niedziela, 9 sierpnia 2026

Podróż do Indii


Lekcja historii

Sprawa sporna, czy wynająć sobie w Bombaju służącego dla obsługi i pomocy w podróży w głąb Indii, czy też wyruszyć samemu, była przedmiotem wielu mych rozmyślań.

Baedeker z roku 1914 uważa, że służący taki jest „przyjemny, ale bynajmniej nie niezbędny”. […]

Koniec końców postanowiłem po długich i zasadniczych rozważaniach służącego nie wynajmować i… wynająłem go przy pierwszej z brzegu sposobności. Zwykła to zresztą kolej ludzkich postanowień.

Mój boy ma pięćdziesiąt lat. Wziąłem go z ulicy, bo mi się przypadkowo nawinął pod rękę. […]

Miał siwe włosy i poczciwy wyraz twarzy. Po angielsku mówił nieźle. Przedstawił pokaźny plik świadectw. Wynająłem go za pięćdziesiąt pięć rupii (rupia trzy złote dwadzieścia groszy) miesięcznie. Bez kosztów utrzymania, bo to już jego rzecz.

Nazywa się Mahomed Izmaiłł i pochodzi z północy. Co ma robić, nie wiem. Na początek daję mu urlop dwudniowy i dopiero w przeddzień wyjazdu na północ rozpoczyna urzędowanie od wielkiego wymyślania czyścicielowi łazienki za nie dość pono wymytą wannę. Później pakuje kufry, zręcznie i porządnie, ale bez żadnej myśli przewodniej, tak że marynarka, kamizelka i spodnie tego samego ubrania trafiają do trzech kufrów. Obszerny wykład o związku poszczególnych części garderoby robi jednak swoje. Zauważam, że od chwili wyjazdu z Warszawy nie miałem tak porządnie spakowanych kufrów. Może… bestia jednak potrzebny?

Teraz więc pierwsza próba zaufania: zakup drobnego sprawunku. Oszukał o parę groszy, ale może… może jego oszukali? Wobec czego druga: zakup biletów kolejowych do Udajpur.

Kupił jak trzeba i wyliczył się sumiennie. No i trzecia, decydująca w chwili wyjazdu. Izmaiłł zabiera moje kufry, aby je dostawić do pociągu i zająć wcześniej miejsce. Trzy kufry i tobół z pościelą! Na odchodnym zagarnął jeszcze i aparat fotograficzny, bo po cóż, powiada, mam się trudzić.

Właściwie – szydziłem z samego siebie, pozostawszy sam w hotelu na pożegnalnym lunchu – powinienem był oddać mu jeszcze i portfel z gotówką.

A jednak, gdym lekki jak nigdy i jak nigdy niespokojny, przybył na dworzec na gentlemeńskie dziesięć minut przed odejściem pociągu, Izmaiłł stał przy drzwiach przedziału pierwszej klasy, dostojny i ważny, w wyniosłym swym spokoju wyższy nad wszelkie podejrzenia.

Jestem bardzo zadowolony z Izmaiłła, choć jeszcze ciągle nie wiem, do czego właściwie służy. Zrozumiałem już jednak, że oprócz swych funkcji wątpliwego znaczenia spełniać będzie wyższe zadania reprezentacji i symbolicznym czarem swej osoby utoruje mi drogę w Indiach. Biały człowiek bez kolorowego służącego nie jest w tych stronach świata całkowicie białym – oto jedna z zasad życia kolonialnego, którą trzeba wpierw odkryć, aby nią w ogóle móc pomiatać.

Jestem stanowczo zadowolony z Izmaiłła, a kiedy pociąg rusza z miejsca i zrywa ostatnią nić łączności z bliskimi mi stronami świata – odczuwam dobroczynne sąsiedztwo jego w przedzialiku z napisem „Servants”1. Oto jedyny człowiek, który coś niecoś wie, kim jestem, czego chcę, dokąd jadę. Jedyny, do którego będę miał jakie takie prawo przez długie trzy miesiące życia. […]

W stolicy jutrzejszych Indii

Kiedym zawiadomił mojego boya w Agrze, że następną naszą stacją w Indiach będzie Allahabad – wykrzyknął zdumiony:

– Allahabad! Co master chce widzieć w Allahabadzie?

– Mahatmę Gandhiego!

– Aa… – otworzył gębę zdumiony. Po chwili zauważył opozycyjnie: – Nikt z turystów nie ogląda Gandhiego!

– Więc ja będę takim pierwszym turystą. A ty nie chciałbyś go widzieć?

– Widziałem go już ze sto razy! – zełgał bez zająknienia, nie tyle z gorliwości nacjonalnej, ile dla urażonej dumy bywalca.

Zamyślił się jednak i spojrzał na mnie podejrzliwie.

– A master wierzy w Gandhiego?

– Nie moja rzecz. Tyś powinien wierzyć w niego albo i nie wierzyć. To twój człowiek.

– Ja jestem boy i nie rozumiem się na tym. Ale boye to nie wierzą. Mówiłem tu z jednym w hotelu – lawiruje przezornie – to on powiada, że wszyscy boye w Indiach modlą się, żeby Gandhi… umarł.

– Proszę! Dlaczegóż to?

– Bo boye nie mają zajęcia. W kraju są bitki i turyści nie przyjeżdżają. Ten boy powiada, że wszystkiemu winien Gandhi. Jak master myśli, czy on ma rację? – zajeżdża mnie przebiegle.

Od czasu wizyty w Lahore mój Izmaiłł podejrzewa mnie o jakieś sekretne zadania w Indiach. Zapowiedziany wyjazd do Allahabadu umocnił niewątpliwie jego podejrzenia. Ponieważ nie orientuje się, o co mi chodzi, rad by mnie wybadać.

– Hm! Trochę racji to on tam może i ma!

– A moja matka, bardzo stara kobieta, to znów powiada, że gdyby nie było Gandhiego, toby się w Indiach żyło tanio i spokojnie, jak za dawnych lat. Moja matka mówi czasem prawdę, a czasem nie. A master jak myśli?

– Tak samo, jak ty, mój Izmaiłł. Ty jesteś boy, a ja podróżnik.

– Yes sir! – przytaknął skwapliwie. – No to wobec tego jedziemy do Cawnpoor! Duża miejscowość, first class hotel, golden temple2 – wylicza żarliwie.

Rozumiem, o co mu chodzi. Mój Izmaiłł pochodzi z Cawnpoor, a gdzieś w pobliżu tego miasta jest jego dom, w którym mieszka z matką. Podczas podróży wspominał nieraz, że rad by ją odwiedzić, na każdym zaś bazarze skupywał dla niej, a zapewne i dla siebie, na czasy letniego bezrobocia, różne praktyczne prezenty. Tu garnek, ówdzie parę funtów ryżu, tam wałek do robienia ciasta, jak i gdzie mu taniej wypadło. Powstał z tych darów tobół ogromny, a rozsypisty, prawdziwe utrapienie nasze podczas podróży. Czy nie zabłąkał się tam i jaki ręcznik lub prześcieradło z moich walizek – nie wypadało dociekać wobec tak budujących dowodów synowskiej miłości. Tym bardziej że Izmaiłł ma pięćdziesiąt lat, a matka jego, jak sam utrzymuje, sto (według mego przekonania siedemdziesiąt).

– Wiesz co, Izmaiłł? – powiadam. – Do Cawnpoor nie pojadę, bo mam dosyć first class hoteli i świątyń też wyżej uszu. Ale umówmy się: ja pojadę do Allahabadu sam, a ty tymczasem odwiedzisz matkę. Spotkamy się za trzy dni w Allahabadzie. Kolej zapłacę… dobrze?

– Very well! – zawołał olśniony. – Ale co master będzie robił trzy dni beze mnie?

– Jakoś tam spróbuję sobie poradzić. Gdybym cię bardzo potrzebował, zatelegrafuję po ciebie. Zostawisz mi swój adres.

– Very well! […]

Ja zaś bawiłem tymczasem w Allahabadzie, zwabiony tam wieścią o Mahatmie Gandhim, który wypuszczony świeżo z więzienia, pierwszy swój z kolei meeting publiczny odbyć miał tam właśnie. Wszakże i niezależnie od osoby znakomitego wodza Indii zasługiwał Allahabad na uwagę. Niewielkie to stosunkowo i niegłośne miasto stało się przecież ostatnimi czasy stolicą rewolucyjnych Indii, mieszka w nim bowiem Motilal Nehru3, pierwsza po Mahatmie osobistość wolnościowego ruchu. Dlaczegóż jednak musiałem przyjechać aż do Allahabadu, aby się dowiedzieć o jego istnieniu?

Historia, a jeszcze bardziej doraźna opinia świata ma swoich faworytów i, ustaliwszy raz ich sławę, przypisuje im nieraz wszystkie dziejowe rozgrywki, nie zastanawiając się już, czy naprawdę są ich udziałem. Ustawiwszy raz pierwszoplanową figurę, skupia na niej wszystkie światła reflektorów wiedzy czy sensacji i pogrąża w cień figury sąsiednie, a może nawet i sama stwarza ową drugoplanowość figur nieraz równorzędnych. Sztuka, a zwłaszcza literatura dokona czasem korekty w tym niesprawiedliwym podziale sławy – ale nie zmieni protekcyjnego systemu oceny dziejowej, wzbogacającego bogatych i zubożającego biedniejszych.

Dla szerokiego świata Gandhi, jeżeli chodzi o Indie, jest wszystkim, a Motilal Nehru niczym. Obok Mahatmy wymienia się jeszcze czasem Mohameda Alego lub braci Alich, Mohameda i Szaukata4, bo w osobach ich można zryczałtować siedemdziesiąt milionów muzułmanów, stanowiących odrębny i ważny czynnik w historii Indii.

W samych Indiach jednakże inaczej. Motilal Nehru ma imię olbrzymie, dla wielu bardziej nawet znaczne niż samego Mahatmy. I on może jest największą chlubą narodowościowych Indii. Miał przecież bogactwa równe Anglikom – i wzgardził nimi. Miał wykształcenie w najlepszych szkołach Anglii, miał stanowisko, wpływ, mógł, idąc z Anglią, wybić się na pozycję, jaką sobie życzył – miał dostęp wszędzie – i wzgardził tym wszystkim. Prowadził tryb życia szerszy niż wszyscy biali utracjusze, ubierał się w Londynie, piwnicę zaopatrywał we francuskie wina, miał europejskich kucharzy, amerykańskie samochody i… wzgardził tym. Motilal Nehru był Europejczykiem i – wzgardził Europą. Jakżeż wielkie muszą być więc Indie.

Rzeczywiście, nawrócenie Motilala Nehru to jeden z najbardziej znamiennych i najbardziej ważnych momentów w historii ruchu niepodległościowego Indii. Ongiś adwokat, najgłośniejszy w kraju, potomek znakomitej i bogatej rodziny, bystry polityk i świetny erudyta, światowiec i gentleman – człowiek przy tym dobry, szeroki i uczciwy – uosabiał, rzec można, pierwszy typ Hindusa, który przyswoił sobie swobodnie styl i ducha Zachodu. Rozumny sceptycyzm i praktyczny stosunek do życia oraz wielka lojalność w postępowaniu, temperament wreszcie bojowy czyniły zeń osobistość predestynowaną do odegrania wielkiej roli politycznej w chwili, gdy duch demokratyzmu zaczął przesączać się w ustrój Indii, a pierwsze reformy powojenne powołały do życia parlament Indii, okrojony co prawda jeszcze w swych prawach i jeszcze bezsilny, ale i tak cenny jako platforma walki i kolebka dalszych swobód.

Zaledwie więc staje się członkiem Assembly5, już obejmuje kierownictwo jednej z najbardziej wpływowych partii i w krótkim czasie staje się centralną figurą parlamentu, cenioną i szanowaną zarówno w obozie skrajnego nacjonalizmu, jak i w kołach zachowawczych, i nawet u samego rządu Indii. Rzec można, iż nadzieje Anglii na spokojny i „rozumny” rozwój wypadków wiązały się w dużej mierze z jego osobą i że nie było w Indiach człowieka, z którym by rząd liczył się tak bardzo jak z nim. Respekt ten zachował nawet wtedy, gdy Motilal Nehru przeszedł do obozu bojkotowców. Jest przecież rzeczą znamienną, że nawet w chwilach najcięższych represji on jeden pozostawał na wolności, pomimo iż piastował najwyższą godność wśród buntowników – prezesurę samozwańczego rządu Indii, zwanego Kongresem.

Do osoby Gandhiego i jego haseł biernego oporu odnosił się przez długi czas sceptycznie. W chwili rozłamu, gdy nacjonaliści opuścili Assembly, nie znalazł się jeszcze po ich stronie, pomimo namów gorących, a potem wyrzutów i złorzeczeń.

Aż dnia pewnego następuje nagły zwrot. Niektórzy twierdzą, iż stało się to po długiej rozmowie z Mahatmą – inni, że pod wpływem syna Jawaharlala6, którego nieprzejednana nienawiść do Anglii i skrajny fanatyzm i radykalizm, niemal komunistyczny, zdołały przechylić ojca, którego dusza gorąca burzyła się na widok represji, spadających na najlepszych synów Indii.

Historia oswobodzonych Indii opisze zapewne kiedyś dramat, jaki się dokonał w duszy jej wodza postawionego na rozdrożu, gdzie z jednej strony stał rozsądek i korzyść, a z drugiej uczucie i ofiara. Jak wszyscy prawdziwie wielcy ludzie – wybrał drugą. Dokonał tego z nieporównaną szerokością gestu, oddawszy się ruchowi bez zastrzeżeń z całą pasją i hojnością swej bujnej natury. Stanowiąc z natury dokładne niemal jak negatyw przeciwieństwo Mahatmy, podporządkował mu się całkowicie i pierwszy tchnął w obóz ducha zorganizowanej dyscypliny, bez którego, wiedział, nie ma skutecznej walki i nadziei na zwycięstwo. Oddał Kongresowi na nieograniczone usługi swój majątek, swój dom i swoje wpływy potężne. Zarzucił strój europejski i przywdział białą szatę khaddaru7. Porzucił dawny tryb życia, zrzekł się odznaczeń, tytułów i znajomości – rzecz niemała, zważywszy wiek jego już podeszły, w którym przyzwyczajenia stają się często treścią życia.

Przystąpiwszy do Kongresu, uzyskuje wpływ natychmiastowy i – o dziwo! – zaufanie i przyjaźń Mahatmy. W ciągu kilku lat swej działalności wprowadza sprężysty strumień energii w chaotyczny nieco i egzaltowany obóz nacjonalistyczny. Wraz z synem Jawaharlalem organizuje armię wolontariuszy, którzy objąć mają nadzór i kierownictwo nad akcją bojkotową. Funduje skarb narodowy. Na głośny raport komisji Simona8, wysłanej z Londynu dla oceny stosunków w Indiach, odpowiada kontrreferatem, znanym pod nazwą sprawozdania Nehru. Wreszcie, gdy wszyscy niemal wodzowie Kongresu, wraz z jego synem i synową, znajdują się w więzieniu, on, choć ciężko już chory, dźwiga brzemię ruchu i umie weń tchnąć wzmagającą się siłę. Dom jego w Allahabadzie staje się węzłowym punktem wszystkich poczynań niepodległościowych na olbrzymich obszarach Indii, a miasto jego rodzinne nieoficjalną stolicą kraju.

Powiadają jeszcze ludzie, i to już wszyscy, którzy mieli z nim do czynienia, że się odznaczał nieodpartym wdziękiem osobistym. Kto zresztą raz jeden tylko spojrzał na jego podobiznę, znajdzie się pod urokiem czaru, promieniującego z tej męskiej, a jednak miękkiej i wrażliwej twarzy.

Kiedym przyjechał do Allahabadu, Motilal Nehru był już śmiertelnie chory. Potężny strumień życia, który przepłynął przez tę świetną postać, rozsadził pierś jej atletyczną. Motilal Nehru jest chory na astmę. […]

Amnestia dla więźniów stanu, ogłoszona przez Anglię w związku z liberalnym kursem polityki, zgromadziła u łoża chorego sporą gromadkę przyjaciół, a zarazem i przywódców Kongresu. Syn Jawaharlal i jego żona należą też do świeżo wypuszczonych z więzienia. Głównym gościem jest oczywiście Mahatma Gandhi, który niemal bezpośrednio po zwolnieniu z więzienia w Punie, spędziwszy tylko dwa dni w Bombaju, przybył do Allahabadu.

Allahabad przeżywa więc swe wielkie dni niepokoju, radości i trwogi – bo chociaż żegna się z Motilalem, to jednak ujrzy Mahatmę, z którego ust spodziewa się usłyszeć historyczne słowa w przełomowej dla Indii chwili.

Jechałem więc do Allahabadu pełen zaciekawienia i niepokoju, czy też dostanę jakie miejsce w hotelu, boć chyba można się było spodziewać zjazdu ciekawych w chwili tak niezwykłej w życiu trzystumilionowego narodu.

Jednakże mały i arcypodły, choć pono jedyny first class hotel Grand był pusty.

Mieszkał w nim tylko jakiś przejezdny handlarz budzikami (niestety mój sąsiad) i młody lekarz angielski, rozpoczynający karierę kolonialną. Nie przybyli więc… nawet dziennikarze pism angielskich, których szpalty pełne były pompatycznych deklamacji o nowej erze w Indiach, opartej na współżyciu i przyjaźni anglo-hinduskiej.

Ten bojkot psychiczny, bojkot uczuć, odruchów i uczuć, towarzyszący kwiecistym nieraz i śmiałym deklaracjom, nie był dla mnie co prawda niczym nowym, bo się już nieraz natknąłem na ten mur odrazy, obracający wniwecz wszelkie próby pojednania, mur nieprzebity, bo ufundowany na nieufności i pogardzie, głusz jednak tego hotelu i przylegającego doń cantonmentu9 białych przeszła najśmielsze moje przypuszczenia.

O zapowiedzianym meetingu Gandhiego nie wiedział ani właściciel hotelu, ani handlarz budzików, ani przygodny jakiś gość w restauracji, z którym spożyłem obiad przy jednym stole. Może zresztą udawali, że nie wiedzą, ale i to byłoby niemniej znamienne.

W mieście tubylczym zdawała się kipieć codzienna wrzawa i trudno było powiedzieć, co się tam dzieje za tym dygotem. Wewnętrzna temperatura ulicy wschodniej jest tajemnicą, nieodgadłą nawet dla jej synów, a cóż dopiero dla człowieka z obcych stron.

Gromadka gapiów zbierała się tylko pod domem Motilala Nehru, zamkniętym na cztery spusty ze względu na stan chorego. Jedynym żywym świadectwem obecnego w Allahabadzie „rządu” Indii był posterunek ochotników, obozujący obok domu.

Nie miał on oczywiście nic wspólnego z purpurowymi gwardiami maharadżów, gdyż składał się z tuzina bosych chłopaków, w krótkich spodenkach i koszulach. Odwachem posterunku był namiot biedniusieńki, udekorowany flagą w trzech kolorach Indii, białym, czerwonym i zielonym. Skromne drużyny naszych strzelców z lat przedwojennych były mi zbyt świeże w pamięci, abym zlekceważył ten skromny posterunek.

W dniu zapowiedzianego meetingu z wystąpieniem Mahatmy zapanowało w Allahabadzie widoczne ożywienie. Tłumy chłopów, przybyłych z prowincji, zaległy ulice i place miasta tubylczego, obozując gdzie popadło. Bezceremonialni, jeżeli chodzi o wybór miejsca, a zgoła nieobliczalni w sposobach zaopatrywania się w żywność, stają się rychło plagą bazaru i niejeden kupiec, acz ma kram udekorowany i na głowie czapeczkę Gandhiego, z kijem w ręku strzeże swego dobytku w dzień ten świąteczny. W utrzymywaniu porządku dopomagają oddziały ochotników, dość chętnie słuchane, ale nie dość liczne i tonące raz po raz w kłębowisku niesfornego tłumu, w którym widzi się postacie z dna wsiowej ciemnoty i nędzy.

Niektórzy z przybyszów, a nawet całe ich grupki noszą chorągiewki z barwami narodowymi – aliści nie wiadomo, czy wiedzą, co znaczą te kolorowe papierki. Wieśniak hinduski podróżuje chętnie, zwłaszcza gdy chodzi o świąteczne pielgrzymki. Aby go poruszyć, nie trzeba wiele trudu. Zresztą nie widać emocji w tłumie tym, gapiowatym i obojętnym, który snuje się po mieście jak ospała trzoda. Co się dzieje w ich głowach – nie wie zapewne sam Mahatma Gandhi.

Zabawny incydent zdarza się z jedną taką partią przybyszów na dworcu kolejowym. Zachodzę tam rankiem, aby kupić gazety, i zastaję jeden z przełazków z jednej strony toru na drugą zawalony tłumem. Po obu stronach przełazka stoi policja. Na stacji poruszenie: wszyscy spoglądają na zablokowany tłum, który raz po raz wznosi okrzyki na cześć Mahatmy i macha chorągiewkami.

– Co się tu dzieje? – pytam dwu białych dżentelmenów, przypatrujących się z flegmą tej scenie.

– Ano, widzi pan, oni przyjechali na meeting bez biletów kolejowych. Powiadają, że teraz jest bierny opór i że się nie płaci za kolej.

– Nie! – poprawia drugi. – Oni nie chcą płacić, ponieważ utrzymują, że nastała wolność. Rozumie pan? – Wzrusza ramionami i odwraca się na pięcie.

Rozumiem, choć sądzę, że nie płacą, bo po prostu nie mają pieniędzy. Niemniej jednak sprawa zapowiada się zabawnie, zostaję przeto na dworcu, ciekaw, jak się rozwiąże. Jakiś urzędnik pertraktuje z nimi. Dowiaduję się, że zarząd kolei, nie mogąc już stwierdzić, kto skąd przyjechał, żąda po pół rupii od głowy. Ale nie! Ani myślą płacić! Propozycja kolei jest odrzucona w akompaniamencie gwałtownej wrzawy. Niech powiedzą Mahatmie Gandhiemu, że przyjechali go zobaczyć. Reszta ich nie obchodzi.

W odpowiedzi na to przybywa wzmocniony oddział policji i partiami odprowadzają ich do aresztu.

Niezłe to jest qui pro quo – myślę sobie – przyjechać zobaczyć Mahatmę i poświętować dzień wolności, a dostać się do aresztu, niezmiennie działającego. Niejeden z nich naprawdę może wierzył, że opłaty kolejowe zostały już zniesione. Biedne to bractwo, bose, na pół gołe… Lecz kolej… rozumuję… co ma począć kolej? Ustąpić i stworzyć precedens o skutkach nieobliczalnych? Skoro się ich jednak zatrzyma w areszcie, jakżeż będzie z atmosferą pojednawczą tego święta, którego wyrazem jest przecież Mahatma Gandhi, wypuszczony łaskawie z więzienia? Oto błędne koło, jedno z wielu, jakie wytwarza problemat wolności, zaszczepiony hinduskim masom.

Rozwiązanie znajduje się jednakże. Telefony zaczynają działać – na dworzec przybywa Jawaharlal Nehru i wykupuje swe owieczki za ryczałtową sumę dwustu rupii. Z pieśnią triumfalną ruszają ku miastu.

Odprowadzonych już do aresztu też oczywiście zwolniono.

Po tym obiecującym wstępie wybieram się na meeting.

Kiedym poprosił zarządzającego hotelem, aby mi zamówił dorożkarza i objaśnił go, gdzie jechać należy… otworzył gębę ze zdumienia.

– Na meeting… ten… tam?

– Tak! Na meeting! – odpowiadam sucho, dając mu do zrozumienia, że mnie nic nie obchodzi opinia jego wytwornego zakładu, wraz z szanownym handlarzem budzików i dostojnym lekarzem z Europy.

– W Bombaju na takim samym meetingu zadusili kilka osób! – zauważa zjadliwie.

– Wiem! Bardzo smutny wypadek.

– I pan się nie boi?

– Boję się! Po to tu jednak przyjechałem.

– Ach tak! Przepraszam! – przygląda mi się z politowaniem.

Że żaden szanujący się Europejczyk nie chadza na meetingi hinduskie, a ujrzenie Gandhiego uważa sobie za dyshonor lub kiepski omen – zmiarkowałem już od dawna.

Niestety, droga do prawdy prowadzi w Indiach przez zdetronizowanie białej skóry. Dążę przeto wytrwale do celu i pokonuję jeszcze jedną zaporę w postaci policjanta, który na skrzyżowaniu ulic wielkim głosem zatrzymuje moją dorożkę, oznajmiając, że dalej jadą tylko pojazdy zmierzające na meeting.

– Jadę właśnie na meeting! – oświadczam.

– Och! – westchnął, wybałuszywszy oczy. Potem zrobił ruch ręką, że pozwala, i ramionami, że ubolewa.

Ten gest, kończący mój europejski honor, jak gilotyna, i to „och!” wydarte z głębi piersi pozostało mi długo w pamięci i powracało stale, ilekroć w myślach szukałem rozstrzygającego argumentu dla sprawy anglo-hinduskiej.

Najcięższa próba czekała mnie jednakże u celu. Nikt mnie tu już nie zatrzymywał ani nie wzdychał nade mną – lecz skoro się znalazłem, sam jeden człowiek biały w obliczu wielotysięcznego tłumu Hindusów, pod pręgierzem oczu zdumionych, zaskoczonych i podejrzliwych – miałem ochotę zapaść się pod ziemię i wynurnąć gdzieś w pobliżu Wisły.

Zbroję jednakże serce męstwem i staję skromnie z boku placu, na miejscu stosunkowo wolniejszym, skąd przez morze głów widzę w dość sporej odległości trybunę. Po niedługiej chwili spostrzegam, że wybrałem miejsce jak najgorsze, gdyż widząc sam niewiele, jestem widziany przez nazbyt wielu ludzi. A każdy, kto mnie raz zhaczył spojrzeniem, trzyma mnie już na smyczy uwagi, choćbym nie wiedzieć jak udawał, że tego nie zauważam, i wyłgiwał się skromnymi minkami. Trudno! W miejscu tym prezentuję się bardziej zagadkowo niż w samym sercu dżungli.

Wytrzymać jednak nie sposób. Zdobywam się na czyn rozpaczliwy i przepycham się w sam gąszcz tłumu. Jestem teraz przedmiotem najbardziej już bezpośredniego zainteresowania, a nawet drobnych awantur, ale sfera mego oddziaływania ogranicza się do wąskiego koła sąsiadów. Koniec końców utwierdzam się na jakimś wzgórku i powoli… powoli wsiąkam w tłum. Już tylko od czasu do czasu zwracają się ku mnie głowy, już coraz rzadziej słyszę za sobą szmer zaniepokojonych głosów. Wreszcie… pogodzili się jakoś ze mną. Jeżeli uważają mnie za szpicla – nie można się im dziwić.

Jestem teraz w odległości jakich trzydziestu metrów od trybuny, na której rozsiedli się członkowie Kongresu bawiący w Allahabadzie. Niektórych, znanych mi z ilustracji, jestem w stanie rozpoznać. Ten piękny pan z siwym wąsem to Mohan Malavia, ten drugi z wyrazem twarzy pełnym dobroci to senior obozu Vallahabai Patel10.

Przywódców ruchu niepodległościowego w Indiach porównywano nieraz już do Rzymian, zwracając uwagę na ich białe szaty, podobne do rzymskiej togi. Poszedłbym dalej i przyznał im także swobodny patos gestu, dostojną postawę i nawet rysy twarzy, użyjmy tego uogólnienia, senatorskie. I zapewne w żadnym rządzie mężów stanu jakiegokolwiek państwa na świecie nie znaleźlibyśmy tylu pięknych i szlachetnych typów ludzkich, jak w samozwańczym rządzie Indii. Tak! Są to prawie Rzymianie! Brak im wszakże jednej zasadniczej cechy, to jest srogości czy choćby tylko stanowczości wyrazu. W twarzach mają pewien rys zmęczenia, a w ruchach miękką zniewieściałość.

Widok tego areopagu o antycznym układzie, a także i rzeszy ludzkiej otaczającej go z jakąś instynktowną harmonią i niedbałym ładem uprzytamnia mi naraz fakt, że ten najmłodszy na świecie nacjonalizm hinduski dotknięty jest brzemieniem wieku jednej z najstarszych na świecie ras. I niejedną może tajemniczą i zagadkową właściwość ruchu niepodległościowego w Indiach tej właśnie głębokiej sprzeczności przypisać należy.

Wtem… z jednego rogu placu wybucha powitalny okrzyk: Dżai! dżai!11 – Gandhi!?… Nie! To Jawaharlal Nehru, chuda, wysoka postać o twarzy ostrej i ascetycznej. Wchodzi na trybunę i oznajmia przybycie Mahatmy za dziesięć minut. Mogę teraz rozumieć, co się dzieje, gdyż przysunął się do mnie jakiś młody Hindus w okularach i dowiedziawszy się, że nie jestem Anglikiem, udziela mi gorliwych wyjaśnień o przebiegu wydarzeń.

Senną i znudzoną już oczekiwaniem masę ogarnia rytm rozpoczynającego się meetingu. Reżyseria wieców ludowych w Indiach stoi na wysokim poziomie i niejeden europejski trybun ludu mógłby się tu wiele nauczyć.

Dziesięciominutowa pauza pomiędzy zapowiedzią a przybyciem Mahatmy poświęcona jest na odpowiednie przyrządzenie psychiczne atmosfery zgromadzenia. Na trybunie pojawiają się dwie kobiety. Jedna z nich to żona Jawaharlala, wypuszczona wraz z nim z więzienia, Shyam Kumari Nehru. Śpiewnym, monotonnym głosem wypowiada jakieś rytmiczne zdania – które tłum powtarza jak słowa przysięgi. Jest to pono hymn narodowy Indii, jakże odmienny od naszych pieśni, lecz chyba nie mniej wymowny. Słowa jego padają w duszę, dla jednych jak zaklęcia, dla drugich jak lekcja miłości ojczyzny.

Wreszcie… on!… Mahatma Gandhi. Idzie przez szpaler utworzony z dziewcząt, witany grzmotem okrzyków i oklasków, potężnych i szumnych jak odgłos wiatru poruszającego las. Powoli i spokojnie wchodzi na trybunę i stoi na niej czas długi, rozumiejąc zapewne, że tłum ten zebrał się tu, aby zobaczyć swego Mahatmę i zapamiętać dokładnie, na długo, na całe życie.

Patrzę i ja na tego niezwykłego człowieka, który ponadludzkim wysiłkiem woli wyczarował naród hinduski z milionów i milionów różnojęzycznej, różnorasowej i różnowyznaniowej rzeszy, zaludniającej olbrzymie obszary Indii. Jakże wygląda ten największy czarodziej naszych czasów?

Chudy oczywiście, ale i dość wysoki, i nie tak znów wątły, jak go sobie zwykliśmy wyobrażać. (Złośliwe jakieś przypomnienie podszeptuje mi myśl, że na tych nogach długich i muskularnych mógłby biegać szybko i w niezłym czasie). Narodową swą szatę nosi bez wdzięku, swoistego hinduskim mężom stanu; przerzucana niedbale przez ramię przypomina raczej prześcieradło kąpielowe niż rzymską togę. Twarz osławiona już w całym świecie – drobnego urzędniczyny czy nauczyciela ludowego z głębokiej prowincji. Twarz, która, jak się to mówi, ma „swój rozum”. Spojrzenie bystre, po trochu nawet i chytre. Uśmiech nieschodzący z lic, poniekąd już afiszowy. Nie z kategorii oczywiście owych szeroko otwartych amerykańskich gęb, reklamujących zdrowe zęby i wszechstronny apetyt, lecz jak gdyby z twarzy zakonnika, który łagodnym skrzywieniem ust manifestuje skromne swe szczęście wewnętrzne i pogodę ducha, okupione ceną habitu. Twarze tego rodzaju, gdy z nich na chwilę spełznie grymas wieczystej radości, stają się smutne, groźne, a najczęściej bezduszne.

Mahatma nie spędził go z ust, lecz jak gdyby o nim zapomniał, stojąc przed tłumem szalejącym z uniesienia. Myśl jego zdaje się błądzić gdzie indziej, może u łoża umierającego przyjaciela, może w Bombaju, gdzie na podobnym zebraniu zadeptano na śmierć kilka osób. Patrzy na tłum z namysłem i nawet z pewnym wyrazem znużenia. Bije od niego chłód, mrożący owacje, które zamierają też rychło, niewypowiedziane, niewyśpiewane do końca.

Jakże inaczej wyobrażałem sobie tę chwilę i tego człowieka, który tu, na zwycięskim półmetku wszystkich swych wysiłków życiowych, staje w obliczu sprzymierzonych mas? A jednak jakiś odruch sympatii do niego odzywa się we mnie, właśnie teraz i dopiero teraz. Wydaje mi się przecież, że go rozumiem, po raz pierwszy… ale i ostatni.

Od tej pory bowiem zaczynają się dziać rzeczy już dziś dla mnie niepojęte. Mahatma zaczyna mówić i… siada, podwinąwszy nogi pod siebie. Brzmienie głosu suche, intonacja monotonna, ręce jego opuszczone na kolanach żadnym gestem nie tłumaczą i nie popierają słów, tak mówi nie wódz do tłumów ani nawet człowiek do człowieka, a tylko jakiś bonza ferujący boskie wyroki.

Na domiar złego w pewnej chwili… psują się megafony roznoszące głos Mahatmy. Zdolność hinduskiej reżyserii zgromadzeń ma też widocznie swoje niedociągnięcia. A może mszczą się na Mahatmie demony biczowanej przezeń cywilizacji?

Prezydium wiecu zarządza przerwę dziesięciominutową… i oto równowaga mego umysłu otrzymuje cios decydujący. Mahatma dobywa skądeś kądziel i… zaczyna prząść.

Jak dobrze, że mnie tu nie rozumieją, bo chyba powiedziałem: wariat. Wstyd się przyznać, ale to już zbyt dziwne sprawy jak na moją normalną, europejską głowę. Bo, zgódźmy się już z widokiem dorosłego chłopa z kądzielą w ręku, ale tu? Na meetingu? O przykład chodziło? Cóż jednak stałoby się z Indiami, gdyby tak wszyscy Hindusi przędli w ważniejszych chwilach swego życia i swej walki o niepodległość.

Jestem całkowicie skłócony z otoczeniem i już się nie dziwię, gdy po dwudziestu minutach zabiegów megafony pozostają nadal nieczynne – a Mahatma zaczyna mówić dalej, nie przestając prząść, jak jakiś wróż z dziecięcej bajki.

Tłum, nie słysząc teraz niczego, domaga się, aby mu powtarzano słowa mistrza, który albo nie chce, albo nie może podnieść głosu. Rolę żywego megafonu obejmuje rzeczywiście jakiś mąż o potężnym organie głosowym, ilekroć jednak ryczy, powtarzając zdania Mahatmy – respekt tłumu pryska i słowa jego giną w gwarze i zamieszaniu.

Widzę, że już nic z tego nie wyjdzie, i opuszczam meeting, nie wiedząc, czy się cieszyć, czy żałować, żem poszedł na to zebranie cudackie.

Nazajutrz przeczytałem w gazetach miejscowych sprawozdanie z podniosłych chwil, jakie przeżyli uczestnicy zebrania. Niepojęte Indie wydały mi się znów podobne do Europy. Lecz w takim razie: może naprawdę byłoby lepiej, gdyby ci dziennikarze hinduscy… przędli jak Mahatma, zamiast łgać jak ich koledzy i mistrze zza oceanu.

Ferdynand Goetel, Pisma podróżnicze, wybór, wstęp i oprac. I. Sadowska, Kraków: Arcana, 2004, s. 170–190

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.