Tymczasem Marynia (tak pisarz nazywał ukochaną) wyjechała na dłuższe leczenie do Steinerhof w Tyrolu. Towarzyszyła jej przyjaciółka, Maria Sobotkiewicz – obie urodziwe panny nie mogły się wręcz opędzić od adoratorów. Tam do Maryni dotarł list z oświadczynami od Litwosa, co wprawiło ją w prawdziwą rozterkę.
Panna Szetkiewiczówna mogła mieć nowoczesne poglądy, ale była nieodrodną córką swojej epoki. List od Sienkiewicza wraz z projektem odpowiedzi odesłała rodzicom, proponując, by matka odbyła rozmowę z pisarzem. Jednocześnie poprosiła, aby nie trzymać Litwosa w niepewności, gdyż byłoby to nieuczciwością z jej strony.
Uzgodniona z rodzicami odpowiedź była rodzajem chłodnej odmowy, jednak pozostawiała cień nadziei. Marynia zaproponował przyjaźń i poradziła, by Sienkiewicz nie ustawał w wysiłkach zmierzających do zdobycia odpowiedniej pozycji towarzyskiej i materialnej. Mogło to wpłynąć pozytywnie na opinię jej rodziców o nim, ale podkreśliła, że nie „może zaręczyć, czy to doprowadzi do celu”.
List wprawił pisarza w ponury nastrój, jednak nie załamał go do końca. I dobrze, gdyż dziewczyna wcale nie była mu przeciwna, a poza tym zdawała sobie sprawę, że jej rodzice są podzieleni w ocenie konkurenta. Ojciec był jego zwolennikiem, bo widział w nim niezwykle utalentowanego twórcę, natomiast matka uważała, że jego sytuacja finansowa całkowicie go dyskredytuje jako kandydata na męża.
Maria wraz z przyjaciółką wyjechała niebawem na dalsze leczenie do Merano, w uzdrowisku przebywał wówczas także Stanisław Witkiewicz. Z nim właśnie korespondował Sienkiewicz, uzyskując wiadomości o ukochanej oraz na temat jego notowań u Szetkiewiczów. Tymczasem sam regularnie odwiedzał ich dom i starał się „robić dobre wrażenie”.
W Merano pojawił się także Bronisław Dembowski, adorator Sobotkiewiczówny, która była mu bardzo przychylna. Maria, widząc ich zachowanie, uznała, że nie ma „nic głupszego jak ci zakochani”. Jednocześnie wiedziała, że Witkiewicz „był zasypywany listami od Litwosa”.
Pisarz był stale obecny w jej myślach, razem z przyjaciółmi czytała Niewolę tatarską. Do Merano docierała także polska prasa z kolejnymi utworami jej adoratora, a także kolejne plotki na jego temat. Tymczasem Sienkiewicz najwyraźniej nie radził sobie z fenomenem tej popularności.
„Siedzę w swojej celi jak borsuk w jamie – zirytowany informował Witkiewicza – nie wyglądając na świat boży, a że nie zajmuję się niczym innym jak pisaniem, więc dobrzy ludzie zajmują się za mnie wszystkim innym. Siostry moje słyszały (…) na pewno, że żenię się z Kujawianką. Nie znam wprawdzie żadnej Kujawianki, ale to nie szkodzi. Inni wszakże (…) twierdzą, że żenię się z Podlasianką, i to bardzo bogatą. (…) Zeszłego roku żeniłem się z wszelką pewnością z panną Lelewel, moją kuzynką. Dotychczas powinienem być już ojcem dzieciom”24.
Trzeźwo obliczał swoje możliwości finansowe i doszedł do wniosku, że będzie mógł zarabiać do 4 tysięcy rubli rocznie (około 48 tysięcy euro). Taka kwota powinna w zupełności wystarczyć na spłatę dawnych zobowiązań i utrzymanie rodziny. Oczywiście zadbał o to, by wiadomości na ten temat dotarły do rodziców ukochanej, miał też nadzieję, że uzyska ich zgodę na wizytę w Merano.
Na razie wybrała się tam Wanda Szetkiewiczowa, która chciała porozmawiać z córką o Sienkiewiczu. Pisarz odprowadził potencjalną teściową na pociąg i zobowiązał się, że nie będzie pisał do Maryni. Obiecał również, że przestanie przesyłać jej pozdrowienia w korespondencji z Witkiewiczem. Jego nadzieje powoli jednak rosły.
„Jeżeli siła i czas uczucia jest gwarancją na przyszłość – zwierzał się Witkiewiczowi – to Ci tylko to powiem, że jak mnie złapało blisko dwa lata temu w Wenecji, tak trzyma dotychczas tak, że wyrazu znaleźć nie umiem. (…) Po prostu mam ochotę napisać sto razy, raz po raz – otóż kocham pannę Marię, kocham, kocham nad wszystko na świecie (…)”25.
Rozmowy matki i córki w Merano przyniosły efekt i po kolejnych listownych oświadczynach Maria odpowiedziała pozytywnie. Pobrali się w Warszawie w sierpniu 1881 roku.
Czas wyboru
W tym czasie Litwos powoli zmieniał swój światopogląd. Wprawdzie już wcześniej nie przepadał za nowinkami typu prawa wyborcze dla kobiet, dotychczas uchodził jednak za przedstawiciela młodego pokolenia o lewicujących poglądach. Okres narzeczeństwa z Marią, a także wiek (przekroczył już 34 lata) spowodowały, że odchodził od radykalizmu społecznego przedstawianego w Szkicach węglem.
Być może jak jeden z bohaterów Lalki Prusa doszedł do wniosku, że radykalne pomysły znikają, gdy „człowiek odłoży pierwszy tysiąc rubli, a poza tym pozna” właściwą kobietę. Sienkiewicz wprawdzie nie odłożył jeszcze tysiąca rubli (12 tysięcy euro), ale chciał zapewnić żonie jak najlepszy byt i wreszcie spłacić stare długi.
Już po powrocie z USA w jego publikacjach prasowych zaczęły pobrzmiewać bardziej zachowawcze poglądy, ale jednoznaczną deklaracją zmiany frontu stało się objęcie stanowiska redaktora naczelnego nowo powstałego dziennika „Słowo”. Profil pisma miał być konserwatywno-szlachecki, a jego pierwszy numer ukazał się 2 stycznia 1882 roku.
„Pragniemy być pismem umiarkowanym – informował Sienkiewicz czytelników – postępowym, a przy tym patriotycznym, to jest broniącym naród od doktryn osłabiających lub zgoła zabijających uczucie patriotyzmu”26.
Wśród założycieli gazety znaleźli się arystokraci, ziemianie i przemysłowcy, w zespole redakcyjnym dominowali konserwatyści. Nic zatem dziwnego, że „Słowo” uznano za pismo o podobnym charakterze, co krakowski „Czas”, a wielu literatów i publicystów zaczęło uważać Sienkiewicza za zdrajcę. Oskarżano, że sprzedał się za 1200 rubli (14,4 tysięcy euro) rocznej pensji oraz za „hrabiowskie wieczorki” i „kolacyjki”. Oburzenia nie ukrywała Eliza Orzeszkowa – twierdziła, że wprawdzie gazeta Sienkiewicza odniosła sukces, ale wyłącznie dlatego, iż pomijała wszelkie drażliwe tematy, przedstawiając wyidealizowany obraz rzeczywistości. Wtórował jej Adam Asnyk, redaktor naczelny krakowskiej „Nowej Reformy”, który oficjalnie zrezygnował ze współpracy z Sienkiewiczem.
Do nagonki przyłączył się także lider pozytywistów warszawskich, Aleksander Świętochowski, który na łamach warszawskiej „Prawdy” zarzucił Henrykowi Sienkiewiczowi brak stałych poglądów i skłonność do niepoważnych usprawiedliwień.
„(…) Odstępstwo jego od obozu postępowego – stanowcze i jawne – mówi głośno o tym, że jest tylko artystą, a zatem wszystkie idee i teorie naukowe wcale go nie obchodzą”27.
Zmęczony tym wszystkim Litwos nie potrafił zrozumieć, dlaczego nie można zmienić poglądów. Chwilami wręcz tracił panowanie nad sobą, tym bardziej że faktycznie objął „Słowo” wyłącznie z powodów merkantylnych.
„(…) Chodzi za mną tuman konkurencji, niechęci, złości, nienawiści, plotek, intryg, polemik – irytował się w liście do Witkiewicza. – (…) Żeby oni wiedzieli, ci, z którymi się kłócę o »Słowo«, jak ja głęboko mam w dupie te wszystkie rzeczy, które oni za wielkie uważają, (…) a z nimi – jak głęboko mam w dupie i »Słowo«, i »Wiek«, i »Niwę«, i całą tę prasę. (…) Kręcę się, bo muszę, bo trzeba coś robić i zapewnić sobie życie”28.
Inna sprawa, że sam też dostrzegał zachodzące w nim zmiany i z rezygnacją przyznawał, że stał się już zupełnie innym człowiekiem. Wprawdzie aprobował ten stan rzeczy, ale czasami pozwalał sobie na odrobinę autoironii.
„Powoli tracę ambicję – informował Witkiewicza. – (…) Wkrótce zacznę okradać na wierszach [wierszówce – S.K.], udawać przy tym Katona (…) i łudzić się swoją uczciwością. Po pewnym czasie będę obchodził jubileusz i grywał w resursie w wista, i należał do wszystkich komitetów, i był członkiem dobroczynności. (…) Narobię sobie nieprzyjaciół i pieniędzy, będę darmo jeździł kolejami i używał licznych podłych przywilejów związanych z redaktorstwem, i wyzyskiwał je w sposób nadzwyczaj niski”29.
Złośliwi wymawiali też pisarzowi, że dzięki swojemu stanowisku mógł właściwie dowolnie publikować nowe utwory i pobierać wysokie honoraria. Faktycznie, za Bartka zwycięzcę dostał 200 rubli (2400 euro), przy czym opowiadanie to od razu przedrukował krakowski „Czas”, wypłacając mu 200 guldenów (ponad 2100 euro). Nie zwracano jednak uwagi, że to właśnie utwory Sienkiewicza wpłynęły na sukces „Słowa” i właśnie dzięki nim pismo rozchodziło się w dużym nakładzie. Zwłaszcza wtedy, gdy zaczęto na jego łamach drukować Trylogię.
Pisarz powoli zaprzestawał publikacji tekstów typowo dziennikarskich, koncentrując się wyłącznie na kierowaniu redakcją. Szczególnie że w styczniu otrzymał zaliczkę w wysokości 300 rubli (3600 euro) na powieść historyczną w odcinkach z dziejów Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Początkowo miała ona nosić tytuł Wilcze gniazdo, potem została nazwana Ogniem i mieczem. Kolejne odcinki podpisywał już własnym nazwiskiem, ostatecznie porzucając pseudonim.
Czas szczęścia
Zapewne pewien wpływ na ewolucję poglądów pisarza miało udane życie małżeńskie. Maria była jego prawdziwą miłością, doskonale się rozumieli, a Sienkiewicz był w niej tak samo zakochany jak przed laty. Czasami wręcz utrudniało mu to pracę.
„Moje paniątko trochę mi przeszkadza – zwierzał się – bo jak słyszę, że tupoce w drugim pokoju, tak rzucam pióro, lecę i tarzam się u nóg”30.
Małżonków zbliżyło jeszcze bardziej przyjście na świat ich syna, Henryka Józefa. Teściowa pisarza uznała wtedy, że zięć musi odpocząć po stresach i wysłała go na dwa miesiące do Nałęczowa. Przyniosło to znakomite efekty – Sienkiewicz powrócił do Warszawy pełen werwy.
Marynia okazała się żoną wyrozumiałą i pełną wiary w talent męża. Wszyscy znajomi podkreślali, że to właśnie ona odegrała największą rolę w inspirowaniu go do dalszej pracy literackiej. Przepowiadała mu, że odniesie ogromny sukces i zdetronizuje pod tym względem Józefa Ignacego Kraszewskiego.
„Ona przykuła go do miejsca – podsumowywał dziennikarz i kolega Sienkiewicza, Antoni Zaleski – ona dała mu to szczęście, które sił przysparza, ufność w siebie samego budzi i możność pracy podwaja. (…) Ona przytłumiła w nim tę pesymistyczną nutę, która dźwięczała zawsze trochę rozpaczliwie we wszystkich jego poprzednich utworach; ona rozpogodziła ten umysł, co zbyt czarno zaczął już na świat patrzeć; ona była największym jego na ziemi uczuciem, przyjaciółką, powiernicą, doradczynią, krytykiem i jedyną osobą, o której sąd i zadowolenie dbał istotnie”31.
Podejrzewano, że gdyby nie Marynia, Sienkiewicz nie napisałby żadnej powieści, gdyż nie starczyłoby mu cierpliwości do długiej pracy nad jednym tematem. Najlepiej czuł się w nowelach, a pisanie miesiącami i latami jednego utworu kompletnie go nie interesowało. Jednak wpływ żony był zbawienny i niebawem miała pojawić się słynna Trylogia.
Henryk był tak zachwycony ich wspólnym życiem, że planował nawet napisać na ten temat powieść, którą zamierzał zatytułować Kroniki szczęścia. Niestety, Marynia zawsze miała skłonność do chorób płuc – chociaż wydawało się, że pokonała początkowe stadium gruźlicy, kolejna ciąża znacznie pogorszyła stan jej zdrowia. Pierwsze poważniejsze objawy wystąpiły na miesiąc przed urodzeniem drugiego dziecka – Jadwigi Marii. Już wówczas Witkiewicz – sam od lat walczący z gruźlicą – przewidywał nieszczęście, widząc, że Maria jest „w stanie zupełnie rozpaczliwym”. Tymczasem jej najbliżsi nie dopuszczali do siebie najgorszego, a Sienkiewicz całkiem poważnie myślał o wyjeździe na stałe do Kalifornii lub Egiptu. Uważał, że przyjazny klimat uratuje zdrowie żony – na przeszkodzie stanęły jednak względy finansowe. Powodzenie jego utworów i pensja w „Słowie” mogły jednak zapewnić pobyt w uzdrowiskach alpejskich i na południu Europy. I właśnie tam państwo Sienkiewiczowie zaczęli bywać, podczas gdy dwójka ich dzieci pozostawała w Warszawie pod opieką rodziców Marii.
Najgorsza klęska
W styczniu 1884 roku Sienkiewiczowie wyjechali do San Remo we Włoszech, skąd Henryk starał się kierować redakcją „Słowa”, a także wysyłał do Warszawy kolejne odcinki Ogniem i mieczem. Obowiązki zawodowe łączył z troskliwą opieką nad żoną, która nie mogła się nachwalić jego cierpliwości. Opracował wówczas specyficzny system pracy: pisał w nocy i nad ranem, a potem poświęcał czas chorej. Chcąc utrzymać się w dobrej formie fizycznej, dużo samotnie spacerował, a Marynia, która nie mogła mu towarzyszyć, odpoczywała wówczas w hotelu.
Kilkanaście tygodni pobytu w ciepłym klimacie zaowocowało poprawą zdrowia pani Sienkiewiczowej, toteż w maju małżonkowie przenieśli się na miesiąc do Arcachon nad Zatoką Biskajską. Sytuacja wydawała się opanowana, dlatego zdecydowali się na powrót do kraju, spędzając jeszcze kilka dni w Paryżu w towarzystwie Marii Sobotkiewiczówny i jej męża, Bronisława Dembowskiego.
Niestety, w Warszawie ponownie pojawiły się dolegliwości płucne. W tej sytuacji zaplanowali pobyt w Zakopanem, ale lekarze orzekli, że o tej porze roku panuje tam zbyt wilgotny klimat i zalecili wyjazd do Reichenhall. Jesienią 1884 roku Sienkiewiczowie pojawili się w Bawarii, gdzie Henryk pracował nad Potopem.
„Powietrze tu nader łagodne – informował jednego z przyjaciół – i co lepsze, pogoda stała. Od czasu do czasu robię wycieczki dalsze piechotą. Byłem w Berchtesgaden i w Königssee, zajęło mi to cały dzień. Na dłużej nie mogę się oddalać, gdyż zdrowie żony wymaga bardzo starannej i czułej opieki”32.
Tymczasem lekarze ponownie zalecili zmianę klimatu i małżonkowie trafili do Merano, gdzie zdrowie Maryni wydawało się poprawiać. W tej sytuacji pisarz pozostawił partnerkę na pewien czas samą i przyjechał do Warszawy, by pozałatwiać najpilniejsze sprawy. Zdawał sobie bowiem sprawę, że pieniędzy na pobyt w Merano wystarczy jeszcze tylko na kilka tygodni. Udało mu się jednak zawrzeć z Gebethnerem i Wolffem umowę na zbiorowe wydanie swoich dzieł, a otrzymana zaliczka uratowała sytuację. Dzięki temu małżonkowie mogli w połowie stycznia 1885 roku przenieść się do San Remo, a potem do Mentony w Prowansji. Gdy pod koniec kwietnia nadeszły upały, powrócili do Merano. Pisarz wciąż pracował nad kolejnymi odcinkami Potopu.
„Ciężka to rzecz podróżować i pisywać po hotelach bez żadnych resursów umysłowych – narzekał w liście do teścia – ciarki mnie biorą, gdy pomyślę, że jeszcze trzy tomy trzeba nabazgrać i żyć ciągle tymczasowym życiem. (…) Ale czasu nie mam – bo »Czas« następuje mi na pięty i spod pióra drukuje. Straciłem dużo czasu na podróż tu i dlatego mnie dogonili”33.
Również Sienkiewicz zaczął wówczas odczuwać problemy zdrowotne, gdyż tryb życia, jaki prowadził od wielu miesięcy, nie pozostał bez wpływu na jego samopoczucie. Wprawdzie wciąż troskliwie opiekował się żoną i pisał kolejne odcinki, ale narzekał na powtarzające się bóle głowy. Marynia czuła się jednak lepiej i tylko to dla niego się liczyło. Gorączka ustąpiła, a miejscowi lekarze byli pełni optymizmu. W tej sytuacji Sienkiewiczowie zakończyli pobyt w Merano i wyjechali do Warszawy, planując rodzinny pobyt w Szczawnicy. Ale losu nie dało się oszukać.
W stolicy przebywali zaledwie kilkanaście dni, gdyż po opuszczeniu Alp od razu powróciły dolegliwości płucne żony pisarza. Warszawscy lekarze byli przerażeni jej stanem i nakazali natychmiastowy wyjazd w góry. Zanim jednak Sienkiewiczowie dojechali do Wiednia, Maria miała już ponad 38 stopni temperatury. Gorączka już nigdy jej nie opuściła.
Osiedli w Reichenhall, gdzie przyjechała też Maria Sobotkiewicz-Dembowska, by pomóc Henrykowi w opiece nad żoną. Pisarz z rozpaczą patrzył, jak Marynia gaśnie, a w połowie sierpnia stracił już nadzieję i otwarcie napisał o tym do teściów. Gorączka utrzymywała się na poziomie blisko 40 stopni, chora bardzo straciła na wadze. Do Bawarii przyjechała matka Maryni. Chociaż była przerażona jej stanem, nie mogła się nachwalić zięcia za jego miłość i poświęcenie dla chorej.
„Henryk czuwa nad nią z troskliwością i czułością jakby matka, mąż i siostra miłosierdzia w jednej osobie – informowała młodszą córkę – (…) jest przy niej w dzień i noc – a potem biedactwo pisze kilka godzin dziennie – ach, co bym dała, żeby się ten Potop skończył”34.
Niebawem przyjechał też ojciec Marii, a pod koniec września wszyscy przenieśli się do odległego o niespełna 200 kilometrów Falkenstein. Klimat miał być tam lepszy dla chorej, ale jej nic już nie mogło pomóc. Coraz bardziej opadała z sił i zmarła 19 października 1885 roku, mając zaledwie 31 lat.
Gorzka cena sukcesu
Sienkiewicz przyznawał po latach, że po śmierci Marii tylko konieczność dalszego pisania Potopu trzymała go przy życiu. Był to obowiązek, którego nie mógł zaniechać. A przy okazji najlepsza z możliwych terapii. Czasami nienawidził tej książki, chociaż umożliwiała mu ona systematyczne odrywanie się od ponurych myśli i dawała poczucie, że może funkcjonować po tragedii.
Od tej chwili przez następne lata prowadził koczownicze życie, wędrując po Europie i świecie. Podczas choroby Marii nauczył się pisać w hotelach, teraz nawet dzieci nie potrafiły go utrzymać przy sobie. Podróżował po różnych krajach, tłumacząc, że było to konieczne dla zdrowia i zbierania materiałów do kolejnych książek, ale w rzeczywistości uciekał przed samym sobą. Zarabiał coraz lepiej, miał wystarczające środki finansowe, a potomstwem opiekowali się teściowie.
Ogniem i mieczem odniosło wręcz nieprawdopodobny sukces. Drukowane w „Słowie” i „Czasie” uzyskało ogromną rzeszę czytelników, a wydania książkowe natychmiast zostały wyprzedane. W ciągu kilku lat pojawiły się trzy edycje po 3 tysiące egzemplarzy, co wówczas oznaczało znaczny nakład.
Nie zabrakło jednak także krytycznych ocen. Ich autorami byli głównie koledzy po piórze, trudno zatem się oprzeć wrażeniu, że chodziło o zawodową zawiść wobec Sienkiewicza. Szczególne rozbawienie wzbudza po latach opinia Józefa Ignacego Kraszewskiego, który uznał, że powieść była… „nudna i rozwlekła”. Jeszcze bardziej zaskoczył wszystkich Piotr Chmielowski, twierdząc, że „rodzina powieści historycznej jest dla Sienkiewicza zamknięta”.
Kompromitowali się również inni – Aleksander Świętochowski na łamach „Prawdy” rozprawił się nie tylko z Ogniem i mieczem, lecz także z Potopem, który wówczas istniał jeszcze tylko w formie zapowiedzi. Lider pozytywistów pastwił się nad pisarzem w całej serii artykułów, by na koniec ochłonąć i całkiem przytomnie zauważyć, że Ogniem i mieczem „należy do najlepszych płodów piśmiennictwa polskiego”.
Z kolei Teodor Tomasz Jeż, który także był autorem powieści z czasów powstania Chmielnickiego, miał za złe Sienkiewiczowi, że stosował „tanie sztuczki literackie” w celu zainteresowania czytelników. Inni zarzucali mu, że osobiście nie widział Ukrainy, a tamtejsze opisy stepów podejrzanie przypominały amerykańską prerię.
Najobszerniej znęcał się nad książką i jej autorem Bolesław Prus. Wytknął Sienkiewiczowi, iż powołał do życia całkiem pokaźne grono „papierowych postaci”, a Skrzetuski, to „Jezus Chrystus obsadzony w roli oficera jazdy”. Było to zresztą całkiem słuszną uwagą, gdyż nawet zagorzałych wielbicieli Sienkiewicza irytowała doskonałość głównego bohatera Ogniem i mieczem. Prusowi natomiast podobał się Zagłoba, chociaż uznał go za kolejną „postać nierealną”. Zauważył też, iż „powieść ma kapitalne wady”, ale talent Sienkiewicza potrafił sprawić, że czytelnicy tego nie dostrzegali.
Negatywne opinie utonęły jednak w morzu pochwał, a jeden z krytyków przyznał, że osoba wypowiadająca się negatywnie o powieści jest natychmiast poddawana ostracyzmowi towarzyskiemu. Wszyscy mówili językiem Ogniem i mieczem, emocjonowali się losami bohaterów, a ci, którzy przepuścili kolejny odcinek, zdobywali u swoich przyjaciół wiedzę na temat rozwoju akcji. Listy czytelników, którzy wyjechali na prowincję i nie mogli dostać egzemplarza „Słowa” albo „Czasu”, były przepełnione błaganiami o wycinki z gazet lub streszczenia. Doszło nawet do tego, że grono warszawskich czytelniczek wystosowało list do autora z prośbą, by nie uśmiercał Skrzetuskiego i pozwolił mu poślubić Helenę!
„Powodzenie, jakiego w naszych czasach nikt nie widział – podsumowywał Stanisław Tarnowski. – (…) Kiedy wychodziło Ogniem i mieczem, nie było rozmowy, która by się od niego nie zaczynała i na nim nie kończyła, o bohaterach powieści mówiło się i myślało jak o żywych ludziach. (…) Jak legenda wyglądać będą opowiadania o tej pani, co zapytana przy powitaniu, czy jej się nie stało coś złego, że taka smutna, odpowiedziała: »Bar wzięty!«, o tym pacierzu, który ktoś mówił za duszę Podbipięty i aż w połowie spostrzegł się sam, że to wymyślona śmierć i wymyślona dusza”35.
Szaleństwo sięgnęło zenitu, gdy pojawiły się pierwsze odcinki Potopu. Powieść stanowiła najważniejszy temat rozmów, nie tylko w salonach, lecz także wśród ludzi, których nikt nie posądzałby o zamiłowanie do literatury. Losami bohaterów książki emocjonowali się również… analfabeci.
„Józef opowiadał mi rzecz następującą – wspominał Stefan Żeromski. – Był raz w zimie tego roku w Staszowie, miał interes na poczcie, czekał tam więc. Razem z nim czekało na przyjście poczty ze dwudziestu szewców, czeladników, sklepikarzy – czekali na »Słowo«. Gdy poczta przyszła, urzędniczek pocztowy zaczął czytać Potop na głos. Ci ludzie czekali tam parę godzin, oderwawszy się od pracy, aby usłyszeć dalszy ciąg powieści”36.
Finanse autora Trylogii
Na Ogniem i mieczem Sienkiewicz zarobił stosunkowo umiarkowane pieniądze. Honorarium za druk w „Słowie” wyniosło łącznie 800 rubli (około 9600 euro), identyczną sumę guldenów zapłacił krakowski „Czas” (około 8500 euro). Pewne kwoty przyniosły także wydania książkowe, jednak – jak na ogromny sukces powieści – dochody te były niewielkie. Przekłady zagraniczne nie dawały natomiast prawie żadnych pieniędzy, nie były to bowiem czasy obowiązywania prawa autorskiego. Normalną praktykę stanowiły pirackie tłumaczenia – przekładał i wydawał właściwie każdy, kto tylko chciał, nikt też nie przejmował się opinią właściwego krajowego wydawcy czy autora. Jakiekolwiek honoraria zależały tylko i wyłącznie od dobrej woli wydawnictw zagranicznych, a na ogół nikt – jeśli nie musiał – nie płacił.
Sienkiewicz doskonale o tym wiedział i traktował to jako rzecz normalną. Uważał bowiem, że sprawa jest z góry przegrana, skoro nie istnieją narzędzia do ukrócenia piractwa literackiego. Uważał nawet za sukces, gdy zagraniczny kontrahent zwracał się do niego o zgodę (bezpłatną) na tłumaczenie.
„Daję panu pozwolenie przekładania na słoweński wszystkich prac moich, które się panu wybrać spodoba, bez żadnych pretensji do jakiegokolwiek wynagrodzenia – informował pewnego wydawcę z Lublany. – Owszem, przyjemnie mi będzie, jeśli w ten sposób będę się mógł przysłużyć tyle dla mnie i dla nas wszystkich sympatycznym pobratymcom”37.
Wiedział, że jego zarobki związane są wyłącznie z rynkiem polskim, ale i tutaj były problemy. Wydawca, który dostał od „Słowa” licencję na wersję książkową Potopu, miał zgodę na wydrukowanie 3 tysięcy egzemplarzy, a podobno sprzedał prawie cztery razy tyle – i nic więcej nie zapłacił. Nie powinno zatem dziwić, że zdegustowany Sienkiewicz twierdził, iż nawet w kraju wszyscy na nim zarabiają, a on dostawał tylko sześć rubli (72 euro) za jeden odcinek.
Oczywiście nie było aż tak źle, gdyż druk Potopu jednocześnie ze „Słowem” rozpoczęły „Czas” i „Dziennik Poznański”. Oznaczało to, że książka ukazywała się w prasie wszystkich zaborów, a pisarz otrzymywał honoraria od trzech wydawców. Nie wszyscy jednak płacili na czas. A najczęściej spóźniali się rzekomo uczciwi i porządni Wielkopolanie…
Dopóki Sienkiewicz walczył o życie żony, nie przykładał większej wagi do spraw finansowych. Wystarczała mu świadomość, że miał pieniądze na pobyty w uzdrowiskach, porady lekarzy i przejazdy. Później jednak postanowił zrobić porządek ze swoim budżetem. Gdy w sierpniu 1886 roku ukończył Potop, mógł wreszcie postawić własne warunki. Zgodził się na napisanie Pana Wołodyjowskiego, ale zażądał od „Słowa” 8 tysięcy rubli (prawie 100 tysięcy euro) honorarium. Co więcej, połowę chciał otrzymać zaraz, i do tego w markach niemieckich, gdyż ruble miały niestabilny kurs. Wprawdzie wydawcy narzekali, że niebawem pisarz zażąda pewnie wypłaty w brylantach, ale zgodzili się na jego warunki. Nie mieli zresztą wyboru, bo Sienkiewicz był istną kurą znoszącą złote jajka i nic dziwnego, że zamierzał wreszcie zarobić godziwe pieniądze.
Niedługo później za prawo do odcinkowej publikacji Bez dogmatu zażądał – i otrzymał – 12 tysięcy rubli (ponad 140 tysięcy euro). Książka ta była zresztą znacznie mniej obszerna niż poszczególne części Trylogii, ale to Sienkiewicz stawiał teraz warunki.
Wreszcie mógł zrezygnować z posady redaktora naczelnego „Słowa”, zresztą ze względu na ciągłe podróże i wytężoną pracę literacką był raczej tytularnym szefem. Złośliwi twierdzili nawet, że zachowywał stanowisko wyłącznie dla wysokiej pensji, a skoro zaczął zarabiać znaczne pieniądze piórem, nie musiał już udawać redaktora.
Pan Henryk miał jednak trzeźwe spojrzenie na sprawy finansowe i uważał, że brał tylko tyle, ile mu się należało – nie chciał żadnych dodatkowych pieniędzy. Gdy zatem po zakończeniu druku Pana Wołodyjowskiego dostał dar w wysokości 15 tysięcy rubli (180 tysięcy euro!), nie chciał go przyjąć. Problemem był jednak zwrot darowizny, gdyż jako nadawca figurował niejaki… Michał Wołodyjowski, a poza tym dodano jeszcze tylko dwa słowa: „Nic to”. Prezes Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego, za pośrednictwem którego przekazano pieniądze, odmówił podania nazwiska darczyńcy, wobec czego Sienkiewicz na łamach „Słowa” ogłosił list otwarty. Poinformował o otrzymanej kwocie i dodał, że złożył pieniądze w Towarzystwie Kredytowym, a jeżeli ich odbiór nie nastąpiłby w ciągu trzech lat, zamierzał postąpić z nimi „według własnego uznania”.
Po tygodniu pisarz otrzymał informację, że nadawca zgodził się na ten warunek, wobec czego Sienkiewicz utworzył fundusz stypendialny imienia zmarłej żony. Kwota została przesłana do krakowskiej Akademii Umiejętności i raz do roku zysk z jej oprocentowania (800 rubli – 9600 euro) był przeznaczany na stypendia dla chorych na gruźlicę polskich artystów i twórców, którym brakowało środków na leczenie. Ich nazwiska miały pozostać nieznane, a stypendia przyznawano zawsze w rocznicę śmierci Marii Sienkiewiczowej. Wśród twórców, którzy z nich skorzystali, byli m.in.: Maria Konopnicka, Stanisław Witkiewicz, Kazimierz Przerwa-Tetmajer i Stanisław Wyspiański…
Nobliści skandaliści
Sławomir Koper
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.