niedziela, 9 sierpnia 2026

Plugawi ukraińscy rezuni czyli gloryfikacja ludobójców trwa


„Wołyń Pride”, kult rezunów i milczenie Polski. „Czas na rachunek krzywd”

„Jeżeli oni chcą ustawić sobie w Panteonie Banderę, Szuchewycza, wszystkich tych morderców, co na Wołyniu wydawali rozkazy, którzy mordowali Polaków, no to muszą za to zapłacić. Nie można mieć ciastka i zjeść ciastka” – uważa Lucyna Kulińska w rozmowie z Markiem Skalskim. Badaczka wylicza też, od czego powinniśmy zacząć stawianie relacji polsko-ukraińskich z głowy na nogi.

Marek Skalski: Pani doktor, pojawiła się informacja, że członkowie słynnego batalionu ukraińskiego, skrajnie nacjonalistycznego, szowinistycznego Azov, sprzedają naszywki „Wołyń Pride” („dumny z Wołynia”). To nie jedyny przejaw gloryfikowania tych zbrodni popełnionych na narodzie polskim. Sprawa przez lata celowo zamilczana teraz ewoluuje w kierunku dumy z ludobójstwa…

Lucyna Kulińska: Takie podejście i postawa mają charakter niemal opętańczy, bo konsekwencje są bardzo poważne. Polska doznała krzywd w czasie wojny ze strony Ukraińców, spłynęła krwią setek tysięcy pomordowanych ludzi. Niektórzy pewnie liczyli, że postawa Ukraińców będzie się charakteryzować choćby tylko duchem pewnego wstydu – na zasadzie, że to wydarzyło się gdzieś tam w przeszłości, że to było nieszczęście, które nigdy się nie powtórzy; że sprawcy to mordercy, zbrodniarze, których nigdy nie powinniśmy do naszej wspólnej historii wpisywać. Tymczasem dzieje się coś zupełnie innego. Oni ośmielają się przypisywać wolność swojego kraju temu, że wymordowali setki tysięcy ludzi. To oznacza jedno: miejsca dla takiego kraju w Europie nie ma. To otwiera równocześnie furtkę do tego, aby Polacy mogli wystąpić do nich o odszkodowania… Nie tylko za stracone życie. Ciężko bowiem wycenić, ile jest „warte” życie ośmiorga dzieci… Do tego dochodzi spalenie mienia, zagrabienie miast, ogromny rozbój, bo przecież tak naprawdę to była Rzeczpospolita i to, co tam zagrabili Ukraińcy za przyzwoleniem Stalina, to jest wszystko zysk dla nich.

I teraz albo rybki, albo akwarium, tak jak się u nas mówi… Nie można mieć ciastka i zjeść ciastka. Jeżeli oni chcą ustawić sobie w Panteonie Banderę, Szuchewycza, wszystkich tych morderców, co na Wołyniu wydawali rozkazy, którzy mordowali Polaków, no to muszą za to zapłacić.

Muszę Czytelnikom coś przeczytać, bo to jest klasyka. Kojarzymy wszyscy Kornela Makuszyńskiego. Napisał on książkę mało znaną, „Radosne i smutne”, w której opowiadał o tym, co działo się m.in. w roku 1918–1919, kiedy wówczas palono dwory, rabowano i mordowano Polaków. Publikacja ukazała się w latach dwudziestych.

Autor przedstawia tam osobiste świadectwo okrucieństwa, jakiego dopuszczano się m.in. na Kresach Wschodnich.  Czytamy w niej:

„Jakiś nowy Wyspiański, rozpamiętywając owe dni, w których następny był bardziej od poprzedniego krwawy, napisze owo polskie: myśmy wszystko zapomnieli. Gdyby bowiem ktoś chciał pamiętać, musiałby jeszcze za tysiąc lat nienawidzić i za tysiąc lat musiałby gardzić, ale my mamy to szlachetne, jedyne takie piękne kalectwo duszy, że nie umiemy nienawidzić. Powiemy sobie i to będzie straszną prawdą, że ci dzicy ludzie byli przez zwierzęcość swoją najnieszczęśliwszymi na świecie, że nieszczęsny kraj ten to był jeden ogromny szpital obłąkany. Początki obłędu zaszczepiła im wojna. Rozwojowi obłędu sprzyjało krwawe wspomnienie. Po furii szaleństwa przywiódł ludzkie zwierzę zapach pierwszej krwi, a potem już było wszystko jedno. Szaleńców karać nie można. Po co nienawidzić szaleńców?”.

„Może przyjdzie jeszcze – pisze dalej Kornel Makuszyński – ten czas, że i ten człowiek oszalały, co piłą rezał człowieka i gwałcił dzieci, wstanie nagle nieprzytomny z lęku przed ohydnym widmem tego czynu i człowiek się w nim odezwie. Każdy szał strasznie rozbudzony przemija, przeminie tedy i ten dziki człowiek z ukraińskiego stepu, w nędzy swojej duchowej z głodu umierający na najżyźniejszej przecież ziemi świata pojmie może w niesłychanym trudzie, że stało się za jego sprawą coś strasznego, że krwawymi rękami zabił duszę swojej ziemi, zamęczywszy ludzi i zwierzęta, splugawiwszy ziemię, poraniwszy drzewa. I znowu trzeba będzie zapomnieć wszystko i znowu budować ochronki i szpitale, w imię świętego ducha polskiego”.

Makuszyński to wszystko opisał, a przecież to nie była nawet II Wojna Światowa! To wszystko działo się w regularnych odstępach, na przestrzeni lat, w Polsce!

Czy plugawy rezun ma więc prawo stać na pomnikach? Czy plugawy rezun ma się znaleźć w panteonie naszego sąsiada, z którym my mamy wspólnie budować jakąś przyszłość? Przecież to jest niemożliwe, to jest wykluczone! Trzeba sobie zadać pytanie, czy ci ludzie dalej są w jakimś opętańczym szale, jakiejś irracjonalności, czy też po prostu ktoś ich w ten sposób prowadzi?

Czy to kolejne oczadzenie tych ludzi, czy też mamy do czynienia z prowadzeniem ich na zgubę, masowo (setki tysięcy, o ile nie miliony już tych Ukraińców legły na obecnej wojnie…), ale prowadzeniem ich przeciwko nam, sąsiadom?

Teraz Polaków olali. Mają gdzieś nasze Migi, kupują sobie od Szwedów ich samoloty. Po co to jest robione? Żeby na tej Ukrainie kamień na kamieniu nie został. Żeby ta Ukraina została opróżniona z ludzi, bo jeżeli się zacznie działanie jakiejś broni, rzeczywiście na masową skalę ludobójczej, to ci ludzie pouciekają do reszty. No i zostanie ten najżyźniejszy kraj, najlepsze czarnoziemy, tam w tej ziemi jeszcze bogactwa wszystko zostanie, ale dla kogo? Dla kogo – jeżeli tych Ukraińców już nie będzie?

My jako Polacy popełniliśmy potworny grzech, tolerując to wszystko przez długie lata, bo tolerowaliśmy, ukrywaliśmy niewygodne fakty. Banderowcom w Polsce, tysiącom banderowców mordujących Polaków, wypłacano pieniądze z kasy Polaków, z ich podatków. Ukrywano znajdowane dokumenty, rozkazy mordowania polskich żon i wspólnych dzieci. Mam taki dokument z bodajże 1917 roku [?? md] , odnaleziony w Chochołowie. Kto w Polsce o tym wiedział? Dlaczego przed Polakami to ukrywano?

Doprowadziliśmy do obecnej sytuacji, milcząc – więc niejako na własne życzenie. Dzisiaj krzyczy Pan Czarnek, że musimy zrobić ustawę antybanderowską… Tylko że taki projekt już kilka lat leży w „zamrażalce”.

Jeszcze niedawno nikt w Sejmie się nie chciał na taką ustawę zgodzić. Dzisiaj już mleko się rozlało. Dzisiaj oni już idą na nas frontalnie. Mało tego! Są, jak się wydaje, przekonani, że Polska nie tylko nic już nie będzie miała do gadania, ale że będzie musiała, kiedy oni się dogadali z Niemcami, godzić się na ten najgorszy, potencjalny scenariusz, że połowa Polski do nich, a połowa do Niemców. Takie mapy są przecież przez niektóre środowiska kolportowane! Chcę namówić Czytelników, aby rozpowszechniać treści, które np. w „Naszym Słowie” (pismo wydawane w języku ukraińskim dla mniejszości ukraińskiej w Polsce) i literaturze ukraińskiej przedstawia się na temat Polaków, jak się tam nas poniża, jakie scenariusze są tam dla nas rysowane dotyczące np. Zakierzoni (około 19 powiatów dzisiejszej Polski).

Woła to o pomstę do nieba! Ludziom, którzy działają na szkodę państwa polskiego, którzy takie rzeczy piszą i robią, należy odebrać te wszystkie sponsoringi, trzeba pociągnąć ich do odpowiedzialności; tych, którzy grożą naszym obywatelom, tym, którzy grożą prezydentowi.

Prezes Konfederacji Korony Polskiej poseł Grzegorz Braun sformułował „Piątkę dla Ukrainy”. Postuluje, aby order Orła Białego pośmiertnie przyznać ks. Tadeuszowi Isakowiczowi Zaleskiemu, wstrzymać działalności lotniska w Rzeszowie i pomoc dla Ukrainy, przywrócić penalizację służby w obcej armii, wprowadzić „lojalkę antybanderowską” (dokument mają podpisywać wszyscy obywatele Ukrainy, którzy przebywają i chcą przebywać w Polsce), wprowadzić moratorium migracyjne i weryfikację już dotychczasowych pobytów. Dla mnie to jest taki program minimum…

Bardzo dobry program. Od czegoś trzeba zacząć porządkowanie kraju i tego nieładu, który został wprowadzony. To wszystko musi być postawione „z głowy” na nogi, żebyśmy mogli zacząć maszerować jakoś razem. Równie ważną kwestią jest sprawa przeróżnych obcych służb, które u nas hulają. W tym kontekście, choć przecież nie tylko, kluczowe wydaje się cofnięcie specustawy, która pozwala Ukraińcom, nawet bez znajomości języka polskiego, być zatrudnianymi w urzędach. Spotkałam się z tym w Krakowie, gdy pani z Ukrainy zaczęła mnie zaczęła ochrzaniać, że ja nie rozumiem, co ona do mnie mówi. Poleciałam do szefa robić dym, a on mi na to, że jest specustawa i że on ma prawo zatrudniać panie, która nie rozumieją po polsku… Rzecz dotyczyła takiej karty krakowskiej do jeżdżenia tramwajami, z której rzekomo tylko Ukraińcy korzystają (ergo: obsługa po polsku nie jest konieczna…).

Nie zdajemy sprawy, że jednym z wyłączeń, od szeregu przywilejów, których po długim czasie pozbawiono Ukraińców, są zasiłki na osoby niepełnosprawne. Te świadczenia są przyznawane taśmowo. To nie jest 800 plus, to są tysiące złotych. Wystarczy, że rodzina ukraińska sobie załatwi takie papiery, nawet mieszkając na Ukrainie, poprzez przekupienie ukraińskich lekarzy… Choć stosowne orzeczenia były rozdane bardzo hojnie i po naszej stronie granicy. Wciąż pozwalamy takim Ukraińcom mieszkać, leczyć się, korzystać ze świadczeń, na przykład darmowego zakwaterowania i wyżywienia, całej rodzinie.

My sobie nie zdajemy sprawy z tego, że dzisiaj na wakacje na Ukrainę wyjeżdżają z Polski dziesiątki tysięcy obywateli tego kraju. Powinniśmy odłączyć od przywilejów wszystkich ludzi pochodzących z terenów, gdzie wojny nie ma, czyli np. z terenów dawnej Rzeczpospolitej. Tam wojna się nie toczy… To Bukowerów, to Odessa…

Wspomniała Pani o tych urzędach i pracujących tam Ukraińcach. Otóż mamy potwierdzenie zupełnie oficjalne, że takie sytuacje faktycznie mają miejsce. Posłowie Konfederacji Wolność i Niepodległość, pan Mekler i pan Tumanowicz, napisali stosowne pismo do Urzędu Miasta Lublina z prośbą o potwierdzenie bądź zaprzeczenie, że rzeczywiście takie praktyki mają miejsce, że są tam zatrudnianie osoby bez żadnej, ale to proszę Czytelników, żadnej znajomości języka polskiego. Opisano, że rzeczywiście takie przypadki mają miejsce…

Marek Skalski 

nczas/gloryfikacja-ludobojcow-trwa-wolyn-pride-kult-rezunow-i-milczenie-polski-czas-na-rachunek-krzywd



WSZYSTKIE główne instytucje zachodnie uważają życie Palestyńczyków za bezwartościowe.


BBC niedawno przeprowadziło wywiad z izraelskim osadnikiem , który powiedział, że wszyscy Palestyńczycy z czterech okolicznych wiosek powinni zostać eksterminowani w ramach zemsty za śmierć Izraelczyka zabitego podczas terroryzowania palestyńskiej wioski w zeszłym miesiącu. Dodał, że życie jednego Żyda jest warte dziesięciu milionów palestyńskich istnień.

„Myślę, że teraz, kiedy zabili jednego Izraelczyka, musimy zabić wszystkich ludzi w Tal i Sarra, nawet Dżita i Faratę” – powiedział BBC prawnik Jehuda Szimon.

„Wygląda na to, że twierdzisz, że życie jednego Żyda jest warte setek lub tysięcy istnień Palestyńczyków” – odpowiedziała Lucy Williamson z BBC w wywiadzie.

„Milion” – poprawił ją Szymon. „Jedno żydowskie życie to dziesięć milionów, jasne?”

„To brzmi po prostu rasistowsko” – odparł Williamson, na co Shimon odparł: „Tak, wiem, wiem. Ale to prawda”.

https://youtube.com/watch?v=ORkyAS6R_7s%3Ffeature%3Doembed

Interakcja stała się viralem w mediach społecznościowych, a ludzie reagują na rażący przejaw ekstremistycznej ideologii osadników, którzy starają się stopniowo wyprzeć Palestyńczyków z ich ziem na Zachodnim Brzegu. I choć prawdą jest, że komentarze Szymona są skrajnie okrutne i rasistowskie, to nie to osobiście uznałem za interesujące w tym wywiadzie. Interesująca była dla mnie odpowiedź Williamsona.

No cóż, to trochę śmieszne, patrzeć, jak reporter BBC zachowuje się zszokowany i obrażony, gdy ktoś mówi, że jego zdaniem życie Żydów jest warte więcej niż życie Palestyńczyków. W końcu założenie, że życie Żydów jest warte więcej niż życie Palestyńczyków, od pokoleń wpływa na każdy aspekt zachodnich mediów informacyjnych na temat Izraela i Palestyny.

Dlatego zachodnia prasa wyraziła nieproporcjonalnie większy szok i przerażenie 7 października niż znacznie bardziej rażące nadużycia ze strony Izraela, które do nich doprowadziły, i znacznie bardziej rażące nadużycia ze strony Izraela, które nastąpiły później. Dlatego w zeszłym roku w Sydney obserwowaliście wściekłe oburzenie po strzelaninie w Bondi, podczas gdy ta sama liczba Palestyńczyków ginie w danym dniu w Strefie Gazy nigdy nie pojawia się w wiadomościach . 

https://youtube.com/watch?v=B9lKNhC6u-I%3Fversion%3D3%26rel%3D1%26showsearch%3D0%26showinfo%3D1%26iv_load_policy%3D1%26fs%3D1%26hl%3Den%26autohide%3D2%26wmode%3Dtransparent

26 marca 2025 roku 15 Palestyńczyków zostało zabitych przez Siły Obronne Izraela podczas zawieszenia broni w Strefie Gazy. 14 grudnia tego samego roku 15 osób zginęło na plaży Bondi w Sydney w masowej strzelaninie, której celem byli australijscy Żydzi, dokonanej przez bojowników ISIS. 

Dwa przypadki masowych morderstw. Ta sama liczba ofiar. Ale słyszałeś tylko o jednym z nich.

Dlaczego słyszałeś tylko o jednym z nich? Bo tylko jeden z nich trafił do wiadomości. 

Prasa głównego nurtu tygodniami pilnie donosiła o strzelaninie w Bondi, gorączkowo próbując fałszywie skojarzyć atak terrorystyczny ISIS z demonstracjami pro-palestyńskimi, powtarzając w mediach na całym świecie zachodnim frazę „Tak wygląda globalizacja intifady” . Publikowano kolejne raporty o tym, jak Żydzi są atakowani, jak Żydzi czują się niebezpieczni i jakie nowe prawa i ograniczenia wolności słowa należy wprowadzić, aby stłumić nastroje pro-palestyńskie i chronić Żydów.

Nic nawet zbliżonego do tego nie wydarzyło się 26 marca 2025 roku. Dla prasy zachodniej zabicie 15 Palestyńczyków w Strefie Gazy było po prostu kolejną środą.

Dzieje się tak, ponieważ wszystkie główne zachodnie media podzielają te same rasistowskie poglądy na temat Palestyńczyków, co Jehuda Szymon. Podobnie jak wszystkie główne zachodnie partie polityczne. Podobnie jak wszystkie inne główne zachodnie instytucje. Podobnie jak wszyscy zwolennicy państwa Izrael. Wszyscy oni wierzą, że życie Żydów jest warte więcej niż życie Palestyńczyków, o czym świadczy polityka, którą popierają, i wiadomości, które śledzą.

BBC ma dobrze udokumentowaną historię silnej proizraelskiej stronniczości , a jej reporterzy narzekają , że realizują PR dla izraelskiego rządu , a jej redaktor przegrał proces o zniesławienie z dziennikarzem, który ujawnił jego proizraelskie poglądy.

Przez lata ukrywali czynne ludobójstwo, używając nagłówków w stylu „Ministerstwo zdrowia zarządzane przez Hamas twierdzi”, i werbalnej gimnastyki biernego języka, aby chronić izraelskie interesy informacyjne. Wiadomo więc, że kiedy Lucy Williamson protestuje: „To brzmi rasistowsko!” wobec izraelskiego osadnika, który twierdzi, że życie Żydów jest o wiele więcej warte niż życie Palestyńczyków, tak naprawdę nie jest oburzona jego systemem wierzeń. Po prostu wie, że nie wolno mówić takich rzeczy na głos.

Caitlin Johnstone

4 sierpnia 2026 r. caitlinjohnstone-au/all-mainstream-western-institutions-view-palestinian-lives-as-worthless

https://dakowski.pl/

Śmiertelny węgierski przebój, większy niż "Dziewczyna o perłowych włosach"

 Pörkölt z Bulcsú i Lehela

Emil Cioran w Zeszytach 1957–1972 przywołuje powiedzenie, że „Węgier znajduje szczęście w swoim płaczu” i bardzo mu się to podoba, bo sam w swoim dzienniku wciąż zaznacza usilną potrzebę popłakania sobie. Płacz jest czystą fizjologią; niektórzy mają płaczowe zatwardzenie, inni cierpią na biegunkę. Prawdziwej acedii nie da się ukoić łzami, bo oryginalna węgierska depresja nie prowadzi do łez (choć chętnie się o łzach mówi), lecz do czegoś gorszego – do przewlekłej rozpaczy.

Nieuleczalny smutek węgierskiej prowincji pokazują filmy Béli Tarra. Nakręcone według powieści László Krasznahorkaia Szatańskie tango i Harmonie Werckmeistera stoją tak bardzo w poprzek współczesnego kina, że nie można oderwać od nich oczu, mimo że właściwie nic takiego się w nich nie dzieje. Powolne, czarno-białe ujęcia ciemnych wsi i miasteczek, w których pozornym spokoju czai się szaleństwo i zbrodnia – bliźniacze dzieci rozpaczy. Te długie filmy (Szatańskie tango trwa siedem godzin, Harmonie – dwie i pół), w których bohater przez ciągnące się nie do wytrzymania dla odbiorcy kina popularnego minuty idzie zabłoconą drogą, są jak lewatywa ze stężonego wywaru węgierskości. Tej węgierskości wegetującej z dala od budapeszteńskich mód, zupy gulaszowej w czardzie dla turystów, hucznych obchodów narodowych świąt. Książki Krasznahorkaia pokazują świat lat osiemdziesiątych, świat sprzed unijnych dotacji i promocji w hipermarketach. To planeta błota i beznadziei, a nie kolorowa Europa reklam. Ale ten świat wciąż podskórnie istnieje, jak czarne liczby ukryte pod kolorową zdrapką.

Anegdota mówi, że Węgrzy nie lubią siebie nawzajem, bo jeszcze nie oswoili się z tym, że skończył się nomadyzm i zaczął czas, gdy muszą żyć obok siebie, bez możliwości przemieszczenia się. Siedzą w gęstym dymie spowijającym tanie winiarnie i piwiarnie i płaczą bezgłośnie. Są jak konie ze spętanymi pęcinami. Co by jednak zrobili, gdyby ktoś im te pęta przeciął? Galopowaliby w miejscu?

Słynne Zajęcie Ojczyzny przez plemiona madziarskie przybyłe znad Dniepru i Dniestru stało się praprzyczyną większości węgierskich nieszczęść. Węgrzy bez ojczyzny nadal byliby tragiczni, ale może potrafiliby ze sobą współżyć. Jednak zamknięci na nizinie otoczonej górami przestali się już nawet miotać, tylko siedzą, głośno dyskutując. Od czasu klęski w 955 roku, którą zadał Madziarom Otton I, Węgrzy stali się zdecydowanie mniej mobilni.

Bitwa pod Augsburgiem, w której cesarz rozgromił wreszcie madziarskie utrapienie wczesnośredniowiecznej Europy, to pierwsza wspaniała węgierska klęska, a wodzowie pobici przez cesarza to pierwsi honorowi członkowie madziarskiego panteonu męczenników. Wodzowie polegli bądź straceni po bitwie dorobili się swoich ulic – jak choćby powieszeni na rozkaz cesarza Bulcsú i Lehel (lodówki marki Lehel jeszcze do niedawna, zanim nie wyparły ich siemensy i elektroluksy, dumnie chłodziły wino we wszystkich węgierskich domach).

W telewizji Duna w samo południe biją dzwony. Codziennie słyszymy dzwony kościoła z innej miejscowości i widzimy, skąd biją. Zazwyczaj z Siedmiogrodu. To dźwięk rozpaczliwej tęsknoty za ojczyzną. Dzwony Transylwanii biją jak węgierskie serca – na pohybel rumuńskiej okupacji. Na zdjęciach towarzyszących dźwiękowi dzwonów widać błotne drogi, osypujące się, zmurszałe ściany domostw, zgarbionych staruszków drepczących wiejskimi drogami i wózki zaprzężone w osiołki. Smutek prowincji i smutek dzwonów, choć przecież ich dźwięk miał nieść radosną nowinę, być po kres świata pamiątką wiktorii nad potężnym wrogiem. A jednak w telewizji Duna radosna pieśń zwycięstwa zamienia się w lament z powodu klęski. Dzwony biją w Lueta, w Sancrai, w Dealu, w Petricani, Sanpaul, a każda z tych wiosek i miasteczek ma swoją węgierską nazwę. Metaliczny dźwięk przypomina w samo południe, że „Okrojone Węgry to nie kraj, całe Węgry to raj”. I dopóki Węgry znów nie będą Wielkie, dopóty ludzie nie będą szczęśliwi.

Dzwony biją też w MTV 1 i MTV 2 na tle obrazów przedstawiających zwycięską obronę Nándorfehérvár w 1456 roku. Ta bitwa pod dzisiejszym Belgradem to największe węgierskie zwycięstwo, odniesione przez Jánosa Hunyadiego. Właśnie po tej wiktorii papież nakazał bić w dzwony ku chwale zwycięzców. Tak przynajmniej uważa się do dziś, choć podobno kazał bić wcześniej, by wezwać chrześcijan do walki z muzułmanami. Ale dziś dźwięk dzwonu bijącego w samo południe jest dla węgierskich uszu melodią żałobną, a nie zwycięską.

Węgierski los jest tak tragiczny, ponieważ nie interesuje na świecie nikogo prócz samych Węgrów. Ze swojego historycznego nieszczęścia Węgrom nie udało się zrobić sprawy światowej. Czwarty listopada, dzień żałoby narodowej, jest wewnątrzwęgierską porą nieszczęścia, upamiętniającą wkroczenie Sowietów do Budapesztu w 1956 roku. Czasami wydaje mi się, że wielu Węgrów jeszcze nie zauważyło, że Sowieci już dawno opuścili Węgry. Sprawiają wrażenie, jakby dla nich bolszewickie rządy wciąż trwały. Dobrze, że wiedzą przynajmniej, iż przegoniono już z budziańskiego zamku Turków. A pozostałe po nich łaźnie z gorącymi źródłami i nowo powstałe tureckie kebab-bary mają niewiele wspólnego z militarną i polityczną okupacją.

Dzień żałoby to najczęstsze święto nad Dunajem; obchodzi się je w rocznice narodowych klęsk, takich jak stłumienie rewolucji 1956 roku czy powstania 1848 i rozstrzelania przez Austriaków trzynastu powstańczych generałów, którzy od tego czasu nazywani są męczennikami z Aradu.

W każdym większym mieście znajduje się ulica Męczenników. Są też ulice Kalwarii i Golgoty, tak jak w VIII dzielnicy Budapesztu, w Segedynie i Peczu (można tu przenocować w miłym pensjonacie „Kalwaria” na ulicy Kalwarii, która przechodzi potem płynnie w Drogę Męczenników z Aradu). Choć nazewnictwo nie zawsze jest bezpośrednio związane z ofiarami węgierskich zrywów, dobrze pasuje do klimatu narodowego męczeństwa.

Autorzy nazw węgierskich ulic wykazują się imponującym ograniczeniem tematycznym. Centrum miast składa się zazwyczaj z placu św. Stefana, placu Wolności, ulicy Széchenyiego, alei Kossutha, placu Bohaterów (w Nyíregyháza obok placu Bohaterów jest od razu plac Męczenników). Trochę dalej od ścisłego centrum, choć nadal w obrębie śródmieścia, znajdują się ulice i place generała Bema, króla Macieja Korwina i Jánosa Hunyadiego – nie załapali się na centrum, bo odnieśli zbyt duże sukcesy – ich nazwiska kojarzą się ze zwycięstwami. Męczennicy z Aradu są dużo lepsi, bo kojarzą się ze słodką klęską.

W Segedynie znajduje się miejsce kultu męczeństwa, które lubię najbardziej. Gdy tylko jestem w tym mieście, parkuję samochód gdzieś przy placu Męczenników z Aradu i idę pod Porta Heroum, Bramę Bohaterów. To brama, pod którą przejeżdża tramwaj numer jeden, przecinający miasto na linii od dworca kolejowego na północ, wzdłuż Cisy, główna oś komunikacyjna Segedynu. Na Porta Heroum umieszczono kolorowe freski przedstawiające bohaterów pierwszej wojny światowej. Jest w tych freskach jakiś bazarowy nadmiar, plastyczne rozbuchanie, w którym ginie tragiczny przekaz, ustępując miejsca kiczowi, a patos zamienia się w śmieszność. Na tablicach po bokach bramy wymieniono nazwiska poległych w latach 1914–1918 segedyńczyków. Długa lista obywateli miasta, którzy w okopach Europy oddali życie za Cesarza i Monarchię, przypomina już tylko mało widoczny spis konserwantów na butelce oranżady – każdy i tak widzi jedynie pstrokatą etykietę. Freski wyglądają, jakby namalował je ktoś czerpiący inspirację z obrazów Franciszka Maśluszczaka: duże, trochę wybałuszone albo wywrócone do góry oczy, świecące się, uduchowione twarze – to prawdziwe malarstwo naiwne. Doskonały patriotyczny odpust – aż dziwne, że pod bramą nie sprzedaje się waty cukrowej i baloników na druciku. Pędzący huzarzy w czerwonych spodniach i błękitnych kurtkach wyglądają jak figurki z karuzeli; z niezrozumiałych powodów ich szable odwrócone są ostrzami w stronę ich samych, a nie wrogów, jakby to siebie mieli zamiar unicestwić w bitewnym szale, jakby straceńcza szarża była doskonałym pretekstem do popełnienia zbiorowego seppuku. Nad nimi falujący pergamin z wypisanymi nazwami miejsc bitew: Gorlice, Kamionka Strumiłowa, Limanowa, Pripiaty, Kuchorka Wola. Umierający w okopach piechurzy nie przypominają dzielnych honwedów, ale raczej upitych do nieprzytomności chłopów w jakiejś alföldzkiej knajpie, którzy resztką sił, bełkocząc, intonują rzewną pieśń i pokładając się jeden na drugim, nurkują w deliryczny sen, a nie wieczne odpoczywanie. Kiedy już umrą, zamienią się w armię duchów idącą ku nam ze sklepienia bramy: spomiędzy dłoni Chrystusa, skrwawionych od ran zadanych gwoździami, wyłaniają się przezroczyste postacie w hełmach i z czarnymi oczodołami. Nad tymi wszystkimi umierającymi, już umarłymi i idącymi na śmierć unoszą się aniołowie o licach wiejskich chłopców, intonujący poległym żałobne psalmy, a tym, którzy wciąż dzierżą w ręku broń, śpiewający do boju. Najciekawszy w tym segedyńskim sądzie ostatecznym jest jednak obraz prezentujący żołnierzy idących do szturmu na bagnety. Nie ma w nim takiej dramaturgii jak w pozostałych freskach, bo ci żołnierze przedzierający się przez zasieki z drutu kolczastego wciąż żyją i być może nawet odniosą za chwilę jakieś zwycięstwo. Oto cel ataku wskazuje im szablą (tym razem skierowaną ostrzem w odpowiednim kierunku) przystojny mężczyzna w admiralskim mundurze, obwieszony orderami, na białym koniu, z charakterystycznym sępim (turulowym wręcz) nosem. Nie ma żadnych wątpliwości, to sam Horthy zszedł właśnie z pokładu okrętu wojennego, by poprowadzić do szturmu piechotę. Nad Horthym i jego żołnierzami lecą oczywiście wielcy aniołowie w czerwonych szatach, z aureolami i dmąc w trąby, zagrzewają honwedów do walki.

Może więc Porta Heroum nie jest poświęcona, wbrew temu, co sugeruje, wyłącznie Wielkiej Wojnie? Oto po wielkiej śmierci nastąpiło zmartwychwstanie wszystkich poległych, którzy znów mocno chwycili karabiny w dłoń. Może to już rok 1919 i admirał prowadzi swoją Armię Narodową na Budapeszt, by pogonić Bélę Kuna i jego rewolucyjne czerwone wojsko? Może ci maśluszczakowi żołnierze idą ginąć nie za króla Węgier i cesarza Austrii Franciszka Józefa, ale za Kraje Korony Świętego Stefana? Wskazuje na to postać świętego króla na sąsiedniej ścianie bramy: legendarny władca (naturalnie przewracając oczami) z siwą patriarszą brodą spływającą na złote szaty stoi dumnie, dzierżąc królewskie insygnia, na tle konturów Wielkich Węgier, a nad nim unosi się błagalny napis: „Niech znowu będzie tak, jak było w imperium Świętego Stefana”.

Historia węgierskiej kultury to historia samobójstwa. Odbieranie sobie życia jest nieodłącznym składnikiem, a właściwie konsekwencją węgierskiej nostalgii; nie da się wytrzymać tęsknoty nie wiadomo za czym – zamienia się ona w bezdenną depresję, prowadzącą do pozbawienia się życia. Samobójstwo poprzedzone obłędem popełnił hrabia István Széchenyi, dziewiętnastowieczny antychryst, ten o którym opowiada film Bereményiego. Twórca Węgierskiej Akademii Nauk, pomysłodawca pierwszego mostu łączącego Peszt i Budę, przeciwnik rewolucyjnej linii Kossutha, zwolennik ugody z Wiedniem, autor fundamentalnego węgierskiego dzieła z zakresu ekonomii Kredyt. Gdy umierał z własnej ręki, miał sześćdziesiąt dziewięć lat. W wieku osiemdziesięciu dziewięciu lat strzelił sobie w głowę Sándor Marái, jeden z największych węgierskich pisarzy dwudziestego wieku, autor wstrząsających Dzienników i o wiele mniej wstrząsających mieszczańskich powieści. Nie chciał wrócić z amerykańskiej emigracji, dopóki na Węgrzech stacjonowali sowieccy żołnierze. W 1937 roku nad Balatonem pod pociąg rzucił się József Attilla, czołowy poeta tamtych czasów. Kilkadziesiąt lat później jego gest w tym samym miejscu powtórzył aktor Zoltán Latinovits, największy amant powojennego węgierskiego kina, który zasłynął dzięki nostalgicznemu filmowi Szindbád.

Samobójstwa popełnili słynni politycy László Teleki i Pál Teleki. Ten pierwszy w 1861 roku, nie mogąc unieść odpowiedzialności za swoją decyzję zerwania z dworem austriackim, a ten drugi jako premier, w 1941 roku, protestując przeciwko proniemieckiej polityce Horthyego.

Samobójstwa popełniali tu nawet idole kultury masowej, gwiazdy estrady – jak piosenkarz Pál Szécsi, który wsławił się szlagierem o fryzjerze Gedeonie, ulubieńcu kobiet, albo rockman występujący pod pseudonimem Jimmy Zambó, wykonawca namiętnych pościelówek. Samobójstwo popełniła Csilla Molnár, Miss Węgier z 1985 roku. Ma do dziś swoje fankluby w internecie.

Latinovits i Szécsi skończyli ze sobą w latach siedemdziesiątych. Byli nadwrażliwi i depresyjni, na pewno mieli swoje powody, ale nie sposób pominąć faktu, że popełnili samobójstwo w apogeum kádáryzmu, w szczycie dobrodziejstw gulaszowego komunizmu. Umieli zejść ze sceny w najlepszym momencie.

Kádáryzm zabijał po cichu, jak czad. Nie prześladował masowo, bo nie było kogo – Węgrom po 1956 roku odechciało się antykomunistycznych zrywów. Opierał się na niepisanej umowie społecznej, zgodnie z którą towarzysz Kádár dawał żyć, a obywatele Kovácsowie nie wpieprzali się w sprawy państwowe, tylko ciężko pracowali na dwóch etatach. Ta praca na dwóch etatach, oprócz tego, że procentowała zawałami serca, przynosiła profity w postaci samochodu albo działki rekreacyjnej.

Węgrzy cierpią na chroniczne poczucie wyjątkowości. Nie należąc ani do Słowiańszczyzny, ani do Bałkanów, ani do kultury germańskiej, nie mogą odwołać się do żadnej wspólnoty prócz tej z Węgrami żyjącymi w sąsiednich krajach. Najbliżsi krewni, Finowie i Estończycy, są zbyt daleko. Należą do innej kultury – chłodnej Północy, polarnych zim, ekonomicznego dobrobytu. Ostatnie wspólne spotkanie miało miejsce grubo ponad kilka tysięcy lat temu, dziś nie udałoby się już znaleźć wspólnych tematów do rozmowy. Już nie ten sam język, nie ci sami bogowie, została tylko wspólna namiętność do samobójstw i nadużywania alkoholu. I jeszcze węgierski dowcip o tym, że kiedy kilka tysięcy lat temu ugrofińscy nomadowie szli na Zachód, w pewnym momencie zobaczyli drogowskaz: „Mądrzy na południe, głupi na północ” i wtedy Węgrzy skręcili na południe, a Finowie na północ.

Zatopieni w Basenie Karpackim, jedyni i niepowtarzalni w swojej inności, z innym językiem, innym pochodzeniem, są skazani na bycie Innymi. Człowiek skazany nie może być jednak szczęśliwy. Wciąż czuje się zagrożony, widzi wokół siebie prześladowców. Węgrzy więc ze swojej inności czerpią dumę, ale jest to duma nieszczęśliwa. Dlatego bycie Węgrem jest przekleństwem.

Samobójstwo jest największym sukcesem eksportowym węgierskiej kultury. Żaden węgierski pisarz, malarz ani aktor nie odniósł takiego sukcesu, jak piosenka Szomorú Vasárnap – hymn samobójców całego świata, jedyny węgierski hit na skalę światową, utwór, którego słowa przełożono na kilkadziesiąt języków, kilkudziesięciu światowej sławy piosenkarzy włączyło go do swojego repertuaru, a osób, które po wysłuchaniu tej łzawej piosenki skończyły ze sobą, nie sposób zliczyć. Smutną niedzielę skomponował w 1933 roku Rezső Seress, pianista żydowskiego pochodzenia (naprawdę nazywał się Spitzer), występujący w knajpie „Kulacs”. Tekst napisał reporter kryminalny gazety „8 Órai Újság” László Jávor. Doprawdy – był to perfekcyjny duet zabójców. Żaden Sherlock Holmes ani Hercules Poirot, dysponując nawet tak mocnymi poszlakami, nie potrafiłby im udowodnić tej doskonałej zbrodni dokonanej za pomocą muzyki. Tak oto dźwięk pianina stał się trucizną straszniejszą niż cyjanek i arszenik razem wzięte.

Tak, Rezső Seress miał większy wpływ na ludzkość niż muzyka Franciszka Liszta i filmy Istvána Szabó. Nawet Dziewczyna o perłowych włosach Omegi nie podbiła świata tak jak Smutna niedziela. GloomySunday śpiewali Marianne Faithfull, Björk, Louis Armstrong, Serge Gainsbourg, Sinead O’Connor, Frank Sinatra, Billie Holiday, Kronos Quartet. No i Erika Marozsán w filmie Rolfa Schübela Gloomy Sunday.

To nie jest film o Rezső Seressie, choć czerpie z jego życia inspirację. To film o miłosnym czworokącie: Erika Marozsán i trzech mężczyzn, którzy ją kochają i którzy będą musieli przez nią umrzeć, choć jeden z nich umrze o wiele za późno, a dwóch zdecydowanie za wcześnie. Ten, który umrze za późno, zejdzie gwałtownie w pierwszej scenie filmu: osiemdziesięcioletni Hans Wieck wraca po pół wieku do Budapesztu, by świętować swoje urodziny. Był tu jeszcze przed wojną, młody, nieśmiały aryjczyk, trochę niezborny, trochę pokraczny, który dopiero jakieś dziesięć lat później, w mundurze SS Standartenführera będzie wyglądał dorośle. Wtedy był zafascynowany geniuszem fotograficznej techniki niemieckiej (i w ogóle wszystkim co niemieckie) oraz piękną karczmarką Iloną. Teraz jest osiemdziesięcioletnim starcem, który na komodzie w restauracji, w której przeżył młodzieńcze uniesienia, spostrzega zdjęcie Ilony (Marozsán). Zdjęcie zrobione jego niezawodną niemiecką leiką, w czasie gdy robił jeszcze zdjęcia pięknym kobietom, a nie podpisywał rozkazy eksterminacji węgierskich Żydów. Znów mocniej bije mu serce; tak mocno, że pada trupem na podłogę. A potem cofa się czas i mamy lata trzydzieste: zaradny restaurator żydowskiego pochodzenia László Szabó wraz z ukochaną Iloną zatrudniają w swojej restauracji nowego pianistę. Pianista jest piękny i pochmurny, nazywa się András Aradi i właśnie skomponował otwierającą dusze (i portfele) melodię, którą nazwał Szomorú Vasárnap. Do restauracji walą tłumy, by wysłuchać rzewnej melodii, obroty rosną, ukazuje się płyta z piosenką Aradiego, samobójcy biorą się do roboty: skaczą do Dunaju, wieszają się, zabijają się nawet w taksówkach. Podobno naprawdę przypominało to epidemię. W listopadzie 1935 roku w europejskiej prasie ukazało się dwieście siedemdziesiąt osiem artykułów opisujących fenomen „hymnu samobójców”. Tak przynajmniej obliczyli maniakalni badacze problemu.

Co było tak hipnotyzującego w tej piosence o prostej linii melodycznej i dość pretensjonalnym tekście, będącym prośbą samobójcy, by ukochana przyszła na jego pogrzeb? Dlaczego uruchamiała w ludziach impuls do autodestrukcji? Co powoduje, że po obejrzeniu tego filmu przez kilka dni z upiornym natręctwem powracała do mnie i nuciłem ją w myślach, a czasem łapałem się na tym, że nucę ją na głos? Że miałem ochotę urżnąć się na smutno i wiedziałem, że nie mogę tego zrobić, bo nie wiem, co wpadłoby mi w takim stanie do głowy? I towarzyszyła mi prawie pewność, że gdybym żył wtedy i usłyszał ją te siedemdziesiąt lat temu, mógłbym sobie zrobić krzywdę?

W dołączonych do filmu materiałach dokumentalnych podkreśla się, że ta Smutna niedziela trafiła idealnie w swój czas. Początek lat trzydziestych, kryzys gospodarczy, bezrobocie, całe pokolenie wysadzonych z siodła, którzy jednocześnie mają świadomość nieuchronnego zbliżania się katastrofy, przewidują, że wkrótce i tak będą musieli umrzeć, więc lepiej zrobić to już teraz, i to z fasonem. Tak jak śliczna siostra młodego żydowskiego bogacza, Mendla, którą brat zaprosił do restauracji Szabó. Dziewczyna grana przez zjawiskową Dorkę Gryllus (grała w Irinie Palm dziwkę wprowadzającą Marianne Faithfull w tajniki brandzlowania mężczyzn, a także w bardzo marnym węgierskim filmie Mix, w którym też zresztą wcieliła się w kurewkę o złotym sercu) pojawia się na ekranie tylko na chwilę. Swoimi wielkimi czarnymi oczami wpatruje się ze smutnym uwielbieniem w pianistę grającego Szomorú Vasárnap. Następne ujęcie pokazuje ją leżącą na łóżku z podciętymi żyłami, a adapter kończy właśnie odtwarzać płytę z feralną piosenką.

Wróćmy więc do filmu: właśnie następuje melodramatyczny splot, Ilona zakochuje się w pianiście, László zgadza się na trójkąt, szanując nowe zaangażowanie uczuciowe kobiety swojego życia. Ten mężczyzna, który w imię miłości przystaje na bycie oficjalnym rogaczem, wcale nie jest żałosny, ale wzniosły. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie Herr Wieck, który po usłyszeniu piosenki – mimo że stara się być twardym Niemcem – rzuca się do Dunaju z Mostu Łańcuchowego. Na swoją zgubę ratuje go László – potem, gdy Wieck, już jako ważny esesman, będzie mógł uratować swego dawnego wybawcę z transportu do Oświęcimia, nie zrobi tego. Aradi też już nie będzie żył – zastrzeli się z pistoletu Wiecka po tym, jak po raz pierwszy usłyszy Ilonę śpiewającą Szomorú Vasárnap.

Prawdziwego kompozytora Szomorú Vasárnap Rezső Seressa przed zagładą uratował niemiecki oficer, który pamiętał go sprzed wojny z knajpy „Kulacs”, w której Seress grał. Historia jak z Pianisty Szpilmana. Ach, ci subtelni, wrażliwi naziści, wzruszający się przy dźwiękach fortepianu, sami niewolni od artystycznych ciągot! Traktujący swoją pracę nad unicestwieniem całych narodów też jak sztukę, choć tylko buchalterii.

Szomorú Vasárnap to piękny film z pięknymi aktorami, perfekcyjnymi kadrami i soczystymi kolorami. To powoduje, że wzrusza, ale chyba nie wstrząsa. Jest w wielu filmach jakaś dziwna potrzeba estetyzacji Holokaustu. Los utracony, film Lajosa Koltaia (nadwornego operatora Istvána Szabó) na podstawie książki Imre Kertésza jest tak piękny, że nawet Auschwitz wygląda w nim jak nostalgiczna pocztówka, a więźniowie w pasiakach niczym modele z nowej kampanii reklamowej Benettona, oczywiście bardzo kontrowersyjnej, ale jakże ładnej. Jeśli dzisiejszy widz oczekuje głosu kina w sprawach traum wojennych, to żąda ładnego opakowania. Nie chce się przemęczać okropnościami. Okropności są zarezerwowane dla horrorów o masakrowaniu piłą przez psychopatę – wtedy wiadomo, że to wszystko na niby.

Poznałem kiedyś Erikę Marozsán – smutną Ilonę – i znałem ją przez chwilę, przez może dwie, trzy minuty, gdy rozmawialiśmy na patio knajpy „Potkulcs” na Csengery utca, po jej koncercie, na którym promowała swoją płytę. Chyba powiedziałem jej wtedy, że jestem pisarzem, a więc powiedziałem coś, czego nigdy nie mówię. Chciałem się popisać? Zainteresować sobą? Myślałem, że będzie chciała się ze mną umówić? Pożegnała się grzecznie i wróciła do swoich znajomych.

Nie może to być przypadek, że jedyna znana na całym świecie węgierska piosenka traktuje o samobójstwie i podprogowo do niego zachęca. Sam Seress też zresztą rzucił się z balkonu swojego mieszkania w VII dzielnicy. Był styczeń 1968 roku, kompozytor miał siedemdziesiąt dziewięć lat. Chorował na raka. Aż do śmierci grał na pianinie w restauracji „Kispipa”. Czy grał tam swój szlagier – nie wiem. Wiem, że po wojnie, przez dwadzieścia pięć lat, granie Szomorú Vasárnap było na Węgrzech zabronione, zapewne w trosce o życie obywateli republiki ludowej. Obywatele mieli pracować i się rozmnażać, a nie pozbawiać się życia. Pozbawiać mieli się niezależności, wolności, tęsknoty o ucieczce, choćby ucieczce w śmierć. Smutna niedziela była więc nielegalna, tak jak Lili Marleen – piosenka tych, którzy wcale nie chcieli umierać, a żeby nie umrzeć, musieli zabijać.

Krzysztof Varga

Gulasz z turula

Dobry wilk ...

 Próba generalna

Anna zainteresowała się wilkami po czterech latach pracy w Kolmården. Wcześniej zajmowała się głównie ptakami drapieżnymi, chciała w końcu spróbować czegoś innego. Jesienią 2009 roku wilki miały już pół roku. Praca przewodnika była marzeniem wielu – do opieki nad nowym stadem na wybiegu w sekcji SPKM zgłosiło się ponad dwadzieścia osób.

Na rozprawie Anna mówi, że nie było do końca jasne, kto kierował pracą na wybiegu. W każdym razie pierwsze zajęcia prowadził ojciec wilków Thomas. Polegały one na kilku wspólnych wizytach na innym wybiegu. Mieszkało tam stado starszych wilków składające się z pięciu osobników. Zwierzęta były o wiele spokojniejsze niż Farkas i grupa młodych samców w sekcji SPKM. Anna nauczyła się warczeć, aby przywoływać wilki do porządku. Tak naprawdę nie rozumiała, po co są te dźwięki. Ten sam efekt można było chyba osiągnąć zwykłym „stój!” albo „fuj!”, jak się woła do psa. Thomas jednak uważał, że trzeba zacisnąć szczęki, obnażyć zęby i naśladować drapieżnika. Jemu dobrze to wychodziło. Gdyby warczenie i patrzenie prosto w oczy zwierzęcia nie pomagały, można było złapać wilka za nos albo, w najgorszym razie, chwycić za skórę na karku i przydusić do ziemi. Zwykle nie trzeba używać dużo siły. Wilk sam się kładzie, demonstrując uległość przed dominującym osobnikiem.

Większość kolegów i koleżanek Anny dochodzi do wniosku, że praca przewodnika jest zbyt trudna. Wielu z nich rezygnuje. Nie czują się swobodnie w kontaktach z drapieżnikami. Część nie jest zadowolona z zajęć wprowadzających. Inni być może boją się wilków, ale nie chcą się przyznać pozostałym opiekunom zwierząt. W panującej atmosferze entuzjazmu i rywalizacji nikt nie chce okazać słabości.

Anna się nie daje. Z początku czuje się swobodnie. Wilki przypominają duże, psotne psy. Ale im są starsze, tym trudniej nad nimi zapanować. Dziewięć wilków to dużo, zwłaszcza jeśli się pracuje w pojedynkę.

Wiosną 2011 roku najwięcej kłopotów sprawia Kurt. On i Vilkas zachowują się najgorzej. Anna pamięta, jak Kurt zupełnie świadomie starał się dobrać zębami do jej rąk, nie z ciekawości lub przywiązania, ale żeby zrobić jej krzywdę. Atmosfera w stadzie staje się coraz bardziej nieprzyjemna.

Co gorsza, zachowanie Kurta i Vilkasa rzutuje na postępowanie pozostałych wilków. W miarę jak dorastają, coraz częściej ignorują Annę i nie słuchają jej napomnień. Nie działają warczenie ani groźne, dominujące pozy. Zwierzęta stale próbują chapsnąć ją za ręce i porywają przedmioty należące do turystów, nie zważając na jej stanowcze słowa. Głównie jednak ją ignorują. Kiedy wchodzi na wybieg, stado się wycofuje. Jakby w ogóle go nie interesowała. Rozmawia o tym ze współpracownikami i dochodzą do wniosku, że problem może tkwić w jej służbowym stroju. Może ma dziwny zapach, a może jego szelest drażni wilcze uszy? Anna postanawia więc ubrać się zwyczajnie i sprawdzić, czy to coś zmieni. Przed południem 7 maja 2011 roku wchodzi do wilków, mając na sobie dżinsowe legginsy i bluzę z kapturem. Atmosfera rzeczywiście jest inna. Radiotelefon zostawiła na zewnątrz, żeby zwierzęta nie zaczęły go gryźć. Tak jej poradzono. W zapiskach, które pozostawiła później w raporcie dotyczącym wypadków, czytam, że weszła do wilków, „żeby umocnić więź przewodnika ze stadem”.

Oskarżyciel przerywa zeznania Anny i pyta, gdzie w tym momencie znajdowali się jej najbliżsi współpracownicy. Okazuje się, że byli w pawilonie słoni, położonym sto metrów od wybiegu. Raczej poza zasięgiem głosu. Zresztą nawet gdyby ją usłyszeli, nie wiadomo, czy mogliby wejść przez troje drzwi prowadzących na wybieg. Klucze ma tylko przewodnik wilków. Sędzia prowadzący notuje jej odpowiedź i prosi, żeby mówiła dalej. Anna opisuje swoje wejście na wybieg.

Jest sama, bez żadnych zabezpieczeń i możliwości komunikacji z ludźmi na zewnątrz. Nie ma na sobie mocnych roboczych spodni ani grubych butów, tylko zwykłe legginsy i adidasy. Przechodząc przez pierwszą wydzieloną zagrodę, naśladuje wycie wilka, żeby zaznaczyć swoją obecność. Kiedy tylko znajduje się na wybiegu, Kurt zaczyna polować na jej ręce.

„Kurt i Vilkas są bardzo rozochoceni. Mają coś dziwnego w oczach”, zanotowała w raporcie incydentów. Anna siada na kamieniu, jakieś dwadzieścia metrów od wejścia, tak jak ją nauczono. Podchodzi do niej Úlfur, obwąchuje jej kark i nagle chwyta zębami za włosy. To bolesne, więc Anna sięga ramionami za głowę i łapie wilka za skórę na szyi. Úlfur usiłuje się wyrwać, ale kobieta nie puszcza. Warczy, tak jak ją nauczono. W końcu przewraca się na ziemię. Krótka szamotanina zwabia inne wilki. Anna szybko staje na nogi i widzi, że otoczyło ją całe stado. Jeden z wilków, nie zauważyła który, próbuje atakować. Anna krzyczy. Podchodzi do najbliższego drapieżnika. Jeszcze bardziej rozdrażnia to zwierzęta. Kurt i Vilkas krążą tam i z powrotem, a pozostałe wilki wpatrują się w nią żółtymi ślepiami. Ani śladu poprzedniej radości. Zwierzęta są milczące i skupione. Anna spogląda błagalnym wzrokiem na Farkasa, przywódcę stada. Jego wzrok jest zimny i bez wyrazu. Źrenice żółtych oczu większe niż zazwyczaj. Ogon zadarty i wyprężony. Farkas ma lekko opuszczoną głowę i uszy skierowane do przodu. Napięte mięśnie w całym ciele. Przywódca stada jest gotowy do skoku. W raporcie z wypadków zapisała: „Jestem pewna, że gdybym próbowała przydusić do ziemi Kurta lub Vilkasa, inne wilki broniłyby ich, a nie mnie”.

Anna cofa się instynktownie i opiera plecami o pień drzewa. Przed sobą ma wilki. Nikogo z pracowników w pobliżu. Nie ma komórki, a na wybiegu brak systemu alarmowego. Nie wie, czy ktoś usłyszy jej krzyki. Bo krzyczy z całych sił. Ze strachu i z wściekłości. W ogrodzie zoologicznym życie toczy się jak co dzień. Rodziny z dziećmi krążą pomiędzy zagrodami dla zwierząt. W parku safari wagoniki suną łagodnie ponad lwami. Małpy jazgoczą w małpiarni. Nikt nie zwraca uwagi na dźwięki dochodzące z wybiegu w sekcji SPKM. Nikt nie wie, co się dzieje. Anna jest całkowicie zdana na łaskę wilków.

Kurt drepcze przed nią tam i z powrotem z opuszczoną głową. Rzuca się w jej kierunku. Anna próbuje się bronić kopniakiem. Trafia w szczękę i wilk się cofa. W sali sądowej dziewczyna, z trudem powstrzymując się od płaczu, wspomina uczucie lodowatego, paraliżującego strachu. Przyciśnięta plecami do drzewa, traci wszelką nadzieję. Jest przekonana, że wilki ją zagryzą. Eksperci przesłuchani w tej sprawie wskazują, że to typowe zachowanie drapieżników. Anna jest przerażona, lecz równocześnie ogarnia ją dzika wściekłość. Nie potrafi tego wytłumaczyć. Krzyczy i odgania kopniakami krążące wokół niej zwierzęta. Wilki się cofają i znów wracają. Są cierpliwe i spokojne. Furia Anny prawdopodobnie uratowała jej życie. Dziewczyna nie potrafi powiedzieć, ile czasu minęło, zanim wilki usłyszały odgłos silnika. Na drodze obok wybiegu pojawia się traktor. Hałasujący pojazd odwraca uwagę zwierząt od Anny. Zaciekawione tym, co się dzieje, odstępują od niej. Teraz Anna może przejść od drzewa do wyjścia. Ale tuż przed bramą przystaje.

Kiedy opisuje to, co nastąpiło później, wśród słuchaczy w sali rozlega się szmer zdumienia. Wyraz zdziwienia maluje się zwłaszcza na twarzach obu obrońców ze Sztokholmu, którzy z namysłem pocierają ogolone podbródki.

Anna jest już prawie przy wyjściu, o krok od bezpiecznego miejsca, gdy zawraca i znów idzie w stronę wilków. A one, tak jak przedtem, zaczynają krążyć wokół niej. I tak jak przedtem Annę ogarnia śmiertelny lęk. Dziewczyna krzyczy. Tym razem również uwagę wilków przykuwa coś na zewnątrz wybiegu, prawdopodobnie koledzy Anny, którzy usłyszawszy przypadkiem krzyki, przyszli zobaczyć, co się dzieje. Anna może wydostać się z wybiegu. Jest całkowicie wyczerpana. Zanosi się płaczem.

Każdy z obecnych w sali rozpraw zadaje sobie pytanie, dlaczego Anna zawróciła na wybieg. Dla osób z zewnątrz jest to niepojęta i irracjonalna decyzja. Trzeba starać się zrozumieć, że praca z wilkami jest wówczas jej marzeniem. Że Anna, podobnie jak inne młode kobiety w Kolmården, jest ambitna i uparcie dąży do celu. To wymarzone miejsce pracy dla młodych ludzi zainteresowanych egzotycznymi zwierzętami. Do liceum garną się setki kandydatów na bardzo ograniczoną liczbę miejsc. Nie ma w Szwecji ogrodu zoologicznego, w którym byłoby więcej zwierząt. Żaden nie przyciąga tylu zwiedzających. Może w uszach Anny pobrzmiewają słowa nauczyciela, że ten, kto raz został wygnany z wybiegu dla wilków, nie ma już powrotu. Czas, który poświęciła na zdobycie potrzebnych umiejętności, byłby zmarnowany.

Nikt, komu udało się dostać wymarzoną pracę, nie chce rozczarować swoich przełożonych i kolegów. Nikt nie chce nawalić, zepsuć sobie opinii ani stracić swojej szansy.

Anna ma umowę na czas określony, pracuje na zastępstwie. Ze złożonych przez nią i pozostałych pracowników zeznań wynika, że niezgoda panuje nie tylko w stadzie wilków. Atmosfera wśród przewodników również nie jest najlepsza. Niektórzy mężczyźni z długim doświadczeniem w odchowywaniu wilków uważają, że młode kobiety nie nadają się do opieki nad drapieżnikami. Wielu jest niezadowolonych z porządków panujących na wybiegu w sekcji SPKM. Kilku odeszło z pracy na znak protestu. Ich zdaniem przewodników jest zbyt dużo, a zwierzęta nie są zdyscyplinowane. Jeśli wilki zmuszą Annę do odwrotu, okaże się, że mieli rację. Ale ona jest twarda. Może nawet za bardzo, ze szkodą dla siebie. Reaguje więc tak, jak reagują na ogół twarde, ambitne kobiety. Nikt jej nie będzie podskakiwał. Nawet stado wilków. Może nie jest pewna, czy dobrze odczytała sygnały zwierząt. Kto wie, czy sytuacja była aż tak niebezpieczna, jak jej się wydawało, kiedy stała przyciśnięta do drzewa? Zupełnie nie zdaje sobie sprawy, że jej życie było zagrożone. Norweski ekspert Runar Næss określa decyzję powrotu na wybieg jako „czyste samobójstwo”. Po tym wydarzeniu Anna zrezygnowała z pracy przewodnika.

W dokumentach ze wstępnego dochodzenia czytam, że w sierpniu podjęto decyzję o uśpieniu Kurta. Był zbyt chory i kapryśny. Ale Vilkas zostaje. I przez cały następny rok terroryzuje przewodników oraz odwiedzających. 10 czerwca 2012 roku, tydzień przed śmiertelnym atakiem, Vilkas manifestuje wrogość wobec Sofie. Dzień później Sofie wchodzi na wybieg razem z ojcem wilków Thomasem. Nie widać nigdzie Volka, ofiary mobbingu. Farkas, przywódca stada, odpycha Vilkasa, a Ookami gryzie go, kiedy ten próbuje capnąć Sofie zębami. Wygląda to tak, jakby inne wilki próbowały chronić Sofie przed jego atakami. Po kilku minutach atmosfera rozdrażnienia mija i wilki się uspokajają. Chwilę później Sofie gładzi sierść Vilkasa. W dzienniku wilków pisze o „cudownym uczuciu spokoju na wybiegu”. Ale to spokój przed burzą. W rzeczywistości sytuacja stopniowo wymyka się spod kontroli.

12 czerwca 2012 roku, pięć dni przed atakiem, Volk jest wciąż wykluczony ze stada. Chowa się jak zwykle pod tym samym świerkiem. Karolina przynosi mu resztki jedzenia. Notuje to w dzienniku wilków. Zapisuje również, że Amaroq i Vilkas wydają się toczyć ze sobą walkę. Kiedy Thomas idzie na wybieg tego samego dnia około trzeciej, między samcami nadal widać napięcie. Ku zdziwieniu Thomasa Vilkas zaczął się buntować przeciwko dominującemu do tej pory Amaroqowi. Nazajutrz Tchono ma ranę na uchu. Widocznie wilki walczyły ze sobą w nocy.

Tego samego dnia Karolina przynosi kawałek mięsa dla nękanego przez towarzyszy Volka, który nadal leży pod świerkiem. Ale zastraszony samiec nie ośmiela się tknąć jedzenia. Smakołyk podbiera mu Ookami. 16 czerwca 2012 roku, dzień przed atakiem, nad Kolmården oberwała się chmura. Temperatura wynosi piętnaście stopni. Gdy Karolina pojawia się około dziewiątej trzydzieści, wilki skomlą przy ogrodzeniu. Wszystkie z wyjątkiem Volka, który chowa się na skale, krążą wokół wejścia. Karolina notuje, że Farkas reaguje na jej kalosze. To dziwne, bo miała je na sobie już wcześniej i nie było żadnego problemu. Nie wiadomo dokładnie, jak zachowuje się przywódca stada. Czy podgryza buty? Czy je obwąchuje?

Czy chce ją jakoś ostrzec?

Ostatni zapisek w dzienniku wilków pochodzi z 16 czerwca, z godziny jedenastej. Zostały dokładnie dwadzieścia cztery godziny do śmierci Karoliny. Tego dnia są na wybiegu z Sofie. Przyniosły duży kawał mięsa, który wilki mają podzielić między sobą. Każdemu prócz Volka przypada jakaś część. Potem Sofie notuje – po piśmie widać, że się spieszy: „Karolina zaniosła porcję Volkowi, który ją od niej wziął”.

Kolejne strony są puste. To ostatni wpis, jaki kiedykolwiek zanotowano w dzienniku wilków.

**

Nie ma zatem wątpliwości, że zsocjalizowane wilki mogą zachowywać się agresywnie i stanowią zagrożenie dla członków stada oraz swoich opiekunów. W antologii Harry’ego Franka poświęcono cały rozdział metodom, które pozwalają uniknąć urazów lub śmiertelnych wypadków wśród personelu w ogrodach zoologicznych i innych miejscach, gdzie hoduje się wilki. Jego autorami są Erich Klinghammer i Patricia Goodmann. Ten pierwszy już w 1972 roku założył Wolf Park w Battle Ground w stanie Indiana. To jeden z najstarszych parków wilków na świecie i instytucja, która ma chyba największe doświadczenie w postępowaniu ze zsocjalizowanymi wilkami. Po wieloletnich badaniach wilków w niewoli Klinghammer i jego współpracownicy stworzyli tak zwany etogram – przekrojowe zestawienie różnorodnych zachowań i odgłosów wilka. Od tego, jak wilk sika i się bawi, do sposobu, w jaki grupa drapieżników atakuje ofiarę. Erich Klinghammer zmarł w 2011 roku w wieku osiemdziesięciu jeden lat. Pracę w Wolf Park kontynuowała jego współpracownica Patricia Goodmann. Oskarżyciele powołali ją jako eksperta na rozprawę w Norrköping.

Metoda postępowania ze zsocjalizowanymi wilkami w Kolmården opiera się na teorii dominacji. Wynika to jednoznacznie z zeznań świadków. Były kierownik działu badań też używa zwrotu „przyjazny autorytet”. W protokołach z zebrań, które są częścią obszernych materiałów z policyjnego dochodzenia, znajduję wskazówki dla przewodników wilków i ich opiekunów. Ich rolą w stadzie ma być „silny przywódca” i coś w rodzaju „hiperwilka”. Ojciec wilków Thomas obserwował wilki alfa, aby nauczyć się ich mowy ciała. Porozumiewał się ze zwierzętami, warcząc, krzyżując z nimi wzrok lub przyciskając je niekiedy do ziemi, by zaznaczyć swoją przewagę. Takich metod uczono pozostałych przewodników. Podczas rozprawy Patricia Goodmann określa je jako „trochę nienowoczesne”. Ujęła to bardzo delikatnie. W rzeczywistości zarówno ona, jak i jej kolega Erich Klinghammer już od połowy lat osiemdziesiątych zdecydowanie odradzali stosowanie wszelkich form dominacji w postępowaniu ze zsocjalizowanymi wilkami z tej prostej przyczyny, że unieszczęśliwia to zwierzęta, które stają się potencjalnie niebezpieczne. W Wolf Park wszyscy, którzy chcą wejść na wybieg dla wilków, muszą stosować się do obowiązującego regulaminu. Jego pierwszy punkt napisano wielkimi literami: „NIGDYNIEWCHODŹNAWYBIEGWPOJEDYNKĘ!”.

Ta zasada zapewnia najlepsze środki bezpieczeństwa, kiedy ma się do czynienia ze zsocjalizowanymi wilkami. W Wolf Park pracownicy wchodzą do wilków co najmniej parami. Prócz tego mają ze sobą trzydziestocentymetrową pałkę lub drewniany kij, aby móc się bronić, na wypadek gdyby wilki im zagrażały. Nie są to narzędzia do samoobrony. Próba ogłuszenia wilka jest skazana na niepowodzenie. Można ich użyć do odwrócenia uwagi zwierzęcia – wilk chwyci zębami kij, a nie rękę czy nogę. Jeśli mimo to dojdzie do ugryzienia, ofiara powinna opanować odruch wyszarpnięcia kończyny, gdyż mogłoby to zwiększyć obrażenia. Najlepiej zachować spokój. Jeśli całe stado atakuje równocześnie, należy przyjąć pozycję embrionalną i chronić rękami gardło oraz kark. Ofiara powinna starać się nie krzyczeć, żeby nie pogorszyć sytuacji. To wszystko jest dokładnie opisane w instrukcji bezpieczeństwa parku. Składa się ona z trzynastu punktów. Punkt dwunasty brzmi: „Nie wchodź do wilków, jeśli jesteś chory, źle się czujesz lub masz jakieś obrażenia. Przeziębienie, a nawet siniec mogą stanowić problem”.

W Kolmården nie było takiego dokumentu. Wydaje się, że mimo wszystkich incydentów nikt tam nie wierzył, że wilki mogą ranić lub zabić człowieka na wybiegu. Personel regularnie wchodził do wilków w pojedynkę. W Wolf Park było to nie do pomyślenia. W Kolmården zachęcano do tego, twierdząc, że wzmacnia to osobistą więź ze zwierzętami. Nie znalazłem potwierdzenia tej tezy w żadnych książkach ani raportach z tej dziedziny, które przeczytałem.

Wśród pracowników ogrodu zoologicznego zapanowały konsternacja i osłupienie na wieść, że ofiarą ataku wilków stała się jedna z najbardziej doświadczonych opiekunek, która w dodatku wykarmiła je z butelki. Patricia Goodmann nie podziela tego zdziwienia. Z jej doświadczenia wynika – o czym zresztą pisze w książce Man and Wolf – że na największe ryzyko ataku narażone są właśnie osoby najbliższe. Każdy osobnik w stadzie bezustannie szuka okazji, aby wzmocnić swoją pozycję. W ogrodzie zoologicznym ze zsocjalizowanymi wilkami ta grupa obejmuje również ludzi. Wilki są czujne. Przede wszystkim zaś są oportunistami. Zsocjalizowany wilk wcale nie oznacza przyjacielskiego lub niegroźnego zwierzęcia, podkreśla Patricia Goodmann. Przeciwnie, wilk wychowany przez człowieka traktuje go tak samo jak inne drapieżniki w swojej grupie. Najbardziej narażona na atak jest osoba, która na wybiegu zachowuje się w sposób agresywny lub groźny. Postawa machismo i dominacji powoduje bezpośrednie zagrożenie życia. W strefie ryzyka znajdują się także osoby, które uważają, że wilki będą odwzajemniać ich uczucie i dlatego nie zrobią im krzywdy. Zwierzęta potrafią, rzecz jasna, przejawiać zachowania przypominające czułość i oddanie, a nawet poświęcać się dla swoich właścicieli, mówi Patricia Goodmann. Jednak my, ludzie, nigdy się nie dowiemy, jak zwierzęta doświadczają tych relacji. Mózg wilka jest duży i dobrze rozwinięty. Ale czy jest w stanie zarejestrować paletę uczuć i postaw, które ludzie nazywają miłością? Patricia Goodmann w to nie wierzy.

Wcześniejsze ataki

Patricia Wyman miała dwadzieścia cztery lata i właśnie została przyjęta do pracy. Przepracowała zaledwie trzy dni, bo rankiem 18 kwietnia 1996 roku została zaatakowana i zagryziona przez wilki w Haliburton Forest & Wild Life Reserve. Patricia była biologiem i po raz trzeci weszła na zajmowany przez pięć wilków wybieg w parku, który trzy miesiące później miał zostać otwarty dla zwiedzających. Park leży pomiędzy Toronto a stolicą kraju, Ottawą, w prowincji Ontario, we wschodniej części Kanady, i jest jednym z największych na świecie pod względem zajmowanej powierzchni. Wybieg ma 61 000 metrów kwadratowych – dla porównania wybieg w sekcji SPKM w Kolmården liczył 6400 metrów kwadratowych.

Za pierwszym razem Patricia weszła na wybieg ze swoim szefem. Za drugim – sama karmiła wilki. Stado trzymało się z daleka. Jej chłopak mówił potem, że po drugim dniu była nieco zaniepokojona zachowaniem przewodnika stada. Odniosła wrażenie, że jest agresywny i groźny. Dzień później wilki ją zabiły. Patricię Wyman znaleziono, tak samo jak Karolinę w Kolmården, bez ubrania i ciężko pogryzioną. Wilki krążyły wokół przybyłych na miejsce policjantów, nie dopuszczając ich do ciała. Trzeba było strzelać w powietrze, żeby odpędzić zwierzęta. Następnego dnia wszystkie uśmiercono i przebadano na obecność wścieklizny. Wyniki były negatywne.

Założyciel Wolf Park Erich Klinghammer starał się wyjaśnić przyczyny ataku. Jego zdaniem wilki prawdopodobnie otoczyły młodą kobietę na wybiegu, a ona potknęła się o leżącą na ziemi gałąź. Wtedy zwierzęta zaatakowały i zabiły ją w ciągu kilku sekund. Patricia nie przyznała się przełożonym, że boi się być z wilkami sam na sam. Szefowie twierdzili, że pójście w pojedynkę do wilków było złamaniem regulaminu. Nie wiadomo, dlaczego mimo to tam weszła. Być może nie została powiadomiona o procedurach. Według Ericha Klinghammera, gdyby poszła z drugą osobą, zapewne nigdy by nie doszło do ataku.

Dziewięć lat po śmiertelnym wypadku w Kanadzie, 17 marca 2005 roku, do podobnego ataku doszło w USA, w ogrodzie zoologicznym Out of Africa w Camp Verde w Arizonie. Również tym razem zaatakowana została samotna kobieta. Trzydziestoczteroletnia Heather Mueller, doświadczona opiekunka zwierząt, wieloletnia pracownica zoo. Była sama z dwoma wilkami, które od siedmiu lat mieszkały na wybiegu i nigdy wcześniej nie zachowywały się agresywnie. Heather Mueller cudem przeżyła, ale odniosła bardzo poważne obrażenia.

Podczas gdy w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku zoo w Kolmården zapraszało małe dzieci i ekipy telewizji publicznej do zsocjalizowanego stada, w Wolf Park zajmowano się wilkiem, który niedawno zaatakował i zabił chłopca w Michigan.

Mickey, jak nazwano wilka, był przywiązany łańcuchem na podwórzu. Chłopiec chciał pogłaskać dużego psa i kilka minut później już nie żył. Populacja dzikich wilków w USA – nie licząc Alaski – liczy około ośmiu tysięcy osobników, tymczasem w niewoli żyje około pół miliona oswojonych wilków i hybryd. Z badania przeprowadzonego w 1996 roku wynika, że amerykańskie gospodarstwa domowe kupują dwieście pięćdziesiąt tysięcy takich szczeniaków rocznie. Tylko dwadzieścia pięć procent z nich żyje dłużej niż rok. Po trzech latach zwierzęta, które przeżyły, nie mają już domu. Te liczby świadczą o dwóch rzeczach. Po pierwsze, że w Stanach jest wielu nieodpowiedzialnych właścicieli i hodowców. Po drugie, że traktowanie wilków lub hybryd jako zwierząt domowych jest niewłaściwe. Są one genetycznie zaprogramowane tak, aby po osiągnięciu dojrzałości płciowej rzucać wyzwanie osobie, którą uznają za głowę rodziny. Podobnie postępują psy, lecz ich zachowanie jest złagodzone przez tysiące lat hodowli. Po upływie kilku lat właściciele w większości przypadków nie są w stanie poradzić sobie z wilkami i wilczymi hybrydami. Trzymają je na zewnątrz na łańcuchach lub zamykają w ciasnych zagrodach. Takie zwierzęta mają nędzne życie. Często udaje im się uciec i wtedy stają się zagrożeniem dla bydła, psów, a nawet ludzi – zwłaszcza dzieci.

W tym samym roku, kiedy Patricia Wyman ginie w Ontario zagryziona przez wilki, wybieg w Kolmården odwiedza grupa wojskowych. Podczas rozprawy w Norrköping wyświetlono amatorskie nagranie wideo z wydarzenia. Widać, jak wojskowi głaszczą wilki, gdy nagle jeden z drapieżników rzuca się z zębami na kurtkę uniformu. Żołnierz zapomniał wyjąć z kieszeni przysmaki dla psów. Wilk nie chce puścić i głośno warczy.

Na filmie słychać, jak ktoś krzyczy: „Nie ruszaj się!”. Ktoś inny nerwowo się śmieje. Niefrasobliwy nastrój ulotnił się w ciągu kilku sekund i powiało grozą. Na wybiegu jest przewodniczka wilków Siv. Ona również karmiła wilki z butelki, jest odważna i pewna siebie. Łapie zwierzę za nos i zmusza drapieżnika, aby puścił kurtkę. Nie podoba się to wilkowi i teraz zwraca się w stronę kobiety. Wygląda, jakby chciał dosięgnąć jej ramion. Staje na tylnych łapach i z jego gardła wydobywa się chrapliwe warczenie, które przechodzi w dźwięk przypominający ryk lub wycie. Brzmi to przerażająco. W tej pozycji wilk jest niemal tego samego wzrostu co przewodniczka. Zwierzę rzuca głową na wszystkie strony, skomle i usiłuje dosięgnąć zębami jej ramion. Nie ulega wątpliwości, że jest wyjątkowo agresywne. Opiekunka przytrzymuje wilka za skórę, daje trzy mocne kopniaki w brzuch i tylne nogi drapieżnika, pchając go jednocześnie przed siebie. Przypomina to walkę zapaśników w stójce. W końcu wilk się uwalnia i odbiega skulony z opuszczonym ogonem. Siv rusza za nim z krzykiem. Zwierzę wycofuje się, skomląc. Szwedzcy żołnierze obserwujący zdarzenie mają wystraszone miny. Podczas przesłuchania na policji w związku ze śmiertelnym wypadkiem w Kolmården w 2012 roku Siv zeznała, że według niej powodem widocznego na filmie zachowania wilka był fakt, że nocą w stadzie zmienił się przywódca. Przewodniczka wyjaśniała:

Devil, który złapał zębami za kieszeń kurtki, nie był wcześniej przywódcą stada. To wilk, z którym można było się pobawić. Ale kiedy wówczas się zjawiłam, zagrażałam jego pozycji przywódcy. Chciał mi dać nauczkę i stąd agresja, przed którą musiałam się wybronić kopniakami.

To był pierwszy i ostatni raz, kiedy wilk w Kolmården potraktował ją w ten sposób. Siv już nigdy nie wróciła na wybieg. Na pytanie, co mogło jej tam grozić, odpowiedziała, że wilk znów by ją zaatakował. A w każdym razie walczyłby o przywództwo w grupie.

Mats Amundin przyznaje na rozprawie, że jego również spotkało coś podobnego. Wilk, który wcześniej zajmował niski szczebel w hierarchii stada, wspiął się na tylne nogi, położył łapy na jego ramionach i usiłował ugryźć go w twarz. Amundin został przegnany z wybiegu i nie pokazał się tam więcej tak długo, jak żył napastliwy wilk. Nie ośmielał się wchodzić na wybieg w sekcji SPKM, ponieważ zwierzęta dawały wyraźnie do zrozumienia, że jest osobą niepożądaną.

Pomimo śmiertelnego wypadku w Kanadzie. Pomimo groźnego ataku na Heather Mueller w zoo w Arizonie. Pomimo ataku w zoo w Hanowerze w Niemczech z 2007 roku, w którym opiekunka wilków doznała bardzo poważnych obrażeń. Pomimo kolejnego ataku w tym samym roku w Langedrag Naturpark w Norwegii, gdzie zsocjalizowana samica wilka zaatakowała opiekuna, który wykarmił ją z butelki. Pomimo tego, że sami pracownicy Kolmården byli niejednokrotnie atakowani lub przepędzani z wybiegu. Pomimo że Mats Amundin, wydając opinię w sprawie dramatycznej sytuacji, w jakiej znalazła się młoda opiekunka wilków Anna, stwierdził, że jej życie było poważnie zagrożone. Pomimo że były kierownik działu badań, a teraz ekspert powołany na rozprawę sądową sam znalazł się w podobnej sytuacji – zarówno on, jak i obrońcy utrzymują, że śmiertelny atak był „jak grom z jasnego nieba”.

Żaden z licznych udokumentowanych przypadków ataku wilków na ludzi nie przyczynił się do zweryfikowania metod pracy z dorosłymi zsocjalizowanymi wilkami. Podczas rozprawy sądowej obrońcy powołują się na mity dotyczące wilków powstałe w ramach działalności Projektu Wilk w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Mianowicie, że nie ma żadnego powodu, aby człowiek bał się wilka. Za bramą wejściową ogrodu zoologicznego do 17 czerwca 2012 roku, do godziny 11.17, uważa się, że wilk nie stanowi zagrożenia dla człowieka.

W planie awaryjnym na wypadek ucieczki niebezpiecznych zwierząt, ustanowionym przez Kolmården dopiero w 2012 roku – tym samym, w którym nastąpił atak – wilk zostaje pominięty. Na liście figurują lew, tygrys oraz goryl. Nie ma natomiast drapieżnika, którego dorosły osobnik może ważyć ponad pięćdziesiąt kilogramów, ma czterocentymetrowe kły i jest w stanie samotnie upolować łosia, a w grupie – dorosłego konia lub niedźwiedzia. To prawda, że dzikie wilki niezwykle rzadko atakują ludzi. Nie traktują nas jak zwierzynę łowną, w każdym razie nie dorosłych. Dzikie wilki boją się ludzi. Nie ulega jednak wątpliwości, że ich zabijały. Zabijały, gdy były zarażone wścieklizną, zabijały podczas polowania i wtedy, gdy broniły swojego rewiru. I wciąż będą zabijać samotnych ludzi, jeżeli znajdą się oni w niewłaściwym miejscu i w niewłaściwych okolicznościach.

We wrześniu 2017 roku „The Times” donosi, że sześćdziesięciodwuletnia Celia Hollingworth, która zaginęła podczas wędrówki górskiej w północnej Grecji, została prawdopodobnie zabita przez wilki.

Wędrowała samotnie w odległych górskich rejonach. Obrażenia na okaleczonym ciele – rozległe ubytki i ślady zębów na zmiażdżonych kościach udowych – świadczą o ataku wilków. Nie ma powodu do paniki, ale wilki mogą być niebezpieczne dla ludzi.

W 2002 roku w Norweskim Instytucie Badań Przyrody (Norsk institutt for naturforskning, NINA) zespół pod kierownictwem Johna Linnella przeprowadził szeroko zakrojone badania udokumentowanych ataków wilków. W wyniku szczegółowej analizy stwierdzono, że poczynając od XVIII wieku, w samej tylko Europie Zachodniej odnotowano 1548 przypadków zabicia człowieka przez wilki. Większość z nich miała miejsce przed 1900 rokiem. W Rosji, kraju o największej populacji wilków, udokumentowano wiele ataków także po II wojnie światowej. W Kirowie w latach 1944–1955 wilki miały zabić dwadzieścioro dwoje dzieci. W Indiach ponad dwieście w latach 1980–1995. John Linnell nie jest jednak zwolennikiem wytępienia wilków, przeciwnie. Uważa natomiast, że lekceważenie potencjalnego zagrożenia i problemów, jakie niesie ze sobą obecność rewiru wilków w pobliżu terenów zabudowanych, nie sprzyja wysiłkom zmierzającym do zachowania gatunku. Uruchamia to – jak twierdzi ekspert – mechanizm zaprzeczenia, znany z reakcji na ludobójstwo lub inne traumatyczne historyczne wydarzenia, co powoduje wzrost nieufności i polaryzację opinii.

Wilk został uratowany. Zadanie się powiodło. W Europie żyje około dwunastu tysięcy dzikich osobników. Teraz trzeba jeszcze wypracować sposób koegzystencji z legendarnym drapieżnikiem. Głoszenie, że wilki nie są niebezpieczne, może podważyć zaufanie do wszystkich skutecznych działań podejmowanych dla ochrony gatunku od początku XX wieku.

– Wilki nie są ani święte, ani nasłane przez diabła. To po prostu duże drapieżniki – mówi badacz w wywiadzie dla brytyjskiej rozgłośni BBC.

Obrońcy w Norrköping przywołują statystykę, która według nich przemawia na korzyść oskarżonego zoo w Kolmården i dyrektora działu hodowlanego Matsa Höggrena. Prawdopodobieństwo śmierci spowodowanej przez wilka jest w Szwecji wyjątkowo niskie. Ostatnio zanotowane przypadki w kraju pochodzą z 1820 i 1821 roku, czyli sprzed niemal dwustu lat. Były to ofiary tak zwanego wilka z Gysinge. Wiele wskazuje na to, że był to wilk zsocjalizowany.

Zaczęło się od tego, że na terenie fabryki w Gysinge ogrodnik znalazł w lesie trzy porzucone wilcze szczenięta. Jedno z nich wylądowało w posiadłości Hofors, gdzie dorastało w zagrodzie na podwórzu. Wilczyca uciekła stamtąd po osiągnięciu dojrzałości. Nigdy nie nauczyła się polować w naturalnym środowisku.

Nie odczuwała też naturalnego u dzikich wilków lęku przed człowiekiem. Jej pierwszą ofiarą tej zimy padł trzyletni syn żołnierza Erik Ed, który bawił się na śniegu przed chałupą w Dragbo. Ojciec znalazł go w śniegu kilometr od domu, pogryzionego do krwi. Dziecko jeszcze żyło, ale nie dało się go uratować.

Zimą 1821 roku wilk z Gysinge zabił dziewięć osób i ranił piętnaście. Większość ofiar stanowiły dzieci. Wiele z nich było okaleczonych i częściowo pożartych. 21 kwietnia zastrzelono dużą wilczycę w Nordanåker, po czym ataki ustały.

Od tamtej pory nie udokumentowano w Szwecji żadnego przypadku ataku wilka na człowieka. Do 17 czerwca 2012 roku w Kolmården. Można to traktować jako dowód na to, że wypadek był absolutnie nie do przewidzenia. W swoim końcowym wystąpieniu obrońcy demonstrują zdjęcie króla z wilkami w Kolmården. Czy kierownictwo zoo zaprosiłoby głowę państwa na wybieg dla drapieżników, gdyby istniało najmniejsze podejrzenie, że mogą stanowić zagrożenie dla człowieka? To wykluczone. Można również przyjąć, że niewielka liczba potwierdzonych przypadków śmierci jest logiczną konsekwencją liczby wilków żyjących w Szwecji przez ostatnie sto lat. Bo prawie ich nie było. Gatunek był w zasadzie wytępiony, do czasu gdy pod koniec lat siedemdziesiątych pojawiły się pierwsze ślady wilków w Värmlandzie.

Wyjąwszy populację, która mieszkała na zamkniętych wybiegach w ogrodach zoologicznych, prawie nie było wilków żyjących w pobliżu ludzkich siedzib. Z kolei zwierzęta z zoo uznano za zbyt niebezpieczne, aby kontynuować próby ich socjalizowania. W każdym razie w Skansenie. W Kolmården uważano inaczej.

Dlatego mam wątpliwości, czy odpowiedzi na zagadkowy atak wilków w Kolmården należy szukać w naturze tych zwierząt. Wydaje się, że podobnie jak inne drapieżniki kierują się wrodzonym instynktem. Zamiast tego może trzeba by się przyjrzeć samym ogrodom zoologicznym, ich architekturze i finansowaniu. Chciałbym znaleźć odpowiedź na pytanie, w jakim właściwie celu budujemy obiekty, w których pokazujemy egzotyczne i dzikie zwierzęta w sztucznie stworzonym środowisku. Środowisku, które na dodatek określamy jako naturalne. Skąd wzięła się ta z gruntu absurdalna idea?

Lars Berg Dobry wilk

Tragedia w szwedzkim zoo

Słowo na B

 

Kilka tygodni po tym, jak Linda wprowadziła się do Dziupli, LaVonne została sama w San Diego. Parkowała incognito. Po kilku trudnych miesiącach upadła na duchu. Jej dawny dom – bordowy GMC safari o nazwie LaVanne – zepsuł się po ostatnim Rubber Tramp Rendezvous, a ona ugrzęzła w Ehrenbergu bez pieniędzy na naprawę. Jakby tego było mało, wciąż miała do zapłacenia kilka tysięcy w ratach za bezużyteczny już bus, który wcześniej kilka razy odmówił jej posłuszeństwa. Postanowiła zostać tam, gdzie jest, i czekać na emeryturę z Social Security. Lori, kobieta, która mieszkała z synem w chevrolecie tahoe, zabierała ją ze sobą na zakupy. LaVonne znalazła też pociechę u boku nowej towarzyszki podróży – rozdokazywanego szczenięcia imieniem Scout, z miotu, który urodziła niedawno suczka Lori.

LaVonne mieszkała w zepsutym busie prawie półtora miesiąca, w miarę jak temperatury rosły, a towarzystwo się przerzedzało. W końcu dostała pieniądze i mogła odholować pojazd do mechanika, który zażądał trzech tysięcy. Nie miała tyle. Spacerując ze Scout, dostrzegła w komisie samochodowym prawie nowego dwunastoosobowego chevroleta express. Z biura wyszedł sprzedawca. Zaproponował, że pomoże jej zdobyć pożyczkę, choć miała kiepską historię kredytową. Nic dziwnego – kredyty wysokiego ryzyka przeżywały w ostatnich latach boom popularności.

LaVonne nie była przekonana do warunków pożyczki, ale co miała zrobić?

– Gdyby nie to, zostałabym bezdomna – powiedziała mi później. Nazwała pojazd LaVanne 2.

Doświadczenie to sprawiło, że otarła się o straszliwe słowo na B: bezdomność. Większość nomadów unika go jak zarazy. W końcu oni są „bezmiejscowi”. Bezdomni to inni.

Ale nawet kiedy zdołała wyrwać się z Ehrenbergu i wrócić w znajome strony, do San Diego, słowo na B wciąż ją prześladowało. Na swoim blogu napisała:

– Kiedy mieszkasz w busie w mieście, ludzie myślą, że jesteś bezdomna.

– Kiedy myślą, że jesteś bezdomna, zaczynasz się tak czuć.

– Starasz się więc ukryć, będąc na widoku… Robisz wszystko, by wyglądać „normalnie”…

– I gdy ten wyraźnie bezdomny facet, którego widujesz co rano, chowającego w krzakach swój dobytek w worku na śmieci, pozdrawia cię z uśmiechem, jakby cię znał, jest to co najmniej deprymujące.

– Ponieważ dociera do ciebie, że zostałaś częścią coraz liczniejszego klubu osób mieszkających na ulicy, a ciebie i tego faceta naprawdę niedużo dzieli157.

Kilka dni później dręczona wstydem LaVonne wyznała czytelnikom coś jeszcze. Napisała, że aby przetrwać miesiąc, wzięła chwilówki, po dwieście dwadzieścia pięć dolarów każda plus czterdzieści pięć dolarów odsetek, i że termin płatności upływa za tydzień. Była roztrzęsiona i było jej wstyd. Natychmiast odezwał się Sameer, przyjaciel z RTR podróżujący z Mr. Pikiem.

Chciałbym być teraz w pobliżu, żeby Cię uściskać, siostro. Chcę, żebyś wiedziała, że nie jesteś sama. Pamiętam, jak siedziałem z Mr. Pikiem w lesie w Dolores, w stanie Kolorado, osiem dni przed wypłatą. Wskaźnik benzyny był już prawie na samym dole, jedzenia miałem na pięć dni, a wody na dwa… Trudno pogodzić się z biedą i z tym, że uważają cię za biedną. Przedstawiano nam to życie jako coś ekscytującego i nowego, i faktycznie takie jest. Ale faktem jest też, że większość z nas żyje tak z powodu sytuacji finansowej… Posłuchaj rady swojego brata Sameera… Zostaw Kalifornię i ulice San Diego, gdzie uważają Cię za bezdomną. Pamiętaj: na pustyni albo w lesie jesteś na kempingu… Przyjedź na pustynię i żyj wśród swoich, którzy Cię kochają i którym na Tobie zależy.

Twój brat Sameer

Sameer i LaVonne nie byli naiwni. Wiedzieli, że w świetle prawa są osobami bezdomnymi. Ale kto by potrafił żyć z taką świadomością? Słowo „bezdomni” dało przerzuty poza swoje podstawowe znaczenie i stało się straszliwą groźbą. Pobrzmiewają w nim cicho inne określenia. Wyrzutki. Przegrani. Oni. Ci, którym nic nie zostało. „Pariasi naszego społeczeństwa” 158 – napisała LaVonne na swoim blogu.

– Na początku martwiłem się, co ludzie pomyślą, widząc, że mieszkam w busie – opowiadał mi w wywiadzie Sameer. – Nie chciałem, żeby mówili o mnie „bezdomny”.

Ale to słowo go prześladowało. Kiedy pojechał do siostry na ramadan, wyrzuciła go, nazywając „bezdomną łajzą”, która daje zły przykład jej dzieciom.

– Sądziłem, że rodzina okaże mi więcej serca. – Sameer ucichł. – Ważne, jak sami siebie określamy – podjął po chwili. – Jeśli jadąc drogą, myślisz o sobie „bezdomny” albo inne złe rzeczy, to masz kłopot. Paul Bowles napisał książkę Pod osłoną nieba. Opisuje tam różnicę między turystą a podróżnikiem. – Po krótkim milczeniu dodał: – Ja jestem podróżnikiem.

W swojej książce Bob Wells stawia wyraźną granicę między nomadami a bezdomnymi. Nomadowie to ludzie, którzy świadomie wypisują się z zepsutego, demoralizującego systemu. Niezależnie od tego, czy sami je wybrali, przyjmują nowe życie i korzystają z niego. Z drugiej strony: „Człowiek bezdomny też może zostać nomadą, ale nie z niechęci do zasad, które panują w społeczeństwie. Nie, on ma jeden cel i jest nim powrót pod dyktando tych zasad, dzięki którym czuje się komfortowo i bezpiecznie” 159 – tłumaczy Bob.

Sameer z Mr. Pikiem w swoim busie

Kwestia wyboru własnego losu okazała się szalenie ważna. Wciąż słyszałam, że choćby możliwości były nie wiem jak wąskie, liczy się wybór. Ghost Dancer, założyciel forum nomadów na portalu Yahoo, w rozmowie ze mną ujął to tak:

– Sytuacja gospodarcza się nie poprawia. Masz wybór: możesz być wolna albo możesz być bezdomna.

Stygmatyzacja społeczna to tylko część problemu. Na nomadów czyhają też inne niebezpieczeństwa, i to gorsze niż kije i kamienie. W ostatnich latach państwo wywiera niespotykaną dotąd presję na ludzi, którzy porzucili tradycyjne cztery ściany. Oto jak w 2016 roku pisał na ten temat „New York Times”:

Przepisy, które w zasadzie kryminalizują bezdomność, pojawiają się wszędzie, przyjmowane z zadowoleniem w Orlando na Florydzie, Santa Cruz w Kalifornii czy Manchesterze w New Hampshire. Jak wynika z badań przeprowadzonych w stu osiemdziesięciu siedmiu miastach przez organizację National Law Center of Homelessness and Poverty do końca 2014 roku władze setki z nich zabroniły siedzenia na chodniku, co stanowi czterdziestotrzyprocentowy wzrost w porównaniu z rokiem 2011. W tym samym okresie liczba miast, w których zabroniono spania w samochodach, podskoczyła z trzydziestu siedmiu do osiemdziesięciu jeden. Obostrzenia te następują równolegle z gentryfikacją, która zmienia oblicze Nowego Jorku, San Francisco, Los Angeles, Waszyngtonu i Honolulu, przyczyniając się do wzrostu kosztów mieszkaniowych i nasilenia się zjawiska bezdomności 160.

Takie przepisy przedkładają własność ponad człowieka. Mówią nomadom: „Wolno ci zostawić tutaj swój samochód, ale sam nie masz prawa tu przebywać”. O tym, że być może jest to sygnał złowróżbnej zmiany w systemie wartości społecznych, mało kto rozmawia.

Zresztą problem nie dotyczy wyłącznie miast. Dyskryminacja ekonomiczna odbywa się także na publicznych gruntach. W arizońskim Coconino National Forest strażnicy leśni od pewnego czasu wypytują biwakowiczów w busach i kamperach o adresy zamieszkania. Każda osoba podejrzewana o brak stałego lokum – co zdradzić może chociażby naklejka z terenów kempingowych blisko Quartzsite – narażona jest na mandat i nakaz odjazdu, ponieważ wykorzystuje las „do celów mieszkalnych” 161. Tymczasem w artykule opublikowanym w „The Statesman Journal” czytamy, że Służba Leśna pracuje nad aplikacją pozwalającą obywatelom zgłaszać podejrzenia, że w jakimś miejscu powstał dziki kemping 162.

Negatywny stosunek do zmotoryzowanych trampów nie jest niczym nowym. W drugiej połowie lat trzydziestych, gdy gwałtownie wzrosła popularność przyczep mieszkalnych, media okrzyknęły ich właścicieli rosnącym zagrożeniem dla wartości moralnych klasy średniej. Mówiono o nich: utrapienie. Darmozjady. Pijawki. Roznosiciele chorób. Ludzie bez korzeni. Włóczędzy. Lenie. Pasożyty. Bumelanci.

„Czterokołowi włóczędzy dorzucają do sektora usług publicznych najmniej w tym zżeranym przez podatki kraju” 163 – narzekała redakcja „New York Timesa” w 1937 roku.

„Kto weźmie odpowiedzialność za koczowników bez korzeni, dzikich lokatorów, niepłacących podatków i tworzących niespotykane dotąd skupiska zmotoryzowanej biedoty?” 164 – pytał w tym samym roku magazyn „Fortune”.

Ich lamenty wykpił producent przyczep, firma Caravan Trailer, nadając swojemu trzymetrowemu taniemu modelowi za czterysta dwadzieścia pięć dolarów nazwę Tax Dodger [Oszust Podatkowy] 165.

Ale powstała w latach trzydziestych moda na przyczepy minęła. Większość podążających za nią ludzi wraz z ożywieniem gospodarczym na powrót się ustatkowała. Natomiast wielu współczesnych nomadów w rozmowach ze mną twierdziło, że nigdy nie wróci do dawnego życia. Nie zamierza na nowo dać się wciągnąć w główny nurt. To znaczy, że sporo z nich przez całe życie od czasu do czasu będzie musiało się ukrywać.

Tamtej wiosny do LaVonne zapukano tylko raz, gdy parkowała incognito w San Diego 166. Mogło być gorzej. Oficer Nunez był miły. Chciał tylko sprawdzić, czy żyje. Czy nie ma w busie fabryki metamfetaminy. LaVonne wie, że miała szczęście. Jej pojazd na oko był nowy i czysty. Piesek przeuroczy. Ona sama jest biała. Policjant nie wypisał mandatu. Spisał natomiast jej nazwisko, numer rejestracyjny oraz markę i model samochodu. A to znaczyło, że została zdemaskowana i wkrótce będzie musiała ruszyć dalej.

JESSICA BRUDER

NOMADLAND

W drodze za pracą

Wracam z Polski 1948


Warszawska codzienność

Warszawska codzienność jest dziś udziałem sześciuset tysięcy mieszkańców stolicy i około stu tysięcy ludzi dojeżdżających z osiedli podmiejskich. Ulice aż huczą życiem, ruch automobilowy jest spory, taksówek przeszło tysiąc, przed Dworcem Głównym czekają całym stadem, żadnych ograniczeń benzyny (jest węgierska, rumuńska albo sowiecka), upłynnia się tą drogą nasz węgiel – mówią. Jeżdżą zaś bardzo „żywiołowo”, jak zauważył szofer mojej taksówki, wymijając pędzącego kolegę. Poza tym konne dorożki, tramwaje i autobusy, a także ciężarówki pasażerskie, zwożące co rano urzędników poszczególnych instytucji z oddalonych punktów przedmieścia. Odbudowano lub zbudowano na nowo dwadzieścia pięć linii tramwajowych, siedemnaście linii autobusowych i trzy trolejbusowe, które dysponują trzystu czternastoma wozami tramwajowymi, sześćdziesięcioma siedmioma autobusami i dwudziestoma jeden trolejbusami. Obsługują one w samej Warszawie łącznie trasę o długości 222,9 kilometra.

Restauracje są liczne, kawiarnie ludne, sklepów z zapełnionymi wystawami co niemiara, bardzo wiele księgarń, w bramach domów antykwariaty, kioski z papierosami sprzedają nie tylko wyroby Monopolu Tytoniowego, ale także papierosy amerykańskie w każdej ilości, po trzysta złotych za paczkę po piętnaście złotych za sztukę. Najtańsze polskie triumfy lub nysa kosztują po sześćdziesiąt złotych za paczkę. Wielu ludzi kupuje papierosy na sztuki.

Ruchem kierują milicjanci w białych, lnianych mundurach (jest lato) i białych okrągłych czapkach z daszkiem. Są na ogół grzeczni, ale stanowczy w przestrzeganiu przepisów ruchu ulicznego. Zaraz pierwszego dnia przedstawił mi któryś z nich  d o r a ź n y  n a k a z  k a r n y  N r  4 8 4 4 8  (!) na pięćdziesiąt złotych za przejście przez ulicę Marszałkowską w nieodpowiedniej chwili. „To dla pańskiego dobra” – mówi, inkasując pieniądze i mrugając do mnie porozumiewawczo. Że niby trudna rada, ale taki jest jego obowiązek.

W związku ze zmianami nazw ulic, przywracanych teraz częściowo do dawnego, historycznego brzmienia […] oraz zmianą nazwy policjantów na milicjantów krąży po Warszawie następująca historyjka z pierwszego okresu po „wyzwoleniu”:

– Przepraszam, panie posterunkowy…

– Nie mówi się „panie posterunkowy”, mówi się „obywatelu milicjancie”.

– Chciałem trafić na Aleje Ujazdowskie…

– Mówi się aleja Stalina.

– No to może mi pan jeszcze powie, czy most przez Wołgę już stoi, bo ja chciałbym potem na Pragę…

Warszawskie kpiarstwo nadal kipi i kwitnie.

W restauracjach jadłospisy podają wybór potraw co najmniej tak liczny jak przed wojną. Jedzenie znakomite, obfitość porcji także tradycyjna. Siedzę z pewnym brzuchatym jegomościem przy chłodniku z szyjkami rakowymi i pulardzie z kapłona, zakrapianej gęsto śliwowicą. Jest z tych, którzy bywają za granicą.

– Ile razy jestem z powrotem w Polsce, oddycham znowu pełną piersią – mówi. Ale gest, którym okrasił to powiedzenie, jest gestem zaczynającym się na wysokości brzucha i obrysowującym jego mocno wydatny kształt z góry na dół.

Mimo cen, wydających się na przeciętną skalę zarobków w Polsce bardzo znacznymi, wszędzie pełno. Ale podają w każdej restauracji od trzeciej do piątej obowiązkowo także obiad tak zwany klubowy – za sto pięćdziesiąt złotych, i popularny – za sześćdziesiąt pięć złotych. Taki obiad składa się z dwóch dań, nie tylko jadalnych, ale na ogół także najadalnych. Sam sprawdziłem1.

Powiedziałem, że lokale są pełne. Skąd ludzie mają jeszcze pieniądze w Polsce? Rzecz prosta, że zwykły robotnik nie może sobie pozwolić na bywanie w takich restauracjach, chyba że należy do przodowników pracy, to znaczy, że wyrabia jakieś nadnormy, premiowane często bardzo wysoko. Skąd więc, powtarzam, biorą się te pieniądze, których wydawanie w lokalach warszawskich odbywa się tak szeroko?

Trzeba tu stwierdzić przede wszystkim, że zarobkowe możliwości dla człowieka ze zdolnościami, z głową i z nosem są w Warszawie większe niż gdzie indziej, a wynikają w ogóle z tendencji kumulowania kilku posad, co oczywiście reprezentuje ogromne przeciążenie pracą dla tych, którzy nie trudnią się interesami. Przeciętna urzędnicza pensja także przecież waha się od jakich ośmiu do piętnastu tysięcy złotych. Inicjatywa prywatna, chociaż tępiona i coraz bardziej naciskana podatkami, jeszcze się jednak broni. Bronienie to daje często smutne skutki, zwłaszcza odkąd wzięto się do badania księgowości przedsiębiorstw za rok 1946. Wykryte nadużycia prowadzą bez pardonu za kratki i zmniejszają wydatnie liczbę przedsiębiorczych albo wykazujących się nadmierną inicjatywą ludzi. Są wprawdzie tacy, którzy w czasie okupacji porobili majątki; przepuszczają je teraz, ponieważ istnieje obawa, że utrzymać je będzie zbyt trudno. Paradoks, że się w Polsce najlepiej powodzi kapitalistom, ma nogi coraz krótsze, żyje się więc przeważnie z ręki do ust.

Naukowa i literacka praca daje dochody stosunkowo najmniej krępowane przepisami i naciskiem podatków. „Nie zapominaj – mówił mi jeden z kolegów po piórze – że Polska to dzisiaj przede wszystkim księstwo pisarzy”. Ale o tym potem, osobno.

Lokale znajdują się na ogół pod obserwacją kontrolerów skarbowych, interesujących się wcale żywo każdym klientem, który rzuca pieniędzmi. Niech no który zwróci ich uwagę, a może mu się zdarzyć rewizja, nalot albo desant (jest, zdaje się, rozróżnienie intensywności w tych trzech pojęciach) Skarbowej Komisji Specjalnej, która wtrąca się człowiekowi do najbardziej prywatnych rachunków i wymaga od niego przekonujących dowodów na każdy wydatek i każdą sumę, jaka przepłynęła przez jego ręce. Potrafi ten obyczaj niejednemu na długo zakłócić poczucie spokoju, zwłaszcza jeżeli przy tej okazji Komisja trafi na najmniejszą nieścisłość, która podpada pod rubrykę karalnych nadużyć. Sankcja podatkowego domiaru, wyznaczanego w zależności od oceny pobocznego zarobku, który nie został zapisany w deklaracji dochodów, kładzie niejeden prywatny interes na obie łopatki. Mania robienia interesów na lewo jest pozostałością wojenną, która wykształciła się u wielu ludzi w nieprzeczuwany przedtem talent i stanowi w dzisiejszej sytuacji niebezpieczny już i tępiony nawyk.

W związku z owymi niedyskretnymi pytaniami, jakie grozić mogą klientowi, który płaci podejrzanie wysoki rachunek w restauracji, opowiadają popularną anegdotę, że pociągnięty w tej sprawie za język gość na pytanie, jaki jest jego zawód, odpowiada:

– Zawód? Nauczyciel.

– A ile też pan zarabia jako nauczyciel?

– Około ośmiu złotych miesięcznie.

– Jak może pan wytłumaczyć w takim razie wydatek kilku tysięcy złotych na dzisiejszą kolację? Czyżby miał pan dochody poboczne?

– A oczywiście, że mam. Daję prywatne lekcje.

– I przynoszą panu aż tyle?

– A tak. Bo przecież mam między swoimi uczniami jednego ministra, którego przygotowuję do matury, i jednego generała, którego uczę po polsku…

Jeszcze przed rokiem uważano, że na przykład kawiarnia w Warszawie jest jednym z najlepszych interesów, jakie sobie można wyobrazić. Znamiennym objawem zmiany tego mniemania jest okoliczność, że istnieją obecnie oferty na kupno prosperującego lokalu tego typu, na który jeszcze niedawno było sporo amatorów z pieniędzmi, dziś natomiast trudno ich już znaleźć. Jest to wynik przewidywań, że interesy „lokalowe” będą się raczej kurczyć, niż rozwijać.

Zaszła też w Polsce spora i powszechna zmiana stylu w ubiorze, wynikająca z podrównania robotnika, a zwłaszcza chłopa, pod jakiś lepszy, zamożniejszy standard, i jakby zmniejszenie liczby dobrze, po europejsku ubranych ludzi. Wrażliwość na sprawy ubrania jest bardzo różna, zależna nie tylko od oczu, ale także od znawstwa obserwatora. Mogę powiedzieć, że mimo pewnych oznak niedostatku, jeżeli idzie o przyodziewek, zilustrowany choćby faktem wielkiej różnorodności stroju, bo o wybór w warunkach ich życia trudno i każdy ubiera się „w com ta miał”, ogólnie przecież na ulicy warszawskiej przechodnie ubrani są lepiej, niżby się tego można po nich spodziewać. Najgorzej wyglądają od strony butów. Wielu chodzi w pantoflach tenisowych. Ostatnio dopiero Bata w wyniku wymiennych umów między Polską a Czechosłowacją rzuciła na rynek trochę taniego, ale też niezbyt solidnego obuwia. Mężczyźni często w bryczesach i butach kawaleryjskich (krój oficerski). Tak pono chodzili w czasie okupacji. Są w pumpach, z wykładanym à la Słowacki kołnierzykiem i w „bandytówce”, czyli czapce z daszkiem na bakier. Wyglądają dość „pumpatycznie”, twierdził jeden z moich przyjaciół. Wśród młodzieży moda wojskowo-harcerska – bardzo krótkie spodenki, kurtki czasem białe, lniane, z krótkimi rękawami. Spotyka się jednak piękne i dobrze ubrane kobiety, które z właściwym swemu gatunkowi i przysłowiowym dla Polek kunsztem potrafią nawet z niczego ubrać się popisowo. Ubrania mężczyzn są na ogół wymięte, sporo mundurów bez odznak, noszonych w zastępstwie cywilnego ubrania z cywilną koszulą na przykład albo cywilnymi spodniami do wojskowej bluzy. Są nawet mundury amerykańskie z unrowskich darów jakoby. Po kroju munduru poznać można jego pochodzenie. Można odróżnić andersowca od byłego żołnierza 1. Dywizji albo 1. Armii. Czarny naramiennik identyfikuje żołnierzy Maczka.

Panuje dość powszechnie „bezkrawacie”. Można nawet powiedzieć, że istnieje w tej dziedzinie tendencja brawurowania i demonstracyjne zapominanie o nim, jako wyraz dostosowania się do aktualności, więc trochę poza, widoczna zresztą raczej na niższych szczeblach społecznych, a nie kopiująca przykładów z góry. Istnieje jednak i inne także podejście do tego zjawiska.

– Proszę pana, ja w czasie powstania umierałem trzy razy dziennie, to pan rozumie, że dla mnie sprawa, czy kto ma, czy nie ma krawata, nie może być ważna. Bylebym miał własne łóżko, które znów mam od niedawna. Podejrzewałem bowiem, że to bardzo trudne od odzyskania, jak się to raz straciło. Spałem w rezultacie przez jakiś czas z pewnym starszym jegomościem, z którym naprawdę nic mnie nie łączy, i dlatego dotąd uważam, że od ubrania ważniejsze jest łóżko…

Istnieje poza tym moda medali i odznak. Sporo odznak byłych więźniów obozów koncentracyjnych w klapach od marynarki. Związek byłych więźniów kacetu2 obejmuje tych tylko, którzy przesiedzieli co najmniej trzy miesiące. Mira Zimińska, zawsze pełna humoru i werwy, a mająca za sobą  t y l k o  dwa i pół miesiąca, rozpytywała się któregoś wieczoru, gdzie tu można odsiedzieć jeszcze dwa tygodnie, aby mieć prawo wstąpienia do Związku. Spotyka się jakichś młodzieńców, którzy nawet na cywilnej kurtce noszą swoje Virtuti i inne krzyże naturalnej wielkości. Widuje się całe serie baretek. Jeżeli pomyśleć, że to jedyna nagroda i dorobek wojenny tych ludzi po paru latach najcięższych przeżyć, nie ma się właściwie czemu dziwić.

Pije się w Polsce wiele. Istnieje już jednak w społeczeństwie jak gdyby instynktowny odruch przeciwko temu rozpiciu, które jest nie tylko jednym z przyzwyczajeń okupacyjnych, ale nadal leży tym ludziom we krwi jako najtańszy dziś środek rozrywki, oszołomienia i ucieczki od codzienności, choć już także stanowi codzienność. Pije się w Polsce za pięćdziesiąt miliardów złotych rocznie. Czytam na słupach ogłoszeniowych afisze plebiscytu jednego z tygodników: „Czy pijaków należy leczyć?”, obok ogłoszeń sztuki Ladacznica z zasadami Sartre’a […].

Trochę zabawnie brzmią rozwieszone w niektórych lokalach nocnych ogłoszenia jakiejś tam ligi do walki z alkoholizmem, mówiące, że ludzi w stanie nietrzeźwym nie wolno wpuszczać. Cóż, kiedy przeważnie wypuszcza się ich właśnie w takim stanie.

Ile razy mowa o polskim pijaństwie, nie mogę oprzeć się przypomnieniu rozmów z Karolem Szymanowskim, kiedy mu się marzyło, jaka wspaniała byłaby ta Polska, gdyby się w niej piło nie wódkę, ale wino. „Bo uważasz, złotko, wino to przecież słońce, ta wódka to jednak kartofle”. I już całą różnicę wypowiadał tym porównaniem, wyznaczającym na pewno granicę, która określa wcale istotną różnicę cech psychicznych narodów i ich cywilizacji.

Mówi mi pewna starsza dama, bardzo krytyczna wobec dzisiejszości:

– Każdy ma teraz swojego patrona, jeden znajomość w UB, drugi plecy w partii, trzeci protekcję u władz lokalnych. Ja mam świętego Antoniego. Nie twierdzę, że bardzo mi jest pomocny w tych czasach, gdzie łatwiej wszystko zgubić, niż cokolwiek znaleźć. Tyle mam tylko dobrego z świętym Antonim, że przynajmniej nie potrzebuję z nim chodzić na wódkę…

Chyli się Polska w trudne czasy


przed bóstwem wódki i kiełbasy


i przed płaczami i po płaczach


po prasłowiańsku się zatacza


i z czkawką licząc swe ubóstwo


racji do chluby widzi mnóstwo…

– pisze współczesny poeta Czesław Miłosz.

Każę sobie wyczyścić buty przed hotelem Polonią. Śpieszę się, nie wiem, ile to kosztuje, pytam czyściciela, czy po dwudziestce za but wystarczy? Nie, wyczyszczenie kosztuje pięćdziesiąt złotych. (Szofer warszawskiej taksówki powiedziałby: pół złotówki). Po chwili jednak czyściciel dodaje:

– Ale od pana to ja bym się spodziewał dostać co najmniej sto złotych.

– A to dlaczego? – pytam.

– A no bo przecież u pana buty amerykańskie, skarpetki amerykańskie, ubranie robione w Ameryce…

– Gdzież to pan się tak nauczył poznawać? – mówię zdziwiony nie na żarty.

– Ja to tak z amatorstwa jestem Szerlok Holmes – odpowiada.

– No, no – mówię – gdyby pan był naprawdę Szerlok Holmes, toby pan siedział za biurkiem, zamiast czyścić buty.

Podnosi głowę i z filuternym uśmiechem stwierdza, że niekoniecznie. A kiedy odchodzę, z butami zrobionymi na glanc i zapłaciwszy pięćdziesiąt złotych, rzuca za mną:

– A zresztą ja i tak wiem, kto pan jest…

Opowiadam tę rozmowę komuś w kawiarni.

– Dziwi się pan? Przecież w Warszawie żyje się jak na patelni. Wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą.

– No to dlaczego aresztują? – pytam.

– E, proszę pana, aresztują tylko takich, którzy pracują  p o n a d  n o r m ę.

Rozmowa schodzi przypadkiem na fatalny stan tak zwanych ubikacji w całej Polsce. Wróciłem właśnie z podróży Beniowskim ze Szczecina do Sopotu i także tam, na okręcie, stwierdziłem karygodne zaniedbania w tej dziedzinie. Wschód, smród i ubóstwo. Sytuacja wołająca o pomstę do… Sławoja. Na Wystawie Ziem Odzyskanych3 napis na drzwiach ustępu: „Za użycie – opłata 10 zł. Pracownicy WZO4 za okazaniem legitymacji płacą 2 zł. Dla kontroli należy żądać pokwitowania opłaty”. Podsłyszałem czyjąś uwagę, już po opuszczeniu tego przybytku:

– Kwity to dają, psiakrew, ale papieru w środku za żadne skarby nie znajdziesz…

A na to wszystko filozoficzne spostrzeżenie kolegi pisarza, który objechał cały świat:

– Zauważyłem, że w ustrojach radykalnych klozety  n i e  l u b i ą  funkcjonować…

Chciałbym tutaj podkreślić jeszcze jeden polski egzotyzm, uderzający, zwłaszcza kiedy się przyjeżdża do Polski z takich krajów jak Stany Zjednoczone, Francja albo Anglia. Polska jest bowiem krajem bez obyczaju napiwków. W restauracjach dolicza się do rachunków procent za usługę i płaci dokładnie sumę na nim wyznaczoną. Szofer taksówki bierze akurat tyle, ile wybił licznik, i nawet mówi „dziękuję”. Nie spodziewa się żadnego dodatku, nie liczy na więcej. Obyczaj ten dobrze wpływa na stosunki między ludźmi. Zawsze się trochę dziwiłem, że w krajach, w których skąpstwo klientów i chciwość służby jest rzeczą powszechnie znaną, pozór dobrowolności napiwku utrwalił się w zwyczajach i przybrał formę przyjętej przez wszystkich instytucji. Wynikają z tego niepotrzebne zadrażnienia, niezasłużone pretensje i przykrości. Każdy z nas ma w oczach wściekłe miny zawiedzionego szofera francuskiego, rzucającego klientowi w twarz jakieś drobne, które wydają mu się niedostatecznym wynagrodzeniem jego już zapłaconej usługi, albo przekleństwa rzucane przez szofera amerykańskiego, który nie jest zadowolony nawet z tradycyjnych dziesięciu procent, przyjmując na oko, że pasażer może, względnie powinien zapłacić więcej.

Od tego zauważenia krok tylko do stwierdzenia innej jeszcze cechy Polaków. Jest nią, mimo przebytej wojny, niesprzyjającej rozwojowi dobrych manier, znaczna i ujmująca uprzejmość, obejmująca także pokolenie najmłodsze. Wiem, że nie jest to na ogół przyjęte zdanie, jeżeli idzie o zachowanie się ludzi w Polsce, ale stwierdzam, że w ciągu podróży i możności zetknięcia się ze wszystkimi szczeblami tak zwanej drabiny społecznej nie doświadczyłem nigdy objawów przysłowiowego chamstwa, z wyjątkiem chyba sytuacji, w których tłok tłumu nie pozwala na żadne delikatności w postępowaniu. To samo powiedzieć można o przeciążonych na ogół i podenerwowanych naciskiem klienteli urzędnikach. Bowiem w życiu spotyka się człowiek z objawami ułatwiania go sobie i tendencją złagodzenia raczej niż zaostrzania jego i tak już trudnych warunków. Obyczaje zresztą nie uległy wielkiej zmianie. Coraz to trafić można na typową dla Polaków nadwrażliwość, wietrzącą czyjąś chęć ubliżenia człowiekowi, zwłaszcza gdy lekko podchmielony stan zaciera w nim czucie proporcji, przyjaciele nadal całują się z dubeltówki i całują w rękę kobiety przy każdej okazji, panuje powszechnie nieunikniona konieczność podawania każdemu ręki i ceremonie przy wchodzeniu i wychodzeniu, które Francuzów skłoniły do zauważenia już dawno, że dla Polaków drzwi otwarte są przeszkodą nie do pokonania.

Istnieją także próby wychowywania w społeczeństwie obyczaju uczciwości, którym służą na przykład zainstalowane w tramwajach skrzynki z gazetami. Klient sam bierze, sam płaci, a nawet zmienia pieniądze z otwartego pudełka. W pierwszej fazie rozmieszczenia tych skrzynek konstatowano zwykle nadwyżki przy obliczaniu dziennego wpływu. Potem nagle deficyt. Zabrano się do badania jego przyczyn z dokładnością, na jaką stać dzisiejszy system, i stwierdzono, że oszukuje nie publiczność, ale właśnie funkcjonariusze, powołani do opróżniania publicznych „skrzynek uczciwości”.

W redakcji jednego z pism warszawskich byłem świadkiem, jak w ciągu godziny szoferzy taksówek, względnie szarzy obywatele, znosili coraz to czyjeś zgubione przedmioty. Rubryki rzeczy znalezionych w gazetach są same przez się wymowną ilustracją tego zjawiska.

Jest także inna strona zauważonej tu prawdy.

Wydaje się, że jej przyczyn szukać trzeba w rozpanoszonej jak nigdy biurokracji obecnego systemu, która stanowi jedną z plag życia w Polsce, poddanej tyranii cyfr i papieru. Pokazywano mi w którymś urzędzie „dziennik czynności” z rubrykami, w które urzędnik wstawia dokładny opis sposobu wyzyskania obecności swojej w biurze: od 8.33 do 8.45 sortowanie korespondencji, o 9.10 telefon, o 9.48 wywołany przez szefa, o 10.40 wrócił itd., to znaczy ad absurdum i właściwie całkiem dowolnie. Pracownicy wysilają głowy, aby te rubryki wypełnić z możliwie dużym urozmaiceniem. Podobno potrzebne to jest do badań nad intensyfikacją pracy czy dla ustalenia warunków współzawodnictwa, czy jeszcze czegoś. W sklepach zastaje się personel nad kolumnami cyfr. Na każdą sumę kwitek z osobnego bloku (przez kalkę) wydawany kupującemu, oprócz konieczności zapisania każdej pozycji co najmniej trzy razy. I niech no coś spróbuje się nie zgadzać. […]

Wygląd ludzi, zwłaszcza latem, kiedy dużo jest opalonej skóry i po powrocie z letnisk wypoczętych i odświeżonych twarzy, nie wskazywałby przy pobieżnym spojrzeniu w tłum tych klęskowych objawów, zdartych nerwów i nadszarpniętego zdrowia w społeczeństwie, jakie są wynikiem wojny. Wiadomo jednak, że zdrowotny stan ludności pozostawia wiele do życzenia, bo też start, z którym zaczynało się dzisiejsze, już pokojowe życie, był co się zowie groźny. Charakteryzowało go, oprócz powszechnego alkoholizmu, pogorszonego złym gatunkiem alkoholu, robionego prywatnie, to jest bimbrem, panoszenie się chorób wenerycznych, głównie w wojsku i na Ziemiach Odzyskanych, i trudne warunki leczenia, wynikające z małego uświadomienia chorych. Dalej gruźlica, zarówno u młodzieży, jak i starszych; przy obecnym stanie ludności zarejestrowano milion dwieście tysięcy dotkniętych jej objawami, co grozi dwustu tysiącami zgonów na rok. Dalej mała odporność na zakażenia, wiele owrzodzeń, złośliwych angin, powtórnych zachorzeń na odrę. Dane te, dostarczone mi przez jednego z warszawskich lekarzy, opatrzone były stwierdzeniem, że gdyby nie sulfamidy oraz energiczna działalność Naczelnej Komisji Walki z Epidemiami, groziłoby Polsce szerzenie się chorób zakaźnych, przypominające średniowiecze.

Jeżeli dodać do tego obrazu brak personelu lekarskiego i niedostatek lekarstw, oprócz faktu, że osiemset tysięcy kalek potrzebuje protez, dwa miliony sierot i półsierot i pięć milionów dzieci okazało się niedożywionych, a śmiertelność noworodków sięgała dwudziestu procent – będziemy mieli obraz sytuacji zdefiniowanej w najgorszym, powojennym okresie startu i prowadzącej do rezultatu, że Polska, posiadająca przed wojną przyrost naturalny powyżej jedenastu na tysiąc mieszkańców (Niemcy – siedem) w stosunku rocznym, dawała plus minus sto pięćdziesiąt tysięcy ubytku zamiast przyrostu (dane z roku 1946). […]

Oficjalnie zarejestrowanych Żydów jest dziś w Polsce około stu tysięcy, z tego około siedmiu tysięcy na Ziemiach Odzyskanych, w tym tysiąc górników żydowskich w Wałbrzychu. To wszystko, co zostało z przeszło trzech milionów przed wojną. Około osiemdziesięciu tysięcy repatriowano z Rosji, około dwustu pięćdziesięciu tysięcy uciekło wkrótce po wojnie. Część została „po stronie aryjskiej”, asymilując się w wyniku wojny – zmieniając nazwiska i wtapiając się już bez reszty w społeczeństwo polskie. Mówi się o nich „narciarze”. Przyjęli nazwiska na ski. […]

Podróż koleją

Mówiono mi nieraz: niech się pan przejedzie pociągiem, niech pan posłucha, co mówią ludzie.

Jeździłem pociągami. Ale zanim powiem o ludziach, muszę najpierw parę słów poświęcić samym kolejom. Nie mam pod ręką cyfr, aby wyrazić rozmiar ich zniszczeń i dezorganizacji, ale mam w oczach strzaskane dworce i ślady zwalonych mostów, cmentarze lokomotyw i wagonów, widoczne dotąd na każdej niemal stacji.

Stoi to jedno przy drugim, postrzelane, pobite bombami, nieużyteczne. Pod Braniewem, na samej północy Warmii, blisko granicy, wzdłuż linii kolejowej leży do dziś dnia pociąg, złożony z kilkudziesięciu wagonów wywróconych kołami do nieba. Jest takich obrazków na pewno więcej. Znaczą wymownie stan kolejnictwa w Polsce, ale także drogi, dzielącej nas już od tego stanu dzisiaj, jeżeli zważyć, że koleje funkcjonują w Polsce normalnie, punktualnie i gdyby nie mocno jeszcze podniszczony tabor, można by prawie powiedzieć, że tak jak przed wojną.

Nadal jeszcze nocą podróżuje się bez światła w wagonach, druga klasa natomiast jest podobnie jak trzecia – twarda, a to z powodu tych ciemności właśnie i smutnych doświadczeń z pluszem czy innym materiałem, jakim próbowano wyściełać od nowa siedzenia. Opłacało się jeżdżenie drugą klasą szabrownikom, drącym z siedzeń w ciemności całe pasy materiału, i to do tego stopnia nagminnie, że trzeba było zrezygnować tymczasem z uczynienia jej, jak dawniej, miękką. Do sumy wysiłku włożonego w odbudowę arterii kolejowych trzeba wliczyć jeszcze zamianę torów na kilku większych liniach z szeroko- na normalnotorowe.

Wszędzie dziś na kolejach pełno. Polacy jeżdżą masami. Dużo ludności wiejskiej. Do intensywności tego ruchu przyczyniały się tego lata tłumne wyjazdy robotników i pracowników wszelkich instytucji na  w c z a s y. To takie nowe słowo w Polsce, znaczące „urlop” (z nowych polskich słów do zanotowania:  w d z i a n k o  – nazwa lnianej, popularnej kurtki z krótkimi rękawami).

Każdy z pracowników państwowych albo spółdzielczych ma prawo do wczasów, z bezpłatnym albo bardzo zniżonym przejazdem i bardzo niedrogim pobytem, w setkach uzdrowisk i letnisk, nad morzem zwłaszcza i na Ziemiach Odzyskanych. Jest nawet wolność wyboru miejsca, w którym chciałoby się „wczasować”, pod warunkiem oczywiście że jest w nim jeszcze miejsce. Jeżeli do tego ruchu dodać zbiorowe wycieczki, jeżdżące wzdłuż i wszerz po całym kraju, chociaż celem wielu zwiedzań i mnóstwa kongresów był w tym roku Wrocław, ze względu na wystawę – łatwo już będzie zrozumieć pospolite na dworcach, przed kasami ogonki ludzi. Sprzedawanie biletów trwa długo, bo każdy prawie pasażer ma jakiś dokument zezwalający na zniżkę, kasjer natomiast nie ma gotowych biletów i większość z nich wypisuje. Jest jakimś niewytłumaczonym sekretem biurokracji w kraju, w którym większość instytucji jest upaństwowiona, ta zniżkowa rachunkowość, wymagająca niezliczonych pisań, przelewów, obliczeń i rozrachunków, które wszystkie zbiegają się przecież w jednej i tej samej kasie. Łatwiej w Polsce o przelew krwi niż o przelew czeku – powiada pewien dowcipniś.

Tłumaczy mi inny, już bardziej serio, że z psychologicznych względów lepszym chwytem jest danie człowiekowi prawa do zniżek na kolej, tramwaj, kino, teatr i inne przyjemności, względnie konieczności życia, niż na przykład podwyżkę pensji. Bo zniżka stanowi swego rodzaju przywilej, stwarza poczucie wyróżnienia i korzyści, wynikającej z pracowania w tym czy innym urzędzie, co przy podwyżce pensji albo obniżeniu cen przeszłoby właściwie niezauważone.

A teraz już jedziemy. Kontakt z ludźmi nawiązuje się łatwo. Bo też Polacy gadają, co myślą, i wygadują, ile mogą. Pamiętam robotnika, starego człowieka, który młodemu kapitanowi owiniętemu w pelerynę wykładał swój pogląd na świat i na to, że właściwie nie ma różnicy między tym, co było, a tym, co jest. Jak były więzienia – tak są więzienia. Jak dawniej trzeba było pracować – tak i dziś trzeba pracować. Jak byli panowie – tak są panowie. I rozgadawszy się, dalej wszystko w ten deseń porównywał. A co do wojny, to choć jedna się dopiero skończyła, druga znowu nam grozi i nigdy temu nie będzie końca. Znów mamy na przykład wojsko. Po co nam jeszcze wojsko? Było to pite wyraźnie do owej mundurowej obecności w przedziale. Kapitan z odznakami 1. Armii, a więc formacji z tradycją i przeszkoleniem politycznym, czując, że trzeba na to odpowiedzieć, zaczął tłumaczyć, że wojny skończą się dopiero, jak będzie jeden świat demokratyczny, a znowu niesprawiedliwość społeczna może zniknąć dopiero, kiedy wszędzie zlikwiduje się kapitalizm. Nie wydaje się, że przekonał robotnika. Mówili więc nadal: ten sobie, a tamten sobie, choć inni pasażerowie przezornie nie wtrącali się wcale do rozmowy, półsłówkami tylko zaznaczając swoje niezbyt określone w niej stanowisko, byle podtrzymywać dyskusję.

W innym przedziale pasażer, widzący przez okno zająca w lesie, mówi:

– Pewno taka będzie nasza przyszłość.

Zainteresował się jego sąsiad, co też ma na myśli. Wyjaśnienie brzmiało, że przecież zając „bezpartyjny i w lesie”. Cały przedział huknął śmiechem, co znowu stanowiło prolog do opowiadania ciętych i śmiałych kawałów na temat nowej rzeczywistości. Prości ludzie nie liczą się bowiem ze słowami i gadają, co im przejdzie przez głowę.

– Takie rzeczy mówili, że bałem się słuchać – opowiada się potem. […]

Siedzę sobie, wciśnięty między pasażerów w przedziale, i wysłuchuję historyjki o PPR; że jest jak cmentarz – wszyscy się tam w końcu znajdą. I zaraz potem, że Polska jest jak noworodek: małe to, czerwone, krzykliwe – i podobne do sąsiada.

Jakaś skromnie ubrana kobieta o szlachetnej, zmęczonej twarzy opowiada wileńskim, rozciągłym akcentem, jak wyglądało jej życie kiedy gdzieś na obszarach Nowogródczyzny; mieszkała w 1943 roku na łasce Niemców i partyzantów jak między młotem a kowadłem. Partyzanci zabijali za stwierdzoną bytność Niemców w domu, Niemcy za partyzantów. A każdy domagał się gościnności z rewolwerem w ręku. Sama nie wie, jak przeżyła ten koszmar.

Rozplątały się języki. Każdy jakieś wspomnienie przytacza, licytują się w opowiadaniu okropności, aby stwierdzić, że jeśli żyją, to tylko cudem. Dzięki działaniu całej serii cudów. Przy oknie stare i mocno zaniedbane, bo brudne chłopisko wyciąga z kieszeni szczyptę machorki, udziera kawałek gazety i skręca sobie papierosa.

Potem znowu, jak w Grand Guignolu5, przeskakują na lżejsze tematy. Ktoś pyta:

– Czy znacie nową wersję Kto ty jesteś? Polak mały…?

Nikt nie zna, więc mówi taki wierszyk:

Kto ty jesteś? Polski kmiotek.


Jaki znak twój? Sierp i młotek.


Gdzie ty mieszkasz? W jakim kraju?


Proszę pana, ja nie znaju…

A drugi, żeby się nie dać zakasować, wytrząsa jak z rękawa od razu dwie anegdotki. Rozmowa w areszcie UB.

– Za co pana zamknęli? – pyta towarzysz niedoli.

– Za to, że się spóźniłem na pociąg.

– No, no, za to chyba jeszcze nie zamykają.

– Ale kiedy mówię panu. Bo gdybym się nie spóźnił, toby mnie tu już dawno nie było.

– A słyszeliście, jak postępuje budowa nowego domu Zjednoczonej Partii?

– …?

– Prawe skrzydło już wykończone.

Wyciągnąłem z teki kupiony przed podróżą egzemplarz Wstępu do teorii marksizmu i zacząłem czytać. W przedziale zrobiła się cisza i poczułem wyraźnie chłód, jaki się zrobił koło mojej osoby. Już nikt więcej nie powiedział dowcipu i nikt nie próbował mnie zagadać.

Jeżeli ten drobny incydent może posłużyć jako ilustracja nastrojów, to oczywiście przyznać trzeba, że jest on zarazem stwierdzeniem nie tylko wrogości ogółu wobec zagadnień, jakich rozwiązywanie ma miejsce w dzisiejszej Polsce, ale także typowego w nim konserwatyzmu.

Te elementy składają się także na ocenę postępowania ludzi, którzy z przekonania albo w wyniku ewolucji pojęć, jakiej dopomogła wojna, ustosunkowują się do rzeczywistości pozytywnie. Nie mówię tu o przejrzystych karierowiczach, gotowych do zrobienia każdej wolty w zależności od tego, jak wiatr wieje. Mówię o ludziach z czystą pobudką i logiczną w wyniku posiadania takiej, a nie innej koncepcji linią angażowania się czynnego w dzisiejszej rzeczywistości. W rodzinie jednego z nich, którego przekonania od dawna były znane i prowadzące do tego właśnie udziału, nie mówi się o nim inaczej jak „biedny człowiek” albo wręcz, że trochę pomylony. I są w tonie tych słów jakieś bezmiary politowania, jak gdyby mówiono o kimś bliskim, który poszedł na złą drogę.

Mimo krążącego dowcipu, że UB ogłosiło konkurs na najlepszy kawał polityczny (pierwsza nagroda – pięć lat obozu pracy, druga – trzy lata, oraz kilka nagród pocieszenia), pociągania Polaków do odpowiedzialności za danie upustu świerzbiącemu ich językowi mają miejsce stosunkowo rzadko. Wiele popularnych dziś w Polsce historyjek urodziło się wśród ludzi reżimu, a w każdym razie powtarzane było przez nich nie bez przyjemności. Sam słyszałem niejedną z tak zwanych oficjalnych ust. Nie puszcza ich cenzura, więc nie znajdują odbicia w prasie; żyją też wobec tego i rozwijają się na wolności. Jedna z ostatnich brzmi tak: znana na ogół definicja partii w Polsce: PPR – Polska Partia Rządząca, PPS – Polska Partia Słuchająca, PSL – Polskie Stronnictwo Leżące, SL – Stronnictwo Liżące i SD – Stronnictwo Drżące – nie spotkała się z uznaniem słuchającego tej interpretacji Rosjanina.

– Nie bawi to pana? – zapytano.

– Czy panowie słyszeli o Kanale Białomorskim? – odpowiedział.

– Oczywiście, któż by nie słyszał.

– Otóż właśnie, budowali go właśnie takie jak wy anegdotczyki. I dlatego mnie to nie bawi.

I jeszcze jedna, skoro już mówimy o partiach. Córka prezesa Stronnictwa Demokratycznego jest pielęgniarką w szpitalu. Zawód jej, opowiada ojcu, przypomina rolę, jaką dziś w Polsce odgrywa jego stronnictwo. Polega bowiem głównie na trzymaniu pacjenta przed operacją za rękę i zapewnianiu go, że to nie będzie boleć.

Aleksander Janta-Połczyński, Wracam z Polski 1948, Paryż: Société Nouvelle d’Imprimerie et d’Edition, 1949, s. 18–31