niedziela, 9 sierpnia 2026

Dobry wilk ...

 Próba generalna

Anna zainteresowała się wilkami po czterech latach pracy w Kolmården. Wcześniej zajmowała się głównie ptakami drapieżnymi, chciała w końcu spróbować czegoś innego. Jesienią 2009 roku wilki miały już pół roku. Praca przewodnika była marzeniem wielu – do opieki nad nowym stadem na wybiegu w sekcji SPKM zgłosiło się ponad dwadzieścia osób.

Na rozprawie Anna mówi, że nie było do końca jasne, kto kierował pracą na wybiegu. W każdym razie pierwsze zajęcia prowadził ojciec wilków Thomas. Polegały one na kilku wspólnych wizytach na innym wybiegu. Mieszkało tam stado starszych wilków składające się z pięciu osobników. Zwierzęta były o wiele spokojniejsze niż Farkas i grupa młodych samców w sekcji SPKM. Anna nauczyła się warczeć, aby przywoływać wilki do porządku. Tak naprawdę nie rozumiała, po co są te dźwięki. Ten sam efekt można było chyba osiągnąć zwykłym „stój!” albo „fuj!”, jak się woła do psa. Thomas jednak uważał, że trzeba zacisnąć szczęki, obnażyć zęby i naśladować drapieżnika. Jemu dobrze to wychodziło. Gdyby warczenie i patrzenie prosto w oczy zwierzęcia nie pomagały, można było złapać wilka za nos albo, w najgorszym razie, chwycić za skórę na karku i przydusić do ziemi. Zwykle nie trzeba używać dużo siły. Wilk sam się kładzie, demonstrując uległość przed dominującym osobnikiem.

Większość kolegów i koleżanek Anny dochodzi do wniosku, że praca przewodnika jest zbyt trudna. Wielu z nich rezygnuje. Nie czują się swobodnie w kontaktach z drapieżnikami. Część nie jest zadowolona z zajęć wprowadzających. Inni być może boją się wilków, ale nie chcą się przyznać pozostałym opiekunom zwierząt. W panującej atmosferze entuzjazmu i rywalizacji nikt nie chce okazać słabości.

Anna się nie daje. Z początku czuje się swobodnie. Wilki przypominają duże, psotne psy. Ale im są starsze, tym trudniej nad nimi zapanować. Dziewięć wilków to dużo, zwłaszcza jeśli się pracuje w pojedynkę.

Wiosną 2011 roku najwięcej kłopotów sprawia Kurt. On i Vilkas zachowują się najgorzej. Anna pamięta, jak Kurt zupełnie świadomie starał się dobrać zębami do jej rąk, nie z ciekawości lub przywiązania, ale żeby zrobić jej krzywdę. Atmosfera w stadzie staje się coraz bardziej nieprzyjemna.

Co gorsza, zachowanie Kurta i Vilkasa rzutuje na postępowanie pozostałych wilków. W miarę jak dorastają, coraz częściej ignorują Annę i nie słuchają jej napomnień. Nie działają warczenie ani groźne, dominujące pozy. Zwierzęta stale próbują chapsnąć ją za ręce i porywają przedmioty należące do turystów, nie zważając na jej stanowcze słowa. Głównie jednak ją ignorują. Kiedy wchodzi na wybieg, stado się wycofuje. Jakby w ogóle go nie interesowała. Rozmawia o tym ze współpracownikami i dochodzą do wniosku, że problem może tkwić w jej służbowym stroju. Może ma dziwny zapach, a może jego szelest drażni wilcze uszy? Anna postanawia więc ubrać się zwyczajnie i sprawdzić, czy to coś zmieni. Przed południem 7 maja 2011 roku wchodzi do wilków, mając na sobie dżinsowe legginsy i bluzę z kapturem. Atmosfera rzeczywiście jest inna. Radiotelefon zostawiła na zewnątrz, żeby zwierzęta nie zaczęły go gryźć. Tak jej poradzono. W zapiskach, które pozostawiła później w raporcie dotyczącym wypadków, czytam, że weszła do wilków, „żeby umocnić więź przewodnika ze stadem”.

Oskarżyciel przerywa zeznania Anny i pyta, gdzie w tym momencie znajdowali się jej najbliżsi współpracownicy. Okazuje się, że byli w pawilonie słoni, położonym sto metrów od wybiegu. Raczej poza zasięgiem głosu. Zresztą nawet gdyby ją usłyszeli, nie wiadomo, czy mogliby wejść przez troje drzwi prowadzących na wybieg. Klucze ma tylko przewodnik wilków. Sędzia prowadzący notuje jej odpowiedź i prosi, żeby mówiła dalej. Anna opisuje swoje wejście na wybieg.

Jest sama, bez żadnych zabezpieczeń i możliwości komunikacji z ludźmi na zewnątrz. Nie ma na sobie mocnych roboczych spodni ani grubych butów, tylko zwykłe legginsy i adidasy. Przechodząc przez pierwszą wydzieloną zagrodę, naśladuje wycie wilka, żeby zaznaczyć swoją obecność. Kiedy tylko znajduje się na wybiegu, Kurt zaczyna polować na jej ręce.

„Kurt i Vilkas są bardzo rozochoceni. Mają coś dziwnego w oczach”, zanotowała w raporcie incydentów. Anna siada na kamieniu, jakieś dwadzieścia metrów od wejścia, tak jak ją nauczono. Podchodzi do niej Úlfur, obwąchuje jej kark i nagle chwyta zębami za włosy. To bolesne, więc Anna sięga ramionami za głowę i łapie wilka za skórę na szyi. Úlfur usiłuje się wyrwać, ale kobieta nie puszcza. Warczy, tak jak ją nauczono. W końcu przewraca się na ziemię. Krótka szamotanina zwabia inne wilki. Anna szybko staje na nogi i widzi, że otoczyło ją całe stado. Jeden z wilków, nie zauważyła który, próbuje atakować. Anna krzyczy. Podchodzi do najbliższego drapieżnika. Jeszcze bardziej rozdrażnia to zwierzęta. Kurt i Vilkas krążą tam i z powrotem, a pozostałe wilki wpatrują się w nią żółtymi ślepiami. Ani śladu poprzedniej radości. Zwierzęta są milczące i skupione. Anna spogląda błagalnym wzrokiem na Farkasa, przywódcę stada. Jego wzrok jest zimny i bez wyrazu. Źrenice żółtych oczu większe niż zazwyczaj. Ogon zadarty i wyprężony. Farkas ma lekko opuszczoną głowę i uszy skierowane do przodu. Napięte mięśnie w całym ciele. Przywódca stada jest gotowy do skoku. W raporcie z wypadków zapisała: „Jestem pewna, że gdybym próbowała przydusić do ziemi Kurta lub Vilkasa, inne wilki broniłyby ich, a nie mnie”.

Anna cofa się instynktownie i opiera plecami o pień drzewa. Przed sobą ma wilki. Nikogo z pracowników w pobliżu. Nie ma komórki, a na wybiegu brak systemu alarmowego. Nie wie, czy ktoś usłyszy jej krzyki. Bo krzyczy z całych sił. Ze strachu i z wściekłości. W ogrodzie zoologicznym życie toczy się jak co dzień. Rodziny z dziećmi krążą pomiędzy zagrodami dla zwierząt. W parku safari wagoniki suną łagodnie ponad lwami. Małpy jazgoczą w małpiarni. Nikt nie zwraca uwagi na dźwięki dochodzące z wybiegu w sekcji SPKM. Nikt nie wie, co się dzieje. Anna jest całkowicie zdana na łaskę wilków.

Kurt drepcze przed nią tam i z powrotem z opuszczoną głową. Rzuca się w jej kierunku. Anna próbuje się bronić kopniakiem. Trafia w szczękę i wilk się cofa. W sali sądowej dziewczyna, z trudem powstrzymując się od płaczu, wspomina uczucie lodowatego, paraliżującego strachu. Przyciśnięta plecami do drzewa, traci wszelką nadzieję. Jest przekonana, że wilki ją zagryzą. Eksperci przesłuchani w tej sprawie wskazują, że to typowe zachowanie drapieżników. Anna jest przerażona, lecz równocześnie ogarnia ją dzika wściekłość. Nie potrafi tego wytłumaczyć. Krzyczy i odgania kopniakami krążące wokół niej zwierzęta. Wilki się cofają i znów wracają. Są cierpliwe i spokojne. Furia Anny prawdopodobnie uratowała jej życie. Dziewczyna nie potrafi powiedzieć, ile czasu minęło, zanim wilki usłyszały odgłos silnika. Na drodze obok wybiegu pojawia się traktor. Hałasujący pojazd odwraca uwagę zwierząt od Anny. Zaciekawione tym, co się dzieje, odstępują od niej. Teraz Anna może przejść od drzewa do wyjścia. Ale tuż przed bramą przystaje.

Kiedy opisuje to, co nastąpiło później, wśród słuchaczy w sali rozlega się szmer zdumienia. Wyraz zdziwienia maluje się zwłaszcza na twarzach obu obrońców ze Sztokholmu, którzy z namysłem pocierają ogolone podbródki.

Anna jest już prawie przy wyjściu, o krok od bezpiecznego miejsca, gdy zawraca i znów idzie w stronę wilków. A one, tak jak przedtem, zaczynają krążyć wokół niej. I tak jak przedtem Annę ogarnia śmiertelny lęk. Dziewczyna krzyczy. Tym razem również uwagę wilków przykuwa coś na zewnątrz wybiegu, prawdopodobnie koledzy Anny, którzy usłyszawszy przypadkiem krzyki, przyszli zobaczyć, co się dzieje. Anna może wydostać się z wybiegu. Jest całkowicie wyczerpana. Zanosi się płaczem.

Każdy z obecnych w sali rozpraw zadaje sobie pytanie, dlaczego Anna zawróciła na wybieg. Dla osób z zewnątrz jest to niepojęta i irracjonalna decyzja. Trzeba starać się zrozumieć, że praca z wilkami jest wówczas jej marzeniem. Że Anna, podobnie jak inne młode kobiety w Kolmården, jest ambitna i uparcie dąży do celu. To wymarzone miejsce pracy dla młodych ludzi zainteresowanych egzotycznymi zwierzętami. Do liceum garną się setki kandydatów na bardzo ograniczoną liczbę miejsc. Nie ma w Szwecji ogrodu zoologicznego, w którym byłoby więcej zwierząt. Żaden nie przyciąga tylu zwiedzających. Może w uszach Anny pobrzmiewają słowa nauczyciela, że ten, kto raz został wygnany z wybiegu dla wilków, nie ma już powrotu. Czas, który poświęciła na zdobycie potrzebnych umiejętności, byłby zmarnowany.

Nikt, komu udało się dostać wymarzoną pracę, nie chce rozczarować swoich przełożonych i kolegów. Nikt nie chce nawalić, zepsuć sobie opinii ani stracić swojej szansy.

Anna ma umowę na czas określony, pracuje na zastępstwie. Ze złożonych przez nią i pozostałych pracowników zeznań wynika, że niezgoda panuje nie tylko w stadzie wilków. Atmosfera wśród przewodników również nie jest najlepsza. Niektórzy mężczyźni z długim doświadczeniem w odchowywaniu wilków uważają, że młode kobiety nie nadają się do opieki nad drapieżnikami. Wielu jest niezadowolonych z porządków panujących na wybiegu w sekcji SPKM. Kilku odeszło z pracy na znak protestu. Ich zdaniem przewodników jest zbyt dużo, a zwierzęta nie są zdyscyplinowane. Jeśli wilki zmuszą Annę do odwrotu, okaże się, że mieli rację. Ale ona jest twarda. Może nawet za bardzo, ze szkodą dla siebie. Reaguje więc tak, jak reagują na ogół twarde, ambitne kobiety. Nikt jej nie będzie podskakiwał. Nawet stado wilków. Może nie jest pewna, czy dobrze odczytała sygnały zwierząt. Kto wie, czy sytuacja była aż tak niebezpieczna, jak jej się wydawało, kiedy stała przyciśnięta do drzewa? Zupełnie nie zdaje sobie sprawy, że jej życie było zagrożone. Norweski ekspert Runar Næss określa decyzję powrotu na wybieg jako „czyste samobójstwo”. Po tym wydarzeniu Anna zrezygnowała z pracy przewodnika.

W dokumentach ze wstępnego dochodzenia czytam, że w sierpniu podjęto decyzję o uśpieniu Kurta. Był zbyt chory i kapryśny. Ale Vilkas zostaje. I przez cały następny rok terroryzuje przewodników oraz odwiedzających. 10 czerwca 2012 roku, tydzień przed śmiertelnym atakiem, Vilkas manifestuje wrogość wobec Sofie. Dzień później Sofie wchodzi na wybieg razem z ojcem wilków Thomasem. Nie widać nigdzie Volka, ofiary mobbingu. Farkas, przywódca stada, odpycha Vilkasa, a Ookami gryzie go, kiedy ten próbuje capnąć Sofie zębami. Wygląda to tak, jakby inne wilki próbowały chronić Sofie przed jego atakami. Po kilku minutach atmosfera rozdrażnienia mija i wilki się uspokajają. Chwilę później Sofie gładzi sierść Vilkasa. W dzienniku wilków pisze o „cudownym uczuciu spokoju na wybiegu”. Ale to spokój przed burzą. W rzeczywistości sytuacja stopniowo wymyka się spod kontroli.

12 czerwca 2012 roku, pięć dni przed atakiem, Volk jest wciąż wykluczony ze stada. Chowa się jak zwykle pod tym samym świerkiem. Karolina przynosi mu resztki jedzenia. Notuje to w dzienniku wilków. Zapisuje również, że Amaroq i Vilkas wydają się toczyć ze sobą walkę. Kiedy Thomas idzie na wybieg tego samego dnia około trzeciej, między samcami nadal widać napięcie. Ku zdziwieniu Thomasa Vilkas zaczął się buntować przeciwko dominującemu do tej pory Amaroqowi. Nazajutrz Tchono ma ranę na uchu. Widocznie wilki walczyły ze sobą w nocy.

Tego samego dnia Karolina przynosi kawałek mięsa dla nękanego przez towarzyszy Volka, który nadal leży pod świerkiem. Ale zastraszony samiec nie ośmiela się tknąć jedzenia. Smakołyk podbiera mu Ookami. 16 czerwca 2012 roku, dzień przed atakiem, nad Kolmården oberwała się chmura. Temperatura wynosi piętnaście stopni. Gdy Karolina pojawia się około dziewiątej trzydzieści, wilki skomlą przy ogrodzeniu. Wszystkie z wyjątkiem Volka, który chowa się na skale, krążą wokół wejścia. Karolina notuje, że Farkas reaguje na jej kalosze. To dziwne, bo miała je na sobie już wcześniej i nie było żadnego problemu. Nie wiadomo dokładnie, jak zachowuje się przywódca stada. Czy podgryza buty? Czy je obwąchuje?

Czy chce ją jakoś ostrzec?

Ostatni zapisek w dzienniku wilków pochodzi z 16 czerwca, z godziny jedenastej. Zostały dokładnie dwadzieścia cztery godziny do śmierci Karoliny. Tego dnia są na wybiegu z Sofie. Przyniosły duży kawał mięsa, który wilki mają podzielić między sobą. Każdemu prócz Volka przypada jakaś część. Potem Sofie notuje – po piśmie widać, że się spieszy: „Karolina zaniosła porcję Volkowi, który ją od niej wziął”.

Kolejne strony są puste. To ostatni wpis, jaki kiedykolwiek zanotowano w dzienniku wilków.

**

Nie ma zatem wątpliwości, że zsocjalizowane wilki mogą zachowywać się agresywnie i stanowią zagrożenie dla członków stada oraz swoich opiekunów. W antologii Harry’ego Franka poświęcono cały rozdział metodom, które pozwalają uniknąć urazów lub śmiertelnych wypadków wśród personelu w ogrodach zoologicznych i innych miejscach, gdzie hoduje się wilki. Jego autorami są Erich Klinghammer i Patricia Goodmann. Ten pierwszy już w 1972 roku założył Wolf Park w Battle Ground w stanie Indiana. To jeden z najstarszych parków wilków na świecie i instytucja, która ma chyba największe doświadczenie w postępowaniu ze zsocjalizowanymi wilkami. Po wieloletnich badaniach wilków w niewoli Klinghammer i jego współpracownicy stworzyli tak zwany etogram – przekrojowe zestawienie różnorodnych zachowań i odgłosów wilka. Od tego, jak wilk sika i się bawi, do sposobu, w jaki grupa drapieżników atakuje ofiarę. Erich Klinghammer zmarł w 2011 roku w wieku osiemdziesięciu jeden lat. Pracę w Wolf Park kontynuowała jego współpracownica Patricia Goodmann. Oskarżyciele powołali ją jako eksperta na rozprawę w Norrköping.

Metoda postępowania ze zsocjalizowanymi wilkami w Kolmården opiera się na teorii dominacji. Wynika to jednoznacznie z zeznań świadków. Były kierownik działu badań też używa zwrotu „przyjazny autorytet”. W protokołach z zebrań, które są częścią obszernych materiałów z policyjnego dochodzenia, znajduję wskazówki dla przewodników wilków i ich opiekunów. Ich rolą w stadzie ma być „silny przywódca” i coś w rodzaju „hiperwilka”. Ojciec wilków Thomas obserwował wilki alfa, aby nauczyć się ich mowy ciała. Porozumiewał się ze zwierzętami, warcząc, krzyżując z nimi wzrok lub przyciskając je niekiedy do ziemi, by zaznaczyć swoją przewagę. Takich metod uczono pozostałych przewodników. Podczas rozprawy Patricia Goodmann określa je jako „trochę nienowoczesne”. Ujęła to bardzo delikatnie. W rzeczywistości zarówno ona, jak i jej kolega Erich Klinghammer już od połowy lat osiemdziesiątych zdecydowanie odradzali stosowanie wszelkich form dominacji w postępowaniu ze zsocjalizowanymi wilkami z tej prostej przyczyny, że unieszczęśliwia to zwierzęta, które stają się potencjalnie niebezpieczne. W Wolf Park wszyscy, którzy chcą wejść na wybieg dla wilków, muszą stosować się do obowiązującego regulaminu. Jego pierwszy punkt napisano wielkimi literami: „NIGDYNIEWCHODŹNAWYBIEGWPOJEDYNKĘ!”.

Ta zasada zapewnia najlepsze środki bezpieczeństwa, kiedy ma się do czynienia ze zsocjalizowanymi wilkami. W Wolf Park pracownicy wchodzą do wilków co najmniej parami. Prócz tego mają ze sobą trzydziestocentymetrową pałkę lub drewniany kij, aby móc się bronić, na wypadek gdyby wilki im zagrażały. Nie są to narzędzia do samoobrony. Próba ogłuszenia wilka jest skazana na niepowodzenie. Można ich użyć do odwrócenia uwagi zwierzęcia – wilk chwyci zębami kij, a nie rękę czy nogę. Jeśli mimo to dojdzie do ugryzienia, ofiara powinna opanować odruch wyszarpnięcia kończyny, gdyż mogłoby to zwiększyć obrażenia. Najlepiej zachować spokój. Jeśli całe stado atakuje równocześnie, należy przyjąć pozycję embrionalną i chronić rękami gardło oraz kark. Ofiara powinna starać się nie krzyczeć, żeby nie pogorszyć sytuacji. To wszystko jest dokładnie opisane w instrukcji bezpieczeństwa parku. Składa się ona z trzynastu punktów. Punkt dwunasty brzmi: „Nie wchodź do wilków, jeśli jesteś chory, źle się czujesz lub masz jakieś obrażenia. Przeziębienie, a nawet siniec mogą stanowić problem”.

W Kolmården nie było takiego dokumentu. Wydaje się, że mimo wszystkich incydentów nikt tam nie wierzył, że wilki mogą ranić lub zabić człowieka na wybiegu. Personel regularnie wchodził do wilków w pojedynkę. W Wolf Park było to nie do pomyślenia. W Kolmården zachęcano do tego, twierdząc, że wzmacnia to osobistą więź ze zwierzętami. Nie znalazłem potwierdzenia tej tezy w żadnych książkach ani raportach z tej dziedziny, które przeczytałem.

Wśród pracowników ogrodu zoologicznego zapanowały konsternacja i osłupienie na wieść, że ofiarą ataku wilków stała się jedna z najbardziej doświadczonych opiekunek, która w dodatku wykarmiła je z butelki. Patricia Goodmann nie podziela tego zdziwienia. Z jej doświadczenia wynika – o czym zresztą pisze w książce Man and Wolf – że na największe ryzyko ataku narażone są właśnie osoby najbliższe. Każdy osobnik w stadzie bezustannie szuka okazji, aby wzmocnić swoją pozycję. W ogrodzie zoologicznym ze zsocjalizowanymi wilkami ta grupa obejmuje również ludzi. Wilki są czujne. Przede wszystkim zaś są oportunistami. Zsocjalizowany wilk wcale nie oznacza przyjacielskiego lub niegroźnego zwierzęcia, podkreśla Patricia Goodmann. Przeciwnie, wilk wychowany przez człowieka traktuje go tak samo jak inne drapieżniki w swojej grupie. Najbardziej narażona na atak jest osoba, która na wybiegu zachowuje się w sposób agresywny lub groźny. Postawa machismo i dominacji powoduje bezpośrednie zagrożenie życia. W strefie ryzyka znajdują się także osoby, które uważają, że wilki będą odwzajemniać ich uczucie i dlatego nie zrobią im krzywdy. Zwierzęta potrafią, rzecz jasna, przejawiać zachowania przypominające czułość i oddanie, a nawet poświęcać się dla swoich właścicieli, mówi Patricia Goodmann. Jednak my, ludzie, nigdy się nie dowiemy, jak zwierzęta doświadczają tych relacji. Mózg wilka jest duży i dobrze rozwinięty. Ale czy jest w stanie zarejestrować paletę uczuć i postaw, które ludzie nazywają miłością? Patricia Goodmann w to nie wierzy.

Wcześniejsze ataki

Patricia Wyman miała dwadzieścia cztery lata i właśnie została przyjęta do pracy. Przepracowała zaledwie trzy dni, bo rankiem 18 kwietnia 1996 roku została zaatakowana i zagryziona przez wilki w Haliburton Forest & Wild Life Reserve. Patricia była biologiem i po raz trzeci weszła na zajmowany przez pięć wilków wybieg w parku, który trzy miesiące później miał zostać otwarty dla zwiedzających. Park leży pomiędzy Toronto a stolicą kraju, Ottawą, w prowincji Ontario, we wschodniej części Kanady, i jest jednym z największych na świecie pod względem zajmowanej powierzchni. Wybieg ma 61 000 metrów kwadratowych – dla porównania wybieg w sekcji SPKM w Kolmården liczył 6400 metrów kwadratowych.

Za pierwszym razem Patricia weszła na wybieg ze swoim szefem. Za drugim – sama karmiła wilki. Stado trzymało się z daleka. Jej chłopak mówił potem, że po drugim dniu była nieco zaniepokojona zachowaniem przewodnika stada. Odniosła wrażenie, że jest agresywny i groźny. Dzień później wilki ją zabiły. Patricię Wyman znaleziono, tak samo jak Karolinę w Kolmården, bez ubrania i ciężko pogryzioną. Wilki krążyły wokół przybyłych na miejsce policjantów, nie dopuszczając ich do ciała. Trzeba było strzelać w powietrze, żeby odpędzić zwierzęta. Następnego dnia wszystkie uśmiercono i przebadano na obecność wścieklizny. Wyniki były negatywne.

Założyciel Wolf Park Erich Klinghammer starał się wyjaśnić przyczyny ataku. Jego zdaniem wilki prawdopodobnie otoczyły młodą kobietę na wybiegu, a ona potknęła się o leżącą na ziemi gałąź. Wtedy zwierzęta zaatakowały i zabiły ją w ciągu kilku sekund. Patricia nie przyznała się przełożonym, że boi się być z wilkami sam na sam. Szefowie twierdzili, że pójście w pojedynkę do wilków było złamaniem regulaminu. Nie wiadomo, dlaczego mimo to tam weszła. Być może nie została powiadomiona o procedurach. Według Ericha Klinghammera, gdyby poszła z drugą osobą, zapewne nigdy by nie doszło do ataku.

Dziewięć lat po śmiertelnym wypadku w Kanadzie, 17 marca 2005 roku, do podobnego ataku doszło w USA, w ogrodzie zoologicznym Out of Africa w Camp Verde w Arizonie. Również tym razem zaatakowana została samotna kobieta. Trzydziestoczteroletnia Heather Mueller, doświadczona opiekunka zwierząt, wieloletnia pracownica zoo. Była sama z dwoma wilkami, które od siedmiu lat mieszkały na wybiegu i nigdy wcześniej nie zachowywały się agresywnie. Heather Mueller cudem przeżyła, ale odniosła bardzo poważne obrażenia.

Podczas gdy w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku zoo w Kolmården zapraszało małe dzieci i ekipy telewizji publicznej do zsocjalizowanego stada, w Wolf Park zajmowano się wilkiem, który niedawno zaatakował i zabił chłopca w Michigan.

Mickey, jak nazwano wilka, był przywiązany łańcuchem na podwórzu. Chłopiec chciał pogłaskać dużego psa i kilka minut później już nie żył. Populacja dzikich wilków w USA – nie licząc Alaski – liczy około ośmiu tysięcy osobników, tymczasem w niewoli żyje około pół miliona oswojonych wilków i hybryd. Z badania przeprowadzonego w 1996 roku wynika, że amerykańskie gospodarstwa domowe kupują dwieście pięćdziesiąt tysięcy takich szczeniaków rocznie. Tylko dwadzieścia pięć procent z nich żyje dłużej niż rok. Po trzech latach zwierzęta, które przeżyły, nie mają już domu. Te liczby świadczą o dwóch rzeczach. Po pierwsze, że w Stanach jest wielu nieodpowiedzialnych właścicieli i hodowców. Po drugie, że traktowanie wilków lub hybryd jako zwierząt domowych jest niewłaściwe. Są one genetycznie zaprogramowane tak, aby po osiągnięciu dojrzałości płciowej rzucać wyzwanie osobie, którą uznają za głowę rodziny. Podobnie postępują psy, lecz ich zachowanie jest złagodzone przez tysiące lat hodowli. Po upływie kilku lat właściciele w większości przypadków nie są w stanie poradzić sobie z wilkami i wilczymi hybrydami. Trzymają je na zewnątrz na łańcuchach lub zamykają w ciasnych zagrodach. Takie zwierzęta mają nędzne życie. Często udaje im się uciec i wtedy stają się zagrożeniem dla bydła, psów, a nawet ludzi – zwłaszcza dzieci.

W tym samym roku, kiedy Patricia Wyman ginie w Ontario zagryziona przez wilki, wybieg w Kolmården odwiedza grupa wojskowych. Podczas rozprawy w Norrköping wyświetlono amatorskie nagranie wideo z wydarzenia. Widać, jak wojskowi głaszczą wilki, gdy nagle jeden z drapieżników rzuca się z zębami na kurtkę uniformu. Żołnierz zapomniał wyjąć z kieszeni przysmaki dla psów. Wilk nie chce puścić i głośno warczy.

Na filmie słychać, jak ktoś krzyczy: „Nie ruszaj się!”. Ktoś inny nerwowo się śmieje. Niefrasobliwy nastrój ulotnił się w ciągu kilku sekund i powiało grozą. Na wybiegu jest przewodniczka wilków Siv. Ona również karmiła wilki z butelki, jest odważna i pewna siebie. Łapie zwierzę za nos i zmusza drapieżnika, aby puścił kurtkę. Nie podoba się to wilkowi i teraz zwraca się w stronę kobiety. Wygląda, jakby chciał dosięgnąć jej ramion. Staje na tylnych łapach i z jego gardła wydobywa się chrapliwe warczenie, które przechodzi w dźwięk przypominający ryk lub wycie. Brzmi to przerażająco. W tej pozycji wilk jest niemal tego samego wzrostu co przewodniczka. Zwierzę rzuca głową na wszystkie strony, skomle i usiłuje dosięgnąć zębami jej ramion. Nie ulega wątpliwości, że jest wyjątkowo agresywne. Opiekunka przytrzymuje wilka za skórę, daje trzy mocne kopniaki w brzuch i tylne nogi drapieżnika, pchając go jednocześnie przed siebie. Przypomina to walkę zapaśników w stójce. W końcu wilk się uwalnia i odbiega skulony z opuszczonym ogonem. Siv rusza za nim z krzykiem. Zwierzę wycofuje się, skomląc. Szwedzcy żołnierze obserwujący zdarzenie mają wystraszone miny. Podczas przesłuchania na policji w związku ze śmiertelnym wypadkiem w Kolmården w 2012 roku Siv zeznała, że według niej powodem widocznego na filmie zachowania wilka był fakt, że nocą w stadzie zmienił się przywódca. Przewodniczka wyjaśniała:

Devil, który złapał zębami za kieszeń kurtki, nie był wcześniej przywódcą stada. To wilk, z którym można było się pobawić. Ale kiedy wówczas się zjawiłam, zagrażałam jego pozycji przywódcy. Chciał mi dać nauczkę i stąd agresja, przed którą musiałam się wybronić kopniakami.

To był pierwszy i ostatni raz, kiedy wilk w Kolmården potraktował ją w ten sposób. Siv już nigdy nie wróciła na wybieg. Na pytanie, co mogło jej tam grozić, odpowiedziała, że wilk znów by ją zaatakował. A w każdym razie walczyłby o przywództwo w grupie.

Mats Amundin przyznaje na rozprawie, że jego również spotkało coś podobnego. Wilk, który wcześniej zajmował niski szczebel w hierarchii stada, wspiął się na tylne nogi, położył łapy na jego ramionach i usiłował ugryźć go w twarz. Amundin został przegnany z wybiegu i nie pokazał się tam więcej tak długo, jak żył napastliwy wilk. Nie ośmielał się wchodzić na wybieg w sekcji SPKM, ponieważ zwierzęta dawały wyraźnie do zrozumienia, że jest osobą niepożądaną.

Pomimo śmiertelnego wypadku w Kanadzie. Pomimo groźnego ataku na Heather Mueller w zoo w Arizonie. Pomimo ataku w zoo w Hanowerze w Niemczech z 2007 roku, w którym opiekunka wilków doznała bardzo poważnych obrażeń. Pomimo kolejnego ataku w tym samym roku w Langedrag Naturpark w Norwegii, gdzie zsocjalizowana samica wilka zaatakowała opiekuna, który wykarmił ją z butelki. Pomimo tego, że sami pracownicy Kolmården byli niejednokrotnie atakowani lub przepędzani z wybiegu. Pomimo że Mats Amundin, wydając opinię w sprawie dramatycznej sytuacji, w jakiej znalazła się młoda opiekunka wilków Anna, stwierdził, że jej życie było poważnie zagrożone. Pomimo że były kierownik działu badań, a teraz ekspert powołany na rozprawę sądową sam znalazł się w podobnej sytuacji – zarówno on, jak i obrońcy utrzymują, że śmiertelny atak był „jak grom z jasnego nieba”.

Żaden z licznych udokumentowanych przypadków ataku wilków na ludzi nie przyczynił się do zweryfikowania metod pracy z dorosłymi zsocjalizowanymi wilkami. Podczas rozprawy sądowej obrońcy powołują się na mity dotyczące wilków powstałe w ramach działalności Projektu Wilk w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Mianowicie, że nie ma żadnego powodu, aby człowiek bał się wilka. Za bramą wejściową ogrodu zoologicznego do 17 czerwca 2012 roku, do godziny 11.17, uważa się, że wilk nie stanowi zagrożenia dla człowieka.

W planie awaryjnym na wypadek ucieczki niebezpiecznych zwierząt, ustanowionym przez Kolmården dopiero w 2012 roku – tym samym, w którym nastąpił atak – wilk zostaje pominięty. Na liście figurują lew, tygrys oraz goryl. Nie ma natomiast drapieżnika, którego dorosły osobnik może ważyć ponad pięćdziesiąt kilogramów, ma czterocentymetrowe kły i jest w stanie samotnie upolować łosia, a w grupie – dorosłego konia lub niedźwiedzia. To prawda, że dzikie wilki niezwykle rzadko atakują ludzi. Nie traktują nas jak zwierzynę łowną, w każdym razie nie dorosłych. Dzikie wilki boją się ludzi. Nie ulega jednak wątpliwości, że ich zabijały. Zabijały, gdy były zarażone wścieklizną, zabijały podczas polowania i wtedy, gdy broniły swojego rewiru. I wciąż będą zabijać samotnych ludzi, jeżeli znajdą się oni w niewłaściwym miejscu i w niewłaściwych okolicznościach.

We wrześniu 2017 roku „The Times” donosi, że sześćdziesięciodwuletnia Celia Hollingworth, która zaginęła podczas wędrówki górskiej w północnej Grecji, została prawdopodobnie zabita przez wilki.

Wędrowała samotnie w odległych górskich rejonach. Obrażenia na okaleczonym ciele – rozległe ubytki i ślady zębów na zmiażdżonych kościach udowych – świadczą o ataku wilków. Nie ma powodu do paniki, ale wilki mogą być niebezpieczne dla ludzi.

W 2002 roku w Norweskim Instytucie Badań Przyrody (Norsk institutt for naturforskning, NINA) zespół pod kierownictwem Johna Linnella przeprowadził szeroko zakrojone badania udokumentowanych ataków wilków. W wyniku szczegółowej analizy stwierdzono, że poczynając od XVIII wieku, w samej tylko Europie Zachodniej odnotowano 1548 przypadków zabicia człowieka przez wilki. Większość z nich miała miejsce przed 1900 rokiem. W Rosji, kraju o największej populacji wilków, udokumentowano wiele ataków także po II wojnie światowej. W Kirowie w latach 1944–1955 wilki miały zabić dwadzieścioro dwoje dzieci. W Indiach ponad dwieście w latach 1980–1995. John Linnell nie jest jednak zwolennikiem wytępienia wilków, przeciwnie. Uważa natomiast, że lekceważenie potencjalnego zagrożenia i problemów, jakie niesie ze sobą obecność rewiru wilków w pobliżu terenów zabudowanych, nie sprzyja wysiłkom zmierzającym do zachowania gatunku. Uruchamia to – jak twierdzi ekspert – mechanizm zaprzeczenia, znany z reakcji na ludobójstwo lub inne traumatyczne historyczne wydarzenia, co powoduje wzrost nieufności i polaryzację opinii.

Wilk został uratowany. Zadanie się powiodło. W Europie żyje około dwunastu tysięcy dzikich osobników. Teraz trzeba jeszcze wypracować sposób koegzystencji z legendarnym drapieżnikiem. Głoszenie, że wilki nie są niebezpieczne, może podważyć zaufanie do wszystkich skutecznych działań podejmowanych dla ochrony gatunku od początku XX wieku.

– Wilki nie są ani święte, ani nasłane przez diabła. To po prostu duże drapieżniki – mówi badacz w wywiadzie dla brytyjskiej rozgłośni BBC.

Obrońcy w Norrköping przywołują statystykę, która według nich przemawia na korzyść oskarżonego zoo w Kolmården i dyrektora działu hodowlanego Matsa Höggrena. Prawdopodobieństwo śmierci spowodowanej przez wilka jest w Szwecji wyjątkowo niskie. Ostatnio zanotowane przypadki w kraju pochodzą z 1820 i 1821 roku, czyli sprzed niemal dwustu lat. Były to ofiary tak zwanego wilka z Gysinge. Wiele wskazuje na to, że był to wilk zsocjalizowany.

Zaczęło się od tego, że na terenie fabryki w Gysinge ogrodnik znalazł w lesie trzy porzucone wilcze szczenięta. Jedno z nich wylądowało w posiadłości Hofors, gdzie dorastało w zagrodzie na podwórzu. Wilczyca uciekła stamtąd po osiągnięciu dojrzałości. Nigdy nie nauczyła się polować w naturalnym środowisku.

Nie odczuwała też naturalnego u dzikich wilków lęku przed człowiekiem. Jej pierwszą ofiarą tej zimy padł trzyletni syn żołnierza Erik Ed, który bawił się na śniegu przed chałupą w Dragbo. Ojciec znalazł go w śniegu kilometr od domu, pogryzionego do krwi. Dziecko jeszcze żyło, ale nie dało się go uratować.

Zimą 1821 roku wilk z Gysinge zabił dziewięć osób i ranił piętnaście. Większość ofiar stanowiły dzieci. Wiele z nich było okaleczonych i częściowo pożartych. 21 kwietnia zastrzelono dużą wilczycę w Nordanåker, po czym ataki ustały.

Od tamtej pory nie udokumentowano w Szwecji żadnego przypadku ataku wilka na człowieka. Do 17 czerwca 2012 roku w Kolmården. Można to traktować jako dowód na to, że wypadek był absolutnie nie do przewidzenia. W swoim końcowym wystąpieniu obrońcy demonstrują zdjęcie króla z wilkami w Kolmården. Czy kierownictwo zoo zaprosiłoby głowę państwa na wybieg dla drapieżników, gdyby istniało najmniejsze podejrzenie, że mogą stanowić zagrożenie dla człowieka? To wykluczone. Można również przyjąć, że niewielka liczba potwierdzonych przypadków śmierci jest logiczną konsekwencją liczby wilków żyjących w Szwecji przez ostatnie sto lat. Bo prawie ich nie było. Gatunek był w zasadzie wytępiony, do czasu gdy pod koniec lat siedemdziesiątych pojawiły się pierwsze ślady wilków w Värmlandzie.

Wyjąwszy populację, która mieszkała na zamkniętych wybiegach w ogrodach zoologicznych, prawie nie było wilków żyjących w pobliżu ludzkich siedzib. Z kolei zwierzęta z zoo uznano za zbyt niebezpieczne, aby kontynuować próby ich socjalizowania. W każdym razie w Skansenie. W Kolmården uważano inaczej.

Dlatego mam wątpliwości, czy odpowiedzi na zagadkowy atak wilków w Kolmården należy szukać w naturze tych zwierząt. Wydaje się, że podobnie jak inne drapieżniki kierują się wrodzonym instynktem. Zamiast tego może trzeba by się przyjrzeć samym ogrodom zoologicznym, ich architekturze i finansowaniu. Chciałbym znaleźć odpowiedź na pytanie, w jakim właściwie celu budujemy obiekty, w których pokazujemy egzotyczne i dzikie zwierzęta w sztucznie stworzonym środowisku. Środowisku, które na dodatek określamy jako naturalne. Skąd wzięła się ta z gruntu absurdalna idea?

Lars Berg Dobry wilk

Tragedia w szwedzkim zoo

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.