sobota, 1 sierpnia 2026

Opowieść o Kotowskim, generale anarchiście

 Laseczka emira

To będzie opowieść o Kotowskim, generale anarchiście, i o jego stenografie. A także o przemycie i zmyśle inscenizacji.

W roku 1923 młody stenograf otrzymał w Kijowie zlecenie: ma spisać opowieści kawalerzystów Kotowskiego, na ich podstawie opracowana zostanie historia korpusu. Newerly wyjaśnia, że podjął się tego zadania, bo chciał poznać barwną postać, jaką był Grigorij Kotowski. Po pewnym czasie miał już sporo zebranych relacji, które po przepisaniu na maszynie przedstawił Kotowskiemu. 

Dowódca „był inicjatorem zebrania tych materiałów, które zamierzał następnie opublikować”. Sam wszakże „wyłączył się z grona narratorów księgi pamiątkowej i opowiadać nie chciał”. 

Co było dalej? „Późną jesienią, gdzieś chyba w listopadzie, skończywszy dyktowanie maszynistce, doręczyłem Kotowskiemu cały materiał w stanie surowym. Wybrać do druku, ułożyć i odredagować miał kto inny”. Do wydania księgi jednak, przynajmniej do czasu ucieczki stenografa do Polski (jesień 1924), nie doszło. Newerlemu udało się w jakiś sposób przemycić zebrane materiały i – jak twierdzi – spisał je „wkrótce potem”, w roku 1925. Pisarz wplótł w Zostało z uczty bogów cztery fragmenty opowieści o Kotowskim. Najpierw cytuje trzy notatki, z których każda ma osobny tytuł: Komsek Johannes der Dritte (Iwanow Trzeci), scena na placu; Spotkanie przy mogile; Papierośnica. 

Pierwsza jest obserwacją językową, opowiada o komisarzu brygady Kotowskiego, który wierzy w rychłą wojnę z „białogermańcem”, więc uczy się niemieckiego z „samouczka Olendorfa” i oto beszta swego podwładnego w tym języku: „zdania prawidłowe, tylko tak wymawiane, jakby były czytane z tekstu pisanego rosyjskimi literami”. Druga to scenka przepełniona antycznym czy biblijnym patosem: dowódca oddziału egzekucyjnego wojsk Kotowskiego rozpoznaje wśród przeznaczonych na rozstrzelanie Ukraińców rodzonego brata; staje obok, obejmuje go i wydaje rozkaz: „Pal!”. Kotowski interweniuje i ratuje obu braciom życie. I wreszcie, tak dla Newerlego charakterystyczna, opowieść o przedmiocie, który odgrywa szczególną rolę w życiu ludzi. W czasie wojny domowej towarzysz S. darował podpułkownikowi „białych” życie, rabując mu w zamian srebrną grawerowaną papierośnicę. Po zakończeniu wojny domowej miał coś do załatwienia w Charkowie, a tam naczelnikiem wydziału był ów ocalony podpułkownik, który od razu zapytał o papierośnicę. Odzyskał ją, a w zamian towarzysz S. ocalił „reputację ideowego komunisty”, który przecież nie plami się rabunkiem. Później obaj odnaleźli się w tym samym oddziale i zaprzyjaźnili.

Prócz tych notatek jest jeszcze w Zostało z uczty bogów jedna, dłuższa, przytoczona nie dosłownie, tylko włożona w usta jednego z „kotowców”: „Kostik opowiadał, był solistą, inni swą milczącą obecnością potwierdzali prawdę jego słów, dopowiadając z rzadka jakimś przypomnieniem lub uzupełnieniem, można to opuścić dla klarowności opowieści, którą – zaglądając do notatek z 1925 roku – tak bym odtworzył [...]”. I tu toczy się opowieść.

Kotowski pojawia się także w opowiadaniu Żejma, w którym Newerly opisuje, jak w latach trzydziestych popłynął kajakiem pod samą granicę polsko-litewską, żeby obejrzeć prywatne muzeum osobliwości i porozmawiać z jego twórcą, niejakim Żejmą. Człowiek ten zgadza się opowiedzieć o swoim życiu w zamian za inną ciekawą opowieść. Długo się targują o temat, wreszcie ustalają, że Newerly opowie „o jednym takim skazańcu, co wymienił na licytacji swe kajdany na worek złota i został generałem kawalerii”. Newerly znał go osobiście. Po czym poznajemy ze szczegółami opowieść Żejmy i dowiadujemy się, że następnego dnia doszło do uregulowania długu „opowieścią o Kotowskim, dowódcy korpusu kawalerii z siedzibą w Winnicy”. I koniec, więcej o Kotowskim ani słowa.

A szkoda, bo historia o licytacji ładna. Opowiem ją za Newerlego. Tytuł niech będzie: 

Kajdany na aukcji

Kiedy w Odessie szalała rewolucja, Kotowski na jej scenę wyszedł z więzienia, ale nie zwyczajnie. Wyszedł w kajdanach i od razu pierwszego wieczora pojechał do teatru operowego, gdzie szedł spektakl Carmen.Na scenie śpiewał duet Don Jose – Carmen, ale po publiczności, zajętej przedstawieniem, przebiegł lekki szmer. Artyści od razu zauważyli ten rozłam między nimi a publicznością, szeptanie, w końcu zgiełk głosów. A po sali już jawnie niósł się szum i gwar: „Kotowski... Kotowski... Kotowski...”.

Otwarłszy na oścież drzwi pomiędzy oszołomionymi bileterami, wszedł na widownię on sam, bohater tysiąca i jednej nocy, wiele razy ranny, zabójca wielu ludzi, Grigorij Kotowski w brzęczących kajdanach na przegubach. 

Kotowski z kajdanami na rękach usiadł w pierwszym rzędzie. Pewna dama, którą kiedyś obrabował, osunęła się zemdlona. Kotowski ocucił ją z właściwą sobie galanterią. Świetnie rozumiał, że rzeczywiście mogło to być „silne przeżycie”. A w antrakcie, z kajdanami na przegubach, udał się do foyer.

Tam, otoczony tłumem, wdrapał się na coś, co miało mu posłużyć za trybunę. I wygłosił mowę o wolności, o Rosji, o sobie, Grigoriju Kotowskim. Słuchacze byli wstrząśnięci. A kiedy na zakończenie Kotowski zawołał potężnym basem, dominując nad szumem sali, że oto sprzedaje swoje kajdany na rzecz rodzącej się rosyjskiej wolności, słowa jego zagłuszył wybuch entuzjazmu. Kajdany – jedyną ruchomość w dobytku Kotowskiego – w ciągu dziesięciu minut kupił za dziesięć tysięcy rubli jakiś burżuj, który zakochał się w rewolucji. Kotowski później sam zapisał tak: „Miodowy miesiąc rewolucji lutowej. Nawet burżuazja kupuje moje kajdany”.

Czy Newerly użył tych akurat słów – tego w tej chwili nie wiem, wiem jednak, że opowiedział tę właśnie historię. Sam zaczerpnąłem ją z rozdziału zatytułowanego właśnie: Kandały s aukcjona, a pochodzącego z broszury Kotovskij. Anarchist-marszał rosyjskiego pisarza emigracyjnego Romana Gula.40 Czytając tę broszurę, miałem raz po raz nieodparte wrażenie, że czytam rosyjski przekład tekstu Newerlego. Tajemnicza to sprawa, spróbujemy ją rozwikłać.

Gul barwnie przedstawia biografię Grigorija Kotowskiego, syna ziemianina inżyniera, który urodził się w roku 1887 w miasteczku Hînceşti (potem do 1990 roku Kotowskoje bądź Kotovsk) w Besarabii, w wieku dwóch lat stracił matkę, a kiedy miał lat szesnaście – ojca. „Sport uczynił z Kotowskiego siłacza, a czytanie awanturniczych powieści i porywających dramatów wprowadziło jego życie na fantastyczną ścieżkę”.

Młody sierota znalazł pracę w dobrach besarabskiego księcia Cantacusino. Jednak przez nieostrożność zakochał się, z wzajemnością, w córce księcia; porywczy książę zamachnął się na młodzieńca harapem, ten zaś, niewiele myśląc, uderzył swego pana. Za karę został związany, pobity przez służbę i wywieziony w step. Tak, w sposób bardzo przypominający opisaną przez Jana Chryzostoma Paska przygodę młodego Iwana Mazepy, zaczęła się jego kariera rozbójnika.

„Zaiste, niezwykła odwaga, śmiałość i rozbójnicza chwackość stworzyły wokół Kotowskiego legendę. W ten sposób w roku 1904 w Besarabii wskrzesił on Schillerowskiego Karola Moora i Puszkinowskiego Dubrowskiego. Nie był to zwykły rozbój z grabieżą, tylko właśnie Karol Moor. Nie na darmo wrażliwy, jąkający się chłopiec zaczytywał się w fantastycznych powieściach i dramatach”. 

Kolejne ucieczki Kotowskiego z więzień porównywane są z kolei do epizodów z powieści Conan Doyle’a. Zaś pod koniec życia Kotowski, zasypiając nad lekturą Historii WKP(b), sięgał po Tarzana i mawiał ze śmiechem: „Wiecie, Tarzan po Historii WKP(b) smakuje jak szampan po rycynie”.

Kotowski jest też „czarusiem” (szarmior). Oto pod Kiszyniowem spłonęła wioska. Kilka dni później w domu nieobecnego akurat lichwiarza zjawia się elegancki młody człowiek o nienagannych manierach i bawi jego córkę dowcipną rozmową. Gdy powróci lichwiarz, przybysz przedstawi się jako Kotowski i zażąda tysiąca rubli na pogorzelców. Przed odjazdem zdąży jeszcze wpisać się do leżącego w salonie albumu: „I córka, i ojciec sprawili bardzo miłe wrażenie. Kotowski”.

„Kotowski namiętnie kochał życie – kobiety, muzykę, sport, kłusaki. Sam często mieszkał w lesie, w zimnie, pod strugami deszczu. Ale kiedy incognito pojawiał się w mieście, to zawsze w roli bogatego, elegancko ubranego pana i prowadził życie na szerokiej stopie, po pańsku, jak lubił”. 

Podczas jednej z takich wypraw do Kiszyniowa Kotowski, udając obywatela ziemskiego z Chersonia, zatrzymał się w najlepszym hotelu, zaprzyjaźnił z miejscową elitą i uzyskał zaproszenie na przyjęcie do magnata D. Semigradowa (Siedmiogrodzkiego). Rozmowa zeszła na Kotowskiego. Semigradow chwalił się, że ma na tego łotra zawsze w pogotowiu specjalny naładowany browning.

Tej samej nocy, kiedy goście się rozjechali, na mieszkanie Semigradowa napadli kotowcy, bezszelestnie dostali się do wnętrza, strasznie się obłowili, wywieźli drogi perski dywan, wzięli nawet srebrną laseczkę ze złotą główką – „podarek emira bucharskiego dla gospodarza”. A na naładowanym browningu, w pokoju śpiącego gospodarza, Kotowski zostawił notatkę: „Nie chwal się, idąc do boju, chwal się, wracając z boju”.

Na wiadomość o laseczce emira bucharskiego w głowie czytelnika Newerlego zapala się czerwone światełko. Przecież taka sama laseczka występowała we wspomnianym opowiadaniu Żejma! A konkretnie był to jeden z najważniejszych przedmiotów w prywatnej kolekcji osobliwości tytułowego bohatera:

Spostrzegam w kącie przedziwną laseczkę. 

– Można obejrzeć?

– Ma się rozumieć. Podarek emira z Samarkandy. 

Oglądam inkrustacje ze srebra i jakiejś kolorowej masy na toczonym pręcie, rzeźbioną główkę z kości słoniowej. 

Przedziwna laseczka jest wstępem do opowieści Żejmy o tym, jak to po rewolucji lutowej z kolegą, terminatorem zakładu fotograficznego, puścił się w świat z latarnią magiczną, prototypem kinematografu („jak się kręciło korbką, to snop światła rzucał na płótno ruchome obrazki – pies merdał ogonem, ludzie chodzili, konie pędziły, nawet latały ptaki pod chmurami i tym podobne cudeńka widziało się zupełnie wyraźnie na płótnie”), a w Samarkandzie sam emir Buchary zapragnął pokazać to widowisko swojemu haremowi: „Co to, panie, on tych żon miał, nie zliczyć. O, to po nim laseczka...”.

Oczywiście, mogło być takich laseczek więcej, być może któryś emir Buchary lubował się w ich rozdawaniu. Bardziej jednak prawdopodobne jest, że między oboma tekstami, Gula i Newerlego, istnieje zależność. Tylko w którą stronę? 

W biografii Romana Gula (1896–1986) i autora Zostało z uczty bogów pojawiają się te same miejsca. Gul przyszedł na świat w Kijowie, ale dzieciństwo spędził w Penzie, gdzie ukończył męskie gimnazjum – podobnie jak Newerly parę lat po nim. Gul zaczął studia w Moskwie, ale został powołany do wojska. Dostał się do niewoli niemieckiej i w roku 1919 trafił do Niemiec. (Jego matka, podobnie jak Newerly, wydostała się z Rosji przez zieloną granicę: pieszo przewędrowała z Kijowa do Warszawy.) Po przejściu przez kilka obozów dla internowanych Gul osiadł w Berlinie jako emigrant. Zaczął pisać. Dużym powodzeniem cieszyła się jego książka o Borisie Sawinkowie, przetłumaczona na kilka języków. Z powodu podtytułu niemieckiego wydania tej książki (Roman eines Terroristen) Gul został w roku 1933 (na parę lat przed Newerlym) więźniem niemieckiego obozu koncentracyjnego. Pobyt w obozie opisał w książce Oranienburg. Jeszcze w tym samym roku został zwolniony z obozu i wyjechał do Francji. Po wojnie wyemigrował do Ameryki.

Teoretycznie rzecz biorąc, Gul mógł mieć dostęp do stenogramów Newerlego o Kotowskim i jego konnicy, być może historia brygady została nawet w Kijowie wydana. Możliwe też jest inne rozwiązanie: że Newerly czytał jego opowieść o Kotowskim i stamtąd zaczerpnął motyw laseczki emira bucharskiego i inne szczegóły. Nowojorskie wydanie broszury, z którego korzystałem, jest bowiem fototypicznym przedrukiem części książki Gula Krasnyje marszały (Berlin 1932), zachowano nawet oryginalną paginację. Tytuł znaczy: Czerwoni marszałkowie. A polski przekład wyszedł dwa lata później nakładem Towarzystwa Wydawniczego „Rój” pod tytułem Czerwoni dowódcy. Woroszyłow, Budiennyj, Blücher, Kotowskij.

Archiwa Romana Gula są obecnie przechowywane w Beinecke Library w Yale. Można w nich znaleźć listy pisarzy polskich: Józefa i Marii Czapskich, Józefa Mackiewicza, Michała Pawlikowskiego, Karola Wędziagolskiego, a także zdjęcia Józefa Wittlina.41Syn Kotowskiego, też Grigorij, po wojnie znany indolog, udzielił w roku 2001 obszernego wywiadu, w którym mówił o swoim ojcu. Oraz o przedmiotach: opowiadał o srebrnej zastawie z monogramem B, którą zrabowano w białocerkiewskich dobrach Branickich, a którą jego rodzice widzieli potem w domu innego dowódcy z czasu wojny domowej, Jony Jakira. I o przypuszczalnych przyczynach śmierci swego ojca: 

W roku 1936 matce dano do zrozumienia, że zabójstwo ojca było polityczne. Oznajmił jej o tym sam marszałek Tuchaczewski. Podczas przyjęcia ku czci uczestniczek zjazdu – żon dowódców Armii Czerwonej – podszedł do niej i, uporczywie patrząc w oczy, powiedział, że w Warszawie wyszła książka, której autor utrzymuje, iż Kotowskiego zabiła władza radziecka. Rzeczywiście, w roku 1969 znalazłem tę książkę w bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego, w samej rzeczy twierdzi się w niej, że Kotowskiego zabiła władza radziecka, ponieważ był człowiekiem otwartym i niezależnym, a dysponując olbrzymią popularnością w narodzie, mógł pociągnąć za sobą nie tylko oddziały wojskowe, ale i masy ludności Prawobrzeżnej Ukrainy.42

Wróćmy do opowiadania Newerlego Żejma. Nazwisko Kotowskiego pojawia się w nim tylko raz. Newerly lubił jednak budować swoje teksty literackie jak szkatułka w szkatułce, łącząc pokrewne motywy, które pośrednio wskazują na ukryty, istotny temat. Tak samo dzieje się chyba i tutaj. Niby akcja toczy się na pograniczu polsko-litewskim, ale raz po raz pojawiają się realia ukraińskie. Do narratora przyplątuje się, zainteresowany odkupieniem kajaka, jakiś namolny facet: „Oglądał składak ze wszystkich stron, takiej krypoczki, mówił, jeszcze mu się nie zdarzyło widzieć, wypytywał, z jaką szybkością płynie, a ile może zabrać”. Otóż Kripoczka to typowe nazwisko ukraińskie, a w szczególności łemkowskie. Newerly ni stąd, ni zowąd nazywa gościa „mazepiakiem” – to znów aluzja, która kieruje w stronę Kotowskiego, który przecież wywodził się z tych samych terenów Mołdawii, gdzie, po przegranej bitwie pod Połtawą, w miasteczku Bender umarł w roku 1709 hetman Mazepa. W trakcie rozmowy okazuje się, że „mazepiak” jest przemytnikiem (stąd jego zainteresowanie nabyciem pojemnego i cicho płynącego składaka), który przedtem działał „na ruskiej granicy” w Ostrogu – tam, gdzie Newerly nielegalnie przekraczał granicę polską. 

Skoro tyle podskórnych tropów kieruje nas w stronę Kotowskiego i terenu jego działalności, sięgnijmy raz jeszcze do książeczki Romana Gula o Kotowskim. Pod sam koniec ujawnia on swoje źródło, powiada mianowicie w przypisie na stronie 196: „O życiu II korpusu i jego komendancie Kotowskim patrz wydrukowany w gazecie «Za Swobodu» bardzo ciekawy stenogram Igora Abugowa Kotowszczina”.

Oto dokąd zaprowadziła nas laseczka emira z Buchary. Do oryginalnego stenogramu monografii oddziału generała Kotowskiego, sporządzonego przez Newerlego w roku 1923 w miejscu postoju oddziału, potem jakoś przemyconego do Polski i opublikowanego pod przejrzystym pseudonimem w wychodzącym w Warszawie rosyjskim piśmie „Za Swobodu”. Otwiera się tym samym nowe oblicze Igora Newerlego – pisarza rosyjskiego. 

Ze wszystkich miejsc na świecie najkompletniejszą bodaj kolekcję „Za Swobodu” posiada Biblioteka Publiczna m.st. Warszawy na Koszykowej. Tam się zatem udamy dla sprawdzenia rewelacji ukrytych w przypisku do broszury Romana Gula.

Biały Rosjanin

Istotnie, cykl pt. Kotowszczina. Zamietki w stienogrammach (Kotowszczyzna. Notatki stenograficzne) ukazywał się w kilku numerach „Za Swobodu”, począwszy od numeru 250 z roku 1927. Pierwszy odcinek redakcja opatrzyła następującym objaśnieniem:

Zamieszczając w dzisiejszym numerze pierwszy rozdział zapisków o życiu i dziejach jednego z oddziałów kawalerii Armii Czerwonej uważamy za stosowne wyjaśnić:

Jesienią roku 1923 autor został oddelegowany przez kijowskie biuro stenograficzne do dyspozycji sztabu drugiego korpusu konnego, który życzył sobie przez zanotowane opowieści weteranów przedstawić bojową historię korpusu Kotowskiego. Na kanwie zapisków stenograficznych, zarówno zbiorowych „biesiad wspomnień”, jak i osobnych rozmów z dowódcami poszczególnych oddziałów tego korpusu, stacjonujących w Humaniu, Hajsyniu, Krzyżopolu i innych miejscowościach Ukrainy autor napisał w na pół zbeletryzowanej formie niniejsze Notatki stenograficzne.Lektura Kotowszczyzny w zestawieniu z odpowiednimi fragmentami Zostało z uczty bogów nie pozostawia najmniejszych wątpliwości co do autorstwa. Pierwszy rozdział, zatytułowany Sam, zaczyna się od opisu pierwszego spotkania Newerlego z Kotowskim, który przedstawiony jest jako entuzjasta gimnastyki. W trakcie ogólnej rozmowy dowódca zwraca się nagle do autora:

– A jak tam wasza historia korpusu, towarzyszu stenografie? Zdążycie na święto korpusu?

– Tak myślę. Przecież została mi tylko trzecia dywizja besarabska. Tylko za radą towarzysza Krasnego będę musiał zmienić metodę zbierania materiału.

– A konkretnie?

– Organizować w pułkach Wieczory Wspomnień. Przeprowadzanie wywiadów tylko z weteranami trąci oficjalnością, a innych zachęca do roli Kuźmy Kriuczkowa... 

Stenogram ma tu formę czystego dialogu. W powieści autobiograficznej ten sam epizod zostanie opowiedziany: „więc gdy spojrzał, gdy spytał, jak tam z waszą pracą, towarzyszu stenografie – musiałem zdobyć się na pewien wysiłek, by się wyzwolić z onieśmielenia przed jego wzrokiem i legendą. Powiedziałem, jak mi idzie w poszczególnych jednostkach, bo przedtem, kiedyśmy rozmawiali sam na sam, to było mniej ciekawych opowiadań i trochę blagi...”.

Dalej w powieści też jest dialog:

– Kuźmę Kriuczkowa rąbali – zagadnął żywo Kotowski.

– Wiele razy i w różny sposób.

– Wiem, wiem... W dziewiętnastym roku to było, bratku, pod Carycynem – odezwał się nagle Kotowski głosem i stylem jednego z moich rozmówców z Hajsynia.

W wersji z warszawskiego czasopisma nazwisko dzielnego Kozaka dońskiego wymienił sam stenograf, więc dowódca wpada mu w słowo:

– Dwudziestu zabijać naraz? Wiem... „Gdzie miała miejsce ta potrzeba?”. „Pod Carycynem, braciszku, w dziewiętnastym roku” – z zadziwiającą wiernością Kotowski naśladował moich wczorajszych gawędziarzy.

Jak widać, są to dwa teksty tego samego autora. Wszystko wskazuje na to, że pisząc Zostało z uczty bogów, Newerly miał dostęp do swojej publikacji na łamach „Za Swobodu” albo w tejże samej Bibliotece Publicznej na Koszykowej, albo w przechowanych przez lata wycinkach.

Bliższe porównanie obu tekstów pokazuje, że różnice biorą się niekiedy z faktu, iż każdy był skierowany do innego adresata. Inna też była tożsamość autora. W roku 1923, spisując stenogramy, Newerly czuł się zapewne Rosjaninem urodzonym w Polsce. W roku 1927, szykując tekst do druku w rosyjskim piśmie wydawanym w Warszawie, czuł się zapewne białym Rosjaninem, który mieszka w Polsce i stopniowo zaczyna się wdrażać do myślenia po polsku (zdarzyło mu się już, jak wiemy, publikować po polsku w fachowym piśmie stenograficznym, po polsku też stenografował jako Esperto). Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, kiedy pisał Zostało z uczty bogów, był niewątpliwie pisarzem polskim z dużym dorobkiem i wielkimi nakładami. To trochę zmienia perspektywę. Być może dlatego fragment dotyczący kupców polskich, którzy przyjechali na spotkanie z Kotowskim, jest w Kotowszczyźnie, ale nie wszedł do powieści: „wysocy i niscy, piękni i brzydcy, ale eleganccy, dziwnie poprawni ludzie z tego niezrozumiałego kraju, gdzie jest jakiś «Sejm» i nie ma gazety «Prawda», gdzie sukno jest lepsze od tutejszego, a papierosy gorsze”. To spojrzenie życzliwego Rosjanina, ale spojrzenie z zewnątrz. Po latach Newerly uzna ten dystans za zbędny. 

Rozdział drugi Kotowszczyzny nosi tytuł Likwidacja powstania tambowskiego, zasadniczy jego trzon to – opowiedziana również w powieści autobiograficznej – historia prowokacji, w której ludzie Kotowskiego, udając oddział atamana Frołowa, oszukali pułkownika Matiuchina i zlikwidowali jego oddział. W czasopiśmie po tej historii następuje wielce smakowity zapis rozmowy o rozszerzeniu rewolucji na Europę:

– Europę by tak... do Europy by wpaść na godzinkę – rozmarzył się siedzący kotowiec – ze świstem i z dymem! Żeby nocki były czerwone, świty czarne, żeby mieć krew pod kopytami i wiatr w uszach! I wtedy ławą i z hukiem przez place paryskie, za rrewwoluccje, mesje, za proletariacką ginę wesz! Ech... Przydałoby się!

– Europa chyba poradzi sobie sama.

– Bez nas? To zupełnie wykluczone – kategorycznie protestuje Kostik. – Myśmy, można powiedzieć, opatentowali wszystkie rewolucje. Chcesz otworzyć sklepik – przyjdź, poproś, to otrzymasz, a jak nie przyjdziesz, to będzie nieważna. Bez nas jak bez czeki.

– Zdarzały się rewolucje i bez czeki.

– E tam, co to za rewolucja, jeśli nie ma czeki! Spirytus bezalkoholowy. Takie tam gadanie...

W powieści cała ta rozmowa zostanie streszczona w paru zdaniach, ale warto je czytać łącznie z tekstem w piśmie „Za Swobodu”, bo upewniamy się wówczas, że zdanie o Europie, która sobie poradzi bez Rosji, i o rewolucjach bez czekistów wypowiedział sam stenograf brygady Kotowskiego. Dlaczego nie chciał powtórzyć tych słów w autobiograficznej powieści? Pewnie dlatego, że choć w końcu wydał ją w Instytucie Literackim i w NOW-ej, najpierw kilkakrotnie próbował w „Czytelniku”. Dobrze, że dziś, po latach, można przywrócić Newerlemu autorstwo tych słów.

Trzeci rozdział Kotowszczyzny nosi tytuł O tym, co wielkie, poprzez drobiazgi. Zaczyna się snem stenografa o wielkim ptaku, który usiłuje zrzucić z siebie przyczepione mu do szyi głowy dwóch nieżyjących już Władimirów – Puryszkiewicza i Lenina (pierwszy był zabójcą demonicznego popa Grigorija Rasputina, faworyta rodziny carskiej). A potem następuje przywołana już w poprzednim rozdziale anegdota o komseku Johannesie „der Dritte”, czytającym frazy z samouczka Olendorfa. Spróbuję przełożyć ten fragment, choć mam świadomość, że cały jego urok tkwi w wersji pisanej cyrylicą, gdy czyta ktoś, kto zna i rosyjski, i niemiecki: „Cierpliwie kartkował zieloną książeczkę i cieszył się, kiedy w niej coś znalazł: «Pamiętaj, że tylko na wojnie das gebot der warhaftigkajt (i w natchnionej recytacji ciągnął śpiewnie) wi zo fiile andre zittengebote ferliirt zajne gjultigkajt im krige!»”. (W przypisku Abugow/Newerly podaje po rosyjsku sens zdania: „Przykazanie prawdomówności, jak wiele innych nakazów etycznych, traci znaczenie w czasie wojny”.)

Stenograficzna opowieść o brygadzie Kotowskiego kończy się dwoma akcentami – osobistym i ogólnym. W osobistym autor w rozmowie z komisarzem politycznym nieomal demaskuje się jako mienszewik. A to poważny zarzut, skoro, jak powiada komisarz: „Mienszewizm to, ja wam mówię, choroba społeczna gorsza od syfilisu. Odzywa się w dziesiątym pokoleniu”.

Ogólne podsumowanie zaś brzmi tak: „Wyjaśniło się – na listę republik radzieckich zapomniano wpisać Kotowię – dziwną republikę autonomiczną złożoną z ośmiu pułków kawalerii, rozłożonych nad polską granicą. Ale czy Kotowia jest tylko jedna? I czy jest ona komunistyczna?”.

Kotowszczyzna nie była jedyną publikacją na łamach dziennika „Za Swobodu”, napisaną przez Newerlego. Pierwszym artykułem podpisanym „Igor Abugow”, na jaki natrafiłem, jest tekst pt. Ażur, opublikowany w numerze 176 tegoż roku 1927. Nie chodzi w nim o luźną tkaninę ani element dekoracyjny z otworami, tylko o przejrzystość w kwestiach ekonomicznych i finansowych.

Kolejny artykuł polityczny – W stronę termidoriańskiego rozjazdu (nr 205) – rozpoczyna się świetnym porównaniem partii bolszewickiej do pociągu pędzącego w środku nocy po rozchwierutanych szynach: „Na pociągu – trzy litery: W.K.P. Na parowozie – od czterech lat trup”. (Lenin, przypomnijmy, zmarł w styczniu roku 1924.) 

W innych tekstach (Rubaszka biedoty, nr 243, Manifest nr 1, nr 253) Abugow zajmuje się sytuacją gospodarczą wsi w Rosji Radzieckiej. Pisze też o X zjeździe ukraińskiej partii komunistycznej w Charkowie (I nie mądrzej..., nr 278). Osobne miejsce wśród tekstów Abugowa w „Za Swobodu” zajmuje zamieszony w pierwszym numerze z roku 1928 autobiograficzny szkic W noc sylwestrową. Na jednym planie jest to wspomnienie pierwszego pocałunku z Niną, przyjaciółką z mienszewickiej, jak wiemy skądinąd, konspiracji. Jak chodzą razem po nocnym Kijowie, jak on chce ją namówić, by do niego przyszła na noc, i kusi słoniną, na którą wymienił nowy płaszcz, a słonina „pachnąca, biała jak śnieg”, do tego upieką kartofli i będą jeść plastrami, popijając herbatą... Ale zarazem pojawia się wątek konspiracji. Nina ma do Gorii (Igora) pretensje, że kiedy niedawno do sali wbiegł przestraszony Misza i zawołał, że czekiści otoczyli dom, wszyscy uciekli, a Igor został, wyszarpując coś z notatnika. On jej tłumaczy: „Tak, tak, jeśliby u mnie znaleźli tę listę ofiar Czerwonego Krzyża...”. Ona: „Zaszyfrowaną”. On: „O diabolo pistoletto! Ależ zrozum, że nie ma szyfru, którego nie dałoby się rozszyfrować. A wtedy ilu siedziałoby tylko za to, że ofiarowali aresztowanym rubaszkę czy rubelka?”.

Nina ma moment załamania, kiedy wydaje się jej, że lada chwila będzie aresztowana. Igor martwi się, że gdyby ich zamknięto, przepadnie niesiony pod podkoszulkiem ostatni zestaw czcionek. Martwi się też o matkę, wie, że ona i tej nocy czeka na jego powrót. „Może to mój egoizm, ale czasami, patrząc na nią, czekającą w milczeniu, czasami, Nino, chciałoby się, żeby mnie prędzej wzięli”.

Mijany gmach GPU budzi pesymistyczne refleksje: „My, drugie pokolenie podziemnej młodzieży, nie wymkniemy się im, jak nie wymknęło się pierwsze. Zbliżamy się do przełomowego wieku dla podziemnego pokolenia – dwa lata”. 

W zakończeniu autor tłumaczy, dlaczego w noworocznym nastroju przypomniała mu się tamta sylwestrowa noc: oto właśnie dostał z Uralu wiadomość o śmierci Niny na zesłaniu.

Z opublikowanego dwa numery później artykułu Przenicowane wyjmę tu tylko jeden akapit, wystarczy za tasiemcowe cytaty: 

„Stalin to grubianin”, przestrzegał partię w testamencie Lenin, zapomniawszy o swoim własnym powiedzeniu „u nas duże gospodarstwo, każde draństwo się trafi”. Więc zdarzyło się też stalinowskie grubiaństwo i bezczelność. Zamachnął się więc grubiański Stalin bezczelnie i wszystkich „pozostałych” po tej i po tamtej stronie granicy palnął manifestem: „Niech się stanie siedmiogodzinny dzień pracy!”.

Artykuł O „dekabrystach” WKP (1928, nr 18) dotyczy walk frakcyjnych między Stalinem a Trockim i Zinowjewem. We wsi pod sowietami (nr 28) to podbudowana statystyką analiza sytuacji na wsi w Związku Radzieckim. Wewnętrzne sprzeczności WKP (nr 47) to omówienie dwóch książek rosyjskich wydanych w Paryżu, a dotyczących pierwszego dziesięciolecia porewolucyjnej Rosji. 

Z artykułu pod osobliwym nagłówkiem ...? (nr 58) warto przytoczyć objaśnienie tytułu, zwłaszcza że zawiera ono wątek autobiograficzny: 

Przypomina mi się, jak już po polskiej stronie, zakończywszy wstępne przesłuchanie, komendant posterunku spytał wesoło: 

Pan z bolszewii. Proszę mi wyjaśnić, co oznaczają trzy kropki ze znakiem zapytania tam naprzeciwko na sowieckim słupku? W Rosji z pewnością nie wiedzą, że na granicy proletariackiej ojczyzny wyleniały się i wytarły litery C, została tylko połowa P, przypominająca znak zapytania, i że zamiast CCCP wisi: ...?

Oni to tylko czują.

I kiedy robotnik słyszy wszystkie trzy syczące C – w myśli rodzi się znak zapytania, zawieszony nad beznadziejnym wielokropkiem”.

I wreszcie artykuł Budowniczy (W obronie sztuki dla sztuki) (nr 69). Ważny choćby ze względu na stolarskie pasje Igora Newerlego. Posłuchajmy: „Budowniczowie to ludzie wolnego zawodu i jako tacy dzielą się na rzemieślników i artystów. Dla rzemieślnika ważny jest rezultat jego pracy, dla artysty sam jej proces”. 

Począwszy od numeru 92 w roku 1928, na łamach „Za Swobodu” zaczęły się ukazywać felietony miejskie z cyklu Drobiazgi życia warszawskiego (Miełoczi warszawskoj żizni). Zwróciły one moją uwagę tytułem, który przypomina tytuł artykułu Abugowa O tym, co wielkie, poprzez drobiazgi, oraz pseudonimem – Newer Mor – przypominającym nazwisko Newerly. I jeszcze jedno. W latach 1927–1928 przy dzienniku „Za Swobodu” ukazywał się dodatek literacki „Wolna Trybuna Młodych”. Dziesięć lat później Igor Newerly zacznie wydawać w Warszawie tygodnik „WoTuM – Wolna Trybuna Młodych”... 

Laseczka emira bucharskiego okazała się magiczną laseczką. Doprowadziła nie tylko do stenogramów o brygadzie Kotowskiego, ale i odkryła zupełnie nieznane oblicze Newerlego jako białego Rosjanina i zdecydowanego antykomunisty.

Teksty Igora Abugowa w piśmie „Za Swobodu” rzucają zarazem nowe światło na powojenną sytuację Newerlego. Oto człowiek, który zdecydował się wrócić po wojnie do Polski i który żył tutaj w najgorszych latach stalinowskich, wiedząc, że w centrum Warszawy, przy ulicy Koszykowej, w publicznej, każdemu dostępnej bibliotece, leżą nieco pożółkłe egzemplarze rosyjskiej gazety z jego tekstami o trupie Lenina na pędzącym w mroku parowozie partii bolszewickiej, o Stalinie-grubianinie, o czekistach obecnych w każdej rewolucji i o niemal wszechwładnym GPU. Wprawdzie nie były one podpisane pełnym nazwiskiem, tylko zbliżonym do niego pseudonimem, ale ryzyko ujawnienia tych tekstów musiało być duże. Myślę, że to w sporej mierze wyjaśnia, dlaczego człowiek, który przeszedł przez kilka więzień w Związku Radzieckim i z trudem uniknął zesłania do łagru, wstąpił po wojnie do PPS, a z nią do PZPR, i napisał jedną z najbardziej znanych powieści zaliczanych do nurtu realizmu socjalistycznego. Wyjaśnia też jego późniejszą ewolucję polityczną, którą można będzie obecnie interpretować jako stopniowy powrót do poglądów głoszonych w końcu lat dwudziestych na łamach rosyjskiego, wydawanego w Warszawie, dziennika „Za Swobodu”.

Jan Zieliński 

Szkatułki Newerlego 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.