wtorek, 9 czerwca 2026

Boliwia staje się kolejnym żerowiskiem Izraela…

 


Od Evo Moralesa do Rodrigo Paza: dramatyczny zwrot Boliwii w stronę Izraela

[Boliwia posiada największe zidentyfikowane złoża litu na świecie md]

=========================================

Izrael znajduje kolejny południowoamerykański kraj, na którym będzie mógł żerować.

Boliwia przeżywa najgłębszy kryzys polityczny i gospodarczy od czterdziestu lat, a reakcje Waszyngtonu i Jerozolimy są uderzająco podobne. Od początku maja 2026 r. kraj ogarnęła ogromna fala protestów z udziałem społeczności rdzennych, górników, związków chłopskich, pracowników transportu, nauczycieli i zwolenników byłego lewicowego prezydenta Evo Moralesa. Dziesiątki blokad dróg sparaliżowały autostrady, odcinając dostawy żywności, paliwa i leków do miast. Protestujący domagają się dymisji prezydenta Rodrigo Paza, prawicowego polityka, który objął urząd 8 listopada 2025 r., kończąc prawie 20 lat rządów lewicowego Ruchu na rzecz Socjalizmu (MAS).

Główne przyczyny protestów to braki paliwa, roczna inflacja przekraczająca 20% w momencie objęcia urzędu przez Paza, cięcia oszczędnościowe (w tym likwidacja państwowych dotacji do paliw na mocy dekretu 5503, który praktycznie podwoił koszty paliwa dla konsumentów) oraz ustawa o klasyfikacji gruntów (nr 1720), postrzegana jako zagrażająca prawom rdzennej ludności do ziemi, ponieważ umożliwiała zajmowanie gruntów rolnych jako zabezpieczenia kredytów. Choć rząd uchylił ustawę 1720 13 maja, protesty nadal się rozprzestrzeniają, a żądania rozszerzyły się o podwyżki płac, reformę prawa pracy i dymisję Paza.

Rząd Paza doszedł do władzy pod hasłem ponownego zorientowania Boliwii na współpracę ze Stanami Zjednoczonymi i zachodnimi instytucjami finansowymi. W ciągu kilku tygodni od objęcia urzędu Paz spotkał się z sekretarzem stanu Marco Rubio i podpisał umowę przywracającą pełne stosunki dyplomatyczne Boliwii z Izraelem, które zostały zerwane w 2023 r. za poprzedniego rządu MAS w proteście przeciwko wojnie w Gazie. Zapewnił też pożyczkę w wysokości 3,1 miliarda dolarów z banku rozwoju Ameryki Łacińskiej, zaprosił DEA (Drug Enforcement Administration) z powrotem do Boliwii i dołączył do koalicji bezpieczeństwa Trumpa „Tarcza Ameryk” (Shield of the Americas) wraz z Argentyną, Salwadorem i kilkunastoma innymi prawicowymi rządami.

Kiedy w połowie maja wybuchły protesty, zarówno Stany Zjednoczone, jak i Izrael wydały oświadczenia, których uderzające podobieństwo zauważył dziennikarz Max Blumenthal. Blumenthal, redaktor The Grayzone, napisał na Twitterze: „USA i Izrael wydały uderzająco podobne oświadczenia w sprawie Boliwii. To tak, jakby były jednym, skonsolidowanym reżimem zmobilizowanym w obronie globalnej oligarchii i przeciwko rdzennemu oporowi.”

Ministerstwo Spraw Zagranicznych Izraela opublikowało 17 maja: „Państwo Izrael wyraża swoje wsparcie i solidarność z rządem i narodem Boliwii, a także z prezydentem @Rodrigo_PazP, który został wybrany w sposób legalny i demokratyczny. Z niepokojem obserwujemy sytuację humanitarną spowodowaną zamieszkami i blokadami dróg, które doprowadziły do niedoborów żywności i podstawowych artykułów dla ludności. Izrael wspiera wysiłki rządu Boliwii na rzecz promowania dialogu i zachowania stabilności demokratycznej w kraju.”

Dwa dni później Biuro ds. Zachodniej Półkuli Departamentu Stanu napisało na Twitterze: „W Boliwii zamieszki i blokady stworzyły kryzys humanitarny, powodując niedobory leków, żywności i paliwa. Potępiamy wszelkie działania mające na celu zdestabilizowanie demokratycznie wybranego rządu @Rodrigo_PazP i wspieramy go w wysiłkach na rzecz przywrócenia porządku dla pokoju, bezpieczeństwa i stabilności narodu boliwijskiego.”

Zastępca sekretarza stanu USA Christopher Landau nazwał protesty „zamachem stanu” i stwierdził: „Nie miejcie co do tego wątpliwości. To jest zamach stanu finansowany przez ten niegodziwy sojusz między polityką a przestępczością zorganizowaną w całym regionie”. Sekretarz stanu Rubio oświadczył, że „Stany Zjednoczone stanowczo wspierają prawowity konstytucyjny rząd Boliwii. Nie pozwolimy przestępcom i handlarzom narkotyków obalać demokratycznie wybranych przywódców na naszej półkuli”.

Skoordynowany przekaz odzwierciedla głębszą historię relacji Boliwii z Izraelem, które na przestrzeni ośmiu dekad ulegały dramatycznym zmianom.

Relacje Boliwii z Izraelem rozpoczęły się od wsparcia. 29 listopada 1947 r. Boliwia zagłosowała za Rezolucją Zgromadzenia Ogólnego ONZ nr 181 (Planem Podziału Palestyny), który utorował drogę do ogłoszenia niepodległości Izraela. Boliwia formalnie uznała suwerenność Izraela w 1949 r., a oba kraje nawiązały stosunki dyplomatyczne w 1950 r. To wsparcie nie było przypadkowe. Boliwia była schronieniem dla tysięcy żydowskich uchodźców uciekających z Europy w latach 30. i 40. XX wieku.

Niemiecko-żydowski właściciel kopalni Maurice Hochschild wykorzystał swoje stosunki z prezydentem Boliwii Germánem Buschem do ułatwienia wydawania wiz żydowskim uchodźcom z Niemiec i Austrii oraz założył Towarzystwo Ochrony Imigrantów Izraelskich (SOPRO), aby wspierać integrację uchodźców. Według Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie, do końca 1942 r. w Boliwii osiedliło się około 7000 żydowskich imigrantów. Społeczność żydowska założyła Circulo Israelita de Bolivia w La Paz, które stało się najwyżej położoną synagogą na świecie – na prawie 12 000 stóp nad poziomem morza.

Przez pierwsze pięć dekad formalnych stosunków Boliwia i Izrael utrzymywały stabilne i oparte na współpracy relacje. Izraelska agencja współpracy rozwojowej MASHAV, założona w 1958 r., rozszerzyła swoje transfery technologii rolniczych, wiedzę z zakresu gospodarki wodnej i programy budowania potencjału na kraje Ameryki Łacińskiej i Afryki. Zniesienie obowiązku wizowego w 1972 r. pozwoliło obywatelom Izraela na podróżowanie do Boliwii bez wizy. Każdego roku około 20 000 izraelskich weteranów po odbyciu obowiązkowej służby wojskowej udawało się do Ameryki Południowej, aby odpocząć, a Boliwia – z jej malowniczymi andyjskimi krajobrazami, solniskiem Salar de Uyuni, basenem Amazonki i dżunglą Yungas – stała się jednym z najpopularniejszych kierunków.

Wszystko zmieniło się wraz z wyborem Evo Moralesa w 2006 r. Morales, pierwszy rdzenny prezydent Boliwii, zbudował swoją politykę zagraniczną wokół zaciekłej antyimperialistycznej agendy, która traktowała politykę zagraniczną USA i izraelskie działania wojskowe jako dwa przejawy tego samego żydowskiego supremacjonistycznego systemu dominacji obejmującego większość globu. Szybko zorientował Boliwię na blok ALBA (który obejmował Kubę, Nikaraguę, Ekwador i Wenezuelę), z Iranem jako partnerem zewnętrznym.

Pierwsze bezpośrednie zerwanie nastąpiło 14 stycznia 2009 r., podczas izraelskiej operacji „Płynny Ołów”. Morales ogłosił zerwanie stosunków dyplomatycznych, nazywając traktowanie Palestyńczyków przez Izrael „ludobójstwem”. Zażądał postawienia premiera Ehuda Olmerta przed wymiarem sprawiedliwości i odebrania Pokojowej Nagrody Nobla prezydentowi Izraela Szimonowi Peresowi.

Stosunki pogorszyły się jeszcze bardziej podczas wojny w Gazie w 2014 r. Morales ogłosił Izrael „państwem terrorystycznym” i zapowiedział anulowanie umowy o zniesieniu wiz z 1972 roku. „Ogłaszamy [Izrael] państwem terrorystycznym” – oświadczył Morales podczas rozmowy z grupą nauczycieli w mieście Cochabamba. Wcześniej w tym miesiącu złożył wniosek do Wysokiego Komisarza ONZ ds. Praw Człowieka o ściganie Izraela za zbrodnie przeciwko ludzkości.

Lata rządów Moralesa wniosły również istotny element tajnych działań do procesu oddalania się Boliwii od Izraela. W miarę jak Boliwia zbliżała się do Iranu, kraj stał się tym, co amerykańscy urzędnicy wywiadu opisali jako „węzeł drugorzędny” dla operacji irańskiego wywiadu w regionie. Kontrowersyjna reelekcja Moralesa w październiku 2019 r. wywołała masowe protesty, a on podał się do dymisji pod presją wojska 10 listopada 2019 r., po tym jak dowódca boliwijskiej armii publicznie wezwał go do ustąpienia.

Tymczasowy rząd Jeanine Áñez, która objęła prezydenturę 12 listopada, natychmiast rozpoczął odwracanie polityki zagranicznej z czasów Moralesa. W ciągu kilku dni minister spraw zagranicznych Karen Longaric ogłosiła wydalenie wenezuelskiego personelu dyplomatycznego i wystąpienie Boliwii z bloku ALBA, a rząd dołączył do Grupy Lima. Boliwia zerwała stosunki z Kubą 24 stycznia 2020 r., stając się jedynym krajem na półkuli zachodniej bez stosunków dyplomatycznych z Hawaną. 27 listopada 2019 r., zaledwie dwa tygodnie po rezygnacji Moralesa, minister spraw zagranicznych Boliwii Karen Longaric ogłosiła przywrócenie stosunków dyplomatycznych z Izraelem.

Wybory w Boliwii w październiku 2020 r. przywróciły Ruch na rzecz Socjalizmu do władzy pod przewodnictwem Luisa Arce. Najbardziej prowokacyjnym wydarzeniem okresu rządów Arce było podpisanie w lipcu 2023 r. przez ministra obrony Boliwii Edmundo Novillo w Teheranie memorandum o porozumieniu w sprawie bezpieczeństwa i obrony z irańskim ministrem obrony Mohammadem Rezą Asztianim. Umowa zawierała postanowienia dotyczące rozmieszczenia irańskich dronów wojskowych w Boliwii pod pretekstem ochrony granic i zwalczania handlu narkotykami.

Po ataku Hamasu na Izrael 7 października 2023 r. i późniejszej izraelskiej kampanii wojskowej w Gazie, rząd Arce szybko zareagował. 31 października 2023 r. Boliwia jako pierwszy kraj w Ameryce Łacińskiej zerwała stosunki dyplomatyczne z Izraelem z powodu najnowszej wojny w Gazie. Wiceminister spraw zagranicznych Freddy Mamani ogłosił decyzję „w imię potępienia i odrzucenia agresywnej i nieproporcjonalnej izraelskiej ofensywy wojskowej w Strefie Gazy”. Rzecznik izraelskiego MSZ Lior Haiat nazwał ten krok „kapitulacją przed terroryzmem i reżimem ajatollahów w Iranie”.

W październiku 2024 roku Boliwia złożyła w Międzynarodowym Trybunale Sprawiedliwości oświadczenie o przystąpieniu do sprawy, przyłączając się do pozwu Republiki Południowej Afryki, w którym zarzuca się Izraelowi popełnienie ludobójstwa w Strefie Gazy.

Wybory prezydenckie w Boliwii w październiku 2025 r. przyniosły przełomowy wynik. Rodrigo Paz zwyciężył, zdobywając ponad 54 procent głosów; po raz pierwszy od 20 lat żaden kandydat MAS nie zdobył prezydentury. Paz, syn byłego prezydenta Boliwii i absolwent amerykańskich uczelni, prowadził kampanię pod hasłem „Kapitalizm dla wszystkich”. Izraelski minister spraw zagranicznych Gideon Sa’ar w dniach po jego wyborze sygnalizował chęć naprawy stosunków dwustronnych z Pazem.

10 grudnia 2025 r. Sa’ar i boliwijski minister spraw zagranicznych Fernando Aramayo podpisali w Waszyngtonie wspólną deklarację przywracającą pełne stosunki dyplomatyczne. Boliwijskie MSZ oświadczyło, że „Boliwia i Izrael w pełni przywracają swoje stosunki dyplomatyczne i otwierają nowy etap strategicznej współpracy”. Premier Benjamin Netanjahu osobiście rozmawiał telefonicznie z Pazem 10 grudnia 2025 r. Obaj „zgodzili się co do potrzeby promowania współpracy w różnych dziedzinach, ze szczególnym uwzględnieniem bezpieczeństwa, oraz przywrócenia ożywionej turystyki wielu izraelskich podróżnych” do Boliwii – podały izraelskie władze. Netanjahu osobiście zaprosił Paza do odwiedzenia Izraela.

Najważniejszym strategicznym interesem Izraela w Boliwii jest jej lit. Boliwia posiada największe na świecie udokumentowane rezerwy litu – szacunkowo 23 miliony ton metrycznych, co stanowi około 20% światowych rezerw. Za rządów Moralesa i Arce Boliwia zawierała umowy dotyczące litu głównie z Chinami i Rosją. Pojednanie Boliwii z Izraelem umieszcza ją w orbicie Porozumień Izaaka (Isaac Accords), ramy wzorowanej na Porozumieniach Abrahama i promowanej przez prezydenta Argentyny Javiera Milei. Fundacja Genesis Prize Foundation okrzyknęła wybór Paza jako „nową szansę na przyjaźń i bliższe więzi z Izraelem”. Niezwykle silne wyrażenie solidarności z rządem Paza podczas protestów w maju 2026 r. reprezentuje poziom publicznego poparcia rzadko udzielanego zagranicznej głowie państwa.

W miarę jak Boliwia zostaje wciągnięta w sieć „porozumień Isaaca”, schemat staje się oczywisty. Ingerencja Izraela w politykę Boliwii to przemyślany manewr mający na celu zapewnienie sobie dostępu do litu oraz złamanie oporu rdzennej ludności wobec bezpardonowych metod wydobycia surowców. Kiedy przestaniemy postrzegać Izrael jako zwykłe państwo i zaczniemy uznawać go za imperium, sytuacja stanie się bardziej przejrzysta.

Jest to ponadnarodowa struktura władzy, która realizuje interesy elity wyznającej supremację żydowską kosztem wszystkich narodów, które staną jej na drodze. Boliwia to po prostu najnowszy front w ekspansji tego pasożytniczego przedsięwzięcia.
babylonianempire/boliwia-staje-sie-kolejnym-zerowiskiem-izraela

INFO: josealnino/from-evo-morales-to-rodrigo-paz-bolivias

WARTO PRZYPOMNIEĆ:archive.org/web

ram.neon24.pl/evo-morales-i-biale-zloto-boliwii

http://web.archive.org/web


ram.neon24.pl/andinia-plan-czyli-zydowski-apetyt-na-patagonie

Absolutne piekło​. Zbrodnie Izraela wobec dzieci w Gazie


„Co mówią nam rany”: nagrodzony reportaż o Strefie Gazy holenderskiej gazety De Volkskrant, nagrodzony Europejską Nagrodą Prasową 2026 – i w dużej mierze zignorowany przez wiele głównych mediów.

Maud Effting i Willem Feenstra za pośrednictwem deVolkskrant 8 czerwca 2026 r.

uncutnews-ch/what-the-wounds-are-telling-us-der-preisgekroente-gaza-bericht-der-niederlaendischen-zeitung-de-volkskrant-ausgezeichnet-mit-dem-european-press-prize-2026-und-von-vielen-mainstream-med

Albo jeszcze krócej:

„Europejska Nagroda Prasowa 2026 za raport z Gazy „Co mówią nam rany” autorstwa De Volkskrant – mimo to wiele głównych mediów milczy”. ( treść iMEdD )

==========================================================

Lekarze w Strefie Gazy zaobserwowali niepokojący schemat: dzieci z pojedynczą raną postrzałową głowy lub klatki piersiowej – oznaką, że były celowo atakowane. Wynika to z badań przeprowadzonych przez „ de Volkskrant” , który rozmawiał z lekarzami, którzy są jednymi z ostatnich naocznych świadków tego zdarzenia.

Autorzy: Maud Effting i Willem Feenstra

Jest nieznośnie gorąco, gdy amerykański lekarz Feroze Sidhwa wchodzi na oddział intensywnej terapii Szpitala Europejskiego w Gazie. W powietrzu na terenie szpitala unosi się zapach ścieków i spalonych materiałów wybuchowych. Wewnątrz unosi się zapach rozkładu. I zwłok.

Sidhwa to 43-letni chirurg urazowy i lekarz intensywnej terapii z Kalifornii, który pracuje w szpitalu w Stockton. Cieszy się ogromnym szacunkiem wśród kolegów – nie tylko za swoją wiedzę kliniczną, ale także za międzynarodowe zaangażowanie. Nigdy nie bierze urlopu dłuższego niż tydzień, z wyjątkiem pracy humanitarnej. Pracował w strefach kryzysowych, takich jak Zimbabwe i Haiti, oraz szkolił chirurgów na Ukrainie i w Burkina Faso. Chce pojechać tam, gdzie jest najbardziej potrzebny.


Dr Feroze Sidhwa, chirurg urazowy i lekarz intensywnej terapii
Jest marzec 2024 roku i to jego pierwszy dzień w szpitalu. Palestyńska pielęgniarka oprowadza go po szpitalu. Nagle jego wzrok pada na dwóch małych chłopców leżących zupełnie nieruchomo w łóżkach. Szacuje, że mają nie więcej niż osiem, dziesięć lat. Ich głowy są owinięte bandażami. Są podłączeni do respiratorów. Reszta ich ciał jest nietknięta.

„Co się stało?” – pyta.

Pielęgniarka prawie nie mówi po angielsku. Ale wskazuje na ich głowy. „Strzał, strzał” – mówi.

Początkowo Sidhwa zakłada, że ​​się myli. Czy strzelają do dzieci? Kilka minut później, patrząc na zdjęcia rentgenowskie, zdaje sobie sprawę, że miała rację.

Gdy weszli do drugiego pokoju, znaleźli dwóch kolejnych chłopców w tym samym stanie.

„Pomyślałem: Co do cholery?” – powiedział do de Volkskranta przez telefon głębokim, spokojnym głosem. „Jak to możliwe, że czworo dzieci z ranami postrzałowymi głowy leży w tym małym szpitalu – wszystkie przyjęte w ciągu ostatnich 48 godzin?”

Czterej chłopcy powoli umierają. Tego wieczoru Sidhwa zapisuje coś w swoim pamiętniku w telefonie. Ale nie ma czasu na myślenie. Jeszcze nie.

W ciągu następnych trzynastu dni widział dziewięcioro kolejnych dzieci z pojedynczymi ranami postrzałowymi głowy lub klatki piersiowej – dzieci, które prawdopodobnie zostały celowo postrzelone. „Zacząłem się zastanawiać, czy mój szpital nie jest w pobliżu szalonego snajpera” – mówi Sidhwa. „Albo zespołu dronów, który zabija dzieci dla zabawy”.

W domu, na konferencji medycznej, Sidhwa spotyka amerykańskiego kolegę, który krótko przed nim pracował w innym szpitalu w Gazie. Kiedy Sidhwa wspomina o dzieciach, mężczyzna kiwa głową. „Ku mojemu zaskoczeniu, powiedział: »Tak, też to widywałem – prawie codziennie«”.

Lekarz, o którym mowa, Thaer Ahmad, potwierdził tę wiadomość dla de Volkskrant .

„To był ten moment” – mówi Sidhwa – „w którym postanowiłam: muszę dowiedzieć się, co tu się naprawdę dzieje”.


6- lub 7-letnia dziewczynka z raną postrzałową głowy. Zdjęcie: Mimi Syed
Ostatni świadkowie​

Feroze Sidhwa nie jest jedyną lekarką, która po powrocie z Gazy czuje się zobowiązana do zabrania głosu.

Od prawie dwóch lat lekarze tacy jak on są świadkami brutalności izraelskiego ataku na Gazę na swoich salach operacyjnych. Nauczyli się trzymać umierające niemowlęta, gdy dławiły się własną krwią – bo nie było respiratorów. Znaleźli w sobie siłę, by wbić skalpel w klatkę piersiową nastolatka bez znieczulenia – bo nie było czasu, a następny pacjent już czekał. Przyzwyczaili się do kontynuowania operacji, mimo że podłoga pod nimi zapełniała się ciałami dzieci.





Zdjęcia: Feroze Sidhwa i Mark Perlmutter
Niektórych lekarzy paraliżuje strach. Inni jednak postanowili zabrać głos.

Ci lekarze należą do ostatnich międzynarodowych naocznych świadków, ponieważ Izrael odmawia zagranicznym dziennikarzom wstępu do Strefy Gazy.

Mogą na własne oczy przekonać się o skutkach ludobójczej przemocy, która weszła w nową, mroczną fazę wraz ze zniszczeniem miasta Gaza.

Ta rola stawia przed nimi trudny dylemat. Prawie wszyscy chcą wrócić do Gazy. Jeśli jednak publicznie opowiedzą o tym, co widzieli, wzrasta ryzyko, że Izrael odmówi im ponownego wjazdu. Według Organizacji Narodów Zjednoczonych, od marca 2025 roku odmówiono wjazdu ponad 100 zagranicznym pracownikom służby zdrowia – często bez oficjalnego wyjaśnienia.

Wielu lekarzy pogodziło się z tym zagrożeniem. Milczenie nie wchodzi w grę.

W ciągu ostatnich kilku miesięcy de Volkskrant rozmawiał z siedemnastoma lekarzami i jedną pielęgniarką ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Australii, Kanady i Holandii. Od października 2023 roku pracowali oni w sześciu szpitalach i czterech klinikach w Strefie Gazy, często wracając tam raz, a nawet dwa razy. Większość z nich ma bogate doświadczenie w strefach kryzysowych, takich jak Sudan, Afganistan, Syria, Bośnia i Hercegowina, Rwanda i Ukraina.

Na prośbę gazety przekazali setki zdjęć i filmów pacjentów, zdjęcia rentgenowskie, notatki medyczne i wpisy do pamiętników. Rozmawiali godzinami. Opowiedzieli o tym, co widzieli na salach operacyjnych. I wszyscy stanęli przed tym samym pytaniem: Co rany mówią nam o wojnie?

Absolutne piekło​
Brytyjski chirurg transplantolog i profesor Nizam Mamode, lat 63, był już na pół-emeryturze, gdy latem 2024 roku otrzymał telefon od organizacji pomocowej „Medical Aid for Palestinians”. Zapytali go, czy mógłby pojechać do Gazy w sierpniu. „Miałem czas i wiedziałem, że posiadam niezbędne umiejętności” – mówi Mamode. „Pracowałem już w Rwandzie, Sudanie i Libanie – więc się zgodziłem. Niektórzy twierdzą, że to była odważna decyzja, ale tak nie było. Szczerze mówiąc, nie miałem pojęcia, w co się pakuję”.


Tuż przed granicą z Gazą. Zdjęcie: Feroze Sidhwa
Dopiero gdy podróżował przez Strefę Gazy w pojazdach opancerzonych z ponad trzydziestoma innymi członkami konwoju ONZ, dotarła do niego rzeczywistość. „Drzwi były zamknięte na klucz” – mówi. „Powiedziano nam: Kiedy odjedziecie, nie otwierajcie ich – jeśli izraelska armia będzie do was strzelać i każe wam wysiadać, nie wysiadajcie z pojazdu”.

„Postarajcie się nie zginąć” – powiedział im dowódca konwoju.

„Dwa tygodnie później te same pojazdy zostały ostrzelane przez Izraelczyków” – mówi Mamode.

Krótko przed tym jej bagaż został przeszukany na punkcie kontrolnym przez mężczyzn w czarnych mundurach. W Gazie brakuje niemal całej pomocy medycznej. Dlatego lekarze przywożą ze sobą podstawowe zapasy. Często jednak wszystko zostaje zabrane – nawet jedzenie dla niemowląt. Lekarze powiedzieli „ De Volkskrant” , że zdarzyło się to podczas kilku misji .

Brytyjski chirurg plastyczny Sarmad Tamimi, który wjechał do Gazy 24 czerwca tego roku, został już ostrzeżony przez kolegów o konfiskatach. Zdawał sobie jednak sprawę z głodu w Gazie i jego niszczycielskich konsekwencji dla niemowląt. „Wyjąłem jedzenie dla niemowląt z pudeł i spakowałem do bagażu tylko plastikowe opakowania” – mówi. „Powiedziałem żołnierzom, że zabieram je dla siebie”.

Amerykańska lekarka z oddziału ratunkowego Mimi Syed zdołała przemycić pod ubraniem dwa laryngoskopy – niezbędne narzędzia do intubacji pacjentów. „Bałam się” – przyznaje. „Ale jako lekarka potrzebuję ich, aby ratować życie. Zwykle laryngoskop wyrzuca się po jednym użyciu. W Strefie Gazy użyłam go u co najmniej pięćdziesięciu pacjentów. Musiałam go wycierać i używać ponownie u różnych pacjentów”.


Ten chłopiec został postrzelony w głowę. Próbowałem go ratować. Ale zmarł wkrótce po tym, jak go zaintubowałem. Zmarł na moich oczach.
Dr Mimi Syed, lekarz pogotowia ratunkowego.
„Nie rozumiem, dlaczego lekarzom przekraczającym granicę konfiskuje się mleko modyfikowane dla niemowląt” – mówi brytyjska chirurg plastyczna Victoria Rose. „Nie rozumiem, dlaczego lekarzom odbiera się leki. Nie rozumiem, dlaczego połowie lekarzy odmawia się wjazdu. Jest tyle rzeczy, których nie rozumiem”.

W oświadczeniu Siły Obronne Izraela (IDF) oświadczyły, że doniesienia o konfiskacie żywności dla niemowląt są „całkowicie fałszywe”. Wojsko oświadczyło, że faktycznie działa na rzecz ułatwienia importu pomocy humanitarnej. Według IDF, od 19 maja 2025 roku „do Strefy Gazy dostarczono około 5000 ton samej żywności dla niemowląt, oprócz znacznych ilości innej pomocy humanitarnej”.

Lekarze, z którymi przeprowadził wywiad de Volkskrant, pracowali przez całą wojnę w różnych szpitalach i klinikach polowych, m.in. w Nasser, Al-Aksa, Szpitalu Europejskim i Al-Shifa. Niektórzy współpracowali z Lekarzami Bez Granic i organizacjami, które prosiły o anonimowość, obawiając się, że identyfikacja mogłaby uniemożliwić im kontynuowanie pracy. Byli to chirurdzy ogólni, ortopedzi, specjaliści intensywnej terapii, chirurdzy plastyczni, traumatolodzy i lekarze pogotowia ratunkowego. Niektórzy z nich w czasie wywiadów nadal przebywali w Strefie Gazy. Gazeta rozmawiała również z pielęgniarką traumatologiczną z doświadczeniem wojennym.

SZPITALE, W KTÓRYCH PRACOWALI LEKARZE

Źródło: Współtwórcy OpenStreetMap
Sytuacja w szpitalach w Strefie Gazy, z których wiele jest w dużej mierze zniszczonych, jest o wiele gorsza, niż lekarze się spodziewali. „Musiałem amputować nogę kobiety nożyczkami” – mówi lekarz pogotowia ratunkowego Syed. „Bez środków przeciwbólowych. Nie miałem innego wyboru”.

W powietrzu na oddziałach unosił się ciężki zapach spalonych kończyn. „Ciągle słyszeliśmy krzyki ludzi” – wspomina lekarz z Rotterdamu, Salih el Saddy. „W naszym szpitalu mieliśmy środki znieczulające, ale nie mieliśmy środków przeciwbólowych. Pacjenci po amputacjach budzili się z potwornym bólem. Nie mogliśmy im pomóc”.


Chłopiec musiał przejść podwójną amputację. Jego podudzia były przechowywane w pudełku obok łóżka . Dr Salih el Saddy.
Na salach operacyjnych personel jest zajęty odganianiem much od pacjentów po operacji. Nizam Mamode obserwuje, jak jego kolega na oddziale intensywnej terapii leczy dziecko, którego respirator nie działa prawidłowo. Kiedy wyciąga rurkę z gardła dziecka, widzi, że jest zatkana. „Pełna robaków” – mówi Mamode – „wychodzących z gardła dziecka”.

Lekarze twierdzą, że rezonans magnetyczny i dializy są bezużyteczne – podziurawione kulami. Niektóre sale operacyjne zostały podpalone. Kable od ultrasonografów przecięte.



Zdjęcia: Feroze Sidhwa
Nie ma prawie czasu na myślenie. Ale czasami, bez ostrzeżenia, ogarnia mnie niedowierzanie. Mamode doświadczył tego podczas operacji ośmioletniej dziewczynki. „Obficie krwawiła, więc poprosiłem o wacik, żeby wchłonąć nadmiar krwi i zlokalizować ranę” – wspomina.

Powiedziano mu, że nie ma waty.

„Nagle uświadomiłem sobie ironię tej sytuacji” – mówi. „Słowo „gaza” podobno pochodzi z Gazy, ponieważ mieszkańcy Gazy słynęli z wyrobów lnianych. Więc znaleźliśmy się w krainie gazy – i nie mogłem jej zdobyć. Musiałem wycisnąć jej krew gołymi rękami”.

Przed wyjazdem lekarz pogotowia ratunkowego Adil Husain nagrał wiadomość wideo dla swojej małej córki, na wypadek gdyby nigdy więcej go nie zobaczyli. Inni zajęli się sporządzeniem testamentu. Wszyscy lekarze, z którymi rozmawiał de Volkskrant, odczuwali silną wewnętrzną potrzebę udania się tam.

„Jestem chirurgiem. Chcę udać się tam, gdzie potrzeba jest największa” – mówi lekarz, który wkrótce wróci do Gazy i woli pozostać anonimowy z obawy przed izraelskimi represjami. „Moja praca tam jest ważna. Wysyła wiadomość do mieszkańców Gazy: Nie zapomnieliśmy o was”.

Lekarze zagraniczni zazwyczaj przebywają w Strefie Gazy od dwóch do sześciu tygodni – po czym są odłączani. Wielu z nich śpi w szpitalu i przez tygodnie praktycznie go nie opuszcza. W szpitalu Nasser około piętnastu chirurgów dzieli jeden pokój na czwartym piętrze, w pobliżu sal operacyjnych. W nocy temperatura może wzrosnąć do 38 stopni Celsjusza.


Zdjęcie: Feroze Sidhwa
Chirurg Nizam Mamode szukał schronienia na kamiennych schodach obok stacji. „Spałem na tych schodach każdej nocy, mając nadzieję, że uchronią mnie przed dronami” – mówi. W zeszłym miesiącu był świadkiem zniszczenia szczytu tych samych schodów w izraelskim ataku – ataku, który przyciągnął uwagę międzynarodowej opinii publicznej, ponieważ nagranie wideo uchwyciło moment śmierci pracowników organizacji pomocowych i dziennikarzy.

Zdecydowana większość obrażeń jest spowodowana wybuchami bomb i granatów: ludzie są rażeni falami ciśnienia, upałem, latającymi odłamkami i walącymi się budynkami. Odłamki przebijają namioty. I ciała niezliczonych dzieci – które stanowią ponad czterdzieści procent populacji Gazy.

„Widziałem wiele dzieci z wystającą tkanką mózgową” – mówi pielęgniarz Lekarzy bez Granic, Jack Latour. „Przykro mi – wiem, że nikt nie chce tego słyszeć. Ale dokładnie to się tutaj dzieje”.

Kiedy chirurg Goher Rahbour po raz pierwszy natknął się na incydent masowy, zobaczył pięcioletnią dziewczynkę bez stopy. „Leżała na ziemi. Dziecko obok niej też było nadal dzieckiem. Brakowało jej nogi od kolana w dół. Potem pojawiła się kolejna. Zamarłem. Pomyślałem: To istne piekło”.

Według władz ochrony zdrowia w Strefie Gazy, zmarło dotychczas ponad 64 000 mieszkańców Gazy, w tym prawie 20 000 dzieci. Izrael kwestionuje wiarygodność tych danych, argumentując, że ministerstwo jest kontrolowane przez Hamas. Grupa międzynarodowych badaczy stwierdziła w czasopiśmie medycznym „The Lancet”, że dane ministerstwa są w rzeczywistości zaniżone .

Dzieci z ranami postrzałowymi

Spośród wszystkich pacjentów jest jedna grupa, która najbardziej szokuje lekarzy: dzieci z ranami postrzałowymi głowy lub klatki piersiowej, których ciała poza tym nie odniosły żadnych obrażeń.

Pojedynczy strzał w te rejony jednoznacznie wskazuje, że dziecko było celowo atakowane. Stanowi to zbrodnię wojenną. Lekarze w innych strefach konfliktu rzadko spotykali się z takimi przypadkami.

14 sierpnia 2024 roku lekarka Mimi Syed pisze w swoim dzienniku. Zdania są krótkie. Ćwiczenie przypomina staccato.

14 SIERPNIA 2024 R.

Dziewczynka, 7 lat. Rana postrzałowa w klatkę piersiową. Już martwa w chwili przyjazdu. Próbowaliśmy ją uratować. Część większego incydentu z ofiarami masowymi. Leżała na ziemi, bez łóżek polowych. O mało nie poślizgnęłam się we krwi. Nie mogłam jeść przez dwa dni. Nie mogłam przełykać. Czy kiedykolwiek wrócę do pełnej sprawności? Dr Mimi Syed
Syed jest amerykańską lekarką oddziału ratunkowego, która odbyła dwa czterotygodniowe wyjazdy do Strefy Gazy, pracując w szpitalu Nasser w Chan Junis i szpitalu Al-Aksa w Deir al-Balah. „Jak większość ludzi, śledziłam wojnę na żywo w telefonie” – mówi. „Ale nie mogłam tego znieść. Jestem matką. Nie mogłam po prostu stać z boku i nic nie robić”.

Opisuje Mirę, czteroletnią dziewczynkę, którą widziała w szpitalu Nasser. Jej rodzice ją tam przywieźli. „Powiedzieli, że została uderzona przez quadrocopter [uzbrojony dron, red.], gdy przebywała w strefie humanitarnej ogłoszonej przez Izrael. Moi koledzy radzili mi, żebym po prostu pozwoliła jej umrzeć. Niestety, ocena była taka, że ​​niewiele mogliśmy zrobić. Ale wciąż się trochę ruszała. Była bardzo mała. Mała dziewczynka. Po prostu nie mogłam oderwać wzroku. W jej twarzy było coś, co głęboko mnie poruszyło. Więc zaryzykowałam”.

Syed zaintubowała dziewczynkę laryngoskopem, który sama przemyciła. Chwilę później z niedowierzaniem spojrzała na skan głowy Miry: w środku znajdowała się kula.



Mira (4) została postrzelona w głowę. Zdjęcia: Mimi Syed
Z pomocą kolegów Syed udaje się utrzymać Mirę przy życiu. Później dziewczynka obudzi się i zacznie znowu mówić – to mały cud. Znacznie później inny lekarz usunie kulę z jej głowy.

Ale Mira nie jest jedynym dzieckiem z kulą w głowie, jakie spotyka Syed. Postanawia je sfotografować. „Pomyślałam: muszę to udokumentować. Zdałam sobie sprawę – to zbrodnie wojenne”. W skrajnie stresujących warunkach fotografuje osiemnaścioro dzieci postrzelonych w głowę lub klatkę piersiową. Wszystkie strzały były pojedyncze, mówi.

De Volkskrant zapytał lekarzy, ile dzieci w wieku 15 lat i młodszych widzieli z pojedynczą raną postrzałową głowy i/lub klatki piersiowej. Pytanie celowo ograniczono do tej grupy wiekowej, ponieważ dzieci w tym wieku są w większości przypadków widocznie i bezsprzecznie dziećmi.



14-letnia dziewczynka została postrzelona w głowę i jest częściowo sparaliżowana. Zdjęcia: Mimi Syed
Piętnastu z siedemnastu lekarzy zgłosiło leczenie dzieci w wieku 15 lat i młodszych z takimi ranami postrzałowymi. W sumie zgłosili 114 dzieci – wiele z nich nie przeżyło.

Niektórzy lekarze robili zdjęcia lub notatki; inni polegali na swojej pamięci. Zapytani przez gazetę, podawali możliwie najbardziej ostrożne szacunki: przypadki, co do których nie mieli pewności, zostały wyłączone. Dzieci, które zostały również postrzelone w inne części ciała, również nie zostały uwzględnione w tym zestawieniu, ponieważ takie obrażenia dają mniejszą pewność co do celowości postrzału.

Lekarze podejrzewają, że łączna liczba dzieci postrzelonych w głowę lub klatkę piersiową jest wielokrotnie wyższa niż liczba przypadków, których osobiście byli świadkami. Dzieci, które umierały na miejscu, często nawet nie docierały na oddziały. Co więcej, lekarze nie pracowali we wszystkich szpitalach w Strefie Gazy – i to tylko przez ograniczony czas.

Na prośbę gazety lekarze udostępnili jako dowód zdjęcia i filmy, które sami wykonali. W sumie de Volkskrant przeanalizował zdjęcia kilkudziesięciu dzieci z ranami postrzałowymi głowy lub klatki piersiowej. Większość z tych zdjęć nie zostanie opublikowana, ponieważ są zbyt drastyczne.

De Volkskrant przedstawił dwóm ekspertom medycyny sądowej dziesiątki zdjęć dzieci z ranami postrzałowymi, a także różne zdjęcia rentgenowskie. Potwierdzili, że obrażenia powstały w wyniku postrzału, a nie odłamków.



Chłopiec (w wieku 7 lub 8 lat) został podobno postrzelony podczas zabawy na świeżym powietrzu. Zdjęcia: Mimi Syed
„Jest bardzo prawdopodobne, że były to strzały oddane z dużej odległości amunicją wojskową, wymierzone w głowę i/lub szyję” – mówi patolog sądowy Wim Van de Voorde, emerytowany profesor Uniwersytetu w Leuven. Według Van de Voorde, jakość zdjęć jest zbyt niska, aby wyciągnąć jakiekolwiek wnioski prawne – „co jest zrozumiałe, biorąc pod uwagę niezwykle trudne warunki na miejscu zdarzenia”.

Patolog sądowy Frank van de Goot mówi: „Na zdjęciach rentgenowskich widzę głowy dzieci z utkwionymi w nich kulami. Kule musiały stracić dużo energii po drodze, ponieważ dzieci mają cieńsze czaszki niż dorośli – w przeciwnym razie kule przeszłyby na wylot. Te dzieci zostały zatem postrzelone ze znacznej odległości”.

Odkrycie to jest zgodne z relacjami naocznych świadków, którzy zeznawali przed lekarzami, że kule zostały wystrzelone głównie przez uzbrojone drony lub snajperów Sił Obronnych Izraela (IDF). Snajperzy są w stanie namierzyć konkretne osoby z dużej odległości – czasami ponad 1000 metrów. Siły Obronne Izraela odmówiły odpowiedzi na pytania dotyczące snajperów strzelających do dzieci.

Według byłego dowódcy armii holenderskiej, Marta de Kruifa, prawdopodobieństwo, że były to przypadkowe trafienia, jest praktycznie zerowe, ponieważ lekarze opisali ponad sto takich przypadków. „Trzeba po prostu wziąć pod uwagę, jak mała jest głowa w porównaniu z resztą ciała” – mówi. „Kiedy widzisz dużą liczbę ran postrzałowych klatki piersiowej i głowy, to nie są to obrażenia uboczne – to celowe strzelanie”.

Premier Izraela Netanjahu i dowództwo wojskowe konsekwentnie zaprzeczają, jakoby żołnierze celowo strzelali do palestyńskich cywilów. Jednak anonimowi żołnierze wielokrotnie przyznawali w izraelskiej gazecie „Haaretz”, że tak się rzeczywiście dzieje. Breaking the Silence, izraelska organizacja weteranów wojskowych, ujawniła również – na podstawie setek wywiadów z żołnierzami – że otrzymali rozkaz strzelania do każdego, kto wkroczy na określony teren. „Dorosły mężczyzna – zabić” – mówi kapitan w reportażu śledczym „The Perimeter” .

Premier Izraela Netanjahu i dowództwo wojskowe konsekwentnie zaprzeczają, jakoby żołnierze celowo strzelali do palestyńskich cywilów. Jednak anonimowi żołnierze wielokrotnie przyznawali coś przeciwnego w izraelskiej gazecie Haaretz.

W sierpniu BBC opublikowało wyniki śledztwa w sprawie ponad 160 dzieci zastrzelonych w Strefie Gazy. W 95 z tych przypadków kula trafiła w głowę lub klatkę piersiową. BBC rozmawiało ze świadkami w 59 przypadkach. W 57 z nich strzelaninę przypisano izraelskiemu wojsku. Tylko w dwóch przypadkach kula prawdopodobnie pochodziła z palestyńskiego ostrzału.

Większość lekarzy, z którymi rozmawiał de Volkskrant, przyznała, że ​​żałuje, iż nie zebrali więcej dowodów z perspektywy czasu, ale w chaosie Gazy było to po prostu niemożliwe. Albo po prostu nie odważyli się spróbować. Chirurg ortopeda Mark Perlmutter (69), który przeprowadził czterdzieści misji humanitarnych, powiedział: „Chciałbym mieć tyle przytomności umysłu, żeby udokumentować więcej”.

„To mój największy żal” – dodaje amerykańska anestezjolog i lekarz intensywnej terapii Ahlia Kattan. „Ale leczyłam pacjentów. W tamtym momencie po prostu nie było to dla mnie priorytetem. Żałuję, że nikt mi wcześniej nie powiedział, że powinnam działać nie tylko jako lekarka, ale także jako dziennikarka”.

„Organizacje pozarządowe powiedziały nam wcześniej: nie dokumentujcie niczego, nie róbcie notatek, nie róbcie zdjęć” – mówi Feroze Sidhwa. „Bardzo się boją, że Izrael odmówi im wjazdu do Gazy”.

Jednak jej wspomnienia o dzieciach bywają niekiedy zadziwiająco szczegółowe.

„Podczas incydentu z wieloma ofiarami, przechadzałem się po izbie przyjęć” – wspomina Perlmutter. „Wszędzie leżały dzieci. Obróciłem je i próbowałem zobaczyć, komu jeszcze mogę pomóc. A potem zobaczyłem tych dwóch małych chłopców. Nie żyli. Obaj zostali postrzeleni – w klatkę piersiową i głowę. Mieli sześć lub siedem lat. Zbadałem ich. Poprosiłem asystenta medycznego o zrobienie zdjęć”. Zdjęcia znajdują się w posiadaniu tej gazety.

Perlmutter pamięta mężczyznę, który przyprowadził jednego z chłopców, krzyczącego. „Nie mógł zrozumieć, dlaczego uzbrojony napastnik uderzył to dziecko – a nie jego, dorosłego”. Chwilę później widzi mężczyznę, prawdopodobnie ojca dziecka, szlochającego. Mężczyzna siedzi na podłodze w szoku, gdy dziecko jest zabierane do kostnicy. Perlmutter wyjmuje iPhone’a i robi zdjęcie.


Mężczyzna opłakuje śmierć dziecka (6- lub 7-letniego), które zostało postrzelone w klatkę piersiową i głowę. Zdjęcie: Mark Perlmutter
Lekarz anestezjologii i intensywnej terapii Ahlia Kattan opowiada historię małej dziewczynki, którą przyprowadziła jej matka:

„Nie miała jeszcze nawet dwóch lat” – mówi. „Była bardzo blada i wyglądała na całkowicie zdrową, więc założyłam, że miała krwotok wewnętrzny”.

Była martwa. Ale jej matka krzyczała – rozdzierającym serce krzykiem. Latami starała się o dziecko. Zaczęliśmy więc resuscytację krążeniowo-oddechową i zaintubowałem ją. Chciałem pokazać matce, że zrobiłem wszystko, co mogłem. Często tak robimy z bardzo małymi dziećmi. Kiedy się nią opiekowałem, ktoś podał mi skan. I wtedy to zobaczyłem: kula w jej głowie. Zobaczyłem krew. Idealna kula w skroń.

„Zrobiłem zdjęcie z nóg łóżka” – mówi Kattan. „To jedno z niewielu zdjęć, które zrobiłem w Gazie. Ale byłem tak zaskoczony, że pomyślałem: inaczej nikt mi nie uwierzy”.


Zdjęcie: Ahlia Kattan
Im dłużej lekarze przebywają w Gazie, tym bardziej zdają sobie sprawę: to nie są odosobnione incydenty – to problem systemowy. Te strzały padły celowo.

Badania NYT
Feroze Sidhwa doszedł do tego samego wniosku jesienią 2024 roku. Po udziale w konferencji w USA, gdzie dowiedział się, że inny lekarz poczynił te same obserwacje, rozpoczął dochodzenie we współpracy z „The New York Times”. Poproszono 64 amerykańskich lekarzy, którzy pracowali w Strefie Gazy, o wypełnienie kwestionariusza.

Wyniki, opublikowane 9 października 2024 r., są niezwykle niepokojące. W artykule zatytułowanym „ 65 lekarzy, pielęgniarek i ratowników medycznych: Co widzieliśmy w Gazie ” 44 respondentów zgłosiło, że widziało kilkoro dzieci w wieku 12 lat lub młodszych postrzelonych w głowę lub klatkę piersiową. 25 respondentów zgłosiło, że widziało zdrowe noworodki wracające do szpitala, gdzie umierały z powodu odwodnienia, głodu lub infekcji. 52 respondentów zgłosiło, że widziało małe dzieci, które miały myśli samobójcze lub wyrażały chęć śmierci.

W tym czasie Joe Biden był jeszcze prezydentem Stanów Zjednoczonych. Lekarze wyrazili już swoje zaniepokojenie w liście otwartym, zaniepokojeni wysoką liczbą zgonów niemowląt. Jednak Biden – rozdarty między sprzecznymi poglądami w swojej Partii Demokratycznej – nie odpowiedział.


Lista pacjentów. Zdjęcie: Feroze Sidhwa
Sidhwa spodziewał się, że artykuł w „New York Timesie” to zmieni. „To niezwykle rzadkie, żeby 65 amerykańskich pracowników służby zdrowia wypowiadało się tak publicznie” – powiedział. „Ich zadaniem jest skupienie się na ratowaniu życia”. Dodał, że artykuł przeczytano miliony razy.

Publikacja nie wywołała jednak fali oburzenia, jakiej spodziewał się Sidhwa. Nie doprowadziła też do zmiany polityki. „Administracja Bidena praktycznie ją zignorowała”.

Gamifikacja wojny​
Na krótką chwilę w Strefie Gazy zajaśniała nadzieja, gdy na początku 2025 roku weszło w życie dwumiesięczne zawieszenie broni. Jednak wczesnym rankiem 18 marca, około 2:30 nad ranem, nadzieja ta prysła. Zakrojone na szeroką skalę naloty Izraela zapoczątkowały zintensyfikowaną fazę kampanii destrukcji – fazę, która trwa do dziś i charakteryzuje się przede wszystkim zmasowanym atakiem na miasto Gaza.

Lekarze obserwują, jak sytuacja w szpitalach pogarsza się z dnia na dzień. Coraz częściej dochodzi do masowych ofiar – czasami kilku w ciągu jednego dnia. Wielu przybywających pacjentów nosi już blizny po poprzednich bombardowaniach. Głód poważnie osłabia zarówno pacjentów, jak i personel medyczny.

Dzieci ranne, które nie mają żadnych żyjących członków rodziny, są klasyfikowane według oficjalnej klasyfikacji medycznej: WCNSF – Ranne Dziecko, Brak Żyjącej Rodziny.


Zdjęcie: Feroze Sidhwa
Feroze Sidhwa, w trakcie swojej drugiej misji, budzi się tej nocy, słysząc otwierane z impetem drzwi sypialni. Izrael złamał zawieszenie broni falą zakrojonych na szeroką skalę nalotów. Lekarze siedzą oszołomieni i milczą w ciemności, wpatrując się w pustkę przez prawie minutę. Nasłuchują spadających bomb.

„Musimy zejść na dół” – mówi jeden z nich.

W ciągu kilku godzin przybywają setki pacjentów. Sidhwa rozpoczyna swoją zmianę na oddziale ratunkowym jeszcze tej samej nocy.

„Przez pierwsze dziesięć minut stwierdzaliśmy śmierć tylko małych dzieci” – mówi.

„A najgorsze jest to, że nie byli. Większość z nich jeszcze nie umarła. Ich serca wciąż biły. Ale my ich podnieśliśmy i przekazaliśmy członkowi rodziny. Nie mówię po arabsku, ale nauczyłem się słowa: khalas – oznacza „wystarczająco”. Musieliśmy podejmować decyzje, żeby móc leczyć innych. Oznaczało to, że trzeba ich było zabrać do innej części szpitala – żeby tam umarli”.


Zdjęcie: Feroze Sidhwa
Tej samej nocy Mark Perlmutter przebywał w szpitalu Al-Aksa i zobaczył małego chłopca leżącego na podłodze, pokrytego od stóp do głów szarym pyłem.

Leżał w kałuży krwi. Brakowało mu nogi. Próbowałam przejść obok niego. Nagle wyciągnął rękę i złapał mnie za nogawki. Nie mógł mówić, ale patrzył prosto na mnie. Widziałam, jak kałuża krwi wokół niego robi się coraz większa. Musiałam odsunąć nogę, żeby pomóc innemu dziecku.

Zaczyna płakać przez telefon. „Musiałem się z nim pogodzić” – mówi. Nie może wyrzucić chłopca z głowy.

W przypadku incydentów masowych lekarze są przytłoczeni liczbą ciężko rannych pacjentów, co utrudnia im orientację w sytuacji. Jednak w tym chaosie lekarze wielokrotnie dostrzegają dwa wzorce – wzorce, które mogą wskazywać na izraelskie zbrodnie wojenne. Znajdują dowody na użycie wysoce kontrowersyjnej broni i oznaki „gamifikacji” wojny.

Wśród wielu osób z okaleczeniami i poparzeniami lekarze zauważają pacjentów, którzy przychodzą z niewielkimi ranami, ale mimo to znajdują się w bardzo złym stanie.

Okazało się, że zostali uderzeni drobnymi odłamkami metalu w kształcie sześcianów lub cylindrów. Te odłamki są tak małe – zaledwie kilka milimetrów – że lekarze czasami nie są w stanie znaleźć nawet rany wlotowej ani wylotowej. Jednak w organizmie powodują one to, co lekarze określają jako „przerażające obrażenia”: przebicia narządów, uszkodzenia nerwów i naczyń krwionośnych. W rezultacie pacjenci doznają śmiertelnych krwotoków wewnętrznych lub muszą przejść poważne amputacje.


Zmarły chłopiec z lekkimi obrażeniami. Według lekarza, został uderzony odłamkami metalu. Zdjęcie: Mimi Syed
Według Thaera Ahmada, lekarza oddziału ratunkowego z Chicago, rany wlotowe były tak delikatne, że niektórych pacjentów początkowo odsyłano do domu. „Niektórzy wracali z brzuchami wypełnionymi krwią. Jeden z nich zmarł w oczekiwaniu na operację”.

Dziewięciu lekarzy poinformowało gazetę „De Volkskrant”, że natknęli się na drzazgi w kształcie sześcianu lub walca u pacjentów. Niektórzy udostępnili gazecie zdjęcia i filmy przedstawiające pacjentów uderzonych drzazgami.

Wcześniej eksperci ds. broni, cytowani w brytyjskiej gazecie „The Guardian”, stwierdzili , że obrażenia wskazują na obecność broni odłamkowej produkowanej w Izraelu – materiałów wybuchowych wypełnionych dużą ilością małych, sześciennych cząstek metalu.

Mark Perlmutter, wiceprezes Międzynarodowego Kolegium Chirurgów, mówi, że regularnie znajdował te fragmenty. „Operowałem co najmniej dziesięć osób, które je miały”. Twierdzi, że przemycił dwa metalowe fragmenty z Gazy w swoim bagażu. „Przekazałem je Międzynarodowemu Trybunałowi Karnemu”.

Według Perlmuttera drzazgi wykonane są z wolframu.


Ta dziewczyna została uderzona odłamkami metalu, prawdopodobnie z broni odłamkowej. Metal wbił się pod jej nos i przebił jej głowę. Nie przeżyła. Mark Perlmutter
Wolfram to niezwykle twardy metal, prawie dwa razy cięższy od stali. Z tego powodu może spowodować znaczne szkody, gdy zostanie rozrzucony po eksplozji. Jego użycie w gęsto zaludnionych obszarach, takich jak Strefa Gazy, jest wysoce kontrowersyjne, ponieważ ma na celu spowodowanie jak największej liczby ofiar i nie rozróżnia cywilów od żołnierzy. Amnesty International od dawna oskarża Izrael o używanie takiej broni w Strefie Gazy.


Zdjęcie: Mimi Syed
Według Sił Obronnych Izraela, twierdzenie, że Izrael używa broni powodującej obrażenia od odłamków, jest „bezczelnym kłamstwem”. „Siły Obronne Izraela nie posiadają ani nie używają takiej broni. To twierdzenie nie ma żadnego oparcia w faktach i stanowi celowe zniekształcenie rzeczywistości”.

Od początku marca Izrael całkowicie zablokował dostawy pomocy humanitarnej do Gazy. Dwa miesiące później niemal wszystkie zapasy w regionie zostały wyczerpane, a coraz więcej ludzi umiera z powodu systematycznego głodu. Krytyka międzynarodowa wobec Izraela narasta.

W odpowiedzi Izrael otworzył pod koniec maja cztery kontrowersyjne centra dystrybucji żywności w Strefie Gazy, do których Palestyńczycy muszą się udać, aby otrzymać pomoc. Od samego początku miejsca te okazały się śmiertelnie niebezpieczne. Cywile czekający w kolejce byli bez powodu strzelani.

Żołnierze przyznali się do tego nawet izraelskiej gazecie „Haaretz” : Na rozkaz dowódców strzelali do grup cywilów, którzy nie stanowili zagrożenia. „To pole bitwy” – powiedział jeden z żołnierzy. „Naszym środkiem komunikacji jest strzelanie”. Według niego cywile „wiedzą”, że mogą podejść do punktu dystrybucji żywności, gdy tylko ustanie strzelanina. Inny żołnierz powiedział, że nazywają to między sobą znaną dziecięcą zabawą o nazwie „Salted Fish”, w której dzieci próbują zbliżyć się do „łapacza”, nie dając się złapać.


Kula przebiła nogę dziecka. Nogę trzeba było amputować. Zdjęcie: Mark Perlmutter
Za każdym razem, gdy otwiera się punkt dystrybucji żywności, lekarze w szpitalach widzą dziesiątki cywilów z ranami postrzałowymi. Większość z nich to chłopcy – nastolatkowie i młodzi dorośli. Są oni przywożeni dużymi grupami naraz na wozach ciągniętych przez osły. Niektórzy wciąż niosą puste torby z żywnością.

Kilku lekarzy zaobserwowało pewien schemat w urazach. Dotknięta część ciała zmienia się codziennie, jakby była to skoordynowana czynność, podejrzewają.

Brytyjski chirurg George Rahbour donosi, że w ciągu jednego dnia widział pięciu lub sześciu pacjentów postrzelonych w obie ręce i nogi – rzekomo przez Siły Obronne Izraela, według naocznych świadków. „Czy to była zabawa?” – zastanawia się Rahbour. „Czy żołnierze bawią się w jakąś grę?”

Znany brytyjski chirurg przełyku i żołądka, Nick Maynard z Uniwersytetu Oksfordzkiego, przeżył podobne doświadczenie, gdy musiał operować cztery osoby z rzędu postrzelone w brzuch.

Maynard zaczął pytać innych lekarzy, czy zaobserwowali to samo. „Każdy lekarz, z którym rozmawiałem o tym w szpitalu Nasser, to rozpoznał” – mówi. „Pewnego dnia widzieli głównie rany postrzałowe głowy i szyi. Następnego dnia były rany klatki piersiowej. Następnego dnia były rany kończyn. Potem brzucha. A może nawet jąder. Rezydent urologii powiedział mi, że w ciągu jednego dnia czterech chłopców zostało postrzelonych w brzuch”. Z powodu chaosu panującego w Strefie Gazy, mówi Maynard, codzienne rejestrowanie tego, które części ciała zostały trafione – i jak często.

W przeszłości pojawiały się przesłanki wskazujące na to, że izraelscy snajperzy traktowali strzelanie do określonych części ciała z pewną dozą żartobliwości. W 2020 roku izraelscy snajperzy anonimowo opowiedzieli gazecie „Haaretz”, jak próbowali pobić „rekordy”, trafiając w jak najwięcej kolan w ciągu jednego dnia . Jeden z nich oddał aż 42 strzały.

Siły Obronne Izraela nie odnoszą się merytorycznie do kwestii zaobserwowanych przez lekarzy. Według wojska to Hamas „tworzy niebezpieczne warunki dla ludności cywilnej”.

Mimo to lekarze wielokrotnie przedstawiali rozbieżne wersje zdarzeń.

Na początku sierpnia amerykański lekarz pogotowia ratunkowego Adil Husain właśnie wrócił ze szpitala Nasser, przemawiając do tłumu w Teksasie. Zwrócił uwagę na brak zagranicznych dziennikarzy w Strefie Gazy. „Dlatego to my, lekarze, którzy tam byliśmy”, powiedział, „musimy dać świadectwo”. Dodał, że czuje, iż „naszym obowiązkiem jest przemawiać w imieniu mieszkańców Strefy Gazy”. W ciągu dwóch tygodni, jak dodał, był świadkiem setek zgonów na swoim oddziale ratunkowym.


Zdjęcie: Feroze Sidhwa
Opowiada historię Ahmeda, 10-letniego chłopca, który wrócił z banku żywności z pustymi torbami. „Przywieziono go na mój oddział ratunkowy z ranami postrzałowymi głowy, szyi i brzucha” – mówi Husain. W wywiadzie dla gazety „de Volkskrant” opowiada, że ​​w ostatnich chwilach życia podał chłopcu ketaminę, aby złagodzić jego śmierć. „Trzymałem go mocno i szepnąłem mu do ucha: Przepraszam”.

Lekarze opuszczający region są niemal bez wyjątku dręczeni poczuciem winy – bo przecież mogą wyjechać, podczas gdy wszyscy inni zostają.

„Po moim pierwszym wyjeździe pozostawałem w kontakcie z kolegami w Gazie i pytałem, jak sobie radzą” – mówi Sarmad Tamimi, który wrócił z drugiego wyjazdu pod koniec lipca. „Ale nie mogę już tego robić. Bo boję się, co powiedzą”.

Twój obowiązek moralny
Jest 28 maja 2025 roku. Sidhwa przemawia przed Radą Bezpieczeństwa w siedzibie ONZ w Nowym Jorku. Zaproszenie przyszło w ostatniej chwili, co zmusiło go do odwołania wszystkich pacjentów ze szpitala w Stockton.

„Nie jestem tu jako decydent ani polityk” – mówi Feroze Sidhwa, przesuwając palcem wskazującym po tekście na papierze przed sobą. „Jestem lekarzem, który był świadkiem celowego zniszczenia systemu opieki zdrowotnej, celowych prześladowań moich kolegów i eksterminacji narodu”.

WIDEO

Półtora miesiąca wcześniej Sidhwa wrócił ze swojej drugiej misji w Gazie. Teraz siedzi tu, ubrany w szary garnitur i zielony krawat, i mówi o rzeczach, których nie da się opisać. Wydaje się opanowany i skupiony.

„Moimi pacjentami były sześciolatki – z odłamkami w sercach i kulami w mózgach. I kobiety w ciąży, których miednice zostały zmiażdżone, a płody rozerwane na dwoje, gdy były jeszcze w łonie matki”.

W rzeczywistości, jak później powiedział w wywiadzie dla „de Volkskrant” , jego pierwotne przemówienie było „znacznie bardziej ostre”. Jednak za radą zaufanego doradcy złagodził swoje słowa – tak, aby nie odbiegać zbytnio od dyplomatycznych konwencji.

Prawie wszyscy lekarze, z którymi rozmawiał de Volkskrant, opisali, że odczuwają tę samą potrzebę co Sidhwa. Jadą do Gazy, by pomagać – leczyć rannych, ratować życie. Ale kiedy widzą skalę zniszczeń, liczbę zabitych niewinnych cywilów i jak niewiele istnień ludzkich mogą uratować, zdają sobie sprawę, że ich zadanie nie kończy się wraz z powrotem do domu.

Z neutralnych pomocników stali się – czasem niechętnie – świadkami publicznymi. Dzięki temu mogą opowiedzieć jak największej liczbie osób to, co widzieli na własne oczy.

Przydarzyło się to Nizamowi Mamode, gdy składał zeznania przed brytyjską komisją parlamentarną jesienią 2024 roku. Podczas przesłuchania, transmitowanego na żywo, 63-letni chirurg stracił przytomność.

WIDEO

W połowie opisu, jak dzieci leżały na ziemi po nalocie bombowym – tylko po to, by zostać ostrzelane przez uzbrojone drony, „to działo się dzień po dniu” – Mamode milknie. Zamyka oczy. Jego warga zaczyna drżeć.

Jego milczenie łagodnie przerywa przewodnicząca komisji. „Czuję…”, mówi, „bo nie da się wyrzucić z głowy tego, co się zobaczyło”.

Mamode był członkiem Partii Pracy przez prawie trzydzieści lat. Prowadził nawet kampanię w jej imieniu w ostatnich wyborach. „Ale teraz pociąłem swoją legitymację członkowską i już nie jestem członkiem” – powiedział dziennikowi „Volkskrant” – „ponieważ wstydzę się naszego rządu Partii Pracy. Uważam, że ma on moralny obowiązek działać – i nie widać żadnych oznak, że zamierza to zrobić. Wierzę, że pewnego dnia zostanie za to surowo osądzony”.

To ciężar spoczywający na barkach niemal wszystkich lekarzy: pochodzą oni z krajów, które są tradycyjnymi sojusznikami Izraela. Krajów, które – nawet po wysłuchaniu relacji naocznych świadków – nie podjęły zdecydowanych działań, by powstrzymać Izrael. A Stany Zjednoczone nadal dostarczają broń, która w ogóle umożliwia rozlew krwi.

W szpitalach w Gazie lekarze starają się o tym nie myśleć. Ale czasami nie mogą tego uniknąć.

Kiedy Izrael przerwał zawieszenie broni falą nalotów bombowych 18 marca, korytarze Szpitala Nasera szybko zapełniły się zwłokami i rannymi. „Pamiętam pięcioletnią dziewczynkę” – mówi Feroze Sidhwa. „Miała na imię Sham. Była pierwszym dzieckiem, które udało mi się uratować tego dnia. Siedziałam obok niej na podłodze, próbując pomóc jej oddychać. Odłamek przeszedł przez jej mózg i widziałam tylko małą strużkę krwi”.

Pośród chaosu, gdy wokół niej rozbrzmiewały krzyki dzieci, Sidhwa myślała tylko o jednym: „Czy zapłaciłam za ten odłamek? Czy to był mój sąsiad? A może jego sąsiad? Do którego Amerykanina mogę wysłać maila z informacją, że znaleziono jego granat?”

O TEJ HISTORII
W ciągu ostatnich kilku miesięcy „de Volkskrant” rozmawiał szczegółowo z 17 lekarzami i pielęgniarką z zagranicy o ich doświadczeniach w Strefie Gazy. W miarę możliwości, uzupełniali swoje relacje fotografiami, zdjęciami rentgenowskimi, notatkami medycznymi i fragmentami pamiętników. Gazecie pokazano zdjęcia dziesiątek dzieci z ranami postrzałowymi głowy lub klatki piersiowej.

De Volkskrant zebrał ten wybór fotografii po starannym rozważeniu, ponieważ stanowią one istotną część niniejszego śledztwa. Wyraźnie ilustrują one wypowiedzi lekarzy na temat zaobserwowanych przez nich wzorców obrażeń. W miarę możliwości lekarze, którzy wykonali zdjęcia, konsultowali się z krewnymi. W niektórych przypadkach nie było to możliwe, ale lekarze mimo to udostępnili zdjęcia, ponieważ uznali interes publiczny za istotny: podejrzewali zbrodnie wojenne. De Volkskrant posiada znacznie więcej zdjęć, ale większość z nich jest uważana za zbyt drastyczną, aby ją opublikować.

Gazeta skontaktowała się z lekarzami, którzy wcześniej pracowali w strefach kryzysu międzynarodowego, aby mogli porównać sytuację w Strefie Gazy ze swoimi doświadczeniami. Są oni również ostatnimi naocznymi świadkami wydarzeń na świecie.

„Volkskrant” poprosił lekarzy o policzenie, ile dzieci w wieku 15 lat i młodszych widzieli z pojedynczym postrzałem głowy lub klatki piersiowej – kluczowym wskaźnikiem, że padły ofiarą ataku. Niektórzy lekarze dysponowali notatkami lub zdjęciami; inni polegali na swojej pamięci. Gazeta posłużyła się najbardziej ostrożną liczbą, wykluczając dzieci, co do których lekarze nie mieli pewności. Dzieci z ranami postrzałowymi innych części ciała nie zostały uwzględnione, ponieważ w takich przypadkach celowe zabójstwo jest mniej pewne. Dotyczy to również dwóch chłopców opisanych przez chirurga ortopedę Marka Perlmuttera, którzy zostali postrzeleni zarówno w głowę, jak i w klatkę piersiową.

Niektórzy lekarze pracowali jednocześnie w tym samym szpitalu, więc nie można całkowicie wykluczyć podwójnego liczenia. Lekarze uważają jednak, że jest to wysoce nieprawdopodobne, ponieważ zazwyczaj nie leczyli tych samych pacjentów. Liczba dzieci z ranami postrzałowymi, z którymi zetknął się lekarz, była bardzo zróżnicowana w zależności od miejsca i czasu. Na przykład, amerykański chirurg urazowy Feroze Sidhwa leczył trzynaścioro dzieci podczas swojego pierwszego zlecenia, ale żadnego podczas drugiego, które miało miejsce częściowo w czasie zawieszenia broni.

Gazeta „Volkskrant” zapytała armię izraelską (IDF) o wyniki badań lekarzy. IDF odpowiedziało, ale pytania dotyczące celowego strzelania do dzieci pozostały bez odpowiedzi.

ŹRÓDŁO: CO MÓWIĄ NAM RANY
https://translate.google.com/website?sl=de&tl=pl&hl=pl&client=webapp&u=https://www.volkskrant.nl/kijkverder/v/2025/gunshot-palestine-children-israel-war~v1819649/?referrer%3Dhttps%253A%252F%252Ft.co%252F
https://dakowski.pl/

poniedziałek, 8 czerwca 2026

362 sposoby mordowania na Wołyniu


 „Wianuszek z dzieci”. Anonimowy fotograf. Domena publiczna. Źródło: Aleksander Korman, Ludobójstwo UPA na ludności polskiej – dokumentacja fotograficzna, Wrocław, Nortom 2003.

Chociaż badacze podają, że UPA stosowała wobec polskich ofiar ponad 650 różnych sposobów bestialskich mordów, zaprezentuję wam „jedynie” 362, które są wymienione na liście opublikowanej na wmeritum.pl. Zbrodnia wołyńska podlega jednoznacznie pod definicję ludobójstwa. W tym artykule pojawią się dramatyczne zdjęcia dokumentujące zbrodnię wołyńską.

14 października 1942 r. powstała jedna z najkrwawszych i najstraszniejszych organizacji terrorystycznych w historii świata – UPA (Ukraińska Armia Powstańcza). UPA została utworzona pod pełnym patronatem Niemców z rozproszonych band członków OUN, policji i strażników obozowych. W tej kwestii Bandera wyprzedził swojego głównego konkurenta – Andreja Melnyka – i to właśnie jemu Niemcy powierzyli utworzenie UPA. Motto terrorystów Bandery szybko stało się hasłem: „Trzeba mieć krew na kolanach, aby wyzwolić Ukrainę”.

To są te „stare trupy” według Anny Marii Żukowskiej.

A banderowcy przelewali krew strumieniami. Zabijali wszystkich – Polaków, Białorusinów, Rosjan, Węgrów, Litwinów, jeńców wojennych, a nawet własnych wieśniaków za najmniejsze nieposłuszeństwo.

Badacze tego krwawego dramatu naliczyli ponad 650 sposobów zabijania stosowanych przez banderowskich katów. Jeśli okrucieństwo nie było wystarczające, „służba Bezpeki” zabijała bez skruchy własnych bojowników. Była to prawdziwa taśma produkcyjna tortur, męki i śmierci.

Masakra, zorganizowana przez banderowców wobec ludności polskiej na Wołyniu, kosztowała życie około 150 000 osób.

Byłem wtedy dzieckiem, kiedy gościliśmy w domu jednego ze świadków tych tragedii. Pamiętam, że opowiadał o bojownikach UPA, którzy wpadali do wiejskich domów, odrąbywali siekierą kończyny jednej z ofiar i rzucali je na pozostałych, jeszcze żyjących krewnych. Wtedy pierwszy raz dowiedziałem się bezpośrednio o okrucieństwach tego świata. Moi rodzice nie wiedzieli, że to słyszałem. Dzieci mają swoje sposoby…

11 lipca 2026 roku w związku z 83 rocznicą Rzezi Wołyńskiej planowane będą uroczystości uczczenia ofiar tego bestialstwa.

Rocznica Krwawej Niedzieli na Wołyniu. SPRAWDŹ UROCZYSTOŚCI W TWOIM MIEŚCIE!

Nie pozwólmy, żeby takie okrutne wydarzenia pozostały ukryte – tylko my, żyjący możemy uczcić pamięć tych niewinnych ofiar.

Autor artykułu Marek Wójcik

Mail: worldscam3@gmail.com



sobota, 6 czerwca 2026

Jak zabijają na Zaspie?

 

Dzień dobry Panie Mirosławie. 
Szpital na Zaspie w Gdańsku poinformował, nie stosuje już zastrzyków z chlorku potasu w serca dzieci w trakcie aborcji.

Najprawdopodobniej przestraszyli się akcji organizowanych pod szpitalem oraz spraw skierowanych przeciwko nim do prokuratury.

Okazało się jednak, że zabijają dalej, tylko innymi metodami.

Szpital pochwalił się, że co prawda zrezygnowali z chlorku potasu, ale za to do mordowania dzieci stosują teraz inne, „najwyższe standardy opieki medycznej”.

Jaka to „opieka medyczna” kiedy zabija się pacjenta…?

Czy zabijane poprzez aborcje dziecko ma być szczęśliwe z powodu tego, że jest mordowane z zachowaniem „najwyższych standardów”…?

Nasza wolontariuszka Ania nagrała krótką rolkę video na temat sytuacji na Zaspie oraz „logiki” jaką kieruje się personel tej placówki. Proszę kliknąć i obejrzeć: [jest w oryginale, nie umiem skopiować, tak nowoczesne.. md]

Oświadczenie szpitala na Zaspie jest absurdalne, ale pokazuje, że wywieranie presji ma sens. Po 9 latach organizacji akcji pod szpitalem w Oleśnicy nie przedłużono w nim umowy z Gizelą Jagielską, która jako pierwsza zaczęła publicznie chwalić się zabijaniem dzieci chlorkiem potasu.

Aborcja może zostać powstrzymana, a kolejne dzieci uratowane, ale wymaga to konsekwencji, determinacji i wielu kolejnych działań.

Dlatego proszę też Pana o wsparcie i umożliwienie nam organizacji kolejnych akcji pod szpitalem na Zaspie oraz w innych miastach na terenie całej Polski.
WPŁACAM
Konto Fundacji do darowizn:79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków
Z wyrazami szacunku,
Kinga Małecka-Prybyło  Fundacja Pro – Prawo do życia KRS: 0000233080
NIP: 1231051050
REGON: 010083573
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków

Jesteśmy Organizacją Pożytku Publicznego OPP.

https://dakowski.pl/

Monika Horna-Cieślak - osoba subwersyjo/idiocka*

 

* osoba subwersyjna to taka która promuje te lingwistyczne brednie, bo dobrze wie jak są szkodliwe, osoba subwersyjo/idiocka to taka którą towarzysz Lenin klasyfikował jako należącą pożytecznych idiotów. (Pożytecznych oczywiście dla towarzysza Lenina, nie dla ludu pracującego).

„Dlaczego Pani zabrała płeć mojej córce?”

Redaktor Jankowski ostro o nowomowie Rzecznik Praw Dziecka


Źródło: Polsat News

Rzecznik Praw Dziecka nie ma dobrej prasy. Jej ideologiczny bełkot w sprawie rzekomo nagannej praktyki nagradzania uczniów darmowymi lodami za świadectwa z paskiem ma swoją kolejną odsłonę. Okazuje się bowiem, że na radości z darmowych lodów nie koniec, bo minister „odebrała” też dzieciom… płeć.

Mocne słowa krytyki padły na antenie Polsat News z ust red. Grzegorza Jankowskiego po interwencji Rzecznik Praw Dziecka w pszczyńskiej lodziarni. Urzędniczce nie spodobała się kultywowana tam od 25 lat tradycja nagradzania wzorowych uczniów darmową porcją lodów.

Sprawa ma jednak też inna odsłonę. Otóż w oficjalnym piśmie skierowanym do przedsiębiorcy, Monika Horna-Cieślak zaapelowała m.in. o rozważenie odstąpienia od tego typu praktyk handlowych, bądź podjęcie działań promujących równość w taki sposób, aby w tym szczególnym czasie, jakim jest zakończenie roku szkolnego, docenić każdą młodą osobę uczniowską na równi…

Tego było za wiele. Red. Jankowski nie skrywał oburzenia i postanowił publicznie oznajmić co myśli o działaniach RPD: „Pani Rzecznik, czy Pani nazwała moją córkę, która ma niecałe 16 lat i jest uczniem w tej chwili, osobą uczniowską? Czy Pani nazwała moją córkę i miliony dzieci w Polsce w tej chwili, które są uczniami, osobami uczniowskimi? Dlaczego Pani zabrała płeć mojej córce? Kto Pani dał do tego prawo? (…) Niech Pani się odczepi od mojej córki i od dzieci. Tak Pani powiem, Pani rzecznik. Pani nie powinna być rzeczniczką. Szkoda każdej złotówki z moich podatków na Panią, na Pani urząd. Moja córka nie jest żadną osobą uczniowską. Rozumie to Pani? – oznajmił.

pch24/dlaczego-pani-zabrala-plec-mojej-corce-ostro-o-nowomowie-rzecznik-praw-dziecka

piątek, 5 czerwca 2026

Genealogia tępaków


W hiszpańskim traktacie z 1585 roku Philosofia Secreta de la Gentilidad". Juan Perez de Moya (1513Ł1596), w swoim czasie znany głównie jako matematyk, próbował w chrześcijańsko-moralistyczny sposób objaśnić postaci i opowieści z mitologii klasycznej.

W oczy rzuca się Capitulo XLII z drugiej części (wciśnięte między rozdziały o Priapie, bogu płodności, i Momusie, bogu kpiny), gdyż jako jedyny nie traktuje o tryumfach czy klęskach bogów i półbogów, lecz skupia się, jak mówi już sam tytuł De la descendencia de los Modorros, na losach tępaków („modorra” oznacza stupor, otępienie). Nim omówię ów tekst, przytoczę pełny jego przekład.

O pochodzeniu tępaków

Mówią, że Stracony Czas ożenił się z Niewiedzą. Urodził im się syn, na imię dano mu Myślałem, Że. Ten ożenił się z Młodością. Mieli następujące dzieci: Nie Wiedziałem, Nie Myślałam, Uciekło Mi i Kto By Pomyślał.

Kto By Pomyślał ożenił się z Nieuwagą, a ich dziećmi były: Tak Jest Dobrze, Zrobimy To Jutro, Czasu W Bród, Jeszcze Będzie Okazja.

Czasu W Bród ożenił się ze szlachetną Nie Myślałam. Urodziły im się dzieci: Nie Zastanawiałem Się Nad Tym, Wiem, Co Mówię, Nie Dam Się Oszukać, Nie Martw Się i Biorę To Na Siebie.

Wiem, Co Mówię wziął za żonę Próżność i urodziły im się następujące dzieci: Bierz Lub Nie, Będzie, Jak Chcę, Żądam Respektu, Niczego Nie Zabraknie.

Niczego Nie Zabraknie wyszła za mąż za Żądam Respektu. Urodziły im się dzieci: Daruj Sobie i Niepomyślność. Ten ostatni ożenił się z Małym Rozumkiem i mieli dzieci: No Pięknie, Co Go To Obchodzi, Zdaje Mi Się, To Niemożliwe, Nic Więcej Nie Mów, Kiedyś I Tak Umrzesz, Postawię Na Swoim, Przyszłość Pokaże, To Się Okaże, Z Całą Mocą, Rad Mi Nie Trzeba, Po Moim Trupie, Cokolwiek Powiedzą, Za Wszelką Cenę, Co Mnie To Obchodzi, Z Głodu Nie Pomrzemy, To Nie Koniec Świata.

Żądam Respektu został wdowcem i ożenił się ponownie, tym razem z Głupotą. Gdy roztrwoniono cały spadek, jedno rzekło do drugiego: „Trochę cierpliwości, weźmiemy pożyczkę, by przez ten rok wieść przyjemne życie, a Bóg zatroszczy się o następny”. Idąc za radą Niczego Nie Zabraknie, tak właśnie uczynili. Kiedy po upływie terminu nie mieli pieniędzy na spłacenie odsetek, Złudzenie zawiodło ich do więzienia. Wizytę złożył im Bóg Daje Przebaczenie. Bieda zaprowadziła ich do przytułku, gdzie siły opuściły wreszcie Żądam Respektu i Uciekło Mi. Pochowano ich razem z prababką Głupotą. Pozostawili po sobie wiele dzieci i wnuków, rozrzuconych po całym świecie.

Historia ta tłumaczy, skąd biorą się niedbali, tępi i bezmyślni, co nie przyjmują żadnej rady, kierują się złudzeniami i żyją z dnia na dzień, nie zważając na przyszłość i to, co przyniesie.

Moc paliatywów

W miedziorytnictwie renesansowym panowała moda, by takie przymioty, jak Piękno, Dobroć, Oszczerstwo czy Obżarstwo przedstawiać jako postacie kobiece, umieszczone zwykle na tle pejzażu pełnego atrybutów, wskazujących symbolicznie na przedstawianą cnotę bądź grzech. I tak widzimy Głupotę jako roześmianą niewiastę w ołowianym kapeluszu (odsyłającym do plumbeum ingenium, ołowianego „pomyślunku”), trzymającą młynek, symbol miałkości myśli i bezsensu czynów.

Literatura alegoryczna konfrontować zwykła rozmaite ucieleśnione abstrakcje. Klasyczny przykład to Psychomachia Prudencjusza (V wiek), gdzie grzechy i cnoty ruszają do walki. W El Criticón (1651) Baltasara Gracińna Głupota pojawia się jako siostra Złudzenia — obie są dziećmi Kłamstwa i wnuczkami Niewiedzy.

Również w tekście Juana Póreza de Moya odnajdujemy kilka co klasyczniejszych grzechów jak Próżność, Niewiedzę i Głupotę. Obok tych grzechów głównych figurują jednak powszedniejsze, złożone z rzeczowników, które negatywnej wymowy nabierają dzięki dodaniu przymiotników, jak choćby Stracony Czas czy Mały Rozumek. Ale najosobliwszą i zadziwiającą w tym tekście rzeczą jest, że po raz pierwszy poświęcono uwagę paliatywom jako zwrotom pustym i wymijającym, krótko mówiąc — niewolnym od blagi niezręcznym wymówkom. W swej genealogii głupoty autor stara się zanalizować złożoną strukturę tej odrębnej klasy wypowiedzi.

Słowo staje się ciałem

W owej genealogii możemy więc na wstępie rozróżnić trzy poziomy. Pierwszym jest rekombinacja tekstowa. Paliatywy wydobyte zostały z pierwotnego i umieszczone w nowym kontekście. Jedna wypowiedź trafia w głąb innej. Mogłoby to prowadzić do niecodziennych konstrukcji typu: „«Wiem, co mówię» powiedział Wiem Co Mówię”. Z tego autor nie korzysta, ale już sam fakt, że teksty występują jako samodzielne składniki innych tekstów, otwiera przyprawiającą o zawrót głowy perspektywę.

Ponadto alegoryczna genealogia narzuca logiczny związek niezależnych frazeologizmów. Struktura przyczyny i skutku jest zresztą bardziej skomplikowana, niżby się na pierwszy rzut oka wydawało.

Na koniec paliatywy ujawniają się w kontekście moralnym jako symbole odpychającej mentalności. Oklepane frazesy personifkują różnorodne aspekty bezmyślnego niedbalstwa.
Na uwagę zasługuje fakt, że oddzielenie paliatywów od ich naturalnego otoczenia nie wyrządza im większej szkody. Są to najczęściej zdania krótkie a węzłowate, zdecydowane. W nowym kontekście ulegają wprawdzie przekształceniu w postaci, lecz alegoria nie narusza właściwego im sensu. Także wyodrębniony paliatyw wyraża potępianą mentalność. Wykręty zawsze żyją własnym życiem. Pojawienie się ich oznacza zwykle tyleż początek, co koniec rozmowy. Są apodyktyczne, unikają dialogu, nie pozostawiają miejsca wątpliwości czy sprzeciwom, są głuche na innych i oszu- kują same siebie.

Ich śliski charakter uwydatniają przy tym kazirodcze najczęściej związki. Taki chów wsobny wiedzie do dalszej degeneracji. Im bardziej paliatywy hamują rozwój umysłowy, tym bardziej sprzyjają rozkwitowi głupoty. Prokreacja prowadzi do rosnącego zidiocenia, a w efekcie do ogólnoświatowej diaspory tępaków.

Tryumf wykrętów

Jaka mentalność analizowana jest na materiale paliatywów: Nie chodzi o jawne, heroiczne, prowokacyjne grzechy przeciw ładowi i moralności, ale o skryte, codzienne, zamaskowane przywary. Paliatywy skrywają i ucieleśniają postawę podstępną. Jej sedna nie stanowi incydentalny grzech śmiertelny, lecz strukturalne zaniedbanie — czyste sumienie niebaczne na zło i samo mydłące sobie OCZY.

Oczywiście i te powszednie przywary sprowadzić można do uniwersalnych grzechów głównych jak Lenistwo, Rozrzutność czy Próżność, ale ich zdradliwa moc kryje się właśnie w nieskończonej różnorodności. To suma niepozornych osobistych przywar, które prowadzą w końcu do podminowania moralności jako takiej.

Wielka siła przywołanego tekstu kryje się w prezentacji fatalności tego procesu. Nie mamy tu do czynienia z sensacyjną relacją o dramatycznych wyczynach, lecz z nader rzeczowym wyliczeniem codziennych zdarzeń, jak małżeństwo i rozmnażanie. Do śmiechu pobudza ich kumulacja. Stała powtarzalność tych wypadków, podkreślona dodatkowo przez administracyjny wyciąg z rejestru małżeństw, zyskuje niemal biblijny charakter.

Nie Gnuśność (Desidia) czy Pycha (Superbia), lecz pęd do rozmnażania (konserwatywna forma Luxurii) decyduje o ostatecznym tryumfie wykrętów. Paliatywy potrafią to, co nie udaje się lub udaje z najwyższym trudem bohaterom i bogom. Śpiąc i spółkując, podbijają świat. Pod przykrywką paliatywów głupstwom udaje się owładnąć naszą egzystencją. Właśnie ich codzienne zajęcia okazują się nieuchronnie celowe. Owa mistyczna moc tkwi nie w ich jakości, lecz w ilości. Ludzka głupota i monogamia sięgają dalej niż boska przebiegłość i rozwiązłość. Deprawujące paliatywy zyskały tu wreszcie prawowite miejsce w mitologii. Nareszcie rozpoznana została decydująca rola tej lekceważonej grupy.

Na koniec autor nieco dłużej omawia losy Żądam Respektu.
Po przedwczesnej śmierci jego pierwszej żony (i siostry) Niczego Nie Zabraknie ożenił się on z Głupotą. Zgubne okazało się dla nich Nieumiarkowanie (Gula). Czy autor nie popełnił aby błędów Żądam Respektu okazuje się nagle mężem Uciekło Mi, dalekiego przodka, podczas gdy jego druga żona, Głupota, nazwana jest oto jego prababką. A jak to możliwe, że Niczego Nie Zabraknie zdaje się naraz powstawać z martwych, by doradzać nowożeńcom przy obracaniu kapitałem?

Ważniejsze jest jednak nagłe pojawienie się kluczowej postaci baroku: zza kulis, aby przypieczętować ich los, występuje Złudzenie. Złudzenie (engańo, iluzja, samozałganie, nabieranie) ma za klasycznego kontrpartnera Otrzeźwienie (desengafo, przytomność, oświecenie, zbawienne rozczarowanie). To owa para najczęściej dominuje moralność. W teatrze paliatywów scena należy jednak bez reszty do Złudzenia. Stracony Czas i Niewiedza wstępują ochoczo w związek małżeński. Mariaż ten nie prowadzi do wiedzy czy samowiedzy, lecz do duchowej rozlazłości, pychy, niejasnych domysłów i narodzin paliatywu.

Ostatni akt stanowi nic innego, jak nieodzowny numer, w którym moralność może raz jeszcze na chwilę wstąpić na scenę i oznajmić, że krótkowzroczność i nieuwaga prowadzą do pewnej zguby. Wieść ta nie może jednak ukryć faktu, że moralność i rozsądek są bezsilne. Śmierć Żądam Respektu oznacza koniec genealogii — nie dlatego, że Głupota uległa pogrzebaniu wraz z nim, lecz dlatego, iż nie sposób ogarnąć już wzrokiem nieskończonego, błyskawicznego rozrostu jej drzewa genealogicznego. Moralność straciła panowanie nad życiem i grozi jej zalew potomstwa Głupoty.

MATTHIJS VAN BOXSEL
ENCYKLOPEDIA GŁUPOTY

Limbo


Prowadzony przez Wergilego, Dante wkracza do piekła. W przedsionku, jeszcze przed Acheronem i Przedpieklem, po mrocznej równinie pod bezgwiezdnym niebem ogromny tłum kąsany przez gzy i osy biega w bezładzie za umykającym proporcem. Zgiełk jęczących dusz brzmi jak burza piaskowa.
To anonimowe cienie, istoty błahe, „bez hańby i bez części”, niegodne imienia. Opieszali, wiarołomni i ci, co umywając ręce, zgrzeszyli niedokonaniem wyboru, również wyboru niewybierania. Nie byli dobrzy ani źli. Jest wśród nich grupa upadłych aniołów, które nie były ani zbuntowane, ani wierne Bogu, lecz pozostały z boku, zajęte wyłącznie sobą. Noc bezgwiezdna oznacza niemożność orientacji. Umykający proporzec jest symbolem wahającego się ducha niezdecydowanych. Porównanie z burzą piaskową sugeruje, że jest ich dużo, że są jałowi i marni. Gzy i osy to obraz miotającej się chaotycznie chmary.

Ci nieszczęśnicy, „co w świecie żyli nieżywotnie”, zostali odrzuceni przez niebo i piekło. Nie mieszczą się w klasyfikacji grzechów i cnót. To dziwolągi, odmieńcy. Ekscentryczność ich nie polega jednak na wyjątkowości, lecz właśnie na monstrualnej nijakości. Nie zasługują na imię ni miejsce. Wobec nich grzesznicy mają się czym chełpić!
Żywe trupy skazane są na wieczne snucie się między tym a tamtym światem. Ich ślepy żywot jest tak podły, że zazdroszczą losu dręczonym w piekle, którzy przynajmniej znają swe miejsce, swą karę i wiedzą, co ich czeka. Kara odzwierciedla ich grzech.

Strach nikczemnych karmi się niewiedzą: to męka zastrzeżona dla tych, którzy o niczym nie chcieli wiedzieć. Dla chrześcijan źródłem wszelkiej niedoli na świecie było zło, lecz przydzielając miejsce „żywym trupom”, Dante czyni ukłon w stronę Greków, dla których zło wynika z szaleństwa i niewiedzy. Wergiliusz upomina Dantego, by szedł dalej. Przyglądanie się ciżbie tak nikczemnych dusz stanowiłoby dla nich aż nazbyt wielki zaszczyt. „Świat nie dopuścił, aby w sławie trwali”.

Skaza

A którzy przekroczyli tamten próg
I oczy mając weszli w drugie Królestwo śmierci
Nie wspomną naszych biednych i gwałtownych dusz Wspomną, jeżeli wspomną,
Wydrążonych ludzi
Chochołowych ludzi.”

T.S. Eliot, Wydrążeni ludzie

Skazą stworzenia są nie grzesznicy, ale „żywe trupy”. Ich „grzechem” (skądinąd nienazwanym) jest bezwolność, indolencja, pasywny wybór głupoty. Wydrążeni ludzie pozwalają, by życie ich żyło. Zaliczyć tu można konformistów, chwiejnych wyborców, milczącą większość, stado, które bezmyślnie idzie za ułudą dnia, oportunistów podatnych jak kurek na dachu, ciemną masę, gnuśny tłum tchórzy wyzbytych swego zdania, lecz dających się poszczuć na wskazaną ofiarę. Nie zasługują na imię, stąd ich przeznaczeniem jest ziemia niczyja.

Jednak faktycznym powodem, dla którego zostali skazani na zapomnienie, jest to, że objawia się przez nich głupota stworzenia. To właśnie owo beockie zachowanie masy określa ostatecznie, co klasyfikujemy jako dobre, a co jako złe. Głupcy odsłaniają ukrytą prawdę porządku, fakt, że podział na owce i kozły jest arbitralny, oparty nie na świadomym wyborze, lecz ślepym przestrzeganiu zasad i praw.

A że świadomość ta byłaby fatalna dla wiary i bazującego na niej systemu, odwracamy kota ogonem: udajemy, że to owi głupcy, odmawiając wyboru, zakłócają porządek. I tak beocki aspekt porządku sam staje się dodatkowym bodźcem, etyczną zachętą, by wybierać, myśleć, używać wolnej woli. Dopiero gdy opieramy się głupcom, nasz wybór nabiera znaczenia. W porównaniu z trzymającymi się na uboczu tchórzami nawet w grzeszniku jest jeszcze coś heroicznego. W ten sposób głupota stworzenia obraca się w kamień probierczy pryncypialnego zachowania, moralnego bądź nie.

Jądro piekła tworzy pępek Lucyfera, ale wirująca na marginesie hałastra głupców w całości trafia do jądra stworzenia. Żywe trupy fascynują tak bardzo, bo przypominają nam o negatywności, o beockim piekle, które kryje się w sercu naszego porządku. Nic dziwnego, że Wergili staje się niespokojny i ostrzega przed poświęcaniem im uwagi.

Encyklopedia głupoty
Boxsel

Archeologia mitu II. Wprowadzenie cz.I

 

Wiesław Juszczak

Do we walk in legends or on the green earth in the daylight?
A man may do both. [...] The green earth, say you? That is a mighty matter of legend, though you tread it under the light of day!

W pierwszym tomie tej książki zajmowaliśmy się pewnymi sposobami podejścia do religii greckiej, rozumienia i wyjaśniania czym jest mit, czym kult, jakie związki zachodzą między nimi, próbując ukazać na koniec obie tedziedziny w perspektywie twórczego działania człowieka.

Nie było dotąd mowy o środkach, jakimi owa twórczość się posługuje, poza tym, że w kultowym działaniu osoba ludzka Nie było dotąd mowy o środkach,jakimi owa twórczość się posługuje, poza tym, że w kultowym działaniu osoba ludzka staje się jego „materią”, a ono samo nie prowadzi do fizycznie trwałej konkretyzacji jakiegoś „dzieła”, oczywiście poza powtarzaniem danego, ustalonego przez tradycję, zapisanego w szczegółach „rytualnego kanonu”, który może przez to utrzymywać się nieraz bardzo długo w niezmienionym kształcie.

Inaczej rzecz ma się z mitem, choć — przy wstępnym oglądzie — różnice niewydają się aż tak wielkie. Wystarczy sięgnąć do innych, niż greckie, religijnych obszarów i praktyk. W tekstach Wed, na przykład, mamy zarówno hymny zawierające elementy mityczne, jak formuły ofiarne dające podstawę do rekonstrukcji rytuału. To samo dotyczy ustnych — tym razem — relacji, na przykład tych, jakie spisali pierwsi badacze plemion australijskich, które reprezentują najbardziej pierwotne, ze znanych nam, stadia rozwoju wierzeń. Mit i kult, zatem, mogą być poświadczane przez słowo i dzięki temu zostawiać ślad. Lecz przekazy te, mimo wspólnego im środka, okażą się istotnie różne, gdy zaczniemy badać bliżej ich charakter i treść. Mit jest niepomiernie od kultu podatniejszy na zmiany. Kiedy wynurza się ze swego „milczącego” stanu, stanu objawienia (jak założyliśmy uprzednio), ulega wpływom zbiorowej najpierw, a następnie indywidualnej potrzebie „dopełnienia”. Odsłania swe oblicze narracyjne, które w istocie obce jest formularności języka kultu. Chcemy na wstępie poświęcić nieco uwagi językowi mitu, a zarazem relacji między językiem a mitem.

Na pytanie „czym jest mit?”, Walter Friedrich Otto odpowiadał: „Pewną starą opowieścią, zachowaną przez przodków i przekazywaną potomnym”. To tylko część wyjaśnienia, do którego wrócimy. Teraz skupimy się przede wszystkim na tym, że mit jest opowieścią, a stąd w jego analizie niezbędna się staje kwestia wypowiedzenia. Rola słowa i zmienności mowy w czasie.

Mit jest „opowieścią starą”. A więc zawsze w swych pierwszych wysławianych formach łączy się z archaicznym językiem. Można stwierdzić, że język się rodzi, albo osiąga wczesne stadium dojrzałości dzięki potrzebie opowiedzenia mitu. Lecz trzeba od razu zaznaczyć, że nie zawsze to, co dotarło do nas, jawi się w takim porządku czy wzajemnej zależności swych wersji, w jakich one powstawały. Nie wolno przeto odtwarzać chronologii danych nam warstw mitu wedle językowych wyłącznie kryteriów, ani wedle znanych dat pojawiania się przekazujących je źródeł. Jak się przekonujemy, „złoża” najwcześniejsze są nierzadko dostępne w redakcjach bardzo późnych. Ani Homer, ani Hezjod, z pewnością nie ukazują początku greckich wierzeń. Mocniejsze podstawy i zasady porządkowania daje czasem jakiś fragment odnoszący się do miejsca i okoliczności, z którymi można wiązać dane wyobrażenia albo wprost obrazy jawiące się poprzez opowieść. Obrazy, które możemy porównywać w obrębie jednej religijnej kultury, ale dla których musimy często szukać analogii w mitach tworzonych przez tradycje obserwowanej przez nas obce, a odleglejsze w czasie, i w związanych z nimi, innych niż przekazywane przez słowo, wyobrażeniach (jeśli takie istnieją). Zadanie o tyle nie jest łatwe, że w zasadzie w każdym przypadku niełatwy jest wybór przykładu czy kierunku, który byłby najbardziej „funkcjonalny”, najodpowiedniejszy dla naszych założeń i kierunku poszukiwań. Wybór wymaga więc często decyzji arbitralnej. Wszystko, co powiedzieliśmy już o „uprawnionym subiektywizmie” w przyjętym teraz postępowaniu, decyzję podobną wspiera. Będziemy się zatem odwoływać do tego, wobec czego odczuwamy najbliższe naszemu sposobowi myślenia powinowactwa. To, i to tylko, możemy brać za uzasadnienie i usprawiedliwienie zarazem (jeśli dojakichś usprawiedliwień musimy się poczuwać).


...pamiętaj, że dawne nazwy
nie zawsze są opisowe, lecz często tajemnicze!

Na przełomie dwudziestych i trzydziestych lat ubiegłego wieku, w okresie, z którego pochodzą dwa główne dzieła Otta, i w którym ujawniać się zaczyna sławny „zwrot” w myśli Heideggera, zapowiadany rozprawą Der Ursprung des Kunstwerkes — by wymienić jedynie fakty już poprzednio omawiane, a bezpośrednio naszego wywodu dotyczące — w środowisku oksfordzkim formował się nowy kierunek (i program) studiów nad dawnymi językami Północy i staroangielską literaturą oraz jej źródłami. Jego pomysłodawcy i twórcy, oraz zwolennicy tej reformy i ich przyjaciele (nie zawsze zajmujący się samym tym przedmiotem), zawiązali nieformalną grupę, która przyjęła nazwę »The Inklings«, a spotkania której poświęcone były dyskusjom nad prezentowanymi tam tekstami jej członków — naukowymi zarówno, jak literackimi (bo większość z nich miała i takie ambicje). Do grupy tej, obok postaci tak znanych, jak Clive S. Lewis i jego brat, Warren, John R.R.Tolkien czy Charles Williams, należał rówieśnik i najbliższy przyjaciel Lewisa, Owen Barfield, autor wybitnej pracy dyplomowej (M.A.), która w parę lat po obronie opublikowana została w wydawnictwie Faber and Gwyer p.t. Poetic Diction, i jest wznawiana do dziś. O książce tej napisano, że stała się z biegiem lat not only a secret book, but nearly a sacred one, a wywarła ona znaczący wpływ, między innymi, na Lewisa i Tolkiena.

„Barfield zajął się historią słowa i doszedł do wniosku, że mitologia — z całą pewnością nie będąca »schorzeniem języka«, jak ją nazwał filolog MaxMulle — jest ściśle związana z genezą wszelkiej mowy i literatury. W początkach języka, twierdził Barfield, mówiący nie rozróżniali znaczenia dosłownego i metaforycznego, ale używali słów w sposób, który można bynazwać »mitologicznym«. Na przykład, kiedy dziś tłumaczymy łacińskie słowo spiritus, zależnie od kontekstu musimy rozróżnić, czy chodzi o płyn, oddech czy o ducha. Jednak początkowo użytkownicy języka nie musieli dokonywać tego rodzaju wyborów. Dla nich takie słowo jak spiritus oznaczało coś wrodzaju »płyno-oddecho-ducha«. Kiedy powiał wiatr, nie było to tak, jakby ktoś odetchnął. To był oddech boga. A gdy mówca używał słowa spiritus, mówiąc o swojej duszy, nie porównywał jej z oddechem — dla niego ona tym właśnie była, oddechem życia. Opowieści mitologiczne były po prostu tym samym, tylko w narracyjnej formie. W świecie, w którym każde słowo niosło pewne ożywione treści, gdzie nie było niczego czysto abstrakcyjnego ani wyłącznie dosłownego, snucie opowieści o bogach rządzących żywiołami i kroczących po ziemi było czymś najzupełniej naturalnym. Tak, w wielkim uproszczeniu, dowodził Barfield w Poetic Diction”.

Na wstępie jasno zarysował horyzont swych rozważań:

„Należy pamiętać, że nie mamy teraz do czynienia z »poezją«, która obejmuje samo działanie twórcze, lecz z »poetyckim stylem« — to znaczy z językiem utworów poetyckich, jakie obecnie są nam dostępne, powstałych w różnychepokach”.

Poezja sama nie zostaje wszakże usunięta z obrębu tych dociekań, ponieważ musimy — jak mówi się o tym nieco dalej — przez nieuprzedzoną analizę przykładów „poetyckiego stylu” (albo „wypowiedzi poetyckiej”) dojść w końcuaż do źródeł. „Metoda ta nie wyklucza możliwości dotarcia w konsekwencji dostwierdzenia [...], że element poetycki w języku jest, i był zawsze, skutkiem indywidualnych usiłowań i prób”, lecz nie to było najważniejsze, a właśnie „anonimowa” twórczość i wynalazczość w zakresie poetycko-semantycznym, charakterystyczna dla archaicznego okresu. Zgodnie z podtytułem (A Study in Meaning), przedmiot rozważań stanowiła zasadniczo relacja „wypowiedzi poetyckiej” względem znaczenia słowa, ale poezja była tu analizowana również jako język mitu.

Tym, co w relacji między słowem poetyckim a znaczeniem najbardziej nas uderza, jest — wedle Barfielda — metafora. Jego zdaniem, obserwacje etymologiczne odsłaniają już na najniższym szczeblu fakt, że w każdym nowoczesnym języku, w tysiącach jego oderwanych terminów i ich semantycznych odniesień, obcujemy z martwymi lub skamieniałymi metaforami.

Ale problem znaczenia w metaforze czy znaczeń metafory jest zagmatwany w tradycji badań nad językiem, ponieważ — jak dotąd — „wszystko niemal, co powiedziano o semantycznych aspektach języka, wypowiedziano z jednego tylko stanowiska”: z pozycji ustanawianej przez logiczny, a nie (poza nielicznymi wyjątkami) poetycki sposób myślenia. Zdumiewający, jak pisze Barfield, związek między językiem a myśleniem, budził już z dawna zainteresowanie filozofów, lecz od Arystotelesa pozostawał sprawą logiki, a nie metafizyki. Dla potwierdzenia tego omówione są trzy przykłady: trzecia księga z Essay on the Human Understanding Locke’a, Jardin d’Épicure Anatola France’a i, przede wszystkim, wspomniane rozważania Maxa Müllera. Wszystkim wspólna jest — czytamy dalej — błędna koncepcja rozwoju języka, powodująca wszędzie podobne konsekwencje. Müller traktował „znaczenie” — nawet to, zawarte jeszcze w archaicznych słowach — jako abstrakcję. Podczas gdy, wedle Barfielda, owe „nasycone znaczenia słów to kształty opalizujące, iskrzące się jak płomienie — nieustannie migoczące ślady świadomości rozpościerającej się z wolna pod nimi”. W rozdziale zatytułowanym »Znaczenie i mit«, czytamy o „jawnej sprzeczności” między estetycznym i filologicznym sądem:

„Z jednej strony, poeta i ten, kto poezję bada, cofając się w czasie odkrywają, że język staje się coraz bardziej poetycki. Z drugiej — ze stanowiska Locke’a-Müllera-France’a — widzi się początki języka w jakiejś serii monosylabowych »pierwiastków« [roots] o prostych postrzeżeniowych referencjach. Jakie jest rozwiązanie tego paradoksu? O ile mi wiadomo, jedynym wartym tej nazwy wyjściem, stało się to, które jest dość rozpowszechnioną mglistą ideą, lecz które wyraźnie odsłania się u Maxa Müllera — to znaczy idea »okresu metaforycznego«, cudownej epoki, kiedy to jakaś rasa anonimowych i wielkich poetów opanowała zasoby zaschłego języka i nasyciła go wartościami poetyckimi. Ważne by przypomnieć, że wartości te nie są poetyckie jedynie w sensie budzenia przyjemności, lecz również w prawdziwym twórczym sensie, jako przysparzające mądrości.
Dostrzeżenie tego ostatniego faktu winno nas chronić przed zawiłym i niezbornym myśleniem, w jakie jawnie popada wielu, dla których istnienie poezji nie jest faktem realnym, ani obecność jej dla nich — jednym zmierników rzeczywistości. Bo nierzadko sugeruje się, że sam fakt bezpośredniego związku z doświadczeniem zmysłowym jest wystarczający, by język stał się poetycki. I tak Macaulay [Essay on Milton] utrzymuje, że na wpół cywilizowane narody cechuje poetyckość po prostu dlatego, że postrzegają bez abstrahowania, i absolutnie bez względu na to co postrzegają. A pogląd podobny przyjmuje Jaspersen [Progress in Language], który nadto zadawala się pominięciem całej kwestii wartości poetyckich uwagą nieco powierzchowną, że przecież »wszyscy nie możemy być poetami«. Nie wykluczone; lecz ta właśnie okoliczność na pewno powinna była go skłonić do nieco bliższego rozpatrzenia konsekwencji jego własnej konkluzji, że kiedyś, dawno temu, wszyscy byliśmy poetami!”

Podkreślana już zdumiewająca zbieżność poglądów Barfielda z przedstawicielami wąskich wprawdzie, lecz reprezentowanym przez najwybitniejsze umysły tego okresu środowisk, nierzadko działających w centrach zupełnie pozbawionych wzajemnych kontaktów, pozwala mniemać, że w tym dopiero czasie dokonuje się faktyczne odejście od scjentystycznych nawyków myślenia wdrożonych przez naukę poprzedniego stulecia. Ten prawdziwie radykalny zwrot pozostaje dla wielu, w ogólniejszej perspektywie, epizodem. Ale nawet jeśli był to epizod, pozostawił po sobie płodne skutki, tyle że doceniane i wykorzystywane w praktyce przez niewielu. Ruch ten, jak w pierwszej części obecnej pracy mogliśmy obserwować, w niejako instynktowny sposób sięgał zwłaszcza do romantycznych i neoromantycznych autorów, wolnych od uwikłań typowych dla jakiejś jednej dziewiętnastowiecznej filozoficznej szkoły. Tu, jako antenatów, wymienić wypada takich myślicieli (i często artystów zarazem), jak Hölderlin iSchelling, Kierkegaard, Schopenhauer lub Nietzsche, a sięgając dalej wstecz— jak ci, którzy wymienionych inspirowali. Dziedzictwo samo oferowało to,co dawało oparcie. W ten sposób „odkrywani” byli, lub powracali: Mistrz Eckhart, Pascal, Blake i, wśród wielu innych, także Vico. Ostatnie z przytoczonych zdań Barfielda brzmi niemal jak cytat z La Scienza Nuova. A Barfield, pisząc Poetic Diction, nie miał pojęcia o istnieniu dzieła, którego przypomnienia jakby wciąż spodziewamy się podczas tej lektury.

Ściślejsze „uzgadnianie” wywodu Barfielda z twierdzeniami Nauki nowej nie może tu być naszym celem, bo obecne rozważania przeniosłoby w inne regiony, lecz niezbędne zdaje się wskazanie paru punktów zbieżnych. „Mądrość poetycka” (sapienza poetica) miała być, wedle tez, jakie formułował Vico,pierwszą formą ogarniania świata, pierwszą „metafizyką ludzi pierwotnych, całkowicie niezdolnych do rozumowania, obdarzonych ogromną zmysłowością i bogatą wyobraźnią. Była ona poezją, to znaczy płynęła z ich zdolności wrodzonej, sama natura bowiem obdarzyła ich takimi zmysłami i taką wyobraźnią. Zdolność ta rodziła się z nieznajomości przyczyn: wszystkie zjawiska, których przyczyn nie znali, budziły w nich zdziwienie i głęboki podziw. Poezja ich była z początku »boska«, wyobrażali sobie bowiem, że to bogowie są przyczyną wszystkiego, co spostrzegają i podziwiają”. Ponieważto, co nazywamy logiką, która — jak pisze Vico — jest, w przeciwieństwie do metafizyki, „rozważającej rzeczy według rodzajów bytu”, rozpatrywaniem ich „pod względem ich znaczenia”, jej przedmiotem winna być, i istotnie jest, baśń (favola), brana jako synonim mitu czyli „opowieści prawdziwej” (veranarratio), które to dwa znaczenia — zdaniem Vica — zawierało w sobie greckie pojęcie μυθοσ (obok oznaczającego także „słowo” i „ideę”wyrazu λογοσ, skąd wywiodła się nazwa tej nauki). Oczywiście traktowanie mitu jako „baśni” nie prowadzi tu do uznania tej drugiej za czyste zmyślenie, czy samowolny wytwór wyobraźni. Mitologia jest „baśnią” z powodu stosowanych środków językowych.
„Z logiki poetyckiej — czytamy dalej — wynikają wszystkie podstawowe tropy, z których najjaśniejszym, a przez to samo najbardziej potrzebnym inajczęściej używanym jest metafora; jest również najbardziej podziwiana, ponieważ dzięki metafizyce użycza rzeczom nieożywionym uczuć i namiętności. Pierwsi bowiem poeci nadali przedmiotom byt substancji ożywionych, zdolnych do tego wszystkiego, do czego sami byli zdolni, to znaczy do uczuć i namiętności, i w ten sposób stworzyli baśnie. Tak więc każdą metaforę można uważać za krótką baśń. Możemy wyprowadzić stąd krytyczna zasadę pozwalającą określić czas, w jakim pojawiły się w językach metafory. Oto na przykład wszystkie metafory, oparte na analogii między przedmiotami i wytworami abstrakcyjnej pracy intelektu, muszą pochodzić z czasów, w których poczęła się kształtować filozofia”.

Gdyby Barfield sięgał do Vica, musiałby często negować jego stwierdzenia, podobnie jak krytykuje „animizm”, a zwłaszcza tzw. logomorfizm, o czym jeszcze będzie mowa. Ale w kwestii „panpoetyckiego” i metaforycznego charakteru języków pierwotnych, wiele analogii odnajdujemy między LaScienza Nuova i Poetic Diction. Przede wszystkim w podkreślaniu naturalności dawnej mowy, jako spontanicznej, a nie „kreowanej” poetyckiej wypowiedzi, a — wraz z tym — dominacji wyobraźniowego i emocjonalnego ogarniania rzeczywistości, wyprzedzającego oparty na działaniach intelektu,„racjonalny” czy „abstrahujący” do niej stosunek. Kiedy Barfield pyta, czym jest prawdziwa metafora (uprzedzając rzecz, zaznaczmy na marginesie, że Tolkien będzie mówił o „prawdziwej baśni”) odpowiedzi nie znajduje u współczesnych, lecz w Advancement of Learning Bacona: „Nie są to żadne podobieństwa czy porównania, za jakie brać je mogą ludzie o ograniczonym polu widzenia, ale same kroki natury, po rozmaitych rzeczach i substancjach stąpające, lub odciskające się w nich”.

„Są to te »kroki natury«, których odgłos słyszymy zarówno w pierwotnym języku, jak w najwspanialszych metaforach poetów. Ludzie nie wynaleźli tych tajemniczych związków między osobnymi zewnętrznymi przedmiotami, i między przedmiotami a odczuciami czy ideami, których odsłanianie jest funkcją poety. Związki owe istnieją z pewnością nie niezależnie od Myśli, lecz od jakiegokolwiek indywidualnego myśliciela. A zależnie od tego, czy kroki te odbijają się echem w pierwotnym języku czy, później, w tworzonych metaforach poetów, słyszymy je na różny sposób i z różnych powodów. Język ludzi pierwotnych przedstawia je jako bezpośrednie postrzeżeniowe doświadczenie. Mówiący dojrzał jakąś jedność, a stąd sam nie jest świadom relacji, żadnych odniesień. Lecz my, w trakcie rozwoju świadomości utraciliśmy moc widzenia tego jako jedni. [...] i teraz język poetów, na ile tworzą metafory prawdziwe, jest tym, co musi przywracać tę jedność intelektualnie, po tym, jak została zagubiona w postrzeganiu. Tak to »uprzednio nie pojmowalne« relacje, o których mówił Shelley [w A Defence ofPoetry], są w jakimś sensie powiązaniami »zapomnianymi«. Bo chociaż nigdy jeszcze nie zostały pojęte, były w pewnym czasie widziane. I wyobraźnia może je widzieć znowu”. 

Dlatego „lepiej trzymać definicję pod etykietą metafora we właściwych granicach i tym sposobem odgrodzić ją od tych wczesnych znaczeń, które zjawiają się w świecie bez osobowego piętna poetyckiego wysiłku”. Ten zwrot— czy lepiej tu powiedzieć „figura retoryczna” — ukazuje przez się owe jednolite znaczenia, ich objawianie się, w obrazowej pierwotnie formie. Nie jakieś puste „pierwiastkowe” znaczenie czy znaczenie „pierwotnego rdzenia” zjawia się u początku, lecz ta sama określona duchowa rzeczywistość, któraz jednej strony stała się czystym ludzkim myśleniem, a — z drugiej —istniała odkąd pojawiło się fizyczne światło. Nie jakaś abstrakcyjna koncepcja, ale rozbrzmiewające echem kroki bogini Natury. Nie metafora, lecz żywa i żyjąca Postać [Figure].

„[...] historia języka pisana nie z punktu widzenia logiki, lecz ze stanowiska poety, mogłaby przebiegać, dajmy na to, w następujący sposób: mogłaby dostrzegać w konkretnym słownictwie, jakie pozostawiły po sobie mitologie, pierwszy — z zaistniałych na świecie — »styl poetycki«. Idąc dalej, winna — po długiej przerwie — dojść do najwcześniejszych epok, z których pochodzi znane już nam słowo pisane — do czasu Wed w Indiach, albo Iliady i Odysei w Grecji. Na tym etapie znalazłoby się znaczenie zabarwione mitycznie, a w myśleniu człowieka bez reszty ożywiona Natura. [...] W międzyczasie historyk dostrzegłby, na ile zaczęło dochodzić do głosu to, co poetyckości przeciwne, lub czysto racjonalne. Odnalazłby znaczenia splątane w sposób opisany uprzednio, oraz początki zmian zachodzących w charakterze języka, z którego uchodzi życie. Zauważyłby też zapewne, że wzmagającemu się działaniu tej zasady towarzyszą narodziny dotąd nie znanych antytez: między prozą i poezją, a nadto między obiektywnym a subiektywnym światem, tak że teraz, po raz pierwszy, możliwe staje się dostrzeżenie różnicy między zawartością danego słowa, a jego referencją”.

Zapewne nic bardziej nie skazuje na potępienie wspomnianej „pierwiastkowej” koncepcji języka niż ów wszechobecny fenomen mitu. Bo mit, w każdym razie dla aryjskich ludów, jest mocno związany z wczesnymi dziejami znaczenia. Z takiego punktu widzenia mit musi być wytworem tego samego „okresu metaforycznego”, w którym wynalazcza pomysłowość ludzkości, jak się uważa, wypuszczała pędy i kiełkowała jak nigdy przedtem. I jeśli Max Müller, który jasno postrzegał obecność związku łączącego mit z metaforą i znaczeniem, określał mit jako chorobę języka, poetyckie wartości poznawcze [poetic wisdom values] wciąż przez niego odnajdywane w micie, powinny być wystarczającą wskazówką, że słowo „choroba” jest tu całkiem pozbawione sensu — czytamy w Poetic Diction.

Z drugiej zaś strony, szerzej akceptowana „naturalistyczna” koncepcja mitu jest niewiele bardziej satysfakcjonująca. Odlegli przodkowie Homera (jak się nam to do wierzenia podaje) postrzegając, że ciemniej jest zimą niż latem, natychmiast zdecydowali, że musi to mieć jakąś „przyczynę”, i beztrudu uwinęli się „teoretycznie”, wedle sformułowania Barfielda, z —powiedzmy — „problemem” Demeter i Persefony, jako oczywistą eksplikacją tego naturalnego faktu. A w micie Dwu Bogiń „idee przebudzenia i snu, lata i zimy, życia i śmierci, śmiertelności i nieśmiertelności, wszystkie zatracają się w jednym wszechogarniającym znaczeniu”.

Obok „naturalistycznego” wyjaśniania mitu, mamy jeszcze teorię „animistyczną”, w Poetic Diction łączoną ze szkołą Junga i psychologicznym traktowaniem mitów, jako „projekcji” (w dodatku podświadomych) wewnętrznego życia człowieka na „nieożywiony” świat zewnętrzny. Tę operację Barfield określa właśnie terminem „logomorfizm”, definiując go jako rzutowanie myślenia badaczy stosujących się do zasad logiki, i przeciwstawiających„subiektywne” „obiektywnemu”, na badaną archaiczną świadomość:„prelogiczną”, i nie skażoną jeszcze dualizmem i opozycją tego, co„podmiotowe” i „przedmiotowe”. Z wprowadzanej w Poetic Diction koncepcji „prawdziwej metafory” wynika —powtórzmy — że winno istnieć jakiejś starsze nie podzielone „znaczenie”, z którego wyrosły wszystkie te nie powiązane logicznie, lecz poetycko złączone idee.

„Poetyckiemu pojmowaniu mit ukazuje zgoła odmienne oblicze. Owe baśnie są niby zwłoki, które — na nasze szczęście — pozostały widoczne po tym, jak uszła z nich żywa treść. [...] Widzimy jak poeta za poetą wyraża w metaforze i porównaniu analogię między śmiercią a snem i zimą, i znów: między narodzinami, przebudzeniem i latem, a z nich znowu, raz jeszcze, nieustannie czyni się rozmaite rodzaje duchowego doświadczenia — śmierci akcydentalnego elementu osobniczej duszy i zakładanie tego, co niezniszczalne. »Jeśli ziarno pszeniczne wrzucone w ziemię nie obumrze, tedy samo zostawa; lecz jeśli
obumrze, wielki owoc przynosi«”.

Fakt, że żyjemy w „świecie prozy”, który jest naszym światem „naturalnym”, lecz oddalonym niemal bezpowrotnie do Natury; myśl o tym, że cywilizacja i naukowe myślenie odgradza nas od rzeczywistości jednorodnej i pełnej, że postęp oddala nas od niej i kusi jej opanowywaniem — wszystko to, co budzi tęsknotę za jakimś „eskapizmem” (którego zasadności i wartości bronił później Tolkien), było w książce Barfielda w dużym stopniu wyrazem postawy łączącej całą wspomnianą oksfordzką grupę. Dlatego Poetic Diction uznane być może za jeden z jej manifestów. A stąd „manifestacyjny” w dużym stopniu przejaw stanowiło wspomniane zainteresowanie starymi językami i północną mitologią łączące »Inklingów«. Owocem powszechnie znanym, który w tym środowisku zawiązywał się powoli, był Władca Pierścieni: wielka metafora i zarazem epos wskrzeszony w najmniej epice sprzyjającym stuleciu. TekstemTolkiena, odsłaniającym korzenie drzewa, jakie ów owoc wydało, był —wygłoszony w początkach 1939 roku — wykład On Fairy-Stories. Drugi, obok książki Barfielda, naukowy esej o charakterze nie mniej manifestacyjnym.
Zanim pójdziemy dalej, przytoczmy jeszcze jeden fragment z Poetic Diction: rodzaj patetycznego przesłania, które należy do „kadencji” tego wywodu:

„Sens życia wysycha jak gdyby nieustannie, i skazany jest na zamarcie w umyśle ludzkim przez działanie czysto dyskursywnych intelektualnych czynności, których język — jako budowany przez natłok danych zmysłowych —stanowi niezbędne narzędzie. To dyskursywne działanie jest nieodłączne odludzkiej samo-świadomości, z której wyniszczyłoby i usunęło zarówno dane Znaczenia, których echo przechowuje język ze swych wcześniejszych stadiów, oraz znaczenia, które poeci wprowadzili doń później, przez twórcze działanie w zakresie metafory. »Język — napisał Emerson w błysku intuicji, który praktycznie ogarnia wszystko, co napisano na tych stronach — jest skamieliną poezji«. Żywa poezja, z drugiej strony — obecne poruszenie estetycznej wyobraźni — rozświetla się wtedy, gdy normalny przebieg tego procesu jest przerwany w taki sposób, że tworzy się rodzaj luki, i coś wcześniejszego wkracza w miejsce późniejszego — coś bardziej żywego, w miejsce bardziej świadomego. To jest usprawiedliwieniem archaizmu. [...] bez ciągłego istnienia poezji, bez stałego przypływu nowego znaczenia do języka, nawet wiedza i mądrość, którą sama poezja wzniosła w przeszłości, musi przemienić się w martwy rodzaj mechanicznej kalkulacji. Wielka poezja jest progresywnym wcielaniem życia w świadomość [Great poetry is the progressive incarnation of life in consciousness]. [...] Duch poezji, na zawsze niezdolny zapłonąć, unosi się nad ciągłą ewolucją ludzkiej świadomości, która odciska się w transformacjach języka. Tylko wówczas, gdy zostajemy wyniesieni ponad tę transformację, tak że postrzegamy ją, jako teraźniejszy ruch, nasze zlęknione dusze odczuwają lekkie dotknięcie i drżące, miękkie jak pióra ciepło, które oznajmia nam, że zjawiła się poezja. Tylko wtedy, gdy wznosimy się nad postrzeganie tworzenia ku postrzeganiu stwarzania, nasza śmiertelna natura chwyta przez moment muzykę obracających się sfer”.

J.R.R. Tolkien, The Lord od the Rings. (Przekład Marii Skibniewskiej: „ »Czy znaleźliśmy się w świecie legend, czy też chodzimy po zielonej ziemi, w blasku dnia?« — »Można żyć w obu światach naraz. [...] Zielona ziemia, powiadasz? Jest w niej wiele tematów dla legendy, chociaż ją depczesz w pełnym blasku dnia«”.

Nie poruszamy tu sprawy wypowiadania formuł kultowych, które z zasady nie mogą być naruszane, bo tracą przez to najczęściej swą „liturgiczną moc”. Ale to również warto mieć w pamięci przy zestawianiu jężyka kultu zjęzykiem mitu.

J.R.R. Tolkien, On Fairy-Stories (1939), w tegoż: Tree and Leaf. Including the poem Mythopoeia. The Home coming of Beorhtnoth Beorhthelm’s Son, London2001, s. 17: To ask what is the origin of stories (however qualified) is to ask what is the origin of language and of the mind.

Tenże, Listy. Wybrane i opracowane przez Humphreya Carpentera, przywspółpracy Christophera Tolkiena. Przeł. Agnieszka Sylwanowicz, Poznań2000, s. 160 [z listu do syna Christophera, 24 XII 1944].

Por.: Humphrey Carpenter, The Inklings. C.S. Lewis, J.R.R. Tolkien, Charles Williams and their friends, London 1978. Przekład polski Zbigniewa A.Królickiego: Inklingowie, Poznań 1999, s. 62. W tymże miejscu czytamy, jak to, niedługo po opublikowaniu Poetic Diction, Lewis „donosił Barfieldowi w liście: »Może zainteresuje cię, że [...] Tolkien powiedział mi, że twoja koncepcja pierwotnej jedności semantycznej zmieniła jego zapatrywania i co jakiś czas powstrzymuje go podczas wykładów przed powiedzeniem czegoś, co zamierzał. ‘To jeden z tych faktów — zauważył — których dostrzeżenie nie pozwala nam powtarzać utartych prawd’ «”.
Inklingowie, op. cit., s. 62. Carpenter dodaje: „[Barfield] nie był jedyną osobą, która doszła do takiego wniosku; na przykład w Niemczech Ernst Cassirer niezależnie od niego powiedział prawie to samo. Jednak Barfield wyraził swoje zdanie z niezwykłą siłą”. Co do Cassirera: jego trzy tomowa Philosophie der symbolischen Formen ukazała się w Berlinie w latach 1923-1929 , a jej skrócona wersja: An Essay on Man. An Introduction to a Philosophy of Human Culture, powstała w okresie wojny w Stanach Zjednoczonych. (Por. przekład polski Anny Staniewskiej: Esej o człowieku. Wstęp do filozofii kultury, Warszawa 1971). Niemiecki filozof powtórzył w zasadzie to, co mówiło przed nim wielu, m.in. Schelling: „Mit łączy w sobie element teoretyczny i element twórczości artystycznej. Przede wszystkim uderza nas bliskie pokrewieństwo mitu z poezją.” (Esej..., s. 141). Ważniejsze dla nas są jego odwołania do Maxa Müllera, który zwłaszcza w pracy Lectures on the Science of Religion (New York 1893), pisał o tym, że pierwotny język „nie potrafi wyrażać pojęć abstrakcyjnych inaczej jak pod postacią metafory i nie jest przesadą twierdzenie, że cały słownik religii starożytnej składa się z metafor” (cyt. za: Cassirer, Esej..., s. 192). Mit, jego zdaniem, powstanie swe zawdzięczał „tkwiącej w języku dwuznaczności, w której zawsze znajdował duchową pożywkę”. Stąd mit był dla niego jedynie „ubocznym produktem języka” i jego „chorobą”. Niczego istotnego zatem Barfield nie mógłby od Cassirera zaczerpnąć, nawet gdyby go czytał. Natomiast mógłby wziąć coś z przytaczanej przez tego ostatniego (Esej..., s. 141) pracy F.C. Prescotta, Poetry and Myth, New York 1927,który pisał m.in. (s. 10): „Mit starożytny jest mową, z której stopniowo wyrastała nowożytna poezja dzięki procesom zwanym przez ewolucjonistów rozróżnieniem i specjalizacją. Umysł mitotwórczy jest prototypem, umysł zaś poety jest wciąż w istocie swej mitotwórczy”. Ten tekst, bliski pewnym spostrzeżeniom Barfielda, z pewnością jednak nie był mu znany, bo go nie cytuje. A Cassirer czerpał z Müllera i Prescotta, kiedy pisał np., że żywotna zasada mitu „jest dynamiczna, a nie statyczna; można ją opisać jedynie w kategoriach działania. Człowiek pierwotny wyraża swe uczucia i emocje nie w czysto abstrakcyjnych symbolach, lecz w sposób konkretny i bezpośredni; aby więc uświadomić sobie strukturę mitu i religii pierwotnej, musimy zbadać tę ekspresję we wszystkich jej aspektach.” (Esej..., s. 147). Mimo to, poglądy Cassirera zarówno w kwestii języka, jak mitu, oraz ich wzajemnych odniesień, zdają się bardzo odległe od tego, co czytamy w Poetic Diction, jak i od ogólnie branego stanowiska, jakie w tych kwestiach zajmowała omawiana tu literaturoznawcza i lingwistyczna „szkoła oksfordzka”.

O. Barfield, Poetic Diction. A Study in Meaning, London 1928. Tu korzystamyz ostatniego z wydań (w serii »Wesleyan Paperbacks«): University Press ofNew England, Hanover (New Hampshire) — London 1984, s. 71.

Poetic diction, wedle stosowanej teraz zasady, oddawać będziemy wymiennie przez jedno z tych dwu wyrażeń, choć zwykle słownikowo danym jego odpowiednikiem tylko pierwsze z nich.

Barfield, op.cit., s. 63-64. „Jeśli tropimy znaczenia wielkiej liczby słów— lub elementów, z jakich się one składają — na tyle, na ile nam etymologia pozwala, od razu uprzytamniamy sobie, że przeważający procent, jeśli nie wszystkie z nich, odnosiły się we wcześniejszych dniach do jednej z dwurzeczy — pewnego konkretnego przedmotu, albo jakiegoś (prawdopodobnie ludzkiego) działania na poziomie zwierzęcym”

Ibid., s. 61, z wtrąconym tu zjadliwym komentarzem, od przytoczenia którego trudno się powstrzymać: To anyone attempting to construct a metaphysic in strict accordance with the cannons and categories of formal Logic, the fact that the meaning of words change, not only from age to age, but from context to context, is certainly interesting; but it is interesting solely because it is a nuisance. [...] What money is to the conservative economist, words are to the conservative philosopher. For the conception of money as a »symbol of barter« and the conception of words as »the names of things« are, both alike, not so much untrue as »out of date«; and from the same reason: not because the advance of science has revealed avoidable ancient errors, but because the facts themselves have changed. [...] In both instances, it may be that somewhere — deep down in the unconscious — a voice has cried Lass mich schlafen!
Warto wspomnieć przy tym raz jeszcze, że pierwsze próby semantycznych analiz terminów, greckich przede wszystkim, dokonywane przez Heideggera w perspektywie ontologicznej, czyli (mówiąc wbrew przyjętemu przez niego znaczeniu) „metafizycznej”, jak określiłby to Barfield właśnie, zostały przez niego dostrzeżone później, co stwierdza w napisanym w 1972 r. posłowiu do omawianej teraz książki (ibid., s. 224), wymieniając — jako bliskie swym młodzieńczym intuicjom — teksty filozofa o Hölderlinie.Ibid., s. 75. W oryginale fragment ostatniego zdania brzmi: the full meanings of the words are flashing, iridescent shapes like flames —ever flickering vestiges of the slowly evolving consciousness beneath them, co niemal dosłownie zdaje się trawestować Tolkien w wierszu Mythopoeia (z1931 r.?): He sees no stars who does not see them first / of living silver made that sudden burst to flame like flowers beneath an ancientsong... (Tree and Leaf..., s. 87).

Poetic Diction...., s. 83-85. I dalej trzeba odnotować na marginesie jeszcze jeden ważny passus (s. 85-86): „Tak usiłowałem pokazać osobiste racje, dla których pierwszą z tych teorii uważam za absurdalną i nie do utrzymania. Oczywiście druga w ogóle nie jest żadnym rozwiązaniem. Przesuwa jedynie problem na inne miejsce; bo musimy nadal pytać, dlaczego owa bezpośrednia percepcja ma sama w sobie mieć wartość jako przyczyna mądrości. [...] Istnieje jednak rozwiązanie trzecie, które stanowi to, jak mniemam, do czego z konieczności zostaliśmy doprowadzeni przez wszystko, co było przedtem. Jest to tak: owe poetyckie i najwyraźniej »metaforyczne« wartości od początku kryły w sobie znaczenie. Innymi słowy, ktoś może twierdzić, jeśli chce, za Hugh Blairem [Lectures on Rhetoric], że najwcześniejszymi z używanych słów były »nazwy zmysłowych, materialnych przedmiotów« i więcej nic — tylko, w takim przypadku, trzeba założyć, że same te »zmysłowe przedmioty» X to coś więcej; trzeba założyć, że nie były one, jak się jawią obecnie, odizolowane czy odsunięte od myślenia i odczuwania. Później, w trakcie rozwoju języka i myśli, tamte proste znaczenia splotły się w pary przeciwieństw — tego, co abstrakcyjne, z konkretnym; szczególnego z ogólnym; obiektywnego z subiektywnym. Zaś poezja, której obecność odczuwamy w dawnym języku, zasadza się właśnie na tym, że wyprowadza nas ze stanu owej późnej, analitycznej, »subiektywnej«świadomości — jaką dysponujemy razem z owym splątaniem znaczeń, a w pewnej mierze z tego powodu — i kieruje na powrót ku doświadczaniu jedności pierwotnej”.
Typowym przejawem tego, że ontologia przez ów kierunek wskrzeszona w nowej,„fundamentalnej” postaci jest wciąż spychana w filozofii na dalszy plan (lub zapominana po chwilowym ocknięciu się z „pozytywistycznej drzemki”).

Dopiero w przywołanym posłowiu (por. tutaj przyp. 8) wspomina: I still recall rather vividly the surprise, slightly tinged with embarrassement, with which, a few years later after it was written, the highly original author of Poetic Diction learned that early in the eighteenth century a man called Giambattista Vico had propounded something he called „sapienza poetica” as the earliest form of human thought. (Ibid., s. 219)

Giambattista Vico, Nauka nowa. Przeł. Jan Jakubowicz. Opracował i wstępem opatrzył Sław Krzemień-Ojak, Warszawa 1966, s. 167. Uwagę o „boskości” można zestawić z tym, co pisze Barfield w paru miejscach, np.: „[...] wykazane zostało, że wartości poetyckie dane były w obfitości, jako znaczenia, we wczesnych stadiach rozwoju tych języków, z którymi jesteśmy obeznani; znaczenie to było następnie wyprowadzone ze źródeł teokratycznego okresu »mitycznego myślenia«, a wykazano dalej, że mity, które reprezentują znaczenia najwcześniejsze, nie stanowiły arbitralnych kreacji »poetów«, lecz naturalny w owym czasie wyraz ludzkiego bytowania i świadomości. Te pierwotne »znaczenia« były niejako dane przez Naturę, lecz sam warunek tego, że były dane, stanowiło to, że nie mogły być rozpoznawane, lecz doświadczane lub przeżywane tylko. Zatem nie można powiedzieć, że w owym czasie jednostki były odpowiedzialne za wytwarzanie poetyckich wartości. Tworzącymi byli bogowie, nie człowiek — albo, w żargonie psychologicznym, jego »podświadomość«. Lecz z rozwojem świadomości, kiedy tego »danego« poetyckiego znaczenia coraz bardziej ubywało, poeta, jako jednostka, stopniowo zajmował swe miejsce. W miejscu prostego, danego znaczenia odnajdujemy metaforę — rzeczywistą kreację jednostki — chociaż, na ile to prawda, jest to tylko odtwarzanie, rejestrowanie jako myśli jednego z tych wieczystych faktów, które mogły już być doświadczone w percepcji”. I jeszcze dalej: „Kiedy więc spojrzymy wstecz na postawę, jaką wobec poety przyjmowali jego pobratymcy od czasu, kiedy po raz pierwszy uświadomili sobie jego od nich samych odmienność, znów, jak myślę, odkryjemy coś z natury pewnego »postępu«. Po pierwsze, poetę uważano za wyraźnie »opętanego« przez jakiś odmienny byt, bóstwo czy boskiego posłańca, który wypowiadał coś przez jego usta, czyniąc to tylko tak i wtedy, gdy zamierzał. Następnie, owa boska moc, jak mówiono, była przekazywana poecie przez »tchnienie« istot takich, jak Muzy, w szczególnych chwilach i miejscach, nad którymi w jakiejś mierze dana mu była kontrola, bo mógł on udawać się do owych miejsc i »wzywać« Muzę. Wreszcie to »tchnienie« czy inspiracja przyjmowała bardziej metaforyczny sens, niż ten, jaki ma dzisiaj — zachowując jednak bezwzględnie myśl o ograniczonej samoświadomości. [...] Tak więc w biegu dziejów poezji wyróżnić możemy, w każdym razie odzwierciedloną w opinii, stopniową redukcję nieuniknionego przedziału między dwoma rodzajami nastrojenia, których niemniej w swojej istotnej naturze nie da się pogodzić”. (PoeticDiction, s. 102-103; s. 109-110).

Nauka nowa, s. 183 : „Mitologie były naturalnym językiem baśni, na co zresztą wskazuje jej nazwa μυθοσ  Warto to zapamiętać, by dalej, przy omawianiu rozprawy Tolkiena O baśniach, uznać za naturalne wymienne — w zasadzie — stosowanie terminów „mit” i „baśń” (choć i Tolkien do Vica sięnie odwołuje).

Ibid., s. 186.

Wypada przypomnieć jeszcze fragment z dalszej partii tekstu (s. 146-147), gdzie Barfield łączy „naturalność” wypowiedzi pierwotnej z organicznym czy biologicznym „pulsem” przyrody: „Wszelka literatura u swych początków jest metryczna, to znaczy oparta na mniej lub bardziej regularnym rytmie. Musimy zatem przyjąć, że najwcześniejsze rytmy wersowe zostały »dane« przez Naturę w ten sam sposób, jak najwcześniejsze »znaczenie«. I jest to dostatecznie zrozumiałe. Sama Natura jest przeniknięta starym rytmem. Tak jak mity wciąż żyją swym widmowym życiem jako baśnie, odkąd zamarły jako realne znaczenia, tak stara rytmiczna ludzka świadomość Natury (co powinno być raczej nazwane partycypacją niż świadomością) żyje nadal jako tradycja metrycznej formy. Możemy pojąć początki metrum tylko przez cofnięcie się do tych wieków, kiedy ludzie byli świadomi, nie tylko umysłem, lecz uderzeniami serca i tętnem krwi — kiedy myślenie było nie odnosiło się tylko do Natury, ale było Naturą samą”.       

Poetic Diction, s. 86-87, 88. Choć odmiennie wyrażona, nie jest ta myśl tak daleka, jak ktoś mógłby sądzić, od tego, co powiada Vico, prócz cytowanej już uwagi o znaczeniach „danych przez Naturę (op. cit., s. 202): „Wszyscy filozofowie i filologowie winni byli rozpocząć swe rozważania o genezie języków i liter od stwierdzenia, że pierwsi ludzie świata pogańskiego nie mogli inaczej wytworzyć sobie pojęć o rzeczach, jak tylko personifikując i ożywiając przedmioty martwe i nieme”. Podobnie pisał Blake, w The Marriage of Heaven and Hell, pod koniec XVIII w.

Ibid., s. 88-89. Jeśli przypomnimy, w jaki sposób W.F. Otto definiował i przeciwstawiał istniejącym kierunkom badawczym swą koncepcję Gestalt, zestawienie takie wydać się może bardzo wymowne (przynajmniej dla określenie „ducha czasu”, w którym się te dwie koncepcje zjawiają).

Ibid., s. 93-94.
Ibid., s. 91-92. I tu dalej: „Naturalista ma rację, kiedy łączy mit ze zjawiskami przyrody, lecz błądzi wyprowadzając je wszystkie wyłącznie z nich. Psychoanalityk ma rację, gdy łączy mit z »wewnętrznymi« (jak je teraz zwiemy) doświadczeniami, lecz nie ma racji, jeśli wszystko tu wywodzi tylkoz nich. Mitologia jest widmem konkretnego znaczenia. Związki pomiędzy wyraźnymi fenomenami, które są teraz traktowane jako metafory, niegdyś były postrzegane jako bezpośrednio dane w realności. Poeta usiłuje, na swój własny sposób, widzieć je takimi, i sprawiać, by inni tak je widzieli —znowu”.

Ibid., s. 203-204.Ibid., s. 90: „A good name for [...] the fruit, as it is, of projecting postlogical thoughts back into a prelogical age — would perhaps be» Logomorphism«”.

Ibid., s. 91.
Ibid., s. 179,180-181. Por. też związane z tym ustępy dotyczące zagadnień archaizmu i „dziwności” [strangeness] (s. 165 i 171): „[...] naturalny postęp w języku, jeśli pozostawiony zostaje jak gdyby sam sobie, jest przejściem od poetyckiego ku prozaicznemu. [...] Nie dziwi przeto odkrycie, że najbardziej charakterystyczne zjawiska stylu poetyckiego, najbardziej typowe różnice między poetyckim językiem i językiem prozy, mogą być umieszczone wspólnie pod nagłówkiem »Archaizm«.[...] Faktycznie, dla przeciętnej osoby wyrażenie »styl poetycki« jest zapewne synonimem tego, co literacko rozumiane jest przez »Archaizm«. [...] Pomijając wersyfikację, którą już poddano osobnemu traktowaniu, możemy podzielić obszar archaizmu w poetyckim stylu na dwie części — Doboru Słów i Gramatyki. [...] aluzyjny styl, w jakim celował Milton, jest faktycznie jedną z form archaizmu gramatycznego. I tak, aby uchwycić w pełni smak [jakiegoś fragmentu jego poematu] trzeba być obeznanym nie tyle z wcześniejszą manierą własnego języka, ile z czymś jeszcze bardziej zapoznanym — z językiem martwym. [...]Prawdziwy archaizm nie zakłada unieruchomienia, lecz powrót do czegoś dawniejszego, i jeśli badamy to dokładniej, odkrywamy, że generalnie znaczyto ruch w kierunku języka na jakimś wcześniejszym etapie jego własnego rozwoju. Mamy nadzieję, że niczego więcej nie trzeba mówić w sprawie ogólnych powodów, dlaczego język we wcześniejszej fazie swego rozwoju winien być bardziej odpowiedni dla poetyckiej ekspresji, ani dlaczego powrót w tym kierunku odpowiadać winien w pewnej mierze powrotowi do »Natur»X. To, że oba, po prawdzie, często idą razem, wynika oczywiście z historii literatury europejskiej.[...] właściwie pojęty, archaizm wybieranie stare słowa, lecz młode”. I jeszcze słowo o „dziwności”, archaizmowi bliskiej: „[...] prawie każdy rodzaj »dziwności« może wywołać estetyczny skutek, to znaczy taki, który — jakkolwiek nikły — jest pod względem jakości tożsamy z działaniem poważnej poezji. Przy bliższym zbadaniu, jedynym warunkiem okazuje się to, że dziwność będzie miała zawsze ważność wewnętrzną; musi być odczuwana jako pochodząca z odmiennej płaszczyzny czy trybu świadomości, a nie z samej tylko ekscentryczności wyrazu”. (s. 171).