sobota, 11 lipca 2026

Wypisy z książki "W Dolinie Królów"

 Ceny egipskiej bawełny na światowym rynku gwałtownie ostatnio spadły, a plony niszczyła zaraza. Ludności wsi głód zaglądał w oczy. Jakież to jednak miało znaczenie w obliczu odkrycia królewskiego grobowca? Po wielu miesiącach wytężonych prac wykopaliskowych poszukiwacze natrafili w końcu na drzwi do komory grobowej z nienaruszoną pieczęcią. Jego lordowska mość pragnął zostać świadkiem jej zerwania.

Podobne życzenie wyraziła cała rzesza przeróżnych książąt i paszów oraz cała hałastra zaliczana dumnie do międzynarodowej śmietanki towarzyskiej. Wraz z nimi na miejsce przybyli ci, którzy zawsze podążają w ślad za bogaczami, a mianowicie przedstawiciele najstarszego zawodu świata. W Egipcie wszakże to określenie ma nieco inne znaczenie niż gdzie indziej i odnosi się do okradających groby (uprzejmie nazywanych archeologami).

Aby bowiem kopać (elegancko rzecz ujmując: „prowadzić wykopaliska”) i faktycznie się do czegoś dokopać, potrzeba było wiedzy, ale także pieniędzy – i to niemałych.

W związku z powyższym archeolodzy i ich zamożni alfonsi często blisko ze sobą współpracowali. Do historii przeszło kilka takich słynnych „par” – nierozerwalnie ze sobą związanych pomimo znacznych różnic charakteru i odmienności życiowych doświadczeń. Na kartach egiptologii przełomu XIX i XX wieku zapisali się między innymi amerykański milioner Theodore Davis i nieodłącznie mu towarzyszący młody badacz z Cambridge Edward Ayrton.

Temu duetowi zawdzięczamy odkrycie licznych grobowców, między innymi miejsca pochówku faraonów Horemheba czy Siptaha, a także Złotego Grobu (KV56)1. To oni odnaleźli w Dolinie Królów tajemniczy grobowiec oznaczony numerem 55 oraz grobowce zwierząt (nr 50, nr 51 oraz nr 52), a w nich zmumifikowanych i strojnych w klejnoty pupili Amenhotepa II. Ukochani towarzysze władcy zostali pozbawieni swoich ozdób już za sprawą starożytnych rabusiów, którzy pozwolili sobie nawet na swego rodzaju żart – bodaj najstarszy żart znany historykom – a mianowicie ułożyli królewską małpę i psa twarzami do siebie. W pozach, jakby toczyli pojedynek, przyłapali je trzy tysiące lat później Davis i Ayrton.

Milioner i badacz tworzyli dość niecodzienną parę. Davis, uparty i zdeterminowany przedsiębiorca, nawykły zawsze dostawać to, czego tylko zapragnie, stał przed obiektywem aparatu wyprostowany w swoich bufiastych bryczesach i wypolerowanych do połysku butach, dumnie prezentując siwe baki. Miejsce obok zajmował Ayrton – wysportowany i nieśmiały człowiek, w przekrzywionym słomkowym kapeluszu, ma w sobie coś z chłopca, uśmiecha się trzpiotowato i patrzy w dal na pustynię. Trudno w tym przypadku mówić o mariażu doskonałym, współpraca raz bowiem układała im się lepiej, raz gorzej – mimo to duet zapisywał na swoim koncie wspaniałe rezultaty.

Inną taką parę tworzyli Howard Carter i lord Carnarvon. Carter, człowiek wybuchowy, nie wahał się dać upust swojej złości, jeśli miało go to przybliżyć do osiągnięcia celu. W jego oczach dało się dostrzec intensywny i złowrogi błysk świadczący o trawiącej go obsesji. Brak formalnego wykształcenia i zdecydowanie mało imponujący bagaż doświadczeń czyniły go bez wątpienia outsiderem w tym towarzystwie. Ratował go talent artystyczny. Nic by jednak nie osiągnął, gdyby nie earl Carnarvon, pieszczotliwie zwany „Porchym”, znany z dobrego smaku dziedzic majątku o powierzchni trzydziestu sześciu tysięcy akrów, który na wykopaliska przywoził ze sobą najlepszą porcelanę, obrusy i wyborne wino.

Grube ryby życzyłyby sobie co prawda uchodzić za mecenasów sztuki i archeologii, w rzeczywistości jednak kierowały nimi daleko niealtruistyczne pobudki. Płacili za wykopaliska z nadzieją, że przyniosą im one korzyści znacznie większe niż te, które dałoby się uzyskać na torze wyścigowym albo przy stole do ruletki, czyli tam, gdzie tacy ludzie zwykle raczyli się drinkami.

Zgodnie z prawem obowiązującym w Egipcie – które zapewne zasługiwałoby raczej na miano „zasad gry” – wszelkie znaleziska, a więc zarówno posągi, jak i klejnoty czy papirusy, dzielono po połowie: część przekazywano do powstającego dopiero Muzeum Egipskiego w Kairze, reszta zaś trafiała w ręce zamożnych badaczy. To właśnie ta wizja ściągała brytyjskich earlów i amerykańskich milionerów do pustynnych dolin Egiptu kryjących niesamowite skarby, to ona sprowadzała ich do świata starożytnych bogów i klątw.

Od powyższej zasady obowiązywał wszakże jeden wyjątek, taki swego rodzaju karciany dżoker. Rzecz dotyczyła nienaruszonego miejsca królewskiego pochówku, grobowca faraona bądź grobu królowej, którego nikt nigdy w żaden sposób nie uszczuplił. W przypadku dokonania takiego odkrycia zasady gry się zmieniały, a uzgodnienia poczynione podczas licytacji przestawały obowiązywać. Teoretycznie wszystko miało wówczas trafić do Muzeum Egipskiego. Teoretycznie – faktycznego rozwoju wydarzeń nikt bowiem nie potrafił przewidzieć, jako że takiego odkrycia nigdy jeszcze nie udało się dokonać. Perspektywa odnalezienia nienaruszonego grobu wydawała się tak mało realistyczna, że nikt jakoś specjalnie się tym nie przejmował. Wszystkie grobowce odkryte do tej pory zostały przynajmniej częściowo splądrowane jeszcze w czasach starożytnych.

To oczywiście nikogo nie zniechęcało, ponieważ nawet taki splądrowany grób mógł kryć niesamowite znaleziska. Rzeczy zupełnie bezwartościowe dla starożytnych złodziei bywały niekiedy warte fortunę dla ich nowożytnych kolegów po fachu. Dawni rabusie wynosili z grobów przede wszystkim złoto i srebro, ewentualnie słoje z kosztownymi perfumami i mazidłami. Zwierzęce skóry nacierali olejami, aby łatwiej je było wynieść, zupełnie się natomiast nie interesowali wybitnymi dziełami sztuki. Nie znaleźliby nabywców na pięknie rzeźbione posągi. Nie mieliby co zrobić z sarkofagami z wapienia i alabastru, z malowanymi trumnami i bogato ilustrowanymi papirusami. Współczesnych poszukiwaczy kusiły więc przede wszystkim te właśnie cenne artefakty (wyceniane teraz na setki tysięcy brytyjskich funtów, amerykańskich dolarów czy francuskich franków).

Oprócz tego nawet w tych, zdałoby się, splądrowanych grobach udawało się niekiedy dokonać przypadkowych odkryć. Gdzieś pośród bandaży mumii zachował się amulet, starożytnym złodziejom zdarzało się też czasem zgubić w pośpiechu jakieś kosztowności. Teoretycznie bezwartościowa krucha mumia krokodyla kryła w środku setki zwojów papirusu stanowiących arcydzieło sztuki kaligraficznej. Udało się również odkryć zmumifikowane ramię – należące do królowej Meritneit – oderwane od ciała i pozostawione w jakiejś wnęce. Ramię obwieszone subtelnie zdobionymi złotymi bransoletami zostało – wszystko to działo się w czasach rządów pierwszej dynastii (trzy tysiące lat przed Chrystusem) – zabezpieczone gipsem przez nieszczęsnego złodzieja, który najwyraźniej nigdy nie zdołał wrócić po swoją zdobycz. Jego strata stała się zyskiem dla przyszłego kolegi po fachu (a konkretnie poważnego miłośnika spartańskiej dyscypliny W. Flindersa Petriego, który, by tak rzec, drobnym grzebykiem przeczesywał – na dobrą sprawę przeszukane już – stanowisko w Abydos).

Przy grze toczącej się o tak wysoką stawkę liczne plotki i spekulacje dotyczące Egiptu nikogo nie powinny dziwić. Ostro konkurowali tam ze sobą nie tylko prywatni kolekcjonerzy i handlarze antyków (oryginalnych i podrabianych), w rywalizacji uczestniczyły również największe muzea świata. Przedstawiciele Luwru, Muzeum Brytyjskiego oraz nowojorskiego Metropolitan Museum of Art też nie przebierali w środkach. Wszyscy zachowywali się jak łapczywe i kłótliwe dzieci, każdy chciał pozyskać dla siebie jak najwięcej jak najlepszych starożytnych artefaktów. Nikt się przy tym specjalnie nie interesował, skąd one konkretnie pochodzą.

Oczywiście wszyscy uczestnicy tej gry zebrali się na pustyni w tamten ciepły i jasny dzień. Otwarcie nienaruszonego królewskiego grobowca to wydarzenie, którego nie można było przegapić. Uczestniczył w nim również „ojciec” całej tej niegrzecznej gromadki, a mianowicie Gaston Maspero, mudir, czyli dyrektor Najwyższej Rady Starożytności, zaangażowany badacz odpowiedzialny za nadzór nad zachłannymi dziećmi.

(...)

Te dokumenty odegrają później ważną rolę, dostarczając Carterowi cennych wskazówek podczas poszukiwań królewskiej nekropolii (zwanej też miastem umarłych). Na razie jednak służyły mu głównie jako źródło wiedzy o postaciach z dawnych czasów. To z nich dowiedział się o Ramzesach i Setich, a także o Amenhotepach – których losy będzie gorliwie zgłębiać przez kolejnych czterdzieści pięć lat. Carter nie zazna nigdy wielkiej miłości, nie przydarzy mu się nawet przelotny romans. Nie będzie miał żony, kochanki ani dzieci. Główne akcenty jego życia stanowić będą kolejne odkrywane grobowce. Zapisze na swoim koncie liczne sukcesy w tej dziedzinie, a ukoronowaniem jego wysiłków stanie się odnalezienie niemal nienaruszonego – jak słusznie podpowiadał mu głos intuicji – królewskiego grobu wraz z licznymi zapierającymi dech w piersi skarbami.

Dla młodego Cartera Egipt to jednak kraina niemal równie odległa jak Księżyc. Kolekcja Amhersta rozpalała jego wyobraźnię, ale na tym sprawa się kończyła. Inaczej rzecz się miała w przypadku badaczy i profesorów odwiedzających Didlington Hall. Tych traktowano jak równych partnerów w intelektualnej dyskusji o starożytnych znaleziskach. W Anglii hołdującej podziałom klasowym Carter plasował się nieznacznie powyżej służby, a jego rola sprowadzała się do rysowania zwierząt, które członkowie rodziny Amherstów darzyli szczególnymi względami.

Jak na ironię, pierwszy przełom w jego życiu dokonał się jednak właśnie za sprawą braku formalnego wykształcenia – czyli tej „nędznej niedoskonałości”, o której sam wspominał – z tego bowiem powodu mógł pobierać za swoje usługi tylko bardzo niewygórowane stawki. To z kolei bardzo odpowiadało przedstawicielom założonego niedawno Funduszu Badań Egiptu, których nie było stać na zatrudnienie drogich badaczy z klasy wyższej.

Fundusz uczestniczył w bardzo ambitnym projekcie polegającym na odrysowywaniu niezliczonych starożytnych inskrypcji i fryzów, którym groziło zniszczenie przez wandali, powodzie oraz czas. Z uwagi na ograniczenia techniczne na ówczesnych zdjęciach udawało się utrwalić tylko część szczegółów. Do kopiowania malowideł umieszczonych na ścianach długich i krętych korytarzy mrocznych grobowców, do utrwalania na papierze rzędów hieroglifów pokrywających mury świątyń, do wiernego odtwarzania wszystkich kolorów i szczegółów trzeba więc było zatrudniać artystów. Fundusz wyekspediował zespół do skalnych grobowców w Bani Hassan w środkowym Egipcie. Prace postępowały jednak powoli, i zapadła decyzja o pozyskaniu kolejnych rąk do realizacji tego dzieła.

John Newberry, którego brat Percy, egiptolog wykształcony w Cambridge, pracował wtedy w Bani Hassan, otrzymał od jednego z dyrektorów funduszu list następującej treści: „Gdyby spotkał Pan kolorystę (zmysł koloru stanowi niezbędne uzupełnienie umiejętności rysunkowych) skłonnego udać się do Egiptu za wynagrodzeniem, które wystarczy zaledwie na pokrycie wydatków i nic więcej, będę wielce zobowiązany, jeśli zechce Pan poprosić o kontakt (...). Zważywszy na to, jak wielką rolę odgrywają tu koszty, nie będzie miało dla mnie znaczenia, czy rysownik ów szczycić się będzie szlachetnym urodzeniem, czy nie. Pański brat [Percy Newberry] może się zadawać z Fraserem [inny członek wyprawy do Bani Hassan, „szlachetnie urodzony”]. (...) Dżentelmen najprawdopodobniej potrzebowałby na swoje wydatki znacznie większych kwot, chyba że z natury byłby człowiekiem oszczędnym. Gdyby zaś na miejsce przysłany został człowiek mniej szlachetnie urodzony, Percy Newberry wziąłby go pod swoje skrzydła i zapewniłby mu wyżywienie i tym podobne, traktując go jako pracownika. W ten sposób można by oszczędzić od 2 do 3 szylingów dziennie”.

Tak się akurat złożyło, że Percy Newberry przebywał w owym czasie w Anglii i brat przesłał mu ten list. Newberry często odwiedzał Didlington Hall, więc od razu pomyślał o Carterze. Widział jego prace i uznał, iż chłopak się „nadaje” – tym bardziej że go lubił.

Amherst poparł ten pomysł, sprawa została więc postanowiona. Carter miał spędzić lato na szkoleniu w Muzeum Brytyjskim i tam wnikliwie studiować precyzyjne i piękne rysunki wykonane na początku XIX wieku przez Roberta Haya, jednego z pierwszych europejskich badaczy egipskich ruin.

W ciągu tych kilku letnich miesięcy Carter chłonął wiedzę jak gąbka. F.L. Griffith, kierownik sekcji archeologicznej, oraz C.H. Read dokładali wszelkich starań, aby go jak najlepiej przygotować. „Ci czcigodni ludzie – wspominał potem Carter – oraz ten dostojny budynek o wspaniałej akustyce wraz ze wszystkimi przyległościami zrobili na mnie niesamowite wrażenie, ale jednocześnie wzbudzali we mnie wielki respekt, blady strach zdejmował mnie bowiem za każdym razem, gdy buty zapiszczały na posadzce”. Jak można się więc domyślać, Carter nauczył się tu dobrze pastować buty, a przy tym zdobył rozległą wiedzę na temat egipskiej sztuki i hieroglifów, z którymi miał się wkrótce zetknąć.

Siedemnastoletni Carter zakończył w 1892 roku swoje trzymiesięczne przeszkolenie i rozpoczął zupełnie nowe życie.

(...)

Carter być może faktycznie stał „u progu nadzwyczajnego odkrycia”, jak sam pisał w swoim dzienniku, jednocześnie jednak znajdował się również na skraju przepaści. Królewski grób należy bowiem do Egipcjan i tylko do nich. Egipcjanie się o niego upomną, odmawiając Europejczykom wszelkich praw – bez względu na cały ich znój i trud.

W dniu swojej chwały w 1901 roku Carter niczym takim nie zaprzątał sobie jednak głowy. Stał przy nowo odkrytym królewskim grobowcu w pozie zwycięzcy. Gdy wraz ze swoim brygadzistą schodził do grobowca, na powierzchni zapanowała cisza.

Dwóch badaczy pokonało kamienny korytarz bez żadnego sprzętu, ale już konsul i inni zacni goście mieli zostać spuszczeni w dół szybu w specjalnym koszu przypominającym kołyskę. Najpierw jednak należało otworzyć komorę, a Carter musiał wejść do środka i zapoznać się z jej zawartością.

„Wszystko miałem przygotowane – wspominał później. – Długo wyczekiwany moment w końcu nadszedł. Byliśmy gotowi do zgłębiania tajemnicy kryjącej się za murem. Mój brygadzista i ja dotarliśmy na dół, po czym z jego pomocą odsuwałem blok po bloku ciężkie wapienne płyty. Drzwi wreszcie zostały otwarte. Prowadziły prosto do niewielkiego pomieszczenia, w którym znajdowało się trochę odłamków skalnych pozostawionych przez egipskich murarzy, poza tym jednak nic, tylko dzbany na wodę i kilka kawałków drewna. W pierwszej chwili stwierdziłem, że trzeba szukać kolejnych drzwi prowadzących do następnej komory. Pobieżne poszukiwania na nic takiego nas nie naprowadziły. Ogarnęło mnie przerażenie”.

Podczas gdy zgromadzeni czekali na niego na górze, Carter gorączkowo przeczesywał pomieszczenie w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby naprowadzić go na ślad ukrytej klatki schodowej, tunelu albo szybu prowadzącego do... Carter sam nie wiedział dokąd, ponieważ wszystkie znaki wskazywały na to, że oto powinien się właśnie znajdować w komorze grobowej. Pomieszczenie zostało starannie zaplombowane i ukryte wiele metrów pod ziemią za murem grubym na trzy i pół metra – a mimo to było zupełnie puste. Poszukiwania doprowadziły jedynie do odnalezienia miniaturowej trumny ukrytej w ścianie. Napis informował, że grobowiec został zbudowany dla Mentuhotepa I, jednego z pierwszych królów XI dynastii rządzącego w początkowym okresie Średniego Państwa (około 2100 roku przed Chrystusem).

Być może grobowiec został wykopany po to, aby zmylić niedoszłych rabusiów. Być może posąg owinięty w płótno symbolizował jakiś tajemny rytuał odstraszania śmierci. Być może po wybudowaniu wielkiej świątyni pogrzebowej u podnóży wyniosłych skał ten sam władca zmienił plany i postanowił kopać sobie miejsce spoczynku gdzie indziej. Być może grobowiec został porzucony z jakichś innych powodów, które na zawsze zaginęły w mroku dziejów.

Tak czy owak, Carter musiał teraz wyjść na powierzchnię i w jasnym słońcu przyznać się publicznie do porażki. Wśród zgromadzonych nie brakowało ludzi, którzy tylko czekali na powód, by wyśmiać outsidera – zazdrość bowiem trawiła poszukiwaczy i badaczy w takim samym stopniu jak operowe diwy... czy złodziei.

Cały okurzony, Carter rozpoczął uprzejme przeprosiny, Maspero w duchu ojcowskiej troski i współczucia szybko jednak wszedł mu w słowo. Carter tak wspominał tamtą chwilę: „Nie pamiętam już dokładnie tych wszystkich uprzejmych i wyszukanych słów, które wygłosił wtedy Maspero, ale okazał mi w tej okropnej chwili tyle życzliwości, że od razu stało się jasne, iż mam w nim prawdziwego, wartościowego przyjaciela”.

Osobiste zapatrywania Maspero pokrywały się z treścią jego publicznej wypowiedzi. W prywatnym liście napisał: „Carter pospieszył się nieco, informując o swoim odkryciu lorda Cromera. Lord Cromer przybył, by uczestniczyć w jego sukcesie, i on odczuwa teraz wielki smutek, ponieważ nie mógł zobaczyć tego wszystkiego, co mu obiecywano. Pocieszam go, jak tylko potrafię, bo to naprawdę dobry człowiek i dobrze wywiązuje się ze swoich obowiązków”.

Carter wspomni później z wdzięcznością życzliwość, którą okazał mu Maspero. W tamtym konkretnym momencie nic jednak nie mogło go pocieszyć, był zupełnie zdruzgotany. Pozostał przy grobowcu aż do późnej nocy, z niedowierzaniem przemierzając raz po raz podziemne komory.

Ci wszyscy, którzy zakłócili spokój pustyni, stopniowo się rozchodzili, echo szeptem wypowiadanych domysłów milkło. Na miejscu pozostał jedynie załamany poszukiwacz u progu swojego nadzwyczajnego odkrycia – i strzegąca doliny bogini Meretseger, rozmiłowana w ciszy.

Carter był niepocieszony, ale paradoksalnie równie niepocieszony będzie później, gdy jego największe pragnienie w końcu się zrealizuje. Dwadzieścia lat po tym fiasku – całe dwie dekady później, bo dopiero w 1922 roku – odnajdzie swój upragniony grobowiec. Nie stanie się to jednak za sprawą szczęścia nowicjusza: żaden koń się przypadkiem nie przewróci, żaden inny zbieg okoliczności nie odegra większej roli. Carter odniesie sukces dzięki żmudnej pracy, cierpliwemu znoszeniu trudów i niezachwianej wierze w swoje możliwości, nie zważając na to, że cały świat patrzy na niego spode łba.

To on pierwszy odkryje grobowiec, który pozostawał zamknięty przez tysiące lat. To on stanie przy faraonie spoczywającym w masywnej złotej trumnie pod złotą maską o niezrównanym uroku przedstawiającą Tutanchamona Neb-cheperu-Re, czyli Pana Przejawów Słońca, Silnego Byka, Zwycięskiego i Wiecznego.

W małej i ciemnej komorze grobowej będzie potem pracować przez dziesięć długich lat, ostrożnie wydobywając z jej wnętrza tysiące cennych przedmiotów, a wśród nich najbardziej poruszające dzieła sztuki egipskiej. Potem resztę życia spędzi już jako człowiek znany i zamożny, ale zgorzkniały.

Nigdy więcej nie będzie prowadził wykopalisk. Dożyje swoich dni jako bezczynny i gniewny samotnik, który kryje się przed światem na tarasie luksorskiego Winter Palace. Zdradzając jakby oznaki szaleństwa, choć może i nie bez racji, będzie opowiadać każdemu, kto tylko zechce go słuchać, że wie, gdzie znajduje się poszukiwane od dawna i przez wielu miejsce ostatniego spoczynku Aleksandra Wielkiego. Niejako z przekąsem zaraz doda, że zabierze ten sekret ze sobą do grobu, ponieważ świat nie zasłużył sobie na dostąpienie takiej wiedzy.

Zanim z młodego chłopaka, który szkicował śmierdzące pieski kanapowe, przeistoczył się w poirytowanego staruszka, Carter poświęcił mnóstwo czasu na żmudną i wyczerpującą pracę. Owszem, udało mu się odkryć upragniony grobowiec i bogowie nagrodzili go za to chwałą, ale już nie spokojem. Dla niego spełnią się słowa klątwy grobowej z okresu Średniego Państwa: „Niech się strzeże ten, kto tu wkracza. Jego serce nie zazna już w życiu spokoju”.

3 Od momentu powołania Najwyższej Rady Starożytności w 1858 roku wykopaliska można było prowadzić wyłącznie na podstawie wydanej przez nią zgody. W treści takiej zgody – określanej mianem koncesji – wyznaczano konkretny obszar poszukiwań, a także precyzowano warunki dotyczące prowadzenia prac wykopaliskowych oraz zasady postępowania w przypadku odkrycia grobowca. Od 1902 roku koncesję na prowadzenie wykopalisk w głównej Dolinie Królów posiadał amerykański bankier Davis. Zrezygnował z niej dopiero na krótko przed wybuchem I wojny światowej.

Daniel Meyerson 


Krótka historia ewolucji

 


Tekst dedykowany wszystkim tym, których ktoś nazwał „nostalgikami zupy pierwotnej”.

Po długich dyskusjach z zwolennikami darwinizmu uznano, że teoria ewolucji pozostaje całkowicie słuszna i zasługuje na pełen szacunek każdego inteligentnego umysłu.

Oto krótkie jej podsumowanie, na podstawie tego, co udało się zrozumieć:

Pierwsze cząsteczki istniały po prostu dlatego, że tam były, zgodnie ze znaną zasadą antropiczną (gdyby ich nie było, nie wiedziałbyś o tym, ale skoro o tym wiesz, to znaczy, że istniały). Stworzenie pierwszego białka poprzez trafne ułożenie precyzyjnej sekwencji 238 aminokwasów we właściwej kolejności było, jak przyznano, pewnym szczęśliwym zbiegiem okoliczności; ale od tego momentu do powstania pierwszych form życia jednokomórkowego wystarczyła zaledwie chwila.

Wiadomo bowiem, że w takich warunkach – gdzie wszędzie pełno błyskawic, grzmotów i magmy – wystarczy, że kazeina przejdzie obok rodopsyny, a od razu powstaje ameba. Aby przejść do rozmnażania płciowego, wystarczyło, że ameba spojrzała w lustro, spodobała się sobie i postanowiła zaprosić się tego wieczoru na kolację. DNA powstało przez przypadek, w niedzielne popołudnie, podczas zderzenia dwóch autokarów wiozących zasady nukleotydowe, które wracały z nostalgicznej wycieczki do pierwotnego stawu. Wszystkie adeniny zderzyły się z tyminami, a guaniny z cytozynami. Biedne zwłoczki były tak splątane ze sobą, że inspektorzy RNA (Road National Assistance) zrezygnowali z ich rozdzielania. Sfotografowali całość w dwóch egzemplarzach i wysłali do centrali.

Od owego dnia, wraz z DNA kontrolującym ewolucję, wszystko zaczęło przebiegać we właściwym tempie. W końcu do pojawienia się Busha brakowało jedynie trzystu milionów lat i nie było już więcej czasu do stracenia na przypadkowe próby.

Przez jakiś czas wszystko szło dobrze, a „przypadkowe mutacje” za każdym razem dawały dokładnie to, czego potrzeba było aby ewoluować, ale po pewnym czasie, w obawie, że może się nie udać, DNA zdecydowało się na wielokrotny rzut kostką, który na szczęście zakończył się sukcesem: za jednym zamachem pojawiło się dwadzieścia różnych rodzajów glonów, konik morski, trzy rekiny, szesnaście sardynek, ryba młot i wspaniała tybetańska puma.

Na pytanie rekina, który zapytał ją: „Przepraszam, ale czym ty właściwie jesteś?”, puma odparła zirytowana: „Pilnuj twojego nosa, nie widzisz, że jestem skokiem kwantowym?”.

Wieść rozeszła się szybko po Ziemi, a od tamtej chwili przyspieszenie stało się nieodwracalne (znane jako słynne przyspieszenie kambryjskie). Wszyscy zaczęli walczyć o przetrwanie gatunku, wykorzystując mrożące krew w żyłach mutacje genetyczne. Krokodyle, które ryzykowały wszystko, by stać się hipopotamami (czyż dla stworzeń wodnych nie jest ogromną zaletą widok z góry?), krępe osły i muły, które prosiły, by kładziono im jedzenie na najwyższych półkach, by wydłużyć szyję i stać się wspaniałymi żyrafami. Wiewiórki, zmęczone upadkami na ziemię za każdym razem, gdy skakały z gałęzi na gałąź, wykształcały nowe tkanki pod pachami i stawały się nietoperzami.

Kiedy potem ryba-młot zamieniła się w żabę, przemiana nastąpiła tak szybko, że nikt tego nie zauważył, a zanim reszta zdążyła wyskoczyć z wody (w niektórych przypadkach mutacje można wywołać samodzielnie, nawet trzysta naraz – wystarczy wypełnić odpowiedni formularz), ta już stała się dinozaurem.

„O kurczę” – powiedziała sardynka, która w międzyczasie zamieniała się w orła cesarskiego – „ten tam, ależ on szybko ewoluuje!».

Dinozaur, oszołomiony swoją popularnością, podjął wówczas próbę niespotykanego dotąd skoku kwantowego i postanowił od razu zostać księgowym w IBM: utknął jednak w połowie drogi i stał się nędznym Africanus Affarensis (autor łączy i parodiuje https://en.wikipedia.org/wiki/Australopithecus_africanus
https://en.wikipedia.org/wiki/Australopithecus_afarensis
, tworząc coś w rodzaju “Afrykańczyka Byznesmena” (affare – interesy)), podczas gdy jego gatunek nagle wyginął (niektóre osobniki znaleziono z jedzeniem w żołądku jeszcze niestrawionym)

W każdym bądź razie od Affarensis’a do Leonarda da Vinci droga była krótka, i oto mamy wyjaśnienie ewolucji gatunków.

babylonianempire/krotka-historia-ewolucji

INFO: uogocomune.net/scienza-e-tecnologia/breve-storia-dell-evoluzione-reloaded

Nagie fakty w Zbrodni Smoleńskiej

 

Mirosław Dakowski, 9 lipca 2026

Chcę zebrać tylko oczywiste fakty, bez hipotez czy przypuszczeń.

Proszę, by inni analitycy Zbrodni Smoleńskiej przysyłali mi dodatkowe fakty.

Będę publikował kolejne wersje.

=======================================

Części domniemanego rozbijającego się samolotu, pochodzące z jego prawej burty, są ustawione po lewej stronie, a po prawej części z lewej burty, tak, jakby samolot w planie miał lądować od strony zachodniej a nie, jak – według strony rosyjskiej, lądował od strony wschodniej.

Część ze ścian, burt, stoi za drzewami, oparta o nie. Nie mogły tam przecież przeniknąć przez zdrowe drzewa.

We wszystkich wypadkach awaryjnego lądowania dużych samolotów na las, pozostawiają one prostokąt równej szerokości ściętych drzew aż do miejsca, gdzie leży kadłub. Koło Siewiernego takiego pasa nie ma.

Wszystkie wielkie samoloty lądujące awaryjnie w lesie, rozpadają się najwyżej na dwie, trzy części. Tu zaś mamy takich części tysiące.

Gdyby samolot zawadził skrzydłem o brzozę, to podrywany samolot musiałby wyryć ogonem rów o głębokości dwóch do trzech metrów. Bo przecież podnoszenie się samolotu polega na obniżeniu sterami wysokości jego rufy.

Gdyby samolot miał zrobić pół beczki, to tym skrzydłem również musiałby wyryć bardzo głęboki rów.

Wiadomo z matematyki i z doświadczenia, że z dwóch zderzających się przedmiotów łamie się tylko jeden. Dotyczy to tak kijów, i jak i na przykład zabawy wielkanocnej w stukanie się jajkami. Nigdy się nie zdarzyło i nie może zdarzyć, że pękają oba jajka. Jeśli więc została ścięta brzoza, to ten drugi element musiał pozostać cały.

Pracujące silniki odrzutowe mają temperaturę około 800 stopni C. Tymczasem na  polance koło Siewiernego jeden z silników leżał na suchej trawie, która się nie zapaliła. Drugi zaś został położony na mokradle które, jak widać na zdjęciach, się nie wysuszyło. Więc oba silniki zostały tam złożone zimne.

W osi jednego z tych silników widać włożoną w dziurkę, rurkę hydrauliczną skośnie ściętą. Przypuszczalnie dla ułatwienia podnoszenia silnika.

Są dwa różne „prawe skrzydła” w oficjalnych dokumentach

Na oficjalnych zdjęciach z pierwszego dnia znalezione czarne skrzynki mają kolor pomarańczowy i wygląd nieuszkodzony. Zdjęcia zaś prezentowane po tygodniu pokazują skrzynki w innym kolorze, chyba czerwone i pogniecione.

Nie ma na ziemi śladu ryjącego, a mającego wielką masę samolotu.

Gdyby zaś, jak chciał zespół Antoniego Macierewicza, katastrofa była wynikiem wybuchu w powietrzu, to analizy kinematyczne wykazały, że rozrzut fragmentów byłby zupełnie inny.

Wtedy wprowadzono hipotezę, że pewnie były dwa wybuchy w powietrzu. Gdy i ona nie dała się jakkolwiek połączyć istniejącym rozrzutem części i tę hipotezę wyciszono.

Wszystkie parametry lotu były online przekazywane do Służby Kontrwywiadu Wojskowego w Warszawie, oraz do firmy amerykańskiej, która ten rejestrator wyprodukowała i na samolocie prezydenckim zainstalowała. Są więc teoretycznie dostępne. Rejestrator szybkiego dostępu ATM-QAR oraz rejestrator katastroficzny (FDR).

Tak zwany bliźniak rządowego Tu numer 102, który podobno był remontowany w Samarze, został rozebrany na polecenie Antoniego Macierewicza. Zniknął więc ważny dowód rzeczowy.

Zupełnie zniknął kokpit, który jest ważną dowodem w sprawie.

Złom zebrany przez stronę rosyjską rdzewieje w Rosji od 16 lat. Nie oddają tej własności stronie polskiej.

Popełniono kilkanaście morderstw osób zaangażowanych w wyjaśnianie tajemnic Smoleńska. Wszystkie te morderstwa pozostały niewyjaśnione.

Poćwiartowanie doktora Wróbla piłą łańcuchową, podobno przez jego syna, ma działanie odstraszające dla pozostałych analityków zbrodni.

Stefan Zielonka chorąży i szyfrant Służby Wywiadu Wojskowego (SWW), zaginął w kwietniu 2009 roku w Warszawie, podobno uciekł do Chin, a ciało znaleziono 27 kwietnia 2010 roku, powieszone nad Wisłą w Wawrze.

Dariusz Szpineta, pilota, instruktor lotnictwa i prezes spółki Ad Astra Executive Charte, który był krytykiem oficjalnych raportów dotyczących przyczyn katastrofy smoleńskiej, znaleziony martwy 7 grudnia 2011 roku w łazience hotelu w Indiach.

Nogę generała Kwiatkowskiego w mundurze widział Jarosław Kaczyński w trumnie swojego brata Lecha. Żadnych reakcji ani Kaczyńskiego, ani śledczych w Polsce.

Udokumentowano znęcanie się nad martwym ciałem Anny Walentynowicz, zgruchotanie jej czaszki po śmierci i wrzucanie niedopałków i brudnych szmat na jej ciało.

W wielkiej części trumien dostarczonych przez stronę rosyjską, były inne ciała, często widać, że bezczeszczone i masakrowane po śmierci.

===========================

Pamięć ludzka jest krótka. Gdyby ktoś z czytelników znalazł podobne fakty, szczególnie z pierwszych miesięcy po Zbrodni, proszę mi przysłać.

Ale – najlepiej bardziej lakonicznie, w jednym zdaniu.

https://dakowski.pl/

Banderowcy nie chcą byś przeczytał tę książkę!


Zdarzają się książki, która powinno się przeczytać. Praca o której pisze właśnie do takich należy. Wiele wpływowych środowisk robi wiele, by książki tego autora były przemilczane. Daremny ich trud ponieważ „Myśl Polska” wydaje książki, które inni nawet boją się przeczytać. 

W kilku internetowych dyskusjach z ukraińskimi stronnikami banderyzmu i polonobanderowcami – jak trafnie nazwał polskich stronników banderyzmu prof. Paweł Mościcki – posłużyłem się nazwiskiem wybitnego ukraińskiego historyka prof. Wiktora Poliszczuka. Za każdym razem spotkałem się z niesłychaną słowną agresją. Natomiast nikt z moich adwersarzy nie podważał wiarygodności zmarłego ukraińskiego krytyka integralnego nacjonalizmu (szowinizmu). Wysoko jego pracę cenił strażnik sprawy kresowej ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Prace Poliszczuka dzisiaj są szczególnie cenne, bo ukraińskim rewizjonistom niewygodnie jest krytykować Ukraińca, który ma czelność ujawniać potworność ich korzeni ideologicznych.

Obserwujemy dzisiaj obrzydliwą rehabilitację ukraińskiego szowinizmu. Współczesna Ukraina wybrała jako bohaterów ludzi pokroju Dmytro Doncowa, Stepana Bandery, Symona Petlury, Jewhena Konowalca, Andrija Melnyka czy Romana Szuchewycza. Jako tych zbiorowych kreuje się Organizację Ukraińskich Nacjonalistów czy 14 Dywizja Grenadierów SS. Mamy pomniki, tablice, place, ulice, skwery sławiące szowinistów i kolaborantów III Rzeszy. 2027 rok w obwodzie lwowskim będzie rokiem Romana Szuchewycza. Szczytem bezczelności była decyzja przywódcy Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego, który nadał jednostce armii imię „Bohaterów UPA”.

W tym gorącym czasie, realnie trwającego historycznego sporu polsko-ukraińskiego „Myśl Polska” wydała długo wyczekiwany zbiór tekstów prof. Wiktora Poliszczuka pod tytułem

„O istocie ideologii i zbrodniczości OUN-UPA” [Idea, propaganda, zbrodnie, pamięć].

Książkę opracował i wstępem poprzedził sam redaktor naczelny „Myśli Polskiej” Jan Engelgard. Praca składa się z unikatowych tekstów sprzed laty pozyskanych od pani Stanisławy – wdowy po Wiktorze Poliszczuku – przez redaktora Adama Śmiecha.

Materiały w tej książce są niezwykle istotne dla wszystkich, którzy interesują się sprawą stosunków polsko-ukraińskich, zbrodni szowinistów ukraińskich, powodów rehabilitacji banderyzmu czy działalności Światowego Kongresu Ukraińców. W książce znajdujemy między innymi teksty: „Zbrodnie OUN w świetle moralności, polityki i nauki”, „Niedostrzeganie znaczenia taktyki i strategii OUN”, „Przyczyny i skutki politycznego zatajania prawdy o zbrodniach”, „Pomarańczowa rewolucja na Ukrainie”,

W jednym z artykułów prof. Poliszczuk opisuje kwestię stosunku ukraińskich szowinistów do wojny: „Powtórzmy: zgodnie z nieukrywaną przez OUN prawdą, jej celem strategicznym jest zbudowanie jednolito-narodowego państwa typu faszystowskiego na obszarze nieobojętnym dla sąsiadów Ukrainy.

A że realizacja tego celu strategicznego OUN może dokonywać się tylko przez prowadzenie wojen, dla niej nie jest to straszne, bowiem, zgodnie z przyjętą w drodze uchwały, ideologią nacjonalizmu ukraińskiego, wojny między nacjami są nieuniknione”.

============================================


Wiktor Poliszczuk (Віктор Поліщук) był Ukraińcem urodzonym w 1925 roku w Dubnie na Wołyniu. Jego matka była Polką. W środowiskach kresowych znany był jako nieprzejednany krytyk ideologii i tradycji banderowskiej UPA. Zanim jednak stał się jej pogromcą, sam miał w swoim życiu okres fascynacji ukraińskim nacjonalizmem – po opuszczeniu Polski w 1981 roku pracował w piśmie ukraińskiej diaspory „Nowa Droga”. Tam zapoznał się bliżej z założeniami programowymi OUN i w sposób zasadniczy zmienił poglądy. Po 1990 miał dostęp do archiwów znajdujących się na terenie Ukrainy, otrzymał tysiące stron materiałów dotyczących OUN-UPA. Na tej podstawie napisał ponad dwieście opracowań, książek naukowych i publicystycznych, artykułów naukowych, polemik, recenzji, publikacji prasowych w języku angielskim, ukraińskim i polskim. Ściśle współpracował z polskim ruchem kresowym, będąc nieprzejednanym wrogiem odradzającego się na Ukrainie banderyzmu. Zmarł w Kanadzie w 2008 roku.

Łukasz Jastrzębski

Cena książki będzie wynosić 46 złotych. W przedsprzedaży do 10 lipca kosztuje zaledwie 39 złotych. Książka liczy 240 stron. Bardzo polecam!

===============

mail:

Nazywanie banderyzmu szowinizmem jest wybielaniem zbrodniczej ideologii.
Szowinizm jest tylko przekonaniem o wyższości jakieś grupy.
Banderyzm to mordowanie wszystkich (też i Ukraińców), którzy nie idą za wskazaniami wodza.

https://myslpolska.info/

85. rocznica zbrodni w Jedwabnem – kłamstwo jedwabieńskie trwa


Czas na prawdę o niemieckim mordzie i sfingowanej ekshumacji. 10 lipca 2026 roku mija 85 lat od tragicznych wydarzeń w Jedwabnem. W oficjalnej narracji – tej narzuconej Polakom przez media, część historyków i polityków po 2000 roku – to „polski pogrom Żydów”, w którym okoliczni mieszkańcy mieli spalić żywcem około 340 osób w stodole.

Prezydent Aleksander Kwaśniewski przeprosił w imieniu Narodu Polskiego, a Instytut Pamięci Narodowej (IPN) w raporcie z 2003 roku potwierdził rzekomą winę Polaków.

Jednak dzięki monumentalnej dwutomowej monografii „Jedwabne. Historia prawdziwa” (ponad 2000 stron, Fundacja „Najwyższy Czas!”, pod redakcją dr Tomasza Sommera i prof. Marka Jana Chodakiewicza) oraz filmowi dokumentalnemu o tym samym tytule, prawda wychodzi na jaw. To nie był polski mord. To była niemiecka zbrodnia, a całe „kłamstwo jedwabieńskie” zbudowano na fałszywych świadectwach, przerwanej ekshumacji i politycznych naciskach. Z okazji 85. rocznicy przypominamy fakty, które media establishmentu od lat próbują zatuszować.

Kłamstwo założycielskie – Gross i Wassersztajn

Podstawą oskarżenia Polaków stała się książka Jana Tomasza Grossa „Sąsiedzi” (2000) oraz wcześniejszy film Agnieszki Arnold. Gross oparł się przede wszystkim na relacji Szmula Wassersztajna (Wassersteina) z 1945 roku – głównego „świadka”, którego zeznanie stało się fundamentem całej narracji. Wassersztajn opisywał, jak Polacy z Jedwabnego i okolic mieli zagnać Żydów na rynek, kazać im burzyć pomnik Lenina, a potem spalić ich w stodole.

Według niego ofiary liczyły się w setkach, a mord był spontaniczną, antysemicką orgią polskich sąsiadów. Monografia „Jedwabne. Historia prawdziwa” oraz analizy Tomasza Sommera demaskują to jako zbiór nonsensów i literackiej fikcji.

Archeologia i dokumenty IPN pokazują, że relacja Wassersztajna jest wewnętrznie sprzeczna i nie zgadza się z faktami terenowymi. Wassersztajn twierdził np., że grób znajdował się poza stodołą, na cmentarzu, a głowa Lenina leżała gdzie indziej. Tymczasem ekshumacja (nawet ta częściowa) ujawniła, że masowa mogiła była właśnie w stodole, a fragmenty pomnika Lenina znaleziono tam, gdzie powinny być według logiki wydarzeń.

Gross przepisał te absurdalne zeznania bez weryfikacji, a potem media i politycy podchwycili je jako „prawdę historyczną”. Jak podkreśla Sommer w wywiadach i książce, to klasyczne „kłamstwo założycielskie” – mit stworzony po to, by obciążyć Polaków i otworzyć drogę do dalszych roszczeń oraz szantażu moralnego. Relacje innych „świadków” żydowskich, cytowane w tomie II monografii (ponad 260 dokumentów), także okazują się nieścisłe lub sprzeczne. Nie było spontanicznego polskiego linczu. Była niemiecka operacja Einsatzkommando pod dowództwem Hermanna Schapera z Gestapo z Łomży.

Ekshumacja sfingowana na polecenie Lecha Kaczyńskiego i rabina Michaela Schudricha

Największy skandal to przebieg „ekshumacji” w maju-czerwcu 2001 roku. Oficjalnie kierował nią prof. Andrzej Kola z UMK w Toruniu, a śledztwo prowadził prokurator Radosław Ignatiew. W rzeczywistości – jak ujawnił Tomasz Sommer po analizie wszystkich dokumentów IPN – o wszystkim decydował rabin Michael Schudrich (wówczas rabin Warszawy i Łodzi, później naczelny rabin Polski).

Schudrich pojawił się na miejscu i zaczął „przyglądać się każdej łopacie”. Żądał, by prace wstrzymywano, gdy on wyjeżdżał. Nie miał na to żadnego formalnego umocowania prawnego – polskie prawo nie przewiduje takiej roli dla przedstawiciela religii w śledztwie prokuratorskim. Pojawił się też rabin Eckstein, który instruował archeologów, jak mają pracować: najpierw tylko pędzelkami, a gdy to szło za wolno – sam brał łopatę. Używano nawet różdżkarstwa do „wykrywania” zasięgu mogiły.

Gdy w grobie błysnęły niemieckie łuski (łuski po nabojach z karabinów Mauser, z datami z 1939 roku i później), ekshumacja została natychmiast przerwana. Prof. Kola potwierdzał, że łuski leżały na głębokości co najmniej 60 cm, więc musiały się tam znaleźć w momencie tworzenia grobu – 10 lipca 1941. Nie mogły być „wciśnięte później”. Znaleziono też fragment płaszcza pocisku. To dowód na obecność niemieckiej broni palnej – nie widły i siekiery polskich chłopów, jak głosiła narracja Grossa.

Rabin Schudrich i inni przedstawiciele środowisk żydowskich naciskali na przerwanie prac. Minister sprawiedliwości i prokurator generalny Lech Kaczyński (ówczesny) osobiście interweniował i wstrzymał ekshumację po spotkaniu ze Schudrichem. Nie ma dokumentu formalnie desygnującego rabina, ale praktyka pokazała, że to on decydował. Sommer wprost mówi: „O wszystkim decydował rabin Schudrich”. Ekshumacja stała się „dziwna, tajemnicza, różdżkarska” – daleka od standardów naukowych.

Kwaśniewski przeprosił, zanim śledztwo się zakończyło. To nie koniec manipulacji

Prezydent Aleksander Kwaśniewski wygłosił przeprosiny w Jedwabnem już 10 lipca 2001 roku – w 60. rocznicę zbrodni – „w imieniu narodu polskiego”. Stało się to, gdy ekshumacja była dopiero co przerwana, a śledztwo IPN trwało dalej (umorzono je dopiero w czerwcu 2003). Premier Jerzy Buzek, prezes IPN Leon Kieres, prymas Józef Glemp i Lech Kaczyński „już wszystko wiedzieli” na długo przed zakończeniem prac.

Kieres w lutym 2001 deklarował w „Rzeczpospolitej”, że sprawcami byli Polacy, choć śledztwo ledwo ruszyło. Glemp wspominał później, że „poważny Żyd” uprzedzał go rok wcześniej o sprawie. Przeprosiny padły pod naciskiem zewnętrznym, zanim archeolodzy i prokuratorzy zdążyli zweryfikować dowody. Monografia Sommera pokazuje chronologię: deklaracje polityków wyprzedzały fakty. To nie przypadek – to element szerszej operacji politycznej.

Prawdziwi sprawcy i niemiecka zbrodnia

Dokumenty zgromadzone w „Jedwabne. Historia prawdziwa” (w tym wcześniej utajnione akta IPN, odtajnione po decyzji Naczelnego Sądu Administracyjnego) wskazują jasno: zbrodnię zaplanowali i wykonali Niemcy z Einsatzgruppe B lub lokalnego Gestapo Schapera. Polacy mogli być zmuszani do udziału (pod groźbą broni), ale nie byli głównymi sprawcami. Liczba ofiar – szacowana na 300–400 – też budzi wątpliwości po częściowej ekshumacji (znaleziono znacznie mniej szczątków). Nie było rabunku (ofiary nie zostały obrabowane), a łuski niemieckie obalają tezę o „chłopskim narzędziu zbrodni”.

Sommer i Chodakiewicz rekonstruują wydarzenia krok po kroku: Niemcy wkroczyli po ataku na ZSRR, wykorzystywali lokalne napięcia (Żydzi kojarzeni z Sowietami po 1939 roku), ale mord był ich operacją. Oficjalna narracja IPN („Polacy pod niemieckim nadzorem”) jest niekompletna i tendencyjna. Monografia obala ją dokument po dokumencie. Film Sommera „Jedwabne. Historia prawdziwa” (z udziałem Grzegorza Brauna i innych) pokazuje to wizualnie – rekonstrukcje, dokumenty, wywiady.

Dlaczego kłamstwo jedwabieńskie trwa? Bo służy konkretnym celom: osłabieniu Polski moralnie, usprawiedliwieniu roszczeń majątkowych (ustawa 447?), budowaniu narracji „polskiego antysemityzmu”. Przez 25 lat media, część elit i zagranica powtarzały wersję Grossa. Tymczasem książka Sommera (wydana w 2021, ale wciąż aktualna i pogłębiana) oraz film są blokowane, a autorzy oskarżani o „antysemityzm”. Procesy, presja „Nigdy Więcej”, ataki na Sommera – to wszystko dowodzi, że prawda boli.

Z okazji 85. rocznicy składamy hołd ofiarom – ale ofiarom niemieckiej zbrodni. Polacy nie są winni. Winni są Niemcy i ci, którzy przez dekady kłamali, by nas obciążyć. Czas dokończyć ekshumację (pełną, naukową, bez rabina z różdżką), odtajnić wszystkie dokumenty i powiedzieć głośno: Jedwabne to niemiecka zbrodnia. Kłamstwo jedwabieńskie musi upaść.

Monografia „Jedwabne. Historia prawdziwa” to przełom. Każdy Polak powinien ją przeczytać. Tomasz Sommer, Marek Jan Chodakiewicz i zespół Fundacji „Najwyższy Czas!” wykonali gigantyczną pracę. Prawda wyjdzie na jaw – nawet jeśli niektórzy tego nie chcą. W 85. rocznicę mówimy: dość kłamstw. Polska prawda o Jedwabnem.

Stanisław Kłopotowski
https://nczas.info/


***
„Okrutna pieśń o zamordowanym żydowskim narodzie” czyli „‏Dos lid fun ojsgehargetn jidiszn folk” – poemat w języku jiddysz autorstwa łódzkiego Żyda – Icchaka Kacenelsona ktory to poemat przetłumaczony został po raz pierwszy na jezyki niemiecki i polski dobre 50 lat temu i od tego czasu żadne wydawnictwo nie wznowiło druku i świadectwo tego mieszkańca ghetta warszawskiego poszlo całkowicie w zapomnienie i to o dziwo dzisiaj kiedy to USrael żąda od Polakow 300 mrd. USD odszkodowania za jakoby własnoręczne wymordowanie polskich Żydów za co już i „kwaśniewski” i „duda” i „geremek” ze „skubiszewskim” wielokrotnie w imieniu Polakow światowe żydowstwo przepraszali w workach pokutnych zgrzebnych niczym cesarz niemiecki przed papieżem Grzegorzem stojąc na mrozie?

Kacenelson jako świadek naoczny tragedii warszawskiego ghetta twierdzi w swoim poemacie, że to nie Polacy tylko policja żydowska w ilosci ponad 2000 funkcjonariuszy w okresie pomiedzy 22 czerwca a 21 wrzesnia 1942 roku de facto wymordowała i rozkradła mienie tego owczesnego drugiego skupiska Żydow na świecie po Nowym Yorku czyli Warszawy. Prawie 750 000 nie tylko polskich Żydow wywieziono do Treblinki gdzie 40 (!) SS-manow i 80 (!) Banderowcow w zupelnosci wystarczyło aby ich za pomocą kilkuset żydowskich pomocnikow wytruć spalinami silnikow Diesla made in Germany? [Kolejna fantazja żydowska]

A tak oto opisuje Kacenelson w swoim poemacie składajacym się z 15 – stu piesni ten Holocaust Żydów przez Żydów w Piesni nr. 3 , wiersze 4-10 :

„…Patrzyłem na to zza okna, widziałem morderców bandy –
O, Boże, widziałem bijących i bitych, co na śmierć idą…
I ręce załamywałem ze wstydu… wstydu i hańby – Rękoma Żydów zadano śmierć Żydom – bezbronnym Żydom !
Zdrajcy, co w lśniących cholewach biegli po pustej ulicy
Jak ze swastyką na czapkach – z tarczą Dawida, szli wściekli
Z gębą, co słowa im obce kaleczy, butni i dzicy, Co nas zrzucali ze schodów, którzy nas z domów wywlekli.
Co wyrywali drzwi z futryn, gwałtem wdzierali się, łotrzy,
Z pałką wzniesioną do ciosu – do domów przejętych trwogą.
Bili nas, gnali starców, pędzili naszych najmłodszych
Gdzieś na struchlałe ulice. I prosto w twarz pluli Bogu.
Odnajdywali nas w szafach i wyciągali spod łóżek,
I klęli: „Ruszać, do diabła, na umschlag, tam miejsce wasze !”
Wszystkich nas z mieszkań wywlekli, potem szperali w nich dłużej, By wziąć ostatnie ubranie, kawałek chleba i kaszę.
A na ulicy – oszaleć ! Popatrz i ścierpnij, bo oto
Martwa ulica, a jednym krzykiem się stała i grozą –
Od krańca po kraniec pusta, a pełna, jak nigdy dotąd –
Wozy! I od rozpaczy, od krzyku ciężko jest wozom…
W nich Żydzi ! Włosy rwą z głowy i załamują ręce.
Niektórzy milczą – ich cisza jeszcze głośniejszym jest krzykiem. Patrzą… Ich wzrok… Czy to jawa? Może zły sen i nic więcej? Przy nich żydowska policja – zbiry okrutne i dzikie !
A z boku – Niemiec z uśmiechem lekkim spogląda na nich,
Niemiec przystanął z daleka i patrzy – on się nie wtrąca,
On moim Żydom zadaje śmierć żydowskimi rękami!…”

O dziwo, w całym tym poemacie o Polakach, którzy to jakoby antysemityzm z mlekiem gojowskich matek swoich słowianskich wyssali jak judeochrześcijanski Premier bezcennego Izraela powiedzial, jest tylko jeden jedyny fragment który sobie pozwolę przetłumaczyć. A dlaczego ja to musze tłumaczyć? Ano dlatego, że jedyne polskie tłumaczenie tego poematu zrobił „ficowski jerzy” który to bardzo gorliwie bronił polskich robotnikow kiedyś w organizacji pod nazwa Komitet Obrony Robotników (KOR) wraz z innymi prawymi Polakami jak „kuroń”, „andrzejewski”, „michnik” i „mazowiecki” i na dobre tlumaczenie nie miał już najwidoczniej ani czasu ani siły nie mówiąc już o dobrej woli o czym świadczy w poemacie nietlumaczenie calych sformułowan jak choćby „ochrzczeni żydzi” w opisach policji żydowskiej?

No wiec o Polakach ten Kacenelson napisał tylko tyle w Pieśni nr.15 wiersz 2:

„…Każdy bowiem wie, od najuprzejmniejszego do najpodlejszego Goja, że podły Polak pomagał Niemcom a ten nie tak podły patrzyl jednym okiem na Tragedie a drugie odwracał w uśpieniu …”
O arogancji i uważaniu się Żydów za Übermenschow czyli za Naród Wybrany w stosunku do głupiego polskiego gojowskiego wiejskiego była świadczy w poemacie – Pieśń 15 wiersz 8:

” …Żaden Żyd juz wiecej nie zorganizuje bud jarmarcznych i kuglarskich atrakcji i nie będzie swoim duchem handlowym ożywiać placow targowych. Żaden przepocony i podarty żydowski kaftan nie będzie tam obecny. Kto wiec będzie nosił worki pełne kartofli, kapusty i mąki tam i z powrotem? Żadna żydowska ręka się wiecej nie podniesie do niesienia tych worów, żadna gojowska kura nie zostanie wiecej czule poglaskana i żadne ciele pieszczotliwie poklepane po zadzie,
A pijana polska chlopka ze wściekłości batem katować bedzie swojego konia ciągnacego wóz pełen płodów rolnych z powrotem do wioski bo już żadnego handlu nie bedzie…”
P.S.

Sa dzisiaj w Polinie i „Handele” i sa „Galerie” i prawie cała scena polityczna i artystyczna oraz biskupia też jest już judeochrzescijańska posoborowa wiec trochę chyba przesadził ten Katzenelson Icchak z tym negatywnym myśleniem rozpaczając całkiem niepotrzebnie że żadnego „geszeftu” juz nigdy nad Wisłą nie bedzie, prawda li?

Autor: Быдлошевский Л.З. – AD 2019

Ukraińcy grożą Polsce jeśli będzie drążyć temat Rzezi Wołyńskiej


W pierwszych dniach lipca 2026 roku polska scena polityczna zdominowana była przez debatę nad prezydenckim projektem ustawy nowelizującej przepisy o Instytucie Pamięci Narodowej oraz Kodeks karny.

Inicjatywa Karola Nawrockiego ma na celu precyzyjne zdefiniowanie zbrodni dokonanych przez członków i współpracowników Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów frakcji Bandery oraz Ukraińskiej Armii Powstańczej, a także wprowadzenie wyraźnego zakazu publicznego propagowania tej ideologii na terytorium Polski.

Projekt zrównuje ją w praktyce z ideologiami nazistowską, komunistyczną i faszystowską – za jej propagowanie ma grozić kara do trzech lat pozbawienia wolności. To odpowiedź na wieloletnią gloryfikację UPA na Ukrainie, w tym niedawne nadanie jednej z ukraińskich jednostek wojskowych imienia Bohaterów UPA.

Kilka dni później, 7 lipca, głos zabrał Kyryło Budanow, szef Biura Prezydenta Ukrainy. W wywiadzie dla ukraińskich mediów nie pozostawił wątpliwości co do stanowiska Kijowa. Oskarżył Polskę o przygotowywanie całego szeregu działań prowadzących do eskalacji w związku ze zbliżającą się datą 11 lipca – rocznicą rzezi wołyńskiej.

Ten punkt kulminacyjny na pewno nastąpi wkrótce – stwierdził. Co ważniejsze, dodał, że Ukraina nie przyjmie ultimatum od nikogo na tym świecie. Jako przykład przywołał Rosję: Ostatnio to Rosja próbowała postawić nam ultimatum – bez urazy wobec Polski, ale Rosja jest nieco potężniejsza niż Polska – a my i tak go nie przyjęliśmy. I puenta: Dlaczego więc ktoś sądzi, że przyjmiemy coś innego, z innej strony? Nie należy rozmawiać z nami za pomocą ultimatów.

Te słowa nie pozostawiają pola do interpretacji. Budanow zrównuje Polskę z Rosją w kontekście ultimatum – czyli presji na Ukrainę w sprawie pamięci historycznej i symboli. Sugeruje, że skoro nawet silniejsza Rosja nie zdołała wymusić ustępstw, to tym bardziej nie zrobi tego słabsza Polska.

Jednocześnie zapowiada reakcję na wszelkie nieprzyjazne kroki ze strony Warszawy. W kontekście trwającej debaty nad ustawą przeciw banderyzmowi brzmi to jak wyraźna groźba: jeśli Polska ośmieli się chronić pamięć swoich ofiar i zakazać gloryfikacji formacji odpowiedzialnych za ludobójstwo na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, Ukraina odpowie eskalacją napięć w relacjach dwustronnych.
[Nie bójmy nic, Ameryka nas obroni! – admin]

Nie chodzi tu o abstrakcyjną retorykę. Budanow mówi wprost o szeregu działań prowadzących do eskalacji, które – według jego informacji – przygotowuje strona polska. W praktyce oznacza to, że uchwalenie ustawy chroniącej polską tożsamość historyczną zostanie potraktowane jako akt wrogi. Konsekwencje mogą być różne: od dalszego blokowania ekshumacji ofiar wołyńskich, przez ograniczenie współpracy wojskowej i gospodarczej, po nasilenie antypolskiej narracji w ukraińskich mediach i instytucjach. To nie jest język partnerstwa strategicznego, lecz język szantażu.

Historia tych napięć sięga znacznie głębiej. Od lat Janusz Korwin-Mikke konsekwentnie ostrzegał, że dla Polski większym zagrożeniem niż Rosja może okazać się Ukraina z silnymi elementami banderowskimi i neonazistowskimi w strukturach władzy oraz społeczeństwie. Podkreślał, że Rosja – mimo wszystkich swoich grzechów – nie zgłasza obecnie pretensji terytorialnych do Polski i nie ma w swojej oficjalnej ideologii kultu morderców Polaków. Ukraina natomiast, gloryfikując UPA i Stepana Banderę, pielęgnuje ideologię, która historycznie obejmowała roszczenia do polskich ziem na wschodzie – Chełma, Przemyśla, Rzeszowa czy Tarnowa.

Korwin-Mikke wielokrotnie zwracał uwagę, że silna, zrewanżystowska Ukraina, zbudowana na nienawiści do Lachów, może w przyszłości stanowić realne zagrożenie dla polskiej suwerenności i integralności terytorialnej – zwłaszcza jeśli jej elity będą widzieć w Polsce przeszkodę w budowaniu wielkiej Ukrainy. [Zwłąszcza, jeśli polskie elity będą nadal wylizywać dupę banderowskim oprychom – admin]

Dziś te ostrzeżenia zaczynają się sprawdzać w sposób dramatyczny. Zamiast wdzięczności za wielomiliardową pomoc militarną, humanitarną i polityczną, Polska otrzymuje od ukraińskich urzędników państwowych porównania do Rosji i groźby eskalacji za próbę ochrony własnej historii. Nadawanie imion morderców Polaków ukraińskiej armii, odmowa uznania rzezi wołyńskiej za ludobójstwo, blokada ekshumacji – to nie są marginalne incydenty. To elementy konsekwentnej polityki budowania ukraińskiej tożsamości na antypolskim fundamencie. Reakcja Budanowa na polski projekt ustawy jest logicznym przedłużeniem tej linii.

Polska stoi przed fundamentalnym wyborem. Albo będzie dalej finansować i wspierać państwo, które w swojej oficjalnej narracji czci ludobójców Polaków i traktuje polskie apele o prawdę historyczną jako ultimatum, albo zacznie konsekwentnie bronić swoich interesów i pamięci. Ustawa przeciw banderyzmowi jest minimalnym wyrazem tej obrony – symbolicznym, ale niezbędnym sygnałem, że Polska nie zgadza się na relatywizację zbrodni popełnionych na jej obywatelach.

Słowa Budanowa pokazują, że Kijów traktuje taką postawę jako wrogość. To dowód na to, jak bardzo mylili się ci, którzy przez lata powtarzali, że Ukraina to bratni naród, a wszelkie ostrzeżenia przed banderyzmem to ruska propaganda. Korwin-Mikke miał rację już wiele lat temu – Ukraina z neonazistowskimi i banderowskimi elementami u władzy i w kulturze politycznej jest dla Polski realnym zagrożeniem, większym w dłuższej perspektywie niż Rosja.

Dziś, gdy te słowa zaczynają się materializować w postaci konkretnych gróźb ze strony ukraińskiego urzędnika państwowego, nie można już tego ignorować. Polska musi odzyskać trzeźwość w relacjach z Ukrainą, zanim koszty tej iluzji staną się zbyt wysokie.

Źródła:
https://www.rp.pl/prawo-karne/art42912651-zakaz-banderyzm

https://www.radiomaryja.pl/informacje/stop-banderyzmowi-p

https://oko.press/banderyzm-wedlug-nawrockiego-czyli-ogol

https://wiadomosci.radiozet.pl/polityka/oboz-prezydenta-c

https://www.rmf24.pl/fakty/polityka/news-banderyzm-i-zbro


https://zmianynaziemi.pl/

piątek, 10 lipca 2026

Haniebne milczenie Kościoła katolickiego w Polsce


W debacie publicznej jednym z głównych problemów są relacje polsko-ukraińskie. To dobrze, że coraz głośniej i coraz więcej mówi się o ukraińskim ludobójstwie pod znakami OUN-UPA na Polakach. Polskie społeczeństwo cały czas wie o tym za mało. Czas również pomyśleć w szczególny sposób o dotarciu z tą wiedzą do Ukraińców będących w Polsce.

Widzę w tym jednak pewne niebezpieczeństwo. Możemy się w tym zapędzić czego efektem stanie się przekonanie, że odpowiedzialność za ludobójstwo spada na wszystkich Ukraińców. Tego zrobić nie wolno! Po pierwsze to nieprawda. Po drugie  nie można dopuścić, by w ten sposób zatruć stosunki polsko-ukraińskie, bo w przyszłości jakieś stosunki Polski z Ukariną muszą być i lepiej dla nas, by były one możliwie dobre. Droga do tego daleka, ale jak powiadają Chińczycy, kto chce przejść dwa tysiące mil, musi zrobić pierwszy krok.

Uważam, że w dyskusjach o ukraińskim ludobójstwie zbyt rzadko pojawiają się Ukraińcy, których rodacy zamordowali, ponieważ ostrzegali, ukrywali i w inny sposób pomagali przeżyć Polakom. Wiadomo, że tych Ukraińców były tysiące. Powstało o tym szereg publikacji, ale o ile mi wiadomo nikt nie zajmuje się tym od strony naukowej. To wielkie zaniedbanie polskiej historiografii.

Szczególnie trzeba zwrócić uwagę, że ci Ukraińcy będący symbolem i heroicznym przykładem chrześcijańskiego poświęcenia nie znajdują się w polu zainteresowania Kościoła katolickiego w Polsce ani ukraińskiej Cerkwi unickiej. Na skandal zakrawa sytuacja, w której świętym Kościoła katolickiego ma zostać ukraiński arcybiskup Andrzej Szeptycki, który co najmniej nie miał odwagi publicznie potępić ludobójstwa na Polakach, ale tenże Kościół katolicki w Polsce nie potrafił znaleźć ani jednego Ukraińca czy też ukraińskiej rodziny, którzy wzorem rodziny Ulmów chroniących Żydów, chronili Polaków przed zamordowaniem przez swoich rodaków i za to sami zostali okrutnie przez nich zamordowani.

To oni powinni być kandydatami na ołtarze, a nie Szeptycki. A już postawa ukraińskiej Cerkwi unickiej jest tu całkowicie haniebna. Z tej strony nie ma żadnej refleksji o wręcz zbrodniczej roli unickiego duchowieństwa w ludobójstwie na Polakach i tym bardziej ani słowa o Ukraińcach chroniących Polaków. Jak oni mają jeszcze czelność powtarzać, że chrześcijańską cnotą jest oddawanie życia za swoich bliźnich?

Na Ukrainie Cerkiew unicka jest cały czas jedną z najważniejszych instytucji krzewiących pamięć i kult ludobójczej OUN-UPA. W tej sprawie hierarchowie Kościoła katolickiego w Polsce wraz z hierarchami unickiej Cerkwi ukraińskiej powołują się na wizytę papieża Jana Pawła II we Lwowie i jego wezwaniu do wzajemnego wybaczenia i pojednania. Autorytet papieża Wojtyły ma tu zamykać sprawę. Tymczasem ten problem to jedna z głębszych rys na wizerunku Jana Pawła II. To, co zrobił ten papież świadczy o tym, że albo nie zrozumiał istoty tego, czym było to ukraińskie ludobójstwo, albo go to przerosło. Jak może być pojednanie, skoro nie było przyznania się do winy, szczerego żalu i woli chociaż moralnego zadośćuczynienia?

Ukraińcy chroniący Polaków i dlatego zamordowani przez swoich rodaków są szansą na autentyczne pojednanie obu narodów. Śmiem twierdzić, że jestem pierwszym w Polsce, który ośmielił się o tych Ukraińcach mówić publicznie. Powiedziałem o tym w czasie rekonstrukcji w Radymnie 21 lipca 2013 roku. W obecności kilkunastu tysięcy widzów powiedziałem między innymi, że ci Ukraińcy uratowali honor narodu ukraińskiego. Ten pogląd cały czas podtrzymuję.

Tak, jak rekonstrukcja w Radymnie była w skali ogólnopolskiej  przerwaniem tamy milczenia o ukraińskim ludobójstwie, tak nadanie odpowiedniej rangi sprawie Ukraińców pomordowanych w obronie Polaków jest szansą na ukazanie innej strony ukraińskiego ludobójstwa. Dlaczego polscy politycy nie mówią o tych Ukraińcach, przeciwstawiając im ludobójców. Powinni o tym mówić ukraińskim politykom i hierarchom kościelnym. Mamy w Polsce coraz więcej miejsc upamiętniających ukraińskie ludobójstwo. Pora byśmy zdobyli się na odwagę upamiętnienia tych Ukraińców, którzy bronili Polaków. W 2013 roku byłem prezydentem Stalowej Woli. Chciałem by w Stalowej Woli powstał pomnik będący symbolem polskiej wdzięczności dla Ukraińców, którzy oddali życie broniąc Polaków. Niestety nie udało mi się tego dokonać. Może uda się w przyszłości. Takie miejsca pamięci powinny powstać w wielu miejscach w Polsce. Zwłaszcza tam, gdzie licznie osiedli Ukraińcy. Niech pytają ukraińskie duchowieństwo o chrześcijański wymiar śmierci tych swoich rodaków. Niech pytają działaczy Związku Ukraińców w Polsce dlaczego sławią ludobójców, a milczą o ich ukraińskich ofiarach.

Za sensowne i potrzebne uważam ustanowienie polskiego odznaczenia dla tych Ukraińców, którzy bronili Polaków. Rozumiem, że zostało ich niewielu. Zdaję sobie sprawę, że ze względu na sytuację na Ukrainie i pleniący się banderyzm, pewnie bali by się takie odznaczenie przyjąć, ale przecież byłby to silny i bardzo wymowny akcent sprzeciwienia się temu banderyzmowi.

Uważam, że wszystko, co napisałem powyżej służy upowszechnianiu prawdy historycznej, ale również powinno stać się istotnym elementem polityki historycznej wobec Ukrainy. Dodajmy, że w odróżnieniu od różnych ośrodków na Ukrainie i w Polsce, polski rząd, partie polityczne oraz środowiska opiniotwórcze żadnej polskiej polityki historycznej w stosunku do relacji polsko-ukraińskich nie prowadzą. Na koniec chcę mocno zaakcentować, że pokazywanie tych zamordowanych Ukraińców przez swoich rodaków pogrąża moralnie bardziej ukraińskich ludobójców niż ich polskie ofiary.

Andrzej Szlęzak
https://myslpolska.info/

środa, 8 lipca 2026

Jak szczepionki stały się „wodą święconą” zachodniej medycyny



Tucker Carlson kiedyś naśmiewał się z ludzi, którzy kwestionowali skuteczność szczepionek. Dziś postrzega swoje dawne zachowanie zupełnie inaczej.

Poniższe informacje opierają się na raporcie pierwotnie opublikowanym przez A Midwestern Doctor. Kluczowe szczegóły zostały skrócone i zredagowane dla większej przejrzystości i wyrazistości. Oryginalny raport można znaleźć tutaj .

Tucker Carlson przyznał, że miał zwyczaj wyśmiewania ludzi przekonanych, że szczepionki powodują autyzm.

Teraz opisuje swoje zachowanie jako „nierozważne, głupie i reakcyjne”.

Tucker mówi, że ludzie zaczynają teraz zdawać sobie sprawę z tego, co Robert De Niro powiedział na temat szczepionek, zanim nagle zamilkł w tej sprawie: „Ludzie czegoś nie poruszają” w kontekście szczepionek i autyzmu.

De Niro wyjaśnił to już w 2016 roku w programie „The Today Show”. Obejrzyj klip, a sam się przekonasz. [sporo filmików – ale w oryginale. md]

Przenosząc się do czasów współczesnych, trudno uwierzyć, że De Niro naprawdę powiedział to samo w telewizji.

Jeszcze trudniej uwierzyć, że większość stosowanych obecnie szczepionek została kiedykolwiek zatwierdzona.

W odniesieniu do szczepionek „placebo” nie oznacza tego, co większość ludzi rozumie.

Kiedy zrozumiesz, czym jest „placebo” szczepionki, sposób, w jaki dowody są zamiatane pod dywan, nagle nabiera o wiele więcej sensu.

Coś dziwnego dzieje się, gdy ludzie zaczynają poważnie brać pod uwagę dane dotyczące bezpieczeństwa szczepionek.

Przeprowadzają badania. Znajdują badania. Ostrożnie wprowadzają dowody do rozmowy, która wydaje się bezpieczna i możliwa.

Ale nic się nie dzieje.

Druga osoba nie zmienia zdania. Nawet nie okazuje ciekawości. Po prostu jeszcze bardziej upiera się przy swoim stanowisku.

Nic w tym nie przypomina zwykłej kłótni. To coś zupełnie innego.

Bo tak właśnie jest.

I rzeczywiście istnieje ku temu bardzo konkretny powód. Powód, który sięga o wiele głębiej niż tylko plemienność.

Powód, dla którego ortodoksyjna doktryna szczepień różni się od niemal każdej innej debaty medycznej, nie jest przypadkowy.

To ze względów konstrukcyjnych. Tak został zaprojektowany i zbudowany.

Aby zrozumieć, dlaczego dowody są w tym przypadku inne – dlaczego te same standardy dowodowe, które obowiązują dosłownie wszędzie indziej, jakoś nie sprawdzają się w przypadku szczepionek – trzeba zrozumieć, co szczepionki tak naprawdę oznaczają w medycynie zachodniej.

I prawdopodobnie nie jest to to, co myślisz.

W 1979 roku lekarz Robert Mendelsohn opublikował książkę „Wyznania heretyka-medyka”.

Jego głównym argumentem było stwierdzenie, że współczesna medycyna nie jest ani sztuką, ani nauką – jest religią.

Lekarze zastąpili księży. Białe fartuchy zastąpiły szaty kapłańskie. Szpitale stały się świątyniami. Leki stały się opłatkami komunijnymi.

A szczepionki stały się wodą święconą – rytuałem, który ochrzcił człowieka w wierze.

Na początku lat 80. Mendelsohn wielokrotnie pojawiał się w telewizji, aby omawiać zagrożenia związane ze szczepionkami – debaty transmitowane były dla milionów widzów. Dziś takie programy nie mogłyby być emitowane. Te same argumenty, które wówczas wysuwał, potwierdziły się niemal w każdym szczególe podczas pandemii COVID-19.

Ten pogląd – medycyna jako religia, szczepionki jako woda święcona – to nie tylko metafora. Doskonale ilustruje on, z czym mamy do czynienia, próbując obiektywnie dyskutować o bezpieczeństwie szczepionek.

Do tego zdarzenia przyczyniły się trzy siły.

Pierwszy ma charakter strukturalny: cały prestiż społeczny medycyny opiera się na mitologii – mianowicie, że uratowała ona ludzkość przed mrocznym wiekiem chorób zakaźnych. Szczepionki stanowią centralny punkt tej mitologii.

Ale jest pewien problem. Dane pokazują, że tylko 3,5% spadku ogólnego wskaźnika śmiertelności można przypisać wszystkim interwencjom medycznym łącznie . Reszta to zasługa higieny, żywienia i poprawy warunków życia.

Medycyna niesłusznie przypisuje sobie zasługi za zmianę, którą w dużej mierze jedynie obserwowała. A szczepionki są sztandarem tego fałszywego twierdzenia.

Kiedy szczepionki upadają, upadają również mity. Oznacza to, że ci, którzy zbudowali na nich swoją karierę, są psychicznie niezdolni do zmiany perspektywy.

Druga siła ma charakter poznawczy. Szkolenia medyczne opierają się na uproszczeniach – jeśli A, to B – bez konieczności kwestionowania ich przyczyn. Gdy te założenia są kwestionowane, wyuczoną reakcją jest jeszcze silniejsze ich podtrzymywanie, zamiast ich zgłębiać. Tę tendencję wzmacnia fakt, że przyznanie się do szkód wywołanych szczepionką oznacza przyznanie się do wyrządzenia krzywdy pacjentom, których się osobiście leczyło.

Trzecia siła ma charakter społeczny. Kiedy tradycyjna religia została wyparta w kulturze zachodniej, potrzeba wspólnej wiary nie zniknęła – została przekierowana.

Nauka wypełniła tę lukę. Jednak nauka jako instytucja stopniowo przekształciła się w scjentyzm : system, który deklaruje obiektywność, ale funkcjonuje jak doktryna. Słychać to w języku. „Wierzę w naukę”. „Wierzę w szczepionki”. „Każdy, kto to kwestionuje, musi zostać uciszony”.

To nie jest język dowodów. To język herezji.

Metafora szczepionki jako wody święconej nie ma charakteru wyłącznie filozoficznego.

Studenci medycyny i pracownicy służby zdrowia muszą być w pełni zaszczepieni – co eliminuje każdego, kto nie przestrzega tej doktryny, jeszcze przed rozpoczęciem kariery. Od tych, którzy to robią, oczekuje się udzielania sakramentu pacjentom.

Podczas pandemii COVID-19 część społeczeństwa zaczęła formalnie wykluczać niezaszczepionych – wykluczano ich z miejsc pracy, restauracji i życia towarzyskiego.

Funkcja rytualna była widoczna w czasie rzeczywistym. Nie była to polityka zdrowotna. To było egzekwowanie granic religijnych.

Oto mechanizm, który chroni cały system przed dowodami.

Badania kontrolowane placebo – złoty standard dowodów medycznych – są uznawane za „nieetyczne” w przypadku szczepionek, ponieważ pozbawiałyby dzieci możliwości „ratowania życia”. Dlatego też, duże badania retrospektywne porównujące dzieci zaszczepione i niezaszczepione stają się najlepszym dostępnym dowodem.

Jednakże, gdy badania te ujawniają szkodliwość, są one odrzucane jako „niekontrolowane”. Wezwania do przeprowadzenia kontrolowanych badań, które właśnie uznano za nieetyczne, stają się coraz głośniejsze.

Pułapka się zamyka. Dowód szkody nigdy nie spełni standardu dowodowego, ponieważ wymaga to projektu badawczego, którego wykonanie zostało zakazane .

Instytut Medycyny – przez dziesięciolecia uznawany za autorytet w dziedzinie bezpieczeństwa szczepionek – opublikował ważne raporty w latach 1994 i 2012. W raportach tych stwierdzono, że nie ma wystarczających dowodów, aby definitywnie potwierdzić lub obalić związek między szczepionkami a poważnymi szkodami i że badania te muszą zostać pilnie przeprowadzone.

Ale to się nigdy nie wydarzyło.

Tymczasem retrospektywne dane wykazujące bezpieczeństwo szczepionek są szeroko publikowane i cytowane bez krytycznej analizy. Ten sam typ danych sugerujących szkodliwość jest odrzucany jako niewystarczający. Ta sama metodologia. Różne wyniki, w zależności od kierunku badania.

Ta asymetria nie była przypadkowa.

Z ujawnionych dokumentów ujawnionych w trakcie postępowań sądowych wynika, że ​​członkom komisji IOM od samego początku powiedziano, że ich końcowy raport – stanowiący ostateczny dowód bezpieczeństwa szczepionek – nie może zawierać żadnych dowodów na szkodliwość szczepionek.

Wniosek został wyciągnięty jeszcze przed rozpoczęciem przeglądu.

Istnieje termin oznaczający sytuację, w której brak dowodów interpretuje się jako dowód nieistnienia.

To błąd kategoryzacyjny. Błąd logiczny omawiany na każdym kursie wprowadzającym do filozofii.

W badaniach nad szczepionkami stało się to oficjalną polityką regulacyjną.

Manipulacja strukturalna w badaniach nad szczepionkami posuwa się jeszcze dalej.

Badania są monitorowane w wyjątkowo krótkich okresach obserwacji . W badaniach klinicznych szczepionki przeciwko wirusowemu zapaleniu wątroby typu B – podawanej każdemu noworodkowi w Stanach Zjednoczonych – działania niepożądane obserwowano zaledwie cztery do pięciu dni po szczepieniu .

Większość przewlekłych chorób związanych ze szczepionkami – choroby autoimmunologiczne, uszkodzenia neurologiczne, zaburzenia rozwojowe – ujawnia się dopiero po tygodniach, miesiącach lub latach .

Czterodniowe okno czasowe nie pomija tych konsekwencji przypadkowo. Czterodniowe okno czasowe zostało celowo zaprojektowane tak, aby pomijać te konsekwencje.

Jednak najbardziej nieuczciwą pod względem strukturalnym cechą badań klinicznych nad szczepionkami jest to, co jest stosowane jako „placebo”.

Prawdziwe placebo są nieskuteczne. Roztwór soli fizjologicznej. Coś, co nic nie robi, więc wszelkie różnice w działaniach niepożądanych między grupami stają się widoczne.

Co alarmujące, większość badań nad szczepionkami wykorzystuje inną szczepionkę jako grupę kontrolną – często przeciwko zupełnie innej chorobie. Oznacza to, że grupa „placebo” również doświadcza skutków biologicznych wywołanych szczepionką. Jeśli częstość występowania działań niepożądanych jest podobna w obu grupach, szczepionka zostaje uznana za bezpieczną.

W badaniach nad szczepionką przeciwko HPV substancją kontrolną stosowaną jako „placebo” był adiuwant aluminiowy – związek o udokumentowanych właściwościach prozapalnych. W tych badaniach u 2,3% uczestników, zarówno w grupie szczepionej, jak i placebo, rozwinęły się choroby autoimmunologiczne zmieniające życie.

Placebo powodowało również choroby autoimmunologiczne. To niesprawiedliwe porównanie. To mechanizm specjalnie zaprojektowany, aby sygnał zniknął.

A jeśli prześledzimy łańcuch badań nad dowolną szczepionką wystarczająco daleko wstecz, okaże się , że pierwsza szczepionka z serii po prostu nigdy nie została przetestowana w porównaniu z obojętnym placebo. Zakładano, że jest bezpieczna. Każde kolejne badanie opierało swoje porównanie „bezpieczeństwa” na tym niesprawdzonym założeniu.




W pierwszych badaniach nad szczepionką Gardasil, w których wzięło udział ponad 21 000 osób, wskaźnik śmiertelności w grupie szczepionej wyniósł 8,5 na 10 000. W grupie placebo wskaźnik śmiertelności wyniósł 7,2 na 10 000.

Oczekiwany wskaźnik śmiertelności wśród dziewcząt i młodych kobiet w tym samym wieku wynosi 4,37 na 10 000.

Zarówno w grupie szczepionej, jak i w grupie kontrolnej, zmarło prawie dwa razy więcej osób niż w grupie bazowej. Wniosek FDA: nie ma powodu do obaw, ponieważ wskaźniki były spójne.

Ale oni się zgodzili świadomie. Młode kobiety i dziewczęta ginęły celowo.

System zaprojektowany do wykrywania sygnałów bezpieczeństwa nie zauważył, że obie grupy umierały w nietypowym tempie. Wynika to z faktu, że korelacja z równie nietypową grupą kontrolną oznacza, że ​​ze względu na swoją konstrukcję badanie nie jest w stanie rozpoznać własnego sygnału.


Jednym z najbardziej uderzających aspektów tej historii jest przypadek lekarza, który zgodził się przeprowadzić badanie porównawcze osób zaszczepionych i niezaszczepionych, obiecując z góry opublikować wyniki bez względu na wynik.

Dane wykazały, że szczepionki są niebezpieczne – i to niezwykle niebezpieczne.

Lekarz odmówił ich opublikowania.

Później, gdy został sfilmowany, mówiąc o tym, przyznał, że zataił wyniki, aby chronić siebie.

Materiał filmowy można zobaczyć w filmie „Niewygodne studium”.


Jeśli dane okażą się niewygodne, zostaną usunięte.

Samo CDC prowadziło kompleksowy zbiór danych populacyjnych – taki, który umożliwiałby etycznie uzasadnione, szeroko zakrojone porównanie dzieci zaszczepionych i niezaszczepionych. To właśnie tego zbioru danych domagali się od lat obrońcy bezpieczeństwa.

Jednak gdy Sekretarz Kennedy chciał uzyskać do niego dostęp, CDC go usunęło.

Peter Gøtzsche jest jednym z czołowych światowych ekspertów w dziedzinie oszustw w badaniach farmaceutycznych. Jego dokumentacja badań nad szczepionką AstraZeneca przeciwko COVID-19 jest godna uwagi.

Po zaszczepieniu jego żony, cierpiała ona na ciężką bezsenność, gorączkę, silne bóle głowy, bóle mięśni, nudności i zawroty głowy – przez cztery dni była nieprzytomna. Trzeciego dnia członkowie rodziny opisali ją jako osobę o zaburzeniach poznawczych, jakich nigdy wcześniej nie widzieli.

Pierwszych 13 kolegów z jej oddziału szpitalnego było podobnie osłabionych. Każdy z nich musiał wziąć zwolnienie lekarskie.

Jednakże raport z badania firmy AstraZeneca, opublikowany w czasopiśmie medycznym „The Lancet”, podaje, że u 1% uczestników badania wystąpiły poważne skutki uboczne.

100% kontra 1%


Ta rozbieżność – 100% w praktyce, 1% w publikacjach – ma udokumentowany mechanizm.

Liderzy badania mają prawo decydować, czy zdarzenie niepożądane było spowodowane szczepionką. Konsekwentnie dochodzą do wniosku, że nie. Bo mogą.

W badaniach nad szczepionką przeciwko COVID-19 uczestnicy zgłaszali, że poważny nowotwór został przeklasyfikowany jako powiększone węzły chłonne . Trwała niepełnosprawność została przeklasyfikowana jako „czynnościowy ból brzucha”.

Uraz nie zniknął. Kategoria się zmieniła.

Strasznie łatwo jest kłamać za pomocą danych.

Ten schemat nie ogranicza się wyłącznie do szczepionek.

Kiedy SSRI po raz pierwszy pojawiły się na rynku, FDA została zasypana doniesieniami łączącymi je z samobójstwami, morderstwami i masową przemocą. Agencja zwołała oficjalne przesłuchanie w tej sprawie we wrześniu 1991 roku. Branża była świadoma ryzyka. Dane były dostępne.

Nic z tego nie wyszło na jaw przez kolejne dziesięciolecia, aż do momentu, gdy pozwy ofiar wymusiły ujawnienie dokumentów w ramach procesu gromadzenia dowodów.

To samo podejście – kontrolowanie organu regulacyjnego, tłumienie sygnałów ostrzegawczych, czekanie na spory prawne – okazało się skuteczne we wszystkich głównych sektorach farmaceutycznych. Szczepionki są najlepiej chronionym przejawem systemu, który nigdy nie działał zgodnie z przeznaczeniem.

Władze, które powinny to ujawnić, mają ku temu strukturalne powody.

E-maile ujawnione na mocy ustawy o wolności informacji (FOIA) ujawniły, że szef Biura Bezpieczeństwa Szczepionek CDC regularnie kontaktował się z przemysłem farmaceutycznym w celu ustalania krajowej polityki szczepień, jednocześnie blokując inicjatywy obywatelskie promujące badania nad bezpieczeństwem szczepionek. Nie był to odosobniony przypadek. Była to standardowa praktyka, udokumentowana w wewnętrznej korespondencji.

Podczas gdy CDC i FDA starały się stłumić falę doniesień o poważnych urazach poszczepiennych po szczepieniu przeciw HPV, dyrektor CDC, która kierowała tymi działaniami, została następnie dyrektorem w Merck . Jej wynagrodzenie w Merck przekroczyło trzydzieści milionów dolarów.

Trzydzieści milionów dolarów.

Peter Marks — dyrektor FDA, który konsekwentnie starał się ukryć oznaki uszkodzeń po szczepionce przeciw COVID-19 i przyspieszyć proces zatwierdzania — opuścił agencję i objął stanowisko kierownicze w Eli Lilly. Były komisarz FDA Trumpa dołączył do rady dyrektorów Pfizera.

To struktura motywacyjna, która determinuje aparat regulacyjny. Żadnego spisku. System nagród tak niezawodny, że nie wymaga głosowania.

Istnieją powody finansowe, dla których rząd federalny nie może sobie pozwolić na klasyfikowanie szczepionek jako szkodliwych.

Rząd wypłaca odszkodowania za szkody poszczepienne bezpośrednio. Gdyby nawet tylko jeden na pięć przypadków autyzmu był powiązany ze szczepionkami, szacowane koszty wyniosłyby około 1,3 biliona dolarów.

Dla porównania: cały budżet federalny w 2017 r. wyniósł 3,3 biliona dolarów.

To nie jest abstrakcyjna liczba. Ta liczba po prostu wyjaśnia, dlaczego badania nie są prowadzone. Dlaczego bazy danych są usuwane. Dlaczego komitet IOM został poinformowany, jeszcze przed rozpoczęciem spotkania, o tym, jakie wnioski ma osiągnąć.

Nauka nigdy nie została stworzona po to, by dowodzić szkodliwości. Została stworzona po to, by obalać to pytanie.

COVID-19 radykalnie zmienił sytuację.

Szczepienia były obowiązkowe, mimo że nie mogły zapobiec transmisji. Miliony ludzi cierpiały na problemy zdrowotne. Wyniki ankiety zostały upublicznione i od tamtej pory nie uległy zmianie.

Badania przeprowadzane regularnie od 2022 roku pokazują, że około jedna trzecia zaszczepionych osób doświadczyła skutków ubocznych, a mniej więcej jedna na dziesięć osób określiła je jako poważne. W najnowszym badaniu 46% Amerykanów stwierdziło, że szczepionka przeciwko COVID-19 prawdopodobnie spowodowała znaczną liczbę niewyjaśnionych zgonów , a 25% uważa, że ​​jest to bardzo prawdopodobne.

To nie są liczby marginalne. To połowa kraju, wyrażająca powszechny sceptycyzm wśród ludności, którego nie udało się stłumić latami oficjalnej propagandy.


Marka szczepionki została wykorzystana do marketingu terapii genowych na COVID . A kiedy marka straciła wiarygodność, otworzyły się drzwi.

Ludzie, którym zaszkodziły inne szczepionki – szczepionki przeciw grypie, szczepionki dla dzieci, szczepionki przeciw HPV – zaczęli publicznie mówić o swoich problemach w liczbie, której nie dało się zignorować.

Tucker Carlson powiedział milionom widzów, że u jego syna po otrzymaniu szczepionki przeciw grypie rozwinął się zespół Guillaina-Barrégo.

Stary mur nie może już dłużej stać.

I to powinno było nastąpić już dawno.

Ustawodawcy zaczynają teraz nazywać to po imieniu.

Przez dziesięciolecia ochrona systemu gwarantowała, że ​​żadna debata tak naprawdę się nie rozpoczęła – bo gdy tylko debata się rozpocznie, sprzeczności od razu stają się widoczne.

Żadnego placebo, bo to nieetyczne.

Brak dowodów innych niż placebo, ponieważ nie jest to badanie kontrolowane.

Brak danych, ponieważ zostały usunięte.

Żadnej odpowiedzialności, ponieważ jest to objęte ochroną prawną.

Każdy, kto weźmie pod uwagę wszystkie cztery punkty łącznie, nie będzie już zdezorientowany i wpadnie we wściekłość.

To, co się tu faktycznie dzieje, ma większe znaczenie niż jakiekolwiek pojedyncze szczepienie.

Od dziesięcioleci powtarza się ten sam schemat: dane są ukrywane, badania manipulowane, bazy danych usuwane, naukowcy uciszani, a organy regulacyjne wciągane w kooptację. Nie z powodu spisku w konwencjonalnym sensie – ale z powodu czegoś bardziej powszechnego i uporczywego.

System motywacyjny, który nagradza konformizm, karze za odmienne poglądy i opiera swoją legitymację na jednym założeniu, którego nigdy nie wolno mu kwestionować.

Kiedy społeczeństwo przyznaje instytucji naukowej autorytet religii – kiedy krytyka staje się herezją, kiedy kwestionowanie staje się zagrożeniem, kiedy wnioski muszą zostać wyciągnięte przed zebraniem danych – nie wyniosło to nauki na wyższy poziom. Zastąpiło ją czymś, co kryje się pod płaszczykiem nauki.

Wiara się teraz rozpada. Co pojawi się na jej miejscu – czy będzie to coś naprawdę bardziej szczerego, czy po prostu nowy zestaw nienaruszalnych dogmatów – to pytanie, na które każdy, kto zwraca uwagę, musi odpowiedzieć. Zanim zmarnujemy szansę.

ŹRÓDŁO: 

Czujny Lis przez Substack 6 lipca 2026 r. uncutnews-ch/wie-impfstoffe-zum-weihwasser-der-westlichen-medizin-wurden






czwartek, 2 lipca 2026

Zwyrodnienie życia politycznego w Rzymie w ostatnim pięćdziesięcioleciu republiki


Rozkład republiki w ostatnim pięćdziesięcioleciu widoczny jest w zwyrodnieniu życia politycznego. Głównym celem działalności zarówno ugrupowań politycznych, jak i jednostek jest nie tyle uzdrowienie państwa lub przeprowadzenie reform, ile osiągnięcie stanowisk, które prowadzą do władzy lub bogactw.

Uzyskanie pretury i konsulatu a następnie stanowiska prokonsula czy propretora, co pozwalało na wzbogacenie się, jest celem, dla którego żadne ofiary nie są zbyt małe. Ponieważ wybór zależy od mas biedoty miejskiej, należy już wcześniej pozyskać je sobie w zamian za wspaniałe igrzyska, podarunki (congiaria), a wreszcie przez otwarte przekupstwo. Pierwszą sposobnością do uzyskania popularności jest edylat, w czasie którego przyszły kandydat na pretora i konsula stara się zdobyć masy proletariackie wystawnymi igrzyskami; ich wspaniałość wzrasta z dziesięciolecia na dziesięciolecie. Gdy Kwintus Gallius nie mógł zdobyć dzikich zwierząt do przygotowywanych igrzysk, wolał odłożyć je do następnego roku i pod pozorem uroczystości pogrzebowych ku czci zmarłego ojca wydać wspaniałe widowisko gladiatorskie. W igrzyskach współzawodniczyli ze sobą przeciwnicy polityczni zupełnie świadomie; w r. 54 miał Milon, chcąc przewyższać igrzyska urządzane przez swego przeciwnika Klodiusza, poświęcić podobno trzy majątki, a Pompejusz w r. 55 rywalizując z Cezarem wydał igrzyska tak wspaniałe, że Cyceron w liście nazywa je „najwspanialszymi i najdroższymi, jakie kiedykolwiek były" i nie może sobie wyobrazić, aby je można było pod względem wspaniałości przewyższyć. Największą rolę przy wyborach odgrywało jednak zupełnie jawne przekupstwo, któremu nie zdołały zapobiec wciąż ponawiane i zaostrzone ustawy de ambitu (o nadużycia wyborcze).
Ażeby zdobyć głosy, używano pośrednictwa tzw. dwisores, tj. urzędników, którzy zajmowali się rozdziałem zboża. Dla pewności składali oni przyobiecane kwoty u pośredników (sequestres), ci zaś wypłacali je dopiero po ogłoszeniu wyników głosowania. Ani diwizorzy, ani sekwestrowie nie ukrywali się ze swoją działalnością. Zdarzały się wypadki, że całkiem jawnie rozdzielano pieniądze wyborcze w cyrku Flaminiusza. Co więcej, znany jest wypadek, kiedy zebranie diwizorów odbywało się w domu urzędującego konsula; było to w r. 61, kiedy konsul Pizon, chcąc przeforsować na konsula kandydaturę Afraniusza, legata Pompejusza, zebrał ich w tym celu u siebie w domu.

Sumy, którymi operowano, były ogromne. Z listu Cycerona dowiadujemy się, że Memmiusz i Domicjusz, którzy zawarli koalicję wyborczą (coitió) w celu wyeliminowania trzeciego kandydata, obiecali pierwszej głosującej centurii sumę dziesięciu milionów sesterców; Milon starając się o konsulat obiecał każdemu członkowi tribus sumę tysiąca asów. Przekupstwo uważano za rzecz niemal normalną; charakterystyczne jest, że kiedy w r. 59 nobilitas rzymska gromadziła pieniądze w celu przeprowadzenia wyboru Bibulusa, Katon Młodszy, przedstawiciel surowych zasad stoickich, miał się wyrazić, że w tym wypadku dokonuje się przekupstwa w interesie państwa.

Do wyborów przygotowywano się bardzo wcześnie i z góry obmyślano kampanię wyborczą, mobilizując przyjaciół i układając stosunki towarzyskie z myślą o korzyściach, które mogą przynieść przy staraniach o urząd. Cyceron już na rok przed wyborami, w r. 65, rozważa w liście do przyjaciela Attyka swe szansę i odmawia prowadzenia obrony w procesie Cecyliusza, gdyż mogłoby mu to zaszkodzić przy wyborach. Ciekawe dla ówczesnych stosunków jest pisemko brata Cycerona, Kwintusa, zatytułowane De petitione consulatus (O ubieganiu sią o konsulat), w którym radzi Cyceronowi, jak ma postępować, by uzyskać konsulat. Na wstępie tego pisemka daje do zrozumienia, że Cyceron, chociaż człowiek nowy, może być pewny wyboru w walce z takimi kontrkandydatami, jak Katylina i Antoniusz, którzy dali się poznać nie tyle przez szlacheckie pochodzenie, ile przez swe wady. W dalszych rozdziałach doradza Kwintus bratu, aby zdobywał sobie wpływy nie tylko wśród senatorów i ekwitów, ale także wśród klientów-wyzwoleńców a nawet niewolników, którzy niejednokrotnie urabiają opinię swych właścicieli. Agitacja wyborcza nie powinna ograniczać się do Rzymu, należy objąć nią również mieszkańców municypiów, kolonii i prefektur. Należy przyrzekać pomoc wszystkim, nawet tym, którym się jej nigdy nie użyczy, być dla wszystkich uprzejmym i pogodnym, każdego pozdrawiać na ulicy po imieniu, korzystając przy tym z pomocy niewolnika, który szepce do ucha nazwiska napotkanych osób (nomenclator). Orszak towarzyszący kandydatowi powinien być jak najliczniejszy, by wywołać wrażenie, ża kandydat ma wielu przyjaciół. Senatowi należy tłumaczyć, że zawsze było się po jego stronie, ekwitom przypominać swe pochodzenie rycerskie, ludowi fakt, że broniło się ulubionych przez niego trybunów Maniliusza i Korneliusza. Jak widać z tego pisemka, kandydat powinien sobie pozyskać wszystkie warstwy społeczne. Według oceny Kwintusa główną rolę przy wyborach odgrywa pomoc przyjaciół i sympatia ludu.
Owa pomoc przyjaciół (pfficia amicorum), jak się to wtedy nazywało, nadaje specyficzne piętno życiu politycznemu ówczesnego Rzymu. Polityka opiera się na stosunkach i wpływach osobistych, na niezliczonych klikach i koteriach (factio-nes) nawzajem się zwalczających lub wspierających. Werresowi oskarżonemu o zdzierstwa na Sycylii gratulują przyjaciele, gdy jego obrońca Hortensjusz został konsulem, uważając — co się zresztą nie sprawdziło — że fakt wyboru Hortensjusza jest niemal jednoznaczny z uwolnieniem Werresa. Inny przyjaciel Werresa i jego następca w charakterze namiestnika Sycylii, Metellus, chociaż zniósł niesprawiedliwe zarządzenia swego poprzednika, nie chciał w sądzie zeznawać przeciw niemu i nie pozwolił Syrakuzanom na wysłanie poselstwa z oskarżeniem byłego namiestnika. Wszystkie te przyjaźnie polityczne były zresztą nietrwałe i nacechowane nieszczerością, jak to widać z korespondencji Cycerona, jego stosunku do Pompejusza czy Cezara. Na odwrót, nietrudno było człowieka, którego kilka lat temu zmieszało się z błotem, nazwać swoim najlepszym przyjacielem. Tak było np. z osławionym cezarianinem Watiniusem, którego tak namiętnie atakował Cyceron, by po kilku latach zaprzyjaźnić się z nim. Inaczej było z Klodiuszem i Antoniuszem, którzy z przyjaciół Cycerona stali się jego najzacieklejszymi wrogami. Interes polityczny i potrzeba chwili decydowały o przyjaźni i nieprzyjaźni. Oficjalne przesadne pochwały, które pod adresem Pompejusza wygłaszał Cyceron, nie przeszkodziły mu w intymnych listach do Attyka wyrażać się złośliwie o swym obłudnym przyjacielu. Walka polityczna była prowadzona z namiętnością i bez liczenia się z prawdą. Nazwanie przeciwnika politycznego złodziejem lub oskarżanie go o przestępstwa seksualne należało do stałego repertuaru inwektyw. Żeby się o tym przekonać, wystarczy przeczytać mowę Cycerona przeciw Pizonowi lub jego Filipiki czy Katylinarki.

Poza wygłaszaniem i publikowaniem mów posługiwano się w walce politycznej formą laudatio, tj. pochwały. Kiedy Katon, zwolennik Pompejusza, odebrał sobie życie, żeby nie dostać się w ręce Cezara, obóz republikański wyzyskał ten fakt, by opublikować kilka pochwał Katona. Na owe laudationes, które wyszły spod pióra Cycerona, Brutusa, Fadiusza Gallusa i Munacjusza Rufusa, odpowie-dział obóz cezariański Antykatotiami (Anticatones), a w końcu głos zabrał nawet sam dyktator, by zwalczyć cień nieżyjącego Katona. Zresztą walka prowadzona była nie tylko za pomocą inwektyw i broszur, lecz i na drodze sądowej. Znamienne pod tym względem są słowa zawarte w liście Cycerona, że skazywanie niewinnego człowieka na śmierć stało się w tych czasach regułą. Pomijając procesy czysto polityczne, jak np. procesy wytoczone trybunom ludowym Manilmszowi i Korneliuszowi czy proces przeciw Flakkusowi, który pomógł Cycero-nowi przy ujęciu spiskowców Katyliny, i wiele innych, należy wspomnieć o charakterystycznych pod tym względem procesach pozbawionych pozornie charakteru politycznego. Taki był proces wytoczony znanemu wówczas poecie greckiemu Archiaszowi o nieprawne korzystanie z obywatelstwa rzymskiego. Nieznany bliżej oskarżyciel, Gratius, działał tu niewątpliwie z poduszczenia zwolenników Pompejusza, którzy chcieli w ten sposób dokuczyć Archiaszowi protegowanemu przez wrogą Pompejuszowi rodzinę Lukullusów. Również proces wytoczony przełożonemu nad rzemieślnikami w wojsku (praefectus fabrum) Cezara, Balbusowi z hiszpańskiego Gades, który otrzymał obywatelstwo rzymskie od Pompejusza na podstawie lex Gellia Cornelia z r. 72, o nieprawne korzystanie z obywatelstwa rzymskiego, był wymierzony przeciw protektorom Balbusa, Pompejuszowi i Cezarowi. Przykładów z owego czasu można przytoczyć bardzo dużo. Świadczą one o tym, że trybunał pretora stał się również areną walki politycznej i porachunków osobistych, co więcej, wystąpienie z oskarżeniem i doprowadzenie do skazania podsądnego bywało nieraz pierwszym szczeblem w karierze politycznej. Nie darmo kariera polityczna Cezara zaczęła się od wytoczenia przez niego procesu o zdzierstwo dwu wybitnym stronnikom Sulli, a kariera polityczna Cycerona od głośnego procesu Werresa.

Szerzące się w niebywałych rozmiarach przekupstwo jest objawem degeneracji życia publicznego w Rzymie. Wyraz accipere ('przyjmować') staje się wówczas terminem technicznym na oznaczenie łapownictwa. Korupcja szerzy się nie tylko w sferach biedoty miejskiej, której głosy na komicjach wyborczych kupują za olbrzymie sumy wielcy magnaci, do gruntu skorumpowana jest również warstwa nobilów i ekwitów. Wielkim skandalem była już wojna jugurtyńska, podczas której przekupieni przez Jugurtę dowódcy rzymscy pozwolili wielekroć wymknąć się numidyjskiemu księciu. Słowa Jugurty o przekupnym mieś-cie, które niedługo zginie, jeśli tylko znajdzie kupca, dosadnie charakteryzują czasy upadającej republiki. Egipski król Ptolemajos Auletes zapłacił Cezarowi i Pompejuszowi za uznanie swych praw do tronu sześć tysięcy talentów, a Gabiniuszowi za wprowadzenie go na tron dziesięć tysięcy talentów. Choroba przekupstwa toczyła również sądownictwo rzymskie. Wskazuje na to głośna afera z r. 74, znana jako sąd Juniański (iudicium Iunianum), kiedy to jeden z sędziów brał zarówno od oskarżyciela, jak i od oskarżonych pieniądze na opłacanie innych sędziów. Podobnym skandalem był proces Klodiusza, którego uwolnili przekupieni sędziowie.

Lichwa i wyzysk prowincyj

Charakterystyczną cechą ostatniego pięćdziesięciolecia republiki jest pojawienie się znacznej ilości finansistów i bankierów oraz niebywały wzrost kapitału lichwiarskiego. Wielką ilość tych bankierów i ludzi interesu poznajemy z korespondencji Cycerona. Każdy zamożny Rzymianim miał swe konto u bankiera. Gdy syn Cycerona studiował w Atenach, ojciec potrzebne synowi kwoty wpłacał u bankiera w Rzymie, a wypłacał je bank ateński. Z mowy obrończej Cycerona poznajemy bliżej C. Rabiriusa Postumusa, jednego z wielkich finansistów, który udzielał pożyczek wspomnianemu już pretendentowi do tronu egipskiego, Ptolemajosowi Auletesowi, i który doprowadził do osadzenia go na tronie, finansując wyprawę Gabiniusza. Następnie jako diojketes (SIOUCTJT^C), czyli naczelnik administracji finansowej w Egipcie, starał się Rabirius wycisnąć z Egiptu przyrzeczone mu przez króla sumy. Ale nie tylko ekwici zajmowali się lichwą, uprawiali ją na wielką skalę senatorowie, chociaż oficjalnie było to zabronione.
Żeby obejść ustawę, działali w prowincjach za pomocą podstawionych przez siebie ludzi. W listach Cycerona niejednokrotnie spotykamy nazwiska senatorów, jak Lucjusza Lukcejusza, który udzielał lichwiarskich pożyczek gminie Byllis i którego interesy polecał Cyceron namiestnikowi Illyrii. Przed stu laty operacje finansowe senatorów musiały być czymś wyjątkowym, chociaż już stary Katon dokonywał ich za pośrednictwem wyzwoleńca, teraz jednak operacje te stają się zjawiskiem powszechnym. Zwolennik Stoi i późniejszy zabójca Cezara, Brutus, pożyczył na lichwiarski procent (48%) wielką sumę miastu Sala-minie na Cyprze, nie przyznał się jednak do tego Cyceronowi, gdy ten wyjeż-dżał, by objąć prowincję Cylicję. Jako wierzyciel figurował podstawiony przez Brutusa Scaptius, który przy poparciu teścia Brutusa, Appiusza Klaudiusza, ówczesnego namiestnika Cylicji, otrzymał stanowisko prefekta na Cyprze i przy pomocy oddziału konnicy oblegał radę miejską, chcąc głodem wymusić spłacenie należności. To, że istotnie pięciu radnych umarło przy tym z głodu, jest tylko jednym z wielu faktów ilustrujących metody stosowane przez finansistów rzymskich. Ale nie tylko Brutus działał przy pomocy podstawionych agentów, podobnie postępował Pompejusz, a agenci finansowi Brutusa i Pompejusza rywalizowali między sobą na dworze kapadockiego króla Ariobarzanesa w ściąganiu od niego wielkich sum, które był dłużny. Jak bardzo zadłużony był Ariobarzaes, widać z listów Cycerona, który pisał do Attyka: „Nie ma on żadnego skarbu ani żadnych dochodów". W innym zaś liście: „Na Herkulesa, sądzę, że nie ma nic nędzniejszego nad to królestwo i nic biedniejszego od tego króla". Nic dziwnego, skoro Ariobarzanes płacił Pompejuszowi na poczet długów rodzaj miesięcznej pensji w wysokości trzydziestu trzech talentów, a i Brutusowi udało się w końcu wyciągnąć od niego sto talentów.

Plagą prowincyj byli jednak nie tylko finansiści i lichwiarze, którzy uzależniali od siebie gminy lub nawet królestwa zawisłe od Rzymu, lecz również namiestnicy, którzy działali niejednokrotnie w porozumieniu z finansistami i dzielili się z nimi dochodami, prócz tego zaś uprawiali zdzierstwo na własną rękę: „wszystkie prowincje płaczą, wszystkie ludy niezawisłe żalą się, wszystkie królestwa uskarżają się na naszą chciwość i gwałt; nie ma tak oddalonego miejsca na ziemi, gdzie by nie sięgnęła samowola i niesprawiedliwość naszych urzędników. Nie oręża i nie wojny musi Rzym obawiać się ze strony obcych ludów, lecz skarg, łez i żalów" — oto słowa, którymi Cyceron wymownie charaktery-zował stosunki na prowincji. Samowola Werresa i stosowane przez niego nie-zwykle pomysłowe metody wyzysku nie były bynajmniej zjawiskiem wyjątkowym.

Świadczy o tym wielka ilość procesów o zdzierstwa {de repetundiś). W r. 69 oskarżony jest o zdzierstwa propretor Galii Narboneńskiej M. Fontejusz, w r. 66 historyk i mówca Gajus Licyniusz Macer, a także Fundanius i trybun ludowy Maniliusz. W r. 65 oskarżony jest Katylina o zdzierstwa w Afryce, w r. 63 Gajus Kalpuniusz Pizon o nadużycia w Galii Narboneńskiej, a w r. 59 Lucjusz Waleriusz Flakkus o zdzierstwa w Azji. Zresztą nie wszystkie nadużycia wnoszono przed trybunał. Cezar potrafił skutecznie obronić stronnika swego Salustiusza przed wytoczeniem mu procesu o zdzierstwa w prowincji Africa Nova. Appiusz Klaudiusz Pulcher, poprzednik Cycerona na stanowisku namiestnika Cylicji, „zrujnował na zawsze" tę prowincję, jak powiada Cyceron, ale mimo to nie stanął przed trybunałem. Podobnie zrujnował w r. 48 Hiszpanię Dalszą pro-pretor cezariański Kwintus Kasjusz Longinus. Wyzysk prowincji był więc re-gułą, sprawiedliwi namiestnicy, jak Cyceron w Cylicji, należeli istotnie do wyjątków.

Życie ponad stan i zadłużenie powszechne

Wskutek licznych operacji finansowych i zdzierstw w prowincjach wzrastały szybko majątki arystokracji szlacheckiej i finansowej. Poprzednie pokolenia nie znały takich fortun, jak majątek Pompejusza, który po jego śmierci wynosił podobno siedemset milionów sesterców. Majątek Krassusa obliczany był na dwieście milionów, a Lukullusa na sto milionów. Jest rzeczą znamienną, że Cyceron uznaje za człowieka zamożnego dopiero tego, kto ma rocznie sto ty-sięcy sesterców dochodu. Wobec takiego nagromadzenia kapitału wydawałoby się w pierwszej chwili dziwne, że w czasach tych słychać wciąż o powszechnym zadłużeniu, które obejmuje nie tylko najniższe warstwy ludności, lecz w równej mierze sfery posiadające. Hasło oddłużenia, wołanie o tabulae novae rozlega się wciąż w tych czasach. W r. 86 lex Valeria zredukowała długi do jednej czwar-tej. Mimo to w dwadzieścia lat później „zadłużenie na całym świecie było ogrom-ne", jak stwierdzał Salustiusz. Oddłużenie należało do głównych postulatów Katyliny, pod tym hasłem gromadził on wokół siebie ogromne zastępy mło-dzieży. Ustawa wydana przez Cezara z początkiem wojny domowej w r. 49, która zaliczała procenty na poczet długu oraz zabraniała przechowywania w domu więcej niż 60 000 sesterców w gotówce, nie zadowoliła ani wierzycieli, ani dłuż-ników. Powstanie pod hasłem zupełnego oddłużenia wywołane przez radykalne skrzydło partii cezariańskiej pod wodzą Celiusza zostało krwawo stłumione.

Zadłużenie, które ogarniało wszystkie warstwy społeczne, wywołane było ustawiczną zwyżką cen, niepewnością stosunków politycznych oraz życiem warstw zamożnych nad stan. Cyceron, który bynajmniej nie był utracjuszem, znajdował się ustawicznie w kłopotach finansowych, gdyż żył niewątpliwie po-nad stan. Trudno mu było odmówić sobie kupna kosztownego domu Krassusa na Palatynie za trzy i pół miliona sesterców. Wobec braku tak wielkiej sumy musiał zadłużyć się u Publiusza Sulli, którego potem bronił za to w procesie de vi (tj. w procesie o zastosowanie przemocy). Posiadanie kosztownej willi i licznej służby należało do dobrego tonu. Ponieważ bankier Attykus, przyjaciel Cycerona, posiada piękny park ozdobiony dziełami sztuki, Cyceron chce mieć taki sam u siebie w Arpinum, chociaż w cytowanym już liście do przyjaciela przyznaje, że wille podmiejskie Tusculanum i Pompejanum wtrąciły go w długi.
Nic dziwnego, że jest wciąż zadłużony nie tylko u Attyka, ale i u swego przeciwnika politycznego Cezara już w przeddzień wojny domowej. Fakt, że Cyceron, sam zadłużony, z kolei udziela pożyczek innym, wskazuje na lekkomyślność, która jest charakterystyczna dla całej tej epoki. Uzyskanie pożyczki, oczywiście na procent lichwiarski (6-12%), nie było podówczas trudne, można było liczyć na to, że dłużnik zrobi karierę polityczną, otrzyma zarząd prowincji i łatwo dług spłaci. Stale zadłużony Cyceron nie jest wyjątkiem. Cezar miał pod koniec swej pretury nie mniej niż siedemdziesiąt dwa miliony długu i gdyby Krassus nie poręczył za niego, byliby go wierzyciele nie wypuścili z Rzymu do Hiszpanii, dokąd udawał się w charakterze propretora. Sprawa zadłużenia odgrywała niejednokrotnie główną rolę w posunięciach politycznych. Kurion, na którego liczył Cyceron, przeszedł na początku wojny domowej na stronę Cezara, gdyż Cezar spłacił jego długi w wysokości sześćdziesięciu milionów sesterców. Zadłużenie było w sferach posiadających w tych czasach uważane za rzecz normalną i nie przynosiło ujmy, chyba że ktoś stoczył się w otchłań bankructwa, jak oficer cezariański Mamurra, z którego naśmiewał się Katullus w swoich utworach.

Z korespondencji Cycerona wynika, że nie zawsze wiedział, jakimi sumami rozporządza, i musiał informować się o tym u swego administratora. Nie było to zjawisko odosobnione, lecz znamienne dla omawianych czasów.

Rozkład życia rodzinnego w sferze senatorskiej

Degeneracji życia politycznego towarzyszył wciąż pogłębiający się w pierwszej połowie wieku I rozkład życia rodzinnego w sferze senatorskiej, Jest rzeczą jasną, że zmiany społeczne i ekonomiczne a także oddziaływanie hellenistycznego świata nie mogły pozostać bez wpływu na życie tej warstwy. Coraz bardziej zatraca się dawny patriarchalny charakter rodziny, coraz rzadziej spotyka się w sferze senatorskiej dawną formę małżeństwa, kiedy żona przechodziła spod władzy ojca pod władzę męża. Żona Cycerona Terencja, która przy pomocy swego wyzwoleńca Filotimusa zarządza, swym majątkiem i to tak samodzielnie, że doprowadza to w końcu do rozwodu, nie jest bynajmniej wyjątkiem.

Nie jest również wyjątkiem jej oddziaływanie na męża w zakresie życia politycznego, przy tłumieniu spisku Katyliny. Cyceron, pragnąc bliżej poznać zamysły Pompejusza, prosi Attyka, by posłużył się w tym celu pomocą osławionej Klodii (por. niżej). Kornelia matka Grakchów starała się wywrzeć wpływ na swego syna, wielkiego trybuna Gajusa, Metella — na Sullę. Przy ujawnieniu spisku Katyliny wielką rolę odegrała Fulwia, kochanka spiskowca Kwintusa Kuriusza, w samym zaś sprzysiężeniu wielka rola przypada Sempronii, żonie D. Juniusza Brutusa, konsula z r 77 p.n.e., świetnie scharakteryzowanej przez Salustiusza. Nic może nie jest tak znamienne dla charakterystyki kobiety z rodów senatorskich jak fakt, że w naradzie o charakterze wybitnie politycznym zwołanej w Ancjum w r. 44 dla ustalenia, czy Brutus i Kasjusz mają po zabójstwie Cezara opuścić Italię, brała udział obok obu Cyceronów matka Brutusa, Serwilia, znana z samodzielności i autorytetu politycznego, oraz jego żona Porcja, a także żona Kasjusza, Tertulla. Demoniczne postacie Sempronii i Fulwii żony Antoniusza dobrze charakteryzują ostatnie pięćdziesięciolecie republiki.

Wielka ilość nieszczęśliwych małżeństw i rozwodów tłumaczy się tym, że w owych czasach bardzo często zawierano małżeństwa ze względów politycznych. Cezar, zawierając układ polityczny z Pompejuszem w Luce, przypieczętował nową przyjaźń oddając Pompejuszowi w małżeństwo swą córkę Julię, chociaż była zaręczona z Kwintusem Serwiliuszem Cepionem. Cepionowi jako odszkodowanie proponowano rękę córki Pompejusza zaręczonej z Faustusem Sullą. Polityczny charakter miało nieszczęśliwe małżeństwo siostry Oktawiana, Oktawii, z Antoniuszem. Postępowanie stoika Katona Młodszego, który odstąpił swą żonę Marcję Hortensjuszowi, by ją po śmierci przyjaciela z powrotem przyjąć do siebie i w ten sposób, jak mówili złośliwi, odziedziczyć spadek po bogatym Hortensjusssu, jest wprawdzie dość wyjątkowe, niemniej charakteryzuje trafnie ówczesne stosunki wśród warstwy senatorskiej. Przykłady szczęśliwych małżeństw, jak np. wspomniane już małżeństwo Brutusa z Porcją, oraz przykłady wierności małżeńskiej i poświęcenia, które okazały żony proskrybowanych w r. 43 senatorów i ekwitów, jak Sulpicja, która w przebraniu niewolnicy udała się do swego męża na Sycylię, nie mogą przysłonić faktu, że w porównaniu ze stosunkami w wieku II życie rodzinne w Rzymie w sferze senatorskiej wykazuje cechy rozkładu. Obok wiernych i kochających żon coraz częściej spotyka się przykłady zdrady małżeńskiej. Żona Katona, Atilia, która płakała w r. 67, kiedy jej mąż wyjeżdżał do Macedonii, prowadziła potem tak niemoralne życie, że Katon musiał się z nią rozwieść. Zdrada małżeńska była powodem rozwodu konsula z r. 78 Marka Lepfdusa z Apuleją i rozwodu Marka Antoniusza z drugą jego żoną, Antonią. Mnożą się również w tych czasach skandale na tle erotycznym. Osławiona Klodia, siostra znanego trybuna, kochanka Katulla i Celiusza, lub Sempronia, która brała udział w spisku Katyliny, nie były wyjątkami.

O Mucji, żonie Pompejusza, opowiadano, że w czasie nieobecności męża zdradzała go z Cezarem. Żonę Lukullusa, jak donosi Cyceron, „wprowadził w swoje misteria" Gajus Memmiusz. Najgłośniejszy był skandal wywołany przez Klo-diusza, który w r; 62 podczas uroczystości ku czci Bona Dea, obchodzonych wyłącznie przez kobiety, dostał się w przebraniu kobiecym do domu Cezara, żeby zbliżyć się w ten sposób do jego żony, Pompei. Głośna afera zakończyła się rozwodem Cezara z Pompeją. Na tle tego rodzaju stosunków zrozumiała jest niechęć do małżeństwa, co znalazło odbicie już w r. 131 w słowach cenzora Metellusa Macedońskiego: „Gdybyśmy mogli żyć bez żony, chętnie byśmy wszyscy uwolnili się od tej nieprzyjemności". Na tym tle zrozumiałe są liczne rozwody.

Sulla był żonaty cztery razy, Antoniusz, pięciokrotnie. Przykład Rzymu działał także rozkładająco na zamożne sfery w municypiach, o czym świadczy głośny proces Kluencjusza Habitusa z Larinum, bronionego przez Cycerona. Ojczym Habitusa, Oppianikus, miał pięć żon, z których pierwszą, Kluencję, podobno otruł. Proces, w którym wciąż słyszymy o truciźnie i morderstwach w najbliższej rodzinie, odsłania w pełni rozkład i demoralizację sfer posiadających w municypiach.

Zwyczaje związane z zawarciem małżeństwa i uroczystościami ślubnymi pozostają nadal te same co dawniej z tą tylko różnicą, że uświetnia je coraz większy przepych w sferach zamożnych. Panna młoda, jak wiemy z pieśni weselnych Katulla, występuje w dzień ślubu w palii żółtego koloru, z twarzą zasłoniętą również żółtym welonem, tzw. flammeum. Po uczcie weselnej w domu panny młodej odbywała się pod wieczór tzw. deductio do domu męża przy blasku pochodni, dźwięku fletów i wtórze uszczypliwych piosenek — fescenini. Dotarłszy do domu pana młodego panna młoda, jak to wiemy z Katulla, wieńczy i namaszcza drzwi wejściowe; zachował się nawet prastary zwyczaj przenoszenia panny młodej przez próg, by uniknęła potknięcia się, co uważano za zły omen.

Rozkładowi życia rodzinnego towarzyszył wzrost prostytucji. O domach publicznych w wieku II słychać już wprawdzie u Katona, obecnie jednak prostytucja przybiera zastraszające rozmiary. W poezjach Katulla występują nie tylko matrony wiodące życie niemoralne, jak owa niewiasta z Briksji (dziś Brescia), bohaterka utworu 67, Aufilena lub Postumia, magistra bibendi. Są także scortilla. Scortillum jest nie tylko przyjaciółka Warusa, która chce dostać od Katulla lektykę, by udać się świątyni Sarapisa, lecz i Akme, której miłość do Septimiusa tak pięknie maluje Katullus. W tym czasie świat hellenistyczny obdarzył Rzym heteryzmem. Począwszy od Lucyliusza, który wydał wiele pieniędzy na grecką muzykantkę Hymnis, mnożą się w wieku I greckie aktorki i kurtyzany występujące u boku rzymskich pretorów i wodzów. Przy Werresie spotykamy na Sycylii grecką kurtyzanę Chelidon, o której wpływach na pretora wiedzą wszyscy; przy Antoniuszu była głośna aktorka mimiczna Cyteris, poprzednio kochanka poety Korneliusza Gallusa, który opiewał ją pod pseudonimem Lykoridy.

Niewolnicy i wyzwoleńcy

Wzrastające wciąż w wieku I latyfundia wymagały zatrudnienia coraz większej ilości niewolników. O wzroście ich liczby i o ich znaczeniu świadczą nie tylko powstania na Sycylii i udział w powstaniu Spartakusa, lecz również fakt, że coraz częściej używa się niewolników przy rozgrywkach politycznych między wolną ludnością. Mariusz, lądując w Italii w r. 87, obiecuje wolność niewolnikom, którzy się do niego przyłączą, a w r. 63 senat przyrzeka wolność i nagrodę pieniężną tym niewolnikom, którzy pomogą przy ujawnieniu spisku Katyliny. Lentulus radził Katylinie wykorzystać pomoc ludności niewolniczej dla zrealizowania swych planów. W procesie Publiusza Sulli w r. 62 pojawia się zarzut, że organizował grupy gliadiatorów dla wywołania rozruchów. Niewolników spotyka się nie tylko w bojówkach Klodiusza, lecz i w ruchu powstańczym organizowanym przez Celiusza w r, 48. W pięć lat później obiecywali triumwirowie wolność, prawa obywatelskie i wielkie nagrody pieniężne niewolnikom, którzy wydadzą swych panów wypisanych na listach proskrypcyjnych, a Antoniusz zwalniał niewolników z domów pracy (ergastula), w których przebywali skazani za zbiegostwo. Wszystkie te fakty świadczą o kryzysie, który zaczął przeżywać ustrój oparty na pracy niewolniczej.
Powstanie Spartakusa było poważnym ostrzeżeniem. Być może pod jego wpływem zaleca Warron łagodny stosunek do niewolników. Wedle Warrona dozorca niewolników, villicus, który sam zresztą jest niewolnikiem, powinien posiadać pewien majątek; owym majątkiem (peculium), który prawnie pozostaje nadal własnością pana, powinien niewolnik zarządzać według własnego uznania. Zwyczaj posiadania peculium istniał już w Rzymie w wieku III, jak na to wskazują komedie plautyński6. Obecnie staje się to zjawiskiem powszechnym.

Peculium jest niejednokrotnie sposobem wykupienia się niewolnika, jest równocześnie kapitałem, z którego czerpie człowiek świeżo obdarzony wolnością.

Wykorzystując peculium niewolnik może wreszcie kupić sobie zastępcę (iricarius), który wykonuje za niego całą pracę lub jej część. Żeby przywiązać niewolników do majątku, zezwala Warron na małżeństwa między niewolnikami i niewolnicami.

Coraz powszechniejszym zjawiskiem jest w pierwszej połowie wieku I wyzwalanie niewolników, którzy jako wyzwoleńcy przynoszą swym dawnym właścicielom więcej korzyści, stając się ich klientami. Wyzwoleńcy ci zyskują sobie niejednokrotnie bardzo uprzywilejowane stanowiska. U boku Sulli działa jego ulubiony wyzwoleniec, Chrysogonus, przed którego wpływami drżą nawet senatorowie i którego Cyceron nazywa jednym z najpotężniejszych ludzi w państwie; Chrysogunus wzbogacony na proskrypcjach Sulli, ufny w jego poparcie, popełniał jawne nadużycia, nawet zbrodnie, jak to widać z procesu w obronie Roscjusza z Amerii. Prawie każdy magnat i dostojnik ma w tych czasach ulubionego wyzwoleńca, który prowadzi interesy swego pana i niejednokrotnie jest najbardziej zaufanym doradcą nie tylko w sprawach finansowych, lecz także rodzinnych. Przy Werresie występuje wyzwoleniec Timarchides, który pośred-niczy w interesach między namiestnikiem a miejscową ludnością na Sycylii; przy Kwintusie Cyceronie jest Stacjusz, o którego protekcję zabiega wielu znakomitych Rzymian. Marek Cyceron ma swego ulubionego Tirona, który po jego śmierci publikuje jego korespondencję; Pompejusz ma Menodora, który jest dowódcą jego floty, i Teofanesa z Mityleny, doradcę i nadwornego historyka, którego ojczyste miasto Mitylena czciło „jako wybawcę, dobroczyńcę i drugiego założyciela". Oktawian ma swojego Helenosa i Sfairosa, którego pochowa na koszt państwa. Wyzwoleńcem Antoniusza jest Kalias, używany do misji dyplomatycznych. W naradzie mającej zadecydować, czy Gajus Furnius, przyjaciel Cycerona bawiący w Gallii, ma starać się o preturę, bierze udział obok obu braci Cyceronów zaufany wyzwoleniec Furniusa Dardanos, a wyzwoleniec Fameas ofiarowuje Cyceronowi swe poparcie przy staraniu się o konsulat.

Znaczeniu, które zdobywają wyzwoleńcy, towarzyszy wzrost ich zamożności. Już lex Papia przewiduje wypadki, że wyzwoleniec może pozostawić majątek przewyższający sto tysięcy sesterców; świadczy to o wzroście bogactwa tej wartwy. Spośród wielu wzbogaconych wyzwoleńców wystarczy przytoczyć Demetriosa, wyzwoleńca Pompejusza, który pozostawił majątek w sumie 4000 talentów, oraz Marka Wirgiliusza Eurysacesa, którego dorobkiewiczowski cie pieca stoi do dziś dnia przy Via Praenestina w Rzymie. Prócz tych czy, którzy odgrywali niejednokrotnie rolę wspomnianych doradców swoich patronów, spotyka się dość dużo średnio zamożnych wyzwoleńców wśród rzemieślników, lekarzy i kupców.

KAZIMIERZ KUMANIECKI
HISTORIA KULTURY STAROŻYTNEJ GRECJI I RZYMU