środa, 26 sierpnia 2026

Nie trzeba być antysemitą, żeby uważać Celine’a za jednego z najwybitniejszych pisarzy francuskich

 Nie trzeba być antysemitą, żeby uważać Celine’a za jednego z najwybitniejszych pisarzy francuskich. Przede wszystkim za sprawą jednej książki, która z miejsca weszła do kanonu XX-wiecznej prozy. Chodzi oczywiście o wydaną w 1932 roku Podróż do kresu nocy opartą w dużym stopniu na wątkach autobiograficznych. To książka brutalnie szczera, bezkompromisowa. Ważne, jeśli nie centralne miejsce zajmuje w niej wątek wojenny. Céline pisze o wojnie bez sentymentalizmu, odziera ją z patosu – przedstawia jako bezsensowną rzeź. Wtedy stanowiło to dla czytelników prawdziwy szok. Znakomity język powieści, pełen slangowych określeń i wulgaryzmów, dramatycznie odbiegał od ówczesnych wzorców literackich. Nie wszyscy potrafili to docenić, ale większość liczących się krytyków uznała książkę za wydarzenie. Niewiele brakowało, a Céline otrzymałaby Nagrodę Goncourtów, ale rozczarowanie przynajmniej częściowo zrekompensowała mu doskonała sprzedaż.

Dość chłodno przyjęta została natomiast jego druga powieść Śmierć na kredyt, która ukazała się cztery lata później. To niejako prequel Podróży do kresu nocy opowiadający historię młodości bohatera z okresu poprzedzającego wybuch pierwszej wojny światowej. Co ciekawe, funkcję czarnego charakteru pełni w niej ojciec bohatera, który jest wojującym antysemitą. Podobnie jak poprzednia powieść również ta napisana została niepowtarzalnym, brawurowym stylem, krytycy uznali jednak, że nie spełnia ich oczekiwań. Céline był wściekły, a swoją klęskę tłumaczył potem spiskiem żydowskich dziennikarzy. Tymczasem Podróż do kresu nocy przekładana była na kolejne języki i zdobywała rzesze nowych czytelników, również w Polsce. Do rosyjskiego tłumaczenia książki wzięła się Elsa Triolet, żona Louisa Aragona, a Rosjanie obiecali Céline’owi godziwe honorarium. Prawdopodobnie nie do końca zdawał sobie sprawę, że jest to łapówka. Zgodnie ze stalinowską logiką pieniądze przysługiwały wyłącznie pisarzom, którzy mogli przydać się reżimowi, był tylko jeden kruczek – honorarium musiało zostać wydane na miejscu. Podobnie więc jak inni koledzy po piórze, Céline zdecydował się odbyć podróż do ZSRR. Wyruszył w nią we wrześniu 1936 roku.

Ku rozczarowaniu sowieckich propagandzistów pisarz okazał się jednak niewdzięcznikiem. Po powrocie w ekspresowym tempie napisał krótki pamflet Mea culpa będący jego rozliczeniem z komunizmem. Książka ukazała się zaledwie miesiąc po Powrocie z ZSRR André Gide’a. Gide nie jest wcale bezkrytyczny i nie może odmówić sobie złośliwości pod adresem sowieckich reformatorów, ale to nic w porównaniu z pamfletem Céline’a. Była to chyba najbardziej ponura i pesymistyczna książka o ZSRR, jaka ukazała się w tamtym czasie we Francji, a przecież Céline nie miał pojęcia ani o głodzie na Ukrainie, ani o wielkiej czystce. W książce tej, ku zaskoczeniu lewicy, pojawiły się też akcenty antysemickie. Céline sugeruje na przykład, że za sowiecką tyranię odpowiada nie Stalin, lecz żydowscy komisarze. Pisze o Rosji z obrzydzeniem, bez cienia współczucia:

Nędza rosyjska – doskonale się jej przyjrzałem – przechodzi wszelkie wyobrażenie. To nędza w stylu Dostojewskiego, nędza azjatycka, to śmierdzące piekło, to śledź wędzony, ogórek i donosicielstwo. Rosjanin to urodzony dozorca więźniów, to nieudany Chińczyk, to kat. Żyd pasuje do niego znakomicie[67].

Prawdziwym szokiem dla wielbicieli jego talentu będzie jednak dopiero wydana pod koniec 1937 roku książka Bagatelles pour un massacre (znana w Polsce jako Pogromowe drobiazgi). Wybitny powieściopisarz, do niedawno traktowany jako przedstawiciel francuskiej lewicy, zaczął nagle głosić poglądy, których nie powstydziłby się publicysta faszystowskiej gazety. Główna myśl jego książki sprowadza się bowiem do twierdzenia, że Francja znalazła się w rękach Żydów, którzy kontrolują nie tylko całą politykę, ale wszystkie instytucje kulturalne od Akademii Francuskiej po Akademię Goncourtów. Poprzez swoją monotonię i przewidywalność jest to lektura równie nudna jak Mein Kampf, zwłaszcza że to dzieło potężne, w oryginale liczące 379 stron gęstego druku.

Niekiedy Céline w swojej antyżydowskiej furii zapędza się tak bardzo, że trudno nie czytać jego wywodów z uśmiechem niedowierzania:

W jednakowy sposób i z tym samym tupetem, z takim samym oszustwem, te same bezczelne żydy, trzymające w swych ohydnych łapach wszystkie nici, stwarzają jakiegoś Stalina, co i jakąś Joan Crawford. Pomiędzy Hollywood, Paryżem i Moskwą odbywa się bezustanny ruch. Charlie Chaplin również dobrze pracuje dla sprawy Izraela. To wielki pionier żydowskiego imperializmu[68].

Spiętrzenie idiotyzmu jest tak niebywałe, że wygląda to jak brednie paranoika, nie można jednak wykluczyć, że pamflet jest w rzeczywistości misternie utkaną satyrą. Tym tropem poszedł na przykład André Gide. W artykule, który ukazał się w kwietniu 1938 roku, sugerował, że nowa książka Céline’a jest rodzajem przewrotnej literackiej gry. Céline nigdy nie ustosunkował się do tej hipotezy, nigdy też nie wyraził skruchy z powodu swoich antysemickich wypowiedzi.

Książka oczywiście powitana została z otwartymi ramionami przez skrajnie prawicowych publicystów, jednak pozytywną recenzję znaleźć można było także na łamach poważnego „Nouvelle Revue Française”. „Gdy czytamy stronice odnoszące się do krytyki, filmu, literatury, to, pomijając pewne błędy i pospieszne uogólnienia, postawa Céline’a jest rzetelna, a podejmowana problematyka ważka” – pisze z powagą krytyk, Marcel Arland. Biorąc pod uwagę klimat epoki, trudno uznać za zaskakujące, że pamflet, który (podobnie jak obie powieści Céline’a) opublikowany został przez szanowanego wydawcę Roberta Denoëla, okazał się zdumiewającym sukcesem komercyjnym. W 1938 roku sprzedało się łącznie prawie osiemdziesiąt tysięcy egzemplarzy, a potem został on jeszcze dwukrotnie wznowiony podczas okupacji hitlerowskiej.

Wydawało się, że Pogromowe drobiazgi są tak ekstremalne, że dalej pójść już nie sposób, pisarz zaskoczył jednak wszystkich. W drugiej połowie listopada 1938 roku, dwa tygodnie po wydarzeniach „nocy kryształowej” w księgarniach znalazła się jego kolejna książka L’École des cadavres, czyli Szkoła trupów. Była ona prawie o połowę krótsza niż poprzednia, ale za to napisana z jeszcze większą furią. Przewidując, że będzie to kolejny bestseller, wydawca postarał się tym razem o dobry marketing. Przygotowane ulotki zawierały najmocniejsze cytaty z nowego dzieła: „Żydzi są przyczyną naszych nieszczęść... Są tysiąc razy bardziej szkodliwi niż wszyscy Niemcy na świecie”, „Wszystkie wojny, wszystkie rewolucje okazują się w końcu pogromami aryjczyków, które organizują Żydzi”. Na kartach swojego nowego pamfletu pisarz zdradzał, że ma słabość do Hitlera, a Niemcy są dla niego jak bracia. Za prawdziwych wrogów Francji uznał natomiast Żydów i francuskich masonów. Tym razem nawet skrajna prawica miała wątpliwości, czy Céline pisze to wszystko na serio, byli jednak tacy, którzy daliby sobie uciąć rękę, że autor Szkoły trupów pracuje dla nazistów.

On sam twierdził, że zależy mu przede wszystkim na pokoju w Europie. W drugiej połowie lat trzydziestych wiszące nad Europą niebezpieczeństwo wojny stało się dla niego wygodnym alibi. Chętnie wykorzystywał swój status weterana, chwalił się otrzymanym odznaczeniem i wyolbrzymiał skalę wojennych obrażeń. W wywiadach opowiadał historie o niemal śmiertelnym postrzale, jaki otrzymał podczas starć w rejonie Ypres, i trepanacji czaszki, jakiej został poddany w polowym szpitalu. Była to jednak czysta mitomania. Céline faktycznie został ciężko postrzelony, jednak nie w głowę, tylko w rękę i rana ta raczej nie zagrażała jego życiu. Dla większego efektu wymyślił również szereg symptomów, na które rzekomo cierpiał od 1914 roku. Nie wydaje się też, żeby wybuch kolejnego międzynarodowego konfliktu we wrześniu 1939 roku był dla niego wielkim wstrząsem.

Niedługo po wkroczeniu Niemców do Paryża, latem 1940 roku, zabrał się do pisania trzeciego tomu swojej antysemickiej trylogii. Zatytułował go Les Beaux Draps, co Julian Rogoziński proponował przetłumaczyć jako Śliwka w gównie. Jak pisze Herbert Lottman[69], Céline ubolewał w książce, że wciąż wszędzie widzi Żydów i domagał się ich szybkiej eksterminacji, a także ukarania ich popleczników. Warto dodać, że Żydem był dla niego każdy, kto miał co najmniej jedną czwartą krwi żydowskiej, pisarz stosował więc kryterium znacznie ostrzejsze niż przyjęte w ustawach norymberskich. W tym kontekście wydaje się nieco dziwne, że Céline’owi, który po wyzwoleniu zbiegł wraz z żoną do Niemiec, a następnie do Danii, udało się uniknąć surowego wyroku. Odsiedział kilkanaście miesięcy w kopenhaskim więzieniu, a w roku 1951 wrócił do Francji, korzystając z amnestii.

„Co roznieciło i podtrzymywało antysemityzm Céline’a?” – próbuje dociec Alan Riding, autor książki o kolaboracji francuskich elit podczas drugiej wojny światowej. I odpowiada, odwołując się do biografii pisarza: [Może Żydzi i ich zachowanie? VB]

Urodził się w czasie afery Dreyfusa, a jego ojciec nie lubił Żydów; kiedy pracował w Lidze Narodów, nie lubił swojego szefa, który był Żydem; został głęboko zraniony, kiedy Elizabeth Craig, irlandzka tancerka, w której się kochał, porzuciła go dla „żydowskiego gangstera”. [...] Pojechał do Hollywood, żeby ją odzyskać i sprzedać prawa do ekranizacji Podróży do kresu nocy, ale został podwójnie odrzucony – przez Craig i przez „żydowskich baronów finansiery”[70].

Cokolwiek to było, wszystko wskazuje na to, że obsesja pojawiła się znacznie wcześniej, niż się zazwyczaj zakłada. Pierwszy utwór, w którym Céline dał wyraz swojemu antysemityzmowi, to zapomniana sztuka L’Eglise, którą ukończył w 1927 roku, na pięć lat przed swoim powieściowym debiutem.

Piotr Szarota

Paryż 1938

Niemcy na weselu

 Ten nasz spacer konny to był ostatni mój pobyt w Zbydniowie. Miesiąc później nastąpiła katastrofa.

Dom był szeroko otwarty, gościnny, kipiący życiem i radością. Pan Zbigniew Horodyński robił zawsze na mnie wrażenie człowieka, który nie mieści się w skó- rze. Wrażenie to pogłębiał szybki sposób mówienia, jakby było kilka spraw naraz do zakomunikowania (najlepsze rady gospodarcze, doskonałe znawstwo koni, dowcipy polityczne). Było to temperowane dobrym wychowaniem.

Zbydniów był typowo męskim gospodarstwem. W sieni natykało się od razu na szereg siodeł, ogłowia, i rozmaite typy wędzideł. Gospodarowali tym wszyst- kim trzej synowie pana domu. Na początku wojny Zbydniów — jak wszystkie dwory — przyjął wysiedlonych. Może dlatego styl zainteresowań artystycznych domowników przesunął się od Jerzego Kossaka w stronę Jerzego Wolffa.

Drugi z synów werandował w Rabce. W czasie długich godzin na leżaku Inio Horodyński rozczytywał się w Balzacu, twierdząc, że dopiero Balzac nauczył go rozumieć ludzką naturę. Odwiedziłem go najpierw w Rabce, potem w Zbydniowie. Rozmawialiśmy o tym, co powinniśmy robić. Ja uważałem, że dla Inia i przyszłej Polski ważniejsze, żeby dokształcał się w malowaniu — co go pasjonowało. On wakał się między sztuką a partyzantką. Wybrał partyzantkę.
Miesiąc później wpadł znowu'do Zbydniowa na ślub swojej kuzynki, Wań- kowiczówny. Podczas obiadu niemieckie auto wjechało do parku, lufa karabi- nu maszynowego sterczała w niebo. Auto objechało szybko gazon i zniknęło.
Goście zobaczyli je przez okna jadalni. Wtedy Inio wstał i wzniósł toast, mniej więcej tak: „Siedzimy przy stole i wyobrażamy sobie może, że dzisiejsze wesele to — bodaj chwilowa — nasza rzeczywistość. Musimy sobie zdać sprawę, że tak nie jest. Rzeczywistość ukazała się nam — przez sekundę — za oknem. Nie wolno nam o niej zapominać”. Cień padł na zebranych.

Parę godzin później, po wyjeździe młodej pary, nastąpiła jedna z tych potwornych zbrodni, które w oderwaniu od wszystkiego, co wiemy dzisiaj o Niemcach, wydawałyby się jakimś okropnym, niewiarygodnym koszmarem.

A przecie zbrodnia zbydniowska stała się naprawdę.
Koło północy zaczęło się dobijanie do drzwi wejściowych. Kilka postaci, kryjących się w cieniu. „Otwórzcie, to my, chłopcy z lasu”. Ten system prowokacji niemieckiej był zbyt pospolity, aby ktokolwiek mógł się łudzić. Zresztą znało się imiona dowódców wszystkich leśnych oddziałów, z niektórymi było się pośrednio lub bezpośrednio w kontakcie. Tu nie istniała wątpliwość. Po krótkiej rozmowie pan Horodyński grzecznie odmówił otwarcia domu. Jakiś czas był spokój. Potem gwałtowne dobijanie się i wrzaski niemieckie. Inio wyjrzał przez okno. Ciemności roiły się od ludzi. Dom był otoczony. Zdarzały się po wsiach takie rzeczy — chodziło wtedy zwykle o młodzież męską. Toteż panna Meysztowiczówna wygoniła Inia i Andrzeja (jego brata) na stryszek, drzwi zamknęła na zasuwkę.

„Schowajcie się dobrze”. Jednocześnie pan domu i jego  siostra, pani Kowerska, otwierali drzwi. Wbił się przez nie, rycząc, tłum przepisowo rozwścieczonych Niemców.
Jeden z nich krzyknął do spokojnej, siwej pani: „Czy wiesz,  że wszyscy zaraz zginiecie!?”.

„Jestem na to zawsze przygotowana” — odpowiedziała cicho. Do niej strzelił najpierw.  Inni rozbiegali się po pokojach. Niektórzy goście już spali.

Dom huczał, jak pudło rezonansowe, od strzałów i ryków niemieckich. Nie odezwał się ani jeden głos polski. Umierano bez krzyku, bez słowa.

Chłopcy odchylili deskę i wcisnęli się w wąską przestrzeń między podłogą strychu a sufitem pokoju pierwszego piętra. Leżało w tym schowku kilka siodeł, kilka skór, jakieś woreczki z zapasami. Słyszeli wszystko.

Poprzez okropną wrzawę doszedł ich bliski zgrzyt zasuwki — potem głos ich matki: „Nie wychodźcie, nie ruszajcie się — powiedziała spokojnie. — Mordują wszystkich”. Nie wiem, czy Niemcy w aucie przed domem usłyszeli coś, czy zobaczyli światło: nagle dach zamiotły serie karabinu maszynowego, strych zapełnił się gwizdem i brzęczeniem rykoszetujących pocisków. Chłopców owionęła gorąca smuga. Andrzej miał powierzchownie przestrzeloną nogę, Inio był draśnięty w kark i w rękę. Jedna kula — tuż przed jego twarzą — odskoczyła od stalowego okucia łęku siodła. Potem była chwila ciszy.

I znowu strzały w domu. Jedna z ostatnich poległa dwunastoletnia Haneczka Horodyńska.

Kilku Niemców usadowiło się w pokoju pod chłopcami. Grube śmiechy, skrzyp krzeseł, brzęczenie szklanek. Bracia leżeli w odrętwieniu, tamując oddech. Potem ktoś krzyknął kiepską polszczyzną: „Złaźcie, złaźcie! Wiemy, że tam siedzicie!”. Wiedzieli. Musieli liczyć zwłoki. Kogoś im brakowało. Słychać było krótką naradę. Kilku żołnierzy — ostrożnie — wlazło na strych. Znaleźli ciało pani Horodyńskiej. Potem chodzili ciężko nad głowami chłopców. Wreszcie poszli. Rozmowy, nawoływania, bieganie po domu cichły. W pokoju pod spodem odzywały się z rzadka senne głosy.

Noc była długa, jak wieczność. Potem powietrze zaczęło nasiąkać jasnością. Wstawał dzień. Przez dziurki między dachówkami świdrowało słońce. Na podwórzu zagdakały kury, zagęgały gęsi. „Cip cip — wołała stara szafarka — cip, cip, tu tu tu malutkie!” I słychać było poruszenie wśród drobiu, kiedy sypnęła ziarno. To było straszne. Ten całkiem zwyczajny dzień, wstający nad przeraźliwie pustym, zupełnie innym światem. Inio skupił się cały w jednej jedynej myśli:
„Muszę żyć. Jezeli mnie Pan Bóg dotychczas ocalił, widocznie mam jeszcze coś do spełnienia. Muszę żyć”. Trzymał się tej świadomości, zeby nie oszaleć. Czuł, ze daje mu uspokojenie i siłę do przetrwania. Andrzej był bardzo osłabiony utratą krwi i zupełnie złamany.

Przyszła noc — i znowu dzień. Coraz bardziej męczyło ich pragnienie. Próbowali żuć herbatę, którą znaleźli w jednym z woreczków. Potem zapalili papierosy. Zakręciło im się w głowach. Dym zakotłował w wąskiej przestrzeni i cienkimi strużkami zaczął przeciekać na strych. W tej chwili wlazł tam Niemiec. To był koniec. Ale Niemiec zobaczył w kącie strychu kilka skór źrebięcych. Słychać było jego zadowolone pomruki, kiedy zwijał je i zabierał na dół. W pokoju na pierwszym piętrze ciągle ktoś siedział. Czyścili broń, grali w karty.

Męka przedłużała się w nieskończoność. Tak nie można było dłużej.

Przyszła znowu noc. Chłopcy — centymetr po centymetrze — wypełzli ze schowka. Nieopisanie wolno dotarli do drzwi od strychu. I nagle tuż za tymi drzwiami usłyszeli szczęk repetowanego karabinu. Chwilę potem któryś z żołnierzy zaczął szarpać zasuwkę. Zawsze się ciężko otwierała, teraz się widocznie zacięła. Dał spokój.

Chłopcy wrócili do schowka. Później wyszli raz jeszcze. Postanowili wysunąć się przez dymnik na dach i zejść po dzikim winie, które oplatało dom. Kiedy Inio wychylał się w ciemność, urwała mu się spod ręki dachówka i dzwoniąc, poleciała w dół. Was ist los!? — krzyknął ktoś zakryty okapem dachu. I spod ściany domu wyskoczył wartownik.

Minęła noc. „Panie Boże — modlił się Andrzej — daj, żeby oślepli i ogłuchli, zakryj ich oczy i zasłoń ich uszy, aby nas nie mogli dostrzec i usłyszeć”. Ten biblijny niemal język nie dziwił Inia.

Rano zrobił się ruch. Przed domem jęknęły motory — ostatnie krzyki — i dzwoniąca w uszach cisza.
Bracia jeszcze czekali. Czy to możliwe? A jednak — byli sami. Zeszli na pierwsze piętro. Pokoje splądrowane, drzazgi od kul, dziury w ścianach nad łóżkami, wszędzie rdzawe plamy krwi. Dziwnym trafem, nienaruszona stała szafa biblioteczna. Wiedzieli, gdzie jest schowanych trochę pieniędzy, zegarek.
Wzięli też fotografie. Potem zeszli do jadalni. Wtedy zobaczyli, że w domu już ktoś jest. Byli to ludzie Fuldnera.
Fuldner był Treuhinderem'* w Rozwadowie, majątku sąsiednim. Późniejsze badania ustaliły z wszelką pewnością: zbrodnią kierował — pośrednio — Fuldner, bo miał ochotę na zbydniowskie konie i porcelanę. Zorganizował tę noc wspólnie ze swoimi przyjaciółmi z SS. Nie wiadomo nawet, czy podał im jakiś pretekst. Zalegalizowanie później tej „akcji” to był drobiazg. W gruncie rzeczy: „czyn patriotyczny”. Zniszczył przecie całą rodzinę. A wiadomo — każdy polski dom to gniazdo oporu. Dziewiętnaście osób! Spadkobierców nie będzie (Niemiec nie wiedział, że Dominik, najstarszy syn, był wtedy w dywersji na wschodzie), a Fuldner zostanie Treuhinderem Zbydniowa.

Stosy talerzy, półmisków i filiżanek stały na stole w jadalni gotowe do zapakowania. Obok — menażka niemiecka. Z następnego pokoju, przez otwarte drzwi, dochodził głośny szwargot. Inio wziął menażkę i wyrzucił ją przez okno.
Potem wyszli spokojnie, głównym wyjściem. Po parku kręcili się jacyś ludzie.
Przeszli między nimi, jak duchy, niezauważeni. Na leśniczówkę.

Parę dni później przemycili się do Warszawy.

Przez pewien czas sądziłem, że Inio nie żyje. Potem napisał do mnie jakąś okazją parę słów. Spotkaliśmy się pod Warszawą, u naszych wspólnych przyjaciół. Pamiętam wieczór, kiedy Inio wszystko nam opowiedział, spokojnie i po prostu. Nie tylko dlatego że chciał trochę bodaj rozładować ciężar strasznych przeżyć, ale i dlatego że uważał za swój obowiązek zdanie sprawy z tych wydarzeń i z opieki Bożej, którą tak wyraźnie uczuł nad Andrzejem i nad sobą. Myślałem wtedy, jak organicznie wstrętne musiały stać się małostki i udawania dla człowieka, który zawsze był gorący albo zimny — nigdy letni — a teraz przeżył te straszne rzeczy oddzielony od wieczności tylko cienkim drewnianym przepierzeniem.

* Powiernik (komisarz), wyznaczany przez Niemców do zarządzania polskim przedsiębiorstwem lub majątkiem w latach 1939—1945.

Jacek Woźniakowski
Ze wspomnień szczęściarza 

wtorek, 25 sierpnia 2026

Śmigły-Rydz bohater czy zdrajca?

 Wypisy z książki TAJEMNICE MARSZAŁKA ŚMIGŁEGO-RYDZA

Od autorów 

Marszałek Polski Edward Śmigły-Rydz jest bez wątpienia najpowszechniej znienawidzoną polską postacią historyczną. Nikt właściwie nie wyrażał się ani nie wyraża o nim pozytywnie. To doprawdy ewenement w naszych dziejach, gdyż pozytywne opinie można znaleźć nawet o przywódcach konfederacji targowickiej albo o Aleksandrze Wielopolskim czy Wojciechu Jaruzelskim. Nie jest nawet uważany za postać kontrowersyjną. Jest po prostu jednoznacznie zły.

Inna sprawa, że naraził się właściwie wszystkim. Rosjanie nienawidzą go za zwycięskie walki z bolszewikami w latach 1919-1920. Niechęć ta przeszła na władze i historyków epoki PRL-u – w efekcie potrafiono tą nienawiścią skutecznie zarazić miliony Polaków. Było to o tyle łatwe, że „Śmigłego” nienawidziła także znaczna część opozycji antykomunistycznej, szczególnie ci, którzy widzieli w nim następcę „dyktatora” Piłsudskiego. Marszałek był też znienawidzony przez polski rząd na wychodźstwie jako czołowy przedstawiciel sanacji. Niechętnie wypowiadali się o nim także sami piłsudczycy, gdyż nie spełnił pokładanych w nim nadziei i nie został „drugim Komendantem”. Do tego obarczono go odpowiedzialnością za klęskę w wojnie 1939 roku – zatem znienawidzili go zarówno świadkowie tych wydarzeń, jak i ci, którzy o tej wojnie uczyli się z książek.

Nienawiść wobec Edwarda Śmigłego-Rydza miała wiele odcieni. Jedną z nich, dość prymitywną, było używanie nazwiska Rydz przed legionowym przydomkiem „Śmigły”. Wobec wszystkich innych uczestników walk o niepodległość Polski stosuje się inną metodę, usankcjonowaną zresztą prawnie już w niepodległej Polsce. Właściwe nazwisko było poprzedzane pseudonimem, dlatego mieliśmy: Grzmota-Skotnickiego, Dęba-Biernackiego, Bora-Komorowskiego czy Wieniawę-Długoszowskiego. Zwracanie się do oficerów: „Grzmot”, „Dąb”, „Bór” czy „Wieniawa” było wynikiem przestrzegania zasad savoir-vivre’u. O bohaterze niniejszej biografii należałoby zatem mówić „Śmigły”, lecz niemal wszyscy wyrażają się o nim jako o Rydzu. Faktycznie, zwracając uwagę na mało eleganckie, plebejskie nazwisko, również można odebrać tej postaci nieco powagi.

O „Śmigłym” pisze się niewiele, a jeśli już, to właściwie tylko bardzo źle. Dodatkowy problem stanowi także fakt, że był niezwykle skrytym człowiekiem i nie pozostawił niemal żadnych wspomnień. Dlatego poświęcono mu niewiele pozycji książkowych, a te, które się ukazały, przedstawiają go niemal wyłącznie w ciemnych barwach. Bez końca podkreślana jest jego odpowiedzialność za klęskę wrześniową, nie wspomina się w ogóle o kontekście tej wojny, a tym bardziej o fakcie, że „Śmigły” w tak trudnej sytuacji sprawdził się jako Naczelny Wódz i do chwili sowieckiego ataku sprawnie realizował założone cele kampanii. Wojsko Polskie nie miało bowiem pokonać Wehrmachtu, lecz zadać mu jak największe straty i po wycofaniu się na przedmoście rumuńskie oczekiwać ofensywy sprzymierzonych na Zachodzie, by przejść do kontrataku i wyzwalania okupowanych ziem polskich. Przy okazji żaden z autorów publikacji o marszałku nie podkreśla dostatecznie jego ogromnej roli w bojach legionowych podczas I wojny światowej, znakomitego i skutecznego kierowania Polską Organizacją Wojskową czy ogromnych sukcesów w wojnie z bolszewikami.

Mamy nadzieję, że książka, którą napisaliśmy, przedstawi postać Edwarda Śmigłego-Rydza w sposób wyważony i sprawiedliwy. Interesujemy się jego życiem i działalnością od kilkunastu lat i zdarzało nam się już wydawać książki i artykuły z jego nazwiskiem w tytule. Nie kryjemy, że darzymy go pewną sympatią. Trudno bowiem pisać o człowieku, którego się nie lubi, ale jeszcze trudniej czytać biografię napisaną przez autorów, którzy nie cenią i nie szanują swojego bohatera.

Sławomir Koper, Tymoteusz Pawłowski

**

Prawda i mity o wrześniu 1939 roku

Pierwsze dni wojny

23 sierpnia 1939 roku w Moskwie podpisano niemiecko-radzieckie porozumienie będące w praktyce czwartym rozbiorem Polski. Dwaj potężni sąsiedzi uzgodnili podział stref wpływów na terenie środkowej Europy, Sowieci zobowiązali się do ataku na Polskę po rozpoczęciu wojny przez Niemcy. Informacje na ten temat dość szybko dotarły do Londynu i Paryża, oficjalnie jednak nie poinformowano o tym Polaków, uważając, że wiadomość ta spowoduje upadek ducha w Warszawie.

Tymczasem nad Wisłą szykowano się do wojny, „Śmigły” i jego podwładni podejmowali ostatnie decyzje. Rankiem 30 sierpnia marszałek wydał rozkaz o realizacji planu „Peking”, czyli odesłaniu Dywizjonu Kontrtorpedowców do Wielkiej Brytanii. Było to całkowicie logiczne posunięcie, gdyż uchroniło trzy cenne okręty (Burza, Błyskawica, Grom) przed zniszczeniem. Można mieć jedynie pretensję, że nie odesłano również czwartego niszczyciela (Wicher), na jego pozostawienie nalegał jednak dowódca polskiej floty, kontradmirał Józef Unrug.

Kolejna decyzja dotyczyła Korpusu Interwencyjnego. Związek ten miał za zadanie zająć Wolne Miasto Gdańsk, gdyby doszło tam do proniemieckiego puczu. „Śmigły” zdawał sobie jednak sprawę, że był to „absurd operacyjny, do którego jest zmuszony względami politycznymi”. Po wizycie Ribbentropa w Moskwie stało się oczywiste, że do żadnego puczu nie dojdzie, zatem 31 sierpnia Korpus został rozwiązany. Jego dowódcę wezwano do Warszawy, a dywizje przygotowano do odejścia w głąb kraju. 13 Dywizja Piechoty szczęśliwie dotarła do miejsca koncentracji, natomiast 27 Dywizja Piechoty pozostała na Pomorzu. Przez 24 godziny nie podlegała ani dowództwu Korpusu Interwencyjnego, ani dowództwu armii „Pomorze”, niestety – zapomniano o niej również w Sztabie Głównym. Pierwszego dnia wojny dowódca armii „Pomorze” wysłał jej wprawdzie z odsieczą 9 Dywizję Piechoty, lecz działanie to przyniosło jedynie częściowe powodzenie.

Wojna z Niemcami, podobnie jak ewakuacja Kijowa, rozpoczęła się od wysadzania mostów. Przeprawy na Wiśle w Tczewie (szczególnie kolejowa) były niezmiernie ważne dla komunikacji wojskowej pomiędzy III Rzeszą a Prusami Wschodnimi. Dowództwo Wehrmachtu zaplanowało zatem operację sił specjalnych, Polacy natomiast przygotowali działania polegające na wtargnięciu na niemiecką stronę granicy i całkowitym zdemolowaniu przepraw. Polska operacja okazała się lepiej zaplanowana i skuteczniej przeprowadzona niż niemiecka – mosty zostały tak zniszczone, że ruch kolejowy przywrócono dopiero w 1940 roku.

Pierwszą wojenną decyzję o odwrocie marszałek „Śmigły” podjął już 2 września przed godziną 15. Zapadła podczas rozmowy juzowej z generałem Antonim Szyllingiem, dowódcą armii „Kraków”. Szylling uważał, że nie utrzyma swoich pozycji, ale gdy do Warszawy nadszedł szczegółowy meldunek operacyjny, uznano tam, że sytuacja nie jest aż tak zła, a generał jednak dysponuje siłami wystarczającymi do przezwyciężenia kryzysu. Tym bardziej że kolejna dywizja miała zostać przysłana z odwodu naczelnego dowództwa. Zgodę na wycofanie się anulowano, jednak podczas kolejnych rozmów juzowych Szylling zdołał przekonać „Śmigłego”, że odwrót jest konieczny. Ostateczną zgodę wydano przed północą 2 września, a te cztery rozmowy juzowe dały później podstawy do wielokrotnie powtarzanych oskarżeń pod adresem Wodza Naczelnego, że „nadzorował bitwy w szczegółach, którymi nie powinien był się zajmować”.

Niechęć Naczelnego Wodza do wyrażenia zgody na odwrót armii „Kraków” była w pełni uzasadniona, gdyż właśnie na niej opierała się cała strategia walk obronnych. Odwrót musiał być skoordynowany z manewrami innych armii, zatem do dzisiaj trwają rozważania, czy Szylling powinien odejść i ratować podległe mu oddziały, czy też trwać w miejscu aż do ich zniszczenia. Zapomina się jednak, że przedwczesny odwrót armii „Kraków” odsłaniał południowe skrzydło armii „Łódź”. „Śmigłemu” nie chodziło zatem o nowe polskie Termopile na Śląsku, lecz o wytrwanie jeszcze dwóch, trzech dni, co pozwoliłoby skoncentrować odwody, które obsadziłyby lukę pomiędzy armią „Kraków” a armią „Łódź”.

Rola odwodów przypadła południowemu zgrupowaniu armii „Prusy”, które miało związać walką niemiecki Korpus Pancerny. Wydaje się to mało realne, ale warto pamiętać, że do września 1939 roku nikomu nie udało się przeprowadzić żadnego udanego przełamania siłami pancernymi! Cztery dywizje i brygada kawalerii mające stanowić południowe zgrupowanie armii „Prusy” wydawały się zatem siłami wystarczającymi.

Tej samej nocy Wódz Naczelny wydał rozkazy odwrotowe dla armii „Pomorze” i „Poznań”, a rankiem 3 września – polecenie przyspieszenia koncentracji południowego zgrupowania armii „Prusy”. Przygotowano również plany na wypadek porażki: „Śmigły” nakazał formacjom tyłowym obronę linii Wisły, przygotowanie do wysadzenia mostów na rzece i wyznaczył generała Waleriana Czumę na stanowisko dowódcy obrony Warszawy. Naczelny Wódz zaplanował zatem, że armia „Łódź” wsparta armią „Prusy” zaczeka na armie „Poznań” oraz „Pomorze”, co pozwoliłoby na odwrót za Wisłę w zwartym ugrupowaniu.

Najtrudniejsze zadanie odwrotowe stanęło przed dowódcą armii „Pomorze”, generałem Władysławem Bortnowskim. Podstawowym zadaniem jego wojsk była osłona stolicy i Wielkopolski od północy oraz przeciwdziałanie połączeniu się sił niemieckich. Wojska Bortnowskiego stoczyły zatem dwie ciężkie bitwy po obu stronach Wisły, ale pomimo poniesionych strat i niemieckiej dywersji w Bydgoszczy generał zdołał wykonać zadanie. Następnie oderwał się od nieprzyjaciela, zreorganizował podległe jednostki i uzupełnił straty. Co jednak najważniejsze: skoncentrował całość swoich sił na południowym (zachodnim) brzegu Wisły i nawiązał bezpośredni kontakt z armią „Poznań”.

Armia „Poznań” dowodzona przez kolejnego weterana kijowskiego odwrotu, generała Tadeusza Kutrzebę, miała względnie łatwe zadanie. Wprawdzie znajdowała się w trudnej pozycji, ale nie była atakowana przez większe siły, a o jej bezpieczeństwie decydowała postawa sąsiednich armii.

Dalej na południu walczyła armia „Łódź”, której dowódca, generał Juliusz Rómmel, w 1920 roku doskonale sprawdził się przeciwko Armii Konnej Budionnego. Równie dobrze przeprowadził bitwę graniczną, zaskakując Niemców dalekim wysunięciem sił, a później sprawnie wycofał się na linię Warty. Na jego tyłach koncentrowało się natomiast północne zgrupowanie armii „Prusy” – uporczywa obrona była zatem istotna nie tylko ze względu na umożliwienie odwrotu armii „Poznań” i „Pomorze”, lecz także ze względu na przygotowywany kontratak.

Kolejne 48 godzin minęło w sztabie naczelnego dowództwa spokojnie. Wpłynęły na to również wiadomości, że 3 września Wielka Brytania oraz Francja wypowiedziały wojnę Niemcom. Był to duży sukces, świadczący o sensowności stoczenia bitwy granicznej.

Planowy odwrót

Jednak wieczorem 4 września do Warszawy napłynęły alarmujące wieści, że wbrew wcześniejszym uspokajającym meldunkom główne zgrupowanie armii „Modlin” zostało poprzedniej nocy poważnie poturbowane. Związkiem operacyjnym dowodził generał Emil Krukowicz-Przedrzymirski, który miał za zadanie obronę Warszawy przed niemiecką inwazją z Prus Wschodnich. Najeźdźców dzieliło od stolicy zaledwie 80 kilometrów, czyli maksimum trzy dni forsownego marszu. Dlatego po otrzymaniu tych groźnych informacji „Śmigły” zarządził, by na skrzydło maszerujących na stolicę Niemców uderzyła od wschodu Grupa Operacyjna „Wyszków”, a Samodzielna Grupa Operacyjna „Narew” przejęła jej dotychczasową rolę i utrzymała linię Narwi.

Tymczasem Niemcy nie zamierzali iść na Warszawę, tylko skręcili na wschód, by sforsować Narew. Trafili idealnie w lukę pomiędzy GO „Wyszków” a SGO „Narew”, zdezorganizowali obydwa związki i rozproszyli na kilka dni. Sytuacja stała się bardzo niebezpieczna, nie ograniczała się wyłącznie do zagrożenia Warszawy. Gdyby Niemcy przeszli Wisłę w okolicach Wyszogrodu i dotarli do Sochaczewa, odcięliby w ten sposób trzy polskie armie: „Pomorze”, „Poznań” i „Łódź”. W praktyce Wehrmacht zrealizowałby wówczas podstawowy cel kampanii: zniszczenie większości sił polskich. W tej sytuacji „Śmigły” przyspieszył odwrót zagrożonych armii, a ceną tego było odwołanie ataku armii „Poznań” mającej przyjść z pomocą armii „Łódź”.

W ten sposób Armia „Łódź” pozbawiona pomocy armii „Poznań” znalazła się w ciężkiej sytuacji – miało ją wspomóc północne zgrupowanie armii „Prusy”. Jej dowódca, kolejny weteran odwrotu kijowskiego, generał Stefan Dąb-Biernacki, przygotowywał się do zaatakowania Niemców w okolicach Piotrkowa. Nie wiedział jednak, że meldunki odbierane od armii „Łódź” były zbyt optymistyczne. Niemcy bowiem głęboko wbili się w polskie pozycje, a generał Rómmel zakładał, iż poradzi sobie samodzielnie i nie chciał przedwcześnie alarmować Naczelnego Wodza. Przyniosło to fatalne skutki: na znajdujące się na pozycjach wyjściowych do natarcia dywizje armii „Prusy” spadło niemieckie uderzenie pancerne – i 6 września zostały one rozbite.

Dąb-Biernacki dowiedział się o grożącym niebezpieczeństwie w ostatniej chwili, usiłował powstrzymać atak swoich dywizji, a potem zatrzymać ucieczkę. Nie przyniosło to większych skutków poza ironicznymi komentarzami, że zamiast dowodzić armią, zajmował się ustawianiem pojedynczych karabinów maszynowych i dział przeciwpancernych. Co gorsza, generał zameldował o niewłaściwej postawie swoich żołnierzy, co spotkało się z opiniami, że szargał narodową świętość, czyli bohaterstwo polskiego żołnierza.

W tej sytuacji Naczelny Wódz nakazał odwrót północnego zgrupowania armii „Prusy” za Wisłę, by tam odbudować jego zdolność bojową. Następnie łączność urwała się. W podobny sposób utracono również kontakt z armią „Łódź”, do której zdołano jeszcze wysłać rozkaz odwrotu za Wisłę na południe od Warszawy. Przez Warszawę miały natomiast przejść armie „Poznań” i „Pomorze”, a „Śmigły” wydał rozkaz przebijania się w przypadku napotkania niemieckich oddziałów. Naczelny Wódz doskonale pamiętał walki odwrotowe z 1920 roku i korzystał z własnych doświadczeń sprzed lat. Zdawał sobie jednak sprawę, że plany zakładające odwrót czterech armii w zwartym ugrupowaniu legły w gruzach.

Warszawa była zagrożona, zatem „Śmigły” podjął jedyną logiczną decyzję, czyli przeniesienia stanowiska dowodzenia do Brześcia nad Bugiem. Naczelny Wódz oblężony w stolicy tracił zdolność dowodzenia, zatem oskarżenia marszałka o ucieczkę z Warszawy są – delikatnie mówiąc – pozbawione sensu. „Śmigły” wyjechał do Brześcia nocą z 6 na 7 września, jednak stanowisko dowodzenia nie było przygotowane i na blisko 48 godzin stracił bezpośrednią możliwość kierowania wojskami. Opuszczając stolicę, zabezpieczył się jednak na taką ewentualność – do czasu odzyskania łączności jego rolę miał przejąć szef sztabu Naczelnego Wodza, generał Wacław Stachiewicz, który pozostał w Warszawie.

Inna sprawa, że łączność nie była najmocniejszą stroną polskiej armii podczas tej wojny. Wprawdzie już marszałek Piłsudski mawiał, że „wojsko bez łączności to jak kurwa bez alfonsa”, jednak we wrześniu 1939 roku kontakt z jednostkami liniowymi wciąż mocno szwankował. O klęsce armii „Modlin” „Śmigły” dowiedział się z 24-godzinnym opóźnieniem, a z upływem czasu miało być jeszcze gorzej.

Podstawę systemu łączności stanowiły wspomniane już juzy. Telefony były podsłuchiwane, obawiano się także, że przeciwnik odbiera i rozszyfrowuje wiadomości radiowe. Aparaty Hughesa były najbezpieczniejsze, ale zapewniały precyzję wypowiedzi zbliżoną do dzisiejszych esemesów. Nie pozwalały na przekazanie wielu subtelności, dowódcy poszczególnych armii nie rozumieli intencji Naczelnego Wodza, a z kolei w sztabie „Śmigłego” nie rozumiano sugestii dowódców armii. Dlatego wiele razy podawano w wątpliwość rozkazy napływające ze sztabu „Śmigłego”, a przodowali w tym szczególnie: Tadeusz Kutrzeba i Kazimierz Sosnkowski. Czasami też wypełniano rozkazy zbyt dosłownie, co też nie było najlepszym rozwiązaniem. Przy okazji zdarzały się kuriozalne sytuacje, jak na przykład słynny rozkaz „Śmigłego” do Kutrzeby nadany drogą radiową, by „maszerował na obiad do Wierzbickiego”, czyli skierował podległe sobie oddziały na Radom. W tym mieście znajdowała się bowiem słynna restauracja prowadzona przez Stanisława Wierzbickiego, bardzo popularna w międzywojniu…

Brześć

8 września generał Wacław Stachiewicz zreorganizował dowodzenie w okolicach Warszawy: generał Tadeusz Kutrzeba miał dowodzić wspólną akcją armii „Poznań” i „Pomorze”. Natomiast Juliusz Rómmel miał połączyć dowodzenie armii „Łódź” i „Modlin”.

Rómmel znalazł się w Warszawie w efekcie zbombardowania jego sztabu w Łodzi, gdy został odcięty od własnych dywizji. Tylko połowa podległych mu związków taktycznych wykonała rozkaz odwrotowy i przeszła przez Wisłę na południe od stolicy. Natomiast trzy dywizje zostały zatrzymane przez generała Wiktora Thomméego (podwładnego Rómmla) jako „zmęczone, ale w dobrym stanie”, po czym generał odszedł z nimi na północ, by uniknąć niemieckiego uderzenia. Decyzję o zaniechaniu odwrotu zatwierdził z przymusu Stachiewicz, nakazując jednak pozostać w rejonie Sochaczewa, by zaczekać na nadchodzącą armię „Poznań”.

Rozkaz nie został jednak wykonany (podobno nie dotarł do adresata), a Thommée wraz ze swoimi wojskami po chaotycznych bojach przeszedł przez Puszczę Kampinoską do Modlina. Warto o tym pamiętać: generał nie wykonał rozkazów, co spowodowało poważne straty, ale przez wiele lat uchodził za bohatera. Nawet dzisiaj czasami można się spotkać z opinią, że „objął dowodzenie armią po ucieczce generała Rómmla do Warszawy”. To jednak nie Rómmel uciekał do stolicy, tylko Thommée do Modlina. Zresztą jego postępowanie doprowadziło do oskarżeń o tchórzostwo (i dezercję) nie tylko Rómmla, lecz także generałów: Franciszka Dindorfa-Ankowicza, Władysława Bończę-Uzdowskiego oraz pułkownika Edwarda Dojana-Surówkę. Oni jednak tylko realizowali rozkaz Wodza Naczelnego odejścia za Wisłę.

Grupa Operacyjna Thomméego miała pozostać w okolicach Sochaczewa, ponieważ w Warszawie dostrzeżono możliwość ataku grupy armii generała Kutrzeby na skrzydło wojsk niemieckich idących na Warszawę. 8 września Stachiewicz wydał rozkaz o uderzeniu 11 września – i jeszcze tego samego dnia zatwierdził go „Śmigły”. Stachiewicz myślał jednak o ograniczonym ataku, po którym należało kontynuować odwrót, natomiast „Śmigły” snuł znacznie szerszy plan. Uderzenie Kutrzeby miało związać jak największe siły niemieckie, by ułatwić odwrót pozostałym związkom Wojska Polskiego w kierunku przedmościa rumuńskiego.

Był to obszar Małopolski wschodniej ograniczony od północy i zachodu rzekami Dniestr oraz Stryj, a od południa granicą państwową. Utrzymanie tego terenu stanowiło istotny element polskich planów wojennych – dzięki temu do Polski przez Rumunię i Węgry mogło docierać zaopatrzenie od aliantów zachodnich. Na przedmościu polskie dywizje miały doczekać ofensywy na zachodzie i z czasem przejść do kontrataku, rozpoczynając wyzwalanie kraju.

W tym celu wojskom stojącym nad Bugiem „Śmigły” wydał rozkaz opuszczenia linii rzeki i odejścia na południowy wschód. Oznaczało to w praktyce zgodę na utratę dywizji Kutrzeby i Bortnowskiego, a także – o czym w Brześciu nie wiedziano – dywizji Thomméego. Niestety, osobiste spotkanie Naczelnego Wodza i jego szefa sztabu, do którego doszło 9 września, doprowadziło do wycofania się marszałka z decyzji. Wybrał rozwiązanie połowiczne: GO „Wyszków” miała odchodzić nie na południowy wschód, lecz na południe, próbując ujść Niemcom i podtrzymać możliwość przejścia wojsk generała Kutrzeby za Wisłę. To nie mogło się udać, i faktycznie się nie udało. Trudno w tym miejscu nie zgodzić się z dawną opinią Piłsudskiego, że „Śmigły” do właściwego działania potrzebował ludzi realizujących jego zamierzenia, a w przypadku różnicy zdań często ustępował…

W Brześciu „Śmigły” pracował nad rozwiązaniem kompleksowym, które miało zapewnić bezpieczny odwrót większości sił na przedmoście rumuńskie. Niemcy coraz bardziej wdzierali się w głąb kraju, należało zatem uporządkować sytuację i zapewnić możliwość dalszego prowadzenia walki w oczekiwaniu na ofensywę na zachodzie. Z wojsk obsadzających linię Bugu oraz z reorganizującej się armii „Prusy” Dęba-Biernackiego stworzono Front Północny. Miał on odchodzić w kierunku południowo–wschodnim, a osłonę tego manewru powierzono nowo sformowanej armii „Lublin” dowodzonej przez generała Tadeusza Piskora (zwanej Frontem Środkowym). Natomiast z wojsk działających w Małopolsce – armii „Karpaty” oraz „Kraków” – zorganizowano Front Południowy, którego dowództwo objął generał Kazimierz Sosnkowski.

Najważniejszą kwestią było jednak sprawne przerzucenie wszystkich dostępnych sił (i środków) na obszar przedmościa rumuńskiego. Kierowano tam transporty kolejowe z uzbrojeniem i amunicją oraz pociągi z wojskiem z północnej i wschodniej Polski. Przez pierwsze 10 dni wojny szeroko rozumiany Front Południowy został wsparty przez „Śmigłego” pięcioma dywizjami i brygadą zmechanizowaną, a w kolejnych dniach zdołano wzmocnić obsadę Lwowa dwiema kolejnymi. Na południowy wschód kierowano także oddziały wojsk technicznych, całość lotnictwa oraz wszystkie formacje zapasowe.

Problemem stało się jednak postępowanie Sosnkowskiego, który – będąc dowódcą Frontu Południowego – całkowicie się pogubił. Zamiast koordynować działania powierzonych mu wojsk i rozbudowywać obronę wokół Lwowa, wsiadł w samolot i odleciał do armii „Małopolska”. W ten sposób stracił łączność nie tylko z podległymi mu oddziałami, lecz również z Naczelnym Wodzem – i zredukował się do roli dowódcy grupy operacyjnej. Odegrał ją zresztą bardzo źle: zamiast iść ze swoją armią i zamykać lukę pomiędzy Lwowem a Karpatami, postanowił zostać bohaterem i wbrew rozkazom ruszył na odsiecz Lwowa. Miało to przynieść fatalne następstwa, na razie skutkiem jego decyzji była utrata przez „Śmigłego” kontroli nad armią „Karpaty”.

Tymczasem do Brześcia nadchodziły kolejne wiadomości z frontu. Wyjaśnił się los południowego zgrupowania armii „Prusy”, mającego zamykać lukę pomiędzy armiami „Kraków” i „Łódź”. Nie zdołano tego jednak uczynić, a polskie dywizje zostały pobite w chaotycznej bitwie w okolicach Iłży. Wprawdzie większość sił zdołała przedostać się z powrotem przez Wisłę, jednak Niemcy ogłosili „bitwę pod Radomiem” wspaniałym zwycięstwem. Z kolei przesadnie optymistyczne wiadomości przyszły znad Bugu: GO „Wyszków” udało się przerwać linie nieprzyjaciela, jednak w Brześciu nie wiedziano o bardzo dużych stratach tego zgrupowania. I wreszcie okazało się, że – wbrew rozkazom – grupa generała Thomméego odnalazła się w Modlinie.

Przedmoście rumuńskie

11 września podjęto decyzję o ewakuacji Naczelnego Dowództwa z Brześcia do Kołomyi. Na krótko zatrzymano się we Włodzimierzu Wołyńskim, by 15 września zainstalować się na Pokuciu. W tym czasie do „Śmigłego” dotarł meldunek, że na szosie Zamość-Hrubieszów pojawiły się niemieckie pojazdy zmotoryzowane. Oznaczało to przerwanie komunikacji pomiędzy armiami „Karpaty” oraz „Kraków” i postawiło pod znakiem zapytania plany wycofania się na wschód.

W tej sytuacji Naczelny Wódz zmienił rozkazy. Polecił utworzyć wspólne ugrupowanie z broniących linii Wisły armii „Lublin” i idącej w jej stronę armii „Kraków”. Ugrupowanie to miało porzucić obronę rzeki i odejść w stronę Tomaszowa Lubelskiego. Armia „Karpaty” otrzymała rozkaz odwrotu na południowy wschód, którego generał Sosnkowski jednak nie wykonał. Uznano również, że Dąb-Biernacki powinien przyspieszyć odwrót Frontu Północnego bez oczekiwania na dołączenie wojsk SGO „Narew”, tak by dojść do Hrubieszowa. Liczono na to, że SGO „Narew”, z której pozostały już tylko dwie brygady kawalerii, zdoła dotrzeć na Polesie. Jednocześnie zdecydowano, że północno-wschodnia Polska nie będzie broniona, a północna granica przedmościa rumuńskiego przebiegnie przez Błota Pińskie.

Kolejne dni przynosiły jednak coraz lepsze wiadomości. Przede wszystkim większość dowódców armii niemieckich zapragnęła zostać zdobywcami Warszawy – główne siły skierowali więc na stolicę, a nie do pościgu. Co więcej, bitwa nad Bzurą, którą zresztą generał Kutrzeba przedwcześnie przerwał, sprawiła, że także niemieckie naczelne dowództwo przestało zwracać uwagę na odchodzące na wschód polskie jednostki i skupiło całość sił do walki z Kutrzebą. Z perspektywy strategicznej bitwa nad Bzurą była zatem polskim sukcesem, gdyż pozwoliła zrealizować plan Naczelnego Wodza.

Jedyna niemiecka armia, która w trzecim tygodniu września mogła zagrozić polskim planom – 14 Armia generała Wilhelma Lista – działała całkowicie bezcelowo. Jedną dywizję wysłano na południe od Lwowa, drugą na Lwów, trzecią odesłano do Francji, a trzy kolejne do Tomaszowa Lubelskiego. List nie orientował się zresztą w znaczeniu przedmościa rumuńskiego i zachowując się jak dawny chan tatarski, swobodnie rozpuścił oddziały. Jeden z nich doszedł nawet do Brześcia i tryumfalnie ogłosił nawiązanie kontaktu z nadchodzącym z Prus Wschodnich Korpusem Pancernym generała Guderiana, a także zamknięcie okrążenia wokół polskiego Frontu Północnego. Informacja ta do dzisiaj pokutuje w wielu opracowaniach – mało kto jednak zauważa, że Dąb-Biernacki przeszedł ten niemiecki kordon, a później przez niego powrócił. I chyba nawet nie zorientował się, że rzekomo znalazł się w oblężeniu…

16 września wieczorem w naczelnym dowództwie w Kołomyi przeważały optymistyczne nastroje. Otwierano butelki z winem, gdyż uznano, że jest okazja do świętowania. Psuła się pogoda, która dotychczas była sprzymierzeńcem Niemców, Francuzi zapowiedzieli ofensywę. Armia „Karpaty” odnalazła się pod Lwowem, a niemiecka (właściwie austriacka) dywizja górska zagrażająca miastu trafiła pomiędzy pięć polskich dywizji. Pod Tomaszowem Lubelskim pojawił się Front Środkowy generała Tadeusza Piskora mający przed sobą tylko pojedyncze niemieckie bataliony. Pod Hrubieszowem był Front Północny generała Stefana Dęba-Biernackiego i nic nie mogło zatrzymać jego marszu na wschód, a później na południe. Za nim nadchodziła Grupa Operacyjna Kawalerii generała Władysława Andersa. Na Polesiu generał Franciszek Kleeberg zbierał wojska w SGO „Polesie”, dołączyły do niego również – uznane już za stracone – obie brygady kawalerii z SGO „Narew”.

Następny dzień miał jednak zmienić wszystko…

**

Sprawa słynnego rozkazu

„Sowiety wkroczyły – oznajmiał marszałek swoim podwładnym. – Nakazuję ogólne wycofanie na Rumunię i Węgry najkrótszymi drogami. Z bolszewikami nie walczyć, chyba [że] w razie natarcia z ich strony albo próby rozbrojenia oddziałów. Zadania Warszawy i miast, które miały się bronić przed Niemcami – bez zmian. Miasta, do których podejdą bolszewicy, powinny z nimi pertraktować w sprawie wyjścia garnizonów do Węgier lub Rumunii”3.

Z niewiadomych powodów do dzisiaj uznaje się, że „Śmigły” wydał polecenie kapitulacji wobec Sowietów, co nie ma nic wspólnego z prawdą historyczną. Rozkaz marszałka należy uznać za dyrektywę tłumaczącą zasady postępowania, a jego celem było uniknięcie niepotrzebnego przelewu krwi i zachowanie jak najwięcej sił dla prowadzenia dalszej wojny. „Śmigły” nie miał wątpliwości, że nie było już żadnych szans na utrzymanie się na przedmościu rumuńskim – pozostała tylko ewakuacja poza terytorium kraju oraz dołączenie do sojuszników. Był to przejaw realizmu politycznego i rozsądnej kalkulacji, bardzo zresztą odległej od typowo polskiego charakteru.

Polecenie walki do ostatniej kropli krwi nie miało żadnego uzasadnienia strategicznego czy politycznego, a zysk propagandowy nie równoważyłby strat. Martwi nie decydują o losach wojen, a polscy żołnierze powinni w jak największej liczbie pojawić się u boku sojuszników na Zachodzie, tylko wówczas Polska mogła uzyskać należną jej pozycję w koalicji antyhitlerowskiej. Natomiast wydanie na rzeź setek tysięcy żołnierzy nie miało dla marszałka sensu – było to sprzeczne nie tylko z logiką, lecz także polską racją stanu.

Inna sprawa, że podwładni „Śmigłego” różnie odebrali jego rozkaz. Niektórzy z oficerów – jak dowódca jednego z pułków Korpusu Ochrony Pogranicza, pułkownik Zdzisław Zajączkowski – podejrzewali nawet sowiecką prowokację.

„Nie mam żadnych rozkazów do poddania się wojskom Rosji sowieckiej – tłumaczył na odprawie. – To, co słyszę, że wyszedł jakiś rozkaz z Naczelnego Dowództwa Wojsk Polskich, aby nie walczyć z wojskami sowieckimi, to na pewno bolszewicka dywersja. Uważam Rosję sowiecką za takiego samego wroga jak Niemców (…)”4.

Jeszcze większe kontrowersje wzbudza fakt, że po agresji Kremla nie wypowiedziano Sowietom wojny. Oskarżano o to „Śmigłego”, zapominając, że sprawy wojny i pokoju pozostawały w gestii parlamentu, rządu i prezydenta – „Śmigły” miał wojnę prowadzić, a nie ją wypowiadać. Przy okazji warto zauważyć, że cały problem jest kompletnie niezrozumiały i podnoszony wyłącznie w celu zdyskredytowania władz sanacyjnych. Zgodnie bowiem ze zwyczajami międzynarodowymi zaatakowany kraj nie miał obowiązku wypowiadać wojny agresorowi. Polska nie wypowiedziała wojny Niemcom 1 września i nikt nie uważał tego za błąd czy niedopatrzenie. Dlaczego zatem miałaby wypowiadać wojnę Kremlowi? Byłoby to działanie pozbawione logiki, a nawet zwykłego rozsądku.

Nasz kraj padł ofiarą agresji zbrojnej, zatem znajdował się w stanie wojny z bolszewikami. Mało tego: wypowiedzenie wojny mogło dać Sowietom do ręki potężną broń propagandową. Bardzo prawdopodobne, że Moskwa zaczęłaby wówczas głosić, iż jej wojska chciały przyjść na pomoc Polsce walczącej z Niemcami i zostały zaatakowane przez Polaków. Ewentualnie, że Armia Czerwona (zgodnie z notą wręczoną polskiemu ambasadorowi) ruszyła z pomocą udręczonym wojną Ukraińcom, Białorusinom i Polakom, a w zamian spotkała ją czarna niewdzięczność. Znając metody działania kremlowskiej propagandy, byłby to bardzo prawdopodobny scenariusz.

Problem powstał znacznie później, gdy alianci zachodni oczekiwali rozpadu sojuszu Niemiec z ZSRS i ewentualnego wybuchu wojny pomiędzy nimi. Wówczas stan wojny pomiędzy Polską a Rosją skomplikowałby rozgrywki dyplomatyczne – dla polityków z Paryża i Londynu nie miało znaczenia, że miliony naszych obywateli znalazło się w granicach imperium sowieckiego. Dlatego rząd emigracyjny został dokładnie pouczony, by przypadkiem nie wypowiadał Sowietom wojny, a dla Sikorskiego najwygodniej było zrzucić całą winę na sanację ze „Śmigłym” na czele. W efekcie po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej powstało chyba najbardziej zadziwiające określenie ZSRS: „sojusznicy naszych sojuszników”. I wbrew logice nie oznaczało to wcale, że Sowieci są przyjaciółmi Polski…

Najważniejszy dylemat

Informacje o sowieckiej agresji coraz szerzej rozprzestrzeniały się po kraju, szczególnie zaś dbali o to Niemcy. Walczący dotychczas polscy żołnierze masowo porzucali broń i rozchodzili się do domów. Powszechnie uznawano, że wojna została przegrana i nie ma już o co walczyć, a tym bardziej ginąć. Z tego też powodu straciło impet polskie uderzenie pod Tomaszowem Lubelskim, rozsypała się obrona Gdyni, a pułkownik Stanisław Dąbek opuszczony przez własnych żołnierzy popełnił samobójstwo na Kępie Oksywskiej. Z kolei generałowi Sosnkowskiemu wyprowadzającemu podległe mu oddziały z niemieckiego okrążenia doręczono „odezwę niemiecką, zrzuconą przez samoloty krążące nad Lwowem i jego okolicami”. Jej treść była jednoznaczna: wzywano Polaków do kapitulacji, gdyż „sprzymierzone armie sowieckie zbliżały się od wschodu pod mury miasta”. Po południu trwał jeszcze „skupiony ogień naszych ciężkich i lekkich haubic”, dzięki czemu Polakom udało „zniszczyć niemieckie pozycje, zagradzając drogę do Lwowa”. Niestety, wieczorem przy generale pozostało już tylko „tysiąc mniej więcej bagnetów”, a o północy jego wojska liczyły „niewiele więcej ponad 500 ludzi”. Kilka godzin później polscy dowódcy weszli do jakiegoś domostwa, by zastanowić się nad dalszym marszem, a gdy wyszli, okazało się, że „w miejscu, gdzie przed wejściem do chaty zostawili kolumnę, nikogo już nie było”. Gdy zapadał zmierzch, z wojsk generała Sosnkowskiego pozostały cztery osoby…5.

Nie było wątpliwości, że prezydent i rząd powinni niezwłocznie opuścić kraj, wojska sowieckie zbliżały się bowiem do Kut. Problemy stwarzała natomiast osoba Naczelnego Wodza, w kraju trwały jeszcze walki i „Śmigły” wahał się z podjęciem decyzji. Dlatego w pierwszym odruchu odrzucił propozycję przekroczenia granicy:

„Z oszklonej werandy, na której oczekiwałem na przyjęcie – relacjonował pułkownik Józef Jaklicz – widziałem marszałka rozmawiającego z generałem Berbeckim. Zdawał się wydawać mu jakieś polecenia. W międzyczasie przyszedł do mnie generał Sławoj Składkowski, wzburzony, zaprosił mnie do jednego z pokojów i zawiadomił o decyzji marszałka pozostania w Polsce, celem dołączenia do batalionów w Stryju. Zaklinał mnie (dosłownie), abym odwiódł marszałka od tej decyzji. Wobec rozruchów ukraińskich, które wybuchły w Małopolsce Wschodniej w dniu dzisiejszym, w związku z wejściem Sowietów do Polski, uważał tę decyzję za szaleńczą (dosłownie). Jako minister spraw wewnętrznych i premier nie może dopuścić, aby marszałek zginął z rąk Ukraińców”6.

Podobny sprzeciw napotkała propozycja przebijania się w kierunku walczącej w okolicach Lwowa grupy generała Sosnkowskiego (nie wiedziano, że właśnie przestawała istnieć). Marszałek rozważał również lot do oblężonej Warszawy, ale i z tego pomysłu zrezygnował pod wpływem sugestii otoczenia. Oblężone miasto musiało niebawem skapitulować, a niewola Naczelnego Wodza spowodowałaby fatalne efekty propagandowe. Miejsce „Śmigłego” było we Francji na czele odbudowanych sił zbrojnych, a nie w niemieckim obozie.

„Nie było dla mnie rzeczy łatwiejszej – tłumaczył później marszałek – jak znaleźć śmierć w drodze z Kosowa ku granicy. Nie było nic łatwiejszego, jak udać się do któregoś z najbliższych oddziałów czy też samolotem do oblężonej Warszawy. (…) lecz gdy odsunąłem na bok swoją osobę i gdy pomyślałem, kto będzie tę wojnę polską nadal prowadził i sprawy Polski bronił nie tylko wobec nieprzyjaciela, lecz i wobec Sprzymierzonych, postanowiłem nie ulec sentymentom osobistym, łatwym do wykonania, i prowadzić walkę nadal”7.

Marszałek otrzymał już informacje, że „pewna grupa weszła w pertraktacje z niektórymi politycznymi i wojskowymi czynnikami francuskimi”, by poprzez „zrzeczenie się całego szeregu zobowiązań” zdobyć władzę i „przeprowadzić porachunki polityczne”. Oczywiście chodziło o grupę skupioną wokół generała Sikorskiego. Wprawdzie generał był dopiero w drodze do Francji, ale nie ukrywał swoich ambicji – poza tym był znacznie wygodniejszym partnerem dla Paryża niż politycy sanacyjni. Zwłaszcza że „Śmigły” dążyłby do zachowania niezależności odbudowanej polskiej armii i nigdy nie zgodziłby się, by nasi żołnierze byli traktowani jak francuskie wojska kolonialne i „sprowadzeni do roli Senegalczyków czy Anamitów”…

Inna sprawa, że „Śmigły” chyba nie do końca wykorzystał propagandowe możliwości ewakuacji. Zapomniał, że w obliczu porażki militarnej czasami ważniejsze są patetyczne gesty niż realne działania. Na przykład klęskę pod Waterloo osłodził Francuzom generał Cambronne swoim „gwardia umiera, ale nie poddaje się” (czy też słynnym „merde!”), a legendę Kamieńca Podolskiego ugruntowała przypadkowa śmierć Jerzego Michała Wołodyjowskiego. Być może marszałek powinien poczekać, aż zbliżą się Sowieci, i jako ostatni polski żołnierz opuścić teren kraju. Jednak Naczelny Wódz nie myślał wówczas o symbolach i trudno mieć do niego pretensje. Niestety, nie wziął także pod uwagę typowo polskich, porywczych odruchów niektórych jego podwładnych.

Stefan Soboniewski, kierujący ruchem uchodźców na granicznym moście z Rumunią, nie mógł uwierzyć, gdy w środku nocy zameldowano mu, że zbliża się kolumna samochodów „Śmigłego”.

„(…) – Czy pan oszalał – krzyknąłem na jakiegoś komisarza policji, który mnie o tym powiadomił. – Każę oddać pana pod sąd wojenny za sianie paniki. To się nie może zdarzyć. Hetman nigdy nie opuszcza swoich wojsk! Lecz to był rzeczywiście Śmigły”8.

Z kolei pułkownik Ludwik Bociański uznał opuszczenie kraju przez Naczelnego Wodza za hańbę i na moście zatrzymał kolumnę „Śmigłego”. Znali się z marszałkiem od dawna, Bociański był powstańcem wielkopolskim, żołnierzem POW, uczestnikiem wojny z bolszewikami i komendantem szkoły podchorążych w Komorowie. Przez wiele lat pełnił urząd wojewody wileńskiego, przed wybuchem wojny – poznańskiego, a podczas kampanii wrześniowej mianowano go generalnym kwatermistrzem rządu. Teraz stanął przed samochodem „Śmigłego”, uniemożliwiając mu dalszą jazdę. Marszałek zapytał, o co chodzi, Bociański miał wówczas odpowiedzieć, że o honor wojska. Chwilę rozmawiali przyciszonymi głosami, następnie marszałek ręką odsunął pułkownika. Ten wyjął z kabury pistolet i strzelił sobie w pierś. Po chwilowej konsternacji Naczelny Wódz rozkazał wrzucić ciało na samochód i ruszać na granicę. Już w Rumunii okazało się, że Bociański żyje – kula przeszła obok serca. Następne pół roku spędził w szpitalach i nikomu poza najbliższą rodziną nie przekazał relacji o tym zdarzeniu9.

Wspomnienia Bociańskiego potwierdza relacja podporucznika Józefa Borkowskiego dowodzącego w Kutach zwiadem konnym jednego z pułków. Borkowski obserwował, jak kolumna samochodów „Śmigłego” (kilka limuzyn i dwa samochody ciężarowe) została zatrzymana przez ludzi w mundurach. Pojazdy stały kilka minut, ale Borkowski nie słyszał, o czym rozmawiano. Zauważył jednak ożywioną gestykulację, a w pewnym momencie padły strzały. Uznał, że to obstawa marszałka „Śmigłego” strzela w powietrze, torując mu drogę. Po chwili jednak zobaczył wyraźnie, że żołnierze ładują na skrzynię samochodu ciężarowego dwa ciała (?), a za chwilę kolumna przekroczyła granicę10.

Polski charakter nakazuje dowódcy walczyć do końca, a w przypadku klęski wskazana jest chwalebna śmierć na polu bitwy. „Śmigły” powinien zatem dołączyć do Henryka Pobożnego, Władysława Warneńczyka czy Stefana Żółkiewskiego. Zapominano jednak, że rolą Naczelnego Wodza jest troska o kraj i swoich podwładnych. Śmierć wprawdzie bywa wyjściem honorowym, ale nie rozwiązuje żadnych problemów. Poza tym dzieje Europy (a także naszego kraju) notowały już przypadki opuszczenia kraju przez Wodza Naczelnego na czele armii i nikt nie podnosił wówczas zarzutu zdrady. Po klęsce Napoleona w Rosji teren Księstwa Warszawskiego opuścił na czele podległych mu wojsk książę Józef Poniatowski, by dalej walczyć u boku Bonapartego. Z kolei w 1915 roku armia serbska wraz ze swoimi dowódcami i Naczelnym Wodzem, księciem regentem Aleksandrem Karadziordziewiciem, wycofała się z rodzinnego kraju, by przez Albanię dotrzeć do Grecji. W całej Europie uznano to za najzupełniej naturalne – serbski wódz ratował w ten sposób podległe mu oddziały, na czele których trzy lata później powrócił do kraju. Rolą Naczelnego Wodza jest faktycznie walka do końca, ale także poza granicami kraju u boku sprzymierzeńców. „Śmigły” miał wszelkie prawo przypuszczać, że we Francji odbuduje armię, zwłaszcza że ustalenia z Rumunią zapewniały tranzyt naszych władz do Francji.

Niestety, nawet Bolesław Wieniawa-Długoszowski nie potrafił zrozumieć decyzji Naczelnego Wodza. Pełnił wówczas funkcję ambasadora w Rzymie i gdy dzień po wkroczeniu Sowietów usłyszał o wyjeździe „Śmigłego” z kraju, nie chciał w to uwierzyć. Gdy jednak włoski minister spraw zagranicznych Galeazzo Ciano potwierdził informację, Wieniawa rozpłakał się z upokorzenia. Nie mógł zrozumieć takiego postępowania, ale Długoszowski był przecież kawalerzystą, a – jak wiadomo – przedstawiciele tej nacji najpierw szarżują, a dopiero potem zaczynają myśleć i zadawać pytania…

Śmierć „Śmigłego” w Kutach nic by nie zmieniła w sytuacji Polaków, najwyżej powstałoby kilka wierszy, piosenek czy powieści. Natomiast żywy marszałek na czele odrodzonego polskiego wojska we Francji stanowiłby realną siłę dla walczącej koalicji. Ważne też było jego doświadczenie – wraz ze swoimi sztabowcami dysponował przecież ogromną wiedzą, która miałaby istotne znaczenie w dalszych fazach wojny. Ale los postanowił inaczej i dzięki temu w polskiej opinii utrwalił się obraz Naczelnego Wodza porzucającego walczących żołnierzy, zamiast zginąć u ich boku na polu bitwy. Tak jak w wierszu Do generała autorstwa Mariana Hemara:

Kiedy pan przejeżdżał granicę,

po raz wtóry tej nocy


 kulawy staruszek


 jenerał Sowiński


 padł na Woli – broniąc Warszawy!


 Gdy przed panem


 na rumuńskim moście


 strażnik szlaban szeroko otworzył,


 po raz wtóry w tę noc


 siwą głowę pod Cecorą


 Żółkiewski położył!

**

Klęska Francji umożliwiła inne spojrzenie na kampanię wrześniową. Nagle okazało się, że Polacy wcale nie przegrali tak łatwo, gdyż walczyli z Niemcami aż do chwili, gdy do wojny włączyli się Sowieci, a nawet dłużej. Stawiali Wehrmachtowi znacznie bardziej zacięty opór niż francuska armia uważana za najlepszą w Europie, którą dodatkowo wspomagał kilkusettysięczny Brytyjski Korpus Ekspedycyjny.

We Francję wierzył niezachwianie generał Sikorski, którego zachowanie w tych dniach zasługiwało na sąd polowy. Nad Sekwaną powtórzyła się katastrofa z września 1939 roku w znacznie gorszym wydaniu – w ciągu kilku tygodni ekipa Sikorskiego doprowadziła do niemal całkowitej zagłady odbudowanych polskich sił zbrojnych.

Nowy Naczelny Wódz nie mógł bowiem uwierzyć w to, czego był świadkiem, i na dwa dni przed upadkiem Paryża twierdził, że sytuacja na froncie „jest dobra i będzie lepsza”. Podobnie jak większość francuskiej generalicji nie potrafił zrozumieć, dlaczego Niemcy atakują za pomocą potężnych zgrupowań pancernych, a Luftwaffe zdobyła panowanie w powietrzu. Nikt nie wyciągnął wniosków z wojny w Polsce – inna sprawa, że człowiek, który mógłby udzielić na ten temat najlepszych informacji, przebywał na internowaniu w Rumunii i nikt nie chciał z nim rozmawiać.

Zresztą Sikorski nie dorównywał „Śmigłemu” pod żadnym względem. W decydujących dniach kampanii francuskiej zniknął na osiem dni (!); oficjalnie przebywał „gdzieś na froncie”, a w rzeczywistości tracił czas we francuskim Sztabie Generalnym. Ujawnił się dopiero trzy dni po upadku Paryża (!), zarządzając ewakuację rządu, którego był premierem. Sam miał pozostać we Francji, by nadal dowodzić polskimi siłami zbrojnymi, ale wbrew obietnicom odleciał do Wielkiej Brytanii angielskim hydroplanem, by po dwóch dniach powrócić na kilka godzin. Wtedy też ostatecznie opuścił Francję, pozostawiając polskich żołnierzy swojemu losowi.

„(…) z takim patosem potępiał marszałka – ironizował w rumuńskim Dragoslavele pułkownik Wenda – i mówił, że powinien był zginąć, a oto w takiej samej sytuacji, czy podobnej, tak się salwował ucieczką i to samolotem do Anglii! Pomyśleć, że ocalał i to cudownie! Ciekawe, jak im teraz musi być łyso. Co też oni znajdą na swoją obronę?”1.

Tymczasem żołnierz polski jak zwykle bił się do końca, najczęściej w otoczeniu kapitulujących Francuzów. Sikorski miał zresztą ambicje walki o honor, co przyniosło tragiczne efekty. Bezmyślnie zaprzepaszczano w Bretanii Samodzielną Brygadę Strzelców Podhalańskich – jednostka wylądowała we Francji, gdy klęska sojusznika była już przesądzona.

Polacy nie zamierzali jednak poddawać się Niemcom, dla nich wojna jeszcze się nie skończyła. Tysiące polskich żołnierzy z rozbitych oddziałów przedzierało się do zbawczych portów na południu Francji. Ci, którym hitlerowcy zamknęli drogę, kierowali się na Szwajcarię i Hiszpanię. Cel był jeden: przedostać się do Wielkiej Brytanii.

O poziomie orientacji Naczelnego Wodza w sytuacji na froncie świadczy fakt, że wydawał rozkazy dla dwóch polskich dywizji, przemawiając przed mikrofonami radia BBC w Londynie! Coś podobnego nie miało możliwości wydarzyć się we wrześniu 1939 roku.

Resztki polskich oddziałów (około 20 tysięcy ludzi) wywieziono na jednostkach angielskich, uratowano natomiast niemal wszystkich polskich lotników. I niebawem mieli się okazać bardzo przydatni.

**

W drodze do stolicy „Śmigły” spotkał się w Krakowie ze Stefanem Witkowskim (ps. „Kapitan”, „Inżynier”), szefem Muszkieterów. Ta doskonale zakonspirowana organizacja specjalizowała się w wywiadzie na rzecz władz polskich i brytyjskich, a pomimo oficjalnego scalenia ze Związkiem Walki Zbrojnej zachowywała dużą niezależność. Witkowski osobiście nie znosił Grota-Roweckiego (z wzajemnością), miał własne ambicje, a obowiązkiem jego podwładnych było zapewnienie ochrony marszałkowi podczas jego pobytu w Warszawie.

„Śmigły” początkowo zatrzymał się u brata pułkownika Wendy przy ulicy Puławskiej, a następnie przeniósł się do tymczasowej kwatery przy Marszałkowskiej 53. W pierwszych dniach pobytu spotkał się też z pułkownikiem Augustem Emilem Fieldorfem, byłym legionistą i bohaterem spod Dyneburga.

Fieldorf pełnił w tym czasie funkcję inspektora Komendy Głównej Związku Walki Zbrojnej. Można podejrzewać, że spotkanie miało charakter sondażowy – marszałek próbował się zorientować w nastrojach panujących w ZWZ. Nie wiadomo, jak długo panowie wówczas rozmawiali, ale Fieldorf zameldował o wszystkim „Grotowi”. Szef ZWZ przyjął temat do wiadomości i zalecił podwładnym, by nie utrzymywali ze „Śmigłym” kontaktów.

Tymczasem marszałek zmienił miejsce zamieszkania – przeniósł się na ulicę Sandomierską do wdowy po generale Władysławie Maxymowiczu-Raczyńskim. Pani Jadwiga nigdy nie zapomniała pierwszego spotkania ze „Śmigłym” i była „wstrząśnięta zmianą na jego twarzy”, która wydawała się „twarzą starego człowieka, który cierpiał, który przeżył jakiś potworny cios”.

Warto przy okazji zwrócić uwagę na pewien dziwny fakt. Wdowa po generale mieszkała w kamienicy przy Sandomierskiej 18, położonej w bezpośredniej bliskości niemieckich koszar. Już na początku okupacji hitlerowcy oczyścili budynek z Polaków, zasiedlając go folksdojczami i Niemcami. Tylko w jednym lokalu pozostała przedwojenna lokatorka, była nią właśnie Jadwiga Maxymowicz-Raczyńska.

Nie znamy przyczyn tego faktu, podobnie jak powodów, dla których marszałek zdecydował się na zamieszkanie w tak niebezpiecznym miejscu. Czyżby wychodził z założenia, że najciemniej jest pod latarnią, a większe niebezpieczeństwo grozi mu ze strony Polaków doskonale znających jego wygląd? Czy też oznacza to kontakty generałowej z Abwehrą, co sugerują niektórzy badacze? Tym bardziej że niebawem „Śmigły” zaczął urządzać w mieszkaniu pani Jadwigi odprawy i spotkania robocze. Przez lokal przewijało się wielu gości, w spotkaniach czasami uczestniczyło nawet po kilkanaście osób. Zdarzały się narady, podczas których gospodyni i jej służąca musiały prosić o pomoc dodatkową osobę, „by obsłużyć wszystkich panów herbatą i kanapkami”. I to wszystko działo się w budynku zamieszkałym wyłącznie przez Niemców, wśród których nie brakowało współpracowników gestapo.

„Śmigły” zajął u Raczyńskiej dwa pokoje, posiadały one oddzielne wejście z przedpokoju i stanowiły rodzaj odrębnego mieszkania. Nigdy jednak nie wychodził z domu, obawiając się przypadkowego rozpoznania na ulicy. Wiedział, że pogłoski o jego przyjeździe do Warszawy już się rozeszły, nie zamierzał więc ryzykować bez powodu.

„(…) Był nadzwyczaj opanowany – wspominała generałowa – z zewnątrz pogodny, z dużym poczuciem humoru, ale nie złośliwego, jego spokój oddziaływał na otoczenie. (…) Nie skarżył się na dolegliwości serca, natomiast wspominał, że miewa nadkwasotę żołądka i w związku z tym podrażnienie jelit. (…) Zastosowałam więc dietę (…) picie ciepłej galaretki z siemienia lnianego. (…) Kuracja dała pomyślne rezultaty. Dolegliwości minęły, marszałek miał lepszy apetyt i był w coraz lepszej formie fizycznej”3.

„Śmigły” jednak chciał porozmawiać osobiście z Grotem-Roweckim – i wreszcie dopiął swojego. Oficerowie spotkali się w jednym z mieszkań przy ulicy Marszałkowskiej, rozmowa trwała pół godziny, nie osiągnięto porozumienia. „Grot” pozostał lojalnym podwładnym Sikorskiego i odmówił podporządkowania się rozkazom marszałka.

Dla „Śmigłego” był to poważny cios, dotychczas bowiem uważał, że dawny podwładny uzna jego prymat. Tym bardziej że „Grot” prowadził bardzo skuteczną (a czasami brutalną) akcję scaleniową i podporządkowywał sobie kolejne organizacje podziemne.

Marszałek doskonale wiedział, że kilkudziesięciu oficerów, którzy przedarli się z Węgier, to zbyt mało, by dysponować w Warszawie realną siłą. Dlatego coraz bliżej współpracował z Witkowskim i jego Muszkieterami. Posiadali oni rozległe kontakty z Abwehrą, prowadzili też własną grę z władzami niemieckimi, której zasięg i charakter może wprawić w osłupienie. Współpracowali z polskimi politykami szukającymi porozumienia z Niemcami w celu powołania kolaboracyjnego rządu. Podobno rozdawano już nominacje, a Witkowski jeździł niemal oficjalnie do Berlina, gdzie prowadził rozmowy z przedstawicielami władz niemieckich. Nie wiadomo jednak, w czyim imieniu tam występował.

„Kapitan Muszkieterów – relacjonował major Stanisław Sławiński z kontrwywiadu ZWZ – jeździł w październiku czy listopadzie 1941 roku do Berlina na jakąś konferencję fachową, w której miał brać udział przedstawiciel generała Keifla [feldmarszałka Keitla – S.K.], minister kancelarii Rzeszy i przedstawiciel gabinetu wojskowego Hitlera”4.

Czy marszałek Edward Śmigły-Rydz wiedział coś na ten temat? Czy Witkowski, z którym często się spotykał, mówił mu o swojej berlińskiej misji? A jeżeli tak, to czy aprobował poczynania szefa Muszkieterów?

Tajemnic coraz więcej

W tym czasie do Warszawy przybył kolejny były prominentny polityk II Rzeczypospolitej. Termin jego pojawienia się był zapewne przypadkowy, chociaż niektórzy badacze twierdzą, że wszystko zostało zaplanowane i uzgodnione.

„W końcu listopada 1941 roku – wspominał rotmistrz Czesław Szadkowski z Muszkieterów – idąc w Warszawie po ulicy Krakowskie Przedmieście, ujrzałem starszego mężczyznę z bródką. Gdy minęliśmy go, członkowie mojej ekipy zwrócili mi uwagę, że to jest Leon Kozłowski. Zdziwiliśmy się wówczas, co on tutaj robi”5.

Zdumienie Muszkieterów łatwo wytłumaczyć, Kozłowski był bowiem premierem rządu polskiego w latach 1934-1935, a po dymisji powrócił do pracy naukowej we Lwowie (był profesorem archeologii) i tam wpadł w ręce Sowietów. Kategorycznie odmówił współpracy, za co podczas śledztwa brutalnie go skatowano – stracił oko i kilka zębów. W Warszawie od dawna go nie widziano, zresztą nie było to zwyczajne podczas okupacji, by były premier rządu polskiego swobodnie spacerował po ulicy.

Kozłowski został zwolniony z Łubianki na mocy układu Sikorski-Majski i trafił do Buzułuku do armii Andersa, skąd pewnego dnia zniknął. Okazało się, że w bliżej niewyjaśnionych okolicznościach przekroczył sowiecko-niemiecki front (!), a gdy ujawnił swoją tożsamość, z Berlina nadeszło polecenie, by przyjąć go z wszelkimi honorami. Przewieziono go więc nad Sprewę, ale zanim tam trafił, znalazł się właśnie w Warszawie. Zapewne chciał rozmawiać z innymi polskimi politykami na temat współpracy z Niemcami, tym bardziej że zawsze uchodził za germanofila.

Oczywiście należy odrzucić wszelki sugestie o zaplanowanym spotkaniu ze „Śmigłym”. Obrońcy tej teorii podają jako dowód fakt, że obaj politycy wyruszyli do stolicy niemal jednocześnie – Kozłowski z Buzułuku, a „Śmigły” z Budapesztu. Trzeba jednak być człowiekiem bez większej wyobraźni, by twierdzić, że Kozłowski zakładał, iż przedrze się przez front w ściśle (!) określonym terminie. Nikt nie mógł ocenić, ile czasu mu to zajmie i czy plan w ogóle się powiedzie. Warto też podkreślić, że na pewno nie miał pojęcia o pobycie „Śmigłego” w Warszawie – nie mógł zatem planować z nim spotkania.

Natomiast pogłoski o pobycie marszałka w kraju dotarły do Londynu i polskie władze emigracyjne zaczęły okazywać zdenerwowanie. Nikt w Londynie nie wierzył w bajeczkę o chęci odkupienia win przez Rydza, zdawano sobie sprawę, że były Naczelny Wódz pojawił się nad Wisłą, by powrócić do czynnej polityki.

„Już sama obecność marszałka Śmigłego w kraju – instruował Sikorski Grota-Roweckiego – byłaby wysoce szkodliwa dla sprawy polskiej. Musiałaby bowiem spowodować dezorientację, stając się przeszkodą w wysiłku organizowania społeczeństwa do walki zbrojnej z Niemcami. Rząd polski traktowałby tę obecność jako dywersję jego pracy dla kraju, tym bardziej iż trudno przypuścić, aby marszałek Śmigły przekraczał granicę kraju bez określonych zamierzeń i planów”6.

**

Baliszewski jest autorem błyskotliwej hipotezy, że „Śmigły” powrócił do Polski, by dojść do porozumienia z Niemcami. Zauważył, że u schyłku 1941 roku władze niemieckie poważnie rozważały możliwość powołania sojuszniczego państwa polskiego. Coś faktycznie musiało być na rzeczy, gdyż generał Sikorski w marcu 1942 roku (w liście do Stanisława Kota – polskiego ambasadora w Moskwie) wyrażał zadowolenie, że „Naród Polski mimo okrutnych prześladowań odpowiedział stanowczo odmownie na wezwanie do udziału w krucjacie przeciw bolszewikom, co było połączone z poważnymi koncesjami na rzecz Polski”. Nie był to jednostkowy przypadek, bowiem w rozmowie z Rooseveltem Sikorski przyznał, że polskie podziemie zdecydowanie odrzuciło możliwość współpracy z Niemcami przeciwko Rosji, „w zamian za co Polacy mieli obiecane przywrócenie normalnych warunków na terytorium polskim”. A kto najlepiej nadawał się do reprezentowania strony polskiej wobec Niemców? Osoba „Śmigłego” narzuca się tu wręcz automatycznie.

Gdy dodamy do tego fakt, że podobno w Warszawie już w listopadzie 1941 roku formowano przyszły gabinet i rozdzielano stanowiska rządowe, sprawa staje się jeszcze bardziej intrygująca. Prokurator Józef Namysłowski (blisko związany ze „Śmigłym”) otrzymał wówczas nominację na wojewodę pomorskiego. Z czyjego nadania? Na pewno nie przedstawicieli rządu Sikorskiego.

Do tego dochodzi jeszcze misja rotmistrza Szadkowskiego i sprawa dziwnego mikrofilmu dostarczonego generałowi Andersowi. Wszystko faktycznie układa się w pewien logiczny ciąg zdarzeń, ale Baliszewski jednak poszedł dalej, twierdząc, że śmierć „Śmigłego” sfingowano, a marszałek został zatrzymany przez oddział ZWZ pod dowództwem Emila Fieldorfa. Według historyka niedoszłemu polskiemu Pétainowi pozostawiono wybór: samobójstwo lub wyjazd z kraju połączony z internowaniem pod władzą aliantów. „Śmigły” nie skorzystał jednak z żadnej z tych możliwości, wobec czego został aresztowany. Początkowo przetrzymywano go przy Marszałkowskiej 53, potem wywieziono do Otwocka. Ciężkie warunki uwięzienia spowodowały gruźlicę, ostatecznie „Śmigły” miał umrzeć 3 sierpnia 1942 roku w sanatorium w Otwocku i zostać pochowany na miejscowym cmentarzu. Niewykluczone miało być również, że jednak popełnił samobójstwo, natomiast niektórzy podejrzewają, że chociaż faktycznie zmarł na Sandomierskiej 2 grudnia, to został jednak otruty na polecenie Grota-Roweckiego.

Autorzy niniejszej książki byli swojego czasu zafascynowani wizją roztoczoną przez Dariusza Baliszewskiego. Gdy jednak po pewnym czasie emocje minęły, dostrzegli pewne wady jego teorii. Problemem był przede wszystkim brak źródeł pisanych, Baliszewski opierał się bowiem wyłącznie na przekazach świadków, a – jak wiadomo – ludzka pamięć bywa zawodna. Poza tym trudno polemizować z hipotezami, gdy na ich poparcie uzyskuje się informację, że wiadomość pochodzi od „osoby pragnącej zachować anonimowość”. Całkowicie wyklucza to nie tylko krytykę źródła, lecz nawet jakąkolwiek dyskusję.

Szczególnie stało się to widoczne, gdy jeden z autorów zapytał Baliszewskiego w rozmowie telefonicznej, gdzie znalazł informacje, jakoby Służba Bezpieczeństwa po wojnie przeprowadziła badania grobu na Powązkach i wykluczono wówczas, by „Śmigły” był tam pochowany. Tym bardziej że poszukiwania prowadzone przez autora w archiwum IPN nie przyniosły żadnego rezultatu, a przecież powinny się zachować dokumenty z tych działań SB. W odpowiedzi autor usłyszał, że żadne dokumenty nie są potrzebne, bowiem wystarczy relacja świadka, który – oczywiście – pragnął zachować anonimowość.

Bez odpowiedzi pozostaje też pytanie, dlaczego Grot-Rowecki – jeżeli usunął „Śmigłego” – nie zameldował o tym Sikorskiemu i Sosnkowskiemu. Tutaj jednak można sprawę łatwo wyjaśnić, bowiem Rowecki nie o wszystkim meldował przełożonym z Londynu, a jeżeli nawet, to ze znacznym opóźnieniem. Do likwidacji Stefana Witkowskiego przyznał się dopiero po ośmiu miesiącach, o innych sprawach w ogóle nie wspominał. Prowadził własną politykę, a sprawa marszałka była kwestią wyjątkowo delikatną.

Hipotez Dariusza Baliszewskiego nie można jednak całkowicie odrzucać, szczegóły pobytu i działalności marszałka „Śmigłego” w Warszawie zawierają bowiem tajemnice, które nigdy nie zostały wyjaśnione. Czy dotyczyły tylko rywalizacji z Sikorskim i jego podwładnymi o przejęcie kontroli nad polską konspiracją, czy także próby budowania nowej Polski, która miałaby zająć należne jej miejsce w niemieckiej Europie? W tym miejscu autorzy nie są zgodni – jeden z nich całkowicie odrzuca tę teorię, a drugi uważa, że sprawa wymaga dalszych badań i wyjaśnień…

Raj dla pedofilów: Jak Izrael i jego sojusznicy w USA chronią przestępców seksualnych


Zanim Donald Trump i Izrael zaatakowali Iran, Jeffrey Epstein był najpopularniejszym tematem na świecie. Nietrudno zrozumieć dlaczego.

Epstein przykuł uwagę opinii publicznej nie tylko dlatego, że jego sprawa ujawniła skalę korupcji i braku odpowiedzialności elit, ale także dlatego, że najbardziej znany pedofil na świecie był niemal na pewno informatorem izraelskiego wywiadu. Ten fakt nadaje zupełnie nowy, geopolityczny wymiar i tak już zawiłej i złożonej sadze Epsteina.

Ale Epstein nie jest odosobnionym przypadkiem. Przez dziesięciolecia Izrael służył jako schronienie dla przestępców seksualnych, podczas gdy rząd USA przymykał na to oczy. Sojusznicy Izraela na amerykańskiej prawicy chrześcijańskiej konsekwentnie zachowywali w tej sprawie wyraźne milczenie.

Uchodźcy, „naprawiacze” i lata opóźnień
Prawo, które uczyniło Izrael bezpieczną przystanią dla przestępców

W 1978 roku Izrael zakazał ekstradycji własnych obywateli. Ustawa, uchwalona za czasów premiera Menachema Begina, miała chronić Żydów przed wrogimi sądami, ale później stworzyła lukę prawną, która pozwalała obywatelom Izraela oskarżonym o przestępstwa za granicą uniknąć ekstradycji.


We wrześniu 1997 roku Samuel Sheinbein zabił 19-letniego Alfredo Enrique Tello Jr. w stanie Maryland i uciekł do Izraela, gdzie złożył wniosek o obywatelstwo izraelskie, ponieważ jego ojciec urodził się w Izraelu, chroniąc go w ten sposób przed ekstradycją do Stanów Zjednoczonych. Jego ojciec, Sol, prawnik posiadający podwójne obywatelstwo, zapewnił mu paszport i bilet lotniczy do Tel Awiwu, a sprawa ta stała się ważnym precedensem w izraelskim prawie ekstradycyjnym.

Sąd Najwyższy Izraela zablokował ekstradycję Sheinbeina decyzją 3 do 2, pomimo apeli Sekretarz Stanu Madeleine Albright i gróźb ze strony Kongresu o wstrzymanie wypłat pomocy. Prezes Sądu Najwyższego Aharon Barak, autor zdania odrębnego, argumentował, że Sheinbein powinien zostać ekstradowany, ostrzegając, że orzeczenie może uczynić z Izraela bezpieczną przystań dla przestępców. Sheinbein został skazany na 24 lata więzienia w Izraelu – karę znacznie niższą niż ta, która groziłaby mu w Stanach Zjednoczonych.

Po skandalu Izrael znowelizował swoje prawo ekstradycyjne, zezwalając na ekstradycję obywateli Izraela pod pewnymi warunkami. Sprawa Sheinbeina ujawniła konflikt między izraelskimi przepisami ekstradycyjnymi a zobowiązaniami ekstradycyjnymi wobec Stanów Zjednoczonych, co doprowadziło do gruntownej reformy krajowych ram ekstradycyjnych. Podczas debaty nad reformą Hanan Porat, przewodnicząca Komisji Prawnej Knesetu, ostrzegła przed dopuszczeniem do tego, by Izrael stał się „bezpieczną przystanią dla zagranicznych przestępców”.

Do 2020 roku organizacja „Jewish Community Watch” zidentyfikowała ponad 60 podejrzanych o przestępstwa seksualne wobec dzieci, którzy przenieśli się z USA do Izraela od 2014 roku, i założyła, że ​​rzeczywista liczba jest jeszcze wyższa. Według CBS News, aktywiści oskarżyli zarówno Izrael o brak zajęcia się tym problemem, jak i Stany Zjednoczone o brak konsekwentnego ubiegania się o ekstradycję.

Mordechaj Jomtow


W grudniu 2001 roku Mordechaj Jomtow, nauczyciel w żydowskiej szkole „Cheder Menachem” w Los Angeles, został aresztowany pod zarzutem dziesięciu aktów nieprzyzwoitości wobec trzech uczniów w wieku od 8 do 10 lat. Według akt, przetrzymywał chłopców w klasie podczas przerw i dopuszczał się wobec nich aktów nieprzyzwoitości.

W lutym 2002 roku Yomtov przyznał się do dwóch zarzutów wielokrotnego wykorzystywania seksualnego nieletniego i jednego zarzutu czynów nieprzyzwoitych. Został skazany na rok więzienia i pięć lat w zawieszeniu. Został również skierowany na leczenie psychiatryczne i zarejestrowany jako przestępca seksualny dożywotnio.

Po zwolnieniu złamał warunki zwolnienia warunkowego, uciekł z fałszywym paszportem przez Meksyk i przez prawie 23 lata mieszkał w Jerozolimie, ukrywając się w ultraortodoksyjnej dzielnicy Tel Arza. Organizacja Jewish Community Watch namierzyła go i sfilmowała ukrytą kamerą. Na nagraniu przyznał się do złamania warunków zwolnienia warunkowego i ucieczki ze Stanów Zjednoczonych, ale zaprzeczył poszczególnym zarzutom.

Jedna z ofiar, Mendy Hauck, zabrała głos dopiero w 2016 roku i rozpoczęła kampanię na rzecz ekstradycji Yomtova. Jednak według CBS News, prokuratura okręgowa hrabstwa Los Angeles nigdy nie złożyła wniosku o ekstradycję.

Zbieg został ostatecznie aresztowany w listopadzie 2025 roku, 23 lata po ucieczce, po tym jak izraelskie władze odnalazły go i zatrzymały jako osobę poszukiwaną do ekstradycji do Stanów Zjednoczonych. Został aresztowany podczas operacji policyjnej w swojej kryjówce w dzielnicy Tel Arza w Jerozolimie. W przypadku ekstradycji do Stanów Zjednoczonych, będzie tam podlegał dalszym procedurom prawnym.

Malka Leifer


Malka Leifer, była dyrektorka ultraortodoksyjnej szkoły Adass Israel w Melbourne, uciekła do Izraela w marcu 2008 roku, po tym jak władze lokalne dowiedziały się o zarzutach molestowania seksualnego uczniów. Dowody przedstawione w sądzie wykazały, że żona członka rady szkoły zarezerwowała bilety lotnicze dla Leifer i czwórki dzieci tej samej nocy, a Sąd Najwyższy stanu Wiktoria orzekł, że osoby, które zorganizowały jej wyjazd, były zdeterminowane, aby w ciągu kilku godzin wywieźć ją z kraju.

Australia złożyła formalny wniosek o ekstradycję w 2014 roku. Odbyło się ponad 70 rozpraw sądowych i prawie 13 lat batalii sądowych. Leifer i jej prawnicy wielokrotnie argumentowali, że nie jest zdolna psychicznie do wzięcia udziału w procesie, co przyczyniło się do długich opóźnień w postępowaniu ekstradycyjnym.

Minister zdrowia Izraela Yaakov Litzman wykorzystał swoją pozycję, aby utrudnić ekstradycję Leifera. Prokuratorzy oskarżyli go o wywieranie presji na personel ministerstwa i oferowanie korzyści zawodowych psychiatrom w związku z ocenami, które uznały Leifera za niezdolnego do stawienia się przed sądem. W 2022 roku Litzman przyznał się do winy za nadużycie zaufania i został skazany na osiem miesięcy więzienia w zawieszeniu oraz grzywnę w wysokości 3000 szekli.

W Australii Leifer został uznany winnym 18 zarzutów napaści seksualnej, w tym gwałtu na 17-letniej uczennicy, i skazany na 15 lat więzienia. Biorąc pod uwagę odbyty już wyrok, Leifer będzie mógł ubiegać się o zwolnienie warunkowe w czerwcu 2029 roku.

Epstein: Kwestia inteligencji, która po prostu nie chce zniknąć


Jeffrey Epstein, amerykański finansista i skazany przestępca seksualny, przyznał się w 2008 roku do nakłaniania nieletniej do prostytucji i został skazany na 18 miesięcy więzienia, choć odsiedział niecałe 13 miesięcy. Po jego śmierci w 2019 roku tysiące dokumentów ujawniło szczegóły jego rozległej sieci wpływowych kontaktów, w tym powiązania z izraelskimi politykami i zarzuty o powiązania z izraelskim wywiadem.

Powiązania te wyszły na jaw na długo przed jego śmiercią, a przełomowy moment miał miejsce w 2008 roku. Tajna umowa o nieściganiu (NPA) została podpisana 24 września 2007 roku. W kolejnych miesiącach zespół prawny Epsteina próbował renegocjować lub unieważnić tę umowę.

W kwietniu 2008 roku, w obliczu ponownych zarzutów federalnych, Epstein poleciał do Izraela – oficjalnie, aby spotkać się z naukowcami i odwiedzić obiekty wojskowe. Krążyły pogłoski, że zamierzał przenieść tam siebie i swój majątek, aby uniknąć oskarżenia. Epstein później potwierdził tę podróż, ale upierał się, że wrócił do Nowego Jorku. 30 czerwca 2008 roku formalnie przyznał się do winy na szczeblu stanowym.

Notatka FBI z 2020 roku zawierała oświadczenie poufnego źródła, które twierdziło, że Epstein został „wyszkolony na szpiega” pod kierownictwem Ehuda Baraka i był „skooptowanym agentem Mossadu”. Dokument odnotowuje twierdzenie tego źródła, jednak nie wskazuje na jego weryfikację. Źródło to zostało później zidentyfikowane jako Charles Johnson.

Były premier Izraela Ehud Barak, wieloletni powiernik Epsteina, zatrzymał się w apartamencie Epsteina na Manhattanie i później nazwał ich związek „pomyłką”, ale zaprzeczył, jakoby wiedział o przestępstwach Epsteina. Ujawnione dokumenty wskazują, że osoby powiązane z rządem Izraela zainstalowały i utrzymywały systemy bezpieczeństwa w apartamencie, a Barak poprosił o pomoc w zapewnieniu bezpieczeństwa.

Barak i jego żona zatrzymywali się tam dziesiątki razy, a jego doradca Yoni Koren, były oficer izraelskiego wywiadu wojskowego, mieszkał w mieszkaniu Epsteina tygodniami, a Epstein pokrywał koszty jego leczenia raka. Według ujawnionych dokumentów, Epstein w korespondencji ze swoimi pracownikami nazywał je „mieszkaniem Ehuda”.

Epstein zainwestował również w izraelski startup Carbyne, powiązany z Barakiem, który później został przejęty przez amerykańską firmę Axon w ramach transakcji, w której Carbyne został wyceniony na 625 milionów dolarów. Za pośrednictwem swojej fundacji przekazał 25 000 dolarów organizacji Friends of the IDF (Przyjaciele Sił Obronnych Izraela) oraz 15 000 dolarów Żydowskiemu Funduszowi Narodowemu, który wspiera działalność osadniczą na Zachodnim Brzegu.

Aresztowany w Ameryce, w domu w Izraelu

Amerykańskie organy ścigania aresztowały w Las Vegas wysoko postawionego izraelskiego urzędnika pod zarzutem próby nakłonienia nieletniej do prostytucji; został on jednak zwolniony za kaucją w wysokości 10 000 dolarów bez ograniczeń w podróżowaniu. Władze Izraela fałszywie przedstawiły aresztowanie jako zwykłe przesłuchanie, a urzędnik wrócił do domu w ciągu 48 godzin.

Ta historia, która wydarzyła się w sierpniu 2025 r. i dotyczyła Toma Artioma Aleksandrowicza, wysoko postawionego urzędnika Izraelskiego Narodowego Urzędu ds. Cyberbezpieczeństwa, to tylko jeden z wielu epizodów pokazujących, w jaki sposób Izrael stał się bezpieczną przystanią dla przestępców seksualnych, podczas gdy Stany Zjednoczone przymykają na to oczy.

Tom Artiom Aleksandrowicz, szef departamentu obrony technologicznej w izraelskim Narodowym Dyrektoriacie Cyberprzestrzeni – agencji bezpośrednio podległej urzędowi premiera – został aresztowany w Las Vegas.

Oskarżony udał się do Las Vegas na konferencję poświęconą cyberbezpieczeństwu „Black Hat USA 2025”, ale zamiast tego stał się jednym z celów dwutygodniowej wspólnej operacji FBI, „Homeland Security Investigations”, policji metropolitalnej Las Vegas i stanowej grupy zadaniowej ds. przestępstw internetowych przeciwko dzieciom w Nevadzie.

Według dokumentów policyjnych, wymieniał wiadomości za pośrednictwem aplikacji, w tym „Pure”, z tajnym agentem podszywającym się pod 15-letnią dziewczynę. Omawiany plan zakładał „kontakt seksualny z prezerwatywą” i wizytę w Cirque du Soleil. Aleksandrowicz został aresztowany, gdy przyjechał na miejsce spotkania samochodem współdzielonym.

Dzień po aresztowaniu Aleksandrowicz wpłacił kaucję w wysokości 10 000 dolarów. Jego paszport nie został skonfiskowany, nie nałożono żadnych ograniczeń w podróżowaniu i wrócił do Izraela w ciągu 48 godzin. Prokurator okręgowy hrabstwa Clark, Steve Wolfson, opisał procedurę jako rutynową; biuro Netanjahu początkowo twierdziło, że urzędnik został jedynie „przesłuchany”, a Departament Stanu USA zaprzeczył jakiemukolwiek udziałowi w tej sprawie.

W październiku 2025 roku wielka ława przysięgłych w hrabstwie Clark oskarżyła Aleksandrowicza o poważne przestępstwo polegające na wykorzystaniu technologii do nakłaniania dziecka do czynności seksualnych. W razie skazania grozi mu do 10 lat więzienia. Chociaż wrócił do Izraela, sędzia zezwolił mu na zdalny udział w rozprawie za pośrednictwem Zooma.

Amerykański rurociąg
Ten schemat wykracza poza pojedyncze incydenty. Organizacja Jewish Community Watch udokumentowała, jak niektóre amerykańskie wspólnoty religijne reagują na zarzuty zbiorowym zaprzeczeniem i aktywnym wsparciem dla oskarżonych. Podejrzani są przenoszeni do innych kongregacji, gdzie pojawiają się nowe ofiary, a instytucje mogą mieć finansową motywację do unikania postępowań sądowych z obawy przed odpowiedzialnością cywilną.

Według założyciela JCW, Meyera Seewalda, problem ten wynika z tuszowania sprawy przez Kościół katolicki. „To samo, co dzieje się obecnie w Kościele katolickim na całym świecie, dzieje się dokładnie to samo w naszej społeczności. Tuszowanie jest takie samo – piętno, wstyd” – powiedział w wywiadzie dla CBS News.


Shana Aaronson, dyrektor operacyjna JCW, przypisała odpowiedzialność obu stronom. Oskarżyła społeczności żydowskie w Ameryce i rząd USA o to, że nie zabiegały wystarczająco energicznie o ekstradycję, ale skrytykowała również izraelskie organy ścigania za to, że nie traktowały priorytetowo poszukiwania podejrzanych.

Co dzieje się w „Sanktuarium”

Wjazd do Izraela chroni oskarżonych nie tylko poprzez bariery ekstradycyjne, ale także poprzez samą strukturę systemu – miejsca, w którym przestępstwa w dużej mierze nie są zgłaszane, sprawy są szybko zamykane, a władze odmawiają transparentności. Według Matzof, organizacji monitorującej pedofilię w Izraelu, w kraju działają dziesiątki tysięcy przestępców seksualnych wobec dzieci każdego roku, popełniając przestępstwa przeciwko około 100 000 ofiar.

Eliram Malki, reżyser Matzof, stwierdził, że sprawcy „nie dają się odstraszyć policji”, a już na pewno nie „nikczemnym wyrokom sądowym”. Przytoczył przypadek, w którym sąd zwolnił oskarżonego pomimo tysięcy plików z pornografią dziecięcą na jego komputerze, argumentując, że uwięzienie „zaszkodziłoby jego karierze”.

Dane, których państwo nie chciało upublicznić

Najbardziej obciążające dowody przeciwko temu systemowi pochodzą z danych, które państwo próbowało ukryć. W 2024 roku Stowarzyszenie Centrów Pomocy Ofiarom Gwałtu w Izraelu (ARCCI) udokumentowało 51 118 spraw rozpatrywanych przez swoje centra; z czego ponad 16 600 stanowiły nowe przypadki, a ponad połowa dotyczyła nieletnich. Tylko około 10% ofiar zgłosiło sprawę na policję, a 81% spraw o przestępstwa seksualne rozpatrywanych przez prokuraturę w 2024 roku zostało zamkniętych bez postawienia zarzutów.

Policja, prokuratura, władze więzienne, wojsko i kilka ministerstw odmówiły udostępnienia danych, które przesłały do ​​poprzednich raportów rocznych – danych, które organizacja uważa za prawnie wymagane. Według izraelskich mediów, dyrektor ARCCI Orit Sulitzeanu określiła to jako „wyraz pogardy i uchylanie się od odpowiedzialności”.

W 2025 roku Kneset przeprowadził serię przesłuchań, które wstrząsnęły całym krajem. Kobiety zeznawały o rzekomych, zorganizowanych, trwających latami nadużyciach, obejmujących tortury, gwałty zbiorowe i rytuały religijne, począwszy od wczesnego dzieciństwa.

Jedna z ocalałych, Yael Shitrit, powiedziała komisji: „Nie mają pojęcia, czym jest przemoc rytualna. Ludzki mózg nie jest w stanie tego pojąć. Nie potrafią sobie wyobrazić, co to znaczy zaprogramować trzyletnią dziewczynkę poprzez gwałt i sadyzm, żeby mogła robić, co chce, a nikt tego nie zauważy”.

Ocaleni opisywali, jak byli przewożeni przez cały kraj „od ceremonii do ceremonii”, odurzani, torturowani i zmuszani do krzywdzenia innych dzieci. Według „Jerusalem Post”, sprawcy rzekomo posługiwali się symboliką religijną i groźbami, aby wymusić milczenie.

Wśród rzekomo zamieszanych w tę sprawę byli krewni, rabini, lekarze, nauczyciele, policjanci oraz byli i obecni członkowie Knesetu. Jedna z ocalałych, Hadar Feldman, zeznała, że ​​od ósmego roku życia jej ojciec co tydzień zabierał ją do biura nieżyjącego już członka Knesetu, gdzie była molestowana seksualnie.

Opisała lata domniemanych nadużyć rytualnych, w tym tortur i przymusowego udziału w pozorowanych ceremoniach religijnych. Wielu ocalałych zeznało, że śledztwo policji zostało umorzone w ciągu kilku miesięcy bez przeprowadzenia gruntownego dochodzenia.

Centrum Badań i Informacji Knesetu stwierdziło, że w Izraelu nie ma konkretnej definicji prawnej „nadużyć rytualnych”, co utrudnia klasyfikację i śledzenie przypadków opisanych za pomocą tych terminów. Przegląd ostatnich dziesięciu lat ujawnił jedynie cztery potencjalnie istotne akta policyjne, a sama policja przyznała, że ​​nie wie, ile podobnych zgłoszeń wpłynęło ani jak je klasyfikować.

Moralna carte blanche

Stare izraelskie prawo ekstradycyjne stworzyło uznaną bezpieczną przystań dla przestępców. Chociaż ustawa została formalnie zmieniona, czynniki, które nadal czynią Izrael atrakcyjnym dla zbiegów, to obywatelstwo na mocy Prawa Powrotu, sieci społecznościowe, opóźnienia proceduralne, ingerencje polityczne oraz system sprawiedliwości, w którym wiele spraw o przestępstwa seksualne jest umarzanych bez postawienia zarzutów.

Stany Zjednoczone nie potrzebowały skoordynowanego spisku, ponieważ milczenie społeczności, łagodne ugody, brak wniosków ekstradycyjnych i rutynowe zaniedbania proceduralne wystarczyły, by utrzymać zbiegów w bezpiecznej odległości.

W marcu 2025 roku organizacja „Christians United for Israel” określiła wspieranie Izraela jako „biblijną i moralną odpowiedzialność”. Jednak dla ruchu, który stawia moralność w centrum swojej polityki zagranicznej, wspieranie kraju zapewniającego ochronę pedofilom przypomina raczej moralny czek in blanco niż postawę moralną.

uncutnews-ch/ein-paradies-fuer-paedophile-wie-israel-und-seine-verbuendeten-in-den-usa-sexualstraftaeter-schuetzen

https://dakowski.pl/

„Wyborcza” wini Polaków za ludobójstwo na Wołyniu


Nie ucisk, lecz ideologia. Rzeź wołyńska nie była „odwetem” za politykę II RP, lecz realizacją programu nacjonalizmu integralnego Dmytra Doncowa.

———————————————-

W najnowszym „Magazynie Wyborczej” Adam Michnik publikuje tekst pod wymownym tytułem „Dobrzy ludzie z Ukrainy”. Już na okładce pojawia się teza, która ma tłumaczyć zbrodnie OUN-UPA: jeśli ruch wyzwoleńczy narodu uciskanego dopuszcza się zbrodni na narodzie panującym, to przyczyną jest ucisk narodowy, a nie wola wyzwolenia. Innymi słowy – winna jest przede wszystkim Polska i jej polityka narodowościowa. To klasyczna figura, która od lat wraca w części polskiej debaty publicznej: zbrodnia ma być konsekwencją, a nie wyborem ideologicznym.

To twierdzenie jest fałszywe zarówno historycznie, jak i moralnie.

Ideologia powstała wcześniej i niezależnie od „ucisku”
Dmytro Doncow sformułował swoją doktrynę „nacjonalizmu czynnego” (integralnego) już w latach 20. XX wieku, a kluczową książkę Nacjonalizm wydał w 1926 r. – na długo przed największymi napięciami polsko-ukraińskimi drugiej połowy lat 30. i przed „pacyfikacją” 1930 r. Jego myśl czerpała z faszyzmu włoskiego, nietzscheanizmu, elitaryzmu i darwinizmu społecznego. Naród miał być organizmem biologicznym, którego przetrwanie usprawiedliwia wszelkie środki. Moralność, prawo, humanitaryzm – to przesądy słabych. Potrzebna była „mniejszość inicjatywna” zdolna do bezwzględności, nienawiści jako siły twórczej i „kamiennego serca”.

Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), założona w 1929 r., przyjęła tę ideologię niemal jako kanon. Bandera i jego frakcja (OUN-B) poszli jeszcze dalej w kierunku totalitarnego, etnicznie czystego państwa. Program „oczyszczenia” ziem z „obcych elementów” – Polaków, Żydów, Rosjan – nie był spontaniczną reakcją na polską politykę. Był konsekwencją przyjętego światopoglądu. Polskie władze międzywojenne prowadziły politykę asymilacyjną, czasem represyjną (pacyfikacje po ukraińskich sabotażach, ograniczenia szkolnictwa, faworyzowanie osadników), ale nie planowały fizycznej likwidacji narodu ukraińskiego. OUN od początku głosiła rewolucję narodową i dyktaturę, a nie reformę w ramach demokracji.

Rzeź była planowaną czystką etniczną
Masakry na Wołyniu i w Galicji Wschodniej w 1943–1944 r. nie były „eksplozją nienawiści” wywołaną polskim uciskiem. Były operacją przygotowaną. Latem 1943 r., zwłaszcza w „krwawą niedzielę” 11 lipca, sotnie UPA (często z udziałem miejscowej ludności) systematycznie atakowały polskie wsie. Szacunki ofiar polskich wahają się od około 50–60 tys. na samym Wołyniu do 100 tys. łącznie z Galicją. Metody były celowo bestialskie: siekiery, piły, noże, gwałty, tortury – nie chodziło tylko o zabicie, lecz o zastraszenie i wymazanie śladów obecności.

Decyzje zapadały na poziomie dowództwa OUN-B. Dmytro Kłaczkiwśkyj („Kłym Sawur”) wydał rozkazy o „generalnej fizycznej likwidacji całej polskiej ludności”. To nie był odwet za konkretne polskie działania w 1943 r. – to była realizacja wcześniejszego programu etnicznego oczyszczenia terytorium, które uważano za „ukraińskie etnograficznie”.

Ofiarami nie byli tylko Polacy
Jeśli rzeź miała być jedynie „reakcją na polski ucisk”, to dlaczego ginęli również inni? UPA i oddziały OUN mordowały Żydów, którzy przeżyli niemiecką Zagładę i ukrywali się w lasach. Mordowano Czechów (szacunki mówią o około 350 ofiarach wśród mniejszości czeskiej na Wołyniu, poza niemiecką zbrodnią w Czeskim Malinie), Ormian, Rosjan, Gruzinów, a także Ukraińców, którzy ratowali Polaków, byli w mieszanych małżeństwach albo po prostu nie podporządkowali się „lini partii”. Źródła polskie i zachodnie zgodnie wskazują na setki ofiar spośród tych mniejszości. To nie wygląda na „odwet za politykę narodowościową państwa polskiego”. Wygląda na realizację programu etnicznej homogeniczności.

Niebezpieczeństwo zamiatania pod dywan
Dziś, gdy Ukraina broni się przed rosyjską agresją, łatwo ulec pokusie, by „nie drążyć” tematu Bandery, OUN i UPA. Część ukraińskiej pamięci oficjalnej uczyniła z nich bohaterów walki o niepodległość, a krytykę tej legitymizacji traktuje się jako „rosyjską propagandę” albo „polski nacjonalizm”. To błąd.

Ideologia Doncowa i praktyka OUN-UPA zawierały wyraźne elementy nazistowskie i totalitarne. Współpraca części OUN z Niemcami w 1941 r., udział w pogromach, a później samodzielna czystka etniczna – to fakty, nie „narracja”. Zamiatając je pod dywan, nie buduje się trwałego pojednania. Buduje się fałszywy fundament, na którym łatwo odradzają się skrajne nurty. W warunkach wojny i kryzysu to szczególnie niebezpieczne. Prawda historyczna nie jest „szkodzeniem Ukrainie”. Jest warunkiem, by Ukraina – i relacje polsko-ukraińskie – nie nosiły w sobie ziarna przyszłych konfliktów.

Polityka II RP wobec mniejszości ukraińskiej była niedoskonała, a miejscami krzywdząca. Nie była jednak przyczyną ludobójstwa. Przyczyną była ideologia, która uczyniła z nienawiści i bezwzględności cnoty narodowe. Tego faktu nie da się wymazać żadną „perspektywą ukraińskich okularów”.

Historia nie lubi usprawiedliwień, które zamieniają sprawców w ofiary okoliczności. Rzeź wołyńska była wyborem. Wyboru ideologicznego. I właśnie dlatego nie wolno go dziś relatywizować.

Autorstwo: Andrzej Kumor
Źródło: Goniec.net

24.08.2026 Andrzej Kumor wolnemedia/wyborcza-wini-polakow-za-ludobojstwo-na-wolyniu