środa, 26 sierpnia 2026

Niemcy na weselu

 Ten nasz spacer konny to był ostatni mój pobyt w Zbydniowie. Miesiąc później nastąpiła katastrofa.

Dom był szeroko otwarty, gościnny, kipiący życiem i radością. Pan Zbigniew Horodyński robił zawsze na mnie wrażenie człowieka, który nie mieści się w skó- rze. Wrażenie to pogłębiał szybki sposób mówienia, jakby było kilka spraw naraz do zakomunikowania (najlepsze rady gospodarcze, doskonałe znawstwo koni, dowcipy polityczne). Było to temperowane dobrym wychowaniem.

Zbydniów był typowo męskim gospodarstwem. W sieni natykało się od razu na szereg siodeł, ogłowia, i rozmaite typy wędzideł. Gospodarowali tym wszyst- kim trzej synowie pana domu. Na początku wojny Zbydniów — jak wszystkie dwory — przyjął wysiedlonych. Może dlatego styl zainteresowań artystycznych domowników przesunął się od Jerzego Kossaka w stronę Jerzego Wolffa.

Drugi z synów werandował w Rabce. W czasie długich godzin na leżaku Inio Horodyński rozczytywał się w Balzacu, twierdząc, że dopiero Balzac nauczył go rozumieć ludzką naturę. Odwiedziłem go najpierw w Rabce, potem w Zbydniowie. Rozmawialiśmy o tym, co powinniśmy robić. Ja uważałem, że dla Inia i przyszłej Polski ważniejsze, żeby dokształcał się w malowaniu — co go pasjonowało. On wakał się między sztuką a partyzantką. Wybrał partyzantkę.
Miesiąc później wpadł znowu'do Zbydniowa na ślub swojej kuzynki, Wań- kowiczówny. Podczas obiadu niemieckie auto wjechało do parku, lufa karabi- nu maszynowego sterczała w niebo. Auto objechało szybko gazon i zniknęło.
Goście zobaczyli je przez okna jadalni. Wtedy Inio wstał i wzniósł toast, mniej więcej tak: „Siedzimy przy stole i wyobrażamy sobie może, że dzisiejsze wesele to — bodaj chwilowa — nasza rzeczywistość. Musimy sobie zdać sprawę, że tak nie jest. Rzeczywistość ukazała się nam — przez sekundę — za oknem. Nie wolno nam o niej zapominać”. Cień padł na zebranych.

Parę godzin później, po wyjeździe młodej pary, nastąpiła jedna z tych potwornych zbrodni, które w oderwaniu od wszystkiego, co wiemy dzisiaj o Niemcach, wydawałyby się jakimś okropnym, niewiarygodnym koszmarem.

A przecie zbrodnia zbydniowska stała się naprawdę.
Koło północy zaczęło się dobijanie do drzwi wejściowych. Kilka postaci, kryjących się w cieniu. „Otwórzcie, to my, chłopcy z lasu”. Ten system prowokacji niemieckiej był zbyt pospolity, aby ktokolwiek mógł się łudzić. Zresztą znało się imiona dowódców wszystkich leśnych oddziałów, z niektórymi było się pośrednio lub bezpośrednio w kontakcie. Tu nie istniała wątpliwość. Po krótkiej rozmowie pan Horodyński grzecznie odmówił otwarcia domu. Jakiś czas był spokój. Potem gwałtowne dobijanie się i wrzaski niemieckie. Inio wyjrzał przez okno. Ciemności roiły się od ludzi. Dom był otoczony. Zdarzały się po wsiach takie rzeczy — chodziło wtedy zwykle o młodzież męską. Toteż panna Meysztowiczówna wygoniła Inia i Andrzeja (jego brata) na stryszek, drzwi zamknęła na zasuwkę.

„Schowajcie się dobrze”. Jednocześnie pan domu i jego  siostra, pani Kowerska, otwierali drzwi. Wbił się przez nie, rycząc, tłum przepisowo rozwścieczonych Niemców.
Jeden z nich krzyknął do spokojnej, siwej pani: „Czy wiesz,  że wszyscy zaraz zginiecie!?”.

„Jestem na to zawsze przygotowana” — odpowiedziała cicho. Do niej strzelił najpierw.  Inni rozbiegali się po pokojach. Niektórzy goście już spali.

Dom huczał, jak pudło rezonansowe, od strzałów i ryków niemieckich. Nie odezwał się ani jeden głos polski. Umierano bez krzyku, bez słowa.

Chłopcy odchylili deskę i wcisnęli się w wąską przestrzeń między podłogą strychu a sufitem pokoju pierwszego piętra. Leżało w tym schowku kilka siodeł, kilka skór, jakieś woreczki z zapasami. Słyszeli wszystko.

Poprzez okropną wrzawę doszedł ich bliski zgrzyt zasuwki — potem głos ich matki: „Nie wychodźcie, nie ruszajcie się — powiedziała spokojnie. — Mordują wszystkich”. Nie wiem, czy Niemcy w aucie przed domem usłyszeli coś, czy zobaczyli światło: nagle dach zamiotły serie karabinu maszynowego, strych zapełnił się gwizdem i brzęczeniem rykoszetujących pocisków. Chłopców owionęła gorąca smuga. Andrzej miał powierzchownie przestrzeloną nogę, Inio był draśnięty w kark i w rękę. Jedna kula — tuż przed jego twarzą — odskoczyła od stalowego okucia łęku siodła. Potem była chwila ciszy.

I znowu strzały w domu. Jedna z ostatnich poległa dwunastoletnia Haneczka Horodyńska.

Kilku Niemców usadowiło się w pokoju pod chłopcami. Grube śmiechy, skrzyp krzeseł, brzęczenie szklanek. Bracia leżeli w odrętwieniu, tamując oddech. Potem ktoś krzyknął kiepską polszczyzną: „Złaźcie, złaźcie! Wiemy, że tam siedzicie!”. Wiedzieli. Musieli liczyć zwłoki. Kogoś im brakowało. Słychać było krótką naradę. Kilku żołnierzy — ostrożnie — wlazło na strych. Znaleźli ciało pani Horodyńskiej. Potem chodzili ciężko nad głowami chłopców. Wreszcie poszli. Rozmowy, nawoływania, bieganie po domu cichły. W pokoju pod spodem odzywały się z rzadka senne głosy.

Noc była długa, jak wieczność. Potem powietrze zaczęło nasiąkać jasnością. Wstawał dzień. Przez dziurki między dachówkami świdrowało słońce. Na podwórzu zagdakały kury, zagęgały gęsi. „Cip cip — wołała stara szafarka — cip, cip, tu tu tu malutkie!” I słychać było poruszenie wśród drobiu, kiedy sypnęła ziarno. To było straszne. Ten całkiem zwyczajny dzień, wstający nad przeraźliwie pustym, zupełnie innym światem. Inio skupił się cały w jednej jedynej myśli:
„Muszę żyć. Jezeli mnie Pan Bóg dotychczas ocalił, widocznie mam jeszcze coś do spełnienia. Muszę żyć”. Trzymał się tej świadomości, zeby nie oszaleć. Czuł, ze daje mu uspokojenie i siłę do przetrwania. Andrzej był bardzo osłabiony utratą krwi i zupełnie złamany.

Przyszła noc — i znowu dzień. Coraz bardziej męczyło ich pragnienie. Próbowali żuć herbatę, którą znaleźli w jednym z woreczków. Potem zapalili papierosy. Zakręciło im się w głowach. Dym zakotłował w wąskiej przestrzeni i cienkimi strużkami zaczął przeciekać na strych. W tej chwili wlazł tam Niemiec. To był koniec. Ale Niemiec zobaczył w kącie strychu kilka skór źrebięcych. Słychać było jego zadowolone pomruki, kiedy zwijał je i zabierał na dół. W pokoju na pierwszym piętrze ciągle ktoś siedział. Czyścili broń, grali w karty.

Męka przedłużała się w nieskończoność. Tak nie można było dłużej.

Przyszła znowu noc. Chłopcy — centymetr po centymetrze — wypełzli ze schowka. Nieopisanie wolno dotarli do drzwi od strychu. I nagle tuż za tymi drzwiami usłyszeli szczęk repetowanego karabinu. Chwilę potem któryś z żołnierzy zaczął szarpać zasuwkę. Zawsze się ciężko otwierała, teraz się widocznie zacięła. Dał spokój.

Chłopcy wrócili do schowka. Później wyszli raz jeszcze. Postanowili wysunąć się przez dymnik na dach i zejść po dzikim winie, które oplatało dom. Kiedy Inio wychylał się w ciemność, urwała mu się spod ręki dachówka i dzwoniąc, poleciała w dół. Was ist los!? — krzyknął ktoś zakryty okapem dachu. I spod ściany domu wyskoczył wartownik.

Minęła noc. „Panie Boże — modlił się Andrzej — daj, żeby oślepli i ogłuchli, zakryj ich oczy i zasłoń ich uszy, aby nas nie mogli dostrzec i usłyszeć”. Ten biblijny niemal język nie dziwił Inia.

Rano zrobił się ruch. Przed domem jęknęły motory — ostatnie krzyki — i dzwoniąca w uszach cisza.
Bracia jeszcze czekali. Czy to możliwe? A jednak — byli sami. Zeszli na pierwsze piętro. Pokoje splądrowane, drzazgi od kul, dziury w ścianach nad łóżkami, wszędzie rdzawe plamy krwi. Dziwnym trafem, nienaruszona stała szafa biblioteczna. Wiedzieli, gdzie jest schowanych trochę pieniędzy, zegarek.
Wzięli też fotografie. Potem zeszli do jadalni. Wtedy zobaczyli, że w domu już ktoś jest. Byli to ludzie Fuldnera.
Fuldner był Treuhinderem'* w Rozwadowie, majątku sąsiednim. Późniejsze badania ustaliły z wszelką pewnością: zbrodnią kierował — pośrednio — Fuldner, bo miał ochotę na zbydniowskie konie i porcelanę. Zorganizował tę noc wspólnie ze swoimi przyjaciółmi z SS. Nie wiadomo nawet, czy podał im jakiś pretekst. Zalegalizowanie później tej „akcji” to był drobiazg. W gruncie rzeczy: „czyn patriotyczny”. Zniszczył przecie całą rodzinę. A wiadomo — każdy polski dom to gniazdo oporu. Dziewiętnaście osób! Spadkobierców nie będzie (Niemiec nie wiedział, że Dominik, najstarszy syn, był wtedy w dywersji na wschodzie), a Fuldner zostanie Treuhinderem Zbydniowa.

Stosy talerzy, półmisków i filiżanek stały na stole w jadalni gotowe do zapakowania. Obok — menażka niemiecka. Z następnego pokoju, przez otwarte drzwi, dochodził głośny szwargot. Inio wziął menażkę i wyrzucił ją przez okno.
Potem wyszli spokojnie, głównym wyjściem. Po parku kręcili się jacyś ludzie.
Przeszli między nimi, jak duchy, niezauważeni. Na leśniczówkę.

Parę dni później przemycili się do Warszawy.

Przez pewien czas sądziłem, że Inio nie żyje. Potem napisał do mnie jakąś okazją parę słów. Spotkaliśmy się pod Warszawą, u naszych wspólnych przyjaciół. Pamiętam wieczór, kiedy Inio wszystko nam opowiedział, spokojnie i po prostu. Nie tylko dlatego że chciał trochę bodaj rozładować ciężar strasznych przeżyć, ale i dlatego że uważał za swój obowiązek zdanie sprawy z tych wydarzeń i z opieki Bożej, którą tak wyraźnie uczuł nad Andrzejem i nad sobą. Myślałem wtedy, jak organicznie wstrętne musiały stać się małostki i udawania dla człowieka, który zawsze był gorący albo zimny — nigdy letni — a teraz przeżył te straszne rzeczy oddzielony od wieczności tylko cienkim drewnianym przepierzeniem.

* Powiernik (komisarz), wyznaczany przez Niemców do zarządzania polskim przedsiębiorstwem lub majątkiem w latach 1939—1945.

Jacek Woźniakowski
Ze wspomnień szczęściarza 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.