sobota, 30 maja 2026

Myślenie myślało

 

Nietzsche w Pismach pozostałych (w nowym tłumaczeniu oraz nowym układzie Bogdana Barana) powiada tak: „Najbardziej dzieli mnie od metafizyków to, że nie zgadzam się z nimi, iż «ja» jest tym, co myśli; uważam raczej «ja» za k o n s t r u k c j ę  m y ś l e n i a”. A także: „dopiero myślenie ustanawia «ja», ale dotychczas wierzono […] że w «ja myślę» tkwi coś bezpośrednio-znanego, a to «ja» miało być z góry daną przyczyną myślenia”. To tak jakby powiedzieć: zanim było „ja”, myślenie myślało; myślenie musiało myśleć, żeby ustanowić swoje „ja” (w każdym wypadku każdego indywidualnego myślenia – „ja” oddzielone od świata, „ja” indywidualne), żeby ograniczyć się do niego i nie mieć wątpliwości, z czym jest połączone – że to jest jego (tego myślenia) własne „ja”. Jeśli zaś myślenie myślało, to płakanie płakało, mówienie mówiło, patrzenie patrzyło, istnienie istniało. Żeby istnienie zaistniało, wprzód musiał zaistnieć czasownik „zaistnieć”. Kociość się kociła, ślimaczość się ślimaczyła i wy-ślimaczała, wiewiórczość, żeby być wiewiórczością, wprzód się wiewiórczyła, wprzód musiała się wy-wiewiórczyć, potem w-wiewiórczyć, a dopiero potem to coś (coś – to nawet za dużo powiedziane), jakieś w-wiewiórczone w-wiewiórczenie ustanawiało swoje „ja”, konstruowało tę swoją konstrukcję – ustanawiało swój wiewiórczy, odrębny od innych, ogon, i swoje odrębne, oddzielone od wszystkich innych, zęby – ustanawiało swoje indywidualne „ja” jako coś, co jest znane mu bezpośrednio, i nie tylko dostępne bezpośrednio, ale także otwierające bezpośredni dostęp do wszystkiego innego, wszystkiego istniejącego osobno – całego świata i całego życia. Ślimaczość nie ustanawia swojego ślimaczego „ja”? Wiewiórczość nie ustanawia? Popatrzcie na ślimaka – porusza się osobno i pozostawia za sobą osobne pasmo swojego śliskiego ślimaczego śluzu. To znaczy, że jego ślimacze myślenie wymyśliło jego osobną drogę – i jego osobność. Ale jeśli tak to ujmiemy, jeśli „myślenie myślało” przełożymy na „ślimaczość się ślimaczyła” czy jakoś podobnie, to możemy pójść jeszcze trochę dalej i powiedzieć: to przecież życie żyło, kawałek życia w-żył się w życie (pod postacią wiewiórki czy ślimaka czy czegokolwiek innego – czegoś żywego, które pojawiło się w życiu; ożyło) i dzięki temu, że w-żył się w-życie, dzięki temu, skonstruowawszy swoje „ja”, uzyskał dostęp do świata-życia. A także dostęp do swojego „ja” – czyli do rozpoznania, że istnieje jako „ja”. Albo jako „coś”, albo jako „jakieś”. Inaczej – bez tego podwójnego dostępu – kawałek życia nie mógłby przeżyć, nie miałby żadnej możliwości przeżycia, nie dałby sobie rady w życiu. A przecież nie chodzi o nic innego, o nic więcej, tylko o to, żeby dać sobie radę, żeby przeżyć, żeby żyć możliwie długo. Oraz możliwie bezboleśnie. Chodzi o to życiu, każdemu kawałkowi życia – temu kawałkowi, który jest wiewiórką, i temu, który ja (skonstruowawszy się) nazywam mną. Życie nie ma innego celu poza życiem – możliwie długim i możliwie przyjemnym (bezpiecznym; kiedy jest mróz, to w cieple; i tak dalej). Tu Nietzsche by zaprotestował, nawet by mnie wyśmiał (gdyby mógł to przeczytać), bowiem celem życia nie było według niego życie; życie, seria przypadków, nie miało według niego żadnego celu – może poza wiecznym powrotem, nonsensownym (i niepotrzebnym – nikomu i niczemu) odwróceniem klepsydry z piaskiem. Nie sądzę zresztą, żeby to (to, co tu napisałem) było zgodne z tokiem myślenia Nietzschego, żeby o to mu chodziło, żeby to było jego rozumienie życia. Ale mnie o to chodzi, to jest moje rozumienie świata-życia. W tym miejscu – kiedy już się powie, że każdemu kawałkowi życia chodzi o to (i wyłącznie o to), żeby żyć, bowiem to jest jedyny cel życia – trzeba by też zapytać, dlaczego taki kawałek, powiedzmy, wiewiórczy, ślimaczy, zresztą wszystko jedno jaki (żaden kawałek życia nie jest ani lepszy, ani gorszy, ani ładniejszy, ani brzydszy od innego kawałka; nie jest też ani mądrzejszy, ani głupszy – jeśli spojrzeć na to nie od strony naszych norm estetycznych czy moralnych, lecz od strony losu tych kawałków; nie jest też ani lepiej, ani gorzej pasujący do całości; ani lepiej, ani gorzej niż inne kawałki życia; wszystko pasuje do siebie jak najlepiej), dlaczego taki kawałek życia, niespodziewanie dla samego siebie, w-wiewiórczył się, w-ślimaczył, w-żył się w życie – skąd to coś się wzięło. Gdzie jest powód oraz początek tego myślenia, które pomyślało i wymyśliło swoje oddzielne „ja”? W trzeciej osobie liczby pojedynczej czasu przeszłego – „pomyślało”? To właśnie tam to coś się zaczyna? W bezokoliczniku „pomyśleć”? Ale to jest jedno z tych pytań, które zadają metafizycy, jedno z tych pytań, które natychmiast (gdy tylko się pojawią) pogrążają nas w nieprzeniknionej ciemności – Netzschego metafizyczne pytania nie interesowały, chyba nawet nimi pogardzał.

JAROSŁAW ‌MAREK RYMKIEWICZ

SAMUEL ‌ZBOROWSKI

Pani Hańska

 

Dwa są dla kobiety sposoby wejścia do literatury. Jeden, to pisać książki; drugi, to stać się czymś w życiu wielkiego pisarza. Ta druga droga jest wdzięczniejsza, bardziej kobieca i — może trwalsza. Ale jakimiż w zamian najeżona niebezpieczeństwami! Pomyślcie tylko: przez setki lat każdy jej postępek, każde drgnienie serca, każde słowo będzie przedmiotem badań zawodowych znawców duszy ludzkiej, przedmiotem śledztwa ciągnącego się przez całe wieki, wciąż wszczynanego na nowo na podstawie coraz to nowych świadectw i dokumentów! Czy jest kobieta, która by wytrzymała taki krzyżowy ogień? Może by się taka i znalazła, ale obawiam się, że na jej widok ów genialny pisarz drapnąłby gdzie pieprz rośnie!

Przedmiotem takiego procesu jest od kilku dziesiątków lat pani Hańska. Ta istota uwielbiana i kochana przez Balzaka do ostatnich granic, została posadzona, w imię kultu dla pisarza, na ławie oskarżonych, z dwiema okolicznościami obciążającymi: jedna, że była cudzoziemką, a druga, dość niebezpieczna w naszej demokratycznej epoce, że była wielką damą... Nie znalazła obrońców i w swojej ojczyźnie, dlatego może znowuż, że była Polką... Dopiero w ostatnich miesiącach pojawiły się dokumenty i głosy skłaniające do nieodzownej rewizji tego „procesu”.

Ale dlaczego rzecz traktować w ten sposób? Skąd ta potrzeba skazywania lub uniewinniania, tu gdzie jedyną drogą jest rozumieć? Czemu ta tendencja, aby w jakiejś lapidarnej formułce zamknąć stosunek dwojga ludzi, ciągnący się przez siedemnaście lat, stosunek skomplikowany tyloma czynnikami, snujący się w warunkach tak zupełnie odmiennych od dzisiejszych? Czy my dziś, w epoce już nie kolei żelaznych i telegrafu, ale aeroplanu i radia, możemy naszymi pojęciami mierzyć tę romantyczną historię? Ten stosunek, gdzie list wędrował tygodnie, gdzie osiem lat upłynęło między jednym a drugim widzeniem kochanków, tę miłość poczętą na niewidziane, przez korespondencję? I dlaczego do kobiety, dlatego że weszła w życie wielkiego człowieka, ma być przykładana miara jakiegoś anioła? Skąd my wiemy, czy on by chciał anioła, czy by pokochał „anioła”, czy byłby z nim szczęśliwy? Była w życiu Balzaka kobieta, oddana mu bez miary, która mówiła doń: „Kochaj mnie rok, a ja będę cię kochała całe życie”... I Balzac nie kochał jej ani roku, a z miłości jej, jeżeli w istocie przetrwała całe życie, nic a nic mu nie przyszło. Czytajmy natomiast słowa, w jakich, na przestrzeni siedemnastu lat, mówi o pani Hańskiej i do niej! Nie była aniołem, była tylko kobietą, i za to Balzac ją kochał; była kobietą pewnej sfery, pewnej kasty, i dlatego Balzac ją ubóstwiał.

Zanim skreślimy dzieje tego dziwnego romansu, naszkicujmy figury jego bohaterów w chwili, gdy dusze ich (można tu użyć z całą ścisłością tego poetycznego wyrażenia, gdyż znajomość ich była przez długi czas czysto duchowa) zatem, gdy dusze ich się spotkały.

W chwili, gdy Balzac otrzymał pierwszy list od nieznajomej korespondentki z Ukrainy, która tak miała odtąd zaważyć na jego życiu, miał lat trzydzieści trzy. Znajdował się wówczas w pełni twórczości, w zaraniu wspaniałej sławy; był w literaturze zjawiskiem olśniewającym w najwyższym stopniu. Długo czekał na ten dzień. Młodość spędził w twardych warunkach, mocując się z sobą, szukając własnej drogi. Chcąc zdobyć wpierw niezależność, a potem swobodnie poświęcić się literaturze, którą w pierwszych latach traktował zarobkowo, wdał się w przedsiębiorstwa, zakończone bankructwem i ogromnym długiem. Wówczas uciekł od wszystkiego, zagrzebał się w jakimś kącie i rzucił się z powrotem do pióra. I o dziwo, pierwsza powieść, którą napisał w tych warunkach, Szuanie, zyskała mu sławę. Niebawem ukazała się Fizjologia małżeństwa: Balzac staje się nie tylko głośnym, ale i modnym. Tomikiem Sceny z życia prywatnego zdobył sobie kobiety, które Fizjologia małżeństwa zaintrygowała, zachwyciła, ale i oburzyła. Tym razem zachwyt był jednogłośny; żaden pisarz nie umiał tak wniknąć w subtelności kobiecego serca. W roku 1832 ukazuje się Jaszczur który znów poruszył czytelników i krytykę. W ogóle w tych latach 1830–1832, wciągu dwóch lat, pojawia się około 200 większych i mniejszych utworów jego pióra, powieści, nowel, artykułów. To istna erupcja wulkanu.

To był pisarz. A człowiek?

Balzac o sobie gdzieś mówi: „Byłem stworzony do przeżywania namiętności, a los skazał mnie na opisywanie ich”. Istotnie młodość Balzaka to jeden namiętny krzyk pragnienia: łaknie wszystkiego, nie wiadomo czego bardziej, sławy czy miłości... Ale pomiędzy tym ciężkim, niezręcznym chłopcem a błyszczącym światem Paryża była przepaść, zdawałoby się nie do przebycia. Przyszła sława i wyrównała poniekąd fizyczne braki tego otyłego, pretensjonalnie a źle ubranego człowieka, który nie miał w sobie nic z adonisa: jego lwia głowa, magiczny blask nieporównanych oczu zaczęły wabić ku niemu.

A miłość? Ta wielka miłość, o której marzył, przyszła do niego w zaraniu młodości; ale przyszła w postaci wpół tkliwej, wpół ironicznej. W miasteczku niedaleko Paryża, gdzie osiadła jego rodzina, poznał dwudziestoparoletni chłopiec kobietę, która przez lata miała wpływ na jego życie. Jej zawdzięcza swoje wychowanie o ileż ważniejsze od tego, które otrzymuje się w szkole; ona miała być później jego podporą w najcięższych dniach próby, ją będzie całe życie wspominał jak swego dobrego ducha. Ale pani de Berny, w chwili gdy ją dwudziestoparoletni chłopiec poznał i pokochał, miała czterdzieści pięć lat i dziewięcioro dzieci. Jest coś bardzo balzakowskiego w tym kompromisie serca: jesteśmy tu już w pełni Komedii Ludzkiej...

Kiedy przyszła sława, kobiety wzięły Balzaka w swoje rączki. Wielki świat, to o czym tak marzył za młodu, otworzył dlań swoje salony i co ważniejsze swoje buduary1. Księżne! Najpierw księżna mniej autentyczna, bo tylko napoleońska. księżna d’Abrantes: później prawdziwa księżna de Castries (wówczas margrabina de Castries); sam kwiat arystokratycznej dzielnicy Saint-Germain. Ale, niestety, to co Balzac brał za miłość wyciągającą doń ręce w najpowabniejszej jej postaci, było w istocie ciekawością snobinetki, zabawą Celimeny2, radej że może oprowadzać na jedwabnej nitce swojego Alcesta3. W rezultacie — rana serca i miłości własnej; rana, którą Balzac przeszedł bardzo ciężko. I właśnie w tym momencie, gdy jedna miłość zwiędła, a druga zraniła go boleśnie, zjawiła się na horyzoncie jego życia owa daleka cudzoziemka, która stała się dlań — i na całe życie — realizacją wszystkich jego marzeń o kobiecie, o miłości, i wszystkich ambicji społecznych, które u Balzaka łączą się nierozerwalnie z pojęciem miłości.

A teraz, kim była pani Hańska? Urodziła się w r. 1806 albo w 1804 (z kobietami nigdy nie wiadomo!). Pochodziła z wielkiej rodziny Rzewuskich. Była siostrą znakomitego powieściopisarza Henryka Rzewuskiego, oraz siostrą owej Karoliny Sobańskiej, wsławionej miłostką Adama Mickiewicza, bliską krewną słynnego Emira Rzewuskiego. Duma rodowa oraz wysoka umysłowa kultura były tradycyjne w rodzie Rzewuskich. Rodzice panny Eweliny, w trudnym położeniu majątkowym, szukali dla niej męża, który by przede wszystkim był bogaty. Znaleźli go w osobie p. Wacława Hańskiego, przyzwoitego człowieka, właściciela olbrzymich włości z rezydencją w Wierzchowni, wychowanego w Wiedniu, w miarę nudnego, w miarę nijakiego i starszego o dwadzieścia pięć lat od panny. Małżeństwo to odbyło się w r. 1822 albo w r. 1818 (kobiety pod względem dat urągają najściślejszym badaniom historii literatury). Z małżeństwa tego urodziło się pięcioro dzieci; czworo umarło we wczesnym dziecięctwie, została tylko najmłodsza córeczka Anna.

Życie młodej pani Hańskiej, puste i bezbarwne, płynęło tedy w Wierzchowni. Zapełnia je marzeniem i lekturą. Władając językiem francuskim jak swoim własnym (ba, może lepiej?), pogrąża się w literaturze francuskiej: sądząc z zachwytów i cytatów w listach Balzaka, pani Hańska zna istotnie literaturę i historię Francji na wylot. Śledzi wszystkie nowości, myślami przebywa w owym mieście, które w owym czasie tak magicznie olśniewało Europę: w Paryżu. W lutym r. 1832, zachwycona tomem młodego pisarza, którego imię zaczyna zaledwie wypływać, Balzaka, odważa się na zuchwały krok będący jedyną ucieczką pięknych dusz pleśniejących na zapadłej wsi lub na prowincji: pisze do Balzaka list. Och! z zachowaniem wszystkich ostrożności: list jest bez podpisu, kreślony ręką guwernantki francuskiej, panny Henryki Borel. List ten zaginął: zdaje się, że, obok entuzjazmu wywołanego Scenami z życia prywatnego, zawierał on krytykę sceptycyzmu i brutalności Jaszczura i zaklinał pisarza, aby wrócił do źródła czystszych natchnień. W tej chwili właśnie Balzac kończył druk swoich Uciesznych opowiastek, poczętych z ducha Rabelais’go i Brantôme’a... Musiał się uśmiechnąć; a może uczuł się zakłopotany?

Ile listów Balzac otrzymał tą drogą? Nie wiadomo. Zachowały się dwa. Żaden z nich nie jest pisany ręką pani Hańskiej.

Pierwszy, trzeba to przyznać, nie jest interesujący. Ale styl ten, który dziś dla nas jest mdły i trochę śmieszny, był stylem epoki!

„...Pan musisz kochać i być kochanym; spójnia aniołów musi być waszym udziałem; dusze wasze muszą kosztować nieznanych szczęśliwości. Cudzoziemka kocha was oboje, i chce być waszą przyjaciółką: i ona umiała kochać, ale to wszystko. Och! Pan mnie rozumie! ...

„...Pragnę pisać do pana czasami, przesyłać panu moje myśli, refleksje. Niech pan mnie nie uważa za jakąś egzaltowaną wariatkę: nie, ja jestem prosta i szczera, ale nieśmiała i trwożliwa...

„...Pańskie pisma przejęły mnie uczuciem głębokiego entuzjazmu; pan jesteś świetnym meteorem, który ma dać życie i ruch nowej treści, ale niech się pan strzeże raf!... Otaczają pana, czuję to... Chciałabym być jasnym aniołem, i ustrzec pana od wszelkiego błędu...

„...Podziwiam pański talent, składam hołd pańskiej duszy, chciałabym być pańską siostrą!...”

List — i to najważniejsze — zawierał w końcu sposób dania odpowiedzi w dzienniku „La Quotidiène”, który miał wstęp do Rosji: to dziecię Ukrainy wynalazło ową tak dziś rozpowszechnioną w dziennikach rubrykę „korespondencji prywatnej”!

List ten pisany był w listopadzie r. 1832. Balzac świeżo był wówczas po epizodzie z panią de Castries, który mu rozdarł serce i upokorzył głęboko jego ambicję, Nieznajoma zjawiała się w porę. Pisarz zamieścił w „La Quotidiène” następującą notatkę:

„Pan de B. otrzymał wiadomą przesyłkę; dziś dopiero może dać znak za pomocą tego dziennika i żałuje, że nie wie, dokąd skierować odpowiedź”.

Niebawem otrzymał nową przesyłkę z Ukrainy: była nią książka oprawna w zielony safian: Naśladowanie Chrystusa. Przyszło ono w chwili, gdy Balzac obmyślał swoją ewangeliczną powieść Lekarz wiejski. Ta telepatia — jakbyśmy dziś powiedzieli — sprawiła głębokie wrażenie na umyśle pisarza, w którym realizm kojarzył się zdumiewająco z mistycyzmem. W styczniu r. 1833 nadeszła odpowiedź na jego notatkę w „La Quotidiène” z nadzieją rychłego wskazania drogi korespondencji. Jakoż pierwszy list Balzaka nosi datę: styczeń r. 1833. Zabawny szczegół: jak pierwsze listy pani Hańskiej pisała panna Borel, tak Balzac napisanie jednego z pierwszych swoich listów powierzył przyjaciółce swojej, pani Carraud: i oto te dwa listy, kreślone na wpół dla zabawy, obcą ręką, rozstrzygnęły o losie dwojga adresatów...

Balzac wciąga się w tę korespondencję. Pochłonięty swoją pracą, mógł on oddać kobiecie nadmiar swojej wyobraźni — a nadmiar ten był olbrzymi — ale w życiu realnym nie miał po prostu dla niej... czasu! Kiedy podążył za margrabiną de Castries do Aix, poszły tam za nim korekty, rozpoczęte rękopisy, zobowiązania; aby im nastarczyć, Balzac wstaje o piątej rano, pracuje do piątej po południu i dopiero resztę czasu oddaje swojej damie... Nic dziwnego, że kobietom to nie wystarczało i że je drażnił ten podział. Otóż tutaj Balzac może połączyć wymagania tego idealnego flirtu z wymaganiami swego dzieła. Pisze długie listy, a ton stopniowo staje się coraz gorętszy. W lutym 1833 pisze: „Kocham cię, choć nieznaną...”. W marcu: „Już zanadto panią kocham, mimo iż cię nie widziałem. Są pewne zdania w twoich listach, które przyprawiają mnie o bicie serca... Wolę jeden twój list niż sławę lorda Byrona....”. W lipcu: „Kochać się, nie znając, to męka....”. W sierpniu: „Jutro złamałbym pióro, gdyby pani tego żądała; od jutra żadna kobieta nie usłyszy mego głosu....”. Trzeba wierzyć, że listy pani Hańskiej musiały posiadać szczególny urok, aby tak podziałać na człowieka, któremu nie zbywało na hołdach niewieścich! Spowiada się jej ze wszystkiego, uśmierza jej niepokoje, zadowala jej ciekawość szczegółami paryskiego życia. Czytając korespondencję Balzaka z tego okresu, ufną, tkliwą, namiętną, trudno w istocie pamiętać o tym, że to są listy dojrzałego mężczyzny do kobiety, której nigdy nie widział na oczy.

Można łatwo zgadnąć, że pani Hańska obmyślała tymczasem sposób wydostania się z pustelni w Wierzchowni i zbliżenia się do swego idealnego kochanka. Nie były to wówczas rzeczy tak proste; pomijając inne trudności, trzeba było pozwolenia cara, które ściśle określało dozwolone miejsce pobytu. I tak, nie pozwolono panu Hańskiemu wybrać się do Paryża. Podejrzewają, że chytry szlachcic, który zresztą nie miał najmniejszego pojęcia o żoninej korespondencji, sam postarał się o ów zakaz, aby nie musieć wieźć żony do nowoczesnego Babilonu. Udzielono natomiast pozwolenia na wyjazd do Szwajcarii. I tam, w Neuchâtel, nastąpiło umówione spotkanie kochanków. Było to w półtora roku po pierwszym odezwaniu się pani Hańskiej. Polka miała czekać na swego pisarza na promenadzie, z tomem Balzaka w ręku.

Co do pierwszego spotkania istnieje dwojaka wersja. Jedna, bardzo piękna, to iż pani Hańska, ujrzawszy Balzaka, którego znała z portretów, wzruszona upuściła książkę. Wówczas on rzucił się ku niej i wymienili ten podwójny okrzyk: „Ewo! — Honoriuszu!”.

Druga wersja, mniej poetyczna, to że pani Hańska, widząc zbliżającego się krótkiego i grubego, dość groteskowo wyglądającego jegomościa, pomyślała sobie w duchu: „Jezus Maria, byle to nie był ten!”. Bądź co bądź, jeżeli pierwsze wrażenie było rozczarowaniem, Balzac umiał rychło zmienić ten nastrój i oczarować panią Hańską tak, iż zapomniała o fizjonomii4 i stroju. Co się tyczy Balzaka, ten jest zachwycony. W liście do siostry pisanym na gorąco wysławia swoje szczęście, w stylu zresztą dość kawalerskim.

„...Grunt, że mamy dwadzieścia siedem lat, śliczną buzię, najpiękniejsze w świecie czarne włosy, miękką i rozkoszną cerę brunetki, maciupą rączkę, dwudziestosiedmioletnie naiwne serduszko...

Nie mówię ci o niesłychanych bogactwach. Cóż to znaczy wobec arcydzieła piękności... Do tego oko powłóczyste, które, skoro się weźmie do roboty, staje się bosko rozkoszliwe. Byłem pijany miłością”.

I oto, mimochodem, znajdujemy w tym liście do siostry ciekawy inwentarz miłosnego życia Balzaka, z czasu, gdy wymieniał tę egzaltowaną korespondencję z nieznajomą:

„...Nie wiem komu to opowiedzieć: to pewna, że nie mogę tego opowiedzieć ani jej, wielkiej damie, straszliwej margrabinie (pani de Castries), która podejrzewając tę podróż, spuszcza z tonu i przesyła mi rozkaz, aby się z nią spotkać u księcia de F...; ani też jej, biednej, prostej i rozkosznej mieszczaneczce. Jestem ojcem — oto inny sekret, który ci miałem zwierzyć — i posiadaczem milutkiej osóbki, najnaiwniejszego stworzenia pod słońcem, która spadła mi niby kwiat z nieba, która przychodzi do mnie po kryjomu, nie wymaga ani listów, ani nadskakiwań, i powiada: »Kochaj mnie rok, a ja będę cię kochała całe życie«.

„Ani też jej, najukochańszej, (pani de Berny) która jest o mnie zazdrosna bardziej jeszcze, niż matka o mleko swoje które daje dziecku! Nie lubi Cudzoziemki, właśnie dlatego, że Cudzoziemka tak bardzo mi odpowiada.

„Wreszcie nie jej, która chce mieć swoją codzienną porcję miłości, i która, mimo że lubieżna jak tysiąc kotek, nie ma ani wdzięku, ani kobiecości...

„Tobie zatem, moja dobra siostro etc.”

Oto podszewka życia, którego sentymentalny obraz Balzac malował pani Hańskiej w listach słanych na Ukrainę. Życie to było mniej więcej dość podobne przez następnych siedem lat, przez które zapewniał ją o swojej niezmiennej wierności... I potem zacni biografowie dziwią się pani Hańskiej, że zamknięta na odludziu, na Ukrainie, żarła się tam zazdrością i że nią męczyła Balzaka!

Oczarowawszy panią Hańską, oczarowawszy (normalne zjawisko) jej męża, Balzac, po pięciu rozkosznych dniach spędzonych w Neuchâtel, wraca do Paryża, gdzie go czekają jego olbrzymie prace i skomplikowane interesy. Wraca z przyrzeczeniom nowego spotkania, tym razem w Genewie. Przez ten czas listy, przesyłane jakąś dyskretną drogą, listy oddychające namiętną miłością. I szczerą, co do tego trudno mieć wątpliwość, kiedy się czyta te karty pełne radosnego upojenia, podziwu, zachwytu. Już w ciągu tego krótkiego pobytu kochankowie wymienili przyrzeczenie małżeństwa, w razie gdyby pani Hańska kiedyś była wolna... Kilka tygodni spędzonych w Genewie są nowym upojeniem. Ale te zbyt krótkie chwile spłynęły: znów Balzac, zakochany po uszy, wraca do swej nadludzkiej pracy, aby dla niej, dla swojej Ewy, stać się wielkim, niezależnym, bogatym. Ona, wraz z mężem, córeczką i z całym dworem składającym się z Francuzki Borel i dwóch kuzynek, panien Wyleżyńskich, udaje się do Włoch.

W tej epoce możemy przypuszczać, że pani Hańska była głęboko pochłonięta Balzakiem. Była w tym człowieku, wówczas w zaraniu kipiącego geniuszu, taka moc żywiołu, ze trudno było się oprzeć temu potężnemu strumieniowi życia. W czasie pobytu w Genewie Balzac wpisał w albumie to zdanie: „Wielcy ludzie są jak skały, czepiają się ich tylko ostrygi”. Pani Hańska dopisała: „W takim razie ja jestem ostrygą”...

Balzac pisze do niej całe foliały oddychające miłością, żyje nadzieją spotkania we Włoszech, ale żelazna konieczność jego prac, jego straszliwie pogmatwanych interesów trzyma go w Paryżu. Wszystkie piękne projekty oglądania razem Włoch pełzną na niczym. Spowiada się jej ze wszystkich swoich prac, spraw, interesów, tak iż ta korespondencja stanowi istny dziennik Balzaka, nieocenioną skarbnicę szczegółów jego życia. Z jednym zastrzeżeniem, mianowicie co do wszystkiego, co tyczy jego życia erotycznego. Pod tym względem czyni wszystko co może, aby zatrzeć ślady, a cała słynna „teoria czystości”, którą Balzac głosił jako bezwzględnie obowiązującą dla twórczego człowieka jest, zdaje się, ukuta na intencję pani Hańskiej...

Balzac wcielać musiał zresztą dla niej, dla tej młodej osoby, która pierwszy raz ze swej Ukrainy wychyliła się na świat, urok życia myśli, sławy, urok tego tajemniczego, niepokojącego Paryża; wszystko to, odjeżdżając, zabrał on ze sobą: ją czekał powrót do Wierzchowni — śmierć! W tej epoce pani Ewa gotowa była wszystko rzucić i iść za nim. Ale cóż byłby z nią począł Balzac w dwuznacznej pozycji, bez środków, w Paryżu, w pełni swoich prac i kłopotów? Znamy jego Muzę z Zaścianka, wiemy jak się to kończy. — Woli na odległość kochać możną, wykwintną i czarującą „hrabinę”. Musi ją mitygować: „Aniele mój, żadnych szaleństw. Nie, nie opuszczaj swego palika, biedna, spętana kózko. Twój kochanek przybiegnie, kiedy zawołasz. Ale przestraszyłaś mnie”.

Balzac przykuty jest do Paryża. Aby to zrozumieć, trzeba sobie uprzytomnić warunki jego życia i pracy. Zdawałoby się, że pisarz tak głośny, i tym samym dobrze płacony, najswobodniejszy jest w wyborze miejsca! Przeciwnie. Balzac tworzył niemal w drukarni. Pierwotny jego rękopis był szkicem: rozrastał się on i wyłaniał w kolejnych korektach, których bywało po kilkanaście. Musiał tedy być w Paryżu, tam byli już dlań specjalni zecerzy, włożeni do tej pracy. To pierwsze. Po drugie, wspomniane bankructwo Balzaka zostawiło go ze stutysięcznym blisko długiem; odtąd całe jego życie było ciągłą akrobatyką, lawirowaniem wśród wypłat i terminów. Każdy prawie jego utwór sprzedany był na pniu i miał być dostawiony na termin pod grozą procesów i nowych strat pieniężnych. Całe życie Balzac strawi z tą wiarą, że jeszcze kilka miesięcy wytrwałości, a wyzwoli zupełnie swoje pióro i rozpocznie nowe życie; i wciąż brnie w długi coraz głębiej, głównie dzięki swoim sposobom ratunkowym, które kazały mu się rzucać w coraz to nowe pomysły i spekulacje, zawsze kończące się klęską. Ta cała gospodarka finansowa Balzaka dość jest tajemnicza: faktem jest, iż po kilku latach wytężonej walki dla uwolnienia się z długów, długi te wzrosły ze stu tysięcy do trzystu pięćdziesięciu z górą. Jeszcze w ostatnich latach pani Hańska zapłaciła za niego paręset tysięcy franków. Długi te były klęską życia Balzaka, sparaliżowały jego ambicje, przez nie nie mógł być wybrany do Akademii, bo Akademia nie chciała ryzykować tego, że jej członek może się znaleźć w więzieniu (wtedy istniało więzienie za długi). Ten wielki pisarz, wynajmując mieszkanie, troszczył się zawsze o to, aby miało drugie wyjście, którym mógłby się ulotnić w potrzebie. Te długi były przeszkodą w jego karierze politycznej; czyniły go całe życie ofiarą wyzyskiwaną przez księgarzy, którzy, wiedząc że zawsze ma nóż na gardle, dawali mu połowę tego, co byliby dali, gdyby mógł dyktować swoje warunki. Ta sama wyobraźnia, która stworzyła jego dzieło, płatała mu straszliwe figle w interesach.

Dodajmy, czym były wówczas podróże. Aby być z panią Hańską pięć dni w Neuchâtel, trzy dni jedzie tam, trzy dni z powrotem, końmi, bez wytchnienia: to było więcej niż dziś np. pojechać do Egiptu, po to aby ucałować rękę ukochanej!

Wyobraźmy sobie teraz położenie zakochanej kobiety! karmionej tymi płomiennymi listami z ciągle powtarzającym się refrenem: jeszcze kilka tygodni wysiłków, pracy, a jestem przy tobie, kochający, swobodny... I tak całe lata! W końcu twórczość tak go pochłania, tak jest znużony pisaniem, że i tych listów jej skąpi.

Wśród tego o Balzaku obiegają niepokojące wieści. Ten zacny, prawy człowiek, który całe życie poświęcił spłacaniu zobowiązań, miał, wskutek swego nieporządku finansowego, fatalną opinię. Wszystko to sączą w ucho bliscy pani Hańskiej, chcący ją ustrzec od tego „szatańskiego” wpływu. Dochodzą ją wciąż nowe wieści o sprawach miłosnych Balzaka, wieści zarówno prawdopodobne, jak — trzeba powiedzieć — w części bodaj prawdziwe. Zresztą, dla tej mieszkanki Wierzchowni, czymże musiał być ten Paryż, jakimż gniazdem pokus, zepsucia! I ta faza ich życia bez żadnej nadziei trwała lat siedem! Doprawdy, bardzo są surowi ci biografowie Balzaka, którzy potępiają panią Hańską, że w tym okresie była zdenerwowana, zazdrosna, i że często męczyła Balzaka swoimi pretensjami. Miał on zresztą w tej epoce dosyć istot, które go pocieszały.

Ale nie uprzedzajmy wypadków. Tych siedem lat beznadziejnej rozłąki przyszło dopiero po widzeniu, które nastąpiło w lecie w r. 1835 w Wiedniu, kiedy państwo Hańscy, nie doczekawszy się spodziewanego przybycia Balzaka do Włoch, wracali wreszcie z całym dworem do Wierzchowni. Balzac rzuca wszystko: prace, wierzycieli, pędzi do Wiednia, aby ujrzeć ukochaną, zanim się pogrąży w niedostępne prawie stepy ukraińskie. Drogę do Wiednia obliczał na dziesięć dni: Balzac miał zostać tam cztery dni i wrócić. W ciągu tych czterech dni zamierzał — zawsze powieściopisarz — zwiedzić pola bitwy pod Wagram i Essling, potrzebne mu do jego epopei napoleońskiej.

Został w Wiedniu trzy tygodnie, zapominając o Paryżu, o wierzycielach, zobowiązaniach. Wszystkie nieporozumienia roztopiły się we wzajemnej tkliwości. Na wyjezdnym Balzac pisze do ukochanej:

„Nic mnie nie może oderwać od ciebie: ty jesteś moim życiem i moim szczęściem, całą mą nadzieją. Czego możesz się obawiać? Prace moje dowodzą ci mojej miłości: przyjechać tutaj, znaczyło przełożyć obecność nad przyszłość. To szaleństwo pijanej miłości: bo, aby zakosztować tej chwili, oddaliłem o wiele miesięcy dnie, w których sądzisz, że będziemy wolni: wolniejsi, bo wolni... och, nie śmiem myśleć o tym”.

Było to w czerwcu 1835. Balzac miał ujrzeć panią Hańską aż w lipcu r. 1843, jako wdowę...

Pani Hańska spędza jeszcze miesiąc w Ischlu, po czym wraca z mężem do Wierzchowni. Ileż wspomnień przywiozła z tej pierwszej wycieczki do Europy! Ale czy wystarczą wspomnienia do życia kobiecie, „kobiecie trzydziestoletniej”? Muszą. Pani Hańska, zawsze religijna, staje się nią coraz bardziej; zawsze tkliwa matka, coraz bardziej uczy się w tych latach żyć swoją córką, Anną. Wiele myśli, czyta. Ulubioną jej lekturą stają się Myśli Pascala. Z wolna uczy się sądzić tego, którego kocha, często ku jego niezadowoleniu, gdyż Balzac jest zdania, że uczucie powinno być ślepe. Mówiono, że pani Hańska nie rozumiała Balzaka. Mnie się zdaje, że rozumiała go bardzo dobrze, i że go kochała i ceniła tak, jak go kochają i cenią najlepsi jego wyznawcy: podziwiając jego wielkie strony, a rozumiejąc i widząc słabe. Nie rozumiała tylko jego gospodarki finansowej, bo tej co prawda nie zrozumie nikt. A Balzac pod tym względem był szczególnie arbitralny i uparty. Robi wciąż szaleństwa i wciąż chce, aby podziwiać jego praktyczność i rozsądek. Zjada go lichwa, wciąż marzy o jakimś heroicznym środku, który by go na zawsze oswobodził. Nie ma mowy o przyjeździe do Wierzchowni, na to nie może sobie pozwolić, mimo że dałoby mu to kilka tygodni odpoczynku w przyjacielskiej atmosferze: ale, w rezultacie, puszcza się z dnia na dzień na Sardynię, z fantastycznym pomysłem uruchomienia kopalni srebra, poniechanych tam przed dwoma tysiącami lat przez Rzymian, i — podróż ta, wraz z pobytem we Włoszech, zajmuje mu trzy miesiące. Listy jego stają się rzadkie, a kiedy pani Hańska skarży się na to i próbuje represalii, pisze jej z oburzeniem:

„Och, jaka mi się wydajesz mała, jak dobrze widać, że jesteś z tego świata! Nie piszesz do mnie, bo moje listy stają się rzadkie! Więc tak, były rzadkie, bo nie zawsze miałem pieniądze na opłacenie porta! a nie chciałem tego powiedzieć! Tak, nędza moja dochodzi do tego stopnia i jeszcze dalej...”

To pisze autor, o którego bajecznych honorariach legendy chodzą po Europie, a list pisany jest w Jardies, owej posiadłości, którą Balzac „dla oszczędności” kupił w dobie największych opałów finansowych. W krótkim przeciągu czasu wpakował w nią przeszło sto tysięcy franków, a jeżeli jej nie sprzedaje, to dlatego, że mu dają tylko dwadzieścia tysięcy! My to możemy zrozumieć, ale każcie to zrozumieć kochającej kobiecie!

Te siedem lat musiały być dla pani Hańskiej ciężkie. Dla Balzaka jest to epoka najbardziej gorączkowej twórczości. Jeszcze nie jest, jak będzie później, znużony. Myśli palą mu się w głowie i domagają się wyzwolenia. W gorączce tych prac, tych walk na wszystkie fronty, miłość jego, tak beznadziejna, staje się (takie wrażenie odnosi się z listów jego z owej pory) dlań stopniowo jakby abstrakcją. Odmawia wciąż swoje litanie miłosne, ale bardziej mechanicznie. Pisze jak gdyby powieść sam o sobie: o wiernym, niezmiennym, mimo lat, Honoriuszu... Nie brak innych postaci kobiecych w tej dobie w jego życiu. Z jedną miał dziecko, inna w męskim przebraniu towarzyszy mu do Włoch; była i piękna hrabina Guidoboni-Visconti, i pani de la Valette... I była wreszcie — co może najbardziej zabolałoby panią Hańską — w latach 1836–1837, kiedy listy Balzaka do niej stawały się skąpsze — korespondencja z ową Luizą, która nigdy mu nie dała się poznać i nigdy nie odsłoniła swego nazwiska, a która — głupia gęś! — pisała do Balzaka: „Niech mnie pan kocha tak, jak się kocha Boga!”... Różne te legendy, i inne jeszcze, zupełnie już niedorzeczne, dochodziły do pani Hańskiej: nie mogąc np. zrozumieć finansowych kombinacji Balzaka, uwierzyła, że on jest graczem! Trzeba czytać, jak on się usprawiedliwia: i w istocie trudno uwierzyć, aby, przy swojej pracy i produkcji, mógł jeszcze sobie pozwolić na tę namiętność. Ale cóż ona mogła w tej swojej Wierzchowni wiedzieć o nim, o Paryżu! Każde imię kobiece, najniewinniejsza jego przyjaźń jakimż była dla niej ciosem! Pamiętajmy wciąż o ówczesnych warunkach korespondencji: między pytaniem a odpowiedzią upływały tygodnie; a kiedy przypadkiem list zginął, wówczas prawie niepodobieństwem było odnaleźć się w nieporozumieniach. Chodziły nawet wieści, że Balzac jest żonaty: i cóż ona mogła wiedzieć w gruncie rzeczy? W dodatku to przeświadczenie, że Francuzi są „lekkomyślni”, które Balzac tyle razy zwalcza z taką wściekłością! Położenie pani Hańskiej w ówczesnej Wierzchowni można by po trosze porównać z operową panią Butterfly... Balzac pisał jej przezornie: „Uważaj wszystko za fałszywe, czego nie wiesz wprost ode mnie”, ale ta subtelna i inteligentna kobieta nie mogła nie wyczuwać w jego listach całego innego życia, w którym ona nie miała udziału. Dodajmy wreszcie i to ostatnie: po śmierci męża pani Hańska miała być bogatą wdową: czy owa rzekoma wierność nie mogła być i spekulacją5 ze strony tego literata, wciąż grzęznącego w tak opłakanych stosunkach pieniężnych?

Oto jakie lata trawiła pani Hańska, a spędziła je — z wyjątkiem jednej zimy w Kijowie — w Wierzchowni.

W listopadzie 1841 umiera pan Wacław Hański. Zostawia wdowę. Kim jest ta wdowa? Czy jest tą samą naiwną dawną korespondentką Balzaka, która przesyłała mu owe ręką guwernantki kreślone listy pełne anielskich frazesów? Czy tą samą młodziutką parafianką, która, urodziwszy pięcioro dzieci, pierwszy raz wyjrzała na Europę i przyczepiła się „jak ostryga” do wielkiego człowieka? Nie; ta kobieta, którą widzimy teraz, jest inna. To kobieta, której inteligencja, bogata z natury, zmężniała i rozwinęła się pięknie pod wpływem obcowania duchowego z genialnym pisarzem. Idealna matka, która niezaspokojone skarby czułości przeniosła na jedyną córkę. Można przypuścić, iż w chwili, gdy uczuła się wolna, jasnym okiem objęła przeszłość i przyszłość, jak kobieta, która z całą świadomością ma stanowić o swoim losie. Taka pani Hańska wyjechała w jesieni r. 1842 do Petersburga, aby tam pilnować procesu, który, wbrew oczywistej słuszności, wytoczyli jej krewni męża.

Pomiędzy rokiem 1841, datą śmierci pana Hańskiego, a datą małżeństwa jego wdowy z Balzakiem upłynęło blisko dziewięć lat. Ileż gromów rzucili biografowie Balzaka na panią Hańską za tę zwłokę! Znowuż niezrozumienie epoki i stosunków! Czytajmy korespondencję Balzaka: on to rozumie daleko lepiej niż jego biografowie! Ubolewa nad tą zwłoką, ale nie ma o nią pretensji do ukochanej: uważa ją, wraz ze sobą, za ofiarę fatalności.

Najpierw proces: długi, zawiły proces, w którym przeciwnicy mieli silne plecy w Petersburgu. Ten proces trzeba było wygrać. Następnie trzeba było uzyskać pozwolenie cara na małżeństwo z cudzoziemcem. Car tego pozwolenia odmówił. Jedyną drogą było wydać córkę za mąż, a zapewnić sobie w zamian dożywocie lub rentę. Otóż Anna, w chwili śmierci pana Hańskiego, była jeszcze dzieckiem. Chociaż matka była gotowa wydać ją bardzo młodo za mąż, aby urzeczywistnić marzenia Balzaka, wybór zięcia przy tego rodzaju układzie stosunków musiał być przedmiotem wielkiej rozwagi, gdyż, przy nieszczęśliwym wyborze człowieka, pani Hańska narażała się na to, iż może być wyzuta ze wszystkiego bez żadnej ochrony prawnej. Wszystko to Balzac, autor Komedii Ludzkiej, rozumiał aż nadto dobrze. I dla niego przeszedł wiek szaleństw; chciał dom i życie ugruntować na mocnej podstawie.

Następnie interesy samego Balzaka. Czyż mógł on swoją żonę narażać na tę niegodną egzystencję, jaką prowadził ścigany przez komorników, najmujący mieszkanie pod fałszywym nazwiskiem, zasypywany pozwami, zastawiający łyżki w lombardzie? Trzeba mu się oczyścić; tego wymaga jego godność. Nad tym pracuje lata bez wytchnienia, pracuje, jak można wnosić z jego listów, istotnie heroicznie; żyje jak student, odmawia sobie wszystkiego, aby się wypłacić — i nie może. Długi jego, umarzane po trosze mozolnymi ofiarami, odradzały się jak hydra pod wpływem jakiejś nowej „genialnej” spekulacji. Tak upływają lata, po których przychodzi rewolucja r. 1848, burząca od jednego zamachu cały gmach jego nadziei, wreszcie choroba Balzaka. Aby to wszystko zrozumieć, trzeba tylko uważnie czytać korespondencję Balzaka.

Wiadomość o śmierci pana Hańskiego otrzymał Balzac dnia 6 stycznia r. 1842. Miał wówczas lat blisko czterdzieści trzy: zmęczony był już mocno okresem nadludzkich prac, kilkakrotnych załamań i daremnych wysiłków. Naraz6, w momencie gdy walka zaczynała mu się wydawać beznadziejna, błyska jego oczom ta najpiękniejsza nadzieja. W jednej chwili miłość jego barwi się świeżym rumieńcem. Nie chce wątpić ani na chwilę, aby się coś miało zmienić. Myśli tylko o tym, aby jak najspieszniej pognać do stóp ukochanej po nagrodę za tyle lat wierności. W niej natomiast, w pani Hańskiej, coś jakby się przemieniło. Odzywają się w niej wątpliwości, gorycze, które się nazbierały przez te lata. Odpowiada, że chce się poświęcić cała szczęściu córki; boi się tego okropnego Paryża; wreszcie pisze mu nawet straszne słowa: „Jest pan wolny”. List ten zawinięto w list jednej z ciotek, wymierzony — jak możemy się domyślać — przeciw Balzakowi. Z chwilą śmierci pana Hańskiego cała rodzina jest zaalarmowana, aby Ewusia nie popełniła „szaleństwa”. Ale nieporozumienie nie trwa długo: namiętna wymowa listów Balzaka zażegnała to usposobienie pani Ewy.

Czemu on sam nie podąży do niej, aby obecnością swoją rozwiać ostatnie resztki nieufności? Nie może... Nie mówiąc o jego własnej sytuacji, która broni mu w tej chwili, i to w zimie, tak dalekiej podróży, zjawienie się Balzaka w Petersburgu mogłoby fatalnie uprzedzić wysokie sfery przeciw pani Hańskiej i wpłynąć na niekorzystne rozstrzygnięcie procesu. Trzeba czekać, aż sama da mu znak, że może przyjechać. Upływa półtora roku; wreszcie w lipcu r. 1845 Balzac przybywa do Petersburga, i bawi7 tam do sierpnia. Lody stopniały. Znów wszystkie nieporozumienia stopiły się w tkliwości, te dwa młode serca odniosły zwycięstwo nad latami rozłąki, nad wszystkim co je dzieliło i zamącało ich harmonię. W ogóle ilekroć Balzac rozstaje się z panią Hańską, opuszcza ją w upojeniu, pod wrażeniem jej dobroci, miłości, oddania. Mamy na to świadectwo kilku tomów jego listów; przed kilkoma zaś miesiącami, ogłosił najlepszy znawca Balzaka, p. Bouteron, bardzo wymowny a nieznany urywek z dziennika samej pani Hańskiej.

„Dni i miesiące upłynęły, a ja nic nie pisałam. — Co mówię, nie pisałam! Nie śmiałam nawet otworzyć tej książki, która od tej pory zdała mi się jakby uświęcona. Ale w dniu moich urodzin, 24 grudnia, chciałam mieć swoje święto: zamknęłam się, uklękłam i w ten sposób przeczytałam to, co sławna ręka — ale czym jest sława dla serca? — to, co ukochana ręka nakreśliła. — Pisał to 2 sierpnia!... Ach! Jakże ten dzień jest już daleko! A mimo to wciąż jest tuż, wciąż jest obecny, niby gwiazda, którą się widzi, nie mogąc jej dosięgnąć, gwiazda, którą wzięłam za godło mego losu.

„Byłam tedy szczęśliwa!... Wiem w końcu, co jest szczęście czyste i bez wyrzutów. Czyż ośmielę się kiedy powiedzieć, nawet tutaj, jak bardzo to moje szczęście było ogromne i zupełne? Ale czyż można opisać na zimno, z piórem w ręku, to co się czuło tak żywo? a gdyby nawet się dało, trzeba tego poniechać. Wspomnienie szczęścia kurczy się jak mimoza, rozchylić jego listki można tylko gwałtem. Zostawię tedy to słodkie wspomnienie, niech się rozwija swobodnie w chłodnej głębinie serca, które wypełnia, nie mącąc go.

„...A jednak jak nie mówić o nim, w książce, którą przeznaczyłam na to, aby w nią przelewać całą moją duszę?... Jak nie wyrazić wszystkiej wielkości i dobroci, która jest w tym człowieku; wszystkiej wzniosłości i słodyczy, płomiennej inteligencji i młodości serca, świeżej, uroczej, wiosennej! To niezrównane serce nie osłabło w swoim biciu od pierwszej chwili wzruszenia. Czuje dziś tak, jak czuł w szesnastu leciech, w tym wieku, o którym Chateaubriand powiada, że jest tak poetyczny w swej świeżości. Och! Za stara jestem i ciałem i duszą, aby być kochaną w ten sposób: czuję jak gdyby wstyd, wyrzut... Ileż razy, gdy on mówił i gdy ta cudowna inteligencja służyła za tłumacza żywości jego uczuć, ja, słuchając go z rozkoszą, myślałam smutno, że jestem zbyt szczęśliwa, że jestem niegodna takiego szczęścia... Nie, nie jestem niegodna, skoro je umiem ocenić i skoro jest ono dla mnie czymś ponad wszelką cenę... A wreszcie, czyż nie trzeba, aby szczęście było dane darmo, jak łaska Boga: czyż nie płynie z tego samego źródła? Jeden Bóg zna tajemnicę naszych losów; on jeden wie, czemu licha bezimienna trawka wzrasta i rozwija się u stóp lauru, podczas gdy tryumfalny tulipan roztacza swoje barwy z dala od niego i zginąłby, gdyby go się chciało posadzić na tym samym gruncie...”

Tak pisała w swoim tajemnym dzienniczku ta kobieta, którą pomawiają o oschłość serca i która rzekomo nie umiała rozumieć swego kochanka. To pewna, że Balzac nie pragnął być rozumiany inaczej. Wszystko w tej ukochanej Ewie odpowiadało mu, zadowalało jego duszę, umysł, zmysły. Kochał w niej i podziwiał wszystko. Jeżeli rodziły się między nimi nieporozumienia, to tylko wtedy, kiedy był z dala; ale po każdym okresie spędzonym wspólnie, listy jego przepełnione są wdzięcznością i uwielbieniem bez granic.

Uważając się od tej pory za poślubionych małżonków, Honoriusz i Ewa godzą się z koniecznością czekania. Trzeba uporządkować kwestie spadkowe, kwestie opieki, administrację olbrzymich dóbr, które prawie że nie dają dochodu, bo wszystko tonie w kieszeniach rządców i pośredników. Trzeba uporządkować zwłaszcza sprawy Balzaka, przygotować dom, trzeba wydać za mąż Annę. Od tej chwili Balzac żyje duchem przy pani Hańskiej. Na wpół obojętnieje na swoją twórczość. Jest zmęczony. Daremnie sili się z siebie wycisnąć dawną wydajność pracy. Mimo że jeszcze stworzy szereg arcydzieł, wciąż ważniejszą jest dlań każdorazowa ucieczka z Paryża. Nadużył swoich sił, nie ma już dawnej radości tworzenia, została męka dostarczania skryptu, wyciskanego z siebie pod naporem zobowiązań. Mimo to, w tej epoce osiąga większy porządek w interesach. Ponosi wszystkie ofiary, byle się oczyścić. Żyje sercem. Kocha córkę pani Hańskiej Annę, skupia na niej wszystkie swoje uczucia rodzinne, zagoryczone w stosunku do matki i siostry. Kiedy młodziutka herytiera8 zaręczy się z hr. Mniszkiem, pokocha młodego człowieka całym sercem i nawzajem jest przez dwoje młodych serdecznie kochany. Odtąd liczy czas wedle tych krótszych lub dłuższych ucieczek. W r. 1845 spotyka się cała gromadka w Dreźnie, stamtąd włóczęga po Niemczech, Belgii, Holandii; wreszcie — cóż za radość! — pani Hańska i jej córka, mimo że nie mają pozwolenia, za paszportem siostry i siostrzenicy Balzaca, wykradną się do Paryża. W tym samym roku jeszcze spotkania w Baden-Baden, w Neapolu, w Rzymie. Każda z tych podróży w towarzystwie ukochanej jest dla Balzaka jednym upojeniem. Wreszcie — wieść pełna radości i niepokoju — przez kilka tygodni żyje Balzac nadzieją zostania ojcem. Przygotowuje się wszystko do zawarcia tajnego małżeństwa.

Surowi biografowie Balzaka znowuż mają za złe pani Hańskiej, że te podróże odciągały Balzaka od pracy: ależ w stanie, w jakim był wówczas, gdyby nie te chwile szczęścia i wytchnienia, jeszcze wcześniej padłby ofiarą swego nadludzkiego trudu! W roku 1846 szesnastoletnia Anna wychodzi za hr. Mniszka i wraz z mężem udaje się do Wierzchowni: pani Hańska spędza jakiś czas w Paryżu incognito, po czym podąża za córką i zięciem do Wierzchowni, aby tam młodą parę wprowadzić w zarząd i gospodarstwo. Niebawem we wrześniu r. 1847 Balzac pospiesza tam za nią, i bawi do początku r. 1848. Małżeństwo jego wciąż oczekuje likwidacji długów Balzaka. Bądź co bądź pisarz przygotowuje już podanie do cara z prośbą o pozwolenie na ten związek. Interesy zmuszają go do powrotu do Paryża; zastaje tam rewolucję, która podcina wszystkie jego literackie sperandy9: Paryż ma inne rzeczy na głowie niż literaturę. Zniechęcony, zrozpaczony, marzy tylko o jednym: wrócić do Wierzchowni! Jakoż po kilku miesiącach Paryża puszcza się z powrotem i zostaje tam przeszło półtora roku, przykuty chorobą serca, następstwem owych lat nadludzkiej pracy, w których olbrzymimi dawkami czarnej kawy zmuszał to serce, aby biło dziesięciokrotnym tempem. Pani Hańska i jej dzieci pielęgnują go z nieopisaną tkliwością. „Co się tyczy przywiązania — pisze Balzac do siostry — tkliwości, chęci wyrywania chwastów, które zarastają moje życie, matka i dzieci są ponad wszelkie wyrazy”. Ale jest to człowiek już stracony: śmierć wyciągnęła już poń swoją rękę.

I wówczas spełnia się marzenie tak długo pieszczone. 14 marca r. 1850, w kościele św. Barbary w Berdyczowie, ks. Czaruski, w zastępstwie biskupa Żytomierskiego, pobłogosławił związek między Balzakiem a panią Hańską. Balzac sam donosi o tym matce: „Pani Ewa de Balzac, twoja synowa, powzięła, dla usunięcia wszystkich przeszkód, heroiczne postanowienie: oddała cały majątek dzieciom, zostawiając sobie tylko rentę”.

Czemuż nie można zakończyć tutaj romansu pani Hańskiej! Jakże piękną miałaby w nim rolę! Doprawdy, w całych tych dziejach dwojga serc nie widzę powodu, aby się odnosić do niej z owym przekąsem, jaki spotyka się często. Nie bardzo widzę, czym więcej mogłaby być ta kobieta dla Balzaka niż była: co mogłaby mu oddać z siebie więcej i lojalniej, i z większą prostotą? Nie ona ponosi odpowiedzialność za lata rozłąki i męki, ani za przeszkody, które okoliczności stwarzały na ich drodze. Umiała pisarza odgadnąć, przeczuć i zrozumieć: a zważmy, że Balzac ówczesny, to nie był Balzac dzisiejszy, postawiony przez potomność na piedestale. W r. 1832, gdy pani Hańska napisała pierwszy list do niego, to był młody, zaledwie od paru lat znany pisarz. Później sława jego rosła, ale równocześnie z rozgłosem mnożyły się ataki, uprzedzenia. Powierzchowność jego nie była z tych, które pociągają kobietę. Braki form i wychowania musiały razić arystokratkę. Nalot cyganerii, gonitwa za groszem, ten tryb życia, który może mieć wdzięk zaledwie w przelotnej epoce młodości, a który Balzaka prześladował aż do końca, wszystko to musiało być jakże przeciwne tej kobiecie, przyzwyczajonej królować w chwale i dostatku udzielnej prawie dziedziczki. Pamiętajmy iż po śmierci męża, pani Hańska, młoda jeszcze, piękna i bogata wdowa, mogła myśleć o najświetniejszym zamęściu, a że dziesięcioletnie hołdy Balzaka zupełnie dostatecznie nasyciły jej próżność, gdyby próżność była jej pobudką. Jeżeli tedy pokonała w sobie wszystkie uprzedzenia, jeżeli pozostała wierna swej miłości, musiało to wynikać ze szczerego powinowactwa duchowego; było to istotne urzeczenie narkotykiem geniuszu. Toteż jeżeli nieufność, wątpliwości, uprzedzenia, nad których podsycaniem pracowało całe otoczenie, budziły się w pani Hańskiej, to tylko w nieobecności Balzaka; gdy on się zjawiał, magnetyzm jego rozpraszał wszystkie te chmury. Nie, doprawdy nie widzę, w czym mogłaby pani Hańska być lepsza, a Balzac ani na chwilę nie pragnie, aby była inna; nie bądźmyż bardziej wymagający od niego.

Inne też okoliczności, obce właściwie owym siedemnastu latom tego stosunku, zaważyły na sądzie potomnych o pani Hańskiej; a mianowicie śmierć Balzaka i jej wdowieństwo. Nie zatrzymywałbym się może przy tych sprawach, gdyby nie to, że były one wielokrotnie — a w najujemniejszym dla niej sensie — omawiane; że jest to punkt, w którym skupiło się dokoła pani Hańskiej wiele uprzedzeń, może potwarzy, i że właśnie w ostatnich miesiącach pojawiły się dokumenty, stanowiące nowe oświetlenie tych bardzo drażliwych kwestii. Wróćmy tedy do małżeństwa Balzaka.

W maju r. 1850 małżonkowie puścili się do Paryża. Przybywszy na ulicę Fortunée, zastali dom oświetlony i pełen kwiatów, ale zamknięty: służący, który go miał pilnować, oszalał! Cóż za pierwsze wrażenie dla nowożeńców! Rychło po przybyciu wystąpiły u Balzaka nawroty choroby i powaliły go na łóżko, z którego już nie miał powstać: umarł 18 sierpnia 1850 roku. Ostatniego dnia odwiedził go Wiktor Hugo, a opis tej wizyty, zamieszczony w książce Choses vues, miał ciężko zaważyć na dobrym imieniu pani Hańskiej.

„...Drzwi się otworzyły. Służąca zjawiła się ze świecą. »Czego pan sobie życzy?« — rzekła. — Płakała... Przyszła druga kobieta, która płakała również, i rzekła do mnie: »Umiera. Pani poszła do siebie«...”.

Ten opis cytowany we wszystkich biografiach stał się źródłem wiadomości, że pani Hańska nie była obecna przy śmierci męża i że tuż po przybyciu do Paryża zaszły między nimi poważne nieporozumienia. Tymczasem w artykule swoim10 p. Bouteron przytacza korespondencję pani Ewy z lekarzem i inne dokumenty, z których wynika, że pielęgnowała Balzaka do ostatniej chwili.

Na Ukrainie (pisze p. Bouteron) młodzi Mniszkowie, którzy codziennie z lękiem oczekują nowin o „ukochanym ojcu”, są w rozpaczy. Anna pisze do matki: „Całe nasze życie obrócimy na to, aby ci złagodzić tę okropną stratę”.

6 listopada pani Ewa de Balzac pisze do wiernego lekarza Balzaka, doktora Naquart:

„...przeżyć samą siebie, zostać tylko ciałem bez duszy, tylko zepsutym i bezużytecznym automatem, to rzecz straszna. W istocie, są nieszczęścia zbyt miażdżące dla biednej i wątłej istoty ludzkiej. Nie, drogi doktorze, mimo całej twojej pięknej i olbrzymiej inteligencji, nie możesz się domyślać, co się dzieje we mnie. Nie wiesz, ile trzeba siły, aby żyć, kiedy życie jest tylko cierpieniem, kiedy serce jest już tylko żywą i krwawiącą raną, kiedy teraźniejszość objawia się tylko bólem, a przyszłości nie ma...”

A jednak!...

... Słabości, nazwisko 

Twoje kobieta... 


powiada Hamlet. Champfleury, Gigoux, oto nazwiska tych, których pani Hańska miała dać za następców Balzakowi.

Zacznijmy od Jana Gigoux, malarza, mimo że był on drugim z rzędu, a to dlatego, że jego nazwisko łączy się z epizodem w życiu pani Hańskiej najbardziej inkryminowanym.

W r. 1907 Oktaw Mirbeau zamieścił w powieści swojej 628-K8 wersję o śmierci Balzaca, którą posiadał jakoby od samego Jana Gigoux i którą, nie zmieniając nic, spisał tego samego dnia, wróciwszy do domu.

Wedle tej wersji, Gigoux jest kochankiem pani Hańskiej jeszcze za życia Balzaka. W dniu, gdy Balzac kona, bawi on w jego domu i spędza cały dzień ze swą kochanką w jej pokoju. Gdy nadchodzi noc, kładą się do łóżka. O wpół do jedenastej pielęgniarka puka do drzwi. „Proszę pani, niech pani przyjdzie, pan kona!”. Siadają na łóżku, ale kładą się znowu. Po dziesięciu minutach nowe wołanie: „Proszę pani! Proszę pani! Pan umarł!”. Ewa zrywa się i wpół naga chce wybiec, Gigoux zmusza ją, aby się ubrała. O czwartej rano Ewa wraca i kładzie się do łóżka.

Do tego opisu dodał Mirbeau komentarz malujący w najczarniejszych kolorach stosunki domowe Balzaka. Wedle tego komentarza, małżeństwo jego w tydzień po przybyciu do Paryża było tak jak gdyby zerwane; małżonkowie nawet nie jadali razem. Dokumenty, jakie przytacza p. Bouteron, obalają stanowczo tę wersję: ale co więcej i sam ów opis był, zdaniem kompetentnego balzakisty, po prostu wyssany przez Oktawa Mirbeau z palca.

Wedle licznych świadectw, pani Ewa poznała Jana Gigoux dopiero jako wdowa, kiedy w r. 1851 robił portret jej córki. Potwierdza to również człowiek, który przez lat czterdzieści był sekretarzem Jana Gigoux, opierając się na korespondencji, którą ma w ręku: co więcej, twierdzi stanowczo, że Gigoux nie znał w ogóle Oktawa Mirbeau i że ten nigdy nie był u niego w domu...

Oto na jak kruchych podstawach opiera się legenda, która zrosła się od lat z pamięcią pani Hańskiej!... Dodajmy, że, kiedy pojawiła się książka Oktawa Mirbeau, córka pani Ewy, Mniszkowa, zaprotestowała, i Mirbeau usunął ze swojej książki te karty, które jednak tymczasem obiegły całą prasę.

Gigoux był jednak kochankiem pani Ewy. Był nim prawdopodobnie od roku 1852. Było to właściwie „morgantyczne11” małżeństwo, które przetrwało trzydzieści lat.

Przed nim był Champfleury, młody pisarz, z którym zbliżenie nastąpiło prawdopodobnie w marcu r. 1851 i trwało kilka miesięcy. Przez paradoks wcale nie rzadki, wspólne uwielbienie dla Balzaka było tłem tego przelotnego romansu.

Tu winy pani Ewy są większe. Zakochana dama wpadła na pomysł, aby miernemu powieściopisarzowi powierzyć dokończenie kilku niedokończonych utworów Balzaca. Champfleury, nie czując się na siłach, odmówił, ale na nieszczęście poradził swej kochance, aby się zwróciła do niejakiego Rabou, który istotnie zeszpecił powieści Balzaka Poseł z Arcis i Drobnomieszczanie. Na obronę pani Hańskiej można zauważyć, iż w owej epoce zapatrywania na takie „uzupełnienia” były inne niż dzisiaj. Mogło to uchodzić niemal za akt pietyzmu. Czyż u nas nie dopełniano w najlepszych intencjach Horsztyńskiego etc.? Bądź co bądź (stwierdza p. Bouteron, z którego świeżej pracy czerpię te szczegóły) wdowa obróciła wszystkie swoje siły na to, aby wydawać dzieła męża i utrwalić jego sławę. Zebrała też i uporządkowała owe Listy do cudzoziemki, olbrzymi zbiór listów Balzaka pisanych do niej, którymi to listami pisarz postawił ukochanej pomnik, jaki miała mało która kobieta. W te listy trzeba się wczytać, aby poznać prawdziwego ducha tego stosunku.

A listy jej? Listy pani Hańskiej do Balzaka? Nie istnieją. Spoelberch de Lowenjoul, ów fanatyczny zbieracz puścizny Balzakowej, zdobył tylko owe dwa listy z pierwszego okresu korespondencji, ale ani jeden, ani drugi nie są pisane ręką pani Hańskiej. W książce swojej12 kreślącej dzieje tego romansu, wspomina on o „autodafé13”, jakie w r. 1847, pod wpływem jakiegoś dramatycznego zajścia, Balzac uczynił ze wszystkich jej listów. Ale listy Balzaka są tak obfite, tak szczegółowe, tak wymowne, że możemy w nich czytać całą historię obojga, możemy niemal między wierszami czytać odpowiedzi pani Hańskiej. I gdybyśmy ją znali tylko z tych listów, rola jej byłaby piękną, jedną z piękniejszych, jakie zna historia literatury. To, co rzuciło cień na tę rolę, to częścią uprzedzenie, częścią, jak widzieliśmy, wątpliwej autentyczności legendy, a wreszcie — owych trzydzieści lat, o które przeżyła Balzaka. Umiała być kochanką, przyjaciółką wielkiego człowieka, nie dość umiała być jego — wdową. Bywają inne kobiety: liche kochanki, liche żony, ale świetne wdowy...

W rezultacie trudno się nie zgodzić z francuskim obrońcą pani Hańskiej, kiedy, odpowiadając na zarzut, że „nie umiała kochać” Balzaka, streszcza jej rolę w życiu wielkiego człowieka w tych słowach:

„Urzeczywistniła dla Balzaka, od pierwszego spotkania, ideał miłości, jaki sobie stworzył w wyobraźni i o którego możliwości zwątpił. Była dlań świetnym odwetem za wzgardę margrabiny des Castries; oddała mu od pierwszego dnia serce i przyrzekła rękę. Pokochała go do tego stopnia, iż w r. 1833, w pierwszym ogniu miłości, chciała wszystko rzucić, aby iść za nim. Następnie, mimo oddalenia, mimo lat, mimo jego niewierności, mimo uprzedzeń rodziny, wytrwała w swej miłości. Kiedy był stary, chory, zrujnowany, gościła go w swoim pałacu na Ukrainie przez wiele miesięcy; stworzyła mu ognisko, rodzinę; aby móc go zaślubić, zrzekła się większej części swego majątku; zgodziła się wieść z nim skromne życie w mieście, którego nie lubiła, w otoczeniu, które nie było jej światem. Zapłaciła za Balzaka, za życia jego i po śmierci, kilkaset tysięcy franków długów, pielęgnowała go z niestrudzonym oddaniem. Wreszcie, kiedy umarł, wówczas, mimo swoich sercowych słabostek, poświęciła siły i inteligencję na wydanie i propagowanie dzieł Balzaka, na utrwalenie jego sławy”.

„Jeżeli to nie wystarcza — pyta p. Bouteron — jeżeli to się nie nazywa »kochać«, czegóż wam trzeba jeszcze?”

Ale nie tak łatwo jest zmienić raz utrwalone artykuły wiary!

Posypały się we Francji odpowiedzi na tę „apologię”. Znów wytoczono dawne argumenty:

„...Tę niesłychaną zwłokę między owdowieniem a nowym zamęściem p. Bouteron tłumaczy trudnościami spadkowymi i innymi podobnymi trudnościami. Liche to racje dla kobiety naprawdę kochającej! Przyznaje także, że jej arystokratyczna rodzina sprzeciwiała się temu mezaliansowi, i że wciąż zagmatwane położenie finansowe Balzaka nie było zachęcające. Czyż miłość liczy się z takimi przeszkodami?...”

Cóż za szczytne pojęcie miłości u tego literata, który zapewne sam, doszedłszy do wieku rozsądku, zerwał, w duchu uświęconych tradycji, z milusią kochanką, aby zaślubić brzydką ale bogatą pannę albo wdowę! Ale na papierze żadnych kompromisów! Takimi argumentami można dowieść, że Tristan i Izolda nigdy się nie kochali! Mimo iż wypiwszy napój miłosny z Tristanem i związana z nim na wieczność, Izolda zostaje żoną króla Marka; a uciekłszy z nią do lasu, Tristan odprowadza ją z powrotem królowi, bo nie ma w lesie szczęścia z ukochaną, nawet w mądrej bajce. I, na domiar ironii, Tristan, w chwili zwątpienia, znużenia, zaślubia inną... I ten właśnie splot spraw serca z naciskiem praw społecznych nadaje owej legendzie jej przedziwną ludzkość... Zadumawszy się nad tym prastarym mitem, złagodzimy sądy nasze o pani Hańskiej... A cała jej historia przetworzy się nam w pamięci na jeden więcej rozdział balzakowej Komedii Ludzkiej.

*

Prawie równocześnie z nowym oświetleniem tej kwestii przez p. Bouteron, pojawiły się Listy pani Hańskiej, pisane do ukochanego brata hr. Adama Rzewuskiego, a ogłoszone przez rodzoną bratanicę pani Hańskiej, córkę tegoż Adama Rzewuskiego, księżnę Katarzynę Radziwiłłową. Listy te, z których wyjątki ogłosiłem14 swego czasu w przekładzie z francuskiego, sprawiają dziwne wrażenie, przez swoją wyraźnie bałamutną chronologię, jaką opatrzyła je wydawczyni. Miejscami wydaje się, jakby to były powycinane i posklejane ustępy rozmaitych listów pisanych w zupełnie różnych epokach życia. Nie świadczy to przeciw ich autentyczności; raczej przeciwnie. Można przypuszczać, że gdyby ktoś pokusił się o sporządzenie apokryfu (?), postarałby się przede wszystkim o uniknięcie tak grubych omyłek. Trzeba również zaznaczyć, iż owa „rewizja procesu” pani Hańskiej, której wyrazem jest „apologia” p. Bouteron, rozpoczęła się przed pojawieniem tych listów, i że fragment dzienniczka pani Hańskiej, przytoczony powyżej, bardzo zgadza się z ich duchem. Bądź co bądź, dopóki kwestia nie będzie ponad wszelką wątpliwość wyświetlona, wolałem w mym szkicu nie opierać się na tych listach i nie cytować ich, mimo że było to bardzo kuszące, gdyż zawierają one wiele cennego materiału zarówno co do osoby samej pani Hańskiej, jak i co do jej stosunku z Balzakiem. Omówię je tutaj w krótkich słowach oddzielnie.

Niepospolita inteligencja, kochające serce i lojalność charakteru, oto co uderza w tych listach. Dojrzałość sądów o Balzaku, w których przenikliwa i trafna krytyka godzi się doskonale z bezgranicznym podziwem, przynosi zaszczyt kulturze literackiej, jaką pani Hańska umiała sobie zdobyć w swojej dalekiej Wierzchowni. „Znam bardzo zagorzałych Balzakistów, którzy uznali te rozmaite zarzuty za bardzo bystre”, pisze omawiając te listy Ernest Seillière. Ale umiejąc widzieć jasno słabe strony pisarza, ta kobieta ogarnia całą jego wielkość, i to w dobie, gdy — to ciągle trzeba pamiętać — Balzac nie był jeszcze owym Balzakiem z pomnika Rodina! W chwili, gdy większość oficjalnej krytyki francuskiej nie zdawała sobie sprawy z ogromu zjawiska, któremu na imię Balzac, w chwili, gdy mu raczej wszyscy rzucali kamienie pod nogi, pani Hańska pisze o nim, i to niejednokrotnie, i bez wahania:

„To jest postać olbrzymia, która zostanie zawsze olbrzymia, i w miarę jak czas spełni swoje dzieło, świat zapomni o tych wszystkich drobnych rzeczach, które go rażą dzisiaj, a osoba pana de Balzac ukaże się nam tym bardziej gigantyczna w miarę jak niepamięć przesłoni wszystkie te drobiazgi, które obecnie kryją intelektualną piękność człowieka i pisarza, nieśmiertelnego pisarza!

„...Gdybym, jakimkolwiek przypadkiem, miała złamać serce tego genialnego człowieka — popełniłabym zbrodnię, z której nic w świecie nie obmyłoby mego sumienia. A jeszcze i z innego punktu, nie trzeba zapominać, że taki człowiek należy do całego świata, i że byłoby grzechem wobec świata przeszkodzić panu de Balzac w tworzeniu nowych arcydzieł, podobnych tym, które już nam dał”.

Znajdujemy tam interesujące oświetlenie początków tego stosunku:

„Romans mój z panem de Balzac miał za początek ciekawość, ciekawość kobiety, która, wychowana w wysokiej atmosferze intelektualnej, musiała nagle poddać się egzystencji, będącej pasmem niskich pospolitości... Korespondencja moja z panem de Balzac zaczęła się, z mojej strony przynajmniej, od żartu; później rozwinęła się i przeobraziła w jedno z najpoważniejszych uczuć i jeden z najbardziej skomplikowanych problematów...”

Raz po raz powtarzają się aluzje do oporu rodziny, do małych dokuczliwości, wścibstwa, komeraży15, uprzedzeń. Uprzedzenia te kręcą się wciąż koło jednego: różnica sfery, wychowania! Dla tych kresowych panków sama myśl o takim mezaliansie, jak małżeństwo z francuskim literatem, była czymś okropnym. Pani Hańska daleka jest od takich względów, mimo że i ona wrażliwa jest na pewne braki w wychowaniu wielkiego człowieka, nie tyle dla siebie, ile dlatego, że przykro byłoby jej widzieć go przedmiotem szyderstwa innych. Otóż dla tego polskiego światka Balzac jest przede wszystkim człowiekiem, który nie umie dość ładnie jeść:

„Przepowiadałeś mi zawsze — przypominasz to sobie — że będzie jadł nożem i nos obcierał w serwetę. Otóż, jeżeli nie dopuścił się ostatniej zbrodni, to pewna, iż stał się winnym pierwszej. Oczywiście to jest przykry widok, i nieraz, kiedy widziałam jak popełnia to, co my nazywamy błędami przeciw wychowaniu, miałam pokusę upomnieć go, tak jak upomniałabym Annę w podobnym razie. Ale to wszystko, to jest „powierzchnia”. Sam człowiek ma w sobie coś, co jest o wiele więcej warte niż złe albo dobre formy: ma geniusz, który elektryzuje i przenosi w najwyższe sfery ducha, ten geniusz, który człowieka wyrywa z samego sobie, który pozwala ziścić i zrozumieć to, czego brakowało naszemu życiu...

Ale kiedy Balzac, wyczerpany nadludzką pracą, przedwcześnie zużyty, przygnieciony kłopotami, chory, wszystkie swoje nadzieje złoży w tym upragnionym związku, wówczas żadna siła nie zdoła odwieść pani Hańskiej od spełnienia przyrzeczeń. Poniesie wszystkie ofiary, byle opromienić złudzeniem szczęścia ostatnie lata pisarza. Bo sama nie ma złudzeń:

„...A mimo to, tyle jest smutku w tym naszym wspaniałym romansie! Tyle zgryzoty, tyle lęku, z mojej strony przynajmniej! Wiem dobrze, zanadto dobrze, że pan Balzac jest skazany i że nawet przy najlepszej opiece nie może żyć długo... Szczęściem dlań, on nie wie o tym i pełen jest planów na przyszłość, których ja słucham ze ściśniętym sercem, bo wiem aż nadto dobrze, że nie ma dla nas przyszłości! Jednakże myśl, że mogę być pożyteczna temu wielkiemu umysłowi i temu szlachetnemu sercu, jest także nagrodą...

„Dam mu całe szczęście, na jakie zasługuje i będę szczęśliwa czyniąc to. Tak często go zdradzano: ja mu zostanę wierna na przekór wszystkim i mimo wszystko; wierna ideałowi!, jaki przedstawiam dla niego; a jeżeli, jak mówią lekarze, on ma niedługo umrzeć, niechaj umrze bodaj z dłonią w mojej dłoni i z moim obrazem w sercu...”

Kiedy już kwestia małżeństwa była postanowiona, Balzac, nie mogąc znosić samotnego życia w Paryżu, spieszy do Wierzchowni. Oczywiście budzi to zgorszenie cnotliwych krewniaków, tak iż pani Hańska uważa za potrzebne w liście do brata usprawiedliwić ten pobyt. Pragnie ona spożytkować go po trosze na delikatne „wychowanie” Balzaka, wciąż z tą myślą, aby nie być za niego upokorzona w oczach tych, którzy go tak nie kochają i nie rozumieją jak ona:

„...jest wiele przyczyn tego »zagospodarowania« się pana de Balzac w Wierzchowni. Przede wszystkim jego zdrowie... A przy tym, jeżeli mam mówić szczerze, powiem ci, że, skoro nie możemy pobrać się przed wiosną, rada jestem, że będę tu miała pod swoim dachem przez kilka miesięcy pana de Balzac, zanim przybędę jako jego żona do Paryża. Pragnę powoli, tak aby on sam sobie nie zdawał sprawy z tego, oswoić go z naszymi zwyczajami, i naszymi formami i przygotować go do roli, jaka mu z czasem przypadnie. On pragnie, abym miała salon w Paryżu i, o ile tylko jego zdrowie pozwoli, to byłaby rzecz, która by mi się uśmiechała. Ale chcę, aby on tam grał piękną rolę, aby zajmował pierwsze miejsce i aby nikt nie mógł mu wyrzucać, że nie umie się zachować. Chcę mu wskazać ton, jaki mu trzeba przybrać, wyleczyć go po trochu z tego snobizmu, w który popada tak często, i odzwyczaić go od ciągłego wynoszenia pod niebiosa pokrewieństw, które zawdzięcza naszemu małżeństwu. Słowem, staram się go przywieść do tego, aby był naturalny, aby błyszczał swoim talentem, geniuszem, głębokim wykształceniem, nieporównanym rozumem, raczej niż żeby się popisywał lichymi przewagami majątku czy urodzenia, które ja posiadam, a które są o tyle niższe od wszystkich cudownych darów, jakimi natura obdarzyła jego samego...”

Nie na wiele zdało się to „wychowanie” przy nieokiełznanej żywości charakteru i dziecięcej ekspansywności Balzaka. Oto urywek z listu pani Balzakowej, kiedy, już po ślubie, w drodze do Paryża zatrzymała się z mężem w Dreźnie:

„Chciałabym, dla wielu przyczyn, być już w Paryżu, a dla jeszcze innych przyczyn być daleko od Drezna. Nasz pobyt tutaj nie był szczególnie przyjemny, dla mnie przynajmniej. Miałam nadzieję, iż zdołam uniknąć ciekawości kolonii polskiej, ale rzuciła się na mnie jak zgłodniały sęp, pchana swoją niezdrową ciekawością, i nie oszczędziła mi żadnej przykrości. Mój biedny kochaneczek nic nie zrozumiał i szczęściem dla siebie nie dojrzał sarkazmów zawartych w rzekomych grzecznościach, którymi nas obsypano. W swoim upojeniu dał się ponieść rozlewności swego charakteru, co oczywiście wywołało cichy ale energiczny konflikt z osobami takimi, jak nasza antypatyczna księżna marszałkowa, która, kiedy jej wyraził radość, że jest z nią spokrewniony, oraz wdzięczność za dobroć, jaką mu okazała, tak samo jak inni liczni krewni, »którzy teraz zostali mymi kuzynami«, odpowiedziała: »Och, nasze pokrewieństwo z Eweliną jest tak dalekie, że można się do niego przyznać, albo się go zaprzeć, jak się ma ochotę«. Nie śmiałam spojrzeć na mego ukochanego przy tych okrutnych słowach, ale na szczęście ten, w którego mierzyły jej sarkazmy, nie zauważył ich”.

I w Paryżu nie było lepiej: i tu dziecinna próżność Balzaka nie może ukryć szczęścia posiadania tak świetnej paranteli. Pojmujemy męki, jakie cierpi biedna pani Ewa:

„Pan de Balzac jest czasami prawdziwym dzieckiem... pozwala swojej wyobraźni ponosić się bez hamulca, co go stawia, zarówno jak innych, w kłopotliwym położeniu. Tak na przykład nigdy nie mogłam uzyskać nań na tyle wpływu, aby go powstrzymać od ciągłego mówienia o biednej Marii Leszczyńskiej jako o »mojej ciotce«. Po pierwsze, nigdy nią nie była; po wtóre nikt z nas, o ile wiem, nie chwalił się tym pokrewieństwem; po trzecie od tego kiszki się skręcają starym arystokratom francuskim, z którymi stykamy się często, kiedy słyszą, jak się ktoś przyznaje do tego pokrewieństwa. To mi stwarza niepotrzebnych wrogów, bo oczywiście to mnie posądzają, że się chełpię moim »kuzynostwem« ze starszą linią Burbonów... Nie powinieneś wszakże sobie wyobrażać, że wszystkie te mizerie uszczupliły bodaj w najmniejszej mierze moje przywiązanie do męża. Byłaby to bardzo licha miłość, gdyby tego rodzaju rzeczy mogły na nią wpłynąć...”

Wreszcie nieubłagana śmierć położyła na pisarzu swą rękę, Balzac umiera. Oto co pisze po jego śmierci pani Balzakowa do brata:

„Jedyna rzecz, jaka mi została teraz w mym nieszczęściu, to oczyścić jego pamięć, spłacić długi, które nad nim wisiały, i dbać o jego matkę jak o własną. Serce moje jest złamane, ale nie żałuję niczego, i kiedy Paulina napisała mi, że mogłam sobie była oszczędzić całej tej agonii, gdybym nie wychodziła za pana de Balzac, uczułam, że pragnęłabym już nigdy w życiu nie widzieć jej na oczy. Nie, doprawdy, nie żałuję niczego, nie wyrzucam sobie niczego. Mało kobiet miało to szczęście, które ja miałam: być przyjaciółką, doradczynią, jedyną miłością człowieka, który będzie zawsze uważany za jednego z największych pisarzy swego czasu. I mogę tylko być dumna z tej świadomości, żem mu była natchnieniem, pociechą, zachętą, wówczas gdy świat drwił sobie z niego i nie chciał wierzyć w jego geniusz, i że dzięki mnie, mej miłości i memu oddaniu, jego ostatnie dni na ziemi były szczęśliwe, że choć na krótko zaznał całkowitego szczęścia ziszczonych ambicji”.

I w końcu to tak proste, tak bardzo kobiece zwierzenie:

„A jak on mnie kochał! Mój Boże, jak on mnie kochał, jak on mi ufał, jak on wierzył we mnie, wierzył we mnie bardziej może niż ja w niego, bo ja miewałam chwile zazdrości, w czasie których cierpiałam tak okrutnie, och! tak okrutnie przez myśl i obawę, że może spotkać inną kobietę, młodszą i ładniejszą ode mnie...”

Nie chcę już nic dodawać do tych kart. Niech mówią same za siebie.

Boy Żeleński

Ubu Król, czyli Polacy - o Alfredzie Jarry

 Opowiem tu bardzo zadziwiającą historię Króla Ubu (czytaj übü). Dla wielu będzie ona zupełną nowością. Ubu Król był zawsze raczej mitem literatury niż jej żywą częścią. Sztukę grano w r. 1896 w Paryżu tylko raz; wydanie książkowe było przez szereg lat kąskiem dla bibliofilów. (Wiadomo, że to jest najskuteczniejszy sposób pogrzebania książki, bo bibliofil i sam nie czyta, i nie pożyczy innemu). Nie bardzo tedy była sposobność sprawdzić, czy ów Ubu to jest genialne dzieło, jak chcieli jedni, czy też ramota69 wydmuchana przez snobów, jak twierdzili inni. Kiedy wreszcie, w r. 1922, wydanie książkowe stało się dostępne wszystkim, sprawa Króla Ubu była znacznie przedawniona.

Mimo to wtedy właśnie utwór ten znalazł pewien odgłos w Polsce, przynajmniej w formie ustnych komentarzy. Polska, wówczas w miodowym miesiącu państwowości, była bardzo wrażliwa na swój prestiż; chodziły zaś głuche wieści, że Ubu Król — podtytuł sztuki brzmi: „Polacy” — jest straszliwym paszkwilem na Polskę. Wołano (z cicha) o interwencję dyplomatyczną wobec zapowiedzi wznowienia Króla Ubu na scenie paryskiej. To było z pewnością przeczulenie. Wprawdzie akcja Króla Ubu rozgrywa się w istocie w Polsce, a potworny Ubu nosi przez jakiś czas polską koronę na głowie, jednakże chodzi tu o Polskę czysto fantazyjną, kraj, którego nie ma na mapie. „Rzecz dzieje się w Polsce, to znaczy nigdzie” — mówił autor w swoim wstępnym przemówieniu na premierze w r. 1896. Trudno; taka była wówczas nasza sytuacja.

Ale mówmy po porządku. Zacznijmy od owej paryskiej premiery, w której zamknął się żywot sceniczny Króla Ubu i która dotąd żyje w legendach teatru. Przypomniał ją niedawno sam Lugné-Poe70, wydając swoje wspomnienia teatralne (Acrobaties); przypomnieli i inni w którąś rocznicę śmierci Alfreda Jarry.

Było to zatem w r. 1896, w heroicznej epoce „teatrów awangardy” w Paryżu. Skończył się Théâtre Libre Antoine’a71, ale myśl jego podjął w teatrze de l’Oeuvre Lugné-Poe. Pod względem materialnym teatr ten ledwo wegetował, ale każda premiera była wydarzeniem kulturalnym, skupiała elitę intelektualną i nieodzownych snobów.

Ponieważ sztuki szły tam ledwie po parę razy — a musiały być niezwykłe — teatr cierpiał na wieczny głód repertuaru. W takim kłopocie, pomiędzy jakimś Ibsenem72, Bjørnsonem73 a świeżo odkrytym Maeterlinckiem74, dyrektor l’Oeuvre przypomniał sobie, że jego sekretarz, czy pomocnik sekretarza, młody człowiek nazwiskiem Alfred Jarry, od dawna namawiał go na wystawienie swojej sztuki, szalonej groteski pod tytułem Ubu Król. Chwycił się tego. Z pewnym trudem pozyskano młodego, ale już cenionego aktora Odeonu, później głośnego organizatora „teatru międzynarodowego”, Firmina Gémier75, dla odtworzenia głównej roli. Gémier długo się wahał; zagranie roli w Ubu wydawało mu się niebywałym zuchwalstwem, bał się, że to może narazić jego karierę. (Rola ta była pierwotnie przeznaczona dla marionetki, w obawie, iż obyczajność nie pozwoli wcielić jej żywemu aktorowi).

W istocie, sztukę poprzedzał zawczasu rozgłos przyszłego skandalu. Toteż atmosfera sali była bardzo elektryczna i wróżyła bitwę; było to, na mniejszą skalę, coś niby sławna premiera Hernaniego76 w r. 1830. Z jednej strony oficjalna krytyka z opasłym Sarcey’em77 jako symbolem konserwatyzmu, ślicznie wystrojone damy, cały wykwintny Paryż; z drugiej — długowłosi poeci, peleryny, bojówki symbolistów i dekadentów.

Przedstawienie określa Lugné-Poe jednym słowem: „skandal”. Skandal kompletny! Zaczęło się spokojnie. Wyszedł na estradę nieduży człowieczek, ucharakteryzowany po trosze na Napoleona, w zbyt obszernym fraku, bardzo blady — był to autor — i wygłosił dziesięciominutowe przemówienie, umiarkowane co do formy i zbyt zawiłe, aby można w nim było wyczuć prowokację. Podniesiono kurtynę; Gémier, grający główną rolę, ze stożkowato przyrządzoną głową, w cudacznej masce na kształt świńskiego ryja lub — co dopiero dziś ma swoją wymowę — na kształt maski gazowej, i w zbroi z kartonu; obok niego, jako „Ubica”, owa potworna, a tak utalentowana Louise France — którą pamiętam jeszcze z jakiegoś pysznego afisza Willette’a — tłusta, bydlęca, pospolita.

Pierwszem słowem, które padło ze sceny, było „merde78”... Dziś to jest nic; ale wówczas! I żebyż „merde”; ale i tego nie uszanowano: autor przekształcił je fantazyjnie na „merdre”, w którym to brzmieniu skandaliczne słowo wielekroć miało się powtórzyć w ciągu wieczora. Zdaje się, że to „r” podziałało szczególnie drażniąco; po paru zdaniach dialogu zaczął się tumult, krzyki; publiczność omal nie rzuciła się na scenę; jedni z oburzeniem opuścili salę, inni stawali na krzesłach, wołali coś, gestykulowali. Młodzi dekadenci szyderczym śmiechem dolewali oliwy do ognia. Nie mogąc mówić z powodu zgiełku, Gémier zaczął w swoim kartonowym pudle tańczyć wściekłego giga79; tańczył do upadłego, aż wreszcie osunął się na krzesło bez tchu. Ale wytańczył sobie problematyczny spokój, przerywany od czasu do czasu w jaskrawych miejscach wrogimi okrzykami i prowokacyjnymi wybuchami śmiechu. Sztuka — dzieło brutalnego infantylizmu i wisielczego humoru, upstrzone iście rabelaisowską fantazją słowną — odegrano — z trudem — do końca.

„Grrrówno! — Ładnie, mości Ubu! Straszliwe z ciebie chamidło. — Iżbym cię nie zakatrupił, mościa Ubu. — Nie mnie, Ubu, ale kogo innego trzeba by zakatrupić. — Na moją zieloną świeczkę, nie rozumiem. — Jak to, Ubu, ty jesteś zadowolony ze swego losu? — Na moją zieloną świeczkę, grrrówno, mościa pani, juścić że jestem zadowolony. Jeszcze by nie: pułkownik dragonów, oficer przyboczny króla Wacława, kawaler polskiego orderu Czerwonego Orła i były król Aragonii, czegóż pani chcesz więcej?...”

Tak się zaczyna pierwsza scena tego nowego Makbeta, scena, podczas której sam wielki humorysta Courteline80, jak tradycja niesie, wylazł zgorszony na krzesło i krzyczał: „Ha! Czy wy nie widzicie, że autor ma was w.....?”. Wszedł w styl. A Lemaitre wodził po sali wystraszonymi oczami, powtarzając: „To żarty, prawda?...”.

Szczególnie miała się odznaczyć na tej premierze dotąd dobrze znana w Paryżu madame Misia81, córka rzeźbiarza Godebskiego82, najparysksza z paryżanek, która korzystała ze zgiełku, aby Sarcey’owi krzyczeć w ucho najcięższe słowa.

Była to, jak się zdaje, pierwsza z owych batalii, które później tyle razy miały się powtórzyć z okazji różnych wieczorów futurystycznych83, zwłaszcza we Włoszech, a także, w zdrobnieniu i znacznie później — i u nas.

Dodajmy, że tej prowokacji słownej towarzyszyły niemniej drażniące pomysły inscenizacyjne, urągające ówczesnym szablonom francuskiej sceny. Pierwszy raz zastosowano w dekoracjach bezczelną groteskę. Głąb sceny zajmował kominek z palącym się ogniem; płonący ten kominek (malowany, oczywiście) otwierał się na oścież i stanowił równocześnie drzwi. Po obu stronach kominka rozciągnął się śnieżny krajobraz „polski”. Sam Ubu był, jak wspomniałem, w potwornej masce; kiedy miał być konno, wówczas wieszał sobie na szyi głowę końską z tektury. Zmianę miejsca oznaczały napisy, jak w teatrze Szekspira. Tłum, wojsko, reprezentował jeden człowiek na czele czterdziestu manekinów trzcinowych. Była i muzyka, ogłuszająca orkiestra cymbałów.

Z tymi manekinami to cała historia! Przed spektaklem Jarry kazał je dostarczyć do ubożuchnego teatru; rzekomo miały być wypożyczone. Ale po przedstawieniu dostawca zgłosił się po zapłatę, nie chciał towaru przyjąć z powrotem i na całe miesiące zbyteczne już trzcinowe manekiny zatarasowały kulisy teatru de l’Oeuvre, jak to po czterdziestu latach wspomina jeszcze stroskany jego dyrektor.

Zajmujące wskazówki do inscenizacji daje sam Jarry w liście do Lugné-Poego, ciekawe zwłaszcza w danej epoce, w pełni realizmu scenicznego, kiedy tego rodzaju stylizacja była czymś zupełnie nowym. W liście tedy z d. 8 stycznia 1896 Jarry pisze:

„Byłoby ciekawe, jak sądzę, móc wystawić tę sztukę (bez żadnych kosztów zresztą) w następującym stylu:

1° Maska dla głównej postaci, dla samego Ubu, której to maski mógłbym panu w potrzebie dostarczyć. Zresztą zdaje mi się, że pan sam się zajmował kwestią masek.

2° Końska głowa z kartonu, którą Ubu zawiesiłby sobie na szyi — jak w starym teatrze angielskim — w czasie dwóch scen konnych. Wszystkie te szczegóły byłyby w duchu sztuki, z której chciałem zrobić coś w rodzaju teatru marionetek.

3° Zastosowanie jednej jedynej dekoracji lub raczej jednego tła, bez podnoszenia i spuszczania kurtyny w ciągu aktu. Przyzwoicie ubrana osobistość wchodziłaby, jak w budach jarmarcznych, aby zawiesić kartę z napisem wskazującym miejsce akcji. Jestem przeświadczony — proszę to zauważyć — iż karta z napisem przewyższa co do sugestywności dekorację. Żadna dekoracja ani żadni statyści nie mogliby oddać „pochodu wojsk polskich przez Ukrainę”.

4° Skasowanie tłumów, które często na scenie śmierdzą, a zarazem paraliżują intelekt. Zatem jeden jedyny żołnierz w scenie rewii, jeden jedyny w czasie popłochu, gdy Ubu powiada: „Co za kupa ludzi w rozsypce” etc.

5° Zastosowanie specjalnego akcentu lub raczej specjalnego głosu dla głównej osobistości.

6° Kostiumy możliwie odlokalnione i odchronologicznione (przez co lepiej się odda pojęcie rzeczy wiecznej); najlepiej nowoczesne, bo satyra jest nowoczesna; i brudne, bo dramat wyda się wówczas plugawszy i okropniejszy.

Są tu jedynie trzy ważne osobistości, które wiele mówią: Ubu, Ubica i Bardior. Ma pan doskonałego faceta do sylwety Bardiora, tworzącej kontrast z opasłym Ubu...”.

Jak widzimy, wiele z tych tez (odrealnienie jako znak „rzeczy wiecznej” i in.) ma kurs do dziś i wypływa raz po raz jako najnowsza zdobycz teatru. Głośna przed kilku laty łódzka inscenizacja Wesela Wyspiańskiego z „rumbą” wiedzie się (nieświadomie oczywiście) bodajże od — Króla Ubu.

Jarry troszczył się też o inne role, przy czym niektóre rozwiązywał w sensie swoich upodobań... trochę specjalnych. I tak na przykład motywuje:

„Oto czemu mam zaufanie do obsadzenia młodym chłopcem roli Byczysława; znam takiego chłopca na Montmartre, jest bardzo piękny — zdumiewające oczy i ciemne włosy spływające w puklach poniżej pleców. Ma trzynaście lat i jest dosyć inteligentny, byleby się nim zająć. To by był może atut dla Ubu; podnieciłoby to starsze damy, a wywołało krzyki zgorszenia u innych; w każdym razie to by ściągnęło uwagę; nigdy tego nie bywało84, a sądzę, że trzeba, aby teatr de l’Oeuvre scentralizował wszystkie innowacje”.

Przedstawienie, rozpoczęte skandalem, dobiegło końca raczej w atmosferze nudy. Nie mogło być inaczej: tak zacząwszy, niepodobna utrzymać się w ciągu trzech godzin na wyżynie. Dyrektor l’Oeuvre nie miał odwagi wznowić tej próby; bał się nie tyle skandalu, ile tego, że skandal może się nie powtórzyć, co by zaszkodziło reputacji teatru i sztuki. Król Ubu po jednym spektaklu zeszedł ze sceny. Ale echo w prasie miał ten wieczór ogromne. Tradycjonaliści, wrogowie eksperymentów i awangardy tryumfowali: „nareszcie — mówili — amatorzy nowinek otrzymali lekcję, skończyła się tyrania wygów, spekulujących na snobizmie i głupocie; przeciągnięto strunę; publiczność krzyknęła gromkim głosem: Dość!”.

W istocie wzburzenie było takie, że jeden z najwpływowszych krytyków, Henry Bauer, sprawozdawca teatralny „Echo de Paris”, patron wszelkich nowych prób i usiłowań, dostał po tej premierze w swoim piśmie dymisję i od tego czasu „skończył się”.

Mimo to Król Ubu znalazł swoich obrońców. Żywo oddaje te dwoiste nastroje „najbardziej paryski z krytyków”, Catulle Mendes85, w impresji skreślonej na gorąco po skandalu:

„Gwizdania? — Tak! Wycia wściekłości i charkot urągliwego śmiechu? — Tak. Ławki gotowe polecieć na aktorów? — Tak. Loże wykrzykujące i wygrażające pięściami? — Tak. Słowem, tłum wściekły, że go wzięto na kawał, miotający się, gotów runąć na scenę, gdzie człowiek z długą białą brodą, w długiej czarnej szacie, który miał zapewne wyobrażać Czas, wchodził cichym krokiem, aby zawieszać symboliczną tablicę zamiast dekoracji? — Tak; i symbol niskich instynktów, które niedostrzegalnie stają się tyranem? — Tak; i sponiewieranie wstydu, cnoty, patriotyzmu, ideału, wzniecające święte oburzenie wstydliwości, cnoty, patriotyzmu ludzi, którzy przyszli trawić po sutym obiedzie? — Tak; i do tego niedowcipne dowcipy, ponure błazeństwa, śmiech przechodzący w makabryczny chichot trupiej głowy? — Tak; i w sumie nuda bez jednego wybuchu ożywczej radości? — Tak, tak, tak — powiadam wam!... Ale, mimo wszystko, niech was to nie mami; nie jest obojętny i nieznaczący wieczór, jaki spędziliśmy wczoraj w l’Oeuvre. Ktoś, wśród tego zgiełku, wrzasnął: »Tak samo nie pojęlibyście Szekspira!«. I miał rację. Porozumiejmy się! Nie twierdzę wcale, że p. Jarry jest Szekspirem, a wszystko, co ma z Arystofanesa86, stało się tanią szopką i jarmarcznym plugastwem; ale wierzcie mi, mimo bzdurnej treści i nędznej formy, objawił się nam typ, stworzony przez szaloną i brutalną wyobraźnię tego niemal dziecka.

Ubu istnieje.

Ulepiony z Pulcinelli i Poliszynela87, z Roberta Macaire88 i z p. Thiersa89, z katolika Torquemady90 i z Żyda Deutza, ze szpicla i z anarchisty, potworna i plugawa parodia Makbeta, Napoleona i sutenera na tronie, Ubu istnieje odtąd, niezapomniany. Nie pozbędziecie się go: będzie was straszył, będzie was zmuszał bez ustanku do pamięci, że był, że jest; stanie się popularnym mitem szpetnych, zgłodniałych i potwornych instynktów...”.

A F. Herold, krytyk „Mercure de France”, pisze w sprawozdaniu z premiery:

„Ta zdumiewająca groteska, którą niektórzy obłudnie się gorszą, jest w istocie dziełem najbardziej pełnym nieuszanowania, jakie sobie można wyobrazić: nie ma bodaj przesądu, choćby najżywotniejszego, który by nie był tam wydrwiony; co więcej, panu Jarry przypadnie ten rzadki zaszczyt, że stworzył typ — Ubu. Czyż nie czytaliśmy już — zaledwie w kilka dni po przedstawieniu — artykułu, w którym p. Rochefort, chcąc wyrazić swoją wzgardę dla obecnego ministerium, porównał pana Meline i jego kolegów do króla Ubu? I w sumie Ubu — profesor czy polityk — czyż nie jest zasadniczo człowiekiem rządu?...”.

Tak się w istocie stało: Ubu — nawet ze szkodą dla samego utworu — stał się mitem. Nazajutrz po premierze gruchnęło na Paryż, że w teatrze l’Oeuvre grano jakąś bardzo ciekawą sztukę. Wciąż mnożyła się liczba tych, którzy rzekomo byli obecni na premierze i ozdabiali jej przebieg coraz dosadniejszymi szczegółami. Książka, jak wspomniałem, była prawie niedostępna; stwierdza to znany krytyk Souday, który dostał do rąk Króla Ubu aż w r. 1922 — w dwadzieścia pięć lat po słynnej premierze — kiedy rzecz ukazała się w normalnym wydaniu.

W ciągu ćwierćwiecza ten prawe nieznany utwór dojrzał do apoteozy. W przedmowie swojej do książkowego wydania p. Jean Saltas powiada, że „słusznie napisano, iż bohater tej genialnej szopki wszedł w ludzkość i w historię, jak don Juan, jak Tartufe91, Hamlet i Panurg92”...

Pan Saltas nie żałował sobie. Myślimy w duchu, że to musiał być przyjaciel autora. W istocie był przyjacielem biednego Jarry’ego, który wówczas już od dawna nie żył. Ale bardziej zdziwi czytelnika to, co dalej ujrzy w tej przedmowie:

„(...) to swoje arcydzieło, tę legendarną i błazeńską sztukę, która zawiera satyryczną prostotę Arystofanesa, zdrowy rozum i soczystość Rabelais’go oraz fantazję Szekspira, napisał mając piętnaście lat”.

Szekspir, Arystofanes, Rabelais — to jeszcze możemy przełknąć; trochę przesady w przedmowach i w dedykacjach zawsze było dozwolone: ale piętnaście lat? Ta zuchwała i bezczelna premiera, która poruszyła na długo Paryż, miałażby być naprawdę dziełem piętnastoletniego smarkacza?

W istocie. Swojego Ubu napisał Jarry, mając piętnaście lat, wespół z dwoma kolegami. Był wówczas uczniem gimnazjum w Rennes. Grano ten utwór pierwszy raz w r. 1888 na prowincji, w teatrze marionetek; słynna premiera paryska była już tedy wznowieniem. Co więcej, „dramat” ten był sztubackim figlem; bohater zaś, potworny Ubu — stylizacją postaci jednego z profesorów.

Aby już wszystko było mityczne w tym Królu Ubu, wszczęła się — w piętnaście lat po śmierci autora — kwestia, że Jarry nie jest prawdziwym autorem swojej sztuki; zupełnie jak o Szekspira! Tuż po pojawieniu się utworu w wydaniu książkowym w r. 1922 wystąpili dwaj bracia Morin, oficerowie artylerii, z rewelacjami. Kolegowali przed laty z Alfredem Jarry w gimnazjum w Rennes. Otóż w ich klasie krążył cały cykl mniej lub więcej udatnych fantazji na temat niepopularnego profesora Hébert, grubasa o świńskiej twarzy z dużymi wąsami, który jest prototypem Ubu. Co się tyczy samego Króla Ubu, napisali go jakoby oni, bracia Morin, i darowali Jarry’emu kajet93 z tekstem utworu. Jarry zmienił jedynie tytuł, który w oryginale brzmiał Polacy. Przy tej sposobności bracia Morin nie pożałowali sobie drwin z krytyki paryskiej, która wzięła serio tę sztubacką błazenadę. Bracia Morin orzekli, że „sukces Ubu daje miarę głupoty epoki”.

Cóż za awantura! Czyżby znów powtórzyła się historia owego obrazu namalowanego przez osła ogonem, który krytyka omawiała poważnie? Nic dziwnego, że oświadczenie to wywołało żywą polemikę, w której wzięli udział Souday, Rachilde94, Paul Fort, Thérive i in. Nie będę tu omawiał jej szczegółów; powiem tylko, że na ogół nie dano wiary braciom Morin i ich tak spóźnionym rewelacjom, w których opierają się oni — po trzydziestu kilku latach — na swojej pamięci. Byłoby już może zbyt dziwne, gdyby autorami sztuki mieli być dwaj ludzie nic wspólnego później nie mający z literaturą, a prostym kopistą ten, który zostawił wśród swoich bliskich famę człowieka genialnego. Niech nam wystarczy fakt, stwierdzony zresztą przez samego Jarry, że ta głośna i do dziś wspominana premiera paryska — a raczej może pierwszy jej szkic — była wspólnym dziełem paru prowincjonalnych sztubaków, przy czym zapewne Jarry dał Królowi Ubu to, co stanowi o jego istnieniu.

A teraz kilka słów o samym Alfredzie Jarry, o którym ogłoszono sporo wspomnień osobistych. We wspomnieniach tych prawda mocno przerośnięta jest anegdotą, legendą, którą przeważnie on sam tworzył o sobie. Mówiąc o swoich rodzicach, wyrażał wątpliwości, czy „zacny człowiek noszący miano jego ojca”, niewątpliwy (jak powiadał) ojciec jego starszej siostry, brał „czynny udział w sporządzeniu jego szacownej osoby”. Nie potępiał za to matki: honor kobiety (wciąż słowa Jarry’ego) jest rzeczą zasadniczo bez znaczenia, wobec tego, że kobiety nie mają duszy...

Szczupłe realia jego życia przedstawiałyby się następująco. Urodzony w drobnomieszczańskiej rodzinie na prowincji, obciążony neuropatycznie po matce, pierwsze nauki pobierał w Rennes. Przedwcześnie rozwinięty, bystry, cyniczny, zuchwały, ma coś z młodego Rimbauda w brutalności, pod którą kryje się może jakiś uraz młodzieńczy. Służbę wojskową traktuje Jarry jak dalszy ciąg szkoły; można przypuszczać, że ten mały człowieczek, daremnie naciągający nogi do przepisowego siedemdziesięciopięciocentymetrowego kroku, musiał przebyć w koszarach niejeden „dzień rekruta”. Kiedy mu np. polecono zamieść podwórze, pytał: „Panie sierżancie, zamiotę najchętniej, ale w którą stronę?”. Uzyskał w końcu — nie zgłębiajmy, jakim sposobem — diagnozę lekarską „imbecilitas praecox95”, a tym samym zwolnienie z wojska. W Paryżu uczęszcza młody Jarry na kursy filozofa Bergsona96, którego (podobno) zaskakuje nieoczekiwanymi pytaniami. Później Jarry miał stworzyć nową gałąź filozofii, którą nazwał... „patafizyką97”. Odziedziczywszy niedużą sumkę po zmarłych rodzicach, puszcza ją rychło z dymem cygańskich ekstrawagancji; mimochodem wydaje ulotny miesięcznik poetycki. Już wówczas jest poetą, znanym w kołach młodych. Ale prawdziwe — a raczej fikcyjne — jego istnienie datuje od Króla Ubu. Bo historia Alfreda Jarry i Króla Ubu przedstawia ciekawy przykład mimetyzmu98 literackiego, wchłonięcia autora przez stworzoną przezeń postać; wypadek pokrewny nieco temu, co się zdarzyło Monnierowi99 z jego panem Prudhomme100.

Jeżeli wierzyć relacjom współczesnych, zaczęło się tak. W roku 1895 zaproszono Jarry’ego do willi nad morzem, którą zajmował, wraz z żoną i paroma przyjaciółmi, literat Gustave Kahn. Jarry zjawił się jako młody człowiek bardzo przyzwoicie ubrany, milczący, dyskretny, skromny. Pewnego dnia ofiarował się przeczytać swój utwór, napisany za szkolnych czasów, pod tytułem Ubu. Czyta tę rzecz ze swoistym akcentem, który miał się później stać sławny jako specjalność „Ubu”. Towarzystwo śmieje się do łez. Powodzenie to przeobraża z miejsca młodego prowincjusza: wyzbywa się swojej nieśmiałości, przerzuca się w bezczelność, częstuje gospodynię domu słownikiem tak rabelaisowskim, że w końcu trzeba go wyprosić.

Ale od czasu owej słynnej premiery, można powiedzieć, że Jarry zniknął całkowicie poza swoją figurą. Nazywano go pére Ubu, poczuwał się do obowiązku przemawiania brutalnym i soczystym językiem swego pierwowzoru; że zaś, grając tę rolę, Gémier, za radą Lugné-Poego, skandował sylaby, naśladując sposób mówienia samego Jarry’ego, autor i jego figura spłynęły się całkowicie. Mówił o sobie stale w liczbie mnogiej — „my” — pluralis majestaticus — alboż nie był królem Polski i Aragonii? Jarry doprowadził do ostatecznych krańców ekscentryczne i pozerskie życie ówczesnych „dekadentów”, wypełnione absyntem101 — który zwał „świętym zielem” — i paradoksami, które sypał z oszałamiającą wymową. Żył w nędzy, dobrowolnej cygańskiej nędzy. Nie chciał i nie umiał zarobkować piórem. „Ubu, czemu ty nie chcesz pisać tak jak wszyscy? — spytała go raz cierpliwa jego opiekunka, Rachilde. — Niech mnie pani nauczy”, odparł świszczącym od pogardy głosem. W odczytach, które mu czasem organizowano, aby go wspomóc, uprawiał prowokacyjne niezrozumialstwo, tworzył nawet całą teorię w tym sensie. „Mówić rzeczy zrozumiałe — twierdził — to obciąża umysł i deformuje pamięć; podczas gdy absurd ćwiczy mózg i pobudza grę pamięci”.

Cały jego tryb życia obliczony był na to, aby nieustannie „zadziwiać mieszczucha”. Męczące zajęcie! Ale na owym błogosławionym schyłku XIX wieku burżuazyjna Europa miała tak mało zmartwień, że można ją było czymś olśnić, czymś jej zaimponować, czymś ją zgorszyć, ale w każdym razie zająć ją. Niechby kto spróbował tych metod dziś!

Jarry pijał tedy — wciąż wedle legendy — ocet zmieszany do połowy z absyntem — ocet i piołun, co za „literatura”! — a mieszaninę tę zaprawiał... kroplą atramentu. Jadał surową baraninę z korniszonami. W ubraniu kojarzył ekscentryczność z niechlujstwem w niebywałym stopniu. Włosy — niezbyt schludnie utrzymane — spływały mu na ramiona. Dolna część jego garderoby była stale kostiumem cyklisty — Jarry, mały, krępy i silny, był namiętnym cyklistą; — na nogach miał pantofle z łyka, a czasem damskie trzewiki, które przywdziewał, aby uwydatnić urodę swojej drobnej stopy. Koszula była często z kartonu, a na niej — namalowany tuszem czarny krawat.

Był to dandyzm102 Oskara Wilde’a — à rebours103. W takim stroju zjawiał się Jarry na zebraniach literackich i towarzyskich, gdzie go witano z honorami, jakimi w owej epoce darzono talent. Bawiono się nim, zapraszano go. Był dobrowolnym i tragicznym błaznem Paryża.

Jedną z manii Alfreda Jarry’ego — mania ta, w połączeniu ze stałym zamroczeniem alkoholicznym, czyniła go niebezpiecznym — była namiętność jego do igraszek z bronią palną. Taka scena, i popłoch z nią związany, opisana jest w powieści Gide’a104Fałszerze, gdzie Jarry wprowadzony jest z imienia i z nazwiska.

Oto ekstrakt tej sceny:

— Kto jest ten Pierrot? — spytała Passaventa, który podał jej krzesło i usiadł obok niej.

— To Alfred Jarry, autor Króla Ubu. Argonauci głoszą go geniuszem, dlatego że publiczność wygwizdała jego sztukę. W każdym razie to najciekawsza rzecz, jaką od dawna widzieliśmy w teatrze.

— Bardzo lubię Króla Ubu — rzekła Sara — i bardzo rada jestem, że spotykam Jarry’ego. Mówiono mi, że jest zawsze pijany.

— Miałby prawo być pijany w tej chwili... Widziałem go, jak przy obiedzie wypił dwie szklanki czystego absyntu. Nie wydaje się, aby go to inkomodowało105...

W tej chwili rozległ się tuż obok mechaniczny głos Alfreda Jarry:

— Mały Bercail otruje się, bo nasypałem mu trucizny do filiżanki.

Jarry bawił się nieśmiałością Bercaila i rozmyślnie starał się go zbić z tropu. Ale Bercail nie bał się Jarry’ego. Wzruszył ramionami i dokończył spokojnie filiżanki.

— Kto to taki? — spytał Bernard.

— Jak to! nie znasz autora Króla Ubu?

— Niemożliwe! To Jarry? Brałem go za służącego.

— Och! Co ty mówisz — rzekł Oliwier nieco zgorszony, bo był ambitny na punkcie swoich wielkich ludzi. — Przypatrz mu się lepiej. Czy nie uważasz, że jest nadzwyczajny?

— Robi, co może, aby się takim wydawać — rzekł Bernard, który cenił jedynie naturalność, ale mimo to był z wielkim respektem dla Ubu.

Przebrany za tradycyjnego klauna z cyrku, Jarry we wszystkim trącił sztucznością; zwłaszcza jego sposób mówienia, naśladowany na wyprzódki przez wielu Argonautów, wybijający sylaby, wymyślający dziwaczne słowa i kaleczący dziwacznie niektóre inne; ale trzeba przyznać, że jedynie Jarry umiał wydobyć ten głos bez dźwięku, bez barwy, bez tonu, bez akcentu.

— Kiedy się go zna bliżej, ręczę ci, że jest uroczy — podjął Oliwier.

— Wolę go nie znać. Wygląda bestialsko.

— To maska, którą przybiera. Passavent sądzi przeciwnie, że jest w gruncie bardzo łagodny. Ale on straszliwie dużo pił dziś wieczór, i ani kropli wody, słowo ci daję; ani wina, nic tylko absynt i ostre trunki. Passavent boi się, aby on nie popełnił jakiego szaleństwa.

Oliwier napełnił swój kieliszek i wychylił go jednym haustem. W tej chwili usłyszał Jarry’ego, który, krążąc od grupy do grupy, mówił półgłosem tuż za plecami Bercaila:

— A theraz, zabhijemy małego Bercaila.

Ten odwrócił się nagle.

— Niech pan to powtórzy głośno.

Jarry już się oddalił. Odczekał, okrążył stół, i powtórzył falsetem:

— A theraz, zabijemy małego Bercaila.

Po czym wydobył z kieszeni wielki pistolet, który Argonauci widzieli nieraz w jego rękach, i wycelował.

Jarry wyrobił sobie reputację strzelca. Rozległy się protesty. Nie wiedziano, czy w stanie pijaństwa potrafi się ograniczyć do udania. Ale mały Bercail chciał pokazać, że się nie boi i wszedłszy na krzesło, z rękami skrzyżowanymi na plecach, przybrał pozę napoleońską. Był trochę śmieszny, jakoż rozległy się śmiechy, pokryte natychmiast oklaskami.

Passavent rzekł do Sary bardzo szybko:

— To mogłoby się źle skończyć. On jest kompletnie pijany. Niech się pani schowa pod stół.

Des Brousses starał się powstrzymać Jarry’ego, ale ten, wyrywając się, wszedł również na krzesło. (Bernard zauważył, że jest obuty w pantofelki balowe). Stojąc tuż na wprost Bercaila, wyciągnął ramię celując.

— Gaście światło! Gaście światło! — wykrzyknął des Brousses.

Edward, który stał koło drzwi, zakręcił światło.

Sara wstała, posłuszna zaleceniu Passaventa, i skoro tylko nastała ciemność, przycisnęła się do Bernarda, aby go pociągnąć wraz z sobą pod stół.

Rozległ się strzał. Pistolet był nabity tylko prochem. Mimo to rozległ się krzyk bólu, Justyn dostał przybitkę w oko.

I, kiedy zapalono światło, wszyscy podziwiali Bercaila, który, wciąż stojąc na krześle, zachował nieruchomą pozę, zaledwie trochę bledszy.

Tymczasem prezydentka nie oszczędziła sobie ataku nerwów. Rzucono się ku niej.

— To idiotyczne robić takie kawały.

Ponieważ nie było wody na stole, Jarry, zeszedłszy ze swego piedestału, umoczył chustkę w alkoholu, aby jej natrzeć skronie w formie przeprosin.

Bernard został pod stołem jedynie chwilę: ściśle tyle, ile trzeba było, aby poczuć płomienne usta Sary, miażdżące rozkosznie jego wargi...”.

Jakże mi cały ten opis przypomina czasy krakowskie! I my mieliśmy takiego niebezpiecznego strzelca, polującego w lokalach publicznych: był nim wielki rzeźbiarz Xawery Dunikowski106. Jakże podobnie do Jarry’ego stylizował się przez jakiś czas Jan August Kisielewski107. A potem, na owej zabawie, gdyby Jarry upił się do reszty, byłby z niego bez mała... Nos z Wesela Wyspiańskiego.

Bo w owym czasie dziwne było podobieństwo stylu cygańskich jaczejek108, rozsianych po różnych krajach. Zdawałoby się, że cała młoda Europa fraternizowała109 z sobą, mimo że środki komunikacji były mniej lotne niż dziś. Zarazki „dekadentyzmu” udzielały się powietrzem. W Niemczech młody Przybyszewski110szopenizuje cyganerię berlińską; sam wywiaduje się gorączkowo od Szweda Hanssona111 o młodej Francji, o Huysmansie112; węgierska hrabina zaszczepia mu kult Barbeya d’Aurevilly113, z przekładu Dehmela poznaje, wśród obfitych libacji, poezję Verlaine’a114. Do Krakowa zjeżdża z Wiednia wychowanek Petera Altenberga115 (autora Jak ja to widzę) Ludwik Szczepański („Wśród oceanu czarnej kawy — płynę do wyspy ukojenia”) i zakłada „Życie”. Niemiec Stefan George jest gościem cenaclu116 Mallarmégo117 w Paryżu a przyjacielem Rolicza-Liedera118. Paradoksy i legenda Oskara Wilde119 mają kurs w całej literackiej Europie. Incest120 i satanizm, „syfilityczne orchidee”, inkuby i sukkuby121 straszą wszędzie po trochu. Nawet solidne Czechy mają tę ambicję, aby posiąść swój dekadentyzm: zapraszają Przybyszewskiego do Pragi, aby go im zorganizował.

Interesujące jest, jak powstała ta nazwa dekadent, nazwa poza którą kryły się prądy literackie poważniejsze, niżby można przypuszczać. Zdaje się, że początek dał jej cytat ze słynnego sonetu Verlaine’a: Je suis Empire à la fin de la decadence122... Młody Paul Adam123, zapamiętawszy ten cytat, upodobał go sobie i, kiedy zakładał pismo literackie w Paryżu, nazwał je „La Decadence”. Pismo nie trwało długo; w kilka lat potem młodzi ludzie założyli inne ekscentryczne pisemko i znów nazwali je „Le Decadent”. Nazwa przyjęła się, rozlała się nawet dość szeroko a mętnie, stała się czymś w rodzaju protestu przeciw mieszczańskiej szarzyźnie, utylitaryzmowi124, naturalizmowi125, strychulcowi126 demokracji, przeciw pętom nakładanym sztuce, stała się sztandarem wszelkiego zuchwalstwa, ekscentryczności, chłonności intelektualnej.

Bo wszystko się wówczas kiełbasiło po trosze. Młode teatry awangardy francuskiej wprowadzały — obok symboliki Ibsena — na scenę ten sam naturalizm, od którego odżegnywano się w powieści; w powieści się już zużył, na scenie był nowością. U nas Zapolska127 debiutowała równocześnie z Maeterlinckiem.

U nas i słowo, i pojęcie wyżywały się stosunkowo krótko, ale dość intensywnie. Ten okres krakowskiego estetyzmu pokrywa się mniej więcej z dyrekturą teatru Tadeusza Pawlikowskiego128, którego, zanim jeszcze objął teatr, zwano potocznie dekadentem (odmiana: grand seigneur129). Pod koniec tego okresu zjeżdża do Krakowa Przybyszewski, który później w Moich współczesnych da heroiczną teorię i apologię130 dekadentyzmu. Z czego wynika, że nazwa była dość śmieszna, ale ruch nią ochrzczony był płodny i twórczy.

Obok dekadentyzmu kursowała wówczas i druga nazwa, na pozór równie niedorzeczna: fin de siécle131. Zdawałoby się, iż dzieciństwem byłoby traktować stulecie jako organizm, który ma swoją młodość, wiek męski i schyłek. A jednak dwa ostatnie wieki zdradzają coś w tym rodzaju. Tak schyłek wieku XVIII, jak schyłek wieku XIX wyraźnie coś kończy; jeden feudalizm, drugi liberalizującą burżuazję, hipertrofię132 indywidualizmu, estetyzmu. Markiz de Sade133 jest dekadentem, jak Oskar Wilde. U nas przełom przychodzi równo ze stuleciem: po Przybyszewskim — Wyspiański. Wesele zjawia się z początkiem wieku, z początkiem roku 1901. We Francji Barrés134 z kultu swego „ja” przechodzi na kult ziemi rodzinnej, tradycji i narodu. Kawiarnia ustępuje miejsca obozom harcerskim. Sport, kultura fizyczna, to już niby mistyczna mobilizacja do niedalekiej a nieprzeczuwanej wojny światowej. A ten sam Stanisław Lack135, który od Wesela stał się prorokiem Wyspiańskiego, tuż przedtem, w każdym numerze „Życia” oświadczał się pani Rachilde, perwersyjnej autorce Monsieur Vénus, patronce Alfreda Jarry.

W porę nawinęło mi się to nazwisko, od którego mimo woli odbiegłem w tych wspominkach. Wróćmy do Jarry’ego.

Mieszkanie Jarry’ego — jakieś poddasze, na którym, mimo małego wzrostu, zaledwie mógł się wyprostować — było też żywą legendą. Z okna strzelał z pistoletu do słowików, które przeszkadzały mu spać. W pokoju miał dwie sowy, które również zastrzelił, gdy mu raz wywróżyły nieszczęście. Pokój jego zdobił olbrzymi kamienny phallus, dar Ropsa136. „Czy to odlew?” — miała się spytać oszołomiona dama, która odwiedziła jego mansardę. — „Nie, pani, to zmniejszenie”, odparł skromnie Jarry.

Inna historia. Sąsiadka uskarżała się przed przyjaciółką Jarry’ego, pisarką Rachilde, na jego manię strzelania. W czasie tej rozmowy Jarry zjawia się niespostrzeżony z rewolwerem w dłoni, „Niech pani pomyśli, lamentuje kobieta, że on mógłby zabić któreś z moich dzieci — Furda137, sza-now-na pa-ni, rzekł flegmatycznie Jarry; gdyby się taka katastrofa miała zdarzyć, sporządzilibyśmy pani nowe”.

Kiedy raz szedł ciemną ulicą, przechodzień poprosił go o ogień. Jarry podsunął mu pod nos lufę rewolweru. „Służę panu”, rzekł do przerażonego mieszczucha.

Jest w tych rewolwerowych dowcipach Jarry’ego monotonia, która przejmuje podziwem dla cierpliwości ówczesnych paryżan. Pewnego dnia, w kawiarni, nie spodobała się Jarry’emu fizys138 jakiegoś gościa palącego spokojnie fajkę. Mierzy, strzela; kula, strzaskawszy fajkę, zbiła lustro. Poruszenie ogólne. A Jarry spokojnie zwraca się do młodej kobiety siedzącej obok i zagaja: „A teraz, skoro lody są złamane, rozmawiajmy”... (Ale spostrzegam, że po polsku nie wychodzi gra słów, dla której był cały ten głupi figiel: po francusku la glace oznacza i lód, i lustro).

Czasami dekadent ten miał spostrzeżenia uderzające swą bystrością. „Aeroplan — mówił ten człowiek, który umarł w r. 1907! — to jutrzejsza wojna narodów, z przyczyny ścieśnienia naszej planety”.

Takich powiastek o nim są setki. „Błazeństwa Jarry’ego — pisze Apollinaire139, który mu wiele, jako pisarz, zawdzięczał — przyniosły wielką szkodę jego reputacji i talentowi, jednemu z najoryginalniejszych i najtęższych owej doby”.

Ale znaleźli się krytycy, którzy upoetyzowali te dzieciństwa.

„Życie Jarry’ego — pisze jeden z nich — jest, można rzec, przeniknięte głęboką myślą filozoficzną. Jarry ofiarował samego siebie, niby hostię, pośmiewisku i głupocie świata. Życie jego to rodzaj ironicznej i humorystycznej epopei, posuniętej aż do dobrowolnego, błazeńskiego i drobiazgowego samozniszczenia. Naukę Jarry’ego dałoby się streścić tak: wszelki człowiek może pohańbić okrucieństwo i bezsens świata, czyniąc z własnego życia poemat szaleństwa i absurdu”...

Biorąc w ten sposób, można by rzec, że Jarry umarł śmiercią — męczeńską. Tego silnie zbudowanego chłopca zjadły wreszcie absynt i gruźlica. Umarł w r. 1907, mając ledwie 34 lat. Do ostatniej chwili nie wypadł z roli. Na godzinę przed śmiercią przyjaciel lekarz spytał go, czego by sobie życzył. Odpowiedział, że — wykałaczki; przyjaciel wyszedł i wrócił z pękiem wykałaczek. Jarry wziął jedną, pobawił się nią i umarł.

Żarłoczny Ubu, jak wchłonął człowieka, tak wchłonął i artystę. Zdaje się, że Jarry był na swój czas niepospolitym poetą; napisał kilka powieści — jeżeli można tak nazwać owe akty rozpusty słowa i wyobraźni — rozsypał po młodych revues140 sporo artykułów; ale raczej był z rzędu tych, którzy zapładniają innych. Wymieńmy, oprócz poezji, główne jego utwory. W r. 1897 wydał Noce i dnie, „dziennik dezertera”, w którym przetwarza i amplifikuje swoje wspomnienia wojskowe. W następnym roku — Miłość z wizytami, zbiór dialogów, w których wybucha jego mizoginizm141. Potem Miłość absolutna, wydana w 50 egzemplarzach; potem Messalina, romans z motywów obyczajowych starożytności; Kalendarz ojca Ubu, wreszcie Nadsamiec, czyli logika na usługach absurdu...

Ten zmarnowany prawie-że-geniusz był prekursorem nowych kierunków w sztuce; jego Ubu był rodzajem dramatycznego dadaizmu; w kilkanaście lat po śmierci Jarry’ego pogarda jego dla „sensu” miała się stać programem. Jarry, który sam rysował, porzucając niedbale swoje rysunki po stolikach kawiarnianych, był, zdaniem wielu, wynalazcą kubizmu; on to miał — dla kawału — stworzyć sławę prymitywa „celnika Rousseau142”. Surrealiści wielbią go do dziś jako swego wielkiego patrona. Czerpano z niego, plagiowano143 go obficie; do dziś obiega wiele myśli, paradoksów, powiedzeń, które już stały się własnością ogółu i zatraciły stempel swego autora. A komuż przyszłoby na myśl, że rozrywanie słów za pomocą skandowania zgłosek, jakim przed kilkunastu laty epatowano Warszawę w Dziwnej ulicy, było dalekim echem maniery Króla Ubu? I nie to jedno. Bo nic się tak nie powtarza jak ekscentryczność, oryginalność. Całkowita niedbałość o swoją produkcję, o ciągłość jej rozgłosu lub zbytu, uczyniła z Jarry’ego artystę i filozofa-perypatetyka144, który wyżywał się w rozmowach, w osobistym kontakcie. Dość komiczne było zdumienie i zgorszenie oficjalnych krytyków, którym autor Króla Ubu, po owej burzliwej premierze, nie raczył nawet podziękować za ich felietony: w rękach zręcznego organizatora własnej sławy takie felietony byłyby karierą.

Dodajmy jeszcze, że Jarry był zdecydowanym i organicznym wrogiem kobiet, a tym bardziej kobiet piszących, co mu nie przeszkodziło znaleźć najprzyjaźniejszej protektorki w osobie Rachilde, która i jako pisarka, i jako żona redaktora Mercure de France, nie szczędziła autorowi Ubu swojego poparcia. Rachilde wydała w r. 1928 tom wspomnień pod tytułem Alfred Jarry ou le surmale de lettres145.

Takim był autor Ubu. A sama sztuka? Sąd trochę kłopotliwy. Utwór, którego ocena waha się między... Szekspirem i Arystofanesem a bujdą studencką, przedmiotem szyderstwa rzekomych autorów! Czytajmy go bez uprzedzeń, ale i bez ambicji rozstrzygania tak drażliwego sporu; niech to już Francuzi rozstrzygną sobie sami.

Lektura pierwszych aktów ubawi nas serdecznie: jest w nich w istocie rabelaisowska soczystość inwektywy, szaleńcza werwa, rozmach mądrego błazeństwa. Skrót rządów, jakie sprawuje król Ubu, wręcz nieopłacony! Powiedzenia, które już przeszły do skarbca tradycji, jak owa: „Mościa Ubu, moja żono, jesteś dziś bardzo szpetna: czy to dlatego, że mamy gości?”. Nie wiem, czy na scenie dałoby się utrzymać do końca natężenie tej szarży; niemniej ów kronikarz paryski miał głęboką słuszność: Ubu zostaje, oblega wyobraźnię, wciska się w nią, zmusza do widzenia wielu rzeczy pod znakiem Ubu. Ci smarkacze — z zadziwiającym Alfredem Jarry na czele — nie wiem czy stworzyli „dzieło” w uroczystym znaczeniu tego słowa, ale stworzyli symbol, wzbogacili słownik o kilka plugastw, a skarbiec myśli o jedno pojęcie.

Cóż zawiera ta sztuka, która dzieje się w nieokreślonej co do czasu Polsce, gdzie panuje król Wacław, a gdzie, między „kmieciami”, występują... Jan Sobieski i Stanisław Leszczyński?

Napisana serio, mogłaby to być zupełnie przyzwoita tragedia historyczna, jakich wiele. Awanturnik, który, podsycany przez ambitną żonę, zawiązuje spisek i sam zdobywa koronę; jego krwawe i szaleńcze rządy, wojna jaką ściąga na swój kraj samolubną głupotą; finał wreszcie, w którym stara dynastia wraca, panowanie zaś króla Ubu mija jak krwawy sen — tak, to mógłby być kawał normalnej historii, a król Ubu mógłby, pomiędzy Wacławem a Byczysławem, spoczywać w grobach królewskich na Wawelu. W jaki sposób temat tak uświęcony, mający tak poważne tradycje, mógł wywołać podobny skandal?

W sposób bardzo prosty; przygoda jest tu rozebrana z pięknych szat, a uproszczona i zbrutalizowana do ostatnich granic. Historia wychodzi na scenę nie tylko nago, ale z bardzo nieprzystojnym gestem. Te uczniaki, nudzące się na zapadłej prowincji, wymyśliły na własną rękę „kabaret historyczny”. Wyobrażam sobie, że młody autor Króla Ubu, kimkolwiek był, musiał z rozpaczą wtłaczać w siebie tragedie klasyczne, a opychać się z własnej pilności dziełami Szekspira i Rabelais’go. Ta sztuka to jest coś niby Makbet, napisany — a raczej napaćkany na ścianie nie bardzo umytym palcem — przez młodego Gargantuę146; bohater jej, Ubu, to połączenie Kalibana147 z rabelaisowskim królem Żółcikiem148. Potworna i płaska bufonada, język kapiący obrzydliwościami; ale kontrast między „wielkością dziejów” a pospolitością tych, którzy je nieraz tworzą, bardzo zabawny. Alboż tak nie bywało? Alboż nie było na tronach przygłupków, wariatów, lub też zabijaków węszących za krwią na prawo i lewo, byle tylko nie otrzymać z rąk historii przydomka „gnuśny”?

Dam jeden przykład skrótów historycznych, jakie znajduje ten piętnastoletni autor; rys ten wydaje mi się w istocie godny Rabelais’go. Król Ubu zabił króla Wacława i zgarnął wszystkie skarby. Mówią mu: „Teraz trzeba rozdzielić jadło i złoto między lud. — Jadło, owszem; ale złota nie, nie dam ani grosza. Nie potom został królem. — Ależ, królu, jeżeli nie rozdasz złota, lud nie zechce płacić podatków. — Naprawdę? — Oczywiście. — A, to co innego”. I król Ubu rozrzuca garściami złoto, mówiąc: „Ale przyrzeknijcie mi, że będziecie porządnie płacili podatki”.

„Ubu — pisze jeden z krytyków już w parę dziesiątków lat po głośnej premierze — to głupota olbrzymia, o czole byka; głupota tryumfalna, miażdżąca masą, jedynym swoim argumentem, wszystko, co mogłoby być sztuką, inteligencją, subtelnością, inicjatywą. To zły urzędnik, zły szef, tępy generał; to samo państwo i jego gospodarka, o ile się w niej stosuje ślepe prawidła, nie troszcząc się o następstwa. Ubu to władza, która zgłupiała...”.

Cóż za horyzonty!

Gdy chodziło o szukanie domniemanych źródeł Króla Ubu, sądzę, że głównym natchnieniem tych uczniaków była — po prostu sama lekcja historii. Mogę o tym mówić, bo autor Króla Ubu jest prawie moim rówieśnikiem, może o klasę lub dwie starszym, z tej samej epoki „naukowej”. Obaj zapewne — ja w Krakowie, on w Rennes — uczyliśmy się królów rzymskich z datami; i o tym, że początkiem republiki stało się zgwałcenie Lukrecji (ściśle w r. 509 przed narodzeniem Chr.) itp. Otóż czym jest dla młodego chłopca nauka historii podana w skrócie ówczesnych — a może i dzisiejszych — podręczników? Skorowidz królów, wojen, mordów, grabieży, okrucieństw, krzywoprzysięstwa, wiarołomstwa... Sam Henryk VIII angielski, krwawy mąż ośmiu żon, czyż to nie jest król Ubu — a przecie jego zmysłowy kaprys zdecydował na wieki o religii jego poddanych. Dzieci „kują” o tym ze zdumieniem, że to starsi tak robią! Palenie na stosie, zdradzieckie traktaty, gwałcenie sumień, fałszowanie monety, wycinanie w pień — oto czegośmy się uczyli jako Historii, pod czcigodnym godłem, że „historia est magistra vitae149”. Jak to połączyć — tego nam nikt nie mówił. I to jest zabawne, że dopiero nasza burżuazyjna epoka wyniosła tę historię do wyżyn pedagogicznych, do apoteozy. Dawniej tę historię raczej robiono, ale dopiero w. XIX usystematyzował ją jako przedmiot nauki i egzaminów, pakując te wszystkie okropieństwa chłopcom w głowę — bez słowa protestu. Dlatego profesor historii, wykładający ją z zapałem, łacno150 mógł się wcielić tym malcom w postać krwawego durnia, króla Ubu. Cała beznadziejna i okrutna głupota tradycyjnej historii jest w tej sztuce.

A tragedia klasyczna? Dorośli ludzie chodzą przeważnie na komedie; ale uczniom jest ta przyjemność wzbroniona. Mogłoby się trafić coś „nie dla nich”! Zarówno jako lektura szkolna, co jako widowiska teatralne, uznane są za odpowiednie jedynie niemal te utwory, w których rozpętane zbrodnicze namiętności uwieńczone są w piątym akcie paroma lub kilkoma trupami. Neron151 i Agrypina152, Murzyn duszący Desdemonę153, krwawy wojewoda ze swoją Mazepą154, to są przedstawienia dla młodzieży. Paradoksy te tak się utarły, że nikt po prostu ich nie widzi; ale było prawie nieodzowne, aby raz ktoś na nie spojrzał świeżymi oczami, i jest bardzo logiczne, że ten Ubu, który narobił paryskiego skandalu, powstał na ławie szkolnej. Horyzont szkolny pławi się we krwi. Straszliwy jest sadyzm wszelkiej pedagogii; w tym samym niemal czasie, kiedy sztubak Jarry lepił we Francji swoją kukłę, sztubaki w Polsce, z entuzjastyczną aprobatą rodzicielską i szkolną, delektowały się — i delektują się do dziś — wbijaniem na pal i wierceniem oczu w Trylogii. Miliony dzieci francuskich kuło potulnie Pieśń o Rolandzie, z której dopiero mieszczańska Francja XIX w. zrobiła urzędownie epopeję narodową; dzieciaki recytowały długie strofy, w których kolejno rycerze wypuszczają sobie nawzajem flaki i mózgi; a równocześnie w sąsiednich Niemczech w rapsodach o tym samym Karolu Wielkim czerpały żądzę krwi mieszczańskie dzieci niemieckie. Aż jeden mały Francuzik napisał Króla Ubu.

Aby żadnego blasku nie brakło legendzie króla Ubu, widzą dziś w tej bufonadzie piętnastoletniego malca utwór wróżebny. Pamflet na wojnę. Wspominając potworną maskę Gémiera jako Ubu, Rachilde nazywa ją „proroczą kopią straszliwych masek gazowych naszych nieszczęśliwych żołnierzy”. Można by to wziąć jeszcze głębiej. Czyż nie Ubu jako profesor historii jest po trosze autorem nowoczesnych wojen? Czy nie rodzą się po trosze z tego pomylonego kultu historii, pojętej jako pasmo mordów i grabieży, utożsamionych z honorem narodów? Ale jeżeli dawny kult miecza, ograniczony do zawodowych junaków, wydawał wojny o umiarkowańszym zasięgu, cóż musiał wydać pomnożony przez powszechną mobilizację i zdobycze techniki?

A skoro już kto widzi w Królu Ubu proroctwo, może przeciągnąć je jeszcze dalej. Gdyby ktoś chciał snuć analogie, mógłby ich znaleźć do syta w tym, co się dziś dzieje po świecie. Ileż ludzi, idei, systemów... żywcem poczętych z lędźwi mitycznego króla Ubu.

Kto wie, może dopiero dzisiaj można ocenić w całej pełni znaczenie owej paryskiej premiery i fakt jej zdumiewającego utrwalenia się w pamięci. Jak w bajce Andersena dziecko demaskuje nagość króla kroczącego w urojonej purpurze, tak ten piętnastoletni smarkacz całej burżuazyjno-rycersko-politycznej błazenadzie kończącego się wieku — wieku, który miał swemu następcy zostawić tak ciężkie dziedzictwo — krzyknął swoje soczyste: „Merdre!” (przez r).

Nie zrozumiano go...

Boy Żeleński