niedziela, 17 maja 2026

Nie chodzi o „oszczerstwo krwi” [mord rytualny], chodzi o kontrolę narracji


Izrael zapowiada teraz pozew przeciwko The New York Times, ponieważ syjoniści od kilku dni nie przestają panikować po doniesieniach gazety na temat systematycznych gwałtów na palestyńskich więźniach w izraelskich więzieniach.

Apologeci Izraela nie krzyczą z powodu raportu „New York Timesa”, bo uważają, że Izrael został okłamany. Krzyczą, bo założyli, że zadaniem „Timesa” jest administrowanie propagandą na rzecz Izraela. Nie chodzi o „oszczerstwo rytualne”, ale o kontrolę narracji.

Wiemy, że to prawda, ponieważ raport Nicholasa Kristofa nie zawiera żadnych nowych informacji; każdy istotny punkt artykułu został już wcześniej poruszony przez inne, mniej wpływowe media i organizacje praw człowieka. Nie widzieliśmy takiego oburzenia, biorąc pod uwagę lawinę doniesień o seksualnych torturach palestyńskich więźniów, które pojawiały się na przestrzeni lat. Dostrzegliśmy je dopiero wtedy, gdy doniosła o tym bardziej wpływowa agencja informacyjna.

To pokazuje, że ich prawdziwy sprzeciw nie dotyczy samej treści artykułu, lecz informacji, które wpłynęły na większą liczbę osób niż wcześniejsze doniesienia. Nie chodzi o fakty, ale o liczby. Chodzi o to, aby jak najwięcej ludzi Zachodu pozytywnie myślało o państwie Izrael.

Każdy, kto dziś narzeka na dziennikarską rzetelność i niedbałość w relacjonowaniu, po prostu przyznaje się do bycia propagandzistą. Przyznaje, że jego zadaniem jest manipulowanie sposobem myślenia opinii publicznej o Izraelu i że uważa, że ​​powinno to być również zadaniem wszystkich głównych mediów.

A co najzabawniejsze w tym histerycznym załamaniu, to fakt, że „New York Times” w rzeczywistości był skrajnie stronniczy na korzyść Izraela. Jego stronnicze doniesienia , nierówny dobór słów i bierne nagłówki zostały dobrze udokumentowane. Jedyne, co się zmieniło, to to, że nadużycia Izraela stały się tak oczywiste i niezaprzeczalne, że jego redaktorzy nie mogli już dłużej usprawiedliwiać podkręcania dobrze udokumentowanego artykułu na ich temat. 

Izraelscy propagandyści przyzwyczaili się, że „New York Times” promuje ich ukochane państwo apartheidu, więc uważają to nie tylko za propagandę, ale także za zdradę.



W następstwie raportu New York Timesa media masowo zaczęły publikować artykuły o domniemanych nadużyciach seksualnych ze strony Hamasu, co jest co najmniej bardzo ciekawym zbiegiem okoliczności.

Izrael ogłosił, że pięciokrotnie zwiększa budżet na propagandę , a teraz jesteśmy świadkami aktywnej manipulacji cyklem informacyjnym w celu promowania izraelskich interesów informacyjnych. Oczekuje się od nas, że będziemy po prostu klaskać i udawać, że widzimy prawdziwe wiadomości o prawdziwych rzeczach.

(...)

Caitlin Johnstone caitlinjohnstone/its-not-about-blood-libel-its-about-narrative-control

https://dakowski.pl/

Jürgen Graf – Mit Holokaustu, cz. 2

 

Część 1 >>>>

IV. Co było naprawdę?

Zanim przejdziemy do «dowodów» «holokaustu» który się rozumie, powtórzmy, jako celową masową eksterminację Żydów za pomocą gazu, należy w ogólnych rysach opisać to, co się niewątpliwie działo z Żydami w Trzeciej Rzeszy.

Polityka żydowska Niemieckiej NS Partii Robotniczej od samego początku była ukierunkowana ku temu, żeby ciągle zmniejszać wpływy Żydów w Niemczech i pobudzać większość z nich do wyjazdu z kraju. Pierwszemu celowi służył cały szereg dekretów i ustaw, uchwalanych poczynając od 1933 r., które znacznie ograniczały liczbę Żydów wśród adwokatów, lekarzy itd., jak również zawężały gospodarcze oraz polityczne uprawnienia Żydów.

Przynajmniej do 1938 r. proces ten trwał bez zastosowania przemocy; do «nocy kryształowej» żaden Żyd nie został skierowany do obozu za to że jest Żydem (1). Mógł on tam trafić jedynie w wypadku, jeśli ujawniał się jako wojskowo-polityczny przeciwnik reżimu NS lub za popełnienie zbrodni kryminalnej (2).

Żeby uruchomić mechanizm żydowskiej emigracji, NS ściśle współpracowali z organizacjami syjonistycznymi, zainteresowanymi wyjazdem jak największej liczby Żydów do Palestyny. Ta wspólna narodowo-socjalistyczno-syjonistyczna praca jest udokumentowana w wielu swych częściach i opublikowana przez wielu autorów (3). Na ile jest nam wiadomo, nikt temu nie zaprzecza.

Anglicy hamowali przesiedlanie się Żydów do Palestyny, dlatego przebiegało ono bardzo powoli; dlatego wielu niemieckich Żydów wyjeżdżało do innych krajów, w pierwszej kolejności do Stanów Zjednoczonych. Chociaż i tam na drodze żydowskiej emigracji ciągle stawiano przeszkody (4).

Do 1941 r. absolutna większość niemieckich oraz austriackich Żydów znalazła się na wygnaniu. W tym samym roku rozpoczęła się deportacja Żydów do obozów pracy i gett. Powodami tego były: po pierwsze, brak niemieckiej siły roboczej, większość bowiem mężczyzn została skierowana na front; po drugie, Żydzi, niewątpliwie, zaczęli stwarzać poważne niebezpieczeństwo dla państwa nazistowskiego.

Żyd Arno Lustiger, bojownik ówczesnego ruchu Oporu, który przeżył wiele obozów, z dumą powiadamia, iż we Francji 15% akcji, dokonanych przez podziemie antyhitlerowskie, przypada na Żydów (5). Żydzi wtedy stanowili mniej niż 1% ludności Francji. Komunistyczna syjonistyczna organizacja «Czerwona kapela», która wyrządziła olbrzymie szkody armii niemieckiej, składała się głównie z Żydów (6).

Warto zauważyć, że w innych krajach podejrzane mniejszości narodowe internowano z nieporównywalnie mniejszych powodów. Dla przykładu, w USA wielka liczba Japończyków, nawet tych co posiadali amerykański paszport, została zamknięta w obozach (7). Przy tym, jak później wyznał Ronald Reagan, nie było zarejestrowano ani jednego wypadku szpiegostwa lub dywersji ze strony amerykańskich Japończyków.

W krajach, okupowanych przez Niemcy, Żydzi cierpieli z powodu deportacji bynajmniej nie w równej mierze. Szczególnie ostro potraktowano ich w Holandii, skąd zostało wywieziono około dwóch trzecich z ich ogólnej liczby. Z Francji zaś, przeciwnie, według świadectwa Serge’a Klarsfelda, deportowanych zostało 75721 Żydów, co odpowiadało mniej więcej 20% żydowskiej ludności Francji (8); ale również z tej liczby wielu zostało deportowanych nie z powodu ich wiary lub rasowej przynależności, lecz ponieważ uczestniczyli w ruchu oporu lub przekroczyli różne przepisy i prawa.

W takich wypadkach nierzadko deportowano również nie-Żydów. Nieznaczna część Żydów uległa deportacji również w Belgii.

W obozach panowała przerażająco wysoka śmiertelność, głównie z powodu chorób. Szczególnie dziesiątkował ludzi tyfus plamisty, roznoszony przez wszy. Dla zwalczania ich zaczęto stosować środek owadobójczy Cyklon B.

W Oświęcimiu, największym OK, tyfus plamisty szczególnie szalał w końcu lata i jesienią 1942 r. Epidemia osiągnęła szczyt pomiędzy 7 a 11 września, kiedy to codziennie umierało średnio po 375 więźniów. Ku styczniowi śmiertelność spadła do 107 ludzi dziennie, w marcu zaś znów podniosła się do 298 (9).

W zachodnich obozach stan był szczególnie krytyczny w ostatnich miesiącach wojny, kiedy to zmarło dziesiątki tysięcy ludzi.

Terror bombowy sojuszników całkowicie zniszczył infrastrukturę, obrócił w ruinę magazyny żywności i medykamentów. W obozach nastąpił krytyczny brak wszystkiego: jedzenia, leków, baraków. Chuck Yeager  – pilot, który po raz pierwszy przekroczył barierę dźwiękową – pisze w swoich wspomnieniach, że jego eskadra otrzymała rozkaz zabijać wszystko co się rusza (10). «Niemcy – pisze on – nie tak łatwo było podzielić na niewinne cywilne osoby oraz wojskowych. Na przykład, chłop ziemniakami ze swego pola karmił niemiecką armię».

A więc sojusznicy celowo, za pomocą okrutnej wojny, prowadzonej z powietrza, wywołali totalny głód, a następnie cynicznie przyjęli rolę sędziów nad pokonanymi, zaczęli sądzić ich za to, że w OK źle karmiono!

Szczególnie okropny stan zastały wojska brytyjskie w kwietniu 1945 r. w Bergen-Belsen, gdzie Brytyjczycy ujrzeli tysiące niepogrzebanych trupów oraz «żywe szkielety». Propaganda jeszcze dotąd wykorzystuje zrobione tam zdjęcia jako dowód na istnienie holokaustu.

Fakty jednak mówią o czymś innym. Komendant obozu Joseph Kramer na wszelki możliwy sposób protestował przeciwko wysyłaniu do beznadziejnie przepełnionego obozu nowych więźniów, ale bez skutku. Zamiast żeby internowanych we wschodnich obozach pozostawiać po prostu władzom radzieckim, NS ewakuowali ich na Zachód i rozprowadzali po istniejących tam obozach, ażeby żaden człowiek i żadna siła robocza nie dostali się w ręce Czerwonej Armii. Transporty w drodze ciągle były bombardowane, ewakuacja często trwała tygodniami, i wielu więźniów znalazło swą śmierć w tej okrutnej zimie. W obozach zaś, do których przybywali ci co przeżyli drogę, sytuacja stawała się z każdym dniem coraz bardziej dramatyczną.

Protesty Kramera pozostawały nie usłyszane. W Belsen tymczasem szalały tyfus i dyzenteria, a środków żywnościowych było coraz mniej. Co miał czynić Kramer? Wypuścić więźniów? Ale kto by ich karmił na wolności? Epidemie tymczasem przerzuciłyby się na ludność cywilną. Czy miał on razem z politycznymi wypuścić również recydywistów, żeby ci rzucili się na ludność? On miał osobiście możliwość uciec do Ameryki Południowej, zabierając ze sobą również kasę obozową. On tego jednak nie uczynił; zaufał brytyjskiej szlachetności i drogo za to zapłacił. Prasa napiętnowała go jako «bestię z Belsen», i w wyniku farsy sądowej skazano go na śmierć (11).

Również w innych obozach przytłaczająca większość ofiar przypada na koniec wojny. W Dachau od stycznia po kwiecień 1945 r. zmarło 15389 osób, a przez cały pozostały okres wojny – 12060 (12).

Tragiczna sytuacja w obozach była nieuniknionym skutkiem klęski Niemiec i nie miała nic wspólnego z planowym ludobójstwem, czego nie można powiedzieć o wojnie bombowej sojuszników przeciwko ludności cywilnej Niemiec (oraz Japonii). W samym Dreźnie zabitych zostało 250 tys. ludzi. W ciągu jednej nocy zostało tam zabitych 8 razy więcej ludzi, niż zmarło w Dachau przez cały okres wojny, i to zabitych w najbardziej potworny sposób (14).

Żydzi, oczywiście, umierali również poza OK. W Łódzkim getcie od jesieni 1939 r. do jesieni 1944 r. zmarło, według żydowskich źródeł, 43411 ludzi. W Warszawskim getcie przed rozpoczęciem powstania (wiosną 1943 r.) zarejestrowano 26950 zgonów (15). Część ludzi, oczywiście, zmarła w sposób naturalny, ale większość – w wyniku działań wojskowych oraz ewakuacji.

Wniosek: Żydzi ciężko ucierpieli w czasie drugiej wojny światowej, ponieśli oni duże straty w ludziach. Nie bywa jednak wojen, gdzie by nie cierpieli, nie ginęli ludzie. W Dreźnie 250 tys. ludzi w ciągu jednej nocy zginęło w straszliwych mękach: spłonęli, zostali pogrzebani pod ruinami; w Leningradzie setki tysięcy Rosjan zmarło z głodu; 180 tys. ludzi zginęło podczas stłumienia powstania Warszawskiego. Bardzo cierpieli nie tylko więźniowie OK, lecz również rosyjscy i niemieccy żołnierze na frontach.

A więc czy tak naprawdę cierpienia Żydów znacznie przewyższają w stosunku procentowym straty innych narodów? [Taki ch… – admin] Odpowiedzią na te pytania właśnie teraz musimy się zająć.

Przypisy

1) Co do «nocy kryształowej» czytaj jako podstawową pracę ortodoksyjnej historii H. Gramls «Der 9. November 1938. «Reichskristallnacht». Bonn, 1958, jako zaś podstawową rewizjonistsyczną pracę Jngrid Weckerts «Feuerzeichen» (Grabert, 1981).
2) Że w pierwszych latach NS reżym nikogo z Żydów nie kierował do OK, ściśle udowadnia żydowski profesor historii Arno Mayer («Der Krieg als Kreuzzug», Rowohlt, 1989, s. 200).
3) Dwa podstawowe dzieła o współpracy narodowych socjalistów z syjonistami Edwin Blacks «The transfer agreement» (New York/London, 1994) oraz Francis Nicosias «Hitler und der Zionismus» (Druffel, Leoni, 1989). Krótki przegląd najważniejszych faktów podaje Ingrid Weckert w książce «Auswanderung der Juden aus dem Dritten Reich» (Nordwind Verlag, Molevej 12. Kollund/DK). W swej głównej pracy o SS («Der Orden unter dem Totenkopf», Gondrom, 1990) porusza ten temat również Heinz Höhne.
4) Por. Ingrid Weckert, «Auswanderung…» (patrz przypis 3).
5) «Spiegel», Nr. 7/1993.
6) Odnośnie Czerwonej kapeli patrz np. Gerd Südholt, «Das Geheimnis der Roten Kapelle», Druffel, Leoni, 1979.
7) «Historische Tatsachen», l.c., Nr. 41.
8) Serge Klarsfeld, «Le memorial de la deportation des Juifs de France», Beate Klarsfeld foundation, Brussel/New York, 1982.
9) Liczby, wskazujące śmiertelność w Oświęcimiu, patrz Jean-Claude Pressac, «Die Krematorien von Auschwitz», Piper, 1994, s. 193.
10) Chuck Yeager, «Yeager. An autobiography», Bantam Books, New York, 1985, s. 79.
11) O Bergen-Belsen i Józefie Kramerze patrz «Journal of historical review», Office box 2739, New Port Beach, CA, USA, wiosna 1995, jak również Robert Lenski, «Der Holocaust vor Gericht», Samisdat Publishers, 206 Carlton Street, Toronto, Kanada, 1993, s. 197 nn.
12) O statystyce śmiertelności w Dachau patrz Paul Berben, «Dachau. The official history», The Norfolk Press, London, 1975.
13) Według «Enzyklopädie des Holocausts» (l.c., s. 118), zabijania gazem zaprzestano w Oświęcimiu w październiku 1944 r.
14) Szczególową dyskusję o liczbie ofiar w Dreźnie zainteresowani mogą znaleźć w książce Jurgen Graf, «Todesursache Zeitgeschichtsforschung», Neue Visionen, Postfach 5436, Wurenlos, 1995, s. 267 nn.
15) «Historische Tatsachen», l.c., Nr. 36.

V. Kto jeden raz skłamał…

Jeśli rozpowszechniane przez ortodoksyjnych historyków w ciągu dziesiątków lat oświadczenia i obliczenia oglądnąć przez szkło powiększające, wtedy znajdziemy, że panuje tam niesamowity chaos, oraz że oficjalna wersja ciągle się zmienia, jak w powieści George’a Orwella «Rok 1984». Oto kilka godnych uwagi faktów.

A. Liczba ofiar Oświęcimia (1)

W największym OK, urządzonym przez NS, zmarło:
– 9 mln. osób, według filmu «Nuit de brouillard» (Noc i mgła) (2);
– 8 mln. osób, według opublikowanego w 1945 r. komunikatu francuskiego Resortu do spraw badania zbrodni wojennych (3);
– 7 mln. osób, według świadectwa więźnia Rafała Feidelsona (4);
– 6 mln. Żydów, według żydowskiego wydawcy Tyberiusza Kremera (5);
– 5 mln. osób, w tym 4,5 mln. Żydów, według «Le monde» za 20 kwietnia 1978 r.;
– 4 mln. osób, według trybunału Norymberskiego (6);
– 3,5 mln. zatrutych gazem, z czego 95% to Żydzi («wielu» zmarło z innych powodów), według reżysera Claude’a Lanzmanna (7);
– 3,5 mln. osób, w tym 2,5 mln. zatruto gazem tylko przed 1 grudnia 1943 r., według wyznania pierwszego komendanta Oświęcimia Rudolfa Hössa (8);
– 2,5 mln. osób, według świadectwa więźnia Rudolfa Wrby (9);
– 2-3 mln. zabitych Żydów i tysiące nie-Żydów, według wyznania esesmana Perry’ego Broada (10);
– 1,5-3,5 mln. Żydów zatruto tylko między kwietniem 1942 r. a kwietniem 1944 r., według oświadczenia izraelskiego eksperta od holokaustu Jehudy Bauera od 1982 r. (11);
– 2 mln. zatrutych gazem Żydów, według świadectwa Lucy Dawidowicz (12);
– 1,6 mln. osób, z nich 1352980 Żydów, według oświadczenia Jehudy Bauera od 1989 r. (13);
– 1,5 mln. osób, według oświadczenia rządu polskiego, wydanego w 1995 r. (14);
– około 1,25 mln. osób, w tym 1 mln. Żydów, według oświadczenia Raula Hilberga (15);
– 1-1,5 mln. osób, według oświadczenia J.-C. Pressaka od 1989 r. (16);
– 800-900 tys. osób, według żydowskiego historyka Geralda Reitlingera (17);
– 775-800 tys. osób, w tym 630 tys. zatrutych gazem Żydów, według oświadczenia J.-C. Pressaka od 1993 r. (18);
– 670-710 tys. osób, w tym 470-550 tys. zatrutych gazem Żydów, według oświadczenia J.-C. Pressaka od 1994 r. (19).

Jak widzimy, liczba ofiar z biegiem lat starannie się kurczy. Jednak mimo wszystko ogólna liczba ofiar «holokaustu» w 5-6 mln. z tego powodu nie doznaje żadnych wahań.

Od tych 5-6 mln. można odejmować setki tysięcy, nawet miliony – pozostanie ona niezmienna. Taka jest matematyka «holokaustu»!

Na jakich dokumentach, na jakich wykopaliskach masowych grobów opierają się holokaustnicy, skracając liczbę ofiar? Na żadnych! Wszystkie przytoczone powyżej cyfry są czystym wymysłem, bez żadnego stosunku do udokumentowanej rzeczywistości obozu Oświęcim. Według obliczeń rewizjonistów zmarło tam około 150 tys. Żydów (Faurisson) lub 160-170 tys. (Mattogno); w tym uśmierconych gazem – zero.

Epidemie, w pierwszej kolejności tyfus plamisty, były główną przyczyną tak bardzo wysokiej śmiertelności.

B. Mydło z tłuszczu Żydów

Na procesie w Norymberdze strona radziecka twierdziła, że z tłuszczu pomordowanych Niemcy wyrabiali mydło (20). Ta obrzydliwa, straszna bajka regularnie, przez dziesiątki lat wynurza się w prasie światowej, niczym potwór z jeziora Loch-Ness. Z prawdziwie poetyckim natchnieniem została ona podana przez Szymona Wiesenthala (21):

«W ostatnim tygodniu marca (1946 r.) w prasie rumuńskiej ukazała się niezwykłą wiadomość: w małym rumuńskim miasteczku Falticeni odbyła się bardzo uroczysta ceremonia pogrzebu na cmentarzu żydowskim 20 skrzyń mydła. (…) Na skrzyniach widać było napis R.J.F. – «czysty tłuszcz żydowski». (…) W końcu 1942 r. po raz pierwszy zjawia się straszne słowo – «transport dla mydła». Było to w województwie Warszawskim, fabryka zaś znajdowała się w Galicji, w Bełżcu. Na tej fabryce od kwietnia 1942 r. do maja 1943 r. przerobiono 900 tys. Żydów na surowiec. (…) Światu kulturalnemu trudno jest zrozumieć, z jaką przyjemnością naziści i ich żony patrzyli na to mydło. W każdej kostce widzieli oni trick cyrkowy, za pomocą którego został tam ukryty Żyd, który mógłby stać się drugim Freudem, Einsteinem lub Erlichem. (…) Pogrzeb tego mydła (…) wyglądał jako coś przeciwnego naturze. Zaczarowana tęsknota, która siedziała w tym małym przedmiocie codziennego użytku, rozrywała nawet zatwardziałe serca ludzi XX stulecia. W wieku atomowym powrót do ciemnej kuchni czarownic średniowiecza działa jak zjawa. A jednak to jest prawdą!»

W roku 1990 izraelski «ekspert od holokaustu» Szmul Krakowski oświadczył, że mydło z Żydów jest fikcją. Z podziwu godną bezczelnością dodaje on, iż bajkę tę wymyślili Niemcy, żeby sprawić Żydom duchowe cierpienia! (22).

C. Metody niszczenia Żydów

Z literatury o holokauście można się dowiedzieć, że istniały następujące sposoby mordowania Żydów:
– W Oświęcimiu i Majdanku za pomocą środka owadobójczego «Cyklon B»; w Majdanku częściowo tlenkiem węgla;
– W Chełmnie poprzez wpuszczanie spalin do wnętrza ciężarówki;
– W Bełżcu, Sobiborze i Treblince za pomocą spalin silnika Diesla;
– Na Froncie Wschodnim w samochodach gazowych oraz poprzez masowe rozstrzelania.

Śledząc według kolejnych lat historię «holokaustu», która się zaczyna w roku 1942, napotyka się przez cały czas rzeczy niesamowite. W żywych kolorach są tam opisane sposoby zabijania, o których późniejsza literatura nie wspomina ani jednym słowem – milczy niczym niema. Oto jedynie niektóre z nich.

a) młot pneumatyczny
Metoda ta została opisana w komunikacie polskiego Ruchu Oporu w następujący sposób (23): «Kiedy kierowano drużynę (komando) do pracy, szła ona na podwórko, gdzie dokonywano egzekucji za pomocą młota pneumatycznego. Więźniów przyprowadzano do podwórka jednego po drugim nagich, ze związanymi rękoma. Po drodze strzelano do nich z tyłu z pneumatycznego urządzenia. Pod wpływem ściśniętego powietrza młot uderzał w czaszkę i rozwalał ją w drzazgi».

b) elektryczne wanny
Również według informacji polskiego Ruchu Oporu, powołując się na zeznania oficera SS, mówi się tak (24): «Więźniów w czasie wolnym od pracy zapędzano po 2500 os. do kamery z wodą i puszczano prąd elektryczny…».

c) konwejer elektryczny
O tej metodzie informuje gazeta «Prawda» 5 dni po wyzwoleniu Oświęcimia (2 lutego 1945 r.): «Oni (Niemcy) wyrównali pagórek we wschodniej części obozu, usunęli i zniszczyli wszystkie ślady przenośnika, na którym setki ludzi jednocześnie zabijano prądem elektrycznym».

d) bomba atomowa
Podczas procesu w Norymberdze amerykański oskarżyciel Robert Jackson rzekł co następuje (25): «W małej tymczasowej wiosce, która została wybudowana tymczasowo specjalnie w tym celu,zostało zabitych 20 tys. Żydów. Za pomocą nowego wynalezionego środka zagłady 20 tys. ludzi zostało zabitych prawie momentalnie i to tak, że nic po nich nie zostało, żadnego śladu. Eksplozja utworzyła temperaturę 400-5000C i tak zniszczyła ludzi, że nic po nich nie zostało».

e) palenie żywcem
Eli Wiesel, który dostał w 1986 r. pokojową nagrodę Nobla, był od wiosny 1944 r. do stycznia 1945 r. internowany w Oświęcimiu. W 1958 r. ukazała się książka jego obozowych opowiadań «La nuit» («Noc»), w której ani jednym słowem nie wspomina on o KG, mimo że w czasie jego pobytu w obozie miało być tam zgładzono 400 tys. Żydów węgierskich. Ale w niemieckim tłumaczeniu książki KG wynurza się niby poprzez jakieś czary, bo tam, gdzie we francuskim tekście stoi «krematorium», tłumacz pisze «kamora gazowa».

Eksterminację Żydów Wiesel opisuje w ten sposób (26): «Niedaleko od miejsca, gdzie byliśmy, w dole pałał ogień, gigantyczny płomień wyrywał się stamtąd, tam coś spalano. Podjechała kryta ciężarówka i wytrząchnęła do dołu swój ładunek. To były maluczkie dzieci. Dzieci! Tak, widziałem to na własne oczy… Dzieci – do ognia! (Nic dziwnego, że od tej pory sen ucieka od moich oczu). Tam też posyłali i nas. Nieco dalej był dół jeszcze większych rozmiarów – dla dorosłych. «Ojcze, powiedziałem, jeśli tak ma się sprawa, nie chcę czekać. Rzucę się na przewody elektryczne. To jest lepsze, niż nieskończona męka w ogniu».
O tym, jak za pomocą cudu Eli uniknął «ognia», opowiemy później.

f) para
W grudniu 1945 r. na procesie w Norymberdze wpisano do protokołu co następuje (27): «Wszystkie ofiary (w Treblince) musiały zdjąć ubranie i obuwie, które natychmiast zabierano. Następnie ofiary, najpierw kobiety i dzieci, zapędzano do komory śmierci (…) Wypchaną do oporu komorę szczelnie zamykano i wpuszczano do niej gorącą parę (…) Według ujawnionych danych zamordowano w Treblince wiele setek tysięcy Żydów».

g) uduszenie poprzez wypompowanie powietrza z komory
O tej metodzie, stosowanej ponoć w Treblince, powiadamia radziecki Żyd Wasilij Grossman (28).

h) niegaszone wapno
Według zaznań Jana Karskiego, Żydów w Bełżcu mordowano w następujący sposób (29): «Podłogę wagonu (wypchanego Żydami) posypywano grubą warstwą białego proszku. Było to wapno niegaszone. Każdy wie, co się dzieje, kiedy dostanie się do niego woda. Trafiając na ciało, wapno powoli zżera je do kości (…) Zapadał już zmrok, kiedy 45 wagonów (sam je liczyłem!) były już pełne. Pociąg, wypełniony dręczonym ciałem, chwiał się i nieludzko wył, jakby przeklęty».

i) młyn ludzki
Całkiem inne rzeczy na temat niszczenia Żydów w Bełżcu opowiada dr filozofii Stefan Szende (30): «Ludzki młyn (Menschenmühle) miał około 7 km średnicy. (…) Wypchane do oporu pociągi z Żydami znikały w tunelu i trafiały do ulokowanego pod ziemią miejsca straceń. (…) Rozebranych do naga Żydów zaprowadzano do gigantycznych sal, w których jednocześnie mieściło się kilka tysięcy ludzi. Sale miały metalową podłogę, która mogła się opuszczać. Podłoga w tych salach wraz z wieloma tysiącami Żydów pogrążała się w znajdujące się pod nią baseny, dopóki stojący na żelaznych płytach ludzi nie zanurzali się całkiem w wodzie. Kiedy wszyscy Żydzi, stojący na żelaznych płytach, byli już po biodra w wodzie, do wody puszczano prąd elektryczny. Za kilka chwil wszyscy Żydzi, tysiące, nie żyli. Wtedy metalowa podłoga podnosiła się do góry. Leżały na niej trupy zabitych. Znów włączano prąd i metalowa podłoga przemieniała się w krematorium, rozgrzewała się do białości, aż wszystkie trupy na niej stawały się popiołem. (…) Każdy pociąg przywoził od 3 do 5 tys., a niekiedy nawet więcej Żydów. Zdarzały się dni, kiedy po linii na Bełżec przechodziło po 20 i więcej takich pociągów. Współczesna technika za reżimu nazistowskiego świętowała swój triumf. Problem, jak zgładzić miliony ludzi, był rozwiązany».

j) topienie
Według informacji izraelskiego «eksperta od holokaustu» Jehudy Bauera, Rumuni w Odessie większość ze 144 tys. Żydów utopili (31). O tej metodzie zagłady donosiła również podziemna agencja prasowa w getcie Warszawskim, mówiąc o Babim Jarze (32): «W Kijowie nie pozostał przy życiu ani jeden Żyd po tym, jak Niemcy całą żydowslą ludność Kijowa wrzucili do Dniepra».

k) gaz chlorowy, taśmowe rozstrzeliwanie, wrzątek, kwasy
Twierdzi się, że za pomocą tych środków zabijano w Treblince (33, 34).

O tych wszystkich historiach współcześni zwolennicy holokaustu nic nie chcą wiedzieć, chociaż w swoim czasie wszystkie one zostały potwierdzone przez «wiarygodnych świadków», jak to się przedstawia obecnie z KG, wątpić w istnienie których, jednak, zakazuje prawo w całym szeregu krajów wolnego, zachodniego, demokratycznego świata.

D. Gdzie znajdowały się «komory gazowe»?

Po tym, jak kamery z gorącą parą, młyny, wagony z wapnem itp. zostały pomyślnie zastąpione przez KG, wśród historyków już od dziesiątków lat trwa zamieszanie odnośnie zagadnienia, gdzie KG były usytuowane.

a) faza pierwsza

Każdy, albo prawie każdy OK miał jedną lub więcej KG, tak twierdziło się w pierwsze lata po wojnie. Na procesie w Norymberdze lekarz obozowy z Dachau złożył takie zeznanie (35): «KG gotowe były w 1944 r. i dr Rascher zaproponował mi wypróbować je na pierwszych ofiarach. Spośród 8-9 osób, osadzonych w komorze, trzy dawały oznaki życia, pozostałe są martwe. Oczy ich były czerwone, a twarze opuchnięte».

Piękny obraz KG w Buchenwaldzie podaje «zasługujący na wiarę» naoczny świadek Charls Hauter (36): «Szybkie realizowanie eksterminacji wymagało specjalnej techniki. Niektóre, w szczególnie wyrafinowany sposób skonstruowane komory miały kolumny z przezroczystego materiału, w których tworzył się gaz i wychodził następnie na zewnątrz poprzez ścianki. Inne były prostsze, lecz wszystkie one wyglądały wspaniale. Łatwo było zrozumieć, że budowano je z przyjemnością oraz że były one już od dawna zaplanowane, dlatego jaśniały wszystkimi zaletami estetycznymi. Były one częścią obozu, skonstruowaną ze szczególnym upodobaniem».

Lekarz obozowy w Ravensbrücku Percy Trate (Persy Trejt) zeznał (37): «Przypominam sobie, że wiele Polek zostało zabitych strzałami w potylicę. Ale ponieważ te rozstrzeliwania odbywały się burzliwie i pozostawało niebezpieczeństwo, że do ognia trafią również żywe kobiety, zatroszczyłem się o to, by sposób zabójstwa był przyzwoity. Były to KG».

Rzeczy niepojęte działy się w zamku Hartheim pod Linzem (Austria), gdzie zostało zatrutych od 1 do 1,5 mln ludzi. Zacytujemy wyznanie komendanta Mauthausen Franza Ziereisa (Cyirajs) (38): «Gruppenführer SS Glück rozkazał ogłosić słabych więźniów psychicznie chorymi i zatruć ich gazem w dużym budynku. Tam zostało zabitych od 1 do 1,5 mln ludzi. Miejsce to nazywa się Hartheim, znajduje się ono w 10 km od Linza».

b) od sierpnia 1960 r.: na terenie starej Rzeszy komór gazowych nie było

W sierpniu 1960 r. kierownik Instytutu Współczesnej Historii w Monachium Martin Broszat pisał (39): «Ani w Dachau, ani w Bergen-Belsen, ani w Buchenwaldzie Żydów i innych więźniów nie zabijano za pomocą gazu. (…) Masowa likwidacja Żydów za pomocą gazu rozpoczęła się w 1941-42 l. i dokonywała się wyłącznie w specjalnie do tego przeznaczonych i wyposażonych w odpowiednie techniczne urządzenia miejscach, przede wszystkim na okupowanych polskich terenach (ale nie w starej Rzeszy): w Oświęcimiu, Sobiborze nad Bugiem, Treblince, Chełmnie i Bełżcu».

Godne uwagi, że w opowiadaniu Broszata nie jest obecny Majdanek – wyposażony w KG obóz. Mówiąc «przede wszystkim», chciał on prawdopodobnie pozostawić kwestię otwartą kto wie, może w Mauthausen (Austria) albo w Natzweiler-Struthofie (Alzacja) KG też się znajdą? Zaś co dotyczy «starej Rzeszy» (w granicach 1937 r.), tam, zapewnia Broschat, zabijania gazem nie dokonywano.

c) 1983 r.: powrót komór gazowych na Zachód

W pracy zbiorowej Kogona, Langbeina i Rückerla «Narodowosocjalistyczne masowe mordy za pomocą gazu trującego» (40) KG od 1983 r. świętują swój triumfalny powrót do Ravensbrück, Sachsenhausen, Stutthof i in. Wprawdzie, masowych zatruć teraz tam się już nie dokonuje jedynie niewielkie próby z kilkoma tysiącami ofiar. W ten sposób został osiągnięty kompromis pomiędzy pozycją Broszata a holokaustnikami-fundamentalistami. Tylko KG w Bergen-Belsen i Buchenwaldzie autorzy nie przyjęli.

U kogo w obliczu tych wszystkich nieprawdopodobnych sprzeczności miałyby powstać wątpliwości co do bezwarunkowej słuszności sfabrykowanych po tych wszystkich błąkaniach i przygodach wersji «holokaustu», które jednak przy wszystkich zakrętach losu opierają się na świadectwach «godnych zaufania naocznych świadków» trucia gazem, ten uczyni dobrze, jeśli, żyjąc w demokratycznych Niemczech, w demokratycznej Austrii, w demokratycznej Francji, w demokratycznej Szwajcarii, pozostawi swoje wątpliwości przy sobie, w przeciwnym bowiem razie stoi on już jedną nogą w więzieniu. Obraz współczesnej demokracji najlepiej oddają trzy słynne małpy, z których jedna nie mówi, druga nie widzi, a trzecia nie słyszy.

Przypisy

1) Tę tabelę z pewnymi niewielkimi opuszczeniami wzięliśmy od Roberta Faurissona, który opublikował ją w V. H. O. Nieuwsbrief (Herausgeber Siegfried Verbeke, Antwerpen, 7. Jahrgang, 1996, Nummer 1).
2) Nakręcony w r. 1955 przez Alaina René.
3) Eug‚ne Aroneanu, «Camps de concentration», Office francais d’edition, s. 196.
4) Ibidem, s. 196.
5) Wprowadzenie Kremera do książki: Miklós Nyiszli (Miklosz Nisli), «SS-Obersturmführer Docteur Mengele», Les Temps Modernes, marzec 1951 r., s. 1655.
6) Dokument norymberski URSS-008.
7) Przedmowa Claude’a Lanzmanna do Filip Müller, «Trois ans dans une chambre a gaz», Pygmalion/Gerzrd Watelet, 1980, s. 12.
8) Dokument norymberski PS-3868.
9) Oświadczenie Wrby ambasadzie Izraela w Londynie w związku z procesem Eichmanna od 16 lipca 1961 r.
10) Pery Broad, «KL Auschwitz in den Augen der SS», Wydawnictwo Państwowego Muzeum w Oświęcimiu, 1973, s. 141.
11) Yehuda Bauer, «A history of the Holocaust», New York, Franklin Watts, 1982, s. 215.
12) Lucy Davidowicz, «The war against the Jews», Penguin Books, 1990, s. 191.
13) Yehuda Bauer, «Auschwitz and the Poles», The Jerusalem Post, 22. september 1989, s.6.
14) Przed 1990 r. na spiżowych tabliczkach w Oświęcimiu figurowała liczba 4 mln ofiar. Następnie o tę przesadę oskarżono stronę radziecką, i tabliczki zdjęto.
15) Raul Hilberg, «The destruction of the european Jews», New York, Holmes and Meier, 1985, s. 895.
16) Jean-Claude Pressac, «Auschwitz. Technique and operation of the gas chambers», Beate Klarsfeld Foundation, New York, 1989, s. 553.
17) Gerald Reitlinger, «Die Endlosung», Colloquium, 1983, s. 524.
18) Jean-Claude Pressac, «Les crematoires d’Auschwitz», CNRS, 1993, s. 148.
19) Jean-Claude Pressac, «Die Krematorien von Auschwitz», Piper, 1994 (niemieckie tłumaczenie książki, podanej w przypisie 18), s. 202.
20) Dokument norymberski Imt VII, s. 656/657.
21) Simon Wiesenthal w «Der neue Weg», Wien, Nr. 17/18, 1946.
22) «Daily Telegraph», 25. April 1990.
23) Sprawozdanie polskiego Ruchu Oporu od 1 listopada 1942 r. Archiwum Państwowego Muzeum w Oświęcimiu (APMO), zespół «Obóz», materiały obozowego ruchu oporu, «O życiu w obozie», s. 79 i 80; cytaty z Enrique Aynat, «Estudios sobre el Holokausto», Graficas Hurtado, S. I. Maestro Lope, 59 y 65, 46100 Burjassot/Valencia, 1994, s. 150/151.
24) Sprawozdanie polskiego Ruchu Oporu od 23 października 1942 r. APMO, «Obóz», Blatt 163-A/1, s. 52; cytuje się za Enrique Aynat, por. przypis 23.
25) Dokument norymberski IMT XXI, s. 579/580.
26) Elie Wiesel, «La nuit», Editions de minuit, 1958, s. 57 nn.
27) Dokument norymberski PSY 3311.
28) , « », , , 1946.
29) Ian Karski, «Story of a secret state», The Riverside Press, Cambridge, 1944; cytuje się według Robert Faurisson, «Response a Pierre Vidal-Naquet», La Vieille Taupe, Paris, 1982, s. 43/44.
30) Stefan Szende, «Der letzte Jude aus Polen», Europa Verlag, Zürich/New York, 1945, s. 290 nn.
31) Yehuda Bauer, «A history of the holocaust», l.c., s. 200.
32) «Podziemna obsługa prasy pozagettowej», Archives of the Jewish Historical Institute in Warsaw, Ringeblum-1 file, July 18, 1942; cytuje się za Herbert Tiedemann, «Babi Jar. Kritische Fragen und Anmerkungen», w Ernst Gauss, «Grundlagen zur Zeitgeschichte», Grabert, 1994, s. 378.
33) Arnulf Neumaier w Gauss, «Grundlagen…», l.c., s. 358 nn.
34) Robert Faurisson w Gauss, «Grundlagen…», l.c., s. 10.
35) Dokument norymberski IMT V, s. 198.
36) Cytuje się według Pierre Vidal-Naquet, «Les assassins de la memoire», Editions de la decouverte, 1991, s. 28.
37) Cytuje się według Kogon/Langbein/Rückerl, «Nationalsozialistische Massentotungen durch Giftgas», Fischer Taschenbuch, 1989, s. 258.
38) Simon Wiesenthal, «KL Mauthausen», Ibis Verlag, 1946, s. 7/8.
39) «Die Zeit», 19 August 1960.
40) Porównaj przypis 37.

VI. Dowody na istnienie holokaustu

Pod koniec czerwca – na początku lipca 1993 r. w «Die Welt» pojawiła się następująca informacja: «Dziewięć lat w więzieniu bez winy».

«28 czerwca 1993 (Associated Press). Człowiek, skazany najpierw na karę śmierci, a następnie trzykrotnie na dożywocie w amerykańskim stanie Maryland, już w tym tygodniu zostanie zwolniony. 23-letni Kirk Bloodwors, który spędził w więzieniu 9 lat, w tym 2 lata w celi dla skazanych na karę śmierci, był oskarżany o to iż w 1984 r. zgwałcił i zabił 9-letnią dziewczynkę. Po przeprowadzeniu ekspertyzy sądowo-medycznej (spermy itd.) okazało się, że Bloodwors przestępstwa nie popełniał, został mimo to skazany na śmierć na podstawie zeznań 5 świadków, którzy twierdzili że go widzieli w chwili popełnienia zbrodni».

Ten wypadek najwyraźniej ilustruje to, co znane jest każdemu prawnikowi, mianowicie że zeznania świadków należy gruntownie sprawdzać przy pomocy ekspertów. Świadkowie mogą kłamać albo szczerze się mylić. Dowód, oparty na zeznaniach świadków, uważany jest za najsłabszy ze wszystkich rodzajów dowodów (1).

To, co się mówi o poszczególnym zwykłym zabójstwie, musi zachowywać swą ważność również w tym wypadku, jeśli mowa jest o setkach tysięcy lub nawet milionach ofiar. Zgodnie z tą zasadą pomieszczenia, które nazwano «komorami gazowymi», należało od razu po ukończeniu wojny poddać jak najdokładniejszej ekspertyzie. Następnie specjaliści mieliby policzyć, czy mogły krematoria – jeśli były one w obozie – przerobić taką ilość trupów. W «czystych obozach śmierci» – Treblince, Sobiborze, Chełmnie trupy rzekomo najpierw zakopywano w ziemię, później dokonywano ekshumacji i, wreszcie, spalano je pod odkrytym niebem. Jeśli istniały masowe groby na wiele setek tysięcy ludzi, wtedy można byłoby je odnaleźć nawet po latach przy pomocy prac wykopaliskowych oraz zdjęć lotniczych, które bardzo dobrze lokalizują masowe groby; ta ostatnia metoda jest obecnie stosowana w szerokim zakresie przez Amerykanów w Bośni.

Lecz nic z tego rodzaju rzeczy nie robiono po ukończeniu II Wojny Światowej i osądzeniu Niemiec. Naukowe badania KG, krematoriów i domniemanych masowych grobów nigdy nie miały miejsca. Nie dokonano również sekcji chociaż by jednego trupa więźniów OK dla stwierdzenia zatrucia gazem. Eksterminacjoniści (tak się nazywa obrońców oficjalnej wersji holokaustu) zorganizowali, na ile wiemy, tylko dwie ekspertyzy sądowo-medyczne, przy pomocy których chcieli potwierdzić masowe mordy, lecz obydwie doznały całkowitej klęski. Oto one:

1. Według ekspertyzy, przeprowadzonej w 1945 r. w Krakowie, znaleziono ślady cyjanku we włosach więźniów Oświęcimia. Obecnie ta ekspertyza, po pierwsze, nie może być powtórzona – w odróżnieniu od ekspertyz rewizjonistów, które można powtórzyć w każdej chwili – a po drugie, gdyby nawet była prawdziwa, to i wtedy nie miałaby żadnej siły dowodu. Przypuśćmy najpierw, że ostrzyżone włosy szły w Trzeciej Rzeszy na przeróbkę przemysłową. Ale w takim przecież wypadku koniecznie musiały one być poddane obróbce Cyklonem B, w celu dezynfekcji. Załóżmy również, że ludzi truto gazem, w takim jednak przypadku, czyż nie jest szaleństwem strzyc włosy na ofiarach już po KG, kiedy trucizna przesiąknęła wszystko i sama procedura staje się niebezpieczną dla życia tych, którzy jej dokonują! W tym wypadku, niewątpliwie, należałoby strzyc ofiary jeszcze przed zabiciem.

2. Według drugiej polskiej ekspertyzy w pobliżu Oświęcimia w glebie znaleziono wielką ilość ludzkich szczątek (3). Nie ma żadnych podstaw by podawać tę ekspertyzę w wątpliwość, dlatego że w drugiej połowie 1942 r. w obozie szalał tyfus i tysiące trupów więźniów palono na otwartym powietrzu. Jedyne krematorium, które tam było, mogło skremować nie więcej niż 100 trupów dziennie, a ponadto często stało nieczynne. Znalezienie ludzkich szczątek dowodzi jedynie, że rzeczywiście w Oświęcimiu zmarło sporo więźniów. Jednak masowego, świadomego niszczenia ludzi to nie dowodzi.

Stajemy w ten sposób przed bardzo dziwnym faktem: oskarżyciele Niemiec nie przedstawili jak na razie żadnego dowodu «największej zbrodni wszystkich czasów». Dowody aż do tej pory przedstawiają rewizjoniści, lecz ich dowody obalają oficjalną wersję holokaustu we wszystkich zasadniczych punktach.

Przypisy

1) Czytaj o tym artykuł Manfreda Koehlera o wartości wypowiedzi oraz zeznań na temat holokaustu w książce: Ernst Gauss, «Grundlagen zur Zeitgeschichte», l.c.
2) Wyniki krakowskiej ekspertyzy wydrukowano w antyrewizjonistycznym zbiorze (Hg. Brigitte Bailer-Galanda, Wolfgang Benz und Wolfgang Neugebauer), Deuticke, 1995, s. 79 nn.
3) O tej ekspertyzie patrz Nr 60 «Historischen Tatsachen», l.c.

https://artykulyaryjskie.wordpress.com

sobota, 16 maja 2026

„Wiem to z konfesjonału”. Poruszające słowa księdza



Dzień dobry Panie Mirosławie.

Chciałem podzielić się z Panem historią, która poruszyła cały zespół naszej Fundacji.

 Nasi wolontariusze prowadzili akcję informacyjną o aborcji połączoną z publicznym różańcem pod szpitalem w Toruniu. W pewnym momencie podszedł do nich pewien ksiądz. Podziękował za naszą obecność i powiedział krótko:
 „Wy nawet nie wiecie, ile dzieci uratowaliście od aborcji przez te akcje, stojąc w tym miejscu. Ale ja to wiem… z konfesjonału”. 

Ksiądz nie wyjawił oczywiście tajemnicy spowiedzi, ale potwierdził, że nasze akcje uratowały życie konkretnych dzieci! To kolejna tego typu relacja, którą usłyszeliśmy od kapłana.

Zarówno z tej relacji księdza jak i z innych naszych kontaktów wiemy, że przy okazji naszych pikiet, różańców i wystaw antyaborcyjnych, wiele osób korzysta z sakramentu pokuty (często po latach), co ratuje ich życie wieczne. Każdego dnia wychodzimy na ulice, głosimy prawdę o aborcji za pomocą dużych bannerów, megafonów, ulotek i broszur, oraz modlimy się. Nasz przekaz dociera codziennie do tysięcy ludzi. Gdy prawda o aborcji dociera do świadomości odbiorców, to następnie w ciszy ludzkich sumień dokonują się wybory między życiem a śmiercią.
Spotkanie pod szpitalem w Toruniu to kolejny dowód na to, że wytrwałość w organizacji kampanii przynosi owoce w postaci dzieci ocalonych od aborcji oraz rodziców uratowanych od zostania mordercami. Dlaczego o tym piszę właśnie teraz? Maj to miesiąc szczególnej intensywności.
 Na najbliższe dwa tygodnie zaplanowaliśmy kilkadziesiąt kolejnych akcji informacyjnych i publicznych różańców w miastach w całej Polsce. Chcemy dotrzeć do tysięcy kolejnych osób, zmienić ich świadomość i uratować kolejne dzieci.

Każda taka akcja to nie tylko koszt wydruku materiałów i zakupu urządzeń, ale przede wszystkim logistyka, paliwo, transport, dojazdy wolontariuszy i zabezpieczenie prawne naszych zgromadzeń.

W związku z tym, proszę Pana o wsparcie finansowe, które pozwoli nam zrealizować majowy harmonogram naszych akcji.

Często, gdy planujemy kolejne kampanie, nasi sympatycy i darczyńcy pytają nas o konkretne rezultaty organizowanych akcji. Te rezultaty to właśnie przemienione sumienia kolejnych ludzi. Nie dzieje się to w sposób spektakularny, ale w sercu każdego człowieka. Ostatecznym efektem jest to, że ludzie poddani aborcyjnej propagandzie nie podejmują decyzji o zabiciu własnego dziecka.

Najlepiej obrazuje to przesłane do naszej Fundacji świadectwo pani Anny, która jako młoda dziewczyna zobaczyła prawdę o aborcji taką, jaką pokazujemy na plakatach, bannerach, billboardach i furgonetkach:

„właśnie dzięki temu, że mam ją cały czas w pamięci, aborcja nawet przez myśl mi nie przeszła, gdy sama znalazłam się w trudnej sytuacji i być może właśnie dlatego mam teraz wspaniałego synka.”

Dzięki zobaczonej prawdzie o aborcji pani Anna dzisiaj jest szczęśliwą mamą. Podobny wpływ nasze kampanie mają na miliony ludzi w całej Polsce. Prawda porusza sumienia i zmienia świadomość, dlatego chcemy organizować nowe akcje i docierać do nowych ludzi.

Aby było to możliwe w nadchodzącym czasie, proszę o Pana pomoc.

WPŁACAM
Konto Fundacji do darowizn: 79 1050 1025 1000 0022 9191 4667
Fundacja Pro – Prawo do życia
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków

Z wyrazami szacunku, 

Mariusz Dzierżawski
 Fundacja Pro – Prawo do życia
KRS: 0000233080
NIP: 1231051050
REGON: 010083573
ul. J. I. Kraszewskiego 27/22, 05-800 Pruszków

https://dakowski.pl/

czwartek, 14 maja 2026

Realność bogów


Trudno przedstawiać coś, co dopiero powstaje. A książka ta jest ledwie zapowiedzią. Jest próbą otwarcia przestrzeni pewnych rozważań. Przestrzeni, której ogarnąć nie sposób, która więc tym samym nigdy nie zostanie zamknięta. To, w dodatku, co może się tutaj wydać niekiedy kształtem gotowym, też będzie na pewno ulegać przemianom. Jeśli bowiem czas pozwoli prowadzić rzecz dalej, dalszego ciągu nie da się teraz przewidzieć, a rozwój tematu podważy bez wątpienia wiele z zapisanych teraz zdań.

Skoro to, co jest, określiłem jako część pierwszą, powinienem odkryć całość zamysłu, do jakiej ten fragment należy. Sprawa okazuje się teraz jednak bardziej zawiła niż w chwili rozpoczynania pracy. Wtedy bowiem, jesienią 1995 roku, w Eleusis pojawił się zarys opowieści o samym tym miejscu, o odprawianych tam misteriach i o nigdy nie spełnionych próbach odsłonięcia ich tajemnicy. Ponieważ wszystko to, jak wiemy, było od wieków przedmiotem stale pobudzającym wyobraźnię i obrosło nieogarnialną już literaturą, mogłem myśleć jedynie o całkowicie osobistym, impresyjnym na poły, i tylko w źródłach szukającym oparcia „dokumentowaniu” refleksji i wrażeń wyniesionych z tego otoczenia, które oddziałuje z niewytłumaczalną siłą. Taki zamiar prowadzenia narracji w zasadzie nie został zaniechany. Z początku w centrum opowiadania umieszczona być miała postać Demeter, wedle Homeryckiego hymnu ustanawiająca eleuzyjskie obrzędy. I do niej pierwotnie odnosił się zachowany tytuł, podsunięty przez urywek z De abstinentia Porfiriusza, który wymieniając ptaki łączone z bogami, a pełniące rolę ich posłańców (gdzie jest orzeł Dzeusa, sowa Ateny itd.), umieszcza wyrażenie: Δήμητρος γέρανος. Zwrot zagadkowy, bo — o ile dotąd zdołałem się przekonać — nigdzie wcześniej nie znajdujący potwierdzenia, a potem powtarzany za tym wyłącznie miejscem.

Ten tytuł (faktem podyktowany przez przypadek: odkrycie nowego możliwego epitetu bogini, który pociągał swoją urodą) wpłynął istotnie na cały plan i tok poszukiwań i działania. Zmienił zasadniczo dawniejsze pomysły, ponieważ nie jestem teraz pewien, kogo dotyczy. Kwestia ta stała się przewodnim motywem obecnie prowadzonego „dowodu”. Może za wcześnie, by cokolwiek teraz odsłaniać, ale uprzedzić trzeba, że punkt ciężkości przeniósł się na mit Persefony, której Demeter zdaje się być późniejszym „kształtem” (Gestalt, w znaczeniu dalej tu rozwijanym), „emanacją” lub „figurą”. Hipotezę tę najzwięźlej tak da się sformułować, że na pewnym etapie rozwoju archaicznej teologii greckiej (kiedy zaczyna się proces ludzkiej ingerencji w treści objawione, ludzkiego ich interpretowania) Demeter wyłania się albo „rodzi” z tej, którą przez to właśnie, trawestując słynny tekst Dantego, określić by należało jako Madre della sua Madre.

Idea sama nie jest nowa. Chodzi tylko o poszukiwanie nowych argumentów na jej potwierdzenie. O nowe wniknięcie w tę tajemniczą zależność i ewentualne odkrycie jej nie wykorzystanych jeszcze perspektyw. „Zbliżenie” to nie oznacza bynajmniej przeniknięcia jej i definitywnego wysłowienia. Najważniejsze jest ustalenie samego szlaku pytań.

Publikowana teraz partia tekstu jest swoistą rozprawą o metodzie. Dotyczy pewnego sposobu traktowania i pojmowania archaicznej religii greckiej, który — dziś niemal zapomniany nawet w wąskim gronie specjalistów — był kiedyś żywym tematem dyskusji i sporów. Z jednej strony, witany z zainteresowaniem, a nawet z entuzjazmem, i naśladowany, na ile było to wówczas możliwe, z drugiej, prowokował — ostre przeważnie — ataki. Autorem prac, rozwijających w dwudziestych i trzydziestych latach „wizjonerską” interpretację religii Homera, był wielki niemiecki filolog klasyczny, Walter Friedrich Otto.

Dzięki rzuconemu przez Otta wyzwaniu, by bogów greckich traktować poważnie jako bogów, została przywrócona im, po dziesiątkach stuleci — pisze Burkert — „realność absolutna, status Urphänomenów, w znaczeniu, które temu terminowi nadał Goethe. Na tę drogę, osiągającą kres w jakiejś wysublimowanej osobistej religii, nie każdy byłby w stanie wejść, ale dzieło to wciąż promieniuje potężną siłą przyciągania”. (Na marginesie muszę wyznać, że dostatecznie mocno doświadczyłem tej siły i że przez to traktuję Otta jako najważniejszego przewodnika po świecie, w który ośmieliłem się wkroczyć.) Wątpliwe jednak, dodaje Burkert, w jakim stopniu, lub czy w ogóle „w surowym klimacie obecnego czasu autonomia obrazów zachować może swój czar i swą moc”1.

Żeby taką wizję osłonić przed działaniami „surowego klimatu”, które wzmogły się raczej po okresie dzielącym nas od wydania książki Burkerta, trzeba ją przenieść na jak gdyby wyższy poziom i samemu starać się o zajęcie pozycji ponad obszarem — zbyt, dodać warto — szczegółowych ustaleń tych dyscyplin humanistyki, mające na celu wyłącznie „obiektywny” ogląd i prezentację faktów, których ujęcie dąży do utopijnej bezsporności albo przybiera postać hipotez obwarowanych przesłankami o podobnym charakterze.

„Stanąć powyżej” nie znaczy oczywiście, by nie korzystać z takich ustaleń, lecz by zachować wobec nich dystans i nie trwać w narzucanej przez nie niewoli. A dalej — przyjąć taką postawę, która nie wywołuje lęku przed zarzutami „subiektywizmu” i sytuuje się w pobliżu filozofii wolnej od wciąż obecnych pozytywistycznych ograniczeń (przybierających rozmaite przebrania), a razem z tym zbliża się raczej ku poezji i sztuce w ogólności niż ku „nauce” pojmowanej na modłę nauk ścisłych.

„Bywają czasy wielkiego zagrożenia, w których pojawiają się filozofowie — stwierdzał Nietzsche — wówczas, gdy koło toczy się coraz szybciej, oni oraz sztuka wkraczają na miejsce znikającego mitu”2.

Jeśli zaakceptujemy taką diagnozę, to tak określone stanowisko i taka płaszczyzna myślenia stwarzać winny stosowniejszy grunt dla rozważań nad religią i mitem, jako że są im z natury bliższe niż ustalanie faktów bezspornych, połączone z obawą przed ryzykiem „nienaukowości”, a przez to bliższe są rzeczom, o jakich traktują, współtworząc z nimi — do pewnego przynajmniej stopnia — obszar wspólny.

Droga wiodąca „w górę” tym wyraźniej jawi się jako jedyna, że odwrotny kierunek postępowania: łączenie dziedziny „twardych faktów” ze swobodną wizją i refleksją wolną od doktrynalnych ograniczeń — kierunek taki zdaje się tu wykluczony. „Nie ma wyniku jakiejkolwiek nauki, który mógłby kiedykolwiek znaleźć zastosowanie w filozofii”, mówił Heidegger, mając na uwadze filozofię nie ulegającą skłonnościom, „by przypisywać swoim przekazom charakteru naukowych publikacji”3. Dzieło Otta należy do (jeśli w znaczący sposób nie współustanawia) takiego obszaru myślenia. Dalej będzie jeszcze mowa o jego związkach z autorem Sein und Zeit. I Burkert –w naszym przekonaniu — to właśnie dostrzegł, kiedy pisał, że za jego sprawą greccy bogowie i obrzędy do głębi odsłaniają swój sens bez żadnych racjonalnych wyjaśnień.

Obrona wizji przed restrykcjami racjonalizmu, chronienie całości przed rozkładem analitycznym, to tylko jedno z zadań, wobec których — idąc za Ottem — jesteśmy tu postawieni. Spośród innych, nie mniej zobowiązujących, na uwagę zasługuje sprawa interpretacyjnych obciążeń, zawiłość labiryntu erudycyjnego, w jaki wkraczamy, zmierzając ku samym rzeczom. Kwestia dotyczy więc tego wszystkiego, co mając je wyjaśniać i przybliżać, przy stosowaniu metod rozpowszechnionych zaciemnia je i oddala. Jeden z nowszych tekstów obrazuje taką sytuację z wyjątkową celnością.

We wstępie otwierającym trzytomowy komentarz do Odysei Alfred Heubeck wyznaje, że jedyną nadzieją, jaką żywić może badacz podejmujący podobne przedsięwzięcie, jest ta, że dotknie tylko obrzeży problemu, bo nie jest w stanie dotrzeć do jego centrum: „jednak świadomość, że żadne stwierdzenie dotyczące tego, co ostatecznie jest nie do zgłębienia, nie może uniknąć subiektywności, daje człowiekowi prawo, nawet nakłada nań obowiązek, by w danej kwestii otwarcie wypowiadał stanowisko własne, a nie skrywał go pod maską opinii cudzych”4. Takie „uprawomocnienie subiektywizmu” potwierdza założenia uprzednio omawiane.

Na gruncie filozofii egzystencji, która będzie stanowić dla nas jedno z odniesień zasadniczych, od dawna podejmowane są próby uchylenia czy obejścia wzajemnych przeciwstawień „podmiotu” i „przedmiotu”. Za taką opozycją właśnie stoi, nią warunkowana, relacja „subiektywnego” i „obiektywnego”. Cały ten syndrom obnaża swe słabości i ograniczenia na gruncie historii idei w ogóle, a zwłaszcza historii religii. Dlatego warto poświęcić mu krótką dygresję.

Komentując przed laty rozprawę Heideggera Die Zeit des Weltbildes, Paul Ricoeur tak ujmował to zagadnienie:

W metafizyce Kartezjusza byt po raz pierwszy został określony jako obiektywność przedstawienia, a prawda jako pewność przedstawienia. Razem z obiektywnością pojawia się też subiektywność, w tym sensie, że ów niewątpliwy byt przedmiotu jest przeciwwagą konstytucji podmiotu. Ustanowienie [position] podmiotu idzie w parze z ustawianiem naprzeciw siebie [proposition] przedstawienia. Jest to epoka świata jako „obrazu”. [...] Podmiot, jako ja sam, staje się ośrodkiem, do którego odnosi się byt, jako taki [das Seiende], lecz jest to możliwe tylko dlatego, że świat stał się Bild (obrazem) i w ten sposób staje przed nami: „Tam gdzie świat czyni się obrazem, byt w całości zakłada się jako coś, na co człowiek się nastawia i co chce zatem pozwać przed siebie, mieć przed sobą i w ten sposób w zdecydowanym sensie postawić przed sobą”. Przypisany bytowi charakter przedstawienia jest korelatem wyłonienia się człowieka jako podmiotu. Zgodnie z tą analizą Cogito nie jest prawdą ponadczasową: należy do pewnej epoki, pierwszej, dla której świat stał się obrazem; dlatego Cogito nie istniało dla Greków: człowiek nie spoglądał na świat, dla Greków człowiek jest raczej „tym, na którego spogląda byt, którego owo otwierające się skupia na obecności przy sobie”. Heidegger nie twierdził, że dla Greków człowiek jeszcze nie istniał; przeciwnie, człowiek miał dla nich pewną istotę i zadanie: „to otwierające się zebrać i ocalić, uchwycić i zachować, nie uchylając się przed wszelkim rozdwajającym się zamętem”5.

Owa megalomania podmiotowości, „roszczenie do panowania nad bytem jako całością”, wedle słów Ricoeura, zostaje ujawniona w niemal identyczny sposób przy formułowaniu różnicy między „problemem” a „tajemnicą” u Gabriela Marcela. Przypomnijmy dwa fragmenty z Être et avoir:

„Problem jest czymś, z czym się spotykamy, co nam zagradza drogę. Cały czas znajduje się przede mną. Przeciwnie zaś, tajemnica jest czymś, w co zostaję zaangażowany, a więc w konsekwencji do istoty jej należy, że nie znajduje się cała przede mną. Jak gdyby w tej strefie rozróżnienie pomiędzy ‘we mnie’ a ‘przede mną’ przestawało mieć znaczenie”. I dalej: „Z definicji myśli metafizycznej jako refleksji skierowanej na tajemnicę wynika, że postęp tej myśli jest nie do pomyślenia. Postęp możliwy jest tylko w zakresie pewnej problematyki. Z drugiej strony, właściwością problemów jest to, że stają się coraz bardziej szczegółowe. Przeciwnie zaś, tajemnica nie daje się uszczegółowić”6.

W tym punkcie jeden z kręgów się zamyka. Heidegger, którego wpływ na myśl Marcela jest znany, formułując identyczną w zasadzie tezę, przenosi nas w jeszcze inną niż tylko filozoficzna dziedzinę: „W filozofii żaden ‘postęp’ nie istnieje, dlatego też nie występuje w niej ‘zacofanie’. Tutaj, podobnie jak w sztuce, ważne jest tylko pytanie, czy jest ona sobą, czy też nie”7. To „bycie sobą” filozofii pojęte jest w tym miejscu jako powrót do tego, co w niej i dla niej fundamentalne: do ontologii. Bo jeśli ograniczona zostaje w istocie do epistemologii, jak się to od czasów Kartezjusza, a ostatecznie od Kanta wydarza, pytania filozoficzne ulegają „sproblematyzowaniu”, bo muszą mu ulegać, jak przekonuje Marcel. I filozofia zamienia się w naukę, którą władają prawa postępu. Za dawnym jej mianem kryje się więc coś z gruntu odmiennego od pierwotnych jej założeń i funkcji. Coś, co ogranicza ją i degraduje. Coś, przez co staje się ona obszarem, w którym nie ma miejsca ani dla „tajemnicy” Marcela, ani dla środków umożliwiających wydobywanie się z „zapomnienia o Byciu [das Sein]”, jak jej rolę podstawową określa Heidegger8.

Jeśli więc jawi się, i tak się jawi owa opozycja, a wraz z nią taka alternatywa, to stąd wynika prosto, po której stronie historia religii winna szukać oparcia. Jeszcze raz mówimy o historii religii, bo ona — bardziej niż inne dyscypliny humanistyczne — dotyka tajemnicy. I, wracając do punktu wyjścia: z wszystkiego, co powiedziano, wynika, że nic nas nie stawia przed dylematem, czy subiektywnie, czy obiektywnie należy traktować rzeczy, o jakich mówimy. Dylemat taki jest czystym pozorem narzuconym nam przez dziedzictwo, które należy odrzucić.

Historyk religii musi postępować tak, jakby sam był „przedmiotem” swego dociekania. Nie może „pytać obiektywnie”, co znaczy między innymi: oczekiwać jednoznacznych i raz na zawsze obowiązujących rozstrzygnięć, jeżeli poważnie traktuje to, ku czemu się zwraca. Może od razu powinien się decydować na stanowisko pytanego (jak o tym będzie mowa dalej)? W każdym razie powinien być pokorny i otwarty na fenomeny, z którymi chce mieć do czynienia. Poddawać się ich władzy, zapominając o fałszywym założeniu, że całkowicie mu poddane czy dane, jemu mają się one „przedstawiać”.

Weźmy jedną z takich okoliczności. Obecność mitu — jeden z wielkich „problemów” historii religii — narzuca pytanie o jego rodowód, przyczynę albo źródło. Liczba odpowiedzi, jakich namnożyła nauka, jest nie do ogarnięcia. Ważniejsze i utrzymujące się dłużej są ogólnie znane. Ale nawet wymienianie tych ostatnich byłoby zbędne, skoro już arbitralnie przyjęliśmy, że postępujemy teraz tropem wytyczonym przez Otta.

Zakładamy więc, akceptując coś, co się narzuca jako oczywiste, że mit bierze początek z objawienia. Można je bliżej określić jako objawienie „pierwotne”9. Mit, podobnie jak kult (o czym traktuje niniejsza część książki), staje się z czasem dziedziną „twórczości” ludzkiej. Ale jest nią zawsze w tej jedynie mierze, że rozwija lub „przetwarza” (niekiedy też deformuje) to, co nie pochodzi od człowieka, lecz co zostało mu udzielone. Można sobie w przybliżeniu wyobrazić ten proces, porównując go do ataku sił skumulowanych w najwyższych poziomach „rzeczywistości totalnej” i stamtąd działających. Z obszaru więc nadempirycznego — wyniesionego ponad to, co ogarnia nasza czysto zmysłowa percepcja — działa coś, co ta ostatnia próbuje przystosować do swych ograniczonych możliwości, w jakiś sposób przyswoić „Tamto” sobie. Kiedy owo niepojęte napiera na nasz „świat” (które to słowo należy teraz brać w znaczeniu eksplikowanym wyżej, a nadawanym mu przez Heideggera), atakuje nas samych i zajmowane przez nas miejsce w ogólnym składzie egzystencji, doświadczamy niewytłumaczalnego „porwania”.

Przyjąć wypada przy tym, że na stopniu pierwotnym, w kulturach nie znających jeszcze podziału na sacrum i profanum, w kulturach traktujących więc wszelkie działania jako „sakralne”, mamy do czynienia z takim rodzajem przeżywania religijnego, które określić by wypadało jako rodzaj „powszechnego stanu mistycznego”. Przeżycie takie, w trakcie przekształcania się „religijnej kultury” w laicką, w coś, czemu bardziej odpowiada miano „cywilizacji” — pod wpływem stopniowo ograniczających religię czynników, w skrajnych przypadkach sytuujących ją na obrzeżach życia zbiorowości — redukuje się i sprowadza wyłącznie do jednostkowych przypadków.

Rzeczone porwanie czy stan „przeniesienia” w swoisty sposób wymusza działania, które stanowić mają jakąś odpowiedź na to wydarzenie, o charakterze religijnym oczywiście, na etapie tu omawianym tyle „naturalne”, ile nie dające się wytłumaczyć (jeśli sama owa naturalność nie uchyla wszelkich potrzeb wyjaśniania). Działania te pochodzą, między innymi, z chęci pochwycenia i utrwalenia zarówno momentu, jak „treści” tego, co objawieniem tu nazywamy. I to jest właśnie wezwaniem do twórczości: do nadania jakiejś zmysłowej postaci czemuś, co się nie mieści w tylko zmysłowym oglądzie wszystkiego, co człowieka otacza, a co zarazem jest — przy pierwotnym, a więc panreligijnym przeżywaniu rzeczywistości — odczuwane jako to samo. „Twórczość”, w takim znaczeniu, polegałaby na zbliżaniu ku sobie dwu biegunów Jednego, które — odmienne doświadczane czy dane w różny sposób — pozostaje, mimo to, w najgłębszym odczuciu Jednym. „Twórczość” byłaby zatem pierwotną reakcją na zagadkę, a nade wszystko skutkiem niepokoju wywołanego „zagrożeniem przez dwoistość”, przez niebezpieczeństwo podziału czy lęk, jaki rodzi nieoczekiwane przeczucie i samo pojawienie się różnicy.

Lecz o micie jako o dziedzinie tworzenia winniśmy myśleć w nieco inny jeszcze sposób, mając tym razem na uwadze fazy rozwoju „opowieści mitycznej”, nawarstwiającej się za sprawą ludzkiej wyobraźni na tym podłożu, które Otto określał mianem Ur-Mythos i dookreślał wyrażeniem der stumme oder wortarme Mythos. Pod takim mianem mit należałoby traktować jako synonim objawienia w swej pierwotnej postaci i sensie najmocniejszym, co znaczy — powtórzmy — objawienia jeszcze nie ujarzmionego przez poznawcze władze umysłu (który, w tym przypadku, uznać by trzeba, wzorem buddyjskiej koncepcji, na przykład za należący do zmysłowej jeszcze sfery). Objawienia zatem jeszcze przez człowieka nie „przywłaszczonego”, w żadnym stopniu nie „oswojonego” przezeń.

Taki „milczący”, skąpo wysławialny pramit, najpełniej okazuje swą władczą siłę. Jest jeszcze absolutnie niezależny od kreacyjnej woli śmiertelnych. Należy całkowicie do porządku stwarzania, a więc nie może stanowić „materiału” tworzenia.

Zarazem dany nam i zamknięty przed nami, przybliża nas tylko ku swoim zarysom osłoniętym mgłą nieprzeniknionej tajemnicy i jedynie wciąga nas w bezdenność tego, co Heidegger nazywał Otwartym [das Offene], a Jaspers — Ogarniającym lub Wszechogarniającym [das Umgreifende]. Tego więc, co ogarniając sobą albo otwierając wszelkie byty, jest pierwszym warunkiem ich istnienia, a następnie ich zjawiania się. „To”, powtórzmy, nigdy nie „przed-stawia się” nam i nie przedstawia nam niczego jako „przedmiotu”.

Wróćmy do Otta. Włączanie przez niego mitu do obszaru twórczych działań człowieka nie podważa u niego w niczym „źródłowego” jego pojmowania. Chodzi jedynie o dwojakie znaczenie słowa, choć Otto nigdzie chyba nie wyjaśnia tego wprost. Powiada jednak, że mit rodzi poezję i kult. „Poezja” zaś to tutaj jak gdyby drugi czy dalszy stopień przybliżania tego, co się na początku wyłania jako Ur-Mythos, który jest najpierwotniejszym ze wszystkich obrazów i najpierwszym ze wszystkich „słów” (co stanowi odwołanie do wczesnego znaczenia greckiego μύθος). „Poezja”, będąca dla Otta głównie poezją Homera, to właśnie taki „mityczny przekaz” lub mityczna opowieść, którą fałszywie — wedle tradycyjnej wykładni — również nazywa się mitem, choć traktuje się go tym razem jak czysty wytwór ludzkiej fantazji, odpowiednik baśni czy legendy: zmyślenie swobodnie przetwarzające dane empirycznego wyłącznie doświadczenia.

Wedle Otta, wielkość Homera zasadza się na tym, że jego epika obrazuje, poświadcza najwcześniejszy moment wkraczania mitu do mowy, etap poprzedzający rozwój twórczości poetyckiej bliższej naszemu jej pojmowaniu, moment, w którym jeszcze nie dochodzi do głosu czynnik inwencji indywidualnej, a w którym mit — już jako „opowieść” — za sprawą człowieka uwalnia się z pierwotnych okowów milczenia.

Wszystko to, upraszczając, daje się zawrzeć w stwierdzeniu, że termin „mit” jest pojmowany raz „źródłowo”, raz „antropologicznie”. Albo w wymiarze absolutnym, albo ludzkim tylko. W tym drugim przypadku mit jest myślany zazwyczaj jako dający się zwerbalizować „temat”, który człowiek bierze za swą własność, rzecz należącą całkowicie do jego świata, bez względu na to, czy i w jakim stopniu poszczególne elementy tematu poza granice owego świata wykraczają.

Uprzedzając wywód główny, zaznaczmy, że zapewne nie bez wpływu Schellinga, który pisał o „pierwszej twórczości mitologicznej” jako o zawierającej w sobie potencjalnie „gotowego Homera”10, Otto stwierdza, że mit w swej pierwszej, już raz wysłowionej formie to „twór pewnej zbiorowości”, której bard jest tylko „głosem”. To więc, co powiedziane przed chwilą, odnosić się daje do najwcześniejszych utworów epickich, gdzie — i to we wszystkich kulturach — sprawa „autorstwa” jest dyskusyjna. Epos taki zawsze zdaje się stanowić dzieło zbiorowej pamięci i wspominanego „powszechnego uniesienia”, a więc przeżyć lub stanów odnoszących się do pierwotnych objawień. I zazwyczaj, wymieniając faktycznego czy legendarnego „twórcę”, przypisuje się mu rolę kodyfikatora albo „redaktora” zachowanej i przekazywanej przez tradycję wersji tekstu, uznanej za ostateczną11.

Musimy pamiętać, że słowny przekaz nie wyczerpuje owej presji, jaką Ur-Mythos narzuca ludzkiej wyobraźni i ludzkiej potrzebie tworzenia, pojętej jako „odpowiedź na coś”, potrzebie, która jest w tym szczególnym przypadku pobudzona tak potężnym zewnętrznym bodźcem, że przerasta to wszelkie nasze pojęcia o artystycznym powołaniu czy o Kunstwollen Riegla (by się odwołać do koncepcji niewytłumaczalnej w zasadzie „naturalnej” siły, popychającej człowieka ku sztuce12). Presja objawienia, za pośrednictwem pramitu, aktywizuje się nie tylko w słowie, lecz — jak wspomnieliśmy — w obrazie. „Obraz”, to przede wszystkim — w wykładni Otta — kult. W kulcie źródłowo dany mit „żyje” istotniej. Może dlatego, że nie zagraża mu tu to szczególne uwięzienie i zarazem petryfikacja, które niesie ze sobą materialna trwałość dzieła. Kult jest nieustannie ponawianym, powoływanym do życia procesem, aktem twórczym w przebiegu, nie pozostawiającym za sobą utrwalonych „śladów” (poza regułami, wedle których rytuał jakiś jest powtarzany). Dzięki temu kult istnieć może tylko o tyle i tylko wtedy, kiedy sprawująca go zbiorowość trwa w bliskości objawienia. I jeśli epos („słowo”) trwać może w jakiejś mierze (lub od jakiegoś momentu) w oderwaniu od jednostki czy grupy, w procesie sprawowania kultu zarówno jedna, jak i druga są samą jego „materią”. Osoba ludzka nierozdzielna jest z „aktem kreacji” przez nią dokonywanym.

Zarysowując w taki sposób to, o czym niniejsza część książki traktuje, chciałem ukazać, między innymi, do jakiego stopnia myśl Otta jest inspirująca nadal i na ile uświadamia nam ona, jak bardzo obiegowe ujęcia religii archaicznych (nie tylko samej greckiej religii) oddalają nas od jej źródeł, zatajając coś w imię „naukowej ścisłości”. Do jakiego więc stopnia, pragnąc tylko przybliżyć się do granicy niepoznawalnego, musimy wzbudzić w sobie wiarę w sens błąkania się i błądzenia, co znaczy: poddać się zasadzie „nieobiektywności”. Jedyną pewnością pozostaje pewność samego poszukiwania, a nie żadna pewność zdobycia pewności, którą inni uznać winni za niepodważalną. Wyraz „nauka” nie ma w takiej sytuacji większego zastosowania. Jeśli jest to jakieś „badanie”, bardziej angażuje ono nasze własne doświadczenie egzystencjalne niż — jak mówiliśmy — siły potrzebne do penetrowania nagromadzonych przez wieki złoży erudycji, które nam utrudniają lub uniemożliwiają postrzeganie samych nawet zarysów celu. Nie trzeba się zarzekać, jeśli cel ten podsuwa jakaś nieuchwytna nawet emocja. Jeżeli ścigana rzecz, niejasne przeczucie kształtu rzeczy naprowadziło nas na szlak, którym chcemy podążać. Innych, jeśli mamy być szczerzy, winniśmy ostrzec tylko, że nasza zasada postępowania naznaczona jest w równym stopniu nadzieją, co i rezygnacją. Pragnieniem wzbudzonym przez ciekawość, chęcią trwania przy miejscach i rzeczach, bez względu na to, czy nas dopuszczą do siebie, czy pozostaną zamknięte. Przestroga i usprawiedliwienie, które chcę tu wypowiedzieć, najprościej wypowiedzieć powtarzając słowa Yeatsa:

Tread softly, because you tread on my dreams.

*
Spośród bardzo wielu osób, którym powinienem wyrazić wdzięczność za pomoc i przychylność okazaną w trakcie pracy nad tą książką, wymienię tylko dwóch bliskich przyjaciół, jako najbardziej w to przedsięwzięcie zaangażowanych przewodników, a zarazem najwybitniejszych ze znanych mi specjalistów w dziedzinie, do jakiej wywód ten usiłuje nawiązywać. Dziękuję Włodzimierzowi Lengauerowi i Lechowi Trzcionkowskiemu. Przede wszystkim za to, że zechcieli być moimi nauczycielami, bez których nie powstałoby nawet to, co powstało. Równocześnie chciałbym przeprosić ich za liczne trudy, jakie dla mnie ponieśli, i za to, że zapewne wiele z ich wysiłków poszło na marne. Nie oni winni są błędów, które ten tekst z pewnością zawiera. Włodzimierzowi Lengauerowi dedykuję tę część z tego jeszcze powodu, że to on odkrył przede mną dzieło Waltera Friedricha Otta, kiedy pytałem go, kto mógł być prototypem postaci Maxa von Trotta.
 
Eleusis, październik 1995 — Warszawa, listopad 2001

1 Walter Burkert, Greek Religion: Archaic and Classical, Oxford — Harvard 1987, s. 4.

2 Tekst z 1872 roku: Nachgelassene Werke, t. X, s. 112. Cyt. za: Martin Heidegger, Nietzsche, przekład zbiorowy pod red. Cezarego Wodzińskiego, t. I, Warszawa 1998, s. 7.

3 Nietzsche, op. cit., s. 50, 266.

4 Alfred Heubeck, Stephanie West, J.B. Hainsworth, A Commentary on Homer’s Odyssey. T. I: Introduction and Books I — VIII, Oxford 1988, s. 3-4.

5 Paul Ricoeur, Heidegger i problem przedmiotu, przeł. Ewa Bieńkowska, Znak nr 240, 1974 (nr 6), s. 783-784 (cytaty z Czasu światoobrazu Heideggera w przekładzie Krzysztofa Wolickiego).

6 Gabriel Marcel, Być i mieć, przeł. Piotr Lubicz, Warszawa 1986, s. 86-87. Wprowadzając te cytaty, nawiązuję do pewnych sugestii wypowiedzianych już przeze mnie w eseju Historia i trwanie. Por. Fragmenty. Szkice z teorii i filozofii sztuki, Warszawa 1995, s. 53-65.

7 Nietzsche, op. cit., s. 317.

8 Wniosek, że oba terminy są sobie bliskie lub że wyznaczają ten sam kierunek myśleniu, jest równie nieodparty jak to, że w obu przypadkach mamy do czynienia z postawą o religijnym charakterze, generalnie mówiąc.

9 Por. Karl Rahner, Herbert Vorgrimler, Mały słownik teologiczny, przeł. Tadeusz Mieszkowski, Paweł Pachciarek, Warszawa 1987, s.v.

10 Friedrich W. J. Schelling, Filozofia sztuki, przekład, wstęp, przypisy Krystyna Krzemieniowa, Warszawa 1983, s. 83.

11 Dodać należy, że traktowanie eposu  z a w s z e  jako najwcześniejszej postaci „mitu wysłowionego”, może zawierać błąd „europocentryzmu”. Iliada i Odyseja są, istotnie, takimi najwcześniejszymi dokumentami w naszym kulturowym obszarze. Lecz wystarczy wspomnieć o Wedach oraz ich czasowej odległości od Ramajany i Mahabharaty, by się zawahać w takim przekonaniu. Tym bardziej że o Wedach mówi się wprost jako o „objawionych tekstach” (co, z drugiej strony, wcale nie wyklucza bliskiego związku tych późniejszych poematów z treściami objawienia).

12 Termin ten, zwykle oddawany przez „wola twórcza”, wskazuje jednak na coś bardziej nadindywidualnego. Polski odpowiednik, jak zwraca uwagę Ksawery Piwocki (Pierwsza nowoczesna teoria sztuki. Poglądy Aloisa Riegla, Warszawa 1970, s. 38), nie jest ścisły, „gdyż Riegl nie mówi: Kunstwille, lecz Kunstwollen — nie więc wola sztuki, ale właściwie «to, co chce sztuki», może «dążenie twórcze» (?)”. Naszym zdaniem, z tych wyrażeń najtrafniejsze jest „to, co chce sztuki”.
 Wiesław Juszczak
Przedmowa do
Pani na żurawiach. Tom I cz.I Realność bogów.

http://www.gnosis.art.pl
  

Święty Jan Bosko i tajemniczy pies

 Święty Jan Bosko (1815–1888), włoski kapłan i wychowawca młodzieży, całe swoje życie poświęcił trosce o opuszczone i ubogie dzieci, zwłaszcza w robotniczym Turynie XIX wieku. Kierując się wiarą i wielką miłością do młodych ludzi, założył Zgromadzenie Salezjańskie, którego misją stało się wspieranie rozwoju duchowego, intelektualnego i zawodowego młodzieży. Był niezwykle wrażliwy na potrzeby drugiego człowieka, ale również otwarty na świat przyrody. Jego życie pełne było wydarzeń mistycznych i głębokiego zjednoczenia z Bogiem, co znajdowało wyraz również w jego niezwykłej relacji z naturą — a szczególnie z tajemniczym, szarym psem, który wielokrotnie pojawiał się w chwilach niebezpieczeństwa, stając się dla niego nie tylko opiekunem, ale i znakiem Bożej Opatrzności.


A oto co sam napisał na temat owego zwierzęcia:


Szary pies był tematem wielu rozmów i domysłów. Niektórzy z was musieli go widzieć, a może nawet go pogłaskać. Teraz, pomijając dziwne opowieści, które krążą na jego temat, przedstawię wam to, co jest czystą prawdą.


Częste zaczepki i obelgi, których byłem ofiarą, sprawiły, że unikałem samotnych powrotów z Turynu. W tamtych czasach ostatnim budynkiem przed Oratorium był szpital psychiatryczny; dalej rozciągały się zarośla bukszpanu i akacji.


Pewnego ciemnego, dość późnego wieczoru wracałem sam do domu, nie bez obaw, gdy nagle obok mnie pojawił się duży pies. Na pierwszy rzut oka mnie przestraszył, lecz nie przejawiał wrogości — przeciwnie, łasił się, jakby był moim wiernym towarzyszem. Szybko zyskaliśmy wzajemne zaufanie, a on odprowadził mnie aż do Oratorium. To, co wydarzyło się tamtego wieczoru, powtarzało się później wielokrotnie. Mogę więc śmiało powiedzieć, że szary pies oddał mi wiele ważnych przysług. Opowiem o niektórych z nich.


Pod koniec listopada 1854 roku, w mglisty i deszczowy wieczór, wracałem z miasta. Aby uniknąć samotnej, długiej trasy, zszedłem na drogę prowadzącą z Consolata do Cottolengo. W pewnym momencie zauważyłem dwóch mężczyzn idących w niewielkiej odległości przede mną. Ich kroki przyspieszały lub zwalniały zależnie od mojego tempa. Kiedy próbowałem przejść na drugą stronę ulicy, aby ich minąć, zręcznie stawali mi na drodze. Chciałem zawrócić, lecz było już za późno — nagle, wykonując dwa skoki do tyłu, rzucili mi na twarz płaszcz i próbowali mnie obezwładnić. Jeden z nich wciskał mi w usta chustkę, próbując mnie uciszyć. Nie mogłem krzyczeć.


Wtedy pojawił się szary pies. Z rykiem przypominającym niedźwiedzia rzucił się na jednego z napastników, pazurami sięgając jego twarzy, drugiego zaatakował z otwartą paszczą. Napastnicy musieli się wycofać.


— Co to za pies?! — wołali, drżąc z przerażenia.

— Zawołam go — odpowiedziałem — ale zostawcie przechodniów w spokoju!

— Zawołaj go natychmiast! — krzyknęli.


Szary pies wciąż warczał jak rozwścieczony wilk. Napastnicy uciekli, a pies odprowadził mnie aż do Ośrodka Cottolengo. Tam, odzyskawszy spokój po całym zajściu i posiliwszy się napojem, który ofiarność tego miejsca potrafiła znaleźć w odpowiedniej chwili, wróciłem do domu w bezpiecznym towarzystwie.


Za każdym razem, gdy wieczorem nie towarzyszył mi żaden człowiek, widziałem, jak szary pies wyłania się zza budynków i podąża za mną. Wielu młodych z Oratorium go widywało. Pewnego razu stał się nawet bohaterem niewielkiego zamieszania. Gdy wszedł na dziedziniec, ktoś chciał go przepędzić, inny rzucał kamieniami.


— Nie róbcie tego — powiedział Giuseppe Buzzetti — to pies księdza Bosko!


Od tej chwili wszyscy zaczęli go głaskać i… towarzyszyć mi. Tego dnia byłem w refektarzu na kolacji z kilkoma klerykami, księżmi i moją matką. Gdy pies niespodziewanie wszedł do sali, wszyscy zamarli.


— Nie bójcie się — powiedziałem — to mój Szary. Pozwólcie mu podejść.


I rzeczywiście, zataczając szeroki łuk wokół stołu, podszedł do mnie radosny. Pogłaskałem go i podałem mu zupę, chleb — wszystko odrzucił. Nie chciał nawet powąchać tych dań.

— Więc czego chcesz? — zapytałem. Pies tylko machał ogonem i poruszał uszami. — Jedz, pij albo po prostu bądź wesoły — dodałem.


Opierając głowę o mój obrus, jakby chciał coś powiedzieć i życzyć mi dobrej nocy, dał znak pożegnania. Z radością i zdziwieniem został wyprowadzony przez młodzież za drzwi. Pamiętam, że tego wieczoru wróciłem do domu późno — znajomy podwiózł mnie swoim powozem.


Ostatni raz widziałem Szarego w 1866 roku, kiedy szedłem z Murialdo do Moncucco, do mojego przyjaciela, Luigiego Moglii. Proboszcz z Buttigliera odprowadził mnie kawałek, a zapadła już noc. Pomyślałem wtedy: Och, gdybym tylko miał przy sobie mojego Szarego! Jak bardzo by mi się przydał…

W tej samej chwili, gdy wszedłem na łąkę, by nacieszyć się ostatnim światłem dnia, pies nagle wybiegł mi naprzeciw, pełen radości. Towarzyszył mi przez pozostałe trzy kilometry.

Kiedy dotarliśmy do domu przyjaciela, poproszono mnie, byśmy weszli tylnym wejściem — obawiano się, że Szary może natknąć się na dwa duże psy domowe.


— Rozszarpałyby się nawzajem — powiedział Moglia.


Długo rozmawialiśmy z całą rodziną, potem zasiedliśmy do kolacji. Mój towarzysz odpoczywał spokojnie w kącie. Po posiłku przyjaciel powiedział:


— Trzeba dać kolację także Szaremu.

Wziął trochę jedzenia, ale… psa już nigdzie nie było. Przeszukano cały dom i ogród — drzwi i okna były zamknięte, a domowe psy nie wydały żadnego dźwięku. Przeszukano również piętro — wszystko na próżno. Szary pies zniknął bez śladu.


To ostatnia wiadomość, jaką miałem o Szarym Piesku, o którym tyle mówiono i którego tak wielu próbowało zrozumieć. Nigdy nie poznałem jego właściciela. Wiem tylko jedno: to zwierzę było dla mnie prawdziwą opatrznością — pojawiał się zawsze wtedy, gdy najbardziej go potrzebowałem. (San Giovanni Bosco, Memorie dell’Oratorio di s. Francesco di Sales, Roma [1946], s. 251-254).


Księdza Bosko często pytano o jego związek z niezwykłym psem. On sam mówił: „Gdybym stwierdził, że był to anioł, dałbym powód do śmiechu, ale nie można powiedzieć, że był to pies pospolity”. Niektórzy nazywali tego psa „Szarym” i opowiadali o jego pojawieniu się w różnych miejscach i czasach. Widziano go w 1893 roku, kiedy dwie siostry salezjanki wracały z Asyżu do Cannary. Pojawił się również w 1930 roku w Barranquilli w Kolumbii, podczas budowy siedziby Córek Maryi Wspomożycielki. Był także obecny między 1898 a 1900 rokiem w Nawarrze, na pograniczu Hiszpanii i Francji, gdy siostry zbierały kasztany.


I mnie, autorowi niniejszego opracowania wydaje się, że także spotkałem Szarego w dniu śmierci mojej Mamy.

**

Poniżej mały wybór z tego co można by nazwać "święci i zwierzęta". [Znaczenie więcej w artykule oryginalnym]


**

Święta Brygida z Kildare (ok. 451–525) – patronka Irlandii i orędowniczka zwierząt, jedna z największych świętych tego kraju – była córką pieśniarza i niewolnicy. Ochrzczona przez ucznia św. Patryka, od wczesnej młodości odznaczała się pokorą i głęboką miłością do Boga. Dzięki swej dobroci i cnotom odzyskała wolność, lecz odrzuciła światowe życie i udała się na pustkowie, aby w odosobnieniu służyć Panu.


Zamieszkała w dziupli starego dębu, gdzie prowadziła życie pustelnicze. Zwierzęta leśne, wyczuwając jej łagodność, zbliżały się bez lęku. Brygida dzieliła z nimi skromny posiłek, leczyła chore stworzenia i otaczała je opieką. Jej obecność przywracała harmonię – nawet dzikie zwierzęta znajdowały przy niej spokój.


Najbardziej znana jest opowieść o lisie: pewien wieśniak, który przypadkowo zabił oswojonego pupila króla, został skazany na śmierć. Mógł ocalić życie tylko wtedy, gdyby przyniósł równie łagodnego lisa. Jego żona zwróciła się o pomoc do św. Brygidy. Na jej wezwanie z lasu wyszedł lis, który, jak udomowione zwierzę, podążył za świętą aż do zamku. Poruszony jego zachowaniem król darował życie wieśniakowi i sam doznał duchowej przemiany. Lis, wypełniwszy swą misję, wrócił do ostępów leśnych.


W innym cudzie na klasztornym podwórzu pojawił się ścigany dzik. Zwierzęta w panice uciekały, myśliwi byli tuż za nim – Brygida wybiegła, uczyniła znak krzyża i przemówiła do dzika. Natychmiast się uspokoił, a myśliwi, świadomi cudu, porzucili pogoń. Dzik pozostał przy klasztorze jako łagodny towarzysz wspólnoty.


Jako przełożona klasztoru Brygida troszczyła się nie tylko o siostry i ubogich, lecz także o bezbronnych i bezradnych mieszkańców lasu, traktując je z miłością i czułością jako Boże stworzenia. W irlandzkiej tradycji czczona jest nie tylko jako patronka kraju, lecz także jako ta, która wprowadzała pokój i łagodność tam, gdzie się pojawiała – zarówno wśród ludzi, jak i w świecie przyrody.

*

Święty Franciszek z Asyżu (1181/82–1226) – ‘brat wszystkich stworzeń’ był jednym z największych mistyków średniowiecza i wielkim miłośnikiem przyrody. Wszystkie stworzenia Boże nazywał swoimi braćmi i siostrami, widząc w nich odbicie dobroci Stwórcy. Zwierzęta nie tylko go słuchały – zdawały się go rozumieć i kochać.


Podczas jednego z kazań, które głosił, świergot jaskółek zagłuszył jego słowa. Zamiast się irytować, Franciszek zwrócił się do ptaków łagodnie: „Siostrzyczki jaskółki, proszę, uciszcie się na chwilę, bym mógł dokończyć kazania.” I ptaki umilkły natychmiast.


W innej sytuacji, widząc tłum ptaków na drzewach, zatrzymał się i przemówił:


„Bracia moi ptaszkowie, chwalcie Boga, który dał wam skrzydła, lekkie pióra i wolność nieba!”


Ptaki nie uciekły, lecz zgromadziły się wokół niego i zdawały się słuchać z uwagą, po czym otrzymały jego błogosławieństwo.


Podczas wędrówki spotkał młodzieńca niosącego synogarlice na sprzedaż. Franciszek, poruszony losem ptaków, poprosił o nie, a następnie zapewnił im schronienie w klasztorze. Ptaki szybko oswoiły się ze świętym – siadały mu na ramionach i latały wokół niego.


Najbardziej znana jest jednak opowieść o wilku z Gubbio, który terroryzował mieszkańców okolicy. Franciszek, wbrew ostrzeżeniom, poszedł do lasu i przemówił do zwierzęcia z odwagą i łagodnością: „Bracie wilku, w imię Chrystusa zakazuję ci krzywdzić ludzi i ich dobytek.”


Wilk położył się u jego stóp i zawarł „pokój” z mieszkańcami, którzy zobowiązali się go karmić. Od tej pory żył z nimi w zgodzie, a cud ten poruszył całe miasto.


Franciszek głosił nawet kazania rybom. Gdy ludzie nie chcieli słuchać jego słów, zwrócił się do stworzeń wodnych: „Skoro ludzie nie chcą słuchać, będę głosił Słowo Boże wam, siostry ryby”. Wtedy ryby podpłynęły do brzegu, wynurzyły głowy z wody i trwały w ciszy, jakby słuchały kazania. Po błogosławieństwie świętego odpłynęły spokojnie i był to to jeszcze jeden cudowny znak jedności stworzenia z Bogiem.


Franciszek często przebywał samotnie na górze Alwerno, gdzie oddawał się postom i modlitwie. Towarzyszył mu sokół, który codziennie budził go do modlitwy. To właśnie tam, w głębi duchowego uniesienia, otrzymał stygmaty – rany Chrystusa – które nosił do śmierci.


Zmarł w 1226 roku, mając zaledwie 45 lat. Gdy odchodził, niezliczone ptaki krążyły nad klasztorem, jakby żegnały swego brata, opiekuna i przyjaciela.

*

Błogosławiony Marcin de Porres (1579–1639) – opiekun najmniejszych, także tych z ogonem urodził się w 1579 roku w Limie, stolicy Peru. Był synem hiszpańskiego szlachcica i czarnoskórej kobiety. Od dzieciństwa odznaczał się wielką pokorą, łagodnością i wrażliwością na cierpienie – zarówno ludzi, jak i zwierząt. Został bratem zakonnym w klasztorze dominikanów i poświęcił swoje życie pomocy ubogim, chorym oraz dzieciom porzuconym przez rodziców. Dzięki jego staraniom w Limie powstał przytułek dla sierot.

Jednak miłość Marcina obejmowała wszystkie stworzenia Boże, nawet te, które większość ludzi odtrącała. W klasztorze, gdzie mieszkał, pojawiła się plaga szczurów niszczących sprzęty i szaty liturgiczne. Zakrystian chciał je wytruć, lecz Marcin – nie chcąc, by stała się im krzywda – poprosił o pozwolenie na inne rozwiązanie.

Postawił koszyk na podłodze i z wielką cierpliwością, łagodnym głosem zaczął przywoływać szczury, zapraszając je do środka. Gdy kosz się zapełnił, wyniósł go do ogrodu klasztornego i tam zwierzętom wyjaśnił: mają nowe miejsce do życia i obiecał, że codziennie przyniesie im pożywienie, jeśli tylko przestaną wracać do klasztoru. I tak się stało – odtąd gryzonie nie zakłócały już życia wspólnoty, a brat Marcin wiernie je dokarmiał do końca swoich dni.

Ten prosty gest miłości wobec stworzeń, które zwykle wzbudzają odrazę, stał się symbolem jego świętości. Dlatego w Ameryce Południowej Marcin de Porres jest znany jako patron szczurów – tych najmniejszych, odrzuconych, ale przez Boga nie zapomnianych.

Zmarł w 1639 roku, a jego kult szybko rozprzestrzenił się wśród ludu, który widział w nim świętego bliskiego każdemu stworzeniu.

Te historie nie są jedynie opowieściami o cudach – są ilustracją katolickiej wizji świętości jako rzeczywistości, która przemienia nie tylko człowieka, ale i wszystko, co go otacza. W oczach świętych, każde stworzenie ma swoje miejsce w Bożym planie i uczestniczy, choćby milcząco, w wielkiej liturgii stworzenia.

https://dakowski.pl/czy-w-bozym-krolestwie-jest-miejsce-dla-zwierzat-cz-i/

https://ksiegarnia-armoryka.pl/stworzenie-i-wiecznosc-czy-w-niebie-beda-zwierzeta-andrzej-sarwa


Czy w Królestwie Bożym jest miejsce dla zwierząt?

**

W Królestwie Bożym nie ma miejsca na nikogo, kto uważa się za odseparowany byt. Bo tym właśnie jest Królestwo Boże, wstrzymaniem odseparowanego bytu. Mówiąc metafizycznie, tylko Bóg Jest. Wszystko inne, cokolwiek jest, będzie było. I właśnie na takiej ulotnej podstawie ludzkie istoty określają swą tożsamość. Zwierzęta zatem nie mają szans, i będą kontynuować swój odseparowany byt, to człowiek jest tym który ewentualnie potrafi zakwestionować swą indywidulaność i porzucić swe człowieczeństwo. [To ostatnie to akurat całkiem łatwo wielu ludziom przychodzi, przez porzucenie człowieczeństwa mam oczywiście na myśli identyfikację z ludzkim ciałem i zakwestionowanie tego, że się urodziliśmy. W końcu umrzeć może tyko to, co się urodziło. Królestwo Boże jest dla niezrodzonych. I nie jest bynajmniej jakąś mglistą obietnicą. Wystarczy nie upierać się przy narodzinach i widzieć wszystko co zrodzone jako: "to nie moje, tym nie jestem, to nie moje ja". Kto kocha bardziej rzeczy przestrzeni i czasu niż Niezrodzoną Prawdę, dostanie dokładnie to co kocha, kolejną egzystencję w przestrzeni i czasie. Być może jako jakiś miły zwierzak... To już zależy od jakości podejmowanych działań. 





środa, 13 maja 2026

Błogosławiona jest młodzież, albowiem ona dziedziczy dług narodowy

 

Są to słowa ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego wypowiedziane na spotkaniu z młodymi ludźmi, którzy – rozbawieni – zdawali się nie rozumieć drwiącego przekazu; przyjęli tę  informacje bijąc brawo. To oznajmienie zostało przytoczone w wywiadzie Piotra Szlachtowicza z prof. Adamem Wielomskim o konsekwencjach podpisanej z UE umowy SAFE:


„Dlaczego Polacy wciąż milczą, akceptują, ‚łykają’  szkodliwe posunięcia rządu?” – pyta Piotr Szlachtowicz. – „Polski już nie ma?” – Odpowiada prof. Adam Wielomski: „Będą konsekwencje wobec Sikorskiego?! W Polsce?! – Opinia publiczna jest przyzwyczajona do tego, że ją poniżają, szydzą z niej”. Powiedział zresztą minister prawdę: nie jego dzieci będą spłacać długi.

Profesor jednoznacznie krytykuje program SAFE. Po pierwsze, ogromne koszty – 43 mld euro (tj. około 180 mld złotych) plus odsetki. Trzeba będzie oddać około 400 mld złotych, czyli prawie 2/3 tegorocznego budżetu. Po drugie, na co wyda Polska te pieniądze. Rząd nie ukrywa, że znaczna część pożyczki trafi na Ukrainę, czyli zostanie wyrzucona w błoto.

Po trzecie wreszcie, powiększy się nasza zależność od Unii, która będzie mogła wstrzymywać fundusze, jeśli będziemy ‚niegrzeczni’. Polska biorąc te pieniądze wpada we wspólne długi europejskie, co zmniejsza nasze możliwości ewentualnego polexitu, no i finansowanie armii będzie w rękach UE. Nasuwa się przy tym pytanie, czy ta pożyczka jest w ogóle legalna.

P. Szlachtowicz: „Nie jest legalna, powinna była być uchwalona w formie ustawy. Dlaczego więc Kosiniak-Kamysz i Domański nie boją się konsekwencji? – Przecież gdy przyjdzie nowy rząd, będą rozliczeni. Czy oni przypuszczają, że federalizacja Europy przyspieszy, więc będą bezkarni.


Pożyczka SAFE podpisana

Ci, co podpisali, wiedzieli, co czynią – odpowiada profesor. – Domański ma już tyle osiągnięć w zakresie kreatywności budżetowej, że musiał podpisać, by zachować stanowisko ministra finansów i nie usłyszeć zarzutów prokuratorskich, a Kosiniak-Kamysz jest niekompetentny i chyba nie zdaje sobie sprawy, co podpisał. A tak na dobrą sprawę nic im nie grozi. Trybunał Stanu tylko raz na początku III RP skazał ministra. Koalicja rządząca musiałaby w przyszłych wyborach uzyskać poniżej 1/3 mandatów poselskich, by TK podjął określone działania. Na to się nie zanosi

A poza tym prezydent K. Nawrocki powinien wcześniej (teraz już za późno) wysłać pismo do Brukseli, że następuje podpisanie dokumentu przez nieuprawnione osoby, i że Polska deklaruje, iż nie będzie tych długów spłacać. – „Czy Polski już nie ma, ale tego nie wiemy? Czy będzie to ogłoszone?” – pyta więc P. Szlachtowicz.

Nie będzie ogłoszone, a dzieje się to na zasadzie pełzających kompetencji – mówi Adam Wielomski. – UE – mając wsparcie europejskiego sądownictwa – przyznaje sobie kolejne kompetencje nie pytając nikogo o zdanie. Poszczególne państwa, m.in. przez wspólne długi, są i będą stopniowo uzależniane. Ursula von der Leyen ma teraz przez udzielenie pożyczki SAFE nowy argument przeciw Polsce.

Opracował: Zygmunt Białas zygmuntbialas/blogoslawiona-jest-mlodziez-albowiem-ona-dziedziczy-dlug-narodowy