piątek, 24 lipca 2026

Jak język wpływa na debatę klimatyczną


Wygodne kłamstwo jest dla wielu ludzi łatwiejsze do zniesienia niż niewygodna prawda. Prawda wymaga refleksji, wątpliwości, badań, a być może nawet porzucenia ukochanych przekonań. Gotowa narracja jest bardziej strawna. Dzieli świat na dobrych i złych, sprawców i zbawicieli, tych, którzy wiedzą, i tych, którzy zaprzeczają prawdzie.

Dlatego nie zaczynam tej serii artykułów o kłamstwach klimatycznych i dyktaturze klimatycznej od krzywych temperatur, wartości CO₂ ani modeli klimatycznych. Zaczynam od języka. Zanim ludzie będą skłonni zaakceptować środki polityczne, muszą najpierw nauczyć się postrzegać świat w kategoriach im przypisanych, w kategoriach akceptowalnych dla polityków.

George Orwell napisał w swojej powieści Rok 1984 o celu tzw. nowomowy (1):

„Cały cel Nowomowy polega na zawężeniu zakresu myśli”.

Orwell opisuje język, którego słownictwo nie jest poszerzane, lecz celowo zawężane. Niektóre myśli stają się ostatecznie niewyrażalne z powodu braku niezbędnych terminów. Powieść opowiada o państwie totalitarnym. Opisany przez niego mechanizm – że kto zawęża język, zawęża również zakres dopuszczalnej myśli – jest szeroko wykorzystywany przez elity władzy i majątku oraz ich politycznych, medialnych i akademickich popleczników.

Ten mechanizm jest również widoczny w debacie klimatycznej.

Każdy, kto wyraża wątpliwości co do poszczególnych prognoz klimatycznych, działań politycznych lub modeli obliczeniowych, często nie jest już nazywany krytykiem ani sceptykiem. Nazywa się go „negacjonistą klimatycznym”. To zasadniczo kończy dyskusję. Negacjonista nie analizuje, nie kwestionuje ani nie argumentuje. Odrzuca rzekomą, oczywistą prawdę. Termin „negacjonista klimatyczny” w „pozorowanej debacie” potencjalnie zastępuje brakujące argumenty oparte na dowodach, które mogłyby obalić twierdzenia „negacjonisty”.

Podczas pandemii COVID-19 to nieuczciwe i faszystowskie podejście do radzenia sobie z odmiennymi opiniami było na porządku dziennym wśród polityków i mediów. Osoby o odmiennych poglądach określano mianem negacjonistów COVID-19, zwolenników teorii spiskowych i tym podobnych.

Obywatele kwestionujący skuteczność niemieckiej polityki klimatycznej są nazywani „grzesznikami klimatycznymi”. Z kolei ci, którzy popierają wyższe podatki, zakazy lub interwencje rządu, mogą czuć się „obrońcami klimatu”, a nawet „zbawcami klimatu”. Jedna strona jest moralnie poniżana, druga moralnie wywyższana. Jeszcze zanim dane liczbowe zostaną podane, role zostają przypisane.

Termin „kryzys klimatyczny” w żadnym wypadku nie jest neutralny. Kryzys nie wymaga długiej dyskusji. Wymaga szybkiego działania. W sytuacji kryzysowej ograniczenia, podatki i zakazy wydają się łatwiejsze do uzasadnienia niż w normalnej praktyce politycznej. Każdy, kto się z tym nie zgadza, nie wydaje się już krytycznym obywatelem, ale raczej kimś, kto utrudnia rzekomo niezbędne działania ratunkowe.

Słowo „bez alternatywy” funkcjonuje podobnie. Tam, gdzie środek jest bez alternatywy, nie ma potrzeby omawiania alternatyw. Co na tym świecie jest bez alternatywy? Bzdura, pani Merkel! Bzdura, panie Merz! Niezależnie od tego, czy chodzi o ceny CO₂, przepisy dotyczące ogrzewania, zakazy silników spalinowych, handel emisjami, czy wielomiliardowe programy transformacyjne: gdy tylko decyzja polityczna zostaje przedstawiona jako jedyna możliwa odpowiedź na egzystencjalne zagrożenie, przestrzeń demokratyczna się kurczy.

I właśnie to zamierza imperium kłamstw – elity władzy i majątku oraz ich polityczne, medialne i akademickie prostytutki. To, jaki demon z kolei kieruje tymi elitami władzy i majątku, to zupełnie inna kwestia i nie jest to przedmiotem tej dyskusji.

W tym momencie politycznie motywowane narzędzia koncepcyjne są wykorzystywane do przekształcania wiary w coś innego. Konsensus naukowy nie jest już rozumiany jako obecny stan wiedzy naukowej, który musi pozostać fundamentalnie weryfikowalny i korygowalny. Staje się on swego rodzaju dogmatem. Każdy, kto go kwestionuje, jest uważany za „antynaukowego”. Każdy, kto wskazuje na niepewność, rzekomo szerzy „dezinformację”. Każdy, kto pyta o konflikty interesów, założenia modelowe lub konsekwencje ekonomiczne, jest poddawany presji, by się usprawiedliwić.

Już w 1946 roku Orwell napisał, że język polityczny może służyć do tego, by kłamstwa wydawały się prawdziwe i by zwykłe twierdzenia nabrały pozorów pewności. Nie miał na myśli debaty klimatycznej. Jego ideę można jednak odnieść do każdego konfliktu politycznego, w którym język nie służy już do wyjaśniania, lecz do zaciemniania. Wraz z językiem narodziło się kłamstwo.

Warto zatem zwrócić szczególną uwagę na terminologię stosowaną w debacie klimatycznej.

Co tak naprawdę oznacza „neutralność klimatyczna”?

Czy państwo, firma lub lot mogą być naprawdę neutralne dla klimatu, czy też są to tylko częściowo obliczone kompensacje?

Co oznacza „energia odnawialna”, skoro turbiny wiatrowe, panele słoneczne, sieci energetyczne, obiekty magazynowe i surowce nie powstają bez skończonego zużycia materiałów?

Co oznacza „ochrona klimatu”, jeśli w tym samym czasie rozwija się uzbrojenie, toczą się wojny, a zniszczona infrastruktura jest następnie odbudowywana?

A co oznacza „konsensus naukowy”, jeśli wiedza naukowa, ze swej natury, nie jest ostatecznie przyjmowana decyzją większości, jeśli niezbędny w demokracji pluralizm opinii nie jest już dozwolony?

========================================

W tej serii artykułów nie twierdzę, że znam ostateczną prawdę. Nikt jej nie zna. Ja jej szukam. Dla mnie oznacza to zadawanie niewygodnych pytań i nieużywanie terminów tylko dlatego, że powtarzają się codziennie.

Ostrzeżenie Orwella nie zaczyna się od jawnej cenzury. Zaczyna się tam, gdzie ludzie już ograniczają swoje myśli, ponieważ wiedzą, które pytania są społecznie akceptowalne, a które nie. To właśnie tutaj wchodzi w grę „spirala milczenia” opisana przez Elisabeth Noelle-Neumann – cicha autocenzura, którą omówię w następnym rozdziale.

Policja myśli z 1984 roku musiała przeniknąć do ludzkich umysłów. Jednak skuteczniejsza forma kontroli zaczyna się tam, gdzie ludzie sami dbają o to, by żadne podejrzane myśli nie pojawiały się w ich umysłach.

Ci, którzy nie chcą być uznani za osoby negujące zmiany klimatyczne, milczą.

Ci, którzy nie chcą narażać swojej pozycji zawodowej, dostosowują się.

Ci, którzy chcą należeć do społeczeństwa, powtarzają przyjęte zasady.

I w pewnym momencie pytanie o poprawność stwierdzenia przestaje być aktualne. Sprawdza się jedynie, czy mieści się ono w dopuszczalnym zakresie opinii.

Potem wiara zastąpiła myślenie.

Dlaczego strach jest potężniejszy niż argumenty

Dlaczego miliony ludzi ulegają wpływowi tych samych przekazów? Dlaczego niektóre obrazy wywołują ogromną reakcję społeczną, podczas gdy chłodne, twarde statystyki cieszą się niewielkim zainteresowaniem? Z tymi pytaniami zmagał się francuski lekarz i psycholog społeczny Gustave Le Bon ponad sto lat temu. Jego spostrzeżenia dotyczące zachowań tłumu pozostają fundamentalne dla badań nad psychologią mas.

Le Bon napisał (2):

„Masy myślą obrazami, a obrazy przywoływane wywołują kolejne obrazy, bez żadnego logicznego związku.”

W innym miejscu opisuje:

„Nie fakty, lecz sposób ich przedstawienia wywiera wpływ na wyobraźnię mas”.

Te słowa zawierają klucz do zrozumienia dzisiejszej debaty klimatycznej. Mam wrażenie, że prawie nikt nie formułuje swojej opinii na temat zmian klimatu w oparciu o oryginalne badania naukowe. Większość ludzi opiera się na obrazach, nagłówkach i emocjonalnych przekazach. To nie krytyka, a cecha ludzka. Nikt nie jest w stanie czytać setek publikacji naukowych każdego dnia. Dlatego większość ludzi polega na tym, co mówią im media, politycy czy tak zwani eksperci.

Dlatego to nie diagramy ani serie pomiarów zapadają nam w pamięć, ale obrazy: płonące lasy, topniejące lodowce, wyschnięte koryta rzek, zalane drogi czy cierpiące niedźwiedzie polarne. Takie obrazy działają natychmiast. Wywołują uczucie niepokoju, strachu lub winy. Z drugiej strony, klasyfikacje statystyczne lub wątpliwości naukowe często wydają się abstrakcyjne i docierają tylko do wąskiego grona odbiorców.

Le Bon zrozumiał to ponad 130 lat temu. Już pod koniec XIX wieku opisywał, jak tłumy reagują mniej na logiczne argumenty niż na mocne obrazy, proste przekazy i powtarzane narracje. Im częściej powtarzane jest stwierdzenie, tym bardziej wydaje się znajome – a znajomość łatwo pomylić z prawdą.

Dlatego w debacie klimatycznej należy nie tylko pytać, które obrazy są pokazywane, ale także, które obrazy są pokazywane rzadko.

Dlaczego widzimy płonące lasy przez wiele tygodni, a rzadziej pojawiają się doniesienia o regionach, gdzie lasy się odnawiają?

Dlaczego pojedyncze ekstremalne zjawiska pogodowe są często od razu interpretowane jako dowód zmiany klimatu, podczas gdy porównania historyczne lub naturalne wahania klimatyczne rzadko cieszą się w debacie publicznej uwagą?

Dlaczego dramatyczny nagłówek przyciąga większą uwagę niż niuansowana analiza naukowa?

To nie są pytania retoryczne. To pytania, na które każdy czytelnik powinien odpowiedzieć sam.

Le Bon wskazuje na inny mechanizm: masy poszukują prostych wyjaśnień. Złożoność jest wyczerpująca. Dlatego proste narracje zazwyczaj łatwiej przeważają nad niuansowanymi analizami. To pragnienie prostoty jest również wielokrotnie widoczne w debacie klimatycznej: tu CO₂ jako główna przyczyna, tam redukcja CO₂ jako główne rozwiązanie. To, czy złożone procesy klimatyczne można rzeczywiście wyjaśnić i rozwiązać w tak prosty sposób, to jedno z pytań, które zgłębię w kolejnych rozdziałach.

Prace Le Bona nie udzielają odpowiedzi na pytanie o klimat. Oferują jednak klucz do zrozumienia, dlaczego pewne komunikaty mogą mieć tak silny wpływ. Każdy, kto chce zrozumieć, jak kształtuje się opinia publiczna, powinien zatem czytać nie tylko klimatologów, ale także psychologów i socjologów. Zanim ludzie zaakceptują działania polityczne, muszą najpierw zostać przekonani o istnieniu określonej rzeczywistości. Psychologia zajmuje się tym procesem – od wyobrażenia do silnego przekonania – a socjologia mechanizmami zachodzącymi między ludźmi.

Prowadzi to do kolejnego pytania: Co się dzieje, gdy naturalna ludzka skłonność do adaptacji staje się presją społeczną, by się do niej dostosować? To właśnie tutaj niemiecki psychoanalityk Hans-Joachim Maaz wprowadza koncepcję normopatii. Termin ten został ukuty na początku lat 70. XX wieku, ale Maaz podjął go, rozwinął i zastosował do przemian społecznych, jak mało kto.

Kiedy adaptacja staje się chorobą

Dlaczego tak wiele osób milczy, mimo wątpliwości? Dlaczego zadają pytania tylko w zaciszu domowym, a rzadko publicznie? Dlaczego akceptują opinie, których nigdy sami nie zweryfikowali?

Niemiecki psychoanalityk Hans-Joachim Maaz od lat zmaga się z tymi zagadnieniami. Opiera swoją pracę na koncepcji normopatii, którą uczynił centralnym elementem swojej analizy społecznej.

Maaz opisuje normopatię jako przesadną adaptację do problemów społecznych. Ludzie przyjmują zachowania i przekonania nie dlatego, że po dokładnym namyśle uznają je za słuszne, ale dlatego, że chcą przynależeć. Adaptacja staje się normą – i według Maaz to właśnie w tym tkwi prawdziwe zagrożenie.

Maaz stwierdza (3):

„Normopatia odnosi się do przystosowania się większości ludzi w społeczeństwie do niedostosowawczego rozwoju, do patogennego zachowania psychospołecznego, którego zaburzenie nie jest już rozpoznawane i akceptowane, ponieważ większość myśli i działa w ten sposób”.

Myśl ta dała mi szczególny powód do przemyśleń, zwłaszcza w czasie pandemii koronawirusa.

Nie dlatego, że uważam, że każda opinia większości jest błędna – choć historia uczy nas, że większość zazwyczaj się myli. Byłoby to jednak równie nieprecyzyjne, jak twierdzenie, że każda opinia większości musi być słuszna. Kluczowa jest inna kwestia:

Ile osób faktycznie wyrabia sobie własne opinie?

W debacie klimatycznej często obserwuję następujący mechanizm. Wiele osób nie mówi: „Intensywnie studiowałem modele klimatyczne, serie pomiarowe czy historię Ziemi i dlatego doszedłem do tego przekonania”.

Raczej mówią:

„Nauka jest jednomyślna”. Co
, nawiasem mówiąc, absolutnie nie jest prawdą.

„To samo mówią wszyscy eksperci”.
Przy takich stwierdzeniach najlepiej śledzić przepływ pieniędzy, na wszelki wypadek.

„Wszyscy już to wiedzą”.
Kim właściwie są ci „wszyscy”? Ja? Ty?

Tu właśnie zaczyna się dla mnie prawdziwy problem. Te stwierdzenia nie są autentycznie przekonujące – dlatego trzeba zakwestionować ich pochodzenie. Czy wynikają z osobistego zaangażowania w temat, czy ze społecznego konformizmu?

Maaz opisuje ludzi jako istoty społeczne. Każdy pragnie przynależności. Nikt nie lubi być wykluczany, wyśmiewany ani traktowany jak outsider. Ta potrzeba jest głęboko ludzka. Jednocześnie sprawia, że ​​jesteśmy podatni na presję konformizmu. Im większa presja społeczna, tym większa pokusa, by podążać za opinią większości – nawet gdy skrywa się wewnętrzne wątpliwości.

Ten mechanizm jest również widoczny w debacie klimatycznej. Każdy, kto dziś zadaje fundamentalne pytania – na przykład o trafność modeli klimatycznych, skuteczność poszczególnych działań czy ekonomiczne konsekwencje polityki klimatycznej – musi liczyć się z etykietką „negacjonisty klimatycznego”, „antynaukowca” lub „niesolidarnego”. W dalszych rozdziałach odniosę się do faktu, że te etykietki są w większości przypadków nieuzasadnione. Nie jest też aż tak istotne, czy dana opinia jest słuszna, czy niesłuszna; liczy się efekt zniesławienia, dyskredytacji i etykietowania: wiele osób unika krytycznych pytań z obawy przed konsekwencjami społecznymi.

Dla Maaz jest to cecha rozwoju normopatycznego. Prawdziwym problemem nie jest jawny przymus, lecz raczej wewnętrzny przymus konformizmu.

Zwróciłem szczególną uwagę na inną myśl Hansa-Joachima Maaza. Wskazuje on, że kryzysy społeczne często prowadzą do tego, że te same instytucje lub aktorzy polityczni, którzy definiują zagrożenie lub znajdują się w centrum uwagi opinii publicznej, jednocześnie prezentują się jako ci, którzy posiadają jedyne słuszne rozwiązanie. Nie oznacza to automatycznie, że kryzysy są celowo kreowane lub inscenizowane – choć niewątpliwie tak było w przypadku koronawirusa. Ujawnia to jednak mechanizm władzy politycznej: ktokolwiek definiuje kryzys – nawet jeśli nie istnieje – i być może nawet brał udział w jego planowaniu, często zyskuje znaczący wpływ na kształtowanie rozwiązania. Zbawiciel!

Dlatego proponowane rozwiązania nigdy nie powinny być przyjmowane bez analizy. Moim zdaniem pandemia COVID-19 nauczyła wielu ludzi krytycznej analizy działań rządowych, narracji medialnych i uzasadnień politycznych. Kiedy ktoś zaczyna myśleć samodzielnie, nie zadowala się już tak łatwo prostymi wyjaśnieniami lub rzekomo nieuniknionymi rozwiązaniami. Filozofka polityczna Hannah Arendt uważała niezależne myślenie za najważniejszy warunek ludzkiego osądu. Dla niej prawdziwe niebezpieczeństwo tkwi nie w myśleniu, ale w braku myślenia. Jej słynne stwierdzenie: „Nie ma niebezpiecznych myśli; samo myślenie jest niebezpieczne” wyraża właśnie tę kwestię. Ci, którzy zaczynają myśleć samodzielnie, kwestionują pewniki, analizują uzasadnienia i nie zadowalają się już prostymi odpowiedziami. W tym tkwi wyzwalająca moc myśli.

Dlatego uważam za niebezpieczne, gdy osoby sprawujące władzę celowo degradują sceptycyzm do rangi stygmatu. Sceptycyzm jest ważny i dobry! To nie sam sceptycyzm jest niebezpieczny dla demokracji, ale ci u władzy, którzy w ten sposób postępują. Demokracja nie rozwija się dzięki konformizmowi. Demokracja rozwija się dzięki obywatelom zadającym pytania – zwłaszcza gdy prawie wszyscy wierzą, że znają tę samą odpowiedź.

„Gdzie wszyscy myślą tak samo, tam niewiele się myśli.” (Karl Valentin)

Być może krytyczne myślenie jest dziś mniej kwestią inteligencji, a bardziej odwagi. Bo myślenie wbrew większości nigdy nie było komfortowe.

Kiedy strach ogranicza twoją wizję

Dlaczego społeczeństwom tak trudno jest nawet pozwolić na zadawanie krytycznych pytań w czasach kryzysu? Dlaczego często pojawia się wrażenie, że istnieje tylko jeden słuszny punkt widzenia i tylko jedno akceptowalne rozwiązanie?

Na te pytania odpowiada belgijski psycholog Mattias Desmet. Stworzył on swoją teorię formowania się mas , opierając się na obserwacji, że w pewnych warunkach społecznych ludzie są skłonni zaakceptować proste wyjaśnienia i dalekosiężne środki (4).

Desmet opisuje cztery czynniki, które szczególnie sprzyjają masowemu formowaniu się: powszechna izolacja społeczna, poczucie bezsensu, narastający niepokój oraz ogólne niezadowolenie, którego nie da się przypisać żadnemu konkretnemu czynnikowi. Według niego, gdy te czynniki występują łącznie, wiele osób chętniej jednoczy się wokół wspólnej narracji i podąża za centralnym rozwiązaniem.

Uważam jego podejście za niezwykle wnikliwe. Przenosi on uwagę z pytania, czy dany środek polityczny jest słuszny, czy niesłuszny, na znacznie bardziej fundamentalne pytanie: dlaczego tak wiele osób nagle przyjmuje ten sam punkt widzenia w czasach kryzysu? Dlaczego złożone problemy często sprowadzają się do kilku, pozornie jednoznacznych wyjaśnień? Debata klimatyczna stanowi tego dobitny przykład.

Przez lata klimat był zdominowany przez terminy, które niosą ze sobą poczucie nieustannego zagrożenia: kryzys klimatyczny, punkty krytyczne, fale upałów, susza zdarzająca się raz na sto lat, wymieranie gatunków, a nawet zbliżający się koniec naszej planety. Tam, gdzie pojawia się strach, zrozumiałe jest, że rośnie pragnienie bezpieczeństwa – a wraz z nim gotowość do akceptowania dalekosiężnych środków politycznych – nawet jeśli wiążą się one z ograniczeniami wolności osobistej i dobrostanu. W końcu walczymy ze wspólnym wrogiem, prawda? Czy to złowrogi wirus i jego minimalizatorzy, złowrogi Putin i jego apologeci, czy też „sztuczna” zmiana klimatu i jej negacjoniści. Ramię w ramię, bracia i siostry, to tworzy solidarność! To takie proste! Wcale nie!

Desmet zwraca uwagę, że strach może zmieniać ludzkie perspektywy. Ci, którzy czują się zagrożeni, szukają orientacji. Złożone problemy często wydają się wtedy mniej atrakcyjne niż proste wyjaśnienia. Jednocześnie rośnie gotowość do akceptowania środków, które w normalnych okolicznościach prawdopodobnie byłyby omawiane znacznie bardziej krytycznie, a być może w ogóle nie zostałyby wdrożone.

Społeczeństwo demokratyczne powinno zadbać o to, by strach nigdy nie stał się trwałym narzędziem politycznym. Politycy tacy jak Karl Lauterbach, Boris Pistorius, Roderich Kiesewetter i im podobni, którzy celowo szerzą strach, powinni zostać powstrzymani. Strach może mobilizować w krótkiej perspektywie. Jest jednak kiepskim doradcą, jeśli chodzi o podejmowanie długoterminowych decyzji o dalekosiężnych konsekwencjach dla wolności, dobrobytu i spójności społecznej.

Praca Desmeta nie odpowiada na pytanie, jak będzie się rozwijał klimat. Wyjaśnia jednak, dlaczego komunikacja kryzysowa może być tak skuteczna. Każdy, kto chce zrozumieć, dlaczego miliony ludzi w krótkim czasie przyjmują te same terminy i popierają te same żądania polityczne, nie może uniknąć spostrzeżeń z psychologii.

To prowadzi nas do kolejnego kluczowego pytania: jak właściwie powstają w naszych umysłach obrazy, które kształtują nasz światopogląd? Amerykański publicysta Walter Lippmann zbadał ten mechanizm już ponad sto lat temu.

Obrazy w naszych umysłach

Jak właściwie kształtuje się nasze postrzeganie rzeczywistości?

Amerykański publicysta i politolog Walter Lippmann postawił to pytanie już w 1922 roku w swojej pracy „Opinia publiczna” . Jego odpowiedź jest równie prosta, co głęboka: większość ludzi reaguje nie na samą rzeczywistość, lecz na obraz rzeczywistości, który ukształtował się w ich umysłach. Ten obraz rzeczywistości, który na nich „oddziałuje”, staje się ich „rzeczywistością”.

Lippmann napisał (5):

„Nasza reakcja nie jest w pierwszej kolejności reakcją na świat, lecz na obraz, jaki o nim stworzyliśmy”.

Ta idea jest ponadczasowa. Nikt nie jest w stanie ogarnąć całej rzeczywistości. Nikt nie jest w stanie przeczytać wszystkich badań naukowych, przeanalizować wszystkich danych pomiarowych ani zweryfikować samodzielnie każdego wydarzenia politycznego. Dlatego jesteśmy nieuchronnie zależni od innych, którzy objaśniają nam świat. Media, naukowcy, politycy, eksperci i sieci społecznościowe codziennie dostarczają nam mnóstwa informacji, z których stopniowo wyłania się obraz naszej rzeczywistości.

Samo w sobie nie jest to ani dobre, ani złe. Staje się problematyczne dopiero wtedy, gdy mylimy ten zapośredniczony obraz z samą rzeczywistością. Uważam to za jedno z kluczowych pytań w dzisiejszej debacie klimatycznej. Większość ludzi nie zna zmian klimatu z własnego doświadczenia. Znają je z wiadomości telewizyjnych, artykułów prasowych, filmów dokumentalnych, portali internetowych i mediów społecznościowych. Wizerunek klimatu, jaki sobie kreują, powstaje zatem głównie na podstawie informacji, które inni wybrali, skategoryzowali i zaprezentowali.

Nieuchronnie pojawiają się dalsze pytania:

Które wydarzenia pojawiają się wielokrotnie, a które prawie nigdy?

Które badania naukowe trafiają do głównych wiadomości, a które pozostają w dużej mierze niezauważone?

Którzy eksperci regularnie mają możliwość zabrania głosu, a którzy rzadko kiedy?

Te pytania podważają pogląd niektórych, że publiczne reprezentacje automatycznie odzwierciedlają całą rzeczywistość.
Więcej na ten temat w następnej sekcji.

Lippmann zauważył, że między rzeczywistością a naszym postrzeganiem zawsze istnieje filtr. Filtr ten tworzą nasze doświadczenia, oczekiwania, a także informacje, które otrzymujemy codziennie. Im bardziej jednostronny staje się ten filtr, tym bardziej jednostronny staje się nieuchronnie nasz obraz rzeczywistości.

Dlatego uważam za niebezpieczne i nieodpowiedzialne, gdy pewne stanowiska w debacie klimatycznej są przedwcześnie uznawane za niedopuszczalne lub naukowo obalane. Nauka rozwija się dzięki porównywaniu różnych hipotez. Sprzeciw jest istotą nauki. Ci, którzy ograniczają się do jednego wyjaśnienia, ryzykują utratę z oczu różnicy między rzeczywistością a jej reprezentacją.

Lippmann nie chciał zniechęcać opinii publicznej. Wręcz przeciwnie. Jego dzieło jest zaproszeniem do bardziej wnikliwego osądu. Przypomina, że ​​często istnieje znacząca różnica między tym, co się faktycznie dzieje, a tym, co o tym postrzegamy.

Być może najważniejszym zadaniem świadomego obywatela nie jest przyswajanie jak największej ilości informacji. Raczej ciągłe zadawanie sobie pytania, czy obraz, który noszę w głowie, rzeczywiście odzwierciedla całą rzeczywistość – czy tylko jej fragment. W moim przypadku również zawsze jest to drugie.

Ale kto i według jakich kryteriów decyduje, które informacje są podkreślane, które tematy powtarzane, a które pytania spychane na dalszy plan? Psycholog i kognitywista Rainer Mausfeld badał tę formę zarządzania uwagą.

Władza nad naszą percepcją

Kto właściwie decyduje, co uważamy za ważne, albo co powinniśmy uważać za ważne? I dlaczego niektóre tematy przez tygodnie dominują w nagłówkach gazet, a inne prawie nie cieszą się zainteresowaniem opinii publicznej?

Na te pytania odpowiada psycholog percepcji Rainer Mausfeld. W swojej pracy dowodzi, że we współczesnych demokracjach coraz rzadziej sprawuje się władzę poprzez jawną cenzurę. Znacznie skuteczniejsze jest kierowanie uwagi ludzi: które tematy są podkreślane? Które informacje są powtarzane? Które powiązania są uwydatniane – a które pozostają w dużej mierze niewidoczne?

Mausfeld jasno daje do zrozumienia, że ​​nasze postrzeganie rzeczywistości kształtowane jest nie tylko przez dostępne fakty, ale także przez ich selekcję, ważenie i klasyfikację. Te same informacje mogą prowadzić do zupełnie różnych wniosków w zależności od kontekstu.

Rainer Mausfeld opisuje mechanizm, który wykracza daleko poza pojedyncze kwestie polityczne. Ten, kto kieruje uwagą opinii publicznej, wpływa również na postrzeganie rzeczywistości społecznej. Nie dlatego, że fakty są sfabrykowane, ale dlatego, że niemożliwe jest, aby wszystkie fakty były w centrum uwagi jednocześnie.

Ten mechanizm jest wyraźnie widoczny w debacie klimatycznej. Niemal każdego dnia pojawiają się doniesienia o falach upałów, suszach, pożarach lasów, topnieniu lodowców czy ekstremalnych zjawiskach pogodowych. Takie zjawiska z pewnością zasługują na uwagę. Kluczowe pytanie brzmi jednak, czy jednocześnie należycie uwzględniane są informacje przeciwne, a nawet pozytywne, które mogłyby uzupełnić lub zróżnicować ogólny obraz.

Na przykład pojawia się pytanie, jak często zgłaszane są naturalne wahania klimatu, historyczne okresy ocieplenia i ochłodzenia, niepewności modeli klimatycznych czy rozbieżne oceny naukowe. Nie dlatego, że te aspekty podważałyby istnienie zmian klimatycznych, ale dlatego, że mogą przyczynić się do lepszego zrozumienia.

Mausfeld przypomina nam, że społeczeństwo demokratyczne rozwija się nie tylko dzięki swobodzie rozpowszechniania informacji, ale także dzięki swobodzie postrzegania i porównywania różnych perspektyw. Tylko poprzez porównywanie różnych punktów widzenia można formułować niezależne osądy.

Jego idea bezpośrednio łączy się z teorią Waltera Lippmanna. Skoro nasz światopogląd wyrasta z obrazów, które nosimy w umyśle, to dobór tych obrazów w istotny sposób determinuje naszą ocenę rzeczywistości. Myślenie krytyczne nie zaczyna się zatem od odpowiedzi, lecz od pytania, czy w ogóle dostrzegamy cały obraz i z jakich źródeł go czerpiemy i konstruujemy.

Jak można nie tylko wpływać na opinię publiczną, ale także celowo wspierać cele polityczne i gospodarcze? To pytanie już około sto lat temu podjął Edward Bernays, człowiek uważany za twórcę nowoczesnego public relations.

Można zorganizować proces zatwierdzania.

Jak można przekonać całe społeczeństwa do określonej idei? Jak powstaje konsensus społeczny? I dlaczego ludzie czasami przyjmują przekonania, których mogliby nigdy nie wykształcić bez ukierunkowanego wpływu?

Z tymi pytaniami zmagał się amerykański pionier PR Edward Bernays. Bratanek słynnego psychoanalityka Zygmunta Freuda połączył wiedzę o ludzkiej podświadomości z możliwościami współczesnej komunikacji masowej. Podczas gdy Freud badał, jakie ukryte motywy wpływają na ludzkie zachowania, Bernays pytał, jak tę wiedzę można strategicznie wykorzystać do kształtowania opinii publicznej.

Jego najsłynniejsze dzieło nosi obecnie negatywnie konotowany tytuł „Propaganda” (7). Tytuł ten wydaje się dziś dziwny. Jednak w latach dwudziestych XX wieku termin ten nie miał jeszcze jednoznacznie negatywnego znaczenia, jakie nabrał po doświadczeniach z reżimami totalitarnymi XX wieku.

Bernays argumentował, że społeczeństwa demokratyczne nie są spajane wyłącznie argumentami, ale że zgoda społeczna musi być aktywnie organizowana. Jego słynne sformułowanie o „świadomej i inteligentnej manipulacji zorganizowanymi nawykami i opiniami mas” pozostaje jednym z najczęściej dyskutowanych stwierdzeń w badaniach nad komunikacją.

Odkrycia Bernaysa jasno pokazują, że przekonania polityczne nie są wyłącznie wynikiem swobodnego, niezależnego kształtowania opinii. Mogą być również wynikiem profesjonalnych strategii komunikacyjnych, które odwołują się do emocji, kreują obrazy i wielokrotnie eksponują pewne interpretacje.

Sam Bernays później donosił, że Joseph Goebbels studiował jego pisma i przejął z nich metody propagandowe. To, czy i w jakim stopniu tak się stało, jest przedmiotem różnych relacji historycznych. Nie ulega jednak wątpliwości, że psychologiczne spostrzeżenia dotyczące wpływania na opinię publiczną mogą być wykorzystywane zarówno w legalnym PR, jak i w manipulacyjnej propagandzie. Nie metoda ani technika determinują jej ocenę moralną, lecz cel, któremu służy. Noża można użyć do posmarowania chleba masłem lub do zabicia kogoś.

Dlatego warto bliżej przyjrzeć się dzisiejszej debacie klimatycznej. Każdy, kto powtarza te same obrazy, te same hasła i te same przekazy przez miesiące i lata, nieuchronnie kształtuje percepcję społeczną. Topniejące lodowce, płonące lasy, zalane ulice czy wyschnięte krajobrazy to prawdziwe i uderzające obrazy. Kluczowe pytanie brzmi jednak: czy oddają one pełny obraz złożonej rzeczywistości, czy też pokazują tylko jej niewielki wycinek?

Bernays prawdopodobnie powiedziałby, że skuteczna komunikacja nie polega na przedstawianiu jak największej liczby faktów. Kluczowe jest to, które komunikaty wywołują emocje i na stałe zapadają w pamięć ludzi.

Dlatego w demokracji nie wystarczy samo przyswajanie informacji. Równie ważne jest pytanie, kto je wybiera, jak są prezentowane i jaki cel jest realizowany w ich rozpowszechnianiu. Myślenie krytyczne nie oznacza odrzucania każdego przekazu. Oznacza ono raczej kwestionowanie mechanizmów jego powstawania.

Wniosek

Według Orwella, Le Bona, Maaza, Arendt, Desmet, Lippmanna, Mausfelda i Bernaysa, wyłania się z tego wspólny mianownik: Opinie publiczne rzadko powstają przypadkowo. Są kształtowane i kierowane przez język, obrazy, emocje, uwagę i komunikację.

Wiedza o ludziach nie jest odporna na nadużycia, jak pokazuje historia. Z drugiej strony, osoby rozumiejące te mechanizmy będą inaczej postrzegać debaty polityczne – w tym te dotyczące zmian klimatycznych.

+++

ŹRÓDŁA I NOTATKI
(1) Orwell, George (1949): 1984 . Londyn: Secker & Warburg

(2) Le Bon, Gustave (1895): Psychologia mas (francuska psychologia fauli )

(3) Maaz, Hans-Joachim (2017): Fałszywe życie – przyczyny i skutki naszego normopatycznego społeczeństwa . Monachium: CH Beck. Teza przewodnia książki głosi, że nadmierna presja konformizmu może prowadzić do powstania „normopatycznego” społeczeństwa.

(4) Desmet, Mattias (2022): Psychologia totalitaryzmu . White River Junction (VT): Chelsea Green Publishing

(5) Lippmann, Walter (1922): Opinia publiczna . Nowy Jork: Harcourt, Brace and Company

(6) Mausfeld, Rainer (2018): Dlaczego owce milczą? Jak elitarna demokracja i neoliberalizm niszczą nasze społeczeństwo i nasze źródła utrzymania . Frankfurt nad Menem: Westend Verlag

(7) Bernays, Edward L. (1928): Propaganda . Nowy Jork: Horace Liveright

+++

Dziękujemy autorowi za udzielenie nam pozwolenia na publikację tego artykułu.

Opinia Uwe Froschauera . apolut/klimaluge-und-klimadiktatur-teil-1-vom-denken-zum-glauben

https://dakowski.pl/

Gozdów 1944, czyli Zapomniana zbrodnia SS „Galizien”



W czasie, kiedy Ukraińcy grożą Polsce spadającymi dronami na polskie miasta, a w Sejmie lewicujący posłowie wznoszą okrzyki, jakie towarzyszyły bestialsko mordowanym zwykłym Polakom przez bandy UPA obowiązkiem Polaków jest upominać się o prawdę historyczną.

Przy obecnym zatwardziałym ustosunkowaniu się Ukraińców przy kulcie band odpowiedzialnych za śmierć tysięcy bezbronnych ludzi strona polska nie ma po co tracić czasu na jałowe dyskusje z gloryfikatorami nazistów i sadystów. Dziś już  tylko ktoś niemądry może ufać w szczere intencje strony ukraińskiej, w tym rzetelne przeprowadzenie ekshumacji ofiar szowinistycznej polityki UPA.

Dlatego też musimy pamiętać, że w obecnych granicach Polski w latach powojennych bandy banderowskie starały się na terenach przez siebie uznanych za ukraińskie zrobić powtórkę Wołynia w stosunku do każdego, kto nie wpisywał się w ich rasistowskie poglądy. Posiadając tę wiedzę, na niej powinniśmy budować fundamenty prawdy historycznej.

Bandy UPA i sławiona obecnie na Ukrainie 14. Dywizja SS “Galizien” mają na swoim koncie liczne zbrodnie, jakich dopuściły się wobec cywilów w granicach obecnej Polski. Jako państwo wiarygodne powinniśmy pochylić się nad tymi zbrodniami i zebrać jak największy materiał badawczy. Tam, gdzie jest to możliwe powinny odbyć się ekshumacje przy obecności obserwatorów międzynarodowych tam, gdzie jest szansa dotrzeć do rodzin pomordowanych powinno zebrać się zdjęcia, spisać wspomnienia.

Jeśli w wykazie osób brutalnie zamordowanych za to, że byli Polakami, zaczną oprócz liczb i kolumn z nazwiskami, pojawiać się ich zdjęcia, aby każdy mógł spojrzeć w twarz tym, których jedyną winą było to, że byli Polakami świadomość zagrożenia własnego życia i życia najbliższych przez odrodzoną na Ukrainie ideologię stanie się realna.

Portal Magna Polonia ma już na swoim koncie odkrycie zapomnianych, lecz istotnych kart polskiej historii

magnapolonia.org/skrepowano-im-rece-a-nastepnie-wprowadzono-do-stodoly-i-spalono-zywcem/ ;

magnapolonia.org/udalo-sie-odnalezc-grob-jednego-z-nich/ ;

magnapolonia.org/nowe-informacje-o-polskim-marynarzu-kto ), dlatego też pochyla się nad kolejną zapomnianą kwestią dotyczącą ludobójczej działalności UPA i SS Galizien na terenach obecnej Polski.

W marcu 1944 roku żołnierze ukraińskiej dywizji SS- Galizien i policja ukraińska w służbie niemieckiej dokonała pacyfikacji wsi Gozdów (gmina Werbkowice, powiat hrubieszowski). W wyniku ich działalności życie straciło ok. 30 mieszkańców wsi, w tym kilkoro dzieci i kobiet.

Na liście ustalonych osób ukraińskiego pogromu polskiej ludności cywilnej udało się zidentyfikować:

Józef Bekon lat 36
Władysław Bekon lat 18
Józef Barański lat 31
Władysław Bednarczuk lat 36
Ignacy Betkowski 36 lat
Piotr Grzelecki 40 lat
Czesław Kaluba 22 lat
Marian Koryczko 23 lat
Mieczysław Kowalczyk 20 lat
Łukasz Kowalczyk 55 lat
Wincenty Krawczyk 45 lat
Jan Omelczuk 40 lat
Józef Pęczko 30 lat
Zygmunt Pękalski 21 lat
Eliasz Sen 52 lat
Walenty Strzępek 20 lat
Zygmunt Surowiecki 21 lat
Kazimierz Świec 41 lat
Takich spacyfikowanych polskich wsi przez obecnie gloryfikowane na Ukrainie jednostki SS Galizien było mnóstwo. Przykładowo 2 lutego 1944 roku oddziały niemieckiej żandarmerii, SS i jednostki SS Galizien dokonały pacyfikacji wsi Wólka Szczecka (gmina Gościeradów), gdzie zamordowano ponad 200 mieszkańców, w tym ok. 50 kobiet i 20 dzieci2.

Apelujemy o kontakt wszystkich bliskich ofiar –  jeśli posiadacie zdjęcia, wspomnienia ofiar band UPA, SS Galizien lub innych ukraińskich oddziałów kolaborujących z III Rzeszą skontaktujcie się i podzielcie się tą tragiczną kartą polskiej historii. Niech przykład Waszych bliskich będzie ostrzeżeniem przed powtórką z historii. Już starożytni mówili, że historia jest nauczycielką życia. Uczmy się na tragedii przodków, zamiast powtarzać tę lekcję.

16 lipca 2026 magnapolonia/gozdow-1944-zapomniana-zbrodnia-ss-galizien

czwartek, 23 lipca 2026

Terror wysiedleń. Palestyna jak Zamojszczyzna

 

W cieniu wojny Rosji z Ukrainą i USA z Iranem, izraelskie władze wydały kolejne nakazy eksmisji i rozbiórki palestyńskich domów w Kafr Aqab, na północ od nielegalnie okupowanej Wschodniej Jerozolimy. Decyzje obejmują 22 budynki mieszkalne, w których żyją dziesiątki rodzin. Oficjalnym uzasadnieniem są naruszenia przepisów budowlanych, jednak organizacje praw człowieka od lat wskazują, że system wydawania pozwoleń dla Palestyńczyków jest skonstruowany w sposób dyskryminacyjny, czyniąc legalną budowę praktycznie niemożliwą.

Żydonazistowski terror wysiedleń w Kafr Aqab wpisuje się w wieloletni proces rozbiórek palestyńskich domów, rozbudowy izraelskich osiedli oraz stopniowego ograniczania obecności palestyńskiej we Wschodniej Jerozolimie i na Zachodnim Brzegu. Organizacje takie jak Human Rights Watch, Amnesty International czy izraelski B’Tselem oceniają, że przymusowe wysiedlenia ludności cywilnej na okupowanych terytoriach mogą naruszać międzynarodowe prawo humanitarne, a część z nich określa te działania jako element polityki przymusowego transferu ludności.

Dla wielu Palestyńczyków nie jest to już seria pojedynczych decyzji administracyjnych, lecz systematyczna polityka mająca na celu zmianę struktury demograficznej nielegalnie okupowanych terenów. Kolejne nakazy rozbiórek, konfiskaty gruntów, rozwój osiedli oraz akty przemocy ze strony części osadników tworzą atmosferę permanentnej niepewności i strachu. Równocześnie izraelski rząd kontynuuje program intensywnej rozbudowy osiedli na Zachodnim Brzegu, co spotyka się z krytyką znacznej części społeczności międzynarodowej.

Coraz częściej pojawiają się opinie, że działania części środowisk skrajnie nacjonalistycznych oraz niektórych przedstawicieli władz Izraela tworzą klimat przyzwolenia na przemoc wobec Palestyńczyków. W ostatnich miesiącach organizacje międzynarodowe wielokrotnie alarmowały o wzroście przemocy osadniczej, zastraszaniu mieszkańców oraz wymuszaniu opuszczania przez nich swoich domów. Nie oznacza to, że można przypisywać odpowiedzialność całemu społeczeństwu żydowskiemu – odpowiedzialność dotyczy konkretnych sprawców i prowadzonych polityk państwowych.

Historia Europy zna podobne mechanizmy wypierania ludności cywilnej. W Polsce jednym z najbardziej dramatycznych przykładów były niemieckie wysiedlenia na Zamojszczyźnie w latach 1942–1943. Wówczas okupacyjne władze III Rzeszy usuwały polskich mieszkańców z ich domów, przejmowały gospodarstwa i osadzały na ich miejscu niemieckich kolonistów. Tysiące rodzin zostało rozdzielonych, a dzieci wywożono do obozów lub Niemiec, gdzie poddawano germanizacji.


PORÓWNANIE WSPÓŁCZESNEJ SYTUACJI PALESTYŃCZYKÓW DO ZAMOJSZCZYZNY NIE JEST PRZYPADKOWE. ANALOGII MOŻNA DOSZUKIWAĆ SIĘ W SAMYM MECHANIZMIE DZIAŁANIA WŁADZ: WYKORZYSTANIU PRZEWAGI MILITARNEJ I ADMINISTRACYJNEJ DO STOPNIOWEGO WYPIERANIA RDZENNEJ LUDNOŚCI CYWILNEJ Z TERENÓW UZNAWANYCH ZA STRATEGICZNE ORAZ ZASTĘPOWANIU JEJ INNĄ, „LEPSZĄ” POPULACJĄ.


Przymusowe wysiedlenia ludności cywilnej, niszczenie domów oraz trwałe pozbawianie ludzi możliwości zamieszkiwania na własnej ziemi pozostają jednymi z najbardziej obrzydliwych działań we współczesnych konfliktach zbrojnych. Ich konsekwencje wykraczają daleko poza zburzone budynki – oznaczają utratę dorobku życia, rozpad lokalnych społeczności i pogłębianie spirali wzajemnej wrogości.


Każda kolejna decyzja żydo-nazistów o rozbiórce domu w Kafr Aqab czy innych miejscowościach okupowanego Zachodniego Brzegu staje się nie tylko problemem lokalnych rodzin, ale także kolejnym elementem konfliktu, który od dziesięcioleci pozostaje nierozwiązany i którego ofiarami w największym stopniu pozostaje ludność cywilna.


21 lipca 2026 


magnapolonia/terror-wysiedlen-palestyna-jak-zamojszczyzna

środa, 22 lipca 2026

Ferdynand Goetel Patrząc wstecz wypisy 2


Usłyszawszy o moim zamiarze udania się do Warszawy, wujek nie okazał zachwytu.
– Masz dość architektury... trudno. Sam nieraz zaczynałem wszystko od nowa. Ale dlacze-go aż do Rosji?!
Dla starszego pokolenia Królestwo i Królewiacy tak jak nie istnieli. Wiedzieli tylko o Ro-sji, a przerażającym jej znakiem był kordon graniczny, gdzie rewizja paszportów, przeszuki-wanie walizek, zaglądanie do książek i gazet, no i odrażające postacie żandarmów. W cza-sach, gdy można było całą Europę przejechać bez wizy i pieniężnych ograniczeń, a rewizja celna bywała przykrą jedynie dla upatrzonego przez celników człowieka – granica rosyjska była czymś w rodzaju obecnej „żelaznej kurtyny”. Zmianom, które podobno zachodziły za nią; opowieściom o zabawnych i tam przejawach życia – nie dowierzano. Warszawa to przede wszystkim szarżujący po ulicach kozacy.
*

Zmiany ustrojowe po roku 1905 byłyby dla państwa za-chodniego lekkim wstrząsem. Inaczej stało się w Rosji. Ustanowienie Dumy, rozluźnienie cenzury, ograniczenie praw ochrony i żandarmerii, dopuszczenie do głosu samorządów, podziałało na starych „czynowników” (urzędników) jak grom z jasnego nieba. Nasłany do Królestwa urzędnik mógł być niedokształcony i głupi, lecz musiał być „błagonadiożnyj” (prawomyślny). Zasadą jego była wszczepiona mu wiara w misję „samodzierżawnoj Rasijej”; wzorem postawy wyznania Murawiewa. Człowiek taki tracił głowę w obliczu zaszłych zmian.

Czego teraz oczekiwać, na co stawiać? Osądził przeto: „dziej się, co chce, trzymam się posady”. Jakżeż się dziwić, że w tych warunkach stosunki pomiędzy zadufaną w sobie ludnością, a nie wiedzącymi co słuszne urzędnikami rosyjskimi, regulowała „łapówka”.Możliwości jej były niekiedy niewiarygodne. I tak, w kabarecie Renesans wspomniany już „Lutas” Templer bawił się hałaśliwie w loży pierwszego piętra. Napomniany przez komisarza policji, zrzucił go na łby biesiadujących na parterze gości. W niedawnych jeszcze czasach awanturnik tego rodzaju byłby zesłany na Sybir. Tym razem załatwiono „nieporozumienie” łapówką w wysokości 10.000 rubli. Komisarz mego okręgu pobierał żołd w wysokości stu rubli miesięcznie; za wynajem mieszkania w wytwornej kamienicy płacił 120 rubli. Skąd brał resztę, nie pytano.

Żyło się więc w Warszawie, jak kto chciał. Przyczajone w ruchliwym mieście gniazda spisku nie miały żadnego niemal wpływu na opinię publiczną. Nawet literaci, satyrycy i wol-nomyśliciele warszawscy zdawali się żyć i tworzyć w błogostanie ducha zapatrzonego we własne podwórko. Poemat o księciu Józefie Zdzisława Kleszczyńskiego, nagrodzony przez „Tygodnik Ilustrowany” w roku 1913, był tylko rakietą drzemiącego buntu. Po Starym Mieście wałęsał się rzewny Or-Ot, piewca poczciwych rzemieślników, sklepikarzy i sentymental-nych zaułków. Jeżeli czasem uderzał w strunę patriotyzmu, to cofał się wspomnieniami aż do Kilińskiego. Tadeusz Miciński, jak zawołał w słynnym wierszu: „W konie, Chryste Panie”, tak szybował myślą między niebem a ziemią, niezrozumiały ni tu, ni tam. Buntowniczy i niesforny umysł Andrzeja Niemojewskiego, redaktora „Myśli Niepodległej”, gorszył czytelników klerykalnego „Kuriera Warszawskiego” dowodzeniem, że Chrystus jest jedynie symbolem astralnym. Zaś redaktor „Muchy” Władysław Buchner, wraz ze współredaktorem „Kro-gulcem” Orłowskim, zdawali się zapominać o ostrych przycinkach pod adresem Rosji i dowcipkowali tak, jak gdyby nadszedł okres politycznej kanikuły. Płaskie humoreski na temat wyborów do Dumy i samorządu; kpiny z dziennikarzy przemielających sieczkę mało ważnych wiadomości; monologi „pana Walentego” – oto strawa, którą sycono niewybredne mieszczaństwo. Ktoś kto wysławia późniejszy dowcip warszawiaków na próżno szukałby go w „Musze”; a były to przecież czasy, gdy w Krakowie wychodziło dęte „Liberum Veto”, zaś na łamach jego wstępował w szranki genialny pamflecista Adolf Nowaczynski.

Zdemobilizowanie ducha wojowniczej Warszawy byłoby nie do pojęcia, gdyby nie powód realny. Po roku 1905 opuścili Warszawę nie tylko czołowi prozaicy jak Daniłowski, Siero-szewski, Strug i Żeromski, lecz, co ważniejsze, młodzież akademicka. Wyniesiony przez nich zapłon musiał być silny, skoro rozgorzał od niego „polski Piemont”, jak nazywano Galicję, a w ślad za nim ugrupowanie polskie w miastach Europy i Rosji. I kiedy na uniwersytecie warszawskim straszył zamróz porzuconego domu, w uczelniach Kijowa i Petersburga gromadzono arsenał dążeń niepodległościowych.

Gdzie jednak podziała się bitność i zawziętość ludu warszawskiego? Czy majsterkowie Starego Miasta naprawdę zadawalali się podwórkową niezależnością opiewaną przez Or-Ota? Czy robotnicy Woli zapomnieli o barykadach i zamachach? Historia miasta, które pozornie głuche i pogodzone z losem, czterokroć w ciągu jednego wieku porywało się do walki o zagrożoną wolność, wskazywałaby na co innego. Zapewne – stary spisek tlił się tu i tam na krańcach miasta; nowy powstawał i zawiązywał wątłą jeszcze sieć, szeroki ogół nie dawał mu jednak ucha. Kiedy w roku 1911 wyległa na ulice ludność Warszawy, aby pożegnać zmarłego Bolesława Prusa, myśl rzesz zwracała się do pogodnych, dobrych lat pozytywistycznych dążeń, a nie do wspomnień powstańczych. Było w tej manifestacji może i pewne przeczucie nadchodzącego niepokoju, nikt jednak nie przewidywał, że zmiana nastąpi tak rychło.

Żyło się bowiem beztrosko jak jeszcze nigdy. Energia warszawian zdawała się być pochłonięta wielkimi i szybkimi zarobkami. Ostatnie lata przed pierwszą wojną to niezwykła wprost koniunktura dla warszawiaków i fabryk całego Królestwa. Cokolwiek wytworzy warszawski Grzybów czy tkalnie Woli znajduje natychmiast odbiór w Rosji. Przyrządy miernicze Gerlacha, zastawy stołowe Frageta, Henneberga i Norblina, słodycze Fuchsa i Wedla, konfekcja wszelkiego rodzaju popłynie śladem tkanin i skór. I chociaż przemysłowcy Warszawy i Łodzi wiedzą, że towar ich zaopatruje również składy mobilizacyjne, nikt się tym nie przejmuje. Wojna może być albo i nie; od lat już przecież kipi na Bałkanach. I nic. Im później wybuchnie, tym dla Królestwa lepiej. Program dorabiania się głoszą już nie tylko Narodowi De-mokraci, lecz i świeżo powstała partia Realistów.
*
By stać się pływakiem, trzeba podobno skoczyć na głębokie wody. Tak utrzymują fachowcy. Jakże im się przeciwić, skoro utopieni milczą.
*
W Smoleńsku dłuższy postój. Zmiana konwojentów. Wieść o przybyciu pociągu z tajemniczymi aresztantami musiała się rozejść po mieście, gdyż dworzec zaroił się od gapiów.
Chodzą od wagonu do wagonu, przepatrują, w końcu zaczynają nam wymyślać do „sukinsynów” i „germańskich szpionów”. Od czegóż jednak słowniczek złodziei otrzaskanych z folklorem więziennym w głębi Rosji. Z drzwi sąsiedniego wagonu wychyla się obywatel Prawda i recytuje istny poemat okropnych wyzwisk z biegłością moskiewskiego opryszka. Gapie słuchają z otwartymi gębami i nieledwie z zachwytem na twarzach.

– „Niet” – słyszymy – „eto nie szpiony. Eto budut warszawskije żuliki”.

Dworzec pustoszeje. Nowej straży nie widać. Znudzony żandarm wałęsa się wzdłuż naszego pociągu. Lecz oto spieszy ku nam dziewczyna. Na ramieniu ma opaskę z polskim napisem: Komitet Pomocy Ofiarom Wojny. Jeden z rzezimieszków wyrywa się z obleśną zaczepką, lecz zostaje przywrócony przez towarzyszy.

– Stul mordę! Nie widzisz?... Polka.

Panienka podchodzi i do naszego wagonu, pyta o kobiety i dzieci, czy nie trzeba lekarstw, bandaży, żywności może. Dziękujemy w serdecznych słowach. Więc może listy... może zawiadomić rodzinę...

Po latach wielu miałem przypomnieć sobie to troskliwe dziewczę. Kiedym się znalazł na katyńskim pogrzebisku, wskazano mi na sąsiadujące z nim stare mogiły. Na odkopanych tam szczątkach były zachowane jeszcze medaliki i krzyżyki katolickie. Wspomniałem wtedy o dziewczęciu, które samo jedno pobiegło, by dopomóc dotkniętym niedolą.

Zamykać wagony. Jedziemy dalej. Nowi konwojenci to starszy rocznik dobrodusznych rezerwistów. Możność spędzenia kilku dni na włóczędze, aby jak najdalej od frontu, nęci ich i rozwesela. Złodziejaszków nie odróżniają od jeńców cywilnych. Bratają się łatwo z jednymi i drugimi.
*
Płyniemy dalej pod flagą ciemnej gwiazdy. W Samarze pozwalają nam co prawda zjeść obiad w niezłej restauracji dworcowej, lecz w ogóle nie wiedzą, dlaczegośmy się tu wzięli i co z nami robić. Jesteśmy świadkami zabawnej sceny. Służbowy oficer żąda od naszego sierżanta urzędowych papierów z Warszawy, a ten ma tylko spis imienny nagryzmolony w baraku praskim. Sprawa idzie do miejscowego urzędu gubernialnego, który ni stąd, ni zowąd, od-prawia nas aż do Taszkientu.

Wiadomość przynosi pewną ulgę, bo jeśli Taszkient, to i ciepło. Nowi konwojenci, czelabińscy Tatarzy dają nam dość przykry przedsmak ciepłego klimatu. Obchodzą się z nami brutalnie i co chwila grożą użyciem „prikładu” lub „sztyku”.
Na postoju w szczerym stepie orenburskim dochodzi do groźnej zwady pomiędzy nimi a naszą chuligańską bracią. W ruch idą kułaki, potem broń, w ręku niejednego rzezimieszka błyska nóż.

Po bójce naradzam się z Jaraczem, jak udobruchać naszych Mongołów. Osądzamy, że najlepiej będzie podsłuchać ulubioną ich piosenkę i popisać się nią przy pierwszej sposobności.

Ajt medynnyn myn synaj
Dynna dynnyn myn synaj...

Nucimy na pustynnych piaskach Kara Kum. Tatarzy szaleją z radości. W dalszej drodze opiekują się nami jak niańki.
*
Powzięte już w Warszawie przypuszczenie, że główną osobistością tamtej gromady jest pan Józef, sprawdza się. U boku jego wypływa rychło dwu adiutantów: Osiecki to wielki koniokrad i przemytnik. Odziany w cholewy, kożuszek z barankowym kołnierzem i takąż czapkę, wygląda na dzierżawcę folwarczku. Gębę ma polską, oczy siwe i biegające, sposób bycia gospodarski. „Koniokrada” wziąłby za obrazę.

– Ja, proszę pana – tłumaczy dobrotliwie, podkręcając płowego wąsa – nie potrzebuję tych koni kraść. Wystarczy mi wejść do stajni, a drżą. Idą potem za mną jak barany za owczarzem. Podprowadzam taki tabun do pruskiej granicy, przemycam na drugą stronę, sprzedaję za do-bre pieniądze, kupuję eter czy lekarstwa i wracam.

Grzybowski zasię jest złodziejem kolejowym. Elegant, ubrany z wielkomiejska, przypomina kupca czy przemysłowca. W krawacie ma szpilkę z perłą, pamiątkę chyba po zawodowej przejażdżce. Wytworniś ten jest najbardziej wulgarny z całej zgrai, choć gdy trzeba, najbardziej ugrzeczniony.

– Musi pan mieć bardzo lekką rękę – ciągnę go pewnego razu za język.
– Rękę to mało – spogląda ironicznie. – Psychologia, szanowny panie. O, widzi pan, kiedym pana zabawiał historyjką o tym kuferku, com go sprzątnął sprzed nosa rabinowi, przeniosłem panu zegarek z kamizelki do lewej kieszeni marynarki. Niech pan uważa, bo go znowu gdzieś przeniosę.

Jakoż, zagadał mnie znowu i zegarek znalazłem w spodniach.

Kimże jednak jest pan Kułakowski? Powoli i z pewnym zakłopotaniem wprowadza mnie w dzieje swego życia. Jest synem majstra gazowni warszawskiej, starego pepesowca. W domu było ich troje rodzeństwa. Starszy brat działał w partii, jak i ojciec. W roku 1905 wyróżnił się jako dowódca bojówki. Śladem brata poszedł i on, Józwa, jak go wówczas nazywano. W starciu z żandarmami dostał kulę w pierś. Zdołał zbiec do domu, a ojciec ukrył go u znajomych „towarzyszy”. Ścigany listami gończymi brat został przerzucony przez partię do Szwajcarii. Stało się źle. Nikomu bowiem tak nie ufał jak bratu; nikogo tak nie słuchał. W ojcowskim domu nie miał się teraz co pokazywać, gdyż i za nim chodziły teraz „hinty. Zaczął teraz rozbijać na własną rękę. Mścił się jak mógł i jak umiał. Nie ruszał nigdy polskiego dobra.

Grabił lub puszczał z dymem sklepy i składy monopolowe. Mechanik z zawodu, stał się z czasem włamywaczem. Poznali go na gościnnych występach w Petersburgu, Kijowie, Odessie. Niekiedy musiał użyć broni. W obronie własnej. „Mokra robota” jest w pogardzie u prawdziwych bandytów. Skąd się tu wziął? Zgubiła go próżność. – Bo widzi pan – ociągał się. – Do wojny siedziałem nie na Mokotowie, a na Świętym Krzyżu. Za jedną strzelaninę. W Petersburgu. Zdołałem uciec z tej przeprawy, lecz dopadli mnie w pociągu na terenie Królestwa. Dlatego wyrok w Warszawie i Święty Krzyż. Siedziałem niedługo, bo zaraz wojna. Kiedy ci Strzelcy zajmowali Kieleckie, podjechał pod więzienie oddziałek setnych chłopaków. Rozbroili straż, otwarli bramy i... hulaj bracie, gdzie chcesz. Byłbym do nich doskoczył na tę bitwę z Moskalami, ale wiadomo, wstyd. Więc do Warszawy. Na Wolę wprzód. Pokazać się staremu i siostrze. Niewiele mi było pociechy z tego spotkania. Więc znów na bruk. I znów porachunek. Miałem tu w złej pamięci jednego prokuratora. Wywęszyłem, gdzie mieszka, kiedy wychodzi i wraca, i dawaj przewracać mu mieszkanie. Chciałem już wyjść, aż tu widzę w szafie elegancki mundur żandarma. Przebieram się w jeden mig. Korciło mnie poparadować sobie po Warszawie, a i wleźć gdzie nie każdego wpuszczają. Pech chciał, że w skrzydle szafy było lustro. Przyglądam się więc, czy mundur dobrze leży, wygładzam, aż tu słyszę: „ruki w wierch”. Wszedł bestia przed czasem, dostrzegł skiełbaszone mieszkanie, podkradł się, wyjął „nagana”... i zrobił swoje. Dlatego ja na Mokotowie i tu.

Polubiłem z czasem tego człowieka. Postawą, a także jakimś cichym żalem nad zmarnowanym życiem, wyrastał wysoko ponad swoje środowisko. Że był kiedyś mechanikiem, i to tęgim, świadczyły na poczekaniu robione rysunki maszyn, narzędzi, zamków. Pamięć miał niezgorszą.
*
Najsprawniej po mieście poruszał się Sierczyk. Złodziejska namiętność uniosła go wszak-że tak dalece, że ukradł mi ulubioną fajeczkę. Kradzież zauważył jeden z moich sąsiadów. Poskarżyłem się od razu panu Józefowi. Ten skinął na przechodzącego Sierczyka.

– Żeby mi tu za godzinę leżała fajka – wskazał na stolik.
– Jaka fajka – wyłgiwał się Sierczyk. – Nic o tym nie wiem.
– Jeżeliś sam nie ukradł, wiesz kto to zrobił. Fajka ma być tu!

Chcąc ułatwić złodziejaszkowi spełnienie zawstydzającego rozkazu, wyszedłem na podwórze. Gdym wrócił, fajka le-żała na stoliku, ale Sierczyk napastował mego sąsiada. Wmieszałem się w sprawę. Opryszek zwymyślał i mnie, gdy nagle u boków jego wyłonili się panowie Kułakowski i Osiecki.

– Czego pyskujesz, pętaku?
– Bo oni się ze mnie śmiali.
– Obrazili cię? – pytanie powinno było zastanowić Sierczyka.
– Nie... ale... – Nie dokończył, gdyż dostał w gębę, a potem raz drugi i dziesiąty, aż runął na ziemię zalany krwią.

– Bójcie się Boga! – zwróciłem się do Osieckiego. – Takie lanie za takie głupstwo?
– Toteż i wały były lekkie. Kości ma całe.

Tak oto doświadczyłem po raz pierwszy, jak przejawia się poczucie sprawiedliwości rządzącej przestępczym światem. Wśród „urków” rosyjskich panowały zapewne już wtedy gor-sze obyczaje. Dla więźnia z Pawiaka czy Mokotowa, osoba i własność towarzysza więziennej niedoli były nienaruszalne. Zasada druga: nie wolno zdradzać. Na tle tym rozegrał się rychło zabawny wypadek.

W pierwszych dniach grudnia wywołano nas na podwórze. Stanęliśmy w dwu rzędach. Po jednej stronie nieduży już oddział jeńców, po drugiej my, cywile. Przybywa trzech oficerów. Dwóch w mundurach rosyjskich, trzeci w nijakim. Czech chyba. Czytają nam odezwę Mikołaja Mikołajewicza, po czym wygłaszają górne przemówienia o braterstwie Słowian i nawołują do wstąpienia w szeregi armii ochotniczej, która, ramię w ramię z Rosjanami, przywróci wolność narodom uciśnionym przez „Germańca”. Ochotnicy... wystąp!

Z szeregu jeńców wojennych wysuwają się ze trzy dziesiątki chętnych. Wśród naszych jakieś poszepty, jakaś wymiana spojrzeń... i nagle przed front występuje dwunastka złodziejska na czele z panem Osieckim. Zespół to co lepszych zabijaków. Za parę godzin przybywa orkiestra wojskowa i wyprowadza „gerojów” w triumfalnym pochodzie.

– Jakżeż to? – pytam pana Józefa – wyłamali się panu? Rozprawiacie tak dużo o zdradzie...
– Niech pan poczeka. Zobaczy pan, co będzie. Jakoś, trzeciego dnia bramę koszar otwarto ponownie i „batalion” Osieckiego, z wodzem na czele, powrócił pod strażą uzbrojonych po zęby żołnierzy. Wódz miał rękę na temblaku, ten i ów utykał.

– Co się stało? – pytam tatuowanego Kazika.
– No, bo my poszli tylko tak, żeby tym draniom dać wyćwikę. Pierwszy dzień siedzieliśmy cicho, a drugiego wzięliśmy się za tych Słowianów. Poszło o żarcie niby to. Oni do nas z ku-łakami, a my za ławy i co tam było pod ręką. Oberwało się i nam, ale pięciu tamtych zabrali do szpitala. Ja u Moskali ani u Austriaków nie służyłem; ale jakbym raz przysiągł na wierność to amen.

Występ niedoszłych ochotników sprawił niezawodnie; że pewnego dnia kazano nam zabierać się w drogę. Cel niewiadomy. Gdy więc znaleźliśmy się za miastem, powraca dawna pogłoska o pieszej, etapowej wędrówce aż w głąb Siedmiorzecza. Nie mija jednak kilka godzin, a zawijamy pod mur zaopatrzony wymownym napisem: Dyscyplinarna Rota.
Karne miejsce otaczał tym razem wysoki mur, a rządy w zakratowanych barakach sprawowali surowy oficer, pop o fałszywych oczkach i olbrzymi wąsaty sierżant. Budynek, do którego nas po rewizji wpuszczają, zamyka się za nami na głucho. Sale są, mimo tego, obszerniejsze i jaśniejsze niż w porzuconych koszarach. Jak się dowiadujemy, pustująca rota była do wybuchu wojny pełna. Więźniowie poszli na front odrabiać winy bagnetem. Sierżant, jak i jego podkomendni, są raczej zadowoleni z naszego przybycia. Myśl, że i oni musieliby walczyć za cara przestaje ich na jakiś czas nękać.

Kazamata składa się z dwóch sal. Ma to swoje zalety, gdyż szajka usadawia się w jednej, a my w drugiej. Porządki w rocie były nieco inne niż w Taszkiencie. Życiowo nieźle. Dwa, trzy razy w tygodniu wywoływano chętnych na roboty. Zgłaszali się wyłącznie jeńcy cywilni. Tamci woleli grać w warcaby, opowiadać więzienne historyjki, urządzać śmieszne gry. Na robotach jak i wewnątrz więziennego muru dyscyplina byle jaka. Podpłaceni przez nas strażnicy biegają do pobliskich sklepów na posyłki. Na podwórzu zaś, atleta Pokój urządza szkółkę zapaśniczą i poucza strażników, jak zakładać podwójnego nelsona. Wiemy już, że nasz „arec” (zapaśnik) jest ulubieńcem straży, lecz trudno nam pojąć, dlaczego od pewnego czasu Pokój znika co wieczór i pojawia się dopiero po północy. Nie mija tydzień, a zagadka wyjaśnia się.

– Występowałem w taszkienckim cyrku jako „czarna maska” – opowiada chluba kazamat.
– Chadzałem tam co wieczór z sierżantem, naciągałem na łeb czarną pończochą i kładłem tych byków jednego po drugim.
– Zdemaskowałeś się w końcu?
– Nie. Musieliśmy przerwać tę zabawę. Pop nasz widocznie coś zwęszył i zagroził sierżantowi donosem. Aranżer zapasów oświadczył publiczności, że mistrz walczący pod czarną maską został zaproszony do Bombaju na mistrzostwa świata.
– Ale pan chyba nieźle zarobił?
– Co oni tam płacili to ja nie wiem, bo pieniądze zabierał sierżant. Mnie odpalał pięć rubli za występ.
*
Przy rozstaniu, pan Józef daje mi wyraz swoistej wdzięczności.
– Panie Ferdynandzie, nie wiem, co tam ze mną będzie, ale ja się chyba urwę z tego transportu. Gdybyś pan po tej wojnie miał w Warszawie z kimś na pieńku, to niech się pan do mnie zwróci, a ja faceta unieszkodliwię.
– Przypuśćmy. Ale jak pana znaleźć?
– Przyjdzie pan na Wolę, koło tych Gore, zawoła pierwszego lepszego łobuziaka i powi mu: prowadź do pana Józefa.
– Może tak przecież zrobić i ktoś niekoniecznie panu miły.
– Ech, chłopiec tak pana podprowadzi, że ja wcześniej pana zobaczę niż pan mnie.

Szczera na pewno oferta nie była pozbawiona przechwałki. O dalszych losach pana Józefa i jego drużyny nic mi nie wiadomo. Romantyczny herszt pozostawił jednak tak silny ślad w mej pamięci, że po latach ośmiu miałem go ciągle na oczach, gdy pisałem opowieść Samson i Dalila.
Gdym z walizką w ręku mijał rogatkę Taszkientu, zdawało mi się, raz ostatni w życiu, że świat do mnie należy. Otwarte przede mną dni okazały się jednak trudniejsze od więziennych. Losem swym musiałem odtąd kierować sam.
*
Podczas wojny życie na dalekim zapleczu bitew staje się podobne do bajki. Swoisty mu pośpiech i hasło carpe diem skłania do poczynań, które można by nazwać nierealnymi, gdyby nie to, że realizmem w takich okolicznościach jest właśnie fantastyka. Sugestia tego splotu jest silna, a siła wspomnień nieprzemijająca. Tak więc i w egzotycznym Turkiestanie, odległym od wojennych zdarzeń o tysiące wiorst, wszystko co fantastyczne zdawało się być logiczne.
Czas w chwilach przełomowych bieży szybko i z dnia na dzień zmienia się świat. Gdym przeto wrócił z ponurych kamyszy Dżunusz Kała, musiałem na nowo uczyć się Taszkientu.

Jaracza już nie zastałem. W liście wysłanym z Moskwy chwalił sobie Polonię tamtejszą, że to niby coś na podobieństwo porzuconej Warszawy. Jest teatr, są wydawnictwa, fundusze i za-pomogi – <będziesz mógł sobie pisać >. Nie pojechałem. Instynkt, jak się okazało trafny, podszeptywał mi, że najlepszą szkołą dla pisarza jest trudne życie; a tego, po doświadczeniach w Dżunusz Kała, spodziewałem się w Turkiestanie więcej niż w przelotnym gniazdku literackim w Moskwie.
*
Motywy używane przez Turkmenów w dywanach są nieliczne i powściągnięte do kształtu tak nieraz rygorystycznego, że można by przyłożyć do nich linię. Zarys wyobrażający świątynię na klęczniku z grupy „teke pende”, to na pół abstrakcyjna wizja artystyczna. O rysunku dywanów rozstrzygali mężczyźni; w haftach rządziły się kobiety. Stąd większa ich swoboda, kolory i rysunki nieraz żywiołowe.

Taki to właśnie haft nabyłem u Taliba, jeden z pierwszych mojego późniejszego zbioru. Barwność tkaniny oszołomiła mnie, choć był to całun podobno.

– Kto to robi? – pytam, zdumiony ilością i gęstością węzłów.
– Kobiety – odpowiada od niechcenia. – Dwie albo trzy.
– Parę lat chyba.
– Całe życie.

Sztuka rodzi się z potrzeby twórcy. Tak też i te kobieciny, zamknięte w haremie, przeka-zały tkaninie swej wszystko, co było marzeniem i treścią ich żyda. Co się z ich dziełem stanie, kto się nim zachwyci – nie dbały. Haft był czymś podobnym do śpiewu w samotne godziny.
*
Szarańcza... Wiosną 1917, w przededniu przewrotu kwietniowego a zarazem okresu straszliwej suszy, jeńcy donieśli mi, że w trzcinowisku przyrzecznym wyroiło się jakieś czarne robactwo. Przeprawiam się na jedną i drugą wyspę oblaną rękawami rzeki i spostrzegam, że młode, zielone jeszcze pędy trzcin są dosłownie pożerane przez ciemne pędraki. Przeglądam u nauczycielki leksykon. Jest to szarańcza w pierwszej fazie przed oskrzydleniem. Wiedząc, że w Taszkiencie znajduje się urząd zwalczania szarańczy, posyłam tam gońca z żądaniem, aby natychmiast przysłano ludzi zaprawionych do walki z plagą. Mija jednak dzień za dniem, wylęg rośnie niesamowicie, a stamtąd słowa odpowiedzi. Przystępuję więc do walki na własną rękę. Większość obszaru za wsią porasta wyschła i gęsta trzcina. Najprostsze byłoby podpalić ją w kilku miejscach, lecz wywołany pożar mógłby zagrozić wsi. Poprzestaję zatem na podłożeniu ognia w trzech wyspach oblanych rzecznymi rękawami. Zaczynam od najdalszej. Obawy moje były uzasadnione, gdyż słup ognia bije nocą w niebo i trwoży wieś.
Ostatnią wyspę podpalamy za dnia, a ja spieszę nad wodę, by ujrzeć skutki pożaru. I oto widzę dziwne zjawisko. Robactwo uchodzące przed ogniem gromadzi się na cyplu wyspy i two-rząc żywy most przez wodę, usiłuje przeprawić się na bezpieczny brzeg. Czarna wstęga nie może jednak dotrzeć do zbawczego celu, gdyż woda dokoła żywego mostu kipi po prostu od ryb. Największym przecież ich przysmakiem jest szarańcza, uskrzydlona czy też nie. Ocalałe robactwo po tygodniu znika. Uskrzydliło się w jedną noc i poleciało chmurą siać zniszczenie gdzie indziej.
Teraz dopiero przybywają fachowcy z Taszkientu. Wałęsają się po pogorzeliskach, ganią to i owo, pouczają, że należało okopać rowami zarażony obszar, spędzić do nich szarańczę i zasypać ją ziemią. Kto miałby to zrobić – nie wiedzą. Z dzienników dowiadujemy się, że niepamiętny od wielu lat wylęg szarańczy objął cały wschodni Turkiestan. Przechodzi tydzień i dwa i już się zdaje, że uskrzydlona szarańcza ominie naszą kotlinę. Tymczasem, jednego wieczoru pojawia się na zachodzie niezwykły obłok. Raz niemalże go nie widać, raz jest zwarty i czarny.

...Leci!... wołają ze wsi. Kto żyw wybiega na swoje pole uzbrojony w blaszany czy drewniany gar, pokrywę i pał-kę. Dudnią długo i ogłuszająco. Dzieciaki wsiowe dmuchają w gwizdki i fujary. Szarańcza, jak wiadomo, boi się hałasu. Chmura zatacza koło nad wsią, opada na trawniki i krzaki głównego koryta rzeki. Siadam na konia i pędzę. Po drodze dobiega mnie łomot skrzydeł. Patrzę w górę... bociany. Nie zliczyć ich. Paręset chyba. Już siadają na rojowisku i młócą pracowicie dziobami obślizgłą masę. Za nimi szpaki, całymi kupami. Przebiegła ptaszyna nie zżera całego owada, jak czyni to wróbel, wysysa móżdżek tylko. Tu pracuje tym skuteczniej, że w pobliżu ma wodę i może przepłukać sobie gardziołko. Zdarza się przecież, że w miejscach su-chych kleista ciecz zalepia gardło szpaka i łowca pada uduszony.
Przyglądam się tym morderczym biesiadom aż do głębokiego mroku. W środek rojowiska dostać się nie mogę, gdyż koń odmawia posłuszeństwa.

Wracając do obozu rozmyślam nad tak zwanymi przesądami ludu. Bocian i szpak jest zaliczany przez włościan całego chyba świata do ptaków sakralnych. W Persji do niedawna groziła kara śmierci za zabicie szpaka.
*
Chodziło mi nie tyle o widowisko, ile o poznanie komisarza Fi-gielskiego. Ten uśmiechnął się znacząco usłyszawszy, że stoję na czele PPS-FR. Nie bacząc na posiedzenie, poprosił mnie do swego gabinetu. Po kilku minutach zauważyłem, że jest nznużony odpowiedzialnością i jak gdyby zniechęcony wysokim a nieoczekiwanym stanowiskiem.
–Ja proszę pana nie myślę długo tego piastować. Nim ustąpię, chciałbym jednak skreślić zarys konstytucji turkiestańskiej republiki. Nie widzę niestety ludzi, którzy mogliby to za mnie uczynić. Fantastyczne czasy... Czy pan wie, że w pracy nad konstytucją pomaga mi paru waszych jeńców, prawników z Galicji?

Kim byli doradcy Figielskiego, nie pytałem. Przypuszczam, że jednym był znany mi adwokat Drozdowski, który w czasie rewolucji sprawował funkcje sędziego kryminalnego. Za-pytany przeze mnie, na jakim kodeksie się wzoruje, odpowiedział, że na jedynym, który zna, to jest na austriackim.

Figielskiego spotykałem jeszcze parokrotnie i to w coraz większej rozterce. Huragan rewolucyjny miotał nim z miejsca na miejsce, z zadania na zadanie. Tak więc spotkałem go jednego dnia na troickim trakcie. Wypoczywałem właśnie w czajchanie, gdy od miasta podjechał oddział zbrojnych z Figielskim na czele. Kiedy mnie ujrzał, zsiadł z konia i spoczął obok.

– Dokąd to? – pytałem.
– Ach, panie! Ścigamy tego Madamina. Miał się tu gdzieś pojawić.
Śmieszne to przedsięwzięcie, pomyślałem, gdy matematyk usiłuje schwytać syna stepu.
– Czy, drogi panie, nie zabrnął pan za daleko? – spytałem.
– Może i tak. Ale wycofać się nie sposób. Było to ostatnie nasze spotkanie. Figielski, owszem, spisał konstytucję nowej republiki, rada ją uchwaliła, lecz nie zdołała wprowadzić w życie, gdyż odnośny akt znalazł się rychło na bruku Taszkientu wraz z ciałem jej autora.

Czy to przypadek, że wszystkie te typy są Żydami?


HAJDAMAK, KAŁMUK, CHAZAR i POMNIKI CZYNGIS-CHANA

Gdy Zełenski wyciął Polakom numer z „Bohaterami UPA”, mówili o wszystkim tylko nie o tym, że za akcją nie stali czciciele UPA, lecz otoczenie żydowskiego żula z Krzywego Rogu. Tu przypomnijmy, że Majdan został wywołany przez światowe żydostwo, które nie zwracało uwagi na to, że w przewrocie biorą udział neonazistowskie oddziały szturmowe, którymi przewodził syn Romana Szuchewycza, mordercy Żydów, i że wyśpiewywali: „Smert’ moskowsko-żidiwskij mafii”.

Gdy do rangi bohaterów wynieśli rezunów z UPA, którzy wyrzynali Żydów i byli najokrutniejszymi strażnikami w niemieckich obozach zagłady, milczeli Żydzi i milczał Izrael. Z bojcami neonazistowskich sotni spotkali się kongresmeni, mimo iż ci noszą niemieckie mundury i hełmy oraz witają się ‘Sieg Heil’, a powołał je autor manifestu głoszącego: „Przesłaniem Ukrainy jest przewodzić Białym Ludziom na całym świecie w ostatecznej krucjacie przeciw podludziom, na czele których stoją Semici”.

Gdy z okazji rocznicy śmierci Romana Szuchewycza ulicami Lwowa przeszedł marsz, lobby żydowskie milczało. A był to marsz ku czci składającej się z ukraińskich ochotników dywizji SS Galizien, która podlegała Waffen SS i mordowała Żydów. Milczał też konsul RP we Lwowie, a dywizja ta spaliła żywcem tysiąc kobiet i dzieci w Hucie Pieniackiej. Gdy parlament ukraiński uczcił minutą ciszy odpowiedzialnego za wymordowanie 50 tysięcy Żydów Symona Petlurę, naczelny rabin Ukrainy oświadczył: „Mianowanie na premiera ukraińskiego Żyda jest dowodem na to, że antysemityzmu na Ukrainie nie ma”, a Ukraiński Kongres Żydów wydał oświadczenie: „Na Ukrainie nie ma antysemityzmu”.

Gdy premierem został Wołodymyr Grojsman, podkreślali: „Przeszedł do historii. Jest pierwszym żydowskim premierem Ukrainy dotychczas mocno tkwiącej w psyche Żydów, jako kraj antysemitów i pogromów”. Gdy w mediach amerykańskich ukazały się zdjęcia ukraińskich żołnierzy z nazistowskimi naszywkami na mundurach, szef Ligi Antydefamacyjnej ripostował: „Mimo iż niektórzy Ukraińcy używają symboli nazistowskich i mimo ich podziwu dla Bandery, nie obawiam się, że kraj przejmą antysemici. W wyborach zwyciężył Zełenski, jako pierwszy w tym kraju żydowski prezydent”.

Z pomocą pospieszyła matka Wołodymyra Grojsmana – wymyśliła termin „Żydobanderowcy”. A miała na myśli nacjonalistów żydowskich, którzy wybaczyli nacjonalistami ukraińskimi unicestwienie swoich ziomków, którym nie przeszkadzają czciciele Bandery, byle tylko nie rzucali hasła „Ukraina dla Ukraińców” i zamiast nienawidzić Żydów nienawidzili Rosjan i Polaków. No i żydowskim niedobitkom na Ukrainie nie pozwalają powiedzieć o banderowcach złego słowa, bo wiedzą, że są znakomitym materiałem na potrzeby dywersji wobec Rosji.

Jest jeszcze inny powód popierania tych, których do niedawna winili za nazistowskie okropieństwa. Gdy chodzi o geszeft (czyli bezlitosny rabunek tego, co jeszcze na Ukrainie do zrabowania pozostało), nie mają żadnych skrupułów i gotowi są na najbardziej plugawe postępki, w tym kolaborację ze swoimi katami. Chodzi także o strach przed bojcami z nacbatów, którzy w razie klęski na froncie będą chcieli skrócić ich o głowę.

Podsumujmy zatem: Ukrainą nie rządzą banderowcy, ale żydobanderowcy. Ukraiński nacjonalizm to ideologia na czas wojny i globalistyczny zamysł. I nie ważne, komu stawiają pomniki. Ważne, że Ukraina ma żydowskiego prezydenta.

Polakom napluł w twarz nie tylko Zełenski. On wie, że może z Polakami robić, co mu się żywnie podoba, bo ma w Polsce potężne żydobanderowskie lobby i wpływową V kolumnę, która korzysta z każdej okazji, by Polsce zaszkodzić i która w pluciu na Polaków prześciga nawet jego samego. Wie też, że w Polsce ma prożydowski i proukraiński rząd i równocześnie prożydowską i proukraińską opozycję.

Gdy na antenie żydowskiego radia dla Polaków łgał Andrzej Szeptycki: „UPA to była formacja, która walczyła o niepodległość Ukrainy. To byli tacy trochę ukraińscy żołnierze niezłomni”, i gdy ostro zareagowała Dorota Gawryluk z Polsat News, w obronie Szeptyckiego stanął dr Kazimierz Wóycicki – przekonywał, że „Polacy na Wołyniu też nabijali Ukraińców na widły” i że „podczas II wojny światowej Polacy wymordowali 300 tysięcy Żydów”. Wóycicki to autor tendencyjnych publikacji na tematy polsko-niemiecko-żydowskie, utrzymywany przez niemieckie fundacje, nagrody i krzyże zasługi. Działa w sponsorowanym przez Fundację Adenauera Centrum Studiów Międzynarodowych, założonym przez Eugeniusza Smolara, brata prezesa Fundacji Batorego założonej przez George’a Sorosa. Smolarowie podchodzą z żydokomunistycznej rodziny: Ojciec Hersz był hersztem żydowskiej sekcji PPR i zarzucał Gomułce opór wobec repatriacji Żydów z ZSRR i upieranie się przy monolityczności etnicznej Polski.

Na stronie Fundacji ukazało się „Wspólne oświadczenie polskich i ukraińskich organizacji, działaczy i działaczek społecznych”. Samo oświadczenie jest monotonne i nudne. Niezwykle natomiast ciekawa jest lista sygnatariuszy. Oprócz kilkudziesięciu organizacji żydowskich, mamy na niej Związek Ukraińców w Polsce i kilkanaście innych organizacji ukraińskich. Nawiasem mówiąc, z czymś podobnym mieliśmy do czynienia, gdy żądali wycofania ze sprzedaży książki Wojciecha Sumlińskiego – do protestu 100 organizacji żydowskich dołączyło kilkanaście organizacji ukraińskich.

Zapowiadając  w TVP Info odcinek programu „Niebezpieczne związki”, Dorota Wysocka-Schnepf zestawiła ukraińskie ludobójstwa na Polakach z nacjonalizmem polskim: „Dziś krewcy nacjonaliści po obu stronach granic znów rwą się do zwarcia. Też nacjonalizm – polski – wzniecał czystki na naszych sąsiadach”. Już sam dobór gości programu był dowodem na jego antypolski wydźwięk: Jarosław Kurski (były naczelny „Gazety Wyborczej”), Jacek Czaputowicz (były szef MSZ)  i Michał Bilewicz (kierownik Centrum Badań nad Uprzedzeniami). Wszystkich połączyło wsparcie dla prezydenta Ukrainy w sporze z prezydentem Polski.

Michał Bilewicz z troską pochylił się nad traumą bandytów z UPA: „Na pewno ta cała debata jest w bardzo dużym stopniu ukształtowana przez takie polskie przekonanie o tym, że jesteśmy narodem ofiar, dostrzegającym wyłącznie swoje własne cierpienia. Nie zostaje jakby tej przestrzeni na uznanie tego, że inne narody mogły doświadczyć podobnych zbrodni”. Stanął też po stronie Szeptyckiego: „Wiecie co? Chcę żyć w Polsce ministra Szeptyckiego, a nie Doroty Gawryluk”. Stanął też po stronie  „ministry” kultury, bo przekazała 50 mln zł na projekt „Żydowskie Dziedzictwo Kulturowe”.

Wśród gości Schnepficy wyróżniał się Jarosław Kurski. To autor „listu” do Zełenskiego, kwintesencji tego, co nazywamy zaprzaństwem. „Bracie, piszę do ciebie jako obywatel i jako Polak. Robię to w rozpaczy, w poczuciu, że reprezentujący mój kraj politycy cynicznie nakręcają spiralę nienawiści między naszymi narodami. Relacje z naszymi bratnimi narodami stały się zakładnikiem skrajnych nacjonalistów, małych figur szafujących wielkimi słowami, jak: „Polska”, „honor” czy „godność”. Musisz wiedzieć, że urzędujący w Polsce prezydent reprezentuje środowiska narodowe i ultraprawicowe. A te budują swoją polityczną agendę na ksenofobii, na pogardzie wobec obcych, na sianiu nienawiści. Wobec imigrantów, wobec Niemców, wobec Ukraińców (…) Polakom i Ukraińcom potrzebny jest sojusz wojskowy, do którego powinni także dołączyć Niemcy. Sława Ukrajini! Herojom sława!”.

Jacek Czaputowicz całą winę zwalił na Polskę. „Były też inne aspekty działania tej formacji i w związku z tym po prostu Ukraina uznała, że może to zrealizować, bo Polska prowadzi politykę i tak już nieprzyjazną. (…) prezydent sam jeszcze przez rok nie był w Kijowie. Ciągle nakręca te nastroje antyukraińskie, ciągle coś wygraża, ciągle mówi, że nie zgodzi się na członkostwo Ukrainy w UE. Ukraina powiedziała: dość, nie życzymy sobie tego typu działań. Więc podjęła taką decyzję. Okazało się, że z jej perspektywy słuszna, bo nas po prostu ośmieszyła”. Gdy został ministrem, portal TVN24 pisał: „O takich jak on zwykło się mówić, że ma w życiorysie piękną, opozycyjną kartę z czasów komunizmu”. Tymczasem na studiach (zaocznych) był pod opieką Jana Lityńskiego z KOR. Działał w Ruchu Wolność i Pokój, w którym roiło się od działaczy „lewicy laickiej”. Do swych dyplomatycznych sukcesów zaliczył „wyciągnięcie z głębokiego kryzysu stosunków z Ukrainą” – poddając się naciskom Kijowa zablokował pokaz filmu „Wołyń”. Przerażały towarzyszące temu słowa: „Starałem się unikać prymatu interesu narodowego”. Polazł też do mediów Michnika tylko po to, żeby powiedzieć: „Polska prowadzi wobec Ukrainy politykę hien i szakali”.

W ukraińskojęzycznym kanale Slava TV głos zabrał Michał Broniatowski: „Każdy polski polityk, który podważa prawo Ukrainy do tworzenia patriotycznych mitów, które pomagają żołnierzom, to wtrącanie się w wewnętrzne sprawy Ukrainy”. To sługa wielu panów. Dziś dyrektor TVP World. W 1985 r. pracownik agencji Reuters i dyrektor jej przedstawicielstwa w Moskwie. Był też wiceprezesem rosyjskiej agencji informacyjnej Interfax i członkiem Rady Nadzorczej Onet oraz TVN. Dyrygował polską edycją amerykańskiego miesięcznika „Forbes” oraz tygodnikiem „Newsweek” (wchodzącym w skład koncernu medialnego Axel Springer). To modelowy przedstawiciel rodu o bogatych żydokomunistycznych tradycjach. Jego ojciec, funk Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy przywędrował do Polski w taborach dywizji NKWD, został dyrektorem Centralnej Szkoły Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Łodzi, a następnie szefem Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa w Warszawie. I jeszcze jedno – to on zatrudnił Natalię Panczenko, która zasłynęła z pogróżek, że „na terytorium Polski zaczną się walki, podpalenia sklepów, domów”.

Prawdziwą żydobanderowską gwiazdą w Polsce jest Paweł Kowal. Jako eurodeputowany, głosował przeciw rezolucji potępiającej nadanie Banderze tytułu „Bohatera Ukrainy” i rezolucji uznającej zbrodnie UPA za akt ludobójstwa. Gdy sprzeciwił się podobnej uchwale Sejmu, uzasadnił to: „Ukraińcy muszą dojrzeć do samooceny tak, jak Polacy dojrzeli do samooceny w Jedwabnem”. Karierę rozpoczął w Kancelarii Lecha Kaczyńskiego. Później przerzucono go do MSZ, które już za Geremka dostało się w łapy dzieci i wnuków działaczy Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy oraz potomków ukraińskich rezunów. Gdy okazało się, że WSI nadała mu pseudonim „Pallad”, wycofał się dyskretnie z MSZ i z PiS, a najbardziej przerażało, że w nowym Sejmie został przewodniczącym Komisji Spraw Zagranicznych, i oświadczył: „Dla mnie nie ma, jeśli chodzi o kwestie wojskowe, różnicy pomiędzy interesem Polski i Ukrainy” oraz zaproponował: „Powinna powstać ustawa, która zmusi Polaków do tego, żeby pojechali na front na Ukrainę”. Kowal jest spokrewniony z Heleną Łuczywo, wieloletnią zastępczynią Adama Michnika, wnuczką płk. Ferdynanda Chabera (funkcjonariusza Centralnego Biura Kontroli Prasy MBP i kierownika Wydziału Propagandy KC PPR), której córka Łucja Koch jest szefową Działu Edukacji w Muzeum Polin.

Ciotka Kowala w roku 2002, 2004 i 2005 notowana była na liście najbogatszych Polaków. A jaki to ma związek z Żydobanderowcami? Otóż, gdy z Dzikich Pól do Tel Awiwu tranzytem przez Warszawę zbiegł (ze 100 milionami dolarów) Timur Mindycz, pojawiło się podejrzenie, że nasi Żydobanderowcy, w tym Kowal musieli w tym mieć jakiś udział, bo zajmuje się „pomocą” dla Ukrainy, która jest niczym innym, jak pomocą dla żydowskich oligarchów, dzielących się ukradzionymi pieniędzmi z Izraelem. Ale nie tylko – także z darczyńcami z Polski. Hipotezę taką wzmacnia to, że gdy Timur ukradł 100 milionów, Radek Sikorski natychmiast przelał z konta MSZ do Kijowa też 100 milionów. I tu pytanie: Czy Kowal nie dlatego został pełnomocnikiem do spraw odbudowy Ukrainy, bo chce – śladem cioci – doszlusować do elity finansowej kraju?

Przepytywany na okoliczność sytuacji na Bliskim Wschodzie, Konstanty Gebert (od kilku lat obywatel Izraela) obiektywizm udawał niezdarnie. Gdy dziennikarz skonstatował, że „obecnie wielu ludzi na świecie podziela pogląd, że będący krajem postkolonialnym Izrael nie ma prawa bytu w obecnej formie”, odparł: „Większość państw ma dokładnie taką samą genezę. Na przykład Polska w drodze militarnej agresji przyswoiła sobie 1/3 swojego obecnego terytorium, wypędzając 3 miliony Niemców i 500 tysięcy Ukraińców”.

„Ukraińcy mają prawo do swojej tożsamości, mają prawo do swoich grzechów, tak jak i my mamy do tego prawo” – to słowa Adama Michnika z wygłoszonej w Paryżu prelekcji o tytule „Dziś wszyscy jesteśmy Ukraińcami”. Żydobanderowcem nie jest tylko Michnik, ale cała „Gazeta Wyborcza”, która od lat zapewnia banderowcom osłonę medialną, która przeszła do porządku dziennego nad ideologią OUN, a równocześnie tropi wszelkie przejawy nacjonalizmu w Polsce. Powód jest prozaiczny – polityczne zadanie przyłączenia się do Majdanu, postawione przez Sorosa, wymagało „marginalizacji konfliktów historycznych” i partnera po stronie ukraińskiej. Zostali nimi żydobanderowcy.

Żydobanderowcem nie wydaje się być Radek Sikorski, mimo że wrzeszczał w Sejmie: „Nie upokarzajmy Ukraińców. Słowa o ludobójstwie mogą utrudnić zabiegi Ukrainy o przyjęcie do UE, co ma epokowe znaczenie, także dla Polski”. Podejrzenia wzbudzają jednak rodzinne koneksje Radka: Jeden stryj był funkcjonariusz naszpikowanego sowieckimi oficerami i założonego przez Sowietów do walki z antykomunistycznym podziemiem Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Drugi był politrukiem w tymże „wojsku polskim”. A to, w połączeniu z kałmuckimi rysami twarzy Radka, upoważnia do pytania: Skąd jego przodkowie przyszwędali się do Polski?

Zasadność pytania wzmacnia wypowiedź, w której zrównał gloryfikację Bandery na Ukrainie z czczeniem Czyngis-chana w Mongolii – Skoro Mongołowie mają swojego wielkiego wodza, to powinniśmy pozwolić Ukraińcom na kult ich wielkiego wodza i na włączenie Bandery do ukraińskiego panteonu narodowego. I mamy wszystko w jednym: Chazara, Kałmuka i hajdamaków Czyngis-chan. I czas też najwyższy powiedzieć: Dość – Polska nie może mieć ministra, który przebacza ludobójcom tylko dlatego, że w Mongolii są pomniki Czyngis-chana.

To dobrze, że zabierają głos. Bo bez tego trudniej byłoby nam zrozumieć, jak wielkie jest zagrożenie i jak mało dzieli nas od katastrofy. I dlatego pytajmy: Jak to jest, że pojawiają się wszędzie tam, gdzie pojawia się interes Ukrainy i naruszany jest interes Polski? Jak to jest, że ostentacyjnie i bezczelnie, zawsze i wszędzie reprezentują punkt widzenia wrogów Polski? I wreszcie: Czy to przypadek, że wszyscy są Żydami?

Krzysztof Baliński

https://dakowski.pl/

wtorek, 21 lipca 2026

Ferdynand Goetel - "Patrząc wstecz" wypisy 1


„Pamiętam w latach 1900 do 1904 jedno podwórko krakowskiej kamienicy otoczone gankami oficyn zamieszkałych przez biedotę drobnomieszczańską. Kamienica miała trzy piętra, a na każdym z nich królowały, na gankach zwłaszcza, nieznośne i awanturnicze chłopaczydła. <Andrusy>, jak mówił front kamienicy. Było tego z jaki dziesiątek, w jednym prawie wieku.

Wszyscy chodzili do gimnazjum, choć w domu brakowało nieraz grosza na najniezbędniejsze potrzeby. Uczyli się... różnie i kapryśnie. W niektórych przedmiotach wyskakiwali ponad poziom, w innych zbierali dwóje. Na stole ich leżała nieraz nowo wydana książka obok procy, szczerbatego scyzoryka czy drumli. Zwoływali się świstem, który przyprawiał o atak nerwowy wszystkich lokatorów, a do wściekłości doprowadzał <strugola> (dozorcę). Świst bywał zwiastunem okropnego harmideru, tupotu nóg, krzyku i nieraz trzasku wypadających szyb. Bywały większe bezeceństwa, zaczepki porządnych ludzi, strzały nawet i wybuchy zagrażające bezpieczeństwu publicznemu. Bywały i napady zbrojne z kijami, nożami i zepsutym, ale ogromnym pistoletem na powracające ze szkól dziewczęta. Bito się też gęsto miedzy sobą. Do guzów i do krwi. Bójki były przeplatane naradami pełnymi namaszczenia i powagi, rozprawami fantastycznymi a gorącymi, namiętnymi dyskusjami i wylewem uczuć przyjacielskich, patriotycznych, społecznych, raz zapalczywymi i zuchwałymi, to znów smutnymi i pełnymi melancholii.

Klan kamienicznych łobuzów miał bratnie organizacje w innych punktach miasta, na przedmieściach zwłaszcza, Dębnikach, Grzegórzkach, Zwierzyńcu. Wszyscy stanowili jakąś gwardię anonimową, która dzierżyła prym nie tylko na swoich podwórzach, ale i na boiskach, na wzgórzach Krzemionek i Panieńskich Skałach, na szkolnym korytarzu i w ulicznej awanturze. Miała swe <chody> i swe <stosunki>. Wiedziała, kiedy szykuje się pochód demonstracyjny i umiała wśliznąć się na wieżę katedralną, aby (wyrżnąć w Zygmunta>.

Pedagodzy i <sfery wychowawcze uważały tę zgraję za element <stracony>. Dziś, gdy przypominam sobie dziesiątkę z mojej kamienicy, nie mogę doliczyć się tylko paru. Dwu jest prokuratorami, jeden kustoszem muzeum, jeden wybitnym leśnikiem, jeden profesorem szkoły akademickiej, jeden poważnym handlowcem, jeden zginął <honorną> śmiercią w wyprawie górskiej... no i jeden jest literatem. Jak na biednią kamieniczkę krakowską – niezły plon.

Czasy były to dziwne i nikt nie wytłumaczy, skąd się wzięła gorączka kształcenia dzieci, która ogarnęła Galicję, na przełomie XIX wieku. Nie było jednak wtedy dość biednego człowieka, który by nie miał pasji wypchania syna do gimnazjum, do matury i dalej, jak się tylko dało. Ideały przyświecające temu pędowi były może powszednie, boć ma-rzenia rodzicielskie kończyły się na zdobyciu dla potomka posady urzędniczej, kościelnej, w najlepszym razie profesorskiej. Wśród chłopców przeznaczonych z góry na urzędniczych szaraków, zdarzały się jednostki tęgie i bujne i szły samopas od najwcześniejszych lat, zrazu w szkole łobuzerskiej próby wierności i przyjaźni, później w ruchu oświatowym, socjalistycznym i niepodległościowym, wreszcie zygzakiem przygód osobistych i wojennych, ku wyżynom ży-cia, o jakich się nie śniło pokoleniu wychowawców. Bieda, z której wyrośli, nauczyła ich pro-stoty i przestawania na małym, bruk uliczny, wzgórza i lasy wpoiły im w krew wolność, stare i szlachetne mury Krakowa – umiłowanie tego, co wyrasta ponad codzienność. Z bujnej młodości wyrosła pasja pracy, podsycana nieustannym twórczym niepokojem.

Młoda ta gwardia, nawet gdy sobie nie znana, umiała po latach poznać się i porozumieć paru słowami, uśmiechem, uściskiem dłoni, aby na nowo utworzyć gwardię dojrzałych i świa-domych swych dążeń ludzi.”
*
Pojęcia intelektualizmu wówczas tak jak nie znano. Uczuciowe pobudki powodowały uległość modnym nastrojom. Nastrojem takim, przeniesionym na fali niemieckiej muzyki i nordyckim demonizmów, był „Weitschmerz”, czyli tragiczna zaduma nad nicością tego świata.

Zważmy przecież: z utworów Sienkiewicza ceniono w tamte lata nie Trylogię czy Quo Va-dis?, lecz Bez dogmatu. Panna Mery Tetmajera, że to skończyła samobójstwem. Doktor Judym, że to wyrzekł się Joasi, Anzelm z Róży, że go „nikt nie wołał” – zawojowali wyznawców weltszmercu. Gdy zaś młodzian obdarzony potężnym barytonem ryknął na popisie „Ich grolle nicht” Schumanna, wprawiał w drżenie serca kobiece i stawał się bohaterem dnia. Napominanie o samobójstwie należało do najbardziej skutecznych zabiegów jednania panienek i dam.

Byłem zbyt młody jeszcze, aby mnie dopuszczano do rozpraw nad wltszmercem, Björn-onem, Kierkegaardem, niech by i Hymnami Kasprowicza. Skoro jednak z takim przejęciem rozprawiali o tym starsi, uznałem, że muszę zaznaczyć swoje w tej sprawie stanowisko. Zakochawszy się zabójczo w czternastoletniej rówieśniczce, zapędziłem się aż na Wysoki Zamek z zamiarem popełnienia samobójstwa. Pod płaszczem ukryłem ogromny pistolet po dziadku. Zaszyłem się w krzaki i wystrzeliłem „na próbę” jeden z trzech naboi nie wystrzelonych na wojnach generała Radeckiego. Przerażony hukiem i dymem, pierzchłem do domu oglądając się na każdego policjanta.

Czy mogę dziś powiedzieć, że połknięta w tych czasach trutka weltszmercu przeminęła bez śladu? Chyba nie. Smutek tak charakterystyczny dla ówczesnego młodego pokolenia, które miało pełne prawo nazywać się postępowym, nie mógł być podyktowany jedynie narzuconą z zewnątrz modą. Zawodna to rzecz, gdy się przerzuca mosty w dalekie dni. Może jednak być, że w smutku młodych pionierów postępu, czaiło się przeczucie tego, co miało nastąpić w późniejszych o wiele latach.
*
Z elity tej, bo trudno ją nazwać inaczej zważywszy jej ambicje i dociekliwość, część tylko wytrzymała próbę czasu. Najbliższy mi Staszek Samek, chłopiec bardzo wrażliwy i o głębokich zamysłach, odebrał sobie życie w czasie pierwszej wojny. Franek, zdolny chemik, zaplątał się w nieszczęsną aferę masek przeciwgazowych i opuścił niepodległą już Polskę. Najstarszy w naszym gronie i wybitny już geolog, Wiktor Kuźniar, uległ katastrofie psychicznej.Znany już za granicą, wyróżniany przez słynnego geologa Lugeona, wyjechał na dopełnienie studiów do Paryża. Powrócił tak urzeczony urokami paryskiego środowiska, tak obezwład-niony ciężarem kultury zachodniej, że nie zdołał się już nigdy odnaleźć. Wypadek to nie tak rzadki, jak się sądzi. Gdym go po powrocie odwiedził w Zakopanem, gdzie przebywał chcąc ukończyć pracę o tektonice Tatr, siedział za stołem wpatrzony z lubością w namalowaną przed chwilą akwarelę. Na ścianach izby nie widać było wykresów geologicznych, a tylko reprodukcje z Luwru, szkice kawiarń paryskich, fotografię grobu Napoleona pod kopułą Inwalidów. Lubiany przez wszystkich „Wika”, przez parę lat prezes Eleuterii, rzecznik powściągliwości i silnej woli, skończył jako alkoholik. Brat jego Czesław dostał pomieszania zmysłów, gdy był dyrektorem Instytutu Geologicznego w Warszawie. Zetknięcie z szczytowymi zagadnieniami kultury może być nieraz niebezpieczne dla natur ku temu nie przygotowanych. Norwidowski „głupi Słowianin” korzysta na Zachodzie, jeśli przyswoi sobie jego sceptycyzm; lecz nie podniesie się nigdy, jeśli padnie plackiem przed wielkim ołtarzem kultury.

*
Rychło znalazł się nauczyciel, który miał odegrać dużą rolę w moim życiu. Był nim Jan Ptaśnik. W klasie siódmej objął po Krywulcie historię. Uczony dużej rangi już wówczas, upatrzył we mnie coś w rodzaju swego asystenta; nie do historii politycznej, lecz kulturalnej. Podsuwał mi doskonałe książki i co kilka tygodni kazał z nich zdawać tak zwaną prywatną lekturę. Mało tego; zorganizował coś w rodzaju popołudniowego uniwersytetu szkolnego. Kilkakrotnie powierzył mi tam wykłady, sam zaś siedział w ławkach, obok mych kolegów. Wszystko niemal co wiem o Egipcie, Grecji, Rzymie i Włoszech zawdzięczam mądrej ręce kierowniczej Ptaśnika, późniejszego profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Wreszcie, niezapomniany Sylweriusz Saski. Uczył rysunków i akwareli. Kiedyś był obiecującym pono malarzem. Niektórzy utrzymywali nawet, że wybitnym, bo jakżeż mogło być inaczej, skoro był uczniem Matejki. Z pracowni mistrza wyniósł w każdym razie umiejętność nauczania, zaś cygańska młodość pozostawiła po sobie poczucie humoru. Nie wiem, kiedy i w jaki sposób pan Sylweriusz stał się właścicielem sporej knajpy na ulicy Karmelickiej. W wolnych chwilach od zajęć szkolnych można go tam było zastać, nie za ladą broń Boże, lecz pod własnoręcznie namalowanym obrazem z dawnych jeszcze, matejkowskich lat. Nigdy nie zapomnę dnia, w którym „mistrz” zaprosił nas do swego „anstaltu”. Oczekiwał nas w obszernej niszy, a nad głową jego widniało ogromne malowidło przedstawiające złożenie Chrystusa do grobu. Rzewna opowieść o dawnych dobrych czasach, przeplatana dawnym dobrym trunkiem wprowadziła mnie w jeden z zakątków krakowskiego życia dotąd nieosiągalnych.

*
Po śródmieściu zaś szalał Augustyn Wróblewski, bojownik wszelkiego rodzaju wstrzemięźliwości. Mianowano go to masonem, to teozofem, gdyż mogło to znaczyć wszystko. Głosił nie Eleuterię już, a Eleusis, że to powściąganie żądz wszystkiego rodzaju, nie wyłączając płciowej, unosi ducha na niebywałe wyżyny. Kraków był jednak zbyt plotkarskim śro-dowiskiem dla naszego apostoła. Anegdotki, podawane z ust do ust, pomawiały Augustyna o raczej przyziemny stosunek do niewiast z jego kapliczki. Błysnąwszy więc jak meteor, pło-miennooki Augustyn znikł bez śladu. Nie wiedziano o nim ani w Zielonym Baloniku, ani w redakcjach miejscowych pism. Nie otarł się o Strzelca ni później o Legiony. Po Krakowie krążyło wtedy dużo oryginałów. Nikt jednak jak on nie wpadał w szał występując na trybunie, nikt nie miał równie obezwładniającej siły sugestywnej. Gdyby się był urodził czterdzieści lat później zapędziłby w kąt niejednego matadora totalizmu.
*
Wreszcie... dziewczęta. Poznałem ich wiele; tak w Krakowie, jak i w Zakopanem. Ośrodkiem naszych krakowskich „koleżanek” było postępowe gimnazjum panien Hindemith przy ulicy Wolskiej. Tu kształciły się córki krakowskich socjałów i wolnomyślicieli, tu była i bursa dla panien z Królestwa. Znajomości z „hindemitkami” zawieraliśmy z okazji raczej naukowych; bo jakżeż nazwać inaczej kółka samokształcenia, wspólne wycieczki krajoznawcze itp. W rozdziale z Tatr wspominałem już o nowym, swobodniejszym obyczaju w stosunkach chłopców i dziewcząt. Chciałbym tu dodać, że panny były pod tym względem o wiele więcej „postępowe” niż my. To znaczy, że zdawały sobie więcej sprawę z istotnych pobudek większego niż dotąd zbliżenia się obu płci i dawały temu wyraz śmiały, niekiedy bezceremonialny.

My zaś byliśmy nieodmiennie, tradycyjnie rycerscy i romantyczni. W tym, że zawracaliśmy pannom głowy poezją nie było nic szczególnego, bo, odkąd świat światem, wiersze miłosne pisywali mężczyźni, a nie kobiety. Gorzej, żeśmy poprzestali na lansadach fantazji i wzdragali się sprowadzać dziewczęta z piedestału, na którym postawili i kładli kobietę wielcy ro-mantycy, a także i polonezowe rycerstwo. Zdarzyło się, że matka jednej z „uwielbianych” przeze mnie panien rzekła mi, po długich już latach:

– Wie pan... ja w tamte czasy myślałam, że mi pan córkę uwiódł. Okazało się, że było inaczej. Jaka szkoda! Może byłaby bardziej szczęśliwa w późniejszym życiu. Nawet gdybyście się nie pobrali. A tak, pozostało uczucie zawodu po czymś, co ją minęło i czego nigdy nie mogła sprawdzić.
*
Jest rzeczą wiadomą, że w pewnych okresach dziejów młodzież uczy się pilnie, a w innych niedbale; pokolenie pracowite zdaje się odrabiać opieszałość swych poprzedników. Wymagania władz szkolnych też nie bywają jednakie. Surowe prawa stosowane dziś w szkołach wyż-szych, za tamtych czasów były tak jak nieznane. Złota wolność uniwersytetu oznacza nie tylko nienaruszalność studenckiej swawoli, ale i możność korzystania w czasie długotrwałych studiów z pomocy i ułatwień uniwersyteckich jak długo kto chciał. Do poszczególnych egzaminów można było przystępować aż do znudzenia profesora, który koniec końców machał ręką i stawiał notę „dostatecznie”. Przejęty od Greków pogląd, że szkoła wyższa jest świąty-nią nauki miał niewiele wspólnego z dzisiejszą wytwórnią fachowców. W świątyni tej dojrzał niejeden wielki umysł, ale i wałęsało się wielu uświęconych próżniaków. Tytuł „żelaznego” studenta, a był nim nie tylko długowłosy marzyciel, lecz i brzuchaty piwosz, nie przynosił ujmy nikomu. Ulica arcyliberalnego Wiednia honorowała właściciela legitymacji studenckiej tytułem „Herr Doktor”; zaś policjanci i urzędnicy tylko w ostateczności dawali odczuć studentom, że w lekkomyślnym Wiedniu istnieje także i władza.

Wyrozumiałość ramienia policji odczułem zaraz na wstępie, w dniu imatrykulacji. Wysłane na nią delegacje „burszów” wszech-niemieckich i tych spod znaku „christlich soziale” wy-słuchały, owszem, przemówienia rektora, lecz po skończonej uroczystości wszczęły bójkę, która się przeniosła za bramy Politechniki i dalej aż w głąb Karlsplatz. Uważając, wraz z paru świeżo przybyłymi Polakami, że trzeba i nam działać, wstąpiliśmy w bitewne szranki. Nie rozumiejąc, kto kogo bije i dlaczego, podważyliśmy stojącą pod Künstlerhaus kadź z desz-czówką i obryzgaliśmy wodą kordon policjantów.

– No, no... wcześnie panowie zaczynają – zauważył komisarz, gdy nas doprowadzono do urzędu. I na tym poprzestał.

Do kawiarni „Museum” weszliśmy jak zwycięzcy; a kiedy usłyszałem od kelnera: „jakżeż tam poszło, panie doktorze?” – poczułem się panem stworzenia.
*
Polonia wiedeńska czy polski Wiedeń?

Pojęcie Polonii, jako rzeszy Polaków osiadłych poza granicami kraju, powstało w Ameryce. Z czasem objęło emigrantów naszych w Niemczech i Francji, w końcu wszystkie ich sku-pienia w szerokim świecie. Polacy osiedli w Wiedniu na przełomie wieków XIX i XX Polonią taką nie byli. Nikomu przecież nie przychodziło do głowy, aby w stolicy państwa o tak mieszanym składzie narodowościowym dbać o zachowanie polskości, której nic nie groziło.

Zamieszkały w Wiedniu urzędnik Polak mógł być każdej chwili przeniesiony do Galicji. Nic nie stało na przeszkodzie, aby wysoki urzędnik austriacki, Tadeusz Rittner, pisywał utwory dramatyczne na przemian po niemiecku i po polsku i wystawiał je raz w „Burgtheater”, raz w teatrze krakowskim czy lwowskim. W Purkersdorf Ort mieszkał sobie pan Wohnout, radca dworu. Zajmowaną przezeń willę „Wanda” dekorował krakowski malarz Mehoffer. Syn pana radcy, Wiesław, kształcił się nie w Theresianum, do czego miał prawo, a w polskim gimnazjum w Wiedniu. O cóż chodziło panu radcy? Gimnazjum to nie podlegało austriackiemu ministerstwu oświaty, a Wydziałowi Krajowemu we Lwowie. Podręczniki więc były pisane przez pedagogów polskich, a profesorowie mianowani ze Lwowa. Oto ówczesna Austria!

Gdy jeszcze dodamy, że syn pana radcy, znalazłszy się z kolei wraz z ojcem w Krakowie, został sekretarzem socjalistycznego związku murarzy, a w końcu dziennikarzem i literatem, otrzymamy zabawną linię rozwoju znamienną dla wielu umysłów, które wykluły się w cieplarni monarchii austro-węgierskiej.
*
Zaś kawiarnia... Ci, którzy pamiętają ją z Warszawy, kiedy to przy stolikach tłoczyła się rzesza rozprawiająca nerwowo o wydarzeniach dnia, o sztuce, polityce, skandalach – nie będą w stanie wyobrazić sobie nastroju kawiarni wiedeńskiej. Dominantami jej były znakomita kawa i pieczywo, gazety i bilard. Wygodne fotele i kanapy, szklaneczka zimnej wody, dopełniały całości. Sjesta, a nie wzmożenie wielkomiejskiego podniecenia, była zadaniem kawiarni. Prasa całego świata, podsuwana uważnie przez kelnerów, przypominała wiadomości nie zawsze tak błogie jak atmosfera miasta; przyjmowano je jednak protekcyjnie, w poczuciu mocnego za sobą zaplecza. A były nim nie tylko dzieje wielkiego rodu Habsburgów, lecz i pogodny barok naddunajski, niezachwiana jeszcze równowaga obcowania z przyrodą, obyczaj wreszcie odwieczny, którego przejawem w miarę gnuśnym, w miarę dobrotliwym, a przychylnym wszelkiemu stworzeniu, była słynna „Gemütlichkeit”.

Kawiarni poświęciłem aż nadto wiele czasu. Gorzej poszło z dziewczętami. Nie robiły trudności, lecz że moje romantyczne nawyki były zbyt górne jak na gusta sentymentalnych a rzeczowych panienek. Jakżeż to ja, światoburca, miałem jednać sobie Mizzi czy Gretchen, skoro czuła się dobrze i pewnie w zagrożonym przeze mnie świecie. Z jedną Leni doszedłem do ładu, gdyż nie miałem możności zawracać jej głowy romantyką. Leni była córką „imitatora głosów zwierzęcych”, u którego wynająłem pokój. Chodzić z nią na spacery czy na muzykę, nie było potrzeby, a i możności, skoro rodzice baczyli, aby nie zadawała się z sublokatorem.

Cóż, kiedy jej ojciec, przygotowując się do nowego występu w jakimś teatrzyku, urządzał w domu próby, a wtedy zapamiętywał się tak bardzo, że zapominał o Bożym świecie. Gdy więc w pokoju jego odezwały się wstępne ryki i miauczenia. Leni wślizgiwała się do mnie i zapo-wiadała obiecująco:
– Papa hat probe.

Nie obeszło się, rzecz prosta, i bez burd. Gorętsze kończyły się w komisariacie. Pięć koron była to najmniejsza kara pieniężna za naruszenie porządku. Za awanturę następną – dziesięć, i dalej aż do stu. Gdy zapobiegliwy chuligan osiągał rekord pieniężnej kary, a nie chciał jej zapłacić, powinien był ją odsiedzieć. Tak też i przyszła kreska na buńczucznego Adama Staniszewskiego.

– Wiecie co? – oświadczył raz w kawiarni. – Mam dosyć nachodzenia mnie przez szpic-lów. Idę jutro odsiedzieć moje kary, i to na dwa tygodnie.

Zdumiał nas, gdyż niedościgniony w awanturach, był ponadto artystą w wodzeniu za nos policji.Nie minęło trzy dni, gdy triumfujący Adaś zjawił się ponownie przy bilardzie.

– Wykręciłem się jednak – zauważyłem.
– Gdzie tam! Odsiedziałem swoje. Rzecz w tym, że trzeba znać przepisy. Otóż: jest powiedziane, że skazany na areszt administracyjny ma prawo posyłać po obiad na miasto i po-nadto ma prawo do jednej bomby piwa. Ile razy może posłać po jedno piwo prawodawca już nie napisał. Więc rozumiecie, posiedziawszy trochę, puściłem w ruch wszystkich policjantów.

Za przyniesienie piwa otrzymywał każdy też po jednej bombie. Kiedy przyszedł na dyżur komisarz, posterunek był pijany. Komisarz przekreślił całą listę mych przewinień; oświadczył, bym mu się nie pokazywał na oczy i tak się rozłościł, że poszedł nawet ze mną na piwo.

Takie to były, zwyczajne w owe lata, studenckie wybryki, o których pełno w literaturze.

Groźniejszymi stały się starcia podbarwione politycznie.
Federalny ustrój Austrii nie zaznaczył się niczym osobliwym na gruncie wiedeńskim, póki nie zaczęli przybywać do stolicy studenci z budzących się do życia dzielnic obcojęzycznych.
Świadectwem coraz to większych sprzeczności wewnątrz monarchii stały się bitki uliczne i wielkie burdy na terenie uniwersytetu. Pamiętam takie zdarzenie spowodowane przez Włochów, którzy tak jak nie lubią wojen, tak skorzy są do bójki. Rzecz zaczęła się na Grabenie, następnego dnia powtórzyła się na korytarzu uniwersytetu, gdzie jeden z „burszów” niemieckich uderzył w twarz skaczącą mu do oczu Włoszkę. Obecni Polacy dali krótką odprawę „burszom”, a następnego dnia tysiące studentów, Polaków, Chorwatów, Czechów, Słowaków i Włochów, wymaszerowały z wszystkich wyższych uczelni, aby obsadzić szczelnie rampę uniwersytetu i nie dopuścić do niego Niemców. Blokada, przeplatana gęsto bitkami, trwała cały dzień, aż rektor osobiście poprosił do siebie delegację przybyłych i nakłonił ich do opuszczenia gmachu. Nie obeszło się bez koncesji ze strony magnificencji. Uniwersytet następnego dnia miał być zamknięty dla wszystkich. Dzienniki przyniosły alarmujące sprawozdania o tych wypadkach, a jeden z nich nazwał je „bitwą narodów”.
*
Progi Burgu były dla mnie aż nadto wysokie. Bardziej dostępnym okazał się pałac polskiego wielmoży przy Jacquingasse, 18. Należał do hrabiego Karola Lanckorońskiego, szambelana dworu i jednego z piętnastu kawalerów Złotego Runa. O Lanckorońskim słyszałem jeszcze przed przybyciem do Wiednia. „Zaustriaczony”, jak biadali patrioci, magnat przyczynił się tym niemniej walnie do opuszczenia Wawelu przez wojska austriackie; po czym z wielką troskliwością czuwał nad odbudową i konserwacją katedry i zamku. Katedrę ozdobił neoklasycznym sarkofagiem królowej Jadwigi, dłuta Madeyskiego. Pałac jego w Wiedniu był, obok pałacu Kińskich, najświetniejszą galerią prywatną. Znakomite dzieła sztuki jak trzy Rem-brandty, liczne Holendry i Włochy, rarytasy wreszcie jak płótna Ucella czy Massacia, pochodziły bądź to z galerii króla Stanisława Augusta (przez Rzewuskich), bądź to z zakupów. W pośrodku obszernego westybulu stał grobowiec starogrecki przywieziony z Azji Mniejszej, pamiątka podróży odbytej w towarzystwie Jacka Malczewskiego. Cenne meble, lektyki, „robieski” rozrzucone po licznych komnatach. U wstępu do pałacowego dziedzińca stróżował uroczysty portier. Cerber taki nie przepuściłby nigdy wyzywającego młodzika z bujną czu-pryną; stało się jednak, że odwiedzałem pałac, witając pana portiera poufałym „guten Morgen”. Zapośredniczyła kuzynka moja, wspomniana uprzednio Lota Rzeszotko. Polecona pani Lanckorońskiej, została wychowawczynią jej córek, Karoliny i Adelajdy. Zadaniem jej było zapoznać dziewczynki z muzyką i, co ważniejsze, z językiem i piśmiennictwem polskim.Rzecz godna uwagi, skoro ostatnia żona hrabiego, z domu Lichnowsky, pochodziła ze starej rodziny pruskiej, a brat jej był ambasadorem Niemiec w Londynie.

Excellencja Lanckoroński, człowiek wykształcony i znawca sztuki, urządzał niekiedy zebrania dyskusyjne w zamkniętym gronie. Pamiętam ciekawy jego wykład o urbanistyce. Utrzymywał w nim, że dalekie i otwarte perspektywy uliczne działają przygnębiająco, gdyż wzrok przechodnia nie ma na czym spocząć. Inaczej dzieje się w ulicach i uliczkach za-mkniętych piękną budowlą. Powstałe tam przywiązanie do własnego gniazda ma niewiele wspólnego z dumą mieszkańca nowoczesnych stolic. (...)

Pierwsze me spotkanie z Excellencją odbyło się w zabawnych okolicznościach. Portier, ujrzawszy młodego człowieka w kapeluszu a la Rinaldini, zapytał, czy nie pomyliłem adresu.

Odprawiłem go uwagą, że chcę się zobaczyć z kuzynką, Lotą Rzeszotko. Wyczekawszy aż portier porozumie się z pałacem telefonem wewnętrznym, co odpowiednio podwyższyło moją temperaturę rewolucyjną, zostałem z kolei wpuszczony do wspaniałego przedsionka. Stałem tam z kapeluszem na głowie, czekając, aż się ktoś pojawi. Przypadek chciał, że w tym samym czasie hrabia Lanckoroński udawał się do cesarza w stroju szambelana. Wspaniała gala zjeżyła mnie więcej jeszcze. Gdy zaś Excellencja zapytał po niemiecku „was wuenscht der junge Herr”, zakipiałem i odparłem po polsku:

– Mówiłem już raz, że chcę się zobaczyć z Lotą Rzeszotko.
Szambelan skinął głową, zawołał lokaja i kazał mnie zaprowadzić na pierwsze piętro.

Lota, że to miała o hrabim zupełnie inne pojęcie, zwymyślała mnie za grubiaństwo. Gdy jednak potem usiłowała mnie wytłumaczyć i powoływała się na moje radykalne „zbakierowanie”, hrabia uśmiechnął się i powiedział:

– Droga pani. Kto nie jest socjalistą mając lat dwadzieścia pięć, nie ma serca; kto jest nim po czterdziestce, nie ma rozumu.

Przywiązanie do Wiednia skłoniło hrabiego Karola do pozostania w Austrii i po pierwszej wojnie światowej. Świadomy, że przeniósłszy się do Polski, musiałby w podeszłym już wieku wziąć udział w politycznym życiu młodej Rzeczypospolitej, na co brakło mu doświadczenia i znajomości zaboru rosyjskiego, postanowił dokonać starych lat w starym domu. Tam też ujrzałem go po raz ostatni, gdym w roku 1925 udawał się z mym bratem na kongres geografów do Kairu. Brat Walery był już profesorem Akademii Górniczej w Krakowie; ja miałem za sobą cztery książki. Hrabia powitał nas jak starych znajomych. O socjalizmie nie było mowy, gdyż zbliżałem się do owej czterdziestki i miałem za sobą wspomnienia z rewolucji bolszewickiej.
*
Był to czas, gdy Austria walczyła z Norwegami i Finami o prymat ideowy w pojmowaniu narciarstwa. Norwegowie jęli już budować skocznie i nadawać narciarstwu kierunek sporto-wy; Austriacy, ze słynnym Matiasem Zdarskym na czele, głosili, że najwyższym osiągnięciem narciarza winny być dalekie i trudne wyprawy po ośnieżonych górach. Spór był gorący, zwycięzcą zdawał się być Zdarsky. Siedzibą jego była miejscowość Lilienfeld w Pogórzu Alp. Pan Matias, którego poznałem już pierwszej zimy wiedeńskiej, przypominał pod wielu względami naszego Zaruskiego. Prostolinijny i uparty jak tamten, postać miał krzepką, wiarę w znaczenie wychowawcze górskich wypraw niemal idealistyczną. Prostota i przychylność w stosunku do ludzi jednała mu wielu zapalonych zwolenników.

Najświetniejszą postacią w jego otoczeniu był Polak, Henryk Bobkowski, ojciec przebywającego na wychodźstwie pisarza, Andrzeja. Trudno o lepszy dowód przyjaźni łączącej pana Henryka ze Zdarskym jak to, że Zdarsky właśnie trzymał małego Andrzejka do chrztu. A jakżeż to było z małżeństwem dorodnego pana Henryka? Polegam na otrzymanym niedawno liście Andrzeja. Otóż, pan kapitan Henryk, któremu dowództwo armii austriackiej przekazało kształcenie narciarskie żołnierzy i cywilów, prowadził kurs na Kalatówkach pod Zakopanem. Wśród uczennic znajdowała się miła mu panienka z Nałęczowa Lubelskiego. Oświadczyny wisiały w powietrzu, ale pan kapitan, jak śmiałym był człowiekiem w wojsku i wśród gór, tak tracił się w obliczu panny. Wybrał sposób rycerski a niezawodny. Jest nad Kalatówkami słynny Suchy Żleb. Zjechać nim szusem znad „kamienia” rzadko kto potrafi. Pan Henryk wyszedł więc aż ponad „kamień” urwał gałązkę kosówki, ujął ją ustami, rzucił się w dół szusem z rękami w kieszeniach i gałązkę ofiarował olśnionej uczennicy. Cokolwiek by się o tym gadało, zawsze to piękniejsze od rzeczowych umów przedmałżeńskich. Kto spojrzy dziś na podobiznę Henryka Bobkowskiego, osądzi, że owszem, było mu do twarzy w mundurze wojskowym i mógł być ponadto miłym człowiekiem i świetnym sportowcem. Ja, gdym z nim odbył parę wypraw narciarskich, nabrałem większego o nim pojęcia. Niezawodny jako towarzysz w górach, na postojach w schronisku zadziwiał wiedzą, oczytaniem i niezależnością myśli. Należał do ludzi, których nie zapomina się mimo przelotnej z nimi znajomości.

Wierni hasłu, że narciarstwo jest przede wszystkim nową formą turystyki górskiej, trzymaliśmy ze Zdarskym i Bobkowskim. Gdy zaś Zdarsky wyzwał głośnego przedstawiciela norweskiej szkoły na wyścig z Schneeberg przez spadzistą Breiter Riss, przy czym każdy upadek miał być policzony jako karny punkt – oczekiwaliśmy z napięciem wyniku. Norweg nie stanął, co słusznie poczytano za zwycięstwo Zdarskyego.
*
I wyruszaliśmy w wysokie już Alpy, na dłuższe wyprawy.
Jak nazwać upodobania tego rodzaju? Jak wpleść je w potoczny dzień? Jakie miejsce wyznaczyć w hierarchii spraw tej drugiej, tak swoistej, legendzie życia? Opętani nią ludzie ule-gali jej nawet podczas sprawiania zawodowych obowiązków. Był na Politechnice wiedeńskiej profesor matematyki, Schruttka von Reichenstein, namiętny alpinista i narciarz. Krótko przed mym egzaminem u niego wywichnąłem lekko rękę na jednej z wycieczek. Znając słabość profesora do gór, obandażowałem prawicę i zawiesiłem na temblaku.

– Co się panu stało? – zapytał profesor.
– Drobiazg – odpowiedziałem – wywichnąłem rękę zjeżdżając tydzień temu ze Schneebergu.
– Ze Schneebergu! – zawołał. – Czy może przez Breiter Riss?
Egzamin zamienił się w ożywioną rozmowę o górach. Ciche stukanie w drzwi przypomniało profesorowi, że w poczekalni siedzi kilku jeszcze studentów oczekujących egzaminu.

– Niech no pan jeszcze do mnie zajrzy – spostrzegł się profesor... jest o czym pogadać.
– No, ale egzamin?
– Naturalnie. Dawaj pan indeks.
Wpisał na wszelki wypadek tylko „gut”. Sądzę, że było i tak za dużo. Ten gest lekceważe-nia okazany swemu zawodowi w imię legendy wysokogórskiej nie był wyjątkiem. Słynny a przedwcześnie zmarły fizyk, Marian Smoluchowski, przenosił się od razu myślą w inny świat, ilekroć rozmowa zeszła na Tatry. I kiedy słyszę dziś, że w Zakopanem spotykają się starzy a słynni taternicy jak profesor Z. Klemensiewicz, inżynierowie J. Maślanka i Janusz Chmielow-ski, gotów jestem uwierzyć, że składają hołd czemuś, co okazało się trwalsze od wszystkiego, na czym chcieli polegać.
*
Rodzinę Malczewskich poznałem bodaj jeszcze przed przyjazdem do Wiednia, kiedy to mistrz Jacek najmował drewniany dworek z bujnym ogrodem u podnóża Salwatora, na krakowskim Zwierzyńcu. Już wtedy zjednała mnie niezwykła postać wielkiego artysty, który wydzielony z konwenansów siłą swego wizjonerstwa, był za pan brat z bardzo niesforną ludnością przedmieścia. Ilekroć szedł do miasta, zatrzymywał się co chwilę na pogaduszki.

Gdym zaprzyjaźnił się później z Rafałem, mieszkanie Malczewskich, już przy ulicy Garncarskiej, było ulubionym miejscem mojego postoju na przejazdach z Wiednia do Lwowa czy też z powrotem. Miałem wtedy sposobność przyjrzeć się z bliska niezwykłemu trybowi życia Malczewskiego.

Obecnym, naprawdę obecnym, Jacek Malczewski był tylko w swojej pracowni malarskiej. Artystycznej samotności strzegł jak oka w głowie. Prócz starego służącego, który czuwał u wejścia, prócz modela czy modelki, nie miał prawa wejść tam nikt. Życie potoczne uważał za konieczność człowieka wygnanego z raju. Rajem jego było marzenie. Wrodzony zmysł humoru ułatwiał mu życie codzienne. Wstając rankiem nucił sobie rubaszne krakowiaki, nie szczędząc ni siebie, ni rodziny. Anegdot o dowcipie i fanaberiach niezwykłego pana rektora krążyło po Krakowie mnóstwo. Przytoczę jedną z nich, wówczas może najsłynniejszą.

„Bratniak” studentów Akademii Sztuk Pięknych postanowił pewnego dnia urządzić loterię na swoje cele. Fantami miały być obrazy. Świadomi przynęty, jaką byłoby dzieło uwielbiane-go mistrza, zwrócili się do niego, by im ofiarował jeden ze swych obrazów. Mistrz odmówił i przesłał im kwotę w gotówce. Zawiedzeni a bezczelni młodzieńcy, wystosowali do Pana Rektora list zbiorowy z końcowym zwrotem: „Całuj nas gdziesi, Jacku Malczewski”. Pan rektor nie wytoczył dyscyplinarki, obliczył skrupulatnie podpisy i przesłał „Bratniakowi” odpowiednią ilość biletów wstępu do łaźni w hotelu krakowskim. Próba ośmieszenia Pana Rektora zawiodła, gdyż buńczuczne chłopaki nie mogły się przez długi czas opędzić pytaniom: „A co, był pan już w łaźni”?

Tak więc popularność Malczewskiego jako malarza i człowieka rosła. W dziwnych tych czasach symbolizm obrazów Malczewskiego, z biegiem lat coraz więcej tajemniczy, nie odstręczał publiczności. Dociekania, co też chciał wyrazić w zawiłych kompozycjach, jak na przykład „Zaklęta Studnia”, były przedmiotem całych rozpraw. Obrazy mistrza ceniono wysoko, w tysiącach koron. On zaś targów nie lubił.

I tak pewien warszawski amator jego malarstwa ujrzał na wystawie Sztuki kompozycję „Niewierny Tomasz”. Usłyszawszy w kancelarii, że obraz kosztuje dziesięć tysięcy koron, popędził do mistrza. Znał go już nieźle, lecz mimo tego popełnił kosztowny błąd.

– Widziałem „Niewiernego Tomasza”, drogi mistrzu. Arcydzieło! Ale ta cena... dziesięć tysięcy! Nie zmieniłby mistrz coś po starej znajomości?
– Owszem. Dwanaście.

O dalsze zmiany niefortunny mecenas już nie pytał. Zapłacił dwanaście tysięcy i zabrał obraz do Warszawy.
Gdzie podziały się wielkie zarobki mistrza, trudno osądzić; że jednak znaczną ich część rozdawał, wiedziano zarówno w Krakowie, jak i na Zwierzyńcu. Doświadczyłem tego i ja.
Podczas jednego z mych postojów w Krakowie gospodarz mój zapytał wesoło:

– Chciałbyś się pewno zabawić, Ferdziu... a masz pieniądze?
– Mam. Zresztą jutro jadę już do Lwowa.
– Masz? Pokaż!
Okazać nie było co. Pan Jacek sięgnął do kieszonki swej tabaczkowej kamizelki i obdarował mnie złotą dziesięciokoronówką.

Według jednych, wysoko postawionych, Malczewski był impertynentem, a nawet nie-okrzesańcem. Według innych, uosobieniem delikatności. Takim go też zapamiętałem.