Nie trzeba być antysemitą, żeby uważać Celine’a za jednego z najwybitniejszych pisarzy francuskich. Przede wszystkim za sprawą jednej książki, która z miejsca weszła do kanonu XX-wiecznej prozy. Chodzi oczywiście o wydaną w 1932 roku Podróż do kresu nocy opartą w dużym stopniu na wątkach autobiograficznych. To książka brutalnie szczera, bezkompromisowa. Ważne, jeśli nie centralne miejsce zajmuje w niej wątek wojenny. Céline pisze o wojnie bez sentymentalizmu, odziera ją z patosu – przedstawia jako bezsensowną rzeź. Wtedy stanowiło to dla czytelników prawdziwy szok. Znakomity język powieści, pełen slangowych określeń i wulgaryzmów, dramatycznie odbiegał od ówczesnych wzorców literackich. Nie wszyscy potrafili to docenić, ale większość liczących się krytyków uznała książkę za wydarzenie. Niewiele brakowało, a Céline otrzymałaby Nagrodę Goncourtów, ale rozczarowanie przynajmniej częściowo zrekompensowała mu doskonała sprzedaż.
Dość chłodno przyjęta została natomiast jego druga powieść Śmierć na kredyt, która ukazała się cztery lata później. To niejako prequel Podróży do kresu nocy opowiadający historię młodości bohatera z okresu poprzedzającego wybuch pierwszej wojny światowej. Co ciekawe, funkcję czarnego charakteru pełni w niej ojciec bohatera, który jest wojującym antysemitą. Podobnie jak poprzednia powieść również ta napisana została niepowtarzalnym, brawurowym stylem, krytycy uznali jednak, że nie spełnia ich oczekiwań. Céline był wściekły, a swoją klęskę tłumaczył potem spiskiem żydowskich dziennikarzy. Tymczasem Podróż do kresu nocy przekładana była na kolejne języki i zdobywała rzesze nowych czytelników, również w Polsce. Do rosyjskiego tłumaczenia książki wzięła się Elsa Triolet, żona Louisa Aragona, a Rosjanie obiecali Céline’owi godziwe honorarium. Prawdopodobnie nie do końca zdawał sobie sprawę, że jest to łapówka. Zgodnie ze stalinowską logiką pieniądze przysługiwały wyłącznie pisarzom, którzy mogli przydać się reżimowi, był tylko jeden kruczek – honorarium musiało zostać wydane na miejscu. Podobnie więc jak inni koledzy po piórze, Céline zdecydował się odbyć podróż do ZSRR. Wyruszył w nią we wrześniu 1936 roku.
Ku rozczarowaniu sowieckich propagandzistów pisarz okazał się jednak niewdzięcznikiem. Po powrocie w ekspresowym tempie napisał krótki pamflet Mea culpa będący jego rozliczeniem z komunizmem. Książka ukazała się zaledwie miesiąc po Powrocie z ZSRR André Gide’a. Gide nie jest wcale bezkrytyczny i nie może odmówić sobie złośliwości pod adresem sowieckich reformatorów, ale to nic w porównaniu z pamfletem Céline’a. Była to chyba najbardziej ponura i pesymistyczna książka o ZSRR, jaka ukazała się w tamtym czasie we Francji, a przecież Céline nie miał pojęcia ani o głodzie na Ukrainie, ani o wielkiej czystce. W książce tej, ku zaskoczeniu lewicy, pojawiły się też akcenty antysemickie. Céline sugeruje na przykład, że za sowiecką tyranię odpowiada nie Stalin, lecz żydowscy komisarze. Pisze o Rosji z obrzydzeniem, bez cienia współczucia:
Nędza rosyjska – doskonale się jej przyjrzałem – przechodzi wszelkie wyobrażenie. To nędza w stylu Dostojewskiego, nędza azjatycka, to śmierdzące piekło, to śledź wędzony, ogórek i donosicielstwo. Rosjanin to urodzony dozorca więźniów, to nieudany Chińczyk, to kat. Żyd pasuje do niego znakomicie[67].
Prawdziwym szokiem dla wielbicieli jego talentu będzie jednak dopiero wydana pod koniec 1937 roku książka Bagatelles pour un massacre (znana w Polsce jako Pogromowe drobiazgi). Wybitny powieściopisarz, do niedawno traktowany jako przedstawiciel francuskiej lewicy, zaczął nagle głosić poglądy, których nie powstydziłby się publicysta faszystowskiej gazety. Główna myśl jego książki sprowadza się bowiem do twierdzenia, że Francja znalazła się w rękach Żydów, którzy kontrolują nie tylko całą politykę, ale wszystkie instytucje kulturalne od Akademii Francuskiej po Akademię Goncourtów. Poprzez swoją monotonię i przewidywalność jest to lektura równie nudna jak Mein Kampf, zwłaszcza że to dzieło potężne, w oryginale liczące 379 stron gęstego druku.
Niekiedy Céline w swojej antyżydowskiej furii zapędza się tak bardzo, że trudno nie czytać jego wywodów z uśmiechem niedowierzania:
W jednakowy sposób i z tym samym tupetem, z takim samym oszustwem, te same bezczelne żydy, trzymające w swych ohydnych łapach wszystkie nici, stwarzają jakiegoś Stalina, co i jakąś Joan Crawford. Pomiędzy Hollywood, Paryżem i Moskwą odbywa się bezustanny ruch. Charlie Chaplin również dobrze pracuje dla sprawy Izraela. To wielki pionier żydowskiego imperializmu[68].
Spiętrzenie idiotyzmu jest tak niebywałe, że wygląda to jak brednie paranoika, nie można jednak wykluczyć, że pamflet jest w rzeczywistości misternie utkaną satyrą. Tym tropem poszedł na przykład André Gide. W artykule, który ukazał się w kwietniu 1938 roku, sugerował, że nowa książka Céline’a jest rodzajem przewrotnej literackiej gry. Céline nigdy nie ustosunkował się do tej hipotezy, nigdy też nie wyraził skruchy z powodu swoich antysemickich wypowiedzi.
Książka oczywiście powitana została z otwartymi ramionami przez skrajnie prawicowych publicystów, jednak pozytywną recenzję znaleźć można było także na łamach poważnego „Nouvelle Revue Française”. „Gdy czytamy stronice odnoszące się do krytyki, filmu, literatury, to, pomijając pewne błędy i pospieszne uogólnienia, postawa Céline’a jest rzetelna, a podejmowana problematyka ważka” – pisze z powagą krytyk, Marcel Arland. Biorąc pod uwagę klimat epoki, trudno uznać za zaskakujące, że pamflet, który (podobnie jak obie powieści Céline’a) opublikowany został przez szanowanego wydawcę Roberta Denoëla, okazał się zdumiewającym sukcesem komercyjnym. W 1938 roku sprzedało się łącznie prawie osiemdziesiąt tysięcy egzemplarzy, a potem został on jeszcze dwukrotnie wznowiony podczas okupacji hitlerowskiej.
Wydawało się, że Pogromowe drobiazgi są tak ekstremalne, że dalej pójść już nie sposób, pisarz zaskoczył jednak wszystkich. W drugiej połowie listopada 1938 roku, dwa tygodnie po wydarzeniach „nocy kryształowej” w księgarniach znalazła się jego kolejna książka L’École des cadavres, czyli Szkoła trupów. Była ona prawie o połowę krótsza niż poprzednia, ale za to napisana z jeszcze większą furią. Przewidując, że będzie to kolejny bestseller, wydawca postarał się tym razem o dobry marketing. Przygotowane ulotki zawierały najmocniejsze cytaty z nowego dzieła: „Żydzi są przyczyną naszych nieszczęść... Są tysiąc razy bardziej szkodliwi niż wszyscy Niemcy na świecie”, „Wszystkie wojny, wszystkie rewolucje okazują się w końcu pogromami aryjczyków, które organizują Żydzi”. Na kartach swojego nowego pamfletu pisarz zdradzał, że ma słabość do Hitlera, a Niemcy są dla niego jak bracia. Za prawdziwych wrogów Francji uznał natomiast Żydów i francuskich masonów. Tym razem nawet skrajna prawica miała wątpliwości, czy Céline pisze to wszystko na serio, byli jednak tacy, którzy daliby sobie uciąć rękę, że autor Szkoły trupów pracuje dla nazistów.
On sam twierdził, że zależy mu przede wszystkim na pokoju w Europie. W drugiej połowie lat trzydziestych wiszące nad Europą niebezpieczeństwo wojny stało się dla niego wygodnym alibi. Chętnie wykorzystywał swój status weterana, chwalił się otrzymanym odznaczeniem i wyolbrzymiał skalę wojennych obrażeń. W wywiadach opowiadał historie o niemal śmiertelnym postrzale, jaki otrzymał podczas starć w rejonie Ypres, i trepanacji czaszki, jakiej został poddany w polowym szpitalu. Była to jednak czysta mitomania. Céline faktycznie został ciężko postrzelony, jednak nie w głowę, tylko w rękę i rana ta raczej nie zagrażała jego życiu. Dla większego efektu wymyślił również szereg symptomów, na które rzekomo cierpiał od 1914 roku. Nie wydaje się też, żeby wybuch kolejnego międzynarodowego konfliktu we wrześniu 1939 roku był dla niego wielkim wstrząsem.
Niedługo po wkroczeniu Niemców do Paryża, latem 1940 roku, zabrał się do pisania trzeciego tomu swojej antysemickiej trylogii. Zatytułował go Les Beaux Draps, co Julian Rogoziński proponował przetłumaczyć jako Śliwka w gównie. Jak pisze Herbert Lottman[69], Céline ubolewał w książce, że wciąż wszędzie widzi Żydów i domagał się ich szybkiej eksterminacji, a także ukarania ich popleczników. Warto dodać, że Żydem był dla niego każdy, kto miał co najmniej jedną czwartą krwi żydowskiej, pisarz stosował więc kryterium znacznie ostrzejsze niż przyjęte w ustawach norymberskich. W tym kontekście wydaje się nieco dziwne, że Céline’owi, który po wyzwoleniu zbiegł wraz z żoną do Niemiec, a następnie do Danii, udało się uniknąć surowego wyroku. Odsiedział kilkanaście miesięcy w kopenhaskim więzieniu, a w roku 1951 wrócił do Francji, korzystając z amnestii.
„Co roznieciło i podtrzymywało antysemityzm Céline’a?” – próbuje dociec Alan Riding, autor książki o kolaboracji francuskich elit podczas drugiej wojny światowej. I odpowiada, odwołując się do biografii pisarza: [Może Żydzi i ich zachowanie? VB]
Urodził się w czasie afery Dreyfusa, a jego ojciec nie lubił Żydów; kiedy pracował w Lidze Narodów, nie lubił swojego szefa, który był Żydem; został głęboko zraniony, kiedy Elizabeth Craig, irlandzka tancerka, w której się kochał, porzuciła go dla „żydowskiego gangstera”. [...] Pojechał do Hollywood, żeby ją odzyskać i sprzedać prawa do ekranizacji Podróży do kresu nocy, ale został podwójnie odrzucony – przez Craig i przez „żydowskich baronów finansiery”[70].
Cokolwiek to było, wszystko wskazuje na to, że obsesja pojawiła się znacznie wcześniej, niż się zazwyczaj zakłada. Pierwszy utwór, w którym Céline dał wyraz swojemu antysemityzmowi, to zapomniana sztuka L’Eglise, którą ukończył w 1927 roku, na pięć lat przed swoim powieściowym debiutem.
Piotr Szarota
Paryż 1938
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.