niedziela, 26 lipca 2026

Anatomia prowokacji. Czy nadciąga nowa wojna?



Pamiętacie Euro 2012, które Polska organizowała razem z Ukrainą? Choć wyczyny naszej reprezentacji nie należały do popisowych, mnie utkwiło pewne wydarzenie, któremu przyglądałam się z bliska. Chodzi o mordobicie na ulicach Warszawy, poprzedzające mecz Polska-Rosja na Stadionie Narodowym, wokół którego służby wszelakie rozegrały sobie ćwiczenia (?).

Tak się jakoś złożyło, że termin meczu przypadł na 12 czerwca, kiedy Rosjanie obchodzą Święto Rosji. W związku z tą datą kibice rosyjskiej reprezentacji zwrócili się do prezydent Warszawy z prośbą o pozwolenie na uroczysty przemarsz ulicami polskiej stolicy. Hanna Gronkiewicz-Waltz wydała zgodę na pochód Rosjan, co uruchomiło spiralę wydarzeń.

Na polskojęzycznych forach rozpętała się istna burza. Ktoś puścił famę, że Rosjanie szykują prowokację. Pamiętam między innymi takie przekazy, że straszono, iż rosyjscy kibice będą maszerować z portretem Stalina i flagą Związku Sowieckiego. W nakręcanie emocji włączyli się dziennikarze, politycy i wszelkiej maści „eksperci”, wskutek czego wybuchła ogólnopolska histeria.

NA WŁASNE OCZY

Jako że mieszkałam wówczas w Warszawie, nie mogłam przegapić takiej okazji, by zobaczyć to bezpośrednio, zamiast z przekazów medialnych. Wraz z przyjaciółką dotarłam w okolice ronda de Gaulle’a, skąd miał rozpocząć się pochód Rosjan w kierunku Stadionu Narodowego. Nie widziałam portretu Stalina ani sowieckiej symboliki. Zamiast tego zobaczyłam rozjuszony tłum, polskojęzycznych prowokatorów oraz świetnie przygotowanych do akcji policjantów i tajniaków.

Wyglądało to na celowo przygotowaną prowokację: najpierw wydano zgodę na przemarsz Rosjan, a następnie rozpętano przeciwko nim medialną nagonkę. Ta z kolei zmobilizowała chuliganów z całej Polski, którzy przyjechali do Warszawy, by spuścić lanie rosyjskim „prowokatorom”. Z w miarę bliskiej, choć bezpiecznej odległości – nie pchałam się pod lecące kamienie ani pod czyjeś pięści – można było naprawdę wiele dostrzec.

Dla przykładu widziałam, jak w stronę kilkuosobowej grupy spokojnie idących Rosjan i Rosjanek jakiś krewki Polak rzucił okrzyk: „ruskie kurwy”. W odpowiedzi na zaczepkę jeden z Rosjan nie wytrzymał i ruszył z impetem w stronę obrażającego ich Polaka. Nie zdążyli nawet porządnie się pobić, gdyż z tłumu kibiców nagle wyłonili się tajniacy, którzy zgarnęli ich obu do natychmiast podstawionego auta.

Generalnie na trasie pochodu dochodziło do licznych agresywnych zachowań i prowokacji. W stronę parady rzucano butelki i petardy, a w okolicach stadionu i stacji Warszawa Powiśle wybuchły regularne walki uliczne z pseudokibicami.

Do zabezpieczenia wydarzenia skierowano znaczne siły prewencji, które użyły gazu łzawiącego, armatek wodnych i gładkolufowej broni.

W międzyczasie, podczas trwających zamieszek, widziałam, jak z Dworca Centralnego Alejami Jerozolimskimi nadciągały kolejne grupy kibiców, z czego większość zapewne chciała po prostu zobaczyć mecz. Doskonale przygotowani policjanci – było ich zatrzęsienie – tworzyli między nimi zwarte kordony, co pozwalało kontrolować napływające tłumy.

Pomyślałam wówczas, że właśnie tak organizuje się praktyczne szkolenie dla służb mundurowych. Ćwiczenia przy okazji dorocznego Marszu Niepodległości to przy tym pikuś.

PRÓBA GENERALNA?

Według oficjalnych danych, w starciach poprzedzających mecz Polska–Rosja rannych zostało kilkanaście osób, w tym policjanci. Funkcjonariusze zatrzymali ponad 180 uczestników zamieszek po obu stronach konfliktu.

Zagraniczne media uznały wydarzenia za brutalny, lecz odizolowany incydent wywołany przez pseudokibiców, jednocześnie chwaląc polskie służby za profesjonalizm, zdecydowaną interwencję i skuteczne zapewnienie bezpieczeństwa podczas całego turnieju Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej 2012.

Moim zdaniem wszystko było specjalnie przygotowaną prowokacją, mającą na celu rozjuszyć emocjonalnych Słowian po obu stronach. Podczas tamtej akcji przetestowano między innymi, jakimi metodami najłatwiej napuścić jednych na drugich. W tym przypadku straszenie komunistyczną symboliką zadziałało jak płachta na byka.

Od jakiegoś czasu nie mogę oprzeć się wrażeniu, że podobną prowokację – tylko na o wiele szerszą skalę i stanowiącą śmiertelne zagrożenie dla narodu polskiego – rozpisano z użyciem Ukraińców.Jest znacznie poważniej i nie chodzi już jedynie o ćwiczenia, choć modus operandi pozostał ten sam.

Wtedy osoba na decyzyjnym stanowisku wydała zgodę na przemarsz kilku tysięcy Rosjan, a następnie rozkręcono machinę mającą na celu napuścić krewkich Polaków przeciwko rosyjskim kibicom (straszenie komunizmem, etc.), co doprowadziło do ulicznej nawalanki.

Dziesięć lat później osoba na decyzyjnym stanowisku – konkretnie ówczesny premier Mateusz Morawiecki – wydał zgodę na wpuszczenie do Polski milionów Ukraińców i obdarowanie ich wszelkimi przywilejami. Po jakimś czasie rozkręcono w Polsce potężną antyukraińską nagonkę, mając bombę – w postaci Ukraińców – na pokładzie.

Co znamienne, w antyukraińską narrację – w tym straszenie banderyzmem, etc. – z całą mocą włączył się w ostatnich tygodniach ten sam Morawiecki i jego środowisko polityczne. Przypominam, że to za rządów PiS Polska należała do największych darczyńców Ukrainy, wysyłając tam między innymi polskie uzbrojenie (doprowadzając tym samym do rozbrojenia Polski) oraz grubą kasę wydartą z kieszeni polskich podatników.

ZBIOROWA PSYCHOZA

Kiedy przeglądam media społecznościowe, przecieram oczy ze zdumienia, widząc, jak Polacy dają się podpuszczać przez scenarzystów teatru, w którym spisano nasz naród na straty. Nie dostrzegam racjonalnych głosów po żadnej ze stron sceny politycznej ani wśród publicystów czy dziennikarzy – nawet tych uchodzących za niezależnych lub antysystemowych.

Zresztą nie widziałam ich także wtedy, gdy odpalono Euromajdan, ani tym bardziej przy okazji wojny na Ukrainie. Nie przypominam sobie apeli płynących z Polski, wzywających do podjęcia rozmów pokojowych i zaprzestania przelewu słowiańskiej krwi za naszą wschodnią granicą. Zdaję sobie sprawę z tego, że Polska niewiele może wskórać, ale taki gest zostałby przynajmniej odnotowany jako coś pozytywnego.

Zamiast tego w kraju nad Wisłą przedstawiciele głównego nurtu zagrzewali Ukraińców do walki z Rosjanami (i dostarczali im broń). Z kolei tzw. antysystem rzucał komentarze sugerujące, iż „dobrze tak Ukrom, że Ruscy ich dojechali”, gdyż w mniemaniu wielu każdy Ukrainiec to banderowiec. W ten sposób obozy polaryzujące Polaków nakręciły totalną fiksację.

Modelowym przykładem tego szaleństwa jest niedawna afera, która rozgorzała po incydencie w autobusie w Bielsku-Białej. Do internetu trafiło niespełna minutowe nagranie wykonane przez 11-letnią Ukrainkę, na którym słychać wulgarne i agresywne wyzwiska kierowane przez 54-letniego Polaka pod adresem młodocianych Ukrainek. Reakcje w polskojęzycznej przestrzeni publicznej pokazały skalę emocji i absurdalnego amoku, w jakim znalazła się Polska.

Politycy głównego nurtu – głównie ekipa z koalicji obecnie rządzących – i usłużni im publicyści zlinczowali Polaka, który obrażał młode Ukrainki.

Problem w tym, że to samo środowisko nie robiło afery, gdy w Polsce dochodziło do agresji ze strony Ukraińców. Nie przypominam sobie ich stanowczej reakcji choćby wtedy, gdy rok wcześniej w Krakowie 37-letni obywatel Ukrainy kopnął w twarz 11-letniego polskiego chłopca, co doprowadziło do utraty przytomności dziecka i konieczności przewiezienia go do szpitala.

Tzw. antysystem – występujący często jako „polscy patrioci” i „prawdziwi prawicowcy”, etc. – wypada równie nieciekawie. W mediach społecznościowych wykreowali narrację, jakoby w autobusie doszło do banderowskiej prowokacji, a wszystko było doskonale przygotowaną ustawką, której ofiarą padł niewinny Polak.

Zwieńczeniem tego stały się masowo powielane w mediach społecznościowych zdjęcia 11-letniej Ukrainki z bielskiego autobusu, przerobione przy użyciu AI. Na jednym z nich przyklejono jej szyderczy uśmiech, na innym odziano w ubranie w barwach OUN-UPA, a do rąk włożono kosę i siekierę – narzędzia, którymi mordowano Polaków na Wołyniu.

Obserwując to wszystko – powyżej przytoczyłam zaledwie promil przykładów – utwierdziłam się w przekonaniu, że w Polsce nie ma poważnego środowiska, na którym można byłoby polegać. Po prostu nie ma komu ratować tego kraju. Nikt nie próbuje kierować się zdrowym rozsądkiem. Zamiast tego z każdej strony widać nakręcanie emocji i granie nimi na całego, co nie rozwiązuje problemu z Ukraińcami, a jedynie go wzmacnia.

ROZGRYWANIE GOJÓW

Na YouTube znajduje się fragment nagrania rosyjskiej telewizji państwowej Rossija 1, która transmitowała huczną imprezę noworoczną, podczas której Rosjanie witali 2013 rok. W rozrywkowym programie na scenie popisywał się Wołodymyr Zełenski (zanim został prezydentem Ukrainy, był aktorem-komikiem), którego występ podziwiał siedzący na widowni Władimir Sołowjow. Wszyscy świetnie się bawili.

Jak to możliwe? Przecież Władimir Sołowjow – jeden z najbardziej znanych w Rosji dziennikarzy i propagandystów telewizyjnych, prowadzący programy polityczne na kanałach Rossija 1 i Rossija 24 – jest znany z agresywnej retoryki wobec Ukrainy, popierania polityki Kremla oraz nawoływania do konfrontacyjnego podejścia wobec władz w Kijowie.

Otóż Sołowjowa i Zełenskiego łączy jedno – oboje są żydami, a co się z tym wiąże, mają wspólne interesy. O jakie interesy chodzi?

Żeby to wyjaśnić zacytuję kluczowy fragment pamiętnika naocznego świadka i uczestnika konfliktu rosyjsko-ukraińskiego, który jako dowódca oddziału „Prizrak” (Widmo) zobaczył ów konflikt od środka. Sierżant Aleksiej Mozgowoj – bo o nim mowa – był jednym z najbardziej znanych dowódców prorosyjskich sił separatystycznych w Donbasie, podczas wojny we wschodniej Ukrainie w latach 2014–2015.

W trakcie walk nawiązał bezpośredni dialog z przedstawicielami strony ukraińskiej, dzięki czemu (miał analityczny umysł i był dobrym obserwatorem) zrozumiał, że jest nad nimi – Rosjanami i Ukraińcami – trzecia siła, która tym wszystkim steruje. Swoje przemyślenia opisał następująco:

„Zostaliśmy zapędzeni do Koloseum i powoli jesteśmy niszczeni! To jest wykorzystanie ludności… Żeby ludzie się w coś zaangażowali, trzeba coś stworzyć, coś zorganizować. Najlepszą opcją pozbycia się wymagających ludzi jest po prostu zawiezienie ich do Koloseum, w którym teraz się znajdujemy. Stwórz dwie przeciwne strony i pozwól im powoli się zniszczyć…

Ty i ja nazywamy się «gojami», ty i ja jesteśmy zmuszeni walczyć ze sobą i zabijać się nawzajem. Niczym gladiatorzy zostaliśmy wepchnięci na arenę nienawiści, otoczeni wysokim i mocnym płotem kanałów telewizyjnych i radiowych.

Dostojni goście, kaganowie chazarscy i ich świta, obserwują naszą bitwę na śmierć i życie z mównicy. Kiedy się pozabijamy, oni po prostu oczyszczą «arenę gladiatorów» z naszych ciał, ustawią na niej scenę i będą świętować odrodzenie Kaganatu Chazarskiego pieśniami i tańcami…”

Z inicjatywy dowódcy oddziału „Prizrak” doszło do rozmów z ukraińskimi wojskowymi, których celem było ograniczenie walk i znalezienie sposobu na zakończenie konfliktu. Mozgowoj utrzymywał również kontakty z ukraińskim negocjatorem ds. wymiany jeńców Wołodymyrem Rubanem. Dzięki tym kontaktom dochodziło do wymiany jeńców oraz rozmów o lokalnych zawieszeniach broni, mimo trwających działań wojennych.

Beneficjentom wojny to się nie spodobało. Aleksej Mozgowoj zginął 23 maja 2015 roku w zamachu pod Ałczewskiem. Sprawców oficjalnie nie ustalono.



POLACY NASTĘPNI?



O tym, że szykują potężną prowokację mającą na celu doprowadzenie do konfliktu między Polakami i Ukraińcami, ostrzegałam od wielu lat. W ostatnim czasie zrobiło się szczególnie gorąco, więc w mediach społecznościowych ponowiłam apele do rodaków, by nie dali się sprowokować.

Wypunktowałam też obłudę polityków PiS, z Mateuszem Morawieckim na czele, którzy dziś dokonują gwałtownego zwrotu narracji i krytykują kult OUN-UPA, choć za ich rządów nie dostrzegali ewidentnego banderyzmu i Polska była największym darczyńcą Ukrainy.

W odpowiedzi na moją krytykę tych, którzy nagle zaczęli straszyć banderyzmem, mimo że wcześniej utrzymywali bliskie relacje z ukraińskimi władzami i nie dostrzegali problemu gloryfikacji OUN-UPA, zarzucono mi komentarzach lekceważenie pamięci ofiar Wołynia, a nawet sympatyzowanie z banderowcami.

Przypuszczam, że po tym artykule reakcje mogą być jeszcze mocniejsze, dlatego przytoczę kilka faktów. O ofiarach Wołynia pamiętałam i ostrzegałam przed odradzającym się na Ukrainie kultem OUN-UPA, zanim stało się to „modne” i zanim zaczęto wykorzystywać ten temat do budowania kapitału politycznego.

13 lat temu otrzymałam Krzyż Pamięci Ofiar Banderowskiego Ludobójstwa za czynny udział i wsparcie w upamiętnianiu ofiar.

W 2013 roku przeprowadziłam wywiad z płk. Janem Niewińskim, komendantem Placówki Armii Krajowej i dowódcą Samoobrony wsi Rybcza w powiecie Krzemienieckim na Wołyniu, Przewodniczącym Kresowego Ruchu Patriotycznego, Wiceprzewodniczącym Społecznego Komitetu Obchodów 70. rocznicy banderowskiego ludobójstwa.

Mój rozmówca zarzucił polskim rządzącym podporządkowanie polityki wobec Ukrainy interesom geopolitycznym kosztem pamięci o ofiarach Wołynia. Niewiński za pośrednictwem naszego wywiadu wytknął elitom politycznym III RP ustępstwa wobec ukraińskiego nacjonalizmu i unikanie pełnego rozliczenia zbrodni.

W 2016 roku wlepiono mi do paszportu pieczątkę z zakazem wjazdu na Ukrainę, co uargumentowano tym, że zdaniem Kijowa stanowię zagrożenie dla bezpieczeństwa tego państwa.

W 2018 roku przeprowadziłam wywiad z byłym premierem Leszkiem Millerem pt. „Banderyzm kwitnie na Ukrainie”, za co oberwałam wtedy w komentarzach od polskich „patriotów” i „prawicowców” – bo gadałam z „komuchem” – choć dzisiaj wielu z nich pieje z zachwytu nad nim.

W 2021 roku dotarłam do świadków egzekucji kilkudziesięciu rosyjskojęzycznych obywateli Ukrainy – przeciwników Euromajdanu – do której doszło 2 maja 2014 roku w budynku Domu Związków Zawodowych w Odessie. Ich relacje opisałam w artykule pt. „Odessa – zbrodnia nieukarana”. W związku z publikacją otrzymywałam pogróżki sugerujące, że skończę tak jak ci, którzy zostali spaleni żywcem w Odessie.

W pierwszym kwartale 2022 roku skrytykowałam ówczesny rząd za dostarczanie broni na Ukrainę i przestrzegałam przed wpuszczaniem do Polski milionów przybyszy z Ukrainy. Czyżby w odwecie ówczesny premier Mateusz Morawiecki wydał polecenie podległej mu bezpiece, aby zrobili ze mną porządek?

Funkcjonariusze ABW natychmiast nakazali nałożenie na mojego bloga blokady na poziomie operatorów internetowych pod pretekstem, że stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa. Z dnia na dzień straciłam pracę w archiwum Telewizji Polskiej – jedyne źródło utrzymania. Usłużni systemowi dziennikarze sugerowali, że jestem „ruską agentką”. Doświadczyłam też potężnego hejtu w internecie.

Tymczasem kilka lat później Morawiecki i jemu podobni politycy, dokonują nagłego zwrotu akcji, krytykują Ukrainę i wyzywają ukraińskich polityków od banderowców, choć jeszcze chwilę temu obściskiwali się z nimi w najlepsze. Zełenski i Sołowiow też kiedyś świetnie się razem bawili, a następnie pod publikę stali się wrogami. Wojnę trzeba jakoś uwiarygodnić przed ludem posyłanym na rzeź.

Nikt mi nie zleca pisania artykułów ani tym bardziej nie finansuje, co zresztą widać po ich treści – nie są na rękę żadnemu środowisku politycznemu. Mieszkam z dala od polsko-ukraińskiego kotła, żyję w bezpiecznym miejscu i mam spokojne życie, więc teoretycznie mogłabym mieć na to wszystko wywalone.

Po co więc piszę? Po prostu martwię się o moich rodaków, którzy ulegają prowokacji i dają się wciągać w cudzą grę, w której są jedynie pionkami przeznaczonymi do odstrzału. Miejcie się na baczności, bo kiedy wpływowi polskojęzyczni politycy i dziennikarze głównego ścieku nagle zaczynają zmieniać narrację ws. Ukrainy, którą chwilę wcześniej wspierali, to znaczy, że coś się szykuje.

Agnieszka Piwar

PS Znajomy Zbyszek często mi powtarza, że dobrze mu się czyta moje artykuły, ale jego zdaniem brakuje w nich recepty co robić. W tym przypadku – nie ulegać prowokacjom i dążyć do odseparowania Ukraińców od Polaków. Nasze narody powinny egzystować oddzielnie.

wojna?


Przez Agnieszka Piwar 2026-07-25 

sobota, 25 lipca 2026

Czym jest Prawda?

 

***
Czy: „Każdy ma swoją prawdę”? Może: „Prawdę osiągamy drogą kompromisu”?.
„Każdy ma swoją prawdę”. „Prawdę osiągamy drogą kompromisu”.

Mirosław Dakowski, październik 2023, spod Turbacza, 12

Ksiądz Tischner był to taki góralski mądrala, gaduła z Łopusznej. „Postępowcy” nadęli go jednak do rozmiarów figury, teraz by się powiedziało – celebryty, niby jako swojego guru. Zrobili mu tym wielką krzywdę, bo rozbudzili w nim pychę, wiarę w swoją wyjątkowość i „charyzmę”. Wreszcie nawet zgadzał się uprzejmie, by go poważnie proponowano na Prymasa Polski. A na nabożeństwo i pijatykę z góralami pod Turbaczem, 15 sierpnia, zamiast wchodzić z nimi z Waksmundu, zaczął przylatywać helikopterem. Mówił prześmiewczo „prawda, cała prawda i gówno prawda”. Zapewne chodziło mu o wyśmianie „poglądów”, rzeczywiście slogan powyższy dotyczy doktryn i doktrynerów, pokazuje do czego oni prowadzą. Wykształceńcy jednak pojmowali to inaczej – że w istocie prawdy nie należy szukać ani o nią walczyć.

Tymczasem prawda istnieje realnie, tak materialna i jak i ta Najprawdziwsza.
**
Do tej pory artykuł mi się podobał, dalej jednak okazuje się że, chyba jednak jestem nieświadomy istnienia pewnych prawd. Pan profesor Dakowski twierdzi,

Przecież tak równanie Schroedingera, jak i proton, wszystkiego to istnieje naprawdę.

Nie wątpię, że równanie Schroedingera istnieje naprawdę, ale czy jest prawdziwe? Tu mam na myśli bardzo konkretną prawdę, mianowicie czy w oparciu o to równanie stworzono coś z dziedziny techniki, mającej bezpośrednie zastosowanie w codziennym życiu?

Bo jeżeli nie, to tak jak pisze Pan profesor, to równanie istnieje sobie w "przestrzeni abstraktów", i jest prawdziwe dla matematyków i może współczesnych fizyków, a to akurat nie byłoby dlań zbyt dobrą rekomendacją, np

Dirac says: ‘The important things in the world appear as the invariants (or more generally the nearly invariants…) of these transformations’ (PQM, p. vii). A thing as an ‘invariant’ is quite in order—it is the Law of Identity, ‘A is A’. But a ‘nearly invariant’ is only a quasi-identity, ‘A is nearly A’—a ‘nearly invariant’ is ‘almost a thing’. Only things can be said to exist (‘to be a thing’ is ‘to be conceivable’, which is ‘to be able to exist’),* and consequently we can only say of ‘almost a thing’ that it ‘almost exists’, which is the same as saying that it is a ‘partly non-existent thing’. And Dirac, mark you, is Lucasian Professor of Mathematics in the University of Cambridge.

*Cf. Parmenides (quoted by Russell in M&L, p. 15): ‘It needs must be that what can be thought and spoken of is; for it is possible for it to be, and it is not possible for what is nothing [no thing] to be.’ This is classed by Russell as ‘mystical’, which it certainly is not (though Parmenides may have misunderstood himself in the conclusions that he drew from this principle).
The point is that the existence of images, and imagination generally, has no place in Russell’s philosophy as a logician. It is therefore ‘mystical’, or, at best, ‘psychological’. (‘Psychology’ is a convenient dumping ground for things for which rationalism has no use but which are too well established to be ‘superstition’.)
Nanavira Thera 

Bez wątpienia dla Diraca, częściowo nieistniejąca rzecz jest prawdą, obawiam się jednak, że zgodnie z słownictwem profesora Dakowskiego, umysł szanownego jego kolegi przebywał w rzeczywistościach mających więcej wspólnego z Alicją w krainie czarów, niż bezpośrednim zmysłowym doświadczeniem, czyli "w przestrzeni abstraktów". Oczywiście jestem tylko niedokształconym pustelnikiem, i być może to wyjaśnia, że zupełnie nie mam pojęcia co można zrobić z prawie istniejącą rzeczą czy uśmiechem kota bez kota. Oczywiście oprócz pisania o tym na papierze, co może dać uciechę czytelnikom i Nobla piszącemu.

Co do istnienia protonu, nigdy w życiu żadnego protonu nie widziałem, skoro pan Dakowski twierdzi, że on go widział, więc wie, że jest prawdziwy, nie wypada mi podważać prawdomówności szanownego profesora.

Choć z drugiej strony, o ile się orientuję, nawet coś większego niż proton, elektron, jest trudny do zlokalizowania w przestrzeni i czasie:

Oppenheimer’s dictum:

If we ask, for instance, whether the position of the electron remains the same, we must say ‘no’; if we ask whether the electron’s position changes with time, we must say ‘no’; if we ask whether the electron is at rest, we must say ‘no’; if we ask whether it is in motion, we must say ‘no’.

Może Pan profesor ma lepszy wzrok niż Oppenhimer?

Artykuł kończy się dydaktyczne, historyjką: To tak, jak staruszka tłumacząca Feynmannowi „płaską” Ziemię. Zapytał ją: A na czym stoi ta płaska Ziemia? – Nie przejmuj się, synku, tam są same słonie odpowiedziała pani.

Faktycznie hipoteza staruszki o słoniach, nie wydaje się być zbyt wiarygodna, natomiast to że Feynmannowa wersja kosmologiczna jest podparta "naukowo", nie zmienia faktu, że jest ona - choćby założenie o kulistości Ziemi - wiarą tego naukowca, nie jego bezpośrednią wiedzą.

Gdyby staruszka odpowiedziała: "Nie wiem synku, na czym stoi, ale wiem, że jest płaska", trzymałaby się bardziej metody naukowej, i miałaby za sobą bezpośrednie doświadczenie zmysłowe, czyli obserwację, co jak wiadomo jest fundamentem na którym nauka powinna być budowana.

Dla uproszczenia, teoria kulisości Ziemi musi zakładać zakrzywienie poziomu wody, rzecz na mniejszą skalę nie występującą w doświadczeniu, woda "szuka" swego poziomu, i w biornikach zamkniętych tafla wody jest zawsze płaska, jeżeli występuje nierówność terenu, to po prostu spływa z góry na dół, aż osiągnie swój poziom, który nazywamy poziomem morza, zerowym. Zgodnie z tą oczywistą logiką, jakiekolwiek punkty na morzu czy oceanie, muszą łączyć się linią prostą, niezakrzywioną, pozim zero to poziom zero, niezależnie od tego czy w Egipcie, czy w Gdańsku.

Ta staruszka wcale nie była taka głupia, jak żyd Feynmann wydaje się sugerować, niestety posiadała jedną cechę wspólną z przeciętnym naukowcem, koniecznie chciała wyjaśnić to, na co miała zbyt mało danych, by się tego podjąć.

Jednakże, całe szczęście, artykuł zawiera też inne rzeczy, z którymi można się zgodzić, choćby ostrzeżenie przed synkretyzmem religijnym.

Synkretyzm religii.
Masoni, którzy podstępem i szturmem zdobyli uznanie w ostatnim 60-leciu, we współpracy z braćmi z sekt, czyli z odstępcami z islamu [na przykład sufi] i z odstępami odstępcami od Talmudu, np. Chabad Lubawicz] usiłują powołać „kościół synkretyczny”.

Między innymi wobec powyższych rozważań, religia synkretyczna jest pomysłem groźnym, piekielnym. Ale oczywiście nieziszczalnym, nie do zrealizowania, podobnie jak na mniejszą skalę, nie do zrealizowania jest „cywilizacja ogólnoludzka”. Jednoznacznie wykazał to Feliks Koneczny już ponad 80 lat temu, a ci anty boży i anty-ludzcy doktrynerzy, masoni, z uporem do tego dążą. To usiłowanie też musi się skończyć katastrofą. Czy oni to wiedzą i do tego dążą świadomie?

Oczywiście skoro Masoni do czegoś dążą, to można być pewnym, że to nic dobrego i że nic dobrego z tego nie wyniknie. Choć nie wiem co autor ma na myśli pisząc odstępami odstępcami od Talmudu, np. Chabad Lubawicz.

Generalnie Talmud  opiera się na błędnym podglądzie, sekta Chabad Lubawicz, nie jest jakimś odstępstwem, to czysty skondensowany Talmud.

Natomiast Prawda jest jedna dla wszystkich i mogą ją poznać tylko ci co porzucili swoje "ja". Jeżeli jakimś cudem udało się to jakiemuś praktykującemu sufizm, tylko pogratulować. W każdym razie, nie może się to udać żadnemu innemu mułzumaninowi, gdyż nauka Koranu jako taka nie zawiera w sobie Prawdy. Może jakiemuś fakirowi w Indiach to się udało, ale jeżeli tak, to raczej z uwagi na jego praktyki ascetyczne, wsparte srarodawną wiedzą Indii, a nie poprzez studiowanie swej "świętej księgi".

Jeżeli chodzi o mnie, tylu ludzi "naucza" o tym co Jezus nauczał, że nie widzę powodu bym miał się pozbawić tej przyjemności. Nie widzę w tym jednak postawy synkretycznej. Jak dla mnie "To co się sieje to się i będzie zbierać" jest fundamentalną Prawdą. Prawda ta jednak zakłada ponowne narodziny - by móc zebrać to co się posiało.

To aspekt Prawdy nie do negocjacji, jednym słowem nie uważam by oficjalna chrześcijańska wersja tego co się dzieje po śmierci z człowiekiem była zgodna z Nauką Jezusa.

Ostatecznie skoro sam papież, może obwieszczać nam takie nauki, że komuniści byli prawdziwymi chrześcijaninami, to pustelnik buddyjski też może sobie pozwolić na swoją wersję Nauki Jezusa. Zresztą minus reinkarnacja, jest ona nieortodoksyjana na tyle na ile Mistrz Eckhart był nieortodoksyjny.

Poza tym, co prawda moje uczestnictwo na forach buddyjskich zwykle kończy się zablokowaniem, nie mniej jest ekspresją ścisłej buddyjskiej ortodoksji. Tylko Budda jest Drogą, Prawdą i Życiem, poza nim nie ma wyzwolenia. Jeżeli to samo mówi o sobie Jezus i jest to prawdą, to tylko dlatego, że musiał on już w poprzednim życiu zetknąć się z Nauką Buddy, i zostać w terminologi buddyjskiej sekha, świętym, choć jeszcze nie doskonałym, gdyż doskonałość wyklucza ponowne narodziny. Oczywiście tego nie wiem na pewno, może są jakieś możliwości tego by był On całkowicie samodzielnym w poznaniu Prawdy, tu tylko podkreślam, że świętość Jezusa i jego moc wyzwolenia* innych jest całkowicie wytłumaczalna w obrębie buddyjskiej ortodoksji i nie ma nic wspólnego z synkretyzmem religijnym.

Zdaję sobie sprawę, że mój autorytet, dzięki któremu uważam, że reprezentuję samo serce ortodoksji, Nanavira Thera, jakimś większym entuzjastą Jezusa nie był. To da się wyjaśnić bardzo łatwo. Był on stuprocentowym intelektualistą. Zatem nauczanie Jezusa by nadstawić drugi policzek, niezbyt go przekonywało, gdyż tej rady Jezus niczym nie uzasadnia, ktoś kto się nią kieruje opiera się ściśle na wierze w Jezusa. Intelektualiści to typy takie co zawsze pytają "czemu i dlaczego?". Co ostatecznie można zrozumieć, gdyż kto lubi jak go leją po pysku? Natomiast w Nauce Buddy można znaleźć intelektualne podstawy, by podczas bycia krojonym żywcem dwuręczną piłą, utrzymywać umysł życzliwości wobec swoich oprawców. I spokojnie dać się pokroić. Niestety tacy już są ci chłodni, wyrachowni intelektualiści, i z tym musimy się pogodzić, że raczej Nauka Buddy jest dla nich bardziej atrakcyjna. Inną rzeczą przemawiającą za wyborem "dlaczego Budda a nie Jezus?" było według Nanaviry to że Jezus płakał.

Mi to akurat nie przeszkadza, choć nie płaczący Ajhan Mahaboowa, byłby nieco bardziej wiarygodny.

*  Generalnie, zgodnie z Prawdą, tak jak ją rozumiem, błędne rozumienie Jezusa zaczęło się wtedy, gdy zamiast widzieć możliwość zbawienia w naśladowaniu Mistrza, zaczęto uważać, że sprawa zbawienia zasadniczo jest już załatwiona z uwagi na Jego ukrzyżowanie.

Oczywiście, to co piszę jest tylko ekspresją mojej wiary, jeżeli ktoś uważa się za zbawionego tylko dlatego, że przyjął chrzest i jest dobrym człowiekiem, może i ma rację. Pożyjemy, umrzemy* zobaczymy. Ojcowie pustyni bynajmniej nie uważali się za zbawionych, mimo tego, że traktowali Naukę Jezusa znacznie poważniej, niż współcześni wyznawcy.

* Zasadniczo, skoro Jezus nauczał Prawdy, ten kto go zrozumiał, nie może umrzeć, gdyż "nie zazna śmierci na wieki". Zatem jeżeli osiągnął doskonałość, nie musi czekać na śmierć ciała, by znać swój status zbawionego. No ale my tu mówimy o tych co takiej doskonałości jeszce nie osiągnęli i wciąż są w mniejszym lub większym stopniu "sługami grzechu", czyli o tych, którzy krojeni piłą mają te czy inne pretensje do krojących, albo choćby i tylko jakąś obniżkę nastroju, mentalny dyskomfort z tym zwiazany.

Jak to wyjaśnia Mistrz Eckhart, skoro coś się dzieje czego nie da się uniknąć, jest to z pewnością Wola Boża. Niezadowolenie z Woli Boga, to preferowanie własnej wersji wydarzeń, nierozerwalnie związane z grzechem "ja", na usunięcie którego cała Nauka Jezusa jest nakierowana.
**
Dla relaksacji, gdy obiektywna prawda naukowa spotyka się z subiektywnym świadomym umysłem (żart)

An uncertain encounter

Were I to meet Professor Heisenberg (a very remote possibility) I imagine the conversation might run something like this.

Professor Heisenberg (pontifically): Ignorance is now included amongst the Laws of Science. The behaviour of an electron, for example, involves the Principle of Uncertainty .
Myself (incredulously): What? You surely don’t mean objectively?
Prof. H. (a little surprised): Why not? An electron, we discover, is, by nature, uncertain. That is perfectly objective.
Myself (with heavy sarcasm): An electron really is uncertain! I suppose you are going to tell me that you can read an electron’s mind.
Prof. H. (quite unmoved): Of course. How else should we know that it was uncertain?
Myself (completely taken aback): Read an electron’s mind? How?
Prof. H. (expansively): Perfectly simple. The mind, as we all know, is the nervous system; and, as the latest and most scientific authorities assure us, we can always discover the state of the nervous system by observation and study of behaviour patterns. All we have to do, then, is to observe an electron and deduce from its behaviour how its nerv-ous system is; and we have discovered, in fact, that it is indeterminate.
We are thus able to say that an electron cannot make up its mind.
Myself (fascinated): Yes! Yes! Of course!
Prof. H. (with finality): So you see, an electron is uncertain, just as we may observe that Schmidt is phlegmatic or that Braun is choleric or that you, my dear friend, are, if I may be permitted to say so, a little psychopathic. And what could be more objective than that?

Nanavira Thera 

SEX-alfabet wkracza do szkół wraz z edukacją zdrowotną. Brońmy dzieci !!

 

Oprac. PCh24.pl
FAKTY O ANTYZDROWOTNEJ ANTYEDUKACJI OD 1 WRZEŚNIA 2026.
Rozporządzenia minister Barbary Nowackiej dotyczące obowiązkowej edukacji zdrowotnej w polskich szkołach od 1 września 2026 r.  – podpisane. Jak było do przewidzenia, w środku wakacji, w dniach 15 i 17 lipca w Dzienniku Ustaw opublikowano rozporządzenia, których szkodliwość trudno wprost przewidzieć. 

MEN liczy na to, że „Zmora szkoły” [cyt. za B. Nowacka, minister edukacji], czyli rodzice, którzy w ponad 70% wypisali dzieci z zajęć edukacji zdrowotnej w roku szkolnym 2025/26, a ostatnio w liczbie 200 tysięcy wypowiedzieli się w petycjach odrzucających pomysły MEN,  nie będą mieli nic do powiedzenia.

Ale od determinacji społecznej zależy bardzo wiele i niech  B. Nowacka nie liczy na bezczynność polskich rodziców! Dość mają jej deform i chaosu w szkołach nauczyciele, dość siłowego wpychania dzieci w seksualizującą edukację zdrowotną – rodzice.

Przedmiot edukacja zdrowotna dla niepoznaki podzielono na 2 części, zgodnie z ostatnim konceptem lewackiej ekipy w MEN, by koniecznie wprowadzić konia trojańskiego do wnętrza polskiej szkoły, ukrywając ostrze rażenia. Edukacją zdrowotną obowiązkowo objętych zostanie ponad 4 miliony polskich uczniów, od klasy 4 począwszy. Przedmiot zawiera wiele zdradliwie ukrytych i niebezpiecznych treści, a całość jest skrajnie antyrodzinna, promuje moralny relatywizm i sieje chaos w kwestii tożsamości. Nie pozostawia złudzeń kierunek szkoleń i studiów dla nauczycieli – to pochwała genderyzmu bez hamulców.

W podręczniku dla nauczycieli przeznaczonym m.in. na studia podyplomowe i sfinansowanym przez MEN „różnorodność” to słowo kluczowe. W rozdziale zdrowie seksualne występuje aż 10 razy, m.in.:  różnorodność tożsamości płciowych, różnorodność zachowań i relacji seksualnych człowieka, różnorodności orientacji seksualnych etc.

Nadchodzi „nowa normalność”, o której pisze się w dokumentach unijnych dotyczących edukacji. Jednorodność, stabilność, pewność, zakotwiczenie mają zostać unieważnione przez nadchodzącą erę różnorodności.

Edukacja zdrowotna – zdrowie seksualne ma być realizowana nieobowiązkowo w wymiarze 1 godziny w klasach 4-6, 2 godzin w klasach 7-8 oraz 3 godzin w szkołach ponadpodstawowych. Nadal nie ma podręczników dla uczniów, poza jednym. Ale i on nie uwzględnia podziału na części obowiązkową i nieobowiązkową, jak więc rodzic ma podjąć świadomie decyzję o udziale swojego dziecka w lekcjach? Otwartym też pozostaje pytanie, czy podręcznik będzie JEDEN, co grozi zetknięciem się ze szkodliwymi treściami uczniów formalnie wypisanych z zajęć?

ZDROWIE SEKSUALNE JAKO GENDEROWA „NOWA NORMALNOŚĆ”
Czym jest w istocie „zdrowie seksualne”?  To „jeden z pięciu kluczowych aspektów strategii opracowanej przez WHO dotyczącej zdrowia reprodukcyjnego zaakceptowanej przez Światowe Zgromadzenie Zdrowia (World Health Assembly) w 2004 roku”. Zdrowie reprodukcyjne WHO to fałszywe pojęcie – zasłona dymna, które kryje we wszystkich kluczowych zapisach przede wszystkim dostęp do antykoncepcji i aborcji, zwanych „usługami wspierającymi swobodę wyboru w zakresie reprodukcji”.

Jak czytamy w Standardach WHO, czyli zaleceniach dla decydentów oraz specjalistów zajmujących się edukacją i zdrowiem, obecnie tak definiuje się „zdrowie seksualne”:

„Zdrowie seksualne jest dobrostanem fizycznym, emocjonalnym i społecznym w odniesieniu do seksualności; nie jest jedynie brakiem choroby, zaburzeń funkcji bądź ułomności. Zdrowie seksualne wymaga pozytywnego i pełnego szacunku podejścia do seksualności oraz związków seksualnych, jak również do możliwości posiadania dających przyjemność i bezpiecznych doświadczeń seksualnych, powinno być wolne od przymusu, dyskryminacji i przemocy. Aby osiągnąć i utrzymać zdrowie seksualne, stereotypy płciowe”. Zaproponowana definicja nie tylko podkreśla konieczność pozytywnego podejścia do istotnego aspektu, jakim jest przyjemność, ale także to, że zdrowie seksualne obejmuje nie tylko fizyczne, lecz również emocjonalne, psychiczne oraz społeczne aspekty.

[cyt. Standardy edukacji seksualnej w Europie – Podstawowe zalecenia dla decydentów oraz specjalistów zajmujących się edukacją i zdrowiem, 2012 r.]

Zdrowie seksualne – to nie przypadek, że nazwano najpierw rozdział edukacji zdrowotnej, a teraz przedmiot tak właśnie! Dosięgły nas „standardy”, które zmieniają myślenie o człowieku, jego biologicznym wyposażeniu i rolach społecznych. Przyjemność i bezpieczeństwo [czyli unikanie niechcianej ciąży!]  doświadczeń seksualnych, a nie odpowiedzialność i założenie pełnej zdrowej rodziny – to model, jaki ma realizować polska szkoła, wychowując dobrostanowych sobków i depresyjnych singli uzależnionych od seksu.

SEX-ALFABET DLA UCZNIÓW PODSTAWÓWEK
Z dobrowolnych zajęć „zdrowia seksualnego” można się wypisać bezterminowo, a na miesiąc przed realizacją zajęć dyrektor szkoły jest zobowiązany zorganizować spotkanie informacyjne dla rodziców. Kiedy – nie wiadomo. Tak rozmiękczony, celowo niekonkretny sposób wprowadzenia edukacji zdrowotnej – zdrowie seksualne ma zdemobilizować rodziców i zniechęcić do szybkiej i jednoznacznej rezygnacji z dobrowolnych zajęć, wszak to tylko jedna godzina, jeszcze nie wiadomo, kiedy, i nie wiadomo, o czym…

O czym – jednak dobrze wiadomo! I po lekturze podstawy programowej nie ma w tym względzie wątpliwości. To obowiązkowy zestaw genderowych  terminów i haseł, z których ideologicznym i toksycznym charakterem od lat zmaga się zdrowy rozsądek każdego normalnego człowieka.

Oto SEX-alfabet, którego Nowacka – w ramach realizacji celów WHO, ONZ i UE – chce nauczyć polskich uczniów już w szkole podstawowej:

„zdrowie seksualne” i „jego wpływ na harmonijny rozwój człowieka przez całe życie [kl.4], „stereotypy płciowe” [kl.5],

„pojęcie seksualności oraz znaczenie wiedzy na jej temat na różnych etapach życia” [kl.7],

„świadoma zgoda”, „pojęcie orientacji psychoseksualnej i tożsamości płciowej”[kl.8].
=======================================================

Każdemu z tych ideologicznych pseudo-pojęć można przeciwstawić dziesiątki polemicznych wypowiedzi opartych na dowodach naukowych. Przywołajmy jedno, dotyczące następującego zapisu podstawy programowej: Uczeń wymienia stereotypy płciowe, które są najczęstsze w jego otoczeniu, oraz wyjaśnia ich możliwy wpływ na funkcjonowanie człowieka. – zakres kl.5

„Stereotypy płciowe” nie brzmią tak groźnie? A jednak już w 2020 r. Instytut Ordo Iuris poświęcił tej kwestii osobne stanowisko, którego fragment warto przytoczyć:

„Pojęcie gender ma zatem swoje korzenie w konstrukcjonizmie i marksizmie. Po pierwsze, definiuje ono płeć jako konstrukcję społeczną, ignorując jej biologiczny wymiar. Po drugie sięga do dialektycznych koncepcji, szczególnie widocznych w doktrynie marksizmu. Różnicą jest zmiana środka ciężkości z walki klas na „odwieczną” walkę płci, którą zakończyć może jedynie zniesienie różnic między płciami. Należy podkreślić, że pojęcie płci społeczno-kulturowej jest naturalną konsekwencją doktryny indywidualistycznej, zgodnie z którą człowiek prawdziwie wolny może być wyłącznie wówczas, gdy zostanie wyzwolony z wszelkich narzuconych mu społecznych norm. W myśl doktryny feministycznej, jedną z tych norm społecznych, jest właśnie pojęcie płci i związanych z nią ról, a nierówne stosunki w dziedzinie reprodukcji mają być jedną z głównych przyczyn strukturalnej dyskryminacji kobiet, jaka ma miejsce od wielu stuleci” – za: https://ordoiuris.pl/analiza/stanowisko-instytutu-ordo-iuris-na-temat-pojec-gender-i-gender-equality/


Taki oto przedmiot po wielu latach walki z seksualizacją polskich uczniów i młodzieży  wprowadza do szkół od 1 września ekipa Tuska.

RODZICE ZBUDUJĄ MUR OBRONNY
Z takiego szkodliwego „zdrowia seksualnego” wypisujmy jak najszybciej nasze dzieci i zachęcajmy do tego innych rodziców.

Temu będą służyć oświadczenia rodzicielskie o odmowie uczestnictwa w seksualizujących lekcjach „edukacja zdrowotna – zdrowie seksualne”.

Niezależne od tego brońmy praw rodzicielskich w każdy dostępny sposób.

Warto składać w szkołach oświadczenia obejmujące wykaz treści, które MEN zakwalifikował jako obowiązkowe, ale których rodzic nie dopuszcza dla swego dziecka na lekcjach, gdyż  wchodzą w obszar  wychowania zarezerwowany dla rodziców. Łamanie praw rodziców do wychowania dzieci – zagwarantowane w Konstytucji RP w art.48 i art. 53 – nigdy nie będzie normą w polskich szkołach!

Niebagatelna jest także rola Rad Rodziców w formowaniu statutów szkół. Może ona uwzględniać wprowadzenie do statutów zapisów chroniących uczniów przed demoralizacją i deprawacją oraz zachętę do wychowania prorodzinnego i wolnego od ideologii. Taka aktywność pojedynczych rodziców, ale również zaangażowanie Trójek klasowych i  Rad Rodziców ma szansę zbudować  mur obronny wokół polskich szkół przed falą lewackiego tsunami. Pamiętajmy, że nikt nie wzniesie go za nas!

Politycy opozycji, którzy rozumieją, że szkoła to nie poletko naiwnej propagandy lub niewygodny „gorący kartofel”, a pole walki o przyszłe pokolenia Polaków i… wyborców, powinni już dziś współtworzyć wraz ze stroną społeczną podwaliny Polskiego Obszaru Edukacji.

Nadal jednak można odnieść wrażenie, że lewicowi promotorzy różnorodności lepiej wiedzą, jak skutecznie kreować „nową normalność”, niż prawica – jak bronić tego, co naprawdę jest normalne, i jak konsekwentnie tworzyć suwerenny polski model.

Hanna Dobrowolska

Ekspert oświatowy

Koalicja na Rzecz Ocalenia Polskiej Szkoły/Ruch Ochrony Szkoły


pch24/sex-alfabet-wkracza-do-szkol-wraz-z-edukacja-zdrowotna

ratujmyszkole.pl

takdlaedukacji.pl

Nie pozwólmy Jagielskiej zabijać kolejnych dzieci!

 

Dzień dobry Panie Mirosławie. 
Nie pozwólmy Jagielskiej zabijać kolejnych dzieci!

Gizela Jagielska, odpowiedzialna za zabójstwo 9-miesięcznego Felka zastrzykiem w serce z chlorku potasu oraz masowe aborcje w Oleśnicy, ma zostać teraz zatrudniona na największej porodówce na Dolnym Śląsku – w szpitalu Falkiewicza we Wrocławiu.

Polityczni mocodawcy Jagielskiej szykują już grunt pod zmiany – zwolnili dotychczasową dyrektor, która sprzeciwiała się aborcji. Ich kolejny cel wydaje się jasny – zrobić ze szpitala kolejną rzeźnię dzieci.

Dlatego już w najbliższy wtorek 28 lipca o 17:30 organizujemy pod szpitalem Falkiewicza akcję informacyjną połączoną z publicznym różańcem. 

Zapraszam Pana do udziału w tym wydarzeniu. 

Proszę również o to, aby udostępnił Pan poniższą krótką rolkę video

https://click.stronazycia.pl/clickTracking/0/1/659579E8-C593-4A48-8FC1-6B2FFB61D1D3/2/myhkNs3FD_gvV_s6Jbi-IA/?lh=Mb3XlDTmdlo_bLFXtK25sKO5kW1rCqlVXNq1gLWn0f9Jv-x2HuASjxzP2eoXHZPBjIleAxs0rStjMSxY1VnovVxBVWhlbof8pOlPlJApH6D82GlxL6MBhoFC6MFySY0flSff2peyBo-3drWewJsE2taQZ36exYyIi6JYEkpi27d0-XnEQueyrzUFNwXcUEIqZrHqDv_b8Si0otd9XnIH7V03kHgQN3Ib_lAY9DJ4zsij5k_0NitDJQGNkLjIuNIwMQQBbJfNhpPWJPXla5qlj9WlM3Kd0zJyUgXjAJy0QZLSuIW5FVPqy6UFr_HhaidTt7UdSley9mWhPtg0Erf5zh82cIDLO1GCKkbMMBNyNy5MsoVjaLTGBog6u63Fu61JmRl8hrr7pz9-Il3fjvgeY9d2O17BuEvbrIQGBOo6j2mHpkAXPflfLlz0h8lzImAnGqQKC1CCsDoE6t-L1fYiPrkVdFAB_u3n7P8bH9ibNSRnAS6BvzwESemE9mSdfcgjY-S0lTmHG0dkh35UzVSVuAno46cPVHUd9NnHfLVV_oeNSx4UFoAUhkK9eZhMClMhUbbHysY3ths6b6oXr5TgqNk9ivyvtIzzdpO-xHDoNt8FKCxvsXqf3H8cNTx9dbil4_plEaSf8q_xvk-McmJdmx6S3Fgh_7SNHysMQjuIm6AGlp00

swoim znajomym w mediach społecznościowych takich jak Facebook oraz na komunikatorach typu WhatsApp czy Telegram. 

W rolce nasza koordynatorka Ania krótko wyjaśnia, o co chodzi w sprawie szpitala Falkiewicza i co każdy z nas może zrobić aby powstrzymać Jagielską:Jeżeli nie może Pan osobiście wziąć udziału we wtorkowej akcji, prosimy o wsparcie finansowe, które umożliwi naszym wolontariuszom organizację kolejnych akcji we Wrocławiu oraz w pod innymi szpitalami w całej Polsce.

Potrzebne są środki m.in. na paliwo, transport, logistykę, wydruk nowych materiałów, bannery, megafony, namioty i wiele innych akcesoriów. Kluczowe jest także utrzymanie dalszej pracy naszego Centrum Prawnego, które chroni wolontariuszy przed prześladowaniami sądowymi.

Liczymy na Pana zaangażowanie. Razem możemy powstrzymać aborcjonistów.

WPŁACAM
Konto Fundacji do darowizn:79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Z wyrazami szacunku, 
Kinga Małecka-Prybyło Fundacja Pro – Prawo do życia KRS: 0000233080
NIP: 1231051050
REGON: 010083573
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków

piątek, 24 lipca 2026

Jak język wpływa na debatę klimatyczną


Wygodne kłamstwo jest dla wielu ludzi łatwiejsze do zniesienia niż niewygodna prawda. Prawda wymaga refleksji, wątpliwości, badań, a być może nawet porzucenia ukochanych przekonań. Gotowa narracja jest bardziej strawna. Dzieli świat na dobrych i złych, sprawców i zbawicieli, tych, którzy wiedzą, i tych, którzy zaprzeczają prawdzie.

Dlatego nie zaczynam tej serii artykułów o kłamstwach klimatycznych i dyktaturze klimatycznej od krzywych temperatur, wartości CO₂ ani modeli klimatycznych. Zaczynam od języka. Zanim ludzie będą skłonni zaakceptować środki polityczne, muszą najpierw nauczyć się postrzegać świat w kategoriach im przypisanych, w kategoriach akceptowalnych dla polityków.

George Orwell napisał w swojej powieści Rok 1984 o celu tzw. nowomowy (1):

„Cały cel Nowomowy polega na zawężeniu zakresu myśli”.

Orwell opisuje język, którego słownictwo nie jest poszerzane, lecz celowo zawężane. Niektóre myśli stają się ostatecznie niewyrażalne z powodu braku niezbędnych terminów. Powieść opowiada o państwie totalitarnym. Opisany przez niego mechanizm – że kto zawęża język, zawęża również zakres dopuszczalnej myśli – jest szeroko wykorzystywany przez elity władzy i majątku oraz ich politycznych, medialnych i akademickich popleczników.

Ten mechanizm jest również widoczny w debacie klimatycznej.

Każdy, kto wyraża wątpliwości co do poszczególnych prognoz klimatycznych, działań politycznych lub modeli obliczeniowych, często nie jest już nazywany krytykiem ani sceptykiem. Nazywa się go „negacjonistą klimatycznym”. To zasadniczo kończy dyskusję. Negacjonista nie analizuje, nie kwestionuje ani nie argumentuje. Odrzuca rzekomą, oczywistą prawdę. Termin „negacjonista klimatyczny” w „pozorowanej debacie” potencjalnie zastępuje brakujące argumenty oparte na dowodach, które mogłyby obalić twierdzenia „negacjonisty”.

Podczas pandemii COVID-19 to nieuczciwe i faszystowskie podejście do radzenia sobie z odmiennymi opiniami było na porządku dziennym wśród polityków i mediów. Osoby o odmiennych poglądach określano mianem negacjonistów COVID-19, zwolenników teorii spiskowych i tym podobnych.

Obywatele kwestionujący skuteczność niemieckiej polityki klimatycznej są nazywani „grzesznikami klimatycznymi”. Z kolei ci, którzy popierają wyższe podatki, zakazy lub interwencje rządu, mogą czuć się „obrońcami klimatu”, a nawet „zbawcami klimatu”. Jedna strona jest moralnie poniżana, druga moralnie wywyższana. Jeszcze zanim dane liczbowe zostaną podane, role zostają przypisane.

Termin „kryzys klimatyczny” w żadnym wypadku nie jest neutralny. Kryzys nie wymaga długiej dyskusji. Wymaga szybkiego działania. W sytuacji kryzysowej ograniczenia, podatki i zakazy wydają się łatwiejsze do uzasadnienia niż w normalnej praktyce politycznej. Każdy, kto się z tym nie zgadza, nie wydaje się już krytycznym obywatelem, ale raczej kimś, kto utrudnia rzekomo niezbędne działania ratunkowe.

Słowo „bez alternatywy” funkcjonuje podobnie. Tam, gdzie środek jest bez alternatywy, nie ma potrzeby omawiania alternatyw. Co na tym świecie jest bez alternatywy? Bzdura, pani Merkel! Bzdura, panie Merz! Niezależnie od tego, czy chodzi o ceny CO₂, przepisy dotyczące ogrzewania, zakazy silników spalinowych, handel emisjami, czy wielomiliardowe programy transformacyjne: gdy tylko decyzja polityczna zostaje przedstawiona jako jedyna możliwa odpowiedź na egzystencjalne zagrożenie, przestrzeń demokratyczna się kurczy.

I właśnie to zamierza imperium kłamstw – elity władzy i majątku oraz ich polityczne, medialne i akademickie prostytutki. To, jaki demon z kolei kieruje tymi elitami władzy i majątku, to zupełnie inna kwestia i nie jest to przedmiotem tej dyskusji.

W tym momencie politycznie motywowane narzędzia koncepcyjne są wykorzystywane do przekształcania wiary w coś innego. Konsensus naukowy nie jest już rozumiany jako obecny stan wiedzy naukowej, który musi pozostać fundamentalnie weryfikowalny i korygowalny. Staje się on swego rodzaju dogmatem. Każdy, kto go kwestionuje, jest uważany za „antynaukowego”. Każdy, kto wskazuje na niepewność, rzekomo szerzy „dezinformację”. Każdy, kto pyta o konflikty interesów, założenia modelowe lub konsekwencje ekonomiczne, jest poddawany presji, by się usprawiedliwić.

Już w 1946 roku Orwell napisał, że język polityczny może służyć do tego, by kłamstwa wydawały się prawdziwe i by zwykłe twierdzenia nabrały pozorów pewności. Nie miał na myśli debaty klimatycznej. Jego ideę można jednak odnieść do każdego konfliktu politycznego, w którym język nie służy już do wyjaśniania, lecz do zaciemniania. Wraz z językiem narodziło się kłamstwo.

Warto zatem zwrócić szczególną uwagę na terminologię stosowaną w debacie klimatycznej.

Co tak naprawdę oznacza „neutralność klimatyczna”?

Czy państwo, firma lub lot mogą być naprawdę neutralne dla klimatu, czy też są to tylko częściowo obliczone kompensacje?

Co oznacza „energia odnawialna”, skoro turbiny wiatrowe, panele słoneczne, sieci energetyczne, obiekty magazynowe i surowce nie powstają bez skończonego zużycia materiałów?

Co oznacza „ochrona klimatu”, jeśli w tym samym czasie rozwija się uzbrojenie, toczą się wojny, a zniszczona infrastruktura jest następnie odbudowywana?

A co oznacza „konsensus naukowy”, jeśli wiedza naukowa, ze swej natury, nie jest ostatecznie przyjmowana decyzją większości, jeśli niezbędny w demokracji pluralizm opinii nie jest już dozwolony?

========================================

W tej serii artykułów nie twierdzę, że znam ostateczną prawdę. Nikt jej nie zna. Ja jej szukam. Dla mnie oznacza to zadawanie niewygodnych pytań i nieużywanie terminów tylko dlatego, że powtarzają się codziennie.

Ostrzeżenie Orwella nie zaczyna się od jawnej cenzury. Zaczyna się tam, gdzie ludzie już ograniczają swoje myśli, ponieważ wiedzą, które pytania są społecznie akceptowalne, a które nie. To właśnie tutaj wchodzi w grę „spirala milczenia” opisana przez Elisabeth Noelle-Neumann – cicha autocenzura, którą omówię w następnym rozdziale.

Policja myśli z 1984 roku musiała przeniknąć do ludzkich umysłów. Jednak skuteczniejsza forma kontroli zaczyna się tam, gdzie ludzie sami dbają o to, by żadne podejrzane myśli nie pojawiały się w ich umysłach.

Ci, którzy nie chcą być uznani za osoby negujące zmiany klimatyczne, milczą.

Ci, którzy nie chcą narażać swojej pozycji zawodowej, dostosowują się.

Ci, którzy chcą należeć do społeczeństwa, powtarzają przyjęte zasady.

I w pewnym momencie pytanie o poprawność stwierdzenia przestaje być aktualne. Sprawdza się jedynie, czy mieści się ono w dopuszczalnym zakresie opinii.

Potem wiara zastąpiła myślenie.

Dlaczego strach jest potężniejszy niż argumenty

Dlaczego miliony ludzi ulegają wpływowi tych samych przekazów? Dlaczego niektóre obrazy wywołują ogromną reakcję społeczną, podczas gdy chłodne, twarde statystyki cieszą się niewielkim zainteresowaniem? Z tymi pytaniami zmagał się francuski lekarz i psycholog społeczny Gustave Le Bon ponad sto lat temu. Jego spostrzeżenia dotyczące zachowań tłumu pozostają fundamentalne dla badań nad psychologią mas.

Le Bon napisał (2):

„Masy myślą obrazami, a obrazy przywoływane wywołują kolejne obrazy, bez żadnego logicznego związku.”

W innym miejscu opisuje:

„Nie fakty, lecz sposób ich przedstawienia wywiera wpływ na wyobraźnię mas”.

Te słowa zawierają klucz do zrozumienia dzisiejszej debaty klimatycznej. Mam wrażenie, że prawie nikt nie formułuje swojej opinii na temat zmian klimatu w oparciu o oryginalne badania naukowe. Większość ludzi opiera się na obrazach, nagłówkach i emocjonalnych przekazach. To nie krytyka, a cecha ludzka. Nikt nie jest w stanie czytać setek publikacji naukowych każdego dnia. Dlatego większość ludzi polega na tym, co mówią im media, politycy czy tak zwani eksperci.

Dlatego to nie diagramy ani serie pomiarów zapadają nam w pamięć, ale obrazy: płonące lasy, topniejące lodowce, wyschnięte koryta rzek, zalane drogi czy cierpiące niedźwiedzie polarne. Takie obrazy działają natychmiast. Wywołują uczucie niepokoju, strachu lub winy. Z drugiej strony, klasyfikacje statystyczne lub wątpliwości naukowe często wydają się abstrakcyjne i docierają tylko do wąskiego grona odbiorców.

Le Bon zrozumiał to ponad 130 lat temu. Już pod koniec XIX wieku opisywał, jak tłumy reagują mniej na logiczne argumenty niż na mocne obrazy, proste przekazy i powtarzane narracje. Im częściej powtarzane jest stwierdzenie, tym bardziej wydaje się znajome – a znajomość łatwo pomylić z prawdą.

Dlatego w debacie klimatycznej należy nie tylko pytać, które obrazy są pokazywane, ale także, które obrazy są pokazywane rzadko.

Dlaczego widzimy płonące lasy przez wiele tygodni, a rzadziej pojawiają się doniesienia o regionach, gdzie lasy się odnawiają?

Dlaczego pojedyncze ekstremalne zjawiska pogodowe są często od razu interpretowane jako dowód zmiany klimatu, podczas gdy porównania historyczne lub naturalne wahania klimatyczne rzadko cieszą się w debacie publicznej uwagą?

Dlaczego dramatyczny nagłówek przyciąga większą uwagę niż niuansowana analiza naukowa?

To nie są pytania retoryczne. To pytania, na które każdy czytelnik powinien odpowiedzieć sam.

Le Bon wskazuje na inny mechanizm: masy poszukują prostych wyjaśnień. Złożoność jest wyczerpująca. Dlatego proste narracje zazwyczaj łatwiej przeważają nad niuansowanymi analizami. To pragnienie prostoty jest również wielokrotnie widoczne w debacie klimatycznej: tu CO₂ jako główna przyczyna, tam redukcja CO₂ jako główne rozwiązanie. To, czy złożone procesy klimatyczne można rzeczywiście wyjaśnić i rozwiązać w tak prosty sposób, to jedno z pytań, które zgłębię w kolejnych rozdziałach.

Prace Le Bona nie udzielają odpowiedzi na pytanie o klimat. Oferują jednak klucz do zrozumienia, dlaczego pewne komunikaty mogą mieć tak silny wpływ. Każdy, kto chce zrozumieć, jak kształtuje się opinia publiczna, powinien zatem czytać nie tylko klimatologów, ale także psychologów i socjologów. Zanim ludzie zaakceptują działania polityczne, muszą najpierw zostać przekonani o istnieniu określonej rzeczywistości. Psychologia zajmuje się tym procesem – od wyobrażenia do silnego przekonania – a socjologia mechanizmami zachodzącymi między ludźmi.

Prowadzi to do kolejnego pytania: Co się dzieje, gdy naturalna ludzka skłonność do adaptacji staje się presją społeczną, by się do niej dostosować? To właśnie tutaj niemiecki psychoanalityk Hans-Joachim Maaz wprowadza koncepcję normopatii. Termin ten został ukuty na początku lat 70. XX wieku, ale Maaz podjął go, rozwinął i zastosował do przemian społecznych, jak mało kto.

Kiedy adaptacja staje się chorobą

Dlaczego tak wiele osób milczy, mimo wątpliwości? Dlaczego zadają pytania tylko w zaciszu domowym, a rzadko publicznie? Dlaczego akceptują opinie, których nigdy sami nie zweryfikowali?

Niemiecki psychoanalityk Hans-Joachim Maaz od lat zmaga się z tymi zagadnieniami. Opiera swoją pracę na koncepcji normopatii, którą uczynił centralnym elementem swojej analizy społecznej.

Maaz opisuje normopatię jako przesadną adaptację do problemów społecznych. Ludzie przyjmują zachowania i przekonania nie dlatego, że po dokładnym namyśle uznają je za słuszne, ale dlatego, że chcą przynależeć. Adaptacja staje się normą – i według Maaz to właśnie w tym tkwi prawdziwe zagrożenie.

Maaz stwierdza (3):

„Normopatia odnosi się do przystosowania się większości ludzi w społeczeństwie do niedostosowawczego rozwoju, do patogennego zachowania psychospołecznego, którego zaburzenie nie jest już rozpoznawane i akceptowane, ponieważ większość myśli i działa w ten sposób”.

Myśl ta dała mi szczególny powód do przemyśleń, zwłaszcza w czasie pandemii koronawirusa.

Nie dlatego, że uważam, że każda opinia większości jest błędna – choć historia uczy nas, że większość zazwyczaj się myli. Byłoby to jednak równie nieprecyzyjne, jak twierdzenie, że każda opinia większości musi być słuszna. Kluczowa jest inna kwestia:

Ile osób faktycznie wyrabia sobie własne opinie?

W debacie klimatycznej często obserwuję następujący mechanizm. Wiele osób nie mówi: „Intensywnie studiowałem modele klimatyczne, serie pomiarowe czy historię Ziemi i dlatego doszedłem do tego przekonania”.

Raczej mówią:

„Nauka jest jednomyślna”. Co
, nawiasem mówiąc, absolutnie nie jest prawdą.

„To samo mówią wszyscy eksperci”.
Przy takich stwierdzeniach najlepiej śledzić przepływ pieniędzy, na wszelki wypadek.

„Wszyscy już to wiedzą”.
Kim właściwie są ci „wszyscy”? Ja? Ty?

Tu właśnie zaczyna się dla mnie prawdziwy problem. Te stwierdzenia nie są autentycznie przekonujące – dlatego trzeba zakwestionować ich pochodzenie. Czy wynikają z osobistego zaangażowania w temat, czy ze społecznego konformizmu?

Maaz opisuje ludzi jako istoty społeczne. Każdy pragnie przynależności. Nikt nie lubi być wykluczany, wyśmiewany ani traktowany jak outsider. Ta potrzeba jest głęboko ludzka. Jednocześnie sprawia, że ​​jesteśmy podatni na presję konformizmu. Im większa presja społeczna, tym większa pokusa, by podążać za opinią większości – nawet gdy skrywa się wewnętrzne wątpliwości.

Ten mechanizm jest również widoczny w debacie klimatycznej. Każdy, kto dziś zadaje fundamentalne pytania – na przykład o trafność modeli klimatycznych, skuteczność poszczególnych działań czy ekonomiczne konsekwencje polityki klimatycznej – musi liczyć się z etykietką „negacjonisty klimatycznego”, „antynaukowca” lub „niesolidarnego”. W dalszych rozdziałach odniosę się do faktu, że te etykietki są w większości przypadków nieuzasadnione. Nie jest też aż tak istotne, czy dana opinia jest słuszna, czy niesłuszna; liczy się efekt zniesławienia, dyskredytacji i etykietowania: wiele osób unika krytycznych pytań z obawy przed konsekwencjami społecznymi.

Dla Maaz jest to cecha rozwoju normopatycznego. Prawdziwym problemem nie jest jawny przymus, lecz raczej wewnętrzny przymus konformizmu.

Zwróciłem szczególną uwagę na inną myśl Hansa-Joachima Maaza. Wskazuje on, że kryzysy społeczne często prowadzą do tego, że te same instytucje lub aktorzy polityczni, którzy definiują zagrożenie lub znajdują się w centrum uwagi opinii publicznej, jednocześnie prezentują się jako ci, którzy posiadają jedyne słuszne rozwiązanie. Nie oznacza to automatycznie, że kryzysy są celowo kreowane lub inscenizowane – choć niewątpliwie tak było w przypadku koronawirusa. Ujawnia to jednak mechanizm władzy politycznej: ktokolwiek definiuje kryzys – nawet jeśli nie istnieje – i być może nawet brał udział w jego planowaniu, często zyskuje znaczący wpływ na kształtowanie rozwiązania. Zbawiciel!

Dlatego proponowane rozwiązania nigdy nie powinny być przyjmowane bez analizy. Moim zdaniem pandemia COVID-19 nauczyła wielu ludzi krytycznej analizy działań rządowych, narracji medialnych i uzasadnień politycznych. Kiedy ktoś zaczyna myśleć samodzielnie, nie zadowala się już tak łatwo prostymi wyjaśnieniami lub rzekomo nieuniknionymi rozwiązaniami. Filozofka polityczna Hannah Arendt uważała niezależne myślenie za najważniejszy warunek ludzkiego osądu. Dla niej prawdziwe niebezpieczeństwo tkwi nie w myśleniu, ale w braku myślenia. Jej słynne stwierdzenie: „Nie ma niebezpiecznych myśli; samo myślenie jest niebezpieczne” wyraża właśnie tę kwestię. Ci, którzy zaczynają myśleć samodzielnie, kwestionują pewniki, analizują uzasadnienia i nie zadowalają się już prostymi odpowiedziami. W tym tkwi wyzwalająca moc myśli.

Dlatego uważam za niebezpieczne, gdy osoby sprawujące władzę celowo degradują sceptycyzm do rangi stygmatu. Sceptycyzm jest ważny i dobry! To nie sam sceptycyzm jest niebezpieczny dla demokracji, ale ci u władzy, którzy w ten sposób postępują. Demokracja nie rozwija się dzięki konformizmowi. Demokracja rozwija się dzięki obywatelom zadającym pytania – zwłaszcza gdy prawie wszyscy wierzą, że znają tę samą odpowiedź.

„Gdzie wszyscy myślą tak samo, tam niewiele się myśli.” (Karl Valentin)

Być może krytyczne myślenie jest dziś mniej kwestią inteligencji, a bardziej odwagi. Bo myślenie wbrew większości nigdy nie było komfortowe.

Kiedy strach ogranicza twoją wizję

Dlaczego społeczeństwom tak trudno jest nawet pozwolić na zadawanie krytycznych pytań w czasach kryzysu? Dlaczego często pojawia się wrażenie, że istnieje tylko jeden słuszny punkt widzenia i tylko jedno akceptowalne rozwiązanie?

Na te pytania odpowiada belgijski psycholog Mattias Desmet. Stworzył on swoją teorię formowania się mas , opierając się na obserwacji, że w pewnych warunkach społecznych ludzie są skłonni zaakceptować proste wyjaśnienia i dalekosiężne środki (4).

Desmet opisuje cztery czynniki, które szczególnie sprzyjają masowemu formowaniu się: powszechna izolacja społeczna, poczucie bezsensu, narastający niepokój oraz ogólne niezadowolenie, którego nie da się przypisać żadnemu konkretnemu czynnikowi. Według niego, gdy te czynniki występują łącznie, wiele osób chętniej jednoczy się wokół wspólnej narracji i podąża za centralnym rozwiązaniem.

Uważam jego podejście za niezwykle wnikliwe. Przenosi on uwagę z pytania, czy dany środek polityczny jest słuszny, czy niesłuszny, na znacznie bardziej fundamentalne pytanie: dlaczego tak wiele osób nagle przyjmuje ten sam punkt widzenia w czasach kryzysu? Dlaczego złożone problemy często sprowadzają się do kilku, pozornie jednoznacznych wyjaśnień? Debata klimatyczna stanowi tego dobitny przykład.

Przez lata klimat był zdominowany przez terminy, które niosą ze sobą poczucie nieustannego zagrożenia: kryzys klimatyczny, punkty krytyczne, fale upałów, susza zdarzająca się raz na sto lat, wymieranie gatunków, a nawet zbliżający się koniec naszej planety. Tam, gdzie pojawia się strach, zrozumiałe jest, że rośnie pragnienie bezpieczeństwa – a wraz z nim gotowość do akceptowania dalekosiężnych środków politycznych – nawet jeśli wiążą się one z ograniczeniami wolności osobistej i dobrostanu. W końcu walczymy ze wspólnym wrogiem, prawda? Czy to złowrogi wirus i jego minimalizatorzy, złowrogi Putin i jego apologeci, czy też „sztuczna” zmiana klimatu i jej negacjoniści. Ramię w ramię, bracia i siostry, to tworzy solidarność! To takie proste! Wcale nie!

Desmet zwraca uwagę, że strach może zmieniać ludzkie perspektywy. Ci, którzy czują się zagrożeni, szukają orientacji. Złożone problemy często wydają się wtedy mniej atrakcyjne niż proste wyjaśnienia. Jednocześnie rośnie gotowość do akceptowania środków, które w normalnych okolicznościach prawdopodobnie byłyby omawiane znacznie bardziej krytycznie, a być może w ogóle nie zostałyby wdrożone.

Społeczeństwo demokratyczne powinno zadbać o to, by strach nigdy nie stał się trwałym narzędziem politycznym. Politycy tacy jak Karl Lauterbach, Boris Pistorius, Roderich Kiesewetter i im podobni, którzy celowo szerzą strach, powinni zostać powstrzymani. Strach może mobilizować w krótkiej perspektywie. Jest jednak kiepskim doradcą, jeśli chodzi o podejmowanie długoterminowych decyzji o dalekosiężnych konsekwencjach dla wolności, dobrobytu i spójności społecznej.

Praca Desmeta nie odpowiada na pytanie, jak będzie się rozwijał klimat. Wyjaśnia jednak, dlaczego komunikacja kryzysowa może być tak skuteczna. Każdy, kto chce zrozumieć, dlaczego miliony ludzi w krótkim czasie przyjmują te same terminy i popierają te same żądania polityczne, nie może uniknąć spostrzeżeń z psychologii.

To prowadzi nas do kolejnego kluczowego pytania: jak właściwie powstają w naszych umysłach obrazy, które kształtują nasz światopogląd? Amerykański publicysta Walter Lippmann zbadał ten mechanizm już ponad sto lat temu.

Obrazy w naszych umysłach

Jak właściwie kształtuje się nasze postrzeganie rzeczywistości?

Amerykański publicysta i politolog Walter Lippmann postawił to pytanie już w 1922 roku w swojej pracy „Opinia publiczna” . Jego odpowiedź jest równie prosta, co głęboka: większość ludzi reaguje nie na samą rzeczywistość, lecz na obraz rzeczywistości, który ukształtował się w ich umysłach. Ten obraz rzeczywistości, który na nich „oddziałuje”, staje się ich „rzeczywistością”.

Lippmann napisał (5):

„Nasza reakcja nie jest w pierwszej kolejności reakcją na świat, lecz na obraz, jaki o nim stworzyliśmy”.

Ta idea jest ponadczasowa. Nikt nie jest w stanie ogarnąć całej rzeczywistości. Nikt nie jest w stanie przeczytać wszystkich badań naukowych, przeanalizować wszystkich danych pomiarowych ani zweryfikować samodzielnie każdego wydarzenia politycznego. Dlatego jesteśmy nieuchronnie zależni od innych, którzy objaśniają nam świat. Media, naukowcy, politycy, eksperci i sieci społecznościowe codziennie dostarczają nam mnóstwa informacji, z których stopniowo wyłania się obraz naszej rzeczywistości.

Samo w sobie nie jest to ani dobre, ani złe. Staje się problematyczne dopiero wtedy, gdy mylimy ten zapośredniczony obraz z samą rzeczywistością. Uważam to za jedno z kluczowych pytań w dzisiejszej debacie klimatycznej. Większość ludzi nie zna zmian klimatu z własnego doświadczenia. Znają je z wiadomości telewizyjnych, artykułów prasowych, filmów dokumentalnych, portali internetowych i mediów społecznościowych. Wizerunek klimatu, jaki sobie kreują, powstaje zatem głównie na podstawie informacji, które inni wybrali, skategoryzowali i zaprezentowali.

Nieuchronnie pojawiają się dalsze pytania:

Które wydarzenia pojawiają się wielokrotnie, a które prawie nigdy?

Które badania naukowe trafiają do głównych wiadomości, a które pozostają w dużej mierze niezauważone?

Którzy eksperci regularnie mają możliwość zabrania głosu, a którzy rzadko kiedy?

Te pytania podważają pogląd niektórych, że publiczne reprezentacje automatycznie odzwierciedlają całą rzeczywistość.
Więcej na ten temat w następnej sekcji.

Lippmann zauważył, że między rzeczywistością a naszym postrzeganiem zawsze istnieje filtr. Filtr ten tworzą nasze doświadczenia, oczekiwania, a także informacje, które otrzymujemy codziennie. Im bardziej jednostronny staje się ten filtr, tym bardziej jednostronny staje się nieuchronnie nasz obraz rzeczywistości.

Dlatego uważam za niebezpieczne i nieodpowiedzialne, gdy pewne stanowiska w debacie klimatycznej są przedwcześnie uznawane za niedopuszczalne lub naukowo obalane. Nauka rozwija się dzięki porównywaniu różnych hipotez. Sprzeciw jest istotą nauki. Ci, którzy ograniczają się do jednego wyjaśnienia, ryzykują utratę z oczu różnicy między rzeczywistością a jej reprezentacją.

Lippmann nie chciał zniechęcać opinii publicznej. Wręcz przeciwnie. Jego dzieło jest zaproszeniem do bardziej wnikliwego osądu. Przypomina, że ​​często istnieje znacząca różnica między tym, co się faktycznie dzieje, a tym, co o tym postrzegamy.

Być może najważniejszym zadaniem świadomego obywatela nie jest przyswajanie jak największej ilości informacji. Raczej ciągłe zadawanie sobie pytania, czy obraz, który noszę w głowie, rzeczywiście odzwierciedla całą rzeczywistość – czy tylko jej fragment. W moim przypadku również zawsze jest to drugie.

Ale kto i według jakich kryteriów decyduje, które informacje są podkreślane, które tematy powtarzane, a które pytania spychane na dalszy plan? Psycholog i kognitywista Rainer Mausfeld badał tę formę zarządzania uwagą.

Władza nad naszą percepcją

Kto właściwie decyduje, co uważamy za ważne, albo co powinniśmy uważać za ważne? I dlaczego niektóre tematy przez tygodnie dominują w nagłówkach gazet, a inne prawie nie cieszą się zainteresowaniem opinii publicznej?

Na te pytania odpowiada psycholog percepcji Rainer Mausfeld. W swojej pracy dowodzi, że we współczesnych demokracjach coraz rzadziej sprawuje się władzę poprzez jawną cenzurę. Znacznie skuteczniejsze jest kierowanie uwagi ludzi: które tematy są podkreślane? Które informacje są powtarzane? Które powiązania są uwydatniane – a które pozostają w dużej mierze niewidoczne?

Mausfeld jasno daje do zrozumienia, że ​​nasze postrzeganie rzeczywistości kształtowane jest nie tylko przez dostępne fakty, ale także przez ich selekcję, ważenie i klasyfikację. Te same informacje mogą prowadzić do zupełnie różnych wniosków w zależności od kontekstu.

Rainer Mausfeld opisuje mechanizm, który wykracza daleko poza pojedyncze kwestie polityczne. Ten, kto kieruje uwagą opinii publicznej, wpływa również na postrzeganie rzeczywistości społecznej. Nie dlatego, że fakty są sfabrykowane, ale dlatego, że niemożliwe jest, aby wszystkie fakty były w centrum uwagi jednocześnie.

Ten mechanizm jest wyraźnie widoczny w debacie klimatycznej. Niemal każdego dnia pojawiają się doniesienia o falach upałów, suszach, pożarach lasów, topnieniu lodowców czy ekstremalnych zjawiskach pogodowych. Takie zjawiska z pewnością zasługują na uwagę. Kluczowe pytanie brzmi jednak, czy jednocześnie należycie uwzględniane są informacje przeciwne, a nawet pozytywne, które mogłyby uzupełnić lub zróżnicować ogólny obraz.

Na przykład pojawia się pytanie, jak często zgłaszane są naturalne wahania klimatu, historyczne okresy ocieplenia i ochłodzenia, niepewności modeli klimatycznych czy rozbieżne oceny naukowe. Nie dlatego, że te aspekty podważałyby istnienie zmian klimatycznych, ale dlatego, że mogą przyczynić się do lepszego zrozumienia.

Mausfeld przypomina nam, że społeczeństwo demokratyczne rozwija się nie tylko dzięki swobodzie rozpowszechniania informacji, ale także dzięki swobodzie postrzegania i porównywania różnych perspektyw. Tylko poprzez porównywanie różnych punktów widzenia można formułować niezależne osądy.

Jego idea bezpośrednio łączy się z teorią Waltera Lippmanna. Skoro nasz światopogląd wyrasta z obrazów, które nosimy w umyśle, to dobór tych obrazów w istotny sposób determinuje naszą ocenę rzeczywistości. Myślenie krytyczne nie zaczyna się zatem od odpowiedzi, lecz od pytania, czy w ogóle dostrzegamy cały obraz i z jakich źródeł go czerpiemy i konstruujemy.

Jak można nie tylko wpływać na opinię publiczną, ale także celowo wspierać cele polityczne i gospodarcze? To pytanie już około sto lat temu podjął Edward Bernays, człowiek uważany za twórcę nowoczesnego public relations.

Można zorganizować proces zatwierdzania.

Jak można przekonać całe społeczeństwa do określonej idei? Jak powstaje konsensus społeczny? I dlaczego ludzie czasami przyjmują przekonania, których mogliby nigdy nie wykształcić bez ukierunkowanego wpływu?

Z tymi pytaniami zmagał się amerykański pionier PR Edward Bernays. Bratanek słynnego psychoanalityka Zygmunta Freuda połączył wiedzę o ludzkiej podświadomości z możliwościami współczesnej komunikacji masowej. Podczas gdy Freud badał, jakie ukryte motywy wpływają na ludzkie zachowania, Bernays pytał, jak tę wiedzę można strategicznie wykorzystać do kształtowania opinii publicznej.

Jego najsłynniejsze dzieło nosi obecnie negatywnie konotowany tytuł „Propaganda” (7). Tytuł ten wydaje się dziś dziwny. Jednak w latach dwudziestych XX wieku termin ten nie miał jeszcze jednoznacznie negatywnego znaczenia, jakie nabrał po doświadczeniach z reżimami totalitarnymi XX wieku.

Bernays argumentował, że społeczeństwa demokratyczne nie są spajane wyłącznie argumentami, ale że zgoda społeczna musi być aktywnie organizowana. Jego słynne sformułowanie o „świadomej i inteligentnej manipulacji zorganizowanymi nawykami i opiniami mas” pozostaje jednym z najczęściej dyskutowanych stwierdzeń w badaniach nad komunikacją.

Odkrycia Bernaysa jasno pokazują, że przekonania polityczne nie są wyłącznie wynikiem swobodnego, niezależnego kształtowania opinii. Mogą być również wynikiem profesjonalnych strategii komunikacyjnych, które odwołują się do emocji, kreują obrazy i wielokrotnie eksponują pewne interpretacje.

Sam Bernays później donosił, że Joseph Goebbels studiował jego pisma i przejął z nich metody propagandowe. To, czy i w jakim stopniu tak się stało, jest przedmiotem różnych relacji historycznych. Nie ulega jednak wątpliwości, że psychologiczne spostrzeżenia dotyczące wpływania na opinię publiczną mogą być wykorzystywane zarówno w legalnym PR, jak i w manipulacyjnej propagandzie. Nie metoda ani technika determinują jej ocenę moralną, lecz cel, któremu służy. Noża można użyć do posmarowania chleba masłem lub do zabicia kogoś.

Dlatego warto bliżej przyjrzeć się dzisiejszej debacie klimatycznej. Każdy, kto powtarza te same obrazy, te same hasła i te same przekazy przez miesiące i lata, nieuchronnie kształtuje percepcję społeczną. Topniejące lodowce, płonące lasy, zalane ulice czy wyschnięte krajobrazy to prawdziwe i uderzające obrazy. Kluczowe pytanie brzmi jednak: czy oddają one pełny obraz złożonej rzeczywistości, czy też pokazują tylko jej niewielki wycinek?

Bernays prawdopodobnie powiedziałby, że skuteczna komunikacja nie polega na przedstawianiu jak największej liczby faktów. Kluczowe jest to, które komunikaty wywołują emocje i na stałe zapadają w pamięć ludzi.

Dlatego w demokracji nie wystarczy samo przyswajanie informacji. Równie ważne jest pytanie, kto je wybiera, jak są prezentowane i jaki cel jest realizowany w ich rozpowszechnianiu. Myślenie krytyczne nie oznacza odrzucania każdego przekazu. Oznacza ono raczej kwestionowanie mechanizmów jego powstawania.

Wniosek

Według Orwella, Le Bona, Maaza, Arendt, Desmet, Lippmanna, Mausfelda i Bernaysa, wyłania się z tego wspólny mianownik: Opinie publiczne rzadko powstają przypadkowo. Są kształtowane i kierowane przez język, obrazy, emocje, uwagę i komunikację.

Wiedza o ludziach nie jest odporna na nadużycia, jak pokazuje historia. Z drugiej strony, osoby rozumiejące te mechanizmy będą inaczej postrzegać debaty polityczne – w tym te dotyczące zmian klimatycznych.

+++

ŹRÓDŁA I NOTATKI
(1) Orwell, George (1949): 1984 . Londyn: Secker & Warburg

(2) Le Bon, Gustave (1895): Psychologia mas (francuska psychologia fauli )

(3) Maaz, Hans-Joachim (2017): Fałszywe życie – przyczyny i skutki naszego normopatycznego społeczeństwa . Monachium: CH Beck. Teza przewodnia książki głosi, że nadmierna presja konformizmu może prowadzić do powstania „normopatycznego” społeczeństwa.

(4) Desmet, Mattias (2022): Psychologia totalitaryzmu . White River Junction (VT): Chelsea Green Publishing

(5) Lippmann, Walter (1922): Opinia publiczna . Nowy Jork: Harcourt, Brace and Company

(6) Mausfeld, Rainer (2018): Dlaczego owce milczą? Jak elitarna demokracja i neoliberalizm niszczą nasze społeczeństwo i nasze źródła utrzymania . Frankfurt nad Menem: Westend Verlag

(7) Bernays, Edward L. (1928): Propaganda . Nowy Jork: Horace Liveright

+++

Dziękujemy autorowi za udzielenie nam pozwolenia na publikację tego artykułu.

Opinia Uwe Froschauera . apolut/klimaluge-und-klimadiktatur-teil-1-vom-denken-zum-glauben

https://dakowski.pl/

Gozdów 1944, czyli Zapomniana zbrodnia SS „Galizien”



W czasie, kiedy Ukraińcy grożą Polsce spadającymi dronami na polskie miasta, a w Sejmie lewicujący posłowie wznoszą okrzyki, jakie towarzyszyły bestialsko mordowanym zwykłym Polakom przez bandy UPA obowiązkiem Polaków jest upominać się o prawdę historyczną.

Przy obecnym zatwardziałym ustosunkowaniu się Ukraińców przy kulcie band odpowiedzialnych za śmierć tysięcy bezbronnych ludzi strona polska nie ma po co tracić czasu na jałowe dyskusje z gloryfikatorami nazistów i sadystów. Dziś już  tylko ktoś niemądry może ufać w szczere intencje strony ukraińskiej, w tym rzetelne przeprowadzenie ekshumacji ofiar szowinistycznej polityki UPA.

Dlatego też musimy pamiętać, że w obecnych granicach Polski w latach powojennych bandy banderowskie starały się na terenach przez siebie uznanych za ukraińskie zrobić powtórkę Wołynia w stosunku do każdego, kto nie wpisywał się w ich rasistowskie poglądy. Posiadając tę wiedzę, na niej powinniśmy budować fundamenty prawdy historycznej.

Bandy UPA i sławiona obecnie na Ukrainie 14. Dywizja SS “Galizien” mają na swoim koncie liczne zbrodnie, jakich dopuściły się wobec cywilów w granicach obecnej Polski. Jako państwo wiarygodne powinniśmy pochylić się nad tymi zbrodniami i zebrać jak największy materiał badawczy. Tam, gdzie jest to możliwe powinny odbyć się ekshumacje przy obecności obserwatorów międzynarodowych tam, gdzie jest szansa dotrzeć do rodzin pomordowanych powinno zebrać się zdjęcia, spisać wspomnienia.

Jeśli w wykazie osób brutalnie zamordowanych za to, że byli Polakami, zaczną oprócz liczb i kolumn z nazwiskami, pojawiać się ich zdjęcia, aby każdy mógł spojrzeć w twarz tym, których jedyną winą było to, że byli Polakami świadomość zagrożenia własnego życia i życia najbliższych przez odrodzoną na Ukrainie ideologię stanie się realna.

Portal Magna Polonia ma już na swoim koncie odkrycie zapomnianych, lecz istotnych kart polskiej historii

magnapolonia.org/skrepowano-im-rece-a-nastepnie-wprowadzono-do-stodoly-i-spalono-zywcem/ ;

magnapolonia.org/udalo-sie-odnalezc-grob-jednego-z-nich/ ;

magnapolonia.org/nowe-informacje-o-polskim-marynarzu-kto ), dlatego też pochyla się nad kolejną zapomnianą kwestią dotyczącą ludobójczej działalności UPA i SS Galizien na terenach obecnej Polski.

W marcu 1944 roku żołnierze ukraińskiej dywizji SS- Galizien i policja ukraińska w służbie niemieckiej dokonała pacyfikacji wsi Gozdów (gmina Werbkowice, powiat hrubieszowski). W wyniku ich działalności życie straciło ok. 30 mieszkańców wsi, w tym kilkoro dzieci i kobiet.

Na liście ustalonych osób ukraińskiego pogromu polskiej ludności cywilnej udało się zidentyfikować:

Józef Bekon lat 36
Władysław Bekon lat 18
Józef Barański lat 31
Władysław Bednarczuk lat 36
Ignacy Betkowski 36 lat
Piotr Grzelecki 40 lat
Czesław Kaluba 22 lat
Marian Koryczko 23 lat
Mieczysław Kowalczyk 20 lat
Łukasz Kowalczyk 55 lat
Wincenty Krawczyk 45 lat
Jan Omelczuk 40 lat
Józef Pęczko 30 lat
Zygmunt Pękalski 21 lat
Eliasz Sen 52 lat
Walenty Strzępek 20 lat
Zygmunt Surowiecki 21 lat
Kazimierz Świec 41 lat
Takich spacyfikowanych polskich wsi przez obecnie gloryfikowane na Ukrainie jednostki SS Galizien było mnóstwo. Przykładowo 2 lutego 1944 roku oddziały niemieckiej żandarmerii, SS i jednostki SS Galizien dokonały pacyfikacji wsi Wólka Szczecka (gmina Gościeradów), gdzie zamordowano ponad 200 mieszkańców, w tym ok. 50 kobiet i 20 dzieci2.

Apelujemy o kontakt wszystkich bliskich ofiar –  jeśli posiadacie zdjęcia, wspomnienia ofiar band UPA, SS Galizien lub innych ukraińskich oddziałów kolaborujących z III Rzeszą skontaktujcie się i podzielcie się tą tragiczną kartą polskiej historii. Niech przykład Waszych bliskich będzie ostrzeżeniem przed powtórką z historii. Już starożytni mówili, że historia jest nauczycielką życia. Uczmy się na tragedii przodków, zamiast powtarzać tę lekcję.

16 lipca 2026 magnapolonia/gozdow-1944-zapomniana-zbrodnia-ss-galizien

czwartek, 23 lipca 2026

Terror wysiedleń. Palestyna jak Zamojszczyzna

 

W cieniu wojny Rosji z Ukrainą i USA z Iranem, izraelskie władze wydały kolejne nakazy eksmisji i rozbiórki palestyńskich domów w Kafr Aqab, na północ od nielegalnie okupowanej Wschodniej Jerozolimy. Decyzje obejmują 22 budynki mieszkalne, w których żyją dziesiątki rodzin. Oficjalnym uzasadnieniem są naruszenia przepisów budowlanych, jednak organizacje praw człowieka od lat wskazują, że system wydawania pozwoleń dla Palestyńczyków jest skonstruowany w sposób dyskryminacyjny, czyniąc legalną budowę praktycznie niemożliwą.

Żydonazistowski terror wysiedleń w Kafr Aqab wpisuje się w wieloletni proces rozbiórek palestyńskich domów, rozbudowy izraelskich osiedli oraz stopniowego ograniczania obecności palestyńskiej we Wschodniej Jerozolimie i na Zachodnim Brzegu. Organizacje takie jak Human Rights Watch, Amnesty International czy izraelski B’Tselem oceniają, że przymusowe wysiedlenia ludności cywilnej na okupowanych terytoriach mogą naruszać międzynarodowe prawo humanitarne, a część z nich określa te działania jako element polityki przymusowego transferu ludności.

Dla wielu Palestyńczyków nie jest to już seria pojedynczych decyzji administracyjnych, lecz systematyczna polityka mająca na celu zmianę struktury demograficznej nielegalnie okupowanych terenów. Kolejne nakazy rozbiórek, konfiskaty gruntów, rozwój osiedli oraz akty przemocy ze strony części osadników tworzą atmosferę permanentnej niepewności i strachu. Równocześnie izraelski rząd kontynuuje program intensywnej rozbudowy osiedli na Zachodnim Brzegu, co spotyka się z krytyką znacznej części społeczności międzynarodowej.

Coraz częściej pojawiają się opinie, że działania części środowisk skrajnie nacjonalistycznych oraz niektórych przedstawicieli władz Izraela tworzą klimat przyzwolenia na przemoc wobec Palestyńczyków. W ostatnich miesiącach organizacje międzynarodowe wielokrotnie alarmowały o wzroście przemocy osadniczej, zastraszaniu mieszkańców oraz wymuszaniu opuszczania przez nich swoich domów. Nie oznacza to, że można przypisywać odpowiedzialność całemu społeczeństwu żydowskiemu – odpowiedzialność dotyczy konkretnych sprawców i prowadzonych polityk państwowych.

Historia Europy zna podobne mechanizmy wypierania ludności cywilnej. W Polsce jednym z najbardziej dramatycznych przykładów były niemieckie wysiedlenia na Zamojszczyźnie w latach 1942–1943. Wówczas okupacyjne władze III Rzeszy usuwały polskich mieszkańców z ich domów, przejmowały gospodarstwa i osadzały na ich miejscu niemieckich kolonistów. Tysiące rodzin zostało rozdzielonych, a dzieci wywożono do obozów lub Niemiec, gdzie poddawano germanizacji.


PORÓWNANIE WSPÓŁCZESNEJ SYTUACJI PALESTYŃCZYKÓW DO ZAMOJSZCZYZNY NIE JEST PRZYPADKOWE. ANALOGII MOŻNA DOSZUKIWAĆ SIĘ W SAMYM MECHANIZMIE DZIAŁANIA WŁADZ: WYKORZYSTANIU PRZEWAGI MILITARNEJ I ADMINISTRACYJNEJ DO STOPNIOWEGO WYPIERANIA RDZENNEJ LUDNOŚCI CYWILNEJ Z TERENÓW UZNAWANYCH ZA STRATEGICZNE ORAZ ZASTĘPOWANIU JEJ INNĄ, „LEPSZĄ” POPULACJĄ.


Przymusowe wysiedlenia ludności cywilnej, niszczenie domów oraz trwałe pozbawianie ludzi możliwości zamieszkiwania na własnej ziemi pozostają jednymi z najbardziej obrzydliwych działań we współczesnych konfliktach zbrojnych. Ich konsekwencje wykraczają daleko poza zburzone budynki – oznaczają utratę dorobku życia, rozpad lokalnych społeczności i pogłębianie spirali wzajemnej wrogości.


Każda kolejna decyzja żydo-nazistów o rozbiórce domu w Kafr Aqab czy innych miejscowościach okupowanego Zachodniego Brzegu staje się nie tylko problemem lokalnych rodzin, ale także kolejnym elementem konfliktu, który od dziesięcioleci pozostaje nierozwiązany i którego ofiarami w największym stopniu pozostaje ludność cywilna.


21 lipca 2026 


magnapolonia/terror-wysiedlen-palestyna-jak-zamojszczyzna

środa, 22 lipca 2026

Ferdynand Goetel Patrząc wstecz wypisy 2


Usłyszawszy o moim zamiarze udania się do Warszawy, wujek nie okazał zachwytu.
– Masz dość architektury... trudno. Sam nieraz zaczynałem wszystko od nowa. Ale dlacze-go aż do Rosji?!
Dla starszego pokolenia Królestwo i Królewiacy tak jak nie istnieli. Wiedzieli tylko o Ro-sji, a przerażającym jej znakiem był kordon graniczny, gdzie rewizja paszportów, przeszuki-wanie walizek, zaglądanie do książek i gazet, no i odrażające postacie żandarmów. W cza-sach, gdy można było całą Europę przejechać bez wizy i pieniężnych ograniczeń, a rewizja celna bywała przykrą jedynie dla upatrzonego przez celników człowieka – granica rosyjska była czymś w rodzaju obecnej „żelaznej kurtyny”. Zmianom, które podobno zachodziły za nią; opowieściom o zabawnych i tam przejawach życia – nie dowierzano. Warszawa to przede wszystkim szarżujący po ulicach kozacy.
*

Zmiany ustrojowe po roku 1905 byłyby dla państwa za-chodniego lekkim wstrząsem. Inaczej stało się w Rosji. Ustanowienie Dumy, rozluźnienie cenzury, ograniczenie praw ochrony i żandarmerii, dopuszczenie do głosu samorządów, podziałało na starych „czynowników” (urzędników) jak grom z jasnego nieba. Nasłany do Królestwa urzędnik mógł być niedokształcony i głupi, lecz musiał być „błagonadiożnyj” (prawomyślny). Zasadą jego była wszczepiona mu wiara w misję „samodzierżawnoj Rasijej”; wzorem postawy wyznania Murawiewa. Człowiek taki tracił głowę w obliczu zaszłych zmian.

Czego teraz oczekiwać, na co stawiać? Osądził przeto: „dziej się, co chce, trzymam się posady”. Jakżeż się dziwić, że w tych warunkach stosunki pomiędzy zadufaną w sobie ludnością, a nie wiedzącymi co słuszne urzędnikami rosyjskimi, regulowała „łapówka”.Możliwości jej były niekiedy niewiarygodne. I tak, w kabarecie Renesans wspomniany już „Lutas” Templer bawił się hałaśliwie w loży pierwszego piętra. Napomniany przez komisarza policji, zrzucił go na łby biesiadujących na parterze gości. W niedawnych jeszcze czasach awanturnik tego rodzaju byłby zesłany na Sybir. Tym razem załatwiono „nieporozumienie” łapówką w wysokości 10.000 rubli. Komisarz mego okręgu pobierał żołd w wysokości stu rubli miesięcznie; za wynajem mieszkania w wytwornej kamienicy płacił 120 rubli. Skąd brał resztę, nie pytano.

Żyło się więc w Warszawie, jak kto chciał. Przyczajone w ruchliwym mieście gniazda spisku nie miały żadnego niemal wpływu na opinię publiczną. Nawet literaci, satyrycy i wol-nomyśliciele warszawscy zdawali się żyć i tworzyć w błogostanie ducha zapatrzonego we własne podwórko. Poemat o księciu Józefie Zdzisława Kleszczyńskiego, nagrodzony przez „Tygodnik Ilustrowany” w roku 1913, był tylko rakietą drzemiącego buntu. Po Starym Mieście wałęsał się rzewny Or-Ot, piewca poczciwych rzemieślników, sklepikarzy i sentymental-nych zaułków. Jeżeli czasem uderzał w strunę patriotyzmu, to cofał się wspomnieniami aż do Kilińskiego. Tadeusz Miciński, jak zawołał w słynnym wierszu: „W konie, Chryste Panie”, tak szybował myślą między niebem a ziemią, niezrozumiały ni tu, ni tam. Buntowniczy i niesforny umysł Andrzeja Niemojewskiego, redaktora „Myśli Niepodległej”, gorszył czytelników klerykalnego „Kuriera Warszawskiego” dowodzeniem, że Chrystus jest jedynie symbolem astralnym. Zaś redaktor „Muchy” Władysław Buchner, wraz ze współredaktorem „Kro-gulcem” Orłowskim, zdawali się zapominać o ostrych przycinkach pod adresem Rosji i dowcipkowali tak, jak gdyby nadszedł okres politycznej kanikuły. Płaskie humoreski na temat wyborów do Dumy i samorządu; kpiny z dziennikarzy przemielających sieczkę mało ważnych wiadomości; monologi „pana Walentego” – oto strawa, którą sycono niewybredne mieszczaństwo. Ktoś kto wysławia późniejszy dowcip warszawiaków na próżno szukałby go w „Musze”; a były to przecież czasy, gdy w Krakowie wychodziło dęte „Liberum Veto”, zaś na łamach jego wstępował w szranki genialny pamflecista Adolf Nowaczynski.

Zdemobilizowanie ducha wojowniczej Warszawy byłoby nie do pojęcia, gdyby nie powód realny. Po roku 1905 opuścili Warszawę nie tylko czołowi prozaicy jak Daniłowski, Siero-szewski, Strug i Żeromski, lecz, co ważniejsze, młodzież akademicka. Wyniesiony przez nich zapłon musiał być silny, skoro rozgorzał od niego „polski Piemont”, jak nazywano Galicję, a w ślad za nim ugrupowanie polskie w miastach Europy i Rosji. I kiedy na uniwersytecie warszawskim straszył zamróz porzuconego domu, w uczelniach Kijowa i Petersburga gromadzono arsenał dążeń niepodległościowych.

Gdzie jednak podziała się bitność i zawziętość ludu warszawskiego? Czy majsterkowie Starego Miasta naprawdę zadawalali się podwórkową niezależnością opiewaną przez Or-Ota? Czy robotnicy Woli zapomnieli o barykadach i zamachach? Historia miasta, które pozornie głuche i pogodzone z losem, czterokroć w ciągu jednego wieku porywało się do walki o zagrożoną wolność, wskazywałaby na co innego. Zapewne – stary spisek tlił się tu i tam na krańcach miasta; nowy powstawał i zawiązywał wątłą jeszcze sieć, szeroki ogół nie dawał mu jednak ucha. Kiedy w roku 1911 wyległa na ulice ludność Warszawy, aby pożegnać zmarłego Bolesława Prusa, myśl rzesz zwracała się do pogodnych, dobrych lat pozytywistycznych dążeń, a nie do wspomnień powstańczych. Było w tej manifestacji może i pewne przeczucie nadchodzącego niepokoju, nikt jednak nie przewidywał, że zmiana nastąpi tak rychło.

Żyło się bowiem beztrosko jak jeszcze nigdy. Energia warszawian zdawała się być pochłonięta wielkimi i szybkimi zarobkami. Ostatnie lata przed pierwszą wojną to niezwykła wprost koniunktura dla warszawiaków i fabryk całego Królestwa. Cokolwiek wytworzy warszawski Grzybów czy tkalnie Woli znajduje natychmiast odbiór w Rosji. Przyrządy miernicze Gerlacha, zastawy stołowe Frageta, Henneberga i Norblina, słodycze Fuchsa i Wedla, konfekcja wszelkiego rodzaju popłynie śladem tkanin i skór. I chociaż przemysłowcy Warszawy i Łodzi wiedzą, że towar ich zaopatruje również składy mobilizacyjne, nikt się tym nie przejmuje. Wojna może być albo i nie; od lat już przecież kipi na Bałkanach. I nic. Im później wybuchnie, tym dla Królestwa lepiej. Program dorabiania się głoszą już nie tylko Narodowi De-mokraci, lecz i świeżo powstała partia Realistów.
*
By stać się pływakiem, trzeba podobno skoczyć na głębokie wody. Tak utrzymują fachowcy. Jakże im się przeciwić, skoro utopieni milczą.
*
W Smoleńsku dłuższy postój. Zmiana konwojentów. Wieść o przybyciu pociągu z tajemniczymi aresztantami musiała się rozejść po mieście, gdyż dworzec zaroił się od gapiów.
Chodzą od wagonu do wagonu, przepatrują, w końcu zaczynają nam wymyślać do „sukinsynów” i „germańskich szpionów”. Od czegóż jednak słowniczek złodziei otrzaskanych z folklorem więziennym w głębi Rosji. Z drzwi sąsiedniego wagonu wychyla się obywatel Prawda i recytuje istny poemat okropnych wyzwisk z biegłością moskiewskiego opryszka. Gapie słuchają z otwartymi gębami i nieledwie z zachwytem na twarzach.

– „Niet” – słyszymy – „eto nie szpiony. Eto budut warszawskije żuliki”.

Dworzec pustoszeje. Nowej straży nie widać. Znudzony żandarm wałęsa się wzdłuż naszego pociągu. Lecz oto spieszy ku nam dziewczyna. Na ramieniu ma opaskę z polskim napisem: Komitet Pomocy Ofiarom Wojny. Jeden z rzezimieszków wyrywa się z obleśną zaczepką, lecz zostaje przywrócony przez towarzyszy.

– Stul mordę! Nie widzisz?... Polka.

Panienka podchodzi i do naszego wagonu, pyta o kobiety i dzieci, czy nie trzeba lekarstw, bandaży, żywności może. Dziękujemy w serdecznych słowach. Więc może listy... może zawiadomić rodzinę...

Po latach wielu miałem przypomnieć sobie to troskliwe dziewczę. Kiedym się znalazł na katyńskim pogrzebisku, wskazano mi na sąsiadujące z nim stare mogiły. Na odkopanych tam szczątkach były zachowane jeszcze medaliki i krzyżyki katolickie. Wspomniałem wtedy o dziewczęciu, które samo jedno pobiegło, by dopomóc dotkniętym niedolą.

Zamykać wagony. Jedziemy dalej. Nowi konwojenci to starszy rocznik dobrodusznych rezerwistów. Możność spędzenia kilku dni na włóczędze, aby jak najdalej od frontu, nęci ich i rozwesela. Złodziejaszków nie odróżniają od jeńców cywilnych. Bratają się łatwo z jednymi i drugimi.
*
Płyniemy dalej pod flagą ciemnej gwiazdy. W Samarze pozwalają nam co prawda zjeść obiad w niezłej restauracji dworcowej, lecz w ogóle nie wiedzą, dlaczegośmy się tu wzięli i co z nami robić. Jesteśmy świadkami zabawnej sceny. Służbowy oficer żąda od naszego sierżanta urzędowych papierów z Warszawy, a ten ma tylko spis imienny nagryzmolony w baraku praskim. Sprawa idzie do miejscowego urzędu gubernialnego, który ni stąd, ni zowąd, od-prawia nas aż do Taszkientu.

Wiadomość przynosi pewną ulgę, bo jeśli Taszkient, to i ciepło. Nowi konwojenci, czelabińscy Tatarzy dają nam dość przykry przedsmak ciepłego klimatu. Obchodzą się z nami brutalnie i co chwila grożą użyciem „prikładu” lub „sztyku”.
Na postoju w szczerym stepie orenburskim dochodzi do groźnej zwady pomiędzy nimi a naszą chuligańską bracią. W ruch idą kułaki, potem broń, w ręku niejednego rzezimieszka błyska nóż.

Po bójce naradzam się z Jaraczem, jak udobruchać naszych Mongołów. Osądzamy, że najlepiej będzie podsłuchać ulubioną ich piosenkę i popisać się nią przy pierwszej sposobności.

Ajt medynnyn myn synaj
Dynna dynnyn myn synaj...

Nucimy na pustynnych piaskach Kara Kum. Tatarzy szaleją z radości. W dalszej drodze opiekują się nami jak niańki.
*
Powzięte już w Warszawie przypuszczenie, że główną osobistością tamtej gromady jest pan Józef, sprawdza się. U boku jego wypływa rychło dwu adiutantów: Osiecki to wielki koniokrad i przemytnik. Odziany w cholewy, kożuszek z barankowym kołnierzem i takąż czapkę, wygląda na dzierżawcę folwarczku. Gębę ma polską, oczy siwe i biegające, sposób bycia gospodarski. „Koniokrada” wziąłby za obrazę.

– Ja, proszę pana – tłumaczy dobrotliwie, podkręcając płowego wąsa – nie potrzebuję tych koni kraść. Wystarczy mi wejść do stajni, a drżą. Idą potem za mną jak barany za owczarzem. Podprowadzam taki tabun do pruskiej granicy, przemycam na drugą stronę, sprzedaję za do-bre pieniądze, kupuję eter czy lekarstwa i wracam.

Grzybowski zasię jest złodziejem kolejowym. Elegant, ubrany z wielkomiejska, przypomina kupca czy przemysłowca. W krawacie ma szpilkę z perłą, pamiątkę chyba po zawodowej przejażdżce. Wytworniś ten jest najbardziej wulgarny z całej zgrai, choć gdy trzeba, najbardziej ugrzeczniony.

– Musi pan mieć bardzo lekką rękę – ciągnę go pewnego razu za język.
– Rękę to mało – spogląda ironicznie. – Psychologia, szanowny panie. O, widzi pan, kiedym pana zabawiał historyjką o tym kuferku, com go sprzątnął sprzed nosa rabinowi, przeniosłem panu zegarek z kamizelki do lewej kieszeni marynarki. Niech pan uważa, bo go znowu gdzieś przeniosę.

Jakoż, zagadał mnie znowu i zegarek znalazłem w spodniach.

Kimże jednak jest pan Kułakowski? Powoli i z pewnym zakłopotaniem wprowadza mnie w dzieje swego życia. Jest synem majstra gazowni warszawskiej, starego pepesowca. W domu było ich troje rodzeństwa. Starszy brat działał w partii, jak i ojciec. W roku 1905 wyróżnił się jako dowódca bojówki. Śladem brata poszedł i on, Józwa, jak go wówczas nazywano. W starciu z żandarmami dostał kulę w pierś. Zdołał zbiec do domu, a ojciec ukrył go u znajomych „towarzyszy”. Ścigany listami gończymi brat został przerzucony przez partię do Szwajcarii. Stało się źle. Nikomu bowiem tak nie ufał jak bratu; nikogo tak nie słuchał. W ojcowskim domu nie miał się teraz co pokazywać, gdyż i za nim chodziły teraz „hinty. Zaczął teraz rozbijać na własną rękę. Mścił się jak mógł i jak umiał. Nie ruszał nigdy polskiego dobra.

Grabił lub puszczał z dymem sklepy i składy monopolowe. Mechanik z zawodu, stał się z czasem włamywaczem. Poznali go na gościnnych występach w Petersburgu, Kijowie, Odessie. Niekiedy musiał użyć broni. W obronie własnej. „Mokra robota” jest w pogardzie u prawdziwych bandytów. Skąd się tu wziął? Zgubiła go próżność. – Bo widzi pan – ociągał się. – Do wojny siedziałem nie na Mokotowie, a na Świętym Krzyżu. Za jedną strzelaninę. W Petersburgu. Zdołałem uciec z tej przeprawy, lecz dopadli mnie w pociągu na terenie Królestwa. Dlatego wyrok w Warszawie i Święty Krzyż. Siedziałem niedługo, bo zaraz wojna. Kiedy ci Strzelcy zajmowali Kieleckie, podjechał pod więzienie oddziałek setnych chłopaków. Rozbroili straż, otwarli bramy i... hulaj bracie, gdzie chcesz. Byłbym do nich doskoczył na tę bitwę z Moskalami, ale wiadomo, wstyd. Więc do Warszawy. Na Wolę wprzód. Pokazać się staremu i siostrze. Niewiele mi było pociechy z tego spotkania. Więc znów na bruk. I znów porachunek. Miałem tu w złej pamięci jednego prokuratora. Wywęszyłem, gdzie mieszka, kiedy wychodzi i wraca, i dawaj przewracać mu mieszkanie. Chciałem już wyjść, aż tu widzę w szafie elegancki mundur żandarma. Przebieram się w jeden mig. Korciło mnie poparadować sobie po Warszawie, a i wleźć gdzie nie każdego wpuszczają. Pech chciał, że w skrzydle szafy było lustro. Przyglądam się więc, czy mundur dobrze leży, wygładzam, aż tu słyszę: „ruki w wierch”. Wszedł bestia przed czasem, dostrzegł skiełbaszone mieszkanie, podkradł się, wyjął „nagana”... i zrobił swoje. Dlatego ja na Mokotowie i tu.

Polubiłem z czasem tego człowieka. Postawą, a także jakimś cichym żalem nad zmarnowanym życiem, wyrastał wysoko ponad swoje środowisko. Że był kiedyś mechanikiem, i to tęgim, świadczyły na poczekaniu robione rysunki maszyn, narzędzi, zamków. Pamięć miał niezgorszą.
*
Najsprawniej po mieście poruszał się Sierczyk. Złodziejska namiętność uniosła go wszak-że tak dalece, że ukradł mi ulubioną fajeczkę. Kradzież zauważył jeden z moich sąsiadów. Poskarżyłem się od razu panu Józefowi. Ten skinął na przechodzącego Sierczyka.

– Żeby mi tu za godzinę leżała fajka – wskazał na stolik.
– Jaka fajka – wyłgiwał się Sierczyk. – Nic o tym nie wiem.
– Jeżeliś sam nie ukradł, wiesz kto to zrobił. Fajka ma być tu!

Chcąc ułatwić złodziejaszkowi spełnienie zawstydzającego rozkazu, wyszedłem na podwórze. Gdym wrócił, fajka le-żała na stoliku, ale Sierczyk napastował mego sąsiada. Wmieszałem się w sprawę. Opryszek zwymyślał i mnie, gdy nagle u boków jego wyłonili się panowie Kułakowski i Osiecki.

– Czego pyskujesz, pętaku?
– Bo oni się ze mnie śmiali.
– Obrazili cię? – pytanie powinno było zastanowić Sierczyka.
– Nie... ale... – Nie dokończył, gdyż dostał w gębę, a potem raz drugi i dziesiąty, aż runął na ziemię zalany krwią.

– Bójcie się Boga! – zwróciłem się do Osieckiego. – Takie lanie za takie głupstwo?
– Toteż i wały były lekkie. Kości ma całe.

Tak oto doświadczyłem po raz pierwszy, jak przejawia się poczucie sprawiedliwości rządzącej przestępczym światem. Wśród „urków” rosyjskich panowały zapewne już wtedy gor-sze obyczaje. Dla więźnia z Pawiaka czy Mokotowa, osoba i własność towarzysza więziennej niedoli były nienaruszalne. Zasada druga: nie wolno zdradzać. Na tle tym rozegrał się rychło zabawny wypadek.

W pierwszych dniach grudnia wywołano nas na podwórze. Stanęliśmy w dwu rzędach. Po jednej stronie nieduży już oddział jeńców, po drugiej my, cywile. Przybywa trzech oficerów. Dwóch w mundurach rosyjskich, trzeci w nijakim. Czech chyba. Czytają nam odezwę Mikołaja Mikołajewicza, po czym wygłaszają górne przemówienia o braterstwie Słowian i nawołują do wstąpienia w szeregi armii ochotniczej, która, ramię w ramię z Rosjanami, przywróci wolność narodom uciśnionym przez „Germańca”. Ochotnicy... wystąp!

Z szeregu jeńców wojennych wysuwają się ze trzy dziesiątki chętnych. Wśród naszych jakieś poszepty, jakaś wymiana spojrzeń... i nagle przed front występuje dwunastka złodziejska na czele z panem Osieckim. Zespół to co lepszych zabijaków. Za parę godzin przybywa orkiestra wojskowa i wyprowadza „gerojów” w triumfalnym pochodzie.

– Jakżeż to? – pytam pana Józefa – wyłamali się panu? Rozprawiacie tak dużo o zdradzie...
– Niech pan poczeka. Zobaczy pan, co będzie. Jakoś, trzeciego dnia bramę koszar otwarto ponownie i „batalion” Osieckiego, z wodzem na czele, powrócił pod strażą uzbrojonych po zęby żołnierzy. Wódz miał rękę na temblaku, ten i ów utykał.

– Co się stało? – pytam tatuowanego Kazika.
– No, bo my poszli tylko tak, żeby tym draniom dać wyćwikę. Pierwszy dzień siedzieliśmy cicho, a drugiego wzięliśmy się za tych Słowianów. Poszło o żarcie niby to. Oni do nas z ku-łakami, a my za ławy i co tam było pod ręką. Oberwało się i nam, ale pięciu tamtych zabrali do szpitala. Ja u Moskali ani u Austriaków nie służyłem; ale jakbym raz przysiągł na wierność to amen.

Występ niedoszłych ochotników sprawił niezawodnie; że pewnego dnia kazano nam zabierać się w drogę. Cel niewiadomy. Gdy więc znaleźliśmy się za miastem, powraca dawna pogłoska o pieszej, etapowej wędrówce aż w głąb Siedmiorzecza. Nie mija jednak kilka godzin, a zawijamy pod mur zaopatrzony wymownym napisem: Dyscyplinarna Rota.
Karne miejsce otaczał tym razem wysoki mur, a rządy w zakratowanych barakach sprawowali surowy oficer, pop o fałszywych oczkach i olbrzymi wąsaty sierżant. Budynek, do którego nas po rewizji wpuszczają, zamyka się za nami na głucho. Sale są, mimo tego, obszerniejsze i jaśniejsze niż w porzuconych koszarach. Jak się dowiadujemy, pustująca rota była do wybuchu wojny pełna. Więźniowie poszli na front odrabiać winy bagnetem. Sierżant, jak i jego podkomendni, są raczej zadowoleni z naszego przybycia. Myśl, że i oni musieliby walczyć za cara przestaje ich na jakiś czas nękać.

Kazamata składa się z dwóch sal. Ma to swoje zalety, gdyż szajka usadawia się w jednej, a my w drugiej. Porządki w rocie były nieco inne niż w Taszkiencie. Życiowo nieźle. Dwa, trzy razy w tygodniu wywoływano chętnych na roboty. Zgłaszali się wyłącznie jeńcy cywilni. Tamci woleli grać w warcaby, opowiadać więzienne historyjki, urządzać śmieszne gry. Na robotach jak i wewnątrz więziennego muru dyscyplina byle jaka. Podpłaceni przez nas strażnicy biegają do pobliskich sklepów na posyłki. Na podwórzu zaś, atleta Pokój urządza szkółkę zapaśniczą i poucza strażników, jak zakładać podwójnego nelsona. Wiemy już, że nasz „arec” (zapaśnik) jest ulubieńcem straży, lecz trudno nam pojąć, dlaczego od pewnego czasu Pokój znika co wieczór i pojawia się dopiero po północy. Nie mija tydzień, a zagadka wyjaśnia się.

– Występowałem w taszkienckim cyrku jako „czarna maska” – opowiada chluba kazamat.
– Chadzałem tam co wieczór z sierżantem, naciągałem na łeb czarną pończochą i kładłem tych byków jednego po drugim.
– Zdemaskowałeś się w końcu?
– Nie. Musieliśmy przerwać tę zabawę. Pop nasz widocznie coś zwęszył i zagroził sierżantowi donosem. Aranżer zapasów oświadczył publiczności, że mistrz walczący pod czarną maską został zaproszony do Bombaju na mistrzostwa świata.
– Ale pan chyba nieźle zarobił?
– Co oni tam płacili to ja nie wiem, bo pieniądze zabierał sierżant. Mnie odpalał pięć rubli za występ.
*
Przy rozstaniu, pan Józef daje mi wyraz swoistej wdzięczności.
– Panie Ferdynandzie, nie wiem, co tam ze mną będzie, ale ja się chyba urwę z tego transportu. Gdybyś pan po tej wojnie miał w Warszawie z kimś na pieńku, to niech się pan do mnie zwróci, a ja faceta unieszkodliwię.
– Przypuśćmy. Ale jak pana znaleźć?
– Przyjdzie pan na Wolę, koło tych Gore, zawoła pierwszego lepszego łobuziaka i powi mu: prowadź do pana Józefa.
– Może tak przecież zrobić i ktoś niekoniecznie panu miły.
– Ech, chłopiec tak pana podprowadzi, że ja wcześniej pana zobaczę niż pan mnie.

Szczera na pewno oferta nie była pozbawiona przechwałki. O dalszych losach pana Józefa i jego drużyny nic mi nie wiadomo. Romantyczny herszt pozostawił jednak tak silny ślad w mej pamięci, że po latach ośmiu miałem go ciągle na oczach, gdy pisałem opowieść Samson i Dalila.
Gdym z walizką w ręku mijał rogatkę Taszkientu, zdawało mi się, raz ostatni w życiu, że świat do mnie należy. Otwarte przede mną dni okazały się jednak trudniejsze od więziennych. Losem swym musiałem odtąd kierować sam.
*
Podczas wojny życie na dalekim zapleczu bitew staje się podobne do bajki. Swoisty mu pośpiech i hasło carpe diem skłania do poczynań, które można by nazwać nierealnymi, gdyby nie to, że realizmem w takich okolicznościach jest właśnie fantastyka. Sugestia tego splotu jest silna, a siła wspomnień nieprzemijająca. Tak więc i w egzotycznym Turkiestanie, odległym od wojennych zdarzeń o tysiące wiorst, wszystko co fantastyczne zdawało się być logiczne.
Czas w chwilach przełomowych bieży szybko i z dnia na dzień zmienia się świat. Gdym przeto wrócił z ponurych kamyszy Dżunusz Kała, musiałem na nowo uczyć się Taszkientu.

Jaracza już nie zastałem. W liście wysłanym z Moskwy chwalił sobie Polonię tamtejszą, że to niby coś na podobieństwo porzuconej Warszawy. Jest teatr, są wydawnictwa, fundusze i za-pomogi – <będziesz mógł sobie pisać >. Nie pojechałem. Instynkt, jak się okazało trafny, podszeptywał mi, że najlepszą szkołą dla pisarza jest trudne życie; a tego, po doświadczeniach w Dżunusz Kała, spodziewałem się w Turkiestanie więcej niż w przelotnym gniazdku literackim w Moskwie.
*
Motywy używane przez Turkmenów w dywanach są nieliczne i powściągnięte do kształtu tak nieraz rygorystycznego, że można by przyłożyć do nich linię. Zarys wyobrażający świątynię na klęczniku z grupy „teke pende”, to na pół abstrakcyjna wizja artystyczna. O rysunku dywanów rozstrzygali mężczyźni; w haftach rządziły się kobiety. Stąd większa ich swoboda, kolory i rysunki nieraz żywiołowe.

Taki to właśnie haft nabyłem u Taliba, jeden z pierwszych mojego późniejszego zbioru. Barwność tkaniny oszołomiła mnie, choć był to całun podobno.

– Kto to robi? – pytam, zdumiony ilością i gęstością węzłów.
– Kobiety – odpowiada od niechcenia. – Dwie albo trzy.
– Parę lat chyba.
– Całe życie.

Sztuka rodzi się z potrzeby twórcy. Tak też i te kobieciny, zamknięte w haremie, przeka-zały tkaninie swej wszystko, co było marzeniem i treścią ich żyda. Co się z ich dziełem stanie, kto się nim zachwyci – nie dbały. Haft był czymś podobnym do śpiewu w samotne godziny.
*
Szarańcza... Wiosną 1917, w przededniu przewrotu kwietniowego a zarazem okresu straszliwej suszy, jeńcy donieśli mi, że w trzcinowisku przyrzecznym wyroiło się jakieś czarne robactwo. Przeprawiam się na jedną i drugą wyspę oblaną rękawami rzeki i spostrzegam, że młode, zielone jeszcze pędy trzcin są dosłownie pożerane przez ciemne pędraki. Przeglądam u nauczycielki leksykon. Jest to szarańcza w pierwszej fazie przed oskrzydleniem. Wiedząc, że w Taszkiencie znajduje się urząd zwalczania szarańczy, posyłam tam gońca z żądaniem, aby natychmiast przysłano ludzi zaprawionych do walki z plagą. Mija jednak dzień za dniem, wylęg rośnie niesamowicie, a stamtąd słowa odpowiedzi. Przystępuję więc do walki na własną rękę. Większość obszaru za wsią porasta wyschła i gęsta trzcina. Najprostsze byłoby podpalić ją w kilku miejscach, lecz wywołany pożar mógłby zagrozić wsi. Poprzestaję zatem na podłożeniu ognia w trzech wyspach oblanych rzecznymi rękawami. Zaczynam od najdalszej. Obawy moje były uzasadnione, gdyż słup ognia bije nocą w niebo i trwoży wieś.
Ostatnią wyspę podpalamy za dnia, a ja spieszę nad wodę, by ujrzeć skutki pożaru. I oto widzę dziwne zjawisko. Robactwo uchodzące przed ogniem gromadzi się na cyplu wyspy i two-rząc żywy most przez wodę, usiłuje przeprawić się na bezpieczny brzeg. Czarna wstęga nie może jednak dotrzeć do zbawczego celu, gdyż woda dokoła żywego mostu kipi po prostu od ryb. Największym przecież ich przysmakiem jest szarańcza, uskrzydlona czy też nie. Ocalałe robactwo po tygodniu znika. Uskrzydliło się w jedną noc i poleciało chmurą siać zniszczenie gdzie indziej.
Teraz dopiero przybywają fachowcy z Taszkientu. Wałęsają się po pogorzeliskach, ganią to i owo, pouczają, że należało okopać rowami zarażony obszar, spędzić do nich szarańczę i zasypać ją ziemią. Kto miałby to zrobić – nie wiedzą. Z dzienników dowiadujemy się, że niepamiętny od wielu lat wylęg szarańczy objął cały wschodni Turkiestan. Przechodzi tydzień i dwa i już się zdaje, że uskrzydlona szarańcza ominie naszą kotlinę. Tymczasem, jednego wieczoru pojawia się na zachodzie niezwykły obłok. Raz niemalże go nie widać, raz jest zwarty i czarny.

...Leci!... wołają ze wsi. Kto żyw wybiega na swoje pole uzbrojony w blaszany czy drewniany gar, pokrywę i pał-kę. Dudnią długo i ogłuszająco. Dzieciaki wsiowe dmuchają w gwizdki i fujary. Szarańcza, jak wiadomo, boi się hałasu. Chmura zatacza koło nad wsią, opada na trawniki i krzaki głównego koryta rzeki. Siadam na konia i pędzę. Po drodze dobiega mnie łomot skrzydeł. Patrzę w górę... bociany. Nie zliczyć ich. Paręset chyba. Już siadają na rojowisku i młócą pracowicie dziobami obślizgłą masę. Za nimi szpaki, całymi kupami. Przebiegła ptaszyna nie zżera całego owada, jak czyni to wróbel, wysysa móżdżek tylko. Tu pracuje tym skuteczniej, że w pobliżu ma wodę i może przepłukać sobie gardziołko. Zdarza się przecież, że w miejscach su-chych kleista ciecz zalepia gardło szpaka i łowca pada uduszony.
Przyglądam się tym morderczym biesiadom aż do głębokiego mroku. W środek rojowiska dostać się nie mogę, gdyż koń odmawia posłuszeństwa.

Wracając do obozu rozmyślam nad tak zwanymi przesądami ludu. Bocian i szpak jest zaliczany przez włościan całego chyba świata do ptaków sakralnych. W Persji do niedawna groziła kara śmierci za zabicie szpaka.
*
Chodziło mi nie tyle o widowisko, ile o poznanie komisarza Fi-gielskiego. Ten uśmiechnął się znacząco usłyszawszy, że stoję na czele PPS-FR. Nie bacząc na posiedzenie, poprosił mnie do swego gabinetu. Po kilku minutach zauważyłem, że jest nznużony odpowiedzialnością i jak gdyby zniechęcony wysokim a nieoczekiwanym stanowiskiem.
–Ja proszę pana nie myślę długo tego piastować. Nim ustąpię, chciałbym jednak skreślić zarys konstytucji turkiestańskiej republiki. Nie widzę niestety ludzi, którzy mogliby to za mnie uczynić. Fantastyczne czasy... Czy pan wie, że w pracy nad konstytucją pomaga mi paru waszych jeńców, prawników z Galicji?

Kim byli doradcy Figielskiego, nie pytałem. Przypuszczam, że jednym był znany mi adwokat Drozdowski, który w czasie rewolucji sprawował funkcje sędziego kryminalnego. Za-pytany przeze mnie, na jakim kodeksie się wzoruje, odpowiedział, że na jedynym, który zna, to jest na austriackim.

Figielskiego spotykałem jeszcze parokrotnie i to w coraz większej rozterce. Huragan rewolucyjny miotał nim z miejsca na miejsce, z zadania na zadanie. Tak więc spotkałem go jednego dnia na troickim trakcie. Wypoczywałem właśnie w czajchanie, gdy od miasta podjechał oddział zbrojnych z Figielskim na czele. Kiedy mnie ujrzał, zsiadł z konia i spoczął obok.

– Dokąd to? – pytałem.
– Ach, panie! Ścigamy tego Madamina. Miał się tu gdzieś pojawić.
Śmieszne to przedsięwzięcie, pomyślałem, gdy matematyk usiłuje schwytać syna stepu.
– Czy, drogi panie, nie zabrnął pan za daleko? – spytałem.
– Może i tak. Ale wycofać się nie sposób. Było to ostatnie nasze spotkanie. Figielski, owszem, spisał konstytucję nowej republiki, rada ją uchwaliła, lecz nie zdołała wprowadzić w życie, gdyż odnośny akt znalazł się rychło na bruku Taszkientu wraz z ciałem jej autora.