Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jęczmyk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jęczmyk. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 maja 2016

Wykład Lecha Jęczmyka - "Trzecia fala globalizacji"


Dr Zbigniew Kękuś: szykują Polakom Holocaust jeszcze w tym roku

              

Likwidacja wolności w imię wolności - Rozmowa z Tomaszem Gabisiem

 

niedziela, 1 maja 2016

Roztwór, który można wlać do naczynia o dowolnym kształcie

Myślę o artykule traktującym o kolejnym podejściu do zrealizowania utopii: po faszyzmie i komunizmie nowa globalistyczna utopia nie potrzebuje już człowieka o określonych cechach. Dziś jest zapotrzebowanie na „człowieka bez właściwości”, nie na kryształ, ale na roztwór, który można wlać do naczynia o dowolnym kształcie. 

Wywiad z Lechem Jęczmykiem

poniedziałek, 10 lutego 2014

Czy pan istnieje mister Lem?


Załączam list profesora Darko Suvina jako uzupełnienie informacji, którą wysłałem poprzednio. Jest to mój pierwszy kontakt z profesorem Suvinem. Załączam też nazwiska trzech marksistów, o których informowałem poprzednio na podstawie osobistych z nimi kontaktów. Są to Peter Fitting, Fredric Jameson i Franz Rottensteiner, który jest oficjalnym agentem Stanisława Lema na Zachodzie. Tekst listu wskazuje na rozległe wpływy czasopisma "Science-Fiction Studies".

Rzecz nie w tym, że osoby te są marksistami albo nawet że Fitting, Rottensteiner i Suvin są obcokrajowcami, ale w tym, że wszyscy oni bez wyjątku są posłusznymi wykonawcami rozkazów Stanisława Lema z Krakowa w Polsce, stuprocentowego funkcjonariusza partyjnego (wiem to na podstawie jego publikowanych materiałów oraz osobistych listów do mnie i do innych osób). Ta komórka partii zza żelaznej kurtyny - Lem jest najprawdopodobniej wieloosobowym komitetem, a nie pojedynczym osobnikiem, gdyż pisze wieloma stylami i raz zna niektóre obce języki, a raz nie - dąży do zdobycia monopolistycznej pozycji pozwalającej kontrolować opinię poprzez krytykę i artykuły pedagogiczne, stanowiąc zagrożenie dla całej naszej dziedziny science fiction z jej swobodną wymianą poglądów i myśli. Peter Fitting zaczął dodatkowo recenzować książki dla czasopisma "Locus" i "Galaxy". Partia ta posiada (w USA) wydawnictwo publikujące dużo kontrolowanej przez nią science fiction. W przesłanych wcześniej materiałach wskazywałem już na penetrację przez nich kluczowej publikacji naszej organizacji zawodowej - Science Fiction Writers of America.

Udało im się osiągnąć swoje cele głównie w dziedzinie prac akademickich, recenzji książkowych i prawdopodobnie przez naszą organizację uzyskali wpływ na przyznawanie nagród. Myślę jednak, że obecnie ich kampania na rzecz propagowania Lema jako wybitnego powieściopisarza i krytyka traci impet i zaczyna napotykać poważny opór: 1/ ujawnia się, że twórcze zdolności Lema były przereklamowane i 2/ w brutalnych, obraźliwych i zupełnie nie umotywowanych atakach na amerykańską science fiction i jej amerykańskich autorów Lem posunął się za daleko i zbyt szybko zraził sobie wszystkich poza wiernymi członkami partii (ja jestem jednym z tych zrażonych).

Byłoby bardzo groźne dla naszej dziedziny, gdyby się okazało, że znaczna część naszej krytyki, prac naukowych i wydawnictw jest całkowicie podległa jakiejś anonimowej grupie z Krakowa. Nie wiem jednak, co można na to poradzić.

Takich listów do FBI w Los Angeles Philip Dick wystał co najmniej 21 (tyle się zachowało). Stanisław Lem jawi się w nich jako potężny agent KGB, a być może jako kryptonim całej organizacji działającej z tajemniczego Krakowa. Kiedy francuska telewizja zaprosiła Dicka do Paryża na wywiad, natychmiast zorientował się, że to kolejna sprawka Lema. Pojadę do Paryża, stamtąd porwą mnie do Warszawy, potem do Krakowa, a potem Bóg wie dokąd - skarżył się do FBI.

Czy Dick wierzył w to, co pisał? Jego długoletni przyjaciel Ray Nelson twierdzi, że Dick święcie wierzył we wszystko, co pisał. Także w powieściach. Podstawą teorii konspiracji lemowsko-krakowskiej stało się wydanie "Ubika" w serii "Stanisław Lem poleca". Dick, żyjący wówczas jeszcze w wielkiej biedzie, wyobraził sobie, że polskie wydanie uczyni go bogaczem. Kiedy doznał zawodu, uznał, że to Lem zagarnął jego fortunę.

Stanisław Lem odpowiadając na zarzuty Dicka napisał, że nie należy publikować listów Dicka, gdyż powinny one interesować tylko psychiatrę. A jednak związek między psychiką pisarza a jego dziełem jest rzeczą wartą badania. Pisząc i mówiąc o Dicku niejednokrotnie porównywałem go do Van Gogha i Dostojewskiego jako do ludzi, którzy bywali za granicą naszego świata, ale potrafili nadsyłać stamtąd dziwne wprawdzie, lecz sensowne komunikaty. U Dicka zwłaszcza to przekraczanie granicy światów jest stale odczuwalne.
Intuicja porównująca tych trzech bardzo różnych twórców (wszyscy normalni ludzie są do siebie podobni, wariatem jest każdy po swojemu) znalazła niespodziewane wsparcie ze strony amerykańskich psychiatrów. Twierdzą oni, że odkryli jednostkę chorobową, którą nazwali temporal lobe epilepsy. Jej objawy obejmują halucynacje, manie religijne i przymus pisania. Jako typowych nosicieli tego schorzenia wymienia się... Dostojewskiego, Van Gogha i Lewisa Carrolia. Dick do tych typowych objawów dodał całą wiązkę własnych, oryginalnych. Między innymi przez całe życie towarzyszyła mu myśl o siostrze-bliźniaczce, która zmarła w wieku sześciu tygodni. Dick wyobrażał sobie, że jego siostra, ciemnowłosa dziewczyna, rośnie wraz z nim, wprowadzał ją do swoich powieści, a teraz leży z nią w jednym grobie w Fort Morgan w Colorado.

Dick wierzył, że w roku 1974 został trafiony jak święty Paweł liliowym promieniem światła, który przekazał mu między innymi łacińską nazwę choroby syna. (Lekarze rzeczywiście zrewidowali swoją diagnozę). Uważał, że jest wcieleniem proroka Eliasza i że został fizycznie przeniesiony do starożytnego Rzymu. Był przekonany, że Harrison Ford, z którym się zetknął przy okazji kręcenia filmu "Blade Runner" ma go zamordować. W tej sytuacji przekonanie, że Lem to kryptonim marksistowskiej jaczejki mającej opanować amerykański rynek SF należy uznać za jedną z pomniejszych obsesji Dicka. Życie tego człowieka musiało być piekłem, a pisanie stanowiło dla niego jedyną terapię. I na tym polega cud literatury i wszelkiej sztuki, że z cierpienia artysty rodzi się perła, którą my potem możemy podziwiać.

Lech Jęczmyk
Nowa Fantastyka - wrzesień 1991 r.

niedziela, 9 lutego 2014

Posłowie do „Człowieka z Wysokiego Zamku”


Philip K. Dick (1928-1982) jest jednym z najwybitniejszych, może najwybitniejszym pisarzem, jakiego wydała amerykańska i światowa fantastyka naukowa. Mieszkał i tworzył w Kalifornii, najbogatszym stanie USA, siedzibie słynnych instytucji naukowych i setek najdziwaczniejszych kultów religijnych, gdzie o kilka ulic od supernowoczesnego centrum San Francisco można się znaleźć pośrodku jakby żywcem przeniesionego z Azji Chinatown. Być może to atmosfera Kalifornii podsunęła Dickowi pomysł wielopłaszczyznowej budowy jego powieści, których bohaterowie kursują między różnymi światami. Dick był autorem bardzo płodnym, nawet jak na warunki amerykańskie, i nie wszystkie z jego kilkudziesięciu powieści reprezentują równie wysoki poziom, we wszystkich jednak można odnaleźć centralną myśl jego twórczości: obsesyjną potrzebę poznania świata, zajrzenia za kulisy rzeczywistości, ustalenia granic między tym, co obiektywne i subiektywne.

Człowiek z Wysokiego Zamku, druga po Ubiku powieść Dicka, która ukazała się w Polsce, powstała w roku 1962 i uzyskała nagrodę Hugo. Autor wykorzystał znaną na terenie fantastyki ideę światów równoległych, mającą również swoje opracowanie naukowe w postaci tzw. „metateorii Everetta”, od nazwiska fizyka z Princeton, Hugha Everetta, który w 1957 napisał na ten temat pracę doktorską.

W powieści przecinają się trzy płaszczyzny rzeczywistości: świat realny dla bohaterów książki, świat książki Abendsena i nasz świat, istniejący w świadomości czytelnika, a w powieści pojawiający się na krótko w gorączkowej wizji pana Tagomi. Szczególny talent Dicka sprawia, że przyjmujemy punkt widzenia pana Tagomi i wraz z nim odczuwamy nierealność i fantastyczność tego świata. Bo Dick nie tylko tworzy rzeczywistość, ale i nadaje jej rzadką plastyczność i sugestywność. Odkładając jego książkę, musimy – jak po przebudzeniu z niektórych snów – przypomnieć sobie, gdzie jesteśmy.
Taką plastyczność ma obraz Kalifornii pod okupacją japońską, będący poniekąd odwróceniem amerykańskiej okupacji Japonii. Widzimy więc wpływ japońskiego języka, kultury, obyczaju, a także głębsze wpływy psychologiczne, jak w przypadku oportunisty i kolaboranta Roberta Childana. Dążenie do naśladowania zwycięskich Japończyków walczy w nim z resztkami urażonej dumy narodowej, a na wszystko nakłada się jeszcze silny wpływ propagandy hitlerowskiej: Childan, czerpiący wiedzę o świecie z nazistowskich pism ilustrowanych, wdzięczny jest kulturalnym nordykom za powstrzymanie nawały brudnych Słowian i komunistów. Jego prymitywizm kompromituje go w oczach o wiele kulturalniejszych Japończyków, liberalnych państwa Kasoura.

Dick wykazał dużo intuicji, pokazując stosunek Japończyków do Żydów, bo pewne materiały na ten temat ukazały się znacznie później. W książce M. Tokayera i M. Swartz The Fugu Plan (1979) opowiedziana jest historia kilkutysięcznej grupy Żydów, którzy dzięki pomocy konsula japońskiego w Kownie wyjechali w roku 1940 do Japonii, skąd zostali przesiedleni do Szanghaju. Hitlerowcy domagali się ich ekstradycji nawet stamtąd i wówczas jeden z rabinów został wezwany przed komisję wyższych oficerów japońskich, którzy zadali mu pytanie, dlaczego Niemcy tak nienawidzą Żydów. Rabin bez wahania znalazł właściwą odpowiedź: Niemcy nas nienawidzą za to, że jesteśmy Azjatami. Wysłannik gestapo wrócił z Szanghaju z kwitkiem.

W Człowieku z Wysokiego Zamku, jak w niewielu utworach science fiction, występuje cała galeria żywych, trójwymiarowych postaci. Wszyscy oni są jak gracze, usiłujący poznać tajne reguły gry, w którą zostali wplątani, i wszyscy przegrywają, rezygnują. Frink nigdy się nie dowie, jaki był mechanizm jego nagłego aresztowania i równie nagłego uwolnienia. Tagomi i Wegener kapitulują przed zagadką działania historii. Tagomi widział nawet przez chwilę inny świat, ale nie ma odwagi weń uwierzyć, podobnie jak Abendsen, który, będąc głosem prawdy, sam w nią nie wierzy. Jedynie Juliana, najsilniejsza psychicznie ze wszystkich postaci książki, ma odwagę wyciągnąć wszelkie konsekwencje z tego, co podpowiada wyrocznia, i tylko ona wie, że świat, w którym żyje, jest nierzeczywisty (a w każdym razie mniej prawdopodobny od świata z powieści Abendsena). Jeszcze jeden seans z I-cing i Juliana potrafiłaby odkryć, że sama jest bohaterką powieści.

Głównym tematem prozy Dicka jest podejrzliwość w stosunku do fasady świata, usiłowanie dotarcia do jego ukrytej struktury, zrozumienie jego praw. We wszystkich utworach spotykamy fałszywą rzeczywistość, sztucznych ludzi i podrabiane przedmioty. Człowiek z Wysokiego Zamku oparty jest na założeniu, że ludzkość posiada klucz do zagadki rzeczywistości i że jest nim stara chińska księga I-cing. Dzieło to, podsumowujące specyficzne chińskie podejście do świata i do człowieka, cieszy się wielką popularnością w Stanach Zjednoczonych, a zwłaszcza w Kalifornii. I-cing nie tylko zawiera światopogląd zaskakująco zgodny z osiągnięciami najnowszej fizyki, ale ma także zadziwiającą zdolność wdawania się w dialog z pytającym, zmuszając go do ujawnienia nie uświadomionych często motywacji. Pisze o tym Carl Jung w przedmowie do niemieckiego wydania księgi. (Bohaterowie Dicka posługują się, nawiasem mówiąc, dwutomowym przekładem z niemieckiego – obecnie mogliby korzystać z nowego tłumaczenie Bloefelda z oryginału).

Według I-cing świat znajduje się w nieustannym ruchu, jest żywym splotem działających na siebie, krzyżujących się potężnych i słabszych linii. Za pomocą heksagramu możemy uzyskać wgląd w układ sił właściwy danej chwili, a to, przy umiejętnej interpretacji, pozwala wybrać właściwe postępowanie.
Wyrażone w Człowieku z Wysokiego Zamku i w innych powieściach Dicka poczucie nietrwałości otaczających nas struktur i życia w jednej z wielu możliwych rzeczywistości jest zapewne odbiciem sytuacji współczesnego człowieka, dla którego przesunięcie w czasie (postarzenie się o dziesięć lat) lub przestrzeni (godzina lotu odrzutowcem) oznacza przeskok do innego świata.

Można też czytać Dicka jako dyskurs o Kantowskich kategoriach umysłu lub jako studium choroby umysłowej: obraz rozterki człowieka uświadamiającego sobie, że zaczyna tracić kontakt z rzeczywistością.

Zarówno ze względu na tematykę, jak i na oryginalną, wielopiętrową strukturę swoich utworów Dick jest pisarzem ważnym we współczesnej literaturze. Ponieważ publikował pod szyldem science fiction, pozostawał poza polem widzenia uniwersyteckiej krytyki, a ponieważ jest nietypowym autorem science fiction, funkcjonował dość długo na marginesie tego ruchu literackiego. Dopiero w ostatnich latach fantastyka naukowa dojrzała do tego, żeby zaakceptować Dicka w pełni, a krytyka literacka zaczyna sobie uświadamiać, że coś należałoby z tym Dickiem zrobić.

Lech Jęczmyk