czwartek, 23 kwietnia 2026

Oni już tu są

 


Radek Sikorski bardzo ucieszył sięz wykresu, który pokazuje wzrost liczby wniosków o polski paszport, składanych w polskim konsulacie w Tel Awiwie. Uznał, że to przejaw braku antysemityzmu: „Następnym razem, gdy ktoś na świecie powie, że Polska jest krajem antysemickim, pokażę mu ten wykres”. I, jak zwykle, mylił się gruntownie, bo „antysemityzm” Polaków to wymysł Żydów, a za to antypolonizm Izraelczyków jest zjawiskiem powszechnym, zwłaszcza wśród ubiegających się o polski paszport. Mylił się także dlatego, że zabieganie Żydów o polski paszport nie jest dowodem, że uznali Polskę za kraj filosemicki. Bo to tak, jakby tłumaczyć napływ murzynów z Afryki ich miłością do polskiej poezji. Oznacza tylko tyle, że uznali Polskę za kraj tak słaby, że przy pomocy pałki antysemityzmu, łatwo stworzą sobie w nim żerowisko.

„Ukryty koszt wojny: Ponad 125 000 Izraelczyków wyemigrowało” – takimi nagłówkami alarmowała „Times of Israel”. Gazeta opierała się na raporcie Knesetu, według którego to największa w historii kraju strata kapitału ludzkiego, a powodem jest ​​wojna z Hamasem. „To nie jest fala emigracji, to tsunami” – podsumował przewodniczący komisji Knesetu. Po wybuchu wojny w Zatoce, nie ujawnili najnowszych danych. Mieliśmy za to filmowe migawki z lotniska Ben Gurion, które świadczą, że „tsunami” to mało powiedziane. Gdy rakiety irańskie uziemiły loty, Izraelczycy pędzili na złamanie karku na południu do Ejlatu, następnie wszelkim dostępnymi środkami komunikacji na egipskie lotnisko Szarm el-Szejk, a stamtąd do Europy. I wiele wskazuje na to, że wybrali Polskę.

Przeprowadzony jeszcze przed wojną z Iranem sondaż wykazał, że 34 procent Izraelczyków rozważa ucieczkę z kraju. To prawie 3 mln ludzi! A co po eskalacji wojny, gdy irańskie rakiety skutecznie lądowały w Hajfie i Tel Awiwie, gdy uciekali z pola walki i tchórzliwie chowali się w schronach? Na pewno mają miejsce kolejne fale uchodźców, rozglądających się za bezpiecznym schronieniem. Gdzie uciekną, jak nie do Polski, jedynego bezpiecznego kraju? Bo emigracja do Niemiec czy Francji nie zapewnia bezpieczeństwa, zwłaszcza po wzroście nastrojów antyżydowskich na całym świecie. A pomocne będzie w tym podwójne obywatelstwo, bo wiedzieć trzeba, że polskie paszporty ma już 200 tysięcy Izraelczyków.

Skąd ta liczba?Jak wynika z danych Urzędu Wojewody Mazowieckiego, w ostatnich latach liczba obywateli Izraela ubiegających się o polskie paszporty wzrosła czterokrotnie. W 2022 r. o polskie obywatelstwo ubiegało się 4 tysiące obywateli Izraela, W 2024 (po ataku Hamasu) liczba ta wzrosła do 8,5 tysiąca. Tylko w latach 2015-17 „Polakami” zostało 10 820 Izraelczyków. W ciągu ostatnich 15 lat tylko w polskim konsulacie w Tel Awiwie zatwierdzono ponad 28 tysięcy wniosków o przyznanie polskiego obywatelstwa, co stanowi wzrost o 250 % w porównaniu z latami poprzednikami. Przy czym mowa tylko o jednym urzędzie, a wnioski można składać we wszystkich konsulatach na świecie i bezpośrednio u każdego z 16 wojewodów.

Mazowiecki Urząd Wojewódzki podaje, że w styczniu liczba obywateli Izraela ubiegających się o polski paszport wzrosła czterokrotnie. Oficjalnie deklarują chęć podjęcia w Polsce pracy lub studiów, ale reprezentujące ich kancelarie prawne nie ukrywają – chodzi o możliwość opuszczenia Izraela, gdy sytuacja stanie się niebezpieczna. Jest jeszcze inny powód – nasz paszport stał się bardzo atrakcyjny nie tylko z uwagi na możliwość zamieszkania w Polsce, ale także dlatego, że pozwala na wjazd bez wizy do wielu państw świata, w tym Izraelowi nieprzyjaznych.

Ilu Żydów ma dziś polskie obywatelstwo? Do tych z Izraela doliczyć trzeba tych, którzy o polskie obywatelstwo występowali, jako obywatele różnych państw i statystyki ich nie wyszczególniają. Tu rąbek tajemnicy uchylił nieopatrznie inkryminowany Radek, który w Senacie oświadczył: „Ja uważam – i wiem, że w marginalnej prasie to, co w tej chwili mówię, będzie odsądzone od czci i wiary, że jeżeli dzisiaj na przykład amerykańscy Żydzi zaczynają się starać o polskie paszporty – wydajemy 25 tysięcy polskich paszportów w USA – to to jest dobrze, a nie źle”. Polskie władze nie są w stanie podać precyzyjnej liczby. A może nie chcą? Przypomnijmy sobie, jak zareagowali na interpelację posła Korony, ilu w polskim rządzie ma obce obywatelstwo. A może nie chcą także dlatego, że wielu z rządzących ma podwójne obywatelstwo?

Nie zapominajmy też, że niezwykle sprawnie przebiega akcja rozdawania polskich paszportów Żydom „wypędzonym” z Polski w marcu 1968. Robi to nie tylko Sikorski. Akcję rozruszał Aleksander Kwaśniewski, a tempa nabrała za Lecha Kaczyńskiego, który obywatelstwo przywrócił 15 300 „ofiarom polskiego antysemityzmu”, i który osobiście i ostentacyjnie akt przywrócenia obywatelstwa wręczył synom Oskara Szyji Karlinera, szefa stalinowskiego Zarządu Najwyższego Sądu Wojskowego, z którego udziałem ferowane były wszystkie wyroki śmierci na polskich patriotach, i który doprowadził do takiego opanowania stanowisk w tym zarządzie przez oficerów żydowskiego pochodzenia, że instytucję nazywano „Najwyższym Rabinatem Wojska Polskiego”.

Z nie mniejszą werwą akcję kontynuował Tusk. W lutym 2008 r. jego minister zadeklarował, że podlegli mu wojewodowie będą potwierdzać obywatelstwo „szybko i bardzo szybko”, a procedura ma być „wręcz błyskawiczna”. Tuska w tym samym czasie zapowiedział wielki powrót Polaków z emigracji. Ale nie do końca był szczery, bo miał na myśli „Polaków” z Tel Awiwu i Nowego Jorku, którym jego minister rozdawał paszporty in blanco. Żywymi tego przykładami są Lejb Fogelman, Michael Schudrich i Szalom Dow Ber Stambler, bohaterowie chanukowych ceremonii w Sejmie. Przypomnijmy też, że Duda nawiązywał do tej akcji, bredząc o „Rzeczpospolitej Przyjaciół” i wykrzykując „Tu jest Polin”.

Ale to nie wszystko – na izraelskich „uchodźców” czekają w Polsce tłuste emerytury. Bo okazuje się, że kraj miodem i mlekiem płynący zapewnia „uchodźcom” z Izraela warunki, o których rdzenny Polak może tylko pomarzyć. Otóż 22 listopada 2016 r. zawarto z Izraelem umowę o zabezpieczeniach społecznych, a w niej takie smaczki: emerytury i renty wyliczone w Izraela są wypłacane przez ZUS w Polsce; strona polska nie ma prawa weryfikować wiarygodności przedkładanych przez stronę izraelską wniosków emerytalnych. Jaki był zatem ukryty cel umowy, jeśli nie zachęcanie do osiedlania się w Polsce i most finansowy dla „uchodźców” z Izraela?

Przypomnijmy, że za rządu Mazowieckiego czymś w rodzaju mostu powietrznego przerzucono do Izraela przez warszawskie lotnisko Okęcie, w tajnej operacji o kryptonimie „Most”, kilkaset tysięcy sowieckich Żydów, przedstawianych, jako prześladowanych „uchodźców” z ZSRR. Operacja sfinansowana została z pieniędzy ukradzionych Polakom przez Bagsika i Gąsiorowskiego. A jaki ma to związek z tematem tego tekstu? Otóż, inkryminowani do Izraela przybyli bezpośrednio z Polski, i zgodnie z obowiązującymi konwencjami międzynarodowymi i unijnymi mają prawo do Polski wrócić. Na przykład w ramach odwróconej operacji „Most” i też za pieniądze ukradzione Polakom.

Dlaczego Polacy nie wiedzą, jaka jest skala rozdawania obywatelstwa? Wiemy tylko, że w 2024 r. otrzymała je rekordowa liczba cudzoziemców (i że prawa obywatelskie uzyskało 40 tysięcy Ukraińców). Rzeczywista liczba nowych „Polaków” jest jednak wielokrotnie wyższa. Liczby nie obejmują bowiem tych, którzy uzyskali obywatelstwo drogą procedury „Przywrócenie obywatelstwa polskiego”, czyli uzyskania obywatelstwa przez potwierdzenie, że ma się przodków, którzy posiadali polskie obywatelstwo. To ta procedura sprawia, że uzyskanie naszego obywatelstwa przez Żyda jest bardzo proste, a przeszkody administracyjne łatwe do pokonania. Ilu Żydów zostało w ten sposób „Polakami”? Nie wiemy, ale musi być ich o wiele więcej niż beneficjentów tradycyjnych sposobów uzyskiwania obywatelstwa. Często są to osoby, które nie mają nic wspólnego z Polską, poza przodkami, którzy koczowali niegdyś na ziemiach Rzeczypospolitej, w tym Litwacy przesiedleni tam przez władze carskie i osoby, których przodkowie opuścili ziemie polskie jeszcze w XIX wieku.

Polska przyjęła miliony Ukraińców to, dlaczego nie miałaby przyjąć kilkuset tysięcy Izraelitów?Przyjmowanie „uchodźców wojennych”, obdarzanie przywilejami, żeby tu zostali na zawsze, zamienianie ich w osadników i nadawanie obywatelstwa i stwarzanie sytuacji nie do odkręcenia, przećwiczyli już na przykładzie „uchodźców” z Ukrainy. Jeśli powiążemy to z kolejnymi falami przesiedleńców z Ukrainy i relokacją uchodźców z Niemiec, to możemy smutnie skonstatować: Podmiana narodu polskiego trwa w najlepsze.

Przyjrzyjmy się innym faktom, które będą temu sprzyjać. W Polsce znajduje się około 1 miliona mieszkań pozostających w dyspozycji „międzynarodowych funduszy inwestycyjnych”, które (niby, jako lokata kapitału) stoją puste i bez problemu mogą zostać błyskawicznie zasiedlone. Dodajmy do tego, że większość firm deweloperskich operujących w Polsce to kapitał izraelski, a oddział Chabad w Polsce wyspecjalizował się w nieruchomościach. W Polsce czekają na nich nie tylko mieszkania, ale mienie pożydowskie. Przypomnijmy, że jedną z legalnych metod odzyskiwania majątku jest polskie obywatelstwo i że po przyjęciu w amerykańskim Senacie ustawy S447 nastąpił skokowy wzrost wydawania Żydom polskich paszportów.

Na witrynieRady Ministrów ukazał się tekst uchwały ws. Krajowej Strategii przeciwdziałania antysemityzmowi i wspierania życia żydowskiego. W kościołach odczytano list Konferencji Episkopatu Polski, który zarzuca Polakom „deficyt miłości do Żydów”. Dwa dokumenty tylko pozornie nie mające nic ze sobą wspólnego. W rzeczywistości to skoordynowana, zaplanowana, mająca wspólny mianownik akcja dekretująca i nakazująca Polakom kochać „naród wybrany”, przygotowująca Polaków na przyjęcie przesiedleńców z Izraela.

Jak się zachowa Tusk wobec żydowskich przesiedleńców? To wiemy – zrobi to, co każe mu kanclerz Niemiec. Jak zachowa się Kaczyński? Też wiemy, bo jest autorem słów: „Izrael to przyczółek naszej cywilizacji”. A jak Karol Nawrocki? Ponieważ wiemy, że ma małe rozeznanie w światowej polityce, to jest rzeczą pewną, że tak, jak podpowiedzą mu doradcy. Niedawno dołączył do nich Michał Dworczyk, który poza tym, że odpowiadał w rządzie Morawieckiego za covidowy zamordyzm i jako pełnomocnik ds. Narodowego Programu Szczepień zakontraktował 64 mln szczepionek Pfizera za ponad 6 miliardów, był hersztem lobby ukraińskiego w rządzie i ponosi odpowiedzialność za transformację etniczną Polski. To on złowieszczo zapowiedział „uproszczenie procedur i możliwości związanych z osiedleniem się w Polsce wszystkich potomków mieszkańców I i II Rzeczypospolitej” (którą, poza Polakami, zamieszkiwali Rusini i Żydzi oraz potomkowie Ukraińców służących w SS Galizien i wnuk Romana Szuchewycza). To on grał pierwsze skrzypce w akcji przesiedlenia kilku milionów Ukraińców do Polski i rozdał na ten cel 40 miliardów. To z jego inicjatywy powstała ustawa, która zachęca Ukraińców do osiedlania się w Polsce. Krótko mówiąc, to jemu zawdzięczamy to, że ukraińska ośmiornica oplata Polskę coraz gęściej. Powrót Dworczyka jest tym bardziej znamienny, że to prawa ręka Morawieckiego, który w PiS i w ogóle reprezentuje najbardziej judaizujące kręgi.

Mówiąc o Dworczyku i jego proimigracyjnych wyczynach, nie sposób pominąć Pawła Szefernakera, szefa gabinetu prezydenta, który jako wiceminister spraw wewnętrznych ogłosił: „Ukraińcy, którzy po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji przybyli do Polski, mogą od 1 kwietnia występować o pobyt stały w Polsce i tym samym o polskie obywatelstwo”. To on wraz z Dworczykiem wprowadził do propagandy nowy element (obok tego, że Ukraińcy bronią nas przez Ruskimi i ratują naszą gospodarkę): Musimy być Ukraińcom wdzięczni, że ratują demografię.Innymi słowy, wynalazł wielce oryginalny sposób zaradzenia problemowi wymierania Polaków – Sprowadzanie Ukraińców i rozdawanie polskich paszportów Żydom.

Nawrockiego otoczyli się (lub raczej otorbili) też chrześcijańscy syjoniści – jak to woli – judeochrześcijanie. Szef BBN wyraża radość z zabicia przywódcy państwa, z którym mamy od kilkuset lat stosunki dyplomatyczne. Szef Biura Polityki Międzynarodowej namawia prezydenta do mówienia o „prześladowaniu chrześcijan przez Iran” i uważa, że w konflikt w Zatoce powinniśmy zaangażować się czynnie”. Jeszcze inny owoc takiego doradzania: Na CPAC w Dallas prezydent jedzie tylko po to, żeby (oprócz poinformowania Amerykanów, że „Polacy nienawidzą Rosjan”, czyli że nie zgadzają się z polityką Trumpa wobec Rosji) ględzić o „braterstwie broni w Iraku i Afganistanie”, podczas gdy sam Trump wielokrotnie mówił: „Ponieśliśmy tam sromotną klęskę”.

Polskie obywatelstwo oznacza czynne prawo wyborcze i tym samym radykalną zmianę na polskiej scenie politycznej, Oznacza też bardzo szybkie oczyszczenie przedpola do masowego osadnictwa żydowskiego w Polsce, a później do wprowadzania w życie planu „Rzeczpospolitej Przyjaciół”. Czy Polacy są gotowi na takie zmiany? Czy są świadomi, że coś wisi w powietrzu, że coś się świeci, że coś knują?

Panie Prezydencie: Żadnego kajania się! Wstać z ringu! Otrzepać się! Czas najwyższy na wprowadzenie wiz dla obywateli Izraela, na wstrzymanie taśmowego wydawania polskich paszportów i anulowanie już przyznanych (celem wyjaśnienia poprawności ich nadania). Przy tym nie są tu potrzebne tylko ustawy, ale… odwaga. Niech inspiracją będą słowa Romana Dmowskiego: Polska może się układać z każdym na arenie międzynarodowej, z każdym państwem i każdą organizacją. Jednak z ośrodka, który wytwarza polską myśl polityczną, należy wypchnąć wszelkie wpływy zewnętrzne, uzależnienia agenturalne, ideologiczne, finansowe”.

Krzysztof Baliński

https://dakowski.pl/oni-juz-tu-sa/

wtorek, 21 kwietnia 2026

„Czułem, że jestem potworem”: żołnierze IDF mówią o „urazie moralnym” – i o milczeniu

 


Szanowny Panie Profesorze,

Przesyłam cały artykuł z Haaretz z moim komentarzem. Streszczenie z Najwyższego Czasu, które Pan zamieścił, nie oddaje ani grozy ani znaczenia tego tekstu, którego sam autor zapewne też nie rozumiał.

Wstrząsający artykuł z Haaretz o sumieniu, które nie daje się zagłuszyć, jak u Lady Makbet; o krwi niewinnej, której z rąk zmyć się nie da; o popełnionych zbrodniach, które wracają we snach i na jawie; o zbrodniarzach w mundurach, którzy okrywają się wieczną hańbą (Jer. 23.40). Biedni ci żołnierze izraelscy, bardziej im współczuć należy niż pomordowanym przez nich Palestyńczykom. Parafrazując Szekspira, bardziej potrzebują oni kapłana katolickiego  niż psychologa żydowskiego. AW

==================================================================

Tom Levinson, Haaretz, April 17, 2026

haaretz.com/israel-news/premium/when-i-returned-from-gaza-they-called-me-a-hero-but-i-felt-i-was-a-monster

Niektórzy z nich zabijali cywilów w Gazie; inni tylko się przyglądali lub byli świadkami nadużyć i tuszowania w imię zemsty. Teraz próbują poradzić sobie z czymś innym niż PTSD.

„Może w pewien sposób chcę umrzeć… ale obiecałem matce, że się nie zabiję. Nie wiem jednak, jak długo dam radę”. – Yuval

Yuval siedzi, obgryzając paznokcie, nerwowo poruszając nogami. Jest południe w Tel Awiwie, ulica pełna ludzi. Co jakiś czas rozgląda się niespokojnie, obserwując przechodniów.

„Przepraszam” – mówi. „Mój największy strach to zemsta”. Yuval (to pseudonim, podobnie jak wszystkie imiona w tym artykule) nie pochodzi z rodziny przestępczej. Nie jest przestępcą. Ma 34 lata, wychował się na przedmieściach Tel Awiwu – w Ramat Hasharon – i został programistą. Do niedawna pracował w jednej z największych firm technologicznych na świecie, ale od miesięcy tam nie chodzi. „Byłem w piekle, ale nie zdawałem sobie z tego sprawy” – mówi. To piekło rozegrało się w Chan Junus na południu Gazy, gdy był żołnierzem w grudniu 2023 roku. „Naloty były bez przerwy. Tonowa bomba spada niedaleko ciebie i serce podskakuje”. Jego oddział posuwał się na zachód, w stronę centrum miasta. „Były ciężkie walki… Funkcjonujesz na autopilocie. Nie zadajesz pytań”. Pytania pojawiły się dopiero później i zaczęły go prześladować. „Nie mam dobrych odpowiedzi; nie mam żadnych odpowiedzi. Nie ma wybaczenia za to, co zrobiłem. Nie ma odkupienia”. Do zdarzenia doszło w pobliżu ulicy Salah al-Din, głównej arterii Gazy. Za pomocą drona jeden z plutonów zauważył podejrzane postacie. Oddział Yuvala ruszył do ataku. „Strzelałem jak szalony, tak jak uczą na szkoleniu” – mówi. Gdy dotarli na miejsce, zrozumiał, że to nie byli terroryści. „To był starszy mężczyzna i trzech chłopców, może nastolatków. Żaden nie był uzbrojony. Ich ciała były podziurawione kulami; organy wypływały na zewnątrz. Nigdy nie widziałem czegoś takiego z tak bliska”. „Pamiętam ciszę – nikt się nie odezwał. Potem przyszedł dowódca batalionu, splunął na ciała i krzyknął: ‘Tak kończy każdy, kto zadziera z Izraelem, skurwysyny’”.

Yuval był w szoku, ale milczał. „Jestem tchórzem” – mówi. Został zwolniony ze służby trzy miesiące później. Po dwóch tygodniach wrócił do pracy. „Zorganizowali dla mnie imprezę, bili brawo, nazywali mnie bohaterem” – mówi. „Ale czułem, że jestem potworem”. Nie był w stanie tego znieść. Po kilku miesiącach zrezygnował z pracy. Wstyd tylko narastał. „Staram się nie wychodzić z domu, a jeśli już, zakładam kaptur, żeby nikt mnie nie rozpoznał. Wyrzuciłem lustra – nie mogę na siebie patrzeć”. Boi się, że ktoś się na nim zemści, choć wie, że to irracjonalne. Dwa dni po rozmowie z dziennikarzami trafił do szpitala psychiatrycznego.

„Obraz jego bezradności nie dawał mi spokoju. Myśli nieustannie mnie dręczą – jak mogłam po prostu stać i nic nie zrobić? Co to mówi o mnie?”

Maya

W ubiegłym roku Haaretz opisywał żołnierzy walczących w Gazie, którzy cierpieli na „uraz moralny”. Snajper, który strzelał do ludzi szukających pomocy, mówił, że ma ciężkie koszmary; operatorzy dronów, którzy zabijali cywilów, opisywali rany, które się nie goją. „Widzimy urazy moralne na znacznie większą skalę niż kiedykolwiek wcześniej” – mówi prof. Gil Zalsman, przewodniczący izraelskiej Narodowej Rady ds. Zapobiegania Samobójstwom. „Widzimy je w naszych klinikach leczenia traumy i w prywatnych gabinetach. Widzimy je nawet u dzieci rezerwistów, które usłyszały jakieś historie i zmagają się z tym, co zrobili ich ojcowie. Zjawisko sięga już drugiego kręgu”.

Armia izraelska i rząd nie podali żadnych danych liczbowych, ale – jak mówi Zalsman – od październikowego zawieszenia broni w Gazie rośnie liczba osób szukających pomocy z powodu urazu moralnego. Czasami takich pacjentów klasyfikuje się jako cierpiących na zespół stresu pourazowego (PTSD), ale mimo pewnych podobieństw uraz moralny jest czymś innym. Według prof. Yossiego Levi-Belza z Uniwersytetu w Hajfie: „PTSD to reakcja oparta na strachu, spowodowana doświadczeniem traumatycznego zdarzenia, które wiązało się z zagrożeniem dla danej osoby lub dla ludzi wokół niej”. Typowe objawy to nadmierne pobudzenie i unikanie. „Uraz moralny powstaje w wyniku doświadczeń postrzeganych jako fundamentalne naruszenie podstawowych wartości moralnych – własnych lub cudzych – i zazwyczaj wiąże się z poczuciem winy, wstydu, gniewu, obrzydzenia, wyobcowania, utraty wiary oraz rozpadem tożsamości, sensu i poczucia człowieczeństwa”.

Istotna jest także kwestia czasu – dodaje Levi-Belz, który kieruje uniwersyteckim Centrum Bólu Psychicznego i Zapobiegania Samobójstwom im. Liora Tsfaty’ego. „Kiedy wojna się kończy, żołnierz wraca do domu i świat nagle wydaje się znacznie bardziej złożony” – mówi. „Podział na czarne i białe zostaje zburzony, świat przestaje być dychotomiczny, a człowiek może spojrzeć wstecz na wydarzenia, których doświadczył, i uświadomić sobie, że zaszły rzeczy sprzeczne z tym, w co wierzy”. Uraz moralny – dodaje Levi-Belz – może pojawić się, gdy ktoś sam coś zrobi lub jest świadkiem czegoś, co w rażący sposób narusza jego kodeks moralny. Nasilenie tego urazu może być większe, jeśli dana osoba nie próbowała powstrzymać sprawcy, a zwłaszcza gdy sprawcą była osoba będąca autorytetem. „Oczekujemy, że osoby pełniące funkcje opiekuńcze, takie jak dowódcy, będą nas chronić, dlatego w takich przypadkach uraz może prowadzić do poważnego kryzysu i szczególnie silnego cierpienia psychicznego” – mówi Levi-Belz.

Strach w Prado

Maya mieszka w centralnym Tel Awiwie i studiuje filozofię, zwłaszcza pisma Michela Foucaulta. Podczas wojny w Gazie spędziła setki dni jako oficerka HR w batalionie pancernym rezerwy. „Nie ma żadnego związku między moim codziennym życiem a służbą w rezerwie” – mówi. „To dwa różne światy, z innymi ludźmi. I szczerze mówiąc, ja też zachowuję się inaczej, mówię inaczej. To trochę jak Dr Jekyll i Mr Hyde. Podczas wojny byłam świadkiem zabijania niewinnych ludzi – rzeczy wstrząsających, o których gdybym przeczytała w Haaretz, krzyczałabym z oburzenia, ale w czasie służby przechodziły obok mnie, jakby nic się nie stało”. Jedno zdarzenie jednak pozostawiło ślad. Miało miejsce w wojskowym posterunku na południu Gazy. „Siedziałam w centrum dowodzenia” – mówi Maya. „Nagle żołnierze na warcie zauważyli pięciu Palestyńczyków przekraczających linię, której nie wolno było przekraczać, kierując się na północ Gazy. Wszyscy wpadli w panikę. Zapanował chaos. Dowódca batalionu wydał rozkaz zasypania ich ogniem, mimo że nie było potwierdzenia, że są uzbrojeni. Czołg zaczął strzelać z karabinu maszynowego. Setki kul”.

„Kiedy strzelasz przez celownik snajperski, wszystko wydaje się bliskie, jak w grze komputerowej. Twarzy ludzi, których zabiłeś, się nie zapomina. To zostaje z tobą.

Snajper

Cztery z pięciu osób zginęły. „Kilka godzin później buldożer D9 zakopał je w piasku. Gdy zapytałam dlaczego, powiedziano mi, że chodzi o to, żeby psy ich nie zjadły i nie rozniosły chorób. Tego, który przeżył, zamknięto w klatce na posterunku i powiedziano, że trzeba poczekać na funkcjonariusza Shin Bet, który go przesłucha”. Ale tego dnia nikt z Shin Bet nie przyszedł. „Spędziłam noc na posterunku, ale nie mogłam zasnąć; byłam tam jedyną kobietą. Nagle kilku żołnierzy mnie zawołało, więc poszłam z nimi do klatki. Palestyńczyk siedział tam skuty i z zasłoniętymi oczami, wyglądał na zmarzniętego. Nagle jeden z żołnierzy wyjął penisa i zaczął na niego oddawać mocz. Krzyknął: ‘To za Be’eri, ty skurwysynu, to za Novę’”. Nikt nie mógł przestać się śmiać. „Może ja też się śmiałam”. Następnego dnia przyjechał przesłuchujący z Shin Bet. „Był z nim przez 10 minut i powiedział, że to tylko człowiek próbujący wrócić do domu na północy Gazy, że nie ma nic wspólnego z Hamasem, więc go wypuszczono” – mówi Maya, która kilka tygodni później została zwolniona ze służby. Ale to, co zobaczyła, pozostało z nią. „Czułam się jak hipokrytka, brudna. Brałam trzy prysznice dziennie; obraz jego bezradności nie dawał mi spokoju. Myśli nieustannie mnie dręczą – jak mogłam po prostu stać i nic nie zrobić? Jak mogłam ja, ktoś, kto uważa się za moralnego, pomaga uchodźcom i chodzi na protesty, zgodzić się na to? Dlaczego nic nie powiedziałam i co to mówi o mnie? Nie mam odpowiedzi”. Maya nie jest jedyną osobą z tego posterunku, która cierpi na uraz moralny. Yehuda również tam służył, w innym czasie, podczas swojej służby rezerwowej. „Mój pluton jeździł hummerami i pełnił rolę szybkiej reakcji w sektorze” – mówi. „Był też hummer dowodzony przez oficera o amerykańskim imieniu. Służył tam od wielu miesięcy i gdy jedna brygada odchodziła, dołączał do następnej. Był dziwny, podejrzany człowiek”.

„To zniszczyło wszystko, co myślałem o armii, o nas, o sobie. Co jeszcze dzieje się w piwnicach? Jakie inne tajemnice ukrywamy?”

Eitan

„Za każdym razem, gdy pytano go o przeszłość, mówił coś innego, a jeśli się go dopytywało, wpadał w złość. Nie było jasne, czy wojna go złamała, czy taki był wcześniej, ale wykonywał swoją robotę, więc nikt nie zadawał pytań”.Pewnej nocy Palestyńczyk zbliżył się do posterunku.„Ruszyliśmy dwoma hummerami” – mówi Yehuda. „Ja dowodziłem jednym, a ten amerykański oficer drugim. Gdy dotarliśmy na miejsce, Palestyńczyk natychmiast podniósł ręce. Było oczywiste, że jest nieuzbrojony.Oficer podszedł, odczekał kilka sekund i po prostu strzelił – bez zadawania pytań, bez jakiegokolwiek działania ze strony podejrzanego”.Yehuda był w szoku. Wrócili do bazy i obejrzeli nagranie z drona.„To morderstwo, zwykłe morderstwo” – powiedział jeden ze starszych oficerów.Ale zdecydowano się nic nie robić. Sprawę zamieciono pod dywan. Do dowództwa zgłoszono zabicie terrorysty. Nie przeprowadzono nawet odprawy.„Ten oficer dalej służył, jakby nic się nie stało. A ja nic nie powiedziałem. Nikt o tym nie wspomniał nawet podczas końcowego podsumowania służby – jakby to się nigdy nie wydarzyło”.Dwa miesiące później Yehuda pojechał z żoną do Madrytu. Pewnego dnia odwiedzili muzeum Prado. Jego żona jest doktorantką historii sztuki; on – jak mówi – nie zna się na tym.Nagle znalazł się przed obrazem Goi.

„Jeśli uznamy, że wielu żołnierzy cierpi na uraz moralny, jak to się ma do frazesu o najbardziej moralnej armii świata?”

Oficer zdrowia psychicznego

„Nie interesowałem się szczególnie, ale nagle stałem obok obrazu przedstawiającego bezbronnego człowieka z podniesionymi rękami, stojącego naprzeciw żołnierzy z karabinami” – mówi Yehuda. „Podszedłem bliżej i przypomniało mi to dokładnie to, co się wydarzyło. Wyraz jego oczu, strach, przerażenie.Nie mogłem przestać patrzeć. Zacząłem się pocić. To było straszne, a potem nagle zacząłem płakać. Nigdy nie płaczę i nie rozumiałem, co się ze mną dzieje.Moja żona patrzyła na mnie przerażona. Pytała: ‘Co się stało? Co się stało?’ – a ja nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Byłem zdruzgotany. Ludzie nie mogli przestać się na mnie patrzeć. Spróbuj wytłumaczyć, dlaczego płaczesz w środku muzeum”. Tamtej nocy Yehuda obiecał żonie, że po powrocie do Izraela pójdzie na terapię.„Próbuję nauczyć się to zaakceptować, ale to trudne” – mówi. „Wstyd mnie nie opuszcza. Jak stałem się kimś, kto stoi z boku i nie robi tego, co słuszne?”

Wspomnienia z pokoju przesłuchań

Niektórzy żołnierze twierdzą, że ich uraz moralny wynika z metod stosowanych podczas walk w Gazie, z których wiele po raz pierwszy opisał Haaretz. Na przykład kilku snajperów z Brygady Nahal strzelało do Palestyńczyków szukających pomocy – przekroczyli oni arbitralnie wyznaczoną przez armię linię. „Kiedy strzelasz przez celownik snajperski, wszystko wydaje się bliskie, jak w grze komputerowej” – mówi jeden z nich. „Twarzy ludzi, których zabiłeś, się nie zapomina. To zostaje z tobą. Od czasu mojego zwolnienia ze służby moczę się w nocy; czuję się, jakbym został sam, jakby nikt nie mógł mi pomóc. Spędziłem miesiąc w szpitalu. Próbowali mi tłumaczyć, że muszę to zaakceptować, że nie da się cofnąć czasu. Łatwo im mówić. To nie oni, którzy za każdym razem, gdy zamykają oczy, widzą, jak ktoś dostaje kulę w czoło”.

Niektórzy żołnierze mówią o urazach psychicznych po zobaczeniu, jak Palestyńczyków wykorzystywano jako żywe tarcze, albo po byciu świadkami grabieży i wandalizmu. „Wchodziliśmy do palestyńskich domów i ludzie czerpali przyjemność z niszczenia” – mówi jeden z nich. „Widziałem ludzi zabierających sprzęt elektryczny, złote naszyjniki, pieniądze – wszystko. Niektórzy mówili, że wszyscy Arabowie to naziści i że okradanie nazistów to błogosławieństwo. Byłem zniesmaczony, ale nic nie powiedziałem. Szczególnie bolało mnie, gdy palono zdjęcia Palestyńczyków albo na nie oddawano mocz. Co to właściwie daje? Raz jeden z żołnierzy zauważył, że czuję się z tym źle, i powiedział: ‘Co z tobą? Oni i tak tu nie wrócą; ich historia jest skończona’. Nic nie odpowiedziałem; tylko skinąłem głową”.

Były też działania jednostki 504, której jednym z zadań było przesłuchiwanie więźniów. „Działaliśmy na północy Gazy i złapaliśmy jednego członka Hamasu w domu. Dostaliśmy rozkaz pilnowania go, dopóki nie przyjedzie przesłuchujący z 504” – wspomina Eitan. „Zawsze działają parami – przesłuchujący i żołnierz bojowy. Gdy przyjechali, staliśmy na straży przy wejściu do domu i mogłem widzieć i słyszeć całe przesłuchanie”. Eitan mówi, że w pewnym momencie przesłuchujący zdjął więźniowi spodnie i bieliznę.„Wziął kilka opasek zaciskowych i przymocował jedną do jego penisa, a drugą do jąder. Zadał pytanie, a gdy ten nie odpowiedział, zaciskał opaski. Powtarzali to w kółko; był straszny krzyk. Nie przestawał krzyczeć, jakby dusza wychodziła z jego ciała. W końcu zaczął mówić; wszystko z niego wyszło, a przesłuchujący zdjął opaski i wsadził go do ciężarówki. Musieli go zabrać do ośrodka zatrzymań”. Od tego czasu – mówi Eitan – krzyk nie daje mu spokoju. „To zniszczyło wszystko, co myślałem o armii, o nas, o sobie. Jeśli jesteśmy zdolni do robienia tak strasznych rzeczy bez wiedzy cywilów, to co jeszcze dzieje się w piwnicach? Jakie inne tajemnice ukrywamy?”

„Kiedy mówiono o tym, że wszyscy terroryści zostali zabici dzięki specjalnym środkom używanym w tunelach, ludzie się ekscytowali, a mnie to przypominało Holokaust.”

Guy

Eksperci twierdzą, że takie urazy psychiczne mogą dotyczyć także osób, które nie brały bezpośredniego udziału w walkach. Ran, na przykład, nie spędził ani jednego dnia w Gazie. Był oficerem sił powietrznych w rezerwie, pracującym w sztabie obrony w Tel Awiwie, w jednostce odpowiedzialnej za planowanie nalotów. „Po 7 października wszystko się zmieniło” – mówi. „Wszystko, co wiedziałem o tzw. stratach ubocznych, przestało obowiązywać. Planowaliśmy i zatwierdzaliśmy ataki, o których wiedzieliśmy, że spowodują śmierć dziesiątek cywilów, czasem więcej. I to nie miało znaczenia. Mój kuzyn został zamordowany na festiwalu Nova. Byłem zaślepiony zemstą i gniewem. To, co się działo, było nieproporcjonalne. Z każdym dniem coraz bardziej mnie to obciążało. W jednej chwili planowaliśmy atak, w którym miały zginąć dzieci, a chwilę później siedzieliśmy przy hamburgerze na ulicy Ibn Gabirol. To dysonans, którego nie da się powstrzymać, i czułem, jakby na moim czole zaczynał się pojawiać jakiś znak”. Moment kryzysu nastąpił – jak mówi – 18 marca ubiegłego roku, kiedy Izrael zerwał zawieszenie broni z Hamasem i przeprowadził noc nalotów. Zginęły setki ludzi, głównie cywile. „Nie mogłem już w tym uczestniczyć. Czułem, że jeśli będę dalej służył, zdradzę wszystko, co jeszcze we mnie dobre, osobę, którą chcę być” – mówi Ran. Nie był jedyny. Kilku pilotów poprosiło o zwolnienie ze służby po tej nocy. Siły powietrzne się zgodziły, ale poprosiły, by zachowali to w tajemnicy. Ran wrócił do domu, ale nie był w stanie wrócić do pracy. „Rozwinęła się u mnie obsesja oglądania najgorszych zdjęć martwych i rannych Palestyńczyków” – mówi. „Wciąż próbuję ustalić, czy miałem z tym coś wspólnego, czy jestem odpowiedzialny za te obrazy. Mój psycholog mówi, że to tak, jakbym sam wybierał dla siebie torturę. Prosił, żebym przestał, ale nie potrafię. Czuję, że na to zasługuję.”

Moralność czy tożsamość

Oficjalnie Ministerstwo Obrony nie uznaje diagnozy urazu moralnego, która – jak zauważają eksperci – nie została jeszcze włączona do amerykańskiego Diagnostycznego i Statystycznego Podręcznika Zaburzeń Psychicznych (DSM). W związku z tym żołnierz cierpiący na uraz moralny zgłasza się do departamentu rehabilitacji ministerstwa, przechodzi komisję lekarską i zostaje uznany za osobę cierpiącą na PTSD. Choć czasem te dwa zaburzenia się nakładają, są one zasadniczo różne.Problem błędnej diagnozy to coś więcej niż kwestia terminologii. Również leczenie – jak mówi Zalsman z Narodowej Rady ds. Zapobiegania Samobójstwom – jest zasadniczo odmienne. „PTSD leczy się poprzez intensywne, stopniowe wystawianie pacjenta na traumę, aby oddzielić traumatyczne wspomnienie od reakcji emocjonalnej” – mówi.

„Uraz moralny wymaga pracy ukierunkowanej na akceptację i pogodzenie się z czynem, który wywołał kryzys. Innymi słowy, człowiek musi nauczyć się wybaczyć samemu sobie”. Może się to jednak wkrótce zmienić. Publiczna komisja powołana w październiku, aby znaleźć rozwiązania w zakresie leczenia rannych żołnierzy, ma zalecić, by departament rehabilitacji uznał uraz moralny. Według jednej z podkomisji „należy opracować protokoły leczenia, przeszkolić personel terapeutyczny i rehabilitacyjny oraz uwzględnić bezpośredni związek między urazem moralnym a zatrudnieniem, aktywnością społeczną i rolą jednostki w społeczności”.

Armia również – choć z opóźnieniem – postanowiła po cichu uznać to zjawisko; na przykład wojsko amerykańskie od lat posiada procedury leczenia takich urazów. W ostatnich miesiącach izraelscy specjaliści zdrowia psychicznego, niemal w cieniu, opracowują wstępny protokół interwencji dla żołnierzy cierpiących na uraz moralny. Rzecznik IDF nie wydał w tej sprawie żadnego oświadczenia, a cała kwestia pozostaje przemilczana, w przeciwieństwie do wielu innych działań armii dotyczących zdrowia psychicznego żołnierzy w czasie wojny. IDF odmówiły nawet używania określenia „uraz moralny”, preferując termin: „uraz tożsamości”. Wojsko zaprzecza, jakoby zmiana nazwy miała ukryty cel. Jednak niektóre źródła twierdzą inaczej. „To dość oczywiste, że mamy tu do czynienia z komunikatem społeczno-politycznym” – mówi oficer zdrowia psychicznego w rezerwie. „Bo jeśli uznamy, że wielu żołnierzy cierpi na urazy moralne, jak to się ma do frazesu o najbardziej moralnej armii świata? Zamiast tego wybrano określenie, które przerzuca odpowiedzialność na żołnierza, jakby problem dotyczył jego tożsamości, a nie działań, do których wysłali go przełożeni”. Inny oficer systemu zdrowia psychicznego w armii mówi, że decyzja miała na celu „znalezienie rozwiązania tymczasowego, które pozwoli leczyć tych żołnierzy bez rozdrażniania polityków.

Byłem na spotkaniu, na którym jeden z wysokich rangą oficerów powiedział: ‘Nie możemy tego nazywać urazem moralnym – czy chcemy, żeby Channel 14 nas powiesił na drzewie?’” – mówi, odnosząc się do stacji telewizyjnej sprzyjającej premierowi Netanjahu. „Taki jest obecnie klimat w armii”. Nie tylko wojsko unika bezpośredniego spojrzenia na uraz moralny – robią to także sami żołnierze. Boją się mówić o swoich uczuciach znajomym, obawiając się, że zostaną uznani za zdrajców, lewicowców lub słabych. „Kiedyś dotyczyło to PTSD, dziś dotyczy urazu moralnego” – mówi Levi-Belz z Uniwersytetu w Hajfie. „Nie chodzi tylko o poziom dowódców, ale o całe społeczeństwo.

Rząd tworzy narrację dychotomiczną: albo jesteś z nami, albo jesteś lewicowym zdrajcą – i najbardziej dotyka to młodych ludzi. Żołnierz może się obawiać, że jeśli powie o swoich wątpliwościach dotyczących tego, co robili w Gazie, zostanie uznany za kogoś obcego, kogo należy wykluczyć. A dla niego byłoby to najgorsze – poczucie całkowitego odrzucenia. Dlatego w wielu przypadkach wolą milczeć i nie szukać pomocy”. Guy, na przykład, nadal odmawia dzielenia się swoimi przeżyciami z innymi żołnierzami. Służy w jednostce specjalnej Shaldag. Od 7 października spędził setki dni na służbie rezerwowej. Tego dnia, w południe, został wezwany i wysłany do Be’eri. To, czego nie zdołał tam powstrzymać, zaczęło go prześladować. „Noszę w sobie ogromne poczucie winy. Myślę, że jest wielu takich jak ja, ale oni skierowali to gdzie indziej – w zemstę” – mówi Guy.

„Ich oczy błyszczały za każdym razem, gdy ruszaliśmy na akcję. Kiedy mówiono o zabijaniu terrorystów specjalnymi metodami stosowanymi w tunelach, ludzie się ekscytowali, a mnie to przypominało Holokaust. To mnie wstrząsnęło, ale dalej służyłem. Myślałem, że to minie”. Jedna z operacji miała miejsce w szpitalu Al-Shifa w Gazie. „Cała okolica cuchnęła śmiercią i ciałami” – mówi. „Od tego czasu nie mogę znieść zapachu spalonego mięsa. Zostałem wegetarianinem. Pamiętam moment, kiedy wszystko się załamało – gdy ten zapach przypomniał mi to, co czułem w Be’eri. To sprawiło, że zacząłem się zastanawiać: kim się staliśmy? Kim ja się stałem? Do dziś boję się odpowiedzi.”

https://dakowski.pl/

niedziela, 19 kwietnia 2026

Zbrodnie izraelskich żołnierzy

 


Rozstrzeliwania cywilów, tortury, grabieże i tuszowanie przestępstw


NCZAS.INFO | Izraelscy żołnierze w Strefie Gazy.
Według obszernego reportażu Toma Levinsona opublikowanego w izraelskim dzienniku Haaretz 17 kwietnia 2026 r., część izraelskich żołnierzy i rezerwistów wracających z walk w Strefie Gazy zmaga się z głębokimi urazami moralnymi spowodowanymi udziałem w zabijaniu cywilów, torturach, grabieżach i tuszowaniu zbrodni.

Artykuł nie potępia zbrodni, nie współczuje ofiarom, tylko skupia się na „urazach moralnych” izraelskich żołnierzy.

Autor przytacza relacje kilkorga żołnierzy (wszyscy pod pseudonimami), którzy opisują konkretne przypadki naruszeń prawa wojennego popełnianych w imię zemsty za atak Hamasu z 7 października 2023 r.

Rozstrzelanie nieuzbrojonych cywilów

Yuval (34 lata, programista) opowiada, jak jego jednostka w Khan Yunis zastrzeliła starszego mężczyznę i trzech nastolatków – wszyscy bez broni. „Ich ciała były podziurawione kulami, organy wylewały się na zewnątrz” – wspomina. Po akcji dowódca batalionu z ludźmi napluł na zwłoki i krzyknął: „Tak się dzieje z każdym, kto zadziera z Izraelem, skurwysyny”.

Ostrzał nieuzbrojonych Palestyńczyków i upokarzanie

Maya, oficer ds. kadr w rezerwie, była świadkiem, jak na rozkaz dowódcy batalionu czołg ostrzelał z karabinu maszynowego pięciu Palestyńczyków idących na północ. Czterech zginęło. Ocalały został zamknięty w klatce, a jeden z żołnierzy nasikał na niego, mówiąc: „To za Be’eri, ty dupku, to za Novę”. Maya przyznaje: „Nikt nie mógł przestać się śmiać. Może i ja się zaśmiałam”.

Morderstwo i tuszowanie sprawy

Yehuda relacjonuje, jak oficer zastrzelił nieuzbrojonego Palestyńczyka, który podniósł ręce. „Było oczywiste, że nie był uzbrojony. Oficer podszedł, odczekał kilka sekund i po prostu strzelił”. Incydent nagrano dronem, ale dowództwo uznało go za „zabicie terrorysty” i zamiotło sprawę pod dywan.

Tortury podczas przesłuchań

Żołnierz Eitan opisuje przesłuchanie przez jednostkę 504. Przesłuchujący założył opaski zaciskowe na penisa i jądra więźnia i zaciskał je, dopóki ten nie zaczął mówić. „Krzyczał, jakby dusza wychodziła mu z ciała”.

Grabieże i wandalizm

Inny żołnierz mówi o wchodzeniu do palestyńskich domów: „Ludzie brali sprzęt AGD, złoto, pieniądze. Niektórzy palili zdjęcia Palestyńczyków albo na nie sikali. Mówili, że wszyscy Arabowie to naziści i że to błogosławieństwo kraść od nazistów”.

Strzelanie do cywilów szukających pomocy

Snajperzy z Brygady Nahal strzelali do Palestyńczyków przekraczających arbitralne linie wyznaczone przez armię. Jeden z nich: „Nie zapominasz twarzy ludzi, których zabiłeś. To zostaje z tobą”.

Reakcje i skala zjawiska

Prof. Gil Zalsman, szef Izraelskiej Narodowej Rady ds. Zapobiegania Samobójstwom, potwierdza w Haaretz, że urazy moralne występują „na znacznie większą skalę niż kiedykolwiek wcześniej”, także wśród dzieci rezerwistów.

Prof. Yossi Levi-Belz z Uniwersytetu w Hajfie wyjaśnia, że w przeciwieństwie do PTSD uraz moralny wynika z poczucia naruszenia własnych wartości moralnych i prowadzi do głębokiego poczucia winy i wstydu.

Armia izraelska oficjalnie nie uznaje terminu „uraz moralny”, zastępując go określeniem „uraz tożsamości”. Jeden z oficerów zdrowia psychicznego w rezerwie komentuje w artykule: „Jeśli uznamy, że wielu żołnierzy cierpi na urazy moralne, to jak to się ma do stereotypu o ‘najbardziej moralnej armii na świecie’?”

Według Levinsona po zawieszeniu broni liczba żołnierzy szukających pomocy psychiatrycznej z tego powodu wyraźnie wzrosła. Wielu z nich boi się mówić otwarcie, obawiając się oskarżeń o zdradę lub słabość.

Artykuł kończy się wnioskiem, że dla części żołnierzy wojna w Gazie nie skończyła się wraz z powrotem do domu – została w nich jako trwała trauma moralna.

Znamienne, że artykuł finalnie podkreśla jak bardzo cierpią na „urazy moralne” izraelscy żołnierze, ale w ogóle nie skupia się na potępieniu zbrodni przez nich dokonywanych.

To tylko kilka zbrodni, o których izraelscy żołnierze zdecydowali się powiedzieć. O większości zapewne nigdy się nie dowiemy. Już z tych relacji wynika, że zbrodnie wojenne armii Izraela są systemowo wpisane w ich działania.

https://nczas.info/2026/04/19/zbrodnie-izraelskich-zolnierzy-rozstrzeliwania-cywilow-tortury-grabieze-i-tuszowanie-przestepstw/

Zobacz komu MEN kazało ustalać przymus w szkołach



W MEN trwają prace nad szczegółami przymusu uczestnictwa dzieci w lekcjach tzw. „edukacji zdrowotnej” od 1 września 2026 r.

Wie Pan kto ustala, jakie konkretnie treści będą już za kilka miesięcy obowiązkowe dla wszystkich uczniów? To m.in.:

Seksuolog Zbigniew Izdebski – powiązany z instytucjami uwikłanymi w przeszłości w afery pedofilskie i uczeń seksuologa Andrzeja Jaczewskiego, który publicznie popierał legalizację współżycia dorosłych z dziećmi. Izdebski przeprowadzał też seksuologiczne eksperymenty na uczniach, w trakcie których bez wiedzy i zgody rodziców pytał uczniów m.in. o to, czy już się kiedyś masturbowali.

Antonina Kopyt – „edukatorka seksualna”, która jako pierwsza zaproponowała wprowadzenie w Polsce obowiązkowej „edukacji seksualnej” mającej ukrywać się dla zmylenia rodziców pod nazwą „edukacji zdrowotnej”. Kopyt publicznie sugerowała, że prawo rodziców do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami powinno podlegać ograniczeniom ze strony państwa oraz instytucji międzynarodowych. Współpracuje z organizacjami promującymi aborcję, LGBT i sex-shopy.

Te same osoby były współodpowiedzialne za stworzenie całej podstawy programowej do „edukacji zdrowotnej” – przedmiotu, który należy odrzucić w całości, gdyż zawarta w nim wizja „zdrowia”, człowieka i relacji międzyludzkich to ideologia opracowana w gabinetach niemieckich ideologów i aktywistów.

„Edukacja zdrowotna” już za niecałe pół roku ma być przymusowa we wszystkich szkołach. Większość rodziców albo w ogóle nie zdaje sobie sprawy z zagrożenia, albo to zagrożenie banalizuje. 

Dzisiaj, gdy lekcje nie są jeszcze obowiązkowe, chodzi na nie ok. 30-40% uczniów, zwłaszcza w szkołach podstawowych. Bierność doprowadzi do tego, że w Polsce dojdzie do katastrofy tak jak na Zachodzie. Niedawno udostępnialiśmy poruszające świadectwo naszej młodej wolontariuszki Zuzi, która gdy miała 12 lat uczyła się w katolickiej szkole w Anglii. W szkole na lekcjach religii, prowadzonych przez nauczycielkę, która była lesbijką i ateistką (!), zachęcano Zuzię do homoseksualizmu i kwestionowano jej tożsamość płciową. Niewiele brakowało, a nieświadoma wtedy dziewczyna uległaby tym namowom.

Pamiętając swoje doświadczenia z Anglii Zuzia to samo widzi już dzisiaj w Polsce. Dlatego wraz z innymi wolontariuszami naszej Fundacji bierze udział w kolejnych publicznych akcjach i kształtuje świadomość rodziców.Tylko w nadchodzącym tygodniu (18-25 kwietnia) chcemy zorganizować uliczne akcje informacyjne i publiczne różańce w 23 miastach Polski.

Nasi wolontariusze są gotowi do wyjścia na ulice, rozstawienia dużych plakatów, włączenia megafonów, rozdawania ulotek i broszur oraz modlitwy na różańcu, a przy tym do odpierania ataków, zaczepek i procesów sądowych wytaczanych nam nieustannie przez zwolenników deprawacji dzieci.

Żeby zrealizować ten plan, nasi wolontariusze potrzebują Pana pomocy. Pana wsparcie umożliwi nam m.in.: – zatankowanie aut i dojazd do kolejnych miejscowości na terenie całego kraju,- zakup nowych transparentów i bannerów,- wydruk ulotek, broszur, gazet i materiałów informacyjnych dla przechodniów,- kupno nowych kamer, głośników, megafonów i innego sprzętu używanego podczas akcji,- dalsze funkcjonowanie centrum prawnego naszej Fundacji, które ochrania wolontariuszy przed procesami, przesłuchaniami i prześladowaniami sądowo-policyjnymi (aktualnie przeciwko nam toczy się ponad 80 rozpraw w całej Polsce). Liczymy na Pana zaangażowanie.
WPŁACAM
Konto Fundacji do darowizn: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków

Z wyrazami szacunku, 

Mariusz Dzierżawski 
Fundacja Pro – Prawo do życia
KRS: 0000233080
NIP: 1231051050
REGON: 010083573
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków

Jesteśmy Organizacją Pożytku Publicznego OPP.

Z dziennika Aleksego Suworina

 W dniu zamachu Młodeckiego na Loris-Mielikowa[2] siedziałem u F. M. Dostojewskiego.

Mieszkanie miał nędzne. Zastałem go przy okrągłym stoliku w bawialni, jak nabijał papierosy. Jego twarz wyglądała jak twarz człowieka, który dopiero co wyszedł z łaźni, gdzie się naparzał na najwyższej półce. Miała na sobie jak gdyby znamię potu. Nie mogłem widocznie ukryć zdziwienia, bo kiedy na mnie spojrzał i przywitał się, powiedział:

- Właśnie przed chwilą miałem atak. Bardzo, bardzo się cieszę.

I w dalszym ciągu nabijał papierosy.

Ani on, ani ja nie wiedzieliśmy jeszcze o zamachu[3].

Rozmowa jednak zeszła wkrótce na przestępstwa polityczne, zwłaszcza na wybuch w Pałacu Zimowym. Omawiając to wydarzenie Dostojewski zatrzymał się dłużej na dziwnym stosunku społeczeństwa do tych przestępstw. Społeczeństwo jak gdyby sympatyzuje z nimi czy też - co byłoby bliższe prawdy - nie wie na dobrą sprawę, jak ma je traktować.

- Niech pan sobie wyobrazi - mówił - że stoimy obaj przed wystawami sklepu Dazziaro i oglądamy obrazy. Obok nas stoi człowiek, który udaje, że też ogląda. Czeka na coś i wciąż się rozgląda. Nagle podchodzi do niego szybkim krokiem jakiś inny człowiek i oświadcza: „Pałac Zimowy za chwilę wyleci w powietrze. Uruchomiłem mechanizm”. My obaj słyszymy to oświadczenie. Niech pan sobie wyobrazi, że to słyszymy, że ci ludzie są tak podnieceni, iż nie potrafią ocenić sytuacji i własnego głosu. Jak byśmy obaj się zachowali? Czy poszlibyśmy do Pałacu Zimowego, żeby uprzedzić o wybuchu, albo czy zwrócilibyśmy się do policji, do stójkowego, żeby tych ludzi aresztował? Czy pan by poszedł?

- Nie, ja bym nie poszedł…

- Ani ja. Dlaczego? Przecież to okropność. To zbrodnia. Być może moglibyśmy zapobiec. O tym myślałem właśnie przy nabijaniu papierosów, zanim pan przyszedł. Przeanalizowałem wszystkie pobudki, które kazałyby mi to zrobić. Są to pobudki istotne, poważne, a następnie zastanowiłem się nad pobudkami, które by mi na to nie pozwoliły. To pobudki funta kłaków niewarte. Po prostu obawa, żeby nie obwołano mnie donosicielem. Wyobraziłem sobie, jak przychodzę, jak na mnie patrzą, jak zaczynają mnie wypytywać, urządzać konfrontacje, może zaproponują nagrodę, albo nawet podejrzewać mnie będą o współudział. Ogłoszą w gazetach: Dostojewski wskazał zbrodniarzy. A czy to moja sprawa? To sprawa policji. Od tego ona jest, za to jej płacą. Liberałowie by mi tego nie wybaczyli. Zadręczyliby mnie, doprowadzili do rozpaczy. Czy to jest normalne? U nas wszystko jest nienormalne, dlatego wszystko tak się dzieje i nikt nie wie, jak się powinien zachować nie tylko w sytuacjach najtrudniejszych, ale nawet najprostszych. Chciałbym o tym napisać. Mógłbym wiele dobrego i złego powiedzieć i o społeczeństwie, i o rządzie, a to jest zakazane.

O najważniejszych sprawach u nas nie wolno mówić.

Długo rozprawiał na ten temat i mówił z wielkim zapałem. Właśnie wtedy powiedział też, że napisze powieść, której bohaterem będzie Alosza Karamazow. Chciał, żeby przeszedł on przez klasztor i stał się rewolucjonistą. Miał popełnić zbrodnię polityczną. Zostałby stracony. Szukałby prawdy i te poszukiwania w sposób naturalny doprowadziłyby go do rewolucji…[4]

[3] O stosunku Dostojewskiego do aktu terrorystycznego Młodeckiego wspomina Suworin w swoim wspomnieniu pośmiertnym o Dostojewskim („Now. Wr.” 1881, Nr 1771), w którym pisze: „Zamach na życie Loris-Mielikowa wstrząsnął nim bardzo i Dostojewski obawiał się reakcji. Niech Bóg broni - mówił - by mieli powrócić do starych metod”. Dostojewski był zwolennikiem tej polityki, jaką prowadził Loris-Mielikow, i dlatego Suworin powiada dalej: „Loris-Mielikow nie wiedział oczywiście, jaki był doń stosunek zmarłego, znał jednak zasługi pisarza dla ziemi ojczystej i natychmiast zameldował o nich cesarzowi…” To „natychmiast” jest wielce charakterystyczne![4] Poglądy Dostojewskiego na rewolucyjne akty terroru znalazły wyraz w nieco innej formie już o dwa lata wcześniej, a mianowicie w czasie procesu Wiery Zasulicz, która strzelała do oberpolicmajstra petersburskiego Trepowa (proces odbył się 5 marca 1878 r.) G. K. Gradowski, który znajdował się na sali sądu okręgowego razem z Dostojewskim, zanotował w swoich wspomnieniach: „F. M. Dostojewski wyraził wówczas przede mną swoje zdanie. Przesądzało ono los oskarżonej, ale wielki pisarz nadał wówczas swojej opinii szczególny odcień: «Potępić jej niepodobna, skazanie byłoby rzeczą niewłaściwą, zbędną, ale gdyby tak można było jej powiedzieć: idź, ale nie czyń tego więcej»…” Jeśli teraz wziąć pod uwagę, że w tym czasie właśnie powstawała powieść Bracia Karamazow, stanie się zrozumiałe, czemu Dostojewski w rozmowie z Suworinem wspomina o swoim zamiarze, by Aloszę Karamazowa przeprowadzić przez święty ogień rewolucji, a potem posłać na stracenie - tego samego Aloszę, który w pamiętnym epizodzie powieści po wysłuchaniu opowiadania o tym, jak pewien generał zaszczuł psami pańszczyźnianego chłopa w obecności matki - wywołał pełen zdumienia i zachwytu okrzyk Iwana Karamazowa: „Brawo!” Iwan wystawia brata na próbę: - „A ty, jak myślisz, Alosza? Rozstrzelać takiego? Rozstrzelać, żeby zaspokoić poczucie moralności? No, mów, Aloszka!

- Rozstrzelać - szepnął, blady jak ściana, Alosza, krzywiąc usta w jakimś dziwnym uśmiechu i podnosząc wzrok na brata”.

Jeśli Alosza gotów był rozstrzelać generała, „żeby zaspokoić poczucie moralności”, to staje się jasne, czemu Dostojewski wahał się w swojej opinii co do Zasulicz i Młodeckiego. Obolała dusza Dostojewskiego, zgnębiona nieustannymi obrazami cierpienia skrzywdzonych i poniżonych, domagała się z pasją, by krzywdziciele otrzymali zasłużoną karę. I Aleksy Karamazow-rewolucjonista stać się miał ostatnim etapem, końcowym akordem wątku myśli Dostojewskiego o losie „skrzywdzonych i poniżonych”. Szczególnie charakterystyczne, w relacji Suworina jest owo stwierdzenie, iż Alosza „szukałby prawdy i te poszukiwania w sposób naturalny doprowadziłyby go do rewolucji…”

**

16 lutego

Onegdaj przyjechałem z Czechowem do Moskwy. Wczoraj byłem z nim u L. N. Tołstoja. Przyszedł B. Cziczerin[175]. Dyskutowaliśmy na temat obrazu Ge[176] z życia Chrystusa. Chociaż Tołstoj dowodził z zapałem, że sztuka współczesna ma swoje własne zadania, że można przedstawiać Chrystusa inaczej, niż to robił Rafael, by pokazać, że my bezustannie „krzyżujemy Chrystusa” naszymi uczynkami - Cziczerin obstawał przy swoim, a podbechtywała go jeszcze hrabina Zofia Andriejewna i Lwa Nikołajewicza bardzo to denerwowało. W ogóle był zdaje się w złym humorze[177]. W związku ze śmiercią N. N. Strachowa[178] powiedział, że bagaż literacki, jaki pozostawił po sobie, jest niewielki, mimo że go chwalono i chwali się nadal. Kiedy się odezwałem, że najlepiej umrzeć od razu, powiedział, że to oczywiście byłoby dobre, ale najlepszą śmiercią byłoby, gdyby człowiek czując, że śmierć się zbliża, zachował jasność myśli i powiedział swym najbliższym, że umiera i umiera ze spokojnym sumieniem.

O poecie Verlaine’ie - Tołstoj nie pojmuje, czemu się o nim pisze. Czytał go. O inteligencji powiedział w związku z dekadentami: „to wesz pasożytująca na ciele narodu, a zabawiają ją jeszcze literaturą”.

Czechowowi powiedział:

- Żałuję, że dałem panu do czytania Zmartwychwstanie.

- Dlaczego?

- No przecie dlatego, że nie został z niego kamień na kamieniu, wszystko przerobiłem.

- Da mi pan teraz do przeczytania?

- Jak skończę, to dam.

Hrabina pokazywała nam jego korekty. Teraz już nie ona zajmuje się przepisywaniem, tylko córki.

Zaglądała do ich domu śmierć. Najpierw chorowała hrabina, potem on. Ma kamienie w nerkach i okropnie cierpi, na szczęście ataki są dosyć rzadko. Sypia na parterze. Ostatnim razem ból był tak dręczący, że nie mógł już wytrzymać, wszedł po schodach na górę i upadł w salonie. Krzyczał. Przykładają mu synopizmy i gorące kompresy; lekarstw nie chce brać.

O Sofoklesie Tołstoj mówił: „pisze o tym, co uważa za najważniejsze”.

**

M. A. Stachowicz[217] przywiózł mi do przeczytania list Tołstoja o patriotyzmie do Amerykanina Mansona i na ten sam temat do Polaka[218]. Patriotyzm jest szkodliwy. Egoizm uważa się za zło, a patriotyzm jest o wiele szkodliwszy. Pojedynczą jednostkę sądzi się za kradzież i rabunek, a państwa, zagarniając cudze ziemie, kradną i rabują bezkarnie. Istnieje patriotyzm „utrzymujący”, by utrzymać to, co zostało zdobyte, i patriotyzm „przywracający”, by odzyskać to, co zostało zabrane - najszkodliwszy, bo najbardziej napastliwy. Egoizm - to uczucie naturalne, wrodzone, a patriotyzm - nabyte. Troszczyć się należy o słabość swojej ojczyzny, o jej pomniejszenie, a nie przeciwnie. Patriotyzm jest przeciwieństwem chrześcijaństwa. Wszyscy żyjemy w obłudzie. Obłuda faryzeuszy - Chrystus tylko raz jeden wpadł w gniew, właśnie z powodu obłudy faryzeuszy - jest niczym w porównaniu z naszą, ich obłuda w porównaniu z naszą - to dziecinna zabawka. Całe nasze życie z wyznawaniem wiary chrześcijańskiej, cnoty pokory i miłości, w połączeniu z życiem hordy zbójeckiej nie może być niczym innym, jeno ustawiczną i straszliwą obłudą. Cesarza Wilhelma Tołstoj nazywa „jedną z najkomiczniejszych figur naszych czasów: mówca, poeta, muzyk, dramaturg, malarz i patriota”. W związku ze znanym jego obrazem: wszystkie narody stoją z mieczami i za wskazaniem Michała Archanioła spoglądają na Buddę i Konfucjusza - Tołstoj radzi mu, by się uczył pokory i łagodności od Buddy, a rozsądku od Konfucjusza i Lao Tse.

-

List Tołstoja do Goremykina. Pewną kobietę, córkę Cholewińskiego, niemłodą i słabego zdrowia, o pięknych zaletach duszy poddano rewizji i wsadzono do więzienia. Dała robotnikowi na prośbę Tołstoja jeden z jego skonfiskowanych utworów (W czom moja wiera czy też Carstwo bożje wnutri nas - wymienia najpierw ten drugi, potem pierwszy). „Uważam, że postępowanie takie jest nierozsądne, daremne, okrutne i niesprawiedliwe”. Nierozsądne dlatego, że jeden człowiek cierpi za to, co wielu innym często uchodzi bezkarnie, daremne dlatego, że nie może wyplenić zła, bo niepodobna aresztować wszystkich. Prosi, by zastosowano te kroki wobec rzeczywistego winowajcy, to znaczy wobec niego samego. „Tym właśnie listem oznajmiam wprost, że to ja napisałem i rozpowszechniałem owe książki, które rząd uważa za szkodliwe, i w dalszym ciągu piszę i rozpowszechniam w książkach, listach i rozmowach te same myśli”. Słowa Gamaliela (z Pisma św.): „Albowiem jeślić jest z ludzi ta rada albo sprawa, rozchwieje się. Lecz jeśli jest z Boga, nie będziecie mogli ich zepsować, byście snadź nie naleźli się z Bogiem walczyć”. Pisze, że wcale nie uważa, by jego „popularność i sytuacja społeczna” broniły go przed rewizjami, śledztwem, więzieniem itd. Przeciwnie, uważa, że jeśli rząd postąpi wobec niego w sposób zdecydowany, opinii społecznej to nie wzburzy, a większość uzna postępowanie rządu za słuszne. „Bóg widzi, że piszę ten list nie powodowany chęcią prowokowania władz, tylko potrzebą wewnętrzną, by zdjąć z niewinnych ludzi odpowiedzialność za czyny, które popełniłem ja sam”.

**

Byłem u L. N. Tołstoja, który nie był w Petersburgu od 20 lat. Zatrzymał się u Ołsufiewa, Fontanka 14. Był u niego Ge, Czertkow i baronowa Ikskul[254]. Czertkowa wysyłają za granicę, była u niego rewizja, zabrali materiały o duchoborcach[255]. O Mewie Czechowa Tołstoj powiedział, że to nic niewarta bzdura, że jest napisana tak, jak pisze Ibsen.

— Naplótł niestworzonych rzeczy, a o co chodzi - nie wiadomo. A Europa się zachwyca: „znakomite”. Czechow to największy talent, ale Mewa jest bardzo niedobra.

- Czechow by umarł, gdyby mu powiedziano, że pan jest tego zdania. Niech pan mu tego nie mówi.

- Powiem mu, ale delikatnie, i bardzo mnie zadziwi, jeśli się aż tak zmartwi. Każdemu zdarzają się słabsze rzeczy.

Rozmowa zeszła na cesarza.

- Pan powinien jechać do niego, pan by go przekonał.

- Jeśli nie można przekonać własnej żony - powiedział L. N. - to cóż dopiero cesarza.

- No, z żoną to inna sprawa, to zbyt bliski człowiek.

- A cesarz zbyt daleki - powiedział Tołstoj.

O normalizacji dnia roboczego: nie rozumie, po co to się robi, to tylko robotnika krępuje, chce pracować, a nie pozwala mu się. Powinna być wolność pracy dla robotników. Jest ruch na powierzchni ziemi, ale ziemia się nie rusza.

- A strajki?

- Cóż strajki? Henry George[256] słusznie mówi, że strajki można porównać do dwóch bogaczy, którzy siedzą nad brzegiem morza i rzucają do niego czerwońce. Jeden rzuci dukata, drugi dwa; pierwszy dwa, drugi trzy i tak dalej bez końca.

O Mewie mówił jeszcze Tołstoj:

- Literatów nie powinno się pokazywać na scenie: jest nas bardzo mało i nikt się nami nie interesuje. To, co w sztuce jest najlepsze - monolog pisarza - to rysy autobiograficzne, ale to można było napisać osobno albo w liście; w dramacie to ni w pięć, ni w dziewięć. W Moim życiu Czechowa bohater czyta stolarzowi Ostrowskiego, a stolarz powiada: „Wszystko możliwe, wszystko możliwe”[257]. Gdyby temu stolarzowi przeczytać Mewę, nie powiedziałby: „wszystko możliwe”.

L. N. Tołstoj mówił, że niewiele mu już pozostało życia, a powiedzieć i zrobić chciałby jeszcze bardzo dużo. Spieszy się i pracuje bez przerwy.

**

…Historia z hrabią L. N. Tołstojem i p. Marksem[332], wydawcą „Niwy”. - Czy „marksistom” to jest na rękę? P. Marks to kapitalista, a hr. Tołstoj - to robotnik. Hrabia Tołstoj sprzedał „Niwie” prawo pierwszego wydania swojej powieści Zmartwychwstanie po tysiąc rubli za arkusz druku. Przy tym oświadczył p. Marksowi jasno i kategorycznie, że odstępuje jedynie prawa do pierwszego wydania, a raczej prawo pierwodruku, i że po ukazaniu się w „Niwie” poszczególnych części tej powieści wszystkie inne wydawnictwa mają prawo dysponować Zmartwychwstaniem jak swoją własnością, bowiem każdy odcinek powieści, jak i jej całość, staje się natychmiast własnością publiczną. Trzeba dodać, że początkowo honorarium za powieść oznaczone zostało na 1500 rub., przy czym hrabia Tołstoj ze względów czysto filantropijnych gotów był zastrzec w umowie, że odstępuje prawo pierwodruku swej powieści aż do pełnego jej ukazania się w prasie do końca. Powieść miała stać się własnością publiczną dopiero po wydrukowaniu jej w całości. Zastrzeżenie to zwiększałoby fundusze na cele dobroczynne o jakieś 8-9 tysięcy. Później jednak hrabia Tołstoj odstąpił od tej myśli i zaproponował 1000 rub. od arkusza tylko za pierwodruk, stający się natychmiast po wydrukowaniu własnością publiczną. Marks na tych właśnie warunkach prawa te nabył, i mógł to potwierdzić jeden z literatów, który w tej sprawie pośredniczył.

P. Marks nie wspomniał ani słowem o tych warunkach w swoich zapowiedziach reklamowych dotyczących prenumeraty „Niwy”. Prenumerata dała znakomite wyniki, które zwróciły mu stokrotnie kapitał wydatkowany na nabycie prawa pierwodruku. Ale tego było mu jeszcze mało, bo dla kapitału wszystko jest za mało. Kiedy zaczęły się ukazywać przedruki - a trzeba powiedzieć, że przemilczano przy nich tę okoliczność, że są to przedruki z „Niwy”, co w każdym razie nie jest w porządku - p. Marks zaczął bombardować hrabiego Tołstoja prośbami, by położył kres tym przedrukom aż do ukazania się powieści w całości. Hrabia Tołstoj początkowo bronił swoich praw, potem jednak, wzruszony najwidoczniej błaganiami p. Marksa, zwrócił się z prośbą do wydawnictw periodycznych, by w interesie p. Marksa nie przedrukowywały powieści aż do całkowitego jej ukazania się na łamach „Niwy”.

Należy przy tym przypomnieć, iż początkowo p. Marks groził sądem tym wszystkim, którzy będą powieść przedrukowywali. Do tych pogróżek nie miał najmniejszego prawa i były one całkowicie sprzeczne z warunkami, na jakich tę powieść nabył. Kiedy te samowolne pogróżki nie powstrzymały przedruków, zaczął prosić hrabiego Tołstoja, by sam wkroczył w tę sprawę. Myślę, że cała ta historia jest znakomitym przykładem stosunków między kapitalistą i robotnikiem w osobach takich przedstawicieli jak p. Marks i hr. Tołstoj. Ukazał się już w prasie list, w którym p. Marks broni skrótów, jakich dokonał w powieści („Cenzura domowa”) i twierdzi, że w wydawnictwach zagranicznych rzekomo „drukują powieść hrabiego Tołstoja ze skrótami nierównie większej wagi”. Nie wiem, o jakich wydawnictwach tu mowa, ale mogę się powołać na ogłoszenie w „Bibliographie de la France”.

**

28 września

Wczoraj czytałem dalej Idiotę Dostojewskiego. W pewnej mierze, w szczegółach - to dalszy ciąg Zbrodni i kary.

Pamiętam, jakie zrobił wrażenie mój artykuł, nie podpisany, o śmierci Dostojewskiego. Nazwałem go wtedy „nauczycielem”. Jak mi opowiadał A. A. Skalkowski, Loris-Mielikow natychmiast po jego przeczytaniu pojechał do cesarza i wystarał się o rentę dla wdowy. Grigorowicz przyjechał do mnie i mówił mi, że płakał. Płakało wielu ludzi. Rozczuliłem się. Wdowa po Dostojewskim doskonale rozumiała znaczenie tej agitacji. Pocałowała mnie w rękę. Zdumiewający był wówczas ten nastrój w Petersburgu. Akurat przed samym zamachem na cesarza. Ludzie na wyprzódki czytali i kupowali Dostojewskiego. Jak gdyby śmierć dopiero odkryła jego istnienie, a przedtem go nie było. Umarł w biedzie, ledwie wiązał koniec z końcem. Dostojewska sama chodziła do handlarzy książek na rynek i sprzedawała tomy powieści swojego męża po jednym, po dwa egzemplarze, z dużym rabatem. Dostojewski zdobył nad Turgieniewem przewagę dopiero po śmierci. W czasie dni puszkinowskich w Moskwie chciałem pójść za scenę powinszować mu po jego wspaniałym przemówieniu. Wyszedł mi naprzeciw na widownię i powiedział z radością:

- No i co? Zwyciężyliśmy, zwyciężyliśmy! Kobiety całują mnie po rękach!

Kilka dziewcząt niosło właśnie dla niego przez widownię wielki wieniec laurowy.

**


niedziela, 12 kwietnia 2026

Porządnego psa cenię bardzej niż kardynała Rysia

 


Czasem nie potrzeba zrozumienia, słów ani wyjaśnień. Wystarczy obecność.

Podczas inscenizacji Drogi Krzyżowej wydarzyło się coś, czego nikt nie zaplanował…a co poruszyło wszystkich obecnych.

Na miejsce wszedł bezdomny pies. Nie wiedział, że to tylko przedstawienie. Gdy zobaczył mężczyznę niosącego krzyż, otoczonego przez „żołnierzy”, którzy go popychali, zareagował instynktownie. Zaczął szczekać, podbiegać i próbował ich odganiać, jakby chciał przerwać to, co widział.

Nie dało się mu wytłumaczyć, że to tylko scena. Dla niego to było coś realnego.

Kiedy „Jezus” upadł na ziemię, pies natychmiast podszedł bliżej. Położył się obok i został. Spokojny, czujny, jakby chciał po prostu być przy kimś, kto w jego odczuciu cierpi.

Ludzie patrzyli na to z mieszanką wzruszenia i niedowierzania. Bo choć wszyscy wiedzieli, że to tylko odgrywana historia, on był jedynym, który zareagował całkowicie szczerze.

Ta sytuacja przypomina coś bardzo prostego, a jednocześnie ważnego. Czasem nie potrzeba zrozumienia, słów ani wyjaśnień. Wystarczy obecność.

https://dakowski.pl/

Rzeź Libanu w wykonaniu Izraela. ONZ: Skala zniszczeń jest przerażająca


Zaledwie kilka godzin po wynegocjowaniu zawieszenia broni z Iranem, Izrael przypuścił potężny atak na Liban, w którym zginęły co najmniej 254 osoby. Wysoki Komisarz ONZ ds. Praw Człowieka wprost nazwał te działania „rzezią”.

Bilans najnowszych izraelskich ataków w Libanie wywołał ostrą reakcję ze strony Organizacji Narodów Zjednoczonych. Głos w sprawie dramatycznych wydarzeń zabrał Volker Türk, Wysoki Komisarz ONZ ds. Praw Człowieka.

Odnosząc się do faktu, że liczba ofiar śmiertelnych przekroczyła już 250 osób, określił skalę zniszczeń i zabijania jako „po prostu przerażającą”.

Atak nastąpił w momencie, gdy ogłoszono dwutygodniowy rozejm na Bliskim Wschodzie. Izrael uznał jednak, że rozejm nie dotyczy Libanu.

„Taka rzeź, dokonana w zaledwie kilka godzin po zawarciu zawieszenia broni z Iranem, wymyka się pojmowaniu” – stwierdził Volker Türk. „Wywiera to ogromną presję na niezwykle kruchy pokój, którego ludność cywilna tak desperacko potrzebuje” – dodał.

W swoim oświadczeniu szef praw człowieka ONZ stanowczo przypomniał o żelaznych zasadach prowadzenia konfliktów zbrojnych. Türk podkreślił, że międzynarodowe prawo humanitarne jasno precyzuje obowiązek ochrony zarówno samych cywilów, jak i infrastruktury cywilnej.

„Zasady te nie podlegają żadnym negocjacjom i muszą być zawsze przestrzegane, niezależnie od okoliczności konfliktu zbrojnego” – podsumował Komisarz ONZ.

9.04.2026 nczas/rzez-w-wykonaniu-izraela-onz-skala-zniszczen-jest-przerazajaca

Brainroty, czyli apokalipsa zombie już trwa

 


Uśrednione IQ od czasu rozpoczęcia pomiarów ponad stulecie temu, w kolejnych pokoleniach stawało się coraz wyższe. Postęp był satysfakcjonujący i wydawał się trwały. Młodzież dzięki ofercie edukacyjnej – tej systemowej i tej kulturowej – stawała się bystrzejsza. Niestety, „stawała się”. Wygląda na to, że (podobnie jak w medycynie, tak przynajmniej twierdzą eksperci WHO – sic!) – lepiej to już było, mili Państwo.

Sytuacja zaczęła się zmieniać około roku 2010. Telewizory istniały dużo wcześniej. Gry komputerowe i Playstation również. Satelitarna papka i byle jakie kreskówki meblowały dziecięce głowy od kilku dziesięcioleci. Nie da się tego wyjaśnić również produkcjami z gatunku reality show czy paradokumentami typu Szkoła, na które narzekaliśmy naście lat temu. Doktor Jared Cooney Horvard, przemawiając w jednej z rad Senatu USA, przekonywał, że zmianą, która wówczas zaszła, jest szerokie wprowadzenie do szkół technologii cyfrowych. Po zachłyśnięciu się najnowocześniejszym sprzętem niczym wujek w amoku na giełdzie komputerowej, zaczęliśmy zauważać, że pomiędzy dziećmi uczonymi za pomocą zaawansowanych technologii a tymi korzystającymi z konwencjonalnych narzędzi istnieje ogromna różnica w zakresie jakości procesów myślowych, pamięci, a zwłaszcza koncentracji. Potężny spadek opiera się nie tylko na omawianym wielokrotnie nadużywaniu smartfonów, ale i na używaniu technologii, które protezują pracę mózgu.

Bodaj pierwsi zaczęli to zauważać specjaliści od neurologopedii i wczesnej interwencji, jak profesor Cieszyńska. Od kiedy małe dzieci zaczęły być zanurzane w „programach edukacyjnych”, znacznie wzrosła liczba fałszywych rozpoznań autyzmu (bo obraz funkcjonowania był podobny, a przyczyną – nie neuroatypowość, tylko… zaniedbanie cyfrowe i brak odpowiedniej społeczno-emocjonalnej stymulacji). Nastąpiła też swoista epidemia opóźnień rozwoju mowy. Po początkowym zachwycie kraje skandynawskie odeszły od upowszechniania technologii podczas lekcji, zauważając regres uczniów. Dlaczego tak się dzieje?

WESPRZYJ NAS JUŻ TERAZ!
25 zł

50 zł

100 zł

Dzieciakom mózgi gniją

Użytkowanie ekranów nawet do nauki opiera się na innym modelu: dezaktywującym umysł, sprawiającym, że jest on jedynie biernym odbiorcą – i tyle godzin, ile wcześniej musiał się aktywować (uprośćmy to: polować), teraz może pozostawać w bierności (niczym pierwotny myśliwy karmiony bez wychodzenia z jaskini). A przecież od nastu lat zindywidualizowane ekrany nosimy w każdej kieszeni…

Miliony uczniów i studentów na całym świecie już doświadczają, że tracą kontrolę nad funkcjonowaniem swojego umysłu – nie mogą się skupić, jeśli coś ich nie skupia. Tym czymś jest ruch na ekranie. Oznacza to, że nie są w stanie efektywnie skorzystać z nieruchomego tekstu… Czują się przykuci do telefonów, po które wielokrotnie sięgają bezwiednie. Scrollują przez wiele godzin dziennie. I to właśnie ten zestaw objawów, wraz z tak zwaną „uwagą złotej rybki” (zainteresowaniem tylko na krótką chwilę), nazwano brainrotem. Dosłownie gnijącym mózgiem, mózgozgniłkiem. To walki z takim „schorzeniem” dotyczą bardzo liczne materiały o detoksie dopaminowym, odwyku od smartfona, odzyskaniu kontroli. Ale jest i inne znaczenie tego wyrazu. Chodzi w nim nie tylko o sam gadżet, o narzędzie, ale o treść przekazywaną za jego pośrednictwem.

Pokoleniowym doświadczeniem generacji Alpha, czyli urodzonych po roku 2010–2015, jest codzienne wystawienie na brainroty. Zjawisko bynajmniej nie jest niszowe ani subkulturowe. To kluczowa część kultury popularnej postpandemicznego świata, niestety – szczególnie adresowana do dzieci. Im starszy odbiorca, tym większą czuje odrazę w kontakcie z brainrotem.

Brainroty to bowiem również memy (w pierwotnym znaczeniu Dawkinsowskim: bity informacji kulturowej – obrazki, filmy, motywy, znane i powtarzalne teksty, melodie czy dowolne dźwięki), mające charakter… destrukcji depozytu kulturowego. Przeróbki, komentarze do komentarzy, cytaty, symulakra… Popkultura XX wieku zrodziła poczwarę: zbiór przypadkowo sklejonych, przerysowanych elementów, zwracających uwagę swoją bezsensownością, dosadnością, głośnością. Spożywa się je prędko, jeden za drugim, przez długi czas. Nie ma tu miejsca na spójność, proces, głębszą myśl, a nawet w ogóle na sens.

To, co jeszcze niedawno mogło być kąśliwym komentarzem, ilustracją, puszczeniem oka do odbiorcy, w ogóle działaniem na marginesie, objęło w młodym pokoleniu całą specyficzną dla ich czasów kulturę popularną. Bardzo wiele brainrotów jest, co tu dużo mówić, niesmacznych, śliskich, dosłownie zboczonych, pełnych śmieci, dziwactw budzących przerażenie i zmieszanie – ogólnie nieodpowiednich. Mnóstwo z nich rozwija tematykę popularnych gier, jak Minecraft, Fortnite czy Five Nights of Freddy (z którego pochodzi słynny jumpscare). Nie ma takiej treści popularnej wśród dzieci i młodzieży, dla których nie powstałaby cała masa przeróbek o charakterze brainrotów.

Cwaniakom portfele tyją

Ta gałąź „kultury” to prawdziwa kopalnia złota. Popyt rozkręcił podaż… W końcu brainroty konsumuje się w ogromnym tempie, po kilka sekund na jeden element. Wielu ich twórców stało się potwornie bogatymi ludźmi – ten rodzaj treści generuje bowiem miliony i miliardy wyświetleń. Cocomelon (kanał od popularnej piosenki Baby Shark), charakteryzujący się przesyconymi kolorami, rzekomo dla maluchów, przy przerzutności scen od 1–3 sekund, powoduje realne opóźnienia poznawcze u oglądających go dzieci.

Popularny wśród starszych Skibiditoilet (ludzkie głowy wystające z toalet) zarabia 23 mln dolarów rocznie. Poppy Playtime (ze słynnym zębatym Huggie Wuggie, które można było kupić dwa sezony temu na każdym straganie), Digital Circus – wszelkie popularne motywy są natychmiast rozpowszechniane w setkach wersji przez swoiste farmy treści. I tak dalej – proszę spróbować wpisać w YouTube the best of brainrot compilation. Można spróbować też zapoznać się z dziecięcymi odzywkami wzorowanymi na filmach i postaciach – tak zwanym „językiem brainrotowym”. Alphy to prawdopodobnie najmniej rozmawiające pokolenie w dziejach ludzkości, jednocześnie przez znaczną część interakcji tylko wymieniające się tekstami typu:

– Skibidi.

TikTok jest użytkowany dokładnie w ten sposób: krótki kontent, nieustanne scrollowanie, zbliżone najbardziej do wielogodzinnego przerzucania się z kanału na kanał, po kilka sekund na każdym. Specyficzną odmianą treści „psujących mózg” jest gałąź komentatorów. Obserwujemy w tych filmach cudze reakcje na jakiś materiał – i na tym opiera się ich popularność. Smutna namiastka kontaktu z drugim człowiekiem.

Tymczasem do gry weszło AI i łatwo dostępne aplikacje pozwalające w kilka minut stwarzać kolejne viralowe brainroty, na przykład w formie filmików czy gifów. Sklejone w ten sposób z przypadkowych elementów postacie weszły już do dziecięcego kanonu: jak Brr Brr Patapim, Cappuchino Assasino, Tung Tung Tung Sahur, Karkerkar KurKur i inne. Gorylo-banan, rekino-człowiek i im podobne. Nie ma to żadnego sensu, ale wygenerowanych czy stworzonych specjalnie z tymi postaciami piosenek (na przykład gałąź brainrot rap czy brainrot lullaby) znajdą Państwo w internecie tyle, że moglibyście tego słuchać do końca życia. Wiele dzieci – i ich rodziców – przyjmuje postawę, jakby właśnie taki był ich ostateczny cel.

Katarzyna Wozinska
pch24.pl/brainroty-czyli-apokalipsa-zombie-juz-trwa

czwartek, 9 kwietnia 2026

Żywot i myśli Zygmunta Podfilipskiego


W 1898 roku, gdy Stanisław Przybyszewski zjechał do Krakowa, by przewodzić młodym i zbuntowanym oraz pognębić filistra, na półkach księgarskich znalazły się dwa olśniewające debiuty powieściowe. Pierwszy to Syzyfowe prace drugi - Żywot i myśli Zygmunta Podfilipskiego (1898). Pierwsza powieść Żeromskiego stanowiła zaledwie preludium do dalszej twórczości, nieco inaczej potoczyła się literacka kariera Józefa Weyssenhoffa (1860-1932). Mało kto startował wówczas w tak komfortowych warunkach. Arystokrata, łaskawy mecenas zasłużonej „Biblioteki Warszawskiej”, bywalec klubów, erudyta, kolekcjoner dzieł sztuki, a wreszcie… hazardzista, który podczas jednej nocy przepuścił pokaźny majątek. Przeciwnik Młodej Polski, na łamach prasy zwalczający Wyspiańskiego, Feldmana i Matuszewskiego, sympatyzował z endecją. Osoba Weyssenhoffa każe nam pamiętać, że w okresie dominacji każdego prądu artystycznego działają również jego zagorzali przeciwnicy.

Żywot i myśli Zygmunta Podfilipskiego to bestseler wydawniczy i jedna z najgłośniejszych książek tamtej epoki. Jej odbiór świadczył jednak nie najlepiej o możliwościach ówczesnej krytyki. Podjęto dosyć nierozsądny spór, czy autor stworzył pamflet, czy też apologię swego bohatera. Z równie dobrym skutkiem moglibyśmy stawiać pytanie, czy Proust lubi opisywanych przez siebie arystokratów, czy raczej ich potępia.

Misterna konstrukcja narracyjna Podfilipskiego zadziwić może nawet współczesnego czytelnika, przyzwyczajonego do wszelkich ekstrawagancji prozy XX wieku. Oto pomiędzy autorem a bohaterem pojawia się postać fikcyjna: Jacek Ligęza tworzący dzieło o swym niedawno zmarłym przyjacielu.

Powstający na oczach czytelnika szkic do portretu cynicznego arystokraty nie jest ani pełny, ani jednoznaczny. Decyduje o tym postawa Ligęzy, który w swym widzeniu Podfilipskiego łączy fascynację z lekkim sprzeciwem. Niekiedy opowiadający wykazuje zdumiewającą naiwność, innym razem wręcz świadomie podsuwa fałszywy trop. Jednym słowem - nie zawsze wydaje się sojusznikiem czytelnika liczącego na ujawnienie całej prawdy o bohaterze.
Trochę podobna relacja łączy Adriana i Serenusa w Doktorze Faustusie Tomasza Manna.

Historia Podfilipskiego pisana jest jak gdyby od końca, ale tym chwytem posługiwali się ostatecznie autorzy wcześniejszych powieści przyjmujących formę pośmiertnego wspomnienia. Jednak Weyssenhoff idzie znacznie dalej.

Burzy układ chronologiczny i tradycyjny sposób budowania napięcia. Podaje informację o śmierci brata Zygmunta, Tomasza, jeszcze zanim postać ta otrzyma swoje miejsce w układzie fabularnym. Bez przesady powiedzieć możemy, że to już koncept w stylu Milana Kundery! Sposób gospodarowania powieściowym czasem, daleki od dziewiętnastowiecznego dążenia do równowagi, skrupulatna analiza błahych z pozoru epizodów i kompletny demontaż akcji również nadają powieści charakter prekursorski. Mimo wysiłków Ligęzy Podfilipski pozostaje osobowością wymykającą się próbom analizy. Jego kosmopolityzm, cynizm, pogarda nabierają pod piórem przyjaciela wymowy mniej jednoznacznej. Podfilipski (tak jak bohaterowie piszącego już w tym okresie Prousta) podniósł próżniactwo do rangi wyrafinowanej filozofii życia. Z wdziękiem paryskiego dandysa unikając zaangażowania w politykę, rewolucję, działalność społeczną, miłość, małżeństwo, spędził życie nader przyjemnie. Nie stworzył wprawdzie żadnych trwałych dzieł, ale pozostawił po sobie nieśmiertelne przesłanie - wzór postawy, w której hedonistyczny egoizm miesza się z tak istotną w XX wieku obroną autonomii jednostki.

Debiutancka powieść pozostała jedynym arcydziełem Weyssenhoffa, który w swoich kolejnych książkach coraz bardziej rozmijał się ze współczesnością, podejmując nawet próby odnowienia powieści tendencyjnej. Sprawa Dołęgi (1901) i Puszcza (1915) to utwory napisane przez sprawnego rzemieślnika. W pierwszym z nich krytyce poddana została arystokracja, bohaterem pozytywnym okazuje się natomiast - jak w powieściach wczesnej Orzeszkowej - inżynier. W Puszczy bohaterką pozytywną jest przedsiębiorcza dziewczyna, która nie tylko odnosi zwycięstwo nad młodopolską „kobietą fatalną”, ale zdobywając serce ukochanego przyczynia się również do obrony polskości na kresach.

Podnoszona przez Weyssenhoffa tendencja stłumiła znacznie bardziej atrakcyjny wątek baśniowo-magiczny, wywodzący się z kresowego folkloru.

Najciekawszym utworem Weyssenhoffa związanym z tematyką kresową jest powieść Soból i panna (1911), w której autorowi udało się uniknąć zarówno ciężaru pozytywnej tendencji, jak i fabularnych schematów. Romans dziewczyny z ludu, Warszulki i panicza Michała Rajeckiego kończy się źle, ale ani do uwiedzenia, ani do tragedii nie dochodzi. Panna wychodzi za mąż, a nieszczęśliwy adorator znajduje pociechę w sztuce myśliwskiej. Zasługuje na wzmiankę bezpruderyjna, chociaż subtelna analiza dziewczęcego erotyzmu.

Trudno też przeoczyć fakt, że tajniki psychoanalizy Freuda wykłada tutaj… ksiądz. Ukrytym bohaterem Sobola i panny jest przyroda, konstrukcję powieści wyznacza osobliwy kalendarz („rok myśliwego”). Między innymi z tych powodów zestawiano uroczą, chociaż nieco staroświecką powieść Weyssenhoffa z Panem Tadeuszem.

Jan Tomkowski
Młoda Polska 

sobota, 4 kwietnia 2026

Nox atra:


Nocą przychodzą ślepi Homerydzi
Borges który wczoraj umarł w Szwajcarii
przyjechał z drugiej półkuli w kolejną podróż poślubną
do Genewy gdzie pierwszy raz
czytał Schopenhauera
(Ostatnią książkę przeczytał przed 30 laty
później zdany na lektury kobiet)
Joyce gdy mówił o Homerze:
«Szedłem za nim wiernie
aż do najdrobniejszych szczegółów»
(«Jestem już niemal ślepy» dodał)

Henryk Grzeniewski

piątek, 3 kwietnia 2026

Paul Claudel, Dziennik, 1904–1955,

 

przekład z francuskiego, wybór i słowo wstępne Juliana Rogozińskiego (serdeczne pozdrowienia!), PAX, Warszawa 1977 Czytanie czyjegoś dziennika, o którym nie wiadomo, czy był pisany z myślą o druku, to czynność zawsze nieco paskudna, tak jak podsłuchiwanie, podglądanie, grzebanie w cudzych manatkach i listach.

Tutaj sprawę komplikuje jeszcze to, że Paweł Claudel nie należy do najbardziej u nas znanych pisarzy francuskich, i zdarzyć się może, że wielu czytelnikom przedstawi się po raz pierwszy nie jako poeta czy dramaturg, ale jako autor tych właśnie luźnych notatek. Nie będzie to z pewnością najwłaściwszy początek znajomości, ale kto wie, czy nie najbardziej skuteczny. Już po kilkunastu kartkach Claudel wciągnie nas w świat swoich apodyktycznych sądów i sprzeczności, którymi był, że tak powiem, miotany. Wprawdzie w samych sprzecznościach nie ma jeszcze nic osobliwego, każdy je w sobie nosi, ale u Claudela stopień ich natężenia był rzeczywiście niepospolity. Na jednej stronie będziemy obcować z poetą, na drugiej z buchalterem. Na innej z głęboko wierzącym chrześcijaninem, na dalszej z małodusznym bigotem, który teoretycznie kochał bliźniego swego, ale praktycznie bardzo go nie lubił. Aż czytać hadko, co wypisuje Claudel o różnych innowiercach. Duch ekumenizmu nie oświecał jeszcze tego gwałtownika. Zresztą i dla swoich kolegów, pisarzy katolickich, niewiele miał wyrozumienia. A w ogóle to całej niemal literatury nie znosił, choć kochał ją po swojemu, a trzeba wiedzieć, że należał do najbardziej oczytanych pisarzy swego pokolenia. No i wreszcie sprawa, którą śledziłam w Dzienniku z niemałym zaciekawieniem. To życie, pełne wewnętrznego niepokoju – jakież ono było na zewnątrz uładzone i spokojne… Krzepkie zdrowie, brak trosk materialnych, żadnych rodzinnych kataklizmów. Nawet historię udało się Claudelowi utrzymać w pewnym dystansie od własnej osoby. Pierwszą wojnę światową przesiedział na placówkach dyplomatycznych z dala od okopów nad Marną. Drugą przeżył bez osobistych nieszczęść w swojej wiejskiej posiadłości, pisząc i wydając książki, wystawiając swoje sztuki w teatrach. Nikt z jego szeroko rozgałęzionej rodziny nie ucierpiał w tych potwornych przecież czasach. Po wojnie niczego nie zamierzał odbudowywać, zaczynając „od dymu z komina”. Ta przenośnia, wypowiedziana ustami dalekiego, nie znanego mu poety, brzmiałaby w jego uszach przesadnie, może dziwacznie, może wręcz niezrozumiale…

Wisława Szymborska
Wszystkie lektury nadobowiązkowe

***
Dziennik czyta się bardzo przyjemnie. Chyba dalej można go kupić na allegro za parę złotych.  

czwartek, 2 kwietnia 2026

Wstrząsające wyznanie Jagielskiej przed Wielkanocą



Dzień dobry Panie Mirosławie. 

Niemieckie gazety dla Polaków, [może one są tak samo niemieckie, jak gazeta wyborcza polska] jak zwykle przed Wielkanocą, zajęły się promocją odrażających patologii. Polskojęzyczny Newsweek użył do tego celu wywiadu z aborterką Gizelą Jagielską.

Gizela Jagielska wyjaśniła w wywiadzie, dlaczego tak chętnie zabija dzieci chlorkiem potasu. Wspomina sytuację, jak wielkim kłopotem była dla niej kiedyś aborcja dziecka w 7 miesiącu ciąży. Jagielska podała środki wywołujące poród, w wyniku którego urodził się żywy noworodek. W wywiadzie nie ma słowa o dalszym losie dziecka. Możemy domyślać się, że nie udzielono mu pomocy, oczekując aż umrze z wyziębienia i głodu.

Według zachodnich statystyk, około 20% późnych aborcji kończy się narodzeniem żywych dzieci. Oficjalna propaganda zaprzecza, że dziecko w łonie matki jest człowiekiem, ale żywy noworodek to dla aborterów duży kłopot, bo trudno zaprzeczyć, że jest człowiekiem.

Od tego czasu Jagielska zawczasu zabija duże dzieci zastrzykiem z chlorku potasu w serca – aby upewnić się, że dziecko umrze jeszcze w łonie matki.

W krajach, w których wykonuje się skazańcom wyrok kary śmierci przez podanie chlorku potasu, obowiązkowe jest podanie wcześniej środka znieczulającego. Jagielska nic nie wspomina o znieczulaniu swoich ofiar.

Panie Mirosławie, już jutro Wielki Czwartek – rozpoczynamy obchody śmierci i zmartwychwstania Pana Jezusa. Ewangelia św. Mateusza tuż przed opisem męki Zbawiciela przedstawia nam wizję Sądu Ostatecznego i przekazuje słowa Syna Człowieczego:

„Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili.”

To jednak nie wszystko. Zbawiciel powiedział też:

„Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili”

To słowa skierowane do nas.

Co ja robię, gdy widzę lub słyszę, że bestialsko mordowane są bezbronne, niewinne dzieci? Czego nie uczyniłem dla nich, tego nie uczyniłem również Jezusowi.

Nasza Fundacja istnieje po to, aby być głosem dzieci, które same bronić się nie mogą i dać wielu osobom możliwość włączenia się w ich obronę. Pan Jezus, który obiecał, że będzie pamiętał o kubku wody podanemu jednemu z najmniejszych, z pewnością nie zapomni o tych, którzy wstawiali się za nimi.

Dlatego proszę Pana, aby pomógł nam Pan powstrzymać Jagielską i innych aborterów. W marcu rozpoczęliśmy akcje pod szpitalem w Lubaniu, gdzie aktualnie „pracuje” Gizela Jagielska.

Przypomnijmy, że nasi wolontariusze przez 9 lat organizowali działania w Oleśnicy (kiedy Jagielska masowo abortowała tam dzieci) znosząc nieustanne prześladowania, napady, ataki i represje sądowe. Przyczyniło się to do odwołania Jagielskiej. Podobnie może stać się w Lubaniu oraz innych szpitalach.

Co razem możemy zrobić?

Nasi działacze chcą regularnie być pod szpitalem w Lubaniu – głosić prawdę o aborcji i modlić się publicznie, wytrzymując przy tym kolejne ataki i napady oraz znosząc przesłuchania i kolejne procesy sądowe wytaczane nam za obronę dzieci.

Pan swoim zaangażowaniem finansowym może umożliwić im te działania i bronić ich przed represjami.

Na co konkretnie przełoży się Pana pomoc?

– zakup nowych bannerów, transparentów, megafonów, głośników i namiotów, dzięki którym prawdę o aborcji oraz modlitwę widać i słychać z daleka,
– zatankowanie naszych samochodów, co umożliwi transport wolontariuszy (bardzo ważne przy aktualnych cenach paliwa),
– wydruk materiałów informacyjnych na temat aborcji (broszur, ulotek itp.), które nasi wolontariusze rozdają każdego dnia setkom ludzi na ulicach i pod szpitalami.

Pana pomoc umożliwi również funkcjonowanie Centrum Prawnego naszej Fundacji, które ochrania wolontariuszy przed represjami sądowymi. Jest to dla nas obecnie koszt ponad 10 000 zł miesięcznie. Przypominam, że tylko w 2024 roku nałożono na nas ponad 100 000 zł kar i grzywien za ratowanie życia dzieci pod szpitalem w Oleśnicy, a aktualnie toczy się przeciwko nam ponad 80 rozpraw i procesów.
Pańskie wsparcie pozwoli nam przygotować się na kolejne prześladowania.

Zarówno ja jak i wolontariusze naszej Fundacji liczymy na Pana. Proszę pomóc nam powstrzymać Jagielską i ratować dzieci przed koszmarem aborcji. Udało się usunąć Jagielską z Oleśnicy, uda się również z Lubania.
WPŁACAM

Konto Fundacji do darowizn:79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Z wyrazami szacunku, 

Mariusz Dzierżawski 
Fundacja Pro – Prawo do życia KRS: 0000233080
NIP: 1231051050
REGON: 010083573
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków

https://dakowski.pl/

wtorek, 31 marca 2026

Autoprezentacja — maska czy mina?

 

Podsumowanie

Kontrolowanie wrażenia wywieranego na innych (autoprezentacja), nie jest równoznaczne z kłamstwem i oszukiwaniem bliźnich. Zachowanie takie jest nie tylko powszechnie spotykane, ale również korzystne dla naszego funkcjonowania społecznego. Dzięki powszechności autoprezentacji relacje międzyludzkie zyskują na sprawności, a być może dzięki niej są one tak naprawdę możliwe. Aby to sobie nieco dokładniej uzmysłowić, wykonajmy proste doświadczenie.

Przerwij na chwilę — Szanowny Czytelniku — lekturę tej książki i zwróć uwagę na treść swojej świadomości. „Zajrzyj" do swego umysłu i uświadom sobie, jaka jest jego zawartość w tej chwili. O czym myślisz? Co sobie przypominasz? Postaraj się trwać w tym stanie przez minutę. Jeśli minuta już upłynęła, zajrzyj na stronę 228 i odpowiedz na pytanie, które umieszczono w przypisie 20.

(20 Podaj datę bitwy pod Grunwaldem)

A teraz (ale szczerze) odpowiedz sobie na kolejne pytanie: Czy kiedy „zaglądałeś" do swojego umysłu, dostrzegłeś w nim informację, że bitwa pod Grunwaldem odbyła się 15 lipca 1410 roku? Pewnie nie. Ale ta informacja była w twoim umyśle (mam nadzieję, że wystarczająco pilnie uczyłeś się historii w IV i V klasie szkoły podstawowej), gdy do niego „zaglądałeś".

Kiedy odczytałeś pytanie, znałeś przecież odpowiedź! Zakończyliśmy nasze doświadczenie i możemy wrócić do zasadniczej myśli.

Rzadko w codziennym życiu zwracamy uwagę na to, że nasz umysł nie ma jednoczesnego dostępu do całej zawartości pamięci. Olbrzymie zasoby naszej wiedzy — w konkretnym momencie czasowym — mają charakter latentny; są przechowywane w pamięci, ale w „oknie umysłu" dostrzegamy tylko ich niewielki fragment. Oczywiście, większość danych latentnych potrafimy przemieścić do naszego „okna umysłu", ale nie wszystkie jedno-cześnie. Aby jakaś część naszego doświadczenia wpływała na zachowanie, musi zostać przekształcona z wiedzy latentnej w wiedzę aktywną (por. Wojciszke, 1986). Nie będziemy tutaj omawiać mechanizmów odpowiedzialnych za przebieg aktywizacji doświadczenia. Dla naszych rozważań ważny jest fakt ograniczonego dostępu do zasobów doświadczenia (pamięci); w konkretnej chwili aktywny jest tylko niewielki fragment naszego doświadczenia i tylko ten fragment pełni regulacyjne funkcje dla naszego zachowania. To bardzo ogólna i bardzo ważna zasada funkcjonowania ludzkiego umysłu.

Obowiązuje ona również w odniesieniu do tej części naszego doświad-czenia, która dotyczy własnej osoby, a w psychologii określana jest terminem „JA". JA (określane również jako „tożsamość") obejmuje całokształt NASZYCH doświadczeń, wiedzy, emocji i jej ekspresji; sposobów zachowania, poglądów, postaw, preferencji i wartości, podejmowanych ról społecznych.

Jesteśmy więc, przykładowo: pogodnym ekstrawertykiem,, badaczem, miłoś-nikiem piłki ręcznej, znawcą kociego zachowania, socjalistą, hipochondrykiem, cyklistą i hipologiem amatorem, partnerskim ojcem i mężem oraz miłośnikiem, dziewiętnastowiecznej literatury rosyjskiej. Określamy się również jako: inteligentni, średnio przystojni, silni fizycznie, życzliwi, średnio towarzyscy, tolerancyjni i spontaniczni. Zaręczam, że każdy —jeśli tylko poświęci trochę czasu, potrzebnego na „przewinięcie" informacji w swoim „oknie umysłu" — ułoży o wiele dłuższą, prawdziwą listę dotyczącą Jego Osoby. Jak można to wszystko — szczerze, bez ukrywania i udawania czegokolwiek — ujawnić w kontakcie z inną osobą? Jeśli mamy dostatecznie dużo czasu, to może (ale chyba nie w jednej interakcji) uda się przekazać wszystko. Ale jeśli czasu jest mniej, jesteśmy skazani na fragmentaryczne ujawnianie swego JA. Zresztą, nie każda interakcja wymaga od nas pełnego „odsłaniania" całości naszego JA, a nawet, w większości przypadków, było-by to ze szkodą dla jej przebiegu.

„Z natury rzeczy", czy może raczej z natury funkcjonowania naszych procesów poznawczych — nawet dążąc do ekshibicjonistycznej autentyczności w kontaktach z innymi ludźmi — zazwyczaj, będziemy ukazywać im tylko „fragmenty" naszego JA. A jeśli tak, to jest wysoce prawdopodobne, że — bez manipulatorskich intencji z naszej strony — różni partnerzy będą oglądali nieco inne, acz całkowicie prawdziwe, fragmenty (czy „wersje") naszego JA. Tak więc różni obserwatorzy — lub ci sami, w różnych sytua-cjach — mogą oglądać całkiem inne wizerunki tej samej osoby, przy czym każdy z tych wizerunków może być prawdziwy, choć inny. To sytuacja, w jakiej się znajdujemy, i stan naszego aparatu poznawczego sprawiają, że niektóre fragmenty JA mocniej określają przebieg zachowania, jak również stają się bardziej widoczne niż inne, tak dla naszej samoświadomości, jak i dla zewnętrznych obserwatorów.' Jako stworzenia społeczne jesteśmy skazani na wchodzenie w interakcje z innymi ludźmi. Zaspokojenie wielu naszych osobistych, nawet najbardziej egoistycznych potrzeb jest możliwe tylko poprzez interakcje społeczne. Aby interakcje prowadziły do celów zakładanych przez ich uczestników, korzyst-ne jest,'by przebiegały sprawnie i; bez zakłóceń.; Sprawność przebiegu interakcji zależy natomiast w dużym stopniu od jakości porozumiewania się.

Żeby porozumienie między osobami było skuteczne, muszą one rozumieć wzajemnie system znaków (np; język), którym się posługują. Ale nie zawsze rozumienie języka oznacza pełne zrozumienie konkretnego komunikatu.

Ten sam układ sygnałów może przybierać różne znaczenia, zależnie od interpretacji, jakiej dokonuje odbiorca, ale nadawca może uczynić swój komunikat bardziej jednoznacznym poprzez wyposażenie go w wyrazisty sygnał, ukierunkowujący interpretację. Tak jak opatrzenie abstrakcyjnego obrazu określonym tytułem ukierunkowuje jego interpretację, tak i „zatytułowanie" swojego zachowania poprzez wyrazisty gest, ekspresję emocjonalną, materialny rekwizyt,; wypowiedź słowną itp. ukierunkowuje jego interpretację u partnera interakcji. Nie zawsze „normalne" wypowiedzi, jakie kierujemy i odbieramy od innych, są tak zbudowane, że widoczny jest ich „tytuł", wskazujący, „o co chodzi". Kiedy myślimy w samotności („rozmawiamy sami ze sobą"), znamy „tytuły" swoich opowieści. Kiedy jednak chcemy przekazać je innym, często musimy zadbać o to, aby „tytuł" był widoczny również i dla nich. Bywa to zazwyczaj, choć nie zawsze, korzystne dla usprawnienia porozumiewania się i — w konsekwencji — zwiększa efektywność interakcji.

Jednym z powodów, dla których ludzie zachowują się inaczej „prywatnie" niż podczas interakcji z innymi jest dbałość o „nadanie tytułu" swoim komunikatom i całej interakcji. W kontaktach z innymi ludźmi modyfikujemy swoje zachowanie .tak, aby było ono bardziej komunikatywne i bardziej czytelne. Sprzyja to: zrozumieniu naszych komunikatów, tak jak nadanie tytułu opowiadaniu, obrazowi, rzeźbie czy symfonii; czyni je bardziej zro-zumiałymi, sugerując sposób percepcji i interpretacji strumienia informacji.

Konsekwencją dążenia do zwiększenia zrozumiałości i komunikatywności jest „przerysowywanie" i „teatralizacja" tych zachowań, które mają coś zakomunikować partnerowi interakcji. , Gdy partner jest nam nieznany, a interakcja dopiero się zawiązuje, działamy tak, aby szybko i wyraźnie „zdefiniować" nasze rozumienie sytuacji. Często dzieje się. to bez słów. „Definiujemy" sytuację poprzez tó JAK mówimy (głośno-cicho, szybko-wolno, zniżając-podwyższając tonację itp.) i JAK się przy tym zachowujemy (utrzymujemy kontakt wzrokowy lub nie, uśmiechamy się lub nie, rozkładamy ręce w geście powitania lub trzymamy je w kieszeniach itp.),' Oczywiście, ważne jest również CO mówimy i robimy (strofujemy lub chwalimy partnera, atakujemy go lub chronimy itd.).

W ten sposób przedstawiamy partnerowi naszą „ofertę" dotyczącą interakcji: przyjaźń-walka, praca-zabawa, partnerstwo-dominacja, zdyscyplino-wanie-„łuz" itp.
Integralną częścią definiowania sytuacji jest również „przedstawienie siebie", pokazanie jakiego rodzaju osobą jesteśmy (będziemy lub pragniemy być w danej sytuacji), jakich relacji życzymy sobie w kontakcie z partnerem, jakiego traktowania z jego strony oczekujemy etc. Owe „definicje" (sytuacji i siebie) nie powstają w społecznej próżni. Osoby zaangażowane w interakcję uwzględniają w tych procesach własne pragnienia i możliwości, jak również (spostrzegane) właściwości partnera interakcji, sytuacji w jakiej ona przebie-ga, norm i obyczajów obowiązujących w danym społeczeństwie itp. Nie musi to być proces zaplanowany i świadomie „wydeliberowany". Pewne cechy sytuacji (jak i „stan umysłu", np. nastrój, nawyki, stopień ustrukturowania i „wytrenowania" pewnych programów działania) sprawiają, że niektóre frag-menty czy obszary naszej tożsamości zostają zaktywizowane i one przede wszystkim determinują sposób widzenia i definiowania przebiegu interakcji, a w konsekwencji — zachowanie.

Każda z osób uczestniczących w interakcji przystępuje do niej z jakimiś oczekiwaniami i celami. Istotą interakcji jest jednak współzależność; aby osiągnąć swoje cele, każdy z uczestników musi uwzględnić również cele innych osób w nią zaangażowanych. Dlatego niezmiernie istotne jest moż-liwie szybkie porozumienie co do charakteru czy „stylu" interakcji oraz ról, jakie chcieliby w niej odgrywać poszczególni uczestnicy. Jedną z podstawowych funkcji zachowań autoprezentacyjnych jest właśnie negocjowanie tego typu ustaleń. Nie zawsze proces ten przebiega płynnie i bez zakłóceń. Niekiedy definicje sytuacji i swojej w niej roli oferowane przez uczestników interakcji są wzajemnie sprzeczne czy konfliktowe, co prowadzi do rozpętania „autoprezentacyjnej walki", może też dochodzić do nieporozumień. Najczęściej jednak zachowania te ułatwiają szybkie zawarcie „transakcji" określającej charakter i przebieg danej interakcji, możliwej — przynajmniej w ogólnych zarysach — do zaakceptowania przez uczestników.
Istotą działań autoprezentacyjnych jest więc, realizowane świadomie („wydeliberowane") bądź automatycznie, ukazywanie innym (partnerom in-terakcji) określonej wersji JA (tożsamości), dostosowanej do celów i oczekiwań aktora, odzwierciedlonych przez niego celów, oczekiwań i innych cech partnera interakcji oraz charakteru samej interakcji. Działania te sprzyjają płynności oraz sprawności przebiegu interakcji społecznych poprzez stwo-rzenie „w oku" obserwatora określonego wizerunku własnej osoby.

Zazwyczaj publiczny wizerunek oferowany partnerowi interakcji „mieści" się w szerokich ramach tożsamości (JA) autoprezentera, a autoprezenta-cja polega na selektywnym ujawnianu i/lub ukrywaniu odpowiednich frag-mentów swojej tożsamości. W kulturze europejskiej niezmiernie popularna jest metafora „maski".

Widoczne jest to w także w psychologii. Nie sięgając daleko, przypomnijmy, że termin „osobowość" ma swą genezę w greckim „persona", co pierwotnie oznaczało maskę używaną w antycznym teatrze, wyrażającą typ, charakter czy też tożsamość przedstawianej postaci. Metafora maski wydaje się szczególnie kusząca dla opisu zjawiska autoprezentacji, toteż jest w tym kontekście powszechnie używana (np. Dymkowski, 1996). Współczesne poglądy na istotę procesu kierowania wrażeniem (szczególnie Schlenker, 1980; Schlenker i Weigold, 1989; Schlenker i wsp., 1996) wydają się jednak odstawać od metafory maski, przynajmniej w jej potocznym znaczeniu.

Maska (przyjmuję teraz potoczne rozumienie) jest czymś stabilnym i „sztywnym", co można przywdziewać względnie niezależnie od rysów posiadanej „prawdziwej" twarzy. Maska jest również czymś obcym, zewnętrznym wobec twarzy osoby. Stąd też metafora autoprezentacji jako procesu „przywdziewania masek" sugeruje, że publiczne wizerunki swojego JA oferowane innym są (mogą być) całkowicie odrębne od „prawdziwej tożsamości". Osoba dojrzała może (w znaczeniu dosłownym) założyć maskę młodzieńczą, a młodzieniec maskę mężczyzny w sile wieku. Osoba „anielsko uczciwa" może założyć maskę gangstera i odwrotnie. Tymczasem współczesne teorie autoprezentacji podkreślają jej „zasadniczą autentyczność" , co oznacza, że publiczne wizerunki oferowane partnerom interakcji nie są zbyt odległe od treści „autentycznego JA" (por, Leary i Kowalski, 1990; Schlen-ker, 1980; Schlenker i Weigold, 1992)20. „Prywatne" wyobrażenie (a ściślej: reprezentacje i wyobrażenia — w liczbie mnogiej) własnej osoby jest bo-wiem podstawowym wyznacżnikiem procesu kierowania wrażeniem, określa „horyzont" potencjalnych, psychicznie dostępnych publicznych (auto)wizerunków jednostki, jak i środków ich realizacji. Podobieństwo — prezentowanych innym — publicznych wizerunków własnej osoby do „autentycznego JA" jednostki jest dodatkowo zwiększane poprzez to, że związki między JA i autoprezentacją są obustronne. Nie tylko JA wpływa na sposób autoprezen-tacji, ale również dokonanie określonej autoprezentacji zwrotnie modyfikuje JA (por. Dymkowski, 1996; Rhodewalt i Agustsdottir, 1986; Schlenker i Trudeau, 1990). Sprawia to, że najprawdopodobniej rzadko mamy do czynienia z rzeczywistym autoprezentacyjnym „kłamstwem". Publiczne wizerunki oferowane innym mieszczą się najczęściej w granicach „autentycznego JA", mimo że różne audytoria mogą oglądać nieco inne wizerunki tej samej osoby. Wydaje się, że z taką sytuacją mamy do czynienia zawsze wtedy, gdy autoprezentacja (autoidentyfikacja) ma charakter automatyczny (background mode).

Zachowania autoprezentacyjne polegają najczęściej na odpowiednim ujawnianiu (prawdziwych) informacji o własnej osobie, które ma doprowadzić audytorium do określonej opinii o autoprezenterze. Jednostka selektywnie ujawnia pewne obszary JA w sposób dostosowany do aktualnych warunków: własnych dążeń dotyczących zysków i kosztów, spostrzeganych oczekiwań audytorium, charakteru interakcji, systemu wartości czy kompetencji (własnych i partnerów interakcji). Jak metaforycznie stwierdza Schlenker, przypomina to proces pisania artykułu. W zależności od dopuszczalnej objętości tekstu, przygotowania i oczekiwań potencjalnego czytelnika itp. autor musi odpowiednio zredagować posiadane informacje, aby były „widoczne" i zro-zumiałe. Podobnie i ludzie w codziennym życiu muszą odpowiednio „redagować" informacje o sobie, aby były czytelne i zrozumiałe dla otoczenia.

Przy takim rozumieniu autoprezentacji lepszą jej metaforą niż „maska" wydaje się „poza" lub „mina". Istotą zachowań autoprezentacyjnych jest bowiem raczej „drapowanie twarzy" tak, aby sprawić na odbiorcy odpowiednie wrażenie, niż „przywdziewanie masek". „Drapowanie" (pozostając przy metaforze „miny") dokonuje się przy wykorzystaniu środków, jakie oferuje własna, autentyczna twarz (czyli tożsamość aktora). Czynność ta może zmieniać wyraz twarzy, niekiedy nawet (na zasadzie nawyku i prawa efektu) „na zawsze", ale jest to nadal ta sama twarz, choć inaczej wyglądająca i sprawia-jąca nieco inne wrażenie na odbiorcy.

Niewiele odbiega to od „prywatnego samopoznawania", czy też — pozo-stając przy metaforze twarzy — samotnego przeglądania się w lustrze.  Rónież i w tej sytuacji (prywatnej) dostępna jest nam (tylko) pewna „wersja" tożsamości, tak jak podczas przeglądania się w lustrze widzimy swą twarz „udrapowaną" w jakiś wyraz czy minę. Efektem przeglądania się w lustrze jest więc ujrzenie jednej z „wersji" wyglądu naszej twarzy.

Niezależnie od tego, czy widownią są inni ludzie, czy też jednostka sama przygląda się sobie, nie może w jednym akcie poznawczym ogarnąć i wyrazić w pełni całego bogactwa swojej tożsamości, tak jak w danym momencie nie można ujrzeć w lustrze swojej twarzy wyrażającej jednocześnie radość, smutek, złość i nadzieję. Zarówno w prywatnym „samopoznaniu", jak i publicznej autoprezentacji ujawniamy więc tylko pewne fragmenty (wersje) tożsamości, dopasowane do dominujących w danej sytuacji celów naszego działania.

Andrzej Szmajke
Autoprezentacja
Maski, pozy, miny