niedziela, 31 maja 2026

François Rabelais Gargantua i Pantagruel

 Od tłumacza

Chateaubriand1 w swoich Memoires d’outre-tombe nazywa Rabelais’go „twórcą literatury francuskiej”: i określenie to nie jest bynajmniej retorycznym superlatywem, ale istotną prawdą. Zamiast zapuszczać się w wywody, że tak jest i dlaczego, wolę odwołać się do „metody poglądowej”; niech czytelnik najpierw przeczyta Kroniki Gargantui zamieszczone jako przyczynek na końcu polskiego wydania, a następnie samo dzieło Rabelais’go. Oto dokument, jaką literaturę Rabelais zastał, a jaką zostawił. Zastał gawędę, jaką dziś można by usypiać do snu pięcioletnie dzieci, a która wówczas znajdowała rzesze łakomych czytelników; zostawił dzieło, w które zaklął całą duszę swoją i pełny obraz epoki, dzieło, z którego czerpał soki szereg pokoleń i które po dziś dzień pociąga nas i niepokoi swym zagadkowym uśmiechem. Zastał język będący również językiem dziecka, które niedołężnym pismem kreśli swą ubogą fabułę, operując szczupłą ilością dostępnych mu wyrazów lub, co gorsze jeszcze, język „szkolarza limuzyńskiego” pełen napuszonych scholastycznych barbaryzmów; zostawił wspaniałe narzędzie muzyczne o olbrzymiej skali tonów, sprawne i posłuszne ręce mistrza, niezawodzące nigdy, w wielu rejestrach niemające po dziś dzień sobie równego. Rabelais jest ojcem literatury francuskiej — sam natomiast nie zawdzięcza życia nikomu: chyba tej glebie Turenii, która go wykarmiła, chyba krwi tego ludu, którego jest dzieckiem.

Franciszek Rabelais urodził się około r. 1490 w miasteczku Chinon w południowej Francji, z ojca oberżysty, czy — jak chcą inni — aptekarza, w każdym razie w sferze drobnego mieszczaństwa. Był najmłodszym z rodzeństwa, od młodości rodzice przeznaczyli go do stanu duchownego. Pierwsze nauki pobierał w klasztorze, w sąsiedniej wiosce Seuillé, po czym oddano go na nowicjat do klasztoru de la Baumette koło Angers. Pobyt w Baumette bardzo szczęśliwie zaważył na szali dalszych kolei pisarza: tutaj zapoznał się i zawarł przyjaźń z osobistościami, które później, zajmując wpływowe i potężne stanowiska, niemało zdołały mu użyczyć pomocy i poparcia w jego burzliwym i niespokojnym życiu. Przede wszystkim wspomnieć tu należy Gotfryda d’Estissac, niebawem, w 23 roku życia, wyniesionego do godności biskupa Maillezais, oraz Wilhelma i Jana du Bellay. Na razie jednak młody Rabelais, ulegając, niewątpliwie wbrew powołaniu, woli rodziców, z goryczą w sercu, jak można wnosić z ustępu w Pantagruelu (V, 4), decyduje się zostać mnichem i to zakonu św. Franciszka, zakonu żebrzącego, w którym wedle współczesnego świadectwa „składano śluby nieuctwa bardziej jeszcze niż religii”. Wstępuje do klasztoru w Fontenay le Comte w dwudziestym roku życia, po ukończeniu nowicjatu; w ciągu piętnastu lat pobytu w klasztorze przechodzi wszystkie stopnie zakonne, aż do godności kapłana, na którego wyświęcono go w. r. 1519.

Pomimo atmosfery najmniej sprzyjającej rozwojowi kultury naukowej i humanistycznej, żywość umysłu i niepohamowana żądza wiedzy młodego Rabelais’go zwyciężyła wszystkie zapory i trudności. Wraz z przyjacielem swoim, również mnichem, Piotrem Amy, udało mu się stworzyć małe kółko humanistów studiujących żarliwie starożytności łacińskie i greckie. Lata spędzone w klasztorze potrafił wyzyskać Rabelais dla zbudowania gmachu wszechstronnego wykształcenia; im zawdzięcza podwaliny tej erudycji, którą później zdumiewać będzie współczesnych. Sam, bez pomocy, bez dostatecznych książek posiadł język grecki — znajomość na owe czasy rzadka, a nawet niebezpieczna — prawo, astronomię, nauki przyrodnicze i w ogóle tę encyklopedyczną wiedzę, przedmiot ambicji i dążeń uczonych Odrodzenia. Za pośrednictwem towarzysza studiów, Piotra Amy, wchodzi w korespondencję z luminarzem humanizmu, Wilhelmem Budée, osobistością zażywającą współcześnie olbrzymiego znaczenia. Rozgłos uczonego mnicha rozchodzi się w coraz szerszych kręgach, a połączony z jego pogodnym i jowialnym humorem, jedna mu wielu przyjaciół, z którymi ojciec Franciszek prowadzi pismem uczone polemiki i dysputy. Wśród przyjaciół i korespondentów Rabelais’go spotykamy najpoważniejsze imiona magistratury francuskiej.

Inaczej jednak zapatrywano się na działalność ojca Franciszka w klasztorze. Mimo że skądinąd nie wiadomo nam nic o jakichś innych wykroczeniach Rabelais’go przeciw regule klasztornej (owszem, miał nawet pewien rozgłos jako dobry kaznodzieja), już sama chęć wiedzy, erudycja, niezależność umysłu i świeckie koneksje dwóch przyjaciół wystarczyły, aby zaniepokoić dobrych braci franciszkanów. Wszakże sam święty założyciel zakonu powiedział im: „Którzy nie znają sztuki pisania ani czytania, niech trwają w swej nieświadomości”. Język grecki zwłaszcza podejrzany był w oczach mnichów i silnie trącił herezją. Zarządzono rewizję w celi Rabelais’go i Amy’ego. Znaleziono wiele ksiąg greckich, także pisma Erazma i inne dzieła nie lepszej opinii. Książki i papiery skonfiskowano, dwaj delikwenci uważali na razie za bezpieczniejsze wymknąć się chyłkiem z klasztoru.

Jednakże w czasie odradzającego się humanizmu uczeni bracia, prześladowani za klasyczną wiedzę, nietrudno znaleźli gorliwych a potężnych protektorów. Mistrz Budée, powiadomiony o zajściu, wybucha oburzeniem na ciemnotę mnichów, zachęca do wytrwania i obiecuje poparcie; nie było jednak i tego trzeba, gdyż inni protektorowie, zwłaszcza wspomniany już młodociany biskup z Maillezais, Godfryd d’Estissac, uśmierzyli zatarg z klasztorną władzą. Biskup, który mógł się uważać trochę za współwinnego, gdyż pożyczał dwóm przyjaciołom greckich książek, nie poprzestał na tym, ale wyjednał u papieża Klemensa VII indult2 upoważniający Rabelais’go do przejścia do zakonu św. Benedykta z tytułem i insygniami regularnego kanonika w opactwie w Maillezais, i z prawem korzystania, mimo ślubów ubóstwa, z beneficjów, jakie by z czasem mógł uzyskać. Opuszcza tedy Rabelais zakon braci mniejszych św. Franciszka, strawiwszy w nim piętnaście lat młodości: obecnie liczy ich trzydzieści cztery. Oprócz rozległych studiów, które co prawda sobie jedynie zawdzięczał, wyniósł Rabelais z długiego pobytu w klasztorze dwie cechy, na pozór sprzeczne: jedna to głęboka, choć pobłażliwa i uśmiechnięta, wzgarda dla mnichów i stanu zakonnego; druga to mimo wszystko niezatarte tego stanu piętno, które sprawia, iż w psychice pisarza na całe życie zostanie coś z mnicha, a wymarzony przezeń ideał, opactwo Telemy, będzie, mimo wszelkie różnice3, wielkim klasztorem.

Z chwilą opuszczenia klasztoru franciszkanów zaczyna się dla Rabelais’go nowe życie. Staje się częstym gościem i ulubionym towarzyszem stołu biskupa z Maillezais, w którego rezydencji zbiera się śmietanka wykwintnego i uczonego towarzystwa. Wśród tych rozkosznych wczasów nie opuszcza go jednak głód wiedzy: w szczególności pochłaniają go wówczas medycyna i botanika. Mimo tak pomyślnie układających się warunków, Rabelais niedługo wytrwał na nowym stanowisku. Być może raz strząśnięta z grzbietu sukienka zakonna teraz nawet w tak złagodzonej formie zanadto mu ciężyła; może pełna i żywotna natura pchała go w świat i jego burze, nie dając się uśpić w uczonym i wykwintnym kwietyzmie. Dość, że bez zezwolenia przełożonych Rabelais zrzuca habit benedyktyna, zmieniając go na sukienkę świeckiego księdza, a i ta z czasem znika. Przez kilka lat wałęsa się po świecie, dziś tu, jutro tam, zmieniając równie łatwo miejsce pobytu, jak strój i zawód, to praktykując medycynę, to znów pełniąc funkcje i obrzędy kapłańskie, popadając przez to w jawny grzech apostazji i złamania ślubów, jak to sam przyznaje w późniejszej supplicatio pro apostasia4, złożonej u tronu papieża Pawła III. Zauważyć należy, iż mimo tej dwuznacznej pozycji Rabelais nie przestał się cieszyć względami biskupa z Maillezais, w którego rezydencji był zawsze mile witanym gościem. Bliższych szczegółów o tych latach wędrówki nie znamy; sądząc ze śladów znaczących się w Pantagrelu, musiały one obejmować niemal cały obszar Francji i wybiegać raz po raz daleko poza jej granice. Wielce jest prawdopodobne, iż na te lata przypada dłuższy pobyt w Paryżu.

Około roku 1530 (Rabelais ma wówczas lat blisko czterdzieści) zawija na czas dłuższy do Montpellier, gdzie wpisuje się w poczet uczniów fakultetu medycyny. Przygotowany był do studiów gruntownie: regestry fakultetu wykazują, iż w miesiąc i dni trzynaście dopuszczono go do stopnia bakałarza, gdy zazwyczaj wymagano na to trzy lata. W rok później wobec licznie zgromadzonych słuchaczów komentuje dzieła Hipokrata i Galena, krytykując na podstawie greckich tekstów ich ówczesną naukową interpretację. Wśród tych studiów nie gardził Rabelais i rozrywką: z jego własnych ust wiemy, iż w towarzystwie innych uczonych kolegów odegrał w Montpellier Komedię o człowieku, który pojął żonę niemowę5.

W roku 1532 Rabelais przenosi się do Lyonu, gdzie wykonuje praktykę w szpitalu powszechnym, z pensją 40 funtów rocznie. Przypuszczać można, iż do Lyonu pociągnęła Rabelais’go chęć rozszerzenia widnokręgów swej działalności naukowej. Lyon był wówczas głównym centrum księgarskim i wydawniczym we Francji, tym samym punktem zbornym uczonych i pisarzów. Tutaj Rabelais poznał Stefana Dolet, Klemensa Marot, Karola Fontaine i innych koryfeuszów współczesnego ruchu piśmienniczego. Tu znalazł bez trudu, w osobie słynnego Sebastiana Gryphe, wydawcę dla swoich komentarzy do dzieł Hipokrata i Galena, dedykowanych dawnemu protektorowi, biskupowi z Maillezais. Działalność Rabelais’go na polu piśmiennictwa naukowego, jakkolwiek w części nam tylko znana, musiała być wydatna, gdyż przywilej Henryka II z r. 1650 wspomina o „licznych dziełach, ułożonych w języku łacińskim, greckim, francuskim i toskańskim”.

Można jednak mniemać, iż podobnie jak dzisiaj, tak i w szesnastym wieku ta czysta działalność naukowa nie musiała się opłacać zbyt suto. Skąpo dotowaną posadę szpitalnego lekarza Rabelais traci niebawem, ponieważ parę razy zdarzyło mu się opuścić swój posterunek bez upoważnienia władzy. W pogoni za środkami do życia wielostronny jego talent chwyta się rozmaitej roboty. Jednym z takich źródeł pobocznego zarobku było układanie almanachów, czyli kalendarzy: praca zazwyczaj powierzana ludziom o rozległej encyklopedycznej wiedzy, zwłaszcza biegłym w naukach przyrody. Z tych almanachów, które Rabelais wydaje nieprzerwanie przez lat kilkanaście, doszły nas tylko fragmenty: jedyny, który posiadamy w całości, jest żartobliwą parodią wiedzy kalendarzowej pióra również Rabelais’go pt. Przepowiednie Pantagrueliczne. Tytuł ten, zawierający aluzję do romansu pt. Pantagruel, dowodzi, iż romans ów musiał powstać już wcześniej. I oto doszliśmy do zagadnienia, jak i kiedy powstało dzieło, które zasunęło w cień imię Rabelais’go jako poważnego męża nauki, aby je uczynić nieśmiertelnym w innej zgoła dziedzinie.

Pośród dzieł mniejszej wagi, około których wydawnictwa Rabelais dla kawałka chleba krzątał się na zlecenie księgarzy, znalazła się mała książeczka niewiadomego autora pt. Wielkie i nieoszacowane kroniki wielkiego i straszliwego olbrzyma Gargantui. Treść książki, zaczerpnięta prawdopodobnie z baśni ludowej, wypełniona jest łatwymi i niewybrednymi fantazjami na temat olbrzymów. Księgarz, znający swoją publiczność, polecił Rabelais’mu przejrzenie i przygotowanie nowego wydania tej baśni; i rzeczywiście uczony wydawca6 tych dziecinnych bredni mógł stwierdzić, nie bez pewnego zdziwienia zapewne, iż „w ciągu dwóch miesięcy drukarze sprzedali więcej egzemplarzy tej Kroniki, niż się rozchodzi Biblii w ciągu dziewięciu lat”.

Przygodna praca około tego błahego wydawnictwa stała się momentem, który zapłodnił wielkiego pisarza jego dziełem. Z jednej strony zapewne powodzenie finansowe mogło zachęcić niegardzącego żadną robotą uczonego włóczęgę do dalszego prowadzenia tego zyskownego pomysłu; z drugiej, nieświadomy dotąd siebie geniusz pisarski Rabelais’go musiał snać7 ujrzeć w nagłym objawieniu w tej grubej i naiwnej baśni podatną kanwę, którą pióro jego będzie mogło swobodnie zahaftowywać arabeskami wyobraźni i erudycji, humoru i poważnej myśli. Tak powstała I. księga Pantagruela pt. Okropne i przeraźliwe czyny przesławnego Pantagruela, króla Dipsodów, syna wielkiego olbrzyma Gargantui, spisane na nowo przez mistrza Alkofrybasa Nazjera; księga, która dzisiaj w dziele Rabelais’go porządkowana jest jako druga. Widocznie jednak różnica poziomu i wartości pomiędzy tą oryginalnie napisaną księgą a naiwnymi Kronikami Gargantui musiała być zbyt rażąca dla pisarza, gdyż niebawem (prawdopodobnie w r. 1534) przerabia, a raczej pisze na nowo ową pierwszą część romansu i ogłasza ją pod tytułem: Żywot wielce przeraźliwy wielkiego Gargantui, ojca Pantagruelowego, niegdyś ułożony przez Abstraktora Piątej Essencji. Księga pełna pantagruelizmu. Ten porządek chronologiczny, który ustala powstanie I. księgi Pantagruela jako wcześniejsze od oryginalnie napisanego Gargantui, jest dziś przez krytykę naukową uznany — można powiedzieć — bezspornie.

Zaledwie Rabelais ujął pióro do ręki, już rozpętał przeciw sobie tych, którzy przez cały czas jego życia i działalności mieli być jego nieubłaganymi wrogami. Swoboda myśli, z jaką dzieło to dotyka mimochodem wielu tematów aż nadto na owe czasy drażliwych, jak również bezceremonialne wycieczki w stronę Sorbony i jej luminarzy, ściągnęły na Rabelais’go czujność i pomstę tej potężnej jeszcze fortecy scholastycyzmu. Cenzura Sorbony potępiła „bezwstydnego” Pantagruela, stawiając go w jednym rzędzie z innymi płodami współczesnej wyuzdanej literatury; dopiero edykt króla Franciszka uwolnił go od tych zarzutów i zapewnił mu swobodny obieg księgarski.

Z początkiem r. 1534 Rabelais odbywa pierwszą swą podróż do Rzymu. Odbywa ją w warunkach nader pomyślnych: jako przyboczny lekarz Jana du Bellay, dawnego towarzysza nauk, dziś biskupa paryskiego, wysłanego do Rzymu w charakterze ambasadora w ważnej misji politycznej. Chodziło o załagodzenie zatargu między Stolicą Apostolską a Henrykiem VIII angielskim z okazji jego zaślubin z Anną Boleyn: zatargu, który miał się skończyć odszczepieństwem Anglii. Opóźnienie kuriera wysłanego na dwór angielski oraz zabiegi ambasadorów Karola V udaremniły te pojednawcze starania. Mimo niepowodzenia misji, pobyt biskupa i jego przybocznego lekarza w Rzymie przeciągnął się dość długo, aby Rabelais mógł z zadowoleniem stwierdzić, iż poznał Rzym aż do najmniejszych zaułków, tak dobrze jak własny dom.

Po krótkim pobycie we Francji, Rabelais powtórnie znajduje się w Rzymie. W r. 1534 umiera papież Klemens VII, a następcą jego zostaje Paweł III; Jan du Bellay, biskup paryski, mianowany przez nowego papieża kardynałem, pospiesza do Rzymu, znów zabierając z sobą przybocznego lekarza. Ten drugi pobyt trwa przeszło pół roku. Przez ten czas, mimo wielce burzliwych horyzontów politycznych, Rabelais oddaje się z zapałem ulubionym studiom. Poznaje język arabski, przykłada się do archeologii, filologii, nauk przyrodniczych. Równocześnie z wielką roztropnością korzysta z pobytu w Stolicy Apostolskiej i z wpływów protektora, aby uregulować swą nieco dwuznaczną pozycję mnicha i kapłana, który sprzeniewierzył się świętym obowiązkom. Wnosi do tronu papieskiego podanie, tzw. suplicatio pro apostasia. Wyznaje w nim z pokorą, iż porzucił samowolnie życie zakonne i hołdował błędom świata. Prosi papieża o pełną absolucję, o pozwolenie przywdziania sukni zakonu św. Benedykta, a zarazem o pozwolenie, za zgodą przełożonego klasztoru, uprawiania sztuki lekarskiej, w granicach reguł kanonicznych dla zakonników, tj. z wyłączeniem stosowania ognia i żelaza i bez czerpania z niej zysków. Jakoż przyznaje mu to wszystko breve papieskie z r. 1536 wystylizowane w najpochlebniejszych dla nauki, zasług i obyczajów Rabelais’go wyrazach.

W r. 1536 powraca Rabelais do Paryża. Był to dla Francji rok ciężkiej próby: rok straszliwego najazdu Karola V na czele 50 000 ludzi, który zresztą skończył się klęską i upokorzeniem napastników. Aluzje do tych wydarzeń znajdujemy w przedmowie do III. księgi Pantagruela.

Uzyskawszy u papieża tak ojcowskie i dobrotliwe zezwolenie na powrót do życia zakonnego, Rabelais nie kwapił się z niego korzystać. Snać8 bardziej leżało mu na sercu uregulowanie innej nieprawidłowości zawodowej: mianowicie zdobycie tytułu doktora medycyny, którym to tytułem posługiwał się dotąd, nie posiadając go istotnie. Dopiero teraz, w r. 1537, doktoryzuje się w Montpellier i ogłasza wykłady anatomii, cieszące się ogromnym rozgłosem i ściągające liczne audytorium. Rabelais jest jednym z pionierów sekcjonowania zwłok ludzkich, na których też demonstruje anatomię w swoich wykładach. Zachował się wiersz, napisany przez jednego ze współczesnych po wykładzie, na którym Rabelais sekcjonował zwłoki powieszonego złoczyńcy: autor wiersza rozwodzi się nad uczuciem dumy, jaka przepełniać umiała serce owego szczęśliwego wisielca, iż mógł służyć za przedmiot demonstracji w tak pouczającej lekcji znamienitego uczonego i doktora. Kilka lat, które następują po pobycie w Montpellier, mało nam dostarczają wiadomości z życia pisarza prócz tego, że znajdował się w nieustannych wędrówkach. Jak powiada jego biograf, nawet dziś, przy tak ułatwionych środkach komunikacji, egzystencja Rabelais’go musiałaby być uważana za wyjątkowo ruchliwą, zwłaszcza dla lekarza!

Do tych lat, lub może do wcześniejszego pobytu w Lyonie, należy odnieść fakt ustalony przez nowszych badaczy życia Rabelais’go, a mianowicie urodzenie jego synka Teodula, który zmarł jako dwuletnie dziecię. O matce dziecka nic nam nie wiadomo; w ogóle w życiorysie Rabelais’go kobieta tak dalece nie odgrywa roli, iż można poniekąd dosłownie brać jego zwięzłe odezwanie się z powodu śmierci Gargameli: „Powiadają, iż Gargamela pomarła przy tym z radości; co do mnie, nic o tym nie wiem i niewiele się troszczę o nią i o jaką bądź inszą” (ks. I, rozdz. XXXVII).

W r. 1589, Rabelais wstępuje, znów jako lekarz przyboczny, na dwór Wilhelma du Bellay, pana de Langey, brata kardynałowego. Była to jedna z najwybitniejszych osobistości za panowania Franciszka I. Rabelais towarzyszy mu w licznych podróżach po Francji, obecny jest przy jego śmierci w r. 1543 i poświęca mu wspaniałe wspomnienie w IV księdze swego dzieła.

Rabelais wchodzi w tej epoce w schyłek lat męskich. Mimo niespokojnego charakteru, mimo zmiennych kolei życia, stanu i zawodu, musimy uznać, iż sterował on swoją łodzią z wielką roztropnością. Czytając dziś jego pisma i pamiętając o epoce, w której tworzył, zdumiewać się musimy swobodzie, zuchwalstwu nawet, z jakim porusza najdrażliwsze na owe czasy kwestie, mieszając sacra profanis9 w sposób wprost wyzywający.

Tajemnicą bezkarności Rabelais’go było raz to, iż przymiotami osobistego obcowania jak również nieprzepartym urokiem wesołości pism swoich potrafił zawsze zjednać sobie i pozyskać protektorów i obrońców pośród najwyższych dygnitarzy kościelnych, z którymi wspólność kultury humanistycznej łączyła go duchowym pobratymstwem. Drugą okolicznością sprzyjającą jego bezpieczeństwu jest to, iż w pisarzu nie było nic z fanatyka gotowego polec za swoje idee; przeciwnie, jak sam nieraz się zastrzega, każde twierdzenie swoje podtrzymuje jedynie „aż do kary ognia exclusive10” i pozwalając sobie na bardzo wiele swobód języka, w kwestiach zasadniczych pilnuje się bacznie, aby nie dać nieprzyjaciołom broni przeciw sobie. A właśnie w tych latach, zawzięci i nieubłagani wrogowie Rabelais’go i swobody myśli srożą się bardziej niż kiedykolwiek. Stefan Dolet, przyjaciel i wydawca Rabelais’go, ginie na stosie; Bonawentura Desperiers odbiera sobie życie ze strachu przed prześladowaniem; Klemens Marot umiera na wygnaniu. Rabelais nie tylko tworzy spokojnie, ale uzyskuje patent królewski na nowe wydanie dwóch pierwszych ksiąg, które wyraźnym zabarwieniem herezją Kalwina i osobistymi brutalnymi wycieczkami rozpętały przeciwko niemu nienawiść Sorbony. Rabelais łagodzi niektóre ustępy, to i owo drażliwsze słówko czy epitet zwala bez zająknienia na niedbałość lub samowolę drukarzy; król Franciszek każe sobie odczytać jego pisma i ubawiony nie znajduje w nich nic karygodnego ani przeciwnego duchowi religii. Rabelais tryumfuje. Zrzucając przezroczysty pseudonim, ogłasza trzecią księgę pod własnym nazwiskiem, w przedmowie do niej rzucając jawnie rękawicę przeciwnikom:

„Precz kundle! precz mi z drogi! precz z mego słońca, kanalio diabelska! Przychodzicie tu, kuśtykając, obwąchiwać moje wino i obsikiwać beczkę? Widzicie ten kij, który Diogenes testamentem kazał ułożyć przy sobie po śmierci, aby miał czym odpędzać i grzmocić owe maszkary i psy piekielne! Zatem precz, świętoszki! Do owieczek, kundle! Precz stąd obłudniki, do stu par diabłów, huź! huź! Jeszczeście tutaj? Gotowym ustąpić mojej cząstki w kraju Papimanii, jeśli was dopadnę! Ks, Ksss, Kssss! Precz! Precz! Pójdziecie raz? Bodajeście nie mogli się wybejać11, jeno pod chłostą rzemienną! oddać urynę jeno na szubienicy! a rozgrzać w sobie przyrodę jeno pod razami drąga!”

Tymczasem król Franciszek, od dawna trawiony chorobą, zbliża się do schyłku. Rabelais, ostrożny jak zwykle, nie czeka zmiany panowania i prawdopodobnego przesilenia, w którym jego protektorowie łatwo mogą postradać wpływy i władzę, ale uprzedzając wypadki, chroni się do Metzu i tam przez rok przeszło pełni obowiązki lekarza miejskiego z płacą 120 funtów rocznie. Przezorność okazała się zbawienna. Z wstąpieniem na tron Henryka II, kardynał du Bellay upada politycznie i chroni się do Rzymu; do rządów dochodzą Gizowie, reprezentujący skrajny katolicyzm i zaostrzenie fanatyzmu. Pojawia się pamflet tureńskiego mnicha, w którym Rabelais atakowany jest z najwyższą gwałtownością. I ta jednak burza wisząca nad głową pisarza rozpogadza się szczęśliwie. Niebawem, zabezpieczywszy sobie poparcie kardynała de Guize i kardynała Odet de Chatillon, wraca do Francji, zyskuje łaskę nowego króla i co więcej, ku oburzeniu przeciwników, autor Pantagruela otrzymuje probostwo w Meudon! Wątpliwym jest, czy Rabelais wykonywał istotnie obowiązki proboszcza, czy też, jak tylu innych, korzystał jedynie z dochodów probostwa, troskę o owieczki zostawiając wikariuszom; w każdym razie niedługo piastował to stanowisko: po niespełna dwóch latach, być może w związku z ogłoszeniem IV księgi Pantagruela, składa swój duchowny urząd.

W roku 1552 ukazuje się IV księga, o wiele zaczepniejsza niż poprzednie i przepełniona najostrzejszymi wycieczkami w stronę przeciwników. Cenzura Sorbony potępiła natychmiast tę księgę, a wyrok parlamentu, mimo przywileju królewskiego, zawiesił jej sprzedaż, aż do osobistego wyrażenia przez króla jego woli. I tym razem zwyciężył Rabelais i jego poplecznicy. Król, wróciwszy właśnie do Paryża ze zwycięskiej wyprawy na Metz, skasował wyrok parlamentu i zezwolił na sprzedawanie książki. Niedługo potem, w roku 1553, Rabelais, przekroczywszy sześćdziesiątkę, umiera. Piąta, ostatnia księga Pantagruela, której autentyczność, przynajmniej w części, jest silnie zakwestionowana, ukazała się dopiero w parę lat po jego śmierci.

Oto garść faktów, dość suchych, jaka pozostała nam z życia pisarza. Odtworzyć sobie na ich podstawie, w zestawieniu z dziełem, wizerunek duchowy autora Pantagruela nie jest zadaniem łatwym. Z autentycznych świadectw wiemy, iż Rabelais za życia był dla współczesnych przede wszystkim człowiekiem olbrzymiej wiedzy, jednającej mu ogólną cześć i rozgłos, przyjacielem najznamienitszych osobistości, wybornym lekarzem. Dla potomności został jedynie autorem Gargantui i Pantagruela, dlatego też rychło po jego śmierci zgodnie z wrodzoną ludzką potrzebą stopienia w jedność dzieła i twórcy, legenda wyposaża jego postać w mnóstwo rysów i anegdot godnych brata Jana i Panurga, czyni zeń przede wszystkim wesołego kompana, bibosza12, buffona niewyczerpanego w konceptach i nieszanującego nic w świecie. Ile w tych legendach jest pospolitego błędu, wiążącego dosłownie z osobą i charakterem to, co jest raczej grą fantazji i talentu, a ile istotnych dokumentów bujności i różnorodności natury genialnego mnicha-lekarza-humanisty-poety, nie sposób dziś rozstrzygnąć. Już w roku 1587 Piotr Boulanger, lekarz poitweński, w nagrobku, w którym stara się obalić legendy przynoszące ujmę pamięci pisarza, mówi o nim: Będzie zagadką dla potomności. Słowa te, podjęte przez La Bruyere’a w jego słynnej charakterystyce, po dziś dzień sprawdzają się najzupełniej.

Tak samo jak zagadkowym i trudnym do ujęcia jest wizerunek Rabelais’go jako człowieka, tak samo i dzieło jego rozsadza wszelkie ramy, w jakich chcielibyśmy je zamknąć, oraz uporczywie się wymyka z przegródek wszelkiej klasyfikacji i definicji. Satyra, zapewne; ale jakże odmienna od akademickiego pojęcia tego słowa! Na jakie bezdroża zeszedłby ten, kto by ją chciał rozciągać na wszystkie szczegóły, kto by się w niej chciał dopatrywać konsekwentnej tendencji i planu! Prób w tym kierunku i wysiłków nie brakło, było ich raczej aż za wiele: legion uczonych komentatorów wytłumaczył prawdziwe historyczne miano każdej z osób tego romansu, doszukał się głębokiej politycznej aluzji w każdej pustocie, w każdym wybryku nieokiełzanego humoru pisarza. Istnieje komentarz wykładający na 27 stronach wiersze znalezione w starym grobowcu (ks. I, rozdz. II).

Kłopoty Panurga, którego obawy przed stanem rogatym wypełniają całą niemal trzecią część romansu przemiłymi arabeskami fantazji i humoru, wykłada głęboki komentator jako „troski kardynała de Lorraine pożądającego władzy dla swej rodziny”; „poczciwa babula, która wyszła na targ z jajami w obszernym wywodzie imć pana Pocałuj w procesie z panem Powąchaj, to ma być Ludwika Sabaudzka, itd. Dziś śmiejemy się szczerze z tych wielce poważnych i głębokich dociekań; o ileż mocniej jeszcze śmiałby się wielki humorysta, widząc te mozolne wysiłki, aby rozlewne morze jego fantazji ująć w ramy pseudonaukowego pedantyzmu!

Aby uniknąć tych niebezpieczeństw i dociekaniem rzeczy, których dociekać nie warto i nie ma potrzeby, nie mącić sobie rozkoszy bezpośredniego czerpania w dziele tego, co w nim pozostało żywe i nieśmiertelne, trzeba ciągle mieć na pamięci genezę i sposób tworzenia tej przedziwnej historii. Poczęta została jako dalszy ciąg baśni o olbrzymach, spisanej przez nieznanego autora, jedynie w celu zabawienia niewybrednych czytelników; baśń ta pod piórem Rabelais’go pęcznieje, rozrasta się w najrozmaitszych kierunkach: błaha jej treść staje się kanwą, na której pisarz haftuje do woli, bez planu, niczym nieskrępowany, dając upust swemu życiowemu doświadczeniu, erudycji, satyrze, ideałom, sympatiom i antypatiom. Obok szerokich i nieśmiertelnych koncepcji, mieszczą się aluzje do osób i wypadków sąsiedniego miasteczka, dziś niezrozumiałe i obojętne; obok świeżych i głębokich myśli, łatwe efekty wesołości, jaką współcześni musieli czerpać z tylu a tylu tysięcy łokci aksamitu zużytych na pludry młodego olbrzymka, tylu a tylu na czapkę etc. Nie zapominajmy, że sama część owej dziecinnej niemal fantazji, dla nas dziś najmniej interesująca, musiała stanowić dla współczesnego czytelnika wcale nie najmniejszy urok dzieła, a takie ustępy jak na przykład walka Pantagruela z olbrzymami mogły samą opisowością czarować tak, jak nas przejmował np. pojedynek Bohuna z Wołodyjowskim. Rabelais nie gardzi tymi uciesznymi zabawkami, jednak bez śladu konsekwencji; co chwila zapomina o tym, że jego olbrzymi są olbrzymami i każe im w różnych okolicznościach działać jak zwyczajnym ludziom. Uprzytomnijmy sobie również, że dzieło to powstawało przez przeciąg lat dwudziestu, w dużych odstępach, jako zabawa i wytchnienie wśród poważnych i uczonych zatrudnień; że mogło się ciągnąć w nieskończoność, wedle tego, co sam autor żartobliwie powiada czytelnikom, aby wstrzymali się ze śmiechem aż do 78 części dzieła. Zarówno zabarwienie dzieła, jak i charakterystyka osób ulegają w miarę rozwoju pewnym, naturalnym w tych warunkach, przeobrażeniom. Już samo pojęcie „pantagruelizmu” inne jest w księdze I, a inne w następnych. Zrazu jest ono synonimem wesołości rozlewającej się szeroko przy pełnej misie i kielichu; z czasem — z latami autora — przechodzi w definicję pogodnego stoicyzmu, niejakiej wesołej filozofii, polegającej na wzgardzeniu rzeczy przygodnych. Tak samo osobistość Pantagruela i jego rasy olbrzymów, zrazu brana po prostu jako źródło efektów taniej wesołości, zmienia się później w obraz ideału monarchy, godności, statku i mądrej dobroci. Na każdym kroku spotykamy — niby geologiczne formacje — ślady powolnego, swobodnego narastania dzieła.

Te uwagi wydawały mi się niezbędne, raz aby zapobiec nieporozumieniu czytelników, którzy znęceni sławą wielkiego satyryka doszukiwaliby się i spodziewali znaleźć w jego dziele jednolitą, konsekwentną i przejrzystą satyrę w typie np. Don Kiszota; po wtóre aby uwolnić ich od próżnego i jałowego frasunku o wszystko, co w tym romansie dziś nam jest ciemne i niezrozumiałe. „Dzieci — powiada do swoich czytelników Rabelais — pijcie pełnym haustem. Jeśli wam nie smakuje, zostawcie... Wszelkie godne pijaki, przyszedłszy ku tej mojej beczce, jeżeli nie chcą, nie piją: jeżeli chcą i wino przypada do smaku Wielmożnym gardzielom Ich Wielmożności, piją szczerze, swobodnie, śmiało, nic nie płacąc i nie oszczędzając trunku... Beczułka pozostanie zasię niewyczerpana. Ma żywe źródło i żyłę wiekuistą... choćby wam kiedykolwiek zdała się wyczerpana aż do fuzu, mimo to nigdy nie wyschnie. Dobra otucha mieszka w niej na spodku...”. A gdzie indziej znowu: „więcej jest owocu i soku w tych błazeństwach niż o tym mniema gromada zapleśniałych nudziarzy, którzy twardszą mają mózgownicę na takie figielki niźli sam imć Rakiet z Instytutu”.

Istotnie, obfitą i niewyczerpaną jest ta dobroczynna beczka, z której czerpie już tyle wieków i pokoleń, a mocny i orzeźwiający jest jej trunek. Z jednym Szekspirem da się porównać szerokość i rozlewność Rabelaisowskiej fantazji; mimo wszystkich cech rdzennie galijskiego geniuszu jest w niej zarazem coś niefrancuskiego, zarówno w niedbałości o formę i o kompozycję, jak w niepohamowanym, nieskrępowanym niczym kipieniu bujności twórczej. W zwierciadle, jakie Rabelais stawia przed oblicze swojej epoce, odbija się krąg świata tak szeroki, jak mało u którego twórcy; odbija się cała epoka tak wspaniała i ciekawa, epoka narodzin nowożytnego świata, a raczej dwie epoki: jedna zamierająca, przepadająca w ciemnościach średniowiecza, druga radośnie i z nadzieją prężąca się w przyszłość. Na cześć tej drugiej, na cześć rodzącego się wieku oświaty, wolności ducha, rozkwitu nauk, spotykamy w dziele Rabelais’go entuzjastyczne dytyramby, jak np. list Gargantui do syna lub pochwała „Pantagruelionu” kończąca księgę III.

Daleki jestem od manii szukania „symboli” we wszystkich wybrykach fantazji i pustoty Rabelais’go, ale mimo woli mieni się w symbol Odrodzenia ten opis, kiedy mały Pantagruel, przywiązany łańcuchami do kołyski, podnosi się wraz z nią i wkracza do biesiadnej sali, aby zająć miejsce przy uczcie:

„Tak go rozpętawszy, posadzono przy stole i podkarmiono należycie, on zaś, wyrżnąwszy w złości pięścią w kołyskę, rozwalił ją jednym uderzeniem na więcej niż pięćset tysięcy kawałków, jakoby dając jawny znak, że nigdy do niej nie wróci” (ks. II, rozdz. IV).

Czytając Rabelais’go, niepodobna oprzeć się nieraz uczuciu zdumienia, do jakiego stopnia ten wesołek widział jasno przyszłą linię rozwoju świata, o ileż jaśniej i trafniej od myśliciela Montaigne’a! O ideały pedagogii, jakie on nakreślił, walczą do dziś dnia programy najpostępowszych uczelni. Błazeńska na pozór apologia długów (ks. III, rozdz. III i IV) zawiera głębokie zrozumienie przyszłego ustroju świata opartego na wzajemnym kredycie, organizacji i solidarności. A ten ustęp, czyż nie dość jasno domaga się procedury ustnej w sprawach cywilnych, którą dopiero po czterystu blisko latach, za naszej pamięci, wprowadzono:

„Ale Pantagruel rzekł: »Prześwietni sędziowie, żali ci, którzy wiodą ów proces ze sobą, są jeszcze przy życiu?« Na co odpowiedziano mu, że tak. »Po kiegoż tedy diabła, rzekł, zdadzą się te sterty papierów i szpargałów, które mi tu wtykacie? Czyż nie lepiej usłyszeć żywym głosem przedmiot ich sporu, niżli czytać te bazgroty, w których jest jeno samo tumanienie ludzi, diabelskie kruczki Cepoli i obchodzenie prawa?«” (ks. III, rozdz. X).

Rabelais jak nikt inny mógł być zwierciadłem swojej epoki. Był dzieckiem ludu, był mnichem, był lekarzem; w wędrówkach swoich zdeptał całą Francję i znaczną część ościennych krajów; poznał najzawilsze subtelności scholastyki i jej sztuki dialektycznej, zgłębił wiedzę humanistyczną i przyrodniczą. Obcował w towarzystwie najwykwintniejszych umysłów, najświetniejszych dworów; poznał arkana światowej polityki i tajemnice Stolicy Apostolskiej; wchłonął w siebie ducha Reformy, otarł się o naukę Kalwina, którą jednak rychło z siebie otrząsnął; kazał, wykładał, tworzył; był sławny, igrał z niebezpieczeństwem stosu. W istocie, z takiego życia wyciśnięty nektar „pogodnej filozofii, opierającej się na wzgardzeniu rzeczy przygodnych” inny ma smak i tęgość, niż kiedy go ostrożnie a skąpo destyluje ze swego kałamarza zawodowa literatura!

Filozofia Rabelais’go streszcza się w jednym słowie: kult życia, kult fanatyczny, radosny, taki, jak może być u człowieka, który po latach — jak jego epoka po wiekach — niewoli strząsnął z siebie dławiące jarzmo; kult życia rozkoszujący się pełnią rozwoju wszystkich ludzkich sił i instynktów: od najwyższych potrzeb ducha do najpospolitszych potrzeb ciała. Dzieło Rabelais’go to wyraz epoki całej, całej rodzącej się nowej kultury: bunt ciała przeciw poniżeniu i wzgardzie, w jakie wtrąciła je asceza średniowieczna, prowadząc w swoich najwarowniejszych fortecach tj. klasztorach do wprost przeciwnych ich uduchowionemu założeniu rezultatów; bunt ducha przeciw pętającym go więzom, bunt zdrowego chłopskiego rozumu przeciw alembikom jałowych subtelności i pustych kontrowersji scholastycznych, jakimi karmiono go od wieków. Dawnej pedagogii, dławiącej okrutnie umysły i ciała młodzieży, przeciwstawia Rabelais — uprzedzając w tym o kilka wieków dzisiejsze prądy wychowawcze — równowagę pracy umysłowej z hodowlą fizyczną; formalnej i pergaminowej wiedzy scholastycznej przeciwstawia — również w tym będąc zwiastunem późniejszych dążeń — badania żywego życia i przyrody.

Ta fanatyczna miłość życia ogarnia jednakim ojcowskim okiem wszystkie jego przejawy: dobry i szlachetny Pantagruel jednako miłuje i ceni towarzystwo Panurga, skończonego obwiesia, jak brata Jana, wcielenie rześkiego czynu i męskiej lojalności; ten sam szeroki śmiech ma dla bezecnej psoty wypłatanej przez Panurga damie paryskiej, co dla rozpłatanych czaszek i brzuchów podziurawionych straszliwym drzewcem mnicha. Bo Rabelais, jak cała jego epoka, ma pewien rys okrucieństwa; a szeroka sympatia, jaką ogarnia całą żywą ludzkość, nie wznosi się aż do przywiązywania wagi do całości gnatów u jednostki. I nie mogło być inaczej; ten czas, który dziś, z oddalenia zdaje się nam idyllą rozkwitu sztuk i nauk, był w rzeczywistości przede wszystkim czasem nieustannych wojen, hord żołdackich przeciągających wśród mordu i łupiestwa, epoką ścierania się nieokiełzanych namiętności.

Naturalnym dopełnieniem tego umiłowania życia jest u Rabelais’go nienawiść do wszystkiego, co je dławi. Więc przede wszystkim do Sorbony, tej potężnej jeszcze twierdzy średniowiecza, kuźnicy teologii i scholastyki, do tej armii inkwizytorów szperającej w duszach i sumieniach. Tych nienawidzi Rabelais „gorzej morowej zarazy”, a nienawiść ta wzrasta z biegiem lat stokrotnie; i nic dziwnego: wobec widma zapalonego stosu kończy się już wszelki „pantagruelizm” i jego „wzgardzenie rzeczy przygodnych”, Rabelais nie był fanatykiem idei i nie miał najmniejszej ochoty wstąpić na stos jako męczennik swej wesołej filozofii; chciał jedynie móc pisać swobodnie i wedle ochoty, i to mu się dzięki jego niepospolitej zręczności, ostrożności i szczęściu udało.

Jak wspomnieliśmy, błędem byłoby omawiać jako jednolitą całość dzieło, które tworzyło się swobodnie i w długich odstępach czasu w ciągu lat dwudziestu. Zarówno w duchu, tendencji, zabarwieniu ideowym, jak i w wartości artystycznej poszczególnych ksiąg zachodzą znaczne różnice. W księdze I. Pantagruela znać jeszcze rodowód, jaki wiedzie z popularnej baśni o olbrzymach: obok ustępów przepysznej satyry współczesnego sądownictwa, dysput scholastycznych, obok rysującej się już świetnej figury Panurga, duże miejsce zajmuje pierwiastek baśni, długa historia wojny Pantagruela z olbrzymami etc. W drugiej chronologicznie części (Gargantua), widzimy jakby zmężnienie, spotęgowanie się napięcia bardziej świadomej siebie twórczości. Opis wojny, który w Pantagruelu był jedynie czczą zabawką dziecinnej fantazji, tutaj staje się wzorem niedoścignionej satyry.

Ileż razy w ciągu ubiegłych lat wojny światowej bawiłem się analogiami wydarzeń i charakterów; aktualności humoru Rabelais’go dowodzi, iż opozycyjne pisma niemieckie, dworując sobie chyłkiem ze zwycięskiego pochodu swego Kaisera, zamieszczały całe rozdziały kampanii króla Żółcika (I, 28 i n.). Wychowanie młodego Gargantui ogarnia kwestie pierwszorzędnej wagi; w całej pełni staje przed nami przepyszna postać bohaterskiego mnicha, brata Jana. W tych dwóch księgach, powstałych bezpośrednio jedna po drugiej, pełno jest ustępów wyraźnie zabarwionych sympatiami dla Reformy, a nawet wprost nauką Kalwina. Trzeba tu jednakże zauważyć, iż w owych latach (przed rokiem 1534) rozłam pomiędzy zwolennikami ortodoksji a wolnej myśli nie był jeszcze zarysowany tak stanowczo, jak to w najbliższym czasie miało nastąpić. Jest raczej chaos, są próby przeróżnych paktów, jest potężna tęsknota wszystkich oświeconych duchów do znalezienia jakiegoś punktu, w którym by dało się pogodzić uczucia religijne ze zdobyczami wiedzy i swobodą myślenia.

Król sam jest niezdecydowany: mówią o jego porozumieniu z protestantami niemieckimi. Na to przychodzą wypadki, które gwałtownie zaostrzają owe kontrowersje i zmieniają sytuację w sposób dla nowatorów wielce niekorzystny. Mowa tu o gwałtownych plakatach przeciwko mszy, rozlepionych w nocy z 17 na 18 października 1534 r. Walka wybuchła na całej linii: Sorbona odnosi smutne zwycięstwo, znaczące się szeregiem płonących stosów. Franciszek I zmuszony jest opowiedzieć się po stronie wojującego, prześladowczego katolicyzmu; następuje wyraźny rozłam: trzeba stanąć albo jako katolik przy królu, albo jako protestant przy Kalwinie. Do tego ostatniego Rabelais nie czuł najmniejszego powołania. Mógł on sympatyzować z ogólnym duchem Reformy, o ile ona niosła z sobą elementy wyzwalające, z tego jednak nie wynikało, aby miał się zamykać w nowym dogmatyzmie; zwłaszcza pogodna jego filozofia nie mogła się pomieścić w ponurym kościele Kalwina. Wolał zatem wykreślić z pierwszych dwóch ksiąg to, co w nich było najbardziej drażniące, a co do reszty uciec się pod opiekę króla. Zauważyć należy, iż największym zgorszeniem dla obozu katolików było nie to, co dziś nas może najbardziej w nich razić: przeciwnie, największe rozpasania języka przechodziły bez wrażenia, do tego tonu przyzwyczaiła literatura średniowiecza: natomiast proste np. wzmianki o czytaniu Biblii, gęste cytaty ze św. Pawła, mogły ściągnąć na pisarza poważne niebezpieczeństwo. Bardzo być może, iż w epoce owej, szczególnie niesprzyjającej śmielszemu poruszeniu tematów o szerszym zakroju, należy szukać wytłumaczenia okoliczności, iż w trzeciej księdze swego dzieła Rabelais zasklepia się niemal wyłącznie w żartobliwej gawędzie — co prawda iskrzącej się najprzedniejszym i niewyczerpanym humorem — na temat małżeńskich aspiracji Panurga i dręczących go wątpliwości, dla których na próżno szuka rozwiązania.

I tutaj zresztą, jak gdzie indziej, znajdujemy w dziele Rabelais’go wyraz i odbicie potężnych prądów nurtujących jego epokę: spór o kobietę i małżeństwo, to kwestia, która w przededniu wojen religijnych (od r. 1540–1555 mniej więcej) rozpala umysły w całej Francji i jest przedmiotem obszernej literatury. Rabelais ze swym temperamentem urodzonego polemisty nie mógł nie wmieszać się w wir tych utarczek myślowych. Tematem tym wypełnił większą część rozdziałów trzeciej księgi: niektóre prawdopodobnie wprost stanowią parodię współczesnych pism przystępujących z całym aparatem uczoności do tego śliskiego tematu. Rabelais opracował go na swój sposób, ale zarazem na sposób godny kwestii, tj. nieśmiertelny. Z tej części jego dzieła obficie w półtora wieku później będzie czerpał Molier; w trzy wieki później Balzac, którego Fizjologia małżeństwa jest jakby świetną wariacją na temat starego mistrza. Mówiąc o księdze trzeciej, niepodobna nie wspomnieć tu nieoszacowanej historii sędziego Pletewki rozstrzygającego procesy wedle rzutu kości: jako arcydzieło delikatnej i dobrotliwie uśmiechniętej satyry, ustęp ten nie ma sobie równego w literaturze. W trzeciej też księdze — może pod wpływem wdzięczności dla króla — postać Pantagruela z konwencjonalnego poniekąd olbrzyma urasta do ideału mądrej i ojcowskiej władzy monarszej.

Odmienny zupełnie charakter posiada księga IV. Przede wszystkim stwierdzić w niej należy obniżenie wartości artystycznego wyrazu. Trudno się dziwić zresztą, iż pióro sześćdziesięcioletniego starca nie zdołało wydobyć z siebie tej samej pełni, tej samej kipiącej i żywiołowej werwy. I czasy zmieniły się zresztą. Lata, w których Rabelais tworzył pierwsze swoje księgi, były we Francji epoką jakiegoś cudownego wprost powszechnego upojenia, radosnego oczekiwania i nadziei, najwyższego spotęgowania żywotności fizycznej i duchowej. W ich miejsce przychodzą lata posępnych i nieubłaganych walk i nienawiści, okrutnych prześladowań i obustronnego fanatyzmu. Trudno o dawną beztroskę i pogodę duszy. O ile w stosunku do swoich dawnych przeciwników Rabelais bawił się wprzódy raczej i jeśli w nich godził, to ostrzem niezatrutym, o tyle teraz walczy: odważnie, choć z rozwagą szermierza, którego nieostrożność może kosztować życie. Z naszego punktu widzenia cierpi na tym niewątpliwie artystyczna wartość utworu; z żalem widzimy, iż miejsce satyry tryskającej swobodnie i rozlewającej się szeroko zajmują zimne i formalistyczne alegorie. Ale współcześni patrzyli na te rzeczy zapewne inaczej i to, co dziś obniża wartość tej księgi jako dzieła sztuki, może czyniło z niej tym sprawniejsze narzędzie w ukropie walki. Słusznie powiada w tym przedmiocie jeden z biografów pisarza: „Wiele z tych żartów postradało swoją sól: a to iż nikt dziś nie zagraża wolności naszego myślenia. Zażywamy w spokoju dziedzin zdobytych przez naszych ojców. Oręże, którymi oni się posługiwali, leżą obecnie na ziemi i drzemią pokryte rdzą wieków. Potrącamy je nogą z lekceważeniem: zdają się nam ciężkie i przestarzałe. Ale trzeba było widzieć ich błysk w walce, wówczas kiedy głupota zatruwała świat i kiedy owi pogromcy potworów czyścili rolę, na której my dziś siejemy13...”.

W księdze IV Rabelais ostrzej niż kiedykolwiek występuje przeciw Sorbonie, Papimanom etc., już nie w mimochodem zadawanych sztychach i cięciach, ale w otwartej potyczce. To, że w tym momencie odważa się na to, dowodzi, iż bardzo snać14 czuje się pewnym poparcia nowych protektorów, a przede wszystkim samego króla, którego polityce w tej chwili mogły być po myśli wycieczki Rabelais’go w stronę papiestwa, a zwłaszcza ustęp o złocie tak subtelnie wyciąganym z Francji magiczną siłą Dekretaliów. Rozliczne wędrówki Pantagruela i jego towarzyszów opisane w tej księdze są echem współczesnego pędu i zapału podróżniczego, raz po raz przynoszącego wieści o nowych nieznanych krajach otwierających szerokie horyzonty śmiałym żeglarzom. Wiele szczegółów, które dziś wydają nam się bezbarwne i błahe, dla ówczesnego czytelnika były wysoce interesujące przez swoje wiadomości przyrodnicze: tak np. walka z physeterem jest ścisłym opisem polowania na wieloryby. Niektóre znowuż rozdziały, zwłaszcza w księdze V, stanowią dobrotliwą satyrę na łgarstwa podróżnicze, dla których współczesna łatwowierność i brak kontroli naukowej szerokie otwierały pole. Dla dzisiejszego czytelnika księga ta przedstawia oczywiście znacznie mniejszą wartość niż poprzednie.

Pozostaje księga V. Ukazała się ona w roku 1564, w dwa lata blisko po śmierci pisarza. Nie jest rozstrzygnięte ani podobne do rozstrzygnięcia, o ile i w jakim stopniu jest ona autentycznym dziełem ręki Rabelais’go. Można przypuszczać, iż zostawił on do niej przynajmniej materiały, które z ową bezceremonialnością, z jaką obchodzono się w owych czasach z dziełem literackim, obca jakaś ręka obrobiła, uporządkowała i zaokrągliła w całość. W tej księdze tym bardziej znaczy się zachód twórczości i werwy pisarza; pośród nieskończonych opisów, nużących alegorii, ledwie ten lub ów szczegół pozwala rozpoznać lwi pazur. Czy samo zakończenie ostatniej księgi wraz z wyrocznią „boskiej Flaszy” jest pióra Rabelais’go, nie wiadomo; raczej należałoby o tym powątpiewać.

Swoistą cechą i zasadniczą odrębnością satyry Rabelais’go — biorąc pod uwagę okres pełni jego siły twórczej — jest to, iż podłożem jej jest wesołość. Nie ma w nim nic pesymizmu, jaki tkwi tak często na dnie wszelkiej satyry; nic z żółci, nic z nieżyczliwego ostrowidztwa upośledzonych i niezdatnych do życia. W dziele jego rozbrzmiewa głośny, zdrowy śmiech, będący sam dla siebie celem i sam dla siebie sztuką, wesołość jego płynie szerokim, rozlewnym korytem, unosząc na swej fali z jednaką beztroską tani kalambur, niedorzeczne spiętrzenie epitetów, sprośne wyzwiska, jak głębokie satyryczne błyski i — subtelną grę intelektu. Satyra Rabelais’go jest dobrotliwa, bezosobista, bezkrwawa; z wyjątkiem znienawidzonej zmory zakutanych świętoszków, kretów, „ludzi zaglądających przez szparki” nie skaleczy ona nikogo: raczej obejmuje wszystko, niby wspólnym płaszczem, swą dobrotliwą filozofią, streszczającą się w wywodzie Panurga: „Cały świat jest szalony...”. Urocza i mądra pustota Rabelais’go nabiera jeszcze przedniejszego smaku przez to, iż pisarz zaprawia ją nieustannie swą bezprzykładną erudycją: zdawać by się mogło istotnie, iż po to jedynie połknął i strawił całą wiedzę swego czasu, aby strawiwszy... ale nie dajmy się unosić obrazom i porównaniom nazbyt Rabelais’sowskim. Bardzo zabawny jest stosunek Rabelais’go do tejże erudycji: z jednej strony drwi sobie z niej, rzucając zazwyczaj olbrzymi ciężar cytatów i komentarzy po to jedynie, aby tym niżej przechylić szalę ludzkiej głupoty — z drugiej strony lubuje się nią, nie umie się oprzeć pokusie roztaczania jej w swoim dziele przy każdej sposobności:

„Co się tyczy pludrów, to moja cioteczna babka Laurencja mówiła mi niegdyś, iż istnieją jedynie dla saczka z rozporkiem. Wierzę temu dla podobnej racji, z jaką dowodzi nam ów wdzięczny figlarz Galen, lib. IX. O pożytku naszych członków, iż głowa stworzona jest dla oczu. Natura bowiem byłaby mogła umieścić je na kolanach albo na łokciach; ale przeznaczając oczy do dalekiego widzenia, umieściła je na głowie niby na tyczce, na samym szczycie ciała: jako widzimy latarnie morskie i wysokie wieże wzniesione w portach morskich, iżby latarnia mogła być widziana z daleka”.

Takich dwoistości spotykamy u Rabelais’go więcej: tak np. drwi sobie nielitościwie ze scholastyki, a mimo to wycisnęła ona na kształtowaniu się jego umysłowości silne piętno; ściga szyderstwem swoim mnichów, wszelako — jak słusznie zauważa w doskonałej swej książce Stapfer — szyderstwo to nie jest pozbawione pewnej dobrotliwej dla pulchnych ojcaszków czułości.

Jednym z nieodpartych środków Rabelais’go dla wywołania wesołości jest wyolbrzymianie wrażenia przez natłoczenie szczegółów. Kiedy wylicza gry, w jakie bawił się Gargantua, wymienia ich 215; kiedy nam opowiada, jak piekarze zelżyli czeladź zbierającą wino, nie poprzestaje na zakomunikowaniu faktu, lecz przytacza dwadzieścia dziewięć obelżywych epitetów. Toż samo mówiąc o Diogenesie i jego beczce, wylicza 64 ćwiczenia, jakim się oddawał itd., bez końca. Natłoczenie to, czasem dziecinne, czasem posiada nieporównaną siłę obrazową: czyż w niezliczonej ilości gier młodego Gargantui lub zabaw kwitnących w domu pana Busia nie odbija się cudownie owo gigantyczne szlacheckie wałkonienie się w słodyczach wiejskiej egzystencji bez troski i bez myśli? Czasem znów to nagromadzenie, natłoczenie słów, określeń, przymiotników, zrazu mdłe i nudne, potem, siłą swego rozpędu, zaczyna działać upajająco, musuje jak wino: tak, bo to język francuski, tworzący się na nowo w tej kipiącej lawie, upija się własnym świeżym bogactwem, pręży się niby atleta, próbujący sprawności swych mięśni. Do kształtowania się języka Rabelais przyczynił się jak mało kto inny. Całą swą olbrzymią erudycję filologiczną oddaje na jego usługi; wtłacza weń legiony słów greckich i łacińskich; wzbogaca go wszystkimi dialektami, narzeczami, jakie poznał dokładnie w ciągu lat swojej włóczęgi. Ciekawym niezmiernie jest słowniczek załączony do IV księgi Pantagruela pt.: Briefve declaration d’aucunes dictions plus obscures contenues on quatriesme livre des faits et dicts heroiques de Pantagruel15. Słowniczek ten zawiera objaśnienie niezrozumiałych słów, z których wiele zostało w niedługi czas potem najzupełniej przez język strawionych, jak: mitologia, katastrofa, mizantrop, sarkazm, kategoryczny, symbol etc., etc. Ta różnorodność elementów, z jakich Rabelais stapiał swój język, czyni go bezwarunkowo najtrudniejszym z pisarzy francuskich tej epoki, a słownik do jego dzieła pisany dla Francuzów, dochodzi rozmiarów sporej książki16.

Na zakończenie kilka słów o polskim wydaniu dzieła. Jest ono zupełne; czasem tu i ówdzie tłumacz pozwolił sobie skreślić jakąś zwietrzałą aluzję, wymagającą nieproporcjonalnie do swej błahości obszernego komentarza, poza tym jednak oddajemy dzieło do rąk polskiego czytelnika w całości. Wszelkie skróty, wszelkie przykrawania odebrałyby Rabelais’mu to, co jest jednym z jego uroków, tj. szeroki oddech i wdzięk swobodnej gawędy, która, jak to bywa w kompanii przezacnych opilców, czasem raźnym, iskrzącym się, to znów mdłym i ospałym idzie tempem. Czytelnik, który zaprzyjaźni się z tym przemądrym, choć tak dobrodusznym gawędziarzem, sam podejmie ten trud, aby oddzielić stronice, do których chętnie od czasu do czasu powróci, od tych, które straciły już swój smak i życie. Również — mimo szczerej przykrości, jakiej tłumacz doznawał nieraz przekładając na nasz język potworne często wybryki Rabelais’sowskiej muzy — wydało mu się niemożliwym wszelkie „oczyszczanie” Rabelais’go i ubieranie w figowy listek jego dziecięcej nagości. Ta orgia sprośności, grubych słów, wyszukanych klątw, soczystych opowiastek, nie jest na dziele pisarza przygodną narością; przeciwnie, jest jego integralną częścią, jest potężnym ulżeniem sobie renesansowego człowieka znużonego zbyt długim wiekowym przebywaniem w pałacach pani Kwintesencji. Można się gorszyć, krzywić, rumienić; ale nie można tu nic naruszyć, nie pozbawiając samego dzieła rozmachu i jędrności wyrazu. Jak dalece są one zrośnięte z sobą, może posłużyć za przykład odpowiedź poety Villona królowi angielskiemu (IV, 67), jeden z wspanialszych w literaturze świata wyrazów poczucia dumy narodowej.

Tajemnicą czytania dzieł Rabelais’go jest, aby je czytać z tą samą beztroską, z jaką były pisane. Nie za wiele dociekać, nie trapić się o to, czego się nie rozumie, i wysysać ze smakiem ten „szpik”, o którym pisarz powiada, iż mieści się w jego dziele. Nie jest to zresztą, niewątpliwie, lektura dla wszystkich. W całej pełni smakować w niej mogą bodaj tylko mężczyźni i to, o ile mogłem się przekonać, jedynie najkulturalniejsi. Wobec wspomnianych już a potwornych nieraz swobód językowych Rabelais’go, brzmi to cokolwiek paradoksalnie; cóż robić, taki jest już kaprys prawdy, że z równym uporem gnieździ się w paradoksach, co stroni od utartych pojęć. To pewna, iż trzeba wysokiej kultury umysłowej i literackiej, aby pod tą rubaszną powłoką wpół średniowiecznego mnicha, umieć wyczuć cały wykwint najprzedniejszego humanizmu.

Słówko jeszcze co do komentarza. Względy praktyczne nie pozwoliły zbytnio rozszerzać tej części wydawnictwa; trzeba było ograniczyć się do tego, co konieczne. W układzie komentarza wytyczną linią był wzgląd nie tyle na erudycję, ile na czytelnika, któremu należało dostarczyć tego, co niezbędne dla swobodnego obracania się w trudnościach tekstu. Zresztą jak słusznie zauważono, te właśnie ustępy dzieła Rabelais’go, które najbardziej pozostały do dziś żywe i zajmujące, najmniej wymagają komentarzy i najlepiej się bez nich obchodzą.

W pracy niniejszej tłumacz posługiwał się następującymi wydaniami pism Rabelais’go:

Pomnikowe wydanie krytyczne pod redakcją Abla Lefranc (Paris 1913), którego to wydania w chwili dokonywania przekładu ukazały się dopiero dwa tomy (księga I).

Wydanie Marty-Laveaux (Paris 1870) tomów 6.

Wydanie z r. 1835 (Paris, Ledentu) z doskonałym i wielostronnym słownikiem.

Wydanie Louis Moland (Paris, Garnier frères).

W układzie komentarza, obok innych prac, znaczne usługi oddało doskonałe niemieckie wydanie dzieł Rabelais’go w przekładzie Gottloba Regis, nowo opracowane przez Wilhelma Weigand (München und Leipzig, bei Georg Müller 1911).

Kraków, marzec 1914.

Arabscy i murzyńscy handlarze niewolnikami. „Zapomniane ludobójstwo”

 

Francuski mer miasta Saint-Denis Bally Bagayoko, z partii Zbuntowana Francja (LFI), obarcza Francję winą m.in. za lata kolonializmu i handel niewolnikami. Otrzymał jednak ciekawą ripostę od eurodeputowanej prawicy Maron Marechal, która stwierdziła, że „Bally Bagayoko jest bardziej prawdopodobnym potomkiem właścicieli niewolników niż np. ja”. Polityk wskazała, że sam Bally Bagayoko twierdzi, że należy do malijskiej rodziny powiązanej z kastą „kowali”, którą przedstawia jako potomków afrykańskiej „szlachty”.
Jeszcze 26 marca Bally Bagayoko w wywiadzie dla Radia Nova mówił, że należy do malijskiej rodziny związanej z bogatą kastą, a jego wuj pełnił funkcję gubernatora Mali. Rodzina miała powiązania z Soninke, ludem zachodnioafrykańskim, mieszkającym m.in. w Mali, a ta społeczność ma długą historię zaangażowania w handel niewolnikami i zarabiania na procederze dostarczania na statki „tego typ „towaru”.

Marion Maréchal podkreśliła, że „pamięć o niewolnictwie, które jest ohydą, nie powinna dotyczyć wyłącznie win Europejczyków i Francuzów”. Bally Bagayoko nie jest pierwszym „aktywistą antyrasistowskim”, który został skonfrontowany ze swoim rzekomo „niewolniczym” pochodzeniem. W 2022 roku autorka i aktywistka Rokhaya Diallo, głęboko zaangażowana w tzw. kwestie „dekolonializmu”, Francuzka pochodzenia fulanickiego, również została zapytana o swoje pochodzenie. Okazało się, że plemię Fulani ma na sobie znacznie więcej krwi niewolniczej niż przeciętny, rdzenny Francuz.

Riposta Marion Marechal miała związek z nagonką medialną na prawicowego mera miasta Vierzon, który odwołał uroczystości upamiętniające zniesienie niewolnictwa zaplanowane tam na 10 maja. Eurodeputowana wyjaśniła, że ona sama takie wydarzenie by zorganizowała, ale wspominając wszystkie aspekty niewolnictwa. Świat np. dziwnie zapomniał o arabsko-muzułmańskim handlu niewolnikami, czy takim procederze wewnątrzafrykańskim. Cała wina spada na cywilizację zachodnią, która pod wpływem zasad religii chrześcijańskich jako pierwsza z tego procederu się jednak wyzwoliła i nawet narzuciła zniesienie niewolnictwa innym cywilizacjom.

Arabsko-muzułmańscy handlarze

W tej samej sprawie zabrał głos także deputowany Zjednoczenia Narodowego Julien Odoul, który wezwał do przypomnienia i zbadania zbrodniczego handlu niewolnikami między Arabami i muzułmanami. Jego zdaniem to „zapomniane ludobójstwo”, długo przemilczane w debacie publicznej i w zbiorowej pamięci Francji. Odul skrytykował też „ciszę otaczającą arabsko-muzułmański handel niewolnikami”.

Okazją było tu wyznaczone na 12 maja odsłonięcie przez przewodniczącą parlamentu Yaël Braun-Pivet pięciu tablic pamiątkowych na Dziedzińcu Honorowym Palais Bourbon. Upamiętniają one abolicjonistów – Victora Hugo, Alphonse’a de Lamartine’a, Louisy’ego Mathieu, Victora Schœlchera i Alexisa de Tocqueville’a. Odul pochwalił inicjatywę, ale wskazał, że jednoczesne przemilczanie niewolnictwa arabskiego buduje w świadomości słabo znających historię młodych ludzi, fałszywy obraz tego procederu, który wskazuje Francję jako główną winowajczynię takiego procederu.

„Niech jednak nikt, rozpamiętując po raz setny własną winę, nie myśli, że wyczerpał pamięć o niewolnictwie. Francja je zniosła, Republika umieściła Schoelchera w Panteonie i przez sto siedemdziesiąt osiem lat biczowała się z pokutną regularnością. Stworzono pułapkę, kiedy ta nieustanna samokrytyka kończy się wymazywaniem czynów innych narodów i tego, co działo się gdzie indziej”.

Odul przypomina, że „były też inne rodzaje handlu niewolnikami”, których Republika nie upamiętnia i za które „nie ponosi żadnej odpowiedzialności”. Czyżby tylko winy Europejczyków zasługiwały na tablicę pamiątkową, a zbrodnie innych były jedynie regionalnym folklorem? – pyta poseł.

13 wieków zbrodni

Tymczasem niewolnictwo arabskie trwało trzynaście wieków i przyniosło siedemnaście milionów ofiar. I chociaż „arabsko-muzułmański handel niewolnikami spustoszył kontynent afrykański, to jednak do dziś jest tematem tabu i pozostaje niewidoczny”.

„Atlantycki handel niewolnikami, o którym naucza się we wszystkich naszych szkołach i który Francja uznała za zbrodnię przeciwko ludzkości w 2001 roku, trwał cztery wieki, doprowadzając do deportacji od dziewięciu do jedenastu milionów Afrykanów do Ameryki. Ci mężczyźni i kobiety przetrwali jako naród: dziś mają około siedemdziesięciu milionów żyjących potomków, którzy kontynuują ich pamięć, ich cierpienie, ich literaturę i ich muzykę. Arabsko-muzułmański handel niewolnikami, zarówno transsaharyjski, jak i wschodni, trwał nieprzerwanie od VII do XX wieku. Siedemnaście milionów Afrykanów zostało porwanych i deportowanych do Maghrebu, Egiptu, na Półwysep Arabski, na Ocean Indyjski i do Imperium Osmańskiego. Dziś żyje tam tylko milion ich potomków”.

Odul wyjaśnia ten paradoks: „Cztery stulecia, jedenaście milionów deportowanych, siedemdziesiąt milionów potomków i trzynaście stuleci, siedemnaście milionów deportowanych i milion spadkobierców. Zapytaj dowolnego francuskiego ucznia gimnazjum lub liceum: gdzie się podziało brakujące szesnaście milionów? Odpowiedzią jest kastracja. Kastrowano ich. Nożem. Bez znieczulenia, bez uznania, że są istotami ludzkimi. Ponieważ prawo islamskie zabraniało muzułmanom samodzielnego wykonywania operacji, zlecano ją chirurgom chrześcijańskim lub żydowskim. Co najmniej połowa zmarła w wyniku amputacji z powodu wykrwawienia, ocaleni kończyli jako eunuchowie w haremach, strażnicy kobiecych kwater swoich panów lub niewolnicy w kopalniach soli. Żaden z nich nie ustanowił linii rodowej. Trzynaście wieków przymusowej sterylizacji. W każdym słowniku nazywa się to ludobójstwem”.

I dalej apeluje: „niech nikt nie próbuje nam wmówić, że to lokalne zaniedbanie, nieco prymitywny, stary zwyczaj, handel z innej epoki, jak każdy inny. Arabsko-muzułmański handel niewolnikami był przestudiowany i UDOWODNIONY przez uczonych, i to przez najwybitniejszych z nich. Ibn Chaldun, XIV-wieczny tunezyjski filozof, wykładany dziś na Sorbonie, w Sciences Po i na Harvardzie jako ojciec i twórca socjologii, napisał w swoim głównym dziele, Al-Mukaddimie: „większość czarnoskórych ludzi pada ofiarą niewolnictwa, ponieważ mają niewiele wspólnego z tym, co jest w istocie ludzkiej, a ich cechy są bliskie cechom niemych zwierząt”. Deputowany retorycznie dodaje – „wyobraź sobie przez chwilę, że XIV-wieczny europejski teolog napisałby dokładnie to samo i ujawniono by to obecnie. Jego pomnik zostałby obalony następnego dnia, jego nazwisko usunięte z podręczników, a media miałyby dwa tygodnie nieprzerwanego oburzenia onego programu”.

Temat tabu i islamofobia

Odul zauważa, że kiedy „we Francji w 2026 roku masz nieszczęście ujawnić takie udokumentowane fakty, to jesteś nazywany »islamofobem«. Ten »leksykalny dar« Bractwa Muzułmańskiego stał się odruchem Pawłowa francuskiej debaty historycznej”. Tu warto wspomnieć, że gdy w 2002 roku historyk Olivier Pétré-Grenouilleau, w „Les Traites négrières” („Handlu niewolnikami”) odważył się użyć liczby mnogiej i przypomnieć, że było kilka rodzajów niewolnictwa, w tym najdłuższy i najbardziej śmiercionośny arabsko-muzułmański, to został oskarżony w 2005 roku na podstawie ustawy Taubiry za „fałszowanie historii”. Dopiero w obliczu protestów wielu historyków do skazania naukowca nie doszło.

Poseł Odul przypomniał, że zmarły w 2025 roku historyk Tidiane N’Diaye był pierwszym afrykańskim badaczem, który udokumentował i oszacował skalę arabskiego handlu ludźmi. Był też byłym podoficerem Francuskiej Legii Cudzoziemskiej i laureatem nagród historycznych. Nie ma jednak tablicy pamiątkowej, nie uczcił go parlament „minutą ciszy”, nie ma swojej ulicy, bo „odważył się napisać prawdę historyczną”.

Za takim traktowaniem historii stoi lewicowa ideologia. Duży odsetek historyków to nadal szkoła marksistowska, a przez ostatnie dwadzieścia lat część francuskiej lewicy i „ruchu praw rdzennej ludności” uczyniła sobie z wyłącznego potępienia białego rasizmu i zachodniego niewolnictwa ważny punkt swojego programu. Arabsko-muzułmański handel niewolnikami komplikuje im ideologiczną narrację. Rynek jest zarzucony opracowaniami o przeładowaniu muzułmanów, francuskim kolonializmie w Algierii, de-kolonialnej emancypacji ludów globalnego Południa, o handlu niewolnikami itp.

To paliwo dla aktywistów lewicy i ich tez o „Afryce wiecznie prześladowanej przez Europę” czy „europejskich rasistach”, co usprawiedliwia negatywne strony „wielokulturowości” i wspiera masową imigrację z Afryki. Tymczasem, jak przypomina Odul, właśnie grupy etniczne z Sahelu „były przez wieki dostawcami i pośrednikami dla transsaharyjskich handlarzy”. „Żadna religia, żadna kultura, żadna cywilizacja nie powinny być zwolnione z pamięci. Nie ma śmierci drugiej kategorii. Najwyższy czas ujawnić wszystkie zbrodnie przeciwko ludzkości!” – kończy swój esej Julien Odoul.

Temat handlu niewolnikami, ale na terenach słowiańszczyzny, w okresie wczesnego średniowiecza, opisaliśmy szczegółowo w książce Tomasza Szkopka pt. „Niewolnictwo Słowian”. Ten zapomniany handel żywym towarem, w kontekście obecnych terenów Polski, prowadzili żydowscy kupcy, tzw. radanici, przy współpracy władców germańskich, ruskich i czeskich. Odbiorcą niewolników były zaś kraje islamskie leżące zarówno na zachód, jak i na wschód od Polski. Publikacja opisuje także wspomniane w tekście p. Dobosza barbarzyństwo odbiorców niewolników. Zdecydowanie polecamy tę przełomową lekturę!

https://bibliotekawolnosci.pl/pl/p/Niewolnictwo-Slowian.-Zydowscy-handlarze%2C-germanscy-lowcy%2C-arabscy-eksploatatorzy-Tomasz-Szkopek/1875

Bogdan Dobosz nczas/arabscy-handlarze-niewolnikami-zapomniane-ludobojstwo

„Zielony Ład” kosztem krwi i śmierci dzieci

 

Zielony Ład na plecach dzieci.

Europa lubi dziś mówić o moralności. O ratowaniu planety. O „zielonej transformacji”, która ma uczynić świat lepszym, czystszym i bardziej humanitarnym.

Politycy fotografują się przy elektrycznych samochodach, korporacje zmieniają logotypy na zielone, a celebryci pouczają zwykłych ludzi, że powinni ograniczyć emisję CO₂. Wszystko wygląda pięknie — dopóki nie spojrzymy pod ziemię w Kongu.

Tam nie ma konferencji klimatycznych. Nie ma ekologicznych sloganów. Są za to dzieci schodzące do prymitywnych szybów po kobalt — metal niezbędny do produkcji baterii litowo-jonowych. To właśnie dzięki niemu europejski kierowca może z dumą powiedzieć, że jeździ „zeroemisyjnym” autem.

Tyle, że ta rzekoma czystość ma kolor czerwonego pyłu i dziecięcej krwi. Kilkunastoletni chłopcy kopią gołymi rękami w niestabilnych tunelach. Dziewczynki taszczą worki cięższe, od nich samych. Bez masek, bez zabezpieczeń, bez szkoły. Za kilka dolarów dziennie. Część z nich ginie pod ziemią. Inni powoli zatruwają organizm toksycznym pyłem. To nie są wyjątki. To fundament współczesnej „zielonej rewolucji”.

Do tej listy trzeba dziś dopisać jeszcze lit — „białe złoto” zielonej transformacji. Bez niego nie byłoby baterii do samochodów elektrycznych, magazynów energii ani całej opowieści o przyszłości bez paliw kopalnych. I znów słyszymy tę samą historię: dla dobra planety trzeba wydobywać więcej, szybciej i taniej.

Tyle że za ekologicznymi sloganami kryją się wysuszone rzeki Ameryki Południowej, zdewastowane krajobrazy i społeczności, którym odbiera się wodę potrzebną do życia.
W Chile, Argentynie czy Boliwii gigantyczne ilości wody pompowane są do przemysłowego wydobycia litu, podczas gdy miejscowi rolnicy patrzą, jak ziemia zamienia się w pustynię.

Zielona energia dla bogatych państw coraz częściej oznacza ekologiczne i społeczne koszty przerzucone na biedniejsze regiony świata. Oczywiście europejskie elity powiedzą, że „pracują nad standardami”, że „monitorują łańcuch dostaw”, że „sytuacja jest skomplikowana”. Jak wygodne.

Gdy trzeba nakładać podatki klimatyczne na własnych obywateli — decyzje zapadają błyskawicznie. Gdy trzeba odpowiedzieć za dzieci harujące przy wydobyciu surowców dla ekologicznego przemysłu — nagle wszystko staje się trudne i niejednoznaczne.

Największa hipokryzja polega jednak na czymś innym. Zielony Ład sprzedawany jest Europejczykom jako projekt etyczny. Jako moralna wyższość nad światem opartym na „brudnej energii”. Tymczasem cała ta moralność kończy się dokładnie tam, gdzie zaczyna się afrykańska kopalnia.

Europa eksportuje brud poza własne granice, a potem ogłasza się zbawcą planety. To nie jest żadna ekologiczna utopia. To kolonializm w nowym opakowaniu. Dawniej Europa potrzebowała kauczuku, złota i diamentów. Dziś potrzebuje litu i kobaltu.

Zmieniły się hasła reklamowe, ale mechanizm pozostał ten sam: bogaty świat buduje swoje wygodne sumienie na cierpieniu najbiedniejszych. To właśnie największy paradoks współczesnej ideologii klimatycznej: w imię ratowania środowiska tworzy się nową gorączkę surowcową na gigantyczną skalę.

Potrzeba coraz więcej kopalń, coraz więcej metali ziem rzadkich, coraz większej eksploatacji natury. Zielony Ład miał podobno ograniczyć rabunkową gospodarkę wobec planety. Tymczasem często jedynie zmienia rodzaj rabunku — z ropy i węgla na lit i kobalt.

I warto zadać pytanie, którego wielu boi się wypowiedzieć głośno: ile dziecięcych dłoni potrzeba, żeby europejski polityk mógł ogłosić kolejny sukces klimatyczny?

Okiem Polaka
https://gloria.tv/go/t44Fq4VNeqRcmpi0hkPZSkUCkJ44HmEu9S5cRJIJM7dXoDMeavFnshYQIuBh0iVmOUYwzY6c2Volam7zYy96y1zfQiSBz2aPgsDOvff5uYuGdUHSjxXaeC1KzFdhaF1xQJBBwN9RF0

Dariusz Ratajczak - ŻYDZI A HANDEL NIEWOLNIKAMI


Rękopisy jednak nie płoną. Nawet w postępowym internecie.

[W 2026 r. nie mogłem znaleźć w internecie NIC na ten temat. Owszem, same zaprzeczenia. Spróbujcie… Zajrzałem jednak do – chyba cudem uratowanego – mego Archiwum z portalu sprzed katastrofy. I jest.. Spróbujcie zapytać o to Groka. Ja niezmiennie dostaję odpowiedź: „Grok nie był w stanie odpowiedzieć. Coś poszło nie tak. Odśwież, aby ponownie nawiązać połączenie lub spróbuj ponownie”. M. Dakowski]

[Przypominam, że dr. Dariusz Ratajczak sam przyjechał w dwa tygodnie po swej śmierci na parking przy super-markecie w Opolu – i tam ciało znaleziono w zamkniętym samochodzie. Tak oceniła policja i prokuratura. MD]   [pani Hani – dumnej ze swych świeżo odnalezionych „korzeni”. MD] 

============================================================

Gdybym miał sporządzić ranking najhaniebniejszych profesji wykonywanych przez setki i tysiące lat przez istoty ludzkie, bez wahania wskazałbym na handlarzy niewolników. Niemal słyszę już łaskawsze słowa „postępowców” stwierdzających, że niżej podpisany- niegdyś reakcyjny kłamca i „tak zwany historyk z Opola”- nawrócił się na jedynie słuszną ideologię. Błąd moi mili. Tym większy, że dzisiaj zajmę się sprawą nadzwyczaj drażliwą: dominacją przedstawicieli Wielce Czcigodnego- skądinąd- „Narodu Wybranego” w ogólnoświatowym handlu „żywym towarem”. Żeby nie być posądzonym o stronniczość, niniejszy tekst opieram głównie na pracach historyków żydowskich.

Ponad 50 lat temu Jacob Marcus, być może najznamienitszy historyk  żydowski połowy XX w., stwierdził w „Encyclopaedia Britannica” : „ W wiekach ciemności (dla autora to średniowiecze- DR) handel zachodniej Europy pozostawał głównie w ich (Żydów-DR) rękach, szczególnie handel niewolnikami…” Wspierał tym samym nieco wcześniejszą uwagę S.Grayzela poczynioną w książce „Historia Żyda: od Wygnania Babilońskiego do końca II Wojny Światowej” (Filadelfia 1948): „Żydzi byli najważniejszymi handlarzami niewolników…” Zauważali to dużo wcześniej chrześcijańscy pisarze starożytni i średniowieczni. Nie mogło być inaczej. Żydowscy handlarze, posiłkując się biciem i- nazwijmy rzecz eufemistycznie- molestowaniem seksualnym, dostarczali z Europy na Bliski Wschód tysiące urodziwych jasnowłosych kobiet i dzieci. Była to rynkowa odpowiedź na preferencje śniadych, kruczoczarnych i przede wszystkim bogatych klientów z Azji oraz północnej Afryki. Możemy tylko domyślać się co czuli wyrwani z ognisk domowych młodzi ludzie, jakie dramaty rozgrywały się na niewolniczych szlakach. Możemy również współczuć, chociaż uczucie to zwykle rezerwujemy dla ofiar znanych z autopsji lub opowiadań żywych świadków historii.

Naturalna wybiórczość oraz skończoność ludzkiej pamięci zawsze wpędzają mnie w przygnębienie. Podobnież – okrutna anonimowość zbiorowego cierpienia ludzi żyjących w dawno minionych epokach. Jestem jednak realistą: dzisiaj oni- pojutrze my. Przytoczone wyżej fakty nie mogą budzić większego poruszenia. Basen Morza Śródziemnego był przecież naturalnym rejonem działania żydowskich handlarzy „żywym towarem”. Natomiast współczesne pokolenia wychowane na filmach „made in Hollywood”, w których handlarzami czarnych nieszczęśników z Afryki są niezmiennie anglosaskie typy spod ciemnej gwiazdy (exemplum: „Amistad” Stevena Spielberga), za niespodziankę przyjmą twierdzenie, iż Żydzi- niezbyt przecież liczni w angielskich (brytyjskich) koloniach w Ameryce Północnej- dominowali również wśród handlarzy  na amerykańskich trasach niewolniczych. Oddajmy w tym miejscu głos żydowskiemu historykowi Marcowi Raphaelowi („Żydzi i judaizm w Stanach Zjednoczonych: historia dokumentalna”, t.14, N. Jork 1983) : „ Żydowscy kupcy odgrywali wiodącą rolę w handlu niewolnikami. Rzeczywiście we wszystkich amerykańskich koloniach, czy to francuskich (Martynika), brytyjskich lub holenderskich, żydowscy kupcy często dominowali. Twierdzenie to odnosi się także do kontynentu północnoamerykańskiego, gdzie w XVIII w. Żydzi uczestniczyli w <trójkątnym handlu> polegającym na tym, że niewolników przywożono z Afryki do Indii Zachodnich, tam wymieniano na melasę, którą następnie zabierano do Nowej Anglii, gdzie następowała wymiana na rum, który z kolei wywożono na sprzedaż do Afryki. Od 1750 r. do wczesnych lat 70-tych XVIII w., żydowski handel na kontynencie zdominowali Isaac Da Costa z Charlestonu, David Franks z Filadelfii i Aaron Lopez z Newport”.

W Ameryce Północnej głównym punktem handlu niewolnikami był Newport (Rhode Island). Miasto to stanowiło „osiowe” centrum „trójkątnego biznesu”. Stąd wywożono rum i melasę do Afryki, by powrócić z „żywym towarem” do Indii Zachodnich oraz kolonii na stałym lądzie. Zapewne nie jest dziełem przypadku, że Newport szczycił się  najstarszą synagogą na kontynencie oraz największą i najlepiej prosperującą społecznością żydowską w amerykańskich koloniach Wielkiej Brytanii.

Zarabiano ogromne pieniądze kosztem zdrowia i życia „hebanowego ładunku”. Wspomniany mieszkaniec Newport Aaron Lopez, potomek portugalskich marranów, był w II połowie XVIII w. jednym z najpotężniejszych handlarzy niewolników w obu Amerykach. Jego licząca dziesiątki statków flota bez przerwy krążyła po wodach Atlantyku. Warunki, jakie zapewniano przewożonym pod pokładami niewolnikom wołały o pomstę do nieba. Z zachowanego sprawozdania z dwóch podróży statku „Cleopatra” (własność Lopeza) wynika, iż wojaży nie przeżyło 250 Murzynów. A mówimy tylko o jednym statku i zaledwie dwóch jego „kursach”. Jeżeli nie nazwiemy tego ludobójstwem, to co to słowo właściwie oznacza?! Żydzi zdominowali handel niewolnikami nie tylko w amerykańskich koloniach, ale i w całym Nowym Świecie. W fundamentalnej pracy autorstwa S.B.Liebmana „ Żydostwo Nowego Świata,1492-1825: Requiem dla zapomnianych” (N.Jork 1982) czytamy: „ Przypływali statkami z Afrykańczykami, których sprzedawano w niewolę.

Handel niewolnikami był królewskim monopolem, a Żydów często mianowano królewskimi agentami ich sprzedaży… W całym regionie Karaibów flota handlowa była głównie żydowskim przedsięwzięciem. Statki były ich własnością, obsadzały je żydowskie załogi, żeglowały pod rozkazami żydowskich kapitanów”. Inny żydowski badacz przeszłości, Arnold Aharon Wiznitzer („ Żydzi w kolonialnej Brazylii”, 1960), dodaje nie bez pewnej dumy: „ Kompania Zachodnioindyjska, która zmonopolizowała import niewolników z Afryki, sprzedawała ich na publicznych aukcjach za gotówkę. Tak się składało, że gotówkę przeważnie posiadali Żydzi. Kupcy, którzy pojawiali się na aukcjach byli prawie zawsze Żydami. Z powodu braku konkurencji mogli oni nabywać niewolników po niskich cenach (a potem odstępować plantatorom na kredyt ściągany przy następnych zbiorach w cukrze- DR)…. Jeżeli zdarzało się , że data danej aukcji pokrywała się z żydowskim świętem- odraczano ją. Tak było w piątek, 21 października 1644 r.”. Żydzi byli także posiadaczami niewolników w Ameryce Północnej. Wspomniany Jacob Marcus napisał w innej książce („Żydostwo Stanów Zjednoczonych. 1776-1985”, Detroit 1989) : „ Przez cały wiek XVIII, aż do początków XIX w., Żydzi na Północy mieli własnych czarnych służących (niewolników- DR) ; na Południu kilka plantacji żydowskich opierało się na pracy niewolniczej. W 1820 r. ponad 75% żydowskich rodzin z Charlestonu, Richmond i Savannah posiadało niewolników zatrudnionych w charakterze służby domowej ; ponad 40% żydowskich właścicieli gospodarstw domowych w Stanach Zjednoczonych posiadało 1 lub więcej niewolników… Bardzo mało Żydów w USA protestowało z pobudek moralnych przeciwko…niewolnictwu”.

Dodam do tego wywodu tylko tyle, że mniej niż 10% pozostałych białych Amerykanów było w tym czasie posiadaczami niewolnej siły roboczej. Solidne publikacje przedstawione powyżej były przede wszystkim adresowane do żydowskiego czytelnika zainteresowanego historią własnego narodu. Jednak w momencie gdy tematem zajęli się mniej lub bardziej „medialni” nie – Żydzi, rozpoczął się – trwający do dnia dzisiejszego – proces umniejszania, wręcz minimalizowania roli Żydów w haniebnym procederze handlu niewolnikami. Wyrazem tego trendu były liczne publiczne wypowiedzi żydowskich naukowców, wzmiankowany film „Amistad” oraz poświęcone mu artykuły na łamach ‘Time’a” czy „Newsweek’a”.  Natomiast słynna  „Liga Antydefamacyjna” (ADL) zastosowała jedyną znaną jej taktykę wobec adwersarzy: oskarżenie o propagowanie antysemityzmu. Przyznaję, że zupełnie tego nie rozumiem. Podobno historia jest tylko historią…

https://dakowski.pl/

sobota, 30 maja 2026

Myślenie myślało

 

Nietzsche w Pismach pozostałych (w nowym tłumaczeniu oraz nowym układzie Bogdana Barana) powiada tak: „Najbardziej dzieli mnie od metafizyków to, że nie zgadzam się z nimi, iż «ja» jest tym, co myśli; uważam raczej «ja» za k o n s t r u k c j ę  m y ś l e n i a”. A także: „dopiero myślenie ustanawia «ja», ale dotychczas wierzono […] że w «ja myślę» tkwi coś bezpośrednio-znanego, a to «ja» miało być z góry daną przyczyną myślenia”. To tak jakby powiedzieć: zanim było „ja”, myślenie myślało; myślenie musiało myśleć, żeby ustanowić swoje „ja” (w każdym wypadku każdego indywidualnego myślenia – „ja” oddzielone od świata, „ja” indywidualne), żeby ograniczyć się do niego i nie mieć wątpliwości, z czym jest połączone – że to jest jego (tego myślenia) własne „ja”. Jeśli zaś myślenie myślało, to płakanie płakało, mówienie mówiło, patrzenie patrzyło, istnienie istniało. Żeby istnienie zaistniało, wprzód musiał zaistnieć czasownik „zaistnieć”. Kociość się kociła, ślimaczość się ślimaczyła i wy-ślimaczała, wiewiórczość, żeby być wiewiórczością, wprzód się wiewiórczyła, wprzód musiała się wy-wiewiórczyć, potem w-wiewiórczyć, a dopiero potem to coś (coś – to nawet za dużo powiedziane), jakieś w-wiewiórczone w-wiewiórczenie ustanawiało swoje „ja”, konstruowało tę swoją konstrukcję – ustanawiało swój wiewiórczy, odrębny od innych, ogon, i swoje odrębne, oddzielone od wszystkich innych, zęby – ustanawiało swoje indywidualne „ja” jako coś, co jest znane mu bezpośrednio, i nie tylko dostępne bezpośrednio, ale także otwierające bezpośredni dostęp do wszystkiego innego, wszystkiego istniejącego osobno – całego świata i całego życia. Ślimaczość nie ustanawia swojego ślimaczego „ja”? Wiewiórczość nie ustanawia? Popatrzcie na ślimaka – porusza się osobno i pozostawia za sobą osobne pasmo swojego śliskiego ślimaczego śluzu. To znaczy, że jego ślimacze myślenie wymyśliło jego osobną drogę – i jego osobność. Ale jeśli tak to ujmiemy, jeśli „myślenie myślało” przełożymy na „ślimaczość się ślimaczyła” czy jakoś podobnie, to możemy pójść jeszcze trochę dalej i powiedzieć: to przecież życie żyło, kawałek życia w-żył się w życie (pod postacią wiewiórki czy ślimaka czy czegokolwiek innego – czegoś żywego, które pojawiło się w życiu; ożyło) i dzięki temu, że w-żył się w-życie, dzięki temu, skonstruowawszy swoje „ja”, uzyskał dostęp do świata-życia. A także dostęp do swojego „ja” – czyli do rozpoznania, że istnieje jako „ja”. Albo jako „coś”, albo jako „jakieś”. Inaczej – bez tego podwójnego dostępu – kawałek życia nie mógłby przeżyć, nie miałby żadnej możliwości przeżycia, nie dałby sobie rady w życiu. A przecież nie chodzi o nic innego, o nic więcej, tylko o to, żeby dać sobie radę, żeby przeżyć, żeby żyć możliwie długo. Oraz możliwie bezboleśnie. Chodzi o to życiu, każdemu kawałkowi życia – temu kawałkowi, który jest wiewiórką, i temu, który ja (skonstruowawszy się) nazywam mną. Życie nie ma innego celu poza życiem – możliwie długim i możliwie przyjemnym (bezpiecznym; kiedy jest mróz, to w cieple; i tak dalej). Tu Nietzsche by zaprotestował, nawet by mnie wyśmiał (gdyby mógł to przeczytać), bowiem celem życia nie było według niego życie; życie, seria przypadków, nie miało według niego żadnego celu – może poza wiecznym powrotem, nonsensownym (i niepotrzebnym – nikomu i niczemu) odwróceniem klepsydry z piaskiem. Nie sądzę zresztą, żeby to (to, co tu napisałem) było zgodne z tokiem myślenia Nietzschego, żeby o to mu chodziło, żeby to było jego rozumienie życia. Ale mnie o to chodzi, to jest moje rozumienie świata-życia. W tym miejscu – kiedy już się powie, że każdemu kawałkowi życia chodzi o to (i wyłącznie o to), żeby żyć, bowiem to jest jedyny cel życia – trzeba by też zapytać, dlaczego taki kawałek, powiedzmy, wiewiórczy, ślimaczy, zresztą wszystko jedno jaki (żaden kawałek życia nie jest ani lepszy, ani gorszy, ani ładniejszy, ani brzydszy od innego kawałka; nie jest też ani mądrzejszy, ani głupszy – jeśli spojrzeć na to nie od strony naszych norm estetycznych czy moralnych, lecz od strony losu tych kawałków; nie jest też ani lepiej, ani gorzej pasujący do całości; ani lepiej, ani gorzej niż inne kawałki życia; wszystko pasuje do siebie jak najlepiej), dlaczego taki kawałek życia, niespodziewanie dla samego siebie, w-wiewiórczył się, w-ślimaczył, w-żył się w życie – skąd to coś się wzięło. Gdzie jest powód oraz początek tego myślenia, które pomyślało i wymyśliło swoje oddzielne „ja”? W trzeciej osobie liczby pojedynczej czasu przeszłego – „pomyślało”? To właśnie tam to coś się zaczyna? W bezokoliczniku „pomyśleć”? Ale to jest jedno z tych pytań, które zadają metafizycy, jedno z tych pytań, które natychmiast (gdy tylko się pojawią) pogrążają nas w nieprzeniknionej ciemności – Netzschego metafizyczne pytania nie interesowały, chyba nawet nimi pogardzał.

JAROSŁAW ‌MAREK RYMKIEWICZ

SAMUEL ‌ZBOROWSKI

Pani Hańska

 

Dwa są dla kobiety sposoby wejścia do literatury. Jeden, to pisać książki; drugi, to stać się czymś w życiu wielkiego pisarza. Ta druga droga jest wdzięczniejsza, bardziej kobieca i — może trwalsza. Ale jakimiż w zamian najeżona niebezpieczeństwami! Pomyślcie tylko: przez setki lat każdy jej postępek, każde drgnienie serca, każde słowo będzie przedmiotem badań zawodowych znawców duszy ludzkiej, przedmiotem śledztwa ciągnącego się przez całe wieki, wciąż wszczynanego na nowo na podstawie coraz to nowych świadectw i dokumentów! Czy jest kobieta, która by wytrzymała taki krzyżowy ogień? Może by się taka i znalazła, ale obawiam się, że na jej widok ów genialny pisarz drapnąłby gdzie pieprz rośnie!

Przedmiotem takiego procesu jest od kilku dziesiątków lat pani Hańska. Ta istota uwielbiana i kochana przez Balzaka do ostatnich granic, została posadzona, w imię kultu dla pisarza, na ławie oskarżonych, z dwiema okolicznościami obciążającymi: jedna, że była cudzoziemką, a druga, dość niebezpieczna w naszej demokratycznej epoce, że była wielką damą... Nie znalazła obrońców i w swojej ojczyźnie, dlatego może znowuż, że była Polką... Dopiero w ostatnich miesiącach pojawiły się dokumenty i głosy skłaniające do nieodzownej rewizji tego „procesu”.

Ale dlaczego rzecz traktować w ten sposób? Skąd ta potrzeba skazywania lub uniewinniania, tu gdzie jedyną drogą jest rozumieć? Czemu ta tendencja, aby w jakiejś lapidarnej formułce zamknąć stosunek dwojga ludzi, ciągnący się przez siedemnaście lat, stosunek skomplikowany tyloma czynnikami, snujący się w warunkach tak zupełnie odmiennych od dzisiejszych? Czy my dziś, w epoce już nie kolei żelaznych i telegrafu, ale aeroplanu i radia, możemy naszymi pojęciami mierzyć tę romantyczną historię? Ten stosunek, gdzie list wędrował tygodnie, gdzie osiem lat upłynęło między jednym a drugim widzeniem kochanków, tę miłość poczętą na niewidziane, przez korespondencję? I dlaczego do kobiety, dlatego że weszła w życie wielkiego człowieka, ma być przykładana miara jakiegoś anioła? Skąd my wiemy, czy on by chciał anioła, czy by pokochał „anioła”, czy byłby z nim szczęśliwy? Była w życiu Balzaka kobieta, oddana mu bez miary, która mówiła doń: „Kochaj mnie rok, a ja będę cię kochała całe życie”... I Balzac nie kochał jej ani roku, a z miłości jej, jeżeli w istocie przetrwała całe życie, nic a nic mu nie przyszło. Czytajmy natomiast słowa, w jakich, na przestrzeni siedemnastu lat, mówi o pani Hańskiej i do niej! Nie była aniołem, była tylko kobietą, i za to Balzac ją kochał; była kobietą pewnej sfery, pewnej kasty, i dlatego Balzac ją ubóstwiał.

Zanim skreślimy dzieje tego dziwnego romansu, naszkicujmy figury jego bohaterów w chwili, gdy dusze ich (można tu użyć z całą ścisłością tego poetycznego wyrażenia, gdyż znajomość ich była przez długi czas czysto duchowa) zatem, gdy dusze ich się spotkały.

W chwili, gdy Balzac otrzymał pierwszy list od nieznajomej korespondentki z Ukrainy, która tak miała odtąd zaważyć na jego życiu, miał lat trzydzieści trzy. Znajdował się wówczas w pełni twórczości, w zaraniu wspaniałej sławy; był w literaturze zjawiskiem olśniewającym w najwyższym stopniu. Długo czekał na ten dzień. Młodość spędził w twardych warunkach, mocując się z sobą, szukając własnej drogi. Chcąc zdobyć wpierw niezależność, a potem swobodnie poświęcić się literaturze, którą w pierwszych latach traktował zarobkowo, wdał się w przedsiębiorstwa, zakończone bankructwem i ogromnym długiem. Wówczas uciekł od wszystkiego, zagrzebał się w jakimś kącie i rzucił się z powrotem do pióra. I o dziwo, pierwsza powieść, którą napisał w tych warunkach, Szuanie, zyskała mu sławę. Niebawem ukazała się Fizjologia małżeństwa: Balzac staje się nie tylko głośnym, ale i modnym. Tomikiem Sceny z życia prywatnego zdobył sobie kobiety, które Fizjologia małżeństwa zaintrygowała, zachwyciła, ale i oburzyła. Tym razem zachwyt był jednogłośny; żaden pisarz nie umiał tak wniknąć w subtelności kobiecego serca. W roku 1832 ukazuje się Jaszczur który znów poruszył czytelników i krytykę. W ogóle w tych latach 1830–1832, wciągu dwóch lat, pojawia się około 200 większych i mniejszych utworów jego pióra, powieści, nowel, artykułów. To istna erupcja wulkanu.

To był pisarz. A człowiek?

Balzac o sobie gdzieś mówi: „Byłem stworzony do przeżywania namiętności, a los skazał mnie na opisywanie ich”. Istotnie młodość Balzaka to jeden namiętny krzyk pragnienia: łaknie wszystkiego, nie wiadomo czego bardziej, sławy czy miłości... Ale pomiędzy tym ciężkim, niezręcznym chłopcem a błyszczącym światem Paryża była przepaść, zdawałoby się nie do przebycia. Przyszła sława i wyrównała poniekąd fizyczne braki tego otyłego, pretensjonalnie a źle ubranego człowieka, który nie miał w sobie nic z adonisa: jego lwia głowa, magiczny blask nieporównanych oczu zaczęły wabić ku niemu.

A miłość? Ta wielka miłość, o której marzył, przyszła do niego w zaraniu młodości; ale przyszła w postaci wpół tkliwej, wpół ironicznej. W miasteczku niedaleko Paryża, gdzie osiadła jego rodzina, poznał dwudziestoparoletni chłopiec kobietę, która przez lata miała wpływ na jego życie. Jej zawdzięcza swoje wychowanie o ileż ważniejsze od tego, które otrzymuje się w szkole; ona miała być później jego podporą w najcięższych dniach próby, ją będzie całe życie wspominał jak swego dobrego ducha. Ale pani de Berny, w chwili gdy ją dwudziestoparoletni chłopiec poznał i pokochał, miała czterdzieści pięć lat i dziewięcioro dzieci. Jest coś bardzo balzakowskiego w tym kompromisie serca: jesteśmy tu już w pełni Komedii Ludzkiej...

Kiedy przyszła sława, kobiety wzięły Balzaka w swoje rączki. Wielki świat, to o czym tak marzył za młodu, otworzył dlań swoje salony i co ważniejsze swoje buduary1. Księżne! Najpierw księżna mniej autentyczna, bo tylko napoleońska. księżna d’Abrantes: później prawdziwa księżna de Castries (wówczas margrabina de Castries); sam kwiat arystokratycznej dzielnicy Saint-Germain. Ale, niestety, to co Balzac brał za miłość wyciągającą doń ręce w najpowabniejszej jej postaci, było w istocie ciekawością snobinetki, zabawą Celimeny2, radej że może oprowadzać na jedwabnej nitce swojego Alcesta3. W rezultacie — rana serca i miłości własnej; rana, którą Balzac przeszedł bardzo ciężko. I właśnie w tym momencie, gdy jedna miłość zwiędła, a druga zraniła go boleśnie, zjawiła się na horyzoncie jego życia owa daleka cudzoziemka, która stała się dlań — i na całe życie — realizacją wszystkich jego marzeń o kobiecie, o miłości, i wszystkich ambicji społecznych, które u Balzaka łączą się nierozerwalnie z pojęciem miłości.

A teraz, kim była pani Hańska? Urodziła się w r. 1806 albo w 1804 (z kobietami nigdy nie wiadomo!). Pochodziła z wielkiej rodziny Rzewuskich. Była siostrą znakomitego powieściopisarza Henryka Rzewuskiego, oraz siostrą owej Karoliny Sobańskiej, wsławionej miłostką Adama Mickiewicza, bliską krewną słynnego Emira Rzewuskiego. Duma rodowa oraz wysoka umysłowa kultura były tradycyjne w rodzie Rzewuskich. Rodzice panny Eweliny, w trudnym położeniu majątkowym, szukali dla niej męża, który by przede wszystkim był bogaty. Znaleźli go w osobie p. Wacława Hańskiego, przyzwoitego człowieka, właściciela olbrzymich włości z rezydencją w Wierzchowni, wychowanego w Wiedniu, w miarę nudnego, w miarę nijakiego i starszego o dwadzieścia pięć lat od panny. Małżeństwo to odbyło się w r. 1822 albo w r. 1818 (kobiety pod względem dat urągają najściślejszym badaniom historii literatury). Z małżeństwa tego urodziło się pięcioro dzieci; czworo umarło we wczesnym dziecięctwie, została tylko najmłodsza córeczka Anna.

Życie młodej pani Hańskiej, puste i bezbarwne, płynęło tedy w Wierzchowni. Zapełnia je marzeniem i lekturą. Władając językiem francuskim jak swoim własnym (ba, może lepiej?), pogrąża się w literaturze francuskiej: sądząc z zachwytów i cytatów w listach Balzaka, pani Hańska zna istotnie literaturę i historię Francji na wylot. Śledzi wszystkie nowości, myślami przebywa w owym mieście, które w owym czasie tak magicznie olśniewało Europę: w Paryżu. W lutym r. 1832, zachwycona tomem młodego pisarza, którego imię zaczyna zaledwie wypływać, Balzaka, odważa się na zuchwały krok będący jedyną ucieczką pięknych dusz pleśniejących na zapadłej wsi lub na prowincji: pisze do Balzaka list. Och! z zachowaniem wszystkich ostrożności: list jest bez podpisu, kreślony ręką guwernantki francuskiej, panny Henryki Borel. List ten zaginął: zdaje się, że, obok entuzjazmu wywołanego Scenami z życia prywatnego, zawierał on krytykę sceptycyzmu i brutalności Jaszczura i zaklinał pisarza, aby wrócił do źródła czystszych natchnień. W tej chwili właśnie Balzac kończył druk swoich Uciesznych opowiastek, poczętych z ducha Rabelais’go i Brantôme’a... Musiał się uśmiechnąć; a może uczuł się zakłopotany?

Ile listów Balzac otrzymał tą drogą? Nie wiadomo. Zachowały się dwa. Żaden z nich nie jest pisany ręką pani Hańskiej.

Pierwszy, trzeba to przyznać, nie jest interesujący. Ale styl ten, który dziś dla nas jest mdły i trochę śmieszny, był stylem epoki!

„...Pan musisz kochać i być kochanym; spójnia aniołów musi być waszym udziałem; dusze wasze muszą kosztować nieznanych szczęśliwości. Cudzoziemka kocha was oboje, i chce być waszą przyjaciółką: i ona umiała kochać, ale to wszystko. Och! Pan mnie rozumie! ...

„...Pragnę pisać do pana czasami, przesyłać panu moje myśli, refleksje. Niech pan mnie nie uważa za jakąś egzaltowaną wariatkę: nie, ja jestem prosta i szczera, ale nieśmiała i trwożliwa...

„...Pańskie pisma przejęły mnie uczuciem głębokiego entuzjazmu; pan jesteś świetnym meteorem, który ma dać życie i ruch nowej treści, ale niech się pan strzeże raf!... Otaczają pana, czuję to... Chciałabym być jasnym aniołem, i ustrzec pana od wszelkiego błędu...

„...Podziwiam pański talent, składam hołd pańskiej duszy, chciałabym być pańską siostrą!...”

List — i to najważniejsze — zawierał w końcu sposób dania odpowiedzi w dzienniku „La Quotidiène”, który miał wstęp do Rosji: to dziecię Ukrainy wynalazło ową tak dziś rozpowszechnioną w dziennikach rubrykę „korespondencji prywatnej”!

List ten pisany był w listopadzie r. 1832. Balzac świeżo był wówczas po epizodzie z panią de Castries, który mu rozdarł serce i upokorzył głęboko jego ambicję, Nieznajoma zjawiała się w porę. Pisarz zamieścił w „La Quotidiène” następującą notatkę:

„Pan de B. otrzymał wiadomą przesyłkę; dziś dopiero może dać znak za pomocą tego dziennika i żałuje, że nie wie, dokąd skierować odpowiedź”.

Niebawem otrzymał nową przesyłkę z Ukrainy: była nią książka oprawna w zielony safian: Naśladowanie Chrystusa. Przyszło ono w chwili, gdy Balzac obmyślał swoją ewangeliczną powieść Lekarz wiejski. Ta telepatia — jakbyśmy dziś powiedzieli — sprawiła głębokie wrażenie na umyśle pisarza, w którym realizm kojarzył się zdumiewająco z mistycyzmem. W styczniu r. 1833 nadeszła odpowiedź na jego notatkę w „La Quotidiène” z nadzieją rychłego wskazania drogi korespondencji. Jakoż pierwszy list Balzaka nosi datę: styczeń r. 1833. Zabawny szczegół: jak pierwsze listy pani Hańskiej pisała panna Borel, tak Balzac napisanie jednego z pierwszych swoich listów powierzył przyjaciółce swojej, pani Carraud: i oto te dwa listy, kreślone na wpół dla zabawy, obcą ręką, rozstrzygnęły o losie dwojga adresatów...

Balzac wciąga się w tę korespondencję. Pochłonięty swoją pracą, mógł on oddać kobiecie nadmiar swojej wyobraźni — a nadmiar ten był olbrzymi — ale w życiu realnym nie miał po prostu dla niej... czasu! Kiedy podążył za margrabiną de Castries do Aix, poszły tam za nim korekty, rozpoczęte rękopisy, zobowiązania; aby im nastarczyć, Balzac wstaje o piątej rano, pracuje do piątej po południu i dopiero resztę czasu oddaje swojej damie... Nic dziwnego, że kobietom to nie wystarczało i że je drażnił ten podział. Otóż tutaj Balzac może połączyć wymagania tego idealnego flirtu z wymaganiami swego dzieła. Pisze długie listy, a ton stopniowo staje się coraz gorętszy. W lutym 1833 pisze: „Kocham cię, choć nieznaną...”. W marcu: „Już zanadto panią kocham, mimo iż cię nie widziałem. Są pewne zdania w twoich listach, które przyprawiają mnie o bicie serca... Wolę jeden twój list niż sławę lorda Byrona....”. W lipcu: „Kochać się, nie znając, to męka....”. W sierpniu: „Jutro złamałbym pióro, gdyby pani tego żądała; od jutra żadna kobieta nie usłyszy mego głosu....”. Trzeba wierzyć, że listy pani Hańskiej musiały posiadać szczególny urok, aby tak podziałać na człowieka, któremu nie zbywało na hołdach niewieścich! Spowiada się jej ze wszystkiego, uśmierza jej niepokoje, zadowala jej ciekawość szczegółami paryskiego życia. Czytając korespondencję Balzaka z tego okresu, ufną, tkliwą, namiętną, trudno w istocie pamiętać o tym, że to są listy dojrzałego mężczyzny do kobiety, której nigdy nie widział na oczy.

Można łatwo zgadnąć, że pani Hańska obmyślała tymczasem sposób wydostania się z pustelni w Wierzchowni i zbliżenia się do swego idealnego kochanka. Nie były to wówczas rzeczy tak proste; pomijając inne trudności, trzeba było pozwolenia cara, które ściśle określało dozwolone miejsce pobytu. I tak, nie pozwolono panu Hańskiemu wybrać się do Paryża. Podejrzewają, że chytry szlachcic, który zresztą nie miał najmniejszego pojęcia o żoninej korespondencji, sam postarał się o ów zakaz, aby nie musieć wieźć żony do nowoczesnego Babilonu. Udzielono natomiast pozwolenia na wyjazd do Szwajcarii. I tam, w Neuchâtel, nastąpiło umówione spotkanie kochanków. Było to w półtora roku po pierwszym odezwaniu się pani Hańskiej. Polka miała czekać na swego pisarza na promenadzie, z tomem Balzaka w ręku.

Co do pierwszego spotkania istnieje dwojaka wersja. Jedna, bardzo piękna, to iż pani Hańska, ujrzawszy Balzaka, którego znała z portretów, wzruszona upuściła książkę. Wówczas on rzucił się ku niej i wymienili ten podwójny okrzyk: „Ewo! — Honoriuszu!”.

Druga wersja, mniej poetyczna, to że pani Hańska, widząc zbliżającego się krótkiego i grubego, dość groteskowo wyglądającego jegomościa, pomyślała sobie w duchu: „Jezus Maria, byle to nie był ten!”. Bądź co bądź, jeżeli pierwsze wrażenie było rozczarowaniem, Balzac umiał rychło zmienić ten nastrój i oczarować panią Hańską tak, iż zapomniała o fizjonomii4 i stroju. Co się tyczy Balzaka, ten jest zachwycony. W liście do siostry pisanym na gorąco wysławia swoje szczęście, w stylu zresztą dość kawalerskim.

„...Grunt, że mamy dwadzieścia siedem lat, śliczną buzię, najpiękniejsze w świecie czarne włosy, miękką i rozkoszną cerę brunetki, maciupą rączkę, dwudziestosiedmioletnie naiwne serduszko...

Nie mówię ci o niesłychanych bogactwach. Cóż to znaczy wobec arcydzieła piękności... Do tego oko powłóczyste, które, skoro się weźmie do roboty, staje się bosko rozkoszliwe. Byłem pijany miłością”.

I oto, mimochodem, znajdujemy w tym liście do siostry ciekawy inwentarz miłosnego życia Balzaka, z czasu, gdy wymieniał tę egzaltowaną korespondencję z nieznajomą:

„...Nie wiem komu to opowiedzieć: to pewna, że nie mogę tego opowiedzieć ani jej, wielkiej damie, straszliwej margrabinie (pani de Castries), która podejrzewając tę podróż, spuszcza z tonu i przesyła mi rozkaz, aby się z nią spotkać u księcia de F...; ani też jej, biednej, prostej i rozkosznej mieszczaneczce. Jestem ojcem — oto inny sekret, który ci miałem zwierzyć — i posiadaczem milutkiej osóbki, najnaiwniejszego stworzenia pod słońcem, która spadła mi niby kwiat z nieba, która przychodzi do mnie po kryjomu, nie wymaga ani listów, ani nadskakiwań, i powiada: »Kochaj mnie rok, a ja będę cię kochała całe życie«.

„Ani też jej, najukochańszej, (pani de Berny) która jest o mnie zazdrosna bardziej jeszcze, niż matka o mleko swoje które daje dziecku! Nie lubi Cudzoziemki, właśnie dlatego, że Cudzoziemka tak bardzo mi odpowiada.

„Wreszcie nie jej, która chce mieć swoją codzienną porcję miłości, i która, mimo że lubieżna jak tysiąc kotek, nie ma ani wdzięku, ani kobiecości...

„Tobie zatem, moja dobra siostro etc.”

Oto podszewka życia, którego sentymentalny obraz Balzac malował pani Hańskiej w listach słanych na Ukrainę. Życie to było mniej więcej dość podobne przez następnych siedem lat, przez które zapewniał ją o swojej niezmiennej wierności... I potem zacni biografowie dziwią się pani Hańskiej, że zamknięta na odludziu, na Ukrainie, żarła się tam zazdrością i że nią męczyła Balzaka!

Oczarowawszy panią Hańską, oczarowawszy (normalne zjawisko) jej męża, Balzac, po pięciu rozkosznych dniach spędzonych w Neuchâtel, wraca do Paryża, gdzie go czekają jego olbrzymie prace i skomplikowane interesy. Wraca z przyrzeczeniom nowego spotkania, tym razem w Genewie. Przez ten czas listy, przesyłane jakąś dyskretną drogą, listy oddychające namiętną miłością. I szczerą, co do tego trudno mieć wątpliwość, kiedy się czyta te karty pełne radosnego upojenia, podziwu, zachwytu. Już w ciągu tego krótkiego pobytu kochankowie wymienili przyrzeczenie małżeństwa, w razie gdyby pani Hańska kiedyś była wolna... Kilka tygodni spędzonych w Genewie są nowym upojeniem. Ale te zbyt krótkie chwile spłynęły: znów Balzac, zakochany po uszy, wraca do swej nadludzkiej pracy, aby dla niej, dla swojej Ewy, stać się wielkim, niezależnym, bogatym. Ona, wraz z mężem, córeczką i z całym dworem składającym się z Francuzki Borel i dwóch kuzynek, panien Wyleżyńskich, udaje się do Włoch.

W tej epoce możemy przypuszczać, że pani Hańska była głęboko pochłonięta Balzakiem. Była w tym człowieku, wówczas w zaraniu kipiącego geniuszu, taka moc żywiołu, ze trudno było się oprzeć temu potężnemu strumieniowi życia. W czasie pobytu w Genewie Balzac wpisał w albumie to zdanie: „Wielcy ludzie są jak skały, czepiają się ich tylko ostrygi”. Pani Hańska dopisała: „W takim razie ja jestem ostrygą”...

Balzac pisze do niej całe foliały oddychające miłością, żyje nadzieją spotkania we Włoszech, ale żelazna konieczność jego prac, jego straszliwie pogmatwanych interesów trzyma go w Paryżu. Wszystkie piękne projekty oglądania razem Włoch pełzną na niczym. Spowiada się jej ze wszystkich swoich prac, spraw, interesów, tak iż ta korespondencja stanowi istny dziennik Balzaka, nieocenioną skarbnicę szczegółów jego życia. Z jednym zastrzeżeniem, mianowicie co do wszystkiego, co tyczy jego życia erotycznego. Pod tym względem czyni wszystko co może, aby zatrzeć ślady, a cała słynna „teoria czystości”, którą Balzac głosił jako bezwzględnie obowiązującą dla twórczego człowieka jest, zdaje się, ukuta na intencję pani Hańskiej...

Balzac wcielać musiał zresztą dla niej, dla tej młodej osoby, która pierwszy raz ze swej Ukrainy wychyliła się na świat, urok życia myśli, sławy, urok tego tajemniczego, niepokojącego Paryża; wszystko to, odjeżdżając, zabrał on ze sobą: ją czekał powrót do Wierzchowni — śmierć! W tej epoce pani Ewa gotowa była wszystko rzucić i iść za nim. Ale cóż byłby z nią począł Balzac w dwuznacznej pozycji, bez środków, w Paryżu, w pełni swoich prac i kłopotów? Znamy jego Muzę z Zaścianka, wiemy jak się to kończy. — Woli na odległość kochać możną, wykwintną i czarującą „hrabinę”. Musi ją mitygować: „Aniele mój, żadnych szaleństw. Nie, nie opuszczaj swego palika, biedna, spętana kózko. Twój kochanek przybiegnie, kiedy zawołasz. Ale przestraszyłaś mnie”.

Balzac przykuty jest do Paryża. Aby to zrozumieć, trzeba sobie uprzytomnić warunki jego życia i pracy. Zdawałoby się, że pisarz tak głośny, i tym samym dobrze płacony, najswobodniejszy jest w wyborze miejsca! Przeciwnie. Balzac tworzył niemal w drukarni. Pierwotny jego rękopis był szkicem: rozrastał się on i wyłaniał w kolejnych korektach, których bywało po kilkanaście. Musiał tedy być w Paryżu, tam byli już dlań specjalni zecerzy, włożeni do tej pracy. To pierwsze. Po drugie, wspomniane bankructwo Balzaka zostawiło go ze stutysięcznym blisko długiem; odtąd całe jego życie było ciągłą akrobatyką, lawirowaniem wśród wypłat i terminów. Każdy prawie jego utwór sprzedany był na pniu i miał być dostawiony na termin pod grozą procesów i nowych strat pieniężnych. Całe życie Balzac strawi z tą wiarą, że jeszcze kilka miesięcy wytrwałości, a wyzwoli zupełnie swoje pióro i rozpocznie nowe życie; i wciąż brnie w długi coraz głębiej, głównie dzięki swoim sposobom ratunkowym, które kazały mu się rzucać w coraz to nowe pomysły i spekulacje, zawsze kończące się klęską. Ta cała gospodarka finansowa Balzaka dość jest tajemnicza: faktem jest, iż po kilku latach wytężonej walki dla uwolnienia się z długów, długi te wzrosły ze stu tysięcy do trzystu pięćdziesięciu z górą. Jeszcze w ostatnich latach pani Hańska zapłaciła za niego paręset tysięcy franków. Długi te były klęską życia Balzaka, sparaliżowały jego ambicje, przez nie nie mógł być wybrany do Akademii, bo Akademia nie chciała ryzykować tego, że jej członek może się znaleźć w więzieniu (wtedy istniało więzienie za długi). Ten wielki pisarz, wynajmując mieszkanie, troszczył się zawsze o to, aby miało drugie wyjście, którym mógłby się ulotnić w potrzebie. Te długi były przeszkodą w jego karierze politycznej; czyniły go całe życie ofiarą wyzyskiwaną przez księgarzy, którzy, wiedząc że zawsze ma nóż na gardle, dawali mu połowę tego, co byliby dali, gdyby mógł dyktować swoje warunki. Ta sama wyobraźnia, która stworzyła jego dzieło, płatała mu straszliwe figle w interesach.

Dodajmy, czym były wówczas podróże. Aby być z panią Hańską pięć dni w Neuchâtel, trzy dni jedzie tam, trzy dni z powrotem, końmi, bez wytchnienia: to było więcej niż dziś np. pojechać do Egiptu, po to aby ucałować rękę ukochanej!

Wyobraźmy sobie teraz położenie zakochanej kobiety! karmionej tymi płomiennymi listami z ciągle powtarzającym się refrenem: jeszcze kilka tygodni wysiłków, pracy, a jestem przy tobie, kochający, swobodny... I tak całe lata! W końcu twórczość tak go pochłania, tak jest znużony pisaniem, że i tych listów jej skąpi.

Wśród tego o Balzaku obiegają niepokojące wieści. Ten zacny, prawy człowiek, który całe życie poświęcił spłacaniu zobowiązań, miał, wskutek swego nieporządku finansowego, fatalną opinię. Wszystko to sączą w ucho bliscy pani Hańskiej, chcący ją ustrzec od tego „szatańskiego” wpływu. Dochodzą ją wciąż nowe wieści o sprawach miłosnych Balzaka, wieści zarówno prawdopodobne, jak — trzeba powiedzieć — w części bodaj prawdziwe. Zresztą, dla tej mieszkanki Wierzchowni, czymże musiał być ten Paryż, jakimż gniazdem pokus, zepsucia! I ta faza ich życia bez żadnej nadziei trwała lat siedem! Doprawdy, bardzo są surowi ci biografowie Balzaka, którzy potępiają panią Hańską, że w tym okresie była zdenerwowana, zazdrosna, i że często męczyła Balzaka swoimi pretensjami. Miał on zresztą w tej epoce dosyć istot, które go pocieszały.

Ale nie uprzedzajmy wypadków. Tych siedem lat beznadziejnej rozłąki przyszło dopiero po widzeniu, które nastąpiło w lecie w r. 1835 w Wiedniu, kiedy państwo Hańscy, nie doczekawszy się spodziewanego przybycia Balzaka do Włoch, wracali wreszcie z całym dworem do Wierzchowni. Balzac rzuca wszystko: prace, wierzycieli, pędzi do Wiednia, aby ujrzeć ukochaną, zanim się pogrąży w niedostępne prawie stepy ukraińskie. Drogę do Wiednia obliczał na dziesięć dni: Balzac miał zostać tam cztery dni i wrócić. W ciągu tych czterech dni zamierzał — zawsze powieściopisarz — zwiedzić pola bitwy pod Wagram i Essling, potrzebne mu do jego epopei napoleońskiej.

Został w Wiedniu trzy tygodnie, zapominając o Paryżu, o wierzycielach, zobowiązaniach. Wszystkie nieporozumienia roztopiły się we wzajemnej tkliwości. Na wyjezdnym Balzac pisze do ukochanej:

„Nic mnie nie może oderwać od ciebie: ty jesteś moim życiem i moim szczęściem, całą mą nadzieją. Czego możesz się obawiać? Prace moje dowodzą ci mojej miłości: przyjechać tutaj, znaczyło przełożyć obecność nad przyszłość. To szaleństwo pijanej miłości: bo, aby zakosztować tej chwili, oddaliłem o wiele miesięcy dnie, w których sądzisz, że będziemy wolni: wolniejsi, bo wolni... och, nie śmiem myśleć o tym”.

Było to w czerwcu 1835. Balzac miał ujrzeć panią Hańską aż w lipcu r. 1843, jako wdowę...

Pani Hańska spędza jeszcze miesiąc w Ischlu, po czym wraca z mężem do Wierzchowni. Ileż wspomnień przywiozła z tej pierwszej wycieczki do Europy! Ale czy wystarczą wspomnienia do życia kobiecie, „kobiecie trzydziestoletniej”? Muszą. Pani Hańska, zawsze religijna, staje się nią coraz bardziej; zawsze tkliwa matka, coraz bardziej uczy się w tych latach żyć swoją córką, Anną. Wiele myśli, czyta. Ulubioną jej lekturą stają się Myśli Pascala. Z wolna uczy się sądzić tego, którego kocha, często ku jego niezadowoleniu, gdyż Balzac jest zdania, że uczucie powinno być ślepe. Mówiono, że pani Hańska nie rozumiała Balzaka. Mnie się zdaje, że rozumiała go bardzo dobrze, i że go kochała i ceniła tak, jak go kochają i cenią najlepsi jego wyznawcy: podziwiając jego wielkie strony, a rozumiejąc i widząc słabe. Nie rozumiała tylko jego gospodarki finansowej, bo tej co prawda nie zrozumie nikt. A Balzac pod tym względem był szczególnie arbitralny i uparty. Robi wciąż szaleństwa i wciąż chce, aby podziwiać jego praktyczność i rozsądek. Zjada go lichwa, wciąż marzy o jakimś heroicznym środku, który by go na zawsze oswobodził. Nie ma mowy o przyjeździe do Wierzchowni, na to nie może sobie pozwolić, mimo że dałoby mu to kilka tygodni odpoczynku w przyjacielskiej atmosferze: ale, w rezultacie, puszcza się z dnia na dzień na Sardynię, z fantastycznym pomysłem uruchomienia kopalni srebra, poniechanych tam przed dwoma tysiącami lat przez Rzymian, i — podróż ta, wraz z pobytem we Włoszech, zajmuje mu trzy miesiące. Listy jego stają się rzadkie, a kiedy pani Hańska skarży się na to i próbuje represalii, pisze jej z oburzeniem:

„Och, jaka mi się wydajesz mała, jak dobrze widać, że jesteś z tego świata! Nie piszesz do mnie, bo moje listy stają się rzadkie! Więc tak, były rzadkie, bo nie zawsze miałem pieniądze na opłacenie porta! a nie chciałem tego powiedzieć! Tak, nędza moja dochodzi do tego stopnia i jeszcze dalej...”

To pisze autor, o którego bajecznych honorariach legendy chodzą po Europie, a list pisany jest w Jardies, owej posiadłości, którą Balzac „dla oszczędności” kupił w dobie największych opałów finansowych. W krótkim przeciągu czasu wpakował w nią przeszło sto tysięcy franków, a jeżeli jej nie sprzedaje, to dlatego, że mu dają tylko dwadzieścia tysięcy! My to możemy zrozumieć, ale każcie to zrozumieć kochającej kobiecie!

Te siedem lat musiały być dla pani Hańskiej ciężkie. Dla Balzaka jest to epoka najbardziej gorączkowej twórczości. Jeszcze nie jest, jak będzie później, znużony. Myśli palą mu się w głowie i domagają się wyzwolenia. W gorączce tych prac, tych walk na wszystkie fronty, miłość jego, tak beznadziejna, staje się (takie wrażenie odnosi się z listów jego z owej pory) dlań stopniowo jakby abstrakcją. Odmawia wciąż swoje litanie miłosne, ale bardziej mechanicznie. Pisze jak gdyby powieść sam o sobie: o wiernym, niezmiennym, mimo lat, Honoriuszu... Nie brak innych postaci kobiecych w tej dobie w jego życiu. Z jedną miał dziecko, inna w męskim przebraniu towarzyszy mu do Włoch; była i piękna hrabina Guidoboni-Visconti, i pani de la Valette... I była wreszcie — co może najbardziej zabolałoby panią Hańską — w latach 1836–1837, kiedy listy Balzaka do niej stawały się skąpsze — korespondencja z ową Luizą, która nigdy mu nie dała się poznać i nigdy nie odsłoniła swego nazwiska, a która — głupia gęś! — pisała do Balzaka: „Niech mnie pan kocha tak, jak się kocha Boga!”... Różne te legendy, i inne jeszcze, zupełnie już niedorzeczne, dochodziły do pani Hańskiej: nie mogąc np. zrozumieć finansowych kombinacji Balzaka, uwierzyła, że on jest graczem! Trzeba czytać, jak on się usprawiedliwia: i w istocie trudno uwierzyć, aby, przy swojej pracy i produkcji, mógł jeszcze sobie pozwolić na tę namiętność. Ale cóż ona mogła w tej swojej Wierzchowni wiedzieć o nim, o Paryżu! Każde imię kobiece, najniewinniejsza jego przyjaźń jakimż była dla niej ciosem! Pamiętajmy wciąż o ówczesnych warunkach korespondencji: między pytaniem a odpowiedzią upływały tygodnie; a kiedy przypadkiem list zginął, wówczas prawie niepodobieństwem było odnaleźć się w nieporozumieniach. Chodziły nawet wieści, że Balzac jest żonaty: i cóż ona mogła wiedzieć w gruncie rzeczy? W dodatku to przeświadczenie, że Francuzi są „lekkomyślni”, które Balzac tyle razy zwalcza z taką wściekłością! Położenie pani Hańskiej w ówczesnej Wierzchowni można by po trosze porównać z operową panią Butterfly... Balzac pisał jej przezornie: „Uważaj wszystko za fałszywe, czego nie wiesz wprost ode mnie”, ale ta subtelna i inteligentna kobieta nie mogła nie wyczuwać w jego listach całego innego życia, w którym ona nie miała udziału. Dodajmy wreszcie i to ostatnie: po śmierci męża pani Hańska miała być bogatą wdową: czy owa rzekoma wierność nie mogła być i spekulacją5 ze strony tego literata, wciąż grzęznącego w tak opłakanych stosunkach pieniężnych?

Oto jakie lata trawiła pani Hańska, a spędziła je — z wyjątkiem jednej zimy w Kijowie — w Wierzchowni.

W listopadzie 1841 umiera pan Wacław Hański. Zostawia wdowę. Kim jest ta wdowa? Czy jest tą samą naiwną dawną korespondentką Balzaka, która przesyłała mu owe ręką guwernantki kreślone listy pełne anielskich frazesów? Czy tą samą młodziutką parafianką, która, urodziwszy pięcioro dzieci, pierwszy raz wyjrzała na Europę i przyczepiła się „jak ostryga” do wielkiego człowieka? Nie; ta kobieta, którą widzimy teraz, jest inna. To kobieta, której inteligencja, bogata z natury, zmężniała i rozwinęła się pięknie pod wpływem obcowania duchowego z genialnym pisarzem. Idealna matka, która niezaspokojone skarby czułości przeniosła na jedyną córkę. Można przypuścić, iż w chwili, gdy uczuła się wolna, jasnym okiem objęła przeszłość i przyszłość, jak kobieta, która z całą świadomością ma stanowić o swoim losie. Taka pani Hańska wyjechała w jesieni r. 1842 do Petersburga, aby tam pilnować procesu, który, wbrew oczywistej słuszności, wytoczyli jej krewni męża.

Pomiędzy rokiem 1841, datą śmierci pana Hańskiego, a datą małżeństwa jego wdowy z Balzakiem upłynęło blisko dziewięć lat. Ileż gromów rzucili biografowie Balzaka na panią Hańską za tę zwłokę! Znowuż niezrozumienie epoki i stosunków! Czytajmy korespondencję Balzaka: on to rozumie daleko lepiej niż jego biografowie! Ubolewa nad tą zwłoką, ale nie ma o nią pretensji do ukochanej: uważa ją, wraz ze sobą, za ofiarę fatalności.

Najpierw proces: długi, zawiły proces, w którym przeciwnicy mieli silne plecy w Petersburgu. Ten proces trzeba było wygrać. Następnie trzeba było uzyskać pozwolenie cara na małżeństwo z cudzoziemcem. Car tego pozwolenia odmówił. Jedyną drogą było wydać córkę za mąż, a zapewnić sobie w zamian dożywocie lub rentę. Otóż Anna, w chwili śmierci pana Hańskiego, była jeszcze dzieckiem. Chociaż matka była gotowa wydać ją bardzo młodo za mąż, aby urzeczywistnić marzenia Balzaka, wybór zięcia przy tego rodzaju układzie stosunków musiał być przedmiotem wielkiej rozwagi, gdyż, przy nieszczęśliwym wyborze człowieka, pani Hańska narażała się na to, iż może być wyzuta ze wszystkiego bez żadnej ochrony prawnej. Wszystko to Balzac, autor Komedii Ludzkiej, rozumiał aż nadto dobrze. I dla niego przeszedł wiek szaleństw; chciał dom i życie ugruntować na mocnej podstawie.

Następnie interesy samego Balzaka. Czyż mógł on swoją żonę narażać na tę niegodną egzystencję, jaką prowadził ścigany przez komorników, najmujący mieszkanie pod fałszywym nazwiskiem, zasypywany pozwami, zastawiający łyżki w lombardzie? Trzeba mu się oczyścić; tego wymaga jego godność. Nad tym pracuje lata bez wytchnienia, pracuje, jak można wnosić z jego listów, istotnie heroicznie; żyje jak student, odmawia sobie wszystkiego, aby się wypłacić — i nie może. Długi jego, umarzane po trosze mozolnymi ofiarami, odradzały się jak hydra pod wpływem jakiejś nowej „genialnej” spekulacji. Tak upływają lata, po których przychodzi rewolucja r. 1848, burząca od jednego zamachu cały gmach jego nadziei, wreszcie choroba Balzaka. Aby to wszystko zrozumieć, trzeba tylko uważnie czytać korespondencję Balzaka.

Wiadomość o śmierci pana Hańskiego otrzymał Balzac dnia 6 stycznia r. 1842. Miał wówczas lat blisko czterdzieści trzy: zmęczony był już mocno okresem nadludzkich prac, kilkakrotnych załamań i daremnych wysiłków. Naraz6, w momencie gdy walka zaczynała mu się wydawać beznadziejna, błyska jego oczom ta najpiękniejsza nadzieja. W jednej chwili miłość jego barwi się świeżym rumieńcem. Nie chce wątpić ani na chwilę, aby się coś miało zmienić. Myśli tylko o tym, aby jak najspieszniej pognać do stóp ukochanej po nagrodę za tyle lat wierności. W niej natomiast, w pani Hańskiej, coś jakby się przemieniło. Odzywają się w niej wątpliwości, gorycze, które się nazbierały przez te lata. Odpowiada, że chce się poświęcić cała szczęściu córki; boi się tego okropnego Paryża; wreszcie pisze mu nawet straszne słowa: „Jest pan wolny”. List ten zawinięto w list jednej z ciotek, wymierzony — jak możemy się domyślać — przeciw Balzakowi. Z chwilą śmierci pana Hańskiego cała rodzina jest zaalarmowana, aby Ewusia nie popełniła „szaleństwa”. Ale nieporozumienie nie trwa długo: namiętna wymowa listów Balzaka zażegnała to usposobienie pani Ewy.

Czemu on sam nie podąży do niej, aby obecnością swoją rozwiać ostatnie resztki nieufności? Nie może... Nie mówiąc o jego własnej sytuacji, która broni mu w tej chwili, i to w zimie, tak dalekiej podróży, zjawienie się Balzaka w Petersburgu mogłoby fatalnie uprzedzić wysokie sfery przeciw pani Hańskiej i wpłynąć na niekorzystne rozstrzygnięcie procesu. Trzeba czekać, aż sama da mu znak, że może przyjechać. Upływa półtora roku; wreszcie w lipcu r. 1845 Balzac przybywa do Petersburga, i bawi7 tam do sierpnia. Lody stopniały. Znów wszystkie nieporozumienia stopiły się w tkliwości, te dwa młode serca odniosły zwycięstwo nad latami rozłąki, nad wszystkim co je dzieliło i zamącało ich harmonię. W ogóle ilekroć Balzac rozstaje się z panią Hańską, opuszcza ją w upojeniu, pod wrażeniem jej dobroci, miłości, oddania. Mamy na to świadectwo kilku tomów jego listów; przed kilkoma zaś miesiącami, ogłosił najlepszy znawca Balzaka, p. Bouteron, bardzo wymowny a nieznany urywek z dziennika samej pani Hańskiej.

„Dni i miesiące upłynęły, a ja nic nie pisałam. — Co mówię, nie pisałam! Nie śmiałam nawet otworzyć tej książki, która od tej pory zdała mi się jakby uświęcona. Ale w dniu moich urodzin, 24 grudnia, chciałam mieć swoje święto: zamknęłam się, uklękłam i w ten sposób przeczytałam to, co sławna ręka — ale czym jest sława dla serca? — to, co ukochana ręka nakreśliła. — Pisał to 2 sierpnia!... Ach! Jakże ten dzień jest już daleko! A mimo to wciąż jest tuż, wciąż jest obecny, niby gwiazda, którą się widzi, nie mogąc jej dosięgnąć, gwiazda, którą wzięłam za godło mego losu.

„Byłam tedy szczęśliwa!... Wiem w końcu, co jest szczęście czyste i bez wyrzutów. Czyż ośmielę się kiedy powiedzieć, nawet tutaj, jak bardzo to moje szczęście było ogromne i zupełne? Ale czyż można opisać na zimno, z piórem w ręku, to co się czuło tak żywo? a gdyby nawet się dało, trzeba tego poniechać. Wspomnienie szczęścia kurczy się jak mimoza, rozchylić jego listki można tylko gwałtem. Zostawię tedy to słodkie wspomnienie, niech się rozwija swobodnie w chłodnej głębinie serca, które wypełnia, nie mącąc go.

„...A jednak jak nie mówić o nim, w książce, którą przeznaczyłam na to, aby w nią przelewać całą moją duszę?... Jak nie wyrazić wszystkiej wielkości i dobroci, która jest w tym człowieku; wszystkiej wzniosłości i słodyczy, płomiennej inteligencji i młodości serca, świeżej, uroczej, wiosennej! To niezrównane serce nie osłabło w swoim biciu od pierwszej chwili wzruszenia. Czuje dziś tak, jak czuł w szesnastu leciech, w tym wieku, o którym Chateaubriand powiada, że jest tak poetyczny w swej świeżości. Och! Za stara jestem i ciałem i duszą, aby być kochaną w ten sposób: czuję jak gdyby wstyd, wyrzut... Ileż razy, gdy on mówił i gdy ta cudowna inteligencja służyła za tłumacza żywości jego uczuć, ja, słuchając go z rozkoszą, myślałam smutno, że jestem zbyt szczęśliwa, że jestem niegodna takiego szczęścia... Nie, nie jestem niegodna, skoro je umiem ocenić i skoro jest ono dla mnie czymś ponad wszelką cenę... A wreszcie, czyż nie trzeba, aby szczęście było dane darmo, jak łaska Boga: czyż nie płynie z tego samego źródła? Jeden Bóg zna tajemnicę naszych losów; on jeden wie, czemu licha bezimienna trawka wzrasta i rozwija się u stóp lauru, podczas gdy tryumfalny tulipan roztacza swoje barwy z dala od niego i zginąłby, gdyby go się chciało posadzić na tym samym gruncie...”

Tak pisała w swoim tajemnym dzienniczku ta kobieta, którą pomawiają o oschłość serca i która rzekomo nie umiała rozumieć swego kochanka. To pewna, że Balzac nie pragnął być rozumiany inaczej. Wszystko w tej ukochanej Ewie odpowiadało mu, zadowalało jego duszę, umysł, zmysły. Kochał w niej i podziwiał wszystko. Jeżeli rodziły się między nimi nieporozumienia, to tylko wtedy, kiedy był z dala; ale po każdym okresie spędzonym wspólnie, listy jego przepełnione są wdzięcznością i uwielbieniem bez granic.

Uważając się od tej pory za poślubionych małżonków, Honoriusz i Ewa godzą się z koniecznością czekania. Trzeba uporządkować kwestie spadkowe, kwestie opieki, administrację olbrzymich dóbr, które prawie że nie dają dochodu, bo wszystko tonie w kieszeniach rządców i pośredników. Trzeba uporządkować zwłaszcza sprawy Balzaka, przygotować dom, trzeba wydać za mąż Annę. Od tej chwili Balzac żyje duchem przy pani Hańskiej. Na wpół obojętnieje na swoją twórczość. Jest zmęczony. Daremnie sili się z siebie wycisnąć dawną wydajność pracy. Mimo że jeszcze stworzy szereg arcydzieł, wciąż ważniejszą jest dlań każdorazowa ucieczka z Paryża. Nadużył swoich sił, nie ma już dawnej radości tworzenia, została męka dostarczania skryptu, wyciskanego z siebie pod naporem zobowiązań. Mimo to, w tej epoce osiąga większy porządek w interesach. Ponosi wszystkie ofiary, byle się oczyścić. Żyje sercem. Kocha córkę pani Hańskiej Annę, skupia na niej wszystkie swoje uczucia rodzinne, zagoryczone w stosunku do matki i siostry. Kiedy młodziutka herytiera8 zaręczy się z hr. Mniszkiem, pokocha młodego człowieka całym sercem i nawzajem jest przez dwoje młodych serdecznie kochany. Odtąd liczy czas wedle tych krótszych lub dłuższych ucieczek. W r. 1845 spotyka się cała gromadka w Dreźnie, stamtąd włóczęga po Niemczech, Belgii, Holandii; wreszcie — cóż za radość! — pani Hańska i jej córka, mimo że nie mają pozwolenia, za paszportem siostry i siostrzenicy Balzaca, wykradną się do Paryża. W tym samym roku jeszcze spotkania w Baden-Baden, w Neapolu, w Rzymie. Każda z tych podróży w towarzystwie ukochanej jest dla Balzaka jednym upojeniem. Wreszcie — wieść pełna radości i niepokoju — przez kilka tygodni żyje Balzac nadzieją zostania ojcem. Przygotowuje się wszystko do zawarcia tajnego małżeństwa.

Surowi biografowie Balzaka znowuż mają za złe pani Hańskiej, że te podróże odciągały Balzaka od pracy: ależ w stanie, w jakim był wówczas, gdyby nie te chwile szczęścia i wytchnienia, jeszcze wcześniej padłby ofiarą swego nadludzkiego trudu! W roku 1846 szesnastoletnia Anna wychodzi za hr. Mniszka i wraz z mężem udaje się do Wierzchowni: pani Hańska spędza jakiś czas w Paryżu incognito, po czym podąża za córką i zięciem do Wierzchowni, aby tam młodą parę wprowadzić w zarząd i gospodarstwo. Niebawem we wrześniu r. 1847 Balzac pospiesza tam za nią, i bawi do początku r. 1848. Małżeństwo jego wciąż oczekuje likwidacji długów Balzaka. Bądź co bądź pisarz przygotowuje już podanie do cara z prośbą o pozwolenie na ten związek. Interesy zmuszają go do powrotu do Paryża; zastaje tam rewolucję, która podcina wszystkie jego literackie sperandy9: Paryż ma inne rzeczy na głowie niż literaturę. Zniechęcony, zrozpaczony, marzy tylko o jednym: wrócić do Wierzchowni! Jakoż po kilku miesiącach Paryża puszcza się z powrotem i zostaje tam przeszło półtora roku, przykuty chorobą serca, następstwem owych lat nadludzkiej pracy, w których olbrzymimi dawkami czarnej kawy zmuszał to serce, aby biło dziesięciokrotnym tempem. Pani Hańska i jej dzieci pielęgnują go z nieopisaną tkliwością. „Co się tyczy przywiązania — pisze Balzac do siostry — tkliwości, chęci wyrywania chwastów, które zarastają moje życie, matka i dzieci są ponad wszelkie wyrazy”. Ale jest to człowiek już stracony: śmierć wyciągnęła już poń swoją rękę.

I wówczas spełnia się marzenie tak długo pieszczone. 14 marca r. 1850, w kościele św. Barbary w Berdyczowie, ks. Czaruski, w zastępstwie biskupa Żytomierskiego, pobłogosławił związek między Balzakiem a panią Hańską. Balzac sam donosi o tym matce: „Pani Ewa de Balzac, twoja synowa, powzięła, dla usunięcia wszystkich przeszkód, heroiczne postanowienie: oddała cały majątek dzieciom, zostawiając sobie tylko rentę”.

Czemuż nie można zakończyć tutaj romansu pani Hańskiej! Jakże piękną miałaby w nim rolę! Doprawdy, w całych tych dziejach dwojga serc nie widzę powodu, aby się odnosić do niej z owym przekąsem, jaki spotyka się często. Nie bardzo widzę, czym więcej mogłaby być ta kobieta dla Balzaka niż była: co mogłaby mu oddać z siebie więcej i lojalniej, i z większą prostotą? Nie ona ponosi odpowiedzialność za lata rozłąki i męki, ani za przeszkody, które okoliczności stwarzały na ich drodze. Umiała pisarza odgadnąć, przeczuć i zrozumieć: a zważmy, że Balzac ówczesny, to nie był Balzac dzisiejszy, postawiony przez potomność na piedestale. W r. 1832, gdy pani Hańska napisała pierwszy list do niego, to był młody, zaledwie od paru lat znany pisarz. Później sława jego rosła, ale równocześnie z rozgłosem mnożyły się ataki, uprzedzenia. Powierzchowność jego nie była z tych, które pociągają kobietę. Braki form i wychowania musiały razić arystokratkę. Nalot cyganerii, gonitwa za groszem, ten tryb życia, który może mieć wdzięk zaledwie w przelotnej epoce młodości, a który Balzaka prześladował aż do końca, wszystko to musiało być jakże przeciwne tej kobiecie, przyzwyczajonej królować w chwale i dostatku udzielnej prawie dziedziczki. Pamiętajmy iż po śmierci męża, pani Hańska, młoda jeszcze, piękna i bogata wdowa, mogła myśleć o najświetniejszym zamęściu, a że dziesięcioletnie hołdy Balzaka zupełnie dostatecznie nasyciły jej próżność, gdyby próżność była jej pobudką. Jeżeli tedy pokonała w sobie wszystkie uprzedzenia, jeżeli pozostała wierna swej miłości, musiało to wynikać ze szczerego powinowactwa duchowego; było to istotne urzeczenie narkotykiem geniuszu. Toteż jeżeli nieufność, wątpliwości, uprzedzenia, nad których podsycaniem pracowało całe otoczenie, budziły się w pani Hańskiej, to tylko w nieobecności Balzaka; gdy on się zjawiał, magnetyzm jego rozpraszał wszystkie te chmury. Nie, doprawdy nie widzę, w czym mogłaby pani Hańska być lepsza, a Balzac ani na chwilę nie pragnie, aby była inna; nie bądźmyż bardziej wymagający od niego.

Inne też okoliczności, obce właściwie owym siedemnastu latom tego stosunku, zaważyły na sądzie potomnych o pani Hańskiej; a mianowicie śmierć Balzaka i jej wdowieństwo. Nie zatrzymywałbym się może przy tych sprawach, gdyby nie to, że były one wielokrotnie — a w najujemniejszym dla niej sensie — omawiane; że jest to punkt, w którym skupiło się dokoła pani Hańskiej wiele uprzedzeń, może potwarzy, i że właśnie w ostatnich miesiącach pojawiły się dokumenty, stanowiące nowe oświetlenie tych bardzo drażliwych kwestii. Wróćmy tedy do małżeństwa Balzaka.

W maju r. 1850 małżonkowie puścili się do Paryża. Przybywszy na ulicę Fortunée, zastali dom oświetlony i pełen kwiatów, ale zamknięty: służący, który go miał pilnować, oszalał! Cóż za pierwsze wrażenie dla nowożeńców! Rychło po przybyciu wystąpiły u Balzaka nawroty choroby i powaliły go na łóżko, z którego już nie miał powstać: umarł 18 sierpnia 1850 roku. Ostatniego dnia odwiedził go Wiktor Hugo, a opis tej wizyty, zamieszczony w książce Choses vues, miał ciężko zaważyć na dobrym imieniu pani Hańskiej.

„...Drzwi się otworzyły. Służąca zjawiła się ze świecą. »Czego pan sobie życzy?« — rzekła. — Płakała... Przyszła druga kobieta, która płakała również, i rzekła do mnie: »Umiera. Pani poszła do siebie«...”.

Ten opis cytowany we wszystkich biografiach stał się źródłem wiadomości, że pani Hańska nie była obecna przy śmierci męża i że tuż po przybyciu do Paryża zaszły między nimi poważne nieporozumienia. Tymczasem w artykule swoim10 p. Bouteron przytacza korespondencję pani Ewy z lekarzem i inne dokumenty, z których wynika, że pielęgnowała Balzaka do ostatniej chwili.

Na Ukrainie (pisze p. Bouteron) młodzi Mniszkowie, którzy codziennie z lękiem oczekują nowin o „ukochanym ojcu”, są w rozpaczy. Anna pisze do matki: „Całe nasze życie obrócimy na to, aby ci złagodzić tę okropną stratę”.

6 listopada pani Ewa de Balzac pisze do wiernego lekarza Balzaka, doktora Naquart:

„...przeżyć samą siebie, zostać tylko ciałem bez duszy, tylko zepsutym i bezużytecznym automatem, to rzecz straszna. W istocie, są nieszczęścia zbyt miażdżące dla biednej i wątłej istoty ludzkiej. Nie, drogi doktorze, mimo całej twojej pięknej i olbrzymiej inteligencji, nie możesz się domyślać, co się dzieje we mnie. Nie wiesz, ile trzeba siły, aby żyć, kiedy życie jest tylko cierpieniem, kiedy serce jest już tylko żywą i krwawiącą raną, kiedy teraźniejszość objawia się tylko bólem, a przyszłości nie ma...”

A jednak!...

... Słabości, nazwisko 

Twoje kobieta... 


powiada Hamlet. Champfleury, Gigoux, oto nazwiska tych, których pani Hańska miała dać za następców Balzakowi.

Zacznijmy od Jana Gigoux, malarza, mimo że był on drugim z rzędu, a to dlatego, że jego nazwisko łączy się z epizodem w życiu pani Hańskiej najbardziej inkryminowanym.

W r. 1907 Oktaw Mirbeau zamieścił w powieści swojej 628-K8 wersję o śmierci Balzaca, którą posiadał jakoby od samego Jana Gigoux i którą, nie zmieniając nic, spisał tego samego dnia, wróciwszy do domu.

Wedle tej wersji, Gigoux jest kochankiem pani Hańskiej jeszcze za życia Balzaka. W dniu, gdy Balzac kona, bawi on w jego domu i spędza cały dzień ze swą kochanką w jej pokoju. Gdy nadchodzi noc, kładą się do łóżka. O wpół do jedenastej pielęgniarka puka do drzwi. „Proszę pani, niech pani przyjdzie, pan kona!”. Siadają na łóżku, ale kładą się znowu. Po dziesięciu minutach nowe wołanie: „Proszę pani! Proszę pani! Pan umarł!”. Ewa zrywa się i wpół naga chce wybiec, Gigoux zmusza ją, aby się ubrała. O czwartej rano Ewa wraca i kładzie się do łóżka.

Do tego opisu dodał Mirbeau komentarz malujący w najczarniejszych kolorach stosunki domowe Balzaka. Wedle tego komentarza, małżeństwo jego w tydzień po przybyciu do Paryża było tak jak gdyby zerwane; małżonkowie nawet nie jadali razem. Dokumenty, jakie przytacza p. Bouteron, obalają stanowczo tę wersję: ale co więcej i sam ów opis był, zdaniem kompetentnego balzakisty, po prostu wyssany przez Oktawa Mirbeau z palca.

Wedle licznych świadectw, pani Ewa poznała Jana Gigoux dopiero jako wdowa, kiedy w r. 1851 robił portret jej córki. Potwierdza to również człowiek, który przez lat czterdzieści był sekretarzem Jana Gigoux, opierając się na korespondencji, którą ma w ręku: co więcej, twierdzi stanowczo, że Gigoux nie znał w ogóle Oktawa Mirbeau i że ten nigdy nie był u niego w domu...

Oto na jak kruchych podstawach opiera się legenda, która zrosła się od lat z pamięcią pani Hańskiej!... Dodajmy, że, kiedy pojawiła się książka Oktawa Mirbeau, córka pani Ewy, Mniszkowa, zaprotestowała, i Mirbeau usunął ze swojej książki te karty, które jednak tymczasem obiegły całą prasę.

Gigoux był jednak kochankiem pani Ewy. Był nim prawdopodobnie od roku 1852. Było to właściwie „morgantyczne11” małżeństwo, które przetrwało trzydzieści lat.

Przed nim był Champfleury, młody pisarz, z którym zbliżenie nastąpiło prawdopodobnie w marcu r. 1851 i trwało kilka miesięcy. Przez paradoks wcale nie rzadki, wspólne uwielbienie dla Balzaka było tłem tego przelotnego romansu.

Tu winy pani Ewy są większe. Zakochana dama wpadła na pomysł, aby miernemu powieściopisarzowi powierzyć dokończenie kilku niedokończonych utworów Balzaca. Champfleury, nie czując się na siłach, odmówił, ale na nieszczęście poradził swej kochance, aby się zwróciła do niejakiego Rabou, który istotnie zeszpecił powieści Balzaka Poseł z Arcis i Drobnomieszczanie. Na obronę pani Hańskiej można zauważyć, iż w owej epoce zapatrywania na takie „uzupełnienia” były inne niż dzisiaj. Mogło to uchodzić niemal za akt pietyzmu. Czyż u nas nie dopełniano w najlepszych intencjach Horsztyńskiego etc.? Bądź co bądź (stwierdza p. Bouteron, z którego świeżej pracy czerpię te szczegóły) wdowa obróciła wszystkie swoje siły na to, aby wydawać dzieła męża i utrwalić jego sławę. Zebrała też i uporządkowała owe Listy do cudzoziemki, olbrzymi zbiór listów Balzaka pisanych do niej, którymi to listami pisarz postawił ukochanej pomnik, jaki miała mało która kobieta. W te listy trzeba się wczytać, aby poznać prawdziwego ducha tego stosunku.

A listy jej? Listy pani Hańskiej do Balzaka? Nie istnieją. Spoelberch de Lowenjoul, ów fanatyczny zbieracz puścizny Balzakowej, zdobył tylko owe dwa listy z pierwszego okresu korespondencji, ale ani jeden, ani drugi nie są pisane ręką pani Hańskiej. W książce swojej12 kreślącej dzieje tego romansu, wspomina on o „autodafé13”, jakie w r. 1847, pod wpływem jakiegoś dramatycznego zajścia, Balzac uczynił ze wszystkich jej listów. Ale listy Balzaka są tak obfite, tak szczegółowe, tak wymowne, że możemy w nich czytać całą historię obojga, możemy niemal między wierszami czytać odpowiedzi pani Hańskiej. I gdybyśmy ją znali tylko z tych listów, rola jej byłaby piękną, jedną z piękniejszych, jakie zna historia literatury. To, co rzuciło cień na tę rolę, to częścią uprzedzenie, częścią, jak widzieliśmy, wątpliwej autentyczności legendy, a wreszcie — owych trzydzieści lat, o które przeżyła Balzaka. Umiała być kochanką, przyjaciółką wielkiego człowieka, nie dość umiała być jego — wdową. Bywają inne kobiety: liche kochanki, liche żony, ale świetne wdowy...

W rezultacie trudno się nie zgodzić z francuskim obrońcą pani Hańskiej, kiedy, odpowiadając na zarzut, że „nie umiała kochać” Balzaka, streszcza jej rolę w życiu wielkiego człowieka w tych słowach:

„Urzeczywistniła dla Balzaka, od pierwszego spotkania, ideał miłości, jaki sobie stworzył w wyobraźni i o którego możliwości zwątpił. Była dlań świetnym odwetem za wzgardę margrabiny des Castries; oddała mu od pierwszego dnia serce i przyrzekła rękę. Pokochała go do tego stopnia, iż w r. 1833, w pierwszym ogniu miłości, chciała wszystko rzucić, aby iść za nim. Następnie, mimo oddalenia, mimo lat, mimo jego niewierności, mimo uprzedzeń rodziny, wytrwała w swej miłości. Kiedy był stary, chory, zrujnowany, gościła go w swoim pałacu na Ukrainie przez wiele miesięcy; stworzyła mu ognisko, rodzinę; aby móc go zaślubić, zrzekła się większej części swego majątku; zgodziła się wieść z nim skromne życie w mieście, którego nie lubiła, w otoczeniu, które nie było jej światem. Zapłaciła za Balzaka, za życia jego i po śmierci, kilkaset tysięcy franków długów, pielęgnowała go z niestrudzonym oddaniem. Wreszcie, kiedy umarł, wówczas, mimo swoich sercowych słabostek, poświęciła siły i inteligencję na wydanie i propagowanie dzieł Balzaka, na utrwalenie jego sławy”.

„Jeżeli to nie wystarcza — pyta p. Bouteron — jeżeli to się nie nazywa »kochać«, czegóż wam trzeba jeszcze?”

Ale nie tak łatwo jest zmienić raz utrwalone artykuły wiary!

Posypały się we Francji odpowiedzi na tę „apologię”. Znów wytoczono dawne argumenty:

„...Tę niesłychaną zwłokę między owdowieniem a nowym zamęściem p. Bouteron tłumaczy trudnościami spadkowymi i innymi podobnymi trudnościami. Liche to racje dla kobiety naprawdę kochającej! Przyznaje także, że jej arystokratyczna rodzina sprzeciwiała się temu mezaliansowi, i że wciąż zagmatwane położenie finansowe Balzaka nie było zachęcające. Czyż miłość liczy się z takimi przeszkodami?...”

Cóż za szczytne pojęcie miłości u tego literata, który zapewne sam, doszedłszy do wieku rozsądku, zerwał, w duchu uświęconych tradycji, z milusią kochanką, aby zaślubić brzydką ale bogatą pannę albo wdowę! Ale na papierze żadnych kompromisów! Takimi argumentami można dowieść, że Tristan i Izolda nigdy się nie kochali! Mimo iż wypiwszy napój miłosny z Tristanem i związana z nim na wieczność, Izolda zostaje żoną króla Marka; a uciekłszy z nią do lasu, Tristan odprowadza ją z powrotem królowi, bo nie ma w lesie szczęścia z ukochaną, nawet w mądrej bajce. I, na domiar ironii, Tristan, w chwili zwątpienia, znużenia, zaślubia inną... I ten właśnie splot spraw serca z naciskiem praw społecznych nadaje owej legendzie jej przedziwną ludzkość... Zadumawszy się nad tym prastarym mitem, złagodzimy sądy nasze o pani Hańskiej... A cała jej historia przetworzy się nam w pamięci na jeden więcej rozdział balzakowej Komedii Ludzkiej.

*

Prawie równocześnie z nowym oświetleniem tej kwestii przez p. Bouteron, pojawiły się Listy pani Hańskiej, pisane do ukochanego brata hr. Adama Rzewuskiego, a ogłoszone przez rodzoną bratanicę pani Hańskiej, córkę tegoż Adama Rzewuskiego, księżnę Katarzynę Radziwiłłową. Listy te, z których wyjątki ogłosiłem14 swego czasu w przekładzie z francuskiego, sprawiają dziwne wrażenie, przez swoją wyraźnie bałamutną chronologię, jaką opatrzyła je wydawczyni. Miejscami wydaje się, jakby to były powycinane i posklejane ustępy rozmaitych listów pisanych w zupełnie różnych epokach życia. Nie świadczy to przeciw ich autentyczności; raczej przeciwnie. Można przypuszczać, że gdyby ktoś pokusił się o sporządzenie apokryfu (?), postarałby się przede wszystkim o uniknięcie tak grubych omyłek. Trzeba również zaznaczyć, iż owa „rewizja procesu” pani Hańskiej, której wyrazem jest „apologia” p. Bouteron, rozpoczęła się przed pojawieniem tych listów, i że fragment dzienniczka pani Hańskiej, przytoczony powyżej, bardzo zgadza się z ich duchem. Bądź co bądź, dopóki kwestia nie będzie ponad wszelką wątpliwość wyświetlona, wolałem w mym szkicu nie opierać się na tych listach i nie cytować ich, mimo że było to bardzo kuszące, gdyż zawierają one wiele cennego materiału zarówno co do osoby samej pani Hańskiej, jak i co do jej stosunku z Balzakiem. Omówię je tutaj w krótkich słowach oddzielnie.

Niepospolita inteligencja, kochające serce i lojalność charakteru, oto co uderza w tych listach. Dojrzałość sądów o Balzaku, w których przenikliwa i trafna krytyka godzi się doskonale z bezgranicznym podziwem, przynosi zaszczyt kulturze literackiej, jaką pani Hańska umiała sobie zdobyć w swojej dalekiej Wierzchowni. „Znam bardzo zagorzałych Balzakistów, którzy uznali te rozmaite zarzuty za bardzo bystre”, pisze omawiając te listy Ernest Seillière. Ale umiejąc widzieć jasno słabe strony pisarza, ta kobieta ogarnia całą jego wielkość, i to w dobie, gdy — to ciągle trzeba pamiętać — Balzac nie był jeszcze owym Balzakiem z pomnika Rodina! W chwili, gdy większość oficjalnej krytyki francuskiej nie zdawała sobie sprawy z ogromu zjawiska, któremu na imię Balzac, w chwili, gdy mu raczej wszyscy rzucali kamienie pod nogi, pani Hańska pisze o nim, i to niejednokrotnie, i bez wahania:

„To jest postać olbrzymia, która zostanie zawsze olbrzymia, i w miarę jak czas spełni swoje dzieło, świat zapomni o tych wszystkich drobnych rzeczach, które go rażą dzisiaj, a osoba pana de Balzac ukaże się nam tym bardziej gigantyczna w miarę jak niepamięć przesłoni wszystkie te drobiazgi, które obecnie kryją intelektualną piękność człowieka i pisarza, nieśmiertelnego pisarza!

„...Gdybym, jakimkolwiek przypadkiem, miała złamać serce tego genialnego człowieka — popełniłabym zbrodnię, z której nic w świecie nie obmyłoby mego sumienia. A jeszcze i z innego punktu, nie trzeba zapominać, że taki człowiek należy do całego świata, i że byłoby grzechem wobec świata przeszkodzić panu de Balzac w tworzeniu nowych arcydzieł, podobnych tym, które już nam dał”.

Znajdujemy tam interesujące oświetlenie początków tego stosunku:

„Romans mój z panem de Balzac miał za początek ciekawość, ciekawość kobiety, która, wychowana w wysokiej atmosferze intelektualnej, musiała nagle poddać się egzystencji, będącej pasmem niskich pospolitości... Korespondencja moja z panem de Balzac zaczęła się, z mojej strony przynajmniej, od żartu; później rozwinęła się i przeobraziła w jedno z najpoważniejszych uczuć i jeden z najbardziej skomplikowanych problematów...”

Raz po raz powtarzają się aluzje do oporu rodziny, do małych dokuczliwości, wścibstwa, komeraży15, uprzedzeń. Uprzedzenia te kręcą się wciąż koło jednego: różnica sfery, wychowania! Dla tych kresowych panków sama myśl o takim mezaliansie, jak małżeństwo z francuskim literatem, była czymś okropnym. Pani Hańska daleka jest od takich względów, mimo że i ona wrażliwa jest na pewne braki w wychowaniu wielkiego człowieka, nie tyle dla siebie, ile dlatego, że przykro byłoby jej widzieć go przedmiotem szyderstwa innych. Otóż dla tego polskiego światka Balzac jest przede wszystkim człowiekiem, który nie umie dość ładnie jeść:

„Przepowiadałeś mi zawsze — przypominasz to sobie — że będzie jadł nożem i nos obcierał w serwetę. Otóż, jeżeli nie dopuścił się ostatniej zbrodni, to pewna, iż stał się winnym pierwszej. Oczywiście to jest przykry widok, i nieraz, kiedy widziałam jak popełnia to, co my nazywamy błędami przeciw wychowaniu, miałam pokusę upomnieć go, tak jak upomniałabym Annę w podobnym razie. Ale to wszystko, to jest „powierzchnia”. Sam człowiek ma w sobie coś, co jest o wiele więcej warte niż złe albo dobre formy: ma geniusz, który elektryzuje i przenosi w najwyższe sfery ducha, ten geniusz, który człowieka wyrywa z samego sobie, który pozwala ziścić i zrozumieć to, czego brakowało naszemu życiu...

Ale kiedy Balzac, wyczerpany nadludzką pracą, przedwcześnie zużyty, przygnieciony kłopotami, chory, wszystkie swoje nadzieje złoży w tym upragnionym związku, wówczas żadna siła nie zdoła odwieść pani Hańskiej od spełnienia przyrzeczeń. Poniesie wszystkie ofiary, byle opromienić złudzeniem szczęścia ostatnie lata pisarza. Bo sama nie ma złudzeń:

„...A mimo to, tyle jest smutku w tym naszym wspaniałym romansie! Tyle zgryzoty, tyle lęku, z mojej strony przynajmniej! Wiem dobrze, zanadto dobrze, że pan Balzac jest skazany i że nawet przy najlepszej opiece nie może żyć długo... Szczęściem dlań, on nie wie o tym i pełen jest planów na przyszłość, których ja słucham ze ściśniętym sercem, bo wiem aż nadto dobrze, że nie ma dla nas przyszłości! Jednakże myśl, że mogę być pożyteczna temu wielkiemu umysłowi i temu szlachetnemu sercu, jest także nagrodą...

„Dam mu całe szczęście, na jakie zasługuje i będę szczęśliwa czyniąc to. Tak często go zdradzano: ja mu zostanę wierna na przekór wszystkim i mimo wszystko; wierna ideałowi!, jaki przedstawiam dla niego; a jeżeli, jak mówią lekarze, on ma niedługo umrzeć, niechaj umrze bodaj z dłonią w mojej dłoni i z moim obrazem w sercu...”

Kiedy już kwestia małżeństwa była postanowiona, Balzac, nie mogąc znosić samotnego życia w Paryżu, spieszy do Wierzchowni. Oczywiście budzi to zgorszenie cnotliwych krewniaków, tak iż pani Hańska uważa za potrzebne w liście do brata usprawiedliwić ten pobyt. Pragnie ona spożytkować go po trosze na delikatne „wychowanie” Balzaka, wciąż z tą myślą, aby nie być za niego upokorzona w oczach tych, którzy go tak nie kochają i nie rozumieją jak ona:

„...jest wiele przyczyn tego »zagospodarowania« się pana de Balzac w Wierzchowni. Przede wszystkim jego zdrowie... A przy tym, jeżeli mam mówić szczerze, powiem ci, że, skoro nie możemy pobrać się przed wiosną, rada jestem, że będę tu miała pod swoim dachem przez kilka miesięcy pana de Balzac, zanim przybędę jako jego żona do Paryża. Pragnę powoli, tak aby on sam sobie nie zdawał sprawy z tego, oswoić go z naszymi zwyczajami, i naszymi formami i przygotować go do roli, jaka mu z czasem przypadnie. On pragnie, abym miała salon w Paryżu i, o ile tylko jego zdrowie pozwoli, to byłaby rzecz, która by mi się uśmiechała. Ale chcę, aby on tam grał piękną rolę, aby zajmował pierwsze miejsce i aby nikt nie mógł mu wyrzucać, że nie umie się zachować. Chcę mu wskazać ton, jaki mu trzeba przybrać, wyleczyć go po trochu z tego snobizmu, w który popada tak często, i odzwyczaić go od ciągłego wynoszenia pod niebiosa pokrewieństw, które zawdzięcza naszemu małżeństwu. Słowem, staram się go przywieść do tego, aby był naturalny, aby błyszczał swoim talentem, geniuszem, głębokim wykształceniem, nieporównanym rozumem, raczej niż żeby się popisywał lichymi przewagami majątku czy urodzenia, które ja posiadam, a które są o tyle niższe od wszystkich cudownych darów, jakimi natura obdarzyła jego samego...”

Nie na wiele zdało się to „wychowanie” przy nieokiełznanej żywości charakteru i dziecięcej ekspansywności Balzaka. Oto urywek z listu pani Balzakowej, kiedy, już po ślubie, w drodze do Paryża zatrzymała się z mężem w Dreźnie:

„Chciałabym, dla wielu przyczyn, być już w Paryżu, a dla jeszcze innych przyczyn być daleko od Drezna. Nasz pobyt tutaj nie był szczególnie przyjemny, dla mnie przynajmniej. Miałam nadzieję, iż zdołam uniknąć ciekawości kolonii polskiej, ale rzuciła się na mnie jak zgłodniały sęp, pchana swoją niezdrową ciekawością, i nie oszczędziła mi żadnej przykrości. Mój biedny kochaneczek nic nie zrozumiał i szczęściem dla siebie nie dojrzał sarkazmów zawartych w rzekomych grzecznościach, którymi nas obsypano. W swoim upojeniu dał się ponieść rozlewności swego charakteru, co oczywiście wywołało cichy ale energiczny konflikt z osobami takimi, jak nasza antypatyczna księżna marszałkowa, która, kiedy jej wyraził radość, że jest z nią spokrewniony, oraz wdzięczność za dobroć, jaką mu okazała, tak samo jak inni liczni krewni, »którzy teraz zostali mymi kuzynami«, odpowiedziała: »Och, nasze pokrewieństwo z Eweliną jest tak dalekie, że można się do niego przyznać, albo się go zaprzeć, jak się ma ochotę«. Nie śmiałam spojrzeć na mego ukochanego przy tych okrutnych słowach, ale na szczęście ten, w którego mierzyły jej sarkazmy, nie zauważył ich”.

I w Paryżu nie było lepiej: i tu dziecinna próżność Balzaka nie może ukryć szczęścia posiadania tak świetnej paranteli. Pojmujemy męki, jakie cierpi biedna pani Ewa:

„Pan de Balzac jest czasami prawdziwym dzieckiem... pozwala swojej wyobraźni ponosić się bez hamulca, co go stawia, zarówno jak innych, w kłopotliwym położeniu. Tak na przykład nigdy nie mogłam uzyskać nań na tyle wpływu, aby go powstrzymać od ciągłego mówienia o biednej Marii Leszczyńskiej jako o »mojej ciotce«. Po pierwsze, nigdy nią nie była; po wtóre nikt z nas, o ile wiem, nie chwalił się tym pokrewieństwem; po trzecie od tego kiszki się skręcają starym arystokratom francuskim, z którymi stykamy się często, kiedy słyszą, jak się ktoś przyznaje do tego pokrewieństwa. To mi stwarza niepotrzebnych wrogów, bo oczywiście to mnie posądzają, że się chełpię moim »kuzynostwem« ze starszą linią Burbonów... Nie powinieneś wszakże sobie wyobrażać, że wszystkie te mizerie uszczupliły bodaj w najmniejszej mierze moje przywiązanie do męża. Byłaby to bardzo licha miłość, gdyby tego rodzaju rzeczy mogły na nią wpłynąć...”

Wreszcie nieubłagana śmierć położyła na pisarzu swą rękę, Balzac umiera. Oto co pisze po jego śmierci pani Balzakowa do brata:

„Jedyna rzecz, jaka mi została teraz w mym nieszczęściu, to oczyścić jego pamięć, spłacić długi, które nad nim wisiały, i dbać o jego matkę jak o własną. Serce moje jest złamane, ale nie żałuję niczego, i kiedy Paulina napisała mi, że mogłam sobie była oszczędzić całej tej agonii, gdybym nie wychodziła za pana de Balzac, uczułam, że pragnęłabym już nigdy w życiu nie widzieć jej na oczy. Nie, doprawdy, nie żałuję niczego, nie wyrzucam sobie niczego. Mało kobiet miało to szczęście, które ja miałam: być przyjaciółką, doradczynią, jedyną miłością człowieka, który będzie zawsze uważany za jednego z największych pisarzy swego czasu. I mogę tylko być dumna z tej świadomości, żem mu była natchnieniem, pociechą, zachętą, wówczas gdy świat drwił sobie z niego i nie chciał wierzyć w jego geniusz, i że dzięki mnie, mej miłości i memu oddaniu, jego ostatnie dni na ziemi były szczęśliwe, że choć na krótko zaznał całkowitego szczęścia ziszczonych ambicji”.

I w końcu to tak proste, tak bardzo kobiece zwierzenie:

„A jak on mnie kochał! Mój Boże, jak on mnie kochał, jak on mi ufał, jak on wierzył we mnie, wierzył we mnie bardziej może niż ja w niego, bo ja miewałam chwile zazdrości, w czasie których cierpiałam tak okrutnie, och! tak okrutnie przez myśl i obawę, że może spotkać inną kobietę, młodszą i ładniejszą ode mnie...”

Nie chcę już nic dodawać do tych kart. Niech mówią same za siebie.

Boy Żeleński