskiej prozy (m. in. w „Kuźnicy”), z wieloma artykułami, które zwalniano czasem do druku pod warunkiem umieszczenia w sąsiedztwie ostrej polemiki. Tak było i z IBL-owskim Słownikiem Pisarzy Polskich, gdzie hasła twórców emigracyjnych kończyć musiała formuła o „antykomunizmie” bądź „wrogiej postawie wobec PRL”.

Systematycznie opatrywano „słusznymi” komentarzami „niesłuszne” materiały przedrukowywane w „Forum”.
Swoistym rodzajem komentarza było też dorabianie cudzysłowów przy użytych serio, przez recenzenta czy historyka danej dyscypliny, określeniach bądź wartościujących (jak wybitny, nieprzeciętny, etc.), bądź — zdawałoby się — neutralnych (jak poeta, artysta, uczony), kiedy szło o twórcę akurat źle widzianego. Owe naddatki — szczególnie częste w okresie stalinowskim, w latach 1968-1970, czy też w roku 1982 podczas kampanii prowadzonej w związku z bojkotem mass-mediów — równoważono odejmowaniem tychże cudzysłowów wówczas, gdy autor używał ich świadomie w stosunku np. do „wieszcza” Minkiewicza (przypadek z „Gazety Ludowej”, 1946), „wybitnego” publicysty Machejka, „arcydzieła” Bratnego czy Poręby itp.

Wiąże się to ściśle ze „współtworzeniem” tekstów poprzez umiejętne operowanie przymiotnikami. Owo właściwe używanie — komplementujących bądź ośmieszających — przymiotników, z wyczuleniem na najmniejsze niuanse, stanowi w działalności cenzury niemal oddzielny rozdział. Działalność tę uprawia się nieprzerwanie przez całe czterdziestopięciolecie, choć są oczywiście okresy, kiedy zjawisko to się nasila.

W czasie kampanii marcowej kilkakrotnie powtarza się w aktach Głównego Urzędu zapis informujący, iż nie tylko nie należy dopuszczać do eksponowania nazwisk bądź podkreślania w sensie pozytywnym dorobku naukowego Baczki, Brusa, Kołakowskiego, Pomiana. Można natomiast zwalniać [...] materiały polemizujące z ich twórczością.
Nazwisko Jana Kotta, szczególnie w latach 1968-1972 tępionego, zwolnione zostaje w tym czasie do druku tylko raz: w Dzienniku 1954-1958 Wacława Kubackiego, bo pojawia się on tam we fragmencie, który nie tylko na skutek przypominania pewnych faktów, ale i stosowania pejoratywnych określeń „nie przedstawia tej postaci w zbyt pochlebnym świetle”.

Dość prostackiemu wykreślaniu wyrażających uznanie przymiotników przy twórcach czy uczonych źle widzianych towarzyszą często — szczególnie w epoce „liberalnego” Gierka — rozważania nader subtelne, wytyczające delikatne granice między tym, co jeszcze dozwolone i co już nie akceptowane. I tak np. w Zamiast powieści Burka nienaruszone zostają zdania odnoszące się do Pierwszego kroku w chmurach, bo „krytyk pisze o najgłośniejszym debiucie Hłaski, a nie najlepszym”.

Podobnie w jakimś eseju Henry Bazina nie skreśla się nazwiska Gombrowicza, bo „jest ono wymieniane tylko jako nazwisko autora trafnej nazwy (i to nawet bez określenia «trafnej»)”. Przykładów jest bez liku, do najbardziej wyrafinowanych należy zastąpienie, w książce Anny Milskiej Pisarze polscy 1890-1970 (Wyd. CRZZ 1972) zdania — odno-szącego się do Antoniego Słonimskiego — jeden z najznakomitszych poetów innym — „należy do grona wybitnych pisarzy”.

Ustalając artystyczne hierarchie cenzor przekracza wąską w końcu rolę „współautora” konkretnego dzieła; szczególnie, że rzecz dotyczy nie tylko recenzji, artykułów czy eseju, ale i podręczników (m. in. szkolnych), słowników i encyklopedii, opracowań naukowych etc. Staje się kimś więcej niż osobą, mającą wpływ na kształt tej czy innej książki, filmu czy spektaklu. Współkreuje rzeczywistość kulturalną — zarówno gdy idzie o dokonania bieżące, jak i historię.

Jako współkreator — stawał się zarazem mecenasem pewnych twórców i gnębicielem innych, współredaktorem gazet, współdyrektorem wydawnictw, teatrów, kin, filharmonii, biur wystawowych. Mógł skazywać na niebyt zarówno twórców, jak dzieła; dowolność była tu wielka. Oprócz ścisłych zapisów na nazwiska lub dzieła, istniały warianty pośrednie. Czasem wymieniać wolno było dzieło bez autora — skrajnym przykładem był tu wystawiony przez Jarockiego w roku 1960 z zespołem studenckim w Gliwicach Ślub: po zdjęciu spektaklu dano parę przedstawień pod warunkiem nieumieszczania nazwiska autora na afiszu. Jak wam się podoba w przekładzie Miłosza grano przez lata bez nazwiska tłumacza; można było pisać o autorze Szekspira współczesnego, ale nie o Kotcie etc., etc. Kiedy indziej odwrotnie — wolno było używać nazwisk, ale bez niektórych dzieł, których tytuły nie mogły się pojawić nawet w niskonakładowch pracach naukowych.

Tym fałszerstwom w dziedzinie biografii artystycznej towarzyszyły nieraz poważniejsze w odniesieniu do życiorysów, o czym pamiętają dobrze wszyscy autorzy, zarówno dzieł popularyzatorskich, jak i ściśle specjalistycznych, a nawet dokumentacyjnych o małym zasięgu.

Ów „mały” lub „duży” zasięg czytelniczy nie był bez znaczenia. Przeciwnie, stanowił o jednej z podstawowych zasad manipulowania kulturą. Wiele wydawnictw (choćby Słownik Pisarzy Polskich) opatrzonych było klauzulą „przeznaczamy do rozpowszechniania tylko w drodze sprzedaży zamkniętej. Nie należy dopuszczać krytyki przyjętego trybu rozpowszechniania, postulatów zwiększenia nakładu bądź wznowienia tej publikacji”. Manipulowano nakładami i cenami pism i książek, niektóre filmy wolno było wyświetlać tylko w kinach studyjnych, podobnie zdarzało się, iż spektakle przenoszono — gdy było to możliwe — ze scen dużych na małe. Zezwolono na premierę Męczeństwa i śmierci Marata Weissa w Teatrze Ateneum w Warszawie, ale nie zgodzono się na prezentację filmowej wersji sztuki. Wyrażano zgodę na premierę, ale w jednym mieście (np. w przypadku Rozmów z katem według Moczarskiego — w Warszawie). Puszczano pewne filmy, książki, zezwalano na wystawy lub koncerty, ale z zakazem lub ograniczeniem pisania o nich, i to nieraz z dodatkowym warunkiem. „Treść niniejszego zapisu nie może być przekazywana redakcjom”.
Najbardziej apodyktyczny zakaz w tej mierze wydano w roku 1972 z okazji — odesłanego zresztą na półki — Diabła Żuławskiego, gdzie napisano wprost i z podkreśleniem: „W świadomości czytelnika i widza ten film nie istnieje”, ale takich „nie istniejących” dzieł było wiele, i to nie tylko tych ogólnie znanych, bo np. w latach 1968-1969 nie można było w ogóle pisać — nawet w formie wzmianek — o filmach zarówno tych wcześniej zakupionych i nie puszczonych do kin, jak i innych, święcących tryumfy na międzynarodowych festiwalach. Zdarzało się to w okresach, kiedy wiedzę na ten temat zdobywać można było łatwo drogą pośrednią.

Nagminne było wstrzymywanie (lub ograniczanie) ilości recenzji pochlebnych (w stosunku do twórców i naukowców źle widzianych) lub krytycznych (w stosunku do faworytów i pisarzy partyjnych), ale też np. do Opowieści biblijnych Kosidowskiego, ograniczanie uwag krytycznych o Hanuszkiewiczu, po objęciu przez tegoż Teatru Narodowego etc.).

Warto tu może wspomnieć o dwu jeszcze sprawach. Jednej w jakimś sensie wymiernej: a więc o owych wszystkich dodatkowych środkach manipulacji, jaką były np. (podejmowane nie tylko przez cenzurę, ale przy jej czynnym udziale) akcje „oczyszczania bibliotek”, prohibity, debity, rekwirowanie książek, kaset filmowych, nagrań muzycznych etc., przywożonych z zagranicy. A więc akcjach, które w niemniejszym stopniu niż różne zapisy nie tylko deformowały model powojennej kultury, ale czasem na trwałe decydowały o jej rozwoju.

I o sprawie drugiej, której nie da się już poprzeć żadnymi statystykami. A mianowicie — o wpływie cenzury na świadomość zarówno twórców, jak i animatorów życia kulturalnego. O owej cenzurze wewnętrznej (w wydawnictwach, redakcjach itd.) lub „samocenzurze” — dokonywanej czasem świadomie i cynicznie, bardzo jednak często podświadomie. Oczywiście to nie tylko (a nawet nie przede wszystkim) istnienie Głównego Urzędu decydowało o ich rozmiarze. Ale z pewnością ów potężny pośrednik między partią a naukowcem, twórcą, pisarzem czy publicystą odgrywał tu niebagatelną rolę.

Wszystko to zresztą temat nie na referat, lecz obszerną i skomplikowaną książkę. Tyleż serio, co anegdotyczną. Kto wie nawet, czy najbardziej porażające wydawałyby się te jej fragmenty, które dziś skłonni bylibyśmy przyjmować z rozbawieniem; tak wydają się małostkowe i surrealistyczne. Jest to jednak rozbawienie podobne temu, z jakim po upadku stalinizmu przyjmowało się np. socrealistyczne wiersze.

Marta Fik

Sommer rozmawia z B’nai B’rith. „Rzadko można spotkać się z taką szczerością”


Właśnie przyszła z druku książka „Polityka żydowska”, autorstwa śp. Mariana Miszalskiego oraz mojego, gdy znów odezwał się do mnie członek żydowskiej loży B’nai B’rith, który już wcześniej starał się mnie przekonać, że zdradziłem wolnościowość na rzecz nacjonalizmu i że to bardzo niedobra jest, że tak się stało.

Postanowiłem przeprowadzić z nim szczegółową rozmowę, by dociec, skąd wziął taki dziwny zarzut. W jej trakcie doszliśmy do konkluzji, której zresztą od razu się spodziewałem. Mój rozmówca przyznał, że to on jest nacjonalistą (żydowskim oczywiście) i moja wolnościowość okazała się dla niego zbyt mało filosemicka.

Rozmowa – którą znajdą Państwo wewnątrz numeru – dokładnie potwierdza tezę zawartą w mojej i Mariana Miszalskiego książce, która głosi, że w przypadku Żydów, nawet jeśli sytuują się w obrębie oddziaływania i wyznawania rozmaitych poglądów, zawsze istnieje ideologiczna część wspólna, której główną osią jest przyświadczanie o potrzebie prowadzenia polityki żydowskiej.

Każdą ideologię czy doktrynę traktują przez jej pryzmat. Tak więc dla nich socjalizm musi być żydowski, libertarianizm też musi być żydowski, a nacjonalizm – to już wyłącznie i na sto procent. Stąd postawiony mi zarzut zdrady wolnościowości. W przekonaniu mojego rozmówcy po prostu moja wolnościowość nie jest zgodna z wymogami polityki żydowskiej. Czyli tak naprawdę to nie był zarzut dotyczący wolnościowości, tylko żydowskości tej wolnościowości.

Z tego powodu uważam, że przyjmowanie przedstawicieli takich organizacji jak B’nai B’rith przez polskie ambasady – a od mojej krytyki takiego spotkania w Londynie zaczęła się ta dyskusja – jest skandalem, bo najczęściej odbywa się to bez świadomości, z kim właściwie odbywa się to spotkanie. Po prostu polskie ambasady, jeżeli mają spotykać się z jakimiś nacjonalistami, to powinny ograniczyć się do nacjonalistów polskich, a nie przyjmować nacjonalistów żydowskich i się jeszcze tym chwalić. Polecam dokładną lekturę tej rozmowy, bo rzadko można spotkać się z taką szczerością i otwartością argumentacji.

Tymczasem udało nam się – a wiedzą Państwo, jakie ciągle mamy z tym historie – wynająć salę na XIX Konferencję Prawicy Wolnościowej. Tym razem odbędzie się ona w nowym miejscu, choć nadal w centrum Warszawy, przy ulicy Kolejowej. Zaczynamy szykować program, zapraszać gości – szczegóły przedstawię w kolejnym numerze – w każdym razie proszę szykować sobie wolny czas 28 i 29 listopada.

W tym roku planujemy mocny finisz książkowy – z Targami Książki bez Cenzury objedziemy pół Polski oraz wydamy drugi tom „Alfabetu Michalkiewicza”, książkę zawierającą wywiady z prof. Bogusławem Wolniewiczem oraz – uwaga – specjalny tom poświęcony językowi i retoryce Grzegorza Brauna. Informacje o kolejnych punktach naszego objazdu będziemy podawać na bieżąco. Serdecznie zapraszam do udziału w naszych imprezach!

21.09.2026 Tomasz Sommer nczas/sommer-rozmawia-z-bnai-brith-rzadko-mozna-spotkac-sie-z-taka-szczeroscia

Do 2050 roku rdzenni Francuzi staną się mniejszością w swoim kraju

 

Śmierć Zachodu. Do 2050 roku rdzenni Francuzi staną się mniejszością w swoim kraju

Badanie przeprowadzone przez Obserwatorium Imigracji i Demografii mierzy możliwą ewolucję populacji francuskiej w ramach trzech polityk migracyjnych. W dwóch scenariuszach osoby bez pochodzenia migracyjnego staną się mniejszością między 2050 a 2060 rokiem.

Badanie ujawnia, że niezależnie od wariantu polityki imigracyjnej, ​​do 2050 roku nastąpią poważne zmiany demograficzne. Jak będzie więc wyglądać Francja w 2050 roku? Pytanie nie dotyczy już tylko liczebności populacji, starzenia się społeczeństwa czy finansowania emerytur. Teraz chodzi o sam skład populacji.

Badanie przeprowadzone przez Obserwatorium Imigracji i Demografii dla magazynu „Le Figaro” , zostało oparte na danych publicznych z INSEE i INED i próbuje zmierzyć transformacje, jakie zachodzą w tym kraju na przestrzeni stulecia. Redakcja zaznacza, że jest to bo badanie „politycznie i statystycznie delikatne”.

OID nie rości sobie prawa do przewidywania przyszłości. Wybiera trzy warianty trajektorii migracyjnych, aby ocenić ich konsekwencje demograficzne. Ma to pozwolić zaobserwować trend, z którym francuska debata publiczna wciąż się zmaga. Do 2024 roku ponad 30% dzieci urodzonych we Francji miało już co najmniej jednego rodzica urodzonego poza Unią Europejską. W badaniu uwzględnia się pochodzenie na przestrzeni trzech pokoleń.

Transformacja demograficzna napędzana jest zarówno ciągłymi przepływami migracyjnymi , jak i dysproporcjami w płodności między różnymi populacjami. Pierwszy scenariusz rozszerza obecne trendy migracyjne. Zakłada on 350 000 stałych wjazdów rocznie. OID uważa ten poziom za zgodny z liczbą około 500 000 wjazdów migrantów na terytorium, o których mówiło Ministerstwo Spraw Wewnętrznych w 2024 roku, zakładając, że około dwie trzecie tych przyjazdów miało charakter stały.

W tym scenariuszu dzieci pochodzenia pozaeuropejskiego w ciągu trzech pokoleń będą stanowiły większość narodzin po 2040 roku. Ich udział osiągnie około 65% około 2070 roku. Transformacja całej populacji przebiegałaby naturalnie wolniej. Osoby bez pochodzenia migracyjnego staną się mniejszością około 2050 roku. Francuzi z pozaeuropejskim pochodzeniem w ciągu trzech pokoleń przekroczyliby jednak 50% całkowitej populacji i to do połowy lat 70. XXI wieku.

Scenariusz pośredni zakłada 250 000 stałych przyjazdów rocznie, co stanowi umiarkowaną redukcję. Ten sam trend utrzymałby się, ale z opóźnieniem o jedno pokolenie. Odsetek narodzin osób pochodzenia pozaeuropejskiego stanowiłby większość zaraz po 2050 roku, a następnie ustabilizowałby się na poziomie około 55% do 2080 roku. Odsetek osób bez pochodzenia migracyjnego spadłby poniżej 50% około 2060 roku. Większość osób pochodzenia pozaeuropejskiego w populacji ogólnej wystąpiłaby dopiero w latach 90. XXI wieku.

W obu przypadkach Francja w drugiej połowie stulecia stałaby się krajem, w którym większość mieszkańców miałaby w różnym stopniu, historię rodzinną związaną z niedawną imigracją .

Trzeci scenariusz pokazuje, że trend ten może być odwracalny, ale ze znacznym wpływem migracji. OID przewiduje tu czterokrotny spadek imigracji spoza Europy w porównaniu ze scenariuszem pośrednim. Wymagałoby to radykalnych decyzji politycznych, w szczególności dotyczących azylu, łączenia rodzin oraz przepisów unijnych, a nawet zmian konstytucyjnych.

W tym scenariuszu odsetek osób pochodzenia pozaeuropejskiego także będzie rósł przez kolejne dekady, napędzany obecnymi przepływami migracyjnymi i kontynuacją demograficzną. Około 2050 roku osiągnie prawie 35% wszystkich urodzeń, po czym zacznie jednak spadać. W całej populacji ustabilizuje się na poziomie około 30% od lat 70. XXI wieku, nigdy nie osiągając poziomu większości.

Pod koniec XXI stulecia różnica między scenariuszem wysokim a restrykcyjnym wyniosłaby zatem około trzydziestu punktów procentowych. Ta różnica stanowi główny wniosek polityczny badania i zakłada, że wzrost populacji nie zależałby od całkowicie niekontrolowanego mechanizmu, ale również od decyzji podejmowanych obecnie.

Prognozy tego typu są mocno hipotetyczne. Nie da się precyzyjnie określić, jak będą się kształtować wskaźniki dzietności, ani przyszłe przepływy migracyjne. Wybrana granica trzech pokoleń też nie jest dokładna i oznacza, że od czwartego pokolenia potomek imigrantów zalicza się do kategorii osób „bez przeszłości migracyjnej”.

Kandydat lewicy na prezydenta, Jean-Luc Mélenchon przewiduje, że do 2050 roku Francja i tak będzie w 50% „rasowo mieszana”. Prawica twierdzi, że kontrola nad imigracją może te trendy odwrócić. Demografia stopniowo wychodzi poza sferę abstrakcji i staje się przedmiotem debaty wyborczej. Na razie w tym temacie nic się nie zmienia.

Inne badanie przeprowadzone przez Hexagone Institute wykazało, że NGO-sy zajmujące się wspieraniem imigracji, procesów otrzymania azylu i integracji stanowią największą pozycję (23 miliardy euro rocznie) w wydatkach państwa na wsparcie stowarzyszeń… Podział środków państwowych pozwala na lepsze zrozumienie realizowanych we Francji priorytetów.

I jak tu nie być fatalistą..?

Źródło: Le Figaro/ Valeurs

20.09.2026
nczas/smierc-zachodu-do-2050-roku-rdzenni-francuzi-stana-sie-mniejszoscia-w-swoim-kraju

Ilu Ukraińców ma polski paszport? A ilu będzie go miało już niebawem? – Krzysztof Baliński

 


W swoim wystąpieniu podczas wieczoru promującego najnowszą książkę “Ukropolin od A do Z” Krzysztof Baliński skupił się na bardzo niebezpiecznym, masowym zdobywaniu polskiego obywatelstwa.

Krzysztof Baliński i jego wieczór autorski w księgarni Multibook.pl

W swoim wystąpieniu poruszył następujące tematy:

– Jak Ukraińcy mogą w łatwy sposób zdobyć polskie obywatelstwo?
– Ilu Ukraińców w najbliższym czasie ma szansę otrzymać polski paszport?
– Kto nadaje obcokrajowcom obywatelstwo?
– Czy w ogóle wiemy ile już przyznano paszportów obcokrajowcom?
– Czy obecne, masowe wręcz rozdawanie polskiego paszportu można powstrzymać?
– Czy prezydencki projekt ustawy o polskim obywatelstwie to krok we właściwym kierunku?
– Po co Zełensky podpisał ustawę o wielokrotnym obywatelstwie i jaki znajduje się w niej haczyk?

Wideo pod linkiem

https://ekspedyt.org/2026/09/20/ilu-ukraincow-ma-polski-paszport-a-ilu-bedzie-go-mialo-juz-niebawem-krzysztof-balinski/