czwartek, 27 sierpnia 2026

Podwójny mit Westerplatte

 

Polacy na Westerplatte bronili się bohatersko przed Niemcami, którzy mieli kilkudziesięciokrotną przewagę liczebną. Bohaterski dowódca – major Henryk Sucharski – poddał swoją pozycję dopiero po tygodniowym oblężeniu i po odparciu kilkunastu niemieckich szturmów.

Niemcy nie atakowali Westerplatte, prowadzili tylko jego blokadę. Właściwe walki trwały krótko, ale pokazały słabość polskiej załogi – szeregowi żołnierze chcieli się poddać, a ich dowódca doznał załamania nerwowego. Aby kontynuować opór, kapitan Franciszek Dąbrowski zbuntował się przeciwko swojemu dowódcy i rozstrzelał wielu dezerterów.

Autorzy niniejszej książki zgadzają się w wielu sprawach, ale w niektórych nie mogą dojść do porozumienia. Jeden z nas uważa Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego za jednego z najlepszych polskich poetów, a drugi – za nic niewartego hochsztaplera. Jednak co do jednej rzeczy są zgodni – że Pieśń o żołnierzach z Westerplatte jest utworem przynoszącym więcej szkody niż pożytku, a szczególnie szkodliwy jest obowiązek nauczenia się tego wiersza na pamięć.

Przedstawia on bowiem nie tylko nieprawdziwe fakty („prosto do nieba czwórkami szli”), ale – co gorsza – również nieprawdziwe intencje („ach, to nic, że tak bolały rany”). W tym ujęciu obrona Westerplatte jest kolejnym aktem strzelistym polskiego romantyzmu, pozbawioną sensu rzezią.

Mit obrony Westerplatte ma wiele wymiarów. Pierwszy z nich jest symboliczny i na świecie dość szeroko znany: rzekomo to właśnie tutaj w podstępny sposób Niemcy rozpoczęli wojnę. Kolejny – który można nazwać patriotycznym – narodził się już we wrześniu 1939 roku, gdy Polskie Radio donosiło przez siedem dni, że „Westerplatte broni się jeszcze”, gdy żołnierze tam walczący byli symbolem polskiego oporu. Następny mit – raczej fabularny niż faktograficzny – był szczególnie żywy w kilkadziesiąt lat po wojnie: 200 Polaków broniło się przed 4 tys. Niemców, zadając im straty sięgające 300–400 ludzi. Całkiem niedawno narodził się – niczym nowa świecka tradycja – antymit o załamaniu nerwowym dowódcy, kapitulanckich nastrojach wśród załogi, buncie i samosądach.

Westerplatte to długi na półtora kilometra i szeroki na 300–400 metrów półwysep, leżący u ujścia Martwej Wisły do Zatoki Gdańskiej, czyli u wejścia do gdańskiego portu. W 1924 roku Liga Narodów przekazała go w administrację Rzeczypospolitej. Powstała tam Wojskowa Składnica Tranzytowa, czyli miejsce rozładowania, magazynowania i wysyłania w głąb Polski amunicji, uzbrojenia i wyposażenia zakupionego we Francji. W związku ze zmniejszeniem się francuskich dostaw w początkach lat 30. Wojskowa Składnica Tranzytowa straciła na znaczeniu gospodarczym.

Wciąż jednak miała duże znaczenie polityczne i wojskowe. Posterunek Wojska Polskiego pojawił się tam w początkach 1926 roku. Wbrew ustaleniom Polacy ufortyfikowali Westerplatte, maskując umocnienia jako wartownie czy domki oficerskie, oraz – również wbrew ustaleniom – niemal trzykrotnie powiększyli liczebność załogi i wyposażyli ją w broń zespołową, a nawet artylerię. Służba na Westerplatte uchodziła za prestiżową i była dobrze płatna: oprócz żołdu płacono dodatek za służbę poza granicami Polski. „Materiał żołnierski” na pewno był lepszy niż przeciętny, a jego uzbrojenie potężne: ponad 40 karabinów maszynowych, cztery moździerze piechoty, dwie armaty przeciwpancerne a nawet armata polowa 75 mm. Niemiecki wywiad – jak zwykle – nie popisał się, więc fortyfikacje, liczebność załogi i jej uzbrojenie okazały się śmiertelnym zaskoczeniem dla niemieckich żołnierzy.

Struktura Wojskowej Składnicy Tranzytowej i jej podległość służbowa były skomplikowane. Składnicą – jako jednostką logistyczną – dowodził major Henryk Sucharski, któremu podlegało około 30 pracowników „cywilnych” (z reguły oddelegowanych z wojska) oraz Oddział Wartowniczy – o liczebności kompanii i sile ognia batalionu – dowodzony przez kapitana Franciszka Dąbrowskiego. To właśnie on – młody, ambitny, bojowy oficer – miał bezpośredni kontakt z ponad 180 żołnierzami, i to jemu podlegały kwestie taktyczne. Wojskowa Składnica Tranzytowa podlegała dowódcy Floty, kontradmirałowi Józefowi Unrugowi. Jednak dowódca Oddziału Wartowniczego był podwładnym podpułkownika dyplomowanego Wincentego Sobocińskiego, szefa Wydziału Wojskowego Komisariatu Generalnego RP w Wolnym Mieście Gdańsku.

Latem 1939 roku Oddział Wartowniczy Wojskowej Składnicy Tranzytowej był szykowany przede wszystkim do odparcia przewidywanego puczu gdańskich hitlerowców i miał oczekiwać na szybkie – w ciągu 6–12 godzin – nadejście polskiego Korpusu Interwencyjnego. W przeddzień wybuchu wojny na Westerplatte przybył pułkownik Sobociński. Najprawdopodobniej poinformował o zmianie sytuacji politycznej i rozwiązaniu Korpusu Interwencyjnego. Przebiegu tego spotkania możemy się tylko domyślać. Są jednak tacy, którzy wierzą, że padły wówczas słowa o tym, iż Westerplatte nie musi się bronić dłużej niż 24 godziny.

1 września o godzinie 4.45 na Westerplatte otworzył ogień niemiecki okręt Schleswig-Holstein. Był to przestarzały pancernik zdeklasowany na okręt szkolny, który odwiedził Gdańsk z „pokojową wizytą”, pod pretekstem uczczenia pamięci niemieckich marynarzy poległych 25 lat wcześniej. Dostarczył on kompanię szturmową Kriegsmarine, która wzięła udział w walkach. Główną siłą był jednak pułk gdańskich formacji porządkowych oraz pułk SS-Heimwehr Danzig, wzmocniony przybyłą z III Rzeszy artylerią (później sformowano z nich 60. Dywizję Piechoty Wehrmachtu).

Pierwszy niemiecki szturm został odparty – tak samo drugi, podjęty około południa. Niemcy – o czym wspomniano – byli zaskoczeni siłą polskiego ognia. Drugiego dnia Westerplatte zostało zbombardowane przez 58 sztukasów. Trzeciego dnia było ostrzeliwane z morza przez niemiecki torpedowiec i trałowiec, później do walki włączyła się specjalnie sprowadzona artyleria ciężka, próbowano podpalić wyschnięty las. 7 września rankiem Niemcy powtórzyli szturm na wielką skalę – on też został odparty. Był to ostatni z 13 niemieckich ataków. Tego samego dnia o godzinie 10.15 major Henryk Sucharski zarządził wywieszenie białej flagi i osobiście udał się do Niemców, aby omówić warunki kapitulacji.

Tak przedstawiają się suche fakty. Warto jednak je skomentować. Obrona Westerplatte nie miała charakteru ciągłych siedmiodniowych walk, a obrońcy nie znajdowali się przez cały ten czas pod ogniem pancernika Schleswig-Holstein. Okręt ten strzelał tylko przez kilkadziesiąt minut pierwszego i – nieco dłużej – ostatniego dnia walki. W bezpośrednich szturmach wzięło udział mniej niż 600 Niemców, z których około 50 zginęło – to i tak spora liczba. Większość tych ofiar poległa pierwszego dnia – później panował względny spokój. Piewcy polskiego heroizmu obliczyli, że obrońcy odparli 13 niemieckich szturmów, krytycy natomiast twierdzą, że większość niemieckich działań ofensywnych nie była szturmami, bo należy je zaklasyfikować jako „rozpoznanie bojem”. (Jeśli tak, to nie świadczy to najlepiej o Niemcach: rozpoznanie bojem przeprowadza się bowiem po to, żeby kosztem życia żołnierzy zlokalizować pozycje obronne, które powinny być im znane już pierwszego dnia).

Polskie straty były o wiele niższe od niemieckich, a poniesiono je przede wszystkim podczas bombardowania lotniczego 2 września. Pierwszego dnia Niemcy zabili bowiem 4 polskich żołnierzy, a 2 września – 11. I to niemal wszystko. Niemal, bo pierwszego dnia zaginął jeden z polskich żołnierzy (śmiertelnie ranny i opuszczony przez swoich towarzyszy broni, zmarł w niemieckich rękach); 5 września jeden z obrońców został wzięty za Niemca i śmiertelnie postrzelony przez kolegów, a 7 września – już po kapitulacji – zmarli dwaj ranni w ostatnim niemieckim szturmie. W kolejnych miesiącach Niemcy odnaleźli jeszcze cztery ciała w prowizorycznych grobach i ruinach umocnień.

Bombardowanie z 2 września było tak potężne, że Niemcy mogli tego dnia zająć Westerplatte. Nie zorientowali się jednak wystarczająco szybko, że obrona rozsypała się i obsady punktów oporu wycofały się bez rozkazu na tyły, a więc uciekły. Dowództwo również było w rozsypce i major Henryk Sucharski rozważał kapitulację. Spalił dokumenty i szyfry, podobno nawet rozkazał wywiesić białą flagę.

Oficerowie i podoficerowie pod przewodnictwem kapitana Dąbrowskiego opanowali jednak panikę w szeregach żołnierzy. A także w dowództwie. Cztery niezidentyfikowane ofiary mogą świadczyć o tym, że uczyniono to bardzo brutalnymi metodami. Być może jest wśród nich żołnierz, który na rozkaz majora Sucharskiego próbował wywiesić białą flagę. To, w jaki sposób przekonano samego majora do kontynuowania obrony, również jest niepewne, nie ma bowiem żadnej na ten temat relacji. Być może faktycznie użyto wobec niego siły, a później zawarto swoisty pakt milczenia.

Wiele za tym przemawia. Major Sucharski – zmarły tuż po wojnie we Włoszech – nie kreował się na bohaterskiego obrońcę Westerplatte, trudno nawet stwierdzić, że został wykreowany – ot, opinia publiczna uznała, że skoro dowodził Wojskową Składnicą Tranzytową, to musiał dowodzić również jej obroną.

Jednak ci, którzy dokładniej studiowali dzieje Westerplatte, zdawali sobie sprawę, jak wyglądało to naprawdę. Major Sucharski zostawił bardzo lakoniczną relację z obrony, w której opowiedział o przygotowaniach do niej, o pierwszym dniu walki i o swojej decyzji kapitulacyjnej z 7 września. Istotne jest to, czego w niej nie ma, a nie ma w niej opisu, jak dowodził po 2 września. Te wątpliwości widać również w pierwszym filmie fabularnym o obronie – powstałym w 1967 roku obrazie Westerplatte. To nie jest film akcji…

Spiritus movens obrony był bez wątpienia kapitan Dąbrowski. Po 1945 roku wstąpił do sił zbrojnych komunistycznej Polski, zapisał się do partii i szybko awansował. Nie przysporzyło mu to sympatii wśród przedwojennych kolegów, uważających takie postępowanie za niegodne, ani nie pomogło w karierze: po kilku latach, wyrzucony z wojska i partii, był prześladowany przez komunistów, a zmarł w biedzie i zapomnieniu. Na pozycję bohatera i prawdziwego dowódcy obrony powrócił za sprawą filmu Tajemnica Westerplatte z 2013 roku. Film nie miał szczęścia: jedni uznali go za niepotrzebnie przypominający o dawno przebrzmiałej wojnie, drudzy – za szkalujący polskie wartości. Powstawał przez cztery burzliwe lata i miał kilka świetnych scen – szczególnie początku wojny – a głównym wątkiem był konflikt pomiędzy majorem Sucharskim a kapitanem Dąbrowskim. Nie był tak kontrowersyjny, jak zapowiadano, ale na nowo rozpalił ogień dyskusji o Westerplatte.

2 września obrona była bliska załamania. Wersja o próbie kapitulacji, krwawym stłumieniu paniki, buncie przeciwko dowódcy jest prawdopodobna. Ale równie prawdopodobny jest scenariusz, w którym faktycznie rozważano kapitulację, spodziewając się niemieckiego szturmu, a gdy on nie nastąpił – kontynuowano obronę pod ogólnym nadzorem majora Sucharskiego i fachowym dowództwem kapitana Dąbrowskiego. Tak naprawdę nie wiemy, co – i komu – powiedział podczas swojej ostatniej wizyty pułkownik Sobociński (trzeba pamiętać, że major Sucharski powinien przyjmować rozkazy od admirała Unruga, a kapitan Dąbrowski był nie tylko oficjalnym podwładnym pułkownika Sobocińskiego, ale również jego długoletnim współpracownikiem). Niewiele wiemy o czterech tajemniczych ciałach polskich żołnierzy, jednak ci niekoniecznie musieli być dezerterami.

Ale jak duże ma to znaczenie? Być może prawdziwy sens dyskusji o mitach Westerplatte polega na tym, że pokazują one, jak Polacy chcieliby widzieć II wojnę światową. A chcieliby, żeby była romantyczna i żeby bohaterowie byli bez żadnej skazy.

Bo przecież decyzję o kapitulacji już 2 września łatwo uzasadnić. Nie zdajemy sobie jednak sprawy z wielu aspektów. Z tego, że bombardowanie owego dnia było najintensywniejszym bombardowaniem lotniczym w dotychczasowych dziejach światowego lotnictwa. Z tego, że pełna bezmyślnego okrucieństwa i milionów ofiar wojna w pierwszych dniach września była przyszłością trudną do wyobrażenia. Kilkunastu zabitych i kilkudziesięciu rannych 1 września 1939 roku to zupełnie coś innego niż ranni i zabici 1 września 1944 roku. To nie bezimienne mięso armatnie, tylko koledzy i przyjaciele znani przez wiele lat, o których trzeba się troszczyć, a nie ryzykować ich śmiercią.

Ale obrona Westerplatte to nie tylko symbol polskiego romantycznego oporu. Miała ona swój wymiar militarny, i to o dość dużym znaczeniu. Przez tydzień 200 Polaków – a właściwie żołnierzy Wojska Polskiego, bo było wśród nich zadziwiająco dużo przedstawicieli mniejszości ukraińskiej i białoruskiej – uniemożliwiało Niemcom korzystanie z portu w Gdańsku.

Mit Westerplatte pokazuje również, że Polacy stawiają swoim bohaterom najwyższe wymagania. Kilka miesięcy później – 10 maja 1940 roku – Niemcy zaatakowali supernowoczesny belgijski fort Eben-Emael. Obsadzony przez ponad 1000 żołnierzy, miał się bronić przez miesiąc. Poddał się po jednej dobie, otwierając Niemcom drogę do serca Belgii. Dowódcą tego fortu – a był nim pułkownik Jean Jottrand – nikt się nie interesuje, ani jako bohaterem, ani jako nieudacznikiem. Polacy na Westerplatte wytrwali o wiele dłużej niż Belgowie w Eben-Emael. Nie wystarcza nam jednak osiągnięcie ponadprzeciętnych wyników. Żądamy od naszych bohaterów, żeby wszystko robili w perfekcyjnym stylu.

Mity polskiego września 1939

Sławomir Koper & Tymoteusz Pawłowski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.