niedziela, 27 września 2026

Henryk Elzenberg - Nauka i barbarzyństwo


W głęboką grążą się ciemnoić, którzy hołdują niewiedzy;
w jeszcze głębszą, którym wiedza wystarcza.
lia-Upaninad, 9

Może to niepedagogiczny i godny potępienia postępek:
z zastrzeżeniami wobec nauki wyrywać się w kraju, gdzie u tylu jeszcze ludzi trzeba wywalczyć najprostsze dla nauki zrozumienie. Nie mówiąc już jednak o tym, że takich wychowawczych zabiegów nie wymaga chyba publiczność, dla której ten artykuł jest przeznaczony, trudno przecież jakoś się godzić, by wzgląd na maruderów myślowych miał nam uniemożliwiać dyskusję o sprawach najbardziej istotnych i z polskiej literatury teoretycznej robić jakieś wieczne przed­ szkole. Skromna ta uwaga może wystarczy, by uchronić mnie od zbyt ostrych potępień za prawdziwą czy urojoną broń daną do ręki nieuctwu; rozstrzygający jednak powód, dla którego bez zbytniej obawy przystępuję do swoich rozważań, jest ten, że ostrze ich tylko bardzo pośrednio kieruje się przeciw nauce samej. Godzi ono, co prawda, w pewien wcale znaczny odłam uczonych, jak również - czego się nie myślę zapierać - w pewien jednostronny kult nauki; przeciw jednak nauce samej zwraca się tylko o tyle, o ile nieproporcjonalny jej rozwój kosztem innych form ludzkiej twórczości mógł w epoce, w której żyjemy, dla pewnych krytykowanych tu zjawisk stworzyć sprzyjające podłoże.

Dwie są grupy ludzi, którzy w nauce dopatrują się rysów ujemnych. Jednym, interesującym się głównie właściwym zagadnieniem poznawczym, sam dostarczany przez nią obraz świata wydaje się niedoskonały: uważają go to za zbyt schematyczny, to za dostosowany wyłącznie do po­trzeb i wymagań praktyki, to za uzyskany przez rodzaj jakby zanegowania przedmiotu, o którego poznanie cho­dziło, to po prostu za nie ujmujący „rzeczywistości” istot­nej: tego typu są zarzuty Bergsona i innych irracjonalistów, po części Hegla oraz kierunków mających swój punkt wyjścia w Heglu.

Drudzy podejrzewaliby ją raczej o zły wpływ na duchowość człowieka: ci mówią o stępiającej wrażliwość, zacieśniającej widnokrąg naukowej specjaliza­cji, o podcinaniu niezbędnych do życia i twórczości instyn­któw, o tym wreszcie, że owa wyłączna miłość prawdy, którą się uczeni tak szczycą, zbyt może często przesłania małoduszną raczej ucieczkę przed zagadnieniami żywymi, wszystkim, co niepokojące i płodne, głębią życia i jego powagą. Ta grupa oskarżycieli to filozofowie kultury; jak tam Bergson, tak tu może Nietzsche dał formuły najdobit­niejsze. Zastrzeżenia wysunięte poniżej - choć ich teorety­czny punkt wyjścia biegunowo od nietzscheańskiego się różni - są tego drugiego typu: grzechy, które się w nich wytyka uczonym, są grzechami przeciw kulturze.

Dwukrotnie już oto użyłem tego wyrazu „kultura”; oznacza on pojęcie dla szkicu niniejszego centralne, i trud­no mi nie wyjaśnić znaczenia, w jakim myślę się nim posługiwać. Niestety pierwsze to wyjaśnienie pociągnie za sobą konieczność paru innych, bardziej zawiłych, i mimo że w rozprawce takiej jak ta, nie mogącej wnikać w rdzeń każdej sprawy, niebezpiecznie jest sięgać do kwestii ostate­cznych, zawsze spornych i trudnych, godzi się nam i o bezpieczeństwie zapomnieć w interesie jasności wykładu. Przez kulturę mianowicie chcę tu rozumieć sumę rzeczy, których stworzenie jest w zakresie możności człowieka, a które są rzeczami wartościowymi; ale wprowadzone tą definicją w krąg rozważań pojęcie wartości samo może rozmaicie być pojmowane. Co dzień można się spotkać ze zdaniem, że wartościowymi stają się rzeczy przez jakiś stosunek swój do nas; a do częściej wyznawanych poglądów na to, jaki to by mógł być stosunek, należy ten, który go upatruje w „korzystności” albo „użyteczności”, albo jeszcze nieco inaczej, w fakcie, iż rzecz „zaspokaja nasze potrzeby”. Kto by tak brał istotę wartości, ten i nasze określenie kultury musiałby rozumieć w ten sposób, że jest to suma moż­liwych wytworów działalności człowieka, zaspokajających jego potrzeby: rozminięcie się najzupełniejsze z tym, co myśmy zamierzali powiedzieć. My bowiem rozumieliś­my wartość jako coś niezależnego i od nas, i od takie­ go czy innego między nami a przedmiotem stosunku, coś co tkwiłoby w przedmiocie i wtedy, gdyby istniał on na świecie sam jeden. Rozróżnienie to było niezbędne, gdyż tylko przy tym drugim ujęciu możliwe są i mają sens wszystkie wnioski, do których tu będziemy zmierzali. Jeśli całe znaczenie kultury leży w tym, że zaspokaja ona nasze potrzeby, to nigdy w żaden sposób nie wykażemy, że powinna ona być raczej niż nie być; cienia bowiem racji nie widać, by potrzeby gatunku homo raczej miały być za­ spokajane niż potrzeby gatunku felis tigris albo taenia echinococcus. Zupełnie co innego, kiedy kulturę sprowadzi­my do wartości bezwzględnych. Rzecz obdarzona taką wartością nie może już bez szkody być albo nie być; taka rzecz powinna być²; jest to właściwość nieodłączna od jej pojęcia; a jeśli powinna być, winna również przez nas, w miarę naszej ludzkiej możności, być wprowadzana w ist­nienie, „tworzona”, jak brzmi wyrażenie potoczne. I jeśli takich rzeczy zespołem jest kultura, to nie ma już mowy, by wolno nam ją było tworzyć albo nie tworzyć; tworzyć ją jest teraz, po pierwsze, naszą powinnością - ponieważ obejmuje ona tylko wartości, które stworzyć jest w naszej mocy, po drugie, naszą powinnością jedyną³, ponieważ
obejmuje je wszystkie. I to byłby nasz wniosek: kultura jako nakaz i imperatyw, cel i powołanie człowieka, kopuła, za której filary winniśmy uważać siebie i drugich, swoje życie i swoje działanie.

Pozostaje trudność - trudność niemała, wszelkiej najskromniejszej próbie patosu kres kładąca ironicznym pytaniem: czy takie niezależne od nas wartości są czymś, co istnieje naprawdę? Jeśli nie, to i wniosek upada; a kto wie, czy nie przyjdzie się zgodzić, że taka przecząca odpowiedź jest tą, którą w kołach filozoficznych słyszy się dziś najpospoliciej. Wbrew wszystkiemu jednak, co na jej ko­rzyść zwolennicy jej potrafią przytoczyć, zdaje się, że argumenty silniejsze ma za sobą odpowiedź twierdząca.

Nie mogę ich tu ani przytaczać, ani, tym mniej, badać stopnia ich siły: to tylko niechaj tu stwierdzę, jako dla dalszego ciągu niezbędne, że o jakimś udowodnieniu tezy negatywnej nie ma i mowy, i że w najgorszym wypadku sprawa jest po prostu wątpliwa. I to nam zupełnie wystar­czy, gdyż - wbrew znanej i skądinąd rozsądnej zasadzie mądrości praktycznej - wątpliwość jest tu dostateczną podstawą, by stworzyć to, o co nam idzie: nakaz nie wstrzymywania się, lecz działania. Rzecz bowiem - jeśli ją dobrze rozumiem - przedstawia się w sposób następujący.

Jeżeli się od tworzenia kultury uchylimy, to kultury nie będzie: za nas nikt jej nie wywiedzie z niebytu. Jeśli ją tworzyć będziemy, to i wtedy nie uzyskamy pewności, czyśmy stworzyli kulturę rzeczywistą, czy tylko jej pozór, bo wartości w niej ujawnione może wszak są czystą naszą fantazją; może jednak i nie są, a wtedy podjęty w ich służbie wysiłek przecież nas doprowadził do celu, i nasz na los nie sprawdzonej nadziei budowany gmach stanął na­ prawdę. Czyli że, w razie wysiłku, są szanse stworzenia kultury; w razie wstrzymania się, nie ma żadnej. Wniosek może być tylko jeden: wysiłek podjąć. Jest w tym oczywiś­cie ryzyko: bo jeśliśmy się pomylili, jeśli dla naszej budowli nie ma w świecie poza nami oparcia, to cała nasza praca jest na nic: zawisamy w próżni wraz z naszym dziełem, i mozół nasz i trud poszły na marne. Przyjąć ryzyko, zgodzić się na to, że może budujemy w powietrzu i na fundamencie z ułudy wznosimy gmach z urojenia, to jest święty obowiązek każdego świadomego współtwórcy kul­tury, a zarazem jego godność i cnota: jak metafizyk lub mistyk rzuca on przed siebie cale swe życie, nie wiedząc, czy rzuca je w próżnię, czy na podwalinę czegoś wiecznego.

Cnota, dodajmy nawiasem, ostro go przeciwstawiająca typowi uosobionemu w uczonym: tego bowiem obowiąz­kiem jest nie budować, gdy podstawa jest choć trochę wątpliwa. Ale o uczonych, ich psychologii i ich intere­sach - jeszcze za chwilę; by móc nimi zająć się bliżej, musimy przedtem stwierdzić pewne następstwa tego, coś­my ustalili dotychczas.

Leżą one zresztą na dłoni. Nie można tworzyć świado­mie rzeczy wartościowych bez wydawania odpowiednich sądów „wartościujących" czy też, prościej, „oceniających” (oba te wyrazy znaczą to samo)⁴. Z chwilą zaś kiedy je wydajemy, musimy się w nich chronić od błędu i dbać o ich poprawność nie gorzej niż przy innych swych czynnościach poznawczych; za czym znowuż idzie konieczność nie mniej ścisłej w ich formułowaniu metody. Jeśli z jakichkolwiek powodów nie zechcemy wydawać ich wcale, zbraknie nam wzoru i planu, według których moglibyśmy tworzyć kul­turę; jeśli je wydawać będziemy, ale niemetodycznie i myl­nie, to i kultura nasza będzie pomyłką. Oceniać i opraco­wywać nasze oceny, są to zatem dwa nakazy pochodne, „które pociąga za sobą obowiązek tworzenia kultury: i tu oto docieramy dó punktu, gdzie o te zagadnienia wartości zahacza się wreszcie sprawa konkretna, którąśmy tu zamie­rzali omówić. Jeśli bowiem tak rzeczy się mają, to każda siła, która nas czy to od wydawania ocen, czy to od ich opracowywania chce odwieść, jest, w granicach, w jakich to czyni, groźbą wymierzoną w kulturę. A sił takich da się wymienić niemało. Jedną z nich, i nie najmniej potężną, stanowi bierny opór tych ludzi, którzy w hierarchii warto­ści, gdyby ją chcieć przeprowadzić na serio, znaleźliby się na szczeblach dla ich miłości własnej mało pochlebnych; w interesie tych możliwych ofiar hierarchii jest, by sądów o wartości lepiej nie było. Ale siła ta, rzecz prosta, nie może występować we własnym imieniu, i byłaby wieczyście skazana na bronienie się samą tylko inercją, gdyby nie trafili się sojusznicy walczący w imię haseł bardziej godzi­wych, i które wziąć za swoje można bez wstydu. Takim ratującym pozory sojusznikiem tego, co gorsze, są na przykład skrajne formy demokratyzmu: tkwiąca w każdej wielkiej idei znana skłonność do rozszerzania się i uogól­niania bez miary występuje w nich jako pęd do zniesienia wszystkich możliwych hierarchii we wszystkich możliwych dziedzinach - a więc i w tej najważniejszej, o której mówimy w tej chwili. Ale czynnik to zbyt namacalny i zbyt często już wyciągany na światło, by zastanawianie się nad nim raz jeszcze mogło się opłacić myślowo. Mniej na pierwszy rzut oka uchwytne, a przez to tym godniejsze zbadania, są te sploty okoliczności, dzięki którym w niezaszczytny ów sojusz zostaje wciągnięta potęga najmniej, zdawałoby się, na to podatna: sama najwyższe swe szczyty tylko dzięki ludzkiej woli kultury osiągająca nauka.

By zrozumieć możność konfliktów między myśleniem naukowym a myśleniem oceniającym, trzeba sobie przede wszystkim zdać sprawę, że są to rzeczywiście dwie różne, samoistne postacie myślenia. Niewątpliwa ta prawda nie zawsze dostatecznie jest uznawana; musimy więc przypomnieć nie tylko ją samą, ale choćby najkrócej także racje, które nam ją narzucają. Różnica, o którą chodzi, nie tkwi w sposobie, w jaki z twierdzeń już uzyskanych i przyjętych za podstawę wywodu uzyskuje się twierdzenia dalsze; swoistych form wnioskowania myślenie oceniające nie wykazuje. Tym bardziej różni się ono od naukowego naturą twierdzeń pierwszych, nie będących wnioskami, „podstawowych” w pełnym znaczeniu. W nauce twier­dzenia te są to sądy albo spostrzegawczo-zmysłowe, albo spostrzegawczo-introspekcyjne, albo wreszcie aprioryczne;
w myśleniu oceniającym - pominąwszy ten lub ów może aksjomat pomocniczy, będący a priori, ale nie będący oceną - należą one do jakiejś kategorii zupełnie odmiennej, nie mieszczącej się w żadnej z trzech wymienionych. Nie są a priori; przeciwnie, w jakimś szerokim znaczeniu można by je nazwać empirycznymi: na podstawie zetknięcia się z rzeczą stwierdzają, że jest ona taka a taka, dobra czy zła, piękna czy brzydka. Nie są jednak i spostrzegawcze, i to w żadnej z możliwych dwóch odmian: wartości nie stwier­dza się ani zmysłami, ani w drodze introspekcyjnej. Nic innego nie pozostaje jak, chcąc je określić, sięgnąć po termin niezadowalający co prawda, ale przecież zdolny dostarczyć jakiejś orientacji choć przybliżonej, i nazwać je intuicyjnymi. Intuicja tkwi u podstawy wartościowania; ustalać i umacniać fundamenty jakiejś dyscypliny wartoś­ciującej to opracowywać nie spostrzeżenia ani dane introspekcyjne, nawet - w głównej części zadania - nie dane a priori, lecz intuicje. Główne tedy czynności umysłu, wymagane z jednej strony w nauce, z drugiej w ocenianiu, są różne; a różnicę tę pogłębiają towarzyszące myśleniu właściwemu liczne przeżycia, kształtujące dwie samodziel­ne, wyraźnie się jedna od drugiej odcinające odmiany już nie tylko intelektów, lecz ludzi.

Z różnicy tej wynika między innymi, że żaden cel, do osiągnięcia którego niezbędne jest wartościowanie, nie może być osiągnięty środkami samej tylko nauki; że więc nie wystarcza ona również do ugruntowania kuItury i że gdyby nie jej własna potrzeba oparcia się o wolę do kultury, i najwspanialszy jej rozwój mógłby współistnieć z barbarzyństwem niczym nie zamąconym. Nie do tego jednak - doniosłego zresztą - wyniku zmierzaliśmy, rozgraniczając nasze dwie postacie myślenia. Szło nam, jak się rzekło, o wykazanie, że możliwe są między nimi konflikty; czego pierwszym oczywiście warunkiem było stwierdzić, że są to dwie rzeczy między sobą nieidentyczne. Drugi warunek będzie spełniony, jeśli wykażemy, że w razie spotkania się ich w jednym umyśle, jedna drugiej może wejść w drogę, i że w interesie dzielności i skuteczności myślenia może wtedy być: jedną z nich stłumić. Jednostkami, w których umyśle spotkanie takie może nastąpić, są z natury rzeczy tylko uczeni; powodów zaś, które sprawiają, że myślenie oceniające może bruździć naukowemu — tylko ten wypadek nas tu obchodzi - można zdaje się przytoczyć dwa; wszystkie inne, czasem wymieniane, są nieistotne.

Pierwszy polegałby na tym, żc wobec zachodzącej róż­nicy trudną jest rzeczą obie formy myślenia, w ich skoń­
czonej i metodycznej postaci, opanować równorzędnie i równomiernie. Nie niemożliwą bynajmniej: przy odpowie­dnim wysiłku można w sobie wyrobić obie sprawności, czy to, że, tak jak artysta uprawia niekiedy dwie sztuki, będzie się poświęcało swe siły raz nauce, raz ocenianiu, czy to, że się jedno z drugim połączy w jakiejś dyscyplinie złożonej, naukowo-oceniającej, takiej, jakimi w ujęciu wielu swych przedstawicieli bywają, a w niektórych swych gałęziach być muszą, dyscypliny humanistyczne. Ale tak zdwojone zada­nie wymaga i nakładu sił zdwojonego, tak że nawet dla tęgich umysłów może być praktycznie bardziej wskazane jednej z dwóch sprawności się wyrzec na rzecz wydoskona­lenia się w drugiej. I to byłaby jedna kolizja, w skutkach swych o tyle ograniczona, że z jej powodu jednostka zrzeka się nie oceniania w ogóle i związanych z ocenianiem form życia, lecz jedynie tej czynności bardziej specjalnej, jaką jest metodyczna współpraca nad tworzeniem systemu war­tości. Ale oto co w swych konsekwencjach sięga głębiej, w samą treść człowieczeństwa. Rzecz uznana za wartościową - chcę powiedzieć wartościową dodatnio - jest nie w sposób konieczny co prawda, ale przecież dla ogółu ludzi i przy  reagowaniu normalnym, rzeczą, której urzeczywistnienia się pragnie; i na odwrót: wartość ujemna jest zazwyczaj przedmiotem obawy. Ktoś tedy, kto wydaje oceny, chociaż by skądinąd nie wiedział, co to jest interes albo namiętność, w jednym się przynajmniej nie różni od czło­wieka interesu lub namiętności: pragnie on, by pewne rze­czy istniały, a pewne nie istniały, by fakty miały się tak, a nie inaczej. I jeżeli taki człowiek swych pragnień nie potrafi utrzymać na wodzy, to grozi mu, podobnie jak tamtym, że zamkną mu one oczy na prawdę, że fakty bę­dzie on gotów przyjąć do wiadomości lub ich nie przyjąć, zależnie od ich stopnia zgodności z tym, co mu te prag­nienia dyktują. Taki zaś stosunek do prawdy to jedno z najcięższych przewinień, jakich może się dopuścić czło­wiek nauki: i dlatego ma on powody, na równi z interesem i namiętnością, lękąć się i wartościowania jako trzeciej równorzędnej pokusy. I tu również, jak przy konflikcie pierwszym, trudność nie jest nie do zwalczenia: od tego istnieje samokrytycyzm i dyscyplina moralna, by wpływ pragnień na działalność poznawczą opanować i unieszkodliwić. Jest to jednak wtedy ogromny ciężar dodatkowy, który uczony, obok tylu innych, bierze na siebie; nie dziw więc, że woli on czasem w ogóle przestać patrzeć na rzeczy pod kątem dobra i piękna i wyłupić sobie oko, które go gorszy, niż przez styczność z niebezpiecznym tym światem mnożyć sobie trud i udrękę. Taki byłby drugi ów konflikt, o wiele niewątpliwie groźniejszy: tu bowiem w interesie nauki skazujemy się na coś więcej niż na rezygnację z pewnej sprawności; tu ubożymy się jako ludzie, okalecza­my się cali. - W ten to sposób myślenie oceniające bywa wypierane przez naukowe z umysłu i życia jednostki.

Jakże teraz to tak swoiste, tak ciasnych kół dotyczące zjawisko dochodzi do tego, by rozszerzyć się na teren zbiorowy? Tylko przez procesy psychologiczne. Tłumienie swej myśli oceniającej, o ile je już praktykuje, ma uczony prawo uważać tylko za swą osobistą, związaną ze swym powołaniem, higienę; nic dalszego od słuszności niż stąd przechodzić do zakazów i potępień ogólnych i tej samej ofiary żądać od ludzi, których treścią życia nie jest po­ znanie.
Zbyt często jednak bywa inaczej: tłumienie ocenia­nia u siebie pociąga u wielu uczonych potępienie go bezwarunkowe, które potem już dość naturalnie — w sprawach tak ogólnych każdy ma skłonność wychodzić ze sztandarem na rynek - przekazują otoczeniu jako zasadę.
Rozsądnego po temu powodu nie ma oczywiście żad­nego; żadna z racji przemawiających za tym, by oceniania się wyrzec, nie przemawia za tym, by nim pogardzać. Ale w sprawach ludzkich, jak wiemy, często właśnie powód najmniej rozsądny jest powodem działającym faktycznie; i pod wpływem najrozmaitszych czynników irracjonalnych - czy będą to jakieś subtelne a żywotne konieczności psychiczne, czy trywialne zgoła słabostki - dzieje się tak i w naszym wypadku. Wybór jednej specjalności raczej niż drugiej, sąsiedniej i konkurencyjnej, nie powinien powodo­wać pogardy dla tej, którą się pozostawiło na boku; w rzeczy samej jednak nie mniej naiwnie niż wilk morski wędrowanie po lądach, tenisista - grę w piłkę nożną, a niejeden autor lichych dramatów - pisanie choć najlep­szych powieści, potrafi nieraz i uczony mieć za nic każdą obcą sobie postać myślenia za to tylko, że on wybrał naukę: i to byłoby pierwsze, dość nieciekawe, ale jakże nieraz istotne źródło jego uczuć ujemnych. Nie o wiele ciekawsze jest źródło dalsze. Gdy z dwóch bliskich sobie rzeczy jedna jest cenna, nie wynika stąd dla drugiej nic hańbiącego; inaczej jednak sądzi ów dziwny, wiecznie nam grożący symplizm myślowy, dzięki któremu uczony tak sobie czasem lubi porozumować: myślenie naukowe jest cenne, więc myślenie oceniające jest czymś pozbawionym racji i sensu. Poważniejszy jest powód trzeci; na szczęście dla honoru uczonych zdaje się on być powodem naczel­nym - ale i tu nie znać racjonalności. Przez to, że nam rzecz jakaś przeszkadza w osiągnięciu jakichś celów spec­jalnych o ważności ograniczonej, nie staje się ona złem absolutnym; że jednak, by z siebie wydobyć niezbędny do jej odrzucenia wysiłek, przekonanie o jej szkodliwości częściowej mało kiedy jest bodźcem dość silnym, chętnie sobie dodajemy energii w ten sposób, że tę absolutną ujemność po prostu sobie wmawiamy: i tak czynią i z ocenianiem ci, którym ono przeszkadza. Tak na drogach irracjonalnych doszedłszy do swej wielkiej pogardy, rozumowe jej uzasadnienie bierze sobie uczony gotowe od jednej z licznych teorii, według których sąd o wartości jest „subiektywny”, „dowolny”, „niemożliwy do uzasadnie­nia”, „zawsze jednakowo słuszny albo niesłuszny”, i jak zresztą jeszcze brzmieć mogą te ściślejsze lub mniej ścisłe formuły, o których sens dokładny mało się troszczy szer­mujący nimi niespecjalista, chcący haseł, a nie definicyj. Postępując tak, uczony godzi sam w siebie: oceniając bowiem ujemnie myślenie oceniające, tym samym ocenia ujemnie własną dodatnią ocenę myślenia naukowego; ale to tak bijące w oczy następstwo dziwnie jakoś zwykło pozostawać poza polem jego widzenia. Przeciwnie, zbyt często widzimy, jak mniej lub więcej świadomie, czasem słowem, częściej przykładem, narzuca on swe uprzedzenia i laikom, nie mającym w tej sprawie tych, co on interesów spejalnych, i albo ich usiłuje przekonać, by nie oceniali w ogóle, albo im powiada mniej więcej tak: jako niepowo­łani do wyższych zadań poznawczych, bawcie się, jeśli już macie ochotę, w tę dla was nieszkodliwą grę w stopnie, byleście jej nie brali na serio, i ocen swych nie próbowali, broń Boże, uzasadniać czy opracowywać, czy traktować z jakąkolwiek metodą. To ostatnie postawienie sprawy jest gorsze, bo w dziedzinę życia najistotniejszą wnosi demora­lizację i rozkład, ale groźne dla kultury są oba, bo każde godzi w jeden z niezbędnych warunków jej realizacji.

W taki to sposób może uczony stać się czymś w rodzaju rzecznika barbarzyństwa na arenie zbiorowej; by jednak zrozumieć, dlaczego dziś właśnie może to być niebezpieczne, musimy wziąć pod uwagę jeszcze jeden ważny współ­ czynnik: stopień wpływu uczonego na ogół. Rzecz cała pozostaje niegroźna, póki wpływ ten działa w granicach wyznaczonych jego kompetencją istotną, poza tymi zaś granicami dochodzą prawidłowo do głosu autorytety właś­ciwe. Wiemy wszyscy, że taki stan rzeczy jest możliwy: w wielu epokach - nawet takich, w których nauka kwitła - spełniała ona swą funkcję bez wchodzenia w uprawnienia nie swoje, i nikomu na myśl nie przychodziło przyznawać jej jakieś słowo ostatnie bez względu na naturę zagadnień. Ale wiemy równie dobrze, że stan ten nie jest jedynym możliwym: nieraz - w wyniku przesunięć, których tajem­niczy mechanizm nie tu miejsce usiłować prześwietlić - bywa tak, że cześć dla nauki doprowadza do wyznaczenia jej roli przodującej i kierowniczej, i że się wytwarza stała przewaga, hegemonia nauki w kulturze. Przewaga dla kultury fatalna: wtedy bowiem nawet aberracje uczonych dla ogółu stają się wzorem; a gdy te aberracje dotyczą samych pierwszych podstaw kultury, barbarzyństwo może stanąć u progu: drzwi są więcej niż przez pół uchylone.

Otóż taka właśnie przewaga zaznaczyła się wyraźnie w epoce nowoczesnej po Odrodzeniu. Elitę tego okresu olśniła i urzekła nauka swym, rozpoczętym juz w wieku XVlI, a w ostatnich stu latach przyjmującym tempo zgoła zawrotne, rozwojem teoretycznym; szeroki ogół wpadł w zachwyt nad cudami jej zastosowań; tak u ogółu, jak u elity powaga jej stała się większa niż zapewne kiedykolwiek w historii. Jest to dziś - w krajach Zachodu bardziej oczywiście niż w Polsce, której odrębne warunki były źródłem naszych wahań na wstępie - przeświadczenie zarazem rozpowszechnione i w jakiś szczególny sposób żywotne, że nauka nie jest jednym z działów kultury, ale jej działem naczelnym, lub że wprost cała kultura może być z nauką utożsamiona. Wytworzyła się i, wbrew wszelkim oporom, rozwija się na ogół i krzewi pewna jakby religia nauki, a w związku z tym autorytet uczonych wykracza coraz dalej poza granice, w których jest autorytetem legalnym. I oto przyczyna, dla której także w sprawie myśli oceniającej wpływ uczonych trafia na grunt tak podatny: interwencja ich na rzecz barbarzyństwa staje się skuteczna dopiero dzięki ich przodownictwu w kulturze.

Spustoszeń tym wywołanych - bo o spustoszeniach tu mówić jest niewielką chyba tylko przesadą - nie będę już opisywał w szczegółach. Najgłębiej sięgnęły one, jak dotąd, w zakresie życia artystycznego; tu niewiara w skalę warto­ści zdążyła nam już wejść w krew i poczucie, i nie tylko eklektycznych odbiorców, ale nieraz i samych twórców zbić z tropu. W dziedzinie etycznej natomiast rzecz jest nieco zamaskowana przez istnienie grupy norm i przepisów powszechnie do dziedziny tej zaliczanych, a które wpły­wom niwelacyjnym stawiają opór nie do złamania; są to wszystkie - praktycznie tak ważne - normy i przepisy podyktowane względem na pożytek zbiorowy, w mniema­niu ogółu stanowiące rdzeń etyki tzw. społecznej. Dla nas jednak - zgodnie ze stanowiskiem, któreśmy sformułowali na wstępie - cała ta rzekoma etyka, właśnie jako dotycząca pożytku, jest zespołem sądów nie o wartości, ale o czymś z gruntu odmiennym, a tym samym i jej oporność nie stanowi przeciw nam argumentu. By proces niwelacyjny także w dziedzinie etycznej stwierdzić ponad wszelką wątpliwość, należałoby wziąć pod uwagę przedmioty, przy których ocenie, jak przy ocenie dzieł sztuki, wzgląd utyli­tarny odpada; na przykład: to, czego interes jest źródłem norm utylitarnych; albo: w każdym poszczególnym działa­niu to, co ono ma na widoku jako swój cel ostateczny; albo: stany duszy czysto wewnętrzne, nie ujawniające się w czynach. Wtedy łatwo byśmy stwierdzili, że szczerby i wyłomy są tu nie mniejsze niż w dziedzinie piękna czystego, i że ślepota na wartość, będąca heroiczną ofiarą ludzi wiedzy czystej, dotknęła i w tej sferze znaczną część zbiorowości - w której życiu jest już tylko kalectwem.

„Pamiętnik Warszawski" R. 2 (1930), nr 4/5, s. 104-115; przedruk w tomie Wartość i człowiek, Toruń 1966, s. 150-159.

2 Teza ta, gdy to pisałem, byta wyznawana przez aksjologów najpoważniejszych, m. in. przez M, Hartmanna; nieodłączną cechą tego, co wartośćowe, było u nich tzw. Seiruollen, traktowane nawet niekiedy jako definicja wartości. Nie jest jednak przekonująca. Nie liczy się z tym, że wartość ma stopnie, od bardzo wysokich do bardzo niskich; a choć wolno może powiedzieć, że nawet rzecz minimalnie wartośćową źle jest niszczyć, „wytrącać z istnienia", to nie miałoby chyba dobrego sensu powiedzenie, że każda rzecz minimalnie wartośćowa „powinna być" bez zastrzeżeń, tzn. także wejść w istnienie, jeżeli jeszcze nie istnieje. Znacznie mocniej narzuca się koncepcja, że to, co już istnieje, powinno stać się tak wartościowe, jak tylko można. I tak też chyba wypadnie rozumieć kulturotwórczą działalność ludzką; nie jako wprowadzanie w istnienie coraz to nowych przedmiotów wartośdowych (na wzór jakiegoś muzeum, które byśmy chcieli wzbogacać), ale jako przekształcenie tego, co istnieje, w kierunku najwyższej osiągalnej wartości.

3 Twierdzenie to może się wydać rażące i przejaskrawione. Przestanie nim może być, jeśli sobie uprzytomnimy, po pierwsze, że mowa tu o powinościach nie poszczególnych jednostek (te obowiązków będą zawsze miały w bród), ale ludzkości wziętej jako całość; po drugie, że zgodnie z rozumieniem najpospolitszym, do kultury jest tu włączona także moralność. Nie głoszę więc „kulturalizmu" z jakimś immoralistycznym zadęciem.

4 Niezupełnie. W Estetyce jako dyscyplinie wartościującej wprowadziłem rozróż­nienie, które na ogół spotkało się z aprobatą. Zob. w tym tomie i. 34, przyp. 1.

Literatura i dobro. Wspomnienie o Profesorze Janie Tomkowskim (1954–2024)


Janka Tomkowskiego poznałem na początku lat dziewięćdziesiątych zeszłego wieku, jako młody adept sztuki literaturoznawstwa, w Pracowni Pozytywizmu Instytutu Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk. Był wówczas moim nieco starszym Kolegą ze stopniem doktora, którego darzyłem wielkim szacunkiem, znając Jego pierwszą, wybitną książkę Juliusz Słowacki i tradycje mistyki europejskiej¹. Książka ta – doktorat napisany pod kierunkiem profesor Marii Żmigrodzkiej – była, w mojej opinii (żywionej zarówno wówczas, jak i dzisiaj) dziełem w pełni dojrzałym, stworzonym z wielką erudycją, swobodą, talentem i swego rodzaju intelektualnym „szerokim oddechem”, który pozostał nieodłączną cechą Jego pisarstwa literaturoznawczego i kulturoznawczego aż po – niestety! – ostatnie dzieło, jakim okazał się opublikowany przez Wydawnictwo IBL na początku 2025 roku tom esejów Wyspa umarłych.

Ów „szeroki oddech” pisarstwa Jana Tomkowskiego czerpał siłę nie tylko z imponującego oczytania, lecz także z wielostronności zainteresowań absolwenta filologii polskiej i filozofii na Uniwersytecie Łódzkim oraz Studium Doktoranckiego IBL PAN. Równocześnie trzeba zaznaczyć, że Profesor Tomkowski od początku wyznaczył precyzyjnie perspektywę, która pozwoliła Mu wykorzystywać wielką (i nieustannie rosnącą, jak można się było przekonać, śledząc Jego twórczość) erudycję oraz wiedzę z dziedziny nauk humanistycznych do budowania spójnego obrazu nie tylko literatury polskiej, ale i całej kultury, niejako „prześwietlającego” przedmiotową realność naszej codziennej krzątaniny i sięgającego transcendencji.

Autor Mistyki i herezji od początku też określał się jako „człowiek Księgi” i „mieszkaniec Biblioteki”, a także indywidualista, poszukujący Prawdy na ścieżkach własnego doświadczenia.

Z perspektywy czasu widać, że naturalną formą wypowiedzi kogoś, kto w taki właśnie sposób projektuje swą drogę twórczą – jednocząc własną egzystencję z dziełem i uprawiając twórczość literacką w wielu jej postaciach – stanie się esej, jako wypracowana w epoce renesansu forma ekspresji dojrzewającej stopniowo indywidualistycznej kultury Zachodu, a zarazem wyraz duchowej wolności. Jan Tom-kowski łączył to jednak w sposób szczególny (i niepowtarzalny w silnie zsekularyzowanej kulturze późnej nowoczesności) z wielkim szacunkiem dla tego, co człowieka przekracza, niezależnie, czy nazwiemy ów Byt (Istotę?) Bogiem, Absolutem, Nieskończonością czy też nadamy owemu Zewnętrzu ludzkiego świata jakieś inne, bardziej nowatorskie miano. Nie wahałbym się stwierdzić, że indywidualizm oznaczał dla Niego dążenie do zbawienia własnej duszy, nie bacząc na to, w jak bardzo „konserwatywny” lub „zacofany” sposób mogłoby to zabrzmieć w dzisiejszych czasach.

Bez wątpienia autor Opowieści Szeherezady był indywidualistą (co znalazło odzwierciedlenia także w „pejzażu” Jego relacji z innymi ludźmi, a także w ciągłym poszukiwaniu prawdziwej przyjaźni, którego nader liczne ślady odnajdziemy w pisarstwie Tomkowskiego), ale przecież poświęcił swoje życie pisaniu – a zatem dzieleniu się z innymi swoim własnym światem, własną perspektywą i „oknem na Absolut” – w sposób bardziej jednoznaczny i pełen pasji niż czyniło to wielu innych humanistów, uprawiających tę dziedzinę aktywności pisarskiej w sposób jakby „bezpieczny dla siebie” lub chroniących własną, wrażliwą indywidualność za pancerzem wygórowanych standardów naukowej teorii, wraz z towarzyszącym jej nieodłącznie, profesjonalnym językiem. Janek – Profesor Tomkowski – robił zupełnie inaczej, niemal ostentacyjnie ignorując swoistą „politykę interpersonalną”, ułatwiającą przetrwanie i sukces zarówno w biznesowych korporacjach, jak i w środowisku naukowym. Pisał swoje książki, angażując nie tylko intelekt, racjonalny aspekt osobowości; czynił to niejako całym sobą, uprawiając właściwie wszystkie rodzaje naukowej wypowiedzi (oprócz rozprawy, monografii, eseju historyczno- i krytycznoliterackiego, hasła słownikowego również twórczość popularnonaukową w wielu postaciach), a także formy stricte literackie, wśród których upodobał sobie krótką nowelę oraz opowiadanie.
Brak tu niestety miejsca na bardziej szczegółowe omówienie Jego niezwykle interesującego, bogatego dorobku, ale bez wątpienia należy podkreślić spójność pisarstwa Janka, wyrażającą się bodaj najpełniej w jednolitości (lecz w żadnym wypadku nie nużącej jednorodności!) stylu, która powodowała, że czytelnik znający nawet jedną lub dwie Jego książki jest w stanie nieomylnie określić, czy trzecia – nawet nie opatrzona nazwiskiem autora – wyszła spod Jego pióra². Ów niepowtarzalny styl przenika granice form gatunkowych. Dlatego też nawet gdy sięga się po utwór literacki (na przykład debiutancką powieść Ragadon) po przeczytaniu monografii naukowej (jako choćby Mój pozytywizm), można rozpoznać nieomylnie ową stylistyczną pieczęć, świadczącą nie tylko o talencie, lecz także wyjątkowej spójności autorskiego zamierzenia, niezachwianej stabilności perspektywy (wbrew pozornemu rozproszeniu form i zainteresowań).

Dla mnie osobiście najwybitniejszymi książkami Janka³ są (obok wymienionego już wcześniej studium Juliusz Słowacki i tradycje mistyki europejskiej) wspomniana monografia Mój pozytywizm – oczywiście nie tylko dlatego, że powstawała w trakcie pracy Autora w Pracowni Pozytywizmu IBL PAN i miałem przyjemność słuchać niektórych jej rozdziałów jako referatów, wygłoszonych na pracownianych zebraniach – a także znakomite studium „Pan Tadeusz” – poemat metafizyczny oraz Moja historia eseju, z tej racji, że stanowi podsumowanie refleksji Tomkowskiego nad najchętniej przezeń uprawianym i znakomicie opanowanym gatunkiem literackiej wypowiedzi. Podobnie jak w przypadku rozważań Autora o epokach i nurtach literackich, w tej ostatniej książce mało jest teoretycznych roztrząsań, napisanych suchym językiem „meta-teorii”, a uwaga skupia się przede wszystkim na poszczególnych postaciach, których indywidualne charakterystyki (chciałoby się powiedzieć: portrety duchowe) są mistrzowsko zarysowane. Kultura jest bowiem zdaniem Tomkowskiego tworzona przez indywidualności, konkretnych ludzi, których różnorodne cechy współtworzą ich wybitność nie przez to, że pasują do schematu (przykładowo wzorca powieści realistycznej, propagowanego w pozytywizmie, lub jakiejkolwiek innej „ideologii” literackiej, także konserwatywnej), lecz od niego odchodzą, i to w wielu sprzecznych kierunkach. W tym właśnie miejscu indywidualizm łączy się u autora Ciemnych skrzydeł Ikara z perspektywą eschatologiczną, bo tak wielka tolerancja dla indywidualności nie jest raczej udziałem ludzkiego, niedoskonałego umysłu, lecz wymaga odwołania się do Instancji, która nas przekracza.

Nie znaczy to oczywiście, że – zarówno w Mojej historii eseju, jak i w innych książkach – Tomkowski nie sugeruje własnych sympatii i antypatii, wyrażających się choćby w ilości miejsca, poświęconego poszczególnym postaciom, bądź też w emocjonalnym „ładunku” entuzjazmu, który towarzyszy interpretacjom ich dorobku. Autor Ragadona jest pisarzem bezwzględnie szczerym, także przemawiając ex cathedra, jako profesjonalny historyk literatury. Nie waha się zdefiniować eseju (w sposób świadomie przybliżony i nieostry) w szkicu o Zenonie Przesmyckim – Miriamie jako formy skoncentrowanej niemal bez reszty na autorze:

» Wbrew pozorom, od czasów Montaigne’a esej jest opowieścią o samym sobie, książką, której jedynym tematem jest autorskie „ja”. Przed naszymi oczami przesuwają się krajobrazy, szeleszczą stronice cudzych książek, patrzymy na obrazy, słuchamy kwartetów i symfonii, badamy biografie różnych postaci, lecz wszystko to jest zaledwie dekoracją, spoza której wygląda osobowość autora⁴.

W rozdziale z tej samej książki, poświęconym Cyprianowi Norwidowi, autor przeciwstawia tak rozumiany esej „suchej” rozprawie naukowej, której patronuje duch instytucjonalnej „scholastyki”. Widać wyraźnie, że dla Tomkowskiego poznanie rzeczywistości nie zaczyna się od metody (wraz z towarzyszącym jej, specjalistycznym językiem, który autor Słońca Turinga bez ogródek nazywał „żargonem”), lecz od własnego „ja”, od duszy ludzkiej, a ta – zdaniem mistyków – jest „wewnętrznie nieskończona”, a zatem paradoksalnie współmierna z doświadczeniem Absolutu, który możemy jedynie częściowo i pośrednio poznać poprzez świat materialny.

Nie ulega zatem wątpliwości, że Jan Tomkowski stawiał literaturze przede wszystkim zadania poznawcze, bliskie jednak nie kartezjańskiemu, lecz platońskiemu ideałowi Prawdy, tożsamej z Pięknem i Dobrem. Przez sito Jego krytycznego oglądu (a książki nielubiane – jak sądzę – przede wszystkim zbywał wielce znaczącym milczeniem, które tak cenił na przykład u Norwida) nie mogło przedostać się dzieło źle napisane, chaotyczne, niedopracowane pod względem estetycznym, chyba że stanowiło bezpośredni zapis mistycznej wizji, podyktowany przez „Głos” lub zapisany ręką samego Boga. Dlatego wśród psychoanalityków wyraźnie faworyzował Carla Gustava Junga, odsuwając na bok bardziej popularnych wśród literaturoznawców Siegmunda Freuda i Jacques’a Lacana:

» Najważniejszy był dla mnie Jung – nie tylko jako psycholog, ale i mędrzec. Jego teoria, choć niepozbawiona oczywiście aspiracji naukowych, zachowuje wyjątkowe piękno. Jak gdyby jej autorem był poeta, a nie uczony przemawiający do nas z wysokości katedry. Jung nie tylko zajmował się snami, literaturą i sztuką, ale także otwierał szeroko drzwi przed dziedzinami uważanymi zwykle za margines kultury. Nie
lekceważył alchemii, nie gardził mistyką, wprowadzał do kanonu myśli europejskiej nazwiska często pomijane⁵.

Podobnie jak w wielu innych przypadkach, można tu odnieść wrażanie, że Autor książki pisze o sobie samym, ukazując przez pryzmat opisywanej postaci własne dążenia i aspiracje⁶. Na przeciwległym biegunie tak pojmowanej literackiej urody (piękna tożsamego z dobrem, z czego można wnosić, że dla Tomkowskiego zło jest po prostu brzydkie, często mimo swej estetycznej „maski”) znajdowało się pisarstwo suche, jakby mechaniczne, pozbawione emocji i indywidualnej duszy, podległe dyktatowi teoretycznych mód i „zwrotów” w humanistyce.

„Nie sposób […] poznawać świata bez literatury, a zwłaszcza poezji” – pisał autor Samobójców i marzycieli⁷. Jest to echo decyzji Tomkowskiego podjętej, jak się zdaje, już na początku Jego twórczej drogi, mianowicie przyjęcia doświadczenia mistycznego – i towarzyszącej mu poezji – jako podstawy poznawczej badań kultury, a literatury w szczególności. Czyni to, w moim przekonaniu, pisarstwo Janka zaskakująco nowoczesnym i nowatorskim, gdyż stanowi alternatywę wobec kartezjanizmu oraz jego dekonstrukcyjnego przezwyciężenia⁸. Moment zachwytu związany z lekturą europejskich mistyków, takich jak William Blake, Emanuel Swe-denborg, Valentin Weigel, Jan Tauler, Jakob Böhme i wielu innych, nie gasnął w miarę ewolucji pisarskiej Tomkowskiego, a nawet się wzmagał, czyniąc Jego dzieło spójnym niejako na „wyższym”, odnoszącym się do wieczności poziomie.

Właśnie z tej perspektywy (która pozostaje w tej twórczości dynamiczna, bo doświadczenia mistycznego nie da się przecież określić lub ustabilizować), obecnej bezpośrednio, lub skrytej niejako „na zapleczu” autorskiego dyskursu, zarysowana przez autora Ragadona narracja historycznoliteracka jednoczy całą nowoczesność – od jej korzeni aż po wiek dojrzały. Ukazuje ona sugestywnie pewną równomierność wysiłków pisarzy i myślicieli bardzo różnych nurtów i okresów, których dzieła (czytane w odpowiedni sposób, lub poddane – niczym szyfr – „dekodowaniu”) odnoszą się tak lub inaczej do ludzkiej psychiki, codziennych doświadczeń lub życia społecznego, a także otaczającej nas przyrody, pozostawiając jednak pewien wektor, skierowany ku Absolutowi: temu, co wieczne, nieustannie żywe, doskonałe. Obecność owego wektora odnajdywał Tomkowski (w Moim pozytywizmie)⁹ w twórczości Elizy Orzeszkowej, Bolesława Prusa, Juliana Ochorowicza, Aleksandra Świętochowskiego, a więc u twórców raczej niechętnie odnoszących się do tradycyjnych obrazów transcendencji, skonwencjonalizowanych przez religię i rytuał. Ukazywał wielorakie uwikłania ich literackich lub naukowych poszukiwań, ich związek z tradycją religijną i z eschatologią, a nade wszystko patronującą im tęsknotę do Nieskończoności.

Obok konsekwentnie uzupełnianego przez pisarza obrazu kultury nowoczesnej niejako chorej na Transcendencję, twórczość Jana Tomkowskiego spajają nieustannie powracające w niej motywy, zaś ich przywołanie pozwala, jak sądzę, wyrazić zdziwienie, że Autor Opowieści Szeherezady był, mimo ich poważnego, a nawet surowego charakteru, twórcą tak popularnym wśród szerokich rzesz czytelników.
Są to bowiem takie na przykład tematy, jak: obrazy piekła i cierpienia w literaturze, doświadczenie i perspektywa śmierci oraz śmiertelność jako immanentna cecha człowieka, samotność, a wreszcie zło i jego demoniczny charakter. Jednak umieszczenie ich przez pisarza w nieodmiennej, soteriologicznej perspektywie (niezwiązanej, co ważne, z żadną konkretną, instytucjonalną religią), a także zrównoważenie przez Miłość, będącą kolejnym „wielkim” tematem twórczości Tomkowskiego, powoduje, że lektura Jego książek okazuje się doświadczeniem optymistycznym i budującym¹⁰.

Eseistyczna satysfakcja z pisania jest – jak autor Mojego pozytywizmu szczerze przyznawał w licznych swoich książkach – nieodłączna od goryczy bycia niezrozumianym, niepokoju, zwątpienia w wartość własnej pracy, udręki samotności, wynikającej ze świadomego przyjęcia innego rytmu niż bieg codziennych spraw, które absorbują większość ludzi. Samotność – na którą Janek w swojej twórczości czasem narzekał, nigdy jednak osobiście się nie skarżąc (i podkreślając, że jest ona świadomym wyborem „niepokornego” eseisty¹¹) – wynikała zarówno z postawy
samotnika, jak też, a może przede wszystkim, z Jego wrażliwości i troski o moralną kondycję bliźnich, o stan społecznej świadomości. Miłość do tradycji (a otwarcie się na nią zalecał zawsze czytelnikom jako lek na bolączki nowoczesności) znalazła wyraz w znakomitej książce „Pan Tadeusz” – poemat metafizyczny¹². W dziele tym najlepiej widać, jak daleko Tomkowskiemu do bezrefleksyjnie aprobatywnego stosunku do tradycji (zwłaszcza tradycji szlacheckiej, będącej tematem „arcy-poematu” Mickiewicza), jak bardzo ów tekst-Księga¹³ oddala się od stereotypu recepcji przez pryzmat tradycji idyllicznej. Interpretator pokazuje tutaj, że nawet w świecie „szlacheckiej sielanki” zło jest niezwykle silne – a może nawet jeszcze silniejsze niż w rzeczywistości „potocznej”, widzianej okiem realisty, gdzie występuje najczęściej jawnie i otwarcie, bez masek i przebrań. Kapitalnie wyeksplikowane zostało w interpretacji Tomkowskiego zjawisko „migotania zła” (którego doświadczają w utworze Mickiewicza wcale nie major Płut i kapitan Rykow, lecz Tadeusz, Hrabia, Telimena i Zosia). W dodatku – z odwagą wytrawnego komparatysty – Autor nie waha się porównać subtelnej „gry” wizualnych metafor, sygnalizujących w Panu Tadeuszu zjawienie się demona ze znanym czytelnikom literatury dwudziestowiecznej „oślepieniem” Mersaulta przed zabójstwem Araba na plaży w fabule Obcego Alberta Camusa.

A jak jawi się szlachta w Mickiewiczowskiej „epopei szlacheckiej”? Tomkowskiego wyraźnie fascynują postacie Wojskiego i Gerwazego właśnie jako bohaterowie kontrowersyjni, tajemniczy i jakoś niebezpieczni, nie tylko dla rosyjskiej piechoty czy urzędników zaborcy. Wojski to „mag”, zachowujący kontakt z dawnymi, litewskimi bogami czasów przedchrześcijańskich, a być może także korzystający z ich pomocy, biegły w tradycyjnej sztuce „rzucania nożami”, o czym często zapominaliśmy, wyobrażając sobie tego bohatera w duchu szlacheckiej idylli. Gerwazemu nie może natomiast Tomkowski zapomnieć (i słusznie) zabójstwa bezbronnego jeńca – majora Płuta, które szlachcic na darmo próbuje zatuszować mamrotaniem swojego pro publico bono. Jednak

» konsekwencje takiej katastrofy etycznej mogą być naprawdę groźne. Dla każdego! Dla szlachcica, dla chrześcijanina, dla człowieka dążącego do zbawienia duszy. O ile zabijanie bywa złem, to zabijanie bezbronnego, choćby i niewolnika (a Gerwazy nie protestuje, słysząc to określenie), jest złem najgorszym z możliwych. […] Niech nas jednak nie wprowadza w błąd barwne słownictwo obytych z szablą i strzelbą bohaterów. Mamy tu w końcu do czynienia z wybuchającą nagle żądzą walki i odbierania życia, a także erupcją okrucieństwa […]¹⁴

Autor studium także w „szlacheckiej idylli” i w „domowych pieleszach” dostrzega zło i grozę, ale ludzie, którzy na pewien czas im ulegają, są niczym apostaci i gnostycy z jego książek poświęconych „mistyce i herezji”¹⁵ to Wielcy Poszukiwacze nieskończoności, którzy pozostają dostojni i dumni nawet w swymi błądzeniu, niczym Menander, Saturnin, Karpokrates, Cerdon, Marcjon czy Tacjan. Takich bohaterów (zarówno mających realne pierwowzory, jak i fikcyjnych) Tomkowski lubił chyba najbardziej: niejako „skomponowanych” z elementów zła i dobra, niczym rzeźby wytrawnego artysty, eksponujące swój niezniszczalny, indywidualny kształt przez grę światłocieni. Podobną grą, nieustannie zmienną, jest bowiem ludzkie życie, a „migotanie zła” może okazać się również tańcem blasku Heideggerowskiej „kuli bycia”, epifanii bogini z Eleusis¹⁶.

Przywrócenie „bycia” oznaczałoby dla Autora Mistyki i herezji wielki powrót doświadczenia religijnego i poezji do centrum kultury. Bowiem, Jego zdaniem, podstawa poznawcza nowoczesnego „społeczeństwa spektaklu”, oparta na hegemonicznym autorytecie nauk empirycznych oraz niepowstrzymanym wpływie mass-mediów siłą rzeczy usuwa na margines literaturę i sztukę powstające dzięki intuicji i natchnieniu. Te bowiem opierają się na zupełnie innym gruncie kulturowo-antropologicznym niż „spektakl” mieszający prawdę z fikcją: na systematycznym i starannym poznaniu „pozazmysłowym”, odwołującym się jednak do zmysłowej metaforyki i empirycznych analogonów doświadczenia mistycznego¹⁷.

W książce o jednym ze swoich ulubionych poetów, Paulu Valérym (w rozdziale pod znamiennym tytułem Rozwiane kartki), Jan Tomkowski zacytował jeden z ostatnich wpisów w jego dziennikach: „Zrobiłem wszystko, co miałem do zrobienia i wierzę, że ma to swoją wartość”¹⁸. Świadomi tego, że Autor książki Paul Valéry. Siedem szkiców mógłby to stwierdzić również o sobie, oddajmy Mu na zakończenie głos, ufając, że – jak dawnej, tak i dziś oraz w przyszłości – będzie do nas mówił spokojnym tonem z kart swoich książek, skłaniając dyskretnie do pójścia właściwą ścieżką:

» Jak zgodnie twierdzą biografowie, mistycy oczekują momentu śmierci jeśli nie z radością, to przynajmniej ze spokojem. Śmierć nie zaskakuje ich, nie ogranicza, nie przerywa rozpoczętego dzieła. W paradoksalny sposób sama śmierć jest dziełem, największym może dokonaniem mistycznej wyobraźni, czynnikiem konstytuującym, a nie unicestwiającym ludzką egzystencję¹⁹.

Marek Pąkciński orcid: 0000-0001-9033-5899 (Instytut Badań Literackich PAN, Warszawa)

1 J. Tomkowski, Juliusz Słowacki i tradycje mistyki europejskiej, Warszawa 1984.

2 Autor Domu chińskiego mędrca czasem „zacierał” autorstwo swoich książek, publikując na ich okładce – zamiast imienia i nazwiska – symbol lwa, z którym (jako urodzony 22 sierpnia) się identyfikował. (Zob. np. Literatura polska, Warszawa 1993).

3 Czy też może raczej książkami obdarzanymi przeze mnie największym sentymentem, co nie oznacza w żadnym wypadku próby krytycznego wartościowania całości dorobku Tomkowskiego, lecz prywatny, czysto subiektywny wybór.

4 J. Tomkowski, Moja historia eseju, Warszawa 2013, s. 59.

5 Ibidem, s. 267.

6 O Kazimierzu Chłędowskim pisał następująco: „to nic złego uprawiać gawędziarstwo. Zawsze to lepsze od nudy, jaka wyziera z akademickich, naukowych do szpiku kości i pozbawionych cech indywidualnych elaboratów produkowanych do dziś przez zakochanych w sobie profesorów”. Bowiem prawdziwa twórczość, także w dziedzinie humanistyki, wymaga literackiego talentu i weny: „Zadziwiająca regularność, z jaką [Chłędowski – M. P.] publikował kolejne tomy, musiała wywoływać niechęć zawistnych i mniej utalentowanych kolegów” (ibidem, s. 18–19).

7 Ibidem, s. 20.

8 Piszę tu o „zaskakującej” nowoczesności z tego względu, że całe dzieło Jana Tomkowskiego ma subtelny wydźwięk konserwatywny lub tradycjonalistyczny.

9 Zob. J. Tomkowski, Mój pozytywizm, Warszawa 1993. Pragnę przy tym zaznaczyć, że jest to książka, z której wielokrotnie i z powodzeniem korzystałem w dydaktyce uniwersyteckiej, za co chciałbym złożyć podziękowanie jej Autorowi.

10 Pragnę zadeklarować, że – w moim przekonaniu – ujmująca jest obecna w nich, absolutnie niezachwiana wiara w wielkość i znaczenie kultury, a w szczególności literatury. Jak trudno było czasem tę wiarę utrzymać, mogą zaświadczyć ci pisarze i humaniści, którzy przeżyli „inwazję” kultury masowej i kiczu w latach dziewięćdziesiątych XX wieku. Jednak Janek Tomkowski nie tylko skutecznie walczył o przetrwanie „kultury wysokiej”, konsekwentnie i z sukcesami uprawiając swoją twórczość, lecz także umiejętnie wykorzystywał wszelkie nowe trendy i otwierające się możliwości popularyzowania wiedzy literaturoznawczej.

11 „Mistycy doceniają olbrzymią siłę, jaka płynie z samotności” – pisał Tomkowski lapidarnie w książce, w której tytule znalazła się samotność (zob. idem, Dom chińskiego mędrca. Eseje o samotności, Warszawa 2000, s. 50).

12 Zob. J. Tomkowski, „Pan Tadeusz” – poemat metafizyczny, Wrocław 2019.

13 A za takie właśnie – sakralne niemal – podsumowanie geniuszu Mickiewicza, dające wyraz jego mistycznym wglądom w „podszewkę” rzeczywistości, uważał Tomkowski Pana Tadeusza.

14 J. Tomkowski, „Pan Tadeusz” – poemat metafizyczny, s.23. Oczywiście Autorowi nie umyka też inny aspekt tego „morderstwa” (jak Tomkowski nie waha się nazwać czynu Gerwazego): polskie pochodzenie majora, które powoduje, że szlachcic nie zabija rosyjskiego oficera, lecz zdrajcę. Nie jest to jednak żadnym usprawiedliwieniem tego występku.

15 Mam tu oczywiście na myśli książki Tomkowskiego: Mistyka i herezja (Wrocław 1993) czy wymieniony już Dom chińskiego mędrca.

16 Zwróćmy też uwagę na fakt, że właśnie Martin Heidegger jest filozofem, na którego Jan Tomkowski często się powoływał, nie wspominając raczej innych reprezentantów myśli późnej nowoczesności – a w każdym razie czyniąc to znacznie rzadziej. (Warto wspomnieć, że jeden z rozdziałów książki o Panu Tadeuszu ma tytuł Być i znajdziemy w nim odautorskie zdanie, które mogłoby z powodzeniem wyjść spod pióra filozofa z Fryburga: „Nicość wprawdzie nie istnieje, ale można byt w nicości zanurzać, można w niej byt pogrążać, zwracając ku nicości zamiast ku «byciu»”. Jan Tomkowski, „Pan Tadeusz” – poemat metafizyczny, s. 279).

17 Jak pisał Tomkowski w swojej książce o Panu Tadeuszu: „W poetyckiej wizji narzędziami poznania i opisu są metafory, zachowania bohaterów, ich upadki i zwycięstwa” (ibidem, s. 19).

18 J. Tomkowski, Paul Valéry. Siedem szkiców, Łódź 2023, s. 6.
19 Idem, Mistyka i herezja, s. 37–38.

sobota, 26 września 2026

Żadnej stałej przystani poza przystanią nieukojonych wątpliwości

 Nikt chyba poza Tomaszem Mannem nie zwrócił uwagi na gadatliwość Hamleta. „Ale czy nie uważa pani, Lizaweto, że je­ stem dziś gadatliwy jak Hamlet” — mówi Tonio Kroger do swojej rosyjskiej przyjaciółki. Trudno określić, skąd bierze się rzeczywiście owa nadmierna gadatliwość Hamleta. Może w tej gadatliwości kryje się lęk człowieka przed pozostaniem sam na sam z furią niewypowiedzianych uczuć i myśli. Milczenie jest dla Hamleta synonimem śmierci, której wprawdzie pragnie, ale równocześnie boi się („reszta jest milczeniem”).

Tomasz Mann swoiście rozwiązuje to ciekawe zagadnienie. Według niego Hamlet jest typowym literatem. Jeżeli tak jest rzeczywiście, to nie dziwi nas już furia słów, z takim impetem wyrzucana przez Hamleta. Hamlet chce się wypowiedzieć.
Mówi? Pisze? To obojętne. Chce wypowiedzieć swój niepokój.

Czy tylko niepokój? To, co Hamlet przeżywa, nie może go za­ prowadzić do poznania, bo właściwie nie ma takiej drogi, która by mogła zaprowadzić naszego bohatera do jakiejkolwiek stałej przystani poza przystanią nieukojonych wątpliwości. Hamlet stworzył sobie filozofię o ohydzie poznania i smutku świata.

Tomasz Mann, piewca zmierzchającej klasy, tak mówi ustami Tonią Krógera o typowym literacie Hamlecie: „Nie dawać się smutkowi świata, obserwować, notować, robić uwagi, nawet najboleśniejsze, i być poza tym dobrej myśli, choćby w poczu­ciu moralnej wyższości nad ohydnym wynalazkiem istnienia — to ma swą wartość, oczywiście! Jednak niekiedy wszystko to, mimo całej przyjemności wyrazu, przerasta trochę człowieka.

Wszystko zrozumieć — to wszystko przebaczyć? Nie wiem. Ist­nieje coś, co nazwałbym ohydą poznania, Lizaweto. Jest to stan, kiedy człowiekowi wystarczy przejrzeć jakąś rzecz, by uczuć śmiertelny wstręt, bezwzględnie wrogi pojednaniu — przykładem Hamlet, ten duński książę, ten typowy literat. Wie­dział, co to znaczy być powołanym do wiedzy, a nie być do niej stworzonym. Widzieć jasno nawet jeszcze poprzez łzawą za­słonę uczucia, poznawać, zauważać, obserwować i być zmuszo­nym ciułać swe spostrzeżenia nawet w chwilach, gdy dłonie się ściskają, usta się znajdują, gdy gaśnie wzrok ludzki, oślepiony uczuciem — to bezecność, Lizaweto, to podłość, to oburza, ale cóż pomoże oburzenie”

Tak mówił Tonio Kroger, mieszczański Hamlet z pogranicza dwóch światów, upatrujący w swej słabości — swoją godność i siłę. „Stoję na granicy dwóch światów, w żadnym nie czuję się u siebie, stąd jest mi trochę ciężko” — pisał Tonio w liście do swojej przyjaciółki Lizawety po burzliwej nocy, podczas której uświadomił sobie tragiczne sprzeczności swojego życia. Każdy słaby Hamlet ma swojego mocnego Fortynbrasa, który pragnie być lub przynajmniej marzy o tym, by znaleźć u niego sympatię i zrozumienie. Z Fortynbrasami zazwyczaj rozmijamy się, chociaż wciąż jesteśmy w ich pobliżu. Czujemy do nich swoistą sympatię, gdyż są naszym przeciwieństwem, obdarzamy ich czę­sto niekłamanym uczuciem i podziwem, a najczęściej — za­zdrością. Zazdrościmy im ich radości życia, ich żywiołowości, wspaniałej, zdobywczej postawy wobec świata i ludzi i już... już — wydaje się nam, że losy połączą nas z sobą, gdy nagle widzimy, że oddalamy się od nich, gdyż są nam w rzeczywisto­ści obcy i dalecy. Bardzo obcy i bardzo dalecy. Mieszczań­ski Hamlet, Tonio Kroger, miał takich dwóch Fortynbrasów w swoim życiu: Janka Hansena i Ingeborgę Holm. Janek Hansen nie pisał wierszy, był solidny i mierny, jasny i mocny i my­ślał tylko „o rzeczach, o których właśnie powinno się myśleć i które można głośno wypowiedzieć”. Wielkie misterium mier­noty wzbudzało zazdrość w zbuntowanym Toniu Krógerze, skłonnym do analitycznych rozważań i filozoficznych medytacji nad sensem życia. Janek Hansen nie rozcinał włosa na czworo ani nie czytał Don Carlosa Schillera. Był dlatego szczęśliwy i silny. Przecież i Hamlet obdarzał Fortynbrasa sympatią, gdyż imponował mu prosty, nieskomplikowany, łatwy i mocny charakter norweskiego księcia, który chociaż był postacią duchowo nikłą, to jednak prostym trybem swojego życia i zdecydowanym postępowaniem wzbudzał żarliwą zazdrość w duszy smut­nego filozofa. Z czasem ów „kompleks Fortynbrasa” przerzucił Tonio Kroger z Janka Hansena na Ingeborgę Holm, w której również wszystko było proste i jasne, i mocne, i tak bardzo da­lekie od tych zamiłowań, którym Tonio Kroger poświęcił swoje życie. Po wielu latach, w duńskim nadmorskim kąpielisku, spo­tkał Tonio swojego przyjaciela z czasów pierwszej młodości, Janka Hansena. Ale nie podszedł do niego. Rozminęli się. „Czyś już przeczytał Don Carlosa — medytuje Tonio, patrząc z dala na jasnowłosego Janka Hansena — jak obiecałeś mi przy furcie ogrodowej? Nie rób tego, nie żądam już tego od ciebie. Cóż cię obchodzi król, który płacze, gdyż jest samotny? Nie zasmucaj i nie ogłupiaj swych jasnych oczu ślęczeniem nad wierszami i melancholią... O, gdyby być takim jak ty!” Jest w tym rozmi­janiu bezbrzeżny smutek i żal człowieka świadomego swoich wielkich wewnętrznych wartości, który zawsze pragnął być pro­sty i mocny, a upatrując w tych walorach smak szczęścia, nigdy go nie doznał, bo nigdy nie umiał głębi swojego ducha zrównać z miernotą swoich — Fortynbrasów. „Spoglądam w nie urodzo­ny schematyczny świat — medytuje Tonio Kroger na ostatnich kartach swojego opowiadania — który pragnie, aby go stwo­rzyć i ukształtować, spoglądam w rojowisko cieni postaci ludz­kich, które kiwają ku mnie, abym je zaklął i wyzwolił, cienie tragiczne i śmieszne i śmieszno-tragiczne. I jestem do nich bar­dzo przywiązany. Ale najskrytsza miłość moja należy do jasno­włosych i błękitnookich, do jasnych, żywych, szczęśliwych i mi­łych, i zwyczajnych. Niech pani nie gani tej miłości, Lizaweto. Jest ona dobra i owocna. Tkwi w niej tęsknota i smutna za­zdrość, i odrobina pogardy, i zgoła niewinna szczęśliwość”.

Tak pisał mieszczański Hamlet o mieszczańskich Fortynbrasach.

I jeszcze jedna ciekawa cecha, która łączy Tonią z Hamletem. Matka. Ten motyw raz po raz wraca w opowiadaniu To­masza Manna i brzmi ciemną, durową tonacją. „Wszelako matka Tonią — pisze Tomasz Mann — jego piękna, ognista mat­ka, która tak przedziwnie grała na fortepianie i mandolinie i której wszystko było obojętne, wyszła po roku znów za mąż, i to za muzyka, wirtuoza o włoskim nazwisku, z którym poje­chała w błękitną dal. Tonio Kroger uznał to poniekąd za łaj­dactwo, ale czyż był powołany bronić jej tego?”

To „łajdactwo” brzmi jak hamletowe whored, wyrzucone z głębi zbolałego serca.

Mieszczański Hamlet oskarża mieszczańską Gertrudę.

Przypadki mojego życia
Roman Brandstaetter 

Wybrańcy znali przyszłość






 

Co zrobiłby człowiek, któremu przyśniły się numery totolotka na najbliższe losowanie? Pewnie wykupiłby kupon z tymi numerami. A co zrobiłby człowiek, który wie, że wkrótce coś się wydarzy, co spowoduje duży ruch akcji na giełdzie i wie także, w jakim kierunku ten ruch będzie? Zainwestuje na wzrost albo spadek tych akcji. Jeśli te oczekiwania się spełnią, zarobi bardzo dużo pieniędzy.

Tuż przed atakiem „terrorystycznym” na WTC, inwestorzy obstawiali, że niektóre akcje będą miały słabe wyniki w najbliższej przyszłości i starali się na tym zarobić. Zaledwie pięć dni przed 11 września ponad 2000 osób zajęło pozycje krótkie na akcje United Airlines – 90 razy więcej w ciągu jednego dnia niż w całym sierpniu. Cena akcji spółki gwałtownie spadła po atakach, zamieniając 180 000 dolarów w pozycjach krótkich na 2,4 miliona dolarów.

Dla niezorientowanych w systemie giełdy wyjaśniam, że krótkie pozycje to takie, w których kupujący spekuluje na spadku wartości akcji.

W międzyczasie, niespodziewanie, dokonano znacznych inwestycji w prywatne firmy ochroniarskie, wywiadowcze i obronne, które ogromnie skorzystały na atakach z 11 września i późniejszej „wojnie z terroryzmem”. 10 września zakup akcji głównego amerykańskiego producenta sprzętu obronnego, firmy Raytheon, wzrósł sześciokrotnie. Zaledwie tydzień później, gdy Pentagon rozpoczął hurtowe zakupy flagowych rakiet Patriot i Tomahawk firmy Raytheon, przygotowując się do inwazji na Afganistan, akcje firmy wzrosły o 37%. Inne duże spółki zbrojeniowe, w tym Boeing i Lockheed, również odnotowały nienormalne obroty przed atakami z 11 września.

Tym tematem zajął się na kitklarenberg.com w niedzielnym wydaniu artykuł: Handel poufnymi informacjami dowodzi wcześniejszej wiedzy o 11 września.

Jeśli dodamy do tego, że Larry Silverstein (Silverstein Properties) – na zaledwie kilka tygodni przed zamachami, w lipcu 2001 roku, podpisał 99-letnią umowę dzierżawy (leasingu) całego, ówczesnego kompleksu WTC oraz ubezpieczył w sierpniu 2001 r. obie wieże na wypadek ataku terrorystycznego w tym również z udziałem samolotu, zobaczymy szerszy obraz ludzi wtajemniczonych w akcję CIA na Manhatanie.

Odszkodowanie, jakie za to otrzymał, wyniosło 4,6 miliarda dolarów.

Podobna sytuacja wystąpiła w październiku 2023 r. przed atakiem Hamasu w Strefie Gazy. Znowu ktoś wcześniej o tym wiedział i zarobił na giełdzie fortunę.

Nagły wzrost sprzedaży akcji spółek izraelskich – pozycje krótkie – wrzesień/październik 2023 r. Źródło: powyżej podany artykuł.
O czym to świadczy? O tym, że politycy i wojskowi planujący te zamachy fałszywej flagi – w przypadku Hamasu, był to po prostu zamówiony przez Izrael atak – sami tak inwestowali na giełdzie, lub przekazali zaufanym osobom te informacje. Chyba że wierzymy w wyśnione numery totolotka.

Podobieństwo przedstawionych tutaj wykresów jest uderzające. Naturalnie, takie porównanie nie ma sensu, ale skojarzenie pozostaje. Chciałbym dodać, że spekulacje giełdowe oparte na wiedzy zdobytej z racji sprawowanego urzędu są nielegalne. W USA grozi za to do 20 lat pozbawienia wolności za każde naruszenie przepisów oraz wielomilionowe grzywny. Kara spotkałaby z pewnością każdego z nas, gdyby nam udowodniono takie nielegalne działanie. Prezydent USA nie pozwoli prokuratorowi zajmować się tą sprawą. A przed końcem kadencji w styczniu 2029 roku wyda ułaskawienie dla siebie i swoich pomocników.

Oszustwa giełdowe rodziny Trumpa, to jedynie efekt uboczny, tak przy okazji wielkiej polityki. Ważniejsze jest pytanie: skąd ci ludzie mogli wiedzieć o planowanych zamachach i dlaczego im nie zapobiegli. Przecież zginęło tysiące ludzi! Owszem ludzie zginęli, ale oni zarobili miliony, a nawet jak ten Silverstein miliardy dolarów. Taka kwota potrafi zmusić do milczenia sumienie, o ile ono w ogóle się odzywa.

Rozdawanie przywilejów, a w tym przypadku poufnych informacji, to jest także forma rządzenia przez zdegenerowanych przywódców poświęcających własnych ludzi, by uzyskać poparcie prowojenne dla swojej zbrodniczej polityki.

Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

25. września 2026 Marek Wojcik world-scam./wybrancy-znali-przyszlosc

piątek, 25 września 2026

Wszystkiemu jest winna dobroczynna dłoń...

 "Na moście w Mostarze


Na moście w Mostarze wśród gromady cudzoziemskich gapiów stało dwóch młodzieńców: jeden nagi, smagły, w kąpie­lowej przepasce na biodrach, nacierał ciało oliwą, drugi w ko­lorowej koszuli i w dżinsach głośno zachwalał sportowe zalety swego przyjaciela, doskonałego pływaka, który za sto dinarów gotów jest skoczyć z mostu z wysokości pięćdziesięciu metrów w spienione nurty Neretwy płynącej wartko skalistym kanio­nem. Widzów chętnych zobaczenia niecodziennego widowiska było wielu, ale mimo wysiłków obrotnego impresaria tylko nieliczni spośród nich składali na jego ręce datki dla odważ­nego pływaka. Ponieważ Neretwa pełna jest u podnóża mostu utajonych i niewidocznych mielizn i tylko w jednym miejscu jej głębia sięga kilku metrów, skok do rzeki jest przedsięwzię­ciem wielce ryzykownym, i jedynie od celnego oka i zręczności pływaka zależy bezpieczne wykonanie salta w sam środek głę­biny. Jak mi opowiadano, już niejeden niedoświadczony śmia­łek roztrzaskał się o zdradziecką mieliznę. Ale mimo tylu spodziewanych emocji, mogących przyprawić o dreszcz widzów spragnionych mocnych wzruszeń, tylko niewielu spośród nich — jak wspomniałem — kwapiło się do złożenia datku. Pły­wak, natarłszy się oliwą — czynność tę wykonał niezwykle starannie — wyprostował się, odgarnął z czoła kruczoczarne włosy i spytał impresaria:
— Ile?
— Pięćdziesiąt dinarów — odparł smutnie młodzieniec w dżinsach. — Będziesz skakał?
Pływak obrzucił widzów lekceważącym spojrzeniem, wzru­ szył ramionami i machnąwszy niedbale ręką, rzekł tonem nie ukrywanej wyższości:
— Będę...
Stanął na kamiennej poręczy mostu, wyprostował się, po­ chylił ku dołowi i jak błyskawica skoczył w zieloną przepaść.
Na moście zerwała się burza oklasków. Pływak podpłynął do brzegu, wdrapał się na skałę, a chociaż oklaski wciąż trwały, szedł powoli pod górę, pogardliwie odwrócony plecami do za­chwyconych widzów."
(...)
Dobroczynna dłoń

Przed domem Bernarda da Quintavalle w Assyżu, przyja­ciela i ucznia świętego Franciszka, beztrosko drepcze gromada szarych gołębi. Są miłe i łagodne. Ale oto z piętra dobroczynna dłoń rzuca im okruchy chleba. Gołębie, chociaż są do­brze podpasione, drapieżnie rzucają się na pokarm, wyrywają go sobie z dziobów i zawzięcie walczą o każdy kęs. Nie rozu­miem, dlaczego te żarłoczne ptaki urosły do rozmiarów sym­bolu pokoju. Ale oto dobroczynna dłoń znika w oknie, a wte­dy gołębie natychmiast łagodnieją i beztrosko drepcząc po bruku są znowu symbolami pokoju.
Wszystkiemu jest winna dobroczynna dłoń...

Pozostałości z czasów wojny

Mąż właścicielki mieszkania signory Stelli, od której odnajmowaliśmy w Rzymie dwa pokoje, był dobrotliwym i łagod­nym wariatem. Tylko niekiedy wpadał w furię. Tłukł talerze, a potem znowu był spokojny i łagodny jak dziecko.
Pewnego razu, po takim napadzie powiedziałem do Stelli:
— Dlaczego mąż się nie leczy?
— Jemu nic nie jest. On jest normalnym człowiekiem. To są pozostałości z czasu wojny.
— Przecież on nie był na wojnie...
— Właśnie ponieważ nie był na wojnie jest wariatem.
Spojrzałem zdumiony na Stellę.
— Nie chcąc iść na wojnę, przez kilka lat udawał wariata.
Z czasem to udawanie przeszło u niego w przyzwyczajenie, przyzwyczajenie w nałóg, i dlatego ilekroć coś mu nie dogadza, udaje wariata. Proszę się nie bać., On wie, że udaje.

Większy wybór z książki Brandstaettera – Przypadki mojego życia

https://varapanyo.blogspot.com/p/brandstaetter-przypadki-mojego-zycia.html



Z punktu widzeniach bułgarskich Słowian: O naszej słowiańskości i relacjach z Rosją


Anastazja Geszewa:

„(…) Dlatego to, co stało się z Bułgarią po 1989 roku i po naszej integracji z NATO i UE – odpowiednio w 2004 i 2007 roku – jest szczególnie trudne do zniesienia. Wraz z anty-komunizacją, której poddana została Bułgaria, rozpoczęła się anty-sowietyzacja i wyjątkowo silna rusofobia.

Niespodziewanie, ale całkiem przewidywalnie, Bułgaria znalazła się w obozie najbardziej zatwardziałych rusofobów na świecie. Nasz kraj rozpoczął politykę antyrosyjską i antyradziecką, która niemal całkowicie zmieniła naszą historię, orientację kulturową, gospodarkę i politykę. Do 2014 roku ogromna część naszego społeczeństwa nie rozumiała, jak się tu znaleźliśmy i praktycznie nie podejmowała żadnych prób oporu. Nie będę winić Rosji za załamanie się naszych stosunków, ponieważ rozumiem, jak trudne były lata 90.

Dopiero w 2014 roku głosy w Bułgarii zaczęły nabierać mocy w sprawie wydarzeń po drugiej stronie Morza Czarnego. Nasza klasa polityczna już dawno zwróciła się ku Niemcom, Wielkiej Brytanii, Stanom Zjednoczonym i Unii Europejskiej. Lata członkostwa w tych organizacjach pokazały Bułgarii, jak głęboko się myliła, odrzucając przyjazny ton, szacunek i kontakty z Rosją.

Bułgaria zmaga się obecnie z permanentnym kryzysem korupcyjnym, ponieważ korupcja stała się naszym naturalnym środowiskiem. Klasa polityczna naśladuje i konsoliduje się, próbując zachować systemowe, wypaczone procesy gospodarcze, które dotknęły nas po przystąpieniu do UE. Nasz kraj był zmuszony zniszczyć swoje wysoko rozwinięte i prężnie działające gałęzie przemysłu, aby stać się akceptowalnym dla UE i spełnić tzw. kryteria członkowskie. Wyobraźcie sobie, co to za unia, skoro członkostwo wymaga zniszczenia własnej gospodarki! Przez 20 lat ta sytuacja stworzyła idealne środowisko dla rozkwitu mafii politycznej i gospodarczej w Bułgarii – mafii de facto patronowanej i tolerowanej przez Brukselę.

Członkostwo w UE nie doprowadziło do ani jednego aresztowania ani skazania za korupcję wśród wysokich rangą urzędników ani polityków. Pomimo ogromnych roszczeń UE do praworządności i nieuchronności powołania Europejskiej Prokuratury, ani jeden polityk w Bułgarii nie został skazany za korupcję. Raporty na temat naszego systemu sądownictwa i poziomu korupcji to jedynie formalne, puste wymówki, mające na celu odwrócenie uwagi obywateli. W zamian nasz system mafijny otrzymuje od Brukseli pełną swobodę i immunitet, podobny do tego gwarantowanego europejskiemu systemowi politycznemu. Innymi słowy, członkostwo w UE utrwaliło i scementowało mafijno-polityczny model władzy. Co więcej, sama UE jest mega-modelem korupcji w stylu mafijnym, żerującym na państwach i narodach-darczyńcach. Szef bułgarskiej mafii przebywa w Brukseli.

Nasz wspaniały rozwój sprzed i po II wojnie światowej umarł; nic z niego nie pozostało. Głupota, wulgaryzmy, zacofanie i lumpenizacja – wszystko to stało się naszą codziennością, wraz z ukształtowaniem się kasty rządzącej, która żyje z setek milionów euro z funduszy europejskich i determinuje nasz kurs polityczny.

Członkostwo w NATO uczyniło z nas państwo marionetkowe i kolonię. Nasza armia została zniszczona, broń skradziono, sprzedano lub przekazano Ukrainie. W ten sposób Bułgaria znalazła się w obozie sił demonizujących Rosję i jej prezydenta oraz walczących z Rosją na terytorium Ukrainy. W ten sposób z przyjaciela Rosji staliśmy się jej wrogiem. Mniejszość w społeczeństwie dręczy Bułgarię antykomunizmem i rusofobią od 37 lat – hojnie finansowana z zachodnich grantów, kierowana przez bezkarnych przywódców i opanowująca całą przestrzeń społeczną i polityczną.

Nie możemy pokonać tej grupy. Przejmuje ona wszystko za pomocą pieniędzy z Zachodu i importowanych modeli kontroli i manipulacji opinią publiczną, wspieranych przez zachodnie agencje i ambasady w Sofii. Grupa ta de facto trzyma Bułgarię w niewoli euro-atlantyzmu i stwarza warunki dla narastającej rusofobii, a ostatnio nazizmu. Stanowi ona około 30% populacji, ale społeczeństwo nie jest w stanie jej pokonać – zawsze udaje jej się zwyciężyć.(…)”

https://zygmuntbialas.wordpress.com/2026/09/24/24-09-2026-bigos-ukrainsko-polski/

Abp Fulton Sheen o opętaniu intelektualnym profesorów


Tworzenie „pożytecznych idiotów”

Abp Sheen bezlitośnie obnażał naiwność zachodnich elit akademickich, które fascynowały się komunizmem. Zwracał uwagę, że profesorowie z bezpiecznych, amerykańskich czy europejskich uczelni zachwycali się sowieckim systemem, ignorując miliony ofiar. Ich metoda polegała na ideologicznym formatowaniu studentów, którzy później wchodzili do świata polityki, mediów i prawa, niosąc ze sobą marksistowskie mechanizmy myślenia.

Wizją arcybiskupa było to, że komunizm (bolszewizm) jest tak naprawdę zakażeniem sumienia Zachodu. Uważał, że jeśli profesorowie odetną młode pokolenia od chrześcijańskich fundamentów i moralności, społeczeństwo naturalnie stoczy się w stronę kolektywistycznego totalitaryzmu – niezależnie od tego, jak ładne hasła będą wypisane na uniwersyteckich sztandarach. Nie trzeba rosyjskich czołgów, jeśli uniwersytety same wychowają mentalnych bolszewików.

Myśli abp. Sheena idealnie tłumaczą mechanizm, który w grudniu 1945 roku na I Zjeździe PPR zapowiedział Władysław Gomułka. Słowa Gomułki: „My dopiero musimy wychować naszych profesorów i wychowamy ich na pewno”, były wprost zapowiedzią systemowej, marksistowskiej inżynierii społecznej, przed którą ostrzegał amerykański duchowny.

Gomułka celnie zauważył, że na wychowanie profesora potrzeba lat. Komuniści grali w długą grę – dokładnie tę, którą opisywał Sheen. Chodziło o to, by „nasi profesorowie” ukształtowali kolejne pokolenia studentów (nauczycieli, sędziów, urzędników) w duchu materializmu, ateizmu i relatywizmu. Sheen twierdził, że raz zainfekowane w ten sposób środowisko akademickie replikuje ten schemat przez dekady, nawet po formalnym upadku systemu.

Można więc powiedzieć, że zachodni profesorowie, o których pisał Sheen, robili dobrowolnie (z naiwności lub ideologicznego zaślepienia) to, co profesorowie w PRL-u musieli robić systemowo i na rozkaz partii.

Pojęcie „opętania intelektualnego” (często opisywane przez arcybiskupa jako sojusz pychy umysłu z siłami zła) idealnie tłumaczy dramat, jaki rozegrał się na polskich uczelniach wyższych po „obaleniu komunizmu” w 1989 roku.

Abp Fulton J. Sheen przestrzegał, że komunizm nie jest tylko systemem ekonomiczno-ustrojowym, ale głęboką infekcją duchową i intelektualną. Przekonanie, że upadek muru berlińskiego czy zmiana flag automatycznie uleczyły polską naukę, było tragicznym złudzeniem. Wychowani w myśl instrukcji Gomułki z 1945 roku „nasi profesorowie” nie zniknęli – oni po prostu płynnie przeszli w realia nowej epoki, mutując marksizm w nowe formy relatywizmu.

Patrząc na polskie uczelnie po 1989 roku, widzimy realizację najczarniejszego scenariusza, przed którym ostrzegał amerykański hierarcha. Przegrana komunizmu na polu politycznym i gospodarczym została zamieniona w jego zwycięstwo na polu kulturowym i akademickim. „Nasi profesorowie”, zapowiedziani przez Gomułkę, wykonali swoje zadanie: przetrwali transformację ustrojową i skutecznie przekazali pałeczkę relatywizmu moralnego kolejnym generacjom.

„Etyka nikczemnego postępowania” realizuje się dziś na uczelniach poprzez tzw. kulturę unieważniania (cancel culture), konformizm i eliminowanie z debaty naukowej ludzi o innych poglądach w imię panującej poprawności politycznej. To ta sama bolszewicka metoda eliminacji przeciwnika za pomocą kłamstwa i ostracyzmu, tylko ubrana w nowoczesne, akademickie pojęcia.

Zdemoralizowane środowisko akademickie potrafi skutecznie izolować i niszczyć jednostki, które odmawiają udziału w układach. Tacy ludzie panicznie boją się młodych, zdolniejszych od siebie naukowców i zamiast im pomagać, blokują ich kariery, by chronić swój monopol.

Ktoś, kto autorytet opiera wyłącznie na państwowym tytule i ministerialnych punktach, staje się niewolnikiem systemu. Musi bezustannie przypodchlebiać się władzy (państwowej, uniwersyteckiej czy korporacyjnej), pisać pod dyktat grantów i milczeć wtedy, gdy dzieje się niesprawiedliwość. Taki człowiek dla Sheena tracił status intelektualisty, stając się jedynie „najemnym pracownikiem nauki”.

Na zewnątrz widać gronostaje, togi i uroczyste dyplomy, a w środku kryje się pustka, konformizm i etyczny relatywizm.

https://lustronauki.wordpress.com/2026/09/24/abp-fulton-sheen-o-opetaniu-intelektualnym-profesorow/.

Zarządzają lub niedawno zarządzali kluczowymi resortami w Polsce. I całkowitym przypadkiem są Ukraińcami.

 


Bigos ukraińsko-polski

Czy ktoś z nas przewidział kilkanaście lat temu, że problemy ukraińskie przez długie lata będą naszymi problemami? – A jednak – na życzenie ‚naszych przyjaciół’  zza Oceanu, a następnie ‚dobroczyńców’  z Brukseli i Berlina – są nam przypisane kłopoty wraz z kosztami i dyskomfortem, nieznanym nam od czasu „Operacji Wisła”.

Polska straciła setki miliardów złotych. Tyle kosztowało nas do tej pory wsparcie kijowskiego reżimu

Mainstream poinformował nas ostatnio, że GUS policzył straty Polski, będące wynikiem wojny na Ukrainie. Jest to nieco ponad 490 mld zł. Moglibyśmy wnioskować, że łże-media chcą poprawić swą upadłą reputację i zaczynają nas wreszcie uczciwie informować. Zwątpimy jednak, gdy dostrzeżemy, że krząta się koło tych obliczeń Paweł Kowal. Obliczenia te, prezentowane już w Nowym Jorku i Waszyngtonie służą innym celom: „Rosjanie muszą wiedzieć, że rachunek, który wystawią państwa trzecie – państwa, które poniosły straty, bo przystąpiły do sankcji i zachowały się lojalnie wobec Ukrainy”– jest wyliczony zarówno pod względem finansowym, jak i prawnym, niezależnie od tego, czy Rosja będzie chciała zapłacić” – stwierdził P. Kowal. A my powiedzmy takiemu państwu, ‚które poniosło straty’ – sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało!

Generał Mirosław Bodnar, nominowany na stopień generała przez Andrzeja Dudę, odchodzi ze stanowiska dowódcy wojsk dronowych; będzie kontynuował swoją robotę w Brukseli. Powodem dymisji było niezadowolenie kierownictwa z efektów pracy. Bratem gen. Mirosława Bodnara jest były minister sprawiedliwości w rządzie Donalda Tuska Adam Bodnar. Rodzina ta ze strony ojca to Ukraińcy. Zostali przesiedleni w 1947 roku w ramach Operacji Wisła ze wsi Rakowa pod Sanokiem na Ziemie Odzyskane.

Nawiązując do tytułu tekstu Jana Engelgarda ‚Cynicy czy szaleńcy’  pisze bloger Alain1952: „Może niekoniecznie cynicy czy szaleńcy. Premier – Niemiec, minister spraw zagranicznych – Anglik, Amerykanin, Talib? Gen. Mirosław Bodnar jest rodzonym bratem Adama Bodnara, byłego ministra sprawiedliwości oraz prokuratora generalnego. Zwolniony z stanowiska ‚za słaby rozwój’ wojsk dronowych. Tomasz Siemoniak wcześniej szef MSWiA, obecnie koordynator służb specjalnych, Wojciech Balczun szef Ministerstwa Aktywów Państwowych, wcześniej prezes państwowych kolei ukraińskich (Ukrzaliznycia). Co łączy tych ludzi? Zarządzają lub niedawno zarządzali kluczowymi resortami w Polsce. I całkowitym przypadkiem są Ukraińcami. Wystarczy obsadzić te resorty swoimi ludźmi i nie trzeba robić zamachu stanu. Czy w tym rządzie ‚polskim’  są etniczni Polacy? To cóż się dziwić – ani oni cynicy ani szaleńcy. Wykonują swoją robotę”.

Dodajmy tu, że ministrem obrony narodowej jest lekarz z zawodu, W. Kosiniak-Kamysz, a wicemistrem M. Sobkowiak-Czarnecka, absolwentka Uniwersytetu Ekonomicznego. Byliby oni tak zdolni, że w ekspresowym tempie nabyli nowych umiejętności, by pełnić tak odpowiedzialne funkcje?

Wspomnijmy jeszcze o wiceministrze nauki Andrzeju Szeptyckim, który kwestionuje ciągłość polskiej tożsamości politycznej od czasów pierwszych Piastów. Polsko-ukraiński minister stwierdził, że państwo Mieszka I miało z dzisiejszą Polską ‚mniej więcej tyle wspólnego’, co Ruś Kijowska ze współczesną Ukrainą. Już w czerwcu tego roku dziennikarka Dorota Gawryluk, pytała jak to możliwe, że człowiek o pochodzeniu ukraińskim, reprezentujący ukraińskie interesy jest wiceministrem w polskim rządzie.

No i jako, że niewiele jest w tym tekście o Radosławie Sikorskim, zapiszmy, że minister udzielił ukraińskiej gazecie wywiadu, w którym dziennikarz porównał ludobójcze akcje band UPA do działalności Romana Dmowskiego. Sikorski odpowiedział mniej więcej: ‚No tak, Dmowski to kontrowersyjna postać‚.

Tenże Sikorski udzielił wywiadu tabloidowi ‚Fakt’, w którym poinformował, że jest przygotowany na wojnę. „Mam zrobione zapasy ryżu, mam w domu ręczną pompę, mam też zrobione konfitury z owoców z własnego ogrodu. Mam instrukcję bezpieczeństwa, mam też przemyślane, gdzie znajduje się miejsce schronienia. Każdy powinien też wiedzieć, jak założyć opatrunek. To się przydaje nawet w czasach pokoju”. Zalecił też obywatelom przygotowanie plecaka ewakuacyjnego.

Skomentowała te słowa rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa: „Jedyne, czego teraz naprawdę Sikorski potrzebuje, to haloperidol” (lek stosowany w leczeniu schizofrenii, pobudzenia psychoruchowego, halucynacji oraz ciężkich stanów lękowych).

Napisał: Zygmunt Białas

https://zygmuntbialas.wordpress.com/2026/09/24/24-09-2026-bigos-ukrainsko-polski/

Kułeba: Wzywa Ukraińców, by zdobywali władzę za granicą


Były szef ukraińskiej dyplomacji Dmytro Kułeba wezwał Ukraińców, którzy zdecydowali się zostać za granicą, by wchodzili do polityki krajów przyjmujących i zdobywali w nich realną władzę. Jako wzór wskazał diasporę w Kanadzie. W Polsce, gdzie legalnie mieszka ok. 1,55 mln obywateli Ukrainy, te słowa padają w momencie rosnących napięć i przed wyborami parlamentarnymi 2027 r.

Kułeba, minister spraw zagranicznych Ukrainy w latach 2020–2024, wypowiedział się w wywiadzie z żoną, Switłaną Pawełecką, opublikowanym w połowie września 2026 r. na jego kanale na platformie „YouTube”. Przekaz szybko podchwyciły ukraińskie i polskie media. Kluczowy fragment brzmi: „Zawsze mówię Ukraińcom mieszkającym za granicą: jeśli już zdecydowaliście się tam zostać, to szorujcie do polityki, stańcie się siłą polityczną, zajmijcie wpływowe posady, stańcie się wpływowymi politykami, tak aby rządy krajów, w których żyjecie, nigdy nie mogły zrobić niczego, co nie odpowiada interesom Ukrainy”.

Druga teza jest jeszcze bardziej konkretna: w ciągu najwyżej 30 lat osoba o ukraińskich korzeniach powinna zostać premierem lub prezydentem któregoś z państw europejskich. Nie chodzi wyłącznie o szczyt władzy. Kułeba wymienia też ministerstwa, przewodniczących parlamentów, burmistrzów dużych miast i innych polityków. Cel – jak tłumaczy – to długofalowe wzmocnienie pozycji Ukrainy na arenie międzynarodowej poprzez własne lobby w stolicach sojuszników.

Portal Kresy24.pl, który jako jeden z pierwszych opisał wypowiedź w Polsce, zatytułował materiał wprost: „Minister Kułeba do Ukraińców w Polsce: Zostańcie tam i idźcie po władzę!”. W tekście podkreślono, że wzorem mają być Ukraińcy w Kanadzie.

Porównanie z Kanadą nie jest przypadkowe. To nie jest analogia do uchodźców wojennych z 2022 r., lecz do społeczności budowanej przez ponad 130 lat. Według spisu z 2021 r. pochodzenie ukraińskie deklaruje ok. 1,26 mln mieszkańców Kanady – to trzecia pod względem liczebności społeczność ukraińska na świecie (po Ukrainie i Rosji). Koncentruje się głównie w Albertcie, Ontario, Manitobie i Saskatchewan. Od dekad działa Kongres Ukraińców Kanady (UCC), który potrafił przekuć liczebność i organizację w wpływ na Ottawę.

Efekty są widoczne od pokoleń: Kanada jako pierwsze państwo Zachodu uznała niepodległość Ukrainy (2 grudnia 1991 r.), Ray Hnatyshyn (Roman Hnatyszyn) był gubernatorem generalnym w latach 1990–1995, Ed Stelmach sprawował urząd premiera Alberty, a Chrystia Freeland, urodzona w Albertcie, córka Ukrainki z powojennego obozu dla uchodźców, została wicepremierem Kanady (2019–2024), ministrem finansów i spraw zagranicznych. Później pełniła funkcję specjalnego przedstawiciela Kanady ds. odbudowy Ukrainy.

Diaspora kanadyjska nie ograniczała się do kultury i cerkwi. Lobbing dotyczył uznania Hołodomoru za ludobójstwo, obserwatorów wyborów, sankcji wobec Rosji i – po 2022 r. – programu CUAET, który otworzył drogę setkom tysięcy Ukraińców. Część nowej fali też już stara się o stały pobyt. To właśnie ten model – wielopokoleniowa integracja plus lojalność wobec kraju pochodzenia – Kułeba stawia jako punkt odniesienia dla Europy.

W Polsce skala jest inna, a czas – krótszy. Na 1 lipca 2026 r. ważne dokumenty pobytowe miało 1,55 mln obywateli Ukrainy. Około 959 tys. korzystało z ochrony tymczasowej (PESEL UKR), reszta z zezwoleń na pobyt czasowy, stały lub unijny. Ukraińcy stanowią ok. 5% ubezpieczonych w ZUS; setki tysięcy dzieci chodzą do polskich szkół. Integracja na rynku pracy jest stosunkowo szybka. Część osób już zdobywa obywatelstwo polskie, które daje pełne prawa wyborcze.

Jednocześnie relacje polsko-ukraińskie od 2024–2025 r. ostro się ochłodziły. W tle są spory o historię (Wołyń, akcja „Wisła”), warunki pomocy i członkostwa Ukrainy w UE, a także nastroje społeczne. Sondaże CBOS pokazywały spadek sympatii Polaków do Ukraińców. Politycy prawicy uczynili „kwestię ukraińską” jednym z tematów kampanii przed wyborami parlamentarnymi zaplanowanymi na 2027 r. Sam Kułeba wcześniej ostrzegał, że ataki na Ukraińców w Polsce mogą się nasilać, a temat stanie się jednym z trzech głównych w kampanii. W tym klimacie wezwanie byłego ministra, by diaspora w Polsce „szorowała do polityki” i pilnowała, by Warszawa „nigdy nie zrobiła niczego wbrew interesom Ukrainy”, brzmi inaczej niż analogiczny apel skierowany do społeczności w Toronto czy Edmonton.

Różnica między Kanadą a Polską jest strukturalna. W Kanadzie ukraińskość polityczna dojrzewała przez cztery fale migracji, w warunkach wielokulturowości i dużej odległości od granicy z Ukrainą. Freeland czy Hnatyshyn byli Kanadyjczykami z ukraińskimi korzeniami, a nie uchodźcami wojennymi z wczorajszym paszportem. W Polsce społeczność jest liczniejsza w stosunku do ludności kraju, młodsza migracyjnie i mocniej powiązana z bieżącą wojną oraz codziennymi tarciami o mieszkania, szkoły, świadczenia i historię. Droga od statusu UKR do obywatelstwa i Sejmu jest możliwa, ale wymaga lat, języka i lojalności wobec państwa, w którym się głosuje – nie tylko wobec Kijowa.

Kułeba nie ukrywa celu: diaspora ma być narzędziem polityki zagranicznej Ukrainy. W Kanadzie taki model częściowo zadziałał, bo zbiegł się z interesami Ottawy. W Europie Środkowej, a zwłaszcza w Polsce, ten sam język łatwo odczytać jako zapowiedź budowy równoległego lobby – i tak właśnie odczytuje go część polskich komentatorów.

Artykuł nie rozstrzyga, czy wizja „ukraińskiego premiera w Europie za 30 lat” jest realna. Pokazuje natomiast, że były szef MSZ Ukrainy traktuje pozostanie milionów rodaków za granicą nie jako stratę demograficzną, lecz jako inwestycję geopolityczną. Kanada jest w tej opowieści dowodem, że da się to zrobić. Polska – największym i najbliższym poligonem.

Autorstwo: Andrzej Kumor
Źródło: Goniec.net

24.09.2026 wolnemedia/wzywa-ukraincow-by-zdobywali-wladze-za-granica