wtorek, 11 sierpnia 2026

Wizje

 Justin Alexander Shetler urodził się przed świtem 11 marca 1981 roku w Sarasocie na Florydzie. Miasto leży na południe od Tampy, nad turkusową tonią Zatoki Meksykańskiej, osłonięte od otwartego morza barierą białopiaszczystych wysp. Chłopiec od początku był śmiały, wcześnie zaczął raczkować i uwielbiał wodę – w wannie, nad jeziorem, na plaży. Matka Colette Susanne, zwana Suzie, i ojciec Terry zapisali go na naukę pływania dla dzieci, kiedy miał trzy miesiące. Terry pracował jako stolarz, a później zdobył dyplom z medycyny orientalnej. Suzie była asystentką nauczycielki w szkole Montessori, do której przez kilka lat chodził Justin. Wychowując syna, Suzie zachęcała go nie tylko do wypraw na łono natury, lecz także do tego, by wtopił się w przyrodę i ją poczuł. Nauczyła go, jak odróżniać drzewo kazuaryny od palmy, dotykając pnia z zamkniętymi oczami. Kiedy kupowała mu pierwszą parę butów, wybrała maleńkie zamszowe mokasyny; chciała, by czuł ziemię pod stopami. Zbierał kamienie, a kolekcję trzymał w starej skrzynce wędkarskiej. Matka nazywała go Niedźwiadkiem1.

Justina zawsze ciągnęło do wysoko położonych miejsc. W wieku dziesięciu miesięcy przestraszył Suzie, wspinając się po regale – dotarł do połowy wysokości. Kiedy był trochę starszy, zaczął chodzić po drzewach, w tym po olbrzymim dębie rosnącym na polu w ich okolicy. Nazywali ten dąb swoim drzewem genealogicznym. W chwilach zdenerwowania i smutku właził na dach domu, żeby tam posiedzieć. To był jego sposób, by ochłonąć, oczyścić umysł – myślała Suzie – ale także by spojrzeć z dystansu na otaczający go świat, jakkolwiek na razie niewielki. Chociaż Justin był samodzielnym dzieckiem, rozpaczliwie pragnął więzi z rodzeństwem.

Kiedy miał jedenaście lat, rodzice się rozwiedli, ale dzielili się opieką nad chłopcem. Dni od poniedziałku do piątku spędzał u matki, a weekend u ojca. Na ekrany wszedł wtedy Ostatni Mohikanin, Suzie zwolniła Justina ze szkoły, żeby pójść z nim na popołudniowy seans. W końcu widzieli razem film siedem razy. Przez lata Justin wielbił bohatera Sokole Oko, adoptowanego przez wodza Mohikanów białego, który rezygnuje w znacznej części z dziedzictwa europejskiej kultury, by zbudować silniejszą więź z naturą. To taka heroiczna opowieść przygodowa, która może przyciągnąć wielu chłopców. Kolejne legendarne postacie do podziwiania Justin znalazł w książkach: pożerał serie fantasy o bohaterach i magii, zanurzając się w fikcyjne światy. Był introspektywnym dzieckiem. W notatniku z ręcznie czerpanego papieru zapisywał cytaty z takich myślicieli jak Laozi, chiński filozof tradycyjnie uważany za autora traktatu Daodejing [Księga drogi i cnoty][1], czy Budda. Na jednej ze stron zanotował „nieznane chińskie przysłowie”:

Tysiące

Tysięcy rzek

Wpada do morza,

Lecz morze nigdy

Się nie napełnia –

A gdyby człowiek mógł

Zamieniać kamień w złoto,

Jego serce nadal

Nie znałoby spełnienia.

W szkole podstawowej Justin miał trochę pozytywnych doświadczeń, ale też chwile głębokiej frustracji. Ojciec powiedział mu, że będzie go wspierać na wszelkie sposoby, starać się mu pomóc w znalezieniu satysfakcji, o ile nie zagrozi to życiu chłopca.

– Uświadomiłem sobie, że nie pomagam Justinowi w radzeniu sobie z rzeczywistością, jeśli jestem dzielącym go od niej buforem – twierdzi Terry. Nigdy nie chciał hamować czy ograniczać syna.

Dwa lata po rozwodzie Suzie przeprowadziła się z Justinem do Karoliny Południowej, a pół roku później do Montany, z nowym partnerem, za którego później wyszła. To tutaj chłopiec po raz pierwszy doświadczył dzikiej przyrody amerykańskiego Zachodu, do której wcześniej przyciągały go książki. Jedna z nich, podarowana przez matkę, miała w znacznej mierze ukształtować następną dekadę jego życia.

– Jakby roznieciła ogień – zauważa Suzie.

Grandfather. A Native American’s Lifelong Search for Truth and Harmony with Nature [Dziadek. Życie rdzennego Amerykanina w poszukiwaniu prawdy i harmonii z naturą], wspomnienia opublikowane w 1993 roku przez Toma Browna Jr., instruktora szkoły przetrwania z New Jersey, opowiadały o dorastaniu autora pod okiem i w myśl nauk Tropiącego Wilka, zwiadowcy i szamana z plemienia Apaczów Lipan. „Naprawdę był jednym ze starożytnych, po części człowiekiem, po części zwierzęciem i niemal całkowicie duchem – pisał Brown w książce. – Jego domem była dzika przyroda i w dziczy poddawał wszystko próbom”. Tropiący Wilk umiał czytać naturę, znajdować lecznicze rośliny i podchodzić tak blisko tropionych zwierząt, że mógł ich dotknąć. Potrafił cofać się po własnych śladach i właściwie zniknąć. Mógł tak lekko i zręcznie iść przez świat, że nie zostawiał po sobie niczego. Był i go nie było, zawsze obecny, a jednak, jeśli chciał, niewidzialny.

Historia Tropiącego Wilka opowiadana przez Browna nabrała niemal mitycznej aury. Urodził się w latach osiemdziesiątych XIX wieku, gdzieś na amerykańskim południowym zachodzie. W wieku dziesięciu lat wyruszył na swoje pierwsze poszukiwanie wizji (rytuał przejścia), podczas której duchy przodków ukazały mu opaskę na głowę, jaką noszą zwiadowcy, i laskę szamana. Starszyzna pokazała mu ścieżkę: „By wypełnić wizję, musi najpierw przez dziesięć zim szkolić się na zwiadowcę – to jedna z najważniejszych pozycji w plemieniu. Następnie musi porzucić tę ścieżkę na kolejnych dziesięć zim i szukać ścieżki szamana i uzdrowiciela. Aż wreszcie […] będzie musiał opuścić swój lud i wędrować samotnie przez sześćdziesiąt zim, poszukując wizji i wiedzy, aż jego wizja się urzeczywistni”. Tropiący Wilk początkowo był niechętny, wahał się, czy zostawić swoich, aż jeden ze starszyzny powiedział mu, że „człowiek, który nie żyje zgodnie ze swoją wizją, żyje śmiercią”2.

Dorastając, Justin połykał książki i przewodniki Browna po dzikiej przyrodzie, z opowieściami o życiu i osiągnięciach Tropiącego Wilka i samego Browna. Suzie, widząc iskrę, która roznieciła się w jej synu, woziła go na wzgórza przy granicy z Idaho i patrzyła, jak znika w lesie ze swoim najlepszym przyjacielem, chłopcem z rdzennego plemienia, który mieszkał na pobliskiej farmie. Chodzili na piesze wycieczki, bawili się w zaroślach i szukali tropów zwierząt. Dokładnie po trzech godzinach zbiegali do niej po stoku. Justin nigdy się nie spóźnił.

Po ośmiu miesiącach w Montanie przeprowadzili się dalej na zachód, do miasteczka Beaverton, kilka kilometrów od Portland w stanie Oregon. Suzie była przyzwyczajona do częstych przenosin, bo wychowała się w wojskowej rodzinie. Jednak jej syna przeprowadzka załamała.

– Justin czuł się przez to, jakby nie miał korzeni – wspomina Suzie.

Terry pamięta, że syn był „rozgoryczony” i „zrozpaczony” z powodu wyjazdu z Montany. O tym okresie swojego życia Justin powiedział kiedyś, nieco hiperbolicznie, że do tego momentu miał już „prawdopodobnie więcej domów niż lat”. Przenoszenie się do innych miast i zmienianie szkół, kiedy był nastolatkiem, utrudniało utrzymywanie przyjaźni, a kiedy zaczął chodzić do liceum w Beaverton, był skrytym chłopakiem, uważającym się za samotnika. Pociechę znalazł w muzyce – sam uczył się grać na harfie matki, a także na mandolinie i gitarze. Najbliższą więź potrafił nawiązać z naturą.

Latem, kiedy skończył pierwszą klasę, Suzie zobaczyła na ostatniej stronie gazety „Willamette Week” ogłoszenie o szkole przetrwania w dziczy. Zadzwoniła pod wskazany numer i rozmawiała z Chris Kenworthy, instruktorką, która w latach osiemdziesiątych uczyła się u Toma Browna Jr. Justin po kilku zajęciach z Chris zaczął rozkwitać. Poznawał na żywo to, o czym czytał w książkach Browna. Kenworthy jednak szybko zorientowała się, że zainteresowania Justina wykraczają poza to, co mogła mu zaoferować. Znała pewną szkołę pod Seattle, której program oparty był na nauczaniu przyrody. Szkoła mogła dać mu szansę dalszego rozwoju i kontaktu ze społecznością podobnie myślących ludzi. Zadzwoniła więc do Jona Younga, współzałożyciela Wilderness Awareness School i pierwszego protegowanego Toma Browna Jr., i powiedziała, że uczy pewnego młodego człowieka imieniem Justin, którego apetytu sama nie jest w stanie zaspokoić.

Kiedy kończył drugą klasę, Suzie dostrzegła, że Justin potrzebuje zmiany. Dostawał dobre stopnie, ale nie odnajdywał się w strukturze klasy, nie był szczęśliwy. Zaproponowała mu umowę: jeśli obieca, że zda kiedyś maturę (egzaminy GED), by mieć dyplom szkoły średniej, ona wypisze go teraz z liceum i pośle do Wilderness Awareness School, gdzie będzie zdobywał wiedzę pod okiem Younga. Była to łatwa decyzja. Rodzice zapłacili za zakwaterowanie i wyżywienie Justina z alimentów. Kenworthy powiedziała Suzie, że chłopakowi przyznano stypendium, które pokryje koszty czesnego. W rzeczywistości, o czym Suzie wtedy nie wiedziała, Kenworthy przez lata płaciła czesne z własnej kieszeni3.

Kiedy w czerwcu 1997 roku Suzie odwiozła syna do Wilderness Awareness School – po kilkugodzinnej podróży na północ przez lasy iglaste stanu Waszyngton – Justin był w euforii.

– Jak motyl wyfruwający z kokonu – wspomina Suzie. – Po prostu rozkwitł i poleciał. Było jasne, że znalazł się we właściwym miejscu.

W dniu przyjazdu Justina Young prowadził w lesie zajęcia o języku ptaków. Mówił grupce uczniów, że ptaki sygnalizują zbliżające się zagrożenie świergotem i trzepotem skrzydeł z dwuminutowym wyprzedzeniem. Kiedy grupa się uciszyła, żeby nasłuchiwać, przeleciała nad nimi fala rudzików i drozdów, a Young szepnął do jednej z osób, by nastawiła stoper na dwie minuty. Mijały kolejne sekundy, aż usłyszeli ciężkie kroki i trzask łamanych gałązek krzaków jeżyn. Kiedy stoper zapikał, z paproci wyłonił się Justin i zobaczył stojącą w półkolu grupę, która czekała na niego w ciszy. Chłopak miał już ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, a rozjaśnione słońcem brązowe włosy do ramion związywał w kucyk. Zdziwił się, widząc, że się go spodziewali.

– Aż tak było mnie słychać? – spytał.

Tego dnia przysiągł sobie, że zostanie mistrzem cichego poruszania się w przyrodzie.

– Gdybyś mi powiedział, że muszę wejść po drabinie z ziemi na księżyc, żeby osiągnąć ten poziom wiedzy – oznajmił Justin Youngowi – zrobiłbym to natychmiast4.

Wprowadził się do rodziny Youngów, która mieszkała na ostatnim piętrze domu pewnego strażaka w miasteczku Duvall, w pobliżu siedmiohektarowej działki, na której działała szkoła. Znajomi z tamtego okresu wspominają upodobanie Justina do ubierania się w moro i kolory ziemi, a także nieschodzący mu z twarzy bezczelny uśmiech oraz nienasycony pęd do nauki. Zapisał się oficjalnie do Wilderness Awareness Community School, odnogi WAS przeznaczonej specjalnie dla nastolatków, której współzałożycielką była Anne Osbaldeston.

– Entuzjastyczny chłopak, który był superpodekscytowany wszystkim, co robiliśmy, i już bardzo dużo wiedział – tak go wspomina Osbaldeston. – Powiedziałabym, że już wtedy, w wieku piętnastu lat, wiedział o przyrodzie znacznie więcej ode mnie.

„Szkoła” składała się z kilku chat, jurt i zadaszeń z brezentowych płacht, przez co nazywano ją Tarpolonią (czyli Brezentownią). Każdy dzień przynosił nowe zadania i nauki. Język ptaków był jednym z pierwszych formatywnych zajęć – chodziło nie tylko o rozpoznawanie gatunków po charakterystycznych głosach, ale także o nauczenie się, co sygnalizują poszczególne intonacje i oscylacje. Słuchacze uczyli się, jak samodzielnie zrobić łuki ogniowe i ręczne świdry ogniowe i jak za ich pomocą rozniecić ogień, jak zbudować w lesie szałas, w którym spędzą noc, jak rozpoznawać i zbierać jadalne rośliny. Na długiej piaszczystej łasze nad pobliską rzeką ćwiczyli orientację w terenie i tropienie zwierząt. Z pozoru aktywność w szkole sprowadzała się do tego, że grupa nastolatek i nastolatków spotykała się w plenerze, by poznawać przyrodę, uczyć się i czytać o ekologii oraz zdobywać umiejętności przetrwania w dziczy. Jednak uczniowie i nauczyciele z tamtego okresu wspominają ją jako ujście dla energii i emocji, umożliwiające wyrażanie siebie. Miało to ogromne znaczenie dla części nastolatek i nastolatków, którzy w przeciwnym razie mogliby na różne sposoby wypaść z systemu społecznego. Anne Osbaldeston zasługę przypisuje w znacznej mierze Jonowi Youngowi.

– Jest trochę jak przedłużacz podłączony do gniazdka w ścianie, do którego mogą podłączyć się inni – mówi. – Kiedy ludzie przychodzili do szkoły, nagle jakby się rozświetlali, zapalali się do kontaktu z naturą, ale także zaczynali naprawdę czuć łączność z sobą i swoimi talentami.

Jason Knight, kilka lat starszy od Justina, też mieszkał u rodziny Youngów. Spał z Justinem na jednym łóżku piętrowym, na tyłach domu. Chłopcy zaczęli przyjazną rywalizację, motywowali się wzajemnie, żeby ukończyć opracowany przez Younga kurs przyrodoznawstwa: Kamana Naturalist Training Program. W ramach kursu trzeba było zapełnić rysunkami i obserwacjami pięćdziesiąt dwustronicowych dzienników gatunków z sześciu różnych kategorii, takich jak: drzewa i inne rośliny, ptaki i ssaki. Inny zestaw dzienników, w którego uzupełnianiu konkurowali, opierał się na liczącej ponad pięćset pozycji liście obserwacji z tropienia. Przypominało to zabawę w poszukiwanie skarbów – z wielkim rozmachem i w dzikiej przyrodzie. Każdy punkt z listy był bardzo konkretny: ślady stojącego kojota, ślady siedzącego kojota, ślady kojota idącego powoli, idącego szybko, galopującego; odchody kojota zawierające szczątki zwierząt, zawierające pióra, zawierające jagody lub szczątki roślin. I tak dalej.

– Nie uczyliśmy się do sprawdzianu – wspomina Knight. – Staraliśmy się nauczyć tych rzeczy tak, żeby nigdy ich nie zapomnieć.

Justin był mistrzem zwłaszcza w rozpalaniu ognia. W tylnej kieszeni spodni zawsze nosił swój świder ogniowy.

– Mnie uzyskanie pierwszego żaru zajęło dziewięć miesięcy – opowiada syn Jona Younga, Aidan, o trzy lata młodszy od Justina – a jemu nie sprawiało to żadnego problemu.

Justin postawił sobie wyzwanie, żeby rozniecać ogień tak szybko jak ktoś z zapalniczką. I udało mu się, jak zapewnia Aidan:

– Uzyskiwał żar w ciągu piętnastu sekund.

Wilderness Awareness School uczyła nie tylko umiejętności przetrwania. Często posługiwała się pewnym holistycznym modelem, który można odnieść do społeczeństwa, społeczności czy klasy. Jon Young nazywał go 8 Shields (8 Tarcz), bo opierał się na ośmiu głównych kierunkach wskazywanych przez kompas, a każdemu z nich przypisany był pewien archetyp. Justin okazał się najsilniej związany z północnym wschodem, reprezentowanym w modelu przez niebo i ptaki, i znanym jako przestrzeń wielkiej tajemnicy, duchowości i świętej mocy. W cyklu pór roku północny wschód odpowiadał późnej zimie, co łączyło się z urodzinami Justina na początku marca. Jeśli chodzi o fazy życia, kierunek ten symbolizował zarówno poczęcie, jak i śmierć, odrodzenie się i przejście z jednego stanu w inny. W fazach dnia zaś odpowiadał godzinom tuż przed świtem, a właśnie o tej porze Justin przyszedł na świat.

Jako nastolatek znalazł w tej szkole naturalny we własnym odczuciu sposób wyrażania siebie, a także społeczność podobnie myślących mentorów i rówieśników. Należała do nich Doniga Markegard, dziewczyna w wieku Justina, która przyjechała tu rok wcześniej, latem 1996 roku.

– Podniósł wszystkim poprzeczkę – wspomina.

Inni często porównywali go do Tarzana z uwagi na jego niezależność, Rambo z powodu odwagi i He-Mana ze względu na siłę. Justin był też w grupie przecherą, żartownisiem – często po cichu znikał w głębi lasu, żeby potem straszyć innych, którzy nie uważali. Markegard zauważyła jednak, że źle znosił niepowodzenia i sam siebie traktował surowo, kiedy doszedł do ściany.

Wyrobił sobie opinię śmiałego i zuchwałego, chętnego zaryzykować wszystko, by osiągnąć swoje cele. Nastolatkowie ze szkoły, ubrani na czarno albo w moro, często próbowali wymknąć się z domu i wejść do całodobowego supermarketu QFC w środku miasteczka, tak żeby nikt ich nie zauważył. Czasem „podbijali stawkę”, wzywając policję – dzwonili z fałszywą informacją, że widziano kręcących się koło sklepu podejrzanych osobników. Jeśli grupie udało się umknąć policji, uznawano to za wyjątkowe osiągnięcie.

– Chyba nigdy nas nie namierzono – mówi po latach Aidan Young.

– Justin zdecydowanie był ryzykantem – wspomina Knight. – Część nastolatków biorących udział w takich programach podchodziła do tego tak ambitnie, że łazili cały czas boso, a zimą nosili koszulki i krótkie spodenki, chociaż był mróz.

Justin należał do tej podgrupy. Kiedy usłyszał o legendarnym wyzwaniu polegającym na przebiegnięciu dwudziestu czterech kilometrów przy jednoczesnym trzymaniu wody w ustach, tak by jej nie połknąć, zaczął wstawać dobrze przed świtem, żeby ćwiczyć – o czym wiele osób wtedy nie wiedziało – aż dokonał tego wyczynu. A kiedy w szkole wykład wygłosił pewien arborysta, Justin patrzył jak zaczarowany, gdy ten zademonstrował, jak po latach treningu nauczył się spadać z drzewa i bezpiecznie lądować na ziemi, łapiąc się konarów i je puszczając, tak by stopniowo spowalniać lot w dół. Następnego dnia Justin wdrapał się na strzelisty cedr i puścił się, będąc blisko wierzchołka. Spadając przez gałęzie, nie zawsze zdołał je chwycić w odpowiedniej chwili, co najmniej sześć metrów przeleciał bezwolnie jak szmaciana lalka i walnął głową o ziemię, o włos unikając rozłupania czaszki o stos kamieni.

– Cud, że nie zginął – twierdzi Aidan Young.

Justin potrafił być zuchwały i lekkomyślny, ale zazwyczaj wychodził z takich przygód prawie bez szwanku. „Uważaj, co przy nim mówisz” – często powtarzali sobie jego instruktorzy.

Centralnym punktem Wilderness Awareness School był Linne Doran (co po gaelicku znaczy Staw Wydry). To płytki staw o przejrzystej wodzie, z widocznymi na mulistym dnie powalonymi drzewami. Wielu uczniów wybrało sobie nad nim miejsce, do którego codziennie wracali, żeby obserwować i zapisywać naturalne zmiany w otaczającej przyrodzie.

– Z pozoru to bardzo proste – opowiada Osbaldeston. – Codziennie, o różnych porach dnia, idź posiedzieć w tym samym miejscu w naturze, czasem przez krótszy, czasem dłuższy czas.

Jednak, jak wyjaśnia, dawało to uczniom zdolność poczucia bardzo głębokiej więzi z danym miejscem, co z kolei – według przyjętej tu filozofii – pozwalało miejscu zacząć przyjmować tę osobę do siebie, jakby do domu. Tę zdolność, zauważyła Osbaldeston, wielu uczniów zabrało ze sobą w świat. Knight miał swoje miejsce nad wypływającym ze stawu strumieniem. Justin – na pniaku starego cedru na cyplu wchodzącym ostrogą w wodę. Czasami przynosił ziarno dla ptaków i trzymał je na wyciągniętej dłoni. Sikorki w końcu się do niego przyzwyczaiły i ochoczo przylatywały, żeby się posilić, a po chwili śmignąć dalej.

– Justin miał wyjątkowy talent – twierdzi Aidan Young i dodaje, że wydawał się pochodzić wprost od Tropiącego Wilka. Był nawet podobny do niego fizycznie, wysoki i chudy, ale silny i w świetnej kondycji. A jego niebieskie oczy robiły na ludziach niezatarte wrażenie. – To były oczy wilka – zauważa Aidan. Jedyną znaną mu osobą, która miała takie oczy, był Tom Brown Jr. – Miały w sobie tę samą intensywność5.

Po dwóch latach Jon Young zrozumiał, że kolejnym krokiem Justina powinna być nauka w mekce edukacji dzikiej przyrody, znajdującej się na drugim końcu kraju – w Tracker School (Szkole Tropicieli). Tom Brown Jr. założył ją w 1978 roku w Pine Barrens, lasach sosnowych południowo-wschodniego New Jersey, z bazą zwaną Primitive Camp. Wyszkolił tu tysiące ludzi w sztuce przetrwania, tropieniu i przyrodoznawstwie. Przez kilkadziesiąt lat nie tylko zyskał renomę nauczyciela erudyty, ale także grono wiernych uczniów, którzy pod jego okiem doskonalili umiejętności praktyczne i chłonęli jego filozofię świadomego kontaktu z naturą. Legendarna historia Browna jako tropiciela i edukatora sztuki przetrwania, często przytaczana w jego książkach i wykładach, zaczęła się w latach pięćdziesiątych XX wieku. Kiedy miał siedem lat i szukał skamieniałości nad strumykiem, poznał chłopca w podobnym wieku o imieniu Rick. Ten przedstawił Browna swojemu dziadkowi, tropicielowi i szamanowi z plemienia Apaczów Lipan, zwanemu Tropiącym Wilkiem6. „Zadawał nam pytania, które prowadziły nas do odpowiedzi, ale sam odpowiedzi nigdy nam nie udzielał – pisał Brown. – Nauczył mnie widzieć i słyszeć, chodzić i zachowywać ciszę. Nauczył mnie, jak być cierpliwym i zaradnym, jak wiedzieć i jak rozumieć”7. W wieku osiemnastu lat Brown postanowił przetestować zdobyte umiejętności. Wyrzucił swoje rzeczy i ubranie i wszedł nago do sosnowego lasu Pine Barrens. Przetrwał tam cały rok, budując szałasy i samodzielnie zdobywając pożywienie. „Wszedłem do Barrens nagi, a wyszedłem dziesięć kilo cięższy, całkowicie zrelaksowany, dwa razy silniejszy i w znakomitej formie”8 – powiedział Brown w wywiadzie dla magazynu „National Wildlife” w 1984 roku. Dzięki takim wyczynom zrobiło się o nim głośno, a lokalne władze zaczęły korzystać z jego pomocy w tropieniu zbiegów podejrzanych o poważne przestępstwa, od napaści z bronią w ręku po gwałt. Pomógł rozwiązać kilka spraw dotyczących zaginionych osób. Kiedy „New York Times” opublikował artykuł o jednej z nich9, zaproponowano Brownowi napisanie książki, którą wydał w 1978 roku. Zatytułowana The Tracker. The True Story of Tom Brown, Jr. [Tropiciel. Prawdziwa historia Toma Browna Jr.], przemówiła do szczególnej grupy ludzi, którzy czuli, że coraz bardziej oddalają się od natury, i chcieli nauczyć się, jak na nowo stworzyć z nią więź. W tym samym roku, w którym ukazała się książka, Brown założył Tracker School.

Rok w rok słuchacze tłumnie ciągnęli na jego kursy, a Brown błyskawicznie zyskał w kręgach surwiwalowców status legendy. Jego biegłość w tropieniu i zwiadzie była niewątpliwa, ale krytycy wytykali mu zawłaszczanie kultury i teologii rdzennych Amerykanów. Niektórzy nazywali go „plastikowym szamanem”. Wielu sceptycznych czytelników kwestionowało też mit założycielski – historię o Tropiącym Wilku, który zmarł, kiedy Brown był nastolatkiem. Wątpliwości budziło to, ile Brown nauczył się od niego, a ile zaczerpnął od innych osób i z innych tradycji10. Większości jego uczniów to nie obchodziło, a opowieści Browna zainspirowały tysiące ludzi, w tym Justina.

Latem 1999 roku Jon Young przywiózł do Tracker School Justina i Markegard, dwoje swoich najzdolniejszych uczniów, i przedstawił ich jako następne pokolenie elitarnych surwiwalowców. Zostali przyjęci na kurs wprowadzający, ale mogli także brać udział w bardziej zaawansowanych zajęciach i mieszkać na terenie szkoły. Justin spędził tam półtora roku i skończył przez ten czas kilkanaście kursów. Dorośli słuchacze, a nawet niektórzy instruktorzy, byli często zdumieni umiejętnościami i zaangażowaniem osiemnastolatka11.

Wiele osób, trafiając do Tracker School, pragnęło czegoś więcej niż nauczyć się surwiwalu. Według kilkorga byłych uczniów i uczennic szkoła miała także mroczniejszą stronę. Przyciągała ludzi wyrzekających się dotychczasowego życia i szukających miejsca, które zapewniłoby im wsparcie, grunt pod nogami i poczucie przynależności. Do tej grupy zaliczał się Dan Stanchfield, który został mentorem Justina. Pochodził z Kalifornii, ale przez pewien czas mieszkał w kompleksie kościelnym w Iowa, gdzie pod wpływem indoktrynacji przyłączył się do wyznawców Church of the Living Word (Kościoła Żywego Słowa), zwanego też Living Word Fellowship (Bractwem Żywego Słowa). Jak dziś mówi, była to „ekumeniczna sekta chrześcijańska”. Porzucił ją w 1995 roku i po przeczytaniu The Tracker przyłączył się do społeczności w Tracker School.

– Nasz umysł chce ze wszystkiego wytworzyć znaczenie, nasze życie musi mieć sens – mówi Stanchfield. – A to sprawia, że ludzie często wpadają w pułapki. Życie jest znacznie prostsze, niż chcemy wierzyć, chociaż nie będziemy nic wiedzieć na pewno, dopóki nie przejdziemy na drugą stronę.

Spośród tysięcy kursantów, którzy przyjeżdżali do Tracker School w latach dziewięćdziesiątych, część chciała zdobyć konkretne umiejętności przetrwania w dziczy, by w ten sposób przybliżyć się do pierwotnych tradycji, część po prostu pragnęła ucieczki, a niektórych przyciągały oparte na naturze duchowość i filozofia.

Tracy Frey, wtedy absolwentka college’u, która w szkole została bliską przyjaciółką Justina, wspomina, że elementy duchowe zajmowały tu ważne miejsce, uczono ich obok umiejętności praktycznych.

– To światło przewodnie dla zagubionych chłopców – twierdzi Frey. – Przywodzi ich bardzo blisko znalezienia czegoś, co w istocie wypływa z wnętrza, ale nie doprowadza ich do końca. I gubią się coraz bardziej, bo to dezorientuje.

Justin przybył tu z głębokim, silnie zakorzenionym spirytualizmem, wiarą w możliwość istnienia większego prądu – „ducha, który porusza się we wszystkim”, jak mówiono w tych kręgach.

– Był zasadniczo przekonany, że na świecie jest wielu ludzi, którzy zamykają się na tę możliwość, a on nie zamierzał być jednym z nich – mówi Frey.

Justin wychował się w otwartym religijnie domu. Jego ojciec Terry pochodził z rodziny menonitów, żyjących na niewielkiej farmie w Pensylwanii, ale szybko odszedł od tej wiary i, jak wiele osób we wczesnych latach siedemdziesiątych, zainteresował się duchowością i filozofią Wschodu. Po skończeniu szkoły średniej wyjechał do południowej Kalifornii, żeby zamieszkać w hipisowskiej komunie, gdzie, jak wspomina, często zażywał pejotl, LSD i palił zioło.

– Zdecydowanie było to bardzo duchowe doświadczenie – twierdzi.

W 1972 roku, w wieku dziewiętnastu lat, został powołany do sił powietrznych amerykańskiej armii podczas wojny w Wietnamie. Naprawiał sprzęt radiowy i radarowy oraz centrale aerometryczne dla myśliwców. Dwa lata później, tuż przed przejściem do rezerwy, pojechał do Red Rocks Park, niedaleko bazy wojskowej w Kolorado, w której stacjonował. Wspiął się na gigantyczne głazy i oglądał wschód słońca.

– Kiedy siedziałem tam na szczycie, wyglądało to tak, jakby można było sięgnąć wzrokiem aż do Omahy – wspomina. – Rozciągała się przede mną cała wielka równina. A kiedy wzeszło słońce, miałem wizję.

Uświadomił sobie, że dotąd żył za zasłoną i że mógłby przez cały czas doświadczać takiego podszytego respektem zachwytu, gdyby tylko potrafił usunąć filtry.

Terry przeprowadził się do Sarasoty, przestał brać narkotyki i wszedł na ścieżkę umożliwiającą zdobycie czarnego pasa w aikido. Został też wegetarianinem, zamieszkał w aśramie i zaczął uczyć się jogi w ośrodku Light of Yoga Society, założonej w 1971 roku organizacji, która przekształciła się później w American Yoga Association. Przez cztery lata praktykował jogę po trzy godziny dziennie. Latem 1977 roku stowarzyszenie zorganizowało wyjazd do Indii, w ramach którego Terry i czterdzieścioro innych Amerykanów i Amerykanek polecieli do Delhi, a stamtąd pojechali na północ do Kaszmiru, gdzie spędzili miesiąc. Mieszkali na barkach na jeziorze Dal w Śrinagarze i zwiedzali miejsca ważne dla hinduizmu.

– Pod wieloma różnymi względami otworzyło mi to oczy – twierdzi Terry.

Podczas pobytu w Kaszmirze odwiedził poświęconą Śiwie świątynię Śankaraćarja stojącą na szczycie wzgórza niedaleko Śrinagaru. Złożył ofiarę przed półtorametrowym błyszczącym czarnym kamiennym lingamem, fallicznym obiektem symbolizującym twórczą energię Śiwy. Odprawił rytuały, a następnie usiadł w sanktuarium świątyni. To, co zdarzyło się po chwili, ukształtowało resztę jego życia.

– Było to najmocniejsze przeżycie, jakiego kiedykolwiek doświadczyłem – opowiada. – Jakby nagłe olśnienie. Przemożne, wszechogarniające doznanie, wynikające z przebywania w obecności tego kamienia. – Doznanie było zarówno fizyczne, jak i umysłowe. – Jak gdybym usłyszał głos, który mówił: „A może patrz tak, żeby zobaczyć to, co naprawdę jest? Zobacz, co tu jest, zamiast wiedzieć i próbować potwierdzić założenie”.

Terry zszedł po schodach świątyni jako wierzący i dotąd uważa ten wyjazd za kluczowy moment w swoim życiu. W rodzinnym domu Justina na Florydzie, w którym mieszkali, zanim jego rodzice się rozwiedli, pozostały ślady indyjskich wpływów: na ścianach ojciec powiesił plakaty przedstawiające hinduistycznych bogów, w tym Saraswati – boginię muzyki i wiedzy, oraz Ramę – główną postać hinduskiego eposu Ramajana, symbolizującą obowiązek, honor i odpowiedzialność jednostki – czyli dharmę, kosmiczny porządek i właściwy sposób życia. Był tu też ołtarzyk przykryty jedwabnym szalem, na którym Terry umieścił miedzianą wazę z wodą, kadzidło i figurkę Ganeśi, uwielbianego boga z głową słonia. Przed tym ołtarzykiem praktykował medytację, jogę i czytał hinduistyczne teksty.

Duchowość matki Justina wywodziła się głównie z Eckankaru, ruchu religijnego, do którego Suzie należała przez większość życia. Założył go w 1965 roku Amerykanin Paul Twitchell. Religia ta opierała się na wierze, że każdy ma wieczną duszę, odradzającą się wciąż w nowym ciele. Twitchell pozbierał aspekty różnych wierzeń i nauk duchowych przewodników z całego świata, między innymi zaczerpnął pojęcia karmy i reinkarnacji z hinduizmu, i stworzył religię, w której przez doświadczenia duchowe każdy może realizować własne przeznaczenie, by przybliżyć się do Boga. Suzie wychowywała syna zgodnie z zasadami Eckankaru, a spośród nauczycieli będących inspiracją dla tej religii, Justina żywo zainteresował Laozi, który, jak mówiła opowieść, zamieszkał w jaskini w Himalajach i tam przez wiele lat medytował. Wizje i sny uważano za przewodnią siłę, której należało słuchać i którą trzeba było szanować; sny należało zapisywać zaraz po przebudzeniu. W dzieciństwie Justin prowadził dziennik snów, zastąpiony później, kiedy był starszym nastolatkiem, dziennikami przyrodniczymi.

Suzie nigdy nie naciskała syna, by podążał tą samą drogą, co ona.

– Znajdź własną prawdę – mówiła mu – bo musisz iść przez ten świat samodzielnie.

I tak właśnie zrobił. Przez dwa lata spędzone w Wilderness Awareness School miał stały kontakt z duchowością i filozofią rdzennych Amerykanów, bo szkołę odwiedzali ludzie ze starszyzny plemiennej. Gilbert Chodzący Byk z plemienia Lakotów, prawnuk legendarnego Siedzącego Byka, przygotował koło szkoły teren ceremonialny i organizował dla uczniów szałasy potów[2] oraz duchowe rytuały przejścia.

– W tygodniu studiowaliśmy przyrodę, a w weekendy duchowość z Gilbertem Chodzącym Bykiem – wspomina Doniga Markegard.

W Tracker School Justin poznawał i chłonął światopogląd Toma Browna Jr. i Tropiącego Wilka z pierwszej ręki, a nie z książek. Historia Tropiącego Wilka – archetypicznego mistrza, który wybiera sobie ucznia i przekazuje mu mądrość świata – silnie do niego przemawiała, podobnie jak koncepcja wyprawy w poszukiwaniu wizji.

Tak jak wcześniej Tropiący Wilk, Brown wyruszył na własne poszukiwania, co opisał w The Vision. The Dramatic True Story of One Man’s Search for Enlightenment [Wizja. Dramatyczna prawdziwa historia poszukiwania oświecenia]. „Wraz z każdym mijającym wydarzeniem wszystko stawało się jaśniejsze, pojawiały się odpowiedzi na pytania o siebie samego i poczułem głęboką więź z moim »ja« – czytamy w książce. – Nagle wiedziałem już, kim jestem, dokąd zmierzam i co naprawdę chcę robić w życiu. Ból i dyskomfort znikły, mój umysł przestał walczyć z ograniczeniami wyprawy, wcześniej kojarzącymi się z więzieniem, i poszerzył się, by stać się tą wyprawą, tą dziką przyrodą”. Czwartego dnia Brown wyszedł z lasu sosnowego Pine Barrens odmieniony. Zobaczył leżącą przed nim drogę: „Musiałem wybrać czystą rzeczywistość, pełną emocjonujących doświadczeń, przygód i intensywności – życie pełne zachwytów raczej niż życie w komforcie, bezpieczeństwie i nudzie, jakie wybierali wszyscy inni”. Życie Tropiącego Wilka i Toma Browna Jr. przypominało przypowieści i baśnie, sprowadzało się do wielkich czynów i dążenia do głębszego zrozumienia świata. Ich historie miały wymiar nie tylko mityczny, lecz wręcz kosmiczny. I były przekazywane tysiącom młodych czytelników takich jak Justin, którzy nabrali nienasyconego apetytu, by zrozumieć, co kryje się pod powierzchnią.

Dzięki temu, czego Justin nauczył się w tych szkołach, skrystalizował się jego nowy światopogląd, w którym natura jest czymś więcej niż sumą poszczególnych części, czymś więcej niż jakiekolwiek drzewo, zwierzę czy istota – stanem łączności, który, jak pisał Brown, „najlepiej widać w przepływie wzajemnych oddziaływań”. Cel polega na tym, by umieć dostrzec te powiązania – przez trenowanie świadomości, naukę i obserwacje przyrody. „Próba prowadzenia życia duchowego we współczesnym społeczeństwie jest najtrudniejszą ścieżką, jaką można podążać” – powiedział kiedyś Tropiący Wilk, jak cytuje Brown. „To ścieżka bólu, izolacji i zachwianej wiary, ale też jedyny sposób, w jaki można urzeczywistnić naszą Wizję. Zatem prawdziwą Wyprawą jest życie zgodne z filozofią Ziemi w obrębie ograniczeń człowieka. Nie potrzebujemy żadnego kościoła ani świątyni, by szukać spokoju, gdyż naszymi świątyniami są świątynie przyrody”12.

Przez wiele lat Justin żył tymi właśnie filozoficznymi i duchowymi ideami. Zarówno jego matka w Oregonie, jak i ojciec na Florydzie w pełni wspierali go w wyborze tej ścieżki. Przyroda, czuł Terry, jest najlepszą nauczycielką. Jednak nawet z drugiego końca kraju dostrzegał, że jego syn pakuje się w coraz bardziej ryzykowne sytuacje, żeby sprawdzić, co może znaleźć w skrajnościach.

– To był ten rodzaj duchowości, który bierze się z doświadczeń bliskich śmierci. Justin w bardzo młodym wieku zdał sobie sprawę, że może czerpać takie doznania z robienia niebezpiecznych rzeczy – mówi Terry. – Za każdym razem, kiedy mierzysz się ze śmiercią i wygrywasz, bardziej czujesz, że żyjesz13.

Podczas pierwszego lata w Tracker School Justin pomagał nauczycielom przy nowym programie – Tropy kojotów, pierwszym skierowanym do dzieci. Prowadziła go Tracy Frey.

– Nie miałam zamiaru całymi godzinami badać jednego tropu ani tak strasznie długo siedzieć w jednym miejscu – opowiada. – To nie w moim stylu, nie chciałam tego robić, ale Justin owszem.

Wcielał się w różne role: mentora, instruktora, surwiwalowca.

– W każdej czuł się absolutnie komfortowo – twierdzi instruktorka Brittany Ceres – więc bardzo łatwo było mu wchodzić w czyjąś skórę i w pełni wykorzystywać wiążący się z tym potencjał.

Jednym z młodych uczniów Justina był wtedy Liam Purvis, który wspomina, że Justin często podkreślał, iż „przesuwanie granic” umiejętności i komfortu doprowadzi do głębszego zrozumienia świata.

– Bezpieczeństwo i wygoda to eufemizmy oznaczające śmierć – mawiał często na zajęciach Tom Brown Jr., jak wspomina były instruktor Tom McElroy. Justin tę maksymę nie tylko wziął sobie do serca, ale też wprowadzał w życie.

– Kiedy mnie strach mówił „nie”, Justin nawet się nie wahał – twierdzi McElroy.

Gdy Justin przyjechał do Tracker School, McElroy, wówczas dwudziestojednoletni instruktor, miał za sobą kilka lat nauki na kursach w szkole, które później też prowadził. Szybko zbliżyli się do siebie. Często wyruszali na wielodniowe wyprawy, by tropić zwierzęta w Pine Barrens. McElroy opowiada, że Justin był zauroczony filozofią Browna, wyznawał idealizm dotyczący życia z zasobów natury, a także tego, co może przynieść posuwanie się do skrajności. Wielu znajomych Justina z tamtego okresu pamięta, że instruktorzy mieszkali w sporym domku, który był pozostałością po starym obozie skautowskim, i że pewnej zimy Justin postanowił się sprawdzić.

– Wszyscy mieliśmy przytulne pokoje w domku, ale Justin zbudował tuż przed frontowymi drzwiami szałas, w którym spał nawet podczas zamieci – wspomina McElroy.

Justin podróżował też z Jonem Youngiem i grupą uczniów po całych Stanach Zjednoczonych, by asystować w zajęciach świadomego kontaktu z dziką przyrodą. W Idaho uczyli tropienia wilków i zostali zatrudnieni do zbierania danych o tych drapieżnikach, których populację starano się właśnie odbudować w tym stanie. Justin wykorzystywał każdy dzień, każdą okazję, by się sprawdzać i zaczerpnąć jak najwięcej od instruktorów, swoich uczniów i otaczającej go natury. Po prostu chciał się uczyć i jeśli czuł, że ktoś może mu coś zaoferować, otwierał się na to. Ta jego cecha sprawiała, że we Frey budził się instynkt opiekuńczy, niczym u starszej siostry. W pożegnalnej notce nabazgranej w jednym z zeszytów Frey z Tracker School na zakończenie zajęć Justin nazwał ją zresztą „starszą siostrą, której nigdy nie miałem”.

– Ludzie namawiali go do najróżniejszych rzeczy, bo było wiadomo, że je zrobi – tłumaczy Frey. – Ja zawsze chciałam się upewnić, że jest bezpieczny.

W sierpniu 2000 roku Young razem z Markegard, Knightem i Justinem mieli wrócić do Idaho, żeby kontynuować badania nad wilkami. Justin prowadził pickupa Knighta autostradą międzystanową numer 80 przez Nebraskę. Jedna z córek Younga siedziała na fotelu pasażera, a Knight spał na pace pod plandeką. Pamięta, że obudził go wstrząs.

– Poczułem się, jakby ktoś wrzucił mnie do miksera – opowiada. Samochód przewracał się i koziołkował. – Nie wiem, jak to się stało, że wylądowałem na poboczu.

Pobiegł do auta – leżało na boku, na stronie kierowcy – i kiedy zaczął pomagać młodej kobiecie wydostać się z kabiny, dostrzegli, że szosą pędzi w ich kierunku ciężarówka. Zdążyli odskoczyć od wraku w bezpieczne miejsce kilka sekund przed tym, jak ciężarówka uderzyła w przewróconego pickupa, z Justinem w środku, przesuwając samochód kilkadziesiąt metrów dalej po autostradzie. Wrócili biegiem do wraku. Zobaczyli Justina zakleszczonego w sprasowanej kabinie.

– Myśleliśmy, że nie żyje – wspomina Knight.

Funkcjonariusz policji stanowej, który przyjechał na miejsce, stwierdził, że jeszcze nigdy nie widział, żeby ktoś przeżył tak poważny wypadek. Knight pamięta, jak Justin wił się i krzyczał z bólu w szpitalu. Miał pęknięte kręgi, a na głowie ranę, na którą trzeba było założyć piętnaście klamer. Całe jego ciało było pokaleczone szkłem z rozbitej przedniej szyby.

Kiedy wrócił do Oregonu, by wydobrzeć, zwierzył się matce, że jako kierowca czuł się winny, że naraził przyjaciół na niebezpieczeństwo. Nie pamiętał, co się stało w ostatnich sekundach przed wypadkiem. Na tym odcinku autostrady dochodziło wcześniej do kolizji z jeleniami, jak powiedział Knightowi policjant stanowy, ale Justin zadręczał się myślą, że może przysnął za kierownicą. Powiedział matce, że wydawało mu się, że umarł i wrócił do życia – że w tym momencie czyśćca ktoś lub coś oznajmiło mu, że jeszcze nie pora umierać. To nim wstrząsnęło. Kiedy wracał do zdrowia, stał się bardziej ponury i zamyślony.

Po zaledwie kilku tygodniach rekonwalescencji w domu Justin zdążył jeszcze dołączyć do ekipy tropiącej wilki w Idaho, a później wrócił do Tracker School. Długie włosy trzeba było mu zgolić, odsłaniając klamry w czaszce, ale Frey widziała, że wypadek zostawił po sobie nie tylko fizyczne blizny. Pamięta, że w dniu powrotu przytulała go przez godzinę, pocieszając i mówiąc mu, że warto dać sobie czas na uleczenie ciała i duszy, że nie ma w tym nic złego, a on płakał. Przez wiele dni prawie się nie odzywał.

– Po raz pierwszy uświadomił sobie, że nie jest niezwyciężony – ocenia McElroy.

Kraksa okazała się także dramatycznym punktem zwrotnym w duchowości Justina.

– Przez cały czas słyszał przekaz, że ma powołanie, pewien wyższy cel – twierdzi Frey. – Aż tu nagle o mało nie zginął.

Po wypadku zaczął odchodzić od wszystkiego, w co wcześniej wierzył.

– Była w nim pustka, której nie umiał zapełnić, więc szukał coraz dalej i dalej – uważa Aidan Young. – Był tak zdolny i błyskotliwy, że mógłby robić wszystko, ale chyba szukał na ziemi czegoś, czego brakowało mu wewnątrz, i usiłował ten brak naprawić od zewnętrznej strony. To zaczęło się po wypadku, poczuł się kompletnie zagubiony.

Incydent, w którym omal nie stracił życia, mógł przybliżyć go do duchowości, ale stało się inaczej – Justin stracił wiarę i stał się sceptyczny co do istnienia siły wyższej w jakiejkolwiek postaci, choć wcześniej czuł, że taka siła nad nim czuwa. Ostatecznie rozstał się wtedy z Eckankarem, jak wspomina matka, i wkroczył już zupełnie na własną ścieżkę do duchowego spełnienia. Pewnego dnia, kiedy leżał w domu, wracając do zdrowia, powiedział: „Bóg jest dla mnie za wielki”. Ta idea była dla niego zbyt przytłaczająca, zbyt potężna, nie mieściła mu się w głowie.

– Nie potrafił objąć jej umysłem – twierdzi Suzie. – Nie znajdował odpowiednich ram. Nie miał kontekstu.

Wypadek zostawił po sobie także inne pamiątki. Co jakiś czas odprysk szkła z przedniej szyby, jeden z wielu, które wbiły mu się w ciało pod skórą, wychodził na powierzchnię. Początkowo w takiej sytuacji Justin jechał do lekarza, żeby ten usunął mu szklane odłamki. W końcu już tylko wręczał któremuś z przyjaciół kawałek obłupanego, ostrego jak brzytwa obsydianu, z prośbą, by mu je wyciął. Trauma po wypadku wciąż się utrzymywała.

– Jakby nie mógł uciec przed tym zdarzeniem, które zakwestionowało wszystko, co się dla niego liczyło – wspomina Frey.

Aidan Young zauważył, że Justin nigdy nie porzucił roli mentora i osoby wywierającej pozytywny wpływ na innych.

– Ale jedna rzecz się zmieniła – dodaje. – Jego błysk w oku. Nigdy więcej go nie widziałem. Kiedyś zawsze był pogodny, radosny. Po wypadku ta osoba znikła.

Harley Rustad

Zaginiony w Dolinie Śmierci 

Handlujcie, towarzysze! (1956–1993)

 

Kapitalizm rodzi się w komunizmie, zaświadczy Jewgienij Popow, dawniej wojskowy, dziś biznesmen. Handlu nauczył się w Polsce.

– W domu w Uljanowsku było nas dziesięcioro. Na naukę pieniędzy brakowało, więc poszedłem tam, gdzie dawali dach nad głową, ubranie i gdzie nakarmili. W kamasze. W Bornem Sulinowie okazało się, że jedzenia z przydziału jest więcej, niż mi potrzeba. Po moją kaszę i mięso ciągle ustawiali się jacyś chętni Polacy. Co zarobiłem, to zaraz wydawałem. Kupowałem dżinsy, skajowe kurtki i zestawy naczyń. Porcelanę z serii Miłosna z wymalowanymi przy brzegach różami. Piękna rzecz! Sprzedawałem potem to wszystko z zyskiem w ZSRR.

Podpułkownik Rustam, który służył w Legnicy, Świdnicy i Kołobrzegu, ostatni komplet radzieckiej pościeli sprzedał kilka dni przed wycofaniem armii.

– Na bazarze sprzedawałem też wojskowe lornetki. W moim rodzinnym miasteczku była fabryka optyczna, dostawałem je po kosztach.

Igor Alejnikow, mówi, że gdy przejeżdżał przez wsie wokół Kłomina, to na wszystkich sznurach do prania suszyły się wojskowe gacie.

– Palce w tym maczał nasz kierownik zaopatrzeniowiec. Były ścisłe zasady, jak długo należy nosić każdą część garderoby, od majtek po buty. Buty na przykład miałem wymieniać co pół roku. Ale jeśli nie były całkiem dziurawe, palce nie wystawały, to kierownik zaopatrzeniowiec mówił: „No weź pochodź jeszcze”. Więc chodziłem dalej, rok albo półtora, zanim całkiem się nie zdarły. A tymczasem kierownikowi zwalniała się przydziałowa para. Sprzedawał je na wsi.

Ciągnik, truskawki, świnia

Jeździmy po Polsce i pytamy o transakcje sprzed kilku dekad.

– Ciągniki rolnicze, samochody, ale najwięcej to paliwo – opowiada Sławomir Moskalewicz ze Szczecinka. Z żołnierzami radzieckimi handlował przez szwagra. – Cała rodzina szwagra handlowała, a ja mu pomagałem. Ale nie podobało mi się to.

– Dlaczego?

– Moja rodzina, która była w AK na Wołyniu i chowała się w lesie pod Kowlem, walczyła z Niemcami, walczyła z Ukraińcami, ale to od Ruskich zginęli. Ciotka chciała zobaczyć, czy dom jeszcze stoi. Złapali ją, zgwałcili i zabili. Potem ojciec się ujawnił i komuniści wsadzili go do Wronek. Starszy stryj, który został w lesie, wcześniej uratował życie jednemu czerwonemu. Dowiedział się, że tamten pracuje teraz w Ministerstwie Bezpieczeństwa. Przebrał się w mundur polskiego sierżanta, pojechał do Warszawy i załatwił ojcu uniewinnienie. A potem wrócił do lasu i też go Ruscy zabili. Ojciec wyszedł z aresztu w 1946 roku i przyjechał do Szczecinka. „Ty! Jak się nazywasz?”, zaczepili go Rosjanie, którzy mieli już tu garnizon. „Moskalewicz”. „O, dobrze! To będziesz naczelnikiem stacji”. Potem został jeszcze kierownikiem masarni, a wtedy to był ktoś. Przychodzili więc do nas radzieccy i lała się wódka. Ojciec musiał ich przyjmować, choć złość w nim kipiała. Po pijaku zdejmowali medale z Leninem i oddawali mi. Nie znosiłem ich, ale korzyści z sąsiedztwa czerpaliśmy. Ale nikt ich tu nie lubił, no choćby przez to masło.

– Jakie masło?

– Przyjeżdżali do mleczarni po parę ton masła, a z zakładów mięsnych wyprowadzali mięso na paki. Tymczasem w polskich sklepach brakowało jedzenia. Czego nie przejedli, to zakopywali jak wiewiórki. A potem poznałem szwagra. Handlowaliśmy trochę paliwem i jedzeniem. To było ryzyko. Raz szwagier pojechał do nich i nie wrócił. Szukaliśmy dwa dni, przepadł jak kamień w wodę. Ruscy mówili: „Nic nie wiemy”. Dopiero jak matka szwagra wysupłała całe złoto i im zawiozła, wypuścili. Siedział w piwnicy, bo podobno za mocno się targował. Ale jak chcecie się dowiedzieć czegoś o handlu z Sowietami, to jedźcie do Liszkowa. Bo wszystko szło przez Liszkowo, które leżało najbliżej garnizonu. Czegoś ci trzeba, benzyny czy silnika, to jechałeś do Liszkowa i tam zamawiałeś.

Żywej duszy. Jakby całe Liszkowo wyparowało. Idziemy pytać w sklepie, bo wiejski sklep jest jak turystyczny punkt informacyjny, o każdej porze udzielą tam potrzebnych wskazówek.

Sklep w Liszkowie jednak również zamknięty.

– Co to za apokalipsa? – pytamy.

– Msza święta – tłumaczy mężczyzna w siatkowej czapce z daszkiem. Też czeka na otwarcie. Ledwie to mówi, drzwi małego białego kościoła na placu pośrodku Liszkowa otwierają się i ze środka wylewają się ludzie.

Sklepowa wysyła nas do sołtyski Renaty Komorowskiej. U sołtysowej ujadają psy. Komorowska ćmi papierosa na ganku ceglanego domu.

– Czym żeśmy handlowali? – powtarza nasze pytanie. – O Jezus, wszystkim żeśmy handlowali. Życia mi nie starczy, jak zacznę teraz wymieniać. Właściciel skupu złomu opowiadał mi, że pod koniec pobytu armii chłopaki z Kręgów przynieśli mu nawet na sprzedaż kabinę pilota z myśliwca. Poszedł do garnizonu, bo się wystraszył. „Wsio w poriadkie”, powiedzieli. I czołgowe gąsienice w skupie widziałam.

Do Liszkowa z Poznania Renata Kaczorowska sprowadziła się z mężem w latach osiemdziesiątych.

– Nie miałam pojęcia, że obok jest radzieckie miasto. Na mapach tu wszędzie były lasy. Trzeciego dnia poszliśmy na grzyby, nosy do ziemi, szukamy podgrzybków. I tak trafiliśmy na szlaban. Zza drzew wyszedł Rosjanin: „Dalej nie wolno”. Miałam uczyć matematyki i chemii w szkole w Łubowie. Ja uczyłam o liczbach i pierwiastkach, a dzieci mi tłumaczyły, jak wygląda karabin maszynowy. Przyzwyczaiłam się, że przynoszą naboje. Ale jak jeden chłopiec przyniósł granat, pobiegłam z krzykiem do dyrektora. A ten zaśmiał się: „Ale to bez zapalnika”. Zostało nam po nich więcej tych prezentów, jak się rurę kładzie na działce, to obowiązkowo trzeba wzywać saperów. A wiecie, szkoda mi ich było! Na wartowni zawsze stali najmniejsi i najchudsi. Przywalił mróz minus dwadzieścia, to wysłałam dzieciaki z gorącą zupą. Wsuwali i patrzyli tylko, czy oficer nie idzie. I wesoło było. Wychodzę raz przed dom, a tu transporter opancerzony zaparkowany na podwórku. Poszli pić do sąsiada. A sąsiadce w nocy czołgiem raz wjechali w dom. Narobiła awantury, ale sprawnie jej tę ścianę naprawili, jeszcze w nocy. A z rzeczy, które od nich się kupowało, to jeszcze były świnie.

– Świnie? Skąd te świnie?

– Mieli świniarnię po drugiej stronie kanału. Potem łatwo się poznawało, który gospodarz we wsi ma świnie sowieckie, bo były biało-czarne, a nie takie jak nasze biało-różowe. Na polską edukację też mieli wpływ. Dyrektor szkoły kupował od Rosjan farbę do malowania szkoły. Zapłatę najchętniej brali w gotówce albo wódce. Za pół litra beczka benzyny. Podjeżdżali pod kościół cysterną, a ludzie tankowali syrenki. Ryby też od nich braliśmy. Mieli fajne urządzenia do łapania ryb, nazywaliśmy to „Nataszą”. Razili ryby prądem i wypływało tyle, że nie mieli, co z tym robić. Zamrażarki do mleka ludzie brali. Złoto i obrączki – wylicza sołtysowa.

Jeden chłopak z Liszkowa wziął obrączkę i nie zapłacił. Przyjechali na ciężarówce, żeby go odszukać. Pod sklepem stał siedemnastoletni Andrzej. Radziecki żołnierz, mocno wypity, przystawił mu karabin do klatki i strzelił. Pomylił się, bo to nie Andrzej wziął obrączkę.

Zdzisiek Redosz, Janek Turowski i Józek Pańczyk z Liszkowa poszli na wartownię mścić się za Andrzeja. Poturbowali pięciu żołnierzy, zabrali im pistolety i bagnety. Zdzisiek zakopał broń w ogródku, więc dostał najwięcej, siedem lat więzienia. Janek nie miał jeszcze siedemnastu lat, więc dostał pięć lat. Tak samo Józek, w więzieniu nazywali go „Ruskobójcą”.

– Ja najczęściej kupowałam produkty dla dzieciaków, u nas w sklepach takich nie było. I kosmetyki za papierosy. Pralkę też wzięłam, dobrą, automatyczną, ale to trzeba było się pilnować i nie powiedzieć „awtomat”, co znaczy kałasznikow. „Sti-ral-na-ja ma-szy-na”, tak jest poprawnie.

– Zostało coś pani jeszcze?

– Mundur czołgisty i dwa granaty ćwiczebne – mówi sołtyska i pokazuje.

– A po co to pani?

– A przydały się, jak robiliśmy przedstawienia z dzieciakami.

We wsi Nietoperek obok Kęszycy Leśnej, dawnego garnizonu Gródek, mieszka sołtys Wacław Nycz, który dzięki sprzedaży truskawek wylądował w Stalingradzie. Oprowadza nas po domu wypełnionym pamiątkami i zdjęciami z Kresów, skąd pochodzi. Przeglądamy artykuły z czasów pożegnania armii, które sołtys przechował.

– Na początku pobytu to jednak mieli rygor – mówi, spoglądając na pożółkłe fotografie. – Ale potem im się dyscyplina rozluźniła. A to zhandlować zwój kabla przychodzili albo co innego zwędzili z poligonu. Jak przy bocznicy rozładowywali węgiel, to i we wsi był węgiel. Przywozili go ciężarówką, zawsze we dwóch, jeden pilnował drugiego. Paliwo oficer podrzucał tu samochodem, a szeregowy pieszo przynosił w kanistrach. W zamian najchętniej chcieli pieniądze albo wino. Ja pod garnizonową bramę woziłem Sowietom truskawki. Którymś razem się trochę spóźniłem, podjeżdżam, a tam czeka już kilkudziesięciu, takie łasuchy. Jak się lepiej poznaliśmy, to jeden podoficer przyjechał mi sprzedać lodówkę. Pogadaliśmy trochę i zaczęli przychodzić już do nas często, bo w garnizonie im się nudziło. Potem my pojechaliśmy z żoną do nich w odwiedziny pod Wołgograd, czyli dawny Stalingrad – opowiada sołtys Nycz.

W Wołgogradzie zwiedził kurhan Mamaja, w którym pochowanych jest trzydzieści sześć tysięcy radzieckich żołnierzy i nad którym wznosi się ogromna statua Matki Ojczyzny – z wyciągniętym mieczem wzywa „synów do walki z najeźdźcą”. Przywiózł sobie też słoje miodu gryczanego.

– A tuż przed samiutkim odjazdem przyszedł do mnie jeden chłopak i gorąco namawiał, żebym wziął od niego wintówkę, ale nie chciałem.

– Jaką wintówkę?

– Karabin wyborowy Dragunowa.

Jad żmii, freon, cukierki, maść Mumijo

Na handel mówi się „potlacz” (potlacz to ceremonia Kwiakiutlów, rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej; wodzowie Kwiakiutlów oddawali w obrzędzie swoje dobra, aby podnieść swój status społeczny). Polacy mają rzeczy i radzieccy żołnierze mają rzeczy. Po Legnicy Sowieci chodzą z bańkami do mleka. W środku – freon, który sprzedają majstrom od naprawy lodówek. Mieszkańcy Legnicy sprzedają żołnierzom polskie dżinsy z Zakładu Przemysłu Odzieżowego „ELPO”, wcześniej doszywają do nich napis „Levi’s”. W Świdnicy za owczarka niemieckiego można dostać strzelbę. W puszkach po farbie jadą do ZSRR polskie balerony. Bronisław z Lubina wozi na potlacz żonom oficerów łódzkie biustonosze. Matka Andy Rottenberg, przyszłej historyczki sztuki, szyje im sukienki za kawior, a pani Władzia za kapelusze robione żonom oficerów pobudowała domy dzieciom. Rolnicy ze wsi pod Legnicą sadzą trochę więcej kapusty – w zamian dostaną olej napędowy i śledzie z Morza Białego.

Im dłużej trwa PRL i im dłużej stoją radzieckie garnizony, tym handluje się więcej i śmielej.

Handluje się paliwem. W Kłominie żołnierze wynoszą je z bazy w kanistrach. A z Bornego Sulinowa wywożą nocami w beczce ciężarówką. Beczkę zrzucają kupcowi do ogródka, odbierają ją kolejnego dnia, z przyklejonymi w środku pieniędzmi. Pod Legnicą, w Bartoszowie sprzedają benzynę z pontonu desantowego. Ponton nie budzi podejrzeń dowództwa. Leją prosto do wiader, a potem wracają ponton napełnić. Na lotnisku w Krzywej po benzynę do helikopterów zgłaszają się właściciele motorowerów Komar.

Handluje się alkoholem. W Białogardzie pod mury ludzie przywożą żołnierzom wino własnej produkcji, a radzieccy piloci z Krzywej oszczędnie spryskują przed startem szyby śmigłowców, bo na zaoszczędzony spirytus szybko znajdzie się kupiec.

Handluje się złotem, biżuterią, radzieckimi zegarkami.

W Legnicy radzieckie złoto sprzedawane jest na targowisku pod zamkiem, interesów pilnują tu „bociany” – wysocy mężczyźni, którzy patrzą ponad głowami, czy nie idzie milicja. Podczas ucieczki trzeba czasem złoto wyrzucić. Zbierają je dzieci ze szkoły numer 3, gdy wychodzą z lekcji.

Handlować najlepiej z radzieckimi patrolami i z oficerami, którzy mają dużą rodzinę. Duża rodzina to duży pajok, czyli przydział.

Handluje się pod murami garnizonów. W Białogardzie mieszkańcy przynoszą pod mury zdjęcia z rozebranymi dziewczynami i torby z Madonną.

W Bornem Sulinowie wystającym pod płotem chłopom żołnierze wyrzucają metalowe części, które można opchnąć w warsztatach albo na złomie.

Ale można też handlować w miejscach pokątnych.

Koniec lat osiemdziesiątych, okolice Świdnicy. W lesie niedaleko Modliszowa milicjant Janusz Bartkiewicz poszukuje sprawcy zabójstwa. Przypadkiem natyka się na zaskoczonych radzieckich żołnierzy, którzy przy drodze sprzedają kierowcom bagnety, noktowizory i benzynę.

Handluje się na targach. Na bazarze w Szczecinku można dostać uszankę (czapkę) i moczałkę (myjkę), zegarek i konserwę. Suszoną rybę, aparat fotograficzny, jad żmii kaukaskiej, maść Mumijo, papierosy Krasnaja Zwiezda i Biełomorkanał kupisz na targu w Legnicy.

Handluje się także nieuczciwie. Zamiast kołnierza z lisa – kołnierz z królika, zamiast wódki – woda z karbidem. Koperty zegarków Pobieda wypchane są watą.

– „Są zielone!” Tak krzyczeli Polacy, podtykając mi pod nos serdeczne palce. Obrączki kupili od naszych przedsiębiorczych żołnierzy, którzy zrobili je z miedzi berylowej, a sprzedawali jako złoto. Produkowali je taśmowo, w garażu zamontowali maszynę do metalu, a podróbki stemplowali próbą złotniczą – opowiada Tatiana Niedźwiedzka.

Handluje się za murami.

Marzenie mieszkańców Legnicy: zakupy w największym sklepie w radzieckim Kwadracie – magazynie numer 5. Czego tam nie ma: gruzińskie koniaki, mołdawskie szampany, kawior, mięso, perfumy Maska.

Przy ladzie stoją radzieckie ekspedientki w białych fartuchach, przebierają palcami po drewnianych liczydłach. Polak, który chce wejść do Kwadratu po te rarytasy, potrzebuje imiennej przepustki. Przepustka to nie tylko przepustka, to dowód przyjaźni, dostają ją więc milicjanci, oficerowie, partyjni. Z zewnątrz sklep obserwuje SB, a w środku panują sztywne zasady: generałowa kupuje przed pułkownikową, a pułkownikowa przed podpułkownikową. Do innych radzieckich sklepów można przedostać się przez dziurę w płocie. Da się czasem przekupić strażników. Kobiety czeszą się jak Rosjanki i wtapiają w tłum. Dzieci przechodzą „na pewniaka” (a nuż nikt się nie zorientuje), na „ruskie dziecko” (trzeba być bardziej przy kości, ubrać na jaskrawo, we włosach zawiązać kokardę) albo „ruską mamę” (przed bramą biorą sympatyczną Rosjankę za rękę i proszą, żeby wprowadziła do środka). Andzie Rottenberg, która wtedy ma dopiero dziesięć lat, matka wiąże pod szyją czerwoną pionierską chustę i wysyła do radzieckiego Kwadratu po mięso.

Kto handluje? Kto może.

Handluje nawet państwo, PRL, tyle że oficjalnie. Radzieckie garnizony zaopatruje – tak zostało to zapisane w umowie z 1956 roku – polskie przedsiębiorstwo państwowe PHZ „Marko”. Do towarów dla radzieckiego wojska są dopłaty z polskiego budżetu. Ale Marko naciąga bratnich żołnierzy, jak potrafi, do garnizonów śle produkty z przekroczonym terminem ważności. A Armia Radziecka nabiera Marko – zwleka z zapłatą, a dofinansowane przez Polskę produkty sprzedaje z powrotem Polakom na czarnym rynku.

Handlują radzieccy konduktorzy pociągów, którymi żołnierze przyjeżdżają do Polski.

Ci z „Iwana” (tak pociąg z Moskwy do Świdnicy nazywają mieszkańcy miasta) wstawiają do polskich butików radzieckie buty. Do Kraju Rad zabierają z kolei skajowe kurtki i sukienki z krempliny.

Ci z „Prawosławnego Ekspresu” (tak pociąg Kijów–Legnica z wagonami z Moskwy nazywają legniczanie) przywożą złoto i zegarki.

Handluje polska opozycja. Papier na podziemną bibułę u radzieckich żołnierzy załatwia w latach osiemdziesiątych działacz Solidarności Marek Jakubiec. Z żołnierzami spotyka się dyskretnie, nad brzegiem Odry. Sowieci przywożą ciężarówką papier w jednej ogromnej beli. Tymczasem Jakubiec przyjechał małym fiatem. Trzeba sprowadzić jakiś większy wóz. Działacze Solidarności jak żuki wtaczają papier w beli na pakę, a potem tną go na mniejsze kawałki na tyłach Milicyjnego Klubu Sportowego „Gwardia”.

Handlują dzieci. Przez dziury w murze przemykają codziennie do radzieckich sklepów w Kwadracie po biełki (cukierki z wiewiórką na opakowaniu), maczki (z kwiatem maku) i kara-kumy (z wielbłądem).

Nieśmiało handluje Kościół. W latach osiemdziesiątych pod Świętoszowem umowę handlową z Armią Radziecką zawiera proboszcz – wierni dają armii mięso, w zamian żołnierze remontują kościół.

Ale najwięcej handluje się tuż przed wyjazdem armii.

Prześcieradło, telewizor Elektron, słodkie mleczko, wołga

– Zanim nasze wojska zaczęły się zwijać z Polski, nikt broni nie sprzedawał – tłumaczy Igor Alejnikow. – Rozliczali nas z niej. Zginął karabin, to pułk nie kładł się spać, dopóki nie znalazł. Kiedyś spadł nam z czołgu źle zamontowany karabin maszynowy. Trzy dni szukaliśmy, prawie nie mrużąc oczu. Co innego amunicja. Dowódcom bardzo nie chciało się chodzić na strzelanie, a jak opuścili dzień, to zwalniało się kilka tysięcy nabojów. Co z nimi zrobić? Przecież dowódca nie pójdzie zameldować, że przyoszczędził.

– To co robił?

– Wzywał mnie i kazał zakopać. Szedłem do lasu, znajdowałem zaciszne miejsce w rowie i zasypywałem. Ale potem wojsko zaczęło się wynosić. I się zaczęło.

– Wszyscy powariowali przy wycofywaniu – woła Jelena Władimirowna, medyk z Legnicy. – Wyprzedawali, co się da. Z powodu inflacji w ZSRR wartość nabywcza żołdu spadła trzykrotnie. Brakowało pieniędzy nawet na pensje oficerów. Chłopcy przeskakiwali przez płot i handlowali słodkim mleczkiem kupionym w garnizonowym sklepie. Brali za to piwo i wódkę, bo w bufecie nie mogli dostać. Ale głównie pieniądze, żeby się lepiej dożywić, bo słabo było też z prowiantem. W ZSRR wprowadzono kartki, a nam ograniczono dostawy. Żołnierze pisali do rodzin z prośbą o „przesyłkę z zegarkiem”. Zegarek był rejestrowany „na użytek własny”, ale zaraz się go zhandlowało na targowisku z kilkukrotnym przebiciem.

– Moim najlepszym kumplem był Arek – opowiada podpułkownik Rustam. – Poszedłem kiedyś na bazar sprzedać wojskowe lornetki. W moim rodzinnym miasteczku była fabryka optyczna, dostawałem je po kosztach. Arek się zainteresował. A potem ja od Arka kupiłem magnetofon i tak nawiązaliśmy stałą radziecko-polską współpracę handlową. Dobrze się dogadywaliśmy. Uczył mnie biznesu, woził na bazary. „Idą nowe czasy, Rustam, wystarczy tylko sięgnąć”, mówił. I rzeczywiście szły. Na początku woziłem jedynie lornetki, a on opychał je dalej, potem ze Lwowa telewizory Elektron, potem trzysta butelek wódki. Arek wyprzedawał na pniu. Z Polski do ZSRR woziłem z kolei perfumy Być Może. Po dwadzieścia sztuk, dziesięć rozdawałem w prezencie, a dziesięć sprzedawałem. Na Święto Zmarłych przywiozłem z kolei z domu trzy walizki świec, bo Arek powiedział, że Polacy mają zwyczaj, że palą świeczki na grobach. Wszystko przy okazji urlopu i podróży służbowych. Odwoziłem na remont sprzęt pod Leningrad i jechałem na zakupy. Prosiłem specjalnie o kolejne delegacje, żeby Arkowi dowieźć towaru. Pociągiem Moskwa–Wünsdorf jeździłem z granatowym paszportem służbowym, celnicy tylko zerkali i stawiali pieczątkę. Ale czasem zampolit, pieprzony komunista, łapał mnie na punkcie kontrolnym i dawał karę za handel.

– Jaką miałeś karę?

– W weekend stawiał mnie na warcie. Cholera, a wiadomo, że w weekend utarg największy. Zampolici to zawsze były wredne jełopy. Co innego dowódca. Ustawił nas w szeregu i powiedział: „Towarzysze piloci! Do wyprowadzki zostało pół roku. Wasza ostatnia szansa. Kto ma możliwości, niech handluje!”. Każdy kręcił, jak mógł. W kraju zaczęła się inflacja. W 1989 roku, ja, młody lejtnant, miałem na książeczce oszczędnościowej dwanaście tysięcy rubli. Ogromne pieniądze, można było kupić dwa samochody. A już po chwili było to zupełnie nic niewarte. Niedaleko Kołobrzegu działała fabryka konserw rybnych. Mieli braki kadrowe. Polacy nie chcieli się zatrudniać, bo śmierdziało. Niektórzy oficerowie wysłali tam do pracy swoje żony albo sami szli po godzinach. Stali w gumiakach w wodzie, na rękach mieli gumowe rękawice i tak przebierali rybę, żeby mieć za co żyć, kiedy wrócą do kraju. Ja u Arka miałem konfitury. Wspierałem też polskich przedsiębiorców. Pod garnizon podjeżdżał po nas małym fiatem jeden Polak, wiózł nas do swojego mieszkania, gdzie puszczał nam na VHS pornografię. Słono sobie za to liczył. Pod koniec tak się z biznesem rozkręciłem, że kupiłem sobie wołgę. „Rustam, po co ci radziecki samochód? Kup sobie japoński. Albo BMW!”, gadał mi Arek. On miał japoński, bardzo ładny, ale wołga do mnie bardziej przemawiała. Wołga w Rosji to było coś, można było ją wymienić na mieszkanie. A BMW? Pfff, o tym nikt nawet u nas nie słyszał. Nie miałem prawa jazdy, ale musiałem jakoś moją nowo zakupioną wołgę zawieźć do Rosji. To był dziewięćdziesiąty pierwszy, może dziewięćdziesiąty drugi rok. Jechał ze mną kolega, który też nie umiał prowadzić. Ale siedział obok i cały czas mnie instruował: „Dwójka, jak jedziesz! Drugi raz czerwone!”. Za Brześciem odkręciliśmy tablice rejestracyjne. Jakby mafia zobaczyła zagraniczne blachy, mielibyśmy przekichane. Przed Moskwą macha milicjant. „Tablice gdzie?” Nie ma. „Prawo jazdy!” Nie ma. Zerka ostrożnie. „Wojskowy?” Tak, oficer. A on: „A może chociaż dolary masz?”. Dałem mu pięć, w banknotach po jednym. Uczciwy był, powiedział, że pięć to za dużo, i wziął trzy. I tak powoli dojechaliśmy do Samary. Odstawiłem wołgę, nakupiłem prześcieradeł i wróciłem z nimi do Polski pociągiem. I szybciutko je posprzedawałem, bo zaraz w kwietniu mój pułk opuszczał Polskę już na stałe. Meble w kawalerce były służbowe, zapłaciłem kierownikowi zaopatrzenia batalionu, żeby skreślił je z listy magazynowej. I po kolei, stół za krzesłem, opychałem Arkowi. Pierwsza poszła kuchenka, bo żywiłem się w stołówce. Miałem tylko grzałkę, żeby zaparzyć sobie czasem herbaty. Sam ją zrobiłem, dwie brzytwy przedzielone zapałkami związałem drucikiem i podłączyłem do prądu. Gdy wyjeżdżałem, pokój był pusty, a ja spałem na materacu położonym na podłodze. Wracałem z dwoma tysiącami dolarów w kieszeni i butlami z gazem pieprzowym. Zostały w magazynie i można było zabrać. W Krasnodarze, dokąd nas wyprowadzili, szybko je zhandlowałem.

Biznes, fax, krucyfiks

W celu przekwalifikowania odchodzących do rezerwy oficerów, żołnierzy – internacjonalistów, ich skutecznego działania w gospodarce narodowej, aktywnego włączenia ich w system stosunków rynkowych, przekwalifikowania zawodowego oraz w celu zabezpieczenia należytego poziomu socjalnego oraz adaptacji kadry oficerskiej w warunkach życia cywilnego rozkazuję: powołać […] szkołę menedżerów legnickiego garnizonu […]. Dowódca PGWAR gen. płk Dubynin.

(rozkaz nr 152 z 3 listopada 1991 roku)

Do niedawna radzieccy, a teraz rosyjscy oficerowie mają się uczyć handlu od polskich profesorów. Szkoła menedżerów mieści się w byłym Muzeum Chwały Wojennej i Braterstwa Broni z Armią Radziecką w Legnicy. Sala wykładowa jest w Sali Zwycięstwa: sztukateria, plafon, nad drzwiami krzyż.

Na oficjalnym otwarciu szkoły zjawiają się wojewoda, generał garnizonu, kardynał i ambasador ZSRR. Generał Dubynin w przemówieniu zaznacza, że oficerowie będą się tu uczyli „myślenia po nowemu”.

Chętnych było trzystu, wybrano sześćdziesięciu oficerów. Zaplanowano dla nich łącznie trzysta sześćdziesiąt godzin zajęć – cztery godziny dziennie po służbie, nie wyłączając niedziel.

Czterdziestosześcioletni pułkownik Walentin Sytnik zapisał się na kurs, bo „wcześniej czy później i tak zajmie się interesami”. W wojsku liznął trochę ekonomii – musiał się zmagać z problemami z zaopatrzeniem.

Lekcje zaczynają się o szesnastej. Studenci – czterech generałów i reszta (pułkownicy, majorzy, porucznicy) – siadają w trzech rzędach szkolnych ławek. Patrzą w tablicę, na której docent z Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu pisze powoli, stukając kredą: „Business plan”. Potem słuchają, jak opowiada o UNIDO, uniwersalnej metodzie prowadzenia biznesu.

„Podstawowe pytanie, jakie musicie sobie zadać, panowie – tłumaczy docent – brzmi: »Czy na tym można zarobić?«”.

Profesor Bogumił Bernaś wykłada o „czynnikach efektywności i formach transakcji z zagranicą”, a rektor Akademii Ekonomicznej profesor Józef Kaleta w pięciogodzinnym wykładzie ocenia przebudowę polskiej gospodarki.

Na kolejnych zajęciach studenci oglądają komputer i odświeżają angielski, wkuwają podstawy rachunkowości oraz przedzierają się przez przekształcenia własnościowe.

Przerwy spędzają w drink barze, w dawnej Sali Pamięci Bojowej Chwały. Wyniesiono już stąd popiersie marszałka Rokossowskiego. Zostały marmur i stary informator w kącie: „Żołnierze PGWAR godnie kontynuują pełne chwały tradycje swoich poprzedników. W procesie szkolenia bojowego i politycznego doskonalą się ich moralno-polityczne zalety i wojskowe umiejętności”.

Szkołę biznesu wymyślił Piotr Krzywiecki, przedsiębiorca budowlany z Kochlic i właściciel firmy Rembud. Wyremontował sale, zapłacił za sprzęt i pokrył pensje dla wykładowców. W zamian Rosjanie obiecali mu okazyjne ceny na garnizonowe paliwo i złom oraz pomoc w kontaktach handlowych ze Wschodem. Krzywiecki chciałby tam niedługo eksportować żywność. Wyliczył, że jeśli przeprowadzi cztery kursy biznesu, to za rok będzie miał na Wschodzie dwustu pięćdziesięciu ewentualnych współpracowników.

„To zabawne – mówi reporterowi »Polityki« – zawsze byłem antysowiecki”.

Pułkownik Walerij Gonczarow, redaktor „Znamia Pobiedy”, tłumaczy dziennikarzowi: „Nasi ludzie umieją kierować kolektywem. Jeśli dodać im wiedzę menedżerską, staną się po powrocie gotowymi biznesmenami. Już dziś wymieniamy wizytówki. Założymy klub biznesu, żeby utrzymać znajomości, będziemy telefonować i faksować”.

Po kilku miesiącach studenci biznesu dostają jednak lekcję ekonomii od życia. Meble w szkole zdobią paski z pieczęciami komornika. Krzywiecki ma ogromne długi. „Mnie inni też są winni pieniądze. Ale zamiast się sądzić, wolę zarobić nowy milion. To moja filozofia” – opowiada w „Polityce”.

Armia Radziecka w Legnicy chce ratować Krzywieckiego z finansowego dołka, który wynikł po części z inwestycji w szkołę. Przekazuje mu nielegalnie tysiąc ton paliwa. Kilka cystern zatrzymuje policja. Krzywiecki ma mieć za to sprawę karną (siedział już wcześniej).

W szkole menedżerów odbyły się w sumie trzy kursy trzymiesięczne, a ukończyło ją ponad dwustu radzieckich oficerów.

Mieszkanie, lotnisko, granat, siedemnastowieczny obraz

Na radzieckich lotniskach robią się dziury w niebie. Samoloty codziennie zabierają tony bagażu bez kontroli, a inne przylatują z towarami bez zapłaconego cła.

Paliwo, sprowadzane jako zaopatrzenie dla wojsk, jest szybko sprzedawane. Szeregowi, oficerowie i generałowie – wszyscy nim handlują.

– Kiedy się wyprowadzaliśmy, miejscowi mi powiedzieli, że pierwszy raz od bardzo dawna byli na stacji benzynowej. Zdziwili się, gdy zobaczyli, ile kosztuje benzyna – mówi Igor Alejnikow.

Na oczach żołnierzy i wartowników „trzej żołnierze i oficer napełnili pięć beczek paliwem i załadowali na traktor polskiego obywatela” (pisze „Znamia Pobiedy” w lutym 1992 roku).

Naczelnik legnickiego oddziału celnego Jan Bogdanowicz idzie rankiem do pracy. Widzi, jak polną drogą w kierunku wyrwy w ogrodzeniu lotniska jedzie siedem cystern. Dzwoni na policję. Na lotnisko wjeżdżają radiowozy, a radziecki oficer, który tankuje właśnie cysternę, pokazuje faktury. Są wystawione na polską firmę Faktor. Tylko że takiej firmy nie ma w żadnym rejestrze.

Murów lotniska w Krzywej pilnują policja i straż miejska. Codziennie, pisze historyk Wojciech Kondusza, zatrzymują samochody, które wyjeżdżają z benzyną. Mały fiat z sześcioma kanistrami i zwojem przewodów, żuk z ośmioma dwudziestolitrowymi kanistrami, cysterna jelcz, wartburg ze stu sześćdziesięcioma litrami. Rosjanie denerwują się, że policja psuje im interes, i strzelają do nich zza ogrodzenia. Zanim w trasę wyruszy cysterna z paliwem, puszczają na drogę gaziki z patrolem. Czasem dochodzi do pościgów. Cysternie z czterdziestoma tonami etyliny trzeba było zablokować drogę radiowozem. Policjantów i celników biorących udział w zatrzymaniach Rosjanie próbują przekupić albo – zdarza się – przejechać samochodem.

Przez dziurę w niebie na lotnisku dostają się do Polski turyści. To obywatele ZSRR, którzy za łapówkę wsiadają w Moskwie na pokład samolotu poczty wojskowej. Na bazary w Polsce wiozą kawior, papierosy Kosmos i piły spalinowe Tajga. Śpią na dworcach, w parkach, opuszczanych mieszkaniach, bo chcą oszczędzić na hotelach. W lipcu 1992 roku policja zatrzymuje dwóch żołnierzy, którzy sprzedają noktowizory czołgowe Cyklop, oraz troje turystów handlujących ikonami i miedziorytami.

W sierpniu policja zatrzymuje dwóch Rosjan, którzy sprzedają zawory wodociągowe, a potem kolejnych dwóch – ze słomą makową w reklamówkach.

W październiku do Legnicy przyjeżdża koleją dwadzieścia sześć tysięcy półlitrowych butelek piwa Burg i Pils. Transport zatrzymują celnicy. Odbiorcą ma być zarząd zaopatrzenia garnizonu. Rosjanie nie chcą płacić cła. Najpierw powołują się na ustalenia z 1956 roku (o braku cła dla towarów dla wojska), a potem zaprzeczają, by zamawiali piwo.

Na dziurach w niebie nad radzieckimi lotniskami korzystają polscy biznesmeni. Na przykład zlecają wschodniej firmie zakup wódki z dostawą do garnizonu. Produkt przeznaczony na eksport zwolniony jest z podatku obrotowego. Kontenery jednak nigdy nie opuszczają kraju.

Po wymianie rubli na złotówki armii nie starcza na utrzymanie żołnierzy, więc prowiant kupuje się czasem za pieniądze z nieoclonego handlu.

Rosjanie sprzedają: samochody wojskowe, zbiorniki na paliwo, smary, rury, silniki, agregaty prądotwórcze, kostkę granitową wyrwaną z chodników, broń i amunicję.

We wrześniu 1993 roku u proboszcza ze wsi Pielgrzymka policja znajduje wyposażenie willi Dom Prioma. Wojskowymi kamazami żołnierze zwieźli księdzu na plebanię: ozdobne kafle, rzeźbiony stół bilardowy, fortepian, żyrandole, kinkiety, marmurową umywalkę, rzeźbione drzwi, zegar, marmurowy kominek, a także obrazy: Karla Wendela z 1904 roku, nieznanego autora z przełomu XVIII i XIX wieku i Paula Weimanna z pierwszej połowy XX wieku. Sto czterdzieści przedmiotów. Proboszcz przyznał się do zakupu bez pokwitowania.

Luty 1993. Czas patriotów i Zabójcza broń – pirackie kasety VHS rekwiruje kontrola w wypożyczalni w Strzelcach Opolskich. Zostały wyprodukowane przez firmę Emcid Legnica, która nie istnieje w rejestrze. Adres prowadzi za mur, na teren garnizonu – do radzieckiego studia telewizyjnego.

Handlują materiałami niebezpiecznymi.

W 1991 roku na bazarach i targowiskach policja konfiskuje broń automatyczną, pistolety i granaty. W listopadzie zatrzymuje czterech obywateli Wspólnoty Niepodległych Państw, którzy przewożą w samochodzie sto kilogramów płynnej rtęci oraz cztery kilogramy sproszkowanej. W 1992 roku zostaje udaremniona próba sprzedaży trzydziestu kilogramów rtęci i siedmiu kilogramów tlenku rtęci. Pośrednikiem transakcji był oficer Komendy Wojewódzkiej Policji w Legnicy.

Telewizyjne Wiadomości informują, że w Legnicy można kupić cztery głowice nuklearne po milion dolarów za sztukę.

Wśród mieszkańców Legnicy krąży anegdota: znany biznesmen prowadził skup złomu, w 1992 roku kupił od Rosjan stary czołg za grosze. Chciał go pociąć na złom. Podjechał rosyjski gazik wojskowy. Wysiedli polski cywil, rosyjski kierowca i pułkownik. Cywil mówi: „Pan tu podobno kupił czołg?”. „Nigdy w życiu, jaki czołg?”, wystraszył się właściciel. „Kupiłeś czołg, wiemy”. „Nigdy!” Wtedy wtrąca się rosyjski pułkownik: „My znajem, czto wy kupili. Jeszcze dwa kupisz?”.

Sprzedają samochody z Niemiec.

„Gazeta Wyborcza” pisze, że „w czasie policyjno-celnych kontroli w garnizonach wojsk b. ZSRR w Legnicy oraz w bazie morskiej w Świnoujściu wykryto cywilne samochody osobowe niewiadomego pochodzenia. Wozy mają zmienione numery silników”. Samochody sprowadzane są z NRD. Żołnierze wpisują w dokumentach „tranzyt” i nie płacą podatku. Ale auta nigdy nie jadą dalej.

Sprzęt RTV i AGD.

W grudniu 1991 roku na lotnisku w Kluczewie pod Stargardem radzieccy żołnierze organizują giełdę towarową, na której można kupić telewizory, radia i pralki. Na bazarach w innych miastach można znaleźć jeszcze: lunety snajperskie, bagnety, hełmofony, siatki maskujące, noktowizory. A także broń myśliwską (łatwo ją wykreślić z ewidencji).

Handlują nieruchomościami.

Polska spółka Arpol kupuje od pułkownika Iliczowa bazę z trzema halami przy pasie startowym lotniska. Spółka chce tu budować linie produkcyjne i magazyny. Nie wie, że w momencie wyprowadzki umowa wygaśnie, a baza trafi do prawowitego właściciela, czyli Skarbu Państwa.

W Jankowie Żagańskiej Rosjanie sprzedają za dwieście osiemdziesiąt tysięcy dolarów bazę paliw (też własność Skarbu Państwa). Budynki i mieszkania w innych garnizonach również wystawiają na sprzedaż. W sprawie nielegalnego handlu mieszkaniami toczy się w roku 1992 dwieście siedemdziesiąt postępowań przygotowawczych.

Sprzedają wszystko inne.

Jeszcze kilka lat po wyjściu Rosjan żołnierze wracają kończyć transakcje. W 1994 roku podczas przeszukiwania budynków garnizonowych policja znalazła zapasy kawioru, zakopane lotnicze zbiorniki z paliwem i ukrywającego się rosyjskiego oficera z wojskowym paszportem. Rok później służby celne likwidują nielegalne giełdy samochodowe. Cinkciarzom w Świdnicy trzykrotnie spadają obroty.

– To Polska nauczyła mnie biznesu. Polacy potrafili pracować przez całą dobę, byle zadowolić klienta. Od Polaków nauczyłem się staranności, punktualności i jakości – tłumaczy Jewgienij Popow. Były radziecki oficer po wyjeździe z Polski za biznes zabrał się po amerykańsku.

– Czyli jak?

– Od pucybuta. Przed wyjazdem kupiłem wiśniową wołgę i pojechałem do Kaliningradu. Najpierw jeździłem w niej jako taksówkarz. Potem dwa lata kelnerzyłem. Pojawiali się tam czasem Polacy, którzy szukali w Kaliningradzie okazji na rynku. A ja dzięki służbie rozmawiałem trochę po polsku. To dobry moment, pomyślałem, żeby wsiąść w końcu do pociągu „Biznes”. Skończyłem akurat trzydzieści lat. Jeden znajomy Polak stawiał na bazarze knajpy z szaszłykami. Było też czterech innych, którzy handlowali szaszłykami w mieście. Woziłem im mięso z upadających rzeźni. Inny znajomy Polak woził banany, więc brałem je od niego i opychałem w Kaliningradzie. A potem sprzedawałem wodę gazowaną w butelkach, u nas tego jeszcze nie było. W Rosji cieszyła się też popularnością granulowana cytrynowa herbata. Dla Polaków załatwiałem drelichy i bawełnę do odzieży specjalnej, i farbę do metalu. Patrzyłem, czego potrzebują jedni, czego drudzy. I krążyłem, organizowałem transport. Co zarobiłem, włożyłem w firmę, którą mam do dziś – mówi.

Trzon zatrudniającej osiemdziesiąt pięć osób firmy Popowa to jego koledzy z armii. Zamiast wojskowych krazów przez Polskę jeżdżą dziś jego dwadzieścia cztery ciężarowe scanie.

Grzegorz ‌Szymanik, Julia Wizowska

Długi taniec ‌za ‌kurtyną

Pół ‌wieku ‌Armii Radzieckiej ‌w Polsce

Kafkarna


 1985.

 Do Pragi przyjeżdża Joy Buchanan, stypendystka, która chce poznać świat Kafki. Pisze o nim pracę. Mówi po czesku, chodzi po Starym Mieście i zadaje jedno pytanie: „Czy czytał/a pan/pani Kafkę?”.

 Ludzie nie odpowiadają. Jest rok 1985, od razu chcą wiedzieć, czy ma pisemne pozwolenie.

 — Na co?

 — Jakiś papier, że w ogóle ma pani prawo zadać takie pytanie.

 Panna Buchananova (tak ją będą nazywać na Uniwersytecie Karola) zaczyna chodzić z czeską tłumaczką i magnetofonem. Ma to dodać jej wiarygodności. Kafki nikt nie czytał, ale przechodnie często uśmiechają się zagadkowo i mówią: „A tak, kafkârnal”, a tłumaczka nigdy tego słowa nie tłumaczy.

 W końcu stypendystka pyta ją, co to za kafkârnal — Ach, głupstwo — mówi tłumaczka i milknie. Buchananova nie daje jej jednak spokoju. — No, tego słowa po prostu nie powinno się, a właściwie nie ma się prawa używać — wyjaśnia w końcu Czeszka.

 — Macie słowa, których nie można używać?

 — Nie, nie mamy żadnych słów zakazanych, co to, to nie. Po prostu takie słowo nigdzie nie figuruje.

 — Ale ludzie je wypowiadają!

 — Jednak gdyby pani szukała na piśmie, nie znajdzie pani. A u nas to, co nie jest napisane, właściwie nie istnieje. I powiem szczerze, że to jest wszystkim bardzo na rękę.

 Kawiarnia to miejsce, gdzie parzy się kawę — myśli Amerykanka — vodârna to po czesku miejsce, gdzie oczyszcza się wodę, octârna — gdzie produkuje ocet. A więc istnieje miejsce, gdzie robi się coś z Kafką.

 Joy Buchanan pyta na własną rękę. Jej opiekun z uniwersytetu mówi, że kafkârna to jest coś, o czym wszyscy wiedzą, ale wiedzą też, że nic się nie da z tym zrobić. Przede wszystkim nie trzeba się temu dziwić. Raczej trzeba to zaakceptować.

 — Ale co?

— To jest coś podświadomego w myślach ludzi. Jak będzie pani tu trochę mieszkać, to na pewno samo się pani rozjaśni nagle powie pani: „Acha, kafkârna!”.

 Ludzie na placu Staromiejskim odpowiadają różnie. „To jest heca i gdyby człowiek nie brał tego jako hecy, to naprawdę nie wiadomo, co by było”. Albo: „To jest coś bardzo głupiego, ale musi być”. „Na pewno myli to pani ze śvejkârną, a i to źle, bo nie ma takiego słowa. Jest za to svejkovina, czyli zachowywanie się jak Szwejk. Tylko to jest coś zupełnie innego niż kafkârna”.

 Zauważyła, że ludzie w Czechosłowacji często porównują coś konkretnego z czymś, o czym mówią, że w ogóle nie istnieje albo że tego w ogóle nie znają.

 Urzędnik z ankiety daje jej przykład: — Proszę sobie wyobrazić, że jest pani mężczyzną, wchodzi do sklepu i pyta czy są skarpetki frotte. Sprzedawczyni odpowiada: „Damskie, dziecięcych nie mamy”. Ta logika jest, panienko, bez sensu, ale działa.

 — W tym jest logika?

 — Bo przypuszcza się, że on wie czy też powinien wiedzieć, że męskich skarpetek nie było już w sprzedaży od pół roku i najprawdopodobniej nie będzie. Więc o jakie skarpetki mężczyzna może pytać? To jasne — tylko o damskie albo dziecięce.

 Stypendystka ma ponad sto odpowiedzi i żadnej konkretnej definicji.

 Pracownicy Uniwersytetu Karola, którzy z nią się kontaktują, są ostrożni. Kiedy na przyjęciu zorganizowanym na jej cześć, coraz więcej osób dowiaduje się, o kim chce pisać, wszyscy przerzucają ją sobie jak parzący kartofel.

 Odważniejsze od kolegów naukowców są ich żony. Żona dyrektora instytutu literatury czeskiej wyznaje Buchanan, że mąż przymierza się, żeby chociaż trochę tego Kafki przeczytać, na razie jednak nie może. Zaczynał i nie jest w stanie doczytać do końca. — Proszę sobie wyobrazić, ze próbował czytać o tym człowieku, co się przemienił w robaka. Ale to jest coś tak nienaturalnego, tak okropnego. To raczej jak z waszej amerykańskiej literatury, wy macie tam u siebie to science fiction, prawda?

 — Mamy.

 — Ale w tradycji literatury czeskiej takie odchylenia nie są czymś zwyczajnym.

 Żona innego pracownika, archiwistka w instytucie, chce wyswatać amerykańską stypendystkę ze swoim synem, który o Kafce nie ma zielonego pojęcia. Matka postanawia przeczytać Proces i mu streścić, żeby mógł przyszłej narzeczonej czymś zaimponować. Szybko wpada w rozpacz. Ciągle wraca do początku książki, bo ma wrażenie, że umknęło jej, o co Józef K. był oskarżony. Potem myśli, że dowie się tego na końcu i też nic. Potem jest przekonana, że wyjaśnienie pisarz zaszyfrował w podtekście. Ale też nie.

 Z tego wszystkiego wybucha: — Synu, naprawdę to jest czyste oszustwo! Żadnej wskazówki! W gatunku ta książka to horror, a człowiek w horrorze, po tylu stronach ma przecież prawo znać przyczynę tej grozy!

Dwa miesiące później zjawiają się w pokoju stypendystki dwaj tajniacy. Służba Bezpieczeństwa chce wiedzieć, czy przechodnie, którzy odpowiadali na ankietę nie zostali przypadkiem pozbawieni własnej woli. I czy aby w takim stanie nie odpowiadali na pytania.

 Jeden z profesorów radzi Amerykance, aby w swojej pracy o Kafce najlepiej nazwiska Kafki nie używała.

 Przekonuje, że w Czechosłowacji ludzie świetnie umieją obejść grząski teren. — Przecież przez całe lata mówi się o pierwszej przedwojennej republice czechosłowackiej i czasem powie się, że ówczesny prezydent zrobił to i to. Wszyscy wiedzą o kogo chodzi, a nazwisko Masaryk za żadne skarby nie padnie. I to jest jak najbardziej w porządku.

 Najlepiej jest więc mówić „ten pisarz”.


 1992.


 Historii stypendystki Joy Buchanan nie napisałem ja, tylko docent literatury amerykańskiej na Uniwersytecie Karola, Radoslav Nenadal. Syn przedwojennego oficera, urodzony w 1929 roku, dziś jeden z najwybitniejszych tłumaczy z angielskiego. Powieść Tudy chodil K. (Tędy chodził K). skończył jeszcze za socjalizmu, w 1987 roku, i oddał do wydawnictwa. Jakimś cudem jej zawartość przed drukiem poznali pracownicy jego uczelni.

 Nikt się do niego nie odzywał przez pół roku.

 Specjaliści od literatury byli jej treścią bardzo dotknięci. Zdawali sobie sprawę, że fabuła jest wymyślona, jednak — jak ktoś zauważył — było to zmyślenie prawdziwe.

 Wydawnictwo nie miało odwagi jej wydać. Wyszła dopiero, gdy upadł socjalizm, a autor był już na emeryturze. W 1992 roku, w wydawnictwie Franz Kafka.

 Jednak wydawnictwo Franz Kafka nie potrafiło jej sprzedać. — Może ludzie nie byli gotowi na takie szyderstwo? — zastanawia się autor. Stosy powieści Tędy chodził K. zalegają więc sklepy sieci Tanie Książki.

 Jeden egzemplarz jest dziś w cenie biletu na tramwaj.

 — Gdyby pan ją zechciał przetłumaczyć na polski — mówi. — Albo chociaż streścić w jakimś waszym czasopiśmie. Może wtedy coś więcej by po niej zostało.

 — Proszę bardzo.

Mariusz Szczygieł 

Gottland 

Nieuchwytna siła

 Marek Rymuszko mówi, że jego przyjaciele reporterzy (od 1990 roku jest szefem reporterskiego stowarzyszenia Krajowy Klub Reportażu) często pytali, jak to możliwe, by ceniony reporter zaczął zajmować się sprawami tak „niepoważnymi”.

Odpowiedź daje w swojej książce Przypadki metafizyczne (2002):

Otóż po pierwsze, uważam, że obowiązkiem reportera jest rejestrowanie wszystkiego, co ciekawe […]. Mój stosunek do zjawisk ze sfery parapsychologii oraz dziedzin pokrewnych określiłbym jako chłodny (w tym sensie, że pozbawiony emocji i niezdrowej ekscytacji), jednocześnie jednak rzeczowy i otwarty. Takiego podejścia nie zmienia fakt, iż wyniki niektórych eksperymentów z udziałem ludzi wykazujących zdolności paranormalne, jakie miałem możność inicjować lub w nich uczestniczyć, okazały się dalekie od oczekiwań, a nawet zniechęcające. […] Co najważniejsze zaś, na podstawie mojego dziennikarskiego doświadczenia mam prawo stwierdzić, że oprócz licznych tego typu doświadczeń, które okazywały się rozczarowujące, było także wiele udanych, co doprowadziło mnie do wniosku, iż fenomeny parapsychiczne stanowią realny fakt. […] Sądzę po prostu, że w każdym przypadku w ostatecznym rozrachunku powinny decydować fakty – i tylko one.

Nieuchwytna siła

Sny magii mogą pewnego dnia stać się


 rzeczywistością i jawą nauki.

prof. James George Frazer

Zapamiętajmy tę datę: noc z 4 na 5 kwietnia 1983 roku. Właśnie wtedy bowiem nastąpił początek wydarzeń, które trwają do dziś.

Mógł to być humbug, typowa dziennikarska kaczka. Nie należało również wykluczać świadomej mistyfikacji. Jadąc po raz pierwszy do Sosnowca, liczyliśmy się zwłaszcza z tą drugą ewentualnością. Już jednak wstępna dokumentacja, którą sporządziliśmy, w szczególności zaś zapoznanie się z relacjami naocznych świadków incydentów w mieszkaniu przy ulicy Plonów 5 w pierwszych dniach kwietnia, pozwoliły przyjąć hipotezę, że zjawiska, o których pierwszy doniósł katowicki „Wieczór”, są autentyczne. Zagadką pozostawała natomiast ich siła sprawcza oraz mechanizm.

Sosnowiecka ulica Plonów nie wyróżnia się niczym szczególnym. Dużo tam starych domów, w większości zbudowanych jeszcze przed wojną, a zamieszkujące tę okolicę rodziny najczęściej są tam zasiedziałe od paru dziesiątków lat.

Państwo Ewa i Andrzej Gajewscy wraz z trzynastoletnią Joanną zajmowali jednopokojowe mieszkanie na parterze budynku przy ulicy Plonów 5. Dziewczynka uczęszczała do szóstej klasy Szkoły Podstawowej numer 1 w Sosnowcu. Jej matka była telefonistką w jednym z miejscowych urzędów, a ojciec – hydraulikiem, pracownikiem Sosnowieckich Odlewni Staliwa. W sumie stanowili przeciętną rodzinę, jakich na Śląsku wiele.

28 czerwca 1982 roku zmarła Maria Tomecka, babka dziewczynki ze strony matki. Wydarzenie to odnotowujemy między innymi dlatego, że z testów psychologicznych, którym później poddano Joasię, wynikało, iż z babką łączył ją silny związek uczuciowy, a śmierć bliskiej osoby pozostawiła w psychice trzynastolatki trwały ślad. Zgon babki nastąpił w czasie wzmożonych przemian hormonalnych w organizmie dziewczynki, związanych z okresem biologicznego dojrzewania.

Dla egzegezy zjawisk zapoczątkowanych „eksplozją” psychokinetyczną w nocy z 4 na 5 kwietnia 1983 roku nie bez znaczenia jest w miarę precyzyjne ustalenie niektórych okoliczności poprzedzających owo wydarzenie. Niestety nie zawsze okazało się to możliwe. Trudno zwłaszcza wykluczyć, że to, co nastąpiło później, zdominowało opcję zainteresowanych w takim stopniu, iż byli oni skłonni przywiązywać nadmierną wagę do rozmaitych epizodów z przeszłości, w istocie zwykłych w swoim codziennym wymiarze.

Pamiętając o tym, nie sposób pominąć przynajmniej dwóch faktów. I tak w relacjach rodziców dziewczynki oraz innych osób, które stykały się z nią w okresie kilku tygodni przed nagłym wystąpieniem zjawisk paranormalnych, powtarza się stwierdzenie, iż Joasia od pewnego czasu „strzelała”. Przypominało to pstrykanie paznokciami czy też suche trzaski (przytaczamy tu określenia użyte przez rozmówców), ogniskujące się wokół osoby nastolatki. Po raz pierwszy wystąpiły one w połowie stycznia 1983 roku (jedna wersja), ewentualnie na początku lutego (wersja druga). Nie zwrócono jednak wtedy na ten fakt większej uwagi, przypisując go po prostu nadmiernej elektryzacji, spowodowanej ciągłym obcowaniem z tworzywami sztucznymi, noszeniem ubrań z wełny itp. Żartowano jedynie, że witając się z Joasią, trzeba uważać, bo mała ostatnio często „kopie”.

Druga okoliczność, która może, choć nie musi, mieć znaczenie dla rejestracji początkowego stadium fenomenu, dotyczy choroby Joasi. Od początku marca 1983 roku dziewczynka cierpiała na przewlekłą grypę. Utrzymywał się kaszel oraz temperatura wykazująca dziwne skoki. Potrafiła ona na przykład nagle, bez żadnej racjonalnej przyczyny, podnieść się do czterdziestu stopni (takie były przynajmniej wskazania termometru), by wkrótce potem opaść i utrzymywać się na poziomie zbliżonym do normalnego. Co ciekawsze, konfrontacja odczytu słupka rtęci z bezpośrednim dotykiem ciała zdawała się wykluczać, by chorą trawiła tak wysoka gorączka. Lekarze, którzy wówczas badali Joasię, uważali przebieg grypy za nietypowy; niektórzy podejrzewali chorobę zakaźną. Nie mogli jednak znaleźć żadnych jej uchwytnych objawów. Pewną rutynowość działań medycznych, jakie w tym przypadku zastosowano, oraz wieńczących je konkluzji można wytłumaczyć tym, iż w Sosnowcu, podobnie jak na całym Śląsku, dzieci stosunkowo często zapadają na zapalenie oskrzeli i dróg oddechowych, co stanowi konsekwencję koegzystencji z wielkim przemysłem powodującym znacznie większe niż przeciętne zanieczyszczenia powietrza.

4 kwietnia 1983 roku był drugim dniem obchodzonych tradycyjnie w całej Polsce Świąt Wielkanocnych. W domu państwa Gajewskich upłynął on spokojnie, jeśli nie liczyć tego, że Joasia czuła się od rana jakby gorzej, narzekając między innymi na uporczywe bóle głowy. Po rodzinnej kolacji Andrzej Gajewski udał się na nocną zmianę do Sosnowieckich Odlewni Staliwa, natomiast dziewczynka wraz z matką oraz dziadkiem Marianem Tomeckim oglądali telewizję.

Ponieważ zrobiło się późno, Marian Tomecki postanowił zanocować w mieszkaniu przy ulicy Plonów i wrócić do domu dopiero następnego dnia. Cała trójka położyła się około północy, przy czym matka spała na leżance w kuchni, zaś dziadek wspólnie z wnuczką na wersalce w pokoju.

Wszystko zaczęło się około trzeciej nad ranem. Właśnie wtedy na głowę Mariana Tomeckiego spadła słomiana mata. Po przebudzeniu próbował ją umocować na ścianie, ale, jak twierdził, mata „wyrywała mu się z rąk, falowała, tańczyła”. W pierwszej chwili pomyślał, że to Joasia płata figle. Okazało się jednak, że mała śpi.

W chwilę później zaś w mieszkaniu rozpętało się piekło.

Według zgodnej relacji wszystkich trzech osób, które wówczas przebywały w domu, w powietrzu nagle zaczęły unosić się różne przedmioty, przede wszystkim talerze oraz szklanki. Niektóre z nich, przelatując z ogromną szybkością przez mieszkanie, z hukiem rozbijały się o ścianę oraz kredens. Rozpryskiwało się szkło, drżały szyby i meble. Fruwały również zapalone niewidzialną ręką zapałki, co – jeśli przyjąć tę obserwację za prawdziwą – jest najtrudniejsze do wytłumaczenia. Bojąc się pożaru, dziadek gonił je po pokoju i rozdeptywał. Natychmiastowe włączenie światła nie położyło kresu dewastacji. Co gorsza, odłamki szkła z rozbitych naczyń, jak gdyby ściągane niewytłumaczalną siłą, zaczęły lecieć w kierunku dziewczynki, kalecząc ją. Koc, którym była przykryta, okazał się tak naelektryzowany, że sypały się z niego iskry.

Zjawisko potęgowało się z każdą chwilą. W tej sytuacji przerażeni domownicy uciekli do mieszkających piętro wyżej sąsiadów – Jana i Gertrudy Jachów, których dobiegające z parteru odgłosy zdążyły już postawić na nogi. Właśnie Jan Jach, u którego dziewczynka z matką oraz dziadkiem znalazły schronienie, był pierwszą postronną osobą mającą możność bezpośredniej obserwacji efektów psychokinetycznych. Jego relację przekazujemy na podstawie zapisu z taśmy magnetofonowej, sporządzonego w grudniu 1983 roku podczas kręcenia materiału filmowego przez ekipę telewizji japońskiej, której towarzyszyliśmy w pracy.

– Czy może pan powiedzieć, jak to wyglądało?

– Obudziliśmy się z żoną, bo z dołu dochodził straszny łomot, jakby naczynia rozbijały się o podłogę albo ktoś walił czymś ciężkim o ścianę. Pomyślałem, że może sąsiad trochę wypił i jest tam awantura rodzinna, co było o tyle dziwne, że Gajewscy należeli do ludzi spokojnych i takie rzeczy u nich się nie zdarzały. Ledwo zdążyłem powiedzieć o tym żonie, gdy pani Gajewska przybiegła do nas z córką i swoim ojcem. Byli bardzo wystraszeni; twierdzili, że w mieszkaniu latają różne przedmioty i jest koniec świata. Prosili, żeby mogli u nas trochę pobyć, bali się do siebie wrócić.

– Jak pan na to zareagował?

– Sądziłem, że to jakieś głupie żarty, i zszedłem z nimi na parter. Po otworzeniu drzwi zobaczyłem, że wszystko w mieszkaniu jest potrzaskane, wszędzie pełno szkła, na ścianach odpryski, słowem pełna ruina.

– Czy wtedy, jak pan tam zszedł, coś latało?

– Wtedy nie. Staliśmy dłuższą chwilę, ale nic się nie działo.

– W takim razie czy widział pan tylko skutki wydarzenia, czy coś więcej?

– To było dopiero za drugim razem.

– Proszę nam o tym opowiedzieć bardziej szczegółowo.

– Kiedy na dole znowu zaczęło trzaskać, poszedłem tam jeszcze raz i wtedy zobaczyłem rozbijające się o ścianę szklanki, garnki, talerze i kupę innych przedmiotów. Był przy tym potworny huk.

– Czy widział pan przedmioty w locie?

– Nie, w locie nie; dopiero gdy uderzały o ścianę. Z tym że w pokoju nikogo nie było; Gajewska i jej córka stały razem ze mną w progu. Te naczynia musiały lecieć z bardzo dużą prędkością, bo w ogóle ich nie było widać, dopóki nie spadły.

– Co pan wówczas zrobił?

– No, jak by to powiedzieć… miałem stracha. Nie wiedziałem, co o tym myśleć, i szybko wróciłem z Gajewskimi na górę.

– Czy podczas pobytu dziewczynki i jej matki w pana mieszkaniu również doszło do samoczynnego przemieszczania się przedmiotów?

– Początkowo nie, dopiero potem.

– Potem, to znaczy kiedy?

– Chyba gdzieś po paru minutach. Żona zrobiła herbatę i zaraz zaczęło „rzucać”. Najpierw „cisnęło” książką, która spadła pod kredens. Joasia Gajewska podniosła ją i położyła na biurku, ale po chwili książka znowu poleciała pod kredens. Nikt nie mógł nią rzucić, bo wszyscy siedzieliśmy w tym momencie parę metrów dalej.

– Co pan jeszcze zapamiętał?

– Dziewczynka wyglądała na chorą, skarżyła się na ból głowy. Jej matka mówiła, że chyba ma gorączkę. Była mierzona temperatura i na termometrze wyskoczyło czterdzieści i pół stopnia. Potem mała zasnęła i wszystko się uspokoiło. (Koniec zapisu).

Zaalarmowany telefonem żony Andrzej Gajewski dotarł do domu około czwartej nad ranem. Początkowo nie bardzo miał na to ochotę, ponieważ zwolnić się z dyżuru w zakładzie nie jest łatwo, a poza tym przypuszczał, że małżonce coś się przywidziało. Już jednak w progu mieszkania przekonał się, że obcuje ze zjawiskiem realnym. Gdy wrócił z rodziną od Jachów i otworzył drzwi, zobaczył w ułamku sekundy przelatujący z kuchni do pokoju kamionkowy garnek, który uderzył w szybę kredensu, tłukąc ją w drobny mak, a następnie sam roztrzaskał się o podłogę.

Kolejne dni nie tylko nie przynoszą uspokojenia, ale świadczą o nasileniu się zjawiska. Niemal nieustannie trzeba zbierać z podłogi szkło – pozostałość po przelotach słoików, szklanek, talerzy, kubków i butelek. Kołaczący o pomoc w lokalnych urzędach Gajewscy traktowani są w dwojaki sposób: jako osoby niezrównoważone psychicznie lub oszuści. Lekarz z pogotowia, który przyjeżdża do gorączkującej Joasi, pyta krótko, kto w rodzinie był chory psychicznie, po czym odjeżdża, pozostawiając dziewczynkę nieprzytomną. Jej rodzice na każdym kroku spotykają się z niedowierzaniem i wrogością. Z powodu powtarzającej się raz po raz kanonady w mieszkaniu mają do nich również pretensję sąsiedzi, którzy nie mogą spać.

Przełomowym momentem okazuje się przybycie funkcjonariuszy milicji z pobliskiego komisariatu, którzy po długich namowach Andrzeja Gajewskiego decydują się w końcu pojechać z nim do mieszkania (jak później powiedzą, oni również sądzili, że w grę wchodzi mistyfikacja).

Pierwszy wieczór upływa spokojnie; nic się nie dzieje. Nad Gajewskimi gromadzą się chmury. Na szczęście dzielnicowy, starszy sierżant Tadeusz Słowik, daje się przebłagać i następnego dnia przychodzi ponownie. Tym razem na efekty, których świadkiem jest również jeden z sąsiadów, nie muszą długo czekać. Kilka minut po powrocie Joasi od lekarza rozpętuje się piekło. Zaczynają latać szklanki, śruby i inne detale. Ich trajektorie są przy tym sprzeczne z elementarnymi prawami fizyki. Przedmioty wylatują na przykład z kuchni, w której nikogo nie ma, a następnie wykonują w powietrzu gwałtowny skręt, lądując w pokoju lub waląc w przeciwległą ścianę. Niektóre przeloty, w odróżnieniu do poprzednich, są dobrze widoczne.

Raport milicji, stwierdzający ponad wszelką wątpliwość, że w mieszkaniu przy ulicy Plonów 5 dochodzi do niewytłumaczalnych zjawisk fizycznych związanych z samoczynnym przemieszczaniem się przedmiotów, sprawia, iż władze miasta decydują się wreszcie potraktować całą sprawę poważnie. W domu Gajewskich zjawia się naczelny architekt Sosnowca Lech Fulbiszewski, któremu towarzyszą pracownicy wydziału urbanistyki. Inżynier Fulbiszewski początkowo sądzi, że przyczyną przesuwania się przedmiotów w mieszkaniu jest osiadanie ścian budynku. W rejonie, gdzie pod ziemią biegną dziesiątki górniczych chodników, taka hipoteza wydaje się w pełni uzasadniona. Oznacza to, że przebywającym tam ludziom zagraża niebezpieczeństwo.

Z oględzin domu wynika, że alarm był fałszywy. Konstrukcja liczącego kilkadziesiąt lat budynku jest prawidłowa; nie widać również najmniejszych oznak zarysowania ścian. Jednocześnie obecni w mieszkaniu urzędnicy są naocznymi świadkami zjawisk, które dotychczas znali jedynie ze słyszenia. Architekt Lech Fulbiszewski wraz z towarzyszącymi mu osobami obserwują między innymi przelot butelki oraz słoika z musztardą z kuchni do pokoju, gdzie rozbijają się one o ścianę. Widzą również, jak rozmaite przedmioty wykonują po mieszkaniu kilkumetrowe skoki, a ręce dziewczynki ściągają odłamki szkła, i to ze znacznej odległości.

W tej sytuacji architekt powiadamia władze miasta o konieczności natychmiastowego przydzielenia rodzinie Gajewskich innego lokalu. Decyzja zostaje podjęta osobiście przez wiceprezydenta Sosnowca magistra Józefa Stankiewicza, który, uzasadniając ją, powie w wywiadzie prasowym: „Oczywiście niecodziennej informacji nie przyjęliśmy bezkrytycznie. Całodobowy dyżur w mieszkaniu państwa Gajewskich pełnił funkcjonariusz milicji i pracownicy urzędu miasta. Przekonaliśmy się naocznie, że niczego nie zmyślono. Przedmioty, szczególnie szklane, rzeczywiście przemieszczały się w kierunku dziecka lokatorów. Już zatem choćby ze względu na samopoczucie i zdrowie dziewczynki, która silnie przeżyła całą historię, byliśmy zobowiązani zrobić wszystko, co w naszej mocy, aby pomóc tym ludziom”.

Wiceprezydent zaznaczył również, że załatwienie od ręki nowego mieszkania należy traktować jako „rutynowe działanie”, gdyż Andrzej Gajewski był od wielu lat członkiem spółdzielni lokatorskiej i rzecz polegała tylko na przyspieszeniu przydziału.

Publiczne wyjaśnienie przez wiceprezydenta miasta motywów podjętej i zrealizowanej w ciągu kilku dni decyzji, co w naszych realiach trzeba uznać za istny ewenement, ma swoje określone powody. W „Trybunie Robotniczej” pojawiła się bowiem notatka, której autor niedwuznacznie zasugerował, że Gajewscy są sprytnymi oszustami, którzy zaaranżowali całą historię wyłącznie w celu wyłudzenia nowego mieszkania. Dla umęczonych do granic wytrzymałości ludzi stanowiło to przysłowiowy gwóźdź do trumny. Kundlizm wspomnianej publikacji był szczególnego rodzaju, jeśli zważyć, że krótko przed wypadkami w nocy z 4 na 5 kwietnia 1983 roku Gajewscy zdecydowali się na gruntowny remont mieszkania przy ulicy Plonów 5, zajmowanego przez nich od kilkunastu lat. Polegał on między innymi na doprowadzeniu wody do lokalu (stało się to możliwe dzięki skanalizowaniu ulicy) oraz urządzeniu łazienki, toalety i kuchni, nie mówiąc o malowaniu ścian i zakładaniu boazerii. Wszystkie te kosztowne roboty – po zaciągnięciu na nie pożyczek – Gajewscy przeprowadzili w przekonaniu, że będą musieli przy ulicy Plonów mieszkać jeszcze ładnych parę lat, nim doczekają się przydziału nowego mieszkania. Publiczne posądzenie ich o starannie zaplanowane oszustwo odczuli więc jako ogromną krzywdę, zwłaszcza że skutki tej publikacji długo jeszcze odczuwali na własnej skórze. Kiedy po przeprowadzce do nowego mieszkania składali podanie o telefon (było już wówczas oczywiste, że niezwykłe efekty nie są związane z określonym miejscem, lecz z osobą trzynastoletniej córki, wymagającej tym samym stałej, bieżącej opieki lekarskiej), zostali po raz kolejny potraktowani jak hochsztaplerzy. Przyjmująca ich wniosek urzędniczka znała po prostu treść notatki w lokalnym dzienniku.

Zupełnie odrębną sprawą był brak dyskrecji autorów niektórych publikacji relacjonujących wydarzenia w sosnowieckim mieszkaniu. Dotyczyło to zwłaszcza reportażu telewizyjnego, w którym bez skrupułów ujawniono dokładny adres rodziny Gajewskich. Na skutki nie trzeba było długo czekać. Pod domem przy ulicy Plonów 5 zaczęły gromadzić się tłumy żądnych sensacji gapiów, którzy na przemian dzwonili do drzwi i walili w okna, domagając się wpuszczenia ich do mieszkania. Do Sosnowca ściągnęli również natychmiast ze wszystkich stron kraju ezoterycy, usiłujący nawiązać kontakt z duchami, rozmaici egzorcyści oraz przedstawiciele podejrzanych sekt. Gajewscy, którzy są katolikami, nigdy zresztą niemanifestującymi przesadnie swojej wiary (w obu mieszkaniach, zarówno w poprzednim, jak i obecnym, nie sposób doszukać się jakichkolwiek rekwizytów świadczących na przykład o religijnym mistycyzmie), zdecydowali się jedynie przyjąć księdza Jana Smoka z miejscowej parafii. Na prośbę rodziny odprawił on w „nawiedzonym” domu modły, co zresztą w niczym nie zmieniło sytuacji (nadal „latało”). Nie przeszkodziło to jednemu z dziennikarzy podać do wiadomości (przy czym owa plotka była uporczywie kolportowana przez kolejnych „przepisywaczy”), że podczas wizyty kapłana w mieszkaniu Gajewskich tajemnicza siła wytrąciła mu z rąk kropidło. Podobnie jak wiele innych utrzymanych w sensacyjnym tonie doniesień, były to wierutne brednie.

Oficjalne potwierdzenie przez władze miasta, że niezwykłe zjawiska fizyczne zachodzące w mieszkaniu przy ulicy Plonów 5 są autentyczne, sprawiło, iż zaczęto się zastanawiać nad ich mechanizmem oraz przyczynami. Po wykluczeniu hipotezy osiadania ścian budynku odwołano się do pomocy radiestetów. Przedstawicielka Stowarzyszenia Radiestetów w Gliwicach magister Jadwiga Zborowska orzekła, że zaobserwowane efekty wiążą się prawdopodobnie „…z bardzo silnym napromieniowaniem mieszkania przez ciek wodny, który biegnie […] wzdłuż ściany, stanowiącej główny cel latających przedmiotów”. Jednocześnie wyraziła przypuszczenie, że swoistym generatorem potęgującym siłę promieniowania może być trzynastoletnia Joasia Gajewska.

Werdykt radiestetów – z braku innego wytłumaczenia – przyjęto z ulgą, która okazała się jednak przedwczesna. Kiedy bowiem rodzina Gajewskich przeprowadziła się do nowego, przydzielonego im mieszkania w podsosnowieckiej Czeladzi, zjawiska… przeniosły się w ślad za nią, zawsze występując w obecności Joasi. To, co było dotychczas jedynie podejrzeniem, stało się więc pewnikiem. Okazało się, że żyły wodne nie mają żadnego wpływu na efekty kinetyczne związane z osobą dziewczynki. Wniosek ten potwierdziło również ustanie zjawisk w mieszkaniu przy ulicy Plonów 5 po wyprowadzeniu się stamtąd rodziny Gajewskich (lokal stał przez dłuższy czas pusty, obecnie zaś mieszkają w nim inni lokatorzy). Natomiast już po kilku dniach pobytu w nowym mieszkaniu wszystko zaczęło się od nowa: potłuczone naczynia, „wprasowane” w ścianę setki drobin szkła (pozostałość po przelotach), wibracja mebli, samoczynne odkręcanie się kranów. Wówczas to właśnie – bodaj po raz pierwszy – w obiegu pojawił się termin „psychokineza”, który zresztą sam przez się niewiele jeszcze wyjaśniał.

Podjęliśmy wtedy próbę sporządzenia w miarę uporządkowanego zapisu niezwykłych efektów fizycznych, co, jak sądziliśmy, stworzyłoby szansę uchwycenia towarzyszących im prawidłowości. Okazało się to trudne, jeśli nie niemożliwe, i na dobrą sprawę konkluzja ta zachowuje swoją aktualność do dziś.

Po pierwsze, nie udało się stwierdzić jakichkolwiek korelacji pomiędzy określoną porą dnia czy nocy a samoczynnym przemieszczaniem przedmiotów. Dochodziło do niego zarówno w dzień, jak i w nocy; podczas snu dziewczynki i w toku zwykłych, normalnych zajęć. Nigdy też, przynajmniej w początkowej fazie, efekty kinetyczne nie były poprzedzone wyraźnym sygnałem, zapowiadającym możliwość ich rychłego wystąpienia. Niekiedy, ale tylko niekiedy, słyszano wcześniej trzaski przypominające pstrykanie paznokciami, o których już pisaliśmy. Było przy tym pewne, że Joasia nie ma żadnego wpływu na to, co się wokół niej dzieje. Mówiąc innymi słowy, manifestacje kinetyczne występowały bez zamysłu czy też woli dziewczynki.

Nie powiodła się również próba znalezienia odpowiedzi na pytanie, czy istnieje współzależność między rodzajem materiału, z jakiego sporządzony jest przedmiot, a jego zdolnością do samoczynnego przemieszczania się. Zgodnie z relacjami świadków w mieszkaniu latało wszystko – od naczyń i sztućców poczynając, poprzez metalowe śruby, a na butach i szczotce do włosów kończąc.

Ze szczotką wiąże się zresztą pewien zabawny epizod, który jest jednym z nielicznych śladów mogących sugerować związek między procesami, jakie zachodzą w mózgu dziewczynki, a efektami kinetycznymi. Zdarzyło się mianowicie, że podczas snu Joasi leżąca na stoliku szczotka poszybowała do przedpokoju, gdzie po uderzeniu w ścianę upadła na podłogę. Badana później przez psychologa nastolatka twierdziła, że tamtej nocy śniło jej się, iż poszła do fryzjera, który jednak źle obciął jej grzywkę, czym była bardzo zmartwiona.

Do żadnych uogólniających wniosków nie prowadziła także analiza samych przelotów. Zazwyczaj następowały one bardzo szybko – tak szybko, że nikt nie widział momentu startu przedmiotu ani jego szybowania. Co najwyżej dostrzegano w ułamku sekundy błyskawicznie poruszający się zamazany kształt, nieomal smugę. Rejestracja wzrokowa okazywała się możliwa dopiero w momencie uderzenia obiektu o przeszkodę. Jednocześnie towarzyszący temu efekt dźwiękowy był nieproporcjonalnie głośny w stosunku do masy poruszającego się przedmiotu, jego ciężaru oraz materiału, z jakiego został zrobiony.

Istotę tego spostrzeżenia najlepiej bodaj oddaje porównanie użyte przez jednego ze świadków. Według jego relacji szklanka, która rozbiła się o ścianę (i która musiała przylecieć z kuchni, gdyż w pokoju, gdzie siedział wspólnie z rodziną Gajewskich, nie było w tym momencie żadnych przedmiotów ze szkła), rozprysła się z takim hukiem, że w pierwszej chwili pomyślał, iż nastąpiła implozja kineskopu w telewizorze.

Równocześnie jednak zdarzały się wolne, doskonale widoczne przeloty. Tak było na przykład z pozostawioną w kuchni szklanką zawierającą niedopitą herbatę. Najpierw poszybowała ona wolno do sypialni Joasi, znacząc za sobą ślad w postaci smugi rozlanego na podłodze płynu, a następnie, odepchnięta niewidzialną siłą, zawróciła w stronę dużego pokoju.

Jakby i tego było mało, w opisach niektórych zjawisk pojawiły się elementy stawiające pod znakiem zapytania wszelkie rzeczowe próby ich analizy. Do takich przypadków zaliczyliśmy samoczynne odkręcanie się kranów, kilkakrotne przewracanie się i obracanie w kółko ciężkiej maszyny do szycia oraz „falowanie” na podłodze węża nieczynnego odkurzacza. Relacje te, podobnie jak pozostałe, postanowiliśmy włączyć do dokumentacji, odnosząc się do nich jednak ze zrozumiałym sceptycyzmem).

Kolejne rutynowe badania lekarskie, którym poddano trzynastoletnią Joasię na przełomie kwietnia i maja 1983 roku, nie przyniosły rezultatów. Mimo iż dziewczynka uskarżała się na złe samopoczucie, a zwłaszcza bóle głowy, nie znaleziono ich żadnej uchwytnej przyczyny. Nadal przy tym powtarzały się nieuzasadnione skoki temperatury (w trakcie jednego z jej pomiarów trzeba było na przykład zastosować termometr kąpielowy, gdyż na zwykłym lekarskim zabrakło skali), a podczas badania EKG ni stąd, ni zowąd pękła szyba pulpitu w aparacie.

Niestety większość lekarzy, do których w tym okresie trafiła Joasia, traktowała ją jako osobę niezrównoważoną psychicznie lub oszustkę. Tak było między innymi w szpitalu pediatrycznym, gdzie po przeprowadzeniu badań nastolatce oraz jej rodzicom zarzucono urojenia.

Sprawa zaczęła przypominać klasyczny pat. […]

Dotychczas poświęciliśmy stosunkowo mało uwagi samej Joasi, środowisku, w jakim żyje i na co dzień przebywa, reakcjom jej otoczenia, zwłaszcza grona rówieśników, a także osobistemu stosunkowi dziewczynki do zjawisk, z którymi stanęła nagle oko w oko. Refleksje i spostrzeżenia, którymi chcemy się podzielić z czytelnikiem, stanowią efekt naszych kilkuletnich obserwacji i niezliczonych rozmów z Joasią. Wyprzedzają one niejako w czasie pewne istotne fakty, modelujące dalszy bieg zdarzeń, ale pominięcie tego, co składa się na obraz psychologiczny i środowiskowy całej historii, nieuchronnie zubożyłoby reporterski zapis, utrudniając zrozumienie niektórych jego ważnych elementów.

Zacznijmy od tego, że Joasia (metr sześćdziesiąt cztery wzrostu, dokładna data urodzenia: 25 marca 1970 roku) wbrew potocznemu mniemaniu, z jakim się nieraz mieliśmy okazję spotkać, nie ma w sobie niczego demonicznego. Jest przeciętną (w sensie warunków, w jakich się wychowała i dojrzewała) dziewczynką o pogodnym usposobieniu i miłej powierzchowności. W momencie, kiedy zetknęliśmy się z nią po raz pierwszy, sprawiała wrażenie zakłopotanej i zaskoczonej sytuacją, w jakiej się znalazła. Z czasem oswoiła się z nią na tyle, że zaczęła traktować zjawiska zachodzące w jej obecności jako nieodłączny i do pewnego stopnia zabawny rekwizyt codzienności.

Taka postawa niewątpliwie ułatwiła adaptację do życia w niezwykłych, bądź co bądź, warunkach, ale też powodowała nieraz ze strony najbliższych wyrzuty czy posądzenia o celowe figle. Skutki zjawisk psychokinetycznych nierzadko godziły bezpośrednio w samą dziewczynkę. Tak było w przypadkach, gdy lecące w kierunku Joasi odłamki szkła dotkliwie ją kaleczyły. Często jednak – a słowa tego używamy nie bez powodu – doświadczali ich na własnej skórze inni. Siłą rzeczy nasuwało to podejrzenie świadomego działania ze strony nastolatki, mimo iż nigdy takie nie było.

Przykładów tego typu incydentów można przytoczyć wiele. Dziadka Joasi Mariana Tomeckiego wielokrotnie na przykład uderzały w głowę lecące buty (nieznana siła, wprawiająca w ruch przedmioty w otoczeniu Joasi, na równi z naczyniami i sztućcami upodobała sobie właśnie obuwie domowników). Innym razem kolega z pracy Andrzeja Gajewskiego, montując z nim w pokoju regał, został ugodzony sporej wielkości śrubą. Również koleżankę Joasi, siedemnastoletnią Dorotę Sowę, która w czerwcu 1983 roku odwiedziła mieszkanie państwa Gajewskich, startujący gdzieś z parapetu garnek omal nie trafił w głowę. Przed skutkami dalszego „bombardowania” uchroniło dziewczynę schowanie się za szafę. Kiedy nam później o tym opowiadała, mimo iż od incydentu upłynęło już kilka miesięcy, nadal sprawiała wrażenie wystraszonej. Odtąd też znacznie rzadziej przychodziła do Joasi, co zresztą – uprzedźmy od razu fakty – nie miało o tyle znaczenia, że efekty kinetyczne, początkowo zachodzące głównie w mieszkaniu rodziny Gajewskich, z czasem zaczęły występować również w innych pomieszczeniach (między innymi w szkole, kinie oraz sanatorium), przenosząc się niejako w ślad za Joanną. Warto wreszcie wspomnieć o zdarzeniu, którego pechowym uczestnikiem był doktor Eustachiusz Gadula. Podczas jednej z wizyt lekarza w domu dziewczynki szybujący z ogromną szybkością kałamarz z atramentem ochlapał od góry do dołu jego nowy garnitur.

Mieszkanie państwa Gajewskich w Czeladzi przypomina pobojowisko. Liczne odpryski i zacieki na ścianach (zwłaszcza w przedpokoju, gdzie efekty kinetyczne występują ze szczególną siłą), zniszczone, podziurawione drzwi do łazienki, wbite w mur dziesiątki odłamków szkła i zdemolowane meble skutecznie zniechęcają do ponownego remontu i uporządkowania otoczenia. Ponownego, bowiem ojciec Joasi w 1985 roku remont taki przeprowadził. Była to jednak w całym tego słowa znaczeniu syzyfowa praca, ponieważ już wkrótce przedpokój został doszczętnie zdewastowany.

Wszystko to powodowało – i powoduje do dziś – poważne straty materialne, rujnując rodzinny budżet. Gajewscy nie należą do ludzi zamożnych. Pani Ewa jako telefonistka zarabia niewiele. Jej mąż, pracujący obecnie w przedsiębiorstwie gospodarki komunalnej – nieco więcej, w sumie jednak nie tyle, by nadążyć z uzupełnianiem niszczonej ciągle zastawy stołowej oraz innych sprzętów. Wywołuje to zrozumiałą gorycz domowników, zwłaszcza zaś matki, która jest chodzącym kłębkiem nerwów. „Trzęsienia ziemi”, do jakich raz po raz dochodzi w mieszkaniu, przeżywa bardzo ciężko. Przez pierwsze tygodnie płakała, posądzając córkę, że robi jej na złość. Kiedy później przekonała się, że Joanna nie ma wpływu na to, co się dzieje, z wolna pogodziła się z nową sytuacją, ale ilekroć coś w mieszkaniu leci, dominującym uczuciem jest lęk i obawa.

Do tego dochodzą kłopoty z garderobą. Specjaliści orzekli, że nastolatka powinna bezwzględnie unikać materiałów łatwo elektryzujących się, i zalecili przede wszystkim noszenie bawełny. Problemem jest również kupno odpowiedniego obuwia, które redukowałoby do minimum gromadzenie się ładunków elektrostatycznych.

Joasia – rzecz godna odnotowania – na przekór wszystkiemu pragnie żyć normalnie, jak jej rówieśnicy. Wymaga to niemałej dozy odporności psychicznej oraz narzucenia sobie pewnych ograniczeń.

Dziewczynka na przykład bardzo lubi zwierzęta, które jednak w jej otoczeniu czują się źle. Nie w tym sensie, by nie odwzajemniały sympatii, jaką są obdarzane, ale silniej niż ludzie reagują na przepływ ładunków kumulujących się w otoczeniu nastolatki. Pierwszy pies Joasi, jej ulubiony pudel, w kilka tygodni po wystąpieniu pierwszych objawów efektów kinetycznych zaczął chorować, aż wreszcie zdechł. Zaobserwowano przy tym pewną prawidłowość: mianowicie na krótko przed przemieszczaniem się przedmiotów czworonóg krył się w bezpieczne miejsce, jak gdyby wyczuwając to, co ma nastąpić. „Nie przyjął się” również następny szczeniak, którego Joasia przyniosła do domu. Kolejny pies – odpukać – przystosował się do niecodziennych warunków i jak na razie wszystko jest w porządku. Trudno jednak przewidzieć dalszy rozwój wypadków.

Sama Joasia sprawia wrażenie, jakby zupełnie nie interesowały jej próby wyjaśnienia tego, co się wokół niej dzieje. Podarowane książki z dziedziny psychotroniki po pobieżnym przejrzeniu (jak odnieśliśmy zresztą wrażenie, bardziej z uprzejmości wobec ofiarodawców niż wewnętrznej potrzeby) schowała gdzieś na dnie szuflady.

– Joasia – twierdzi doktor Gadula – po prostu pewnych rzeczy nie przyjmuje do wiadomości i uważa zagłębianie się w nie za stratę czasu.

Kiedy Gajewscy mieszkali jeszcze przy ulicy Plonów, wydarzenia, do jakich tam doszło, powodowały nie zawsze przyjazne reakcje wobec dziewczynki. Niektóre dzieci (a niestety także i dorośli) potrafiły wołać za nią „czarownica” lub „elektrownia”, co już było nieco przyjemniejszym epitetem. Nie ulegało przy tym wątpliwości, że w zgromadzonym pod oknami tłumie gawiedzi byli i tacy, którzy – gdyby cała rzecz wydarzyła się parę wieków wcześniej – zgłosiliby się na ochotnika do podpalenia stosu.

W czasie gdy wystąpiły pierwsze zjawiska kinetyczne, Joasia uczęszczała do Szkoły Podstawowej numer 1 w Sosnowcu przy alei Niepodległości 11. Fakt ten możemy ujawnić, ponieważ obecnie Joanna jest już uczennicą liceum i jej byłym pedagogom nie grozi inwazja podobna do tej, której widownią było mieszkanie państwa Gajewskich.

Wiosną 1983 roku trwająca kilka tygodni choroba Joasi spowodowała znaczne zaległości w nauce, to zaś, co nastąpiło w kwietniu, skomplikowało sytuację w dwójnasób. Był nawet moment, że promocja do siódmej klasy stanęła pod znakiem zapytania. I nie wiadomo, jak potoczyłyby się szkolne losy nietypowej uczennicy, gdyby nie fakt, iż miała ona szczęście natrafić na wysokiej klasy pedagogów; ludzi, którzy – po przekonaniu się, iż niezwykłe doświadczenia, jakie stały się udziałem dziecka, nie są urojeniami – umieli wczuć się w jego sytuację i pomogli przetrwać pierwszy, najtrudniejszy okres.

Cała rzecz nie sprowadziła się przy tym jedynie do indywidualnego potraktowania dziewczynki w procesie dydaktycznym. Równie ważne było wytworzenie wokół niej w szkole atmosfery wolnej od sensacji, a zarazem eliminującej przejawy niewłaściwego stosunku ze strony rówieśników.

Szkołę, w której uczyła się Joasia, odwiedzaliśmy wielokrotnie, zawsze wynosząc stamtąd jak najlepsze wrażenie. Dotyczyło to zwłaszcza dyrektorki Anny Wudzke i wychowawczyni Joasi Janiny Ostrowskiej. Obie otoczyły dziewczynkę troskliwą opieką, pozostając w stałym kontakcie z rodzicami oraz lekarzem. Nic więc dziwnego, że mimo przeprowadzki do Czeladzi Joanna zdecydowała się kontynuować naukę w dotychczasowej szkole, co wiązało się odtąd z długimi i uciążliwymi dojazdami.

Kiedy po raz pierwszy zetknęliśmy się z Janiną Ostrowską (z wykształcenia polonistka), najbardziej interesował nas problem, w jaki sposób poradziła sobie z unormowaniem w szkole sytuacji, w której znalazła się dziewczynka.

– Oczywiście nie było to łatwe – usłyszeliśmy. – Miałam jednak pełną świadomość, że przemilczenie problemu niczego nie załatwi. Dlatego po powrocie Joasi do klasy postanowiłam poświęcić jej specjalną lekcję. Chodziło mi przede wszystkim o zdjęcie z całej sprawy aury niezdrowej sensacji. Napisałam na tablicy zdanie, które potraktowałam jako myśl przewodnią. Brzmiało ono: „Nasza koleżanka jest taka sama jak my, choć trochę inna”. Wytłumaczyłam, że to, co dzieje się wokół Joasi, jakkolwiek niezwykłe, nie ma nic wspólnego z duchami, a nauka wcześniej czy później wyjaśni mechanizm tych zjawisk. To był bardzo ważny, powiedziałabym nawet przełomowy moment, gdyż, o ile wiem, Joasia od tamtej pory nie spotykała się z szykanami lub złośliwościami ze strony rówieśników. Co więcej, oni później tak bardzo się z nią identyfikowali, że kiedy przyjeżdżali do nas na przykład zagraniczni dziennikarze, klasa manifestowała na każdym kroku swoją dumę z faktu, iż to właśnie ktoś z najbliższego koleżeńskiego grona jest obiektem publicznego zainteresowania.

W sensacyjnych doniesieniach prasowych, towarzyszących pierwszej fazie fenomenu, pojawiły się między innymi informacje, jakoby trzynastolatka płatała również rozmaite psikusy w szkole, wytrącając na przykład kredę z ręki prowadzącemu lekcję nauczycielowi. Była to nieprawda, podobnie jak historia z księdzem i kropidłem. Efekty kinetyczne podczas pobytu Joasi w szkole podstawowej zdarzały się niezwykle rzadko i na dobrą sprawę, poza jednym bodaj wyjątkiem, ich stopień wiarygodności nie wydaje się znaczny. W przypadku, o którym mowa, Joasia spóźniła się na lekcję, a ponieważ obawiała się reprymendy ze strony nauczycielki, stała przez pewien czas pod drzwiami, nie wiedząc, co ma zrobić. Kiedy zaś wreszcie nacisnęła klamkę, w tym samym momencie z jednej z półek spadła – bez żadnej uzasadnionej przyczyny – doniczka z kwiatkiem. Było to jesienią 1983 roku (dokładnej daty tego incydentu, przewijającego się w relacjach wielu osób, nie udało się niestety ustalić).

Wychowawczyni potwierdziła natomiast w rozmowach z nami zdolności telepatyczne dziewczynki. Jak utrzymywała, zdarzało się niejednokrotnie, że Joasia wywołana do odpowiedzi nie bardzo radziła sobie z materiałem. Dotyczyło to w szczególności pytań z zakresu gramatyki.

– Starałam się wówczas – opowiadała Janina Ostrowska – pomóc Joasi w taki sposób, że w myślach formułowałam prawidłową odpowiedź. Nie zawsze stanowiło to zresztą rezultat jakiegoś skonkretyzowanego zamysłu. Ja po prostu bardzo tę dziewczynę lubiłam i podświadomie zależało mi, żeby wypadła jak najlepiej. Zaobserwowałam, że Joanna zaraz po tym udzielała poprawnej odpowiedzi na zadane pytanie, co jeszcze samo w sobie nie byłoby takie dziwne, gdyby nie fakt, że wypowiadane przez nią zdanie pod względem konstrukcji i stylu często było bardzo zbliżone do tego, jakie układałam w myślach. Na podstawie wielu doświadczeń mam prawo sądzić, że jest mało prawdopodobne, aby w grę wchodził wyłącznie przypadek.

Spostrzeżenie Janiny Ostrowskiej pośrednio potwierdza wydarzenie na lekcji matematyki. Nauczycielka poleciła Joasi rozwiązać zadanie na tablicy. Dziewczynka najpierw nie mogła sobie z nim poradzić, a w chwilę potem – jak gdyby kierując się nagłym impulsem – szybko napisała jego wynik. Był on całkowicie błędny, chciałoby się rzec – ni z gruszki, ni z pietruszki, i Joasia dostała dwóję. Bliższa analiza tego przypadku wykazała jednak zdumiewającą okoliczność, co matematyczka uświadomiła sobie dopiero po jakimś czasie. Okazało się, że w momencie gdy dziewczynka męczyła się przy tablicy z pechowym dla niej równaniem, nauczycielka w myślach rozwiązywała już następne zadanie, które zamierzała podyktować. Jego wynik był dokładnie taki, jaki uczennica napisała na tablicy.

W późniejszej rozmowie z nami Joasia przyznała, że w krytycznym momencie w ogóle nie zastanawiała się, jak prawidłowo rozwiązać równanie. Myślała jedynie o tym, by zadowolić matematyczkę, której się bała. Ponieważ wiedziała, że nauczycielka zna rozwiązanie, skoncentrowała się na niej i, jak mówi, „coś” podpowiedziało jej wynik.

Gwoli uzupełnienia trzeba jeszcze odnotować, że podczas zaimprowizowanych na lekcjach doświadczeń (klasa prosiła Joasię, by pokazała, co potrafi) co najmniej dwukrotnie wystąpiły interesujące efekty fizyczne. W pierwszym przypadku dziewczynka, zbliżając rękę do baterii (odległość wynosiła kilka centymetrów), zgasiła podłączoną do niej żaróweczkę, w drugim – przesuwając dłoń wzdłuż kolby laboratoryjnej, spowodowała wyraźne odchylenie się w wodzie strużki nadmanganianu potasu (sztuka ta nikomu innemu się nie powiodła). Nie znając dokładnie warunków, w jakich przeprowadzone były oba doświadczenia, trudno ocenić w pełni wiarygodność osiągniętych rezultatów. Biorąc jednak pod uwagę fakt, iż relacja pochodzi od nauczyciela, celowe wydaje się ich odnotowanie. Od siebie możemy dodać, że podobne eksperymenty, przeprowadzone przez nas w kilka miesięcy później z udziałem kamery, nie powiodły się. […]

Podczas naszego ostatniego – przed złożeniem maszynopisu w wydawnictwie – pobytu w Czeladzi (jesień 1986 roku) nagraliśmy rozmowy z kolejnymi naocznymi świadkami efektów kinetycznych. W  p r z e w a ż a j ą c e j  liczbie przypadków zjawiska widziały jednocześnie co najmniej dwie osoby, nierzadko zaś było ich więcej. […]

Agnieszka Grygiel – uczennica Liceum Medycznego:

– Przed kilkoma tygodniami, dokładnej daty sobie nie przypominam, byłam świadkiem w mieszkaniu Joanny Gajewskiej przelotu szklanki oraz kubka. Szklanka ta uderzyła w głowę naszą koleżankę Joannę Potępę.

Joanna Potępa, uczennica Liceum Medycznego:

– Wielokrotnie widziałam przeloty różnych przedmiotów w obecności Joasi. Między innymi podczas niedawnej wizyty w mieszkaniu naszej koleżanki Renaty Bęben doszło do nagłego przemieszczenia się szklanki, która uderzyła mnie w głowę. Innym razem, gdy wychodziłyśmy od Joasi z domu, ugodził mnie w plecy nóż.

Szymon Siedlecki, uczeń Liceum Ogólnokształcącego w Będzinie:

– Byłem u Joanny wspólnie z naszym kolegą Wojciechem Dudałą. Widzieliśmy wówczas między innymi przelot butelki, która uderzyła w kant ściany. Natomiast kiedy opuszczaliśmy razem z Joasią mieszkanie, wyleciała za nią na klatkę schodową buteleczka z kroplami nasercowymi. Podobny wypadek zdarzył się w szpitalu, gdzie Joasia w ramach zajęć szkolnych odbywała prace społeczne, a ja do niej wstąpiłem. Przechodząc korytarzem, usłyszeliśmy głośny brzęk. Po rozejrzeniu się zobaczyliśmy słoik, który uderzył o parapet i stłukł się. Sprzątaczka miała o to do nas pretensje, gdyż sądziła, że urządzamy jej kawały. W tym samym czasie za Joasią wyleciało jakieś lekarstwo w buteleczce, która upadła na podłogę. Natychmiast ją odnieśliśmy do gabinetu zabiegowego, ale pielęgniarka nie zgodziła się przyjąć lekarstwa. […]

Pytanie do Szymona Siedleckiego:

– Czy możesz opisać charakter zjawisk, które zaobserwowałeś w mieszkaniu Joasi Gajewskiej 17 lutego 1986 roku?

Odpowiedź:

– Latało normalnie, trywialnie można powiedzieć, jak zawsze. Pamiętam tylko, że oprócz tego powyginało wtedy krany w kuchni i łazience. […]

Joasia w nowej szkole cieszy się dobrą opinią. Kiedy po zdaniu egzaminu wstępnego została przyjęta do Liceum Medycznego, nikt z pedagogów nie kojarzył jej osoby z prasowymi relacjami sprzed dwóch i pół roku, o których już zdążono zapomnieć. Trudno się temu dziwić, gdyż nazwisko „Gajewski” jest dość popularne, zaś rodzice woleli na wszelki wypadek nie obnosić się z fenomenem córki. […] W przyszłości zgodnie z wybranym przez siebie kierunkiem nauki Joasia chce zostać pielęgniarką.

Czy fenomen Joanny Gajewskiej ze Śląska będzie trwał jeszcze długo? Nie ma dziś człowieka potrafiącego odpowiedzieć na to pytanie. Jeśli – jak chcą niektórzy – „sprawcą” efektów kinetycznych miałyby być istotnie gwałtowne przemiany zachodzące w organizmie, trudno wykluczyć, że wraz z zakończeniem okresu dojrzewania niezwykłe zjawiska zanikną. […] To, co stanie się jutro, pozostaje wielką niewiadomą. […]

Od redakcji antologii: Tak też się stało, zjawiska zanikły wraz z osiągnięciem dojrzałości przez bohaterkę reportażu.

Anna Ostrzycka, Marek Rymuszko, Nieuchwytna siła, Warszawa: Oficyna Literatów Rój, 1989, s. 25–38, 53–60, 233–240

Za Antologia polskiego reportażu

XX wieku

Tom 2 1966–2000

pod redakcją Mariusza Szczygła