Pokochanie innej osoby dowodzi zmęczenia samotnością: jest więc tchórzostwem i zdradą wobec samego siebie (jest rzeczą najwyższej wagi, abyśmy nikogo nie kochali). Fernando Pessoa
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jęczmyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jęczmyk. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 31 maja 2016
czwartek, 19 maja 2016
niedziela, 1 maja 2016
Roztwór, który można wlać do naczynia o dowolnym kształcie
Myślę o artykule traktującym o kolejnym podejściu do zrealizowania
utopii: po faszyzmie i komunizmie nowa globalistyczna utopia nie
potrzebuje już człowieka o określonych cechach. Dziś jest
zapotrzebowanie na „człowieka bez właściwości”, nie na kryształ, ale na roztwór, który można wlać do naczynia o dowolnym kształcie.
Wywiad z Lechem Jęczmykiem →
Wywiad z Lechem Jęczmykiem →
poniedziałek, 10 lutego 2014
Czy pan istnieje mister Lem?
Załączam
list profesora Darko Suvina jako uzupełnienie informacji, którą
wysłałem poprzednio. Jest to mój pierwszy kontakt z profesorem
Suvinem. Załączam też nazwiska trzech marksistów, o których
informowałem poprzednio na podstawie osobistych z nimi kontaktów.
Są to Peter Fitting, Fredric Jameson i Franz Rottensteiner, który
jest oficjalnym agentem Stanisława Lema na Zachodzie. Tekst listu
wskazuje na rozległe wpływy czasopisma "Science-Fiction
Studies".
Rzecz
nie w tym, że osoby te są marksistami albo nawet że Fitting,
Rottensteiner i Suvin są obcokrajowcami, ale w tym, że wszyscy oni
bez wyjątku są posłusznymi wykonawcami rozkazów Stanisława Lema
z Krakowa w Polsce, stuprocentowego funkcjonariusza partyjnego (wiem
to na podstawie jego publikowanych materiałów oraz osobistych
listów do mnie i do innych osób). Ta komórka partii zza żelaznej
kurtyny - Lem jest najprawdopodobniej wieloosobowym komitetem, a nie
pojedynczym osobnikiem, gdyż pisze wieloma stylami i raz zna
niektóre obce języki, a raz nie - dąży do zdobycia
monopolistycznej pozycji pozwalającej kontrolować opinię poprzez
krytykę i artykuły pedagogiczne, stanowiąc zagrożenie dla całej
naszej dziedziny science fiction z jej swobodną wymianą poglądów
i myśli. Peter Fitting zaczął dodatkowo recenzować książki dla
czasopisma "Locus" i "Galaxy". Partia ta posiada
(w USA) wydawnictwo publikujące dużo kontrolowanej przez nią
science fiction. W przesłanych wcześniej materiałach wskazywałem
już na penetrację przez nich kluczowej publikacji naszej
organizacji zawodowej - Science Fiction Writers of America.
Udało
im się osiągnąć swoje cele głównie w dziedzinie prac
akademickich, recenzji książkowych i prawdopodobnie przez naszą
organizację uzyskali wpływ na przyznawanie nagród. Myślę jednak,
że obecnie ich kampania na rzecz propagowania Lema jako wybitnego
powieściopisarza i krytyka traci impet i zaczyna napotykać poważny
opór: 1/ ujawnia się, że twórcze zdolności Lema były
przereklamowane i 2/ w brutalnych, obraźliwych i zupełnie nie
umotywowanych atakach na amerykańską science fiction i jej
amerykańskich autorów Lem posunął się za daleko i zbyt szybko
zraził sobie wszystkich poza wiernymi członkami partii (ja jestem
jednym z tych zrażonych).
Byłoby
bardzo groźne dla naszej dziedziny, gdyby się okazało, że znaczna
część naszej krytyki, prac naukowych i wydawnictw jest całkowicie
podległa jakiejś anonimowej grupie z Krakowa. Nie wiem jednak, co
można na to poradzić.
Takich
listów do FBI w Los Angeles Philip Dick wystał co najmniej 21 (tyle
się zachowało). Stanisław Lem jawi się w nich jako potężny
agent KGB, a być może jako kryptonim całej organizacji działającej
z tajemniczego Krakowa. Kiedy francuska telewizja zaprosiła Dicka do
Paryża na wywiad, natychmiast zorientował się, że to kolejna
sprawka Lema. Pojadę do Paryża, stamtąd porwą mnie do Warszawy,
potem do Krakowa, a potem Bóg wie dokąd - skarżył się do FBI.
Czy
Dick wierzył w to, co pisał? Jego długoletni przyjaciel Ray Nelson
twierdzi, że Dick święcie wierzył we wszystko, co pisał. Także
w powieściach. Podstawą teorii konspiracji lemowsko-krakowskiej
stało się wydanie "Ubika" w serii "Stanisław Lem
poleca". Dick, żyjący wówczas jeszcze w wielkiej biedzie,
wyobraził sobie, że polskie wydanie uczyni go bogaczem. Kiedy
doznał zawodu, uznał, że to Lem zagarnął jego fortunę.
Stanisław
Lem odpowiadając na zarzuty Dicka napisał, że nie należy
publikować listów Dicka, gdyż powinny one interesować tylko
psychiatrę. A jednak związek między psychiką pisarza a jego
dziełem jest rzeczą wartą badania. Pisząc i mówiąc o Dicku
niejednokrotnie porównywałem go do Van Gogha i Dostojewskiego jako
do ludzi, którzy bywali za granicą naszego świata, ale potrafili
nadsyłać stamtąd dziwne wprawdzie, lecz sensowne komunikaty. U
Dicka zwłaszcza to przekraczanie granicy światów jest stale
odczuwalne.
Intuicja
porównująca tych trzech bardzo różnych twórców (wszyscy
normalni ludzie są do siebie podobni, wariatem jest każdy po
swojemu) znalazła niespodziewane wsparcie ze strony amerykańskich
psychiatrów. Twierdzą oni, że odkryli jednostkę chorobową, którą
nazwali temporal lobe epilepsy. Jej objawy obejmują halucynacje,
manie religijne i przymus pisania. Jako typowych nosicieli tego
schorzenia wymienia się... Dostojewskiego, Van Gogha i Lewisa
Carrolia. Dick do tych typowych objawów dodał całą wiązkę
własnych, oryginalnych. Między innymi przez całe życie
towarzyszyła mu myśl o siostrze-bliźniaczce, która zmarła w
wieku sześciu tygodni. Dick wyobrażał sobie, że jego siostra,
ciemnowłosa dziewczyna, rośnie wraz z nim, wprowadzał ją do
swoich powieści, a teraz leży z nią w jednym grobie w Fort Morgan
w Colorado.
Dick
wierzył, że w roku 1974 został trafiony jak święty Paweł
liliowym promieniem światła, który przekazał mu między innymi
łacińską nazwę choroby syna. (Lekarze rzeczywiście zrewidowali
swoją diagnozę). Uważał, że jest wcieleniem proroka Eliasza i że
został fizycznie przeniesiony do starożytnego Rzymu. Był
przekonany, że Harrison Ford, z którym się zetknął przy okazji
kręcenia filmu "Blade Runner" ma go zamordować. W tej
sytuacji przekonanie, że Lem to kryptonim marksistowskiej jaczejki
mającej opanować amerykański rynek SF należy uznać za jedną z
pomniejszych obsesji Dicka. Życie tego człowieka musiało być
piekłem, a pisanie stanowiło dla niego jedyną terapię. I na tym
polega cud literatury i wszelkiej sztuki, że z cierpienia artysty
rodzi się perła, którą my potem możemy podziwiać.
Lech Jęczmyk
Nowa
Fantastyka - wrzesień 1991 r.
niedziela, 9 lutego 2014
Posłowie do „Człowieka z Wysokiego Zamku”
Philip
K. Dick (1928-1982) jest jednym z najwybitniejszych, może
najwybitniejszym pisarzem, jakiego wydała amerykańska i światowa
fantastyka naukowa. Mieszkał i tworzył w Kalifornii, najbogatszym
stanie USA, siedzibie słynnych instytucji naukowych i setek
najdziwaczniejszych kultów religijnych, gdzie o kilka ulic od
supernowoczesnego centrum San Francisco można się znaleźć
pośrodku jakby żywcem przeniesionego z Azji Chinatown. Być może
to atmosfera Kalifornii podsunęła Dickowi pomysł
wielopłaszczyznowej budowy jego powieści, których bohaterowie
kursują między różnymi światami. Dick był autorem bardzo
płodnym, nawet jak na warunki amerykańskie, i nie wszystkie z jego
kilkudziesięciu powieści reprezentują równie wysoki poziom, we
wszystkich jednak można odnaleźć centralną myśl jego twórczości:
obsesyjną potrzebę poznania świata, zajrzenia za kulisy
rzeczywistości, ustalenia granic między tym, co obiektywne i
subiektywne.
Człowiek
z Wysokiego Zamku, druga
po Ubiku powieść
Dicka, która ukazała się w Polsce, powstała w roku 1962 i
uzyskała nagrodę Hugo. Autor wykorzystał znaną na terenie
fantastyki ideę światów równoległych, mającą również swoje
opracowanie naukowe w postaci tzw. „metateorii Everetta”, od
nazwiska fizyka z Princeton, Hugha Everetta, który w 1957 napisał
na ten temat pracę doktorską.
W
powieści przecinają się trzy płaszczyzny rzeczywistości: świat
realny dla bohaterów książki, świat książki Abendsena i nasz
świat, istniejący w świadomości czytelnika, a w powieści
pojawiający się na krótko w gorączkowej wizji pana Tagomi.
Szczególny talent Dicka sprawia, że przyjmujemy punkt widzenia pana
Tagomi i wraz z nim odczuwamy nierealność i fantastyczność tego
świata. Bo Dick nie tylko tworzy rzeczywistość, ale i nadaje jej
rzadką plastyczność i sugestywność. Odkładając jego książkę,
musimy – jak po przebudzeniu z niektórych snów – przypomnieć
sobie, gdzie jesteśmy.
Taką plastyczność
ma obraz Kalifornii pod okupacją japońską, będący poniekąd
odwróceniem amerykańskiej okupacji Japonii. Widzimy więc wpływ
japońskiego języka, kultury, obyczaju, a także głębsze wpływy
psychologiczne, jak w przypadku oportunisty i kolaboranta Roberta
Childana. Dążenie do naśladowania zwycięskich Japończyków
walczy w nim z resztkami urażonej dumy narodowej, a na wszystko
nakłada się jeszcze silny wpływ propagandy hitlerowskiej: Childan,
czerpiący wiedzę o świecie z nazistowskich pism ilustrowanych,
wdzięczny jest kulturalnym nordykom za powstrzymanie nawały
brudnych Słowian i komunistów. Jego prymitywizm kompromituje go w
oczach o wiele kulturalniejszych Japończyków, liberalnych państwa
Kasoura.
Dick
wykazał dużo intuicji, pokazując stosunek Japończyków do Żydów,
bo pewne materiały na ten temat ukazały się znacznie później. W
książce M. Tokayera i M. Swartz The
Fugu Plan (1979)
opowiedziana jest historia kilkutysięcznej grupy Żydów, którzy
dzięki pomocy konsula japońskiego w Kownie wyjechali w roku 1940 do
Japonii, skąd zostali przesiedleni do Szanghaju. Hitlerowcy domagali
się ich ekstradycji nawet stamtąd i wówczas jeden z rabinów
został wezwany przed komisję wyższych oficerów japońskich,
którzy zadali mu pytanie, dlaczego Niemcy tak nienawidzą Żydów.
Rabin bez wahania znalazł właściwą odpowiedź: Niemcy nas
nienawidzą za to, że jesteśmy Azjatami. Wysłannik gestapo wrócił
z Szanghaju z kwitkiem.
W
Człowieku z
Wysokiego Zamku, jak
w niewielu utworach science fiction, występuje cała galeria żywych,
trójwymiarowych postaci. Wszyscy oni są jak gracze, usiłujący
poznać tajne reguły gry, w którą zostali wplątani, i wszyscy
przegrywają, rezygnują. Frink nigdy się nie dowie, jaki był
mechanizm jego nagłego aresztowania i równie nagłego uwolnienia.
Tagomi i Wegener kapitulują przed zagadką działania historii.
Tagomi widział nawet przez chwilę inny świat, ale nie ma odwagi
weń uwierzyć, podobnie jak Abendsen, który, będąc głosem
prawdy, sam w nią nie wierzy. Jedynie Juliana, najsilniejsza
psychicznie ze wszystkich postaci książki, ma odwagę wyciągnąć
wszelkie konsekwencje z tego, co podpowiada wyrocznia, i tylko ona
wie, że świat, w którym żyje, jest nierzeczywisty (a w każdym
razie mniej prawdopodobny od świata z powieści Abendsena). Jeszcze
jeden seans z I-cing
i Juliana
potrafiłaby odkryć, że sama jest bohaterką powieści.
Głównym
tematem prozy Dicka jest podejrzliwość w stosunku do fasady świata,
usiłowanie dotarcia do jego ukrytej struktury, zrozumienie jego
praw. We wszystkich utworach spotykamy fałszywą rzeczywistość,
sztucznych ludzi i podrabiane przedmioty. Człowiek
z Wysokiego Zamku
oparty jest na
założeniu, że ludzkość posiada klucz do zagadki rzeczywistości
i że jest nim stara chińska księga I-cing.
Dzieło to,
podsumowujące specyficzne chińskie podejście do świata i do
człowieka, cieszy się wielką popularnością w Stanach
Zjednoczonych, a zwłaszcza w Kalifornii. I-cing
nie tylko zawiera
światopogląd zaskakująco zgodny z osiągnięciami najnowszej
fizyki, ale ma także zadziwiającą zdolność wdawania się w
dialog z pytającym, zmuszając go do ujawnienia nie uświadomionych
często motywacji. Pisze o tym Carl Jung w przedmowie do niemieckiego
wydania księgi. (Bohaterowie Dicka posługują się, nawiasem
mówiąc, dwutomowym przekładem z niemieckiego – obecnie mogliby
korzystać z nowego tłumaczenie Bloefelda z oryginału).
Według
I-cing świat
znajduje się w nieustannym ruchu, jest żywym splotem działających
na siebie, krzyżujących się potężnych i słabszych linii. Za
pomocą heksagramu możemy uzyskać wgląd w układ sił właściwy
danej chwili, a to, przy umiejętnej interpretacji, pozwala wybrać
właściwe postępowanie.
Wyrażone
w Człowieku z
Wysokiego Zamku i w
innych powieściach Dicka poczucie nietrwałości otaczających nas
struktur i życia w jednej z wielu możliwych rzeczywistości jest
zapewne odbiciem sytuacji współczesnego człowieka, dla którego
przesunięcie w czasie (postarzenie się o dziesięć lat) lub
przestrzeni (godzina lotu odrzutowcem) oznacza przeskok do innego
świata.
Można też czytać
Dicka jako dyskurs o Kantowskich kategoriach umysłu lub jako studium
choroby umysłowej: obraz rozterki człowieka uświadamiającego
sobie, że zaczyna tracić kontakt z rzeczywistością.
Zarówno ze względu
na tematykę, jak i na oryginalną, wielopiętrową strukturę swoich
utworów Dick jest pisarzem ważnym we współczesnej literaturze.
Ponieważ publikował pod szyldem science fiction, pozostawał poza
polem widzenia uniwersyteckiej krytyki, a ponieważ jest nietypowym
autorem science fiction, funkcjonował dość długo na marginesie
tego ruchu literackiego. Dopiero w ostatnich latach fantastyka
naukowa dojrzała do tego, żeby zaakceptować Dicka w pełni, a
krytyka literacka zaczyna sobie uświadamiać, że coś należałoby
z tym Dickiem zrobić.
Lech Jęczmyk
Subskrybuj:
Posty (Atom)