niedziela, 16 sierpnia 2026

Ernest Wilimowski

 1920 rok. Właśnie zakończyła się I wojna światowa i rozstrzyga się, do kogo należeć będzie Górny Śląsk. 20 kwietnia rodzi się klub powstańców śląskich Ruch Hajduki Wielkie: przyszły Ruch Chorzów i przyszły klub rudego Ernsta. Podobno początkowo ma mieć barwy Górnego Śląska, żółto-niebieskie, ale akurat trwają walki na Ukrainie i te kolory mogą się źle kojarzyć – zamiast żółci będzie biel. Klub powstaje w dniu urodzin Wojciecha Korfantego i Adolfa Hitlera. Dzięki pierwszemu może się narodzić, przez drugiego będzie musiał upaść.


Rok po powstaniu Ruchu odbywa się plebiscyt: osiemdziesiąt pięć procent mieszkańców Kattowitz chce, aby ich miasto należało do Niemiec. Powstańcy śląscy i mocarstwa mają jednak inne zdanie i dlatego Kattowitz zmieni się niebawem w Katowice, a Ernst w Ernesta.

Rozpoczyna się spolszczanie wschodniego Górnego Śląska. Ale nie idzie to łatwo, gdy przez wieki region był niemczony. Historyk Józef Krzyk opisuje na przykład, jak jesienią 1922 roku urząd wojewódzki prosi pierwszego prezydenta Katowic Alfonsa Górnika o listę osób do odznaczenia za zorganizowanie pierwszych wyborów do Sejmu Śląskiego; Górnik odpowiada, że wszystko musiał zrobić sam, bo w magistracie nikt poza nim nie zna polskiego. Zresztą nawet gdyby nieznający polskiego go znali, napotkaliby kolejną przeszkodę w spolszczaniu tych ziem: trudno napisać coś po polsku, bo w urzędzie nie ma ani jednej maszyny do pisania z polskimi czcionkami.

Polskość spada na Katowice niespodziewanie. Wiele osób otrzymuje obywatelstwo polskie, nie czując się Polakami – doświadczają tego, co ich sąsiedzi, którzy do niedawna posiadali obywatelstwo niemieckie, nie czując się Niemcami.
*
powiedzieć”.Jest rok 1927. Wilimowski zaczyna grać w trampkarzach 1. FC Katowice, drużyny mniejszości niemieckiej. W tym roku powstaje liga polska, do której trafiają dwa zespoły ze Śląska: Ruch Hajduki Wielkie oraz właśnie 1. FC Katowice. Już w pierwszym sezonie dochodzi do symbolicznej rywalizacji o mistrzostwo kraju między proniemieckim 1. FC a ostoją polskości, Wisłą Kraków (ostoją, mimo że Piłsudski, fan Cracovii, patrząc na koszulki Wisły – białą gwiazdę na czerwonym tle – spyta: „A cóż to za bolszewickie barwy?”). Gdy pierwszym mistrzem zostaje Wisła, Ernest ma jedenaście lat.

1934 rok. Wilimowskiego nigdy nie interesowała polityka i dlatego, gdy w 1934 roku opuszcza 1. FC Katowice i zaczyna seniorską karierę w Ruchu, nie myśli o tym, że Ruch jest klubem propolskim, a „efcyj” proniemieckim. Pewnie myśli trzeźwo: że w Polsce w proniemieckim zespole trudniej robi się karierę. Ernesta interesuje tylko kopanie piłki. Polski futbol nie jest zawodowy, Ernest musi pracować jako goniec w hucie.

1934 rok. Wilimowski mówi o sobie, że jest Ślązakiem: nie Niemcem, nie Polakiem, tylko Ślązakiem. Jego śląskość zawiera w sobie dużo i z niemieckości, i z polskości. Nie jest ich sumą. Nie jest ich wariantem. Jest oddzielną narodowością z własną mową, tradycją i pamięcią. Śląskość Wilimowskiego od wieków pasie się na niemieckości i polskości, jest dzięki nim bogatsza, tłustsza. Nie da się jego śląskości oddzielić od niemieckości i polskości. Państwo narodowe jest dla niego kłopotliwe, a ostatnio w kółko mówi się o narodach. Katowice leżą w przeciągach historii: w XX wieku dwukrotnie będą miastem niemieckim, dwukrotnie polskim. W dobie nacjonalizmów Polaków, Niemców, Włochów, całej Europy, na tożsamość śląską nikt nie zwraca uwagi, odmawia się jej prawa do istnienia, Ślązaków uznaje się za niedoskonałych Polaków bądź Niemców. Tożsamość ta była zawsze tożsamością pogranicza, nie aspirowała do stworzenia swojego państwa, odnajdywała się w byciu pomiędzy, byciu częścią większej całości. Ale to czas wyborów narodowościowych i od Ernesta wymagają, żeby był albo Polakiem, albo Niemcem.

1934 rok. Rodzi się piłkarz Ernest Ezi Wilimowski. W swoim pierwszym sezonie w barwach Ruchu zdobywa mistrzostwo Polski, zostaje ligowym królem strzelców, a w plebiscycie „Przeglądu Sportowego” otrzymuje tytuł najpopularniejszego piłkarza. Po paru klubowych meczach do reprezentacji powołuje go Józef Kałuża, a Ernest staje się najmłodszym polskim reprezentantem w historii kadry.

W tym samym roku Ezi występuje w symbolicznym meczu: Polska mierzy się z III Rzeszą, a współcześni okrzykną to spotkanie najważniejszą imprezą na ziemiach polskich w dziejach.


Tego dnia asystentem trenera niemieckiej reprezentacji jest Sepp Herberger: będzie nim jeszcze dwa lata, aż Niemcy dadzą plamę na igrzyskach w nazistowskim Berlinie. Wtedy trener odejdzie, a Sepp zajmie jego miejsce.

Mimo porażki polskiej reprezentacji młodziutki Wilimowski strzela w tym meczu bramkę. Według wyliczeń międzynarodowej organizacji statystycznej Rec.Sport.Soccer Statistics Foundation w całej karierze strzeli ich przeszło pół tysiąca. Długo będzie utrzymywał się w dziesiątce najskuteczniejszych zawodników wszech czasów, wypchną go z niej dopiero Messi i Ronaldo. Fritz Walter, jedna z legend niemieckiego futbolu, powie o nim: „To chyba jedyny piłkarz na świecie, który zdobywał więcej bramek, niż miał szans”.
Ezi potrafi minąć kilku przeciwników. Dryblingu uczy się wytrwale. Po treningach w klubie skrzykuje paru synków i gra przeciwko nim w pojedynkę. Gdy Ernest zdobywa bramki podczas normalnych spotkań, przeciwnicy często wpadają w furię. Wilimowski robi z piłką, co chce. Dryblując, przebiega pół boiska, zwalnia przed bramką, a gdy bramkarz wybiega, kiwa też jego i zatrzymuje się z piłką na linii bramkowej. Gdy podbiegają rywale – lekko trąca futbolówkę, a ta powoli wtacza się do bramki. Wówczas rudzielec o odstających uszach głośno się śmieje. Na przykład w 1939 roku podczas ligowego meczu Ruchu z Unionem-Touring Łódź aż dziesięciokrotnie ma okazję do śmiechu – tyle bramek potrafi strzelić w jednym spotkaniu.

1936 rok. Wilimowski umie cieszyć się z goli, potrafi też cieszyć się życiem. Lubi kobiety i alkohol, najbardziej likiery, choć twierdzi, że pije mało, bo ma słabą głowę. Po latach historyk sportu Andrzej Gowarzewski, jedyny polski dziennikarz, który spotykał się z Wilimowskim po skończeniu przez niego kariery, wytłumaczy mi jednak, że jowialność Eziego była tylko fasadą – w rzeczywistości był dobrym człowiekiem, który przez całe życie musiał borykać się z brakiem pewności siebie, nieśmiałością. Jego żarty były toporne: ot, brał czyjś rower i wrzucał go do basenu, chcąc zwrócić na siebie uwagę. Swobodny i radosny był tylko na boisku. Poza nim często cierpiał.

W czerwcu 1936 roku Ruch Chorzów pokonuje Wisłę Kraków, z którą walczy o mistrzostwo kraju. Następnego dnia ten sam Ruch (aktualny mistrz) przegrywa towarzyski mecz z Cracovią (grającą w niższej klasie rozgrywek) – 9 : 0. Dlaczego tak się stało? Po meczu z Wisłą chorzowscy piłkarze wypili tyle, że napastnik Ruchu Teodor Peterek przyznał, że podczas spotkania z Cracovią nie widział piłki, a Wilimowski – widział cztery.

Ludzie będą mówili, że to przez ten wybryk Ernest został zawieszony przez PZPN – kara zaś uniemożliwiła mu wyjazd na igrzyska w 1936 roku do hitlerowskiego Berlina. W rzeczywistości chodziło jednak najpewniej o konflikt między Ruchem a PZPN. Temu ostatniemu nie podoba się, że Ślązacy zdominowali piłkarską ligę: wygrywają ją w latach 1933, 1934, 1935, 1936, 1938, a w 1939 też pewnie by wygrali, ale wojna uniemożliwia dokończenie sezonu. Ezi staje się kozłem ofiarnym, na olimpiadę zabraniają pojechać tylko jemu. Traci w ten sposób jedyną w życiu szansę startu na igrzyskach. Polska kadra spisuje się na nich dobrze, zajmuje czwarte miejsce – z najważniejszym zawodnikiem w składzie byłaby spora szansa zająć nawet pierwsze.

Po jednym z meczów Ruchu Ezi, strzeliwszy sześć goli, mówi dziennikarzom: „Napiszcie, że tak gra alkoholik, niech to dotrze do Warszawy”.

Zbliża się mundial 1938 roku. Zabraknie na nim wielu drużyn: Hiszpanie pogrążeni są w wojnie domowej, Japończycy walczą w Mandżurii, Brytyjczycy przez większość międzywojnia bojkotują FIFA (Anglia zadebiutuje na mundialu dopiero w 1950 roku, Szkocja cztery lata później), Związek Radziecki nie uczestniczy jeszcze w międzynarodowej piłce, piłkarscy giganci Argentyna i Urugwaj boleśnie odczuwają skutki kryzysu gospodarczego lat trzydziestych i nie stać ich na dopłynięcie do Europy. Startują za to Niemcy, a Anschluss Austrii zapewnia im dopływ piłkarskiej krwi (w 1941 roku wiedeński Rapid zostanie nawet mistrzem Niemiec). Hitler zażądał, aby w reprezentacji wprowadzić parytet między zawodnikami niemieckimi i austriackimi: pięć do sześciu lub sześć do pięciu. Sam Führer nie jest kibicem piłkarskim, na meczu był tylko raz (w 1936 roku, Niemcy przegrały wtenczas z Norwegami 2 : 0, a zdenerwowany wódz wyszedł przed końcowym gwizdkiem).

W tym czasie fala autorytaryzmu i totalitaryzmu zalewa kontynent: w latach dwudziestych sprzyjał temu chaos polityczny, w trzydziestych również gospodarczy. Mecze piłkarskie przypominają wojny zastępcze, skrzą się od znaczeń, podtekstów. W 1934 roku to nie Niemcy grali z Polakami, to Führer grał z Marszałkiem, Hitler z Piłsudskim, nadludzie z podludźmi, Aryjczycy ze Słowianami. Podczas finału mundialu w tym samym roku to nie Włosi wygrali z Czechosłowakami, to Mussolini pokonał Masaryka, faszyzm demokrację. Świat zrozumiał, że coubertinowski idealizm i chęć oddzielenia sportu od polityki to mrzonki: mundial 1934 roku u Mussoliniego, olimpiada 1936 roku u Hitlera nie pozostawiały wątpliwości. Albo mecz z przedednia wybuchu II wojny światowej między Francją a Węgrami: to starcie obrońców porządku wersalskiego z jego największymi kontestatorami, walka zadowolonego z siebie mocarstwa z niewielką republiką, która po swoim niedawno utraconym imperium odczuwa bóle fantomowe, pojedynek demokracji z autorytaryzmem. I tak dalej, i tak dalej. Wszystkie największe imprezy piłkarskie od końca I wojny światowej do 1930 roku wygrywają ustroje demokratyczne; po 1930 roku – wyłącznie autorytarne.

Jest 17.30, 5 czerwca 1938 roku. Polska gra dziś z Brazylią o awans do najlepszej ósemki mistrzostw świata. Będzie to jeden z najbardziej dramatycznych meczów w dziejach polskiej piłki i najważniejszy mecz Wilimowskiego. Polska jest dobra, Brazylia jest bardzo dobra i dlatego tę pierwszą skazuje się na pożarcie. Bałkański prozaik Miljenko Jergović napisze, że grający tego dnia brazylijscy piłkarze nazywali się jak bohaterowie antycznych mitów: Leônidas, Batatais, Herkules. A Polacy? Zwyczajnie jakoś, Dytko, Piontek, Szczepaniak. Z takim nazwiskiem trudniej stać się legendą.
Mecz rozgrywany jest w Strasbourgu, bo ten akurat jest francuski, choć jeszcze dwadzieścia lat temu nazywał się Straßburg, a za dwa lata znowu wróci do niemieckiej nazwy, aby za kolejnych pięć porzucić ją ponownie na rzecz francuskiej. Akurat jest jednak francuski i dlatego odbywa się tutaj mecz trzeciego mundialu w dziejach, którego gospodarzem jest Francja. Szwedzki sędzia wybiega w typowym stroju arbitra z tych czasów: to elegancka biała koszula, marynarka i krótkie spodenki. Rozbrzmiewa pierwszy gwizdek.

„Przegląd Sportowy” napisze: „Start Brazylijczyków był tak mocny, że beznadziejny wydawał się wszelki wysiłek”.
I rzeczywiście: Leônidas, największa gwiazda Brazylii, szybko strzela pierwszą bramkę. Dzieje się to, co nieuniknione.
Kilka minut później na bramkę pędzi Wilimowski, mija Brazylijczyków: jednego synka, drugiego, trzeci powala Ernesta. Karny. Do piłki podchodzi poznański Niemiec Friedrich Egon Scherfke. Pięknie wygląda, wygląda, jakby miał strzelić. Będą wspominać (za historykiem Thomasem Urbanem): „Dla młodych graczy było zaszczytem rozbieganie jego nowych butów piłkarskich. Zazwyczaj w owym czasie sikano na skórę, by ją zmiękczyć. Ale nie Scherfke – on był zbyt kulturalny”. Friedrich, przez złośliwych zwany Frycem, trafia i mecz rozpoczyna się na nowo.

Polacy nie cieszą się jednak długo, bo Brazylijczycy szybko odpowiadają jedną, później drugą bramką.

3 : 1 – z takim rezultatem Polacy schodzą na przerwę, którą spędzą w narożniku boiska, wokół trenera Kałuży. Mówią między sobą, że tego meczu wygrać się nie da. Przed chwilą zaczęło kropić.

Druga połowa. Deszczyk szybko zmienia się w ulewę. Trener Kałuża drze się wniebogłosy. Brazylia zaczyna się gubić, deszcz nam pomaga, im szkodzi. Brazylijczykom odpadają od butów skórzane paski antypoślizgowe. Pół wieku później Wilimowski zdradzi Gowarzewskiemu, komu Polacy zawdzięczali swój łut szczęścia: „Spadały im te paski, próbowali naprawiać. Nam robił to dobry szewc. Górka z Katowic. Trzymały znakomicie…”.

W Polaków wstępuje nadzieja.

„Przegląd Sportowy”: „Już pierwsze odsłony drugiego aktu zwiastowały jakąś zmianę. Nagle ciągi polskie zaczęły się lepiej zazębiać, zaczęto wygrywać pojedynki i atak, kombinując krótko, przedostawał się dobrze do przodu. W 8 min Wilimowski stał się wreszcie sobą”.

Nadzieja przekłada się na gole: Ezi strzela na 2 : 3, po kilku minutach na 3 : 3. Mówi: „Wygramy, wygramy. Tylko dajcie suchą koszulkę”.

Na trybunie siedzi Sepp Herberger, trener niemieckiej reprezentacji. Przeciera oczy ze zdumienia. Przyszedł na mecz, żeby obserwować Brazylijczyków, a obserwuje radosnego Ernesta. Za cztery dni kibice obserwować będą z kolei smutnego Seppa, gdy Niemcy odpadną z mistrzostw.
„Przegląd Sportowy”: „Zaczynamy wierzyć, że przecież najtajniejsze sny się ziszczą, i w tym momencie złośliwy reżyser – los – płata nowego figla”.

Po strzale figlarza Perácio polski bramkarz Madejski nie opanowuje piłki (nie nosi rękawic, nosi za to czapkę): ta odbija się od poprzeczki, od jego pleców i wpada do bramki. Dwadzieścia minut do końca, 4 : 3 dla Brazylii, zegar tyka, Polacy, mimo dobrych akcji, nie potrafią strzelić gola. I nagle…
„Przegląd Sportowy”: „Piontek przypomniał sobie nareszcie, jak to idzie się na przebój, choćby trzeba było wypruć z siebie kiszki. Goni za piłką, mija dwóch przeciwników, jeszcze starczy siły na strzał… odbitka… Szerfke lekko muska piłkę… tłok pod bramką, znów piłka wraca w pole… pod nogi Wilimowskiego i… tu dosięga ją los. Jest znów 4 : 4! Do końca gry zostały tylko sekundy i jakieś ich ułamki”.
Rzesze Polaków przy radioodbiornikach wariują. Wariuje też siedemnastoletni Kazimierz Górski. Stoi pod szeroko otwartym oknem sąsiada, który akurat słucha audycji. Stoi na ulicy z innymi, dla których też zabrakło miejsca w środku. Górski będzie wspominał, że po golu Eziego na 4 : 4 musiał pomóc kibicującemu obok starszemu wiekiem panu, który zasłabł z emocji.

Gwizdek, koniec regulaminowego czasu gry, teraz trzydzieści minut dogrywki, mecz zaczyna się od początku. Ulewa słabnie.

„Przegląd Sportowy”: „W chwili, gdy wydawało się, że nic już nie przerwie normalnego biegu, że akcje potoczą się teraz spokojnym, równym łożyskiem, następował jakiś nieoczekiwany zakręt, a wraz z nim spadały kaskady przeżyć, które odbijały się echem wielkiej radości lub bolesnym rozczarowaniem”.

Leônidas strzela na 5 : 4, po chwili strzela raz jeszcze, robi się 6 : 4 dla Brazylii. Walka na całego. Gdy będzie po wszystkim, obrońca Gałecki, pokazując na siniaka na policzku, powie dziennikarzowi: „Niech pan patrzy, jak ci murzyni farbują”. „Murzyni” i Polacy muszą padać już z sił, miną jeszcze lata, zanim na mundialach pojawi się nowatorski przepis: możliwość zmieniania zawodników podczas meczu.

Sześciopalczasty Ernest przed samym końcem zdobywa jeszcze gola, ale na wyrównanie i na kolejne „kaskady przeżyć” nie starcza sekund. Sędzia gwiżdże po raz ostatni. Po meczu Leônidas ma stwierdzić: „Jeśli ktoś powie, że Polacy nie potrafią grać w piłkę – napluję mu w twarz”.
Nazajutrz w „Przeglądzie Sportowym” czytamy: „1725 kuponów ważnych nadesłano na nasz konkurs. Zasadniczego warunku, jakim było odgadnięcie rezultatu meczu Brazylia–Polska, nie spełnił nikt. Najbliższy prawdy był p. Jan Kochan z Poznania”.

Ostatni mecz z białym orłem na piersi Wilimowski rozgrywa w niedzielę 27 sierpnia 1939 roku. Hitler planował pokonywać Polskę już od wczoraj, ale ostatecznie przesunął początek wojny z soboty na piątek i dlatego Polska podejmuje dziś wicemistrzów świata, a od niedawna również swoich sąsiadów, Węgrów. Plotka głosi, że poprzedniego dnia Ezi leżał jeszcze pijany na stole bilardowym w katowickiej knajpie. Rano, wciąż podchmielony, wsiadł do pociągu jadącego do Warszawy, żeby jakoś dotrzeć na mecz z Węgrami.

Część trybun już w kolorze zieleni, to mundury. Ernest, choć nie wie, że dziś żegna się z polską reprezentacją na zawsze, dobrze się z nią żegna. Węgrzy szybko wychodzą na prowadzenie 2 : 0. Po jakimś czasie Polska nabiera jednak rozpędu, Ezi strzela pierwszego gola, potem drugiego, po faulu na Wilimowskim elegancki sędzia dyktuje karny i robi się 3 : 2 dla biało-czerwonych. Zwycięskiego gola na 4 : 2 Ernest strzela tak, jak lubi najbardziej: wymija wszystkich, czeka na linii bramkowej, śmieje się… Horror z happy endem: rzadkie w kinie, częste w meczach Wilimowskiego.
Polacy cieszą się ze zwycięstwa, ale nie spoczywają na laurach: kolejne spotkania rozegrać mają 3 września z Bułgarią i 6 września z Jugosławią.

Gdy w 1939 roku Niemcy nacierają na Polskę, Ernest jest akurat w szczytowej formie. Takich jak Wilimowski Niemcy nazywają Wasserpolacken – „rozwodnionymi Polakami”. Nie mają do nich nazistowskiego stosunku. Na początku września niemieckie wojsko wkracza do Katowic, które opuściło kilkanaście lat temu.

Dla Eziego nadchodzą lata trudnych wyborów. Dwa z nich zadecydują o tym, że na jego pogrzebie zabraknie wieńca PZPN. Wybory te oddalą również ów pogrzeb w czasie.
O pierwszym opowie Miljenko Jergović w powieści osadzonej w 1938 roku; napisze o Ślązakach: „Oni, wśród Polaków Niemcy, wśród Niemców Polacy […]. Kiedy znowu wybuchnie wojna i zmusi ich, by swoją podwójność albo potrójność zredukowali do niepodzielnej jedności, wybierając z rozsądku przynależność do tych, wśród których będą mieli większe szanse przeżycia, Górnoślązacy staną się albo zbrodniarzami, albo męczennikami, a potem wraz z końcem wojny znikną, jakby ich nigdy nie było i jakby tacy ludzie, Niemcy i Polacy zarazem, nie mogli na tym świecie istnieć”.
Wilimowski musi się więc zredukować. I podjąć pierwszy wybór: przeżyć tę wojnę jako Niemiec czy Polak? Bo najważniejsze to przeżyć, a Ślązakiem nie ma obecnie prawa być.

Ernest wypełnia volkslistę, bo na Górnym Śląsku volkslisty, wbrew późniejszym wyobrażeniom, się nie podpisuje. To kwestionariusz z pytaniami, na które odpowiadają osoby na wcielonych do Rzeszy terenach (wyznanie, język, krewni i tak dalej). Na podstawie odpowiedzi niemiecki urzędnik nadaje im jedną z kilku kategorii narodowościowych. Kwestionariusz wypełnia się powszechnie, za odmowę udzielenia odpowiedzi można trafić do aresztu, a nawet do obozu koncentracyjnego. Ernest Wilimowski staje się teraz Ernstem Willimowskim, jedna literka ubywa mu z imienia, jedna przybywa w nazwisku. Wypełnia volkslistę (po wojnie takich jak on propaganda nazwie „giętkimi narodowo”) i zaczyna grać w piłkę w niemieckich klubach. To zrobi wielu i tamtym będzie wybaczone. Ale on jest sześciopalczastym wirtuozem i dlatego to niejedyny dylemat, przed którym staje.
Podczas wojny część europejskich krajów kontynuuje rozgrywki ligowe jawnie, część podziemnie. Wiele ma też reprezentacje narodowe. Niemcy mierzą się podczas pierwszych trzech lat wojny z kilkunastoma drużynami: sojusznikami, satelitami, krajami neutralnymi, nawet z okupowaną Danią.

W 1941 roku Ezi otrzymuje z Berlina intratną ofertę – zgłasza się do niego niemiecki selekcjoner Sepp Herberger. Chce, żeby grał w reprezentacji III Rzeszy. Willimowski teraz musi zadecydować, czy choć jeszcze jakiś czas temu grywał z białym orłem na piersi, teraz zmieni go na czarnego. Może zostać gwiazdą Niemiec lub odmówić i nią nie zostać. Zgoda to większa szansa na przeżycie, odmowa to większa szansa na wyjazd na front. Na froncie są jego rówieśnicy, a on nie, bo gra w niemiecką piłkę. Na froncie się umiera, czasem zostaje się bohaterem, bywa, że jedno i drugie. Bohaterem Willimowski woli zostać dzięki ostrzałowi bramki, a nie radzieckich pozycji; woli służyć Rzeszy, strzelając bramki, niż mordując jej przeciwników.

Nie wiemy, co zdaniem Eziego będzie on reprezentował, jeśli zgodzi się być gwiazdą Hitlera: Niemcy weimarskie, republikańskie, kraj o bliskiej mu kulturze i języku czy III Rzeszę, która eksterminuje całe narody? Czy Willimowski zastanawia się wtedy nad tym, czym jest hitleryzm, czy słyszał o hitlerowskich zbrodniach? Ale jeśli zdaje sobie z nich sprawę, to czy nie tym większa musi być jego chęć uchronienia siebie i najbliższych? Gdy jego matka trafi do nazistowskiego obozu, jemu uda się ją wyciągnąć i uratować jej życie tylko dzięki swojej piłkarskiej pozycji. Niemiecki historyk Thomas Urban poda: „Nie wstąpił do NSDAP ani żadnej organizacji nazistowskiej. […] W przeciwieństwie do innych niemieckich reprezentantów kraju, Wilimowski nigdy publicznie nie wypowiadał się na temat reżimu Hitlera. Był bardzo ostrożny”. Jeśli mamy pretensje do Willimowskiego, że grał dla Hitlera, to czy grający dla Stalina bracia Starostinowie lub setki innych radzieckich sportowców budzą w nas równie dużą odrazę? Albo czy mamy pretensje – zdając sobie sprawę z innej skali problemu – do polskich piłkarzy, którzy brylowali na mistrzostwach świata 1982 roku, uwiarygadniając reżim, który niedawno wprowadził stan wojenny?

Ale niemieckość nie była nigdy Eziemu obca; była mu podobnie bliska – albo bliższa – jak polskość. Matka była Ślązaczką ducha niemieckiego, ojczym polskim patriotą; chodził do niemieckiej szkoły, potem polskiej; grał w niemieckim klubie, następnie w polskim. Niemieckość i polskość były jednak tylko didaskaliami jego śląskości i w tym tkwił niewidoczny dramat. Wiemy, że Ezi grałby w międzywojennej reprezentacji Niemiec, gdyby międzywojenne Katowice należały do Niemiec. Wiemy też, że niezbyt interesowała go polityka. Czy Willimowski miał obowiązek umierać bądź ryzykować życie za Polskę tylko dlatego, że gdy miał kilka lat, zmieniły się granice i Kattowitz zmieniło się w Katowice? Czy to jego wina, że w 1942 roku chciał zapewnić bezpieczeństwo sobie i swojej matce?
Jest rok 1942. Trwają walki o Stalingrad i trwa mecz III Rzeszy ze Szwajcarią. Teraz układ jest prosty: czym lepiej Ernst będzie kopał piłkę dla drużyny, która ma przetrwać tysiąc lat, tym większa szansa, że sam przetrwa ich jeszcze kilka. A kopie popisowo: blisko półtorej bramki na mecz.
Tego dnia Ślązak strzela słynącej z jednej z lepszych defensyw świata Szwajcarii cztery bramki – tyle, ile cztery lata wcześniej Brazylii. III Rzesza dzięki Willimowskiemu pokonuje Szwajcarów. W przyszłym miesiącu Ezi sięgnie po klubowy Puchar Niemiec i zostanie królem strzelców turnieju.
W tym czasie Willimowski po raz ostatni jest wielką gwiazdą. Wciąż śmieje się jak dawniej i kiwa rywali jak synków.

1954 rok. Mundial odbywa się w Szwajcarii, bo poza Szwajcarami nikt w zrujnowanej Europie nie kwapi się, aby organizować kosztowną imprezę. Córka Eziego, Sylvia Haarke, powie przeszło pół wieku później (cytat za Pawłem Czado): „Ojciec miał wtedy trzydzieści osiem lat. Jak na piłkarza nie był pierwszej młodości, ale nadal był świetnym zawodnikiem. Nadrabiał techniką i przebojowością. Był bardzo zawiedziony, że trener Sepp Herberger nie powołał go wtedy do reprezentacji Niemiec. Nie czuł się gorszy od innych. Bardzo długo przeżywał, że turniej w Szwajcarii musiał oglądać jako zwykły kibic”.

Willimowski nikomu nie jest na rękę. Polacy milczą na jego temat, bo podczas wojny podjął takie, a nie inne decyzje. Niemcom z RFN też jest nie w smak – tylko przypominałby swoim istnieniem o tym, o czym Niemcy chcieliby zapomnieć. Wszyscy wolą mieć święty spokój i zignorować istnienie genialnego piłkarza.

Ernst jest zły, rozczarowany, sfrustrowany. Tak, ma już przeszło trzydziestkę na karku, ale dalej kopie. Od lat gra w niemieckich klubach. Gra dobrze, choć jego gwiazda po wojnie nie zaświeciła już tak jasno jak przed wrześniem. Trochę dlatego, że na siłę chce się o nim zapomnieć, trochę dlatego, że pierwsze powojenne lata w zrujnowanych Niemczech to nie najlepszy czas dla futbolu (nie ma nawet ogólnokrajowej ligi: Bundesliga w RFN ruszy dopiero w 1963 roku). Mundial byłby dla niego pożegnaniem z wielką piłką, no i może odkułby się za ten trzydziesty ósmy. A jaki żal musi czuć po mistrzostwach w Szwajcarii, gdy Niemcy zdobywają pierwsze w dziejach złoto, a w finale nazwanym przez historyków Cudem w Bernie pokonują uznawaną przez niektórych za najlepszą drużynę wszech czasów reprezentację Węgier Ferenca Puskása.Willimowski od tego momentu wie już, że nigdy nie skonsumuje swojego talentu. Gdy wybuchła wojna, która uniemożliwiła rozwój jego kariery, miał dwadzieścia trzy lata. Co to są dwadzieścia trzy lata? Gdyby Boniek skończył w tym wieku wielką karierę, nigdy nie zdobyłby trzeciego miejsca na mundialu 1982 roku i nie zostałby gwiazdą Juventusu; Lato nie zostałby królem strzelców mundialu osiem lat wcześniej i również nie zdobyłby tam medalu; uznany przez PZPN za najlepszego piłkarza pierwszego półwiecza istnienia związku Gerard Cieślik, skończywszy karierę w wieku dwudziestu trzech lat, nie zdobyłby ani jednego mistrzostwa Polski i nie pokonałby w legendarnym meczu w 1957 roku 2 : 1 Związku Radzieckiego, strzelając obie bramki. Ezi ma powody do żalu. Gowarzewski powie później w reportażu radiowym Jak pijak grał w piłkę: „Ponad wszelką wątpliwość był najlepszym piłkarzem w historii polskiej piłki. Gdyby doszło do mistrzostw świata 1942 roku, niewykluczone, że nie mówilibyśmy dziś o Pelém, tylko o Wilimowskim”.
Gdy Ernst zawiesi buty na kołku, będzie się imał różnych zajęć: zostanie właścicielem restauracji, a nawet dozorcą w fabryce maszyn do szycia.

1974 rok. Mundial w Niemczech Zachodnich za pasem. Trenerem kadry jest Kazimierz Górski, a kadra niebawem odniesie największy sukces w dziejach polskiego futbolu. Ale teraz Górski odbiera dopiero klucze do hotelowego pokoju. Recepcjonista informuje go, że w barze czeka na niego jakiś człowiek. Trener nikogo się nie spodziewa, ale idzie do baru i spotyka starszego mężczyznę. Rozmowę z nim opisze w książce Pół wieku z piłką.

„– Wilimowski jestem, nie wiem tylko, czy pan ze mną pomówi, nie odpędzi – wyrażanie myśli nie szło mu najlepiej, akcent miał twardy, obco brzmiący.

– Ja nie mam w zwyczaju nikogo odpędzać, czym mogę panu służyć?

– Wie pan, kim jestem?

– Tak, widywałem pana przed wojną na meczach – zastanawiałem się, czy mu nie powiedzieć, jak wysoko ceniłem sobie jego grę, ale powstrzymałem się, czekając na to, co mi sam ma do powiedzenia.

[Młody Górski był fanem Wilimowskiego, potrafił jeździć ze Lwowa do Chorzowa tylko po to, aby zobaczyć, jak gra].

– Bo tak źle o mnie mówili i pisali u was, to nie tak było, ja nic złego nie zrobiłem.

– Dlaczego mnie pan to mówi? […]

– Nie wierzą mi, a pan były piłkarz oraz wielki trener… Zrozumie mnie.

– Ja się zajmuję sportem, mam przed sobą ważne zadanie, udział w mistrzostwach świata drużyny, którą kieruję, nie potrafię panu pomóc.

– Rozumiem, życzę panu powodzenia.

– Panie Wilimowski, jeśli pan nic złego nie zrobił, jak mi pan mówi, dlaczego pan nie wrócił do kraju, może nie od razu, na fali emocji, ale potem, i spróbował się wytłumaczyć, oczyścić z zarzutów?

– Bałem się – w tym momencie zjawił się recepcjonista, prosząc mnie do telefonu. Kiedy skończyłem rozmowę, wręczył mi złożoną w czworo kartkę papieru, na której skreślono kilka słów po niemiecku: – »Chciałem pana poznać, o panu teraz głośno, niech się powiedzie polskiej drużynie, proszę mnie źle nie wspominać. E. W.«”.

Zbigniew Rokita
Królowie strzelców
Piłka w cieniu imperium 

sobota, 15 sierpnia 2026

„Rządzący podżegacze” podsycają rusofobię i popychają Niemcy w stronę wojny w sposób sprzeczny z konstytucją


„Rządzący podżegacze zagrażają pokojowi, osłabiają życie kulturalne i rujnują państwo opiekuńcze”. Tak Friedhelm Klinkhammer i Volker Bräutigam, byli pracownicy nadawcy publicznego, a obecnie jego najzagorzalsi krytycy, podsumowują swój nowy, elokwentny artykuł. Ci, którzy uważają ich sformułowania za zbyt prowokacyjne i dosadne, powinni bez wahania zapoznać się z drobiazgowymi dowodami potwierdzającymi ich szeroko rozpowszechnione oskarżenia. Kończą prostą mądrością: „Najlepszą obroną jest zdobycie PRZYJACIÓŁ!”. Poniżej zamieszczamy artykuł z „Permanent Public Conference”. (hl) 


JUTRO PRZYJDĄ ROSJANIE, WSZYSCY ZGINIEMY!
Autorzy: Friedhelm Klinkhammer i Volker Bräutigam
Rusofobia, rusofobia. Dokładnie tak to wygląda, gdy niemiecki minister (nasz podżegacz wojenny Pistorius) woli przygotowywać się do wojny z Rosją, zamiast ściśle przestrzegać polityki obronnej, która ma chronić pokój, zgodnie z Ustawą Zasadniczą. Ze słów i czynów prezydenta Putina należy wyciągnąć wniosek:  „Istnieje zagrożenie, które może się zmaterializować od 2029 roku ”. Naprawdę? ARD Tagesschau, biegły w sztuce kształtowania opinii publicznej, poszedł jeszcze dalej: według „ustaleń” wywiadu może to nastąpić już w 2028 roku . Jednak ten rządowy organ celowo pominął fakt, że Rosja oferuje kompleksową gwarancję nieagresji.

Minister spraw zagranicznych Ławrow: „ Wielokrotnie powtarzaliśmy, że nie mieliśmy i nie zamierzamy atakować żadnego z obecnych członków NATO ani UE. Jesteśmy gotowi uwzględnić to stanowisko w przyszłych gwarancjach bezpieczeństwa dla tej części Eurazji ”. Rząd niemiecki, jak wiadomo, odrzucił tę propozycję, nawet jej nie rozważając. Nasz żałosny berliński reżim nie rozmawia z Rosjanami.

„ Naród niemiecki, inspirowany wolą służenia pokojowi na świecie jako równoprawny członek zjednoczonej Europy … Naród niemiecki uznaje zatem nienaruszalne i niezbywalne prawa człowieka za fundament każdej ludzkiej wspólnoty, pokoju i sprawiedliwości na świecie ” . Jakże pocieszające są te wzniosłe słowa w naszej Ustawie Zasadniczej! Tyle że naród niemiecki nie stał się równoprawnym członkiem „zjednoczonej Europy”, lecz pozostał (od 1990 roku) pod butem Waszyngtonu. Kiedy Donald Trump patrzy gniewnym wzrokiem, kanclerz Merz płaszczy się przed nim i posłusznie podaje mu łapę . A następnie wykonuje rozkazy transatlantyckiego przemysłu zbrojeniowego.

Były analityk CIA Larry C. Johnson: „Merz, Pistorius, a właściwie wszyscy europejscy podżegacze wojenni, absurdalnie twierdząc, że Rosja chce podbić i okupować Europę, wywołują masową histerię. Dlaczego? Europie nie zostało już nic, czego Rosja potrzebuje ani chce ” .

Nie wiemy, czy zwykli Niemcy są „ inspirowani wolą pokoju ”. W końcu ich wola tradycyjnie nie jest nawet poważnie poszukiwana. Niezaprzeczalne jest jednak to, że elity rządzące zrzuciły swoje starzejące się maski pokoju i ponownie zachowują się jak podżegacze wojenni, pogardliwi lobbyści zbrojeniowi, kłamcy, bezwstydni propagandziści i bezwzględni orędownicy cięć socjalnych.

Te kręgi potrafią uniemożliwić dosłowne przestrzeganie woli ludu (jeśli w ogóle się ujawni). Formy demokracji bezpośredniej są dla nich anatemą. Dlatego referenda – „Wszelka władza państwowa pochodzi od ludu. Jest sprawowana przez lud w wyborach i referendach [???]  …” – pozostają jedynie opcją konstytucyjną. Papier jest cierpliwy, jak wiemy.

Szczyt bezwzględności

Nasi podżegacze wojenni biorą obecnie udział w eksterminacji całego pokolenia młodych mężczyzn na ukraińskich polach bitew – bezlitośnie, bez skrupułów, ale rzekomo w obronie (zachodnio)europejskiej wolności i demokracji. Przy wsparciu Komisji Europejskiej pod przewodnictwem von der Leyen i rządu Merza, sprawnym mężczyznom kategorycznie odmawia się prawa do opuszczenia Ukrainy w poszukiwaniu „zachodniej wolności” , ponieważ szalejącemu pronazistowskiemu władcy w Kijowie (Zełenski: „ Pokonamy ich wszystkich … Chwała Ukrainie! ”) brakuje żołnierzy na froncie.

Rządząca chadecja odmawia teraz nawet pełnosprawnym Ukraińcom statusu ochrony prawnej w Niemczech, odsyłając ich z powrotem w wir wojny ukraińsko-rosyjskiej. Merz: „ Ukraina broni nie tylko swojej wolności, ale także naszej wolności ”. Absolutnie, aż do śmierci! Do ostatniej chwili. Aby skorumpowany przywódca w Kijowie mógł kontynuować tę morderczą wojnę, nasz „ pokojowy ” reżim już w tym roku przekupił go (kolejnymi) 11,8 miliarda euro w formie „pomocy wojskowej ” .

Polityka naszego rządu, przygotowująca do wojny, byłaby niemożliwa do utrzymania na dłuższą metę, gdyby sprzeciwiała się jej opinia publiczna. Pozbawiona solidnych uzasadnień, wypełnia pustkę dezinformacją, sianiem strachu i nienawistną propagandą. Temu celowi służą państwowe media.

Jaki jest cel tego wszystkiego? Przestraszeni obywatele są łatwiej obciążani nowymi podatkami i pozbawiani świadczeń socjalnych. Wymuszone pieniądze są wpychane przemysłowi zbrojeniowemu i jego lobby podżegającemu do wojny. Społeczeństwo to akceptuje. Rzekomo niezbędne wydatki „obronne” – w tym roku przekraczające budżet o 124,7 miliarda euro – są ostatecznie jedynie abstrakcyjną, niewyobrażalną sumą pieniędzy dla przeciętnego obywatela. A ci, którzy muszą korzystać z banków żywności, bo nie stać ich nawet na zakupy spożywcze w Aldi czy Penny, mają gdzieś nasz 2,5 biliona euro długu publicznego – tak samo jak nie przejmują się kłamstwami antyrosyjskimi.

Nasi nazistowscy przodkowie doprowadzili imperialistyczną rusofobię cesarza Wilhelma II do skrajności. Minister propagandy Goebbels wygłosił pełną nienawiści tyradę: „ W naszej walce z bolszewizmem nie jesteśmy już sami. Aby skutecznie z nim walczyć, konieczna jest jedność wszystkich zdrowych sił. Bolszewizm jest zasadniczo zainteresowany sianiem wojny i zamętu… Walka z bolszewizmem to nie tylko walka o zachowanie kultury w naszym kraju, ale walka o pokój na świecie ”. Nienawiść do bolszewików nabrała również wymiaru rasistowskiego: „ Słowiańscy podludzie” to niemiecki neologizm.

[Obawa przed bolszewizmem była jak najbardziej słuszna, Goebels wcale taki głupi nie był, i Niemcy mogli stać się prawdziwymi obrońcami Europy. A w świetle obecnej sytuacji idea obrony rasy, jak to widzimy, zdecydowanie chwalebna. Tyle że biała rasa to także Słowianie i Hitler miał szansę na pokonanie Żydów, bo to oni stali za marionetkami w Wielkiej Brytanii i USA, gdyby nie jego własna głupota, gdyż nie był on obrońcą Białego Człowieka a zwykłym niemieckim szowinistą. Po wkroczeniu do sowieckiej Rosji w początkowej fazie armia niemicka była traktowana jako przynosząca wolność. Całe armie radzieckie poddawały się bez walki, gotowe stanąć nie tyle po stronie Niemiec co przeciwko żydowskiemu okupantowi. Hitler odmówił ich użycia a jego polityka na zajętych terenach szybko przekonała miejscowych że dżuma zastąpiła cholerę. Oczywiście już wcześniej prowadzono tę samą politykę w Polsce, choć akurat za wybuch wojny "polskie władze" były rownież odpowiedzialne. Cudzysłów, bo choć etniczne, w odróżnieniu od obecnych rządzących może i byli Polakami, ale dążenie do konfrontacji z Niemcami miało tyle sensu co Powstanie Warszawskie. W polityce trzeba być pragmatycznym. Gołota, czy Tyson może i nie są zbyt miłymi gośćmi, ale jak się waży sześćdziesiąt kilo to się nie idze z nimi na wymianę ciosów, ale stara się dogadać. W tym wypadku polityka Polski w latach trzydziestych bardzo niemile przypomina jej obecną politykę wobec Rosji. Różnica taka że wtedy rządzili polską głupcy albo zdrajcy, obecnie już tylko obca agentura. Jeżeli gdzieś u szczytu władzy jest jakiś polak, to po prostu zwykły figurant, a i tak dla pewności ma żydowską żonę. VB]

Nazistowskie Niemcy rzeczywiście zostały pokonane przez Związek Radziecki (przy wsparciu zachodnich aliantów). Jednak niemiecka rusofobia i nieznośnie aroganckie poczucie wyższości przetrwały. Zaledwie siedem lat po zakończeniu wojny Konrad Adenauer, pierwszy kanclerz Republiki Federalnej Niemiec, uciekł się do moralizatorskiego porównania, które relatywizowało potworne zbrodnie nazistowskie: „Związek Radziecki jest państwem znacznie większym, znacznie potężniejszym i znacznie bardziej totalitarnym niż nazistowskie Niemcy ” .

A jak jest dzisiaj? W 2018 roku zaledwie 28 procent respondentów odpowiedziało twierdząco na pytanie, czy rosyjska polityka zagraniczna i bezpieczeństwa zagraża Niemcom. Do 2024 roku odsetek ten wzrósł do 66 procent. To tak, jakby prezydent Rosji Putin w listopadzie 2021 roku praktycznie nie błagał o zaprzestanie groźnych wpływów NATO na Ukrainę i o porozumienie w sprawie paneuropejskiej koncepcji bezpieczeństwa.

Niemiecka nienawiść do wyzwolicieli
Badania potwierdzają niezmiennie antyrosyjskie nastawienie społeczeństwa niemieckiego do wyzwolicieli spod narodowego socjalizmu. [Akurat Niemcy pod rządami narodowego socjalizmu źle nie mieli, i pisanie o wyzwoleniu jest grubą przesadą. Z drugiej strony nie można mówić że bolszewicka armia jeszcze nigdy nigdzie nikogo nie wyzwoliła. W porównaniu z tym co się działo w Generalnej Guberni, zamordyzm czasów stalinowskich w Polsce był sielanką (dla społeczeństwa, ci co byli przeznaczeni do odstrzału, pewnie żadnego wyzwolenia nie zauważyli)VB]

Nic dziwnego, skoro nasze elity polityczne nieustannie podnoszą swoje rusofobiczne doktryny do rangi dogmatów. Od 24 lutego 2022 roku, kiedy Putin dał się sprowokować do wojny na Ukrainie z powodu ich agresywnej i wywrotowej polityki, z radością powtarzają swój codzienny refren o „zagrożeniu dla naszej wolności”. I udało im się to, ponieważ wszystkie informacje i fakty dotyczące przyczyn wojny, stworzone przez USA, NATO, UE, a zwłaszcza Niemcy, zostały zatarte i zapomniane.

Presja na Ukrainę , by przystąpiła do NATO i UE. 5 miliardów dolarów Nuland na przygotowanie zamachu stanu na Majdanie, posunięcia okrzykniętego „Pieprzyć UE”. Oszukańcze porozumienie Steinmeiera z prezydentem Janukowyczem, który został odsunięty od władzy następnego dnia. Równie podstępne porozumienie Merkel z Mińska II, które nie miało na celu zaprowadzenia pokoju, lecz danie Kijowowi czasu na zbrojenia i przygotowania do wojny. Określenie „ rosyjska wojna agresywna z naruszeniem prawa międzynarodowego ” skutecznie pogrzebało i zapieczętowało tło, obiektywne przyczyny i całą prawdę o wojnie na Ukrainie pod betonowym sarkofagiem – takim jak ten w Czarnobylu. To zapobiegło niebezpieczeństwu , że nasi przywódcy zostaną zdemaskowani jako podżegający do wojny oszuści polityczni.

Rusofobia naszych przywódców politycznych stała się powszechna i normatywna we wszystkich dziedzinach życia społecznego: w wojsku, biznesie, sporcie i instytucjach kulturalnych. Rusofobia jako element polityki państwa: przesadna, bezwzględna, a nawet karalna . Każdy, kto sprzeciwia się temu historycznemu rewizjonizmowi i głośno deklaruje świadomość historyczną i rzetelność faktów, podlega karze.

Przykłady rusofobii i pogardy dla ludzkości przekazane przez naszych czołowych przedstawicieli wybranych w wyborach:

Minister spraw zagranicznych Wadephul: „ Rosja zawsze pozostanie dla nas wrogiem ”. (W rozmowie telefonicznej, którą rzekomo odbył z bliskimi współpracownikami prezydenta Ukrainy; w rzeczywistości padł ofiarą rosyjskich telefonicznych żartownisiów).

Kanclerz Merz: „ Jesteśmy obecnie świadkami głębokiego barbarzyństwa tego kraju (Rosji) . To się nie zmieni w dającej się przewidzieć przyszłości i musimy to zaakceptować ”. A ponieważ Putin rzekomo zaatakuje inne kraje po zwycięstwie nad Ukrainą: „ Będziemy musieli się ponownie bronić ” . Świadomie lub nieświadomie, Merz powtarza w ten sposób hitlerowską propagandę, że niemiecka wojna na wyniszczenie przeciwko Związkowi Radzieckiemu była uzasadniana jako „wojna prewencyjna” (obrona wyprzedzająca). [ To nie żadna propaganda, Stalin miał chrapkę na całą Europę i z pewnością, gdyby z czasem sytuacja na froncie Zachodnim się dla Niemców pogorszyła, w odpowiednim momencie by zaatakował. Putin, nie niesprowokowany tego nie zrobi, bo i po co? A bolszewizmem w samej swej doktrynie zakladał przejęcie władzy nad całym światem VB]. Jednak Rosja, a raczej Związek Radziecki, nigdy nie zaatakował Niemiec. Merz kultywuje ograniczony pogląd na wroga. To uniemożliwia mu wyciągnięcie właściwych wniosków z niszczycielskiej historii Niemiec i odpowiednie ukształtowanie swojej polityki w celu promowania pokoju.

Kolarze z Eastland w nastroju odjazdowym
Złośliwa retoryka Merza jest znakiem, że niemiecka burżuazja nigdy nie pogodziła się z porażką zadaną przez „barbarzyńców” ze Wschodu – i że wciąż żywi myśli odwetowe. [Niemcy są kontrolowani przez Żydów, co sobie myśli jakaś marionetka nie ma znaczenia, albo inaczej, gdyby Żydom niepodbało się co myśli, nie była by zatrudniona w roli figura figuranta VB]

Oczywiście, rządzący establishment polityczny stara się zachować pozory, podkreślając, że jego pełne nienawiści tyrady skierowane są wyłącznie przeciwko „przestępczemu” rządowi rosyjskiemu, a nie przeciwko narodowi rosyjskiemu. Ta bezsensowna deklaracja ma również złowrogą historię. Na przykład: w dniu ataku na Związek Radziecki, 22 czerwca 1941 roku, Adolf Hitler wygłosił w Radiu Rzeszy następujący wywód: „ Naród niemiecki nigdy nie żywił wrogich uczuć wobec narodów Rosji. To nie Niemcy próbowały narzucić Rosji swój narodowosocjalistyczny światopogląd, ale żydowsko-bolszewiccy władcy w Moskwie, którzy bezlitośnie próbowali narzucić swoją władzę naszym i innym krajom europejskim … ”.

Skutek tych niekontrolowanych „wrogich uczuć wobec narodu rosyjskiego” jest dobrze znany: 27 milionów zamordowanych obywateli radzieckich. Co ósmy mieszkaniec zginął w wojnie. (W Niemczech, gdzie zginęło 6,3 miliona ludzi, co jedenasty zginął w wojnie).

Niemiecka polityka „tylko” przeciwko Kremlowi, a nie przeciwko narodowi rosyjskiemu? Czysta hipokryzja, ponieważ sankcje gospodarcze („ zrujnowanie Rosji ”) służą do nękania ludności, zmuszając ją do odsunięcia rządu i zaakceptowania posłusznych następców, akceptowalnych dla Zachodu. Ten sam cel przyświecał brukselskiej Ursuli von der Leyen i jej berlińskiemu kolesiowi Merzowi, którzy planowali ukraść 300 miliardów euro zamrożonych rosyjskich aktywów państwowych, które ostatecznie należą nie do Putina, a do narodu rosyjskiego. Co więcej, pośrednie zaangażowanie w wojnę po stronie Ukrainy nie dotyczy Putina, ale znacznej części społeczeństwa. Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że Niemcy dostarczają śmiercionośną broń na masową skalę.

Dokładne słowa Merza: „ Rosja jest krajem głęboko europejskim pod względem kulturowym, literackim i muzycznym, ukształtowanym przez kulturę europejską ” . O rany, cóż za przełomowe odkrycie! Pochwała kanclerza oczywiście idealnie wpisuje się w nowe podejście do rosyjskiej kultury i postaci kulturalnych.

Gwiazdorski dyrygent Walerij Giergijew został zwolniony ze stanowiska głównego dyrygenta Monachijskiej Filharmonii, ponieważ nie zdystansował się od wojny z Ukrainą, mimo że był o to proszony.

Znana śpiewaczka operowa Anna Netrebko, z powodu podobnych szykan, w ogóle nie występuje za granicą.
Rosja została wybrana przez kilka festiwali filmowych (np. w Wenecji) i Konkurs Piosenki Eurowizji. Instytucje kulturalne – takie jak Biennale w Wenecji – które odważą się zaprosić rosyjskich artystów, są wykluczane i pozbawiane obiecanego finansowania.

Skutki systematycznie promowanej rusofobii są widoczne również na rynku książki. Literatura rosyjska wyszła z mody. Rynek się załamał.

Rusofobiczna polityka miała podobny wpływ na sport. Rosjanom zakazano udziału w niemal wszystkich zawodach sportowych. Czasami dopuszczano wyjątki, ale tylko pod warunkiem, że uczestnicy powstrzymają się od eksponowania rosyjskiej flagi i odśpiewania hymnu narodowego.

Kiedy Międzynarodowy Komitet Paraolimpijski (IPC) poparł udział rosyjskich i białoruskich sportowców w igrzyskach olimpijskich w 2022 roku, niemieccy działacze sportowi, w szczególności, zagrozili bojkotem. Komitet następnie zmienił swoją decyzję i wykluczył Rosjan . Kiedy federacje wchodzące w skład Międzynarodowego Komitetu Paraolimpijskiego zniosły w tym roku zakazy po głosowaniu większością głosów w swoich organach (w tym zakaz rosyjskiej flagi i hymnu narodowego), niemiecka federacja zdecydowała się zbojkotować ceremonię otwarcia igrzysk paraolimpijskich. Oczywiście, niemiecki obserwator polityczny, minister stanu ds. sportu Schenderlein (CDU), reprezentujący kanclerz Merz, również zbojkotował ceremonię otwarcia.

Główne federacje sportowe uznały absurdalność tej polityki sankcji, która ich zdaniem jest wymierzona wyłącznie w rząd Putina. Zniosły zakazy.

Konsekwencje rusofobii

Oficjalna rusofobia rządu ma konsekwencje dla nas wszystkich. Rząd dyktuje nawet, z których rosyjskich mediów nie wolno nam korzystać. Nasi cenzorzy pozostają niewzruszeni napomnieniem Thomasa Jeffersona: „Tylko kłamstwa potrzebują wsparcia władzy państwowej. Prawda obroni się sama ” . Tymczasowo zabrania się nam eksponowania flag radzieckich na pomnikach wojennych w Berlinie, upamiętniających poległych radzieckich wyzwolicieli. Oficjalnym przedstawicielom Rosji zabrania się nawet udziału w uroczystościach wyzwolenia w byłych obozach koncentracyjnych (Buchenwald, Sachsenhausen itp.). W maju administracja Miejsca Pamięci Obozu Koncentracyjnego Dachau nakazała wycięcie wstążek w rosyjskich i białoruskich barwach narodowych z wieńców, dzień po nabożeństwie żałobnym z udziałem ambasadora Rosji i konsula generalnego Białorusi . Podłe, haniebne…

Niepokojące konsekwencje antyrosyjskiego nastawienia: 88% Niemców z Zachodu i 77% Niemców z NRD postrzega obecnie Rosję jako zagrożenie dla bezpieczeństwa globalnego. A jak Rosjanie postrzegają nas, Niemców? Wcześniej ponad 80% Rosjan postrzegało nas pozytywnie. Jeszcze w 2010 roku prawie żaden Rosjanin nie uważał Niemiec za niebezpieczne. Dziś większość Rosjan (55%) postrzega Niemcy jako swojego głównego wroga .

Nasi czołowi truciciele, Merz i Pistorius, jeszcze bardziej zwiększą ten udział. Położyli już podwaliny pod kolejną wojnę z Rosją, którą, zgodnie z prawem historii, ponownie przegramy. Ta berlińska agresja na mocarstwo atomowe, Rosję, to absurd! Ale przecież jest tyle pięknych miliardów do roztrwonienia na zbrojenia…

I ta hołota kontynuuje swoją tyradę. Merz: „Wojna [na Ukrainie] skończy się dopiero wtedy, gdy Rosja będzie wyczerpana, przynajmniej gospodarczo, jeśli nie militarnie, i właśnie do tego zmierzamy ”. „Będziemy nadal pomagać Ukrainie… Środki dyplomatyczne zostały wyczerpane ” . To rodzaj tyrady kanclerza, który nigdy nie rozmawiał z Putinem i uparcie odmawia jakiegokolwiek kontaktu z nim.

Analityk CIA Larry C. Johnson, cytowany na początku, powiedział o naszym kanclerzu: „ Znowu to samo – mały chłopiec z 21% poparciem doprowadza Niemcy do ruiny. To pokazuje, że ten intelektualny karzeł w wysokim ciele uważa się za nowego przywódcę, ponieważ prawdziwy przywódca nie przejmuje się poparciem ” .

My, Niemcy, nie mamy wrogów zewnętrznych, tylko wewnętrznych. Można ich wymienić: bogatych arystokratów, producentów broni i podżegających do wojny polityków, takich jak Merz, Pistorius i ich kolesi. Do tego dochodzą kontrolowane przez rząd media masowe, które dogłębnie ogłupiają całe społeczeństwo – w połączeniu z uporczywie niedostatecznym systemem edukacji.

[ A jakiej nacji są właściciele tych mediów, bo rząd przedwojenny w Polsce może i był polski, ale mam poważne wątpliwości czy prasa, która podsycała w Polakach ducha bojowego, była w polskich rękach. W sumie to raczej nie wątpię że należała do jakiegoś Blumsteina, czy Rozencwajga, ale nie chce mi się sprawdzać VB]



O, drodzy dobrzy ludzie: Najlepszą obroną jest zdobycie PRZYJACIÓŁ!

—————————

Source:
publikumsconference.de/morgen-kommen-der-russe-wir-muessen-alle-denken

fassadenkratzer/regierende-bedrohungslugner-schuren-russophobie-und-treiben-grundgesetzfern-zum-krieg

https://dakowski.pl/

Żyjemy w naszych dzieciach, ale cóż to za życie, jeśli syn będzie bandytą, a córka kurwą? - o Himmlerze i nie tylko o nim

 — Pana współpracownik opowiadał mi o pana zasługach, że pana ówczesny zastępca był pół-Żydem, że pewne pismo żydowskie nazwało pana „białym krukiem w czarnym mundurze” i że jako ekspert Reichsführera Himmlera zaopiniował pan, że partyzantów norweskich w mundurach alianckich należy traktować jako żołnierzy, i że to ocaliło wiele istnień ludzkich. Panie profesorze, ta ekspertyza była przede wszystkim dobra dla Trzeciej Rzeszy, ponieważ łagodziła jeden ze zbrodniczych absurdów, który tylko wzmagał opór i przyśpieszał waszą klęskę. Ale jakiż pan stawiał warunek: mundury! Wyobraźmy sobie partyzantów norweskich chodzących przed gmachem Gestapo w Oslo w mundurach angielskich… Ale ja przyjechałem w sprawie najstraszliwszej broni, jaką kiedykolwiek wymyślono, groźniejszej niż bomba atomowa, i mimo pozorów, okrutniejszej. Myślę o masowej sterylizacji. Byłoby to zabicie wszystkich pokoleń w przyszłości, wszystkich, którzy mogliby się kiedykolwiek narodzić, starcie całych narodów. Streszczę panu dokument, który znam. W jednym z niemieckich pism medycznych w roku 1941 zostały opublikowane rezultaty badań niejakiego doktora M. nad sokiem tropikalnej rośliny Caladium seguinum. Powoduje on zupełną bezpłodność. Artykuł ten znalazł późniejszy oskarżony w jednym z procesów norymberskich doktor Pokorny. Uznał ją za „nową, skuteczną broń”. „Wróg musi być nie tylko pokonany, ale i zniszczony” — napisał do pana. Chcąc bowiem uruchomić sterylizację narodów Wschodu, zwrócił się do pana jako do najpewniejszego kanału, żeby ominąć drogę służbową i dotrzeć natychmiast, bezpośrednio do Heinricha Himmlera.


Gdy to mówię, spostrzegam, że profesor doktor Hoehn najpierw zaczyna lekko podrygiwać, potem twarz mu się rozjaśnia, jeszcze chwila i wybucha radosnym, wesołym śmiechem.

— Cha, cha — zaśmiewa się profesor Hoehn — pan wie, że ten Pokorny, co pisał ten list, to wariat? Gdyby pan go widział! To była mała gnida! To nie był człowiek, a mała kiełbaska! Później dowiedziono, że to był typ nienormalny.

— Na tle współczesnej polityki to właśnie było normalne. Najlepszy dowód, że przekazał pan pismo Himmlerowi.

— Nic z tym nie miałem wspólnego. To przyszło do mojego sekretariatu, oni to odesłali bez mojej wiedzy. Będzie wielką dewaluacją pana książki, jeśli pan potraktuje to poważnie. Za wielki zaszczyt, jak Pokorny zobaczy z nieba, że z małej kiełbaski robi pan wielką szynkę.

— Interesujące jest, że to pana tak śmieszy.

— Jakiś malutki lekarzyna prowincjonalny, zielarz, snuje jakieś wariackie brednie. Zwariowany bezsens. Teraz też tacy istnieją.

— Ma pan rację — odpowiadam — doktor M. obecnie jest najsłynniejszym homeopatą Niemiec Zachodnich i ma jedną z najpotężniejszych firm farmaceutycznych. W tym nie ma nic śmiesznego, że były one rozważane z całą powagą, jak inne bronie biologiczne.

Profesor Hoehn poważnieje:

— Ile pan ma lat? — pyta mnie.

— Czterdzieści trzy — odpowiadam.

— To okropne, ludzie, którzy dziś o tych sprawach piszą, nie są w stanie znać różnych związków, faktów.

— O czym pan mówi w tej chwili?

— Z początku, gdy przyszedł führer, była pewna koncepcja. Trzeba by badać, co było zaplanowane wtedy, i co postanowiono potem, kiedy zdecydowano się prowadzić wojnę z Francją i Rosją. Kiedy patrzy się z odległości na przeszłość, wtłacza się wszystkie okresy w jeden schemat.
Włącza się pan Schuetze:

— Miałem awantury z ojcem, w młodości nie mogłem mu wybaczyć, że w tym uczestniczył. On mi odpowiedział: „Ty nie rozumiesz, to były takie czasy”.

— Był pan współpracownikiem i przyjacielem Heinricha Himmlera — zwracam się do Hoehna.

— Znajomość trwała do pewnego czasu, potem się skończyła. To był dziwny, komiczny człowiek. On miał… (Hoehn przerywa, brak mu słów) …on był… (Znów nie może sformułować myśli i scharakteryzować Himmlera). Jeśli siedziało się naprzeciw niego… (robi gest w moim kierunku, siedzę bowiem naprzeciw Hoehna) …miało się wrażenie, że jest skromnym, poważnym nauczycielem. Był oczytany. Dużo czytał. To pierwsze wrażenie. Ale kiedy się zaczynało z nim rozmawiać naprawdę, jego widzenie nie było głębokie. Przytoczę panu jedną z naszych rozmów, którą zapamiętałem szczególnie. Himmler pyta mnie, dlaczego nie wystąpię z Kościoła, ja zarzucam mu, że i on jest fideistą, bo po cóż mówi nad grobem towarzysza, że „on patrzy na nas z nieba”, na co on zasępia się i mówi: „Tak, my jesteśmy ciągle niedoskonali. Jeśli istnieje nieśmiertelność, to tylko ta, że żyjemy w naszych dzieciach”. Odpowiadam mu: „Cóż to za życie, jeśli syn będzie bandytą, a córka kurwą?”. Himmler nie wiedział nic o religiach świata, nie orientował się, skąd pochodzi jego własny pogląd o „życiu w dzieciach”. Kieruję rozmowę na buddyzm, na zen. Himmler był uważnym słuchaczem. Zwracam mu uwagę, że skoro jest świadomym zaryjszczonym Aryjczykiem, powinien znać Bhagawatgitę, pomnik kultury aryjskiej. Himmler przyznaje się, że nie zna. Telefonuję do księgarni i każę wysłać; wysłali. Po pewnym czasie wraca w naszej rozmowie temat religii. Pytam, czy przeczytał te książki. „Tak — zapala się Himmler — ten buddyzm, wisznaizm, to niezwykła sprawa. Czy tego nie można wprowadzić jako religię dla SS?”. Osłupiałem: „Chciałby pan w Kancelarii Rzeszy stać w mundurze SS z miseczką na ryż i prosić o grosze?”. Himmler się nie obraził. Mówię więc: „Jakąś wielką karmę musiał pan wziąć na siebie jako Reichsführer- -SS”. Na to Himmler: „Jeden musi wziąć tę karmę i ja to właśnie zrobiłem”. Jego mania spirytualistyczna, duchowa, splatała się z manią militarystyczną. Cierpiał, okropnie cierpiał, że tak mało germańsko wyglądał. To nie były żarty, to było cierpienie, które przeradzało się w to, że czuł niższość wobec byle żołnierza, i dlatego wszystko robił tak skrajnie. Wierzył, że w ciągu trzech generacji wyhoduje rasę blondynów z niebieskimi oczyma. Gdyby spojrzał na pana, zaraz pan by odczuł, że myśli, co i kiedy dałoby się wyhodować z pana…
Hoehn przygląda mi się badawczo.

— Pana oceniłby nienajgorzej, że może już w drugim pokoleniu… Raz mówi do mnie: „Musimy podnieść prestiż nieślubnych matek. Trzeba je popierać, wchodzimy w ostatnią bitwę, może wtedy nam zabraknie trzech dywizji, które można by stworzyć z tych nieślubnych dzieci”. Innym razem w samym ogniu wojny pojechał zobaczyć grób Hunów i cieszył się, że wszyscy mają długie czaszki. Była tam też czaszka psa. Himmler powiedział: „To jest ksiądz, który ich nawracał na katolicyzm”. Przy tym drobnomieszczański styl, gust, szczotka na głowie, te jego sentencje: Rosja to był „wschodni wieloryb”, „nikt, kto pił alkohol, nie powie mi, że drugiego dnia jest mu lepiej”. Himmler żył w przekonaniu, że mechanizm dziejów to walka dobra ze złem — brunetów z blondynami. Była to ucieczka od rzeczywistości — do sag, mitów. Jak się z nim rozmawiało, wiedziało się, że jest jeszcze druga strona, której on nie dał rozmówcy poznać i której ja osobiście nie poznałem nigdy. Prywatnie Himmler MIAŁ DUŻO SERCA. Pisał bardzo, bardzo miłe listy urodzinowe. Kiedy poznał moją żonę, był iście po kawalersku szarmancki. Co dwa mniej więcej miesiące otrzymywałem zaproszenie do wspólnego z nim obiadu. Kiedy spotkaliśmy się w czasie wojny, powiedział, że po zwycięstwie da mi, jaki tylko zechcę, majątek. Mówił: „My jesteśmy nowi ludzie, musimy być czyści, zwalczać przestępstwa”. Dlatego gdy się pisze książki o Himmlerze — powiedzą to panu wszyscy, którzy go znali, zresztą coraz ich mniej, bo wymierają, i wymrą niedługo — więc gdy się pisze książki o Himmlerze jako o krwawym psie — to nie jest to Himmler. Świat Himmlera, świat nierealny, utopijny, był tak dziwny, że dziś normalny człowiek powiedziałby, że to śni. Był to świat dziwnie rozdwojony. On w obie strony tego rozdwojenia szedł bardzo daleko. Do dziś myślę o nim — jako o nich, ponieważ Himmler to byli dwaj ludzie.

— Jaki był ceremoniał obiadów u Himmlera? — pytam.

— Zaczynały się o pierwszej. Były najskromniejsze ze skromnych. Były tak proste, że aż prostackie. Nigdy się człowiek nie mógł najeść. To było menu nauczyciela ze wsi. Wołowina z kartofelkami; nigdy nie podano wina.

— W jakim wcieleniu może żyć teraz Himmler? — pytam Hoehna.

— Nie żyje w swoich dzieciach. Może fazę świni i psa przebył… Może… w prymulce?

— Trzeba zniszczyć wszystkie prymulki — odpowiadam.

— Tego proszę nie notować. Żeby pan wszedł w tamtą atmosferę i przekonał się, jakie listy adresowano do mnie, opowiem panu, że napisały do mnie dwie kobiety, że chcą być zapłodnione przez führera i mieć od niego dziecko. Odpisałem, obracając w żart, że owszem, ja mogę je zapłodnić. Proszę sobie wyobrazić, przyjechały. Liczyły, że może tak znajdą protekcję. Były okropnie brzydkie. Pisały jeszcze wiele razy, upierając się przy swojej manii, jakby chciały być zapłodnione przez Boga.

— Kompleks Matki Boskiej? Trzeba było kazać je aresztować. Skoro były brzydkie, była to obraza wodza — mówię. — Przepraszam, że zepsuję nastrój i powrócę do poprzednich wątków. Jest pan twórcą formuły, że państwo faszystowskie „nie będzie rządzone, lecz dowodzone”. Jeszcze w 1944 roku napisał pan: „przysięga wodzowi obowiązuje nie tylko, kiedy wódz żyje, ale także poza jego śmierć”. Minęło prawie dwadzieścia osiem lat od śmierci wodza. Jest pan wierny temu, co pan wtedy napisał?

— Oczywiście nie — śmieje się profesor.

— Dziękuję za rozmowę — mówię.

— Zapraszam na obiad. Zje go z panem szef od public—relations — uprzedza mnie Hoehn i dodaje: — To będzie lepszy obiad niż u Himmlera, zapewniam. À propos — dodaje. — Była tu delegacja z Polski. Mój instytut bardzo im się podobał. Profesor F. zaprosił mnie do was.

— I przyjął pan zaproszenie?

— Nie.

— Dlaczegóż to?

— Brak czasu. Wyślę pana Schuetze.

Żegnamy się.
***
(...)
— Kobiety też walczyły. Jedna kobieta, strzelec wyborowy, broniła sama jedna jakiegoś banku, chyba Polskiego.

— Wrócę do dzieci.

— Dzieci też walczyły. Jest wiele książek polskich, albumów, niektóre tu mam i zaraz mogę je wyjąć, są tam zdjęcia dzieci uzbrojonych w granaty, a nawet pistolety maszynowe. Nie chcę przez to powiedzieć, że nie zdarzały się wypadki, że strzelano do dzieci nieuzbrojonych, myśląc, że są uzbrojone.

— Czyli potwierdza pan, że strzelano do nieuzbrojonych dzieci?

— Żołnierze opowiadali: „Dzieci do nas strzelają, więc my strzelamy do dzieci”.

— A egzekucje?

— Ja potępiam te egzekucje nie od dziś, ale wtedy także. Dochodziły mnie meldunki i wtedy odwoływałem egzekucje, ale tylko wtedy, gdy dochodziły mnie meldunki.

— Generale Reinefarth, pańskie nazwisko zostanie na zawsze symbolem czegoś straszliwego, od czego nie uwolni pana uniewinniający wyrok żadnego sądu. Jak pan to przyjmuje?

— Jest ustalone, że 5 i 6 sierpnia 1944 roku zdarzyły się różne rzeczy, o których ja nie wiedziałem, a których dokonały oddziały, które były już przedtem. Przestępstwa wojenne zostały dokonane, to jest ustalone, ale ja to wiem z przewodu sądowego. Byli to ludzie Dirlewangera i Kamińskiego, którzy myśleli, że nadeszła godzina zemsty. Ale przecież Bach kazał Kamińskiego rozstrzelać, poza tym wystąpił do Himmlera z wnioskiem o cofnięcie masowych rozstrzeliwań ludności.

— Obaj wiemy, że Kamiński nie za 5 i 6 sierpnia został rozstrzelany. Co do meldunku von dem Bacha, to uderza motywacja: że rozstrzeliwania wzmagają opór i solidarność ludności, że mogłyby doprowadzić do rozluźnienia dyscypliny wojskowej i że panowie nie mają wystarczającej ilości amunicji, by zabić milion ludzi. Motywacja, nazwałbym ją: techniczna.

— Ten list napisał von dem Bach, a nie ja. Postawił na czele kwestie techniczne, a nie ludzkie, bo inaczej Himmler by go nie zrozumiał, nie zostałby przekonany.

— Po prostu Himmler nie zrozumiałby, o co chodzi?

— Nie wiem, ale przez to nie chcę powiedzieć, żebym kiedykolwiek od Himmlera otrzymał rozkaz rozstrzeliwania ludności, która nie walczy.

— Czy mówi panu coś nazwisko Lurie?

— Nie.

— Nie przypomina sobie pan tego nazwiska z akt?

— Moje akta mają około 70 000 stron.

— Pani Lurie była w ciąży. Pańscy podkomendni zapędzili ją w grupie kilku tysięcy na podwórze fabryki na Woli wraz z trojgiem małych dzieci. Trzymając się za ręce podeszli do ściany. Dzieci zginęły od salwy, ona, ranna, wygrzebała się w nocy spod stosu trupów. Potem urodziła dziecko, które przeżyło w jej łonie śmierć rodzeństwa.

— Jest różnica między prawem polskim a niemieckim. Niemieckie uznaje winnym tego, kto wydał zbrodnicze rozkazy lub nie ingerował, jeśli wiedział o zbrodniach. W polskim prawie dowódca odpowiedzialny jest za wszystko, co wydarzyło się na obszarze dowodzenia, nawet jeśli o tym nie wiedział.

— Zna pan prawo polskie?

— Nie. Mój sędzia śledczy zna i on mi to wytłumaczył.

— Wspomniał pan o Himmlerze. Był pan jego podkomendnym.

— Tak, ale bliżej poznałem go pod koniec 1944 i na początku 1945 roku.

— W jakich okolicznościach?

— Był moim dowódcą w Górnym Renie.

— Jakim go pan pamięta?

— Bardzo ciężko go scharakteryzować. Osobiście, zaznaczam, osobiście, nie zauważyłem niczego, co dawałoby podstawę, żeby go nazwać krwawym psem, choć nie twierdzę, że tak nie było. W Górnym Renie — zaznaczam, nie dotyczyło to mordów, tylko sytuacji wojskowej — gdy zaprzeczyłem zdaniu Himmlera, on zmienił rozkaz. Miał skłonność do przesady, wyolbrzymiania lub miniaturyzacji, niewidzenia. W Norymberdze pytano mnie o to samo, o co pan pyta. Odpowiedziałem to samo. Nie miał poczucia humoru i trudno było z nim dyskutować. W momencie, kiedy otrzymałem od Himmlera rozkaz: „zakończyć powstanie w Warszawie”, nie miał on pojęcia o jego sile i potędze. Dał mi jeden batalion policji porządkowej i jeden batalion Wehrmachtu i z tymi dwoma batalionami kazał mi w czterdzieści osiem godzin stłumić powstanie. To ukazuje jego wyobrażenie o tym powstaniu.

— Gdy przybył pan do Warszawy, co pan zobaczył?

— Pojechałem do dowództwa 9. Armii, tam powiedzieli mi, jak jest, i powiedzieli, że to, czym rozporządzam, to trochę za mało, i te dwie doby. No i trwało to dwa miesiące. Opowiem panu o tym piekle — „casus przekładanego ciastka”. Niemcy atakują pięciopiętrowy dom. Wypierają powstańców ku górze, zajmują parter, pierwsze i drugie piętro. Wtedy nadchodzą Polacy. Atakują Niemców od parteru, odbierają go, wypierają nas wyżej, zajmują pierwsze piętro. Niemcy, naciskani od dołu przez powstańców, zabierają ich kolegom trzecie piętro. Potem przychodzi odsiecz niemiecka, która atakuje parter. Ma pan przekładaniec: Polacy — Niemcy — Polacy — Niemcy.

— Co jeszcze pan zapamiętał, co chciałby pan powiedzieć?

— Dostałem ataku czerwonki. Leżałem w swojej kwaterze. Zameldował się oficer, komunikując, że jego oddział po wielodniowych walkach zajął kościół, gdzie znalazł jakąś relikwię, i oficer postawił przed moim łóżkiem skórzany futerał. Na futerale było na małej plakietce nazwisko. Kazałem go postawić na szafie. Arcybiskup Warszawy był poza Warszawą i von dem Bach nawiązał z nim kontakt, ale arcybiskup powiedział, że nie ma świętego o tym nazwisku. Wtedy otworzyłem futerał, w środku było naczynie. Okazało się, że nazwisko na futerale należało do jego fabrykanta i było reklamą firmy. Nazwisko na naczyniu brzmiało „CHOPIN”. W mgnieniu oka przypomniał mi się, bo zawsze pasjonowałem się muzyką i sam gram, testament Chopina: „Ciało w Paryżu, serce w Warszawie”. Chopin w sercu został Polakiem.

— Co pan gra? Jaki jest pański repertuar?

— Beethoven, Mozart. (Po chwili). Nie byłem w Warszawie nigdy przedtem i nie widziałem Warszawy niezniszczonej. Gdziekolwiek wchodziliśmy, była zburzona. Mój sędzia śledczy, który nigdy nie był w Warszawie, po przewodzie sądowym mógłby się poruszać z zamkniętymi oczyma po Warszawie.

— Po Warszawie, której nie ma, bo pan ją zburzył. Pan, panie Reinefarth, nie może znaleźć się w tym mieście, w Polsce.

— Sam nie zrobiłbym tego.

— Dlaczego?

— Żeby swoją obecnością nie jątrzyć starych ran. Nie byłbym mile widziany.

— To byłoby dla pana niebezpieczne. Wie pan, że Warszawa jest odbudowana?

— Tak, oczywiście. Czytam o tym, widziałem masę zdjęć.

— Pańskie dzieło zostało unicestwione, Warszawa jest piękna.

— Moim przeznaczeniem w życiu było widzieć ruiny. Ruiny i ruiny. Takie przeznaczenie. Pewnej nocy, kiedy szliśmy ulicami, usłyszałem, że w ruinach ktoś gra na fortepianie, i to znakomicie. Poszedłem w tamtym kierunku. W domu całkowicie odkrytym, odsłoniętym z muru — jedyne, co ocalało, to był fortepian. Przy nim siedział niemiecki pułkownik i grał. Wysłałem adiutanta po skrzypce, które zawsze woziłem ze sobą, i zagraliśmy razem.

— Jaki utwór?

— Nie mogę sobie przypomnieć. Musieliśmy obaj dobrze go znać, bo graliśmy bez nut. Było ciemno.

— A pożary?

— W ich świetle nie dostrzegłoby się nut.

— Czy była to pieśń triumfu?

— Nie!…

Reinefarth jest poruszony pytaniem, daje mi do zrozumienia, że wątpi, czy go rozumiem.

— …To było z czystej miłości do muzyki. Pragnienie, by usłyszeć coś innego niż działa.

— Czy słyszał pan o polskim poecie Norwidzie i jego wierszu „Fortepian Chopina”?

— Przyznam, że nie.

— Zostawmy to. Scena, którą pan opisał, to czysta literatura. Ale czy to nie potworne, że mówi się o sercu Chopina, o muzyce, wobec setek tysięcy pomordowanych?

— Tak jest w życiu. Takie sprzeczności są częste. Dwa kilometry od zachodniej linii walk w Warszawie spotkałem bryczkę weselną, trzy minuty od frontu — on w czerni, ona w bieli, dwa konie, jak w najgłębszym pokoju, musiałem dwa razy spojrzeć, żeby uwierzyć. Wymyślić tego nie można, trzeba to przeżyć.

— Nie bali się?

Generał Reinefarth bierze czarno-zielone pudełko cygar i generalskim gestem, jakby był w sztabie i jeszcze oblegał Warszawę, kładzie je na teczce z aktami:

— To jest Warszawa (generał sunie palcem po konturze pudełka), a tu wokół zupełna cisza. (Przesuwa płasko dłoń po teczce).

— Pan nie zrozumiał mnie. Nie walki budziły lęk, ale widok panów w mundurach SS.

Reinefarth wraca do poprzedniego tonu, zamyka się w sobie:

— Nie znam stosunków w GG, nie byłem tam przedtem.

Podnoszę się lekko z miejsca i zapisuję nazwę cygar: Brasil.

— Interesuje pana marka cygar? — pyta Reinefarth. — Proszę — podaje mi pudełko.

— Dziękuję, zanotowałem pański gest, te cygara przedstawiały w pana rękach miasto, które pan atakował, a w którym ja mieszkam. Jak pan żyje? Jakie jest pana życie?

— Jestem adwokatem. Pracuję dużo, jak na moje siedemdziesiąt lat. Dopóki człowiek może pracować, nie staje się stary. To jest mój właściwy zawód i uważam go za najpiękniejszy. Generałem policji byłem niedługo.

— W Polsce mówi się, że ma pan piękny ogród.

— Piękny? Składa się z paru drzew i łąki.

— Jakie są to drzewa?

— Trochę krzaków bzu, parę jabłonek, jedna wiśnia, jedna grusza, to wszystko.

— Wygląda pan młodo, jak na siedemdziesiąt lat, ale czas idzie szybko. Czy wobec wieczności, czegoś niezbadanego, co jest poza nami — czy wraca pan myślą do swojej przeszłości, do wojny?

— Jak spotykam ludzi, którzy walczyli, bo tak tu w Niemczech ludzie nie mówią dużo o wojnie, nie lubią mówić o wojnie.

— To zmiana. Kiedyś było inaczej.

— Boże! Czy kiedykolwiek jakiś naród, ci, którzy chodzą po ulicy, ci, co dają się zastrzelić, chcą wojny?

— Czy tę wiedzę zdobył pan jako wyższy dowódca?

— Skąd mogę wiedzieć, skąd ja to wiem?

— Dlaczego osiadł pan na wyspie Sylt?

— Jedyna rzecz, jaka została mojej rodzinie, to domek na Sylt.

— Stracili państwo coś na wschodzie?

— W Cottbus koło Berlina. Tu był domek na wakacje, teraz jest głównym domem.

— Czy ma pan pamiątkowy mundur generalski?

— Nie. Musiałem go oddać, kiedy dostałem się do niewoli. Został zamieniony na jeniecki: ufarbowany na czarno amerykański mundur.

— Jak wysoką pensję pobierał pan jako generał SS i policji?

— Pod koniec 1600 marek.

— To było dużo. Za dwa miesiące to wypada 3200 marek?

Reinefarth, nie rozumiejąc, odpowiada:

— Tak, to było bardzo dużo. Można to było wszystko oszczędzić, ale nic nie można było kupić. Jako żołnierz nic nie wydawałem, wszystko gromadziło się w banku, zbierało i zbierało, aż wszystko przepadło.

— Ile przepadło?

— Nie wiem, nie byłem w domu. Po wojnie szukałem pracy, na początku obrabiałem kamienie bazaltowe na lotnisku, byłem pomocnikiem ogrodnika, to było trudne, bo nie rozróżniałem kwiatów. Pocieszeniem było to, że to nie żołnierka.

— Dużo ludzi na całym świecie jest przekonanych, że wy, byli oficerowie SS, tworzycie dziś podziemną organizację.

— Nie sądzę. Ale jeśli taka organizacja istnieje, jest znana wywiadowi niemieckiemu. Ja na skutek tych dwudziestu lat procesu, najdłuższego, o jakim słyszałem, miałem zawał. Ale zaszkodziło mi nie tyle postępowanie toczące się przeciw mnie, ciągła niepewność przez tak długi czas — ile że musiałem patrzeć, jak przeżywa to żona. Ona nie wiedziała nic poza tym, co ja jej opowiadałem, i nagle ją to uderzyło, i przez dwadzieścia lat ona ciągle żyła tym, tą niepewnością, co ze mną się stanie. To ją „wzięło”, obciążyło psychicznie. Tak samo dzieci głęboko przeżywały. Z kolei ja przeżywałem to, że oni tak to przeżywają.

— A te 35 tysięcy z dni 5 i 6 sierpnia, bo po to przyjechałem, żeby panu je przypomnieć? Niech pan wskaże winnych, kogo pan obwinia, skoro nie siebie.

— To nie jest ustalone w liczbach. Nie wiadomo do dziś dokładnie, jakie oddziały rozstrzeliwały. Nie wierzę w 35 tysięcy, bo to nawet technicznie było niemożliwe, za mało było ludzi po naszej stronie, a przecież tam walczono i ci ludzie nie czekali, trzeba byłoby ich chwytać.

Wróciliśmy do punktu wyjścia. Jest dokładnie godzina piąta. Patrzymy na zegarki. Reinefarth mówi:

— Ponieważ była mowa o dwóch godzinach rozmowy, tyle zarezerwowałem czasu.

Wychodzimy przez biuro. Reinefarth mówi:

— U mnie taki sam labirynt jak w Warszawie, oczywiście, jaki był wtedy dla mnie. Pogodę na drogę będziecie mieli nienajlepszą. Morze niespokojne. Do widzenia.
***
— Zgoda. Nazwę to, że miał wiadomości. My w tajemnicy przeciwstawialiśmy się teoriom rasowym, które wyrządziły nieobliczalne szkody. Moc, prężność nie zależy od rasy i klasy. Podgrupa „C” wydała broszurę pt. „Podczłowiek”, o narodach słowiańskich, mierzącą w Rosjan, i moja podgrupa „D” po jednym dniu dystrybucji ją wycofała, ponieważ godziło to w godność generała Własowa. Potem długo dyskutowałem z generałem Własowem, chcąc naprawić zło wyrządzone przez broszurę. Zresztą w tej rozmowie nie odrzucałem pojęcia nadczłowieka, ale w klasycznym nietzscheańskim sensie. To Himmler ujrzał ludzi jako zwierzęta czy rośliny różnych gatunków.

Następuje jeszcze jeden nawrót do Himmlera, wydaje się on fascynować dawnych podwładnych bardziej niż Hitler.

— Himmler to był Bawarczyk, nie znał Wschodu, nie rozumiał go, był agronomem, miał ciągle nowe pomysły, od manufaktur po ziołolecznictwo. Przecież on kazał założyć ogród ziołowy SS.

— Co hodowano?

— Rycynusy, coś jeszcze.— Wyhodował rośliny, wyrosłe na trupach ludzkich.

— Nie wiem. Chyba raczej nie uznawał nawozów sztucznych. Pasjonował się średniowieczem, archeologią. On wolałby nie zabijać, a zmieniać wszystko, wychować, przerobić, skrzyżować z innymi. Bawarski kierownik szkoły. Wygląd i dusza drobnomieszczanina. Wygląd normalny. Patrząc na niego, nikt, nie tylko ja, nie mógłby przypuścić, że dokonał mordu na milionach ludzi. Absolutna władza korumpuje absolutnie.

Krzysztof Kąkolewski
Co u pana słychać?

czwartek, 13 sierpnia 2026

Muzułmanie są pierwszymi ofiarami islamu

 


[Burckhardt: From his youth on, Mohammed, with the aid of at least ten people, looks over the faiths of the Jews, Christians, and Parsis, and steals from them any scraps that he can use, shaping these elements according to his imagination. Thus everyone found in Mohammed’s sermons some echo of his accustomed faith.

The very extraordinary thing is that with all this Mohammed achieved not merely lifetime success, the homage of Arabia, but founded a world religion that is viable to this day and has a tremendously high opinion of itself. (...)

Moral laws, all kinds of moral precepts, among them ‘No lying’ (for Mohammed reserved lying for himself); part of this is the civil law of the Koran which is in force to this day.]

Islam jest przede wszystkim ideologią polityczną, która chce regulować życie wszystkich – zarówno muzułmanów, jak i niemuzułmanów – dążąc do narzucenia światu szariatu, czyli prawa islamskiego – podkreśla włosko-argentyńska autorka o pseudonimie Paola Kafira. Kobieta podkreśla, że głoszenie Chrystusa to jeden z najpiękniejszych uczynków miłosierdzia, jaki chrześcijanin może ofiarować wyznawcom Proroka.

„Uwolnienie muzułmanina od jego religii to najlepsza przysługa, jaką można mu wyświadczyć” – pisał pod koniec XIX wieku francuski filozof i historyk religii Ernest Renan. Do jego słów nawiązuje Paola Kafira, autorka książki „Islam: jasny i prosty przewodnik”, poświęconej analizie islamu na podstawie jego tekstów źródłowych.

Kafira to pseudonim przyjęty przez włosko-argentyńską badaczkę. Słowo kāfir w języku arabskim oznacza „niewiernego” i jest określeniem odnoszonym w tradycji islamskiej do osoby, która nie wyznaje islamu. Autorka wydała książkę niezależnie. Jak wyjaśniła w rozmowie z włoskim portalem Tempi.it, nie zwracała się do wydawnictw, ponieważ – jej zdaniem – proces podejmowania decyzji przez redakcje trwa zbyt długo w stosunku do pilności poruszanej przez nią problematyki.

W publikacji Kafira ma charakter akademicki i odwołuje się bezpośrednio do Koranu, hadisów oraz tradycji dotyczącej życia Mahometa. Przedstawia m.in. podstawowe zasady islamu, koncepcję szariatu i różne znaczenia pojęcia dżihadu, a także stosunek islamu do osób niebędących muzułmanami. Książka Kafiry, opublikowana jako niezależna publikacja, spotkała się z zainteresowaniem czytelników i osób zajmujących się problematyką islamu. Autorka przedstawia ją jako próbę przybliżenia islamu przede wszystkim poprzez analizę jego własnych tekstów religijnych, bez przyjmowania założeń, które miałyby łagodzić lub pomijać kontrowersyjne aspekty tej religii.

– Musimy wyjść od jednego założenia: islam jest przede wszystkim ideologią polityczną, która chce regulować życie wszystkich – zarówno muzułmanów, jak i niemuzułmanów – dążąc do narzucenia światu szariatu, czyli prawa islamskiego. Krytyka różnych przejawów szariatu oznacza ochronę życia muzułmańskich kobiet. Jest więc dokładnym przeciwieństwem ich dyskryminowania. Zresztą tematem mojej książki jest ideologia, a nie ludzie – tłumaczy autorka w rozmowie z Tempi.it.

Kafira z uznaniem wypowiedziała się na temat listu pasterskiego bp Antonio Suetty, ordynariusza diecezji Ventimiglia-San Remo, który podkreślał, że głoszenie Chrystusa muzułmanom to „największy czyn miłości bliźniego”. – List pasterski biskupa Suetty jest ważny i piękny (…) Podkreśla on, że Ewangelia jest przeznaczona dla wszystkich, również dla imigrantów wyznających islam – podkreśla. Jak dodała, zarówno historia jak i tradycja Kościoła ukazują ewangelizację wyznawców Proroka jako wysiłek „obowiązkowy i konieczny”.

Każdy rozdział książki wyjaśnia jeden z aspektów szariatu. Szczególnie wstrząsający jest fragment dotyczący małżeństw między kuzynami, które – według śledztwa BBC – sprawiają, że „brytyjscy Pakistańczycy, stanowiący około 3 procent wszystkich osób urodzonych w Wielkiej Brytanii, są rodzicami prawie jednej trzeciej wszystkich brytyjskich dzieci z chorobami genetycznymi”.

Kafira bezkompromisowo pokazuje, że wiele dzisiejszych niedopuszczalnych praktyk ma swoje źródło w samej postaci Mahometa, który według wyznawców islamu był człowiekiem „idealnym”. Tymczasem według tradycyjnych źródeł, Mahomet poślubił swoją kuzynkę pierwszego stopnia, Zajnab. Podobna sytuacja dotyczyła jego najmłodszej żony, Aiszy. Związek małżeński zawarto, gdy dziewczynka miała sześć lat, a małżeństwo zostało skonsumowane, gdy miała lat dziewięć.

Z kwestią pedofilii wiąże się wyrażony w tradycyjnej wykładni Koranu, zakaz adoptowania sierot. W muzułmańskim świecie miliony dzieci przebywając w przepełnionych sierocińcach są narażone na wykorzystywanie seksualne. W domach dziecka swoich ofiar poszukiwali najczęściej członkowie tzw. grooming gangs z Pakistanu, działający przez lata bezkarnie na terenie Wielkiej Brytanii.

Choć w wielu krajach muzułmańskich istnieją świeckie przepisy zakazujące podobnych praktyk, wśród gorliwych muzułmanów nie mają one żadnego znaczenia. ​- Są to przepisy stworzone przez ludzi, a w niektórych środowiskach uważa się je za gorsze lub całkowicie nieistotne w porównaniu z prawem Allaha – przekonuje autorka.

Dlatego, jak podkreśla, do obowiązku chrześcijan należy głoszenie muzułmanom Chrystusa Wyzwoliciela. Co z uwagi na brutalną, nie cierpiącą sprzeciwu naturę islamu, nie jest łatwe. Badaczka wyjaśnia, że muzułmański „apostata” bardzo często idąc za Chrystusem, musi faktycznie opuścić swoją rodzinę, która się go wyrzeka.

​- Traci majątek, przyjaźnie, pracę, dom – właściwie wszystko. Właśnie wtedy jednak zyskuje coś innego: wiarę w Jezusa Chrystusa – podkreśla Kafira.

​- Dla tych odważnych mężczyzn i kobiet staje się ona siłą, która towarzyszy im na drodze zmartwychwstania. Znam wiele ich osobistych historii i są one niezwykle poruszające. Wielu z nich mówi, że kiedy patrzą w lustro, widzą siebie inaczej. Niespotykany wcześniej spokój i szczęście sprawiają, że ich rysy stają się bardziej rozluźnione, a twarz jaśniejsza – przekonuje.

Zapytana o groźby stosowane wobec niej przez wyznawców Proroka, autorka jest przekonana, że „prędzej czy później” dojdzie do ataku z nią. ​– Wierzę jednak, że Bóg nie postawiłby mnie na tej drodze, gdyby miała ona być aż tak niebezpieczna – przekonuje.

https://pch24.pl/wiadomosci/muzulmanie-sa-pierwszymi-ofiarami-islamu-wloska-autorka-nie-gryzie-sie-w-jezyk,729786

Były dowódca Delta Force wysuwa poważne oskarżenia: „Prawda o Ukrainie jest ukrywana”

 

To, co Pete Blaber, były dowódca elitarnej jednostki amerykańskiej Delta Force, wyjaśnił w programie „Shawn Ryan Show”, należy do stwierdzeń, które cieszą się niewielkim zainteresowaniem zachodnich mediów głównego nurtu. Jego relacja rodzi fundamentalne pytania dotyczące relacjonowania wojny na Ukrainie – zwłaszcza że, według niego, opiera się ona na informacjach z najwyższych szczebli władzy.

Kim jest Pete Blaber?
Pete Blaber dorastał w Oak Park w stanie Illinois, jako jedno z dziewięciorga dzieci w irlandzkiej rodzinie katolickiej. Po ukończeniu Southern Illinois University awansował na dowódcę legendarnej jednostki Delta Force – jednej z najbardziej tajnych i potężnych jednostek specjalnych w armii amerykańskiej.

Jego misje obejmowały między innymi Panamę, Kolumbię, Somalię, Bośnię, Afganistan i Irak. Po odejściu z wojska w 2006 roku poświęcił się tematom przywództwa, zarządzania kryzysowego i bezpieczeństwa narodowego.

Blaber nie jest zatem uważany za outsidera ani zwolennika teorii spiskowych, lecz za byłego oficera wysokiego szczebla z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem w najbardziej wrażliwych obszarach amerykańskiego aparatu wojskowego i wywiadowczego.

https://youtube.com/watch?v=D47CmwYx58M%3Fstart%3D1%26feature%3Doembed

Co powiedziały mu jego kontakty w rządzie USA?
Blaber opisuje spotkanie w Los Angeles z czterema osobami ze swojej sieci wtyczek, z którymi utrzymywał długotrwałe kontakty: kontaktem w Departamencie Stanu USA, dwoma pracownikami agencji wywiadowczych i długoletnim kontrahentem rządowym.

Według niego, otrzymał informację, która „całkowicie go zszokowała”. Jego kontakty zapytały go, czy jest skłonny upublicznić tę informację. Blaber wyjaśnił, że się zgodził – i uważał to za swój obowiązek.

Najpoważniejsze roszczenia dotyczą strat po stronie Ukrainy.

Według jego źródeł, zginęło około 1,25 miliona ukraińskich żołnierzy . W 2025 roku średnio dziennie ginęło około 1000 żołnierzy.

Blaber nie przedstawił żadnych publicznie weryfikowalnych dowodów na poparcie tych danych. Różnią się one znacząco od szacunków rządów zachodnich i organizacji niezależnych. Gdyby jednak były choć w przybliżeniu dokładne, wskazywałoby to na katastrofę humanitarną o historycznych rozmiarach.

Dlaczego, pyta Blaber, zachodnie media o tym nie informują?
Blaber zadaje pytanie, które jego zdaniem powinien zadać sobie każdy krytyczny obserwator: Dlaczego jest tak mało rzetelnych doniesień na temat wojny na Ukrainie?

Jego odpowiedź jest jednoznaczna: jego zdaniem, całościowy opis sytuacji podważyłby oficjalną narrację Zachodu. Rządy i główne media stworzyły obraz wojny, który nie odpowiada rzeczywistości na miejscu.

Według Blabera relacja ta uwzględnia również reakcję ludności na terenach kontrolowanych przez Rosję.

Powołując się na swoje kontakty, twierdzi, że w zdobytych miastach wojska rosyjskie są często witane jak wyzwoliciele. Jednocześnie jego źródła opisują poważne nadużycia w czasie obecności ukraińskiego wojska. Ta relacja przeczy również doniesieniom wielu zachodnich mediów.

Dziennikarka Eva Karene Bartlett widzi podobieństwa
Niezależna dziennikarka Eva Karene Bartlett, która od lat relacjonuje wydarzenia w różnych strefach konfliktów i regularnie krytykuje główne zachodnie doniesienia medialne, stwierdziła, że ​​zdaje sobie sprawę z wielu rzeczy, które sama udokumentowała w oświadczeniach Blabera.

Według jej oświadczenia, przeprowadziła liczne wywiady z cywilami, szczególnie w 2022 roku, ale także w latach następnych – m.in. w Bachmucie (Artemiwsk). Cywile ci relacjonowali, że zostali sterroryzowani przez wojska ukraińskie, a następnie wyzwoleni przez żołnierzy rosyjskich.

Bartlett krytykuje fakt, że jej doniesienia są często ignorowane na Zachodzie lub wręcz odrzucane jako rosyjska propaganda. Podkreśla jednak, że jej praca polega na dokumentowaniu relacji ludzi w terenie – niezależnie od tego, czy wpisują się one w dominującą narrację polityczną.

https://uncutnews-ch.translate.goog/2026/08/12/?_x_tr_sl=de&_x_tr_tl=pl&_x_tr_hl=pl&_x_tr_pto=wapp

https://dakowski.pl/

Niewolnica swego losu

 

Telefon z Poznania. W słuchawce miły, stłumiony głos:

– Kilka lat temu poznałam autentyczną historię. Gdyby była wymyślona, byłaby złym melodramatem. Ponieważ jest prawdziwa, jest tragicznym dowodem na to, że nikt sam nie wybiera swego losu, ale też nie jest wolny od skutków swoich decyzji na tym marginesie rzeczywistości, jaki mu zostawiono. Nie wiem, kto ma do niej prawa autorskie: historia czy ta kobieta, która nie umiała powiedzieć „nie”? Pan rozstrzygnie, jak ją wykorzystać. Opiszę ją panu tak, jak ją sama poznałam od członków jej rodziny… Po tygodniu otrzymałem tekst. Pani Barbara Leszczyńska zastrzegła się, że streszczenie historii, na którą składały się dramatyczne wybory i stany emocjonalne, nigdy nie odda autentycznej siły tego dramatu. Oto co napisała:

„Jest rok 1942. Okupacja w Wielkopolsce. Pewnego dnia w Kościanie rozstrzelano na rynku trzech synów i ojca. Z ośmioosobowej rodziny zostają przy życiu cztery kobiety: matka i trzy siostry.

Piętnastoletnią Wandę wywożą do Rzeszy. Na miejscu zostaje kilkuletnia siostrzyczka wraz z matką i starszą od Wandy siostrą, którą od wywiezienia ocaliła jej nieobecność w domu. Wanda najpierw trafia do bauera. Jest drobna, wątła, chorowita. Władze przekazują ją do pracy w charakterze pomocy domowej w zamożnym domu niemieckim, do miasta N. Ojciec tej rodziny jest oficerem na froncie wschodnim w pobliżu Stalingradu. W domu żona z dwoma synkami – rocznym i trzyletnim. Dziewczyna sprząta, wykonuje wszelkie posługi, a także pilnuje dzieci. Mimo iż ma tu lepsze warunki, zżera ją poczucie obcości, tęsknota za domem i brak kontaktu z resztą ocalonej rodziny. Na początku 1943 roku umiera matka niemieckich chłopców. Ich ojciec od dłuższego czasu nie pisze, nie ma kontaktu z domem i nie wie, że jego dzieci zostały sierotami. Niespełna szesnastoletnia dziewczynka zostaje sama w całym domu z dwojgiem obcych jej dzieci. Nie wie nic o tym, że ojciec tych dzieci jest w kotle stalingradzkim, a potem w niewoli, nie wie, czy on w ogóle żyje. Nie potrafi nawiązać żadnego kontaktu z rodziną dzieci. Jak umie, chowa te dzieci, chroni dom. W tym czasie miasto N. przeżywa szereg nalotów alianckich. Wanda musi schodzić z dziećmi do schronu, szczęśliwie ten dom nie ulega zniszczeniu. Przez urząd zawiadamia o sytuacji rodzinę dzieci, ale ta ma swoje kłopoty, okazuje nieludzką obojętność wobec losu obu chłopców. Obowiązki przerastają siły dziewczyny, szuka możliwości przekazania tego ciężaru na barki jakiejś instytucji, ale w chaosie wojennym nikt się do tego nie kwapi. Któregoś dnia w 1944 roku w czasie jednego z cięższych nalotów, kiedy musi się schronić wraz z dwójką chłopców w głębi metra, próbuje wykorzystać tę okazję i po prostu uciec, porzucając dzieci.
Starszy wyczuł instynktownie, co im zagraża, uczepił się spazmatycznie jej spódnicy i nie dał zrobić kroku. Płakał, powtarzał wciąż: «Mama – nie! Mama – nie!» Obaj znali teraz więcej słów polskich niż niemieckich. Wanda kilkakrotnie podejmuje próbę ucieczki, ale zawsze coś staje jej na drodze. Najczęściej napotyka czujne spojrzenie starszego.

Czasem wraca, słysząc płacz młodszego. Daje za wygraną, zostaje, nie ma sumienia opuścić maleństw, dla których przecież jest jedyną bliską osobą. Zostaje z dziećmi w zasobnym mieszkaniu, nie tykając żadnych kosztowności. Wszystko utrzymuje jak za życia matki dzieci. Staje się jakby jej spadkobierczynią. Wytrzymuje jeszcze cały rok, wciąż tęskniąc do kraju i rodziny, z którą nie ma żadnego kontaktu. Rok 1945 i koniec wojny. Wanda widzi, że wszyscy wywiezieni wracają, a ona jest przywiązana niejako moralnie do tego obcego domu. Dzieci urosły, mówią do niej «mama». Wciąż szuka sposobu uwolnienia się od przymusowej sytuacji, ale w powojennym chaosie przeciąga się to do wiosny 1946 roku. Któregoś dnia w drzwiach mieszkania staje zwolniony z niewoli pan tego domu. Zamiast żony zastaje nieznaną dziewczynę i dzieci, które go nie znają. Dowiaduje się, że jest wdowcem. Chwile obustronnej nieufności, rezerwy. Wanda odczuwa ulgę. Oświadcza Niemcowi, że jej rola jest skończona, przestaje być niewolnikiem narzuconego jej losu, wreszcie wraca do domu. Dzieci śledzą rozmowę, tulą się do niej, nie chcą jej odstąpić nawet na krok. Dla nich to jest mama, a ten, co się zjawił, to obcy człowiek, którego się boją. Niemiec docenia rolę, jaką w życiu jego dzieci odegrała ta szczupła dziewczyna. To ona właściwie jest bardziej u siebie niż on. Widzi stan domu, przywiązanie dzieci, uświadamia sobie to wszystko i budzi się w nim wdzięczność dla tej młodziutkiej niewolnicy, która musiała przejąć obowiązki matki i pani domu. Jest od niej prawie dwa razy starszy. W pewnym momencie pada (autentyczne!) przed nią na kolana i błaga, żeby nie opuszczała jego dzieci, domu i jego samego. Prosi w imieniu dzieci, by je ocalić od powtórnej straty matki. Ona ich nie urodziła, ale one o tym nie wiedzą. Niech Wanda się zastanowi, czy może wymazać ze swego życia te lata, które im poświęciła w najgorszym okresie? Ona go pyta, czy może zapomnieć, co z jej rodziną zrobili jego pobratymcy?
On broni się: nie odpowiada za całą wojnę. Po pewnym czasie dziewczyna wyraża zgodę na małżeństwo z nim. Mimo tej decyzji myśli wciąż o swoim domu, o rodzinie. Matka, dwie siostry i dwie wdowy po zabitych braciach nic o jej losie nie wiedzą. Pięć kobiet czeka na powrót wywiezionej przed laty dziewczynki. Tylko ona wie, że nie jest tą, na którą czekają. Ze strachem – bo zdaje sobie sprawę z tego, że połączyła swoje życie z wrogiem – decyduje się w 1947 roku na pierwszy list.

Opisuje w nim swoje dzieje. Odpowiedź jest natychmiastowa i bezpardonowa: Cała nasza rodzina wyklina cię i nie chce mieć z tobą nic wspólnego! Ojciec i bracia oddali życie za ojczyznę, a córka, która była tego świadkiem, łączy swoje życie z wrogiem? Niech będzie zapomniana… To był dla niej cios, który spowodował, że zamilkła na długie lata.
Żyć z piętnem wyklętej przez rodzinę nie było lekko, mimo iż mąż okazał się oddanym człowiekiem, dzieci ją ubóstwiały, uważały za swoją matkę. Mijają lata. Rodzi dwóch własnych synów. Jest szczęśliwa w życiu rodzinnym. Czasem tylko myśl o najbliższych, którzy ją wyklęli, nie pozwala jej zasnąć. W wyobraźni przeżywa życie sióstr. Czy wyszły za mąż? Czy mają dzieci? Czy matka nie choruje? Piętnaście lat po pierwszym liście pisze następny. Już przestała liczyć na odpowiedź, kiedy nadszedł list od najmłodszej siostry. Ona nie ma do niej takiej urazy jak reszta rodziny, a po śmierci matki czuje potrzebę kontaktu z siostrą… Nawiązują korespondencję, wymieniają fotografie, opisują swoje mieszkania. Wanda decyduje się na podróż ze swym mężem do rodzinnego miasteczka. Widzi się tylko z młodszą siostrą. Reszta rodziny nadal nie chce jej znać.

Dwaj przybrani synowie są już dorośli i w ocenie Wandy lepsi dla niej niż jej rodzeni. Ci wyrośli w dobrobycie i pokoju, są egoistami, nie zapłacili żadnej ceny za swe życiowe szanse.
Od czasu kiedy usłyszałam tę historię, minęło kilka lat i w życiu ludzi mogło się wiele zmienić. W tym streszczeniu może się to wydać ckliwą i banalną historyjką, ale ponieważ zdarzyło się to naprawdę, dla mnie wciąż istotne są pytania, jakie się z tym wiążą. Czy dziewczyna miała moralne prawo, by mimo tragedii swej rodziny tak ułożyć sobie życie?
Czy fakt, że była niewolnicą swego losu, nie zwalniał jej od wyrzutów sumienia wobec niemieckich dzieci? Czy pamięć o rodzinie nie powinna przeważyć nad odruchem humanitaryzmu? Może wybrała łatwiejsze wyjście, wiążąc się z tym Niemcem? A z drugiej strony, czy rodzina w Polsce miała prawo tak ją potraktować, nie wnikając głębiej w dramat wyboru Wandy? Zastanawiam się, czy ta najmłodsza siostra, nawiązując łączność z Wandą, nie złamała zakazów rodzinnych powodowana nadzieją na dolarowe dowody rodzinnych więzi. Czy wolno jej było złamać ten zakaz? Wiele jest pytań, ale żeby na nie móc odpowiedzieć, trzeba by zgłębić nie tyle same fakty, ile stany emocjonalne, które o tych faktach decydowały. Muszę się przyznać, że mając za sobą ogromną tragedię osobistą z czasów okupacji, często nad tym rozmyślam i dotąd nie znalazłam ostatecznej odpowiedzi na żadne z tych pytań…” Poprosiłem mą korespondentkę, by postarała się skontaktować mnie z rodziną niewolnicy swego losu. Po pewnym czasie otrzymałem odpowiedź, że rodzina nie zgadza się na spotkanie.

Andrzej Mularczyk
Polskie miłości