wtorek, 22 września 2026

Cenzor jako współautor


Zacząć wypada od samoograniczającego, lecz niezbędnego ustalenia. Niezależnie od tego, że Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk symbolizował w powszechnej świadomości peerelowskie zniewolenie myśli, słowa i twórczości, nie był on ani jedyną, ani samodzielną instytucją obarczoną owym zadaniem. Na straży tego, co słuszne, bezpieczne, „socjalistyczne”, ewentualnie „konstruktywnie krytyczne”, stały zarówno rozliczne rady, komisje kwalifikacyjne i weryfikacyjne, jak i wielka ilość osób, zajmująca kierownicze stanowiska w ministerstwach, wydawnictwach, redakcjach, zespołach filmowych, teatralnych etc., etc. Żaden — mniej czy bardziej liberalny — prezes Urzędu nie miał też decydującego wpływu na tzw. „przymrozki” i „odwilże” w kulturze, czyli obszary bezwzględnego tabu lub względnej wolności. W tej mierze była wszak cenzura jedynie uzbrojoną w ołówek ręką władzy czy partii — co zresztą wychodziło na jedno.

Moja uwaga koncentruje się jednak wyłącznie na działalności osób zatrudnionych w budynku na ulicy Mysiej w Warszawie i innych podległych mu oddziałach. Mówiąc o cenzorze mam więc na myśli tylko pracownika Głównego (bądź wojewódzkiego) Urzędu.

Co więcej — mimo owego zawężenia — nie marzę nawet o wyczerpaniu tematu; jest to zadanie niewykonalne — tylko w ramach referatu. Nie będę więc odwoływać się do przykładów najbardziej głośnych ani też sporządzać wymiernego bilansu strat, jakie na skutek działalności Głównego Urzędu poniosła polska powojenna kultura i nauka. Przypomnienie najwybitniejszych choćby dzieł, nie dopuszczonych (okresowo bądź na stałe) do publicznego życia, czy też przytoczenie w miarę kompletnej listy „wyingerowywanych” i „eliminowanych” znaczących nazwisk zajęłoby zbyt wiele czasu, a i tak nie byłoby pewności, czy nie ominięto czegoś ważniejszego. Kłopot z badaniem akt cenzury jest bowiem dwojakiego rodzaju. Pierwszy wynika z ograniczonego materiału, drugi — paradoksalnie — z jego bogactwa.

Akta cenzury, znajdujące się w Archiwum Akt Nowych w Warszawie, nie obejmują szeregu dokumentów. I to zarówno takich, które musiały się tu niegdyś znajdować, jak i takich, których nigdy tu nie było, bo szereg rzeczy załatwiano przez u telefon (co nagminne, gdy idzie o teatry, szczególnie warszawskie), często nawet w trakcie osobistej rozmowy. Bywało też, że film, artykuł czy książka (a także konkretne na-zwiska), zwolnione przez cenzora, nigdy nie ukazały się oficjalnie (by przywołać choćby znany przykład Obecności mitu Kołakowskiego), zdarzało się i odwrotnie. Czasem interwencje następowały w ostatniej chwili, stąd niekiedy spisy treści tomów zbiorowych bądź periodyków nie całkiem odpowiadają ich zawartości.

Drugi kłopot wynika, jak mówiłam, z nadmiaru tego, co jest dostępne. Ocalałe archiwum Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk obejmuje kilkanaście tysięcy teczek (3361 numerów inwentaryzacyjnych), kilkanaście „skoroszytów” (dotyczących organizacji lokalnych) oraz tzw. „szuflady”, w których mieści się zapewne paręna-ście tysięcy dokumentów, skoro sam wykaz instytucji, których dotyczą, idzie w setki, bo są tam wydawnictwa akademickie, i to od Akademii Spraw Wewnętrznych przez AWF do PAN, wydawnictwa uniwersyteckie, stowarzyszeń twórczych i innych, organizacji studenckich, związkowych, firm prywatnych etc., etc.

Teczki zawierają głównie wykazy wielorakich ingerencji i zatrzymań, odnoszących się do periodyków, nieperiodyków, druków ulotnych, filmów, czasem — raczej kapryśnie — także wystaw plastycznych i sztuk widowiskowych, z wyraźnym uprzywilejowaniem zespołów studenckich i kabaretów, za to z minimalną dokumentacją teatrów zawodowych. Sprawozdania z wielorakich „wyingerowań” czy „wyeliminowań”, jak określa się cenzorskie decyzje, mają niejednaką postać. Czasem są to suche relacje, bardzo rzadko wsparte odpowiednimi cytatami nalepianymi na specjalnych arkuszach. Często (w latach 50.
I 70. jest to prawie regułą) nie dopuszczonym do druku tekstom towarzyszą obszerne komentarze i podsumowania, a także — w przypadku książek — swoiste recenzje, czasem niezwykle prymitywne, kiedy indziej zdradzające erudycję i dobry gust (szczególnie tuż po roku 1956, kiedy to kadry cenzorskie zasilili nieźle wyedukowani i nie pozbawieni talentu poloniści). Stąd ocenom „ideologicznym” towarzyszą wówczas artystyczne. Mówi się na przykład, że artykuł jest właściwie cenzuralny, ale źle napisany, że sztuka nie budzi sprzeciwów cenzorskich, ale zdradza tandetny warsztat; pisze się wtedy, że —co prawda teksty są cenzuralne — ale w gruncie rzeczy wystawiają złe świadectwo polityce wydawniczej. Niekiedy owym ocenom towarzyszą wielorakie emocjonalne wykrzykniki i westchnienia czy też obrazowe frazy typu:

Bardzo słaba sztuka, tak słaba, że aż beznadziejność ogarnia czytającego (1949, o — wystawionej zresztą — Załodze Skowrońskiego i Słotwińskiego) lub: Zaiste brzydka to rzecz, gdy ocenia ktoś nasz dorobek literacki nihilistycznie. Ale po stokroć podlejszą będzie rzeczą, gdy miast dać świadectwo prawdzie o pozycjach w swej istocie kruchych, lichych i marnych, szacujemy je jako dobre. (1956 wstęp do złej oceny Bliskiego kraju Piętaka)

Często opinie cenzorskie, podlegają wewnętrznemu ocenzurowaniu, i to w tonacji ironicznej. Na marginesie jednej z opinii w listopadzie 1954 roku, znajduje się obszerny komentarz dezawuujący zarówno skłonność recenzentów do pobieżności, jak i zbytniej pedanterii określanej mianem „nadmiernego wścibstwa”. W latach następnych ten typ komentarzy jest coraz rzadszy, ale za to toczą się swoiste dyskusje między lektorami czy recenzentami z różnych szczebli hierarchii cenzorskiej. Sąd pierwszego lektora konfrontowany jest z odmienną opinią bezpośredniego zwierzchnika, a nawet wiceprezesa czy — po odpowiedniej wydawniczej interwencji — przedstawiciela Wydziału Kultury KC PZPR. Wywiązuje się między nimi osobliwa rozmowa, w której efekcie decyzje pierwotne ulegają na ogół złagodzeniu, wówczas skrupulatność instancji najniższej uważa się za przesadną. W latach 80. zjawisko to zanika; dokumenty mają wyłącznie rzeczowy charakter.

Oprócz relacji bieżących (w różnych dla różnych lat rytmach — mniej lub bardziej szczegółowych) teczki kryją jeszcze sprawozdania z „przeoczeń” i „nadingerencji”, bez praktycznego już w danej chwili znaczenia dla cenzurowanych. Rejestrowane są jednak ku nauce cenzurujących.

Ponadto teczki kryją m. in. „Skargi i wnioski”, „Sygnały” (dotyczące tego, co trzeba było zdjąć w ostatniej chwili), a także drobne pisma i zarządzenia, sprawozdania z konferencji i szkoleń, współpracy ze zwierzchnikami, podległymi instytutami, informacje o ruchu kadr, wynagrodzeniach, ewidencje pieczęci i pieczątek aż po zamykające smutnie tę listę: zestaw „Protokółu przekazania majątku” oraz „Wykaz likwidacyjny” z roku 1990.

Tak więc — w miarę dokładne — prześledzenie akt samej cenzury wydaje się zajęciem niemal niewykonalnym, a trzeba dodać, że informacje o pracy cenzury zawierają nie tylko dokumenty dotyczące jej bezpośrednio, ale i archiwów Wydziału Kultury/Nauki czy Prasy KC PZPR, a także resortów podległych MON, MSW czy MSZ.

O roli, jaką pełniła cenzura w latach 1944-89, można mówić w wielu aspektach, różnie też określając funkcję cenzora; był on wszak nadzorcą i weryfikatorem, czasem swoistym doradcą, czasem niemal prokuratorem. Wybrałam nazwę „współautor”, bowiem zda się ona dość precyzyjnie oddawać jedną z istotniejszych cech peerelowskiej cenzury: jej tajność. Cenzor stawał się współautorem dzieła, działającym niezwykle dyskretnie; do roku 1981 nie zaznaczano wszak żadnych ingerencji cenzorskich, a i później robiono to wybiórczo, stosując w dodatku przeróżne fortele.

Owa „dyskretność” wynikała nie tylko z troski o to, aby możliwie doskonale ukryć prawdę (i tak nie do ukrycia) o tym, jak mały jest zakres wolności słowa i swobód twórczych. Intencją niebagatelną było także — jak pisał Stefan Kisielewski — „zasugerowanie czytającym, że autorzy tak myślą, jak piszą”.

Cenzor „współtwórca” nie domagał się więc uznania dla swej (niewątpliwej) pracowitości czy pomysłowości, odwrotnie, anonimowo utożsamiał się z autorem książki, filmu, przedstawienia, artykułu, naukowej rozprawy. Działać mógł za to w tym zakresie na wielorakie sposoby.

Sposobem najbardziej efektywnym i najczęściej przywoływanym były wszelkiego rodzaju „wyeliminowania”. Zarówno wykreślanie obszernych fragmentów powieści, poszczególnych wierszy, nowel czy esejów — tak w tomach zbiorowych, jak autorskich, fragmentów przedstawień (bądź wcześniej — sztuk), całych sekwencji filmowych etc. Jak i — o wiele boleśniej, poprzez małe skreślenia — fragmentów dialogów, poszczególnych słów (m. in. w roku 1958 dopełniaczy w utworach: Herberta (Drugi pokój) o widzianym z okna urzędzie bezpieczeństwa, Różewicza (Kartoteka) o wypychaniu działacza.

Niekiedy z owych „wyingerowanych” fragmentów można by ułożyć całość istotnie niezwykle ostrą i istotnie „antysocjalistyczną” (tak było choćby z Miazgą Andrzejewskiego), kiedy indziej ich lektura wprawia w zdumienie, tak zdadzą się niewinne — przynamniej w oderwaniu od konkretnej sytuacji politycznej. Czasem pozbawione kontekstu utwory wydają się całkowicie obojętne, często czujność cenzury wzbudza wręcz rozczulenie, tym bardziej, że niekiedy wydaje się świadczyć o jej marnej (wbrew powszechnemu mniemaniu) materialnej kondycji. Jakże bowiem inaczej tłumaczyć wyjaśnienie cenzora zwracającego w roku 1970 uwagę na niestosowny fragment (zatrzymanego zresztą w konsekwencji) francuskiego filmu Hao-binh o Wietnamie: „pułkownik daje chłopcu wietnamskiemu kilkudolarowy banknot za oczyszczenie butów, co świadczy o hojności Amerykanów”.
Czasem „wyingerowań” dokonuje się stopniowo: tak było np. w przypadku wydania Ślubu w roku 1957, kiedy to wykreślono najpierw dwa zdania ze Wstępu Józefa Wittlina, później cały Wstęp, a wreszcie i Przedmowę Gombrowicza. Podobnie w tomie Gwiazdozbiór muzyczny Stefana Kisielewskiego (tenże rok) w szkicu o Prokofiewie — gdzie biedzono się najpierw nad poszczególnymi zdaniami, by w końcu zdjąć całość — a są to nader częste przykłady.

Zakres ingerencji (i tych o charakterze poważnym, i tych wręcz anegdotycznych) był olbrzymi. Nie było prawie pisarza, eseisty, kryty-ka, reżysera filmowego bądź teatralnego, któremu czegoś z jego dzieł by nie „wyeliminowano”; dotyczy to także literatów i twórców oddanych bezgranicznie partii. „Ingerowano” — jak wiadomo — nie tylko w utwory polskich autorów współczesnych, ale także w dzieła klasyków; nawet w jubileuszowych edycjach Mickiewicza, Słowackiego czy Żeromskiego nie mogło się bez tego obyć. „Poprawiano” nagminnie Kraszewskiego i Jeża. Praktyka ta — szczególnie popularna w okresie socrealizmu, nie umarła bynajmniej wraz z nim. Padły jej ofiarą prawie wszystkie wydane w latach 1944-1989 pamiętniki i wspomnienia wraz z trzecim „szczególnie — jak notował cenzor — nieprzyjemnym” to-mem wspomnień Ludwika Krzywickiego, pozbawionym prawie 50 końcowych stron („od 307 do 355 usunąć”).

Nie oszczędzono też autorów obcych, nawet ideowo bliskich cóż dopiero budzących pod tym względem wątpliwości. Tu intencje „współautora” nie zawsze związane były z treścią książki; często decydowało nazwisko lub narodowość pisarza. Świadczą o tym choćby trzy duże ingerencje w monografię Heinricha Bölla pióra Guntera Wirtha (1971), dokonane przez pierwszego cenzora, a zakwestionowane przez cenzora drugiego, tłumaczącego nadgorliwość kolegi tym, że „czytał tekst w kontekście zasugerowania siebie, że autorem książki jest pisarz NRF, a jest inaczej” (t. 873). Nie wyliczam tu tematów, które pobudzały cenzorów do szczególnej aktywności. Są one ogólnie znane. Niektóre stanowiły nienaruszalne tabu przez cały okres powojenny; choć i tu zdarzają się niespodzianki: np. słowo „Katyń” można było do pewnego czasu zastępować (w Słowniku Biograficznym Teatru Polskiego, t. 1, wyd. 1973) nie tak jeszcze wtedy wymownym — Starobielskiem. Inne zginęły wraz z epoką stalinowską, choć akurat „stalinizm” i „socrealizm” stanowiły po krótkim okresie „odwilży” temat przez cenzurę szczególnie chroniony, i to jeszcze w połowie lat 80. Jeszcze inne ustanawiano dopiero po 1968, 1970 czy 1981 wraz z takim a nie innym rozwojem wydarzeń.

Większość ingerencji miała bardzo określony charakter polityczny stojąc na straży wszystkiego, co zgodne z oficjalną wizją rzeczywistości, ale zdarzało się i tak, że cenzor jako współautor mitygował „odwilżowo” autora właściwego. Ten typ ingerencji częsty był np. w okresie postalinowskim, kiedy to zalecano wykreślać z niektórych filmów i powieści to, co nazbyt zalatywało propagandą. I tak np. w roku 1954 cenzor ingeruje w tom Józefa Andrzeja Frasika Ziemia kwitnie, bo „wypada zaznaczyć, że motyw traktora znaleźć można w każdym prawie wierszu. Tematyka produkcyjna przegnała wszelkie inne problemy”.

Zaś w 1956 bardzo często zwraca się uwagę na „zbyt czarny kostium, w który przywdziewa się i górę, i dół AK”. Zdarza się też, że cenzor-współautor dokonuje swego dzieła w imię wartości wyższych: np. walki z antysemityzmem; bardzo znamienne, że tego argumentu używa się często bezpośrednio po roku 1968, nie tylko ingerując w różne utwory współczesne, ale i XVII-wieczne (m. in. w antologii Juliusza Nowaka-Dłużewskiego Okolicznościowa poezja poli-tyczna w Polsce, t. 3, 1969), co nie przeszkadza innemu typowi ingerencji. Np. w publikacji Filozofia w Polsce. Słownik Pisarzy (1971) Zaleca się wykreślić pewną liczbę chrzczonych Żydów, bo ilość proponowanych [...] nazwisk związanych z kulturą polską, wydaje się być szkodliwym nieporozumieniem [...] doskonale wystarczy jeden przedstawiciel chasydyzmu. (t. 867)

Bardzo wiele ingerencji (ze szczególnym nasileniem w epoce Gomułki i Gierka) dotyczy spraw obyczajowych, głównie seksu. Tępi się — szczególnie ostro w filmie — wszelką „pornografię”, a za taką uznane mogą być nie tylko sceny jednoznacznie erotyczne, ale i zbyt głębokie dekolty. Przy tym walcząc z „rozpustą” peerelowscy cenzorzy mianują się dość często rzecznikami katolickiego społeczeństwa. Decyzje zatrzymania Diabłów Kena Russela i Dekameronu Passoliniego (1971) motywuje się tym, że zawierają one „wyjątkowo drastyczne sceny, obrażające ludzi wierzących”, a kiedy w rok później dopuszcza się oba filmy na „Konfrontacje”, to po to aby przypomnieć pewnym kołom katolickim, jakie drastyczne i niekorzystne dla Kościoła filmy powstają i są rozpowszechniane na Zachodzie, a u nas, pomimo istnienia państwowej sieci kin, nie są wprowadzone do rozpowszechniania, (t. 888) Z podobnych względów ingeruje się w książki, przedstawienia, głównie w Azyl Faulknera oraz adaptację Ulissesa według Joyce’a, opracowaną przez Zygmunta Hubnera dla Teatru Wybrzeże w Gdańsku (1970).

Najbardziej cyniczne wydaje się jednak uzasadnienie, które towarzyszy jesienią 1968 (!) — a więc bezpośrednio po brutalnych „marcowych” kampaniach — najpierw ingerencjom, a potem i zatrzymaniu (na ponad pół roku) Gry Kawalerowicza. Cenzor pisze:

Nie można nie zwrócić uwagi — pisze cenzor — na odbiór tego filmu w środowisku robotniczym, które może wyciągnąć wnioski, że inteligencja nic nie robi, żyje w doskonałych warunkach materialnych, a nadmiar czasu i pieniędzy sprzyja kształtowaniu się określonej moralności. Film może wpływać na powstawanie nastrojów antyinteligenckich. Zdaniem Departamentu Widowisk GUKPPiW wymowa ideowo-polityczna filmu jest sprzeczna z naszymi założeniami wychowawczymi.

Metoda współtworzenia dzieł poprzez ingerencje nie jest jednak metodą jedyną. Często cenzor staje się także „współtwórcą języka” (tak właśnie brzmiąca Myśl nieuczesana Leca zostaje zresztą zdjęta w 1958 roku przez cenzurę) zamieniając na przykład jedne słowa na inne. Dotyczy to zarówno utworów polskich, jak obcych, kiedy cenzor pełni zarazem rolę „współtłumacza”. Czasem idzie o określenie zbyt „brutalne” czy „wulgarne” (bardzo się to tępi w filmach, teatrach studenckich, kabaretach). Na ogół rzecz wykracza jednak poza sprawy tyczące tzw. dobrego wychowania.

„Słowa-tabu” łączą się z reguły z „tematami-tabu” i bywa, że w tej sprawie Główny Urząd nie tylko działa sam, ale i wydaje specjalne zalecenia dla podległych sobie urzędów. Tak więc już na początku roku 1957 wykreślać się zaczyna, i to zarówno w publikacjach, jak i dziełach literackich i filmowych, sformułowania takie, jak „stalinizm”, „kult jednostki”, „frazeologia stalinowska”, zastępując je eufemistycznym „okresem minionym”. W roku 1968 „semitę” zastępuje „syjonista”, w 1972 wychodzi specjalne „zalecenie”, w myśl którego należy eliminować z materiałów publicystycznych, informacji, felietonów itp. używany ostatnio bardzo często termin „demokratyzacja życia” zastępując go takimi terminami, jak „rozwój demokratyzacji socjalistycznej (życia)” itp., „przywrócenie norm demokracji socjalistycznej”, „pełna realizacja zasad demokracji socjalistycznej”. W 1972 skreślano — w myśl instrukcji — „Ziemie Zachodnie”, „Ziemie Odzyskane” czy „ziemie dziś polskie” wstawiając w ich miejsce „województwo szczecińskie” lub „województwo zachodnie”, co prezentowało się jako tako w bieżącej publicystyce, gorzej — w odnoszącej się do lat powojennych prozie.

Bardzo często o „podmianie słów” (czy „zapisach na słowa”) decydował kontekst. „Bolszewik” funkcjonować mógł wyłącznie w określeniu „członek WKP(b)”. Już w wydaniu Arcta z roku 1946 dokonano w stosunku do wydania przedwojennego przemiany (m. in. „jednostka wyłamująca się spod ustalonego porządku rzeczy”). W Słowniku języka polskiego Doroszewskiego wykreślono nawet wers „obywatel ZSRR (używane, zwłaszcza w dwudziestoleciu, często z odcieniem ujemnym)”.

Milicjant ukazany w niepochlebnej dla siebie sytuacji zamieniał się np. w strażaka, a żołnierz — w zależności od sytuacji. I tak w broszurze Jak uniknąć wypadków podczas polowań z roku 1957 miejsce żołnierza, który przez przypadek zranił kobietę, zajmował leśnik, a w licznych dziełach prozatorskich przeklinających lub pijących żołnierzy zastępowali nieokreśleni młodzi. Obrona czci „żołnierza” i „wojaka” leżała zresztą cenzurze szczególnie na sercu. Z tego względu ingerowano np. w latach 70. w liczne fragmenty prozy Nowakowskiego, Głowackiego, Stachury, i nie dopuszczono w roku 1971 do emisji telewizyjnej sztuki Jarosława Abramowa Żaglowce, białe żaglowce (pierwotnie słuchowisko, zatrzymane w roku 1968). Bowiem „sugerowała ona społeczeństwu, że oficerowie to są dyletanci, nie przygotowani do wychowywania żołnierzy”. Pikanterii nadawał sprawie fakt, że Żaglowce zdjęto — dość śmiało — z paragrafu o „naruszeniu tajemnicy państwowej”. Nic więc dziwnego, że nie ostała się i maleńka kreskówka Stachury Desant (1968), która zawierała „głupią i złośliwą satyrę na wojsko. Wyśmiani zostają sztabowcy, topografowie i dowódcy, którzy żołnierzy lądujących z desantu powietrznego nie zaopatrzyli w spadochrony”.

Strzeżono też honoru państwowych odznaczeń. W Polowaniu na muchy Wajdy wyeliminowano [...] słowo „order”, którego użył milicjant tłumacząc jednemu z lokatorów, że dają mu w nagrodę kryształ, bo nadanie orderu wymagałoby sporo zachodu. Ponieważ order jest wysokim odznaczeniem państwowym, przyznawanym przez Radę Państwa, w konkretnej sytuacji uzasadnione byłoby zamienienie słowa „order” na „dyplom” lub na „odznakę”.
(t. 848) Najzabawniejsza była chyba jednak ingerencja w powieść Ewy Ostrowskiej (1971), gdzie zaproponowano zamianę imienia bohaterki — Apolonia, by uniknąć „aluzyjnego zdrobnienia — Polka”.

Te zabawy w słowa trwały aż po rok 1990, objawiając nieraz wielką pomysłowość cenzora. I tak np. w wywiadzie z Mikołajem Kozakiewiczem w „Tu i Teraz” z roku 1981 „stare rosyjskie przysłowie »komu grają, ten płaci«” zmieniono na „stare angielskie przysłowie", a czynność „cenzurowania” na „filtrowanie” (przez niechętną prasę podziemną wiadomości o PRON), dalej zaś — niekonsekwentnie i bez powodu — wyrażenie „uruchamia się filtr” na „pojawiają się zakłócenia”.
Niekiedy zmieniano koniugację: głównie czas teraźniejszy na przeszły (m. in. w Artykułach pierwszej potrzeby Słonimskiego, gdzie w większości wypadków to, co odnosiło się krytycznie do aktualnej sytuacji, przerzucano automatycznie do niedawnej historii).

Zmieniano tytuły. Do legendy przeszła m.in. propozycja zamiany Ciężkich czasów Bałuckiego, wystawianych po sprawie Dziadów w Teatrze Narodowym, na „Pan Lechicki”, nie wprowadzona w końcu w życie. W tym samym czasie zmieniono nazwę jednego z odcinków telewizyjnej wersji Sagi rodu Forsytów ze „Strajk” na „Tabakierka”, aby odwrócić uwagę od złych skojarzeń. Najliczniejszym zmianom podlegały w tym zakresie programy studenckie i estradowe, kiedy zmieniano tytuł jednej z piosenek (1970) z „Ciężkie życie w dobrobycie” na „Sęki i zgrzyty”, pisano:

Samo zestawienie jest bardzo niefortunne i jednoznacznie złośliwe, stawiające pod znakiem zapytania to, co się pod określeniem „dobrobytu” rozumie, a więc wszelkie osiągnięcia i zdobycze naszej rzeczywistości. (t.
1320)

Cenzor bywał także doradcą i inspiratorem autora. Historia licznych przeróbek filmów (od Zakazanych piosenek i Robinsona warszawskiego poczynając), sztuk (z Odwetami i Niemcami na czele, nie mówiąc już o scenicznym Grzechu Żeromskiego, zmienianym aż dwukrotnie: raz — przez dopisany przez Kruczkowskiego akt IV, drugi — gdy zrezygno-wano z owego dodatku wysyłając spektakl do Paryża), prozy z Popiołem i diamentem oraz Pasjami błędomierskimi i wielu innych — także w latach późniejszych (najwięcej w serialach telewizyjnych — ze Stawką większą niż życie).

Czasem efekty przychodziły nader szybko, jak choćby w wypadku — mniej od wymienionych dzieł znanej — wydanej już przed wojną młodzieżowej Zielonej książki Wacława Rzezacza. Po pierwszej lekturze z 13 VI 1949 pisano: „Moralność autora jest wybitnie drobnomieszczańska”, bo „bieda i nędza bezrobotnych to dla niego ciężki dopust”, zaś złego bogatego kupca zmienić można dobrym przykładem. Ale już we wrześniu rekomenduje się nową wersję: to utwór propagujący zdrową myśl, iż „walka z jednym człowiekiem niewiele pomoże, musimy przebudować świat na nowo, dać mu nowy ustrój społeczny”, co wyrażać miał wprost nowy bohater powieści — postępowy szofer (t. 145).

Metoda dopisywania nowych treści w miejsce starych nie upowszechniła się aż tak, jak ingerencje, nie należała jednak do rzadkości. Oprócz dopisywania poszczególnych słów czy fraz w teksty, zmuszano do dewaluowania ich treści — kontrowersyjnej z punktu widzenia władz — poprzez obudowywanie ich krytycznym komentarzem. Tak było np. tuż po wojnie z przedrukami fragmentów zachodniej i amery-kańskiej prozy (m. in. w „Kuźnicy”), z wieloma artykułami, które zwalniano czasem do druku pod warunkiem umieszczenia w sąsiedztwie ostrej polemiki. Tak było i z IBL-owskim Słownikiem Pisarzy Polskich, gdzie hasła twórców emigracyjnych kończyć musiała formuła o „antykomunizmie” bądź „wrogiej postawie wobec PRL”.

Systematycznie opatrywano „słusznymi” komentarzami „niesłuszne” materiały przedrukowywane w „Forum”.
Swoistym rodzajem komentarza było też dorabianie cudzysłowów przy użytych serio, przez recenzenta czy historyka danej dyscypliny, określeniach bądź wartościujących (jak wybitny, nieprzeciętny, etc.), bądź — zdawałoby się — neutralnych (jak poeta, artysta, uczony), kiedy szło o twórcę akurat źle widzianego. Owe naddatki — szczególnie częste w okresie stalinowskim, w latach 1968-1970, czy też w roku 1982 podczas kampanii prowadzonej w związku z bojkotem mass-mediów — równoważono odejmowaniem tychże cudzysłowów wówczas, gdy autor używał ich świadomie w stosunku np. do „wieszcza” Minkiewicza (przypadek z „Gazety Ludowej”, 1946), „wybitnego” publicysty Machejka, „arcydzieła” Bratnego czy Poręby itp.

Wiąże się to ściśle ze „współtworzeniem” tekstów poprzez umiejętne operowanie przymiotnikami. Owo właściwe używanie — komplementujących bądź ośmieszających — przymiotników, z wyczuleniem na najmniejsze niuanse, stanowi w działalności cenzury niemal oddzielny rozdział. Działalność tę uprawia się nieprzerwanie przez całe czterdziestopięciolecie, choć są oczywiście okresy, kiedy zjawisko to się nasila.

W czasie kampanii marcowej kilkakrotnie powtarza się w aktach Głównego Urzędu zapis informujący, iż nie tylko nie należy dopuszczać do eksponowania nazwisk bądź podkreślania w sensie pozytywnym dorobku naukowego Baczki, Brusa, Kołakowskiego, Pomiana. Można natomiast zwalniać [...] materiały polemizujące z ich twórczością.
Nazwisko Jana Kotta, szczególnie w latach 1968-1972 tępionego, zwolnione zostaje w tym czasie do druku tylko raz: w Dzienniku 1954-1958 Wacława Kubackiego, bo pojawia się on tam we fragmencie, który nie tylko na skutek przypominania pewnych faktów, ale i stosowania pejoratywnych określeń „nie przedstawia tej postaci w zbyt pochlebnym świetle”.

Dość prostackiemu wykreślaniu wyrażających uznanie przymiotników przy twórcach czy uczonych źle widzianych towarzyszą często — szczególnie w epoce „liberalnego” Gierka — rozważania nader subtelne, wytyczające delikatne granice między tym, co jeszcze dozwolone i co już nie akceptowane. I tak np. w Zamiast powieści Burka nienaruszone zostają zdania odnoszące się do Pierwszego kroku w chmurach, bo „krytyk pisze o najgłośniejszym debiucie Hłaski, a nie najlepszym”.

Podobnie w jakimś eseju Henry Bazina nie skreśla się nazwiska Gombrowicza, bo „jest ono wymieniane tylko jako nazwisko autora trafnej nazwy (i to nawet bez określenia «trafnej»)”. Przykładów jest bez liku, do najbardziej wyrafinowanych należy zastąpienie, w książce Anny Milskiej Pisarze polscy 1890-1970 (Wyd. CRZZ 1972) zdania — odno-szącego się do Antoniego Słonimskiego — jeden z najznakomitszych poetów innym — „należy do grona wybitnych pisarzy”.

Ustalając artystyczne hierarchie cenzor przekracza wąską w końcu rolę „współautora” konkretnego dzieła; szczególnie, że rzecz dotyczy nie tylko recenzji, artykułów czy eseju, ale i podręczników (m. in. szkolnych), słowników i encyklopedii, opracowań naukowych etc. Staje się kimś więcej niż osobą, mającą wpływ na kształt tej czy innej książki, filmu czy spektaklu. Współkreuje rzeczywistość kulturalną — zarówno gdy idzie o dokonania bieżące, jak i historię.

Jako współkreator — stawał się zarazem mecenasem pewnych twórców i gnębicielem innych, współredaktorem gazet, współdyrektorem wydawnictw, teatrów, kin, filharmonii, biur wystawowych. Mógł skazywać na niebyt zarówno twórców, jak dzieła; dowolność była tu wielka. Oprócz ścisłych zapisów na nazwiska lub dzieła, istniały warianty pośrednie. Czasem wymieniać wolno było dzieło bez autora — skrajnym przykładem był tu wystawiony przez Jarockiego w roku 1960 z zespołem studenckim w Gliwicach Ślub: po zdjęciu spektaklu dano parę przedstawień pod warunkiem nieumieszczania nazwiska autora na afiszu. Jak wam się podoba w przekładzie Miłosza grano przez lata bez nazwiska tłumacza; można było pisać o autorze Szekspira współczesnego, ale nie o Kotcie etc., etc. Kiedy indziej odwrotnie — wolno było używać nazwisk, ale bez niektórych dzieł, których tytuły nie mogły się pojawić nawet w niskonakładowch pracach naukowych.

Tym fałszerstwom w dziedzinie biografii artystycznej towarzyszyły nieraz poważniejsze w odniesieniu do życiorysów, o czym pamiętają dobrze wszyscy autorzy, zarówno dzieł popularyzatorskich, jak i ściśle specjalistycznych, a nawet dokumentacyjnych o małym zasięgu.

Ów „mały” lub „duży” zasięg czytelniczy nie był bez znaczenia. Przeciwnie, stanowił o jednej z podstawowych zasad manipulowania kulturą. Wiele wydawnictw (choćby Słownik Pisarzy Polskich) opatrzonych było klauzulą „przeznaczamy do rozpowszechniania tylko w drodze sprzedaży zamkniętej. Nie należy dopuszczać krytyki przyjętego trybu rozpowszechniania, postulatów zwiększenia nakładu bądź wznowienia tej publikacji”. Manipulowano nakładami i cenami pism i książek, niektóre filmy wolno było wyświetlać tylko w kinach studyjnych, podobnie zdarzało się, iż spektakle przenoszono — gdy było to możliwe — ze scen dużych na małe. Zezwolono na premierę Męczeństwa i śmierci Marata Weissa w Teatrze Ateneum w Warszawie, ale nie zgodzono się na prezentację filmowej wersji sztuki. Wyrażano zgodę na premierę, ale w jednym mieście (np. w przypadku Rozmów z katem według Moczarskiego — w Warszawie). Puszczano pewne filmy, książki, zezwalano na wystawy lub koncerty, ale z zakazem lub ograniczeniem pisania o nich, i to nieraz z dodatkowym warunkiem. „Treść niniejszego zapisu nie może być przekazywana redakcjom”.
Najbardziej apodyktyczny zakaz w tej mierze wydano w roku 1972 z okazji — odesłanego zresztą na półki — Diabła Żuławskiego, gdzie napisano wprost i z podkreśleniem: „W świadomości czytelnika i widza ten film nie istnieje”, ale takich „nie istniejących” dzieł było wiele, i to nie tylko tych ogólnie znanych, bo np. w latach 1968-1969 nie można było w ogóle pisać — nawet w formie wzmianek — o filmach zarówno tych wcześniej zakupionych i nie puszczonych do kin, jak i innych, święcących tryumfy na międzynarodowych festiwalach. Zdarzało się to w okresach, kiedy wiedzę na ten temat zdobywać można było łatwo drogą pośrednią.

Nagminne było wstrzymywanie (lub ograniczanie) ilości recenzji pochlebnych (w stosunku do twórców i naukowców źle widzianych) lub krytycznych (w stosunku do faworytów i pisarzy partyjnych), ale też np. do Opowieści biblijnych Kosidowskiego, ograniczanie uwag krytycznych o Hanuszkiewiczu, po objęciu przez tegoż Teatru Narodowego etc.).

Warto tu może wspomnieć o dwu jeszcze sprawach. Jednej w jakimś sensie wymiernej: a więc o owych wszystkich dodatkowych środkach manipulacji, jaką były np. (podejmowane nie tylko przez cenzurę, ale przy jej czynnym udziale) akcje „oczyszczania bibliotek”, prohibity, debity, rekwirowanie książek, kaset filmowych, nagrań muzycznych etc., przywożonych z zagranicy. A więc akcjach, które w niemniejszym stopniu niż różne zapisy nie tylko deformowały model powojennej kultury, ale czasem na trwałe decydowały o jej rozwoju.

I o sprawie drugiej, której nie da się już poprzeć żadnymi statystykami. A mianowicie — o wpływie cenzury na świadomość zarówno twórców, jak i animatorów życia kulturalnego. O owej cenzurze wewnętrznej (w wydawnictwach, redakcjach itd.) lub „samocenzurze” — dokonywanej czasem świadomie i cynicznie, bardzo jednak często podświadomie. Oczywiście to nie tylko (a nawet nie przede wszystkim) istnienie Głównego Urzędu decydowało o ich rozmiarze. Ale z pewnością ów potężny pośrednik między partią a naukowcem, twórcą, pisarzem czy publicystą odgrywał tu niebagatelną rolę.

Wszystko to zresztą temat nie na referat, lecz obszerną i skomplikowaną książkę. Tyleż serio, co anegdotyczną. Kto wie nawet, czy najbardziej porażające wydawałyby się te jej fragmenty, które dziś skłonni bylibyśmy przyjmować z rozbawieniem; tak wydają się małostkowe i surrealistyczne. Jest to jednak rozbawienie podobne temu, z jakim po upadku stalinizmu przyjmowało się np. socrealistyczne wiersze.

Marta Fik

Sommer rozmawia z B’nai B’rith. „Rzadko można spotkać się z taką szczerością”


Właśnie przyszła z druku książka „Polityka żydowska”, autorstwa śp. Mariana Miszalskiego oraz mojego, gdy znów odezwał się do mnie członek żydowskiej loży B’nai B’rith, który już wcześniej starał się mnie przekonać, że zdradziłem wolnościowość na rzecz nacjonalizmu i że to bardzo niedobra jest, że tak się stało.

Postanowiłem przeprowadzić z nim szczegółową rozmowę, by dociec, skąd wziął taki dziwny zarzut. W jej trakcie doszliśmy do konkluzji, której zresztą od razu się spodziewałem. Mój rozmówca przyznał, że to on jest nacjonalistą (żydowskim oczywiście) i moja wolnościowość okazała się dla niego zbyt mało filosemicka.

Rozmowa – którą znajdą Państwo wewnątrz numeru – dokładnie potwierdza tezę zawartą w mojej i Mariana Miszalskiego książce, która głosi, że w przypadku Żydów, nawet jeśli sytuują się w obrębie oddziaływania i wyznawania rozmaitych poglądów, zawsze istnieje ideologiczna część wspólna, której główną osią jest przyświadczanie o potrzebie prowadzenia polityki żydowskiej.

Każdą ideologię czy doktrynę traktują przez jej pryzmat. Tak więc dla nich socjalizm musi być żydowski, libertarianizm też musi być żydowski, a nacjonalizm – to już wyłącznie i na sto procent. Stąd postawiony mi zarzut zdrady wolnościowości. W przekonaniu mojego rozmówcy po prostu moja wolnościowość nie jest zgodna z wymogami polityki żydowskiej. Czyli tak naprawdę to nie był zarzut dotyczący wolnościowości, tylko żydowskości tej wolnościowości.

Z tego powodu uważam, że przyjmowanie przedstawicieli takich organizacji jak B’nai B’rith przez polskie ambasady – a od mojej krytyki takiego spotkania w Londynie zaczęła się ta dyskusja – jest skandalem, bo najczęściej odbywa się to bez świadomości, z kim właściwie odbywa się to spotkanie. Po prostu polskie ambasady, jeżeli mają spotykać się z jakimiś nacjonalistami, to powinny ograniczyć się do nacjonalistów polskich, a nie przyjmować nacjonalistów żydowskich i się jeszcze tym chwalić. Polecam dokładną lekturę tej rozmowy, bo rzadko można spotkać się z taką szczerością i otwartością argumentacji.

Tymczasem udało nam się – a wiedzą Państwo, jakie ciągle mamy z tym historie – wynająć salę na XIX Konferencję Prawicy Wolnościowej. Tym razem odbędzie się ona w nowym miejscu, choć nadal w centrum Warszawy, przy ulicy Kolejowej. Zaczynamy szykować program, zapraszać gości – szczegóły przedstawię w kolejnym numerze – w każdym razie proszę szykować sobie wolny czas 28 i 29 listopada.

W tym roku planujemy mocny finisz książkowy – z Targami Książki bez Cenzury objedziemy pół Polski oraz wydamy drugi tom „Alfabetu Michalkiewicza”, książkę zawierającą wywiady z prof. Bogusławem Wolniewiczem oraz – uwaga – specjalny tom poświęcony językowi i retoryce Grzegorza Brauna. Informacje o kolejnych punktach naszego objazdu będziemy podawać na bieżąco. Serdecznie zapraszam do udziału w naszych imprezach!

21.09.2026 Tomasz Sommer nczas/sommer-rozmawia-z-bnai-brith-rzadko-mozna-spotkac-sie-z-taka-szczeroscia

Do 2050 roku rdzenni Francuzi staną się mniejszością w swoim kraju

 

Śmierć Zachodu. Do 2050 roku rdzenni Francuzi staną się mniejszością w swoim kraju

Badanie przeprowadzone przez Obserwatorium Imigracji i Demografii mierzy możliwą ewolucję populacji francuskiej w ramach trzech polityk migracyjnych. W dwóch scenariuszach osoby bez pochodzenia migracyjnego staną się mniejszością między 2050 a 2060 rokiem.

Badanie ujawnia, że niezależnie od wariantu polityki imigracyjnej, ​​do 2050 roku nastąpią poważne zmiany demograficzne. Jak będzie więc wyglądać Francja w 2050 roku? Pytanie nie dotyczy już tylko liczebności populacji, starzenia się społeczeństwa czy finansowania emerytur. Teraz chodzi o sam skład populacji.

Badanie przeprowadzone przez Obserwatorium Imigracji i Demografii dla magazynu „Le Figaro” , zostało oparte na danych publicznych z INSEE i INED i próbuje zmierzyć transformacje, jakie zachodzą w tym kraju na przestrzeni stulecia. Redakcja zaznacza, że jest to bo badanie „politycznie i statystycznie delikatne”.

OID nie rości sobie prawa do przewidywania przyszłości. Wybiera trzy warianty trajektorii migracyjnych, aby ocenić ich konsekwencje demograficzne. Ma to pozwolić zaobserwować trend, z którym francuska debata publiczna wciąż się zmaga. Do 2024 roku ponad 30% dzieci urodzonych we Francji miało już co najmniej jednego rodzica urodzonego poza Unią Europejską. W badaniu uwzględnia się pochodzenie na przestrzeni trzech pokoleń.

Transformacja demograficzna napędzana jest zarówno ciągłymi przepływami migracyjnymi , jak i dysproporcjami w płodności między różnymi populacjami. Pierwszy scenariusz rozszerza obecne trendy migracyjne. Zakłada on 350 000 stałych wjazdów rocznie. OID uważa ten poziom za zgodny z liczbą około 500 000 wjazdów migrantów na terytorium, o których mówiło Ministerstwo Spraw Wewnętrznych w 2024 roku, zakładając, że około dwie trzecie tych przyjazdów miało charakter stały.

W tym scenariuszu dzieci pochodzenia pozaeuropejskiego w ciągu trzech pokoleń będą stanowiły większość narodzin po 2040 roku. Ich udział osiągnie około 65% około 2070 roku. Transformacja całej populacji przebiegałaby naturalnie wolniej. Osoby bez pochodzenia migracyjnego staną się mniejszością około 2050 roku. Francuzi z pozaeuropejskim pochodzeniem w ciągu trzech pokoleń przekroczyliby jednak 50% całkowitej populacji i to do połowy lat 70. XXI wieku.

Scenariusz pośredni zakłada 250 000 stałych przyjazdów rocznie, co stanowi umiarkowaną redukcję. Ten sam trend utrzymałby się, ale z opóźnieniem o jedno pokolenie. Odsetek narodzin osób pochodzenia pozaeuropejskiego stanowiłby większość zaraz po 2050 roku, a następnie ustabilizowałby się na poziomie około 55% do 2080 roku. Odsetek osób bez pochodzenia migracyjnego spadłby poniżej 50% około 2060 roku. Większość osób pochodzenia pozaeuropejskiego w populacji ogólnej wystąpiłaby dopiero w latach 90. XXI wieku.

W obu przypadkach Francja w drugiej połowie stulecia stałaby się krajem, w którym większość mieszkańców miałaby w różnym stopniu, historię rodzinną związaną z niedawną imigracją .

Trzeci scenariusz pokazuje, że trend ten może być odwracalny, ale ze znacznym wpływem migracji. OID przewiduje tu czterokrotny spadek imigracji spoza Europy w porównaniu ze scenariuszem pośrednim. Wymagałoby to radykalnych decyzji politycznych, w szczególności dotyczących azylu, łączenia rodzin oraz przepisów unijnych, a nawet zmian konstytucyjnych.

W tym scenariuszu odsetek osób pochodzenia pozaeuropejskiego także będzie rósł przez kolejne dekady, napędzany obecnymi przepływami migracyjnymi i kontynuacją demograficzną. Około 2050 roku osiągnie prawie 35% wszystkich urodzeń, po czym zacznie jednak spadać. W całej populacji ustabilizuje się na poziomie około 30% od lat 70. XXI wieku, nigdy nie osiągając poziomu większości.

Pod koniec XXI stulecia różnica między scenariuszem wysokim a restrykcyjnym wyniosłaby zatem około trzydziestu punktów procentowych. Ta różnica stanowi główny wniosek polityczny badania i zakłada, że wzrost populacji nie zależałby od całkowicie niekontrolowanego mechanizmu, ale również od decyzji podejmowanych obecnie.

Prognozy tego typu są mocno hipotetyczne. Nie da się precyzyjnie określić, jak będą się kształtować wskaźniki dzietności, ani przyszłe przepływy migracyjne. Wybrana granica trzech pokoleń też nie jest dokładna i oznacza, że od czwartego pokolenia potomek imigrantów zalicza się do kategorii osób „bez przeszłości migracyjnej”.

Kandydat lewicy na prezydenta, Jean-Luc Mélenchon przewiduje, że do 2050 roku Francja i tak będzie w 50% „rasowo mieszana”. Prawica twierdzi, że kontrola nad imigracją może te trendy odwrócić. Demografia stopniowo wychodzi poza sferę abstrakcji i staje się przedmiotem debaty wyborczej. Na razie w tym temacie nic się nie zmienia.

Inne badanie przeprowadzone przez Hexagone Institute wykazało, że NGO-sy zajmujące się wspieraniem imigracji, procesów otrzymania azylu i integracji stanowią największą pozycję (23 miliardy euro rocznie) w wydatkach państwa na wsparcie stowarzyszeń… Podział środków państwowych pozwala na lepsze zrozumienie realizowanych we Francji priorytetów.

I jak tu nie być fatalistą..?

Źródło: Le Figaro/ Valeurs

20.09.2026
nczas/smierc-zachodu-do-2050-roku-rdzenni-francuzi-stana-sie-mniejszoscia-w-swoim-kraju

Ilu Ukraińców ma polski paszport? A ilu będzie go miało już niebawem? – Krzysztof Baliński

 


W swoim wystąpieniu podczas wieczoru promującego najnowszą książkę “Ukropolin od A do Z” Krzysztof Baliński skupił się na bardzo niebezpiecznym, masowym zdobywaniu polskiego obywatelstwa.

Krzysztof Baliński i jego wieczór autorski w księgarni Multibook.pl

W swoim wystąpieniu poruszył następujące tematy:

– Jak Ukraińcy mogą w łatwy sposób zdobyć polskie obywatelstwo?
– Ilu Ukraińców w najbliższym czasie ma szansę otrzymać polski paszport?
– Kto nadaje obcokrajowcom obywatelstwo?
– Czy w ogóle wiemy ile już przyznano paszportów obcokrajowcom?
– Czy obecne, masowe wręcz rozdawanie polskiego paszportu można powstrzymać?
– Czy prezydencki projekt ustawy o polskim obywatelstwie to krok we właściwym kierunku?
– Po co Zełensky podpisał ustawę o wielokrotnym obywatelstwie i jaki znajduje się w niej haczyk?

Wideo pod linkiem

https://ekspedyt.org/2026/09/20/ilu-ukraincow-ma-polski-paszport-a-ilu-bedzie-go-mialo-juz-niebawem-krzysztof-balinski/

Jak polskie biesy wyprzedziły Sobór na drodze do religii światowej

 


W opublikowanej pod przydługim tytułem „Polskie biesy. Tom 1, XVIII wiek. Wrogie przejęcie i zbrodnie założycielskie” rozmowie z Janem Taturą europoseł Grzegorz Braun dokonuje bezprecedensowej rozprawy z własną grupą społeczną: inteligencją.

Jeżeli nie jest to radykalna próba uwiarygodnienia się w oczach elektoratu, mamy do czynienia z manifestem politycznym katolickiego tradycjonalisty, jakiego w Polsce nie było.

Może on doprowadzić do białej gorączki „Gazetę Wyborczą” tak samo jak słuchaczy Radia Maryja oraz wpędzić w popłoch episkopat Polski. To ostatnie akurat nie jest trudne, ponieważ słowo „popłoch” zdaje się charakteryzować sposób reagowania tego szacownego gremium.

Braun uderza w sploty słoneczne oraz w największe świętości polskiego inteligenta. „Polska inteligencja jest specyficznym reliktem przeszłości – ale bez perspektyw na przyszłość innych niż związane z utrzymaniem etatyzmu i klientelizmu. Inteligencja jest de facto chłopstwem pańszczyźnianym – pozbawionym własności, a przywiązanym dzisiaj do etatów i do kredytów. Do etatów, jeśli nie państwowych to korporacyjnych, co na jedno w skutkach wychodzi – mając bowiem wybujałe przeświadczenie o własnej niezależności i przywiązaniu do wolności, inteligencja jest ostoją zniewolenia jako klasa ukonstytuowana i integrująca się na bazie kanonicznych przesądów inteligenckich: demokratyzmu (antymonarchicznego), etatyzmu (socjalistycznego). Modernizmu (religijnego), pacyfizmu (hoplofobicznego), a jednocześnie judeoidealizmu (anty-antysemityzmu) i insurekcjonizmu (dziś przede wszystkim antyrosyjskiego)” (str. 103). Mocniej chyba nie można było zaznaczyć, że inteligencka wolność to jedynie pusta konotacja, pod którą kryje się brak samodzielności i niezależnych źródeł utrzymania.

Kielnie i fartuszki

Tytułowe „wrogie przejęcie” oznacza przechwycenie świadomości narodowej przez nową klasę społeczną, uzurpującą sobie prawo rządu polskich dusz. Okazji dostarczyła wymęczona przez masonów u Klemensa XIV kasata zakonu jezuitów w 1773 roku. Umożliwiła ona uwłaszczanie się Komisji Edukacji Narodowej na zakonnym majątku Towarzystwa Jezusowego i produkcję nowych elit w myśl postępowych haseł. Hasła fabrykowała „jakobińska farma trolli”, czyli kołłątajowska „Kuźnica” finansowana kwotą 60 milionów franków, przeznaczonych według Brauna ze skarbu rewolucyjnej Republiki Francuskiej na „interes Braci Warszawskich”.  A interesem tym według słów samego Hugo Kołłątaja było „obalanie tronów i ołtarzy”. Jak bowiem tłumaczy rzecz Braun: „Wielkiej Rewolucji Antyfrancuskiej potrzebna była dywersja na tyłach – przekierowania działań koalicji kontrrewolucyjnej Austrii, Prus i Rosji na inny teatr wojenny. Padło na nas – polscy patrioci, agenci lóż i pożyteczni idioci z największym zapałem zabrali się za realizację tego scenariusza […] I ta operacja udaje się doskonale – w latach 1791 – 1795 trwają nad Wisłą de facto intensywne działania osłonowe rewolucji nad Sekwaną” (str. 248).

Ponieważ rząd dusz był przejmowany od katolickiego kleru, dlatego „polskie biesy” musiały się początkowo uwiarygodniać jako duchowni lub świeccy katolicy.  „Rewolucja niszcząc istotę starego, tradycyjnego porządku, bardzo skrzętnie stara się zachować jego fasadę. I stąd dążenie do tego, żeby księża nadal nazywali się księżmi, chociaż będą w istocie sprotestantyzowanymi, zmasonizowanymi agitatorami” (str. 28). Bohaterowie na czele z przewodnim czarnym charakterem gawędy i „człowiekiem znikąd” Hugo Kołłątajem, Stanisławem Staszicem, braćmi Ignacym i Michałem Potockimi, Franciszkiem Zabłockim, Wojciechem Bogusławskim, Janem Kilińskim, Tadeuszem Kościuszką, wdrażają spóźniony w Polsce o dobre 200 lat program swoistego protestantyzowania Kościoła polskiego oraz samych Polaków.

„Energicznie bez ceregieli i bez skrupułów realizowana ‘protestantyzacja’ dokonuje się w całym szkolnictwie – wystarczy kilka lat, a już wylęgają się na świat kolejne mioty […] tych oświeconych hunwejbinów. To oni będą przeprowadzać rewolucję 3 Maja, będą rozpętywać insurekcję kościuszkowską i będą tworzyć ten raj oświeconych biurokratów, zakładać zręby tej przyszłej idylli urzędników – ze szczególnym uwzględnieniem urzędników podatkowych. Czyli Księstwo Warszawskie i Królestwo Kongresowe – to są właśnie dzieci Komisji Edukacji Narodowej. Więc hasło ‘protestantyzacja’ znajduje w projekcie spełnienie bardzo bliskie zachodniego ideału i oryginału, a niekiedy najzupełniej dosłowne” (str. 134). Takie źródło ma zatem klasa społeczna, którą Braun chce wysłać do wszystkich diabłów.

Późne wnuki

Masońskie tradycje Kuźnicy przejmuje cała XX-wieczna lewica polska, od sanacji, przez PRL, po post-PRL. Ciężko jest znaleźć środowisko zupełnie nie przyznające się do tradycji kołłątajowskich. W II RP symbolem może być Tadeusz Boy – Żeleński i ze swoją misją uświadamiania a w PRL stalinowsko – bierutowska „Kuźnica” z jej reformami nauki i oświaty. „System KEN został w PRL podniesiony do rangi dogmatycznej. Wzorzec kołłątajowskiej ‘reformy’ UJ został zaaplikowany z jeszcze większą mocą – a ukoronowaniem tego dzieła była likwidacja na przełomie lat 40. i 50. XX wieku dwóch zacnych instytucji naukowych o prywatnym i społecznikowskim rodowodzie: Towarzystwa Naukowego Warszawskiego i krakowskiej Polskiej Akademii Umiejętności, z których po upaństwowieniu stworzono jedną instytucję: Polską Akademię Nauk. Otóż PAN […] to jest właśnie ni mniej, ni więcej, kołłątajowsko-stalinowski kołchoz dla profesury.

To nie jest krzywdząca kogokolwiek inwektywa, tylko rzeczowe określenie, oddające historyczną genezę i aktualny stan rzeczy, jeśli chodzi o dominujący paradygmat” – jak bezlitośnie podsumuje reformy oświaty i nauki w  PRL-u Braun (str. 245). Nie zabraknie również wątku masońskiego. „Jego agendy jak Instytut Badań Literackich – był również niejako etatowym matecznikiem masonerii, która w PRL, mimo formalnych ograniczeń, miała się całkiem nieźle” (tamże). W znajdującym się nota bene w Pałacu Staszica IBN „miała swój matecznik loża Kopernik z […] Janem Józefem Lipskim na czele” (str. 34) a jeden z etatów „przypadał mamie panów Kaczyńskich – co otwiera wdzięczne pole do pogłębionych i poszerzonych badań nad ciągłością i nieciągłością elit państwowych w Polsce” (tamże).

Opisywane przez Brauna procesy skutkowały tym, że inteligencja polska w większej części była i jest niewierząca. „Biskupi i księża polscy byli w ogromnej części chłopskimi synami. To była jedyna naprawdę wierząca warstwa w Polsce. To był kościół ludowy”. („Między Logiką a Wiarą. Z Józefem M. Bocheńskim rozmawia Jan Parys”, 1992, str. 185). Oryginalny polski wkład do katolicyzmu: „Gorzkie żale” i „Godzinki o Niepokalanym Poczęciu NMP” dla inteligencji są najwyżej przejawem folkloru jeśli nie obskurantyzmu. Wytworzony dualizm oświeconych, niereligijnych elit oraz religijnych, nieoświeconych mas, widoczny jest bez problemu w dzisiejszych podziałach politycznych.


Nie kto inny jak Jarosław Kaczyński stwierdził w chwili szczerości, że w gruncie rzeczy utożsamia się z wykształconym elektoratem wielkich miast Platformy Obywatelskiej.  Wychowany w „mateczniku loży Kopernik” prezes Prawa i Sprawiedliwości niemalże z obrzydzeniem zagospodarowuje pozostawiony mu, ale obcy jego wrażliwości i światłym poglądom, parafialno – prowincjonalny grajdół. Istniejący obustronny dystans podkreślił swego czasu o. Tadeusz Rydzyk, ostrzegając przed prezydencką rodziną Kaczyńskich słowami: „nie należy mylić szamba z perfumerią”.  Czy zatem kogokolwiek może zaskakiwać poziom obłudy masońsko sformatowanych pijarowców PIS-u, obecny w narracji „dobrej zmiany” dla niedorosłego narodu?

Z jednej strony „katolikawe” masy, pozbawione intelektualnego kierownictwa, podatne są na wszelkie suflowane im w narodowym lub ledwo „narodawym” opakowaniu agendy. Z drugiej strony elity nie przyswajające sobie katolickiego światopoglądu, w tym metafizycznej relacji celów i środków, otwierają się na implementację dowolnych światopoglądów, czyli po prostu na wpływy obcych ośrodków politycznych. Elita, która nie potrafi zdefiniować interesu własnego państwa, jako dobra wspólnego, nie ma podstaw odróżniać go od interesów obcych. „Jeśli więc polskich patriotów słusznie niepokoi, że niektórzy sygnatariusze Targowicy zbyt często i zbyt długo bywali w Petersburgu, to dlaczego w ogóle nie przejmuje ich, że niektórzy spośród liderów Klubu Przyjaciół Konstytucji 3 Maja całkiem sporo czasu spędzali w Berlinie, Dreźnie, Londynie, Wiedniu czy Paryżu – nieprawdaż?” (str. 273). Retoryczne pytanie Brauna wskazuje na tytułowe „wrogie przejęcie” przez europejski obóz rewolucji, do którego bezwiednie zapisuje się każde kolejne pokolenie polskiej inteligencji, bo tak już ma.

Trony i ołtarze

Braun prowadzi swoją historyczną wiwisekcję z egzotycznego dla Polaka punktu widzenia tradycjonalisty katolickiego. Lepiej zrozumiemy jego perspektywę, uświadomiwszy sobie, że cywilizacja katolicka (łacińska) inteligencji jako klasy społecznej nie zna. Jest w niej bowiem tylko kler oraz świeccy. Kler nie jest autorytetem w każdej dziedzinie, lecz tylko w zakresie wiary i moralności. I to właśnie odróżnia go od świeckich. Nie chodzi przy tym o nominalną przynależność, zgodnie z którą obecny episkopat Polski należy do kleru, choć ze świecą w nim szukać heroiczności cnót przywiązanej do stanu biskupiego. Idzie o udzielanie sakramentów, nauczanie i życie zgodnie z przypisanymi przez Magisterium Kościoła regułami. Kler wpaja zatem ludziom cel (zbawienie dusz) oraz realizującą go moralność, która steruje zachowaniem i współpracą jednostek, ucząc odróżniania celów od środków.

Moralność poza kilkoma zasadami tworzącymi cywilizację łacińską, jak dozgonna monogamia, rozróżnienie na władzę świecką i duchowną oraz na prawo prywatne i publiczne – zostawia jednostkom szerokie pole do samodzielnej aplikacji wyuczonych sprawności w codziennym życiu. Świeccy są kompetentni w swoich dziedzinach i nie mają ambicji kierowania społeczeństwem lub państwem, jeżeli akurat nie są jego monarchami (tj. specjalistami w dziedzinie rządzenia państwem). Laikat nie dąży zatem w państwie katolickim do sprawowania funkcji powszechnego autorytetu, bo taki poza samym Bogiem, nie istnieje. Taką właśnie „boską” funkcję uzurpowały sobie nowe elity i dlatego musiały zwalczać kler katolicki, który samym swoim istnieniem zaprzeczał wyłączności świeckiego autorytetu. Stąd też kołłątajowski paradygmat zniszczenia „tronów i ołtarzy”, powtarzający zresztą wezwania do „zniszczenia bezeceństwa” (tj. chrześcijaństwa), jakimi Wolter zwykł był kończyć adresowane do towarzyszy z lóż oraz koronowanych głów listy.

Konsekwencją odrzucenia katolickiej organizacji społeczeństwa jest totalitaryzm wyrażony w protestanckim haśle „czyja władza tego religia”. Władysław Gomułka wyjaśniał go Stanisławowi Mikołajczykowi jesienią 1944 roku: „władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”. Znane są też późniejsze słowa Cyrankiewicza, grożące odcięciem ręki podniesionej na bezalternatywną władzę ludową. „Przedmiotem ich troski nie jest bowiem ani państwo, ani naród w aktualnej, realnej postaci – tak są odległe od ich rewolucyjnych ideałów, że właściwie nie ma czego żałować, kiedy to wszystko szlag trafia, pod jakąś Białą Górą czy Maciejowicami. Notabene, jakże to charakterystyczne, że obrazy klęski maciejowickiej cyrkulują później w drukach propagandowych z hasłem: „Finis Poloniae!” – własną przegraną, sromotną klęskę frakcji rewolucyjnej przedstawia się jako koniec Polski w ogóle” (str. 214).

Konsekwencją braku podziału na władzę duchową i władzę świecką jest, że od dekretów jednej władzy nie można się odwołać do drugiej. „Rewolucje eliminują kluczową dla naszej cywilizacji zasadę rozdzielenia władz, wynikająca wprost z dyrektywy ewangelicznej: Bogu, co Boskie, cesarzowi, co cesarskie. Rewolucja protestancka czyni to pod pretekstem walki o ‘czystą Ewangelię’, a rewolucja masońska – pod hasłem walki z ‘ciemnotą i zabobonem’ o ‘oświecenie ludzkości’. Efekt jest ten sam: wyrugowanie dualizmu władzy świeckiej i duchownej skutkuje wyeliminowaniem zbawiennej dla poddanych konkurencji i równowagi wpływów – w świecie łacińskim od decyzji księcia zawsze można odwołać się do biskupa, od decyzji cesarza – do papieża i odwrotnie. Rewolucja protestancka gwarantuje monopol władzy świeckiej ze wszystkimi tego konsekwencjami” (str. 98). W konsekwencji państwo staje się totalitarne także w sensie zakresu rządzenia. Stara się bowiem objąć swoją kompetencją wszystko. Rewolucyjna zasada jedności władzy, obowiązująca także w prawosławiu, protestantyzmie, czy islamie logicznie prowadzi do faszyzmu (wszystko w państwie) oraz globalizmu (wszystko państwem).

Powszechna religia człowieka

Nic lepiej nie oddaje atrakcji tkwiącej w rewolucyjnej mentalności niż bluźniercza filozofia Georga Wilhelma Friedricha Hegla (1770-1831). Widzi ona w państwie (z typowym brakiem logiki przede wszystkim w państwie pruskim) samo-poznającego się Boga. Boska samoświadomość jest przy tym per procura udziałem państwowych elit, bo przecież nie samego, pozbawionego świadomości państwa, jako takiego. To oznacza faktyczne ubóstwienie człowieka, co jest – przyznajmy – bardziej atrakcyjne niż wypominane przez Brauna bycie płatnym propagandystą na państwowym wikcie.

Przed taką samo-deifikacją człowieka Kościół katolicki bronił się do II Soboru Watykańskiego. Kapitulację wyraził dobitnie papież Paweł VI w przemówieniu na zakończenie soboru. „Świecki humanizm, w swoim okropnym antyklerykalnym wcieleniu, w pewnym sensie rzucił wyzwanie soborowi. Religia Boga, który stał się człowiekiem spotkała się z religią (bo takową jest) człowieka, który czyni siebie Bogiem. I co się wydarzyło? Czy było starcie, bitwa, klątwa? Mogło tak być – lecz tak się nie stało. […] Uczucie bezgranicznej sympatii do człowieka bez reszty zawładnęło soborem. Uwaga naszego soboru skupiła się na odkrywaniu potrzeb człowieka (a potrzeby te rosną stosownie do rangi, jaką syn ziemi sobie nadaje). Wzywamy was nowocześni humaniści, którzy odrzuciliście nadprzyrodzoną wartość rzeczy wyższych, doceńcie sobór choć za to i uznajcie nasz nowy rodzaj humanizmu: istotnie, my także, bardziej niż ktokolwiek inny, jesteśmy czcicielami człowieka” (podkr. W.K.).

Wraz z religią humanizmu do Kościoła wlało się wyżej wspomniane totalitarne rozumienie władzy. Za jej przejaw można uznać niedawne ekskomuniki dla tradycjonalistów z Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X za wyświecenie biskupów bez zgody papieża. Ich szerokie uznanie w Kościele świadczy o tym, że katolicy nie odróżniają już władzy administracyjno – prawnej od władzy nauczania (Magisterium). Zasada, że wszystkie rozkazy papieża są nieomylne, nawet jeśli wzajemnie sobie przeczą, jest typowo rewolucyjna. Czyja władza, tego religia.

Słowa o tym, że II Sobór Watykański był „rewolucją francuską w Kościele”, wypowiedział z ogromnym entuzjazmem, celebrując triumf nowej teologii nad dotychczasowym porządkiem kardynał Léon-Joseph Suenens, arcybiskup Brukseli i jeden z głównych liderów liberalnego (progresywnego) skrzydła na soborze.

W literaturze przedmiotu ten sam fakt zidentyfikował i potwierdził kardynał Joseph Ratzinger (późniejszy papież Benedykt XVI). W swojej głośnej książce „Raport o stanie wiary” (1985) określił on soborową konstytucję „Gaudium et spes” mianem „Anty-Syllabusa”. Ratzinger napisał wprost, że dokument ten stanowił próbę urzędowego pogodzenia Kościoła z zasadami roku 1789, czyli z dziedzictwem Oświecenia i Rewolucji Francuskiej, które wcześniej Pius IX w „Syllabus Errorum” oraz kolejni papieże jednoznacznie potępiali.

Z cybernetycznego i historycznego punktu widzenia te porównania są trafne  – soborowy zwrot oznaczał wdrożenie do wewnątrzkościelnej matrycy haseł rewolucji 1789 roku (wolność, równość, braterstwo) pod pojęciami wolności religijnej, kolegializmu i ekumenizmu, nad którymi bezlitośnie znęca się Grzegorz Braun. Kolejne tomy braunowskiej gawędy: tom 2, XIX wiek „Wielka gra i zwycięstwa prowokacji” oraz tom 3, 1877-1920 „Widma komunizmu i cuda nad Wisłą” zapowiadają dalszy ciąg historycznego śledztwa w sprawie polskiej drogi do religii światowej, drogi na której kościół polski ze względu na swoją specyfikę, okazał się prekursorem II Soboru Watykańskiego.

Włodzimierz Kowalik    

Myśl Polska, nr 37-38 (13-20.09.2026)

https://myslpolska.info/2026/09/20/jak-polskie-biesy-wyprzedzily-sobor-na-drodze-do-religii-swiatowej/

Polacy znów sługami reżimu ukraińskiego

 

W trakcie obchodzenia w Polsce przez Ukraińców swojego święta niepodległości. w Warszawie głos zabrał pełniący obowiązki ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego Waldemar Żurek. Jego słowa z tego wydarzenia zapiszą się we współczesnej historii Polski, tak samo jak wypowiedź rzecznika MSZ Łukasza Jasina, który uważał, że Polacy są sługami narodu ukraińskiego.

Czy rządzi PiS, czy PO, Polacy mają być sługami narodu ukraińskiego. W czasie swojej wypowiedzi Waldemar Żurek jako minister sprawiedliwości zwrócił uwagę na narastanie napiętej sytuacji w relacjach polsko-ukraińskich. O ile nikt nie popiera żadnej formy znęcania się psychicznego lub fizycznego nad innym człowiekiem ze względu na jego pochodzenie czy religię, zadziwia fakt ukazania przez polskojęzycznego ministra relacji polsko-ukraińskich.

Zwracając się do zebranych Ukraińców zapewnił ich jako prokurator generalny: (…) chcę was zapewnić, że jako prokurator generalny powołałem ponad stu prokuratorów w całym kraju, którzy od lutego tego roku bardzo aktywnie, razem z policją, ścigają każdy przejaw nienawiści (…) Ale zobaczcie, co dzieje się dalej. Ci, którzy myśleli, że bezkarnie mogą obrażać, lżyć, bić, następnego dnia prowadzeni są w kajdanach do sądu i idą do aresztów. Podjęliśmy działania nie doraźne, ale systemowe. Nikt nie zniszczy naszej przyjaźni[1].

W czasie, kiedy z jednej strony ministrowie angażują się w sprawę nastolatki z Ukrainy zwyzywanej w miejskim autobusie w Bielsku-Białej [2] milczą, gdy w mediach przebijają informacje, że w tym samym mieście zostało zatrzymanych trzech Ukraińców podejrzanych o brutalne pobicie Polaka pod koniec czerwca 2026 roku[3] lub w sprawie próby zabójstwa Polki dokonanej przez 18-letniego Ukraińca we Wrocławiu[4].

O ile zrozumiałe byłyby słowa ministra sprawiedliwości, który z jednej strony zapewniałby Ukraińców w Polsce o działaniach na rzecz ich bezpieczeństwa przy jednoczesnym wskazaniu, że sami zainteresowani powinni zwrócić uwagę na swoich rodaków, którzy łamiąc prawo w Polsce obniżają zaufanie zwykłych Polaków do wszystkich Ukraińców i podkreśleniu, że wobec prawa w Polsce wszyscy są równi niezależnie od pochodzenia, wypowiedź, jaka padła z ust ministra przerzuca całą odpowiedzialność za obecną napięta sytuację na Polaków, robiąc z nich potwory.

Przy takim założeniu nie można mieć za złe Polakom, że wg najnowszych sondaży jedynie 27% deklaruje gotowość walki za obecną rzeczywistość w Polsce[5]. Polacy jako gospodarze na swojej ziemi czują się jako gorszy sort, a ich oburzenie wobec często chamskiej i aroganckiej postawy osób, które są w Polsce gośćmi, traktowane jest przez polskojęzycznych polityków jako przejaw rusofili, co sprawia, że coraz więcej Polaków nie czuje łączności z państwem traktującym ich jako dojną krowę, którą ostatecznie można wbrew niej wepchnąć do nie swojej wojny w imię interesów wielkich mocarstw.

Źródła:

[1] https://wiadomosci.gazeta.pl/polityka/7,198012,32985046,zurek-zlozyl-ukraincom-nietypowe-zyczenia-zeby-zaden-polak.html


[2] https://kresy.pl/wydarzenia/pracownik-mzk-mial-zniewazac-ukrainskie-dziewczynki-w-autobusie-policja-zatrzymala-mezczyzne/


[3] https://www.gov.pl/web/po-bielsko-biala/dochodzenie-w-sprawie-pobicia-na-ul-broniewskiego-w-bielsku-bialej


[4] https://www.radiomaryja.pl/informacje/wroclaw-18-letni-ukrainiec-probowal-zabic-polke/


[5] https://www.rp.pl/spoleczenstwo/art44925761-wojna-w-polsce-sondaz-co-czwarty-polak-bronilby-kraju-co-dziesiaty-zdecydowanie-ucieka


19 września 2026 magnapolonia/polacy-znow-slugami-narodu-ukrainskiego

Fiłosofow i Maria Dąbrowska

 Pierwsza wypowiedź Fiłosofowa o Nocach i dniach znajduje się w liście do pisarki z kwietnia 1932, dwa miesiące po wydaniu drugiego tomu powieści: „Pani przykłada się do czegoś, co stoi jakby ponad Panią”. Autor snuje rozważania o sensie męki twórczej, o znaczeniu tej książki dla polskich czytelników, a także dla niego samego:


Uczciwie i szczerze otworzyłem się na Polskę, za co wiele wycierpiałem, tak ze strony Polaków 44 (obłudny Moskal!), jak i ze strony Rosjan (zaprzedał się Polakom!). Dzięki Pani powieści zrozumiałem, za co kocham Polskę i jaką Polskę kocham. Pokazała mi cierpienia  d a w n e j  Polski i jej prawo do miejsca pod słońcem. Za to błogosławię Panią. [list z 25 IV 1932, F 56] Po wyjściu tomu 3 (Miłość) Fiłosofow uważnie śledził ukazujące się w prasie recenzje, wysyłał je autorce, komentował. Pisał:

Zapewne ma Pani rację – ganią także „nie za to”, jak i „chwalą”. Z punktu widzenia „wydawcy” dobrze, że Pani nie zaczęto besztać. Nadmiar pochwał też nie zawsze jest dobry.

Zwłaszcza  m ł o d z i e ż  nie lubi, gdy chwalą. Historia literatury uczy nas, że sąd współczesnych nie ma żadnego znaczenia. Współcześni są  i n t e r e s o w n i:  patrzą na wszystko z punktu widzenia  b i e ż ą c y c h  spraw. [list z 19 VIII 1933, F 61]

W trakcie lektury tego tomu Fiłosofow w liście z 30 VIII 1933 zapisał na gorąco wrażenia z lektury:

Uważam, że niedoszła wizyta Toliboskiego, przyjazd Barbary do Serbinowa i  z w ł a s z c z a  opis wesela Felicji (prawda, zapomniałem o Januszu – Celinie!) – wszystko to są rzeczy klasy najwyższej. Rzeźbione „w kamieniu”, żeby ludzie nie zapomnieli. I to, że odbywa się to w chwili „przypływu” rewolucji, kiedy lada chwila fale zmiotą Serbinów, a pani Barbara  „j a k  g d y b y”  tego nie dostrzega – świadczy o wielkim mistrzostwie. Coraz bardziej i bardziej występuje tło tego eposu: „afirmacja życia” i to afirmacja  p o z y t y w n a. (Rozmowa Barbary z Ceglarskim!).

Dalej Fiłosofow szuka argumentów na obronę powolnej narracji w powieści, „dłużyzn”, z których powodu bywa krytykowana.

Gdyby nie było tych „dłużyzn”, tego spokojnego płynięcia wielkiej rzeki, wiele rzeczy utraciłoby swój wewnętrzny sens. Krótkie spięcie – Janusz–Celina – przekształciłoby się w „modną” nowelkę, w temat dla pani Melcer lub Krzywickiej.

W tym samym liście Fiłosofow próbuje umieścić powieść Dąbrowskiej na szerszym tle historycznoliterackim:

Ach, i jeszcze jeden ważny temat: zagadnienie „tradycji”. U Francuzów, najbardziej  t r a d y c y j n y c h  pisarzy, tradycje ciągną się od XVII wieku. U nas od Puszkina i Gogola.
U was usiłowano wywodzić tradycję od wieszczów, ale, jak się zdaje, nie bardzo się to udało.

Tradycja idzie od Orzeszkowej, Prusa, Żeromskiego. Tj. dopiero się rozpoczęła. Zapewne odegrały tu rolę i wpływy rosyjskie (Turgieniew, Tołstoj) i zachodnie: Dickensa i George Sand na Orzeszkową, Flauberta – na Panią. Tym niemniej jednak właśnie w twórczości Orzeszkowej, Prusa i Żeromskiego zarysowała się, a właściwie ufundowana została istotna polsko-słowiańska tradycja, którą Pani wzięła odważnie w swe ręce. Dlatego Pani zostanie w polskiej literaturze, dlatego Pani nie jest moderne w oczach filarów „Wiadomości Literackich”. Oni bowiem pracują dla d n i a
d z i s i e j s z e g o, niezrozumiałą jest dla nich mozolna praca wykuwania w granicie. Dlatego efektowniej jest sklecić cokolwiek „z kartonu”, oświecić „reflektorem” i dać akompaniament z murzyńskiej muzyki. Nie jestem wcale przeciwnikiem kartonu z reflektorami. Ale nie mogę znieść, kiedy karton wyobraża sobie, że jest granitem 45.

Fiłosofow był wnikliwym czytelnikiem Nocy i dni, i to nie tylko w druku, od pewnego momentu dostawał do lektury także maszynopis. Jako jeden z pierwszych otrzymywał egzemplarze autorskie kolejnych tomów z dedykacjami.
Dość obszerny list z 3 X 1934 zawiera błyskawiczną reakcję na ostatni tom powieści, a właściwie na dedykację, opatrzoną mottem z Eklezjasty – rozpoczynającym się słowami: „Marność nad marnościami, i wszystko marność” (Koh 1, 2) 46.

Fiłosofow posłużył się wieloma argumentami przeciw użyciu tego właśnie cytatu – jakby rzecz była drukowana. Przede wszystkim uważał go za zbyt obiegowy. Twierdził też, że stosowny jest do klimatu połowy lat trzydziestych, powieść jednak jest „historyczna” i do atmosfery roku 1914 słowa te absolutnie nie pasują.

Kwestia przełomowego znaczenia roku 1914 i w świadomości europejskiej, i w powieści Dąbrowskiej była dla Fiłosofowa na tyle istotna, że powrócił do niej rok później w jednym ze swoich artykułów. Rysując w skrócie atmosferę świata Nocy i dni, „epoki rozczarowań, szarej codzienności” i życia po klęsce, silny nacisk kładł w nim na pojawienie się Sebastiana, a wraz z nim tego „burzliwego potoku”, dzięki któremu doszło do odrodzenia Polski 47. Chodzi rzecz jasna o legiony i Piłsudskiego. Sebastian rzuca szaleńcze i bezkompromisowe: „nie pozwalam” (pisane przez Fiłosofowa po polsku), przełamując marazm rzeczywistości. Dodać można, że według rosyjskiego krytyka był to romantyczny akcent postawiony w stosownym czasie i miejscu. Zanim do tego doszło, Fiłosofow odczytywał Noce i dnie jako powieść antyromantyczną, oczyszczającą z toksyn, które nagromadziły się w duszy polskiej w okresie zaborów, powieść poświęconą „szarym ludziom”, którzy po prostu „żyli, cierpieli, kochali, umierali”, ale to dzięki nim Polska dożyła niepodległości, ludziom, nad których losem autorka pochyla się z miłością i przebaczeniem, a „umie przebaczać, bo rozumie” 48.

Nie oznacza to, że Dąbrowska w jakiś sposób spełniała oczekiwania Fiłosofowa wobec literatury, że realizowała jego program literacki. Owszem, mieściła się w nim, ale był on wewnętrznie zróżnicowany. Zawierał: realizm i intuicjonizm, kulturę i przełamywanie tabu, dobroć i okrucieństwo, indywidualizm i prawdę życia społecznego – o tym wszystkim wspominał zresztą Fiłosofow w listach do pisarki i to jest czytelne w jego publicystyce.

To, co może wydawać się labilnością jego poglądów, wynikało z założenia, że literatura i sztuka w pewnym sensie powinny odpowiadać na potrzeby czasu, że mają do spełnienia misję społeczną (stąd np. szacunek Rosjanina dla kampanii Boya przeciw „brązownictwu”), choć zarazem powinny się mierzyć z tym, co „wieczne”. Oczywiście, nie każdy pisarz, który ma wrażenie, iż dotyka spraw wiecznych, pozostaje w żywym obiegu kultury. Dlatego do minionych sław Fiłosofow zaliczał np. Victora Hugo, Anatole’a France’a i wreszcie Stanisława Przy-byszewskiego, który, co nieraz podkreślał, miał zdecydowanie zły wpływ na literaturę, także rosyjską.

Muszę jeszcze wrócić do kwestii użytego w dedykacji Dąbrowskiej cytatu z Eklezjasty. Fiłosofow był zdania, że jest on obcy postaciom powieści, które tego rodzaju pesymizm świadomie odrzuciły. Pojawienie się tego „motta”, jak pisał Fiłosofow, tłumaczył sobie stanem ducha autorki, jej zmęczeniem i niepotrzebną próbą ujawnienia własnego poglądu na świat, gdy w poetyce swojej „powieści klasycystycznej, nie romantycznej” umiała się ukrywać za plecami bohaterów (list z 10 IX 1934, F 71–73). Dąbrowska uważała, że reakcja Fiłosofowa na cytat z Eklezjasty jest nieadekwatna, że jednak w pewnym sensie oddaje on mentalność niektórych postaci 49. Aby uspokoić przyjaciela, wręczyła mu wszakże egzemplarz z inną dedykacją.

Wątek Nocy i dni w korespondencji zamyka zdanie z listu Rosjanina do Dąbrowskiej z 14 X 1936, w którym dziękuje on autorce za Noce i dnie, pisząc:

„stanowiły [one] epokę w mojej biografii duchowej” (list z 14 X 1936, F 95).

Obiecywał i samej autorce, i czytelnikom swoich artykułów, że przygotuje większe studium o powieści. Pozostał nie datowany rękopis, kilka stronic, początek zarzuconego tekstu. Jest to zaledwie wstępny zarys tła estetycznego i teore-tycznoliterackiego, na którym miała być analizowana powieść Dąbrowskiej.

W tym samym archiwum, w którym zachował się ów fragment, znajduje się też nie drukowany szkic Weber-Hiriakowej o Nocach i dniach. Po raz pierwszy pisała ona już o Bogumile i Barbarze w 1932 roku. Widziała wtedy w powieści postaci „maleńkich ludzi” i górujące nad nimi ciemne oblicze życia, a relacje między małżonkami (obcość, „samotność we dwoje”) interpretowała niewątpliwie przez pryzmat własnego, nieudanego małżeństwa 50. Maszynopis powstał już po wydaniu całości, a więc w 1934 lub 1935 roku. Niewykluczone, że przeznaczony był do wygłoszenia w Domku w Kołomnie, ale wygłoszony nie został. Może zakwestionował go sam Fiłosofow?

O ile w drukowanej recenzji Weber-Hiriakowa umieszczała powieść Dąbrowskiej w tradycji tołstojowskiej, o tyle w szkicu późniejszym zdecydowanie dominują porównania do Dostojewskiego, do Biednych ludzi.

Po wydaniu Nocy i dni rozpoczyna się kryzys przyjaźni intelektualnej, spowodowany przede wszystkim pretensjami Fiłosofowa wobec Dąbrowskiej jako publicystki. List z 18–20 VIII 1935 jest sążnistą polemiką z jej artykułem o profesji pisarskiej 51. Na niektóre zarzuty autorka odpowiedziała w druku 52, na inne w liście prywatnym (nie wysłanym?), który zachował się w archiwum Dąbrowskiej.

Szczegółowemu przedstawieniu zarzutów Fiłosofowa trzeba by poświęcić oddzielne studium, analizując je w zestawieniu z tezami autorki Nocy i dni. Warto w każdym razie podkreślić, że nieraz się rozmijali w dialogu, gdy każde z osobna kontynuowało własne wątki, co okazywało się źródłem kolejnych nieporozumień.

W zasadzie przecież Fiłosofow był zwolennikiem intuicjonizmu i zbędna była jego tak zaciekła obrona. Przyjaciel zarzucił też Dąbrowskiej powierzchowną znajomość twórczości literackiej i filozofii Tołstoja i nierosyjski punkt widzenia. Pisarka odpowiedziała:

Tak jak gniew Pana, że ośmielam się wspomnieć o Tołstoju, niczego w etom nie ponimaja, przypomina mi gniew Kridla na to, że Pan ośmielił się pisać o Mickiewiczu (i, być może, źródło Pańskiej irytacji jest to samo), tak to, co Pan pisze z taką zjadliwością i ukrytą pogardliwością o Abramowskim, prowokuje we mnie swego rodzaju „Kridlizm”.

Tu zaczyna się obszerna, żarliwa obrona Edwarda Abramowskiego:

Jeśli w Polsce Abramowski nie jest znany, to nie dlatego, aby nie był tego wart, tylko że go znać nie chcemy, ponieważ nie lubimy głębi i tragiczności. Nie lubimy też rzeczy nie wy-kończonych i nie zaokrąglonych, ani bezapelacyjnych wymagań, a Abramowski był ich pełen 53.

W sumie najbardziej bolesne zarzuty Fiłosofowa można streścić następująco:

autorka wpadła w fałszywy ton, posługuje się nie swoim językiem i porusza zagadnienia akademickie, do czego nie jest intelektualnie przygotowana (list z 18– 20 VIII 1935, F 83–90). W kolejnym liście Fiłosofow wyjaśnia Dąbrowskiej wprost, że powinna „pisać jak artysta, a nie jak profesor” (list z 26 VIII 1935, F 91) i że nigdy nie prześcignie wiedzą ani erudycją Władysława Tatarkiewicza.

Rok później Fiłosofow komentując artykuł polemiczny Dąbrowskiej, zamieszczony w „Obliczu Dnia” 54, zastanawia się, jak można „n a  g r u n c i e   p s y c h o l o g i i dyskutować z komunistami, w dodatku przy ludziach” (list z 22 V 1936, F 94).

44 W grudniu 1934 S. Stempowski zaangażował się osobiście w obronę czci Fiłosofowa. Udał się w tym celu na rozmowę z R. Raczyńskim, publicznie rzucającym potwarze (zob. D ą b r o w s k a, Dzienniki, t. 2, s. 83, 85).

45 D. F i ł o s o f o w, list do M. Dąbrowskiej, z 30 VIII 1933. Przeł. S. S t e m p o w s k i (Muzeum Literatury).

46 Pełny cytat w przekładzie J. W u j k a  umieszczony w dedykacji, zob. D ą b r o w s k a, Dzienniki, t. 2, s. 55.

47 D. F i ł o s o f o w, „Nie pozwaliam!” Z cyklu „Woskrisnyje biesiedy”. „Mołwa” 1933, nr 213.

48 D. F i ł o s o f o w, Dezintoksikacyja. Jw., 1932, nr 17.

49 Streszczenie odpowiedzi danej Fiłosofowowi przez pisarkę zob. D ą b r o w s k a, Dzienniki, t. 2, s. 56–57.

50 A. Ł u g a n o w [Je. We b e r - H i r i a k o w a], Pieried licom żyzń. „Za Swobodu!” 1932, nr 1.

51 M. D ą b r o w s k a, Zawód literacki jako służba społeczna. „Marchołt” 1934/35, nr 4. Przedruk w: D ą b r o w s k a, Pisma rozproszone, t. 2. Artykuł jest wersją odczytu, wygłoszonego przez autorkę Nocy i dni kilkakrotnie (m.in. 9 V 1935 w Bibliotece Narodowej w Warszawie); Fiłosofow prawdopodobnie polemizuje jednak z wersją publikowaną.

52 M. D ą b r o w s k a, Na marginesie nie drukowanej polemiki. „Marchołt” 1935/36, nr 3.
Przedruk w: D ą b r o w s k a, Pisma rozproszone, t. 2.

53 M. D ą b r o w s k a, list do D. Fiłosofowa, z 22 VIII 1935 (Bibl. Uniwersytetu Warszawskiego).

Z artykułu
)TRUDNA PRZYJAŹŃ DMITRIJ FIŁOSOFOW – MARIA DĄBROWSKA – STANISŁAW STEMPOWSKI

autor
PIOTR MITZNER (Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego, Warszawa

poniedziałek, 21 września 2026

Ziemia: okrągła czy płaszczyzna - o skutecznym rad sposobie w dialektyce na ten temat


Średniowiecze - w tamtych pięknych czasach, gdy dusza jeszcze była nieśmiertelna, a ludzie nie potrzebowali grawitacji, jako że niebo gwiaździste było nad nimi, a Ziemia zawsze pod ich stopami, poniżej zaś co najwyżej domyślano się istnienia piekła, ale nie antypodów, nikt się specjalnie nie śmiał z założenia, że Ziemia jest płaszczyzną. Obecnie sytuacja wygląda odwrotnie i nie wygląda na to by ciemne masy społeczne, czy też zwyczajami profesorowie, chcieli sobie odmówić wyśmiewa tych, którzy utkwili w Średnioweczu.

Na to się raczej nic nie poradzi, natomiast jest sposób, by nieco stłumić ten śmiech, przynajmniej w przypadku tych którzy jednak zachowali odrobinę zdrowego rozsądku.

Chodzi o to, że oprócz nawyku myślenia o Ziemi jako kuli, większość nigdy tym sobie nie zawracała głowy, traktując kulistość Ziemi za absolutnie pewną, nie zdając sobie sprawy, że kierują się wiarą a nie wiedzą.

A model Ziemi jako kuli jest złożony, jest to pewna struktura, która by wydawała się racjonalną, musi być taka na wszystkich poziomach. I tak, jeżeli Ziemia jest tym, czym nam się mówi, że jest, można z całkowitą pewnością udowodnić że pewne obiekty nie mogą być widziane z pewnej odległości, gdyż znajdują się poniżej linii horyzontu. I po prostu zobaczenie ich jest taką samą niemożliwością jak zobaczczenie tego co jest za rogiem zabudowanej ulicy. [W podejściu eksperymentalnym, widoczna linia horyzontu jest czysto subiektywna, i zależy od organu percepcyjnego obserwatora, wraz ze "wzmocnieniem oka", obiekty które wydawały się zniknąć za linią horyzontu, ponownie się pojawiają, podczas gdy teoria kulistości Ziemi zakłada, że linia horyzontu jest fizyczną realnością, zatem nawet najlepsza lornetka nie przywróci widoku tego, co zniknęło poniżej linii horyzontu.

To czysta i prosta matematyka, zatem realność proponowanego modelu Ziemi da się łatwo i prosto zweryfikować. Samo widzenie rzeczy niemożliwych - zgodnie z zakładanym modelem Ziemi - nie dowodzi jeszcze, że nie jest ona kulą. Np błąd może polegać nie na błędnym założeniu o kształcie Ziemi, ale o jej wielkości. Gdyby Ziemia była znacznie większą kulą, jej krzywizna dopuszczałaby widzenie obiektów ze znacznie większej odległości. Nie mniej, oficjalna wersja twierdzi, że wszystko ma dokładnie obliczone, Ziemia ma kształt i rozmiar dokładnie taki jak zakładany.

Zatem w naszej dialektyce wystarczy podać przykłady, że jednak takie obiekty, które powinny być poniżej linii horyzontu są widziane, mimo tego że nie mogą. Nie mniej, do uwolnienia się od bycia uosobieniem głupoty i idiotyzmu - w oczach przeciętnego, racjonalnego człowieka - potrzebujemy w naszej dialektyce dodatkowego elementu, otóż najlepiej jak taki obiekt jest po drugiej stronie jeziora, czym to jezioro mniejsze, tym lepiej, byle było dostatecznie duże, by zgodnie ze ścisłymi obliczeniami zapewniało odpowiednią odległość sprawiającą to, że według zakładanego modelu Ziemi obiekty po drugiej stronie jeziora są  niemożliwe do zobaczenia. Dlaczego czym mniejsze jezioro tym lepiej? Otóż przeciętny człowiek, kiedy jest nad oceanem czy wielkim zbiornikiem wody, widzi płaszczyznę, ale zakłada że gdzieś tam dalej ten ocean się jednak zakrzywia, elegancko zgodne z kulistością Ziemi i nie zawraca sobie więcej tym głowy. W końcu tego od dzieciństwa go uczono. Natomiast nikt go raczej nie uczył, że jezioro Śniardwy jest tak naprawdę wypukłe, więcej płaskość tego jeziora jest brana przez tegoż człowieka za pewnik, a to nie z innego powodu, że wierzy on swoim oczom, i żadne teorie nie mącą mu wzroku.

I tak, w dyskusji dajemy przykład tego, że z jednego brzegu jeziora, widać to co jest na drugim. Można przypuszczać, że  to by zwykłego człowieka nawet nie dziwiło, ale tu dowiaduje się od specjalistów, którzy potrafią liczyć, że to po prostu niemożliwe. Dla specjalisty to nie jest akurat coś co zmieniłoby jego zdanie na temat okragłości Ziemi, bo według niego ma tu miejsce tak zwana refrakcja. Zatem informuje on naszego przeciętnego człowieka, że na przykład Korsyka widziana z Nicei, Chicago widziane z preciwległegio brzegu jeziora Michigan, miasteczko na przeciwległym  brzegu Śniardw, nie są tam, gdzie je widzi, to złudzenie optyczne. Jeżeli model Ziemi ma przetrwać, musi tak twierdzić. To daje nam ciekawą definicję złudzenia optycznego, mianowicie wszystko co nie może być widziane, bo nie zgadzałoby się to z obecną teorią kulistości Ziemi, a mimo to jest widziane. To jednak nie wszystko. Po co w naszej dialektyce potrzebujemy jeziora? Otóż nasz specjalista twierdzi, że miasto na drugim brzegu jeziora nie jest widziane z uwagi na wypukłość jeziora. Zatem jego teoria o kulistosci Ziemi, zredukowana do mniejszej skali, w której na codzień zwykły człowiek żyje, wymaga od niego twierdzenia: to miasto, które tam widzisz, tak naprawdę tam nie jest, to złudzenie optyczne bo tak naprawdę widok miasta jest przesłonięty z uwagi na krzywiznę jeziora, która jest rzeczywista, choć jej nie widzisz.

Miasta tam gdzie go widzisz nie ma, bo tak naprawdę jest niewidoczne z uwagi na wypuklość jeziora, ktora jest niewidoczna, ale choć jej nie widać, to jest, bo przesłania widok miasta, które co prawda widać, ale co się rozumie samo przez się, ten widok jest tylko iluzją optyczną. Jak mogłoby być inaczej?

I teraz, choć zaczynaliśmy jako beznadziejny idiota, płaskziemiec, możemy się przemianować w płaskojeziorca, który zakłada coś tak absurdalnego jak to, że miasto które widać jest widoczne nie z innego powodu jak ten, że jeszcze nigdy nikt nie widział wypukłego jeziora i że różnica poziomu pomiędzy przeciwległymi brzegami jeziora = 0.

Natomiast naszemu specjaliście nadajemy miano wypukłojeziorca, przedstawiciela ściśle racjonalnego poglądu, opisanego powyżej, i jakkolwiek zabawny może się on wydawać, aby utrzymać wiarę w kulistość Ziemi musi być on traktowany z całą powagą. To nie żadna satyra, to jest dokładnie współczesny pogląd naukowy, a ludzie którzy wierzą w to co widzą, czyli płaską taflę jeziora Śniardwy są beznadziejnymi idiotami.

Byłoby naiwnością oczekiwać zmiany stanowiska specjalisty, natomiast można oczekiwać od przeciętnego człowieka, obdarzonego choć odrobiną zdrowego rozsądku i przysłuchującego się dyskusji, by doszedł do wniosku, że chyba jednak z tą kulistoścą Ziemi nie wszystko jest tak proste i oczywiste jak go zapewniają specjaliści.

Zwłaszcza, że płaskojeziorcy potrafią udowodnić, że to czego nie można zobaczyć, widać. Z tym wypukłojeziorcy nie dyskutują. I z pewnością wierzą też, że wszystkie takie "widzialne obiekty", które zgodnie z ich teorią powinny być niewidzialne, są iluzją optyczną. Co zresztą, gdyby chcieli, mogliby zweryfikować. Wystarczy kamera filmująca np Chicago z brzegu na którym leży i stopniowe oddalanie się w stronę przewlekłego brzegu. Jeżeli mamy do czynienia z refrakcją, w pewnym momencie Chicago musi zniknąć z filmu, co najwyżej później pojawić się ponownie jako refrakcja.

Dlaczego pustelnicy lubią Średniowiecze? Średniowiecze miało wiele zalet, a jedną z nich było to, że nikt nie odczuwał potrzeby udowodnienia, że woda na brzegach jeziora ma zawsze ten sam poziom.

Teraz wierzący w wypukłość jezior, nie odczuwają potrzeby zweryfikowania swej wiary. A może odczuwają potrzebę jej zachowania, i zdrowy rozsądek podpowiada im, by lepiej się w takie eksperymenty nie bawić?

W każdym razie, jedynym celem artykułu było strukturalne zredukowanie dialektyki i sprowadzenie jej do poziomu - na płaszczyznę? - gdzie w miarę rozsądny człowiek powinien przyznać, że na Ziemi - niezależnie od jej kształtu -można znaleźć znacznie wiekszch głupków niż tych którzy wierzą, że stojąca woda w kanale czy zbiorniku jest płaska i na tym samym poziomie w jakimkolwiek swym miejscu.

Piła w ruch. Klimek i Braun zdemontowali znak Strefy Czystego Transportu w Krakowie


Kandydat Konfederacji Korony Polskiej na prezydenta Krakowa Michał Klimek symbolicznie zlikwidował tzw. Strefę Czystego Transportu w stolicy Małopolski. Wraz z Grzegorzem Braunem użyli szlifierki kątowej i odcięli słupek ze znakiem informującym o wjeździe do SCT.

– Pytacie mnie, co zrobię ze Strefą Czystego Transportu? To proste, zlikwiduję ją. Osobiście! – zadeklarował Klimek i przystąpił do cięcia metalowej konstrukcji.

Głos zabrał także Braun. Przedstawił akcję jako zapowiedź kierunku, w jakim pójdzie krakowski magistrat po ewentualnym zwycięstwie wyborczym Klimka.

– Szanowni Państwo, to zaledwie miły przedsmak tego, co czeka nas, normalnych Polaków, za prezydentury Michała Klimka w Krakowie. A przecież odzyskanie niepodległości nie może na tym się zakończyć. To zaledwie początek – podkreślił.

Klimek określił Strefę Czystego Transportu jako „strefę czystego absurdu”, „strefę wykluczenia i dyskryminacji normalnych Polaków, rodaków, mieszkańców Krakowa, którzy być może nie są posiadaczami aut z najnowszych roczników”.

Krakowska SCT funkcjonuje od 2024 roku i dopuszcza do centrum miasta pojazdy elektryczne, wodorowe, zasilane gazem ziemnym oraz spalinowe spełniające normy Euro 4 (benzyna) i Euro 6 (diesel). Wszystko to pod pretekstem dbania o środowisko. No chyba, że kierowca zapłaci, to wtedy nikt się już środowiskiem nie przejmuje.

Do końca 2026 roku dzienny wjazd kosztuje 5 zł, a abonament miesięczny 100 zł. Opłaty będą rosnąć etapami. Od 1 stycznia 2027 roku stawka będzie wynosić 15 zł dziennie i 250 zł miesięcznie, a w 2028 roku miesięczny abonament ma sięgnąć nawet 500 zł.

==================================


19.09.2026
nczas/pila-w-ruch-klimek-i-braun-zdemontowali-znak-strefy-czystego-transportu-w-krakowie

Rośnie groźba wciągnięcia Polski do wojny


Ze mną lepiej. Przejechałem dzisiaj na rowerze około trzydzieści kilometrów – część po leśnych drogach – i nie zmęczyłem się nadmiernie. Jeszcze miesiąc temu po takim dystansie byłem wyczerpany i parę godzin wracałem do sił. Taka jazda to dla mnie najlepszy czas, żeby przemyśleć różne problemy. Jazda była przyjemnością, ale w przemyśleniach pełno niepokoju, a przede wszystkim rosnąca obawa przed wojną. Nie ma we mnie tego psychicznego i fizycznego strachu przed wojną, który mieli ci, którzy jakąś wojnę przeżyli. Pamiętam to ze wspomnień mamy, która taki strach przeżyła jako kilkuletnie dziecko i to przeżycie było z nią do późnej starości.

Nie wiem na ile prawdopodobne jest wciągnięcie Polski do wojny, ale jestem przekonany, że taka groźba rośnie. Niestety na przestrzeni kilkunastu lat jesteśmy rządzeni przez idiotów, którzy robią wiele, żeby na nas wojnę sprowadzić, a nie robią prawie nic, żeby nas przed nią uchronić. Niewiele brakuje, by ci idioci stali się zbrodniarzami, ponieważ prowadząc do wojny w żaden sposób nie przygotowali do niej społeczeństwa.

Przedwczoraj w Stalowej Woli zawyły syreny. Ludzie na ulicy kompletnie się nimi nie przejęli. Znajomy opowiadał mi o pewnej dyrektorce szkoły, która niemal płakała mówiąc, że nie miała pojęcia, co zrobić z dziećmi. Rządzący idioci wysłali komunikat, żeby w czasie alarmu udać się w bezpieczne miejsce. Jednak rządzący idioci zarówno w państwie, jak i w mieście nie wskazali ani nie przygotowali żadnych bezpiecznych miejsc dla kilkuset dzieci z tej szkoły.

Stalowa Wola to siedziba największej zbrojeniowej fabryki w kraju. W razie wojny jest przecież oczywistym, że będzie jednym z pierwszych celów. Ci, którzy będą odpowiadać za unicestwienie Stalowej Woli będą zbrodniarzami. I nie będą to tylko ci, którzy wystrzelą rakiety, drony czy użyją innej broni, która zniszczy Stalową Wolę i zabije dzieci ze wspomnianej szkoły wraz z jej dyrektorką. Zbrodniarzami będą w równym stopniu ci, którzy wiedząc o katastrofalnym braku przygotowania Polski i Stalowej Woli do wojny wciągną nas w nią.

Mieszkam w linii prostej kilkaset metrów od Huty Stalowa Wola, czyli od największej fabryki zbrojeniowej. Jeśli Rosjanie przywalą czymś mocniejszym będzie po mnie. Gdybym miał możliwość, to bym się przeniósł w bezpieczniejsze miejsce. Niestety nie mam gdzie, ani nie stać mnie na znalezienie sobie bezpieczniejszego miejsca i nawet nie myślę o Hiszpanii czy Portugalii. Nie czuję jeszcze fizycznego strachu, ale świadomość, że w razie czego nie przeżyję zaczyna do mnie docierać. Nie chcę ulegać panice i cały czas mam nadzieję, że rządzący idioci nie są aż takimi idiotami, żeby świadomie wciągnąć Polskę w wojnę. Jednak ta moja nadzieja słabnie choćby z jednego powodu. Chodzi o to, że rządzący nami idioci są rządzeni przez obcych, których polecenia wykonują. Jak działa ten mechanizm? Ano według mnie tak…

Zaostrza się globalny konflikt między Chinami i USA. Generalnie Stany Zjednoczone tracą globalną hegemonię. Częścią tego konfliktu jest wojna rosyjsko – ukraińska. Rosja bez wsparcia Chin nie poradziłaby sobie. Z kolei Ukraina bez Zachodu już dawno przegrałaby. Ukraina przegrywa i świadomość tego mają rządzący Niemcami, Wielką Brytanią, Francją jak i przede wszystkim Amerykanie. Cały Zachód wie, że możliwości dalszego prowadzenia wojny przez Ukrainę są na wyczerpaniu. Nie mogą jednak pozwolić na to, by wyczerpanie Ukrainy zakończyło wojnę.

Dla nich wygrana Rosji jest niebezpieczeństwem w różnych wymiarach. Przede wszystkim wygrana Rosji grozi im utratą władzy we własnych państwach. W Wielkiej Brytanii, Francji i Niemczech ugrupowania polityczne przeciwne wojnie z Rosją rosną w siłę. Zwycięstwo Rosji może być kroplą przepełniającą czarę na ich korzyść. Dlatego dalsze prowadzenie wojny z Rosją staje się kwestią utrzymania władzy.

Dla Amerykanów zwycięstwo Rosji, to nie tyle zwycięstwo Rosji, co Chin. Dla nich korzystne jest, żeby Rosja się wykrwawiała, ale żeby oni nie ponosili tego kosztów, więc najlepiej cudzymi rękami wyciągać kartofle z ukraińskiego ogniska. I tu dochodzimy do roli w całej sprawie Polski, a w tym Stalowej Woli.

Coraz więcej wskazuje, że cały Zachód przeznacza Polskę do kontynuowania wojny w sytuacji wyczerpania się zasobów Ukrainy. Oczywistym staje się, że Zachód ma aż nadto instrumentów nacisku na idiotów rządzących Polską, żeby ci ściągnęli na nas tę katastrofę. To się już dzieje! Boję się, że to nabiera impetu. Przeraża mnie, że większość Polaków nie ma o tym pojęcia, również tych, których codziennie mijam na ulicach Stalowej Woli.

W tym roku z powodu choroby nowotworowej już porządkowałem i zamykałem swoje życiowe sprawy. Póki co uniknąłem najgorszego. Mam przypływ wisielczego humoru na myśl, że znowu powinienem zacząć te porządki, bo tym razem nie nowotwór, ale rosyjska rakieta na spółkę z idiotami rządzącymi Polską i Stalową Wolą mogą zakończyć moje rowerowe wycieczki.

A do Państwa dociera do czego prowadzą idioci rządzący Polską?

Andrzej Szlęnzak
https://myslpolska.info/

========================

Panie kochany ! To nie tylko idioci, ale również zbrodniarze. To warto jednoznacznie napisać. MD

[Kaczyński, Tusk to bez wątpienia zbrodniarze, natomiast przeciętna idiotka w waginecie Tuska, jest tylko przeciętną idiotką. Co jednakże nie zmniejsza jej odpowiedzialności za ludzkie cierpienie, do którego się dokłada. Już sporo osiągnęła a w wypadku wojny, raczej nie może oczekiwać czegoś więcej niż piekła. VB]