Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dukkha. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dukkha. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 czerwca 2015

Desengaño - stan rozczarowania światem

XVII- wieczny jezuicki moralista Baltazar Gracjan twierdził, za klasycznymi filozofami i mędrcami stoi, że rozczarowanie światem – tzw. desengaño – jest podstawą osiągnięcia szczęścia i równowagi w ziemskim życiu. Stan ten nie ma nic wspólnego ze zgorzknieniem, a wyraża się w osiągnięciu właściwego dystansu do otaczającej nas rzeczywistości – kapryśnej, zmiennej i przypadkowej, powodującej najczęściej zawód, ból, cierpienie i troski. Życie ustawia nas raz w roli aktora, raz w roli widza uczestniczącego w potoku życia innych. Często nasza pycha skłania nas do zaangażowania w przekonaniu, że bez naszej obecności wszelkie zamierzenia świata nie powiodą się. Najczęściej szybko okazuje się, że dla innych ludzi nie jesteśmy wcale tak potrzebni, jak się nam wydaje. Desengaño obdarza nas właściwym odczytaniem naszego stanu duchowego i kondycji innych ludzi. Daje nam bezpieczną odległość od kurtyny iluzji oddzielającej nas od ludzkiej rzeczywistości. Świat jest teatrem, a śmierć końcem sztuki. Osiągnięcie tego stanu rozczarowania daje duszy spokój, przygotowuje do tego co nieuchronne dla wszystkiego co żyje (wszak jak pisze Lubomirski, życie to tylko jemioła na drzewie śmierci!)  i obdarza radością z rzeczy małych. Życie można pokochać tylko patrząc nań z ukosa. 
 
Najczęściej przekonujemy się o prawdziwej wartości ludzi i rzeczy, tracąc je. Powszedniość obcowania pokrywa pateną obojętności. Strata zawsze wywołuje żal i nadaje wartość szlachetnego kruszcu utraconej osobie a nawet rzeczy. Dotyczy to w równym stopniu życia, które doceniamy, szanujemy i które prawdziwie kochamy, zdając sobie sprawę z kruchości tego cudu. Nasze życie rozkwita niczym delikatny egzotyczny kwiat na krawędzi dymiącego krateru.
We wspaniałym tekście będącym pochwałą samobójstwa, dla niektórych zapewne obrazoburczym, francuski arystokrata – poeta i prozaik Henry de Montherlant – strażnik przymierza chrześcijaństwa i pogańskiego stoicyzmu, napisał zaskakującą myśl, że można naprawdę żyć tylko mając świadomość jak umierać. Należało by dodać, mając pełną świadomość swojego końca, a nawet ustawiając siebie w perspektywie tego końca. Montherlant, polityczny ultras i agnostyk, plujący z wysokiej wieży katolicyzmu na głowy doprowadzonych do wściekłości lewackich antyklerykałów w garniturach i sutannach, wyartykułował ustami jednego z bohaterów swojej powieści „Chłopcy” prawdziwe moralne zadanie Kościoła katolickiego, którym jest nie tyle nauczenie ludzi jak żyć, ale przede wszystkim nauczenie ich jak umierać. Tylko w ten sposób możemy osiągnąć szlachetność swego życia i pełną satysfakcję z niego. 
 
W jednym z moich ulubionych filmów „Zapach kobiety”, All Pacino wcielający się w postać starego ślepego pułkownika planującego swoje samobójstwo, pyta z wyrzutem Charlie’go,  młodego towarzysza wkraczającego w bolesną dorosłość: - Podaj mi choć jeden powód by żyć! Charlie Simms stwierdza bez zastanowienia do zgorzkniałego człowieka: - Tańczy Pan tango i jeździ Ferrari jak nikt. Cieszmy się z wszystkich tych małych darów, które składają się na barwy tego delikatnego egzotycznego kwiatu wzrastającego na zboczu śmierci.

Za →

piątek, 6 czerwca 2014

Jack London


Szczodrość była dla Jacka czymś tak naturalnym jak oddychanie. Każdy tramp w Ameryce wiedział, że u najznakomitszego spośród jego kolegów może liczyć na posiłek, napitek i łóżko, toteż znaczna część włóczęgów włączyła Piękne Ranczo do swojej marszruty. Jim Tully, który podobnie jak Jack był trampem na Szlaku, a potem stał się sławnym powieściopisarzem, wspomina, że kiedy pewnej nocy w Los Angeles jakiś nygus wyciągnął do Jacka rękę, żeby dał na nocleg, Jack wetknął mu w łapę złotą pięciodolarówkę. Johnny Heinhold opowiada, jak Jack przychodził do Ostatniej Stawki, nalewał sobie kieliszek z pełnej butelki whisky, kładł na szynkwasie złotą pięciodolarówkę i mówił: „Johnny, powiedz chłopcom, że był Jack London, niech wypiją za jego zdrowie”.

Więźniowie przysyłali Jackowi ręcznie plecione uzdy, na nic mu nie potrzebne. Posłał im po dwadzieścia dolarów za sztukę, nie mogąc sprawić zawodu człowiekowi za kratkami, który chciał zarobić parę dolarów.

Niemal wszyscy przyjaciele pożyczali u niego, i to stale. Ani dolara nie dostał z powrotem. Poczta przynosiła tysiące próśb o zasiłki, najczęściej im ulegał. Literaci, ludzie całkiem obcy, prosili go w listach, żeby udzielił pomocy na ukończenie powieści; co miesiąc posyłał im czeki. Kiedy prasa socjalistyczna i związkowa miała trudności finansowe, a tak było niemal zawsze, posyłał im prenumeratę za wszystkich swych przyjaciół i zasilał bezpłatnymi artykułami i nowelami; gdy aresztowano działaczy robotniczych, dawał pieniądze na obronę. Jeśli strajki załamywały się z powodu braku funduszów, posyłał pieniądze na kuchnie wydające zupę. Kiedy usłyszał, że w Australii żyje kobieta, która na wojnie straciła obu synów, posyłał jej, nieproszony, pięćdziesiąt dolarów miesięcznie aż do ostatnich swych dni. Kiedy jakaś staruszka z gór w stanie Nowy Jork pisała mu pełne rozpaczy listy o swojej nędzy, a nie miał w banku ani dolara, słał do Bretta wzruszające listy, błagając go, by posłał pieniądze tej kobiecie i potrącił sobie wydatek z jego przyszłych należności. Gdy w San Francisco powstała myśl założenia szkoły operowej, ofiarował się wspomagać finansowo tą instytucję. Pewien towarzysz socjalista ze stanu Oregon, nieznany Jackowi, napisał do niego, że przywiezie mu żonę w ciąży z czworgiem dzieci, aby pomieszkała na ranczu, gdyż on jedzie do Arizony leczyć się na gruźlicę. Jack odtelegrafował, że nie ma ani wolnego domku, ani łóżek, w których mógłby ich ulokować. Ale rodzina wcześniej wyjechała z Oregonu; kiedy zawitali na ranczu, Jack słowa nie pisnął o depeszy, znalazł dla nich domek, żywił i opiekował się nimi, aż doczekał się chwili, gdy niewiasta urodziła piąte dziecko, i oddał całą szóstkę ojcu, gdy wrócił z Arizony po sześciu miesiącach.

(…) Raz tylko odmówił pomocy; żona Boba Fitzsimmosa, zawodowego boksera, zatelegrafowała do niego, że potrzebuje natychmiast sto dolarów, ale nie wspomniała na co. Jack właśnie łamał sobie głowę, skąd wziąć trzy tysiące dolarów na składki ubezpieczeniowe i procenty od długów hipotecznych, odtelegrafował więc, że jest bez grosza. Dwa dni później przeczytał w gazecie, że pani Fitzsimmons była operowana w szpitalu okręgowym, w klinice dla biedaków, za darmo. Nigdy tego sobie nie darował; po tym wypadku, kiedy ktoś prosił go o pieniądze, a on ich nie miał, biegał po ludziach i pożyczał.

***

Kiedy nazywano Dom Wilka zamkiem, Jack odpowiadał, że wspaniałe sekwoje i czerwony kamień były jego własnością, a jeśli dom przypomina pałac Justyniana lub Cezara, nie ma w tym nic złego, tym bardziej, że nie pociągnęło to za sobą dodatkowych kosztów. Usłyszawszy od Harrisona Fishera, że jest właścicielem najpiękniejszego domu w Ameryce, Jack nabrał pewności, iż pieniądze i trud, włożone w Dom Wilka, nie poszły na marne.

Wreszcie osiemnastego sierpnia nadszedł dzień zakończenia robót. Elektrycy założyli przewody, cieśle i instalatorzy skończyli swoją robotę, ludzie Forniego nazbierali pakuł, nasycili je terpentyną i wzięli się do polerowania stolarki. Nazajutrz rano brygada robotników miała zająć się przeprowadzką Jacka i Charmian do nowej siedziby. Tego wieczoru Forni pracował z Jackiem w domu na ranczo do godziny jedenastej, po czym poszedł do siebie, mijając po drodze Dom Wilka. Tuż przed godziną drugą nad ranem obudził go jakiś farmer, który nadbiegł z krzykiem: „Forni, pali się!” gdy Forni przybiegł do kanionu, cały Dom Wilka stał w płomieniach. Parę minut później nadbiegł Jack z rozwianym włosem, bez tchu. Stanął jak wryty na pagórku, na którym siadywał z włoskimi robotnikami, kiedy śpiewali i pili wino. Przed nim huczało piekło, płonął cały dom. Była połowa sierpnia, wody ani na lekarstwo. Nic nie mógł poradzić, stał, łzy spływały mu po policzkach. Patrzył, jak największe marzenie jego życia obraca się w popiół.

Paliła się każda drewniana część domu; nawet parapety okien płonęły nienaturalnym niebieskim ogniem. Za wieńcem sekwoi otaczających dom leżał stos wypolerowanych deszczułek, którymi miała być wyłożona sypialnia Jacka. Ogień nie tknął sekwoi, ale płonął stos drzewa za nimi. Wiele było osób podejrzanych o podpalenie, czego znaczną część wskazali Jackowi autorzy anonimowych listów. Shepard, z którym Eliza się rozwodziła, pokłócił się z Jackiem właśnie tego dnia; oskarżono go o podpalenie. Robotnika, którego Jack wyrzucił z Ranczo za to, że bił żonę, widziano w pobliżu Domu Wilka – padło na niego podejrzenie. Posądzono też majstra, który był ponurym typem. Podejrzewano Forniego, podejrzewano zazdrosnych socjalistów, podejrzewano obrażonych trampów. Zdaniem Forniego ogień wybuchł bez udziału ludzkiej ręki; nasycone terpentyną pakuły, którymi polerowano drzewo, mogły same buchnąć płomieniem. Ale to nie wyjaśnia, dlaczego cały dom od razu stanął w ogniu. Gdyby pożar powstał w jednym pokoju, nie przedostałby się przez kamienne ściany. Wadliwe przewody elektryczne mogły w razie włączenia prądu wzniecić ogień równocześnie we wszystkich pokojach … ale przewody nie sięgały do stosu drzewa złożonego za otaczającymi dom sekwojami...

Jack był pewny, że dom został podpalony, a jeśli nie była to ludzka ręka, sprawcą był los, który nie chciał, by Jack London cieszył się owocami swej pracy, los, który zawyrokował, iż socjaliście nie przystoi mieszkać w pałacu. W ciągu długiej, pełnej goryczy nocy odezwał się tylko dwa razy. Kiedy pożar się rozszalał, Jack szepnął: „Już wolę być tym, któremu spalił się dom, niż tym, który ten dom podpalił”. O świcie, kiedy pozostał już tylko kamienny szkielet domu, tak mocno spojony, że miał przetrwać wieki, Jack powiedział spokojnie: „Foroni, jutro zaczynamy na nowo”.

Nigdy nie odbudował Domu Wilka. W sercu Jacka coś się owej nocy wypaliło i na zawsze obróciło w popiół.

Irving Stone, Jack London Żeglarz na koniu
s. 321-323; 336-337 odpowiednio
tłumaczenie: Kazimierz Piotrowski
Wydawnictwo Literackie MUZA

wtorek, 3 czerwca 2014

Epitafium dla samobójców Borysa Pasternaka


W 1926 roku, kiedy Siergiej Jesienin powiesił się, przeciąwszy sobie przedtem nadgarstki, by w swym ostatnim, wielkim estetycznym geście napisać własną krwią wiersz pożegnalny – Majakowski potępił go, pisząc:

Umrzeć w tym życiu
to rzecz łatwa
tworzyć życie
- o wiele trudniej.

A jednak niespełna pięć lat później sam Majakowski, poetycki bohater rewolucji i niezmordowany hazardzista, co już dwukrotnie grał w rosyjską ruletkę z nabitym rewolwerem, uznał, że jego zasady polityczne zatruwają mu poezję u samych źródeł. Po raz ostatni spróbował rosyjskiej ruletki i przegrał. W pożegnalnym liście napisał lakonicznie: „Nie polecam tego innym”. Kilku innych poszło wszakże za jego przykładem, nie mówiąc już o tych, którzy zginęli w czasie czystek, jak Mandelsztam czy Babel. Borys Pasternak napisał dla nich wszystkich epitafium:

Zacznę od sprawy najważniejszej: nic nie wiemy o wewnętrznych mękach poprzedzających samobójstwo. Ludzie poddani fizycznym torturom stale tracą przytomność; ich cierpienie jest tak wielkie, że jego koszmarna intensywność przyśpiesza koniec. Ale człowiek tak uzależniony od łaski swego kata nie zostaje unicestwiony, kiedy mdleje z bólu – albowiem jest obecny przy własnym zgonie; jego przeszłość i wspomnienia należą do niego, może je wykorzystać, mogą mu one ulżyć przed śmiercią.

Za to człowiek, który postanawia popełnić samobójstwo, kładzie kres całemu swemu istnieniu, odwraca się od własnej przeszłości, uznając siebie za bankruta, a swoje wspomnienia za niebyłe. Nie mogą mu one już pomóc, gdyż oddalił się poza zasięg ich działania. Być może ostatecznie do samobójstwa skłoniła go nie twardość jego postanowienia, ale koszmar męki, nienależącej do nikogo; cierpienie, które jest puste, bo życie się zatrzymało i już nie może go wypełnić.

Zdaje mi się, że Majakowski zastrzelił się z dumy – że było w nim lub blisko niego coś, co on sam potępiał, a szacunek dla siebie samego nie pozwalał poddać mu się tej rzeczy. Sądzę, że Jesienin powiesił się, nie przemyślawszy do końca konsekwencji tego, co robi, że w głębi serca wciąż mówił sobie: „Kto wie? Może to jeszcze nie koniec. Nic jeszcze nie zostało postanowione”. Myślę, że dla Maryny Cwietajewej praca była czymś, co osłaniało ją przed resztą codziennego życia – a kiedy nie mogła już pozwolić sobie na ten luksus, kiedy poczuła, że dla dobra syna powinna na jakiś czas zrezygnować ze swego namiętnego zaangażowania w poezję i trzeźwym wzrokiem rozejrzeć się naokoło, ujrzała tylko chaos, którego już nie przesłaniała sztuka: trwały, obcy i nieruchomy – i w przerażeniu, nie wiedząc, dokąd uciekać, uciekła w śmierć, zakładając pętlę na szyję, tak jakby chowała głowę pod poduszkę. Przypuszczam, że Paolo Jaszwili czuł się równie zagubiony i osaczony w atmosferze szigalewszczyzny 1937 roku, gdy musiał obcować z magią; i że pewnej nocy, patrząc na swoją śpiącą córkę, pomyślał, że nie jest godzien na nią patrzeć, po czym poszedł rano do domu przyjaciela, by roztrzaskać sobie głowę wystrzałem z dwururki. I wyobrażam sobie, że Fadiejew, z tym przepraszającym uśmiechem, którego nie tracił mimo wszystkich swych politycznych wkrętów i wykrętów, powiedział do siebie, zanim nacisnął spust: „No to koniec. Żegnaj, Sasza”.

Jedno jest pewne: wszyscy oni wycierpieli więcej, niż da się opisać, aż w końcu osiągnęli ten punkt, gdzie cierpienie staje się chorobą psychiczną. Oddając więc cześć ich talentowi i ich jasnej pamięci, powinniśmy również ze współczuciem pochylić głowy przed ich cierpieniem.*

*B. Pasternak, An Essey in Autobiography, London – New York 1959 s. 91-93. „Szigalewszczyzna”, według przypisu tłumaczki, oznacza „metody Szigalewa”. Szigalew to postać z Biesów Dostojewskiego, spiskowiec, który „zaczął od nieograniczonej wolności, a skończył na nieograniczonym despotyzmie”. Powołując się na innego spiskowca, mówi on: „każdy musi każdego szpiegować i na każdego donosić […] wszyscy niewolnicy są równi w swej niewoli”.

Al Alvarez, Bóg Bestia s. 283-285
tłumaczenie: Łukasz Sommer
Wydawnictwo Aletheia

sobota, 8 lutego 2014

Po złote runo


W radio aktor czyta fragmenty wyprawy Jazona i Argonautów po złote runo. Słucham tego jak opisu przebytego obłędu, a złote runo miało być wyzwoleniem z niego. Przebyłem sam straszliwe niesamowitości; nie wiem czy zdołam to opisać, ale wiem co przeżyłem, psychicznie i fizycznie. Myślę też, że nie ma sensu szczególnego opisywać, jak zostałem ukrzyżowany, jak bardzo było to realne i jak strasznie bolało; jak najdosłowniej umierałem i zmartwychwstawałem kilkakrotnie; jak mówiłem głosami różnych ludzi, jak dwa razy zaniemówiłem, jak bardzo było to realne, jak zostałem podzielony na lewą i prawą stronę, jak bardzo to bolało, jak zamieniłem się w pół-kobietę i pół-mężczyznę, jak bardzo było to realne, jak rozmawiałem z kimś potężnym, niesłychanie potężnym i inteligentnym, jak błagałem go o niemotę, gdy już nie mogłem mówić z nim, choć było to euforyczne, jak błagałem go by mnie zabił, jak pomagał mi umrzeć, „manipulując” oddechem moim, ustami, dziurkami od nosa, ,uszu i tak dalej, wydaje mi się, że bez końca, ale przecież z końcem, bo teraz tego nie przeżywam. Tamto wszystko należy do tego, co lekarze nazywali zespołem urojeniowo-omamowym.

Zażywam lekarstwa i ciężko mi się skupić, ciężko mi zebrać myśli. Lekarstwa działają otępiająco i nasennie. To chyba celowe. Przypuszczalnie nie ma dobrego lekarstwa na tę najbardziej tajemniczą z chorób. Czy podźwignę się? Czy tamto nie wróci? Muszę stawiac te pytania bez odpowiedzi, jak i wiele innych, jak wszystkie pytania które stawiam.

Edward Stachura
Dzienniki, Zeszyty podróżne 2 s. 363

czwartek, 6 lutego 2014

Cierpienie pochodzi z umysłu


Prawdziwy ból, jakim jest ból zęba albo ból ludzi palonych na stosie, istnieje realnie. Można go znosić, lecz trudno się nim radować. Jednakże, bądź co bądź, ból zęba to wyjątek, nie reguła, zaś palenie na stosie zdarza się tylko raz na bardzo długi czas.
Większość uciążliwości, przez które mężczyźni klną, a kobiety płaczą, płynie w gruncie rzeczy z uczuć lub wyobraźni, czyli wyłącznie z naszego umysłu. Na przykład, słyszymy nieraz, jak dorośli ludzie narzekają, że pociąg się spóźnia, oni zaś muszą bez celu wałęsać się po stacji. Ale czy kiedykolwiek słyszeliśmy, by mały chłopiec narzekał, że musi krążyć po stacji kolejowej i czekać na pociąg? Nie, gdyż dla niego pobyt na stacji jest jak pobyt w pałacu dziwów, pełnym poetycznej radości.

Chesterton
Tłumaczenie: Jaga Rydzewska

czwartek, 9 stycznia 2014

Iwan


Odsłona losu człowieka w filmach Andrieja Tarkowskiego.
Spojrzenie subiektywne.



Dzieciństwo Iwana.

Film ma swoje konkretne osadzenie w tragicznych losach dzieci II wojny światowej. Mama i siostra Iwana zostają zamordowane przez niemieckich okupantów i Iwan pragnie pomścić śmierć najbliższych. Trudno tego dokonać w pojedynkę i nasz bohater chciałby uczestniczyć w wojnie u boku przybranego wujka i innych przyjaciół z wojskowego oddziału. „Dorośli” i „odpowiedzialni” żołnierze odsyłają chłopca, mimo jego błagania i rozpaczy, bowiem „wojna to nie sprawa dzieci”.
Rozgoryczony Iwan podejmuje nieznane widzowi działania partyzanckie. W ostatniej scenie filmu, w czasie przypadkowego przeglądania archiwów w zdobytym Berlinie, dowiadujemy się, że Iwan został aresztowany i powieszony jako wróg III Rzeszy.

W filmie wszystko jest absolutnie doskonałe. Muzyka, kadry, gra aktorska. Duchowe cierpienia Iwana są ukazane z taką intensywnością jakby towarzyszyło się terminalnie choremu w jego agonii. Kiedyś w filmach chodziło o ukazanie prawdy. Dzieciństwo Iwana mówi prawdę.

Każde naprawdę wybitne dzieło jest konkretne i uniwersalne zarazem. A więc konkretne jest cierpienie Iwana, jego poszukiwanie zrozumienia i wspólnoty. Żądza zemsty i nienawiść do hitlerowców. Konkretne są sny Iwana. Sny, gdzie wraca mama i siostra, gdzie całe uniwersum wypełnia miłość, a chłopiec śmieje się pięknym, dziecięcym śmiechem. Równie mocno w snach wraca śmierć mamy, gdy Iwan, zamknięty w studni, nie może jej przyjść z pomocą, cierpi. Także w śnie wraca do Iwana siostra, gdy razem w przyczepie ciężarówki w czasie ulewy jedzą jabłka i gdy jej twarz robi się nagle coraz smutniejsza... Wszystko to jest konkretne, prawdziwe, wspaniałe.

Mnie jednak fascynuje w tym obrazie także wymiar uniwersalny.

Patrząc na Iwana można bowiem powiedzieć - „oto człowiek”, to los człowieka.

Rodzimy się i na ogół pierwsze doświadczenia są arkadyjskie. U mamy jest dobrze, mama kocha, świat jest piękny, piękne są pieski, kotki, łąka, lato, zimą sanki i choinka, za chwilę Wigilia, tato przyjdzie z pracy, będą prezenty...

Potem przychodzi doświadczenie cierpienia, niesprawiedliwości, zła. Najpierw zło przychodzi z zewnątrz, z zaskoczenia. Coś się dzieje w rodzinnym domu, może ktoś z bliskich zachorował, zmarł, stało się coś.. co stać się nie powinno. Etapy upadku idą dalej. Zło i niesprawiedliwość przychodząca z zewnątrz stają się z czasem czymś osobistym. Już nie tylko świat jest niesprawiedliwy i okrutny: z czasem to my tacy się stajemy. Ecce homo..
Podejmujemy walkę, chcemy na nowo pojednać się ze światem, ze sobą. Szukamy pomysłu na nasze w nim bycie, na uczestnictwo, wspólnotę, braterstwo z innymi. Chcemy wyrównać rachunki. Cóż innego może zrobić człowiek, jak tylko próbować odpowiedzieć na tę cząstkę niesprawiedliwości cierpienia i zła, której doświadczył lub której doświadczali jego najbliżsi? Tylko tyle możemy zrobić- podjąć walkę. Aż tyle, bowiem to tylko daje nam jakieś poczucie sensu.
W tej perspektywie widzę Iwana. Była Arkadia, miłość, mama, siostra. Było słonecznie, ciepło, dobrze. Było tak, jak być powinno. A potem przyszli fałszywi bogowie w niemieckich mundurach i w obłąkańczym śnie o swojej wielkości spalili dom, zamordowali mamę, siostrę... Poszli dalej...
Co pozostaje Iwanowi? Zemsta, próba zemsty. Nie szkoła, zawód, potem praca- tzw. „przyszłość”. Iwan odrzuca tą perspektywę. Chce zemsty teraz, już, by wyrównać rachunki, których nie można wyrównać. Rozpacz Iwana byłaby nieco mniejsza, gdyby inni to rozumieli, zaakceptowali, przyjęli do wspólnoty walki. Ale odmówiono mu nawet tej pociechy. Jest sam. Niezrozumiały, zagubiony, idący swoją drogą do końca. Jego życie to nieustanne pytanie: o los człowieka, o sens zdarzeń i ludzkich wyborów, o nieobecnego Boga, o możliwość pociechy, możliwość pojednania.

Wspominam Iwana , gdy myślę o tych nieopisanych, czasem cichych tragediach ludzkich, o których nie możemy pamiętać, bo nie dałoby się z tym żyć. Dwóch chłopców jechało rowerem, dziewczyna pod wpływem narkotyków zabiła ich na drodze. Jak mają żyć ich rodzice? Jak wyrównać rachunki, jak szukać zrozumienia w sądzie, który wpisuje wszystko w rubrykę „nieumyślnie”? Jak rozmawiać ze znajomymi, jak po tym wszystkim żyć?
Myślę o mężczyźnie, wyrok medyczny, powolna śmierć, małe dzieci w domu, odsuwający się znajomi, przyjaciele... Jak wyrównać rachunki, z kim? Jak szukać zrozumienia, wspólnoty? A jeżeli wspólnoty, to z kim? Ile takich historii obok nas i w nas... Ile takich losów, losów przypominających drogę Iwana.
Przyjmuję, że instynktownie unikamy takich tematów, że nie chcemy o tym myśleć, bo nasza konstrukcja jest zbyt krucha, by to wszystko udźwignąć. Ale zapominamy przy tym o jednej prostej prawdzie. To nie my wybieramy tematy. To tematy wybierają nas.

Ostatnia uwaga. Nie lubię pisać. Nie lubię - z lenistwa, braku wiary w słowo „pisane”, z przekonania, że inni, znacznie lepsi napisali już to, co powinno być napisane i niewiele się zmieniło. Z tej niemocy przychodzi czasem fascynacja słowem innym, słowem poezji.
Kończąc mój subiektywny głos na temat Tarkowskiego chcę oddać głos Czesławowi Miłoszowi.


Twój głos

Przeklinaj śmierć. Niesprawiedliwie jest nam wyznaczona.
Błagaj bogów, niech dadzą łatwe umieranie.
Kim jesteś, te trochę ambicji, pożądliwości i marzeń
nie zasługuje na karę przydługiej agonii.

Nie wiem tylko, co możesz zrobić, sam, ze śmiercią innych,
dzieci oblanych ogniem, kobiet rażonych śrutem, oślepłych żołnierzy,
która trwa wiele dni, tu, obok ciebie.
Bezdomna twoja litość, nieme twoje słowo,
i boisz się wyroku, za to, że nic nie mogłeś.

piątek, 25 stycznia 2013

Prawda



Osoba jest tu nieważna
Ważny jest ból
Tylko tęsknota i niespełnienie
Zapładniające ciszę
I kubek zawsze ten sam
Podstawiony pod drzewo życia
Z którego wycieka cierpienie

Marta Tomaszewska

sobota, 5 stycznia 2013

Teatr Trwogi



Eksperymentom pisarskim Pascala Quignarda patronuje też jeden z późniejszych czcicieli Dionizosa - Arthur Schopenhauer, który wiedział, że świat jest teatrem: trwogi, pożerania, cierpienia, i że wolę życia można hamować samowiedzą, ale raczej bez skutku lub ze skutkami opłakanymi. Próba szukania ratunku: momentalnej jedności i harmonii w akcie seksualnym, kończy się niczym tragedia, bowiem najdotkliwiej oddaje tragizm istnienia, który - dla Schopenhauera - jest Arystotelesowym nieszczęściem, stającym się losem bohatera "nie z powodu nikczemności, ale ze względu na jakieś wielkie zbłądzenie", nieszczęściem dotykającym każdego, nieuchronnie, choć w nieskończonych odmianach. I dlatego Schopenhauer powtarza za Calderonem: "narodziny - błąd największy, jaki nam spełnić kazano".


Krzysztof Rutkowski

sobota, 22 grudnia 2012

Rodząc okrakiem na grobie

Jedną z całościowych metafor egzystencji u Becketta jest obraz kobiet, które „rodzą okrakiem na grobie” a więc wizja zamkniętego kręgu rodzenia dla umierania. „Grabarz z głębi dołu zakłada opieszale [porodowe – przyp. -Sch] kleszcze” (BD127) by mógł się urodzić na Ziemi kolejny nieszczęśnik. Człowiek wyłania się na moment z nicości, ale tylko po to, by po chwili znowu wsiąknąć w nicość. Ludzkie życie rysuje się jako chwilowy rozbłysk indywidualnego istnienia w ciemnościach wszechświata („światło świeci przez chwilę, a potem znów noc, znów noc”) (BD 126)

S. Chwin, Samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni s 220 -221

Cioran:

„Byłem sam na cmentarzu dominującym nad wsią, gdy weszła tam kobieta w ciąży. Wyszedłem natychmiast, żebym nie musiał patrzeć z bliska na tą nosicielkę trupa ani medytować nad kontrastem między wypiętym brzuchem a zapadłymi grobami, między fałszywą obietnicą a kresem wszelkich obietnic”.

czwartek, 29 listopada 2012

Nie aprobuję narodzin

W Savatthi. Wtedy, o poranku, mniszka Cala ubrała się i zabrawszy miskę i płaszcz wkroczyła do Savatthi na żebraczy obchód. Kiedy obeszła Savatthi i powróciła z żebraczego obchodu, po posiłku, udała się do Gaju Ślepego Człowieka szukając odosobnienia. Wtedy Mara Zły, podszedł do mniszki Cala i rzekł do niej: „Czego nie aprobujesz, mniszko?” „Nie aprobuję narodzin, przyjacielu”.

„Dlaczego nie aprobujesz narodzin?
Raz urodzonym, można się cieszyć zmysłowymi przyjemnościami.
Któż ci to wmówił:
'mniszko, nie aprobuj narodzin'?”

„Dla tego kto się urodził jest śmierć;
Raz się urodziwszy styka się z cierpieniem -
Niewolą, morderstwem, chorobą -
Stąd też nie aprobuję narodzin.

Budda nauczał Dhammy
Transcendencji narodzin
Dla porzucenia wszelkiego cierpienia;
On ustanowił mnie w prawdzie.

Co do istot przebywających wśród form,
I tych w niematerialnym -
Nie zrozumiawszy wstrzymania,
Przychodzą znów do odnowy istnienia”.

Wtedy Mara Zły rozpoznawszy: Mniszka Cala zna mnie”, smutny i rozczarowany, od razu zniknął.

SN 5: 6

Wyobcowanie

Oto świat, w którym dotąd można było się czuć w miarę zadomowionym, albo który po prostu był odczuwany jako uczuciowo neutralny, nagle (albo i nie nagle) z niewiadomego powodu zaczyna budzić lęk, wstręt, odrazę, a nawet przerażenie. Czego powodów człowiek nie potrafi zwykle wyjaśnić. Doświadczenie to ma charakter całościowy i nie daje się wyprowadzić z poszczególnych stanów życiowej frustracji. Następuje zmiana samej „tonacji” całościowego doświadczenia istnienia, „ściemnienie” egzystencji czy – przeciwnie – bolesne „zaostrzenie” jaskrawości widzenia, jak to na przykład wyglądało u Stachury. Zaostrza się „bolesność” percepcji. Człowiek ma wrażenie, że rzeczy zbliżają się do niego nadmiernie, z czego rodzi się lęk przed zacieśnianiem przestrzeni. Doświadczenia takie wiele razy opisywał Witkacy. Łącząc je z trudnym do zracjonalizowania, pożądanym i równocześnie budzącym grozę „przeżyciem dziwności Istnienia”.

Wchodzi tu w grę zatem szczególna metamorfoza spojrzenia, w którym świat zmienia się nie do poznania, rodząc silny efekt „chłodnej” obcości ludzi i rzeczy.

Stefan Chwin, Samobójstwo jako doświadczenie wyobraźni

sobota, 3 listopada 2012

Muzyka i spokój


Ortega y Gasset: „Mallarmé, mówiąc o niewielkiej grupce ludzi, którzy przyszli posłuchać koncertu wybitnego, ale trudnego muzyka, powiada, że obecność tej małej liczebnie publiczności podkreśla nieobecność nieskończenie liczniejszego motłochu”.
*
Nie możemy jednak zapominać o nieobecności jeszcze mniejszej grupy absolutnej elity, pogrążonej w ciszy, na tle której nawet najbardziej wysublimowana muzyka jest niepożądanym zakłóceniem spokoju.

Tathagata wie, że rozmiłowanie jest korzeniem cierpienia a z tego byciem są narodziny i starość i śmierć tego cokolwiek jest, a zatem powiadam, że z wyczerpaniem pragnienia, zanikiem, wstrzymaniem, rezygnacją i uwolnieniem się na wszelki sposób, odkrył on najwyższe Całkowite Przebudzenie. M1

Słuchanie muzyki, to nic innego jak rozmiłowanie się, co oznacza upadana, w tym wypadku trzymanie się zmysłowych przyjemności. Bez porzucenia tego przywiązania nie da się zrealizować wygaszenia.

Świeckiemu wyznawcy, któremu specjalnie nie zależy na wygaszeniu, a znajdującemu sporą przyjemność w słuchaniu muzyki i nie widziącemu potrzeby by z niej rezygnować, sugeruję by zapoznał się z Suttą SN 35: 235, gdzie można znaleźć taki oto fragment:

„Byłoby lepiej, mnisi, dla organu ucha być przebitym przez ostry żelazny pręt, płonący, palący i żarzący się, niż dla kogoś kto uchwycił się znaku przez cechy dźwięku poznawane przez ucho. Gdyż jeżeliby świadomość ustanowiła się przywiązana do gratyfikacji w znaku czy w cechach, i jeżeli przy tej okazji ten ktoś by umarł, jest możliwe, że poszedłby do jednej z dwóch destynacji: piekła czy królestwa zwierząt. Po dostrzeżeniu tego niebezpieczeństwa, mówię w ten sposób”.

*

Groza ...

Jednym z najbardziej zatrważających doświadczeń z jakim może zetknąć się człowiek, jest uskok w czasie występujący przy takim fenomenie jak osobowość wieloraka. Przypomnę, że z osobowością wieloraką mamy do czynienia gdy w jednym ciele „zamieszkuje” parę osobowości. Zwykle jest tak, że osobowości powstałe później, zdają sobie sprawę z istnienia osobowości „pierwotnej” natomiast ta nic nie wie o innych osobowościach. Kiedy kontrolę przejmuje jakaś inna osobowość, na czas kiedy włada ciałem, pierwotna osobowość jest wyłączona i ten czas, gdy znowu przejmuje kontrolę, jawi się jej jako luka w pamięci. I tak, naszej bohaterce zdarzało się budzić w obcym hotelu w innym mieście. Nie wiedziała skąd się tam wzięła ani co tam robiła. Ale najbardziej wstrząsającym doświadczeniem był uskok w czasie, którego doświadczyła jako mała dziewczynka. Ten opis, jak mi się wydaje powinien należeć do klasyki horroru i życie tu zdecydowanie przewyższa fantazje Ligottiego. Groza wręcz wisi w powietrzu i co trzeba podkreślić, to autentyczny opis tego co się naprawdę przydarzyło tej dziewczynce. Fragmentu tego użyłem już kiedyś w swoim artykule, ale chciałbym go tu jeszcze raz przypomnieć:

Większość z tych dzieci rozpoczynało z nią w przedszkolu i znała je dobrze. Były one tymi samymi dziećmi, a jednak nie tymi samymi jakimi widziała je ostatnio. Były ubrane inaczej niż gdy były w trzeciej klasie. Wyglądały na większe niż były przedtem zanim udała się na pogrzeb babci. Jak to możliwe? Jak te wszystkie dzieci stały się większe w jednej chwili? Betsy Bush, zdecydowana i pewna jak zawsze, machała ręką jak zwykle by odpowiedzieć na pytanie nauczycielki. Zachowywała się tak jakby należała tutaj. Inne dzieci robiły to samo. Żadne z nich nie wydawało się myśleć, że jest coś nie tak w byciu tutaj (...) Oczy Sybil zwróciły się następnie ku stronie w zeszycie otwartym na jej biurku. Pomyślała o skoncentrowaniu się na stronie i zapomnieniu całego tego nonsensu. Ale tego nie dało się zrobić, gdyż strona była dla niej niezrozumiała i w jej obecnym stanie umysłu zeszyt powodował tylko większy strach. Było w nim mnóstwo notatek, ale nie zapisanych przez nią. Było odrobione zadanie domowe, którego nie zrobiła, ale zauważyła, że to zadanie zostało ocenione na A. Jakkolwiek pilnie starała się zminimalizować znaczenie tego wszystkiego, tym bardziej stawała się przerażona (...). Sybil zaczęła odczuwać dziwny przymus przebadania siebie. Czy jej ubranie było „inne”? Czy również była większa? Jej wzrok spoczął na sukience. Była ona zrobiona z półprzeźroczystego materiału z zielonym i purpurowym haftem, tak samo całkowicie nieznajoma jak te innych dzieci. Nie miała takiej sukienki, nie pamiętała by mama kupiła ją dla niej, nie nosiła jej uprzednio i nie założyła tego ranka. Nosiła sukienkę która nie należała niej, w klasie do której nie należała. Nikt nie wydawał się myśleć, że jest coś niezwykłego w tym co się działo. Dzieci trzeciej klasy kontynuowały odpowiadanie na pytania o rzeczy o których nigdy się z nimi nie uczyła. Nic z tego nie rozumiała.

„Sybil” Flora Rheta Schreiber (s. 142, 143).

Nie przytaczam tu jednak tej historii dla samej historii. To co ważne, to rozpoznanie zależności osoby od pamięci. Właśnie dzięki pamięci jestem czymś rozciągniętym w czasie i przestrzeni, a raczej dzięki identyfikacji z pamięcią. Jeżeli to zrozumiemy, widzimy też pojawiającą się możliwość ucieczki poprzez dezidentyfikację z przeszłością i nie projektowanie własnej osoby w przyszłość. Nie jest to oczywiście prosta praktyka – zresztą stopień jej trudności w znacznej mierze zależy od ilości naszych przywiązań. Gdy umysł swobodnie wita każde nowe doświadczenie i pozwala mu trwać stosownie do uwarunkowań, bez atrakcji i odpychania i bez myśli „byłem” i „będę” cóż to może być, jak nie sama nibbana albo stan poprzedzający pełne wygaszenie?