Kilka tygodni po tym, jak Linda wprowadziła się do Dziupli, LaVonne została sama w San Diego. Parkowała incognito. Po kilku trudnych miesiącach upadła na duchu. Jej dawny dom – bordowy GMC safari o nazwie LaVanne – zepsuł się po ostatnim Rubber Tramp Rendezvous, a ona ugrzęzła w Ehrenbergu bez pieniędzy na naprawę. Jakby tego było mało, wciąż miała do zapłacenia kilka tysięcy w ratach za bezużyteczny już bus, który wcześniej kilka razy odmówił jej posłuszeństwa. Postanowiła zostać tam, gdzie jest, i czekać na emeryturę z Social Security. Lori, kobieta, która mieszkała z synem w chevrolecie tahoe, zabierała ją ze sobą na zakupy. LaVonne znalazła też pociechę u boku nowej towarzyszki podróży – rozdokazywanego szczenięcia imieniem Scout, z miotu, który urodziła niedawno suczka Lori.
LaVonne mieszkała w zepsutym busie prawie półtora miesiąca, w miarę jak temperatury rosły, a towarzystwo się przerzedzało. W końcu dostała pieniądze i mogła odholować pojazd do mechanika, który zażądał trzech tysięcy. Nie miała tyle. Spacerując ze Scout, dostrzegła w komisie samochodowym prawie nowego dwunastoosobowego chevroleta express. Z biura wyszedł sprzedawca. Zaproponował, że pomoże jej zdobyć pożyczkę, choć miała kiepską historię kredytową. Nic dziwnego – kredyty wysokiego ryzyka przeżywały w ostatnich latach boom popularności.
LaVonne nie była przekonana do warunków pożyczki, ale co miała zrobić?
– Gdyby nie to, zostałabym bezdomna – powiedziała mi później. Nazwała pojazd LaVanne 2.
Doświadczenie to sprawiło, że otarła się o straszliwe słowo na B: bezdomność. Większość nomadów unika go jak zarazy. W końcu oni są „bezmiejscowi”. Bezdomni to inni.
Ale nawet kiedy zdołała wyrwać się z Ehrenbergu i wrócić w znajome strony, do San Diego, słowo na B wciąż ją prześladowało. Na swoim blogu napisała:
– Kiedy mieszkasz w busie w mieście, ludzie myślą, że jesteś bezdomna.
– Kiedy myślą, że jesteś bezdomna, zaczynasz się tak czuć.
– Starasz się więc ukryć, będąc na widoku… Robisz wszystko, by wyglądać „normalnie”…
– I gdy ten wyraźnie bezdomny facet, którego widujesz co rano, chowającego w krzakach swój dobytek w worku na śmieci, pozdrawia cię z uśmiechem, jakby cię znał, jest to co najmniej deprymujące.
– Ponieważ dociera do ciebie, że zostałaś częścią coraz liczniejszego klubu osób mieszkających na ulicy, a ciebie i tego faceta naprawdę niedużo dzieli157.
Kilka dni później dręczona wstydem LaVonne wyznała czytelnikom coś jeszcze. Napisała, że aby przetrwać miesiąc, wzięła chwilówki, po dwieście dwadzieścia pięć dolarów każda plus czterdzieści pięć dolarów odsetek, i że termin płatności upływa za tydzień. Była roztrzęsiona i było jej wstyd. Natychmiast odezwał się Sameer, przyjaciel z RTR podróżujący z Mr. Pikiem.
Chciałbym być teraz w pobliżu, żeby Cię uściskać, siostro. Chcę, żebyś wiedziała, że nie jesteś sama. Pamiętam, jak siedziałem z Mr. Pikiem w lesie w Dolores, w stanie Kolorado, osiem dni przed wypłatą. Wskaźnik benzyny był już prawie na samym dole, jedzenia miałem na pięć dni, a wody na dwa… Trudno pogodzić się z biedą i z tym, że uważają cię za biedną. Przedstawiano nam to życie jako coś ekscytującego i nowego, i faktycznie takie jest. Ale faktem jest też, że większość z nas żyje tak z powodu sytuacji finansowej… Posłuchaj rady swojego brata Sameera… Zostaw Kalifornię i ulice San Diego, gdzie uważają Cię za bezdomną. Pamiętaj: na pustyni albo w lesie jesteś na kempingu… Przyjedź na pustynię i żyj wśród swoich, którzy Cię kochają i którym na Tobie zależy.
Twój brat Sameer
Sameer i LaVonne nie byli naiwni. Wiedzieli, że w świetle prawa są osobami bezdomnymi. Ale kto by potrafił żyć z taką świadomością? Słowo „bezdomni” dało przerzuty poza swoje podstawowe znaczenie i stało się straszliwą groźbą. Pobrzmiewają w nim cicho inne określenia. Wyrzutki. Przegrani. Oni. Ci, którym nic nie zostało. „Pariasi naszego społeczeństwa” 158 – napisała LaVonne na swoim blogu.
– Na początku martwiłem się, co ludzie pomyślą, widząc, że mieszkam w busie – opowiadał mi w wywiadzie Sameer. – Nie chciałem, żeby mówili o mnie „bezdomny”.
Ale to słowo go prześladowało. Kiedy pojechał do siostry na ramadan, wyrzuciła go, nazywając „bezdomną łajzą”, która daje zły przykład jej dzieciom.
– Sądziłem, że rodzina okaże mi więcej serca. – Sameer ucichł. – Ważne, jak sami siebie określamy – podjął po chwili. – Jeśli jadąc drogą, myślisz o sobie „bezdomny” albo inne złe rzeczy, to masz kłopot. Paul Bowles napisał książkę Pod osłoną nieba. Opisuje tam różnicę między turystą a podróżnikiem. – Po krótkim milczeniu dodał: – Ja jestem podróżnikiem.
W swojej książce Bob Wells stawia wyraźną granicę między nomadami a bezdomnymi. Nomadowie to ludzie, którzy świadomie wypisują się z zepsutego, demoralizującego systemu. Niezależnie od tego, czy sami je wybrali, przyjmują nowe życie i korzystają z niego. Z drugiej strony: „Człowiek bezdomny też może zostać nomadą, ale nie z niechęci do zasad, które panują w społeczeństwie. Nie, on ma jeden cel i jest nim powrót pod dyktando tych zasad, dzięki którym czuje się komfortowo i bezpiecznie” 159 – tłumaczy Bob.
Sameer z Mr. Pikiem w swoim busie
Kwestia wyboru własnego losu okazała się szalenie ważna. Wciąż słyszałam, że choćby możliwości były nie wiem jak wąskie, liczy się wybór. Ghost Dancer, założyciel forum nomadów na portalu Yahoo, w rozmowie ze mną ujął to tak:
– Sytuacja gospodarcza się nie poprawia. Masz wybór: możesz być wolna albo możesz być bezdomna.
Stygmatyzacja społeczna to tylko część problemu. Na nomadów czyhają też inne niebezpieczeństwa, i to gorsze niż kije i kamienie. W ostatnich latach państwo wywiera niespotykaną dotąd presję na ludzi, którzy porzucili tradycyjne cztery ściany. Oto jak w 2016 roku pisał na ten temat „New York Times”:
Przepisy, które w zasadzie kryminalizują bezdomność, pojawiają się wszędzie, przyjmowane z zadowoleniem w Orlando na Florydzie, Santa Cruz w Kalifornii czy Manchesterze w New Hampshire. Jak wynika z badań przeprowadzonych w stu osiemdziesięciu siedmiu miastach przez organizację National Law Center of Homelessness and Poverty do końca 2014 roku władze setki z nich zabroniły siedzenia na chodniku, co stanowi czterdziestotrzyprocentowy wzrost w porównaniu z rokiem 2011. W tym samym okresie liczba miast, w których zabroniono spania w samochodach, podskoczyła z trzydziestu siedmiu do osiemdziesięciu jeden. Obostrzenia te następują równolegle z gentryfikacją, która zmienia oblicze Nowego Jorku, San Francisco, Los Angeles, Waszyngtonu i Honolulu, przyczyniając się do wzrostu kosztów mieszkaniowych i nasilenia się zjawiska bezdomności 160.
Takie przepisy przedkładają własność ponad człowieka. Mówią nomadom: „Wolno ci zostawić tutaj swój samochód, ale sam nie masz prawa tu przebywać”. O tym, że być może jest to sygnał złowróżbnej zmiany w systemie wartości społecznych, mało kto rozmawia.
Zresztą problem nie dotyczy wyłącznie miast. Dyskryminacja ekonomiczna odbywa się także na publicznych gruntach. W arizońskim Coconino National Forest strażnicy leśni od pewnego czasu wypytują biwakowiczów w busach i kamperach o adresy zamieszkania. Każda osoba podejrzewana o brak stałego lokum – co zdradzić może chociażby naklejka z terenów kempingowych blisko Quartzsite – narażona jest na mandat i nakaz odjazdu, ponieważ wykorzystuje las „do celów mieszkalnych” 161. Tymczasem w artykule opublikowanym w „The Statesman Journal” czytamy, że Służba Leśna pracuje nad aplikacją pozwalającą obywatelom zgłaszać podejrzenia, że w jakimś miejscu powstał dziki kemping 162.
Negatywny stosunek do zmotoryzowanych trampów nie jest niczym nowym. W drugiej połowie lat trzydziestych, gdy gwałtownie wzrosła popularność przyczep mieszkalnych, media okrzyknęły ich właścicieli rosnącym zagrożeniem dla wartości moralnych klasy średniej. Mówiono o nich: utrapienie. Darmozjady. Pijawki. Roznosiciele chorób. Ludzie bez korzeni. Włóczędzy. Lenie. Pasożyty. Bumelanci.
„Czterokołowi włóczędzy dorzucają do sektora usług publicznych najmniej w tym zżeranym przez podatki kraju” 163 – narzekała redakcja „New York Timesa” w 1937 roku.
„Kto weźmie odpowiedzialność za koczowników bez korzeni, dzikich lokatorów, niepłacących podatków i tworzących niespotykane dotąd skupiska zmotoryzowanej biedoty?” 164 – pytał w tym samym roku magazyn „Fortune”.
Ich lamenty wykpił producent przyczep, firma Caravan Trailer, nadając swojemu trzymetrowemu taniemu modelowi za czterysta dwadzieścia pięć dolarów nazwę Tax Dodger [Oszust Podatkowy] 165.
Ale powstała w latach trzydziestych moda na przyczepy minęła. Większość podążających za nią ludzi wraz z ożywieniem gospodarczym na powrót się ustatkowała. Natomiast wielu współczesnych nomadów w rozmowach ze mną twierdziło, że nigdy nie wróci do dawnego życia. Nie zamierza na nowo dać się wciągnąć w główny nurt. To znaczy, że sporo z nich przez całe życie od czasu do czasu będzie musiało się ukrywać.
Tamtej wiosny do LaVonne zapukano tylko raz, gdy parkowała incognito w San Diego 166. Mogło być gorzej. Oficer Nunez był miły. Chciał tylko sprawdzić, czy żyje. Czy nie ma w busie fabryki metamfetaminy. LaVonne wie, że miała szczęście. Jej pojazd na oko był nowy i czysty. Piesek przeuroczy. Ona sama jest biała. Policjant nie wypisał mandatu. Spisał natomiast jej nazwisko, numer rejestracyjny oraz markę i model samochodu. A to znaczyło, że została zdemaskowana i wkrótce będzie musiała ruszyć dalej.
JESSICA BRUDER
NOMADLAND
W drodze za pracą
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.