Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szpotański. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szpotański. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 maja 2016

Tuwim? Ten wierszokleta?

No a jak się układają pana stosunki z literaturą polską? Wspomniał pan, że dosyć wcześnie przeczytał pan Tuwima, a nawet to i owo podobało się w nim panu. Istotnie był on dla pana jakimś wzorem czy przynajmniej punktem odniesienia?

Janusz Szpotański

Tuwim? Ten wierszokleta? Coś pan! To znaczy, owszem, ta Tuwimowska kataryna niewątpliwie jakoś tam na mnie działała, ostatecznie piórem to on władał i klecił te wierszydła całkiem zręcznie, ale przecież pod tą brawurową nawet niekiedy powłoką nic się nie kryło! O, ja tego gagatka od razu przejrzałem! Natychmiast dostrzegłem, że pod tą górą piany misternie powiązanych słów nie kryje się absolutnie nic. Uważa pan, że on miał coś ciekawego do powiedzenia? A jeśli chodzi o wyrażanie nastrojów, to też nie był w tym najmocniejszy. W każdym razie mnie ta jego nastrojowość zupełnie nie brała. Pod tym względem to brał mnie już, przynajmniej niekiedy, Gałczyński. Ten ma na swym koncie kilka całkiem sugestywnych wierszy, choć treściowo też niespecjalnie głębokich, wręcz miałkich. No, ale to się już wtedy nie liczy. Natomiast polski poeta, który rzeczywiście na mnie działał, a nawet więcej, który mnie fascynował, to był Leśmian. O, to jest pisarz wielkiego formatu! Ale niech pan zwróci uwagę, w Polsce nie traktuje się go jako gwiazdy pierwszej wielkości, za tytanów uważa się zupełnie innych autorów.

czwartek, 13 marca 2014

Morderca pluskiew



Między wskazującym palcem
a kciukiem
zastyga rubinowym klipsem
krew.
Ale żądza mordu nie zna
zadośćuczynienia.
Chłodnym lancetem intelektu
wynajduje coraz to nowe powody
eksterminacji.
Demagogicznym swędzeniem ciała
wmawia w siebie
niemożność snu.
Nawet malinowy zapach niewinnych ofiar
zostaje wykorzystany jako argument ich
zagłady.
Jak napalmowe bomby
skwierczą zapałki u wejścia ich
przytulnych domostw —
figlarnych dziurek w ścianie.
Wielka Sztuko!
Jakże jesteś bezradna wobec przemożnej
namiętności zadawania śmierci!
„Akt w rude prążki” Ptysia
i abstrakcyjna „Kobra inspiracji”
Onuczki
nie powstrzymają mordercy.
W ekstatycznym szale świętokradcza ręka
odwraca je na drugą stronę
i paznogieć-czołg rozgniata małe brązowe
ciałka.
Pijany mordem broczy w zwałach
zwęglonych i uduszonych trupów.
Wygasa powoli zbrodnicza euforia.
Dysząc ze zmęczenia
gasi światło
i kładzie się spać
w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.

Szpotański

Pedalsonett

Niegdyś lew buduarów, młodych dam bożyszcze,
pan na zamku i pyszny hotelu dyrektor,
gdy Fortuna zmieniła swój przychylny wektor,
w slumsie dziś opłakuje swej świetności zgliszcze.

A jeszcze na dobitek wstrętne pedaliszcze
wonnościami mu skrapia każdy slumsu sektor
i kusząco pod nos mu podsuwa erektor,
tusząc, iż tym haracze sprośnych uciech zyszcze!

Próżno w gniewie się miotasz, z hałasem na schody
przeganiając pedała. On wróci za chwilę
I wydając ze siebie swe tryle pedryle,

będzie ci demonstrował swe ohydne wzwody.
Zgubionyś, dyrektorze! Straszny inwertyta
nadciąga w kłębach perfum. Twierdza twa zdobyta!
Szpotański


Sen tow. Szmaciaka, jadącego nocą z wieścią o victorii pcimskiej na straszny czerwony dwór


I znowu sen. Towarzysz Szmaciak,
tym razem w zbroi, a nie w gaciach
podąża konno w mgieł tumanie
z trzema wiedźmami na spotkanie.
Tuż za nim człapie senny kuc.
Na kucu jedzie spity Buc,
wlepiając w dal baranie oko.
I tak się sennie we mgle wloką.

Męczy ich zgaga oraz czkanie,
gdy wtem rozlega się puchanie,
a potem słynny mrauk kocura
i mgła rzednieje szarobura,
a poprzez jej rozsnutą przędze
trzy obrzydliwe widać jędze,
jak stoją z pochyloną twarzą
nad garem, w którym blekot warzą.
Z okopconego tego gara
w górę śmierdząca bucha para,
a wiedźmy mruczą i bajdurzą;
widać, że przyszłość z pary wróżą.
Nagle, klnąc brzydko: „Psiakrew! Psiakość!
No, kurwa, przechodź ilość w jakość!”,
wrzuciły w gar cuchnące ziele —
i zapachniało PRL-em.

Jest to przedziwna woń nad wonie,
w której nasz kraj ojczysty tonie.
Trudno opisać ją w dwóch słowach,
bo ni komora to gazowa,
ni sracz podmiejski pełen łajna.
Woń to zupełnie nadzwyczajna,
niezwykłej destylacji produkt,
cudowne osiągnięcie Wschodu,
gdzie na ogromnych, hen, przestrzeniach
nawet i złoto w gnój się zmienia.

A więc buchnęła woń nad wonie.
Poczuwszy ją, parsknęły konie,
a Szmaciak nawet bąka puścił.
I oto z gara, jak z czeluści
dobywać się poczęły zjawy:
więc naprzód trup Deptały krwawy,
potem w kajdany skuty Zdzisio,
Wylizuch, łajdak z gębą lisią,
wymachujące pięścią prole,
on sam, w straszliwym tkwiący dole,
zdrajca Maczuga, Stefka zdzira,
aż wreszcie, niczym zwid wampira,
Wardęgi wyłysiały czerep
wyrzucił bezlitosny Ereb.

W tym miejscu jędz rozlega skrzek się:
„Do diabła kocioł całkiem wściekł się
i zamiast przyszłość przeszłość wróży!
Nuże! Wrzucajmy ząb jaszczurzy,
funt gonokoków, odwłok mendzi —
niechaj nam żwawo w przyszłość pędzi!”

I znów buchają kłęby pary,
a w parze kłębią się poczwary,
jakieś pokraczne, wstrętne stwory,
ni to wywłoki, ni to zmory.
Miast twarzy mają świńskie ryje
albo syczące paszcze żmije,
a ośle lub szpiclowskie uszy
wystają im spod kapeluszy —
słowem coś z Boscha i coś z Goyi.

W środku tych poczwar cokół stoi,
a na nim mąż orężny w zbroi,
w hełmie nakrytym, jak pokrywką,
polską wojskową rogatywką,
spogląda przez teleskop, który
zamiast wzniesiony być do góry,
tam, kędy gwiazd miriady płoną,
soczewkę w tunel ma wpuszczoną.
Wielki jest hart zbrojnego męża,
bo nieustannie wzrok wytęża,
a gdy mu szkło zachodzi mgiełką,
woła: „O, widzę, jest światełko!”

Tu chór czarownic się odzywa:
„Patrz, tanie, to twój główny rywal,
obecny pan na Strasznym Dworze!
Lecz da Belzebub, że go zmożesz,
bo jak wskazują piekieł znaki,
najodporniejsze są szmaciaki!”
To rzekłszy, znowu coś do gara
wrzuciły. Znów buchnęła para,
po czym zapadły straszne mroki.
Czyżby się wściekły gonokoki?
Czy może odwłok był nieświeży
albo zepsuty ząb jaszczurzy?
Bo coraz gęstsza czerń się szerzy,
a kocioł zamilkł i nie wróży.


Lecz oto nagle iskra błyska
i wielka jasność w krąg się czyni:
gdzie okiem sięgnąć, tam pustynia
i tylko Pcim jest na pustyni.
Ale nie cały. Domy, gmachy
zniknęły, jakby falą zmyte,
z całego miasta się ostały
tylko Kombinat i Komitet.
Wpatrzone w siebie groźnie, stoją
w nagłego brzasku blask spowite -
i oto nagle drgnął Kombinat
i ruszył z wolna na Komitet.
Cóż to ma znaczyć? Co się dzieje?
I Szmaciak z nerwów we śnie mdleje,
a kiedy zemdlał, to się zbudził.
Jest świt. Mknie Wołga przez bezludzie.

Szpotański

Lament wysokiego dygnitarza

W sekrecie, towarzyszu, powiem wam,
nie bawią już idee mnie ogromne!
W szwajcarskim banku małe konto mam,
że o londyńskim nawet już nie wspomnę.

Mieszkanko niezłe mam w Alei Róż,
na Szucha zaś rozkoszną garsonierę,
przed oknem luksusowy stoi wóz
i wrastam tak powoli w lepszą sferę.

Małżonka, z domu Blikle, damy wzór,
kobieta piękna i niepospolita.
Co czwartek literacki u nas żur,
na którym sama zbiera się elita.

W Oxfordzie kształci się mój starszy syn,
a młodszy jeździ konno i poluje.
Radziwiłł Krzysztof bywa w domu mym
i z lekka żonę moją emabluje.

I nagle — proszę was — on robi wrzask,
że ktoś do kogoś listy pisze!
A cóż ja z tym wspólnego mogę mieć?
Ja o tym wcale nie chcę słyszeć!

Przez ośli upór towarzysza G.
w kabałę niebywałą wpadam!
Spotykam Leszka, wołam: „Leszku, cześć!”,
a on mi, proszę was, nie odpowiada!

I w jakim — proszę was, powiedzcie mi —
w jakim mnie on postawił położeniu!
Mnie, co do Kotta mówię: „Cher ami”,
a ze Słonimskim jestem po imieniu!

Że sam nie bywa, żonę klempę ma,
że nikt nie pragnie znać go z lepszej sfery,
ze złości na margines też nas pcha,
chce nas wyalienować, do cholery!

Ja służę partii już dwadzieścia lat
i różnie, towarzyszu, tam bywało.
Tu człek zarządzał, ówdzie troszkę kradł,
a czasem nawet w nery się kopało!

Lecz dziś — powiedzcie sami — kiedy ślad
tych czasów już zaciera się w pamięci,
człek z każdym w zgodzie żyć by rad,
a on nam znowu zachachmęcił!

Ach, po cóż robić taki wrzask i szum,
jak byśmy byli zagrożeni?
A cóż mi zrobi literatów tłum,
kiedy ja nagan mam w kieszeni?

Rozumiem, że gdy któraś z łap
niepowołanych sięga do koryta,
to trzeba po tej łapie: trach!
Koryto dla nas jest i kwita!

Lecz kiedy wszystkich trzyma się za pysk,
gdy się jak bydło naród doi,
to ja się pytam: „Jakiż on ma zysk,
że poobraża gości moich?”

Ach, towarzyszu drogi, mówię wam,
że się tym wszystkim tylko nerwy zdziera…
Mieszkanko, towarzyszu, prima mam,
ale — paluszki lizać — garsoniera!

Szpotański