Zagrzebani w śniegu
Znalazłem się sam nie tylko w przedziale, ale i w całym wagonie. Zdaje się, że pierwszą klasą nikt tu nie jeździ. Konduktor obejrzał bilet i gdzieś się podział. Pociąg monotonnie zadudnił po przemarzłych podkładach i szynach. Brzęczały szyby, zgrzytały kiedy niekiedy hamulce, podzwaniały łańcuchy, pociąg gwizdał, stawał, znowu ruszał, jęczały dzwonki, migały światła stacyjne… ale wszystko to były dźwięki zewnętrzne, nienaruszające zupełnie osamotnienia mojego wagonu. Czuję się niby w szklanej trumnie, w rzęsiście oświetlonym, wydłużonym pudle, wleczonym przez „żelaznego smoka”.
Chodzę po wąskim korytarzyku, zaglądam do pustych przedziałów, gdzie błyszczą martwo lustra i złocone brązy, wodzę wzrokiem po pustych siatkach, po firankach trzęsących się od ruchu pociągu. Jest coś tajemniczego we wszystkim, co jest związane z podróżą, tym symbolem życia, gdyż nawet ci, którzy siedzą na miejscu, wciąż przecież dokądś dążą i szukają czegoś, i nigdy nie są pewni jutra.
Ile złoconej nędzy, występku, rozpaczy, ile tęczowych marzeń i nadziei, ile ambicji, wyrachowania lub bolesnej na wszystko obojętności przewiozły te wygodne chwilowe więzienia?…
Ogarnął mnie letarg podróżniczy, a następnie senność. Wołam na posługacza, aby mi przygotował posłanie, lecz ani znaleźć go, ani dowołać się go nie mogę. Wówczas przypominam sobie rady przyjaciół: „Wystrzegaj się jeździć samotnie w przedziale pierwszej klasy”. Na domiar przypominam sobie, że istotnie czytałem niedawno w gazetach o bandzie kolejowych opryszków, operujących gdzieś w tych miejscowościach. Rad nierad otwieram kuferek i wyjmuję rewolwer, a klamkę drzwi przywiązuję mocno do jakiegoś haczyka. Słyszałem później w nocy, jak się ktoś dobijał; pewnie konduktor albo kontroler, ale nie otworzyłem. Trudno: uprzejmość moja nie mogła przezwyciężyć wstrętu do zimnej podłogi.
Sznurek okazał się dobrym wynalazkiem, zwykłe zamknięcie na klameczkę wcale nie zabezpiecza. W moich oczach jakiś jegomość, chcąc się dostać do zamkniętego przedziału, wyjął z kieszeni zwykłe, płaskie szczypce i zamek otworzył. W nowych syberyjskich wagonach są już wszędzie łańcuszki i chociaż rzezimieszkowie przecinają je z łatwością, ale bądź co bądź jest to przeszkoda… W starych wagonach śpiący pasażer jest zupełnie na łasce służby kolejowej i złodziei… Wciąż na liniach wschodnich i syberyjskich słychać skargi na kradzieże. Zdarzają się nawet morderstwa.
Ale samotność ma w podróży wiele też uroku. Zamiast więc szukać uciążliwego towarzystwa, nauczyłem się barykadować drzwi. Używałem do tego stolika, który doskonale mieścił się we framudze i naciskał na klamkę.
Obudziłem się nazajutrz o wschodzie słońca. Wokoło rozścielała się bezkresna, zaśnieżona równina. Tu i owdzie, niby blade obłoczki, szarzały gaje i smugi brzeźniaku; nad nimi, na zachodzie, wisiał na szafirowym niebie blady sierp młodego księżyca. Pociąg, ciężko dysząc, leciał ku słońcu, które wielkie i czerwone to wychylało się, to nikło w kłębach różowego dymu lokomotywy. Biegliśmy pod wiatr, więc dym owijał nas wciąż niby welon. I dzień następny, i noc pociąg leciał przez zaśnieżone stepy. W dali majaczyły tu i ówdzie wioski szare, niskie, przytulone do ziemi jak stada zziębłych kuropatw. Liczne wiatraki świadczyły o żyzności ziemi, lecz… pomimo wiatru skrzydła ich tkwiły nieruchomo w błękitach. Może nie miały co mleć w tym roku, a może wiatr był dla nich za silny.
Istotnie wiatr w miarę posuwania się pociągu na wschód wzmagał się, nabierał cech wichury.
W Samarze za radą generała, który znał dobrze te okolice, zrobiłem zapas żywności.
– Może się panu uda szczęśliwie… przeskoczyć przez nasz Złatoust, ale… zawsze lepiej mieć coś z sobą!
Na stacji dużo gadano o wypadku, który zdarzył się niedawno (28 lutego) na uralskiej przełęczy. Pociąg spadł z nasypu i według sprawozdań gazet było pięćdziesięcioro rannych i kilku zabitych.
Droga między Syzraniem a Złatoustem uważana jest za najgorszą i najniebezpieczniejszą w całej Rosji. Ciągle zdarzają się rozmaite wypadki.
Podróżni przygotowywali się do przebycia tej części drogi jak do jakiej wojennej wyprawy.
Miałem już w wagonie współtowarzyszów. Wprawdzie generał wysiadł w Samarze, ale natychmiast damski przedział zajęła jakaś dystyngowana Angielka.
We dnie wiatr przycichł i pędziliśmy wesoło wśród słonecznych kryształowych błękitów, podziwiając zaspy śniegu namiecione przez niedawną zawieję. Tydzień temu wstrzymała ona na dwa dni w tym miejscu cały ruch pociągów. Zupełny bezruch powietrza budził w nas nadzieję, że się nam uda przemknąć szczęśliwie przez fatalne miejsce. Mróz skrzył się smugami brylantów na pooranych przez wichurę śniegach. Zbielałe od sadzi drzewa stały spokojnie w swym muślinowym ubiorze. Lecz palacz z naszego wagonu, spytany o pogodę pokręcił głową.
– Kto ją odgadnie… pogodę?… Ona przebiegła… czasem się jeno przyczai…
Z pewnym niepokojem spoglądałem na skamieniałe stepy i chwilami wydawało mi się, że rysy ich już drgają.
Jeszcze nie drgały naówczas, ale pod wieczór lekkie podmuchy zaczęły mieść śnieg pod koła. Grajcarki białej kurzawy wzlatywały z czubów wydm, lecz opadały natychmiast leniwo. Step budził się. Wiatr się zmienił, gonił teraz za nami jak gdyby igrał: chwytał dym lokomotywy, kotłował go po polach, zwiewał w bok lub obrzucał nas tumanami iskrzącej się w słońcu kurzawy.
Zorza wieczorna zagasła w purpurowych chmurach.
Nazajutrz obudził mnie niezwykły bieg naszego pociągu. Szarpał, trząsł się i stukał kołami, jak gdyby miał szczerą chęć wykoleić się wkrótce. Wiatr gwizdał zuchwale i rzucał coraz gęstsze obłoki śniegu na uciekające wagony. Na jednej ze stacji dodano nam drugą lokomotywę. Niewiele to pomogło: pociąg utykał coraz widoczniej. Nareszcie wstrząsnął się, stanął i zaczął przeraźliwie gwizdać. Wyjrzałem z wagonu, okolica tonęła w mlecznej, ryczącej wichurze. Pociąg szarpnął jeszcze kilka razy, po czym znieruchomiał na długo. Wewnątrz i na zewnątrz niego rozległy się trwożne głosy, w kłębach śnieżycy zaczerniały cienie ludzi. Ubrałem się i ruszyłem na wywiady. Zaniepokojona Angielka wyglądała przez okno. Wichura w mgnieniu oka przejęła mój jesienny paltot, zaczęła ziębić mnie i szczypać. Zaciekawiony brnąłem jednak przez zaspy ku przedniej lokomotywie. Tam ruszała się gromadka ludzi. Byli to robotnicy kolejowi.
Mało jednak pracowali; oparci na łopatach lub zasłaniając się nimi jak wachlarzami od wiatru, utyskiwali na zimno, wichurę i… drogowego technika. Urzędnik ze znaczkiem na czapce coś głośno rozkazywał, ale nie bardzo go słuchano. Wiatr chwytał rozkazy i unosił w stronę przeciwną: trudno było go przekrzyczeć, a łatwo nań spędzić, że się nie słyszało. Lokomotywa co czas jakiś gwizdała, z tyłu odpowiadała jej towarzyszka, po czym maszyna zaczynała ciężko oddychać, jak człowiek skupiający siły, jej tłok, korby i koła ruszały się z początku wolno, potem coraz szybciej i szybciej.
Daremne wysiłki: jej tułów, wielki, zakopcony, zaśnieżony, nie posuwał się na krok, wiatr tymczasem potężniał, mrok zapadał, choć w istocie był przecież poranek. Leciał on nie z nieba jak zwykle, lecz z ziemi i był jakiś mętnobiały, martwy, przerażający. Nieduża z początku zaspa przed lokomotywą wkrótce sięgnęła jej do osi. Robotnicy choć wzięli się szczerze do łopat, nie zdążali odrzucać śniegu. Wiatr chwytał go i ciskał na powrót. A była go w powietrzu taka obfitość, że najbliższe przedmioty przeświecały przezeń słabo jak przez mleczne szkło.
Naczelnik pociągu kazał podzielić pociąg na kilka części w nadziei, że mu się uda go przeprowadzić przez zaspę częściowo, po kilka wagonów.
Z wielkim mozołem przeciągnięto wagon pocztowy, następne próby poszły jeszcze oporniej. Wagony zasypane były aż po stopnie. Rozwiała się nadzieja odkopania ich, można je było jedynie przeciągnąć przez zaspy. Lokomotywy jęczały od wysiłku, lecz praca okazała się nad ich siły. Mroźny wiatr zwiewał ciepło i osłabiał je, lecący zewsząd śnieg zalepiał otwory, wypełniał szpary i przeloty, topniał, chłodził kocioł i spływał na dół, gdzie znowu zamarzał, tworząc duże sople lodowe, rosnące jak stalaktyty i stalagmity między ziemią a członkami stalowych olbrzymów, wkrótce gęsta i mocna sieć nici lodowych łączyła maszynę z ziemią. Trzeba ją było wciąż obijać i niszczyć, a ona wciąż powstawała na nowo. Kłęby dymu, pary, chrapliwe świsty, przejmujące chrapanie maszyny, brzęk szarpanych łańcuchów, łoskot uderzanych buforów, sprawiały wrażenie strasznej agonii wlepionego w śniegi pociągu. Ponad tym wszystkim unosiło się wściekłe wycie rozwydrzonej zamieci. Do tumanów lecącego z dołu śniegu dołączyły się obłoki padającego z góry. Świat cały znikł w białej chmurze, w której długi nasz pociąg ginął jak mała kruszyna.
Przejmujące zimno zmusiło mnie, bym schronił się do wagonu. O tak! Była to zamieć nieustępująca bynajmniej „purgom”1 Oceanu Lodowatego! Wśród podróżnych wszczął się popłoch. Służba kolejowa traciła głowę. Jeszcze raz z wielkim wysiłkiem spróbowano przewlec jeden wagon z podróżnymi, lecz po kilku stajaniach wagon wykoleił się i zamknął ostatecznie drogę.
Wtedy odczepiono tylną lokomotywę i posłano ją na powrót na stację po pomoc.
– Czy aby dojdzie? – szeptali konduktorzy.
Zbliżał się wieczór.
W pociągu zawrzało. Głodni podróżni poczęli się burzyć.
– Naczelnik!… Gdzie naczelnik pociągu?! – wołali, snując się po wagonach.
– Uciekł na lokomotywie na stację!
– Ależ nie! Siedzi w służbowym wagonie i zapija herbatę!
– Pójdźmy do niego. Nic w ustach nie miałem od rana.
– Co to będzie, gdy zabraknie opału? Zmarzniemy!
Gdy procesja wzburzonych podróżników wtłoczyła się do służbowego wagonu, naczelnik pociągu, młody inżynier, bardzo się zmieszał.
– Cóżem ja winien? – tłumaczył się.
– Co nas to obchodzi! Chcemy jeść i nie chcemy zmarznąć. Dlaczego było mało ludzi na drodze? Dlaczego ich dotychczas nie ma? Pan chciał rzucić nas i uciec… Pan zapija herbatę, kiedy nasze żony i dzieci… nie mogą doprosić się łyka wody gorącej…
– Posłałem na stację po pociąg ratunkowy.
– Czy pan zaręczy, że dojedzie?
Inżynier ruszył ramionami.
– Tego nikt nie wie i przewidzieć nie może. Kazałem przygotować wody gorącej, lecz niech panowie oszczędzają opału, gdyż mało go mamy.
– A co? A co? Zmarzniemy! Zamrożą nas żywcem! Co ci kolejarze sobie myślą!?
Inżynier w milczeniu wycierał pot z czoła.
– I w podobny sposób krzywdzą ludzi, którzy zapłacili swoje pieniądze! – srożył się jakiś cięty trochę jegomość w lisim futrze.
– Panowie, niechby nas wszystkich przeprowadzili do jednego wagonu dla zaoszczędzenia opału – proponował inny w bobrowej czapce.
– Zwariowałeś pan? Cały pociąg do jednego wagonu?
– Więc do dwóch.
– A kobiety?… Przecież spać trzeba.
– Będzie cieplej.
– Pociąg ratunkowy przywiezie żywność i opał – znów spróbował uspokoić wzburzonych inżynier.
– Nie zawracaj pan głowy! Żaden pociąg w taką zamieć nie dojedzie!…
Na chwilę głosy ucichły jak gdyby dla wysłuchania odpowiedzi burzy. A burza wyła, huczała, gwizdała, przewalała potoki śniegu ponad wagonami, przewiewała je między kołami, zatykając coraz szczelniej wolne otwory i przedziały. Oddech jej lodowy sięgał nawet głębi wagonów i kołysał blade płomienie świec i lamp.
– W każdym razie proszę… drzewa i świec oszczędzać…
– Panie, jadę z żoną i nic myślę siedzieć w ciemnościach. Kupiłem trzy bilety, aby mieć oddzielny przedział. Teraz słyszę o jakimś projekcie pomieszania wszystkich klas – gadał gruby jegomość w lisim futrze.
– Pan myśli, że to żarty. My tu panu przyślemy nasze kobiety. Niech pan z nimi pogada! – groził inny.
Inżynier, który na pozór popadł w zupełne odrętwienie, nagle ożył.
– Wszystko będzie! Niech się panowie uspokoją! Każę zapalić wszystkie lampy. A jeżeli nie starczy opału, to rozbierzemy budkę najbliższego dróżnika.
Mężowie odeszli ułagodzeni. Jeden z nich tylko huczał dalej, niby bąk puszczony w ruch zbyt silną ręką.
– Co panowie im wierzycie! Szelmy, łotry, wyzyskiwacze… Umyślnie wsadzili nas w zaspę… Dla nich to żniwo… gratka! Kto policzy koszta odkopania? Kolej zapłaci, ile podadzą, a podadzą, co im się żywnie podoba! Ilu ludzi pracuje na linii? Może trzystu, a może trzydziestu?… Kto ich porachuje? Ile im zapłacono? Może dano im po pół rubla, a może i po dwa?… Znam ja te zaspy dobrze, sam byłem kolejarzem… Każda taka zamieć to złota żyła… Głupi chyba nie pociągnie… A że nam źle, co ich to obchodzi?… Co ich obchodzi! Rekiny, mówię panom… Ale ja nie dam się skrzywdzić!…
Ten rezolutnie przeniósł się z trzeciej klasy do pierwszej i został moim sąsiadem. Nie miałem czasu jednak słuchać jego gadania, gdyż musiałem śpieszyć na pomoc sąsiadce. Wyglądała na bardzo strapioną. Nic nie jadła i nie żądała nawet wody gorącej na herbatę. Ofiarowałem jej do rozporządzenia moją zaopatrzoną jako tako w Samarze spiżarnię i wkrótce piliśmy wesoło wcale niezłą herbatę z wody śniegowej na małym stoliczku, nawet nakrytym serwetą.
Właśnie opowiadała mi o niepokoju, jaki wywołać musiało jej opóźnienie, gdy rozległ się łoskot i wagon potoczył się jak pijany. Imbryki z wodą gorącą spadły na siedzenie, pudełko z biszkoptami na ziemię, Angielkę odrzuciło w jeden kąt, a mnie w drugi. Uderzenie powtórzyło się jeszcze kilka razy, ale było już słabsze, po czym rozległ się gwar, który górował nawet nad rykiem zamieci. Angielka już przyszła do siebie: nie potrzebowałem jej ratować. Skoczyłem więc do swego przedziału, skąd rozległ się wielki trzask w czasie wstrząśnienia; obawiałem się o żelazne pudło z przyrządami i apteczką. Były tam prócz tego naboje, eter oraz inne wybuchające i łatwo zapalne substancje.
Widok, który ujrzałem, przeraził mnie: pudło leżało na ziemi, dnem do góry. Spadając, wywaliło drzwi, i gdybym był wówczas w przedziale, niechybnie by mnie zabiło, ważyło bowiem przeszło sto kilo. Ale wewnątrz pudła panowała pocieszająca cisza. Nic nie syczało, nie swędziło. Ostrożnie postawiłem je wiekiem do góry i otworzyłem. Dzięki szczelnemu upakowaniu nawet szkiełko żadne nie pękło.
Odetchnąłem i pobiegłem dowiedzieć się, co znaczył hałas. Okazało się, że przyszła lokomotywa, którą posyłano na stację. Przerzynając się przez zaspy, nie umiarkowała biegu, wpadła na nas, połamała pierwszy na drodze wagon i wyrzuciła go z szyn. Zostaliśmy więc zakorkowani z dwóch stron przez wykolejone wagony. Zamieć śpiewała nad nami hymn zwycięski. Zaspy u niektórych wagonów sięgały platformy.
Zapadała noc. Mleczny, ruchomy, lodowy wir mętniał wokoło i czerniał. Czarne zarysy pociągu zlały się z ciemnością. Rząd oświetlonych okien wydawał się zadusznymi lampkami, palącymi się na opuszczonym grobowcu. Przybyła lokomotywa ciężko wydychała nagromadzoną parę. Krwawa łuna naftowych pochodni biła od połamanego pociągu daleko na smugi lecących chyżo, jakby ścigających kogoś płateczków śniegu, na figury ludzi, kupiących się tam…
Krzyczeli i klęli.
Byli to robotnicy. Zbuntowali się i wypowiedzieli posłuszeństwo.
– Każdemu życie miłe! Nie będziemy dziś robili… Ciemno!… Zmarzliśmy… Nie pójdziemy!… – wołali.
– Odkopcie choć lokomotywę, żeby wróciła na stację.
– Nie! Niechaj stoi!… Każdemu miłe życie…
– Nie zapłacę wam za dziś ani grosza!
– Zawsze nas okpiwacie! Obiecujecie rubla, a dajecie pół… Po śmierci niepotrzebne nam pieniądze. Chodźcie, chłopcy, niech maszyna stoi… Dosyć z nas nadrwili…
– Zaraz bierzcie się do lokomotywy. Inaczej nie puszczę was do wagonu i zmarzniecie w polu! – wołał inżynier, siląc się przekrzyczeć i wiatr, i ludzi.
– Ho, ho! Samy… chody… Wagon łamaj! – odpowiedzieli mu robotnicy z porywami burzy.
Byli to przeważnie Tatarzy, Baszkirzy, Czeremisi. Wywijali łopatami, wydawali gardłowe dźwięki; ciemne, kanciaste ich twarze groźnie migały w krwawo zabarwionej pochodniami zamieci.
Wichura tak szalała, że nie mogłem doczekać się końca tej sceny; odzież moja zamieniła się w ciężki, nabity śniegiem pancerz, śnieg dostawał się już do żywego ciała. Schowałem się czym prędzej do wagonu, dowiedziałem się jednak, że robotnicy postawili na swoim i nie odkopali lokomotywy. Dopiero nazajutrz rano posłano ją po żywność i opał. Wróciła po kilku godzinach, razem z pociągiem ratunkowym. Zaspy u naszego pociągu miejscami sięgały już okien. Długi, czarny, nieruchomy, wyglądał on w bladych kłębach zamieci jak smok zawiany w stepie. Dokoła niby stada kawek uwijały się tłumy robotników.
Pasażerowie po źle spędzonej nocy wylegli orzeźwić się świeżym powietrzem. Zamieć szalała po dawnemu, lecz zdawało się, że ruch, który zawrzał dokoła, osłabił jej potęgę. Gromady chłopów w zlodowaciałych kożuchach, w futrzanych, nabitych śniegiem czapach, z osędziałymi brodami i wąsami, istne wcielenie synów zimy, bodły łopatami i drągami góry ubitych wiatrami zasp.
Saneczki zaprzężone w nieduże, kosmate koniki odwoziły na stronę rozbite grudy. W szańcach zamieci tworzyły się duże wyłomy, lecz wiatr nie ustępował i z wężowym świstem wściekle dął w te właśnie szczeliny. Ludzie ryli wytrwale nory w śnieżnej kurzawie, uwijali się pod kołami pociągu, wśród zlodowaciałych hamulców, oskrobując osie, koła i łańcuchy.
Po kilkunastu godzinach takiej pracy zaspy zostały przebite; odkopany pociąg pod ochroną wciąż poruszających się łopat, stał w głębokim przekopie jak w tunelu. Ale dwie lokomotywy jeszcze nie mogły go stamtąd wydobyć. Dopiero gdy przybył drugi ratunkowy pociąg, pociągnięto nas z jego pomocą na powrót na stację.
Podróżni, pełni radości, rzucili się do bufetu po żywność, gdyż ta odrobina, jakiej dostarczały ratunkowe pociągi, nie mogła nas zadowolić i głód dawał się już we znaki. Zwłaszcza cierpiała klasa trzecia, ale klasa trzecia składała się z ludzi, którzy przyzwyczajeni byli cierpieć i milczeć. Jak dotychczas protestował jedynie „stan trzeci”, klasa druga. Klasa pierwsza, składająca się z Angielki i ze mnie, siedziała cicho, gdyż prócz filozofii posiadała jeszcze spory zapas sucharów, chleba, biszkoptów oraz innych przywilejów. Ale po przybyciu na stację nawet pierwsza klasa szemrać zaczęła w imię ludzkości.
Na stacji nic nie przygotowano dla podróżnych, ani łyżki strawy gorącej. Wydawano jedynie, z miną wielce łaskawą, za kwitkami po kawałku czerstwego chleba, kiełbasy starej i cuchnącej i równie starego sera. Herbatę i cukier sprzedawano za grubą gotówkę, choć, jak się okazało, według przepisów kolejowych każdy podróżny miał prawo w trzeciej klasie na rubla strawnego, w drugiej klasie na dwa, a w pierwszej na trzy ruble dziennie. Nikt z nas jednak o tym prawie nie wiedział i każdy płacił chętnie, byle coś dostać.
Urzędnicy kolejowi uciekali od podróżnych jak od morowej zarazy i kryli się gdzieś po dziurach, że znaleźć ich było bardzo trudno. Nagabywani twierdzili, że to nie ich rzecz, że oni są „od ruchu”, wreszcie od kół, wagonów, biletów, i odsyłali głodnych do kogoś, kogo właśnie nie było.
Angielce, która energicznie na nich napadła, podano kotlet… Ja zaś wolałem na ustroniu przyglądać się spokojnie naturalnemu biegowi rzeczy.
Niebezpieczeństwo już nie groziło nikomu, a obronę „praw człowieka” wziął na siebie „stan trzeci”. Błądziłem wśród gromady wilgotnych, zziębłych cyklopów, którzy nas przed chwilą wyrwali z uścisków burzy. Gęsto wypełniali salę stacyjną, a para ich oddechów, zapach machorki, przałych2 kożuchów, niezmienianych kilka dni onuc, czynił pobyt wśród nich dość przykrym. Znowu burzyli się. Żądali wódki, żądali większej liczby pustych wagonów, aby mogli się tam ogrzać, osuszyć i wyspać. Dano im wódki, lecz o wagony wynikł zatarg.
Druga klasa tymczasem wpisywała „protest” do księgi zażaleń. Był to manifest bezwarunkowo godny końca osiemnastego stulecia. Dobrze, że choć z błahego powodu ludzie mogą czasem powtórzyć wielkie wyrazy! Podpisałem go chętnie, ale przed podpisaniem musiałem pokazać swój bilet kolejowy. Na tej małej, zasypanej śniegiem stacyjce wywołał on wrażenie nieoczekiwane. Żandarm, zwracając go, salutował mi z wielką paradą, a autorzy protestu nie taili swego zadowolenia. Słyszałem, jak szeptali: „Podróżnik wysyłany przez Akademię do Japonii w niewiadomym celu”.
– Biedaczysko! Zabiją go na pewno, gdyż na wiosnę, ani chybił, wojna z Japończykami… Zbyt wiele już sobie pozwalają Japosie!…
– Kto wie jeszcze, czy dojedzie? Chunchuzi3 w Mandżurii również nie żartują! Niedawno był taki wypadek…
Dalszy ciąg był istotnie okropny, ale na szczęście… fantastyczny. Oddawano mi honory jak skazanemu na śmierć. Zresztą było dość wesoło.
Angielka, zjadłszy kotlet, bardzo się pokrzepiła. Okazała się miłą, ukształconą, dobrze wychowaną osobą. Godzinami gawędziliśmy o Tołstoju, Nietzschem, o współczesnych prądach społecznych i literackich. Była zagorzałą patriotką, choć urodziła się i wychowała w Rosji. Dziwna rzecz: ci Anglicy umieją w szlachetny sposób kochać i cenić swoją ojczyznę, zdaje mi się, że pochodzi to z właściwego zrozumienia przez nich w ogóle narodowości jako czynnika niezbędnego do życia ludzkości. Zauważyłem, że oni szanują jedynie tych, którzy mają… ojczyznę. Jednocześnie wśród Anglików znalazłem największy procent „patriotów” bez szowinizmu.
Nazajutrz sporządzono nareszcie sprowadzoną aż z Samary maszynę do rozrzucania zasp i mimo szalejącą dalej burzę ruszyliśmy naprzód.
„Gramofon” – tak robotnicy przezywali „zaspówkę” („zaspową” maszynę) – szedł przed nami, popychany przez oddzielną lokomotywę. Byliśmy sczepieni z nią łańcuchami, ale mieliśmy dwie osobne lokomotywy. Posuwaliśmy się bardzo wolno, a jednak gdyśmy wcięli się w pierwszą zaspę, uderzenie było tak gwałtowne, iż w pierwszej chwili pomyślałem o… początku końca. Moja towarzyszka zbladła jak śmierć… Przykre uderzenia powtórzyły się i powtarzały wciąż od tej chwili co kilka sążni. Maszyna wrzynała się w zaspę, zatrzymywała, lokomotywa dawała kontrparę, pociąg był odrzucany na długość łańcuchów, a stalowe skrzydła wiatraka puszczone w ruch kruszyły i rozrzucały zaspę.
Robotnicy skrzętnie pomagali, kopiąc przed maszyną wąskie przejście, które ona rozszerzała z łatwością.
Przedarłszy się przez jedną zaporę, ruszaliśmy wciąż wolno i ostrożnie do następnej. Znów uderzenie, nagłe szarpnięcie w tył, pochylenie się, trzask, drżenie wagonów, co połączone z nadzwyczaj przykrym targaniem pociągu, czepiającego stopniami o boki wąskich przekopów, czyniło przejście przez zaspy ogromnie nieprzyjemnym. Za każdym sygnałowym gwizdnięciem twarze podróżnych nabierały wyrazu ludzi oczekujących na wyrwanie zęba. Rzeczy zlatywały z półek, podłoga kołysała się, ściany wagonów, bufory i haki jęczały. Nikt nie był pewny, czy nie pękną i czy straszne szydła pękniętych wiązań i rozszczepionych belek nie wysuną się nagle z ciemności, godząc w piersi skupionych trwożnie ludzi. Angielka, pomimo odwagi, bladła za każdym razem jak płótno i zamykała oczy. Nie mogłem jej pocieszyć, gdyż obecnie było to dla nas cierpienie nieuniknione… Próbowałem dowieść, że właściwie żadne nie grozi niebezpieczeństwo, lecz… bez skutku.
Dzień cały jechaliśmy trzy mile dzielące nieszczęsne stacje. Na wieczór obiecywano nam bufet i gorącą strawę, lecz mocnośmy się zawiedli. Wprawdzie dostaliśmy na stacji trochę mięsa, ale zimnego i… po bardzo wysokich cenach. Protest klasy drugiej nie pomógł. Sprytni kolejarze od razu zgadli, że żaden z podróżnych nie zna zakresu swych praw, i bardzo zręcznie z tego korzystali; na trzecią klasę krzyczeli z góry, na drugą nie zważali, a mojej Angielce, gdy upomniała się o obiecaną zupę, grzecznie oświadczyli, że intendent pośle natychmiast do sąsiedniego miasteczka po wszystko, czego zażądają podróżni.
Uspokoiła się i poprosiła o kilka jajek i pieczoną kurę. Intendent ukłonił się bardzo elegancko. Były to jednak drwiny. Nikt nic nie dostał i do miasteczka wcale nie posyłano, choć komunikacja z nim istniała, gdyż wielu podróżnych pojechało tam na noc. Widocznie intendent poprzestał na zapisaniu naszych życzeń na podanym kolei rachunku, a o spełnieniu ich zapomniał w wesołym gronie towarzyszów. Zajęli przedział obok mojej sąsiadki i tak hałasowali, że musiałem im zwrócić uwagę. Ale ponieważ nazajutrz droga poszła nam gładko, zasp więcej nie było i pociąg leciał chyżo po wyzłoconych słońcem, malowniczych stokach Uralu, więc z łatwością zapomnieliśmy o drobnych niegodziwościach ludzkich i nawet… o wrażeniach ciał, przeciąganych przez drutownicę.
Wacław Sieroszewski
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.