niedziela, 23 sierpnia 2026

Sł. Boży Brat Alojzy Kosiba OFM

 




[ Z rekomendacji zaprzyjaźnionego ateisty ]

7. ŻYCIORYS - SZNUR Z POTRÓJNYM WĘZŁEM

Każdy wie, że samo przyobleczenie i ubranie się w habit nie czyni jeszcze danego człowieka zakonnikiem. Tak samo nie można mówić o zakonności tego, który nosząc habit przyswaja sobie pewne zewnętrzne formy, pewien zakonny sposób bycia.

Istotą bowiem życia zakonnego, tym, co stanowi o prawdziwym i rzeczywistym stanie zakonnym, jest doskonałe zachowywanie trzech ślubów: posłuszeństwa, ubóstwa i czystości, dla miłości Boga.

Im ściślej, im wierniej i gorliwiej stara się zakonnik te śluby wypełnić, tym bardziej jest wzorowy, tym więcej wewnętrznie urobiony. Im więcej z zaparciem siebie, z poświęceniem i ofiarnością je wypełnia, tym bliższy jest doskonałości i świętości.

Franciszkaninowi o obowiązku wypełniania ślubów, uczynionych dla Królestwa niebieskiego, przypomina zaraz na początku pierwszy rozdział Reguły św. Franciszka z Asyżu: „Reguła i życie braci mniejszych polega na zachowaniu świętej Ewangelii Pana naszego Jezusa Chrystusa przez życie w posłuszeństwie, bez własności i w czystości". Symbolizują zaś te śluby trzy węzły na białym sznurze zakonnym, jakim przepasuje swój habit.

Brat Alojzy pozostał wierny swoim ślubom zakonnym przez długie 58 lat, 3 miesiące i 12 dni swego życia zakonnego. Co więcej, nie tylko je zachował, ale w ich wypełnianiu osiągnął taką sprawność, że wzniósł się na wyżyny doskonałości. Osiągnął stan cnoty posłuszeństwa, ubóstwa i czystości w stopniu budzącym podziw i uznanie u wszystkich.
— Pierwszy węzeł na sznurze zakonnym przypominał Bratu Alojzemu o posłuszeństwie Chrystusa, którego zobowiązał się wiernie naśladować. A było to naśladowanie niezwykle owocne. Świadczą o tym radość, łatwość i szybkość, z jaką przyjmował i wypełniał rozkazy swoich przełożonych, Dla niego polecenia i prośby przełożonych były zawsze słuszne i celowe, bo widział w nich wolę Bożą. Wiedział także, że przełożeni nie mogą mu nakazywać czynów grzesznych lub niezgodnych z Regułą zakonną. Wypełniał je więc ściśle według myśli przełożonego, choć nigdy w sposób bezmyślny. W ten sposób Brat Alojzy, służąc zakonowi, służył samemu Bogu.

Posłuszeństwo Brata Alojzego — trzeba to szczególnie mocno podkreślić — wynikało z jego wielkiej pokory i było niezwykle wytrwałe. Służył on zakonowi z równą gorliwością wtedy, gdy był młody i w pełni sił, i jak wtedy, gdy te siły już się sterały na starość. Chociaż przez tak długi czas pobytu w Wieliczce miał różnych przełożonych, nieraz bardzo wymagających i surowych, nikt jednak z nich nic miał nigdy żadnego zastrzeżenia co do wiernego wypełniania obowiązków przez Alojzeczka.

Pewnego rodzaju wyróżnieniem i nagrodą, nie tylko za wzorowe jego życie zakonne, ale szczególnie za wytrwałe posłuszeństwo, było to, że przez tak długi czas ani razu nie przeniesiono go do innego klasztoru. A przecież klasztor wielicki jako nowicjacki musiał dawać przykład wierności Regule zakonnej pod każdym względem i być wzorem zakonnego życia dla całej prowincji. Brat Alojzy jednak trwał wiernie tyle lat w klasztorze nowicjackim, tak, jak wiernie trwał przy Bogu i w posłuszeństwie zakonnym.

Mówiąc o doskonałości posłuszeństwa Brata Alojzego nie można pominąć faktu, że obowiązki kwestarskie, spełniane przez tak długie lata i przy tak zmiennych okolicznościach, wymagały nieraz naprawdę heroizmu.

O cnocie posłuszeństwa Brata Alojzego świadczą choćby takie proste na pozór wydarzenia z jego życia.

Jednego razu Brat Alojzy przyjechał z kwesty zmęczony i poszedł według zwyczaju najpierw zameldować u przełożonego, że wrócił, a potem wstąpił na chwilę do o. Wiktora Reczyńskiego, jako najbliższego swego sąsiada. Po kilku minutach w celi zjawił się za braciszkiem o. Walenty, ówczesny gwardian i zwrócił się do Brata Alojzego: „Bracie Alojzy, pójdziesz do miasta załatwić mi pewną sprawę". Zagadnięty, z uśmiechem na ustach podniósł się natychmiast z krzesła i zgłosił gwardianowi gotowość spełnienia rozkazu. Tymczasem nadeszło na tę scenę kilku zakonników, którzy dowiedziawszy się o przyjeździe Brata, chcieli go przywitać. Przełożony odwołał swoje polecenie i zaznaczył przy tym, że chciał dla przykładu innych braci pokazać, jak Alojzy jest zawsze posłuszny i korzysta z zasług tego posłuszeństwa przy każdej okazji.

Rzeczywiście, mógł się Alojzeczek pokornie wymówić od pójścia do miasta tyrn, że dopiero co wrócił pieszo z dalekiej kwesty, że jest zmęczony, a jednak tego nic uczynił i już samą chęeią natychmiastowego wykonania rozkazu zdobył sobie zasługę u Boga.

Inny wymowny przykład. Kiedy brat Alojzy leżał już śmiertelnie chory, odwiedził go Ojciec Prowincjał Anatol i żartem rzekł do niego, tak dla dodania mu otuchy: „Bracie Alojzy, wstawaj, posłużysz mi do Mszy św., bo nie mam ministranta". Brat Jubilat, już wtedy bardzo osłabiony i w gorączce, dźwignął się z łóżka i oświadczył: „Już idę". Było to na dzień lub dwa przed jego śmiercią.

Czyż tego rodzaju posłuszeństwo nie jest doskonałe i nie jest cnotą?

— Drugi węzeł na pasku zakonnym przypominał Bratu Alojzemu, że ślubował naśladować Chrystusa Pana w Jego ubóstwie, idąc za przykładem św. Franciszka z Asyżu, założyciela zakonu braci mniejszych.

Św. Franciszek tak cenił sobie ubóstwo, że również swoim naśladowcom polecił je jako najwyższy ideał i najpewniejszą drogę do zbawienia: „W tym jest dostojeństwo najwyższego ubóstwa, że ono ustanowiło was, braci moich najmilszych, dziedzicami i królami Królestwa niebieskiego, uczyniło ubogimi w rzeczy doczesne, a uszlachetniło cnotami. Ono niech będzie cząstką wasy.ą, która prowadzi do ziemi żyjących (por. Ps 141). Jemu, bracia najmilsi, oddajcie się całkowicie i niczego innego dla imienia Pana naszego Jezusa Chrystusa nie starajcie się nigdy na ziemi posiadać" (Reguła, rozdz. 6).

Św. Franciszek kochał ubóstwo dlatego, że kochał w nim ubogiego Jezusa na ziemi i jako takiego pragnął Go naśladować.

Zakonnik franciszkański więc, chcąc iść za swoim Założycielem przez ślub ubóstwa, wyrzeka się dla Boga doczesnych dóbr do tego stopnia, że nie może bez pozwolenia przełożonego ani używać, ani rozporządzać na swoją rękę najmniejszą rzeczą, co zaś zdobędzie swoją pracą lub jako jałmużnę, nie jest jego własnością, ale należy do wspólnego użytku rodziny zakonnej.

Jak posłuszeństwo, tak i ubóstwo też może być cnotą, mianowicie wtedy, gdy zakonnik ogranicza się do używania najbardziej koniecznych rzeczy i nie ma do nich żadnego przywiązania.

Brat Alojzy ślub ubóstwa zachowywał prawdziwie po franciszkańsku. By się o tym przekonać, wystarczyło popatrzeć na jego habit, wyszarzały i połatany, lub wejść do jego malutkiej celki, najmniejszej z cel w klasztorze. Jest ona do dziś zachowana i liczy: 2,62 m długości, 2,35 m szerokości i 2,43 m wysokości w najwyższym wzniesieniu łuku. Sufit bowiem według systemu budowy klasztorów z w. XVII jest łukowy. A jakżeż ubogo było w tej celce Alojzeczka. Niczego tam oko nie znalazło prócz najkonieczniejszych sprzętów, jak proste drewniane łóżko, mały szewski stołek, miednica na taboreciku, malutka trójkątna szafka na metr wysokości i na ścianie wieszak oraz krzyż i parę obrazów świętych. Na starsze lata wstawiono mu jeszcze niewielki kamyczkowy piecyk. Nie było tam ani stołu, ani szafy, tylko półki w ściennej wnęce, liczącej 1,90 m wysokości, 1,17 szerokości i 58 cm głębokości, gdzie przechowywał swoje ubogie rzeczy. Zapiski kwestarskie i listy pisywał Alojzeczek zazwyczaj na parapecie okna w pozycji klęczącej i do tych zapisków nie używał wiecznego pióra czy też zwykłej stalówki, tylko pióra gęsiego, które zacinał scyzorykiem.
Doskonałe ubóstwo wymaga umartwień, toteż umartwiał się Brat Alojzy, choć czynił to bardzo dyskretnie. Przez długie lata sypiał na gołych deskach, a pod głowę brał wiązkę słomy i kocem zakrywał to skrzętnie przed okiem ludzkim. Dopiero w podeszłym wieku położył na pryczę siennik i zimą używał do przykrycia się "baranicy", zeszytej z kawałków kożucha.

Dla świętego ubóstwa wyzbywał się ten Braciszek niejednej rzeczy, jaka wydała mu się zbyteczna. A przecież mógł ich mieć bardzo wiele, choćby z tej racji, że przez jego ręce kwestarza przechodziło mnóstwo rzeczy i o pozwolenie na ich używanie nie było zbyt trudno.

Gdy wracał z kwesty, zwłaszcza jesienią, przywoził dla „aniołeczków" — nowicjuszy: ciepłe rękawice, skarpety, pończochy, swetry i ciepłe koszule i szedł z tym wszystkim najpierw do przełożonego, prosząc o pozwolenie rozdania tych rzeczy klerykom.

Może zdziwiłby kogoś fakt, że Brat Alojzy tak wiele rzeczy rozdawał już nie tylko swym „paneczkom" przy furcie klasztornej, ale zwłaszcza na kweście. Nieraz bowiem rozdał połowę z tego, co uzbierał. Jak on to mógł czynić, nie naruszając w niczym ślubu ubóstwa?

Należy z góry uprzedzić, że Alojzeczek miał na to rozdawnictwo darów ubogim pozwolenie od każdorazowego przełożonego i o takie pozwolenie zawsze prosił. Jak zaś był skrupulatny pod tym względem dowodzi tego następujące zdarzenie.

Prosił raz Alojzeczka brat Apolinary, by zamienili sobie klauzurki, tj. klucze od drzwi klauzurowych. Chciał to brat Apolinary uczynić czy to dla przekory, czy też dlatego, że klauzurka Jubilata bardziej mu się podobała. Na tę propozycję Alojzeczek odpowiedział: „Dobrze, bracie, ale wpierw muszę się zapytać przełożonego". Oczywiście, że na takie powiedzenie brat Apolinary zrezygnował z projektowanej zamiany.

Po jakimś czasie, a było to jesienią, zrywał br. Apolinary z Alojzeczkiem jabłka w sadzie klasztornym. Gdy wszedł z koszyczkiem po drabinie na jedną z jabłoni, wtedy Jubilat zawołał do niego: „Braciszku, z tej jabłoni nie zrywaj, bo to moja".

— Jak to wasza? — oburzył się zagadnięty — to z klauzurka nie chcieliście się zamienić ze mną, Alojzeczku, bez pozwolenia przełożonego, a teraz mówicie, że to wasza jabłoń!

To tak zachowujecie ślub ubóstwa!?
— Braciszku ! — tłumaczył cierpliwie Alojzeczek — ja prosiłem przełożonego, by mi pozwolił z tej jabłoni zerwać jabłka dla moich „paneczków". Mam na to pozwolenie od niego.

— No, jak tak, to już schodzę — skapitulował brat Apolinary.

Nadmienić należy, że Brat Alojzy miał za zgodą przełożonych całe swoje „gospodarstwo" dla ubogich, bo i piwniczkę, a w niej nie tylko owoce, ale i wino owocowe, jakie sam wytłaczał z porzeczek. Tym cierpkim winem częstował swoich gości i furmanów, jacy jeździli z nim na kwestę, oraz swoich „paneczków" na wielkie święta.

Hodował też Alojzy zioła lecznicze, które wysyłał biednym i pielęgnował pasiekę, upraszając sobie u gwardiana część miodu dla chorych biedaków. Bo już Alojzeczek taki był, że sam nie dojadł, a dał ubogim i chciał być biedniejszym od tych najuboższych.

— Trzeci zaś węzeł na pasku zakonnym Brata Alojzego symbolizował ślub czystości.
Brat Alojzy cnotę anielskiej czystości dochował do końca życia i pod tym względem był godnym naśladowcą swego patrona, św. Alojzego Gonzagi. O tej cnocie świadczyła cała jego skromna postawa i oczy prawie zawsze spuszczone do ziemi. Nigdy go nie widziano rozmawiającego sam na sam z jakąkolwiek młodszą niewiastą. Gdy zaś był czasem znienacka zaskoczony, to zapytany odpowiadał krótko i oddalał się albo do klasztoru, albo do kaplicy, nałożywszy kaptur na głowę.

Jak dalece wydoskonalił się w tej cnocie, dowodzi następujący wypadek. Jednemu z braci, który miał wesołe usposobienie brata Leona z czasów św. Franciszka — był to brat Makary Olma — wpadł żartobliwy pomysł do głowy, by Alojzeczka doświadczyć.

Włożył na siebie fartuch, na głowę narzucił jakąś płachtę i wziąwszy do koszyka gęś, złapaną na podwórzu klasztornym, udał się, przebrany tak za niewiastę, za furtę i zadzwonił.

Uprzedzony o tym kuchcik zwrócił się do Alojzeczka: „Bracie Alojzy, ktoś tam dzwoni do furty, pewnie wasze „paneczki" chcą coś zjeść". Alojzeczek podreptał do furty i gdy ją otworzył, wtedy ów przebrany brat rzekł zmienionym głosem : „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus ! Braciszku, przyniosłam wam gęś na ofiarę". — Na wieki wieków, Amen. A dobrze, niech Pan Jezus stokrotnie zapłaci — odpowiedział Brat Alojzy. Odebrał gęś i wszedłszy do kuchni, oznajmił ucieszony: „Poczciwa gosposia przyniosła gąskę na ofiarę". Nawet kawą i chlebem poczęstował Alojzeczek tę rzekomą gosposię.

To jest pośredni dowód, że Brat Alojzy nigdy nie patrzył na twarz niewiasty, w przeciwnym razie byłby niechybnie rozpoznał owego przebranego brata.

Tę nadzwyczajną powściągliwość Brata Alojzego wobec niewiast potwierdził Bartłomiej Kaszowski, mieszkaniec Wieliczki.

„Pamiętam dokładnie — mówił on — kiedy już byłem 46 żonaty, opowiadanie mojej teściowej Marii Klejdysz o tym, jak Brat Alojzy przynosił do niej z klasztoru zapomogę pieniężną dla siostry przełożonej III zakonu św. Franciszka, pani Dziedzicowej, gdyż ta była chora i sama na siebie nie mogła pracować. Moja teściowa, która miała córki, dorastające panienki, zauważyła, że Brat Alojzy był niezwykle skromnym człowiekiem. Gdy przychodził do niej, to oddał jej tę jałmużnę, ale nigdy nie popatrzył się na żadną niewiastę, tylko miał zawsze głowę schyloną".

Przecież chodząc po świecie jako kwestarz, był narażony na tyle okazji, więc, aby dochować wierności temu ślubowi, nauczył się umartwiać swoje oczy.

Brat Alojzy panował nic tylko nad wzrokiem, ale i nad mową i nad samą prostą ludzką ciekawością. Gdy pewnego razu pracował w ogrodzie z nowicjuszami, a jeden z nich nieopatrznie zapytał go o jakąś rzecz, otrzymał od Alojzeczka natychmiast odpowiedź: „Czy przełożony kazał ci się o to zapytać?"

A kiedy służąca nie chciała z drugą rozmawiać przy pracy, gdyż była w ogóle małomówną, Brat Alojzy, dowiedziawszy się o tym, pocieszał ją mówiąc, że "to nie szkodzi, bo nie będziecie przez to grzeszyć mową".

Na punkcie jakichś słów i mów dwuznacznych Alojzeczek był tak uczulony, że skoro tylko posłyszał jakiś płaski żart, odmawiał przepraszające Boga akty strzeliste. Pamiętał wówczas na słowa św. Pawła : „O nierządzie zaś i wszelkiej nieczystości (...) niechaj nawet mowy nie będzie wśród was, jak przystoi świętym" (Ef 5, 3).

Także zauważywszy parobków lub kawalerów wiejskich, jak pletli jakieś „głupie mowy" do dziewczyn, pędził ich natychmiast i zawstydzał surową naganą i upomnieniem.

Zaszła raz konieczność, że Alojzeczek musiał się zaopiekować swoją siostrzenicą i kiedy wypadło mu jechać z nią do Krakowa, by umieścić ją na stancji, wtedy ulicami miasta nie szedł z nią razem, ale po przeciwnej stronie jezdni. Wyjaśnił jej potem, że postąpił tak dlatego, by się ludzie nie gorszyli i nie zwracali niepotrzebnie na to uwagi, że zakonnik — już wtedy 60 letni — idzie ulicą z panną. Nawet i o takich drobnych szczegółach pamiętał Brat Alojzy, żeby nie dać choćby pozoru zgorszenia.

Powiada św. Paweł: „Poskramiam moje ciało i biorę je w niewolę, abym innym głosząc naukę, sam przypadkiem nie został uznany za niezdolnego" (l Kor 9, 27).

W jaki sposób Brat Alojzy „poskramiał" swoje ciało i „podbijał w niewolę", że tę delikatną cnotę zachował aż do śmierci?

Obok gorącej i wytrwałej modlitwy spełniał przede wszystkim wiernie praktykę zakonną biczowania się, chociaż pewnego rodzaju biczowaniem dla niego były te długoletnie trudy wędrówek kwestarskich, kiedy chłostała go słota, wicher i zawieje śnieżne. Wiernie też zachowywał posty zakonne, choć nieraz musiał dobrze i na kweście się napościć.

Pewne światło na umartwienia Alojzeczka rzucą obserwacje, poczynione przez o. Cypriana Ochońskiego, jakie dosłownie tu przytaczamy.

— „Pod wieczór przyjechał Brat Alojzy z kwesty i kiedy mnie zobaczył na ganku, pochwalił Boga i rzekł: « Aniołeczku, bardzo głodny jest Alojzeczek. Muszę iść do kuchni, aby osiołeczka nakarmić. Poszedłem za bratem. Zamiast do kuchni udał się wprzód do kaplicy przed cudownego Pana Jezusa, by się tam pomodlić. Następnie wszedłem za nim do kościoła i znów szczera a serdeczna modlitwa popłynęła ku niebu. Pięknie się modli — pomyślałem — i sam uklęknąłem za Bratem, by go naśladować. Po pewnym czasie udał się do kuchni. Był piątek, dzień postny. Dalej z zaciekawieniem obserwowałem naszego Brata kwestarza. Stanąłem na progu kuchni i patrzyłem, jak Brat Alojzy szukał resztek z obiadu. Wszystko było zimne, ale znalazł jajko gotowane i spożył je z apetytem.

— Alojzeczku, trzeba by to wszystko odgrzać — powiedziałem.

- E, nie. I takie wystarczy, bo dzisiaj jest piątek — odparł — trzeba się umartwić. Brat Alojzy nic zwracał uwagi na jakość pokarmu, byle tylko zaspokoić wymagania natury. Nie był przecież wtedy człowiekiem młodym, bo miał około 80 lat życia, ale był człowiekiem wewnętrznie urobionym, który zdobył samego siebie. Z pewnością, patrząc na niego, mógł każdy zakonnik o nim powiedzieć: Żyje już nie on, ale żyje w nim Chrystus. Ta prosta scena, bogata w treść, utkwiła mi głęboko w pamięci".

7

Gen. Czerep-Spiridovich pisał w 1926 roku: „Tajny rząd światowy, czyli ukryta ręka”

 




Ген. Артемий Иванович Череп-Спиридович

Zapomniana książka, która ostrzegała świat przed tym, co ma nadejść…

Sto lat temu, w następstwie rewolucji rosyjskiej, były generał Arthur Czerep-Spiridovich opublikował książkę zatytułowaną:

„Tajny rząd światowy, czyli ukryta ręka.”

Pisząc z wygnania po rewolucji bolszewickiej, twierdził, że wydarzenia na świecie; rewolucje, wojny i powolne niszczenie cywilizacji chrześcijańskiej nie były spontaniczne, ale kierowane przez mały wewnętrzny krąg, który nazwał „ukrytą ręką”.

Według niego, ta sieć około 300 osób, kierowana przez Edouarda Rothschilda w Paryżu, rządziła narodami poprzez finanse, propagandę i rewolucję. Opisał ich jako „Judeo-Mongołów”, termin, który dziś uznalibyśmy za odnoszący się do chazarów podszywających się pod judaizm.

Spiridovich napisał:

„Prawie nikt nie wie, że wszystkie tak zwane siły satanistyczne są autokratycznie kierowane przez Pan-Judaizm, na czele którego stoi teraz Edouard Rothschild V w Paryżu … on i 300 innych tworzą rząd światowy, „ukrytą rękę”.

I gdzie indziej:

„Niepokoje na świecie są spowodowane żądzą morderstwa przez Judeo-Mongołów i ich zdecydowanym pragnieniem rozbicia Aryjczyków i obalenia wszystkiego, co chrześcijańskie.”

Dla Cherep-Spiridowicza wzór był jasny: Za każdą rewolucją, za prasą, bankami i nowymi ideologiami politycznymi stała ta sama inteligencja przewodnia, której celem było wymazanie chrześcijaństwa i zastąpienie go materialnym, napędzanym długiem, porządkiem światowym.

Widział, jak władza migruje od monarchów i rządów w kierunku wierzycieli, przemysłowców i niewidzialnych finansistów; klasa globalna, której lojalność nie spoczywała na narodach, ale polegała na ich własnej ciągłości. Opisał ich jako mistrzów trzech instrumentów:

* Finanse, ponieważ dług jest najsubtelniejszą formą rządów.
* Rewolucja, ponieważ chaos resetuje społeczeństwa i wymazuje pamięć.
* Informacje, ponieważ umysł publiczny jest prawdziwym polem bitwy.

Ostrzegł, że ta „ukryta ręka” użyje swoich narzędzi do rozbicia chrześcijańskiej cywilizacji i zastąpienia jej światem rządzonym przez materializm, dług i wieczny konflikt; system, w którym rządy będą służyć jako administratorzy głębszego programu.

Kiedy rozglądamy się dziś wokół zrównywania globalnych instytucji, korporacji i agencji wywiadowczych; na moralną inwersję mediów i edukacji; na wojny, które nigdy się nie kończą, i na to, kto trzyma struny władzy, czytanie jego słów jest szokujące. Ostrzegał nas przed wszystkim, co się wydarzyło.

Cherep-Spiridovich pisał w 1926 roku, ale opisywał architekturę naszych czasów.

Można przeczytać książkę tutaj:
dn790007.ca.archive.org/0/items/secret-world-government/secret-world-government

[mnie nie łączy… md]

=============================

mail:

mamy tu:

https://archives.cjh.org/repositories/5/archival_objects/562022


https://vdoc.pub/download/the-secret-world-government-or-the-hidden-hand-the-unrevealed-in-history-100-historical-mysteries-explained-vpt70vtnc8k0


https://ia601909.us.archive.org/7/items/secret-world-government/secret-world-government.pdf


===============================

inny mail:

Google ją zeskanował Profesorze

https://books.google.com/books?id=-k9LAAAAMAAJ&printsec=frontcover&hl=pl#v=onepage&q&f=false


========================

Trzeci:

poszło i na bana :
https://banbye.com/watch/v_iHwyTBsHw7IK


https://dakowski.pl/

sobota, 22 sierpnia 2026

Nazizm na Ukrainie: Były oficer SBU opisuje głębokie zakorzenienie ideologii nacjonalistycznej


Narodowy socjalizm jest na Ukrainie o wiele głębiej zakorzeniony, niż się to powszechnie przedstawia na Zachodzie. Taką ocenę przedstawił Wasilij Prozorow, były oficer Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU), w obszernym wywiadzie udzielonym niemieckiej dziennikarce Alinie Lipp. Prozorow potajemnie opuścił Ukrainę i udał się do Rosji podczas wydarzeń na Majdanie w 2014 roku, ale według jego własnych relacji przez kilka kolejnych lat pozostawał aktywny w ukraińskim aparacie bezpieczeństwa. Jego wypowiedzi pochodzą zatem od byłego informatora, ale należy je również rozpatrywać w kontekście jego obecnej działalności w Rosji.

OD POLITYCZNEGO MARGINESU DO NAJWYŻSZYCH URZĘDÓW PAŃSTWOWYCH
Według Prozorowa, sympatie dla postaci historycznych, takich jak Stepan Bandera i Roman Szuchewycz, istniały już przed protestami na Majdanie, ale wówczas ograniczały się do mniejszych kręgów nacjonalistycznych. Dopiero po zmianie władzy w 2014 roku przedstawiciele tych ruchów zaczęli obejmować coraz więcej kluczowych stanowisk w aparacie państwowym.

Prozorow podaje jako przykład Wadima Trojana. Trojan należał wcześniej do batalionu Azow, jednostki paramilitarnej, która wielokrotnie spotykała się z międzynarodową krytyką za skrajnie prawicową symbolikę i powiązania z neonazistami. Po zakończeniu służby w Azowie, Trojan został mianowany szefem policji w Kijowie.

Prosorow wskazuje również na publicznie dostępne zdjęcia Trojańczyka z tatuażami swastyki. Fakt, że osoba z taką przeszłością mogła zająć wysokie stanowisko w aparacie bezpieczeństwa kraju europejskiego, interpretuje jako dowód głębokich zmian, jakie zaszły po protestach na Majdanie.

SYMBOLIKA SS NA WYDARZENIU PREZYDENCKIM
Jako inny przykład Prozorow podaje incydent z 2018 roku. Wówczas to ówczesny prezydent Ukrainy Petro Poroszenko odwiedził ćwiczenia 95. Brygady Powietrznodesantowej.

Podczas oficjalnej sesji zdjęciowej żołnierz stał obok Poroszenki, którego ekwipunek nosił emblemat Dywizji SS „Totenkopf” (Trupia Głowa). Incydent przyciągnął wówczas uwagę opinii publicznej, ale według Poroszenki nie pociągał za sobą żadnych konsekwencji dyscyplinarnych.

Jego zdaniem sprawa ta pokazuje, że symbolika narodowosocjalistyczna nie ogranicza się już do indywidualnych ekstremistów, ale rozciąga się na struktury wojskowe i państwowe.

ZERWIJ Z SOWIECKĄ PRZESZŁOŚCIĄ
Prozorow opisuje ten rozwój sytuacji jako wynik przemyślanej strategii politycznej po Majdanie. Nowe kierownictwo postanowiło jak najdalej odciąć się od Rosji i jej sowieckiej przeszłości.

Stworzyło to jednak próżnię historyczną: kto powinien być w przyszłości symbolem identyfikacji narodowej?

Według Prozorowa, Kijów postanowił zrehabilitować osoby, które kolaborowały z nazistowskimi Niemcami podczas II wojny światowej. Wśród nich są członkowie Dywizji SS „Galicja” i Roman Szuchewycz, oficer jednostki „Słowik”, od którego imienia nazwano jedną z głównych ulic Kijowa.

Prosorow podkreśla, że ​​nie jest to ani przypadek, ani rosyjska propaganda, lecz część widocznej państwowej polityki pamięci.

NIEZROZUMIENIE HISTORYCZNE – JUŻ W SZKOŁACH
Prozorow mówi, że jest szczególnie krytyczny wobec sposobu przekazywania tej wizji historii dzieciom.

Już w ukraińskich podręcznikach szkolnych uczniowie szkół podstawowych poznają tzw. bohaterów narodowych, w tym osoby, które walczyły po stronie nazistowskich Niemiec.

W rezultacie dorasta pokolenie, które – jego zdaniem – nie zna już żadnej alternatywnej klasyfikacji historycznej.

OŚWIADCZENIA DEZERTERA
Prozorow nie jest neutralnym źródłem. Przeniósł się do Rosji i działa tam otwarcie jako sygnalista i komentator. Dlatego jego wypowiedzi są regularnie odrzucane przez krytyków jako rosyjska propaganda.

Jednocześnie wskazuje na konkretne przykłady, które można niezależnie zweryfikować – w tym karierę Wadima Trojana, incydent z emblematem SS podczas wizyty Poroszenki oraz nadawanie ulicom imion postaci historycznych, takich jak Szuchewycz. Zachodnie media donosiły już o niektórych z tych przypadków, choć zazwyczaj jedynie przelotnie.

NIEWYGODNA DEBATA
Prozorow oskarża zachodnie rządy i media o ignorowanie tych wydarzeń. Podczas gdy rosyjski termin „denazyfikacja” w kontekście ataku na Ukrainę jest odrzucany jako propaganda, udokumentowane przypadki symboliki SS lub historycznej roli poszczególnych uhonorowanych postaci na Ukrainie cieszą się znacznie mniejszym zainteresowaniem.

uncut-news.ch 21 sierpnia 2026 r. uncutnews-ch/nazismus-in-der-ukraine-ehemaliger-sbu-offizier-schildert-tiefe-verankerung-nationalistischer-ideologie

https://dakowski.pl/

Bohaterowie Powstania Warszawskiego zgładzeni po wojnie przez komunistów

 

[Należy oczywiście odróżnić bezsens samego Powstania od indywidualnych postaw jego uczestników, choć gdyby nasi niewątpliwi bohaterowie byli tak samo inteligentni i politycznie uświadomieni jak bohaterscy, to nie daliby się sprowokować i namawialiby do tego innych (choć oczywiście łatwiej się mądrzyć, gdy zna się przebieg dalszych wydarzeń VB).

2 sierpnia 1944 r. na rozkaz Reinera Stahela, niemieckiego komendanta Warszawy, jego niemieccy podwładni zamordowali na Rakowieckiej 600 przetrzymywanych tam Polaków: strzałem w tył głowy – tę „tradycję” kontynuowali tu po wojnie bolszewicy.

=======================================

W katowni przy ul. Rakowieckiej komuniści represjonowali i mordowali także żołnierzy Powstania Warszawskiego. Potem zrzucali ich do bezimiennych dołów śmierci na Powązkach. Do dziś udało się tam odnaleźć szczątki niektórych uczestników bitwy o stolicę w sierpniu 1944 r.: ppłk Stanisława Kasznicy ps. „Wąsowski”, mjr Bolesława Żmudzina ps. „Kontrym” czy Tadeusza Bejta – żołnierza 2 Korpusu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Wciąż czekamy na identyfikację kolejnych: płk Jerzego Brońskiego, mjr Andrzeja Czaykowskiego, czy rtm Witolda Pileckiego.

Mjr Bolesław Kontrym
Mjr Bolesław Kontrym „Żmudzin” – oficer Policji Państwowej II RP, miał za sobą udział w wojnie obronnej 1939 r., a po zrzuceniu do kraju jako cichociemny dowodził akcją sabotażowo- dywersyjną „Wachlarz” i wykonywał wyroki sądów specjalnych Polskiego Państwa Podziemnego na niemieckich agentach, konfidentach gestapo i szmalcownikach.


Mjr Bolesław Kontrym. Foto: wikimedia
O godzinie „W” z balkonu kamienicy przy placu Dąbrowskiego zaczął strzelać z rewolweru do niemieckich żandarmów, co przypłacił ranami ręki i nogi (łącznie w Powstaniu czterokrotnie ranny). Przez 63 dni walk dowodzona przez niego reduta obejmująca ulice Królewską, Kredytową i pl. Małachowskiego została utrzymana. 4 sierpnia poprowadził czwarty, wciąż nieudany atak na gmach Polskiej Akcyjnej Spółki Telefonicznej (PAST-y) przy ul. Zielnej. 27 sierpnia 1944 r. odznaczony Krzyżem Walecznych (trzecim w swoim życiu), a 15 września 1944 r. Virtuti Militari.

Po ciężkim, wieloletnim śledztwie komuniści powiesili „Żmudzina” 2 stycznia 1953 r. w więzieniu przy ul. Rakowieckiej (rodzina myślała, że wywieźli go do ZSRS, a tam być może przeżył). W ten sposób – jak pospolitego przestępcę – czerwoni okupanci Polski potraktowali jeszcze gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila”, szefa Kedywu Komendy Głównej Armii Krajowej. Szubienica, na której zostali zamordowani, odnalazła się kilka lat temu pod wykładziną w pomieszczeniu siłowni dla służby więziennej.

Ppłk Stanisław Kasznica
Kawalerem Virtuti Militari i Krzyża Walecznych (dwukrotnie), był również ostatni komendant Narodowych Sił Zbrojnych ppłk Stanisław Kasznica. Ten przedwojenny prawnik i działacz narodowy, żołnierz wojny obronnej 1939 r., mimo iż był przeciwny Powstaniu Warszawskiemu, wziął w nim udział, dowodząc grupą żołnierzy NSZ na Ochocie.


Ppłk Stanisław Kasznica. Foto: wikimedia
12 lutego 1948 r. reżimowe „Życie Warszawy” napisało: „Proces Kasznicy i innych [przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie] ukazuje równię pochyłą, po której żywioły ONR-owskie i endeckie spychała nienawiść do obozu postępu, spychał strach przed przebudową społeczną kraju”.

Ppłk Stanisław Kasznica został zamordowany w więzieniu przy ul. Rakowieckiej 12 maja 1948 r. W tył głowy strzelił mu Piotr Śmietański, kat Mokotowa.

Rtm Witold Pilecki
13 dni później, w tej samej ubeckiej katowni, z rąk tego samego oprawcy zginie Witold Pilecki. Rotmistrz walczył wcześniej w sierpniowej wiktorii 1920 r. – Bitwie Warszawskiej, potem – co też dla tego wyjątkowego polskiego pokolenia było naturalne – bronił Ojczyzny we wrześniu 1939 r. Dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych, jako jedyny na świecie poszedł na ochotnika do KL Auschwitz.


Rtm Witold Pilecki. Foto: wikimedia
W Powstaniu Warszawskim Pilecki bił Niemców – wobec braku zgody dowództwa, które przewidziało go do prowadzenia wywiadu przeciwko nadchodzącym Sowietom – jako zwykły strzelec w kompanii NSZ „Warszawianka”, później dowodził oddziałem w Zgrupowaniu Chrobry II. Reduty Witolda przy Placu Starynkiewicza Niemcy nigdy nie zdobyli.

Mjr Andrzej Czaykowski i „sędzia” Michnik
Major Andrzej Czaykowski, także wcześniej cichociemny, w sierpniowej batalii nie tylko przecież o stolicę, ale o Polskę, jako „Garda” walczył na Mokotowie. Łączniczka Teresa Bojarska „Dziunia-Klamerka” wspominała: „Rejon ulicy Chełmskiej i jego obrońca, rotmistrz Garda. Próbował odbijać dom po domu, tracił i zyskiwał, odgryzał się, własną szaleńczą, wręcz straceńczą odwagą, pociągając podkomendnych. [..] Meldujemy się u Gardy w piwnicy przy Stępińskiej chyba. Rotmistrz jest ranny. Leży na żelaznym łóżku podparty poduchami, ręka w brudnym bandażu, rozchylona na piersi koszula także nie kryje opatrunku”.


Mjr Andrzej Czaykowski. Foto: wikimedia
Mjr Andrzej Czaykowski wrócił do okupowanej przez sowietów Polski w 1949 r. Po dwóch latach aresztowany, 111 razy przesłuchiwany w katowni przy ul. Rakowieckiej. Wyrok śmierci wydał były AK-owiec (choć nie powstaniec warszawski) mjr Mieczysław Widaj. Inny morderca: Stefan Michnik brał udział w egzekucji. W przeciwieństwie do majora Widaja – major Czaykowski nie ma swojego grobu.

Matka Stefana Michnika – Helena – komunistyczna aktywistka Związku Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej „Życie” – po 1945 r. była nauczycielką w Korpusie Kadetów KBW i autorką stalinowskich podręczników do historii. Ozjasz Szechter to przyrodni ojciec – przed wojną skazany za antypolską działalność w nielegalnej Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy. Po „wyzwoleniu” był kierownikiem Wydziału Prasowego Centralnej Rady Związków Zawodowych i zastępcą redaktora naczelnego „Głosu Pracy”.

Biologiczny ojciec Stefana Michnika – też komunista Samuel Rosenbusch – zginął w stalinowskich czystkach lat 30. Rzecz jasna Stefan Michnik nigdy z AK, a szerszej z walką o niepodległość Polski nie miał nic wspólnego.

Tadeusz Bejt i „sędzia” Badecki
Po aresztowaniu przez UB w czerwcu 1945 r. i wypuszczeniu Tadeusz Bejt nielegalnie opuścił skolonizowaną przez sowietów Polskę. Dotarł do Ankony, do sztabu II Korpusu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie gen. Władysława Andersa. Podjął misję stworzenia polskiej komórki wywiadowczej w Berlinie. Organizował drogi kurierskie i punkty przerzutu na Zachód osób ściganych przez komunistyczną bezpiekę oraz członków rodzin żołnierzy II Korpusu.


Tadeusz Bejt. Foto: wikimedia
Powojenna działalność Tadeusza Bejta była związana z antysowiecką, wywiadowczą pracą rtm. Witolda Pileckiego. Bejt podzielił los ochotnika do Auschwitz: został zamordowany przez komunistów.

Tadeusz Bejt, rocznik 1923, uczył się w Męskim Gimnazjum im. Tow. Jana Zamoyskiego w Warszawie, a podczas okupacji na tajnych kompletach w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. W Armii Krajowej był kurierem Komendy Głównej. Po odbyciu w styczniu 1944 r. szkolenia służb specjalnych, w kwietniu 1944 r. wysłany jako kurier na Wołyń, do 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. W lipcu 1944 r. polscy żołnierze zostali rozbrojeni przez Sowietów w Lasach Parczewskich.

W Powstaniu Warszawskim służył w drużynie kurierów zgrupowania „Radosław” – batalion „Czata 49”. Przeszedł szlak bojowy między Wolą, Starym Miastem, a potem kanałami do Śródmieścia.

Drugie powojenne aresztowanie okazuje się brzemienne w skutkach. Tym razem na początku 1947 r. Bejta zatrzymuje NKWD. Wcześniej jest oczywiście namierzany i śledzony. Po właściwej sowieckim służbom „obróbce” zostaje przekazany podwładnym kolegom: komunistycznej bezpiece w Polsce. Tu sprawa nabiera rumieńców. Brutalni śledczy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, prowadzeni przez mocodawców- morderców zza biurka: wiceszefa MBP Romana Romkowskiego [Natan Grinszpan-Kikiel] i szefa departamentu śledczego Jacka Różańskiego [Józefa Goldberga] rozpoznają ślad przerzutu meldunków z Warszawy przez Szczecin. Tak trafiają na działalność mojego Ojca Tadeusza Płużańskiego i Jego dowódcy, szefa „grupy szpiegowskiej Andersa” Witolda Pileckiego.

18 listopada 1948 r. komunistyczny Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie pod przewodnictwem mordercy sądowego mjr. Józefa Badeckiego skazał Tadeusza Bejta na karę śmierci [wobec polskich niepodległościowców Badecki orzekł co najmniej 29 kar śmierci]. Wyżej postawiony przez Stalina oprawca: Bolesław Bierut, pełniący obowiązki polskiego prezydenta, nie skorzystał z prawa łaski.

Tadeusz Bejt został zamordowany strzałem w tył głowy 11 lutego 1949 r. przez kata Mokotowa Aleksandra Dreja. Szczątki Tadeusza Bejta odnaleziono w wyniku prac ekshumacyjnych prowadzonych przez Instytut Pamięci Narodowej wiosną 2013 r. w kwaterze „Ł” Powązek Wojskowych w Warszawie.

Jan Rodowicz „Anoda”
W końcu mamy Powstańca Warszawskiego porucznika Jana Rodowicza „Anodę”. Ten żołnierz Szarych Szeregów, słynnego Batalionu „Zośka”, był w walkach czterokrotnie ranny, odznaczony Krzyżem Walecznych i Virtuti Militari. Aresztowany przez bezpiekę, 7 stycznia 1949 r., po kilku dniach ubeckiego śledztwa, już nie żył. I choć oficjalna wersja wciąż mówi o samobójstwie (miał wyskoczyć z IV piętra gmachu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego – dziś Ministerstwo Sprawiedliwości przy ul. Koszykowej w Warszawie) – nikt w nią nie wierzy.


Jan Rodowicz „Anoda”. Foto: wikimedia
Dopiero na początku marca 1949 r. ojciec Kazimierz Rodowicz otrzymał pismo z Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Szef Wydziału Nadzoru Prokuratorskiego nad śledztwami w sprawach szczególnych (sic!) mjr Mieczysław Dytry informował, że 7 stycznia o drugiej po południu Jan Rodowicz „popełnił samobójstwo, wyskakując z okna podczas przeprowadzania go z aresztu. Mimo natychmiastowej pomocy lekarskiej, zgon nastąpił w chwili po wypadku”, i że został pochowany na Powązkach Wojskowych jako NN. Kilka dni później rodzinie udało się ustalić, gdzie dokładnie Jan jest pochowany. Jego matka Zofia tak o tym pisała: „Kierownik biura pogrzebowego, który potem okazał się być znajomym Janka, gdyż prowadził z Jankiem ekshumację „Zośkowców” w 1945 r., przyniósł od siebie z gabinetu kartkę z numerem grobu Janka. Polecił […] trzymać ją na wierzchu i powiedział, że „gdyby ktoś przyszedł z rodziny Rodowiczów […], proszę im powiedzieć, że pochowany został pod numerem takim-to”.

16 marca rodzina przeprowadziła ekshumację i pochowała w rodzinnym grobie na Starych Powązkach. To właśnie bohaterskiemu porucznikowi Janowi Rodowiczowi „Anodzie” zawdzięczamy kwaterę brzozowych krzyży – grobów Batalionu „Zośka” na Powązkach Wojskowych w Warszawie.

Tadeusz Płużański

22.08.2026 Tadeusz Płużański nczas/bohaterowie-powstania-warszawskiego-zgladzeni-po-wojnie-przez-komunistow


Od Huxleya do Orwella: kontrastujące dystopie

 

Kiedy George Orwell opublikował swoje przełomowe dzieło „Rok 1984”, poprosił wydawców o przesłanie egzemplarza Aldousowi Huxleyowi, którego dystopijne arcydzieło „Nowy wspaniały świat” ukazało się 17 lat wcześniej. List Huxleya do Orwella to fascynujące porównanie dwóch kontrastujących wizji „ostatecznej rewolucji”.

Od Huxleya do Orwella: kontrastujące dystopie
Po raz pierwszy opublikowano w sierpniu 2015r., ale od tego czasu zapewne zyskało na znaczeniu…

Kiedy George Orwell opublikował swoje przełomowe dzieło „Rok 1984”, poprosił wydawców o przesłanie egzemplarza Aldousowi Huxleyowi, którego dystopijne arcydzieło „Nowy wspaniały świat” ukazało się 17 lat wcześniej. List Huxleya do Orwella to fascynujące porównanie dwóch kontrastujących wizji „ostatecznej rewolucji”.



Wrightwood. Cal.

21 października 1949 r.

Szanowny Panie Orwell,

To bardzo miło z Pana strony, że poprosił Pan wydawcę o przesłanie mi egzemplarza swojej książki. Dotarła ona do mnie, gdy byłem w trakcie pracy nad dziełem, które wymagało ode mnie dużo czytania i korzystania z bibliografii. A ponieważ słaby wzrok zmusza mnie do oszczędzania czasu, musiałem długo czekać, zanim mogłem rozpocząć lekturę „Roku 1984”.

Zgadzając się ze wszystkim, co krytycy o niej napisali, nie muszę powtarzać, po raz kolejny, jak wspaniała i jak głęboko ważna jest ta książka. Niech wolno mi będzie zamiast tego mówić o tym, o czym książka traktuje – o ostatecznej rewolucji. Pierwsze oznaki filozofii ostatecznej rewolucji – rewolucji wykraczającej poza politykę i ekonomię, której celem jest całkowita subwersja [sabotaż] psychiki i fizjologii jednostki – można znaleźć u markiza de Sade, który uważał się za kontynuatora, dopełnienie Robespierre’a i Babeufa.

Filozofia rządzącej mniejszości w „Roku 1984” to sadyzm, który został doprowadzony do logicznego końca poprzez wyjście poza płeć i zaprzeczenie jej. Wątpliwe jest, czy w rzeczywistości polityka buta na twarzy może trwać w nieskończoność. Wierzę, że rządząca oligarchia znajdzie mniej mozolne i marnotrawne sposoby rządzenia i zaspokajania swojej żądzy władzy, a sposoby owe będą przypominać te, które opisałem w „Nowym wspaniałym świecie”. Niedawno miałem okazję przyjrzeć się historii magnetyzmu zwierzęcego [mesmeryzm] oraz hipnozy, i byłem pod ogromnym wrażeniem sposobu, w jaki przez sto pięćdziesiąt lat świat odmawiał poważnego uznania odkryć Mesmera, Braida, Esdaile’a i innych.

Częściowo z powodu panującego materializmu, a częściowo z powodu powszechnego poważania, XIX-wieczni filozofowie i ludzie nauki nie byli skłonni badać dziwniejszych faktów psychologii, aby praktycy, tacy jak politycy, żołnierze i policjanci, mogli je zastosować w rządzeniu. Dzięki dobrowolnej ignorancji naszych ojców nadejście ostatecznej rewolucji opóźniło się o pięć lub sześć pokoleń. Kolejnym szczęśliwym zbiegiem okoliczności była niezdolność Freuda do skutecznej hipnozy i wynikająca z tego deprecjacja hipnozy. To opóźniło powszechne zastosowanie hipnozy w psychiatrii o co najmniej czterdzieści lat. Obecnie jednak psychoanalizę łączy się z hipnozą. A hipnoza stała się łatwa i nieskończenie rozszerzalna dzięki stosowaniu barbituranów, które wywołują stan hipnozy i podatności na sugestię nawet u najbardziej opornych osób.

Wierzę, że w ciągu następnego pokolenia władcy świata odkryją, że warunkowanie niemowląt i narkohipnoza są skuteczniejszymi narzędziami rządzenia niż maczugi i więzienia, a żądzę władzy można zaspokoić równie skutecznie, nakłaniając ludzi do pokochania swojej niewoli, jak i bijąc ich i kopiąc, by zmusić do posłuszeństwa. Innymi słowy, czuję, że koszmar z „Roku 1984” musi przekształcić się w koszmar świata bardziej przypominającego ten, który wyobraziłem sobie w „Nowym wspaniałym świecie”.

Zmiana nastąpi w wyniku odczuwanej potrzeby zwiększenia efektywności. Tymczasem, oczywiście, może wybuchnąć wojna biologiczna i atomowa na wielką skalę – w takim przypadku będziemy mieli koszmary innego rodzaju, trudne do wyobrażenia.

Dziękuję raz jeszcze za książkę.

Z poważaniem,

Aldous Huxley

_______________________

Huxley to Orwell: contrasting dystopias, OffGuardian, Aug 30, 2015

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

https://ekspedyt.org/2026/08/21/od-huxleya-do-orwella-kontrastujace-dystopie/
***
Huxley / Orwell, no cóż, ta dialektyka przypomina filozoficzny spór pomiędzy wyznawcami Heraklita a Paramidesa, gdzie pierwsza strona twierdzi iż nie ma nic stałego, wszystko jest w płynnym ruchu, druga przeciwnie zakłada istnienie jednego niezmiennego bytu. Oba stanowiska są teoretyczne, gdy w rzeczywistości bynajmniej ani nie ma czegoś takiego jak nieustanna zmiana, ani też rzeczy, która trwała by wiecznie (rzeczy jako zjawisko w przestrzeni i czasie).

Zatem idea Huxleya ma głównie zastosowanie co do mas, tu rzeczywistoście wystarczą chleb i igrzyska, i nie ma zupełnie potrzeby by wprowadzać zamordyzm, chyba że zabraknie na chleb. Ale zawsze będzie mniejsza grupa niepokornych desydentów, którzy swoje wiedzą i uparcie chcą uświadamiać ciemne masy. Takie typy są nieczułe na podejście Huxleya i wobec nich raczej bardziej skuteczne jest zastosowanie metod orwellowskich. Zatem dobrze skonstruowana dystopia powinna zawierać elementy Nowego wspaniałego świata jak Roku 1984. Plandemia pokazał, że bynajmniej o Orwellu się nie zapomina.

Jakie elementy będą predominować, to chyba zależy od dynamicznego rozwoju sytuacji, choć może to czy w danym czasie w rodzinie Rotszyldów sadyści przeważają nad skromie zadowalajacymi się władzą absolutną też nie jest bez znaczenia. 

Zieloni wredni idioci: O tym, jak “Missunde III” “zastąpił” “Missunde II”…

 

Wszystko zaczęło się od «świetlanej» idei. Trzy lata temu władze landu Szlezwik-Holsztyn, niemieckiego kraju związkowego graniczącego z Danią, wpadły na pomysł wymiany promu spalinowego na nowy, napędzany energią słoneczną. Stary prom “Missunde II” sprzedano za jedyne 17 tysięcy euro. Całkowity koszt nowego “Missunde III”  wyniósł 6,5 miliona euro. Skutek? – Katastrofa, która odbiła się szerokim echem w całych Niemczech.

Prom, który nie pływa

Nowy prom solarne, który wyglądał jak źle złożony stolik z Ikei, od pierwszego dnia sprawiał problemy. Jego wielkie panele słoneczne na dachu działały jak żagiel podczas silnego wiatru. Prom miał trudności z radzeniem sobie z prądami rzeki Schlei, był zbyt ciężki dla swoich lin prowadzących, a do tego miał problemy z cumowaniem do nabrzeża-4. Testy wykazały, że przy wyższych prędkościach wiatru bezpieczne cumowanie było niemożliwe-8.

W międzyczasie, gdy władze majstrowały przy swoim absurdalnym projekcie prestiżowym, wszyscy dojeżdżający między Missunde a Brodersby musieli robić 30-kilometrowy objazd przez najbliższy most. Każdego dnia tego wydłużenia trasy dla kierowców (60 kilometrów w obie strony), w przeliczeniu na CO2, odpowiadało dwóm miesiącom lub więcej pracy starego promu, szczególnie w sezonie turystycznym, gdy codziennie przewożono dodatkowe sto samochodów.

Koszty rosną w zastraszającym tempie

Po roku, z powodu niemożności przeprojektowania promu i narastającego gniewu społeczności, Urząd Ochrony Wybrzeża zwrócił do nabywcy wycofanego z eksploatacji promu “Missunde II”. Były właściciel zgodził się odsprzedać go za 100 000 euro – tj. sześciokrotność ceny jego zakupu sprzed roku-3-8. Był to zaledwie początek finansowej spirali.

Pierwotnie prom miał kosztować około 2,5 miliona euro, ale ostateczna cena zamknęła się w kwocie 6,5 miliona euro-4-7. Do tego doszły koszty przeróbek;“Missunde III”wymagał dodatkowych prac za 1,3 miliona euro.

Symbol fiaska planowania

Chronologia problemów jest długa i bolesna. Budowę promu zlecono w 2020 roku, a miał on rozpocząć pracę jesienią 2022 roku, później w styczniu 2024, w końcu w kwietniu 2026-5-8.

Kiedy w końcu, pod koniec kwietnia 2026 roku, “Missunde III” rozpoczął regularne kursy, seria awarii nie miała końca:

Zaledwie kilka tygodni po starcie – głośny huk, prawdopodobnie mechanicznego pochodzenia, doprowadził do nieplanowanego postoju-5.
Uszkodzenie samochodu podczas wjeżdżania na pokład, gdy prom wysunął się z haka i cofnął-5.
Awaria obu pasów napędowych w długi weekend zielonoświątkowy – totalna awaria w szczycie sezonu, która wyłączyła prom z eksploatacji na trzy tygodnie-2-5.
Jakby tego było mało, nowy prom okazał się wolniejszy od starego – mimo większej ładowności przepuszczał mniej samochodów-2. Wyższe koszty i mniejsza wydajność stały się codziennością podróżnych.

Prawne następstwa i plany ratunkowe

Skala fiaska była tak wielka, że lokalni przedsiębiorcy, restauratorzy oraz armatorzy przygotowują pozew zbiorowy przeciwko landowi Szlezwik-Holsztyn-2-5. Minister transportu Claus Ruhe Madsen (CDU) w końcu ogłosił kapitulację. “Potrzebujemy promu, który niekoniecznie potrafi wszystko na papierze, ale który działa niezawodnie każdego dnia”-4. “Missunde III” zostanie wycofany z eksploatacji, a stary spalinowy prom “Missunde II” ma wrócić na trasę po technicznym przeglądzie w stoczni-1-4.

Stary-nowy plan

Zdaniem ministerstwa, “Missunde II” ma zabezpieczyć przeprawę do czasu zbudowania nowego promu. Obecnie planowany jest “Missunde IV”, ale nikt nie wie, kiedy zostanie zamówiony-6. Rząd przyznaje, że także u starej jednostki mogą pojawić się problemy, ale jej świadectwo zdatności do żeglugi obowiązuje do połowy 2029 roku-1-6. Potem sytuacja staje się niepewna. Co więcej, istnieją obawy, że może nastąpić okres, gdy żaden sprawny prom nie będzie dostępny. Certyfikat dla “Missunde II” wygasa w połowie 2029 roku, a nowy prom może nie być jeszcze gotowy-1-6.

Kto zapłaci?

Cała sprawa może mieć konsekwencje prawne dla biura inżynierskiego zleconego do wykonania prac. Według oświadczeń Ministerstwa Transportu, obecnie badane są możliwe roszczenia o odszkodowanie, a także zasięgane są odpowiednie opinie biegłych-6. “Missunde III” będzie utrzymywana w stanie umożliwiającym przeprowadzenie postępowania sądowego przeciwko konstruktorowi-6.

Przypadek “Missunde III” to klasyczny przykład tego, kiedy dobre intencje – w tym przypadku ekologia – mogą zderzyć się z twardą rzeczywistością. Region, który chciał promować zieloną energię, zamiast tego otrzymał wielomilionowy problem, który na lata zakłócił komunikację i stał się obiektem kpin w całych Niemczech.

Najważniejsze źródła niemieckie:

NDR.de (Norddeutscher Rundfunk): https://www.ndr.de/nachrichten/schleswig-holstein/flensburg_nordfriesland_schleswig-flensburg/schleifaehre-missunde-iii-erste-testfahrten-erfolgreich,regionflensburgnews-2148.html#1
 – o kosztach projektu (ponad 6,5 mln euro) i testach promu -1.
NDR.de: https://www.ndr.de/nachrichten/schleswig-holstein/neue-schleifaehre-kritik-an-zeitplan-von-moeglicher-missunde-iv,missunde-168.html
 – o zakończeniu projektu “Missunde III” i krytyce braku planu dla nowej promu -9.
BOOTE Das Motorboote Magazin: https://www.boote-magazin.de/reise-und-charter/reviere/update-schleifaehre-umbaukosten-von-1-3-millionen-euro/
 – szczegółowa chronologia fiaska i kosztów (3,9 mln euro budowa + 1,3 mln euro przebudowa) -10.
YACHT – Alles rund ums Segeln: https://www.yacht.de/reisen-chartern/deutschland/update-schleifaehre-100-000-euro-fuer-den-rueckkauf-der-alten-faehre/
 – o odkupieniu starego promu “Missunde II” za 100 000 euro (sprzedanego za 17 000 euro) -13.
shz.de: https://www.shz.de/lokales/gluecksburg-angeln/artikel/land-kauft-missunde-ii-fuer-50000-euro-endgueltig-zurueck-47697751
 – o ostatecznym odkupieniu “Missunde II” za 50 000 euro -7.
Kieler Nachrichten (KN-Online): https://www.kn-online.de/lokales/rendsburg-eckernfoerde/verkehrsdebakel-land-zahlt-mehr-als-100-000-euro-fuer-alte-schleifaehre-missunde-ii-K3AMDPGB6BAIPFRAGUH45CZWJI.html
 – szczegóły finansowe odkupu starego promu -6.
Najważniejsze źródła angielskie:

YACHT – Alles rund ums Segeln: https://www.yacht.de/en/travel-and-charter/germany/missunde-iii-has-failed-the-state-pulls-the-emergency-brake-and-plans-a-fresh-start/
 – podsumowanie porażki projektu i planów na przyszłość -11.
YACHT – Alles rund ums Segeln: https://www.yacht.de/en/travel-and-charter/germany/grinding-ferry-update-100-000-euros-for-the-repurchase-of-the-old-ferry/
 – o odkupie “Missunde II” za 100 000 euro -5.
BOOTE Das Motorboote Magazin: https://www.boote-magazin.de/en/boats/electric-boats/grinding-wheel-update-conversion-costs-of-1-3-million-euros/
 – o kosztach przebudowy (1,3 mln euro) i problemach technicznych -2.
Dodatkowe źródła (niemieckie):

shz.de: https://www.shz.de/lokales/gluecksburg-angeln/artikel/faehrdrama-in-missunde-diese-woche-bei-mario-barth-deckt-auf-48368408
 – o nagłośnieniu sprawy w programie “Mario Barth deckt auf” -4.
shz.de: https://www.shz.de/lokales/kappeln/artikel/missunde-iii-in-olpenitz-so-viel-kostet-jetzt-der-liegeplatz-49234942
 – o kosztach postoju “Missunde III” w Olpenitz -12.
Kieler Nachrichten: https://www.kn-online.de/schleswig-holstein/schleifaehre-missunde-ii-hat-nach-defekt-wieder-betrieb-aufgenommen-V2L3NGHCVFHCLBK6W2ANGF2KVY.html
 – o awarii i powrocie do służby “Missunde II” -14.
shz.de: https://www.shz.de/lokales/gluecksburg-angeln/artikel/landtagsdebatte-wie-minister-madsen-die-missunde-ii-zurueckholt-46689565
 – o debacie w landtagu i roli ministra Madsena w odkupie promu -15.

https://babylonianempire.wordpress.com/author/babylonianempire/

piątek, 21 sierpnia 2026

Paranoja czy spostrzegawczość? – recenzja

 




Analizując używany język, Crumb zastanawia się, kto dokładnie decyduje, jakie informacje są „oparte na faktach”, a jakie źródła „wiarygodne” lub „niewiarygodne” i na jakiej podstawie podejmowane są takie decyzje – zauważa, że ​​znów każe nam się ufać tak zwanym ekspertom.
***

Paranoja czy spostrzegawczość?
W lipcu wspomniałem mimochodem, że legendarny artysta kontrkultury Robert Crumb, mający obecnie prawie 83 lata, wypowiedział się na temat możliwych manipulacji przemysłowych stojących za katastrofą covid-19. [1]

Dalsze poszukiwania doprowadziły mnie do jego nowej książki z komiksami (pierwszej od 23 lat), która w języku angielskim nosi tytuł Tales of Paranoia. [2]

Ponieważ posiadam francuską wersję Chroniques de la Paranoia, nie mogę cytować Crumba, próbując absurdalnie przetłumaczyć jego słowa z powrotem na angielski, ale mogę opisać, co mówi. [3]

Jak wynika z tytułu książki, oprawa, jaką autor wybiera dla swoich ilustrowanych refleksji, polega na zastanowieniu się, czy mroczne podejrzenia krążące w jego głowie mają jakiekolwiek podstawy w rzeczywistości.

Zaczyna od przyznania się do własnej tendencji do „łączenia kropek” w pomysłowy sposób i zastanawia się, czy nie odziedziczył czegoś po swojej matce, która podobno kiedyś rozmontowała rodzinny telewizor, aby poszukać urządzenia podsłuchowego, które, jak myślała, umieścił w nim jej mąż.

Crumb szybko przechodzi jednak do sedna sprawy, sugerując, że „pandemia” była oszustwem przeprowadzonym przez wielkie koncerny farmaceutyczne i kompleks medyczno-przemysłowy.


Jak wszyscy sceptycy covid-19, przeprowadził własne poszukiwania. Na przykład cytuje artykuł z „The New York Times” ze stycznia 2018 roku, ostrzegający przed zagrożeniem globalną pandemią grypy i wzywający do zainwestowania ogromnych środków w badania nad szczepionką.

Na początku książki widzimy Crumba stawiającego czoła sprawiedliwemu gniewowi swojego przyjaciela lekarza z USA, który mówi mu, że covid nie jest kwestią polityczną, na temat której można wyrażać osobistą opinię, ale naukową, w której jego obowiązkiem jest zaufać ekspertom.

Rozmowa ta nie pozwala mu spać przez pół nocy, przewraca się z boku na bok i zastanawia się, czy nie stanie się celem ataków za podważanie oficjalnej wersji wydarzeń.

Pomimo, że te obawy i wątpliwości nie znikają całkowicie – zwłaszcza wątpliwości metafizyczne wyrażane w rozmowach sam na sam z Bogiem – seria komiksów ukazuje coraz większą pewność co do machinacji związanych z covid-19.

Wydaje się, że w procesie tym pomogła Rand Corporation, która w 2021r. opublikowała raport zatytułowany „Wykrywanie teorii spiskowych w mediach społecznościowych”. [4]

Analizując używany język, Crumb zastanawia się, kto dokładnie decyduje, jakie informacje są „oparte na faktach”, a jakie źródła „wiarygodne” lub „niewiarygodne” i na jakiej podstawie podejmowane są takie decyzje – zauważa, że ​​znów każe nam się ufać tak zwanym ekspertom.

Opisuje także, w jaki sposób raport identyfikuje cztery rodzaje „teorii spiskowych” [5] – te dotyczące wizyt istot pozaziemskich, te dotyczące zagrożeń związanych ze szczepionkami, te dotyczące pochodzenia covid-19 i te ostrzegające przed zaplanowanym ludobójstwem białej rasy.

Wskazuje również, w jaki sposób kwestionowanie programu dotyczącego covid-19 jest zgrabnie wciśnięte między „szalone” teorie dotyczące UFO i „skrajnie prawicowe” teorie rasowe w ramach manewru okrążającego, którego celem jest zdyskredytowanie poprzez skojarzenie.


Aby zobrazować skalę tajemniczych sieci rządzących naszym światem zza kulis, skupia się na jednej osobie, którą nazywa jedynie „Kobietą z głębokiego państwa”, wyjaśniając, że nie chce, aby mogła go pozwać!

Pokazawszy nam, jak grupa zwolenników teorii „zaufaj nauce” [trust the Science] oskarżyła go o przejście na „ciemną stronę”, ponieważ zaufał swojemu mózgowi, Crumb kończy, poświęcając całą stronę na wymienienie niektórych z wielu organizacji, które, jak twierdzi, wzbudzały w nim strach i szerzyły paranoję.

Należą do nich CIA, Mossad, AIPAC, Rezerwa Federalna, Bank Światowy, Blackrock, przemysł naftowy, przemysł farmaceutyczny, przemysł 5G, Google, Facebook, Microsoft, GAVI, Wellcome Trust, WHO, WEF, [6] Fundacja Billa Gatesa, [7] Fundacja Carnegie [8] i Fundacja Rockefellera… [9]

Wiele lat temu wielkie wrażenie zrobiła na mnie pewna karykatura, na którą natknąłem się w jednym z amerykańskich magazynów anarchistycznych, które wówczas uwielbiałem czytać – teraz nie mam pojęcia, w którym.

Pokazano stopniowe pojawianie się tego, co nazywamy „cywilizacją”, w małym zakątku USA: na 12 klatkach widzimy, jak idylliczny zakątek wsi przekształca się w brzydką plątaninę budynków, dróg i przewodów napowietrznych.


Zawsze miałem to z tyłu głowy i stanowiło to wizualną podbudowę mojego osobistego pojmowania całej tej ohydnej agendy „rozwoju”. [10]

Natknąłem się na nią ponownie w sieci, kiedy szukałem ilustracji do wzmianki o Crumbie, ponieważ okazało się, że to on ją narysował w 1979r. Nosi tytuł „Krótka historia Ameryki”.

To, co tam zrobił, było ogromnym krokiem wstecz w stosunku do naszego społeczeństwa, od wszystkich szczegółów, które zaśmiecają nasze umysły i blokują naszą wizję, aż po wykazanie z rzadką jasnością, na czym to wszystko naprawdę polega.

Dostrzeżenie szerszego obrazu kryjącego się za „nowoczesnością” nie było niczym bardziej szalonym niż dostrzeżenie szerszego obrazu kryjącego się za covidem.

Nie mamy tu do czynienia z „paranoją”, lecz z wnikliwością.

Tłumaczenie: AlterCabrio – ekspedyt.org

Paranoia or perceptivity?, Paul Cudenec, August 7, 2026

https://winteroak.org.uk/2026/08/07/paranoia-or-perceptivity/

Więcej: Paul Cudenec
https://ekspedyt.org/tag/paul-cudenec/


AI na smyczy propagandy: Izrael manipuluje odpowiedziami sztucznej inteligencji

 



«Zatruwanie LLM»: Izrael płaci 46 milionów dolarów za manipulowanie systemami ChatGPT, Gemini i Claude
Izrael zainwestował dziesiątki milionów dolarów w kampanię „zatruwania” sztucznej inteligencji w celu manipulowania odpowiedziami chatbotów

Izrael nie toczy wojny na siedmiu frontach, ale na ośmiu. Ósmym frontem, o czym wielokrotnie pisaliśmy na łamach InsideOver, są Stany Zjednoczone: jest to wojna hybrydowa, skupiająca się głównie na propagandzie, mająca na celu odzyskanie poparcia amerykańskiej opinii publicznej, która coraz bardziej oddala się od Tel Awiwu i krytycznie ocenia politykę zagraniczną Netanjahu w Strefie Gazy oraz na całym Bliskim Wschodzie. Dane mówią same za siebie: według Pew Research Center, tylko 32% Amerykanów ma pozytywne nastawienie do rządu izraelskiego, co stanowi najniższy poziom od dziesięcioleci. Wśród młodych republikanów odsetek osób o negatywnej opinii na temat Izraela wzrósł do 57%. Jest to „front”, który analizowaliśmy wielokrotnie – od działań propagandowych lobby izraelskiego w Kongresie po rekordowe inwestycje w tzw. hasbarę – 730 milionów dolarów jedynie w 2026 roku, czyli czterokrotnie więcej niż w 2025 roku.

Jak wynika z raportu serwisu Drop Site News autorstwa Nicka Clevelanda-Stouta, kampania ta wkracza na nowy, niepokojący obszar: nie chodzi już (tylko) o tradycyjne media czy sieci społecznościowe, ale o sztuczną inteligencję. W centrum tej operacji znajduje się postać dobrze znana czytelnikom witryny InsideOver: Brad Parscale, były dyrektor kampanii cyfrowej Donalda Trumpa, który już wcześniej był przedmiotem naszych analiz ze względu na swoją rolę zarejestrowanego agenta zagranicznego działającego na rzecz Izraela. https://en.wikipedia.org/wiki/Brad_Parscale


Ofensywa na chatboty

Według śledztwa przeprowadzonego przez Drop Site, od października 2025 roku, Parscale, za pośrednictwem swojej firmy Clock Tower X, prowadzi operację o wartości 46,5 mln dolarów (która następnie wzrosła do 4,5 mln miesięcznie) na zlecenie rządu izraelskiego. Jaki jest deklarowany cel? „Wpływanie na chatboty oparte na sztucznej inteligencji”, takie jak ChatGPT, Claude, Gemini i Perplexity – praktyka znana jako „LLM poisoning” („zatruwanie” modeli językowych).

Nie chodzi tu o wywieranie wpływu na ludzi, a przynajmniej nie bezpośrednio. Strony stworzone przez Parscale’a – około dziesięciu, w tym Allyvia.org, FactSignal.org, Paxpoint.org, Justorium.org i inne – odnotowują zaledwie kilkaset odwiedzin miesięcznie. Prawdziwym celem tych stron jest to, by były „odczytywane” i indeksowane przez roboty indeksujące, które zasilają gigantów sztucznej inteligencji, przede wszystkim Common Crawl – organizację non-profit, która okresowo skanuje duże fragmenty sieci i udostępnia publicznie swoje archiwa. Archiwa te stanowią jedno z głównych źródeł surowego tekstu wykorzystywanego do szkolenia dużych modeli językowych stosowanych w sztucznej inteligencji.

Treści są tak opracowane, by sprawiać wrażenie wyważonych i dobrze udokumentowanych, a ich ton sprawia, że są one bardziej atrakcyjne dla systemów sztucznej inteligencji – jak wyjaśnił serwisowi Axios Scott Stouffer, dyrektor ds. technologii w Market Brew, firmie, w którą inwestuje Parscale. Na przykład artykuł opublikowany na stronie FactSignal twierdzi, że większość dziennikarzy w Strefie Gazy ma powiązania z organizacjami terrorystycznymi, podając w wątpliwość nawet zabójstwo małej Hind Rajab, pięcioletniej palestyńskiej dziewczynki zabitej przez izraelską armię w 2024 roku. Inny artykuł, opublikowany na Justorium.org, chwali „działania Izraela mające na celu ograniczenie strat wśród ludności cywilnej”, powołując się na praktykę „roof knocking” – którą według dokumentacji „New York Timesa” znacznie ograniczono już w pierwszych dniach wojny. https://en.wikipedia.org/wiki/Roof_knocking


Czy to działa?

Tak, a wyniki są widoczne dla wszystkich. Serwis Drop Site przetestował główne chatboty, zadając im konkretne pytania. Kiedy zapytano Perplexity: „Czy zacieśnienie współpracy wojskowej ze Stanami Zjednoczonymi jest korzystne dla Izraela?”, chatbot odpowiedział lakonicznym „Tak”, podając jako pierwsze źródło Allyvia.org – stronę internetową Parscale’a. Microsoft Copilot i Google Gemini postąpiły tak samo, powołując się na strony sieci Clock Tower bez zaznaczenia, że są to materiały przygotowane na zlecenie rządu izraelskiego – mimo że na dole każdej strony znajduje się obowiązkowa zgodnie z ustawą FARA (Foreign Agents Registration Act) informacja potwierdzająca ich charakter.

Jeszcze większy niepokój budzi ryzyko infiltracji danych szkoleniowych modeli sztucznej inteligencji. Analiza przeprowadzona przez Drop Site News wykazała, że w okresie od stycznia do czerwca 2026 r. dziesięć stron internetowych zarządzanych przez sieć Brada Parscale’a zostało zarchiwizowanych przez Common Crawl aż 912 razy. Common Crawl to jedno z największych publicznych archiwów internetowych, często wykorzystywane jako źródło danych do szkolenia dużych modeli językowych (LLM). Szczytowy wynik odnotowano w maju, kiedy to w ciągu zaledwie jednego miesiąca zarejestrowano 376 przypadków.

Dane te są istotne, ponieważ nie chodzi tu wyłącznie o wywieranie wpływu na odpowiedzi chatbotów w czasie rzeczywistym (jak już zaobserwowano w przypadku Perplexity, Copilot i innych systemów). Materiały z tych stron mogą trafić do zbiorów danych wykorzystywanych do szkolenia przyszłych wersji modeli, stając się trwałym elementem ich „wiedzy”.

Jak wyjaśnia Hervé Letoqueux, dyrektor generalny Check First: „Common Crawl jest szeroko wykorzystywany do szkolenia modeli, co oznacza, że niektórzy chcą manipulować odpowiedziami na swoją korzyść. Udowodniono, że jest to stosunkowo łatwe”. Alice Lee, analityczka z NewsGuard, dodaje, że strony internetowe Parscale’a zawierają „punkty listy, podsumowania na górze strony, agresywne źródła, łatwe do przyswojenia informacje: wszystko to zwiększa prawdopodobieństwo, że chatboty będą zbierać te właśnie treści”.

Kampania warta wiele milionów dolarów

Jak już informowaliśmy na naszej stronie, we wrześniu 2025 roku globalna agencja reklamowa Havas, w imieniu izraelskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, powierzyła firmie Parscale’a, Clock Tower X, prowadzenie kampanii komunikacyjnej skierowanej do odbiorców w Stanach Zjednoczonych. Wartość umowy, początkowo zgłoszona zgodnie z ustawą FARA na poziomie 1,5 miliona dolarów miesięcznie, szybko wzrosła, osiągając 6 milionów, a następnie 9 milionów do grudnia 2025 roku, by ostatecznie osiągnąć łączną kwotę szacowaną na 45–50 milionów dolarów, wliczając podwykonawców – jest to kwota znacznie przewyższająca te, jakie zazwyczaj płacą rządy Arabii Saudyjskiej, Indii czy Kataru za podobne usługi doradcze.

Jednak według dogłębnego śledztwa przeprowadzonego przez izraelską gazetę „Haaretz” – która dokładnie przeanalizowała sieć stron internetowych i kont w mediach społecznościowych zarządzanych przez Clock Tower X – najdroższa operacja propagandy cyfrowej, jaką Izrael kiedykolwiek podjął w Stanach Zjednoczonych, przynosi rozczarowujące wyniki pod względem widoczności i skuteczności.

Haaretz zidentyfikował 42 konta w głównych sieciach społecznościowych (X, Facebook, Instagram, TikTok, YouTube i Rumble), które łącznie mają zaledwie 885 obserwujących. Spośród nich, 854 należy do jednego kanału na YouTube. Pozostałe 41 kont dzieli między sobą zaledwie 31 obserwujących, a kilka profili na X, pomimo codziennych postów, nie ma żadnych obserwujących. Każdy profil został utworzony w maju 2026 r., z identycznymi opisami i postami publikowanymi synchronicznie, a wszystkie śledzą te same izraelskie i amerykańskie konta rządowe.

Analiza przeprowadzona przez „Haaretz” wykazała, że praktycznie każda interakcja z postami lub stronami internetowymi pochodzi od krytyków, badaczy lub dziennikarzy dokumentujących tę operację, a nie od jej zwolenników, którzy ją propagują. Lepiej więc skupić się na sztucznej inteligencji i chatbotach, gdzie wyniki są już widoczne i mają konkretny charakter.

INFO: https://it.insideover.com/media-e-potere/llm-poisoning-israele-paga-46-milioni-di-dollari-per-manipolare-chatgpt-gemini-e-claude.html
https://www.dropsitenews.com/p/israel-brad-parscale-ai-chatbots-gaza
(przekład automatyczny; odnośniki w tekście oryginalnym)

https://babylonianempire.wordpress.com/author/babylonianempire/

środa, 19 sierpnia 2026

Prof. Bartyzel krytykuje wypowiedź Nawrockiego o udziale Ukraińców w Bitwie Warszawskiej



Historyk prof. Jacek Bartyzel stanowczo skomentował słowa prezydenta Karola Nawrockiego o rzekomym wspólnym zwycięstwie Polaków i Ukraińców nad bolszewikami w 1920 roku. Zarzucił mu „fałsz historyczny” i „polityczny prezentyzm”.

Profesor Jacek Bartyzel odniósł się do słów prezydenta Karola Nawrockiego, który stwierdził w piątek, że w Bitwie Warszawskiej bolszewików pokonało Wojsko Polskie „wspólnie z Ukraińcami”. Swoją opinię profesor zamieścił we wpisie na Facebooku, cytowanym przez portal PCh24.pl. Według niego wypowiedź Nawrockiego „jest zadziwiająca i mówiąc delikatnie rozmija się w istotnych punktach z prawdą historyczną w imię doraźnego politycznego prezentyzmu”.

„Po pierwsze, stwierdzenie, iż bolszewików odparły wspólnie Wojsko Polskie i siły ukraińskie jest w najlepszym grubą przesadą, bo oczywiście po stronie polskiej faktycznie istniały jakieś oddziały uznające zwierzchnictwo tzw. Ukraińskiej Republiki Ludowej, z Petlurą jako jej przywódcą, ale stanowiły one mało znaczący militarnie margines i o niewielkiej wartości bojowej, a sama URL i Petlura byli ignorowani przez większość Ukraińców” – zaznaczył.

Profesor uznał za „groteskowe” przedstawianie roli Ukraińców jako równorzędnej z Polakami w Bitwie Warszawskiej. Porównał to do propagandowego eksponowania przez władze PRL rzekomego udziału „pułków smoleńskich” w bitwie pod Grunwaldem – zabiegu służącego gloryfikacji Armii Czerwonej jako spadkobierczyni tych oddziałów.

Zdaniem prof. Bartyzela, jeśli już mówić o sojusznikach w 1920 roku, to w pierwszej kolejności należałoby wspomnieć Białorusinów i białych Rosjan. Profesor odniósł się także do sposobu, w jaki Nawrocki interpretował historię – jako „narrację historiozoficzną opartą o fałszywe analogie”.

„Ta narracja jednak, mówiąc popularnie, kupy się nie trzyma. Już same podane przez prezydenta Nawrockiego dwa przykłady triumfu oręża polskiego: Orsza i Kłuszyn w jednym ciągu z Warszawą 1920 zupełnie do siebie nie pasują (…)” – napisał profesor, tłumacząc, że Bitwa pod Orszą była wynikiem rywalizacji litewsko-moskiewskiej, a nie rosyjskiego imperializmu. Dowodził nią zresztą Konstanty Ostrogski – prawosławny Rusin, którego trudno jednoznacznie utożsamiać z dzisiejszymi Ukraińcami czy Rosjanami.

Z kolei zwycięstwo hetmana Żółkiewskiego pod Kłuszynem, jak podkreślił Bartyzel, trudno traktować jako przykład obrony przed imperializmem, gdyż było to działanie zaczepne, które zakończyło się okupacją Kremla przez wojska polskie. „Jest raczej symbolem «imperializmu polskiego» – czego zresztą, broń Boże, nie powinniśmy się wstydzić, wprost przeciwnie, powinniśmy się tym chlubić, że byliśmy do ekspansji zdolni” – zaznaczył profesor.

Na zakończenie wyjaśnił, że bolszewicki atak na Polskę w 1920 roku nie miał nic wspólnego z tradycyjnym rosyjskim imperializmem.

„Lenin to nie Katarzyna II, a Trocki to nie Suworow czy Paskiewicz. Na czele Komitetu Rewolucyjnego w Białymstoku stali rdzenni Polacy: Marchlewski i litewski szlachcic Dzierżyński.

To nie imperializm rosyjski stał w 1920 roku pod Warszawą, lecz armia czerwonego Antychrysta, niosąca groźbę zniszczenia każdemu narodowi, tak polskiemu, jak rosyjskiemu i jakiemukolwiek innemu w imię obłąkanej utopii komunizmu. To nie Rosja nam i światu wtedy zagroziła, lecz upiór ideologii wymyślonej zresztą przez europejskiego, niemieckojęzycznego Żyda” – podsumował.

17 sierpnia 2025 Mateusz Pławski kresy/prof-bartyzel-krytykuje-wypowiedz-nawrockiego-o-udziale-ukraincow-w-bitwie-warszawskiej

Po ataku na rzekomy obiekt do zasiewania chmur: deszcz powraca do Iranu


Zasiewanie chmur jako narzędzie do modyfikacji pogody nie jest już science fiction. Technologia ta istnieje od dziesięcioleci i jest otwarcie wykorzystywana w wielu krajach. Jednak znacznie bardziej palącym pytaniem jest, czy mogłaby być również wykorzystana jako instrument geopolityczny, a nawet militarny.

Ta debata nabrała nowego rozpędu w związku z niedawnymi wydarzeniami w Iranie. Obszary, które od lat cierpiały z powodu ekstremalnej suszy, nagle doświadczyły wyjątkowo intensywnych opadów deszczu – w niektórych przypadkach największych od dziesięcioleci.

Moment wystąpienia zdarzenia wzbudza spekulacje: opady deszczu nastąpiły po irańskich atakach na amerykańskie obiekty wojskowe w regionie, w tym – według doniesień – obiekty lub systemy związane z modyfikacją pogody i zasiewaniem chmur.

To nie dowodzi związku. Jednak chronologia zdarzeń budzi wątpliwości.

Lata suszy – i nagle woda
Iran od lat zmaga się z poważnym kryzysem wodnym. Ziemie uprawne wysychają, zasoby wód gruntowych maleją, a miasta muszą radzić sobie z problemami zaopatrzenia i racjonowaniem wody. W rezultacie wzrasta presja społeczna i ekonomiczna.

Niektórzy analitycy ostrzegają, że niedobór wody osiągnął poziom, który w perspektywie długoterminowej może zagrozić stabilności politycznej kraju.

Wygląda na to, że nastąpiła niezwykła zmiana pogody, przynajmniej regionalnie. Obszary, które przez długi czas doświadczały niewielkich lub zerowych opadów, nagle doświadczyły obfitych opadów. Raporty wskazują nawet na opady śniegu w regionach, gdzie takie zjawiska są rzadkością. Czy to po prostu anomalia meteorologiczna, czy też kryje się za tym coś więcej?

Połączenie czasowe, które budzi pytania
Moment jest szczególnie uderzający.

Ulewne deszcze zbiegły się w czasie z irańskimi atakami na amerykańskie instalacje wojskowe w regionie. Wśród nich miały znaleźć się systemy i obiekty rzekomo zaangażowane w operacje modyfikacji pogody i zasiewania chmur.

Dziennikarz śledczy Ben Swann porusza ten potencjalny związek w nowym filmie. Wyraźnie podkreśla, że ​​jego intencją jest rozróżnianie między weryfikowalnymi faktami, faktami historycznymi i spekulacjami.

To rozróżnienie jest kluczowe: istnienie modyfikacji pogody jest udokumentowane. Jej wykorzystanie w operacjach wojskowych jest również dobrze udokumentowane. Nie udowodniono jednak jeszcze, że susza w Iranie została celowo wywołana lub zaostrzona przez czynniki zewnętrzne – ani że ostatnie opady deszczu są bezpośrednią konsekwencją zniszczenia niektórych obiektów.

twitter.com/Donuncutschweiz/status/2088869489631003046/video/1

Niemniej jednak połączenie tych okoliczności jest co najmniej niezwykłe.

Zasiewanie chmur nie jest teorią spiskową.
Każdy, kto uważa, że ​​zasiewanie chmur to „teoria spiskowa”, ignoruje technologię stosowaną od dziesięcioleci.

Zasiewanie chmur polega na wprowadzaniu do odpowiednich chmur substancji, takich jak jodek srebra lub inne cząsteczki, w celu wpłynięcia na procesy fizyczne zachodzące w chmurze i, w określonych warunkach, przyspieszenia powstawania opadów.

Wiele stanów otwarcie stosuje takie procedury.

Zjednoczone Emiraty Arabskie inwestują znaczne sumy w modyfikację pogody, między innymi ze względu na ograniczone naturalne zasoby słodkiej wody. Arabia Saudyjska również prowadzi podobne programy.

Również w Stanach Zjednoczonych około 30 stanów uchwaliło już ustawy dotyczące modyfikacji pogody lub omówiło bądź zaproponowało odpowiednie propozycje legislacyjne.

Istnienie tej technologii nie jest zatem kwestionowane. Zupełnie inną kwestią jest jednak to, czy modyfikacja pogody mogłaby być również wykorzystana jako narzędzie geopolityczne lub militarne. I istnieje na to historyczny precedens.

Operacja Popeye: Stany Zjednoczone wykorzystały manipulację pogodą podczas wojny w Wietnamie
Jednym z najbardziej znanych przykładów jest tajna operacja Popeye , która miała miejsce podczas wojny w Wietnamie w latach 1967–1972.

Wojsko amerykańskie uwolniło jodek srebra do chmur nad częściami Wietnamu, Laosu i Kambodży. Celem było zwiększenie opadów deszczu i/lub wydłużenie pory monsunowej.

Cel militarny był jasny: osłabić lub uczynić nieprzejezdnymi drogi i szlaki zaopatrzeniowe wroga poprzez deszcze i powodzie, a tym samym zakłócić linie zaopatrzeniowe, w szczególności północno-wietnamskie. Miało to również wpłynąć na warunki rolnicze.

Operacja pozostawała tajna przez lata i dopiero później wyszła na jaw i stała się przedmiotem śledztw politycznych w Stanach Zjednoczonych. Prezydent Lyndon B. Johnson często wypowiadał się w tym kontekście:

„Kto kontroluje pogodę, kontroluje świat”.

Czy Johnson rzeczywiście wypowiedział te słowa w dokładnie taki sposób, to osobna kwestia. Jednak idea leżąca u ich podstaw – pogoda jako czynnik strategiczny – od dawna była częścią rozważań wojskowych.

Ahmadineżad wysunął poważne oskarżenia już w 2012 r.
Były prezydent Iranu Mahmud Ahmadineżad również publicznie poruszył tę kwestię. W 2012 roku twierdził, że państwa zachodnie wykorzystują technologie do wpływania na pogodę, a w szczególności do zapobiegania przedostawaniu się chmur deszczowych do Iranu.

Międzynarodowe media zareagowały wówczas głównie drwinami. Ahmadineżada przedstawiano jako populistę szerzącego teorie spiskowe.

W świetle udokumentowanej historii wojskowej manipulacji pogodą i obecnie jawnie prowadzonych programów zasiewania chmur, fundamentalne pytanie o możliwości takich technologii wydaje się mniej egzotyczne, niż przedstawiano je wówczas. Nie oznacza to jednak, że konkretne oskarżenia Ahmadineżada zostały udowodnione.

Kto kontroluje technologię?
Centralne pytanie, jakie stawiają Ben Swann i inni obserwatorzy, nie brzmi już zatem , czy ludzie mogą technicznie wpływać na warunki pogodowe. To, że modyfikacja pogody jest możliwa i praktykowana, jest dobrze udokumentowane.

Kluczowe pytania brzmią: Kto posiada jakie umiejętności? Jak daleko sięgają te umiejętności? Do czego są wykorzystywane – i przeciwko komu?

Gdyby państwa były w stanie selektywnie i szeroko wpływać na wzorce opadów w regionach o znaczeniu strategicznym, potencjał militarny byłby oczywisty. Taka technologia teoretycznie wpisywałaby się w logikę wojny hybrydowej: trudna do wykrycia, trudna do jednoznacznego przypisania do jednego aktora i potencjalnie niosąca dalekosiężne konsekwencje ekonomiczne i społeczne.

Zwłaszcza w krajach, w których występują niedobory wody, długoterminowa zmiana rozkładu opadów może mieć ogromny wpływ na rolnictwo, zaopatrzenie w wodę pitną, produkcję energii, gospodarkę i ostatecznie na stabilność polityczną.

Manipulowanie pogodą jako broń wojenna jest zabronione na całym świecie.
Prawo międzynarodowe pokazuje również, że scenariusz ten wcale nie jest wyłącznie fantastyką naukową.

Konwencja o zakazie wojskowego lub innego wrogiego wykorzystania technik modyfikacji środowiska – tzw. Konwencja ENMOD – która weszła w życie w 1977 roku, zakazuje wrogiego wykorzystania technik modyfikacji środowiska o rozległych, długotrwałych lub poważnych skutkach. Istnienie takiego porozumienia dowodzi co najmniej, że wojskowe wykorzystanie modyfikacji środowiska było uważane za poważny problem już dekady temu.

Same traktaty nie gwarantują jednak, że państwa nigdy ich nie naruszą. Zwłaszcza tajne operacje są z natury trudne do udowodnienia. Operacja Popeye stanowi historyczny precedens: modyfikacja pogody rzeczywiście była wykorzystywana jako narzędzie militarne i początkowo była utrzymywana w tajemnicy przed opinią publiczną.

Pytania, które po prostu nie znikają
Obecnie nie można jednoznacznie stwierdzić, czy ostatnie ulewne deszcze w Iranie mają bezpośredni związek z zamknięciem regionalnych obiektów lub systemów.

Procesy meteorologiczne są złożone. Opady zależą od wielu czynników, a nietypowe zjawiska pogodowe mogą wystąpić nawet bez sztucznej interwencji. Dlatego sama korelacja czasowa nie dowodzi związku przyczynowo-skutkowego.

Mimo to mamy do czynienia z nietypową sekwencją wydarzeń: wieloletnią dotkliwą suszą, wojną, podczas której rzekomo wyłączono z użytku systemy kontroli pogody – a w konsekwencji z wyjątkowymi opadami deszczu.

To nie jest dowód na istnienie broni pogodowej. Ale jest to kwestia, którą można poważnie zbadać.

uncut-news.ch 19 sierpnia 2026 r. uncutnews-ch/nach-angriff-auf-angebliche-cloud-seeding-anlage-im-iran-kehrt-der-regen-zurueck

https://dakowski.pl/

wtorek, 18 sierpnia 2026

Atrofia naturalnej inteligencji


Atrofia inteligencji to osłabienie lub zanik zdolności poznawczych i krytycznego myślenia. Wynika ona z braku regularnego wysiłku mentalnego i polegamy w tym na zewnętrznych narzędziach, takich jak sztuczna inteligencja czy internet. Działa to, jak brak ruchu, który osłabia mięśnie.

Kto tak twierdzi? Ta sama sztuczna inteligencja, o której tu jest mowa. Właśnie wyszło moje lenistwo umysłowe, ponieważ zamiast poszukać wśród nobliwych, nie zawsze rzetelnych źródłach jak na przykład Encyklopedia Britannica, zapytałem sprawcę, co jest przyczyną tego problemu.

06 sierpnia na birchgold.com ukazał się artykuł Brandona Smitha: Mroczniejszy cel wyścigu o sztuczną inteligencję.

https://www.birchgold.com/blog/news/ai-darker-purpose/

Obietnica świata bez pracy to zazwyczaj przynęta, mająca na celu skłonienie obywateli do większego polegania na rządzie. Kiedy twoje przetrwanie zależy od systemu, jest znacznie mniej prawdopodobne, że kiedykolwiek się przeciwko niemu zbuntujesz. Nie kąsasz ręki, która cię karmi.

Sztuczna inteligencja nie jest rewolucją przemysłową w tradycyjnym sensie, ponieważ nie jest napędzana popytem wolnego rynku. Większość ludzi może z łatwością obejść się bez sztucznej inteligencji, a korzyści dla ich życia są ledwo zauważalne lub wręcz żadne. Druga rewolucja przemysłowa wprowadziła elektryczność, bezprecedensowy postęp medycyny, komunikację na odległość i łatwy transport; wszystko to, bez czego ludzie nigdy nie chcą się obejść.

Jak dotąd sztuczna inteligencja blednie w porównaniu z nią, a obietnice, które napędzają jej popularność, wymagają renesansu energetycznego, który nie będzie możliwy przez wiele kolejnych dekad. Niestety, najbardziej logicznym zastosowaniem dla rozprzestrzeniania się sztucznej inteligencji jest tłumienie społeczeństwa. Dla autokratów wyścig po sztuczną inteligencję nie polega na poprawianiu przyszłości zwykłego człowieka. Chodzi o wprowadzenie technologii wszechobecnego nadzoru w życie zwykłego człowieka – zanim zdąży on zdać sobie sprawę, że jest przez nią skrępowany.

Ogromne zapotrzebowanie na energię nowych centrów danych przeznaczonych do sztucznej inteligencji napędza w Stanach Zjednoczonych budowę licznych elektrowni gazowych. W Ohio powstaje aż dziesięć nowych obiektów, startup w Zachodniej Wirginii planuje setki generatorów gazowych, a także Elon Musk stawia na turbiny gazowe dla swoich serwerów AI. Energia wiatrowa i słoneczna po prostu nie są w stanie zaspokoić tego gigantycznego, przewidywalnego zapotrzebowania na energię elektryczną.

Piszesz pracę doktorską? Cóż jest trudnego w delegowaniu tego zadania na SI? Wielu doktorantów nawet nie wysila się, by przeczytać wygenerowany tekst i oddaje jako własny swojemu promotorowi. A może tworzysz muzykę, piszesz książkę, albo jesteś blogerem lub malarzem? Grok i konkurencja jedynie czeka, by wypełnić takie zadanie.

Tak właśnie te nędzne resztki naturalnej inteligencji, które jeszcze gdzieniegdzie wydostają się na powierzchnię z tego chaosu komputerowych tworów, zostają wygnane na banicję przez zwyczajne lenistwo umysłowe.


Autor artykułu Marek Wójcik
Mail: worldscam3@gmail.com

15. sierpnia 2026 Marek Wojcik world-scam/atrofia-naturalnej-inteligencji

poniedziałek, 17 sierpnia 2026

Jan Patočka

 Filozof

W obecnych czasach intelektualista ma trzy możliwe sposoby postępowania: wewnętrzną emigrację, jak Platon, drogę kompromisu, jak sofiści, lub konsekwentne życie w prawdzie, konflikt z władzą i śmierć, jak Sokrates.[1] 

Te słowa wypowiedział Jan Patočka w 1975 roku podczas jednego z nielegalnych seminariów, prowadzonego dla kilku osób w prywatnym mieszkaniu w Pradze. 

Pytanie o rolę i miejsce intelektualisty w państwie jest powracającym motywem rozważań filozoficznych. Żywoty myślicieli to skrócone dzieje ludzkości. Byli wynoszeni na ołtarze (św. Augustyn, św. Tomasz), potępiani przez Kościół (Eckhart), zmuszeni do odwołania swoich poglądów (Galileusz). Umierali otoczeni szacunkiem na królewskich dworach (Kartezjusz) i w zaciszu uniwersytetów (Newton), ale także dożywali swoich dni w zapomnieniu i samotności (Rousseau) i jak zwykli ludzie padali ofiarami epidemii (Hegel). Wiek XX nie był pod tym względem wyjątkowy. 

Patočka doskonale znał historię filozofii, był również uważnym obserwatorem dziejów kraju, w którym przyszło mu żyć. Od chwili habilitacji w 1937 roku przez niespełna dziewięć lat mógł wykładać na Uniwersytecie Karola. W 1972 roku władze, korzystając z pretekstu, że skończył sześćdziesiąt pięć lat, przeniosły go na emeryturę. Zaczął wtedy wykładać w prywatnych mieszkaniach. Te seminaria nazywano „latającym uniwersytetem Patočki” albo „czarnym uniwersytetem” (niczym czarny rynek, gdzie można było nabyć niedostępne w komunistycznej rzeczywistości towary luksusowe). 

Platon nie angażował się w życie Aten. Założył Akademię i tam wraz z grupą uczniów roztrząsał problemy filozoficzne. Tylko raz w życiu, i to nieudolnie, wziął udział w politycznych rozgrywkach, kiedy wspierał tyrana Syrakuz. Omal nie postradał wówczas życia. Powróciwszy do ojczyzny, nie zabierał już głosu w sprawach publicznych, tylko na kartach swojego Państwa nakreślił iluzję idealnego systemu politycznego, gdzie władzę powierzył filozofom. W spokoju dożył osiemdziesiątki. 

Sofiści sięgnęli dna, kiedy za opłatą dowodzili największych bzdur w interesie płacącego. 

Sokrates w tradycji europejskiej pozostał ideałem myśliciela. Przez całe życie poszukiwał prawdy, co w końcu nie spodobało się Ateńczykom. Pod jego adresem wysunięto oskarżenia, które doprowadziły do skazania go na śmierć.

Sokrates, powiadają, zbrodnie popełnia albowiem psuje młodzież, nie uznaje bogów, które państwo uznaje, ale inne duchy nowe. [...] Sokrates popełnia zbrodnię i dopuszcza się występku badając rzeczy ukryte pod ziemią i w niebie i ze słabszego zdania robiąc mocniejsze i drugich tego samego nauczając.[2] 

Z medycznego punktu widzenia Jana Patočkę zabił wylew krwi do mózgu. Z moralnego – rządzący Czechosłowacją komuniści. Przez Służbę Bezpieczeństwa był nadzorowany już od początku lat pięćdziesiątych. W styczniu 1977 roku ogłoszono deklarację Karty 77. On był jednym z jej trzech rzeczników. Wtedy rozpoczęły się częste i wielogodzinne przesłuchania. To ostatnie trwało jedenaście godzin. Organizm nie wytrzymał. Zbyt późno wezwano pomoc. Jan Patočka zmarł w szpitalu 13 marca 1977 roku, nie dożywając siedemdziesiątych urodzin. 

Jan Patočka

Sokrates, biorąc w dłoń kielich z cykutą, liczył sobie także siedemdziesiąt wiosen. Umarł – jeśli wierzyć Platonowi – spokojnie, w otoczeniu przyjaciół. Jak wyglądał pochówek Sokratesa – nie wiemy, ale niepohamowana nawet wobec śmierci nienawiść, jaką władze żywiły do Jana Patočki, dała o sobie znać podczas jego pogrzebu. Szpicle w cywilu nie silili się na kłamliwy choćby szacunek dla miejsca wiecznego spoczynku. Filmowali uczestników, kręcili się wśród grobów. Nad cmentarzem świętej Markéty na praskim Břevnovie wisiał milicyjny śmigłowiec. Na stadionie za murem cmentarnym milicjanci urządzili zawody motorowe. Warkot silników dominował, jakby miał za zadanie upokorzyć zmarłego. Wszystko po to, aby zagłuszyć księdza i słowa pożegnania. 

Patočka od młodości chciał studiować filozofię. Urodził się siedem lat przed I wojną światową w Trutnovie. Ojciec, profesor gimnazjum, dbał o wykształcenie syna. Wstępując w 1925 roku na Uniwersytet Karola, Jan znał doskonale niemiecki i francuski. Prócz filozofii studiował slawistykę i romanistykę. Chodził też na wykłady Ernsta Cassirera na niemiecki uniwersytet w Pradze. Dopiero wyjazdy za granicę do Paryża, Berlina i Fryburga, gdzie miał możliwość spotkać Nicolaia Hartmanna i Martina Heideggera, pozwoliły mu zetknąć się z filozofami, a nie jak dotychczas z historykami filozofii. 

Mistrzem Patočki stał się poznany w 1929 roku w Paryżu Edmund Husserl. Pochodził z Moraw. Był prawie o pół wieku starszy od młodego adepta, ale to nie przeszkodziło w nawiązaniu partnerskich relacji. Kiedy Patočka napisał do niego, że chciałby studiować we Fryburgu, odpowiedź była prosta: „Jeśli faktycznie chce pan uczyć się rozumowania i nie przywiezie pan ze sobą żadnych filozoficznych uprzedzeń i przekonań (tych duchowych klapek na oczach), to będzie pan serdecznie powitany”  [3].

Spełnił warunki, a Husserl na święta Bożego Narodzenia 1932 roku podarował mu niezwykły prezent: wykonany z jasnego drewna przenośny mały pulpit służący do czytania. Ten sam, który dostał od Tomáša G. Masaryka, kiedy obydwaj byli jeszcze bardzo młodzi. Masaryk był wtedy od czternastu lat prezydentem Czechosłowacji. 

Patočka wrócił do Pragi i na Uniwersytecie Karola przedstawił pracę Świat naturalny jako problem filozoficzny. Nie została ona doceniona przez profesurę, której obce były rozważania fenomenologiczne.

Tylko niespełna dwa miesiące trwała pierwsza przygoda Jana Patočki jako wykładowcy na uniwersytecie. Zaczął w październiku 1939 roku, a w listopadzie, po manifestacjach studenckich, Niemcy zamknęli wyższe uczelnie. Uczył więc w gimnazjum. 

Po wojnie wrócił na uniwersytet.

Są myśliciele, którzy twierdzą, że złotą erą filozofii były czasy starożytne, a wszystko, co powstało później, stanowi zaledwie dopisek i uzupełnienie do rozważań Sokratesa, Platona, Arystotelesa.

W 1945 roku Patočka zaczął cykl wykładów Od presokratyków do Arystotelesa. Prowadził je bardzo szczegółowo przez cztery lata, dotarł do Arystotelesa, ale nie zdążył już omówić jego poglądów. Po objęciu władzy przez komunistów w 1948 roku z uniwersytetu zostali usunięci wszyscy, którzy byli choćby podejrzewani o krytycyzm wobec nowej rzeczywistości. Przez krótki czas pracował w Instytucie Tomáš a Masaryka, a po jego likwidacji trafił do Instytutu Pedagogicznego Jana Ámosa Komenskiego. 

Polityczna odwilż lat sześćdziesiątych pozwoliła Patočce wrócić do życia akademickiego. Gościnnie wykładał nawet za granicą. Wreszcie wiosną 1968 roku po raz trzeci wrócił na uniwersytecką katedrę. Jego wykłady zapisały się w zbiorowej pamięci pokolenia ‘68. Ten pierwszy po osiemnastu latach przerwy zaczął, pytając się przewrotnie studentów: „To gdzie skończyliśmy w 1950 roku?”  [4]. I zaczął od tego, na czym skończył osiemnaście lat wcześniej: od Arystotelesa. 

Znakomity historyk Václav Černý, któremu także pozwolono wykładać, z pierwszych swoich zajęć zrobił show, opowiadając studentom swoje przeżycia z lat pięćdziesiątych. Patočka nie chciał jednak tracić czasu. 

Uczęszczanie na jego zajęcia było dobrze postrzegane. Przychodzili ludzie spoza wydziału filozoficznego. Powody były różne. Teolog Tomáš Halík pamięta teatrologa, którego głównie interesowała gestykulacja i dykcja profesora. Po latach nudnych i odczytywanych zza katedry wykładów Patočka prezentował nieznaną studentom swobodę intelektualisty, gdy przemierzając salę i nie korzystając z notatek, prowadził rozważania. Byli tacy, którzy czekali na wplatane przez Patočkę powiedzonka: „Schopenhauer obwieścił, że nie może czytać innego filozofa niż Arthura Schopenhauera. Należy dodać – nie wybrał źle”  [5].

Praska wiosna szybko dogasła. Komuniści wierni dyktatowi Breżniewa, po odsunięciu ekipy Alexandra Dubčeka, porządkowali państwo według swoich standardów. Nie było w nim miejsca dla reformatorów, niezależnego od władz związku pisarzy czy gazet w rodzaju „Literarnich novin”, także dla profesorów, którzy mogliby „psuć młodzież” czy „nie uznawać bogów, które państwo uznaje”. W 1972 roku Jan Patočka został zmuszony do przejścia na emeryturę. Skończyły się lata, gdy niczym Platon pozwalał sobie na luksus wewnętrznej emigracji. 

Filozofia jest niczym innym jak życiem (poświęconym myśleniu) odpowiadającym zasadzie całkowitej odpowiedzialności myśli. Postawą odpowiedzialną jest taka postawa, w której pogląd stosuje się do wyglądu rzeczy, a nie odwrotnie. Jak widać już sama postawa odpowiedzialna umożliwia życie w prawdzie, czyni możliwą istotę filozofii i całej nauki, która nie utraciła z nią kontaktu. Z drugiej strony życie w prawdzie to racjonalność.[6] 

Tak mówił podczas gościnnego wykładu w 1971 roku w Warszawie. 

Tego rodzaju sądy nie mogły ukazać się w Czechosłowacji. Komuniści fałszowali w jego kraju już nie tylko historię, ale i rzeczywistość. Jak inaczej nazwać ich poczynania, gdy likwidowali groby Jana Palacha czy Josefa Smrkovskiego, gdy więzili i zmuszali do emigracji opozycjonistów, pisarzy. Nie pozbyli się jednak narodowej symboliki. Zatem na prezydenckim proporcu wciąż widniało stare, husyckie hasło: „Prawda zwycięży”. W kilka lat po zdławionej praskiej wiośnie brzmiało niczym kpina i nikt, kto chciał z przekonaniem powiedzieć o sobie, że jest uczciwym człowiekiem, nie miał złudzeń, że jest to grabież. Ordynarne złodziejstwo. 

Do emerytury udało się Patočce opublikować w kraju niewiele. Poza rozsianymi artykułami i wydaną przed wojną habilitacją były to przekłady Hegla i wydana tuż po wojnie Filozofia przedsokratejska. W latach sześćdziesiątych Arystoteles, jego poprzednicy i następcy, a także Wstęp do fenomenologii Husserla. Nie miał złudzeń, że władze zezwolą na wykłady, a cenzura na wydanie czegokolwiek, co byłoby sprzeczne z oficjalną ideologią. Pozostały prywatne seminaria, na których wygłosił cykl wykładów Platon a Europa, Powstanie i koniec Europy, i publikowanie w samizdacie. 

W pierwszej połowie lat siedemdziesiątych powstały najważniejsze prace Jana Patočki, publikowane poza cenzurą. 

W Trzech esejach o Masaryku rozdzielił filozofię na philosophia pereunis zajmującą się problemami uniwersalnymi, i marginalną, uprawianą na potrzeby aktualnych, gorących wydarzeń. Niewątpliwie Patočkę należy zaliczyć do myślicieli zmagających się z uniwersaliami, nawet wtedy, gdy pisał o swoistych czeskich dylematach. 

Jego najsłynniejsze Heretyckie eseje o filozofii dziejów wyszły w samizdacie w 1975 roku. Na przekór zaściankowości i izolacji, na jaką komuniści skazali życie intelektualne Czechosłowacji, powstała oryginalna i wciąż warta studiowania książka. Jej tytuł zachęcał, aby doszukiwać się krytyki dogmatów marksistowskich. Ale rację miał Paul Ricoeur, twierdząc, iż herezja autora polegała na tym, że podjął się polemiki z najważniejszymi myślicielami XX wieku: Husserlem i Heideggerem. 

„Niestety, musimy raz jeszcze przywołać słowa Moritza Hartmanna: Czesi są narodem, który przedłuża swoje życie poprzez zdradę dziedzictwa ojców – pod tym względem nic się nie zmieniło aż do dnia dzisiejszego”  [7] – gorzko i okrutnie brzmi ostatnie zdanie eseju Kim są Czesi? Intelektualna uczciwość nie pozwalała Patočce na tani zabieg, aby w czasach klęski silić się na optymistyczne „ku pokrzepieniu serc”. Pisał o miejscu Czech w Europie. Od początków państwowości aż do tragicznego roku 1938. O małości i wielkości rodzimych dziejów. 

Nie sposób przejść obojętnie obok tej opinii. Czesi chętnie patrzyli wstecz, szukając tam moralnego wsparcia w ponurych czasach. Patočka nie idealizował dziejów, analizował, i choć jego diagnoza na przyszłość brzmiała niewesoło, to prowokowała do zastanowienia. Nie wystarczy czuć się prawowitymi dziedzicami dawnej wielkości, wymaga to dowodów, których dostarczyć może tylko czyn. A tego brakowało na początku lat siedemdziesiątych. 

Za wzór stawiał prezydenta Czechosłowacji Tomáša Garrigue Masaryka. Już w 1938 roku, w pierwszą rocznicę śmierci prezydenta, pisał, że Masaryk powinien być żywotnym problemem każdego myślącego Czecha. Po 1948 roku komuniści robili wszystko, aby zepchnąć Masaryka na margines duchowego życia narodu. Dyskredytowano zasługi, wydając rozprawy mające dowodzić antynarodowej działalności. Nie wznawiano jego książek, a te, które były w bibliotekach, opatrzone czerwonymi pieczątkami „wycofano 1948”, zaległy w piwnicach na dwadzieścia lat. Na krótko wróciły do wypożyczalni w 1968, by z kolejną pieczątką stać się ponownie niedostępne dla czytelników. 

Patočka wracał do Masaryka, uznając jego oryginalność. Poświęcił mu puszczone w obieg w samizdacie eseje. Nie gloryfikował jego osoby, choć zauważył, że „[...] filozofowie w większości budowali państwo idealne, a stworzenie go dzięki rzeczywistemu politycznemu działaniu w całych dziejach dane było tylko jednemu myślicielowi, właśnie Masarykowi”  [8].

Bardziej zajmowały go filozoficzne dokonania Masaryka. Pisząc, zderzał jego poglądy z ideami Husserla, Dostojewskiego, Nietzschego, Kanta, Diltheya i rodzimych: Dobrovskiego, Kollára, Palackiego, podkreślając tym samym, że czeska tradycja wpisuje się w duchowe dziedzictwo Europy i czerpie z niego. 

W marcu 1976 roku Służba Bezpieczeństwa aresztowała dwudziestu siedmiu młodych ludzi. Byli to muzycy rockowych kapeli Plastic People of Universe, DG 307 i ich przyjaciele. 

Władze zwalczały alternatywną muzykę, początkowo zarządzeniami administracyjnymi, czyli pozbawieniem statusu muzyków zawodowych, zakazem koncertowania w głównych miastach. Kiedy jednak okazało się, że na organizowane na wsiach koncerty przyjeżdżają fani z całego kraju, do akcji wkroczyła policja i nie wahała się użyć przemocy. Nie bez powodu muzycy określali jeden z koncertów z 1974 roku w Czeskich Budziejowicach jako „masakrę”. Na pałowaniu się nie skończyło. Dziesiątki studentów i uczniów za udział w koncercie zostały wydalone wtedy ze szkół. 

Proces w 1976 roku stał się głośny. W obronie muzyków stanęli czescy intelektualiści. Na sądowym korytarzu można było zobaczyć pisarzy: Václava Havla, Pavla Kohouta, Ludvíka Vaculíka; byłych polityków: Jiřego Hájka, Františka Kriegla, także Petra Uhla, Jiřego Němca i innych. Pojawił się również Jan Patočka. 

W jednym ze swoich tekstów zauważył, że są sprawy, dla których człowiek decyduje się cierpieć. Nie było mu bliskie rockowe brzmienie długowłosych artystów ani ekscentryczne teksty Egona Bondy’ego. A jednak przychodził na rozprawy i wspierał oskarżonych, szanując, że dla tej głośnej muzyki, której nie słuchał, gotowi są na cierpienia. 

Prokurator żądał wysokich kar, stwierdzając, że muzycy mają wyjątkowo zły wpływ na socjalistyczną młodzież. Zapadły wyroki skazujące na więzienie, od ośmiu miesięcy do półtora roku. Oficjalne uzasadnienie brzmiało: za zakłócanie porządku publicznego. 

Patočka podpisał wraz z innymi list do niemieckiego laureata Nagrody Nobla Heinricha Bölla, w którym przedstawiano przykłady łamania praw człowieka w Czechosłowacji. 

Pod koniec 1976 roku czechosłowacka opozycja pracowała nad powołaniem do życia Karty 77. 

Dwadzieścia cztery wieki po śmierci Sokratesa, 1 stycznia 1977 roku, „wolna, nieformalna, otwarta wspólnota ludzi różnych przekonań i profesji, których łączy chęć indywidualnego i wspólnego działania na rzecz respektowania praw obywatelskich i praw człowieka [...]” (jak się określali) wydała deklarację Karta 77, pisząc w niej między innymi:

W dziedzinie działalności umysłowej i kulturalnej wykluczona jest otwarta dyskusja. Wielu pracowników nauki i kultury dyskryminuje się tylko dlatego, że przed laty legalnie publikowali lub otwarcie wypowiadali poglądy potępione przez obecne władze polityczne.[9]

 

W deklaracji upominano się, by sądzenie Sokratesa w ich kraju nie było możliwe. 

Duchem sprawczym był Václav Havel. To on rzucił hasło, żeby po podpisaniu przez Czechosłowację i inne kraje komunistyczne dokumentów końcowych Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie w Helsinkach, w których obóz socjalistyczny deklarował przestrzeganie praw człowieka, powołać do życia Kartę. 

Patočka zaangażował się. Odwiedzał przyjaciół, zbierając podpisy. Kiedy wracał do oczekującego go przyjaciela, który służył mu swoim samochodem, Zdeňka Urbánka, i mówił: „Nie podpisał, też pójdzie do piekła”  [10], maskował rozczarowanie i żal. Wielu przyjaciół wówczas go zawiodło. 

Był wybrany jednym z trzech rzeczników Karty 77. Oprócz niego Havel i Jiří Hájek, były minister spraw zagranicznych z okresu praskiej wiosny. Współpracownicy starali się namówić Patočkę i Hájka, aby oszczędzali siły i nie działali zbyt aktywnie. Obydwaj odmówili. 

Szybko okazało się, że nie ma mowy, aby komuniści mieli ustąpić choćby na krok. Dwunastego stycznia „Rudé právo”, dziennik partii komunistycznej, pisał o Karcie jako „pamflecie, za którym stoi grupka zbankrutowanej czechosłowackiej burżuazji i organizatorzy kontrrewolucji 1968 roku, zaprzedani pewnym zachodnim ośrodkom”. Václav Havel „to człowiek z rodziny milionerów, nieprzejednany antysocjalista”, Jiří Hájek – „zbankrutowany polityk, który pod hasłem neutralności chciał wyrwać nasze państwo ze społeczności krajów socjalistycznych”, a Jan Patočka – „reakcyjny profesor, który oddał się antykomunistycznym służbom”  [11].

Profesora nie zdziwiła uboga retoryka artykułu. O wiele bardziej niebezpieczne były groźby, za którymi przyszły czyny. Havel został aresztowany, co miało zastraszyć pozostałych. Dla Hájka i Patočki rozpoczęły się długie, męczące przesłuchania. Podczas jednego z pierwszych funkcjonariusz zwrócił się do Patočki: „Panie profesorze, jest pan mądrym, wykształconym człowiekiem, niech pan w tej sytuacji weźmie pod uwagę rzeczywistość”.

Po tej familiarnie niemalże brzmiącej wypowiedzi zapadła cisza. Badawcze spojrzenie Patočki omiotło śledczego, a następnie naukowiec odpowiedział: „To musielibyśmy sobie najpierw wyjaśnić, co to jest rzeczywistość. Nie, nie, panowie, na to pole to ja bym was nie wpuścił”  [12].

Społeczeństwu zafundowano żałosne przedstawienie. Komuniści zorganizowali tak zwaną Antykartę, zmuszając różne osoby z życia publicznego do wiernopoddańczych deklaracji lojalności wobec partii i socjalizmu. 

Stało się oczywiste, że dla Sokratesa nie ma miejsca w Czechosłowacji. 

W ostatnim tekście z 8 marca 1977 Jan Patočka napisał:

Wielu się mnie pyta, czy Karta 77 nie pogorszy położenia naszego społeczeństwa? Odpowiem im otwarcie: żadne poddaństwo nie wiodło do polepszenia, lecz tylko do pogorszenia położenia. Im większy strach i serwilizm, tym na więcej mocni sobie pozwalali, pozwalają i będą pozwalać. Nie ma żadnego innego sposobu na zmniejszenie ich nacisku niż przez poczucie niepewności, kiedy widzą, że niesprawiedliwość i dyskryminacja nie są zapomniane, że się nad tym wszystkim woda nie zamyka. Nie oznacza to wezwania do bezsilnego wygrażania, lecz do godnego, bez strachu, prawdziwego zachowania się w każdych okolicznościach, które imponuje właśnie tym, że tak bardzo różni się od oficjalnego.[13] 

Profesor Jan Patočka zmarł pięć dni po napisaniu tych słów, 13 marca 1977.

1 Tomáš Halík, Největší novodobý český filozof, „Lidove Noviny” 24.08.2001; pełna wersja artykułu zatytułowana Muž přemýšlení a odhodlání, Jan Patočka, 1.6.1907–13.3.1977 dostępna jest na www.halik.cz.

2 Platon, Obrona Sokratesa, w: Platon, Uczta, Eutyfron, Obrona Sokratesa, Kriton, Fedon, przeł. Władysław Witwicki, Warszawa 1984, s. 248, 257.

3 Erazim Kohák, Jan Patočka: filosofický životopis, przeł. Josef Moural, Praha 1993, s. 25.

4 Tomáš Halík, Největší novodobý český filozof.

5 Tamże. 

6 Jan Patočka, Świat naturalny a fenomenologia, przeł. Juliusz Zychowicz, Kraków 1986, s. 143.

7 Jan Patočka, Kim są Czesi?, przeł. Jacek Baluch, Kraków 1997, s. 93.

8 Jan Patočka, Tři studie o Masarykovi, Praha 1991, s. 24.

9 Deklaracja Karty 77, w: Nazywać rzeczy po imieniu. Wybór niezależnej publicystyki czeskiej i słowackiej, Warszawa 1987, s. 43.

10 Eda Kriseová, Václav Havel, Životopis, Brno 1991, s. 74.

11 Tamże, s. 80.

12 Vlasta Chramostová, Vlasta Chramostová, Brno–Olomouc 1999, s. 206.

13 Eda Kriseová, Václav Havel, s. 83.

Mariusz Surosz

Pepiki

Dramatyczne stulecie Czechów

PS

Przeciętny Polak żywi irracjonalną pogardę dla „głupich pepików”. To sprawa wstydliwa, jak każdy przejaw szowinizmu. Jakby moi rodacy nie zauważyli, że Czechosłowacja to nie tylko knedliki, piwo i Karel Gott. Że to także wielka kultura. Że tam właśnie powstaje światowej rangi proza, o której nam – Polakom – tylko marzyć. Że w tę kulturę wpisana jest wspaniała tolerancja, chrześcijański duch przebaczenia, jakiego próżno szukać w ultrakatolickiej Polsce.[1]

1 Antoni Pawlak, Dlaczego Czesi, w: Andrzej Jagodziński, Banici (Rozmowy z czeskimi pisarzami emigracyjnymi), Kraków 1988, s. 6.

Oczywiście twierdzenie że kultura czeska to tylko knedliki i piwo jest dużym błędem: smażyny syr, panie Pawlak, to esencja czeskości. Co do tej światowej rangi prozy, to chyba czytamy inną prozę albo marzymy o innych rzeczach. Jak to jest z czeskim wybaczaniem, o tym przekonali się Niemcy w 1945.

Bez wątpienia Czesi to bardzo mili ludzie, ale tam gdzie predominuje ateizm, tam faktycznie kultura wyższa jest reprezentowana przez kulturę kulinarną.