piątek, 2 października 2026

Mickiewicz i Rymkiewicz: Kim są ludzie rozsądni - czego oni chcą?


27 maja 1833 roku w wydawanym wówczas w Paryżu piśmie, które nazywało się „Pielgrzym Polski” – wydawcą „Pielgrzyma” był Eustachy Januszkiewicz, a wiosną i latem 1833 roku redagował go Adam Mickiewicz – ukazał się artykuł zatytułowany O ludziach rozsądnych i ludziach szalonych. Artykuł nie był podpisany – nazwisko jego autora zostało ujawnione dopiero ponad dziesięć lat później, w roku 1844, w czwartym tomie zbiorowego wydania Pism Mickiewicza – ale wszyscy nasi paryscy emigranci świetnie oczywiście wiedzieli, kto go napisał. Coś takiego – coś tak radykalnego, radykalnie polskiego mógł bowiem wtedy napisać tylko Mickiewicz.


Artykuł O ludziach rozsądnych i ludziach szalonych – niewielki, we współczesnych wydaniach Dzieł zajmuje on ledwie cztery strony – poświęcony był pojawieniu się w Polsce nowego gatunku ludzi – tych właśnie, których Mickiewicz nazwał ludźmi rozsądnymi. Ten nowy gatunek ludzi pojawił się w Polsce razem ze swoim własnym językiem – równie nowym jak oni i równie rozsądnym. Kiedy to się stało? „Pierwsze zjawienie się historyczne w Polsce ludzi rozsądnych i z profesji dyplomatów – czytamy w artykule O ludziach rozsądnych – przypada na czasy pierwszego rozbioru Rzeczypospolitej”. Na czasy pierwszego rozbioru, a dokładnie – na rok 1773, kiedy polski sejm zatwierdził ten rozbiór. „Kiedy haniebne- mu sejmowi Ponińskiego – pisał Mickiewicz – radzono podpisać akt samobójstwa, nie śmiano już do Polaków przema- wiać językiem starym, wzywać ich w imię Boga, w imię p o w i n n o ś c i, trzeba było stworzyć język nowy”. W tym nowym języku mówiono, jak twierdził Mickiewicz, o okolicznościach czasu i miejsca, o trudnościach, o środkach, a zwłaszcza o rozsądku – „zaklinano obywateli w imię rozsądku, aby przestali czuć po obywatelsku”. Ludzie rozsądni z ich rozsądkiem oraz z ich rozsądnym językiem pojawili się więc w Polsce, jak z tego wynika, w pewnym konkretnym celu – po to, żeby uniemożliwić innym Polakom protestowanie przeciw rozbiorowi Polski; czyli po to, żeby rozbiór doszedł do skutku, został zatwierdzony i żeby Polska przestała istnieć. Cytując ludzi rozsądnych, którzy pojawili się w polskim sejmie w kwietniu 1773 roku, Mickiewicz pisał tak: „Gdzież rozsądek – wołano – chcieć opierać się woli trzech dworów?

Gdzie są ś r o d k i oparcia się? Czy jest c z a s po temu? Czy nie lepiej c z ę ś ć poświęcić, aby r e s z t ę zachować?”. Ludzie rozsądni rozprawiali więc (według Mickiewicza) – rozprawiali, kiedy ginęła Rzeczpospolita, kiedy gwałcono jej prawa, kiedy rozpadały się jej instytucje, kiedy jej król zabawiał się z tancereczkami i z poetami, kiedy ulice Warszawy patrolowali rosyjscy i pruscy żołnierze – o rozsądku, o środkach, o czasie, o okolicznościach, o stosunku części do całości. Polacy, przynajmniej ci nierozsądni (czyli, można by powiedzieć, trochę gorzej zorientowani w sytuacji, w jakiej znalazła się wówczas Polska; w tym, co w języku ludzi rozsądnych nazywano okolicznościami, czasem i środkami), nie rozumieli jednak, i nawet, według Mickiewicza, nie próbowali zrozumieć tego nowego języka ludzi rozsądnych, którym wtedy zaczęto do nich przemawiać. „Poczciwi posłowie, szczególniej z głębi prowincyj przybyli, słuchali z podziwieniem nowych dla Polaka rozumowań, nie umieli, nie chcieli nawet wdawać się w rozprawy, zatykali uszy na po dobne bluźnierstwa”.

Pojawił się więc wtedy w Polsce (według rozpoznania Mickiewicza) podział, którego istotą była różnica w sposobie używania języka – podział, który (to już według mojego rozpoznania) miał utrwalać się i pogłębiać przez następne wieki – i miał przetrwać aż do naszych czasów. Część Polaków przemawiała językiem nowym, część zaś starym – i ci, którzy mówili starym językiem, nie byli w stanie pojąć tych, którzy mówili językiem nowym, ponieważ tego nowego języka (jak uważał Mickiewicz) nie można było zrozumieć „polskim rozumem, polskim sercem” – ci zaś, którzy mówili językiem nowym, nie tylko nie rozumieli, ale także nie chcieli słuchać tych Polaków, którzy nie znali i nie chcieli znać ich nowego języka. Właśnie wtedy, kiedy pojawił się ów dramatyczny podział językowy, pojawił się też – jak twierdził Mickiewicz – ktoś, kto przemówił do Polaków ich starym, zamierzchłym językiem – językiem zrozumiałym dla tych, którzy posługują się i chcą się posługiwać „polskim rozumem, polskim sercem” – czyli językiem narodowej powinności. Był to Tadeusz Reytan. W innym artykule, opublikowanym trochę wcześniej w „Pielgrzymie Polskim”, a za tytułowanym O bezpolitykowcach i o polityce „Pielgrzyma”, Mickiewicz, zgodnie ze swoja romantyczną koncepcją języka, uznał, że słowa, które zostały wypowiedziane przez Reytana w trzecim dniu sejmu rozbiorowego – na sesji, którą nazwał w tym artykule „rejtanowską” – w istocie swojej nie należały już do języka, były czymś więcej niż tylko fenomenem językowym. Wydobywały się z języka, ale – kiedy zostały wypowiedziane – przedostawały się do innej sfery życia.

Były to bowiem słowa, które rodziły czyny, odgrywały wobec czynów rolę sprawczą, a więc nie tyle słowa, ile – słowa-czyny i czyny-słowa, słowa z czynami tożsame. Można to zinterpretować w ten sposób, że Mickiewicz w opowiedzeniu się po stronie języka dawnych Polaków – także w używaniu tego języka – widział coś więcej niż zwykły wybór językowy. Ten wybór językowy był bowiem, według niego, opowiedzeniem się po stronie tych, którzy uważają, że istnieją jakieś obywatelskie, narodowe obowiązki, w imię których należy nie tylko przemawiać – ale także, przemawiając, dzia-łać przy pomocy słów. W artykule O ludziach rozsądnych i ludziach szalonych Mickiewicz o Reytanie oraz używanym przezeń języku pisał zaś tak: „Rejtan po raz ostatni przemówił starym językiem, zaklinając na  r a n y  b o s k i e, aby takiej zbrodni [to znaczy: zbrodni zatwierdzenia rozbioru Polski] nie popełniać.

Ludzie rozsądni okrzyknęli Rejtana głupcem i szalonym; naród nazwał go wielkim; potomność sąd narodu zatwierdziła”. Godny uwagi jest jeszcze dopisek Mickiewicza, który nie został opublikowany w „Pielgrzymie Polskim”, ale zachował się na autografie artykułu. Odnosi się on do zdania mówiącego, że Reytan zaklinał „na rany boskie”. Dopisek ten brzmi tak. „Są to własne słowa Rejtana. Później piszący jego biografię zacny człowiek, przez wzgląd na rozsądnych, nie śmiał, mimo próśb rodziny Rejtana, słówtych kłaść w usta posła nowogródzkiego, powiadając, że te słowa trącą barbarzyństwem”. Ów zacny człowiek, który uważał, że reytanowskie powołanie się na rany Chrystusa trąci barbarzyństwem, to był prawdopodobnie Julian Ursyn Niemcewicz. Ale nie będę tu się nad nim znęcał, bo to był wtedy, w Paryżu, dobry przyjaciel Mickiewicza i przyjaciel jego córki Maryni, a teraz, po trosze, to jest także mój przyjaciel. Dalej w artykule O ludziach szalonych Mickiewicz ułożył jeszcze pewną sekwencję szaleńców. Zaliczył do nich konfederatów barskich, których uwielbiał, a których, jak pisał, „potępiono jako szalonych awanturników”, a także kolegęReytana z sejmu 1773 roku, Samuela Korsaka, który – w czasie obrad Sejmu Czteroletniego – protestował przeciwko rozprawianiu o prawach kardynalnych i żądał, żeby,nie tracąc czasu na jałową gadaninę, mówiono o wojskui wojnie. „Nazwali go głupim – pisał Mickiewicz – stronnicy Moskwy – szalonym”.

W taki to więc sposób konflikt, w jaki język ludzi rozsądnych (akceptujących, z uwagi na okoliczności, rozbiór Polski) wszedł ze starym językiem dawnych Polaków – tych poczciwych prowincjuszy, którzy uważali, że istnieją jakieś obywatelskie powinności – w taki to sposób konflikt językowy przekształcił się w konflikt społeczny orazw konflikt narodowy: między Polakami szalonymi a Polakami rozsądnymi, między polskimi szaleńcami i barbarzyńcami, którzy chcieli i chcą, żeby Polska istniała (i zaklinają w tej sprawie swoich współobywateli „na rany boskie”) a polskimi Europejczykami, którzy uważają, że do ich tutejszego istnienia wystarczy im ich istnienie europejskie. Tak przynajmniej ten ówczesny, osiemnastowieczny, reytanowski konflikt językowy – właśnie jako kon( ikt społeczny oraz narodowy – zinterpretował w roku 1833 Mickiewicz. Ta jego interpretacja – dzieląca Polskę na dwie części a Polaków na dwa narody– na naród ludzi szalonych oraz naród ludzi rozsądnych – bardzo dobrze przylegała do jego ówczesnej dziewiętnastowiecznej rzeczywistości – i równie dobrze przylega teraz do naszej obecnej rzeczywistości. Trzeba więc wybierać – albo będziemy ludźmi rozsądnymi i stracimy Polskę; albo będziemy ludźmi szalonymi i przyczynimy się do jej ocalenia.

Moja rada w tej sprawie jest taka. Jak się jest Polakiem, to lepiej jest oszaleć z Mickiewiczem i z Reytanem, niż znaleźć się wśród ludzi rozsądnych, którzy takich szaleńców nie lubią, i razem z ludźmi rozsądnymi stracić Polskę – a tym razem, to może nawet na zawsze.

Jarosław Marek Rymkiewicz

Reytan. Upadek Polski 

Agresja szczepionek i szczepionkarzy


NAJWAŻNIEJSZA SPRAWA NASZEGO ŻYCIA – Del Bigtree

Polscy naukowcy powinni na polskich dzieciach porównać bezpieczeństwo podawanych im szczepionek. Nie ufać propagandzie koncernów i ich komiwojażerów w różnych przebraniach

Z Delem Bigtree, jednym z najbliższych współpracowników Roberta F. Kennedy’ego jr, ministra zdrowia USA, byłym szefem medialnym jego kampanii prezydenckiej, laureatem Nagrody Emmy za talk show o medycynie „The Doctors”, producentem filmów „Vaxxed” i „Niewygodne badanie”, liderem ruchu ICAN (Informed Consent Acion Network), rozmawia Maciej Pawlicki

Po co przyjechałeś do Polski?

Del Bigtree: By mówić o rosnącym zagrożeniu utraty wolności, które dotyczy nas wszystkich – nas w USA tak samo, jak was w Polsce. Globalna próba pozbawienia nas wolności jest realizowana przez system ochrony zdrowia. Widzieliśmy gwałtowne przyspieszenie tej operacji podczas pandemii COVID, gdy zakazywano nam poruszania się, pracowania, nawet normalnego oddychania. WUSA szczepień odmówiło 30 proc., w Polsce 50 proc. ludzi, czyli wasz poziom samodzielnego myślenia sprawił, że połowa nie poddała się hipnozie wylewanej przez media. A wystarczy 15 proc., by zmienić system, możecie więc dokonać cudów.

Podczas tzw. pandemii jednym z głównych oponentów wobec covidowego terroru był Robert F. Kennedy jr. A potem wystartował w wyborach na prezydenta USA. Byłeś szefem medialnym jego kampanii, kreując wizerunek kandydata i broniąc go przed atakami. Jakie były wasze główne zadania? RFK powiedział nam, że wystartuje z tego samego powodu, z którego startował jego ojciec. Nie oczekiwał, że wygra, ale chciał mówić ludziom prawdę. Jego ojciec, gdyby nie został zastrzelony, pewnie zostałby prezydentem. Dziś jego syn podobnie widzi swe zadanie. Nasz kraj jest obecnie poddany interesom korporacji. Zdecydowaliśmy się na opuszczenie skorumpowanej Partii Demokratycznej, Bobby wystartował jako kandydat niezależny, zdobył 20 proc. poparcia. Po zamachu zadzwonił do Trumpa z wyrazami solidarności, a Trump powiedział: „Wspaniale walczysz, ale nie wygrasz, a w sprawie zdrowia nikt nie zrobi tego lepiej niż ty, dołącz do nas”. Ogłoszenie tej decyzji to jeden z ikonicznych momentów w amerykańskiej polityce – rywale łączą siły, by zrobić coś dobrego dla swego narodu.


Pobierz grafikę i wyślij znajomym

Jak to się stało, że RFK, podczas pandemii tak poniewierany, marginalizowany, wyśmiewany, manipulowany, także w Polsce, został zaakceptowany na jednym z najważniejszych stanowisk rządu USA?

RFK był znienawidzony przez koncerny farmaceutyczne, posłusznych im polityków i media. Mówił, że zbliżamy się do państwa totalitarnego, technologia umożliwia całkowite śledzenie, więzienie, które dla nas budują, będzie bezwzględne i perfekcyjne. Miliony ludzi się obudziło i spostrzegło, że to nie RFK oszalał, lecz świat. Zrozumieli, że nasze prawa mogą zostać zdeptane wjednej chwili pod byle pretekstem. Kennedy stał się inspiracją dla tych, dla których wolność jest ważna. Jeśli wolność nie jest najważniejsza także w trudnych czasach, to nie istnieje. RFK nigdy nie zostałby sekretarzem Departamentu Zdrowia, gdyby nie COVID. Dopiero on uświadomił ludziom, jak ważne jest, by na tym stanowisku był człowiek odważny, dociekliwy i niezależny. Trump i Kennedy, znienawidzeni przez korporacje i media, dzięki mediom społecznościowym, dzięki głosowi narodu, objęli dwa najważniejsze na świecie stanowiska w kwestii zdrowia.

Dlaczego zdecydowałeś się robić film o „badaniu”? Przecież badanie to w nauce coś oczywistego, banalnego.

Tak, ale mowa o najważniejszym badaniu, które powinno być wykonywane dla dobra naszych dzieci, dla dobra gatunku ludzkiego – badaniu, które jest zwalczane, ukrywane i zakazywane na całym świecie. WUSA mamy najbardziej chore dzieci w historii i w wolnym świecie. 57 proc. naszych dzieci cierpi na co najmniej jedną chorobę przewlekłą. W latach 80. było to 12 proc. To największy upadek zdrowia w historii. Co go powoduje? Nie genetyka, geny nie ewoluują tak szybko. Film „Vaxxed” był o szczepionce MMR i autyzmie. Jeździłem z nim po USA, przeprowadziłem ponad tysiąc wywiadów z ofiarami szczepionek, cierpiącymi nie tylko z powodu autyzmu. Przychodzili rodzice, których dzieci umarły po szczepionce na grypę, były sparaliżowane po Gardasilu czy szczepieniu przeciw HPV oraz wielu innych.

Wciąż słyszymy, że szczepionki są „bezpieczne i skuteczne”.

Nie obchodzi mnie kwestia skuteczności, obchodzi mnie to, na jakiej podstawie uznajemy, że są bezpieczne. Widzę ten ocean nieszczęścia, ocean skutków ubocznych i zrozpaczonych rodziców, którym mówi się, że oszaleli, a ich dziecko zachorowało z innego powodu niż przez jeden z kilkudziesięciu preparatów, które mu wstrzyknięto. A w nich żywe wirusy, bakterie, tkanki martwych płodów, metale ciężkie, rtęć, aluminium. Jak to jest, że są takie bezpieczne?

Kiedy nastąpił tak gwałtowny wzrost liczby szczepień?

Kluczowa była ustawa Vaccine Injury Act, która zwalniała producentów z odpowiedzialności za efekty uboczne szczepionek. Podpisał ją Ronald Reagan w 1986 r. Producenci przekonali go, że płacą tak ogromne odszkodowania za skutki uboczne, że nie zarabiają na szczepionkach. Odtąd odszkodowania ofiarom płacą podatnicy. W sprawie leków można pozywać producentów, w sprawie szczepionek – nie. Odtąd liczba szczepionek wystrzeliła, dodano kilkadziesiąt nowych. Wtedy nastąpiła eksplozja chorób alergicznych, immunologicznych i neuropsychiatrycznych. Nagle na całym świecie ludzkie systemy odpornościowe, zamiast chronić nas przed zagrożeniami i zanieczyszczeniami zewnętrznymi, atakują nas – atakują trzustkę, powodując cukrzycę, atakują mięśnie, powodując zapalenia, stwardnienie rozsiane i wiele innych. Musimy zrozumieć powody rozregulowania naszej odporności. Żaden inny ssak nie przechodzi takiego kryzysu swego ciała, tylko ten najmądrzejszy.

A może przyczyny są inne?

Mówią mi: „Skąd wiesz, że to nie fluor, który dodają do wody czy past do zębów, herbicydy i pestycydy, które są w żywności czy hormony, które dodają do mięsa albo wszechobecny plastik?”. Ale jest tylko jeden produkt, który został zaprojektowany właśnie tak, by hiper-stymulować nasz system odpornościowy. Skoro mamy problemy z systemem odpornościowym, czy nie powinniśmy przyjrzeć się temu, co nieustannie go atakuje i zaburza? Nie 1 raz, nie 10, nie 20, ale 72 razy! [w Polsce 42 – przyp. red.]. Czy jest możliwe, że atakując nasz system odpornościowy kilkadziesiąt razy, rozstroiliśmy go, więc zamiast tego atakuje nas, zamiast bronić? To racjonalne pytanie. Ale to jedyne naukowe pytanie, którego nie wolno zadać.

Naukowcy go nie zadają?

Gdy powiedziałem to na spotkaniu z naukowcami, dr Marcus Zervos z Henry Ford Health, może najlepszego ośrodka na świecie, powiedział, że gdy słyszał, jak twierdzę, że nigdy nie przeprowadzono prawidłowego badania, by naukowo stwierdzić, że szczepionki są bezpieczne. Uważał to za obraźliwe imając może największą na świecie bazę danych, chciał przynieść dowody na to, że się mylę. Ale ich nie znalazł, przyznał mi rację, iż żadnej szczepionki nigdy nie poddano badaniu zaślepionemu, porównującemu z placebo, czyli jedynego wiarygodnego. Nigdy nie przeprowadziliśmy naukowego badania bezpieczeństwa szczepionki. To jest problem. „To go rozwiąż, przeprowadź takie badanie” – powiedziałem. Zgodził się. Byłem zachwycony, bo to badanie, o które prosimy od dekad.

Brawo, skłoniłeś naukowca do najważniejszego badania.

Przeprowadził je w 2020 r. I odmówił opublikowania wyników. Zapytałem, dlaczego, wszak każdy, kto chce sprawdzić teorię, hipotezę czy nowy produkt, nie powinien być uciszany, a wręcz przeciwnie – zapraszany do zadawania pytań. Weryfikowania, by wzmocnić teorię czy produkt. Na tym przecież polega nauka. Odpowiedział: „Gdy zgodziłem się zrobić to badanie, nie zdawałem sobie sprawy, że będzie ono oznaczać koniec programu szczepień dzieci. Nie mogę ci tego wyjaśnić, ale te rezultaty są straszne. Dla szczepionek”. Naciskałem go przez dwa lata, spotkałem się z nim i zrobiłem coś, czego nigdy wcześniej nie robiłem – nagrałem naszą rozmowę ukrytą kamerą, jest w filmie „Niewygodne badanie”. Dr Zervos powiedział, że nie opublikuje wyników tego badania, bo to zniszczyłoby jego karierę, byłby „skończony”. Robert Kennedy jr. wraz z dr. Brianem Hookerem, który także jest ze mną w Warszawie, napisali książkę „Vax-Unvax. Let the Science Speak”, do której napisałem wstęp [wydanie polskie „Szczepić – nie szczepić. Prawda o szczepionkach w świetle badań naukowych”, 2024], w której z ogromną rzetelnością odsłonili przerażający brak badań naukowych nad skutkami szczepień.

RFK jest teraz ministrem zdrowia, dlaczego nie przeprowadzicie takiego badania na nowo?

W dniu, w którym RFK został sekretarzem Departamentu Zdrowia, dane zostały zniszczone. Musi je zatem zbierać z innych źródeł, ma problemy ze znalezieniem naukowców, którzy chcieliby zaryzykować przeprowadzenie takiego badania, boją się. Myślę zresztą, że każdy kraj powinien je przeprowadzić. Polska powinna to zrobić na swojej grupie badawczej, nie ufać propagandzie koncernów i ich komiwojażerów w różnych przebraniach. Polscy naukowcy powinni porównać na polskich dzieciach bezpieczeństwo podawanych im szczepionek.

Polscy lekarze i naukowcy są prześladowani za kwestionowanie covidowych dogmatów czy przymusu szczepień dzieci, ponad setce z nich wytoczono procesy za zadawanie pytań.

Zadawanie pytań to podstawa nauki. Bez tego nauka nie istnieje. Ci, którzy tego zabraniają, to wrogowie nauki, głupcy lub skorumpowani słudzy rodzącego się totalitaryzmu. W wielu krajach prześladowano lekarzy, którzy mieli odwagę leczyć ludzi chorych na COVID. Lekarze, którzy zyskali 100-proc. skuteczność, lecząc iwermektyną, tracili licencje, a zachowali je ci, którzy nie leczyli ludzi, wysyłali ich do domu i kazali przyjść, gdy pacjent był w bardzo złym stanie. Wtedy podłączano go do respiratora i w 9 na 10 przypadkach nie wychodził żywy. To działo się wszędzie, wedle tej samej instrukcji

Jaki jest na to – nomen omen – lekarstwo?

Odwaga. Lekarze, którzy mają odwagę zadawać pytania, są bohaterami. Wszyscy, którzy to rozumieją, muszą stanąć razem w-obronie swej wolności. Nie wolno nam pozwolić, by to wydarzyło się znowu. A przecież wiemy, że szykują nam kolejną pandemię, wydali miliardy na paszporty szczepionkowe i nie zrezygnowali z nich. Trzeba zacząć pozywać szpitale, izby lekarskie, które ścigają uczciwych i odważnych lekarzy. Oni chcą, byśmy się bali, 50 proc. Polaków nie przyjęło wątpliwego preparatu na COVID, a wasz parlament chce przyjąć ustawę zakazującą terapii innych niż wyznaczone przez koncerny farmaceutyczne. Chcecie być skazani tylko na system, który was okłamywał w sprawie COVID? I nie wie, skąd gwałtowny wzrost turbo-raka, ataków serca, zakrzepicy, podczas gdy połowa z was zna prawdę?

KWESTIA OBOWIĄZKOWOŚCI SZCZEPIEŃ TO NAJWAŻNIEJSZA SPRAWA NASZEGO ŻYCIA. NIE MA CZASU, TYLKO KILKA LAT DZIELI NAS OD UTRATY NASZYCH DZIECI, NASZEJ WOLNOŚCI, NASZEJ PRZYSZŁOŚCI
Nasze rządy w wielu sprawach idą za wskazaniami USA, ale wtym jednym – nie.

Ameryka jest teraz samotna. Tylko w USA mamy rząd, który wystąpił ze skorumpowanego WHO i otwarcie mówi, że sprawa zdrowia jest wykorzystywana do pozbawiania krajów niepodległości, a obywateli – wolności. Dlaczego wy tego nie robicie? Wybraliśmy Trumpa i Kennedy’ego jr., chociaż w USA tylko 30 proc. ludzi nie poddało się pandemicznemu terrorowi. U was było to aż 50 proc., macie ogromną siłę.

Aco z tymi, którzy wierzą, że szczepionki bazują na badaniach naukowych?

A co z tymi, którzy wierzyli w komunizm?

Do polski komunizm przywiozły sowieckie czołgi.

Byli potężni, ale okazało się, że jest wystarczająco wielu ludzi, by obalić komunizm. Teraz także istnieją potężne siły, ale również je można pokonać, pod warunkiem że Polacy staną w obronie swojej wolności. Bo jeśli nie, ustawią was w szeregach jak bydło i będą szczepić nie jedną, nie kilkudziesięcioma, ale setkami szczepionek, które będą decydować o zdrowiu i życiu, o tym czy możesz mieć dzieci. Bill Gates już to robił, został przyłapany na sterylizowaniu dziewczynek w Kenii. Za pomocą szczepionek masowo sterylizowane są zwierzęta, wiadomo, jak to robić. Gdy Gates, Obama, Schwab i Światowe Forum Ekonomiczne mówią, że największym problemem świata jest przeludnienie, a ich ulubionym działaniem jest szczepienie – słuchajmy ich.

Polacy mobilizują się raz na kilka lat, ale są niechętni codziennej aktywności.

Chcesz, by to rząd decydował, jak długo żyjesz, czym masz siłę, by myśleć o tym, czy możesz mieć rodzinę? Tak naprawdę właśnie o tym jest program szczepień. Dlatego są tak wściekle zdeterminowani, by wprowadzić paszporty szczepionkowe. COVID był po to, by zmusić do szczepień nie tylko dzieci, lecz także dorosłych. Chcą mieć kontrolę nad naszymi ciałami, być ich właścicielami. A jeśli mogą wstrzykiwać twoim dzieciom lub tobie co chcą bez twojej zgody, a nawet mimo sprzeciwu, to twoje prawa zostały zredukowane do praw zwierzęcia hodowlanego. Kwestia obowiązkowości szczepień to najważniejsza sprawa naszego życia. Nie ma czasu, tylko kilka lat dzieli nas od utraty naszych dzieci, naszej wolności, naszej przyszłości. Jeśli się nie przeciwstawimy, zdradzimy nasze dzieci, zrezygnujemy z człowieczeństwa.

Obejrzyj 10 Protest Przeciw Przymusowi Szczepień pod Pałacem Prezydenckim w Warszawie


video
https://psnlin.pl/video,10-protest-przeciw-przymusowi-szczepien-palac-prezydencki-warszawa-06-06-2026-r,182.html

psnlin/najwazniejsza-sprawa-naszego-zycia-del-bigtree

Jewhen Konowalec – agent Abwehry i organizator OUN

 

Kolaboranci i zbrodniarze OUN-UPA współdziałający z III Rzeszą są od kilkudziesięciu lat prezentowani w przekazie historycznym i propagandzie politycznej Kijowa jako bohaterowie, „herosi”, którzy z poświęceniem walczyli o „wolną Ukrainę”, a więc o tereny Polski południowo-wschodniej m.in. lubelskie i rzeszowskie, wschodnie obszary obecnej Słowacji.

Ukraina nigdy nie potępiła zbrodniarzy i formacji nacjonalistyczno-faszystowskich, przypisując im honor, cnoty i wartości tzw. banderowskie, które są nie do zaakceptowania przez Polskę. Bohaterowie współczesnej Ukrainy (OUN-UPA) w latach 20. i 30. XX w. oraz w czasie II wojny światowej z premedytacją i niebywałym okrucieństwem mordowali Polaków, Żydów, Rosjan, Słowaków, Węgrów a nawet swoich pobratymców okazujących litość i sympatię innym nacjom. Zbrodniarze odwoływali się do wzorców i metod działania III Rzeszy, czego efektem były masowe i pojedyncze zbrodnie, zacieranie pamięci o ofiarach i miejscach, gdzie dokonano okrutnych zbrodni.

Na Ukrainie dowódców zbrodniczych prowidnyków i organizacji OUN oraz UPA np. (Banderę, Szuchewycza, Konowalca, Kłaczkiwskiego) wynosi się obecnie na piedestał, wydaje się w dużych nakładach książki naukowe i popularnonaukowe, broszury biograficzne, monografie, wznosi się pomniki, tworzy się muzea, izby pamięci i masowo indoktrynuje się młodzież ukraińską w mediach oraz m.in. na lekcjach historii i j. ukraińskiego tworząc kłamliwe toposy i narrację o ich bohaterstwie.

Taką pejoratywną postacią jest niewątpliwe Jewhen Konowalec, który na Ukrainie przedstawiany jest jako „gigant”, wzór normatywny dla kolejnych pokoleń Ukraińców. Nie przypadkiem prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski w sierpniu 2026 r. podczas ponownego pochówku szczątków Konowalca na Cmentarzu Wojskowym pod Kijowem nazwał prowidnyka OUN „wybitnym synem narodu ukraińskiego”, i „wzorowym żołnierzem”.

Kim zatem był Konowalec, skoro obecnie jest tak eksponowany i hołubiony przez polityków ukraińskich i oficjalne władze państwowe. Pomija się milczeniem niewygodne fakty z jego biografii m.in. to, że był twórcą i organizatorem Ukraińskiej Wojskowej Organizacji (UWO) powstałej w sierpniu 1920 r. przekształconej następnie Organizację Ukraińskich Nacjonalistów (OUN). Obie organizacje eksponowane obecnie przez Ukrainę współdziałały i były szkolone przez służby specjalne Republiki Weimarskiej, a następnie przez III Rzeszę w zakresie akcji terrorystyczno-sabotażowej oraz wywiadowczej przeciwko II Rzeczpospolitej.

Jewhen Konowalec (ps. „Wira”, „Wirlenka”, „Did`ko”) urodził się 14 czerwca 1891 r. we wsi Zakrzów pod Lwowem. Jego matka Katarzyna Skroka (z. domu Węgrzynowska) pochodziła z rodziny polskiej, ale uważała się za Ukrainkę. Ojciec zaś Mychajło był dyrektorem szkoły ukraińskiej. Późniejszy prowadnik OUN miał dwóch młodszych braci. Po ukończeniu ukraińskiego gimnazjum we Lwowie w 1909 r. rozpoczął studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Lwowskiego. Aktywnie włączył się wówczas w działalność ruchu studenckiego i czynnie wspierał dążenia Ukraińców do utworzenia ukraińskiego uniwersytetu we Lwowie.

W czasie studiów działał też w studenckiej organizacji „Proświt” i sportowego towarzystwa „Sokił”. W tym okresie zajmował się agitacją propagandowo-polityczną na terenie wiosek pod Lwowem. Oprócz działalności w ruchu studenckim był tez członkiem Ukraińskiej Partii Narodowo-Demokratycznej1.

W czasie I wojny światowej służył w 19. Pułku Piechoty armii Austrio-węgierskiej i po bitwie pod Makówką trafił w 1915 r. do niewoli rosyjskiej. Po zwolnieniu z obozu jenieckiego w1917 r. wraz z pułkownikiem Romanem Daszkewyczem utworzył Galicyjsko-Bukowieński kureń Strzelców Siczowych, którego został dowódcą.

Jego kariera wojskowo-polityczna rozpoczęła się właściwie w 1920 r., gdy współtworzył Ukraińsko Wojskową Organizację (UWO) i objął wówczas w sierpniu funkcję komendanta ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego. Zasadniczy jednak wpływ na kształtowanie zrębów organizacji miała niemiecka Reichswera. W 1920 r. Konowalec spotkał się w Berlinie z dowódcą Reichswery gen. Hansem von Seecktem i byłym szefem wywiadu wojskowego płk. Walterem Nicolai, którzy przedstawili warunki, na jakich Ukraińcy powinni tworzyć zręby organizacyjne grup nacjonalistycznych, w celu uzyskania pomocy finansowej i materiałowej Reichswery [2].

Reichswera finansując ukraiński ruch nacjonalistyczny, miała niemal od początku kontrolę nad UOW. W tym celu oddelegowała Richo Jaryja, byłego funkcjonariusza austriackiego wywiadu wojskowego i oficera UHD (a od 1921 r. pracownika Abwehrguppe), który kontaktował się m.in. Alfredem Rosenbergiem, Hermanem Göringiem i Ernstem Röhmem i uzyskiwał wskazówki oraz instrukcje. Ricko Jaryj z pochodzenia Żyd był też od 1932 r. oficjalnym przedstawicielem UWO przy sztabie Hitlera.

W życiu prywatnym Konowalca także dokonały się istotne zmiany. W 1922 r. ożenił się z Olhą Fedak, córką adwokata lwowskiego Stephena Fedaka, i mieli jednego syna. Siostra Olhi poślubiła z kolei Andrzeja Melnyka, który później został następcą Konowalca i przewodził od 1938 r. Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN).

Ukraińska Wojskowa Organizacja (UWO) już w 1922 r. przystąpiła za aprobatą wywiadu wojskowego Reichswery do działań terrorystycznych przeciwko Polsce. Bojówkarze ukraińscy organizowali akcje sabotażowo-terrorystyczne i zamachy na przedstawicieli władz polskich. Wysadzali mosty, podpalali budynki, dokonywali napadów rabunkowych. Tylko w 1922 r. przeprowadzili na terenie Polski 2300 podpaleń, 38 dywersji kolejowych jako odwet przeciwko tzw. polskiej okupacji wschodnich terenów II RP [3].

To w okresie, gdy UWO kierował Konowalec, wykrystalizowała się koncepcja walki terrorystycznej z państwem polskim. Wówczas to bojówki stosowały zasadę et nefaz czyli stosowały różne metody, aby osiągnąć cel i zdestabilizować życie społeczne i gospodarcze.

Niemcy weimarskie chętnie wspomagały UWO w zakresie materiałowym, instruktażowym czy szkoleniowym, co adekwatnie odzwierciedlało wizję historii opartej na przemocy, zbrodniach i antypolskich fobiach Ukraińców. Terroryści z UWO z inspiracji niemieckiej organizowali zamachy na polskich polityków. Przykładowo we wrześniu 1921 r. zorganizowali nieudany zamach we Lwowie na Józefa Piłsudskiego, którego konsekwencją były liczne aresztowania członków UWO. Skutki działań polskich władz były na tyle groźne, że Konowalec przyjechał potajemnie do Lwowa, aby rozeznać się o skali aresztowań. Spotkał się także z abp. Andriejem Szeptyckim w celu uzgodnienia z metropolitą dalszego planu działania. Abp Szeptycki popierał nacjonalistyczny ruch ukraiński i miał nadzieję, że przy wsparciu Niemiec osiągnie się cel nadrzędny – powstanie Ukrainy.

Konowalec ustalił z metropolitą, że do Lwowa przyjedzie jego zastępca Andriej Melnyk, który obejmie posadę administratora lasów Szeptyckiego. To nie był przypadek, gdyż do Melnyka jako przyszłego prowidnyka OUN miał zaufanie. Był jego zastępca i ożenił się z siostrą żony Konowalca, a wiec stopień zażyłości między nimi był duży. Melnyk jako administrator lasów arcybiskupa miał też większa swobodę przemieszczania się, co ułatwiało mu kontakty z emisariuszami i agentami OUN.

Kierownictwo OWU uznało, że trzeba kontynuować działania terrorystyczne przeciwko Polsce. Przed wyborami do Sejmu RP pod koniec 1922 r. bojówka ukraińska przeprowadziła śmiertelny zamach na prof. Sydora Twardochliba, kandydata na posła narodowości ukraińskiej, którego Ukraińcy oskarżyli o kolaborację z Polską. W 1924 r. zorganizowano nieudany zamach na prezydenta RP. Stanisława Wojciechowskiego [4]. W trakcie procesu w 1925 r. ustalono ścisłe powiązania UWO Konowalca z wywiadem Reichswery oraz penetracje różnych obszarów życia społeczno-politycznego RP przez Ukraińców. Skala tego zjawiska była ogromna. Tylko w 1928 r. w polskich więzieniach przebywało ok. 100 agentów niemieckich legitymizujących się przynależnością do UWO [5].

Konowalec kontaktował się kilkakrotnie z Adolfem Hitlerem jeszcze przed przejęciem władzy przez NSDAP w styczniu 1933 r. W czasie tych spotkań Hitler rozmawiał z Konowalcem (w obecności Alfreda Rosenberga) i zachęcał prowidnyka, aby UWO pracowała intensywniej „nad stworzeniem bojowej siły uderzeniowej, która hartuje się w codziennej walce ze swoimi wrogami [i] może zająć poczesne miejsce w odrodzeniu państwa ukraińskiego – wspólnika wielkich Niemiec” [6].

Ukraińskie organizacje nacjonalistyczne potrafiły od 1929 r. stosować terror w walce z przeciwnikami na dużą skalę. UWO przekonywał swoich członków, że właśnie nadeszła taka chwila, gdy „terror staje się nieodzowny (…) wszelkie moralne skrupuły znikają. Głosy o miłości bliźniego <przelanie krwi> [w] humanitaryzmie stają się śmieszne [a] argumenty o szkodliwym wpływie terroru na polityczne wychowanie narodu – ogłupiające (…) Terror to siła, która staje w obronie ludzkich praw (…) a terrorysta to jeden z sędziów, który poświęca się dla ogólnego dobra w imię prawa Salus populi – suprema lex [7]. Ukraińska Wojskowa Organizacja akcentowało, że dobro narodu jest najważniejszym prawem, które trzeba stosować za każdą cenę.

Konowalec był pod dużym wpływem ideologii nazistowskiej. Często odwoływał się także do pracy Alfreda Rosenberga z 1927 r. pt. Mit XX wieku. Odegrał kluczową rolę w scaleniu różnych organizacji ukraińskich rozproszonych w Europie. Na zebraniach kierownictwa UWO cytował fragmenty z książki Rosenberga i podkreślał, że „zniszczenie państwa polskiego jest żywotną potrzebą Niemiec [a] stworzenie wspólnej granicy [z Ukrainą] staje się narodową i państwową koniecznością dla przyszłej polityki niemieckiej” [8]. Tylko Niemcy wytyczą drogę do powstania wielkiej Ukrainy w skład, której wejdą „etnograficzne terytoria oczyszczone z tzw. okupantów” [9].

Prowydnyk UWO spieszył się, aby przygotować środowisko nacjonalistyczne i spełnić oczekiwania Niemiec. Niewątpliwie konsolidacji różnych organizacji ukraińskich sprzyjało zbliżenie Ukraińskiej Wojskowej Organizacji z Reichswerą. Już w 1922 r. UWO Konowalca w zamian za pomoc materialną, instruktażową, szkoleniową oficerów ukraińskich w szeregach Reichswery w zakresie szpiegostwa, dywersji, terroru uzyskała mgliste obietnice dotyczące przyszłości Ukrainy. Nacjonaliści mogli także liczyć na półoficjalną pomoc i wsparcie władz czeskich i litewskich [10].

W lutym 1929 r. wysiłki Konowalca przyniosły wymierne efekty. W Pradze utworzono wówczas Organizacje Ukraińskich Nacjonalistów w skład której weszły: Legia Ukraińskich Nacjonalistów (ŁUN), Prowid Ukraińskich Nacjonalistów (PUN) i Związek Ukraińskiej Młodzieży. Prowydnykiem scalonych organizacji działającej pod nazwą Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) został Konowalec.

OUN przyjęła faszystowską zasadę wodzostwa. Prowydnykowi podlegali przywódcy terenowi, którzy mieli prawo skazywania na śmierć podległych mu członków na wypadek niesubordynacji i zdrady. W dekalogu OUN z lat 30. XX w. skłaniano Ukraińców, aby nie zawahali się popełniać największych zbrodni, kiedy tego wymaga dobro sprawy i aby nienawiścią i podstępem przyjmować wrogów. Dążyć do rozszerzenia siły, bogactwa i obszaru państwa ukraińskiego drogą ujarzmienia cudzoziemców.

Z inspiracji Konowalca opracowano instrukcję, która obligowała nacjonalistów do przestrzegania tych zaleceń. OUN działała tam, gdzie były skupiska ukraińskich emigrantów m. in. w Niemczech, Czechosłowacji, Jugosławii, Rumunii, Bułgarii, a także Belgii, Włoszech, Turcji, USA, Kanadzie, Australii i w niektórych krajach Ameryki Południowej. Tak liczna emigracja ukraińska budziła nadzieję, że silne zaplecze gospodarcze, ludzkie i pomoc finansowa przyspieszą powstanie „samostijnej Ukrainy”. Konowalec w gazecie „Na Starożi” apelował do ukraińskich nacjonalistów, aby „stali gęsto kozacką ławą u boku Hitlera, który otworzy bramy na Wschód” [11].

Wiosną 1933 r. w Locarno odbyła się tajna narada przedstawicieli Włoch i Niemiec, w której uczestniczył m.in. Konowalec. Rzecznikiem ukraińskim był Alfred Rosenberg, który przedstawił plan rozczłonkowania ZSRR i wyodrębnienia z części sowieckiego terytorium „burżuazyjnej Ukrainy”. Konowalec niemal natychmiast powiadomił o treści narady abpa Szeptyckiego. Pisał: „W imieniu führera (…) dana została uroczysta obietnica odrodzenia państwa ukraińskiego. Wielkie Niemcy będą związane z Wielką Ukrainą” [12].

Wspólne narady przedstawicieli OUN i III Rzeszy obywały się wielokrotnie w latach 30. XX w. Knowalec kontaktował się także z admirałem Canarisem, nowym szefem Abwehry, który, jak twierdzi prof. Edward Prus, darzył Konowalca sympatią. Canaris uważał, że ounowcy najlepiej nadają się do walki na zapleczu obszaru etnicznie ukraińskiego i szczególnie po przeszkoleniu mogą w czasie wojny „stać się siłą w szybkim, a nawet efektownym, pokonaniu Polski” w zakresie „szerokiej dywersji czy nawet powstania zbrojnego” oraz siania zamętu na tyłach wojsk polskich. Prowydnyk Konowalec już w 1937 r. zaakceptował powstanie w Małopolsce Wschodniej pierwszego konspiracyjnego oddziału bojowego OUN pod kryptonimem „Wowki”, który w jego zamyśle miał być zalążkiem nacjonalistycznej armii [13].

Konowalec wcześniej znalazł się w orbicie zainteresowania Wywiadu II Abwehry (wywiadu wojskowego), który był najważniejszym wojskowym ośrodkiem organizującym akcje dywersyjne początkowo przeciwko Czechosłowacji oraz Polsce w oparciu o mniejszość ukraińską i niemiecką [14]. Został też zwerbowany jako agent Abwehry.

Wywiad radziecki był zorientowany w planach Niemiec wykorzystania nacjonalistycznych oddziałów ukraińskich przeciwko ZSRR. W NKWD rozważno różne warianty likwidacji Konowalca. Do tego zadania wyznaczono Pawła Sudopłatowa, który w latach 30. XX w. kilkakrotnie spotkał się z Konowalcem. Decyzję zbicia Konowalca podjął osobiście Józef Stalin pod koniec listopada 1937 r. Wydział techniczny NKWD przygotował bombę ukrytą w pudełku czekoladek, którą Sudopłatow wręczył Konowalcowi podczas spotkania 23 maja 1938 r. w centrum Rotterdamu. Wybuch bomby spowodował śmierć Konowalca [15].

Po zlikwidowaniu prowidnyka OUN ruchem nacjonalistycznym kierował jego szwagier płk. inż. Andriej Melnyk. Śmieć Konowalca spowodowała pogłębienie wewnętrznych podziałów politycznych i programowych i rozłam w OUN – powstanie OUN – B (frakcja Bandery) i OUN –M (frakcja Melnyka). Ten podział utrzymał się mniej więcej do powstania UPA.

Prof. dr hab. Jan Ryszard Sielezin

[1] M. Gibiec, „Kulisy funkcjonowania Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów na emigracji świetle Archiwum Senyka (1929-1934)”, Wrocław 2025, s. 110.

[2] E. Prus, „Herosi spod znaku tryzuba”, Warszawa 1985, s. 35-36.

[3] J. R. Sielezin, „Ukraińcy sojusznicy Hitlera”, „Nasz Dziennik” 21-22 III 2026 nr 67 (dodatek „Naszego Dziennika”) s. 4.;zob. też R. Torzecki, „Kwestia Ukraińska w Polsce w latach 1923-1929”, Kraków 1989, s, 62.

[4] J. R. Sielezin, op. cit., s. 4.

[5] E. Prus, op. cit., s. 44, 53-54.

[6] Cyt. za: E. Prus, op. cit., s. 45.

[7] Ibidem, s. 49.

[8] Ibidem, s. 57.

[9] A. Podhajecki, „OUN i UPA pod skrzydłami III Rzeszy”, Warszawa 2018, s. 62.

[10] R. Torzecki, op. cit. s. 63.

[11] E. Prus, op. cit., s. 74.

[12] Ibidem, s. 75.

[13] Ibidem, s. 98.

[14] A. Dorożdżyński, J. Zaborowski, „Oberländer. Przez „Ostforschung” wywiad i NSDAP do rządu NRF”, Poznań-Warszawa 1960, s. 50; A. Podhajecki, op. cit., s. 107.

[15] P. Sudopłatow, „Wspomnienia niewygodnego świadka”, Warszawa 1999, s. 44-48.

Myśl Polska, nr 39-40 (27.09-4.10.2026)

https://myslpolska.info/2026/10/01/jewhen-konowalec-agent-abwehry-i-organizator-oun/

czwartek, 1 października 2026

Polski „generał” Błazen ostrzega Polaków przed brakiem agresji w stosunku do Rosji!


Cytuję jego złote słowa:

Kreml interpretuje niechęć do podejmowania ryzyka jako słabość – ocenił w rozmowie z PAP generał broni Piotr Błazeusz, Polski Przedstawiciel Wojskowy przy Komitetach Wojskowych NATO i UE. Zaznaczył, że “skuteczne odstraszanie wymaga nie tylko posiadania odpowiednich zdolności, ale również wiarygodnej gotowości do ich użycia”.

Generał Piotr Błazeusz zwrócił uwagę na prowadzoną przez Rosję tak zwaną “borbę”, czyli zmagania dywersyjne i sabotażowe realizowane poniżej progu otwartej wojny. Celem tych działań jest osłabienie przeciwnika oraz zmuszenie go do koncentrowania wysiłków na przeciwdziałaniu kolejnym aktom agresji hybrydowej.

Błazen z iście szatańską przewrotnością opisuje strategię bandyckiego NATO w stosunku do Rosji, jednocześnie o to właśnie ją oskarżając.

Kanalie rządzące Polską we wszystkich możliwych globalistycznych strukturach, zarówno krajowych, jak międzynarodowych, do perfekcji posiadły sztukę „odwracania kota ogonem”!

W swej szatańskiej przebiegłości zapominają jednak, że katastrofa, którą ściągają swymi globalistycznymi usługami na Polskę, będzie i ich dotyczyć. Generał Błazen, jak i wszyscy inni „oficjele” okupacyjnego reżimu w Warszawie, nie pojmują skali zagrożenia. Myślą, że wojna z Rosją ograniczy się tylko do Polski, a oni będą sobie spokojnie konsumować judaszowe srebrniki, gdzieś na Kajmanach.

Ich zaprzaństwo walczy o palmę pierwszeństwa z totalną głupotą. Myślą, że zdrada „nobilituje” ich w oczach zachodnich zwyrodnialców.

Nie pamiętają obrazka z podróży do Kijowa Macrona, Merza i Starmera, którzy raczyli się kokainą w salonie, podczas gdy ich agenturalny kundel Gauleiter tusk, jechał w wagonie przeznaczonym dla agentów i lokajów.

Jeśli uda im się rozpętać konflikt kinetyczny z Rosją, to nie tylko Polska będzie jej ofiarą, ale cały szatański Zachód.

To, że generałowi Błaznowi pomyliła się agresja z obroną nie powinno nikogo zdziwić! Kreml zmiecie z powierzchni Ziemi całe szatańskie Zachodnie Imperium Kłamstwa.*

Ginąc w kataklizmie nuklearnego Armagedonu, Rosja zadba o to by na popiele naszej Matki Ziemi nie pozostał ani jeden ślad najbardziej zbrodniczego imperium wszech czasów; czyli Zachodu.

Nie tylko dla takich kundlów jak Tusk, Błazen, czy Sikorski, ale nawet arcy-zbrodniarzy jak Trump, Merz, Netanyahu, Macron i inni, miejsca są zarezerwowane. Już teraz bramy piekła stoją dla nich szeroko otworem, cierpliwie czekając na swych nowych rezydentów!

Dr Ignacy Nowopolski
https://drignacynowopolski.substack.com


* Pan Ignacy jak zwykle za bardzo się wczuwa w rolę proroka. Kreml brał udział w kowidowej mistyfikacji, i jeżeli coś zmiecie, to dokładnie tyle, ile jest w planie do zmiecienia. A przecież wiadomo, że trzeba trochę "nabałaganić" w świecie by ludzie z wdzięcznością zaaprobowali nowy porządek. 

Na babski rozum


Na mój babski rozum wychodzi, że jesteśmy oszukiwani. Nie daję wiary w to, że rządzący mówią nam prawdę, że chcą naszego dobra. Sposób w jaki jesteśmy straszeni rzekomo nadchodzącą rosyjską agresją, która spowoduje nieuniknione uczestnictwo Polski w wojnie, wywołuje we mnie szereg wątpliwości. 

Zapowiedź konieczności ucieczki z miejsca zamieszkania w siną dal, donikąd, z plecakiem ucieczkowym, promowanym przez ministra obrony narodowej Władysława Kosiniaka-Kamysza, budzi negatywne wspomnienia z mojego dzieciństwa. 

Wspomnienia z wojny
Przypominają mi opowieść mojej śp. Mamy, Haliny Wójcikiewicz, która po zdaniu matury w 1939 roku, zamiast na studia medyczne, została wysiedlona z Gdyni przez Niemców. Kazano opuścić mieszkanie. Wyznaczono bardzo krótki termin do jego opuszczenia. Zakazano wywiezienia czegokolwiek z opuszczanego zagospodarowanego w pełni mieszkania. Jedynie wolno było wziąć ze sobą bagaż podręczny, mieszczący się w jednej niewielkiej walizce na całą rodzinę! Okupant żądał też pozostawienia klucza w drzwiach opuszczanego mieszkania. Za niezastosowanie się do tego niemieckiego żądania groziły poważne konsekwencje. 

Zapasy mirabelek i szczawiu 
W tym miejscu chciałabym zapytać pana ministra, czy mamy też zostawić klucz w drzwiach opuszczanego mieszkania? Czy przed jego opuszczeniem mamy zgromadzić w nim zapasy żywności, wody itd.? Śmieszą mnie przechwałki innego ministra, którego śmiech przypomina rżenie kopulującego osła, mówiącego, iż zgromadził już stosowne zapasy ryżu, soli, domowych przetworów sporządzonych z owoców, z posiadanego sadu i przydomowej grządki (zapewne zaprawy z mirabelek i szczawiu). Dopingował w ten sposób Polaków do podobnych przygotowań, gromadzenia żywności. 

Inwestorzy nie panikują 
Całe moje życie przemieszkałam początkowo w Gdyni, a z początkiem XXI wieku zamieszkałam w Gdańsku. Od wejścia Polski do Unii Europejskiej zauważam w Trójmieście dynamiczny rozwój budownictwa. Budowane są całe osiedla apartamentowców, nowoczesne hotele i biurowce. Tajemnicą poliszynela jest to, że inwestorami są zachodnie firmy posiadające znaczący kapitał. Zadaję sobie pytanie, czy ci inwestorzy też wierzą w nadciągającą wojnę, skoro tu inwestują? Czy oni są jakimiś ryzykantami, których stać na budowanie w strefie potencjalnego konfliktu?

Myślę, że zachodni inwestorzy są ludźmi trzeźwo myślącymi, posiadającymi rozlegle kontakty. W tym kontakty z Mossadem i nie tylko z Mossadem. Inwestują na podstawie pewnych ustaleń z których wynika, że inwestycje w Trójmieście nie są inwestycjami w strefie ryzyka. Więc nie obawiają się, że z obwodu kaliningradzkiego nadlecą rakiety typu Iskander i zmiotą z powierzchni ziemi ich luksusowe hotele, apartamentowce itd., w których część z nich po przylocie z Bliskiego Wschodu zamieszka na stałe w Trójmieście. Do miejsca oddalonego od państwa okładanego irańskimi rakietami.

Troska o wybory
Skoro już jestem w bliskowschodnich klimatach, na babski rozum przekładam troskę o nas, Polaków, wyrażaną w obawach o wynik nadchodzących wyborów parlamentarnych w zbliżającym się 2027 roku. Troskę polegającą na ostrzeganiu nas Polaków przed Grzegorzem Braunem i jego Szerokim Frontem Gaśnicowym. Pierwszą osobą zatroskaną okazał się ambasador USA w Warszawie Thomas A. Rose. Drugą jest naczelny rabin RP, trzecią – Radosław Sikorski, no i oczywiście „Gazeta Wyborcza”! Ponadto komuniści ze Strajku.eu.

Procesy polityczne 
Polityka nie jest moją pasją, w TV co dzień oglądam prognozę pogody. Lubię program „Taniec z Gwiazdami”, wszystkie wersje popularnego formatu telewizyjnego „The Voice”, które skupiają się na uczestnikach w różnym wieku: The Voice of Poland, The Voice Senior i The Voice Kids.

Lecz na mój babski rozum, kobiety nie interesującej się przesadnie polityką, wywodzę, że skoro starsi bracia w wierze i komuniści przed kimś, przed czymś ostrzegają Polaków, to akurat należy zrobić odwrotnie, niż by sobie oni tego życzyli…

Tym bardziej, że w sukurs nam „życzliwych” przyszły tak zwane polskie sądy, w których odbywa się pokazowy proces polityczny Grzegorza Brauna, groteskowy kafkowski proces polityczny Mateusza Piskorskiego, a ostatnio „rękę sprawiedliwości” wyciągnięto po wybitnego polskiego intelektualistę Konrada Rękasa, przybyłego z emigracji do Polski, gdyż odważył się dołączyć do Szerokiego Frontu Gaśnicowego Grzegorza Brauna i wspiera go błyskotliwymi, porywającymi przemówieniami. 

Joanna Zinkiewicz

https://myslpolska.info/2026/09/29/joanna-zinkiewicz-na-babski-rozum/

Raport z kolebki żydowskiego klanu Rothschildów


Prostytucja jest tu oficjalnie zalegalizowana i opodatkowana; narkomani – w ramach polityki redukcji szkód – dostają od władz medyczną heroinę; „społeczność” LGBT cieszy się przywilejami, rodowitych Niemców jak na lekarstwo, za to muzułmanów od zatrzęsienia. Największe zaskoczenie z Frankfurtu nad Menem? Totalny spokój i bezpieczeństwo podczas miejskich imprez, na które przychodzą tłumy kulturowo skrajnie różnych od siebie osób.

Równie zaskakująco wypada przylegający do Frankfurtu Offenbach – na mapie wyglądają jak jedna miejscowość. Offenbach nad Menem jest miastem w Niemczech z największym odsetkiem mieszkańców pochodzenia imigracyjnego lub obcokrajowców, zaś rdzennych Niemców pozostało tu niespełna 33 procent.

Jednocześnie, według statystyk, Offenbach jest najbezpieczniejszym miastem Hesji i czwartym pod tym względem w całych Niemczech. Zobaczyłam to bezpieczeństwo i spokój na własne oczy, które nieco szokują, po wcześniejszym wysłuchaniu przekazów medialnych z Polski o strasznych problemach Niemców z imigrantami.

Oba miasta – Frankfurt i Offenbach – łączy nie tylko rzeka Men, ale przede wszystkim dwie słynne żydowskie postacie, które diametralnie zmieniły losy świata, w tym Polski. Czy kiedykolwiek się spotkali i wspólnie knuli? Według oficjalnych informacji nie ma na to potwierdzenia. Jednak moim zdaniem jest coś na rzeczy, skoro pokrywają się daty i pewien modus operandi.

ZWROT W HISTORII ŚWIATA

W Offenbachu spędził ostatnie lata i dokończył żywota Jakub Frank (1726-1791) – założyciel i guru żydowskiej sekty frankistów. Jej członkowie podstępem przyjęli chrzest w Kościele katolickim w Polsce i po zmianie nazwisk przeniknęli do polskiej szlachty i duchowieństwa, dokonując swoistej podmiany polskich elit. Dzisiaj sterują Polską ich potomkowie.

Nad Menem twórca sekty prowadził wystawny, quasi-dworski tryb życia jako „Baron von Frank”. W Offenbachu dzierżawił Zamek Isenburski, gdzie otoczony tłumem wyznawców (i sponsorów) przybyłych z Europy Środkowej i Wschodniej, kontynuował działalność o charakterze mesjanistycznym.

Działalność Franka zdecydowanie wykroczyła poza granice Rzeczypospolitej. Niektórzy frankiści zaangażowali się w rewolucję francuską oraz radykalne nurty oświeceniowe i wolnomularskie w Europie Zachodniej, widząc w burzeniu starego ładu politycznego realizację mesjańskiego planu.

Z Frankfurtu wywodzi się Mayer Amschel Rothschild (1744–1812), nestor słynnej żydowskiej rodziny, która z kolei podmieniła elity na świecie. Po dokonaniu się rewolucji we Francji (1789–1799) Rothschild na zgliszczach zburzonego świata zaczął budować nowy porządek.

U szczytu możliwości i przy najbardziej sprzyjającej koniunkturze „ojciec finansów międzynarodowych” – jak go określił magazyn „Forbes” – posłał swoich pięciu synów w świat. Ekspansję rozpoczęli kolejno: Nathan Mayer (Londyn), Jacob (Paryż), Salomon (Wiedeń), Kalman (Neapol) i Amschel Mayer (Frankfurt nad Menem).

Od tamtej pory międzynarodowa finansjera nieprzerwanie sprawuje władzę nad ziemskim światem. Obecnie aż 190 państw jest poddanymi Międzynarodowego Funduszu Walutowego, którego główna siedziba znajduje się w Waszyngtonie. Dawniej imperiami rządzili cezarowie, królowie, sułtani itp. Współczesnymi władcami są właściciele banków, a ich namiestnikami i marionetkami – politycy, jakich znamy z telewizji.

WYMOWNA SYMBOLIKA

Według najnowszych danych dotyczących centrum finansowego Frankfurtu, opublikowanych w marcu 2026 roku przez Frankfurt Main Finance we współpracy z heskim Ministerstwem Gospodarki, Frankfurt pozostaje największym ośrodkiem bankowym w Niemczech. W 2025 roku w mieście siedzibę miały 54 instytucje bankowe, a ponadto działało 28 oddziałów zagranicznych banków, 55 innych placówek zagranicznych oraz 17 przedstawicielstw.

Liczba instytucji finansowych zarejestrowanych we Frankfurcie dla celów nadzoru bankowego wynosiła natomiast w kwietniu 2025 roku nieco ponad 330. Z kolei według danych Helaba w połowie 2025 roku frankfurcki sektor bankowy zatrudniał około 74 200 osób, a szeroko rozumiany sektor finansowy – obejmujący również m.in. ubezpieczenia, firmy inwestycyjne i zarządzanie funduszami – prawie 89 400 osób.

Siedziby związane z sektorem finansowym mieszczą się najczęściej w stalowo-szklanych drapaczach chmur, które – wraz z nieprzypadkową symboliką – współtworzą charakterystyczny krajobraz Frankfurtu.

Wystarczy wspomnieć dach wieżowca Trianon w kształcie odwróconej, trójściennej piramidy – symbolu w okultyzmie, ezoteryce i świętej geometrii, który oznacza m.in. zejście ducha w materię. Z kolei wieżowiec Messeturm ma na dachu potężną piramidę skierowaną w górę, zaś przed wejściem do budynku znajduje się charakterystyczny „Młotkujący człowiek” („Hammering Man”) – monumentalna, ruchoma rzeźba autorstwa Jonathana Borofsky’ego.




W masonerii piramida symbolizuje dążenie człowieka do doskonałości duchowej, mądrość oraz Wielkiego Architekta Wszechświata. Natomiast młot – który trzyma w ręce postać z rzeźby – to w wolnomularstwie symbol pracy, siły woli oraz władzy i porządku w loży.

Frankfurt ma niezwykle bogatą historię wolnomularską. Kluczowym punktem na mapie miasta jest założona w 1742 roku loża „Zur Einigkeit” (Pod Jednością), jedna z najstarszych i najważniejszych lóż w całych Niemczech. Jej zabytkowa siedziba, Logenhaus zur Einigkeit przy Kaiserstrasse, do dziś stanowi ważny punkt kulturalny miasta.

Najsłynniejszy i najbardziej znaczący mason pochodzący z Frankfurtu nad Menem to Johann Wolfgang von Goethe (1749–1832), niemiecki poeta uznawany za najwybitniejszego przedstawiciela literatury niemieckiej, a także za jednego z najbardziej znaczących w skali światowej. Z jego rodzinnego domu uczyniono muzealną atrakcję dla turystów.

DROGA DO PROFANACJI

Przy tematyce muzeów warto na chwilę się zatrzymać, gdyż sztuka jest odzwierciedleniem duszy. We Frankfurcie nad Menem obiektów muzealnych jest około 60, jednak mnie szczególnie utkwiły dwa z nich, które odwiedziłam tego samego dnia, jedno po drugim.

Najpierw obejrzałam zbiory Städel Museum, nazwanego tak na cześć bankiera, który powołał obiekt. W jego wnętrzach znajdują się tysiące obrazów z wielu epok, w tym malarstwo religijne w sekcji Dawnych Mistrzów (Old Masters), obejmujące okres od XIV do XVIII wieku. Znajdują się tu arcydzieła takich malarzy jak Jan van Eyck, Sandro Botticelli, Rembrandt van Rijn czy Johannes Vermeer.

Moją uwagę przykuło to, że na niektórych płótnach postacie świętych, a nawet Syn Boży, są półnagie lub całkiem nagie. Przykładem jest „Madonna z Lukki” autorstwa niderlandzkiego malarza Jana van Eycka. Obraz, namalowany między 1435 a 1437 rokiem, ukazuje Dzieciątko Jezus zupełnie na golasa, zaś Maryja szeroko odsłania dekolt, wystawiając do karmienia obnażoną pierś.

Kolejnym przykładem jest obraz „Święty Hieronim”, namalowany w 1874 roku przez francuskiego artystę Jeana-Léona Gérôme’a. Przedstawia on świętego odpoczywającego w skalistej pustelni, w towarzystwie lwa. Dzieło robi ogromne wrażenie swoim realizmem, m.in. dokładnym odwzorowaniem budowy anatomicznej ciała. Problem w tym, że ciało świętego jest nagie, a genitalia przykrywa jedynie skrawek płótna.

Być może dla polskich odbiorców to nic strasznego, wszak sztuka katolicka od pewnego momentu często i celowo zaczęła pokazywać odsłonięte ciała świętych. Tymczasem w tradycji chrześcijańskiej na Wschodzie jest to niedopuszczalne świętokradztwo. Ikony prawosławne nie pokazują nagości, ponieważ ludzkie ciało jest świątynią Ducha Świętego.

W ten sposób przechodzę do drugiego punktu czyli frankfurckiego Muzeum Ikon, które mieści się w dawnym refektarzu klasztoru zakonów krzyżackich. Kolekcja prezentuje około 130 starannie wyselekcjonowanych prawosławnych ikon i przedmiotów liturgicznych z Rosji, Grecji, Rumunii, Egiptu, Syrii i Etiopii. Wizerunki świętych ukazują z godnością, w szatach całkowicie okrywających ciała.

Nawiązuję do tego nieprzypadkowo. W otoczeniu ikon odczuwa się bliskość Sacrum. Natomiast zachodnia sztuka zebrana m.in. we wspomnianym Städel Museum otwiera się na profanację. Ten kontrast szczególnie mocno uderza po zejściu do podziemi budynku, gdzie mieści się szokująca wystawa sztuki nowoczesnej. Wśród eksponatów krzyż – najważniejszy dla chrześcijan symbol – zmontowany z lepu na owady i zdechłych much.

Muzealne doświadczenia skłoniły mnie do pogłębienia refleksji, kiedy zobaczyłam na ulicach Frankfurtu uczestników parady LGBT. Wielu z nich bezwstydnie obnażyło swoje ciała, najczęściej oszpecone okropnymi tatuażami i szkaradnymi kolczykami. Zwykli mieszkańcy pozostali bierni wobec tego publicznego bezeceństwa, ociekającego wulgarną golizną.

Tymczasem badania opinii społecznej, w tym długofalowe analizy instytutu Pew Research Center, jednoznacznie wskazują, że w krajach z dominacją prawosławia opór wobec postulatów ruchu osób LGBT+ (w tym organizowania tzw. parad równości) jest statystycznie wyższy niż w krajach o tradycji katolickiej czy protestanckiej.

ZE SKRAJNOŚCI W SKRAJNOŚĆ

Masowe imprezy pod otwartym niebem to popularna rozrywka mieszkańców Frankfurtu. Niektóre z nich na pierwszy rzut oka wyglądają całkiem normalnie. Dla przykładu, doroczna główna parada karnawałowa (Frankfurter Fastnachtszug) odbywa się tradycyjnie w niedzielę poprzedzającą Wielki Post. Jest kolorowo, gra muzyka, a do wesołego tłumu rzucane są tony cukierków. Brakuje tylko zadumy nad zbliżającym się postem, którego najwyraźniej nikt tu nie przestrzega.

W środku lata, w rejonie nabrzeża i Starego Miasta, odbywa się tradycyjny festyn ludowy nad Menem, z wesołym miasteczkiem, stoiskami z jedzeniem i napojami, koncertami oraz pokazem sztucznych ogni. Mainfest jest związany z Menem i wielowiekową tradycją frankfurckich rybaków. Rybołówstwo we Frankfurcie ma ponad tysiącletnią tradycję i jest najstarszym udokumentowanym cechem w mieście.

Pod koniec lata odbywa się Festiwal Nabrzeża Muzeów (Museumsuferfest), rozciągający się wzdłuż obu brzegów Menu. W ciągu dnia muzea organizują specjalne wystawy, oprowadzania, warsztaty i inne wydarzenia, a wieczorami odbywają się imprezy plenerowe, w tym liczne koncerty z szerokim wyborem muzyki.

Uwagę przykuwają stoiska gastronomiczne z tradycyjnymi specjałami licznych narodowości pochodzących z różnych kontynentów. Zapachy rozmaitych potraw przyćmiewa często charakterystyczna woń marihuany, którą można posiadać i palić na legalu, z czego najwyraźniej obficie korzystają mieszkańcy Niemiec.

Wbrew obiegowej opinii, liczni przybysze z islamskich krajów nie robią większych problemów, tylko grzecznie się dostosowali. Większość z nich po prostu woli korzystać z przywilejów gospodarczo rozwiniętego państwa, niż komplikować sobie życie angażowaniem się w ideologiczną działalność ekstremistycznych grup.

Plenerowe imprezy uświadamiają, jak bardzo różnorodne stały się Niemcy. W tłumie dominują osoby o śniadej karnacji; rodziny z dziećmi to najczęściej muzułmanie, zaś przedstawiciele narodu niemieckiego – często już siwogłowi – wydają się być w mniejszości. Wygląda na to, że kraj ten przy bierności samych Niemców został wynarodowiony i przekształcony w jakąś wielką międzynarodową korporację.

Taki model wypracowali przedstawiciele szkoły frankfurckiej – twórcy teorii krytycznej, tacy jak Max Horkheimer, Theodor W. Adorno czy Erich Fromm – którzy postrzegali tradycyjnie rozumiany naród oraz nacjonalizm jako jedną z głównych barier dla emancypacji i rozwoju ludzkości, ponieważ upatrywali w nich źródła autorytaryzmu, regresu społecznego oraz mechanizmu podziału utrudniającego globalną solidarność.

Według oficjalnej wersji ich perspektywa ukształtowała się pod wpływem doświadczeń wzrostu faszyzmu i nazizmu w Europie, z której wielu z nich musiało uciekać ze względu na swoje żydowskie pochodzenie.

W ten oto sposób Niemcy odrzuciły jedną skrajność na rzecz drugiej. W minionych dekadach niemieckie społeczeństwo przekształciło się w niezwykle tolerancyjne i otwarte na innych. To z kolei sprawiło, że niektórzy zaczęli mieć tego dosyć, stąd obserwowany w ostatnim czasie gwałtowny wzrost poparcia dla skrajnie prawicowej Alternatywy dla Niemiec (AfD).

Można odnieść wrażenie, że Niemcy nie potrafią być po prostu patriotami kochającymi ojczyznę – bez jednoczesnych uprzedzeń i niechęci wobec innych nacji albo, przeciwnie, bezmyślnej tolerancji wobec wszystkich, która usypia czujność przed utratą własnej narodowej tożsamości.

SYJONIŚCI ROZDAJĄ KARTY

Oficjalnie w Niemczech istnieje wolność wyrażania poglądów. Widziałam jak na głównym rynku przed frankfurckim ratuszem, pod flagami Izraela, protestowali syjoniści oburzeni skalą rzekomego antysemityzmu w Niemczech. Na popularnym deptaku cierpliwy Indianin godzinami grał na flecie, by przykuć uwagę do transparentów krytykujących agresję USA i NATO. Nieopodal grupa Irańczyków wyrażała poparcie dla Rezy Pahlawiego, marionetki CIA i Mossadu.

W centrum miasta regularnie zbiera się niewielka propalestyńska manifestacja – złożona w znacznej części ze Słowian – której atrakcją jest zdjęcie Benjamina Netanjahu, służące przechodniom jako wycieraczka do butów.

Od znajomych Palestyńczyków słyszałam natomiast, że kiedy ich rodacy organizują w Niemczech większe antyizraelskie protesty, wyrażające sprzeciw wobec ludobójstwa w Gazie, niemiecka policja najczęściej pałuje uczestników i rozpędza demonstracje.

Obecnym burmistrzem Frankfurtu Nad Menem jest Mike Josef (SPD), który urodził się w Syrii i oficjalnie pochodzi z chrześcijańskiej rodziny. Naiwny jest jednak ten, kto pomyślał, że potępił on izraelską okupację arabskiego ludu Palestyny. Włodarz Frankfurtu jest proizraelski w kwestii bezpieczeństwa Izraela, jego prawa do istnienia i ochrony mieszkańców Izraela.

Frankfurt nad Menem jest największym miastem kraju związkowego Hesji, ale jego stolica znajduje się w Wiesbaden. Tam też obraduje heski rząd, który przygotował w ostatnim czasie kontrowersyjną inicjatywę ustawodawczą. Zakłada ona wprowadzenie do niemieckiego kodeksu karnego nowego czynu zabronionego dotyczącego publicznego negowania prawa Izraela do istnienia oraz wzywania do likwidacji państwa Izrael.

10 lipca 2026 r. Bundesrat poparł projekt Hesji i skierował go do dalszej procedury legislacyjnej. 27 sierpnia projekt został formalnie przedłożony Bundestagowi jako druk nr 21/7733.

Jeśli ustawa zostanie uchwalona przez niemiecki parlament w obecnym brzmieniu, będzie można trafić za kratki za publiczne wypowiedzi, które zostaną uznane za negowanie prawa Izraela do istnienia lub wzywanie do likwidacji tego państwa.




Wygląda to na akcję syjonistycznego lobby, które szuka sposobu na zakneblowanie osób publicznie wyrażających następującą kwestię: „Syjoniści ukradli i zajęli ziemię Palestyńczyków. Izrael brutalnie okupuje Palestynę, dokonując zbrodni wojennych i zbrodni przeciwko ludzkości. To bezprawie i cierpienie podbitego narodu musi się wreszcie skończyć”.

Trzeba przyznać, mają tupet!

Agnieszka Piwar

piwar/raport-z-kolebki-zydowskiego-klanu-rothschildow

Co zawdzięczamy ludziom średniowiecza?

 

Po pierwsze samo określenie średniowiecze jest bardzo złe, krzywdzące i fałszujące. Ono fałszuje naszą historię, ponieważ słowo „średniowiecze” to jest kalka z języka niemieckiego, podchwycona później niż przez inne języki. 

W języku niemieckim Mittelalter to średni czas, średni okres, coś, co się pojawiło między wspaniałymi okresami w historii naszej cywilizacji – jak antyk, starożytność, czyli wspaniały rozwój cywilizacji starożytnych: Egipt, Grecja, Rzym, Persja – a czasem renesansu, odrodzenia.

Samo określenie „renesans” z języka francuskiego la Renaissance, oznacza powrót, odrodzenie i nawiązanie do antyku. Między nimi natomiast – fatalny czas kompletnego upadku, zacofania zabobonów, upadku nauk, który wówczas panował. To średniowiecze: wieki ciemne. Tak to jest przedstawiane w podręcznikach historii.

A ja mówię: nie! To nie są wieki ciemne, to są wieki jasne! Stawiam tezę, że był to jeden z najwspanialszych okresów w naszej historii pod wieloma względami, przede wszystkim pod względem rozwoju myśli, siły moralnej ludzi, którzy wówczas zamieszkiwali Europę i pod kątem również rozwoju ówczesnej filozofii scholastyki i licznych nauk, w tym wyzwolonych, jak wówczas mówiono.

Dowodem na poparcie moich słów – a dowodów znaleźlibyśmy dziesiątki, jeśli nie setki – że nie można krzywdząco traktować tych czasów – jest to, że wszystkie książki, rękopisy klasyków starożytności, jak Klaudiusz Ptolemeusz, Horacy, Wergiliusz, dzieła filozofów greckich, które przetrwały do naszych czasów, to są manuskrypty, które bardzo pracowici, cisi mnisi, głównie benedyktyńscy, przepisywali na początku średniowiecza, w VII–X wieku.

To, co mamy dzisiaj w naszych bibliotekach, na podstawie czego powstają przedruki, to jest właśnie owoc ich pracy – dziedzictwo średniowiecza. Nie zachowały się papirusy egipskie czy zwoje pergaminowe z czasów starożytnych. Na szczęście dzięki mrówczej, no właśnie – nomen omen – benedyktyńskiej pracy dzieła te mogły dotrwać do naszych czasów.

Jesteśmy ofiarą mitów!

Pierwszy mit opowiada o tym, że w okresie średniowiecza mieliśmy sztywne stany. W szkole uczyli nas, że mamy króla – osobę, która jest absolutnym tyranem; następnie mamy duchowieństwo jako najważniejszy stan w średniowieczu – nieprzystępna elita, najwyższa kasta niczym bramini w hinduizmie; potem jest rycerstwo, szlachta – stan, który ma określone kompetencje i jest nieprzenikniony, nikt nie może z niego wyjść ani nikt nie może do niego wejść.

Stan trzeci – to jest też ahistoryczne, bo to dopiero w XVIII wieku we Francji, za czasów rewolucji francuskiej rozróżniano stan trzeci, również mieszczaństwo jako oddzielną grupę społeczną i chłopstwo.

Te stany wówczas zdecydowanie się przenikały, to była struktura społeczna Europy, wszystko było ustanowione na zasadzie chrześcijańskiej rodziny. Stany się przenikały, kompetencje tych stanów się przenikały. Na przykład duchowny często był również panem feudalnym, panował nad terytorium i sprawował władzę również świecką. Był miecz duchowny, ale i miecz świecki.

Rycerstwo nie było stanem nieprzeniknionym, ponieważ wówczas rozróżniano w ramach tego rycerstwa dwa takie podzbiory. Rycerstwo wywodziło się przede wszystkim ze szlachty, ale nie wyłącznie, ponieważ człowiek nie rodził się rycerzem, co bardzo podkreślali wówczas pisarze.

W piśmiennictwie, które przetrwało do naszych czasów rycerzem stawał się ten, który z bronią w ręku był gotów bronić swojej małej czy też większej ojczyzny. To mógł być równie dobrze mieszczanin, mógł to być chłop. Jeśli on się wykazał, stawał się też najpierw rycerzem, a potem był uszlachcany, a nawet czasami nie był, bo to nie było automatyczne.

Natomiast bardzo często to się przenikało. Chłopi mogli dostąpić zaszczytu stania się rycerzem, czyli obrońcą ojczyzny. Mogli to być mieszczanie, mogli być to również duchowni. Bardzo często było tak, że duchowny z bronią w ręku stawał na czele i bronił swoich poddanych, bo czuł się za nich po prostu odpowiedzialny.

Podobnie jeśli chodzi o przenikanie się między stanami niższymi i wyższymi, chociaż tak wówczas nie myślano, czyli między mieszczaństwem a rycerstwem. Dość często szlachta brała się za zajęcia miejskie i nie było to dla nich żadną hańbą. I jak wchodziła do tego stanu mieszczańskiego, żyła jak mieszczanie, nie tracąc prestiżu, przywileju związanego z przynależnością do stanu szlacheckiego.

Piękna, skomplikowana mozaika!

Duchowni nie byli wysoko urodzonymi, którzy niejako tylko z urodzenia mogli dostąpić zaszczytu, żeby zostać biskupem. Biskupem, opatem zostawali ludzie urodzeni w gminie, niskiego urodzenia, którzy się rodzili w bardzo biednych rodzinach, ale dzięki swoim zdolnościom, dzięki swojej pobożności, dzięki swoim cnotom dostępowali tych zaszczytów.

Mamy mnóstwo takich przykładów. W polskiej historii to choćby postać pierwszego Prymasa Polski Mikołaja Trąby. Pochodził z nieprawego łoża, nie był człowiekiem szlachetnego urodzenia, ze znamienitego rodu, co jest wielokrotnie podkreślane. Jego wrogowie i przeciwnicy polityczni (bo wiadomo, że takich miał, wszyscy wybitni ludzie prędzej czy później mają wrogów) zarzucali mu niskie pochodzenie, że był bastardem. Ludzie są okrutni, w tamtych czasach to wcale nie wyglądało inaczej. Takich przykładów można by znaleźć mnóstwo.

To, że papiestwo cieszyło się autorytetem, było bardzo ważne, ale autorytet papieża rodził się stopniowo. Na mapie polityczno-ekonomicznych zależności Europy XI–XII wieku rysuje się skomplikowany obraz niczym kobierzec z kwiatów o różnych kolorach. Wszystko się miesza: tu jest opactwo, tu księstwo duchowne, hrabstwo, tu jakieś królestwo.

To, że Polska była podzielona, nie było wyjątkiem. Cała Europa była wówczas podzielona. Państw unitarnych, jakie my dziś znamy, praktycznie nie było. To była Europa małych ojczyzn. Potrzebny był autorytet i on się stopniowo wykuwał.

Kiedy patrzymy na historię Europy, widzimy nieustanne konflikty, wojny. Rzeczywiście tak było. Od okresu starożytnego nie było żadnych humanitarnych zasad pod tym względem. Dopiero papiestwo w wieku X–XI wypracowało pewne zasady, które należało przestrzegać i które sprawiały, że te konflikty stawały się dużo mniej krwiożercze, krwawe, bezwzględne i okrutne, jak to miało miejsce w starożytności.

Rzymianie nie mieli żadnych względów na przykład dla ludności cywilnej, prowadząc swoje podboje. Nie było rozróżnienia: tych zabijać nie można, zabijano wszystkich jak leci.

Dopiero chrześcijaństwo i Europa średniowiecza wypracowała coś takiego jak Pokój Boży, który polegał na tym, że pewne grupy ludności były nietykalne, nie można było ich zabijać, mordować. Walczyć mogli tylko ci, którzy byli przygotowani do walki, którzy mieli odpowiednie wyszkolenie i ekwipunek, czyli miecz, zbroję i tak dalej. Nie można było zabijać ludności cywilnej, księży, duchownych, dzieci, kobiet, starców, ludzi nieuzbrojonych. To było zakazane.

Tekst jest fragmentem książki Marka Skalskiego pt. „Historia bez kłamstw”. Książka do nabycia w księgarni internetowej „Najwyższego Czasu!” – http://www.bibliotekawolnosci.pl


Marek Skalski
https://nczas.info/


***
Historia ciała w średniowieczu
Le Goff Jacques, Truong Nicolas
ISBN 978-83-65680-26-6
przeł. Ireneusz Kania
oprawa miękka
122 x 195 mm
212 s.
publikacja styczeń 2012

Francuscy historycy od kilkudziesięciu lat zapełniają „lukę” w naszym obznajomieniu z dziejami, która w rzeczywistości nie jest luką, lecz samym sednem historii. Chodzi o historię życia codziennego. Setki, jeśli nie tysiące lat dominacji „wielkich narracji” o „doniosłych” wydarzeniach sprawiły, że nie potrafimy sobie uświadomić charakteru zwykłego życia w danej epoce: wiemy, jak staczano epokowe bitwy, nie wiemy, jak mieszkano. Jacques Le Goff (1924–2014), francuski klasyk historyków z tego nurtu, i młodszy o dwa pokolenia Nicolas Truong (ur. 1967) przedstawili syntezę zjawisk i zagadnień związanych z podstawowym elementem życia codziennego – z ludzkim ciałem. Skupili uwagę na średniowieczu, ponieważ dobitnie reprezentuje ono problem postrzegania historii. Uchodzi za wybitnie duchowe i może dlatego pozostaje słabo zbadane od strony życia „cielesnego”. Autorzy wydobywają charakterystyczne dla średniowiecza zderzenie wysokiego z niskim, wszechobecne napięcie między potępieniem a kultywacją sfery materialno-zmysłowej, między „postem a karnawałem”, celibatem a miłością dworską, nagą Ewą a ubraną Maryją, ascezą a opowieściami o Krainie Pieczonych Gołąbków. Starają się pokazać, że napięcie to, bez mała sprzeczność tkwi w samej naturze chrześcijaństwa, w jego afirmacji doczesności jako dzieła Bożego i zarazem odrzucaniu jej w imię życia wiecznego. Nawet jednak w średniowieczu ciało, jak piszą autorzy, „nigdy nie daje za wygraną”.


Intelektualiści w średniowieczu
Le Goff Jacques
ISBN 978-83-67020-36-7
przeł. Eligia Bąkowska
oprawa miękka
145 x 205 mm
322 s.
publikacja sierpień 2023

Tą dość wczesną (1957) książką Jacques Le Goff (1924–2014), francuski klasyk historii średniowiecza, wzbudził spore kontrowersje, zwłaszcza wśród historyków i filozofów chrześcijańskich. Dokonał tu – jak zwykle we frapujący sposób – opisu pewnej formacji społecznej, która narodziła się jego zdaniem w XII–XIII wieku wraz z rozwojem miast i podziału pracy. To intelektualiści, których trzeba wyraźnie odróżniać od szerszej kategorii inteligencji. Specyfiką tej jej podgrupy jest określony rodzaj pracy umysłowej: połączenie nauczania z badaniami, które dziś uznalibyśmy za naukowe, i z pracą nad metodyką nauczania. Naturalnym środowiskiem intelektualistów były korporacje uniwersyteckie, które zaczęły powstawać w XIII wieku. Rewolucyjna zmiana polegała na przeniesieniu życia umysłowego z klasztoru do miasta i na narodzinach nowej drogi do władzy – przez egzamin (edukację). Cały ów proces musiał powodować napięcia i konflikty, których dramatyczny przebieg ta opowieść o życiu średniowiecznych intelektualistów eksponuje od strony społecznej i personalnej – jak w przypadku tragicznego losu Abelarda. Jako myśliciele z natury rzeczy starali się oni wybić na niezależność, ale jako chrześcijanie podlegali zewnętrznym i wewnętrznym ograniczeniom: władzy kościelnej i własnych przekonań. Le Goff doprowadza swoją historię do czasów odrodzenia, gdy chrześcijańskiego intelektualistę zastąpił intelektualista o innej formacji: humanista.


Czy Europa narodziła się w średniowieczu?
Le Goff Jacques
ISBN 978-83-67020-52-7
przeł. Wanda Klenczon
oprawa miękka
145 x 205 mm
480 s.
publikacja wrzesień 2023

„Europa się tworzy”, napisał Jacques Le Goff (1924–2014), światowej sławy francuski mediewista, autor takich fundamentalnych dzieł, jak Kultura średniowiecznej Europy (Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2022), Narodziny czyśćca (Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2021) czy Intelektualiści w średniowieczu (Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2023). Napisał te słowa w 2003 roku, na krótko przed faktycznym „utworzeniem się” Europy, tj. poszerzeniem Unii Europejskiej o kraje Europy Środkowej. Jednak to „tworzenie się” ma o wiele głębsze korzenie i o tym właśnie, o „narodzinach” traktuje niniejsza książka. Le Goff przez całe swoje życie badacza niestrudzenie zwalczał rozpowszechniony pogląd o „ciemnym” średniowieczu. Znajdował w nim twórczego, mimo ówczesnych ograniczeń, ducha we wszystkich dziedzinach, „renesans” avant la lettre, który w znacznej mierze ukształtował późniejsze epoki. Uważał, że „z całego dziedzictwa współtworzącego dzisiejszą i przyszłą Europę dziedzictwo średniowiecza jest najważniejsze”. To w średniowieczu powstała pierwsza „europejska unia” Karolingów przełamująca wcześniejszą jedność kultury śródziemnomorskiej, to wtedy zaczęły się krystalizować dzisiejsze narody i państwa, a zarazem podziały na Zachód i Wschód, Północ i Południe. Wtedy też narodził się uniwersytet, formacja, która do dziś pozostaje rdzeniem europejskiej kultury. A mimo doniosłości religii w ówczesnym społeczeństwie Europa, twierdził Le Goff, „narodziła się przed chrystianizacją i trwa po odwrocie chrześcijaństwa”.


Kultura średniowiecznej Europy
Le Goff Jacques
ISBN 978-83-67020-19-0
przeł. Hanna Szumańska-Grossowa
oprawa miękka
145 x 205 mm
826 s.
publikacja listopad 2022

To bodaj najsłynniejsze dzieło francuskiego mediewisty Jacques’a Le Goffa (1924–2014) zrewidowało nasz obraz średniowiecza zniekształcony zarówno przez krytyczne wobec niego oświecenie, jak i przez entuzjastyczny romantyzm. Dla Le Goffa czasy te to ani nie „wieki ciemne”, ani nie wyidealizowana „złota legenda”, „mit założycielski” niejednego europejskiego narodu. Jego monumentalna, encyklopedyczna praca z 1964 roku podejmuje całościowe badanie epoki wprawdzie historyczne, ale przy zastosowaniu wyników badań z innych dziedzin, datowanie C14 włączywszy (przeszłość należy do przyszłości, do nowych odkryć o starych dziejach). Charakteryzuje średniowiecze jako bliższe społeczeństwom pierwotnym niż współczesnym ze względu na powolność zmian, swoistą pozaczasowość, „długie trwanie” wskutek „przywiązania do ziemi”. Jest to „społeczeństwo gruntu”, bardziej wiejskie niż miejskie. Jego statyczność nie oznacza jednak regresu. Wyspy ludzi wykształconych na morzu niepiśmiennej ludności rozwijały technikę i powołały do życia uniwersytety. To właśnie średniowiecze, rzecz znamienna, wynalazło czyściec między skrajnościami nieba i piekła. Le Goff starał się ujrzeć w tej epoce narodziny Europy, zwłaszcza jej części dziedziczącej kulturę po zachodnim cesarstwie rzymskim. W późnych latach rozciągnął to dziedzictwo – i średniowiecze – na okres aż po nowożytność, nie uznając renesansu za osobną epokę. Jedności tych stuleci pośredniczących między starożytnością a współczesnością upatrywał w ludzkiej obróbce ziemi ze spojrzeniem skierowanym w niebo.

O inne średniowiecze
Le Goff Jacques
ISBN 978-83-67020-54-1
przeł. Wanda Klenczon
oprawa miękka
145 x 205 mm
478 s.
publikacja luty 2024

„Historyk mentalności” i „antropolog historyczny” – tak Jacques Le Goff (1924–2014), najsłynniejszy bodaj w XX i XXI wieku francuski mediewista, chciał definiować siebie jako historyka. Jego praca zawodowa skupiała się wokół średniowiecza, w nim bowiem upatrywał najwyraźniejszy przejaw „długiego trwania”. Jego „inne” średniowiecze trwało rzeczywiście długo, bo od schyłku zachodniego cesarstwa rzymskiego do początków epoki industrialnej w XIX wieku. Cały ten okres, w którym „narodziła się Europa” (J. Le Goff, Czy Europa narodziła się w średniowieczu?, Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2023), wyróżnia zdaniem Le Goffa nowe, proto-współczesne zorganizowanie społeczeństwa, które odeszło od kultury ściśle wiejskiej i zaczęło budować swoją pomyślność na pracy i nauce. Ten obraz „innego” średniowiecza nie akceptuje postrzegania go jako epoki regresu i ciemnoty (czy jednak nie było „wieków ciemnych”?), autor śledzi bowiem procesy rozwojowe z całym dobrodziejstwem inwentarza, tj. historycznych uwarunkowań mentalności. O nich właśnie traktują zebrane tu jego wczesne artykuły i eseje, pisane w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku, a skupione wokół zagadnień pracy, kultury i pojmowania czasu w Europie Zachodniej od V do XV wieku. „Odwojowanie” średniowiecza dla Europy, zadanie, któremu Le Goff poświęcił cale swoje życie historyka, nie miało być gloryfikacją tej epoki, lecz badaniem faktów – długich i często bolesnych narodzin nowej formacji cywilizacyjnej, której jesteśmy dziś spadkobiercami.

Sakiewka i życie. Gospodarka i religia w średniowieczu
Le Goff Jacques
ISBN 978-83-67020-44-2
przeł. Hanna Zaremska
oprawa miękka
122 x 195 mm
188 s.
publikacja kwiecień 2023

Światowej sławy francuski historyk-mediewista Jacques Le Goff (1924–2014) traktuje w tym eseju swój temat z nieco większą lekkością niż w innych dziełach, choć temat to wcale nie zabawny, bo w robocie jest piekło lub co najmniej czyściec. Postać lichwiarza, którego miejsce w średniowiecznym społeczeństwie autor stara się scharakteryzować, okazuje się tyleż godna pogardy (z perspektywy człowieka średniowiecza), co poniekąd heroiczna (z naszej współczesnej perspektywy). Lichwiarz tkwił między młotem kościelnego potępienia a kowadłem, na którym wykuwał „kapitalizm”. Średniowieczna mentalność, podbudowana religijnie, odrzucała „nienaturalną” formę zarabiania na obrocie pieniądza, który przecież niczego sam nie wytwarza, w przeciwieństwie do sił natury, i uznawała ją za niemoralną. Odwieczna nieufność Kościoła do pożyczania i odsetek szła w parze z pożyczaniem na potęgę przez świeckich i duchownych dostojników. W poszukiwaniu kompromisu „wymyślono” lichwiarzowi czyściec. Mógł więc za życia prowadzić swój dochodowy interes, a jednocześnie zachować nadzieję na – może nieco odroczone – miejsce w raju. Ten anegdotyczny wymiar operacji finansowych skrywa wszakże w sobie zaczątki gospodarki, która kiedyś położy kres społeczeństwu feudalnemu i okaże się pionierska dla naszych czasów. O tym właśnie traktuje książka Le Goffa, który konkluduje: „Inicjatorami kapitalizmu są lichwiarze” – owi kupujący przyszłość handlarze czasem.

Średniowiecze i pieniądze
Le Goff Jacques
ISBN 978-83-67020-01-5
przeł. Bogdan Baran
oprawa miękka
145 x 205 mm
242 s.
publikacja lipiec 2021

Francuski mediewista Jacques Le Goff (1924–2014), jeden z najwybitniejszych i najbardziej znanych w świecie, w swoich dziełach badał średniowieczną mentalność i rozmaite dziedziny życia powszedniego, gospodarczego i religijnego (Wydawnictwo Aletheia: Historia ciała w średniowieczu, Warszawa 2018; Narodziny czyśćca, Warszawa 2021). W niniejszej książce zawarł podsumowanie swoich podjętych jeszcze w młodości badań nad obecnością pieniędzy w życiu średniowiecznego społeczeństwa, nad ich znaczeniem dla gospodarki oraz ówczesnym statusem z etycznego punktu widzenia. Rekonstruuje właściwą wówczas dla chrześcijanina z punktu widzenia Kościoła postawę wobec pozyskiwania pieniądza drogą lichwy, działalności kupieckiej czy bankowej. Rozważa też ogólniejszą kwestię, czy istniał w tej epoce pieniądz w naszym dzisiejszym sensie i czy można upatrywać w niej początków kapitalizmu. Ten znakomity przewodnik po średniowiecznych finansach opowiada zarazem o losach ludzi związanych z tą dziedziną, o mennicach, kopalniach kruszcu, lichwie, pierwszych bankach i handlu dalekomorskim, co stanowi walor sam w sobie tej książki, nawet jeśli wynik badania okazuje się negatywny: nie ma w średniowieczu myśli ekonomicznej, a gospodarka – z braku globalnych rynków – występuje jeszcze w formie prekapitalistycznej.


Świat średniowiecznej wyobraźni
Le Goff Jacques
ISBN 978-83-67020-62-6
przeł. Maria Radożycka
oprawa miękka
145 x 205 mm
446 s.
publikacja październik 2024

Jacques Le Goff (1924–2014) to najwybitniejszy chyba w ostatnich czasach francuski mediewista, autor takich fundamentalnych dzieł, jak Kultura średniowiecznej Europy, Narodziny czyśćca, Czy Europa narodziła się w średniowieczu?, O inne średniowiecze, Intelektualiści w średniowieczu. Teksty zawarte w niniejszym tomie oświetlają z różnych stron pewien wyróżnik średniowiecza, który inaczej niż w innych epokach był niemal czynnikiem organizującym całokształt ówczesnego życia: l’imaginaire. To świat wyobraźni, imagination, a zarazem świat wyobrażony. Obejmuje szerokie spektrum od zaświatów (piekło, czyściec, raj) przez fantazje o ziemskim życiu po „mirabilia”, rozmaite niezwykłości i przypisywane im nadnaturalne funkcje. W tym spektrum mieszczą się też literatura (opowieści o Graalu czy rycerzach z kręgu króla Artura), onejromancja (interpretacja snów), taumaturgia (cudotwórstwo świętych i królów) czy mistyczne ciało Kościoła, a wszystko to oparte na chrześcijańskiej ideologii lub przez nią asymilowane. Przemożny polityczny i społeczny wpływ l’imaginaire legitymizował władzę i obyczaje epoki. Fascynująca jak zwykle opowieść Le Goffa ma u podłoża siłę wyobraźni samego autora w symbiozie z jego erudycją i kompetencją. Książka zawiera też słynny esej o „długim średniowieczu” i zarys koncepcji interdyscyplinarnej „antropologii politycznej” jako alternatywy wobec tradycyjnej historii politycznej.

Królowie cudotwórcy
Bloch Marc
ISBN 978-83-67020-38-1
przeł. Jan Maria Kłoczowski
oprawa miękka
145 x 205 mm
540 s.
publikacja styczeń 2023

Marc Bloch (1886–1944), francuski historyk rozstrzelany przez nazistów za działalność w ruchu oporu, jest dziś w swojej dziedzinie legendą, a na jego dorobku wychowali się tacy badacze jak na przykład Jacques Le Goff. Główne dzieła Blocha to Społeczeństwo feudalne (1940) i właśnie Królowie cudotwórcy (1924). Królowie… są pracą zaliczaną do antropologii historycznej i historii mentalności w duchu słynnego czasopisma „Annales”, którego Bloch był współzałożycielem. Traktują o nadprzyrodzonym jakoby darze francuskich i angielskich królów leczenia tzw. skrofułów, czyli ropnego zapalenia węzłów chłonnych szyi. Nie jest to jednak sensacyjna opowieść o domniemanych cudach, lecz analiza średniowiecznej i późniejszej mentalności społecznej. Istniała praktyka, zdaniem Blocha rozpoczęta w XI wieku we Francji, a nieco później w Anglii, „leczenia” skrofulozy dotykiem rąk władcy. Niektórzy z nich odprawiali ten rytuał na setkach zgromadzonych określonego dnia chorych, po raz ostatni w XVIII wieku w Anglii, a w XIX wieku we Francji. W tym osobliwym zjawisku skupiają się, badane przez autora, różne motywy, które je wspierają i utrwalają: od politycznego wykorzystania „świętości” króla do wzmocnienia jego władzy świeckiej po „zbiorową pomyłkę” ludowych wierzeń. Ostatecznie więc to, trzeba przyznać, dość osobliwe studium dotyczy historii politycznej – próby sakralizacji monarchii i króla na wzór wschodniego basileusa.

Społeczeństwo feudalne
Bloch Marc
ISBN 978-83-67020-41-1
przeł. Eligia Bąkowska
oprawa miękka
145 x 205 mm
628 s.
publikacja luty 2023

Klasyk francuskich nauk historycznych Marc Bloch (1886–1944) mógł jeszcze bardziej zaznaczyć się w tej dziedzinie nauki, gdyby nie zginął przedwcześnie z rąk niemieckich nazistów wskutek działalności w résistance podczas II wojny światowej. Głównym dziełem Blocha pozostaje monumentalne Społeczeństwo feudalne (1940). Jego inna znana monografia to Królowie cudotwórcy (1924, wydanie polskie: Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2023). Społeczeństwo… opisuje średniowieczne warunki materialne, mentalność, system senioralny i klasy społeczne. Bloch niejako odpowiada avant la lettre na zadane później przez Jacques’a Le Goffa pytanie: Czy Europa narodziła się w średniowieczu? W epoce, w której z kolei narodził się feudalizm. Istnieją poglądy, że nie był on specyfiką średniowiecza, lecz że, rozumiany jako hierarchia podległości, występuje wszędzie w świecie. Bloch, precyzując w niniejszej monografii sens tego pojęcia w odniesieniu do Europy, udziela bardziej zniuansowanej odpowiedzi. Można rzec w dzisiejszym języku, że feudalizm zrodził się z kryzysu „globalizmu”: upadku wielkich państw, które ustąpiły pola lokalnym, zminiaturyzowanym konstelacjom władzy. Feudalizm europejski wszakże, uważa Bloch, był specyficzny, bo wynikał z historycznych i kulturowych uwarunkowań europejskich. Przekazał nam „ideę umowy”, nieobecną na przykład w ustroju japońskim: umowa wasala i seniora zobowiązuje obie strony, co przełożyło się na późniejszy negocjacyjny charakter systemów parlamentarnych.

Czasy katedr
Duby Georges
Sztuka i społeczeństwo 980-1420
ISBN 978-83-67020-30-5
przeł. Krystyna Dolatowska
oprawa miękka
508 s. + il. cz.-b.
145 x 205 mm
publikacja sierpień 2022

Najbardziej znany z badań nad historią „życia prywatnego” francuski historyk Georges Duby (1919–1996) z kręgu czasopisma „Annales” poszukuje w tym tomie społecznych (religijnych, obyczajowych, politycznych) uwarunkowań twórczości artystycznej. Inaczej niż przedstawiciele historyzmu nie zajmuje się historią jako wynikiem aktywnej kreacji ludzkiej, lecz raczej twórczą aktywnością ludzką jako warunkowaną przez zastane struktury społeczne. Książka jest podzielona na trzy części: Klasztor, Katedra i Pałac. Tytułowe „czasy katedr” przypadają na środkowy okres również tytułowych, umownych lat 980–1420, okres rozkwitu feudalizmu, gdy władzę królewską zdominowała warstwa feudałów i to oni stali się sponsorami budowy katedr, tego niezwykłego fenomenu średniowiecza. Katedry są symbolem przejścia od klasztoru, miejsca prywatnej wiary, przez religijny monumentalizm z powrotem do sztuki prywatnej, na dwór już nie feudała, lecz znów władcy – sztuki zarazem znacznie zsekularyzowanej. Duby uświadamia nam, że „sztukę” czasów katedr należy pojmować inaczej, niż się ją pojmuje dziś: była ona dawaniem Bogu w ofierze widzialnego świata. Sztuka była ofiarą, mniej dziedziną estetyki niż magii. Wraz z powrotem władzy w ręce królów i cesarzy rodzi się dzieło sztuki w sensie bliższym współczesnemu. Książka Duby’ego z 1976 roku do dziś zachwyca oryginalnością i świeżością myślenia o średniowieczu, tej fazie dziejów, której rolę źródła naszej współczesności coraz lepiej dziś rozpoznajemy.

Rycerz, kobieta i ksiądz
Duby Georges
ISBN 978-83-67020-63-3
przeł. Hanna Geremek
oprawa miękka
145 x 205 mm
390 s.
publikacja wrzesień 2024

Francuski historyk Georges Duby (1919–1996), jeden z XX-wiecznych klasyków mediewistyki (obok takich badaczy, jak Jacques Le Goff, Marc Bloch czy Jean-Claude Schmitt), pracował m.in. nad historią małżeństwa w średniowiecznej Francji feudalnej. Niniejsza książka zdaje relację z ustaleń autora rozważającego małżeństwo jako pewną instytucję, której dzisiejsza europejska forma została ukształtowana między XI a XIII wiekiem i stanowi wynik ścierania się wpływów klasy „wojowników” (szlachty, rycerstwa) i klasy duchowieństwa. Duby rekonstruuje napięcia między tymi klasami spowodowane przez organiczny konflikt tkwiący w chrześcijańskim pojmowaniu związku małżeńskiego, który ma być formą uświęconej duchowej wspólnoty, a jednocześnie jest związkiem na wskroś „ziemskim” w swoim cielesno-erotycznym wymiarze. Dołącza do tego instrumentalizacja małżeństwa przez feudalnych seniorów wykorzystujących je do pomnażania swoich majątków. Z tym z kolei wiąże się sprawa sytuacji kobiet sprowadzonych do roli przedmiotów transakcji zawieranej przez rody. Wszystko to Duby z przenikliwością wybitnego badacza analizuje na podstawie nader skromnego, ale fascynującego materiału źródłowego. Historia przez niego opowiedziana jest historią kompromisu: adaptacji małżeństwa do feudalnych potrzeb, a jednocześnie nadania mu charakteru sakramentu. Ta historia jest ponadto historią mężczyzn z klas wyższych. O kobietach i o laboratores, klasie pracowniczej, brak porównywalnych źródeł.