Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Herling-Grudziński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Herling-Grudziński. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 maja 2016

Odwaga dotykania spraw mrocznych i odchłannych

Kwestia pierwsza jest natury etycznej. Chodzi mi o odwagę. Ale nie polityczną, publicystyczną, cywilną, lecz znacznie donioślejszą, a przy tym mniej docenianą – o odwagę umysłu, odwagę egzystencjalną. Rzecz w tym, że Herling-Grudziński podejmuje tematy najboleśniejsze z możliwych. Zajmuje się ludzką nędzą, rozpaczą, poniżeniem. Opisuje i bada różne rodzaje cierpienia, z torturą ciała na czele. Wnika w kondycję zwątpienia, zagląda w otchłań nicości. Tego rodzaju wybór nie jest wyborem zwykłym, ani tym bardziej łatwym. Sprawa sprawie nierówna. Czym innym jest roztrząsanie i wyrażanie piękna czy choćby udręki miłosnej, a czym innym – nieszczęścia, a zwłaszcza upadku i zła. Myślenie o tych problemach, opisywanie nędzy, zwłaszcza przemocy i gwałtu, niewinnie przelanej krwi, kosztuje, i to słono; jest rzeczą wręcz ryzykowną. Podobnie jak refleksja wokół zagadki kosmosu; na temat pierwszej przyczyny, sensu i przeznaczenia. Wyprawy w te rejony są rzeczą niebezpieczną, można z nich nie powrócić. Grożą apatią, obłędem, wpadnięciem w „czarną dziurę” nieodwołalnej negacji. A w każdym razie – smutkiem i rozjątrzaniem rany.


Do tego dochodzi jeszcze sprawa recepcji dzieła. Człowiek z natury rzeczy nie lubi, gdy mu się mówi o rzeczach nieprzyjemnych: o śmierci, okrucieństwie, o marności istnienia. Unika tych tematów. Woli o tym nie słuchać. Zwłaszcza człowiek współczesny – naszej schyłkowej epoki. Otumaniony hasłami i fetyszami postępu, wdrażany niemal codziennie w filozofię konsumpcji i samozadowolenia, z drugiej zaś strony, bez przerwy – dzięki środkom przekazu – stawiany twarzą w twarz z krwawym bestialstwem świata (rzezie, masakry, głód, katastrofy, choroby) – otóż ów człowiek współczesny, gdy w nieustannej gonitwie i wirze interesów ma już, od święta, poczytać, wziąć jakąś książkę do ręki, bardzo wtedy uważa, co mu się oferuje, to znaczy, czy aby autor nie będzie mu truł głowy, nie zadręczał czymś mrocznym, słowem, nie psuł humoru.

Dlatego też taki pisarz jak autor Don Ildebrando, niezależnie od tego, iż pisząc, swoiście się rani, musi również się liczyć z niepewnym rezonansem, a nawet – z chłodnym przyjęciem. W każdym razie nie będzie gwiazdą masowych nakładów, autorem bestsellerów, pisarzem modnym i wziętym. 

 A zatem jest to artysta dwojako heroiczny. „Wewnętrznie” i „zewnętrznie”. „Wewnętrznie” jako duch – ryzykujący sobą, wystawiający siebie na niebezpieczne próby. „Zewnętrznie” zaś jako twórca rezygnujący z poklasku, nie liczący się z rynkiem, gotów na niedocenienie.

Wszystkie te konstatacje przychodziły mi na myśl, a raczej powracały (zrodzone już lata temu), podczas lektury tekstu Szczyt lata. Opowieść rzymska. Jest to wspaniała nowela, w której wspomniany rys – odwaga dotykania spraw mrocznych i odchłannych – objawia się w czystej postaci.

Autor zaczyna rzecz od dziwnej informacji: w dniu 15 sierpnia, uważanym powszechnie za apogeum lata, święconym naprzód przez Rzymian, a później przez katolików, dochodzi do zagadkowej erupcji samozniszczenia. Statystyki wskazują na większą liczbę samobójstw popełnianych tej doby. Następnie podaje przykład: ów dzień dwa lata temu, w roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym piątym. W Rzymie aż dziewięć osób targnęło się na swe życie.

Zaczyna się żmudny opis – streszczenie raportu kwestury. Przypadek po przypadku. Dokładnie, z detalami. Zupełnie jak narracja kroniki policyjnej. Ciała denatów, sposoby zadania sobie śmierci. Makabryczne szczegóły. Cała ta trupia epika. Obmierzła, odstręczająca.

Następnie pisarz przechodzi do przedstawienia analiz Komisji Psychologów powołanej przez państwo dla wyjaśnienia zjawiska. I znowu, po raz wtóry, idziemy krok po kroku, przez kolejne przypadki. Tym razem wchodzimy w głąb duszy: poznajemy pokrótce życiorysy denatów, z nieśmiałym wskazaniem przyczyn samobójczego aktu. Jest to – można powiedzieć – kolejna droga krzyżowa. Albowiem historie tych ludzi są niewymownie smutne, by nie powiedzieć: tragiczne.

Lecz wyjaśnienia Komisji, jakkolwiek pieczołowite, nie satysfakcjonują dociekliwego umysłu narratora noweli. Nie dostarczają mu bowiem nijakiej odpowiedzi na zasadnicze pytanie: dlaczego właśnie w tym dniu, dlaczego właśnie tej nocy – bardziej niż kiedy indziej – ludzie się decydują na desperacki krok. I tu zaczyna się puenta „rzymskiego opowiadania” – zaskakująca, „mistyczna”, głęboko poruszająca.

Jeżeli nie można czegoś wyjaśnić obiektywnie – zdaje się mówić narrator – trzeba sięgnąć w głąb siebie i zbadać rzecz od środka. I pisarz przywołuje pewne wspomnienie z przeszłości, jak spędzając ów dzień w jakimś hotelu w Rzymie doświadczył dojmującej pokusy samozagłady. Z właściwą sobie precyzją zdaje z tego relację:

Straszliwy upał, pustka, mokre od potu posłanie i jakby wsysająca ciemna studnia podwórka. Znużenie, zniechęcenie, narastające szaleństwo. I wreszcie, w środku nocy, paroksyzm oszołomienia. Narrator wybiega z hotelu i włóczy się po mieście szukając „deski ratunku”. Dociera w końcu nad Tybr i w porzuconej przez kogoś, starej, dziurawej łódce – kładzie się niczym w trumnie lub – tratwie ocalenia? I rozpościera się nad nim „niemy wszechświat” Pascala. Rodzaj wizji, olśnienia, krótkiej iluminacji.

„Od piekła albo nieba” – odzywa się słynny cytat – „odgradza nas tylko życie, rzecz najkruchsza na świecie”.

Fenomenalny finał i fantastyczny łuk! Od skrajnie racjonalnej, zgoła bezdusznej relacji policyjnej kroniki po wzniosłą epifanię sytuacji granicznej. Od horroru materii samobójczego zejścia po horror metafizyczny, horror pustki wszechświata.


Oto pierwszy klasyczny idiom autora Ex Voto.

Antoni Libera; O "Don Ildebrando" Herlinga-Grudzińskiego
czytaj całość →

środa, 3 września 2014

Antologia głupoty Flauberta


Pożegnalne dni wakacji siedziałem nad ostatnią książką Flauberta oniemiały z zachwytu; i oczywiście uśmiechnięty. Pomysł genialny: antologia głupoty i komunałów epoki (epoki scjentyzmu w stylu aptekarza Homais), zapalonych 1 skromnych „pracowników na niwie”. Flaubert pisał w jednym z listów, że rozkwit głupoty dławi go, dusi, odbiera mu ochotę do życia. Nie skończył tej książki. Luizę Colet wtajemniczył w swój zamiar: chciał doprowadzić komizm szerzącej się jak dżuma głupoty do punktu, w którym nie budzi on już śmiechu. Końcowe zdanie (Bouvard i Pecuchet znowu do pracy) urwała śmierć. Gdyby książka ciągnęła się dalej, ad infinitum, zrobiłaby (jak słusznie zauważono) wrażenie napisanej przez kretyna.

Następne epoki, aż po obecną, postarały się zastąpić Flauberta. Szerząca się głupota nie budzi już śmiechu, zdaje się czymś równie naturalnym jak niepowstrzymane zatrucie środowiska i atmosfery. Gazety, telewizja i inne media wciąż więcej i więcej miejsca poświęcają głupstwom ze wszystkich dziedzin życia, w otoczce naukowej oczywiście, otępiając stopniowo wrażliwość i zdrowy rozsądek czytelnika czy telewidza. Proces odbywa się w aurze wszechwiedzy, pełno mamy socjologów, politologów, sowietologów, seksuologów, którzy potrafią nam na przykład względnie przystępnie (jakkolwiek z użyciem języka „fachowego”) wytłumaczyć, dlaczego na przykład świat należy do postkomunizmu (bo taka jest „historyczna linia rozwoju” - Linia, Linia! upragniona zabawka strategów politycznych); albo dlaczego dwa stosunki seksualne w ciągu nocy są lepsze dla zdrowia od jednego. I słucha się tych mistrzów głupoty, których mądrości „scjentyczne” czytelnik lub telewidz łyka jak tuczna gęś kluski, otumaniony nie na tyle, by nie pamiętać ich nazwisk, głównych przecież „guru”. Wszystko idzie w tym kierunku. Kiedyś, by sięgnąć do domowego podwórka, w „Kulturze” Mieroszewski z głową na karku jasno i logicznie wyjaśniał, w czym rzecz, co jest grane i jakich szukać dróg wyjścia, dziś komentarze polityczne sławnego miesięcznika paryskiego lubują się w mętniactwie, krętactwie i zawiłości. Są „politologiczne”, czyli nie przeznaczone dla „prostaczków”. Oprócz takich czy innych „logów” rozmnożyli się renomowani, wszechświatowi wróżbici z fusów, którzy na pytanie, co szykuje się jutro, odpowiadają zwykle „tak albo na odwrót, zależy od licznych scenariuszy, ale w każdym razie trzeba zachować cierpliwość i zimną krew”. I oni też uchodzą za „guru”. Inni „guru”, juryści w mundurach wojskowych, popisują się swoją głupotą w dziedzinie prawa. Przed wielu laty angielski minister John Profumo sypiał ze śliczną dziewczyną, która - jak się okazało - sypiała równocześnie z attache wojskowym ambasady sowieckiej w Londynie. Kiedy współóżkowanie wyszło na jaw, Profunio podał się natychmiast do dymisji, zajął się działalnością filantropijną (i nie stanął, dla otarcia łez, na czele rodzimej partii konserwatywnej). Nie było w ogóle mowy o innym rozwiązaniu, ministerialny dziwkarz nie otoczył się mędrcami w perukach, jak ostatnio Oleksy chmarą pułkowników (skąd tyle pułkowników w Polsce? próbujemy, jak zawsze wierni tradycji narodowej, nawiązać do sanacyjnego reżymu pułkownikowskiego w wersji postkomunistycznej?). Po prostu przeprosił, uderzył się w piersi i wyniósł się z rządu. Ale wtedy fala głupoty nie rozlała się jeszcze tak szeroko. O, Gustawie, Wielki Gustawie Flaubert, może lepiej, że śmierć wytrąciła ci pióro z ręki i odesłała na przedwczesną, lecz zasłużoną emeryturę panów Bouvarda i Pecucheta, zanim zdołali zarazić głupotą swego stwórcę!

Herling-Grudziński
Dziennik pisany nocą 1993-1996
s. 352

piątek, 22 sierpnia 2014

Przejmujący lęk Jego nieobecności


Niemy Rzym poruszył w moich myślach „niemy wszechświat” Pascala z jego Myśli. Zawsze sądziłem, a w ową noc Ferragosto w Rzymie bardziej niż kiedykolwiek, że Pascal był jedynym filozofem, który umiał zbliżyć się do naszej nędzy i prawdy „ukrytego Boga”.

Dwie jego myśli powtarzałem sobie w duchu stale. „Od Piekła lub nieba odgradza nas tylko życie, rzecz najkruchsza na świecie”. Oraz: „Znajomość Boga bez znajomości własnej nędzy rodzi pychę, znajomość własnej nędzy bez znajomości Boga rodzi rozpacz. Znajomość Chrystusa jest Pośrodku, ponieważ w niej znajdujemy i Boga, i swoją nędzę”.

Ale chodzi o „Boga ukrytego”, a częściej i obsesyjnie wręcz „nieobecnego”. Za Jego „ukryciem” lub „nieobecnością” roztacza się „niemy wszechświat”, obojętny wobec naszego istnienia, skazujący nas na wieczną bezdomność. A może nie „za”, lecz „przed”, skoro wszystko jest zasłoną skrywającą Boga? Tak czy owak, jesteśmy w „niemym wszechświecie” zagubieni, zdani na własne siły (bądź własną bezsiłę), rzuceni na „opustoszałą i straszliwą wyspę”.

Odtwarzając w pamięci Pascalowskie strzępy myśli, stawałem wciąż wobec pytania: a jeśli uczucia, które wsączają się do ludzkich serc, ulegną tak silnej kondensacji, takiemu napięciu, że zgasiwszy wszystkie światła, wtrącą ludzkie serca w nieodwracalny gąszcz ciemności? Nie potrzeba być filozofem, by podobnie, na najniższym poziomie egzystencji, myśleć i czuć. I przyszło mi wówczas do głowy, że to właśnie odbywa się u niektórych w noc szczytu lata, gdy poraża „niemota wszechświata” i gęstnieją do maksimum zasłony skrywające Boga, podsuwając przejmujący lęk Jego nieobecności. Dlaczego w tę właśnie noc, a nie w jakąkolwiek inną? Tego nie umiem, i sądzę, że nikt nie umie, wyjaśnić. Bolały mnie jednak dalej, słabiej, lecz uporczywie, ręce, którymi opierałem się ssącej dziurze przepaści ulicznej. Ile, w tę noc, osób broniło się tak samo przed pokusą odejścia lub nagłym strachem nicości?

Herling-Grudziński
Dziennik pisany nocą 1993-1996

czwartek, 21 sierpnia 2014

Jeże i lisy


20 kwietnia Wers poety greckiego Archilocha: „Lis wie wiele rzeczy, /ale jeż jedną niemałą”. Isaiah Berlin w eseju Jeż i lis (przekład polski zawdzięczamy wydawnictwu Pavo) posługuje się wersem Archilocha, aby pisarzy i myślicieli podzielić na dwie kategorie: istnieje ogromna przepaść między przedstawicielami jednej centralnej wizji, jednego spójnego systemu, jednej powszechnej zasady (Jeże) i rzecznikami błądzenia na wielu poziomach, chwytania istoty rozmaitych doświadczeń i rzeczy (lisy). Dante jest jeżem, Szekspir lisem. Jeżami są Dostojewski, Hegel, Proust, lisami Montaigne, Balzac, Joyce. A Tołstoj? Esej Berlina analizuje jego poglądy na historię i dochodzi do wniosku, że z natury był lisem, uważał się jednak za jeża. Nicola Chiaromonte, który swój szkic Tołstoj i paradoks historii oparł w dużym stopniu na książeczce Berlina, stawia kropkę nad i. Kiedy Tołstoj odwiedził w roku 1861 Proudhona w Brukseli, myśliciel francuski pracował nad książką La guerre et la paix. Tołstoj zapożyczył od niego tytuł swego arcydzieła i (prawdopodobnie) „jeżowatą” formę „boskości” jako siły inspirującej historię. Ale był lisem w spojrzeniu na rzeczywistość. Berlin: „Tołstoj postrzegał rzeczywistość w całej jej różnorodności jako zbiór oddzielnych, realnie istniejących rzeczy i widział wszystko, co jest wokół i wewnątrz nich, tak jasno i z taką wnikliwością, jak chyba nikomu i nigdy to się nie udało - lecz wierzył w jedną wielką jednolitą całość”. Była to „jednolita całość” w sensie niewidzialnej siły czuwającej z wysoka nad wypadkami, których nie jesteśmy w stanie zobaczyć inaczej niż jako wypadki chaotyczne i niezależne od „przyczyn sprawczych”. „Boskość” Proudhona nie miała posmaku religijnego, była może tym, co lis nad lisami Szekspir widział jako ukryty mechanizm suwerennych z pozoru działań ludzkich.

W roku 1901, w rozmowie z Paulem Boyer, Tołstoj wyznał, że wszystkiego, co wie o wojnie, nauczył się z opisu bitwy pod Waterloo w Pustelni parmeńskiej, kiedy to Fabrycy del Dongo wędruje po polu bitwy „nic nie rozumiejąc”. Tę koncepcję - wojny „bez panache” i „upiększeń” - zweryfikował później na własny rachunek w wojnie krymskiej. Wtrącę tu weryfikację osobistą: od Stendhalowskiego opisu zacząłem wspomnienie bitwy pod Monte Cassino, w jej ćwierćwiecze; do dziś, a więc po półwieczu, trzymam się mądrości Pustelni parmeńskiej, kładę nacisk w urywkowych i bezładnych reminiscencjach na słowa Fabrycego „nic nie rozumiem” (nie dotyczy to tylko prostych żołnierzy, jak ja - w nocy przed zwycięstwem Anders nie wiedział, czy bitwa została wygrana, czy przegrana).

Ale dzisiaj pytanie jest inne. Miałem - podobnie jak Stendhal i Tołstoj - poczucie nadrzędnej całości, swoistej, niedostrzegalnej w tle „boskości” wśród plątaniny zdarzeń i ludzi? Tak, miałem je. Miał je francuski bonapartysta Stendhal, miał je denigrator Napoleona i gloryfikator Kutuzowa, wielki Tołstoj. Otóż, według mnie, to się w naszej bieżącej epoce kończy. Jeż zdycha, lis kołuje oszalały z pianą na pysku. „Boskość” historii, nawet w areligijnym znaczeniu Proudhona i Tołstoja, staje się szyderczym, wydrążonym z jakiejkolwiek treści, upiorem.

Herling-Grudziński
Dziennik pisany nocą 1993-1996
s. 26

Niema samotność w lustrze


75 kwietnia Przeglądam wspaniały katalog wystawy Brunona Schulza w Muzeum Literatury im. Mickiewicza, przysłany mi przez dyrektora Janusza Odrowąż-Pieniążka. I czytam, co o Schulzu napisał Francesco Cataluccio, prelegent na wieczorze schulzowskim w rzymskim Instytucie Kultury Polskiej (nie mogłem na ten wieczór pojechać, poprosiłem więc mojego włoskiego przyjaciela o tekst jego odczytu). Szkic Cataluccia jest bardzo dobry, sugestywnie zatytułowany Niema samotność w lustrze, mit i metamorfoza w twórczości Schulza. Mam mglistą potrzebę posunięcia się o krok dalej, poza „mit i metamorfozę”. Uderza mnie motto do serii autoportretów w katalogu, zdanie z Samotności Schulza o „naszych spojrzeniach, które przestają się spotykać”, o spojrzeniach Schulza przed lustrem i Schulza odbitego w lustrze. To właśnie owa „niema samotność w lustrze” z tytułu szkicu Francesca. I czuję, że moja mglista potrzeba posunięcia się o krok dalej w spojrzeniu na drohobyckiego artystę staje się trochę mniej mglista.

W wielkiej i genialnej literaturze zdarzają się wielkie i genialne porażki; pragnienia tak ambitne, że muszą pozostać w sferze nienasycenia. To był wypadek Leśmiana. Pisałem o nim przed wielu laty (1948): „Świat rozbity na czyste kryształy barw, kształtów i uczuć zaczyna się rozchwiewać i zacierać w swych zarysach, zaludnia się cieniami i zjawami. Leśmian traci stopniowo poczucie realności i materialności, porusza się wśród swych widm niepewnie i po omacku. Miejsce bujności i zachłanności Łąki zajmuje w Napoju cienistym znikliwość i nijakość. Poza «krawędziami bytu» rozpościera się bezludna i wymarła pustynia. Kwiaty, którym odebrano «zieleń samą w sobie», więdną. Jakież tragiczne widowisko! Jakiż smutny koniec wielkiej podróży poetyckiej! Nasycony i napojony życiem ponad miarę, leży oto «topielec zieleni», «widemko niemrawe», uczeń czarnoksięski, który wyzwolił urodę świata i przekonał się, że poza granicami czasu i przestrzeni to ona, ona właśnie, jest martwotą i śmiercią”.

Schulz uwielbiał Leśmiana, Łąkę znał na pamięć. Myślę, że w tych dwóch poetach, w dwóch duszach bliźniaczych rozgrywał się pokrewny dramat sztuki sięgającej za wysoko, tam gdzie artysta przestaje być tylko artystą, przeobraża się na mgnienie oka w Demiurga, pragnie zobaczyć „rzeczy same w sobie”, proces „stawania się”, sekret kreacji przyrody, ludzi, ich metamorfoz i mitów, realności i nieziemskości w nieustannym statu nascendi. I ponosi porażkę. Ale zanim do tej porażki dochodzi, udaje mu się w sposób olśniewający stworzyć i utrwalić tajemniczą sferę „pomiędzy”, sferę, w której przestaną w końcu spotykać się spojrzenia twórcy i jego odbicia w dziele sztuki. W której miejsce widzialnych lub wyobrażonych zjawisk zajmą widma.

Herling-Grudziński
Dziennik pisany nocą 1993-1996
s.25

środa, 20 sierpnia 2014

Bestia wojny wymiotuje swoje ofiary


22 lutego Telewizyjne reportaże z Bośni pchnęły mnie do oglądania wieczorem Los Desastros de la Guerra Goi. Wir okrucieństwa wojennego w Hiszpanii jest przez malarza pomyślany (czy rozkręcany) tak, by z ludzi wycisnąć człowieczeństwo do ostatniej kropli, zostawiając im same umęczone, sponiewierane, torturowane ciała, bez nikłych bodaj prześwitów duszy. W tym odczłowieczeniu, zezwierzęceniu Goya pokazał całe swoje mistrzostwo, jak gdyby rękami miesił bezkształtną już materię, gorącą wojenną lawę, która pochłania wszystko, co po drodze napotka.

Najsłynniejszy jest sztych przedstawiający trupa, który ze zgniłymi już nogami wywleka się z grobu i, odwróciwszy głowę, pisze na arkuszu papieru słowo nada, nic. W tle tłok przekrzywionych odrażająco twarzy, na lewo kobieta z wagą sprawiedliwości. Podpis malarza: Nic, mówi. Ponieważ wydawał się bezbożnym twierdzeniem, że po tamtej stronie życia rozpościera się „nic”, zmieniono go na: nic, powie, co miało być (ale czy było?) aluzją do okrutnej, bezużytecznej, bezpłodnej wojny. Pewna jest w sztychu waga sprawiedliwości, przysłonięta - wyjaśnia uczony autor komentarzy - „larwami obskurantyzmu i przemocy”. Śmiem wątpić, czy o to chodziło Goi. Dla mnie to nada jest strasznym krzykiem wojennego nihilizmu. Cykl zamyka sztych nazwany przez malarza Fiero monstruo, okrutny potwór; bestia wojny wymiotuje swoje ofiary. Może jesteśmy w tym stadium jatki bośniackiej...

Herling-Grudziński
Dziennik pisany nocą 1993-1996
s. 112

Lorenzo Lotto: włóczęgowski tryb życia pogłębił w nim pociąg do samotności




Nota o malarzu w Albumie portretów, upleciona z szacownych bardzo cytatów, odsłaniała życie wiecznego pechowca. Lotto urodził się pod koniec XV stulecia w Wenecji. Nasze stulecie i schyłek poprzedniego dojrzały w nim nareszcie twórcę przewyższającego niekiedy swoich współczesnych - Tycjana, Michała Anioła, Rafaela, Durera - choć podczas długiego dosyć życia ledwie zauważanego i wciąż nie docenianego przez mecenasów i znawców sztuki. Malował dużo, ale bez powodzenia; był włóczęgą, nieustannie poszukującym skromnych bodaj zamówień.

Płacono mu grosze w kościołach i za portrety. O jego charakterze najlepiej świadczy okrzyk jadowitego Aretina: „Lotto, jak dobroć dobry, jak cnota cnotliwy!” W świadectwach epoki mowa o jego „ciemni duchowej”, o „religijnym niepokoju”, co budziło podejrzenie, że sprzyjał potajemnie luteranizmowi. Uchodził za ucznia Belliniego (dziś wiadomo, że jego mistrzem był Alvise Vivarini). We freskach o tematyce religijnej zdawał się krewniakiem Correggia, w portretach przewyższał ulubieńca Stendhala. Nigdy się nie ożenił, włóczęgowski tryb życia pogłębił w nim pociąg do samotności. Mówiono, że jest „bez korzeni”. Chciał być pochowany w rodzinnej Wenecji, był jednak zbyt biedny, by zamieszkać w niej przed śmiercią. Ostatnie lata życia spędził jako oblat w klasztorze w Loreto, mając zapewniony codziennie talerz zupy. I tam umarł w osiemdziesiątym (w przybliżeniu) roku życia.

W dwadzieścia lat po wydaniu Albumu portretów wielką monografię napisał o nim Bernard Berenson. Przepisuję z niej dzisiaj zdanie: „Nigdy, ani przed Lorenzo Lotto, ani po nim, nie zdarzyło się artyście odmalować na twarzy modela tak wielkiej części jego życia wewnętrznego”.

Herling-Grudziński
Dziennik pisany nocą 1993-1996
s. 40

wtorek, 11 lutego 2014

Gustaw Herling-Grudziński o Czesławie Miłoszu


Murti-Bing

Pod tym tytułem ukazał się w lipcowym zeszycie “Twenieth Century” rozdział z książki Czesława Miłosza o “intelektualistach w krajach demokracji ludowej”. Miłosz zapożyczył to słowo z Nienasycenia S.I. Witkiewicza, gdzie oznaczało ono nazwę pastylek używanych przez armię mongolską do zaszczepiania ludziom radosnej, prostej i wszystko wyjaśniającej “filozofii życia”. Chodzi tu oczywiście o analogię do pastylek “nowej wiary” dialektycznej, wytwarzanych masowo na rozkaz armii sowieckiej przez marksistowskich pigularzy w aptekach Europy Środkowo-Wschodniej.

“Wielką tęsknotą odsuniętego intelektualisty – pisze Miłosz – jest należenie do mas. Tęsknota to tak potężna, że próbując ją zaspokoić, wielu z nich szukało niegdyś natchnienia w Niemczech i Włoszech, aby teraz nawrócić się z kolei na Nową Wiarę”. Prawicowy program totalistyczny okazał się bowiem niesłychanie ubogi: był w stanie zaofiarować intelektualistom jedynie irracjonalną emocję współgrania z histerią tłumów. Inaczej Murti-Bing: oto pojawił się nareszcie jednorodny system oparty na naukowych podstawach, jednorodny język idei. Materializm dialektyczny zjednoczył wszystkich, a filozofia stała się raz jeszcze mistrzynią życia. “Intelektualista poczuł się znowu użyteczny. Ten, który zajmował się niegdyś myśleniem i pisaniem w chwilach wolnych od płatnego zajęcia w banku czy na poczcie, znalazł teraz należne mu miejsce na ziemi. Gdy tymczasem przemysłowcy, arystokraci i handlarze, którzy uważali go dawniej za nieszkodliwego pomyleńca, zostali teraz wydziedziczeni. Są szczęśliwi, jeśli uda im się znaleźć zajęcie szatniarza i podawać płaszcz dawnemu pracownikowi, o którym mówili przed wojną: zdaje się, że on pisze. Nie wolno jednak upraszczać zbytnio przyjemności wynikających z zaspokojenia ambicji osobistej; są one po prostu zewnętrznym i dostrzegalnym dowodem konieczności społecznej, symbolami uznania, które wzmacniają w intelektualiście poczucie przynależności”.

Potem zaczyna się pasmo udręk intelektualisty w krajach “nowej wiary”. “Przeklina i załamuje ręce nad cenzurą i żądaniami komisji wydawniczych, a jednocześnie odnosi się z głęboką nieufnością do zalet nieskrępowanej literatury”. Ma coraz więcej wątpliwości. Pół biedy jeszcze, kiedy każą mu krytykować kapitalizm – nie jest to ostatecznie takie trudne. Ale co zrobić, kiedy Centrum (ten eufemizm oznacza w terminologii Miłosza Moskwę) zażąda przejścia od realizmu krytycznego do socjalistycznego, kiedy zamiast krytyki kapitalizmu zażąda od pisarzy pochwały komunizmu? Jest coraz ciężej i ciężej. W końcu nadchodzi kryzys i intelektualista, uodporniony pastylkami Murti Binga, które połyka teraz w zdwojonych i potrojonych dawkach, przezwycięża go szczęśliwie, gdyż “innej drogi nie ma”.

W artykułach Miłosza dość trudno jest ustalić, co pochodzi w nich z autopsji, a co z obserwacji innych ludzi. W pierwszym wypadku wszystko, co Miłosz pisze na temat intelektualistów zza żelaznej kurtyny, jest przykre, ale dość interesujące – ostatecznie mamy możność oglądać po raz pierwszy w jego osobie królika doświadczalnego, który uciekł z laboratorium “nowej wiary” i wymiotuje bez przerwy, zatruwszy się pigułkami Murti Binga, w drugim wypadku natomiast jego wywody wydają się grubo przesadzone, przeteoretyzowane.

Przyjmijm na chwilę, że chodzi w nich tylko o samego Miłosza. Jeśli potraktować na serio zarówno Murti Bing w “Twenieth Century”, jak ogłoszony w ostatnim numerze “Kultury” paryskiej Ketman, okaże się jedynie, że intelektualiści typu Miłosza mają bardzo słabe głowy i potrafią się byle czym bałamucić. Upłynęło przeszło sto lat od ogłoszenia Manifestu komunistycznego i dla najbardziej nawet gorliwych jego wyznawców stało się jasne, że “naukowe podstawy” marksizmu dadzą się w najlepszym razie sprowadzić do wielu cennych wskazówek z zakresu nowej metody badań socjologicznych. Czemu więc Miłosz wpada w taką kaznodziejską przesadę na samo ich wspomnienie? Bo jest jako marksista trochę spóźniony w rozwoju. Gdyby się swojego marksizmu naumiał we właściwym czasie – tzn. w wieku lat osiemnastu – miałby go dziś za sobą jak dziecięcą odrę. Czterdziestka jest jednak niebezpiecznym wiekiem dla mężczyzn i intelektualistów. Mężczyzna, który nie zasmakował pierwszej miłości fizycznej zaraz po maturze i dożył lat męskich w celibacie, skłonny będzie odtąd zawsze uważać każdą kobietę za “tajemniczego sfinksa”; intelektualista, który nie przeszedł przez kryzys religijny i okres komunizowania jako młodziutki student, nie otrząśnie się już nigdy z ciągot do odkrywania w każdym trzymającym się choć trochę kupy poglądzie na świat “nowej wiary”. Zmysł krytyczny jest nagrodą dojrzałości okupionej doświadczeniami, złudzeniami i rozczarowaniami młodości; wieczny zelotyzm jest ceną, jaką się płaci za spóźniony infantylizm, za przewlekły proces ząbkowania intelektualnego.

Miłosz ma rację, twierdząc, że intelektualiści pragną “należeć do mas”. Poza kilkoma nielicznymi wyjątkami, cóż jednak ta tęsknota w istocie rzeczy oznacza? Zakłamaną wiarę w nowy mit. Zakłamaną – gdyż intelektualiści wzdychający we śnie do zbiorowych dreszczów “życia wśród mas” nie próbują nawet, ba! – nie mają najmniejszej ochoty zbliżyć się do nich na jawie. Hołdując w duchu najbardziej arystokratycznym upodobaniom, zawracają sobie i innym proletariackimi snobizmami. Z autobiografii Spendera można się bez trudu dowiedzieć, czego komunizujący intelektualiści oczekiwali od mas: sankcji społecznej dla swojej sztuki. Nie było rzeczą przypadku, że najwięcej nadziei w przewrocie społecznym pokładali nowatorzy artystyczni, rozgoryczeni tępotą i obojętnością burżuazyjnych odbiorców. Czyżby jednak byli naprawdę tak naiwni, by przypuszczać, że jak za czasów Giotta, masy poniosą na swych ramionach martwe natury Picassa lub zarecytują chóralnie poematy Oskara Miłosza i Eliota? W najlepszym razie rewolucja komunistyczna mogła im w okresie swego NEP-u sypnąć w oczy piaskiem fałszywej kokieterii; uczyniła to, jak widać na przykładzie Czesława Miłosza. Czy mogła natomiast dopuścić, by za pieniądze wyciskane z tychże mas uprawiali oni nadal swoją sztukę dla wtajemniczonych? Komunizujący malarze wmawiali sobie, że zwycięski proletariat wyzwoli ich nareszcie od upokarzającego przymusu malowania dla zarobku konwencjonalnych portretów bogatych bankierów i nie poskąpi pieniędzy na to, by mogli swobodnie malować wszystko, co zechcą; obudzili się dopiero wówczas, kiedy się okazało, że zamiast konwencjonalnych portretów bankierów muszą malować jeszcze bardziej konwencjonalne portrety “racjonalizatorów pracy”. Obudzili się, by sobie nareszcie uprzytomnić, że w naszych czasach artysta potrafi zdobyć prawdziwą niezależność tylko w wypadku, gdy potrafi się uwolnić od wszelkich płatnych serwitutów, zaciągniętych lekkomyślnie wobec anonimowych mas i państwa. I co jest w tej całej historii dziwne, to nie fakt, że zażywanie pigułek Murti Binga wywołuje po pewnym czasie mdłości i rozwolnienie, ale fakt, że – jeśli wierzyć Miłoszowi – ci sami malarze, którzy malowali niegdyś z obrzydzeniem bankierów i żony sanacyjnych dygnitarzy, malują dziś z zapałem stachanowców i bohaterów rewolucji bolszewickiej, a ci sami pisarze, którzy rozczulali się niegdyś na widok ubogich szatniarzy z ludu, przyjmują dziś z nieukrywanym zadowoleniem płaszcze z rąk zubożałych hrabiów i przemysłowców; że – krótko mówiąc – ci sami intelektualiści, którzy atakowali niegdyś z tak głęboką pasją wszelkie skrępowania literatury, odnoszą się dziś z tak “głęboką nieufnością do zalet nieskrępowanej literatury”.

Na szczęście można już teraz z dużą dozą prawdopodobieństwa powiedzieć, że lwia część wywodów Miłosza pochodzi z autopsji. W tym samym bowiem numerze “Kultury”, w którym ukazał się jego Ketman, mieliśmy sposobność przeczytania przepięknego, wspaniale napisanego i mądrego artykułu Romana Palestra Problem Marsjasza. Nie jest jeszcze najwidoczniej tak źle z “intelektualistami w krajach demokracji ludowej”, jeśli oto inny z nich – wybitny kompozytor, który po znacznie dłuższym od Miłosza pobycie w Kraju postanowił również pozostać na Zachodzie – potrafił w sposób tak ujmująco skromny, pełen pokory i uczciwości artystycznej, bez wygibasów dialektycznych, nazwać rzeczy po imieniu: niewolę niewolą, wolność wolnością, a niezależność – najwyższym skarbem, jakiego może pragnąć artysta godny tego imienia.


Źródło: Gustaw Herling-Grudziński – Recenzje, szkice, rozprawy literackie 1947-1956

niedziela, 9 lutego 2014

Przegrał … przegrał … przegrał ...


Dostojewski, nie licząc krótkich interludiów czułości i samooskarżania się o niegodziwość czy wręcz podłość, szarpie się i pieni jak gdyby był w kleszczach ciągłej epilepsji duchowej. Przybylski zbliża się do prawdy, kiedy świat utrwalony w zapiskach stenograficznych Ani nazywa mieszanką tragedii i farsy. Ba, nie brak w farsie elementów surrealistycznej groteski: "Fiedia wziął dziesięć złotych monet, poszedł i przegrał. Wrócił, wziął pięć złotych monet i przegrał. Przyszedł, wziął cztery złote monety i przegrał...". Tragedią była ciąża Ani, która przebiegała na obłędnej i morderczej huśtawce. Wyjechali do Genewy niemal bez grosza przy duszy, tam urodziło się dziecko i natychmiast zmarło. Dostojewski nie mógł nie rozumieć, że ta śmierć była spóźnionym epilogiem jego opętania wirującą ruletką w Baden.

Słowo "opętanie" nic jest tu figurą retoryczną. Skrupulatna aż do znudzenia stenografistka przyłapała na gorącym uczynku diabła, co daje właśnie niezamierzony przez nią efekt pomieszania (albo raczej skotłowania) tragedii, farsy i groteski. Dostojewski znajduje się w jego władzy tak wyraźnie, z tak namacalną oczywistością, że podczas lektury dziennika Anny Grigoriewny bywają chwile oczekiwania na jakąś otwartą sataniczną kulminację. Mówi się o wyobraźni Dostojewskiego, niechętni dodają: chorobliwej. Był stałym mieszkańcem wąskiego pasa nadgranicznego, o niesamowitym darze opisu realistycznego. "Najgorsze, że mam podłą i zbyt namiętną naturę. Zawsze i we wszystkim dochodzę do ostatecznej granicy, całe życie tę granicę przekraczałem". Nikt przed nim i po nim nie był równie za pan brat własnym biesem, dlatego nie znam pisarza, który by z podobną konwulsyjnością widział jedyne ocalenie w Bogu".

Herling-Grudziński
Dziennik pisany nocą 1971-1972

niedziela, 5 stycznia 2014

Kompleksy pisarza


"Odszukałem zapiski na temat Herlinga-Grudzińskiego ze stycznia 1991 roku. Amerykanie, po napaści Saddama na Kuwejt, zaczęli właśnie interwencję zbrojną w Iraku. Od kilku nocy, notuję, rakiety irackie wystrzeliwane są na Izrael. Cud, że dotychczas nie ma ofiar śmiertelnych. Próbowałem, notuję, czytać powtórnie Dziennik pisany nocą Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Recenzenci sławią go na kolanach, piszą o jego Dzienniku jako o czymś 'wielkim', o nim jako autorytecie moralnym, nie ma prawie poważnego pisma w Polsce, które nie zaprosiłoby go do 'rady', 'areopagu' lub czegoś podobnego. Więc może to ja, który czytałem go nie na kolanach, ale leżąc na tapczanie, bez szczególnych emocji, nie wykazałem przenikliwości, wrażliwości czy czegoś jeszcze? Ale i tym razem, przy powtórnej lekturze, nie mogłem się pozbyć uczucia, że te zapiski są jednak monotonne. Monotonne i monotematyczne, obsesyjne. (Nie jest wykluczone, że ta obsesyjność, maniakalna uporczywość w osądzaniu spraw i ludzi, pogłębia się i twardnieje z wiekiem, co bywa procesem naturalnym, znanym w geriatrii). Czy są te dzienniki przynajmniej wybujałe myślowo? Czy znajdę coś, co mnie olśni. Zaskoczy głębią, sięgnięciem do dna? Owszem, zdarza się - w cytatach, które Herling przytacza. Herling obraca się w kręgu literatury elitarnej - a to poczyta sobie Camusa, a to Conrada, skubnie Dostojewskiego, Kafkę, jeszcze raz Sołżenicyn, jeszcze raz Weissberg-Cybulski, no i cudowny Babel - same szczyty, dzięki mu za to - ale to jego lektury są najwyższego lotu, nie zaś to, co on sam pisze.
Józef Hen, Dziennik na nowy wiek, W.A.B., Warszawa 2009, s. 34


„Poczyta sobie”, „skubnie”, te zwroty wydają są mieć zabarwione emocjonalnie i mówią o jakiejś niechęci do Herlinga-Grudzińskiego. Pytanie tylko czy ta niechęć jest spowodowana tym, że „to jego lektury są najwyższego lotu, nie zaś to, co on sam pisze”, czy też ocena: „to jego lektury są najwyższego lotu, nie zaś to, co on sam pisze”, została dokonana pod wpływem tej niechęci.